Kropka, Warszawa 2026.
Magia
Z reguły w powieściach dla dzieci i młodzieży młodzi bohaterowie funkcjonują w oderwaniu od ich dorosłych opiekunów – rozłąka z rodzicami czy krewnymi to pierwszy krok do przygody. Ale u Kathrin Tordasi jest inaczej – tu można sobie pozwolić na wspólną podróż międzypokoleniową. Chociaż i tak mama Portii wyjeżdża na konferencję naukową – to ukłon w stronę klasyki. Przeskok o pokolenie sprawia, że na scenę wkraczają – ponownie – Olivia, czyli Jeżyna i Viola, czyli Róża. Dwie przyjaciółki zdają sobie sprawę z obecności świata Zmiennokształtnych i same angażują się w burzliwe wydarzenia. Nie muszą o nic pytać, to one lepiej rozumieją zasady, których Portia dopiero się uczy. I to one ruszają z pomocą, gdy sytuacja robi się poważna i niebezpieczna.
W tomie „Jeżynowy Lis” przyjaciel Portii, Ben, trafia do jej domu i od razu buduje atmosferę grozy: nic nie pamięta, nie wie, jak się tu znalazł, nie ma pojęcia, co właściwie się stało i co doprowadziło go do obecnego stanu. A do tego w kieszeni ma nietypową mapę z odciskiem łapy i klucz (oczywiście bez pojęcia, do czego to klucz). Portia szybko przekonuje się, że sama tej zagadki nie rozwiąże: tu potrzebna będzie potężna magia. A Jeżyna i Róża najlepiej wiedzą, że nie ma na co czekać i trzeba działać – tylko w niekonwencjonalny sposób. Tak rozpoczyna się kolejna wyprawa, tym razem – ratunkowa, bo przecież trzeba ocalić Bena – a przy okazji rozwiązać parę innych zagadek. I nawet niepotrzebne byłyby atrybuty przygody, mapa i klucz, bo jedna z ważniejszych zagadek rozgrywa się w głowie Portii. Dziewczynka przekonała się już po jednej przemianie, jak dobrze czuje się w ciele wilka – metamorfoza uświadomiła jej, że od takich zjawisk łatwo się uzależnić. Ale wilczość nosi w sobie: Portia tęskni za nieskrępowaną wolnością, za możliwością oddalenia się od dobrze znanego ludzkiego świata i za czymś jeszcze. Nie jest w stanie na razie tego sprecyzować, ale czuje, że gdyby przyszło jej przemierzać świat w wilczej wersji, nie żałowałaby. I to zjawisko nie do końca bezpieczne – bo nie do końca zrozumiane – początek problemów tożsamościowych. Trzeba będzie znaleźć odpowiedź na pewne pytania, żeby pojąć, co się właściwie dzieje i kiedy należałoby interweniować. I fakt, na razie ważniejszy jest Ben: to jemu grozi poważniejsze niebezpieczeństwo niż przechodzenie między środowiskami – ale przy okazji Portia może też znaleźć wyjaśnienia własnych poważnych dylematów.
Obecność starszego pokolenia w misji wypełnionej zagadkami i zagrożeniami wcale nie gwarantuje spokoju i bezpieczeństwa – wprost przeciwnie, może się tak zdarzyć, że jedna z przyjaciółek stanie się przyczyną poważnego zmartwienia całej ekipy ratunkowej. Kathrin Tordasi wie dobrze, ile znaczy temat przyjaźni w literaturze czwartej – i celowo go eksponuje, bawiąc się przy okazji motywami magicznymi. Klasyczna powieść drogi w tym wypadku zamienia się w zestaw łamigłówek i detektywistycznych zadań, a to coś dla małych fanów magii w powieściach.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
poniedziałek, 12 października 2026
niedziela, 11 października 2026
Rafał Witek: Janek pływa jak ryba
Harperkids, Warszawa 2026.
Lekcja
Drugi poziom serii Czytam sobie to już większe wyzwanie dla małych odbiorców – ćwiczący rozpoznawanie liter powinni teraz przejść dalej i nauczyć się sylabizowania, przy okazji – bo dalej głównym zadaniem jest trenowanie płynnego czytania na większych rozmiarowo tekstach. W tym celu Rafał Witek przygotowuje literackie wyzwanie, historię z życia wziętą o tym, że warto pokonywać swoje lęki, bo to może prowadzić do sympatycznych przygód i uznania otoczenia. Janek na razie nie wchodzi do wody. Kiedy spędza wakacje nad hotelowym basenem, wie doskonale, że pływanie to nie dla niego. Ale już kiedy w zoo przekonuje się, że nawet hipopotamy opanowały tę sztukę, postanawia, że nauczy się pływać. O pomoc prosi starszą siostrę, Elizkę. Elizka nie ma oporów – wie, co zrobić, żeby przekonać brata, że pływanie to przyjemność. Wspólne lekcje na basenie to zestaw ciekawych zabaw bez żadnej presji. I to szybko zostaje nagrodzone: Janek pływa już znakomicie, a po wakacjach dowiaduje się, że jego klasa zamiast lekcji wychowania fizycznego będzie chodzić na basen, na ten basen, na którym Janek uczył się pływać. Teraz to on jest mistrzem w gronie rówieśników i w razie potrzeby może przyjść z pomocą, zupełnie jak wcześniej Elizka.
„Janek pływa jak ryba” to książka, która zachęca do spędzania czasu w wodzie, chociaż nie taki jest cel jej stworzenia. Rafał Witek buduje tu opowieść, która zaangażuje czytelników i sprawi, że nie zauważą przedzierania się przez coraz większe partie tekstu – do niedawna jeszcze to obrazki dominowały na stronach, teraz również jest dużo ilustracji w wykonaniu Joanny Rusinek – więc celnych i przyciągających wzrok – ale najbardziej liczy się rytm akcji. Chłopiec, który nie potrafi pływać i właściwie boi się wody (chociaż motyw strachu nie jest aż tak bardzo podkreślany), sam musi podjąć decyzję o tym, że chciałby zacząć się uczyć. Same lekcje schodzą na dalszy plan, bohater ani nie zakrztusi się wodą, ani nie przestraszy się zapachu chloru, nie ma powodu do podkarmiania lęków.
Rafał Witek ma wprawę w pisaniu według wytycznych serii – i nawet nie stworzy zbyt wielu pułapek dla maluchów. Jedną na pewno będzie „mieć pietra” zamiast bać się – archaizm pasuje do wymogów związanych z unikaniem dwuznaków czy liter ze znakami diakrytycznymi, innym – progres zamiast postępu. Ale to tylko trzy punkty (pietra mają różne postacie), da się zatem jakoś przetrwać, chociaż nie wiadomo, czy kilkulatki nie potkną się na tym w narracji. „Janek pływa jak ryba” to propozycja wartościowa – nie tylko przyzwyczaja do czytania dla przyjemności (i z ciekawości), ale też przypomina, że warto próbować swoich sił w różnych sportach.
Lekcja
Drugi poziom serii Czytam sobie to już większe wyzwanie dla małych odbiorców – ćwiczący rozpoznawanie liter powinni teraz przejść dalej i nauczyć się sylabizowania, przy okazji – bo dalej głównym zadaniem jest trenowanie płynnego czytania na większych rozmiarowo tekstach. W tym celu Rafał Witek przygotowuje literackie wyzwanie, historię z życia wziętą o tym, że warto pokonywać swoje lęki, bo to może prowadzić do sympatycznych przygód i uznania otoczenia. Janek na razie nie wchodzi do wody. Kiedy spędza wakacje nad hotelowym basenem, wie doskonale, że pływanie to nie dla niego. Ale już kiedy w zoo przekonuje się, że nawet hipopotamy opanowały tę sztukę, postanawia, że nauczy się pływać. O pomoc prosi starszą siostrę, Elizkę. Elizka nie ma oporów – wie, co zrobić, żeby przekonać brata, że pływanie to przyjemność. Wspólne lekcje na basenie to zestaw ciekawych zabaw bez żadnej presji. I to szybko zostaje nagrodzone: Janek pływa już znakomicie, a po wakacjach dowiaduje się, że jego klasa zamiast lekcji wychowania fizycznego będzie chodzić na basen, na ten basen, na którym Janek uczył się pływać. Teraz to on jest mistrzem w gronie rówieśników i w razie potrzeby może przyjść z pomocą, zupełnie jak wcześniej Elizka.
„Janek pływa jak ryba” to książka, która zachęca do spędzania czasu w wodzie, chociaż nie taki jest cel jej stworzenia. Rafał Witek buduje tu opowieść, która zaangażuje czytelników i sprawi, że nie zauważą przedzierania się przez coraz większe partie tekstu – do niedawna jeszcze to obrazki dominowały na stronach, teraz również jest dużo ilustracji w wykonaniu Joanny Rusinek – więc celnych i przyciągających wzrok – ale najbardziej liczy się rytm akcji. Chłopiec, który nie potrafi pływać i właściwie boi się wody (chociaż motyw strachu nie jest aż tak bardzo podkreślany), sam musi podjąć decyzję o tym, że chciałby zacząć się uczyć. Same lekcje schodzą na dalszy plan, bohater ani nie zakrztusi się wodą, ani nie przestraszy się zapachu chloru, nie ma powodu do podkarmiania lęków.
Rafał Witek ma wprawę w pisaniu według wytycznych serii – i nawet nie stworzy zbyt wielu pułapek dla maluchów. Jedną na pewno będzie „mieć pietra” zamiast bać się – archaizm pasuje do wymogów związanych z unikaniem dwuznaków czy liter ze znakami diakrytycznymi, innym – progres zamiast postępu. Ale to tylko trzy punkty (pietra mają różne postacie), da się zatem jakoś przetrwać, chociaż nie wiadomo, czy kilkulatki nie potkną się na tym w narracji. „Janek pływa jak ryba” to propozycja wartościowa – nie tylko przyzwyczaja do czytania dla przyjemności (i z ciekawości), ale też przypomina, że warto próbować swoich sił w różnych sportach.
sobota, 10 października 2026
Alberto Angela: Miłość i seks w starożytnym Rzymie
Czytelnik, Warszawa 2026.
Obserwacje
Alberto Angela wie, że odbiorcom trzeba przedstawiać historie, żeby chcieli się zaangażować w lekturę. Dzięki temu w kolejnym tomie z serii Dzień w starożytnym Rzymie” może zabrać czytelników na wyprawę – długą obserwację, podczas której wydarzy się sporo. A że uwaga ogniskuje się na uczuciach i romansach, znajdzie tego autor naprawdę dużo. Na podstawie dokumentów i opracowań dotyczących zamierzchłej przeszłości stara się odtworzyć nie tylko to, co dało się udowodnić, ale też to, co pozostaje w sferze przypuszczeń i domysłów. Bazuje przecież na delikatnej warstwie uczuć i emocji – często trudno uchwytnych nawet dla bezpośrednio zaangażowanych. A jednak przy odrobinie wyobraźni i sporej dozie talentu literackiego udaje mu się zapewnić sobie uznanie odbiorców. „Miłość i seks w starożytnym Rzymie” to książka, w której już sam tytuł przyciąga i budzi zainteresowanie ewentualnych podglądaczy. Alberto Angela chce rozwiewać wątpliwości i przekładać dawne obyczaje na dzisiejsze podejście.
Zajmie się autor tematem pocałunków – ich znaczenia i bohaterów uczestniczących w tym rodzaju czułości. Pyta o partnerów seksualnych, o ewentualnych kochanków i o miejscach, w których można się umawiać na schadzki. Pisze o zdradach, ale też o pozycjach seksualnych czy zabawkach erotycznych, o ochronie przed niechcianą ciążą i o chorobach wenerycznych. A do tego zastanawia się nad podejściem społeczeństwa do przejawów czułości. Przedstawia drogę do ślubu i zasady randkowania. Co ciekawe, temat prostytucji schodzi tu na dalszy plan – pojawia się, bo też jest powiązany z kwestiami erotyzmu.
I tak naprawdę liczy się tu zestaw tematycznych niespodzianek, porządkowanych przez pryzmat wycieczki. Czytelnicy dowiedzą się czegoś nie tylko na tematy związane z miłością w różnych jej przejawach – liczyć się tu będzie też umiejętność zatrzymania uwagi na wybranych wątkach, dodatkach pozwalających na lepszą orientację w kulturze starożytnego Rzymu. Alberto Angela w ten sposób uświadamia odbiorcom, jak dużą wiedzę w zakresie życia codziennego w starożytnym Rzymie posiadł – i jak ładnie potrafi tę wiedzę przedstawić. Bo wielkim atutem książki jest jej język: gęsta narracja, która jednak wcale nie odwraca uwagi od treści. Alberto Angela faktycznie pozwala swoim czytelnikom na zwiedzanie starożytności i na lepsze zrozumienie tego, co działo się między zwykłymi ludźmi. Takie ujęcie pomaga w przyswajaniu sobie wiadomości i prowadzi do rozbudzenia zainteresowania – trafi Angela do szerokiego grona czytelników bez większego trudu i nie tylko za sprawą wyboru tematu. Angażuje w temat, bo przedstawia go pomysłowo i jak najbardziej zwyczajnie. Stara się odpowiadać na pytania, jakie mogą podczas lektury się pojawić. Nawet kiedy sięga po cytaty – to obecność materiałów źródłowych nie psuje wrażenia podglądania codzienności, a to z kolei przekłada się na wyjątkową opowieść. Ta publikacja ucieszy nie tylko poszukiwaczy ciekawostek z dziedziny romantycznych uniesień i erotyki – tu liczy się ogólne spojrzenie na sprawy międzyludzkie przy dobrym zrozumieniu kontekstu.
Alberto Angela należy do tych autorów, którzy przekonują do siebie szerokie grono czytelników szybko i na długo. To autor, który wie, jak pisać – przedstawia wydarzenia w sposób niezwykle plastyczny i udaje mu się zgromadzić imponujący zestaw wiadomości.
Obserwacje
Alberto Angela wie, że odbiorcom trzeba przedstawiać historie, żeby chcieli się zaangażować w lekturę. Dzięki temu w kolejnym tomie z serii Dzień w starożytnym Rzymie” może zabrać czytelników na wyprawę – długą obserwację, podczas której wydarzy się sporo. A że uwaga ogniskuje się na uczuciach i romansach, znajdzie tego autor naprawdę dużo. Na podstawie dokumentów i opracowań dotyczących zamierzchłej przeszłości stara się odtworzyć nie tylko to, co dało się udowodnić, ale też to, co pozostaje w sferze przypuszczeń i domysłów. Bazuje przecież na delikatnej warstwie uczuć i emocji – często trudno uchwytnych nawet dla bezpośrednio zaangażowanych. A jednak przy odrobinie wyobraźni i sporej dozie talentu literackiego udaje mu się zapewnić sobie uznanie odbiorców. „Miłość i seks w starożytnym Rzymie” to książka, w której już sam tytuł przyciąga i budzi zainteresowanie ewentualnych podglądaczy. Alberto Angela chce rozwiewać wątpliwości i przekładać dawne obyczaje na dzisiejsze podejście.
Zajmie się autor tematem pocałunków – ich znaczenia i bohaterów uczestniczących w tym rodzaju czułości. Pyta o partnerów seksualnych, o ewentualnych kochanków i o miejscach, w których można się umawiać na schadzki. Pisze o zdradach, ale też o pozycjach seksualnych czy zabawkach erotycznych, o ochronie przed niechcianą ciążą i o chorobach wenerycznych. A do tego zastanawia się nad podejściem społeczeństwa do przejawów czułości. Przedstawia drogę do ślubu i zasady randkowania. Co ciekawe, temat prostytucji schodzi tu na dalszy plan – pojawia się, bo też jest powiązany z kwestiami erotyzmu.
I tak naprawdę liczy się tu zestaw tematycznych niespodzianek, porządkowanych przez pryzmat wycieczki. Czytelnicy dowiedzą się czegoś nie tylko na tematy związane z miłością w różnych jej przejawach – liczyć się tu będzie też umiejętność zatrzymania uwagi na wybranych wątkach, dodatkach pozwalających na lepszą orientację w kulturze starożytnego Rzymu. Alberto Angela w ten sposób uświadamia odbiorcom, jak dużą wiedzę w zakresie życia codziennego w starożytnym Rzymie posiadł – i jak ładnie potrafi tę wiedzę przedstawić. Bo wielkim atutem książki jest jej język: gęsta narracja, która jednak wcale nie odwraca uwagi od treści. Alberto Angela faktycznie pozwala swoim czytelnikom na zwiedzanie starożytności i na lepsze zrozumienie tego, co działo się między zwykłymi ludźmi. Takie ujęcie pomaga w przyswajaniu sobie wiadomości i prowadzi do rozbudzenia zainteresowania – trafi Angela do szerokiego grona czytelników bez większego trudu i nie tylko za sprawą wyboru tematu. Angażuje w temat, bo przedstawia go pomysłowo i jak najbardziej zwyczajnie. Stara się odpowiadać na pytania, jakie mogą podczas lektury się pojawić. Nawet kiedy sięga po cytaty – to obecność materiałów źródłowych nie psuje wrażenia podglądania codzienności, a to z kolei przekłada się na wyjątkową opowieść. Ta publikacja ucieszy nie tylko poszukiwaczy ciekawostek z dziedziny romantycznych uniesień i erotyki – tu liczy się ogólne spojrzenie na sprawy międzyludzkie przy dobrym zrozumieniu kontekstu.
Alberto Angela należy do tych autorów, którzy przekonują do siebie szerokie grono czytelników szybko i na długo. To autor, który wie, jak pisać – przedstawia wydarzenia w sposób niezwykle plastyczny i udaje mu się zgromadzić imponujący zestaw wiadomości.
piątek, 9 października 2026
Muminki. Miłe scenki do wyklejania i poczytania
Harperkids, Warszawa 2026.
Tworzenie domu
Ten format już się sprawdził – w wyciszających kolorowankach dla dzieci. Teraz wydawnictwo proponuje rozrywkę tym, którzy nie przepadają za kolorowaniem, za to chcieliby tworzyć własne obrazki w ramach historii doskonale znanych. „Muminki. Miłe scenki do wyklejania i poczytania” to tomik przygotowany dla fanów naklejek. Każda scenka ma tu swój zestaw naklejek – więc nie będzie obaw, że użyje się nie takich, jak trzeba. Za to ich rozmieszczenie na kolejnych stronach to już kwestia uznania odbiorców.
Każda rozkładówka w tej książce to akapit tekstu przedstawiający dom Muminków – albo inną przestrzeń z Doliny Muminków. Główną rolę odgrywają tu bohaterowie świetnie znani z historii Tove Jansson. Dzięki opisom odbiorcy mogą szybko zorientować się, o kim mowa, czym się wyróżnia, albo jaką rolę w świecie Muminków spełnia – to przypomnienie prostych opisów, raczej bez nawiązywania do konkretnych fabuł. Nie chodzi tu przecież o test pamięci, a o zaproszenie do zabawy (która ma wszelkie szanse, by przerodzić się w lekturę). Druga strona zajęta jest przez rysunek na kredowym papierze (więc nic nie będzie zapraszało do kolorowania, kolory są już na swoich miejscach). Na tym rysunku pojawia się bohater znany z Muminków – i opisywany w tekście – w swoim naturalnym środowisku i żywiole. Uzupełnić trzeba jego otoczenie: na łąkę wprowadzić kwiatki, na plażę – muszle, a do zimowego obrazka – mnóstwo śnieżek. I teraz tak: w książce pojawia się klucz odpowiedzi, można się nim kierować, żeby stworzyć obrazek według propozycji autorów. Jest to rozwiązanie może mało satysfakcjonujące, ale dla odbiorców będące wskazówką, że da się rozmieścić wszystkie naklejkowe elementy w sposób estetyczny i bez większego trudu. O wiele zabawniejsze będzie jednak kierowanie się własnymi pomysłami i wykorzystywanie klucza tylko jako sugestii, a nie jedynego prawdziwego rozwiązania. Dla małych odbiorców z pewnością ważniejsze będzie kompletowanie obrazka według swoich potrzeb – i może nawet wykraczanie poza rysunkową logikę. To tworzenie, tyle że bez talentu do rysowania – z gotowych półproduktów.
„Muminki. Miłe scenki do wyklejania i poczytania” to książeczka, która w naturalny sposób uspokaja. Zachęca do zabawy, ale może być wykorzystywana również do nauki czytania: wtedy akapity opisowe będą traktowane jako źródło czytanek do rozpoznawania liter. Muminki to zawsze dobra propozycja dla najmłodszych, wiadomo, że tych bohaterów dzieci darzą szczególną sympatią. Tym razem nie trzeba specjalnego wysiłku, żeby cieszyć się uzupełnianiem książki – dla dzieci atrakcją będzie z pewnością możliwość komponowania obrazków dzięki zestawowi naklejek. To bardzo dobre i uniwersalne rozwiązanie, a także okazja do powrotu do klasycznych zabaw. Książka pokazuje, jak wykorzystać potencjał serii – i zachęcić najmłodszych do szukania propozycji ze swoimi ulubionymi bajkowymi postaciami.
Tworzenie domu
Ten format już się sprawdził – w wyciszających kolorowankach dla dzieci. Teraz wydawnictwo proponuje rozrywkę tym, którzy nie przepadają za kolorowaniem, za to chcieliby tworzyć własne obrazki w ramach historii doskonale znanych. „Muminki. Miłe scenki do wyklejania i poczytania” to tomik przygotowany dla fanów naklejek. Każda scenka ma tu swój zestaw naklejek – więc nie będzie obaw, że użyje się nie takich, jak trzeba. Za to ich rozmieszczenie na kolejnych stronach to już kwestia uznania odbiorców.
Każda rozkładówka w tej książce to akapit tekstu przedstawiający dom Muminków – albo inną przestrzeń z Doliny Muminków. Główną rolę odgrywają tu bohaterowie świetnie znani z historii Tove Jansson. Dzięki opisom odbiorcy mogą szybko zorientować się, o kim mowa, czym się wyróżnia, albo jaką rolę w świecie Muminków spełnia – to przypomnienie prostych opisów, raczej bez nawiązywania do konkretnych fabuł. Nie chodzi tu przecież o test pamięci, a o zaproszenie do zabawy (która ma wszelkie szanse, by przerodzić się w lekturę). Druga strona zajęta jest przez rysunek na kredowym papierze (więc nic nie będzie zapraszało do kolorowania, kolory są już na swoich miejscach). Na tym rysunku pojawia się bohater znany z Muminków – i opisywany w tekście – w swoim naturalnym środowisku i żywiole. Uzupełnić trzeba jego otoczenie: na łąkę wprowadzić kwiatki, na plażę – muszle, a do zimowego obrazka – mnóstwo śnieżek. I teraz tak: w książce pojawia się klucz odpowiedzi, można się nim kierować, żeby stworzyć obrazek według propozycji autorów. Jest to rozwiązanie może mało satysfakcjonujące, ale dla odbiorców będące wskazówką, że da się rozmieścić wszystkie naklejkowe elementy w sposób estetyczny i bez większego trudu. O wiele zabawniejsze będzie jednak kierowanie się własnymi pomysłami i wykorzystywanie klucza tylko jako sugestii, a nie jedynego prawdziwego rozwiązania. Dla małych odbiorców z pewnością ważniejsze będzie kompletowanie obrazka według swoich potrzeb – i może nawet wykraczanie poza rysunkową logikę. To tworzenie, tyle że bez talentu do rysowania – z gotowych półproduktów.
„Muminki. Miłe scenki do wyklejania i poczytania” to książeczka, która w naturalny sposób uspokaja. Zachęca do zabawy, ale może być wykorzystywana również do nauki czytania: wtedy akapity opisowe będą traktowane jako źródło czytanek do rozpoznawania liter. Muminki to zawsze dobra propozycja dla najmłodszych, wiadomo, że tych bohaterów dzieci darzą szczególną sympatią. Tym razem nie trzeba specjalnego wysiłku, żeby cieszyć się uzupełnianiem książki – dla dzieci atrakcją będzie z pewnością możliwość komponowania obrazków dzięki zestawowi naklejek. To bardzo dobre i uniwersalne rozwiązanie, a także okazja do powrotu do klasycznych zabaw. Książka pokazuje, jak wykorzystać potencjał serii – i zachęcić najmłodszych do szukania propozycji ze swoimi ulubionymi bajkowymi postaciami.
czwartek, 8 października 2026
Matthew Desmond: Bieda w Ameryce
Marginesy, Warszawa 2026.
Nierówności
W pewnym momencie Matthew Desmond przyznaje się do tego, że jego rozmówcy nie biorą na poważnie głoszonych przez niego teorii i rozwiązań, które propaguje. Właściwie trudno się dziwić – tego rodzaju pomysły już w przeszłości bywały i nie bez powodu zostają odrzucone: ktoś, kto za cel życia obrał sobie wzbogacenie się, niekoniecznie ma ochotę dzielić się efektami swojej ciężkiej pracy z tymi, którzy nie zamierzają przesadnie się wysilać i liczą tylko i wyłącznie na pomoc państwa. Z drugiej strony społeczeństwo amerykańskie zostało mocno spolaryzowane – tu pojawia się temat ubóstwa, z którego mimo wysiłków nie da się wyjść. Matthew Desmond pokazuje sytuacje, z których być może czytelnicy nie zdają sobie sprawy – przekreślające szansę na lepsze życie. Autor działa jak idealista: wydaje mu się, że przeniesienie biednych z ubogich dzielnic i wymieszanie ich z ludźmi, którzy osiągnęli sukces, choćby przez możliwość zostania sąsiadami, to remedium na problemy. Przekonuje czytelników, że już sam fakt ograniczenia strachu o przyszłość dzieci (które będą uczęszczać do lepszej szkoły) przyczyni się do podwyższenia jakości życia. Tyle tylko, że nie bierze pod uwagę różnic w charakterach ludzi. To, co proponuje, może się sprawdzić w wypadku części społeczeństwa – ale dla innej części nie będzie miało żadnego znaczenia. „Bieda w Ameryce” to zatem tom, który otwiera dyskusję, zaprasza do refleksji nad kondycją ludzi i nad pomysłami, jak poprawić ich status społeczny i majątkowy, za to strzela w płot niektórymi rozwiązaniami. Matthew Desmond mógł się zatrzymać na etapie przedstawiania problemu – bo go bez wątpienia dostrzega i potrafi uchwycić – a nie wchodzić w analizy ewentualnych reakcji (czy to ze strony państwa, czy – oddolnie, na poziomie poszczególnych rodzin).
Przerywa ta książka opowieść o amerykańskim śnie: owszem, znajduje się tu miejsce dla tych, którzy zdobyli majątek i którzy mogą teraz cieszyć się spokojem i prestiżem – ale jest też wielu ludzi skazanych na ubóstwo i wręcz zepchniętych do stereotypowego zbioru za sprawą przepisów czy zasad życia społecznego. Desmond na to się nie zgadza, głośno mówi o problemach i o pułapkach, zabiera głos w imieniu tych, których nikt nie będzie chciał wysłuchać. Do tego stopnia staje się orędownikiem biednych, że nie stara się dostrzec drugiej strony medalu. To do czytelników będą należały rozstrzygnięcia i oceny przedstawionego stanu rzeczy. Faktycznie książka – dopóki nie jest orędziem do narodu – wypada dość mocno. Później, kiedy autor przestaje ukrywać obiektywizm i wyraźnie zaznacza swoje stanowisko, trochę przestaje przekonywać do siebie czytelników. A gdyby dał im wolną rękę i pozwolił samodzielnie wyciągać wnioski – zamiast narzucać własne odkrycia – być może znalazłby znacznie więcej zwolenników i przekonałby nieprzekonanych. „Bieda w Ameryce” to książka, która zwraca uwagę na zagadnienie spoza przekonań powszechnych, bazuje na silnych emocjach i na sytuacjach niekoniecznie sprawiedliwych – to wszystko sprawi, że do tomu zajrzy więcej czytelników. Ale w momencie, w którym zamienia się w agitację, pozostawia tych czytelników z poczuciem, że oto ktoś stara się ugrać coś według własnych zasad, a niekoniecznie zadbać o długofalowe rozwiązanie istotnego problemu.
Nierówności
W pewnym momencie Matthew Desmond przyznaje się do tego, że jego rozmówcy nie biorą na poważnie głoszonych przez niego teorii i rozwiązań, które propaguje. Właściwie trudno się dziwić – tego rodzaju pomysły już w przeszłości bywały i nie bez powodu zostają odrzucone: ktoś, kto za cel życia obrał sobie wzbogacenie się, niekoniecznie ma ochotę dzielić się efektami swojej ciężkiej pracy z tymi, którzy nie zamierzają przesadnie się wysilać i liczą tylko i wyłącznie na pomoc państwa. Z drugiej strony społeczeństwo amerykańskie zostało mocno spolaryzowane – tu pojawia się temat ubóstwa, z którego mimo wysiłków nie da się wyjść. Matthew Desmond pokazuje sytuacje, z których być może czytelnicy nie zdają sobie sprawy – przekreślające szansę na lepsze życie. Autor działa jak idealista: wydaje mu się, że przeniesienie biednych z ubogich dzielnic i wymieszanie ich z ludźmi, którzy osiągnęli sukces, choćby przez możliwość zostania sąsiadami, to remedium na problemy. Przekonuje czytelników, że już sam fakt ograniczenia strachu o przyszłość dzieci (które będą uczęszczać do lepszej szkoły) przyczyni się do podwyższenia jakości życia. Tyle tylko, że nie bierze pod uwagę różnic w charakterach ludzi. To, co proponuje, może się sprawdzić w wypadku części społeczeństwa – ale dla innej części nie będzie miało żadnego znaczenia. „Bieda w Ameryce” to zatem tom, który otwiera dyskusję, zaprasza do refleksji nad kondycją ludzi i nad pomysłami, jak poprawić ich status społeczny i majątkowy, za to strzela w płot niektórymi rozwiązaniami. Matthew Desmond mógł się zatrzymać na etapie przedstawiania problemu – bo go bez wątpienia dostrzega i potrafi uchwycić – a nie wchodzić w analizy ewentualnych reakcji (czy to ze strony państwa, czy – oddolnie, na poziomie poszczególnych rodzin).
Przerywa ta książka opowieść o amerykańskim śnie: owszem, znajduje się tu miejsce dla tych, którzy zdobyli majątek i którzy mogą teraz cieszyć się spokojem i prestiżem – ale jest też wielu ludzi skazanych na ubóstwo i wręcz zepchniętych do stereotypowego zbioru za sprawą przepisów czy zasad życia społecznego. Desmond na to się nie zgadza, głośno mówi o problemach i o pułapkach, zabiera głos w imieniu tych, których nikt nie będzie chciał wysłuchać. Do tego stopnia staje się orędownikiem biednych, że nie stara się dostrzec drugiej strony medalu. To do czytelników będą należały rozstrzygnięcia i oceny przedstawionego stanu rzeczy. Faktycznie książka – dopóki nie jest orędziem do narodu – wypada dość mocno. Później, kiedy autor przestaje ukrywać obiektywizm i wyraźnie zaznacza swoje stanowisko, trochę przestaje przekonywać do siebie czytelników. A gdyby dał im wolną rękę i pozwolił samodzielnie wyciągać wnioski – zamiast narzucać własne odkrycia – być może znalazłby znacznie więcej zwolenników i przekonałby nieprzekonanych. „Bieda w Ameryce” to książka, która zwraca uwagę na zagadnienie spoza przekonań powszechnych, bazuje na silnych emocjach i na sytuacjach niekoniecznie sprawiedliwych – to wszystko sprawi, że do tomu zajrzy więcej czytelników. Ale w momencie, w którym zamienia się w agitację, pozostawia tych czytelników z poczuciem, że oto ktoś stara się ugrać coś według własnych zasad, a niekoniecznie zadbać o długofalowe rozwiązanie istotnego problemu.
środa, 7 października 2026
Bartosz Ratajczyk: Sporty w dechę
Ezop, Warszawa 2026.
Jazda
To jest książka dla najmłodszych, ale książka zrodzona z wielkiej pasji i trafiająca do tych odbiorców, którzy podobną pasję w swoim życiu mają. Bartosz Ratajczyk gromadzi w jednym wielkim picture booku wszystkie wiadomości na temat deskorolek, desek surfingowych, supów i innych sportów bazujących na jeździe (i utrzymywaniu balansu) na deskach. I jednocześnie podsuwa czytelnikom popis graficzny, w którym jedyną rolę tekstowego komentarza odgrywają podpisy do obrazków porozrzucane po całych rozkładówkach. „Sporty w dechę” to próba zbudowania społeczności wokół radości działania – zachęta do aktywnego spędzania czasu i do ćwiczeń.
Autor wybiera sobie zagadnienie – najczęściej to rodzaj sportu, chociaż nie zawsze. Bywa, że zaintryguje go fingerboard albo sportowe bhp, samej deskorolce poświęca kilka rozkładówek – w różnych ujęciach, w zależności od tego, czy rozpatruje ją akurat pod kątem techniki, etapów produkcji czy przestrzeni miejskiej. Dzięki temu młodzi fani sportu mogą poznać podstawowe pojęcia i hasła związane z ich pasją, a do tego prześledzić rozwiązania konstrukcyjne. Żeby nie stracić uwagi czytelników – bo łatwo o rozproszenie i o porzucenie lektury przez natłok wiadomości – autor stawia na niespodzianki, na przykład w rozdziale o hulajnogach zajmuje się przedstawianiem szeregu przedziwnych konstrukcji, które nie weszły do obiegu (i w ogóle nie sprawdziły się jako rozwiązania dla poszukujących wiatru we włosach): to z pewnością zaintryguje i rozśmieszy dzieci. Każda rozkładówka to mnóstwo drobnych ilustracji prezentujących różne aspekty sportów związanych z deskami – każda ilustracja, mały obrazek na stronie, ma swój podpis i czasami drobny komentarz – definicję czy wskazówkę. Zdarzają się obrazki z numerkami – dzięki temu wiadomo, w jakiej kolejności je oglądać, zdarzają się też takie pogrupowane za pomocą konkretnego tła. Autor wybiera twórczy chaos, chociaż stara się dostarczać dzieciom wiadomości, to dba też o to, żeby ilustracje były wizualnie atrakcyjne i żeby struktura nie wychodziła na pierwszy plan. Nie decyduje się na scenki, chyba że wymaga tego temat – na przykład prezentacja placu do jazdy i jego części składowych. Zwykle traktuje rozkładówki jako miejsce do dowolnego zagospodarowania skojarzeniami i ciekawostkami, im ich więcej tym lepiej z perspektywy czytelników. Dla dzieci i tak najbardziej będzie się liczyć podręczny leksykon – i zachęta do spędzania czasu na świeżym powietrzu. Korzystanie z desek pozwala na szybkie przemieszczanie się, ale też na szaloną zabawę. Mnóstwo satysfakcji daje opanowanie kolejnych sztuczek albo wygrana w walce z grawitacją – różne są stopnie zaawansowania w jeździe, co oznacza, że Ratajczyk swoją książką trafi do szerokiego grona czytelników.
Jest to publikacja edukacyjna i rozrywkowa jednocześnie, chociaż ma konwencję picture booka, to nie jest kierowana do najmłodszych dzieci, ma młodzieżowy charakter i buduje porozumienie autora i odbiorców – ma przekonywać, że jazda na desce to przyjemność, niezależnie od wybranego rodzaju sportu. A co uważniejsi czytelnicy odkryją jeszcze parę razy na kolejnych stronach przejawy poczucia humoru autora – wplatane zupełnie nieoczekiwanie do prostych komentarzy.
Jazda
To jest książka dla najmłodszych, ale książka zrodzona z wielkiej pasji i trafiająca do tych odbiorców, którzy podobną pasję w swoim życiu mają. Bartosz Ratajczyk gromadzi w jednym wielkim picture booku wszystkie wiadomości na temat deskorolek, desek surfingowych, supów i innych sportów bazujących na jeździe (i utrzymywaniu balansu) na deskach. I jednocześnie podsuwa czytelnikom popis graficzny, w którym jedyną rolę tekstowego komentarza odgrywają podpisy do obrazków porozrzucane po całych rozkładówkach. „Sporty w dechę” to próba zbudowania społeczności wokół radości działania – zachęta do aktywnego spędzania czasu i do ćwiczeń.
Autor wybiera sobie zagadnienie – najczęściej to rodzaj sportu, chociaż nie zawsze. Bywa, że zaintryguje go fingerboard albo sportowe bhp, samej deskorolce poświęca kilka rozkładówek – w różnych ujęciach, w zależności od tego, czy rozpatruje ją akurat pod kątem techniki, etapów produkcji czy przestrzeni miejskiej. Dzięki temu młodzi fani sportu mogą poznać podstawowe pojęcia i hasła związane z ich pasją, a do tego prześledzić rozwiązania konstrukcyjne. Żeby nie stracić uwagi czytelników – bo łatwo o rozproszenie i o porzucenie lektury przez natłok wiadomości – autor stawia na niespodzianki, na przykład w rozdziale o hulajnogach zajmuje się przedstawianiem szeregu przedziwnych konstrukcji, które nie weszły do obiegu (i w ogóle nie sprawdziły się jako rozwiązania dla poszukujących wiatru we włosach): to z pewnością zaintryguje i rozśmieszy dzieci. Każda rozkładówka to mnóstwo drobnych ilustracji prezentujących różne aspekty sportów związanych z deskami – każda ilustracja, mały obrazek na stronie, ma swój podpis i czasami drobny komentarz – definicję czy wskazówkę. Zdarzają się obrazki z numerkami – dzięki temu wiadomo, w jakiej kolejności je oglądać, zdarzają się też takie pogrupowane za pomocą konkretnego tła. Autor wybiera twórczy chaos, chociaż stara się dostarczać dzieciom wiadomości, to dba też o to, żeby ilustracje były wizualnie atrakcyjne i żeby struktura nie wychodziła na pierwszy plan. Nie decyduje się na scenki, chyba że wymaga tego temat – na przykład prezentacja placu do jazdy i jego części składowych. Zwykle traktuje rozkładówki jako miejsce do dowolnego zagospodarowania skojarzeniami i ciekawostkami, im ich więcej tym lepiej z perspektywy czytelników. Dla dzieci i tak najbardziej będzie się liczyć podręczny leksykon – i zachęta do spędzania czasu na świeżym powietrzu. Korzystanie z desek pozwala na szybkie przemieszczanie się, ale też na szaloną zabawę. Mnóstwo satysfakcji daje opanowanie kolejnych sztuczek albo wygrana w walce z grawitacją – różne są stopnie zaawansowania w jeździe, co oznacza, że Ratajczyk swoją książką trafi do szerokiego grona czytelników.
Jest to publikacja edukacyjna i rozrywkowa jednocześnie, chociaż ma konwencję picture booka, to nie jest kierowana do najmłodszych dzieci, ma młodzieżowy charakter i buduje porozumienie autora i odbiorców – ma przekonywać, że jazda na desce to przyjemność, niezależnie od wybranego rodzaju sportu. A co uważniejsi czytelnicy odkryją jeszcze parę razy na kolejnych stronach przejawy poczucia humoru autora – wplatane zupełnie nieoczekiwanie do prostych komentarzy.
wtorek, 6 października 2026
Lynette Noni: Shadow Reaper. Grabieżcy magii
Media Rodzina, Poznań 2026.
Zaginione dzieci
Lynette Noni to autorka, która absolutnie nie boi się ryzykować w prozie young adult. Ma pomysły, których inni twórcy raczej by nie stosowali – i potrafi je przedstawiać odbiorcom tak, żeby zbudować sobie grono wiernych fanów. Wkracza teraz na rynek z serią Shadow Reaper, bazującą na romantasy. „Grabieżcy magii” to opowieść monumentalna – i od razu wstrzeli czytelników w zasady świata skonstruowanego bez żadnych kompromisów. Bohaterka, Viri, ma siedemnaście lat i kształci się na łowczynię – w zasadzie już jest łowczynią, bezlitosną dla tych, którzy żywią się eliksenem (magią). Każdy, kto przychodzi na świat, ma w sobie dawkę eliksenu – jeśli w porę jej nie odda, nieuregulowana magia może go zniszczyć. W związku z tym społeczność opracowała cały plan polegający na rytuale przekazania – to zadanie dla dzieci wchodzących w wiek dojrzewania. Po oddaniu eliksenu każdy staje się bezpieczny, także ze względu na grasujących grabieżców: ci żywią się magią i najczęściej wysysają ją z dzieci, porywanych dokładnie do takich celów. Viri wie doskonale, że ofiary grabieżców nie mają szans na przeżycie – a samo wysysanie eliksenu przypomina uzależnienie od narkotyków. Bohaterka próbuje więc nie dopuścić do tego, żeby grabieżcy niszczyli szczęście rodzin. Wspiera ją w działaniach najlepsza przyjaciółka i niemal siostra – z którą Viri wychowywała się po stracie rodziców. Dzięki temu bohaterka ma też dostęp do rozmaitych magicznych artefaktów, pomysłów i zaklęć, niezatwierdzonych oficjalnie, ale dających potężną przewagę w starciach.
Pewnego dnia do więzienia trafia Reeve, starszy o kilka lat od Viri grabieżca, doskonale dziewczynie znany. Kiedyś był najlepszym przyjacielem jej brata, ale zszedł na niewłaściwą drogę i to, co wydarzyło się w przeszłości, odsłoni autorka dużo, dużo później – na razie wystarczy wspomnieć, że Reeve ma nieodparty urok i nie do końca jest tym, za kogo bierze go Viri. Może pomóc w odszukaniu znikających dzieci, ale żąda za to wysokiej ceny – która wymaga złamania prawa przez idealną bohaterkę.
Trzeba przyznać, że Lynette Noni doskonale wie, jak wzbudzić zainteresowanie odbiorców i stale je podkarmiać. Najsłabszym elementem książki wydają się przerywniki – zapiski uwzględniające tajemniczy rytuał w świecie magii – ale to relacja między bohaterami i ich przeszłość będą zaprzątać uwagę czytelników najdłużej. Tu liczy się bowiem zakazane uczucie, przyciąganie, którego jeszcze bohaterka sobie nie uzmysłowiła, a które stoi w sprzeczności z wszystkim tym, w co wierzyła do tej pory. Noni operuje wieloma wątkami, sprytnie je składa i sprawia, że „Grabieżcy magii” to początek obiecującej serii fantasy. Jest tu bardzo uporządkowana wizja świata – groźnego a jednocześnie pozwalającego na operowanie silnymi i zrozumiałymi dla czytelników emocjami, jest mnóstwo przygód i scen niemal z horrorów czy filmów sensacyjnych. Dzieje się wiele, a wszystko ma sens w kontekście poznawania siebie nawzajem i tajemnic przeszłości. Bardzo ładnie ta autorka myli tropy i wprowadza sytuacje bez wyjścia, żeby zaproponować czytelnikom zupełnie inne niż przypuszczali rozwiązania. Ma pomysły, które faktycznie przyniosą jej popularność wśród młodych czytelników. I proponuje niebanalną, atrakcyjną historię.
Zaginione dzieci
Lynette Noni to autorka, która absolutnie nie boi się ryzykować w prozie young adult. Ma pomysły, których inni twórcy raczej by nie stosowali – i potrafi je przedstawiać odbiorcom tak, żeby zbudować sobie grono wiernych fanów. Wkracza teraz na rynek z serią Shadow Reaper, bazującą na romantasy. „Grabieżcy magii” to opowieść monumentalna – i od razu wstrzeli czytelników w zasady świata skonstruowanego bez żadnych kompromisów. Bohaterka, Viri, ma siedemnaście lat i kształci się na łowczynię – w zasadzie już jest łowczynią, bezlitosną dla tych, którzy żywią się eliksenem (magią). Każdy, kto przychodzi na świat, ma w sobie dawkę eliksenu – jeśli w porę jej nie odda, nieuregulowana magia może go zniszczyć. W związku z tym społeczność opracowała cały plan polegający na rytuale przekazania – to zadanie dla dzieci wchodzących w wiek dojrzewania. Po oddaniu eliksenu każdy staje się bezpieczny, także ze względu na grasujących grabieżców: ci żywią się magią i najczęściej wysysają ją z dzieci, porywanych dokładnie do takich celów. Viri wie doskonale, że ofiary grabieżców nie mają szans na przeżycie – a samo wysysanie eliksenu przypomina uzależnienie od narkotyków. Bohaterka próbuje więc nie dopuścić do tego, żeby grabieżcy niszczyli szczęście rodzin. Wspiera ją w działaniach najlepsza przyjaciółka i niemal siostra – z którą Viri wychowywała się po stracie rodziców. Dzięki temu bohaterka ma też dostęp do rozmaitych magicznych artefaktów, pomysłów i zaklęć, niezatwierdzonych oficjalnie, ale dających potężną przewagę w starciach.
Pewnego dnia do więzienia trafia Reeve, starszy o kilka lat od Viri grabieżca, doskonale dziewczynie znany. Kiedyś był najlepszym przyjacielem jej brata, ale zszedł na niewłaściwą drogę i to, co wydarzyło się w przeszłości, odsłoni autorka dużo, dużo później – na razie wystarczy wspomnieć, że Reeve ma nieodparty urok i nie do końca jest tym, za kogo bierze go Viri. Może pomóc w odszukaniu znikających dzieci, ale żąda za to wysokiej ceny – która wymaga złamania prawa przez idealną bohaterkę.
Trzeba przyznać, że Lynette Noni doskonale wie, jak wzbudzić zainteresowanie odbiorców i stale je podkarmiać. Najsłabszym elementem książki wydają się przerywniki – zapiski uwzględniające tajemniczy rytuał w świecie magii – ale to relacja między bohaterami i ich przeszłość będą zaprzątać uwagę czytelników najdłużej. Tu liczy się bowiem zakazane uczucie, przyciąganie, którego jeszcze bohaterka sobie nie uzmysłowiła, a które stoi w sprzeczności z wszystkim tym, w co wierzyła do tej pory. Noni operuje wieloma wątkami, sprytnie je składa i sprawia, że „Grabieżcy magii” to początek obiecującej serii fantasy. Jest tu bardzo uporządkowana wizja świata – groźnego a jednocześnie pozwalającego na operowanie silnymi i zrozumiałymi dla czytelników emocjami, jest mnóstwo przygód i scen niemal z horrorów czy filmów sensacyjnych. Dzieje się wiele, a wszystko ma sens w kontekście poznawania siebie nawzajem i tajemnic przeszłości. Bardzo ładnie ta autorka myli tropy i wprowadza sytuacje bez wyjścia, żeby zaproponować czytelnikom zupełnie inne niż przypuszczali rozwiązania. Ma pomysły, które faktycznie przyniosą jej popularność wśród młodych czytelników. I proponuje niebanalną, atrakcyjną historię.
poniedziałek, 5 października 2026
Thiago de Moraes: Wspaniały świat mitów oraz jak w nim przetrwać
Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.
Przegląd
Thiago de Moraes to ten twórca, który sięga po wielkie – szeroko zakrojone – tematy i stara się wydobyć ich esencję, żeby następnie przekazać ją w monumentalnych albumach nie tylko dla młodych odbiorców. „Wspaniały świat mitów oraz jak w nim przetrwać” to propozycja, która ma oswoić z różnymi opowieściami założycielskimi, wierzeniami i legendami, a także pokazać czytelnikom ich różnorodność i wyobraźnię społeczeństw, które dzięki mitologiom tłumaczyły sobie najbardziej podstawowe zjawiska czy to przyrodnicze, czy – związane z przemijaniem. A jednocześnie, tworząc mity, karmiły swoją potrzebę snucia opowieści oraz przeżywania różnorakich emocji. „Wspaniały świat mitów” to nie książka, która przybliża konkretne wierzenia, raczej zwraca uwagę na rozwiązania pochodzące z różnych stron świata – wybiórczo i bardzo obrazowo w tym samym momencie. Bo autor po prostu sięga do skarbnicy mitologii z różnych kultur i wybiera z niej to, co akurat wydaje mu się najbardziej intrygujące. Od czasu do czasu przedstawia jakąś pełną historię – w formie krótkiego opowiadania (długość wymuszana jest faktem, że nie może wychodzić tematem poza jedną rozkładówkę, tak został obmyślony ten atlas: dwie sąsiadujące ze sobą strony to miejsce na przedstawienie jednego zagadnienia, bez względu na to, czy będzie to jakieś wyliczenie, czy też przegląd dokonań, zachowania jakiegoś bohatera, czy po prostu jedna ciekawa historia). O ile mitologia starożytnych Greków i Rzymian – a dzisiaj też i skandynawska (oraz czasem, szczątkowo, słowiańska) są w obiegu i można się z nimi dokładnie zapoznawać, o tyle mity dalekich i egzotycznych ludów – czy pomysły z Dalekiego Wschodu – są dla naszych odbiorców kompletnie obce. I dlatego Thiago de Moraes postanawia ten stan rzeczy zmienić, zasugerować, że niezależnie od siebie ludzie na całym świecie tworzyli potrzebne im wyjaśnienia, sięgając przy tym do zasobów wyobraźni.
„Wspaniały świat mitów” to książka, w której od czasu do czasu znaleźć będzie można migawki z zaświatów – informacje o tym, jak konstruowane były wyobrażenia na temat życia po życiu. Pojawią się tu miejsca, których należy unikać (oczywiście przez pryzmat mitologii) i stwory wyjątkowo groźne i krwiożercze – czasami wraz ze sposobami na ich pokonanie, chociaż nie zawsze to możliwe. Thiago de Moraes nie stawia sobie za cel tworzenia monografii mitologii, to zresztą byłoby niemożliwe. Woli zajawki, fragmenty, które mają czytelników zaintrygować i przekonać do samodzielnych poszukiwań. To rozwiązanie idealne – bo dzięki temu dzieci mogą znaleźć coś, co przyciągnie je i zachęci do odkrywania dawnych wierzeń albo – do dokonywania porównań. To twórcze podejście do ciekawostek i poznawania różnych kultur, a do tego odejście od charakterystycznych w literaturze czwartej wątków. Każda informacja, jaka tu trafia, polega na wyeksponowaniu w drobnym podpisie do sporego (i pełnego szczegółów) obrazka wybranych ciekawostek. Nie ma miejsca na dokonywanie porównań ani na przywoływanie całych mitów, zresztą autor uprzedza, że w zależności od opowiadających mogły się one różnić, a w efekcie to prowadzi do zwiększenia stopnia ogólności w historiach. A i tak udaje się w tej książce zachwycić i zaintrygować młodych czytelników – i zaprosić ich do poznawania barwnego świata wyobraźni.
Przegląd
Thiago de Moraes to ten twórca, który sięga po wielkie – szeroko zakrojone – tematy i stara się wydobyć ich esencję, żeby następnie przekazać ją w monumentalnych albumach nie tylko dla młodych odbiorców. „Wspaniały świat mitów oraz jak w nim przetrwać” to propozycja, która ma oswoić z różnymi opowieściami założycielskimi, wierzeniami i legendami, a także pokazać czytelnikom ich różnorodność i wyobraźnię społeczeństw, które dzięki mitologiom tłumaczyły sobie najbardziej podstawowe zjawiska czy to przyrodnicze, czy – związane z przemijaniem. A jednocześnie, tworząc mity, karmiły swoją potrzebę snucia opowieści oraz przeżywania różnorakich emocji. „Wspaniały świat mitów” to nie książka, która przybliża konkretne wierzenia, raczej zwraca uwagę na rozwiązania pochodzące z różnych stron świata – wybiórczo i bardzo obrazowo w tym samym momencie. Bo autor po prostu sięga do skarbnicy mitologii z różnych kultur i wybiera z niej to, co akurat wydaje mu się najbardziej intrygujące. Od czasu do czasu przedstawia jakąś pełną historię – w formie krótkiego opowiadania (długość wymuszana jest faktem, że nie może wychodzić tematem poza jedną rozkładówkę, tak został obmyślony ten atlas: dwie sąsiadujące ze sobą strony to miejsce na przedstawienie jednego zagadnienia, bez względu na to, czy będzie to jakieś wyliczenie, czy też przegląd dokonań, zachowania jakiegoś bohatera, czy po prostu jedna ciekawa historia). O ile mitologia starożytnych Greków i Rzymian – a dzisiaj też i skandynawska (oraz czasem, szczątkowo, słowiańska) są w obiegu i można się z nimi dokładnie zapoznawać, o tyle mity dalekich i egzotycznych ludów – czy pomysły z Dalekiego Wschodu – są dla naszych odbiorców kompletnie obce. I dlatego Thiago de Moraes postanawia ten stan rzeczy zmienić, zasugerować, że niezależnie od siebie ludzie na całym świecie tworzyli potrzebne im wyjaśnienia, sięgając przy tym do zasobów wyobraźni.
„Wspaniały świat mitów” to książka, w której od czasu do czasu znaleźć będzie można migawki z zaświatów – informacje o tym, jak konstruowane były wyobrażenia na temat życia po życiu. Pojawią się tu miejsca, których należy unikać (oczywiście przez pryzmat mitologii) i stwory wyjątkowo groźne i krwiożercze – czasami wraz ze sposobami na ich pokonanie, chociaż nie zawsze to możliwe. Thiago de Moraes nie stawia sobie za cel tworzenia monografii mitologii, to zresztą byłoby niemożliwe. Woli zajawki, fragmenty, które mają czytelników zaintrygować i przekonać do samodzielnych poszukiwań. To rozwiązanie idealne – bo dzięki temu dzieci mogą znaleźć coś, co przyciągnie je i zachęci do odkrywania dawnych wierzeń albo – do dokonywania porównań. To twórcze podejście do ciekawostek i poznawania różnych kultur, a do tego odejście od charakterystycznych w literaturze czwartej wątków. Każda informacja, jaka tu trafia, polega na wyeksponowaniu w drobnym podpisie do sporego (i pełnego szczegółów) obrazka wybranych ciekawostek. Nie ma miejsca na dokonywanie porównań ani na przywoływanie całych mitów, zresztą autor uprzedza, że w zależności od opowiadających mogły się one różnić, a w efekcie to prowadzi do zwiększenia stopnia ogólności w historiach. A i tak udaje się w tej książce zachwycić i zaintrygować młodych czytelników – i zaprosić ich do poznawania barwnego świata wyobraźni.
niedziela, 4 października 2026
Georgia McVeigh: Jestem tuż za tobą
Gorzka Czekolada, Media Rodzina, Poznań 2026.
Intrygi
Znakomity thriller psychologiczny proponuje Georgia McVeigh, znakomity pod kątem liczby snutych jednocześnie intryg i czarnych charakterów – nikomu w zasadzie nie można tu ufać, bo każdy niesie bagaż trudnych doświadczeń i przerażających zachowań albo teraz, albo w odległej przeszłości. Bohaterką, która prowadzi narrację, jest Iris – i początkowo wypada ona jako najbardziej pokrzywdzona przez los i rzeczywistość: straciła ukochanego, Freddie miał właśnie się oświadczać, kiedy zginął. Do tego nie dogaduje się z mamą, a ponadto kiedyś straciła siostrę bliźniaczkę. Wydawać by się mogło, że Iris jest ofiarą – jednak jako narratorka zdradza ona zbyt wielką ochotę do kontrolowania rzeczywistości i manipulowania ludźmi. Iris trafia na grupę wsparcia dla osób, które straciły kogoś bliskiego i przeżywają żałobę – tu może się podzielić swoją historią. Tu też poznaje Jacka, a przeznaczenie sprawia, że Jack stracił żonę w tym samym dniu co Iris chłopaka. Jack twierdzi, że Alice zmarła w wyniku choroby nowotworowej, a Iris pragnie poznać jego tajemnicę i zastąpić Alice u jego boku. Robi wszystko, żeby wkraść się w łaski przystojnego mężczyzny i zwrócić na siebie jego uwagę, ale bez kompromitujących doświadczeń. Jest bardzo bystra, a do tego ma wprawę w przekonywaniu ludzi, żeby robili dokładnie to, co sobie zaplanowała. I tu zaczyna się uwidaczniać jej talent do zmieniania rzeczywistości. Ale i Jack nie jest bez winy. Stopniowo Georgia McVeigh odsłania przed czytelnikami kulisy wydarzeń, które mogą wybrzmiewać co najmniej wstrząsająco. Czytelnicy dowiedzą się między innymi, co stało się z rodziną Iris, w jaki sposób straciła życie jej siostra (i jak zachowywała się wcześniej: kolejna postać, której sporo można zarzucić), a także – kim naprawdę był Freddie. Poznają również mroczną stronę Jacka. W tej książce nie ma ani jednej postaci, na której dałoby się opierać i na której budowałoby się kredyt zaufania: wszyscy mataczą, przeinaczają rzeczywistość i podporządkowują innych swoim potrzebom. A to dopiero początek dramatycznych wydarzeń. Autorka tworzy thriller psychologiczny, w którym wiele się dzieje – zwłaszcza w sferze manipulacji innymi – pokazuje, jak łatwo jest stworzyć alternatywną wersję wydarzeń i sprawić, żeby uwierzyli w nią wszyscy. Pozwala na snucie intryg nie tylko Iris i Jackowi, ale też dalszoplanowym postaciom. Sprawia, że nikt nie może czuć się bezpieczny i – że nie wiadomo, co naprawdę się wydarzyło, dopóki wreszcie ktoś nie zdecyduje się na wyznanie prawdy.
„Jestem tuż za tobą” to książka o gęstej narracji. Napisana zgrabnie i stworzona z myślą o czytelnikach, którzy cenią sobie silne emocje w warstwie psychologicznej. Charakteryzuje się ogromnym nasyceniem kombinacji w wykonaniu kolejnych postaci, a co za tym idzie – zmniejsza prawdopodobieństwo akcji. Ale na to nikt z fanów thrillerów nie będzie zwracał uwagi, skoro autorka decyduje się na przedstawianie mechanizmów działania psychopatycznych osobowości. Najtrudniej będzie uwierzyć w wielką miłość Iris do Jacka – ale kolejne wiadomości odkrywane przez autorkę doprowadzą do zrozumienia tej historii.
Intrygi
Znakomity thriller psychologiczny proponuje Georgia McVeigh, znakomity pod kątem liczby snutych jednocześnie intryg i czarnych charakterów – nikomu w zasadzie nie można tu ufać, bo każdy niesie bagaż trudnych doświadczeń i przerażających zachowań albo teraz, albo w odległej przeszłości. Bohaterką, która prowadzi narrację, jest Iris – i początkowo wypada ona jako najbardziej pokrzywdzona przez los i rzeczywistość: straciła ukochanego, Freddie miał właśnie się oświadczać, kiedy zginął. Do tego nie dogaduje się z mamą, a ponadto kiedyś straciła siostrę bliźniaczkę. Wydawać by się mogło, że Iris jest ofiarą – jednak jako narratorka zdradza ona zbyt wielką ochotę do kontrolowania rzeczywistości i manipulowania ludźmi. Iris trafia na grupę wsparcia dla osób, które straciły kogoś bliskiego i przeżywają żałobę – tu może się podzielić swoją historią. Tu też poznaje Jacka, a przeznaczenie sprawia, że Jack stracił żonę w tym samym dniu co Iris chłopaka. Jack twierdzi, że Alice zmarła w wyniku choroby nowotworowej, a Iris pragnie poznać jego tajemnicę i zastąpić Alice u jego boku. Robi wszystko, żeby wkraść się w łaski przystojnego mężczyzny i zwrócić na siebie jego uwagę, ale bez kompromitujących doświadczeń. Jest bardzo bystra, a do tego ma wprawę w przekonywaniu ludzi, żeby robili dokładnie to, co sobie zaplanowała. I tu zaczyna się uwidaczniać jej talent do zmieniania rzeczywistości. Ale i Jack nie jest bez winy. Stopniowo Georgia McVeigh odsłania przed czytelnikami kulisy wydarzeń, które mogą wybrzmiewać co najmniej wstrząsająco. Czytelnicy dowiedzą się między innymi, co stało się z rodziną Iris, w jaki sposób straciła życie jej siostra (i jak zachowywała się wcześniej: kolejna postać, której sporo można zarzucić), a także – kim naprawdę był Freddie. Poznają również mroczną stronę Jacka. W tej książce nie ma ani jednej postaci, na której dałoby się opierać i na której budowałoby się kredyt zaufania: wszyscy mataczą, przeinaczają rzeczywistość i podporządkowują innych swoim potrzebom. A to dopiero początek dramatycznych wydarzeń. Autorka tworzy thriller psychologiczny, w którym wiele się dzieje – zwłaszcza w sferze manipulacji innymi – pokazuje, jak łatwo jest stworzyć alternatywną wersję wydarzeń i sprawić, żeby uwierzyli w nią wszyscy. Pozwala na snucie intryg nie tylko Iris i Jackowi, ale też dalszoplanowym postaciom. Sprawia, że nikt nie może czuć się bezpieczny i – że nie wiadomo, co naprawdę się wydarzyło, dopóki wreszcie ktoś nie zdecyduje się na wyznanie prawdy.
„Jestem tuż za tobą” to książka o gęstej narracji. Napisana zgrabnie i stworzona z myślą o czytelnikach, którzy cenią sobie silne emocje w warstwie psychologicznej. Charakteryzuje się ogromnym nasyceniem kombinacji w wykonaniu kolejnych postaci, a co za tym idzie – zmniejsza prawdopodobieństwo akcji. Ale na to nikt z fanów thrillerów nie będzie zwracał uwagi, skoro autorka decyduje się na przedstawianie mechanizmów działania psychopatycznych osobowości. Najtrudniej będzie uwierzyć w wielką miłość Iris do Jacka – ale kolejne wiadomości odkrywane przez autorkę doprowadzą do zrozumienia tej historii.
sobota, 3 października 2026
Anna Nowacka: KLOPS. Koło Lokalnych Obrońców Polskich Smoków
Kropka, Warszawa 2026.
Walka z żabami
Anna Nowacka tworzy książkę w dawnym stylu, a jednak o mocno uproszczonej narracji, tak, żeby dzisiejszym maluchom podziałać trochę na wyobraźnię, trochę przekonać je do zgłębiania tematów polskich legend, a trochę – dostarczyć rozrywki. Po sukcesie tomu o Stowarzyszeniu Obrońców Smoków pojawia się na rynku „KLOPS. Koło Lokalnych Obrońców Polskich Smoków” – kolejna przygoda Staszka i jego kuzynki Heli. Pojawia się tu korowód barwnych ciotek, z których jedna wybitnie wyróżnia się przez swoje językowe pomysły. Ale rodzina niekoniecznie podzieli się wiadomościami, które posiada – już szybciej będzie zdobyć informacje z zupełnie innego źródła, zwłaszcza tego ignorowanego przez dorosłych. Ci uważają, że Niema nie dostarczy żadnych sensownych wskazówek – ale dzieci nie mają żadnych oporów przed działaniem i bez problemu docierają do danych. Akcja tym razem sięga w zamierzchłą przeszłość, to jest... do 1982 roku, dla bohaterów to niemal era dinozaurów. Trzeba będzie zatem podziałać w Muzeum Zamkowym, ale całość nabierze tempa, kiedy na horyzoncie pojawi się Licho. Licho, stale (nadal) obecne w języku, teraz ma sporo do powiedzenia i mocno wpływa na kierunek działań, a zabawy językowe stanowią tylko dodatek do eksponowania jego znaczenia (chociaż Marta Kisiel z Lichem radziła sobie znacznie lepiej). Pojawi się tu cały szereg baśniowych lub legendowych stworzeń, z których każde może posługiwać się innym rodzajem magii – i tylko najbardziej uważni czytelnicy nie pogubią się w obecności wszystkich tych istot. A w pewnym momencie na scenę wkroczą płazy. Drachenwald Fest to impreza idealna do realizowania własnych, niekoniecznie zgodnych z prawem, celów, a także do stworzenia chaosu, który zamaskuje właściwe intencje. Trzeba będzie nie lada sprytu, żeby poradzić sobie w takiej sytuacji.
KLOPS to akronim, który w poprzedniej części pojawił się, sugerując czytelnikom możliwość stworzenia dalszych przygód bohaterów wkraczających w świat legend (w codzienności Krakowa). W tym tomie czytelnicy również na finał otrzymają pewien ciekawy skrót zapowiadający dalsze przygody – w końcu Stowarzyszenie Obrońców Smoków odbiło się szerokim echem wśród młodych czytelników i animatorów – więc trzeba wykorzystać zainteresowanie. Co ciekawe, Anna Nowacka pisze książkę w sposób, który nie zwraca nadmiernej uwagi na literackość: nie dba o zarzucanie czytelników przesadnie rozbudowaną narracją, liczą się wydarzenia – nawet jeśli brak koncentracji na stylistyce sprawia, że ta książka nie buduje w odbiorcach całego wykreowanego świata. To rzeczywiście ukłon w stronę małych odbiorców, tych, którzy nie przepadają za rozbudowanymi opisami – Anna Nowacka decyduje się kłaść akcent bardziej na bieg wydarzeń niż na sposób ich prezentowania. „KLOPS” to publikacja dla fanów opowieści o dzieciach w świecie smoków – i jednocześnie odejście od wielkich narracji fantasy. Anna Nowacka pisze prostą książkę dla tych wszystkich, którzy nie mają ochoty na przedzieranie się przez tekst. Z jednej strony – trochę szkoda potencjału, z drugiej – w pełni zrozumiałe jest takie nastawienie przy świadomości rozproszonej uwagi u małych odbiorców dzisiaj. Co ważne, nie ma tu natrętnej edukacyjności – elementy legend funkcjonują w tle, ale są jedynie dodatkiem do wydarzeń.
Walka z żabami
Anna Nowacka tworzy książkę w dawnym stylu, a jednak o mocno uproszczonej narracji, tak, żeby dzisiejszym maluchom podziałać trochę na wyobraźnię, trochę przekonać je do zgłębiania tematów polskich legend, a trochę – dostarczyć rozrywki. Po sukcesie tomu o Stowarzyszeniu Obrońców Smoków pojawia się na rynku „KLOPS. Koło Lokalnych Obrońców Polskich Smoków” – kolejna przygoda Staszka i jego kuzynki Heli. Pojawia się tu korowód barwnych ciotek, z których jedna wybitnie wyróżnia się przez swoje językowe pomysły. Ale rodzina niekoniecznie podzieli się wiadomościami, które posiada – już szybciej będzie zdobyć informacje z zupełnie innego źródła, zwłaszcza tego ignorowanego przez dorosłych. Ci uważają, że Niema nie dostarczy żadnych sensownych wskazówek – ale dzieci nie mają żadnych oporów przed działaniem i bez problemu docierają do danych. Akcja tym razem sięga w zamierzchłą przeszłość, to jest... do 1982 roku, dla bohaterów to niemal era dinozaurów. Trzeba będzie zatem podziałać w Muzeum Zamkowym, ale całość nabierze tempa, kiedy na horyzoncie pojawi się Licho. Licho, stale (nadal) obecne w języku, teraz ma sporo do powiedzenia i mocno wpływa na kierunek działań, a zabawy językowe stanowią tylko dodatek do eksponowania jego znaczenia (chociaż Marta Kisiel z Lichem radziła sobie znacznie lepiej). Pojawi się tu cały szereg baśniowych lub legendowych stworzeń, z których każde może posługiwać się innym rodzajem magii – i tylko najbardziej uważni czytelnicy nie pogubią się w obecności wszystkich tych istot. A w pewnym momencie na scenę wkroczą płazy. Drachenwald Fest to impreza idealna do realizowania własnych, niekoniecznie zgodnych z prawem, celów, a także do stworzenia chaosu, który zamaskuje właściwe intencje. Trzeba będzie nie lada sprytu, żeby poradzić sobie w takiej sytuacji.
KLOPS to akronim, który w poprzedniej części pojawił się, sugerując czytelnikom możliwość stworzenia dalszych przygód bohaterów wkraczających w świat legend (w codzienności Krakowa). W tym tomie czytelnicy również na finał otrzymają pewien ciekawy skrót zapowiadający dalsze przygody – w końcu Stowarzyszenie Obrońców Smoków odbiło się szerokim echem wśród młodych czytelników i animatorów – więc trzeba wykorzystać zainteresowanie. Co ciekawe, Anna Nowacka pisze książkę w sposób, który nie zwraca nadmiernej uwagi na literackość: nie dba o zarzucanie czytelników przesadnie rozbudowaną narracją, liczą się wydarzenia – nawet jeśli brak koncentracji na stylistyce sprawia, że ta książka nie buduje w odbiorcach całego wykreowanego świata. To rzeczywiście ukłon w stronę małych odbiorców, tych, którzy nie przepadają za rozbudowanymi opisami – Anna Nowacka decyduje się kłaść akcent bardziej na bieg wydarzeń niż na sposób ich prezentowania. „KLOPS” to publikacja dla fanów opowieści o dzieciach w świecie smoków – i jednocześnie odejście od wielkich narracji fantasy. Anna Nowacka pisze prostą książkę dla tych wszystkich, którzy nie mają ochoty na przedzieranie się przez tekst. Z jednej strony – trochę szkoda potencjału, z drugiej – w pełni zrozumiałe jest takie nastawienie przy świadomości rozproszonej uwagi u małych odbiorców dzisiaj. Co ważne, nie ma tu natrętnej edukacyjności – elementy legend funkcjonują w tle, ale są jedynie dodatkiem do wydarzeń.
piątek, 2 października 2026
Paulina Mazurek, Michał Myśliński: ORNO. Historia i drugie życie PRL-owskiej biżuterii
Marginesy, Warszawa 2026.
Ozdoby
Ta książka jest niezwykła i sięgną po nią nie tylko fani biżuterii retro, ale też wszyscy ci, którzy z nostalgii za PRL-em zrobili sobie sposób na życie. „ORNO. Historia i drugie życie PRL-owskiej biżuterii” to publikacja popularyzatorska, ale z pogranicza badań i hobby. To książka albumowa, wypełniona zdjęciami i ciekawostkami, do których zwykli czytelnicy samodzielnie raczej by nie dotarli. Ten tom zachęca do sięgania do szuflad babć i na stare strychy w poszukiwaniu skarbów, które być może przy zwyczajnym oglądaniu zostałyby odrzucone, jako mało efektowne albo wręcz niepasujące do dzisiejszych standardów.
Biżuteria z PRL-u to nie tylko cenne materiały: srebro i kamienie szlachetne. Znacznie częściej, zwłaszcza na początku – to wykorzystywanie surowców wtórnych, stal i blacha z odzysku, a do tego kamienie jubilerskie (a czasami zupełnie inne, w ogóle niepasujące do wyobrażeń o wartościowych minerałach). Z jednej strony to borykanie się z oczekiwaniami klientów liczących na odnowienie dawnych przedmiotów i przywrócenie im blasku, z drugiej – patyna, która tylko uszlachetnia elementy biżuterii. I w tym wszystkim ORNO – zapomniana niemal dzisiaj spółdzielnia, grono ludzi, którzy wykazywali się zręcznością, wyobraźnią i umiejętnością obrabiania metali za pomocą dostępnych akurat narzędzi. Tu nie ma mowy o produkcji seryjnej, wręcz przeciwnie: kolejne pomysły powielane były w niezbyt imponującej liczbie egzemplarzy, a to oznacza, że dzisiaj należą do rzadkości i ich znalezienie u bliskich w szkatułkach może być wielką niespodzianką i nagrodą jednocześnie. Co ciekawe, autorom udało się dotrzeć do jednego twórcy, którego projekty definiowały przez pewien czas jedną z linii ORNO-wskiej biżuterii – jego wspomnienia stanowią najbardziej interesującą część książki. Z kolei młodszym pokoleniom przyda się opowieść o dziełach wytwarzanych nie taśmowo, a w odpowiedzi na zapotrzebowanie rynkowe. Dzięki książce dowiemy się, kto ze znanych postaci stał się klientem ORNO – ale nie dostaniemy rejestru wszystkich klientów, zresztą to nie byłoby potrzebne.
Duża jest szansa, że taka publikacja zachęci influencerów i szafiarki do tworzenia stylizacji – ale w książce nie ma miejsca na dopasowywanie biżuterii do stroju. Za to otrzymują odbiorcy mnóstwo zdjęć prezentujących same dzieła: zwykle nie da się ani ustalić autorstwa, ani datować poszczególnych produktów, więc trzeba się będzie zadowolić ogólnikowymi danymi – za to oglądanie fotografii pozwoli na wyrobienie sobie zdania o pomysłach dawnych twórców. Jest tu mnóstwo pierścionków i broszek, ale poza nimi też między innymi bransoletki, kolie czy spinki do mankietów, są też przedmioty codziennego użytku – te w zdecydowanej mniejszości. Autorzy chcą też podsunąć odbiorcom przekonanie, że mają do czynienia z przedmiotami o dużej wartości, nawet jeśli na pierwszy rzut oka nie wyglądają jak wyjątkowo cenne klejnoty – tu liczy się stan przedmiotu, ale też jakość wykonania czy projekt wymagający mniej lub więcej pracy. Uczą, jak oceniać znalezione elementy biżuterii – i rozpoznawać ich autentyczność. I dzięki temu „ORNO” to książka dla czytelników ciekawa. Tylko w razie kolejnych wydań przydałoby się poprawić "półkułeczka", bo razi...
Ozdoby
Ta książka jest niezwykła i sięgną po nią nie tylko fani biżuterii retro, ale też wszyscy ci, którzy z nostalgii za PRL-em zrobili sobie sposób na życie. „ORNO. Historia i drugie życie PRL-owskiej biżuterii” to publikacja popularyzatorska, ale z pogranicza badań i hobby. To książka albumowa, wypełniona zdjęciami i ciekawostkami, do których zwykli czytelnicy samodzielnie raczej by nie dotarli. Ten tom zachęca do sięgania do szuflad babć i na stare strychy w poszukiwaniu skarbów, które być może przy zwyczajnym oglądaniu zostałyby odrzucone, jako mało efektowne albo wręcz niepasujące do dzisiejszych standardów.
Biżuteria z PRL-u to nie tylko cenne materiały: srebro i kamienie szlachetne. Znacznie częściej, zwłaszcza na początku – to wykorzystywanie surowców wtórnych, stal i blacha z odzysku, a do tego kamienie jubilerskie (a czasami zupełnie inne, w ogóle niepasujące do wyobrażeń o wartościowych minerałach). Z jednej strony to borykanie się z oczekiwaniami klientów liczących na odnowienie dawnych przedmiotów i przywrócenie im blasku, z drugiej – patyna, która tylko uszlachetnia elementy biżuterii. I w tym wszystkim ORNO – zapomniana niemal dzisiaj spółdzielnia, grono ludzi, którzy wykazywali się zręcznością, wyobraźnią i umiejętnością obrabiania metali za pomocą dostępnych akurat narzędzi. Tu nie ma mowy o produkcji seryjnej, wręcz przeciwnie: kolejne pomysły powielane były w niezbyt imponującej liczbie egzemplarzy, a to oznacza, że dzisiaj należą do rzadkości i ich znalezienie u bliskich w szkatułkach może być wielką niespodzianką i nagrodą jednocześnie. Co ciekawe, autorom udało się dotrzeć do jednego twórcy, którego projekty definiowały przez pewien czas jedną z linii ORNO-wskiej biżuterii – jego wspomnienia stanowią najbardziej interesującą część książki. Z kolei młodszym pokoleniom przyda się opowieść o dziełach wytwarzanych nie taśmowo, a w odpowiedzi na zapotrzebowanie rynkowe. Dzięki książce dowiemy się, kto ze znanych postaci stał się klientem ORNO – ale nie dostaniemy rejestru wszystkich klientów, zresztą to nie byłoby potrzebne.
Duża jest szansa, że taka publikacja zachęci influencerów i szafiarki do tworzenia stylizacji – ale w książce nie ma miejsca na dopasowywanie biżuterii do stroju. Za to otrzymują odbiorcy mnóstwo zdjęć prezentujących same dzieła: zwykle nie da się ani ustalić autorstwa, ani datować poszczególnych produktów, więc trzeba się będzie zadowolić ogólnikowymi danymi – za to oglądanie fotografii pozwoli na wyrobienie sobie zdania o pomysłach dawnych twórców. Jest tu mnóstwo pierścionków i broszek, ale poza nimi też między innymi bransoletki, kolie czy spinki do mankietów, są też przedmioty codziennego użytku – te w zdecydowanej mniejszości. Autorzy chcą też podsunąć odbiorcom przekonanie, że mają do czynienia z przedmiotami o dużej wartości, nawet jeśli na pierwszy rzut oka nie wyglądają jak wyjątkowo cenne klejnoty – tu liczy się stan przedmiotu, ale też jakość wykonania czy projekt wymagający mniej lub więcej pracy. Uczą, jak oceniać znalezione elementy biżuterii – i rozpoznawać ich autentyczność. I dzięki temu „ORNO” to książka dla czytelników ciekawa. Tylko w razie kolejnych wydań przydałoby się poprawić "półkułeczka", bo razi...
czwartek, 1 października 2026
Andy Griffiths: Misja Przygoda. Stwór masłoorzechowy
Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.
Spadanie
Drugi tom serii Misja Przygoda to opowieść zakręcona, zwariowana i wypełniona dziwnymi wydarzeniami, które w zasadzie zdarzyć się nie mogą, ale bohaterom – dwóm niekoniecznie poważnym ludziom, których głowy zastępują na ilustracjach kartonowe pudełka – przytrafiają się notorycznie. Tym razem ciekawość rozbudza miejsce, które powinno pozostać daleko od zainteresowań, zwłaszcza że nie wiadomo o nim nic. Wielka dziura w ziemi przyciąga, a bohaterowie zastanawiają się nad tym, jak zbadać jej głębokość (można na przykład wrzucić kamień i odliczać, tylko co kamień na to?), a później już w ogóle się nie zastanawiają, bo są zajęci spadaniem. W końcu stwór masłoorzechowy (wyglądający jak ogromna gruda masła orzechowego, tylko z wielką paszczą i jeszcze większym apetytem) nie może mieszkać w normalnym miejscu. A z kolei na dnie kilku kolejnych dziur musi być coś atrakcyjnego, żeby przyciągnąć czytelników do tomu. „Stwór masłoorzechowy” to druga opowieść duetu Andy Griffiths i Bill Hope – ten pierwszy daje odbiorcom dynamiczną opowieść, w której spotyka się znanych już bohaterów – i całe mnóstwo nowych dziwnych postaci. Ten drugi zajmuje się ilustracjami, dzięki którym całość nabiera charakteru i komizmu jeszcze większego niż przy tradycyjnej narracji.
Bo siłą serii Misja Przygoda – tak samo jak w przypadku Domku na drzewie – są dowcipne scenki i absurd, który zamienia się w śmiech. Tu niezwykle groźne doświadczenia kończą się zawsze dobrze, chociaż często trzeba się napocić, żeby otrzymać pożądany efekt. Nic w tym świecie nie jest oczywiste: Andy Griffiths tylko bazuje na znanej odbiorcom rzeczywistości, ale bardzo chętnie ją ubarwia, modyfikuje albo wręcz odwraca, żeby zafundować dziwne przeżycia i ekstremalne zjawiska. Tu podróż do wnętrza Ziemi nie wiąże się z wielkim ryzykiem, a podczas długotrwałego spadania da się zabijać czas organizacją pikniku – i wszystko bardzo pasuje do akcji. W związku z tym całość fascynuje młodych odbiorców, wciąga ich przez brak pouczeń i przez odejście od rutyny. Andy Griffiths pokazuje, na czym polega moc wyobraźni – jest idealnym twórcą do tego: przypomina dzieciom, że wszystko może się wydarzyć, jeśli tylko odrzuci się sztuczne ograniczenia. Przy takich książkach wszystkie gry komputerowe, kreskówki czy filmy wydają się uproszczone i pozbawione tempa – a to oznacza, że autor może przekonać do czytania tych, którzy powinni do takiej rozrywki przekonać się w pierwszej kolejności. „Stwór masłoorzechowy” jest tylko z pozoru książką pozbawioną sensu: w istocie jej sensem jest dostarczenie radości najmłodszym czytelnikom, a więc – promowanie czytelnictwa przez zabawę. I dlatego ta publikacja zasługuje na uwagę i na uznanie. Wiadomo, że z Lepkimi Rączkami i dwoma bohaterami prowadzącymi opowieść jeszcze się spotkamy – to postacie, które się tak łatwo nie znudzą, zwłaszcza jeśli jednym z ich zadań jest pokazywanie czytelnikom, że książki to nie nuda i powtarzalność.
Spadanie
Drugi tom serii Misja Przygoda to opowieść zakręcona, zwariowana i wypełniona dziwnymi wydarzeniami, które w zasadzie zdarzyć się nie mogą, ale bohaterom – dwóm niekoniecznie poważnym ludziom, których głowy zastępują na ilustracjach kartonowe pudełka – przytrafiają się notorycznie. Tym razem ciekawość rozbudza miejsce, które powinno pozostać daleko od zainteresowań, zwłaszcza że nie wiadomo o nim nic. Wielka dziura w ziemi przyciąga, a bohaterowie zastanawiają się nad tym, jak zbadać jej głębokość (można na przykład wrzucić kamień i odliczać, tylko co kamień na to?), a później już w ogóle się nie zastanawiają, bo są zajęci spadaniem. W końcu stwór masłoorzechowy (wyglądający jak ogromna gruda masła orzechowego, tylko z wielką paszczą i jeszcze większym apetytem) nie może mieszkać w normalnym miejscu. A z kolei na dnie kilku kolejnych dziur musi być coś atrakcyjnego, żeby przyciągnąć czytelników do tomu. „Stwór masłoorzechowy” to druga opowieść duetu Andy Griffiths i Bill Hope – ten pierwszy daje odbiorcom dynamiczną opowieść, w której spotyka się znanych już bohaterów – i całe mnóstwo nowych dziwnych postaci. Ten drugi zajmuje się ilustracjami, dzięki którym całość nabiera charakteru i komizmu jeszcze większego niż przy tradycyjnej narracji.
Bo siłą serii Misja Przygoda – tak samo jak w przypadku Domku na drzewie – są dowcipne scenki i absurd, który zamienia się w śmiech. Tu niezwykle groźne doświadczenia kończą się zawsze dobrze, chociaż często trzeba się napocić, żeby otrzymać pożądany efekt. Nic w tym świecie nie jest oczywiste: Andy Griffiths tylko bazuje na znanej odbiorcom rzeczywistości, ale bardzo chętnie ją ubarwia, modyfikuje albo wręcz odwraca, żeby zafundować dziwne przeżycia i ekstremalne zjawiska. Tu podróż do wnętrza Ziemi nie wiąże się z wielkim ryzykiem, a podczas długotrwałego spadania da się zabijać czas organizacją pikniku – i wszystko bardzo pasuje do akcji. W związku z tym całość fascynuje młodych odbiorców, wciąga ich przez brak pouczeń i przez odejście od rutyny. Andy Griffiths pokazuje, na czym polega moc wyobraźni – jest idealnym twórcą do tego: przypomina dzieciom, że wszystko może się wydarzyć, jeśli tylko odrzuci się sztuczne ograniczenia. Przy takich książkach wszystkie gry komputerowe, kreskówki czy filmy wydają się uproszczone i pozbawione tempa – a to oznacza, że autor może przekonać do czytania tych, którzy powinni do takiej rozrywki przekonać się w pierwszej kolejności. „Stwór masłoorzechowy” jest tylko z pozoru książką pozbawioną sensu: w istocie jej sensem jest dostarczenie radości najmłodszym czytelnikom, a więc – promowanie czytelnictwa przez zabawę. I dlatego ta publikacja zasługuje na uwagę i na uznanie. Wiadomo, że z Lepkimi Rączkami i dwoma bohaterami prowadzącymi opowieść jeszcze się spotkamy – to postacie, które się tak łatwo nie znudzą, zwłaszcza jeśli jednym z ich zadań jest pokazywanie czytelnikom, że książki to nie nuda i powtarzalność.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






