* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

sobota, 20 czerwca 2026

Debbie Tung: Moje doskonale niedoskonałe ciało

Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.

Jedzenie

Debbie Tung po raz kolejny udowadnia, że nie tylko jest doskonałą rysowniczką, ale też potrafi oddać w rozłożystych komiksach cały wachlarz emocji i uczuć, z jakimi mierzą się nastolatki. „Moje doskonale niedoskonałe ciało” to jej kolejna propozycja kierowana nie tylko do młodych odbiorców – po tę książkę sięgnąć powinni wszyscy wrażliwcy i wszyscy ci, którzy kiedykolwiek zastanawiali się nad mocą słów.

Bohaterka tej opowieści rozrysowanej na precyzyjne i robiące wielkie wrażenie kadry na początku jest zwyczajną nastolatką. Nie myśli przesadnie o swoim wyglądzie (chociaż wie, że nie mieści się w spodnie pożyczone od siostry), cieszy się życiem i robi wszystko to, co lubi. Wydaje się szczęśliwa, a do tego jest utalentowana sportowo – wygrywa szkolne wyścigi, dobrze sobie radzi z wyzwaniami w tej dziedzinie. Wszystko zaczyna się psuć od maleńkich kroków, detali, na które nikt postronny nie zwróciłby uwagi: mama rzuca uwagi dotyczące posiłków, wolałaby, żeby nastolatka nie brała potężnych dokładek. Koledzy w szkole bez skrępowania dzielą się opiniami na temat rówieśniczek – zwłaszcza bezlitośnie komentują niedoskonałości w ich ciałach, nawet jeśli sami są dalecy od ideału. Bohaterka książki w pewnym momencie przekonuje się, że wygląd ma znaczenie. Próbuje zrobić coś z cerą i cellulitem, ale najważniejsze zmiany zachodzą w kwestii jedzenia: dziewczyna zaczyna obsesyjnie kontrolować posiłki i uzależnia się od codziennego wysiłku fizycznego. Katuje się, żeby osiągnąć wymarzoną – a raczej narzuconą kulturowo, nieosiągalną – sylwetkę. Tylko że robi się coraz gorzej.

I Debbie Tung wprowadza tu osłony dla odbiorczyń. Przypomina, że zdjęcia w reklamach są poprawiane cyfrowo i nikt nie wygląda tak jak idealne modelki, tłumaczy, że ciała są różne i nie ma kanonu piękna, że każdy może być tym, kim chce – i równolegle prowadzi opowieść o dziewczynie, która wpadła w pułapkę własnych myśli i nie chce jeszcze szukać profesjonalnej pomocy, bo wydaje jej się, że poradzi sobie sama z obciążeniami, w które się uwikłała. Cenna jest ta książka ze względu na dwie perspektywy: Debbie Tung pokazuje otoczenie dziewczyny i jej najskrytsze myśli oraz uczucia – dzięki temu czytelniczki borykające się z podobnymi problemami poczują się zrozumiane i być może inaczej spojrzą na siebie, z kolei rodzice czy opiekunowie przekonają się, że rzeczywistość bywa złudna i warto czasem zagłębić się w temat, żeby zapobiec katastrofie.

Ale poza przesłaniami – to po prostu wciągająca i mocna opowieść. Debbie Tung stawia na minimalizm w słowach i obrazkach, ale zdarza się, że poszczególne myśli rozbija na frazy i na kolejne kadry – tak, żeby silniej wybrzmiały, żeby można było dotrzeć do czytelników i zapewnić im zestaw naprawdę mocnych wrażeń. Jest to tomik znakomicie narysowany, pokazuje nie tylko kunszt Debbie Tung, ale też pomysłowość i umiejętność wyciągania esencji z tematu. To bardzo ważna historia – która automatycznie buduje grono odbiorców zainteresowanych jej autorką. „Moje doskonale niedoskonałe ciało” to publikacja, którą trzeba podsuwać młodym ludziom – żeby scenariusze w niej zawarte już się nie powtarzały.

piątek, 19 czerwca 2026

Elizabeth Gilbert: Aż do rzeki. Opowieść o miłości, stracie i wyzwoleniu

Rebis, Poznań 2026.

Uzależnienie

Elizabeth Gilbert kojarzona jest przez liczne i wierne grono odbiorczyń, jako miła i sympatyczna pani od „Jedz, módl się i kochaj” – i świetnie zdaje sobie z tej etykietki sprawę. Równie dobrze zna swoje wady, te, których opinia publiczna do tej pory nie miała szans dostrzec. I tu zaczyna się wewnętrzny konflikt, który prowadzi do jednocześnie najpiękniejszej i najstraszniejszej przygody w życiu autorki bestsellerów. Elizabeth Gilbert wie doskonale, że jest uzależniona od związków i miłości, w tym tej fizycznej – i że uzależnienie paradoksalnie nie pozwala jej zbudować sensownej relacji z drugim człowiekiem. Na razie układa sobie życie, ale wszystko zmienia się w chwili, w której poznaje Rayyę. Ta bezkompromisowa fryzjerka z początku staje się przyjaciółką – szczerą, bez namysłu zdolną powiedzieć najtrudniejszą prawdę prosto w oczy, a przy tym zadziwiająco bezbronną i pełną wewnętrznych sprzeczności. Rayya ma w swojej przeszłości pobyt w więzieniu i uzależnienie od narkotyków, to postać, która z pewnością nie jest kryształowa. Ale to przy Rayyi Elizabeth Gilbert czuje się dobrze i bezpiecznie. I w pewnym momencie podejmuje decyzję o dzieleniu życia z przyjaciółką.

„Aż do rzeki” to wzruszające i wstrząsające pożegnanie. Rayya nie żyje, o czym czytelnicy dowiedzą się natychmiast: kobieta przegrała walkę z chorobą nowotworową i z powrotem do nałogu – zresztą w terminalnej fazie choroby nikt nie chce prowadzić z nią nierównych walk o jakość życiowych wyborów. Elizabeth Gilbert opowiada o tej postaci, raz nawiązując do porozumienia dusz i boskich interwencji, raz – snując relację z najgorszego życiowego bagna, na jakie dotarła sama, ufna w swoją intuicję. Jest to studium miłości na przekór wszystkiemu, opowieść o zaangażowaniu i oddaniu, które raz może budować, a raz – niszczyć. Elizabeth Gilbert najpierw stawia Rayyi najpiękniejszy pomnik, żeby za chwilę zburzyć go z hukiem i odebrać czytelnikom wszystkie złudzenia. Rayya jest cudowna – do czasu. A kiedy nie jest cudowna, robi się najgorsza. I wtedy nie ma skrupułów, żeby zniszczyć wszystko, co wcześniej było dla niej ważne. Elizabeth Gilbert nie szuka nawet usprawiedliwień – doskonale wie, że sama nie jest bez winy i że pułapki, w jakie wpadła razem z Rayyą mogły doprowadzić do katastrofy dla obu stron. A jednak nie wyplątuje się z tego uczucia, a potem nie wybiela się, chociaż ma okazję, bo przecież czytelnicy przyjęliby każdą historię, nie mieli dostępu do prawdziwych sytuacji i przeżyć. Dokonuje autoanalizy i spowiada się z własnych problemów ze sobą – i nawet nie podaje tego jako przestrogi dla czytelników, w końcu sam musi wybrać własną drogę. Pokazuje jednak potencjalne źródła dramatu i zaznacza, w którym momencie sytuacja stała się groźna. Elizabeth Gilbert tłumaczy też czytelnikom, kiedy poprosiła o pomoc i dlaczego – miłość zamieniła się w więzienie i w niebezpieczeństwo. I w tym wszystkim przez cały czas widoczna jest tęsknota za Rayyą, wielkie uczucie do niej i chęć upamiętnienia jej wyjątkowości. Być może odbiorcom będzie trudno zrozumieć tak olbrzymią fascynację – nie zmieni to jednak faktu, że Elizabeth Gilbert podzieli się czymś bardzo osobistym i wyjątkowym.

czwartek, 18 czerwca 2026

Ralf Butschkow: Mam przyjaciółkę instruktorkę jazdy konnej

Media Rodzina, Poznań 2026.

W stajni

Ta seria stale się rozwija – ku uciesze maluchów i ich rodziców. Nie ma obecnie na rynku wydawniczym lepszej prezentacji różnych zawodów – i pokazywania dzieciom, jak wiele możliwości w dorosłym życiu mają. Za każdym razem opowieść rozwija się podobnie: ramą jest posiadanie przez małego bohatera przyjaciela – przeważnie sąsiada, ale nie jest to reguła – który ma ciekawy zawód i postanawia zaprezentować tajniki tego fachu dziecku. Bohater w ten sposób zyskuje możliwość wejścia tam, gdzie zwykle dzieci nie są wpuszczane – i zadawania kolejnych pytań, tak, żeby jak najwięcej dowiedzieć się o zajęciu. Wszystko ma charakter informacji i rozpoznawania przez maluchy oryginalnych zawodów – a prowadzi do zapowiedzi, że młody przewodnik chce zostać przedstawicielem tego zawodu, który właśnie poznał od podszewki. Dzięki takiej narracji odbiorcy dowiadują się bardzo dużo o różnych pracach i może to wpłynąć na ich decyzje dotyczące kariery – lub na razie na marzenia.

Rama kompozycyjna pozwala tu różnym twórcom na działania – Ralf Butschkow to autor, którego nazwisko często pojawia się w serii – jest bowiem znakomitym ilustratorem i twórcą, który dobrze czuje się w cyklu i wie, jak opowiadać dzieciom o kolejnych zajęciach. Tym razem tomik nosi tytuł „Mam przyjaciółkę instruktorkę jazdy konnej” – więc najmłodsi wybiorą się do stajni i sprawdzą, jak pracować z końmi.

Bohaterka tego tomiku przygląda się między innymi, jak wyglądają lekcje dla dzieci: ale to temat dostępny dla wielu odbiorców zainteresowanych chociaż trochę końskimi motywami – lektura musi zatem poprowadzić czytelników dalej. Ania, która pracuje przy koniach, zabiera bohaterkę do boksów, uczy, jak wyczyścić konia po treningu i jak zadbać o jego boks, co zrobić, żeby koń się nie przeziębił i jak nie dać się kopnąć zwierzęciu. Bohaterka czuje respekt wobec ogromnych stworzeń – uczy się zatem, jakie są zasady ostrożności, żeby nic się jej nie stało. Dieta konia, przybijanie podków, siodłanie konia – to wszystko się tu pojawia, a jest odpowiedzią na niezadawane przez małych odbiorców pytania. Autor znajduje nawet sposób na przekonanie dzieci, jak ćwiczyć umiejętności przydatne do pracy z końmi jeszcze bez kontaktu ze zwierzętami – dzięki temu uświadamia maluchom, że pobyt w stadninie czy w stajniach nie jest tak do końca niezbędny, bo można trenować samodzielnie i w zaciszu własnego domu.

Ralf Butschkow zajął się też stroną graficzną, proponuje realistycznie wyglądające i komiksowe jednocześnie obrazki, które przykuwają uwagę i pozwalają utrwalać zdobywane wiadomości – to cenne zwłaszcza kiedy autor opowiada o różnych rasach koni albo o elementach wyposażenia. Poza tym nie należy zapominać, że mamy tu do czynienia z książką dla najmłodszych – więc rysunki pełnią też rolę wabika. I chociaż to tomik, który został przygotowany jako edukacyjno-informacyjny, daje się go potraktować też jako publikację rozrywkową – nie tylko przynosi wiadomości o zawodzie, ale też rozbudza wyobraźnię najmłodszych odbiorców.

środa, 17 czerwca 2026

Cornelia Funke: Król złodziei

Kropka, Warszawa 2026.

Kino

Cornelia Funke ma rękę do bestsellerów i do książek, które z pewnością wejdą do kanonu literatury czwartej. Po doskonale przyjętej Atramentowej serii przychodzi czas na „Króla złodziei”, kolejny ukłon w stronę przygodowych lektur z dzieciństwa. Tu nie ma taryfy ulgowej – wszystko zostało stworzone tak, jak spodziewaliby się badacze klasyki, a jednocześnie tak, by zachęcić najmłodszych do czytania dla przyjemności. Dzieje się mnóstwo, w dodatku to, co się dzieje, ma posmak awanturniczości. I – o dziwo – sprawdza się to wszystko w lekturze, która nie poucza, a przypomina podstawowe prawdy: jedni chcieliby jak najdłużej zostać dziećmi, drudzy marzą o tym, żeby z tego dzieciństwa jak najszybciej się wydostać.

W „Królu złodziei” autorka przedstawia czytelnikom dwóch braci: Prosper opiekuje się pięcioletnim Bo. To dzieci, które nie mają już rodziców, a wkrótce nie będą też mieć wspólnego kochającego domu: ciotka zamierza przygarnąć młodszego z braci, a starszego wysłać jak najdalej, najlepiej do szkoły z internatem – kompletnie przy tym nie przejmuje się więzią między dziećmi. Prosper wie, że nie może pozwolić na to, by ktokolwiek przejął opiekę nad Bo – ucieka więc z bratem do Wenecji. A tu trafia na Króla złodziei, rówieśnika, który jest w stanie zapewnić mu schronienie. Król złodziei to Scipio. To on wyznacza grupie dzieci, którymi zarządza, kolejne cele do zrealizowania. W tej bandzie jest tylko jedna dziewczyna, a teraz będzie też tylko jeden pięciolatek. Wszystkie dzieci słuchają Scipia – ten przynosi najlepsze fanty i zawsze wie, co zrobić. W dodatku jest nieuchwytny, jako złodziej ma na koncie najlepsze łupy. Wreszcie – to Scipio sprawił, że dzieci mają się gdzie podziać. Mieszkają w starym nieczynnym kinie: to miejsce staje się ich prawdziwym domem. Trzymają się razem i starają się wzajemnie o siebie troszczyć, a do tego bez wahania podporządkowują się Scipiowi. I to właśnie ta gromada przyjmuje teraz Prospera i Bo, a nawet zwierzęta, którymi trzeba się zaopiekować. Ci, którzy nie mają nic, są najbardziej skłonni do dzielenia się z innymi – i to może krzepić odbiorców i nie tylko ich.

Oczywiście na sielankę nie ma czasu, bo już wkrótce u weneckiego detektywa pojawiają się ci, którzy chcą opiekować się samym Bo – a to oznacza, że dzieci znajdą się na celowniku. O ile starsze są zawsze sprytne i potrafią wywieść w pole niejednego dorosłego, o tyle naiwny kilkulatek liczy na przyjaźń i pomoc. Cornelia Funke stawia jednak czasami na zdrowy rozsądek: gromadka dzieci nie poradzi sobie bez wsparcia dorosłych, wprowadza więc z czasem bohaterów, którzy będą mogli pomóc ekipie króla złodziei i wydobyć jej członków z opresji. Bo dzieci bez wątpienia w kłopoty się nieraz wpakują. Wszystko jednak zmieni się, kiedy na jaw wyjdzie tajemnica króla złodziei: tu wejdzie w grę nie tylko ucieczka i pokonywanie trudności wprowadzanych przez dorosłych, ale też walka o władzę i próba zachowania tożsamości. Jakby tego było mało, autorka dodaje między innymi wielką misję, którą musi wypełnić skłócony zespół – robi wszystko, żeby wciągnąć odbiorców w atrakcyjną, barwną i niebanalną fabułę i zagrać im na wyobraźni. I udaje jej się to znakomicie.

wtorek, 16 czerwca 2026

Sarah Pekkanen: Dom ze szkła

Gorzka Czekolada, Media Rodzina, Poznań 2026.

Ostrza

Sądowa rzeczniczka interesu dziecka – tym właśnie na co dzień zajmuje się Stella Hudson i jest w swojej pracy znakomita. Przenikliwa, bystra, spostrzegawcza i odważna – zależy jej na tym, żeby wskazać to, co dla maluchów po traumie będzie najlepsze – musi zatem poznawać wszystkie aspekty ich życia i potencjalnej przyszłości. Stella do pracy dodaje wątek osobisty: wciąż mierzy się ze stratą matki, z osieroceniem i własną bezradnością. Chociaż obecnie to ona dyktuje warunki, ciężką pracą rekompensuje sobie niemożliwość ukojenia siebie-dziecka. Kiedy niesie lepszą przyszłość swoim klientom, tak naprawdę walczy o siebie samą, nawet jeśli tego sobie nie uświadamia. Stella jest bardzo dobra w swojej pracy. Nie pomija żadnego szczegółu, wie, jak rozmawiać z ludźmi, wychwytuje ich kłamstwa bez namysłu, a do tego nie boi się stosować prowokacji, kiedy w inny sposób nie da się zdobyć wiadomości. I tak Stella pewnego dnia trafia do domu, w którym nie ma szkła. Jest tu mała dziewczynka, Rose, która po tragicznej śmierci niani straciła umiejętność mówienia. Rose opiekują się matka i ojciec – oboje pragnący rozwodu, jako że śmierć niani poprzedzona została zdradą – oraz babcia. Wszyscy deklarują, że chcą dla Rose jak najlepiej. Tylko że w tym domu coś jest mocno nie w porządku. Mała Rose wciąż zbiera odłamki szkła, które mogłaby świetnie wykorzystać jako broń, czyta książki o seryjnych mordercach (starannie ukrywane w niewinnych okładkach) i swoimi zachowaniami budzi lęk otoczenia. Skoro nie mówi – nie można wydobyć z niej żadnych informacji. A bardzo łatwo o pomyłkę.

Sarah Pekkanen tworzy kryminał bardzo gęsty i bardzo ładnie mylący tropy. Proponuje odbiorcom historię, w której prawdziwe śledztwo toczy się swoim trybem, ale kompletnie nie ma znaczenia dla Stelli – ona tylko wykonuje swoją pracę i musi zdobyć informacje, które pozwolą jej napisać opinię i polecić konkretnego opiekuna dla Rose. Ale Stella w pracy jest drobiazgowa bardziej niż niejeden detektyw, wyciąga wnioski na bazie pojedynczych spostrzeżeń i łatwo rozszyfrowuje gry, jakie wobec niej stosują pozornie życzliwi domownicy. Z jednej strony jest więc szukanie winnego i rozwiązywanie zagadki – bo tylko tak będzie można ocenić sytuację i nie doprowadzić do kolejnych zbrodni, z drugiej strony – gra pozorów i udawanie. Autorka dba o to, żeby czytelnicy nie nudzili się podczas lektury: chociaż kolejne analizy Stelli budują właściwie intrygę, to liczą się również wątki okołoobyczajowe. Zwłaszcza – doświadczenia samej bohaterki, która odkrywa, kim jest i kto wprowadził ją w dorosłość. To nie ma bezpośredniego przełożenia na śledztwo, za to ogromnie przydaje się jako wyjaśnienie motywacji zawziętości bohaterki. „Dom ze szkła” to jednak w podstawowej płaszczyźnie historia o grze – o pozorach stwarzanych po to, żeby przeforsować własny scenariusz i wypracować linię obrony. Jest to książka, w którą się wsiąka – dla tych, którzy cenią misternie konstruowane plany i intrygi, dla tych, którzy lubią, kiedy historia skręca z realizmu w stronę starannie kreowanej fikcji. „Dom ze szkła” to opowieść bardzo dobrze przygotowana i Sarah Pekkanen z pewnością zdobędzie dzięki niej w Polsce wierne grono czytelników.

poniedziałek, 15 czerwca 2026

Monika Skikiewicz: Kamyki

Media Rodzina, Poznań 2026.

Wakacje

Wakacje to sama przyjemność. A wakacje nad morzem to zestaw zabaw, które dzieci lubią najbardziej. Olo i Awa to rodzeństwo – starszy brat i młodsza siostra – doskonale zdające sobie sprawę z uroków spędzania wolnego czasu na plaży. Mają w planach cały zestaw zabaw, które warto będzie kultywować, gdy nadejdą ciepłe dni. I wreszcie przychodzi czas na wyjazd, mama i tata chcą, żeby dzieci samodzielnie przygotowały rzeczy do zabrania na wyjazd – a potem pomogą się im spakować. A nad samym morzem – można uciekać przed mewami, robić zamki z piasku, organizować wodne wyścigi piłek, przeprowadzać piłkę do zakopanego w piasku wiaderka albo zamieniać się w rozgwiazdy. Możliwości jest mnóstwo, Olo i Awa chcą wykorzystać wszystkie – więc „Kamyki” to książeczka pełna radości i uśmiechów. Najmłodszym udzieli się nastrój odbiorców. Autorka przygotowuje rodziców do pracy z dziećmi i z tą publikacją, proponuje sposób korzystania – by jak najpełniej rozwijać maluchy. „Kamyki” to bowiem kolejna drobna kwadratowa książeczka do „czytania na okrągło” – a ukazująca się w cyklu Olo i Awa logopedyczna zabawa. Monika Skikiewicz wstawia tu poza elementami fabuły składającymi się w zasadzie na opis rozrywek znad morza jeszcze zadania dla najmłodszych – i to zadania interaktywne. Jeśli ktoś będzie akurat na plaży, może skorzystać z podpowiedzi gier i zabaw, jakie mają do dyspozycji bohaterowie tej książeczki – nie trzeba do tego żadnych wymyślnych zabawek, wielu zresztą dostarcza sama natura. Natomiast dzieci, które będą tylko słuchać tej książki (albo czytać ją samodzielnie, nikt tego nie wyklucza, tekstu jest niewiele) nie zostały tak zupełnie bez rozrywek. Monika Skikiewicz proponuje bowiem zestaw prostych czynności do wykonywania w każdych warunkach, nawet tak wymagających jak podróż. Można zakręcić książką jak kołem, poklepać, jakby się robiło babkę z piasku albo przejechać palcem labirynt dla piłki – to niby drobiazgi, ale z takich drobiazgów składa się zestaw nieoczekiwanych atrakcji dla najmłodszych. Olo i Awa to bohaterowie dość sympatyczni – zwyczajne dzieci, z którymi odbiorcy mogą się identyfikować. I to jeden z powodów sięgania po lekturę. Drugim może być strona graficzna. Tomasz Samojlik – znany odbiorcom przede wszystkim z cyklu o żubrze Pompiku – tworzy obrazki klasyczne w duchu i kreskówkowe, sympatyczne i wywołujące uśmiech. Dzięki temu chętniej będzie się zaglądać do tomiku – i traktować go jak zestaw podpowiedzi na zabawy czy rozrywek. „Kamyki” to książeczka, która przywołuje na myśl lato i wszystkie związane z nim atrakcje – dlatego też nie ma obaw, to tomik, który przypadnie do gustu dzieciom.

A skoro już uda się zdobyć ich uwagę i zaangażowanie, to można też zaprosić do aktywności przy okazji lektury – to dobre rozwiązanie, pokazuje bowiem czytelnikom, że czytanie nie musi być jednostajnym zachowaniem. Monika Skikiewicz po raz kolejny przekonuje najmłodszych, dlaczego powinni zaprzyjaźnić się z książkami. Tekst jest niewielki objętościowo, za to obrazki cieszą oczy – to coś dla najmłodszych i dla tych, którzy chcą wyjeżdżać na wakacje za każdym razem, kiedy otwierają tomik.

niedziela, 14 czerwca 2026

Krzysztof R. Apt: Jak (nie) zostać emigrantem

Iskry, Warszawa 2026.

Życie

Krzysztof R. Apt proponuje czytelnikom zestaw swoich tematyzowanych wspomnień dotyczących życia poza granicami kraju i tworzenia w trudnych często warunkach – rzeczy, które przetrwały i które dzisiaj przyciągną do książki przede wszystkim humanistów. „Jak (nie) zostać emigrantem to publikacja memuarowa i jednocześnie pozwalająca odbiorcom poznać kulisy działalności – w ramach tworzenia elementów życia kulturalnego – na obczyźnie. Krzysztof R. Apt na początku tej historii jest nauczycielem logiki. Jako ścisłowiec będzie zatem z uwagą przyglądać się między innymi początkom informatyzacji – i to motyw, który pobrzmiewa w tle opowieści, a jest bardzo atrakcyjny dla zainteresowanych. Szybko jednak okazuje się, że uwagę autora zaprzątają inne motywy: kontakt z osobami ważnymi w Solidarności, czy – tworzenie „Zeszytów Literackich”. Dopiero kiedy Krzysztof R. Apt pokaże czytelnikom, czym się zajmował i jakie znajomości nawiązywał, przejdzie do analizowania własnego życia. Podzieli się z odbiorcami uwagami na temat tworzenia rodziny, przedstawi kolejne żony, opowie też o swoim domu rodzinnym. I to wszystko bez zadęcia czy potrzeby gloryfikowania własnych dokonań – po prostu książka bazująca na doświadczeniach życiowych, a napisana w stylu, który kojarzy się z dawną szkołą pisania. Nie będzie w niej uproszczeń ani kolokwialności, nie będzie też bylejakości. Tu nawet pisanie o czymś, co dla czytelników nie ma większego znaczenia, a liczyło się tylko dla wprowadzenia kolejnego przeżycia autora – zamieni się w literacką przygodę.

Krzysztof R. Apt ma oczywiście także sporo przemyśleń na temat funkcjonowania poza granicami kraju – i tym chętnie podzieli się z odbiorcami tomu. Pokaże, z jakimi wyzwaniami musiał się mierzyć jako imigrant, przybysz z tej strony świata, w której wolność nie była czymś oczywistym. Ale nie zamierza tu uprawiać martyrologii ani grać na pseudokombatanckich wynurzeniach, liczy się najbardziej normalność i możliwość przedstawienia jej dzisiejszym czytelnikom, niekoniecznie zaangażowanym w przedstawiane zestawy wydarzeń. To książka nie dla wszystkich – zwłaszcza młode pokolenie odbiorców nie dostrzeże w niej tego, co najbardziej wartościowe i przydatne, pokazywania kontekstu życia kulturalnego poza granicami PRL. Pewnych wiadomości autor nie będzie przecież wyjaśniał, powinny być dla grona jego odbiorców oczywiste – i tu pojawi się właśnie podstawowe ograniczenie kręgu czytelników.

Ta książka jest drobnym przypisem do podręczników historii najnowszej, ciekawostką, która pokazuje wielkie sprawy z jednostkowej perspektywy – to coś, co przyda się zwłaszcza odkrywającym zależności, powiązania i relacje z rodzimego środowiska kulturalnego z drugiej połowy XX wieku. Krzysztof R. Apt funduje czytelnikom podróż w czasie (i obyczajowości) bez ruszania się z miejsca – dzieli się tym, co ważne dla niego i co sam przeżył, a dzięki przefiltrowaniu wspomnień przez czas, może wydobyć to, co wydaje mu się najbardziej istotne dla zrozumienia przeszłości i dokonywanych wyborów. Jest to książka wykorzystująca indywidualną perspektywę – ale budująca znacznie wykraczającą ponad tę perspektywę świadomość.