bo.wiem, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2026.
Więzy
Opowieść o wyzwalaniu się ze schematów i o własnej wizji życia snuje Najat El Hachmi w książce „W poniedziałek nas pokochają”. To relacja muzułmańskiej dziewczyny, Marokanki, która i tak nie pasuje do żadnego ze środowisk. Paradoksalnie właśnie dzięki temu może spróbować funkcjonować zgodnie ze swoimi zasadami – trochę obserwując starsze koleżanki, a trochę śledząc postulaty feministek. Ta bohaterka na początku stara się nie sprawiać problemów bliskim i nie wychodzić poza normy narzucane przez religię i kulturę. Wie doskonale, jakie oczekiwania wobec niej ma rodzina – i jaka przyszłość ją czeka. Ale pewnego dnia spotyka na swojej drodze starszą od siebie kobietę i obserwuje jej wyzwolenie. To impuls do wprowadzania zmian – stopniowo i przez drobne gesty. Jednocześnie to pretekst do obserwowania siebie wobec innych. Bohaterka tego tomu szczególną uwagę zwraca na ciało – na kanony urody, w które niekoniecznie się wpasowuje. Zwłaszcza kwestia tuszy spędza sen z powiek i nakłania do podejmowania drakońskich diet. Najgorsze, że w temacie wyboru mężczyzny, z którym chciałaby spędzić życie, kobieta nie ma zbyt wiele do powiedzenia. Ale pod wpływem nowej znajomej zmieniają się poglądy bohaterki. Do tej pory zahukana i posłuszna, grzeczna i skromna, wkracza w etap dojrzewania z większą nadzieją na rozpoznawanie siebie. Teraz już wie, że może odkrywać własną seksualność i kształtować swoje życie samodzielnie.
Przechodzenie przez kolejne etapy wtajemniczenia postaci relacjonuje tu autorka w formie monologu do bardziej doświadczonej znajomej. Cała książka jest zwierzeniem polegającym na uporządkowaniu doświadczeń i przedstawianiu metamorfozy, która przebiega nie w formie rewolucji a ewolucji. Pojawiają się motywy charakterystyczne dla procesu dojrzewania, a niepotrzebnie przez rygory społeczne hamowane – między innymi pierwsza miłość czy fizyczne kontakty damsko-męskie. Bohaterka zastanawia się nad zachowaniem ukochanego, który przed ślubem chce przychylić nieba, a po ślubie nieoczekiwanie się zmienia. Obserwuje nie tylko swojego wybranka, ale też absztyfikanta przyjaciółki. Do tego dodaje zestaw refleksji na temat wolności seksualnej – rozpatruje choćby temat sypiania z różnymi mężczyznami i zachowywania dziewictwa dla tego jedynego. Stopniowo przekonuje się, że mimo opresyjnego systemu ma wokół siebie kobiety, które porzuciły tradycyjne role. W nich dostrzega największą feministyczną siłę i z nich chce brać przykład – nawet kosztem oderwania się od tradycji.
Ale nie feminizm i nie walka muzułmańskich kobiet o możliwość samostanowienia wysuwają się na pierwszy plan tej powieści, a język, jakim posługuje się bohaterka. Kiedy prowadzi narrację, wykorzystuje rozłożyste opisy, działające na wyobraźnię. Stara się uwieść czytelników klimatem, samą melodią słów, które wyjątkowo precyzyjnie oddają istotę problemu. Zwraca autorka uwagę na zagadnienia drażliwe i zestawia je z uniwersalnymi emocjami. Proponuje czytelnikom podróż w głąb postaci zmuszanej początkowo do działań porządkowanych przez tradycje, żeby spokojnie przejść do najgłębszych pragnień i dążeń niemal pierwotnych, bazujących nie na więziach społecznych, a na osobistych potrzebach. I, owszem, padają tu ważne pytania, ale dla czytelników najbardziej istotna będzie przyjęta forma – pokazująca to, co już często dobrze uświadomione, w wersji pięknej literacko.
tu-czytam
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
wtorek, 27 października 2026
poniedziałek, 26 października 2026
Czesław Janczarski: Miś Uszatek. Opowiadania wszystkie
Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.
Miś
Teraz skaczą z radości wszyscy, którzy wychowywali się na tomikach Czesława Janczarskiego i Misia Uszatka kojarzą nie tylko z telewizyjnej dobranocki, ale i z czytanych przed snem opowieści. Na rynku ukazuje się bowiem monumentalny (i bardzo ciężki, jeśli chodzi o wagę) tom „Miś Uszatek. Opowiadania wszystkie”: pięć książeczek wydanych w twardej oprawie i na kredowym papierze. Nieprzypadkowo: to przecież skarb dla starszych czytelników. Skarb, który teraz mogą oni przedstawić swoim pociechom. O losach Misia Uszatka (a także skradzionej z muzeum zabawki) poczytają sobie odbiorcy we wstępie – i ci, którzy tej postaci ze swojego dzieciństwa nie mają szans pamiętać, dowiedzą się trochę o jej fenomenie. Starsi natomiast z przyjemnością przypomną sobie o historii Uszatka – i przekonają się, dlaczego i dzisiaj warto sięgać po tę lekturę jako rozrywkę dla najmłodszych.
Czesław Janczarski proponuje bardzo krótkie historyjki, każde opowiadanie zajmuje przeważnie stronę tekstu – to naprawdę niewiele, dopiero w ostatniej książeczce pojawiają się trochę dłuższe narracje. Liczy się tu jednak przede wszystkim przygoda, humorystyczny finał i przesłanie. Co ważne, ten autor nie zamierza dzieci pouczać ani napominać – stara się przemycać treści wychowawcze w opowiastkach, tak, żeby odbiorcy samodzielnie wyciągali wnioski i żeby nie poczuli się gorsi od autora. To ważne, bo dzięki temu Janczarski nie zniechęci do lektury. Co ważne, Miś Uszatek nie będzie pozostawał w jednym miejscu: kiedy przestaje być potrzebny jakimś dzieciom (i młodszemu rodzeństwu), wyrusza do kolejnej rodziny, żeby tam dzielić się doświadczeniem i pomysłami. Zawsze pozostaje blisko dzieci, ale jest też misiem samodzielnym – na tyle, żeby przeżywać własne przygody. Nie boi się ani wyjścia do przedszkola, ani założenia własnego cyrku. Ma sporo pomysłów, a do tego potrafi opowiadać bajki: jest tu jeden tomik stworzony właśnie z bajek Misia Uszatka, to odrobinę wytchnienie od powtarzalności i od jednego charakterystycznego bohatera, przejście w świat zwierząt, tak lubianych w opowiastkach dla najmłodszych. Czesław Janczarski dba o to, żeby Miś Uszatek przebywał stale w otoczeniu, które jest dla dzieci naturalne i przekonujące – ale nie unika czasami odważnych fabuł, zdarza się na przykład, że nieostrożne lalki nie potrafią posługiwać się żelazkiem i doprowadzają do pożaru. To emocje, które dzisiaj nie mają szans trafić do czytanek dla najmłodszych – tymczasem przydają się do tłumaczenia świata i do wypracowywania prawidłowych odruchów.
Pozostały tu oczywiście oryginalne ilustracje Zbigniewa Rychlickiego. Miś Uszatek w tej wersji wyruszył w świat – znany w różnych krajach, jest bardzo charakterystyczny i jednocześnie prosty i malowniczy. Na obrazkach Rychlickiego jest wiele cennych pomysłów, ujęć, które sprawdzą się i dzisiaj: tu liczy się nie tylko wyczulenie na sprawy dzieci, ale również odpowiednie podejście do ilustracji jako formy sztuki. Nie ulega wątpliwości, że odbiorcy mają tu do czynienia z dziełem wybitnym. Znowu starsi chętnie przypomną sobie oglądane niegdyś książeczki – i najłatwiej będzie uruchomić skojarzenia przez stronę graficzną. Dzisiejsze maluchy znajdą w przygodach Misia Uszatka całkiem sporo dla siebie.
Miś
Teraz skaczą z radości wszyscy, którzy wychowywali się na tomikach Czesława Janczarskiego i Misia Uszatka kojarzą nie tylko z telewizyjnej dobranocki, ale i z czytanych przed snem opowieści. Na rynku ukazuje się bowiem monumentalny (i bardzo ciężki, jeśli chodzi o wagę) tom „Miś Uszatek. Opowiadania wszystkie”: pięć książeczek wydanych w twardej oprawie i na kredowym papierze. Nieprzypadkowo: to przecież skarb dla starszych czytelników. Skarb, który teraz mogą oni przedstawić swoim pociechom. O losach Misia Uszatka (a także skradzionej z muzeum zabawki) poczytają sobie odbiorcy we wstępie – i ci, którzy tej postaci ze swojego dzieciństwa nie mają szans pamiętać, dowiedzą się trochę o jej fenomenie. Starsi natomiast z przyjemnością przypomną sobie o historii Uszatka – i przekonają się, dlaczego i dzisiaj warto sięgać po tę lekturę jako rozrywkę dla najmłodszych.
Czesław Janczarski proponuje bardzo krótkie historyjki, każde opowiadanie zajmuje przeważnie stronę tekstu – to naprawdę niewiele, dopiero w ostatniej książeczce pojawiają się trochę dłuższe narracje. Liczy się tu jednak przede wszystkim przygoda, humorystyczny finał i przesłanie. Co ważne, ten autor nie zamierza dzieci pouczać ani napominać – stara się przemycać treści wychowawcze w opowiastkach, tak, żeby odbiorcy samodzielnie wyciągali wnioski i żeby nie poczuli się gorsi od autora. To ważne, bo dzięki temu Janczarski nie zniechęci do lektury. Co ważne, Miś Uszatek nie będzie pozostawał w jednym miejscu: kiedy przestaje być potrzebny jakimś dzieciom (i młodszemu rodzeństwu), wyrusza do kolejnej rodziny, żeby tam dzielić się doświadczeniem i pomysłami. Zawsze pozostaje blisko dzieci, ale jest też misiem samodzielnym – na tyle, żeby przeżywać własne przygody. Nie boi się ani wyjścia do przedszkola, ani założenia własnego cyrku. Ma sporo pomysłów, a do tego potrafi opowiadać bajki: jest tu jeden tomik stworzony właśnie z bajek Misia Uszatka, to odrobinę wytchnienie od powtarzalności i od jednego charakterystycznego bohatera, przejście w świat zwierząt, tak lubianych w opowiastkach dla najmłodszych. Czesław Janczarski dba o to, żeby Miś Uszatek przebywał stale w otoczeniu, które jest dla dzieci naturalne i przekonujące – ale nie unika czasami odważnych fabuł, zdarza się na przykład, że nieostrożne lalki nie potrafią posługiwać się żelazkiem i doprowadzają do pożaru. To emocje, które dzisiaj nie mają szans trafić do czytanek dla najmłodszych – tymczasem przydają się do tłumaczenia świata i do wypracowywania prawidłowych odruchów.
Pozostały tu oczywiście oryginalne ilustracje Zbigniewa Rychlickiego. Miś Uszatek w tej wersji wyruszył w świat – znany w różnych krajach, jest bardzo charakterystyczny i jednocześnie prosty i malowniczy. Na obrazkach Rychlickiego jest wiele cennych pomysłów, ujęć, które sprawdzą się i dzisiaj: tu liczy się nie tylko wyczulenie na sprawy dzieci, ale również odpowiednie podejście do ilustracji jako formy sztuki. Nie ulega wątpliwości, że odbiorcy mają tu do czynienia z dziełem wybitnym. Znowu starsi chętnie przypomną sobie oglądane niegdyś książeczki – i najłatwiej będzie uruchomić skojarzenia przez stronę graficzną. Dzisiejsze maluchy znajdą w przygodach Misia Uszatka całkiem sporo dla siebie.
niedziela, 25 października 2026
Bernadeta Prandzioch: Zewsząd. Opowieść o mojej (nie)śląskiej rodzinie
Czarne, Wołowiec 2026.
Jeszcze raz
To jest tak: autorka wie doskonale, że chodzi po ulicach, po których chodzili jej przodkowie. Czasami – oddaleni o wiele pokoleń (udaje jej się przenieść czytelników na moment aż do siedemnastego wieku, a to nie lada wyczyn w czasach, w których wiedza o rodzinach rzadko wykracza poza pokolenie dziadków lub pradziadków). I teraz zbiera swoje odkrycia, wpisując je w wielką historię – nie po to, żeby się chwalić, a po to, żeby uporządkować dane i przyzwyczaić się do myśli, że dawne zachowania, czyny, przyzwyczajenia lub charaktery mogą odzwierciedlać się u potomnych. Bernadeta Prandzioch to kolejna autorka, która próbuje czytać miejsce przez pryzmat osobistych przemyśleń i domowych opowieści – i wychodzi jej to całkiem nieźle. Tom „Zewsząd. Opowieść o mojej (nie)śląskiej rodzinie” to mierzenie się z faktami i mitami, a jednocześnie próba znalezienia odpowiedzi na pytanie, które w zależności od stopnia zradykalizowania rozmówcy przybierać będzie różne wersje.
Historia Śląska została już wiele razy przedstawiona – także w serii Sulina – ale Bernadeta Prandzioch ma na nią własny pomysł. Przygląda się wydarzeniom, które kształtowały miejsce i mentalność ludzi – ale sprawdzając, co w danych czasach robili kolejni przodkowie. Samymi biografiami bliskich, niezależnie od tego, jak bardzo zaangażowana w relację, nie przyciągnęłaby autorka szerokiego grona odbiorców. Z kolei opowiadaniem jeszcze raz tego samego – w kontekście wielkiej historii – mogłaby wyzwolić co najwyżej znużenie czytelników. Połączenie tych dwóch podejść okazuje się piorunujące: czytelnicy zaczynają kibicować bohaterom książki, którzy funkcjonowali nie zawsze obok wielkiej przeszłości – czasem bezpośrednio ją kształtowali.
Wpisuje się Bernadeta Prandzioch w nurt literatury małych ojczyzn, ale sama unika wielkich słów i wielkich deklaracji. Co więcej: woli podkreślać swoją niepewność, niedookreśloność. Nie wie, czy zasłużyła na to, żeby reprezentować Śląsk – bo być może wybory przodków sprawiły, że dzisiaj nie ma do tego prawa. Z drugiej strony jest tu element dumy – pytanie tylko, czy dumy ze śląskiej tożsamości, czy też raczej ze świadomości, jak kształtowały się losy rodziny. Bernadeta Prandzioch tropi kolejne małżeństwa, przeprowadzki i zawody – sprawdza, czym wsławili się jej przodkowie, a kiedy lepiej byłoby zostawić ich w spokoju. Dzięki temu może uporządkować wiadomości, przedstawić czytelnikom to wszystko, co udało jej się ustalić – a zasób danych ma imponujący. Przyznaje się do bezradności, kiedy nie jest w stanie odtworzyć losów albo charakterów kogoś z przeszłości – wie, że nie da się na podstawie kilku dokumentów wywnioskować wiele więcej niż suche daty – czasami więc przyjdzie jej żałować, że nie udało się naciągnąć na zwierzenia przedstawicieli starszych pokoleń. Przypomina autorka, jak ważne jest rozmawianie z bliskimi i wysłuchiwanie ich historii – historii, które znikną, jeśli się ich w porę nie zbierze i nie ocali. „Zewsząd” to taka właśnie próba ocalania przeszłości dla potomnych – opowieść, której ukrytym nurtem jest duma z korzeni i z możliwości ich poznania. Nie ma znaczenia, do jakiego wniosku autorka dochodzi w kwestii swojej śląskości – bo najbardziej uniwersalne jest tu właśnie dążenie do uratowania wspomnień i losów zwyczajnych ludzi.
Jeszcze raz
To jest tak: autorka wie doskonale, że chodzi po ulicach, po których chodzili jej przodkowie. Czasami – oddaleni o wiele pokoleń (udaje jej się przenieść czytelników na moment aż do siedemnastego wieku, a to nie lada wyczyn w czasach, w których wiedza o rodzinach rzadko wykracza poza pokolenie dziadków lub pradziadków). I teraz zbiera swoje odkrycia, wpisując je w wielką historię – nie po to, żeby się chwalić, a po to, żeby uporządkować dane i przyzwyczaić się do myśli, że dawne zachowania, czyny, przyzwyczajenia lub charaktery mogą odzwierciedlać się u potomnych. Bernadeta Prandzioch to kolejna autorka, która próbuje czytać miejsce przez pryzmat osobistych przemyśleń i domowych opowieści – i wychodzi jej to całkiem nieźle. Tom „Zewsząd. Opowieść o mojej (nie)śląskiej rodzinie” to mierzenie się z faktami i mitami, a jednocześnie próba znalezienia odpowiedzi na pytanie, które w zależności od stopnia zradykalizowania rozmówcy przybierać będzie różne wersje.
Historia Śląska została już wiele razy przedstawiona – także w serii Sulina – ale Bernadeta Prandzioch ma na nią własny pomysł. Przygląda się wydarzeniom, które kształtowały miejsce i mentalność ludzi – ale sprawdzając, co w danych czasach robili kolejni przodkowie. Samymi biografiami bliskich, niezależnie od tego, jak bardzo zaangażowana w relację, nie przyciągnęłaby autorka szerokiego grona odbiorców. Z kolei opowiadaniem jeszcze raz tego samego – w kontekście wielkiej historii – mogłaby wyzwolić co najwyżej znużenie czytelników. Połączenie tych dwóch podejść okazuje się piorunujące: czytelnicy zaczynają kibicować bohaterom książki, którzy funkcjonowali nie zawsze obok wielkiej przeszłości – czasem bezpośrednio ją kształtowali.
Wpisuje się Bernadeta Prandzioch w nurt literatury małych ojczyzn, ale sama unika wielkich słów i wielkich deklaracji. Co więcej: woli podkreślać swoją niepewność, niedookreśloność. Nie wie, czy zasłużyła na to, żeby reprezentować Śląsk – bo być może wybory przodków sprawiły, że dzisiaj nie ma do tego prawa. Z drugiej strony jest tu element dumy – pytanie tylko, czy dumy ze śląskiej tożsamości, czy też raczej ze świadomości, jak kształtowały się losy rodziny. Bernadeta Prandzioch tropi kolejne małżeństwa, przeprowadzki i zawody – sprawdza, czym wsławili się jej przodkowie, a kiedy lepiej byłoby zostawić ich w spokoju. Dzięki temu może uporządkować wiadomości, przedstawić czytelnikom to wszystko, co udało jej się ustalić – a zasób danych ma imponujący. Przyznaje się do bezradności, kiedy nie jest w stanie odtworzyć losów albo charakterów kogoś z przeszłości – wie, że nie da się na podstawie kilku dokumentów wywnioskować wiele więcej niż suche daty – czasami więc przyjdzie jej żałować, że nie udało się naciągnąć na zwierzenia przedstawicieli starszych pokoleń. Przypomina autorka, jak ważne jest rozmawianie z bliskimi i wysłuchiwanie ich historii – historii, które znikną, jeśli się ich w porę nie zbierze i nie ocali. „Zewsząd” to taka właśnie próba ocalania przeszłości dla potomnych – opowieść, której ukrytym nurtem jest duma z korzeni i z możliwości ich poznania. Nie ma znaczenia, do jakiego wniosku autorka dochodzi w kwestii swojej śląskości – bo najbardziej uniwersalne jest tu właśnie dążenie do uratowania wspomnień i losów zwyczajnych ludzi.
Kraina Lodu 10/2026, Kraina Zwierząt 6/2026
Harperkids, Warszawa 2026.
Zabawki i lektura
Na początek „Kraina Zwierząt”, numer 6/2026. To oczywiście pisemko dla najmłodszych zafascynowanych światem zwierząt – i wciąż głodnych ciekawostek o czworonogach z różnych stron świata. Tematem wiodącym numeru są słonie – kolejne rozkładówki będą więc pełne zdjęć słoni, podpisów z jednozdaniowymi komentarzami – informacjami dla najmłodszych i... pełne zadań. Od czasu do czasu odchodzi się od słoni na rzecz mamutów, flamingów, pand, sów itd. – przede wszystkim po to, żeby przypomnieć odbiorcom, że na słoniach świat się nie kończy. Ale i tak to one wiodą prym w numerze. Do tego dochodzą plakaty (środkowa rozkładówka, tradycyjnie, nadaje się do wyrwania i powieszenia nad łóżkiem, ostatnia strona okładki to plakat w wersji mini – dla tych, którzy wolą mniejsze formy, żeby zachwycać się słodkimi pieskami. Zdjęcia w całym piśmie zostały przygotowane tak, żeby przyciągać wzrok i żeby udało się między nimi pomieścić ciekawostki. Do sprawdzania, czy dziecku udało się przyswoić wiadomości, służy bardzo prosty quiz. Jeśli porówna się to pismo ze „Zwierzakami” z lat 90., widać wyraźnie przejście w stronę uproszczeń i nastawienie na zabawę. Komentarze nie należą do rozbudowanych, bo dzieci nie utrzymałyby koncentracji na skomplikowanych opisach: tu chodzi wyłącznie o zatrzymanie na moment, zapewnienie jednej porcji wiadomości w jednym momencie. Inaczej prawdopodobnie dzieci zniechęciłyby się do lektury. Co ważne, komentarze wpisywane są dużym drukiem, więc maluchy, które samodzielnie czytają, dadzą radę prześledzić teksty samodzielnie – i może to być najlepszym kluczem do budowania grona wiernych czytelników. W „Krainie Zwierząt” liczy się bardzo interaktywność. Mnóstwo tu zabaw i zadań, pojawia się też prosty komiks z dalmatyńczykami, które pozbawione możliwości oglądania telewizji wymyślają własną zabawę – z kartonowego pudełka przygotowują telewizor i występują w programach rozrywkowych. To historyjka prosta, sprowadzona do kilku zaledwie kadrów, ale jej przesłanie przyda się najmłodszym, bo przypomina, że są rozrywki znacznie ciekawsze niż oglądanie telewizji. Do tego wyzwania w postaci klasycznych łamigłówek, ale przystosowanych do tematu wiodącego. W numerze znalazł się też zestaw dla małego weterynarza – i być może to będzie czynnik, który najbardziej przykuje uwagę maluchów. W zestawie jest stetoskop i termometr z możliwością regulowania temperatury, legowisko dla zwierząt i waga z ruchomą strzałką, karta pacjenta do zawieszenia przy łóżku i trzy malutkie psiaki (pasują do wagi, ale do termometru już niekoniecznie). To zapewni dzieciom możliwość wypracowywania rozmaitych zabaw i – być może – jeszcze bardziej przekona je, że o czworonożnych przyjaciół należy dbać.
Magazyn „Kraina Lodu” numer 10/2026 to spotkanie z Elą i jej przyjaciółmi. Najważniejszy – i największy pod względem objętościowym – jest tu komiks o przygodach znanych z bajki bohaterów. Dzieci będą mogły samodzielnie odkrywać kolejne kadry i historię podzieloną sprytnie na części (tak, żeby nie znudziły się lekturą, a otrzymywały ciągle nowe bodźce). Co ciekawe, komiks został przygotowany w starym disneyowskim stylu, więc powinien zdobyć uznanie małych czytelników i przekonać ich do lektury. Żeby jednak nie tylko na historyjce komiksowej polegać, twórcy tego zeszytu proponują odbiorcom cały zestaw gier logicznych i łamigłówek powiązanych z bohaterami bajki. Będą tu obrazki do porównywania i wyłapywania różnic (naprawdę o dużym stopniu szczegółowości, zadania do liczenia postaci na obrazku, porównania cienia (trzeba się wykazać nie tylko spostrzegawczością, ale i umiejętnością logicznego myślenia). Są wyszukiwanki, które zachęcają do śledzenia i tak już wystarczająco ciekawych obrazków – i ćwiczenia manualne z rysowaniem czy zakreślaniem konkretnych elementów rysunku. Łączenie kropek i labirynt to zadania tradycyjne, ale, co ważne i wartościowe, pojawiają się tu także ćwiczenia na kreatywność – na przykład kiedy trzeba wymyślić okładki książek czytanych przez bohaterów (dzięki temu sprytnemu zagraniu podprogowo promuje się też czytelnictwo). Dużo tu zadań związanych z rysowaniem, a młodzieżowego charakteru całości mają dodawać odpowiednie sformułowania (na przykład „plażing” czy „heheszki”). Oczywiście i w tym numerze mamy potężny prezent dla małych odbiorców: kompletną kuchnię do zabawy. Na kuchnię składają się dwa piekarniki (i dwa stanowiska do gotowania, lodówka, garnek i patelnia (trochę większe niż reszta zestawu, kilka mufinek i foremki oraz „składniki” do gotowania. Wystarczy więc tylko szczypta wyobraźni, żeby wyczarować coś pysznego. W obu przypadkach to zabawki sprawią, że dzieci będą chciały sięgnąć po lekturę – ale może przy okazji zarażą się upodobaniem do czytania.
Zabawki i lektura
Na początek „Kraina Zwierząt”, numer 6/2026. To oczywiście pisemko dla najmłodszych zafascynowanych światem zwierząt – i wciąż głodnych ciekawostek o czworonogach z różnych stron świata. Tematem wiodącym numeru są słonie – kolejne rozkładówki będą więc pełne zdjęć słoni, podpisów z jednozdaniowymi komentarzami – informacjami dla najmłodszych i... pełne zadań. Od czasu do czasu odchodzi się od słoni na rzecz mamutów, flamingów, pand, sów itd. – przede wszystkim po to, żeby przypomnieć odbiorcom, że na słoniach świat się nie kończy. Ale i tak to one wiodą prym w numerze. Do tego dochodzą plakaty (środkowa rozkładówka, tradycyjnie, nadaje się do wyrwania i powieszenia nad łóżkiem, ostatnia strona okładki to plakat w wersji mini – dla tych, którzy wolą mniejsze formy, żeby zachwycać się słodkimi pieskami. Zdjęcia w całym piśmie zostały przygotowane tak, żeby przyciągać wzrok i żeby udało się między nimi pomieścić ciekawostki. Do sprawdzania, czy dziecku udało się przyswoić wiadomości, służy bardzo prosty quiz. Jeśli porówna się to pismo ze „Zwierzakami” z lat 90., widać wyraźnie przejście w stronę uproszczeń i nastawienie na zabawę. Komentarze nie należą do rozbudowanych, bo dzieci nie utrzymałyby koncentracji na skomplikowanych opisach: tu chodzi wyłącznie o zatrzymanie na moment, zapewnienie jednej porcji wiadomości w jednym momencie. Inaczej prawdopodobnie dzieci zniechęciłyby się do lektury. Co ważne, komentarze wpisywane są dużym drukiem, więc maluchy, które samodzielnie czytają, dadzą radę prześledzić teksty samodzielnie – i może to być najlepszym kluczem do budowania grona wiernych czytelników. W „Krainie Zwierząt” liczy się bardzo interaktywność. Mnóstwo tu zabaw i zadań, pojawia się też prosty komiks z dalmatyńczykami, które pozbawione możliwości oglądania telewizji wymyślają własną zabawę – z kartonowego pudełka przygotowują telewizor i występują w programach rozrywkowych. To historyjka prosta, sprowadzona do kilku zaledwie kadrów, ale jej przesłanie przyda się najmłodszym, bo przypomina, że są rozrywki znacznie ciekawsze niż oglądanie telewizji. Do tego wyzwania w postaci klasycznych łamigłówek, ale przystosowanych do tematu wiodącego. W numerze znalazł się też zestaw dla małego weterynarza – i być może to będzie czynnik, który najbardziej przykuje uwagę maluchów. W zestawie jest stetoskop i termometr z możliwością regulowania temperatury, legowisko dla zwierząt i waga z ruchomą strzałką, karta pacjenta do zawieszenia przy łóżku i trzy malutkie psiaki (pasują do wagi, ale do termometru już niekoniecznie). To zapewni dzieciom możliwość wypracowywania rozmaitych zabaw i – być może – jeszcze bardziej przekona je, że o czworonożnych przyjaciół należy dbać.
Magazyn „Kraina Lodu” numer 10/2026 to spotkanie z Elą i jej przyjaciółmi. Najważniejszy – i największy pod względem objętościowym – jest tu komiks o przygodach znanych z bajki bohaterów. Dzieci będą mogły samodzielnie odkrywać kolejne kadry i historię podzieloną sprytnie na części (tak, żeby nie znudziły się lekturą, a otrzymywały ciągle nowe bodźce). Co ciekawe, komiks został przygotowany w starym disneyowskim stylu, więc powinien zdobyć uznanie małych czytelników i przekonać ich do lektury. Żeby jednak nie tylko na historyjce komiksowej polegać, twórcy tego zeszytu proponują odbiorcom cały zestaw gier logicznych i łamigłówek powiązanych z bohaterami bajki. Będą tu obrazki do porównywania i wyłapywania różnic (naprawdę o dużym stopniu szczegółowości, zadania do liczenia postaci na obrazku, porównania cienia (trzeba się wykazać nie tylko spostrzegawczością, ale i umiejętnością logicznego myślenia). Są wyszukiwanki, które zachęcają do śledzenia i tak już wystarczająco ciekawych obrazków – i ćwiczenia manualne z rysowaniem czy zakreślaniem konkretnych elementów rysunku. Łączenie kropek i labirynt to zadania tradycyjne, ale, co ważne i wartościowe, pojawiają się tu także ćwiczenia na kreatywność – na przykład kiedy trzeba wymyślić okładki książek czytanych przez bohaterów (dzięki temu sprytnemu zagraniu podprogowo promuje się też czytelnictwo). Dużo tu zadań związanych z rysowaniem, a młodzieżowego charakteru całości mają dodawać odpowiednie sformułowania (na przykład „plażing” czy „heheszki”). Oczywiście i w tym numerze mamy potężny prezent dla małych odbiorców: kompletną kuchnię do zabawy. Na kuchnię składają się dwa piekarniki (i dwa stanowiska do gotowania, lodówka, garnek i patelnia (trochę większe niż reszta zestawu, kilka mufinek i foremki oraz „składniki” do gotowania. Wystarczy więc tylko szczypta wyobraźni, żeby wyczarować coś pysznego. W obu przypadkach to zabawki sprawią, że dzieci będą chciały sięgnąć po lekturę – ale może przy okazji zarażą się upodobaniem do czytania.
sobota, 24 października 2026
Sarah Pekkanen: Jak we mgle
Gorzka Czekolada, Media Rodzina, Poznań 2026.
Cień
Dwie opowieści funkcjonują w tej historii, chociaż bohaterki przez cały czas zatrzymują odbiorców w swoim własnym świecie. „Jak we mgle” to thriller psychologiczny Sarah Pekkanen i książka, w której nic nie jest pewne przez długi czas. Wydarzenia relacjonują na przemian Ruth i Catherine: matka i córka. Ale narracje będą trzy, bo Ruth zaczyna w pewnym momencie spisywać wspomnienia dla Catherine, niezależnie od tego, co dzieje się w powieściowym tu i teraz. Ale granica między historiami biegnie gdzie indziej. Początkowo wydaje się, że zamiast thrillera zafunduje autorka czytelnikom książkę bazującą na społecznych lękach, po prostu powieść psychologiczną. Oto u Ruth zaczynają występować pierwsze symptomy choroby Alzheimera, niemal podręcznikowo. Kobieta udaje się do lekarzy – zresztą razem z córką, która skrupulatnie notuje kolejne pozornie niewinne pomyłki. Odmawia jednak bardziej szczegółowych badań – nie chce wydawać pieniędzy na coś, co naznaczy ją piętnem choroby. Catherine z kolei miała właśnie wyjechać do pracy, ale będzie musiała zmienić plany – to nie pora na rozstanie, do tej pory matka i córka były tylko we dwie i mogły liczyć wyłącznie na siebie – teraz też tak zostanie. Zresztą nie było kiedy budować przyjaźni, skoro kobiety często się przeprowadzały i nie nawiązywały głębszych relacji z sąsiadami.
Tak Sarah Pekkanen zaczyna swoją powieść „Jak we mgle”. A potem sugeruje czytelnikom, że nie wszystko jest takie, jakie mogłoby się wydawać: wystarczy zasiać podejrzenie, że Ruth symuluje. A do tego zasugerować, że ma ona w przeszłości jakąś tajemnicę, której nie chce zdradzić nawet córce. Niebezpieczeństwo przyjdzie samo błyskawicznie. Autorka pokazuje odbiorcom przeszłość starszej z bohaterek – i bez ogródek prezentuje wydarzenia, które sprawiły, że Ruth musiała porzucić swoje dotychczasowe życie i uciekać. Uciekać zresztą będzie już zawsze, ale nie z powodu dawnych wydarzeń a – nowego zagrożenia. Jedna historia w tej książce to odsłanianie dramatycznej przeszłości – zestaw wydarzeń kryminalnych, straszna przeszłość, która kładzie się cieniem na szczęściu bohaterek (a właściwie – uniemożliwia normalność, chociaż tak naprawdę o normalności mowy być nie może już choćby za sprawą traumy, to jedynie namiastka normalności w wyjątkowo pokrzywionym świecie). Ale kryminał jako taki nie ma z kolei większego znaczenia dla drugiej sfery historii – dla motywu relacji między bohaterkami. Kiedy na jaw wyjdzie fakt posiadania tajemnic, wszystko staje się trudniejsze do wyjaśnienia – zwłaszcza zachowania wpływające na całe życie. Czyli: Sarah Pekkanen nie zajmuje się ściganiem za zbrodnie – za to przygląda się temu, jak owe zbrodnie działać mogą na umysły osób niebezpośrednio w nie zaangażowanych. I to kolejny doskonały pomysł fabularny. Ta autorka przekonuje do siebie ogromem szczegółowości w narracji, proponuje odbiorcom wyjątkowo gęste powieści, w których cała uwaga skupia się na uczuciach bohaterów. Tym razem sytuacja, z której wychodzi, jest wyjątkowo trudna – ale też dzięki temu wyzwala rozmaite nieoczekiwane reakcje bezpośrednich uczestniczek. Sarah Pekkanen wie, jak budzić strach czytelników – bardzo dobrze jej to wychodzi. A tym razem przecież jeszcze może odwoływać się do społecznego lęku przed schorzeniami starzejących się bliskich.
Cień
Dwie opowieści funkcjonują w tej historii, chociaż bohaterki przez cały czas zatrzymują odbiorców w swoim własnym świecie. „Jak we mgle” to thriller psychologiczny Sarah Pekkanen i książka, w której nic nie jest pewne przez długi czas. Wydarzenia relacjonują na przemian Ruth i Catherine: matka i córka. Ale narracje będą trzy, bo Ruth zaczyna w pewnym momencie spisywać wspomnienia dla Catherine, niezależnie od tego, co dzieje się w powieściowym tu i teraz. Ale granica między historiami biegnie gdzie indziej. Początkowo wydaje się, że zamiast thrillera zafunduje autorka czytelnikom książkę bazującą na społecznych lękach, po prostu powieść psychologiczną. Oto u Ruth zaczynają występować pierwsze symptomy choroby Alzheimera, niemal podręcznikowo. Kobieta udaje się do lekarzy – zresztą razem z córką, która skrupulatnie notuje kolejne pozornie niewinne pomyłki. Odmawia jednak bardziej szczegółowych badań – nie chce wydawać pieniędzy na coś, co naznaczy ją piętnem choroby. Catherine z kolei miała właśnie wyjechać do pracy, ale będzie musiała zmienić plany – to nie pora na rozstanie, do tej pory matka i córka były tylko we dwie i mogły liczyć wyłącznie na siebie – teraz też tak zostanie. Zresztą nie było kiedy budować przyjaźni, skoro kobiety często się przeprowadzały i nie nawiązywały głębszych relacji z sąsiadami.
Tak Sarah Pekkanen zaczyna swoją powieść „Jak we mgle”. A potem sugeruje czytelnikom, że nie wszystko jest takie, jakie mogłoby się wydawać: wystarczy zasiać podejrzenie, że Ruth symuluje. A do tego zasugerować, że ma ona w przeszłości jakąś tajemnicę, której nie chce zdradzić nawet córce. Niebezpieczeństwo przyjdzie samo błyskawicznie. Autorka pokazuje odbiorcom przeszłość starszej z bohaterek – i bez ogródek prezentuje wydarzenia, które sprawiły, że Ruth musiała porzucić swoje dotychczasowe życie i uciekać. Uciekać zresztą będzie już zawsze, ale nie z powodu dawnych wydarzeń a – nowego zagrożenia. Jedna historia w tej książce to odsłanianie dramatycznej przeszłości – zestaw wydarzeń kryminalnych, straszna przeszłość, która kładzie się cieniem na szczęściu bohaterek (a właściwie – uniemożliwia normalność, chociaż tak naprawdę o normalności mowy być nie może już choćby za sprawą traumy, to jedynie namiastka normalności w wyjątkowo pokrzywionym świecie). Ale kryminał jako taki nie ma z kolei większego znaczenia dla drugiej sfery historii – dla motywu relacji między bohaterkami. Kiedy na jaw wyjdzie fakt posiadania tajemnic, wszystko staje się trudniejsze do wyjaśnienia – zwłaszcza zachowania wpływające na całe życie. Czyli: Sarah Pekkanen nie zajmuje się ściganiem za zbrodnie – za to przygląda się temu, jak owe zbrodnie działać mogą na umysły osób niebezpośrednio w nie zaangażowanych. I to kolejny doskonały pomysł fabularny. Ta autorka przekonuje do siebie ogromem szczegółowości w narracji, proponuje odbiorcom wyjątkowo gęste powieści, w których cała uwaga skupia się na uczuciach bohaterów. Tym razem sytuacja, z której wychodzi, jest wyjątkowo trudna – ale też dzięki temu wyzwala rozmaite nieoczekiwane reakcje bezpośrednich uczestniczek. Sarah Pekkanen wie, jak budzić strach czytelników – bardzo dobrze jej to wychodzi. A tym razem przecież jeszcze może odwoływać się do społecznego lęku przed schorzeniami starzejących się bliskich.
piątek, 23 października 2026
Colleen AF Venable: Kati, kocia opiekunka. Nie taki złol straszny
Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.
Być sobą
Magda stara się wygrać wybory w mieście, a Kati – sąsiadka, która rozumie mowę jej kotów i angażuje się w rzeczywistość superbohaterów – dzielnie jej w tym pomaga. Zbiera podpisy od głosujących na listach poparcia i zastanawia się, jak przekonać wszystkich do głosowania właśnie na Magdę. Bo przecież jeśli ktoś ma poradzić sobie z zaprowadzeniem porządku w mieście – to właśnie Magda, Kati nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Zwłaszcza że za sąsiadką stoi cały sztab kotów – a każdy czworonóg ma inne umiejętności. Tak naprawdę nie trzeba się niczym zajmować, bo koty potrafią wszystko: kiedy działają razem, nie ma na nie mocnych.
Tylko że tym razem w cyklu Kati, kocia opiekunka koty pełnią rolę drugoplanową, co może dziwić wszystkich miłośników tych zwierząt. Przez całą historię liczyło się bardziej życie superbohatera niż obecność kotów – i tym razem również tak się dzieje. Wszystko przez decyzję burmistrza. Włodarz Nowego Jorku postanawia wypowiedzieć otwartą wojnę wszystkim superbohaterom – których sporo się namnożyło, po sukcesie Serowej Sprawiedliwości. Ci, którzy na początku przywdziewali specjalne kostiumy, teraz wiodą zwyczajne życie przykładnych obywateli. Jednak cała reszta ludzi – zafascynowanych superbohaterami – próbuje znaleźć swoje miejsce w palecie niemal komiksowych herosów. Każdy czeka na swoje pięć minut i każdy liczy na sławę choćby tylko chwilową. Jednak przez decyzję burmistrza Nowy Jork opanowują złole. Teraz po prostu opłaca się być czarnym charakterem. W tomie „Nie taki złol straszny” następuje weryfikacja poglądów i zmiana rozkładu sił. Co ważne, pojawia się też na marginesie kwestia przynależności do grupy rówieśników – Kati dowiaduje się, o jakich szkołach marzą jej koleżanki – i chociaż dziewczyny planowały wspólną przyszłość, wydaje się to niemożliwe. Chyba że bohaterka nagle odkryje w sobie talent do występowania publicznego albo znajdzie zajęcie pozwalające na naukę w szkole, do której startują najbliższe jej osoby. To najbardziej zwyczajny motyw – przerywnik w walce dobra ze złem. Colleen AF Venable woli jednak starcia samozwańczych superbohaterów (tworzonych przez ludzi po dawnym sukcesie) z samozwańczymi złolami (których wcale od superbohaterów tak wiele nie dzieli). Liczy się dynamika, zestaw zaskoczeń – i, oczywiście, zadania kotów, jedynych rozsądnych w całym towarzystwie. Colleen AF Venable chce stworzyć „żeńską” wersję światów Marvella, albo satyrę na typowe komiksowe motywy – bawi się formą i stara się przemycić dla swoich czytelniczek wskazówki dotyczące spełniania własnych marzeń. Stawia na komiks – więc liczy się tu również zagospodarowanie kadrów. I, co ciekawe, Stephanie Yue nie zajmuje się wypełnianiem tła, chce za to wyeksponować to, co najważniejsze w fabule i w relacjach między bohaterami zamiast odciągać uwagę odbiorczyń przez przeładowane detalami kadry. Proponuje historię uproszczoną – i tak w ramach samej fabuły dzieje się na tyle dużo, żeby kusić czytelniczki i odpowiednio sterować ich emocjami. A przecież na poważnie jest tu wyłącznie dylemat Kati, która w najbliższą przyszłość będzie się musiała udać bez wsparcia oswojonej już grupy.
Być sobą
Magda stara się wygrać wybory w mieście, a Kati – sąsiadka, która rozumie mowę jej kotów i angażuje się w rzeczywistość superbohaterów – dzielnie jej w tym pomaga. Zbiera podpisy od głosujących na listach poparcia i zastanawia się, jak przekonać wszystkich do głosowania właśnie na Magdę. Bo przecież jeśli ktoś ma poradzić sobie z zaprowadzeniem porządku w mieście – to właśnie Magda, Kati nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Zwłaszcza że za sąsiadką stoi cały sztab kotów – a każdy czworonóg ma inne umiejętności. Tak naprawdę nie trzeba się niczym zajmować, bo koty potrafią wszystko: kiedy działają razem, nie ma na nie mocnych.
Tylko że tym razem w cyklu Kati, kocia opiekunka koty pełnią rolę drugoplanową, co może dziwić wszystkich miłośników tych zwierząt. Przez całą historię liczyło się bardziej życie superbohatera niż obecność kotów – i tym razem również tak się dzieje. Wszystko przez decyzję burmistrza. Włodarz Nowego Jorku postanawia wypowiedzieć otwartą wojnę wszystkim superbohaterom – których sporo się namnożyło, po sukcesie Serowej Sprawiedliwości. Ci, którzy na początku przywdziewali specjalne kostiumy, teraz wiodą zwyczajne życie przykładnych obywateli. Jednak cała reszta ludzi – zafascynowanych superbohaterami – próbuje znaleźć swoje miejsce w palecie niemal komiksowych herosów. Każdy czeka na swoje pięć minut i każdy liczy na sławę choćby tylko chwilową. Jednak przez decyzję burmistrza Nowy Jork opanowują złole. Teraz po prostu opłaca się być czarnym charakterem. W tomie „Nie taki złol straszny” następuje weryfikacja poglądów i zmiana rozkładu sił. Co ważne, pojawia się też na marginesie kwestia przynależności do grupy rówieśników – Kati dowiaduje się, o jakich szkołach marzą jej koleżanki – i chociaż dziewczyny planowały wspólną przyszłość, wydaje się to niemożliwe. Chyba że bohaterka nagle odkryje w sobie talent do występowania publicznego albo znajdzie zajęcie pozwalające na naukę w szkole, do której startują najbliższe jej osoby. To najbardziej zwyczajny motyw – przerywnik w walce dobra ze złem. Colleen AF Venable woli jednak starcia samozwańczych superbohaterów (tworzonych przez ludzi po dawnym sukcesie) z samozwańczymi złolami (których wcale od superbohaterów tak wiele nie dzieli). Liczy się dynamika, zestaw zaskoczeń – i, oczywiście, zadania kotów, jedynych rozsądnych w całym towarzystwie. Colleen AF Venable chce stworzyć „żeńską” wersję światów Marvella, albo satyrę na typowe komiksowe motywy – bawi się formą i stara się przemycić dla swoich czytelniczek wskazówki dotyczące spełniania własnych marzeń. Stawia na komiks – więc liczy się tu również zagospodarowanie kadrów. I, co ciekawe, Stephanie Yue nie zajmuje się wypełnianiem tła, chce za to wyeksponować to, co najważniejsze w fabule i w relacjach między bohaterami zamiast odciągać uwagę odbiorczyń przez przeładowane detalami kadry. Proponuje historię uproszczoną – i tak w ramach samej fabuły dzieje się na tyle dużo, żeby kusić czytelniczki i odpowiednio sterować ich emocjami. A przecież na poważnie jest tu wyłącznie dylemat Kati, która w najbliższą przyszłość będzie się musiała udać bez wsparcia oswojonej już grupy.
czwartek, 22 października 2026
Aubrey Hartman: Lew, który się odważył
Kropka, Warszawa 2026.
Cena marzenia
Poppy to jedna z tych odklejonych od zwykłego życia bohaterek, które najchętniej nie wychodziłyby ze świata swoich ukochanych książek. Dziewczynka szczególnie kocha Narnię i lwa Aslana – dziwi ją, że nie wszyscy znają te historie i że nie dyskutują nad tym, która część jest najlepsza (oczywiście że pierwsza!). Czytanie to jej sposób na zabicie czasu i na poradzenie sobie z wyzwaniami, jakie stawiają przed nią rodzice. Bo mama i tata Poppy zajmują się kupowaniem i remontowaniem starych domów – jako duet osiągnęli już sporą sławę i mogą dostawać zlecenia, jakich inni nie mieliby szans otrzymać. Ale to oznacza też ciągłe przeprowadzki i zmiany środowiska. W związku z tym Poppy jest trochę samotna, nawet jeśli tego nie przyznaje. Zapadanie się w świat książek to nie jest najlepszy sposób na funkcjonowanie małej dziewczynki. Ale to właśnie Poppy, z wyćwiczoną na książkach wyobraźnią – i bez towarzystwa rówieśników – ma największą szansę na odkrycie tajemnicy nowej posiadłości, jaką zajmują się rodzice. Przebywa tu baśniowa istota, wyjątkowo złośliwa nimfa wodna, która może spełnić marzenie bohaterki, ale za pewną cenę. Tą ceną jest porwanie przez nimfę książek ważnych dla Poppy – a może i dla całej ludzkości. Bo nimfa nie poprzestaje na zabraniu przedmiotów (a przecież książki dla Poppy to prawdziwe skarby i bohaterka zrobi dużo, żeby je ocalić), wymazuje historie ze zbiorowej świadomości. I doskonale wie, gdzie uderzyć, żeby strata była jak najbardziej bolesna. Celowo sięga po te publikacje, które Poppy darzy największym uczuciem – albo które pozwalają scementować jej rodzinę.
A marzenie Poppy dotyczy posiadania własnego magicznego latającego lwa. Samson to na początku lwie szczenię, maleństwo, którym trzeba się opiekować. Z czasem dorasta i dojrzewa, nieświadomy, że za każdy dzień z jego życia nimfa pobiera wielki haracz. Samson ma problemy – nie potrafi ryczeć ani latać i lekcjami w tej dziedzinie musi się zająć Poppy, chociaż sama w sobie też nie ma zbyt wiele pewności siebie. I tak Poppy dojrzewa razem ze swoim wymarzonym zwierzęciem, które – oczywiście – musi trzymać w tajemnicy przed wszystkimi. „Lew, który się odważył” to baśń w starym stylu. Audrey Hartman pisze ją tak, żeby czytelników zachwycić i żeby przypomnieć im magię funkcjonującą w powieściach, zwłaszcza tych powieściach fantasy, które przeszły do klasyki. Jest tu sporo tematów współczesnych, związanych z dylematami samotnego dziecka – ale dzięki emocjom książka staje się uniwersalna. Co ważne, autorka bardzo mocno podkreśla rolę książek – nie ma tu mowy o wyobcowaniu z powodu literatury pięknej czy rozrywkowej, czytanie jest dla Poppy czynnością naturalną i bardzo potrzebną – a problemy w gronie rówieśników mają zupełnie inne źródło. Książki to przygoda i o tym Hartman ciągle będzie przypominać. To jest powieść dla pożeraczy historii – wymyślona i napisana z rozmachem, trochę z tęsknoty za dawnymi wielkimi produkcjami. Ma potencjał filmowy i jest wzruszająca – z pewnością przypadnie do gustu czytelnikom i zostanie z nimi na długo. Aubrey Hartman niejako mimochodem reklamuje tu też inne książki – te, na które warto zwrócić uwagę. Przypomina, że czytanie to najlepszy sposób na spędzanie wolnego czasu.
Cena marzenia
Poppy to jedna z tych odklejonych od zwykłego życia bohaterek, które najchętniej nie wychodziłyby ze świata swoich ukochanych książek. Dziewczynka szczególnie kocha Narnię i lwa Aslana – dziwi ją, że nie wszyscy znają te historie i że nie dyskutują nad tym, która część jest najlepsza (oczywiście że pierwsza!). Czytanie to jej sposób na zabicie czasu i na poradzenie sobie z wyzwaniami, jakie stawiają przed nią rodzice. Bo mama i tata Poppy zajmują się kupowaniem i remontowaniem starych domów – jako duet osiągnęli już sporą sławę i mogą dostawać zlecenia, jakich inni nie mieliby szans otrzymać. Ale to oznacza też ciągłe przeprowadzki i zmiany środowiska. W związku z tym Poppy jest trochę samotna, nawet jeśli tego nie przyznaje. Zapadanie się w świat książek to nie jest najlepszy sposób na funkcjonowanie małej dziewczynki. Ale to właśnie Poppy, z wyćwiczoną na książkach wyobraźnią – i bez towarzystwa rówieśników – ma największą szansę na odkrycie tajemnicy nowej posiadłości, jaką zajmują się rodzice. Przebywa tu baśniowa istota, wyjątkowo złośliwa nimfa wodna, która może spełnić marzenie bohaterki, ale za pewną cenę. Tą ceną jest porwanie przez nimfę książek ważnych dla Poppy – a może i dla całej ludzkości. Bo nimfa nie poprzestaje na zabraniu przedmiotów (a przecież książki dla Poppy to prawdziwe skarby i bohaterka zrobi dużo, żeby je ocalić), wymazuje historie ze zbiorowej świadomości. I doskonale wie, gdzie uderzyć, żeby strata była jak najbardziej bolesna. Celowo sięga po te publikacje, które Poppy darzy największym uczuciem – albo które pozwalają scementować jej rodzinę.
A marzenie Poppy dotyczy posiadania własnego magicznego latającego lwa. Samson to na początku lwie szczenię, maleństwo, którym trzeba się opiekować. Z czasem dorasta i dojrzewa, nieświadomy, że za każdy dzień z jego życia nimfa pobiera wielki haracz. Samson ma problemy – nie potrafi ryczeć ani latać i lekcjami w tej dziedzinie musi się zająć Poppy, chociaż sama w sobie też nie ma zbyt wiele pewności siebie. I tak Poppy dojrzewa razem ze swoim wymarzonym zwierzęciem, które – oczywiście – musi trzymać w tajemnicy przed wszystkimi. „Lew, który się odważył” to baśń w starym stylu. Audrey Hartman pisze ją tak, żeby czytelników zachwycić i żeby przypomnieć im magię funkcjonującą w powieściach, zwłaszcza tych powieściach fantasy, które przeszły do klasyki. Jest tu sporo tematów współczesnych, związanych z dylematami samotnego dziecka – ale dzięki emocjom książka staje się uniwersalna. Co ważne, autorka bardzo mocno podkreśla rolę książek – nie ma tu mowy o wyobcowaniu z powodu literatury pięknej czy rozrywkowej, czytanie jest dla Poppy czynnością naturalną i bardzo potrzebną – a problemy w gronie rówieśników mają zupełnie inne źródło. Książki to przygoda i o tym Hartman ciągle będzie przypominać. To jest powieść dla pożeraczy historii – wymyślona i napisana z rozmachem, trochę z tęsknoty za dawnymi wielkimi produkcjami. Ma potencjał filmowy i jest wzruszająca – z pewnością przypadnie do gustu czytelnikom i zostanie z nimi na długo. Aubrey Hartman niejako mimochodem reklamuje tu też inne książki – te, na które warto zwrócić uwagę. Przypomina, że czytanie to najlepszy sposób na spędzanie wolnego czasu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






