Czarne, Wołowiec 2026.
Życie
Mary jest bohaterką łatwo ulegającą wpływom. Dystansuje się od ludzi, ma tylko jedną przyjaciółkę, Chandrę – ale Chandra akurat gdzieś zniknęła (szuka własnej drogi i o tym, co się z nią dzieje, czytelnicy dowiedzą się w odpowiednim momencie). Z rodzicami nie utrzymuje kontaktu. W ogóle izoluje się od otoczenia – i to coraz bardziej, przede wszystkim za sprawą problemów zdrowotnych. Mary cierpi na wszystko, a jednocześnie nie może odkryć, co naprawdę jej dolega. Kolejni lekarze rozkładają ręce, kolejne badania nie wykazują niczego – tymczasem kobieta uczy się żyć z bólem i dziwnymi wysypkami czy innymi reakcjami organizmu. Nagle jednak codzienność Mary schodzi na dalszy plan. Oto kobieta, która nie miała żadnego celu przed sobą, właściwie wegetowała, starając się po prostu przetrwać, nagle otrzymuje niezwykle atrakcyjną ofertę działania. Stanie się Emocjonalną Dziewczyną – oczywiście jeśli podpisze odpowiednią umowę. Sprawdziła się na rozmowach kwalifikacyjnych i wkrótce będzie mogła dołączyć do świetnie płatnego – ale też niezwykle trudnego – eksperymentu. Mary ma dotrzymywać towarzystwa Kurtowi: być osobą, która odpowiada za pozytywne emocje wokół mężczyzny. Ma spędzać z nim czas i reagować według ściśle przygotowanego scenariusza. Nie zna właściwego celu wyzwania, wie tylko, że poza nią zostaną zaangażowane inne kobiety – w tym jedna odpowiadająca tylko za agresję. W tym wszystkim nie wolno będzie pozwalać sobie na prywatne relacje i reakcje spoza schematu – w końcu pracodawca ma prawo stawiać takie wymagania, skoro są one jawne przed podpisaniem kontraktu.
„Odpowiedzi” Catherine Lacey to powieść o zabawie w życie. Autorka pokazuje, co wydarzyłoby się, gdyby próbować uchwycić nieuchwytne – gdyby zabudować to szeregiem obostrzeń i wytycznych i gdyby zmusić ludzi do odgrywania scenek jak z normalnego życia. Cała akcja jest rozłożona w czasie, nie ma miejsca na skróty i przyspieszenia ani na ucieczkę od wymyślonego planu dnia – Mary nawet nie chce się buntować, chociaż obecność drugiego człowieka zmusza ją do weryfikowania możliwości pseudoaktorskich. Kurt też ma swoje zadania. Wie i akceptuje obecność różnych kobiet wokół niego – w końcu to on jest ich chlebodawcą – ale sam ma też do odegrania swoją rolę. Lacey stara się stworzyć psychologiczne studium obecności drugiego człowieka, zastanawia się nad granicami panowania nad własnymi reakcjami i pyta o to, czy sytuacja może warunkować reakcje. Proponuje czytelnikom niemal laboratoryjną obserwację tego, co zwykle nie podlega uważnym analizom, co jest efemeryczne i wręcz odruchowe. Próbuje zamknąć w strukturach to, co strukturalizacji nie podlegało – i sprawdza, co z tego wszystkiego wyniknie. Dzięki temu „Odpowiedzi” to powieść pozbawiona rutyny, napięcie między bohaterami stopniowo się uaktywnia i pozwala odbiorcom na śledzenie wyborów czy rozwiązań niekoniecznie odgórnie sterowanych. Jest to powieść zaskakująca i ciekawa dzięki odrzuceniu schematów, albo dzięki potraktowaniu tych schematów jak doświadczenia wypranego z emocji. Tu liczy się obserwacja – i niepewność celów drugiej strony. Robi się przez to dość nieludzko, ale i bardziej atrakcyjnie.
tu-czytam
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
sobota, 31 października 2026
piątek, 30 października 2026
Guillermo del Toro, Cornelia Funke: Labirynt Fauna
Kropka, Warszawa 2026.
Zło
Guillermo del Toro i Cornelia Funke stworzyli książkę, która jest analizą zła i może zaszokować konkretyzowaniem go w wojennej wersji. Przeniesienie akcji do Hiszpanii z 1944 roku pozwala na uzasadnienie rozmaitych tragedii, jakie rozegrają się w fabule - „Labirynt Fauna” to tom odbierający nadzieję i pocieszający jedynie tych, którzy przeżyli podobne do bohaterów straty. Jednocześnie ta książka bazuje na wyjątkowo silnych emocjach, z których strach wychodzi na pierwszy plan. I teraz: kto ma w pamięci scenariusz filmowy, nie powinien być zaskoczony, ale optyka Cornelii Funke sprawia, że to książka zupełnie inna niż to, co oczywiste.
Zwykle było tak, że książki stanowiły ratunek i szansę na ucieczkę od ponurej rzeczywistości – także wojennej. Ofelia świetnie o tym wie i kocha czytać. Ale w jej życiu nie ma zbyt dużo miejsca na opowieści – dziewczynka doświadcza rzeczy, których nie powinny znać dzieci. Śmierć ukochanego ojca sprawia, że matka bohaterki związuje się z jednym z oprawców. Zachodzi w ciążę i przeprowadza się razem z Ofelią do domu Vidala. Vidal jest bezwzględnym okrutnikiem, pozbawionym skrupułów i czerpiącym satysfakcję z dręczenia innych. O tym na razie jeszcze Ofelia nie wie, chociaż na przykład służąca Vidala świetnie zdaje sobie z tego sprawę. Uderza spostrzeżenie, że matka Ofelii należy do kobiet, które nie czerpią siły z siebie samych, tylko uwieszają się na dominujących mężczyznach – ku własnej zgubie. „Labirynt Fauna” zdecydowanie nie jest opowieścią dla dzieci i młodzieży, chociaż tworzy ją (współtworzy) Cornelia Funke, autorka, która sprawdziła się niejednokrotnie w literaturze czwartej i przeszła już do historii swoimi pomysłami. Teraz epatowanie złem sprawia, że odchodzi od tendencji w książkach dla młodych czytelników – na rzecz thrillera, tym bardziej okrutnego, że prawdziwego. Jedynym odejściem w stronę świata baśni jest postać Fauna, który w Ofelii upatruje księżniczki – i który szykuje dziewczynie miejsce na tronie. Tyle że żeby przejść granicę między światami, trzeba będzie największego poświęcenia. Faun powraca sporadycznie i chyba tylko po to, żeby przypomnieć, że poza ponurą codziennością istnieje jakakolwiek szansa ucieczki – tyle tylko, że rodzaj tej ucieczki niekoniecznie doda otuchy odbiorcom.
Uwaga ogniskuje się na Vidalu – to człowiek, dla którego nie ma usprawiedliwień. Bez względu na to, co stało się w jego życiu, Vidal teraz czerpie przyjemność z katowania innych. Nie zawaha się, jeśli będzie mógł wymierzyć najsurowszą karę każdemu, nawet oddanym podwładnym. Cieszy go możliwość torturowania rannych partyzantów. Znęcać się może nawet nad swoją żoną, w zasadzie jedyne, co go w niej interesuje, to nienarodzony jeszcze syn. Ofelia wie o tym wszystkim i jako niewidzialne zwykle dziecko stara się zadbać o rodzicielkę na swój sposób – szuka ratunku u życzliwych i stara się nie wchodzić w drogę Vidalowi. Ale jeśli mieszka w domu oprawcy, nie da rady od niego uciec. Jeszcze lepiej w okrucieństwie Vidala orientuje się Mercedes, służąca pomagająca partyzantom (w tym własnemu bratu). Ta historia nie jest baśnią z happy endem i może to jest w niej najbardziej szokujące.
„Labirynt Fauna” to stopniowe zanurzanie się w tym, co złe, przerażające, okrutne i bezwzględne. Nawet przejście w świat baśni nie zapewnia potrzebnego wytchnienia – cała ta książka jest przestrogą przed wojną i przed charakterami pokroju Vidala. Pytanie tylko, czy takie wołanie przyniesie efekt...
Zło
Guillermo del Toro i Cornelia Funke stworzyli książkę, która jest analizą zła i może zaszokować konkretyzowaniem go w wojennej wersji. Przeniesienie akcji do Hiszpanii z 1944 roku pozwala na uzasadnienie rozmaitych tragedii, jakie rozegrają się w fabule - „Labirynt Fauna” to tom odbierający nadzieję i pocieszający jedynie tych, którzy przeżyli podobne do bohaterów straty. Jednocześnie ta książka bazuje na wyjątkowo silnych emocjach, z których strach wychodzi na pierwszy plan. I teraz: kto ma w pamięci scenariusz filmowy, nie powinien być zaskoczony, ale optyka Cornelii Funke sprawia, że to książka zupełnie inna niż to, co oczywiste.
Zwykle było tak, że książki stanowiły ratunek i szansę na ucieczkę od ponurej rzeczywistości – także wojennej. Ofelia świetnie o tym wie i kocha czytać. Ale w jej życiu nie ma zbyt dużo miejsca na opowieści – dziewczynka doświadcza rzeczy, których nie powinny znać dzieci. Śmierć ukochanego ojca sprawia, że matka bohaterki związuje się z jednym z oprawców. Zachodzi w ciążę i przeprowadza się razem z Ofelią do domu Vidala. Vidal jest bezwzględnym okrutnikiem, pozbawionym skrupułów i czerpiącym satysfakcję z dręczenia innych. O tym na razie jeszcze Ofelia nie wie, chociaż na przykład służąca Vidala świetnie zdaje sobie z tego sprawę. Uderza spostrzeżenie, że matka Ofelii należy do kobiet, które nie czerpią siły z siebie samych, tylko uwieszają się na dominujących mężczyznach – ku własnej zgubie. „Labirynt Fauna” zdecydowanie nie jest opowieścią dla dzieci i młodzieży, chociaż tworzy ją (współtworzy) Cornelia Funke, autorka, która sprawdziła się niejednokrotnie w literaturze czwartej i przeszła już do historii swoimi pomysłami. Teraz epatowanie złem sprawia, że odchodzi od tendencji w książkach dla młodych czytelników – na rzecz thrillera, tym bardziej okrutnego, że prawdziwego. Jedynym odejściem w stronę świata baśni jest postać Fauna, który w Ofelii upatruje księżniczki – i który szykuje dziewczynie miejsce na tronie. Tyle że żeby przejść granicę między światami, trzeba będzie największego poświęcenia. Faun powraca sporadycznie i chyba tylko po to, żeby przypomnieć, że poza ponurą codziennością istnieje jakakolwiek szansa ucieczki – tyle tylko, że rodzaj tej ucieczki niekoniecznie doda otuchy odbiorcom.
Uwaga ogniskuje się na Vidalu – to człowiek, dla którego nie ma usprawiedliwień. Bez względu na to, co stało się w jego życiu, Vidal teraz czerpie przyjemność z katowania innych. Nie zawaha się, jeśli będzie mógł wymierzyć najsurowszą karę każdemu, nawet oddanym podwładnym. Cieszy go możliwość torturowania rannych partyzantów. Znęcać się może nawet nad swoją żoną, w zasadzie jedyne, co go w niej interesuje, to nienarodzony jeszcze syn. Ofelia wie o tym wszystkim i jako niewidzialne zwykle dziecko stara się zadbać o rodzicielkę na swój sposób – szuka ratunku u życzliwych i stara się nie wchodzić w drogę Vidalowi. Ale jeśli mieszka w domu oprawcy, nie da rady od niego uciec. Jeszcze lepiej w okrucieństwie Vidala orientuje się Mercedes, służąca pomagająca partyzantom (w tym własnemu bratu). Ta historia nie jest baśnią z happy endem i może to jest w niej najbardziej szokujące.
„Labirynt Fauna” to stopniowe zanurzanie się w tym, co złe, przerażające, okrutne i bezwzględne. Nawet przejście w świat baśni nie zapewnia potrzebnego wytchnienia – cała ta książka jest przestrogą przed wojną i przed charakterami pokroju Vidala. Pytanie tylko, czy takie wołanie przyniesie efekt...
czwartek, 29 października 2026
Matilde Serao: Trzewia Neapolu
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2026.
Ubóstwo
Ta książka powstała ponad wiek temu, Matilde Serao stworzyła cykl esejów poświęconych Neapolowi w odpowiedzi na zachowanie ówczesnego premiera Włoch. Odpowiedź społeczna okazała się jednocześnie idealnie literacka – do tego stopnia, że książkę można dzisiaj przedstawić odbiorcom i mieć pewność, że spotka się z wyjątkowo ciepłym przyjęciem. „Trzewia Neapolu” to bowiem studium brzydoty i biedy – ale jednocześnie pewnego rodzaju nieuchwytny sentyment, z którym nie można polemizować. Ponieważ polskim czytelnikom Matilde Serao nie jest raczej znana – a już na pewno nie jest kojarzona przez dzisiejszych odbiorców – pojawia się tu rozbudowany wstęp, dzięki któremu można zyskać rozeznanie w twórczości tej autorki i w działaniach podejmowanych przez nią. Wszystko po to, żeby przygotować czytelników na prozę pozornie surową, a w rzeczywistości mocno upiększającą obskurne miejsca.
Matilde Serao tworzy cykl utworów – powiązanych ze sobą bardzo luźno, przede wszystkim samym miejscem – Neapol to punkt odniesienia, ale autorkę interesują rozmaite jego aspekty. Czasami bierze pod uwagę ludzi, innym razem zapachy, wygląd kamienic albo problemy pogłębiające ubóstwo (na przykład – wszechobecną lichwę). Zdarza się jej obserwować i wynikami tej obserwacji dzielić się z czytelnikami, ale równie często będzie po prostu odtwarzać scenki rodzajowe, które znacznie więcej powiedzą obiorcom o mentalności miejscowych niż wszelkiego rodzaju omówienia. Tu nie ma tematów tabu, nie ma też ukrywania problemów – Matilde Serao tworzy prozę zaangażowaną, zależy jej na tym, żeby czytelnicy nie tylko dostrzegli problemy naszkicowane przez nią, ale też zrozumieli, w jaką stronę powinno się iść, żeby te problemy rozwiązać. Sugeruje najlepsze możliwe działania – a to przydatne nie tylko dla rzeczywistego adresata – premiera – ale również dla samych czytelników, także po dekadach. „Trzewia Neapolu” to próba zrozumienia miejsca, ale próba wyjątkowa: bez wybielania i upiększania. Tu zresztą nie chodzi o zachwyty estetyczne, przynajmniej nie w pierwotnym ujęciu. Bo teraz, po ponad stu latach od powstania tekstów, zmienia się ich brzmienie – przenosi się akcent z tematów społecznych i prób interweniowania tam, gdzie potrzebna jest pilna pomoc, na literackość. Najbardziej przyciągają uwagę nie same obrazy biedy i prób funkcjonowania w świecie pozbawionym wygód, a sposób prezentowania ich – i tu Matilde Serao zamienia się z publicystki w autorkę literatury pięknej, być może nieoczekiwanie. Dzisiaj po „Trzewia Neapolu” sięgać się będzie dla przeciwwagi wobec upraszczanych do granic możliwości relacji z podróży, internetowych wyznań i szybkich komentarzy. Matilde Serao nie tylko obserwuje – dba też o to, żeby wyciągać wnioski i podsuwać czytelnikom oceny. To podejście pozwala lepiej zrozumieć miejsce i jego specyfikę, a do tego nakreślić sfery wymagające naprawy czy interwencji. Neapol z tego ujęcia nie może urzekać – ale może urzekać sposób jego prezentowania, uchwycenie wad i problemów w literackiej, melodyjnej opowieści. Nie jest to rozbudowana książka, ale wypełniona celnymi uwagami i przemyśleniami, które pokazują, jak bardzo autorce zależało nie na rozgłosie, a na realnej pomocy dla miejscowych.
Ubóstwo
Ta książka powstała ponad wiek temu, Matilde Serao stworzyła cykl esejów poświęconych Neapolowi w odpowiedzi na zachowanie ówczesnego premiera Włoch. Odpowiedź społeczna okazała się jednocześnie idealnie literacka – do tego stopnia, że książkę można dzisiaj przedstawić odbiorcom i mieć pewność, że spotka się z wyjątkowo ciepłym przyjęciem. „Trzewia Neapolu” to bowiem studium brzydoty i biedy – ale jednocześnie pewnego rodzaju nieuchwytny sentyment, z którym nie można polemizować. Ponieważ polskim czytelnikom Matilde Serao nie jest raczej znana – a już na pewno nie jest kojarzona przez dzisiejszych odbiorców – pojawia się tu rozbudowany wstęp, dzięki któremu można zyskać rozeznanie w twórczości tej autorki i w działaniach podejmowanych przez nią. Wszystko po to, żeby przygotować czytelników na prozę pozornie surową, a w rzeczywistości mocno upiększającą obskurne miejsca.
Matilde Serao tworzy cykl utworów – powiązanych ze sobą bardzo luźno, przede wszystkim samym miejscem – Neapol to punkt odniesienia, ale autorkę interesują rozmaite jego aspekty. Czasami bierze pod uwagę ludzi, innym razem zapachy, wygląd kamienic albo problemy pogłębiające ubóstwo (na przykład – wszechobecną lichwę). Zdarza się jej obserwować i wynikami tej obserwacji dzielić się z czytelnikami, ale równie często będzie po prostu odtwarzać scenki rodzajowe, które znacznie więcej powiedzą obiorcom o mentalności miejscowych niż wszelkiego rodzaju omówienia. Tu nie ma tematów tabu, nie ma też ukrywania problemów – Matilde Serao tworzy prozę zaangażowaną, zależy jej na tym, żeby czytelnicy nie tylko dostrzegli problemy naszkicowane przez nią, ale też zrozumieli, w jaką stronę powinno się iść, żeby te problemy rozwiązać. Sugeruje najlepsze możliwe działania – a to przydatne nie tylko dla rzeczywistego adresata – premiera – ale również dla samych czytelników, także po dekadach. „Trzewia Neapolu” to próba zrozumienia miejsca, ale próba wyjątkowa: bez wybielania i upiększania. Tu zresztą nie chodzi o zachwyty estetyczne, przynajmniej nie w pierwotnym ujęciu. Bo teraz, po ponad stu latach od powstania tekstów, zmienia się ich brzmienie – przenosi się akcent z tematów społecznych i prób interweniowania tam, gdzie potrzebna jest pilna pomoc, na literackość. Najbardziej przyciągają uwagę nie same obrazy biedy i prób funkcjonowania w świecie pozbawionym wygód, a sposób prezentowania ich – i tu Matilde Serao zamienia się z publicystki w autorkę literatury pięknej, być może nieoczekiwanie. Dzisiaj po „Trzewia Neapolu” sięgać się będzie dla przeciwwagi wobec upraszczanych do granic możliwości relacji z podróży, internetowych wyznań i szybkich komentarzy. Matilde Serao nie tylko obserwuje – dba też o to, żeby wyciągać wnioski i podsuwać czytelnikom oceny. To podejście pozwala lepiej zrozumieć miejsce i jego specyfikę, a do tego nakreślić sfery wymagające naprawy czy interwencji. Neapol z tego ujęcia nie może urzekać – ale może urzekać sposób jego prezentowania, uchwycenie wad i problemów w literackiej, melodyjnej opowieści. Nie jest to rozbudowana książka, ale wypełniona celnymi uwagami i przemyśleniami, które pokazują, jak bardzo autorce zależało nie na rozgłosie, a na realnej pomocy dla miejscowych.
środa, 28 października 2026
Iwona Dudzik: Dzieci w Chmurze. Edukacja domowa w Polsce
Czarne, Wołowiec 2026.
Lekcja
Szkoła w Chmurze kilka lat temu przebojem wdarła się do świadomości społeczeństwa i dała nadzieję wszystkim tym, którzy mieli dosyć problemów tradycyjnej edukacji. Co ciekawe, nie istniała wówczas negatywna narracja na ten temat: rzeczywistość uczniów w edukacji domowej przedstawiano w samych superlatywach. Nic dziwnego, że coraz więcej osób chciało skorzystać z takiej formy wolności. Iwona Dudzik była jednym z rodziców, którym nastoletnie dziecko oznajmiło, że zamierza przejść do Szkoły w Chmurze – i zrealizowało to marzenie błyskawicznie, przy wsparciu dorosłych.
Na szczęście trafiło na dociekliwą dziennikarkę, która nie poprzestała na ocenie gry pozorów. Iwona Dudzik zaniepokoiła się tym, że jej córka wstaje coraz później, wychodzi na długie spacery z psem, ale na lekcje nie poświęca zbyt dużo czasu. Zaczęła szukać informacji na temat Szkoły w Chmurze (i w ogóle edukacji domowej w Polsce) i odkrywać rzeczy, które niepokoiły coraz bardziej. Korzystała z konta, które pozwalało jej sprawdzić jakość nauki – wychwalanej przez wyznawców Szkoły w Chmurze. I w miarę zdobywania kolejnych danych dochodziła do coraz bardziej niepokojących wniosków.
Jest w tej książce motyw problemów w polskiej edukacji – i podwalin pod edukację domową: autorka tłumaczy, skąd wzięły się ruchy prowadzące do „uwolnienia” uczniów od szkolnych obowiązków. Iwona Dudzik sprawdza też, jak to możliwe, że w Szkole w Chmurze wszyscy bez problemu zdają trudne egzaminy – dlaczego ktoś, kto uczył się całe dwa dni, jest w stanie na celująco zdać egzamin z rozszerzonej matematyki – i co to oznacza dla dzieci. Może nie idealizuje tradycyjnych form kształcenia, ale podważa medialne hasła – pokazuje, co za nimi stoi i z czym wiąże się dla samych nastolatków, uwiedzionych obietnicą redukcji stresu. Przypomina, że obok jednostek, które odniosły sukces, pojawia się mnóstwo dzieci, które nie mają szans rozwinąć skrzydeł, za to potrzebowałyby dyscypliny i uporządkowania wiedzy – oraz nauczycielskiej kontroli. Zadaje też pytania o rolę rodziców, o pieniądze i o rodzaje zadań, jakie stawiane są przed uczniami Szkoły w Chmurze. Wreszcie dochodzi do tematu obaw rodzica maturzystki – i tu sytuacja zaczyna nabierać tempa.
Jest to opowieść pozwalająca z różnych perspektyw oceniać Szkołę w Chmurze. Jest rzetelnie przygotowana i cenna. Pokazuje bez upiększania problemy tego pomysłu i pułapki, o jakich nie mają pojęcia rodzice ani uczniowie skuszeni wizją bezstresowego uczenia się. Bije na alarm – i doskonale, że ta książka ukazuje się na rynku, bo nie każdy z rodziców miałby siły i ochotę wykonać tak wielką pracę i prześledzić wyzwania wiążące się z edukacją domową. Iwona Dudzik pozwala odbiorcom na przyjrzenie się wszelkim niepokojącym aspektom tego rozwiązania – ostrzega i nie tylko przedstawia szereg faktów, ale też własną perspektywę, wizję rodzica pozbawionego pomocy. Szkoła w Chmurze ma wiele wad, które do tej pory udawało się skutecznie maskować czy wręcz ukrywać przed potencjalnymi zainteresowanymi – teraz jednak zostały one zgromadzone w jednym miejscu i pozostaje mieć nadzieję, że książka trafi do rodziców bezpośrednio zainteresowanych zanim będzie za późno na ratunek. Owszem, przydałoby się zreformować szkolne programy – ale na pewno nie przez odrzucenie wszystkich obowiązków i lekcji. Bardzo cieszy fakt, że ta książka pojawiła się na rynku – powinna stać się lekturą obowiązkową dla rodziców.
Lekcja
Szkoła w Chmurze kilka lat temu przebojem wdarła się do świadomości społeczeństwa i dała nadzieję wszystkim tym, którzy mieli dosyć problemów tradycyjnej edukacji. Co ciekawe, nie istniała wówczas negatywna narracja na ten temat: rzeczywistość uczniów w edukacji domowej przedstawiano w samych superlatywach. Nic dziwnego, że coraz więcej osób chciało skorzystać z takiej formy wolności. Iwona Dudzik była jednym z rodziców, którym nastoletnie dziecko oznajmiło, że zamierza przejść do Szkoły w Chmurze – i zrealizowało to marzenie błyskawicznie, przy wsparciu dorosłych.
Na szczęście trafiło na dociekliwą dziennikarkę, która nie poprzestała na ocenie gry pozorów. Iwona Dudzik zaniepokoiła się tym, że jej córka wstaje coraz później, wychodzi na długie spacery z psem, ale na lekcje nie poświęca zbyt dużo czasu. Zaczęła szukać informacji na temat Szkoły w Chmurze (i w ogóle edukacji domowej w Polsce) i odkrywać rzeczy, które niepokoiły coraz bardziej. Korzystała z konta, które pozwalało jej sprawdzić jakość nauki – wychwalanej przez wyznawców Szkoły w Chmurze. I w miarę zdobywania kolejnych danych dochodziła do coraz bardziej niepokojących wniosków.
Jest w tej książce motyw problemów w polskiej edukacji – i podwalin pod edukację domową: autorka tłumaczy, skąd wzięły się ruchy prowadzące do „uwolnienia” uczniów od szkolnych obowiązków. Iwona Dudzik sprawdza też, jak to możliwe, że w Szkole w Chmurze wszyscy bez problemu zdają trudne egzaminy – dlaczego ktoś, kto uczył się całe dwa dni, jest w stanie na celująco zdać egzamin z rozszerzonej matematyki – i co to oznacza dla dzieci. Może nie idealizuje tradycyjnych form kształcenia, ale podważa medialne hasła – pokazuje, co za nimi stoi i z czym wiąże się dla samych nastolatków, uwiedzionych obietnicą redukcji stresu. Przypomina, że obok jednostek, które odniosły sukces, pojawia się mnóstwo dzieci, które nie mają szans rozwinąć skrzydeł, za to potrzebowałyby dyscypliny i uporządkowania wiedzy – oraz nauczycielskiej kontroli. Zadaje też pytania o rolę rodziców, o pieniądze i o rodzaje zadań, jakie stawiane są przed uczniami Szkoły w Chmurze. Wreszcie dochodzi do tematu obaw rodzica maturzystki – i tu sytuacja zaczyna nabierać tempa.
Jest to opowieść pozwalająca z różnych perspektyw oceniać Szkołę w Chmurze. Jest rzetelnie przygotowana i cenna. Pokazuje bez upiększania problemy tego pomysłu i pułapki, o jakich nie mają pojęcia rodzice ani uczniowie skuszeni wizją bezstresowego uczenia się. Bije na alarm – i doskonale, że ta książka ukazuje się na rynku, bo nie każdy z rodziców miałby siły i ochotę wykonać tak wielką pracę i prześledzić wyzwania wiążące się z edukacją domową. Iwona Dudzik pozwala odbiorcom na przyjrzenie się wszelkim niepokojącym aspektom tego rozwiązania – ostrzega i nie tylko przedstawia szereg faktów, ale też własną perspektywę, wizję rodzica pozbawionego pomocy. Szkoła w Chmurze ma wiele wad, które do tej pory udawało się skutecznie maskować czy wręcz ukrywać przed potencjalnymi zainteresowanymi – teraz jednak zostały one zgromadzone w jednym miejscu i pozostaje mieć nadzieję, że książka trafi do rodziców bezpośrednio zainteresowanych zanim będzie za późno na ratunek. Owszem, przydałoby się zreformować szkolne programy – ale na pewno nie przez odrzucenie wszystkich obowiązków i lekcji. Bardzo cieszy fakt, że ta książka pojawiła się na rynku – powinna stać się lekturą obowiązkową dla rodziców.
wtorek, 27 października 2026
Najat El Hachmi: W poniedziałek nas pokochają
bo.wiem, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2026.
Więzy
Opowieść o wyzwalaniu się ze schematów i o własnej wizji życia snuje Najat El Hachmi w książce „W poniedziałek nas pokochają”. To relacja muzułmańskiej dziewczyny, Marokanki, która i tak nie pasuje do żadnego ze środowisk. Paradoksalnie właśnie dzięki temu może spróbować funkcjonować zgodnie ze swoimi zasadami – trochę obserwując starsze koleżanki, a trochę śledząc postulaty feministek. Ta bohaterka na początku stara się nie sprawiać problemów bliskim i nie wychodzić poza normy narzucane przez religię i kulturę. Wie doskonale, jakie oczekiwania wobec niej ma rodzina – i jaka przyszłość ją czeka. Ale pewnego dnia spotyka na swojej drodze starszą od siebie kobietę i obserwuje jej wyzwolenie. To impuls do wprowadzania zmian – stopniowo i przez drobne gesty. Jednocześnie to pretekst do obserwowania siebie wobec innych. Bohaterka tego tomu szczególną uwagę zwraca na ciało – na kanony urody, w które niekoniecznie się wpasowuje. Zwłaszcza kwestia tuszy spędza sen z powiek i nakłania do podejmowania drakońskich diet. Najgorsze, że w temacie wyboru mężczyzny, z którym chciałaby spędzić życie, kobieta nie ma zbyt wiele do powiedzenia. Ale pod wpływem nowej znajomej zmieniają się poglądy bohaterki. Do tej pory zahukana i posłuszna, grzeczna i skromna, wkracza w etap dojrzewania z większą nadzieją na rozpoznawanie siebie. Teraz już wie, że może odkrywać własną seksualność i kształtować swoje życie samodzielnie.
Przechodzenie przez kolejne etapy wtajemniczenia postaci relacjonuje tu autorka w formie monologu do bardziej doświadczonej znajomej. Cała książka jest zwierzeniem polegającym na uporządkowaniu doświadczeń i przedstawianiu metamorfozy, która przebiega nie w formie rewolucji a ewolucji. Pojawiają się motywy charakterystyczne dla procesu dojrzewania, a niepotrzebnie przez rygory społeczne hamowane – między innymi pierwsza miłość czy fizyczne kontakty damsko-męskie. Bohaterka zastanawia się nad zachowaniem ukochanego, który przed ślubem chce przychylić nieba, a po ślubie nieoczekiwanie się zmienia. Obserwuje nie tylko swojego wybranka, ale też absztyfikanta przyjaciółki. Do tego dodaje zestaw refleksji na temat wolności seksualnej – rozpatruje choćby temat sypiania z różnymi mężczyznami i zachowywania dziewictwa dla tego jedynego. Stopniowo przekonuje się, że mimo opresyjnego systemu ma wokół siebie kobiety, które porzuciły tradycyjne role. W nich dostrzega największą feministyczną siłę i z nich chce brać przykład – nawet kosztem oderwania się od tradycji.
Ale nie feminizm i nie walka muzułmańskich kobiet o możliwość samostanowienia wysuwają się na pierwszy plan tej powieści, a język, jakim posługuje się bohaterka. Kiedy prowadzi narrację, wykorzystuje rozłożyste opisy, działające na wyobraźnię. Stara się uwieść czytelników klimatem, samą melodią słów, które wyjątkowo precyzyjnie oddają istotę problemu. Zwraca autorka uwagę na zagadnienia drażliwe i zestawia je z uniwersalnymi emocjami. Proponuje czytelnikom podróż w głąb postaci zmuszanej początkowo do działań porządkowanych przez tradycje, żeby spokojnie przejść do najgłębszych pragnień i dążeń niemal pierwotnych, bazujących nie na więziach społecznych, a na osobistych potrzebach. I, owszem, padają tu ważne pytania, ale dla czytelników najbardziej istotna będzie przyjęta forma – pokazująca to, co już często dobrze uświadomione, w wersji pięknej literacko.
Więzy
Opowieść o wyzwalaniu się ze schematów i o własnej wizji życia snuje Najat El Hachmi w książce „W poniedziałek nas pokochają”. To relacja muzułmańskiej dziewczyny, Marokanki, która i tak nie pasuje do żadnego ze środowisk. Paradoksalnie właśnie dzięki temu może spróbować funkcjonować zgodnie ze swoimi zasadami – trochę obserwując starsze koleżanki, a trochę śledząc postulaty feministek. Ta bohaterka na początku stara się nie sprawiać problemów bliskim i nie wychodzić poza normy narzucane przez religię i kulturę. Wie doskonale, jakie oczekiwania wobec niej ma rodzina – i jaka przyszłość ją czeka. Ale pewnego dnia spotyka na swojej drodze starszą od siebie kobietę i obserwuje jej wyzwolenie. To impuls do wprowadzania zmian – stopniowo i przez drobne gesty. Jednocześnie to pretekst do obserwowania siebie wobec innych. Bohaterka tego tomu szczególną uwagę zwraca na ciało – na kanony urody, w które niekoniecznie się wpasowuje. Zwłaszcza kwestia tuszy spędza sen z powiek i nakłania do podejmowania drakońskich diet. Najgorsze, że w temacie wyboru mężczyzny, z którym chciałaby spędzić życie, kobieta nie ma zbyt wiele do powiedzenia. Ale pod wpływem nowej znajomej zmieniają się poglądy bohaterki. Do tej pory zahukana i posłuszna, grzeczna i skromna, wkracza w etap dojrzewania z większą nadzieją na rozpoznawanie siebie. Teraz już wie, że może odkrywać własną seksualność i kształtować swoje życie samodzielnie.
Przechodzenie przez kolejne etapy wtajemniczenia postaci relacjonuje tu autorka w formie monologu do bardziej doświadczonej znajomej. Cała książka jest zwierzeniem polegającym na uporządkowaniu doświadczeń i przedstawianiu metamorfozy, która przebiega nie w formie rewolucji a ewolucji. Pojawiają się motywy charakterystyczne dla procesu dojrzewania, a niepotrzebnie przez rygory społeczne hamowane – między innymi pierwsza miłość czy fizyczne kontakty damsko-męskie. Bohaterka zastanawia się nad zachowaniem ukochanego, który przed ślubem chce przychylić nieba, a po ślubie nieoczekiwanie się zmienia. Obserwuje nie tylko swojego wybranka, ale też absztyfikanta przyjaciółki. Do tego dodaje zestaw refleksji na temat wolności seksualnej – rozpatruje choćby temat sypiania z różnymi mężczyznami i zachowywania dziewictwa dla tego jedynego. Stopniowo przekonuje się, że mimo opresyjnego systemu ma wokół siebie kobiety, które porzuciły tradycyjne role. W nich dostrzega największą feministyczną siłę i z nich chce brać przykład – nawet kosztem oderwania się od tradycji.
Ale nie feminizm i nie walka muzułmańskich kobiet o możliwość samostanowienia wysuwają się na pierwszy plan tej powieści, a język, jakim posługuje się bohaterka. Kiedy prowadzi narrację, wykorzystuje rozłożyste opisy, działające na wyobraźnię. Stara się uwieść czytelników klimatem, samą melodią słów, które wyjątkowo precyzyjnie oddają istotę problemu. Zwraca autorka uwagę na zagadnienia drażliwe i zestawia je z uniwersalnymi emocjami. Proponuje czytelnikom podróż w głąb postaci zmuszanej początkowo do działań porządkowanych przez tradycje, żeby spokojnie przejść do najgłębszych pragnień i dążeń niemal pierwotnych, bazujących nie na więziach społecznych, a na osobistych potrzebach. I, owszem, padają tu ważne pytania, ale dla czytelników najbardziej istotna będzie przyjęta forma – pokazująca to, co już często dobrze uświadomione, w wersji pięknej literacko.
poniedziałek, 26 października 2026
Czesław Janczarski: Miś Uszatek. Opowiadania wszystkie
Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.
Miś
Teraz skaczą z radości wszyscy, którzy wychowywali się na tomikach Czesława Janczarskiego i Misia Uszatka kojarzą nie tylko z telewizyjnej dobranocki, ale i z czytanych przed snem opowieści. Na rynku ukazuje się bowiem monumentalny (i bardzo ciężki, jeśli chodzi o wagę) tom „Miś Uszatek. Opowiadania wszystkie”: pięć książeczek wydanych w twardej oprawie i na kredowym papierze. Nieprzypadkowo: to przecież skarb dla starszych czytelników. Skarb, który teraz mogą oni przedstawić swoim pociechom. O losach Misia Uszatka (a także skradzionej z muzeum zabawki) poczytają sobie odbiorcy we wstępie – i ci, którzy tej postaci ze swojego dzieciństwa nie mają szans pamiętać, dowiedzą się trochę o jej fenomenie. Starsi natomiast z przyjemnością przypomną sobie o historii Uszatka – i przekonają się, dlaczego i dzisiaj warto sięgać po tę lekturę jako rozrywkę dla najmłodszych.
Czesław Janczarski proponuje bardzo krótkie historyjki, każde opowiadanie zajmuje przeważnie stronę tekstu – to naprawdę niewiele, dopiero w ostatniej książeczce pojawiają się trochę dłuższe narracje. Liczy się tu jednak przede wszystkim przygoda, humorystyczny finał i przesłanie. Co ważne, ten autor nie zamierza dzieci pouczać ani napominać – stara się przemycać treści wychowawcze w opowiastkach, tak, żeby odbiorcy samodzielnie wyciągali wnioski i żeby nie poczuli się gorsi od autora. To ważne, bo dzięki temu Janczarski nie zniechęci do lektury. Co ważne, Miś Uszatek nie będzie pozostawał w jednym miejscu: kiedy przestaje być potrzebny jakimś dzieciom (i młodszemu rodzeństwu), wyrusza do kolejnej rodziny, żeby tam dzielić się doświadczeniem i pomysłami. Zawsze pozostaje blisko dzieci, ale jest też misiem samodzielnym – na tyle, żeby przeżywać własne przygody. Nie boi się ani wyjścia do przedszkola, ani założenia własnego cyrku. Ma sporo pomysłów, a do tego potrafi opowiadać bajki: jest tu jeden tomik stworzony właśnie z bajek Misia Uszatka, to odrobinę wytchnienie od powtarzalności i od jednego charakterystycznego bohatera, przejście w świat zwierząt, tak lubianych w opowiastkach dla najmłodszych. Czesław Janczarski dba o to, żeby Miś Uszatek przebywał stale w otoczeniu, które jest dla dzieci naturalne i przekonujące – ale nie unika czasami odważnych fabuł, zdarza się na przykład, że nieostrożne lalki nie potrafią posługiwać się żelazkiem i doprowadzają do pożaru. To emocje, które dzisiaj nie mają szans trafić do czytanek dla najmłodszych – tymczasem przydają się do tłumaczenia świata i do wypracowywania prawidłowych odruchów.
Pozostały tu oczywiście oryginalne ilustracje Zbigniewa Rychlickiego. Miś Uszatek w tej wersji wyruszył w świat – znany w różnych krajach, jest bardzo charakterystyczny i jednocześnie prosty i malowniczy. Na obrazkach Rychlickiego jest wiele cennych pomysłów, ujęć, które sprawdzą się i dzisiaj: tu liczy się nie tylko wyczulenie na sprawy dzieci, ale również odpowiednie podejście do ilustracji jako formy sztuki. Nie ulega wątpliwości, że odbiorcy mają tu do czynienia z dziełem wybitnym. Znowu starsi chętnie przypomną sobie oglądane niegdyś książeczki – i najłatwiej będzie uruchomić skojarzenia przez stronę graficzną. Dzisiejsze maluchy znajdą w przygodach Misia Uszatka całkiem sporo dla siebie.
Miś
Teraz skaczą z radości wszyscy, którzy wychowywali się na tomikach Czesława Janczarskiego i Misia Uszatka kojarzą nie tylko z telewizyjnej dobranocki, ale i z czytanych przed snem opowieści. Na rynku ukazuje się bowiem monumentalny (i bardzo ciężki, jeśli chodzi o wagę) tom „Miś Uszatek. Opowiadania wszystkie”: pięć książeczek wydanych w twardej oprawie i na kredowym papierze. Nieprzypadkowo: to przecież skarb dla starszych czytelników. Skarb, który teraz mogą oni przedstawić swoim pociechom. O losach Misia Uszatka (a także skradzionej z muzeum zabawki) poczytają sobie odbiorcy we wstępie – i ci, którzy tej postaci ze swojego dzieciństwa nie mają szans pamiętać, dowiedzą się trochę o jej fenomenie. Starsi natomiast z przyjemnością przypomną sobie o historii Uszatka – i przekonają się, dlaczego i dzisiaj warto sięgać po tę lekturę jako rozrywkę dla najmłodszych.
Czesław Janczarski proponuje bardzo krótkie historyjki, każde opowiadanie zajmuje przeważnie stronę tekstu – to naprawdę niewiele, dopiero w ostatniej książeczce pojawiają się trochę dłuższe narracje. Liczy się tu jednak przede wszystkim przygoda, humorystyczny finał i przesłanie. Co ważne, ten autor nie zamierza dzieci pouczać ani napominać – stara się przemycać treści wychowawcze w opowiastkach, tak, żeby odbiorcy samodzielnie wyciągali wnioski i żeby nie poczuli się gorsi od autora. To ważne, bo dzięki temu Janczarski nie zniechęci do lektury. Co ważne, Miś Uszatek nie będzie pozostawał w jednym miejscu: kiedy przestaje być potrzebny jakimś dzieciom (i młodszemu rodzeństwu), wyrusza do kolejnej rodziny, żeby tam dzielić się doświadczeniem i pomysłami. Zawsze pozostaje blisko dzieci, ale jest też misiem samodzielnym – na tyle, żeby przeżywać własne przygody. Nie boi się ani wyjścia do przedszkola, ani założenia własnego cyrku. Ma sporo pomysłów, a do tego potrafi opowiadać bajki: jest tu jeden tomik stworzony właśnie z bajek Misia Uszatka, to odrobinę wytchnienie od powtarzalności i od jednego charakterystycznego bohatera, przejście w świat zwierząt, tak lubianych w opowiastkach dla najmłodszych. Czesław Janczarski dba o to, żeby Miś Uszatek przebywał stale w otoczeniu, które jest dla dzieci naturalne i przekonujące – ale nie unika czasami odważnych fabuł, zdarza się na przykład, że nieostrożne lalki nie potrafią posługiwać się żelazkiem i doprowadzają do pożaru. To emocje, które dzisiaj nie mają szans trafić do czytanek dla najmłodszych – tymczasem przydają się do tłumaczenia świata i do wypracowywania prawidłowych odruchów.
Pozostały tu oczywiście oryginalne ilustracje Zbigniewa Rychlickiego. Miś Uszatek w tej wersji wyruszył w świat – znany w różnych krajach, jest bardzo charakterystyczny i jednocześnie prosty i malowniczy. Na obrazkach Rychlickiego jest wiele cennych pomysłów, ujęć, które sprawdzą się i dzisiaj: tu liczy się nie tylko wyczulenie na sprawy dzieci, ale również odpowiednie podejście do ilustracji jako formy sztuki. Nie ulega wątpliwości, że odbiorcy mają tu do czynienia z dziełem wybitnym. Znowu starsi chętnie przypomną sobie oglądane niegdyś książeczki – i najłatwiej będzie uruchomić skojarzenia przez stronę graficzną. Dzisiejsze maluchy znajdą w przygodach Misia Uszatka całkiem sporo dla siebie.
niedziela, 25 października 2026
Bernadeta Prandzioch: Zewsząd. Opowieść o mojej (nie)śląskiej rodzinie
Czarne, Wołowiec 2026.
Jeszcze raz
To jest tak: autorka wie doskonale, że chodzi po ulicach, po których chodzili jej przodkowie. Czasami – oddaleni o wiele pokoleń (udaje jej się przenieść czytelników na moment aż do siedemnastego wieku, a to nie lada wyczyn w czasach, w których wiedza o rodzinach rzadko wykracza poza pokolenie dziadków lub pradziadków). I teraz zbiera swoje odkrycia, wpisując je w wielką historię – nie po to, żeby się chwalić, a po to, żeby uporządkować dane i przyzwyczaić się do myśli, że dawne zachowania, czyny, przyzwyczajenia lub charaktery mogą odzwierciedlać się u potomnych. Bernadeta Prandzioch to kolejna autorka, która próbuje czytać miejsce przez pryzmat osobistych przemyśleń i domowych opowieści – i wychodzi jej to całkiem nieźle. Tom „Zewsząd. Opowieść o mojej (nie)śląskiej rodzinie” to mierzenie się z faktami i mitami, a jednocześnie próba znalezienia odpowiedzi na pytanie, które w zależności od stopnia zradykalizowania rozmówcy przybierać będzie różne wersje.
Historia Śląska została już wiele razy przedstawiona – także w serii Sulina – ale Bernadeta Prandzioch ma na nią własny pomysł. Przygląda się wydarzeniom, które kształtowały miejsce i mentalność ludzi – ale sprawdzając, co w danych czasach robili kolejni przodkowie. Samymi biografiami bliskich, niezależnie od tego, jak bardzo zaangażowana w relację, nie przyciągnęłaby autorka szerokiego grona odbiorców. Z kolei opowiadaniem jeszcze raz tego samego – w kontekście wielkiej historii – mogłaby wyzwolić co najwyżej znużenie czytelników. Połączenie tych dwóch podejść okazuje się piorunujące: czytelnicy zaczynają kibicować bohaterom książki, którzy funkcjonowali nie zawsze obok wielkiej przeszłości – czasem bezpośrednio ją kształtowali.
Wpisuje się Bernadeta Prandzioch w nurt literatury małych ojczyzn, ale sama unika wielkich słów i wielkich deklaracji. Co więcej: woli podkreślać swoją niepewność, niedookreśloność. Nie wie, czy zasłużyła na to, żeby reprezentować Śląsk – bo być może wybory przodków sprawiły, że dzisiaj nie ma do tego prawa. Z drugiej strony jest tu element dumy – pytanie tylko, czy dumy ze śląskiej tożsamości, czy też raczej ze świadomości, jak kształtowały się losy rodziny. Bernadeta Prandzioch tropi kolejne małżeństwa, przeprowadzki i zawody – sprawdza, czym wsławili się jej przodkowie, a kiedy lepiej byłoby zostawić ich w spokoju. Dzięki temu może uporządkować wiadomości, przedstawić czytelnikom to wszystko, co udało jej się ustalić – a zasób danych ma imponujący. Przyznaje się do bezradności, kiedy nie jest w stanie odtworzyć losów albo charakterów kogoś z przeszłości – wie, że nie da się na podstawie kilku dokumentów wywnioskować wiele więcej niż suche daty – czasami więc przyjdzie jej żałować, że nie udało się naciągnąć na zwierzenia przedstawicieli starszych pokoleń. Przypomina autorka, jak ważne jest rozmawianie z bliskimi i wysłuchiwanie ich historii – historii, które znikną, jeśli się ich w porę nie zbierze i nie ocali. „Zewsząd” to taka właśnie próba ocalania przeszłości dla potomnych – opowieść, której ukrytym nurtem jest duma z korzeni i z możliwości ich poznania. Nie ma znaczenia, do jakiego wniosku autorka dochodzi w kwestii swojej śląskości – bo najbardziej uniwersalne jest tu właśnie dążenie do uratowania wspomnień i losów zwyczajnych ludzi.
Jeszcze raz
To jest tak: autorka wie doskonale, że chodzi po ulicach, po których chodzili jej przodkowie. Czasami – oddaleni o wiele pokoleń (udaje jej się przenieść czytelników na moment aż do siedemnastego wieku, a to nie lada wyczyn w czasach, w których wiedza o rodzinach rzadko wykracza poza pokolenie dziadków lub pradziadków). I teraz zbiera swoje odkrycia, wpisując je w wielką historię – nie po to, żeby się chwalić, a po to, żeby uporządkować dane i przyzwyczaić się do myśli, że dawne zachowania, czyny, przyzwyczajenia lub charaktery mogą odzwierciedlać się u potomnych. Bernadeta Prandzioch to kolejna autorka, która próbuje czytać miejsce przez pryzmat osobistych przemyśleń i domowych opowieści – i wychodzi jej to całkiem nieźle. Tom „Zewsząd. Opowieść o mojej (nie)śląskiej rodzinie” to mierzenie się z faktami i mitami, a jednocześnie próba znalezienia odpowiedzi na pytanie, które w zależności od stopnia zradykalizowania rozmówcy przybierać będzie różne wersje.
Historia Śląska została już wiele razy przedstawiona – także w serii Sulina – ale Bernadeta Prandzioch ma na nią własny pomysł. Przygląda się wydarzeniom, które kształtowały miejsce i mentalność ludzi – ale sprawdzając, co w danych czasach robili kolejni przodkowie. Samymi biografiami bliskich, niezależnie od tego, jak bardzo zaangażowana w relację, nie przyciągnęłaby autorka szerokiego grona odbiorców. Z kolei opowiadaniem jeszcze raz tego samego – w kontekście wielkiej historii – mogłaby wyzwolić co najwyżej znużenie czytelników. Połączenie tych dwóch podejść okazuje się piorunujące: czytelnicy zaczynają kibicować bohaterom książki, którzy funkcjonowali nie zawsze obok wielkiej przeszłości – czasem bezpośrednio ją kształtowali.
Wpisuje się Bernadeta Prandzioch w nurt literatury małych ojczyzn, ale sama unika wielkich słów i wielkich deklaracji. Co więcej: woli podkreślać swoją niepewność, niedookreśloność. Nie wie, czy zasłużyła na to, żeby reprezentować Śląsk – bo być może wybory przodków sprawiły, że dzisiaj nie ma do tego prawa. Z drugiej strony jest tu element dumy – pytanie tylko, czy dumy ze śląskiej tożsamości, czy też raczej ze świadomości, jak kształtowały się losy rodziny. Bernadeta Prandzioch tropi kolejne małżeństwa, przeprowadzki i zawody – sprawdza, czym wsławili się jej przodkowie, a kiedy lepiej byłoby zostawić ich w spokoju. Dzięki temu może uporządkować wiadomości, przedstawić czytelnikom to wszystko, co udało jej się ustalić – a zasób danych ma imponujący. Przyznaje się do bezradności, kiedy nie jest w stanie odtworzyć losów albo charakterów kogoś z przeszłości – wie, że nie da się na podstawie kilku dokumentów wywnioskować wiele więcej niż suche daty – czasami więc przyjdzie jej żałować, że nie udało się naciągnąć na zwierzenia przedstawicieli starszych pokoleń. Przypomina autorka, jak ważne jest rozmawianie z bliskimi i wysłuchiwanie ich historii – historii, które znikną, jeśli się ich w porę nie zbierze i nie ocali. „Zewsząd” to taka właśnie próba ocalania przeszłości dla potomnych – opowieść, której ukrytym nurtem jest duma z korzeni i z możliwości ich poznania. Nie ma znaczenia, do jakiego wniosku autorka dochodzi w kwestii swojej śląskości – bo najbardziej uniwersalne jest tu właśnie dążenie do uratowania wspomnień i losów zwyczajnych ludzi.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






