* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

wtorek, 16 czerwca 2026

Sarah Pekkanen: Dom ze szkła

Gorzka Czekolada, Media Rodzina, Poznań 2026.

Ostrza

Sądowa rzeczniczka interesu dziecka – tym właśnie na co dzień zajmuje się Stella Hudson i jest w swojej pracy znakomita. Przenikliwa, bystra, spostrzegawcza i odważna – zależy jej na tym, żeby wskazać to, co dla maluchów po traumie będzie najlepsze – musi zatem poznawać wszystkie aspekty ich życia i potencjalnej przyszłości. Stella do pracy dodaje wątek osobisty: wciąż mierzy się ze stratą matki, z osieroceniem i własną bezradnością. Chociaż obecnie to ona dyktuje warunki, ciężką pracą rekompensuje sobie niemożliwość ukojenia siebie-dziecka. Kiedy niesie lepszą przyszłość swoim klientom, tak naprawdę walczy o siebie samą, nawet jeśli tego sobie nie uświadamia. Stella jest bardzo dobra w swojej pracy. Nie pomija żadnego szczegółu, wie, jak rozmawiać z ludźmi, wychwytuje ich kłamstwa bez namysłu, a do tego nie boi się stosować prowokacji, kiedy w inny sposób nie da się zdobyć wiadomości. I tak Stella pewnego dnia trafia do domu, w którym nie ma szkła. Jest tu mała dziewczynka, Rose, która po tragicznej śmierci niani straciła umiejętność mówienia. Rose opiekują się matka i ojciec – oboje pragnący rozwodu, jako że śmierć niani poprzedzona została zdradą – oraz babcia. Wszyscy deklarują, że chcą dla Rose jak najlepiej. Tylko że w tym domu coś jest mocno nie w porządku. Mała Rose wciąż zbiera odłamki szkła, które mogłaby świetnie wykorzystać jako broń, czyta książki o seryjnych mordercach (starannie ukrywane w niewinnych okładkach) i swoimi zachowaniami budzi lęk otoczenia. Skoro nie mówi – nie można wydobyć z niej żadnych informacji. A bardzo łatwo o pomyłkę.

Sarah Pekkanen tworzy kryminał bardzo gęsty i bardzo ładnie mylący tropy. Proponuje odbiorcom historię, w której prawdziwe śledztwo toczy się swoim trybem, ale kompletnie nie ma znaczenia dla Stelli – ona tylko wykonuje swoją pracę i musi zdobyć informacje, które pozwolą jej napisać opinię i polecić konkretnego opiekuna dla Rose. Ale Stella w pracy jest drobiazgowa bardziej niż niejeden detektyw, wyciąga wnioski na bazie pojedynczych spostrzeżeń i łatwo rozszyfrowuje gry, jakie wobec niej stosują pozornie życzliwi domownicy. Z jednej strony jest więc szukanie winnego i rozwiązywanie zagadki – bo tylko tak będzie można ocenić sytuację i nie doprowadzić do kolejnych zbrodni, z drugiej strony – gra pozorów i udawanie. Autorka dba o to, żeby czytelnicy nie nudzili się podczas lektury: chociaż kolejne analizy Stelli budują właściwie intrygę, to liczą się również wątki okołoobyczajowe. Zwłaszcza – doświadczenia samej bohaterki, która odkrywa, kim jest i kto wprowadził ją w dorosłość. To nie ma bezpośredniego przełożenia na śledztwo, za to ogromnie przydaje się jako wyjaśnienie motywacji zawziętości bohaterki. „Dom ze szkła” to jednak w podstawowej płaszczyźnie historia o grze – o pozorach stwarzanych po to, żeby przeforsować własny scenariusz i wypracować linię obrony. Jest to książka, w którą się wsiąka – dla tych, którzy cenią misternie konstruowane plany i intrygi, dla tych, którzy lubią, kiedy historia skręca z realizmu w stronę starannie kreowanej fikcji. „Dom ze szkła” to opowieść bardzo dobrze przygotowana i Sarah Pekkanen z pewnością zdobędzie dzięki niej w Polsce wierne grono czytelników.

poniedziałek, 15 czerwca 2026

Monika Skikiewicz: Kamyki

Media Rodzina, Poznań 2026.

Wakacje

Wakacje to sama przyjemność. A wakacje nad morzem to zestaw zabaw, które dzieci lubią najbardziej. Olo i Awa to rodzeństwo – starszy brat i młodsza siostra – doskonale zdające sobie sprawę z uroków spędzania wolnego czasu na plaży. Mają w planach cały zestaw zabaw, które warto będzie kultywować, gdy nadejdą ciepłe dni. I wreszcie przychodzi czas na wyjazd, mama i tata chcą, żeby dzieci samodzielnie przygotowały rzeczy do zabrania na wyjazd – a potem pomogą się im spakować. A nad samym morzem – można uciekać przed mewami, robić zamki z piasku, organizować wodne wyścigi piłek, przeprowadzać piłkę do zakopanego w piasku wiaderka albo zamieniać się w rozgwiazdy. Możliwości jest mnóstwo, Olo i Awa chcą wykorzystać wszystkie – więc „Kamyki” to książeczka pełna radości i uśmiechów. Najmłodszym udzieli się nastrój odbiorców. Autorka przygotowuje rodziców do pracy z dziećmi i z tą publikacją, proponuje sposób korzystania – by jak najpełniej rozwijać maluchy. „Kamyki” to bowiem kolejna drobna kwadratowa książeczka do „czytania na okrągło” – a ukazująca się w cyklu Olo i Awa logopedyczna zabawa. Monika Skikiewicz wstawia tu poza elementami fabuły składającymi się w zasadzie na opis rozrywek znad morza jeszcze zadania dla najmłodszych – i to zadania interaktywne. Jeśli ktoś będzie akurat na plaży, może skorzystać z podpowiedzi gier i zabaw, jakie mają do dyspozycji bohaterowie tej książeczki – nie trzeba do tego żadnych wymyślnych zabawek, wielu zresztą dostarcza sama natura. Natomiast dzieci, które będą tylko słuchać tej książki (albo czytać ją samodzielnie, nikt tego nie wyklucza, tekstu jest niewiele) nie zostały tak zupełnie bez rozrywek. Monika Skikiewicz proponuje bowiem zestaw prostych czynności do wykonywania w każdych warunkach, nawet tak wymagających jak podróż. Można zakręcić książką jak kołem, poklepać, jakby się robiło babkę z piasku albo przejechać palcem labirynt dla piłki – to niby drobiazgi, ale z takich drobiazgów składa się zestaw nieoczekiwanych atrakcji dla najmłodszych. Olo i Awa to bohaterowie dość sympatyczni – zwyczajne dzieci, z którymi odbiorcy mogą się identyfikować. I to jeden z powodów sięgania po lekturę. Drugim może być strona graficzna. Tomasz Samojlik – znany odbiorcom przede wszystkim z cyklu o żubrze Pompiku – tworzy obrazki klasyczne w duchu i kreskówkowe, sympatyczne i wywołujące uśmiech. Dzięki temu chętniej będzie się zaglądać do tomiku – i traktować go jak zestaw podpowiedzi na zabawy czy rozrywek. „Kamyki” to książeczka, która przywołuje na myśl lato i wszystkie związane z nim atrakcje – dlatego też nie ma obaw, to tomik, który przypadnie do gustu dzieciom.

A skoro już uda się zdobyć ich uwagę i zaangażowanie, to można też zaprosić do aktywności przy okazji lektury – to dobre rozwiązanie, pokazuje bowiem czytelnikom, że czytanie nie musi być jednostajnym zachowaniem. Monika Skikiewicz po raz kolejny przekonuje najmłodszych, dlaczego powinni zaprzyjaźnić się z książkami. Tekst jest niewielki objętościowo, za to obrazki cieszą oczy – to coś dla najmłodszych i dla tych, którzy chcą wyjeżdżać na wakacje za każdym razem, kiedy otwierają tomik.

niedziela, 14 czerwca 2026

Krzysztof R. Apt: Jak (nie) zostać emigrantem

Iskry, Warszawa 2026.

Życie

Krzysztof R. Apt proponuje czytelnikom zestaw swoich tematyzowanych wspomnień dotyczących życia poza granicami kraju i tworzenia w trudnych często warunkach – rzeczy, które przetrwały i które dzisiaj przyciągną do książki przede wszystkim humanistów. „Jak (nie) zostać emigrantem to publikacja memuarowa i jednocześnie pozwalająca odbiorcom poznać kulisy działalności – w ramach tworzenia elementów życia kulturalnego – na obczyźnie. Krzysztof R. Apt na początku tej historii jest nauczycielem logiki. Jako ścisłowiec będzie zatem z uwagą przyglądać się między innymi początkom informatyzacji – i to motyw, który pobrzmiewa w tle opowieści, a jest bardzo atrakcyjny dla zainteresowanych. Szybko jednak okazuje się, że uwagę autora zaprzątają inne motywy: kontakt z osobami ważnymi w Solidarności, czy – tworzenie „Zeszytów Literackich”. Dopiero kiedy Krzysztof R. Apt pokaże czytelnikom, czym się zajmował i jakie znajomości nawiązywał, przejdzie do analizowania własnego życia. Podzieli się z odbiorcami uwagami na temat tworzenia rodziny, przedstawi kolejne żony, opowie też o swoim domu rodzinnym. I to wszystko bez zadęcia czy potrzeby gloryfikowania własnych dokonań – po prostu książka bazująca na doświadczeniach życiowych, a napisana w stylu, który kojarzy się z dawną szkołą pisania. Nie będzie w niej uproszczeń ani kolokwialności, nie będzie też bylejakości. Tu nawet pisanie o czymś, co dla czytelników nie ma większego znaczenia, a liczyło się tylko dla wprowadzenia kolejnego przeżycia autora – zamieni się w literacką przygodę.

Krzysztof R. Apt ma oczywiście także sporo przemyśleń na temat funkcjonowania poza granicami kraju – i tym chętnie podzieli się z odbiorcami tomu. Pokaże, z jakimi wyzwaniami musiał się mierzyć jako imigrant, przybysz z tej strony świata, w której wolność nie była czymś oczywistym. Ale nie zamierza tu uprawiać martyrologii ani grać na pseudokombatanckich wynurzeniach, liczy się najbardziej normalność i możliwość przedstawienia jej dzisiejszym czytelnikom, niekoniecznie zaangażowanym w przedstawiane zestawy wydarzeń. To książka nie dla wszystkich – zwłaszcza młode pokolenie odbiorców nie dostrzeże w niej tego, co najbardziej wartościowe i przydatne, pokazywania kontekstu życia kulturalnego poza granicami PRL. Pewnych wiadomości autor nie będzie przecież wyjaśniał, powinny być dla grona jego odbiorców oczywiste – i tu pojawi się właśnie podstawowe ograniczenie kręgu czytelników.

Ta książka jest drobnym przypisem do podręczników historii najnowszej, ciekawostką, która pokazuje wielkie sprawy z jednostkowej perspektywy – to coś, co przyda się zwłaszcza odkrywającym zależności, powiązania i relacje z rodzimego środowiska kulturalnego z drugiej połowy XX wieku. Krzysztof R. Apt funduje czytelnikom podróż w czasie (i obyczajowości) bez ruszania się z miejsca – dzieli się tym, co ważne dla niego i co sam przeżył, a dzięki przefiltrowaniu wspomnień przez czas, może wydobyć to, co wydaje mu się najbardziej istotne dla zrozumienia przeszłości i dokonywanych wyborów. Jest to książka wykorzystująca indywidualną perspektywę – ale budująca znacznie wykraczającą ponad tę perspektywę świadomość.

sobota, 13 czerwca 2026

Tamar Weiss Gabbay, Shiraz Fuman: Było sobie dziecko. Historia dzieciństwa od jaskini po współczesność

Kropka, Warszawa 2026.

Jak żyli

Do zgłębiania tajników historii można małych odbiorców przekonać właśnie tak – nie zestawem wiadomości podręcznikowych z picture booków, a za sprawą fabuł. Tamar Weiss Gabbay i Shiraz Fuman decydują się na dwugłos (teksty – ilustracje) pozwalający dzieciom na nie byle jakie podróże w czasie i przestrzeni. „Było sobie dziecko. Historia dzieciństwa od jaskini po współczesność” to książka, która umożliwi małym czytelnikom rozwijanie wyobraźni i spostrzegawczości, a do tego zaintryguje przeszłością. Czerpie się tu z fantazji – chociaż bazującej na odkryciach i na prawdopodobnych wydarzeniach. Odbiorcy otrzymują zestaw historyjek – przygód dzieci z różnych kultur i z różnych epok, przy czym pierwsze prezentowane dziecko to sąsiad neandertalczyków (reprezentant homo sapiens, który zastanawia się nad możliwością oswojenia szczenięcia wilka), a ostatnie historie najmłodsi stworzą sami dzięki rozmowom z dziadkami. Przeskakiwanie do kolejnych pokoleń lub epok sprawia, że dzieci w przyspieszonym tempie przetestują całą historię ludzkości z perspektywy tych pozornie mało ważnych i często pomijanych. Ale tu nie ma mowy o krzywdzie dzieci czy o traktowaniu, które zaburzałoby poczucie bezpieczeństwa odbiorców. Owszem, niektórzy muszą pracować, żeby pomóc dorosłym, niektórzy nie mają zabawek albo w ogóle nie wiedzą, jak się bawić – ale wszystkie dzieci są kochane i potrzebne, a do tego otaczane bardzo troskliwą opieką. Matczyne uczucia nie ulegają zmianom, przynajmniej w tych narracjach – a czasy dobierane są tak, by trafiać pomiędzy kataklizmy i nieszczęścia. Czasem nawet się je sygnalizuje, jak w przypadku zarazy – ale to i tak na tyle odległe problemy, żeby mali bohaterowie nie musieli się tym przejmować.

„Było sobie dziecko” to również historia wynalazków z perspektywy najmłodszych, a czasem przy ich aktywnym udziale – i tu już pojawia się trochę fantazji przy kreowaniu świata przedstawionego, bo to niekoniecznie dziecko przyniosło ogień do swojego plemienia, niekoniecznie dziecko namalowało na ścianie w jaskini polowanie i niekoniecznie dziecko wynalazło papier toaletowy, kiedy nie mogło domyć rodzeństwa. W tej książce sugeruje się, że tak jednak mogło być i nawet jeśli to dorośli rozsławili później jakieś rozwiązanie, to pomysłowość małych bohaterów krzepi i ma wielkie znaczenie. To oczywiście dodatki na marginesie kolejnych przygód – ale dodatki cenne i zachęcające odbiorców do kreatywności. Liczy się tu możliwość podglądania dzieci z różnych czasów – każde z nich jest zajęte czymś innym i każde pokazuje jakiś przełom w historii rozwoju ludzkości: pierwsze dzieci odkrywają korzyści płynące z mieszkania w jaskiniach, kolejne już – wiedzą, że będą musiały pomagać na roli, żeby było co jeść, jeszcze następne pójdą do szkoły i zaczną się uczyć pisania na glinianych tabliczkach. Tematów nie zabraknie, a czytelnicy otrzymają tu błyskawiczną i ciepłą podróż przez epoki i etapy w rozwoju ludzkości. To doskonały sposób na zaangażowanie najmłodszych – nie da się od tej lektury oderwać, a ponieważ każdy bohater ma inne zadania i inne cele, każdy skupi na sobie uwagę czytelników. Tu nie ma miejsca na rutynę i powtarzalność. Jakby wiadomości przemycanych sprytnie w emocjonalnych opowiadaniach było mało, po każdym rozdziale dzieci otrzymują jeszcze krótką infografikę na temat równoległych wydarzeń – to coś dla dociekliwych czytelników. Książka świetna.

piątek, 12 czerwca 2026

Patricia G. Bertényi: Ostatni pacjent

Mando, Kraków 2026.

Ze szpitala

Patricia G. Bertényi pracowała na intensywnej terapii jako pielęgniarka i nie wyparłaby się tego – jej powieść „Ostatni pacjent”, thriller medyczny, jest bowiem mocno zakorzeniony w szpitalnych salach, a sama autorka niejeden raz zaszokuje odbiorców pomysłami na rozwój akcji w tym miejscu. Śledztwo prowadzone oczywiście oficjalnie ma swoją drugą odnogę – a jest nią Janka, imigrantka, która pracuje jako skromna salowa, jednak ma dar do kojarzenia faktów i wydobywania informacji, do których zawodowcy nie docierają. Janka nie musi rozmawiać z ludźmi, zresztą nawet tego nie lubi, chociaż udaje jej się na oddziale znaleźć przyjaciółkę – co wydaje się mocnym wyłomem w charakterze kobiety. Liczy się jednak umiejętność wyciągania wniosków z tego, czego bohaterka dowiaduje się nie zawsze w legalny sposób. Janka wie, że jeśli coś nie daje jej spokoju, oznacza zwykle, że wpadła na trop tajemnicy. I tak dzieje się przy okazji dziwnego zapachu unoszącego się nad łóżkami zmarłych pacjentów. Nikt inny nie zwraca na to uwagi, jednak Janka dzięki tej subtelnej wskazówce domyśla się, że śmierci należałoby ze sobą powiązać – i że takie przypadki nie istnieją, więc trzeba uważnie szukać mordercy, który być może ukrywa się gdzieś na oddziale.

I tak rozpoczyna się historia, w której wątki obyczajowe, chociaż istniejące, usuwają się na dalszy plan, a najbardziej rzuca się czytelnikom w oczy szpitalne tu i teraz. Janka może wejść wszędzie – jako salowa ma swobodny dostęp do różnych pomieszczeń, chociaż nie może dać po sobie poznać, że interesuje ją jakakolwiek informacja na temat śledztwa. Ci, którzy wiedzą za dużo, znajdą się w poważnym niebezpieczeństwie. Na szczęście Janka jest też kreatywna i odważna, zdobywa wiedzę w tajemnicy przed wszystkimi, jest inteligentna – a że nikt nie zadał sobie trudu, żeby to odkryć, może stanowić prawdziwą zagadkę dla wszystkich zaangażowanych w sprawę. Autorka buduje tę powieść przede wszystkim z sytuacji i scenek zaobserwowanych na szpitalnych korytarzach i na salach. Momentami wręcz zadręczać będzie czytelników precyzją i szczegółowością w przedstawianiu wydarzeń, a nawet – statycznymi obrazkami, które mają uwiarygodnić akcję, a wysuwają się na czoło opowieści. Patricia G. Bertényi wie, jak wszystko w szpitalu może wyglądać – i nie da czytelnikom o tym zapomnieć ani na chwilę. To bardzo pompuje objętość powieści i przysłuży się do budowania atmosfery zagrożenia – co w tym gatunku staje się bardzo pożądanym rozwiązaniem. „Ostatni pacjent” to zatem powieść obszerna objętościowo i książka, w której nie idzie się na łatwiznę w kreśleniu kolorytu lokalnego. Tam, gdzie autorzy kryminałów zwykle uciekają w nić intrygi, tam Patricia G. Bertényi mówi wszystko, co mogłoby zainteresować czytelników – a czego oni sami nie byliby w stanie wydobyć ze szpitalnych doświadczeń. „Ostatni pacjent” to książka, w której przemierza się bez przerwy szpitalne korytarze i pomieszczenia po to, żeby znaleźć odpowiedzi na pytania śledczych - te odpowiedzi, których zmarli już nie mogą udzielić.

czwartek, 11 czerwca 2026

Anita Głowińska: Kicia Kocia. Kto zepsuł samochód?

Media Rodzina, Poznań 2026.

Odpowiedzialność

W przedszkolu trwa zabawa, którą najmłodsi mogą powtarzać we własnych warunkach – niekoniecznie w placówkach, bo nawet i w domach znajdzie się trochę klocków i tekturek do zbudowania toru dla pojazdów. Kicia Kocia, Pacek, Julianek i Adelka są niezwykle zajęci: najpierw przygotowują tor z przeszkodami dla nakręcanych zabawek, później puszczają koparkę i radiowóz, sprawdzając, które z nich szybciej pokona tekturowe wzniesienie. Muszą też przy tym dzieci wykazać się spostrzegawczością i umiejętnością wyciągania wniosków. Nikt nie będzie tu odbiorców zamęczał fizyką, nie czas na to – ale maluchy zastanawiają się, dlaczego radiowóz bez przeszkód pokonuje stromy zjazd z toru przeszkód, a koparka bez przerwy się przewraca. Żeby potwierdzić słuszność swoich spostrzeżeń, dzieci wykonują kolejny test: puszczają koparkę po mniej stromym podjeździe. To zachęta także dla odbiorców, by testowali przygotowane miejsca i obserwowali, co trzeba zmienić, jeśli zabawka nie porusza się tak, jak powinna według przypuszczeń. Dzieci bawią się tak dobrze, że także mali czytelnicy zapomną na chwilę o kontekście przedszkola – liczyć się będzie sam wyścig i to, które autko nadaje się do najszybszego pokonania ładnie zbudowanego toru. A ponieważ autorka koncentruje się na zagadnieniu zasygnalizowanym już w tytule, nie komplikuje prostej fabuły nadmiernie – dzieci tym razem się nie kłócą, świetnie się ze sobą dogadują i kibicują sobie w działaniach. Nie ma ani sprzeczek o kształt toru, ani odrzucania propozycji innych – kto ma pomysł, jak udoskonalić tor, może to zrobić przy aprobacie reszty. I wszystko wyglądałoby rzeczywiście sielankowo, gdyby nie pewien techniczny problem: radiowóz wjeżdża pod górę i nie chce ruszyć dalej. Pojawia się pytanie, kto zepsuł samochód – dzieci postanawiają opowiedzieć o swoim zmartwieniu pani.

I tu Anita Głowińska pokazuje bardzo ważną kwestię: chociaż bohaterowie zastanawiają się nad tym, czy nie odłożyć zabawki na półkę i nie udawać, że nic się nie stało, wygrywa uczciwość i lęk przed wyrzutami sumienia – dzieci nie wiedzą, czy nie spotka ich kara za zepsucie radiowozu – jednak wolą się przyznać. A pani zna sposób, żeby wszystko działało jak przedtem. Warto więc odsunąć na bok strachy i przekonać się, że nie zawsze konsekwencje należą do nieprzyjemnych.

Książeczki z serii o Kici Koci zapraszają do samodzielnego czytania. Anita Głowińska proponuje dzieciom rodzimą serię z pięknymi ręcznymi ilustracjami (widać tu nierówne kontury i plamy koloru), naiwnymi w duchu – tak, żeby odbiorcy mogli sobie samodzielnie poćwiczyć rysowanie postaci – i z niewielką ilością tekstu. Chodzi o to, żeby najmłodsi nie zniechęcali się do lektury, a dawali wciągnąć w opowieść o małej rezolutnej bohaterce i jej rówieśnikach. „Kto zepsuł samochód” to przyjemna historyjka z wartościowym przesłaniem – jeśli mali odbiorcy lubią ten cykl, z pewnością zainteresuje ich przedszkolna przygoda przyjaciół Kici Koci. Anita Głowińska wie, jak tworzyć dla dzieci.

środa, 10 czerwca 2026

Sławomir Mrożek: Opowiadania zebrane. Tom 2

Noir sur Blanc, Warszawa 2026.

Klasyka

Sławomira Mrożka nie trzeba przedstawiać zwłaszcza świadomym czytelnikom starszych pokoleń: nie ma co ukrywać, jeśli po „Opowiadania zebrane” sięgnie ktoś urodzony już w XXI wieku, nie doceni ogromu aluzji i pomysłów zakodowanych w gęstych tekstach. Dzisiaj w małych formach o wiele częściej stawia się na hiperrealizm niż na absurd – a już satyra walcząca jest dla sporej grupy czytelników nie do pomyślenia. Tymczasem Mrożek wybrzmiewa najlepiej właśnie wtedy, kiedy zestawia się go z kontekstem społecznym, kulturowym i obyczajowym. Wydanie Noir sur Blanc, chociaż fantastycznie uzupełnia biblioteczki, nie jest jednak wydaniem krytycznym – i trudno się dziwić, raczej nierealne byłoby skomentowanie w przypisach wszystkich zabaw i odniesień z kolejnych historii. Trzeba zatem czytać te teksty ze świadomością czasów, w jakich powstawały, a także narodowych kompleksów – może i skrzętnie ukrywanych, ale jednak wciąż tlących się pod powierzchnią.

Ta książka cieszy. Przede wszystkim jest prezentacją opowiadań kanonicznych, wyjątkowych i mnóstwo mówiących o rzeczywistości. Mrożek odwołuje się tu do poczucia niższości rodaków i do sposobów na manifestowanie – mimo wszystko – własnych racji. Opowiada o dążeniach zrozumiałych dzisiaj i o tych, które już przebrzmiały – pokazuje, jak bardzo rozmijać się może rzeczywistość z nadziejami – i jak wiele frustracji to wywołuje. Z drugiej strony Mrożek jest tym autorem, który dostrzega i piętnuje wady uniwersalne, wyśmiewa bezlitośnie to wszystko, co przeszkadza w realizowaniu marzeń. To twórca wyczulony na charaktery i absurdy codzienności – i przenosił te obserwacje na opowiadania. Za każdym razem wprowadza czytelników do absurdalnego świata, często niemożliwego do przeniesienia w realistyczne ramy – ale chodzi właśnie o to, co rozgrywa się w płaszczyźnie międzyludzkiej, bez względu na otoczenie.

„Opowiadania zebrane. Tom 2” to książka nie dla wszystkich. Chociaż powinno się wręcz nakłaniać czytelników do sięgnięcia po taką lekturę i traktowania Mrożka jak dobra narodowego – trudno będzie przekonać szerokie grono odbiorców, że to prawdziwy skarb. Zatem – kto wie, czego się spodziewać, z radością przyjmie fakt istnienia tej książki na rynku. Kto nie ma pojęcia o Mrożku – nawet jeśli nadrobi braki lekturowe, może nie rozpoznać pozaliterackich kwestii. To rzecz jasna naturalne w przypadku dzieł zaangażowanych – a jednak boli fakt, że taki artysta przechodzi powoli w zapomnienie. Tym lepiej, że za sprawą zbierania dzieł da się o nim jeszcze przypomnieć – i być może wzbudzić jakąś dyskusję.

Sławomir Mrożek to twórca, o którym powinno się wciąż mówić. Pozostaje mieć nadzieję, że powróci jeszcze moda na jego utwory – a społeczne dyskusje pozwolą na ponowne odczytywanie ukrytych treści. Na pewno edycja opowiadań zebranych przyczyni się do lepszego poznawania kanonu literatury polskiej. Części odbiorców jednak pokaże też, jak bardzo zestarzało się coś, co kiedyś było nadzwyczaj aktualne.

Same opowiadania – bez względu na ich przesłania – są kwintesencją ironicznego stylu, wypełnione frazami, które wywołają tęsknotę za dawnym stylem pisania, starannością i wielowymiarowymi obserwacjami. I choćby z tego powodu należy po ten tom sięgnąć.