* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

czwartek, 29 października 2026

Matilde Serao: Trzewia Neapolu

Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2026.

Ubóstwo

Ta książka powstała ponad wiek temu, Matilde Serao stworzyła cykl esejów poświęconych Neapolowi w odpowiedzi na zachowanie ówczesnego premiera Włoch. Odpowiedź społeczna okazała się jednocześnie idealnie literacka – do tego stopnia, że książkę można dzisiaj przedstawić odbiorcom i mieć pewność, że spotka się z wyjątkowo ciepłym przyjęciem. „Trzewia Neapolu” to bowiem studium brzydoty i biedy – ale jednocześnie pewnego rodzaju nieuchwytny sentyment, z którym nie można polemizować. Ponieważ polskim czytelnikom Matilde Serao nie jest raczej znana – a już na pewno nie jest kojarzona przez dzisiejszych odbiorców – pojawia się tu rozbudowany wstęp, dzięki któremu można zyskać rozeznanie w twórczości tej autorki i w działaniach podejmowanych przez nią. Wszystko po to, żeby przygotować czytelników na prozę pozornie surową, a w rzeczywistości mocno upiększającą obskurne miejsca.

Matilde Serao tworzy cykl utworów – powiązanych ze sobą bardzo luźno, przede wszystkim samym miejscem – Neapol to punkt odniesienia, ale autorkę interesują rozmaite jego aspekty. Czasami bierze pod uwagę ludzi, innym razem zapachy, wygląd kamienic albo problemy pogłębiające ubóstwo (na przykład – wszechobecną lichwę). Zdarza się jej obserwować i wynikami tej obserwacji dzielić się z czytelnikami, ale równie często będzie po prostu odtwarzać scenki rodzajowe, które znacznie więcej powiedzą obiorcom o mentalności miejscowych niż wszelkiego rodzaju omówienia. Tu nie ma tematów tabu, nie ma też ukrywania problemów – Matilde Serao tworzy prozę zaangażowaną, zależy jej na tym, żeby czytelnicy nie tylko dostrzegli problemy naszkicowane przez nią, ale też zrozumieli, w jaką stronę powinno się iść, żeby te problemy rozwiązać. Sugeruje najlepsze możliwe działania – a to przydatne nie tylko dla rzeczywistego adresata – premiera – ale również dla samych czytelników, także po dekadach. „Trzewia Neapolu” to próba zrozumienia miejsca, ale próba wyjątkowa: bez wybielania i upiększania. Tu zresztą nie chodzi o zachwyty estetyczne, przynajmniej nie w pierwotnym ujęciu. Bo teraz, po ponad stu latach od powstania tekstów, zmienia się ich brzmienie – przenosi się akcent z tematów społecznych i prób interweniowania tam, gdzie potrzebna jest pilna pomoc, na literackość. Najbardziej przyciągają uwagę nie same obrazy biedy i prób funkcjonowania w świecie pozbawionym wygód, a sposób prezentowania ich – i tu Matilde Serao zamienia się z publicystki w autorkę literatury pięknej, być może nieoczekiwanie. Dzisiaj po „Trzewia Neapolu” sięgać się będzie dla przeciwwagi wobec upraszczanych do granic możliwości relacji z podróży, internetowych wyznań i szybkich komentarzy. Matilde Serao nie tylko obserwuje – dba też o to, żeby wyciągać wnioski i podsuwać czytelnikom oceny. To podejście pozwala lepiej zrozumieć miejsce i jego specyfikę, a do tego nakreślić sfery wymagające naprawy czy interwencji. Neapol z tego ujęcia nie może urzekać – ale może urzekać sposób jego prezentowania, uchwycenie wad i problemów w literackiej, melodyjnej opowieści. Nie jest to rozbudowana książka, ale wypełniona celnymi uwagami i przemyśleniami, które pokazują, jak bardzo autorce zależało nie na rozgłosie, a na realnej pomocy dla miejscowych.

środa, 28 października 2026

Iwona Dudzik: Dzieci w Chmurze. Edukacja domowa w Polsce

Czarne, Wołowiec 2026.

Lekcja

Szkoła w Chmurze kilka lat temu przebojem wdarła się do świadomości społeczeństwa i dała nadzieję wszystkim tym, którzy mieli dosyć problemów tradycyjnej edukacji. Co ciekawe, nie istniała wówczas negatywna narracja na ten temat: rzeczywistość uczniów w edukacji domowej przedstawiano w samych superlatywach. Nic dziwnego, że coraz więcej osób chciało skorzystać z takiej formy wolności. Iwona Dudzik była jednym z rodziców, którym nastoletnie dziecko oznajmiło, że zamierza przejść do Szkoły w Chmurze – i zrealizowało to marzenie błyskawicznie, przy wsparciu dorosłych.

Na szczęście trafiło na dociekliwą dziennikarkę, która nie poprzestała na ocenie gry pozorów. Iwona Dudzik zaniepokoiła się tym, że jej córka wstaje coraz później, wychodzi na długie spacery z psem, ale na lekcje nie poświęca zbyt dużo czasu. Zaczęła szukać informacji na temat Szkoły w Chmurze (i w ogóle edukacji domowej w Polsce) i odkrywać rzeczy, które niepokoiły coraz bardziej. Korzystała z konta, które pozwalało jej sprawdzić jakość nauki – wychwalanej przez wyznawców Szkoły w Chmurze. I w miarę zdobywania kolejnych danych dochodziła do coraz bardziej niepokojących wniosków.

Jest w tej książce motyw problemów w polskiej edukacji – i podwalin pod edukację domową: autorka tłumaczy, skąd wzięły się ruchy prowadzące do „uwolnienia” uczniów od szkolnych obowiązków. Iwona Dudzik sprawdza też, jak to możliwe, że w Szkole w Chmurze wszyscy bez problemu zdają trudne egzaminy – dlaczego ktoś, kto uczył się całe dwa dni, jest w stanie na celująco zdać egzamin z rozszerzonej matematyki – i co to oznacza dla dzieci. Może nie idealizuje tradycyjnych form kształcenia, ale podważa medialne hasła – pokazuje, co za nimi stoi i z czym wiąże się dla samych nastolatków, uwiedzionych obietnicą redukcji stresu. Przypomina, że obok jednostek, które odniosły sukces, pojawia się mnóstwo dzieci, które nie mają szans rozwinąć skrzydeł, za to potrzebowałyby dyscypliny i uporządkowania wiedzy – oraz nauczycielskiej kontroli. Zadaje też pytania o rolę rodziców, o pieniądze i o rodzaje zadań, jakie stawiane są przed uczniami Szkoły w Chmurze. Wreszcie dochodzi do tematu obaw rodzica maturzystki – i tu sytuacja zaczyna nabierać tempa.

Jest to opowieść pozwalająca z różnych perspektyw oceniać Szkołę w Chmurze. Jest rzetelnie przygotowana i cenna. Pokazuje bez upiększania problemy tego pomysłu i pułapki, o jakich nie mają pojęcia rodzice ani uczniowie skuszeni wizją bezstresowego uczenia się. Bije na alarm – i doskonale, że ta książka ukazuje się na rynku, bo nie każdy z rodziców miałby siły i ochotę wykonać tak wielką pracę i prześledzić wyzwania wiążące się z edukacją domową. Iwona Dudzik pozwala odbiorcom na przyjrzenie się wszelkim niepokojącym aspektom tego rozwiązania – ostrzega i nie tylko przedstawia szereg faktów, ale też własną perspektywę, wizję rodzica pozbawionego pomocy. Szkoła w Chmurze ma wiele wad, które do tej pory udawało się skutecznie maskować czy wręcz ukrywać przed potencjalnymi zainteresowanymi – teraz jednak zostały one zgromadzone w jednym miejscu i pozostaje mieć nadzieję, że książka trafi do rodziców bezpośrednio zainteresowanych zanim będzie za późno na ratunek. Owszem, przydałoby się zreformować szkolne programy – ale na pewno nie przez odrzucenie wszystkich obowiązków i lekcji. Bardzo cieszy fakt, że ta książka pojawiła się na rynku – powinna stać się lekturą obowiązkową dla rodziców.

wtorek, 27 października 2026

Najat El Hachmi: W poniedziałek nas pokochają

bo.wiem, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2026.

Więzy

Opowieść o wyzwalaniu się ze schematów i o własnej wizji życia snuje Najat El Hachmi w książce „W poniedziałek nas pokochają”. To relacja muzułmańskiej dziewczyny, Marokanki, która i tak nie pasuje do żadnego ze środowisk. Paradoksalnie właśnie dzięki temu może spróbować funkcjonować zgodnie ze swoimi zasadami – trochę obserwując starsze koleżanki, a trochę śledząc postulaty feministek. Ta bohaterka na początku stara się nie sprawiać problemów bliskim i nie wychodzić poza normy narzucane przez religię i kulturę. Wie doskonale, jakie oczekiwania wobec niej ma rodzina – i jaka przyszłość ją czeka. Ale pewnego dnia spotyka na swojej drodze starszą od siebie kobietę i obserwuje jej wyzwolenie. To impuls do wprowadzania zmian – stopniowo i przez drobne gesty. Jednocześnie to pretekst do obserwowania siebie wobec innych. Bohaterka tego tomu szczególną uwagę zwraca na ciało – na kanony urody, w które niekoniecznie się wpasowuje. Zwłaszcza kwestia tuszy spędza sen z powiek i nakłania do podejmowania drakońskich diet. Najgorsze, że w temacie wyboru mężczyzny, z którym chciałaby spędzić życie, kobieta nie ma zbyt wiele do powiedzenia. Ale pod wpływem nowej znajomej zmieniają się poglądy bohaterki. Do tej pory zahukana i posłuszna, grzeczna i skromna, wkracza w etap dojrzewania z większą nadzieją na rozpoznawanie siebie. Teraz już wie, że może odkrywać własną seksualność i kształtować swoje życie samodzielnie.

Przechodzenie przez kolejne etapy wtajemniczenia postaci relacjonuje tu autorka w formie monologu do bardziej doświadczonej znajomej. Cała książka jest zwierzeniem polegającym na uporządkowaniu doświadczeń i przedstawianiu metamorfozy, która przebiega nie w formie rewolucji a ewolucji. Pojawiają się motywy charakterystyczne dla procesu dojrzewania, a niepotrzebnie przez rygory społeczne hamowane – między innymi pierwsza miłość czy fizyczne kontakty damsko-męskie. Bohaterka zastanawia się nad zachowaniem ukochanego, który przed ślubem chce przychylić nieba, a po ślubie nieoczekiwanie się zmienia. Obserwuje nie tylko swojego wybranka, ale też absztyfikanta przyjaciółki. Do tego dodaje zestaw refleksji na temat wolności seksualnej – rozpatruje choćby temat sypiania z różnymi mężczyznami i zachowywania dziewictwa dla tego jedynego. Stopniowo przekonuje się, że mimo opresyjnego systemu ma wokół siebie kobiety, które porzuciły tradycyjne role. W nich dostrzega największą feministyczną siłę i z nich chce brać przykład – nawet kosztem oderwania się od tradycji.

Ale nie feminizm i nie walka muzułmańskich kobiet o możliwość samostanowienia wysuwają się na pierwszy plan tej powieści, a język, jakim posługuje się bohaterka. Kiedy prowadzi narrację, wykorzystuje rozłożyste opisy, działające na wyobraźnię. Stara się uwieść czytelników klimatem, samą melodią słów, które wyjątkowo precyzyjnie oddają istotę problemu. Zwraca autorka uwagę na zagadnienia drażliwe i zestawia je z uniwersalnymi emocjami. Proponuje czytelnikom podróż w głąb postaci zmuszanej początkowo do działań porządkowanych przez tradycje, żeby spokojnie przejść do najgłębszych pragnień i dążeń niemal pierwotnych, bazujących nie na więziach społecznych, a na osobistych potrzebach. I, owszem, padają tu ważne pytania, ale dla czytelników najbardziej istotna będzie przyjęta forma – pokazująca to, co już często dobrze uświadomione, w wersji pięknej literacko.

poniedziałek, 26 października 2026

Czesław Janczarski: Miś Uszatek. Opowiadania wszystkie

Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.

Miś

Teraz skaczą z radości wszyscy, którzy wychowywali się na tomikach Czesława Janczarskiego i Misia Uszatka kojarzą nie tylko z telewizyjnej dobranocki, ale i z czytanych przed snem opowieści. Na rynku ukazuje się bowiem monumentalny (i bardzo ciężki, jeśli chodzi o wagę) tom „Miś Uszatek. Opowiadania wszystkie”: pięć książeczek wydanych w twardej oprawie i na kredowym papierze. Nieprzypadkowo: to przecież skarb dla starszych czytelników. Skarb, który teraz mogą oni przedstawić swoim pociechom. O losach Misia Uszatka (a także skradzionej z muzeum zabawki) poczytają sobie odbiorcy we wstępie – i ci, którzy tej postaci ze swojego dzieciństwa nie mają szans pamiętać, dowiedzą się trochę o jej fenomenie. Starsi natomiast z przyjemnością przypomną sobie o historii Uszatka – i przekonają się, dlaczego i dzisiaj warto sięgać po tę lekturę jako rozrywkę dla najmłodszych.

Czesław Janczarski proponuje bardzo krótkie historyjki, każde opowiadanie zajmuje przeważnie stronę tekstu – to naprawdę niewiele, dopiero w ostatniej książeczce pojawiają się trochę dłuższe narracje. Liczy się tu jednak przede wszystkim przygoda, humorystyczny finał i przesłanie. Co ważne, ten autor nie zamierza dzieci pouczać ani napominać – stara się przemycać treści wychowawcze w opowiastkach, tak, żeby odbiorcy samodzielnie wyciągali wnioski i żeby nie poczuli się gorsi od autora. To ważne, bo dzięki temu Janczarski nie zniechęci do lektury. Co ważne, Miś Uszatek nie będzie pozostawał w jednym miejscu: kiedy przestaje być potrzebny jakimś dzieciom (i młodszemu rodzeństwu), wyrusza do kolejnej rodziny, żeby tam dzielić się doświadczeniem i pomysłami. Zawsze pozostaje blisko dzieci, ale jest też misiem samodzielnym – na tyle, żeby przeżywać własne przygody. Nie boi się ani wyjścia do przedszkola, ani założenia własnego cyrku. Ma sporo pomysłów, a do tego potrafi opowiadać bajki: jest tu jeden tomik stworzony właśnie z bajek Misia Uszatka, to odrobinę wytchnienie od powtarzalności i od jednego charakterystycznego bohatera, przejście w świat zwierząt, tak lubianych w opowiastkach dla najmłodszych. Czesław Janczarski dba o to, żeby Miś Uszatek przebywał stale w otoczeniu, które jest dla dzieci naturalne i przekonujące – ale nie unika czasami odważnych fabuł, zdarza się na przykład, że nieostrożne lalki nie potrafią posługiwać się żelazkiem i doprowadzają do pożaru. To emocje, które dzisiaj nie mają szans trafić do czytanek dla najmłodszych – tymczasem przydają się do tłumaczenia świata i do wypracowywania prawidłowych odruchów.

Pozostały tu oczywiście oryginalne ilustracje Zbigniewa Rychlickiego. Miś Uszatek w tej wersji wyruszył w świat – znany w różnych krajach, jest bardzo charakterystyczny i jednocześnie prosty i malowniczy. Na obrazkach Rychlickiego jest wiele cennych pomysłów, ujęć, które sprawdzą się i dzisiaj: tu liczy się nie tylko wyczulenie na sprawy dzieci, ale również odpowiednie podejście do ilustracji jako formy sztuki. Nie ulega wątpliwości, że odbiorcy mają tu do czynienia z dziełem wybitnym. Znowu starsi chętnie przypomną sobie oglądane niegdyś książeczki – i najłatwiej będzie uruchomić skojarzenia przez stronę graficzną. Dzisiejsze maluchy znajdą w przygodach Misia Uszatka całkiem sporo dla siebie.

niedziela, 25 października 2026

Bernadeta Prandzioch: Zewsząd. Opowieść o mojej (nie)śląskiej rodzinie

Czarne, Wołowiec 2026.

Jeszcze raz

To jest tak: autorka wie doskonale, że chodzi po ulicach, po których chodzili jej przodkowie. Czasami – oddaleni o wiele pokoleń (udaje jej się przenieść czytelników na moment aż do siedemnastego wieku, a to nie lada wyczyn w czasach, w których wiedza o rodzinach rzadko wykracza poza pokolenie dziadków lub pradziadków). I teraz zbiera swoje odkrycia, wpisując je w wielką historię – nie po to, żeby się chwalić, a po to, żeby uporządkować dane i przyzwyczaić się do myśli, że dawne zachowania, czyny, przyzwyczajenia lub charaktery mogą odzwierciedlać się u potomnych. Bernadeta Prandzioch to kolejna autorka, która próbuje czytać miejsce przez pryzmat osobistych przemyśleń i domowych opowieści – i wychodzi jej to całkiem nieźle. Tom „Zewsząd. Opowieść o mojej (nie)śląskiej rodzinie” to mierzenie się z faktami i mitami, a jednocześnie próba znalezienia odpowiedzi na pytanie, które w zależności od stopnia zradykalizowania rozmówcy przybierać będzie różne wersje.

Historia Śląska została już wiele razy przedstawiona – także w serii Sulina – ale Bernadeta Prandzioch ma na nią własny pomysł. Przygląda się wydarzeniom, które kształtowały miejsce i mentalność ludzi – ale sprawdzając, co w danych czasach robili kolejni przodkowie. Samymi biografiami bliskich, niezależnie od tego, jak bardzo zaangażowana w relację, nie przyciągnęłaby autorka szerokiego grona odbiorców. Z kolei opowiadaniem jeszcze raz tego samego – w kontekście wielkiej historii – mogłaby wyzwolić co najwyżej znużenie czytelników. Połączenie tych dwóch podejść okazuje się piorunujące: czytelnicy zaczynają kibicować bohaterom książki, którzy funkcjonowali nie zawsze obok wielkiej przeszłości – czasem bezpośrednio ją kształtowali.

Wpisuje się Bernadeta Prandzioch w nurt literatury małych ojczyzn, ale sama unika wielkich słów i wielkich deklaracji. Co więcej: woli podkreślać swoją niepewność, niedookreśloność. Nie wie, czy zasłużyła na to, żeby reprezentować Śląsk – bo być może wybory przodków sprawiły, że dzisiaj nie ma do tego prawa. Z drugiej strony jest tu element dumy – pytanie tylko, czy dumy ze śląskiej tożsamości, czy też raczej ze świadomości, jak kształtowały się losy rodziny. Bernadeta Prandzioch tropi kolejne małżeństwa, przeprowadzki i zawody – sprawdza, czym wsławili się jej przodkowie, a kiedy lepiej byłoby zostawić ich w spokoju. Dzięki temu może uporządkować wiadomości, przedstawić czytelnikom to wszystko, co udało jej się ustalić – a zasób danych ma imponujący. Przyznaje się do bezradności, kiedy nie jest w stanie odtworzyć losów albo charakterów kogoś z przeszłości – wie, że nie da się na podstawie kilku dokumentów wywnioskować wiele więcej niż suche daty – czasami więc przyjdzie jej żałować, że nie udało się naciągnąć na zwierzenia przedstawicieli starszych pokoleń. Przypomina autorka, jak ważne jest rozmawianie z bliskimi i wysłuchiwanie ich historii – historii, które znikną, jeśli się ich w porę nie zbierze i nie ocali. „Zewsząd” to taka właśnie próba ocalania przeszłości dla potomnych – opowieść, której ukrytym nurtem jest duma z korzeni i z możliwości ich poznania. Nie ma znaczenia, do jakiego wniosku autorka dochodzi w kwestii swojej śląskości – bo najbardziej uniwersalne jest tu właśnie dążenie do uratowania wspomnień i losów zwyczajnych ludzi.

Kraina Lodu 10/2026, Kraina Zwierząt 6/2026

Harperkids, Warszawa 2026.

Zabawki i lektura

Na początek „Kraina Zwierząt”, numer 6/2026. To oczywiście pisemko dla najmłodszych zafascynowanych światem zwierząt – i wciąż głodnych ciekawostek o czworonogach z różnych stron świata. Tematem wiodącym numeru są słonie – kolejne rozkładówki będą więc pełne zdjęć słoni, podpisów z jednozdaniowymi komentarzami – informacjami dla najmłodszych i... pełne zadań. Od czasu do czasu odchodzi się od słoni na rzecz mamutów, flamingów, pand, sów itd. – przede wszystkim po to, żeby przypomnieć odbiorcom, że na słoniach świat się nie kończy. Ale i tak to one wiodą prym w numerze. Do tego dochodzą plakaty (środkowa rozkładówka, tradycyjnie, nadaje się do wyrwania i powieszenia nad łóżkiem, ostatnia strona okładki to plakat w wersji mini – dla tych, którzy wolą mniejsze formy, żeby zachwycać się słodkimi pieskami. Zdjęcia w całym piśmie zostały przygotowane tak, żeby przyciągać wzrok i żeby udało się między nimi pomieścić ciekawostki. Do sprawdzania, czy dziecku udało się przyswoić wiadomości, służy bardzo prosty quiz. Jeśli porówna się to pismo ze „Zwierzakami” z lat 90., widać wyraźnie przejście w stronę uproszczeń i nastawienie na zabawę. Komentarze nie należą do rozbudowanych, bo dzieci nie utrzymałyby koncentracji na skomplikowanych opisach: tu chodzi wyłącznie o zatrzymanie na moment, zapewnienie jednej porcji wiadomości w jednym momencie. Inaczej prawdopodobnie dzieci zniechęciłyby się do lektury. Co ważne, komentarze wpisywane są dużym drukiem, więc maluchy, które samodzielnie czytają, dadzą radę prześledzić teksty samodzielnie – i może to być najlepszym kluczem do budowania grona wiernych czytelników. W „Krainie Zwierząt” liczy się bardzo interaktywność. Mnóstwo tu zabaw i zadań, pojawia się też prosty komiks z dalmatyńczykami, które pozbawione możliwości oglądania telewizji wymyślają własną zabawę – z kartonowego pudełka przygotowują telewizor i występują w programach rozrywkowych. To historyjka prosta, sprowadzona do kilku zaledwie kadrów, ale jej przesłanie przyda się najmłodszym, bo przypomina, że są rozrywki znacznie ciekawsze niż oglądanie telewizji. Do tego wyzwania w postaci klasycznych łamigłówek, ale przystosowanych do tematu wiodącego. W numerze znalazł się też zestaw dla małego weterynarza – i być może to będzie czynnik, który najbardziej przykuje uwagę maluchów. W zestawie jest stetoskop i termometr z możliwością regulowania temperatury, legowisko dla zwierząt i waga z ruchomą strzałką, karta pacjenta do zawieszenia przy łóżku i trzy malutkie psiaki (pasują do wagi, ale do termometru już niekoniecznie). To zapewni dzieciom możliwość wypracowywania rozmaitych zabaw i – być może – jeszcze bardziej przekona je, że o czworonożnych przyjaciół należy dbać.

Magazyn „Kraina Lodu” numer 10/2026 to spotkanie z Elą i jej przyjaciółmi. Najważniejszy – i największy pod względem objętościowym – jest tu komiks o przygodach znanych z bajki bohaterów. Dzieci będą mogły samodzielnie odkrywać kolejne kadry i historię podzieloną sprytnie na części (tak, żeby nie znudziły się lekturą, a otrzymywały ciągle nowe bodźce). Co ciekawe, komiks został przygotowany w starym disneyowskim stylu, więc powinien zdobyć uznanie małych czytelników i przekonać ich do lektury. Żeby jednak nie tylko na historyjce komiksowej polegać, twórcy tego zeszytu proponują odbiorcom cały zestaw gier logicznych i łamigłówek powiązanych z bohaterami bajki. Będą tu obrazki do porównywania i wyłapywania różnic (naprawdę o dużym stopniu szczegółowości, zadania do liczenia postaci na obrazku, porównania cienia (trzeba się wykazać nie tylko spostrzegawczością, ale i umiejętnością logicznego myślenia). Są wyszukiwanki, które zachęcają do śledzenia i tak już wystarczająco ciekawych obrazków – i ćwiczenia manualne z rysowaniem czy zakreślaniem konkretnych elementów rysunku. Łączenie kropek i labirynt to zadania tradycyjne, ale, co ważne i wartościowe, pojawiają się tu także ćwiczenia na kreatywność – na przykład kiedy trzeba wymyślić okładki książek czytanych przez bohaterów (dzięki temu sprytnemu zagraniu podprogowo promuje się też czytelnictwo). Dużo tu zadań związanych z rysowaniem, a młodzieżowego charakteru całości mają dodawać odpowiednie sformułowania (na przykład „plażing” czy „heheszki”). Oczywiście i w tym numerze mamy potężny prezent dla małych odbiorców: kompletną kuchnię do zabawy. Na kuchnię składają się dwa piekarniki (i dwa stanowiska do gotowania, lodówka, garnek i patelnia (trochę większe niż reszta zestawu, kilka mufinek i foremki oraz „składniki” do gotowania. Wystarczy więc tylko szczypta wyobraźni, żeby wyczarować coś pysznego. W obu przypadkach to zabawki sprawią, że dzieci będą chciały sięgnąć po lekturę – ale może przy okazji zarażą się upodobaniem do czytania.

sobota, 24 października 2026

Sarah Pekkanen: Jak we mgle

Gorzka Czekolada, Media Rodzina, Poznań 2026.

Cień

Dwie opowieści funkcjonują w tej historii, chociaż bohaterki przez cały czas zatrzymują odbiorców w swoim własnym świecie. „Jak we mgle” to thriller psychologiczny Sarah Pekkanen i książka, w której nic nie jest pewne przez długi czas. Wydarzenia relacjonują na przemian Ruth i Catherine: matka i córka. Ale narracje będą trzy, bo Ruth zaczyna w pewnym momencie spisywać wspomnienia dla Catherine, niezależnie od tego, co dzieje się w powieściowym tu i teraz. Ale granica między historiami biegnie gdzie indziej. Początkowo wydaje się, że zamiast thrillera zafunduje autorka czytelnikom książkę bazującą na społecznych lękach, po prostu powieść psychologiczną. Oto u Ruth zaczynają występować pierwsze symptomy choroby Alzheimera, niemal podręcznikowo. Kobieta udaje się do lekarzy – zresztą razem z córką, która skrupulatnie notuje kolejne pozornie niewinne pomyłki. Odmawia jednak bardziej szczegółowych badań – nie chce wydawać pieniędzy na coś, co naznaczy ją piętnem choroby. Catherine z kolei miała właśnie wyjechać do pracy, ale będzie musiała zmienić plany – to nie pora na rozstanie, do tej pory matka i córka były tylko we dwie i mogły liczyć wyłącznie na siebie – teraz też tak zostanie. Zresztą nie było kiedy budować przyjaźni, skoro kobiety często się przeprowadzały i nie nawiązywały głębszych relacji z sąsiadami.

Tak Sarah Pekkanen zaczyna swoją powieść „Jak we mgle”. A potem sugeruje czytelnikom, że nie wszystko jest takie, jakie mogłoby się wydawać: wystarczy zasiać podejrzenie, że Ruth symuluje. A do tego zasugerować, że ma ona w przeszłości jakąś tajemnicę, której nie chce zdradzić nawet córce. Niebezpieczeństwo przyjdzie samo błyskawicznie. Autorka pokazuje odbiorcom przeszłość starszej z bohaterek – i bez ogródek prezentuje wydarzenia, które sprawiły, że Ruth musiała porzucić swoje dotychczasowe życie i uciekać. Uciekać zresztą będzie już zawsze, ale nie z powodu dawnych wydarzeń a – nowego zagrożenia. Jedna historia w tej książce to odsłanianie dramatycznej przeszłości – zestaw wydarzeń kryminalnych, straszna przeszłość, która kładzie się cieniem na szczęściu bohaterek (a właściwie – uniemożliwia normalność, chociaż tak naprawdę o normalności mowy być nie może już choćby za sprawą traumy, to jedynie namiastka normalności w wyjątkowo pokrzywionym świecie). Ale kryminał jako taki nie ma z kolei większego znaczenia dla drugiej sfery historii – dla motywu relacji między bohaterkami. Kiedy na jaw wyjdzie fakt posiadania tajemnic, wszystko staje się trudniejsze do wyjaśnienia – zwłaszcza zachowania wpływające na całe życie. Czyli: Sarah Pekkanen nie zajmuje się ściganiem za zbrodnie – za to przygląda się temu, jak owe zbrodnie działać mogą na umysły osób niebezpośrednio w nie zaangażowanych. I to kolejny doskonały pomysł fabularny. Ta autorka przekonuje do siebie ogromem szczegółowości w narracji, proponuje odbiorcom wyjątkowo gęste powieści, w których cała uwaga skupia się na uczuciach bohaterów. Tym razem sytuacja, z której wychodzi, jest wyjątkowo trudna – ale też dzięki temu wyzwala rozmaite nieoczekiwane reakcje bezpośrednich uczestniczek. Sarah Pekkanen wie, jak budzić strach czytelników – bardzo dobrze jej to wychodzi. A tym razem przecież jeszcze może odwoływać się do społecznego lęku przed schorzeniami starzejących się bliskich.