Marginesy, Warszawa 2025.
Smaki
Tytuł nie kłamie. „Wielka księga kuchni japońskiej” to naprawdę wielka księga – o wielkim formacie, ciężka i wypełniona nie artystycznymi zdjęciami potraw, a grafikami, schematycznymi komputerowymi uproszczeniami pokazującymi skład potraw (w wersji mocno umownej). Autorka nie zajmuje się najwyraźniej opracowywaniem dań w wersji do fotografii kulinarnych (chociaż pracowała między innymi jako stylistka żywności), nie to jest najważniejsze – a przybliżanie czytelnikom możliwości, jakie daje kuchnia japońska. I o ile w standardowych książkach kucharskich podstawy przeważnie ludzie pomijają, o tyle tu bez podstaw tylko rodowici Azjaci mogliby sobie poradzić z kolejnymi przepisami – nie dość, że nie da się pominąć rozbudowanego wstępu, to jeszcze będzie się do niego często wracać (dobrze, że tom ma wszytą zakładkę, łatwiej przeskakiwać między stronami). To nie tylko otwarcie na nowe smaki, ale też przedstawienie prostych instrukcji: jak wyfiletować rybę albo wyluzować kurczaka – wskazówki, które przydadzą się w każdej kuchni. Makarony, sosy, przyprawy, ryż, proste elementy późniejszych potraw tu znajdują swoje omówienie i to dokładne, tak, żeby czytelnicy nie mieli wątpliwości, jak postępować ze składnikami, ale też… ze sztućcami czy miskami. Autorka między innymi tłumaczy, co zrobić, żeby nie przypaliły się drewniane patyczki do szaszłyków albo – jak płukać ryż. Wskazówek jest mnóstwo i nie da się bez nich obejść. Sama zasadnicza część kulinarna dzieli się nie w sposób znany z europejskich rozwiązań, a ze względu na sposób przyrządzania – w zależności czy coś jest gotowane na parze, smażone w głębokim tłuszczu, w misce albo stanowi deser.
Ciekawy jest też obraz przepisów. Gotowe danie czytelnicy znajdą w wersji graficznej, poszczególne – co ciekawsze – składniki także. Ale w skład poszczególnych przepisów wchodzi wyjaśnienie nazwy (żeby czytelnicy wiedzieli, na co się porywają – japońskie hasła w tytułach przepisów niekoniecznie coś powiedzą laikom) i jej pochodzenie, czas wykonania (z uwzględnieniem poszczególnych etapów gotowania), ciekawostkę związaną z daniem, niezbędne przybory (bo oczywiście trzeba będzie doposażyć kuchnię), wskazówki dotyczące działań podczas gotowania czy warianty potrawy. To wszystko jeszcze zanim odbiorcy przystąpią do realizowania przepisu – bo jeśli nie uda im się znaleźć wszystkich składników, czasami można będzie je zastąpić i wtedy autorka podpowiada, czym, żeby uzyskać jak najlepszy efekt. Sam przepis jest podzielony na punkty i to bardzo szczegółowe zwłaszcza w procesie wykonania, można docenić, że autorka nie pomija żadnego etapu, nawet najbardziej oczywistego. Pamięta o tym, że jej odbiorcy mogą niekoniecznie specjalizować się w kuchni japońskiej – więc tom, chociaż bardzo zaawansowany w smakach, sprawdzi się dla tych, którzy chcą popróbować czegoś nowego dla siebie. Tu zyskają świetny przewodnik kulinarny, dowiedzą się nie tylko, jakie są typowe dla Japonii smaki, ale też – jak wygląda cały proces przygotowywania potraw. „Wielka księga kuchni japońskiej” to publikacja, którą warto mieć w swoich zasobach, jeśli chce się eksperymentować i testować inne rozwiązania.
tu-czytam
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
środa, 31 grudnia 2025
wtorek, 30 grudnia 2025
Goscinny, Uderzo: Asteriks u Helwetów
Egmont, Świat Komiksu, Warszawa 2025.
Klasyczna wyprawa
W krytycznym opracowaniu ukazuje się kolejny klasyk – „Asteriks u Helwetów”. Goscinny i Uderzo wykorzystali tu podpowiedź jednego z przedstawicieli świata polityki i wysłali swoich bohaterów z ważną misją do Szwajcarii (która jeszcze Szwajcarią nie była). Panoramiks potrzebuje srebrnej gwiazdki – kwiatu szarotki, który rośnie tylko i wyłącznie daleko w górach. Napój jest niezbędny, żeby ocalić życie jednego z uczestników orgii (wprawdzie celowo otrutego, ale kto by się tym przejmował). Wiadomo, że wysoko w góry wybrać się mogą tylko Asteriks i Obeliks – zwłaszcza że to akurat oni dostąpili zaszczytu noszenia na tarczy swojego wodza. W Helwecji dzieje się wiele – tak, że sama misja znalezienia kwiatka traci na znaczeniu, bo najważniejszy jest kontekst, zabawy typowymi tematami, rozwiązaniami obyczajowymi i społecznymi. Autorzy wykorzystują charakterystyczne skojarzenia, którymi budują sobie publiczność literacką z różnych pokoleń: co innego w komiksach o Asteriksie rozśmieszy najmłodszych, co innego spodoba się ich rodzicom – a czas pokazuje, że te historie mało się starzeją.
Ponieważ zeszyt z przygodą Asteriksa został wydany w wersji z opracowaniem, czytelnicy mają szansę dowiedzieć się o zagraniach i pomysłach, które niekoniecznie wytrzymywały próbę tłumaczenia. Nie będą musieli samodzielnie tropić nawiązań i źródeł konkretnych kwestii. Dopiero dzięki takiemu kompleksowemu omówieniu komiksu część odbiorców będzie mogła docenić kunszt w tworzeniu historii obrazkowych – to nie tylko czysta rozrywka, ale znacznie więcej. Goscinny i Uderzo wypracowują sobie zasady współpracy, wzajemnie się uzupełniają i proponują odbiorcom dzieła pełne niespodzianek – w komentarzach pojawiają się między innymi charakterystyki bohaterów oraz punkty odniesienia do pozakomiksowej rzeczywistości. Jedno tylko może utrudnić czytelnikom poznawanie pojedynczych kadrów – brak tłumaczenia. W opracowaniu, w tej części teoretycznej, kadry z komiksów (ale też kadry z procesu produkcji) są przedstawione w oryginale, więc jeśli ktoś nie zna języka, nie poradzi sobie z odczytywaniem sensów, będzie musiał dotrzeć do odpowiedniego momentu historii i sprawdzić, jak wypada w polskiej wersji. Bardzo często w tym opracowaniu pojawiają się wypowiedzi samych autorów cyklu, więc odbiorcy mogą poznać ich punkt widzenia i źródła inspiracji. Sam komiks stanowi niewielki wycinek tej publikacji – trudno się dziwić, jest dość krótki, a ciekawostek związanych z nim znalazło się naprawdę dużo. To opracowanie, które zaspokaja ciekawość, a przy okazji można sobie przypomnieć klasyczną historyjkę. Nic dziwnego, że seria o Asteriksie zdobyła mnóstwo fanów – i wciąż podbija serca kolejnych – jest bardzo dopracowana i doskonale przemyślana w najdrobniejszych szczegółach. Kto potrzebuje tylko i wyłącznie śmiechu – może sięgać po zeszyty z komiksami, wznawiane zresztą i pojawiające się na rynku, więc nie tak bardzo niedostępne. Jednak jeśli ktoś chce tego śmiechu więcej i więcej, to śmiało może skorzystać z wersji z opracowaniem – bo to otwiera oczy na kolejne, często niedostrzeżone w pierwszym odbiorze, rozwiązania.
Klasyczna wyprawa
W krytycznym opracowaniu ukazuje się kolejny klasyk – „Asteriks u Helwetów”. Goscinny i Uderzo wykorzystali tu podpowiedź jednego z przedstawicieli świata polityki i wysłali swoich bohaterów z ważną misją do Szwajcarii (która jeszcze Szwajcarią nie była). Panoramiks potrzebuje srebrnej gwiazdki – kwiatu szarotki, który rośnie tylko i wyłącznie daleko w górach. Napój jest niezbędny, żeby ocalić życie jednego z uczestników orgii (wprawdzie celowo otrutego, ale kto by się tym przejmował). Wiadomo, że wysoko w góry wybrać się mogą tylko Asteriks i Obeliks – zwłaszcza że to akurat oni dostąpili zaszczytu noszenia na tarczy swojego wodza. W Helwecji dzieje się wiele – tak, że sama misja znalezienia kwiatka traci na znaczeniu, bo najważniejszy jest kontekst, zabawy typowymi tematami, rozwiązaniami obyczajowymi i społecznymi. Autorzy wykorzystują charakterystyczne skojarzenia, którymi budują sobie publiczność literacką z różnych pokoleń: co innego w komiksach o Asteriksie rozśmieszy najmłodszych, co innego spodoba się ich rodzicom – a czas pokazuje, że te historie mało się starzeją.
Ponieważ zeszyt z przygodą Asteriksa został wydany w wersji z opracowaniem, czytelnicy mają szansę dowiedzieć się o zagraniach i pomysłach, które niekoniecznie wytrzymywały próbę tłumaczenia. Nie będą musieli samodzielnie tropić nawiązań i źródeł konkretnych kwestii. Dopiero dzięki takiemu kompleksowemu omówieniu komiksu część odbiorców będzie mogła docenić kunszt w tworzeniu historii obrazkowych – to nie tylko czysta rozrywka, ale znacznie więcej. Goscinny i Uderzo wypracowują sobie zasady współpracy, wzajemnie się uzupełniają i proponują odbiorcom dzieła pełne niespodzianek – w komentarzach pojawiają się między innymi charakterystyki bohaterów oraz punkty odniesienia do pozakomiksowej rzeczywistości. Jedno tylko może utrudnić czytelnikom poznawanie pojedynczych kadrów – brak tłumaczenia. W opracowaniu, w tej części teoretycznej, kadry z komiksów (ale też kadry z procesu produkcji) są przedstawione w oryginale, więc jeśli ktoś nie zna języka, nie poradzi sobie z odczytywaniem sensów, będzie musiał dotrzeć do odpowiedniego momentu historii i sprawdzić, jak wypada w polskiej wersji. Bardzo często w tym opracowaniu pojawiają się wypowiedzi samych autorów cyklu, więc odbiorcy mogą poznać ich punkt widzenia i źródła inspiracji. Sam komiks stanowi niewielki wycinek tej publikacji – trudno się dziwić, jest dość krótki, a ciekawostek związanych z nim znalazło się naprawdę dużo. To opracowanie, które zaspokaja ciekawość, a przy okazji można sobie przypomnieć klasyczną historyjkę. Nic dziwnego, że seria o Asteriksie zdobyła mnóstwo fanów – i wciąż podbija serca kolejnych – jest bardzo dopracowana i doskonale przemyślana w najdrobniejszych szczegółach. Kto potrzebuje tylko i wyłącznie śmiechu – może sięgać po zeszyty z komiksami, wznawiane zresztą i pojawiające się na rynku, więc nie tak bardzo niedostępne. Jednak jeśli ktoś chce tego śmiechu więcej i więcej, to śmiało może skorzystać z wersji z opracowaniem – bo to otwiera oczy na kolejne, często niedostrzeżone w pierwszym odbiorze, rozwiązania.
poniedziałek, 29 grudnia 2025
Cornelia Funke: Kolor zemsty
Kropka, Warszawa 2025.
Szarość
Polscy fani atramentowego świata nie mieli takiej przerwy w lekturze – Cornelia Funke do przestrzeni tworzonej przez siebie powróciła po kilku latach i mocno zmienia klimat opowieści, a także optykę. Nie interesuje jej już Mo ani jego córka – ci, od których zaczęła się historia. Teraz w centrum zainteresowania pozostaje niezwykle ważny i do tej pory drugoplanowy bohater, Smolipaluch. To jego egzystencja i jego przyjaźń z Czarnym Księciem będzie zaprzątać uwagę odbiorców i samej autorki – która do przywiązania do tego wątku przyznaje się w dołączonym do książki wywiadzie. „Kolor zemsty” pokazuje, że chociaż powroty do udanych pomysłów nie zawsze kończą się sukcesem, to jednak trzeba pewne sprawy podomykać, żeby czytelnicy zyskali spokój i pewność co do losów konkretnych postaci. Tym razem Atramentowy Świat ogarnia szarość – nieprzypadkowo, to bowiem kolejny z czarów, który może odebrać radość życia bohaterom. Ci, którzy na swój dom wybrali świat ze słów, muszą liczyć się z ingerencją magii w codzienność – a na to nie ma dobrego rozwiązania, chyba że uda się pozbawić mocy siły zła. Do tego trzeba jednak sporo pomysłowości, siły i samozaparcia, a do tego – odwagi. Ale w „Kolorze zemsty” poza słowami liczy się jeszcze coś: obrazy. Po raz pierwszy obok potęgi słów w grę wchodzi inny sposób kreowania rzeczywistości. Zresztą w opowieści, w której jedną z większych tragedii staje się odebranie kolorów, nie może być inaczej: dopiero przy posługiwaniu się obrazami widać wyraźnie, jak wielkie spustoszenie będzie siała szarość nie tylko w życiorysach.
Cornelia Funke oddala się mocno od tych bohaterów, do których zdążyła czytelników przywiązać. Kompletnie nie interesuje jej wachlarz postaci z przeszłości, za to ci, którzy wkroczyli w orbitę Smolipalucha, mogą znaleźć swoje miejsce w świadomości odbiorców. Są tu też inne niż do tej pory elementy kreowanego świata – ważne miejsce znajdują tu szklane ludziki, liczą się znów drobne magiczne artefakty i symbole, które budzą grozę albo strach. Trzeba wiedzieć, co oznaczają i umieć czytać zaszyfrowane przesłania, ale przecież Cornelia Funke już przyzwyczaiła czytelników, że w tym nieprzeładowanym przedmiotami świecie liczy się wszystko, co pojawi się w rękach postaci. „Kolor zemsty” to opowieść budowana podobnie jak poprzednie części cyklu – ale ponieważ od samego początku panuje tu minorowy nastrój, autorka raczej nie zdobędzie nim nowych czytelników, to po prostu niespodzianka dla fanów serii i dopowiedzenie tego, co zostało zawieszone we wcześniejszej relacji. Ze starej części cyklu został tu sposób tworzenia rozdziałów: za każdym razem mamy krótką historię, właściwie migawkę historii – rozpoczynaną aforyzmem, cytatem z kogoś sławnego albo krótkim mottem z klasycznych powieści (raz Cornelia Funke cytuje w ogóle samą siebie). To dalej opowieść dla fanów czytania, książek i słów – a jednak daje się w niej wyczuć swoiste zmęczenie autorki cyklem, który błyskawicznie podbił serca czytelników.
Szarość
Polscy fani atramentowego świata nie mieli takiej przerwy w lekturze – Cornelia Funke do przestrzeni tworzonej przez siebie powróciła po kilku latach i mocno zmienia klimat opowieści, a także optykę. Nie interesuje jej już Mo ani jego córka – ci, od których zaczęła się historia. Teraz w centrum zainteresowania pozostaje niezwykle ważny i do tej pory drugoplanowy bohater, Smolipaluch. To jego egzystencja i jego przyjaźń z Czarnym Księciem będzie zaprzątać uwagę odbiorców i samej autorki – która do przywiązania do tego wątku przyznaje się w dołączonym do książki wywiadzie. „Kolor zemsty” pokazuje, że chociaż powroty do udanych pomysłów nie zawsze kończą się sukcesem, to jednak trzeba pewne sprawy podomykać, żeby czytelnicy zyskali spokój i pewność co do losów konkretnych postaci. Tym razem Atramentowy Świat ogarnia szarość – nieprzypadkowo, to bowiem kolejny z czarów, który może odebrać radość życia bohaterom. Ci, którzy na swój dom wybrali świat ze słów, muszą liczyć się z ingerencją magii w codzienność – a na to nie ma dobrego rozwiązania, chyba że uda się pozbawić mocy siły zła. Do tego trzeba jednak sporo pomysłowości, siły i samozaparcia, a do tego – odwagi. Ale w „Kolorze zemsty” poza słowami liczy się jeszcze coś: obrazy. Po raz pierwszy obok potęgi słów w grę wchodzi inny sposób kreowania rzeczywistości. Zresztą w opowieści, w której jedną z większych tragedii staje się odebranie kolorów, nie może być inaczej: dopiero przy posługiwaniu się obrazami widać wyraźnie, jak wielkie spustoszenie będzie siała szarość nie tylko w życiorysach.
Cornelia Funke oddala się mocno od tych bohaterów, do których zdążyła czytelników przywiązać. Kompletnie nie interesuje jej wachlarz postaci z przeszłości, za to ci, którzy wkroczyli w orbitę Smolipalucha, mogą znaleźć swoje miejsce w świadomości odbiorców. Są tu też inne niż do tej pory elementy kreowanego świata – ważne miejsce znajdują tu szklane ludziki, liczą się znów drobne magiczne artefakty i symbole, które budzą grozę albo strach. Trzeba wiedzieć, co oznaczają i umieć czytać zaszyfrowane przesłania, ale przecież Cornelia Funke już przyzwyczaiła czytelników, że w tym nieprzeładowanym przedmiotami świecie liczy się wszystko, co pojawi się w rękach postaci. „Kolor zemsty” to opowieść budowana podobnie jak poprzednie części cyklu – ale ponieważ od samego początku panuje tu minorowy nastrój, autorka raczej nie zdobędzie nim nowych czytelników, to po prostu niespodzianka dla fanów serii i dopowiedzenie tego, co zostało zawieszone we wcześniejszej relacji. Ze starej części cyklu został tu sposób tworzenia rozdziałów: za każdym razem mamy krótką historię, właściwie migawkę historii – rozpoczynaną aforyzmem, cytatem z kogoś sławnego albo krótkim mottem z klasycznych powieści (raz Cornelia Funke cytuje w ogóle samą siebie). To dalej opowieść dla fanów czytania, książek i słów – a jednak daje się w niej wyczuć swoiste zmęczenie autorki cyklem, który błyskawicznie podbił serca czytelników.
niedziela, 28 grudnia 2025
Justyna Kesler, Pani Zuzia: Tabliczka mnożenia. Nauka liczenia
Nasza Księgarnia, Warszawa 2025.
Liczenie po raz drugi
Było już kartonowe pudełko z kartami pozwalającymi na ćwiczenie dodawania i odejmowania, teraz pojawia się coś, co także przysparza sporo problemów najmłodszym, a bez czego trudno sobie wyobrazić wejście w szkolne obowiązki – tabliczka mnożenia. „Tabliczka mnożenia. Nauka liczenia” to kolejna propozycja w cyklu Zagraj – Zrozum – Zapamiętaj, w której przez tajniki liczenia przeprowadzają dzieci uczeń Spryciula (nie chce mu się wysilać, więc jeśli istnieje jakiś prosty sposób na zapamiętanie czegoś, to na pewno go znajdzie i się nim podzieli) oraz szczur Matemateusz.
Dzieci dostają tu 160 kart przygotowanych tak jak karty do gry dla dorosłych połączone z liczmanami. Na 20 kartach znajdują się cele (to karty, które sugerują rodzaj zadania czy wyzwania dla gracza, te karty są zaznaczone na odwrocie odwróconymi kolorami, żeby łatwiej było je znaleźć), na 55 – karty mnożenia i na kolejnych 55 – karty wyników. Do wizualizowania obliczeń wykorzystane zostały kolby kukurydzy (nieprzypadkowo: karty można przekręcać o 90 stopni, żeby poznać przemienność mnożenia). Na kartach mnożenia mamy zatem rysunek kukurydzy z zaznaczonymi ziarenkami, na górnym marginesie – działanie, z boku – to samo działanie tylko z zamienioną kolejnością. Na karcie wyników – kubełek popkornu z odpowiednim wynikiem. W grach może brać udział od 1 do 4 graczy, a przebieg rozgrywek albo znajduje się w instrukcji, drobnej broszurce dołączonej do gry (jest tu kilka różnych propozycji), albo zależy od inwencji dorosłych – można tę grę połączyć z poprzednim zestawem i wymyślać własne zadania.
Tu najważniejsze staje się ćwiczenie – wykonywanie działań prowadzi do zapamiętania tabliczki mnożenia, czyli nie pojawi się tu przełomowe albo rewolucyjne zestawianie sztuczek matematycznych – wszystko opiera się na powtarzalności, tyle tylko, że zamaskowanej zabawą. Granie w karty bardziej mobilizuje do wykonywania ćwiczeń niż tradycyjne odrabianie zadań. I to na pewno sprawi, że dzieci z radością będą podchodziły do wysiłku intelektualnego, a rodzicom łatwiej będzie kontrolować ich postępy w nauce. Nie trzeba tu wielkich wyzwań, sprawdzi się najzwyklejszy zestaw działań, tyle tylko, że opakowany w zgrabne i estetyczne „growe” rozwiązanie. To pozwoli też spędzać czas wspólnie, odbiorcy będą doceniać możliwość zabawy z rodzicami (bo to gra, w której brać udział mogą wszyscy chętni). Justyna Kesler i Pani Zuzia wprowadziły tutaj do domów uczniów urozmaicenie – uprzyjemniają proces zdobywania wiedzy. Warto zaznaczyć, że matematyczne gry karciane to dopiero początek – kolejne przedmioty także doczekają się swoich propozycji i sprawią, że nauka zamieni się w zabawę i zachęci także do wyprzedzania programu szkolnego. Tu karty (i sama rozgrywka) przeznaczone są teoretycznie dla dzieci od ósmego roku życia, w praktyce – każde młodsze dziecko, które przejawia zainteresowanie lekcjami liczenia, może spróbować swoich sił w takim wyzwaniu.
Liczenie po raz drugi
Było już kartonowe pudełko z kartami pozwalającymi na ćwiczenie dodawania i odejmowania, teraz pojawia się coś, co także przysparza sporo problemów najmłodszym, a bez czego trudno sobie wyobrazić wejście w szkolne obowiązki – tabliczka mnożenia. „Tabliczka mnożenia. Nauka liczenia” to kolejna propozycja w cyklu Zagraj – Zrozum – Zapamiętaj, w której przez tajniki liczenia przeprowadzają dzieci uczeń Spryciula (nie chce mu się wysilać, więc jeśli istnieje jakiś prosty sposób na zapamiętanie czegoś, to na pewno go znajdzie i się nim podzieli) oraz szczur Matemateusz.
Dzieci dostają tu 160 kart przygotowanych tak jak karty do gry dla dorosłych połączone z liczmanami. Na 20 kartach znajdują się cele (to karty, które sugerują rodzaj zadania czy wyzwania dla gracza, te karty są zaznaczone na odwrocie odwróconymi kolorami, żeby łatwiej było je znaleźć), na 55 – karty mnożenia i na kolejnych 55 – karty wyników. Do wizualizowania obliczeń wykorzystane zostały kolby kukurydzy (nieprzypadkowo: karty można przekręcać o 90 stopni, żeby poznać przemienność mnożenia). Na kartach mnożenia mamy zatem rysunek kukurydzy z zaznaczonymi ziarenkami, na górnym marginesie – działanie, z boku – to samo działanie tylko z zamienioną kolejnością. Na karcie wyników – kubełek popkornu z odpowiednim wynikiem. W grach może brać udział od 1 do 4 graczy, a przebieg rozgrywek albo znajduje się w instrukcji, drobnej broszurce dołączonej do gry (jest tu kilka różnych propozycji), albo zależy od inwencji dorosłych – można tę grę połączyć z poprzednim zestawem i wymyślać własne zadania.
Tu najważniejsze staje się ćwiczenie – wykonywanie działań prowadzi do zapamiętania tabliczki mnożenia, czyli nie pojawi się tu przełomowe albo rewolucyjne zestawianie sztuczek matematycznych – wszystko opiera się na powtarzalności, tyle tylko, że zamaskowanej zabawą. Granie w karty bardziej mobilizuje do wykonywania ćwiczeń niż tradycyjne odrabianie zadań. I to na pewno sprawi, że dzieci z radością będą podchodziły do wysiłku intelektualnego, a rodzicom łatwiej będzie kontrolować ich postępy w nauce. Nie trzeba tu wielkich wyzwań, sprawdzi się najzwyklejszy zestaw działań, tyle tylko, że opakowany w zgrabne i estetyczne „growe” rozwiązanie. To pozwoli też spędzać czas wspólnie, odbiorcy będą doceniać możliwość zabawy z rodzicami (bo to gra, w której brać udział mogą wszyscy chętni). Justyna Kesler i Pani Zuzia wprowadziły tutaj do domów uczniów urozmaicenie – uprzyjemniają proces zdobywania wiedzy. Warto zaznaczyć, że matematyczne gry karciane to dopiero początek – kolejne przedmioty także doczekają się swoich propozycji i sprawią, że nauka zamieni się w zabawę i zachęci także do wyprzedzania programu szkolnego. Tu karty (i sama rozgrywka) przeznaczone są teoretycznie dla dzieci od ósmego roku życia, w praktyce – każde młodsze dziecko, które przejawia zainteresowanie lekcjami liczenia, może spróbować swoich sił w takim wyzwaniu.
sobota, 27 grudnia 2025
Mieczysław Jałowiecki: Gaudeamus. Szkice z lat minionych
Czytelnik, Warszawa 2025.
Młodość
Przełom XIX i XX wieku. Mieczysław Jałowiecki studiuje na Politechnice Ryskiej i jest w pełni świadomy wykorzystywania wszystkich chwil naukowych i towarzyskich. Swoje wspomnienia rejestruje w serii szkiców oraz akwareli, a niepozorny z wyglądu tomik „Gaudeamus. Szkice z lat minionych” to opowieść o najczęściej pomijanych w oficjalnych biografiach tematach i motywach. Przeważnie okres młodości kwituje się w dokumentach i opracowaniach jednym zdaniem, tym razem jednak odbiorcy mogą się przekonać, co kryje się pod enigmatycznymi i suchymi stwierdzeniami. A kryje się mnóstwo, chociaż nie wszystkie zagadki autor rozszyfruje. Bo na przykład kwestie wstąpienia do bractwa, które Jałowiecki sobie starannie wybrał, są owiane tajemnicą. Odbiorcy będą tu mieć do czynienia z czymś na kształt niemal powieści przygodowej – kwestia honoru, przestrzegania zasad i wewnętrznej organizacji przy jednoczesnym dbaniu o życie towarzyskie i robienie sobie iście młodzieńczych kawałów – to coś, co nieraz zaskoczy. Mieczysław Jałowiecki przygląda się latom studiów z sentymentem i świadomością ocalania tego, co obecnie niezwykłe.
„Gaudeamus” to świat, który już nie istnieje, przede wszystkim w kindersztubie, wzajemnych relacjach i sposobach rozwiązywania problemów. Czasami można zatęsknić za pomysłami, które pozwalały likwidować konflikty jeszcze zanim te zaczęły się rozrastać, innym razem wizje przedstawiane przez Jałowieckiego przerażają – jak skłonność do pojedynkowania się. Zdarza się, że humor wkracza do codzienności i pozwala zachować zdrowe zmysły w kryzysowych sytuacjach, innym razem po prostu ubarwia wspomnienia. W tym świecie dzieją się rzeczy niezrozumiałe dla dzisiejszych czytelników, egzotyczne przez to, że już od dawna niefunkcjonujące. Jałowiecki uczestniczy w nich z pełną energią, a do tego potrafi zachować je w pamięci i opisać. I właśnie język tej książki to jej dodatkowy bohater: styl, który obecnie jest uznawany za archaiczny, jest odzwierciedleniem dawnej edukacji i wychowania, a do tego kultury językowej. Frazy są tu nasycone i wyraziste, nawet kiedy autor skupia się na relacjonowaniu wydarzeń towarzyskich, dba o to, żeby nie popaść w kolokwialne tony. Będą zatem dzisiejsi odbiorcy dobrze się bawić przy obserwowaniu, jak mężczyzna postrzega bal i uczestniczące w nim kobiety – takie ujęcie to rzadkość, więc warto poznać inną perspektywę. Czas nauki i beztroskiej zabawy zostaje tu zaprezentowany z wyczuleniem i delikatnością, do części wrażeń nie będzie można się przyznać, część musi zostać zaszyfrowana – i to wpłynie na odbiór tomiku. „Gaudeamus” to zaproszenie do przeżywania młodości w wersji obecnie przebrzmiałej – a jednak bardzo barwnej i wypełnionej niezwykłościami. Mieczysław Jałowiecki odmalowuje tę część przeszłości, która zwykle wymyka się postrzeganiu, a rzeczywiście może upiększyć wspomnienia. Przeprowadza czytelników przez towarzyskie aspekty studiowania, kształt międzyludzkich relacji i snucie marzeń na przyszłość u progu dorosłości. Pokazuje, że wszystko jest kwestią osobistej perspektywy i każde, nawet najbardziej rutynowe zadanie, może zyskać nowy wymiar dzięki sposobowi przedstawienia go. Faktycznie tu poza zwyczajami już archaicznymi daje się wskazać kreacyjną rolę języka, który również ocala. „Gaudeamus” to nie są zwyczajne wspomnienia ze studiów. To magia zamknięta w niewielkiej książce.
Młodość
Przełom XIX i XX wieku. Mieczysław Jałowiecki studiuje na Politechnice Ryskiej i jest w pełni świadomy wykorzystywania wszystkich chwil naukowych i towarzyskich. Swoje wspomnienia rejestruje w serii szkiców oraz akwareli, a niepozorny z wyglądu tomik „Gaudeamus. Szkice z lat minionych” to opowieść o najczęściej pomijanych w oficjalnych biografiach tematach i motywach. Przeważnie okres młodości kwituje się w dokumentach i opracowaniach jednym zdaniem, tym razem jednak odbiorcy mogą się przekonać, co kryje się pod enigmatycznymi i suchymi stwierdzeniami. A kryje się mnóstwo, chociaż nie wszystkie zagadki autor rozszyfruje. Bo na przykład kwestie wstąpienia do bractwa, które Jałowiecki sobie starannie wybrał, są owiane tajemnicą. Odbiorcy będą tu mieć do czynienia z czymś na kształt niemal powieści przygodowej – kwestia honoru, przestrzegania zasad i wewnętrznej organizacji przy jednoczesnym dbaniu o życie towarzyskie i robienie sobie iście młodzieńczych kawałów – to coś, co nieraz zaskoczy. Mieczysław Jałowiecki przygląda się latom studiów z sentymentem i świadomością ocalania tego, co obecnie niezwykłe.
„Gaudeamus” to świat, który już nie istnieje, przede wszystkim w kindersztubie, wzajemnych relacjach i sposobach rozwiązywania problemów. Czasami można zatęsknić za pomysłami, które pozwalały likwidować konflikty jeszcze zanim te zaczęły się rozrastać, innym razem wizje przedstawiane przez Jałowieckiego przerażają – jak skłonność do pojedynkowania się. Zdarza się, że humor wkracza do codzienności i pozwala zachować zdrowe zmysły w kryzysowych sytuacjach, innym razem po prostu ubarwia wspomnienia. W tym świecie dzieją się rzeczy niezrozumiałe dla dzisiejszych czytelników, egzotyczne przez to, że już od dawna niefunkcjonujące. Jałowiecki uczestniczy w nich z pełną energią, a do tego potrafi zachować je w pamięci i opisać. I właśnie język tej książki to jej dodatkowy bohater: styl, który obecnie jest uznawany za archaiczny, jest odzwierciedleniem dawnej edukacji i wychowania, a do tego kultury językowej. Frazy są tu nasycone i wyraziste, nawet kiedy autor skupia się na relacjonowaniu wydarzeń towarzyskich, dba o to, żeby nie popaść w kolokwialne tony. Będą zatem dzisiejsi odbiorcy dobrze się bawić przy obserwowaniu, jak mężczyzna postrzega bal i uczestniczące w nim kobiety – takie ujęcie to rzadkość, więc warto poznać inną perspektywę. Czas nauki i beztroskiej zabawy zostaje tu zaprezentowany z wyczuleniem i delikatnością, do części wrażeń nie będzie można się przyznać, część musi zostać zaszyfrowana – i to wpłynie na odbiór tomiku. „Gaudeamus” to zaproszenie do przeżywania młodości w wersji obecnie przebrzmiałej – a jednak bardzo barwnej i wypełnionej niezwykłościami. Mieczysław Jałowiecki odmalowuje tę część przeszłości, która zwykle wymyka się postrzeganiu, a rzeczywiście może upiększyć wspomnienia. Przeprowadza czytelników przez towarzyskie aspekty studiowania, kształt międzyludzkich relacji i snucie marzeń na przyszłość u progu dorosłości. Pokazuje, że wszystko jest kwestią osobistej perspektywy i każde, nawet najbardziej rutynowe zadanie, może zyskać nowy wymiar dzięki sposobowi przedstawienia go. Faktycznie tu poza zwyczajami już archaicznymi daje się wskazać kreacyjną rolę języka, który również ocala. „Gaudeamus” to nie są zwyczajne wspomnienia ze studiów. To magia zamknięta w niewielkiej książce.
piątek, 26 grudnia 2025
Anthony Hopkins: Daliśmy radę, chłopaku. Wspomnienia
Marginesy, Warszawa 2025.
Filmy
Ładnie podsumowuje Anthony Hopkins swoje dokonania (i fragment egzystencji) we wspomnieniowej książce „Daliśmy radę, chłopaku”. To publikacja dla wszystkich, którzy cenią sobie tego aktora i chcieliby się dowiedzieć, jak on postrzegał własne odkrycia w dziedzinie technik aktorskich. Anthony Hopkins przeprowadza czytelników przez swoje doświadczenia. Opowiada między innymi, w którym momencie zrozumiał, że granie w teatrze go nudzi i dlaczego – a także jak pracował nad najbardziej rozpoznawalnymi rolami w filmie (i tu analizuje w ogóle cały proces budowania postaci, co zwłaszcza fanów zaintryguje). Nie stroni od przedstawiania życia prywatnego, a przynajmniej jego wycinków, na przykład tematu bycia postrzeganym przez pryzmat głupoty. Trochę komentuje życie w domu rodzinnym i relacje z rodzicami, trochę opowiada o swoich partnerkach życiowych – i o tym, co w nich najbardziej go urzekło. Rozlicza się ze swoich błędów oraz z życiowych pułapek i mielizn, ale nie stroni też od przyjemnych momentów, pozwala odbiorcom przeżywać ze sobą choćby przyznanie Oscara. Nie spieszy się w tej relacji, zwłaszcza że nie ma ochoty analizować całego życia krok po kroku, a wybiera te najważniejsze chwile. Forma wspomnień pozwala mu na charakterystyczną perspektywę i na dokonywanie odpowiednich skrótów: to Hopkins może kształtować przeszłość tak, jak ją pamięta i ocenia. Taką wersją chętnie podzieli się z czytelnikami.
Nie ucieka od przedstawiania silnych emocji i wrażeń, ale dla odbiorców najważniejsze będzie skupianie się na pracy nad scenariuszem. Anthony Hopkins tłumaczy, dlaczego decydował się na przyjęcie lub odrzucenie roli, ale też – jak wpadał na pomysły stworzenia konkretnej postaci. To, co większość aktorów pomija, cały proces twórczy i refleksje nad znaczeniem drobnych gestów, spojrzeń albo ostatecznego wyglądu kostiumów prezentuje. Stara się zrozumieć swojego bohatera, a następnie dopracować jego zwyczaje w szczegółach wykraczających poza scenariusz – i takie koncepcje sprawiają, że jego sceniczne wcielenia zapadają w pamięć. Hopkins ma w swoim życiorysie również utarczki z reżyserami, czasem bardzo poważne i wiążące się z rozmaitymi rozczarowaniami w budowaniu kariery. Nie zależy mu na udowadnianiu swoich racji, po prostu informuje czytelników o postawach i zachowaniach. Skraca drogę powrotu z alkoholizmu – bo jest świadomy, że w propagowaniu trzeźwości potrafi być męczący, co zresztą uświadamiali mu najbliżsi – w związku z tym w książce nie ma nadmiernego pouczania odbiorców co do „właściwej” życiowej ścieżki, ale nie zabraknie tematu nałogu.
Ma ta publikacja dobry rytm, ma uporządkowanie danych i wspomnień tak, żeby czytelnicy mogli faktycznie traktować ją jak uzupełnienie biografii czy oglądanych na dużym ekranie charakterów. Anthony Hopkins w „Daliśmy radę, chłopaku” nie szuka fanów – kieruje się do tych, którzy go cenią i którzy chcieliby się dowiedzieć czegoś więcej. To książka ciekawa i dopełniająca opowieści filmowe, przybliżająca życie gwiazdy – ale bez przekraczania pewnych granic. To sam bohater decyduje, ile będzie chciał ujawnić i z czym się zmierzyć na oczach czytelników. I to wystarczy.
Filmy
Ładnie podsumowuje Anthony Hopkins swoje dokonania (i fragment egzystencji) we wspomnieniowej książce „Daliśmy radę, chłopaku”. To publikacja dla wszystkich, którzy cenią sobie tego aktora i chcieliby się dowiedzieć, jak on postrzegał własne odkrycia w dziedzinie technik aktorskich. Anthony Hopkins przeprowadza czytelników przez swoje doświadczenia. Opowiada między innymi, w którym momencie zrozumiał, że granie w teatrze go nudzi i dlaczego – a także jak pracował nad najbardziej rozpoznawalnymi rolami w filmie (i tu analizuje w ogóle cały proces budowania postaci, co zwłaszcza fanów zaintryguje). Nie stroni od przedstawiania życia prywatnego, a przynajmniej jego wycinków, na przykład tematu bycia postrzeganym przez pryzmat głupoty. Trochę komentuje życie w domu rodzinnym i relacje z rodzicami, trochę opowiada o swoich partnerkach życiowych – i o tym, co w nich najbardziej go urzekło. Rozlicza się ze swoich błędów oraz z życiowych pułapek i mielizn, ale nie stroni też od przyjemnych momentów, pozwala odbiorcom przeżywać ze sobą choćby przyznanie Oscara. Nie spieszy się w tej relacji, zwłaszcza że nie ma ochoty analizować całego życia krok po kroku, a wybiera te najważniejsze chwile. Forma wspomnień pozwala mu na charakterystyczną perspektywę i na dokonywanie odpowiednich skrótów: to Hopkins może kształtować przeszłość tak, jak ją pamięta i ocenia. Taką wersją chętnie podzieli się z czytelnikami.
Nie ucieka od przedstawiania silnych emocji i wrażeń, ale dla odbiorców najważniejsze będzie skupianie się na pracy nad scenariuszem. Anthony Hopkins tłumaczy, dlaczego decydował się na przyjęcie lub odrzucenie roli, ale też – jak wpadał na pomysły stworzenia konkretnej postaci. To, co większość aktorów pomija, cały proces twórczy i refleksje nad znaczeniem drobnych gestów, spojrzeń albo ostatecznego wyglądu kostiumów prezentuje. Stara się zrozumieć swojego bohatera, a następnie dopracować jego zwyczaje w szczegółach wykraczających poza scenariusz – i takie koncepcje sprawiają, że jego sceniczne wcielenia zapadają w pamięć. Hopkins ma w swoim życiorysie również utarczki z reżyserami, czasem bardzo poważne i wiążące się z rozmaitymi rozczarowaniami w budowaniu kariery. Nie zależy mu na udowadnianiu swoich racji, po prostu informuje czytelników o postawach i zachowaniach. Skraca drogę powrotu z alkoholizmu – bo jest świadomy, że w propagowaniu trzeźwości potrafi być męczący, co zresztą uświadamiali mu najbliżsi – w związku z tym w książce nie ma nadmiernego pouczania odbiorców co do „właściwej” życiowej ścieżki, ale nie zabraknie tematu nałogu.
Ma ta publikacja dobry rytm, ma uporządkowanie danych i wspomnień tak, żeby czytelnicy mogli faktycznie traktować ją jak uzupełnienie biografii czy oglądanych na dużym ekranie charakterów. Anthony Hopkins w „Daliśmy radę, chłopaku” nie szuka fanów – kieruje się do tych, którzy go cenią i którzy chcieliby się dowiedzieć czegoś więcej. To książka ciekawa i dopełniająca opowieści filmowe, przybliżająca życie gwiazdy – ale bez przekraczania pewnych granic. To sam bohater decyduje, ile będzie chciał ujawnić i z czym się zmierzyć na oczach czytelników. I to wystarczy.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)






