* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

wtorek, 23 czerwca 2026

Joanna Podsadecka: Mężczyźni Osieckiej

Mando, Kraków 2026.

Cena

Ona ciągle zadziwia. Nie wychodzi z mody i nawet jeśli młodsze pokolenie nie wie, kto stworzył mnóstwo evergreenów, piosenek do dzisiaj wzruszających i poruszających, z pewnością kiedy wpada na trop miłości Osieckiej, zaczyna się interesować artystką. Joanna Podsadecka dołącza do grona badaczy, którzy zajmują się analizowaniem biografii – życie osobiste wydaje się co najmniej równe dokonaniom piosenkowym (i, szerzej, literackim), a to dlatego, że Agnieszka Osiecka uważała, że trzeba wiele przeżyć, żeby móc przekuwać to na teksty. Zgodnie z tym założeniem żyła z ogromną zachłannością – a kolejne podboje miłosne przeszły do historii. Chociaż autorka odżegnuje się od prezentowania scen łóżkowych, parę razy pikantne opowieści przenikną do tych rozdziałów. Najważniejsze jest jednak życie uczuciowe Agnieszki Osieckiej i czasem absurdalne wręcz tezy dotyczące jej seksualności.

Joanna Podsadecka buduje swoją książkę z kolejnych nazwisk. Każdy rozdział poświęcony został innej miłości, innej historii i innemu mężczyźnie. Są tu ci oficjalni – mężowie czy partnerzy, są też kochankowie, których nazwiska wypłynęły po latach. Są mężczyźni należący do bawidamków, są też tacy, w których tylko Agnieszka Osiecka mogła dostrzec jakąś wartość. W kolejnych rozdziałach autorka koncentruje się na tym, żeby wytłumaczyć swoim odbiorcom, kim są ukochani Osieckiej. Skupia się na życiorysach i na relacjach towarzyskich, momentami wręcz traci z oczu bohaterkę tej książki – kiedy liczy się zestaw kontaktów albo próba ułożenia sobie życia mimo sercowych kryzysów. Mężczyźni w życiu Agnieszki Osieckiej to powtarzalny schemat: najpierw zauroczenie, wzajemna fascynacja i gra, flirty oraz urok rodzącego się uczucia, później – głęboka zażyłość i namiętność, a później... ucieczka. W zależności od tego, kto próbował w związku dominować, ten najszybciej się wycofuje – i to udaje się Joannie Podsadeckiej pokazać. Nie ma w tej książce szarości ani słabych fragmentów, bo nawet wtedy, gdy gubi się w narracji Osiecka, to tylko po to, żeby zrobić miejsce na objaśnienia, prezentację charakterów albo życiowych wyborów. Dzięki temu można później lepiej poznawać bohaterów opowieści – i przeżywać razem z nimi komplikacje uczuciowe.

Jakby tego było mało, sceny rodzącego się uczucia albo uczucia niszczonego właśnie przez rutynę czy strach, są przeplatane piosenkowymi komentarzami. Widać dzięki temu, jakie utwory Osiecka w konkretnym momencie życia wypuszczała w świat i jak odzwierciedlała w nich swoje doświadczenia oraz przemyślenia. Czytanie ich ze świadomością momentu w życiu bohaterki tomu wiele ułatwia, pozwala na inne odczytywanie trafnych przecież puent. A równocześnie to zaproszenie do czytania Osieckiej, do poznawania jej twórczości i do przypominania sobie o jej najlepszych utworach.

„Mężczyźni Osieckiej” to książka, w której dzieje się wiele. Podsadecka opisuje wydarzenia z przeszłości dynamicznie i z pomysłem, czerpie z bogatych materiałów źródłowych, dokumentów, pamiętników czy listów – i udaje jej się przekuć zdobyte wiadomości w wartką i dobrą lekturę. To opowieść o miłości, a właściwie o tęsknocie za miłością – niemożliwą do zrealizowania, a jednak wciąż kuszącą. I chociaż ten temat refrenowo powraca w pracach badaczy, Joanna Podsadecka wie, jak przekonać do siebie czytelników.

Claire Pisarra: Tato, co to znaczy kochać?

Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.

Słowa

Tata czyta sobie magazyn o urządzaniu gawr, kiedy mały miś zadaje mu pytanie wymagające uwagi. „Tato, co to znaczy kochać?” to publikacja, która połączy w lekturze ojców i kilkulatki – w sam raz, żeby zastanowić się nad sednem wzajemnych relacji i nazwać to, czego później nazywać już nie trzeba, bo staje się oczywiste. Claire Pisarra i Nathalie Ragondet przygotowały tomik wypełniony silnym uczuciem, które ma być naturalne dla odbiorców – i pomagają we wprowadzeniu pierwszego, najistotniejszego wyjaśnienia. Tata z tomiku staje na wysokości zadania – nie wchodzi w abstrakcyjne rozważania, odwołuje się za to do tego, co znane dzieciom z codzienności. I podpowiada, że oznakami miłości może być posiłek przygotowywany ze zdrowych składników, zakazy, ale i nocne pobudki, kiedy dziecko czegoś potrzebuje lub czegoś się boi, wspólne zabawy, wygłupy aż do utraty tchu, pośpiech, żeby zdążyć na spotkanie z czekającym maluchem. Miłość przejawia się na wiele sposobów, wszystkie prowadzą do jednego: pozwalają wyrazić silne uczucie.

Zanim wszystko stanie się oczywiste, dzieci muszą zrozumieć, o co właściwie chodzi. Książeczka pomaga im zamienić abstrakcyjne pojęcie na konkrety – i to takie konkrety, które mają w zasięgu ręki, niekoniecznie tylko w rodzinie misiów. Dzięki takiej lekturze maluch może docenić wszystkie zachowania dorosłego, nawet te, które go irytują lub przygnębiają: bo okazuje się, że przejawem miłości staje się nawet protest dorosłego, kiedy dziecko chce coś zniszczyć lub narazić się na niebezpieczeństwo. A przecież wspólne zabawy, cieszenie się z drobiazgów, odkrywanie świata i spędzanie razem czasu to też jest miłość. W tej książeczce nie dzieje się zbyt dużo – cały tomik to wyliczanka niedźwiedzia, który odpowiada na pytanie zadane przez dziecko – aż do czasu na wspólną zabawę. Liczy się jednak przesłanie i sam fakt, że bohater nie zbagatelizował tematu, a postarał się odpowiedzieć najlepiej, jak potrafi – i tym samym chce uzmysłowić coś najmłodszym. W warstwie graficznej też nie ma zbyt dużo miejsca na eksperymenty i poszukiwania: liczy się pokazanie dwóch misiów – starszego i młodszego – w zwykłych codziennych sytuacjach, które teraz nabierają nowego znaczenia – bo funkcjonują już jako wyznanie miłości. Obrazki są utrzymane w stonowanej kolorystyce, nie będzie przebodźcowywania dzieci ani zamęczania ich szczegółami, liczy się przede wszystkim relacja łącząca dziecko i rodzica. Misie narysowane zostały prosto, ale urokliwie, z widocznymi śladami kredki i z delikatnym cieniowaniem – to książeczka przygotowana z miłością. Picture book, który dzieci mogłyby przeczytać samodzielnie, ale który znacznie lepiej wypadnie, kiedy będzie wspólną lekturą przed zaśnięciem. „Tato, co to znaczy kochać?” to książeczka, która przygotowuje na rozmowy o uczuciach i pokazuje dzieciom i dorosłym, że da się je wyrażać na wiele różnych sposobów.

poniedziałek, 22 czerwca 2026

Justyna Bednarek: Tata w tarapatach. Ładne kwiatki

Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.

Podróż

To po prostu czyste wariactwo. I to olbrzymi komplement dla serii Tata w tarapatach. W czasie, gdy większość wydawnictw stawia na opowieści edukacyjne i faszeruje młodych czytelników treściami, które i tak będą przerabiać w szkole – Nasza Księgarnia pozwala Justynie Bednarek na nieskrępowaną swobodę twórczą i dzielenie się efektami własnej wyobraźni bez żadnych ograniczeń. I właśnie tak zachęca się dzieci do czytania. To już trzecia książka w cyklu, który przekona najmłodszych do książek i który rozwinie zarówno ich wyobraźnię, jak i słownictwo. Mamy tu do czynienia z rodziną Wieczorków, wypełnioną dziećmi, zwierzętami przeróżnych gatunków (także tych niewidocznych gołym okiem) i autobus pełen wynalazków. Świata zewnętrznego tym razem praktycznie nie ma, bo mama z dziećmi wyrusza na kolejną misję. Ledwo udało się zlokalizować tatę (niesionego przez kosmiczną kurę nie wiadomo dokąd), a już trzeba ruszyć w podróż ratunkową (kolejną!), żeby biedny i kochany rodzic poradził sobie w amazońskiej puszczy. Sytuacji nie ratuje fakt, że tata na skutek różnych eksperymentów może się zmniejszać lub powiększać i jeśli jest rozmiarów pozwalających na dostrzeżenie go z daleka – problem maleje. Jeśli jednak tata jest akurat malutki... trzeba będzie poprosić o pomoc maleńkie zwierzęta. I tłumaczyć ich język, ale akurat z tym nie ma problemu jeden z członków rodziny. U Wieczorków wszyscy są wynalazcami, wszyscy mają dobre pomysły i wszyscy kreatywnie podchodzą do rozwiązywania problemów, nawet tych ponad siły. Nic więc dziwnego, że ochoczo rzucają się w wir przygód – zwłaszcza tych wymagających dalekich podróży.

Jedyny kłopot, jaki będą mieli mali czytelnicy, mogą sprawić wymyślne nazwy wynalazków – oparte przeważnie na sensownych, chociaż nieznanych dzieciom słowach. Trochę napocą się maluchy przy czytaniu nazw, ale to tylko sprawi, że poprawią swoje umiejętności. Wciągnięte w wir akcji mogą zresztą nie zauważyć wysiłku umysłowego. A Justyna Bednarek swobodnie skacze po mapie (co Bartek Brosz umie oddać w ilustracjach – ważnej części powieści komiksowej), albo przedstawia nietypowe przestrzenie (podróż do wnętrza wieloryba to intertekstualna zabawa dla dorosłych, gdyby tacy przypadkiem się zaplątali w gronie czytelników). Jest tu znowu mnóstwo niespodzianek, mnóstwo kłopotów i nieprzewidzianych komplikacji, jest szalony pościg za tatą – w końcu od trzech tomów rodzina nie może się połączyć – i szansa na pokazanie małym odbiorcom, do czego służy wyobraźnia. Dynamiczna akcja i brak nudy sprawiają, że ta seria może szybko podbić także zagraniczne rynki. Justyna Bednarek zapewnia dzieciom sporo rozrywki, jest autorką, która nie boi się ryzyka w fabule i chętnie dzieli się najbardziej szalonymi pomysłami. Ta seria pokazuje, jak można bawić się w literaturze czwartej i jak ucieszyć małych odbiorców nietuzinkowymi rozwiązaniami. Z pewnością jest to książka, w której liczy się humor – a tempo akcji dodaje atrakcyjności. Ale Justyna Bednarek pokazuje też dzieciom, że mali bohaterowie są ważni w jej misjach: każdy z rodziny Wieczorków jest potrzebny, każdy sprawdza się w innej dziedzinie i każdy może wpłynąć na sukces wyprawy. I to jest przesłanie starannie przez autorkę maskowane w opowieści, za to krzepiące.

niedziela, 21 czerwca 2026

Sylwia Trojanowska: Król tanga

Marginesy, Warszawa 2026.

Na nowo

Tadeusz Miller wraz z żoną, ukochaną Luną, po wojnie przybywa do Szczecina. Tu próbuje założyć dom: chociaż wszystkiego brakuje i są problemy z przydziałami mieszkań, a wieczorami nie można wychodzić na ulice, bo wszędzie grasują bandy, normalność jest potrzebna. Małżonkowie starają się więc stworzyć rodzinę i być dla siebie wsparciem. A ponieważ stabilizację zapewnia też praca, Tadeusz Miller chce wrócić do tego, co wychodzi mu najlepiej – czyli do śpiewania. Udaje mu się znaleźć pracę w lokalnej rozgłośni radiowej, ale nie przy mikrofonie. Do tego jeszcze długa droga i tę właśnie drogę – drogę na szczyt – Sylwia Trojanowska przedstawia. „Król tanga” to obyczajowa historia bazująca na faktach – autorka dość dokładnie przeanalizowała biografię tego artysty, a ze swoich poszukiwań i rozwiązań tłumaczy się w rozłożystym posłowiu (znajdą się tu nie tylko adresy bibliograficzne, ale też wyjaśnienia konkretnych motywów, zaznaczanie prawdopodobieństwa wydarzeń lub bazowania na dokumentach, a nawet – cały zestaw zdjęć, kilka z rodzinnego albumu Tadeusza Millera, trochę ze spektaklu jemu poświęconego, a trochę – ze zdjęć syna, który w książce też się pojawi).

Sylwia Trojanowska koncentruje się na relacji Tadeusza i Luny i w zasadzie ta opowieść jej by wystarczyła, jednak dla dobra relacji – i dla możliwości popisania się warsztatem – wprowadza tu dalszoplanowych bohaterów, którzy wprowadzają trochę różnorodnych emocji do tła historii. Nie liczy się kompletnie koloryt lokalny: poza zagrożeniami płynącymi z obecności bandytów na wieczornych ulicach raczej trudno będzie wskazać konkretne miejsca. Autorka o wiele bardziej woli zajmować się przeżyciami bohaterów niż opisami przyrody – ku uciesze czytelniczek szukających u niej opowieści o wielkiej małżeńskiej miłości. Tadeusz Miller jako artysta występujący publicznie jest narażony na kolejne awanse i flirty ze strony fanek, co autorka zaznacza w powieści – prezentując od razu postawy jego żony. Miłość do Luny objawia się na kilka różnych sposobów, jednym z nich staje się możliwość przemycenia uczuć do wykonywanych piosenek. Miller dba o to, żeby nie dawać swojej ukochanej powodów do zazdrości i żeby w odpowiednim momencie reagować na jej humory, z kolei Luna potrafi opiekować się zagubionym artystą, a nawet zadbać o jego interesy zawodowe – to ona w pewnym momencie prowadzi negocjacje i przygotowuje męża do wyjścia na scenę, dopinguje go i komplementuje nawet wtedy, gdy nie wszystko idzie idealnie. I Sylwia Trojanowska doskonale się bawi, przedstawiając relację tych dwojga. Przypomina przy okazji sylwetkę bohatera nieco dzisiaj usuwanego w cień. Wprowadza drobne cytaty z piosenek i chociaż w ten sposób nie nauczy odróżniać Millera od Fogga, to jednak może wzbudzić zainteresowanie powojennymi szlagierami.

Jest to powieść niespieszna i pozbawiona burzliwych wydarzeń, toczy się powolnym rytmem, ale dla czytelników będzie dobrą odskocznią od tego, co nieprzyjemne czy stresujące. Sylwia Trojanowska pisze tak, żeby dać wytchnienie, przypomnieć o artyście i żeby przekonać czytelników, że prawdziwe uczucia nie składają się z wielkich słów a z małych gestów

Nieoficjalny dziennik dla fanów filmu K-popowe łowczynie demonów

Harperkids, Warszawa 2026.

Przyjaźń

Skoro istnieje moda na K-pop, trzeba ją wykorzystać także w produkcjach kierowanych do młodszych nastolatek. Film „K-popowe łowczynie demonów” to opowieść, która doczekała się gadżetowych produkcji książkowych – nic w tym dziwnego, wydawcy bazują na zainteresowaniu, które wzbudza animacja i przedłużają jej istnienie w świadomości odbiorców. Czasami owo przedłużanie przybiera intrygujące lub interesujące dla czytelników formy, tak jest w przypadku dziennika kreatywnego „Nieoficjalny dziennik dla fanów filmu K-popowe łowczynie demonów”. W zasadzie nawet nie trzeba znać fabuły filmu, żeby skorzystać z takiego dziennika, ale całość została przygotowana pod kątem promocji obrazu i zachęcenia młodych odbiorczyń do spędzania czasu ze swoimi ulubionymi bohaterami.

Dziennik ten składa się z zadań dla odbiorców. Za każdym razem punktem wyjścia jest jakiś motyw z filmu – przy czym twórcy dziennika zakładają, że najwygodniej będzie się posiłkować stylem plotkarsko-przyjacielskim, tak, żeby nastolatki miały wrażenie pracy z rówieśniczkami i czuły się dobrze zrozumiane. Te, które uczciwie wezmą się do wypełniania kolejnych stron, nie zauważą nawet, że wykonują przy tym sporo pracy umysłowej – to jak zadania szkolne, tylko znacznie przyjemniejsze i nastawione na prywatne zwierzenia. Nastolatki mogą tutaj zastanawiać się nad zabawami z ulubionym zwierzęciem, albo nad czasem spędzanym z przyjaciółkami. Będą analizować zachowania bohaterów (wcześniej odpowiednio nazwane i skomentowane, więc znajomość kontekstu wprawdzie się przyda, ale nie jest tak do końca niezbędna przy wykonywaniu ćwiczeń). Pojawią się zadania rysunkowe, projekty i oceny momentów z filmu, pojawią się też wyzwania dla młodych odbiorczyń. Jest miejsce na własne zapiski, jest i miejsce na rysunki. Można się artystycznie wyżyć, a do tego dać upust swoim pomysłom, można się poważnie zastanowić nad treściami przekazywanymi w filmie – tak, żeby pozostało po nim coś więcej niż tylko estetyczne wrażenia. Ten dziennik kreatywny nie zajmuje zbyt wiele miejsca, więc jeśli odbiorczynie będą chciały, mogą go zabierać ze sobą wszędzie – i uzupełniać w miarę możliwości oraz nowych pomysłów. Co ciekawe, sporo pytań dotyczy normalności odbiorczyń, ale pojawiają się też takie, które wymagają wyobraźniowych odpowiedzi – i to już uruchamianie umiejętności wolnego tworzenia, wprawdzie na razie w formie odpowiadania na pytania, ale to dobry wstęp i ćwiczenie przed samodzielnym tworzeniem fabuł oraz narracji. W ten sposób pozornie prosta zabawa zamienia się w rozwój umiejętności i talentów. „Nieoficjalny dziennik dla fanów filmu K-popowe łowczynie demonów” to próba zwrócenia uwagi na efemeryczną produkcję – ale też przy okazji propozycja spędzania czasu twórczo i niebanalnie. Odbiorczyniom może się spodobać stałe nawiązywanie do bohaterów z animacji, rozpracowywanie poszczególnych elementów fabuły i przyglądanie się postaciom – to propozycja, przy której znacznie więcej się samodzielnie tworzy niż czyta, więc być może nastolatki dzięki takiej publikacji nauczą się trochę pracować z obejrzanymi filmami.

sobota, 20 czerwca 2026

Debbie Tung: Moje doskonale niedoskonałe ciało

Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.

Jedzenie

Debbie Tung po raz kolejny udowadnia, że nie tylko jest doskonałą rysowniczką, ale też potrafi oddać w rozłożystych komiksach cały wachlarz emocji i uczuć, z jakimi mierzą się nastolatki. „Moje doskonale niedoskonałe ciało” to jej kolejna propozycja kierowana nie tylko do młodych odbiorców – po tę książkę sięgnąć powinni wszyscy wrażliwcy i wszyscy ci, którzy kiedykolwiek zastanawiali się nad mocą słów.

Bohaterka tej opowieści rozrysowanej na precyzyjne i robiące wielkie wrażenie kadry na początku jest zwyczajną nastolatką. Nie myśli przesadnie o swoim wyglądzie (chociaż wie, że nie mieści się w spodnie pożyczone od siostry), cieszy się życiem i robi wszystko to, co lubi. Wydaje się szczęśliwa, a do tego jest utalentowana sportowo – wygrywa szkolne wyścigi, dobrze sobie radzi z wyzwaniami w tej dziedzinie. Wszystko zaczyna się psuć od maleńkich kroków, detali, na które nikt postronny nie zwróciłby uwagi: mama rzuca uwagi dotyczące posiłków, wolałaby, żeby nastolatka nie brała potężnych dokładek. Koledzy w szkole bez skrępowania dzielą się opiniami na temat rówieśniczek – zwłaszcza bezlitośnie komentują niedoskonałości w ich ciałach, nawet jeśli sami są dalecy od ideału. Bohaterka książki w pewnym momencie przekonuje się, że wygląd ma znaczenie. Próbuje zrobić coś z cerą i cellulitem, ale najważniejsze zmiany zachodzą w kwestii jedzenia: dziewczyna zaczyna obsesyjnie kontrolować posiłki i uzależnia się od codziennego wysiłku fizycznego. Katuje się, żeby osiągnąć wymarzoną – a raczej narzuconą kulturowo, nieosiągalną – sylwetkę. Tylko że robi się coraz gorzej.

I Debbie Tung wprowadza tu osłony dla odbiorczyń. Przypomina, że zdjęcia w reklamach są poprawiane cyfrowo i nikt nie wygląda tak jak idealne modelki, tłumaczy, że ciała są różne i nie ma kanonu piękna, że każdy może być tym, kim chce – i równolegle prowadzi opowieść o dziewczynie, która wpadła w pułapkę własnych myśli i nie chce jeszcze szukać profesjonalnej pomocy, bo wydaje jej się, że poradzi sobie sama z obciążeniami, w które się uwikłała. Cenna jest ta książka ze względu na dwie perspektywy: Debbie Tung pokazuje otoczenie dziewczyny i jej najskrytsze myśli oraz uczucia – dzięki temu czytelniczki borykające się z podobnymi problemami poczują się zrozumiane i być może inaczej spojrzą na siebie, z kolei rodzice czy opiekunowie przekonają się, że rzeczywistość bywa złudna i warto czasem zagłębić się w temat, żeby zapobiec katastrofie.

Ale poza przesłaniami – to po prostu wciągająca i mocna opowieść. Debbie Tung stawia na minimalizm w słowach i obrazkach, ale zdarza się, że poszczególne myśli rozbija na frazy i na kolejne kadry – tak, żeby silniej wybrzmiały, żeby można było dotrzeć do czytelników i zapewnić im zestaw naprawdę mocnych wrażeń. Jest to tomik znakomicie narysowany, pokazuje nie tylko kunszt Debbie Tung, ale też pomysłowość i umiejętność wyciągania esencji z tematu. To bardzo ważna historia – która automatycznie buduje grono odbiorców zainteresowanych jej autorką. „Moje doskonale niedoskonałe ciało” to publikacja, którą trzeba podsuwać młodym ludziom – żeby scenariusze w niej zawarte już się nie powtarzały.

piątek, 19 czerwca 2026

Elizabeth Gilbert: Aż do rzeki. Opowieść o miłości, stracie i wyzwoleniu

Rebis, Poznań 2026.

Uzależnienie

Elizabeth Gilbert kojarzona jest przez liczne i wierne grono odbiorczyń, jako miła i sympatyczna pani od „Jedz, módl się i kochaj” – i świetnie zdaje sobie z tej etykietki sprawę. Równie dobrze zna swoje wady, te, których opinia publiczna do tej pory nie miała szans dostrzec. I tu zaczyna się wewnętrzny konflikt, który prowadzi do jednocześnie najpiękniejszej i najstraszniejszej przygody w życiu autorki bestsellerów. Elizabeth Gilbert wie doskonale, że jest uzależniona od związków i miłości, w tym tej fizycznej – i że uzależnienie paradoksalnie nie pozwala jej zbudować sensownej relacji z drugim człowiekiem. Na razie układa sobie życie, ale wszystko zmienia się w chwili, w której poznaje Rayyę. Ta bezkompromisowa fryzjerka z początku staje się przyjaciółką – szczerą, bez namysłu zdolną powiedzieć najtrudniejszą prawdę prosto w oczy, a przy tym zadziwiająco bezbronną i pełną wewnętrznych sprzeczności. Rayya ma w swojej przeszłości pobyt w więzieniu i uzależnienie od narkotyków, to postać, która z pewnością nie jest kryształowa. Ale to przy Rayyi Elizabeth Gilbert czuje się dobrze i bezpiecznie. I w pewnym momencie podejmuje decyzję o dzieleniu życia z przyjaciółką.

„Aż do rzeki” to wzruszające i wstrząsające pożegnanie. Rayya nie żyje, o czym czytelnicy dowiedzą się natychmiast: kobieta przegrała walkę z chorobą nowotworową i z powrotem do nałogu – zresztą w terminalnej fazie choroby nikt nie chce prowadzić z nią nierównych walk o jakość życiowych wyborów. Elizabeth Gilbert opowiada o tej postaci, raz nawiązując do porozumienia dusz i boskich interwencji, raz – snując relację z najgorszego życiowego bagna, na jakie dotarła sama, ufna w swoją intuicję. Jest to studium miłości na przekór wszystkiemu, opowieść o zaangażowaniu i oddaniu, które raz może budować, a raz – niszczyć. Elizabeth Gilbert najpierw stawia Rayyi najpiękniejszy pomnik, żeby za chwilę zburzyć go z hukiem i odebrać czytelnikom wszystkie złudzenia. Rayya jest cudowna – do czasu. A kiedy nie jest cudowna, robi się najgorsza. I wtedy nie ma skrupułów, żeby zniszczyć wszystko, co wcześniej było dla niej ważne. Elizabeth Gilbert nie szuka nawet usprawiedliwień – doskonale wie, że sama nie jest bez winy i że pułapki, w jakie wpadła razem z Rayyą mogły doprowadzić do katastrofy dla obu stron. A jednak nie wyplątuje się z tego uczucia, a potem nie wybiela się, chociaż ma okazję, bo przecież czytelnicy przyjęliby każdą historię, nie mieli dostępu do prawdziwych sytuacji i przeżyć. Dokonuje autoanalizy i spowiada się z własnych problemów ze sobą – i nawet nie podaje tego jako przestrogi dla czytelników, w końcu sam musi wybrać własną drogę. Pokazuje jednak potencjalne źródła dramatu i zaznacza, w którym momencie sytuacja stała się groźna. Elizabeth Gilbert tłumaczy też czytelnikom, kiedy poprosiła o pomoc i dlaczego – miłość zamieniła się w więzienie i w niebezpieczeństwo. I w tym wszystkim przez cały czas widoczna jest tęsknota za Rayyą, wielkie uczucie do niej i chęć upamiętnienia jej wyjątkowości. Być może odbiorcom będzie trudno zrozumieć tak olbrzymią fascynację – nie zmieni to jednak faktu, że Elizabeth Gilbert podzieli się czymś bardzo osobistym i wyjątkowym.