* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

niedziela, 8 listopada 2026

Odkrywaj zmysłami

Harperkids, Warszawa 2026.

Dotyk

Nie jest to pierwsza publikacja w Akademii Mądrego Dziecka, w której uruchamia się zmysł dotyku – i na pewno nie ostatnia. Ale tym razem nie bazuje ona tylko i wyłącznie na zróżnicowaniu faktur w wyciętych fragmentach tekturowych stron – a na urozmaicaniu samych płaszczyzn. Nagle odbiorcy dostają zupełnie znienacka strony, które na pierwszy rzut oka wyglądają po prostu jak pomalowane – a przy dotyku okazują się wypełnione wypukłościami i zagłębieniami, w sam raz, żeby ćwiczyć sprawność manualną. Małe palce będą błądzić po niekoniecznie oczywistych kształtach – wszystko w ramach wykonywania zadań, ale też dla zaspokojenia ciekawości. „Odkrywaj zmysłami” to bowiem publikacja wymuszająca interaktywność i nawet dziecko, które samo nie potrafi czytać – i które będzie chciało samodzielnie oglądać książkę – bezwiednie zacznie wypełniać kolejne zadania. Zaczyna się dość prosto, ale już ciekawie: kolorowe plamy farb skrywają różne niespodzianki – jedna z plam ma regularny wzór z wycinanych kółek, ale już nieregularna plama obok to festiwal zagłębień i górek, do tego kleksy farby, które wychodzą poza płaszczyznę strony. Ciekawe do odkrywania są strony z odciskami palców (linie papilarne zostały tu odtworzone bardzo starannie, to detal, ale uroczy. Wypukłe są ślady dłoni, można też zagrać na „ksylofonie”. Czasami zaskakuje zmiana faktury papieru. Na finał coś, co pojawiało się już w książkach z serii – to ucieszy dzieci.

Za każdym razem z jednej strony rozkładówki mamy do czynienia z fotografią lub kolażem – pojawiają się tu maluchy w trakcie ciekawych dla nich zabaw odkrywających świat (i pozwalających płynnie wprowadzić zadanie), znajduje się tu też hasło-zachęta do działania. Druga strona (przeważnie) to miejsce na zabawy formą – kolorowe kształty i plamy, które należy dopiero odkrywać, po których trzeba wodzić palcem albo całą ręką – dzieci nie trzeba będzie zachęcać do sprawdzania, co tym razem twórcy przygotowali, ta książka aż się o to prosi (między innymi za sprawą bardzo grubych tekturowych stron). „Odkrywaj zmysłami” to szereg zaskoczeń, specjalnie tak skumulowanych, żeby przekonać najmłodszych, że książki to świetne zabawki. Nie da się tego tomiku łatwo zniszczyć – a tomik łatwo będzie utrzymać w czystości ze względu na rodzaj zastosowanego papieru (da się go umyć). To publikacja, w której nie chodzi o rozpoznawanie liter a o zabawę i przyjemność płynącą z odkrywania dotykiem kolejnych pomysłów. Liczą się tu też bodźce wzrokowe – nasycone i mocne kolory dobrze się sprawdzają. W całości ta książeczka pomyślana jest tak, żeby maluchom zapewnić sporo wyzwań i żeby uruchomić niekojarzone zwykle z tomikami zadania – to sposób na wprowadzenie interaktywnych, sensorycznych zabaw. To publikacja, po którą dzieci będą chciały sięgać, także samodzielnie – niepotrzebna jest przecież pomoc dorosłych (chociaż niewykluczona). Taka pozycja dostarczy dużo radości i zdecydowanie wyróżnia się na rynku dobrym pomysłem.

sobota, 7 listopada 2026

Sylwia Zientek: Mela Muter. Wierna sobie. Biografia

Znak, Kraków 2026.

Świat malarzy

Z artystami jest tak, że kiedy przychodzi moda na ich dzieła, są kojarzeni i rozpoznawalni, ale społeczeństwa potrafią na długo zapomnieć o dokonaniach kogoś, kto wcześniej był ceniony i kupowany. Sylwia Zientek, która pochyla się nad życiem i twórczością Meli Muter w biografii „Wierna sobie” doskonale te mechanizmy zna i stara się przybliżyć odbiorcom dylematy malarki, która – pewna swoich umiejętności i znaczenia – konsekwentnie budowała pozycję na artystycznym rynku. Mela Muter to postać wyjątkowa i czytelnicy monumentalnej biografii nie będą mieli co do tego żadnych wątpliwości. Świadomość artystyczną podbijała jeszcze przez celowe dystansowanie się od kobiecego środowiska sztuki – kwestia płci nie może mieć znaczenia przy ocenianiu obrazów. I już samo to podejście może czytelników zaskoczyć. A Mela Muter jest pełna niespodzianek. Sylwia Zientek przedstawia jej dążenia, małe nadzieje i plany – nie tylko te twórcze. Nie pomija obowiązkowych w biografiach punktów: przygląda się kwestii pochodzenia i samym bliskim, którzy ukształtowali bohaterkę tomu, sprawdza, jak wiodło się jej w małżeństwie i czego oczekiwała od rodzinnego życia. Ale Mela Muter to przede wszystkim obrazy i tych w książce będzie mnóstwo, zarówno w warstwie opisów, jak i w stronie graficznej – to książka wypełniona reprodukcjami i zdjęciami (reprodukcje dotyczą prac Meli Muter, przynajmniej tych, które ocalały do dzisiejszych czasów i da się je w dobrej rozdzielczości pokazać: zdarza się, że zachowały się tylko słabe zdjęcia dokumentacyjne i takich odbiorcy nie poznają; zdjęcia z kolei to praca autorki tomu – żeby pokazać dzisiejsze okolice, w których żyła i tworzyła Mela Muter, a także źródła inspiracji (tak na przykład obok obrazu z platanami pojawia się zdjęcie kory platanów, żeby czytelnicy mogli zrozumieć, że nie mają do czynienia z artystyczną wyobraźnią, a raczej z postrzeganiem rzeczywistości w pełnym wymiarze). Sylwia Zientek chce, żeby czytelnicy jej tomu poznali nie tylko samą sztukę, ale też codzienność bohaterki książki. Liczy na to, że dzięki odwołaniom do marzeń, lęków i nadziei Mela Muter będzie osobą lepiej zrozumianą i że zapadnie w pamięć na dłużej. Dba też o dokładne opisywanie kolejnych obrazów – chociaż często przytacza reprodukcje, zależy jej na dokładnym omawianiu szczegółów dzieł. I to rozwiązanie w zestawieniu ze stroną graficzną umożliwi czytelnikom przetestowanie wrażliwości autorki i sprawdzenie, na co w obrazach zwraca ona największą uwagę. Tylko tak można jej będzie zaufać jako przewodniczce po świecie sztuki.

Sylwia Zientek nie przedstawia Meli Muter w próżni. Bardzo dba o to, żeby naświetlać odbiorcom cały kontekst – artystyczne środowisko i zawirowania społeczno-polityczne. Sięga po zestawy wydarzeń, które wpływały na bohaterkę tomu i – po relacje towarzyskie pozwalające na budowanie kolejnego portretu. Przedstawia Melę Muter w kontaktach z innymi artystami i z nurtami w sztuce – to dzięki takiemu ujęciu biografia nabiera cech publikacji z dziedziny historii sztuki. Jest znakomitym wprowadzeniem do świata Meli Muter – ale przechodzi dużo dalej. Sylwia Zientek ze swoją dbałością o detale i z szukaniem ciekawostek, a także z tendencją do odtwarzania tego, co nieuchwytne, może odbiorców bardzo zainteresować swoją publikacją.

piątek, 6 listopada 2026

Aneta Korycińska: Baba od polskiego przedstawia: gramatyka w komiksie

Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.

Wiedza w kadrach

Zwykło się przedstawiać wiadomości dla młodszych czytelników tak, żeby zasugerować im jak najwięcej zabawy przy minimalnym wysiłku umysłowym. Kolejne pokolenia dzieci nie potrafiłyby się już skupić na klasycznych podręcznikach, dlatego wiedzę coraz bardziej się porcjuje i zamienia na pozorną rozrywkę – co może prowadzić do utraty wiary w prawdziwą rozrywkę (ale wcale nie musi). Bardzo często wykorzystywana jest teraz forma komiksu do prezentowania informacji, które dawniej pojawiały się w podręcznikach – i tym razem mamy z takim rozwiązaniem do czynienia. Na szczęście – bo suche dane mogłyby zanudzić niejednego. Tymczasem Aneta Korycińska proponuje ferie z gramatyką – chociaż brzmi to jak koszmar dla każdego (a co z prawem dzieci i dorosłych do wypoczynku? – całkiem sensownie pyta bohaterka tomu), okazuje się być ciekawą zabawą. Do Baby od polskiego przychodzą dzieci, odcinając tym szansę na beztroskie leniuchowanie. Wszystko przez zapowiedziany na po feriach sprawdzian z gramatyki w klasie Zosi. Zosia nienawidzi gramatyki, nie wie, o co w tym wszystkim chodzi, nie rozróżnia części mowy i ogólnie nie radzi sobie z tematem. Trafia jednak na osobę, która potrafi wytłumaczyć te zagadnienia na bardzo różnych przykładach z życia i zainteresowań – choćby na piłce nożnej i szalikach. Brzmi niewiarygodnie? A jednak Aneta Korycińska takie rozwiązania stosuje. W efekcie całe tło – kontekst komiksowych wydarzeń – schodzi na daleki plan, wręcz zapomina się o tym, że są ferie i można robić coś poza spacerowaniem. Po prostu dzieci spędzają czas z ciotką i psem, a na każdym kroku chłoną wiedzę.

Gdzieś tam Aneta Korycińska puszcza też oko do dorosłych odbiorców, ale dorośli taką lekturę odłożą dość szybko (chyba że potrzebowaliby akurat powtórki z gramatyki, albo uczą kogoś jej tajników – to może wtedy przydać im się takie rzeczowe podsumowanie i przypomnienie). Dzieci powinny dać się ponieść tym komentarzom, zwłaszcza że faktycznie dzięki stosowaniu mnemotechnicznych sztuczek i humoru łatwiej będzie im rozeznać się w zawiłościach gramatyki w języku polskim. To prosta droga do polepszenia ocen i zmniejszenia szkolnego stresu, więc prawdopodobnie warto. Aneta Korycińska uczy: im dalej w opowieści, tym więcej ramek z wypunktowanymi informacjami, bo nie wszystko zmieści się w kadrach – ale też zakres wiadomości z pierwszego tomu planowanej serii jest imponujący. Autorka rozwiewa rozmaite wątpliwości dzięki dialogom między bohaterami – a obecność psa łagodzi edukacyjną wymowę (pies służy zresztą też jako przykład od czasu do czasu). Komiks ma za zadanie dostarczać wiadomości – i tę rolę spełnia idealnie, w dodatku są to wiadomości uporządkowane (liczy się przedstawianie wiedzy, a nie dostarczanie rozrywki czytelnikom). Przemyślane przykłady sprawiają, że odbiorcom łatwiej będzie zanurzyć się w opowieść o gramatyce. Anna Krztoń jednak także zachęca do lektury swoimi obrazkami – młodzieżowymi w duchu. Nie odwraca uwagi od tekstu, ale uprzyjemnia go, sprawiając, że bohaterowie ożywają – i bez względu na ogrom materiału do przyswojenia, wydają się być prawdziwi i sympatyczni jednocześnie. Ta książka to rozwiązanie problemów z językiem polskim. Cieszy, że ma się doczekać kontynuacji. Warto jednak pamiętać, że chociaż to komiks – nie da się uniknąć pracy przy nim.

czwartek, 5 listopada 2026

Charles Bukowski: Kolejne zapiski starego świntucha. Felietony niezebrane

Noir sur Blanc, Warszawa 2026.

Bez kompromisów

Charles Bukowski dał się poznać czytelnikom jako ten twórca, który nie zamierza się podporządkowywać żadnym zasadom, lubi prowokować, jątrzyć i irytować, a do tego jest w swojej brutalnej szczerości bardzo niepoprawny politycznie – i to się sprawdzało zarówno w poezji, jak i w twórczości publicystycznej. Teraz na rynku pojawiają się „Kolejne zapiski starego świntucha” – z podtytułem „Felietony niezebrane” i będzie to książka, która z zaskoczeń przyniesie tylko jedno: słabnące ostrze ironii. Do tej pory, kiedy Bukowski tworzył wbrew światu, dbał o przesłania i o brzmienie tekstów, w tym wypadku mamy do czynienia ze zbieranymi utworami niedokończonymi albo z jakichś powodów przez autora odrzuconymi, przeważnie mniej wyrazistymi niż do tej pory – więc, co za tym idzie, też inaczej wybrzmiewającymi. Nie ma obaw: kto do tej pory nie przekonał się do Charlesa Bukowskiego, ten i teraz nie znajdzie powodu, żeby go polubić. Kto się nim zachwycał, nie zostanie przesadnie rozczarowany – chociaż czegoś tu brakuje, to jednak wciąż to szukanie prawdy poza tym, co wolno. Bukowski jako „stary świntuch” podkreśla przede wszystkim rolę pończoch u kobiet – obserwowane przez niego panie zachwycają wyłącznie wtedy, kiedy zrezygnują z nowoczesnych rajstop odbierających seksualność – ale w tych bezpruderyjnych wizjach coraz mniej jest ognia. Lawiruje bohater tych utworów między byciem poetą – i specyficznym w związku z tym spojrzeniem na świat – a funkcjonowaniem na granicy prawa. Korzysta z życia, jeśli tylko nadarzy się okazja do robienia dziwnych i zakazanych rzeczy. Czerpie radość z łamania reguł, bez względu na to, jakiego obszaru one dotyczą. Tu ma się liczyć wolność i porzucanie schematów – tylko tak bohater tych tekstów może zamanifestować swoją obecność i zdolność do samostanowienia. A jednocześnie to nastawienie na łamanie reguł zaczyna zamieniać się w specyficzne więzienie – nie da się jednoznacznie polubić postaci, która buntuje się już tylko dla samego buntu – a często jest tak, że bohater Bukowskiego chce jeszcze raz zaszokować, chociaż już nie bardzo ma czym. I w tym kontekście „Kolejne zapiski starego świntucha” zaczynają wybrzmiewać dużo mroczniej niż poprzednie publikacje tego autora.

Co ciekawe, chociaż podtytuł książki wskazuje na przynależność gatunkową tekstów, nie można powiedzieć, żeby w książce znalazły się felietony. Owszem, czasami są tu odniesienia do rzeczywistości pozaliterackiej, drobne scenki z życia i doświadczeń autora, albo przeniesione na literaturę jego przeżycia i przemyślenia – ale raczej to pojedyncze obrazki do wstawienia w większe teksty, fragmenty większej całości, niezrealizowanej, niewykorzystanej i niezbyt spójnej. Można dzięki temu zajrzeć do wyobraźni poety, można sprawdzić, ile z jego pomysłów znalazło swoje miejsce w literaturze, a ile nie miało możliwości przekonać czytelników. Jest tu Bukowski idący pod prąd, jest Bukowski kreujący się na złego i na aspołecznego – i jest Bukowski, który widzi więcej niż zwykły odbiorca, który funkcjonuje po to, żeby przedstawiać światu brutalne prawdy o nim samym.

środa, 4 listopada 2026

Tony Dodgins: Formuła 1. Rywale. Legendarne pojedynki najlepszych kierowców

Familium, 2026.

Szybkość

Po raz kolejny miłośnicy motoryzacji i wyścigów mogą czuć się docenieni. Pojawia się bowiem na rynku wydawnictwo prezentowe, wielki i ciężki album wypełniony wielkoformatowymi zdjęciami, ale i treściami, które przyciągną. „Formuła 1. Rywale. Legendarne pojedynki najlepszych kierowców” to książka przygotowana pomysłowo. I chociaż bardziej przyciągnie tych, którzy chcą oglądać zdjęcia, to i poszukiwacze ciekawostek będą tu mieli sporo przyjemności.

Tony Dodgins wychodzi z założenia, że warto ocalać nie tylko wyniki i opowieści o zwycięzcach, ale też relacje – i na tym będzie się najbardziej w książce skupiać. Przygląda się całej historii Formuły 1, żeby wyłuskiwać z niej rywalizację nie na torze, a w samych zespołach. Tu już nie chodzi tylko i wyłącznie o wyścig – tu chodzi o próbę sił, w której typowany na zwycięzcę niekoniecznie zdobędzie sympatię drugiego po nim w ekipie – a ów drugi będzie wykorzystywał bardzo różne chwyty, żeby udowodnić swoją wartość. Rywalizacja rozpoczynać się może poza ludźmi, jeszcze na etapie przydzielania wozów (czy konstruowania ich: lepsze silniki idą zawsze do samochodu lidera, ale koledzy z drużyny powinni robić wszystko, żeby ułatwić mu zwycięstwo – a niekoniecznie się z tym zgadzają). To dopiero początek konfliktów: później każdy drobiazg może stać się punktem zapalnym i doprowadzić nawet – w wersji ekstremalnej – do wypadku na torze. Tony Dodgins rozczytuje te kolejne pary skonfliktowanych kierowców, sprawdzając nie tylko ich wypowiedzi medialne, ale też zachowania. Jest w stanie przywoływać groźne sytuacje i te momenty, które wyszły poza podejście kierowców – kiedy wzajemna niechęć zamienia się w czyny, Dodgins to odnotowuje. Do tego relacjonuje przebieg wyścigów – zwłaszcza wtedy, kiedy wiąże się z nimi seria nieszczęśliwych wydarzeń (niekoniecznie wypadków: wystarczą pomyłki zespołu w pit-stopach). I to wszystko zamienia autor na opowieści. Bazuje na dwunazwiskowych relacjach. Sięga do przeszłości – nawet do początków wyścigów. Przytacza doświadczenia największych gwiazd Formuły 1, ale zawsze w zestawieniu z konkurentem z ekipy. Opowiada o tym, co dzisiejszym kibicom mogło umknąć (choćby z racji dystansu czasowego). Przybliża ludzką stronę wyścigów: tym razem nie chodzi o konstrukcje samochodów (przynajmniej – nie zawsze) ani o organizację pracy, liczą się te najbardziej ulotne kwestie związane z silnymi emocjami i z indywidualnymi uprzedzeniami. I, co ciekawe, obecność tak rozbudowanych analiz nie przekreśla możliwości imponowania odbiorcom zestawem fotografii. „Rywale. Legendarne pojedynki najlepszych kierowców” to nie tylko książka do czytania, to przede wszystkim imponujący album. Zdjęcia są ogromne i pozwalają na podziwianie kolejnych kadrów z różnymi szczegółami. Zdarzają się także fotografie bardzo archiwalne – Tony Dodgins dobiera tu takie fotosy, które jeszcze bardziej przyciągną do sportu kibiców. Fani Formuły 1 będą mieli tu naprawdę potężną dawkę ciekawostek i zdjęć – co zresztą doskonale wpisuje się w założenie wydawnicze. To nie jest książka, która trafi do przypadkowych ludzi – a ci, którzy interesują się Formułą 1, docenią jej wartość bez wątpienia.

wtorek, 3 listopada 2026

Wiktoria Korzeniewska: Słowiańskie opowieści zimowe w komiksie

Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.

Zwyczaje

Mitologia słowiańska wkracza coraz odważniej do świadomości nie tylko młodych czytelników – a ponieważ wielu informacji zwyczajnie nie da się odtworzyć, pozostaje zlepkiem zwyczajów, wierzeń i przekonań – niekoniecznie powiązanych z pełnowymiarowymi opowieściami. Wiele z tych wierzeń przetrwało w obrzędach dotyczących obchodzenia świąt – i można to pokazywać małym czytelnikom, żeby przekonać ich, że pielęgnowanie tradycji ma głębszy sens. „Słowiańskie opowieści zimowe w komiksie” to okazja do dokonywania rozmaitych odkryć. Marzena i Leszek spędzają czas z dziadkiem, przygotowując się do Bożego Narodzenia. To znakomity moment, żeby sprawdzić, gdzie tkwią źródła rozmaitych, niekoniecznie oczywistych dla dzisiejszych dzieci zwyczajów i zachowań. Na szczęście dziadek jest wtajemniczony i może prezentować swoim wnukom ciekawostki – żeby umilić czas i przekonać do odkrywania dorobku kulturowego dalekich przodków. Młodzi bohaterowie mogą zadawać pytania przy okazji typowych przedświątecznych działań: kiedy piszą listy do Świętego Mikołaja, kiedy zastanawiają się nad ubieraniem choinki, a nawet przy przygotowywaniu smakołyków. Mogą przy tym przetestować dawne rozrywki i przepisy, a nawet przygotować coś samodzielnie: zamiast choinki będzie to podłaźniczka, dzieci zrobią też ludowego pająka czy gwiazdę kolędników. Za każdym razem dziadek komentuje odpowiednio zwyczaje, z których wywodzą się takie pomysły – i wprowadza też całkiem dużo wierzeń przodków na temat duchów bliskich. To sposób na zaintrygowanie odbiorców, zwłaszcza że owe duchy materializują się w kolejnych kadrach.

Dziecięcy bohaterowie zadają pytania i mogą wyciągać wnioski na temat wagi konkretnych czynności – od tej pory bożonarodzeniowe przygotowania nie będą już tylko powtarzaniem pewnych zabiegów, a nabiorą głębszego sensu i zaczną się składać na całą tradycję. Dla bohaterów książki – jak i dla małych czytelników – ważne będzie uzasadnienie, dlaczego tak dba się o zwyczaje. Przydadzą się też same wiadomości – skąd wzięły się niektóre wierzenia, do czego prowadziły i jak przetrwały do naszych czasów. Akcja jest przez to dość statyczna, ale skoro opiera się na rozmowie i wyjaśnieniach, nie może być inna. Tu liczy się przeżywanie przedświątecznego rozgardiaszu (i szukanie tłumaczeń, których być może do tej pory odbiorcy nie uzyskiwali). Co ważne: nie chodzi o wydobywanie religijnych aspektów świąt, Boże Narodzenie zastąpione zostało Szczodrymi Godami, liczy się wersja z mitologii. Wiktoria Korzeniewska zbiera dla dzieci ciekawostki i sprawia, że dzięki powiązaniom z dzisiejszymi czasami lektura wydaje się pasjonująca (sporą rolę odgrywają tu również podpowiedzi i wskazówki, żeby odbiorcy mogli zająć się wytwarzaniem tego samego, co bohaterowie tomu). Agnieszka Futa z kolei w warstwie graficznej opiera się na komputerowych obrazkach i to nie do końca przekonuje – przede wszystkim przez rezygnowanie z mimiki bohaterów, twarze są do siebie bardzo podobne, nie ujawniają silnych emocji, owszem, zostały skonstruowane szczegółowo, ale w dość monotonny sposób – i obecność nasyconych kolorów nie ożywia kadrów. Jest tu świątecznie i odświętnie, ale poszczególne obrazki pozostawiają jednak niedosyt – zwłaszcza przy obfitości publikacji świątecznych w grudniu. Na pierwszy rzut oka da się zaakceptować, drugi uruchamia szereg wątpliwości. Ale i tak najbardziej liczyć się tu będzie przesłanie.

poniedziałek, 2 listopada 2026

Aleksandra Sylwar: Gdybym miała miotacz płomieni

Czytelnik, Warszawa 2026.

Relacje

Aleksandra Sylwar pisze spokojnie. Na tyle spokojnie, że trudno domyślić się, że to debiut. Z drugiej strony wyciszenie emocji w ramach samej fabuły trochę nie koresponduje z doświadczeniami bohaterki, która ma za sobą burzliwą przeszłość i silnie uczuciową teraźniejszość, a jednak sprawia wrażenie mocno zdystansowanej od tego, co właśnie ją definiuje. I tak „Gdybym miała miotacz płomieni” zabiera odbiorców na lekturową wyprawę, w której coś nie musi się zgadzać z rozkładami napięcia. Ale Aleksandra Sylwar trzyma się swojego pomysłu i nie zamierza upodabniać prozy do istniejących na rynku opowieści – chce stworzyć historię po swojemu, nawet za cenę prawdopodobieństwa. Opowiada w końcu o wolności, która nie pozwala na żadne ustępstwa. Anastazja jest zdystansowana – przeżyła już tyle, że nie potrzebuje żadnych więcej wstrząsów ani bodźców. A jednak musi mieć jakiś cel funkcjonowania, coś, co zapewni jej sens egzystencji. „Gdybym miała miotacz płomieni” to bezkompromisowa opowieść o tym, jak walczy się o uczucie. Anastazja wychodzi z więzienia – odbywała wyrok za morderstwo, ale tą kartą Aleksandra Sylwar nie będzie zbyt często grać – jest tylko jedna konsekwencja pobytu w więzieniu: dzięki temu poznała Monikę. Monika to uosobienie wolności i fantazji, ale też uosobienie marzeń – zawładnęła wyobraźnią Anastazji i wyzwala nadzieję na lepszą przyszłość. Tylko najpierw trzeba ją znaleźć, a później przekonać do siebie. I w tych dziedzinach Anastazja musi wykazać się kreatywnością i odwagą – bo tylko dzięki temu uda jej się wejść w świat, którego teraz potrzebuje. Chociaż jest to studium psychologiczne damsko-damskiej relacji, autorka koncentruje się na budowaniu atmosfery i scenek, ale niekoniecznie na wypełnianiu obrazu psychologicznego samych postaci – widać ich zachowania, ale nie wiążą się one przesadnie z dotychczasowymi doświadczeniami, zupełnie jakby bohaterki odgrywały tylko przypisane im role, nie przejmując się zbytnio tym, co przyniesie najbliższa przyszłość. Liczy się powieściowe tu i teraz, skazanie na nastroje partnerki i jednocześnie zachowanie nonszalancji w każdym aspekcie istnienia. „Gdybym miała miotacz płomieni” to powieść, w której uczucia raczej będą implodować i największym wyzwaniem stanie się ich ujawnianie tak, żeby stały się wiarygodne dla obserwatorów. I jednocześnie dzieje się coś ciekawego: chociaż brakuje tu grania na emocjach odbiorców, to śledzi się kolejne krótkie rozdziały – i jednocześnie kolejne etapy związku – z zainteresowaniem, co przyniesie relacja tak nietypowo rozpoczęta. Aleksandra Sylwar chce uciekać od szablonów i to jej się udaje – ma też warsztat w prowadzeniu narracji. Za to będzie zadziwiać wyborem kolorytu emocjonalnego i uzasadnianiem (albo brakiem uzasadnień) niektórych decyzji podejmowanych przez bohaterkę. Bardzo udany debiut i Aleksandra Sylwar będzie mogła już tą książką zacząć wypracowywać sobie swoje grono czytelników – takich, którzy uwierzą jej i będą czekać na kolejne propozycje. Bo oto pojawia się autorka interesująca, która ma coś do powiedzenia i unika stereotypów.