Znak, Kraków 2026.
Szarość
Lilianna jeszcze nigdy nie była naprawdę szczęśliwa. No, może raz, kiedy od przyjaciółki dostała piękną czerwoną sukienkę i mogła się poczuć wyjątkowo. Ta sukienka spoczywa głęboko na dnie kufra, starannie ukryta przed ludzkim wzrokiem – nie tylko dlatego, żeby nikt nie rozszyfrował tajemnicy starszej już kobiety, ale też dlatego, że minął jej czas. Teraz już nie ma o kogo zawalczyć, nie ma komu podobać się w niezwykłym stroju. Lilianna wybrała szarość, a właściwie została na nią skazana. Najpierw przez matkę, która nie nauczyła swojej pociechy wiary w siebie, za to tłamsiła ją na każdym kroku, później przez córkę – równie okrutną i pozbawioną empatii. Teraz Lilianna boleśnie uświadamia sobie, że zmarnowała życie, nie ma rodziny, a na córkę nie może liczyć. Wprawdzie istnieją przyjaciółki – bardzo szczęśliwe w domu spokojnej starości prowadzonym tak, że większość czytelników zacznie szukać podobnego miejsca dla siebie na przyszłość – ale to nie to samo. Lilianna chciałaby być komuś potrzebna. Tyle że standardowe rozwiązania powielane do tej pory w obyczajówkach to za mało. I dlatego kobieta decyduje się na radykalne działanie. Po raz pierwszy wybierze kolor, ale wcale nie dlatego, żeby zacząć nowe życie.
Magdalena Kordel w książce „Jeszcze jedno lato” stawia na to, co najlepiej potrafi, tworzy prostą i krótką powieść o olbrzymim ładunku emocjonalnym. Bohaterka – kobieta, której brutalnie odebrano marzenia – nie ma już wyjścia. Jest na tyle inteligentna, żeby rozumieć swoje położenie i na tyle zmęczona, żeby podjąć kroki, jakich nikt by się po starszej pani nie spodziewał. Ta powieść to wołanie o pomoc dla tych najmniej zauważanych, którzy noszą w sobie przykre historie i nie mogą się nimi z nikim podzielić. Co ważne, Magdalena Kordel pokazuje, w którym momencie następują życiowe przełomy i zmiany – i jakie konsekwencje mogą mieć. Ale przypomina też odbiorczyniom, że każda chwila jest doskonała na zmiany i na odcięcie się od dotychczasowego więzienia: trzeba tylko zdecydować się na wysiłek i odwagę, a przede wszystkim dać sobie szansę. Lilianna nie pasuje do wydarzeń, które mają się tu rozegrać, ale Magdalena Kordel przez długi czas w lekturze jest w stanie budzić niepokój i pokazywać dążenie do ostateczności – właśnie po to, żeby wstrząsnąć czytelnikami i przypomnieć im, jakich sygnałów przeoczyć nie wolno.
I mimo bardzo trudnego tematu, autorce udaje się wprowadzić to, za co kochają ją czytelniczki: poczucie humoru i niesienie pokrzepienia wszystkim. „Jeszcze jedno lato” to kolejna książka o tym, że na wszystko znajdzie się sposób, nawet jeśli ten sposób wymagać będzie sporego nakładu pracy – a jedna decyzja z pewnością pociągnie za sobą następne. Nie da się powiedzieć, że „Jeszcze jedno lato” to powieść wakacyjna – to książka na zawsze, książka, która ma przestrzegać i wyczulać na ukrywane skrzętnie problemy, a tym pozbawionym nadziei sugerować, że są dalej potrzebni – tylko niekoniecznie tym, na których zwracają uwagę. „Jeszcze jedno lato” przełamuje konwencję „babskiego czytadła” wybieranego tylko i wyłącznie dla rozrywki – autorce udaje się tu przemycić bardzo ważną kwestię.
tu-czytam
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
wtorek, 11 sierpnia 2026
poniedziałek, 10 sierpnia 2026
Jerzy Strzelczyk: Mity, podania i wierzenia dawnych Słowian
Rebis, Poznań 2026.
Bez bóstw
W pewnym momencie – trochę jako kontrapunkt dla mitologii nordyckiej i celtyckiej długo nieobecnych w szkołach, a przywracanych do łask obok mitów greckich i rzymskich – zaczęto pytać o mitologię Słowiańszczyzny i o bóstwa czy wierzenia, które powstawały na terenach Europy środkowej i wschodniej. I szybko pojawił się problem dotyczący niezbyt dużej liczby zachowanych przekazów, za to sporej liczby kreatorów i twórców, którzy postanowili lukę w wiedzy wypełnić domysłami oraz bajaniami. Kiedy już odbiorcy przekonali się, że faktycznie Słowianie swoje bóstwa mieli, a część ich przekonań przetrwała w pozornie niewinnych dzisiejszych zwyczajach albo zachowanych jeszcze tradycjach – kiedy zdążyli się oswoić z myślą o istnieniu ludowej wyobraźni z czasów bez pisanych źródeł – zaczęła się moda na mity słowiańskie przedstawiane czytelnikom w wersji pop. I teraz Jerzy Strzelczyk próbuje wszystko uporządkować, zebrać i uświadomić czytelnikom, co naprawdę funkcjonowało w świadomości zbiorowej, a co było tylko wymysłem na potrzeby dzisiejszych konsumentów treści. „Mity, podania i wierzenia dawnych Słowian” to książka przygotowana jak leksykon. Poszczególne zagadnienia zostały tu opracowane w formie krótkich artykułów hasłowych i uporządkowane alfabetycznie. Na początku jednak autor bardzo szczegółowo wyjaśnia, z jakich źródeł będzie korzystać przy tworzeniu pracy i dlaczego odrzuca pewne spostrzeżenia – to ważne, bo zależy mu na jakości, a nie tylko na popularyzowaniu wiadomości. W swojej książce koncentruje się na realnych i wyimaginowanych postaciach – bohaterach, którzy funkcjonowali w samych podaniach albo w mitotwórczej sferze, przyczyniając się do zachowania jakiejś legendy. Prezentuje też hasłowo wydarzenia lub zwyczaje, elementy obrzędów albo miejsca, w których zostały znalezione na przykład figurki używane podczas obrzędów. Przy bóstwach najczęściej posługuje się określeniem „rzekome”, żeby zaznaczyć, kiedy nie uda się znaleźć potwierdzenia w skąpych materiałach źródłowych.
Z jednej strony mamy tu zatem legendarnych władców i rzekome bóstwa – oraz czasami istoty, które spotykamy w dzisiejszych bajkach – z drugiej cały zestaw faktów i wyników badań. Autor koncentruje się bowiem na konkretach w rodzaju odkryć archeologicznych, miejsc i prawdziwych władców – to przybliża czytelnikom w oparciu o opracowania, ale stara się wydobyć esencję wiadomości, tak, żeby czytelnicy nie musieli decydować, które informacje są najistotniejsze. Nie ma tutaj miejsca na snucie fabuł i narracji, nie do tego ten leksykon służy – tu liczy się zgromadzenie wszystkiego, co może rzucić nowe światło na wiedzę dotyczącą wierzeń praSłowian. To się autorowi bardzo dobrze udaje i jedynym jego problemem wydaje się tutaj konieczność ograniczania materiału badawczego – albo zawężania go pod kątem geograficznym. Ta książka będzie cenna dla wszystkich tych, którym nie wystarczają przetworzone legendy i podania w stylu pop, którzy chcieliby czystej wiedzy i punktów odniesienia. Jerzy Strzelczyk zgrabnie przeprowadza czytelników przez świat słowiańskich wierzeń z czasów przedchrześcijańskich – i sprawia, że mitologia słowiańska zaczyna się jawić jako pełna niespodzianek i ciekawostek.
Bez bóstw
W pewnym momencie – trochę jako kontrapunkt dla mitologii nordyckiej i celtyckiej długo nieobecnych w szkołach, a przywracanych do łask obok mitów greckich i rzymskich – zaczęto pytać o mitologię Słowiańszczyzny i o bóstwa czy wierzenia, które powstawały na terenach Europy środkowej i wschodniej. I szybko pojawił się problem dotyczący niezbyt dużej liczby zachowanych przekazów, za to sporej liczby kreatorów i twórców, którzy postanowili lukę w wiedzy wypełnić domysłami oraz bajaniami. Kiedy już odbiorcy przekonali się, że faktycznie Słowianie swoje bóstwa mieli, a część ich przekonań przetrwała w pozornie niewinnych dzisiejszych zwyczajach albo zachowanych jeszcze tradycjach – kiedy zdążyli się oswoić z myślą o istnieniu ludowej wyobraźni z czasów bez pisanych źródeł – zaczęła się moda na mity słowiańskie przedstawiane czytelnikom w wersji pop. I teraz Jerzy Strzelczyk próbuje wszystko uporządkować, zebrać i uświadomić czytelnikom, co naprawdę funkcjonowało w świadomości zbiorowej, a co było tylko wymysłem na potrzeby dzisiejszych konsumentów treści. „Mity, podania i wierzenia dawnych Słowian” to książka przygotowana jak leksykon. Poszczególne zagadnienia zostały tu opracowane w formie krótkich artykułów hasłowych i uporządkowane alfabetycznie. Na początku jednak autor bardzo szczegółowo wyjaśnia, z jakich źródeł będzie korzystać przy tworzeniu pracy i dlaczego odrzuca pewne spostrzeżenia – to ważne, bo zależy mu na jakości, a nie tylko na popularyzowaniu wiadomości. W swojej książce koncentruje się na realnych i wyimaginowanych postaciach – bohaterach, którzy funkcjonowali w samych podaniach albo w mitotwórczej sferze, przyczyniając się do zachowania jakiejś legendy. Prezentuje też hasłowo wydarzenia lub zwyczaje, elementy obrzędów albo miejsca, w których zostały znalezione na przykład figurki używane podczas obrzędów. Przy bóstwach najczęściej posługuje się określeniem „rzekome”, żeby zaznaczyć, kiedy nie uda się znaleźć potwierdzenia w skąpych materiałach źródłowych.
Z jednej strony mamy tu zatem legendarnych władców i rzekome bóstwa – oraz czasami istoty, które spotykamy w dzisiejszych bajkach – z drugiej cały zestaw faktów i wyników badań. Autor koncentruje się bowiem na konkretach w rodzaju odkryć archeologicznych, miejsc i prawdziwych władców – to przybliża czytelnikom w oparciu o opracowania, ale stara się wydobyć esencję wiadomości, tak, żeby czytelnicy nie musieli decydować, które informacje są najistotniejsze. Nie ma tutaj miejsca na snucie fabuł i narracji, nie do tego ten leksykon służy – tu liczy się zgromadzenie wszystkiego, co może rzucić nowe światło na wiedzę dotyczącą wierzeń praSłowian. To się autorowi bardzo dobrze udaje i jedynym jego problemem wydaje się tutaj konieczność ograniczania materiału badawczego – albo zawężania go pod kątem geograficznym. Ta książka będzie cenna dla wszystkich tych, którym nie wystarczają przetworzone legendy i podania w stylu pop, którzy chcieliby czystej wiedzy i punktów odniesienia. Jerzy Strzelczyk zgrabnie przeprowadza czytelników przez świat słowiańskich wierzeń z czasów przedchrześcijańskich – i sprawia, że mitologia słowiańska zaczyna się jawić jako pełna niespodzianek i ciekawostek.
BAJKI Z UŚMIECHEM - część 8
czyta Władysław Sikora:
bajki z uśmiechem - część 8
pełna playlista dostępna pod adresem https://www.youtube.com/playlist?list=PLHiGmkjXf7dAsh4N1ZS_TsB87gNsMPzf5
bajki z uśmiechem - część 8
pełna playlista dostępna pod adresem https://www.youtube.com/playlist?list=PLHiGmkjXf7dAsh4N1ZS_TsB87gNsMPzf5
niedziela, 9 sierpnia 2026
Kelsey McKinney: Tylko nie mów nikomu. Dlaczego lubimy plotkować
Mando, Kraków 2026.
Kultura plotki
Pisze Kelsey McKinney książkę ważną i wartościową, chociaż część odbiorców może się zastanowić nad tym tytułem ze względu na temat, który sugeruje błahostkę czy coś niewartego uwagi. „Tylko nie mów nikomu. Dlaczego lubimy plotkować” to jednak publikacja cenna ze względów kulturoznawczych i społecznych, a do tego – świetnie napisana, w sposób, który pokaże czytelnikom wiele niedostrzeganych na co dzień aspektów plotki jako takiej. Dla autorki zajmowanie się plotkami – pod kątem popularnonaukowym – to jednocześnie szansa na znalezienie swojego miejsca w społeczności: doświadczeniami osobistymi dzieli się od czasu do czasu, nie są one jednak niezbędne w lekturze. Podtrzymują ją za to i uświadamiają czytelnikom, jak dobrze autorka radzi sobie w tej tematyce także pod względem praktycznym. Dla McKinney plotka to nic złego, wprost przeciwnie – to informacja, która buduje więzi społeczne, a w skrajnych przypadkach może być wykorzystywana do ratowania życia. Plotka pozwala dziewczynom chronić się nawzajem przed zakusami seryjnych podrywaczy, daje szansę na wymierzenie sprawiedliwości w wymiarze mikro bez popełniania samosądów i dostarcza dreszczyku emocji – zwłaszcza kiedy wypuszczona w odpowiednim kształcie wraca z identycznymi jak u autora akcentami. Plotka to nie tylko sposób na zabicie czasu – to szansa na rozbudowywanie znajomości i na swoisty barterowy handel między zainteresowanymi stronami. Plotka niekoniecznie musi krzywdzić – dla tej autorki wręcz nie ma wad. I dlatego jej spojrzenie może być bardzo cenne. Autorka bada plotkę z różnych perspektyw i wykorzystuje też materiały zbierane do podkastu, stale rozszerza swoje pojmowanie plotki i przekonuje do tego odbiorców. Plotka w tym ujęciu oznacza też umiejętność opowiadania bazującej na emocjach historii – McKinney zwierza się między innymi z prób nauczenia chataGPT tworzenia plotek, lub przerabiania danych na poetykę plotki. I w tym wszystkim przywraca w świadomości naukowej miejsce zjawiska istniejącego od zawsze, a jednak zwykle bagatelizowanego. Dla czytelników może to być spotkanie odświeżające i inspirujące jednocześnie. Wydaje się, że w tomie „Tylko nie mów nikomu” nie ma miejsca na strukturalistyczne podejście, narracja ma być jak najbardziej zbliżona do samej poetyki plotki – świeża, atrakcyjna i wciągająca. Ponieważ autorka nie chce dostrzegać negatywnych elementów plotkowania jako takiego, a koncentruje się na tym, co dobrego plotka robi w społeczeństwie, przyniesie odbiorcom nowe podejście. Nie zabraknie w tej opowieści plotek w popkulturze i w opracowaniach naukowych, a także plotek w utworach przenikających do zbiorowej świadomości. Wydaje się, że nikt tak dobrze nie wytropi sedna plotek jak McKinney – dlatego warto sięgnąć po tę książkę i pochylić się nad szeptanymi tajemnicami czy uczuciami zaklętymi w opowieści. Będzie tu okazja, żeby przenieść się do wydarzeń pozornie błahych a budujących świat kultury popularnej z szerokich mediów, będzie też okazja, żeby zastanowić się nad tym, jak plotkę postrzegali artyści – ale nade wszystko McKinney zaprasza do refleksji i do pracy nad jakością przekazywanych historii. W plotkach liczą się inni – ale niekoniecznie w sposób, do którego odbiorcy są przyzwyczajeni.
Kultura plotki
Pisze Kelsey McKinney książkę ważną i wartościową, chociaż część odbiorców może się zastanowić nad tym tytułem ze względu na temat, który sugeruje błahostkę czy coś niewartego uwagi. „Tylko nie mów nikomu. Dlaczego lubimy plotkować” to jednak publikacja cenna ze względów kulturoznawczych i społecznych, a do tego – świetnie napisana, w sposób, który pokaże czytelnikom wiele niedostrzeganych na co dzień aspektów plotki jako takiej. Dla autorki zajmowanie się plotkami – pod kątem popularnonaukowym – to jednocześnie szansa na znalezienie swojego miejsca w społeczności: doświadczeniami osobistymi dzieli się od czasu do czasu, nie są one jednak niezbędne w lekturze. Podtrzymują ją za to i uświadamiają czytelnikom, jak dobrze autorka radzi sobie w tej tematyce także pod względem praktycznym. Dla McKinney plotka to nic złego, wprost przeciwnie – to informacja, która buduje więzi społeczne, a w skrajnych przypadkach może być wykorzystywana do ratowania życia. Plotka pozwala dziewczynom chronić się nawzajem przed zakusami seryjnych podrywaczy, daje szansę na wymierzenie sprawiedliwości w wymiarze mikro bez popełniania samosądów i dostarcza dreszczyku emocji – zwłaszcza kiedy wypuszczona w odpowiednim kształcie wraca z identycznymi jak u autora akcentami. Plotka to nie tylko sposób na zabicie czasu – to szansa na rozbudowywanie znajomości i na swoisty barterowy handel między zainteresowanymi stronami. Plotka niekoniecznie musi krzywdzić – dla tej autorki wręcz nie ma wad. I dlatego jej spojrzenie może być bardzo cenne. Autorka bada plotkę z różnych perspektyw i wykorzystuje też materiały zbierane do podkastu, stale rozszerza swoje pojmowanie plotki i przekonuje do tego odbiorców. Plotka w tym ujęciu oznacza też umiejętność opowiadania bazującej na emocjach historii – McKinney zwierza się między innymi z prób nauczenia chataGPT tworzenia plotek, lub przerabiania danych na poetykę plotki. I w tym wszystkim przywraca w świadomości naukowej miejsce zjawiska istniejącego od zawsze, a jednak zwykle bagatelizowanego. Dla czytelników może to być spotkanie odświeżające i inspirujące jednocześnie. Wydaje się, że w tomie „Tylko nie mów nikomu” nie ma miejsca na strukturalistyczne podejście, narracja ma być jak najbardziej zbliżona do samej poetyki plotki – świeża, atrakcyjna i wciągająca. Ponieważ autorka nie chce dostrzegać negatywnych elementów plotkowania jako takiego, a koncentruje się na tym, co dobrego plotka robi w społeczeństwie, przyniesie odbiorcom nowe podejście. Nie zabraknie w tej opowieści plotek w popkulturze i w opracowaniach naukowych, a także plotek w utworach przenikających do zbiorowej świadomości. Wydaje się, że nikt tak dobrze nie wytropi sedna plotek jak McKinney – dlatego warto sięgnąć po tę książkę i pochylić się nad szeptanymi tajemnicami czy uczuciami zaklętymi w opowieści. Będzie tu okazja, żeby przenieść się do wydarzeń pozornie błahych a budujących świat kultury popularnej z szerokich mediów, będzie też okazja, żeby zastanowić się nad tym, jak plotkę postrzegali artyści – ale nade wszystko McKinney zaprasza do refleksji i do pracy nad jakością przekazywanych historii. W plotkach liczą się inni – ale niekoniecznie w sposób, do którego odbiorcy są przyzwyczajeni.
sobota, 8 sierpnia 2026
Olga Rudnicka: Nie odpuszczę ci aż do śmierci
Prószyński i S-ka, Warszawa 2026.
Związek z teściową
Nie mam pojęcia, co chciało uzyskać wydawnictwo, kiedy najnowszą książkę Olgi Rudnickiej zaklasyfikowało jako „komedię obyczajową”. Nie dajcie się zwieść, to raczej ostra satyra psychologiczna i nie da się jej czytać dla wytchnienia, raczej dla przerysowanych okrucieństw, jakich można zaznać ze strony innych ludzi. Bohaterką, przeciwko której zwiera się szyki, jest Elwira Kurzajka: trzydziestoletnia zakochana kobieta, która robi karierę i planuje założenie rodziny. Elwira jest bardzo zakochana w Adamie Śmietanie, niedługo wyjdzie za niego za mąż – i ignoruje ostrzeżenie ze strony przyszłej szwagierki, zwłaszcza że nie ma pojęcia, czego naprawdę ono dotyczy. Adam to mąż idealny. Gotuje, sprząta, pierze… to znaczy prawie. Organizuje to wszystko, a właściwie prosi mamę, żeby wykonała za niego znienawidzone prace domowe. Elwira o niczym nie musi wiedzieć, za to dla mamy to żaden problem: po pierwsze kocha syna, a po drugie czynności gospodarskie ma w małym palcu, a do tego jest mistrzynią organizacji. Ważne, żeby nie zostawiała śladów swojej obecności, bo to mogłoby Elwirę przestraszyć albo, co gorsza, wybić z przekonania, że jej wybranek to ideał. „Mamusia” traktuje jednak obecność synowej jak wyzwanie i okazję do prowadzenia wojen podjazdowych. Jest wyjątkowo pomysłowa w zatruwaniu Elwirze życia, bo liczy na to, że synowa się podda i załamie. Nie wie jednak, na kogo trafiła.
I o ile motywy obyczajowe Olga Rudnicka w kryminałach rozwijała fantastycznie, o tyle w przypadku komedii obyczajowej coś ją blokuje. Najpierw akcja długo rozgrywa się wokół stołów, jest statyczna do bólu i mało widowiskowa, cały komizm ma się kryć w nietransparentnej narracji i w rozwiązaniach formalnych, a nie w fabule. Zupełnie jakby cały śmiech krył się w sposobach prezentacji bohaterów – nigdzie więcej nie ma na niego miejsca, zwłaszcza że rozwój akcji i kierunek fabuły nie pozostawiają miejsca na komediową radość. Rudnicka rejestruje rozpad małżeństwa – rozpad powodowany przez toksyczną teściową. I nie ma tu znaczenia, że bohaterowie częściowo zapracowują sobie na taki los, liczy się właściwie tylko równia pochyła. Autorka sięga po satyrę, ale jest to satyra niszcząca, bazująca na stracie a nie na budowaniu. To utrudnia relaks, a wręcz go uniemożliwia. Sprawia też, że powieści brakuje lekkości – zupełnie jakby autorka bała się mniej przerobionego gatunku. Co zabawne: gdyby ta książka nie była sygnowana jako „komedia kryminalna”, bardziej przekonywałaby do siebie odbiorców, zwłaszcza w połączeniu z nazwiskiem autorki – przecież Olga Rudnicka udowodniła, że pisać z uśmiechem potrafi.
Jest to powieść szybka i taka, w której nie ma miejsca na zbyt wiele wątków pobocznych, jednokierunkowa i pozbawiona pokrzepienia – może stanowić przestrogę i przypomnienie dla czytelników, że zawsze warto dobrze przemyśleć życiowe decyzje, a czasami wręcz – przeczekać moment zauroczenia i wzajemnej fascynacji, żeby nauczyć się razem budować życie. To wielkie wyzwanie – chociaż lekturowo to niewielka objętościowo książka. Olga Rudnicka jeszcze przypomni sobie, jak potrafi pisać, żeby porwać szerokie grono czytelników. Na razie trochę eksperymentuje.
Związek z teściową
Nie mam pojęcia, co chciało uzyskać wydawnictwo, kiedy najnowszą książkę Olgi Rudnickiej zaklasyfikowało jako „komedię obyczajową”. Nie dajcie się zwieść, to raczej ostra satyra psychologiczna i nie da się jej czytać dla wytchnienia, raczej dla przerysowanych okrucieństw, jakich można zaznać ze strony innych ludzi. Bohaterką, przeciwko której zwiera się szyki, jest Elwira Kurzajka: trzydziestoletnia zakochana kobieta, która robi karierę i planuje założenie rodziny. Elwira jest bardzo zakochana w Adamie Śmietanie, niedługo wyjdzie za niego za mąż – i ignoruje ostrzeżenie ze strony przyszłej szwagierki, zwłaszcza że nie ma pojęcia, czego naprawdę ono dotyczy. Adam to mąż idealny. Gotuje, sprząta, pierze… to znaczy prawie. Organizuje to wszystko, a właściwie prosi mamę, żeby wykonała za niego znienawidzone prace domowe. Elwira o niczym nie musi wiedzieć, za to dla mamy to żaden problem: po pierwsze kocha syna, a po drugie czynności gospodarskie ma w małym palcu, a do tego jest mistrzynią organizacji. Ważne, żeby nie zostawiała śladów swojej obecności, bo to mogłoby Elwirę przestraszyć albo, co gorsza, wybić z przekonania, że jej wybranek to ideał. „Mamusia” traktuje jednak obecność synowej jak wyzwanie i okazję do prowadzenia wojen podjazdowych. Jest wyjątkowo pomysłowa w zatruwaniu Elwirze życia, bo liczy na to, że synowa się podda i załamie. Nie wie jednak, na kogo trafiła.
I o ile motywy obyczajowe Olga Rudnicka w kryminałach rozwijała fantastycznie, o tyle w przypadku komedii obyczajowej coś ją blokuje. Najpierw akcja długo rozgrywa się wokół stołów, jest statyczna do bólu i mało widowiskowa, cały komizm ma się kryć w nietransparentnej narracji i w rozwiązaniach formalnych, a nie w fabule. Zupełnie jakby cały śmiech krył się w sposobach prezentacji bohaterów – nigdzie więcej nie ma na niego miejsca, zwłaszcza że rozwój akcji i kierunek fabuły nie pozostawiają miejsca na komediową radość. Rudnicka rejestruje rozpad małżeństwa – rozpad powodowany przez toksyczną teściową. I nie ma tu znaczenia, że bohaterowie częściowo zapracowują sobie na taki los, liczy się właściwie tylko równia pochyła. Autorka sięga po satyrę, ale jest to satyra niszcząca, bazująca na stracie a nie na budowaniu. To utrudnia relaks, a wręcz go uniemożliwia. Sprawia też, że powieści brakuje lekkości – zupełnie jakby autorka bała się mniej przerobionego gatunku. Co zabawne: gdyby ta książka nie była sygnowana jako „komedia kryminalna”, bardziej przekonywałaby do siebie odbiorców, zwłaszcza w połączeniu z nazwiskiem autorki – przecież Olga Rudnicka udowodniła, że pisać z uśmiechem potrafi.
Jest to powieść szybka i taka, w której nie ma miejsca na zbyt wiele wątków pobocznych, jednokierunkowa i pozbawiona pokrzepienia – może stanowić przestrogę i przypomnienie dla czytelników, że zawsze warto dobrze przemyśleć życiowe decyzje, a czasami wręcz – przeczekać moment zauroczenia i wzajemnej fascynacji, żeby nauczyć się razem budować życie. To wielkie wyzwanie – chociaż lekturowo to niewielka objętościowo książka. Olga Rudnicka jeszcze przypomni sobie, jak potrafi pisać, żeby porwać szerokie grono czytelników. Na razie trochę eksperymentuje.
piątek, 7 sierpnia 2026
Mieczysław Gorzka: Spadek po mojemu
Skarpa Warszawska, Warszawa 2026.
Zadanie dla wnuków
Tak naprawdę Alojzy Stawicki kierował się w życiu nie lada fantazją, skoro wymyślił dla wnuków ogromne wyzwanie. Szymon i Bartosz spadek otrzymają tylko po wypełnieniu nietypowego warunku. Jest o co walczyć, Alojzy był multimilionerem, a jego niekoniecznie zgodna z prawem działalność przyniosła mu gigantyczne zyski. Po wyzwaniach młodości Alojzy się ustatkował i został filantropem. Ale przeszłość nie zniknęła. Stawicki był kiedyś wybitnym złodziejem dzieł sztuki – tak doskonałym, że nigdy nie został złapany. Na starość chce naprawić wyrządzone krzywdy. Trzy wielkie obrazy najwybitniejszych polskich twórców powinny wrócić do właścicieli – mają być dostarczone z listem przeprosinowym i tak, żeby właściciele nie poznali tożsamości dawnego złodzieja. Tylko po wykonaniu tego zadania bracia będą mogli podzielić się kilkudziesięcioma milionami złotych. A ponieważ obaj przyzwyczaili się do życia ponad stan – wsparcie finansowe będzie im potrzebne. Bartosz stale popada w długi i zadaje się z szemranym towarzystwem, z kolei Szymon lubi się zabawić, chociaż nie powinien się do tego przyznawać jako ksiądz. Jak zawsze tam, gdzie w grę wchodzą wielkie pieniądze, pojawiają się również kolejni amatorzy łatwego zarobku.
Mieczysław Gorzka zrezygnował z mrocznych powieści na rzecz komedii kryminalnej i bardzo dobrze mu to wychodzi – bawi się tym razem i proponuje odbiorcom kryminał w wersji light. Nawet jeśli dochodzi tu do porwań czy pobić, trudno się nie uśmiechnąć przy ich przebiegu. Dokłada autor jeszcze wątki osobiste – okołoobyczajowe – policjantka, która pomaga braciom w niektórych akcjach ma własne powody, żeby ścigać tych, którzy chcieliby wejść w posiadanie czterech obrazów. Jakby tego było mało, w tle czai się jeszcze szansa na rozszyfrowanie tajemniczej śmierci rodziców Bartosza i Szymona.
Jest tu wiele czynników, które sprawią, że od książki czytelnicy nie będą się chcieli oderwać – najważniejszy to tempo w zestawieniu ze śmiechem. Nieudolność w akcjach i kibicowanie niekoniecznie zdolnym bohaterom to czynnik jednoczący odbiorców w śmiechu – i pozwalający na przechodzenie nad co mniej prawdopodobnymi scenkami. Mieczysław Gorzka funduje tu komiczne dialogi między typami spod ciemnej gwiazdy, nie chce szafować prawdziwym bólem ani prawdziwym cierpieniem – zamiast tego oferuje czytelnikom misję do wypełnienia i wielkie pieniądze w nagrodę. To sposób na wytchnienie i na dobrą zabawę, a do tego – na polubienie komedii kryminalnej jako gatunku. Wydaje się czasami, że można by było rozbudować albo przynajmniej dosmaczyć niektóre fragmenty, ale tu już autor podjął decyzje, które nie wpływają na jakość całej opowieści. Za to słabą stroną tej książki jest korekta. Dużo można wytrzymać, literówki w rodzaju „spawy” zamiast „sprawy” dadzą się wytłumaczyć automatycznym sprawdzaniem, to, że ktoś nie zwrócił uwagi na „obrzeranie się” irytuje, ale kiedy bohater „siknął głową” – ma się dość nieudolności w zakresie nieuważnego poprawiania autora. Niby lekkie gatunki rządzą się swoimi prawami, ale na rynku wydawniczym powinny być traktowane w zakresie korekty i redakcji tekstu tak samo poważnie jak te „ambitne”.
Zadanie dla wnuków
Tak naprawdę Alojzy Stawicki kierował się w życiu nie lada fantazją, skoro wymyślił dla wnuków ogromne wyzwanie. Szymon i Bartosz spadek otrzymają tylko po wypełnieniu nietypowego warunku. Jest o co walczyć, Alojzy był multimilionerem, a jego niekoniecznie zgodna z prawem działalność przyniosła mu gigantyczne zyski. Po wyzwaniach młodości Alojzy się ustatkował i został filantropem. Ale przeszłość nie zniknęła. Stawicki był kiedyś wybitnym złodziejem dzieł sztuki – tak doskonałym, że nigdy nie został złapany. Na starość chce naprawić wyrządzone krzywdy. Trzy wielkie obrazy najwybitniejszych polskich twórców powinny wrócić do właścicieli – mają być dostarczone z listem przeprosinowym i tak, żeby właściciele nie poznali tożsamości dawnego złodzieja. Tylko po wykonaniu tego zadania bracia będą mogli podzielić się kilkudziesięcioma milionami złotych. A ponieważ obaj przyzwyczaili się do życia ponad stan – wsparcie finansowe będzie im potrzebne. Bartosz stale popada w długi i zadaje się z szemranym towarzystwem, z kolei Szymon lubi się zabawić, chociaż nie powinien się do tego przyznawać jako ksiądz. Jak zawsze tam, gdzie w grę wchodzą wielkie pieniądze, pojawiają się również kolejni amatorzy łatwego zarobku.
Mieczysław Gorzka zrezygnował z mrocznych powieści na rzecz komedii kryminalnej i bardzo dobrze mu to wychodzi – bawi się tym razem i proponuje odbiorcom kryminał w wersji light. Nawet jeśli dochodzi tu do porwań czy pobić, trudno się nie uśmiechnąć przy ich przebiegu. Dokłada autor jeszcze wątki osobiste – okołoobyczajowe – policjantka, która pomaga braciom w niektórych akcjach ma własne powody, żeby ścigać tych, którzy chcieliby wejść w posiadanie czterech obrazów. Jakby tego było mało, w tle czai się jeszcze szansa na rozszyfrowanie tajemniczej śmierci rodziców Bartosza i Szymona.
Jest tu wiele czynników, które sprawią, że od książki czytelnicy nie będą się chcieli oderwać – najważniejszy to tempo w zestawieniu ze śmiechem. Nieudolność w akcjach i kibicowanie niekoniecznie zdolnym bohaterom to czynnik jednoczący odbiorców w śmiechu – i pozwalający na przechodzenie nad co mniej prawdopodobnymi scenkami. Mieczysław Gorzka funduje tu komiczne dialogi między typami spod ciemnej gwiazdy, nie chce szafować prawdziwym bólem ani prawdziwym cierpieniem – zamiast tego oferuje czytelnikom misję do wypełnienia i wielkie pieniądze w nagrodę. To sposób na wytchnienie i na dobrą zabawę, a do tego – na polubienie komedii kryminalnej jako gatunku. Wydaje się czasami, że można by było rozbudować albo przynajmniej dosmaczyć niektóre fragmenty, ale tu już autor podjął decyzje, które nie wpływają na jakość całej opowieści. Za to słabą stroną tej książki jest korekta. Dużo można wytrzymać, literówki w rodzaju „spawy” zamiast „sprawy” dadzą się wytłumaczyć automatycznym sprawdzaniem, to, że ktoś nie zwrócił uwagi na „obrzeranie się” irytuje, ale kiedy bohater „siknął głową” – ma się dość nieudolności w zakresie nieuważnego poprawiania autora. Niby lekkie gatunki rządzą się swoimi prawami, ale na rynku wydawniczym powinny być traktowane w zakresie korekty i redakcji tekstu tak samo poważnie jak te „ambitne”.
czwartek, 6 sierpnia 2026
Bill Clinton, James Patterson: Pierwszy dżentelmen
Rebis, Poznań 2026.
Wina
James Patterson należy do tych twórców – czy też fabrykantów – odsądzanych od czci i wiary przez wielu fanów kryminałów i powieści sensacyjnych. A to za sprawą umiejętności błyskawicznego tworzenia fabuł nadających się na książki z dynamiczną akcją. To za sprawą jego kreatywności pojawiały się na rynku wydawniczym książki sygnowane jego nazwiskiem – a współtworzone przez mniej popularnych literatów. Ale Patterson nie chce do końca znikać z oczu czytelnikom, wchodzi też w duety, dzięki którym zyskuje rozgłos i podtrzymuje uwagę. Przepis na sukces kryje się tym razem w kolejnym (po raz trzeci we wspólnej powieści) tomie stworzonym wespół z Billem Clintonem. „Pierwszy dżentelmen” to książka, której akcja toczy się w pobliżu najwyższych stanowisk w państwie – i pokazuje kulisy władzy. A to zawsze zwykłych czytelników będzie kusiło.
Madeline Parson Wright pełni funkcję prezydenta Stanów Zjednoczonych. Cole Wright jest „pierwszym dżentelmenem”: mężem Maddy, który nie ma żadnego wpływu na losy państwa. Ale jest też na świeczniku z innego powodu – pojawiają się zarzuty, że Cole Wright dopuścił się morderstwa na cheerleaderce. Wprawdzie zbrodnia miała być popełniona dawno temu, jednak sprawiedliwość ciągle nie została wymierzona. Jakby tego było mało, ginie też pewien dziennikarz śledczy, wyjątkowo dociekliwy i niedający się uciszyć ani zastraszyć – i również tutaj tropy prowadzą do Cole’a. Przekonana o jego winie jest przede wszystkim ukochana Garretta i jego partnerka w śledztwach. I ona zamierza doprowadzić do tego, żeby skazać Cole’a – nie przejmuje się wyzwaniami ani faktem, że najwyraźniej małżonek głowy państwa jest specjalnie chroniony i może mieć zapewnioną najlepszą możliwą opiekę prawną. Brea nie spocznie, dopóki Cole nie trafi za kratki. Tak przynajmniej sądzi. Bo rzeczywistość może wcale nie wyglądać tak, jak się wydaje na początku. Mamy tu zatem dwie pary: Cole i Maddy to ta poukładana, profesjonalna i uważająca na każdy krok. Wszystkie spojrzenia są tu wyważone i nie da się nawet iść pobiegać bez asysty i dokładnego planu sporządzonego przez ochronę. Małżonkowie wspierają się i dostarczają opinii publicznej dowodów na wzajemne przywiązanie. Nie ma tu miejsca na nic poza protokołem. Garrett i Brea to z kolei związek charakteryzowany w retrospekcjach – za to bardzo dynamiczny. Nie zabraknie tu brawury i wielkich emocji, a także uczucia, które pcha do najtrudniejszych decyzji. Tak naprawdę to nie pierwszy dżentelmen pozostaje w centrum uwagi czytelników, a Garrett – i sprawy, którymi się zajmuje. Tu autorzy przedstawiają śledztwo w sprawie zamordowanej cheerleaderki i w sprawie zaginionej młodej studentki, badają wydarzenia sprzed lat i dążą do odkrycia prawdy, tu też dzieje się mnóstwo w powieściowym „tu i teraz” – wydarzenia z przeszłości pokazywane w retrospekcjach na bieżąco są tak skonstruowane, żeby przyciągały uwagę. Konstrukcja to jedno, drugą rzeczą dość istotną w tej książce jest rozmiar rozdziałów. Wypełnianie treścią kolejnych punktów scenariusza sprawia, że autorzy fundują czytelnikom bardzo zwięzłe, skondensowane i pozbawione zbędnych informacji partie książki – tu każdy rozdział składa się z kilku akapitów, jakby trzeba było tylko zaznaczyć, co się wydarzy – i przejść do dalszych elementów wyliczenia. To z pewnością inna forma niż taka, do której przyzwyczajeni są fani gatunku. „Pierwszy dżentelmen” to zatem opowieść tworzona tak, żeby skupić się na wydarzeniach, a nie na opisach.
Wina
James Patterson należy do tych twórców – czy też fabrykantów – odsądzanych od czci i wiary przez wielu fanów kryminałów i powieści sensacyjnych. A to za sprawą umiejętności błyskawicznego tworzenia fabuł nadających się na książki z dynamiczną akcją. To za sprawą jego kreatywności pojawiały się na rynku wydawniczym książki sygnowane jego nazwiskiem – a współtworzone przez mniej popularnych literatów. Ale Patterson nie chce do końca znikać z oczu czytelnikom, wchodzi też w duety, dzięki którym zyskuje rozgłos i podtrzymuje uwagę. Przepis na sukces kryje się tym razem w kolejnym (po raz trzeci we wspólnej powieści) tomie stworzonym wespół z Billem Clintonem. „Pierwszy dżentelmen” to książka, której akcja toczy się w pobliżu najwyższych stanowisk w państwie – i pokazuje kulisy władzy. A to zawsze zwykłych czytelników będzie kusiło.
Madeline Parson Wright pełni funkcję prezydenta Stanów Zjednoczonych. Cole Wright jest „pierwszym dżentelmenem”: mężem Maddy, który nie ma żadnego wpływu na losy państwa. Ale jest też na świeczniku z innego powodu – pojawiają się zarzuty, że Cole Wright dopuścił się morderstwa na cheerleaderce. Wprawdzie zbrodnia miała być popełniona dawno temu, jednak sprawiedliwość ciągle nie została wymierzona. Jakby tego było mało, ginie też pewien dziennikarz śledczy, wyjątkowo dociekliwy i niedający się uciszyć ani zastraszyć – i również tutaj tropy prowadzą do Cole’a. Przekonana o jego winie jest przede wszystkim ukochana Garretta i jego partnerka w śledztwach. I ona zamierza doprowadzić do tego, żeby skazać Cole’a – nie przejmuje się wyzwaniami ani faktem, że najwyraźniej małżonek głowy państwa jest specjalnie chroniony i może mieć zapewnioną najlepszą możliwą opiekę prawną. Brea nie spocznie, dopóki Cole nie trafi za kratki. Tak przynajmniej sądzi. Bo rzeczywistość może wcale nie wyglądać tak, jak się wydaje na początku. Mamy tu zatem dwie pary: Cole i Maddy to ta poukładana, profesjonalna i uważająca na każdy krok. Wszystkie spojrzenia są tu wyważone i nie da się nawet iść pobiegać bez asysty i dokładnego planu sporządzonego przez ochronę. Małżonkowie wspierają się i dostarczają opinii publicznej dowodów na wzajemne przywiązanie. Nie ma tu miejsca na nic poza protokołem. Garrett i Brea to z kolei związek charakteryzowany w retrospekcjach – za to bardzo dynamiczny. Nie zabraknie tu brawury i wielkich emocji, a także uczucia, które pcha do najtrudniejszych decyzji. Tak naprawdę to nie pierwszy dżentelmen pozostaje w centrum uwagi czytelników, a Garrett – i sprawy, którymi się zajmuje. Tu autorzy przedstawiają śledztwo w sprawie zamordowanej cheerleaderki i w sprawie zaginionej młodej studentki, badają wydarzenia sprzed lat i dążą do odkrycia prawdy, tu też dzieje się mnóstwo w powieściowym „tu i teraz” – wydarzenia z przeszłości pokazywane w retrospekcjach na bieżąco są tak skonstruowane, żeby przyciągały uwagę. Konstrukcja to jedno, drugą rzeczą dość istotną w tej książce jest rozmiar rozdziałów. Wypełnianie treścią kolejnych punktów scenariusza sprawia, że autorzy fundują czytelnikom bardzo zwięzłe, skondensowane i pozbawione zbędnych informacji partie książki – tu każdy rozdział składa się z kilku akapitów, jakby trzeba było tylko zaznaczyć, co się wydarzy – i przejść do dalszych elementów wyliczenia. To z pewnością inna forma niż taka, do której przyzwyczajeni są fani gatunku. „Pierwszy dżentelmen” to zatem opowieść tworzona tak, żeby skupić się na wydarzeniach, a nie na opisach.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






