* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

wtorek, 17 marca 2026

Kama Wojtkiewicz: Sobą zajęci. O pułapkach samorozwoju i kultury terapeutycznej

Agora, Warszawa 2026.

Moda

Kama Wojtkiewicz zastanawia się nad tym, co dzisiejszemu społeczeństwu zapewnia moda na psychologię – oraz psychologia w wersji pop. „Sobą zajęci. O pułapkach samorozwoju i kultury terapeutycznej” to książka, w której autorka przygląda się kolejnym zagadnieniom dotyczącym samorozwoju – po to, żeby wskazać najbardziej charakterystyczne wyzwania i niedociągnięcia pseudofachowców albo tych, którzy nie pogłębiają swojej wiedzy, a oferują usługi psychoterapeutyczne. Ubolewa nad faktem, że rynek nie reguluje kwalifikacyjnych wymogów i w efekcie psychoterapeutą może zostać niemal każdy – a to otwiera pole do nadużyć, na których cierpieć będą w ostateczności szukający pomocy. Z drugiej strony nadprodukcja poradników z zakresu psychologii i samorozwoju sprawia, że ludzie coraz chętniej stawiają sobie autodiagnozy, niekoniecznie zbliżone do prawdy. Czy poppsychologia jest nam dzisiaj potrzebna i co może oznaczać nadmierne zaufanie jej – autorka rozmawia z kolejnymi zaproszonymi do książki gośćmi. Zastanawia się razem z nimi nad kolejnymi wyborami i tematami. Książka podzielona została na trzy części, żeby uporządkować zgromadzone refleksje – w pierwszej nacisk kładziony jest na temat pracy nad sobą i poszukiwanie pomocy u specjalistów, w drugiej – na rozmaite praktyki duchowe i okołoduchowe, te, które otwierają choćby modę na medytację bez refleksji nad jej korzeniami i konsekwencjami. W trzeciej części odwołuje się już do motywu relacji z innymi, zwłaszcza do budowania związku w świecie nastawionym na konsumpcjonizm.

Zaproszeni do rozmowy goście mogą rzucić światło na aktualne trendy w psychologii i w rynku literatury samorozwojowej, uwrażliwić czytelników zwłaszcza na problemy wynikające z nadmiernego zaufania upraszczanym systemom – to kioskowe porady, które mają przyspieszyć proces poznawania siebie czy życia w zgodzie ze sobą podlegają tu krytyce, podobnie jak nie do końca uczciwe praktyki samozwańczych specjalistów. Rozmówcy bronią prawdziwych fachowców, ale uświadamiają czytelnikom, że nie każdy, kto potrafi się zareklamować, jest godny zaufania – a ponieważ porusza się w delikatnej sferze uczuć i psychiki pacjentów, warto sprawdzać, czy na pewno nie zrobi psychicznej krzywdy. „Sobą zajęci” to jednocześnie próba pokazania, że rośnie świadomość wagi higieny psychicznej – zarówno nadprodukcja psychoterapeutów w wersji pop, jak i popularność ich usług to efekt przyglądania się sobie i analizowania własnych problemów, niegdyś skrzętnie przed światem skrywanych. Kama Wojtkiewicz w procesie rozmowy wydobywa warte uwagi lektury, przywołuje nazwiska i teorie, które mogą czytelników zainspirować, a także analizuje dzisiejszy rynek usług. Chce, żeby czytelnicy zapamiętali fakt istnienia poppsychologii – i żeby nie ulegali zbyt łatwo jej podszeptom. Uwrażliwia, wyczula na to, co najważniejsze w kontekście troski o własne zdrowie psychiczne, a do tego zainteresowanym tematem może podsunąć całkiem sporo nie tylko lekturowych inspiracji. Rozmowy sprawiają wszystkim dużą przyjemność, są bowiem skoncentrowane nie na – jak do tej pory na rynku było – zdrowie pacjenta, a na samych psychoterapeutów i ich możliwości oraz ograniczenia. I to może stać się ciekawą przeciwwagą dla poradników psychologicznych.

poniedziałek, 16 marca 2026

Paulina Młynarska, Dorota Wellman: Afterparty

Znak, Kraków 2026.

Z perspektywy

Dwie dziennikarki, które świetnie się dogadywały w pracy. Dwie przyjaciółki, które uwielbiają ze sobą rozmawiać. W dobie mody na publikacje dialogowe – dlaczego nie? „Afterparty” Pauliny Młynarskiej i Doroty Wellman to książka o nieustającym poszukiwaniu siebie w zmieniającym się świecie. Publikacja, która trochę jest autobiografią, trochę – forum i prezentacją poglądów, trochę autopromocją, a trochę po prostu spotkaniem. Przygotowana w wersji pop, z mnóstwem zdjęć ze wspólnej specjalnej sesji, z kolorowymi podsumowaniami, ramkami i ciekawostkami, z miejscem na własne uwagi – ale ta forma tylko maskuje sporo poważnych treści. Paulina Młynarska i Dorota Wellman nie bawią się bowiem w plotki i banalne zagadnienia, za to przerzucają się ciekawymi spostrzeżeniami na temat dzisiejszych mediów, funkcjonowania w przebodźcowanym świecie i zachowaniu dobrej kondycji przez długi czas. Doświadczone przez życie, bogate w przemyślenia i własne przykłady, wprowadzają do opowieści mnóstwo osobistych wątków – po to, żeby wytyczyć czytelniczkom drogę. Kierują się zwłaszcza do pań, które młodość mają już za sobą (albo do tych, które panicznie boją się zestarzeć), pokazując, jak wiele atutów daje metryka. Podpowiadają, jak cieszyć się życiem i radzić sobie z wyzwaniami. A przede wszystkim zarażają dystansem do siebie, poczuciem humoru, które zawsze pozwoli przetrwać kryzys.

Będzie tu trochę o ciele (akceptacji siebie lub walki z wyglądem), o związkach, o wykształceniu, o pracy w mediach, o przemijaniu, o przeprowadzkach, o jodze, o życiu w zgodzie ze sobą i o bezustannych poszukiwaniach. Będzie o charakterach każdej z rozmówczyń i o ich wizji domowości, o partnerach i o samotności. Będzie – o wszystkim. Bo chociaż tematy wiodące się tu pojawiają, to przecież nie da się okiełznać szczerej rozmowy dwóch indywidualności nadających na podobnych falach. Przeplatają się tu różne historie, mniej lub bardziej odbiorcom – fanom tego duetu – znane. Pojawiają się sposoby na radzenie sobie z przytłaczającą czasem codziennością i wskazówki dla tych, którzy chcieliby zmienić środowisko. Odrobina kulis pracy w stresujących warunkach, bezwzględność mediów. Ale obie autorki wrócą też do czasów, kiedy tworzyły wspólny program telewizyjny i decydowały o tym, co może się w nim znaleźć – z perspektywy oceniają swoje decyzje, wspominają najdziwniejsze sytuacje i dzielą się z czytelnikami konkretnymi wspomnieniami. To wszystko sprawia, że odbiorcy mają wrażenie wejścia w zamknięty, ale nie niedostępny świat: mogą zostać wtajemniczeni w to, co najbardziej angażuje lub inspiruje obie autorki. Mogą podejmować polemikę albo przyswajać sobie ich spojrzenie na rzeczywistość. Mogą wreszcie lepiej poznawać bohaterki kojarzone nie tylko z telewizji. Jest w „Afterparty” radość ze spotkania, jest chęć dzielenia się ważnymi przemyśleniami, jest rozmowa, która nie potrzebuje moderacji – bo potoczy się w kierunku, jaki akurat będzie potrzebny. I nawet jeśli czytelnicy chcieliby pogłębić konkretne zagadnienie, nie będą mieli z tym problemu – autorki zainspirują ich co do kierunku poszukiwań i zagadnień zasługujących na komentarz. „Afterparty” to książka o zrozumieniu siebie i o tym, co dzięki temu można zaoferować światu. Kolorowa, rozgadana i niepowtarzalna.

niedziela, 15 marca 2026

Marta Obuch: Na babski rozum

Filia, Poznań 2026.

Genealogia

Długo na tę książkę Marta Obuch kazała czekać swoim odbiorcom, a kiedy już ją stworzyła, wiedziała, że jest to coś innego niż proponowane zwykle komedie kryminalne – i uprzedza przed lekturą lojalnie. Ale „Na babski rozum” to nie wypadek przy pracy, raczej sposób na przezwyciężenie kryzysu twórczego i trochę na podzielenie się z czytelnikami tym, co autorkę zafascynowało – możliwościami prowadzenia genealogicznych poszukiwań za sprawą różnych internetowych portali. W takie poszukiwania autorka ubiera Tosię, poczciwą bohaterkę z „Ja tu tylko zabijam”. Tosia jak zwykle nie potrafi się uporać ze swoją codziennością: zaręczyny z Lulkiem po czasie stały się źródłem kolejnych pytań, a despotyzm matki przechodzi wszelkie granice. Bohaterka musi w dodatku uczestniczyć w rodzinnej imprezie na wsi – i niekoniecznie ma na to ochotę, zwłaszcza że pobyt w rodzinnych stronach przypomina jej o niechcianej, a odziedziczonej po babci starej chacie, przyczynie wielu sennych koszmarów. Tosia jest już dorosła i właściwie wie, że może pozbyć się problemu i spieniężyć posiadłość, jednak podczas przygotowań do imprezy dzieje się coś, co wybija ją z tego pomysłu.

I teraz Marta Obuch serwuje czytelnikom książkę, w której przez długi czas dzieje się bardzo mało. Oto bohaterka poznaje (albo przypomina sobie) o kolejnych ciotkach i krewnych, a na rodzinne spotkanie zaproszeni zostają też obcy dla niej ludzie – ale w końcu to pani Regina decyduje, z kim chce świętować. Tosia rozpisuje sobie koligacje rodzinne, zastanawia się nad charakterami i poznaje właściwy stan swojego posiadania (co trochę odciąża ją od myślenia o nierówności w relacji z Lulkiem). W końcu zostaje usunięta z pola widzenia przez niefortunny wypadek. Równolegle dzieją się sprawy kryminalne – ale raczej bez zapału. Akcja przyspiesza dopiero w finale tomu, tutaj powraca dawna Marta Obuch – można na ten moment poczekać i nabrać nadziei na kolejne już zwyczajne dla tej autorki narracje. „Na babski rozum” nie jest powieścią, która trzymałaby w napięciu i cieszyła ogromem nietypowych wydarzeń, już w samej swojej konstrukcji wyklucza takie rozwiązania. A jednak fani tej autorki poczekają – i przyjrzą się drobnym i większym zmianom w życiu Jadwigi czy komisarza Marchewki. Warto cierpliwie poczekać, a przy okazji – czasami – wykorzystywać wiedzę zdobytą przez autorkę i bohaterkę w zakresie poznawania dziejów własnych przodków. „Na babski rozum” to książka, która nowego grona fanów autorce nie zbuduje, ale starego nie odstraszy. A na pełnowartościową komedię kryminalną przyjdzie trochę poczekać – chociaż może krócej niż ostatnio. Marta Obuch walczyła z kryzysem twórczym, udało jej się ten kryzys przewalczyć i to najważniejsze. Gdyby nie to, że przyzwyczaiła odbiorców do pewnego stylu i rozkładu akcentów, nikogo by jej najnowsza powieść nie zdziwiła – tym razem jednak nawet sama autorka ostrzega, że będzie nieco inaczej.

Gdzie się schowała kaczuszka / Gdzie się schował wóz strażacki

Harperkids, Warszawa 2026.

Poszukiwania mikro

Te książeczki już były – już mogą być znane części maluchów, ale w większej wersji. Teraz, wygodne i kompaktowe, nadają się na gadżet do zabrania w podróż. Zmniejszone do faktycznie kieszonkowych kształtów mają specjalną zawieszkę na rękę – można sobie przypiąć do nadgarstka ulubiony tomik, żeby bohaterów mieć zawsze przy sobie i nie zgubić publikacji. „Gdzie się schowała kaczuszka” i „Gdzie się schował wóz strażacki” to książeczki, które zachęcają dzieci do rozwijania małej motoryki, do ćwiczenia zdolności manualnych i do testowania zmysłu dotyku. Nie ma wymyślnych fabuł, a cały pomysł opiera się na zadawaniu maluchowi pytań o kolejnych bohaterów – w przypadku wozu strażackiego to rozmaite pojazdy i maszyny, a w przypadku kaczuszki to zwierzęta, które można zobaczyć podczas spaceru. Pierwsza strona jest zawsze pytaniem „gdzie schował się…” – i nie ma tu podpowiedzi co do tożsamości bohatera, wprost przeciwnie, czasami można zobaczyć innego przedstawiciela środowiska charakterystycznego dla tytułowej postaci. Poszukiwania kończą się bardzo szybko: druga strona na rozkładówce zasłonięta jest kawałkiem kolorowego filcu wyciętego w konkretne kształty. Odchylenie materiału sprawia, że oczom odbiorców ukazują się pożądani bohaterowie – i to wystarczy, żeby zapewnić radość najmłodszym, przynajmniej na pewien czas. Prawdziwa niespodzianka czeka jednak odbiorców na samym końcu, kiedy trzeba odwołać się do samoświadomości i powiedzieć, gdzie się jest samodzielnie – a pod kawałkiem filcu tym razem skrywa się nie obrazek a lusterko. Ten prosty zabieg rozraduje najmłodsze dzieci – te, które nie potrafią samodzielnie czytać i dopiero zaczynają poznawać świat książek. Spodoba im się taka publikacja-zabawka, nawet jeśli powtarzalność pytań i odpowiedzi (oraz schowków) dorosłych by znudziła błyskawicznie. Tu chodzi przede wszystkim o wspólnie spędzony czas, o zabawę i rozrywkę, o uczestniczenie w lekturze. I chociaż nie ma tu ani wybitnych popisów tekstowych, ani zachwycającej grafiki – obrazki są stworzone komputerowo i cechują się dużą prostotą, chociaż komiksowe miny mają zapewnione dzięki charakterystycznym oczkom. Liczą się tu łatwe do objęcia wzrokiem scenerie, nic dzieci nie będzie rozpraszało. Nasycone kolory przykuwają uwagę, z kolei kontrast między tekturowymi stronami i materiałowymi zasłonkami może zachwycać dzieci. To dobry sposób na przygotowanie dzieci do późniejszego czytania dla rozrywki – metoda na to, żeby zająć czymś maluchy i żeby rozbudzać w nich ciekawość świata. Nieskomplikowane poszukiwania to tylko pretekst do rozmów i opowiadania, co widać na kolejnych rozkładówkach – a to znów krok w kierunku rozwijania naturalnych umiejętności dziecka. Taką książeczkę maluch może nosić ze sobą i zaglądać do niej, kiedy będzie się nudzić. Może zainspirować do poznawania liter. I to wystarczy, żeby zaangażować najmłodszych.

sobota, 14 marca 2026

Rufi Thorpe: Margo ma kłopoty

Gorzka Czekolada, Media Rodzina, Poznań 2026.

Zwycięstwo

Ta książka ma poprawiać humor, ale jest mocno gorzka w swojej wymowie. Autorka jednak nie pozwala swojej bohaterce na złożenie broni i sugeruje, że z każdej porażki da się wyjść z podniesioną głową po to, żeby finalnie zawalczyć o spełnianie swoich marzeń. „Margo ma kłopoty” to powieść, która doczekała się serialowej wersji w gwiazdorskiej obsadzie i najprawdopodobniej właśnie fanki serialu będą najwierniejszymi czytelniczkami Rufi Thorpe. Bohaterką tomu jest dziewiętnastoletnia dziewczyna, która w wyniku zauroczenia swoim żonatym wykładowcą zaszła w ciążę i zdecydowała się urodzić dziecko. Bohdi jest najlepszym, co mogło ją spotkać – były kochanek nie staje na wysokości zadania, a nawet rzuca Margo kłody pod nogi, walcząc o opiekę nad dzieckiem. Matka odwraca się od dziewczyny, zresztą ma swoje sprawy, skoro przygotowuje się do kolejnego ślubu z wyjątkowo religijnym mężczyzną. Bohaterka wie, że jest zdana na własne siły. I nawet powrót ojca, byłego zawodnika wrestlingu uzależnionego od narkotyków, stanie się tu pomocą. Żeby przetrwać, Margo musi zarabiać. Żeby zarabiać, musi znaleźć pracę, w której pozwolą jej na opiekę nad dzieckiem. Albo… wypracować sobie zajęcie dochodowe i o elastycznych godzinach pracy. I tak Margo trafia na Only Fans. Młoda kobieta bez perspektyw zawodowych odkrywa, że jeśli będzie sprzedawać zdjęcia swojego ciała – i dołączy do tego ciekawe dla fanów historie – uda jej się utrzymać i nie stracić dziecka (opiekę społeczną interesuje to, że matka zarabia, a nie – w jaki sposób, jeśli maluchowi nie dzieje się krzywda). I tak bohaterka wchodzi w te rejony internetu, których do tej pory nie eksplorowała, próbuje zrozumieć mechanizmy działania algorytmów i rozkręcić konto tak, żeby podreperować domowy budżet. Trafia na gwiazdy Only Fans, które pomagają jej w promocji i wkrótce staną się uczestniczkami nietypowego projektu.

„Margo ma kłopoty” to opowieść o mierzeniu się z przeciwnościami losu niemal bez przerwy. Autorka nie daje bohaterce szansy na odpoczynek, Margo musi przez cały czas być czujna, a do tego budować swoje relacje z bliskimi i tymi, którzy się od niej nie odwrócili. W tle pojawia się ciekawa internetowa znajomość, ale przede wszystkim autorka kładzie nacisk na kreatywność Margo, jej umiejętność wykorzystywania wyobraźni zawsze wtedy, kiedy trzeba chronić siebie i bliskich. Ten nieszablonowy scenariusz uświadomi czytelniczkom, że z najtrudniejszych sytuacji istnieje wyjście, trzeba tylko zrezygnować z kopiowania tego, co sprawdzone i realnie oceniać własne możliwości. Temat stron pornograficznych ma dodawać pikanterii opowieści – sprawiać, że odbiorczynie będą chciały sięgać po tak poprowadzoną historię. Ta książka to odskocznia od codziennych problemów, a jednocześnie oderwanie się od typowych fabularnych rozwiązań w literaturze pop. Czytadło, które nawiązuje do chicklitów, ale w zupełnie inny sposób – pogłębiony i wypełniony odpowiedzialnością za drugiego człowieka.

piątek, 13 marca 2026

Mark Brzezinski, Olga Leonowicz w rozmowie z Anną Pamułą: Partnerstwo

Agora, Warszawa 2026.

Związek

Prawdopodobnie mało kto wyobraża sobie, jak wygląda praca ambasadora, tym bardziej – ambasadora USA w Polsce. I Mark Brzezinski też o wszystkim otwarcie opowiadać nie będzie, raczej dyplomatycznie poprześlizguje się przez kolejne zagadnienia, ale zrobi to przynajmniej z humorem i interesująco dla szerokiego grona odbiorców, dla tych, którzy nie chcą się wikłać w sprawy polityczne ani poznawać kulis spraw między państwami. Anna Pamuła rozmawia z parą funkcjonującą w niesformalizowanym związku, bo Mark Brzezinski do rozmowy zaprasza też Olgę Leonowicz, swoją partnerkę – trochę dla ocieplania wizerunku, a trochę, żeby pokazać różne aspekty bycia ambasadorem. „Partnerstwo” to książka wypełniona interesującymi fotograficznymi portretami i trochę przedstawiająca wyzwania, z jakimi muszą się mierzyć dyplomaci.

Oczywiście nie na wszystkie pytania będzie bohater tomu odpowiadać oględnie: jest po prostu bardziej wylewny w jednych tematach, a inne nie pojawią się w książce, żeby nie pozostawiać czytelników w przekonaniu, że o czymś mówić nie wolno. A skoro nie da się zbyt wiele powiedzieć o części działań, Mark Brzezinski akcentuje te, które należały do wybieranych przez niego strategii: tłumaczy między innymi, dlaczego pojawił się z flagą mniejszości seksualnych – angażował się w kwestie równości płci czy walkę o prawa osób z niepełnosprawnościami. Zwraca uwagę na różnice w mentalności między Polakami i Amerykanami, opowiada też o współpracy z przedstawicielami różnych rządów – i różnych stron politycznych. Próbuje wyjść z cienia ojca – Anna Pamuła przyznaje, że dla jej pokolenia ten ojciec nie jest już postacią charakterystyczną czy istotną, ale starsi z pewnością będą wciąż dokonywać porównań. Zresztą nie da się inaczej, bo i sam Mark Brzezinski bardzo często zastanawia się nad prawdopodobnymi reakcjami rodzica. O mamie wypowiada się znacznie bardziej serdecznie – wciąż stara się podkreślać znaczenie bliskich w codziennych wyzwaniach, także tych zawodowych, ale jednocześnie bardzo chroni prywatność i o osobistej przeszłości nie opowiada, koncentrując się na Oldze. Olga Leonowicz funkcjonuje tu jako kobieta, która nie zamierza pozostawać w cieniu partnera, rozwija własną karierę i najbardziej zastanawia się nad prawami kobiet w Polsce – czy nad (nie)obecnością płci pięknej w dyplomacji. To ona będzie zwracać uwagę na małżonków ambasadorów – ludzi bezustannie ocenianych i prowadzących własne działania na rzecz wspierania partnera bez wynagrodzenia czy podstawowych świadczeń, to ona będzie podkreślać wyzwania, jakie czekają na osobę, która zdecyduje się funkcjonować w kulisach polityki. W „Partnerstwie” Olga Leonowicz sprawia wrażenie, jakby zawsze wiedziała, jakich wyznań się od niej oczekuje – i konsekwentnie je wprowadzała do opowieści. Ale może też podzielić się z czytelnikami wieloma wartościowymi spostrzeżeniami na temat obecności kobiet w życiu publicznym. Może stanowić wzór dla wielu – nauczyć jednocześnie przebojowości, wrażliwości i obecności na własnych warunkach, zupełnie jak w wywiadzie.

Jest to książka autoprezentacyjna, co do tego nie ma wątpliwości – ale stworzona została tak, żeby zapewnić czytelnikom trochę wzruszeń i trochę materiału do przemyśleń. To, co pod powierzchnią, jest równie ważne jak to, co wielokrotnie powtarzane. „Partnerstwo” to nie tylko kreacja, ale też ujawnienie – w granicach możliwości – przepisu na współczesny, nietradycyjny związek.

czwartek, 12 marca 2026

Feluś i Gucio poznają cyferki

Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.

Układanka

Z takim zestawem poznawanie cyfr już nikomu niestraszne. Drewniane pudełko, a w środku… 46 puzzli ze sklejki – to coś w sam raz dla maluchów, które muszą opanować sztukę liczenia i chcą w tym celu wykorzystywać ciekawe zabawki edukacyjne. Do tego Feluś i Gucio, czyli chłopiec i jego pluszowy miś – para, która już niejeden raz przedstawiała maluchom to wszystko, co w najbliższym otoczeniu ważne. Wykorzystanie lubianych bohaterów byłoby nawet niepotrzebne (chociaż sprawdzą się jako wabik dla fanów cyklu), bo największą radość zapewnią najmłodszym odbiorcom same puzzle.

Cyfry od 0 do 9 zostały tu przedstawione dzięki układankom. Kolejne puzzlowe cyfry mają swoje tematy: piłki, samochody czy klocki, w dodatku na tłach o konkretnym kolorze, tak, żeby nie było wątpliwości, który element należy do którego zestawu. Puzzle układają się w graficzne cyfry (każda złożona z tylu elementów, ile reprezentuje, można zatem odliczać poszczególne klocki). Jakby tego było mało, pojawia się jeszcze zróżnicowanie wielkości: od najmniejszej jedynki, do największej dziewiątki. To również temat, który da się wykorzystać we wprowadzaniu w tajniki matematyki.

Korzystać z tego zestawu można na wiele różnych sposobów. Z jednej strony to zwyczajne układanie puzzli – sięganie po odpowiednie kształty i dopasowywanie ich do siebie. Zabawa, jaką zna każdy maluch, do tego – zabezpieczona przed zniszczeniem, bo drewniane puzzle są bardziej trwałe niż tekturowe, a wielkość i kształt sprawia, że łatwiej się nimi posługiwać najmłodszym (ćwiczenie małej motoryki: kolejny atut zabawki). Z drugiej strony – można tu układać zbiory (wybierać wszystkie piłki czy klocki), kojarzyć tła albo kolory przedmiotów, wymyślać kolejne polecenia i zadania w oparciu o dostarczony zestaw. Ważne jest też to, że w zabawie może uczestniczyć jedno dziecko, ale równie dobrze zestaw sprawdzi się podzielony między kilka maluchów.

Jest to zabawka bardzo estetycznie wykonana, dobrze wymyślona i przygotowana tak, żeby nie znudziła się dzieciom zbyt szybko. Ponieważ ma wspierać naukę liczenia, nie rozprasza się tutaj dzieci za sprawą natłoku przedmiotów czy barw, za to tematy ilustracji odwołują się do tego, co ważne dla Felusia i Gucia – oraz ich odbiorców docelowych. Puzzle do nauki liczenia to strzał w dziesiątkę. „Feluś i Gucio poznają cyferki” to połączenie mnemotechnicznych zajęć z prostotą pomysłu – najskuteczniejszy sposób na przekonanie dzieci, że matematyka jest zabawą i nie będzie się kojarzyć z męczarniami. Takie wprowadzenie do nauki liczenia spodoba się najmłodszym i błyskawicznie wzbudzi zainteresowanie. Każdy przecież chce się pobawić klockami, które łączą się, tworząc ciekawe zestawy obrazków. W tych puzzlach cieszy jednak nie tylko aspekt edukacyjny, ale i sam stopień dbałości o szczegóły, przygotowanie, które nie pozostawia nic przypadkowi. A po skończonej zabawie wystarczy wszystko zamknąć z powrotem w pudełku z przesuwaną górą.