Iskry, Warszawa 2026.
Ośrodek
Nie jest to książka fabularyzowana, nie jest to publikacja do rozrywkowej lektury. Bernadetta Darska stawia na wnikliwe analizowanie kolejnych dokumentów i materiałów dotyczących tworzenia się Centralnego Ośrodka Wychowawczo-Szkoleniowego im. Janusza Korczaka w Bartoszycach: domu dziecka, który ma zmienić postrzeganie losu sierot (co zwłaszcza po drugiej wojnie światowej ma ogromne znaczenie) i jednocześnie wyznaczyć trendy. Zadanie zaprojektowane z rozmachem i odwagą – wypełnione licznymi wyzwaniami i pokazujące trochę przemiany społeczne i obyczajowe.
W koszarach Ludendorffa ma powstać nowoczesna placówka zajmująca się dziećmi. To odrestaurowywane stopniowo budynki i cała masa papierkowej roboty – tak, żeby wszystko szło zgodnie z planem. Liczy się możliwość odnotowania kolejnych sukcesów i wypracowania dobrych – przyszłościowych rozwiązań. Ale w tym przeglądaniu archiwów Bernadetta Darska nie zapomina też o wychowankach ośrodka – zdarza się od czasu do czasu, że oddaje im głos (sprawdza zwłaszcza ich wspomnienia dotyczące Bartoszyc) lub pokazuje reakcje na konkretne sytuacje. Odpowiada odbiorcom na pytanie, dlaczego dzieci z Bartoszyc nie chciały być adoptowane i ukrywały się w lasach przed potencjalnymi rodzicami – i to ma najlepiej pokazywać, jak miejsce wpływało na młodych ludzi i co im oferowało.
Bernadetta Darska sprawdza skrupulatnie kolejne zapiski i materiały – wiedzę czerpie z oficjalnych dokumentów, nie starając się nawet ich oceniać czy komentować, bo przecież musi zachować dystans do przedmiotu badań. Zatem nawet jeśli coś wydaje się nie do końca trafionym pomysłem, pojawi się jedynie na zasadzie wzmianki – a nie jako źródło przeszkód i traum. Samo przygotowywanie ośrodka wymaga wytężonej pracy i działań nie tylko urzędniczych – i fragmenty książki, które odnoszą się do kształtowania placówki wydają się w lekturze bardzo suche, zupełnie jakby autorka mimowolnie przejmowała styl dokumentów. Dopiero kiedy w opowieści przyjdzie czas na ludzi, historia nabierze życia. Nawet jeśli momentami nie będą to wiadomości optymistyczne (jak w przypadku zbiorowego zatrucia pokarmowego). Odtwarzanie losów miejsca przede wszystkim z zachowanych dokumentów nie jest proste, Bernadetta Darska zdecydowała się na styl beznamiętny – dzięki temu może skupić się na przywoływaniu kolejnych odkryć, a nie na budowaniu własnej wizji ośrodka. Daje czytelnikom pojęcie o przedsięwzięciu dzisiaj zapomnianym, o pomyśle, z którym wiązano ogromne nadzieje i który miał prowadzić do zapewnienia szczęśliwego dzieciństwa tym, którzy nie odnaleźliby go we własnych domach. Co ważne, bardzo rzadko autorka może porozmawiać z osobami, które mają na temat Bartoszyc własne zdanie – i które doświadczyły tego, co w domu dziecka się działo. Dlatego też woli odczytywać zdjęcia i spisane wspomnienia – to daje jej pewien pogląd na rzeczywistość.
„Republika ludzi młodych. Opowieść o nowym człowieku” to książka, która niejeden raz zaskoczy czytelników zwłaszcza połączeniem polityki społecznej i efektami działań prowadzących do zapewnienia beztroskiego dzieciństwa osieroconym dzieciom. Jest to książka, która nie dostarcza relaksu, za to mówi sporo ważnych rzeczy o zjawisku obecnie zapomnianym.
tu-czytam
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
niedziela, 7 czerwca 2026
sobota, 6 czerwca 2026
Michele Assaarasakorn: Akcja Psiaki. Hazel ma ręce pełne roboty
Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.
Samodzielność
Michele Assaarasakorn w serii komiksów z serii Akcja Psiaki stara się przedstawiać różne problemy, z jakimi dzisiaj borykają się nastolatki – a jednocześnie nadać tym problemom rys uniwersalności tak, żeby czytelniczki nie wyrosły tak szybko z opowieści o kilku przyjaciółkach, które postanowiły połączyć chęć dorabiania do kieszonkowego z miłością do czworonogów. „Hazel ma ręce pełne roboty” to kolejny tom w serii – i tym razem autorka przygląda się uważniej bohaterce, która później dołączyła do paczki. Hazel porusza się na wózku inwalidzkim, cierpi na SMA (rdzeniowy zanik mięśni) – co wcześniej nie zostało wyjaśnione, a autorka ze swojej decyzji tłumaczy się w posłowiu. Bohaterka musi chodzić na fizjoterapię, a ponadto przyjmuje jeden z najdroższych leków na świecie – żeby zahamować postępy choroby i jak najdłużej móc funkcjonować bez wsparcia innych. Jednak właśnie ta kwestia – pomoc ze strony innych – ma w tej książce wielkie znaczenie.
Zbliżają się wakacje i każda z dziewczyn z Psiaków ma swoje plany. Jedna musi pojechać do ojca, który ożeni się powtórnie i chciałby przedstawić wybrankę serca swojej córce. Do innej przyjeżdża znajoma – i trzeba będzie się nią zająć, a na pewno zapewnić jej trochę rozrywek w nieznanym otoczeniu. I kiedy Hazel dowiaduje się, że ojciec i syn (również poruszający się na wózku) nie mogą znaleźć opiekunów dla swoich zwierzaków, postanawia im pomóc. Radzi sobie świetnie: przede wszystkim sama jest rezolutna i przewidująca, ma bardzo silne ręce i wie, jak sobie radzić z różnymi wyzwaniami. Dom nowych klientów Psiaków jest przystosowany do osób jeżdżących na wózkach, więc łatwo będzie dziewczynie poruszać się nawet w nieznanym otoczeniu. Ale problemem jest mama Hazel – kobieta, która swoją nadopiekuńczością doprowadza do rozpaczy nastolatkę. Mama nie chce, żeby Hazel robiła coś bez towarzystwa, boi się o córkę – i to najzupełniej zrozumiałe. Ale swoim strachem blokuje działania dziewczyny, która chce udowodnić, że zasługuje na zaufanie i że poradzi sobie w każdej sytuacji. Dlatego też Hazel musi po raz pierwszy w życiu okłamać mamę, żeby nie musieć rezygnować ze swoich planów. Oczywiście każde kłamstwo wcześniej czy później wyjdzie na jaw, więc czytelniczki będą się skupiać na tym, jak bohaterka rozwiązuje swój problem i jak wyjaśnia mamie, czego potrzebuje. Obie bohaterki zresztą zyskują tu szansę na wyrażenie swoich uczuć i spokojną rozmowę – w której emocji wprawdzie nie zabraknie, ale to wskazówka także dla odbiorczyń i ich rodziców – warto wypracowywać kompromisy zamiast doprowadzać do sytuacji granicznych.
Jest to książka w sam raz dla wszystkich czytelniczek, które kochają opowieści o zwierzętach – jak zawsze mamy tu do czynienia z bogatą galerią psów i kotów o rozmaitych charakterach, nie można się oderwać od ich przygód i pomysłów. To rodzaj nagrody dla czytelniczek – bo otrzymują w komiksie jak zwykle całą serię tematów społecznych, ważnych w gronie rówieśniczek albo w relacjach z dorosłymi. To bardzo dobrze przygotowana seria. Na uwagę zasługuje też warstwa obrazkowa – trochę w stylu anime, co przyciągnie wzrok młodszych nastolatek i nakłoni je do sięgnięcia po mądrą i wartościową opowieść.
Samodzielność
Michele Assaarasakorn w serii komiksów z serii Akcja Psiaki stara się przedstawiać różne problemy, z jakimi dzisiaj borykają się nastolatki – a jednocześnie nadać tym problemom rys uniwersalności tak, żeby czytelniczki nie wyrosły tak szybko z opowieści o kilku przyjaciółkach, które postanowiły połączyć chęć dorabiania do kieszonkowego z miłością do czworonogów. „Hazel ma ręce pełne roboty” to kolejny tom w serii – i tym razem autorka przygląda się uważniej bohaterce, która później dołączyła do paczki. Hazel porusza się na wózku inwalidzkim, cierpi na SMA (rdzeniowy zanik mięśni) – co wcześniej nie zostało wyjaśnione, a autorka ze swojej decyzji tłumaczy się w posłowiu. Bohaterka musi chodzić na fizjoterapię, a ponadto przyjmuje jeden z najdroższych leków na świecie – żeby zahamować postępy choroby i jak najdłużej móc funkcjonować bez wsparcia innych. Jednak właśnie ta kwestia – pomoc ze strony innych – ma w tej książce wielkie znaczenie.
Zbliżają się wakacje i każda z dziewczyn z Psiaków ma swoje plany. Jedna musi pojechać do ojca, który ożeni się powtórnie i chciałby przedstawić wybrankę serca swojej córce. Do innej przyjeżdża znajoma – i trzeba będzie się nią zająć, a na pewno zapewnić jej trochę rozrywek w nieznanym otoczeniu. I kiedy Hazel dowiaduje się, że ojciec i syn (również poruszający się na wózku) nie mogą znaleźć opiekunów dla swoich zwierzaków, postanawia im pomóc. Radzi sobie świetnie: przede wszystkim sama jest rezolutna i przewidująca, ma bardzo silne ręce i wie, jak sobie radzić z różnymi wyzwaniami. Dom nowych klientów Psiaków jest przystosowany do osób jeżdżących na wózkach, więc łatwo będzie dziewczynie poruszać się nawet w nieznanym otoczeniu. Ale problemem jest mama Hazel – kobieta, która swoją nadopiekuńczością doprowadza do rozpaczy nastolatkę. Mama nie chce, żeby Hazel robiła coś bez towarzystwa, boi się o córkę – i to najzupełniej zrozumiałe. Ale swoim strachem blokuje działania dziewczyny, która chce udowodnić, że zasługuje na zaufanie i że poradzi sobie w każdej sytuacji. Dlatego też Hazel musi po raz pierwszy w życiu okłamać mamę, żeby nie musieć rezygnować ze swoich planów. Oczywiście każde kłamstwo wcześniej czy później wyjdzie na jaw, więc czytelniczki będą się skupiać na tym, jak bohaterka rozwiązuje swój problem i jak wyjaśnia mamie, czego potrzebuje. Obie bohaterki zresztą zyskują tu szansę na wyrażenie swoich uczuć i spokojną rozmowę – w której emocji wprawdzie nie zabraknie, ale to wskazówka także dla odbiorczyń i ich rodziców – warto wypracowywać kompromisy zamiast doprowadzać do sytuacji granicznych.
Jest to książka w sam raz dla wszystkich czytelniczek, które kochają opowieści o zwierzętach – jak zawsze mamy tu do czynienia z bogatą galerią psów i kotów o rozmaitych charakterach, nie można się oderwać od ich przygód i pomysłów. To rodzaj nagrody dla czytelniczek – bo otrzymują w komiksie jak zwykle całą serię tematów społecznych, ważnych w gronie rówieśniczek albo w relacjach z dorosłymi. To bardzo dobrze przygotowana seria. Na uwagę zasługuje też warstwa obrazkowa – trochę w stylu anime, co przyciągnie wzrok młodszych nastolatek i nakłoni je do sięgnięcia po mądrą i wartościową opowieść.
piątek, 5 czerwca 2026
Helena Piecuch: Mamuna
Czarne, Wołowiec 2026.
Mrok natury
Takie historie nigdy się nie zestarzeją, oparte na ludowych wierzeniach i na tradycjach zapominanych, a odgrzebywanych od czasu do czasu przez pasjonatów. „Mamuna” Heleny Piecuch to powieść, w której ważniejsze niż to, co się wydarza, jest to, co się nie dzieje, albo co funkcjonuje na pograniczu realizmu i świata niezrozumiałego dla większości postronnych. Wioletta z pozoru ma szczęśliwą rodzinę – jej mąż zajmuje się badaniem płazów i doskonale rozumie istoty, na widok których inni odwracają wzrok. Trzy córki – Iza, Agata i Ruta – muszą nauczyć się samodzielności znacznie szybciej, niż w normalnych rodzinach. Matka dystansuje się od nich i nie jest w stanie uspokoić szalejących w niej efektów zewu natury. W sielankę wkracza mamuna – i tak naprawdę nie wiadomo, czy pochodzi ona z jestestwa Wioletty, czy to stwory z wierzeń ludowych owładnęły kobietę tak, że ta nie jest w stanie im się oprzeć i poświęci nawet najbliższych, byle tylko znaleźć spokój i swoje miejsce na świecie. „Mamuna” to książka kilkugłosowa: po kolei historię przedstawiają tu Wioletta, Jerzy, Iza, Agata i Ruta – a każda z nich ma do opowiedzenia zupełnie inny fragment codzienności. Każda z nich też zwraca uwagę na różne aspekty funkcjonowania w domu na skraju wsi – Wiolettę najmniej interesuje przyziemność, z kolei Jerzy stara się porzucić łatkę naukowca interesującego się wyłącznie własnymi badaniami – chociaż nie do końca to potrafi, próbuje scementować rodzinę, a przynajmniej zareagować na to, co niewytłumaczalne, a co dzieje się na wyciągnięcie ręki. Iza najrozsądniej ucieka z domu, kiedy to tylko możliwe – nie czuje się w żaden sposób odpowiedzialna za młodsze siostry i nie zamierza brać na siebie problemów rodziców. Agata wie, co się dzieje, ale zareagować nie może. A Ruta – ta, która imię dostała od przyrody – widzi najwięcej i znowu – może stać się pomostem między światem bajań a rzeczywistością.
Nie ma tu spektakularnych wydarzeń ani fabuły, która trzymałaby w napięciu, nawet jeśli Helena Piecuch dba o to, żeby od czasu do czasu coś się działo, to walka o uwagę czytelników rozgrywa się w zupełnie innej płaszczyźnie, w płaszczyźnie narracji i opisów. A te są naprawdę magiczne i mocne – wciągają odbiorców i urzekają rytmem, są niespokojne, ale jednocześnie uporządkowane. Odbiegają od tego, co odbiorcy kojarzą z poczytnych lektur – są migotliwe i nieuchwytne do końca. A niosą w sobie treści, które mają wywierać najsilniejsze wrażenie na wszystkich wrażliwcach i tych, którzy mają nadzieję, że uda się ocalić coś z ludowej kultury. Helena Piecuch tworzy powieść na kanwie dawnych przekazów – a jednocześnie zanurza ją mocno we współczesności. Karmi czytelników niezwykłym połączeniem, zestawieniem tego, co przyziemne i dosłowne z tym, co nie do opowiedzenia. W słowach tkwi jej wielka siła, siła, która nawet psychologię postaci pokonuje – nie liczy się tu nic poza sztuką opowiadania i powrotem do legend. „Mamuna” to książka, która bazuje na niepokoju, na nieoczywistości i na porażce w tworzeniu utopii w wymiarze mikro.
Mrok natury
Takie historie nigdy się nie zestarzeją, oparte na ludowych wierzeniach i na tradycjach zapominanych, a odgrzebywanych od czasu do czasu przez pasjonatów. „Mamuna” Heleny Piecuch to powieść, w której ważniejsze niż to, co się wydarza, jest to, co się nie dzieje, albo co funkcjonuje na pograniczu realizmu i świata niezrozumiałego dla większości postronnych. Wioletta z pozoru ma szczęśliwą rodzinę – jej mąż zajmuje się badaniem płazów i doskonale rozumie istoty, na widok których inni odwracają wzrok. Trzy córki – Iza, Agata i Ruta – muszą nauczyć się samodzielności znacznie szybciej, niż w normalnych rodzinach. Matka dystansuje się od nich i nie jest w stanie uspokoić szalejących w niej efektów zewu natury. W sielankę wkracza mamuna – i tak naprawdę nie wiadomo, czy pochodzi ona z jestestwa Wioletty, czy to stwory z wierzeń ludowych owładnęły kobietę tak, że ta nie jest w stanie im się oprzeć i poświęci nawet najbliższych, byle tylko znaleźć spokój i swoje miejsce na świecie. „Mamuna” to książka kilkugłosowa: po kolei historię przedstawiają tu Wioletta, Jerzy, Iza, Agata i Ruta – a każda z nich ma do opowiedzenia zupełnie inny fragment codzienności. Każda z nich też zwraca uwagę na różne aspekty funkcjonowania w domu na skraju wsi – Wiolettę najmniej interesuje przyziemność, z kolei Jerzy stara się porzucić łatkę naukowca interesującego się wyłącznie własnymi badaniami – chociaż nie do końca to potrafi, próbuje scementować rodzinę, a przynajmniej zareagować na to, co niewytłumaczalne, a co dzieje się na wyciągnięcie ręki. Iza najrozsądniej ucieka z domu, kiedy to tylko możliwe – nie czuje się w żaden sposób odpowiedzialna za młodsze siostry i nie zamierza brać na siebie problemów rodziców. Agata wie, co się dzieje, ale zareagować nie może. A Ruta – ta, która imię dostała od przyrody – widzi najwięcej i znowu – może stać się pomostem między światem bajań a rzeczywistością.
Nie ma tu spektakularnych wydarzeń ani fabuły, która trzymałaby w napięciu, nawet jeśli Helena Piecuch dba o to, żeby od czasu do czasu coś się działo, to walka o uwagę czytelników rozgrywa się w zupełnie innej płaszczyźnie, w płaszczyźnie narracji i opisów. A te są naprawdę magiczne i mocne – wciągają odbiorców i urzekają rytmem, są niespokojne, ale jednocześnie uporządkowane. Odbiegają od tego, co odbiorcy kojarzą z poczytnych lektur – są migotliwe i nieuchwytne do końca. A niosą w sobie treści, które mają wywierać najsilniejsze wrażenie na wszystkich wrażliwcach i tych, którzy mają nadzieję, że uda się ocalić coś z ludowej kultury. Helena Piecuch tworzy powieść na kanwie dawnych przekazów – a jednocześnie zanurza ją mocno we współczesności. Karmi czytelników niezwykłym połączeniem, zestawieniem tego, co przyziemne i dosłowne z tym, co nie do opowiedzenia. W słowach tkwi jej wielka siła, siła, która nawet psychologię postaci pokonuje – nie liczy się tu nic poza sztuką opowiadania i powrotem do legend. „Mamuna” to książka, która bazuje na niepokoju, na nieoczywistości i na porażce w tworzeniu utopii w wymiarze mikro.
czwartek, 4 czerwca 2026
Katarzyna Czajka-Kominiarczuk: Marilyn Monroe. Wszystkie twarze bogini
Mando, WAM, Kraków 2026.
Ikona
Przeważnie opowieści o sławnych i znanych to powtarzanie informacji biograficznych i budowanie kolejnych narracji na podstawie tego, co już wielokrotnie zbadane i powiedziane, ale Katarzyna Czajka-Kominiarczuk szuka dla siebie innej drogi. „Marilyn Monroe. Wszystkie twarze bogini” to książka, która rozpoczyna się tam, gdzie inni przestają pisać. Autorkę interesuje bowiem znacznie bardziej to, co wydarzyło się po śmierci ikony kina: jak jej wizerunek, jej dorobek i coś, co dzisiaj nazywa się chętnie marką osobistą, przetrwały i inspirują kolejne pokolenia twórców z różnych dziedzin.
Marilyn Monroe funkcjonuje tutaj jako zjawisko i jako punkt odniesienia, nie jako ambitna aktorka z pomysłami na własną karierę, a jako symbol. Można ją naśladować dzięki odpowiednim kostiumom, ale da się też nawiązywać do niej za sprawą charakterystycznych i rozpoznawalnych scenek (jak choćby ta z podwiewaną nad kratką wentylacyjną sukienką). Katarzyna Czajka-Kominiarczuk wydobywa tego typu nawiązania i prowadzi odbiorców przez tematyczny przegląd kolejnych inspiracji. Marilyn Monroe jest tu tworzywem, materiałem do budowania społecznego porozumienia – i nie ma znaczenia wiek odbiorców, odniesienia do tej postaci można znaleźć nawet w bajkach (choć wiadomo, że dzieci aluzji nie odczytają). Autorka sprawdza, jak Marilyn Monroe funkcjonowała w filmach i spektaklach, serialach i musicalach biograficznych – to jedna z kategorii, nawiązywanie do opowieści o życiu i próba rozwiązania zagadki śmierci gwiazdy. Innym razem przygląda się wizerunkowi Marilyn Monroe w piosenkach, jest nawet rozdział o tej bohaterce w piosenkach polskich. Katarzyna Czajka-Kominiarczuk stara się, żeby wyliczenia nie nużyły czytelników, a pokazywały im świat, który kipi od wewnętrznych nawiązań i cytatów. Wykazuje się przy tym dużą orientacją w świecie popkultury, może zatem stać się przewodnikiem dla czytelników. To opowieść o filmach, które powstały dzięki Marilyn Monroe – chociaż bez jej udziału. O reklamach, w których ta aktorka nie zagrała (z promowaniem produktów, których nawet nie miałaby szansy poznać). Trzeba przyznać, że Marilyn Monroe jako symbol żyje własnym życiem i zapewnia odbiorcom sporą dozę niespodzianek.
Nie jest to książka fabularyzowana, narracja ma tu znaczenie drugoplanowe, a sama autorka bardziej skupia się na tym, żeby podawać i dokumentować wszystkie znaleziska, niż żeby uwieść czytelników wartką opowieścią – ale Marilyn Monroe w wersji post mortem może służyć za świetne dopowiedzenie do biografii. Jeśli ktoś chce sprawdzić, jak postać rozpoznawalna do dzisiaj dalej żyje w wyobraźni artystów, ma na to wyjątkową szansę. Marilyn Monroe nie daje się zaszufladkować – a jednak przez wybór tylko kilku spośród możliwych odniesień staje się sprowadzona do lekkiego banału. „Marilyn Monroe. Wszystkie twarze bogini” to przegląd-ciekawostka, w sam raz dla poszukujących źródeł inspiracji. Katarzyna Czajka-Kominiarczuk dzieli się z czytelnikami sporą wiedzą i pozwala im na śledzenie fenomenu MM w różnych dziełach. Ta publikacja to przypis do twórczości Marilyn Monroe – i jednocześnie próba pokazania, jak tworzą się czytelne dla całych pokoleń odnośniki.
Ikona
Przeważnie opowieści o sławnych i znanych to powtarzanie informacji biograficznych i budowanie kolejnych narracji na podstawie tego, co już wielokrotnie zbadane i powiedziane, ale Katarzyna Czajka-Kominiarczuk szuka dla siebie innej drogi. „Marilyn Monroe. Wszystkie twarze bogini” to książka, która rozpoczyna się tam, gdzie inni przestają pisać. Autorkę interesuje bowiem znacznie bardziej to, co wydarzyło się po śmierci ikony kina: jak jej wizerunek, jej dorobek i coś, co dzisiaj nazywa się chętnie marką osobistą, przetrwały i inspirują kolejne pokolenia twórców z różnych dziedzin.
Marilyn Monroe funkcjonuje tutaj jako zjawisko i jako punkt odniesienia, nie jako ambitna aktorka z pomysłami na własną karierę, a jako symbol. Można ją naśladować dzięki odpowiednim kostiumom, ale da się też nawiązywać do niej za sprawą charakterystycznych i rozpoznawalnych scenek (jak choćby ta z podwiewaną nad kratką wentylacyjną sukienką). Katarzyna Czajka-Kominiarczuk wydobywa tego typu nawiązania i prowadzi odbiorców przez tematyczny przegląd kolejnych inspiracji. Marilyn Monroe jest tu tworzywem, materiałem do budowania społecznego porozumienia – i nie ma znaczenia wiek odbiorców, odniesienia do tej postaci można znaleźć nawet w bajkach (choć wiadomo, że dzieci aluzji nie odczytają). Autorka sprawdza, jak Marilyn Monroe funkcjonowała w filmach i spektaklach, serialach i musicalach biograficznych – to jedna z kategorii, nawiązywanie do opowieści o życiu i próba rozwiązania zagadki śmierci gwiazdy. Innym razem przygląda się wizerunkowi Marilyn Monroe w piosenkach, jest nawet rozdział o tej bohaterce w piosenkach polskich. Katarzyna Czajka-Kominiarczuk stara się, żeby wyliczenia nie nużyły czytelników, a pokazywały im świat, który kipi od wewnętrznych nawiązań i cytatów. Wykazuje się przy tym dużą orientacją w świecie popkultury, może zatem stać się przewodnikiem dla czytelników. To opowieść o filmach, które powstały dzięki Marilyn Monroe – chociaż bez jej udziału. O reklamach, w których ta aktorka nie zagrała (z promowaniem produktów, których nawet nie miałaby szansy poznać). Trzeba przyznać, że Marilyn Monroe jako symbol żyje własnym życiem i zapewnia odbiorcom sporą dozę niespodzianek.
Nie jest to książka fabularyzowana, narracja ma tu znaczenie drugoplanowe, a sama autorka bardziej skupia się na tym, żeby podawać i dokumentować wszystkie znaleziska, niż żeby uwieść czytelników wartką opowieścią – ale Marilyn Monroe w wersji post mortem może służyć za świetne dopowiedzenie do biografii. Jeśli ktoś chce sprawdzić, jak postać rozpoznawalna do dzisiaj dalej żyje w wyobraźni artystów, ma na to wyjątkową szansę. Marilyn Monroe nie daje się zaszufladkować – a jednak przez wybór tylko kilku spośród możliwych odniesień staje się sprowadzona do lekkiego banału. „Marilyn Monroe. Wszystkie twarze bogini” to przegląd-ciekawostka, w sam raz dla poszukujących źródeł inspiracji. Katarzyna Czajka-Kominiarczuk dzieli się z czytelnikami sporą wiedzą i pozwala im na śledzenie fenomenu MM w różnych dziełach. Ta publikacja to przypis do twórczości Marilyn Monroe – i jednocześnie próba pokazania, jak tworzą się czytelne dla całych pokoleń odnośniki.
środa, 3 czerwca 2026
Joseph Cox: Anom. Największa operacja FBI przeciwko światowej przestępczości
Czarne, Wołowiec 2026.
Podstęp
Zwykle to przestępcy wyprzedzają tych, którzy mają ich śledzić – jednak Joseph Cox pokazuje sytuację, w której śledczy – FBI – wymyśliło sposób, jak zwabić w pułapkę osoby zajmujące się między innymi handlem narkotykami na wielką skalę. „Anom. Największa operacja FBI przeciwko światowej przestępczości” to opowieść wypełniona silnymi emocjami w tle, a precyzją i trafnymi obrazkami na pierwszym planie. Mamy tu reportaż śledczy – i mocno działające na wyobraźnię sceny. Najpierw Joseph Cox pokazuje odbiorcom, jak funkcjonowały gangi i z jakiego powodu trudno było dostać się do wiadomości potrzebnych do rozbicia struktur zorganizowanych grup przestępczych. To nie budzi wątpliwości i raczej wszystkim wydaje się oczywiste. Jednak wodzeni za nos śledczy też mogą wykorzystać zdobycze technologiczne, żeby zwiększyć szanse na wygraną w tej nierównej walce – i tak dzieje się w tym przypadku. „Anom” to książka o tym, jak FBI stworzyło produkt, którym zainfekowało gangi – żeby zyskać dostęp do niezbędnych danych. Z jednej strony mamy tutaj start-upy, działania, które mocno ułatwiają przestępcom komunikowanie się – produkty i usługi, które wprawdzie oficjalnie nie mogą być wykorzystywane do łamania prawa, ale w praktyce są lubiane przez mafijnych bossów i siatki przestępczych kontaktów. Komunikatory i telefony muszą być bezpieczne, a do tego przestępcy chcą jeszcze mieć pewność, że w razie wpadki uda im się szybko skasować obciążające ich wiadomości – tu nie mogą zatem liczyć na istniejących na rynku poważnych graczy, bo ci z pewnością chętnie będą współpracować ze śledczymi. Z pomocą przychodzą zatem małe firmy i start-upy. Z drugiej strony mamy FBI – które samo wymyśla i wprowadza na rynek – w tym przede wszystkim rynek przestępczy – Anoma – sposób na komunikowanie się bezpieczne i wolne od podsłuchów (a w rzeczywistości dostarczające wiadomości bezpośrednio na monitory śledczych). Przestępcy zachłystują się możliwościami, jakie zapewnia im Anom – i nie mają pojęcia, że właśnie dostarczają dowodów na swoją nielegalną działalność.
Joseph Cox nie spieszy się z opowieścią. Przedstawia ją po kawałku, tak, żeby zapewnić odbiorcom sporo emocji i adrenaliny – i żeby uzmysłowić im, jak skomplikowaną akcją było wypuszczenie na czarny rynek nowego sposobu na komunikowanie się – tak, żeby nie wzbudzić niczyich podejrzeń. Prezentuje i mafiozów, którzy szukali dla swoich ludzi najlepszych możliwych telefonów i aplikacji – i śledczych, którzy musieli działać ostrożnie, żeby nie zdradzić się przedwcześnie i żeby uzyskać materiały pozwalające oskarżyć nie płotki, ale szefów. To akcja o zasięgu międzynarodowym i wymuszająca na autorach sięganie po nowoczesne rozwiązania. Nie ma miejsca na przypadek ani na pomyłki czy błędy – i właśnie ta misterna konstrukcja zostaje w książce ładnie rozrysowana. „Anom” to lektura niemal kryminalna, wypełniona bardzo atrakcyjnymi z perspektywy zwykłych czytelników treściami – tu wszystko jest pokazane bardzo dokładnie, tak, żeby odbiorcy mieli wrażenie oglądania akcji w zwolnionym tempie – po to, by zdążyli wszystko zaobserwować i przeanalizować. Jest to publikacja wyjątkowa, dobra nie tylko jako źródło ciekawostek, ale i jako rozrywkowa lektura.
Podstęp
Zwykle to przestępcy wyprzedzają tych, którzy mają ich śledzić – jednak Joseph Cox pokazuje sytuację, w której śledczy – FBI – wymyśliło sposób, jak zwabić w pułapkę osoby zajmujące się między innymi handlem narkotykami na wielką skalę. „Anom. Największa operacja FBI przeciwko światowej przestępczości” to opowieść wypełniona silnymi emocjami w tle, a precyzją i trafnymi obrazkami na pierwszym planie. Mamy tu reportaż śledczy – i mocno działające na wyobraźnię sceny. Najpierw Joseph Cox pokazuje odbiorcom, jak funkcjonowały gangi i z jakiego powodu trudno było dostać się do wiadomości potrzebnych do rozbicia struktur zorganizowanych grup przestępczych. To nie budzi wątpliwości i raczej wszystkim wydaje się oczywiste. Jednak wodzeni za nos śledczy też mogą wykorzystać zdobycze technologiczne, żeby zwiększyć szanse na wygraną w tej nierównej walce – i tak dzieje się w tym przypadku. „Anom” to książka o tym, jak FBI stworzyło produkt, którym zainfekowało gangi – żeby zyskać dostęp do niezbędnych danych. Z jednej strony mamy tutaj start-upy, działania, które mocno ułatwiają przestępcom komunikowanie się – produkty i usługi, które wprawdzie oficjalnie nie mogą być wykorzystywane do łamania prawa, ale w praktyce są lubiane przez mafijnych bossów i siatki przestępczych kontaktów. Komunikatory i telefony muszą być bezpieczne, a do tego przestępcy chcą jeszcze mieć pewność, że w razie wpadki uda im się szybko skasować obciążające ich wiadomości – tu nie mogą zatem liczyć na istniejących na rynku poważnych graczy, bo ci z pewnością chętnie będą współpracować ze śledczymi. Z pomocą przychodzą zatem małe firmy i start-upy. Z drugiej strony mamy FBI – które samo wymyśla i wprowadza na rynek – w tym przede wszystkim rynek przestępczy – Anoma – sposób na komunikowanie się bezpieczne i wolne od podsłuchów (a w rzeczywistości dostarczające wiadomości bezpośrednio na monitory śledczych). Przestępcy zachłystują się możliwościami, jakie zapewnia im Anom – i nie mają pojęcia, że właśnie dostarczają dowodów na swoją nielegalną działalność.
Joseph Cox nie spieszy się z opowieścią. Przedstawia ją po kawałku, tak, żeby zapewnić odbiorcom sporo emocji i adrenaliny – i żeby uzmysłowić im, jak skomplikowaną akcją było wypuszczenie na czarny rynek nowego sposobu na komunikowanie się – tak, żeby nie wzbudzić niczyich podejrzeń. Prezentuje i mafiozów, którzy szukali dla swoich ludzi najlepszych możliwych telefonów i aplikacji – i śledczych, którzy musieli działać ostrożnie, żeby nie zdradzić się przedwcześnie i żeby uzyskać materiały pozwalające oskarżyć nie płotki, ale szefów. To akcja o zasięgu międzynarodowym i wymuszająca na autorach sięganie po nowoczesne rozwiązania. Nie ma miejsca na przypadek ani na pomyłki czy błędy – i właśnie ta misterna konstrukcja zostaje w książce ładnie rozrysowana. „Anom” to lektura niemal kryminalna, wypełniona bardzo atrakcyjnymi z perspektywy zwykłych czytelników treściami – tu wszystko jest pokazane bardzo dokładnie, tak, żeby odbiorcy mieli wrażenie oglądania akcji w zwolnionym tempie – po to, by zdążyli wszystko zaobserwować i przeanalizować. Jest to publikacja wyjątkowa, dobra nie tylko jako źródło ciekawostek, ale i jako rozrywkowa lektura.
wtorek, 2 czerwca 2026
Lena Jones: Agata Szajba. Spisek w metrze
Kropka, Warszawa 2026.
Kary
Gildia Strażników jest bezlitosna. Nie znosi łamania swoich wewnętrznych zasad, a krnąbrnych członków natychmiast wyrzuca. Ale Agata Szajba jeszcze przez chwilę o tym wiedzieć nie będzie. Na razie przymierza się do rozwiązania zagadki morderstwa w muzeum – a przecież nikt nie weźmie na poważnie dziecka próbującego przeprowadzić małe dochodzenie. Nawet jeśli to dziecko ma imię na cześć Agathy Christie, a jego mama rozwiązywała zagadki kryminalne bez problemu. Teraz jednak mama nie żyje, Agata Szajba bardzo chciałaby się czegoś o niej dowiedzieć, a w tym celu nie zawsze może siedzieć grzecznie na lekcjach w szkole. Czasami potrzebuje przejść do działania i nieraz złamać prawo albo zasady ustalane przez dorosłych. Wiadomo – kto chce mieć efekty w amatorskim śledztwie, musi często decydować się na brawurę. Agata wie już, jak kanałami przejść do Gildii Strażników, pamięta nawet, gdzie stoi rower, na którym jeździła jej mama. I tu zaczynają się jej prywatne zagadki – bo oto bohaterka przekonuje się, że po rzekomym wypadku na pojeździe mamy nie ma nawet śladu. I nie jest to najdziwniejsza rzecz, którą dziewczynka odkrywa. Jakby tego wszystkiego było mało, Gildia Strażników ma przyjąć Agatę w swoje szeregi, a to oznacza próby – detektywistyczne łamigłówki do rozwiązania. Pojawią się bez uprzedzenia, będą wyjątkowo trudne i mają stanowić ostateczny test przydatności dla małej bohaterki. Agata wie, że tego testu nie wolno jej oblać, jeśli chce dostać się do pilnie strzeżonych tajemnic o mamie. Pytanie tylko, czy będzie jeszcze mieszkać w Londynie, zanim przyjdą do niej wysłannicy Gildii...
„Agata Szajba. Spisek w metrze” to druga część kryminalnej serii dla młodych odbiorców. I tym razem Lena Jones nie zamierza zwalniać tempa akcji, każe swojej bohaterce wykonywać zadania wymagające nie tylko wielkich umiejętności dedukcyjnych, ale i nie lada sprytu i siły fizycznej. Agata wie doskonale, że w szkole nie zdobędzie potrzebnych jej umiejętności – dlatego bez większego oporu ucieka z lekcji, często dzięki pomocy wiernych przyjaciół. Tym razem jednak najważniejsze walki toczyć musi zupełnie sama. Sprzymierzeńca nie znajdzie też w tacie – ten ma swoje zmartwienia, a poza tym nie może pozwolić, żeby Agata narażała się na niebezpieczeństwo. Gdyby tylko wiedział, co spotyka jego córkę, z pewnością dołożyłby wszelkich starań, żeby uchronić ją przed spiskowcami z Gildii. Pytanie tylko, czy udałoby mu się przechytrzyć rezolutną bohaterkę.
Ta książka jest wypełniona akcją – a wszelkie wyzwania i zagrożenia są tu prawdziwe. Co więcej, autorka dokłada jeszcze kilka dylematów moralno-obyczajowych (świat dorosłych wkrada się w codzienność Agaty także za sprawą przyziemnych zupełnie kwestii związanych z pracą taty) oraz osobistych uprzedzeń niektórych ludzi. Agata rozwiązuje zagadki jak maszyna, ale nie zawsze radzi sobie z właściwym odczytywaniem istoty relacji międzyludzkich – i to może być zaskoczeniem dla wpatrzonych w nią fanów dziecięcych kryminałów. Lena Jones po raz kolejny nie zawodzi – nie tylko pozwala odbiorcom na dobrą zabawę przy śledzeniu dynamicznej fabuły, ale jeszcze zaszczepia w nich zainteresowanie detektywistycznymi łamigłówkami.
Kary
Gildia Strażników jest bezlitosna. Nie znosi łamania swoich wewnętrznych zasad, a krnąbrnych członków natychmiast wyrzuca. Ale Agata Szajba jeszcze przez chwilę o tym wiedzieć nie będzie. Na razie przymierza się do rozwiązania zagadki morderstwa w muzeum – a przecież nikt nie weźmie na poważnie dziecka próbującego przeprowadzić małe dochodzenie. Nawet jeśli to dziecko ma imię na cześć Agathy Christie, a jego mama rozwiązywała zagadki kryminalne bez problemu. Teraz jednak mama nie żyje, Agata Szajba bardzo chciałaby się czegoś o niej dowiedzieć, a w tym celu nie zawsze może siedzieć grzecznie na lekcjach w szkole. Czasami potrzebuje przejść do działania i nieraz złamać prawo albo zasady ustalane przez dorosłych. Wiadomo – kto chce mieć efekty w amatorskim śledztwie, musi często decydować się na brawurę. Agata wie już, jak kanałami przejść do Gildii Strażników, pamięta nawet, gdzie stoi rower, na którym jeździła jej mama. I tu zaczynają się jej prywatne zagadki – bo oto bohaterka przekonuje się, że po rzekomym wypadku na pojeździe mamy nie ma nawet śladu. I nie jest to najdziwniejsza rzecz, którą dziewczynka odkrywa. Jakby tego wszystkiego było mało, Gildia Strażników ma przyjąć Agatę w swoje szeregi, a to oznacza próby – detektywistyczne łamigłówki do rozwiązania. Pojawią się bez uprzedzenia, będą wyjątkowo trudne i mają stanowić ostateczny test przydatności dla małej bohaterki. Agata wie, że tego testu nie wolno jej oblać, jeśli chce dostać się do pilnie strzeżonych tajemnic o mamie. Pytanie tylko, czy będzie jeszcze mieszkać w Londynie, zanim przyjdą do niej wysłannicy Gildii...
„Agata Szajba. Spisek w metrze” to druga część kryminalnej serii dla młodych odbiorców. I tym razem Lena Jones nie zamierza zwalniać tempa akcji, każe swojej bohaterce wykonywać zadania wymagające nie tylko wielkich umiejętności dedukcyjnych, ale i nie lada sprytu i siły fizycznej. Agata wie doskonale, że w szkole nie zdobędzie potrzebnych jej umiejętności – dlatego bez większego oporu ucieka z lekcji, często dzięki pomocy wiernych przyjaciół. Tym razem jednak najważniejsze walki toczyć musi zupełnie sama. Sprzymierzeńca nie znajdzie też w tacie – ten ma swoje zmartwienia, a poza tym nie może pozwolić, żeby Agata narażała się na niebezpieczeństwo. Gdyby tylko wiedział, co spotyka jego córkę, z pewnością dołożyłby wszelkich starań, żeby uchronić ją przed spiskowcami z Gildii. Pytanie tylko, czy udałoby mu się przechytrzyć rezolutną bohaterkę.
Ta książka jest wypełniona akcją – a wszelkie wyzwania i zagrożenia są tu prawdziwe. Co więcej, autorka dokłada jeszcze kilka dylematów moralno-obyczajowych (świat dorosłych wkrada się w codzienność Agaty także za sprawą przyziemnych zupełnie kwestii związanych z pracą taty) oraz osobistych uprzedzeń niektórych ludzi. Agata rozwiązuje zagadki jak maszyna, ale nie zawsze radzi sobie z właściwym odczytywaniem istoty relacji międzyludzkich – i to może być zaskoczeniem dla wpatrzonych w nią fanów dziecięcych kryminałów. Lena Jones po raz kolejny nie zawodzi – nie tylko pozwala odbiorcom na dobrą zabawę przy śledzeniu dynamicznej fabuły, ale jeszcze zaszczepia w nich zainteresowanie detektywistycznymi łamigłówkami.
poniedziałek, 1 czerwca 2026
Anne Drozd, Jerzy Drozd: Rakiety. Pokonać grawitację
Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.
Fizyka
W serii Naukomiks pojawiają się wyjaśnienia kwestii, które wykraczają daleko poza program szkolny i raczej nie pojawią się w edukacyjnych publikacjach z prostego powodu: wysokiego stopnia skomplikowania tematu. I nawet przyjęcie formy, która kojarzy się z lekkością i humorem, nie zawsze pomaga. „Rakiety. Pokonać grawitację” to książka, w której Anne Drozd i Jerzy Drozd pokazują młodym czytelnikom, co trzeba zrobić, żeby obłaskawić wybuch i wykorzystać do różnych celów – od lotów w kosmos po fajerwerki.
Narratorami są tu zwierzęta – to kolejny krok, który ma oswoić z zagadnieniem, uprzyjemnić czytelnikom lekturę i przekonać ich, że da się zrozumieć wyjaśnienia. Zwierzęta zostały dobranie nieprzypadkowo – najpierw gołąb, który nawiązuje do drewnianego antycznego gołębia – pierwszej wystrzelonej rakiety – następnie pojawiają się stworzenia z gatunków, które trafiły w rakiecie w kosmos. I tak każdy ma coś do powiedzenia od swoich przodków, każdy też zna się na pewnym wycinku fizyki czy elektroniki – tak, żeby przedstawiać czytelnikom szeroki zakres wiadomości na temat rakiet jako takich.
Będzie tu zatem narracja rozbiegać się w kilku kierunkach: jeden to zrozumienie praw fizyki. Prawa i odkrycia, które zmieniały sposób patrzenia na walkę z grawitacją, przybierają formę drogi do podboju kosmosu. Tu liczy się praktyczne wykorzystanie kolejnych spostrzeżeń fizyków, możliwość natychmiastowego przekucia choćby zasad działania sił na rzeczywistość – w tym celu parę kufli z napojami roztrzaska się za barem, ale bohaterowie – tak samo jak odbiorcy – muszą dobrze zrozumieć prawa fizyki, inaczej nie będą w stanie pojąć fenomenu rakiet. Drugim kierunkiem jest przybliżanie sylwetek odkrywców – badaczy, którzy przyczynili się do sukcesów w tej dziedzinie. Trzecim – pokazanie, jak rozległy to temat i jak często powracający w zwyczajnym życiu, a niekoniecznie tylko w gronie wyspecjalizowanych inżynierów.
Nie da się ukryć, chociaż ilustracje przydają się do nadania lekkości wyjaśnieniom i czasami do zobrazowania konkretnego tematu, tu najbardziej liczą się wyjaśnienia tekstowe. I żeby czytelnicy nie musieli się mierzyć z ogromnymi blokami tekstu, wyjaśnienia są rozrzucane i rozbijane na dymki w rozmowach bohaterów znających się na rzeczy – rzadko jest tak, że jedna postać wyjaśnia wszystko pozostałym, raczej panuje gwar i chaos w przerzucaniu się informacjami, bohaterowie wchodzą sobie w słowo i bardzo ekscytują się możliwością zdobywania wiedzy (albo dzielenia się nią z odbiorcami). I oczywiście sam temat sprawia, że książka wydaje się dość trudna i nie do przejścia na jeden raz, ale zaspokaja ciekawość młodych odbiorców i pokazuje im, że fizyką można się bawić – także w wymiarze tekstowym czy lekturowym. Naukomiksy to książki, które wymuszają dużą dozę koncentracji i zaangażowania młodych czytelników – ale odbiorcy są tu traktowani poważnie (nawet jeśli bohaterowie starają się wprowadzić trochę lekkości za sprawą przekomarzanek) – i to się autorom opłaci. Wprowadzają książki, które mogą spokojnie uzupełniać szkolne podręczniki i przedstawiać młodym ludziom tajniki rozmaitych dziedzin.
Fizyka
W serii Naukomiks pojawiają się wyjaśnienia kwestii, które wykraczają daleko poza program szkolny i raczej nie pojawią się w edukacyjnych publikacjach z prostego powodu: wysokiego stopnia skomplikowania tematu. I nawet przyjęcie formy, która kojarzy się z lekkością i humorem, nie zawsze pomaga. „Rakiety. Pokonać grawitację” to książka, w której Anne Drozd i Jerzy Drozd pokazują młodym czytelnikom, co trzeba zrobić, żeby obłaskawić wybuch i wykorzystać do różnych celów – od lotów w kosmos po fajerwerki.
Narratorami są tu zwierzęta – to kolejny krok, który ma oswoić z zagadnieniem, uprzyjemnić czytelnikom lekturę i przekonać ich, że da się zrozumieć wyjaśnienia. Zwierzęta zostały dobranie nieprzypadkowo – najpierw gołąb, który nawiązuje do drewnianego antycznego gołębia – pierwszej wystrzelonej rakiety – następnie pojawiają się stworzenia z gatunków, które trafiły w rakiecie w kosmos. I tak każdy ma coś do powiedzenia od swoich przodków, każdy też zna się na pewnym wycinku fizyki czy elektroniki – tak, żeby przedstawiać czytelnikom szeroki zakres wiadomości na temat rakiet jako takich.
Będzie tu zatem narracja rozbiegać się w kilku kierunkach: jeden to zrozumienie praw fizyki. Prawa i odkrycia, które zmieniały sposób patrzenia na walkę z grawitacją, przybierają formę drogi do podboju kosmosu. Tu liczy się praktyczne wykorzystanie kolejnych spostrzeżeń fizyków, możliwość natychmiastowego przekucia choćby zasad działania sił na rzeczywistość – w tym celu parę kufli z napojami roztrzaska się za barem, ale bohaterowie – tak samo jak odbiorcy – muszą dobrze zrozumieć prawa fizyki, inaczej nie będą w stanie pojąć fenomenu rakiet. Drugim kierunkiem jest przybliżanie sylwetek odkrywców – badaczy, którzy przyczynili się do sukcesów w tej dziedzinie. Trzecim – pokazanie, jak rozległy to temat i jak często powracający w zwyczajnym życiu, a niekoniecznie tylko w gronie wyspecjalizowanych inżynierów.
Nie da się ukryć, chociaż ilustracje przydają się do nadania lekkości wyjaśnieniom i czasami do zobrazowania konkretnego tematu, tu najbardziej liczą się wyjaśnienia tekstowe. I żeby czytelnicy nie musieli się mierzyć z ogromnymi blokami tekstu, wyjaśnienia są rozrzucane i rozbijane na dymki w rozmowach bohaterów znających się na rzeczy – rzadko jest tak, że jedna postać wyjaśnia wszystko pozostałym, raczej panuje gwar i chaos w przerzucaniu się informacjami, bohaterowie wchodzą sobie w słowo i bardzo ekscytują się możliwością zdobywania wiedzy (albo dzielenia się nią z odbiorcami). I oczywiście sam temat sprawia, że książka wydaje się dość trudna i nie do przejścia na jeden raz, ale zaspokaja ciekawość młodych odbiorców i pokazuje im, że fizyką można się bawić – także w wymiarze tekstowym czy lekturowym. Naukomiksy to książki, które wymuszają dużą dozę koncentracji i zaangażowania młodych czytelników – ale odbiorcy są tu traktowani poważnie (nawet jeśli bohaterowie starają się wprowadzić trochę lekkości za sprawą przekomarzanek) – i to się autorom opłaci. Wprowadzają książki, które mogą spokojnie uzupełniać szkolne podręczniki i przedstawiać młodym ludziom tajniki rozmaitych dziedzin.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






