Zapraszam do posłuchania.
czyta Ireneusz Załóg
muzyka: Klaudia Rabiega
Bajki z uśmiechem - odcinek marcowy: https://youtu.be/vF0dz0QaEqA
tu-czytam
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
wtorek, 10 marca 2026
Maciej Falkowski: Nasi Niemcy
Czarne, Wołowiec 2026.
Pamięć
Zmieniają się czasy, zmieniają się pokolenia, a jednak wciąż w świadomości Polaków pokutuje pseudopamięć Niemca-wroga, tego, który podczas drugiej wojny światowej… Maciej Falkowski zatem prowokuje czytelników do refleksji i proponuje książkę „Nasi Niemcy” – podąża śladami Niemców mieszkających w granicach II Rzeczpospolitej i odkrywa to, co przetrwało po nich do dzisiaj. Od czasu do czasu może spotkać kogoś, kto ma niemieckie korzenie, znacznie częściej jednak trafia na ludzi chcących ratować przeszłość i pochylających się nad odmiennością kulturową w skali mikro. „Nasi Niemcy” to opowieść o ocalaniu – nawet wtedy, gdy wydaje się to nierealne. Maciej Falkowski trafia na zapomniane cmentarze, które miejscowi zaczynają na własną rękę odrestaurowywać z szacunku albo zwykłego ludzkiego odruchu – kontrastuje te krzepiące obrazy z dawnym brakiem poszanowania inności. Ale na skandalach się nie zatrzymuje, tu liczy się ocalanie przeszłości na poziomie zwykłych ludzi, społeczników, mieszkańców zwyczajnie zainteresowanych historią w wymiarze obyczajowym.
Falkowski wykorzystuje wiadomości podręcznikowe, żeby wyjaśniać czytelnikom, skąd ci Niemcy w ogóle się wzięli na terenach Polski – korepetycje z historii mogą się przydać zwłaszcza tym wrogo nastawionym do odmienności. Ale równie chętnie czerpie z informacji udzielanych mu na każdym kolejnym miejscu, które odwiedza: podróżuje po kraju i nawiązuje kontakty (między innymi dzięki mediom społecznościowym): tak trafia na ludzi, których pracę warto nagłośnić. Staje się ich megafonem, przekazuje odkrycia i zabiera czytelników do miejsc, w które sami nie mogliby trafić bez nietypowego przewodnika. Wyszukuje zrujnowane domy, charakterystyczne dla poniemieckiego pejzażu, dwujęzyczne tablice albo kościoły. Zależy mu na tym, żeby nadać ludzki charakter każdemu z odkryć, tu nie można pisać sucho i beznamiętnie o przeszłości – trzeba storytellingu, żeby zaintrygować jak najszersze grono odbiorców, żeby wyczulić czytelników na potrzebę działania na rzecz lokalnych społeczności. Wszystko po to, żeby „mniejszość niemiecka” przestała być straszakiem, a funkcjonowała jako szansa na rozwój i warta uwagi. Sam autor nie zawsze zdąża na czas: zdarza się, że trafia już tylko na „okruchy pamięci”, strzępki, z których musi pieczołowicie odtwarzać zestaw kiedyś oczywistych wiadomości. Stąd też dokładność: Falkowski tworzy wręcz narracyjne mapki, stara się nie pominąć żadnego szczegółu, zarejestrować absolutnie wszystko, do czego udało mu się dotrzeć. Wypytuje swoich rozmówców o detale, a dzięki spotkaniom może też pokazać czytelnikom, jak kształtowały się działania prowadzące do ocalenia historii. Próbuje ożywiać wykłady – wprowadza własne komentarze na temat rozmówców i pozwala czytelnikom błądzić razem z nim po bezdrożach. „Nasi Niemcy” to książka pozbawiona sentymentu, chociaż wyrosła na fascynacji. Autor przyznaje się do tego i konsekwentnie poszukuje klucza do rozczytania mniejszości niemieckiej w Polsce. Odwołuje się do delikatnych kwestii – relacji między Polakami i Niemcami, ale także do całego zestawu mniej oczywistych dla czytelników podziałów – rozróżnień w ramach samej mniejszości. Mierzy się autor z wieloma wyzwaniami, ale zdaje sobie sprawę, że te zależności trzeba uporządkować – żeby zaszczepić w kolejnym pokoleniu ciekawość i żeby nie dopuścić do bezpowrotnego znikania kolejnych lokalnych zwyczajów lub pamięci o przodkach.
Pamięć
Zmieniają się czasy, zmieniają się pokolenia, a jednak wciąż w świadomości Polaków pokutuje pseudopamięć Niemca-wroga, tego, który podczas drugiej wojny światowej… Maciej Falkowski zatem prowokuje czytelników do refleksji i proponuje książkę „Nasi Niemcy” – podąża śladami Niemców mieszkających w granicach II Rzeczpospolitej i odkrywa to, co przetrwało po nich do dzisiaj. Od czasu do czasu może spotkać kogoś, kto ma niemieckie korzenie, znacznie częściej jednak trafia na ludzi chcących ratować przeszłość i pochylających się nad odmiennością kulturową w skali mikro. „Nasi Niemcy” to opowieść o ocalaniu – nawet wtedy, gdy wydaje się to nierealne. Maciej Falkowski trafia na zapomniane cmentarze, które miejscowi zaczynają na własną rękę odrestaurowywać z szacunku albo zwykłego ludzkiego odruchu – kontrastuje te krzepiące obrazy z dawnym brakiem poszanowania inności. Ale na skandalach się nie zatrzymuje, tu liczy się ocalanie przeszłości na poziomie zwykłych ludzi, społeczników, mieszkańców zwyczajnie zainteresowanych historią w wymiarze obyczajowym.
Falkowski wykorzystuje wiadomości podręcznikowe, żeby wyjaśniać czytelnikom, skąd ci Niemcy w ogóle się wzięli na terenach Polski – korepetycje z historii mogą się przydać zwłaszcza tym wrogo nastawionym do odmienności. Ale równie chętnie czerpie z informacji udzielanych mu na każdym kolejnym miejscu, które odwiedza: podróżuje po kraju i nawiązuje kontakty (między innymi dzięki mediom społecznościowym): tak trafia na ludzi, których pracę warto nagłośnić. Staje się ich megafonem, przekazuje odkrycia i zabiera czytelników do miejsc, w które sami nie mogliby trafić bez nietypowego przewodnika. Wyszukuje zrujnowane domy, charakterystyczne dla poniemieckiego pejzażu, dwujęzyczne tablice albo kościoły. Zależy mu na tym, żeby nadać ludzki charakter każdemu z odkryć, tu nie można pisać sucho i beznamiętnie o przeszłości – trzeba storytellingu, żeby zaintrygować jak najszersze grono odbiorców, żeby wyczulić czytelników na potrzebę działania na rzecz lokalnych społeczności. Wszystko po to, żeby „mniejszość niemiecka” przestała być straszakiem, a funkcjonowała jako szansa na rozwój i warta uwagi. Sam autor nie zawsze zdąża na czas: zdarza się, że trafia już tylko na „okruchy pamięci”, strzępki, z których musi pieczołowicie odtwarzać zestaw kiedyś oczywistych wiadomości. Stąd też dokładność: Falkowski tworzy wręcz narracyjne mapki, stara się nie pominąć żadnego szczegółu, zarejestrować absolutnie wszystko, do czego udało mu się dotrzeć. Wypytuje swoich rozmówców o detale, a dzięki spotkaniom może też pokazać czytelnikom, jak kształtowały się działania prowadzące do ocalenia historii. Próbuje ożywiać wykłady – wprowadza własne komentarze na temat rozmówców i pozwala czytelnikom błądzić razem z nim po bezdrożach. „Nasi Niemcy” to książka pozbawiona sentymentu, chociaż wyrosła na fascynacji. Autor przyznaje się do tego i konsekwentnie poszukuje klucza do rozczytania mniejszości niemieckiej w Polsce. Odwołuje się do delikatnych kwestii – relacji między Polakami i Niemcami, ale także do całego zestawu mniej oczywistych dla czytelników podziałów – rozróżnień w ramach samej mniejszości. Mierzy się autor z wieloma wyzwaniami, ale zdaje sobie sprawę, że te zależności trzeba uporządkować – żeby zaszczepić w kolejnym pokoleniu ciekawość i żeby nie dopuścić do bezpowrotnego znikania kolejnych lokalnych zwyczajów lub pamięci o przodkach.
poniedziałek, 9 marca 2026
Magda Skubisz: Nóż i piołun. Saga rodu Tyszkowskich
Media Rodzina, Poznań 2026.
Zielnik
To jest coś fantastycznego, jak Magda Skubisz prowadzi opowieść zawężaną do kilku osób już piąty tom – i jak w dalszym ciągu cieszy. „Nóż i piołun”, piąta część Sagi rodu Tyszkowskich, to prawdziwy popis humoru tej autorki – i książka, która łatwo może przekonać do lektury całości. Katja – zielarka, która potrafi wyleczyć każdą chorobę siłami natury – próbuje odzyskać zeszyt z przepisami odziedziczony po Batce. Ów zeszyt znajduje się teraz w posiadaniu zadufanego w sobie lekarza, tego, który gardzi medycyną ludową, ale w razie potrzeby mógłby skorzystać z kuracji, byle potajemnie i bez pomocy innych. Dla Katji to jedyna szansa na ocalenie rodzinnej pamiątki – jednej z dwóch po Batce. Ale do utraty drugiej, noża do ścinania ziół, przyczynia się matka zakochanego w niej Antoniego Tyszkowskiego.
Karuzela westchnień trwa: Katja przekonuje się boleśnie, że Sepek nie będzie nigdy dla niej partnerem w miłości. Cierpiący na depresję po stracie ukochanej (z ludu), próbuje na różne sposoby popełnić samobójstwo – chyba że znajdzie powód, żeby żyć. Antoni normalnie spędzałby czas na zbytkach, ale nie może, bo stale musi ratować Katję z kolejnych opresji. W końcu podkochuje się w niej od tak dawna, że służenie kobiecie z niższych sfer pomocą weszło mu już w nałóg. Ale trzeba będzie w końcu połączyć siły, skoro wszyscy potrzebują się nawzajem i to z różnych powodów. Dobrze przynajmniej, że dzieci są daleko i bezpieczne, można skoncentrować się na własnych potrzebach.
Magda Skubisz znowu wysyła bohaterów na kolejne misje i naraża na wielkie niebezpieczeństwa, każe uczestniczyć w brawurowych pogoniach i przeżywać ogromne emocjonalne wstrząsy. Ale posługuje się na ogromną skalę humorem na różnych płaszczyznach. Przede wszystkim lekko drwi sobie z Antoniego – wyraźnie ociepla jego wizerunek i sprawia, że jeśli do tej pory ktoś nie był do bohatera przekonany, teraz go polubi (chociaż Antoniego jako czarnej owcy w rodzinie nie dało się nie lubić od początku). Antoniemu w budowaniu grona wiernych fanów bardzo pomaga też sprytny koń, Asmodeusz, bohater wielu zabawnych wybryków. Do tego autorka bawi się jeszcze motywami z tła, między innymi romansem matki Sepa i Antoniego, a także… grą pozorów z balu wyższych sfer. Tu nie można się nudzić ani przez moment. Autorka sięga po całe zestawy słownych przepychanek i ironię ociekającą wręcz z komentarzy bohaterów, szlifuje riposty i pozwala na ujawnianie większego poczucia humoru niż pozwalałyby na to konwenanse. Do tego dodaje mnóstwo humoru sytuacyjnego, scenki, które znaczą zupełnie co innego niż mogłoby się wydawać. I tak uzbrojonych bohaterów wypuszcza po raz kolejny do czytelników. „Nóż i piołun” to jak do tej pory najlepsza książka w serii, widać wyraźnie, że chociaż moda na opowieści z kręgu zielarek przeminęła, to Magda Skubisz nie musi żałować takiego wyboru – radzi sobie świetnie z tematem i ma czym przyciągnąć czytelników do całego cyklu.
Zielnik
To jest coś fantastycznego, jak Magda Skubisz prowadzi opowieść zawężaną do kilku osób już piąty tom – i jak w dalszym ciągu cieszy. „Nóż i piołun”, piąta część Sagi rodu Tyszkowskich, to prawdziwy popis humoru tej autorki – i książka, która łatwo może przekonać do lektury całości. Katja – zielarka, która potrafi wyleczyć każdą chorobę siłami natury – próbuje odzyskać zeszyt z przepisami odziedziczony po Batce. Ów zeszyt znajduje się teraz w posiadaniu zadufanego w sobie lekarza, tego, który gardzi medycyną ludową, ale w razie potrzeby mógłby skorzystać z kuracji, byle potajemnie i bez pomocy innych. Dla Katji to jedyna szansa na ocalenie rodzinnej pamiątki – jednej z dwóch po Batce. Ale do utraty drugiej, noża do ścinania ziół, przyczynia się matka zakochanego w niej Antoniego Tyszkowskiego.
Karuzela westchnień trwa: Katja przekonuje się boleśnie, że Sepek nie będzie nigdy dla niej partnerem w miłości. Cierpiący na depresję po stracie ukochanej (z ludu), próbuje na różne sposoby popełnić samobójstwo – chyba że znajdzie powód, żeby żyć. Antoni normalnie spędzałby czas na zbytkach, ale nie może, bo stale musi ratować Katję z kolejnych opresji. W końcu podkochuje się w niej od tak dawna, że służenie kobiecie z niższych sfer pomocą weszło mu już w nałóg. Ale trzeba będzie w końcu połączyć siły, skoro wszyscy potrzebują się nawzajem i to z różnych powodów. Dobrze przynajmniej, że dzieci są daleko i bezpieczne, można skoncentrować się na własnych potrzebach.
Magda Skubisz znowu wysyła bohaterów na kolejne misje i naraża na wielkie niebezpieczeństwa, każe uczestniczyć w brawurowych pogoniach i przeżywać ogromne emocjonalne wstrząsy. Ale posługuje się na ogromną skalę humorem na różnych płaszczyznach. Przede wszystkim lekko drwi sobie z Antoniego – wyraźnie ociepla jego wizerunek i sprawia, że jeśli do tej pory ktoś nie był do bohatera przekonany, teraz go polubi (chociaż Antoniego jako czarnej owcy w rodzinie nie dało się nie lubić od początku). Antoniemu w budowaniu grona wiernych fanów bardzo pomaga też sprytny koń, Asmodeusz, bohater wielu zabawnych wybryków. Do tego autorka bawi się jeszcze motywami z tła, między innymi romansem matki Sepa i Antoniego, a także… grą pozorów z balu wyższych sfer. Tu nie można się nudzić ani przez moment. Autorka sięga po całe zestawy słownych przepychanek i ironię ociekającą wręcz z komentarzy bohaterów, szlifuje riposty i pozwala na ujawnianie większego poczucia humoru niż pozwalałyby na to konwenanse. Do tego dodaje mnóstwo humoru sytuacyjnego, scenki, które znaczą zupełnie co innego niż mogłoby się wydawać. I tak uzbrojonych bohaterów wypuszcza po raz kolejny do czytelników. „Nóż i piołun” to jak do tej pory najlepsza książka w serii, widać wyraźnie, że chociaż moda na opowieści z kręgu zielarek przeminęła, to Magda Skubisz nie musi żałować takiego wyboru – radzi sobie świetnie z tematem i ma czym przyciągnąć czytelników do całego cyklu.
niedziela, 8 marca 2026
Cristina Losantos: Co oni robią
Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.
Spostrzegawczość
Takich książek zawsze brakuje. Cristina Losantos pokazuje odbiorcom, że wyszukiwanki nie muszą być nudne, a mogą dostarczać mnóstwa emocji i mnóstwa pracy. „Co oni robią” to książka, w której nie ma słów: jedynie pierwsza rozkładówka zawiera polecenia i podpowiedzi dotyczące korzystania z kartonowego tomiku. Każda następna rozkładówka to już wielkoformatowy obrazek wypełniony szczegółami, działaniami i ruchem. Autorka zabiera odbiorców do miasteczka, w którym każdy zajęty jest swoimi sprawami. Wyliczenie na pierwszej stronie sugeruje, jakie zawody pojawią się w tomiku – i jakich fachowców szukać na kolejnych stronach. Poza kilkudziesięcioma zapracowanymi bohaterami będzie tu zawsze ktoś w czapce błazna (zawsze to ktoś inny), ktoś, kto chodzi w nieszablonowy sposób, ktoś, kto pojawia się na każdej rozkładówce i wymyka się schematom. Na kartkach spotkać można policjanta i złodzieja albo kierowcę tajemniczej furgonetki. I tak dalej – zabawa nie będzie mieć końca. Na obrazkach panuje pozorny chaos, nie da się na szybko znaleźć tematu wiodącego, trzeba się dokładniej przyjrzeć, żeby zrozumieć, co dzieje się w danym miejscu i w danym momencie. Czasami ktoś kręci film, czasami toczy się zupełnie zwyczajne życie – tyle że w tym gwarnym i barwnym ujęciu robi się ono bardzo ciekawe. Bohaterowie są komiksowi i bardzo często mają zabawne miny, każdy jest zaaferowany, ma swoją pracę, ale czasami robi coś wbrew oczekiwaniom. Warto zatem oglądać uważnie każdą jedną postać – bo te mogą zaskakiwać. I oczywiście że większość odbiorców będzie po prostu wypełniać polecenia i po kolei sprawdzać wskazywanych bohaterów – to przepis na korzystanie z tomiku przez wiele godzin. Ale dzieci mogą również ćwiczyć sztukę opowiadania, kiedy będą przedstawiać rodzicom, co dzieje się na kolejnych stronach. Potrenują spostrzegawczość i logiczne myślenie – bywa, że kolejne rozkładówki w mają jakiś punkt wspólny albo łączą się w wybranym motywie i wówczas warto zastanowić się nad związkiem między wydarzeniami. Ta książka jest bardzo inspirująca, nie pozostawia miejsca na nudę i zapewnia odbiorcom całkiem dużo wyzwań. Niby jest to wyszukiwanka – ale wcale nie prosta czy naiwna, więc dzieci, które nie przepadają za tą formą rozrywki, mogą zweryfikować swoje spostrzeżenia i dobrze się bawić przy korzystaniu z tej publikacji. Cristina Losantos nie rozczaruje nikogo – sprawi, że odbiorcy docenią tradycyjne formy rozrywki w nowej odsłonie. A kiedy skończą się już wyznaczone przez autorkę zadania i podpowiedzi (chociaż wydaje się to niemożliwe), da się korzystać z tomiku po swojemu, wymyślać do niego kolejne wyzwania i ciekawostki związane z codziennością w gwarnym mieście. Jest to tomik kolorowy i zabawny, nawet jeśli nie pojawia się w nim żaden komentarz – to od wyobraźni użytkowników zależeć będzie, w co ostatecznie się zamieni. Warto zatem dać się zaskoczyć.
Spostrzegawczość
Takich książek zawsze brakuje. Cristina Losantos pokazuje odbiorcom, że wyszukiwanki nie muszą być nudne, a mogą dostarczać mnóstwa emocji i mnóstwa pracy. „Co oni robią” to książka, w której nie ma słów: jedynie pierwsza rozkładówka zawiera polecenia i podpowiedzi dotyczące korzystania z kartonowego tomiku. Każda następna rozkładówka to już wielkoformatowy obrazek wypełniony szczegółami, działaniami i ruchem. Autorka zabiera odbiorców do miasteczka, w którym każdy zajęty jest swoimi sprawami. Wyliczenie na pierwszej stronie sugeruje, jakie zawody pojawią się w tomiku – i jakich fachowców szukać na kolejnych stronach. Poza kilkudziesięcioma zapracowanymi bohaterami będzie tu zawsze ktoś w czapce błazna (zawsze to ktoś inny), ktoś, kto chodzi w nieszablonowy sposób, ktoś, kto pojawia się na każdej rozkładówce i wymyka się schematom. Na kartkach spotkać można policjanta i złodzieja albo kierowcę tajemniczej furgonetki. I tak dalej – zabawa nie będzie mieć końca. Na obrazkach panuje pozorny chaos, nie da się na szybko znaleźć tematu wiodącego, trzeba się dokładniej przyjrzeć, żeby zrozumieć, co dzieje się w danym miejscu i w danym momencie. Czasami ktoś kręci film, czasami toczy się zupełnie zwyczajne życie – tyle że w tym gwarnym i barwnym ujęciu robi się ono bardzo ciekawe. Bohaterowie są komiksowi i bardzo często mają zabawne miny, każdy jest zaaferowany, ma swoją pracę, ale czasami robi coś wbrew oczekiwaniom. Warto zatem oglądać uważnie każdą jedną postać – bo te mogą zaskakiwać. I oczywiście że większość odbiorców będzie po prostu wypełniać polecenia i po kolei sprawdzać wskazywanych bohaterów – to przepis na korzystanie z tomiku przez wiele godzin. Ale dzieci mogą również ćwiczyć sztukę opowiadania, kiedy będą przedstawiać rodzicom, co dzieje się na kolejnych stronach. Potrenują spostrzegawczość i logiczne myślenie – bywa, że kolejne rozkładówki w mają jakiś punkt wspólny albo łączą się w wybranym motywie i wówczas warto zastanowić się nad związkiem między wydarzeniami. Ta książka jest bardzo inspirująca, nie pozostawia miejsca na nudę i zapewnia odbiorcom całkiem dużo wyzwań. Niby jest to wyszukiwanka – ale wcale nie prosta czy naiwna, więc dzieci, które nie przepadają za tą formą rozrywki, mogą zweryfikować swoje spostrzeżenia i dobrze się bawić przy korzystaniu z tej publikacji. Cristina Losantos nie rozczaruje nikogo – sprawi, że odbiorcy docenią tradycyjne formy rozrywki w nowej odsłonie. A kiedy skończą się już wyznaczone przez autorkę zadania i podpowiedzi (chociaż wydaje się to niemożliwe), da się korzystać z tomiku po swojemu, wymyślać do niego kolejne wyzwania i ciekawostki związane z codziennością w gwarnym mieście. Jest to tomik kolorowy i zabawny, nawet jeśli nie pojawia się w nim żaden komentarz – to od wyobraźni użytkowników zależeć będzie, w co ostatecznie się zamieni. Warto zatem dać się zaskoczyć.
Tomek i przyjaciele. Gwiazda nocnika!
Harperkids, Warszawa 2026.
Ćwiczenia
Właściwie trudno sobie wyobrazić ćwiczenia, które może zaproponować lokomotywa Tomek, żeby nakłonić maluchy do korzystania z nocnika. Ale wsparcie rodziców w pracy edukacyjnej pojawia się w ramach gadżetowej publikacji. „Gwiazda nocnika! Zabawy i zadania z naklejkami” to mocno motywacyjna książeczka, dzięki której dzieci przekonają się, jakie korzyści będą płynąć ze zmiany dotychczasowych zachowań. I tak po kolei dzieci mają się nauczyć, jak samodzielnie opuszczać i naciągać majtki, jak przerywać zabawę, żeby skorzystać z nocnika, jak na tym nocniku siedzieć (i po co), a także – jak wycierać pupę i jak myć ręce po wszystkim (można przy tym zrobić dużo piany, żeby było weselej). Nie ma tu wyjaśnień szczegółowych, raczej – wyznaczane są kolejne zadania. Jeśli dziecko będzie już miało opanowaną kolejną umiejętność, może w nagrodę uzyskać naklejkową gwiazdkę – umieszczenie jej w odpowiednim miejscu na stronie to jak odznaka, o którą warto powalczyć. Gdzie w tym wszystkim Tomek i przyjaciele? Pełnią rolę dyskretnych trenerów, którzy dopingują wszystkich. Wprawdzie lokomotywy nie muszą korzystać z toalety, ale już temat przyspieszania lub powstrzymywania czegoś jest im bliski i mogą podzielić się z odbiorcami tymi doświadczeniami. Lokomotywy pojawiają się także po to, żeby zapewnić najmłodszym szereg łamigłówkowych wyzwań – znajdą się w książeczce proste zadania dla kilkulatków, tak, żeby nie tylko koncentrować się na toaletowych i nocnikowych zachowaniach, ale też żeby pobawić się podczas lektury w coś nietypowego – to może być propozycja dla dzieci, które potrzebują wielu bodźców i szybko się nudzą. Zatrzymuje się ich uwagę raz zabawą w wybieranie najpiękniejszego nocnika, raz – szukaniem naklejek z konkretnymi minami dla bohaterów książki. Za to w tematach nocnikowych najwięcej jest sylwetek dzieci – zdjęcia maluchów na nocnikach – albo w triumfalnych pozach – mają zachęcać do aktywnego wprowadzania nowych zwyczajów.
Oczywiście, że jest to publikacja naiwna i kierowana do określonej grupy odbiorców, oczywiście wśród dorosłych może wyzwalać rozmaite emocje – ale liczy się efekt, a jeśli rodzice w ten sposób, dzięki bohaterom z lubianej przez dzieci bajki uzyskają wsparcie w dążeniu do odzwyczajania malucha od pieluch – to można się tylko cieszyć. Każde dziecko dzięki tej publikacji może poczuć się docenione, kiedy osiągnie kolejny poziom umiejętności, każde też może się dowiedzieć, do czego ma dążyć i czego się od niego oczekuje. Tu nie ma mowy o poszukiwaniu historyjek koncentrujących się wokół jasno określonego tematu, najważniejsze jest nagradzanie za postępy – i wzbudzanie chęci do czynienia tych postępów. „Gwiazda nocnika” to wykorzystywanie bohaterów znanych i lubianych powszechnie do celów wychowawczych – a to może się sprawdzić.
Ćwiczenia
Właściwie trudno sobie wyobrazić ćwiczenia, które może zaproponować lokomotywa Tomek, żeby nakłonić maluchy do korzystania z nocnika. Ale wsparcie rodziców w pracy edukacyjnej pojawia się w ramach gadżetowej publikacji. „Gwiazda nocnika! Zabawy i zadania z naklejkami” to mocno motywacyjna książeczka, dzięki której dzieci przekonają się, jakie korzyści będą płynąć ze zmiany dotychczasowych zachowań. I tak po kolei dzieci mają się nauczyć, jak samodzielnie opuszczać i naciągać majtki, jak przerywać zabawę, żeby skorzystać z nocnika, jak na tym nocniku siedzieć (i po co), a także – jak wycierać pupę i jak myć ręce po wszystkim (można przy tym zrobić dużo piany, żeby było weselej). Nie ma tu wyjaśnień szczegółowych, raczej – wyznaczane są kolejne zadania. Jeśli dziecko będzie już miało opanowaną kolejną umiejętność, może w nagrodę uzyskać naklejkową gwiazdkę – umieszczenie jej w odpowiednim miejscu na stronie to jak odznaka, o którą warto powalczyć. Gdzie w tym wszystkim Tomek i przyjaciele? Pełnią rolę dyskretnych trenerów, którzy dopingują wszystkich. Wprawdzie lokomotywy nie muszą korzystać z toalety, ale już temat przyspieszania lub powstrzymywania czegoś jest im bliski i mogą podzielić się z odbiorcami tymi doświadczeniami. Lokomotywy pojawiają się także po to, żeby zapewnić najmłodszym szereg łamigłówkowych wyzwań – znajdą się w książeczce proste zadania dla kilkulatków, tak, żeby nie tylko koncentrować się na toaletowych i nocnikowych zachowaniach, ale też żeby pobawić się podczas lektury w coś nietypowego – to może być propozycja dla dzieci, które potrzebują wielu bodźców i szybko się nudzą. Zatrzymuje się ich uwagę raz zabawą w wybieranie najpiękniejszego nocnika, raz – szukaniem naklejek z konkretnymi minami dla bohaterów książki. Za to w tematach nocnikowych najwięcej jest sylwetek dzieci – zdjęcia maluchów na nocnikach – albo w triumfalnych pozach – mają zachęcać do aktywnego wprowadzania nowych zwyczajów.
Oczywiście, że jest to publikacja naiwna i kierowana do określonej grupy odbiorców, oczywiście wśród dorosłych może wyzwalać rozmaite emocje – ale liczy się efekt, a jeśli rodzice w ten sposób, dzięki bohaterom z lubianej przez dzieci bajki uzyskają wsparcie w dążeniu do odzwyczajania malucha od pieluch – to można się tylko cieszyć. Każde dziecko dzięki tej publikacji może poczuć się docenione, kiedy osiągnie kolejny poziom umiejętności, każde też może się dowiedzieć, do czego ma dążyć i czego się od niego oczekuje. Tu nie ma mowy o poszukiwaniu historyjek koncentrujących się wokół jasno określonego tematu, najważniejsze jest nagradzanie za postępy – i wzbudzanie chęci do czynienia tych postępów. „Gwiazda nocnika” to wykorzystywanie bohaterów znanych i lubianych powszechnie do celów wychowawczych – a to może się sprawdzić.
sobota, 7 marca 2026
Łukasz Dynowski: Atomowi. Testy nuklearne na ludziach
Agora, Warszawa 2026.
Broń
Przerażająca jest ta książka w swojej wymowie, a do tego Łukasz Dynowski trafia w czas, w którym przypomina się odbiorcom, jakie niebezpieczeństwa pociąga za sobą wyścig zbrojeń. „Atomowi. Testy nuklearne na ludziach” to opowieść o tym, co działo się w drugiej połowie XX wieku – a co swoje konsekwencje ma do tej pory. Łukasz Dynowski podąża za atomowymi weteranami – a właściwie ostatnimi żyjącymi z tych, którzy uczestniczyli w najbardziej koszmarnych eksperymentach w dziejach ludzkości. Sprawdza, jak wyglądają ich wspomnienia i zestawia dzisiejszy stan wiedzy na temat bomb atomowych czy wodorowych z tym, co dopiero było sprawdzane kilka dekad wcześniej. Zabiera autor odbiorców do miejsc, w których wybuchały bomby – te najgroźniejsze – żeby sprawdzić, jaki wpływ miały te wydarzenia na egzystencję normalnych ludzi, czasem prostych żołnierzy, a czasem miejscowych, których nikt w porę nie ostrzegł przed dalekosiężnymi zagrożeniami. I tak rozwija się przed oczami czytelników cały zestaw okropieństw powiązanych z ekspozycją na opady nuklearne. Coś, co dla starszego pokolenia było codziennością – świadomość toczącej się zimnej wojny i wyścigu zbrojeń – teraz przybiera o wiele bardziej ludzkie kształty.
Trochę autor opowiada o tym, jak wyglądało konstruowanie bomb atomowych i – jakie było tło polityczne takich działań. Wyjaśnia dążenie ludzi do stworzenia broni masowego rażenia, chociaż mniej interesuje go pęd w kierunku zagłady, a bardziej – konsekwencje niebezpiecznego wynalazku. Rozumie mechanizmy wojny w zestawieniu z prywatnymi reakcjami każdego człowieka – co nie zmienia faktu, że tu lista ofiar wydłuża się ze wzrostem świadomości na temat skutków użycia bomby atomowej. Z jednej strony są tu historyczne momenty – chwile, kiedy rządy skonfliktowanych państw zdecydowały się na wykorzystanie najpotężniejszej broni ze swojego arsenału – Hiroszima i Nagasaki pozostają tu punktem odniesienia. Z drugiej – istnieje cały wachlarz tajnych testów, wybuchów w warunkach teoretycznie kontrolowanych – a w praktyce przynoszących dopiero wiedzę na temat bomb atomowych. I Łukasz Dynowski sięga do opowieści tych, którzy jeszcze coś opowiedzieć mogą – wielu świadków wydarzeń tajemnicę zabrało do grobu, między innymi za sprawą polityki medialnej, która nakazywała tuszowanie działań i niewzbudzanie powszechnej paniki. Spotyka się z weteranami lub ich potomstwem, analizuje wspomnienia i zestawia je z obrazkami dla prasy. Będzie tu mowa o możliwości zobaczenia kości kolegi przez zamknięte oczy i mowa o skórze ściąganej jak rękawiczki, będzie mowa o całym zestawie raków atakujących organizm nawet po wielu latach i o chorobach, które dziedziczy kolejne pokolenie. Ale autor dociera też do tematów skrzętnie skrywanych: opowiada, z czego brały się błędy pomiarowe, jak wyznaczano granice niebezpieczeństwa i jakie miało to przełożenie na rzeczywistość. Podsuwa odbiorcom mnóstwo dowodów na to, że ludzie nie mogli ufać informacjom uzyskiwanym od rządu – i przedstawia dramat tych, którzy stracili bliskich w wyniku bezpośredniego kontaktu z testami nuklearnymi. Ta książka jest mocna. A jednak autor unika tanich sensacji, stara się po prostu tłumaczyć i pokazywać wydarzenia z przeszłości – jako ostrzeżenie. Trafi do odbiorców przez dynamikę narracji – ale wiele razy będzie ich szokował.
Broń
Przerażająca jest ta książka w swojej wymowie, a do tego Łukasz Dynowski trafia w czas, w którym przypomina się odbiorcom, jakie niebezpieczeństwa pociąga za sobą wyścig zbrojeń. „Atomowi. Testy nuklearne na ludziach” to opowieść o tym, co działo się w drugiej połowie XX wieku – a co swoje konsekwencje ma do tej pory. Łukasz Dynowski podąża za atomowymi weteranami – a właściwie ostatnimi żyjącymi z tych, którzy uczestniczyli w najbardziej koszmarnych eksperymentach w dziejach ludzkości. Sprawdza, jak wyglądają ich wspomnienia i zestawia dzisiejszy stan wiedzy na temat bomb atomowych czy wodorowych z tym, co dopiero było sprawdzane kilka dekad wcześniej. Zabiera autor odbiorców do miejsc, w których wybuchały bomby – te najgroźniejsze – żeby sprawdzić, jaki wpływ miały te wydarzenia na egzystencję normalnych ludzi, czasem prostych żołnierzy, a czasem miejscowych, których nikt w porę nie ostrzegł przed dalekosiężnymi zagrożeniami. I tak rozwija się przed oczami czytelników cały zestaw okropieństw powiązanych z ekspozycją na opady nuklearne. Coś, co dla starszego pokolenia było codziennością – świadomość toczącej się zimnej wojny i wyścigu zbrojeń – teraz przybiera o wiele bardziej ludzkie kształty.
Trochę autor opowiada o tym, jak wyglądało konstruowanie bomb atomowych i – jakie było tło polityczne takich działań. Wyjaśnia dążenie ludzi do stworzenia broni masowego rażenia, chociaż mniej interesuje go pęd w kierunku zagłady, a bardziej – konsekwencje niebezpiecznego wynalazku. Rozumie mechanizmy wojny w zestawieniu z prywatnymi reakcjami każdego człowieka – co nie zmienia faktu, że tu lista ofiar wydłuża się ze wzrostem świadomości na temat skutków użycia bomby atomowej. Z jednej strony są tu historyczne momenty – chwile, kiedy rządy skonfliktowanych państw zdecydowały się na wykorzystanie najpotężniejszej broni ze swojego arsenału – Hiroszima i Nagasaki pozostają tu punktem odniesienia. Z drugiej – istnieje cały wachlarz tajnych testów, wybuchów w warunkach teoretycznie kontrolowanych – a w praktyce przynoszących dopiero wiedzę na temat bomb atomowych. I Łukasz Dynowski sięga do opowieści tych, którzy jeszcze coś opowiedzieć mogą – wielu świadków wydarzeń tajemnicę zabrało do grobu, między innymi za sprawą polityki medialnej, która nakazywała tuszowanie działań i niewzbudzanie powszechnej paniki. Spotyka się z weteranami lub ich potomstwem, analizuje wspomnienia i zestawia je z obrazkami dla prasy. Będzie tu mowa o możliwości zobaczenia kości kolegi przez zamknięte oczy i mowa o skórze ściąganej jak rękawiczki, będzie mowa o całym zestawie raków atakujących organizm nawet po wielu latach i o chorobach, które dziedziczy kolejne pokolenie. Ale autor dociera też do tematów skrzętnie skrywanych: opowiada, z czego brały się błędy pomiarowe, jak wyznaczano granice niebezpieczeństwa i jakie miało to przełożenie na rzeczywistość. Podsuwa odbiorcom mnóstwo dowodów na to, że ludzie nie mogli ufać informacjom uzyskiwanym od rządu – i przedstawia dramat tych, którzy stracili bliskich w wyniku bezpośredniego kontaktu z testami nuklearnymi. Ta książka jest mocna. A jednak autor unika tanich sensacji, stara się po prostu tłumaczyć i pokazywać wydarzenia z przeszłości – jako ostrzeżenie. Trafi do odbiorców przez dynamikę narracji – ale wiele razy będzie ich szokował.
piątek, 6 marca 2026
Magdalena Parys: Floren
Agora, Warszawa 2026.
Sterowanie
Każdą kolejną częścią Trylogii berlińskiej Magdalena Parys budowała sobie inne grono czytelników – fanów różnych gatunków. Teraz kieruje się do odbiorców rozmiłowanych w sci-fi i w lekko futurystycznych wizjach apokalipsy. Jak zwykle wychodzi od historycznych faktów, odwołuje się do tematów, które mogą do dzisiaj budzić odruchowy sprzeciw – ale spycha je tym razem na margines. Rezygnuje z przeszłości odwzorowywanej w codzienności postaci, tak samo jak odrzuca Berlin – tym razem miasto jako takie nie jest potrzebne, sceneria najbardziej dramatycznych wydarzeń nie musi być umiejscowiona konkretnie, nawet jeśli w pewnym momencie zamienia się wręcz w szyfr rodem z gry komputerowej. Oczywiście adresuje autorka wydarzenia. Ale to, co najbardziej istotne, teraz, przechodzi w sferę umysłu, kontrolowania człowieka za pomocą algorytmów i uzależnienia od programów i kodów. Czynnikiem spajającym tę opowieść z pierwszymi założeniami relacji z „Magika” stają się żydowskie dzieci, zwłaszcza dziewczynka, która nie zdążyła dorosnąć. Z „Księciem” z kolei punktem wspólnym jest rabowanie dzieł sztuki. Ale najbardziej wiąże czytelników z cyklem postać Dagmary Bosch i jej ukochanego Paula Chagalla. O ile do tej pory życie prywatne bohaterów schodziło na dalszy plan ze względu na konieczność prowadzenia śledztwa, o tyle teraz okazuje się niezwykle istotnym elementem opowieści, zwłaszcza że kolejne sensacyjne wydarzenia nadszarpnęły zaufanie w związku i rodzą pytania o łączenie obowiązków i prywatności w najbliższym czasie. Nie da się na dłuższą metę wytrzymać napięcia i lęku o bliską osobę – ale przecież specyfika działań Chagalla i samej Dagmary nie pozwala na lenistwo ani na wycofanie się z życia zawodowego. I to Magdalena Parys nakreśla w sposób, który nie pozostawia czytelnikom wątpliwości: muszą się zaangażować w sprawy bohaterów w stopniu większym niż do tej pory. Dwudziesty pierwszy wiek w całej krasie, często bardziej zaawansowany technologicznie niż dostępne przeciętnemu odbiorcy pomysły – to niespodzianka, Magdalena Parys może nieraz zaskoczyć swoim podejściem do możliwości informatycznych i robotycznych. Narracja w tej książce automatycznie staje się o wiele mniej surowa niż na początku całej historii, duże znaczenie ma tu wejście w świat uczuciowy postaci. „Floren” najlepiej ze wszystkich tomów trylogii pokazuje, jak Magdalena Parys potrafi konstruować wielowątkową fabułę i jak umie zaangażować czytelników w sprawy wykreowanych przez siebie bohaterów. To książka, która może spokojnie prowadzić do zbudowania nowego, odrębnego grona fanów – ma największy potencjał na przyciągnięcie rzeczywiście szerokiego grona czytelników. Siłą tomu „Floren” staje się tajemnica w starym stylu, powiązana z detektywistycznym wręcz poszukiwaniem. Autorka wykorzystuje tutaj schematy z najlepszych powieści szpiegowskich, wiąże je z futurystycznymi rozwiązaniami i sporo mówi o psychice postaci, których nie zamieniła przecież w roboty – chociaż które nadludzkimi umiejętnościami mogą budzić przerażenie i podziw. „Floren” to zamknięcie, które pozostawi niedosyt – bo pokaże, ile jeszcze autorka mogłaby zdziałać z tak wykreowanym uniwersum.
Sterowanie
Każdą kolejną częścią Trylogii berlińskiej Magdalena Parys budowała sobie inne grono czytelników – fanów różnych gatunków. Teraz kieruje się do odbiorców rozmiłowanych w sci-fi i w lekko futurystycznych wizjach apokalipsy. Jak zwykle wychodzi od historycznych faktów, odwołuje się do tematów, które mogą do dzisiaj budzić odruchowy sprzeciw – ale spycha je tym razem na margines. Rezygnuje z przeszłości odwzorowywanej w codzienności postaci, tak samo jak odrzuca Berlin – tym razem miasto jako takie nie jest potrzebne, sceneria najbardziej dramatycznych wydarzeń nie musi być umiejscowiona konkretnie, nawet jeśli w pewnym momencie zamienia się wręcz w szyfr rodem z gry komputerowej. Oczywiście adresuje autorka wydarzenia. Ale to, co najbardziej istotne, teraz, przechodzi w sferę umysłu, kontrolowania człowieka za pomocą algorytmów i uzależnienia od programów i kodów. Czynnikiem spajającym tę opowieść z pierwszymi założeniami relacji z „Magika” stają się żydowskie dzieci, zwłaszcza dziewczynka, która nie zdążyła dorosnąć. Z „Księciem” z kolei punktem wspólnym jest rabowanie dzieł sztuki. Ale najbardziej wiąże czytelników z cyklem postać Dagmary Bosch i jej ukochanego Paula Chagalla. O ile do tej pory życie prywatne bohaterów schodziło na dalszy plan ze względu na konieczność prowadzenia śledztwa, o tyle teraz okazuje się niezwykle istotnym elementem opowieści, zwłaszcza że kolejne sensacyjne wydarzenia nadszarpnęły zaufanie w związku i rodzą pytania o łączenie obowiązków i prywatności w najbliższym czasie. Nie da się na dłuższą metę wytrzymać napięcia i lęku o bliską osobę – ale przecież specyfika działań Chagalla i samej Dagmary nie pozwala na lenistwo ani na wycofanie się z życia zawodowego. I to Magdalena Parys nakreśla w sposób, który nie pozostawia czytelnikom wątpliwości: muszą się zaangażować w sprawy bohaterów w stopniu większym niż do tej pory. Dwudziesty pierwszy wiek w całej krasie, często bardziej zaawansowany technologicznie niż dostępne przeciętnemu odbiorcy pomysły – to niespodzianka, Magdalena Parys może nieraz zaskoczyć swoim podejściem do możliwości informatycznych i robotycznych. Narracja w tej książce automatycznie staje się o wiele mniej surowa niż na początku całej historii, duże znaczenie ma tu wejście w świat uczuciowy postaci. „Floren” najlepiej ze wszystkich tomów trylogii pokazuje, jak Magdalena Parys potrafi konstruować wielowątkową fabułę i jak umie zaangażować czytelników w sprawy wykreowanych przez siebie bohaterów. To książka, która może spokojnie prowadzić do zbudowania nowego, odrębnego grona fanów – ma największy potencjał na przyciągnięcie rzeczywiście szerokiego grona czytelników. Siłą tomu „Floren” staje się tajemnica w starym stylu, powiązana z detektywistycznym wręcz poszukiwaniem. Autorka wykorzystuje tutaj schematy z najlepszych powieści szpiegowskich, wiąże je z futurystycznymi rozwiązaniami i sporo mówi o psychice postaci, których nie zamieniła przecież w roboty – chociaż które nadludzkimi umiejętnościami mogą budzić przerażenie i podziw. „Floren” to zamknięcie, które pozostawi niedosyt – bo pokaże, ile jeszcze autorka mogłaby zdziałać z tak wykreowanym uniwersum.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)






