Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.
Kosmici wszędzie
Z różnych książek dla najmłodszych słynie Grzegorz Kasdepke, ale seria o Bodziu i Pulpecie jest jedną z bardziej lubianych – i teraz doczekała się zbiorczego wydania. „Wszystkie przygody Bodzia i Pulpeta (na razie)” to książka, która ucieszy każdego kilkulatka – i przyda się zwłaszcza tym dzieciom, które zaczynają samodzielnie czytać dla rozrywki (duża czcionka ułatwi im zadanie). Siła tej opowieści tkwi w komizmie i absurdalnym humorze (autor marzył o napisaniu fantastycznej książki fantastycznej i ten zamiar udało mu się zrealizować idealnie) i w odejściu od pouczenia na rzecz rozbawiania. Owszem, co pewien czas pojawiają się w historyjkach motywy edukacyjne: jak przechodzić przez jezdnię, czym jest akcja Sprzątanie Świata – ale z reguły Bodzio i Pulpet zajęci są wpadaniem w tarapaty na różnych płaszczyznach: w domu, w szkole i we wszechświecie.
Grzegorz Kasdepke nie wysyła bohaterów w kosmos. Bodzio i Pulpet to uczniowie, którzy niespecjalnie przepadają za szkołą (zauważyli już, że droga do szkoły jest znacznie dłuższa niż ta powrotna), nauczycielka ma z nimi urwanie głowy – ale ich logika prowadzi do zaskakujących często wniosków i odkryć. W dodatku Bodzio i Pulpet mają ciekawą cechę: jak nikt inny przyciągają Obcych. To znaczy kosmitów. Jak się okazuje, przybyszy z innych planet jest wokół mnóstwo – niektórzy przybierają kształt zwykłej paprotki, inni są na tyle ogromni, żeby zaplątać się w kablach przed domem albo są w stanie wysyłać wiadomości do odczytania przez uczniów i orkiestry. Każdy kosmita charakteryzuje się czymś innym, każdy jest zaskakujący i każdy ubarwia codzienność – co szczególnie ważne, kiedy akurat panuje nuda. U Bodzia i Pulpeta nudy nie ma, właśnie dzięki odwiedzinom istot pozaziemskich i dzięki ich zamiarom. Przeważnie pokojowym, chociaż rozgniewany kosmita może być nieprzyjemny. Bodzio i Pulpet odgrywają rolę gospodarzy, rozwijają wyobraźnię i zaskakują czytelników kolejnymi przygodami. „Wszystkie przygody Bodzia i Pulpeta (na razie)” to tomik, po który sięgać się będzie dla zabawy – po codzienną porcję zdrowego śmiechu i fantazji.
Bo Grzegorz Kasdepke stawia tu na bardzo krótkie i bardzo dobrze puentowane opowiadania – historyjki z życia wzięte, stworzone dla śmiechu, wyjątkowe i niepowtarzalne. Przypomina dzieciom (i ich rodzicom czy nauczycielom), że dzieci też potrzebują rozrywki i zachęty do lektury w postaci humoru. Dostarcza go w wyjątkowo dużych dawkach, więc ci, którzy zdecydują się na samodzielne czytanie, będą po prostu przechodzić od opowiadania do opowiadania – i za każdym razem pozostanie im niedosyt oraz chęć dowiedzenia się, co jeszcze Bodzio i Pulpet wymyślili. Żeby nie trzeba było przeciążać wyobraźni – co przecież może się zdarzyć w przypadku wizyt Obcych – można posiłkować się warstwą graficzną. Daniel de Latour to idealny ilustrator komicznych opowieści – jego styl tworzenia pasuje do komizmu w narracji i czasami przypomina, jak mogą wyglądać tajemniczy kosmici z opowiadań. I autor, i ilustrator świetnie się tu bawią – ale na szczęście czytelnicy nie muszą im tego zazdrościć, bo sami będą się bawić jeszcze lepiej podczas czytania. Trzeba jak najwięcej takich publikacji dla najmłodszych – bo to najlepsza reklama czytania dla rozrywki.
tu-czytam
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
niedziela, 25 stycznia 2026
sobota, 24 stycznia 2026
Karolina Wójcicka: Z nakazu Boga. Izraelczycy i wojna w Strefie Gazy
Mando, WAM, Kraków 2025.
Próba sił
W pisaniu o wojnie bazowanie na emocjach jest chyba najprostszym rozwiązaniem, kiedy chce się trafić do szerokiego grona odbiorców. Ale na konflikt Izrael – Palestyna świat przymyka oczy. „Tam” zawsze się kotłowało, „tam” nigdy nie można było dojść do zgody, „tam” sami są sobie winni. Nic dziwnego, że książki, które na rynku przybliżają odbiorcom sytuację na Bliskim Wschodzie, muszą mieć w sobie to coś, żeby się przebić i żeby zasygnalizować światu, że takie sytuacje nie powinny mieć już miejsca. Karolina Wójcicka próbuje zrozumieć, co się dzieje – na bazie portretów aktualnych agresorów, tych, którzy mszczą się za doznane wcześniej krzywdy i wykraczają w zemście daleko poza zrozumiałe reakcje. „Z nakazu Boga. Izraelczycy i wojna w Strefie Gazy” to jednak książka, której trochę brakuje do tego, żeby zamienić szokujące obserwacje w faktyczny literacki skandal – i żeby wstrząsnąć odbiorcami. Przede wszystkim za sprawą wybranej stylistyki – autorka bardzo rzadko wplata bezpośrednie wypowiedzi ludzi, których przedstawia: zapośrednicza opowieść, a przez to automatycznie nieco odziera ją z siły wyrazu. Nie może się też zdecydować na motyw wiodący – raz próbuje działać na uczucia czytelników, raz chce dostarczać im fachowej wiedzy, po którą samodzielnie raczej nie sięgną. I w efekcie sama sobie niszczy napięcie w tekście, proponując po prostu jeszcze jeden zestaw szkiców „na temat”.
W tej książce jest tylko jeden bohater (negatywny) – i jest to Izrael. Chociaż kolejne wydarzenia dotyczą krzywd, jakich doznają Palestyńczycy, czystek etnicznych i prób usunięcia Arabów ze Strefy Gazy, do Palestyńczyków Karolina Wójcicka nie dociera. Za to zajmuje się pokazywaniem Izraela w wersji agresora – od czasu do czasu przełamywanej (wersji) przez buntowników i tych, którzy nie zgadzają się na systemowe niszczenie odwiecznego wroga. Co ciekawe, najsilniejszy uczuciowo obrazek trafia na sam początek, później już nie udaje się autorce dotrzeć do tak wstrząsających motywów – a może po prostu z czasem powszednieje obraz okrucieństwa. Izrael próbuje ostatecznie zniechęcić Palestynę do funkcjonowania w Strefie Gazy, atakuje ludność cywilną pod pretekstem niszczenia chowanej w blokach mieszkalnych broni, prowadzi działania, które historia już przecież doskonale zna – a równolegle doprowadza do indoktrynacji swoich obywateli, od najmłodszych lat wpaja dzieciom, kto jest ich wrogiem i kogo nienawidzić. Autorka gdzieniegdzie wplata wątek Holokaustu i lekcji, której naród najwyraźniej nie odrobił: pokazuje Izrael jako kraj ogarnięty żądzą zemsty i niemożliwy do zatrzymania w procesie niszczenia.
I w tym wszystkim zastanawia tylko faktyczny cel tworzenia tej książki: bo raz wydaje się, że autorka chce się podzielić własnymi przerażającymi odkryciami, raz – że usiłuje przekonać czytelników do swojej perspektywy. Tam, gdzie w tle jest cierpienie ludzi, może nie być czasu na budowanie swoich tez – a jednak w tym wypadku ma się wrażenie, że nie do końca o informowanie chodzi, a bardziej o wyzwolenie silnych uczuć u odbiorców. Tak czy inaczej – ci mogą dowiedzieć się czegoś o wyroku wydanym na Strefę Gazy.
Próba sił
W pisaniu o wojnie bazowanie na emocjach jest chyba najprostszym rozwiązaniem, kiedy chce się trafić do szerokiego grona odbiorców. Ale na konflikt Izrael – Palestyna świat przymyka oczy. „Tam” zawsze się kotłowało, „tam” nigdy nie można było dojść do zgody, „tam” sami są sobie winni. Nic dziwnego, że książki, które na rynku przybliżają odbiorcom sytuację na Bliskim Wschodzie, muszą mieć w sobie to coś, żeby się przebić i żeby zasygnalizować światu, że takie sytuacje nie powinny mieć już miejsca. Karolina Wójcicka próbuje zrozumieć, co się dzieje – na bazie portretów aktualnych agresorów, tych, którzy mszczą się za doznane wcześniej krzywdy i wykraczają w zemście daleko poza zrozumiałe reakcje. „Z nakazu Boga. Izraelczycy i wojna w Strefie Gazy” to jednak książka, której trochę brakuje do tego, żeby zamienić szokujące obserwacje w faktyczny literacki skandal – i żeby wstrząsnąć odbiorcami. Przede wszystkim za sprawą wybranej stylistyki – autorka bardzo rzadko wplata bezpośrednie wypowiedzi ludzi, których przedstawia: zapośrednicza opowieść, a przez to automatycznie nieco odziera ją z siły wyrazu. Nie może się też zdecydować na motyw wiodący – raz próbuje działać na uczucia czytelników, raz chce dostarczać im fachowej wiedzy, po którą samodzielnie raczej nie sięgną. I w efekcie sama sobie niszczy napięcie w tekście, proponując po prostu jeszcze jeden zestaw szkiców „na temat”.
W tej książce jest tylko jeden bohater (negatywny) – i jest to Izrael. Chociaż kolejne wydarzenia dotyczą krzywd, jakich doznają Palestyńczycy, czystek etnicznych i prób usunięcia Arabów ze Strefy Gazy, do Palestyńczyków Karolina Wójcicka nie dociera. Za to zajmuje się pokazywaniem Izraela w wersji agresora – od czasu do czasu przełamywanej (wersji) przez buntowników i tych, którzy nie zgadzają się na systemowe niszczenie odwiecznego wroga. Co ciekawe, najsilniejszy uczuciowo obrazek trafia na sam początek, później już nie udaje się autorce dotrzeć do tak wstrząsających motywów – a może po prostu z czasem powszednieje obraz okrucieństwa. Izrael próbuje ostatecznie zniechęcić Palestynę do funkcjonowania w Strefie Gazy, atakuje ludność cywilną pod pretekstem niszczenia chowanej w blokach mieszkalnych broni, prowadzi działania, które historia już przecież doskonale zna – a równolegle doprowadza do indoktrynacji swoich obywateli, od najmłodszych lat wpaja dzieciom, kto jest ich wrogiem i kogo nienawidzić. Autorka gdzieniegdzie wplata wątek Holokaustu i lekcji, której naród najwyraźniej nie odrobił: pokazuje Izrael jako kraj ogarnięty żądzą zemsty i niemożliwy do zatrzymania w procesie niszczenia.
I w tym wszystkim zastanawia tylko faktyczny cel tworzenia tej książki: bo raz wydaje się, że autorka chce się podzielić własnymi przerażającymi odkryciami, raz – że usiłuje przekonać czytelników do swojej perspektywy. Tam, gdzie w tle jest cierpienie ludzi, może nie być czasu na budowanie swoich tez – a jednak w tym wypadku ma się wrażenie, że nie do końca o informowanie chodzi, a bardziej o wyzwolenie silnych uczuć u odbiorców. Tak czy inaczej – ci mogą dowiedzieć się czegoś o wyroku wydanym na Strefę Gazy.
piątek, 23 stycznia 2026
Umiem rysować przyrodę
Kropka, Warszawa 2026.
Na spacerze
Kolejna publikacja w cyklu Umiem rysować ucieszy zwłaszcza najmłodszych, którzy chcą upiększać swoje codzienne rysunki. „Umiem rysować przyrodę” to 35 wskazówek dla maluchów – propozycji, jak można w prosty sposób powołać do istnienia na kartce papieru określone elementy widywane choćby podczas spacerów (ale nie tylko, chyba że ktoś spaceruje wśród baobabów). Są tu motywy proste: grzyb, tęcza, góry, słońce, tulipan – to wszystko, co dzieci narysują niemal odruchowo (więc można sobie wyobrazić, jak mali mogą być użytkownicy tego tomiku, żeby skorzystać na takich podpowiedziach), są też bardziej skomplikowane – wiewiórka, wilk, gniazdo czy planeta. Każda rozkładówka to trzy proste kroki na jednym marginesie – i pusta przestrzeń z gotowym obrazkiem w prawym górnym rogu. W tej pustej przestrzeni dzieci będą mogły ćwiczyć swoje umiejętności – posiłkować się poradami rysunkowymi i wcielać je w czyn. Gdyby kartek zabrakło (albo gdyby ktoś nie chciał używać do ćwiczeń tomiku), zawsze można sięgnąć po blok czy zeszyt. Są tutaj same szkice, czarno-białe obrazki, ale gotowe rysunki mają jeszcze dodatkowy element – szare cieniowanie, żeby pokazać odbiorcom, jak w bardzo łatwy sposób można ożywić pracę i nadać jej charakteru.
Nie tylko kilkulatki mogą sięgać po tę książkę – Joanna Jesus wykorzystuje tutaj poczucie humoru i uproszczenia, które przydać się mogą choćby twórcom amatorskich komiksów albo kreskówek – pokazuje autorka, w jaki sposób stosować uwypuklenia najbardziej charakterystycznych i rozpoznawalnych motywów, jak wprowadzać uśmiech do obrazków i jak wykorzystywać infantylizm jako atut – trudno się nie ucieszyć, oglądając takie prace. Tym bardziej zachęci autorka dzieci do wzmożonego wysiłku i poznawania kolejnych sztuczek, które pozwolą na upiększenie czy urozmaicenie rysunków. Ponieważ motywy nie odstraszają wysokim stopniem skomplikowania, maluchy, które będą chciały poprawić swoje umiejętności, będą też niepostrzeżenie ćwiczyć choćby koordynację wzrokowo-ruchową czy pewność ręki, co przyda im się później podczas pisania.
Nie trzeba umieć czytać, żeby korzystać z tego tomiku. Dzieci bez trudu rozpoznają elementy, które autorka im rozbija na części składowe – owszem, można czytać podpisy-nazwy, ale można się ich też domyślić – a jedyny tekst w książce to polecenie, które przynosi pozwolenie na wypełnianie kilku stron z tłami konkretnymi zwierzęcymi i roślinnymi motywami. Dzieci nie muszą zatem samodzielnie tworzyć pełnowymiarowych obrazków – wystarczy, że to, czego nauczą się dzięki tomikowi „Umiem rysować przyrodę” przeniosą na ostatnie rozkładówki, już wprowadzające je w świat natury. Dzięki temu utrwalą sobie nabyte umiejętności, a także przekonają się, jak przydatne były podpowiedzi autorki z tomiku. To zachęta do samodzielnego tworzenia – i o ile dawniej nie trzeba było dzieci namawiać do rysowania, o tyle dzisiaj to rozrywka trochę niedoceniana i warto pokazać, że wcale nie jest skomplikowana.
Na spacerze
Kolejna publikacja w cyklu Umiem rysować ucieszy zwłaszcza najmłodszych, którzy chcą upiększać swoje codzienne rysunki. „Umiem rysować przyrodę” to 35 wskazówek dla maluchów – propozycji, jak można w prosty sposób powołać do istnienia na kartce papieru określone elementy widywane choćby podczas spacerów (ale nie tylko, chyba że ktoś spaceruje wśród baobabów). Są tu motywy proste: grzyb, tęcza, góry, słońce, tulipan – to wszystko, co dzieci narysują niemal odruchowo (więc można sobie wyobrazić, jak mali mogą być użytkownicy tego tomiku, żeby skorzystać na takich podpowiedziach), są też bardziej skomplikowane – wiewiórka, wilk, gniazdo czy planeta. Każda rozkładówka to trzy proste kroki na jednym marginesie – i pusta przestrzeń z gotowym obrazkiem w prawym górnym rogu. W tej pustej przestrzeni dzieci będą mogły ćwiczyć swoje umiejętności – posiłkować się poradami rysunkowymi i wcielać je w czyn. Gdyby kartek zabrakło (albo gdyby ktoś nie chciał używać do ćwiczeń tomiku), zawsze można sięgnąć po blok czy zeszyt. Są tutaj same szkice, czarno-białe obrazki, ale gotowe rysunki mają jeszcze dodatkowy element – szare cieniowanie, żeby pokazać odbiorcom, jak w bardzo łatwy sposób można ożywić pracę i nadać jej charakteru.
Nie tylko kilkulatki mogą sięgać po tę książkę – Joanna Jesus wykorzystuje tutaj poczucie humoru i uproszczenia, które przydać się mogą choćby twórcom amatorskich komiksów albo kreskówek – pokazuje autorka, w jaki sposób stosować uwypuklenia najbardziej charakterystycznych i rozpoznawalnych motywów, jak wprowadzać uśmiech do obrazków i jak wykorzystywać infantylizm jako atut – trudno się nie ucieszyć, oglądając takie prace. Tym bardziej zachęci autorka dzieci do wzmożonego wysiłku i poznawania kolejnych sztuczek, które pozwolą na upiększenie czy urozmaicenie rysunków. Ponieważ motywy nie odstraszają wysokim stopniem skomplikowania, maluchy, które będą chciały poprawić swoje umiejętności, będą też niepostrzeżenie ćwiczyć choćby koordynację wzrokowo-ruchową czy pewność ręki, co przyda im się później podczas pisania.
Nie trzeba umieć czytać, żeby korzystać z tego tomiku. Dzieci bez trudu rozpoznają elementy, które autorka im rozbija na części składowe – owszem, można czytać podpisy-nazwy, ale można się ich też domyślić – a jedyny tekst w książce to polecenie, które przynosi pozwolenie na wypełnianie kilku stron z tłami konkretnymi zwierzęcymi i roślinnymi motywami. Dzieci nie muszą zatem samodzielnie tworzyć pełnowymiarowych obrazków – wystarczy, że to, czego nauczą się dzięki tomikowi „Umiem rysować przyrodę” przeniosą na ostatnie rozkładówki, już wprowadzające je w świat natury. Dzięki temu utrwalą sobie nabyte umiejętności, a także przekonają się, jak przydatne były podpowiedzi autorki z tomiku. To zachęta do samodzielnego tworzenia – i o ile dawniej nie trzeba było dzieci namawiać do rysowania, o tyle dzisiaj to rozrywka trochę niedoceniana i warto pokazać, że wcale nie jest skomplikowana.
czwartek, 22 stycznia 2026
Monika Kwaśniewska-Mikuła: #MeToo na rzecz przyszłości. Projekty artystyczne o przemocy (seksualnej) w teatrze
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2025.
Nadużycia
To praca naukowa, ale Monika Kwaśniewska-Mikuła potrafi wciągnąć w opowieść czytelników spoza środowiska akademickiego, tych, którzy są zainteresowani tematem przemocy nie tylko seksualnej w przedstawieniach i performansach scenicznych. Hermetyczna jest wyłącznie w momentach, w których przedstawia metodologie i oprawę teoretyczną, ale siła emocji i przeżyć przedstawianych w poszczególnych analizach jest tak wielka, że przebija się nawet przez obiektywny (i niewykluczający) język. Co ważne, autorka bardzo dobrze radzi sobie z meandrami poprawności politycznej, wie, jak pisać, żeby nie oceniać i nie urażać nikogo, odpowiednio uzasadnia swoje wybory i decyzje. Dba o to, żeby dawać dobry przykład czytelnikom i udowadniać, że zmiany językowe nie muszą być wyszydzanym dziwactwem – mogą stać się naturalnym tworzywem w dyskursie naukowym. Jedyny problem, który zaistnieje prawdopodobnie, kiedy ta książka trafi do szerokiego grona odbiorców – wyjdzie poza środowisko akademickie choćby do teatrów – wiąże się z brakiem jednoznacznego podkreślenia, że nie każdy teatr i nie każdy spektakl wygląda tak, jak przytaczane tutaj przykłady. W odbiorcach może też zrodzić się pytanie, dlaczego to nie psychologowie rozwiązują problemy, a artyści – ale to już kwestia wykraczająca poza ramy tego badania.
Motyw wykorzystywania swojej pozycji – jako patologia na uczelniach kształcących aktorów – został nagłośniony niezbyt dawno, ale dzięki temu mógł trafić do świadomości społecznej i dzisiaj nie ma już znamion skandalu, to jest – nie stanowi rewelacji na rynku wydawniczym. Wciąż jednak może być inspiracją dla wszystkich tych, którzy pragną rozliczeń i wykrzyczenia emocji oraz krzywd. Dlatego też „#MeToo na rzecz przyszłości. Projekty artystyczne o przemocy (seksualnej) w teatrze” to książka przedstawiająca metody autoterapii i artystycznego traktowania wyjątkowo delikatnego tematu. Z jednej strony kolejni twórcy są w stanie pokazać, jakie możliwości ekspresji mają, z drugiej – przy pracy nad przedstawieniem tworzą sobie przestrzeń przyjazną i bezpieczną, tak, żeby zasygnalizować nowe standardy funkcjonowania w teatrze dla wszystkich. Tu mniej liczy się przeszłość, która doprowadziła do mówienia głośno o traumach i o nadużyciach seksualnych, bardziej – przyszłość, która nie może już być powrotem do dawnych dramatów. Tu artystom nie chodzi o rozgłos i sięganie po oczywiste motywy bulwersujące opinię społeczną – chodzi im o wyrażenie siebie i o utrwalenie własnego głosu w historii teatru. Pozostanie po lekturze naprawdę wiele pytań, wątpliwości może budzić choćby fakt, że z nagością na scenie walczy się tu czasem nagością na scenie – potrzebny jest też sygnał, że chociaż rzecz dotyczyła wielu uczelni, nie jest zjawiskiem dotyczącym każdego teatru, każdego reżysera i każdego gatunku scenicznego. Autorka tego opracowania porusza się po świecie projektów artystycznych spoza mainstreamu, ale wie doskonale, jaki efekt chce uzyskać i co naświetlić, żeby trafić do szerokiego grona odbiorców. Pisze zajmująco: chociaż może nie jest to najważniejsze w przypadku dysertacji, o tyle już przy publikacji książkowej liczy się bardzo. Monika Kwaśniewska-Mikuła proponuje olbrzymią i starannie przygotowaną pracę – warto sięgnąć po ten tom jako po informację, co po rewolucji w szkołach teatralnych – i żeby uświadomić społeczeństwu, że zmiana już się rozpoczęła.
Nadużycia
To praca naukowa, ale Monika Kwaśniewska-Mikuła potrafi wciągnąć w opowieść czytelników spoza środowiska akademickiego, tych, którzy są zainteresowani tematem przemocy nie tylko seksualnej w przedstawieniach i performansach scenicznych. Hermetyczna jest wyłącznie w momentach, w których przedstawia metodologie i oprawę teoretyczną, ale siła emocji i przeżyć przedstawianych w poszczególnych analizach jest tak wielka, że przebija się nawet przez obiektywny (i niewykluczający) język. Co ważne, autorka bardzo dobrze radzi sobie z meandrami poprawności politycznej, wie, jak pisać, żeby nie oceniać i nie urażać nikogo, odpowiednio uzasadnia swoje wybory i decyzje. Dba o to, żeby dawać dobry przykład czytelnikom i udowadniać, że zmiany językowe nie muszą być wyszydzanym dziwactwem – mogą stać się naturalnym tworzywem w dyskursie naukowym. Jedyny problem, który zaistnieje prawdopodobnie, kiedy ta książka trafi do szerokiego grona odbiorców – wyjdzie poza środowisko akademickie choćby do teatrów – wiąże się z brakiem jednoznacznego podkreślenia, że nie każdy teatr i nie każdy spektakl wygląda tak, jak przytaczane tutaj przykłady. W odbiorcach może też zrodzić się pytanie, dlaczego to nie psychologowie rozwiązują problemy, a artyści – ale to już kwestia wykraczająca poza ramy tego badania.
Motyw wykorzystywania swojej pozycji – jako patologia na uczelniach kształcących aktorów – został nagłośniony niezbyt dawno, ale dzięki temu mógł trafić do świadomości społecznej i dzisiaj nie ma już znamion skandalu, to jest – nie stanowi rewelacji na rynku wydawniczym. Wciąż jednak może być inspiracją dla wszystkich tych, którzy pragną rozliczeń i wykrzyczenia emocji oraz krzywd. Dlatego też „#MeToo na rzecz przyszłości. Projekty artystyczne o przemocy (seksualnej) w teatrze” to książka przedstawiająca metody autoterapii i artystycznego traktowania wyjątkowo delikatnego tematu. Z jednej strony kolejni twórcy są w stanie pokazać, jakie możliwości ekspresji mają, z drugiej – przy pracy nad przedstawieniem tworzą sobie przestrzeń przyjazną i bezpieczną, tak, żeby zasygnalizować nowe standardy funkcjonowania w teatrze dla wszystkich. Tu mniej liczy się przeszłość, która doprowadziła do mówienia głośno o traumach i o nadużyciach seksualnych, bardziej – przyszłość, która nie może już być powrotem do dawnych dramatów. Tu artystom nie chodzi o rozgłos i sięganie po oczywiste motywy bulwersujące opinię społeczną – chodzi im o wyrażenie siebie i o utrwalenie własnego głosu w historii teatru. Pozostanie po lekturze naprawdę wiele pytań, wątpliwości może budzić choćby fakt, że z nagością na scenie walczy się tu czasem nagością na scenie – potrzebny jest też sygnał, że chociaż rzecz dotyczyła wielu uczelni, nie jest zjawiskiem dotyczącym każdego teatru, każdego reżysera i każdego gatunku scenicznego. Autorka tego opracowania porusza się po świecie projektów artystycznych spoza mainstreamu, ale wie doskonale, jaki efekt chce uzyskać i co naświetlić, żeby trafić do szerokiego grona odbiorców. Pisze zajmująco: chociaż może nie jest to najważniejsze w przypadku dysertacji, o tyle już przy publikacji książkowej liczy się bardzo. Monika Kwaśniewska-Mikuła proponuje olbrzymią i starannie przygotowaną pracę – warto sięgnąć po ten tom jako po informację, co po rewolucji w szkołach teatralnych – i żeby uświadomić społeczeństwu, że zmiana już się rozpoczęła.
środa, 21 stycznia 2026
Hélène Delforge: Babcia i dziadek
Media Rodzina, Poznań 2026.
Przeżycia
Rynek wydawniczy bezlitośnie wykorzystuje wszystkie okazje, które pozwolą na ułatwienie marketingowych zabiegów, nic więc dziwnego, że stawia często na wydawnictwa nawiązujące do konkretnych świąt lub tradycji. I problem nie polega na zalewie tematyzowanych publikacji – problem polega na tym, że w owym zalewie bardzo łatwo przeoczyć prawdziwe perły. A taką bez wątpienia jest tomik „Babcia i dziadek” autorstwa Hélène Delforge i z ilustracjami Quentina Grébana (ilustracje są bardzo ważne, czasami pozwalają na zrozumienie, o czym mowa w narracji), w tłumaczeniu Jarosława Mikołajewskiego i Magdaleny Mikołajewskiej (na marginesie: o ile rymowane przekłady tej pary nie są najlepszej jakości, o tyle w prozie potrafią zrobić coś wyjątkowego.
Ta książka obala infantylne stereotypy i pokazuje babcię, dziadka oraz ich domowe i rodzinne relacje inaczej niż są do tego przyzwyczajeni najmłodsi. Nagle okazuje się, że babcia to kobieta, która może być zakochana (albo tęsknić za ukochanym i opowiadać o nim wnukom), albo – jest opiekunką starego leniwego kota. Owszem, ma na uwadze rozpieszczanie wnuków, ale równie ważny jest dla niej dobrostan córki i jej szczęście: chociaż ta córka ma teraz swoje dzieci, na zawsze pozostanie dzieckiem dla swojej matki. I kiedy sama zatęskni za dzieciństwem, będzie mogła wrócić – dzięki empatycznej już teraz babci – do najmilszych wspomnień. Dziadek ma pełno zmarszczek – a każda oznacza coś innego – i wie, jak zorganizować pogrzeb sikorki, żeby nie było zawsze smutno. Nawet jeśli nie ma pojęcia, jak opiekować się dziećmi, pamięta jeszcze, jak wychowywał swoje. Tylko że w tomiku „Babcia i dziadek” relacje dziadkowie – wnuki nie są jedyne. Każda rozkładówka to jedna wielkoformatowa ilustracja i jeden drobny rysunek – a do tego wyznanie w formie może nieco poetyckiej, z szatkowanymi frazami. Nigdy nie wiadomo, kto zabierze głos – może to być dziecko, dziadek, babcia, średnie pokolenie, albo... kot. Każdy ma do powiedzenia coś ważnego: czasem to przypomnienie, żeby rejestrować wspomnienia, rozmawiać jak najwięcej, dowiadywać się czegoś, co nie powinno bezpowrotnie zniknąć, innym razem – migawki z przeszłości z różnych ujęć. Opowiada się tu o emocjach i o uczuciach między pokoleniami albo między bliskimi – ale miłość dziadka i babci może zamienić się w romantyczną historię młodej i pełnej nadziei dziewczyny. I to inne spojrzenie na przedstawicieli starszego pokolenia będzie dla najmłodszych prawdopodobnie największym odkryciem i zaskoczeniem. Jest tu delikatność i wyczulenie na drugiego człowieka, jest miłość bezwarunkowa – ale w różnych kierunkach. Nie zawsze wyznania są oczywiste na pierwszy rzut oka, czasami trzeba będzie się zastanowić nad ich znaczeniem, a czasami – wręcz rozszyfrować, o czym mowa. Jest tu sporo tematów, które mogą wywołać wzruszenie, doprowadzić do refleksji albo zaprosić do rozmowy z dziadkami i rodzicami. To zdecydowanie lektura wyjątkowa: na rynek wchodzi w czasie, w którym może być poszukiwana, ale przyda się przez cały rok i pozostawi niezapomniane wrażenia u czytających. Warto zaufać autorce i przyjrzeć się uważnie temu, co daje relacja z dziadkami – wszystkim pokoleniom. Autorka nie zatrzymuje się na tym, co powierzchowne i oczywiste, stara się dotrzeć do bardzo ważnych treści i przywołać je dla najmłodszych – to, co wyniosą z lektury, pozostanie z nimi przez całe życie.
Przeżycia
Rynek wydawniczy bezlitośnie wykorzystuje wszystkie okazje, które pozwolą na ułatwienie marketingowych zabiegów, nic więc dziwnego, że stawia często na wydawnictwa nawiązujące do konkretnych świąt lub tradycji. I problem nie polega na zalewie tematyzowanych publikacji – problem polega na tym, że w owym zalewie bardzo łatwo przeoczyć prawdziwe perły. A taką bez wątpienia jest tomik „Babcia i dziadek” autorstwa Hélène Delforge i z ilustracjami Quentina Grébana (ilustracje są bardzo ważne, czasami pozwalają na zrozumienie, o czym mowa w narracji), w tłumaczeniu Jarosława Mikołajewskiego i Magdaleny Mikołajewskiej (na marginesie: o ile rymowane przekłady tej pary nie są najlepszej jakości, o tyle w prozie potrafią zrobić coś wyjątkowego.
Ta książka obala infantylne stereotypy i pokazuje babcię, dziadka oraz ich domowe i rodzinne relacje inaczej niż są do tego przyzwyczajeni najmłodsi. Nagle okazuje się, że babcia to kobieta, która może być zakochana (albo tęsknić za ukochanym i opowiadać o nim wnukom), albo – jest opiekunką starego leniwego kota. Owszem, ma na uwadze rozpieszczanie wnuków, ale równie ważny jest dla niej dobrostan córki i jej szczęście: chociaż ta córka ma teraz swoje dzieci, na zawsze pozostanie dzieckiem dla swojej matki. I kiedy sama zatęskni za dzieciństwem, będzie mogła wrócić – dzięki empatycznej już teraz babci – do najmilszych wspomnień. Dziadek ma pełno zmarszczek – a każda oznacza coś innego – i wie, jak zorganizować pogrzeb sikorki, żeby nie było zawsze smutno. Nawet jeśli nie ma pojęcia, jak opiekować się dziećmi, pamięta jeszcze, jak wychowywał swoje. Tylko że w tomiku „Babcia i dziadek” relacje dziadkowie – wnuki nie są jedyne. Każda rozkładówka to jedna wielkoformatowa ilustracja i jeden drobny rysunek – a do tego wyznanie w formie może nieco poetyckiej, z szatkowanymi frazami. Nigdy nie wiadomo, kto zabierze głos – może to być dziecko, dziadek, babcia, średnie pokolenie, albo... kot. Każdy ma do powiedzenia coś ważnego: czasem to przypomnienie, żeby rejestrować wspomnienia, rozmawiać jak najwięcej, dowiadywać się czegoś, co nie powinno bezpowrotnie zniknąć, innym razem – migawki z przeszłości z różnych ujęć. Opowiada się tu o emocjach i o uczuciach między pokoleniami albo między bliskimi – ale miłość dziadka i babci może zamienić się w romantyczną historię młodej i pełnej nadziei dziewczyny. I to inne spojrzenie na przedstawicieli starszego pokolenia będzie dla najmłodszych prawdopodobnie największym odkryciem i zaskoczeniem. Jest tu delikatność i wyczulenie na drugiego człowieka, jest miłość bezwarunkowa – ale w różnych kierunkach. Nie zawsze wyznania są oczywiste na pierwszy rzut oka, czasami trzeba będzie się zastanowić nad ich znaczeniem, a czasami – wręcz rozszyfrować, o czym mowa. Jest tu sporo tematów, które mogą wywołać wzruszenie, doprowadzić do refleksji albo zaprosić do rozmowy z dziadkami i rodzicami. To zdecydowanie lektura wyjątkowa: na rynek wchodzi w czasie, w którym może być poszukiwana, ale przyda się przez cały rok i pozostawi niezapomniane wrażenia u czytających. Warto zaufać autorce i przyjrzeć się uważnie temu, co daje relacja z dziadkami – wszystkim pokoleniom. Autorka nie zatrzymuje się na tym, co powierzchowne i oczywiste, stara się dotrzeć do bardzo ważnych treści i przywołać je dla najmłodszych – to, co wyniosą z lektury, pozostanie z nimi przez całe życie.
wtorek, 20 stycznia 2026
Zuzanna Kisielewska: O tańcu
Druganoga, Warszawa 2025.
Ruch
O tańcu można mówić na różne sposoby, Zuzanna Kisielewska zdecydowała się na opowieść międzykulturową i znaczeniową. Małgorzata Nowak i Agata Dudek dodają do jej narracji grafiki – karykaturalne postacie, które w ruchu wyginają swoje ciała – ta dynamika tańca pojawia się na kolejnych ilustracjach, mniej nawet pasujących do publikacji dla dzieci, bardziej – do dorosłych opracowań. Zuzanna Kisielewska zresztą też nie upraszcza specjalnie języka, którym się posługuje, pisze bez infantylizowania, przez co trafić może na przykład do młodzieży zainteresowanej historią tańca i możliwościami wyrażania emocji przez ruch.
Najpierw Zuzanna Kisielewska sięga daleko w przeszłość – stara się sprawdzić, jak dawno pojawił się taniec, ale ponieważ to nie do końca realne zadanie, odwołuje się do odkryć z różnych miejsc świata i różnych czasów. Ludy pierwotne taniec wykorzystywały jako sposób na wpływanie na wszystko, co nie do końca poznane, zrozumiane lub opanowane – między innymi do przywoływania deszczu albo zwiększania plonów. Ale taki punkt wyjścia prowokuje natychmiast do przywoływania choćby „Deszczowej piosenki” i dzisiejszych pomysłów na nawiązywanie do pradawnych rozwiązań. Dla czytelników oznacza to wskazówkę w kwestii doboru tematów – autorka decyduje się na rozdziały tematyczne, w ich ramach stawia na chronologię (przynajmniej w ramach wybranych zagadnień) i porządkuje wiadomości o tańcu za sprawą przesłań i kodów. Opowiada, jak można było taniec traktować jako rozmowę z bóstwami, bogami albo duchami, albo o tańcach, które służyły jako tajne szyfry. Przedstawia tańce charakterystyczne dla narodów albo tańce wykorzystywane w sporcie, odwołuje się też o tańców najbardziej kojarzonych – baletu, breaku czy kankana. Przytacza historie, które się wiążą z ich powstaniem, albo najbardziej rozpoznawalne elementy. Wszystko, żeby czytelnicy zrozumieli, jak ważną i wielowymiarową sztuką jest taniec – i jak wiele da się nim wyrazić. Za każdym razem wybiera osobną, zamkniętą historię, która łączy się wprawdzie z innymi, ale może być czytana bez zwracania uwagi na kolejność, linearność opowieści. Udało się dzięki temu Kisielewskiej odwzorować dynamikę, siłę ruchu i powszechność takiej rozrywki – która wykracza daleko poza rozrywkowość. Jeśli autorka chce kogoś zainteresować tańcem, wybrała najlepszą drogę – szeroka oferta zróżnicowane wymagania sprawiają, że każdy znajdzie coś dla siebie i może próbować swoich sił w tym, co sprawi mu najwięcej satysfakcji. Taniec jednoczy – ale też daje wolność i to jeden z tematów powracających w opowieści – autorka przywołuje twórców łamiących zasady i kształtujących zupełnie nowe taneczne mody.
„O tańcu” to tom edukacyjny, starannie przygotowany – nie tylko z myślą o młodszych czytelnikach, bo wiadomości bywają bardziej zaawansowane. Każdy, kto interesuje się historią tańca, może tu znaleźć coś dla siebie – i przy okazji dowie się, jak można popularyzować wiadomości w przyjemny i atrakcyjny dla wielu grup czytelników sposób. To książka warta rozreklamowania – powinna trafić do głównego nurtu wydawniczego. Uświadamia odbiorcom, jak istotne jest tańczenie – nie tylko dla wyrażania emocji. Sporo ciekawostek, wiele atrakcji dla czytelników, dobrze prowadzona narracja – to wszystko można tu znaleźć bez większego wysiłku, dlatego nawet ci, którzy nie przepadają za poruszaniem się, mogą skorzystać na lekturze.
Ruch
O tańcu można mówić na różne sposoby, Zuzanna Kisielewska zdecydowała się na opowieść międzykulturową i znaczeniową. Małgorzata Nowak i Agata Dudek dodają do jej narracji grafiki – karykaturalne postacie, które w ruchu wyginają swoje ciała – ta dynamika tańca pojawia się na kolejnych ilustracjach, mniej nawet pasujących do publikacji dla dzieci, bardziej – do dorosłych opracowań. Zuzanna Kisielewska zresztą też nie upraszcza specjalnie języka, którym się posługuje, pisze bez infantylizowania, przez co trafić może na przykład do młodzieży zainteresowanej historią tańca i możliwościami wyrażania emocji przez ruch.
Najpierw Zuzanna Kisielewska sięga daleko w przeszłość – stara się sprawdzić, jak dawno pojawił się taniec, ale ponieważ to nie do końca realne zadanie, odwołuje się do odkryć z różnych miejsc świata i różnych czasów. Ludy pierwotne taniec wykorzystywały jako sposób na wpływanie na wszystko, co nie do końca poznane, zrozumiane lub opanowane – między innymi do przywoływania deszczu albo zwiększania plonów. Ale taki punkt wyjścia prowokuje natychmiast do przywoływania choćby „Deszczowej piosenki” i dzisiejszych pomysłów na nawiązywanie do pradawnych rozwiązań. Dla czytelników oznacza to wskazówkę w kwestii doboru tematów – autorka decyduje się na rozdziały tematyczne, w ich ramach stawia na chronologię (przynajmniej w ramach wybranych zagadnień) i porządkuje wiadomości o tańcu za sprawą przesłań i kodów. Opowiada, jak można było taniec traktować jako rozmowę z bóstwami, bogami albo duchami, albo o tańcach, które służyły jako tajne szyfry. Przedstawia tańce charakterystyczne dla narodów albo tańce wykorzystywane w sporcie, odwołuje się też o tańców najbardziej kojarzonych – baletu, breaku czy kankana. Przytacza historie, które się wiążą z ich powstaniem, albo najbardziej rozpoznawalne elementy. Wszystko, żeby czytelnicy zrozumieli, jak ważną i wielowymiarową sztuką jest taniec – i jak wiele da się nim wyrazić. Za każdym razem wybiera osobną, zamkniętą historię, która łączy się wprawdzie z innymi, ale może być czytana bez zwracania uwagi na kolejność, linearność opowieści. Udało się dzięki temu Kisielewskiej odwzorować dynamikę, siłę ruchu i powszechność takiej rozrywki – która wykracza daleko poza rozrywkowość. Jeśli autorka chce kogoś zainteresować tańcem, wybrała najlepszą drogę – szeroka oferta zróżnicowane wymagania sprawiają, że każdy znajdzie coś dla siebie i może próbować swoich sił w tym, co sprawi mu najwięcej satysfakcji. Taniec jednoczy – ale też daje wolność i to jeden z tematów powracających w opowieści – autorka przywołuje twórców łamiących zasady i kształtujących zupełnie nowe taneczne mody.
„O tańcu” to tom edukacyjny, starannie przygotowany – nie tylko z myślą o młodszych czytelnikach, bo wiadomości bywają bardziej zaawansowane. Każdy, kto interesuje się historią tańca, może tu znaleźć coś dla siebie – i przy okazji dowie się, jak można popularyzować wiadomości w przyjemny i atrakcyjny dla wielu grup czytelników sposób. To książka warta rozreklamowania – powinna trafić do głównego nurtu wydawniczego. Uświadamia odbiorcom, jak istotne jest tańczenie – nie tylko dla wyrażania emocji. Sporo ciekawostek, wiele atrakcji dla czytelników, dobrze prowadzona narracja – to wszystko można tu znaleźć bez większego wysiłku, dlatego nawet ci, którzy nie przepadają za poruszaniem się, mogą skorzystać na lekturze.
poniedziałek, 19 stycznia 2026
Jørn Lier Horst: Operacja Gwiazda Zimowa
Media Rodzina, Poznań 2025.
W niebo
Seria detektywistyczna Operacja to dodatek, który pozwala zaintrygować dzieci lubiące łamigłówki serią o bohaterach z Biura Detektywistycznego nr 2. Tiril i Oliver to dwójka przedsiębiorczych i sprytnych dzieciaków, które rozwiązują kolejne zagadki i zadania, pomagając dorosłym w chwytaniu przestępców, a przynajmniej – w odkrywaniu tego, czego prawdziwi śledczy nie są w stanie wymyślić. W serii Operacja dzieci jednak zwykle zajmują się pomaganiem dziadkowi – ten nie jest zbyt spostrzegawczy i potrzebuje wsparcia, żeby rozwiązywać prywatne zagadki. „Operacja Gwiazda Zimowa” to jednak historia, która sięga aż do kosmosu. Przyjaciel dziadka z Klubu Odkrywców, zostawił dziadkowi klucz do swojego domu i zaprosił go tam dziesiątego grudnia (czyli za dwa dni). Jednak zapadł w śpiączkę i nie wyjaśnił do końca, co trzeba zrobić. Coś, co znajduje się w sejfie w zamkniętym domu ma mieć związek z Gwiazdą Zimową – kometą lub meteorytem. Pytań jest wiele, odpowiedzi żadnych, ale ponieważ zostało mało czasu do wyznaczonego dnia, Tiril – tym razem najbardziej ona – przejmuje dowodzenie. Dziadek pomaga tylko w kwestiach kontaktów z przedstawicielami Klubu Odkrywców i dodaje co pewien czas kolejne wskazówki lub informacje, które wygrzebuje z pamięci i pozwala Tiril rozwiązywać wszystko po kolei. Nagrodą są nie następne zagadki, a możliwość przejścia dalej – więc całość przypomina trochę grę komputerową, w której nie można liczyć na podpowiedzi głównego zainteresowanego.
Dziadek, Tiril i Oliver wyruszają na prawdziwą misję. Spieszą się, zwłaszcza że w domu chorego przyjaciela najwyraźniej ktoś już myszkował. Nie mają żadnych kodów do sejfu ani oczywistych wyjaśnień, muszą bazować na serii podpowiedzi. I to właśnie połączy bohaterów z małymi odbiorcami – bo podseria Operacja została pomyślana tak, żeby dzieci brały w niej aktywny udział. Każda rozkładówka to po prostu drobny fragment narracji, który prowadzi do kolejnego zadania na spostrzegawczość: tekst ozdobiony jest wielkoformatowym rysunkiem, na którym trzeba wskazać element naprowadzający na rozwiązanie. Jeśli ktoś nie poradzi sobie z wyzwaniem, na kolejnej stronie znajdzie na marginesie obrazkowe wyjaśnienie. Dzieci mogą w ten sposób kontrolować swoje odkrycia od razu i cieszyć się interaktywną lekturą. Ćwiczenie logicznego myślenia powiązane z treningiem spostrzegawczości jest tutaj ładnie wykorzystane. Jorn Lier Horst pomaga sobie okolicznościami: dzięki śnieżnej zimie łatwiej zauważyć, który dom nie był dawno odwiedzany, albo jaką ścieżkę wybrać – uczy dzieci wyczulenia na szczegóły, które pozwalają na rozwijanie wyobraźni i sprytu. „Operacja Gwiazda Zimowa” to tomik, w którym trzeba wyjść z własnego towarzystwa i poruszać się po obcym terenie, wymaga więc od bohaterów sporo samozaparcia i odwagi – za to odbiorcy będą mieli dodatkowe wyzwanie w postaci adrenaliny w narracji. Ten tomik przyda się wszystkim dzieciom, które lubią opowieści detektywistyczne i uczestniczenie w takich historiach, może też stać się reklamą serii Biuro Detektywistyczne nr 2.
W niebo
Seria detektywistyczna Operacja to dodatek, który pozwala zaintrygować dzieci lubiące łamigłówki serią o bohaterach z Biura Detektywistycznego nr 2. Tiril i Oliver to dwójka przedsiębiorczych i sprytnych dzieciaków, które rozwiązują kolejne zagadki i zadania, pomagając dorosłym w chwytaniu przestępców, a przynajmniej – w odkrywaniu tego, czego prawdziwi śledczy nie są w stanie wymyślić. W serii Operacja dzieci jednak zwykle zajmują się pomaganiem dziadkowi – ten nie jest zbyt spostrzegawczy i potrzebuje wsparcia, żeby rozwiązywać prywatne zagadki. „Operacja Gwiazda Zimowa” to jednak historia, która sięga aż do kosmosu. Przyjaciel dziadka z Klubu Odkrywców, zostawił dziadkowi klucz do swojego domu i zaprosił go tam dziesiątego grudnia (czyli za dwa dni). Jednak zapadł w śpiączkę i nie wyjaśnił do końca, co trzeba zrobić. Coś, co znajduje się w sejfie w zamkniętym domu ma mieć związek z Gwiazdą Zimową – kometą lub meteorytem. Pytań jest wiele, odpowiedzi żadnych, ale ponieważ zostało mało czasu do wyznaczonego dnia, Tiril – tym razem najbardziej ona – przejmuje dowodzenie. Dziadek pomaga tylko w kwestiach kontaktów z przedstawicielami Klubu Odkrywców i dodaje co pewien czas kolejne wskazówki lub informacje, które wygrzebuje z pamięci i pozwala Tiril rozwiązywać wszystko po kolei. Nagrodą są nie następne zagadki, a możliwość przejścia dalej – więc całość przypomina trochę grę komputerową, w której nie można liczyć na podpowiedzi głównego zainteresowanego.
Dziadek, Tiril i Oliver wyruszają na prawdziwą misję. Spieszą się, zwłaszcza że w domu chorego przyjaciela najwyraźniej ktoś już myszkował. Nie mają żadnych kodów do sejfu ani oczywistych wyjaśnień, muszą bazować na serii podpowiedzi. I to właśnie połączy bohaterów z małymi odbiorcami – bo podseria Operacja została pomyślana tak, żeby dzieci brały w niej aktywny udział. Każda rozkładówka to po prostu drobny fragment narracji, który prowadzi do kolejnego zadania na spostrzegawczość: tekst ozdobiony jest wielkoformatowym rysunkiem, na którym trzeba wskazać element naprowadzający na rozwiązanie. Jeśli ktoś nie poradzi sobie z wyzwaniem, na kolejnej stronie znajdzie na marginesie obrazkowe wyjaśnienie. Dzieci mogą w ten sposób kontrolować swoje odkrycia od razu i cieszyć się interaktywną lekturą. Ćwiczenie logicznego myślenia powiązane z treningiem spostrzegawczości jest tutaj ładnie wykorzystane. Jorn Lier Horst pomaga sobie okolicznościami: dzięki śnieżnej zimie łatwiej zauważyć, który dom nie był dawno odwiedzany, albo jaką ścieżkę wybrać – uczy dzieci wyczulenia na szczegóły, które pozwalają na rozwijanie wyobraźni i sprytu. „Operacja Gwiazda Zimowa” to tomik, w którym trzeba wyjść z własnego towarzystwa i poruszać się po obcym terenie, wymaga więc od bohaterów sporo samozaparcia i odwagi – za to odbiorcy będą mieli dodatkowe wyzwanie w postaci adrenaliny w narracji. Ten tomik przyda się wszystkim dzieciom, które lubią opowieści detektywistyczne i uczestniczenie w takich historiach, może też stać się reklamą serii Biuro Detektywistyczne nr 2.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)






