Czytelnik, Warszawa 2026.
Obserwacje
Alberto Angela wie, że odbiorcom trzeba przedstawiać historie, żeby chcieli się zaangażować w lekturę. Dzięki temu w kolejnym tomie z serii Dzień w starożytnym Rzymie” może zabrać czytelników na wyprawę – długą obserwację, podczas której wydarzy się sporo. A że uwaga ogniskuje się na uczuciach i romansach, znajdzie tego autor naprawdę dużo. Na podstawie dokumentów i opracowań dotyczących zamierzchłej przeszłości stara się odtworzyć nie tylko to, co dało się udowodnić, ale też to, co pozostaje w sferze przypuszczeń i domysłów. Bazuje przecież na delikatnej warstwie uczuć i emocji – często trudno uchwytnych nawet dla bezpośrednio zaangażowanych. A jednak przy odrobinie wyobraźni i sporej dozie talentu literackiego udaje mu się zapewnić sobie uznanie odbiorców. „Miłość i seks w starożytnym Rzymie” to książka, w której już sam tytuł przyciąga i budzi zainteresowanie ewentualnych podglądaczy. Alberto Angela chce rozwiewać wątpliwości i przekładać dawne obyczaje na dzisiejsze podejście.
Zajmie się autor tematem pocałunków – ich znaczenia i bohaterów uczestniczących w tym rodzaju czułości. Pyta o partnerów seksualnych, o ewentualnych kochanków i o miejscach, w których można się umawiać na schadzki. Pisze o zdradach, ale też o pozycjach seksualnych czy zabawkach erotycznych, o ochronie przed niechcianą ciążą i o chorobach wenerycznych. A do tego zastanawia się nad podejściem społeczeństwa do przejawów czułości. Przedstawia drogę do ślubu i zasady randkowania. Co ciekawe, temat prostytucji schodzi tu na dalszy plan – pojawia się, bo też jest powiązany z kwestiami erotyzmu.
I tak naprawdę liczy się tu zestaw tematycznych niespodzianek, porządkowanych przez pryzmat wycieczki. Czytelnicy dowiedzą się czegoś nie tylko na tematy związane z miłością w różnych jej przejawach – liczyć się tu będzie też umiejętność zatrzymania uwagi na wybranych wątkach, dodatkach pozwalających na lepszą orientację w kulturze starożytnego Rzymu. Alberto Angela w ten sposób uświadamia odbiorcom, jak dużą wiedzę w zakresie życia codziennego w starożytnym Rzymie posiadł – i jak ładnie potrafi tę wiedzę przedstawić. Bo wielkim atutem książki jest jej język: gęsta narracja, która jednak wcale nie odwraca uwagi od treści. Alberto Angela faktycznie pozwala swoim czytelnikom na zwiedzanie starożytności i na lepsze zrozumienie tego, co działo się między zwykłymi ludźmi. Takie ujęcie pomaga w przyswajaniu sobie wiadomości i prowadzi do rozbudzenia zainteresowania – trafi Angela do szerokiego grona czytelników bez większego trudu i nie tylko za sprawą wyboru tematu. Angażuje w temat, bo przedstawia go pomysłowo i jak najbardziej zwyczajnie. Stara się odpowiadać na pytania, jakie mogą podczas lektury się pojawić. Nawet kiedy sięga po cytaty – to obecność materiałów źródłowych nie psuje wrażenia podglądania codzienności, a to z kolei przekłada się na wyjątkową opowieść. Ta publikacja ucieszy nie tylko poszukiwaczy ciekawostek z dziedziny romantycznych uniesień i erotyki – tu liczy się ogólne spojrzenie na sprawy międzyludzkie przy dobrym zrozumieniu kontekstu.
Alberto Angela należy do tych autorów, którzy przekonują do siebie szerokie grono czytelników szybko i na długo. To autor, który wie, jak pisać – przedstawia wydarzenia w sposób niezwykle plastyczny i udaje mu się zgromadzić imponujący zestaw wiadomości.
tu-czytam
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
sobota, 10 października 2026
piątek, 9 października 2026
Muminki. Miłe scenki do wyklejania i poczytania
Harperkids, Warszawa 2026.
Tworzenie domu
Ten format już się sprawdził – w wyciszających kolorowankach dla dzieci. Teraz wydawnictwo proponuje rozrywkę tym, którzy nie przepadają za kolorowaniem, za to chcieliby tworzyć własne obrazki w ramach historii doskonale znanych. „Muminki. Miłe scenki do wyklejania i poczytania” to tomik przygotowany dla fanów naklejek. Każda scenka ma tu swój zestaw naklejek – więc nie będzie obaw, że użyje się nie takich, jak trzeba. Za to ich rozmieszczenie na kolejnych stronach to już kwestia uznania odbiorców.
Każda rozkładówka w tej książce to akapit tekstu przedstawiający dom Muminków – albo inną przestrzeń z Doliny Muminków. Główną rolę odgrywają tu bohaterowie świetnie znani z historii Tove Jansson. Dzięki opisom odbiorcy mogą szybko zorientować się, o kim mowa, czym się wyróżnia, albo jaką rolę w świecie Muminków spełnia – to przypomnienie prostych opisów, raczej bez nawiązywania do konkretnych fabuł. Nie chodzi tu przecież o test pamięci, a o zaproszenie do zabawy (która ma wszelkie szanse, by przerodzić się w lekturę). Druga strona zajęta jest przez rysunek na kredowym papierze (więc nic nie będzie zapraszało do kolorowania, kolory są już na swoich miejscach). Na tym rysunku pojawia się bohater znany z Muminków – i opisywany w tekście – w swoim naturalnym środowisku i żywiole. Uzupełnić trzeba jego otoczenie: na łąkę wprowadzić kwiatki, na plażę – muszle, a do zimowego obrazka – mnóstwo śnieżek. I teraz tak: w książce pojawia się klucz odpowiedzi, można się nim kierować, żeby stworzyć obrazek według propozycji autorów. Jest to rozwiązanie może mało satysfakcjonujące, ale dla odbiorców będące wskazówką, że da się rozmieścić wszystkie naklejkowe elementy w sposób estetyczny i bez większego trudu. O wiele zabawniejsze będzie jednak kierowanie się własnymi pomysłami i wykorzystywanie klucza tylko jako sugestii, a nie jedynego prawdziwego rozwiązania. Dla małych odbiorców z pewnością ważniejsze będzie kompletowanie obrazka według swoich potrzeb – i może nawet wykraczanie poza rysunkową logikę. To tworzenie, tyle że bez talentu do rysowania – z gotowych półproduktów.
„Muminki. Miłe scenki do wyklejania i poczytania” to książeczka, która w naturalny sposób uspokaja. Zachęca do zabawy, ale może być wykorzystywana również do nauki czytania: wtedy akapity opisowe będą traktowane jako źródło czytanek do rozpoznawania liter. Muminki to zawsze dobra propozycja dla najmłodszych, wiadomo, że tych bohaterów dzieci darzą szczególną sympatią. Tym razem nie trzeba specjalnego wysiłku, żeby cieszyć się uzupełnianiem książki – dla dzieci atrakcją będzie z pewnością możliwość komponowania obrazków dzięki zestawowi naklejek. To bardzo dobre i uniwersalne rozwiązanie, a także okazja do powrotu do klasycznych zabaw. Książka pokazuje, jak wykorzystać potencjał serii – i zachęcić najmłodszych do szukania propozycji ze swoimi ulubionymi bajkowymi postaciami.
Tworzenie domu
Ten format już się sprawdził – w wyciszających kolorowankach dla dzieci. Teraz wydawnictwo proponuje rozrywkę tym, którzy nie przepadają za kolorowaniem, za to chcieliby tworzyć własne obrazki w ramach historii doskonale znanych. „Muminki. Miłe scenki do wyklejania i poczytania” to tomik przygotowany dla fanów naklejek. Każda scenka ma tu swój zestaw naklejek – więc nie będzie obaw, że użyje się nie takich, jak trzeba. Za to ich rozmieszczenie na kolejnych stronach to już kwestia uznania odbiorców.
Każda rozkładówka w tej książce to akapit tekstu przedstawiający dom Muminków – albo inną przestrzeń z Doliny Muminków. Główną rolę odgrywają tu bohaterowie świetnie znani z historii Tove Jansson. Dzięki opisom odbiorcy mogą szybko zorientować się, o kim mowa, czym się wyróżnia, albo jaką rolę w świecie Muminków spełnia – to przypomnienie prostych opisów, raczej bez nawiązywania do konkretnych fabuł. Nie chodzi tu przecież o test pamięci, a o zaproszenie do zabawy (która ma wszelkie szanse, by przerodzić się w lekturę). Druga strona zajęta jest przez rysunek na kredowym papierze (więc nic nie będzie zapraszało do kolorowania, kolory są już na swoich miejscach). Na tym rysunku pojawia się bohater znany z Muminków – i opisywany w tekście – w swoim naturalnym środowisku i żywiole. Uzupełnić trzeba jego otoczenie: na łąkę wprowadzić kwiatki, na plażę – muszle, a do zimowego obrazka – mnóstwo śnieżek. I teraz tak: w książce pojawia się klucz odpowiedzi, można się nim kierować, żeby stworzyć obrazek według propozycji autorów. Jest to rozwiązanie może mało satysfakcjonujące, ale dla odbiorców będące wskazówką, że da się rozmieścić wszystkie naklejkowe elementy w sposób estetyczny i bez większego trudu. O wiele zabawniejsze będzie jednak kierowanie się własnymi pomysłami i wykorzystywanie klucza tylko jako sugestii, a nie jedynego prawdziwego rozwiązania. Dla małych odbiorców z pewnością ważniejsze będzie kompletowanie obrazka według swoich potrzeb – i może nawet wykraczanie poza rysunkową logikę. To tworzenie, tyle że bez talentu do rysowania – z gotowych półproduktów.
„Muminki. Miłe scenki do wyklejania i poczytania” to książeczka, która w naturalny sposób uspokaja. Zachęca do zabawy, ale może być wykorzystywana również do nauki czytania: wtedy akapity opisowe będą traktowane jako źródło czytanek do rozpoznawania liter. Muminki to zawsze dobra propozycja dla najmłodszych, wiadomo, że tych bohaterów dzieci darzą szczególną sympatią. Tym razem nie trzeba specjalnego wysiłku, żeby cieszyć się uzupełnianiem książki – dla dzieci atrakcją będzie z pewnością możliwość komponowania obrazków dzięki zestawowi naklejek. To bardzo dobre i uniwersalne rozwiązanie, a także okazja do powrotu do klasycznych zabaw. Książka pokazuje, jak wykorzystać potencjał serii – i zachęcić najmłodszych do szukania propozycji ze swoimi ulubionymi bajkowymi postaciami.
czwartek, 8 października 2026
Matthew Desmond: Bieda w Ameryce
Marginesy, Warszawa 2026.
Nierówności
W pewnym momencie Matthew Desmond przyznaje się do tego, że jego rozmówcy nie biorą na poważnie głoszonych przez niego teorii i rozwiązań, które propaguje. Właściwie trudno się dziwić – tego rodzaju pomysły już w przeszłości bywały i nie bez powodu zostają odrzucone: ktoś, kto za cel życia obrał sobie wzbogacenie się, niekoniecznie ma ochotę dzielić się efektami swojej ciężkiej pracy z tymi, którzy nie zamierzają przesadnie się wysilać i liczą tylko i wyłącznie na pomoc państwa. Z drugiej strony społeczeństwo amerykańskie zostało mocno spolaryzowane – tu pojawia się temat ubóstwa, z którego mimo wysiłków nie da się wyjść. Matthew Desmond pokazuje sytuacje, z których być może czytelnicy nie zdają sobie sprawy – przekreślające szansę na lepsze życie. Autor działa jak idealista: wydaje mu się, że przeniesienie biednych z ubogich dzielnic i wymieszanie ich z ludźmi, którzy osiągnęli sukces, choćby przez możliwość zostania sąsiadami, to remedium na problemy. Przekonuje czytelników, że już sam fakt ograniczenia strachu o przyszłość dzieci (które będą uczęszczać do lepszej szkoły) przyczyni się do podwyższenia jakości życia. Tyle tylko, że nie bierze pod uwagę różnic w charakterach ludzi. To, co proponuje, może się sprawdzić w wypadku części społeczeństwa – ale dla innej części nie będzie miało żadnego znaczenia. „Bieda w Ameryce” to zatem tom, który otwiera dyskusję, zaprasza do refleksji nad kondycją ludzi i nad pomysłami, jak poprawić ich status społeczny i majątkowy, za to strzela w płot niektórymi rozwiązaniami. Matthew Desmond mógł się zatrzymać na etapie przedstawiania problemu – bo go bez wątpienia dostrzega i potrafi uchwycić – a nie wchodzić w analizy ewentualnych reakcji (czy to ze strony państwa, czy – oddolnie, na poziomie poszczególnych rodzin).
Przerywa ta książka opowieść o amerykańskim śnie: owszem, znajduje się tu miejsce dla tych, którzy zdobyli majątek i którzy mogą teraz cieszyć się spokojem i prestiżem – ale jest też wielu ludzi skazanych na ubóstwo i wręcz zepchniętych do stereotypowego zbioru za sprawą przepisów czy zasad życia społecznego. Desmond na to się nie zgadza, głośno mówi o problemach i o pułapkach, zabiera głos w imieniu tych, których nikt nie będzie chciał wysłuchać. Do tego stopnia staje się orędownikiem biednych, że nie stara się dostrzec drugiej strony medalu. To do czytelników będą należały rozstrzygnięcia i oceny przedstawionego stanu rzeczy. Faktycznie książka – dopóki nie jest orędziem do narodu – wypada dość mocno. Później, kiedy autor przestaje ukrywać obiektywizm i wyraźnie zaznacza swoje stanowisko, trochę przestaje przekonywać do siebie czytelników. A gdyby dał im wolną rękę i pozwolił samodzielnie wyciągać wnioski – zamiast narzucać własne odkrycia – być może znalazłby znacznie więcej zwolenników i przekonałby nieprzekonanych. „Bieda w Ameryce” to książka, która zwraca uwagę na zagadnienie spoza przekonań powszechnych, bazuje na silnych emocjach i na sytuacjach niekoniecznie sprawiedliwych – to wszystko sprawi, że do tomu zajrzy więcej czytelników. Ale w momencie, w którym zamienia się w agitację, pozostawia tych czytelników z poczuciem, że oto ktoś stara się ugrać coś według własnych zasad, a niekoniecznie zadbać o długofalowe rozwiązanie istotnego problemu.
Nierówności
W pewnym momencie Matthew Desmond przyznaje się do tego, że jego rozmówcy nie biorą na poważnie głoszonych przez niego teorii i rozwiązań, które propaguje. Właściwie trudno się dziwić – tego rodzaju pomysły już w przeszłości bywały i nie bez powodu zostają odrzucone: ktoś, kto za cel życia obrał sobie wzbogacenie się, niekoniecznie ma ochotę dzielić się efektami swojej ciężkiej pracy z tymi, którzy nie zamierzają przesadnie się wysilać i liczą tylko i wyłącznie na pomoc państwa. Z drugiej strony społeczeństwo amerykańskie zostało mocno spolaryzowane – tu pojawia się temat ubóstwa, z którego mimo wysiłków nie da się wyjść. Matthew Desmond pokazuje sytuacje, z których być może czytelnicy nie zdają sobie sprawy – przekreślające szansę na lepsze życie. Autor działa jak idealista: wydaje mu się, że przeniesienie biednych z ubogich dzielnic i wymieszanie ich z ludźmi, którzy osiągnęli sukces, choćby przez możliwość zostania sąsiadami, to remedium na problemy. Przekonuje czytelników, że już sam fakt ograniczenia strachu o przyszłość dzieci (które będą uczęszczać do lepszej szkoły) przyczyni się do podwyższenia jakości życia. Tyle tylko, że nie bierze pod uwagę różnic w charakterach ludzi. To, co proponuje, może się sprawdzić w wypadku części społeczeństwa – ale dla innej części nie będzie miało żadnego znaczenia. „Bieda w Ameryce” to zatem tom, który otwiera dyskusję, zaprasza do refleksji nad kondycją ludzi i nad pomysłami, jak poprawić ich status społeczny i majątkowy, za to strzela w płot niektórymi rozwiązaniami. Matthew Desmond mógł się zatrzymać na etapie przedstawiania problemu – bo go bez wątpienia dostrzega i potrafi uchwycić – a nie wchodzić w analizy ewentualnych reakcji (czy to ze strony państwa, czy – oddolnie, na poziomie poszczególnych rodzin).
Przerywa ta książka opowieść o amerykańskim śnie: owszem, znajduje się tu miejsce dla tych, którzy zdobyli majątek i którzy mogą teraz cieszyć się spokojem i prestiżem – ale jest też wielu ludzi skazanych na ubóstwo i wręcz zepchniętych do stereotypowego zbioru za sprawą przepisów czy zasad życia społecznego. Desmond na to się nie zgadza, głośno mówi o problemach i o pułapkach, zabiera głos w imieniu tych, których nikt nie będzie chciał wysłuchać. Do tego stopnia staje się orędownikiem biednych, że nie stara się dostrzec drugiej strony medalu. To do czytelników będą należały rozstrzygnięcia i oceny przedstawionego stanu rzeczy. Faktycznie książka – dopóki nie jest orędziem do narodu – wypada dość mocno. Później, kiedy autor przestaje ukrywać obiektywizm i wyraźnie zaznacza swoje stanowisko, trochę przestaje przekonywać do siebie czytelników. A gdyby dał im wolną rękę i pozwolił samodzielnie wyciągać wnioski – zamiast narzucać własne odkrycia – być może znalazłby znacznie więcej zwolenników i przekonałby nieprzekonanych. „Bieda w Ameryce” to książka, która zwraca uwagę na zagadnienie spoza przekonań powszechnych, bazuje na silnych emocjach i na sytuacjach niekoniecznie sprawiedliwych – to wszystko sprawi, że do tomu zajrzy więcej czytelników. Ale w momencie, w którym zamienia się w agitację, pozostawia tych czytelników z poczuciem, że oto ktoś stara się ugrać coś według własnych zasad, a niekoniecznie zadbać o długofalowe rozwiązanie istotnego problemu.
środa, 7 października 2026
Bartosz Ratajczyk: Sporty w dechę
Ezop, Warszawa 2026.
Jazda
To jest książka dla najmłodszych, ale książka zrodzona z wielkiej pasji i trafiająca do tych odbiorców, którzy podobną pasję w swoim życiu mają. Bartosz Ratajczyk gromadzi w jednym wielkim picture booku wszystkie wiadomości na temat deskorolek, desek surfingowych, supów i innych sportów bazujących na jeździe (i utrzymywaniu balansu) na deskach. I jednocześnie podsuwa czytelnikom popis graficzny, w którym jedyną rolę tekstowego komentarza odgrywają podpisy do obrazków porozrzucane po całych rozkładówkach. „Sporty w dechę” to próba zbudowania społeczności wokół radości działania – zachęta do aktywnego spędzania czasu i do ćwiczeń.
Autor wybiera sobie zagadnienie – najczęściej to rodzaj sportu, chociaż nie zawsze. Bywa, że zaintryguje go fingerboard albo sportowe bhp, samej deskorolce poświęca kilka rozkładówek – w różnych ujęciach, w zależności od tego, czy rozpatruje ją akurat pod kątem techniki, etapów produkcji czy przestrzeni miejskiej. Dzięki temu młodzi fani sportu mogą poznać podstawowe pojęcia i hasła związane z ich pasją, a do tego prześledzić rozwiązania konstrukcyjne. Żeby nie stracić uwagi czytelników – bo łatwo o rozproszenie i o porzucenie lektury przez natłok wiadomości – autor stawia na niespodzianki, na przykład w rozdziale o hulajnogach zajmuje się przedstawianiem szeregu przedziwnych konstrukcji, które nie weszły do obiegu (i w ogóle nie sprawdziły się jako rozwiązania dla poszukujących wiatru we włosach): to z pewnością zaintryguje i rozśmieszy dzieci. Każda rozkładówka to mnóstwo drobnych ilustracji prezentujących różne aspekty sportów związanych z deskami – każda ilustracja, mały obrazek na stronie, ma swój podpis i czasami drobny komentarz – definicję czy wskazówkę. Zdarzają się obrazki z numerkami – dzięki temu wiadomo, w jakiej kolejności je oglądać, zdarzają się też takie pogrupowane za pomocą konkretnego tła. Autor wybiera twórczy chaos, chociaż stara się dostarczać dzieciom wiadomości, to dba też o to, żeby ilustracje były wizualnie atrakcyjne i żeby struktura nie wychodziła na pierwszy plan. Nie decyduje się na scenki, chyba że wymaga tego temat – na przykład prezentacja placu do jazdy i jego części składowych. Zwykle traktuje rozkładówki jako miejsce do dowolnego zagospodarowania skojarzeniami i ciekawostkami, im ich więcej tym lepiej z perspektywy czytelników. Dla dzieci i tak najbardziej będzie się liczyć podręczny leksykon – i zachęta do spędzania czasu na świeżym powietrzu. Korzystanie z desek pozwala na szybkie przemieszczanie się, ale też na szaloną zabawę. Mnóstwo satysfakcji daje opanowanie kolejnych sztuczek albo wygrana w walce z grawitacją – różne są stopnie zaawansowania w jeździe, co oznacza, że Ratajczyk swoją książką trafi do szerokiego grona czytelników.
Jest to publikacja edukacyjna i rozrywkowa jednocześnie, chociaż ma konwencję picture booka, to nie jest kierowana do najmłodszych dzieci, ma młodzieżowy charakter i buduje porozumienie autora i odbiorców – ma przekonywać, że jazda na desce to przyjemność, niezależnie od wybranego rodzaju sportu. A co uważniejsi czytelnicy odkryją jeszcze parę razy na kolejnych stronach przejawy poczucia humoru autora – wplatane zupełnie nieoczekiwanie do prostych komentarzy.
Jazda
To jest książka dla najmłodszych, ale książka zrodzona z wielkiej pasji i trafiająca do tych odbiorców, którzy podobną pasję w swoim życiu mają. Bartosz Ratajczyk gromadzi w jednym wielkim picture booku wszystkie wiadomości na temat deskorolek, desek surfingowych, supów i innych sportów bazujących na jeździe (i utrzymywaniu balansu) na deskach. I jednocześnie podsuwa czytelnikom popis graficzny, w którym jedyną rolę tekstowego komentarza odgrywają podpisy do obrazków porozrzucane po całych rozkładówkach. „Sporty w dechę” to próba zbudowania społeczności wokół radości działania – zachęta do aktywnego spędzania czasu i do ćwiczeń.
Autor wybiera sobie zagadnienie – najczęściej to rodzaj sportu, chociaż nie zawsze. Bywa, że zaintryguje go fingerboard albo sportowe bhp, samej deskorolce poświęca kilka rozkładówek – w różnych ujęciach, w zależności od tego, czy rozpatruje ją akurat pod kątem techniki, etapów produkcji czy przestrzeni miejskiej. Dzięki temu młodzi fani sportu mogą poznać podstawowe pojęcia i hasła związane z ich pasją, a do tego prześledzić rozwiązania konstrukcyjne. Żeby nie stracić uwagi czytelników – bo łatwo o rozproszenie i o porzucenie lektury przez natłok wiadomości – autor stawia na niespodzianki, na przykład w rozdziale o hulajnogach zajmuje się przedstawianiem szeregu przedziwnych konstrukcji, które nie weszły do obiegu (i w ogóle nie sprawdziły się jako rozwiązania dla poszukujących wiatru we włosach): to z pewnością zaintryguje i rozśmieszy dzieci. Każda rozkładówka to mnóstwo drobnych ilustracji prezentujących różne aspekty sportów związanych z deskami – każda ilustracja, mały obrazek na stronie, ma swój podpis i czasami drobny komentarz – definicję czy wskazówkę. Zdarzają się obrazki z numerkami – dzięki temu wiadomo, w jakiej kolejności je oglądać, zdarzają się też takie pogrupowane za pomocą konkretnego tła. Autor wybiera twórczy chaos, chociaż stara się dostarczać dzieciom wiadomości, to dba też o to, żeby ilustracje były wizualnie atrakcyjne i żeby struktura nie wychodziła na pierwszy plan. Nie decyduje się na scenki, chyba że wymaga tego temat – na przykład prezentacja placu do jazdy i jego części składowych. Zwykle traktuje rozkładówki jako miejsce do dowolnego zagospodarowania skojarzeniami i ciekawostkami, im ich więcej tym lepiej z perspektywy czytelników. Dla dzieci i tak najbardziej będzie się liczyć podręczny leksykon – i zachęta do spędzania czasu na świeżym powietrzu. Korzystanie z desek pozwala na szybkie przemieszczanie się, ale też na szaloną zabawę. Mnóstwo satysfakcji daje opanowanie kolejnych sztuczek albo wygrana w walce z grawitacją – różne są stopnie zaawansowania w jeździe, co oznacza, że Ratajczyk swoją książką trafi do szerokiego grona czytelników.
Jest to publikacja edukacyjna i rozrywkowa jednocześnie, chociaż ma konwencję picture booka, to nie jest kierowana do najmłodszych dzieci, ma młodzieżowy charakter i buduje porozumienie autora i odbiorców – ma przekonywać, że jazda na desce to przyjemność, niezależnie od wybranego rodzaju sportu. A co uważniejsi czytelnicy odkryją jeszcze parę razy na kolejnych stronach przejawy poczucia humoru autora – wplatane zupełnie nieoczekiwanie do prostych komentarzy.
wtorek, 6 października 2026
Lynette Noni: Shadow Reaper. Grabieżcy magii
Media Rodzina, Poznań 2026.
Zaginione dzieci
Lynette Noni to autorka, która absolutnie nie boi się ryzykować w prozie young adult. Ma pomysły, których inni twórcy raczej by nie stosowali – i potrafi je przedstawiać odbiorcom tak, żeby zbudować sobie grono wiernych fanów. Wkracza teraz na rynek z serią Shadow Reaper, bazującą na romantasy. „Grabieżcy magii” to opowieść monumentalna – i od razu wstrzeli czytelników w zasady świata skonstruowanego bez żadnych kompromisów. Bohaterka, Viri, ma siedemnaście lat i kształci się na łowczynię – w zasadzie już jest łowczynią, bezlitosną dla tych, którzy żywią się eliksenem (magią). Każdy, kto przychodzi na świat, ma w sobie dawkę eliksenu – jeśli w porę jej nie odda, nieuregulowana magia może go zniszczyć. W związku z tym społeczność opracowała cały plan polegający na rytuale przekazania – to zadanie dla dzieci wchodzących w wiek dojrzewania. Po oddaniu eliksenu każdy staje się bezpieczny, także ze względu na grasujących grabieżców: ci żywią się magią i najczęściej wysysają ją z dzieci, porywanych dokładnie do takich celów. Viri wie doskonale, że ofiary grabieżców nie mają szans na przeżycie – a samo wysysanie eliksenu przypomina uzależnienie od narkotyków. Bohaterka próbuje więc nie dopuścić do tego, żeby grabieżcy niszczyli szczęście rodzin. Wspiera ją w działaniach najlepsza przyjaciółka i niemal siostra – z którą Viri wychowywała się po stracie rodziców. Dzięki temu bohaterka ma też dostęp do rozmaitych magicznych artefaktów, pomysłów i zaklęć, niezatwierdzonych oficjalnie, ale dających potężną przewagę w starciach.
Pewnego dnia do więzienia trafia Reeve, starszy o kilka lat od Viri grabieżca, doskonale dziewczynie znany. Kiedyś był najlepszym przyjacielem jej brata, ale zszedł na niewłaściwą drogę i to, co wydarzyło się w przeszłości, odsłoni autorka dużo, dużo później – na razie wystarczy wspomnieć, że Reeve ma nieodparty urok i nie do końca jest tym, za kogo bierze go Viri. Może pomóc w odszukaniu znikających dzieci, ale żąda za to wysokiej ceny – która wymaga złamania prawa przez idealną bohaterkę.
Trzeba przyznać, że Lynette Noni doskonale wie, jak wzbudzić zainteresowanie odbiorców i stale je podkarmiać. Najsłabszym elementem książki wydają się przerywniki – zapiski uwzględniające tajemniczy rytuał w świecie magii – ale to relacja między bohaterami i ich przeszłość będą zaprzątać uwagę czytelników najdłużej. Tu liczy się bowiem zakazane uczucie, przyciąganie, którego jeszcze bohaterka sobie nie uzmysłowiła, a które stoi w sprzeczności z wszystkim tym, w co wierzyła do tej pory. Noni operuje wieloma wątkami, sprytnie je składa i sprawia, że „Grabieżcy magii” to początek obiecującej serii fantasy. Jest tu bardzo uporządkowana wizja świata – groźnego a jednocześnie pozwalającego na operowanie silnymi i zrozumiałymi dla czytelników emocjami, jest mnóstwo przygód i scen niemal z horrorów czy filmów sensacyjnych. Dzieje się wiele, a wszystko ma sens w kontekście poznawania siebie nawzajem i tajemnic przeszłości. Bardzo ładnie ta autorka myli tropy i wprowadza sytuacje bez wyjścia, żeby zaproponować czytelnikom zupełnie inne niż przypuszczali rozwiązania. Ma pomysły, które faktycznie przyniosą jej popularność wśród młodych czytelników. I proponuje niebanalną, atrakcyjną historię.
Zaginione dzieci
Lynette Noni to autorka, która absolutnie nie boi się ryzykować w prozie young adult. Ma pomysły, których inni twórcy raczej by nie stosowali – i potrafi je przedstawiać odbiorcom tak, żeby zbudować sobie grono wiernych fanów. Wkracza teraz na rynek z serią Shadow Reaper, bazującą na romantasy. „Grabieżcy magii” to opowieść monumentalna – i od razu wstrzeli czytelników w zasady świata skonstruowanego bez żadnych kompromisów. Bohaterka, Viri, ma siedemnaście lat i kształci się na łowczynię – w zasadzie już jest łowczynią, bezlitosną dla tych, którzy żywią się eliksenem (magią). Każdy, kto przychodzi na świat, ma w sobie dawkę eliksenu – jeśli w porę jej nie odda, nieuregulowana magia może go zniszczyć. W związku z tym społeczność opracowała cały plan polegający na rytuale przekazania – to zadanie dla dzieci wchodzących w wiek dojrzewania. Po oddaniu eliksenu każdy staje się bezpieczny, także ze względu na grasujących grabieżców: ci żywią się magią i najczęściej wysysają ją z dzieci, porywanych dokładnie do takich celów. Viri wie doskonale, że ofiary grabieżców nie mają szans na przeżycie – a samo wysysanie eliksenu przypomina uzależnienie od narkotyków. Bohaterka próbuje więc nie dopuścić do tego, żeby grabieżcy niszczyli szczęście rodzin. Wspiera ją w działaniach najlepsza przyjaciółka i niemal siostra – z którą Viri wychowywała się po stracie rodziców. Dzięki temu bohaterka ma też dostęp do rozmaitych magicznych artefaktów, pomysłów i zaklęć, niezatwierdzonych oficjalnie, ale dających potężną przewagę w starciach.
Pewnego dnia do więzienia trafia Reeve, starszy o kilka lat od Viri grabieżca, doskonale dziewczynie znany. Kiedyś był najlepszym przyjacielem jej brata, ale zszedł na niewłaściwą drogę i to, co wydarzyło się w przeszłości, odsłoni autorka dużo, dużo później – na razie wystarczy wspomnieć, że Reeve ma nieodparty urok i nie do końca jest tym, za kogo bierze go Viri. Może pomóc w odszukaniu znikających dzieci, ale żąda za to wysokiej ceny – która wymaga złamania prawa przez idealną bohaterkę.
Trzeba przyznać, że Lynette Noni doskonale wie, jak wzbudzić zainteresowanie odbiorców i stale je podkarmiać. Najsłabszym elementem książki wydają się przerywniki – zapiski uwzględniające tajemniczy rytuał w świecie magii – ale to relacja między bohaterami i ich przeszłość będą zaprzątać uwagę czytelników najdłużej. Tu liczy się bowiem zakazane uczucie, przyciąganie, którego jeszcze bohaterka sobie nie uzmysłowiła, a które stoi w sprzeczności z wszystkim tym, w co wierzyła do tej pory. Noni operuje wieloma wątkami, sprytnie je składa i sprawia, że „Grabieżcy magii” to początek obiecującej serii fantasy. Jest tu bardzo uporządkowana wizja świata – groźnego a jednocześnie pozwalającego na operowanie silnymi i zrozumiałymi dla czytelników emocjami, jest mnóstwo przygód i scen niemal z horrorów czy filmów sensacyjnych. Dzieje się wiele, a wszystko ma sens w kontekście poznawania siebie nawzajem i tajemnic przeszłości. Bardzo ładnie ta autorka myli tropy i wprowadza sytuacje bez wyjścia, żeby zaproponować czytelnikom zupełnie inne niż przypuszczali rozwiązania. Ma pomysły, które faktycznie przyniosą jej popularność wśród młodych czytelników. I proponuje niebanalną, atrakcyjną historię.
poniedziałek, 5 października 2026
Thiago de Moraes: Wspaniały świat mitów oraz jak w nim przetrwać
Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.
Przegląd
Thiago de Moraes to ten twórca, który sięga po wielkie – szeroko zakrojone – tematy i stara się wydobyć ich esencję, żeby następnie przekazać ją w monumentalnych albumach nie tylko dla młodych odbiorców. „Wspaniały świat mitów oraz jak w nim przetrwać” to propozycja, która ma oswoić z różnymi opowieściami założycielskimi, wierzeniami i legendami, a także pokazać czytelnikom ich różnorodność i wyobraźnię społeczeństw, które dzięki mitologiom tłumaczyły sobie najbardziej podstawowe zjawiska czy to przyrodnicze, czy – związane z przemijaniem. A jednocześnie, tworząc mity, karmiły swoją potrzebę snucia opowieści oraz przeżywania różnorakich emocji. „Wspaniały świat mitów” to nie książka, która przybliża konkretne wierzenia, raczej zwraca uwagę na rozwiązania pochodzące z różnych stron świata – wybiórczo i bardzo obrazowo w tym samym momencie. Bo autor po prostu sięga do skarbnicy mitologii z różnych kultur i wybiera z niej to, co akurat wydaje mu się najbardziej intrygujące. Od czasu do czasu przedstawia jakąś pełną historię – w formie krótkiego opowiadania (długość wymuszana jest faktem, że nie może wychodzić tematem poza jedną rozkładówkę, tak został obmyślony ten atlas: dwie sąsiadujące ze sobą strony to miejsce na przedstawienie jednego zagadnienia, bez względu na to, czy będzie to jakieś wyliczenie, czy też przegląd dokonań, zachowania jakiegoś bohatera, czy po prostu jedna ciekawa historia). O ile mitologia starożytnych Greków i Rzymian – a dzisiaj też i skandynawska (oraz czasem, szczątkowo, słowiańska) są w obiegu i można się z nimi dokładnie zapoznawać, o tyle mity dalekich i egzotycznych ludów – czy pomysły z Dalekiego Wschodu – są dla naszych odbiorców kompletnie obce. I dlatego Thiago de Moraes postanawia ten stan rzeczy zmienić, zasugerować, że niezależnie od siebie ludzie na całym świecie tworzyli potrzebne im wyjaśnienia, sięgając przy tym do zasobów wyobraźni.
„Wspaniały świat mitów” to książka, w której od czasu do czasu znaleźć będzie można migawki z zaświatów – informacje o tym, jak konstruowane były wyobrażenia na temat życia po życiu. Pojawią się tu miejsca, których należy unikać (oczywiście przez pryzmat mitologii) i stwory wyjątkowo groźne i krwiożercze – czasami wraz ze sposobami na ich pokonanie, chociaż nie zawsze to możliwe. Thiago de Moraes nie stawia sobie za cel tworzenia monografii mitologii, to zresztą byłoby niemożliwe. Woli zajawki, fragmenty, które mają czytelników zaintrygować i przekonać do samodzielnych poszukiwań. To rozwiązanie idealne – bo dzięki temu dzieci mogą znaleźć coś, co przyciągnie je i zachęci do odkrywania dawnych wierzeń albo – do dokonywania porównań. To twórcze podejście do ciekawostek i poznawania różnych kultur, a do tego odejście od charakterystycznych w literaturze czwartej wątków. Każda informacja, jaka tu trafia, polega na wyeksponowaniu w drobnym podpisie do sporego (i pełnego szczegółów) obrazka wybranych ciekawostek. Nie ma miejsca na dokonywanie porównań ani na przywoływanie całych mitów, zresztą autor uprzedza, że w zależności od opowiadających mogły się one różnić, a w efekcie to prowadzi do zwiększenia stopnia ogólności w historiach. A i tak udaje się w tej książce zachwycić i zaintrygować młodych czytelników – i zaprosić ich do poznawania barwnego świata wyobraźni.
Przegląd
Thiago de Moraes to ten twórca, który sięga po wielkie – szeroko zakrojone – tematy i stara się wydobyć ich esencję, żeby następnie przekazać ją w monumentalnych albumach nie tylko dla młodych odbiorców. „Wspaniały świat mitów oraz jak w nim przetrwać” to propozycja, która ma oswoić z różnymi opowieściami założycielskimi, wierzeniami i legendami, a także pokazać czytelnikom ich różnorodność i wyobraźnię społeczeństw, które dzięki mitologiom tłumaczyły sobie najbardziej podstawowe zjawiska czy to przyrodnicze, czy – związane z przemijaniem. A jednocześnie, tworząc mity, karmiły swoją potrzebę snucia opowieści oraz przeżywania różnorakich emocji. „Wspaniały świat mitów” to nie książka, która przybliża konkretne wierzenia, raczej zwraca uwagę na rozwiązania pochodzące z różnych stron świata – wybiórczo i bardzo obrazowo w tym samym momencie. Bo autor po prostu sięga do skarbnicy mitologii z różnych kultur i wybiera z niej to, co akurat wydaje mu się najbardziej intrygujące. Od czasu do czasu przedstawia jakąś pełną historię – w formie krótkiego opowiadania (długość wymuszana jest faktem, że nie może wychodzić tematem poza jedną rozkładówkę, tak został obmyślony ten atlas: dwie sąsiadujące ze sobą strony to miejsce na przedstawienie jednego zagadnienia, bez względu na to, czy będzie to jakieś wyliczenie, czy też przegląd dokonań, zachowania jakiegoś bohatera, czy po prostu jedna ciekawa historia). O ile mitologia starożytnych Greków i Rzymian – a dzisiaj też i skandynawska (oraz czasem, szczątkowo, słowiańska) są w obiegu i można się z nimi dokładnie zapoznawać, o tyle mity dalekich i egzotycznych ludów – czy pomysły z Dalekiego Wschodu – są dla naszych odbiorców kompletnie obce. I dlatego Thiago de Moraes postanawia ten stan rzeczy zmienić, zasugerować, że niezależnie od siebie ludzie na całym świecie tworzyli potrzebne im wyjaśnienia, sięgając przy tym do zasobów wyobraźni.
„Wspaniały świat mitów” to książka, w której od czasu do czasu znaleźć będzie można migawki z zaświatów – informacje o tym, jak konstruowane były wyobrażenia na temat życia po życiu. Pojawią się tu miejsca, których należy unikać (oczywiście przez pryzmat mitologii) i stwory wyjątkowo groźne i krwiożercze – czasami wraz ze sposobami na ich pokonanie, chociaż nie zawsze to możliwe. Thiago de Moraes nie stawia sobie za cel tworzenia monografii mitologii, to zresztą byłoby niemożliwe. Woli zajawki, fragmenty, które mają czytelników zaintrygować i przekonać do samodzielnych poszukiwań. To rozwiązanie idealne – bo dzięki temu dzieci mogą znaleźć coś, co przyciągnie je i zachęci do odkrywania dawnych wierzeń albo – do dokonywania porównań. To twórcze podejście do ciekawostek i poznawania różnych kultur, a do tego odejście od charakterystycznych w literaturze czwartej wątków. Każda informacja, jaka tu trafia, polega na wyeksponowaniu w drobnym podpisie do sporego (i pełnego szczegółów) obrazka wybranych ciekawostek. Nie ma miejsca na dokonywanie porównań ani na przywoływanie całych mitów, zresztą autor uprzedza, że w zależności od opowiadających mogły się one różnić, a w efekcie to prowadzi do zwiększenia stopnia ogólności w historiach. A i tak udaje się w tej książce zachwycić i zaintrygować młodych czytelników – i zaprosić ich do poznawania barwnego świata wyobraźni.
niedziela, 4 października 2026
Georgia McVeigh: Jestem tuż za tobą
Gorzka Czekolada, Media Rodzina, Poznań 2026.
Intrygi
Znakomity thriller psychologiczny proponuje Georgia McVeigh, znakomity pod kątem liczby snutych jednocześnie intryg i czarnych charakterów – nikomu w zasadzie nie można tu ufać, bo każdy niesie bagaż trudnych doświadczeń i przerażających zachowań albo teraz, albo w odległej przeszłości. Bohaterką, która prowadzi narrację, jest Iris – i początkowo wypada ona jako najbardziej pokrzywdzona przez los i rzeczywistość: straciła ukochanego, Freddie miał właśnie się oświadczać, kiedy zginął. Do tego nie dogaduje się z mamą, a ponadto kiedyś straciła siostrę bliźniaczkę. Wydawać by się mogło, że Iris jest ofiarą – jednak jako narratorka zdradza ona zbyt wielką ochotę do kontrolowania rzeczywistości i manipulowania ludźmi. Iris trafia na grupę wsparcia dla osób, które straciły kogoś bliskiego i przeżywają żałobę – tu może się podzielić swoją historią. Tu też poznaje Jacka, a przeznaczenie sprawia, że Jack stracił żonę w tym samym dniu co Iris chłopaka. Jack twierdzi, że Alice zmarła w wyniku choroby nowotworowej, a Iris pragnie poznać jego tajemnicę i zastąpić Alice u jego boku. Robi wszystko, żeby wkraść się w łaski przystojnego mężczyzny i zwrócić na siebie jego uwagę, ale bez kompromitujących doświadczeń. Jest bardzo bystra, a do tego ma wprawę w przekonywaniu ludzi, żeby robili dokładnie to, co sobie zaplanowała. I tu zaczyna się uwidaczniać jej talent do zmieniania rzeczywistości. Ale i Jack nie jest bez winy. Stopniowo Georgia McVeigh odsłania przed czytelnikami kulisy wydarzeń, które mogą wybrzmiewać co najmniej wstrząsająco. Czytelnicy dowiedzą się między innymi, co stało się z rodziną Iris, w jaki sposób straciła życie jej siostra (i jak zachowywała się wcześniej: kolejna postać, której sporo można zarzucić), a także – kim naprawdę był Freddie. Poznają również mroczną stronę Jacka. W tej książce nie ma ani jednej postaci, na której dałoby się opierać i na której budowałoby się kredyt zaufania: wszyscy mataczą, przeinaczają rzeczywistość i podporządkowują innych swoim potrzebom. A to dopiero początek dramatycznych wydarzeń. Autorka tworzy thriller psychologiczny, w którym wiele się dzieje – zwłaszcza w sferze manipulacji innymi – pokazuje, jak łatwo jest stworzyć alternatywną wersję wydarzeń i sprawić, żeby uwierzyli w nią wszyscy. Pozwala na snucie intryg nie tylko Iris i Jackowi, ale też dalszoplanowym postaciom. Sprawia, że nikt nie może czuć się bezpieczny i – że nie wiadomo, co naprawdę się wydarzyło, dopóki wreszcie ktoś nie zdecyduje się na wyznanie prawdy.
„Jestem tuż za tobą” to książka o gęstej narracji. Napisana zgrabnie i stworzona z myślą o czytelnikach, którzy cenią sobie silne emocje w warstwie psychologicznej. Charakteryzuje się ogromnym nasyceniem kombinacji w wykonaniu kolejnych postaci, a co za tym idzie – zmniejsza prawdopodobieństwo akcji. Ale na to nikt z fanów thrillerów nie będzie zwracał uwagi, skoro autorka decyduje się na przedstawianie mechanizmów działania psychopatycznych osobowości. Najtrudniej będzie uwierzyć w wielką miłość Iris do Jacka – ale kolejne wiadomości odkrywane przez autorkę doprowadzą do zrozumienia tej historii.
Intrygi
Znakomity thriller psychologiczny proponuje Georgia McVeigh, znakomity pod kątem liczby snutych jednocześnie intryg i czarnych charakterów – nikomu w zasadzie nie można tu ufać, bo każdy niesie bagaż trudnych doświadczeń i przerażających zachowań albo teraz, albo w odległej przeszłości. Bohaterką, która prowadzi narrację, jest Iris – i początkowo wypada ona jako najbardziej pokrzywdzona przez los i rzeczywistość: straciła ukochanego, Freddie miał właśnie się oświadczać, kiedy zginął. Do tego nie dogaduje się z mamą, a ponadto kiedyś straciła siostrę bliźniaczkę. Wydawać by się mogło, że Iris jest ofiarą – jednak jako narratorka zdradza ona zbyt wielką ochotę do kontrolowania rzeczywistości i manipulowania ludźmi. Iris trafia na grupę wsparcia dla osób, które straciły kogoś bliskiego i przeżywają żałobę – tu może się podzielić swoją historią. Tu też poznaje Jacka, a przeznaczenie sprawia, że Jack stracił żonę w tym samym dniu co Iris chłopaka. Jack twierdzi, że Alice zmarła w wyniku choroby nowotworowej, a Iris pragnie poznać jego tajemnicę i zastąpić Alice u jego boku. Robi wszystko, żeby wkraść się w łaski przystojnego mężczyzny i zwrócić na siebie jego uwagę, ale bez kompromitujących doświadczeń. Jest bardzo bystra, a do tego ma wprawę w przekonywaniu ludzi, żeby robili dokładnie to, co sobie zaplanowała. I tu zaczyna się uwidaczniać jej talent do zmieniania rzeczywistości. Ale i Jack nie jest bez winy. Stopniowo Georgia McVeigh odsłania przed czytelnikami kulisy wydarzeń, które mogą wybrzmiewać co najmniej wstrząsająco. Czytelnicy dowiedzą się między innymi, co stało się z rodziną Iris, w jaki sposób straciła życie jej siostra (i jak zachowywała się wcześniej: kolejna postać, której sporo można zarzucić), a także – kim naprawdę był Freddie. Poznają również mroczną stronę Jacka. W tej książce nie ma ani jednej postaci, na której dałoby się opierać i na której budowałoby się kredyt zaufania: wszyscy mataczą, przeinaczają rzeczywistość i podporządkowują innych swoim potrzebom. A to dopiero początek dramatycznych wydarzeń. Autorka tworzy thriller psychologiczny, w którym wiele się dzieje – zwłaszcza w sferze manipulacji innymi – pokazuje, jak łatwo jest stworzyć alternatywną wersję wydarzeń i sprawić, żeby uwierzyli w nią wszyscy. Pozwala na snucie intryg nie tylko Iris i Jackowi, ale też dalszoplanowym postaciom. Sprawia, że nikt nie może czuć się bezpieczny i – że nie wiadomo, co naprawdę się wydarzyło, dopóki wreszcie ktoś nie zdecyduje się na wyznanie prawdy.
„Jestem tuż za tobą” to książka o gęstej narracji. Napisana zgrabnie i stworzona z myślą o czytelnikach, którzy cenią sobie silne emocje w warstwie psychologicznej. Charakteryzuje się ogromnym nasyceniem kombinacji w wykonaniu kolejnych postaci, a co za tym idzie – zmniejsza prawdopodobieństwo akcji. Ale na to nikt z fanów thrillerów nie będzie zwracał uwagi, skoro autorka decyduje się na przedstawianie mechanizmów działania psychopatycznych osobowości. Najtrudniej będzie uwierzyć w wielką miłość Iris do Jacka – ale kolejne wiadomości odkrywane przez autorkę doprowadzą do zrozumienia tej historii.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






