Rebis, Poznań 2026.
Szyfr
Książka stworzona z doświadczeń, które zostały zebrane w ramach The Depression Project jest podręcznym poradnikiem dla tych wszystkich, którzy potrzebują natychmiastowego wsparcia, reakcji i pomocy w procesie komunikowania się z osobą cierpiącą na depresję – w najbardziej podstawowych komunikatach. Nie ma tu ani pogłębionych teorii, ani rozpracowywania choroby, ani nawet sposobów działania (wiadomo, że trzeba zgłosić się po profesjonalną pomoc psychiatryczną – i nie robić nic na własną rękę). Twórcy tej książki koncentrują się na barierach w porozumieniu i na błędach, jakie można popełnić przy interpretowaniu komunikatów. I tyle. Podpierają się w tym uwagami samych chorych – tych, którzy uczestniczą w projekcie i zdecydowali się na podzielenie się własnymi spostrzeżeniami, żeby budować platformę porozumienia. To wystarczy, bo też książka jest pierwszym krokiem do utworzenia trwałej więzi.
Tomik kierowany jest do dwóch grup czytelników – jedna grupa to sami chorzy, którzy akurat chcą dowiedzieć się, dlaczego tak trudno im przebić się do świadomości społeczeństwa, albo – w wymiarze mikro – dlaczego ktoś z zewnątrz niewłaściwie odczytuje ich intencje. Druga grupa to osoby, których bliscy cierpią na depresję – i tu już znaczenie książki jest znacznie większe, bo też i ludziom niezaangażowanym bezpośrednio w proces mierzenia się z pułapkami własnego umysłu trudniej czasem zrozumieć pewne kwestie i punkty sporne. Duża część książki to przekładanie z języka choroby na język zdrowych ludzi znaczeń i przesłań – odbiorcy dowiadują się, o co chodzi choremu, który mówi, że jest zmęczony, który prosi, żeby dać mu spokój, który odmawia jedzenia, twierdzi, że ma co robić, albo który dzieli się zaskakującą dla wielu informacją, że ma dobry dzień. Autorzy książki zbierają wyjaśnienia samych chorych oraz autoanalizy, przedstawienie prawdziwych sensów, niewidocznych przy powierzchownym odbiorze. Są tu też rozdziały poświęcone sygnałom alarmowym – na przykład motywom, które mogą sugerować myśli samobójcze chorego – wtedy nie ma czasu na rozważania i dyplomację, reagować trzeba jak najszybciej, ale – reagować z sensem. Są rozdziały poświęcone mimice i barierom komunikacyjnym. Liczy się to, żeby jak najlepiej zrozumieć chorego, dowiedzieć się, czym naprawdę jest wygłaszany przez niego komunikat – jakie treści ze sobą niesie. Bo choroba wypacza postrzeganie rzeczywistości. „Poznaj język depresji” to książka, która przekonuje czytelników, że w przypadku kontaktu z chorym nie można bazować na intuicji, trzeba natomiast wypracować sobie określone reakcje – i kierować się fachowymi komentarzami. Dzięki temu będzie można uniknąć rozmaitych konfliktów czy frustracji (zarówno po stronie chorego jak i – jego otoczenia).
„Poznaj język depresji” to nie jest lektura do poduszki, to książka skoncentrowana na budowaniu porozumienia i na udzielaniu praktycznych porad, można się zastanawiać, czy potrzeba aż tak rozbudowanych przykładów – ale to wsparcie dla chorych, którzy poczują się lepiej zrozumiani i będą mogli sami starać się wyjaśniać pewne sprawy swoim bliskim.
tu-czytam
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
piątek, 18 września 2026
czwartek, 17 września 2026
Victor Nordahl: Dzikie Łapy 3. Sekrety miasta
Egmont, Świat Komiksu, Warszawa 2026.
Wolność
Wielowymiarowy jest ten komiks i chociaż Victor Nordahl w tle cały czas mówi o ochronie dzikich zwierząt i o ekologii, to jednak przemyca także informacje z zupełnie innych dziedzin – za to ważne dla dorastających czytelników, szukających własnej tożsamości. W „Sekretach miasta”, trzecim tomie serii Dzikie Łapy, Lukas i Trym próbują znaleźć mamę małego łosia. Podejmują ogromne ryzyko, zbliżając się do siedzib ludzkich – wiadomo, że ludzie to nic dobrego, już samo wspomnienie fermy powinno bohaterów powstrzymać, ale chęć pomocy nieznajomemu (i niemówiącemu w ich języku) młodemu jest silniejsza. Okazuje się zresztą, że nie wszyscy ludzie są źli: ugryziony przez lisa mężczyzna nie żywi złych uczuć i nie szuka zemsty, a w napotkanej zagrodzie znajdują się – obok zwierząt gospodarskich – także te dzikie, ratowane od złego losu. Ale Lukas i Trym nie muszą znać prawdziwych intencji ludzi – najlepiej by było, gdyby uwierzyli wilkowi, ludzie to zło, którego trzeba po prostu unikać. Lukas marzy o tym, że uda mu się spotkać z mamą i siostrą, które wcześniej uciekły z fermy. Trym wie doskonale, jak mógł wyglądać scenariusz, którego przyjacielowi nie zdradzi. Przecież jest tyle ważniejszych spraw, a nawet… zwierzeń. Pomiędzy ucieczkami i pościgami znajdzie się czas na refleksję o sobie – zwierzęta nie są przecież pozbawione uczuć, mało tego – bywają bardziej emocjonalne niż ludzie. Cała historia ma kilka odnóg, zresztą to prawo serii – można budować rozłożystą opowieść i koncentrować się tylko na wyimkach. Dzięki temu autor buduje sobie publiczność literacką i sprawia, że młodzi odbiorcy chętnie wrócą do jego opowieści. Nie jest to komiks tylko i wyłącznie rozrywkowy, liczy się tutaj chęć przekazania ważnych prawd o przyrodzie, środowisku naturalnym i roli człowieka w tym wszystkim.
Victor Nordahl jednoznacznie opowiada się po stronie dzikich stworzeń. Ludzie w komiksie porozumiewają się w sposób absolutnie niezrozumiały dla bohaterów i dla czytelników (w komiksowych dymkach pojawiają się tylko nieprzekładalne na słowa gryzmoły i esy-floresy). Z kolei zwierzęta mogą dojść do porozumienia bez względu na gatunek, jaki reprezentują – a to sprawia, że znajdą sojuszników wśród rozmaitych czworonogów. Jest to komiks wypełniony silnymi emocjami – słowa pełnią tu rolę drugorzędną, warto zaznaczyć, że tylko w razie wyższej konieczności pojawiają się komiksowe dymki, a teksty w nich są sprowadzone do krótkich haseł – zupełnie jakby autor chciał całkiem odrzucić słowną narrację na rzecz obrazów, znacznie bardziej wymownych. „Sekrety miasta” to mnóstwo wyrazistych kadrów, starannie kreślonych uczuć i wzruszających czasem scen. To komiks dobrze przemyślany pod kątem zawartości kadrów – można będzie się tu cieszyć stroną graficzną – obok oczywistych przesłań. Victor Nordahl to autor, któremu warto zaufać – ma do powiedzenia coś, co przyciągnie młodych odbiorców i co sprawi, że zaufają mu bez zastrzeżeń.
Wolność
Wielowymiarowy jest ten komiks i chociaż Victor Nordahl w tle cały czas mówi o ochronie dzikich zwierząt i o ekologii, to jednak przemyca także informacje z zupełnie innych dziedzin – za to ważne dla dorastających czytelników, szukających własnej tożsamości. W „Sekretach miasta”, trzecim tomie serii Dzikie Łapy, Lukas i Trym próbują znaleźć mamę małego łosia. Podejmują ogromne ryzyko, zbliżając się do siedzib ludzkich – wiadomo, że ludzie to nic dobrego, już samo wspomnienie fermy powinno bohaterów powstrzymać, ale chęć pomocy nieznajomemu (i niemówiącemu w ich języku) młodemu jest silniejsza. Okazuje się zresztą, że nie wszyscy ludzie są źli: ugryziony przez lisa mężczyzna nie żywi złych uczuć i nie szuka zemsty, a w napotkanej zagrodzie znajdują się – obok zwierząt gospodarskich – także te dzikie, ratowane od złego losu. Ale Lukas i Trym nie muszą znać prawdziwych intencji ludzi – najlepiej by było, gdyby uwierzyli wilkowi, ludzie to zło, którego trzeba po prostu unikać. Lukas marzy o tym, że uda mu się spotkać z mamą i siostrą, które wcześniej uciekły z fermy. Trym wie doskonale, jak mógł wyglądać scenariusz, którego przyjacielowi nie zdradzi. Przecież jest tyle ważniejszych spraw, a nawet… zwierzeń. Pomiędzy ucieczkami i pościgami znajdzie się czas na refleksję o sobie – zwierzęta nie są przecież pozbawione uczuć, mało tego – bywają bardziej emocjonalne niż ludzie. Cała historia ma kilka odnóg, zresztą to prawo serii – można budować rozłożystą opowieść i koncentrować się tylko na wyimkach. Dzięki temu autor buduje sobie publiczność literacką i sprawia, że młodzi odbiorcy chętnie wrócą do jego opowieści. Nie jest to komiks tylko i wyłącznie rozrywkowy, liczy się tutaj chęć przekazania ważnych prawd o przyrodzie, środowisku naturalnym i roli człowieka w tym wszystkim.
Victor Nordahl jednoznacznie opowiada się po stronie dzikich stworzeń. Ludzie w komiksie porozumiewają się w sposób absolutnie niezrozumiały dla bohaterów i dla czytelników (w komiksowych dymkach pojawiają się tylko nieprzekładalne na słowa gryzmoły i esy-floresy). Z kolei zwierzęta mogą dojść do porozumienia bez względu na gatunek, jaki reprezentują – a to sprawia, że znajdą sojuszników wśród rozmaitych czworonogów. Jest to komiks wypełniony silnymi emocjami – słowa pełnią tu rolę drugorzędną, warto zaznaczyć, że tylko w razie wyższej konieczności pojawiają się komiksowe dymki, a teksty w nich są sprowadzone do krótkich haseł – zupełnie jakby autor chciał całkiem odrzucić słowną narrację na rzecz obrazów, znacznie bardziej wymownych. „Sekrety miasta” to mnóstwo wyrazistych kadrów, starannie kreślonych uczuć i wzruszających czasem scen. To komiks dobrze przemyślany pod kątem zawartości kadrów – można będzie się tu cieszyć stroną graficzną – obok oczywistych przesłań. Victor Nordahl to autor, któremu warto zaufać – ma do powiedzenia coś, co przyciągnie młodych odbiorców i co sprawi, że zaufają mu bez zastrzeżeń.
środa, 16 września 2026
Liz Hoggard: Jak być szczęśliwym
Rebis, Poznań 2026 (wznowienie).
Szczęście
Ta książka wraca na rynek – i nic dziwnego, Liz Hoggard bowiem święcie wierzy w to, że da się nauczyć bycia szczęśliwym i wprowadzić w swoje życie zmiany, które doprowadzą do poprawy komfortu codzienności i w efekcie przyniosą zwiększone poczucie szczęśliwości. A jeśli to tylko kwestia ćwiczeń – warto pokierować odbiorcami tak, żeby zmienili nawyki i poprawili jakość życia. Z jednej strony – autorka wie, że uczy się ludzi, żeby wychodzili z kryzysu. Ale jeśli mogą robić coś więcej dla siebie – to dlaczego nie. „Jak być szczęśliwym” to kompleksowy poradnik, w którym znajduje się mnóstwo podpowiedzi z różnych obszarów.
Najważniejsza wiadomość – wielokrotnie powtarzana – dotyczy mitu o związku szczęśliwości z majątkiem – autorka wie, że pieniądze szczęścia nie dają i o tym przypomina bez wahania. Nawet jeśli zastrzyk finansowy na chwilę podniesie radość z życia, to szybko poziom szczęśliwości spadnie. Co bardziej zaskakujące – ciężka choroba nie sprawia, że ludzie są mniej szczęśliwi niż wcześniej, organizm szybko wyrównuje sobie emocje i zapewnia stabilność i równowagę. Skoro szczęście da się zmierzyć – i skoro konkretne działania zwiększają jego poziom – to zadanie odbiorców wydaje się oczywiste: należy wdrożyć te działania, o których wiadomo, że są skuteczne. I w tym ma pomóc poradnik „Jak być szczęśliwym”. Autorka przygląda się obszarom naturalnym dla funkcjonowania czytelników, sprawdza, jakie znaczenie ma praca (i współpracownicy, atmosfera w miejscu pracy to czynnik bardzo istotny w budowaniu poczucia szczęśliwości, nawet bardziej niż same zarobki), a jakie – związki. Pyta o szczęście, które daje rodzina i seks. Przypomina o roli lokalnej społeczności i o poczuciu bycia przydatnym dla społeczeństwa. Analizuje jedzenie – dieta pełni ważną rolę w budowaniu szczęścia i w książce pojawią się nawet przepisy do wykorzystania. Czasami trzeba zdecydować się na urlop, a czasami wystarczy… poćwiczyć uśmiech. Szczęście to także ruch – i Liz Hoggard pisze o znaczeniu gimnastyki, niekoniecznie w jakiejś bardzo skomplikowanej czy wyczynowej formie. Dla odważnych jest też temat duchowości czy religijności – nie wszyscy odbiorcy mogą zaakceptować tę część bez zastrzeżeń, ale nie ulega wątpliwości, że jasno określone cele czy sensy pomagają. To ma być zestaw porad do zastosowania od razu, niewymagających wielkich przygotowań.
Liz Hoggard bardzo dba o to, żeby czytelnicy jej książki mieli gotowe rozwiązania na wszystkie problemy i dylematy. Ale nie poprzestaje na tym: proponuje jeszcze szereg kwestionariuszy i testów, które pozwolą na dokonanie autoanaliz i przyjęcie odpowiedniej postawy. Dzięki błyskawicznym quizom czytelnicy łatwiej zorientują się, czy mogą skorzystać ze wskazówki – czy powinni zdecydować się na inny obszar życia wymagający ulepszeń. Trochę może to rozbijać rytm narracji, ale książka jest nastawiona na praktyczny poradnik, więc i tak czyta się ją z przerwami. Liz Hoggard stworzyła bardzo esencjonalny poradnik, warto zatem jej zaufać i przyjrzeć się książce.
Szczęście
Ta książka wraca na rynek – i nic dziwnego, Liz Hoggard bowiem święcie wierzy w to, że da się nauczyć bycia szczęśliwym i wprowadzić w swoje życie zmiany, które doprowadzą do poprawy komfortu codzienności i w efekcie przyniosą zwiększone poczucie szczęśliwości. A jeśli to tylko kwestia ćwiczeń – warto pokierować odbiorcami tak, żeby zmienili nawyki i poprawili jakość życia. Z jednej strony – autorka wie, że uczy się ludzi, żeby wychodzili z kryzysu. Ale jeśli mogą robić coś więcej dla siebie – to dlaczego nie. „Jak być szczęśliwym” to kompleksowy poradnik, w którym znajduje się mnóstwo podpowiedzi z różnych obszarów.
Najważniejsza wiadomość – wielokrotnie powtarzana – dotyczy mitu o związku szczęśliwości z majątkiem – autorka wie, że pieniądze szczęścia nie dają i o tym przypomina bez wahania. Nawet jeśli zastrzyk finansowy na chwilę podniesie radość z życia, to szybko poziom szczęśliwości spadnie. Co bardziej zaskakujące – ciężka choroba nie sprawia, że ludzie są mniej szczęśliwi niż wcześniej, organizm szybko wyrównuje sobie emocje i zapewnia stabilność i równowagę. Skoro szczęście da się zmierzyć – i skoro konkretne działania zwiększają jego poziom – to zadanie odbiorców wydaje się oczywiste: należy wdrożyć te działania, o których wiadomo, że są skuteczne. I w tym ma pomóc poradnik „Jak być szczęśliwym”. Autorka przygląda się obszarom naturalnym dla funkcjonowania czytelników, sprawdza, jakie znaczenie ma praca (i współpracownicy, atmosfera w miejscu pracy to czynnik bardzo istotny w budowaniu poczucia szczęśliwości, nawet bardziej niż same zarobki), a jakie – związki. Pyta o szczęście, które daje rodzina i seks. Przypomina o roli lokalnej społeczności i o poczuciu bycia przydatnym dla społeczeństwa. Analizuje jedzenie – dieta pełni ważną rolę w budowaniu szczęścia i w książce pojawią się nawet przepisy do wykorzystania. Czasami trzeba zdecydować się na urlop, a czasami wystarczy… poćwiczyć uśmiech. Szczęście to także ruch – i Liz Hoggard pisze o znaczeniu gimnastyki, niekoniecznie w jakiejś bardzo skomplikowanej czy wyczynowej formie. Dla odważnych jest też temat duchowości czy religijności – nie wszyscy odbiorcy mogą zaakceptować tę część bez zastrzeżeń, ale nie ulega wątpliwości, że jasno określone cele czy sensy pomagają. To ma być zestaw porad do zastosowania od razu, niewymagających wielkich przygotowań.
Liz Hoggard bardzo dba o to, żeby czytelnicy jej książki mieli gotowe rozwiązania na wszystkie problemy i dylematy. Ale nie poprzestaje na tym: proponuje jeszcze szereg kwestionariuszy i testów, które pozwolą na dokonanie autoanaliz i przyjęcie odpowiedniej postawy. Dzięki błyskawicznym quizom czytelnicy łatwiej zorientują się, czy mogą skorzystać ze wskazówki – czy powinni zdecydować się na inny obszar życia wymagający ulepszeń. Trochę może to rozbijać rytm narracji, ale książka jest nastawiona na praktyczny poradnik, więc i tak czyta się ją z przerwami. Liz Hoggard stworzyła bardzo esencjonalny poradnik, warto zatem jej zaufać i przyjrzeć się książce.
wtorek, 15 września 2026
Sándor Márai: Patrol na Zachodzie
Czytelnik, Warszawa 2026.
Podróż
Każda wyprawa zmienia człowieka. Sándor Márai postanawia zatem potraktować ją jako źródło literackiej inspiracji i zaproponować swoim czytelnikom szereg przeżyć oraz spostrzeżeń związanych z poznawaniem miejsc, kultur i specyfiki społeczeństw (ale nie narodowości). Doświadczenia płynące z dość szybkiego przecież – bo związanego z podróżą a nie przeprowadzką - zmieniania miejsc pobytu dają się przerobić na niezwykle trafny i ponadczasowy filozoficzny reportaż. Sándor Márai jest tak samo uważnym obserwatorem w podróży jak i w tworzeniu literatury – a teraz pozwala czytelnikom podążać za sobą i budować sieć skojarzeń w oparciu o obserwacje. „Patrol na Zachodzie” to wyprawa z 1935 roku – jej celem są stolice państw uznawanych przez Węgrów (i nie tylko) za kwintesencję postępu i nowoczesności. Sándor Márai trafia do Paryża i do Londynu, a odbiorcom tego tomu pozwala wręcz podróżować ze sobą. Ma oczy szeroko otwarte i rejestruje kolejne zaskoczenia albo wrażenia. Nie zamierza – co ważne – przepisywać przewodników, nie interesuje go zwiedzanie czy wyprawa o charakterze turystycznym. Owszem, świetnie zdaje sobie sprawę z miejsc, które odwiedzić po prostu należy, a jednak pojawiają się one we wzmiankach bardziej niż jako sedno komentarzy. Márai jest wyczulony na ludzi, którzy go mijają, na rozpoznane już trasy, na odczucia i możliwości. Jest tym podróżnikiem, który ucieka od banałów, stara się zajrzeć pod powierzchnię, żeby znaleźć coś intrygującego i zaskakującego z perspektywy czytelników. A jednoczenie kolejne odkrycia prowadzą do ważnych i cennych refleksji na temat kondycji ludzkości. Co ciekawe, Márai często rezygnuje w tych przemyśleniach z tu i teraz na rzecz uniwersalności – dba o to, żeby zmiana miejsca i otoczenia pozwoliła mu na wyciąganie daleko idących wniosków na temat miejscowych. Nie wywyższa się przy tym – ale też nie stawia na piedestale ludzi innych narodowości, nie to jest jego zadaniem. „Patrol na Zachodzie” to książka, która dzisiaj stanowić może popis literacko-reportażowy. Nadaje się na przeciwwagę dla pospiesznie tworzonych wspomnień z wypraw – tu liczy się każdy drobiazg, który da się zamienić na istotę rzeczy w ocenie porządku świata. Ta książka objętościowo na pierwszy rzut oka może się wydawać niepozorna, ale mieści się w niej mnóstwo tematów wartych ocalenia i fraz, które nieodmiennie do tego autora przyciągają. Sándor Márai nie zamierza być dla czytelników przewodnikiem ani kompanem w podróży – chyba że ktoś chce odbyć akurat podróż mentalną, wymagającą uważności i solidnej dawki wiedzy. To lektura ambitna i mocno wyróżniająca się na rynku wydawniczym. Sándor Márai znany jest bardziej ze swojej prozy – jednak i tu charakterystyczny styl sklasyczniałego już twórcy jest wyrazisty i ciekawy. „Patrol na Zachodzie” to książka, w której droga do celu jest nawet ważniejsza niż sam cel – a autor pokazuje, jak można przeżywać zmianę miejsca pobytu, żeby trafić nawet do kolejnych pokoleń.
Podróż
Każda wyprawa zmienia człowieka. Sándor Márai postanawia zatem potraktować ją jako źródło literackiej inspiracji i zaproponować swoim czytelnikom szereg przeżyć oraz spostrzeżeń związanych z poznawaniem miejsc, kultur i specyfiki społeczeństw (ale nie narodowości). Doświadczenia płynące z dość szybkiego przecież – bo związanego z podróżą a nie przeprowadzką - zmieniania miejsc pobytu dają się przerobić na niezwykle trafny i ponadczasowy filozoficzny reportaż. Sándor Márai jest tak samo uważnym obserwatorem w podróży jak i w tworzeniu literatury – a teraz pozwala czytelnikom podążać za sobą i budować sieć skojarzeń w oparciu o obserwacje. „Patrol na Zachodzie” to wyprawa z 1935 roku – jej celem są stolice państw uznawanych przez Węgrów (i nie tylko) za kwintesencję postępu i nowoczesności. Sándor Márai trafia do Paryża i do Londynu, a odbiorcom tego tomu pozwala wręcz podróżować ze sobą. Ma oczy szeroko otwarte i rejestruje kolejne zaskoczenia albo wrażenia. Nie zamierza – co ważne – przepisywać przewodników, nie interesuje go zwiedzanie czy wyprawa o charakterze turystycznym. Owszem, świetnie zdaje sobie sprawę z miejsc, które odwiedzić po prostu należy, a jednak pojawiają się one we wzmiankach bardziej niż jako sedno komentarzy. Márai jest wyczulony na ludzi, którzy go mijają, na rozpoznane już trasy, na odczucia i możliwości. Jest tym podróżnikiem, który ucieka od banałów, stara się zajrzeć pod powierzchnię, żeby znaleźć coś intrygującego i zaskakującego z perspektywy czytelników. A jednoczenie kolejne odkrycia prowadzą do ważnych i cennych refleksji na temat kondycji ludzkości. Co ciekawe, Márai często rezygnuje w tych przemyśleniach z tu i teraz na rzecz uniwersalności – dba o to, żeby zmiana miejsca i otoczenia pozwoliła mu na wyciąganie daleko idących wniosków na temat miejscowych. Nie wywyższa się przy tym – ale też nie stawia na piedestale ludzi innych narodowości, nie to jest jego zadaniem. „Patrol na Zachodzie” to książka, która dzisiaj stanowić może popis literacko-reportażowy. Nadaje się na przeciwwagę dla pospiesznie tworzonych wspomnień z wypraw – tu liczy się każdy drobiazg, który da się zamienić na istotę rzeczy w ocenie porządku świata. Ta książka objętościowo na pierwszy rzut oka może się wydawać niepozorna, ale mieści się w niej mnóstwo tematów wartych ocalenia i fraz, które nieodmiennie do tego autora przyciągają. Sándor Márai nie zamierza być dla czytelników przewodnikiem ani kompanem w podróży – chyba że ktoś chce odbyć akurat podróż mentalną, wymagającą uważności i solidnej dawki wiedzy. To lektura ambitna i mocno wyróżniająca się na rynku wydawniczym. Sándor Márai znany jest bardziej ze swojej prozy – jednak i tu charakterystyczny styl sklasyczniałego już twórcy jest wyrazisty i ciekawy. „Patrol na Zachodzie” to książka, w której droga do celu jest nawet ważniejsza niż sam cel – a autor pokazuje, jak można przeżywać zmianę miejsca pobytu, żeby trafić nawet do kolejnych pokoleń.
poniedziałek, 14 września 2026
Morris, Pearce, Léturgie: Lucky Luke. Oklahoma Jim
Egmont, Świat Komiksu, Warszawa 2026.
Szkoła
J. Léturgie i Pearce stworzyli scenariusz, Morris i Pearce – rysunki do kolejnego tomu przygód Lucky Luke’a – tym razem z czasów, kiedy jeszcze nie nazywał się Lucky Luke. Dziki Zachód rządzi się swoimi prawami i tak naprawdę nie da się dopasować rzeczywistości spoza westernów do jego realiów, przynajmniej do czasu. Bo Old Timer próbuje – opiekun Lucky Luke’a przybywa z nim do jednej z mieścin i postanawia oddać go pod opiekę miejscowej nauczycielki. Jest w tym nieprzejednany, bo ktoś musi wiedzieć, jak napisać poprawnie jego nazwisko na nagrobku – inwestuje zatem w przyszłość i nie zamierza się przejmować tym, że najwyraźniej Kid ma inne plany. Lucky Luke powinien zdobyć wykształcenie – na razie jednak w szkole uczy się, jak przechytrzyć nauczycielkę i jeszcze na tym zarobić. W dodatku nie podoba mu się, że miałby być jedynym uczniem, skazanym na siedzenie w ławce, kiedy wszyscy inni świetnie się bawią, na przykład w wymierzanie sprawiedliwości. Old Timer planuje w tym czasie grać w karty. I Mushroom City byłoby miejscem idealnie spokojnym, gdyby nie fakt, że pewnego dnia pojawia się tutaj Oklahoma Jim – wyjątkowo sprytny rzezimieszek, który uczy dzieci strzelania, rozdaje im rewolwery i pod ich osłoną napada na niczego niespodziewających się obywateli. Okazja do przedstawienia fragmentu dzieciństwa Lucky Luke’a to też szansa na pierwsze spotkanie z Daltonami – i opowiedzenie o tym, dlaczego stali się oni przestępcami, których samotny kowboj przez całe życie ściga. „Oklahoma Jim” to komiks, który spodoba się fanom klasyki i który pokazuje rozwiązania znane z „późniejszych” (pod względem czasu akcji) komiksów.
Autorzy nie odchodzą od stylu znanego z klasycznych komiksów, starają się go podtrzymywać, ale mocno ułatwiają sobie zadanie tym, że bohaterowie zostali przeniesieni do czasów młodości i mogą mieć nieco inne rysy twarzy. Popisują się też w wielu miejscach humorem charakterystycznym dla przygód Lucky Luke’a, czyli takim bazującym na wieloznacznościach i prezentowanym na różnych poziomach (w tym – zrozumiałym najbardziej dla dorosłych). W samych kadrach dominuje ruch, widać tu nie tylko komiksowość, ale też chęć tworzenia rozbudowanej przestrzeni. Autorzy nie upraszczają nadmiernie obrazków, wiedzą doskonale, że dla odbiorców ważne było także prezentowanie całego uniwersum, nie tylko gadających głów. A że Dziki Zachód to temat niezwykle wdzięczny w prezentowaniu w komiksie – wykorzystują to na literacko-rysunkowy popis.
Lucky Luke to bohater klasyczny, ceniony ze względu na dowcip i realizowanie stereotypów, postać budząca zawsze sympatię kolejnych pokoleń. Z nim nie można się nudzić – więc warto wejść w świat Dzikiego Zachodu i oglądać go z perspektywy Jolly Jumpera oraz jego wiernego jeźdźca. „Oklahoma Jim” to retrospekcja, powrót do przeszłości i do początków – nie rozbija dorosłych narracji, ale nie męczy infantylizowaniem dzieciństwa znanego bohatera. Jest tu dużo powodów do śmiechu.
Szkoła
J. Léturgie i Pearce stworzyli scenariusz, Morris i Pearce – rysunki do kolejnego tomu przygód Lucky Luke’a – tym razem z czasów, kiedy jeszcze nie nazywał się Lucky Luke. Dziki Zachód rządzi się swoimi prawami i tak naprawdę nie da się dopasować rzeczywistości spoza westernów do jego realiów, przynajmniej do czasu. Bo Old Timer próbuje – opiekun Lucky Luke’a przybywa z nim do jednej z mieścin i postanawia oddać go pod opiekę miejscowej nauczycielki. Jest w tym nieprzejednany, bo ktoś musi wiedzieć, jak napisać poprawnie jego nazwisko na nagrobku – inwestuje zatem w przyszłość i nie zamierza się przejmować tym, że najwyraźniej Kid ma inne plany. Lucky Luke powinien zdobyć wykształcenie – na razie jednak w szkole uczy się, jak przechytrzyć nauczycielkę i jeszcze na tym zarobić. W dodatku nie podoba mu się, że miałby być jedynym uczniem, skazanym na siedzenie w ławce, kiedy wszyscy inni świetnie się bawią, na przykład w wymierzanie sprawiedliwości. Old Timer planuje w tym czasie grać w karty. I Mushroom City byłoby miejscem idealnie spokojnym, gdyby nie fakt, że pewnego dnia pojawia się tutaj Oklahoma Jim – wyjątkowo sprytny rzezimieszek, który uczy dzieci strzelania, rozdaje im rewolwery i pod ich osłoną napada na niczego niespodziewających się obywateli. Okazja do przedstawienia fragmentu dzieciństwa Lucky Luke’a to też szansa na pierwsze spotkanie z Daltonami – i opowiedzenie o tym, dlaczego stali się oni przestępcami, których samotny kowboj przez całe życie ściga. „Oklahoma Jim” to komiks, który spodoba się fanom klasyki i który pokazuje rozwiązania znane z „późniejszych” (pod względem czasu akcji) komiksów.
Autorzy nie odchodzą od stylu znanego z klasycznych komiksów, starają się go podtrzymywać, ale mocno ułatwiają sobie zadanie tym, że bohaterowie zostali przeniesieni do czasów młodości i mogą mieć nieco inne rysy twarzy. Popisują się też w wielu miejscach humorem charakterystycznym dla przygód Lucky Luke’a, czyli takim bazującym na wieloznacznościach i prezentowanym na różnych poziomach (w tym – zrozumiałym najbardziej dla dorosłych). W samych kadrach dominuje ruch, widać tu nie tylko komiksowość, ale też chęć tworzenia rozbudowanej przestrzeni. Autorzy nie upraszczają nadmiernie obrazków, wiedzą doskonale, że dla odbiorców ważne było także prezentowanie całego uniwersum, nie tylko gadających głów. A że Dziki Zachód to temat niezwykle wdzięczny w prezentowaniu w komiksie – wykorzystują to na literacko-rysunkowy popis.
Lucky Luke to bohater klasyczny, ceniony ze względu na dowcip i realizowanie stereotypów, postać budząca zawsze sympatię kolejnych pokoleń. Z nim nie można się nudzić – więc warto wejść w świat Dzikiego Zachodu i oglądać go z perspektywy Jolly Jumpera oraz jego wiernego jeźdźca. „Oklahoma Jim” to retrospekcja, powrót do przeszłości i do początków – nie rozbija dorosłych narracji, ale nie męczy infantylizowaniem dzieciństwa znanego bohatera. Jest tu dużo powodów do śmiechu.
niedziela, 13 września 2026
Jacek Getner: Podejrzany na bank
Lira, Warszawa 2026.
Konflikt przodków
Grunt to dobry pomysł, wtedy ze wszystkiego można zrobić kryminał. Tym razem Basia Kotula w widocznej już ciąży przeprowadza się do domu na Kaszubach. Dom miał być niespodzianką, wybrany przez męża i zaakceptowany tylko na zdjęciach, ukrywa znacznie więcej niż widać na pierwszy rzut oka. Basia Kotula będzie miała zatem sporo zajęć na miejscu – a niekoniecznie ją to uszczęśliwi. Rafał Martuś, jej mąż i wkrótce szczęśliwy ojciec, skupia się na pozytywach – ale i on nie może pozostać obojętny, kiedy na szybie pojawia się tajemnicze ostrzeżenie. Trzeba wymyślić, jak przeprowadzić remont, żeby można było się rozpakować. Ale też… wejść w komitywę z miejscowymi – dwoma konkurującymi ze sobą plemionami, które postanowiły żyć jak ich przodkowie i bić się jak oni. Germanie i Słowianie gardzą zdobyczami cywilizacji i pielęgnują tradycje, przynajmniej te, które najbardziej pasują starszyźnie plemiennej. Wojny w bliskim sąsiedztwie to niekoniecznie przepis na sielankową egzystencję, ale tego zaślepiony możliwościami Rafał Martuś na razie jeszcze nie dostrzega. I tak największy problem polega na tym, że to w jego nowym domu ma znajdować się coś, czego jak na razie bezskutecznie poszukują Alderyk i Gniewosz.
„Podejrzany na bank” to opowieść, w której kryminał schodzi na bardzo daleki plan. To znaczy od początku pojawiają się w niej wątki mające sugerować niebezpieczeństwo (czy wręcz grozę), ale autora wyraźnie ciągnie w stronę komedii i to komedii ciosanej momentami toporem. Liczy się tu śmiech i czasami nawiązania do dawnych motywów z powieści detektywistycznych. Zwłaszcza kiedy Basia Kotula odkryje, co znajduje się w jej domu. To ona jest tą rozsądną – zwłaszcza kiedy musi zadbać o siebie i nienarodzonego jeszcze potomka. Kazimierz staje się więc świadkiem kolejnych monologów matki wtedy, kiedy ta nie ma zamiaru wdawać się w dyskusje z irytującym ją niekiedy małżonkiem. Jacek Getner w fabule łączy plany, przechodząc od domu byłego policjanta do skansenu (który bardziej niż ów dom tętni życiem). Lepiej nawet czuje się tam, gdzie w grę wchodzi wyobraźnia pozbawiona współczesnych motywów. Czytelnicy dzięki temu otrzymają trochę oryginalnych historii i zabawnych scenek. Chociaż to jest czwarty tom cyklu, można go spokojnie czytać samodzielnie, bez znajomości wcześniejszych wydarzeń.
Są dwa motywy, które mogą budzić sprzeciw czytelników, oba w planie narracji. Pierwszym jest uporczywe powtarzanie, że kryminał to romans z trupem – pojawia się to w powieści tyle razy, że nawet bohaterowie w pewnym momencie się buntują – i trudno im się dziwić. Nawet najlepsze spostrzeżenie może się przejeść. Druga rzecz to lekki brak wyczucia w synonimach – autor nie zawsze dopasowuje określenie do klimatu sceny, zwłaszcza jeśli chodzi o bohatera, którego personalia nadają się na ksywę. Nie jest to straszne wykroczenie, ale czasami budzi wątpliwości jako wybijające z rytmu narracji. „Podejrzany na bank” to szybka powieść kryminalno-obyczajowa, stworzona dla prostej rozrywki i uciechy odbiorców. Wakacyjne wytchnienie bez zobowiązań.
Konflikt przodków
Grunt to dobry pomysł, wtedy ze wszystkiego można zrobić kryminał. Tym razem Basia Kotula w widocznej już ciąży przeprowadza się do domu na Kaszubach. Dom miał być niespodzianką, wybrany przez męża i zaakceptowany tylko na zdjęciach, ukrywa znacznie więcej niż widać na pierwszy rzut oka. Basia Kotula będzie miała zatem sporo zajęć na miejscu – a niekoniecznie ją to uszczęśliwi. Rafał Martuś, jej mąż i wkrótce szczęśliwy ojciec, skupia się na pozytywach – ale i on nie może pozostać obojętny, kiedy na szybie pojawia się tajemnicze ostrzeżenie. Trzeba wymyślić, jak przeprowadzić remont, żeby można było się rozpakować. Ale też… wejść w komitywę z miejscowymi – dwoma konkurującymi ze sobą plemionami, które postanowiły żyć jak ich przodkowie i bić się jak oni. Germanie i Słowianie gardzą zdobyczami cywilizacji i pielęgnują tradycje, przynajmniej te, które najbardziej pasują starszyźnie plemiennej. Wojny w bliskim sąsiedztwie to niekoniecznie przepis na sielankową egzystencję, ale tego zaślepiony możliwościami Rafał Martuś na razie jeszcze nie dostrzega. I tak największy problem polega na tym, że to w jego nowym domu ma znajdować się coś, czego jak na razie bezskutecznie poszukują Alderyk i Gniewosz.
„Podejrzany na bank” to opowieść, w której kryminał schodzi na bardzo daleki plan. To znaczy od początku pojawiają się w niej wątki mające sugerować niebezpieczeństwo (czy wręcz grozę), ale autora wyraźnie ciągnie w stronę komedii i to komedii ciosanej momentami toporem. Liczy się tu śmiech i czasami nawiązania do dawnych motywów z powieści detektywistycznych. Zwłaszcza kiedy Basia Kotula odkryje, co znajduje się w jej domu. To ona jest tą rozsądną – zwłaszcza kiedy musi zadbać o siebie i nienarodzonego jeszcze potomka. Kazimierz staje się więc świadkiem kolejnych monologów matki wtedy, kiedy ta nie ma zamiaru wdawać się w dyskusje z irytującym ją niekiedy małżonkiem. Jacek Getner w fabule łączy plany, przechodząc od domu byłego policjanta do skansenu (który bardziej niż ów dom tętni życiem). Lepiej nawet czuje się tam, gdzie w grę wchodzi wyobraźnia pozbawiona współczesnych motywów. Czytelnicy dzięki temu otrzymają trochę oryginalnych historii i zabawnych scenek. Chociaż to jest czwarty tom cyklu, można go spokojnie czytać samodzielnie, bez znajomości wcześniejszych wydarzeń.
Są dwa motywy, które mogą budzić sprzeciw czytelników, oba w planie narracji. Pierwszym jest uporczywe powtarzanie, że kryminał to romans z trupem – pojawia się to w powieści tyle razy, że nawet bohaterowie w pewnym momencie się buntują – i trudno im się dziwić. Nawet najlepsze spostrzeżenie może się przejeść. Druga rzecz to lekki brak wyczucia w synonimach – autor nie zawsze dopasowuje określenie do klimatu sceny, zwłaszcza jeśli chodzi o bohatera, którego personalia nadają się na ksywę. Nie jest to straszne wykroczenie, ale czasami budzi wątpliwości jako wybijające z rytmu narracji. „Podejrzany na bank” to szybka powieść kryminalno-obyczajowa, stworzona dla prostej rozrywki i uciechy odbiorców. Wakacyjne wytchnienie bez zobowiązań.
Bajki z uśmiechem - część 9
Zapraszam do wysłuchania i komentowania dziewiątej części Bajek z uśmiechem.
czyta PIOTR SKUCHA
muzyka Klaudia Rabiega
https://youtu.be/OamnpWTI_6I
czyta PIOTR SKUCHA
muzyka Klaudia Rabiega
https://youtu.be/OamnpWTI_6I
Subskrybuj:
Posty (Atom)






