* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

czwartek, 30 kwietnia 2026

Matthäus Bär: Kapibary na gigancie

Kropka, Warszawa 2026.

Wolność

Skoro jest moda na kapibary, trzeba wykorzystywać kapibary, w każdej możliwej sytuacji. Matthäus Bär wie o tym bardzo dobrze i dlatego zabiera małych czytelników do ogrodu zoologicznego, w którym po godzinach odwiedzin dzieją się prawdziwe przygody. „Kapibary na gigancie” to historia klasyczna w budowie – wypełniona wielkimi dramatami i zaskoczeniami, a także pewną dozą filozoficznej refleksji nad codziennością i ograniczeniami. Bohaterami są trzy sympatyczne gryzonie – Emmy, Tristan i Raul – chociaż w zagrodzie jest więcej kapibar, z czego niektóre potrafią na przykład udawać własne zwłoki, to na tej trójce będzie się skupiać uwaga odbiorców – a to dlatego, że tylko Emmy, Tristan i Raul zastanawiają się, co jest za niezamykaną (jak się okazuje) bramką do ich zagrody. Pierwsze wyjście do wielkiego świata jest tylko obwąchaniem możliwości – ale każde następne już prowadzi do przekraczania kolejnych granic. I kapibary wiedzą doskonale, że nie wolno im zniknąć na stałe: gdyby tak było, ich towarzysze zostaliby zamknięci, a one same prawdopodobnie szybko schwytane. Wolność należy smakować z rozwagą. Oznacza to, że każdej nocy kapibary mogą się wymykać z pomieszczenia, ale przed świtem powinny do niego grzecznie wrócić i udawać, że cały czas tam były. Odpocząć mogą później – przecież nikogo nie zdziwi, że te łagodne gryzonie czas spędzają na leniuchowaniu.

Autor prowadzi historię poszatkowaną przez kolejne wyjścia – i za każdym razem znajduje nowy temat do działania dla kapibar. Raz bohaterowie postanawiają świętować swoje urodziny, to znowu prowadzą handel wymienny, żeby uzyskać to, na czym im zależy, odwiedzają innych mieszkańców zoo i wyjaśniają im, że za klatkami jest wolność – w tej książce nazywana morzem możliwości. I właśnie morze możliwości staje się podstawowym punktem zapalnym. Bo nie wszystkim pasuje, że kapibary odkryły inny świat – niektórym mogą nabruździć w planach i w relacjach. Co prawda wybór głównych przeciwników kapibar to coś, z czym ich fani mogą się nie zgadzać, ale tym ciekawiej wybrzmiewa cała opowieść. „Kapibary na gigancie” to powieść przygodowa o tym, że warto mierzyć się ze swoimi lękami i że warto rozbudzać w sobie ciekawość i zawsze chcieć więcej. Bohaterowie udowadniają to na każdym kroku i sprawiają, że dzieci mogą uwierzyć w siebie i zapragną poznawać świat ze wszystkimi jego niespodziankami. Stawianie czoła niebezpieczeństwom – w tym wymiarze – oznacza faktycznie często prawdziwe zagrożenia. A jednak kapibary odkrywają, co daje im siłę i co pozwala doprowadzić sprawy do końca. Jest to powieść bogato ilustrowana, Anika Voigt pilnuje, żeby te najbardziej malownicze motywy zyskały tu odpowiednią oprawę (chociaż bawi się też bardziej humorystycznymi elementami, bo jedną ze stron zdobią bobki bohaterów). W efekcie tę książę nie tylko czyta się z zainteresowaniem, ale też ogląda z prawdziwą przyjemnością. Kapibary to wdzięczne bohaterki opowieści – nie pierwszy raz pojawiają się w literaturze czwartej i pozostaje mieć nadzieję, że te akurat osobniki jeszcze czegoś w swoim zoo dokonają.

środa, 29 kwietnia 2026

Marek Szymaniak: Młócka. Reportaże o pracy przyszłości

Czarne, Wołowiec 2026.

Robotyzacja

Co z tym postępem? To powód do zmartwień, czy wręcz przeciwnie – szansa na uwolnienie się od najbardziej żmudnych zadań? Marek Szymaniak w tomie „Młócka. Reportaże o pracy przyszłości” tak naprawdę znacznie częściej patrzy w przeszłość i pyta o opinię tych wszystkich, którzy mogli przedtem twierdzić, że sztuczna inteligencja i nowe technologie sprawią, że ich zawody z rynku pracy znikną. Nie ma tu wyjątkowo skomplikowanych i przyszłościowych zawodów – bo trudno za takie uznać pracę influencera – a zagrożenia wypychające z rynku pracowników polegają na zupełnie czymś innym niż zastąpienie ludzi maszynami. W kolejnych rozdziałach autor przygląda się różnym zawodom i zmianom, jakie w życie ich reprezentantów wniosły rozwiązania informatyczne czy techniczne. I tak grupa, która kojarzona była z wolnością i swobodą, zostaje spacyfikowana – przez kolejne czujniki i kontrolery. Z kolei ludzie pracujący fizycznie i narażeni na poważne kontuzje lub wypadki doceniają możliwość zrzucenia najcięższych elementów pracy na roboty. Jedni cieszą się z ulepszeń, jakie przynosi sztuczna inteligencja w codzienności, inni na nie narzekają. „Młócka” pokazuje i szanse, i problemy – a także perspektywy samych zainteresowanych.

Czytelnicy z tej książki będą mogli dowiedzieć się paru rzeczy o dzisiejszym rynku pracy i przekonają się, że niektóre rozwiązania mogą być dla nich wręcz wymarzone. Jeśli tylko nie boją się zmian i potrafią dostosować, skorzystają na nowinkach. Rzeczywistość pokazuje, że nie ma się czego bać: zamiast masowych zwolnień jest więcej czasu wolnego dla siebie i rodziny (przy takich samych zarobkach skrócony tydzień pracy), mniej komplikacji czy zdrowotnych perturbacji, a więcej udogodnień. Przynajmniej w części zawodów. Bo niektórzy – zwłaszcza przedstawiciele branży artystycznej – muszą jasno się określić i zastanowić, jak ma wyglądać ich narzędzie pracy. Chociaż Marek Szymaniak rozmawia z ludźmi i dowiaduje się, jak wygląda rzeczywistość z perspektywy tych bezpośrednio zainteresowanych, nie zadaje pytań dotyczących dalekiej przyszłości – nie zastanawia się nad tym, jakie zmiany społeczne i mentalne może przynieść opieranie się na sztucznej inteligencji czy zawierzenie maszynom. I oczywiście futurystyczne i apokaliptyczne scenariusze istnieją w powieściach – ale teraz rzeczywistość dogania marzenia, a wiąże się jednak z nieuchronnymi zmianami. Tyle że Marek Szymaniak nie jest filozofem i nie zamierza się nad tym pochylać. Wystarcza mu relacjonowanie tego, czego dowiedział się od pracowników. Jedni uczą się błyskawicznie i wykorzystują postęp technologiczny, żeby ułatwić sobie życie, inni zachłysnęli się możliwościami, a dzisiaj zastanawiają się nad ceną takich przemian – dla czytelników będzie to cenna wiadomość, okazja do pochylenia się nad jakością pracy i zawodami przyszłości. Nie warto uciekać przed technologią – ale warto nauczyć się, jak mądrze z niej korzystać. A ponieważ regulacje prawne w tej kwestii są wciąż w powijakach, to dzisiejsze pokolenie będzie je dopiero tworzyć, żeby usprawnić działania następców. „Młócka” to książka bardzo ciekawa – pokazuje bowiem moment przemiany.

wtorek, 28 kwietnia 2026

Kathrin Tordasi: Jeżynowy lis. Tajemnica Krańca Świata

Kropka, Warszawa 2026.

Cienie

W zasadzie po co tworzyć nowe historie fantasy, skoro przeszłość jest pełna legend i wierzeń, które idealnie nadadzą się do wypełnienia ludzkiej ciekawości? Kathrin Tordasi jest zafascynowana walijskimi opowieściami ludowymi i na ich kanwie snuje własne historie, sięgając czasem po bohaterów, którzy w zbiorowej świadomości mają swoje stałe miejsce – lub powracają tylko po to, żeby zasygnalizować istnienie niewytłumaczalnego w świecie fantazji. „Jeżynowy lis. Tajemnica Krańca Świata” to powieść, w której – jak często w tym gatunku – trzeba przemierzać drogę i ścierać się z wrogami pozornie nieistotnymi, bo ze świata magii, a jednocześnie – poznawać siebie. Tu nawet wstęp wypada klasycznie: Portia to dziewczynka, której wakacyjne plany musiały ulec zmianie. Ben – chłopiec, który zostaje zmuszony do dotrzymywania towarzystwa nowo przybyłej. I tyle – to wystarcza, bo nie ma w okolicy rówieśników Portii, a tajemnica z początku szybko scementuje znajomość.

Wszystko zaczyna się od Jeżynowego lisa, od przybysza, który zwraca na siebie uwagę Portii i w nocy przybywa po coś, co dziewczynka może pomóc mu zdobyć. Jeżynowy lis nie zamierza zastanawiać się nad konsekwencjami – on ma do wypełnienia pewną misję. A ponieważ Portia jest tu nowa, nie do końca zdaje sobie sprawę, że nie powinna ślepo ufać zwierzęciu, zwłaszcza jeśli to zwierzę jest magiczne i piękne. Jeżynowy lis nie zawsze jest lisem. Ale nie ostrzega przed tym, co stanie się, kiedy dziewczynka zostawi otwartą furtkę do świata cieni. I to moment, który zmienia wszystko. Oczywiście realny świat przestaje się wtedy liczyć – Portia nie po to trafia pod opiekę ciotek, żeby musiała przejmować się opinią mamy na temat nocnych eskapad i narażania się na niebezpieczeństwa, Ben ma dobre serce, więc nie jest w stanie zostawić bez pomocy kogoś, kto cierpi. A już odkrycie bramy do świata magii staje się dla obojga zrealizowaniem najpiękniejszych snów. I – jak to zwykle w powieściach fantasy bywa – także drogą do najpoważniejszego zagrożenia.

Kathrin Tordasi pisze książkę, w której można się rozsmakować. Powoli otwiera przed odbiorcami wstęp do krainy, która nie będzie gościnna – chce, żeby dzieci przyzwyczaiły się do kolejnych wyzwań i pułapek, a później już po prostu musiały się mierzyć z niebezpieczeństwami i wyzwaniami – tu cała misja staje się odpowiedzią na pierwszy, nieprzemyślany, ale płynący z nieświadomości uczynek. Portia nie wie jeszcze, że jej wakacje zamienią się w największą przygodę, klasyczną w duchu, wypełnioną kolejnymi pułapkami i potyczkami. W świecie magii ochrona małych bohaterów niekoniecznie będzie przez kogokolwiek realizowana – kto tu wkroczył, najwyraźniej jest odpowiednio sprytny, żeby poradzić sobie z komplikacjami. I Kathrin Tordasi na klasycznym szkielecie wznosi swoją opowieść, mocno inspirowaną walijskimi klimatami – tu liczy się atmosfera w połączeniu z zestawem brawurowych wydarzeń. To dobrze zrealizowana powieść, w której wciąż wydaje się, że autorka porusza się po utartych szlakach – żeby za moment zaskakiwać odkrywczością i pomysłami.

poniedziałek, 27 kwietnia 2026

Robert Konecki, Mateusz Kowalski, rozmawia Szymon Żyśko: Nowa męskość. Intymne rozmowy o tym, czego potrzebują mężczyźni

Mando, Kraków 2026.

Spotkanie

Chociaż ta książka z pewnością wymagała od autorów całkiem sporego emocjonalnego wkładu, czytelnikom będzie się wydawać, że napisała się sama, podczas jednego weekendowego wypadu. Robert Konecki i Mateusz Kowalski to twórcy podkastu Tutaj Podcast – ich właśnie na wywnętrzanie się na temat mężczyzny dzisiaj zaprasza Szymon Żyśko. Trzej panowie jadą na odludzie, tak, żeby nic ich nie rozpraszało. Wynajmują chatkę na uboczu – to zachęca do pochylenia się nad rolą mężczyzny w obecnym świecie i nad konsekwencjami przemian społecznych i obyczajowych. Czytelnicy o kontekście rozmów dowiedzą się ze wstępów – Żyśko za każdym razem ochoczo dzieli się przemyśleniami na temat otoczki dialogów, zupełnie jakby część wyznań nie mogła zaistnieć bez takiej wiedzy przekazanej odbiorcom. Rozmowy mają swój szkielet, chociaż czytelnicy się o nim akurat nie dowiedzą – Szymon Żyśko moderuje tę rozmowę, ale czasami pozwala na swobodną wymianę myśli lub monolog w miejsce, które mogłoby jeszcze zostać skomentowane. Sam uczestniczy w rozmowie – dokłada własne obserwacje – czytelnikom w ten sposób daje sygnał, że książka ma otworzyć na dialog. „Nowa męskość. Intymne rozmowy o tym, czego potrzebują mężczyźni” to próba scharakteryzowania płci przez pryzmat kulturowych naleciałości oraz stereotypów – i opowieść uwzględniająca różne punkty widzenia czy wybory życiowe. Nie ma tu typowych ról – tradycyjnie przypisywanych mężczyznom. Istnieje tylko zestaw wyznań – a może autokreacji?

Kiedy rozmówcy wypowiadają się na tematy bliskie im samym, trudno oprzeć się wrażeniu, że próbują automatycznie znaleźć uzasadnienie dla takich treści – zupełnie niepotrzebnie, bo przecież nikt ich nie osądza ani nikt nie daje im odczuć, że to, co wygłaszają, nie należy do zbyt popularnych postaw. Mogą być sobą, a jednak momentami uciekają przed oceną. Pewnym problemem staje się tu jednostronność sądów: dwaj twórcy podkastu mają już wypracowane porozumienie, z kolei moderator tej rozmowy chce, żeby wszyscy czuli się w niej wygodnie, przynajmniej przez dłuższy czas – nikt nie przedstawi kontrowersyjnej opinii, nikt nie przywoła innego obrazu świata, zupełnie jakby istniała tylko jedna, ugładzona wersja. I w tym czegoś odbiorcom może brakować – bo nie ma inspiracji płynącej z różnicy poglądów, nie ma starć ani szukania siebie w tym wszystkim. Autorzy książki nie chcą budować kolejnych stereotypów – wydaje się, że wręcz boją się zaszufladkowania, stąd swoiste rozmycie w ocenach. Świat w ich ujęciu może być dla czytelników atrakcyjny – pytanie tylko, czy będzie prawdziwy.

O tym, co znaczy być mężczyzną dzisiaj, dyskutują trzej faceci, którzy nie muszą sobie udowadniać własnej męskości i którzy w przeszłości mieli różne doświadczenia życiowe prowadzące ich do obecnego stanu. Brak stereotypów, które w przewrotny sposób porządkowałyby ich opowieść, oznacza automatycznie rozproszenie wątków, ślizganie się po powierzchni bardzo wielu tematów. I o ile jest to zjawisko częste w przypadku rozmów popularyzatorskich z psychologami, o tyle rzadko spotyka się to rozwiązanie w przypadku zwykłych ludzi: niekoniecznie zbyt szeroko rozpoznawanych.

niedziela, 26 kwietnia 2026

Arttu Unkari: Tataman i eksplodująca kupa

Kropka, Warszawa 2026.

Sedesowe śledztwo

Pani minister edukacji wylatuje w kosmos. Sytuacja jest o tyle niezręczna, że wylatuje podczas wizyty w toalecie, a dokładniej – podczas siedzenia na sedesie. Nikt się nią specjalnie nie przejmuje, bo też kolejne wydarzenia przyćmiewają jej przygodę. Ale wszystko zaczyna się właśnie w takim, mało reprezentacyjnym miejscu i wokół takiego miejsca będzie oscylować przez całą książkę, bo ataki okołoterrorystyczne będą koncentrowały się właśnie na zawartości sedesów. Skatologiczny humor to to, czym Arttu Unkari chętnie się posługuje – świadomy tego, co w literaturze czwartej na pewno się sprawdzi. I fakt, nie przełamuje w ten sposób już żadnych granic – to wszystko było, liczy się zatem jego pomysł na wartką akcję i na kreacje bohaterów. Proponuje małym czytelnikom książkę w założeniu śmieszną i bazującą z jednej strony na fekalnych skojarzeniach, a z drugiej – na nawiązaniach do powieści detektywistycznych. Przy okazji dzieci, które do tej pory nie znały słowa „balasek”, będą miały sporo okazji do utrwalenia go sobie. Niezależnie od kontekstu – Unkari wykorzystuje motyw, który od zawsze funkcjonuje w powieściach detektywistycznych: ci, którzy powinni być odpowiedzialni za śledztwo, kompletnie sobie z nim nie radzą i trzeba wsparcia ze strony amatorów, którzy błyskawicznie powiążą fakty i odpowiedzą na ważne pytania. Tutaj konkurencja jest poważna, bo głównym detektywem powinien być Tataman, czyli superbohater, tata Olgi – tymczasem to Olga ma większe szanse na dotarcie do prawdy. Olga nie waha się przed przeciwstawieniem tacie – za nic ma jego renomę i jego starania. Wie doskonale, że musi wziąć sprawę w swoje ręce, jeśli chce zwycięstwa – czyli ocalenia między innymi wszystkich dzieciaków ze szkolnej stołówki.

Akcja rozgrywa się dość szybko i przez cały czas jest próbą odpowiedzi na pytanie, kto stoi za zamachami – skąd eksplodująca kupa i gdzie uderzy kolejny atak. Wszystko jest podporządkowane śmiechowi – chodzi o to, żeby rozbawiać małych odbiorców i żeby przekonywać ich do czytania dla rozrywki, nie ma tu wymówek – akcja jest na tyle „bulwersująca” z perspektywy potencjalnych dorosłych malkontentów, że aż się prosi o lekturę. Zresztą w tomiku „Tataman i eksplodująca kupa” nie zabraknie niespodzianki w postaci zgryźliwej komentatorki – sfrustrowana staruszka pojawia się co pewien czas i wtrąca swoje trzy grosze do narracji, ocenia (przeważnie negatywnie) i wyraża wzburzenie w związku z prezentowanymi treściami. To wyprzedzenie ewentualnych zarzutów krytyków – chociaż dzisiaj raczej nikt nie powinien czuć się zdumiony ani urażony takimi treściami – to normalny sposób na przyciąganie dzieci do lektury. Ilustracjami zajmuje się tu Kai Vaalio – i są one mocno komiksowe i młodzieżowe w duchu, przerysowane i humorystyczne, trochę przypominają zbuntowane komiksy z końcówki XX wieku, bardzo pasują do „wywrotowych” pozornie treści. Jest to książka z gatunku tych, które dorosłych zniechęcą, ale dzieci mogą przekonać do czytania – zwłaszcza że nie ma tu żadnych pouczających zagadnień.

sobota, 25 kwietnia 2026

Lars Saabye Christensen: Beatlesi

Marginesy, Warszawa 2026.

Muzyka

Ta powieść jest już klasyką – i bardzo mocno wybrzmiewa jej inność, to znaczy nawiązanie do prawdziwości lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku. Lars Saabye Christensen przygląda się dorastaniu i wchodzeniu w dorosłość czterech chłopaków z Oslo. Nastolatki są oczywiście wpatrzone w Beatlesów – nawet początkowo nadają sobie pseudonimy od członków zespołu, a w planach na przyszłość mają też założenie bandu muzycznego. Muszą tylko uprosić rodziców o niezbędne instrumenty i o możliwość zapuszczania włosów. Świat z tomu „Beatlesi” mocno różni się od tego, co znają dzisiejsi czytelnicy – więc jeśli ktoś ma ochotę na sprawdzenie, jak wyglądała codzienność drugiej połowy XX wieku, może potraktować tę książkę jak przewodnik.

To Kim prowadzi historię, to z jego perspektywy czytelnicy obserwują perypetie nastolatków w Bildungsroman. Każde wydarzenie urasta tu do rangi wielkiego tematu, każdy rozdział nawiązuje do jakiegoś albumu lub utworu Beatlesów – to sprawia, że tę książkę wręcz słychać, jej rytm daje się poczuć. Czytelnicy, którzy tak jak bohaterowie są fanami Wielkiej Czwórki mogą poczuć się usatysfakcjonowani – doświadczenia pokoleniowe, które ukształtowały bohaterów, są bowiem przejrzyste i przekonujące. Dla odbiorców będzie to prawdziwie mocne przeżycie – zetknięcie się ze światem, który pamiętają, a który odszedł już do lamusa. I tak autor zajmuje się przedstawianiem pierwszych miłości i pierwszych rozczarowań, kształtowania się systemów wartości, wiary lub sceptycyzmu w tej kwestii. Bohaterowie jeszcze od czasu do czasu dają się wciągnąć w szkolne perypetie i w rozmaite mniej lub bardziej poważne niesnaski. Do tego – nie brakuje wśród ich rówieśników bezsensownych ryzykantów. A to oznacza, że nasi bohaterowie przekonają się niekoniecznie na własnej skórze, czym grozi nieprzestrzeganie zasad wprowadzonych przez starsze pokolenie. Są tu ludzie, którzy prawie doprowadzili do autodestrukcji, są tacy, którzy zaskakują decyzjami – kompletnie pozbawieni wyobraźni i niemyślący o konsekwencjach. Widać tu też nietypowy dla dzisiejszych czasów zestaw relacji dzieci – rodzice – kompletnie inny system wychowawczy i zbiór wyzwań. „Beatlesi” to książka, która dzisiaj wyjątkowo trafnie portretuje dawne czasy i poprzednie pokolenia – zupełnie na marginesie, bo przecież chodzi tu o prezentowanie wkraczania w dorosłość (na początku rzeczywistość nie ma zbyt wielkiego znaczenia, ale z czasem pojawia się coraz więcej odniesień do świata spoza zamkniętej przestrzeni bohaterów), a nie o rejestrowanie efemerycznych przejawów realizmu lat 60. I 70. Chociaż powieść sprawia wrażenie monumentalnej, jest spora jak na dzisiejsze standardy, to i tak napisana została bardzo lekko, więc lektura przebiegać będzie dość szybko. Co więcej, Christensen wyborem tematów i sposobem ich realizowania sprawia wrażenie, jakby wszystkie wydarzenia były czytelnikom doskonale znane i naturalnie płynęły z pierwszych obserwacji i zjawisk. I to może zaskakiwać najbardziej – chociaż autor faktycznie zbiera wydarzenia jednostkowe i niepopularne, to jednak przez sposób ich prezentacji daje czytelnikom przekonanie, że uczestniczą w czymś świetnie sobie znanym. To przekonująca historia wypełniona detalami – i te detale jednocześnie przyciągają do świata bohaterów i czynią go najbardziej prawdziwym, a ponadto tworzą niepowtarzalny koloryt lokalny.

piątek, 24 kwietnia 2026

Paulina Nachman: Najbardziej zakręcone labirynty

Nasza Księgarnia, Warszawa 2026

Drogi

Paulina Nachman dołącza do autorów łamigłówek opartych na labiryntach – jej „Najbardziej zakręcone labirynty” to książka, która dostarcza dzieciom rozrywki i zachęca je do trenowania małej motoryki (przez wyznaczanie tras) oraz uważności (przez śledzenie kolejnych torów). Przygotowuje autorka mnóstwo zagadek i zadań, w których bohaterów poznaje się tylko na jeden raz – i tylko po to, żeby pomóc im przejść trudną drogę bezpiecznie do celu. Niczego więcej nie potrzeba – wystarczy wiedzieć, jak funkcjonują labirynty i jak się to rozwiązuje. Autorka bawi się kształtami – proponuje labirynty wpisane w okrąg albo takie prostokątne, dopasowane wielkością do strony, więc spore z perspektywy najmłodszych. Czasami stawia na nieforemne kształty, a czasami w ogóle rezygnuje z granic i udaje, że odbiorcy zostali wtrąceni po prostu w jeden z fragmentów mocno rozbudowanego świata. Niektóre labirynty będą wykorzystywały naturę – kluczenie między drzewami albo meandrowanie razem z rzeką to wyzwanie dla dzieci. Autorki nic nie ogranicza, co oznacza, że raz wyśle odbiorców w kosmos, raz zmusi ich do przechodzenia między kaktusami, a raz – między śpiącymi meduzami i wielorybami. Bawi się doskonale i sprawia, że do labiryntów bez trudu przekonają się najmłodsi. Gdyby mieli jakiekolwiek wątpliwości, mogą sprawdzić rozwiązania na końcu książki – ale znacznie lepiej będzie próbować do skutku i przechodzić kolejne trasy samodzielnie. To rozwija nie tylko umiejętności, ale też wyobraźnię. Paulina Nachman wie doskonale, że w labiryntach nie trzeba nic więcej niż zaznaczenie startu i mety, ale decyduje się od czasu do czasu na dodawanie krótkich jednozdaniowych komentarzy – poleceń albo przestróg po to, żeby dzieci zorientowały się, jakie w danym labiryncie są zagrożenia, albo kto potrzebuje pomocy (i jakiego rodzaju).

Kolejne obrazki są tu bardzo przyjemne – mnóstwo zwierząt, mnóstwo schodów i drabin, ale też wyzwania rodem z wyobraźni, umożliwiające wręcz tworzenie własnych historii na bazie stworzonych mapek. Dla dzieci będzie to okazja do wymyślania bajek – i ruszania na pomoc ich bohaterom. „Najbardziej zakręcone labirynty” to książka, która wcale nie ma być oryginalna – wykorzystuje modę na klasyczną rozrywkę – ale może stać się popisem twórczym autorki i próbą zachęcenia dzieci do sięgania po zabawy z dala od komputera. Jest tu całe mnóstwo propozycji i każdy znajdzie odpowiednie dla siebie wyzwania, tak, żeby się nie znudzić i nie zmęczyć, a dobrze bawić. Labirynty to zabawa ponadczasowa i lubiana przez wielkie grono maluchów – w związku z tym ta książka na rynku bez trudu znajdzie swoje miejsce. Dzieci przekonają się błyskawicznie, że warto zaufać tej autorce i bawić się w kolejnych korytarzach i schematach. Jest tu bardzo kolorowo i przyjemnie dla oka, ilustracje zostały wykonane tak, żeby nie odciągać uwagi od samych zadań, ale też żeby można je było podziwiać.