Harperkids, Warszawa 2026.
Oswajanie smutku
„Papugowanie” to tomik, który tylko z pozoru zabiera odbiorców do pełnego zabaw i pozbawionego trosk świata Bluey. W rzeczywistości jest to historia o śmierci – tyle że przedstawionej tak, żeby nie przygnębić przesadnie najmłodszych ani ich nie przestraszyć. Wszystko zaczyna się od gry w przedrzeźnianie – Blue od rana chce koniecznie robić wszystko to, co tata – naśladuje każdy jego gest i każde zdanie, nawet jeśli oznacza to trochę niepochlebnych komentarzy pod własnym adresem. Tata wie doskonale – jak wszyscy rodzice – że żadne sztuczki nie pomogą, przedrzeźniacz musi się znudzić swoim zadaniem, żeby skończyły się irytujące powtórzenia. Tylko że zabawa w papugowanie to jedynie wstęp do zupełnie innej historii: Blue znajduje na ulicy ranną papużkę. Razem z tatą próbuje ją uratować – wkłada do pudełeczka i wiezie do weterynarza. Tylko że ta przygoda nie może mieć dobrego finału. A po powrocie do domu Blue chce się bawić z młodszą siostrą w nieudane ratowanie chorego ptaszka – w ten sposób radzi sobie z trudnymi emocjami.
Liczy się tu zestaw zachowań i reakcji wokół śmierci: kiedy recepcjonistka przekazuje informację o papużce, mówi łagodnym głosem. Mama w domu także ścisza głos, kiedy odzywa się do swojej córki. Blue jednak potrzebuje uporządkowania doświadczeń – pokazuje to w zabawie z siostrą. Teraz również „papużka”, czyli Bingo, ma nie przeżyć akcji ratunkowej – bohaterka dowiaduje się, że na pewne sprawy nie ma żadnego wpływu. Chce jednak przeżyć swój smutek jeszcze raz, w warunkach kontrolowanych.
Dzieci zawsze mocno przeżywają rozstanie z ukochanym pupilem. Szokiem może być dla nich również świadomość, że śmierć nie oszczędza nikogo, bez względu na to, czy pospieszy się z pomocą, czy nie – i oczywiście zawsze warto próbować ocalić nawet najmniejsze życie, ale niekiedy taka misja po prostu musi się zakończyć niepowodzeniem. Dobrze, że w świecie Blue znalazło się miejsce i na takie historie – w ten sposób można przynajmniej próbować wytłumaczyć dzieciom, że czasami w codzienność wkracza śmierć – i że to oznacza bezpowrotne rozstanie. Blue jeszcze ma nadzieję, że los papużki się odmieni, ale rodzice nie zamierzają jej w tym względzie okłamywać. Razem z Blue dzieci będą oswajać się z trudnym zagadnieniem. „Papugowanie” to niewielki tomik – jak zawsze w cyklu – opowieść w sam raz do przeczytania i przemyślenia. I owszem, jest w niej całkiem sporo czynników humorystycznych, wprowadzonych, żeby przyciągnąć najmłodszych do lektury – ale jest też dużo materiału do refleksji. W świecie Blue i Bingo jest miejsce na różne odczucia – i dzięki temu dorosłym łatwiej będzie przeprowadzać ze swoimi pociechami poważne rozmowy.
Jest to picture book, więc można będzie znaleźć bardzo wiele kadrów z ulubionymi bohaterami, a także rysunkowe dopowiedzenia do narracji tekstowej. Blue nie pozostawia wątpliwości: przeżywa mnóstwo. I można razem z nią przystąpić do odkrywania uroków i przykrości świata.
tu-czytam
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
sobota, 5 września 2026
piątek, 4 września 2026
Cazenove, WIlliam: Sisters. 20. Ja pierwsza!
Egmont, Warszawa 2026.
Rywalizacja
Te dwie siostry nie mogą się znudzić. Nastoletnia Wendy i kilkuletnia Marine to kwintesencja domowych dram i zabaw, potyczek i porozumień. Marine marzy o tym, żeby dorwać pamiętnik Wendy i poznać w szczegółach jej życie uczuciowe, Wendy z kolei wie doskonale, jakie grzeszki na sumieniu ma Marine i co wyczyniała na wczesnym etapie swojego dzieciństwa – tymi wiadomościami dzieli się chętnie, kiedy siostra próbuje ją skompromitować przed znajomymi. Zwłaszcza przed bardzo przystojnym Bartkiem z sąsiedztwa. Bartek to chłopak, którego obecność niepokoi Maksa, aktualnego partnera Wendy – chociaż Wendy twierdzi, że jej związkowi nic nie grozi, nadzwyczaj chętnie spędza czas z nowym znajomym. A Marine chciałaby dowiedzieć się, co dzieje się w sercu siostry. I Maks z jego dylematami staje się tylko pretekstem…
„Sisters. Ja pierwsza!” to dwudziesty tom stworzonego przez Williama i Cazenove’go cyklu – i wciąż zachwyca trafnością spostrzeżeń i nastawieniem na wykorzystywanie domowych stereotypów. Od czasu do czasu autorzy wybierają się w przyszłość, żeby pokazać dwie siostry jako piękności już mniej ze sobą rywalizujące – albo w przeszłość, żeby przypomnieć, że Wendy też była kiedyś dzieciakiem podobnym do dzisiejszej wersji Marine. Najczęściej jednak zajmują się codziennością, a w niej znajdują całą masę niespodzianek i żartów.
Chociaż Sisters to cykl, który w takim samym stopniu ucieszy dzieci co ich rodziców (zwłaszcza tych borykających się na co dzień z wyzwaniami płynącymi z wychowywania dziewczyn), młodzieżowy w duchu i bazujący na humorze. Wielopoziomowe żarty z pewnością spodobają się nie tylko młodszej publiczności. Wendy i Marine nigdy nie mają czasu na nudę, zwykle drą koty albo szukają sposobu na przechytrzenie drugiej strony. Zdarza im się porozumienie – ale raczej rzadko i w jakimś konkretnym celu. Źródłem komizmu stają się bowiem kłótnie i spory, walki i dyskusje, przepychanki i szukanie winnych. Bardzo dobrze się to sprawdza, zwłaszcza za sprawą formy. Autorzy postawili tu na klasyczny komiks dziecięcy, bardzo kolorowy, ale z mocno zdynamizowanymi sylwetkami i kreskówkową mimiką postaci. Wendy i Marine żyją w chaosie, mnóstwo tu wydarzeń, które przeradzają się w ekstremalnie wypełnione kadry. Autorzy są przekonani, że dzieci i nastolatki nie zamierzają utrzymywać wokół siebie porządku – i to odzwierciedlają w kolejnych obrazkach. Dodają zatem do rysunków informacje, których próżno by szukać w tekście. Dzięki temu wykazują się jeszcze wyjątkowym zrozumieniem postaci – i uprawdopodobniają je. Chociaż Wendy i Marine i tak są do końca prawdziwe, nie da się o nich zapomnieć – właśnie dzięki temu, że są prezentowane wyjątkowo trafnie. To komiks – a właściwie cała seria – pozwalający zrozumieć istotę siostrzanych sporów. Ta książka ma przynosić śmiech – sprawdza się jako poprawiacz humoru i zapewnia rozrywkę wysokiej klasy. Każdy, kto sięgnie po przygody sióstr, a właściwie po jednostronicowe rozpisane na szczegółowe kadry historyjki z życia wzięte – będzie chciał sprawdzić poprzednie pomysły. Cazenove i William nie zawodzą.
Rywalizacja
Te dwie siostry nie mogą się znudzić. Nastoletnia Wendy i kilkuletnia Marine to kwintesencja domowych dram i zabaw, potyczek i porozumień. Marine marzy o tym, żeby dorwać pamiętnik Wendy i poznać w szczegółach jej życie uczuciowe, Wendy z kolei wie doskonale, jakie grzeszki na sumieniu ma Marine i co wyczyniała na wczesnym etapie swojego dzieciństwa – tymi wiadomościami dzieli się chętnie, kiedy siostra próbuje ją skompromitować przed znajomymi. Zwłaszcza przed bardzo przystojnym Bartkiem z sąsiedztwa. Bartek to chłopak, którego obecność niepokoi Maksa, aktualnego partnera Wendy – chociaż Wendy twierdzi, że jej związkowi nic nie grozi, nadzwyczaj chętnie spędza czas z nowym znajomym. A Marine chciałaby dowiedzieć się, co dzieje się w sercu siostry. I Maks z jego dylematami staje się tylko pretekstem…
„Sisters. Ja pierwsza!” to dwudziesty tom stworzonego przez Williama i Cazenove’go cyklu – i wciąż zachwyca trafnością spostrzeżeń i nastawieniem na wykorzystywanie domowych stereotypów. Od czasu do czasu autorzy wybierają się w przyszłość, żeby pokazać dwie siostry jako piękności już mniej ze sobą rywalizujące – albo w przeszłość, żeby przypomnieć, że Wendy też była kiedyś dzieciakiem podobnym do dzisiejszej wersji Marine. Najczęściej jednak zajmują się codziennością, a w niej znajdują całą masę niespodzianek i żartów.
Chociaż Sisters to cykl, który w takim samym stopniu ucieszy dzieci co ich rodziców (zwłaszcza tych borykających się na co dzień z wyzwaniami płynącymi z wychowywania dziewczyn), młodzieżowy w duchu i bazujący na humorze. Wielopoziomowe żarty z pewnością spodobają się nie tylko młodszej publiczności. Wendy i Marine nigdy nie mają czasu na nudę, zwykle drą koty albo szukają sposobu na przechytrzenie drugiej strony. Zdarza im się porozumienie – ale raczej rzadko i w jakimś konkretnym celu. Źródłem komizmu stają się bowiem kłótnie i spory, walki i dyskusje, przepychanki i szukanie winnych. Bardzo dobrze się to sprawdza, zwłaszcza za sprawą formy. Autorzy postawili tu na klasyczny komiks dziecięcy, bardzo kolorowy, ale z mocno zdynamizowanymi sylwetkami i kreskówkową mimiką postaci. Wendy i Marine żyją w chaosie, mnóstwo tu wydarzeń, które przeradzają się w ekstremalnie wypełnione kadry. Autorzy są przekonani, że dzieci i nastolatki nie zamierzają utrzymywać wokół siebie porządku – i to odzwierciedlają w kolejnych obrazkach. Dodają zatem do rysunków informacje, których próżno by szukać w tekście. Dzięki temu wykazują się jeszcze wyjątkowym zrozumieniem postaci – i uprawdopodobniają je. Chociaż Wendy i Marine i tak są do końca prawdziwe, nie da się o nich zapomnieć – właśnie dzięki temu, że są prezentowane wyjątkowo trafnie. To komiks – a właściwie cała seria – pozwalający zrozumieć istotę siostrzanych sporów. Ta książka ma przynosić śmiech – sprawdza się jako poprawiacz humoru i zapewnia rozrywkę wysokiej klasy. Każdy, kto sięgnie po przygody sióstr, a właściwie po jednostronicowe rozpisane na szczegółowe kadry historyjki z życia wzięte – będzie chciał sprawdzić poprzednie pomysły. Cazenove i William nie zawodzą.
czwartek, 3 września 2026
Agnieszka Łubkowska: Tabliczka mnożenia. Sprytne sposoby bez wkuwania
Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.
Liczenie
Wiele dzieci boi się matematyki. Spory wpływ na to mają rodzice, którzy nawet nieświadomie zaszczepiają w swoich pociechach lęk przed liczbami. A to oznacza, że warto podjąć próby zmiany takiego stanu rzeczy – i przekonać najmłodszych, że liczenie może być przyjemne, tylko trzeba poznać sztuczki pozwalające uniknąć rutyny i umożliwiające popisywanie się tajemną wiedzą. Do tej pory w cyklu Szkoła i ja były teksty nastawione na naukę i trenowanie umiejętności społecznych, ewentualnie pozwalające na wytrenowanie odpowiednich zachowań na przykład w kwestii bezpieczeństwa. „Tabliczka mnożenia” to jednak trochę inna publikacja.
Wiadomo, że nie ma wyjątków: w zakresie do 100 trzeba opanować całą tabliczkę mnożenia – i to wiadomość, która może zniechęcić do pracy. Dlatego też Agnieszka Łubkowska decyduje się na przegląd rozwiązań i trików. Przedstawia dzieciom wskazówki pozwalające na szybkie i łatwe liczenie, wręcz bezproblemowe opanowanie tabliczki mnożenia: rozprawia się z najprostszymi schematami: mnożenie razy jeden, zero i dwa – a na fali sukcesu przechodzi w mnożenie razy trzy. Mnożenie razy pięć i dziesięć należy do banalnych – problem może (ale nie musi) pojawić się przy reszcie. I tutaj właśnie Agnieszka Łubkowska stawia na wyjaśnienie małym odbiorcom, jak działa takie mnożenie i jak sobie je uprościć. A to oznacza, że nauczy dzieci logicznego myślenia i podpowie im, jak przyspieszyć wypracowanie wyniku. Jeśli najmłodsi zyskają taką supermoc, stracą powód, żeby bać się matematyki – i z większym zainteresowaniem będą szukać kolejnych sztuczek. „Tabliczka mnożenia. Sprytne sposoby bez wkuwania” to książka, która ma przynieść kilkulatkom zestaw podpowiedzi, jakie niekoniecznie staną się częścią szkolnych lekcji – istnieje zatem spora szansa, że ta lektura przyda się odbiorcom.
Tym razem ilustracje przygotowuje Aleksandra Lipka, która stawia na młodzieżowe szkice, sylwetki bohaterów przerysowane i jednocześnie nieco zabawne. Strony graficznej nie można tu pominąć – to niezwykle istotny składnik kolejnych lekcji – o wiele łatwiej będzie sobie wyobrazić, do czego potrzebne jest w zwykłym życiu mnożenie (a także – jak działają podpowiedzi matematyczne) – jeśli będzie to przedstawione na ilustracjach.
Agnieszka Łubkowska nie skupia się wyłącznie na konkretnych podpowiedziach: najpierw rozwiewa wątpliwości i przygotowuje do nauki tabliczki mnożenia, tłumaczy między innymi, dlaczego tak istotne jest opanowanie działań. Sięga po właściwości mnożenia i omawia znaki potrzebne w pisaniu równań. Robi to szybko – liczą się tu podpisy pod rysunkami. Dzięki temu informacje łatwiej zapadną w pamięć – są przydatne i podane w przystępny sposób. A to z kolei droga do sukcesu. Dzieci otrzymują konkrety i chociaż samodzielnie muszą przemyśleć kolejne wskazówki, żeby umieć z nich korzystać – efekty mogą być olśniewające.
Rzadko na rynku pojawiają się publikacje związane z lekcjami matematyki – niebędące szkolnymi podręcznikami. Co pewien czas jednak autorzy mierzą się z tematem mnożenia. Agnieszka Łubkowska z tej próby wychodzi zwycięsko, wprowadza na księgarskie półki książkę, która przyda się dzieciom. Matematyka nie musi wiązać się z frustracjami.
Liczenie
Wiele dzieci boi się matematyki. Spory wpływ na to mają rodzice, którzy nawet nieświadomie zaszczepiają w swoich pociechach lęk przed liczbami. A to oznacza, że warto podjąć próby zmiany takiego stanu rzeczy – i przekonać najmłodszych, że liczenie może być przyjemne, tylko trzeba poznać sztuczki pozwalające uniknąć rutyny i umożliwiające popisywanie się tajemną wiedzą. Do tej pory w cyklu Szkoła i ja były teksty nastawione na naukę i trenowanie umiejętności społecznych, ewentualnie pozwalające na wytrenowanie odpowiednich zachowań na przykład w kwestii bezpieczeństwa. „Tabliczka mnożenia” to jednak trochę inna publikacja.
Wiadomo, że nie ma wyjątków: w zakresie do 100 trzeba opanować całą tabliczkę mnożenia – i to wiadomość, która może zniechęcić do pracy. Dlatego też Agnieszka Łubkowska decyduje się na przegląd rozwiązań i trików. Przedstawia dzieciom wskazówki pozwalające na szybkie i łatwe liczenie, wręcz bezproblemowe opanowanie tabliczki mnożenia: rozprawia się z najprostszymi schematami: mnożenie razy jeden, zero i dwa – a na fali sukcesu przechodzi w mnożenie razy trzy. Mnożenie razy pięć i dziesięć należy do banalnych – problem może (ale nie musi) pojawić się przy reszcie. I tutaj właśnie Agnieszka Łubkowska stawia na wyjaśnienie małym odbiorcom, jak działa takie mnożenie i jak sobie je uprościć. A to oznacza, że nauczy dzieci logicznego myślenia i podpowie im, jak przyspieszyć wypracowanie wyniku. Jeśli najmłodsi zyskają taką supermoc, stracą powód, żeby bać się matematyki – i z większym zainteresowaniem będą szukać kolejnych sztuczek. „Tabliczka mnożenia. Sprytne sposoby bez wkuwania” to książka, która ma przynieść kilkulatkom zestaw podpowiedzi, jakie niekoniecznie staną się częścią szkolnych lekcji – istnieje zatem spora szansa, że ta lektura przyda się odbiorcom.
Tym razem ilustracje przygotowuje Aleksandra Lipka, która stawia na młodzieżowe szkice, sylwetki bohaterów przerysowane i jednocześnie nieco zabawne. Strony graficznej nie można tu pominąć – to niezwykle istotny składnik kolejnych lekcji – o wiele łatwiej będzie sobie wyobrazić, do czego potrzebne jest w zwykłym życiu mnożenie (a także – jak działają podpowiedzi matematyczne) – jeśli będzie to przedstawione na ilustracjach.
Agnieszka Łubkowska nie skupia się wyłącznie na konkretnych podpowiedziach: najpierw rozwiewa wątpliwości i przygotowuje do nauki tabliczki mnożenia, tłumaczy między innymi, dlaczego tak istotne jest opanowanie działań. Sięga po właściwości mnożenia i omawia znaki potrzebne w pisaniu równań. Robi to szybko – liczą się tu podpisy pod rysunkami. Dzięki temu informacje łatwiej zapadną w pamięć – są przydatne i podane w przystępny sposób. A to z kolei droga do sukcesu. Dzieci otrzymują konkrety i chociaż samodzielnie muszą przemyśleć kolejne wskazówki, żeby umieć z nich korzystać – efekty mogą być olśniewające.
Rzadko na rynku pojawiają się publikacje związane z lekcjami matematyki – niebędące szkolnymi podręcznikami. Co pewien czas jednak autorzy mierzą się z tematem mnożenia. Agnieszka Łubkowska z tej próby wychodzi zwycięsko, wprowadza na księgarskie półki książkę, która przyda się dzieciom. Matematyka nie musi wiązać się z frustracjami.
środa, 2 września 2026
Sylvie Aprile, Maryla Laurent, Elżbieta Łątka-Likh, Monika Salmon-Siama, Janine Ponty: Polki w polu. Nieznana historia polskich chłopek we Francji
Marginesy, Warszawa 2026.
Wsparcie
Ogromny sukces rynkowy „Chłopek” sprawił, że pojawiły się kolejne tomy pokazujące losy przedstawicielek przeważnie pogardzanych albo odrzucanych grup społecznych. Były „Ziemianki” i „Służące” – ale jeśli odbiorcy zastanawiali się chociaż przez chwilę, skąd można czerpać wiadomości na temat egzystencji robotnic z poprzednich wieków, teraz przekonają się, że zachowały się wartościowe dokumenty. „Polki w polu. Nieznana historia polskich chłopek we Francji” to właśnie przedstawienie źródeł z odpowiednim opracowaniem i dodatkowym komentarzem. Nie będzie tu fabuły ani reportażu, odbiorcy zyskają za to wgląd w materiały do przeanalizowania – i kilka tekstów krytycznych, opracowań dotyczących epistolografii.
Autorki kolejnych esejów przyglądają się temu, co widoczne na pierwszy rzut oka i temu, co trzeba wiedzieć, żeby móc pojąć codzienne komplikacje chłopek-imigrantek. Przedstawiają naukowe spojrzenie na to, co było codziennością odważnych przodkiń. Zależy im na punktowaniu problemów i na uwypuklaniu trudności, które niejednego by przerosły. Zanim jednak czytelnicy otrzymają dostęp do bezpośrednich zwierzeń, zostaną przygotowani na co ważniejsze tematy, żeby na pewno nie przeoczyli konkretnych kwestii. A liczą się tu różne sprawy – nawet same powitania czy wprowadzenia do listów. Wprawdzie autorki tomu precyzyjnie odpowiadają na pytania pojawiające się przy lekturze listów i skrupulatnie odtwarzają historię, ale to nie one będą prawdziwymi bohaterkami książki.
Na początku lat 30. XX wieku polskie robotnice trafiały do Francji, żeby tam pracować w polu. Zajmowała się nimi – od strony organizacyjnej – Julia Lachowicz-Duval, to do niej adresowane są listy z tego tomu. Julia Lachowicz-Duval interweniuje zawsze wtedy, kiedy pojawiają się konflikty lub problemy finansowe, kiedy zdrowie nie pozwala na realizowanie zadań albo kiedy pracodawcy nadużywają stanowiska i uprzykrzają życie chłopkom. Czasami może pomóc w znalezieniu innego miejsca pracy albo w sprowadzeniu jakiegoś członka rodziny do Francji. Poradzi sobie z dokumentacją i z mniejszymi lub większymi dramatami. Chłopki uwielbiają swoją dobrodziejkę, traktują ją jak matkę i powiernicę, zwłaszcza wtedy, kiedy tęsknią za bliskimi albo nie radzą sobie z sytuacją.
Te listy są naiwne i pisane w infantylny sposób – pełne błędów, skrótów myślowych i niespodzianek. Czasami trzeba trochę się wysilić, żeby zrozumieć przesłania lub zakodowane tu treści, czasami wystarczy korzystać z przypisów. Ale bez wątpienia to właśnie owe listy są trzonem książki – i to one najbardziej przyciągają i rozbudzają ciekawość odbiorców. Opracowania krytyczne to tylko dodatek, z pewnością robią mniejsze wrażenie niż listy gromadzące „tu i teraz”. Tom „Polki w polu” pokazuje, z jakimi dylematami borykały się robotnice i jak rozwiązywały problemy, jakie miały obowiązki i kiedy były bliskie poddania się. Z jednej strony jest tu bezlitośnie kaleczony język polski – z drugiej kobiety musiały się dogadywać po francusku ze swoimi chlebodawcami. I to wszystko sprawia, że „Polki w polu” to nie zwyczajny zestaw korespondencji a świadectwo wielkich wyzwań i wielkich przełomów. To praca, która zyskuje bardzo osobisty wymiar, to borykanie się z rozmaitymi strachami i przeszkodami. Jest w tym wszystkim miejsce na sprawy indywidualne, ale i na wyciąganie bardziej ogólnych wniosków. I, co ciekawe, ten zbiór dokumentów i opracowań nie ustępuje w niczym książkom bazującym na listach – jest równie ciekawy i równie mocny w swojej wymowie.
Wsparcie
Ogromny sukces rynkowy „Chłopek” sprawił, że pojawiły się kolejne tomy pokazujące losy przedstawicielek przeważnie pogardzanych albo odrzucanych grup społecznych. Były „Ziemianki” i „Służące” – ale jeśli odbiorcy zastanawiali się chociaż przez chwilę, skąd można czerpać wiadomości na temat egzystencji robotnic z poprzednich wieków, teraz przekonają się, że zachowały się wartościowe dokumenty. „Polki w polu. Nieznana historia polskich chłopek we Francji” to właśnie przedstawienie źródeł z odpowiednim opracowaniem i dodatkowym komentarzem. Nie będzie tu fabuły ani reportażu, odbiorcy zyskają za to wgląd w materiały do przeanalizowania – i kilka tekstów krytycznych, opracowań dotyczących epistolografii.
Autorki kolejnych esejów przyglądają się temu, co widoczne na pierwszy rzut oka i temu, co trzeba wiedzieć, żeby móc pojąć codzienne komplikacje chłopek-imigrantek. Przedstawiają naukowe spojrzenie na to, co było codziennością odważnych przodkiń. Zależy im na punktowaniu problemów i na uwypuklaniu trudności, które niejednego by przerosły. Zanim jednak czytelnicy otrzymają dostęp do bezpośrednich zwierzeń, zostaną przygotowani na co ważniejsze tematy, żeby na pewno nie przeoczyli konkretnych kwestii. A liczą się tu różne sprawy – nawet same powitania czy wprowadzenia do listów. Wprawdzie autorki tomu precyzyjnie odpowiadają na pytania pojawiające się przy lekturze listów i skrupulatnie odtwarzają historię, ale to nie one będą prawdziwymi bohaterkami książki.
Na początku lat 30. XX wieku polskie robotnice trafiały do Francji, żeby tam pracować w polu. Zajmowała się nimi – od strony organizacyjnej – Julia Lachowicz-Duval, to do niej adresowane są listy z tego tomu. Julia Lachowicz-Duval interweniuje zawsze wtedy, kiedy pojawiają się konflikty lub problemy finansowe, kiedy zdrowie nie pozwala na realizowanie zadań albo kiedy pracodawcy nadużywają stanowiska i uprzykrzają życie chłopkom. Czasami może pomóc w znalezieniu innego miejsca pracy albo w sprowadzeniu jakiegoś członka rodziny do Francji. Poradzi sobie z dokumentacją i z mniejszymi lub większymi dramatami. Chłopki uwielbiają swoją dobrodziejkę, traktują ją jak matkę i powiernicę, zwłaszcza wtedy, kiedy tęsknią za bliskimi albo nie radzą sobie z sytuacją.
Te listy są naiwne i pisane w infantylny sposób – pełne błędów, skrótów myślowych i niespodzianek. Czasami trzeba trochę się wysilić, żeby zrozumieć przesłania lub zakodowane tu treści, czasami wystarczy korzystać z przypisów. Ale bez wątpienia to właśnie owe listy są trzonem książki – i to one najbardziej przyciągają i rozbudzają ciekawość odbiorców. Opracowania krytyczne to tylko dodatek, z pewnością robią mniejsze wrażenie niż listy gromadzące „tu i teraz”. Tom „Polki w polu” pokazuje, z jakimi dylematami borykały się robotnice i jak rozwiązywały problemy, jakie miały obowiązki i kiedy były bliskie poddania się. Z jednej strony jest tu bezlitośnie kaleczony język polski – z drugiej kobiety musiały się dogadywać po francusku ze swoimi chlebodawcami. I to wszystko sprawia, że „Polki w polu” to nie zwyczajny zestaw korespondencji a świadectwo wielkich wyzwań i wielkich przełomów. To praca, która zyskuje bardzo osobisty wymiar, to borykanie się z rozmaitymi strachami i przeszkodami. Jest w tym wszystkim miejsce na sprawy indywidualne, ale i na wyciąganie bardziej ogólnych wniosków. I, co ciekawe, ten zbiór dokumentów i opracowań nie ustępuje w niczym książkom bazującym na listach – jest równie ciekawy i równie mocny w swojej wymowie.
wtorek, 1 września 2026
Jory John, Pete Oswald: Fajny Cieciorek i skok na głęboką wodę
Harperkids, Warszawa 2026.
Grupa
Jory John i Pete Oswald mają rękę do tworzenia wyrazistych bohaterów, którzy przyciągną najmłodszych do czytania. Nie muszą w dodatku wysilać wyobraźni i proponować nowych stworków – wystarczy, że ożywiają elementy jedzenia. I tak po między innymi Wielkim Serze, Domowej Pyrze czy Niesfornym Ziarenku przychodzi czas na Fajnego Cieciorka. Fajny Cieciorek to mniej przebojowa postać – mniej przebojowa niż te, które do tej pory zaludniały karty kolejnych krótkich czytanek bazujących na kreskówkach, za to bardzo zbliżona do typowych maluchów, niekoniecznie pewnych siebie, niekoniecznie idealnych. „Fajny Cieciorek i skok na głęboką wodę” to opowieść prosto z basenu. Bohater spędza czas raczej na brodziku – i to z dmuchanym kółkiem. Nie jest taki jak Fajne Fasolki – te w ciemnych okularach i odważne – budzą wręcz zazdrość, a zawsze podziw. Fasolki nie boją się niczego, zjeżdżają z największych zjeżdżalni i są po prostu fajne. Cieciorek nawet chciałby być taki jak one, ale brakuje mu różnych cech charakteru. A może nie? Może wystarczy tylko spróbować? Jory John proponuje Cieciorkowi rozwiązanie jego problemu.
Cieciorek walczy i ponosi porażkę za porażką. Staje się obiektem drwin. W dodatku ogarnia go paraliżująca trema – kiedy już chce dokonać wielkiego czynu, czuje silny strach. I wtedy przychodzą mu z pomocą nieoczekiwani sojusznicy, tłumacząc, że czasami wystarczy wsparcie grupy, żeby można było realizować marzenia i pokonywać własne lęki. Fajne Fasolki nie są na szczęście uosobieniem szkolnych prześladowców – można na nie liczyć i przy okazji czerpać trochę z ich fajności. A to pierwszy krok do pozbawienia się kompleksów i do dobrej zabawy.
„Fajny Cieciorek i skok na głęboką wodę” to książka, w której wielu odbiorców odnajdzie po prostu siebie. To ważne, bo tomik ukazuje się w podcyklu Tryb czytania – a to oznacza, że dzieci mogą wykorzystywać go jako czytankę do ćwiczenia składania wyrazów. Nie ma trudnej ani skomplikowanej narracji, nie ma pułapek, które zniechęcą do lektury – liczy się wyrazista fabuła, która przyciągnie uwagę najmłodszych i zatrzyma ich przy książce. O ile zwykle Jory John stawia na rozśmieszanie dzieci, o tyle tutaj jest dość ostrożny – nie chodzi o to, żeby wywołać śmiech z bohatera, a o to, żeby dzieci chciały się z nim identyfikować i przyznawać do rozmaitych kłopotów czy lęków – to najlepsza droga do zrozumienia siebie i do podjęcia pracy nad sobą. Fajny Cieciorek jest fajny – ale nie przebojowy. Nie zagrozi nikomu, nie przeszkodzi w realizacji czyichś marzeń, sam potrzebuje pomocy i wsparcia, żeby mógł radzić sobie z osobistymi dylematami – zwłaszcza tymi niewidocznymi na pierwszy rzut oka. Cieciorek to postać, która zyska fanów błyskawicznie – jest potrzebny, zwłaszcza kiedy trzeba zastanowić się nad przyczyną niektórych działań. To jest książka do samodzielnego czytania przez dzieci – a jednak dobrze by było, gdyby prześledzili ten krótki tekst także rodzice – wtedy będą mogli porozmawiać ze swoimi pociechami o podobnych sytuacjach.
Grupa
Jory John i Pete Oswald mają rękę do tworzenia wyrazistych bohaterów, którzy przyciągną najmłodszych do czytania. Nie muszą w dodatku wysilać wyobraźni i proponować nowych stworków – wystarczy, że ożywiają elementy jedzenia. I tak po między innymi Wielkim Serze, Domowej Pyrze czy Niesfornym Ziarenku przychodzi czas na Fajnego Cieciorka. Fajny Cieciorek to mniej przebojowa postać – mniej przebojowa niż te, które do tej pory zaludniały karty kolejnych krótkich czytanek bazujących na kreskówkach, za to bardzo zbliżona do typowych maluchów, niekoniecznie pewnych siebie, niekoniecznie idealnych. „Fajny Cieciorek i skok na głęboką wodę” to opowieść prosto z basenu. Bohater spędza czas raczej na brodziku – i to z dmuchanym kółkiem. Nie jest taki jak Fajne Fasolki – te w ciemnych okularach i odważne – budzą wręcz zazdrość, a zawsze podziw. Fasolki nie boją się niczego, zjeżdżają z największych zjeżdżalni i są po prostu fajne. Cieciorek nawet chciałby być taki jak one, ale brakuje mu różnych cech charakteru. A może nie? Może wystarczy tylko spróbować? Jory John proponuje Cieciorkowi rozwiązanie jego problemu.
Cieciorek walczy i ponosi porażkę za porażką. Staje się obiektem drwin. W dodatku ogarnia go paraliżująca trema – kiedy już chce dokonać wielkiego czynu, czuje silny strach. I wtedy przychodzą mu z pomocą nieoczekiwani sojusznicy, tłumacząc, że czasami wystarczy wsparcie grupy, żeby można było realizować marzenia i pokonywać własne lęki. Fajne Fasolki nie są na szczęście uosobieniem szkolnych prześladowców – można na nie liczyć i przy okazji czerpać trochę z ich fajności. A to pierwszy krok do pozbawienia się kompleksów i do dobrej zabawy.
„Fajny Cieciorek i skok na głęboką wodę” to książka, w której wielu odbiorców odnajdzie po prostu siebie. To ważne, bo tomik ukazuje się w podcyklu Tryb czytania – a to oznacza, że dzieci mogą wykorzystywać go jako czytankę do ćwiczenia składania wyrazów. Nie ma trudnej ani skomplikowanej narracji, nie ma pułapek, które zniechęcą do lektury – liczy się wyrazista fabuła, która przyciągnie uwagę najmłodszych i zatrzyma ich przy książce. O ile zwykle Jory John stawia na rozśmieszanie dzieci, o tyle tutaj jest dość ostrożny – nie chodzi o to, żeby wywołać śmiech z bohatera, a o to, żeby dzieci chciały się z nim identyfikować i przyznawać do rozmaitych kłopotów czy lęków – to najlepsza droga do zrozumienia siebie i do podjęcia pracy nad sobą. Fajny Cieciorek jest fajny – ale nie przebojowy. Nie zagrozi nikomu, nie przeszkodzi w realizacji czyichś marzeń, sam potrzebuje pomocy i wsparcia, żeby mógł radzić sobie z osobistymi dylematami – zwłaszcza tymi niewidocznymi na pierwszy rzut oka. Cieciorek to postać, która zyska fanów błyskawicznie – jest potrzebny, zwłaszcza kiedy trzeba zastanowić się nad przyczyną niektórych działań. To jest książka do samodzielnego czytania przez dzieci – a jednak dobrze by było, gdyby prześledzili ten krótki tekst także rodzice – wtedy będą mogli porozmawiać ze swoimi pociechami o podobnych sytuacjach.
poniedziałek, 31 sierpnia 2026
Hanna Januszewska: Pyza na polskich dróżkach
Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.
Szlaki
To postać wspominana do dzisiaj przez pokolenia obecnych dziadków i pradziadków – Pyza, bohaterka, która zapisała się w historii, ale obecnie próżno by szukać kogokolwiek, kto byłby w stanie przywołać jej doświadczenia. Ta sytuacja może się zmienić dzięki ważnej publikacji wchodzącej na rynek wydawniczy. „Pyza na polskich dróżkach” to książka, w której odbijały się rozmaite nastroje społeczne i kwestie polityczne – i która teraz będzie się wyróżniać na księgarskich półkach. To publikacja archaiczna, a jednocześnie bardzo potrzebna choćby po to, żeby przypomnieć kolejnym pokoleniom, jaka postać wkraczała do wyobraźni ich przodków z przytupem. Pyza jest pyzą – kluską na parze, przygotowywaną przez jedną z gospodyń. Ale na skutek baśniowego wiatru, który niesie ze sobą czary, Pyza ożywa, zeskakuje z łyżki i rusza w świat – a dokładniej w Polskę. Rusza, żeby zwiedzać i żeby dowiadywać się czegoś o kraju, w którym powstała. Pyza nie może stać się obiektem kulinarnych zachwytów – to już postać bajkowa, ubrana w ludowy strój i w chustce na głowie. Pyza staje się pełnoprawną baśniową istotą, która może funkcjonować w zwyczajnym świecie. A skoro tak – warto ją wykorzystać. Pyza może podróżować po to, żeby odkrywać uroki Polski – i żeby na własnej skórze przetestować atrakcyjność turystyczną kolejnych regionów. Będzie odkrywać miejsca i zwyczaje, będzie od czasu do czasu rozmawiać z miejscowymi, albo dostawać prezenty. Będzie przeżywać przygody podporządkowane edukacyjności – ale to wszystko w rytmicznej opowiastce. Czasami Hanna Januszewska przełamuje monotoniczny sylabotonik, żeby nie stracić uwagi czytelników.
Trzeba pamiętać, że nie ma w tej książce zmian czy przystosowania do dzisiejszego rynku: dzieci otrzymują opowieść taką, jaką cieszyły się poprzednie pokolenia – i może się to okazać dla nich barierą nie do przejścia. Każda strona to jedna zwrotka, więc opowieść jest naprawdę długa. Co ciekawe, Hanna Januszewska wykorzystuje tu ludowe metody prowadzenia narracji rymowanej – nie przejmuje się rymami gramatycznymi (jest ich mnóstwo, stanowią wręcz podstawę tekstu), ale z perspektywy dzisiejszych odbiorców znacznie trudniejsze może okazać się przechodzenie przez archaizmy. Hanna Januszewska pisze w stylu, którego dzisiaj w literaturze czwartej się już nie spotyka. A to oznacza, że dzieciom nie zawsze wpadną w ucho jej pomysły i rozwiązania. Spore znaczenie ma tu także nastawienie na edukacyjność wyprawy – Pyza nie może zejść z wyznaczonych tras, a jeśli trafia na coś, co pozwala jej scharakteryzować polskość – musi to wykorzystać. Dzięki temu łatwiej będzie kojarzyć dzieciom miejsca i charakterystyczne dla nich tematy czy motywy.
Adam Kilian jest tu autorem ilustracji, czarno-białych wyrazistych szkiców, które również wykorzystują wątki folklorystyczne – ale przede wszystkim nadają kształt samej Pyzie, bohaterce, której się nie zapomina. Każda strona dostaje tu osobny motyw, więc ilustracji podporządkowanych kolejnym zwrotkom również będzie pod dostatkiem. Ale nie są to obrazki naiwne czy przesłodzone – za to mają wyrazisty charakter. Nawet jeśli tekstowo Pyza może miejscami być ciężka dla dzisiejszych maluchów, przypomnienie całości ucieszy zwłaszcza starsze pokolenia. Takie publikacje zasługują na ocalenie – i powracają nie tylko dla dzieci.
Szlaki
To postać wspominana do dzisiaj przez pokolenia obecnych dziadków i pradziadków – Pyza, bohaterka, która zapisała się w historii, ale obecnie próżno by szukać kogokolwiek, kto byłby w stanie przywołać jej doświadczenia. Ta sytuacja może się zmienić dzięki ważnej publikacji wchodzącej na rynek wydawniczy. „Pyza na polskich dróżkach” to książka, w której odbijały się rozmaite nastroje społeczne i kwestie polityczne – i która teraz będzie się wyróżniać na księgarskich półkach. To publikacja archaiczna, a jednocześnie bardzo potrzebna choćby po to, żeby przypomnieć kolejnym pokoleniom, jaka postać wkraczała do wyobraźni ich przodków z przytupem. Pyza jest pyzą – kluską na parze, przygotowywaną przez jedną z gospodyń. Ale na skutek baśniowego wiatru, który niesie ze sobą czary, Pyza ożywa, zeskakuje z łyżki i rusza w świat – a dokładniej w Polskę. Rusza, żeby zwiedzać i żeby dowiadywać się czegoś o kraju, w którym powstała. Pyza nie może stać się obiektem kulinarnych zachwytów – to już postać bajkowa, ubrana w ludowy strój i w chustce na głowie. Pyza staje się pełnoprawną baśniową istotą, która może funkcjonować w zwyczajnym świecie. A skoro tak – warto ją wykorzystać. Pyza może podróżować po to, żeby odkrywać uroki Polski – i żeby na własnej skórze przetestować atrakcyjność turystyczną kolejnych regionów. Będzie odkrywać miejsca i zwyczaje, będzie od czasu do czasu rozmawiać z miejscowymi, albo dostawać prezenty. Będzie przeżywać przygody podporządkowane edukacyjności – ale to wszystko w rytmicznej opowiastce. Czasami Hanna Januszewska przełamuje monotoniczny sylabotonik, żeby nie stracić uwagi czytelników.
Trzeba pamiętać, że nie ma w tej książce zmian czy przystosowania do dzisiejszego rynku: dzieci otrzymują opowieść taką, jaką cieszyły się poprzednie pokolenia – i może się to okazać dla nich barierą nie do przejścia. Każda strona to jedna zwrotka, więc opowieść jest naprawdę długa. Co ciekawe, Hanna Januszewska wykorzystuje tu ludowe metody prowadzenia narracji rymowanej – nie przejmuje się rymami gramatycznymi (jest ich mnóstwo, stanowią wręcz podstawę tekstu), ale z perspektywy dzisiejszych odbiorców znacznie trudniejsze może okazać się przechodzenie przez archaizmy. Hanna Januszewska pisze w stylu, którego dzisiaj w literaturze czwartej się już nie spotyka. A to oznacza, że dzieciom nie zawsze wpadną w ucho jej pomysły i rozwiązania. Spore znaczenie ma tu także nastawienie na edukacyjność wyprawy – Pyza nie może zejść z wyznaczonych tras, a jeśli trafia na coś, co pozwala jej scharakteryzować polskość – musi to wykorzystać. Dzięki temu łatwiej będzie kojarzyć dzieciom miejsca i charakterystyczne dla nich tematy czy motywy.
Adam Kilian jest tu autorem ilustracji, czarno-białych wyrazistych szkiców, które również wykorzystują wątki folklorystyczne – ale przede wszystkim nadają kształt samej Pyzie, bohaterce, której się nie zapomina. Każda strona dostaje tu osobny motyw, więc ilustracji podporządkowanych kolejnym zwrotkom również będzie pod dostatkiem. Ale nie są to obrazki naiwne czy przesłodzone – za to mają wyrazisty charakter. Nawet jeśli tekstowo Pyza może miejscami być ciężka dla dzisiejszych maluchów, przypomnienie całości ucieszy zwłaszcza starsze pokolenia. Takie publikacje zasługują na ocalenie – i powracają nie tylko dla dzieci.
niedziela, 30 sierpnia 2026
Arttu Unkari: Tataman i koszmarny braciszek
Kropka, Warszawa 2026.
Rodzina
Tataman, czyli superbohater w wersji domowej – a właściwie antytalent do robienia rzeczy wielkich – to postać, która ma przede wszystkim śmieszyć, a jeśli uda jej się uratować świat, to przeważnie przez przypadek. Tym razem Tataman nie może przygotowywać swoich okropnych z perspektywy dzieci kanapek ani tortów – które nie nadają się do jedzenia ze względu na pomieszanie składników – bo powinien zająć się rozwiązaniem problemu stworzonego prawdopodobnie przez Beniaminka przechodzącego bunt dwulatka.
Wydawać by się mogło, że sytuacja została opanowana – po ostatniej katastrofie Wiśnia, chociaż dorosła, chodzi do szkoły z Olgą i zajmuje się wynalazkami tylko w wolnych chwilach. Ale teraz trzeba odłożyć na półkę swoje prywatne pomysły i zająć się ratowaniem świata – po raz kolejny. Okazuje się bowiem, że wszyscy zaczynają mówić, co myślą – i to niekoniecznie z własnej woli. „Tataman i koszmarny braciszek” to książka, w której szybka i absurdalna akcja ma dostarczać rozrywki. Trzeba w pierwszej kolejności zapobiec katastrofie – nie da się bowiem zachować spokoju i normalności, kiedy każdy stawia na bezlitosną szczerość. Można się tu spodziewać tylko niespodziewanego: kolejne wydarzenia tylko potęgują chaos, a Tataman, który tylko we własnym mniemaniu jest ideałem, działa na przekór wszystkiemu. Oczywiście nie osiągałby spektakularnych sukcesów, gdyby do akcji nie włączyła się jego córka – bystry umysł pozwala jej na ominięcie pułapek i wyciąganie wniosków umykających Tatamanowi.
„Tataman i koszmarny braciszek” to publikacja stworzona dla śmiechu odbiorców. Nastolatkom może się spodobać zwłaszcza jej buntowniczy charakter – nie ma tu pedagogicznych komentarzy, a wszelką krytykę wyprzedza jedna zrzędliwa bohaterka, starsza pani, która co pewien czas wtrąca swoje trzy grosze i narzeka na wszystko, co dzieje się w fabule. Dzięki temu Arttu Unkari uniknie niepochlebnych komentarzy – nikt z pokolenia, do którego kieruje powieściową serię, nie wykaże się podobną postawą: to domena siwych włosów i odrzucania wszystkiego, co robi „ta dzisiejsza młodzież”. Im bardziej starsza pani będzie się irytować, tym większa szansa, że zjednoczy czytelników wokół nietypowej i szybkiej akcji.
W tej książce liczą się silne emocje, odwzorowywane nie tylko w ramach tekstowej narracji, ale też w komiksowych rysunkach. Chodzi tu w dużej części o uniknięcie obojętności w odbiorze – dzieci mają zaangażować się w akcję i dobrze się bawić podczas śledzenia relacji. Tataman nie jest bohaterem, który nadaje się na wzór dla najmłodszych – a to oznacza, że będzie jeszcze bardziej przyciągać. To seria, która kusi „niegrzecznością”, odchodzeniem od schematów i rezygnacją z moralizowania. W epoce pouczania dzieci przy każdej możliwej okazji takie rozwiązanie ma szansę powodzenia. „Tataman i koszmarny braciszek” to książka, która trafi do przekonania młodym odbiorcom – mogą się nauczyć czytania dla przyjemności, a nie dla „wyższych” ideałów.
Rodzina
Tataman, czyli superbohater w wersji domowej – a właściwie antytalent do robienia rzeczy wielkich – to postać, która ma przede wszystkim śmieszyć, a jeśli uda jej się uratować świat, to przeważnie przez przypadek. Tym razem Tataman nie może przygotowywać swoich okropnych z perspektywy dzieci kanapek ani tortów – które nie nadają się do jedzenia ze względu na pomieszanie składników – bo powinien zająć się rozwiązaniem problemu stworzonego prawdopodobnie przez Beniaminka przechodzącego bunt dwulatka.
Wydawać by się mogło, że sytuacja została opanowana – po ostatniej katastrofie Wiśnia, chociaż dorosła, chodzi do szkoły z Olgą i zajmuje się wynalazkami tylko w wolnych chwilach. Ale teraz trzeba odłożyć na półkę swoje prywatne pomysły i zająć się ratowaniem świata – po raz kolejny. Okazuje się bowiem, że wszyscy zaczynają mówić, co myślą – i to niekoniecznie z własnej woli. „Tataman i koszmarny braciszek” to książka, w której szybka i absurdalna akcja ma dostarczać rozrywki. Trzeba w pierwszej kolejności zapobiec katastrofie – nie da się bowiem zachować spokoju i normalności, kiedy każdy stawia na bezlitosną szczerość. Można się tu spodziewać tylko niespodziewanego: kolejne wydarzenia tylko potęgują chaos, a Tataman, który tylko we własnym mniemaniu jest ideałem, działa na przekór wszystkiemu. Oczywiście nie osiągałby spektakularnych sukcesów, gdyby do akcji nie włączyła się jego córka – bystry umysł pozwala jej na ominięcie pułapek i wyciąganie wniosków umykających Tatamanowi.
„Tataman i koszmarny braciszek” to publikacja stworzona dla śmiechu odbiorców. Nastolatkom może się spodobać zwłaszcza jej buntowniczy charakter – nie ma tu pedagogicznych komentarzy, a wszelką krytykę wyprzedza jedna zrzędliwa bohaterka, starsza pani, która co pewien czas wtrąca swoje trzy grosze i narzeka na wszystko, co dzieje się w fabule. Dzięki temu Arttu Unkari uniknie niepochlebnych komentarzy – nikt z pokolenia, do którego kieruje powieściową serię, nie wykaże się podobną postawą: to domena siwych włosów i odrzucania wszystkiego, co robi „ta dzisiejsza młodzież”. Im bardziej starsza pani będzie się irytować, tym większa szansa, że zjednoczy czytelników wokół nietypowej i szybkiej akcji.
W tej książce liczą się silne emocje, odwzorowywane nie tylko w ramach tekstowej narracji, ale też w komiksowych rysunkach. Chodzi tu w dużej części o uniknięcie obojętności w odbiorze – dzieci mają zaangażować się w akcję i dobrze się bawić podczas śledzenia relacji. Tataman nie jest bohaterem, który nadaje się na wzór dla najmłodszych – a to oznacza, że będzie jeszcze bardziej przyciągać. To seria, która kusi „niegrzecznością”, odchodzeniem od schematów i rezygnacją z moralizowania. W epoce pouczania dzieci przy każdej możliwej okazji takie rozwiązanie ma szansę powodzenia. „Tataman i koszmarny braciszek” to książka, która trafi do przekonania młodym odbiorcom – mogą się nauczyć czytania dla przyjemności, a nie dla „wyższych” ideałów.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






