* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

poniedziałek, 6 kwietnia 2026

Bluey. Wielkie podwórko. Wesoła kolorowanka

Harperkids, Warszawa 2026.

Historie

Wydawać by się mogło, że klasyczne kolorowanki odchodzą do lamusa – jednak nic bardziej mylnego, wystarczy dobry pomysł i przygotowanie, żeby dzieci mogły się cieszyć podejściem do tworzenia i obcować ze swoimi ulubionymi bajkowymi bohaterami. „Bluey. Wielkie podwórko. Wesoła kolorowanka” to właśnie wykorzystanie klasycznej rozrywki w gadżetowej formie – duża kolorowanka, która przypomni dzieciom o ulubionych bohaterkach, niebieskich psach, i która pozwoli na trenowanie sztuki opowiadania.

Jest to kolorowanka, w której bardzo rzadko pojawiają się teksty – pojedyncze zdania przypominają o świecie Bluey i przydają się wtedy, kiedy trzeba zbudować płaszczyznę porozumienia z odbiorcami albo zasugerować im konieczność powrotu do kreskówkowych lub książkowych przygód. Czasami funkcjonują też jako podpisy pod obrazkami-portretami. Zwykle jednak nie ma mowy o kontekstach i o wyjaśnianiu tego, co dzieje się na rysunku – dzieci muszą same to odkryć i prawdopodobnie swoimi odkryciami będą chciały się podzielić z dorosłymi. A to oznacza, że tę kolorowankę da się spokojnie wykorzystywać jako zestaw zadań do trenowania umiejętności prowadzenia narracji. Zwłaszcza że obrazki są bardzo dynamiczne, na wielu nie mamy do czynienia z prostymi kształtami i nieruchomymi formami, ciągle coś się dzieje, ktoś gdzieś biegnie, ktoś został uchwycony w trakcie konkretnego zajęcia i jako obiekt obserwacji z ukrycia sprawdza się całkiem nieźle. W tej kolorowance akcja jest ważna – i nie ma znaczenia, że finalnie dzieci i tak otrzymają statyczny rysunek – liczy się zaakcentowany w konturach ruch. Same kontury również zostały wykorzystane tak, żeby podsycić dynamikę książki: przede wszystkim linie mają kilka grubości, a to oznacza, że można w ten sposób sugerować albo wagę motywów, albo – rodzaj sposobu kolorowania (na przykład – warto zastanowić się, gdzie rozważyć cieniowanie lub zróżnicowane odcienie).

Książka to typowa kolorowanka a nie publikacja, która ma na celu produkcję obrazków na lodówkę – to oznacza, że jest zapełniona dwustronnie, warto zatem przemyśleć dobór narzędzi tak, żeby nie zniszczyć kolejnych rysunków podczas pracy nad jednym – dobrym wyborem będą tutaj klasyczne kredki – a farby i flamastry można zostawić sobie na inny raz.

To książeczka dla najmłodszych, która na długo ich zajmie – dość obszerna, dostarczy sporo wyzwań i pozwoli cieszyć się tworzeniem w towarzystwie ulubionych kreskówkowych postaci. Najmłodsi będą mogli poczuć satysfakcję z kreowania świata Bluey – który to świat z pozoru nie cechuje się wysokim stopniem skomplikowania. A jednak podczas kolorowania obrazków może wyjść na jaw, że pozory mylą i najprostsze w telewizji okazuje się najtrudniejsze po przeniesieniu na kartkę papieru. Jest to tomik dla małych dzieci, dla fanów Blue i jej towarzyszy – i dla tych wszystkich, którzy chcą się rozerwać, wykorzystując klasyczne zabawy.

Justyna Bednarek: Skarb na budowie

Harperkids, Warszawa 2026.

Niespodzianka

Naprawdę jest po co czytać, jeśli na końcu historii znajduje się prawdziwy skarb. Justyna Bednarek doskonale wie o tym, że nawet najmłodsi, jeśli nie będą mieli dobrej motywacji do działania, zniechęcą się lekturą przedwcześnie – a właśnie dla kilkulatków opowieści do ćwiczenia czytania powinny być przygotowywane z największą starannością, żeby zbudować sobie pokolenie, które nie stroni od takiej formy rozrywki. Na szczęście jest Justyna Bednarek – i jej historie, nieco zwariowane, wesołe i ciekawe dla wszystkich kilkulatków. „Skarb na budowie” to książeczka na pierwszym poziomie serii Czytam sobie – czyli tam, gdzie jeszcze dominują ilustracje (tu przygotowane przez Magdę Kozieł-Nowak), a tekst zajmuje najwyżej trzy wersy na stronie. Justyna Bednarek jednak układa tu całą relację o przygodzie z budowy. Mamy tu antropomorfizowane maszyny z budowy – koparkę Werę, której towarzyszy walec Ignacy. Ma to znaczenie, bo ci dwoje są wybitni w swoim fachu i poradzą sobie z każdym wyzwaniem, bez względu na to, czy pojawi się operator koparki (ale pojawić się musi, inaczej skarb nie byłby skarbem). Pan Wojtek, operator koparki, czuwa nad pracami. I to on jest świadkiem odkrycia: koparka trafia na kufer zakopany w ziemi. Kufer jest ogromny, a jego zawartość… A, to już niespodzianka. Mali odbiorcy będą niecierpliwie czekać na rozwiązanie zagadki (na możliwość zajrzenia do kufra) i zajęci tym oczekiwaniem, nie zorientują się nawet, że ćwiczą poznawanie liter.

Zawsze największym problemem na pierwszym poziomie serii Czytam sobie jest ograniczanie formy. Nie wolno tu stosować dwuznaków ani zmiękczeń czy znaków diakrytycznych, a to oznacza, że autorzy będą się nieźle gimnastykować, żeby napisać wszystko w miarę naturalnie. A i tak wychodzą przez to niepotrzebne czasami powtórzenia (skoro mężczyzna jest zadumany, to wiadomo, że duma, można byłoby wykorzystać słowo „myśli”, gdyby nie ograniczenie formalne). Co ciekawe, słowem dozwolonym okazało się „weekend”. Na szczęście pierwszy poziom cyklu to tylko czytanki uzupełniające rozmaite ćwiczenia, więc dzieci będą rozwijać słownictwo za sprawą mniej stosowanych synonimów i trudnych czasami do przeliterowania długich słów – nie zrobi im to krzywdy, chociaż zadziwi niejednego dorosłego. „Skarb na budowie” to publikacja, która rozbudza ciekawość i wyobraźnię. Obrazki są tu tworzone na tle papieru milimetrowego i już samo to sprawia, że automatycznie zyskują charakterystyczny i intrygujący kształt. Odbiorcy zajmą się za to śledzeniem min bohaterów i uczestniczeniem w wydarzeniach przedstawianych na obrazkach – można się tu mocno zaangażować w czytanie. I o to chodzi: o wciągającą akcję, o niespodziankę i o radość w historyjce – więcej nie trzeba, żeby najmłodsi przekonali się, że czytanie może być przyjemne i że pozwoli odkrywać tajemnice samodzielnie, a to przyniesie sporo satysfakcji.

niedziela, 5 kwietnia 2026

Lucy Maud Montgomery: Emily ze Srebrnego Nowiu

Marginesy, Warszawa 2026.

Literatura

Lucy Maud Montgomery już dawno została w literaturze czwartej zdeklasowana za sprawą przemian obyczajowych i starzejących się powieściowych rozwiązań – a jednak wciąż starsze pokolenie z sentymentem wracać będzie do lektur swojego dzieciństwa. Anna Bańkowska po opowieści o rudowłosej dziewczynce wzięła się za przypomnienie innej, mniej kojarzonej powszechnie bohaterki – „Emily ze Srebrnego Nowiu” to powieść, w której autotematyzm odgrywa ważną rolę. Powtarza się kilka wątków, w tym wizja szkolnych upokorzeń czy roli fantazji w życiu dziewczynki wchodzącej dopiero w wiek nastoletni – ale Emily zdecydowanie ma więcej swobody i może skupić się na tym, co dla niej najistotniejsze w życiu. Emily osierocona przez ojczulka znajduje ukojenie w pisaniu – a ponieważ papier jest trudno dostępny, swoje myśli przelewa na stare kwity, starannie ukrywane przed surową ciotką. Pisanie listów to jeden ze sposobów na opowiedzenie, co się w życiu Emily dzieje – ale też i metoda wyciszenia silnych emocji. Emily z czasem przekonuje się coraz bardziej, że chciałaby zostać powieściopisarką albo poetką – a otoczenie wie, że nie ma sensu jej od tego odwodzić. I, jak w przypadku Ani, tak i tutaj dojrzewanie wiąże się z dostrzeganiem wcześniejszych egzaltowanych zwrotów i fraz – ale Emily to nie przeszkadza. Uczy się pisania przez ciągły trening – zarówno w ramach tworzenia, jak i w sztuce epistolografii. W zasadzie jedynym motywem funkcjonującym w tłumaczeniu jako sygnał młodego wieku autorki listów stają się coraz rzadsze błędy ortograficzne – zabieg prosty i umożliwiający sygnalizowanie naiwności w momencie, w którym listy przejmują właściwą część narracji.

W życiu Emily dzieje się wiele, a kobiety, które małą bohaterkę otaczają, przypominają jej stale o rozmaitych sztuczkach płci pięknej pozwalających postawić na swoim. Lucy Maud Montgomery odsłania w ten sposób zabiegi prowadzące do właściwego przejęcia władzy w codzienności i jest to jeden z tych tematów, które najprawdopodobniej nie pasowały do wizji lektur właściwych dla najmłodszych. Autorka puszcza oko do starszych odbiorczyń – dzieciom za to proponuje szereg wyzwań związanych raz z interpersonalnymi potyczkami (Emily przekonuje się między innymi, że fałszywa przyjaźń nie jest czymś, co należy pielęgnować, za to od prawdziwej przyjaciółki wytrzymuje się nawet najdziwniejsze obelgi), raz ze sporą adrenaliną (kiedy Emily omal nie traci życia). Jest w tej powieści zatem nie tylko umiłowanie do słów, ale też sporo dynamicznych wydarzeń. Dzisiejszych odbiorców zaskoczy na pewno motyw topienia kociąt (temat, którego nie ukrywa się przed małymi bohaterami) czy relacje między dziećmi i dorosłymi: tu Emily może wygrać dzięki swojej dumie, uporowi i wewnętrznej sile, ale są sprawy, w których nie ma szans na przekonanie opiekunki. Surowa i wymagająca, a wręcz despotyczna ciotka ma przeciwwagę w postaci siostry kochającej Emily od początku – wszystko po to, żeby uświadomić odbiorcom, jak różne podejścia do wychowania i do obowiązków mają dorośli w zależności od charakterów. Lucy Maud Montgomery proponuje tu gęstą i rozmarzoną książkę – a Anna Bańkowska o niej przypomina.

Joanna Jagiełło: Wynalazek pana B.

Harperkids, Warszawa 2026.

Odkrywanie świata

Czytanie nie musi być nudne. Z tego założenia wychodzą kolejni autorzy w serii Czytam sobie, cyklu, który pomaga najmłodszym oswoić się z literami i przekonać, że książka to przyjemność i źródło rozrywki oraz wiedzy. Joanna Jagiełło z tomikiem „Wynalazek pana B.” znajduje się na drugim poziomie cyklu – co oznacza, że ma do dyspozycji trochę więcej miejsca na tekst, ale wciąż nie może korzystać z dwuznaków czy zmiękczeń (wolno jej za to używać zdań złożonych). Dla historii, którą wybiera, nie ma to znaczenia – bo i tak kontekst wymaga stosowania pojęć i terminów w dużej części nieznanych najmłodszym. Odkrywanie tej książki będzie zatem nie tylko spotkaniem z niezwykłą biografią (a właściwie jej literacką przeróbką, bo autorka dość swobodnie żongluje motywami z przeszłości i przyznaje się do tego), ale też przygodą lekturową w prawdziwym znaczeniu tego sformułowania.

William chce poznawać świat. W szkole niekoniecznie spotyka się ze zrozumieniem rówieśników – zamiast bawić się z nimi, woli obserwować przyrodę i prowadzić notatki na temat tego, jakie zwierzęta zobaczył. Wyprawy do odległych krajów przyniosły mu satysfakcję, jednak pozbawiły też towarzyszki życia, co autorka kwituje jednym zdaniem (nie wyjaśniając dzieciom przyczyn rozstania, zdaje sobie sprawę, że wątki miłosne są tym, co najmniej interesuje kilkulatki). I stopniowo William dociera do pomysłu, żeby zbadać stworzenia żyjące w oceanie. Żeby tego dokonać, musi jednak przezwyciężyć rozmaite ograniczenia techniczne. I dopiero wtedy będzie mógł zrobić właściwy użytek ze swojego talentu.

„Wynalazek pana B.” to książka, która ma w sobie materiał na wielką wyobraźniową przygodę. Tekst wprawdzie został skondensowany i sprowadzony do niewielkiej objętościowo narracji, ale działa na fantazję najmłodszych i przekona ich, że warto sięgać po książki. Tu liczy się rozmach, otwarcie się na cały świat, możliwości, które tkwią w każdym, niezależnie od jego codziennych dokonań – ważne są marzenia i chęć ich spełniania. William pokazuje dzieciom, że mogą osiągnąć bardzo wiele, często na przekór wszystkim. A że przy okazji trzeba będzie się przedrzeć przez językowe mielizny, trudne – bo niesłyszane na co dzień – słowa? Trudno, tak w czytankach też bywa, a z czasem będzie już tylko łatwiej. Joanna Jagiełło może przekonać do siebie zwłaszcza dzieci zainteresowane podwodnymi widokami, poszerza słownictwo i stawia najmłodszym spore wyzwania – ale nie zniechęci do czytania właśnie dzięki temu, że wybrała odpowiedni temat, jest w stanie przyćmić nim ewentualny wysiłek poznawczy. Dzieci dzięki tomikowi z drugiego poziomu serii Czytam sobie przekonają się, jak ważne jest podążanie za własnymi pragnieniami – a bohater książki zabierze je do miejsc, których maluchy nawet sobie nie wyobrażały.

sobota, 4 kwietnia 2026

Marta Górna: Pacuła. Najsłynniejsza Polka na świecie

Agora, Warszawa 2026.

Kariera

Marta Górna doskonale wie, że podtytułem swojej biografii poświęconej Joannie Pacule mogłaby wywołać wstrząs. „Pacuła. Najsłynniejsza Polka na świecie” to bowiem opowieść o bohaterce dzisiaj już trochę zapomnianej przez młodsze pokolenia – i kobiecie, która bardziej kojarzona mogła być w USA niż w Polsce. A jednak Pacuła to uosobienie snu o sławie, marzeń o karierze w Hollywood – i, czego fani z reguły nie chcą dostrzec, całe mnóstwo ciężkiej pracy czy grania w filmach klasy B, żeby tylko nie stracić kontaktu z branżą filmową. Joanna Pacuła podjęła decyzję o postawieniu na zagraniczną karierę – i po dekadach wciąż mogła uczestniczyć w kolejnych zdjęciach. Jednocześnie to postać, o której milkną znajomi. I taki obraz właśnie Marta Górna w swojej książce buduje.

Na rynku wydawniczym dzisiaj bardzo często pojawiają się biografie aktorów pisane w stylu pop – szybkie i będące raczej skrótową prezentacją czy przypomnieniem o obecności niż rzetelną pracą nad zrekonstruowaniem życiorysu. Joanna Pacuła nie współpracuje przy pisaniu tej książki, podobnie zresztą jak większość z jej otoczenia – Marta Górna jest zatem skazana na samodzielne poszukiwania informacji. Szuka tych informacji w wywiadach prasowych i w samych filmach – a czasami prosi o wypowiedź zagraniczną gwiazdę. I dzięki temu zyskuje olśniewający efekt, książka „Pacuła” jest wyjątkowa, w niczym nie przypomina popbiografii złożonych z patchworkowych wspomnień i cytatów – to opowieść ciekawa i rekonstruowana z drobiazgów, a przez to przenikliwa i barwna jednocześnie. Marta Górna nie ma się za czym schować – zamiast gotowych anegdot ma pytania i domysły, zamiast szeregu wspomnień – własną opinię na temat oglądanych filmów, konfrontowaną z recenzjami. I wychodzi na jaw, że autorka dobrze potrafi wyciągać wnioski z tego, co widzi na ekranie – dzieli się z czytelnikami własnymi uwagami i robi to bardzo przekonująco, zestawia odczucia z opiniami recenzentów – wszystko po to, żeby wydobyć filmowy obraz Joanny Pacuły. Zadaje pytania, na które przez lata szuka odpowiedzi, a cały ten proces gromadzenia informacji sprawia, że książka nie może wypaść szablonowo. Autorka odrzuca tutaj typowe rozwiązania tak częste w podobnych książkach – przerzuca na przykład na koniec tomu opowieści o dzieciństwie i początkach Joanny Pacuły jako aktorki, niespecjalnie też tropi sensacje i doniesienia związane z jej życiem prywatnym – koncentruje się na tym, co dotyczyło kariery filmowej i dobrze na tym wychodzi. Tworzy bowiem gęstą i ciekawie napisaną biografię filmową, wypełnioną danymi i faktami, za to pozbawioną pustosłowia. Nie musi uwodzić czytelników tanimi chwytami, wystarczy, że traktuje ich jako sojuszników w poszukiwaniach i w rekonstruowaniu wiadomości. „Pacuła. Najsłynniejsza Polka na świecie” to książka apetyczna i atrakcyjna nawet dla tych czytelników, którzy kariery Pacuły nie muszą pamiętać – to publikacja, która wzbudzi zainteresowanie gwiazdą i która przypomni, że na rynku wydawniczym znajdzie się miejsce dla naprawdę dobrze napisanych biografii, bez względu na to, ile sław odmówiło komentarza albo ocenzurowało swoje wypowiedzi w procesie autoryzacji.

piątek, 3 kwietnia 2026

Hiromi Kawakami: Dziwna pogoda w Tokio

Znak, Kraków 2026.

Spotkanie

W restauracji spotykają się oboje. Oboje zamawiają dokładnie ten sam zestaw. Przypominają sobie, że się znają: on kiedyś był jej nauczycielem. Oboje są raczej samotni i raczej introwertyczni i wcale nie muszą dążyć do natychmiastowego znalezienia drugiej połówki, wystarcza im taki pozornie powierzchowny kontakt, dla postronnych nie do zauważenia, a dla nich samych – będący wszystkim. Bardzo długo nic z tym nie zrobią, zadowalać się będą tylko i wyłącznie przelotnymi spotkaniami w restauracji. Nawet rachunek sprawiedliwie płacą – nie wykorzystują ani jednej nitki, która przywiązywałaby ich do siebie. A jednak przyzwyczajają się do towarzystwa i do obecności, gdy coś lub ktoś przełamie tę rutynę, jest im gorzej. „Dziwna pogoda w Tokio” to książka, która wywraca do góry nogami wszystkie aktualne mody na opowieści romansowe. Hiromi Kawakami przygląda się swoim bohaterom – wręcz biernym w kształtowaniu wspólnej relacji. I czeka. Czeka cierpliwie, chociaż nie wiadomo, czy będzie na co. Ona ma ponad trzydzieści lat, on jest od niej o drugie tyle starszy. Ona nie może przypomnieć sobie jego nazwiska, więc zwraca się do niego Sensei, jemu to odpowiada. Zresztą szkolnych przyzwyczajeń nie pozbędzie się tak łatwo i bardzo chętnie przy każdej okazji będzie korygował jej stan wiedzy. Ale nie o fetysze tu chodzi, a Hiromi Kawakami, gdyby mógł, całkiem odarłby tę powieść z seksualności, skupiając się tylko i wyłącznie na kontaktach emocjonalnych. Podąża za bohaterami i uczy się od nich cierpliwości. Ta cierpliwość przyda się także czytelnikom – bo „Dziwna pogoda w Tokio” to kolejna propozycja wyciszająca i kojąca, nietypowa, bo oderwana od przejrzystych schematów. Nie będzie tu wprawdzie onirycznych kontaktów z istotami z zaświatów, ale zamiast tego pozostanie skupienie na ulotnej więzi między postaciami. Tu trzeba ostrożności i spokoju, żeby nie zniszczyć tego, co dla bohaterów cenne i niezwykłe. I jednocześnie – trzeba niespiesznej lektury, pozwalającej na zrozumienie sedna. Ta książka wycisza i koi, ale zupełnie inaczej, niż przywykli do tego zachodni czytelnicy. Skupienie się na pozornie nieistotnych wydarzeniach stanowiących mikrokosmos bohaterów to prosta droga do lepszego poznawania siebie i do wyciszenia się. A przecież autor celowo rezygnuje z wymyślnej fabuły, sprowadza bohaterów do pozbawionego adrenaliny tu i teraz. Oboje są zbyt dojrzali na przelotny flirt i zbyt ostrożni, żeby wikłać się w romans, nie chcą, ale przecież też nie muszą rezygnować z niczego, żeby tworzyć nowe zasady w związku. Co ciekawe, przy nastawieniu na uważność nie ma tu podkreślania literackości – Hiromi Kawakami stara się pisać jak najbardziej normalnie, bez fajerwerków, żeby przedstawić coś niezwykłego, co ostrożnie rodzi się między postaciami. „Dziwna pogoda w Tokio” to właśnie sposób na zatrzymanie się i na sprawdzenie kodeksu wartości, na przetestowanie jakości relacji w dzisiejszym świecie. Jest to książka, którą łatwo przeoczyć – a jednak korzystanie z niej to nie tylko lektura rozrywkowa, a autoterapia, szansa na wyhamowanie w codziennym pędzie.

czwartek, 2 kwietnia 2026

Krystian Machnik: Ostatni ludzie Czarnobyla

Notatnik Reportera.

Odwiedziny

Krystian Machnik opowiada o swojej trwającej kilka lat przygodzie z samosiołami tak, że trudno się od książki „Ostatni ludzie Czarnobyla” oderwać. Nie tylko dlatego, że autor zaspokaja ciekawość i zabiera czytelników w rejony, w które prawdopodobnie sami nigdy by się nie zapuścili, ale dlatego, że łączy osobiste przeżycia z sytuacją, która wpłynęła na całe pokolenie. Reportaż dotyczący samosiołów wzrusza i wstrząśnie czytelnikami nie jeden raz, a do tego – dostarczy sporo materiału do przemyśleń.

Wszystko zaczyna się w strefie skażonej, tam, gdzie nie mogą już mieszkać ani żyć ludzie, a krótkie przebywanie jest obwarowane wieloma zastrzeżeniami. Machnik jako miłośnik urbexu wybiera się do Prypeci i Czarnobyla, żeby porobić zdjęcia w opuszczonych budynkach. Szybko przekonuje się, że w pobliżu miejsca katastrofy mieszkają ludzie – najczęściej staruszkowie, którzy po wysiedleniu wrócili „na swoje”, nie potrafiąc ułożyć sobie życia gdzie indziej albo – w wyniku układów z rodzinami. Pierwszą babuszkę przypadkowo – razem z innymi zwiedzającymi zonę – ratuje przed udarem cieplnym. I tak stopniowo przekonuje się, że znacznie ważniejsze od ruin są ludzkie historie. Staje się przyszywanym wnuczkiem babuszek w zonie i coraz częściej odwiedza je, żeby zawieźć pomoc, ale i żeby spędzić z nimi trochę czasu. Babuszki karmią go na miejscu, poją bimbrem (Machnik temu zagadnieniu poświęca cały rozdział, nie zamierza udawać, że takich sytuacji nie było) i dzięki odwiedzinom chłopców z Polski czują się komuś potrzebne – zyskują sens istnienia i powód do świętowania. Z kolei sam Krystian Machnik przekonuje się kilka razy, że nawet kiedy rozwiązuje swoje problemy i zmartwienia w Polsce, wsparcie – choćby tylko telefoniczne – babuszek jest nieocenione. Zaprzyjaźnia się z kolejnymi samosiołami, martwi się o nich, troszczy i wysłuchuje indywidualnych historii – wyjątkowych, jak wszyscy, którzy wrócili do skażonej strefy. Jednocześnie opowiada o tym, jak zachować zdrowie, jak uchronić się przed promieniowaniem, jakie środki ostrożności przedsięwziąć, żeby nie skrócić sobie życia. Przedstawia opowieść o katastrofie w Czarnobylu już bez cenzury i lęku przed skandalem, pokazuje, na co byli narażeni ludzie mieszkający najbliżej. Włącza do książki szereg czarno-białych fotografii i krótkich wywiadów – rozmów z samosiołami. Ocala ich historie, a w efekcie tworzy też ich upamiętnienie na kartach tomu – wielu z nich już nie żyje, ale ostatnie lata spędzili w poczuciu, że ktoś się o nich troszczy i komuś na nich zależy. I tak Krystian Machnik doprowadza odbiorców aż do tematu wojny, która zmienia zasady dostawania się na teren zony. Pokazuje autor, czego nie uda się już uratować, co przekreślił konflikt zbrojny – i jak w takich warunkach radzą sobie samosioły. I chociaż czasami autor powtarza niektóre wstrząsające wiadomości, jakby nie chciał ich pominąć, a nie wierzył, że czytelnikom zapadły już w pamięć, chociaż zdarza mu się na jednej wypowiedzi zbudować kilka różnych miejsc w historii – to i tak ta książka jest wyjątkowa. Warto po nią sięgnąć i warto wysłuchać tych, o których świat nie wiedział (albo nie chciał wiedzieć).