Mando, WAM, Kraków 2026.
Ikona
Przeważnie opowieści o sławnych i znanych to powtarzanie informacji biograficznych i budowanie kolejnych narracji na podstawie tego, co już wielokrotnie zbadane i powiedziane, ale Katarzyna Czajka-Kominiarczuk szuka dla siebie innej drogi. „Marilyn Monroe. Wszystkie twarze bogini” to książka, która rozpoczyna się tam, gdzie inni przestają pisać. Autorkę interesuje bowiem znacznie bardziej to, co wydarzyło się po śmierci ikony kina: jak jej wizerunek, jej dorobek i coś, co dzisiaj nazywa się chętnie marką osobistą, przetrwały i inspirują kolejne pokolenia twórców z różnych dziedzin.
Marilyn Monroe funkcjonuje tutaj jako zjawisko i jako punkt odniesienia, nie jako ambitna aktorka z pomysłami na własną karierę, a jako symbol. Można ją naśladować dzięki odpowiednim kostiumom, ale da się też nawiązywać do niej za sprawą charakterystycznych i rozpoznawalnych scenek (jak choćby ta z podwiewaną nad kratką wentylacyjną sukienką). Katarzyna Czajka-Kominiarczuk wydobywa tego typu nawiązania i prowadzi odbiorców przez tematyczny przegląd kolejnych inspiracji. Marilyn Monroe jest tu tworzywem, materiałem do budowania społecznego porozumienia – i nie ma znaczenia wiek odbiorców, odniesienia do tej postaci można znaleźć nawet w bajkach (choć wiadomo, że dzieci aluzji nie odczytają). Autorka sprawdza, jak Marilyn Monroe funkcjonowała w filmach i spektaklach, serialach i musicalach biograficznych – to jedna z kategorii, nawiązywanie do opowieści o życiu i próba rozwiązania zagadki śmierci gwiazdy. Innym razem przygląda się wizerunkowi Marilyn Monroe w piosenkach, jest nawet rozdział o tej bohaterce w piosenkach polskich. Katarzyna Czajka-Kominiarczuk stara się, żeby wyliczenia nie nużyły czytelników, a pokazywały im świat, który kipi od wewnętrznych nawiązań i cytatów. Wykazuje się przy tym dużą orientacją w świecie popkultury, może zatem stać się przewodnikiem dla czytelników. To opowieść o filmach, które powstały dzięki Marilyn Monroe – chociaż bez jej udziału. O reklamach, w których ta aktorka nie zagrała (z promowaniem produktów, których nawet nie miałaby szansy poznać). Trzeba przyznać, że Marilyn Monroe jako symbol żyje własnym życiem i zapewnia odbiorcom sporą dozę niespodzianek.
Nie jest to książka fabularyzowana, narracja ma tu znaczenie drugoplanowe, a sama autorka bardziej skupia się na tym, żeby podawać i dokumentować wszystkie znaleziska, niż żeby uwieść czytelników wartką opowieścią – ale Marilyn Monroe w wersji post mortem może służyć za świetne dopowiedzenie do biografii. Jeśli ktoś chce sprawdzić, jak postać rozpoznawalna do dzisiaj dalej żyje w wyobraźni artystów, ma na to wyjątkową szansę. Marilyn Monroe nie daje się zaszufladkować – a jednak przez wybór tylko kilku spośród możliwych odniesień staje się sprowadzona do lekkiego banału. „Marilyn Monroe. Wszystkie twarze bogini” to przegląd-ciekawostka, w sam raz dla poszukujących źródeł inspiracji. Katarzyna Czajka-Kominiarczuk dzieli się z czytelnikami sporą wiedzą i pozwala im na śledzenie fenomenu MM w różnych dziełach. Ta publikacja to przypis do twórczości Marilyn Monroe – i jednocześnie próba pokazania, jak tworzą się czytelne dla całych pokoleń odnośniki.
tu-czytam
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
czwartek, 4 czerwca 2026
środa, 3 czerwca 2026
Joseph Cox: Anom. Największa operacja FBI przeciwko światowej przestępczości
Czarne, Wołowiec 2026.
Podstęp
Zwykle to przestępcy wyprzedzają tych, którzy mają ich śledzić – jednak Joseph Cox pokazuje sytuację, w której śledczy – FBI – wymyśliło sposób, jak zwabić w pułapkę osoby zajmujące się między innymi handlem narkotykami na wielką skalę. „Anom. Największa operacja FBI przeciwko światowej przestępczości” to opowieść wypełniona silnymi emocjami w tle, a precyzją i trafnymi obrazkami na pierwszym planie. Mamy tu reportaż śledczy – i mocno działające na wyobraźnię sceny. Najpierw Joseph Cox pokazuje odbiorcom, jak funkcjonowały gangi i z jakiego powodu trudno było dostać się do wiadomości potrzebnych do rozbicia struktur zorganizowanych grup przestępczych. To nie budzi wątpliwości i raczej wszystkim wydaje się oczywiste. Jednak wodzeni za nos śledczy też mogą wykorzystać zdobycze technologiczne, żeby zwiększyć szanse na wygraną w tej nierównej walce – i tak dzieje się w tym przypadku. „Anom” to książka o tym, jak FBI stworzyło produkt, którym zainfekowało gangi – żeby zyskać dostęp do niezbędnych danych. Z jednej strony mamy tutaj start-upy, działania, które mocno ułatwiają przestępcom komunikowanie się – produkty i usługi, które wprawdzie oficjalnie nie mogą być wykorzystywane do łamania prawa, ale w praktyce są lubiane przez mafijnych bossów i siatki przestępczych kontaktów. Komunikatory i telefony muszą być bezpieczne, a do tego przestępcy chcą jeszcze mieć pewność, że w razie wpadki uda im się szybko skasować obciążające ich wiadomości – tu nie mogą zatem liczyć na istniejących na rynku poważnych graczy, bo ci z pewnością chętnie będą współpracować ze śledczymi. Z pomocą przychodzą zatem małe firmy i start-upy. Z drugiej strony mamy FBI – które samo wymyśla i wprowadza na rynek – w tym przede wszystkim rynek przestępczy – Anoma – sposób na komunikowanie się bezpieczne i wolne od podsłuchów (a w rzeczywistości dostarczające wiadomości bezpośrednio na monitory śledczych). Przestępcy zachłystują się możliwościami, jakie zapewnia im Anom – i nie mają pojęcia, że właśnie dostarczają dowodów na swoją nielegalną działalność.
Joseph Cox nie spieszy się z opowieścią. Przedstawia ją po kawałku, tak, żeby zapewnić odbiorcom sporo emocji i adrenaliny – i żeby uzmysłowić im, jak skomplikowaną akcją było wypuszczenie na czarny rynek nowego sposobu na komunikowanie się – tak, żeby nie wzbudzić niczyich podejrzeń. Prezentuje i mafiozów, którzy szukali dla swoich ludzi najlepszych możliwych telefonów i aplikacji – i śledczych, którzy musieli działać ostrożnie, żeby nie zdradzić się przedwcześnie i żeby uzyskać materiały pozwalające oskarżyć nie płotki, ale szefów. To akcja o zasięgu międzynarodowym i wymuszająca na autorach sięganie po nowoczesne rozwiązania. Nie ma miejsca na przypadek ani na pomyłki czy błędy – i właśnie ta misterna konstrukcja zostaje w książce ładnie rozrysowana. „Anom” to lektura niemal kryminalna, wypełniona bardzo atrakcyjnymi z perspektywy zwykłych czytelników treściami – tu wszystko jest pokazane bardzo dokładnie, tak, żeby odbiorcy mieli wrażenie oglądania akcji w zwolnionym tempie – po to, by zdążyli wszystko zaobserwować i przeanalizować. Jest to publikacja wyjątkowa, dobra nie tylko jako źródło ciekawostek, ale i jako rozrywkowa lektura.
Podstęp
Zwykle to przestępcy wyprzedzają tych, którzy mają ich śledzić – jednak Joseph Cox pokazuje sytuację, w której śledczy – FBI – wymyśliło sposób, jak zwabić w pułapkę osoby zajmujące się między innymi handlem narkotykami na wielką skalę. „Anom. Największa operacja FBI przeciwko światowej przestępczości” to opowieść wypełniona silnymi emocjami w tle, a precyzją i trafnymi obrazkami na pierwszym planie. Mamy tu reportaż śledczy – i mocno działające na wyobraźnię sceny. Najpierw Joseph Cox pokazuje odbiorcom, jak funkcjonowały gangi i z jakiego powodu trudno było dostać się do wiadomości potrzebnych do rozbicia struktur zorganizowanych grup przestępczych. To nie budzi wątpliwości i raczej wszystkim wydaje się oczywiste. Jednak wodzeni za nos śledczy też mogą wykorzystać zdobycze technologiczne, żeby zwiększyć szanse na wygraną w tej nierównej walce – i tak dzieje się w tym przypadku. „Anom” to książka o tym, jak FBI stworzyło produkt, którym zainfekowało gangi – żeby zyskać dostęp do niezbędnych danych. Z jednej strony mamy tutaj start-upy, działania, które mocno ułatwiają przestępcom komunikowanie się – produkty i usługi, które wprawdzie oficjalnie nie mogą być wykorzystywane do łamania prawa, ale w praktyce są lubiane przez mafijnych bossów i siatki przestępczych kontaktów. Komunikatory i telefony muszą być bezpieczne, a do tego przestępcy chcą jeszcze mieć pewność, że w razie wpadki uda im się szybko skasować obciążające ich wiadomości – tu nie mogą zatem liczyć na istniejących na rynku poważnych graczy, bo ci z pewnością chętnie będą współpracować ze śledczymi. Z pomocą przychodzą zatem małe firmy i start-upy. Z drugiej strony mamy FBI – które samo wymyśla i wprowadza na rynek – w tym przede wszystkim rynek przestępczy – Anoma – sposób na komunikowanie się bezpieczne i wolne od podsłuchów (a w rzeczywistości dostarczające wiadomości bezpośrednio na monitory śledczych). Przestępcy zachłystują się możliwościami, jakie zapewnia im Anom – i nie mają pojęcia, że właśnie dostarczają dowodów na swoją nielegalną działalność.
Joseph Cox nie spieszy się z opowieścią. Przedstawia ją po kawałku, tak, żeby zapewnić odbiorcom sporo emocji i adrenaliny – i żeby uzmysłowić im, jak skomplikowaną akcją było wypuszczenie na czarny rynek nowego sposobu na komunikowanie się – tak, żeby nie wzbudzić niczyich podejrzeń. Prezentuje i mafiozów, którzy szukali dla swoich ludzi najlepszych możliwych telefonów i aplikacji – i śledczych, którzy musieli działać ostrożnie, żeby nie zdradzić się przedwcześnie i żeby uzyskać materiały pozwalające oskarżyć nie płotki, ale szefów. To akcja o zasięgu międzynarodowym i wymuszająca na autorach sięganie po nowoczesne rozwiązania. Nie ma miejsca na przypadek ani na pomyłki czy błędy – i właśnie ta misterna konstrukcja zostaje w książce ładnie rozrysowana. „Anom” to lektura niemal kryminalna, wypełniona bardzo atrakcyjnymi z perspektywy zwykłych czytelników treściami – tu wszystko jest pokazane bardzo dokładnie, tak, żeby odbiorcy mieli wrażenie oglądania akcji w zwolnionym tempie – po to, by zdążyli wszystko zaobserwować i przeanalizować. Jest to publikacja wyjątkowa, dobra nie tylko jako źródło ciekawostek, ale i jako rozrywkowa lektura.
wtorek, 2 czerwca 2026
Lena Jones: Agata Szajba. Spisek w metrze
Kropka, Warszawa 2026.
Kary
Gildia Strażników jest bezlitosna. Nie znosi łamania swoich wewnętrznych zasad, a krnąbrnych członków natychmiast wyrzuca. Ale Agata Szajba jeszcze przez chwilę o tym wiedzieć nie będzie. Na razie przymierza się do rozwiązania zagadki morderstwa w muzeum – a przecież nikt nie weźmie na poważnie dziecka próbującego przeprowadzić małe dochodzenie. Nawet jeśli to dziecko ma imię na cześć Agathy Christie, a jego mama rozwiązywała zagadki kryminalne bez problemu. Teraz jednak mama nie żyje, Agata Szajba bardzo chciałaby się czegoś o niej dowiedzieć, a w tym celu nie zawsze może siedzieć grzecznie na lekcjach w szkole. Czasami potrzebuje przejść do działania i nieraz złamać prawo albo zasady ustalane przez dorosłych. Wiadomo – kto chce mieć efekty w amatorskim śledztwie, musi często decydować się na brawurę. Agata wie już, jak kanałami przejść do Gildii Strażników, pamięta nawet, gdzie stoi rower, na którym jeździła jej mama. I tu zaczynają się jej prywatne zagadki – bo oto bohaterka przekonuje się, że po rzekomym wypadku na pojeździe mamy nie ma nawet śladu. I nie jest to najdziwniejsza rzecz, którą dziewczynka odkrywa. Jakby tego wszystkiego było mało, Gildia Strażników ma przyjąć Agatę w swoje szeregi, a to oznacza próby – detektywistyczne łamigłówki do rozwiązania. Pojawią się bez uprzedzenia, będą wyjątkowo trudne i mają stanowić ostateczny test przydatności dla małej bohaterki. Agata wie, że tego testu nie wolno jej oblać, jeśli chce dostać się do pilnie strzeżonych tajemnic o mamie. Pytanie tylko, czy będzie jeszcze mieszkać w Londynie, zanim przyjdą do niej wysłannicy Gildii...
„Agata Szajba. Spisek w metrze” to druga część kryminalnej serii dla młodych odbiorców. I tym razem Lena Jones nie zamierza zwalniać tempa akcji, każe swojej bohaterce wykonywać zadania wymagające nie tylko wielkich umiejętności dedukcyjnych, ale i nie lada sprytu i siły fizycznej. Agata wie doskonale, że w szkole nie zdobędzie potrzebnych jej umiejętności – dlatego bez większego oporu ucieka z lekcji, często dzięki pomocy wiernych przyjaciół. Tym razem jednak najważniejsze walki toczyć musi zupełnie sama. Sprzymierzeńca nie znajdzie też w tacie – ten ma swoje zmartwienia, a poza tym nie może pozwolić, żeby Agata narażała się na niebezpieczeństwo. Gdyby tylko wiedział, co spotyka jego córkę, z pewnością dołożyłby wszelkich starań, żeby uchronić ją przed spiskowcami z Gildii. Pytanie tylko, czy udałoby mu się przechytrzyć rezolutną bohaterkę.
Ta książka jest wypełniona akcją – a wszelkie wyzwania i zagrożenia są tu prawdziwe. Co więcej, autorka dokłada jeszcze kilka dylematów moralno-obyczajowych (świat dorosłych wkrada się w codzienność Agaty także za sprawą przyziemnych zupełnie kwestii związanych z pracą taty) oraz osobistych uprzedzeń niektórych ludzi. Agata rozwiązuje zagadki jak maszyna, ale nie zawsze radzi sobie z właściwym odczytywaniem istoty relacji międzyludzkich – i to może być zaskoczeniem dla wpatrzonych w nią fanów dziecięcych kryminałów. Lena Jones po raz kolejny nie zawodzi – nie tylko pozwala odbiorcom na dobrą zabawę przy śledzeniu dynamicznej fabuły, ale jeszcze zaszczepia w nich zainteresowanie detektywistycznymi łamigłówkami.
Kary
Gildia Strażników jest bezlitosna. Nie znosi łamania swoich wewnętrznych zasad, a krnąbrnych członków natychmiast wyrzuca. Ale Agata Szajba jeszcze przez chwilę o tym wiedzieć nie będzie. Na razie przymierza się do rozwiązania zagadki morderstwa w muzeum – a przecież nikt nie weźmie na poważnie dziecka próbującego przeprowadzić małe dochodzenie. Nawet jeśli to dziecko ma imię na cześć Agathy Christie, a jego mama rozwiązywała zagadki kryminalne bez problemu. Teraz jednak mama nie żyje, Agata Szajba bardzo chciałaby się czegoś o niej dowiedzieć, a w tym celu nie zawsze może siedzieć grzecznie na lekcjach w szkole. Czasami potrzebuje przejść do działania i nieraz złamać prawo albo zasady ustalane przez dorosłych. Wiadomo – kto chce mieć efekty w amatorskim śledztwie, musi często decydować się na brawurę. Agata wie już, jak kanałami przejść do Gildii Strażników, pamięta nawet, gdzie stoi rower, na którym jeździła jej mama. I tu zaczynają się jej prywatne zagadki – bo oto bohaterka przekonuje się, że po rzekomym wypadku na pojeździe mamy nie ma nawet śladu. I nie jest to najdziwniejsza rzecz, którą dziewczynka odkrywa. Jakby tego wszystkiego było mało, Gildia Strażników ma przyjąć Agatę w swoje szeregi, a to oznacza próby – detektywistyczne łamigłówki do rozwiązania. Pojawią się bez uprzedzenia, będą wyjątkowo trudne i mają stanowić ostateczny test przydatności dla małej bohaterki. Agata wie, że tego testu nie wolno jej oblać, jeśli chce dostać się do pilnie strzeżonych tajemnic o mamie. Pytanie tylko, czy będzie jeszcze mieszkać w Londynie, zanim przyjdą do niej wysłannicy Gildii...
„Agata Szajba. Spisek w metrze” to druga część kryminalnej serii dla młodych odbiorców. I tym razem Lena Jones nie zamierza zwalniać tempa akcji, każe swojej bohaterce wykonywać zadania wymagające nie tylko wielkich umiejętności dedukcyjnych, ale i nie lada sprytu i siły fizycznej. Agata wie doskonale, że w szkole nie zdobędzie potrzebnych jej umiejętności – dlatego bez większego oporu ucieka z lekcji, często dzięki pomocy wiernych przyjaciół. Tym razem jednak najważniejsze walki toczyć musi zupełnie sama. Sprzymierzeńca nie znajdzie też w tacie – ten ma swoje zmartwienia, a poza tym nie może pozwolić, żeby Agata narażała się na niebezpieczeństwo. Gdyby tylko wiedział, co spotyka jego córkę, z pewnością dołożyłby wszelkich starań, żeby uchronić ją przed spiskowcami z Gildii. Pytanie tylko, czy udałoby mu się przechytrzyć rezolutną bohaterkę.
Ta książka jest wypełniona akcją – a wszelkie wyzwania i zagrożenia są tu prawdziwe. Co więcej, autorka dokłada jeszcze kilka dylematów moralno-obyczajowych (świat dorosłych wkrada się w codzienność Agaty także za sprawą przyziemnych zupełnie kwestii związanych z pracą taty) oraz osobistych uprzedzeń niektórych ludzi. Agata rozwiązuje zagadki jak maszyna, ale nie zawsze radzi sobie z właściwym odczytywaniem istoty relacji międzyludzkich – i to może być zaskoczeniem dla wpatrzonych w nią fanów dziecięcych kryminałów. Lena Jones po raz kolejny nie zawodzi – nie tylko pozwala odbiorcom na dobrą zabawę przy śledzeniu dynamicznej fabuły, ale jeszcze zaszczepia w nich zainteresowanie detektywistycznymi łamigłówkami.
poniedziałek, 1 czerwca 2026
Anne Drozd, Jerzy Drozd: Rakiety. Pokonać grawitację
Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.
Fizyka
W serii Naukomiks pojawiają się wyjaśnienia kwestii, które wykraczają daleko poza program szkolny i raczej nie pojawią się w edukacyjnych publikacjach z prostego powodu: wysokiego stopnia skomplikowania tematu. I nawet przyjęcie formy, która kojarzy się z lekkością i humorem, nie zawsze pomaga. „Rakiety. Pokonać grawitację” to książka, w której Anne Drozd i Jerzy Drozd pokazują młodym czytelnikom, co trzeba zrobić, żeby obłaskawić wybuch i wykorzystać do różnych celów – od lotów w kosmos po fajerwerki.
Narratorami są tu zwierzęta – to kolejny krok, który ma oswoić z zagadnieniem, uprzyjemnić czytelnikom lekturę i przekonać ich, że da się zrozumieć wyjaśnienia. Zwierzęta zostały dobranie nieprzypadkowo – najpierw gołąb, który nawiązuje do drewnianego antycznego gołębia – pierwszej wystrzelonej rakiety – następnie pojawiają się stworzenia z gatunków, które trafiły w rakiecie w kosmos. I tak każdy ma coś do powiedzenia od swoich przodków, każdy też zna się na pewnym wycinku fizyki czy elektroniki – tak, żeby przedstawiać czytelnikom szeroki zakres wiadomości na temat rakiet jako takich.
Będzie tu zatem narracja rozbiegać się w kilku kierunkach: jeden to zrozumienie praw fizyki. Prawa i odkrycia, które zmieniały sposób patrzenia na walkę z grawitacją, przybierają formę drogi do podboju kosmosu. Tu liczy się praktyczne wykorzystanie kolejnych spostrzeżeń fizyków, możliwość natychmiastowego przekucia choćby zasad działania sił na rzeczywistość – w tym celu parę kufli z napojami roztrzaska się za barem, ale bohaterowie – tak samo jak odbiorcy – muszą dobrze zrozumieć prawa fizyki, inaczej nie będą w stanie pojąć fenomenu rakiet. Drugim kierunkiem jest przybliżanie sylwetek odkrywców – badaczy, którzy przyczynili się do sukcesów w tej dziedzinie. Trzecim – pokazanie, jak rozległy to temat i jak często powracający w zwyczajnym życiu, a niekoniecznie tylko w gronie wyspecjalizowanych inżynierów.
Nie da się ukryć, chociaż ilustracje przydają się do nadania lekkości wyjaśnieniom i czasami do zobrazowania konkretnego tematu, tu najbardziej liczą się wyjaśnienia tekstowe. I żeby czytelnicy nie musieli się mierzyć z ogromnymi blokami tekstu, wyjaśnienia są rozrzucane i rozbijane na dymki w rozmowach bohaterów znających się na rzeczy – rzadko jest tak, że jedna postać wyjaśnia wszystko pozostałym, raczej panuje gwar i chaos w przerzucaniu się informacjami, bohaterowie wchodzą sobie w słowo i bardzo ekscytują się możliwością zdobywania wiedzy (albo dzielenia się nią z odbiorcami). I oczywiście sam temat sprawia, że książka wydaje się dość trudna i nie do przejścia na jeden raz, ale zaspokaja ciekawość młodych odbiorców i pokazuje im, że fizyką można się bawić – także w wymiarze tekstowym czy lekturowym. Naukomiksy to książki, które wymuszają dużą dozę koncentracji i zaangażowania młodych czytelników – ale odbiorcy są tu traktowani poważnie (nawet jeśli bohaterowie starają się wprowadzić trochę lekkości za sprawą przekomarzanek) – i to się autorom opłaci. Wprowadzają książki, które mogą spokojnie uzupełniać szkolne podręczniki i przedstawiać młodym ludziom tajniki rozmaitych dziedzin.
Fizyka
W serii Naukomiks pojawiają się wyjaśnienia kwestii, które wykraczają daleko poza program szkolny i raczej nie pojawią się w edukacyjnych publikacjach z prostego powodu: wysokiego stopnia skomplikowania tematu. I nawet przyjęcie formy, która kojarzy się z lekkością i humorem, nie zawsze pomaga. „Rakiety. Pokonać grawitację” to książka, w której Anne Drozd i Jerzy Drozd pokazują młodym czytelnikom, co trzeba zrobić, żeby obłaskawić wybuch i wykorzystać do różnych celów – od lotów w kosmos po fajerwerki.
Narratorami są tu zwierzęta – to kolejny krok, który ma oswoić z zagadnieniem, uprzyjemnić czytelnikom lekturę i przekonać ich, że da się zrozumieć wyjaśnienia. Zwierzęta zostały dobranie nieprzypadkowo – najpierw gołąb, który nawiązuje do drewnianego antycznego gołębia – pierwszej wystrzelonej rakiety – następnie pojawiają się stworzenia z gatunków, które trafiły w rakiecie w kosmos. I tak każdy ma coś do powiedzenia od swoich przodków, każdy też zna się na pewnym wycinku fizyki czy elektroniki – tak, żeby przedstawiać czytelnikom szeroki zakres wiadomości na temat rakiet jako takich.
Będzie tu zatem narracja rozbiegać się w kilku kierunkach: jeden to zrozumienie praw fizyki. Prawa i odkrycia, które zmieniały sposób patrzenia na walkę z grawitacją, przybierają formę drogi do podboju kosmosu. Tu liczy się praktyczne wykorzystanie kolejnych spostrzeżeń fizyków, możliwość natychmiastowego przekucia choćby zasad działania sił na rzeczywistość – w tym celu parę kufli z napojami roztrzaska się za barem, ale bohaterowie – tak samo jak odbiorcy – muszą dobrze zrozumieć prawa fizyki, inaczej nie będą w stanie pojąć fenomenu rakiet. Drugim kierunkiem jest przybliżanie sylwetek odkrywców – badaczy, którzy przyczynili się do sukcesów w tej dziedzinie. Trzecim – pokazanie, jak rozległy to temat i jak często powracający w zwyczajnym życiu, a niekoniecznie tylko w gronie wyspecjalizowanych inżynierów.
Nie da się ukryć, chociaż ilustracje przydają się do nadania lekkości wyjaśnieniom i czasami do zobrazowania konkretnego tematu, tu najbardziej liczą się wyjaśnienia tekstowe. I żeby czytelnicy nie musieli się mierzyć z ogromnymi blokami tekstu, wyjaśnienia są rozrzucane i rozbijane na dymki w rozmowach bohaterów znających się na rzeczy – rzadko jest tak, że jedna postać wyjaśnia wszystko pozostałym, raczej panuje gwar i chaos w przerzucaniu się informacjami, bohaterowie wchodzą sobie w słowo i bardzo ekscytują się możliwością zdobywania wiedzy (albo dzielenia się nią z odbiorcami). I oczywiście sam temat sprawia, że książka wydaje się dość trudna i nie do przejścia na jeden raz, ale zaspokaja ciekawość młodych odbiorców i pokazuje im, że fizyką można się bawić – także w wymiarze tekstowym czy lekturowym. Naukomiksy to książki, które wymuszają dużą dozę koncentracji i zaangażowania młodych czytelników – ale odbiorcy są tu traktowani poważnie (nawet jeśli bohaterowie starają się wprowadzić trochę lekkości za sprawą przekomarzanek) – i to się autorom opłaci. Wprowadzają książki, które mogą spokojnie uzupełniać szkolne podręczniki i przedstawiać młodym ludziom tajniki rozmaitych dziedzin.
niedziela, 31 maja 2026
Marta Matyszczak: Jeśli dziś sobota, to mamy morderstwo
W.A.B., Warszawa 2026.
Wakacje za karę
Marta Matyszczak wyspecjalizowała się w cosy crime i jeśli ktoś szuka kryminałów z przymrużeniem oka, a jednocześnie wielowymiarowych i niebanalnych, powinien jak najszybciej sięgnąć po książki tej autorki. Teraz zadanie zostaje ułatwione: „Jeśli dziś sobota, to mamy morderstwo” to początek współpracy z wydawnictwem W.A.B. – do tej pory książki Marty Matyszczak (trzy serie powieści kryminalnych i kryminalno-komediowych) ukazywały się nakładem wydawnictwa Dolnośląskie. Teraz Marta Matyszczak da się poznać szerszej publiczności za sprawą – choćby – obecności w sieciowych wielkich księgarniach. A z pewnością ta autorka na rozgłos zasługuje. Niezależnie od sposobu promowania nowego cyklu – każdy, kto lubi gatunek, a zobaczy „Jeśli dziś sobota, to mamy morderstwo”, powinien po ten tom sięgnąć bez wahania.
Marta Matyszczak potrafi pisać powieści gęste i pełne wielobarwnych postaci, nie inaczej jest i tym razem. Na początek zaznajomi odbiorców z czwórką wykolejeńców – a właściwie młodych ludzi, którym powinęła się noga. Dobrzy w gruncie rzeczy bohaterowie za drobne wykroczenia muszą odpokutować, ale kara dla nich wcale nie oznacza początku demoralizacji i końca świata. Podczas rozprawy pani sędzia – zmęczona swoimi rutynowymi obowiązkami – decyduje o wysłaniu czworga nietuzinkowych bohaterów nad polskie morze, do pałacu w Sasinie. Senior Luxury Paradise Residence organizuje tam właśnie trzytygodniowy sezon rehabilitacyjny dla swoich pacjentów, ludzi w podeszłym wieku. Trzeba się będzie opiekować emerytami, zapewniać im rozrywki i dbać o ich komfort i bezpieczeństwo. Lepiej przyjąć taką ofertę – nie brzmi to najgorzej, zwłaszcza dla osób, które do tej pory problemów z prawem nie miewały. Najpierw zatem odbiorcy poznają kolorowe szczegóły z biografii młodocianych przestępców po to, żeby ich z miejsca polubić. Później otrzymają równie zabawny przegląd pensjonariuszy – ci pokazują, że wiek nie ma znaczenia i nawet niedogodności związane ze stanem zdrowia nie muszą być ograniczeniem. I wtedy na horyzoncie pojawia się Gertruda Florek – śledcza, która marzy o przejściu na emeryturę, słynie z ciętego języka (nie stroni od wulgaryzmów, ale na prośbę terapeuty stara się je ograniczać, przynajmniej w pisanym na potrzeby terapii pamiętniku) i nie patyczkuje się ani z przestępcami, ani ze swoimi podwładnymi. Marta Matyszczak żongluje tymi charakterami i językami bohaterów bez problemu i błyskawicznie wtrąca odbiorców w gwarne (ale nie chaotyczne) środowisko.
Pierwsze morderstwo pojawia się stosunkowo szybko, ktoś leży pod latarnią morską – trzeba zatem rozwiązać zagadkę, która jeszcze niekoniecznie wybrzmiewa jako kryminalna. Ale oczywiście – zgodnie z wymogami gatunku – tajemnica prowadzi do działań niekoniecznie zgodnych z prawem. To dopiero punkt wyjścia w książce, w której zdarzy się mnóstwo.
Ta powieść wciąga – to mało powiedziane. Marta Matyszczak przenosi swoich czytelników do nadmorskich rezydencji, pozwala pozwiedzać piękne tereny nieskażone jeszcze turystycznymi patologiami. W tle przedstawia odbiorcom motyw elektrowni atomowej, która ma zostać zbudowana w pobliżu – a to tylko jeden ze społecznych wątków poruszanych w tomie. Pojawi się tu sporo silnych emocji (w tym – sercowych dylematów), dużo autotematyzmu (autorka wprowadza nawet jako dalekoplanową postać siebie – pisarkę Martę ze sfatygowanym plecaczkiem), kilka kwestii społecznych i, jak to zawsze u Marty Matyszczak – wyczulenie na krzywdę zwierząt. Karmelek to kolejny zwierzak z prywatnej menażerii autorki, który brawurowo wkracza na strony powieści, a zachęta do przygarniania bezdomnych lub niechcianych czworonogów przekona czytelników. Jest to książka rozrywkowa, książka, która rozśmiesza i dostarcza wzruszeń. Nie ulega wątpliwości, że każdy, kto po nią sięgnie, będzie czekać na kolejną część Wakacji z mordercą.
Wakacje za karę
Marta Matyszczak wyspecjalizowała się w cosy crime i jeśli ktoś szuka kryminałów z przymrużeniem oka, a jednocześnie wielowymiarowych i niebanalnych, powinien jak najszybciej sięgnąć po książki tej autorki. Teraz zadanie zostaje ułatwione: „Jeśli dziś sobota, to mamy morderstwo” to początek współpracy z wydawnictwem W.A.B. – do tej pory książki Marty Matyszczak (trzy serie powieści kryminalnych i kryminalno-komediowych) ukazywały się nakładem wydawnictwa Dolnośląskie. Teraz Marta Matyszczak da się poznać szerszej publiczności za sprawą – choćby – obecności w sieciowych wielkich księgarniach. A z pewnością ta autorka na rozgłos zasługuje. Niezależnie od sposobu promowania nowego cyklu – każdy, kto lubi gatunek, a zobaczy „Jeśli dziś sobota, to mamy morderstwo”, powinien po ten tom sięgnąć bez wahania.
Marta Matyszczak potrafi pisać powieści gęste i pełne wielobarwnych postaci, nie inaczej jest i tym razem. Na początek zaznajomi odbiorców z czwórką wykolejeńców – a właściwie młodych ludzi, którym powinęła się noga. Dobrzy w gruncie rzeczy bohaterowie za drobne wykroczenia muszą odpokutować, ale kara dla nich wcale nie oznacza początku demoralizacji i końca świata. Podczas rozprawy pani sędzia – zmęczona swoimi rutynowymi obowiązkami – decyduje o wysłaniu czworga nietuzinkowych bohaterów nad polskie morze, do pałacu w Sasinie. Senior Luxury Paradise Residence organizuje tam właśnie trzytygodniowy sezon rehabilitacyjny dla swoich pacjentów, ludzi w podeszłym wieku. Trzeba się będzie opiekować emerytami, zapewniać im rozrywki i dbać o ich komfort i bezpieczeństwo. Lepiej przyjąć taką ofertę – nie brzmi to najgorzej, zwłaszcza dla osób, które do tej pory problemów z prawem nie miewały. Najpierw zatem odbiorcy poznają kolorowe szczegóły z biografii młodocianych przestępców po to, żeby ich z miejsca polubić. Później otrzymają równie zabawny przegląd pensjonariuszy – ci pokazują, że wiek nie ma znaczenia i nawet niedogodności związane ze stanem zdrowia nie muszą być ograniczeniem. I wtedy na horyzoncie pojawia się Gertruda Florek – śledcza, która marzy o przejściu na emeryturę, słynie z ciętego języka (nie stroni od wulgaryzmów, ale na prośbę terapeuty stara się je ograniczać, przynajmniej w pisanym na potrzeby terapii pamiętniku) i nie patyczkuje się ani z przestępcami, ani ze swoimi podwładnymi. Marta Matyszczak żongluje tymi charakterami i językami bohaterów bez problemu i błyskawicznie wtrąca odbiorców w gwarne (ale nie chaotyczne) środowisko.
Pierwsze morderstwo pojawia się stosunkowo szybko, ktoś leży pod latarnią morską – trzeba zatem rozwiązać zagadkę, która jeszcze niekoniecznie wybrzmiewa jako kryminalna. Ale oczywiście – zgodnie z wymogami gatunku – tajemnica prowadzi do działań niekoniecznie zgodnych z prawem. To dopiero punkt wyjścia w książce, w której zdarzy się mnóstwo.
Ta powieść wciąga – to mało powiedziane. Marta Matyszczak przenosi swoich czytelników do nadmorskich rezydencji, pozwala pozwiedzać piękne tereny nieskażone jeszcze turystycznymi patologiami. W tle przedstawia odbiorcom motyw elektrowni atomowej, która ma zostać zbudowana w pobliżu – a to tylko jeden ze społecznych wątków poruszanych w tomie. Pojawi się tu sporo silnych emocji (w tym – sercowych dylematów), dużo autotematyzmu (autorka wprowadza nawet jako dalekoplanową postać siebie – pisarkę Martę ze sfatygowanym plecaczkiem), kilka kwestii społecznych i, jak to zawsze u Marty Matyszczak – wyczulenie na krzywdę zwierząt. Karmelek to kolejny zwierzak z prywatnej menażerii autorki, który brawurowo wkracza na strony powieści, a zachęta do przygarniania bezdomnych lub niechcianych czworonogów przekona czytelników. Jest to książka rozrywkowa, książka, która rozśmiesza i dostarcza wzruszeń. Nie ulega wątpliwości, że każdy, kto po nią sięgnie, będzie czekać na kolejną część Wakacji z mordercą.
Artur Nowicki: Auto z kapelusza. Nauka rysowania bez czarowania
Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.
Nauka jazdy
W Naszej Księgarni ukazało się polskie wydanie serii Zacznij od ziemniaczka – krótki i bardzo dowcipny kurs rysowania absolutnie wszystkiego, w którym to punktem wyjścia jest nieforemna kulka – ziemniaczek. Kto przerabiał już ziemniaczki na wszystko, teraz może poprzerabiać kapelusze na samochody. „Auto z kapelusza” to znakomita odpowiedź Artura Nowickiego na zagraniczną propozycję – kierowana przede wszystkim do małych fanów motoryzacji. I Artur Nowicki przekona dzieci między innymi tym, że odróżnia rodzaje aut – inaczej wyglądają minivany, inaczej dostawczaki, wyścigówki, pick-upy, auta elektryczne, garbusy czy kabriolety, a inaczej spychacze, betoniarki, wozy strażackie, wózki widłowe czy lokomotywy. Za każdym razem punktem wyjścia jest kapelusz, dlatego też na początek dzieci mogą poćwiczyć rysowanie kapeluszy. Gdyby ktoś miał problemy, autor proponuje całą rozkładówkę wypełnioną różnymi kształtami – można więc się przekonać, jak detale decydują o ostatecznym wyglądzie i jak niewiele potrzeba, żeby zacząć rysować. Artur Nowicki wie, że to rozrywka dostępna każdemu i przypomina, żeby nie kupować drogich przyborów – wystarczy zwykła kartka i ołówek, wszystko rozgrywa się w wyobraźni i jest efektem ćwiczeń.
Przeprowadza autor małych odbiorców przez mnóstwo maszyn – i za każdym razem najpierw mówi, jaki kapelusz trzeba narysować. Kształt, z którym poradzi sobie każde dziecko (i nie tylko dziecko) da się łatwo przerobić na samochód – i to nie byle jaki samochód, a pojazd, który będzie robił wielkie wrażenie na oglądających rysunek (a prawdopodobnie też na samych rysujących). Nagle okazuje się, że wcale nie jest trudno stworzyć maszynę z charakterem, a to prosta droga do rysowania większych form. Ten ilustrator imponuje maluchom między innymi w książkach o samochodach – więc skoro teraz mówi, jak sobie poradzić z takim wyzwaniem, warto skorzystać na jego podpowiedziach. Kapelusz zyskuje w kilku kolejnych krokach rozwinięcie – trzeba dodawać drobne wstawki, żeby uzyskać na końcu widok „prawdziwego” auta w zależności od potrzeb. Dla dzieci to nie tylko zachęta do ćwiczeń, ale też szansa na poszerzenie umiejętności. Przyda się odbiorcom taki kurs – z przymrużeniem oka, sensowny i konkretny, wyraźnie kierowany do konkretnej grupy odbiorców – do dzieci, które chcą rysować samochody (nie można tu wykluczyć, że nie tylko chłopcy zechcą po ten tomik sięgnąć).
Rysowane kroki wyjaśniają wszystko, ale od czasu do czasu autor wprowadza drobne, jednozdaniowe komentarze do kolejnych działań – tak, żeby odbiorcy nie zastanawiali się nad tym, co zostało dodane albo co właśnie dorysowali do własnego kapelusza. Żaglówka, helikopter i ufo to dodatek do tej propozycji – bo autor zawsze sięga po dowcip, za który zresztą odbiorcy go kochają. Jeśli ktoś uważa, że nie umie rysować, powinien wypróbować wskazówki zawarte w tej książce – nie pożałuje, bo kapelusze to w zasadzie gotowe samochody. Artur Nowicki uczy dzieci czarowania – i zapowiada ponowne spotkanie, można więc zacząć już kompletować serię, która zafascynuje nie tylko najmłodszych. To bardzo przyjemny poradnik, który ma potencjał na to, żeby stać się międzynarodowym bestsellerem. A wszystko dzięki odpowiedniemu pomysłowi zapewniającemu dzieci, że rysowanie nie jest trudne.
Nauka jazdy
W Naszej Księgarni ukazało się polskie wydanie serii Zacznij od ziemniaczka – krótki i bardzo dowcipny kurs rysowania absolutnie wszystkiego, w którym to punktem wyjścia jest nieforemna kulka – ziemniaczek. Kto przerabiał już ziemniaczki na wszystko, teraz może poprzerabiać kapelusze na samochody. „Auto z kapelusza” to znakomita odpowiedź Artura Nowickiego na zagraniczną propozycję – kierowana przede wszystkim do małych fanów motoryzacji. I Artur Nowicki przekona dzieci między innymi tym, że odróżnia rodzaje aut – inaczej wyglądają minivany, inaczej dostawczaki, wyścigówki, pick-upy, auta elektryczne, garbusy czy kabriolety, a inaczej spychacze, betoniarki, wozy strażackie, wózki widłowe czy lokomotywy. Za każdym razem punktem wyjścia jest kapelusz, dlatego też na początek dzieci mogą poćwiczyć rysowanie kapeluszy. Gdyby ktoś miał problemy, autor proponuje całą rozkładówkę wypełnioną różnymi kształtami – można więc się przekonać, jak detale decydują o ostatecznym wyglądzie i jak niewiele potrzeba, żeby zacząć rysować. Artur Nowicki wie, że to rozrywka dostępna każdemu i przypomina, żeby nie kupować drogich przyborów – wystarczy zwykła kartka i ołówek, wszystko rozgrywa się w wyobraźni i jest efektem ćwiczeń.
Przeprowadza autor małych odbiorców przez mnóstwo maszyn – i za każdym razem najpierw mówi, jaki kapelusz trzeba narysować. Kształt, z którym poradzi sobie każde dziecko (i nie tylko dziecko) da się łatwo przerobić na samochód – i to nie byle jaki samochód, a pojazd, który będzie robił wielkie wrażenie na oglądających rysunek (a prawdopodobnie też na samych rysujących). Nagle okazuje się, że wcale nie jest trudno stworzyć maszynę z charakterem, a to prosta droga do rysowania większych form. Ten ilustrator imponuje maluchom między innymi w książkach o samochodach – więc skoro teraz mówi, jak sobie poradzić z takim wyzwaniem, warto skorzystać na jego podpowiedziach. Kapelusz zyskuje w kilku kolejnych krokach rozwinięcie – trzeba dodawać drobne wstawki, żeby uzyskać na końcu widok „prawdziwego” auta w zależności od potrzeb. Dla dzieci to nie tylko zachęta do ćwiczeń, ale też szansa na poszerzenie umiejętności. Przyda się odbiorcom taki kurs – z przymrużeniem oka, sensowny i konkretny, wyraźnie kierowany do konkretnej grupy odbiorców – do dzieci, które chcą rysować samochody (nie można tu wykluczyć, że nie tylko chłopcy zechcą po ten tomik sięgnąć).
Rysowane kroki wyjaśniają wszystko, ale od czasu do czasu autor wprowadza drobne, jednozdaniowe komentarze do kolejnych działań – tak, żeby odbiorcy nie zastanawiali się nad tym, co zostało dodane albo co właśnie dorysowali do własnego kapelusza. Żaglówka, helikopter i ufo to dodatek do tej propozycji – bo autor zawsze sięga po dowcip, za który zresztą odbiorcy go kochają. Jeśli ktoś uważa, że nie umie rysować, powinien wypróbować wskazówki zawarte w tej książce – nie pożałuje, bo kapelusze to w zasadzie gotowe samochody. Artur Nowicki uczy dzieci czarowania – i zapowiada ponowne spotkanie, można więc zacząć już kompletować serię, która zafascynuje nie tylko najmłodszych. To bardzo przyjemny poradnik, który ma potencjał na to, żeby stać się międzynarodowym bestsellerem. A wszystko dzięki odpowiedniemu pomysłowi zapewniającemu dzieci, że rysowanie nie jest trudne.
sobota, 30 maja 2026
Christopher Brousseau, Matt Sharp: LLMs w akcji. Od modeli językowych do dochodowych produktów
Helion, Gliwice 2026.
Tworzenie bota
Nie jest to książka dla wszystkich – i to jej wielki atut, bo Christopher Brousseau i Matt Sharp zamiast koncentrować się na upowszechnianiu wiadomość o sztucznej inteligencji, mogą przejść od razu do działania i przeprowadzić programistów – posługujących się językiem Python – przez kolejne etapy tworzenia dużego modelu językowego (albo bota lub agenta) dla firmy. To umiejętność, która w najbliższej przyszłości będzie bardzo ceniona na rynku pracy, a z podręcznikiem „LLMs w akcji” pozna się wszystko od podstaw na tyle gruntownie, żeby potem radzić sobie z ewentualnymi zmianami. Dwaj autorzy są praktykami, którzy zajmowali się już zadaniem teraz rozpisywanym na detale dla odbiorców – wiedzą, co istnieje w literaturze dostępnej na rynku (anglojęzycznym wprawdzie, ale to dla czytelników nie powinno być problemem) i, co ważniejsze, jakich informacji próżno szukać. Przecierają szlaki i to, co odkryli, wprowadzają do świadomości odbiorców – tak, żeby ci nie musieli na własną rękę szukać wiadomości i w efekcie spowalniać swojej pracy. Zanim przejdą do właściwej części tomu, autorzy przyglądają się między innymi konstrukcji języka, tak, żeby czytelnicy zrozumieli, na jakich poziomach rozpatruje się „porozumienie” z botem – to wiadomości, które przydają się przy budowaniu LLMów, więc lepiej ich nie pomijać w lekturze – zresztą cała książka została skonstruowana tak, żeby przestudiować ją uważnie od deski do deski: pięćset stron wiedzy i konkretów, ale napisanych bardzo przystępnie (chociaż oczywiście – nie dla laików). Brousseau i Sharp wiedzą, z jakimi wyzwaniami zaczną się mierzyć użytkownicy, gdzie kryją się pułapki sprzętowe (i w oprogramowaniu), a także – które gałęzie rynku komputerowego nie rozwijają się zbyt szybko i pozwalają wyciągać wnioski na temat najbliższej przyszłości. Rozpracowują LLMy stopniowo i tak, żeby każda część stała się zrozumiała (nawet mimo wysokiego poziomu skomplikowania), zanim przejdzie się w lekturze dalej. Jeśli gdzieś czytelnicy mają dostęp do baz danych, bibliotek i przydatnych narzędzi – pojawia się przegląd znalezisk (z zaznaczeniem, czy to narzędzia płatne, czy dostępne za darmo – i z wypisaniem, do jakich celów nadają się najbardziej). Zdarza się jednak autorom spowolnić informację o dostępie do bibliotek – po to, żeby najpierw nauczyli się samodzielnie pracować nad tym, co niezbędne (i w ten sposób podnosili swoje kwalifikacje). Stawiają twórcy tego podręcznika na praktyczność i użyteczność: wiedzą, czego odbiorcy będą poszukiwać i przygotowują ich na funkcjonowanie na dzisiejszym rynku pracy – najbardziej obrazowym przykładem staje się tutaj wizja szefa, który pod wpływem znajomych zechce mieć własnego bota, najlepiej bez przeznaczania na niego dużych pieniędzy. Autorzy podpowiadają czytelnikom, jak się zachować w takiej sytuacji, jak ugrać sporo dla siebie – i na co się przygotować.
Kiedy już odbiorcy będą umieli stworzyć swojego bota (albo duży model językowy do firmy), przyjdzie czas na drobne uzupełnienia i ciekawostki, które już nie rozbiją toku narracji, a pozwolą na zainteresowanie tematem w większym niż użytkowy zakresie. Co ważne, pojawiają się tu regularnie listingi – fragmenty kodu z zaznaczonymi miejscami do wypełnienia – tak, żeby przećwiczyć zdobywane umiejętności, analizować kod przykładowy albo sprawdzać własne postępy. „LLMs w akcji” to książka znakomicie przygotowana – i cenna z perspektywy programistów, którzy nie boją się AI.
Tworzenie bota
Nie jest to książka dla wszystkich – i to jej wielki atut, bo Christopher Brousseau i Matt Sharp zamiast koncentrować się na upowszechnianiu wiadomość o sztucznej inteligencji, mogą przejść od razu do działania i przeprowadzić programistów – posługujących się językiem Python – przez kolejne etapy tworzenia dużego modelu językowego (albo bota lub agenta) dla firmy. To umiejętność, która w najbliższej przyszłości będzie bardzo ceniona na rynku pracy, a z podręcznikiem „LLMs w akcji” pozna się wszystko od podstaw na tyle gruntownie, żeby potem radzić sobie z ewentualnymi zmianami. Dwaj autorzy są praktykami, którzy zajmowali się już zadaniem teraz rozpisywanym na detale dla odbiorców – wiedzą, co istnieje w literaturze dostępnej na rynku (anglojęzycznym wprawdzie, ale to dla czytelników nie powinno być problemem) i, co ważniejsze, jakich informacji próżno szukać. Przecierają szlaki i to, co odkryli, wprowadzają do świadomości odbiorców – tak, żeby ci nie musieli na własną rękę szukać wiadomości i w efekcie spowalniać swojej pracy. Zanim przejdą do właściwej części tomu, autorzy przyglądają się między innymi konstrukcji języka, tak, żeby czytelnicy zrozumieli, na jakich poziomach rozpatruje się „porozumienie” z botem – to wiadomości, które przydają się przy budowaniu LLMów, więc lepiej ich nie pomijać w lekturze – zresztą cała książka została skonstruowana tak, żeby przestudiować ją uważnie od deski do deski: pięćset stron wiedzy i konkretów, ale napisanych bardzo przystępnie (chociaż oczywiście – nie dla laików). Brousseau i Sharp wiedzą, z jakimi wyzwaniami zaczną się mierzyć użytkownicy, gdzie kryją się pułapki sprzętowe (i w oprogramowaniu), a także – które gałęzie rynku komputerowego nie rozwijają się zbyt szybko i pozwalają wyciągać wnioski na temat najbliższej przyszłości. Rozpracowują LLMy stopniowo i tak, żeby każda część stała się zrozumiała (nawet mimo wysokiego poziomu skomplikowania), zanim przejdzie się w lekturze dalej. Jeśli gdzieś czytelnicy mają dostęp do baz danych, bibliotek i przydatnych narzędzi – pojawia się przegląd znalezisk (z zaznaczeniem, czy to narzędzia płatne, czy dostępne za darmo – i z wypisaniem, do jakich celów nadają się najbardziej). Zdarza się jednak autorom spowolnić informację o dostępie do bibliotek – po to, żeby najpierw nauczyli się samodzielnie pracować nad tym, co niezbędne (i w ten sposób podnosili swoje kwalifikacje). Stawiają twórcy tego podręcznika na praktyczność i użyteczność: wiedzą, czego odbiorcy będą poszukiwać i przygotowują ich na funkcjonowanie na dzisiejszym rynku pracy – najbardziej obrazowym przykładem staje się tutaj wizja szefa, który pod wpływem znajomych zechce mieć własnego bota, najlepiej bez przeznaczania na niego dużych pieniędzy. Autorzy podpowiadają czytelnikom, jak się zachować w takiej sytuacji, jak ugrać sporo dla siebie – i na co się przygotować.
Kiedy już odbiorcy będą umieli stworzyć swojego bota (albo duży model językowy do firmy), przyjdzie czas na drobne uzupełnienia i ciekawostki, które już nie rozbiją toku narracji, a pozwolą na zainteresowanie tematem w większym niż użytkowy zakresie. Co ważne, pojawiają się tu regularnie listingi – fragmenty kodu z zaznaczonymi miejscami do wypełnienia – tak, żeby przećwiczyć zdobywane umiejętności, analizować kod przykładowy albo sprawdzać własne postępy. „LLMs w akcji” to książka znakomicie przygotowana – i cenna z perspektywy programistów, którzy nie boją się AI.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






