Znak, Kraków 2026.
Co obrzydza
Marek Maruszczak najpierw wyrobił sobie markę w internecie, a później podbił rynek tradycyjnych publikacji – pojawia się właśnie trzeci poradnik dotyczący tym razem nie zwierząt i nie ptaków, a „robaków i innych takich” – czyli ślimaków, owadów, robaków faktycznych, pająków i innych stworzeń, na widok których człowiek może wydawać okrzyk obrzydzenia albo uciekać jak najdalej – a które inny człowiek chce obejrzeć z bliska i warto byłoby wiedzieć, czy zostanie za nadmierną ciekawość ukąszony, czy też niewiele mu grozi. „Głupie robaki i inne takie Polski”, czyli, jak głosi podtytuł, „Przewodnik świadomego obserwatora” to trochę okazja, żeby dowiedzieć się, co możemy spotkać w ogródku, w domu, na spacerze albo przy oknie – a bardzo – żeby się pośmiać. Bo Marek Maruszczak na szczęście nie rezygnuje ze swojego zgryźliwego stylu i z nadużywania ironii wszędzie tam, gdzie da się humorystycznie skomentować obiekt obserwacji. Długość poszczególnych artykułów dostosowana jest do potencjalnego stopnia zainteresowania odbiorców owadem, robakiem albo innymi – i trochę zestawem ciekawostek na jego temat. Można się tu dowiedzieć, jak rozpoznać dane stworzenie, czym się charakteryzuje i jakie ma znaczenie dla ekosystemu albo dla gospodarstwa domowego. Co ciekawe, samych owadów jest tu właściwie niezbyt wiele – autor koncentruje się na tych najbardziej popularnych lub najbardziej przerażających, kiedy zalęgną się w domach – nie zmusza Marek Maruszczak do biegania po krzakach i wypatrywania w chaszczach insektów – na razie do tego ewentualnie przygotowuje. Tłumaczy odbiorcom, co muszą zrobić, żeby owady nie czmychały im sprzed obiektywu i żeby nie dać się użreć w miarę możliwości. Każdy bohater tej książki ma tu zestaw ciekawostek zaprezentowany jak dawniej zwierzęta i ptaki – bez względu na stopień „obrzydliwości”, nie ma rezygnowania z przedstawiania niektórych faktów – liczy się komizm, nawet jeśli potrzebny do niego będzie humor niższych lotów. I tu właśnie przydaje się zamiłowanie Maruszczaka do ironii – bo ona podnosi jakość żartów i sprawia, że nie mamy do czynienia wyłącznie z prostymi skojarzeniami. Rzadko kto umie tak dobrze przekładać język nauki na zabawę – i do tego akcentować coś, co zawsze zadziwia, czyli tendencje do komplikowania onomastyki wśród entomologów. Maruszczak kieruje się do wszystkich zainteresowanych mikroświatami – ale niekoniecznie do mocno zaawansowanych w obserwowaniu owadów – ci mogą wręcz być rozczarowani, że nie znalazło się tu miejsce na tysiące kolejnych gatunków, niekoniecznie pchających się drzwiami i oknami do domu.
Jest to książka bardzo kolorowa, Nastia Juriewicz pojawia się nie tylko jako ilustratorka zmuszana do przyglądania się insektom w treści notek, ale też jako autorka barwnych ilustracji prezentujących kolejnych bohaterów. To okazja do uświadomienia czytelnikom, czego nie zobaczą, co zobaczą, jeśli się bardzo postarają, albo co widzą zbyt często. Oczywiście jest tu też metryczka z charakterystycznym „widziałem drania” do odznaczenia na stronie i z odpowiedzią na najbardziej interesujący czytelników temat – czyli „czy może mnie użreć”. Zdarza się, że może zrobić znacznie gorsze rzeczy.
Jest to bardzo miłe dopełnienie serii, coś co spodoba się czytelnikom pragnącym ambitnej rozrywki – spora dawka lektury, której nie da się pochłonąć za jednym zamachem – coś w sam raz, żeby odkrywać to po kawałku i cieszyć się kolejnymi komicznymi opisami.
tu-czytam
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
niedziela, 2 sierpnia 2026
sobota, 1 sierpnia 2026
Lucy Score: Dawne błędy w Story Lake
Gorzka Czekolada, Media Rodzina, Poznań 2026.
Literatura
Lucy Score celuje w romansowych trylogiach, w których temat seksu zostaje potraktowany z humorem a liczne stereotypy i powtarzalne rozwiązania scenariuszowe przestają razić dzięki lekkiemu podejściu do pożądania. U Lucy Score zawsze na finał jest bajkowe „i żyli długo i szczęśliwie”, a ponieważ bohaterowie zaangażowani w romans prowadzą narrację na przemian, nie ma mowy o pomyłce. Dodatkowo są zarysowani już we wcześniejszej części, tak, żeby czytelniczki mogły się zawczasu przygotować na kibicowanie kolejnej parze. Po „Nowym rozdziale w Story Lake” nie było wątpliwości, że kolejny opisany związek będzie historią Zoey – znerwicowanej agentki literackiej Hazel – oraz Gage’a, jednego z trzech braci Bishop – maksymalnie przystojnych i hojnie obdarowanych przez naturę. Nie liczy się to, co oczywiste: płomienny romans i pożądanie bijące ze stron, a sposób prowadzenia narracji. Bo Lucy Score bawi się sytuacjami i scenkami, sprawiając, że do jej rozbudowanych książek czytelniczki po prostu będą chciały wracać.
Zoey nie chce związków, natomiast nie ma nic przeciwko niezobowiązującym przygodom na jedną noc. Ma to przyczynę głęboko w jej kompleksach płynących bezpośrednio z niezdiagnozowanego ADHD. Kobieta jest uosobieniem chaosu. Gage z kolei szuka stałości i nie ma zamiaru wdawać się w żadne przygody – to mężczyzna, który wie, jak postępować i nie interesuje się tanimi podrywami. Enemies to lovers w wersji małomiasteczkowej rozpoczyna się znowu małym trzęsieniem ziemi – bo Zoey wpada pod furgonetkę prowadzoną przez Gage’a – ale jest tu również od samego początku mnóstwo humorystycznych motywów. Cechą charakterystyczną dla Lucy Score jest tworzenie wyjątkowych wydarzeń składających się na charakterystykę miejsca. W Story Lake przybyszy terroryzuje orzeł (który ma na imię Gąsior), a rozmaici mieszkańcy mają jasno określone i komiczne wady. Przeważnie rozstrzygają wszystko, co dotyczy miasteczka, przez głosowanie, a jeśli nie zgadzają się z czyimś zdaniem – korzystają z możliwości obrzucenia go pieczonymi ziemniakami. Dzieje się tu zatem mnóstwo nie tylko między głównymi bohaterami, ale też w tle. I to na wielu poziomach w tle: ZOey przecież wciąż jest zaangażowana w promocję książki Hazel, z kolei bracia Bishop i ich jeżdżąca na wózku siostra żyją jeszcze sprawą z przeszłości – wydarzeniem, które skończyło się niepełnosprawnością Laury i śmiercią jej męża. Wszystko po to, żeby odwlekanie łóżkowych przygód (i naiwność płomiennego romansu) można było rozwlec w czasie, a czytelnicy się nie nudzili podczas lektury.
Prawdziwą siłą w narracjach Lucy Score jest bezpruderyjność połączona z żartem. Tu dialogi często są pikantne, sceny pozwalające przyspieszyć odrobinę dążenie bohaterów ku sobie – wręcz nieprawdopodobne, ale zwykle komiczne. Dzięki temu czytelniczki nie otrzymują romansu na poważnie, mogą za to bawić się damsko-męskimi przepychankami i frywolnością. Jest tu naprawdę dużo scenek napisanych dla śmiechu – i pozwalających na rozrywkę. To właśnie dzięki tym pomysłom Lucy Score stale rozbudowuje sobie grono wiernych fanek – to one sprawiają, że powieści nie tylko z trylogii o Story Lake są takie wyjątkowe, chociaż od początku wiadomo, co się w nich wydarzy. Tu można otwarcie mówić rzeczy, które normalnie się tabuizuje i wprowadzać żarty seksualne na poziomie – a nie pornograficzne. Warto sprawdzić, co dzieje się w Story Lake.
Literatura
Lucy Score celuje w romansowych trylogiach, w których temat seksu zostaje potraktowany z humorem a liczne stereotypy i powtarzalne rozwiązania scenariuszowe przestają razić dzięki lekkiemu podejściu do pożądania. U Lucy Score zawsze na finał jest bajkowe „i żyli długo i szczęśliwie”, a ponieważ bohaterowie zaangażowani w romans prowadzą narrację na przemian, nie ma mowy o pomyłce. Dodatkowo są zarysowani już we wcześniejszej części, tak, żeby czytelniczki mogły się zawczasu przygotować na kibicowanie kolejnej parze. Po „Nowym rozdziale w Story Lake” nie było wątpliwości, że kolejny opisany związek będzie historią Zoey – znerwicowanej agentki literackiej Hazel – oraz Gage’a, jednego z trzech braci Bishop – maksymalnie przystojnych i hojnie obdarowanych przez naturę. Nie liczy się to, co oczywiste: płomienny romans i pożądanie bijące ze stron, a sposób prowadzenia narracji. Bo Lucy Score bawi się sytuacjami i scenkami, sprawiając, że do jej rozbudowanych książek czytelniczki po prostu będą chciały wracać.
Zoey nie chce związków, natomiast nie ma nic przeciwko niezobowiązującym przygodom na jedną noc. Ma to przyczynę głęboko w jej kompleksach płynących bezpośrednio z niezdiagnozowanego ADHD. Kobieta jest uosobieniem chaosu. Gage z kolei szuka stałości i nie ma zamiaru wdawać się w żadne przygody – to mężczyzna, który wie, jak postępować i nie interesuje się tanimi podrywami. Enemies to lovers w wersji małomiasteczkowej rozpoczyna się znowu małym trzęsieniem ziemi – bo Zoey wpada pod furgonetkę prowadzoną przez Gage’a – ale jest tu również od samego początku mnóstwo humorystycznych motywów. Cechą charakterystyczną dla Lucy Score jest tworzenie wyjątkowych wydarzeń składających się na charakterystykę miejsca. W Story Lake przybyszy terroryzuje orzeł (który ma na imię Gąsior), a rozmaici mieszkańcy mają jasno określone i komiczne wady. Przeważnie rozstrzygają wszystko, co dotyczy miasteczka, przez głosowanie, a jeśli nie zgadzają się z czyimś zdaniem – korzystają z możliwości obrzucenia go pieczonymi ziemniakami. Dzieje się tu zatem mnóstwo nie tylko między głównymi bohaterami, ale też w tle. I to na wielu poziomach w tle: ZOey przecież wciąż jest zaangażowana w promocję książki Hazel, z kolei bracia Bishop i ich jeżdżąca na wózku siostra żyją jeszcze sprawą z przeszłości – wydarzeniem, które skończyło się niepełnosprawnością Laury i śmiercią jej męża. Wszystko po to, żeby odwlekanie łóżkowych przygód (i naiwność płomiennego romansu) można było rozwlec w czasie, a czytelnicy się nie nudzili podczas lektury.
Prawdziwą siłą w narracjach Lucy Score jest bezpruderyjność połączona z żartem. Tu dialogi często są pikantne, sceny pozwalające przyspieszyć odrobinę dążenie bohaterów ku sobie – wręcz nieprawdopodobne, ale zwykle komiczne. Dzięki temu czytelniczki nie otrzymują romansu na poważnie, mogą za to bawić się damsko-męskimi przepychankami i frywolnością. Jest tu naprawdę dużo scenek napisanych dla śmiechu – i pozwalających na rozrywkę. To właśnie dzięki tym pomysłom Lucy Score stale rozbudowuje sobie grono wiernych fanek – to one sprawiają, że powieści nie tylko z trylogii o Story Lake są takie wyjątkowe, chociaż od początku wiadomo, co się w nich wydarzy. Tu można otwarcie mówić rzeczy, które normalnie się tabuizuje i wprowadzać żarty seksualne na poziomie – a nie pornograficzne. Warto sprawdzić, co dzieje się w Story Lake.
piątek, 31 lipca 2026
Marisa Meltzer: It girl. Historia Jane Birkin
Marginesy, Warszawa 2026.
Przyjazd
Marisa Meltzer przyznaje, że najbardziej interesuje ją wszystko, co francuskie. I z tego frankofilskiego punktu wyjścia dociera do pomysłu na biografię Jane Birkin, a właściwie nie tyle na biografię jako rejestr wydarzeń z życia znanej postaci co na zestaw ciekawostek i anegdot składających się na wyjątkowy portret. Jane Birkin jest interesująca wtedy, kiedy sama kreuje rzeczywistość wokół siebie, kiedy buduje własną legendę i kiedy szuka pomysłu na siebie – przekonując otoczenie, że wcale nie udaje. „It girl. Historia Jane Birkin” to zatem książka dla fanów artystki, ale też dla wszystkich zainteresowanych różnymi aspektami funkcjonowania jej w kontekście społeczno-obyczajowym i na pograniczu dwóch kultur. Jane Birkin jako Brytyjka – czy bardziej precyzyjnie, Angielka – w zasadzie nie byłaby interesująca. Ale połączenie autokreacji z możliwościami, jakie zapewnia Francja to już coś innego – i na tym właśnie koncentruje się Marisa Meltzer, kiedy chce zaskoczyć czytelników przenikliwym i intrygującym wizerunkiem.
Interesuje ją Jane Birkin jako ikona mody i stylu – bez względu na historię, jaką po sobie postawiła. Nie przez przypadek startuje ta opowieść od modelu torebki nazwanej „birkin” – przez długi czas autorka podąża z swoją bohaterką, odnotowując koszyki, które ta nosi (i ich zawartość). Zdarza się komentowanie strojów, w tym tych najbardziej wyzywających czy odważnych – fryzury i makijażu na różnych etapach życia. To sposób Meltzer na prezentowanie metamorfoz u Birkin. O uwagę czytelników walczy też Meltzer za sprawą relacji towarzyskich i życia uczuciowego Jane. Bohaterka jest tu obserwowana w kolejnych małżeństwach, szuka się typowego dla niej schematu w poszukiwaniu partnera – Birkin nie potrafi żyć jako singielka, musi zawsze przebywać w pobliżu kogoś silniejszego, a to oznacza, że chociaż sama traktowana jest jako ikona, w życiu prywatnym nie potrafi zdobyć się na odwagę decydowania o sobie. Kontrapunktem dla tego wizerunku stają się wszelkiego rodzaju odejścia od rutyny i od powszechnie przyjętych zasad prowadzenia domu. Jet tu Jane Birkin imprezowiczka, której rytm dobowy daleki jest od zwyczajów matek. Ale jest też kobieta, w której córki mogą znaleźć oparcie. Marisa Meltzer czasami odwołuje się do pracy twórczej – tym chętniej, im bardziej powiązana jest ona z kolejnymi mężczyznami w życiu Birkin – częściej jednak szuka przepisu na Birkin w jej życiu osobistym i relacji z najbliższymi. To intymny portret pozbawiony szablonowości i wpasowywania się w panujące zwyczaje – Jane Birkin została tu uchwycona jako postać wyjątkowa i odważna, wolna od jakichkolwiek ograniczeń. Jest ta książka ciekawie napisana, tak, żeby czytelnicy mogli wypracować sobie wizerunek Jane Birkin daleki od encyklopedycznych notatek i suchych, schematycznych biograficznych treści. To książka, która tętni życiem, kipi od emocji i pozwala zaprzyjaźnić się z bohaterką. Nie da się oderwać od tego tomu – tu najbardziej liczy się możliwość podglądania Jane Birkin w jej życiowych wyborach i decyzjach niekoniecznie popularnych, za to bronionych do końca. „It girl” to także pokazanie czytelnikom, że można stworzyć nieszablonową opowieść o ikonie.
Przyjazd
Marisa Meltzer przyznaje, że najbardziej interesuje ją wszystko, co francuskie. I z tego frankofilskiego punktu wyjścia dociera do pomysłu na biografię Jane Birkin, a właściwie nie tyle na biografię jako rejestr wydarzeń z życia znanej postaci co na zestaw ciekawostek i anegdot składających się na wyjątkowy portret. Jane Birkin jest interesująca wtedy, kiedy sama kreuje rzeczywistość wokół siebie, kiedy buduje własną legendę i kiedy szuka pomysłu na siebie – przekonując otoczenie, że wcale nie udaje. „It girl. Historia Jane Birkin” to zatem książka dla fanów artystki, ale też dla wszystkich zainteresowanych różnymi aspektami funkcjonowania jej w kontekście społeczno-obyczajowym i na pograniczu dwóch kultur. Jane Birkin jako Brytyjka – czy bardziej precyzyjnie, Angielka – w zasadzie nie byłaby interesująca. Ale połączenie autokreacji z możliwościami, jakie zapewnia Francja to już coś innego – i na tym właśnie koncentruje się Marisa Meltzer, kiedy chce zaskoczyć czytelników przenikliwym i intrygującym wizerunkiem.
Interesuje ją Jane Birkin jako ikona mody i stylu – bez względu na historię, jaką po sobie postawiła. Nie przez przypadek startuje ta opowieść od modelu torebki nazwanej „birkin” – przez długi czas autorka podąża z swoją bohaterką, odnotowując koszyki, które ta nosi (i ich zawartość). Zdarza się komentowanie strojów, w tym tych najbardziej wyzywających czy odważnych – fryzury i makijażu na różnych etapach życia. To sposób Meltzer na prezentowanie metamorfoz u Birkin. O uwagę czytelników walczy też Meltzer za sprawą relacji towarzyskich i życia uczuciowego Jane. Bohaterka jest tu obserwowana w kolejnych małżeństwach, szuka się typowego dla niej schematu w poszukiwaniu partnera – Birkin nie potrafi żyć jako singielka, musi zawsze przebywać w pobliżu kogoś silniejszego, a to oznacza, że chociaż sama traktowana jest jako ikona, w życiu prywatnym nie potrafi zdobyć się na odwagę decydowania o sobie. Kontrapunktem dla tego wizerunku stają się wszelkiego rodzaju odejścia od rutyny i od powszechnie przyjętych zasad prowadzenia domu. Jet tu Jane Birkin imprezowiczka, której rytm dobowy daleki jest od zwyczajów matek. Ale jest też kobieta, w której córki mogą znaleźć oparcie. Marisa Meltzer czasami odwołuje się do pracy twórczej – tym chętniej, im bardziej powiązana jest ona z kolejnymi mężczyznami w życiu Birkin – częściej jednak szuka przepisu na Birkin w jej życiu osobistym i relacji z najbliższymi. To intymny portret pozbawiony szablonowości i wpasowywania się w panujące zwyczaje – Jane Birkin została tu uchwycona jako postać wyjątkowa i odważna, wolna od jakichkolwiek ograniczeń. Jest ta książka ciekawie napisana, tak, żeby czytelnicy mogli wypracować sobie wizerunek Jane Birkin daleki od encyklopedycznych notatek i suchych, schematycznych biograficznych treści. To książka, która tętni życiem, kipi od emocji i pozwala zaprzyjaźnić się z bohaterką. Nie da się oderwać od tego tomu – tu najbardziej liczy się możliwość podglądania Jane Birkin w jej życiowych wyborach i decyzjach niekoniecznie popularnych, za to bronionych do końca. „It girl” to także pokazanie czytelnikom, że można stworzyć nieszablonową opowieść o ikonie.
czwartek, 30 lipca 2026
Agnieszka Krawczyk: W cztery strony szczęścia
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2026.
Vintage
Nie ma szczęścia bez konieczności walki o własne marzenia, nie ma szans na spełnienie, kiedy realizuje się wyłącznie oczekiwania innych. W Klubie Dobrych Przyjaciół to właśnie Agnieszka Krawczyk próbuje czytelniczkom przekazać. Pierwszy tom nowej serii – „W cztery strony szczęścia” to propozycja dla wszystkich, którzy lubią odchodzenie od rutyny na rzecz znalezienia własnego miejsca na świecie. Akcja toczy się tu w Krakowie i można tę książkę potraktować wręcz jako przewodnik po klimatycznych miejscach cenionych przez bohaterów. Nie może być inaczej, skoro dwaj bracia – Marcel i Nikodem – prowadzą podkast o mrocznych i tajemniczych zakątkach Krakowa. Realizują się w ten sposób, biorą udział w konkursach dla internetowych twórców i mogą znajdować czas na własne pasje – na przykład prowadzenie sklepu ze starymi płytami. Jeden z braci jest odludkiem i introwertykiem, niespecjalnie chce zmieniać się dla kogokolwiek – i może właśnie dlatego wciąż jest sam. Sytuacja jednak zmienia się, gdy musi zacząć działać w obronie własnych pomysłów – i dla dobra bliskich. Agnieszka Krawczyk w zasadzie od razu wstrzela czytelników w sedno wydarzeń: rozpoczyna się od małego trzęsienia ziemi, bo lokalny hotelarz, u którego bracia kręcili odcinek o nawiedzonych miejscach, na początku cieszył się z rozgłosu, a później zaczął grozić pozwem i zniszczeniem podkastu. Z pieniaczami trzeba działać ostrożnie, a jednocześnie nie wolno dopuścić do eskalacji żądań. Na szczęście w pobliżu czuwa pani Jola, bibliotekarka, która niejedno wiedziała i często służy pomocą przy gromadzeniu ciekawostek o Krakowie. To ona zna Sandrę, znakomitą prawniczkę, która w podobnych sytuacjach nie traci głowy – wie, jak działać, żeby nie doprowadzić do najgorszego. Sandra z kolei przyjaźni się z Niną – kobietą po dramatycznym rozstaniu z niewiernym partnerem. Piątka bohaterów będzie działać razem – i to twórczo. Trzeba bowiem wymyślić konkursowe nagranie, a do tego może się przydać tajemnicza szkatułka z pierścionkiem znaleziona na targu staroci. Nikodem i Marcel chcieliby przedstawić śledztwo w jak najbardziej intrygujący dla swoich odbiorców sposób – ale nie ulega wątpliwości, że mają na głowach zupełnie inne tematy.
„W cztery strony szczęścia” to kilka historii splecionych w jedną. Agnieszka Krawczyk wprawdzie sięga tu po nowe media i zainteresowania, których do tej pory w obyczajówkach raczej nie można było znaleźć, ale w gruncie rzeczy pozostaje bardzo staroświecka, zagląda do miejsc, które wcale nie kojarzą się z postępem i codziennym pośpiechem, raczej – pozwalają odetchnąć i obudzić tęsknotę za przeszłością. Doskonale czuje się w sklepach z odzieżą używaną i w bibliotece, przekonuje swoich czytelników, żeby docenili zarówno urok starych książek i ubrań w świetnym gatunku, jak i miejsc przynoszących wytchnienie. Dzięki temu może wprowadzać do egzystencji bohaterów dość burzliwe sytuacje. To jest książka o poszukiwaniu szczęścia i o odzyskiwaniu równowagi duchowej czy uczuciowej dzięki odpowiedniemu towarzystwu i zajęciom, które wymuszają kreatywność. Sporo w niej informacji o krakowskich zaułkach, a autorka zadbała o to, żeby czytelnicy mieli komu kibicować. Jest w tej powieści miejsce na oddech, jest też zestaw życiowych dramatów, które prowadzą w nieoczekiwanych kierunkach – jak zwykle Agnieszka Krawczyk dostarcza odbiorcom wielu urozmaiconych wrażeń.
Vintage
Nie ma szczęścia bez konieczności walki o własne marzenia, nie ma szans na spełnienie, kiedy realizuje się wyłącznie oczekiwania innych. W Klubie Dobrych Przyjaciół to właśnie Agnieszka Krawczyk próbuje czytelniczkom przekazać. Pierwszy tom nowej serii – „W cztery strony szczęścia” to propozycja dla wszystkich, którzy lubią odchodzenie od rutyny na rzecz znalezienia własnego miejsca na świecie. Akcja toczy się tu w Krakowie i można tę książkę potraktować wręcz jako przewodnik po klimatycznych miejscach cenionych przez bohaterów. Nie może być inaczej, skoro dwaj bracia – Marcel i Nikodem – prowadzą podkast o mrocznych i tajemniczych zakątkach Krakowa. Realizują się w ten sposób, biorą udział w konkursach dla internetowych twórców i mogą znajdować czas na własne pasje – na przykład prowadzenie sklepu ze starymi płytami. Jeden z braci jest odludkiem i introwertykiem, niespecjalnie chce zmieniać się dla kogokolwiek – i może właśnie dlatego wciąż jest sam. Sytuacja jednak zmienia się, gdy musi zacząć działać w obronie własnych pomysłów – i dla dobra bliskich. Agnieszka Krawczyk w zasadzie od razu wstrzela czytelników w sedno wydarzeń: rozpoczyna się od małego trzęsienia ziemi, bo lokalny hotelarz, u którego bracia kręcili odcinek o nawiedzonych miejscach, na początku cieszył się z rozgłosu, a później zaczął grozić pozwem i zniszczeniem podkastu. Z pieniaczami trzeba działać ostrożnie, a jednocześnie nie wolno dopuścić do eskalacji żądań. Na szczęście w pobliżu czuwa pani Jola, bibliotekarka, która niejedno wiedziała i często służy pomocą przy gromadzeniu ciekawostek o Krakowie. To ona zna Sandrę, znakomitą prawniczkę, która w podobnych sytuacjach nie traci głowy – wie, jak działać, żeby nie doprowadzić do najgorszego. Sandra z kolei przyjaźni się z Niną – kobietą po dramatycznym rozstaniu z niewiernym partnerem. Piątka bohaterów będzie działać razem – i to twórczo. Trzeba bowiem wymyślić konkursowe nagranie, a do tego może się przydać tajemnicza szkatułka z pierścionkiem znaleziona na targu staroci. Nikodem i Marcel chcieliby przedstawić śledztwo w jak najbardziej intrygujący dla swoich odbiorców sposób – ale nie ulega wątpliwości, że mają na głowach zupełnie inne tematy.
„W cztery strony szczęścia” to kilka historii splecionych w jedną. Agnieszka Krawczyk wprawdzie sięga tu po nowe media i zainteresowania, których do tej pory w obyczajówkach raczej nie można było znaleźć, ale w gruncie rzeczy pozostaje bardzo staroświecka, zagląda do miejsc, które wcale nie kojarzą się z postępem i codziennym pośpiechem, raczej – pozwalają odetchnąć i obudzić tęsknotę za przeszłością. Doskonale czuje się w sklepach z odzieżą używaną i w bibliotece, przekonuje swoich czytelników, żeby docenili zarówno urok starych książek i ubrań w świetnym gatunku, jak i miejsc przynoszących wytchnienie. Dzięki temu może wprowadzać do egzystencji bohaterów dość burzliwe sytuacje. To jest książka o poszukiwaniu szczęścia i o odzyskiwaniu równowagi duchowej czy uczuciowej dzięki odpowiedniemu towarzystwu i zajęciom, które wymuszają kreatywność. Sporo w niej informacji o krakowskich zaułkach, a autorka zadbała o to, żeby czytelnicy mieli komu kibicować. Jest w tej powieści miejsce na oddech, jest też zestaw życiowych dramatów, które prowadzą w nieoczekiwanych kierunkach – jak zwykle Agnieszka Krawczyk dostarcza odbiorcom wielu urozmaiconych wrażeń.
środa, 29 lipca 2026
Łukasz Modelski: Paprykarz z prodiża. Dzieciństwo w kuchni PRL
Mando, Kraków 2026.
Smaki
Akurat „Paprykarza z prodiża” raczej nikt z dorastających w PRL-u kojarzyć nie będzie, ale aliteracja w tytule ma po prostu przyciągać uwagę wszystkich poszukujących ciekawych smaków – lub tych, którzy kierują się sentymentem do minionych czasów. Łukasz Modelski tworzy esej, który – przesycony fotografiami z przeszłości – ma pokazywać nie tylko kulinarne przyzwyczajenia Polaków z drugiej połowy XX wieku, ale też zestaw możliwości i ograniczeń, z jakimi mierzyli się wszyscy. Łukasz Modelski przeprowadza czytelników przez różne posiłki (i różne okoliczności ich spożywania). Sprawdza między innymi, co zapamiętały dzieci z przysmaków, które mogły kupić za niewielkie kieszonkowe, ale interesuje go też między innymi, jak świętowano, co można było znaleźć w barach mlecznych, które fragmenty znanych filmów wiązały się z satyrycznym odzwierciedleniem rzeczywistości, jak rozwiązywało się problemy z brakami na rynku, a nawet – co pojawiało się w książkach kucharskich. Przez tematy przechodzi płynnie, prezentując kolejne odkrycia i przystanki w dążeniu do przypominania smaków. Prodiż pojawia się przede wszystkim jako narzędzie do pieczenia ciast, ale zyskuje też nietypowe porównania – i kojarzy się z rodzinnymi spotkaniami. Nawet opakowania kolejnych produktów spożywczych mają tu znaczenie i przynoszą konkretne wspomnienia. W zasadzie każdy z tych tematów, które autor porusza, nadawałyby się na duży, rozbudowany rozdział pracy popularnonaukowej – ale tak naprawdę Modelskiemu zależy raczej przede wszystkim na nawiązaniu porozumienia z odbiorcami. To książka bazująca na sentymentach i na wspólnocie doświadczeń – wielu odbiorców znajdzie tutaj swoje ulubione smaki i motywy, wielu zastanowi się, dlaczego nie pojawiło się coś dla nich istotnego – albo powraca tylko na marginesie. Bo wybór siłą rzeczy musi być subiektywny, przynajmniej w niektórych zagadnieniach. Łukasz Modelski stara się do tematu jedzenia podchodzić kompleksowo. Interesują go oryginalne smaki, produkty, które w mrokach dziejów zniknęły, „dziwne” pomysły i odkrycia i cała kultura przygotowywania posiłków. Przypomina, czym delektowali się kiedyś najmłodsi – i co kompletnie im obrzydło na przykład przez szkolne stołówki. Naświetla też rozbieżności między posiłkami przygotowywanymi w domu i tymi samymi daniami, które można było kupić. To wszystko dla odbiorców, którzy w PRL się wychowywali – albo dla tych, którzy chcieliby zrozumieć starsze pokolenie i pojąć sens niektórych przynajmniej ich wspomnień.
Jest to książka wielowymiarowa, znajdą się w niej ciekawostki w rodzaju maszyny do sprawdzania jajek – ale to przede wszystkim opowieść o ludziach, którzy musieli stawiać czoło licznym wyzwaniom. Od czasu do czasu konkretne danie lub napój staje się punktem wyjścia do rozmaitych gier, zabaw czy spotkań – i to również autor odnotowuje, w efekcie uzyskując książkę wypełnioną ciekawostkami społecznymi i obyczajowymi. Jest to publikacja, obok której dzieci PRL-u nie przejdą obojętnie – i właśnie w tym celu stworzona. Autor nie będzie bowiem dążył do skompletowania wszystkich smaków PRL-u – ale znajduje ich naprawdę dużo i równie dużo odniesień pozakulinarnych dla nich ma w zanadrzu. Przypomni czytelnikom parę tematów, które z pewnością zasługują na ocalenie i na opowiadanie o nich młodszym pokoleniom.
Smaki
Akurat „Paprykarza z prodiża” raczej nikt z dorastających w PRL-u kojarzyć nie będzie, ale aliteracja w tytule ma po prostu przyciągać uwagę wszystkich poszukujących ciekawych smaków – lub tych, którzy kierują się sentymentem do minionych czasów. Łukasz Modelski tworzy esej, który – przesycony fotografiami z przeszłości – ma pokazywać nie tylko kulinarne przyzwyczajenia Polaków z drugiej połowy XX wieku, ale też zestaw możliwości i ograniczeń, z jakimi mierzyli się wszyscy. Łukasz Modelski przeprowadza czytelników przez różne posiłki (i różne okoliczności ich spożywania). Sprawdza między innymi, co zapamiętały dzieci z przysmaków, które mogły kupić za niewielkie kieszonkowe, ale interesuje go też między innymi, jak świętowano, co można było znaleźć w barach mlecznych, które fragmenty znanych filmów wiązały się z satyrycznym odzwierciedleniem rzeczywistości, jak rozwiązywało się problemy z brakami na rynku, a nawet – co pojawiało się w książkach kucharskich. Przez tematy przechodzi płynnie, prezentując kolejne odkrycia i przystanki w dążeniu do przypominania smaków. Prodiż pojawia się przede wszystkim jako narzędzie do pieczenia ciast, ale zyskuje też nietypowe porównania – i kojarzy się z rodzinnymi spotkaniami. Nawet opakowania kolejnych produktów spożywczych mają tu znaczenie i przynoszą konkretne wspomnienia. W zasadzie każdy z tych tematów, które autor porusza, nadawałyby się na duży, rozbudowany rozdział pracy popularnonaukowej – ale tak naprawdę Modelskiemu zależy raczej przede wszystkim na nawiązaniu porozumienia z odbiorcami. To książka bazująca na sentymentach i na wspólnocie doświadczeń – wielu odbiorców znajdzie tutaj swoje ulubione smaki i motywy, wielu zastanowi się, dlaczego nie pojawiło się coś dla nich istotnego – albo powraca tylko na marginesie. Bo wybór siłą rzeczy musi być subiektywny, przynajmniej w niektórych zagadnieniach. Łukasz Modelski stara się do tematu jedzenia podchodzić kompleksowo. Interesują go oryginalne smaki, produkty, które w mrokach dziejów zniknęły, „dziwne” pomysły i odkrycia i cała kultura przygotowywania posiłków. Przypomina, czym delektowali się kiedyś najmłodsi – i co kompletnie im obrzydło na przykład przez szkolne stołówki. Naświetla też rozbieżności między posiłkami przygotowywanymi w domu i tymi samymi daniami, które można było kupić. To wszystko dla odbiorców, którzy w PRL się wychowywali – albo dla tych, którzy chcieliby zrozumieć starsze pokolenie i pojąć sens niektórych przynajmniej ich wspomnień.
Jest to książka wielowymiarowa, znajdą się w niej ciekawostki w rodzaju maszyny do sprawdzania jajek – ale to przede wszystkim opowieść o ludziach, którzy musieli stawiać czoło licznym wyzwaniom. Od czasu do czasu konkretne danie lub napój staje się punktem wyjścia do rozmaitych gier, zabaw czy spotkań – i to również autor odnotowuje, w efekcie uzyskując książkę wypełnioną ciekawostkami społecznymi i obyczajowymi. Jest to publikacja, obok której dzieci PRL-u nie przejdą obojętnie – i właśnie w tym celu stworzona. Autor nie będzie bowiem dążył do skompletowania wszystkich smaków PRL-u – ale znajduje ich naprawdę dużo i równie dużo odniesień pozakulinarnych dla nich ma w zanadrzu. Przypomni czytelnikom parę tematów, które z pewnością zasługują na ocalenie i na opowiadanie o nich młodszym pokoleniom.
wtorek, 28 lipca 2026
Fredrik Backman: Moi przyjaciele
Marginesy, Warszawa 2026.
Młodość
Tu nie ma dobrych scenariuszy. Louisa za moment się o tym dowie. Dziewczyna niedługo skończy osiemnaście lat i wie już, że życie nie układa się tak, jakby się chciało. Straciła najlepszą przyjaciółkę i jedyną osobę, która dodawała jej sił w walce z całym światem. Teraz została jej tylko sztuka. Louisa musi znaleźć na wystawie pewien obraz: dzieło sztuki, które towarzyszyło jej w najtrudniejszych chwilach. Louisa ma jego reprodukcję na pocztówce – i wydaje jej się, że rozumie ten obraz jak nikt inny. Zakrada się zatem do miejsca, w którym będzie mogła poznać wszystkie detale, niedostrzegalne w maleńkiej kopii. Oczywiście że wpada przy tym w tarapaty. Ale dzięki temu pozna pewnego bezdomnego, który naświetli jej właściwe podejście do sztuki i pozwoli zrozumieć, co w życiu naprawdę się liczy. Louisa to dziewczyna, która przyciąga kłopoty. Podobnie jak grupa nastolatków dwie dekady wcześniej. Trzech chłopaków potrzebuje siebie nawzajem. Joar próbuje chronić siebie i mamę przed wiecznie pijanym i awanturującym się ojcem. Ted chciałby ocalić wszystkich, zwłaszcza tych, dzięki którym nie czuje się tak bardzo wyobcowany. A artysta… artysta potrzebuje ochrony przed sobą samym – dopóki nie zrozumie, co daje mu wytchnienie, będzie ciągle w niebezpieczeństwie, jakie przynosi mu własna głowa. Do tych trzech chłopaków w pewnym momencie dołącza Ali – równie jak oni pogubiona nastolatka, która potrafi się bić i stale wpada w kłopoty. Louisa szybko się dowie, że na jej drodze stanął artysta. Ale żeby poznać historię obrazu, przyjaźni i nastolatków sprzed dwudziestu lat, potrzebuje towarzystwa Teda – najbardziej oddanego artyście człowieka. To z Tedem wyrusza w podróż pozornie bez celu, a dla zabicia czasu wypytuje go o szczegóły z dawnych przygód. Dzięki temu najlepiej zrozumie obraz – który i tak zna doskonale. A do tego wciągnie się w opowieści i w doświadczenia nieznanych jej dotąd ludzi.
Ale Fredrik Backman nie zamierza mamić czytelników wizją sielskiej młodości. Ta młodość, bez względu na to, którego z przyjaciół dotyczy, jest pełna trudów i wyzwań. Oczywiście zdarzają się lekkie momenty, w których atmosferę rozładowuje puszczenie bąka i śmiech tak głośny, że słychać go nawet pod wodą. Ale znacznie częściej proza życia przytłacza, a rzeczywistość zmusza do podejmowania bardzo skomplikowanych decyzji. Z jednej strony jest tu odkrywanie tego, co w młodości najpiękniejsze. Pojawiają się wyjątkowo silne uczucia i radości przyćmiewające wszystko – a obok tego strach, z którym nie można sobie poradzić i z którego nie da się zwierzyć nawet najbliższym. Przyjaciołom jednak nie trzeba wiele tłumaczyć: sami widzą najlepiej i odpowiednio – w miarę własnych możliwości – reagują. Autor wypełnia tom kolejnymi dramatami, o których wiedzą tylko nieliczni. A Louisa przeżywa wszystko na nowo, zupełnie jakby była nie tylko biernym słuchaczem historii z przeszłości, a bezpośrednim świadkiem wydarzeń. „Moi przyjaciele” to powieść, w której Fredrik Backman po raz kolejny udowadnia, jak dobrze rozumie siłę fabuł – wplata do książki wiele historii, które w takim samym stopniu będą chwytać odbiorców za serce i uświadamiać im, że pewne emocje się nie zmieniają mimo upływu czasu. Jest to książka, w której teraźniejszość konkuruje pod względem przeżyć z przeszłością – i na pewno pozostawi w czytelnikach ślad.
Młodość
Tu nie ma dobrych scenariuszy. Louisa za moment się o tym dowie. Dziewczyna niedługo skończy osiemnaście lat i wie już, że życie nie układa się tak, jakby się chciało. Straciła najlepszą przyjaciółkę i jedyną osobę, która dodawała jej sił w walce z całym światem. Teraz została jej tylko sztuka. Louisa musi znaleźć na wystawie pewien obraz: dzieło sztuki, które towarzyszyło jej w najtrudniejszych chwilach. Louisa ma jego reprodukcję na pocztówce – i wydaje jej się, że rozumie ten obraz jak nikt inny. Zakrada się zatem do miejsca, w którym będzie mogła poznać wszystkie detale, niedostrzegalne w maleńkiej kopii. Oczywiście że wpada przy tym w tarapaty. Ale dzięki temu pozna pewnego bezdomnego, który naświetli jej właściwe podejście do sztuki i pozwoli zrozumieć, co w życiu naprawdę się liczy. Louisa to dziewczyna, która przyciąga kłopoty. Podobnie jak grupa nastolatków dwie dekady wcześniej. Trzech chłopaków potrzebuje siebie nawzajem. Joar próbuje chronić siebie i mamę przed wiecznie pijanym i awanturującym się ojcem. Ted chciałby ocalić wszystkich, zwłaszcza tych, dzięki którym nie czuje się tak bardzo wyobcowany. A artysta… artysta potrzebuje ochrony przed sobą samym – dopóki nie zrozumie, co daje mu wytchnienie, będzie ciągle w niebezpieczeństwie, jakie przynosi mu własna głowa. Do tych trzech chłopaków w pewnym momencie dołącza Ali – równie jak oni pogubiona nastolatka, która potrafi się bić i stale wpada w kłopoty. Louisa szybko się dowie, że na jej drodze stanął artysta. Ale żeby poznać historię obrazu, przyjaźni i nastolatków sprzed dwudziestu lat, potrzebuje towarzystwa Teda – najbardziej oddanego artyście człowieka. To z Tedem wyrusza w podróż pozornie bez celu, a dla zabicia czasu wypytuje go o szczegóły z dawnych przygód. Dzięki temu najlepiej zrozumie obraz – który i tak zna doskonale. A do tego wciągnie się w opowieści i w doświadczenia nieznanych jej dotąd ludzi.
Ale Fredrik Backman nie zamierza mamić czytelników wizją sielskiej młodości. Ta młodość, bez względu na to, którego z przyjaciół dotyczy, jest pełna trudów i wyzwań. Oczywiście zdarzają się lekkie momenty, w których atmosferę rozładowuje puszczenie bąka i śmiech tak głośny, że słychać go nawet pod wodą. Ale znacznie częściej proza życia przytłacza, a rzeczywistość zmusza do podejmowania bardzo skomplikowanych decyzji. Z jednej strony jest tu odkrywanie tego, co w młodości najpiękniejsze. Pojawiają się wyjątkowo silne uczucia i radości przyćmiewające wszystko – a obok tego strach, z którym nie można sobie poradzić i z którego nie da się zwierzyć nawet najbliższym. Przyjaciołom jednak nie trzeba wiele tłumaczyć: sami widzą najlepiej i odpowiednio – w miarę własnych możliwości – reagują. Autor wypełnia tom kolejnymi dramatami, o których wiedzą tylko nieliczni. A Louisa przeżywa wszystko na nowo, zupełnie jakby była nie tylko biernym słuchaczem historii z przeszłości, a bezpośrednim świadkiem wydarzeń. „Moi przyjaciele” to powieść, w której Fredrik Backman po raz kolejny udowadnia, jak dobrze rozumie siłę fabuł – wplata do książki wiele historii, które w takim samym stopniu będą chwytać odbiorców za serce i uświadamiać im, że pewne emocje się nie zmieniają mimo upływu czasu. Jest to książka, w której teraźniejszość konkuruje pod względem przeżyć z przeszłością – i na pewno pozostawi w czytelnikach ślad.
poniedziałek, 27 lipca 2026
Agata Matraś: Mamo, tato, mów do mnie. Mój dzień
Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.
Rozmowy
Pojawia się w Naszej Księgarni kolejna seria picture booków, która cieszyć się będzie dużym powodzeniem wśród dzieci i ich rodziców. Mamo, tato, mów do mnie to zachęta do wspólnych zabaw nad książką – oglądania stron i komentowania tego, co dzieje się na ilustracjach. Tyle że tym razem to dorośli mają przy wieczornej lekturze opowiadać dzieciom, co zaobserwowali na obrazkach. Postępy najmłodszych mogą kontrolować, wciągając ich w zabawy i w rozmowy na temat lubianych bohaterów. Agata Matraś w tomie „Mój dzień” otwierającym tę serię wyjaśnia użytkownikom, czego się od nich oczekuje – ale jeśli dorośli zajmowali się już lekturą wspólnie ze swoimi pociechami, nie powinni mieć większych problemów z wyzwaniem. Gdyby stało się inaczej, mogą korzystać z podpowiedzi na marginesach – co nazywać, czego szukać, na co zwracać uwagę i właściwie co z tym wszystkim robić.
Pierwsza rozkładówka to przyjrzenie się bohaterom, prezentacja ich i przestrzeni, w jaką teraz zostaną wrzuceni odbiorcy. Tym razem mamy do czynienia z wielopokoleniową rodziną. Mama, tata, dziadek, troje dzieci i trzy łobuzersko nastawione koty – zapewniają w domu gwar i ruch, a do tego mnóstwo zadań do prześledzenia. Jedna z rozkładówek przedstawia rodzinny dom w przekroju i z nazwaniem kolejnych pomieszczeń – można więc od razu się rozgościć i poczuć swojsko. Później już autorka zabiera czytelników do poszczególnych pomieszczeń (a czasami wysyła do zupełnie innych, pozadomowych przestrzeni gęsto zaludnianych). Będzie tu wiele kolorów i wiele tematów do zaobserwowania, Agata Matraś posługuje się też bardzo chętnie humorem – i zwłaszcza tu przydadzą jej się psotne koty, żeby ucieszyć małych odbiorców.
Każda rozkładówka zyskuje też tekstowe wprowadzenie. Dorośli – narratorzy – będą mieli zatem podpowiedź dotyczącą akcji i kierunku opowiadania. W drobnym tekście znajdą wskazówki na temat czasu czy rodzajów działań w domu – i to punkt wyjścia, który w zupełności wystarczy do samodzielnego omawiania postaw różnych domowników. Dzieci oczywiście mogą się włączyć do komentowania wydarzeń lub do zadawania pytań dotyczących kolejnych zaobserwowanych czynności. Da się też wykorzystywać rozkładówki po prostu jako wyszukiwanki dla najmłodszych – zadania do wykonania, kiedy znudzi się już przedstawianie obrazków słowami.
Kartonowy picture book kusi swojskością – czyli nawiązaniami do sytuacji, które dzieci znać będą z własnego doświadczenia i z własnego otoczenia. Ale jest też wypełniony dodatkowymi atrakcyjnymi motywami – zwłaszcza obecność zwierząt w domu nie pozwoli przejść obojętnie nad książką. W tej rodzinie dzieje się dużo, nawet jeśli chodzi tylko o codzienną rutynę. Agata Matraś wie, jak przyciągnąć dzieci do tej książki. A ponieważ tym razem praca kilkulatków została sprytnie zamaskowana, znacznie łatwiej może pójść przekonywanie maluchów, żeby zaangażowały się z rodzicami w oglądanie kolejnych stron. Kolorowy chaos i prawdziwość (chociaż bajkowa) to czynniki przykuwające wzrok – warto tu podkreślić, że nie jest to dom idealnie uporządkowany, wszędzie widać ślady tego, że ktoś tam mieszka – i chociaż bałagan można czasami zrzucić na koty, nie da się ukryć, że w dziecięcym pokoju zabawki znajdują się w każdym wolnym miejscu. I wynajdowanie takich smaczków powinno spodobać się najmłodszym odbiorcom.
Rozmowy
Pojawia się w Naszej Księgarni kolejna seria picture booków, która cieszyć się będzie dużym powodzeniem wśród dzieci i ich rodziców. Mamo, tato, mów do mnie to zachęta do wspólnych zabaw nad książką – oglądania stron i komentowania tego, co dzieje się na ilustracjach. Tyle że tym razem to dorośli mają przy wieczornej lekturze opowiadać dzieciom, co zaobserwowali na obrazkach. Postępy najmłodszych mogą kontrolować, wciągając ich w zabawy i w rozmowy na temat lubianych bohaterów. Agata Matraś w tomie „Mój dzień” otwierającym tę serię wyjaśnia użytkownikom, czego się od nich oczekuje – ale jeśli dorośli zajmowali się już lekturą wspólnie ze swoimi pociechami, nie powinni mieć większych problemów z wyzwaniem. Gdyby stało się inaczej, mogą korzystać z podpowiedzi na marginesach – co nazywać, czego szukać, na co zwracać uwagę i właściwie co z tym wszystkim robić.
Pierwsza rozkładówka to przyjrzenie się bohaterom, prezentacja ich i przestrzeni, w jaką teraz zostaną wrzuceni odbiorcy. Tym razem mamy do czynienia z wielopokoleniową rodziną. Mama, tata, dziadek, troje dzieci i trzy łobuzersko nastawione koty – zapewniają w domu gwar i ruch, a do tego mnóstwo zadań do prześledzenia. Jedna z rozkładówek przedstawia rodzinny dom w przekroju i z nazwaniem kolejnych pomieszczeń – można więc od razu się rozgościć i poczuć swojsko. Później już autorka zabiera czytelników do poszczególnych pomieszczeń (a czasami wysyła do zupełnie innych, pozadomowych przestrzeni gęsto zaludnianych). Będzie tu wiele kolorów i wiele tematów do zaobserwowania, Agata Matraś posługuje się też bardzo chętnie humorem – i zwłaszcza tu przydadzą jej się psotne koty, żeby ucieszyć małych odbiorców.
Każda rozkładówka zyskuje też tekstowe wprowadzenie. Dorośli – narratorzy – będą mieli zatem podpowiedź dotyczącą akcji i kierunku opowiadania. W drobnym tekście znajdą wskazówki na temat czasu czy rodzajów działań w domu – i to punkt wyjścia, który w zupełności wystarczy do samodzielnego omawiania postaw różnych domowników. Dzieci oczywiście mogą się włączyć do komentowania wydarzeń lub do zadawania pytań dotyczących kolejnych zaobserwowanych czynności. Da się też wykorzystywać rozkładówki po prostu jako wyszukiwanki dla najmłodszych – zadania do wykonania, kiedy znudzi się już przedstawianie obrazków słowami.
Kartonowy picture book kusi swojskością – czyli nawiązaniami do sytuacji, które dzieci znać będą z własnego doświadczenia i z własnego otoczenia. Ale jest też wypełniony dodatkowymi atrakcyjnymi motywami – zwłaszcza obecność zwierząt w domu nie pozwoli przejść obojętnie nad książką. W tej rodzinie dzieje się dużo, nawet jeśli chodzi tylko o codzienną rutynę. Agata Matraś wie, jak przyciągnąć dzieci do tej książki. A ponieważ tym razem praca kilkulatków została sprytnie zamaskowana, znacznie łatwiej może pójść przekonywanie maluchów, żeby zaangażowały się z rodzicami w oglądanie kolejnych stron. Kolorowy chaos i prawdziwość (chociaż bajkowa) to czynniki przykuwające wzrok – warto tu podkreślić, że nie jest to dom idealnie uporządkowany, wszędzie widać ślady tego, że ktoś tam mieszka – i chociaż bałagan można czasami zrzucić na koty, nie da się ukryć, że w dziecięcym pokoju zabawki znajdują się w każdym wolnym miejscu. I wynajdowanie takich smaczków powinno spodobać się najmłodszym odbiorcom.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






