Nasza Księgarnia, Warszawa 2026
Drogi
Paulina Nachman dołącza do autorów łamigłówek opartych na labiryntach – jej „Najbardziej zakręcone labirynty” to książka, która dostarcza dzieciom rozrywki i zachęca je do trenowania małej motoryki (przez wyznaczanie tras) oraz uważności (przez śledzenie kolejnych torów). Przygotowuje autorka mnóstwo zagadek i zadań, w których bohaterów poznaje się tylko na jeden raz – i tylko po to, żeby pomóc im przejść trudną drogę bezpiecznie do celu. Niczego więcej nie potrzeba – wystarczy wiedzieć, jak funkcjonują labirynty i jak się to rozwiązuje. Autorka bawi się kształtami – proponuje labirynty wpisane w okrąg albo takie prostokątne, dopasowane wielkością do strony, więc spore z perspektywy najmłodszych. Czasami stawia na nieforemne kształty, a czasami w ogóle rezygnuje z granic i udaje, że odbiorcy zostali wtrąceni po prostu w jeden z fragmentów mocno rozbudowanego świata. Niektóre labirynty będą wykorzystywały naturę – kluczenie między drzewami albo meandrowanie razem z rzeką to wyzwanie dla dzieci.
Autorki nic nie ogranicza, co oznacza, że raz wyśle odbiorców w kosmos, raz zmusi ich do przechodzenia między kaktusami, a raz – między śpiącymi meduzami i wielorybami. Bawi się doskonale i sprawia, że do labiryntów bez trudu przekonają się najmłodsi. Gdyby mieli jakiekolwiek wątpliwości, mogą sprawdzić rozwiązania na końcu książki – ale znacznie lepiej będzie próbować do skutku i przechodzić kolejne trasy samodzielnie. To rozwija nie tylko umiejętności, ale też wyobraźnię. Paulina Nachman wie doskonale, że w labiryntach nie trzeba nic więcej niż zaznaczenie startu i mety, ale decyduje się od czasu do czasu na dodawanie krótkich jednozdaniowych komentarzy – poleceń albo przestróg po to, żeby dzieci zorientowały się, jakie w danym labiryncie są zagrożenia, albo kto potrzebuje pomocy (i jakiego rodzaju).
Kolejne obrazki są tu bardzo przyjemne – mnóstwo zwierząt, mnóstwo schodów i drabin, ale też wyzwania rodem z wyobraźni, umożliwiające wręcz tworzenie własnych historii na bazie stworzonych mapek. Dla dzieci będzie to okazja do wymyślania bajek – i ruszania na pomoc ich bohaterom. „Najbardziej zakręcone labirynty” to książka, która wcale nie ma być oryginalna – wykorzystuje modę na klasyczną rozrywkę – ale może stać się popisem twórczym autorki i próbą zachęcenia dzieci do sięgania po zabawy z dala od komputera. Jest tu całe mnóstwo propozycji i każdy znajdzie odpowiednie dla siebie wyzwania, tak, żeby się nie znudzić i nie zmęczyć, a dobrze bawić. Labirynty to zabawa ponadczasowa i lubiana przez wielkie grono maluchów – w związku z tym ta książka na rynku bez trudu znajdzie swoje miejsce. Dzieci przekonają się błyskawicznie, że warto zaufać tej autorce i bawić się w kolejnych korytarzach i schematach. Jest tu bardzo kolorowo i przyjemnie dla oka, ilustracje zostały wykonane tak, żeby nie odciągać uwagi od samych zadań, ale też żeby można je było podziwiać.
tu-czytam
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
piątek, 24 kwietnia 2026
czwartek, 23 kwietnia 2026
Huub Buijssen: Depresja. Poradnik dla przyjaciół i rodziny
Mando, Kraków 2026.
Mrok
Huub Buijssen świetnie zdaje sobie sprawę z tego, że depresja staje się chorobą cywilizacyjną i coraz bardziej rozpowszechnioną – a ponieważ rośnie świadomość społeczna, ludzie chcą się dowiedzieć na przykład, jak pomóc swoim cierpiącym bliskim – albo jak zachowywać się w obliczu kogoś, kto ma diagnozę, leczy się, a przecież nie może rezygnować z kontaktu z innymi. I chociaż na rynku sporo jest publikacji psychologicznych ujmujących zagadnienie depresji z perspektywy naukowej lub popularnonaukowej, Buijssen wybiera inną drogę – decyduje się na przedstawianie porad i wskazówek dla ludzi, którzy potrzebują wsparcia po to, żeby zapewnić takie wsparcie chorym.
„Depresja. Poradnik dla przyjaciół i rodziny” to zatem książka wolna od typowych zagrań psychologów piszących publikacje dla masowych odbiorców – skoncentrowana jest na niesieniu pomocy. Co ciekawe, czytelnicy zostaną na początku ostrzeżeni, że tematy kolejnych rozdziałów mogą wywoływać przygnębienie lub chwilowy spadek nastroju – i że warto mieć to na uwadze podczas lektury. Ponieważ bliscy cierpiących na depresję są już i tak narażeni na niekoniecznie krzepiące sytuacje, z pewnością potrzebują takiego wsparcia – wstęp uświadamia im, że nie zostaną sami z problemem. Co ciekawe, Huub Buijssen zajmuje się przede wszystkim tym, co odbiorcy dostrzegają. Podsuwa zestaw sygnałów alarmowych – wydarzeń i zachowań, które pokazują, że należy udać się po pomoc do specjalisty. Analizuje sytuacje jednoznaczne, ale też te, w których trzeba mieć już konkretną wiedzę, żeby właściwie ocenić postawy innych. Ma w tym dużą wprawę – książka napisana jest prostym językiem, ale wypełniona sensownymi uwagami, takimi, które bezpośrednio przekładają się na codzienność odbiorców. Autor w ogóle zakłada, że nie pisze dla samych chorych, a dla ich rodzin, domowników i przyjaciół – tych wszystkich, którzy mogą (a czasem muszą) interweniować w razie kryzysu i biorą na siebie sporo przez opiekę nad chorym – wymagającym wyjątkowej troski i uwagi. Wspiera ich bardzo i podsuwa zestaw narzędzi przydatnych w zwykłym funkcjonowaniu. Dzięki temu też pozwala zrozumieć, czym jest depresja, jak się objawia i do czego prowadzi. Autor dba o przejrzystość – nie tylko w ramach porad dla czytelników, ale też za sprawą samych wyjaśnień. Jeśli zatem ktoś potrzebuje błyskawicznego i celnego wprowadzenia w temat depresji, a nie zależy mu na medycznych objaśnieniach i skomplikowanych terminach, to tu odnajdzie się najlepiej.
Wiadomo, że nie da się depresji wyleczyć na własną rękę, ale rozróżnienie między chandrą a poważną chorobą też jest niezwykle istotne i trzeba w tym praktyki oraz uważności. Buijssen staje się bardzo dobrym przewodnikiem – nie potrzebuje nikomu udowadniać swoich kompetencji, ale bardzo dobrze radzi sobie z udzielaniem wyjaśnień. Zajmuje się tym, co najistotniejsze z perspektywy zwykłych czytelników – tych, którzy szukają tu podpowiedzi albo wsparcia, lub po prostu potrzebują się nauczyć funkcjonowania w nowej dla siebie rzeczywistości. Huub Buijssen sprawia, że łatwo mu zaufać – a to przekłada się potem na satysfakcjonującą lekturę.
Mrok
Huub Buijssen świetnie zdaje sobie sprawę z tego, że depresja staje się chorobą cywilizacyjną i coraz bardziej rozpowszechnioną – a ponieważ rośnie świadomość społeczna, ludzie chcą się dowiedzieć na przykład, jak pomóc swoim cierpiącym bliskim – albo jak zachowywać się w obliczu kogoś, kto ma diagnozę, leczy się, a przecież nie może rezygnować z kontaktu z innymi. I chociaż na rynku sporo jest publikacji psychologicznych ujmujących zagadnienie depresji z perspektywy naukowej lub popularnonaukowej, Buijssen wybiera inną drogę – decyduje się na przedstawianie porad i wskazówek dla ludzi, którzy potrzebują wsparcia po to, żeby zapewnić takie wsparcie chorym.
„Depresja. Poradnik dla przyjaciół i rodziny” to zatem książka wolna od typowych zagrań psychologów piszących publikacje dla masowych odbiorców – skoncentrowana jest na niesieniu pomocy. Co ciekawe, czytelnicy zostaną na początku ostrzeżeni, że tematy kolejnych rozdziałów mogą wywoływać przygnębienie lub chwilowy spadek nastroju – i że warto mieć to na uwadze podczas lektury. Ponieważ bliscy cierpiących na depresję są już i tak narażeni na niekoniecznie krzepiące sytuacje, z pewnością potrzebują takiego wsparcia – wstęp uświadamia im, że nie zostaną sami z problemem. Co ciekawe, Huub Buijssen zajmuje się przede wszystkim tym, co odbiorcy dostrzegają. Podsuwa zestaw sygnałów alarmowych – wydarzeń i zachowań, które pokazują, że należy udać się po pomoc do specjalisty. Analizuje sytuacje jednoznaczne, ale też te, w których trzeba mieć już konkretną wiedzę, żeby właściwie ocenić postawy innych. Ma w tym dużą wprawę – książka napisana jest prostym językiem, ale wypełniona sensownymi uwagami, takimi, które bezpośrednio przekładają się na codzienność odbiorców. Autor w ogóle zakłada, że nie pisze dla samych chorych, a dla ich rodzin, domowników i przyjaciół – tych wszystkich, którzy mogą (a czasem muszą) interweniować w razie kryzysu i biorą na siebie sporo przez opiekę nad chorym – wymagającym wyjątkowej troski i uwagi. Wspiera ich bardzo i podsuwa zestaw narzędzi przydatnych w zwykłym funkcjonowaniu. Dzięki temu też pozwala zrozumieć, czym jest depresja, jak się objawia i do czego prowadzi. Autor dba o przejrzystość – nie tylko w ramach porad dla czytelników, ale też za sprawą samych wyjaśnień. Jeśli zatem ktoś potrzebuje błyskawicznego i celnego wprowadzenia w temat depresji, a nie zależy mu na medycznych objaśnieniach i skomplikowanych terminach, to tu odnajdzie się najlepiej.
Wiadomo, że nie da się depresji wyleczyć na własną rękę, ale rozróżnienie między chandrą a poważną chorobą też jest niezwykle istotne i trzeba w tym praktyki oraz uważności. Buijssen staje się bardzo dobrym przewodnikiem – nie potrzebuje nikomu udowadniać swoich kompetencji, ale bardzo dobrze radzi sobie z udzielaniem wyjaśnień. Zajmuje się tym, co najistotniejsze z perspektywy zwykłych czytelników – tych, którzy szukają tu podpowiedzi albo wsparcia, lub po prostu potrzebują się nauczyć funkcjonowania w nowej dla siebie rzeczywistości. Huub Buijssen sprawia, że łatwo mu zaufać – a to przekłada się potem na satysfakcjonującą lekturę.
środa, 22 kwietnia 2026
Nikki Erlick: Pola Makowe
Znak, Kraków 2026.
Ulga
Ci, którzy zmierzyli się ze śmiercią kogoś bliskiego, mogą poradzić sobie z żałobą samodzielnie albo skorzystać z profesjonalnej – chociaż eksperymentalnej – pomocy. Pola Makowe to miejsce, które powstało po to, żeby dawać nadzieję na normalność wszystkim niepotrafiącym pogodzić się ze stratą. Tylko śmierć kogoś naprawdę bliskiego ma otworzyć drogę do leczenia – pod warunkiem, że zespół badaczy zatwierdzi podanie. Chociaż nawet jeśli ktoś spełnia warunki, nie oznacza to automatycznie zakwalifikowania do miejsca w Polach Makowych. Niektórzy zatem zmierzają tu, żeby podjąć kurację, inni – żeby przekonać zespół uczonych, że popełnili błąd i powinni zaprosić do grona śpiących ich właśnie. Bo Pola Makowe to miejsce, w którym za pomocą śpiączki farmakologicznej i odpowiednio dobranego zestawu leków wyprowadza się cierpiących ze stanu, do jakiego doprowadziła ich rzeczywistość i zbyt słaba na przeżycia psychika. Sen w zasadzie byłby pozbawiony wad, gdyby nie jeden haczyk: co czwarty pacjent po przebudzeniu pozostaje odcięty od swoich wcześniejszych uczuć, zapomina, kim był dla niego zmarły – i ile dla niego znaczył. A mimo to nie brakuje chętnych, którzy w Polach Makowych upatrują jedynej nadziei dla siebie. Nikki Erlick tworzy powieść, która na długo pozostanie z czytelnikami i sprawi, że zechcą oni zastanowić się nad własnym kodeksem wartości i nad metodami radzenia sobie z najtrudniejszymi kwestiami. „Pola Makowe” to książka rozrywkowa, a jednak diametralnie różna od tego, co pojawia się na rynku – bo Erlick nie zamierza się inspirować popularnymi czytadłami. Na szczęście – dzięki temu może zaproponować czytelnikom coś odkrywczego i ważnego jednocześnie. Jest to powieść drogi. Powieść, w której ekstremalne zjawiska pogodowe zmuszają bohaterów do podjęcia podróży przez pół kraju, żeby dotrzeć na miejsce ratunku. Nieznajomi zamknięci w ciasnym samochodzie rozmawiają, zwierzają się sobie z najtrudniejszych przeżyć i poznają inny punkt widzenia w kwestiach, które ich samych przytłoczyły. W tle rozgrywa się jednocześnie motyw samej kliniki – jej przyszłości i rozwoju oraz samego powstania. Dziennikarze i internauci szukają tu sensacji, starają się przekonać swoich czytelników, że sen jako lekarstwo na żałobę to coś złego i niebezpiecznego, tworzą kolejne artykuły. Z kolei przeciwwagą dla nich będzie przytaczanie podań, w których należy uzasadnić, że komuś należy się miejsce w Polach Makowych – te pokazują, jak bardzo potrzebna ludziom obietnica skrócenia cierpień i przywrócenia normalności. Autorka przedstawia bliżej kilkoro bohaterów – potencjalnych pacjentów – i uświadamia, jak różne są drogi do straty i wybory po niej, pozwala na zaprzyjaźnienie się z bohaterami i kibicowanie im. I to nic, że nie zaskoczy w fabule. Prawdziwa siła tej powieści tkwi w przemyśleniach, które zostaną z bohaterami. Różne punkty widzenia – ujmowane także dzięki różnym scenariuszom – prowadzą do wniosków, które będą dla czytelników czasem oczywiste, a czasem odkrywcze – co oznacza, że podczas lektury każdy stawiać sobie będzie pytania na temat własnych wyborów, a po przeczytaniu książki i po zakończeniu historii – zastanawiać się nad prawdziwymi życiowymi drogami. „Pola Makowe” to książka bardzo udana – w sam raz dla wszystkich fanów powieści psychologicznych i jednocześnie dla miłośników nietypowych rozwiązań fabularnych.
Ulga
Ci, którzy zmierzyli się ze śmiercią kogoś bliskiego, mogą poradzić sobie z żałobą samodzielnie albo skorzystać z profesjonalnej – chociaż eksperymentalnej – pomocy. Pola Makowe to miejsce, które powstało po to, żeby dawać nadzieję na normalność wszystkim niepotrafiącym pogodzić się ze stratą. Tylko śmierć kogoś naprawdę bliskiego ma otworzyć drogę do leczenia – pod warunkiem, że zespół badaczy zatwierdzi podanie. Chociaż nawet jeśli ktoś spełnia warunki, nie oznacza to automatycznie zakwalifikowania do miejsca w Polach Makowych. Niektórzy zatem zmierzają tu, żeby podjąć kurację, inni – żeby przekonać zespół uczonych, że popełnili błąd i powinni zaprosić do grona śpiących ich właśnie. Bo Pola Makowe to miejsce, w którym za pomocą śpiączki farmakologicznej i odpowiednio dobranego zestawu leków wyprowadza się cierpiących ze stanu, do jakiego doprowadziła ich rzeczywistość i zbyt słaba na przeżycia psychika. Sen w zasadzie byłby pozbawiony wad, gdyby nie jeden haczyk: co czwarty pacjent po przebudzeniu pozostaje odcięty od swoich wcześniejszych uczuć, zapomina, kim był dla niego zmarły – i ile dla niego znaczył. A mimo to nie brakuje chętnych, którzy w Polach Makowych upatrują jedynej nadziei dla siebie. Nikki Erlick tworzy powieść, która na długo pozostanie z czytelnikami i sprawi, że zechcą oni zastanowić się nad własnym kodeksem wartości i nad metodami radzenia sobie z najtrudniejszymi kwestiami. „Pola Makowe” to książka rozrywkowa, a jednak diametralnie różna od tego, co pojawia się na rynku – bo Erlick nie zamierza się inspirować popularnymi czytadłami. Na szczęście – dzięki temu może zaproponować czytelnikom coś odkrywczego i ważnego jednocześnie. Jest to powieść drogi. Powieść, w której ekstremalne zjawiska pogodowe zmuszają bohaterów do podjęcia podróży przez pół kraju, żeby dotrzeć na miejsce ratunku. Nieznajomi zamknięci w ciasnym samochodzie rozmawiają, zwierzają się sobie z najtrudniejszych przeżyć i poznają inny punkt widzenia w kwestiach, które ich samych przytłoczyły. W tle rozgrywa się jednocześnie motyw samej kliniki – jej przyszłości i rozwoju oraz samego powstania. Dziennikarze i internauci szukają tu sensacji, starają się przekonać swoich czytelników, że sen jako lekarstwo na żałobę to coś złego i niebezpiecznego, tworzą kolejne artykuły. Z kolei przeciwwagą dla nich będzie przytaczanie podań, w których należy uzasadnić, że komuś należy się miejsce w Polach Makowych – te pokazują, jak bardzo potrzebna ludziom obietnica skrócenia cierpień i przywrócenia normalności. Autorka przedstawia bliżej kilkoro bohaterów – potencjalnych pacjentów – i uświadamia, jak różne są drogi do straty i wybory po niej, pozwala na zaprzyjaźnienie się z bohaterami i kibicowanie im. I to nic, że nie zaskoczy w fabule. Prawdziwa siła tej powieści tkwi w przemyśleniach, które zostaną z bohaterami. Różne punkty widzenia – ujmowane także dzięki różnym scenariuszom – prowadzą do wniosków, które będą dla czytelników czasem oczywiste, a czasem odkrywcze – co oznacza, że podczas lektury każdy stawiać sobie będzie pytania na temat własnych wyborów, a po przeczytaniu książki i po zakończeniu historii – zastanawiać się nad prawdziwymi życiowymi drogami. „Pola Makowe” to książka bardzo udana – w sam raz dla wszystkich fanów powieści psychologicznych i jednocześnie dla miłośników nietypowych rozwiązań fabularnych.
wtorek, 21 kwietnia 2026
Anna Mietelska: Królisia Isia uczy się dzielić
Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.
Zabawki
Co z tymi rodzicami? Nigdy nie umieją się zdecydować na jedną opinię i bardzo mieszają w dziecięcym świecie. Na przykład każą się dzielić zabawkami, zupełnie jakby nie rozumieli, że nie każdą zabawkę chce się wręczać nieznajomemu – na szczęście mama Królisi Isi opanowała do perfekcji to rozróżnienie i w dodatku jest w stanie przekazać to swojej pociesze. Odbiorcy nie będą mieli problemu z wyciągnięciem wniosków z tej lektury. „Królisia Isia uczy się dzielić” to kolejny tomik przygód małej bohaterki, która przeżywa wszystko tak jak mali odbiorcy – i dzięki swoim tradycyjnym przygodom i doświadczeniom może wprowadzać rozmaite wyjaśnienia. Anna Mietelska wybiera klasyczny styl narracji, bogato ilustrowane opowiadanie zamiast picture booka. I scenki, które dzieci doskonale znają – zrozumieją i przyswoją bez wahania.
Najpierw Królisia Isia jest nieufna wobec innego dziecka w piaskownicy – niby mogłaby skorzystać z jego zabawek, ale wtedy musiałaby podzielić się swoimi, a nie do końca czuje się na to gotowa. Pierwszym krokiem jest zatem przekonanie małej bohaterki, że dzielenie się w takich okolicznościach ma sens i może wzbogacić zabawę – a także poznać towarzyszy tych zabaw, tak, żeby nie spędzać czasu samotnie. Ale to, że trzeba się dzielić podczas wspólnych zajęć, nie oznacza, że należy bez refleksji oddawać najcenniejsze dla siebie przedmioty – i Królisia Isia dowiaduje się, że wcale nie musi pożyczać na dłużej najukochańszej maskotki. Szukanie kompromisów to także sztuka, którą udaje się autorce przemycić w prostej przecież historyjce dla dzieci. Nie zawsze trzeba odrzucać wszystkie propozycje, które na pierwszy rzut oka wydają się niewygodne czy nie do przyjęcia – można spotkać się w połowie drogi i wymyślić rozwiązanie satysfakcjonujące wszystkich. To sposób na poszerzanie horyzontów i na budowanie nowych znajomości, bardzo praktyczny i jednocześnie mało irytujący dla najmłodszych – nie będzie tu ogromnych zmian, a jedynie urozmaicenia zwykłych zachowań czy czynności. „Królisia Isia uczy się dzielić” nie jest zatem lekturą mocno moralizatorską i pedagogiczną w swoim wydźwięku – liczy się tu faktycznie pochylenie się nad przeżyciami małej bohaterki i zrozumienie jej uczuć w sytuacjach, które znają ze swojej codzienności małe dzieci. Królisia Isia – zwykle naiwna i wycofana – to bohaterka, która daje się lubić, nie jest zbyt irytująca z charakteru – uda się do jej osobowości dopasować sporej liczbie odbiorców. Dodatkowym atutem książki – obok sensownie poprowadzonej narracji i sympatii dla postaci – stają się obrazki. Anna Mietelska proponuje dzieciom w obrazkach przekonująco przedstawione przygody Isi – da się potraktować tę książeczkę jako ciekawą lekturę (także do samodzielnego czytania przez maluchy), ale można się z niej sporo dowiedzieć i przede wszystkim zbudować poczucie pewności siebie w kontaktach społecznych. Anna Mietelska pokazała już – nie pierwszy raz – że dobrze rozumie świat dzieci i że dobrze czuje się w historiach klasycznych w duchu, a jednocześnie pozbawionych stereotypowych i powtarzanych do znudzenia rozwiązań.
Zabawki
Co z tymi rodzicami? Nigdy nie umieją się zdecydować na jedną opinię i bardzo mieszają w dziecięcym świecie. Na przykład każą się dzielić zabawkami, zupełnie jakby nie rozumieli, że nie każdą zabawkę chce się wręczać nieznajomemu – na szczęście mama Królisi Isi opanowała do perfekcji to rozróżnienie i w dodatku jest w stanie przekazać to swojej pociesze. Odbiorcy nie będą mieli problemu z wyciągnięciem wniosków z tej lektury. „Królisia Isia uczy się dzielić” to kolejny tomik przygód małej bohaterki, która przeżywa wszystko tak jak mali odbiorcy – i dzięki swoim tradycyjnym przygodom i doświadczeniom może wprowadzać rozmaite wyjaśnienia. Anna Mietelska wybiera klasyczny styl narracji, bogato ilustrowane opowiadanie zamiast picture booka. I scenki, które dzieci doskonale znają – zrozumieją i przyswoją bez wahania.
Najpierw Królisia Isia jest nieufna wobec innego dziecka w piaskownicy – niby mogłaby skorzystać z jego zabawek, ale wtedy musiałaby podzielić się swoimi, a nie do końca czuje się na to gotowa. Pierwszym krokiem jest zatem przekonanie małej bohaterki, że dzielenie się w takich okolicznościach ma sens i może wzbogacić zabawę – a także poznać towarzyszy tych zabaw, tak, żeby nie spędzać czasu samotnie. Ale to, że trzeba się dzielić podczas wspólnych zajęć, nie oznacza, że należy bez refleksji oddawać najcenniejsze dla siebie przedmioty – i Królisia Isia dowiaduje się, że wcale nie musi pożyczać na dłużej najukochańszej maskotki. Szukanie kompromisów to także sztuka, którą udaje się autorce przemycić w prostej przecież historyjce dla dzieci. Nie zawsze trzeba odrzucać wszystkie propozycje, które na pierwszy rzut oka wydają się niewygodne czy nie do przyjęcia – można spotkać się w połowie drogi i wymyślić rozwiązanie satysfakcjonujące wszystkich. To sposób na poszerzanie horyzontów i na budowanie nowych znajomości, bardzo praktyczny i jednocześnie mało irytujący dla najmłodszych – nie będzie tu ogromnych zmian, a jedynie urozmaicenia zwykłych zachowań czy czynności. „Królisia Isia uczy się dzielić” nie jest zatem lekturą mocno moralizatorską i pedagogiczną w swoim wydźwięku – liczy się tu faktycznie pochylenie się nad przeżyciami małej bohaterki i zrozumienie jej uczuć w sytuacjach, które znają ze swojej codzienności małe dzieci. Królisia Isia – zwykle naiwna i wycofana – to bohaterka, która daje się lubić, nie jest zbyt irytująca z charakteru – uda się do jej osobowości dopasować sporej liczbie odbiorców. Dodatkowym atutem książki – obok sensownie poprowadzonej narracji i sympatii dla postaci – stają się obrazki. Anna Mietelska proponuje dzieciom w obrazkach przekonująco przedstawione przygody Isi – da się potraktować tę książeczkę jako ciekawą lekturę (także do samodzielnego czytania przez maluchy), ale można się z niej sporo dowiedzieć i przede wszystkim zbudować poczucie pewności siebie w kontaktach społecznych. Anna Mietelska pokazała już – nie pierwszy raz – że dobrze rozumie świat dzieci i że dobrze czuje się w historiach klasycznych w duchu, a jednocześnie pozbawionych stereotypowych i powtarzanych do znudzenia rozwiązań.
niedziela, 19 kwietnia 2026
Marcin Minor: Minorki, czyli małe, mniejsze i najmniejsze zwierzęta świata
Kropka, Warszawa 2026.
Maleństwa
Wielka książka o małych stworzonkach – Marcin Minor to ilustrator, który bierze się za przedstawianie dzieciom „minorków”, czyli tych najmniejszych istot ze świata zwierząt – i prezentuje je w formie ciekawostek oraz wielkoformatowych obrazków. Tworzy picture booka edukacyjnego w stylu, który wszyscy doskonale znają – ale ma dla „Minorków” sporo czułości. A poza tym próbuje przybliżyć dzieciom nie tylko malutkie stworzenia, ale też kontekst – środowisko, w jakim żyją na co dzień. Bardzo często zdarza się na ilustracjach dłoń człowieka – tak, żeby odbiorcy mieli porównanie, zyskali pojęcie, o jakich rozmiarach mówi autor. Bo owszem, można wziąć sobie linijkę i sprawdzać podawane liczby, ale znacznie ciekawiej wypada zestawianie minorków z palcami – to od razu pokazuje, że nie wszystkie zwierzęta można by było łatwo znaleźć w ich naturalnym środowisku. Autor przygląda się kolejnym stworzeniom i trafia do różnych punktów na mapie świata – minorki kryją się absolutnie wszędzie i zaskakują rozwiązaniami natury. Są okazją do przyjrzenia się bogactwu fauny i zachwycenia się pomysłowością biologii. Niewielkie rozmiary nie zawsze oznaczają bezbronność, w dodatku niektóre z minorków mogą zyskiwać niecodzienne supermoce, nie do osiągnięcia dla człowieka. Marcin Minor na tego rodzaju ciekawostkach się skupia, przygląda się właśnie temu, co niezwykłe – dodatkowo, poza rozmiarami. Ale żeby nie poprzestać na konkretnych gatunkach, przytacza też na kolejnych rozkładówkach stworzenia z ich świata – ale już nie z ich rozmiarów. Stąd rozmaite drapieżniki pokazywane albo w odpowiednim pomniejszeniu, które zapewnia perspektywa, albo w nieoczekiwanych ujęciach – tak, żeby nie przytłaczały głównych bohaterów rozkładówek. Przy nich nie będzie dodatkowych informacji i ciekawostek – jedynie nazwa i nazwa łacińska (zresztą podawanie nazw łacińskich to dość częsta tutaj praktyka, autor na przykład przy owadach z menu jednego z minorków nie przejmuje się w ogóle polskimi odpowiednikami nazw, pozostawia tylko łacińskie – dzieciom polskie nazwy nie byłyby potrzebne, liczą się po prostu obrazki.
Jest w tym niesłabnący zachwyt nad przyrodą, jest podziw dla kolejnych stworzeń, które mimo niewielkich rozmiarów świetnie radzą sobie w swoim środowisku. Marcin Minor wzorem wielu autorów edukacyjnych picture booków zaprasza dzieci do odkrywania świata egzotycznego i niedostępnego na pierwszy rzut oka. Może w ten sposób rozbudzić ich ciekawość. „Minorki” to książka, którą chce się czytać i odkrywać samodzielnie, bo każdy akapit pod obrazkiem może stać się źródłem nieznanych wcześniej wiadomości wartych zapamiętania.
„Minorki” to jednak książka, która przede wszystkim zachwyca warstwą graficzną – Marcin Minor stworzył sobie artystyczny popis, wizytówkę, którą może się chwalić. Przekona do siebie i dzieci, i dorosłych, a że robi to w sposób modny dzisiaj na rynku – nie ma znaczenia. Najważniejsze, że znalazł sposób, jak przedstawić dzieciom najmniejsze zwierzęta.
Maleństwa
Wielka książka o małych stworzonkach – Marcin Minor to ilustrator, który bierze się za przedstawianie dzieciom „minorków”, czyli tych najmniejszych istot ze świata zwierząt – i prezentuje je w formie ciekawostek oraz wielkoformatowych obrazków. Tworzy picture booka edukacyjnego w stylu, który wszyscy doskonale znają – ale ma dla „Minorków” sporo czułości. A poza tym próbuje przybliżyć dzieciom nie tylko malutkie stworzenia, ale też kontekst – środowisko, w jakim żyją na co dzień. Bardzo często zdarza się na ilustracjach dłoń człowieka – tak, żeby odbiorcy mieli porównanie, zyskali pojęcie, o jakich rozmiarach mówi autor. Bo owszem, można wziąć sobie linijkę i sprawdzać podawane liczby, ale znacznie ciekawiej wypada zestawianie minorków z palcami – to od razu pokazuje, że nie wszystkie zwierzęta można by było łatwo znaleźć w ich naturalnym środowisku. Autor przygląda się kolejnym stworzeniom i trafia do różnych punktów na mapie świata – minorki kryją się absolutnie wszędzie i zaskakują rozwiązaniami natury. Są okazją do przyjrzenia się bogactwu fauny i zachwycenia się pomysłowością biologii. Niewielkie rozmiary nie zawsze oznaczają bezbronność, w dodatku niektóre z minorków mogą zyskiwać niecodzienne supermoce, nie do osiągnięcia dla człowieka. Marcin Minor na tego rodzaju ciekawostkach się skupia, przygląda się właśnie temu, co niezwykłe – dodatkowo, poza rozmiarami. Ale żeby nie poprzestać na konkretnych gatunkach, przytacza też na kolejnych rozkładówkach stworzenia z ich świata – ale już nie z ich rozmiarów. Stąd rozmaite drapieżniki pokazywane albo w odpowiednim pomniejszeniu, które zapewnia perspektywa, albo w nieoczekiwanych ujęciach – tak, żeby nie przytłaczały głównych bohaterów rozkładówek. Przy nich nie będzie dodatkowych informacji i ciekawostek – jedynie nazwa i nazwa łacińska (zresztą podawanie nazw łacińskich to dość częsta tutaj praktyka, autor na przykład przy owadach z menu jednego z minorków nie przejmuje się w ogóle polskimi odpowiednikami nazw, pozostawia tylko łacińskie – dzieciom polskie nazwy nie byłyby potrzebne, liczą się po prostu obrazki.
Jest w tym niesłabnący zachwyt nad przyrodą, jest podziw dla kolejnych stworzeń, które mimo niewielkich rozmiarów świetnie radzą sobie w swoim środowisku. Marcin Minor wzorem wielu autorów edukacyjnych picture booków zaprasza dzieci do odkrywania świata egzotycznego i niedostępnego na pierwszy rzut oka. Może w ten sposób rozbudzić ich ciekawość. „Minorki” to książka, którą chce się czytać i odkrywać samodzielnie, bo każdy akapit pod obrazkiem może stać się źródłem nieznanych wcześniej wiadomości wartych zapamiętania.
„Minorki” to jednak książka, która przede wszystkim zachwyca warstwą graficzną – Marcin Minor stworzył sobie artystyczny popis, wizytówkę, którą może się chwalić. Przekona do siebie i dzieci, i dorosłych, a że robi to w sposób modny dzisiaj na rynku – nie ma znaczenia. Najważniejsze, że znalazł sposób, jak przedstawić dzieciom najmniejsze zwierzęta.
sobota, 18 kwietnia 2026
Jeanette Winterson: Po co ci szczęście, jeśli możesz być normalna?
Czarne, Wołowiec 2026.
Osobowość
To jest książka z pozoru niewielka, ale mocno skondensowana i ważna dla wszystkich tych, którzy chcą funkcjonować na własnych zasadach i walczyć o siebie. Jeanette Winterson przeprowadza czytelników przez swoje wspomnienia w rodzinie zastępczej i odkrywanie seksualności – i dzieli się najbardziej intymnym pejzażem rzeczywistości jej najbliższej. „Po co ci szczęście, jeśli możesz być normalna” to publikacja przesycona silnymi emocjami, ale też stworzona tak, żeby zapisać się w historii literatury, ze względu na znakomitą warstwę narracyjną. Jeanette Winterson przez długi czas nie rozumie postaw swojej przybranej matki: rejestruje jej kolejne dziwactwa i zachowania, które uniemożliwiają zwyczajne życie. Dopatruje się w kolejnych decyzjach i działaniach tematów, które mogą zaszokować szerokie grono odbiorców – ale eksponuje podobne problemy przede wszystkim po to, żeby zyskać dla siebie obronę czy usprawiedliwienie dla tego, co przecież usprawiedliwienia nie potrzebuje. Bo Jeanette Winterson czuje się przez długi czas niewystarczająca, a później jeszcze i winna – dlatego, że zdecydowała się podążać za głosem serca i wydobyła na światło dzienne swój homoseksualizm jako tworzywo literackie oraz jako materiał do publicznych rozważań. W tej książce Jeanette Winterson walczy w obronie miłości – nie ma znaczenia, jakiej. Liczy się ogólna idea, miłość prawdziwa, szczera i wolna od zakazów – ta, która uszczęśliwia i uskrzydla. Żeby taką perspektywę zyskać, autorka musiała przejść kilka rozczarowań i pokonać kilka pułapek – a dziewczyny, w których się zakochiwała na początku, uczyły ją, czego powinna chcieć od życia i czego może uzyskać.
„Po co ci szczęście, jeśli możesz być normalna” to zderzenie dwóch światów – jednego zacofanego, wypełnionego lękami i frustracjami, z ograniczeniami i zakazami dla innych – oraz drugiego, wolnego, umożliwiającego realizowanie własnych pragnień bez krzywdzenia innych i prowadzącego do spełnienia i satysfakcji. Jeanette Winterson, żeby być sobą, musi przeciwstawić się „pani Winterson” – i temat ten bardzo długo będzie jej towarzyszył. Ale czytelnicy nie muszą się martwić: autorka jest w stanie swoje perypetie – wybiórcze, bo przecież nie analizuje każdego kroku w życiu – przedstawić w sposób, który zachwyca. Widać tu ogromne wyczulenie na słowo i na jakość fraz, a dbałość o język przekłada się bezpośrednio na przyjemność czytelniczą. Jeanette Winterson spore grono czytelników zyskuje dzięki szczerości wyznań i dzięki tematowi – ale jakość tej prozy ma także duże znaczenie. Autorka koncentruje się tu na wyłapywaniu drobnych scenek o dużym znaczeniu – wyrazistych i przekonujących, jeśli chodzi o przesłania – dobrze Winterson puentuje kolejne spostrzeżenia. Z jednej strony daje dostęp do świata, w którym się wychowywała, z drugiej – otwiera czytelników na uczucia, nawet te niepopularne w pewnych środowiskach. „Po co ci szczęście, jeśli możesz być normalna” to książka ważna i wyjątkowa, prowadząca czytelników przez meandry ludzkich losów i wzajemnych relacji. Wrażliwość autorki łączy się tu z jej talentem literackim – i zapewnia wybuchową mieszankę. To naprawdę publikacja, od której trudno się będzie czytelnikom oderwać – a kibicowanie Jeanette Winterson w realizowaniu jej potrzeb i marzeń stanie się nieodłączną częścią lektury.
Osobowość
To jest książka z pozoru niewielka, ale mocno skondensowana i ważna dla wszystkich tych, którzy chcą funkcjonować na własnych zasadach i walczyć o siebie. Jeanette Winterson przeprowadza czytelników przez swoje wspomnienia w rodzinie zastępczej i odkrywanie seksualności – i dzieli się najbardziej intymnym pejzażem rzeczywistości jej najbliższej. „Po co ci szczęście, jeśli możesz być normalna” to publikacja przesycona silnymi emocjami, ale też stworzona tak, żeby zapisać się w historii literatury, ze względu na znakomitą warstwę narracyjną. Jeanette Winterson przez długi czas nie rozumie postaw swojej przybranej matki: rejestruje jej kolejne dziwactwa i zachowania, które uniemożliwiają zwyczajne życie. Dopatruje się w kolejnych decyzjach i działaniach tematów, które mogą zaszokować szerokie grono odbiorców – ale eksponuje podobne problemy przede wszystkim po to, żeby zyskać dla siebie obronę czy usprawiedliwienie dla tego, co przecież usprawiedliwienia nie potrzebuje. Bo Jeanette Winterson czuje się przez długi czas niewystarczająca, a później jeszcze i winna – dlatego, że zdecydowała się podążać za głosem serca i wydobyła na światło dzienne swój homoseksualizm jako tworzywo literackie oraz jako materiał do publicznych rozważań. W tej książce Jeanette Winterson walczy w obronie miłości – nie ma znaczenia, jakiej. Liczy się ogólna idea, miłość prawdziwa, szczera i wolna od zakazów – ta, która uszczęśliwia i uskrzydla. Żeby taką perspektywę zyskać, autorka musiała przejść kilka rozczarowań i pokonać kilka pułapek – a dziewczyny, w których się zakochiwała na początku, uczyły ją, czego powinna chcieć od życia i czego może uzyskać.
„Po co ci szczęście, jeśli możesz być normalna” to zderzenie dwóch światów – jednego zacofanego, wypełnionego lękami i frustracjami, z ograniczeniami i zakazami dla innych – oraz drugiego, wolnego, umożliwiającego realizowanie własnych pragnień bez krzywdzenia innych i prowadzącego do spełnienia i satysfakcji. Jeanette Winterson, żeby być sobą, musi przeciwstawić się „pani Winterson” – i temat ten bardzo długo będzie jej towarzyszył. Ale czytelnicy nie muszą się martwić: autorka jest w stanie swoje perypetie – wybiórcze, bo przecież nie analizuje każdego kroku w życiu – przedstawić w sposób, który zachwyca. Widać tu ogromne wyczulenie na słowo i na jakość fraz, a dbałość o język przekłada się bezpośrednio na przyjemność czytelniczą. Jeanette Winterson spore grono czytelników zyskuje dzięki szczerości wyznań i dzięki tematowi – ale jakość tej prozy ma także duże znaczenie. Autorka koncentruje się tu na wyłapywaniu drobnych scenek o dużym znaczeniu – wyrazistych i przekonujących, jeśli chodzi o przesłania – dobrze Winterson puentuje kolejne spostrzeżenia. Z jednej strony daje dostęp do świata, w którym się wychowywała, z drugiej – otwiera czytelników na uczucia, nawet te niepopularne w pewnych środowiskach. „Po co ci szczęście, jeśli możesz być normalna” to książka ważna i wyjątkowa, prowadząca czytelników przez meandry ludzkich losów i wzajemnych relacji. Wrażliwość autorki łączy się tu z jej talentem literackim – i zapewnia wybuchową mieszankę. To naprawdę publikacja, od której trudno się będzie czytelnikom oderwać – a kibicowanie Jeanette Winterson w realizowaniu jej potrzeb i marzeń stanie się nieodłączną częścią lektury.
piątek, 17 kwietnia 2026
Jane Wilsher: Encyklopedia rzeczy, które się mylą
Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.
Podpowiedzi
To książka, która może się dzieciom przydać – wcale nie dlatego, że mylą im się pojęcia prezentowane w kolejnych rozdziałach, a dlatego, żeby rozwijać słownictwo i zasób wiadomości – poszerzać wiedzę, a do tego – dobrze się bawić podczas czytania. Bo „Encyklopedia rzeczy, które się mylą” to pokazywanie świata z innej niż zwykle perspektywy. Jane Wilsher stawia na edukacyjną publikację, w której mnóstwo jest danych i ciekawostek zestawionych na bazie podobnych nazw albo podobnych kręgów znaczeniowych – można nauczyć się, jak odróżnić niebo od atmosfery albo Księżyc od księżyca – niektóre rozróżnienia bywają pozorne, jak w przypadku Słońca i gwiazdy, inne – kłopotliwe czasem nawet dla dorosłych (meteor i meteoryt – a to tylko przykłady z pierwszej części książki). Każda strona to osobne zagadnienie – para wyrazów, które mogą budzić wątpliwości albo ciekawość (co pewien czas rytm książki przyspiesza i zamiast pary wyrazów zyskujemy kilka par na odpowiednio podzielonej przestrzeni strony). Nie chodzi tylko o podawanie pojęć – w wersji uproszczonej, tak, żeby dzieci mogły je zrozumieć i przeanalizować – ale także o przywoływanie rozmaitych ciekawostek, które mogą zachęcić najmłodszych do samodzielnego badania świata i do gromadzenia wiedzy. To oznacza, że poza tytułowymi hasłami rozpracowane zostają jeszcze inne – powiązane z nimi – kwestie, tak, żeby przyciągnąć niezdecydowanych do danego tematu. To może spodobać się dzieciom, które lubią odkrywać świat – wyznaczenie kręgów do kolejnego rozczytywania oznacza kolejne przygody lekturowe. Rzecz jasna jest to książka bogato ilustrowana – teksty to hasła w odpowiednich ramkach, wyglądające bardziej jak podpisy pod rysunkami niż jak klasyczna narracja. I to się sprawdzi, zresztą obecnie stanowi to standard w publikacjach dla najmłodszych – przynajmniej w tych edukacyjnych publikacjach. To także pozostawia miejsce na kolejne drobne ciekawostki – zdania porozrzucane po stronach. Dzięki temu nie tylko fakty będą łatwiej zapadać w pamięć dzieciom, ale też – nikogo nie zniechęci ogrom pracy do wykonania.
Jak w każdej książce dla najmłodszych pretendującej do miana encyklopedii, tak i tutaj mamy do czynienia z charakterystycznym podziałem tematycznym. Autorka wychodzi od kosmosu, żeby następnie przeanalizować pojęcia z zakresu nauki, transportu czy świata, ekologii, roślin, zwierząt, czynności charakterystycznych dla codzienności człowieka, jedzenia, ciała, historii i technologii, nie zabraknie też miejsca na różności. Każde zagadnienie mieści w sobie od kilku do kilkunastu stron, tak, żeby nie zamęczyć dzieci nadmiarem danych i żeby nie zniechęcać ich do nauki – liczy się w końcu dobra zabawa i szereg olśnień. I takie właśnie olśnienia Jane Wilsher wprowadza. Nie jest to książka, która zmusza do dogłębnego analizowania kolejnych treści – raczej zestaw wiadomości atrakcyjnych i inspirujących. Dzieciom znacznie łatwiej będzie zapamiętywać treści przez ich poszatkowanie, podzielenie na maleńkie porcje – i przez zestawienia z podobnymi zagadnieniami. Ale najważniejsze jest to, że dostarczy rozrywki i rozbudzi ciekawość świata. To dobra inspiracja i zachęta do odkrywania świata – i jednocześnie zaproszenie do świata nauki jako do sposobu na przyjemne spędzanie czasu.
Podpowiedzi
To książka, która może się dzieciom przydać – wcale nie dlatego, że mylą im się pojęcia prezentowane w kolejnych rozdziałach, a dlatego, żeby rozwijać słownictwo i zasób wiadomości – poszerzać wiedzę, a do tego – dobrze się bawić podczas czytania. Bo „Encyklopedia rzeczy, które się mylą” to pokazywanie świata z innej niż zwykle perspektywy. Jane Wilsher stawia na edukacyjną publikację, w której mnóstwo jest danych i ciekawostek zestawionych na bazie podobnych nazw albo podobnych kręgów znaczeniowych – można nauczyć się, jak odróżnić niebo od atmosfery albo Księżyc od księżyca – niektóre rozróżnienia bywają pozorne, jak w przypadku Słońca i gwiazdy, inne – kłopotliwe czasem nawet dla dorosłych (meteor i meteoryt – a to tylko przykłady z pierwszej części książki). Każda strona to osobne zagadnienie – para wyrazów, które mogą budzić wątpliwości albo ciekawość (co pewien czas rytm książki przyspiesza i zamiast pary wyrazów zyskujemy kilka par na odpowiednio podzielonej przestrzeni strony). Nie chodzi tylko o podawanie pojęć – w wersji uproszczonej, tak, żeby dzieci mogły je zrozumieć i przeanalizować – ale także o przywoływanie rozmaitych ciekawostek, które mogą zachęcić najmłodszych do samodzielnego badania świata i do gromadzenia wiedzy. To oznacza, że poza tytułowymi hasłami rozpracowane zostają jeszcze inne – powiązane z nimi – kwestie, tak, żeby przyciągnąć niezdecydowanych do danego tematu. To może spodobać się dzieciom, które lubią odkrywać świat – wyznaczenie kręgów do kolejnego rozczytywania oznacza kolejne przygody lekturowe. Rzecz jasna jest to książka bogato ilustrowana – teksty to hasła w odpowiednich ramkach, wyglądające bardziej jak podpisy pod rysunkami niż jak klasyczna narracja. I to się sprawdzi, zresztą obecnie stanowi to standard w publikacjach dla najmłodszych – przynajmniej w tych edukacyjnych publikacjach. To także pozostawia miejsce na kolejne drobne ciekawostki – zdania porozrzucane po stronach. Dzięki temu nie tylko fakty będą łatwiej zapadać w pamięć dzieciom, ale też – nikogo nie zniechęci ogrom pracy do wykonania.
Jak w każdej książce dla najmłodszych pretendującej do miana encyklopedii, tak i tutaj mamy do czynienia z charakterystycznym podziałem tematycznym. Autorka wychodzi od kosmosu, żeby następnie przeanalizować pojęcia z zakresu nauki, transportu czy świata, ekologii, roślin, zwierząt, czynności charakterystycznych dla codzienności człowieka, jedzenia, ciała, historii i technologii, nie zabraknie też miejsca na różności. Każde zagadnienie mieści w sobie od kilku do kilkunastu stron, tak, żeby nie zamęczyć dzieci nadmiarem danych i żeby nie zniechęcać ich do nauki – liczy się w końcu dobra zabawa i szereg olśnień. I takie właśnie olśnienia Jane Wilsher wprowadza. Nie jest to książka, która zmusza do dogłębnego analizowania kolejnych treści – raczej zestaw wiadomości atrakcyjnych i inspirujących. Dzieciom znacznie łatwiej będzie zapamiętywać treści przez ich poszatkowanie, podzielenie na maleńkie porcje – i przez zestawienia z podobnymi zagadnieniami. Ale najważniejsze jest to, że dostarczy rozrywki i rozbudzi ciekawość świata. To dobra inspiracja i zachęta do odkrywania świata – i jednocześnie zaproszenie do świata nauki jako do sposobu na przyjemne spędzanie czasu.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)






