Strona główna || O autorce || O tu-czytam || Bajki || Bajkowe portfolio                       

środa, 18 lipca 2018

Maria Stauber: Musisz tam wrócić. Historia przyjaźni Lusi Gelmont i Zuzanny Ginczanki

Marginesy, Warszawa 2018.

Rzeczywistość

Jest ta książka wstrząsająca, jeśli pamięta się o wojennym finale. Ale jest też pod wieloma względami niezwykła. Maria Stauber przygląda się w niej relacji dwóch kobiet i ujmuje wydarzenia z odległej przeszłości w formie listu lub wyznania do jednej z bohaterek. A przecież nie ma tu mowy o romansie czy życiowym partnerstwie, a “jedynie” o przyjaźni i to w tym okresie życia, kiedy jeszcze nie wiadomo, czy działa bliskość płynąca z młodości, czy też rzeczywiście silna wspólnota poglądów. O jednej z tych kobiet wspomina się czasem w portretowaniu kulturowego dorobku dwudziestolecia międzywojennego. Zuzanna Ginczanka trafiła bowiem i na orbitę Skamandra, i do “Szpilek”, próbowała swoich sił w wyrazistych rymach, w poezji silnie zrytmizowanej i niezwykle plastycznej. Nawet jeśli ktoś nie zetknął się wcześniej z utworami Gincanki, teraz będzie mógł przejrzeć jej fragmenty. Z kolei Lusia Gelmont (później Stauberowa) nie trafiła do podręczników, wybrała mniej medialny zawód. Została najpierw pielęgniarką, później lekarką. Obracała się jednak w tych samych co Ginczanka artystycznych kręgach. Do Lusi zwraca się autorka tekstu, jakby szukała potwierdzenia swoich odkryć, jakby budowała charakterystyczne przypomnienie pięknych i strasznych czasów - dla zachwytu i ku przestrodze. To dzięki formie odbiorcy mają wrażenie uczestniczenia w akcji. Ale też forma staje się największą przeszkodą w uprawdopodobnieniu opowieści, zwłaszcza w dialogach. Rozmowy mają nadać historii tonu reportażowego, ale Maria Stauber wykorzystuje je do przemycania podręcznikowych często wiadomości. Nawiązuje do charakterystycznych wypowiedzi lub anegdot, ale gdy próbuje zapełnić nimi całość - wypada nieprzekonująco. Jasne, że nakreśla klimat dwudziestolecia, oczywiście odwzorowuje relacje między bohaterami powieści (zwykle - wielkimi nazwiskami), ale zatraca w tym wszystkim szczerość rozmów. Dyskusje wypadają nienaturalnie, gdy ich uczestnicy wymieniają się doskonale sobie znanymi danymi tylko po to, by wtajemniczyć w klimat czytelników.

I w przypadku Lusi, i w przypadku Zuzanny żydowskie pochodzenie ma znaczenie – rzutuje na życiowe wybory i losy. Ginczanka ginie podczas wojny, Lusia po 1968 roku musi emigrować. Ale kiedy ta historia się zaczyna, to kwestia odległej przyszłości. Na razie kultura żydowska - zwyczaje, elementy języka lub zachowania w społeczności - stanowi tło dla opowieści, malownicze i dla czytelników momentami egzotyczne. Drugim akcentem “inności” staje się uroda obu kobiet - nietypowa, umożliwiająca ukrycie się w tłumie, uroda, która zapewnia bezustanne zainteresowanie mężczyzn, a kiedyś okaże się zgubną. Stopniowo autorka wprowadza odbiorców w rzeczywistość postaci, przedstawia ich ukochanych, beztroskie chwile i relacje towarzyskie. Wprowadza młode i wesołe dziewczyny do kawiarni literackich, pozwala im zawierać znajomości z wielkimi twórcami. Opowiada wydarzenia i anegdoty tak samo, jako zestaw ujednoliconych wspomnień. Kwiecisty język, jakim posługuje się w rozmowach, sprawdza się w kreowaniu świata, którego już nie ma. Można ten tom odczytywać różnymi teoriami – kluczem żydowskim, feministycznym, historycznym, literackim czy obyczajowo-towarzyskim - najważniejsze w nim będzie jednak pokazanie siły, witalności, młodzieńczej energii i pogody ducha na przekór czasom. Maria Stauber stawia na nieprzezroczysty język, próbuje przenieść czytelników do rzeczywistości swoich bohaterek, a do tego jeszcze przekazać im informacje na temat codzienności czy kontaktów interpersonalnych. Dla tej autorki opowieść ma kilka wymiarów, ale prywatność nie przysłania celów. Stauber przedstawia bohaterki tomu obiektywnie, ale w zindywidualizowany sposób prowadzi samą narrację.

wtorek, 17 lipca 2018

Blair Holden: Bad boy's girl 3

Jaguar, Warszawa 2018.

Rozterki

Tom zamykający cykl Bad boy’s girl jest jednocześnie tomem najlepszym w serii, przynajmniej pod kątem fabularnym, bo narracyjnie Blair Holden ogólnie trzyma wysoki poziom i nie zawodzi. Tym razem związkowi Cole’a i Tessy przeszkadzają wścibscy dziennikarze (czyhający na celebryckie potknięcia wschodzącej gwiazdy sportu) oraz... matka chłopaka (poprzednio to rodzicielka Tessy nieproszona udzielała dobrych rad, a przyszła teściowa dziewczyny wydawała się najlepszą przyjaciółką). Romans znowu przeżywa wzloty i upadki, ale tym razem znacznie lepiej umotywowane i rzeczywiście wkraczające w sferę psychiki bohaterów.

Zaczyna się od tego, że Cole publicznie wypiera się związku z Tessą. To kłamstwo na użytek dziennikarzy i sposób na chronienie dziewczyny przed niechcianą popularnością - jednak stwarza też okazję do rozmaitych nadużyć i wzajemnej zazdrości. Później okazuje się, że Cole ma jakiś sekret, że jego decyzje nie muszą być zrozumiałe dla najbliższych. Tessa we własnych oczach dojrzewa: do tej pory to ona była chroniona przez ukochanego przed całym światem, najwyższy czas, żeby odwdzięczyła się tym samym, a przynajmniej udowodniła, że może na równi z chłopakiem walczyć z przeciwnościami losu, których przecież nie brakuje. I tak z przekomarzań i niesnasek ognistej pary przechodzi Blair Holden do bardziej rozbudowanych problemów i wychodzi to na dobre całej powieści, a nawet serii. Kto był już znudzony przepychankami i scenami pożądania naprzemiennie serwowanymi w fabule, ten teraz wróci do śledzenia perypetii tej pary. Tessa i Cole w dalszym ciągu pragną się nawzajem, a pociąg fizyczny Blair Holden relacjonuje na wór powieści erotycznych. Ale jest tu i sporo dylematów okołomoralnych, spraw, które uświadamiają młodym czytelniczkom, że na seksie świat się nie kończy i że dobry związek należy budować na solidnych podstawach. Nie ma tu przesadnych powrotów do przeszłości (która straciła znaczenie z chwilą zejścia się bohaterów), teraźniejszość przynosi wystarczająco dużo rozterek.

Blair Holden kieruje się do młodych czytelniczek (solidaryzujących się z bohaterką choćby w zdaniu, że nikt nie powinien wtrącać się w relację dwojga ludzi). Tworzy dla nich historię o miłości ponad wszystko – bohaterowie muszą pokonać wiele przeszkód, coraz bardziej wymyślnych, żeby być razem. Jest w tym naiwność (związek nastolatków “na zawsze”), ale jest też ogień, tak potrzebny dla przyciągnięcia do lektury. Tessa to bohaterka obdarzona poczuciem humoru – objawia się to w autoironii i sarkazmie – co trochę rozbija patos mówienia o miłości. Tekst został zdynamizowany już na poziomie narracji, emocje objawiające się w opowiadaniu o wydarzeniach udzielą się odbiorczyniom. Oczywiście że huśtawka nastrojów ciągnąca się przez trzy tomy może kiedyś znużyć, ale tym razem Blair Holden wspięła się na wyżyny pomysłowości i dba o urozmaicenia tak, że przestaje być ważne, czy Tessa i Cole będą razem, a zaczyna – co naprawdę się między nimi dzieje. Tematowi z gatunku popowych towarzyszy dobra literacka narracja, to wartość nie do pogardzenia przy śledzeniu losów bohaterów. Blair Holden zamyka cykl w sposób, który pozwoli jej trafić do świadomości czytelniczek.

poniedziałek, 16 lipca 2018

Małgorzata Garkowska: Spotkamy się przypadkiem

Zysk i S-ka, Poznań 2018.

Krzywdy

Jest w tej powieści nadzieja na to, że zły los się w końcu odwróci, a po dramatach i katastrofach przyjdzie czas na prawdziwe szczęście. Ale jest też wiele goryczy i Małgorzata Garkowska do baśniowych rozwiązań podchodzi z dużą dozą nieufności. “Spotkamy się przypadkiem” to zestawienie doświadczeń kilku postaci z różnych pokoleń, różnych domów i różnych tragedii. Joanna jest nauczycielką, która niedawno sprowadziła się do miasteczka. Jeszcze nie zna lokalnych spraw, ale zjednuje sobie ludzi serdecznością i ciepłem. Maria próbuje się podnieść po śmierci męża i córki: od wypadku samochodowego minęło sporo czasu, najwyższa pora zacząć realizować dawne plany o otwarciu pizzerii. Te dwie kobiety spotkają się ze sobą, zresztą wydarzenia z egzystencji kolejnych bohaterów Garkowska szybko i zgrabnie łączy. Przedstawia również przypadek Janka, nastoletniego ucznia Joanny. Janek w domu ma problemy z ojczymem-alkoholikiem, w szkole – z prześladującymi go rówieśnikami. Zresztą w życiu każdego może się wydarzyć coś, co na zawsze zmieni jego losy, Małgorzata Garkowska nie stroni od naprawdę mocnych rozwiązań. Nie boi się mieszać w rzeczywistości, a dzięki temu unika problemu schematyczności, tak charakterystycznego dla dzisiejszych czytadeł dla pań. Garkowska nie zamierza iść na fabularną łatwiznę, przynajmniej w drodze do wyznaczonych celów. Stroni od cukierkowości - i zwłaszcza na początku tomu trzeba będzie uzbroić się w cierpliwość. Zanim rozkręci się akcja, autorka wcale nie próbuje przekonać czytelników do swoich bohaterów. Wrzuca wszystkich w codzienność pozbawioną pocieszeń i każe czekać na zmiany. Na szczęście postacie kreatywnie podchodzą do wyzwań, co może być potraktowane jak wskazówki dla czytelniczek – warto sprawdzić, jak radzą sobie z problemami. Jednak zdarza się w “Spotkamy się przypadkiem” i zestaw sytuacji ekstremalnych, w których pomoc przydałaby się znacznie wcześniej i pozwoliła uniknąć kolejnych cierpień. Każdy z bohaterów, bez względu na pokolenie, ma tu swoje powody do zamartwiania się. Jednak nikt nie traci empatii i potrafi pospieszyć z pomocą innym. To element krzepiący wpleciony do obyczajówki osnutej na kanwie powieści psychologicznej i... sensacyjnej. Garkowska nie boi się eksperymentowania, co pozwala jej na nieprzewidywalność w kierunkach rozwoju fabuły (chociaż niekoniecznie w każdym z punktów finału). Kiedy już nabierze pewności siebie w ramach budowania akcji, może zaangażować odbiorczynie w świat postaci – wtedy, nawet jeśli to świat przerysowany, lektura zaczyna przebiegać inaczej.

Dosyć szybko łączy Małgorzata Garkowska poszczególne wątki, nie chce, żeby tworzyły się odrębne przestrzenie: musi przecież pokazać, jak bohaterowie wpływają na siebie nawzajem i do czego jest im potrzebny kontakt z drugim człowiekiem. Tu nikt nie da sobie rady bez innych – ale ci inni również potrzebują wsparcia. Przy takim pomyśle konstrukcyjnym dobrze sobie Garkowska radzi z narracją i rozwijaniem poszczególnych intryg. Sprawia, że chce się śledzić losy bohaterów, mimo że czasami opisy wywołują odruchowy sprzeciw i złość. “Spotkamy się przypadkiem” to odskocznia od ciepłych, serdecznych i naiwnych obyczajówek, próba rozdrażnienia czytelniczek i wyczulenia ich na pewne kwestie możliwe do zaobserwowania w najbliższym otoczeniu. Autorka wyostrza poruszane tematy, żeby zmusić do reakcji - żeby nikt nie pozostał obojętny na krzywdę drugiego człowieka. Jest to zatem obyczajówka z przesłaniem, całkiem ładnie dopracowana.

niedziela, 15 lipca 2018

Henryk Waniek: Szalone życie Macieja Z

Iskry, Warszawa 2018.

Wspomnienie

Maciej Z, gdyby został poddany analizom biografów i badaczy satyry, nie mógłby być utrwalony w dziele z założenia (popularno)naukowym jako fenomen PRL-u. Jego życie wciąż czeka na rozpisanie i poukładanie, a także odpowiednie skomentowanie. Do tego jednak potrzebny jest badawczy dystans. Ów dystans z kolei wyklucza zobrazowanie pomysłów i działań poza schematami. I tak pojawia się problem, z którego zgrabnie ucieka Henryk Waniek w tomie “Szalone życie Macieja Z”. Biografii ten autor nie pisze, twórczością Zembatego się nie zajmuje, chyba że akurat, wyjątkowo, potrzebne mu to do przywoływanej anegdoty. Kto ma wątpliwości, jakiej postaci dotyczy książka, za tę lekturę brać się nie powinien. Kto szuka kalendariów, rejestrów dokonań czy choćby życiorysu - również nie. Wańkowi nie w głowie zbieranie wiadomości, czytanie o Zembatym i przetwarzanie danych. Patrzy na satyryka przez pryzmat swojej z nim znajomości i to ma wystarczyć również za powód napisania książki. Maciej Zembaty usuwa się w niej na dalszy plan, odchodzi w niebyt, by za jakiś czas się wynurzyć, zaimponować wolnością i gotowością do łamania zasad, a następnie znów zniknąć do kolejnej anegdoty. A wszystko w sposób, który uprawomocnia formą.

Bo na początku Henryk Waniek tłumaczy się snem lub tym momentem na granicy snu i jawy, w którym myśli krążą swobodnie, chaotyczne i nieuporządkowane, a jednak logiczne. Z tego motywu – usprawiedliwienia dla książki - autor tworzy ramę kompozycyjną. Gdzieś tłumaczy się z rzadkich spotkań z bohaterem książki, gdzieś rozwija ponad miarę to, co można wyczytać z jednorazowego doświadczenia, wspólnego niepowtarzalnego przeżycia. Wspomnień ma garstkę, musi więc na ich podstawie rozsnuwać opowieść, żeby w ogóle dało się ją podporządkować sylwetce Zembatego. Maciej Z funkcjonuje tu towarzysko – przez spotkania z bliskimi, wspólną zabawę, ryzyko, niekonwencjonalne działania, ucieczkę w to, co zakazane... Rzadko w konkretach, znacznie częściej za sprawą drobnych skojarzeń, obrazków subiektywnych. Ale przecież Henryk Waniek nie ma nic przeciwko budowaniu legendy, zwłaszcza temu, który na tę legendę zasłużył i zapracował. Może trochę namiesza biografom, a może zasugeruje im nowe tematy, odkrycia spoza danych encyklopedycznych. Jedno jest pewne – Macieja Zembatego nie da się opisać, każdy portret będzie z konieczności zubożony o jakieś szczegóły z niewyjaśnionych kart życiorysu, albo o charakter i postawy nadające ton twórczości.

Henryk Waniek pisze z perspektywy dobrego znajomego i tego, który rozumie kontekst. Momentami nawet wypada, jakby chciał zawłaszczyć sobie sylwetkę Zembatego – i wtedy przegrywa konfrontację z artystą, musi ustąpić i szukać innej drogi. To dlatego “Szalone życie Macieja Z” jest tomem fragmentarycznym, składanym z detali i celowo oddalanym od osi czasu: nie ma tu mowy o chronologii. Waniek o wiele więcej mówi między wierszami niż wprost – ale jego książka nie powstała po to, żeby coś odkrywczego o Zembatym powiedzieć. Prawdopodobnie właśnie dlatego, że znał barda – nie da rady zdystansować się od wspomnień na tyle, żeby poszukać choćby możliwości sportretowania Macieja Z. To oznacza, że czytelnicy otrzymują po prostu wspomnienie – niezbyt długie, literackie, ale pozbawione prób układania biograficznych historii. Maciej Zembaty w tej publikacji pozostaje sobą, ale też ukrywa się w cieniu, owa tajemniczość sprawia, że wydaje się czytelnikom jeszcze bardziej ciekawą postacią.

sobota, 14 lipca 2018

Jerzy Grotowski: Grotowski. Teksty zebrane

Instytut im. Jerzego Grotowskiego, Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2018.

Teatr w pigułce

"Grotowski. Teksty zebrane" to publikacja dla miłośników teatru, dla tych, którzy chcieliby poznać zasady, jakimi kierował się Jerzy Grotowski w tworzeniu teatru. Mowa tu i o interakcji między aktorem i widzem, i o szukaniu w sobie potrzebnych emocji, o treściach, które mogą być przedstawiane ze sceny, ale i o samym aranżowaniu przestrzeni teatralnej: Grotowski sprawdza na przykład, jak zaczyna znaczyć widz, który przez naturalny rozkład plam światła zostaje włączony w strukturę spektaklu, czy – jak aktorzy szukają dla siebie miejsca przy złamaniu tradycyjnego układu sceny i widowni. Jerzy Grotowski lubi eksperymentować, ale nie są to wyłącznie pojedyncze przejawy szukania właściwej formy. Zabawy teatrem przekuwa następnie na głębokie analizy. Kwintesencją sporej części opasłego (liczącego przeszło tysiąc stron) tomu staje się odczytywanie znaczeń i możliwości płynących z określonych decyzji twórczych. To dla odbiorców szansa na sprawdzenie, dlaczego pewne metody nie są dzisiaj powszechnie przez reżyserów stosowane. Grotowski nie zajmuje się teatrem masowym, elitarność w naturalny sposób wypływa tutaj z podejścia do materii twórczej. Ale też autor nie pozostawia odbiorców bez komentarza dotyczącego spostrzeżeń: co więcej, decyduje się w omówieniach na ogromną dokładność. Nie pozostawia zbyt wiele wyobraźni czy domysłom czytelników, proponuje konkretne i wypełnione detalami eseje, które stopniowo wprowadzają w najbardziej zawiłe tematy. Grotowski w tekstach tworzonych przecież na przestrzeni lat jawi się raz jako teoretyk, raz jako znawca, jako filozof, ale w końcu i jako praktyk teatru. Nie tylko mówi o tym, co zauważył i co zbadał. W pewnych momentach wprowadza też niemal poradniki dla aktorów i reżyserów, daje wyraźne wskazówki postępowania i tłumaczy, jaki efekt pozwoli uzyskać zastosowanie się do jego porad. Umożliwia podążanie wytyczoną przez siebie ścieżką (a czasami objaśnia też innych, przybliża choćby Stanisławskiego). Takie podejście pozwala na zwiększenie zainteresowania możliwościami teatru i samych podstaw zjawiska, nie na etapie adaptacji, a jeszcze bez odniesień do tekstu czy jego przesłań. Przy wysokim stopniu uogólnienia udaje się Grotowskiemu zachować równie wysokie nasycenie konkretami.

Ale "Teksty zebrane" to nie tylko analizy teatru. Znalazły się tu rozmaite gatunki prasowe, artykuły publikowane przez Jerzego Grotowskiego od czasów studiów, w tym recenzje i omówienia, ale też rozmaite polemiki, sprostowania czy komentarze, objaśnienia dla szerokiego grona odbiorców lub... reportaże (autor chętnie podróżuje i szuka inspiracji w kulturach różnych krajów). W pierwszym okresie twórczości silnie interesuje się też (z konieczności) kwestiami socrealizmu, teatru radzieckiego czy zrzeszania młodzieży. O ile większość takich komentarzy ma dziś jedynie wymiar historycznej ciekawostki, o tyle zagadnienie wykorzystywania potencjału twórczego młodzieży - zapału, energii, świeżych pomysłów itp.. - wydaje się szczególnie ważny i bliski autorowi. Osobny motyw to rozbudowane wywiady. Te najbardziej wprowadzają wątki autobiograficzne – i powiązane są z określonymi sytuacjami. Chociaż Jerzy Grotowski stara się uwzględniać życzenia dziennikarzy, zwykle i tak ciągnie go w stronę analizowania teatru i przyglądania się jego możliwościom. W związku z tym zamieszczone w tomie wywiady dają zapowiedź tego, co zostanie rozbudowane w tekstach.

"Grotowski. Teksty zebrane" to publikacja, obok której przejść obojętnie nie można. Wciąga i magnetyzuje, a dzięki porządkowaniu przemyśleń nadaje się do uważnego przestudiowania przez zainteresowanych teatrem. Nie ma tu tak charakterystycznej dla popporadników skrótowości, nie ma wyróżnianych graficznie wyliczeń i podsumowań czy streszczeń: trzeba rzetelnie zagłębić się w tekst i dokładnie prześledzić wywody Grotowskiego, żeby pojąć jego pomysły - i ewentualnie podjąć polemikę lub w ogóle wybrać inną drogę. Przygotowanie do tego tomu oznacza dla czytelników spotkanie z literaturą przedmiotu na najwyższym poziomie. Co ciekawe – redaktorzy zrezygnowali z aparatu krytyczno-badawczego (nie tylko dla wygody odbiorców, ale i – by nie powiększać objętości książki). Pozostawiają jedynie drobne komentarze dotyczące pochodzenia tekstu.

piątek, 13 lipca 2018

Anna Mieszkowska: Historia Ireny Sendlerowej

Marginesy, Warszawa 2018.

Ratunek

Rok Ireny Sendlerowej to okazja do przypomnienia czytelnikom biografii tej postaci. Tom pióra Anny Mieszkowskiej trafia w uzupełnionej wersji na rynek. Historia Ireny Sendlerowej nie jest jednak typową biografią. Na prośbę bohaterki książki Anna Mieszkowska zrezygnowała na przykład z tematu dwóch nieudanych małżeństw. W konsekwencji całe życie rodzinne bohaterki podlega tu ogromnym ograniczeniom, właściwie Mieszkowska skupia się niemal wyłącznie na kwestii ratowania dzieci z getta i na motywie przywrócenia Ireny Sendlerowej do publicznej świadomości. Rozwija autorka to, co i tak już wiadome, przypomina o bohaterstwie i wyzwaniach, kreśli kontekst działań. A ponieważ tom składa się nie tylko z narracji Anny Mieszkowskiej, ale i z zachowanych dokumentów, część kwestii co pewien czas powraca, tylko w różnych ujęciach: wiadomo, skąd autorzy zaczerpnęli informacje.

Ramą kompozycyjną opowieści Anny Mieszkowskiej stają się ostatnie lata życia Ireny Sendlerowej. Najpierw pogodna starsza pani, cicha bohaterka, osoba zapomniana i mieszkająca w domu opieki. Potem - amerykańskie uczennice przygotowujące sztukę na podstawie wojennych doświadczeń Sendlerowej. I nagle rozgłos, wielka sława, niekończące się spotkania, goście, którzy nawet nie liczą się ze stanem zdrowia kobiety. Nagrody, wyrazy wdzięczności, uratowane dzieci – teraz już dawno dorosłe - wzruszenia... Ta rama staje się trampoliną do przeszłości. Anna Mieszkowska odwołuje się najchętniej do tego, co opowiadała sama Irena Sendlerowa. Całe rozdziały układa czasami z zapisków i wspomnień bohaterki tomu. Przygląda się pomysłom na wywożenie dzieci z getta, ale te organizowaniu życia czy akcjom w ramach pomocy Żydom. Odnotowuje wydarzenia wstrząsające, między innymi aresztowanie Sendlerowej. Czytelnicy będą zatem przeżywać rzeczywistość okupacyjną - dawka emocji jest tu niezbędna, by mogli docenić działania kobiety, jej odwagę i pomysłowość. Największy akcent kładzie autorka na ocalanie nie tylko dzieci, ale i wiadomości o nich. Relacja zostaje poszatkowana i charakteryzuje się zmiennym tempem. Momentami wydarzenia prezentowane są bardzo szczegółowo - innym razem służą wyłącznie jako tło, Mieszkowska musi lawirować między tym, co opowiedzieć powinna i tym, na czym zależało Irenie Sendlerowej. W efekcie powstaje książka-laurka (co akurat zarzutem nie jest), ale też publikacja, która tylko w niewielkiej części jest biografią. Owszem, kreśli autorka stosunki Sendlerowej z matką, oceny życia rodzinnego według dzieci bohaterki – ale nie może się wyrwać z kręgu wojny. Sylwetkę Sendlerowej przedstawia przez szereg odwołań ocalonych, sięga do fragmentów recenzji książki, wprowadza nawet większy komentarz już po właściwej opowieści. Uzupełnia wypowiedzi Sendlerowej i jej zapiski, ale do książki dołącza również wspomnienia Ireny Sendlerowej o współpracownikach i przyjaciołach zaangażowanych w pomoc innym.

Wspomnienia przechodzą dość łatwo w ogólniki - nie będzie zatem w książce rejestrowania pojedynczych przypadków ocalonych dzieci, ani nawet wyliczania metod działań. Liczy się za to ogólny nastrój zagrożenia i poświęcenia (świadomości, że należy pomagać w każdej sytuacji). To opowieść o bohaterce – z pełną świadomością tak właśnie skonstruowana i przygotowana. Wymaga jeszcze dalszych lektur i uzupełnień, ale i tak jest dość obszerną książką poświęconą Irenie Sendlerowej – Anna Mieszkowska rezygnuje tutaj z poetyki pop i rozmywania narracji grafikami. Dostarcza odbiorcom pozycję wstrząsającą - ale ponieważ książka trafia na rynek po raz kolejny, nie wywoła już aż takiego rozgłosu.

czwartek, 12 lipca 2018

Blair Holden: Bad boy's girl 2

Jaguar, Warszawa 2018.

Sens związku

Ta seria jest fenomenem nawet nie za sprawą treści (bo trudno w fabularnych pomysłach doszukiwać się oryginalności), a przez nietypowy pierwotny sposób dystrybucji. Ale i tradycjonalistki dostają w końcu do ręki gotowy cykl powieści. "Bad boy's girl 2" to dalsze perypetie Tessy i Cole'a – raczej dla wytrwałych amatorek naiwnych romansów. W punkcie wyjścia Tessa jest zraniona i cierpi dużo bardziej niż można by się spodziewać nawet po egzaltowanej nastolatce. Cole przyznał się jej do zdrady (której w ogóle nie pamięta i nawet nie ma co do niej pewności), więc bohaterka próbuje wyrzucić go ze swojego życia. Bezskutecznie - zresztą inaczej nie dałoby się kontynuować serii, bo nie ma na horyzoncie nikogo, kto mógłby konkurować z "Bad boyem". Tessa cierpi, przyjaciółki ją pocieszają, a Cole – szuka drogi do serca swojej dziewczyny, po raz kolejny. Kiedy już ją znajdzie, nastąpi standardowa seria wzlotów i upadków, chwil bezmiernego szczęścia i kryzysów, które wywołują ataki rozpaczy. I w pewnym momencie ta huśtawka, bardzo naturalna i zrozumiała dla dobra fabuły, zacznie męczyć. B Blair Holden nie ma do końca pomysłów na rozwój akcji, lawiruje ciągle między tymi samymi tematami. Zawsze chodzi o zazdrość, podejrzenie zdrady, zaborczość lub dawanie wiary podszeptom złośliwców. Tessa i Cole chcą być bez przerwy razem, a to często zamienia się w kłopoty. Do tego należy jeszcze dodać intrygi matki dziewczyny - która ma swoje poglądy na związek Tessy. Młodzi bohaterowie muszą zdać egzamin z dojrzałości życiowej, a do tego nie wystarczy rozpoczęcie współżycia seksualnego. Blair Holden wykorzystuje jednak modę na powieści erotyczne, żeby podkreślać bliskość postaci. Nie zajmuje się szczegółowym analizowaniem scen erotycznych, raczej przymyka drzwi do sypialni. Seks staje się tu jednak kolejnym punktem kulminacyjnym, refrenem w piosence ze wzlotów i upadków. Co ciekawe, Tessa i Cole chcą postępować odpowiedzialnie i nie decydują się na pierwszy raz pod wpływem alkoholu (ma to oczywisty dydaktyczny wydźwięk), ale już podczas silnego wzburzenia, kiedy również nie są w stanie racjonalnie działać, nie widzą problemu w pójściu do łóżka. Jest w tym trochę niekonsekwencji na etapie planowania charakterów, ale młodym czytelniczkom to wystarczy.

Blair Holden szuka sposobów na przekazanie ekstremalnych doznań. Prawdziwym wyzwaniem jest tu wciąż od nowa nazywanie euforii i przedstawianie maksymalnej dawki szczęścia, podobnie jak rejestrowanie dramatów. Bohaterka przeżywa prawdziwą sinusoidę uczuć, a chociaż fabuła wydaje się układana z dwóch klocków - w narracji nie ma powtórzeń. Gorzej, że to droga donikąd, bo Blair Holden nie wychodzi na razie poza sceny kłótni i godzenia się - a to trochę za mało jak na dość obszerną powieść.

"Bad boy's girl 2" to książka, która w pewien sposób powtarza rozwiązania z pierwszej części, przynajmniej na planie uczuciowym. Przeplata się tutaj miłość i nienawiść, nie ma zwyczajności ani prób układania sobie życia mimo wstrząsów sercowych. Takie rozwiązanie przypadnie do gustu młodzieży, nastoletnie czytelniczki w końcu spragnione są idealizowanych obrazów miłości na zawsze. Blair Holden odpowiada na zapotrzebowanie rynku i w umiejętności dopasowania się tkwi tajemnica jej sukcesu. To historia, jakiej chcą odbiorczynie – okraszona jeszcze poczuciem humoru przejawiającym się zwłaszcza w sarkastycznych odzywkach Tessy.

środa, 11 lipca 2018

Bartek Dobroch: Artur Hajzer. Droga Słonia

Znak, Kraków 2018.

Obok wspinacza

Książek o wspinaczce wydaje się dzisiaj mnóstwo, każdy sportowiec chce się pochwalić dokonaniami, przypomnieć o sobie lub zweryfikować obiegowe opinie. Nie mogło więc na rynku zabraknąć biografii Artura Hajzera, tomu, który zamienia się w rodzaj pomnika dla twórcy programu Polski Himalaizm Zimowy. Chociaż Bartek Dobroch sugeruje, że interesują go zarówno pochlebne, jak i krytyczne głosy o wspinaczu, tych drugich jest tu – co zrozumiałe - jak na lekarstwo. To konwencja, z którą najlepiej się pogodzić jeszcze przed przystąpieniem do lektury. Bartek Dobroch śledzi rynek literatury górskiej, jest obeznany ze światem wspinaczy, potrafi też, kiedy trzeba, zająć się "polityką" i nakreślać możliwości działania himalaistów. Podstawowym jednak źródłem informacji o Hajzerze są dla niego rozmowy z przyjaciółmi bohatera tomu, wiadomości spoza spisywanych dokumentów. Udaje się z tego stworzyć bardzo obszerną relację. Autor dba o zachowanie chronologii i pilnuje, by opinie znajomych z czasów zaawansowanej wspinaczki nie przedostawały się do – na przykład - Hajzera z czasów studiów. Sprawia to momentami wrażenie, jakby autor próbował zamieścić w rozdziale całą rozmowę opatrzoną komentarzami i dopiero potem przejść do następnych danych. Unika więc typowego dla publikacji pop sklejania cytatów i zastępowania nimi właściwej narracji. "Hajzer. Droga Słonia" jest w dużej części książką towarzyską - bo też i Bartek Dobroch kieruje się nie tylko do fanów literatury górskiej, ale i do szerokiego grona przypadkowych odbiorców, tych, który czasami w ogóle nie pojmują sensu wspinaczki. W związku z zamierzonym poszerzeniem grona czytelników Dobroch nie tylko rezygnuje z hermetycznego słownictwa czy analizowania ekwipunku na poszczególnych wyprawach, za to szuka opowieści o kontekstach dokonań Hajzera, pyta o najzwyklejsze wydarzenia. Próbuje między innymi odtworzyć klimat szkoły czy podwórka (tu fantazję pobudzają śląskie korzenie wspinacza, barwnie wypada to we wszelkiego rodzaju stylizacjach, ale i próbach odwzorowywania zwykłego życia). Dobroch lubi detale – sprawdza nawet (choć nie ma jak tego zweryfikować), czego Hajzer mógł słuchać. Trochę w tym biografii, trochę beletrystyki, budowania portretu nieencyklopedycznego, w dodatku z bardzo ulotnych danych i domysłów.

Jedną część relacji stanowią tutaj góry i opowieści o zdobywanych lub niezdobytych szczytach, górskie przyjaźnie i znajomości, choroby na ekstremalnych wysokościach, ambicje i pomysły. Druga część dotyczy Alpinusa, firmy, której historia jest nieodłącznie związana z historią samego Artura Hajzera. Po drodze mnóstwo przystanków luźno powiązanych z górami: festiwal górskich filmów, sprawy związkowe, radzenie sobie ze śmiercią kolegów, a na dalekim planie – rodzina, zawsze przegrywająca z górami.

Bartek Dobroch lubi pisać w malowniczy sposób. Chce uwodzić czytelników narracją, sugerować ogniskową gawędę, a może po prostu wypełniać czas i miejsca między faktami literackością. Bywa w tych zapędach rozbrajająco wprost naiwny (kiedy każe "dzielić przez pół"), ale zdarza mu się też poruszyć wyobraźnię. Próbuje odróżnić się od innych autorów górskich biografii nieprzezroczystą relacją. Zresztą i objętościowo wypada ten tom imponująco w porównaniu z innymi przedstawieniami sylwetek wspinaczy. Oczywiście sporo tu zdjęć, ale nie przytłaczają one tekstu i nie odwracają od niego uwagi, stanowią po prostu niezbędne uzupełnienie opowieści. W całej lekturze ginie życiorys Hajzera – to bardziej prezentacja ważnej postaci polskiej wspinaczki niż próba porządkowania etapów egzystencji.

wtorek, 10 lipca 2018

Sally Thorne: Wredne igraszki

Rebis, Poznań 2018.

Przyciąganie

Nie ma tu zaskoczenia, "Wredne igraszki" przygotowane są jako romans i już w zdaniu na okładce o "seksownym romansie biurowym" jest mowa. Tyle tylko, że Sally Thorne rozwija ów romans pod kątem narracyjnym, sporo energii poświęca na to, by jak najdokładniej opisać przemyślenia Lucy na temat Joshui – i na bazie autoanaliz bohaterki budować historię rozkwitającego uczucia, a właściwie uczucia, które zmienia tylko zwrot. Bo na początku Lucy szczerze nienawidzi człowieka, z którym musi dzielić biuro. Joshua irytuje ją na wszelkie możliwe sposoby i tym, że prowadzi tajne zapiski na temat Lucy, i tym, że ubiera się w przewidywalne kolory. Dla urozmaicenia pracy kobieta stacza z przeciwnikiem wyimaginowane pojedynki: na spojrzenia, na dręczenie bez możliwości złożenia skargi do działu kadr... każdy dzień przynosi szereg nieprzyjemności i upokorzeń. W dodatku w wyniku fuzji wydawnictw pojawia się stanowisko, o które i Lucy, i Joshua powinni i chcą się ubiegać. Które z nich wygra – zostanie szefem tego drugiego. A to już zupełnie nowy rozkład sił. Na razie jednak toczy się biurowa gra. Aż do momentu, gdy Lucy i Joshua odkrywają wzajemne pożądanie.

Ponieważ autorka od początku zawęża akcję do dwóch postaci, wiadomo, że to im będzie się kibicować. I po tym, jak wiele wysiłku wkłada w "obrzydzenie" Josha czytelniczkom, jest wręcz dziwne, że chce to później odkręcać. Wystarcza jednak kilka dotyków czy gorących wyznań, żeby biurowy romans wybuchł. "Wredne igraszki" wredne są tylko na początku, kiedy bohaterowie znajdują nić porozumienia, przestaje między nimi iskrzyć, przynajmniej w ten inteligentny i zabawny sposób, którym autorka kupiłaby sobie większość odbiorców. Kiedy wszystko zaczyna obracać się wokół seksu i wizji związku w dalekiej przyszłości - nie ma już powodu, by z taką uwagą śledzić poczynania postaci. Staje się po prostu to, co stać się musi - już bez fajerwerków tekstowych. Sally Thorne wie, że czytelniczki oczekiwać po niej będą opisów miłosnych igraszek, ale i tradycyjnego baśniowego zwieńczenia opowieści - może więc dowolnie modyfikować konwencję na początku, bo i tak od niej nie ucieknie. Nie ma do powiedzenia w ramach relacji damsko-męskich nic odkrywczego, ale też na odkrywczości jej niespecjalnie zależy - liczy się przyciągnięcie do książki obietnicą pikanterii i sercowych relacji. Lucy w swoich poczynaniach może być daleka od ideału, i tak Joshua widzi w niej spełnienie marzeń i nie dostrzega wad. Sam może udowodnić, że warto mu zaufać - i w ten sposób rozbudzić miłość kobiety.

"Wredne igraszki" mają dwa narracyjne rozwiązania. Jednym są sarkastyczne uwagi Lucy: autorka zapewnia odbiorczyniom wgląd w myśli tej postaci, więc i dostęp do nieujawnianych na forum publicznym spostrzeżeń, a Lucy jest autoironiczna i kąśliwa. Drugie wywodzi się z mody na powieści erotyczne - zmysłowość przenoszona do opisów jest odpowiedzią na rynkowe wymagania. Sally Thorne stawia na drobiazgowość. W opowieści o Lucy i Joshui nie pomija żadnego detalu, z niekończących się analiz spojrzeń i westchnień buduje całą opowieść uczuciową. Nudne biuro staje się więc miejscem flirtu, a i szansy na poprawę losu. Jednak po tę powieść sięgnąć powinny tylko te czytelniczki, które oczekują nieskomplikowanej w gruncie rzeczy fabuły i wolą psychologiczne oceny niż akcję.

poniedziałek, 9 lipca 2018

Maria Semple: Dziś będzie inaczej

W.A.B., Warszawa 2018.

Śmiech z życia

"Dziewczynki Floodów" to obrazkowa "powieść", jaką Eleanor przygotowała o sobie i swojej siostrze Ivy. Powieść przeleżała w wydawnictwie bez echa – a w życiu Eleanor nastąpiło tyle wstrząsów, że właściwie nie ma już co próbować wskrzesić dawnego projektu. Kilkanaście obrazków o małych dziewczynkach, które przeżywają wizytę niedźwiedzia w domu to jedyne, czym mogła się pochwalić bohaterka kiedyś. Jej praca trafia do powieści "Dziś będzie inaczej": na specjalnej wkładce z kredowego papieru pojawiają się ilustracje i komentarze do nich. Ale "Dziewczynki Floodów" to tylko jeden z akcentów powieści "Dziś będzie inaczej". Owszem, wyróżniający ją odrobinę spośród obyczajówek - bo poza historiami kulinarnymi rzadko się zdarza, żeby temat działań bohaterek trafiał do powieści jako ilustracja akcji – ale na pewno nie jedyny czy najważniejszy. Maria Semple stara się bowiem upewnić swoje czytelniczki, w sposób serialowy, że mają prawo popełniać błędy, nie być idealne czy realizować najgłupsze pomysły, jakie przyjdą im w danym momencie do głowy. Nie powinny tylko się ograniczać. Eleanor Flood ograniczeń nie zna, nie podporządkowuje się konwenansom. Synowi nadała imię, jakie podpowiedział słownik w telefonie (Timby doskonale tę historię zna) - pozwala dziecku interesować się kosmetykami, makijażem i modą i nie uważa, że powinna namawiać go na bardziej "chłopięce" zabawy; co więcej, nie przychodzi jej do głowy, że Timby z powodu swojej inności mógłby gdziekolwiek mieć problemy. Sama Eleanor bez skrępowania opowie i o braku intymnego życia z mężem, i o kolejnych porażkach - w pracy, w domu, w relacjach ze znajomymi i nieznajomymi. Eleanor Flood stworzona jest do tego, by popełniać błędy - sprawia jej to nawet rodzaj perwersyjnej satysfakcji – ta bohaterka musi pokazać innym, że doskonała nie jest. I czyni to aż do przesady. Maria Semple korzysta z wyolbrzymień niemal na każdej stronie, nie potrafi przedstawiać zwyczajnego życia kobiety, wydaje jej się to nudne i bez wyrazu. Chętnie za to podchodzi do tematu prześmiewczo, jakby zamierzała dać upust złości na kolejne portrety z kolorowych magazynów. Eleanor może sobie wyobrażać, że dziś będzie inaczej, że wszystko się zmieni, że uda jej się zrealizować plany i żyć tak, jak podpowiadają reklamy czy pisemka. Ale pozostaje rysowniczką w zespole, który niekoniecznie zawsze przynosi satysfakcję zawodową, jej siostra wyszła za mąż za znienawidzonego przez Eleanor człowieka i szwagier aż do skutku dąży do kłótni i zerwania relacji. Timby nie rozumie, dlaczego matka twierdzi, że ma siostrę, skoro zawsze twierdziła, że jej nie ma. Dysfunkcjonalne wydarzenia odbijają się i na bohaterce, i na jej narracji. Bo Maria Semple przede wszystkim w języku akcentuje cichy bunt postaci.

Jest ta powieść dosyć przewidywalna. To znaczy – autorka rezygnuje ze schematów obyczajówek, nie czerpie inspiracji z bestsellerów, pozostaje na uboczu ze swoją "niedoskonałą" relacją. Prowadzi historię tak, by odbiorczynie nie domyślały się, co się zaraz wydarzy, zresztą w natłoku spraw, którymi przejmuje się Eleanor nie ma miejsca na wyprzedzanie toku akcji. W tym wszystkim Eleanor ma dodawać otuchy, udowadniać, że kobiety nie mają obowiązku być najlepszymi żonami i matkami, że mają prawo do złości, frustracji czy kryzysów. Nikt tego bohaterce nie odbierze, nikt też - poza nią samą - nie oczekuje pasma sukcesów na każdym gruncie. Maria Semple w "Dziś będzie inaczej" chce przywracać normalność.

niedziela, 8 lipca 2018

Naomi Alderman: Siła

Marginesy, Warszawa 2018.

Odkryta moc

A gdyby tak wszystkie kobiety odnalazły w sobie niezwykłą siłę? Gdyby miały organ produkujący elektryczność i mogły porażać prądem każdego, kto stwarza dla nich zagrożenie? Albo po prostu dla zabawy? Naomi Alderman sprawdza, jak to się dzieje, że okoliczności - a nie uwarunkowania kulturowe - wpływają na przyjmowaną w społeczeństwie pozycję kata lub ofiary. Bohaterki "Siły" mają w sobie zwój i są w stanie razić gromami wszystkich, którzy się im sprzeciwią. Zwój czasami przynosi trochę problemów w obsłudze, ale można wyćwiczyć umiejętność posługiwania się nim. Na początku zjawisko budzi zdziwienie i ciekawość. Z czasem zamienia się wręcz w religię - bo opanowanie zasad działania zwoju prowadzi nawet do "cudownych" uzdrowień. Wystarczy tylko dodać odpowiednie modlitwy, przekonać społeczeństwo, że Bóg to kobieta, że wszystko dzieje się dzięki Matce Ewie – by zyskać nieograniczoną władzę. Wreszcie nadchodzi też czas zemsty, czas odegrania się na mężczyznach za całe wieki gwałtów, dyskryminacji i upokorzeń. Kobiety miotające pioruny – i można zapomnieć o stereotypach związanych ze słabą płcią.

"Siła" sama w sobie oparta jest na odwróconym stereotypie i dość powierzchowna, chociaż Alderman dobrze odwzorowuje mechanizmy tworzenia się nowych religii czy przemian społecznych - w przyspieszonym tempie i w sposób wyostrzony. Jednak w pędzie do brutalnej potyczki, pojedynku między płciami, zapomina autorka o psychologicznych aspektach podejmowanych decyzji, jakby sam dostęp do broni i do rzekomej wolności, jaką daje siła, gwarantował określone postępowanie. W efekcie pojawia się pytanie, czy mężczyźni - po latach zmagań z brutalnością kobiet – nie są automatycznie oceniani jako płeć łagodna i niekonfliktowa. Jest to powieść prześmiewcza, ale i gorzka jednocześnie, chociaż satyryczna i groteskowa - funkcjonować może jako przestroga.

Naomi Alderman nie zastanawia się nad swoimi postaciami, przynajmniej tymi posługującymi się zwojem jako sposobem na rozwiązywanie problemów i leczenie traum. Splata w jedną opowieść historie kilku kobiet i tak już pokaleczonych przez życie. Wszystkie bohaterki "Siły" mają powody, żeby mścić się na mężczyznach i dodawać im cierpień - łatwo zrozumieć ich decyzje, kiedy ma się w pamięci szereg krzywd. Tu przemoc rodzi przemoc, nie ma właściwie wyjścia z kręgu nienawiści. Ale poza akcją jak z filmu sensacyjnego, Naomi Alderman próbuje też zabaw gatunkowych. Wplata do książki rozdziały o różnej proweniencji, sięga po teksty użytkowe i po imitacje pism "natchnionych", wykorzystuje też oryginalną ramę kompozycyjną - przekonuje odbiorców, że książka o kobietach, które panują nad światem jest dziełem mężczyzny, i to wiele lat po apokalipsie. Przewrotna rama z jednej strony przypomina o fikcyjności akcji, z drugiej – ma treść uwiarygodnić (w końcu pisarz i redaktorka wymieniający się uwagami doświadczyli podobnych wydarzeń lub są świadomi ich istnienia w odległej przeszłości - to, co dla czytelników okazuje się futurystyczne, dla bohaterów ramy tomu jest zwyczajną relacją).

"Siła" zbudowana jest na krzyku. To książka, która wprowadza ciekawe z punktu widzenia czytelników rozwiązania i pozwala zastanowić się nad tym, co by było, gdyby rzeczywiście do wojny płci doszło. Temat, który polscy odbiorcy mieli w "Seksmisji" jako komediowy, tu zamienia się w tragedię na wielką skalę, na śmiech - poza gorzką satyrą - miejsca nie ma. Naomi Alderman sprawnie posługuje się stereotypami, ale ma też coś do przekazania odbiorcom.

sobota, 7 lipca 2018

Jay Kristoff: Bratobójca. Wojny lotosowej księga druga

Foksal, Warszawa 2018.

Samotność

W "Bratobójcy" ważną rolę do odegrania mają sztucznożyciowcy. W świecie targanym wojną i wyniszczanym przez działania człowieka pojawiają się ludzie "nieprawdziwi", stworzeni trochę na przekór tym realnym. Tak samo myślą i czują, tyle tylko, że ich ciała przypominają ciała robotów. Sztucznożyciowcy będą podsuwać pytania o sens egzystencji i o etykę. Nie jest to pomysł nowy, nawiązuje w pewnym stopniu do propozycji Asimova, ale Jay Kristoff tego motywu potrzebuje, żeby urozmaicić psychologiczną warstwę drugiego tomu serii o wojnach lotosowych. Gdyby nie powoływał się na takie doświadczenia, zostałaby mu tylko zemsta i poszukiwanie odwetu. Yukiko sama przeciwko wszystkim, już nie jako tancerka burzy, a rebeliantka, po śmierci ojca chce szukać sprawiedliwości. Nie boi się niczego i przed niczym się nie cofnie, autor stworzył w tej postaci niemal machinę do zabijania. Dziewczynie, która była łowczynią tygrysów lepiej nie wchodzić w drogę, zwłaszcza kiedy towarzyszy jej wierny Buruu.

Kiedy Yukiko nie może być blisko swoich towarzyszy, to Buruu zastępuje jej przyjaciół. Porozumiewa się z bohaterką w myślach i jest w stanie rozproszyć jej największe lęki. To umiejętność tym bardziej cenna, że Jay Kristoff musi poszukać największego koszmaru dla postaci, która nie boi się nikogo i niczego. Wrogiem Yukiko stają się jej myśli, a właściwie umiejętność czytania w myślach innych. Bohaterka zaczyna słyszeć głosy, nie potrafi się przed nimi uchronić, co w końcu zmienia się w najgorszą torturę. Yukiko nie tylko męczy się psychicznie, przestaje sobie radzić również pod względem fizycznym: zaczynają się uporczywe bóle głowy czy krwotoki – a wszystko przez brak szansy na wyciszenie myśli innych. Dziewczyna powoli popada w obłęd, a tu już potrzebuje pomocy z zewnątrz - bez względu na to, jak samodzielna byłaby na co dzień i w walkach.

Jest "Bratobójca" tomem obszernym (największym w cyklu) i przeznaczonym dla fanów fantastyki postapokaliptycznej. Mniej tym razem Jay Kristoff koncentruje się na opisywaniu dzieła zniszczenia: wiadomo, że lotos powoli zabija i to na różne sposoby, ale skutki jego działania mogą już pozostać w tle. Autor skupia się bardziej na ludziach i na ich relacjach, motywacji szuka głębiej niż w najbardziej oczywistych efektach rabunkowej gospodarki. W ogóle mniej zajmuje go polityka, chociaż konstrukcję rzeczywistości wymyślonej w pierwszym tomie przedstawiał dość szczegółowo. Teraz jednak może zająć się związkiem między Yukiko i Buruu i to w sposób, którego wcześnie nie sugerował. Pojawia się poważna konkurencja dla przyjaźni międzygatunkowej: Buruu wyczuwa samicę i podąża jej śladem, porzucając Yukiko w chwili, gdy ta najbardziej potrzebuje wsparcia. To wystawienie przyjaźni na poważną próbę, ale i sprawdzenie, czy silniejszy jest instynkt, czy kulturowe relacje.

Chociaż Jay Kristoff bardzo chętnie posługuje się obrazami brutalnymi, nie przymyka oczu na sceny walk i krwawe potyczki, udaje mu się też wpleść do opowieści humor. Przejawia się on najczęściej po prostu w rozmowach Buruu i Yukiko – tu mogą pojawiać się przekomarzanki albo wzajemne uszczypliwości, dobroduszne docinki, z których nic złego nie wynika. Autor popisuje się tu umiejętnością budowania zabawnych dialogów i wykorzystywania celnych ripost bez obaw, że zepsuje tym klimat dość ponurej opowieści. Jednak o śmiech w tym wypadku niespecjalnie chodzi.

piątek, 6 lipca 2018

Mona Kasten: Trust again. Powieść

Jaguar, Warszawa 2018.

Związek

Dla pokaleczonych psychicznie bohaterek serii Mony Kasten seks bywa wybawieniem. Seks, a później wielka miłość, w tej właśnie kolejności. Niebanalną rolę odgrywa też przyjaźń i tu autorka buduje relacje z marzeń, takie, w których zgrana paczka jest w stanie skrzyknąć się, by zrobić coś dobrego dla kogoś, kto akurat nie radzi sobie z własnymi emocjami. Nie ma tu obrażania się, nie ma pretensji ani terapii szokowych. Każdy dostaje tyle czasu, ile mu potrzebne, żeby uporać się z demonami przeszłości. W „Trust again” Kasten przygląda się relacji Dawn, autorki opowiadań erotycznych i najbliższej przyjaciółki Allie. Dawn do tej pory była podporą dziewczyny, która w ucieczce przed matką zmieniła tożsamość. Ale jak na podporę – ma sporo własnych problemów, z którymi nie może się uporać w samotności. Nie podzieli się też z nikim, bo zwyczajnie boi się odrzucenia. Dawn nie przyzna się przyjaciołom, że chciałaby utrzymywać się z literatury. Nie pozwoli też zbliżyć się do siebie Spencerowi – a to dlatego, że w jej przeszłości skrywa się wielka tajemnica. Spencer tymczasem zachowuje się jak chłopak-ideał. Zawsze wie, co zrobić, żeby odpędzić demony upragnionej dziewczyny, nie daje się podłym nastrojom. Chociaż ma własne problemy – i to niemałe – dodaje otuchy, pociesza, kiedy trzeba, rozśmiesza, błaznuje. Jest w pobliżu, żeby pomóc. Nawet gdy irytuje Dawn, nie daje o sobie zapomnieć. Wiadomo od początku, że tych dwoje jest sobie przeznaczonych – tyle że muszą najpierw znaleźć drogę do siebie, a to nie będzie łatwe, skoro nie chcą rozmawiać o własnych bolączkach.

Spencer jako chłopak z marzeń nie może się łatwo poddać, nie zatrzyma się, dopóki nie zdobędzie serca Dawn. A w dzisiejszej literaturze obyczajowej ciało zdobyć dużo łatwiej niż serce. Sporo seksu poprzedzać będzie zatem zwyczajne porozumienie – nie gotowość do łóżkowych igraszek, a do wyznań w związku z doznanymi krzywdami staje się właściwym wyrazem zaufania. Żeby uniknąć niezręczności czy oskarżeń o idealizowanie pierwszej miłości Mona Kasten przywołuje postacie dorosłe. Chociaż to powieść młodzieżowa, bohaterowie studiują, są od dawna pełnoletni i świadomi konsekwencji swoich czynów. To umożliwia wprowadzanie do narracji scen nasyconych erotyzmem – zresztą Mona Kasten jest w nich bardzo dobra.

W temacie miłości nie dzieje się tu nic nowego. „Trust again” to jednak pokaz prawdziwej przyjaźni, również między Dawn i Spencerem. Przyjaciele bez przerwy stają przed wyzwaniami przedziwnej czasami natury (widok nagiego chłopaka przyjaciółki to mimo wszystko traumatyczne przeżycie, z którym trzeba się zmierzyć, żeby nie zepsuć wzajemnych relacji), są gotowi wiele poświęcić, żeby tylko pocieszyć swoich bliskich. Zastępują rodziny, kiedy trzeba – są gotowi rzucić wszystko i udać się w daleką podróż, żeby pomóc. W tym obrazie przyjaźni nie ma miejsca na niesnaski czy spory o drobiazgi, wiadomo, że można liczyć na zgraną paczkę. I z tym krzepiącym obrazem Mona Kasten pozostawia odbiorców. Tu już nie wolno doszukiwać się infantylizmu, jak w wierze w miłość. To temat, który ma dostarczać pocieszenia czytelnikom i pokazywać, jak zachować się w chwili próby wobec innych. Nie sceny erotyczne i miłosne, a właśnie przyjaźń staje się czynnikiem przyciągającym do serii w największym stopniu. „Trust again” to powieść o znajdowaniu siebie w spojrzeniach innych ludzi.

czwartek, 5 lipca 2018

Wojciech Młynarski: W Polskę idziemy

Prószyński i S-ka, Warszawa 2018.

Mniej znane

Wojciech Młynarski pośmiertnie zyskuje całkiem sporo miejsca na rynku wydawniczym – i może w ofercie publikacji znaleźć coś dla siebie fan artysty, ale i czytelnik, który jakimś sposobem tej twórczości jeszcze nie zna. Po „masowych” książkach (typu „Młynarski. Rozmowy”) będących odskocznią dla wywiadów-rzek („Moje ulubione drzewo”) czy biografii („Dookoła Wojtek”) przychodzi czas na coś dla koneserów, nawet jeśli tytuł nie będzie na to wskazywał. „W Polskę idziemy” to zbiór tekstów, z których spora część nie była do tej pory ogłoszona drukiem, a funkcjonowała albo poza obiegiem książkowym, albo w ogóle nie znalazła się w świadomości odbiorców. Publikacja jest tematyzowana i trudno byłoby z niej wyciągnąć pełny obraz twórczości Wojciecha Młynarskiego – ale koneserom jego satyry bardzo się przyda taki wgląd w teksty mniej wyświechtane i mniej zużyte.

„W Polskę idziemy” to zbiór dość obszerny jak na wydania poezji. Sporo w nim śpiewanych felietonów – tych, które część dziennikarzy chce traktować jako sztandarowy przykład twórczości Młynarskiego. Ale pojawią się i inne dokonania. Nacisk kładziony jest w dużej części na wiersze, w których Polska – w detalach lub adresach – się przypomina. Rozmaite Zdzisie lub uliczki, którymi się poruszają – to punkty wystarczające, by utwór trafił do tego zbioru. W poszukiwaniu polskości chodzi jednak również o wychwycenie charakterystycznej mentalności, zasad działania bądź doświadczeń. Bardzo często Wojciech Młynarski proponuje tu odniesienia do konkretnych wydarzeń: trzeba wówczas skojarzyć utwór z kontekstem, w którym powstał (lub sprawdzić ów kontekst w podręcznikach, co nie jest trudne, skoro wiersze mają swoje daty roczne). Bywa i tak, że owe odniesienia nie dezaktualizują się z upływem czasu, ale nabierają nowych znaczeń. Wiele z tych utworów stanowi doskonały komentarz do rzeczywistości znanej dzisiejszym czytelnikom i wcale nie musi być odbierana w perspektywie diachronicznej (oczywiście taka lektura będzie pełniejsza, ale nie obowiązkowa dla zabawy). Mniej tu komentarzy lirycznych, refleksji czy wzruszeń – więcej publicystycznych konkretów ozdabianych formą. Wojciech Młynarski jawi się jako obserwator codzienności zwykłego człowieka. Nie musi budować piętrowych żartów, dowcip pojawia się już na granicy rzeczywistości i literackiej przeróbki. „W Polskę idziemy” to zestaw komentarzy w większej części satyrycznych, chociaż i humorystyczne drobiazgi się tu da zauważyć, trzeba tylko skupienia i spokojnej lektury. W tomie widnieje Młynarski-satyryk, ten, który mniej bawi się gatunkami i szuka możliwości wyrażania siebie jako artysty, a bardziej – zajmuje się walką w obronie ojczyzny. Unika wielkich słów, za to zmusza czytelników do refleksji nad tym, co dzieje się wokół.

Jest to zatem zbiorek niełatwy, ale ciekawy ze względu na odrzucenie najbardziej popularnych utworów. O ile w niektórych tematach Wojciech Młynarski bywa cytowany do znudzenia, o tyle tutaj – poza paroma obowiązkowymi utworami aluzyjnymi – będzie dużo do odkrywania. Dodatek stanowią teksty pisane dla konkretnych wykonawców i utrwalane w nagraniach – tych nie da się czytać zwyczajnie, w oderwaniu od interpretacji. Cały urok książki „W Polskę idziemy” polega na odkrywaniu błyskotliwych skojarzeń, na umiejętności posługiwania się mową ezopową, na bezustannych grach z wyczulonych na aluzję i absurd odbiorcą. Tom stanowi świetne uzupełnienie wiedzy o twórczości Wojciecha Młynarskiego.

środa, 4 lipca 2018

Marta Matyszczak: Zło czai się na szczycie

Dolnośląskie, Wrocław 2018.

Rozrachunki z przeszłością

Do tej pory czytelnicy przyjmowali tylko do wiadomości, że w życiu Szymona Solańskiego wydarzyła się pewna tragedia, w wyniku której były śledczy, a obecnie detektyw, stracił żonę i nienarodzone dziecko. W czwartym tomie serii Kryminał pod psem Marta Matyszczak jeszcze raz powraca do tego tematu, tym razem – żeby opowiedzieć, jak było i zdjąć z barków Szymona ogromny ciężar. Bohater bowiem obwiniał się o śmierć bliskich i skazał się – we własnym umyśle – na wieloletnią pokutę. Przyda się rozliczenie z przeszłością, żeby mógł iść dalej. Na razie Szymon Solański wyjeżdża do Zdrojowic. To tutaj kiedyś chciał wybudować dom dla rodziny, to tutaj stracił ukochaną Joannę. Wspomnienia wracają, ale detektyw nie ma czasu na walkę z własnymi myślami. Nie dość, że został zaproszony na wesele mecenas Potomek-Chojarskiej, to jeszcze musi zająć się morderstwem. W okolicy ginie aptekarz. Zalany betonem. To nie może być przypadkowa śmierć, zresztą sama autorka od początku wyklucza kaprysy losu. Pozostaje pytanie, komu mieszkaniec małego miasteczka tak bardzo się naraził, że musiał zapłacić życiem. Tę zagadkę będzie rozwiązywał Szymon Solański – zmuszony do umysłowej pracy. Na miejscu zjawi się też Róża ze swoim nowym ukochanym. Łukasz Ból może nie grzeszy inteligencją, za to imponuje warunkami fizycznymi, na tej płaszczyźnie Solański nie może z nim nawet konkurować. Dziennikarka ma dosyć zabiegania o uczucia tego, który nie zwraca na nią uwagi – ale bohaterowie mogą się długo oszukiwać co do istoty relacji…

I Róża, i Szymon angażują się w śledztwo w Zdrojowicach, a to oznacza, że niejeden raz wpadną na siebie i będą musieli współpracować – Marta Matyszczak funduje więc odbiorcom to, na co i tak czekali i co uwielbiają. Inteligentne i zabawne dialogi, złośliwości tej pary i dość niekonwencjonalne pomysły na prowadzenie śledztwa (droga dedukcji niemal od razu odpada, tu trzeba powęszyć!) – to przepis na sukces. Nic dziwnego, że „Zło czai się na szczycie” to powieść, która tak bardzo wciąga. Matyszczak wymyśliła sobie bohaterów niepozbawionych wad, obdarzyła ich silnymi osobowościami i narzuciła wzajemną obecność. Teraz może tylko obserwować, co z tego wyniknie. A wynika całkiem sporo i to nie tylko na płaszczyźnie emocjonalnej. Po rozmaitych perypetiach tych dwojga da się jeszcze powiedzieć o nich coś nowego i intrygującego. Oczywiście rewelacje na temat Szymona i Róży są niczym przy analizach Gucia. Stary pies wzięty przez Solańskiego ze schroniska okazuje się najlepszym narratorem – chociaż to chwyt nieczęsto spotykany w literaturze dla dorosłych. Marta Matyszczak pozwala mu jednak na sarkastyczne uwagi, nieprzezroczyste porównania i szeregi złośliwości pod adresem bohaterów. Gucio obserwuje rzeczywistość ze swojej perspektywy, wyciąga całkiem trafne wnioski i bez zahamowań dzieli się spostrzeżeniami. Czyni to tak, że z tomu na tom zdobywa coraz większą liczbę fanów – i trudno się dziwić. To postać, która bardzo ubarwia opowieść. Gucio działa jak najlepszy reporter, a przy tym nie wychodzi ze swojej roli – steranego życiem psa. Jeśli do tego wszystkiego dołożyć sprawną narrację również u Marty Matyszczak, jeśli wspomnieć o detalach związanych z życiem na Śląsku, ciekawostkach i drobiazgach zaczerpniętych ze zwyczajnego życia, jeśli napomknąć o umiejętności budowania intrygi i poczuciu humoru… Seria Kryminał pod psem zaczyna się jawić jako jedna z ciekawszych pozycji na rynku kryminalnym. Chociaż po Chmielewskiej wiele autorek próbuje swoich sił w humorystycznych powieściach, Marta Matyszczak zaczyna ścigać w jakości pisania Olgę Rudnicką – obie wychodzą na prowadzenie.

wtorek, 3 lipca 2018

Magdalena Kordel: Serce w skowronkach

Znak, Kraków 2018.

Przytulność

„Serce w skowronkach” jest drugim tomem kolejnego cyklu powieściowego Magdaleny Kordel, ale bez trudu daje się go czytać bez znajomości pierwszej części. I tak podstawową zasadą w tworzeniu fabuły jest chęć pokrzepienia czytelniczek, dostarczenia im azylu i schronienia przed codziennymi zmartwieniami. Tak, jak kiedyś Malownicze, tak teraz Miasteczko staje się areną zwyczajnych wydarzeń, które mają udowodnić, że wszystko zależy od dobrej woli innych ludzi. W Miasteczku opoką dla innych jest Klementyna. Klementyna znalazła już swoją miłość (chociaż chwilowo owa miłość przebywa daleko), wychowuje mądrą córeczkę Dobrochnę (pytania małej zadawane w odpowiednich momentach katalizują akcję i uświadamiają dorosłym prawdy, których czasami nie widać na pierwszy rzut oka). Zajmuje się też babką, Pogubioną Agatą. Podejrzewa zresztą, że babka czasami przesadza i udaje zniedołężnienie, żeby osiągnąć swoje cele. Klementyna pomaga wszystkim i zapewnia, że los się odmieni, ale sama nie ma odwagi realizować własnych marzeń – boi się tego, co mogłaby przynieść przyszłość.

Prowadzi zatem Klementyna dom nieidealny, dom pełen trosk i niespodzianek, czasem wesołych, a czasem przykrych. Tu nie ma miejsca na wzory do naśladowania, chodzi o to, żeby dzielnie stawiać czoła rzeczywistości – to bohaterka potrafi, radzi sobie z tym całkiem nieźle, mimo że czasami musi zdać się na innych. W „Sercu w skowronkach” te właśnie międzyludzkie relacje, nieoczekiwane okruchy dobra pozwalają przetrwać najtrudniejsze chwile. Najpierw Klementyna traci przytomność i uderza się w głowę – co umożliwia jej sprawdzenie, na kogo z najbliższego otoczenia zawsze może liczyć. Potem daje się wmanewrować w relację z przystojnym lecz samotnym zleceniodawcą, co niekoniecznie spodoba się Kubie. Jak zwykle jednak w chwilach próby liczy się wyrozumiałość i wsparcie najbliższych: nie ma mowy o sercowych krzywdach, skoro książka jest typową pocieszanką – Klementyna musi znaleźć złoty środek, żeby nie stracić obiecującej znajomości ani ukochanego. Takie problemy można akceptować w literaturze obyczajowej. Jest tu oczywiście również tajemnica z przeszłości – „pogubienie” babki Agaty sięga do czasów wojennych i wiąże się z wielką stratą. Ta bohaterka nie ma zwyczaju zwierzać się z zadawnionych zmartwień, sama próbuje sprostać demonom przeszłości – co nie zawsze jest łatwe lub w ogóle możliwe. Na szczęście babka Agata nie jest kreowana na ofiarę: doskonale sobie radzi, jest w stanie nawet snuć intrygi, które mają na celu przyjście z pomocą Klementynie. W małomiasteczkowym środowisku nie brakuje plotkarzy i złośliwców: Dobrochna w szkole spotyka się z wyzwiskami. Ale i na to recepta się znajdzie.

Magdalena Kordel powołuje do istnienia cały sztab ludzi, którzy w trudnych chwilach przyjdą z pomocą i znajdą niekonwencjonalne rozwiązania problemów. Z takim wsparciem Klementyna nie musi się już bać ani poświęcać dla bliskich: pora, żeby odpoczęła i zbierała nagrody za swoje dobre serce. Oczywiście jest to baśniowe zaklinanie rzeczywistości, na potrzeby naiwnych powieści wyjaśnienie, że wszystko się jakoś ułoży. Tego odbiorczynie od autorki oczekują – i tego będą szukać w kolejnych jej książkach. Magdalena Kordel zabiera czytelniczki do świata, w którym wszystko wydaje się w gruncie rzeczy prostsze i przyjemniejsze. Wpatrzona w historie Małgorzaty Musierowicz czy Lucy Maud Montgomery proponuje podobnie rozgrzewające czytadła dla kobiet – i mimo ich naiwności sprawia, że chce się do tych powieści wracać dla pokrzepienia.

poniedziałek, 2 lipca 2018

Sławomir Mrożek: Czekoladki dla Prezesa

Noir sur Blanc, Warszawa 2018.

Nagroda

Brawa dla wydawnictwa za celny marketingowy chwyt, który sprawi, że po tomik z opowiadaniami Mrożka sięgnąć będą mogli nawet ci na co dzień od książek stroniący. A wszystko za sprawą tytułu i połączenia w jedną relację drobnych opowiadań satyrycznych. "Czekoladki dla Prezesa" aktualne stają się za sprawą sytuacji politycznej - chociaż Sławomir Mrożek takiego zwrotu raczej spodziewać się nie mógł. Nie ulega jednak wątpliwości, że tytuł budzi zainteresowanie i przykuwa uwagę przypadkowych ewentualnych odbiorców. Fanów Mrożka z kolei nie trzeba będzie specjalnie zachęcać do lektury – co oczywiste.

"Czekoladki dla Prezesa" to zestaw dla tych, którzy cenią sobie satyrę i absurd, celne alegoryczne spostrzeżenia i nonsensy – ale też dla tych, którzy nie przepadają za śledzeniem zawiłych fabuł i wolą ultrakrótkie formy. Bo też i zawarte tu historie – opowiadania, których bohaterem jest Prezes – nie wykraczają przeważnie poza dwie lub trzy strony. Nie ma tu zatem miejsca na rozgałęzianie fabuł i testowanie narracyjnych możliwości. Te miniaturki przypominają raczej skecze, to scenki z puentami, skrótowe, dowcipne i celne, a do tego uniwersalne – kontekst społeczno-polityczno-obyczajowy odbiorców dorabia im kolejne płaszczyzny znaczeń, co tylko świadczy o kunszcie satyrycznym autora.

Prezes to ten, który ma władzę. Jako taki Prezes nie może samodzielnie opowiadać o tym, co się dzieje wokół niego. Wszystko relacjonują podwładni Prezesa, zatrudniani przez niego, zależni i bezbronni wobec jego pomysłów. Ale owi podwładni nie są jednak pozbawieni wyczulenia na absurd. Mogą bezlitośnie oceniać to, co na szczycie, mogą po kątach śmiać się z Prezesa i narzekać na to, co nie do przejścia. Śmiech staje się ich bronią: Prezes o tym nie ma pojęcia. Oprócz Prezesa pojawiają się tu inni pracownicy przedsiębiorstwa (bo przecież Mrożek nie rzeczywistość polityczną przedstawiał, a firmę z jej skostniałymi strukturami) - stereotypowi, podlizujący się zwierzchnikom albo tacy nie do ruszenia. W tym wszystkim narrator – zwykle anonimowy pracownik – musi się jakoś odnaleźć, wypracować strategię przetrwania. Z jego działań bierze się większość akcji.

Śmieje się Mrożek z biurokratyzmów, wielkich społecznych zrywów, pokazuje, jak Prezes w niekonwencjonalny sposób rozwiązuje problemy (które często sam stwarza). Pracownicy zakładu wychodzą naprzeciw odgórnym wytycznym, realizują bezsensowne plany i polecenia – z automatyzacji wypływa refleksja, która staje się potem podstawą komizmu. Mrożek bardzo chętnie sięga po nonsensy, korzysta z wyobraźni przy wyolbrzymianiu zwykłych spraw, czasami też ucieka w żarty abstrakcyjne, żeby podkreślić problemy w zmaganiach z codziennością. Tu przysypany dokumentami petent może stać przez parę lat zanim się go odkopie, tu Archiwum Spraw Niezałatwionych zamienia się w Trójkąt Bermudzki. Niespodzianek będzie wiele. Każde opowiadanie to inny temat, inny motyw: Mrożek stawia na scenki samodzielne i pozbawione powiązań (poza osobą Prezesa) - ale też za każdym razem daje do myślenia w inny sposób. Bawi się tematyką biurową i hierarchią wśród pracowników i ich szefów. Wykorzystuje stereotypowe ujęcia i niezwykłości dla wyśmiania tego, co skostniałe, niepotrzebne i utrudniające życie. Może odmalowywać ludzkie charaktery, może też śmiać się z zaobserwowanych komplikacji. W opowiadaniach o Prezesie bawi się autor formami i gatunkami, stawia na komizm i śmiech mimo wszystko. Nawet jeśli odkrywa przy okazji cenne prawdy o strukturach społecznych, nie przekreśla dowcipu.

Jest zatem tomik "Czekoladki dla Prezesa" wyjątkowo smakowity. To nie ten Mrożek, o którym uczą w szkołach, ale ten, po którego sięga się dla rozrywki i przyjemności dokonywania oczywistych odkryć. To Mrożek-prześmiewca, pełen ciekawych pomysłów. Mrożek - dobry obserwator. Mrożek-odkrywca.

niedziela, 1 lipca 2018

Mariola Zaczyńska: Zaklinaczki

Prószyński i S-ka, Warszawa 2018.

Siła przyjaźni

Trzy są bohaterki tego tomu i jak zwykle Mariola Zaczyńska próbuje pokazać potęgę, jaką daje wsparcie i zrozumienie. Chociaż zastanawia się też nad trwałością przyjaźni i wystawia kobiety na poważną próbę. Gabi, Ewka i Izyda nie wiedzą o sobie wszystkiego, ale i tak lubią spędzać razem czas. Każda ma swoje sekrety i swoje problemy, którymi nie chce (lub nie może) się dzielić z przyjaciółkami. To z kolei rodzi pytanie o granice szczerości i zaufania. Ale wszystkie zaklinaczki to kobiety po przejściach, nauczyły się samotnie stawiać czoła wyzwaniom i nie chcą, żeby ktoś znowu je zranił. Gabi przekonuje się, że nie jest szczęśliwa w małżeństwie. Przestaje czerpać radość z seksu i w konsekwencji nie dogaduje się z mężem. Wsparcia szuka w internecie – tu ma do dyspozycji blog Dzikiej Orchidei, która testuje zabawki erotyczne dla par i singielek, ale też grupę kobiet, które wybrały życie w celibacie i jest im z tym dobrze. Gabi czuje się niezrozumiana i tłamszona, a do tego rodzi się w niej zazdrość wobec przyjaciółek. Izyda wydaje się uosobieniem wolności: niezależna, silna i piękna, swoim hobby uczyniła perły otrzymywane od kochanka. Przebiera się za sławne aktorki, żeby wzbudzić pożądanie. Z zewnątrz wydaje się, że to femme fatale bez trosk. Prawda jednak wygląda inaczej: trauma związana z porzuceniem w dzieciństwie nie pozwala Izydzie na założenie rodziny. Ewka jest mała i zadziorna, nikomu nie pozwala się do siebie zbliżyć. Frustracje i stres rozładowuje na macie, trenuje sztuki walki i chociaż zawraca w głowie wielu mężczyznom, woli pozostać sama. Ma to związek z krzywdą z przeszłości - blizny na ciele i psychice dobitnie o niej przypominają. Te trzy kobiety znajdują się teraz na życiowym zakręcie, Mariola Zaczyńska sprawdza, jak razem i z osobna poradzą sobie z wyzwaniami. Stara się, żeby nie było im łatwo - wprowadza do książki coraz to nowe utrudnienia i pułapki. W fabule miesza powieść obyczajową z elementami romansu (a nawet społecznie zakazanego czy gorszącego romansu) z thrillerem. Operuje bardzo dobrze strachem i poczuciem zniewolenia, ucieka od błahych spraw i materiału na plotki w stronę prawdziwych koszmarów. Buduje swoim postaciom środowisko, w którym nie mogą czuć się pewnie – tu nie ma miejsca na relaks psychiczny i ucieczkę od trosk. Z przeszłości wyłaniają się demony, a decyzja o skróceniu wyroków więźniom znęcającym się dawniej nad kobietami wywołuje poczucie stałego zagrożenia. Bo oto można niespodziewanie spotkać się ze swoim prześladowcą. Każda z bohaterek musi teraz na nowo zawalczyć o siebie, dopiero kiedy odnajdzie spokój, będzie mogła starać się o przyjaźń. Mariola Zaczyńska świetnie zdaje sobie z tego sprawę i pokazuje czytelniczkom, jak też bohaterki poradzą sobie z niespodziewanymi trudnościami. Nie udaje, że wszystko ułoży się samo, zmusza do działania i do znalezienia w sobie prawdziwej siły. Ucieczka niczego nie rozwiąże. "Zaklinaczki" to obyczajówka, która momentami budzi niezgodę na wyrządzane krzywdy i na strach społeczny. Autorka odwołuje się do traum, ale i do sytuacji, którym można zapobiec. Pokazuje odbiorczyniom, dlaczego powinny trzymać się razem i nie pozwolić, żeby coś stanęło na drodze przyjaźni. Jest to książka napisana jak obyczajówka, ale nie zawsze w ramach tego gatunku się utrzymuje. Oczywiście autorka posługuje się też chętnie humorem, a także podpowiada odbiorczyniom niekonwencjonalne sposoby działania - stara się unikać schematów i zaangażować w treść.

Mikroprocesory

PWN, Warszawa 2018.

Lekcja

Ta dziewczyna nie ma sobie równych w grach. Ayumi jest mistrzynią kraju, potrafi wygrać dwadzieścia razy z rzędu, czuje się niepokonana, a na każdym kroku spotyka się z wyrazami uznania i uwielbienia. Nic dziwnego, że gdy na jej drodze stanie mroczny Yuu Kano i zaproponuje szachowy pojedynek z komputerem, a bohaterka przegra - będzie chciała dowiedzieć się jak najwięcej o nowym przeciwniku. Również za sprawą nauczyciela, bo Yuu jest przystojny i irytujący w takim samym stopniu. To programista, chociaż w mandze wystylizowany jest raczej na gwiazdę młodzieżowego zespołu pop. Wpada w ekstazę, gdy zaczyna wykład o mikroprocesorach - co trudno jest zrozumieć Ayumi. Z drugiej strony ona również łatwo daje się ponosić emocjom. Wiele ich łączy, nawet jeśli na pierwszy rzut oka pochodzą z dwóch różnych światów. Spotykają się, żeby uniknąć samotności, ale utrzymują, że wyłącznie z powodu wiedzy. On chce uczyć, ona zamierza dowiedzieć się wszystkiego. Tak wzajemnie się nakręcają, a w efekcie czytelnicy poznają coraz więcej tajników mikroprocesorów. Krótkie rozmowy Yuu i Ayumi są budowane na dowcipie. Bohaterowie często sobie dogryzają (przy cym górą zwykle jest chłopak), posługują się ironią i fałszywym odczytywaniem intencji. Sporo udaje się w ten sposób zdziałać w warstwie obyczajowej, stopniowo naświetla się odbiorcom szczegóły relacji między postaciami. Jednak w kwestii komputerowych wyjaśnień możliwości są znacznie mniejsze, komiks jednak zaburza szanse na wykłady zrozumiałe przez laików. Żeby nie mnożyć podobnych kadrów z prostym schematem ona mówi - on mówi (a w tle nic się nie dzieje poza ewentualnymi wzorkami symbolizującymi emocje), autorzy przenoszą zbiory danych i wskazówek do dalszych komentarzy. Tu stosują albo podręcznikowe wywody, już bez ucieczki w świat wyobraźni i relacji bajkowych postaci, albo – i to ma być kolejny sposób przyciągnięcia uwagi młodych odbiorców - dialog, w którym autorzy wypowiedzi zaznaczani są ikonkami na marginesie. Tutaj liczy się przekazywanie wiedzy, sama forma wydaje się mniej istotna mimo wszelkich zabiegów urozmaicających ją. W "Mikroprocesorach" wychodzi na jaw jedna wada komiksowych rozwiązań: jeśli trzeba wytłumaczyć dużo, jeśli podstawy rozrastają się na pół książki - nie da się już takiego tematu dodatkowo rozrzedzać czy upiększać komiksowymi kadrami. Wyjściowe założenie jest dobre i jako takie przyciągnie uwagę odbiorców. W realizacji okazuje się, że nie da się wpleść wszystkich wyjaśnień w rozrywkową formę. Całkiem spora część wymaga tradycyjnego podejścia - jeżeli ma przynieść efekty w postaci nauczenia czegoś żądnych wiedzy czytelników. Jednak komiks przydaje się jako metoda zaakcentowania atrakcyjnego zagadnienia – tutaj nawet gdy posłuży wyłącznie jako inspiracja, spełni swoją rolę. Fanów manghi będzie przyciągać forma, treść przeznaczona jest dla młodszych czytelników. "Mikroprocesory" to publikacja, w której informatyka przybiera nowy wymiar, działa jako ciekawostka i okazja do pokonywania własnych słabości. Cechą charakterystyczną dla bohaterów jest chęć rozwoju, pracy nad sobą, a to później przekłada się na rozwój relacji międzyludzkich. W ramach opowieści o mikroprocesorach widać też różne przejawy zróżnicowanych charakterów. Odbiorcy szybko wyrobią sobie zdanie na temat postaw skłóconej pary, jednak tym razem subtelności, lub, przeciwnie, przerysowania, charakterologiczne mieć będą znacznie mniejsze znaczenie.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com