Strona główna || O autorce || O tu-czytam || Bajki || Bajkowe portfolio                       

wtorek, 24 kwietnia 2018

Mistrz. Absolutnie. O Wojciechu Młynarskim

Czerwone i Czarne, Warszawa 2017.

Barwnie o współpracy

O Wojciechu Młynarskim krąży – od dawna – sporo anegdot. Część z nich rozpowszechniał jeszcze sam twórca choćby w konferansjerce recitali czy dla ubarwienia wywiadów. Teraz, po jego śmierci, zabawne sytuacje i co ciekawsze skojarzenia dotyczące zawodowej współpracy przytaczają ludzie sztuki: kompozytorzy, piosenkarze, satyrycy czy felietoniści, przedstawiciele różnych pokoleń. „Mistrz. Absolutnie” to niewielki tomik złożony z jedenastu opowieści. Ale ponieważ nie ma tu ucieczki do konwencjonalnych zwrotów i zapewnień, zapychaczy objętości związanych z wyrażaniem żalu po stracie i powtarzania rzeczy oczywistych – książka będzie się czytelnikom podobać. Zwłaszcza że o Wojciechu Młynarskim mówi się tu z uśmiechem i w oderwaniu od spraw przykrych. Takie wspomnienia budzą zainteresowanie, pozwalają zwrócić uwagę na mistrza satyry i nakreślić jego portret jako twórcy wymagającego, czasem kapryśnego – ale dążącego do perfekcji i świadomego warsztatu.

Siłą tomu poza sylwetką Wojciecha Młynarskiego stają się kolejne nazwiska, autorytety w swoich dziedzinach. O Mistrzu wypowiadają się Włodzimierz Korcz, profesor Jerzy Bralczyk, Andrzej Zieliński, Irena Santor, Alicja Majewska, Janusz Weiss, Marek Groński, Michał Ogórek, Krzysztof Daukszewicz, Artur Andrus i Andrzej Poniedzielski. Każdy ma własne interesujące doświadczenia w związku ze wspólną pracą – albo niebagatelny zbiór anegdot, każdy dzieli się takim obrazem Młynarskiego, jaki ma w pamięci. Kompozytorzy będą zatem pokazywać poprawki pod muzykę lub wymyślanie przebojów pod konkretnych wykonawców, piosenkarki – podkreślać zrozumienie i wyczucie treści. Najciekawiej Wojciecha Młynarskiego charakteryzują, co zrozumiałe, satyrycy – w końcu wiedzą oni, jak ważne w fachu jest wyczulenie na prawdę czy szukanie komicznych puent. Spore znaczenie w kreowaniu wspomnień mają osobiste wtręty – czasem to w ogóle pełnowymiarowe anegdoty. „Mistrz. Absolutnie” to publikacja wypełniona tego typu smakowitymi drobiazgami. Nie dałoby się z nich ułożyć pełnej biografii ani nawet rejestru dokonań – ale świetnie nadaje się na uzupełnienie artystycznego życiorysu. O Wojciechu Młynarskim opowiada się tu na szczęście nie tylko jako o mistrzu – jednowymiarowy i kategoryczny osąd byłby nudny w lekturze. Czasami liczy się nieoczekiwanie dyskusja lub próba postawienia na swoim, czasami atmosfera twórczych spotkań. Jedni są świadkami, jak rodzą się przeboje – inni przeplatają opowieści o Młynarskim własnymi ocenami.

Jest to książka złożona z krótkich i zgrabnych tekstów. Pewne tematy siłą rzeczy muszą się powielać we wzmiankach różnych autorów – ale zwykle wspominający Młynarskiego koncentrują się na osobistych przeżyciach, konkretnych sytuacjach i spotkaniach, które owocowały godną pozazdroszczenia relacją. Nie ma tu przymusu wspominania – wpadania w szablony tekstowe czy odgadywania konstrukcji „poprawnego”, ugrzecznionego portretu. Wojciech Młynarski powraca jako artysta kreatywny, twórczy i w zawodowych relacjach, i w przyjaźniach. Kto potrzebuje uzupełnienia wywiadów, jakich udzielał – lub jego biografii – może sięgnąć po tom „Mistrz. Absolutnie”. To przyjemna lektura, złożona z barwnych (mimo że krótkich i fragmentarycznych) opowieści.

poniedziałek, 23 kwietnia 2018

Alex Bellos: Alex po drugiej stronie lustra

Prószyński i S-ka, Warszawa 2018.

Magia liczb

"Alex po drugiej stronie lustra" to publikacja naukowa dla tych, którzy cenią sobie umysłowe rozrywki i potężne wyzwania. Książki popularyzujące wiedzę z dziedziny matematyki należą do lektur specyficznych - bez względu na sprawność narracyjną w pewnym momencie autorzy muszą przejść na język liczb - i to zazwyczaj moment rozstania z tymi odbiorcami, którym nie bardzo chce się myśleć i rozgryzać zagadki - albo śledzić matematyczne dowody, bo do tego też trzeba skupienia i uwagi. Alex Bellos postanawia na jak najdłużej zatrzymać przy sobie czytelników, pokazać im po pierwsze, że matematyka może być pasjonująca, a po drugie - w ilu dziedzinach przydają się umiejętności zdobyte podczas studiowania matematyki. Cały problem polega na tym, żeby przekonać społeczeństwo do odłożenia kalkulatorów i do samodzielnego myślenia. Jednak nawet ci, którym liczyć się zupełnie nie chce, mogą po "Alexa po drugiej stronie lustra" sięgnąć i dobrze się przy tym bawić. Autor bowiem każdy rozdział buduje według sprawdzającego się schematu. Wybiera tematy z różnych obszarów matematyki i otwiera rozdział dość felietonowym i zabawnym wprowadzeniem mieszczącym w sobie ciekawostki i anegdoty matematyczne. Podsuwa odbiorcom wiadomości, których skąpi im się w szkole - i które nie muszą mieć bezpośredniego przełożenia na codzienność (ale mogą, jak w przypadku psychologicznego działania liczb w cenach). Najpierw zatem pokazuje "ludzkie" oblicze matematyki, jej przydatność w życiu lub w rozrywkach umysłowych. To dobry punkt wyjścia, bo odpowiednio zaprezentowane ciekawostki zachęcają do czytania. Drugim punktem - płynnie wyprowadzanym z pierwszego - jest krótko przedstawiana historia. To moment albo na wprowadzenie matematycznych sław, albo na pokazanie, jak do odkryć dochodziło. Dla czytelników to dalej lektura nieskomplikowana, a przynajmniej nieodstraszająca rozbudowanymi działaniami. Wciąż ciekawa, ze względu na anegdotyczny charakter i możliwość odkrywania nieznanych szczegółów z drugiego planu nauki. Dopiero tak oswojonych ze słownictwem i zdobyczami matematyki czytelników stawia Alex Bellos przed wyzwaniami dotyczącymi prawdziwych obliczeń. Zaczyna wprowadzać coraz bardziej złożone problemy już ściśle powiązane z obliczeniami, pokazuje zależności między wartościami, znacznie poszerza zakres wiedzy matematycznej. To już coś dla wtajemniczonych i cierpliwych - poznają oni niezwykłe odkrycia, czasem przekładające się od razu na algebrę czy trygonometrię, czasem - pozostające teoretycznymi smaczkami.

Ale w ujęciu Bellosa matematyka jest wszędzie: w obliczaniu odsetek i sprawdzaniu, co jest najbardziej opłacalne, ale też - w toczącej się monecie. Przyda się w grach losowych i w podbijaniu kosmosu. Zakres zagadnień jest tu tak różny, że każdy znajdzie coś dla siebie - i każdy będzie mógł zainteresować się innym elementem tej dziedziny wiedzy. "Alex po drugiej stronie lustra" to publikacja wymagająca zaangażowania - ale ogromna będzie satysfakcja tych czytelników, którym uda się prześledzić odkrycia uczonych i wywody Alexa Bellosa. Ta książka przygotowana została tak, by zdobyć jak najwięcej odbiorców - chociaż i tak ci, którzy matematyki nie cierpią, do niej nie zajrzą. Autor pokazuje, że nawet w trudnych tematach z nauk ścisłych kryje się rozrywkowy potencjał. Umiejętnie snuje opowieści tak, żeby zainteresować odbiorców. Podpowiada nawet system lektury - co zrobić, jeśli jakiś temat okaże się zbyt skomplikowany.

Antoine de Saint-Exupéry: Mały Książę

Wilga, Warszawa 2018.

Bez recenzji

Takiej książki recenzować już właściwie nie można. Była tyle razy omawiana w rozmaitych miejscach i przez przedstawicieli kolejnych pokoleń, zarówno czytelników, jak i badaczy, że dołożenie czegokolwiek do obszernej literatury przedmiotu mijałoby się z celem. „Mały Książę” to przecież tomik, który poznają wszyscy, niezależnie od wieku – funkcjonuje jako lektura szkolna, ale bardzo chętnie cytatami z tej opowieści przerzucają się dorośli, zwłaszcza gdy chcą zaakcentować wrażliwość czy wzruszenia. Sięgają po „Małego Księcia” również młodsze dzieci, jeśli trafią na kogoś, kto w odpowiednim momencie podsunie im historię bohatera z odległej planety. Sam Mały Książę rozbudza wyobraźnię, do dzisiaj imponuje swoim sposobem postrzegania świata i aforystycznymi, niezwykle celnymi komentarzami dotyczącymi rzeczywistości dorosłych. Teraz „Mały Książę” pojawia się na rynku w trochę innym niż najbardziej powszechne opracowaniu graficznym. Jest to rozwiązanie ryzykowne, nie tylko ze względu na potęgę tradycji – ale też z uwagi na fakt, że część rysunków stanowi integralny fragment opowieści i nie da się od nich uciec. Tu Aleksandra Kucharska-Cybuch proponuje swoje interpretacje, nie niszcząc ducha oryginału, ale momentami zbyt mocno go ubogacając.

Przede wszystkim nowa wersja „Małego Księcia” na pierwszy rzut oka nie wygląda infantylnie. Okładka sugeruje bardziej poważną lekturę, nie tylko dla dzieci. Znikają akcenty odsyłające od razu do charakterystycznego opracowania – nie ma ani chłopca w szaliku, ani gwiazd. Autorka unika prostoty, która była przecież siłą „Małego Księcia” – i przyzwyczajonych do starego typu ilustracji nie może przekonać, przynajmniej w kilku miejscach. Przy kapeluszu i wężu boa siłą rzeczy musi skorzystać z podpowiedzi pierwotnych, ale już przy krajobrazie w finale zamiast stworzyć pejzaż z jednej kreski, buduje egzotyczną scenerię, która trochę przytłacza, a trochę jest niezrozumiała (skoro mowa o pustyni, dlaczego w wersji tej autorki pojawiają się drzewa?). Obrazki w tomiku są czarno-białe i widać w nich chęć dopracowania detali. Nad niektórymi trzeba się zatrzymać (wąż boa połykający dzikie zwierzę przy ogromie szczegółów i niewielkich rozmiarach staje się dziwną miniaturką). Z rozmachem kreuje Aleksandra Kucharska-Cybuch pejzaż pustynny z rozbitym samolotem i dwojgiem maleńkich ludzi, ze ścigającym się na niebie słońcem i księżycem. Czasami sięga po baśniowość, jak w przypadku lisa zastępującego księżyc na niebie. Absurd i karykatura pojawiają się za to na przykład przy wizerunku Geografa. To wszystko ma urzekać i niektórym propozycje tej ilustratorki przypadną do gustu, ale takie szkice powinny zafunkcjonować w książce o większym formacie – i mimo wszystko w kolorze. Wtedy zwracałyby uwagę i uzasadniały sięgnięcie do klasyki.

Poza tym – wiadomo. Po „Małego Księcia” trzeba sięgać, trzeba do tej książki wracać, by wciąż na nowo odkrywać zawarte w niej prawdy. To nie tylko skarbnica cytatów na wiele okazji, ale również arcydzieło literatury, zasłużenie doceniana klasyka, pełna wzruszeń i humoru. Mały Książę pokazuje dorosły świat w krzywym zwierciadle, z bezlitośnie wyostrzanymi nonsensami. Uczy patrzenia na rzeczywistość i wyczula na fałsze. Pod tym względem każda edycja jest dobra.

niedziela, 22 kwietnia 2018

Kristin Cashore: Nieskończone światy Jane

Jaguar, Warszawa 2018.

Zagadki domu

Zaczyna się ta powieść trochę jak "Tajemniczy ogród" dla nastolatków. Młoda dziewczyna, Jane, po śmierci ciotki - swojej opiekunki i powiernicy - trafia do wielkiego domu koleżanki. W rodzinie Kiran wszyscy serdecznie przyjmują nowego gościa, niektórzy chcą nawet flirtować z Jane, a stary pies, Jasper, okazuje jej bezgraniczne zaufanie. Wprawdzie do niektórych pomieszczeń lepiej nie wchodzić - powinny zostać polem działania służby - ale Jane i tak nie może się powstrzymać przed zwiedzaniem. Dość szybko przekonuje się, że wiele tajemnic czeka na odkrycie w najbliższym otoczeniu, a nawet szczera rozmowa z Kiran nie przyniesie potrzebnych wiadomości. Po prostu informacje są rozproszone i trzeba by znaleźć osobny klucz do każdego mieszkańca domu, a potem jeszcze wykazać się detektywistyczną sprawnością w kojarzeniu faktów. Jane jako gość nie czuje się na tyle swobodnie, żeby myszkować u rodziny, która zapewniła jej schronienie. Powoli jednak odkrywa prawdę, a przy okazji dowiaduje się też czegoś o ukochanej ciotce Magnolii, która miała być fotografem morskich głębin. Dziewczyna poza talentami śledczymi (jeszcze nieujawnianymi) ma też specyficzną pasję - tworzy parasolki. Nimi może wyrażać siebie i redukować stres. Parasolki sprawiają, że Jane staje się jeszcze bardziej niezwykła w oczach odbiorców.

W wielkim domu u Kiran dzieje się bardzo dużo. Uwagę wszystkich zaprzątają fałszerstwa dzieł sztuki: tu na ścianach wiszą cenne obrazy, a pod nimi stoją drogie rzeźby - przynajmniej dopóki ktoś się na nie nie połasi. Potencjalni włamywacze zdają się jednak nie niepokoić dorosłych. To tylko jedna z wielu zagadek, które stopniowo pojawiają się w "Niedokończonych światach Jane". Dom to przykrywka dla działalności szpiegowskiej, a agencja zajmuje się dziedziną diametralnie różną od handlu dziełami sztuki. Jane uczestniczy w coraz dziwniejszych wydarzeniach, nie wie, komu może zaufać, a z kim nie powinna rozmawiać o swoich odkryciach. Chociaż sporo wie, bezpieczniej będzie nie przyznawać się do rzeczowych wniosków. Zwłaszcza że i tak domownicy mają nad nią przewagę. "Nieskończone światy Jane" to rozłożysta powieść, w której akcja przechodzi przez różne gatunki: na początku to obyczajówka, która przeistacza się w powieść sensacyjną, a później detektywistyczną, kryminalna zagadka, która miała wybrzmiewać jak nadrzędna, zyskuje rozwiązanie mniej więcej w połowie tomu. Nie wiadomo zatem, czego się po Kristin Cashore spodziewać i do którego momentu jej ufać. Jednocześnie autorka sprawia, że międzygatunkowe przejścia są płynne, a całość zaczyna w narracji nabierać charakteru fantastyki. Mimo objętości nie ma tu ogromnych opisów ani ciągłych analiz przemyśleń bohaterki, akcja opiera się na różnorodnych wydarzeniach i rozmowach - jest to więc tekst z łatwością przyswajany przez młodych odbiorców. Autorka nie pozwala domyślać się rozwoju wypadków, stroni od oczywistości, lubi za to sceny wyraziste i poddające się wieloznacznym interpretacjom.

"Nieskończone światy Jane" to powieść zbudowana na klasycznych filarach, ale wykorzystująca nowe trendy. Propozycja dla tych, którzy lubią historie alternatywne oparte na pozorach realizmu - i bez przekraczania wyraźnych granic między światami. Cashore ma imponujący pomysł i talent do snucia wielkich narracji, nie będzie więc mieć problemu z przekonaniem do siebie czytelników.

Wojciech Widłak: Komendant wolnej Polski. O Józefie Piłsudskim

Egmont, Warszawa 2018.

Lekcja patriotyzmu

Wojciech Widłak, autor, który najlepiej sprawdza się w humorystycznych i absurdalnych historyjkach, dostał zadanie stworzenia narracji o... Józefie Piłsudskim. To okazja do lekcji historii i patriotyzmu - ale też do poruszenia tematu znacznie wykraczającego poza rozmiary tomiku na drugim poziomie serii Czytam sobie. Odpowiedzialność za wybór zagadnienia zrzuca, całkiem rozsądnie, na bajkowych dziecięcych bohaterów. To kilkulatki, które idą na spacer ze stryjem Ksawerym, zadają pytania o znaczenie biało-czerwonych flag wywieszanych w oknach 11 listopada. Żeby poradzić sobie z wytłumaczeniem, stryj Ksawery prowadzi dzieci pod pomnik Józefa Piłsudskiego, co w sposób naturalny wywołuje kolejny zestaw pytań. W takich okolicznościach nie ma właściwie wyjścia, należy przyjrzeć się historii kraju i w miarę szczegółowo opowiedzieć o państwowym święcie.

W objaśnieniach pomaga niespodziewana podróż w czasie. Wojciech Widłak jako uznany autor tomików dla maluchów zdaje sobie sprawę, że konstrukcja pytanie - odpowiedź nie wystarczy do wzbudzenia zainteresowania odbiorców. Jednocześnie unaocznienie wydarzeń lepiej zapadnie w pamięć czytelnikom. Przeniesienie w czasie i przestrzeni do XIX wieku na Litwę pozwala zaprezentować dom małego Józefa. Tu mama uczy swoje potomstwo patriotyzmu, a sam bohater poznaje, co to bieda. Bywa, że skrótowość opisu stanie się poważnym utrudnieniem dla dzieci (bo co to znaczy, że Piłsudski był konspiratorem? Trudne i nieużywane w zwykłych rozmowach pojęcie nie zyskuje bezpośredniego omówienia, a maluchom jeszcze nie uda się wywnioskować tego z kontekstu). Widłak umiejętnie operuje scenami, które można przedstawiać dzieciom (motyw zamachu na cara przenika się z krótką dyskusją na temat terroryzmu). Akcja szybko nabiera tempa, a autor podkreśla jej emocje wykrzyknieniami. Losy Józefa Piłsudskiego przeplatają się z zadaniami dla Polski. Autor nie próbuje rozwijać teoretycznie motywu patriotyzmu, skupia się na czynach i pomysłach bohatera, szuka analogii między prawdą i fikcją, żeby maluchom łatwiej było pojąć przeszłość. Odbiorcy mają wręcz zacząć kibicować Piłsudskiemu, autor odnotowuje więc ważne osiągnięcia i marzenia czy plany. Gdy wraca do teraźniejszości, może nawet zinterpretować minę pomnikowej postaci.

Historia Józefa Piłsudskiego musi zostać przycięta do wymogów poziomu serii - maksymalnie 900 wyrazów w tekście, tylko podstawowe głoski. Widłak z tym akurat wyzwaniem radzi sobie o niebo lepiej niż choćby Zbigniew Dmitroca: nie ma tu nieużywanych synonimów niepasujących do stylu i przy lekturze wręcz zapomina się o tym odgórnym ograniczeniu, a to duży sukces. Trochę ułatwia sobie zadanie autor przez zapisy liczbowe - ale przynajmniej wierzy w swoich czytelników. Wbrew początkowym scenom tomik "Komendant wolnej Polski" to publikacja, która może odbiorców zainteresować - i ze względu na nawiązanie do historii (dzieje Polski połączone z biografią Piłsudskiego) i - na objaśnianie teraźniejszości (sens świętowania), ale też z uwagi na realizację.

Obok tekstu Wojciecha Widłaka dzieci otrzymują tu szereg ilustracji Joanny Rusinek. To ważny element tomiku, który przecież - na tym poziomie serii - jest picture bookiem. Rusinek ładnie operuje różnymi stylistykami - potrafi podkreślić przeniesienie bohaterów w daleką przeszłość, bawić się też komiksowością i realizmem: postacie bywają zabawne i miewają zniekształcone proporcje - ale często budzą sympatię i uśmiech. To trochę oswajanie trudnych tematów, a trochę przyciąganie najmłodszych do lektury. Joanna Rusinek zdaje sobie sprawę z tego, że należy zaintrygować maluchy, trochę nawet odwrócić ich uwagę od trudów czytania. W tej książce pojawiają się motywy patriotyczne (także na naklejkach będących dodatkiem do opowieści). Wojciech Widłak przypomina o wartościach tradycyjnych.

sobota, 21 kwietnia 2018

Anna Sakowicz: Na dnie duszy

Edipresse Książki, Warszawa 2018.

Rodzinne przypadki

Ta powieść wykorzystuje rynkowe trendy, chociaż Anna Sakowicz trochę próbuje je odświeżyć i zmodyfikować przez świadomych reguł gatunku bohaterów. Pojawia się w "Na dnie duszy" rodzinny sekret - wraz z testamentem babki. Sekret należy do sensacyjnych: w grę wchodzi nieznany nikomu i oddany do adopcji zaraz po urodzeniu brat babki (potencjalne źródło dochodu dla chciwych potomków) raz mityczny skarb możliwy do zdobycia dopiero po rozwiązaniu zagadki. Do tego rodzina bliska jest wyjaśnienia toksycznych zachowań pewnych jej członków. We wszystko miesza Sakowicz wielką historię. Całość przygotowuje tak, by podsuwać odbiorczyniom równolegle trzy opowieści. Pierwsza dotyczy Rozalii, seniorki rodu, od której początek bierze całe zło powracające w następnych pokoleniach. To Rozalia - właśnie zmarła - u schyłku życia dyktuje swoje wspomnienia dorabiającej gdzie popadnie polonistce. Przedstawia tam swoje doświadczenia: aranżowane i kompletnie nieudane małżeństwo, niechciane dzieci, tragedię siostry zgwałconej przez "wyzwolicieli" pod koniec wojny. Prezentuje walkę o szarą codzienność - stosunek do córki i nowy związek. Drugi temat również przenosi w przeszłość, ale tu obiektem analiz jest Donata, córka Rozalii w swoich młodych latach. Donata - później despotyczna i zimna - to dziecko łaknące czułości. Radząc sobie z koszmarem w domu, zaprzyjaźnia się z sąsiadkami, dorosłymi Żydówkami. Trzeci temat to wreszcie teraźniejszość - rzeczywistość Ingi, która czyta pamiętniki babki i boryka się ze skłóconą rodziną. Matka Ingi, czyli Donata, w niczym nie przypomina budzącego kiedyś litość dziecka. Mąż pozostaje zdystansowany i obojętny, a brat węszy w poszukiwaniu nieistniejącego majątku. W takim układzie nawet najgorsza przeszłość staje się odskocznią od problemów.

Autorka ucieka od sentymentów w sarkazm. Babka w testamencie drwi sobie z członków rodziny i bez owijania w bawełnę mówi, co o nich myśli: nie ma więc tu przechodzenia żałoby ani zachowywania powagi sytuacji. Kolejni bohaterowie wyzwalane testamentem informacje oceniają jako materiał na telenowelę i trudno im się dziwić. Widać zatem, że Annie Sakowicz nieobca jest poetyka prześmiewcy - i to sprawdza się w tomie jako równowaga dla tragedii i smutków. Przy takiej wiadomości grania z konwencją razi jednak uparte rozczulanie się przy małej Donacie - objawiające się w bezustannym zdrabnianiu nazw części jej ciała. Bohaterka w dzieciństwie ma tylko nosek lub rączki (dobrze, że dłoni nie da się zdrobnić), główkę i brzuszek. To aż męczy i na pewno nie przekonuje do sprawności narracyjnej. Co z tego, że autorka wtrąca dziewczynkę w sytuacje ważne i obliczone na wywoływanie silnych emocji, skoro atmosferę niszczy deminutywami mnożonymi w nieskończoność. Do tego stopnia, że z ulgą przechodzi się w czasy, gdy Donata już nikogo nie rozczula samym faktem bycia dzieckiem, za to irytuje wszystkich jako despotyczna matka.

"Na dnie duszy" to powieść tworzona według przepisu na udane czytadło dla pań. Autorka realizuje kolejne wyznaczniki gatunku, chociaż stara się do formy podchodzić z dystansem. Widać, kiedy ma zamiar odwoływać się do uczuć czytelniczek, a kiedy wykorzystuje klucze, hasła, które wymagają od odbiorczyń śladowej wiedzy i umiejętności kojarzenia faktów. Jest to lektura rozrywkowa dla szerokiego grona czytelniczek - nie tylko fanek poppowieści historycznych (Sakowicz ucieka od stylizacji tekstowych dzięki wybiegowi z rejestrowaniem i opracowywaniem relacji Rozalii). Jednocześnie autorka nie zawsze do końca przekonuje charakterami, nakazuje bohaterom kontaktować się ze sobą mimo uprzedzeń i wcześniejszych złych doświadczeń. Inga tłumi swoje uczucia wobec rodziny, Pawłowi nikt nie zwraca uwagi na niewłaściwość pazerności. To może w lekturze nieco frustrować.

Zofia Stanecka: Basia i tablet

Egmont, Warszawa 2018.

Kłótnie w domu

Zofia Stanecka obserwacje rodzinnego życia prowadzi bez zarzutu, a do tego bardzo subtelnie wplata w nie porady dla rodziców. Jej Basia to chyba najlepsza na rodzimym rynku postać prowadząca maluchy przez różne etapy codzienności. Basia nie ma sobie równych w prawdziwości, to postać zawsze gotowa na wybryki i zabawy. Nie jest pozbawiona wad typowych dla kilkulatków - uwielbia żelki i czekoladę, nie lubi sprzątać, chciałaby ciągle oglądać telewizję. Czasami nie słucha mamy, za to o wszystkich jej sekretach wie Misiek Zdzisiek. Basia ma starszego brata Antka i młodszego - Franka (szkrab pojawił się, żeby stworzyć podserię dla młodszych dzieci, ale też zwrócić uwagę na serię kolejnej grupy odbiorców). Mama i tata Basi dzielą się obowiązkami domowymi, tu nikogo nie zdziwi, że tata zabiera się za gotowanie albo zmywanie, czasem opiekuje się też dziećmi. Mama za to nie zawsze jest uśmiechnięta i pełna pomysłów na zabawy - chodzi do pracy i niekiedy bywa zwyczajnie zmęczona, a dzieci wiedzą, że wtedy nie należy jej przeszkadzać. Tak Zofia Stanecka tłumaczy świat w obie strony i dzieciom pokazuje słabości rodziców, rodzicom zaś wyjaśnia troski maluchów. Wszystkim pokoleniom daje do zrozumienia, że nie obejdzie się be ściśle wyznaczonych i przestrzeganych reguł. Dzieci mają być posłuszne, ale dorośli muszą brać pod uwagę ich opinie - a przynajmniej wysłuchać pretensji. Wiele rzeczy rozwiązuje się przez rozmowy, a dyskusje nie zamienią się w kłótnie - nie dopuści do tego mądra autorka.

I w ten świat wprowadza Zofia Stanecka znak czasów. Antek dostaje w prezencie używany tablet. Rodzice nie chcą, by ich pociechy uzależniły się od elektronicznych gadżetów, ale z drugiej strony - nie zamierzają zakazywać ich używania. Nie ma tu skrajności, trzeba wypracować najrozsądniejsze podejście, a to bywa wyzwaniem dla wszystkich mądrze wychowujących swoje dzieci. Zwłaszcza że presja rówieśników pod tym względem jest coraz większa. Mama i tata na bieżąco opracowują nowe zasady dotyczące korzystania z tabletu. Wiedzą jednak, że nie da się uniknąć sporów i sprzeczek. Tablet wyzwala w dzieciakach większą niż zwykle kłótliwość. To męczy i denerwuje rodziców, autorka pokazuje więc sytuacje znane z domów. Ale historyjka staje się też pretekstem do rozmów o nałogach i uzależnieniach. Szkoda, że Basia, która komicznie przekręca nowe dla siebie słowa, uparcie trzyma się potem swojej wersji, niepotrzebnie może wprowadzać w błąd dzieci - bo to dowcip bardziej dla ich rodziców. W każdym razie temat-wabik (żadne dziecko nie oprze się bajce pod tytułem "Basia i tablet") staje się tu pretekstem do ważnych uwag i komentarzy. Zofia Stanecka pokazuje dzieciom, że tablet nie zawsze bywa tak fajny jak zabawa z najbliższymi, przypomina niebezpieczeństwa płynące z używania go bez opamiętania. Dorosłym wskazuje, by nie bali się nowych technologii, ale od początku jasno stawiali dzieciom wyraźne granice w korzystaniu z urządzeń elektronicznych. W tym tomiku uderza zwłaszcza umiejętność prowadzenia życiowych obserwacji - scenki takie jak ta w domu Basi znane są wielu rodzicom, nie zawsze jednak kończą się porozumieniem i świadomością dzieci w kwestii tego, co im wolno. Rodzina Basi jest tu wzorem do naśladowania - autorka przekonuje, że wprowadzenie czytelnych reguł wszystkim się przyda. Można jej uwierzyć, bo buduje wiarygodne portrety dzieci - wie, jak się czują podczas kłótni, czym się kierują w swoich reakcjach i co naprawdę lubią. Wie, kiedy nie zgadzają się z decyzjami rodziców i kiedy muszą się im podporządkować. Zofia Stanecka odnosi sukcesy dzięki szczerości portretów - i wyborowi tematów kolejnych książeczek. Marianna Oklejak też stawia na obserwacje przedszkolaków (na jednym z obrazków Basia w najlepsze dłubie sobie w nosie). Te historyjki, chociaż krótkie, są wyjątkowo precyzyjne i będą się cieszyć powodzeniem na rynku. Z lektury korzyść odniosą i dzieci, i ich rodzice. Świat kilkulatków jeszcze nigdy nie był tak dobrze objaśniony.

piątek, 20 kwietnia 2018

Dave Goulson: Łąka

Marginesy, Warszawa 2018.

Co w trawie piszczy

Ma w sobie Dave Goulson dziecięcą ciekawość świata, którą łączy z pracą badawczą. Ma w sobie dozę pozytywnego szaleństwa, które pomaga w podejmowaniu niepopularnych decyzji. To dlatego kupuje sobie łąkę. Chce bez przeszkód móc obserwować, jak rozwija się na niej życie - zwłaszcza w świecie owadów - i przyczynić się do chronienia przyrody. Ten drugi cel zyskuje również pośrednio przez tom "Łąka", prywatno-naukową opowieść o tym, co w trawie piszczy. Każdy rozdział tego tomu to przyglądanie się wybranym gatunkom chrząszczy, muchom, ważkom czy modliszkom, motylom i pszczołom lub osom: wszystko, co autor zauważy podczas porannej przebieżki, może się przemienić w temat obszernego a felietonowego w stylu rozdziału. Do tego autor lubi zadawać "kontrowersyjne" pytania, na przykład po co owadom samce czy - co robią kwiaty, żeby przywabić zapylaczy. Rozwiązania zagadek bywają zaskakujące.

Jest więc łąka i człowiek, który potrafi się pochylić nad najbardziej nielubianym insektem po to tylko, żeby zaprezentować jego niezwykłe umiejętności szerokiemu gronu odbiorców. To nie wszystko, czym Goulson kusi czytelników. Podstawowym atutem jego książki staje się umiejętność wydobywania z obserwacji komizmu. Autor zderza zwyczaje owadów z sytuacją człowieka (zwłaszcza w relacjach erotycznych) i dowcipnie je komentuje. Okazuje się nie tylko dobrym badaczem, ale i sprawnym ironistą, który nie posługuje się oczywistościami. Rozumie owady i kibicuje im, podziwia je lub wyśmiewa - wszystko ze swoistą czułością (którą trudno pojąć choćby w przypadku uciążliwych much). Wywody Goulsona charakteryzują się więc nie tylko wysokim stopniem profesjonalizmu, ale i zaangażowania - autor zdecydowanie nie ma i nie chce mieć dystansu do obiektu badań. Tylko tak może wciągnąć czytelników w lekturę. W efekcie od "Łąki" ciężko będzie się odbiorcom oderwać, chociaż nie jest to najlepsza książka do czytania przy śniadaniu. Wartością "Łąki" jest szerzenie wiedzy na temat owadów, walka o dbanie o ekosystem, ale też śmiech - zjawisko stosunkowo rzadkie przy popularnonaukowych tekstach. W ten sposób "Łąka" zamienia się w zgrabne czytadło.

Dave Goulson sięga też do autobiografii - zwłaszcza wspomnień związanych z przeprowadzaniem nieudolnych lub nieudanych badań. Pozwala czytelnikom śmiać się z siebie samego: amatora, który zaznacza motyle, by następnym razem spróbować je złapać w tym samym miejscu, tego, który stawia bezsensowne tezy, otrzymując nikomu niepotrzebne wnioski, człowieka, który bez przerwy się dziwi i chce uzyskać odpowiedzi na dziecięce w duchu pytania (które, jakby się głębiej zastanowić, mają większy sens). Ten portret w powiązaniu z ogromną wiedzą zapewnia niezapomniane wrażenia podczas lektury. "Łąka" to książka, która odkrywa przed czytelnikami przygodę czającą się tuż za rogiem, w najbliższym otoczeniu, przeważnie ignorowanym lub odrzucanym. Dave Goulson ma dar gawędziarskiego opowiadania i już samo to przyczynia się do zwiększenia liczby zainteresowanych tomem. "Łąka" to również lektura bardzo rozrywkowa - tu zdobywanie wiedzy może być skutkiem ubocznym dobrej zabawy. Warto sprawdzić, jak ten autor podchodzi do komentowania zwyczajów owadów już dla samego stylu pisania. A przecież atutów "Łąka" ma więcej. I można nawet wzdrygać się na widok insekta, a szczerze śmiać przy czytaniu.

czwartek, 19 kwietnia 2018

Ewa Nowak: Kto uratował jedno życie... Historia Ireny Sendlerowej

Egmont, Warszawa 2018.

Historia dzieci

Do Egmontowej serii Czytam sobie na różnych poziomach zaawansowania dzieci w lekturze wpisywane są co pewien czas tematy ważne - aktualne lub historyczne, tak, by połączyć edukację z ćwiczeniem czytania. Niby to rozwiązanie cenne i zrozumiałe, ale warto w tych zapędach pedagogicznych pamiętać o jednym: dzieci, które dopiero uczą się czytania, powinny mieć z lektury także (jeśli nie przede wszystkim!) rozrywkę, żeby uzasadnić podejmowany wysiłek. "Kto uratował jedno życie... Historia Ireny Sendlerowej" to tomik przygotowany przez Ewę Nowak, a skusić maluchy może opowieścią o prawdziwej przeszłości, wstępem do tego, co wiedzą rodzice. Doświadczona autorka radzi sobie z tematem i dostarcza odbiorcom wielu wrażeń. A przecież musi, żeby opowieść była zrozumiała, przedstawić też kontekst działań bohaterki, wytłumaczyć odbiorcom, czym było getto i na czym polegał dramat Żydów w okupowanej Warszawie. Rzecz dotyczy dzieci - trzeba więc tak wyważyć proporcje w narracji, żeby zaintrygować, przekazać szereg niełatwych wiadomości, ale nie zastraszyć kilkulatków. Bo części spodoba się wojenna relacja, ale część będzie przerażona myślą, że historia mogłaby się powtórzyć - że trzeba będzie rozdzielić się z mamą i uciekać (a właściwie być przewożonym w zabitej deskami skrzyni). Takie tematy u niektórych maluchów wywołują lęk i warto o tym pamiętać. Niby wszystko rozwiązać może rozmowa z kimś dorosłym, jednak idea cyklu jest taka, by dzieci czytały samodzielnie - nie muszą więc chcieć dzielić się wrażeniami z lektury z rodzicami.

Ewa Nowak dość skrótowo prezentuje ponurą rzeczywistość. Krótkimi zdaniami przedstawia wybuch wojny i budowanie getta, by skupić się zaraz na sylwetce Ireny Sendlerowej. Pokazuje ją raz jako staruszkę, otrzymującą najwyższe odznaczenia, raz jako malutką dziewczynkę, która chłonie nauki ojca - dowiaduje się, że trzeba pomagać potrzebującym. Na więcej obrazków autorka nie ma czasu, bo wpada w rytm wojennej codzienności. Razem z Ireną Sendlerową codziennie wkracza do getta, pokazując, na czym polegała jej pomoc dla Żydów. Tempo zwalnia przy pierwszym ratowanym dziecku: tu jest miejsce na więcej szczegółów, żeby czytelnicy mogli docenić pomysłowość i odwagę bohaterki. Kolejne ratowane maluchy trafiają już raczej do wyliczanki - mają jednak imiona i "historię" ratunku: kolejną metodę na opuszczenie getta. Po takiej lekcji nie można mieć wątpliwości co do zasług Sendlerowej. Ta postać zapisze się w pamięci odbiorców.

"Kto uratował jedno życie" to opowieść na trzecim poziomie serii Czytam sobie, co oznacza, że pojawiają się tu już pełnowymiarowe rozdziały. Oczywiście duża czcionka i interlinia ułatwią dzieciom śledzenie tekstu, a drobne, czarno-białe rysunki przypominają, że to publikacja dla kilkulatków. Jednak trzeci poziom to też lekcja korzystania ze słowniczka, więc i możliwość wprowadzania trudniejszych pojęć. Tu czasami zostaje to doprowadzone do skrajnej postaci, bo gwiazdką oznaczanych jest po kilka słów w zdaniu (albo pojedyncze elementy składowe jednego pojęcia!). Nie ma tu przypisów na tej samej stronie, trzeba więc przerwać lekturę, zajrzeć na ostatnie kartki (kolejność jest alfabetyczna), sprawdzić i zapamiętać znaczenie, a potem wrócić do czytania. To dość spore wyzwanie dla najmłodszych. Chociaż zrozumiałe są przesłania edukacyjne, przydałoby się też mieć na uwadze wygodę maluchów - niejednemu dorosłemu chęć do czytania odbiera nagromadzenie odnośników. Wiadomo, że autorka musi zrealizować bardzo trudny temat i radzi sobie zarówno z wiadomościami historycznymi, jak i ze skupieniem uwagi dzieci. Przedstawia sylwetkę Ireny Sendlerowej tak, by ta postać zapisała się trwale w pamięci odbiorców. Podsuwa też małym czytelnikom tomik opatrzony etykietką "fakty", co pozwoli w przyszłości świadomie wybierać lektury zgodnie z zainteresowaniami. Nie da się jednak ukryć, że w tym wypadku cele edukacyjne - realizowanie nadrzędnych wytycznych - dominują i mniej myśli autorka o dzieciach jako o początkujących czytelnikach.

środa, 18 kwietnia 2018

Charles Bock: Alice i Oliver

W.A.B., Warszawa 2018.

Walka o zwyczajność

Alice jest młodą kobietą, szczęśliwą żoną i matką realizującą się zawodowo. Jedyne, na co może trochę narzekać, to brak wolnego czasu – ale to w końcu rodzaj ceny za życiowy pośpiech, udział w wyścigu szczurów i kolejne codzienne wybory. Jednak w pewnym momencie organizm kobiety odmawia posłuszeństwa: pojawiają się ataki niepohamowanego kaszlu połączone z pluciem krwią, osłabienie i potworny ból. Alice musi zrobić badania i dowiedzieć się, co jej właściwie jest – oraz znaleźć lekarstwo, by móc normalnie jak dawniej funkcjonować. Nie jest w zmartwieniu sama: mąż, Oliver, próbuje zdjąć jej z głowy troski o sprawy bytowe czy małą córeczkę. To on weźmie na siebie walkę z biurokracją i przełamywanie niezrozumiałego oporu personelu medycznego. To on będzie szukał polisy ubezpieczeniowej, gdy wyczerpie się ta poprzednia. Diagnoza, jaką słyszy Alice, jest przerażająca: kobieta choruje na białaczkę. Liczba limfocytów gwałtownie spada, a układ odpornościowy już właściwie nie istnieje, gdyby Alice trafiła do szpitala odrobinę później, nie udałoby się jej uratować. A tak zaczyna się długa i bolesna walka o życie.

Nawiązuje Charles Bock do tradycji literatury szpitalnej. Przeprowadza bohaterkę przez rozmaite zabiegi, leki i ich skutki uboczne, wyznacza całe strategie leczenia, pokazuje brak cierpliwości, lub przeciwnie, rezygnację w kontaktach z lekarzami, którzy nie odrzucają rutyny i nie biorą pod uwagę wątpliwości pacjentki. Każe Alice bezustannie odczuwać ból i strach, przeżywać szereg załamań, albo uczyć się na pamięć listy leków. Mimochodem Alice odbywa przyspieszony kurs medycyny po to tylko, by rozumieć żargon lekarski i móc się jak najlepiej przygotować na to, co ją czeka w najbliższej przyszłości. Nie wiadomo, jak skończy się ta walka: autor wprawdzie osnuwa sytuację Alice na doświadczeniach z chorą żoną, ale w tym wypadku jest przecież demiurgiem i może zrobić dla postaci dużo.

Jednak im dalej w powieść, tym mniej wnika w prywatną relację małżeństwa. Inaczej niż w typowych dziennikach choroby, gdzie pacjenci i ich rodziny uczą się korzystać z bliskości i zapewniać o uczuciach trochę na zapas, tu pojawiają się pokusy z zewnątrz. Alice w szpitalu poznaje sympatycznego młodego muzyka, człowieka, przy którym mocniej bije jej serce. Chociaż flirt w takich okolicznościach wydaje się szaleństwem – może to szansa na odzyskanie normalności. Oliver za to próbuje znaleźć ujście dla popędu seksualnego. Nie ma zamiaru zdradzać żony, jednak potrzebuje seksu – a tego Alice mu teraz nie zapewni. Bock szuka zatem poza chorobą elementów powieściowych wzmacniających wymowę fabuły.

Jest tom „Alice i Oliver” książką obszerną i przepełnioną trudnymi terminami z zakresu medycyny czy rozbudowywanymi do bólu scenami ze szpitala. Pokazuje, jak mierzyć się z chorobą – i jak zmienia się codzienność w przypadku okropnej diagnozy. Ale autor nie ucieka też i od krzepiących obrazów: pocieszenie znajduje w miłości, przyjaźni, urokach rodzicielstwa czy drobnych przyjemnościach, oficjalnie zakazanych. Jest to lektura trudna, skomplikowana w opisach, zwłaszcza dotyczących białaczki – dzięki temu nie można powiedzieć, że została obliczona na wywoływanie wzruszeń odbiorców.

wtorek, 17 kwietnia 2018

Joanna Jagiełło: Jak ziarnka piasku

Nasza Księgarnia, Warszawa 2018.

Bez ratunku

Rozpoczyna się ta opowieść od tragedii, którą Joanna Jagiełło wzięła z życia. Siedemnastoletnia Nina w dniu urodzin popełnia samobójstwo. Całą scenę dokładnie aranżuje, nagrywa i umieszcza na portalu społecznościowym. Chociaż ma tam kilkuset znajomych, na ratunek wyrusza tylko przyjaciel-gej, Łukasz, kolega z klasy w liceum artystycznym. Nina wybiera moment, kiedy jej najlepsza przyjaciółka, Ania, jest daleko. Umiera z łzą pierrota wymalowaną na pobielonej twarzy. "Jak ziarnka piasku" to relacja po stracie - z retrospekcjami, które pokazują początek przyjaźni Niny i Anny - ale nie wyjaśniają w żaden sposób, dlaczego dziewczyna się powiesiła. Autorka przytacza też sytuacje z codzienności Anny i stopniowo naświetla to, co wydarzyło się w życiu Niny.

Anna próbuje rozszyfrować zagadkę. Cierpi, bo przyjaciółka nie podzieliła się z nią problemami - rozmawia więc z jej kolegami i w konsekwencji... zajmuje miejsce Niny w szkole artystycznej. Pozostaje na uboczu - nie ma już bratniej duszy, której mogłaby zaufać. W domu przeżywa nieustające kłótnie z despotyczną matką. Wydaje jej się, że psuje wszystko, za co się zabierze. Koszmarną pomyłką okazuje się związek z toksycznym znajomym z harcerstwa, nic dziwnego, że spragniona uczucia dziewczyna angażuje się emocjonalnie w relację z wykładowcą. I to prawdziwy początek jej gehenny. "Jak ziarnka piasku" to książka, w której Anna nieświadomie powiela drogę Niny. Musi to zrobić z kilku powodów: żeby rozwikłać sprawę śmierci przyjaciółki i dowiedzieć się tego, czego inni nie mają szans, ale też żeby ocalić inne młode dziewczyny i poznać potęgę przyjaźni. Przekonać się, czym grozi osamotnienie i wyobcowanie, a także brak zaufania do najbliższych. Jest w tym dramacie również ważna lekcja dla odbiorczyń. Joanna Jagiełło idzie trochę pod prąd trendów w literaturze młodzieżowej. Podczas gdy bohaterowie powieści pop najczęściej odkrywają własną seksualność i zaczynają budować pierwsze poważne związki oparte także na fizycznej bliskości, Jagiełło przestrzega przed nadmiernym kierowaniem się pożądaniem. Problemy w tym wypadku biorą się z imprezowania i niepohamowanego poddawania się pokusom, ale bohaterka zostaje usprawiedliwiona. Wprawdzie ulega czarowi nauczyciela i naiwnie się w nim zakochuje, jednak ostatecznie pada ofiarą grupy mężczyzn, którzy wykorzystują nastolatki z problemami. Joanna Jagiełło w ten sposób zwraca uwagę na to, że przydałoby się zachowanie ostrożności: ograniczone zaufanie zwłaszcza w sytuacjach "imprezowych".

"Jak ziarnka piasku" to powieść, która wychodzi od szoku, ale na jednym wstrząsie się nie kończy. Młodym odbiorczyniom pokazuje ta autorka, jak codzienne zmartwienia mogą się łatwo rozrosnąć w problemy, z którymi nie można sobie poradzić. W fabule akcentuje znaczenie decyzji Anny - która nie ulega presji i w maksymalnie stresowej sytuacji potrafi zadziałać rozsądnie i logicznie. Jej postawa to wskazówka dla czytelniczek: nie wolno im milczeć, bez względu na to, czy są osamotnione i smutne, czy szantażowane lub zastraszane. Przesłań cennych w wieku dojrzewania ma ta niewielka przecież powieść wiele, jest też dobrze napisana (chociaż może nie do końca uzasadniona została decyzja bohaterki, żeby zmienić szkołę w momencie, gdy i tak jest w trudnej sytuacji: ten gest był potrzebny dla samej akcji, ale nie mieści się w portrecie charakterologicznym). "Jak ziarnka piasku" to historia, która będzie wywoływać silne emocje. Zadziała tym bardziej, że oparta została na faktach: to scenariusz, który tylko częściowo pochodzi z wyobraźni. Zamknięcie tematu w zgrabnej powieści sprawi, że przestrogi dotrą do szerokiego grona odbiorczyń. Joanna Jagiełło nie proponuje dydaktycznego straszaka, dba o to, by dostarczać czytelniczkom również ciekawej relacji i zestawu konfliktów czy odczuć znanych z codzienności. To wszystko służy przyciągnięciu młodzieży do lektury. Rezygnacja z chronienia nastolatek przed złem świata to w tym wypadku znakomite posunięcie.

poniedziałek, 16 kwietnia 2018

Katarzyna T. Nowak: Rok na odwyku. Kronika powrotu

Wydawnictwo Literackie, Kraków 2018.

Ratunek

Ta książka jest niewielka i największą korzyść terapeutyczną przynosi samej autorce: Katarzyna T. Nowak musi uwierzyć na nowo we własne pisanie, przekuć doświadczenie z odwyku na tekst, żeby spróbować pomóc innym i pójść dalej. To bariera, którą trzeba przekroczyć, żeby móc skupić się na budowaniu opowieści oderwanych od autobiografii. A Nowak wiele razy podkreśla, jak ważne jest dla niej pisanie. Tę umiejętność próbuje odzyskać i dlatego decyduje się na ekstremalny krok: roczne odcięcie się od świata. Tyle że w ośrodku odwykowym nie wolno jej prowadzić notatek, rejestrować rozmów z innymi pacjentami ani w żaden sposób gromadzić materiałów do publikacji. Skazana jest jedynie na ulotną pamięć i wrażenia – a te najlepiej smakowałyby spisywane na bieżąco, w formie dziennika. W „Kronice powrotu” autorka może tylko odtwarzać przeszłość, co tłumaczy i lakoniczność publikacji, i brak konkretów.

Jak każdy uzależniony, Katarzyna T. Nowak nie przyjmuje do wiadomości swojego uzależnienia. Wie, że nie da rady zasnąć bez chemicznych wspomagaczy, ale chciałaby odzyskać jasność umysłu. Wydaje jej się, że lekomanię da radę zwalczyć siłą woli, jak alkoholizm kiedyś – oszukuje więc siebie i otoczenie, a jednak decyduje się na ekstremalnie trudną terapię, być może jako prostsze rozwiązanie lub przeniesienie odpowiedzialności na innych. W końcu w ośrodku to terapeuci pilnują, by przestrzegało się reguł – może więc autorka zająć się autoanalizami i powrotem do zdrowia. Rzeczywistość wcale nie wygląda tak różowo. Pobyt na odwyku Katarzyna T. Nowak traktuje trochę jak granicę między chorobą i normalnością – wie, że wyjdzie wyleczona i jako lepsza wersja siebie. Dopiero ze szczątkowo przytaczanych w tomie reakcji przyjaciół widać, że sprawa jest o wiele bardziej poważna niż autorka przyznaje. „Rok na odwyku” nie jest jednak rejestrem wyzwań – raczej analizą bierności czekania na spokój. Nowak wiele razy wraca do głoszonych przez siebie przekonań, porównuje się z alkoholikami i narkomanami, przy których uzależnienie wydaje się niewinne. Pokazuje też, jak oszukiwała otoczenie (rozcieńczanie wina wodą i całodniowe rausze, odwiedzanie kilku lekarzy, by zdobyć zapas medykamentu), chcąc zachować twarz i ukryć prawdę przed bliskimi. Wyjaśnia własnym przykładem, że człowiek uzależniony to niekoniecznie menel, stereotyp wraku człowieka – i to może być najcenniejsza lekcja z tej lektury. Autorka przygląda się relacjom w ośrodku, odnotowuje skrajnie różne zachowania i charaktery, pokazuje, że ten, kto przerwał leczenie albo złamał reguły tu panujące – wraca do nałogu nawet mimo buńczucznych deklaracji. Przedstawia fragmenty swoich zadań domowych – pisemnych opowieści o nałogu.

Jest to narracja prosta i pozbawiona punktów kulminacyjnych, nie ma w niej typowych dla autobiograficznych zwierzeń uzależnionych motywów: momentu przełamania nastawienia, odkrycia choroby czy chęci szukania pomocy. Wszystko wydaje się być prezentowane na jednym poziomie emocji. Autorka nie zajmuje się pomaganiem innym uzależnionym, nie uczy odczytywania niepokojących sygnałów. Może jedynie własnym przykładem zachęcać do zmian. Jest „Rok na odwyku” mierzeniem się z własnymi słabościami – opowieścią osobistą i niefiltrowaną przez konwencje gatunkowe. Katarzyna T. Nowak przypomina, że trzeba chcieć zawalczyć o siebie – to pierwszy krok do szukania pomocy. Jednak żaden ośrodek nie zapewni ratunku, jeśli woli walki z nałogiem nie będzie w chorym.

niedziela, 15 kwietnia 2018

Jon Palfreman: Prześcignąć parkinsona

Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2018.

Szukanie lekarstwa

Dla Jona Palfremana nie istnieje analizowanie poszczególnych przypadków choroby Parkinsona. Zamiast towarzyszyć w życiu kolejnym chorym, ten autor woli podążać za naukowcami i lekarzami, przyglądać się historii samej choroby w nadziei, że wnioski doprowadzą do rozwiązania zagadki – znalezienia skutecznego leku, który nie będzie mieć skutków ubocznych. Dla niego samego to bardzo ważne, bo należy do grupy ludzi, którzy muszą nauczyć się żyć z parkinsonem. Bierze zatem udział w konferencjach poświęconych chorobie, ale przede wszystkim przygląda się uważnie rozwojowi medycznej wiedzy i możliwości leczenia bądź terapii.

Parkinson to wciąż choroba tajemnicza. Da się precyzyjnie określić jej objawy (często pojawiają się one w zminimalizowanej formie aż na dziesięć lat przed postawieniem diagnozy), nie wiadomo za to, co ją wywołuje. A to sprawia, że nie da się znaleźć skutecznych metod leczenia, przynajmniej do czasu. Palfreman zajmuje się przeglądem odkryć związanych z chorobą Parkinsona. Razem z chorymi na przestrzeni stuleci przeżywa radość, gdy pojawia się rozwiązanie jakiegoś problemu, a następnie rozczarowanie, kiedy wychodzą na jaw skutki uboczne stosowania leku. Zagląda do mózgu, analizuje, bezustannie kibicuje uczonym i pokazuje odbiorcom, jak ciężka jest ich walka o znalezienie remedium na dolegliwości. Sprawdza, na czym polega testowanie nowych leków i przygląda się efektowi placebo, który w tym wypadku ma ogromną siłę oddziaływania. Przedstawia błądzenie po omacku w gąszczu możliwości – i odrzucanie kolejnych pomysłów, które wydawałyby się idealne. „Prześcignąć parkinsona” to ciągła huśtawka emocjonalna, zwłaszcza gdy pamięta się, że Jon Palfreman szuka też wiadomości dla siebie.

Autor nie zachowuje się tu jednak jak chory, któremu zależy na współczuciu czy pomocy z zewnątrz. Pozostaje reporterem, komentatorem, który potrafi bez emocji zagłębiać się w prezentowane dane i przytaczać naukowym językiem szereg faktów. Wprowadza do książki bardzo rozbudowane wyjaśnienia związane z pracą mózgu i wpływem medykamentów na poszczególne jego obszary, chce, żeby czytelnicy zyskali pełny obraz sytuacji (nawet jeśli nie do końca zrozumieją wagę odkrycia), żeby można było w poszukiwaniach ruszyć dalej – i sprawdzać następne spostrzeżenia badaczy. Dopóki nie ma skutecznego lekarstwa, ludzie w podeszłym wieku ze zdiagnozowanym parkinsonem będą cierpieli. Można próbować złagodzić to cierpienie przez eksperymenty – tylko tak da się rozwijać tę dziedzinę badań. Naukowcy nie poddają się w nierównej jak na razie walce. „Prześcignąć parkinsona” to zatem momentami dramatyczna relacja. Ale Palfreman nie chce straszyć ani przygnębiać, wierzy, że z postępami, które opisuje, zdobycie leku na chorobę Parkinsona jest tylko kwestią czasu. Proponuje tę książkę ludziom zainteresowanym zgłębianiem choroby – popularyzuje wiedzę i sprawia, że czytelnicy znajdą fachową odpowiedź na wiele pytań. Nie ma tu uproszczeń ani straszaków, autor chce odrzucać mity na temat schorzenia. Część czytelników przygotuje się przez lekturę na to, co może dziać się z nimi lub ich bliskimi, części daje nadzieję na rychły sukces i wyzdrowienie. Wprowadza na rynek publikację ważną.

Marta Guzowska: Detektywi z Tajemniczej 5. Zagadka zaginionej kamei

Nasza Księgarnia, Warszawa 2018.

Śledztwo u babci

Popularnością na rynku literatury czwartej cieszą się serie detektywistyczne – po sukcesie Lassego i Mai niemal każdy autor chce mieć w swoim dorobku cykl o małych detektywach rozwiązujących proste zagadki z najbliższego otoczenia. Teraz do grona twórców dołącza Marta Guzowska, proponując Detektywów z Tajemniczej 5. Punkt wyjścia jest tu logiczny dla małych odbiorców: Piotrek z małą siostrzyczką, Jagą, musi iść do babci, żeby nie przeszkadzać mamie w pracy (w pisaniu doktoratu). Oderwanie od rodziców to przecież pierwszy obowiązkowy krok w kierunku przygody, nic zatem dziwnego, że bohater wypełnia to zadanie z radością. Zresztą babci nie przeszkadza obecność ulubionego szczura chłopca, Sherlocka – a z mamą w tej kwestii bywa różnie. Na klatce schodowej Piotrek poznaje Ankę, nową sąsiadkę – i zaprasza ją do babci. Tak zawiązuje się detektywistyczna spółka, chociaż dzieci nie mają jeszcze pojęcia, że przyjdzie im pracować razem nad rozwiązaniem zagadki, już wkrótce dostaną pierwsze zadanie.

Babcia Piotrka i Jagi jest bardzo zdenerwowana: odkryła zniknięcie kamei, cennej pamiątki. Klejnot był kopią ozdoby Izabeli Czartoryskiej, miał też ogromną wartość sentymentalną. Niezależnie jednak od tego, jak drogi byłby dla postronnych, liczy się przecież zmartwienie babci i jej bezradność. Bohaterowie od razu dają się wciągnąć w zagadkę. Babcia przedstawia im przebieg dnia, co pozwala wskazać trzy podejrzane osoby: sąsiadkę, listonosza i pana, który miał naprawić dekoder. Gdyby się zastanowić głębiej, każde z nich miało i motyw, by zabrać klejnot, i okazję, by to niepostrzeżenie zrobić. Babcia nie poradzi sobie bez pomocy, a wnuk za wszelką cenę chce się wykazać przenikliwością umysłu. Akcja rozgrywa się tu zatem przede wszystkim w retrospekcjach, tematy aktualne polegają na śledzeniu opowieści i wyłuskiwaniu z niej co ważniejszych tropów. Dzięki autorce robić to mogą nie tylko bohaterowie – odbiorcy zabawią się w detektywów i spróbują wskazać potencjalnego złodzieja.

„Zagadka zaginionej kamei” składa się z krótkich i przejrzystych rozdziałów. Ponieważ to początek cyklu, autorka może wprowadzić bohaterów i pozwolić im się nawzajem poznawać. Szybko kreśli otoczenie – sytuację w domu babci i familiarny charakter opowieści. Nie chce wdawać się w prawdziwe zagrożenia ani straszyć czytelników. Stawia bardziej na samą zagadkę niż na intrygę kryminalną, więc podekscytowane maluchy mogą skupiać się na łączeniu przesłanek i rozszyfrowaniu tajemnicy. Każdy rozdział kończy się pytaniem z trzema możliwymi odpowiedziami do wyboru – kto uważnie śledził akcję, powinien tu domyślić się rozwiązania, dla kogo zagadka jest akurat jeszcze za trudna, ten będzie mógł sprawdzić odpowiedź na początku kolejnego rozdziału. Nie ma tu znaczenia dosyć tendencyjne rozwiązanie – dzieci będą się dobrze bawić. Marta Guzowska pokazuje im, że praca dla detektywa czeka nawet w najbliższym otoczeniu, nie trzeba wcale być bohaterem filmu sensacyjnego, żeby zajmować się zadaniami dla detektywów. Namawia do uważnej lektury i do wyciągania z niej wniosków, uczy wyczulenia na to, co pozornie niedostępne. Zwyczajne dzieci mogą dzięki spostrzegawczości przeżyć niezwyczajną przygodę, a to spora korzyść z lektury.

sobota, 14 kwietnia 2018

Krzysztof Piskorski: Zadra

Wydawnictwo Literackie, Kraków 2018.

Trzymanie formy

„Zadra” Krzysztofa Piskorskiego to obszerna powieść dla tych, którzy lubią klasyczne historie fantasy, bez fabularnych fajerwerków, ale z dobrym realizowaniem konwencji i zasad gatunkowych. Autor „uszlachetnia” fabułę przez przeniesienie jej do osiemnastowiecznej Francji, ale w wersji alternatywnej. Wprowadza troje bohaterów, z których jeden, Maurice Dalmont, w pierwszej scenie właśnie czeka na ścięcie – nie ma szans na ułaskawienie ani jakikolwiek ratunek, sam też nie walczy o odzyskanie wolności czy choćby darowanie życia. Wie doskonale, że to do niczego nie doprowadzi. Inaczej rzecz ma się z Natalie, porywczą i pomysłową siostrą Maurice’a. Ta uwielbia snuć odważne plany, nie zastanawiając się nad ich konsekwencjami. Za wszelką cenę chce ocalić brata i podsuwa mu rozwiązania nie tylko ryzykowne, ale przede wszystkim – nie do zrealizowania. Natalie w niczym nie przypomina usłużnych i podporządkowujących się mężczyznom niewiast – staje się niezłym kompanem w awanturniczych przygodach. To barwny charakter, ale nie jest też obojętna na miłość – to jej obecność wprowadza sercowe zawirowania. Bo trzecim z grona jest Stanisław Tyc, coraz bardziej zauroczony Natalie przyjaciel Maurice’a. Tę kompanię Piskorski wtrąca w wielkie dziejowe zawieruchy: każe na przemian brać udział w walkach (Tyc przemierza z wojskami Nową Europę), obserwować naukowe doświadczenia (Maurice jest w końcu zaangażowany w wynalazki, a światem rządzi tu ether, energia próżni), lub wdawać się w miniskandale obyczajowe (bo Natalie kandydatów do swojej ręki odprawia z fantazją). Składniki powieści są zatem do bólu konwencjonalne, ale uwagę czytelników zaskarbia sobie Piskorski jakością realizacji. Umiejętnie łączy elementy romansu (raczej marginalne) z teoriami politycznymi czy scenami batalistycznymi. Przez stworzenie alternatywnego świata może jednocześnie układać relację niezbyt skomplikowaną, ale też nie do końca oczywistą. Staje się zatem „Zadra” imitacją klasyki, wprawną opowieścią z większym naciskiem kładzionym na sposób opisu, a mniejszym – na meandry akcji. Krzysztof Piskorski ćwiczy tu umiejętność rozwijania opisów, chce samym doborem słów i rytmem prozy budować atmosferę powieści. Nieźle mu to wychodzi, chociaż brakuje jakiegoś elementu wyróżniającego tom. Piskorski udowadnia, że ma opanowany warsztat – ale poza tym do zaoferowania nie ma zbyt wiele, to formą i dbałością o detale próbuje zaimponować odbiorcom. Imitowanie klasyki to zadanie bezpieczne, a autorowi nie przeszkadza brak oryginalności. Na razie pokazuje raczej jednowymiarowy świat. Nie odwołuje się do rzeczywistości całkowicie obcej odbiorcom: miesza historię i pojedyncze wynalazki, operuje jednoznacznymi charakterami oraz sytuacjami, które przebiegają według ściśle wyznaczonego schematu. Tak więc „Zadra” nie dostarczy lektury przełomowej – ani na tyle wyrazistej, żeby na długo zapadała w pamięć.

Krzysztof Piskorski porusza się po stworzonym przez siebie świecie dosyć ostrożnie. Dba o analizowanie politycznych sojuszy i relacji na poziomie ponadnarodowym, ale tylko dlatego, że potrzebuje odgórnej siły, która namiesza w życiu bohaterów. Losy jednostki może kreować w oparciu o to, co dzieje się na zewnątrz, niewiele płynie bezpośrednio z charakterów albo emocji postaci – i to w pewien sposób osłabia sylwetki trójki bohaterów. „Zadra” jest książką dla ceniących sobie łagodne przechodzenie do innej rzeczywistości, lubujących się albo w powieściach historycznych z nutą absurdalnej wyobraźni, albo dla tych, którzy wolą doceniać sprawność narracyjną i przedkładają dbałość o formę nad rozwijanie akcji. „Zadra” zdobyła już wierne grono czytelników, a teraz powraca na rynek jako publikacja sprawdzona i poszukiwana.

Erich Kästner: 35 maja

Jung-off-ska, 2018.

Dwie strony świata

Erich Kästner nie bał się absurdu w twórczości dla dzieci. Jego historie nie zawsze musiały wiązać się z pouczeniami czy wychowawczymi wskazówkami. Ten autor, jak mało który, wierzył w inteligencję młodych odbiorców i gotowość do zabawy. Gdyby dzisiaj chciał trafić na rynek wydawniczy powieścią „35 maja”, miałby zapewne sporo problemów ze znalezieniem wydawcy. Na szczęście jako klasyk powracać może do woli – i do nasycenia absurdem kolejnych pokoleń, w różnych opracowaniach. Teraz „35 maja” trafia na księgarskie półki za sprawą wydawnictwa Jung-off-ska, co ucieszy koneserów nonsensownego humoru, nie tylko rekrutujących się spośród najmłodszych. To wspaniała historia o roli wyobraźni w życiu człowieka – i o tym, że nie zawsze szkoła przekazuje to, co najważniejsze.

Wszystko zaczyna się w momencie, gdy najlepsi z rachowania uczniowie mają na zadanie opisać w domu… morza południowe. Mały bohater, Konrad, jest rozżalony: nie ma pojęcia o tym temacie i zadanie uważa za niesprawiedliwą karę dla prymusów. Jeszcze nie wie, że dzięki temu przeżyje prawdziwą przygodę. To ten dzień, w którym opiekuje się nim dorosły o wyobraźni kilkulatka, stryj Rabarbar. Do ekipy nieoczekiwanie dołącza Negro Kaballo, czarny koń o manierach dżentelmena. Stryj, chłopiec i koń wchodzą do szafy, żeby przejść drogę do mórz południowych. Przemierzają kolejne krainy, z których każda charakteryzuje się czymś wyjątkowym – i żadna nie znalazłaby się na mapie dorosłych. Tu parasole wyrastają z ziemi po deszczu, tam można spotkać olbrzyma. Chłopiec wszystkiemu musi się dziwić, stryja nic nie zaskakuje, koń okazuje się wybitnym przewodnikiem po nowo odkrywanej rzeczywistości. Morza południowe są tu celem – ale równie dobrze mogłaby się nim stać każda kolejna kraina, skoro każda jest samodzielną i pełnowartościową przygodą. Przygodą, co trzeba dodać, jakich dzisiaj w książkach dla dzieci brakuje – najwyraźniej niewielu redaktorów i autorów było w szkole mocnych z rachunków. Autor pozwala odbiorcom cieszyć się odkryciami z wyprawy, ćwiczyć fantazję, dostarcza śmiechu na wysokim poziomie – nie ma tu obiegowych żartów, ale dowcipy polegają na zaskoczeniu oraz absurdalnej nieprzystawalności pomysłów do realiów znanych czytelnikom. Takie odrabianie lekcji to przyjemność (wypracowanie – czyli pewnego rodzaju streszczenie wyprawy – znajdą czytelnicy w finale, który przy okazji będzie też egzaminem z ortografii). Niepozorny tomik skrywa szereg silnych wrażeń. Absurd zapewnia mu ponadczasowość: ta opowieść mimo upływu czasu wcale się nie starzeje, niektóre elementy stają się archaiczne (choćby oznaki dżentelmeńskiej grzeczności lub szkolna codzienność), ale one zamieniają się w miłą egzotykę, uszlachetniają tekst i nadają mu dodatkowego, nieprzewidzianego przez autora smaku. Za sprawą kontekstu zmieniać się więc będzie odbiór ramy kompozycyjnej, motywów sprzed przejścia przez szafę – ale nie sam trzon, rola fantazji w upiększaniu codzienności pozostanie i będzie dla dorosłych oraz dzieci cenną wskazówką co do ubarwiania rutyny.

Tomik został wydany w ślicznej serii – kolorowe ilustracje Joanny Rusinek przyciągają uwagę dzieci, a kieszonkowy format sprawia, że książkę można wszędzie ze sobą zabrać. W tym wypadku bajkowość fabuły przechodzi w barwną szatę graficzną – i ładnie ze sobą te dwie sfery korespondują. Cieszy fakt, że Kästner na rynek powraca co pewien czas, a skoro w dodatku w tak atrakcyjnym wydaniu – łatwiej będzie przekonać najmłodszych do czytania i przeżywania przygód razem z małym Konradem. chociaż i tak całe uznanie przejdzie na Negro Kaballo, konia, który bez problemu odnajduje się i w ludzkim, i w baśniowym świecie.

piątek, 13 kwietnia 2018

Młynarski. Rozmowy

Prószyński i S-ka, Warszawa 2018.

Przypomnienie

Na rynek zaczyna wypływać coraz więcej publikacji poświęconych Wojciechowi Młynarskiemu – a przoduje w tym wydawnictwo, które jeszcze za życia autora zdecydowało się przypomnieć jego sylwetkę tomem „Moje ulubione drzewo” – zestawem wierszy i rozmów z córką, Agatą. Teraz Prószyński i S-ka proponuje odbiorcom skrótowy przegląd wywiadów i wybór zdjęć, dokumentów czy materiałów archiwalnych. „Młynarski. Rozmowy” to książka na pierwszy rzut oka dość obszerna (i starannie wydana, jeśli pominąć ortograficzny błąd w spisie treści), ale nacisk kładzie się w niej jednak na stronę graficzną, a nie tekstową. Może ze względu na prawa autorskie, a może z innych powodów, których odbiorcom się tu nie przedstawia. Wydawca tomu kieruje się do szerokiej publiczności, a nie do koneserów felietonów rymowanych. Dotrzeć chce do mas, a tych nie przekona antologią wywiadów – za to obrazami jak najbardziej. W związku z tym „Młynarski. Rozmowy” to zlepek tematycznych wspomnień: Wojciech Młynarski mówi tu odrobinę o rodzinie, odrobinę o chorobie, odrobinę o tworzeniu i odrobinę o występowaniu na scenie. Nawiązuje do lekcji, jakie odbierał od bardziej doświadczonych kolegów na początku drogi twórczej, a i do odkryć, jakie sam przeżywał podczas analizowania tekstów swoich mistrzów, rejestruje szczegóły współpracy z wybitnymi kompozytorami, przytacza też drobne recenzje od autorytetów. Wszystko w formie niewielkich wzmianek – nie ma tu miejsca na rozwijanie opowieści (zestaw adresów bibliograficznych podany jest na końcu książki i zainteresowani mogą samodzielnie docierać do pełnych wiadomości (z wyłączeniem rozmów prywatnych). Twórcy tomu wykorzystują tu i rozmowy publikowane w prasie, i telewizyjne nagrania. Nie przyniesie ta książka nic zaskakującego w kwestiach biografii lub warsztatu Wojciecha Młynarskiego, to bardziej przyspieszona prezentacja dla młodszych pokoleń – lub sentymentalna podróż dla starszych. Nie da się traktować jej jako punktu wyjścia twórczych analiz, ale podsuwa przynajmniej częściowo bibliografię.

Olbrzymią wartością dla odbiorców będą natomiast nie szczątkowe wypowiedzi artysty, a strona graficzna. Tom wypełniają przedruki starych recenzji i artykułów prasowych – przytaczane tu wprawdzie w charakterze ozdób i dla sporej części odbiorców w ogóle bez większego znaczenia – ale jednocześnie są ułatwieniem w gromadzeniu materiałów dla tych, którzy naprawdę twórczością Wojciecha Młynarskiego się interesują. Poza tym pojawiają się tu ozdobniki bez wartości informacyjnej (choćby fragmenty notatek z nieistotnych dziś spotkań), przedruki programów, recitali czy… legitymacji, plakatów i zapisów nutowych. Cały ogrom materiałów nie do użycia, a przecież przybliżających do gwiazdy z punktu widzenia fana. Najwięcej jest tu natomiast powiększanych zdjęć. Te dzielą się na dwie grupy – jedne stanowią przegląd prywatnych i domowych archiwów, drugie to efekty profesjonalnych sesji fotograficznych na przestrzeni lat. Tak Wojciech Młynarski prezentuje się czytelnikom.

W publikacjach poświęconych temu artyście zwykle – nieprzypadkowo – kładzie się nacisk na słowa, przesłania lub choćby formę tekstów. Tom „Młynarski. Rozmowy” jest swoistym przełamaniem konwencji, przejściem na stronę wizualną z maksymalnie upraszczanymi wywodami autobiograficznymi. To publikacja w stylu pop, reakcja na to, co aktualnie dobrze się sprzedaje. Próba zaprezentowania Wojciecha Młynarskiego od bardziej prywatnej strony – ale bez przekraczania wyznaczanych przez twórcę granic.

czwartek, 12 kwietnia 2018

Stephen Mansfield: Tokio. Biografia

Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2018.

Tokio przez wieki

Najczęściej w serii Mundis autorzy skupiają się na życiu w poszczególnych państwach, pokazując kontrasty między znaną im (albo uważaną powszechnie za zwyczajną) codziennością a kulturowymi udziwnieniami. Jednak Stephen Mansfield z reporterskich tonów rezygnuje i podsuwa czytelnikom tom obiektywny, a do tego uwolniony od turystycznych atrakcji lub zaskoczeń dla imigranta – mocno nakierowany na przeszłość. Autor nie szuka bohaterów – przewodników, postaci, których losy ukazywałyby rozwój miasta. Tu bohaterem jest Tokio na przestrzeni wieków. Nie powinien budzić wątpliwości podtytuł tomu, rzeczywiście Mansfield tworzy „biografię”, swoisty życiorys miasta w zestawieniu z kulturowymi symbolami Japonii. O dzisiejszym Tokio odbiorcy nie dowiedzą się zbyt wiele, może poza tym, że to miasto, które nie znosi stagnacji i przez cały czas dąży do przeobrażeń, i to na wielką skalę.

Mansfield zaczyna swoją relację od… ukształtowania terenu. To jedyne, co nie podlega zmianom, a poza tym może stanowić solidny grunt pod późniejszą właściwą relację o mieście. Częstuje zatem odbiorców wiadomościami z geografii, docierając do struktur, o których przeciętny mieszkaniec Tokio w ogóle zapewne nie myśli. Ale już refleksje natury geologicznej prowadzić będą do pierwszych śladów życia na tych terenach, choćby – grobowców z V wieku. Da to czytelnikom pojęcie nie tyle o historii miasta, co raczej o tradycjach – niewidocznych obecnie za sprawą cywilizacyjnego pędu. Skoro na horyzoncie pojawiają się ludzie, autor może zająć się sprawdzaniem organizacji codzienności. Z jednej strony pokazuje zatem budowę świątyń (raczej bez zagłębiania się w wierzenia), z drugiej – domów publicznych. Odnosi się do społecznych hierarchii i do decyzji możnych. Stopniowo przechodzi do rozwoju kultury i analizuje między innymi cechy teatru kabuki, śledzi skrótowo tematy inspirujące poetów i malarzy. Sprawdza, jak w różnych okresach rozwijało się miasto i jakie rodzaje mód kierowały mieszkańcami. Decyduje się na wybieranie tych najbardziej wyrazistych motywów, żeby nie szatkować narracji. To, co w danym momencie dominuje w kulturze lub rozwoju cywilizacyjnym, uzupełnia autor… kataklizmami przyrodniczymi. Pożary, tsunami czy trzęsienia ziemi nie pozostają bez wpływu na miasto i pomysły jego mieszkańców. Z czasem coraz bardziej liczy się chęć zaistnienia architektów i projektantów, co widać w koncepcjach urbanistycznych. Stephen Mansfield przeprowadza odbiorców przez kolejne epoki i okresy rozwoju miasta – czasami zderzając je z wielkimi tematami historycznymi. Skupia się wyłącznie na mieście, przedstawiając je jako twór podlegający dynamicznym zmianom. Dzięki takiej perspektywie autor może unikać stereotypowych sądów, prezentuje Tokio z dala od narracji z przewodników turystycznych: chce, żeby odbiorcy je przede wszystkim zrozumieli, bo stąd bierze się ciekawość poznawcza i chęć podróży.

Zwiedzanie Tokio pozwala przynajmniej w niewielkim zakresie zająć się również kulturą Japonii. Mansfield czasami odnosi się do charakterystycznych dla regionu rozwiązań i umożliwia odbiorcom prześledzenie kulturowych zdobyczy, proponuje wyjaśnienia zawodu gejsz, kurtyzan oraz… aktorów. Wszystko umiejętnie łączy ze specyfiką odpowiednich czasów, przez co odbiorcy mogą otrzymać wielowymiarową lekturę. Pamiętać jednak należy, że inaczej niż w większości publikacji z tej serii, w „Tokio” nie ma osobistych komentarzy ani uwag przefiltrowanych przez własne doświadczenia.

środa, 11 kwietnia 2018

Dana Reinhardt: Powiedz wreszcie prawdę

Jaguar, Warszawa 2018.

Ucieczka od świata

Porzuconym zawsze trudno się pogodzić z rozpadem związku. Zwłaszcza gdy mają kilkanaście lat i po długim okresie zażyłości nie pamiętają już, jak to jest żyć w pojedynkę. I jeśli przyzwyczaili się do myśli, że będą z kimś na zawsze. River, bohater tomu „Powiedz wreszcie prawdę”, mimo rozstania czuje się związany z Penny i ma nadzieję, że ukochana zmieni zdanie co do wspólnej przyszłości. Próbuje różnych sztuczek, by zwrócić na siebie uwagę dziewczyny – i przechodzi kolejne fazy żałoby po związku. Wciąż kocha Penny, zależy mu zatem na wskrzeszeniu jej uczucia – nie słucha otoczenia, przekonany o sensowności własnych pomysłów. Tymczasem Penny idzie dalej, nie oglądając się za siebie. Ona na pewno nie wróci.

„Powiedz wreszcie prawdę” to historia odwracająca nastoletnie stereotypy. Dana Reinchardt odwołuje się tu do uczuć znanych czytelnikom, ale wyostrza je ponad miarę. River głuchnie na rozsądne argumenty, zachowuje się śmiesznie – gdy patrzy się na niego z dystansu. Ten bohater pomoże zrozumieć nastoletnim odbiorcom, że w podobnych sytuacjach nie warto oglądać się za siebie i walczyć o wygasłe uczucie – nikogo przecież nie zmusi się do kochania. Jednak męcząca tęsknota chłopaka za dziewczyną, która go zostawiła, to jedno – stanowi punkt wyjścia dla historii i dla charakterystyki postaci. Reinhardt sprawdza, jak River układa sobie rzeczywistość na nowo – i jego strategię nakreśla w tytule powieści. Bohater zaczyna kłamać. Okłamuje otoczenie, przynajmniej na początku utrzymując, że to nie koniec związku. Okłamuje siebie samego. A kiedy trafia na spotkania terapeutyczne dla młodzieży z rozmaitymi uzależnieniami, wymyśla sobie problem z marihuaną jako kartę wstępu do grupy. Potrzebuje wsparcia i zrozumienia, a tu nie zostanie skrytykowany. Może być, kim chce i uniknąć ocen dotychczasowego zachowania. Wreszcie w innym towarzystwie ma szansę na chwilę zapomnieć o Penny, a nowe znajomości mogą rozwinąć się w obiecującym kierunku.

Nie da się, co oczywiste, budować szczęścia na kłamstwie, Rivera czeka zatem długa droga do upragnionego spokoju, ale niekonwencjonalne działania stają się najlepszą formą terapii dla chłopaka. Autorka unika podawania prostych i podręcznikowych porad, stawia na nietuzinkowe przygody i podkreśla rolę kontaktów międzyludzkich przy odzyskiwaniu spokoju ducha. W pewnych momentach rezygnuje Reinhardt z fabularnych oczywistości, żeby zaintrygować nastoletnich odbiorców, innym razem proponuje im najczęstsze w gatunku rozwiązania. Dostrzega motyw, który rzadko wkracza do literatury czwartej. Umiejętnie podkreśla tęsknotę i brak chęci do pogodzenia się z losem. To coś, co zaangażuje młodych czytelników.

Dana Reinhardt chce, by odbiorcy tomu sami potrafili decydować, co jest dla nich dobre, a co nie – ale przedstawia też antywzorzec zachowania, celowo ośmiesza Rivera, by dać do myślenia nastolatkom. „Powiedz wreszcie prawdę” to zatem próba przemówienia odbiorcom do rozsądku i pokazania, że koniec jednego związku nie oznacza końca świata. „Powiedz wreszcie prawdę” to historia dość szybka i parę spraw da się w niej już na początku przewidzieć – ale nie odbierze to nikomu zabawy. Dana Reinhardt znajduje dla swojego bohatera azyl tam, gdzie nikt zwykle sam nie szukałby pokrzepienia.

wtorek, 10 kwietnia 2018

Marai Szarapowa: Niepowstrzymana

Marginesy, Warszawa 2018.

Przepis na sukces

Maria Szarapowa wkracza na rynek wydawniczy autobiografią (rzecz jasna, przygotowaną z pomocą ghosta) nieco po tym, jak została zawieszona w uprawianiu sportu, a potem oczyszczona z zarzutów. Odnosi się do skandalu aż dwa razy, tworząc z niego ramę kompozycyjną książki. Najpierw uprzedza czytelników (chociaż fani i tak przecież wiedzą), żeby nie zostali niemile zaskoczeni – później jeszcze raz, na chłodno, przedstawia cały kontekst, podkreślając zwłaszcza nieświadomość, że zażywany przez nią od dłuższego czasu lek został „profilaktycznie” wpisany na listę środków niedozwolonych. Zawieszenie na dwa lata stało się impulsem do stworzenia osobistej relacji – próby zaprezentowania się fanom od nieco bardziej prywatnej strony, znacznie szerzej niż w wywiadach.

Szarapowa przez długi czas zajmuje się opowiadaniem o swoim tenisowym dzieciństwie i trudno się jej dziwić. To pośrednio odpowiedź na pytanie, jak wiele trzeba poświęcić, by zostać gwiazdą sportu. U kilkuletniej dziewczynki talent do odbijania piłki rakietą dostrzega ojciec – i postanawia, że Masza będzie najlepsza. Szuka sposobu rozwijania umiejętności córki i dowiaduje się, że w tym celu musi wyjechać z Rosji. Trafia z małym dzieckiem, za to bez żony, do USA i tam – bez pracy, bez znajomości języka i bez kontaktów – usiłuje się przebić do najlepszych. Znajduje akademie tenisowe i przekonuje słynnych właścicieli, żeby przyjrzeli się Maszy na korcie. Córce poświęca wszystko: musi zrezygnować z własnych ambicji, żeby mała mogła się rozwijać. Szarapowa opowiada o tych wyrzeczeniach bez sentymentu, raczej z lekkim podziwem. Za to przedstawia też nieznany obraz samotności: wśród dziewczynek z bogatych domów, dzieci niezbyt uzdolnionych za to rozkapryszonych i realizujących ambicje rodziców, trzymających się razem. W ten sposób autorka pośrednio odpowiada na pytanie, jak doprowadzić do olśniewających sukcesów – i jaka jest ich cena.

Kiedy Szarapowa dorasta, zmieniają się tematy historii. Więcej uwagi poświęca rywalkom na korcie (i tutaj trudno jest o przyjaźń czy choćby zrozumienie), analizuje swoje mocne i słabe strony w grze, przygląda się poszczególnym ważnym meczom lub turniejom. Sport zaczyna w opowieści dominować, a sama Szarapowa przestaje komentować rodzinne relacje. Brak prywatności przełamie jeszcze przy okazji prezentowania sercowych dylematów – lekko i z dystansem, ale też tak, żeby czytelnicy nie mieli wrażenia, że od jakiegoś aspektu życia tenisistki zostali przez nią odsunięci. Powracają tematy kontraktów reklamowych (oczywiście bez podawania sum), organizacji turniejów lub podłoża, na jakim się gra. Maria Szarapowa w pewnym momencie schodzi całkowicie na tenis – to jej życie i sposób na opowieść jednocześnie.

Książka napisana została prosto, ale z uwzględnieniem punktów kulminacyjnych dla czytelników: widać tu fachowe opracowanie już na etapie konstrukcyjnym. Ciekawostką mogą być wplatane w relację uwagi od trenerów i mistrzów – Szarapowa wraca do swoich autorytetów, wypytując je o pierwsze wrażenia, wspomnienia ze sobą związane i refleksje na temat systemu pracy lub gry. Takie pytania od kogoś, kto zrobił wielką karierę, są w sposób naturalny mało obiektywne, ale wpasowują się w kształt książki. Maria Szarapowa swoim doświadczeniem udowadnia, że na sukces trzeba ciężko zapracować i umieć podejmować odważne decyzje. Jej opowieść nie przyniesie łatwych rozwiązań, mało kto byłby w stanie podążać podobną drogą.

poniedziałek, 9 kwietnia 2018

Magdalena Lamparska: Wszystko albo nic. #jakPolaNegri

Edipresse, Warszawa 2018.

Wzór aktorski

Magdalena Lamparska popełnia dwa dość poważne błędy w swojej powieści „Wszystko albo nic. #jakPolaNegri”. Pierwszy to ten, że nie może się zdecydować, czy pisać biografię aktorki, czy powieść obyczajową. Drugi – że nie umie dostarczyć odbiorcom sensownego zakończenia drobnego wątku, który zastępuje całą warstwę obyczajową. Czytelnicy nie wiedzą zatem, czy koncentrować się na egzystencji Apolonii Chalupec (właściwą formę przerabianego notorycznie nazwiska autorka kilka razy podkreśla w narracji, jakby miała ochotę walczyć ze wszystkimi), czy też zainteresować się jednak losami dość bezbarwnej Anny Mazur, młodej aktorki, która marzy o wielkiej karierze. Ta pierwsza nie zapewni fabularnych niespodzianek, bo jeśli po książkę sięgną fani Poli Negri, otrzymają tu przebieg życia i kariery – czyli coś znanego. Ta druga nie zagwarantuje atrakcji tym bardziej, bo jej czas upływa na czekaniu na wymarzoną rolę. Anna Mazur chciałaby zagrać Polę Negri, problem w tym, że nie została nawet zaproszona na casting do filmu o idolce. Podejmuje walkę: radykalnie zmienia fryzurę i zaczyna szukać możliwości zaprezentowania się przed filmowcami, ale mimo determinacji nie wykrzesze z siebie na tyle energii, by stać się postacią ważną dla czytelników. Z Polą Negri przegrywa w pojedynku o popularność – tu w ogóle nie ma szans na sympatię odbiorców, jej losy pozostają obojętnie przyjmowane.

Nie wiadomo, dlaczego Magdalena Lamparska każe swojej bohaterce tkwić w marazmie i narzekać na brak możliwości. Anna Mazur zwyczajnie nie nadaje się na gwiazdę, jedynie na przenoszenie goryczy i rozczarowań. Ale podobne dylematy przeżywają setki adeptów szkół teatralnych – a autorka nie wyjaśnia, dlaczego akurat Annie należy się z tego powodu współczucie. Sama Lamparska też nie ma zaufania do swojej postaci, co widać w stale modyfikowanych na niekorzyść Anny proporcjach. Najpierw bohaterka czyta biografię Poli Negri – obszerne rozdziały z lektury są przerywnikiem w relacji o Annie, próbą ukojenia nerwów i zwróceniem uwagi na przeszłość – z perspektywy czasu widzianą właściwie bez wad. Później ucieczki w rzeczywistość Poli Negri stają się coraz bardziej rozbudowane, za to we fragmentach o Annie powoli znikają konkrety. I tak do końca tomu – coraz więcej jest życiorysu Poli Negri, a coraz mniej doświadczeń Anny – w końcu uzasadnienia dla powieści obyczajowej.

„Wszystko albo nic” to zatem lektura bardzo udziwniona. Zabrakło w niej doświadczenia i wyczucia warsztatowego przy za bardzo aż eksponowanej chęci napisania książki. Kiedy autorka orientuje się, że brakuje jej pomysłów na rozwijanie życiorysu Anny Mazur, zaczyna uciekać w naiwne wiwisekcje, autoanalizy prowadzone przez bohaterkę zbyt długo i zamiast konkretnych wydarzeń. W tej powieści nie da się zaufać postaci – a poza nią w relacji bez Poli Negri Lamparska wiele by nie zaproponowała. Po odsączeniu zbędnych refleksji oczywistych dla wszystkich pozostaje z biografii Anny Mazur drobne opowiadanie, które może być potraktowane jako ramówka dla życiorysu Poli Negri – ale też jest pozbawione punktów kulminacyjnych czy jakiegokolwiek uczucia. Pozostaje tylko Pola Negri, a tego wcale się od powieści obyczajowej nie oczekuje. Tak łatwo zrozumieć, że nie każda tęsknota da się bezpośrednio przełożyć na fabułę.

niedziela, 8 kwietnia 2018

Michael Wolff: Ogień i furia. Biały Dom Trumpa

Prószyński i S-ka, Warszawa 2018.

Kulisy władzy

Dla tych, którzy pasjonują się kulisami wielkiej polityki została przygotowana książka „Ogień i furia” Michaela Wolffa – chociaż marketingowo obliczona jest również na odbiorców spragnionych skandalu (którego tu raczej się nie doszukają). Wprawdzie wielkich sensacji tu jak na lekarstwo, ale krzykliwa okładka, tytuł i blurb swoje zrobią – i skuszą czytelników, którzy mają nadzieję na poetykę brukowców. Donald Trump, pretekst do stworzenia tomu, wiele razy schodzi tu na margines, pozostaje wprawdzie siłą napędową wydarzeń, czasem też – komentatorem, ale najciekawszy portret zyskuje na samym początku, kiedy jeszcze nie jest prezydentem, a w zwycięstwo w wyborach nikt, łącznie z nim samym, nie wierzy. Michael Wolff próbuje tu przedstawić człowieka nieco rozkapryszonego, przekonanego o własnej wartości, ale zdystansowanego od polityki. Kandydatura ma stać się trampoliną do zupełnie innych zawodowych wyzwań. Pojawia się na wstępie zatem Trump, co do którego nie ma pewności, do czego dąży i jaką cenę jest gotów za to zapłacić. Ten obrazek, na poły obyczajowy, okazuje się nie do przebicia w oczach zwykłych odbiorców (politolodzy być może zajmą się raczej analizowaniem zasad panujących w Białym Domu). Trump jako człowiek nie robi zbyt dobrego wrażenia na obserwatorach. Michael Wolff czasami wraca do jego postaw wobec kobiet, przedstawia żonę (sporo uwagi w ramach pokazywania rodzinnych więzi poświęca córce i zięciowi, ale to dlatego, że są oni mocno zaangażowani w politykę i trudno byłoby bez nich zilustrować kontekst niektórych działań). Nie zależy mu w tym wypadku na ocenianiu, to raczej domena czytelników. Wolff podsuwa jedynie wątki mogące wpłynąć na opinię. Sam stara się unikać kontrowersji, co bardzo kontrastuje z wydawniczymi zabiegami, dopiero pod koniec książki czuje się silny na tyle, żeby wprowadzać nieco mocniejsze określenia i próbować forsować własne zdanie. Przez większą część tomu komentarze pozostawia pracownikom Białego Domu i osobom z bliskiego zawodowego otoczenia Trumpa. We wstępie opowiada o tym, ile rozmów przeprowadził i jak przymierzał się do napisania tomu – może szkoda, że z takich reportażowo-informacyjnych wstawek rezygnuje później, bo dla odbiorców już samo pozyskiwanie danych byłoby ciekawym akcentem. Muszą jednak radzić sobie z efektami wywiadów – czyli informacjami przepracowanymi już przez autora. Komentarze te są dość oszczędne, a część stanowi tajemnicę poliszynela, nie ma w ogóle wrażenia, że Wolff zdradza coś, czego nie powinien. Tematem tej książki staje się dwieście pierwszych dni rządów Trumpa (czas przed wyborami to dodatkowy smaczek). Zwyczajowo to sto dni pozwala wyrobić sobie zdanie o nowym prezydencie, ale w przypadku Donalda Trumpa zabrakło Wolffowi cezury, daty-symbolu, granicy pozwalającej oddzielić początki od rutyny w rządzeniu. Przygląda się więc różnym decyzjom i zagadnieniom ze zmieniających się sfer. Stara się w miarę prosto przedstawiać poglądy i postawy polityczne Trumpa, a jednocześnie nakreślać jego postrzeganie przez innych dyplomatów. Nie wpada w histerię, unika skrajności, woli raczej, żeby to rzeczywistość dostarczała mu tematów. Nie wdaje się też w zawiłe tłumaczenia dotyczące polityki, raczej wierzy w to, że czytelnicy mają odpowiednią wiedzę i odnajdą się w politycznej codzienności. To dla niego ułatwienie – szybciej może nakreślać specyfikę „Białego Domu Trumpa”, traci na tym jedynie obyczajowa warstwa narracji. Dla tej jednak nie sięga się po „Ogień i furię”. W efekcie rozczarowani mogą być tylko złaknieni skandalu.

Stacia Deutsch: Dziewczyny kodują. Kod przyjaźni

Wilga, Warszawa 2018.

Zagadki

Zachęcanie dziewczynek, by zainteresowały się informatyką, wkracza na poziom powieści pop. Już kilkulatki mogą zacząć wkręcać się w zagadnienie, które w przyszłości zapewni im dobrą pracę i przekreśli stereotyp informatyka. „Dziewczyny kodują. Kod przyjaźni” to początek obiecującej serii, w której podstawy programowania wiążą się z odkrywaniem tajemnic i prawdziwą zabawą. Informatyka wkracza w codzienność małych bohaterek za sprawą szkolnego kółka zainteresowań, ale i prywatnych potrzeb. Lucy musi szybko nauczyć się programowania – nie dla pieniędzy i sławy. Jej wujek choruje na raka, musi brać całe zestawy leków, a sam nie jest w stanie pamiętać o odpowiednich porach ich zażywania i o ilościach medykamentów. Żeby mu pomóc, Lucy zamierza stworzyć aplikację, która przejmie część odpowiedzialności i będzie przypominać, kiedy wziąć tabletki. To odstresuje wujka i ułatwi mu funkcjonowanie. Z takim celem łatwo zabrać się do pracy. Ale na pierwszych zajęciach z programowania dzieci nawet nie dotkną komputerów. Mają za to przygotować (na zwyczajnych kartkach papieru, co za nuda!) instrukcję robienia kanapki z masłem orzechowym i dżemem. Dla Lucy to wyjątkowa strata czasu. Dobrze, że do kolejnej lekcji programowania ma jeszcze tydzień…

Stacia Deutsch przedstawia w książce grono przyjaciółek. Kiedy Lucy otrzymuje zaszyfrowaną wiadomość, próbuje ją rozgryźć dzięki pomocy koleżanek. Bardziej doświadczone dziewczynki rozpoznają fragmenty komputerowego kodu i pomagają w wykonywaniu zadań – nikt jednak nie wie, do jakiego finału prowadzą. Lucy podejrzewa o głupie zabawy starszego brata, jednak nic nie może mu udowodnić. Podejmuje więc grę z tajemniczym dostarczycielem kolejnych zakodowanych listów. Odbija piłki, przygotowuje sukienkę na bal – nie ma jednak pojęcia, jak to może przybliżyć ją do upragnionego celu – nauki pisania programów komputerowych.

Jest „Kod przyjaźni” opowieścią dynamiczną i pełną niespodzianek. Wprawdzie odbiorczynie, przynajmniej na początku, nie poradzą sobie z odczytaniem poleceń bez wskazówek – ale to samo przecież dotyczy Lucy. Razem z nią będą wdrażać się w tajniki kodowania i pojmować kolejne etapy przygotowań. Autorka prowadzi opowieść tak, by oswajać z definicjami i danymi, nie przerażać nowymi pojęciami albo teorią. Wszystko udaje się tu przełożyć na bliską i nieinformatyczną codzienność. Ale nie zapomina i o warstwie obyczajowej – Lucy może dogadać się ze swoją najlepszą przyjaciółką, która jakoś się ostatnio oddaliła, poznać marzenia nowej koleżanki i pomóc jej w kłopotach. Do wspólnych zabaw dochodzą i domowe przekomarzania (starszy brat lubi robić Lucy kawały, ale w rzeczywistości daje się lubić) – a prawdziwe problemy mimo dezorganizującej życie rodzinne choroby wujka nie mają prawa wstępu do tej historii. Stacia Deutsch może dzięki przechodzeniu od lekcji informatyki do obyczajowości przyciągnąć małe czytelniczki i zachęcać je do przyjrzenia się ofercie nauk ścisłych. Poważne przesłanie ukrywa w rozrywkowej fabule, a przy okazji krzewi wiedzę o organizacji Girls Who Code. To pomysłowy sposób na wykorzystanie konwencji poppowieści w literaturze dziecięcej – być może uda się dzięki temu stworzyć modę na nowe hobby wśród dziewczynek.

sobota, 7 kwietnia 2018

Iza Bartosz: Świat bez Głowy. Portret Janusza Głowackiego

Czerwone i Czarne, Warszawa 2018.

Spotkania

Zapowiada autorka tego tomu, Iza Bartosz, że nie będzie pisać biografii Janusza Głowackiego, recenzować jego twórczości ani tworzyć opowieści prywatnej. Niewiele w takim razie możliwości pozostaje, ale czytelnicy otrzymują zbiór wspomnień o pisarzu. Wspomnień o tyle niekonwencjonalnych, że nie pisanych w pierwszej osobie, a zebranych z rozmów i ujednoliconych przez Bartosz jako specyficzne minireportaże. Do zestawu opowieści indywidualnych autorka dokłada swoją własną relację, łatwo może zaangażować czytelników w lekturę, bo pisze z osobistej perspektywy i koncentruje się na anegdotach lub niepowtarzalnych wydarzeniach, których była świadkiem. Dzieli się zatem ta publikacja na dwie nierówne rozmiarami części: pierwsza to komentarz Izy Bartosz do owocnej znajomości, swoiste pożegnanie z pisarzem. Druga – to zestaw spotkań z ludźmi, którzy z Januszem Głowackim się przyjaźnili lub którzy zawarli z nim oryginalną, to jest opartą na niekonwencjonalnych zasadach, znajomość. Wspomnienia w takim ujęciu są lekturą w starym dobrym stylu – bez stereotypowych laurek i powtarzanych do znudzenia wyrazów żalu po stracie kogoś bliskiego. Bez ogólników i pustosłowia, bez utartych zwrotów. Iza Bartosz unika banału, stara się już na etapie gromadzenia materiałów zasłużyć na pochwałę mistrza, nie zawieść jego nadziei.

Swoją relację z Januszem Głowackim charakteryzuje przez pryzmat przyjaźni – na początku oboje ustalają, czy autorka tomu da się poderwać (odmawia), potem Iza Bartosz stale podkreśla wspólnotę zainteresowań czy inspiracji, jakby takie manifestowanie zgodności poglądów na różne sprawy miało stać się uzasadnieniem napisania książki. Autorka za wszelką cenę chce zapracować na swoje miejsce na rynku i to podkreślanie normalności w kontaktach ze sławą staje się trochę za mocne, jakby próbowała się pochwalić i upewnić, że na pewno wszyscy dostrzegą, że została dopuszczona blisko pisarza. Stawia się w końcu przez tę znajomość w jednym szeregu z prawdziwymi gwiazdami – i gdzieś między wierszami wyziera próba wytłumaczenia się. Kompletnie niepotrzebna.

Niepotrzebna, bo Iza Bartosz pisze bardzo dobrze. Nie przyćmiewa rozmówców, każdemu pozwala na zaprezentowanie własnego portretu Głowackiego. Dba o to, żeby informacje raczej się nie powtarzały, a układały w chronologiczną opowieść o życiowych doświadczeniach oraz twórczości – tak trochę przy okazji wspomnień. Wie, że na co innego zwróci uwagę Hanna Bakuła, a na co innego – Kazimierz Kutz. Różni artyści opowiadają albo o swoich relacjach z Głowackim, albo przypominają sobie anegdoty z nim związane. To wszystko Iza Bartosz zamyka w zgrabnych rozdziałach, nie pozostawiających uczucia niedosytu (chociaż, oczywiście, niewyczerpujących tematu). Będzie tu trochę o relacjach z różnymi kobietami, trochę o karierze w Stanach, o warsztacie pracy, ale i o samych życiowych obserwacjach, które potem przechodzą do literatury. Trochę więc autorka odczytuje sekrety pisarza, a trochę – rejestruje jego życiorys, najbardziej jednak interesuje ją Janusz Głowacki w spojrzeniach innych. Wielogłosowość pozwala tu wychwycić więcej ciekawych szczegółów, sprawia, że książka nie zrobi się monotonna. „Świat bez Głowy” nie sprawia wrażenia publikacji przygotowywanej na szybko, to książka dopracowana pod kątem stylistycznym, dostarczająca też całkiem sporo rozrywki – dość nieoczekiwanie, bo wspomnienia wydawane przez ostatnie lata przyzwyczaiły odbiorców do pewnej koturnowości w ramach gatunku i do lęku przed co zabawniejszymi indywidualnymi skojarzeniami.

Angela Nanetti: Mój dziadek był drzewem czereśniowym

Nasza Księgarnia, Warszawa 2018 (nowe wydanie).

Ochrona najważniejszego

Ta rodzina nie zawsze zapewnia schronienie najmłodszemu, czyli Antosiowi. Dziadkowie ze strony ojca zajmują się wyłącznie sobą i swoim psem, są też skłonni na każdym kroku krytykować mamę chłopca, co wprowadza nerwową atmosferę w domu. Dla dziadków ze strony ojca dziadkowie ze strony matki, pochodzący ze wsi, są dziwakami i ludźmi nieokrzesanymi. To pogłębia konflikty i sprawia, że rodzina Antosia nie zaznaje spokoju, rozrywana od wewnątrz. Mama i tata pod wpływem ciągłego stresu w końcu nawet decydują się na rozstanie – i zanim Angela Nanetti doprowadzi historię do szczęśliwego mimo wszystko finału, minie wiele szarpiących nerwy chwil. „Mój dziadek był drzewem czereśniowym” to naiwna relacja dziecka – o dojrzewaniu, odchodzeniu i akceptacji odmienności, o godzeniu się ze śmiercią bliskich i o przekładaniu zmartwień na zachowania dziwne (bo niezrozumiałe) dla otoczenia.

Antoś lubi przebywać z dziadkiem, tym ze wsi. Dziadek przygotowuje najsmaczniejszy kogel-mogel zaprawiony winem i pozwala się wspinać na drzewa. Ma własne marzenia i nie zgadza się na rezygnację z nich. Ten dziadek jest uosobieniem wyobraźni i dziecięcych przygód – nie przejmuje się opiniami innych i stanowi przeciwwagę dla rozsądnej do znudzenia mamy. Ale po śmierci ukochanej żony zaczyna chorować. Najpierw przychodzi wiadomość, że straci swój ogród razem z drzewem, Felicjanem. Dziadek nie zamierza na to pozwolić, ale jego opór brany jest za fanaberię i stopniowo przełamywany. Mały Antoś obserwuje nierówną walkę i uczy się od dziadka wytrwałości. Dowiaduje się, jak działa bezgraniczna miłość, która zagłuszy każdy przejaw rozsądku. I chociaż w oczach dorosłych dziadek przejawia początki obłąkania, Antoś doskonale go rozumie. Pojmuje, że są w życiu rzeczy, które warto ocalić za wszelką cenę i na przekór przeciwnościom losu, nawet wtedy, gdy będzie to oznaczać samotną walkę.

„Mój dziadek był drzewem czereśniowym” to zawoalowana historia o miłości. Bohater udowadnia Antosiowi, że ten, kogo się kocha, nigdy w pełni nie odejdzie – to wskazówka, jak oswoić się ze śmiercią. Pojawiają się w życiu dziadka symbole, wartości, które należy pielęgnować, żeby nie stracić szacunku do samego siebie. Antoś nie wszystko zrozumie – podobnie jednak jak mali odbiorcy będzie odbierać otoczenie intuicyjnie. Bez specjalnych wyjaśnień zyska dostęp do najskrytszych uczuć dziadka – tak, by potem kontynuować jego dzieło. Antoś może stać się spadkobiercą uczuć dziadka, bo jako jedyny w rodzinie ma wystarczająco dużo czasu, by rozmyślać nad sytuacją – i na tyle rozwiniętą wrażliwość, żeby odczytywać nieoczywiste sygnały. To, co mama i tata przeoczą w codziennym pośpiechu i nerwach, to, co rodzice taty wyśmieją jako dziwactwo i to, co ściągnie na dziadka krytykę gapiów – buduje płaszczyznę porozumienia między przedstawicielami dwóch pokoleń. Ta książka zaistniała już na rynku wydawniczym. Po prawie dekadzie wraca, w nowym opracowaniu graficznym – to ilustracje Anastazji Stefurak przygotowane dla wydania ukraińskiego. Ilustratorka łączy w nich dziecięcą naiwność i smutek zakodowany w postawach bohaterów. Bawi się też poetyckimi skojarzeniami, tak, by przesłania stały się jasne, ale nie męcząco dosłowne – takie rozwiązania przykuwają uwagę dzieci i ich rodziców. I dobrze, bo Angela Nanetti ma coś do powiedzenia również dorosłym w tej baśniowej choć gorzkiej relacji.

piątek, 6 kwietnia 2018

Mona Kasten: Begin Again

Jaguar, Warszawa 2018.

Nowe życie

To jedna z tych młodzieżowych powieści, które obiecują miłość przezwyciężającą wszelkie przeszkody i ratującą przed złym światem. Napisana zgrabnie, czyta się ją jak dobrą obyczajówkę, mimo pewności, co się zaraz w akcji musi wydarzyć. A chociaż na początku autorka parę razy wyzwala wątpliwości, „Begin Again” szybko podbije serca nastolatek. Obszerna historia kusi wolnością i pożądaniem, możliwością ułożenia sobie życia po swojemu i w oderwaniu od złej przeszłości. Uczucie jest tu idealne, to świat próbuje zniszczyć szczęście dwojga bohaterów. Na początku jednak wydaje się, że ten potencjalny związek u zarania stanie się toksyczny – i ktoś mniej naiwny niż bohaterowie zrezygnowałby z komplikowania sobie życia na własne życzenie.

Allie przyjeżdża na studia i szuka pokoju do wynajęcia. Kiedy trafia do domu, w którym wreszcie czuje się dobrze, okazuje się, że właściciel nie jest zbyt uprzejmy. Kaden robi wszystko, żeby odstraszyć dziewczynę, usilnie pracuje na opinię niegrzecznego chłopca, buntownika, który mrokiem może uwodzić nastolatki. Wprowadza kilka zasad, z których najważniejsza głosi, że do niczego między współlokatorami nie dojdzie. Poddaje Allie rozmaitym testom i bardzo jej dokucza, na każdym kroku krytykuje wybory dziewczyny. Jest nieznośny i każdy dorosły w jego postawie dostrzegłby źródło wielkich problemów we wspólnej przyszłości. Jednak Kaden ma też inne oblicze – zabiera Allie na szalone eskapady w góry, przygotowuje dla niej poranną kawę i pomaga zapomnieć o przykrościach. Ma też grono oddanych przyjaciół, którzy szybko przygarną również Allie, dając jej poczucie bezpieczeństwa, jakiego nigdy dotąd nie zaznała. Między Kadenem i Allie iskrzy od pierwszych chwil, niezależnie od tego, co on by deklarował. Najpierw jednak oboje muszą przewalczyć złą przeszłość. Prezentują idealistyczne ujęcie przyjaźni – która nie zna ograniczeń. Kiedy trzeba uratować drugą osobę, bez wahania poświęcą wszystko – a to już lepsza podstawa do kiełkującego uczucia niż narzekania i uszczypliwości. Oboje chcą postępować odpowiedzialnie i zgodnie z własnymi przekonaniami, odsuwają więc moment przespania się ze sobą tak, by okazał się naprawdę ważnym punktem w rozwoju związku. Mona Kasten przekonuje odbiorców, że warto poczekać na odpowiednią chwilę i powściągnąć emocje.

Miłość jako forma ochrony przed światem i najpiękniejsze uczucie – mimo sporych przeszkód na drodze do szczęścia – to coś oczywistego. Ale w „Begin Again” łatwo przeoczyć drugi, ważniejszy, bo mniej szablonowy składnik – motyw prawdziwej przyjaźni. Allie ucieka od swoich rodziców i złych wspomnień, w nowym miejscu zaczyna wszystko jeszcze raz, ale nie poradziłaby sobie bez wsparcia. Spotyka ludzi, którzy potrafią się razem bawić i wygłupiać, ale też służą konkretną pomocą, gdy są potrzebni – nie czekają, aż ktoś poprosi ich o reakcję, wiedzą, co robić i jak rozwiązywać problemy. Przyjaciele, których w nowym miejscu zyskuje Allie to wielka wartość tej powieści, a i czynnik, który do tomu przyciągnie bardziej niż obietnica wielkiej miłości.

„Begin Again” to historia rozbudowana. Starannie dopracowana od strony narracyjnej, głęboka i pełna autoanaliz prowadzonych przez bohaterkę. ej refleksje mogą się przydać nastoletnim czytelniczkom w ocenie własnych doznań, ale też wciągają w świat przedstawiony, pozwalają rozłożyć w czasie przyjemność śledzenia relacji między postaciami. Jest to powieść udana mimo odwołań do zbyt czytelnych rozwiązań. Mona Kaster odwołuje się do rynkowych trendów, wykorzystuje modę na erotyzm w literaturze, ale ma też coś do powiedzenia na temat chronienia własnej tożsamości.

czwartek, 5 kwietnia 2018

Genevieve von Petzinger: Pierwsze znaki

Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2018.

Odkrycia

Lektura tego tomu przypomina trochę zdobywanie wtajemniczeń i poznawanie szyfrów, jakimi posługiwali się ludzie bardzo dawno temu. Genevieve von Petzinger dzieli się z czytelnikami nie tylko zestawem danych i odkryć, ale też własną pasją, radością ze zdobywania wiadomości. „Pierwsze znaki” to publikacja popularnonaukowa, ale z zacięciem reportażowym, pełna osobistych wtrętów i… humoru, co rzadko spotykane w ramach gatunku. Ale kiedy autorka w pierwszych scenach przeprowadza odbiorców przez klaustrofobiczne wnętrza jaskiń i zwierza się z rozmaitych odczuć – to już wystarczająca zachęta do śledzenia opowieści. W tomie „Pierwsze znaki” autorka na wstępie rozwiązuje jedną zagadkę: istnieje system kilkudziesięciu zaledwie symboli, które pozostawiano na skałach. Genevieve von Petzinger na początku kariery naukowej zauważyła deficyt literatury przedmiotu, postanowiła więc poznać temat dogłębnie i od podstaw: osobiście obejrzeć wszystkie naskalne znaki i dopiero na tej podstawie tworzyć dalsze teorie oraz doszukiwać się powtarzalności bądź prawidłowości w ich stosowaniu. Próbuje złamać szyfr, odczytać informacje sprzed tysięcy lat – a to zadanie na miarę pirackich wypraw po skarby z dziecięcych opowieści. Cenne jest nie tylko sprawdzenie, co społeczności mogły sobie przekazać, ale też – w jakich okolicznościach. Autorka tego tomu nie koncentruje się zatem wyłącznie na treści, ale i na formie. Zajmują ją estetyczne walory prac – zastanawia się między innymi nad artyzmem malowideł. Próbuje nawet, co już świadczy o wyjątkowym zaangażowaniu w temat, odczytywać intencje twórców – wskazywać elementy humoru czy zabawy.

Zestaw powtarzających się znaków wyznacza rytm rozdziałów: każdy symbol zyskuje swoją osobną opowieść. Autorka prezentuje ich interpretacje, możliwe przesłania – ale też miejsca, w których znaki się zachowały. Tu przy okazji ujawnia szczegóły swojej pracy od kuchni – przedstawia „turystyczne” doświadczenia i przygody, z którymi nikt nie kojarzyłby w ogóle profesji badacza. Niektórym w ogóle trudno będzie pojąć, jak można fascynować się naskalnymi znakami do tego stopnia, by narażać się na rozmaite niewygody dla niepewnych odkryć. Jednak im dalej w lekturze, tym bardziej kibicuje się autorce uciekającej od rutyny. W „Pierwszych znakach” rywalizują ze sobą w interpretacji chęć przedstawienia najbliższego otoczenia, potrzeba wyrażania się przez sztukę oraz komunikowanie się. Genevieve von Petzinger tłumaczy, jak można odczytywać dodatkowe znaczenia z prastarych śladów, na przykład – kiedy rysunki w jaskiniach pokazują migracje ludności. Zajmuje się również przedstawianiem typowych wzorów, a nawet technik ozdabiania ścian. Pozwala czytelnikom dzielić ze sobą radość z dokonywanych odkryć. A całe prehistoryczne śledztwo prowadzi do pytania o język. Autorka sprawdza, czy regularnie powracające znaki mogły stać się zalążkiem alfabetu czy pisma, chce poczuć więź z dawnymi ludami i trochę je zrozumieć. Sama podejmuje rozmaite studia, żeby opanować warsztat mówienia o znaleziskach z różnych perspektyw, czytelnikom dostarcza natomiast lektury wręcz zbeletryzowanej, reportażu z badań. Owszem, omawia dość szczegółowo kolejne znaki, odrzuca teorie ich dotyczące lub snuje własne, ale nie zapomina o kontekście poszukiwań. Umożliwia odbiorcom przeżywanie silniejszych wrażeń – kiedy odkrywa eksponaty sprzed dziesiątek tysięcy lat, kiedy czołga się po jaskiniach, by w wąskim świetle latarki dojrzeć znaki przeoczone przez innych – nielicznych – badaczy – wtedy widać najlepiej, że praca może też być przyjemnością. Tym przekonaniem autorka dzieli się z szerokim gronem odbiorców. Po tę publikację sięgnąć można z czystej ciekawości, a nie dla wiedzy – i tak przyniesie sporo wiadomości, ale dostarczy też emocji: to w literaturze popularnonaukowej rzadkość. W tym wypadku warto zatem podkreślać również jakość samej narracji, chęć autorki do dzielenia się z innymi pasją i sposobem na życie – mocno egzotycznym.

środa, 4 kwietnia 2018

Maz Evans: Kto wypuścił bogów?

Wydawnictwo Literackie, Kraków 2018.

Szaleństwo śmiechu

W tej książce nic nie może dziać się na poważnie, chociaż poważnie bywa. Elliot, trzynastoletni bohater tomu „Kto wypuścił bogów” musi w przyspieszonym tempie dorosnąć – a to przez tajemniczą chorobę mamy. Mama co jakiś czas zachowuje się dziwnie lub wręcz odstręczająco. Cierpi na zaniki pamięci. Nie może już zarabiać, żeby utrzymać dom, za to wymaga stałej opieki, na którą jej przecież nie stać. Elliot wie, że teraz odpowiedzialność spoczywa na jego barkach. Nie może szukać pomocy u dorosłych, bo ci na pewno rozdzieliliby go z mamą. Nawet najbliższa sąsiadka nie powinna nic wiedzieć – skoro czyha na dom. A jest naprawdę wścibska, utrzymanie przed nią czegoś w tajemnicy wymaga sporo wysiłku. O sytuacji Elliota nie wiedzą nauczyciele – tych interesują wyłącznie oceny (a bohater nie może opuścić się w nauce, to zwróciłoby na niego uwagę), ani koledzy – Elliot w ogóle nie ma przyjaciół. Nastolatek byłby przerażająco samotny w swoich problemach, gdyby pewnego razu na jego stodole nie wylądowała Panna. Panna to postać ze świata mitów, niezbyt rozgarnięta i kompletnie nieobeznana z ziemskimi zwyczajami. Jej upadek na stodołę to początek przygody, w której ziemskie troski tracą na znaczeniu. Nie może być inaczej, skoro bohaterowie przez przypadek uwalniają Tanatosa, demona śmierci. Rozpoczyna się wyścig po kamienie chaosu, a na Ziemię przybywają kolejne postacie, by uratować świat. A przynajmniej Elliota. Zderzenie bogów i ludzi wywołuje pewnego rodzaju cywilizacyjny szok, ale mitologiczne postacie dość szybko odnajdują się w nowej rzeczywistości. Bawią się trendami, korzystają ze zdobyczy techniki i prowokują kolejne komiczne sytuacje.

Maz Evans całą tę historię wyprowadza dla śmiechu. Lubuje się w rubasznych żartach (kiedy Panna wdeptuje w krowie placki) i w komizmie sytuacyjnym (gdy bogowie udają przed nauczycielami krewnych Elliota). Ceni sobie niekończące się przekomarzanki postaci, czasami dialogi wprowadza w ogóle wyłącznie dlatego, że ma pomysły na ich wewnętrzne puenty i chce to wykorzystać. Oblicza lekturę na salwy śmiechu co kilka zdań i znacznie lepiej sprawdziłaby się jako scenarzystka sit-comu. Młodym czytelnikom śmiech dla śmiechu nie będzie przeszkadzać, a „Kto wypuścił bogów” przyniesie odskocznię od nauki. Ci, którzy w mitach funkcjonują jako postacie arcypoważne i zamieszane wyłącznie w wielkie zbrodnie i silne uczucia, tu okazują się naiwni, prostolinijni i bardzo ludzcy. Przy wygłupach Evans sama linia fabularna schodzi na dalszy plan, bardziej liczą się natomiast charakterystyki jej bohaterów i scenki pełne wewnętrznych napięć. Większa część tomu „Kto wypuścił bogów” składa się z żartów gotowych do przełożenia na film. Tu cenny jest absurd, komizm rozwiąże przynajmniej część problemów. Nikt nie będzie zwracać uwagi na akcję, skoro autorka tak chętnie bawi się żartami i humorem. Poważnieje tylko przy mamie Elliota – prawdopodobnie dlatego, by jej powieść nie została odrzucona jako zbyt prześmiewcza. To książka tworzona z rozmachem, ale też bez oglądania się na literackie mody. Dla Evans najważniejsza jest rozrywka, nie chce męczyć małych odbiorców.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com