Strona główna || O autorce || O tu-czytam || Bajki || Bajkowe portfolio                       

czwartek, 24 maja 2018

Helen Oyeyemi: Krótka historia Stowarzyszenia Nieurodziwych Dziewuch i inne opowiadania

Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2018.

Opowiadanie o ludziach

Jest to zbiór opowiadań, w którym właściwie niemożliwe wydaje się wskazanie jednego punktu wspólnego, łącznika dla poszczególnych historii. Helen Oyeyemi szuka w małych formach różnorodności, zarówno w kształcie narracji, jak i w treści. Skupia się na międzyludzkich relacjach, ale wykorzystuje najróżniejsze konfiguracje. Dba o to, żeby zmieniał się klimat historii i żeby bohaterowie dążyli do rozmaitych celów. Wyraźnie różnicuje też samą narrację - nie da się tu wskazać jednoznacznych schematów najchętniej wykorzystywanych przez Oyeyemi – konstrukcje zmieniają się tu z każdą fabułą i przynoszą szereg przeciwstawnych uczuć. "Krótka historia Stowarzyszenia Nieurodziwych Dziewuch i inne opowiadania" to tomik, który pokazuje możliwości twórcze autorki, a i kreatywność zapewnianą przez miniatury. Nie ma tu jednej recepty na opisywanie rzeczywistości - choćby dlatego, że różnią się mikroświaty postaci, a to za nimi autorka podąża. W nadziei zresztą, że powie czytelnikom coś, o czym nie mieli pojęcia, czego do tej pory nie analizowali. Podsuwa literackie wyzwania, tematy do przemyślenia. Nie ma tu zwykłych bohaterów, przeniesionych wprost z codzienności. Zawsze coś (lub ktoś) musi poważnie skomplikować egzystencję postaci – i wpłynąć na przebieg późniejszej akcji. Oyeyemi odrzuca standardowe – bestsellerowe – scenariusze, w zamian za to proponuje to, co trudne i niezrozumiałe na pierwszy rzut oka.

Historie już z założenia przesycone są albo silnymi uczuciami i emocjami – albo literackimi nawiązaniami, które uruchamiają automatycznie szereg możliwych interpretacji. W jednym opowiadaniu do kaplicy podrzucone zostaje niemowlę, w innym idol nastolatek zostaje oskarżony o przemoc wobec kobiet i musi oczyścić się z zarzutów, przynajmniej dla opinii publicznej: prawda nikogo specjalnie nie interesuje. Kogoś odwiedza Duch (płci żeńskiej). Pewna bohaterka uczy się wyrażać swoje odczucia dzięki pacynce. Nieurodziwe Dziewuchy walczą z przejawami dyskryminacji płciowej - z uwłaczającym ich godności systemem dobierania partnerek na bal przez pewne bractwo. Małżonkowie potrafią uciekać przed sobą, byle tylko nie doprowadzić do szczerej rozmowy. Każda relacja, która doczekała się już w popkulturze swojego schematu (albo po prostu znanego odpowiednika w sztuce) tutaj zostaje odświeżona - zaczyna funkcjonować na prawach nowości. To właśnie podstawowa siła tego zbiorku i powód, dla którego zgarniać on może kolejne nagrody. Odrębne relacje zyskują wewnętrzną siłę - dają wstęp do niewielkiego wycinka świata bohaterów, ale umożliwiają również budowanie całych rzeczywistości na podstawie drobnych przesłanek.

Pisze Helen Oyeyemi precyzyjnie i co pewien czas zaskakuje odbiorców niespotykanym spostrzeżeniem bądź niemal poetycką grą skojarzeń. Lekturę prowadzi nadzwyczaj starannie. Nie ma tu pośpiechu ani operowania skrótami dla dynamizowania akcji, wszystko okazuje się idealnie dograne. Kolejne składniki opowiadań wskakują na swoje miejsca i zamieniają w refleksyjne analizy doświadczeń bohaterów. Jest to książka wymagająca od czytelników skupienia i nastawienia na szereg odkryć. Autorce nie chodzi o samo imitowanie codzienności, w tematach ucieka niemal w egzotykę, do tego stopnia, że trudno wyciągać ogólne wnioski na podstawie jednostkowych wydarzeń i portretów.

Co ciekawe, przy wycinkowości wątków udaje się autorce dostarczać opowiadania sycące, prozę pełną znaczeń i wartościową. Nie ma tu manier z literatury popularnej ani też nonszalancji właściwej stylistycznym ćwiczeniom. Widać, że tom "Krótka historia Stowarzyszenia Nieurodziwych Dziewuch" został z ogromną starannością złożony z reprezentatywnych tekstów. Przez odrzucenie wielkiej formy autorka może pozwolić sobie na kondensowanie treści. Nie zależy jej na przedstawianiu wydarzeń krok po kroku, raczej skupia się na konsekwencjach pojedynczych wątków. I w takiej lekturze odbiorcy po prostu muszą czynnie uczestniczyć.

środa, 23 maja 2018

Nastja Holtfreter: Kolorowy las. Co tu nie pasuje?

Nasza Księgarnia, Warszawa 2018.

Zagadki leśne

Dla najmłodszych często już sama możliwość oglądania obrazków razem z rodzicami będzie przyjemnością - a kiedy jeszcze do takiej wspólnej lektury dojdzie zabawa w zgadywanki czy łamigłówki, zrobi się jeszcze ciekawiej. Mała kartonowa publikacja, kwadratowa i z zaokrąglonymi rogami to połączenie rozrywki i ćwiczenia logicznego myślenia. "Kolorowy las. Co tu nie pasuje?" to jeden z tomików w dobrze wymyślonej serii. Zasada konstrukcyjna jest tutaj prosta: jedna strona to jedno zadanie. Temat narzuca tytuł, skoro autorka, Nastja Holtfreter, zaprasza do kolorowego lasu, zagadki będą się wiązały z jego mieszkańcami. Niekoniecznie najbardziej z lasem kojarzonymi – co oznacza, że Holtfreter przy okazji będzie jeszcze uczyć najmłodszych przyrody.

Nie trzeba tu żadnej wiedzy, żeby rozwiązywać zadania: wszystko, co potrzebne, widnieje na rysunkach, wystarczy po prostu przyglądać się ilustracjom i sprawdzać, zgodnie z tytułem serii, co tu nie pasuje. Zawsze jest pytanie pomocnicze (albo zdanie oznajmujące), które sugeruje, co należy robić. Nie ma zaskoczeń: chodzi o wskazanie jednego elementu różniącego się, czasem szczegółem, od pozostałych. Zróżnicowany został jedynie stopień trudności - czasem odpowiedź od razu rzuca się w oczy, czasem trzeba dokładniej się przyjrzeć i stopniowo porównywać prezentowane w jednym zbiorze zwierzęta. To oznacza, że w paru miejscach odbiorcy będą musieli się skupić i szukać detali w na pierwszy rzut oka identycznych postaciach. Bywa, że trzeba sprawdzić, które zwierzę podąża w innym kierunku niż pozostałe, innym razem wystarczy wskazać przebierańca, przedstawiciela innego gatunku. Zdarzy się absurd, tak lubiany przez maluchy – dziwne desenie na sierści sarny albo wąż w okularach. W pojedynczych przypadkach trzeba się bardziej postarać, żeby wpaść na rozwiązanie. Samych zagadek jest tu niewiele, jak to w tomikach kartonowych - dzięki temu publikacja nie zdąży znudzić się odbiorcom. W odwodzie są zawsze kolejne tomiki serii.

W "Kolorowym lesie" są i aspekty edukacyjne. Najmłodsi mogą między innymi poznawać nowe słowa (pojawiają się w tomiku borsuki) lub kojarzyć gatunki (różnice między świnią i dzikiem). Gdzieś przewijają się rozróżnienia (drzewa liściaste i iglaste), przydaje się też zdolność abstrakcyjnego myślenia (kwadratowy liść). Ważne jest to, że odpowiedzi trzeba czasem poszukać głębiej, nie ma tu powielania kształtów, każda postać zajmuje się czymś innym i przybiera inne pozy. Wartością dodaną do tomiku staje się humor. Przejawia się między innymi w zawadiackich minach bohaterów (tu nawet drzewa się uśmiechają). Sympatyczne pyszczki zwierząt wprost zachęcają do zajęcia się książką i sprawdzania kolejnych zagadek.

Autorka rezygnuje w tej publikacji z sygnałów indywidualizmu twórczego czy jednostkowego stylu. Bohaterów układa z wygładzanych komputerowo plam kolorów, nie ma tu żadnych konturów ani cieniowania. Kolory zostały stonowane, nie rażą - co ważne, gdy trzeba się przyglądać uważnie kolejnym stronom. Nie ma tu męczących kontrastów. "Kolorowy las" to zatem w miarę proste kształty i cechy charakterystyczne dla wybranych przedstawicieli lasu.

"Co tu nie pasuje" to publikacja angażująca dzieci. Zachęca do działania i do kreatywności - bo jedną rzeczą jest odpowiadanie na tytułowe pytanie, drugą natomiast dalsza zabawa - wymyślanie historyjek do rysunków, nadawanie imion i celów bohaterom, wskazywanie innych podobnych gatunków. Nie da się z tego tomiku gruntownie poznać lasu, ale też nikt takiego czegoś się tu nie spodziewa. Najmłodsi zyskają dużo rozrywki, a z racji formatu tomik mogą zabierać ze sobą. Chociaż nie ma tu fabuł ani kluczowych postaci, dzieci mogą się do takiego tomiku przywiązać. Autorka przekonuje do siebie lekkością i zmianami w tematach kolejnych zadań, a także w samej formie. Może to być odpowiedź na wyszukiwankową modę w picture bookach – dla dużo młodszych dzieci.

wtorek, 22 maja 2018

Dorota Suwalska: Bruno i siostry

Nasza Księgarnia, Warszawa 2018.

Kolega Zuźki

Po sukcesie wydawniczym, jaki Dorota Suwalska odniosła za sprawą opowieści o rezolutnej Zuźce, przyszedł czas na cykl i dla chłopców. A skoro przestrzeń szkolna (i domowa) zostały już sprawdzone i zaakceptowane przez czytelników, autorka postanawia wykorzystać ten sam świat, tyle że z innego punktu widzenia – i wzbogacony o kolejne domowe wątki. Tak pojawia się tomik "Bruno i siostry", pierwsza historia drugiej podserii. Będzie w niej znów w dalekim planie utalentowany literacko Jaszko, który może zostać menadżerem zespołu, i sama Zuźka. Zarysują się szkolne romanse (nie na poważnie, bo w końcu to książka dla dzieci, a nie dla wzdychających nastolatek – ot, tyle, żeby podbarwić trochę akcję i pokazać, czy można zakochać się w dziewczynie przyjaciela). Znacznie bardziej interesuje autorkę temat młodszych i starszych sióstr, z których pierwsze zatruwają życie w szkole - Miłka za nic ma konwencje i granice odporności dorosłych, to dziewczynka zdecydowana i świetnie zorientowana w tym, czego chce – a drugie w domu, bo pełnoletnia Kaśka na pewno nie jest zbyt dojrzała i rozsądna. Kaśka jest artystką i zmienia chłopaków jak rękawiczki, Miłka chce zostać weterynarzem, więc rozczula ją widok każdego zwierzęcia. Bruno świetnie zdaje sobie sprawę z tego, że jeśli jego siostra stanie się pośmiewiskiem w szkole, on sam zacznie być wytykany palcami. Z drugiej strony - Miłka nie przejmuje się towarzyskimi porażkami, robi swoje i nie martwi się o społeczny ostracyzm.

Do domowych i szkolnych scenek dochodzą dialogi dojrzałe, wyjaśniające odbiorcom sprawy, o których na pewno nie porozmawiają szybko z rodzicami. Dorota Suwalska traktuje swoich czytelników z sympatią i powagą, jest w stanie stać się dla nich przewodnikiem po rzeczywistości. W pewien sposób może też podpowiadać dorosłym, jak prowadzić rozmowy z pociechami na intrygujące je tematy - żeby nie zabijać dociekliwości, a także nie odwoływać się do zbyt trudnych dla dzieci kwestii. Jednak tomik "Bruno i siostry" odbiorcy będą czytać raczej samodzielnie – tym cenniejsza jest umiejętność bohaterów w rozwiewaniu wątpliwości młodszego pokolenia. Wątków jest tu sporo, między innymi szukanie Drakuli (psa), pierwszy dzień w szkole Miłki, artystyczne zapędy Kaśki, ale i zespół muzyczny, który z kolegami zakłada Bruno. Wszystko po to, żeby czytelnicy się nie nudzili. Nie mają szans przy takiej opowieści, pełnej zaskoczeń, zabawnych motywów i nieoczekiwanych dopowiedzeń od innych bohaterów (innych niż narrator-Bruno). Sam Bruno nawet chwilami modyfikuje tradycyjną formę książki, zmienia miejsca na wstęp i epilog, pozwala wcinać się w opowieść siostrom – to sprawia, że opowieść staje się jeszcze bardziej lekka i zabawna, przyciągnie odbiorców - i to nie tylko tych, którzy chcą dowiedzieć się, co słychać u przyjaciół Zuźki.

Dorota Suwalska bardzo dobrze radzi sobie z narracją dla dzieci. Nie traktuje ich z góry i nie infantylizuje tekstu, wprowadza za to kontrolowany chaos i mnóstwo niespodzianek. Odwołuje się do typowych szkolnych marzeń (kariera muzyczna, która zapewni szacunek rówieśników) i do sytuacji ze szkolnych korytarzy. Do tego dokłada wyrozumiałą rodzinę i przyjaciół, z którymi można wiele zdziałać. Jest opowieść "Bruno i siostry" bardzo miłym wstępem do następnego poczytnego cyklu, a Suwalska udowadnia swoją umiejętność dostosowywania narracji i fabuły do dziecięcych czytelników. Dzięki takim lekturom maluchy chcą czytać samodzielnie i dla rozrywki.

poniedziałek, 21 maja 2018

Cath Crowley: Słowa w ciemnym błękicie

Jaguar, Warszawa 2018.

Szukanie siebie

Dużą popularnością cieszą się w ostatnim czasie powieści młodzieżowe z ogromnymi problemami. Kiedy bohaterowie muszą mierzyć się ze śmiercią bliskich (nierzadko - partnerów lub po prostu rówieśników), kiedy dowiadują się przed czasem, że życie jest niesprawiedliwe i że nie ma dla nich bariery ochronnej przed niebezpieczeństwami czy zagrożeniami - odbywają kurs przyspieszonego dorastania. Coraz więcej postaci z obyczajówek znajduje się na życiowym zakręcie właśnie za sprawą tego, z czym nie może sobie poradzić. Ani terapie, ani wsparcie przyjaciół, ani zrozumienie ze strony rodziców nie wygra z wielkimi smutkami. Jedyną receptą na tragedię jest miłość, a o tę trzeba dopiero zawalczyć - żeby liczyła się w starciu z kłopotami. Cath Crowley idzie tą właśnie drogą. Jej bohaterka, Rachel, cierpi po stracie brata. Cal zatonął w oceanie dziesięć miesięcy wcześniej i od tamtej pory dziewczyna nie może się pozbierać. Nie dość, że zrywa właściwie kontakty z bliskimi, to jeszcze zawala szkołę - nie jest w stanie skupić się na niczym poza traumatycznym wspomnieniem. W Rachel kocha się jej przyjaciel z dzieciństwa, Henry. Tyle że na jakiś czas stracił z nią kontakt i teraz próbuje przywrócić dawne relacje. Nie jest to łatwe, skoro Rachel nie chce nikogo do siebie dopuszczać. Śmierć Cala wpłynęła też na George, siostrę Henry'ego. Ona wprawdzie nie wie, że Cal nie żyje - ale wciąż czeka na wiadomość od niego.

Tym, co urozmaica "Słowa w ciemnym błękicie", jest biblioteka listów. W antykwariacie, który prowadzi ojciec Henry'ego znajduje się specjalna półka z książkami: w tych książkach można zostawiać wiadomości do innych. Notatki na marginesach, uwagi, podkreślenia, albo po prostu tradycyjne listy wsuwane między strony to sposób na wyrażenie swoich uczuć przez nieśmiałych. Korespondencja może się rozwijać bez względu na codzienne kontakty w szkole, jest też metodą na poznawanie nowych ludzi. To tu George znajduje listy od Cala – i z ich powodu nie chce rozwijać znajomości z Martinem, jednym z sezonowych pracowników antykwariatu. Ona jeszcze dowie się tego, co rujnuje zdrowie Rachel. Crowley pokazuje odpychające zachowanie tej dziewczyny, jej postawy i zachowania monitoruje po to, by udowodnić nastolatkom, że nie jest to dobra droga do zawierania cennych znajomości. Henry też ma swoje problemy: kończy się jego związek z Amy, a rodzice - którzy planują rozstanie - wymyślili, że sprzedadzą antykwariat. Biorą pod uwagę zdanie swoich dzieci, jednak powinni też pamiętać o tym, że w kryzysowych z różnych powodów chwilach każdy może podjąć złą decyzję. Henry i Rachel w tej powieści będą musieli szybko dojrzeć - i to wcale nie ze względu na łączące ich skomplikowane emocje, ale przez szereg wydarzeń z zewnątrz.

Autorka przy okazji próbuje zwracać uwagę czytelników na książki, po które warto sięgać - sprawdza, co na półkach antykwariatu cieszy się większym powodzeniem i jakie lektury wybierają bohaterowie – to sposób na zaangażowanie moli książkowych w akcję. Posługuje się zróżnicowanymi narracjami: opowieść na przemian prowadzą Rachel i Henry, do tego dochodzą jeszcze listy znalezione w książkach lub zapiski z marginesów, czasami rozwijające się w całe skrótowe dialogi. Tak autorka pozwala się zorientować w relacjach łączących postacie, w ich oczekiwaniach i pomysłach. Jest to rozwiązanie może trochę naiwne, ale przynajmniej urozmaica akcję i sprawia, że "Słowa w ciemnym błękicie" nabierają charakteru.

niedziela, 20 maja 2018

Jan Stanisław Witkiewicz: Malarze tańca. Ernst Oppler, Arthur Grunenberg i Ludwig Kainer

Iskry, Warszawa 2018.

Dwie narracje taneczne

Jan Stanisław Witkiewicz przyzwyczaił już czytelników do tego, że potrafi zajmująco opowiadać o balecie i artystach z nim związanych, bez względu na to, czy odwołuje się wyłącznie do klasycznych tekstowych narracji, czy posługuje się obrazami i zdjęciami, do których dodaje sugestywne opisy. Jego potężny tom "Malarze tańca. Ernst Oppler, Arthur Grunenberg i Ludwig Kainer" to kolejny w cyklu album poświęcony sztuce łączonej ze sztuką performatywną. Tym razem jednak właściwymi bohaterami nie są do końca tancerze, a rysownicy – ze względu na istnienie niemal wyłącznie szkiców ołówkowych, z rzadka kolorowanych, trudno tu w ogóle mówić o malarstwie. Malarskość jest jednak wpisana w tworzenie choreografii, w kostiumy i plastyczność ruchu – w ten sposób grafiki faktycznie nabierają malarskiego charakteru.

Pierwszy artysta jest tu pokazywany przez sześćdziesiąt prac (nie zawsze reprodukcji z oryginałów, czasami – z numerowanych odbitek, co skrupulatnie jest zaznaczane w podpisach), drugi przez dwadzieścia osiem, trzeci zaledwie przez cztery – ale za sprawą bliskości bohaterów portretów nie można było z niego zrezygnować. Jan Stanisław Witkiewicz przyjmuje albumowy system prezentowania prac. Duży format książki i kredowy papier także sugerują taki sposób odczytywania tomu. Na każdej rozkładówce znajduje się reprodukcja ilustracji oraz krótki opis tłumaczony również na angielski. Ryciny są datowane i odnotowuje się wszelkiego rodzaju próby lub sygnatury. W krótkiej notce Witkiewicz sięga do wiadomości na temat samych baletmistrzów i ich ról. Przedstawia albo konkretnego tancerza w związku z wybranym motywem (stosunek do bohatera i kostiumu, podejmowane decyzje), albo szczegóły dotyczące tańca: tu jest miejsce na sygnalizowanie znaczeń min, gestów i postaw. Do tego stara się autor omawiać detale dotyczące kostiumów i ozdób, rodzaju muzyki lub świateł. Czasami sięga po teorie choreografów albo po wydarzenia rzutujące na kształt baletu. Ponieważ często rysunki układają się w serie i przedstawiają kolejne sekwencje jednego występu, może dzięki temu autor wprowadzać niemal streszczenia samych historii w oparciu o zachowania tancerzy. Tłumaczy też, jak odczytywać kolejne elementy tańca. Daje zatem czytelnikom dość solidne podstawy do tego, żeby zrozumieli wymowę konkretnych dzieł, albo przynajmniej powiązali je ze znanymi fabułami. Zdarza się, że notki - zwłaszcza w przypadku sekwencji obrazków - ogranicza autor do niezbędnych danych, lub w ogóle z nich rezygnuje, kiedy już wyczerpał temat – pozwala natomiast zapoznawać się z rycinami i szkicami bez przeszkód. Z rzadka zdarza się, że dostrzega coś, na co odbiorcy większych szans nie mają (kostium wyszywany płatkami róż ma być doskonale widoczny w rysunku, ale trzeba by wielkiego samozaparcia i wyobraźni, żeby przy oglądaniu reprodukcji się z tym zgodzić. Jan Stanisław Witkiewicz próbuje odnotowywać, kiedy który twórca widział rejestrowane sceny, ale rezygnuje z danych biograficznych. Skupia się w opowieści na sztuce. Uwodzić czytelników może precyzją przy omawianiu kolejnych dzieł, a i znajomością świata baletu (chociaż przecież to żadne zaskoczenie dla tych, którzy śledzą jego publikacje). Pozwala w każdym rysunku dostrzec znaczenia powiązane z drobiazgami, na które w ogólnej wymowie tańca nie zawsze zwraca się uwagę. "Malarze tańca" to tom zaskakujący ze względu na podporządkowanie baletowi dwóch innych rodzajów sztuki, narracji, które zwykle z tańcem się nie łączą.

Muminek i urodzinowy guzik

Egmont, Warszawa 2018.

Oczekiwanie

Muminek ma urodziny. To temat, który stanie się wabikiem dla każdego dziecka, maluchy od razu rzucą się do tej książeczki. Nie tylko dlatego, że skojarzą postać sympatycznego trolla z kreskówkowym bohaterem, ale przez motyw, który sugeruje niespodzianki, prezenty i rozmaite przyjemności, na które czeka się przez cały rok. Tove Jansson przecież doskonale obserwowała codzienność i udawało jej się sygnalizować sprawy ważne dla najmłodszych (i nie tylko). Zachowywała u siebie i atmosferę bajkowości, i dramaturgię, klimat niepokoju, którego nie ma w szablonowych opowiastkach. "Muminek i urodzinowy guzik" to jednak książka na podstawie opowiadania Tove Jansson - sprowadzona do jednego krótkiego motywu o przewidywalnym przebiegu. Nikomu to nie przeszkadza, skoro można pobawić się z ulubionymi bohaterami. U muminków zawsze coś się dzieje.

Muminek budzi się rano i doskonale wie, że to jego święto. Mama wita go prezentem - przepięknym złotym guzikiem do kolekcji. Muminek radością chciałby się podzielić z całym światem - zamierza pokazać prezent przyjaciołom i wprowadzić ich w podobny sobie nastrój. W końcu inaczej całe zadowolenie nie miałoby sensu. Muminek biegnie do bliskich, ale ani Włóczykij, ani Ryjek, ani Mała Mi nie zwracają na niego uwagi. Zbywają przyjaciela i zajmują się innymi, rzekomo ważniejszymi sprawami - w ogóle bez związku z urodzinami. Tak przynajmniej sądzi Muminek i ma do tego pełne prawo. Każde dziecko przynajmniej raz w życiu przeżywało gorycz rozczarowania w identycznej sytuacji, przeżycia Muminka będą więc zrozumiałe dla wszystkich. Pojawia się zatem w historii jedna zagadka, tajemnica do rozwiązania. Mali odbiorcy wiedzą dobrze, że postacie z Doliny Muminków zwykle są życzliwe i pomocne, nie pasuje więc do nich takie ignorowanie przyjaciela: to wystarczająca motywacja dla śledzenia tekstu.

Przez dziwne zachowania przyjaciół Muminek przeżywa całą paletę silnych emocji. Raz jest podekscytowany, raz - załamany i smutny. Maluchy mogą zastanawiać się, jak ich zachowanie wpłynie na rówieśników lub członków rodziny - na przykładzie relacji z Doliny. Mogą analizować postawy czy przeżycia bohatera. Mogą bez trudu wczuć się w jego pozycję i czekać na rozwiązanie tajemnicy. Tu wszystko musi skończyć się dobrze, tym, co dzieci lubią najbardziej, czyli niespodzianką dla bohatera.

Tomik – jak zresztą wszystkie w serii – jest bajecznie kolorowy, to nawiązanie do kreskówki, którą dzieci znają - a i do disneyowskich produkcji (w doborze barw). Duże ilustracje i bohaterowie niezarzucani niepotrzebnymi detalami sprawiają, że przyjemnie się całość ogląda. Może to być również zachęta dla najmłodszych, żeby zacząć samodzielne czytanie – tekstu nie jest zbyt dużo, a spora czcionka ułatwia lekcje. Resztę zagwarantuje już ciekawość malucha co do przebiegu opowieści. Ta historyjka jest naiwna i prosta, ale dostosowana do percepcji maluchów. Nikomu nie sprawi zawodu, spodoba się za to kilkulatkom. Muminek świętujący ze swoimi przyjaciółmi to powód do radości i magnes do czytania.

sobota, 19 maja 2018

Honest Lee: Pechowa klasa nr 13. Sława słaba sprawa

Jaguar, Warszawa 2018.

Szanse i marzenia

Po raz trzeci klasa numer 13 pojawia się na scenie, żeby wykorzystać nadarzającą się okazję na wielką karierę, wielkie pieniądze, sukcesy i realizację marzeń. Lucyna Larvo, słynna agentka, wietrzy swoją szansę w dzieciakach, które już dwa razy mierzyły się z doświadczeniami na baśniową skalę - proponuje każdemu lukratywny kontrakt i uruchomienie drzemiących talentów. Wie, że każdy coś potrafi, a dzięki wyobraźni i rozmachowi maluchów - wystarczy tylko odrobina wysiłku, by pieniądze zwróciły się wielokrotnie. Każdy uczeń klasy pani Andżeliki Szczęsnej może przejść ze szkoły do sławy, pod warunkiem, że ma na siebie pomysł albo lubi robić cokolwiek.

Honest Lee proponuje najmłodszym kolejną historię w zgrabnej i prześmiewczej serii. Zachowuje dawny układ i proporcje opowieści, posługuje się raz zasygnalizowanym schematem, żeby zbudować ciągłość relacji i zaznaczyć odrębność od innych cykli pop – ale też odwołuje się do sytuacji, które można przekształcić na humorystyczne. Na początku prezentuje klasę w całości, z uwzględnieniem pani Andżeliki, a tym razem też jej ekscentrycznej krewnej, Lucyny Larvo – to rozdział-wprowadzenie, niezbędny, by wyznaczyć nowe zasady postępowania. Tym razem Lucyna Larvo zmusza uczniów, żeby zastanowili się nad swoimi mocnymi stronami i rozwinęli je tak, by osiągnąć sukces. Natychmiast podpisuje z każdym kontrakt, który ma jej samej – Lucynie Larvo - przynieść największe bogactwo (subtelności związane z zapisami prawnymi bywają zaznaczane przez przekreślenia i "poprawki" w narracji, od razu widać rozbieżność między naiwnymi marzeniami a brutalną rzeczywistością, to jeden z elementów komicznych w tomiku, ale też przyzwyczajanie dzieci do sztuczek, przed którymi warto się chronić w dorosłości). Następne rozdziały dotyczą już poszczególnych uczniów (oraz, tradycyjnie, samej klasy numer 13 i chomika). Są bardzo krótkie, rzadko wykraczają ponad kilka stron (czasem zajmują wyłącznie parę akapitów). Przy omawianiu przypadku jednego ucznia, nie ma mowy o innych dzieciach, więc opowiadania stanowią niemal odrębne historyjki, w których liczy się świadomość powtarzanej zasady i komizmu. Autor wykazuje się nie lada kreatywnością, kiedy proponuje zestaw zróżnicowanych scenariuszy: dostosowuje wydarzenia do charakterów dzieci lub ich aktualnych upodobań, przerysowanych, ale i trafnych. Nie idealizuje małych bohaterów, są tu dzieci, które sprawiają problemy wychowawcze, są i takie, które nie zamierzają wykorzystywać swoich mocy w dobrych celach, zdarzają się leniwe, bezmyślne lub kłótliwe - nie ma tylko nijakich. W związku z tym każde dziecko przejdzie własną - błyskawiczną - drogę od szkoły przez karierę do finału. Nawet nie chodzi tu o morały dla odbiorców, a o ich rozrywkę, liczy się śmiech i niedostosowanie dorosłych rozwiązań do pomysłowości maluchów. Lucyna Larvo jako bohaterka negatywna i nastawiona na nieuczciwie zarabiane pieniądze musi dostać szereg nauczek – przy dobrej zabawie czytelników. Honest Lee nie obciąża nadmiernie tej historii przesłaniami czy morałami, raczej wynaturza i wyostrza sytuacje. Bawi się motywami zrozumiałymi dla małych odbiorców w tym samym stopniu co dla ich rodziców, pokazuje, jak operować ironią i cieszyć się absurdalnymi przygodami. Pozwala błądzić wyobraźni po dowolnych rejonach – i zachęca czytelników, żeby spróbowali tego samego i na własną rękę tworzyli dalsze przygody bohaterów. Po takiej lekcji kreatywności nie wydaje się to zadaniem ponad siły, po raz kolejny Pechowa klasa nr 13 pokazuje najmłodszym potęgę wyobraźni na rozrywkowych przykładach. To seria rządząca się swoimi prawami i dzięki temu cenna.

Jørn Lier Horst: Operacja pirat

Media Rodzina, Poznań 2018.

Piracki skarb

Biuro detektywistyczne zawsze ma pełno zadań, tajemnic i zagadek do rozwiązania. Biuro prowadzone przez dzieci musi działać w dodatku w dwóch płaszczyznach: pomagać najmłodszym, choćby ich sprawy wydawały się całkiem błahe, i angażować się w świat dorosłych przestępstw - bo tylko przechytrzaniem starszych można udowodnić własne talenty śledcze. Tiril i Oliver na swoim koncie mają już całkiem sporo sukcesów, "Operacja pirat" to jedenasta historyjka o ich przygodach. Wciąż jednak muszą realizować swoje obietnice i działać nawet wtedy, gdy niekoniecznie mają na to ochotę. Tym razem podporządkowanie się życzeniu małej klientki oznacza tylko przeczesywanie plaży w poszukiwaniu pamiątkowej spinki do włosów. Nic zachęcającego - żaden detektyw nie zgodziłby się na takie zlecenie. Ale Tiril i Oliver mają sporo szczęścia: korzystają z wykrywacza metalu. Ten wskazuje im pełno śmieci (co oczywiście jest automatycznie krytyką plażowiczów, zawoalowaną, ale potrzebną) i żadnej spinki. Tyle że pozwala wpaść na trop prawdziwej tajemnicy. Dzieci znajdują zagrzebany w piasku talerz pirata. Ten talerz może doprowadzić je do skarbu: słynnej skrzynki, w której herszt chował wyłącznie najlepsze i najcenniejsze przedmioty znalezione podczas rabunku statków. Bez mapy nikt do tej skrytki nie trafi – w końcu przygotowywał ją najlepszy z najlepszych w fachu. Dzieci jednak są pomysłowe i nie boją się wyzwań. Timian Blest mógł nabrać dorosłych, ale dwójki maluchów, które prowadzą wspólnie biuro detektywistyczne – nie ma szans.

Seria Biuro Detektywistyczne nr 2 przygotowywana jest na fali zainteresowania powieściami detektywistycznymi dla kilkulatków - boomem, jaki zaczął się po książkach Martina Widmarka. Tu jednak autor rezygnuje z oczywistości i schematów powtarzanych w każdej historyjce. Zamiast przedstawiać trzech podejrzanych i ich alibi, woli postawić na dynamiczną akcję powiązaną bezpośrednio z tematem, dostosowywaną rytmem i kształtem do przesłań. Dzieci muszą najpierw zdobyć wiadomości co do rzekomego skarbu: pojawia się w tym celu postać, która wtajemnicza je w znaczenie dwóch talerzy (i dziurki w jednym z nich): mapę skarbu trzeba najpierw odnaleźć, a potem jeszcze wykonać drobne zadanie, żeby dowiedzieć się, gdzie Timian Blest ukrył swoje zdobycze. To nie takie proste, skoro na talerze czyhają inni amatorzy szybkiego wzbogacenia się.

Motyw skarbu pirackiego to stały element historyjek dla dzieci. Jorn Lier Horst wzbogaca go zatem o poszukiwania nietypowych jak na mapę przedmiotów i stara się, by akcja rozgrywała się szybko. Nie pozwala też tym razem dzieciom przeprowadzać śledztwa razem z bohaterami: odbiorcy mogą tylko czekać na rozwój wydarzeń, nie dysponują bowiem potrzebnymi do dokonywania odkryć wiadomościami. Śledzą wyprawę Tiril i Olivera, mogą im kibicować - ale nie odgadną przed czasem, gdzie znajduje się skarb. Horst dostarcza silnych wrażeń - poza rywalizacją z dorosłymi jest tu i zakradanie się w miejsca niedostępne zwiedzającym, i samo odczytywanie wskazówki - i to w lekturze najmłodszym wystarczy.

"Operacja pirat" to książka bogato ilustrowana. Za rysunki odpowiada tu twórca filmów animowanych, dzieci otrzymają więc grafiki wysokiej jakości i dostosowane do akcji. W efekcie "Operację pirat" również ogląda się z przyjemnością. Jest to rozrywkowa książeczka dla najmłodszych, którzy dopiero przekonują się do czytania w wolnym czasie – i jako taka bardzo się sprawdza.

piątek, 18 maja 2018

Paulina Młynarska: Jesteś wędrówką

Prószyński i S-ka, Warszawa 2018.

Za głosem serca

Paulina Młynarska krzyczy głośno o tym, że kobietom przez całe pokolenia wmawiało się, że powinny zajmować się dziećmi i domem, a rezygnować z realizowania własnych pasji i pragnień. Wie doskonale, jak trudno zerwać z takimi stereotypami, podlewanymi jeszcze przez społeczne osądy. Ale po "Rebelu" zmienia ton narracji i w "Jesteś wędrówką" stawia raczej na racjonalne argumenty i dobre przykłady niż na perswazję. Podsuwa odbiorczyniom inny sposób na życie - zachęca do wprowadzania zmian i realizowania marzeń. Eksponuje prawo do wolności i samostanowienia. A wszystko przez podsycanie fantazji wizją dalekich podróży bez zobowiązań i stresów. W "Jesteś wędrówką" króluje spokój i pogodzenie się ze sobą. Tu można ćwiczyć jogę, medytować i absolutnie nie przejmować się przeciwnościami losu, a improwizować, dostosowując się do okoliczności. To zjawisko, którego wiele odbiorczyń będzie poszukiwać - a autorka podsuwa przepis na wyciszenie, oznajmując jednocześnie, że nie oznacza ono rezygnacji z rozmaitych przyjemności. Trzeba tylko wyjść z własnej strefy komfortu, zerwać z utartymi przyzwyczajeniami i realizowaniem planów innych ludzi. I tak "Jesteś wędrówką" zamienia się w przedziwny autobiograficzno-podróżniczy poradnik.

Paulina Młynarska pisze tu sporo o sobie, tym razem w kontekście wypraw do dalekich krajów. Przedstawia blaski i cienie podróżowania, niewygody lub wyrzeczenia (nie warto pakować modnych sukienek i butów na obcasie na wyjazd do dżungli, co niby jest oczywiste, ale może jednak nie dla wszystkich czytelniczek), ale i małe radości, odkrycia, których nie da się przechować inaczej jak tylko w pamięci. Przekonująca jest wtedy, gdy tłumaczy, że na starość nie wspomina się starannego makijażu albo przygotowanego na święta ciasta, przywołuje się znacznie chętniej diametralnie inne wrażenia. W ten sposób chce sprowokować czytelniczki do działania, dodać im odwagi w walce o własną tożsamość. Dalekie wyprawy obfitują wprawdzie w niebezpieczeństwa, ale autorka radzi, jak unikać nieprzyjemności i jak nie władować się w poważne tarapaty, uczy też nawiązywania międzyludzkich kontaktów, które zaowocują pomocą, gdy będzie to potrzebne. Przesyca opowieści własnymi wrażeniami: są tu nie tylko przemyślenia na temat roli wypraw, ale i konkrety wiążące się z kolejnymi wyjazdami. Od razu Paulina Młynarska tłumi ewentualną zazdrość, pokazując, z czego sama zrezygnowała, żeby móc swobodnie poruszać się po świecie: i tego nie wolno w lekturze pominąć.

Dla tych odbiorczyń, które zdecydują się na podróżowanie, ma garść cennych rad. I w rodzaju poszukiwania inspiracji do wypraw, i tych przyziemnych, w stylu: jak spakować walizkę czy jaki śpiwór wybrać. Zdaje sobie autorka sprawę z tego, że jakkolwiek romantycznie by nie brzmiało nawoływanie do wyjazdu na drugi koniec świata, warto myśleć o codzienności i wyzwaniach, które daleko od domu nabierają mocy. To dlatego opowiada o swoich kłopotach ze zdrowiem (zignorowanie rozkręconej na maksimum klimatyzacji i antybiotyk, który w warunkach tropików stracił swoje właściwości lecznicze), albo o próżności (powyciągane koszulki i wygodne buty są lepsze niż uleganie modzie, a dostosowywanie planów do własnych możliwości to sposób uniknięcia kryzysu w związku). Rzadko zdarza się, by była stanowcza i jednoznacznie czegoś zabraniała, choć i takie motywy się tu pojawią. Doświadczenie podróżnicze w połączeniu z felietonowym zacięciem zapewnia odbiorczyniom sporą dawkę wrażeń. Paulina Młynarska wpisuje się tomem "Jesteś wędrówką" w trend z literaturą podróżniczą, a także w zalew rynku poradnikami do samorozwoju – ale pogłębia tematy i oprawia je w solidne ramy z własnych doświadczeń oraz płynących z nich przemyśleń, w związku z tym nie daje się jej zignorować. Ta książka to zachęta do działania, inspiracja i podpowiedź, jak spełniać najbardziej śmiałe marzenia.

Natasza Socha: Zula i magiczne obrazy

Nasza Księgarnia, Warszawa 2018.

Zagadki dla czarodziejki

Zula jest dziewczynką, której sytuacja domowa odrobinę przypomina tę z "Sabriny, nastoletniej czarownicy". Mama bohaterki wyjechała do Afryki, zostawiając córkę pod opieką swoich dwóch sióstr, czarodziejek. Zula zresztą też uczy się magii i z pewnymi wyzwaniami radzi sobie bez większego problemu, nad innymi powinna jeszcze trochę popracować. Na razie jednak nie ma czasu na kształcenie umiejętności: musi rozwiązać zagadkę dziwnego niebieskiego światła, które nocą widać nad Poziomkową Polaną. Nie może korzystać z pomocy dorosłych: ciotki jako opiekunki mogłyby za bardzo wczuć się w rolę i zabronić dziewczynce niebezpiecznej wyprawy na Polanę - a przecież inaczej nie da się dojść do prawdy. Zula postanawia zakraść się na miejsce, gdy wszyscy zasną. To jednak zadanie trochę ponad wyobraźnię małej dziewczynki i przyda jej się wsparcie. Dlatego do eskapady dobiera sobie towarzystwo: dwaj koledzy, Maks i Kajtek, chętnie przyłączą się do działania. Zwłaszcza jeśli w grę wchodzą pyszne babeczki i ciastka, które Zula wyczarowuje ot tak, na przekąskę. Jednak rzeczywistość przerasta oczekiwania postaci. Na Poziomkowej Polanie wyrasta bowiem dom księcia Armadoniusza Saturnina Pierwszego, który jest bardzo wrażliwy na punkcie swojego tytułu i prowadzi niezwykłe gospodarstwo. Dlaczego na obrazach znajdują się zwierzęta poskładane z różnych gatunków - to tylko jedna z zagadek, jakie dzieci mają do odkrycia. Gorzej, że Armadoniusz Saturnin ma chytry plan pozostania na Poziomkowej Polanie. Wystarczy, że uwięzi w obrazie jednego ze śmiałków, a przyjaciele nie uwolnią go na czas - i już będzie miał w kogo się wcielić. Skoro dorośli nie mają o niczym pojęcia, Zula, Maks i Kajtek liczyć mogą tylko na siebie. I lepiej, żeby nie dzielili się obawami z innymi: Armadoniusz czuwa.

Natasza Socha w tomiku "Zula i magiczne obrazy" bawi się zupełnie klasycznymi motywami przerabianymi na "czarodziejskie", przynajmniej z pozoru i dla najmłodszych odbiorców. Można tu mówić o absolutnie klasycznej rozrywce. Jest tajemnica i zagadka nie do rozwiązania, rodzice zostali wysłani na inny kontynent, żeby ich obecność nie zaburzała zabawy (wiadomo, że ciotki będą bardziej liberalne, zresztą te podejrzewają nocne eskapady dziewczynki, ale nie chcą jej psuć przyjemności). Jest pewnego rodzaju groza, lęk przed nieznanym czy niebezpieczeństwo. Wreszcie - są trzy zagadki. Bo żeby uwolnić kolegę z pułapki, Zula musi odpowiedzieć na trzy pytania, które na bieżąco wymyśla Armadoniusz, starając się, żeby każda kolejna zagadka była trudniejsza od poprzedniej. Całkiem nieźle autorka wymyśla sobie podpowiedzi dla bohaterów: odbiorcy mogą spróbować swoich sił samodzielnie w rozwiązywaniu zagadek, postacie z kolei uczestniczą w kilku pozornie nieistotnych wydarzeniach, które - przypadkiem - pchają je na właściwy trop. W ten sposób autorka wypełnia fabułkę i nie niszczy motywu tajemnicy, dostarcza odbiorcom nie tylko lekturowej rozrywki, ale i szeregu zagadek do samodzielnego przemyślenia.

Jest to historia raczej dość naiwna, bo kierowana do dzieci, a nie do nastolatków - ale przyjemna przez obfitość wyobraźniowej krainy. Czary podlegają tu konkretnym obostrzeniom, nie można z nich korzystać w każdej sytuacji, częściej trzeba będzie po prostu myśleć i działać (wspólnie, co ważne). Natasza Socha pisze z perspektywy Zuli, więc dzieciom łatwiej uwierzyć w kreację bohaterki. Do tego Agnieszka Antoniewicz bez przerwy przecina tekst rysunkami młodzieżowymi i bajkowymi jednocześnie - zamienia się to w bardzo przyjemny tomik dla najmłodszych.

czwartek, 17 maja 2018

Herbert George Wells: Koła szansy

Iskry, Warszawa 2018.

Romantyczna wycieczka

Ogrywa Herbert George Wells schematy fabularne i stereotypy niemiłosiernie. Jego "Koła szansy" toczą się na przekór standardowym fabułkom, a wzbogacane są o ironię i absurd, jakich próżno by szukać w dzisiejszych komediach romantycznych. Tutaj punktem odniesienia jest staroświeckość, dżentelmeneria i płynąca z niej naiwność, pewnego rodzaju oderwanie od zwyczajności. Pan Hoopdriver jest sprzedawcą bławatnym. To bohater, który nie ma w sobie zadatków na przebojowego, pewnego siebie mężczyznę. Tkwi w miejscu i ten stan rzeczy nie za bardzo mógłby się zmienić. Pan Hoopdriver łatwo stanie się pośmiewiskiem otoczenia, to typ nieudacznika, który w dodatku nie zdaje sobie sprawy z własnego nieprzystosowania do świata. Ale to właśnie jego przygoda stanowi oś fabularną "Kół szansy" - a sam pan Hoopdriver zyskuje możliwość przeżycia doświadczenia niepowtarzalnego i ekscytującego. Oto bowiem pan Hoopdriver udaje się na zasłużony urlop. Przez dziesięć dni będzie podbijał okoliczne tereny, jeżdżąc na swoim wysłużonym rowerze. Problem polega jednak na tym, że pan Hoopdriver rowerzystą wybitnym nie jest. Nie radzi sobie ze wsiadaniem i zsiadaniem z pojazdu, nie umie dobrze hamować, kiedy musi coś wyminąć, woli zsiąść z roweru (albo z niego spaść) i przeprowadzić obok przeszkody. Bez przerwy obija sobie łydki pedałami, nabawia się coraz to nowych sińców, kontuzji i urazów. Uznaje to zresztą za normalne i nie próbuje z tym walczyć, pokornie znosi kolejne ciosy od roweru. Jego zmagania z wehikułem to tylko czynnik komiczny, nie jedyna treść książki. Bo oto na swojej trasie pan Hoopdriver spotyka młodą piękność, Panienkę w Szarościach. Panienka podróżuje (na rowerze) z jakimś mężczyzną, prawdopodobnie, jak chce pan Hoopdriver, bratem. Wszystko wskazuje na to, że wyrwała się z gorsetu konwenansów i próbuje zasmakować życia, chociaż nie pozwala sobie na wykroczenia poza etykietę. Panienka w Szarościach stanie się przyczyną wielu przemian w panu Hoopdriverze – i to nie tylko tych związanych z umiejętnością prowadzenia pojazdu. Zauroczenie i możliwość flirtu to siła napędowa akcji.

Wells w "Kołach szansy" daje czytelnikom okazję do świetnej zabawy. Stosuje wobec swojego bohatera niezawoalowaną ironię, w narracji wykorzystuje prześmiewczość. Opisy nie są tutaj transparentne, każdy detal w zachowaniu postaci prowadzi do osobnych żartów, a każda niezręczność pana Hoopdrivera doczeka się satyry wysokiej próby. To inteligentny humor, rozrywka wyrafinowana – mimo że oparta na całkiem prostych pomysłach fabularnych. Z głównym bohaterem autor konfrontuje spryt Panienki w Szarościach czy postawy innych napotykanych na trasie postaci – mimo że pan Hoopdriver zawsze wypada gorzej, nie będzie wcale pokrzywdzony. Ta wyprawa mocno go rozwinie i pozwoli poznać ogrom nieujawnianych dotąd możliwości. Atuty tej książki to komizm i absurd, rewelacyjnie prowadzona narracja (ze zwracaniem uwagi na samego opowiadacza, co wydaje się rozwiązaniem dzisiaj trochę archaicznym, ale przez to wciąż barwnym) i kreacja bohatera, jakiego próżno by szukać gdzie indziej. W samej akcji nie ma zbyt wielu odnóg i motywów - ale całość jest sycąca ze względu na sposób prowadzenia opowieści. Takiego Wellsa nikt by się nie spodziewał, tym bardziej cieszy obecność tej książki na rynku wydawniczym. To gratka nie tylko dla fanów rowerowych przejażdżek (i dla dowcipu w stylu, który proponował między innymi Jerome K. Jerome) - takie lektury nikogo nie pozostawiają obojętnym. Pan Hoopdriver zyska wielu kibiców w swojej wyprawie.

środa, 16 maja 2018

Ewa Zdunek: Mediatorka

W.A.B., Warszawa 2018.

Problemy do rozwiązania

Mediatorka, bohaterka nowego cyklu powieściowego Ewy Zdunek, rozwiązuje problemy innych ludzi, ale sama znajduje się na życiowym zakręcie. Właśnie rozwiodła się z mężem (który okazuje się człowiekiem zdecydowanym na wszystko i bezwzględnym), nie może dogadać się z własną matką (przeciwniczką rozwodu, fanką zięcia), nie ma też czasu dla własnych córek, bo zasłania się pracą. W życiu prywatnym nie układa jej się tak, jak powinno, może wprawdzie liczyć na przyjaciół, ale już na miłość - nie za bardzo. Nic dziwnego, że rzuca się w wir obowiązków i niemal cały czas spędza albo w gabinecie prowadzonym razem z Betką, albo na sądowych korytarzach, gdzie ma swoje biurko i kącik dla zwaśnionych stron. Mediator to zawód, który odbiorcom może się wydać bardzo tajemniczy, więc autorka, korzystając z własnych doświadczeń, próbuje przybliżyć szczegóły z nim związane. W efekcie część książki zamienia się w informowanie czytelników o postępach prac w różnych sprawach: na scenę wchodzą klienci: kłócące się pary albo matka, której zięć utrudnia widywanie się z niepełnosprawną córką - a Ewa Zdunek ustami swojej bohaterki przekazuje, jak rozwiązać podobne sprawy. Chodzi tu też o nakreślenie specyfiki postępowania z ludźmi, mimo że mediatorka non stop łamie własne zalecenia i wyjaśnienia: pokazuje momenty, w których nie da się uniknąć podnoszenia głosu czy wręcz rozkazywania klientom – ale i tak wszyscy jej przyklasną, ze względu na przerysowanie postaci przybywających do gabinetu.

Mediatorka ma wgląd w mnóstwo ludzkich nieszczęść i trudności. Ale jej samej też nie jest zbyt łatwo. Eskalacja konfliktów wśród najbliższych sprawia, że na dość długi czas traci kontakt z dziećmi - żeby je odzyskać, będzie musiała podjąć zdecydowane działania i to moment, w którym Ewa Zdunek zamienia obyczajówkę w powieść sensacyjną. Najbardziej jednak zależy jej na śmiechu i na rozrywce czytelników, bez przerwy wplata w opowieść drobne humorystyczne akcenty, bawi się sylwetkami postaci i przerysowaniami. Nie dba o konstrukcję psychiczną bohaterów, a czasami też i o prawdopodobieństwo ich kolejnych czynów, ważne jest, żeby prowadzić wartką fabułę, a nie żeby reakcje zgadzały się ze stanem faktycznym. W końcu "Mediatorka" nie jest historią psychologiczną, a lekką powieścią rozrywkową i nie chodzi w niej o tworzenie wybitnie życiowych portretów, ewentualnie – o przedstawienie wskazówek postępowania w kryzysowych sytuacjach, bo część podpowiedzi "na chłodno" można sobie przyswoić i przeanalizować, a także dostosować do własnych potrzeb. Problemem dla odbiorców może być pewna nierówność w narracji: kiedy autorka odchodzi od przypadków z życia mediatorki, a skupia się na sprawach, które dostaje ona do rozwiązania, wydaje się, że na pewien czas zapomina o istocie akcji. Niby kusząca jest możliwość zaglądania do cudzego życia - ale na dłuższą metę staje się balastem w odkrywaniu przygód mediatorki.

Jednak Ewa Zdunek potrafi przejść ponad konwencjami z powieści obyczajowych i stworzyć nową jakość, coś, co niby realizuje potrzeby odbiorców, a wnosi pewną świeżość, oddala przynajmniej trochę schematy i zapewnia wytchnienie od codzienności. Pod tymi względami "Mediatorka" nie zawiedzie. Stanowi sympatyczne czytadło, a że na drugim planie sporo jest bohaterów, którzy ułatwiają zmaganie się z codziennością - zyska wielu zwolenników. Jest to powieść, która obiecuje ciekawy dalszy ciąg.

wtorek, 15 maja 2018

Krzysztof Domaradzki: Detoks

Czarna Owca, Warszawa 2018.

Magia złego

Krzysztof Domaradzki musiał się trochę naczytać o tym, że wizerunek genialnego śledczego - takiego, który dostrzeże najmniejszy detal i natychmiast powiąże go z całą sprawą tak, by wszystkie elementy układanki trafiły na swoje miejsca - należy zwykle trochę uczłowieczyć. Im większy ideał w pracy, tym większe problemy w życiu prywatnym, tylko tak odbiorcy pozwolą sobie na sympatię do bohatera. I tak powstaje komisarz Tomasz Kawęcki, właściwie - degenerat i socjopata, mężczyzna, który od pierwszych stron powieści "Detoks" budzi niechęć (w najlepszym razie). Kawęcki nie nadaje się na współpracownika ani towarzysza życiowego, jest wyjątkowo trudny do wytrzymania, lubuje się w poniżaniu kobiet, na przejawy uprzejmości odpowiada wyłącznie zgryźliwością i agresją. Jest samotny, przemęczony i wypalony, a do tego nie ma możliwości wyjść z pułapki, w którą sam wpadł. Błędne koło sprawia, że Kawęcki reaguje przesadnie na próby pomocy, uważa, że sam sobie poradzi ze wszystkimi wyzwaniami. Innych bez przerwy testuje, sprawdza ich odporność psychiczną i wytrzymałość, a do tego – wydaje się cieszyć z cudzej irytacji. Im intensywniejsze reakcje na złośliwości Kawęckiego, tym większa jego radość i satysfakcja. A to nie jest typ człowieka cieszącego się popularnością czy zrozumieniem.

Ale to właśnie jego rzuca Krzysztof Domaradzki w śledztwo w sprawie studentki polonistyki. Znalezienie ciała to nie wszystko, wiele wskazuje na to, że dziewczyna była przed śmiercią gwałcona - i to nie przez człowieka, a przez psa. Trop nakazuje zagłębiać się w mroczne zakamarki Łodzi, otwiera się brama do przestępczego półświatka. Równolegle od czasu do czasu zagląda autor do byłego promotora studentki, człowieka, który albo realizuje własne nietypowe upodobania seksualne, albo próbuje dowiedzieć się czegoś o popełnionej zbrodni – a może zatrzeć ślady. Tomasz Kawęcki sam wydaje się typem spod ciemnej gwiazdy, w tym wypadku zatem pasuje do przedstawianej rzeczywistości noir: jemu ten światek większej krzywdy zrobić nie powinien. Taka postać przydaje się Domaradzkiemu do zintensyfikowania fabuły, zwiększenia tempa akcji i wprowadzania motywów przemocy – wiadomo, że Kawęcki nie z takimi rzeczami miał już do czynienia, więc powinien wytrzymać psychicznie niejedno wyzwanie. W przeciwieństwie do jego partnerki z dochodzeniówki, narzuconej odgórnie - Magdy Giętkiej. Ona, choć silna, miewa chwile słabości, które Kawęcki bezlitośnie wytyka i wykorzystuje. To jej podenerwowanie będzie udzielać się odbiorcom – i wpływać na odczytywanie sylwetki Kawęckiego. Krzysztof Domaradzki dość umiejętnie gra na emocjach czytelników, chociaż momentami męcząca jest jego skłonność do przesady w każdej dziedzinie: jeśli przestępstwa, to coraz bardziej mroczne, wręcz nie do wyobrażenia w zwykłym świecie, jeśli wady charakteru – to eksponowane do granic możliwości i równie silnie eksploatowane w fabule. A jednak "Detoks" w pewnej chwili zaczyna niepostrzeżenie wciągać, głównie za sprawą starannie prowadzonej narracji.

Ma Domaradzki swoje słabości. Poza skłonnością do hiperbolizowania faktów - nie potrafi wymyślać nazwisk. Ale to drobiazg w zestawieniu z całą komplikowaną fabułą. Musi się sporo natrudzić, żeby powiązać trudny charakter Kawęckiego z jego niezaprzeczalnym talentem śledczym - i tutaj rodzi się pytanie, czy można na dłuższą metę znosić kaprysy i niechlubne wyczyny, choćby i ich autor był największym fachowcem w regionie. "Detoks" to powieść, która wcale nie aspiruje do bycia literaturą piękną, za to staje się porządnym kawałkiem prozy rozrywkowej – to coś dla koneserów kryminałów: fabuła rozszyta na wiele wątków, postacie kreślone mocną kreską.

poniedziałek, 14 maja 2018

Marek Rybarczyk: Skandale angielskich dworów. Prywatne życie arystokracji

Prószyński i S-ka, Warszawa 2018.

O czym się głośno nie mówi

Marek Rybarczyk próbuje swoich czytelników przyciągnąć do lektury wizją ujawniania skandali. Co prawda skandale owe należą do przeszłości i momentami stanowią raczej tajemnicę poliszynela niż rzeczywistą tajemnicę, ale motyw zdradzania sekretów władców i arystokracji robi swoje. Zresztą na skandalową promocję nastawiona jest cała ta publikacja, książka kolorystycznie utrzymana w tonacji, która ma rzucać się w oczy i przykuwać uwagę, aż krzyczeć o zainteresowanie. Oprawa graficzna trochę w związku z tym kontrastuje z treścią, bo autor odrzuca poetykę plotki – ta najbardziej sprawdziłaby się w przypadku operowania skandalami i bazowania na tym, co zakazane. "Skandale angielskich dworów" to po prostu przegląd ciekawostek często z intymnego życia możnych - zestaw historycznych anegdot, które nie mogą mieścić się w podręcznikach do historii ze względu na niewychowawcze przesłania. Rybarczyk udowadnia, że warto czasami zainteresować się przeszłością, choćby dla tego typu wiadomości. Podsuwa czytelnikom książkę, która jest esencją skandali, wyborem co ciekawszych zjawisk oscylujących głównie wokół seksu, wynaturzeń seksualnych, oryginalnych łóżkowych upodobań, zdrad, trójkątów miłosnych, relacji pozamałżeńskich, tajnych klubów i stowarzyszeń... Obok tego wszystkiego z rzadka pojawiają się tematy z innej sfery, choćby związane z polowaniami. Rybarczyk jednak doskonale wie, że to seks będzie motywem napędzającym czytelników.

Zagląda więc do łóżek i alków, niekoniecznie osób ze świecznika. Przytacza sylwetki tych, którzy upodobali sobie chłostę jako sposób na rozkosz, zaprasza na bale, na których kobiety miały pojawiać się nago lub oddawać hołdy ogromnemu fallusowi na znak uwielbienia dla miłości oralnej. Odnotowuje zachowania pederastów, problemy bezpłodności i potomstwa. Nie rezygnuje i z ekscentryczności w innych sferach życia, chociaż tutaj wszystko sprowadza się do drobnych wzmianek, a nie do obszerniejszych omówień. Wystarcza jednak, żeby dostrzec prawidłowości czy odejścia od ogólnie przyjętych norm. Urozmaicenie jest tu spore, każdy znajdzie coś dla siebie - coś, co będzie chciał później rozwijać we własnych lekturach. Inaczej się zresztą nie da, bo skrótowość staje się tu jedną z zasad konstrukcyjnych tomu. Autor przyjmuje rytm tematycznych rozdziałów. Z rzadka poświęca je jednej osobie (wtedy dotyczą one władców lub ich rodzin, z historii albo współczesności), chętniej wybiera powtarzalny motyw i pokazuje, gdzie w przeszłości miał swoich zwolenników. Łączy dane, zestawia wyciąg z historii w krótkim i zgrabnym przeglądzie. Te historie, które wydają się zbyt indywidualizowane, trafiają do "ramek" już po właściwym nurcie opowieści, inne dają się złożyć jak puzzle w intrygującą całość. Rybarczyk wprawdzie nie żeruje na widowiskowych aferach, zależy mu jednak na odnotowywaniu tego, co było dawniej starannie ukrywane (a i dzisiaj fakt zachowywania tajemnicy nie dziwi). Usiłuje raczej nie oceniać niechlubnych bohaterów kolejnych wypadków i wpadek – czasami wymknie mu się co bardziej zgryźliwy komentarz, chętniej jednak pozostawia ironię i analizy czytelnikom, sam skupia się na rejestrowaniu działań barwnych ptaków. Rezygnuje przy tym ze szpikowania tekstu przypisami, podaje jedynie wycinkową bibliografię na końcu książki: zainteresowani i tak po wskazówkach z narracji trafią do odpowiednich źródeł, a przynajmniej nie rozbija to toku wywodu i wydaje się bardziej przystępne jako lektura popularna, dla masowej publiczności. Oczywiście w pewnym momencie skandale przestają wydawać się skandalami, a to przez brak odbicia w postaci normalności. Widać, że część wątków nadawałaby się w ogóle na osobne omówienia książkowe, tu autor proponuje szybki przegląd pomysłów i dokonań z przeszłości.

niedziela, 13 maja 2018

Gabriela Anna Kańtor: Tańcząc na czubkach palców

MG, Kraków 2018.

Życie z despotą

W zasadzie nie dostarcza Gabriela Anna Kańtor w swojej powieści "Tańcząc na czubkach palców" motywu, który kazałby na dłużej zatrzymać się przy lekturze. Posługuje się kalkami z historii o dojrzewaniu, motywami do znudzenia już omówionymi w literaturze wspomnieniowej bądź we współczesnej prozie. Wyraźnie próbuje odciąć się od sielankowych i optymistycznych obyczajówek tworzonych według jednego schematu, ale w strachu wpada w inne koleiny, równie niebezpieczne, a może nawet gorsze, bo niedostarczające czytelnikom prawie nic w zamian. Oto Dziecko. Dziecko na razie nie ma prawa głosu, nie może ujawniać własnych potrzeb ani pragnień, a nade wszystko – nie doświadczy miłości ze strony ojca. Dziecko tylko przeszkadza, ma siedzieć cicho, a każde jego zachowanie interpretowane będzie na niekorzyść i odpowiednio karane. Ojciec wręcz lubi policzkować Dziecko za wyimaginowane przewiny, a matka nie broni swojej pociechy. Nie ma dla niej czasu, zwłaszcza gdy pojawi się w domu kolejny potomek. Tak więc Dziecko musi samo nauczyć się, jak dbać o siebie i jak reagować na krzywdy. Dziecko bierze udział w rozrywkach typowych dla maluchów, chodzi do szkoły, jeździ na kolonie i najmniejszego znaczenia nie mają jego opinie albo potrzeby. To Dziecko nieszczęśliwe. Ale trudne dzieciństwo nie wpływa destrukcyjnie. Pozwala natomiast przyspieszyć proces dojrzewania, przynajmniej tego psychicznego (bo na pierwszą miesiączkę czy rosnące piersi czekać będzie dłużej niż rówieśniczki). Pewnego dnia, po kolejnej domowej awanturze, Dziecko odkrywa, że umarło - rodzi się za to Paulina.

I Gabriela Anna Kańtor podąża dalej śladami Pauliny: sprawdza naiwne miłostki, spotkania z przyjaciółmi, imprezy – wszystko to skrótowo, bo już biegnie do małżeństwa Pauliny i błędów popełnianych przez nią w dorosłości. Chociaż bohaterka przetrwała już trudne chwile związku rodziców, teraz musi sama borykać się z syndromem pustego gniazda. Mąż sprawia problemy, jakby było to domeną mężczyzn w ogóle, dzieci rozjeżdżają się po świecie. Tylko jedna córka wciela w życie filozofię hygge i wydaje się być szczęśliwa w swoim związku, nikłe to pocieszenie, skoro statystyka wskazuje na cierpienia i zawody miłosne. W tym wszystkim Paulina jest do bólu przewidywalna, nie ma w niej indywidualizmu – wydaje się papierowa i pozbawiona uczuć. Dopiero gdy Gabriela Anna Kańtor decyduje się na odejście od antyutopii i konsekwencji nieudanego dzieciństwa, gdy sięga do fabuły mistrza absurdu (z bajki dla najmłodszych!), wprowadza trochę życia do opowieści. Paulina poznaje pewien sekret z przeszłości rodziców, a ta tajemnica zmieni jej życie diametralnie.

"Tańcząc na czubkach palców" to obyczajówka, która nie zatrzymuje na dłużej, pozwala ewentualnie przyjrzeć się dylematom i próbom sił w zaciszu domowym. Autorka momentami próbuje budzić grozę i sprzeciw wobec niesprawiedliwości w wychowywaniu dzieci – ale jest to głos dość cichy, bez możliwości przebicia się dalej. Kańtor próbuje jeszcze uwrażliwić odbiorców, przygotować ich na przyjmowanie rozmaitych subtelności - przez motyw kolorowego ptaka, który towarzyszy Paulinie w wyobraźni i na różnych etapach życia - ale poetyckie wstawki nie wszystkich w lekturze przekonają, podobnie jak obficie cytowane wiersze autorki ważnej dla Kańtor. Z tych elementów można było zrezygnować, a w zamian przyjrzeć się trochę bliżej płaszczyznom "wyciętym" z biografii bohaterki – bo Kańtor wprowadza tego typu granice między kolejnymi okresami życia postaci, jakby chciała zasygnalizować upływ czasu bez odwoływania się do świata przedstawionego.

Justyna Bednarek: Dusia i Psinek-Świnek. Pierwszy dzień w przedszkolu

Nasza Księgarnia, Warszawa 2018.

Co będzie?

Temat oswajania z przedszkolem nie zaskakuje. Justyna Bednarek odwołuje się do motywu ważnego dla wszystkich dzieci w wieku przedszkolnym (i, siłą rzeczy, także ich rodziców). Żaden maluch, choćby nie wiadomo jak przekonywany przez dorosłych, na początku nie będzie pałał entuzjazmem do tej instytucji. Wchodzi tu w grę strach przed nieznanym, obawa przed rozłąką z rodzicami, a także szereg innych motywów, do których starsze pokolenie niekoniecznie dotrze – bo już nie pamięta swoich młodzieńczych doświadczeń. Z pomocą rodzicom, których autorytet jest w tym wypadku niewystarczający, przychodzą kolejni bohaterowie tomików dla dzieci: maluchy, które na własnej skórze testują rozrywki przedszkolne, a potem dzielą się uwagami (zazwyczaj entuzjastycznymi) z odbiorcami, małymi słuchaczami. Teraz do grona bohaterskich dzieciaków dołącza Dusia, mała dziewczynka, która do przedszkola iść nie chce i ze strachu nie może nawet spać w nocy przed tym wielkim wydarzeniem. Rodzice Dusi, jak wszyscy rodzice, nie widzą problemu, nie szukają też alternatywy. Bohaterka musi przynajmniej jeden dzień w przedszkolu spędzić. Ale żeby było jej raźniej, mama przygotowuje dla niej własnoręcznie maskotkę. Chociaż Dusia marzy o psiaku, w wyniku nieporozumienia otrzymuje świnkę. Psinek-Świnek będzie jej pluszowym towarzyszem w przedszkolnych podbojach, sam też przeżyje różne przygody w nieoczekiwanym miejscu.

Mama za bardzo streszcza ideę pobytu w przedszkolu. Opowiada dziecku całą sytuację bez konkretów, więc trudno maluchowi wyobrazić sobie, co naprawdę go czeka. Dlatego też może śledzić przeżycia Dusi. Dziewczynka poznaje nowe dzieci, przekonuje się, że czasami ci, którzy wyglądają na sympatycznych, w rzeczywistości tacy nie są, a z tych nieśmiałych i skrytych robią się najlepsi towarzysze zabaw. Nie ma się co uprzedzać do płci czy wyglądu, bawić się można z każdym, kto ma na to ochotę i kto dysponuje wyobraźnią. Nie zawsze też spełniają się życzenia co do jadłospisu, ale nie ma co wybrzydzać, zwłaszcza że na wszystko znajdzie się sposób. Nawet leżakowanie nie wydaje się straszne. A zabawy daje się zorganizować tak, żeby każdy czuł się dobrze w swojej roli. Sam dzień w przedszkolu mógłby być nieco nudny, zwłaszcza że stanowi temat wielu książeczek dla najmłodszych. Dlatego też Justyna Bednarek wspomaga się odrobiną wyobraźni. W pewnym momencie Dusia chowa Psinka-Świnka do czajnika swojego nowego kolegi – a narracja przenosi się na przygodę maskotki. W czajniku pojawia się cały świat pełen dziwnych stworzeń: miasteczko, w którym każdemu z mieszkańców można w jakiś sposób pomóc. To nadaje całości wymiaru nieprzewidywalności, jest sympatyczną niespodzianką dla odbiorców, namiastką bajki i sposobem na pobudzenie fantazji. Sama akcja nabiera dzięki temu tempa, kiedy już autorka powróci do Dusi, okazuje się, że coraz przyjemniej spędza ona czas ze swoimi rówieśnikami. Dziewczynka może też opowiedzieć przygody swojej maskotki: w końcu Psinek-Świnek sam nic nikomu nie opowie, a szkoda by było stracić takie wiadomości. Finał tomiku jest oczywisty, mała bohaterka musi po prostu przekonać się do sensu chodzenia do przedszkola - żeby jej stanowisko przejęli odbiorcy. W sprytny sposób Justyna Bednarek zachęca zatem do zaangażowania się w temat, pokazuje rodzicom, jak oswajać motyw przedszkola. Dostosowuje swoją bajkę do wieku odbiorców, sprawia, że będą oni chcieli śledzić przygody Dusi i jej świnki. Do tego dochodzą zabawne i dziecięce ilustracje Marty Kurczewskiej – kolejny powód, żeby przy książeczce zatrzymać się na dłużej i czerpać radość ze wspólnej wieczornej lektury. Jest to tomik objętościowo niewielki, ale niosący wszystkie ważne znaczenia. Justyna Bednarek bez trudu zdobędzie liczne grono fanów dzięki takiej historii. Dusia i Psinek-Świnek z kolei sygnalizują początek ciekawej bajkowej serii, w której wszystko może się zdarzyć - i to na dwóch płaszczyznach.

sobota, 12 maja 2018

Katherine Arden: Niedźwiedź i słowik

Muza SA, Warszawa 2018.

Siła magii

Wasia jest dzielna. Od dziecka nic nie jest w stanie wyprowadzić jej z równowagi. Sama postrzegana bywa jako żywe srebro i budzi silną niechęć swojej macochy, Anny. Dziewczynki nikt nie może okiełznać, jedyną osobą, która ma na nią jako taki wpływ, jest Dunia, stara piastunka pamiętająca jeszcze matkę Wasi. Do tego bohaterka tomu "Niedźwiedź i słowik" ma niezwykły dar: widzi baśniowe stwory, które dzielą przestrzeń z ludźmi. Domowiki gnieżdżą się w kątach chat, leszy stróżuje w lesie, rusałka wabi mężczyzn do jeziora, bo potrzebuje krwi jako pokarmu. Takich istot jest mnóstwo, demony czają się w mroku i mogą w każdej chwili podejść pod dom, a nawet zagrozić jego mieszkańcom. Zwłaszcza że Anna zabrania składać im ofiary. Niewypowiedziana wojna między światami może sprowadzić na dom poważne niebezpieczeństwo. Jakby tego było mało, Wasia wpada w oko demonowi mrozu. Zjawa zostawia dla niej talizman: chce mieć pewność, że w przyszłości Wasia należeć będzie do niego.

Katherine Arden sięga tutaj po motywy bardzo odbiegające od standardowych fabuł. Ucieka w głąb Rusi, co widać i w przestrzeni powieściowej, i w delikatnej językowej stylizacji, i w samym temacie. Porusza się przez cały czas na granicy baśni i realizmu, snu i jawy, mroku i niespodzianek. Wychodzi od starych podań i legend przekazywanych ustnie z pokolenia na pokolenie: dzieci lubią się bać, słuchając opowieści o tajemniczych mieszkańcach domostw – ale nie wszystkie mogą widzieć je naprawdę. Wasia poza tym, że dostrzega demony, rozmawia z nimi i wie, czego im potrzeba, żeby chroniły jej bliskich. Czasami z istotami z baśni porozumiewa się lepiej niż z własną rodziną czy mieszkańcami wsi. Młoda i przepełniona brawurą, jest też niezwykle inteligentna – tej cechy nie widzą w niej postronni, przerażeni pomysłami dziewczyny. Tylko Wasia jest jednak w stanie przeciwstawić się duchownemu, który przybywa do wsi, żeby okiełznać siły mroku. Tylko ona rozumie, że równowaga między światami nie może zostać zachwiana. Nic więc dziwnego, że zwraca na nią uwagę nie tylko demon mrozu, ale i jego okrutny brat, niedźwiedź. Atmosfera nabrzmiewa i wszystko dąży do wielkiego konfliktu. Katherine Arden układa rzeczywistość dziewczyny w oparciu o kilka wątków ważnych dla wieku dojrzewania – i kilka uniwersalnych zagadnień, które pozwalają wzbudzić zainteresowanie historią. Urzeka czytelników klimatem, egzotyką objawiającą się mrozem, bliskością śmierci i lawirowaniem między fantazją i realiami. To, co w bajkach, nagle zaczyna rozprzestrzeniać się na życie codzienne bohaterów - i to w przekonującym stylu. Można docenić kunszt pisarstwa Arden, ale również jej pomysły, dzięki którym ta powieść żyje i bez przerwy zajmuje czytelników - za każdym razem innym zagadnieniem, stopniowo rozwijanym.

Spore wrażenie robić będzie w tym tomie sama narracja: melodyjna, płynna, idealnie dopasowywana do biegu wydarzeń. Czytelnicy mają wrażenie przejścia do świata fantazji, zanurzenia się w nim i odkrywania jego wad i zalet, uczestniczenia w perypetiach Wasi. Nie widać granicy między baśnią i rzeczywistością, mimo że w powieści ona wyraźnie funkcjonuje. Jest to zatem odskocznia od standardowych czytadeł, ponowna próba wskrzeszenia na potrzeby literatury rozrywkowej sprawdzonych już schematów i charakterów. W codzienności Wasi jest miejsce wyłącznie na silne uczucia, na ekstremalne doznania i na prawdy, które okażą się oczywiste dopiero po nazwaniu ich. Katherine Arden zapewnia czytelnikom przejście do świata fantazji, chociaż czerpie obficie z ludowych wierzeń i podań, potrafi nadać historii rys indywidualizmu, sprawia, że opowieść wypada oryginalnie i chce się do niej wracać. Jest "Niedźwiedź i słowik" publikacją mocno angażującą wyobraźnię - a to rzadkość w "dorosłych" fabułach. Arden nie bała się odejścia od poczytnych schematów i ta decyzja bardzo się jej opłaciła.

Erich Kästner: Emil i detektywi

Jung-off-ska, 2018. (wznowienie)

W starym stylu

Emil wie, że w domu się nie przelewa i powinien pomagać mamie, jak tylko może. Wie też, że w związku z problemami finansowymi musi sam pojechać do babci. Podróż wprawdzie jest długa i może przysporzyć różnych kłopotów, ale rezolutny dzieciak zdaje sobie sprawę z tego, że obecność mamy jest w tym wypadku wykluczona. Na dowód zaufania do bohatera tomiku "Emil i detektywi", ale także i bezradności dorosłych, Emil dostaje do przewiezienia kopertę z pieniędzmi. Ma w niej fundusze na bilet powrotny, a także to, co powinien przekazać babci jako pomoc od mamy. Chłopiec bardzo poważnie traktuje swoją misję, nie dość, że bez przerwy sprawdza, czy koperta tkwi na swoim miejscu w kieszeni, to jeszcze przyszpila sobie ją do podszewki, żeby na pewno przypadkiem nie wypadła. Na początku podróż upływa sympatycznie: Emil świetnie dogaduje się ze współpasażerami w przedziale, jest grzeczny i miły, więc dorośli go chwalą. W pewnym momencie jednak chłopak zasypia, a po przebudzeniu orientuje się, że koperta z pieniędzmi zniknęła. Wyrusza w pościg za najbardziej podejrzanym typem z pociągu. Sam jednak niewiele wskóra, na szczęście spotyka grupę chłopców, którzy pospieszą mu z pomocą. Berlińska "banda" cechuje się znakomitym zorganizowaniem, zmysłem przedsiębiorczym, talentami do współpracy, a przy tym również umiejętnością błyskawicznego podejmowania rozsądnych decyzji. Zasad organizacji można by się na przykładzie tych dzieci uczyć, z czego Emil skwapliwie korzysta. Teraz już złodziej musiałby wykazać się nadnaturalnymi umiejętnościami, żeby umknąć. Maluchy za to – chociaż w zabawie śmiertelnie poważne i z zaangażowaniem realizujące swoje obowiązki - mają sporo rozrywki przy niespodziewanym wyzwaniu. Emil nie może zwrócić się z prośbą o pomoc do policji, co wydawałoby się najbardziej naturalnym rozwiązaniem: nie tak dawno domalował wąsy na pewnym pomniku i czuje się trochę jak przestępca.

W "Emilu i detektywach" liczy się umiejętne przejście w świat najmłodszych. Erich Kästner szanuje swoich odbiorców, pokazuje im możliwość przeżycia prawdziwej przygody i udowadnia, że dzieci mogą być bardziej sprytne od dorosłych. Tu z maluchami trzeba się liczyć - co nie wyklucza rozrywki. Warte uwagi są relacje między dziećmi: akceptowanie hierarchii "społecznej" w mikroskali, odpowiednie rozdzielanie zadań, bezkonfliktowość, gdy w grę wchodzi wyższy cel. Jasne, że autor idealizuje sytuację, ale robi to w stylu, którego można mu tylko pozazdrościć. To, co dzieje się na ulicach za sprawą Emila wciąga - nie tylko jako fabułka książki.

Co ciekawe, w narracji autor często posługuje się chwytami wykluczanymi obecnie z literatury rozrywkowej: zwraca uwagę na postać narratora-pisarza, wprowadza kolejno bohaterów jako elementy układanki, długo zapowiada przyszłe wydarzenia, zanim do nich dojdzie. Wprowadza też elementy absurdu, choćby historię o morzach południowych (to nawiązanie do "35 maja"). Prześmiewczo traktuje stereotypowe podziały na zajęcia męskie i kobiece, za sprawą kuzynki Emila, która zajmuje się podawaniem chłopcom ciasteczek i byciem obiektem podziwu. Jest to książka, która mimo upływu czasu wciąż inspiruje i może cieszyć małych odbiorców (nie tylko ich, podróż sentymentalna do lektur dzieciństwa okaże się w tym wypadku niezbyt męcząca). Ilustracje Joanny Rusinek dopełniają całości - pozwalają znów wrócić do beztroskiego świata, którego rodzice nie zrozumieją i lepiej, żeby nawet nie próbowali. Erich Kästner łączy w tej książce poczucie humoru, przygodę, wartką akcję i narrację z nastawieniem na autotematyzm, funduje dzieciom wielką podróż, a przy okazji pokazuje, na czym polega dojrzałość i odpowiedzialność. Najważniejszym motywem jest tu jednak niepowtarzalność fabuły, akcja, którą trudno byłoby sobie wyobrazić. Dobrze, że książki tego autora powracają na rynek wydawniczy, by kolejne pokolenia mogły bawić się razem ze znanymi postaciami. Emil to obietnica przygody.

piątek, 11 maja 2018

Lucy Courtenay: Wieczór filmowy

Ya! Warszawa 2018.

Cena miłości

Tworzy Lucy Courtenay niemal modelową amerykańską powieść pop dla nastolatków. "Wieczór filmowy" wykorzystuje rozwiązania charakterystyczne dla seriali obyczajowych – i dość prosty do przewidzenia schemat. Tu jednak o rozrywkę chodzi, a ta (w wersji pop) nie ceni komplikacji fabularnych. Autorka dodatkowo zamienia się w przewodnika po filmach wszech czasów - to pasuje jej zresztą do opowieści. Punkt wyjścia nie należy do wymyślnych: oto Hanna, nastolatka porzucona właśnie przez ukochanego (zresztą - chłopaka uznanego za największego szkolnego przystojniaka), mocno przeżywa rozstanie. Jest atrakcyjna i długo nie powinna być sama. Swoją szansę na miejsce przy jej boku dostrzega Sol, wieloletni i wierny przyjaciel, beznadziejnie w Hannie zakochany. Jak to zwykle bywa, chociaż bohaterowie znają się od podszewki, mają problemy z wyznawaniem uczuć. Jedno, co mogą zrobić - dla siebie nawzajem – to zorganizować sobie cykl wieczorów filmowych, niewinnych spotkań z najciekawszymi albo najbardziej wymownymi obrazami. Dla Hanny to szansa na ukojenie. Dla Sola – nadzieja na ocieplenie relacji. Tyle że w takich wypadkach nigdy nic nie idzie zgodnie z planem. Blurb zapowiada rozwój sytuacji, chociaż autorka stara się, żeby przynajmniej na początku nie było banalnie. Ona tęskni za tym, który ją porzucił. On udaje, że był w innym związku (i naprawdę zaczyna chodzić z córką gliniarza, mimo że serce oddał Hannie). Nie zwracają się ku sobie, nie mają na to miejsca w pełnej niemożliwych do spełnienia pragnień codzienności. Autorka indywidualizuje Sola. Chłopak interesuje się tworzeniem filmów z udziałem papierowych figurek. Doskonali system animacji poklatkowej, wykorzystuje niekonwencjonalne pomysły. W filmach może wyrażać siebie, a to nie do przecenienia. Sol ma zatem talenty, które postawiłyby go w innym świetle wśród rówieśników - na razie jednak brak mu pewności siebie, więc trzyma to w ukryciu. Jeszcze jedno go wyróżnia: Sol ma dwóch ojców (i dość agresywnego kota). To nie przysparza mu uznania rówieśników, ale tylko ci, którzy bardzo chcą mu dokuczyć, wykorzystają ten motyw.

U Hanny pojawia się jeszcze inny temat istotny dla nastoletnich odbiorczyń: kwestia fałszywych i prawdziwych przyjaźni. Kiedy bohaterka zadaje się z popularnymi dziewczynami (najbardziej dostrzeganymi w szkole), sama staje się popularna, spływa na nią część splendoru. Traci za to dawną prawdziwą przyjaciółkę. Kiedy popada w niełaskę u popularnych, może zrozumieć, jaki koszmar zafundowała Lizzie. Dąży do rozmowy i do wytłumaczenia tego, co się kiedyś stało. Wśród zazdrości, zdrad, nieporozumień i wyrzutów znajdzie się miejsce naprawdę - a to oczyszcza atmosferę.

Jest w "Wieczorze filmowym" kilka wskazówek dotyczących pierwszych doświadczeń seksualnych – mimochodem dziewczyny dzielą się przemyśleniami na temat, jak dobrze wybrać chłopaka, z którym pójdą do łóżka. Ale pojawiają się i uwagi o samych związkach. W domu Sola poobserwować można bez stereotypowych obciążeń, jak łagodzić spory i jak zostawiać partnerowi margines wolności. To cenna lekcja dla młodszych czytelniczek. A same wieczory filmowe mogą przejść i do codzienności odbiorców. Zwłaszcza że na zakończenie rozdziałów pojawiają się ramki z bardzo krótkim opisem filmu i elementami, na które warto zwrócić uwagę przy oglądaniu. To podpowiedź i inspiracja, możliwość poszerzania horyzontów albo lekcja kultury. Spotkanie z obrazami kultowymi, ważnymi i czasem już niedocenianymi przez młode pokolenia. "Wieczór filmowy" to książka lekka i rozrywkowa, czytadło z ambicjami, ale nie na tyle, żeby odstraszać czytelników. Lucy Courtenay pozostaje blisko problemów młodych ludzi, wie, czym przywabić czytelniczki. Przypadek Hanny jest pouczający z wielu względów, pomaga jednak zrozumieć istotę społecznych kontaktów, podkreśla, co liczy się w międzyludzkich relacjach.

czwartek, 10 maja 2018

J. S. Monroe: Znajdź mnie

W.A.B., Warszawa 2018.

Poszukiwania

"Znajdź mnie" to powieść określana jako thriller psychologiczny i oparta na prostym założeniu, że kat najczęściej znany jest ofierze. Chociaż J. S. Monroe sięga raczej po stereotypowy motyw, a grozę opiera na krzywdzie, bólu, strachu i cierpieniu – udaje mu się wciągnąć w historię nawet czytelników sceptycznie nastawionych do gatunku. Uruchamia kilka społecznych lęków, odwołuje się na przykład do kwestii znikania bez śladu młodych ludzi z problemami emocjonalnymi. Do takich należy Rosa, wielka miłość Jara. Rosa rozpoczyna studia, chociaż boryka się z traumą: właśnie umarł jej ojciec. Dziewczyna próbuje jednak żyć tak, jakby on tego chciał, stara się zasmakować studenckiego życia i szukać zapomnienia w imprezach. Sytuacja jest o tyle dobra, że pojawia się Jar, z którym Rosę łączy głębokie uczucie. Ale pewnego dnia Rosa popełnia samobójstwo. Kiedy zaczyna się właściwa opowieść, od tamtego momentu mija pięć lat. Jar, chociaż próbuje pogodzić się ze stratą, w dalszym ciągu tęskni za Rosą. Miewa nawet halucynacje: wydaje mu się, że widzi dziewczynę w przypadkowych miejscach. Wpada na trop tajemnicy – otrzymuje też wgląd do dziennika Rosy. Niewielu wierzy w jego szalone teorie, ale Jar w końcu zyskuje pewność, że Rosa nie umarła. Pozostaje mu tylko rozumieć, co naprawdę stało się pięć lat wcześniej.

J. S. Monroe prowadzi kilka narracji. W podstawowej prezentuje teraźniejszość Jara. Towarzyszy mężczyźnie w odkrywaniu sekretów z dawnych lat, pokazuje determinację i upór. Może też nakreślić uczucie rzadko spotykane, zdolne pokonywać największe trudności. To danina dla fanów obyczajówek, przez długi czas w relacji strach funkcjonuje na odległym planie, a tom przypomina po prostu powieść psychologiczną z realizowanym wątkiem romansowym. Jedyny posmak kryminału zapewnia potencjalna egzystencja Rosy – z dala od zwyczajnego świata. Drugą narrację stanowią retrospekcje bohaterki. W nich rysuje się sytuacja Rosy z krótkiego okresu przed samobójstwem. To migawki, czasem niewnoszące wiele do życiorysu kobiety, ale wprowadzające nowe postacie i tematy. Dla Jara to na przemian albo możliwość poznania mniej kojarzonych wątków z życia ukochanej, albo zestaw tropów. Rosa w dzienniku nie może pisać wprost, ale już sygnały sekretów w połączeniu z rozbudzoną podejrzliwością Jara to szansa na ratunek. Te dwie podstawowe narracje z biegiem czasu ewoluują: dziennik może zmienić się w list lub mail, do głosu dochodzą też inni bohaterowie. Jar w dalszym ciągu walczy o prawdę, reszta przynosi okruchy wyjaśnień. To proste rozwiązanie, ale dobrze się sprawdza w budowaniu atmosfery tajemniczości i niepokoju. A że J. S. Monroe dba o jakość opowieści - odwraca uwagę od schematów fabularnych i oczywistości. Daje się tu w formie zauważyć odejście od kreskówkowych fabułek w stronę literackości, autor karmi czytelników prozą. Żeby wypełnić własny powieściowy świat, sięga i po motywy z Bildungsroman, i po akcenty z młodzieżówek, po powieść szpiegowską i literaturę sensacyjną. Z tego tygla stopniowo i bardzo subtelnie przechodzi do klimatu noir, zupełnie jakby chciał najpierw przywiązać do siebie czytelników, a dopiero później, z pewnością, że już lektury nie porzucą, dostarczyć im jak najsilniejszych wrażeń. Do pisania tej książki autor przystępuje z pełną świadomością reguł gatunku – by w pewnym momencie szukać przełamania dla tych reguł. Nie pozwoli odbiorcom uciec, nawet gdy już pojawi się rozwiązanie zagadki.

Samo cierpienie rzadko jest tu odmalowywane bezpośrednio, autor woli pozostawiać czytelnikom gubienie się w domysłach i obraz panicznego strachu przed torturami, z których śmierć byłaby wybawieniem. W pewnym momencie będzie musiał zdradzić, co działo się za zamkniętymi drzwiami – ale przez długi czas pozostawia temat wyobraźni odbiorców, skupiając się raczej na śledztwach i intrygach okołokryminalnych. Ukryte zło dużo bardziej przeraża, i w dużej mierze o to właśnie chodzi. "Znajdź mnie" miejscami odchodzi od prawdopodobieństwa w psychice postaci, nie docenia siły zniszczeń (albo przecenia determinację). Skręca w baśń, żeby wypełnić oczekiwania publiczności literackiej – i za to może ściągnąć na siebie największą krytykę. Sporo w tej książce różnorodnych emocji, ale i skrajnych doświadczeń. To, e autor wierzy w możliwość ocalenia, widać od pierwszych stron tekstu. Funduje jednak odbiorcom mroczną wyprawę tam, gdzie lepiej się nie zapuszczać. "Znajdź mnie" to powieść bardzo umiejętnie wykorzystująca sprawdzone chwyty gatunkowe. Dla tych, którzy nie zadowolą się prostym rejestrowaniem wydarzeń.

środa, 9 maja 2018

Sari Wilson: Patrz, jak tańczę

W.A.B., Warszawa 2018.

Sztuka tańca

Małe dziewczynki często ćwiczą balet, nawet jeśli nie mają warunków, by zostać zawodowymi tancerkami. Balet oznacza jednak pracę nad sylwetką, lekcję systematyczności, szereg wyrzeczeń, które zdaniem wielu rodziców kształtują charakter. Balet uczy gracji i lekkości, staje się niemal synonimem dziewczęcości. W stereotypowym ujęciu nie ma miejsca na myśleniu o ciężkiej pracy, kontuzjach czy ranach. Baletnica ma być kwintesencją stylu. Sari Wilson w "Patrz, jak tańczę" wychodzi od takiego obrazka. Dziewczynki (zwane "koczkami") poświęcają wszystko, by zrobić karierę taneczną. Przeżywają liczne upokorzenia, męczą się przez rywalizację, doznają silnego stresu. Nie wszystkim uda się odnieść sukces, tylko część koczków otrzyma szansę na pokazanie się w solowych tańcach i popisy u boku najlepszych.

Mira należy do koczków. Dla niej balet to życiowa szansa - możliwość wyrwania się z biedy i środowiska, które nie pozwala na rozwój. To nadzieja na lepszy los niż doświadczenia matki. Mira jeszcze nie musi doceniać tego, co zyskuje dzięki baletowi, ale już wie, że powinna dać z siebie wszystko. Cała jest tańcem. Kiedy na swojej drodze jako dziecko spotyka Maurice'a, wiele się zmienia. Maurice – starszy i kaleki – daje jej coś, czego Mira nie miała do tej pory. Stopniowo odkrywa jej kobiecość. I sprawia, że Mira przechodzi ogromną metamorfozę. Doświadczenia Miry przedstawiane są stopniowo i dość enigmatycznie, autorka najpierw długo wprowadza odbiorców w specyfikę świata koczków. Mira innej rzeczywistości nie ma jak poznać, balet to dla niej nadzieja na lepsze życie. Dopiero czas weryfikuje marzenia. Migawki z przeszłości - dzieciństwa Miry – nie dotyczą otoczenia. Akcja zawęża się do dziewczynki i ludzi, którzy bezpośrednio się z nią stykają. To jedna narracja, ale nie jedyna. Druga dotyczy kobiety, profesor zajmującej się tańcem, Kate. Kate dzieli się ze studentami wiedzą, doświadczeniem i pasją. Pozwala się uwieść swojej studentce, chociaż nie ma ochoty na dłuższy związek. Ale ten gest staje się dla niej momentem przełomowym, impulsem do zastanowienia się nad własnym życiem. Bardzo powoli odsłania się istota relacji między Mirą i Kate. Wcale nie polega ona wyłącznie na uwielbieniu do tańca.

"Patrz, jak tańczę" to powieść oparta na obyczajowym dramacie. To, co zdarzyło się kiedyś, jest dotąd tak ważne, że nie może przebić bieżących wydarzeń, nawet jeśli te bieżące grożą zburzeniem tego, co się wypracowało i osiągnęło. Opowieść dotycząca Miry angażuje bardziej, chociaż obie postacie zasługują w swoich doświadczeniach na współczucie. Warto przy tym zaznaczyć, że chociaż bohaterki ulegają innym, nie są bezwolne – to one podejmują decyzję, by podporządkować się swoim partnerom i nie chcą zauważać ich przewagi w prowokowaniu zmysłowych spotkań. Siłą rzeczy "Patrz, jak tańczę" jest mocno nastawioną na cielesność historią. Balet przestaje być tu ujmowany romantycznie. To sutki dziewczynek odznaczające się na trykotach, niszczone wstążki, siatki na koczki plecione z ludzkich włosów. To zniszczone pointy i całe lata wyrzeczeń. Ciało dochodzi do głosu i z czasem robi się coraz bardziej wyraziste – ale rozbudowywana fizyczność zaprzecza eterycznemu obrazowi baletu. I tym kontrastem Sari Wilson operuje dość długo. Kulisy tańca wiążą się tu bardziej z przyziemnością niż wzniosłymi uczuciami, zarówno Mira jak i Kate – w osobnych historiach - poświęcają się tańcowi i to poświęcenie oznacza też sporo kłopotów. Za dużo jak na realizowanie pasji.

Sari Wilson posługuje się prostym narracyjnym schematem, dwa wątki prowadzone równolegle w odpowiednim momencie łączy ze sobą, korzysta z motywów i zabiegów czytelnych dla odbiorców - i też uzasadnianych kulturowo. Przewidywalność konstrukcyjną nadrabia natomiast samą relacją, sposobem przedstawiania podwojonej opowieści, spojrzeniem na przeszłość i teraźniejszość. W "Patrz, jak tańczę" mieści się przenikliwe studium ludzkiego charakteru - łamanego wiele razy i tłamszonego przez różne postacie. To, co w dzieciństwie dzieje się z ciałem Miry, w dorosłości przekłada się na uczucia i emocje Kate. Ten sam proces, podobne przyczyny, różne reakcje.

wtorek, 8 maja 2018

Richard Mabey: Roślinny kabaret. Botanika i wyobraźnia

Prószyński i S-ka, Warszawa 2018.

Bogactwo flory

Coraz częściej zwraca się uwagę w publikacjach popularnonaukowych na rolę roślin w życiu i twórczości człowieka. O ile temat ekologii, warunków do rozwoju życia, znaczenia w ekosystemie itp. - jest niezaprzeczalny – o tyle już wpływ flory na osiągnięcia cywilizacyjne i kulturowe omawiany jest rzadziej. Tym właśnie zajmuje się Richard Mabey w tomie "Roślinny kabaret. Botanika i wyobraźnia". Związki ludzi i roślin w historii sztuki, medycynie, archeologii, literaturze czy mitach to akcenty barwne, pokazujące, jak wiele tajemnic świata flory przenika do codzienności i funkcjonuje nawet w roli metafor lub symboli.

Mabey sięga po różne gatunki roślin. Stosunkowo długo zajmuje się drzewami: odczytuje przyczyny fascynacji nimi i ślady w dawnych historiach, pyta o związki topografii i układu drzew, pokazuje, jak za pomocą drzew tłumaczy się zjawiska charakterystyczne dla ludzi, a nawet – jak wprowadza się drzewa do filozofii. Pomniki przyrody zamieniają się tutaj w wielowarstwowe nośniki znaczeń, nie istnieją już wyłącznie w kategoriach estetycznych czy jako punkt odniesienia: pomagają zrozumieć rzeczywistość. Wycieczki krajoznawcze łączą się tu z perspektywą osobistą, bo autor opisuje zjawiska sobie znane, wybiera się do konkretnych miejsc, żeby móc je przedstawiać z pełnym przekonaniem. Trzeba przyznać, że to podejście - badacza, ale i zwykłego "widza", obserwatora teatru roślin, imponuje i stanowi mocną stronę książki.

Nie oznacza to, że Mabey poprzestaje na roślinach, które dominują za sprawą rozmiarów. Przygląda się i roślinom leczniczym, ciekawostkom ze świata botaniki. Sprawdza, jak rośliny karmią człowieka i jak go ubierają, ale też - jak wymuszają wyobraźniowe uzupełnienia białych plam na mapie wiedzy. Stąd choćby "roślinne jagnię", kuriozum dziś niemal zapomniane, ale jednak atrakcyjne w swoim absurdzie. Autor opowiada o talentach roślin, nakreśla korzyści związane z fotosyntezą. Odwołuje się do roślin dziwnych – do tych, które polują na mięso i do tych, które wydzielają nieprzyjemny zapach, znajduje też takie, które lubią udawać nieprawdziwe. Każdy rozdział po temacie drzew oznacza przechodzenie od gatunku do gatunku, wyszukiwanie tego, co nietypowe albo ważne z punktu widzenia odbiorców. Tu każdy czytelnik może poczuć się jak badacz, wziąć udział w odkrywaniu misterium przyrody.

Richard Mabey bardzo dba o to, by akcentować niespodzianki wśród roślin. Zastanawia się, dlaczego mimoza gwałtownie reaguje na dotyk, ale też - skąd wzięła się moda na paprocie. Znajduje miejsce na zaprezentowanie całej galerii botaników, nie z perspektywy ich biografii, raczej – historii odkryć lub poświęceń. Jest ta publikacja tomem obszernym, ale lektura przebiega tu raczej szybko. Kolejne rozdziały są krótkie, ale bardzo treściwe, nasycone wiadomościami. Nie ma śladów kabaretu, raczej pokaz możliwości roślin wprawiający w podziw lub zdumienie. Autor nie zamęcza czytelników ani teoriami, ani fachowymi wiadomościami - wszystko rozprowadza w zgrabnych szkicach. Sprawia, że czytelnicy zaczną się uważniej przyglądać otoczeniu. Odrzuca autor nawoływanie do ekologicznego trybu życia, bezpośrednio nie tłumaczy, że należy chronić przyrodę. Przedstawia dwa osobne światy, funkcjonujące obok siebie, jedynie czasami przetykane wzajemnymi relacjami. Ludzie mogą tylko podziwiać rośliny. Rośliny bez ludzi świetnie sobie poradzą.

Mabey ogląda rośliny, czyta o roślinach, szuka informacji o nich w historii, sięga do sztuki. Fascynuje się botaniką, ale i jej istnieniem poza naturą. Z tego tomu można się dowiedzieć, jak wiele zagadek kryje w sobie świat roślin. Można przyjrzeć się błędom popełnianym przez uczonych, interpretacjom (niekoniecznie poprawnym). Pozwala autor sprawdzać, jak rozwijała się myśl na temat botaniki jako przekaźnika prawd o człowieku. Rzecz jasna nie brakuje tu i informacji na temat wykorzystywania darów natury. Mabey zaznacza sposoby działania człowieka, razem z konsekwencjami podjętych decyzji. I w tym wypadku rośliny nie muszą zostawać bierne wobec stosowanych rozwiązań. Pojawiają się w publikacji pytania oczywiste, ale i takie, które nie nasunęłyby się przeciętnemu odbiorcy.

poniedziałek, 7 maja 2018

Katarzyna Enerlich: Piękno z pól i łąk

MG, Kraków 2018.

Przepisy na zdrowie

Życie w zgodzie z naturą to w ostatnich czasach hasło tyle modne, co trudne do zrealizowania. Jednak dzięki łatwości wymieniania się opiniami i pomysłami za sprawą internetu slow-life zatacza coraz szersze kręgi. Nie jest to wyłącznie trend: zmiana trybu życia ma zaowocować też lepszym zdrowiem i oszczędnościami. Tymi argumentami posługuje się Katarzyna Enerlich, kiedy usiłuje nakłonić czytelniczki do odrzucenia drogich i nafaszerowanych chemią kosmetyków. W tomie "Piękno z pól i łąk" staje się przewodniczką dla odbiorczyń gotowych na zmiany. Nie zajmuje się zbytnio przekonywaniem do swojego trybu życia, w przeciwnym razie musiałaby przymierzyć się do zagadnienia najtrudniejszego: jak znaleźć czas na zabiegi pielęgnacyjne i przygotowywanie kolejnych receptur. Jednak tym paniom, które szukają inspiracji i chciałyby dbać o siebie bez wydawania majątku na kosmetyki pokaże, jak wykorzystywać dary natury i tanie, łatwo dostępne produkty spożywcze. Każdy rozdział w tej książce jest poświęcony osobnej grupie przepisów: na szampony, mydła, odżywki, peelingi, "kąpiele", żele pod prysznic, toniki itp. Autorka przedstawia też zestaw ziół i roślin, z których można korzystać - a które do zebrania są na każdej łące (tu przydałyby się jednak ilustracje, żeby uniknąć nieporozumień: niby łatwo dotrzeć do zdjęć, kiedy dysponuje się nazwą rośliny, ale szybciej byłoby mieć ją po prostu obok tekstu, na obrazku). Bezustannie zachęca do eksperymentowania i samodzielnych poszukiwań odpowiednich zapachów - daje też rady, które pozwolą się nie zniechęcić na starcie. Poza tym, że radzi, co z czym i dla jakiego efektu mieszać, tłumaczy też przyczyny niektórych zabiegów: sięga do wiadomości z chemii, żeby omówić bazę kremu czy zjawiska zachodzące przy tworzeniu kolejnych mazideł. Staje się dla odbiorczyń autorytetem (z którym, w dodatku, można porozmawiać o zainteresowaniach, bo autorka podaje swój adres mailowy i zachęca do korespondencji). Rozwija więc w odbiorczyniach pasję do samodzielnego przygotowywania kosmetyków. Można tu znaleźć informacje, co i jak przechowywać, jak długo można korzystać z danego produktu, albo – do czego wykorzystać większą ilość danego składnika, żeby nic się nie zmarnowało.

Podstawową część tomu stanowią przepisy, sprowadzone do najprostszych form: krótkich akapitów, bez szczegółowych wyliczeń ilości i czasu przygotowania. Co z czym wymieszać i w jakim celu – co można zastąpić czymś innym, albo jaki będzie wpływ mikstury na organizm – i tyle. Wprowadza Enerlich do opowieści również swoje spostrzeżenia i przemyślenia, czasami podsuwa czytelniczkom ostrzeżenia, innym razem po prostu dzieli się doświadczeniami, dzięki czemu odbiorczynie będą mogły uniknąć jej błędów. To, że prezentuje sprawdzone wiadomości, przekona do eksperymentowania - zresztą Katarzyna Enerlich często powtarza, że warto szukać własnych receptur. Otwiera to przed czytelniczkami morze możliwości w ramach tworzenia indywidualnych zestawów kosmetyków. Czasami tylko autorka napomyka, że musi upłynąć trochę czasu zanim da się zaobserwować dobroczynne działanie łąki i ogólnie - przejścia z chemii na naturalność. To odstraszy te czytelniczki, które wolą efekty widzieć natychmiast. Ale też nie dla nich jest to książka.

Enerlich staje się specjalistką od zdrowia pochodzącego z natury i usprawnia proces szukania dalszych inspiracji przez przedstawienie kilku blogerek, które mają coś do zaoferowania w tej dziedzinie. Udowadnia, że temat slow-life i dbania o własne zdrowie może przybierać różne oblicza i stać się sposobem na życie. Katarzyna Enerlich najpierw wyrobiła sobie markę jako autorka powieści obyczajowych - dzięki temu teraz może łatwiej trafiać do odbiorczyń zainteresowanych naturalnymi kosmetykami. W końcu obok pokrzepienia duszy zapewnia coś dla ciała.

niedziela, 6 maja 2018

Stanisław Grzesiuk: Boso, ale w ostrogach

Prószyński i S-ka, Warszawa 2018.

Wspomnienia z ulicy

Stanisław Grzesiuk pisać potrafił gawędziarsko i z zacięciem humorystycznym. A że przed wojną prowadził barwne życie najpierw szkolnego wisusa i rozrabiaki, a później ulicznego cwaniaka – przedstawia czytelnikom opowieść niepowtarzalną. To, co dzisiaj funkcjonować może jedynie jako stereotyp i sygnał specyficznego ulicznego kodeksu, w tomie "Boso, ale w ostrogach" ożywa i funkcjonuje jak wyjątkowo udany obrazek rodzajowy. Autor prowadzi czytelników przez obyczajowość i mentalność chłopaków z ferajny, opowiada o tym, jak kiwało się frajerów i jak dokuczało złośliwym sąsiadom, jak odgrywało za doznane krzywdy i jak unikało się kłopotów. Inteligencję i spryt łączy z serdecznością dla przyjaciół, odwagę - niemal brawurę - dokłada do honorowej postawy. Tu obowiązuje specyficzny kodeks moralny: dla grzecznych jest się jeszcze grzeczniejszym, złych spotka zasłużona kara. Pojawiają się przyjaciele, za których można poręczyć, nie tylko kompani od wódki i spirytusu, ale i towarzysze niedoli. Złaknieni hec i afer zawsze znajdą kogoś do zorganizowania drobnych lub większych kradzieży czy rozrób, zwykle jednak nie robi się tego dla draki - każda decyzja ma głębsze umotywowanie.

Prowadzi autor czytelników przez swoje doświadczenia od szkolnych lat, już tu widać bowiem specyfikę charakteru, to, co później wiele razy przekładało się albo na większe awantury, albo na unikanie nieprzyjemności. Grzesiuk ma wielki dar dopasowywania się do okoliczności, ale nie znaczy to, że jest spolegliwy czy nieśmiały. Potrafi prowokować tak samo dobrze, jak grać określone role, żeby obłaskawić sobie rozmówców. Reaguje błyskawicznie, proponuje genialne cięte riposty, argumenty, na które przeciwnicy w dyskusjach nie znajdą już odpowiedzi. Trudno odmówić Grzesiukowi racji w starciach i słownych przepychankach. Autor szczególnie lubi pokonywać w pojedynku na słowa zwierzchników, udowadniać tym, którzy się wywyższają, brak inteligencji. Jedynie ktoś, kto ma dystans do siebie, może znaleźć z bohaterem tomu wspólny język. Rozdziały książki w dużej części składają się z rozmów - widać w nich wyczucie pisarskie Grzesiuka i dążenie do puentowania scenek. Dialogi nie tylko rozśmieszają, ale i dają do myślenia. Funkcjonują tu także jako nośniki filozofii życiowej autora: Grzesiuk często w wyjaśnienia kierowane do innych ludzi spotkanych na swojej drodze wplata elementy swojego kodeksu wartości. W ten sposób można go lepiej poznać bez wrażenia uczestnictwa w niekończących się wiwisekcjach. Stanisław Grzesiuk wie też, jak portretować postacie, przywołuje tu kompanów, których wszyscy polubią - niby pozostających na marginesie społeczeństwa, parających się złodziejstwem czy kombinowaniem, żeby przeżyć, wdających się w bójki i awantury, ale mimo wszystko sympatycznych i zaufanych. Na tych ludziach można polegać - jeśli ktoś nie jest wart uznania ferajny, spotyka go zasłużona kara.

Język "Boso, ale w ostrogach" jest literacki i przemieszany z gwarą czy opowieściami mówionymi, w pół drogi do kolokwialności, ale bez uproszczeń czy udziwnień. Stanisław Grzesiuk pisze tak, jakby opowiadał, mając w świadomości fakt, że trafi do czytelników spoza przedstawianego kręgu - dostosowuje więc stylistykę do szerokiego grona odbiorców, pamiętając o cechach charakterystycznych choćby mowy ulicy. Nie wpada w hermetyczny ton, pozostaje dla wszystkich zrozumiały, ale zyskuje też koloryt lokalny, charakterystyczny i dziś już niespotykany rytm prozy. "Boso, ale w ostrogach" to opowieść autobiograficzna – ale daje się też czytać jako dokument lub... literatura piękna. Ma na to wpływ dobrze przemyślana konstrukcja rozdziałów, dbanie o puenty i o wrażenia czytelników. Nowe wydanie tej książki zostało wzbogacone o fragmenty usunięte z pierwszej edycji, a nieskreślone przez samego autora - porównanie z rękopisem pozwoliło na przywrócenie wielu mocniejszych fragmentów. Ponieważ w tej edycji dawne pominięcia zostały zaznaczone, łatwiej będzie czytelnikom zorientować się w rodzajach i znaczeniach ingerencji. "Boso, ale w ostrogach" to książka do dzisiaj barwna i ciekawa - zwłaszcza że prezentuje świat, który już nie istnieje.

Nowa kolekcja bajek. Elena z Avaloru

Egmont, Warszawa 2018.

Przygotowanie do rządzenia

Dzisiejsze bajkowe księżniczki muszą wykazywać się dzielnością i odwagą, a jednocześnie nie mogą zbytnio wyróżniać się z tłumu. Księżniczki disneyowskie poza tym są zawsze olśniewająco piękne (ale uroda nie ma większego znaczenia w ich codzienności), cierpliwe, mądre i dobre. Wiedzą, że prawdziwe wartości w życiu to miłość, przyjaźń i rodzina. Nie pozwalają sobie na grymasy, ale też nie leży to w ich charakterach. Łatwo wpasować w ten wzorzec Elenę, bohaterkę "Nowej kolekcji bajek" (a także filmów animowanych, których następstwem są książkowe produkcje). Elena nie ma już rodziców, trochę więc matkuje młodszej siostrze, Izabeli. Właśnie wstępuje na tron, więc przez najbliższy rok powinna uczyć się rozsądnego rządzenia. Do tego Elena nie zapomina, że jest młodą dziewczyną służącą jako wsparcie Izie. Nie jest obojętna na baśniowe otoczenie – zajmuje się jagunami (latającymi jaguarami) i zawsze spieszy im z pomocą. Mogłaby ratować cały świat, bo i całemu światu jest bez przerwy potrzebna.

W "Nowej kolekcji bajek" małe fanki Eleny przyjrzą się jej doświadczeniom od momentu koronacji po koniec pierwszego etapu "młodzieńczych" praktyk. Co oczywiste, na początku tomiku twórcy zwracają uwagę na zmiany, jakie czekają księżniczkę. Elena nie boi się obowiązków, poważnie podchodzi do swoich zadań, jest pewna, że nie zawiedzie swoich poddanych i zrobi wszystko, by byli szczęśliwi. Nie przejmuje się sytuacją, stres raczej tu mobilizuje. Elena od pierwszych chwil daje się uwielbiać - to ideał. Ale sytuacja zmusza ją do trudnych wyborów: dziewczyna, między innymi, będzie musiała pomóc młodszej siostrze w dopracowaniu wynalazku (cieszy fakt wykorzystania naszyjnika jako łańcucha - to sygnał przełomu w stereotypie) zamiast spędzać czas na balu, Elena ratuje też jaguny, gdy te wpadną w tarapaty, a dzięki swoim nadnaturalnym zdolnościom przydaje się i podczas Święta Zmarłych: rozmawia z duchem pewnej babci, żeby uratować rodzinę jej wnuków, zapobiec konfliktom i ulepszyć menu w rodzinnym biznesie. Elena poradzi sobie z przedziwnymi stworami na pirackim statku, poskromi groźną leśną wróżkę i wie, jak ocalić Avalor. Nic dziwnego, że coraz bardziej cenią ją nie tylko poddani i przyjaciele, ale też same czytelniczki.

Elena to bohaterka, która w każdej z pięciu przytoczonych tu historyjek przeżywa wielką przygodę związaną z innym aspektem życia w Avalorze. Opowieści należą do niezbyt rozbudowanych i czerpią ze stereotypów fabularnych, ale przez oryginalność Avaloru uda się na długo przyciągnąć małe czytelniczki. Z każdą relacją można poznać inny fragment królestwa - więc tomik łatwo się nie znudzi. Raz akcja rozgrywa się na dworze królewskim, raz – w krainie jagunów, trzeba więc sprawnie przeprowadzać bohaterkę między magicznymi przestrzeniami. Powtarza się tylko jedno: morał dla nowej królowej. Elena nie ma szans popaść w pychę czy utwierdzić się w przekonaniu, że nadaje się na tron. Z każdej sytuacji wyciąga lekcję dla siebie. Dowiaduje się rzeczy, które można bez wysiłku przełożyć na codzienność odbiorczyń - nie jest to zatem wyłącznie rozrywkowa publikacja, ma też aspekty wychowawcze. Lektura przyciągnąć może dzieci nie z tego powodu, a przez szatę graficzną. Wiadomo, że machinę promocyjną zapewnia film – ale ta książka robi wrażenie cukierkowymi obrazkami, soczystymi kolorami i akcentowaniem ruchu czy też tempa działań postaci. Ilustracje są bardzo malownicze, a do tego czasami uzupełniają też tekst: kiedy w pewnej krainie pojawiają się dziwne stworzenia, to w grafikach zostaje doprecyzowana ich niezwykłość wprost. I tak "Nowa kolekcja bajek" jako zbiór przygód Eleny z Avaloru sprawdza się jako zachęta do czytania. Przy okazji tomik świetnie uzupełnia serię Egmontu – z opowieściami o ulubionych kreskówkowych bohaterach.

sobota, 5 maja 2018

Domenico Starnone: Psikus

W.A.B., Warszawa 2018.

Między pokoleniami

Jest w tej powieści coś urzekającego, wcale nie ze względu na połączenie przedstawicieli dwóch marginalizowanych w obyczajówkach pokoleń. Daniele Mallarico ma siedemdziesiąt pięć lat. Jego wnuk, Mario – cztery. Ta dwójka, mimo że dotąd słabo się znająca, musi spędzić ze sobą trochę czasu, a wszystko przez dorosłych – skłócona ze swoim mężem córka Daniele chce wyjechać na konferencję naukową (będzie tam również, poza mężem, jej domniemany kochanek) i potrzebuje pomocy – kogoś, kto przez cztery dni będzie opiekować się dzieckiem. Daniele nie jest tym zachwycony: ma pilną pracę, musi przygotować zestaw ilustracji dla ambitnego wydawcy, ale nie znajduje argumentów, by odmówić córce. W dodatku Mario potrafi być naprawdę fascynującym dzieckiem.

To międzypokoleniowe porozumienie, które zawiązuje się między dziadkiem i wnuczkiem, nie jest nowe – ale w tej historii pojawia się widziane z dorosłej perspektywy. Dorosła jest też sama relacja. Daniele unika traktowania wnuka jak bezmyślnego kilkulatka. Na wstępie przekonuje się, jak rezolutny jest maluch i ile potrafi – a także jak posłuszny może być. Stopniowo odkrywa jego świat i próbuje się w ten świat wpasować. Wyczulony na rozmaite reakcje dziecka, uczy się, jak z nim rozmawiać, by osiągnąć cel. Wprawdzie matka Maria posługuje się wyłącznie kategorycznymi poleceniami i nie dopuszcza żadnej dyskusji, ale dziadek może porozumienie budować zupełnie inaczej. Dążący do jak najpełniejszej samodzielności Mario z pewnością doceni dyskretne wsparcie – i będzie mógł się popisać umiejętnościami przed obcym dotąd dziadkiem.

Ale mimo imponującego zestawu umiejętności, Mario pozostaje dzieckiem, które czasem potrzebuje beztroski i zabawy. Bohater nie rozróżnia jeszcze prawdy od zabawy w prawdę, nie rozumie, że może wyrządzić krzywdę nawet dorosłemu. Tymczasem Daniele myśli dość szablonowo: chociaż część zagrożeń jest w stanie wskazać, nie przewidzi, co wymyśli kreatywny maluch. „Psikus” to również rozrywki, które mogą źle się skończyć.

Daniele zmuszony do przebywania w jednym mieszkaniu z energicznym kilkulatkiem otwiera się na tę znajomość. Poznaje wnuka coraz lepiej i dostrzega to, czego nie chcą i nie dadzą rady zauważyć jego rodzice. Uczy się też ustępstw na rzecz dziecka, nawet jeśli nie ma zamiaru przychylać się do jego próśb, nie zignoruje do końca pomysłów Mario. Z czasem przekonuje się też, że ta relacja wpływa na jego twórczość. Mario bywa inspirujący i ma z dziadkiem więcej wspólnego, niż by ten się spodziewał. Kilka dni, podczas których trwa próba sił dwóch postaci spoza „dorosłego” świata, to szereg niespodzianek. Domenico Starnone portretuje bohaterów bez sentymentów – i to wielka zaleta książki. Dziadek traktuje wnuka na równi ze sobą, nie rozczula się nad nim i nie szczebiocze. Próbuje znaleźć klucz do małego człowieka i zrozumieć jego zachowania. Zyskuje na tym nie tylko uznanie dziecka. I chociaż „Psikus” przedstawia relację bez łzawych scenek, staje się powieścią wzruszającą i mądrą. Oryginalny temat zapewnia odejście od szablonów fabularnych – ale podstawową wartością jest tu realizacja. Scenki budowane są przekonująco, podobnie jak charakterystyki postaci. Mario i dziadek to wyjątkowa para, której trzeba się przyjrzeć, żeby odnaleźć to, co umyka w zabieganiu. Domenico Starnone jest autorem, który ucieka od oczywistości. Rozwija historię bardzo ograniczoną czasowo i terytorialnie, ale ma w zanadrzu celne spostrzeżenia na temat międzyludzkich relacji, a przy okazji także i sztuki. Jest „Psikus” książką, która nie wypuści czytelnika przed czasem z mieszkania, w którym Mario i dziadek poznają siebie nawzajem.

Pierwsze słowa. Kolory

Egmont, Warszawa 2018.

Uzupełnianka

To mała książeczka - i kartonowa, co automatycznie zawęża jeszcze jej objętość. Ale uwagę dzieci i rodziców przykuje świetnym pomysłem. Wydana w serii Pierwsze słowa (w ramach Akademii Mądrego Dziecka) ma uczyć maluchy rozpoznawania kolorów, zapewnia też swoistą interaktywność. Można z niej korzystać na wiele sposobów, w zależności trochę od wyobraźni dorosłych. "Kolory" to proste kształty, grafiki tworzone komputerowo, więc starannie wygładzone i pozbawione charakteru, chociaż bezimienne postacie są niemal zawsze uśmiechnięte, a to ważne. Ilustracji – i rozkładówek - jest kilka, na każdej dominuje inny kolor. Można więc pokazywać dzieciom barwy i nazywać je, wymyślać historyjki na temat kolejnych zwierząt lub przedmiotów, sprawdzać, co łączy poszczególne grafiki. Punkt wyjścia do narracji dla pomysłowych dorosłych, a także - do zabaw na spostrzegawczość lub do lekcji mówienia. Nie ma tutaj obowiązku dodawania tekstu do obrazków, ale i tak rodzice, którzy z pociechami przeglądają podobne tomiki, będą wiedzieli, co zrobić. Ci mniej twórczy mogą zawsze skorzystać z podpowiedzi - podpisów lub pytań pomocniczych. Pod obrazkami ilustrującymi przedmioty lub zwierzęta - po cztery na każdy kolor - znajdują się ich nazwy. Autorzy starają się uchwycić różnorodność kolorowego świata - wybierają zawsze zwierzę, do niego pojazd lub jakiś element przyrody i krajobrazu. Rysunki są nawet komiczne, przystosowane do dziecięcego świata - krokodyl nie będzie tu groźny, przypomina sympatyczną maskotkę. Wóz strażacki jest pozbawiony detali. Wymienienie kilku przedmiotów w określonym kolorze pozwala maluchom utrwalić pojęcie (nazwa koloru pojawia się na środku strony jako nadrzędna). Druga część rozkładówki oznacza zagadkę i zabawę jednocześnie. Tu ilustracja jest bardziej rozbudowana (to znaczy - oprócz zasadniczego tematu mogą pojawić się drobiazgi upiększające go bądź humorystyczne dodatki). Rysunek wprowadza pytanie – zwykle prośbę o nazwanie podstawowego elementu (czasami z zaakcentowaniem koloru). Nie jest to zadanie trudne (a pod rysunkiem znajduje się też odpowiedź), ale zachęca do działania - przyglądania się ilustracji i analizowania jej. Nakłania do ćwiczenia mówienia oraz do utrwalania nowych słów.

I tu zaczyna się niespodzianka dla dzieci. Każda rozkładówka ma wgłębienie oznaczone kolorową plamą: w różnych miejscach strony, w różnym kształcie. Kolorową plamę trzeba "przesunąć" (a fakt, że znajduje się we wgłębieniu, wręcz kusi do dotknięcia jej), żeby na ilustracji pojawił się nowy element - uzupełnienie obrazka. To sprawi, że najmłodsi będą mogli traktować tomik jak zabawkę, a nie tylko książeczkę do czytania (której to sztuki jeszcze nie opanowali) i oglądania. Dzieci uznają to za ogromne zaskoczenie, nie rozszyfrują, jak taki efekt został osiągnięty - "Kolory" zatem mają walor nie tylko edukacyjny, ale i rozrywkowy – nawet z perspektywy dzieci, które nie czytają samodzielnie. W "Kolorach" nie ma wielu stron, maluchy poznają wyłącznie kilka podstawowych pojęć - ale to dobry wstęp do poznawania rzeczywistości.

"Kolory" to książeczka przygotowana tak, żeby dostarczyć najmłodszym sporo radości. Twórcy tomiku przypominają, jak można pracować z pociechami, by przygotować je do lekcji mówienia. Nada się ta książeczka nawet do budowania więzi między rodzeństwem: starsze dzieci nie będą mieć problemu z odczytywaniem młodszym nazw i poleceń - czcionka tu użyta imituje pismo ręczne. Jest to publikacja, w której same kolory są tylko pretekstem do całej zabawy – w nazywanie, powtarzanie, wskazywanie oraz dodawanie części do ilustracji. Ruchome elementy tomiku (przygotowanego z myślą o użytkowaniu przez najmłodszych, więc niełatwe do zniszczenia, ale też - z bezpiecznymi zaokrąglonymi rogami) to atrakcja dla kilkulatków, tak duża, że trudno będzie odciągnąć maluchy od tej książeczki.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com