Strona główna || O autorce || O tu-czytam || Bajki || Bajkowe portfolio                       

sobota, 17 listopada 2018

Lindsey Fitzharris: Rzeźnicy i lekarze. Makabryczny świat medycyny i rewolucja Josepha Listera

Znak, Kraków 2018.

Medycyna w przeszłości

Wśród niektórych ludzi i dzisiaj operacje budzą strach. Media zawsze chętnie podchwytują wiadomości o błędach lekarzy, “czynnik ludzki” jest najbardziej zawodnym elementem w procesie odzyskiwania zdrowia. A przecież w XIX wieku sytuacja wyglądała znacznie gorzej. O początkach chirurgii Lindsey Fitzharris opowiada w turpistycznym, ale i zabawnym tomie “Rzeźnicy i lekarze”. Wychodzi autorka od obrazów mrożących krew w żyłach: rozcinania zwłok traktowanego jako widowisko teatralne dla chętnych i ciekawych. Pokazuje, jakie było podejście do higieny i do stosowanych narzędzi, jak wyglądało przeprowadzanie amputacji bez znieczulenia i jak wiele zależało od szczęścia pacjenta. Tu lekarze nie cieszyli się specjalnym poważaniem, traktowani byli raczej jak rzemieślnicy, a do tego – musieli znosić wszelkie niedogodności: wszechobecną i lepką krew, smród wydobywający się z ciał... Fitzharris w tej narracji bardzo mocno podkreśla synestezję, każdy element operacji może przedstawiać również z perspektywy zmysłów: wie, jakie narządy będą szokować swoją śliskością, jakie cięcia należy wykonywać i jak dostawać się do kości. Akcentuje dotyk, wrażenia słuchowe i wzrokowe – nie jest to więc książka odpowiednia dla ludzi, którzy lubią podjadać przy lekturze. Kolejne zabiegi często kończą się śmiercią pacjenta, prezentowane sceny wyglądają jak z horroru i trudno znaleźć w nich coś pocieszającego.

Wtedy na scenę wkracza Joseph Lister, postać, której autorka tę opowieść właściwie poświęca. Lister uznawany jest za rewolucjonistę w dziedzinie medycyny i chirurgii. To lekarz, który nie chce, żeby pacjenci cierpieli i umierali. Poszukuje sposobów na rozwiązania dostrzeżonych problemów, potrafi też wykorzystywać zdobytą wiedzę w praktyce. Eksperymentuje, ale nie ma z tego powodu wyrzutów sumienia: zdaje sobie sprawę, że zdąży wykonać amputację, jeśli nie sprawdzi się wymyślona kuracja. Jeżeli natomiast się sprawdzi - być może uda się uratować kończynę pacjenta. Jeden sukces staje się dobrym prognostykiem i zachęca do dalszych poszukiwań. Lister nie poprzestaje na pojedynczych spostrzeżeniach, dąży do odkrycia metod, które zmienią oblicze chirurgii. Wprowadza wiele pomysłów, które przyczyniają się do polepszenia stanu zdrowia pacjentów i już przez to zasługuje na uznanie. Autorka przygląda się w tym tomie kolejnym przypadkom medycznym (w tym do dzisiaj trudnym, jak operacja przeprowadzona na siostrze lekarza), opisuje schorzenia i drogi do odkryć. Nadaje całości formę reportażu z elementami biografii, tu rzeczywiście można z bliska przyjrzeć się działaniom badacza. Od czasu do czasu wprowadza też Fitzharris niepokojące sygnały z zewnątrz, ślady sporów między ludźmi nauki - ale wyraźnie trzyma stronę Listera i chce, żeby jemu kibicowali czytelnicy.

Jest to książka bardzo udana, zarówno od strony tematu – niebanalnego, a przy tym atrakcyjnego mimo upływu czasu, Fitharris zbiera tu rozmaite ciekawostki i dane, które mimo że przerażają - przyciągają szeroką publiczność - jak i od strony realizacji, bo przystępny język i ironia obecna między wierszami to coś, czemu trudno się oprzeć. “Rzeźnicy i lekarze” to publikacja napisana z pomysłem, popularyzująca wiedzę, ale nie przez pryzmat efektów, a sposobów docierania do kolejnych odkryć. Ludzkie błędy, ale i dążenie do unikania cierpienia to składniki, które zainteresują czytelników. Tom cechuje się dobrą narracją, zwraca uwagę umiejętność obrazowego przedstawiania wydarzeń Lindsey Fitzharris czasami nawet przesadza ze szczegółowością w prezentowaniu informacji, ale to akurat zaleta.

Irena Jurgielewiczowa: O chłopcu, który szukał domu

Nasza Księgarnia, Warszawa 2018.

Tułaczka

Powstała ta książka w 1947 roku – i momentami tylko czuje się to w lekturze, bo Irena Jurgielewiczowa stworzyła powieść uniwersalną i ważną, baśniową i prostą w formie. Chłopiec, który szukał domu, to Piotruś, dziecko osierocone i smutne. Jego nastrój udziela się nawet otoczeniu. Ale Piotruś trafia do pewnego domu i do starej kobiety. Mógłby tu zamieszkać: zaprzyjaźnia się łatwo i zyskuje zaufanie zwierząt. Tyle że stara kobieta również jest smutna: zaginęły jej córki, Kasia i Trusia. Piotruś postanawia je odszukać. Będzie do tego potrzebował trochę magii, sporo odwagi i wsparcia czworonożnych przyjaciół. Tak zaczyna się kolejna droga bohatera.

Kasia, Trusia i Piotruś to dzieci, które ucierpiały niebezpośrednio w wyniku wojny. Rozdzielone z rodzicami, muszą przystosować się do nowych okoliczności, co nie zawsze bywa łatwe. Autorka dba jednak i o to, żeby małych odbiorców zbytnio nie przerazić. Obiecuje wielką przygodę i rodzaj detektywistycznego śledztwa. Piotruś znajduje wskazówki dotyczące zniknięcia dziewczynek: jest przekonany, że misja się powiedzie, więc i gotowy na wielkie wyzwania. Chociaż przed nim wiele pracy i wysiłku, nigdy nie odmawia pomocy innym. Ratuje napotkane zwierzęta, a one odwdzięczać się będą w odpowiednich momentach pomysłami, które przybliżą bohatera do celu. Piotruś jest jednoznacznie dobrym dzieckiem, nie waha się, gdy trzeba ratować słabszych, nawet jeśli sam ma ograniczone możliwości w tym zakresie. Łatwo przewidzieć konsekwencje takiej pomocy, tu Irena Jurgielewiczowa wcale nie wykracza poza znaną konwencję. Niespodzianki szykuje przy samej podróży Piotrusia, ponieważ tu pojawia się pierwiastek magiczny. To pole do popisu dla autorki.

Chociaż na początku tom zapowiada się na raczej melancholijny i poważny, a często też smutny jak sam Piotruś, Irena Jurgielewiczowa znajduje miejsce na delikatny humor i rozjaśnianie klimatu. Czyni to zwłaszcza za sprawą Pakiwajów, psa i kotki towarzyszących Piotrusiowi. Szczególnie pies budzi radość - trudno mu zrezygnować ze swoich przyzwyczajeń, to postać, która dowiaduje się, co to jest zazdrość (kiedy Piotruś ma szansę przejechać kawałek drogi w nietypowym towarzystwie). Śmieszy i urzeka małych odbiorców dzięki swojej spontaniczności - a i pomysłom. Piotruś nie ma przez długi czas ludzkiego towarzystwa, może jednak rozmawiać ze zwierzętami, a to zapewnia mu spokój. Ta powieść jest podszyta goryczą. Pokazuje w metaforyczny sposób grozę wojny – przez pryzmat krzywdy dzieci. Pozwala bohaterowi udowodnić swoją dojrzałość, a nagradza go za to domem i rodziną - czymś, czego Piotrusiowi brakowało i co było przyczyną jego smutków. “O chłopcu, który szukał domu” to książka napisana bardzo prostym, a jednak mocno poetyckim językiem. Jurgielewiczowa stawia tutaj na atmosferę starej baśni, prowadzi opowieść płynnie, nastrojowo i z wyczuciem. Zapewnia odbiorcom sporo urozmaiconych przeżyć - tu liczy się nie tylko przygoda, szansa na odkrywanie nieznanego albo poszukiwanie wskazówek - ale cały wachlarz różnorodnych uczuć i emocji oraz przeżyć. Autorka funduje czytelnikom wiele atrakcji, przy okazji ucząc ich przeżywania. Maskuje grozę wojny baśniowością, ale przypomina też, że na takich wydarzeniach cierpią dzieci. Nawołuje do pokoju – i takie odczytanie wydaje się uprawomocnione. Chłopiec, który szukał domu, przeżywa doświadczenie, które na zawsze go zmieni - ukształtuje i zdefiniuje. Odbiorców nauczy to wrażliwości i wyczulenia na odczucia innych. Dobrze, że Nasza Księgarnia przedstawia małym czytelnikom taką publikację. Co ciekawe, Irena Jurgielewiczowa mniejszy nacisk niż w młodzieżowych powieściach kładzie tutaj na warstwę psychologiczną, łagodzi też język relacji. Pozwala dzieciom czerpać przyjemność z samego czytania, już na etapie brzmienia tekstu. Dzisiejsze maluchy skusi też prawdopodobnie “egzotyka” wojny jako tła.

piątek, 16 listopada 2018

Sabina Czupryńska: Jeszcze będzie przepięknie

Prószyński i S-ka, Warszawa 2018.

Dla porzuconych

Ta powieść jest rzeczywistym poradnikiem dla tych wszystkich kobiet, które nie potrafią sobie poradzić po rozstaniu z ukochanym i popełniają szereg błędów, niszcząc siebie, w nadziei, że ukochany się opamięta i wróci. Nie wróci, Sabina Czupryńska próbuje to przekazać najdobitniej jak się da i przekonać odbiorczynie, żeby wzięły się za siebie. Świadoma, że nie będzie to łatwy proces, przedstawia sytuację Jaśminy, bohaterki, która parę razy zirytuje wszystkich czekaniem na cud i robieniem tragedii z rozwodu – bohaterki, w której zatrważająca liczba czytelniczek będzie mogła się przejrzeć.

Jaśmina ma 39 lat i rozstała się z mężem, a dokładniej – mąż od niej odszedł. Kobieta nie dopuszczała do siebie myśli, że w jej związku wszystko dzieje się nie tak, jak powinno, ignorowała sygnały ostrzegawcze, ale oddalanie od siebie prawdy nie pomogło: nie udało się uratować tej relacji, zresztą nie było czego ratować. Marcin, reżyser nagradzanych reklam, nie nadawał się do życia we dwoje, co zaświadczyła też inna jego partnerka. Dla Jaśminy Marcin jednak był ideałem, niezależnie od tego, co robił, albo czego nie robił. Z perspektywy czasu i już po traumie bohaterka może przyznać, jak wiele stresów fundował jej małżonek, począwszy od niesłuchania potrzeb, skończywszy na zrzucaniu Jaśminie na głowę spraw wielkich, w stylu kupienia domu. Toksyczny związek Sabina Czupryńska analizuje od każdej możliwej strony: pokazuje złe zachowania wiecznie nieobecnego i zajętego tylko sobą mężczyzny i kobiety, która poświęca najlepsze lata życia na tęsknotę, czekanie i usprawiedliwianie jego czynów przed sobą i innymi. Do tego skupia się na detalach, nawet na pojedynczych słowach, którymi on daje do zrozumienia (może nawet nieświadomie), że nie ma ochoty na budowanie rodziny. Jaśmina cierpi i z tego cierpienia wypływa mnóstwo goryczy: cała książka opiera się na ironii i na złośliwościach, jest daleka od optymistycznych obyczajówek, jakby trochę na przekór tytułowi. Polega na dogłębnym przeanalizowaniu błędów – jego – prowadzących do ruiny małżeństwa, jej – prowadzących do ruiny poczucia własnej wartości. Jaśmina gotowa jest na wszystko, żeby tylko on wrócił. Staje się żałosna i może tylko budzić litość. Ale taki obrazek jest potrzebny, żeby czytelniczki uświadomiły sobie, dlaczego powinny wziąć się w garść i rozstać z przeszłością – a nawet – w jaki sposób mogą to zrobić, żeby symbolicznie oczyścić myśli. Jaśmina przedstawia w opowieści pojedyncze scenki lub zachowania – opatrując je „konkluzjami poniewczasie”. Jest zadziwiająco trafna w ocenach, ale po fakcie wszystko staje się jasne, wystarczy więc dokładnie prześledzić historię, żeby zrozumieć zawoalowane porady bohaterki.

Sabina Czupryńska odchodzi zatem od typowej obyczajówki, w której natychmiast po rozstaniu pojawia się superprzystojny pocieszyciel, tym razem – miłość na całe życie. Tutaj po rozstaniu można popełnić szereg błędów ze strachu przed samotnością, przed pomyłkami i związkami zastępczymi też autorka ostrzega. Nie daje baśniowych rozwiązań, przestrzega przed ładowaniem się w kolejne pułapki. Żeby jednak uprzyjemnić lekturę i zamienić ją w coś więcej niż tylko poradnik sercowy, autorka sięga po rodzinne krzepiące motywy. Na uwagę zasługuje tu brat Jaśminy, bliźniak, który zawsze wie, co się dzieje i bez zbędnych zabiegów dyplomatycznych postawi siostrę do pionu. Takim głosem Jana będzie dla odbiorczyń cała ta książka, trudna i irytująca, a przecież bardzo potrzebna. „Jeszcze będzie przepięknie” to lektura umożliwiająca powrót do normalności po nieudanej relacji.

czwartek, 15 listopada 2018

Joanna Jodełka: 2 miliony za Grunwald

W.A.B., Warszawa 2018.

Cena wojny

Na modny kryminał retro stawia Joanna Jodełka, która zastanawia się nad wojennymi losami “Bitwy pod Grunwaldem”. Znajduje tu materiał sensacyjny, intrygę, która potrzebuje literackiej obróbki, le już sama w sobie jest pociągająca. Nie trzeba nawet przesadnie lubić tego gatunku, żeby po “2 miliony za Grunwald” sięgnąć i cieszyć się lekturą. Najpierw Jan Matejko. Malarz ambitny, ale bez wyczucia interesów. Na “Bitwie pod Grunwaldem”, na razie jeszcze niedokończonej, mógłby zbić fortunę, gdyby tylko wiedział, jak. To nie dzieło do powieszenia w salonie albo oddania jakiemuś możnemu - trzeba je prezentować szerokiej publiczności, wozić po największych miastach Europy (w tym i do Niemiec, żeby nie zapomnieli, jak kończy się agresja między narodami) i zarabiać na nim. Matejko nie musi angażować się w te plany, wystarczy, że zarobi tyle, by spokojnie żyć i pracować. Tyle przeszłość, całkiem nieźle przez autorkę nakreślona (chociaż szkoda, że po obrazkach rodzajowych przechodzi do swoistego streszczenia dalszych wydarzeń i losów malarza). Powieściowa teraźniejszość to czasy tuż przed drugą wojną światową, a i sama wojna. Tutaj Joanna Jodełka wybiera układanie opowieści ze strzępków, bardzo drobnych scenek, niby nic nie wnoszących do historii, znaczących dopiero po pewnym czasie. Rozbija się relacja na bardzo wiele równoległych znaczeniowo i mikroskopijnych opowieści. Będzie tu zestaw sytuacji z hitlerowcami, z Żydami, ale i z Polakami. Konkretnie przedstawieni zostaną nie tylko wojskowi: odbiorcy otrzymują przegląd społeczeństwa, od profesorów po zwykłych chuliganów. Tutaj każdy przeżywa swoje sprawy, bez uciekania się do wielkich słów. Nawet śmierć powszednieje. Autorka potrzebuje zestawu obyczajowych obrazków pozornie bez puent. Wprawdzie gubi na nich rytm powieści, ale bardzo dba o koloryt lokalny i o charakterystyki postaci, zależy jej na odzwierciedlaniu rodzajowości z dawnych lat. Wydaje się, że dobrze odrabia lekcję z historii obyczajów: jest precyzyjna i szczera w tych portretach, to duży atut powieści. Przydaje się do zbudowania klimatu i w oczekiwaniu na sensację rodem z młodzieżówek detektywistycznych – bo i ten motyw w końcu musi się uruchomić. Joanna Jodełka niezbyt dobrze wyczuwa proporcje w tej książce, więcej energii poświęca na przedstawianie realiów niż na snucie samej intrygi. Zależy jej na tym, żeby oczarować odbiorców prawdziwością. Kieruje się do miłośników tropienia obyczajowej prawdy. Być może gdyby zdecydowała się na uwypuklenie od początku sfery kryminału, tego, jak Niemcy chcą zniszczyć obraz Matejki i jak zostają wywiedzeni w pole - wybrałaby naiwność lekturową i nie udałoby jej się przekonać odbiorców. Tak można wyłącznie narzekać na nierówno rozłożone akcenty. “2 miliony za Grunwald” to powieść rozrywkowa – ale trochę odbiorcy będą się musieli wysilić, żeby powiązać fakty i sprawdzić, dlaczego w ogóle mają się angażować w tekst. Można docenić w powieści dążenie do prezentowania obyczajowej prawdy – a jednocześnie zżymać się na nieoczywiste cele. Joanna Jodełka jednak powieść retro wzbogaca o cały zestaw kryminalnych wątków.

środa, 14 listopada 2018

Katarzyna J. Kowalska: Polski El Greco

Iskry, Warszawa 2018.

Śledztwo

Tę książkę czyta się jak dobrą powieść: Katarzyna J. Kowalska stworzyła literacki reportaż, a który należą jej się słowa uznania. “Polski El Greco” to udana próba przedstawienia sytuacji jak z bajki albo młodzieżówki przygodowej. Nie tylko budzi dumę: daje też nadzieję, która jest podstawą wielu obyczajówek historycznych albo kryminałów. Oto w małej wiosce dwie badaczki przeprowadzające inwentaryzację zabytków odkrywają na ścianie plebanii obraz. Obraz bardzo zniszczony, zaniedbany, przeznaczony kiedyś do wyrzucenia i właściwie ocalony tylko przez szacunek do przedstawionego na nim świętego Franciszka. Obraz, który na nikim nie robi wrażenia. Tylko dwie znawczynie sztuki w tym dziele odkrywają... styl El Greca. Fabuła jak z powieści dla młodzieży, więc Izabella Galicka i Hanna Sygietyńska spotkają się z wieloma szyderstwami i krytyką: wydaje się niemożliwe, żeby dzieło takiej klasy trafiło do zapomnianej przez wszystkich parafii w Polsce. Wielkie odkrycie budzi sceptycyzm i stanowi okazję do żartów. Uwierzyć w El Greca – oznacza ośmieszyć się. Jednak dwie kobiety nie ustają w wysiłkach, by udowodnić autorstwo. Domniemany El Greco trafia na łamy prasy jako zastępcza sensacja – i do renowacji. Na jego temat wypowiadają się specjaliści, profesorowie, którzy są bardzo ostrożni w sądach. Szukają raczej argumentów obalających śmiałą tezę. Badaczki natomiast z każdym etapem prac konserwatorskich zyskują coraz większą pewność, że się nie pomyliły.

Odnaleziony El Greco to właściwy bohater relacji Kowalskiej. Najpierw jednak autorka towarzyszy przez chwilę w pracy Galickiej i Sygietyńskiej - po to, żeby odkryć związane z zawodem ciekawostki i niespodzianki. Praca inwentaryzatora w tym ujęciu przypomina działania detektywa: na podstawie detali – nie do wyłapania przez laika – trzeba wskazać datę powstania przedmiotu, określić autora itp.. Galicka i Sygietyńska mają w zanadrzu mnóstwo ciekawych anegdot, zabawnych przygód i przypadków, w których szczęście pomaga. Obie bohaterki dobrze czują się w zawodzie i lubią pracować razem - łączy je między innymi entuzjastyczny stosunek do odkryć. I chociaż znajdowanie cennych zabytków to dla nich niemal chleb powszedni, tu skupiają się na El Grecu. Katarzyna J. Kowalska nie zaniedbuje żadnego elementu w “śledztwie”. Przybliża między innymi działalność konserwatorską, znaki ważne dla potwierdzenia autorstwa, ale też zasady bezpieczeństwa, które trzeba było wprowadzić, żeby nie stracić obrazu (z jednej strony zagrażali mu złodzieje, z drugiej – warunki przechowywania). Osobisty stosunek badaczek do dzieła ma tu też spore znaczenie. W pewnym momencie autorka dochodzi do sporów o El Greca – pokazuje, jak swoje interesy przedstawiali księża, a jak – dziennikarze. Dwie kobiety z obiektu drwin stają się stopniowo niemal bohaterkami narodowymi. El Greco dzieli społeczeństwo, chociaż wyzwala również dumę.

Jest ta historia przede wszystkim znakomicie opisana. Katarzyna J. Kowalska włącza do relacji bezpośrednie wypowiedzi bohaterek, ale i fragmenty prowadzonego przez nie dziennika. Wie, jak uwypuklić to, co najciekawsze, śledzi wydarzenia rozgrywające się przecież na przestrzeni kilku dekad – a jednak ani na chwilę nie zwalnia tempa. W pełni wykorzystuje podany scenariusz, uwypukla jego mocne strony. Umiejętnie też wskazuje konteksty, bez względu na to, czy chodzi o wskazanie kontekstu społeczno-politycznego, czy też - specyfiki pracy inwentaryzatora lub konserwatora zabytków. Równolegle sprawdza reakcje zaangażowanych w odkrycie lub przechowywanie obrazu i odzew ze strony mediów. Prezentuje konsekwencje, jakie odkrycie obrazu miało dla regionu. Wytwarza się więc nietypowy kontrast: badaczki stają się coraz starsze – i z mniejszym entuzjazmem zajmują sprawą El Greca – za to obraz wystawiony w muzeum zaczyna lśnić pełnym blaskiem. Ta książka wciąga, nie tylko historyków sztuki.

wtorek, 13 listopada 2018

Janusz Głowacki: Bezsenność w czasie karnawału

W.A.B., Warszawa 2018.

Gorycz śmiechu

Raz spotkanie z kumplami, raz – wspomnienie o aktorce, którą wszyscy uwielbiali, a która bez większych oporów rozbijała cudze związki. Raz proste obserwacje, impulsy - choćby i dochodzące zza okna odgłosy, raz – wspomnienia lub przejścia w warstwę oniryczną, niewytłumaczalne wydarzenia. Janusz Głowacki to w pierwszej kolejności łowca puent. Kiedy przeprowadza analizy sytuacji, kiedy odnotowuje anegdoty albo towarzyskie żarty, ale też kiedy daje się ponieść goryczy i melancholii. Jest zabójczo precyzyjny, bezlitosny i konsekwentny. Proponuje prozę “męską”, drapieżną, bezkompromisową - i rozrywkową jednocześnie. “Bezsenność w czasie karnawału” to zbiorek przygotowywany z pojedynczych obrazków, miniaturowych scenek prowadzących do bardzo trafnych puent. Głowacki przede wszystkim wie, jak podsycać dowcip, prowadzi krótkie opowieści tak, by uwypuklić cały ich komiczny potencjał. Wszystkie historie mają wymiar autobiograficzny – autor na początku podejmuje decyzję, że bohatera swoich felietonów czy opowiadań nazwie własnym imieniem i uzbroi w swoją tożsamość. Trzyma się tego tak, że odbiorcy mają wrażenie, że autor ani przez chwilę nie ucieka w literackość, że bez przerwy wpuszcza wszystkich do swojej egzystencji – a prezentuje wydarzenia ze swadą, gawędziarsko, w rzeczywistości nigdy tej literackości - azylu – nie opuszcza. Ma nietypowe pomysły, ale też solidne podstawy do tego, żeby układać oryginalne historie. Spore znaczenie zyskują tutaj aspekty towarzyskie – inni ludzie mogą dostarczać materiału do anegdot, zaskakują odkrywczymi pomysłami i reakcjami, jednym słowem - inspirują. A przecież pisarz tworzy w samotności, towarzystwo to efekt uboczny pozaartystycznej działalności, wtórnie zamieniany na literaturę. Ten proces trwa – trzeba jedynie kronikarza, który wychwyci zmiany i odpowiednio je wyeksponuje dla szerszej publiczności.

Właśnie - szerszej. “Bezsenność w czasie karnawału” to książka wysmakowana literacko i zaspokoi gusta wybrednych czytelników. Nadaje się na lekturę rozrywkową, ale dostarcza również materiału do refleksji. Janusz Głowacki operuje ironią i śmiechem bezbłędnie. Stosuje inteligentne żarty na równi z humorem sytuacyjnym. Nie przejmuje się konwenansami, za nic ma poprawność polityczną, na szczęście. Prowokuje, żeby zmuszać odbiorców do myślenia, przy okazji zabawy. Rozśmiesza - żeby cele miniaturek od razu zrobiły się widoczne. A przecież dostarcza też wielu ciekawostek. Da się “Bezsenność w czasie karnawału” odczytywać jako uzupełnienie autobiografii – o informacje, które są zupełnie zbędne i które w ogóle nie mogłyby trafić do życiorysowych opowieści. Da się - jako zestaw felietonów lub humoresek, luźnych, krótkich i pozbawionych poważnych przesłań. Da się też jako warsztatowe zabawy. Na dobrą sprawę każda interpretacja staje się uprawomocniona, a Janusz Głowacki podejmuje z czytelnikami ciekawą grę. Niezależnie od wszystkiego, “Bezsenność w czasie karnawału” to zbiorek, któremu warto się przyjrzeć.

Czyta się tę publikację bardzo szybko, ale znacznie lepiej smakuje rozłożona w czasie. Problem w tym, że Głowackiego trudno jest odkładać na później, te drobne historyjki bardzo wciągają. Dają wstęp do prywatności autora (nawet jeśli podbarwianej lub zmyślanej) - jest tu wysoki stopień poufałości, coś, czemu nie można się oprzeć. Janusz Głowacki zawsze uwodzi tekstami, kto wie, czy w małych formach nie jest to najbardziej widoczne. “Bezsenność w czasie karnawału” to drobiazg, którego jednak nie można zignorować. Fanów namawiać do lektury nie trzeba, a jeśli ktoś jeszcze nie zdążył się zachwycić jakością pisarstwa Głowackiego - i tu ma okazję.

poniedziałek, 12 listopada 2018

Ewa Bińczyk: Epoka człowieka. Retoryka i marazm antropocenu

PWN, Warszawa 2018.

Człowiek - niedumnie

Z jednej strony pomysł, żeby zaznaczyć obecność człowieka w dziejach i nazwać erę (albo epokę) w związku z tym istnieniem. Z drugiej – przedziwna skromność, która nakazuje zastanowić się nad innymi rozwiązaniami i nie akcentować przesadnie działalności, która często bywa niechlubna. “Epoka człowieka. Retoryka i marazm antropocenu” to publikacja dotycząca w dużej mierze kontrowersji onomastycznych, ale też i filozoficznych refleksji nad tym, co powinno zdefiniować określony przedział czasowy. Tu człowiek często nie brzmi dumnie, a znajduje coraz więcej powodów do wstydu lub zażenowania. Autorka zatrzymuje się nad debatą dotyczącą antropocenu - sięga zarówno po argumenty za takim nazewnictwem, jak i po te, które coraz silniej utwierdzają odbiorców w przekonaniu, że jednak nie należy eksponować roli człowieka w procesie niszczenia planety. Ewa Bińczyk skupia się na narracjach akademickich, co oznacza, że poziom dyskusji wykracza przeważnie - również pod kątem stopnia abstrakcji – poza potrzeby i możliwości poznawcze przeciętnych odbiorców. Fakt, że do tych odbiorców nie dotrze też sedno problemu, zawęża target.

Antropocen – jakkolwiek nie byłby nazywany – zmusza do zatrzymania się nad najbardziej palącymi problemami. Będzie tu zatem mowa i o katastrofach ekologicznych, zmianach klimatycznych, zasadach eksploatowania zasobów Ziemi itp. Pojawiają się motywy przeciwdziałania przyszłym katastrofom, ale i decyzje hamujące ewentualny rozwój. W ramach rozmów dyplomatycznych coraz więcej będzie ostrożności i marazmu - być może takie właśnie podejście ostatecznie pozwoli zdefiniować antropocen. Jednak niezależnie od przyjętych kryteriów nazewniczych dość szybko stanie się jasne, że eksponowanie działalności człowieka w historii rozwoju Ziemi nie musi być powodem do chwały. “Epoka człowieka” to tom, który rejestruje rozwój tej myśli i opinii na jej temat – przy okazji uświadamiając czytelnikom dylematy uczonych. Nawet jeśli sama forma książki wyklucza pozaakademickie towarzystwo – to treść nie daje się zignorować.

Z jednej strony odwołuje się Ewa Bińczyk do komentarzy obrastających wstępną ideę i do ocen odnoszących się do działalności człowieka na rodzimej planecie. Z drugiej znajduje całkiem sporo miejsca na ukazywanie niepotrzebnych konfliktów wokół tematu, bojkotowania możliwości lub powstrzymywania eksperymentów. Antropocen jako kategoria budząca wciąż wiele wątpliwości stać się może zatem czymś w rodzaju zbiorowego sumienia, impulsem do działania. Niezależnie od zmian w podejściu, autorka stara się jak najpełniej - rzetelnie i zrozumiale - przedstawiać historię pojęcia oraz zawirowań wokół jego definicji. Tym samym sprawdza, jak ewoluuje pomysł - i w których momentach przestaje być przekonujący. Koncentruje się na niuansach, przybliża odbiorcom kolejne wątki i rozkłada je na czynniki pierwsze. To zajęcie wymagające dużej precyzji i zrozumienia całego tematu. Autorka umiejętnie przechodzi od konkretów w dziedzinie gospodarki, ekonomii czy polityki międzynarodowej do aspektów filozoficznych oraz etycznych. Antropocen jako kategoria jeszcze nie do końca zaakceptowana – zmusza do refleksji i nawet przewartościowań. “Epoka człowieka” każe się temu zagadnieniu przyjrzeć z perspektywy globalnej.

niedziela, 11 listopada 2018

Kapitalnie. Tomek Sikora w rozmowach z Dorotą Wodecką

Agora, Warszawa 2018.

Przez obiektyw

Dorota Wodecka zabiera czytelników książki “Kapitalnie” na spotkanie z ciekawym człowiekiem. Przeprowadza szereg wywiadów - niezbyt długich - z Tomkiem Sikorą i utrwala dla odbiorców przynajmniej cząstkę ciekawostek twórczych, artystycznych wyborów, dopowiedzeń do zdjęć lub sytuacji. Namawia fotografa na refleksje związane z zawodem i odkrywa jego charakter, przedstawia ideę Galerii Bezdomnej i lekcji fotografowania. Wychodzi często od konkretnych kadrów, zadaje pytania, jakie nasuwają się oglądającym zdjęcia - ale wnika głębiej, zależy jej na uchwyceniu opowieści o talencie bardziej niż o warsztacie.

Nie jest to tom kreowany na autobiograficzny wywiad-rzekę, chociaż to najbardziej modne obecnie w rozmowach z artystami z różnych dziedzin. Tu bohaterem faktycznym staje się fotografia, Tomek Sikora to dodatek do niej, niespokojny duch, który eksperymentuje i sprawdza, jakie relacje można budować, sięgając po aparat. Trochę musi zamieniać się w psychologa, trochę w terapeutę, zawsze pozostawać też dzieckiem, które czerpie radość z beztroskiej zabawy. Nie będzie w tomie chronologicznego uporządkowania, poruszania się po określonym kalendarium ani układania życiorysów. Owszem, odbiorcy dowiedzą się nieco o rodzinie bohatera tomu, o artystycznych aspiracjach matki, ojca i syna, poznają trochę Tomka Sikorę od strony prywatnej, od wizji domu i organizowania sobie życia - ale to przestaje być ważne, gdy pojawia się fotografowanie. Tutaj Dorota Wodecka na szczęście rezygnuje z czołobitności, nie daje czytelnikom (ani rozmówcy) odczuć, że oto stają przed kimś, kto zasługuje na najwyższy podziw. Raczej interesuje się specyfiką twórczej pracy, podejściem do zawodu i wybieranymi sposobami działania. Sprawdza, jak Tomek Sikora fotografował tych, którzy zdjęć nie lubią, ale też jak wyglądała droga wolnego strzelca do “zawodu”. Opowiada bohater tomu o perypetiach związanych z uczeniem fotografii i o szukaniu formy, o eksperymentach z ujęciami, a i z prezentowaniem historii przez kadry. Raz zajmują się rozmówcy pojedynczymi obrazami, tworzeniem w obrębie jednego ujęcia, raz – promowaniem sztuki na większą skalę. Odbiorców interesować może idea Galerii Bezdomnej, zjawisko przedziwne w skomercjalizowanym świecie.

Tomek Sikora bez oporów opisuje swoją artystyczną drogę, omawia kolejne projekty oraz pomysły na działania twórcze. Sporo miejsca poświęca na przedstawianie swojego stosunku do fotografii i to będzie chyba dla czytelników najciekawszym tematem w książce: artysta, który o własnej pasji potrafi mówić z zapałem, pociągnie za sobą tłumy. Nie ma w tym wypadku oczywistości, ostrożności albo mizdrzenia się. Tomek Sikora przedstawia kawał historii, zachęca też do szukania własnych dróg. Nie lubi podporządkowywać się odgórnym wymogom, ceni sobie artystyczną wolność. Tu prezentuje również zdjęcia, które można było poznać - często bez świadomości, kto jest ich autorem – za sprawą bilbordów i plakatów.

“Kapitalnie” to całkiem sporo słów, czasami fotografie w wersji miniaturek pojawiają się przy konkretnych akapitach i trochę irytuje, że nie można się im dokładniej przyjrzeć - ale co pewien czas pojawiają się też duże rozkładane karty z wielkoformatowymi ujęciami. Średnio wygodne, gdy chce się zająć lekturą, za to o albumowej już jakości. “Kapitalnie” jest publikacją tak oryginalną jak jej bohater – przynosi ta książka sporo ciekawostek, humoru a i inspiracji dla czytelników (nie tylko interesujących się fotografią).

Cezary Łazarewicz: Aniela i inni. O Domu Towarowym Bracia Jabłkowscy

Egmont, Warszawa 2018.

Sprzedawanie

Oto sposób na zaintrygowanie maluchów. Na trzecim poziomie serii (podserii okolicznościowej Czytam sobie z kotylionem) Cezary Łazarewicz prowadzi relację dotyczącą... Domu Towarowego Bracia Jabłkowscy. Niby zagadnienie banalne, ale jeśli weźmie się pod uwagę, że najmłodsi lubią zabawy w sklep, a wizyty w rozbudowanych centrach handlowych stają się zwyczajem całych rodzin – obrazek już tak nie dziwi. Ponadto Łazarewicz ma tu miejsce na opowiadanie o przeszłości narodu, a to właściwy cel podserii Z kotylionem.

Autor wybiera system przedstawiania bohaterów portretowanych przez Aleksandrę Artymowską. Opowiada o konkretnych ludziach, żeby przyjrzeć się ich decyzjom dotyczącym budowania rodzinnej firmy. Szkoda, że dosyć szybko z placu schodzi Aniela Jabłkowska: z perspektywy obyczajowości to najlepszy kawałek. Dziewczyna, którą ojciec przekonuje do otwarcia sklepu, jeden pokój z komodą (który kiedyś rozrośnie się w ogromny budynek). Oszczędność, gospodarność i pomysły na asortyment – Aniela mogłaby być dla dzieci wzorem do naśladowania, ale przegrywa z wielką historią. Oto bowiem przez wojenne zawieruchy do biznesu wkracza nowe pokolenie Jabłkowskich, bracia, którzy mogą rozwijać biznes. W tle pojawi się i pan Ford, którego decyzje pozwalają dorobić się fortuny. Interesująco to wszystko wypada. Akcja przyspiesza, ale autor nie rozwodzi się nad wydarzeniami z przeszłości. Raczej je odnotowuje, w krótkich zdaniach wrzuca wiadomości na temat rodaków. Nie skupia się na opisywaniu całokształtu dziejów, wrzuca pojedyncze hasła, świadomy, że niewiele w ten sposób dzieciom powie – ale zrealizuje lekturowy program. “Aniela i inni. O Domu Towarowym Bracia Jabłkowscy” to wyzwanie dla małych czytelników. Zgodnie z prawami serii co trudniejsze pojęcia zostały wyjaśnione w przypisach na końcu książki - automatycznie kilkulatki będą się też uczyć korzystania z innych źródeł, jeśli chcą zrozumieć w pełni tekst. Co ciekawe, wśród tych objaśnianych słówek znalazł się na przykład... atrament. Wiele haseł dotyczy jednak sytuacji wojennych lub motywów historycznych, autor nie może wyjaśniać ich bezpośrednio w tekście, bo zaburzyłby jego rytm.

Na początku wydawałoby się, że skupi się Łazarewicz na minibiografiach, że będzie odnosić się do wiadomości z życiorysów i zacznie portretować same postacie. Ale w końcu odrywa się od ludzi i zajmuje firmą. Opowiada dzieciom o wyglądzie budynku, ale i o podejściu do klienta. Informuje, na czym polegały najważniejsze decyzje związane z handlem czy zachęcaniem kupujących do częstszego odwiedzania sklepów. Trochę zabrakło natomiast podkreślania niezwykłości, choćby przy opisywanej “książeczce”, którą klienci otrzymywali przy wejściu, żeby dobrze orientować się w przestrzeni. Dzisiaj ulotki to standard, dawniej mogły funkcjonować jako sensacja czy ciekawostka. Jednak i tak Cezary Łazarewicz potrafi zaintrygować maluchy.

“Aniela i inni” to tomik bardzo udany. Na trzecim poziomie serii autorzy nie mają już tak wielu ograniczeń formalnych jak na poprzednich dwóch, “pełnowymiarowy” tekst (dużą czcionką, ale już nie w wersji podpisów pod obrazkami) może zawierać dwuznaki. Łazarewicz nie wypada z przyjętej stylistyki, nie popełnia męczących błędów, mimo że na początku nadużywa czasownika “być”. Opowiada całkiem zajmująco, przede wszystkim nie daje się stłamsić założeniom cyklu. Jeśli ktoś szuka literatury faktu dla kilkulatków, może sięgnąć po tę publikację.

sobota, 10 listopada 2018

Lech M. Nijakowski: Ludobójstwo. Historia i socjologia ludzkiej destrukcyjności

Iskry, Warszawa 2018.

Bez lekcji życia

Lech M. Nijakowski sięga po ważny temat i realizuje go w oderwaniu od emocjonalnych ocen. Inaczej nie miałby właściwie szans na zrelacjonowanie historii ludobójstwa. Wyłącznie dystans i chłód badacza umożliwiają mu zatrzymanie się nad zagadnieniem – tom “Ludobójstwo. Historia i socjologia ludzkiej destrukcyjności” to publikacja potrzebna, mimo że dla wielu odbiorców raczej trudna. Nijakowski najpierw przygląda się definicji ludobójstwa, wyjaśnia, dlaczego nie jest to termin tożsamy na przykład z pojęciem czystki etnicznej. Świadomy postaw, które utrudniać będą obiektywną ocenę, przytacza teorie i odkrycia związane z badaniem ludobójstwa, zmiany w prawie, ale i wydarzenia historyczne, które prowadziły do takich przekształceń. Opowiada o prawie humanitarnym i o procesach największych zbrodniarzy – w charakterze wstępu do książki. W zasadzie takie wprowadzenie jest niezbędne jako przygotowanie do lektury. Podchodzi autor do tematu starannie, zapewnia odbiorcom podstawy do śledzenia informacji. Oczywiście musi wybrać kilka charakterystycznych przykładów z różnych kultur, być momentami jednocześnie etnografem, historykiem i socjologiem. Nie będzie przesadnie rozbudowywać kontekstu, zależy mu bardziej na tym, żeby czytelnicy pojęli zasadę uznawania masowej zbrodni za ludobójstwo. Spojrzenie w odległą przeszłość umożliwia dokonywanie porównań - okazuje się, że nawet jeśli mowa o jednym zjawisku, na przestrzeni dziejów i w różnych miejscach globu przyjmuje ono różne oblicza. Lech M. Nijakowski świetnie wie, że zachowanie pamięci o tragediach na wielką skalę nie wyklucza wystąpienia podobnych działań w przyszłości: historia nie rozwija się linearnie, ale też nie zapewnia lekcji postępowania. Wystąpienia przeciwko całym grupom etnicznym będą się zdarzać, tu nie pomoże nawet rosnąca świadomość społeczeństw. Autor układa chronologicznie kolejne przypadki ludobójstwa i w każdym następnym przykładzie stara się przedstawiać inne – dodatkowe – mechanizmy. Czasem wprowadza charakterystyczne narzędzia do zadawania śmierci, innym razem skupi się na wskazywaniu motywów (politycznych, narodowościowych). Ludobójstwo przybiera różne oblicza i strategia Nijakowskiego rzeczywiście pomaga w zorientowaniu się w temacie. Kiedy już autor zakończy przegląd konkretnych przypadków (których nie traktuje szablonowo), zajmie się samym mechanizmem istnienia ludobójstwa. Tu odpowiada na najtrudniejsze pytania – jak, dlaczego, co jest normą i zrozumiałym wyborem, a co przekształca się w zbrodnię. Wreszcie odnosi się do zagadnienia pamięci narodowej: mówienie o ludobójstwie to spore wyzwanie dla dyplomacji czy dla polityki międzynarodowej - z jednej strony informowanie o przeszłości utrudniać może porozumienie między zwaśnionymi dawniej grupami, z drugiej – bliscy ofiar zwykle domagają się upamiętnienia zbrodni, potrzebują wracania do strasznej przeszłości.

“Ludobójstwo” przez to, że jest książką pozbawioną emocji, wydaje się też automatycznie publikacją bardziej skondensowaną. Autor nie traci czasu na argumentowanie racji którejkolwiek ze stron konfliktu, omija też kwestie etyczne. Zajmuje się faktami, tym, co można zmierzyć i sprawdzić. Nie oznacza to, że jest bezlitosny dla ofiar: zachowuje po prostu dystans potrzebny w badaniach. Dba o to, żeby jego dyskurs był zrozumiały dla odbiorców: na dyskusje nad moralnością i potencjałem ludzkości nie ma tu miejsca. Nijakowski odrzuca filozofowanie i jałowe rozważania, odnosi się do tego, co już znane, poznane i niebudzące wątpliwości. Zajmuje czytelników zestawem faktów nie interpretacjami. “Ludobójstwo” trudno uznać za książkę krzepiącą: jednak zgromadzenie w jednym miejscu zestawu wstrząsających świadectw ludzkiej destrukcyjności będzie pouczające. Suchy styl i rezygnacja ze współczucia to w tym wypadku najlepsze rozwiązanie. Lech M. Nijakowski proponuje odbiorcom przegląd wydarzeń, z których każde byłoby materiałem na co najmniej kilka książek. Dlatego też tak dobrze sprawdza się przyjęta przez niego strategia narracyjna.

Emilia Dziubak: Niezwykłe przyjaźnie w świecie roślin i zwierząt

Nasza Księgarnia, Warszawa 2018.

Kogo lubić?

O przyjaźni można w nieskończoność, a już w literaturze dla dzieci to temat obowiązkowy i realizowany na wiele różnych sposobów. Emilia Dziubak podejmuje jednak wyzwanie i decyduje się na pokazanie innych “przyjaźni” - relacji w przyrodzie. Wprawdzie co jakiś czas na lekcjach biologii mali odbiorcy tej książeczki dowiedzą się o nazwach i rodzajach poszczególnych “przyjaźni” i o sensie ich istnienia w przyrodzie, na razie jednak mogą zadziwić się organizacją życia. Przewodnikiem po przyjaźniach ma być kot Homer – rozczarowany chwilowym bałaganem i brakiem opiekuna w domu, wyrusza w świat, żeby znaleźć sobie lepszego przyjaciela. Za każdym razem dociera do kilku przykładów związków i zależności między roślinami, zwierzętami czy grzybami (a czasem też i ludźmi) i sprawdza, czy takie przyjaźnie by go usatysfakcjonowały. A jest tu całkiem pokaźny zbiorek istot, które do życia potrzebują pomocy innych i odwdzięczają się za tę pomoc – albo wprost przeciwnie. Kot Homer obserwuje różne pary: ryby i ukwiały, ptaki i słonie, grzyby i drzewa, bakterie w przewodzie pokarmowym żywiciela... Ma szansę się przy tym zastanowić nad własnymi oczekiwaniami wobec bratniej duszy. Emilia Dziubak znajduje nawet miejsce na przyjaźń, która przeradza się w miłość - przedstawia gatunki, które mogą łączyć się ze sobą w pary – i cechy ich potomstwa. Po bardzo bogatej w wiadomości wyprawie kot Homer wraca do domu. W końcu tutaj jest jego miejsce.

“Niezwykłe przyjaźnie w świecie roślin i zwierząt” to wielkoformatowy picture book edukacyjny. Kartonowa książka imponuje rozmachem ilustracyjnym, ale przy Emilii Dziubak to w pełni normalne. Na każdej rozkładówce pojawia się charakterystyka wybranego rodzaju “przyjaźni” między gatunkami: kot Homer może tu ustosunkować się do przyjętego sposobu nawiązywania relacji. Szereg ponumerowanych ilustracji, zgrabnie wkomponowanych w strony, pokazuje konkretne zwierzęta i ich przyjaciół - poza tym przewija się przez te zestawy i sam Homer przyglądający się uważnie obrazkom. Drobna ramka zawiera wyjaśnienia, kto się z kim przyjaźni - i jak ta przyjaźń wygląda. Krótkie komentarze są ciekawe i nie przytłaczają, do tego autorka doskonale wie, że skusi dzieci fizjologią zwierząt, więc często pokazuje, do czego jednym przydają się odchody innych. Rozszerzenia wiadomości trzeba będzie szukać już samodzielnie, ale autorka pozwala maluchom zainteresować się codziennością zwierząt i roślin.

Została ta publikacja przepięknie przygotowana. Jak to często w Naszej Księgarni, to picture book autorski, który jest jednocześnie popisem ilustratorki. Emilia Dziubak grono wiernych fanów ma od dawna, nie będzie więc wątpliwości, że i tym razem skusi odbiorców - i to w różnym wieku, mimo że kartonowe strony wskazują raczej na młodsze pokolenie. Sięgać się będzie po tę książkę nie tylko dla samych wiadomości. W pierwszej kolejności - zaintrygują ilustracje, które można potraktować również jako punkt wyjścia do samodzielnego opowiadania o tym, co widać n obrazku. W ten sposób dzieci będą szkolić się w sztuce prowadzenia narracji. Cała książka ładnie łączy humor, walory edukacyjne oraz zachwyty estetyczne, Emilia Dziubak jest autorką, która zawsze ma do zaprezentowania ciekawe pomysły. Wprowadza Nasza Księgarnia na rynek kolejny tomik, który podbije serca odbiorców i zdeklasuje konkurencję. “Niezwykłe przyjaźnie w świecie roślin i zwierząt” to spotkanie z przyrodą i grafiką na wysokim poziomie.

piątek, 9 listopada 2018

Joanna Kuciel-Frydryszak: Służące do wszystkiego

Marginesy, Warszawa 2018.

Praca i życie

W pewnym momencie temat służących wkroczył do literatury faktu dość odważnie. Być może stało się to echem powieści “Służące” (a jeszcze bardziej filmu na jej podstawie), mimo że tam raczej ważny był motyw poniżania na tle rasowym – nie ulega jednak wątpliwości, że zawód dawniej powszechny teraz funkcjonuje jak egzotyczna ciekawostka, przynajmniej w pewnym wymiarze. Joanna Kuciel-Frydryszak wpisuje się w ten obszar poszukiwań i proponuje odbiorcom opowieść o polskich służących. “Służące do wszystkiego” są tematycznym przeglądem powinności, zobowiązań, ale i charakteru pracy – autorka prowadzi czytelników przez kolejne doświadczenia młodych kobiet idących na służbę - uświadamiając przy okazji specyfikę obranego wówczas stylu życia.

Pierwszy podział - na dziewczęta oddawane na służbę i te, które szukają po prostu zajęcia - nie ma przeniesienia na dalsze działania. Autorka zaznacza, że służące rzadko zakładały własne rodziny (nie dało się prowadzić dwóch domów), ale też nie zawsze z pracodawcami łączyły je familiarne stosunki. Sprawdza zakres obowiązków, czas pracy oraz możliwość wypoczynku, przygląda się strojom (fartuszki nie tylko chroniły przed zabrudzeniami, stanowiły też swoistą wizytówkę domu). Pojawią się pytania o pokoje dla służby - oraz o adoratorów. Sporo miejsca Kuciel-Frydryszak poświęca na konflikty. Służba nie ma zbyt dobrej opinii: służące, mimo znakomitych referencji, często zmieniają pracę, dorabiają się małych fortun na przedmiotach wynoszonych z domu pani, bywają pyskate lub kłótliwe, niektóre wiążą się z kryminalistami i ułatwiają im dostęp do bogatego domu, inne mogą posunąć się do otrucia chlebodawczyni. Niektóre są niepiśmienne, inne źle się prowadzą - lista oskarżeń stale się wydłuża, a kolejne – prawdziwe czy nie – zarzuty rozrastają się w ciekawe rozdziały książki. Oczywiście są też służące niezastąpione, ukochane nianie, piastunki, gospodynie i przyjaciółki, “przekazywane” kolejnym pokoleniom. Te trafiają do serdecznych wspomnień, zapisują się w historii jako nieodłączny element dzieciństwa. Joanna Kuciel-Frydryszak próbuje pokazywać różne strony zagadnienia, jest też wyczulona na to, co dzisiaj wydaje się zabawne albo absurdalne. Odnotowuje sensacyjki i sprawy niemal kryminalne, le i indywidualności - służące, którym daleko było do pokornych i skromnych pracownic.

W tomie “Służące do wszystkiego” Joanna Kuciel-Frydryszak wykorzystuje również cytaty z poradników dla służących. To przerywniki, które budzą uśmiech, ale uświadamiają też czytelnikom przemiany obyczajowe. Autorka nadaje opowieści charakteru reportażu, bardzo umiejętnie wykorzystuje zachowane źródła. Sięga do wspomnień (zwłaszcza w zapiskach literatów znajduje ciekawe portrety służących) i do listów (tu najlepsze są te pisane przez gospodynie), zbiera wiele wycinków prasowych, cytuje ogłoszenia, artykuły z kronik kryminalnych istnieją tu jako ilustracje. W pewnym momencie z ogólnych charakterystyk służących przechodzi do konkretnych przykładów, opisuje postacie, które wyłamywały się ze schematów. “Służące do wszystkiego” to publikacja bardzo obszerna, wydaje się, że autorka wyczerpująco omawia temat, ale za podstawowy cel obiera sobie rozrywkę czytelników. Dostarcza zestawu wiadomości, które czasami funkcjonują na prawach anegdoty, a czasami przydadzą się na przykład do zrozumienia kontekstu powieści albo w ogóle do interpretowania dzieł literackich.

Do tej książki trafiło naprawdę wiele atrakcyjnych portretów i zjawisk. Autorka ocala część dawnych zwyczajów, pokazuje rzeczywistość, która straciła rację bytu – bo chociaż dzisiaj również spotkać się można z paniami zatrudnianymi do prowadzenia domu, inaczej wyglądają relacje z pracownicami, trudno wyobrazić sobie rezygnację z własnego życia na rzecz służenia państwu. I to wszystko otwiera się podczas lektury. “Służące do wszystkiego” to publikacja, która powinna zostać dostrzeżona na rynku.

czwartek, 8 listopada 2018

Ryszard Kapuściński: Jeszcze dzień życia

Agora, Warszawa 2018.

Wojna domowa z bliska

Każda okazja jest dobra, by przywoływać książki Ryszarda Kapuścińskiego i przekonywać do nich kolejne pokolenia czytelników. Chociaż zmieniają się możliwości przekazywania informacji, chociaż nie trzeba już polegać na depeszach i zrywanej co pewien czas łączności - “Jeszcze dzień życia” nie traci na znaczeniu, nawet więcej: utrwala specyfikę pracy korespondenta wojennego i przyczyni się do poznania przynajmniej drobnej części warsztatu Kapuścińskiego. Pretekstem do wznowienia tej publikacji jest... premiera polsko-hiszpańskiego filmu “Jeszcze dzień życia”, w którym dramatyczna opowieść została przełożona na animacje. Dla fanów dawnego wydania, ale i dla tych, którzy film animowany kojarzą przede wszystkim z bajkami dla najmłodszych - będzie to szok. Tym bardziej, że kadry z produkcji dość gęsto ozdabiają tutaj opowieść (która do ozdabiania właściwie się nie nadaje). Trzeba się przerzucić z dramatów w opisach na – mimo wszystko łagodzone za sprawą przejścia do upraszczanych rysunków - kadry z filmu animowanego.

Ryszard Kapuściński w 1975 roku trafia do Angoli. Większość korespondentów wojennych już się stąd wycofała, robi się skrajnie niebezpiecznie: krajem wstrząsa wojna domowa. Od tego, czy napotkanemu patrolowi (albo przypadkowemu żołnierzowi) poda się właściwe hasło, zależy życie. Wszyscy chodzą ubrani podobnie, nie ma żadnych sygnałów, czy wybrać “camarada” czy “irmao”. Pomyłka będzie skutkować natychmiastowym rozstrzelaniem, celne trafienie w odpowiednie słowo oznacza tylko odwlekanie wyroku do następnej konfrontacji. Z podanego hasła nie będzie można się wycofać. Kapuściński prezentuje sytuację w Angoli, przeżywając kolejne wyzwania. Poznaje ludzi, próbuje odwzorować ich losy, a przede wszystkim - zrozumieć. Nie ocenia, wie doskonale, że do tego nie ma prawa. Już i tak, żeby móc o nich pisać, powinien coś z nimi przeżyć - dlatego angażuje się w działania, nie ukrywa. Spowiada się z doświadczanych emocji, ale do tego uważnie obserwuje, szuka tego, co pomoże mu zdefiniować sytuację, przełożyć ją na tekst zrozumiały w kraju. Rezygnuje z beznamiętnego stylu – w samym sercu działań zbrojnych i u progu wielkich zmian w ogóle nie może sobie pozwolić na suche fakty. W depeszach jak najbardziej, ale nie w książce. I dlatego “Jeszcze dzień życia” wciąż będzie zdobywać nowych czytelników. To książka niełatwa, pozbawiona stereotypowego oglądu rzeczywistości. Do sytuacji w Angoli nie pasują przyjmowane przez odbiorców systemy wartości - trzeba na nowo przedefiniować to, co się dzieje, spróbować pojąć dążenia ludzi i przyjrzeć się ich celom. “Jeszcze dzień życia” będzie opowieścią o okrutnej cenie za wolność, będzie zestawem scen szokujących i po dekadach – ale Ryszard Kapuściński wpuszcza też dzięki tej książce czytelników do swojego życia, pokazuje specyfikę pracy korespondenta wojennego, ryzyko, na jakie specjalny wysłannik musi się narazić, jeśli tylko chce rzetelnie komentować to, co dzieje się w dalekim kraju. “Jeszcze dzień życia” to reportaż nastawiony również na literackość, na nadawanie niemal powieściowej formy silnym przeżyciom. Nie trzeba nikogo przekonywać co do wagi pisarstwa Kapuścińskiego - wystarczy, że trudno o obojętność przy tak nacechowanej emocjonalnie lekturze. Można ją potraktować nie tylko jako opowieść o konkretnym momencie historycznym, ale i jako wskazanie rytmu pracy reportera. Oczywiście połączenie premiery nowego wydania z filmem jest zabiegiem marketingowym powszechnie stosowanym (choć zwykle to książki są mniej ważne i wtórne), ale być może za sprawą oprawy graficznej Kapuściński zainteresuje też młodsze pokolenie.

środa, 7 listopada 2018

Charles M. Schulz: Fistaszki zebrane z gazet codziennych i weekendowych 1987-1988

Nasza Księgarnia, Warszawa 2018.

Po staremu

Charlie szuka życiowych porad u Lucy (jak zwykle zrzędliwej i złośliwej w stosunku do wszystkich poza Schroederem), Rerun miewa dni, że w ogóle nie dotyka ziemi. Spike, brat Snoopy’ego organizuje codzienność sobie i gromadzie pustynnych kaktusów. Linus natomiast zakochuje się w koleżance z klasy – ale dziewczynka codziennie zmienia imiona i jak tylko może, broni się przed tymi, którzy są dla niej za starzy. Ptaki chodzą na skautowskie zbiórki, a Peppermint Patty obrywa dwóje z minusami (a do tego nie umie okiełznać swoich włosów). Co to wszystko znaczy? Że mijają lata, a u Fistaszków wszystko po staremu. W tomie gromadzącym paski z lat 1987 i 1988 szkolne perypetie Sally, drużyna baseballowa, która nigdy nie wygrywa oraz as lotnictwa z czasów pierwszej wojny światowej to hasła, które przyciągną miłośników humoru, niekoniecznie tych małych: dorosłym FIstaszki sprawią najwięcej radości. Charles M. Schulz zabiera odbiorców do świata, w którym dorośli istnieją poza kadrem i w ogóle nie mają głosu - ich komentarze można poznać wyłącznie przez zapośredniczenia, kiedy odnoszą się do nich mali bohaterowie. Świat Fistaszków to enklawa, mimo że nie jest wolny od zmartwień. Autor przez pryzmat grupy dzieciaków potrafi nakreślać zjawiska i emocje, których przyczyn dorośli czasami sobie nie uświadamiają (albo o których nie chcą głośno mówić). Wyciąga na światło dzienne wszystko to, co przeczy altruizmowi i dyplomacji, pozwala postaciom na kłótnie, bójki i ogłaszanie złego humoru. Nie będzie u Fistaszków fałszywych uśmiechów lub deklaracji pomocy bez pokrycia. Dzieci są wobec siebie szczere (czasami okrutnie), ale przez to też się dogadują. Nie brakuje w ich codzienności smutku albo melancholii, nad drugim śniadaniem można się zadumać, przyznać do zniechęcenia albo bezradności (a w przypadku Spike’a i do samotności). Schulz nie przygnębia, ale też unika śmiechu ogłupiającego, stara się, żeby rozbawieniu towarzyszyła refleksja. Odwołuje się do doskonale już czytelnikom znanych motywów, żeby rozwinąć je w kolejne puenty, odkrywać nowe źródła żartów. Proponuje paski zwięzłe i bogate w humor wysokiej klasy. Sięga po absurd i niedopowiedzenia, po gry słów i wyobraźniowe skojarzenia, ucieka w świat fantazji albo w absolutny realizm. I sprawia, że za każdym razem w kontaktach między bohaterami iskrzy. Nie ma tu osłabiania wymowy, puenty to obowiązkowy element stripów. Czasami służą rozmyślaniom, innym razem wywołują śmiech - zawsze jednak przybliżają do gościnnego świata bohaterów. Fistaszki dla czytelników to azyl, zestaw przewidywalnych relacji między bohaterami – oraz kompletnie nieprzewidywalnych kierunków przemian. Nic dziwnego, że seria cieszy się ogromną popularnością: tutaj humor nie ma szans się zestarzeć. Schulz przyciąga inteligentnymi żartami, ironią, ale też samymi kreacjami postaci: tu każdy ma swój silny charakter i musi stawiać czoła wyzwaniom według własnych możliwości.

Charles M. Schulz imponuje pomysłami, ale też siłą przekonywania do prezentowanej rzeczywistości. Fistaszki wybrzmiewają bardzo prawdziwie, przekonują do siebie. Chociaż postacie często pakują się w tarapaty, przy codziennych problemach dorosłych odbiorców ich przygody są jednak przesycone beztroską. Jeśli do celnych obserwacji i śmiechu dodać genialną realizację - łatwo pojąć fenomen Fistaszków. Nasza Księgarnia sprawia, że mogą znaleźć się w każdym domu i długo rozbawiać: to rozrywka dla całych pokoleń.

wtorek, 6 listopada 2018

Paweł Matuszewski: CyberPlemiona. Analiza zachowań użytkowników Facebooka w trakcie kampanii parlamentarnej

PWN, Warszawa 2018.

Analiza wyborcza

Szybko przestanie być ważne to, co badał Paweł Matuszewski na facebooku jako najpopularniejszym społecznościowym portalu - już jest odrobinę przebrzmiałe, chociaż komentatorom życia politycznego w Polsce może się jeszcze przydać - a i przed wyborami zyska chwilową popularność. Natomiast ma ta publikacja pewien spory atut, a jest nim metodologia i cała teoretyczna otoczka, którą autor bardzo szczegółowo omawia. Pokazuje tym samym odbiorcom, jak przymierzać się do podobnych analiz i z jakimi wyzwaniami przyjdzie się mierzyć w przypadku oceniania działalności internautów. W tej książce Matuszewski śledzi z jednej strony reakcje na posty - zarówno konkretnych polityków, jak i stron fanowskich różnych partii – lajki czy udostępnienia, z drugiej strony informacje zamieszczane w komentarzach. Świadomy jest przy tym niedoskonałości przyjętej strategii badawczej. Programy komputerowe, które tworzy do analiz (niezbędne, żeby uporać się z tysiącami stron tekstu) nie odróżnią treści poważnych od ironicznych, przewrócą się też na literówkach, od których roi się w internecie. Poza tym nie ma wiadomości na temat samych komentujących - zdaje sobie sprawę, że to niereprezentatywna próba, nie da się zatem wyciągać na jej podstawie daleko idących wniosków, raczej można jedynie przedstawić wyniki badań, a nie ich interpretacje. Z wielu pułapek się tłumaczy, ale nie zmienia to faktu, że niemożliwe jest satysfakcjonujące uogólnienie badań oraz wskazanie ich dalekosiężnego sensu. Funkcjonuje ta książka bardziej jako ciekawostka socjologiczna, a i sugestia co do sensowności powodzenia kampanii wyborczych w mediach społecznościowych niż jako przedstawienie realnej wiedzy. Te zastrzeżenia nie dotyczą bardzo rozbudowanego wstępu, który pełni rolę wprowadzenia metodologicznego. Od razu w tym punkcie widać, że “CyberPlemiona” to praca naukowa, przygotowywana pod wymogi akademickie. Autor długo zatrzymuje się tu na definicjach i na uściślaniu terminologii płynącej z tych definicji, rozkłada na czynniki pierwsze elementy procesu badawczego. Interesuje go zestaw teorii, które później w części praktycznej powracać nie będą: wskazują jednak kierunki poszukiwań i pomagają w objaśnianiu podejścia autora. Część teoretyczna, chociaż momentami zbyt szczegółowa jak na lekturę dla zwykłych odbiorców, może być ciekawa dla fanów analiz badawczych. Zresztą oprawę samych przykładów stanowi nie tylko część metodologiczna. O dziwo to, co czasami spychane do noty edytorskiej, funkcjonuje tu jako jedna z bardziej atrakcyjnych opowieści. Autor bardzo drobiazgowo omawia problemy związane z korzystaniem z narzędzi facebooka i mielizny łączące się ze sprawdzaniem komentarzy. Nie jest w stanie określić intencji użytkowników, wie, że reakcje mogą być czysto emocjonalne, ale brakuje mu systemu, żeby to zmierzyć.

W efekcie same badania okazują się dość konwencjonalne, a ich rezultaty przedstawiane w formie wykresów i tabelek oraz zestawień procentowych w samym tekście - przyciągną tylko naprawdę zainteresowanych. Niewiele tu wiadomości, które można by przenieść na sferę poza książką: ale też ich efemeryczność - odniesienie do konkretnego momentu społeczno-politycznego – wyklucza rozległe zastosowania. Część praktyczna - więc w zasadzie sedno książki - to prezentacja kolejnych wyników, nawet nie omówienie konsekwencji odkryć. Nie pójdzie za tym – bo zwyczajnie pójść nie może - wyciąganie wniosków w szerszej perspektywie. Ta publikacja pokazuje, jak można przeprowadzać internetowe analizy i jak potężnym narzędziem w kampaniach promocyjnych staje się facebook.

poniedziałek, 5 listopada 2018

Martyna Raduchowska: Spektrum

Foksal, Warszawa 2018.

Ludzkie myślenie

W “Spektrum” ludzie mają znaczenie już właściwie tylko jako punkt odniesienia. Martyna Raduchowska przenosi opowieść w niedaleką przyszłość - ale jest to już świt zdominowany przez wynalazki, roboty, androidy i rozmaite twory człowiekopodobne. May, bohaterka cyklu, jest androidem. W zasadzie nie do odróżnienia od prawdziwego człowieka - poza jednym drobnym wyjątkiem. Nie może odczuwać emocji. Przez to pozostaje robotem: jest przewidywalna i reaguje zgodnie z oczekiwaniami zwierzchników. Bez trudu realizuje wszystkie polecenia. Jako android może jednak tęsknić: wie, czego jej brakuje i chciałaby zmienić swój status. Zwłaszcza że istnieje taka szansa: na rynku pojawił się wielokrotnie przetestowany specyfik, reinforsyna. Lekarstwo zapewnia dostęp do ludzkich zdolności przeżywania i dostarczyłoby Mai to, czego ta potrzebuje. Tyle tylko, że naukowcy właśnie wycofują reinforsynę z obiegu: doszli do wniosku, że to zagrożenie, a nie szansa. Kalkulacja jest prosta: androidy obdarzone emocjami przestałyby reagować na polecenia, zaczęłyby zastanawiać się nad własnymi potrzebami i znalazłyby sposób, żeby postępować w zgodzie z sumieniem, którego dotąd nie miały jak dopuścić do głosu. A przecież wokół wciąż trwają walki. Androidy są szkolone, żeby zapewniać bezpieczeństwo, są świetnymi ochroniarzami. Sprawdzają się w zbrutalizowanej rzeczywistości, innej nawet mogą nie znać. Dają sobie radę w stawianiu czoła niebezpieczeństwom, nie boją się ryzyka. Odnoszą bardzo ciężkie rany, ale ich cierpienie nikogo nie interesuje: w końcu działają w słusznej sprawie. Między innymi o działaniach Mai, która próbuje wywalczyć dla siebie to, czego najbardziej pragnie, jest “Spektrum”.

Martyna Raduchowska w tej powieści stawia na technologię i stechnicyzowany język. Od początku zarzuca czytelników narracją, w której nic nie jest podobne poppowieściom. Trzeba samodzielnie odcyfrowywać zasady rządzące tą rzeczywistością (fakt, że to druga część serii sprawia, że pewne grono odbiorców zrezygnować może z lektury na starcie, bo wysiłek poznawczy trzeba podjąć dość spory), a do tego jeszcze wstrzelić się w specyfikę świata przedstawionego objawiającą się w hermetycznym języku. Tu nie tylko codzienność wydaje się nieprzystępna: odrzucanie emocji w pierwszym kontakcie z postaciami także modyfikuje sposób odbioru. “Spektrum” to zwłaszcza na początku książka bardzo zimna, na poziomie narracji beznamiętna - mimo że pełna silnych wrażeń. Bo od pierwszych stron autorka epatuje scenami zła i grozy. Każe bohaterom walczyć, przeżywać katastrofy, zmusza ich do działań wbrew woli, zalewa krwią i kaleczy. Uzbraja w świadomość, która nie pozwoli przejść nad wydarzeniami do porządku dziennego, ale od pierwszych chwil pokazuje też, że dla postaci litości nie ma. Androidy – nawet mimo aspiracji do bycia człowiekiem - są stworzone do zupełnie innych celów i jako

takie nie mają prawa głosu. To bez wątpienia literackie wyzwanie: stworzyć przestrzeń i warunki, w których nie funkcjonują znane odbiorcom mechanizmy, a jednocześnie pokazać nadzieje i plany pokrywające się z dzisiejszymi czasami i z ideą człowieczeństwa. Martyna Raduchowska dzięki temu rozwiązaniu ucieka od banału i funduje czytelnikom mocne wrażenia. Do jej książki sięgną przede wszystkim fani s-f w wersji futurystycznej, Raduchowska ich nie zawiedzie. “Spektrum” to publikacja ważna - przedstawienie możliwości, jakie zapewnia gatunek, a do tego pomysły z dala od znanych scenariuszy.

niedziela, 4 listopada 2018

Emilia Smechowski: My, superimigranci. Reportaż

Prószyński i S-ka, Warszawa 2018.

Sen o dobrobycie

Kilkuletnia dziewczynka myśli, że jedzie z rodzicami na wakacje. Nie rozumie tylko grobowej atmosfery i unoszącego się w powietrzu smutku. Nie zdążyła się pożegnać ze swoim najlepszym przyjacielem, nie wiadomo kiedy – i czy w ogóle - zobaczy jeszcze dziadków. Wyrusza do lepszego życia, jej rodzice podjęli decyzję o ucieczce z Polski i zamieszkaniu w Niemczech. Jest 1988 rok. Emilia Śmiechowska staje się Emilią Smechowski, a dzisiaj opowiada o emigracji zarobkowej z czasów, gdy to pojęcie jeszcze w ogóle nie istniało, a wyjazd za granicę był mocno utrudniony. Na przykładzie własnej - dalekiej od ideału - rodziny pokazuje, z jakimi wyrzeczeniami i problemami wiązała się realizacja marzenia o lepszym życiu. Tutaj nikt nie przejmuje się potrzebami dzieci – te mają się dostosować. Pilnie uczyć języka niemieckiego (rozmawianie po polsku w miejscach publicznych równa się społecznemu ostracyzmowi), ze szkoły przynosić tylko najlepsze oceny, starannie wybierać sobie towarzystwo. Dorośli muszą zdobyć pracę, która zapewni im prestiż i niekwestionowany szacunek innych. Ale najważniejsze jest wtopienie się w tło: ważne, żeby nikt w Niemczech nie wiedział, że ma do czynienia z Polakami, to zburzyłoby całą z trudem budowaną stabilizację. Chociaż rodzina autorki spełnia sen o dobrobycie, poszczególnym postaciom daleko do szczęścia. W końcu członkowie tej rodziny odchodzą od siebie, pozostają sami z rozterkami i wyzwaniami, za to bez ojczyzny. A Emilia Smechowski bez wielkich słów przedstawia normalność. Nie upiększa, znacznie częściej rzuca oskarżenia. Zdaje relację ze swoich męczarni, potyka się na drodze do ideału i daje upust goryczy. Nie pomija żadnego elementu życia na emigracji – od swoich pierwszych wspomnień - nawet jeśli pobrzmiewają dzisiaj niepoprawnie. Odnotowuje i prezenty gwiazdkowe świadczące o zamożności, i kary cielesne. Opisze brak wsparcia ze strony rodziców, kiedy opowiada im o swoim największym marzeniu - i rezygnację z kontaktów z innymi Polakami. Nie ma porównania z tym, co działo się w Polsce, ale część zachowań i reakcji zakodowanych u dorosłych będzie znana całemu pokoleniu. W efekcie “My, superimigranci” zamienia się w jednostkowe wyznanie o uniwersalnych spostrzeżeniach. Bez górnolotności i upiększania, autorka wybiera surową krytykę i gorycz, aż dziwne, że do tego stopnia potrafi oskarżać.

Jest to publikacja krótka i wspomnieniowa, a nie reportażowa, ale wypełniona po brzegi szczegółami. Autorka nie pomija żadnego aspektu życia w Niemczech – w zestawieniu z aspiracjami i kompleksami rodziny jako imigrantów. Uświadamia czytelnikom, jak wielką cenę miało realizowanie śmiałego marzenia. Te obserwacje przepełnione są żalem i pretensjami, a i sporą dozą samotności, zupełnie jakby autorka nie mogła wpisać się w schemat przygotowany jej przez rodziców. Koncentruje się na detalach, rzeczach, które mogą zachwycić małe dziecko, a przez dorosłego nie zostaną nawet zauważone. Stąd pewna doza naiwności obecnej już na płaszczyźnie narracji. Emilia Smechowski pisze przekonująco, chociaż momentami odbiorcy będą zastanawiać się, czy chodzi jej bardziej o zachowanie własnych wspomnień, rozliczenie z przeszłością czy o przekonanie innych do rezygnacji z odważnego kierowania swoimi losami. “My, superimigranci” to książka o specyficznej narracji – pozbawiona sielankowości (mimo że dotycząca wspomnień z dzieciństwa oraz rodziny), wolna od schematów w ramach tematyki, odkrywcza i osobista – a jednak dziwna, może za sprawą infantylizmu w części zwierzeń.

sobota, 3 listopada 2018

Astrid Lindgren, Louise Hartung: Ja także żyłam! Korespondencja

Nasza Księgarnia, Warszawa 2018.

Przyjaźń

Astrid Lindgren daje się za sprawą Naszej Księgarni poznać jako autorka ciekawych listów. Na rynku pojawia się teraz jej korespondencja z Louise Hartung „Ja także żyłam”. Opowieść to przedziwna i w sztuce epistolarnej to Hartung tym razem wiedzie prym – ale nie dla wartości literackich chce się śledzić tę relację, a dla rozwoju uczuć. Od początku Louise Hartung jest tą, która przytłacza i onieśmiela. Propaguje twórczość Astrid Lindgren w Niemczech, zaprasza pisarkę na spotkania autorskie, dba o to, by świat o niej usłyszał – robi mnóstwo, żeby o autorce znakomitych tekstów dla dzieci dowiedzieli się wszyscy. Ale w stosunku do samej Lindgren staje się niemal bałwochwalcza, zasypuje pisarkę wyrazami uwielbienia, zapewnieniami o miłości i tęsknocie i wyznaniami, których Astrid Lindgren odwzajemnić nie może. Gotowa jest na każde poświęcenie, chce spełnić wszystkie życzenia pisarki, wniknąć w jej życie i myśli – żeby pozostać jak najbliżej. Wyczulona na najdrobniejsze uwagi, zarzuca pisarkę kwiatami i małymi upominkami. Wydaje się bardzo nachalna, zwłaszcza w zestawieniu z powściągliwą i wycofaną pisarką. Astrid Lindgren może nie czuje się zagrożona (dzieli je zresztą pewna odległość geograficzna), ale chce uniknąć skrępowania i niemożliwych do spełnienia obietnic, chce też oszczędzić rozczarowania. Wiele razy musi w listach podkreślać, że nie jest zainteresowana związkiem z kobietą i za miłość może ofiarować tylko przyjaźń. Louise Hartung się tym nie zraża, wystarcza jej, że sama może kochać i tęsknić. Ta relacja trwać będzie przez lata.

Najpierw kwestie zawodowe. Louise Hartung zachwyca się twórczością Astrid Lindgren, komentuje kolejne książki i chce wiedzieć o nich jak najwięcej, z radością czeka na informacje o perypetiach wydawniczych i zdaje relację z własnych działań mających na celu rozreklamowanie tego pisarstwa w Niemczech. Astrid Lindgren odpowiada z sympatią, chociaż ton jej listów jest dużo mniej żarliwy. Przy opowieściach Hartung wypada wręcz ascetycznie. Coraz odważniej do narracji wkraczają wyrazy tęsknoty, a później i uwielbienia – co pisarka próbuje odeprzeć z całą delikatnością. W końcu obie panie dochodzą do porozumienia (dzięki ustępstwom Hartung) i nawiązuje się między nimi przyjaźń. Dalej zajmują się sprawami zawodowymi, tych nigdy za mało. Ale Astrid Lindgren opowiada też o swojej rodzinie, obie przejmują się wojną i polityką, poznają wzajemnie swoją przeszłość, dzielą się zmartwieniami i radościami, planują podróże, w których efekcie spotkają się na kilka dni. Tworzą więź dość silną, ale jednocześnie praktycznie wolną od kłótni czy dyskusji, są wobec siebie uległe, nie zamierzają sprawiać przykrości czy nalegać na coś, na co druga strona ochoty nie ma. Troskę widać zwłaszcza gdy nie chcą pisać o swoich chorobach, dolegliwościach czy problemach – i przyznają się do nich po fakcie.

Jest ten tom złożony z obszernych listów, w których czasem zaznacza się przesada w manifestowaniu uczuć – ale liczy się tu literackość oraz sama możliwość podejrzenia, jak kształtowała się przyjaźń między Szwedką a Niemką. To także przypis do wiadomości o książkach Astrid Lindgren – nie tylko możliwość podejrzenia warsztatu i zmagań językowych, ale i konteksty, przemyślenia autorki i pierwsze wrażenia czytelniczki. Kto lubi czytać korespondencję, będzie zaskoczony obserwacją tych wyznań, a i wrażliwością obu autorek. Zakres poruszanych tematów wydaje się oczywisty, ale już realizacja dostarcza sporo przyjemności. Odbiorcy zostaną dopuszczeni do intymnej relacji i będą mogli rozkoszować się atrakcyjną wymianą przemyśleń, wrażeń i doświadczeń.

Avengers. Biblioteka bajek

Egmont, Warszawa 2018.

Siła

To wspaniale, że superbohaterowie zachowują czujność i mogą chronić świat przed przestępcami, złoczyńcami i czarnymi charakterami. Superbohaterowie rozpalają dziecięcą wyobraźnię, a do ich grona dołączyć można nie tylko dzięki nadnaturalnym supermocom. Czasami wystarczy samozaparcie oraz ciężkie treningi doskonalące umiejętności. Pewne jest to, że superbohaterowie zawsze trzymają się razem i stawiają czoła najgroźniejszym wrogom. Do Avengersów należą między innymi Iron Man, Hulk, Czarna Wdowa, Thor czy Kapitan Ameryka. Każdy jest inny, każdy dysponuje innymi mocami i talentami – i chociaż z przeciętnym wrogiem każdy poradziłby sobie w pojedynkę, tu wyzwania muszą być odpowiednio większe, w sam raz dla kilkuletnich poszukiwaczy sensacji.

Tom „Avengers. Biblioteka bajek” jest znakomitą propozycją dla dzieci wychowywanych na kreskówkach – i tych, które nie potrafią zbyt długo koncentrować się na jednym temacie. Składa się z dziewiętnastu krótkich historyjek – odcinków opowieści o superbohaterach. Na początku autorzy przybliżają czytelnikom konkretne postacie, kilka opowiadań pokazuje, kim były przed dołączeniem do Avengersów, jak ujawniła się ich moc, a także – co mogły wnieść do drużyny. To również moment na przedstawienie prywatności, aspiracji, dążeń i potrzeb – oraz charakterów. Bo chociaż nie podlega dyskusji fakt, że bohaterowie chcą walczyć ze złem i służyć pomocą ludziom, zapobiec zagładzie planety itp. – to jednak nie są idealni, zdarzają się im bolączki, zmartwienia albo problemy, które powinni w samotności rozwiązywać.

Gdy prezentacje się skończą, czas na bardziej dynamiczne historie. Tu do akcji wkraczają wrogowie – a i wielkie wyzwania. Nie ma dla postaci granic czasowych, terytorialnych ani kulturowych. Raz do działania prowokują wydarzenia wśród dinozaurów, raz – lodowacenie półkuli północnej. Wrogowie potrafią przekopywać się pod ziemią albo cofać w czasie, zależy im zawsze na podboju świata i na zwycięstwie za wszelką cenę. Dzieje się bardzo wiele, zwłaszcza że narracja została do minimum ograniczona. W ogóle w stylu opowiadania to raczej streszczenia fabuł kreskówek, bez specjalnych literackich ambicji. Liczą się proste zdania i eksponowanie emocji, nastawienie na akcję i na dynamizowanie wrażeń. Odbiorcy zyskują zestaw przygód relacjonowanych błyskawicznie – z wykorzystaniem szybkich dialogów i ekspresji. To, co pojawi się w tekście, znajduje natychmiast odzwierciedlenie na rysunkach. Te należą do bardzo kolorowych. Do stylu prowadzonej opowieści pasują również zmiany perspektywy w rysunkach: ujęcia z lotu ptaka, widoczne przeskoki energii, postacie zamienione w locie, podczas akrobatycznych walk – to wszystko zrobi wrażenie na dzieciach i przyczyni się do śledzenia tekstu. „Avengers” to lektura rozrywkowa – może przekonać najmłodszych do samodzielnego czytania, a co za tym idzie – ćwiczenia szkolnych umiejętności niemal bez wysiłku. To propozycja dla kilkuletnich chłopców, dostosowana do ich typowych zainteresowań i rozrywek. „Filmowa”, atrakcyjna i nie nudna – to publikacja w sam raz dla fanów superbohaterów.

piątek, 2 listopada 2018

Anna Kamińska: Wanda

www.gandalf.com.pl

Wydawnictwo Literackie, Kraków 2018.

Traktowanie z góry

„Wanda” Anny Kamińskiej jest publikacją odmienną od typowych pozycji z literatury górskiej albo biografii wspinaczy. Na rynku pojawia się obecnie mnóstwo takich pozycji, rośnie zainteresowanie tematem nawet wśród odbiorców, którzy sami nie zamierzają w góry wyjeżdżać. I na fali tego zainteresowania autorzy prześcigają się w portretowaniu ludzi gór. Wanda Rutkiewicz mogła się przedstawiać we własnych zapiskach oraz w wywiadach, funkcjonuje też już jako bohaterka biografii. Anna Kamińska jednak nie próbuje rywalizować z innymi twórcami, wybiera własną drogę. A jej drogą ma być prywatność sławy. Wanda Rutkiewicz rozpala wyobraźnię mas. I jako kobieta, która zdobywała ośmiotysięczniki, pierwsza Polka odnosząca sukcesy we wspinaczce ekstremalnej, i jako ta, której śmierć do tej pory pozostaje zagadką. Interesuje Kamińską Wanda jako kobieta i jako osoba prywatna. Nie będzie więc w tomie poszukiwania relacji z wypraw – ani fachowej terminologii górskiej. Z rzadka autorka przygląda się ekspedycjom, zwłaszcza wtedy, gdy wiążą się z dziwnymi rozwiązaniami problemów (kupowanie pierzyn, żeby szyć z nich śpiwory). Autorka nie wspina się na szczyty i nie zagląda do baz. Sprawdza, jaka była Wanda – przez kontakty i rozmowy z jej przyjaciółmi, znajomymi albo też z innymi wspinaczami. Wypytuje wszystkich o to, jaka Wanda była na co dzień. Odnotowuje opinie mężów oraz partnerów, matki i pracowników. Podejmuje temat kobiecych wypraw organizowanych przez Wandę albo – kwestie zakładania domu i budowania rodzinnych relacji. Na długo zatrzymuje się nad trudnym charakterem Wandy, chce tę postać odbrązowić. Opowiada o tym, co do narodowej bohaterki kompletnie nie pasuje: o parciu na szczyty bez oglądania się na innych, o wymaganiach i kaprysach, kłótliwości oraz wykorzystywaniu ludzi do własnych celów. Wanda na początku tej historii jest piękna i intrygująca, do końca też w górach pozostanie modnie ubrana, pociągająca i tajemnicza. Ale z czasem wyostrza się jej charakter, uwypuklają męczące innych wady. Na Wandę nie ma sposobu: ona osiągnie to, czego chce, ale innym nie pozwoli na realizację marzeń. Chyba że mowa o oddanych przyjaciołach – oni mają zupełnie inny obraz Wandy i nim chętnie się dzielą. Wielu rozmówców ma do przedstawienia anegdoty, drobne wspomnienia, które składają się na wyrazisty wizerunek. Na niektóre pytania Anna Kamińska nie znajdzie odpowiedzi, ale zawsze pamięta o tym, żeby książka była atrakcyjna dla odbiorców. Może niepotrzebnie przytacza brzmienie dokumentów (podań czy wyjaśnień pisanych dla pracy), ale to też dodaje tomowi koloru.

Autorka wykorzystuje również wątki poboczne – motyw zamordowanego ojca Wandy opisuje jak kryminał. Zajmuje się i zagadką śmierci Wandy: to okazja do zbierania rozmaitych rytuałów. Każdy opowiada, jak żegnał się z Wandą przed jej wyjściem w góry – i jak zaniedbał te zwyczaje przed ostatnim wyjazdem. Rejestruje, choć to nieracjonalne, wszelkie przeczucia dotyczące rychłego kresu. „Wanda” jest jako lektura bardzo zajmująca. Nie tylko za sprawą życiorysu Wandy Rutkiewicz, barwnego samego w sobie – ale również ze względu na bezbłędną realizację. O górskich perypetiach bohaterki czyta się w innych źródłach, Anna Kamińska zapewnia uzupełnienie podstawowej opowieści. Pisze tak, by dotrzeć do szerokiego grona odbiorców, zachęca do lektury zróżnicowanymi tematami i nastawieniem na osobistą sferę życia Wandy Rutkiewicz. To pozycja wielogłosowa, w której nie mniej ważna od alpinizmu okazuje się codzienność. Międzyludzkie relacje są z konieczności przedstawiane tylko z jednej perspektywy, ale dzięki temu, że opowieści (i rozmówców) jest sporo, nie ma wrażenia monotonii.

czwartek, 1 listopada 2018

Peter Ackroyd: Londyn. Miasto queer

Zysk i S-ka, Poznań 2018.

Inność

Nie jest to książka o Londynie jako takim, chociaż Londyn przydaje się jako tło i punkt odniesienia. Ale szybko spada na daleki plan w zestawieniu z „rewelacjami” na temat homoerotyzmu na przestrzeni wieków. „Queer” dominuje, i to zdecydowanie – ale przykład wielokulturowego miasta jednoznacznie pokazuje, że zjawisko można zaobserwować w wielu miejscach na świecie. A do tego – że wcale nie musi ono szokować albo budzić sprzeciwu. Peter Ackroyd gromadzi dane często w pewnych okolicznościach uznawane za kontrowersyjne – ale przedstawia wiadomości bez odcienia sensacji. Nie zajmuje się wskazywaniem protestów albo komplikacji społecznych, skupia się na konkretnych bohaterach, życiorysach lub zachowaniach. Unika wartościowania, albo inaczej – zrównuje to, co konserwatyści uważają za „inność” z niebudzącą wątpliwości „normalnością”. To pozwala unikać tonów, które zaburzałyby proces odbioru tomu. „Londyn. Miasto queer” rozpoczyna się w zamierzchłych czasach, w kulturach, w których homoseksualizm nikogo nie dziwił. Związki między mężczyznami należą tu do naturalnych i powszechnie akceptowanych. Kolejnym przystankiem w podróży przez czasy staje się stan rycerski – to punkt wyjścia do opisywania relacji, w których jeden z mężczyzn dominuje nad swoim kochankiem w pozycji społecznej lub zawodowej. I tutaj nie dziwią męsko-męskie relacje. Z czasem do narracji wejdą również zagadnienia miłości lesbijskiej czy poszukiwania tożsamości. Ackroyd sprawdza, wśród jakich zawodów i zajęć homoseksualizm był w zamierzchłej przeszłości najczęściej spotykany i przygląda się raz oczywistościom, raz „rewelacjom” – dla dzisiejszych odbiorców kwestiom nie do pojęcia albo właśnie zupełnie logicznym. W zależności od dostępu do materiałów autor odnosi się do obyczajów albo do konkretnych sylwetek, do postaci, które w jakiś sposób wsławiły się niekonwencjonalnymi działaniami. Im bardziej krystalizuje się społeczna „norma”, tym bardziej wyraziste stają się sylwetki ludzi, którzy nie podporządkowują się konwencjom, ładnie to Ackroyd odsłania. W pewnym momencie pojawi się zagadnienie seksu z nieletnimi lub rozmaite rodzaje przebieranek i odgrywania ról. Gdzieś w tle zaczną się nawet przewijać zabawki erotyczne z dawnych czasów. Staje się w ten sposób ta publikacja ciekawostką dla zainteresowanych wizją obyczajowych skandali. Peter Ackroyd w narracji wykorzystuje umiejętność łączenia rzeczowości i humoru. Pisze tak, by wciąż czytelników zaskakiwać. Dość często cytuje materiały źródłowe lub opracowania oddające charakter epoki. Przedstawia odbiorcom sekrety obyczajowe, pozwala podejrzeć techniki i upodobania – od początku zresztą wiadomo, że voyeuryzm to coś, co przyciągnie sporą liczbę odbiorców i będzie przykuwać uwagę. Tu ciekawa jest nie tylko treść przytaczanych komentarzy, bo i forma może urzekać, zwłaszcza w sposobach obrazowania zażywania cielesnych uciech. Przez dystans czasowy zmienia się rodzaj postrzegania wydarzeń – można traktować jak ciekawostki motywy, które zwykle budzą sprzeciw: przypadki seksualnego zniewolenia czy gwałty. Ale jednocześnie takie zaglądanie przodkom do sypialni przydaje się w zrozumieniu międzyludzkich relacji i kierunków poszukiwań. Peter Ackroyd nie chce bulwersować, bliżej mu raczej do dostarczania odbiorcom rozrywki. Stara się jednak przyczynić do zwiększenia społecznej akceptacji dla środowisk homoseksualnych. Zależy mu zwłaszcza na oswojeniu czytelników z tematem – ale i na dostarczeniu zestawu anegdot. Ta książka ze względu na temat zainteresuje spore grono odbiorców. Jest też zrealizowana tak, że nie można jej nic zarzucić: świadomy wagi tematu autor nie traktuje książki jako narzędzia propagandy. Dostarcza odbiorcom wielu ciekawostek i oswaja z zagadnieniem, które wciąż jeszcze momentami budzi kontrowersje.

Łukasz Olkowski: Na boisku

Polarny Lis, 2018.

Z piłką

Co pewien czas na rynku literatury czwartej pojawia się publikacja, w której autorzy przybliżają zasady gier zespołowych (najczęściej zresztą to piłka nożna, bo twórcy chcą połączyć nad lekturą pokolenia kibiców, dać ojcom pretekst do wspólnego czytania ze swoimi pociechami. Łukasz Olkowski idzie tym tropem i zbiera pięć wielkich tematów, które zainteresują małych sportowców. Omawia piłkę nożną, siatkówkę, koszykówkę, piłkę ręczną i... baseball – ten ostatni nie wiadomo, dlaczego, bo raczej trudno znaleźć w Polsce kibiców, być może autor chciał podbijać zagraniczne rynki, sprzedać licencję itp.. Pomaga też choćby zrozumieć filmowe sceny. Niezależnie od intencji – proponuje książkę, której nie czyta się linearnie, raczej traktuje jak poradnik.

Najpierw podstawy każdego ze sportów: jak liczy się punkty, kiedy się wygrywa, ile trwają spotkania, zasady budowania drużyn, liczba graczy, wybrane przepisy (w formie ciekawostek, a nie boiskowych regulaminów) - ale również wiadomości sprofilowane pod małych odbiorców - w jakim wieku można zacząć treningi. Znajduje też miejsce autor na... informacje o rozmiarach piłek - i to raczej temat, którego maluchy nie zgłębią nigdzie indziej, ani w rozmowach z rodzicem, ani przez słuchanie komentatorów spotkań. Z reguły też rzadko poruszany, bo i nie najważniejszy w odkrywaniu piękna sportu. Wiadomości pojawiają się tutaj niemal na prawach podpisów pod rysunkami: chodzi o to, żeby nie przeładowywać rozkładówek tekstem i nie zniechęcać dzieci na starcie do lektury. Kolejnym punktem opowieści jest przedstawienie najlepszych zawodników. Tu wybór może być tylko subiektywny. Co ciekawe, autor opisuje albo zawodników, którym dzieci dzisiaj kibicują, albo tych sprzed kilku zaledwie lat – tak jest w przypadku piłki nożnej i siatkówki, w piłce ręcznej sięga po zawodników Wenty. Niby wie, że tomik nie może być uniwersalny i nie przetrwa na rynku długo, a w razie wznowienia można też zaktualizować sylwetki zawodników - ale wydaje się to powierzchowne i nie do końca przekonuje. Pozostaje też pytanie, dlaczego Łukasz Kadziewicz udziela tu wywiadu, z innymi sportowcami się nie rozmawia. Za każdym razem do kilku portretów mężczyzn autor na koniec dokłada pojedynczą przedstawicielkę reprezentacji żeńskich. Mocno to naciągane: przez poprawność polityczną i próbę trafienia do odbiorców obu płci.

Osobną kwestią są tu grafiki. Nie ma nazwiska twórcy i w sumie trudno się dziwić, bo ilustracje to najsłabszy punkt publikacji, chociaż też nie nowy. To rysunki stworzone komputerowo i bez zbędnych szczegółów czy komplikacji. Nie przeszkadza to przeważnie przy ogólnikowych grafikach - towarzyszących objaśnianiu zasad i boiskowych sytuacji. Ale już w chwili, gdy grafik ma zaproponować wizerunki konkretnych postaci... czasami udaje się odrobinę zasugerować podobieństwo, ale nie zawsze. Upraszczane i wygładzane portrety nie przyciągają uwagi, a już zwłaszcza dzieciom nie skojarzą się z określonymi sportowcami. Może lepiej byłoby skorzystać ze zdjęć (choćby i komputerowo przerobionych na grafiki). Nie przemawiają do odbiorców takie propozycje – szkoda, że rozwiązania nie zostały dopasowane do zawartości tomiku.

“Na boisku” to książka, która zachęca do uprawiania sportów drużynowych. Pokazuje dzieciom możliwości i radość ze wspólnej gry. Umożliwia bardziej świadome kibicowanie. Każdy sposób na przekonanie dzieci do aktywności fizycznej jest na wagę złota. A jeśli przy okazji można zaserwować lekturę przybliżającą różne dziedziny sportu - można się tylko cieszyć.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com