Strona główna || O autorce || O tu-czytam || Bajki || Bajkowe portfolio                       

piątek, 30 listopada 2018

Peter Singer: Wyzwolenie zwierząt

Marginesy, Warszawa 2018.

Przypomnienie buntu

Dzisiaj już ta książka zamieszania nie narobi, bo konieczne zmiany w traktowaniu zwierząt zainicjowała cztery dekady temu. Powraca na rynek trochę jako historyczna ciekawostka, mimo że pisana była jako manifest, sposób walki z dostrzeżonym okrucieństwem. Peter Singer pochyla się tutaj nad krzywdą zwierząt hodowlanych oraz tych, na których wykonywało się okrutne eksperymenty. Namawia do wegetarianizmu i do bojkotowania hodowli przemysłowych. Już na początku pojawiają się ostrzeżenia, że nie będzie to lektura dla wrażliwych, dla tych, którzy „kochanie zwierząt” rozumieją jako troskę o domowego pupila. I rzeczywiście przyjęta perspektywa nie pozwala ani przez moment rozczulać się nad czworonogami. Tu chodzi o coś znacznie poważniejszego – o szacunek do zwierząt.

Peter Singer swoją opowieść przesyca emocjami, a te zabiegi okazały się skuteczne z perspektywy czasu, chociaż bywa, że budzą wątpliwości. „Szowinizm gatunkowy”, podstawową postawę podlegającą krytyce, porównuje tutaj do rasizmu albo do nierówności w traktowaniu kobiet i mężczyzn. Chce głośno wołać w obronie tych, którzy sami upomnieć się o swoje prawa nie mogą – a robi to przez uświadamianie czytelników i terapię szokową. Fakt, że dzisiaj przedstawiane przez Singera zjawiska należą już do powszechnie znanych i potępianych, ale łatwo sobie wyobrazić szok odbiorców wyrzuconych ze strefy komfortu i brutalnie oskarżanych o znieczulicę cztery dekady temu. Do zabiegów retorycznych stosowanych przez autora nader chętnie należy choćby pytanie, czy na podobne praktyki mają iść pieniądze z podatków. Ale nie jest to jedyna próba dotarcia do sumień. Singer wprawdzie zastrzega się, że nie będzie przez cały czas skupiał się na podawaniu przykładów na okrucieństwo ludzi wobec zwierząt, ale początek tomu właśnie na tym opiera. Najpierw eksperymenty, przedziwne doświadczenia, które niczemu nie służą, a prowadzą do śmierci zwierząt w męczarniach. Później analizy ogromnych ferm drobiu, hodowli świń i krów. Za każdym razem sceny szokujące, w których porównuje się warunki przetrzymywania zwierząt do obozów koncentracyjnych lub zestawia potrzeby zwierząt z wegetacją w takich miejscach. Podkreślanie ogromu cierpienia, bólu, strachu, chorób i efektów „oszczędności” hodowców – ta część tomu najbardziej przemawia do wyobraźni czytelników. Ale Peter Singer, zresztą zgodnie z zapowiedziami, na tym nie poprzestaje. Zajmuje się między innymi podejściem do zwierząt w różnych religiach czy filozofiach – to dla tych, którzy potrzebują wsparcia własnych przekonań zdaniami autorytetów. Do tego zajmuje się autor również namawianiem do przejścia na wegetarianizm. Jest radykalny – ale jeśli chce wywołać konkretny efekt, nie może rezygnować z ostrych tonów.

Dzisiaj „Wyzwolenie zwierząt” to już klasyka, książka, która ma wartość informacyjną i dokumentacyjną. Funkcjonuje jako bardzo niewygodna lektura, mocno nacechowana emocjonalnie, ale wciąż ważna. Peter Singer proponuje czytelnikom wejście w świat, o którym wielu wolałoby nie wiedzieć. Tu obrona zwierząt łączy się z niezgodą na cierpienia zadawane w imię źle pojętej nauki, albo dla osiągnięcia zysku. Człowiek wyczulony na krzywdę słabszych istot znajdzie tu moc argumentów za swoją postawą. Peter Singer tworzy narrację zaangażowaną, zajmuje się problemem, który należy nagłośnić. I chociaż czasami sięga po chwyty mniej pasujące do publikacji popularnonaukowej, liczy się dla niego cel.

czwartek, 29 listopada 2018

Konstanty Usenko: Buszujący w barszczu. Kontrkultura w Rosji sto lat po rewolucji

Czarne, Wołowiec 2018.

Niezgoda na świat

Bardzo malownicza jest narracja w tej książce, sama w sobie okazuje się dziełem sztuki, jakby Konstanty Usenko dał upust artystycznym fantazjom. A przecież pisze rzeczowo i konkretnie, ani na moment nie spuszcza z oczu obiektów swoich badań, staje się przewodnikiem po rosyjskiej kontrkulturze ostatnich kilku dekad. Tyle tylko, że podczas relacji pozwala sobie na ucieczkę od hermetycznego naukowego dyskursu w stronę językowego piękna. Nieprzezroczysta narracja zresztą dobrze się tu sprawdza, pasuje do zagadnienia: podkreśla jego buntowniczy charakter i poszerza krąg odbiorców. „Buszujący w barszczu” to zatem publikacja ciekawa z dwóch stron: analiz artystycznych i sposobu opowiadania. Konstanty Usenko dostarcza swoim czytelnikom zestawu rzetelnie przygotowanych wiadomości, ale też lektury, jakiej nie można się spodziewać po książkach popularnonaukowych. Tę trudno scharakteryzować jednoznacznie jako literaturę przedmiotu: autor operuje językiem twórców, chociaż niekoniecznie tych, których akurat ocenia.

Kontrkulturowe dzieła w Rosji obejmują w pierwszej kolejności piosenki oraz występy (niekoniecznie na scenach). To manifestowanie poglądów, sprzeciw wobec zastanych porządków i próba wykrzyczenia samoświadomości. Bardzo długo analizuje autor scenę rapu oraz hip-hopu, jawi się tu jako specjalista, który nie tylko potrafi wskazać ważne tematy i sposoby wyjawiania poglądów, ale również umiejscawiać je w kontekście społeczno-kulturowym. Relacjonuje treści piosenek, przytacza odpowiednie cytaty, a do tego podaje albo szczegóły z biografii twórców, albo scenki z tras koncertowych, okoliczności wydawania płyt lub powstawania poszczególnych utworów – wszystko, co może być z perspektywy odbiorców ważne dla zrozumienia samego dzieła i zawartości emocjonalnej. Właśnie o to chodzi autorowi: walczy o zrozumienie dla tych, którzy do mainstreamu przebić się nie mogą i traktowani są zwykle po macoszemu, niezależnie od tego, jak wielki byłby ich gniew i sprzeciw wobec istniejącego stanu rzeczy. Buntownicy w kulturze rzadko kiedy mają szansę doczekać się tak drobiazgowego komentarza niemal „na gorąco”: zwykle trafiają pod lupy badaczy, kiedy już ich hasła przebrzmiały i kiedy nie mają szans na zdobycie nowych odbiorców. Usenko uczy rozumienia kontrkultury, wydobywa na światło dzienne to, co ignorowane albo niedostrzegane – i oprawia w porządne ramy. Daje czytelnikom możliwość odczytywania przesłań, tłumaczy stosowane chwyty oraz zasadność sięgania po określone tematy, sprawia, że sztuka zwykle marginalizowana ma szansę zostać dostrzeżona nawet poza gronem docelowych odbiorców, i to nie tylko jako ciekawostka.

Autor szuka w tej książce okoliczności powstawania utworów. Umie łączyć motywy z rymowanych manifestów z sytuacją polityczną, z reakcjami społeczeństwa lub z… otoczeniem, w jakim dane dzieła powstają. Obrazowo przedstawia między innymi szare blokowiska, sięga po charakterystyczne billboardy, zestawia ze sobą różne gatunki sztuki i przytacza potencjalne inspiracje. Dużo wie o artystach: przeprowadza dokładne badania, sięga po fragmenty wywiadów i opowieści o pracy, a jednocześnie może informować czytelników, z jakimi reakcjami spotykały się konkretne utwory w momencie publikacji czy wygłoszenia. Opowiada o sytuacjach podczas koncertów i charakteryzuje nowe pokolenie. Nadąża za zmianami. Dokłada elementy popkultury jako przeciwwagi dla omawianych dzieł. Bardzo poważnie traktuje nawet to, do czego odbiorcy w ten sposób by nie podeszli. „Buszujący w barszczu” to również prezentacja sposobów mówienia o kontrkulturze tak, by nie zatrzeć jej charakteru. Publikacja obszerna i ciekawa.

środa, 28 listopada 2018

Rose McGowan: Odważna

Agora, Warszawa 2018.

Wrażliwość i walka

Rose McGowan nie tworzy autobiografii, tylko manifest, który ma doprowadzić do tego, że kobiety nie będą traktowane wyłącznie jako obiekty pożądania seksualnego. Chce uświadamiać wszystkim, bez względu na to, czy są małymi dziewczynkami, matkami, gwiazdami show biznesu czy zupełnie zwyczajnymi paniami - że nie mogą dać się zdominować mężczyznom, wmówić sobie, że są gorsze czy że zasługują na pogardę, a nie na szacunek. McGowan wszelkie przestrogi i wskazówki czerpie z własnych doświadczeń. “Odważna” to brutalna spowiedź, pełna goryczy, ale również chęci zmian. Wyrasta ta książka z niezgody na rzeczywistość, autorka ma sporo przemyśleń, którymi chce się podzielić z szeroką publicznością. Widać, że mimo bardzo emocjonalnych zwierzeń ma całość doskonale przemyślaną i nie idzie na żywioł w relacjonowaniu przeszłości. Dopasowuje argumenty i przykłady z własnej egzystencji starannie, nie zamierza się promować. Pokazuje wręcz, że zawsze można znaleźć wyjście z najgorszych sytuacji. Oczywiście nieobce są jej przejawy młodzieńczego buntu ze wszystkimi niebezpieczeństwami, ale młoda Rose nigdy się nie załamuje. Co najwyżej w najtrudniejszych chwilach mentalnie opuszcza swoje ciało i przygląda się wszystkiemu z dystansu. Umie myśleć i wyciągać wnioski. Inteligencja jednak uniemożliwia jej bierne przyglądanie się zasadom narzucanym przez mężczyzn. Rose McGowan wciąż przekonuje się, że kobiety nie mają jak się bronić (lub w ogóle nie wiedzą, że mogą). Kiedy trafia do Hollywood, dowiaduje się, że ten światek rządzi się swoimi brudnymi prawami. Nie dość, że wśród reżyserów i producentów nie brakuje pedofili i seksoholików, nie dość, że wykorzystywanie młodych i naiwnych dziewczyn to norma – to jeszcze kobiety na lepszych stanowiskach nic z tym nie robią. Nawet nie chcą ostrzegać młodszych koleżanek przed tym, co je czeka na ścieżce kariery. Skandale łatwo i szybko się tuszuje, sprawcy pozostają bezkarni. Praca w Hollywood to nie tylko przegląd ról McGowan: bardziej analiza tego, co dzieje się za kulisami. Autorka szuka pomocy, ale nie może zwalczyć niepisanego “porządku”. Ze strachem, bólem i upokorzeniem jest samotna. Ale nie poprzestaje na tym zagadnieniu. Odwołuje się i do tego, co dawało jej wytchnienie, przynajmniej na pewien czas. Najpierw takim jasnym punktem jest związek z Marylinem Mansonem, później jednak okazuje się, że Rose McGowan z niewiadomych względów ma tendencję do wikłania się w toksyczne związki. Niewesołe doświadczenia jej nie załamują: dają impuls do działania. Za każdym razem, kiedy autorka przedstawi koszmarne doświadczenie, mówi coś, co wtedy by jej pomogło albo co powinna usłyszeć dziewczyna w podobnej sytuacji, żeby nie stracić poczucia własnej wartości. Pokazuje, jakie postępowanie jest złe i kiedy gwałt czy napaść niesłusznie traktowane są jako zachowania z winy kobiety. Rose McGowan z całą dobitnością przekonuje, że to kobiety są ofiarami. Oskarża mężczyzn, czasami też rekompensuje sobie upokorzenia, stwierdzając, że nie mają oni talentu, lubią tanie komplementy i są śmiesznie próżni.

Trochę w tym autobiograficznych komentarzy, ale życiorys to nie cel autorki, jedynie sposób na uzasadnienie kolejnych przestróg i przesłań. Rose McGowan dba o to, żeby podkreślać własną siłę, ale i przekonać odbiorczynie, że też (albo tym bardziej) dadzą sobie radę. Walka o prawa kobiet – czy może występowanie przeciwko molestowaniu seksualnemu – to właściwe zadanie autorki. Jest ta książka, jeśli pominąć fragmenty tendencyjne (z retoryką nastawioną wyłącznie na budzenie gniewu), bardzo dobra od strony warsztatowej, McGowan wie, jak opowiadać o trudnych doświadczeniach - i wie, po co, co znacznie w tym wypadku ważniejsze.

wtorek, 27 listopada 2018

Dave Itzkoff: Robin

Agora, Warszawa 2018.

Komik

Robin Williams to aktor i legenda. Jego samobójcza śmierć wstrząsnęła nie tylko fanami satyry i kinomanami. Ten artysta zmienił oblicze masowej rozrywki. Teraz Dave Itzkoff przybliża sylwetkę Williamsa w bardzo obszernej biografii zatytułowanej po prostu „Robin”. Chociaż ponad 600 stron tekstu w pewnym stopniu pojawia się za sprawą dość dużej interlinii, nie ma się tu wrażenia sztucznego rozdmuchiwania tekstu. Itzkoff jest w narracji rzetelny i całkiem szczegółowo analizuje kolejne sceniczne dokonania autora. Sprawdza i przełomowy charakter jego wystąpień, w ogóle rozwój kariery i drogę do pozycji w świecie show biznesu. Robin Williams w tym portrecie przedstawiany jest niemal od pierwszego wkroczenia na scenę i podbijania serc publiczności. Na początku to wyjątkowy stand-uper, który rozwija swoje opowieści w odpowiedzi na reakcje widowni – od typowych komików estradowych różni się jednak znacząco: jest w stanie prezentować wiele urozmaiconych charakterów w krótkich migawkach. Ujawnia się tu i wyjątkowy zmysł obserwacji, i talent, i starannie wypracowywany warsztat aktorski. Robin Williams w młodości zaskakuje precyzją w parodiowaniu wymyślonych typów postaci, ale i błyskotliwością – jak nikt inny potrafi wcielać się w swoich bohaterów na krótką chwilę. To sprawia, że zostaje dostrzeżony i zaproszony do współtworzenia telewizyjnego serialu. Tam w scenariuszu ma wyznaczone miejsca na improwizację. I tak jego kariera nabiera tempa, a Itzkoff dokładnie ogląda każdy jej etap. W pewnym momencie autor tomu przerzuca się na drobiazgi dotyczące życia prywatnego: przedstawia kolejne związki Robina Williamsa i stara się zarejestrować opinie wybranek o aktorze. Potem już zachwyty i wywody o geniuszu zamieniają się w gorycz. Aktor coraz częściej szuka zapomnienia w narkotykach, zaniedbuje rodzinę i zaczynają się u niego uwidaczniać problemy psychiczne. Od tego Itzkoff nie ucieknie – ale też nie próbuje ukrywać, że było inaczej, szacunek i uwielbienie dla aktora, ciepły wizerunek zbudował już wcześniej, teraz nie musi się troszczyć o kształtowanie opinii czytelników, prawda w niczym nie zaszkodzi, a tylko wzbogaci opowieść. Dlatego też z taką samą uwagą, z jaką wcześniej śledził sceniczne metamorfozy, teraz obserwuje przejawy uzależnienia i płynące z tego kłopoty. Do tego wyjściowego zachwytu z pierwszych rozdziałów już później autor nie wraca, nawet podkreśla momenty, w których można mówić o zmierzchu gwiazdy. Nie traci sympatii do bohatera tomu, co daje się wyczuć – ale nie szuka dla niego usprawiedliwień na siłę.

„Robin” to książka składana z wielu wypowiedzi i komentarzy z zewnątrz, ale też z niezłą narracją. Dave Itzkoff analizuje detale z życia i pracy Williamsa, rozbija relację na kolejne zawodowe wyzwania albo tematyzuje codzienne problemy. Przy okazji może przypominać czytelnikom o skutkach chorób psychicznych. Co ważne – znów nie tylko z perspektywy fanów – kiedy autor tomu przywołuje żarty, które mają pomóc w definiowaniu Robina Williamsa, nie zapomina o eksponowaniu puent, pisze tak, żeby czytelnicy mogli docenić komizm albo satyryczne rozwiązania. Eksponuje oryginalne pomysły i przedstawia całe żarty. Faktem jest, że nie każdy rodzaj humoru z tej opowieści przypadnie do gustu wszystkim – sporo tu dowcipów powiązanych z fizjologią. To „chwyta” w przypadku masowej publiczności stand-upowej, ale już niekoniecznie w lekturze. Dobrze jednak, że autor i to przywołuje, budując ten portret. Robin Williams w tej opowieści prezentowany jest w miarę pełnie, a książka nie powinna odstraszać objętością: napisana została bardzo lekko, a w aneksie znaleźć można wykaz ról i nagród aktora.

poniedziałek, 26 listopada 2018

Iwona Szelezińska: Kopnij piłkę ponad chmury. Reportaże z Nepalu

Marginesy, Warszawa 2018.

Odwrotna zwyczajność

Iwona Szelezińska poznaje Nepal nie od strony turystycznej, a – kulturowej i obyczajowej. Tom “Kopnij piłkę ponad chmury” to zestaw reportaży, w których uwypuklają się różnice kulturowe i codzienne wyzwania nieznane odbiorcom. Autorka dba o to, żeby Nepal jawił się tu jako miejsce dziwne – z różnych względów. Szczególnie interesuje ją los kobiet i dziewczynek, ale zajmuje się również innymi postaciami i “przełomowymi” momentami ich życia. Przedstawia zawód swatki, sport uprawiany na ekstremalnej wysokości, sytuację po trzęsieniu ziemi, losy matek w więzieniach dla kobiet. Czasami odwołuje się do sytuacji kompletnie nieznanej, podkreślającej inność w wierzeniach czy zwyczajach i tradycjach: otwiera książkę obszernym reportażem o kilkuletnich dziewczynkach traktowanych jak wcielenia bogini. Dzieci odrywane są od zwyczajnego życia, z dala od rówieśników, szkolnych obowiązków ale i rodzin przetrzymywane są do momentu wkroczenia w etap dojrzewania w świątyniach: pełnią rolę ziemskich boginek. Potem będą musiały nadrabiać zaległości w poznawaniu codziennych zadań - Szelezińska sprawdza też, co robią dorosłe eksboginki, jak radzą sobie w prawdziwym życiu, bez opieki w świątyniach. Miejsce kobiet w Nepalu to temat, który autorkę bardzo mocno przyciąga. To na przykładach kobiet widać najlepiej kierunki przemian albo chęć pozostawania przy tradycjach. Ponadto pojawiają się tu zjawiska, które mimo kulturowej odmienności w pewnym stopniu stają się wspólnym doświadczeniem ponad narodami – jak motyw prostytucji. I nad tym pochyla się Szelezińska, widząc w takich kontrowersyjnych tematach szansę na lepsze charakteryzowanie opisywanego kraju. Odnosi się do sytuacji, które nie pasują do wyznawanych przez jej rodaków systemów wartości, szuka zaskoczeń i kwestii spornych, takich, które podlegały zupełnie innej ocenie po ewentualnym przeniesieniu do innej kultury. Odkrywa przed czytelnikami rzeczywistość czasem trudną do wyobrażenia, pełną nieoczekiwanych rozwiązań.

Jest to książka, która powstała z pasji, z chęci dowiadywania się czegoś nowego, poznawania i odkrywania. Autorka spotyka się z ludźmi, nie boi się wykraczać poza przyjęte konwencje. Szuka wiadomości u bezpośrednio zaangażowanych w temat, nie poprzestaje na domysłach. Stawia na szczerość, ale w samej konstrukcji opowieści widać, że świadomie kształtuje relacje: pochyla się zwłaszcza nad tym, co inne, a przez to ciekawe. Niedostępne zwykłym czytelnikom - ale i przeciętnym turystom zwyczaje stanowią esencję miejsca, powód, dla którego chce się tu wracać i odkrywać kolejne niespodzianki. Do zadań Szelezińskiej należy zebranie odkryć, a potem ułożenie ich tak, by czytelnicy mogli razem z bohaterami tekstów przeżywać ich rozterki i małe dramaty. Nie są to reportaże interwencyjne, a próba naszkicowania zwyczajności stworzonej w odmiennym kontekście. Iwona Szelezińska zdaje sobie sprawę z warunków egzystencji w Nepalu i w naturalny sposób może dokonywać porównań nie wprost. Tak układa reportaże angażujące odbiorców.

“Kopnij piłkę ponad chmury” to publikacja, w której liczy się efekt, wrażenie robione na czytelnikach. Autorka zajmuje się najbardziej szlifowaniem przesłań płynących z reportaży, co jakiś czas wskazuje też własną rolę w ich budowaniu - forma schodzi natomiast na dalszy plan. Odbiorcy otrzymują zatem opowieści, dzięki którym zrozumieć mogą inny styl życia, oderwać się od własnych zmartwień i przyjrzeć rozwiązaniom stosowanym przez ludzi z odmiennych kręgów kulturowych. Nawet nie o szansę inspiracji tu chodzi, a o zaspokajanie ciekawości. Niezłe są zgromadzone tu reportaże, dają pozaprzewodnikowy przegląd obyczajowości.

niedziela, 25 listopada 2018

Magdalena Witkiewicz: Szczęście pachnące wanilią

Księgarnia Gandalf

Filia, Poznań 2018.

Raj

Magdalena Witkiewicz wprowadza dla swoich bohaterek azyl, chociaż chce, żeby sobie na niego zapracowały. Wystarczy pomysł, energia do działania lub po prostu niezgoda na stagnację – i już wszystko się ułoży, jak w baśni dla dorosłych. Takiego pokrzepienia i pocieszenia szukają też czytelniczki, świadome, że ich losy znajdują odzwierciedlenie w fabule i charakterach postaci. Czasami to mąż lub dzieci – rodzina przyzwyczajona do luksusu i nieskłonna pomagać w domu, czasami brak partnera, tęsknota za dzieckiem albo niemożność porozumienia się z bliskimi. Alimenty zagłuszające wyrzuty sumienia lub kompletny brak zainteresowania. Każda z postaci z czymś się zmaga, ale problemy będą wychodzić na jaw stopniowo, bez wielkich słów. Magdalenie Witkiewicz chodzi też o przekazywanie zwyczajnego życia, jak najbardziej precyzyjnie kreślonych losów kobiet.

Na początku te bohaterki się nie znają, ale i tak wiele je łączy. Rzeczywistość pomaga im zrealizować śmiałe marzenia: jedna prowadzi cukiernię, a swoimi wypiekami i cukierniczymi ozdobami zachwyca klientów, inna mogłaby się zająć opieką nad dziećmi, potrzebuje do tego tylko odpowiedniego pomieszczenia. Bartery i transakcje wiązane są tu na porządku dziennym, a kiedy jedne drzwi z jakiegoś powodu się zamykają, natychmiast otwierają się inne, tak, żeby bohaterki nigdy nie miały zbyt dużo czasu na zastanawianie się nad swoimi problemami. Nie da się załamywać rąk ani żałować pochopnych decyzji, zwyczajnie nie ma na to czasu. Kobiety muszą wykazać się odwagą w podejmowaniu decyzji, same sobie dają tak potrzebne wsparcie. Nie odsuwają się od obowiązków, przeciwnie, są gotowe ciężko pracować na sukces i doprowadzić do tego, by zawdzięczały go wyłącznie sobie. A jednocześnie znajdują przyjaźń.

Właśnie: kawiarnia i słodkie wypieki, przyjaciółki i baśniowe rozwiązania – oto przepis na sukces literacki. Autorka nie tworzy tutaj wyrafinowanej i ambitnej prozy psychologicznej, chce zaoferować odbiorczyniom proste i niosące pocieszenie czytadło. Dodaje otuchy, bo tego potrzebują od niej postacie, a i odbiorczynie. Każda, choćby się do tego nie przyznawała, liczy na rzeczową pomoc, choćby miała nią być po prostu szansa na wygadanie się i podzielenie się zmartwieniami. Bohaterki „Szczęścia pachnącego wanilią” odgadują swoje potrzeby w lot, nie muszą nawet poznawać szczegółów, żeby wszystkiego domyślić się z kontekstu. W gruncie rzeczy ich scenariusze są przecież bardzo podobne. Co ciekawe, tu nie ma liczenia na mężczyzn – tych obecnych i tych potencjalnych, w drodze do przyszłego szczęścia. Magdalena Witkiewicz chce, żeby je bohaterki uwierzyły w kobiecą siłę – tylko tak mogą podnieść na duchu odbiorczynie będące w trudnej sytuacji.

Sama narracja płynie tutaj prosto z konwencji pop. Autorka wiele scenek buduje na szybkich dialogach, nie chce za to specjalnie rozwijać opisów. Dba o to, żeby dla czytelniczek w pełni zrozumiałe były motywacje postaci, ich odczucia, ale i marzenia – trzeba tu akceptować zwłaszcza gotowość do działania. Postacie nie mają rysów superbohaterów: do wszystkiego dochodzą wewnętrzną siłą, samozaparciem, ale też dzięki szczęściu. Witkiewicz zapewnia wytchnienie: mimo ciągłego testowania wytrzymałości bohaterek, daje im wiarę w to, że w końcu wszystko się ułoży, trzeba tylko cierpliwości. I taki świat, sprawdzony już w wielu obyczajówkach, i tutaj będzie kusił odbiorczynie.

Grażyna Bąkiewicz: Ale historia! Mamy niepodległość

Nasza Księgarnia, Warszawa 2018.

Na stulecie

„Mamy niepodległość” to hasło powrotu z dalekiej przeszłości dla uczniów klasy pana Cebuli (który oczywiście na nazwisko ma inaczej, ale geneza jego pseudonimu przechodzi jako ciekawostka w każdym tomie cyklu Grażyny Bąkiewicz). Kto znajdzie potrzebne informacje, ten może wracać do klasy – tak nauka wypada bardziej efektywnie. Nie ma w szkole przyszłości wykuwania danych na pamięć, dzieci wszystko mają w małym palcu, i to dosłownie, za sprawą technologii. Uczą się za to przez obserwację i wyciąganie wniosków, przez uczestniczenie w części wydarzeń i rozmowy z ludźmi z dawnych czasów. Tutaj nikt nie czyta podręczników, wystarczą wygrzebane z lamusa stare ławki, to one pełnią funkcję wehikułu czasu. Za każdym razem autorka wybiera sobie jedno dziecko z klasy, którą uczy pan Cebula – i przez nie prowadzi opowieść pełną burzliwych i zabawnych doświadczeń, również obyczajowych.

W „Mamy niepodległość” o swojej rzeczywistości mówi Ola, urodzona optymistka, dziewczynka, która – trochę na wzór Pollyanny – ze wszystkiego się cieszy. Ola trenuje sztuki walki (ale rodzice myślą, że zapisała się na balet, co stanowi pewien mały problem), uważa, że kobiety powinny mieć takie same prawa jak mężczyźni (więc stanowi bohaterkę wprost wymarzoną do krótkiej prezentacji Emilii Plater), a poza tym skrycie podkochuje się w Słoniu – tak, w antypatycznym synu dyrektora szkoły, który sądzi, że nikt go nie lubi. Ola ma charakterek – to postać, która przykuje uwagę: dziewczynek i chłopców. Grażyna Bąkiewicz takiej bohaterki potrzebuje, żeby zabrać czytelników w podróż pełną przygód. Nawet nie o historyczny moment odzyskania niepodległości chodzi, chociaż wokół tego krąży książka. Autorka proponuje zabawę w szukanie skarbów: opowiada o kosztownościach, które zostały skradzione i zniknęły w mrokach dziejów. To coś, czego warto poszukać: nie tylko przedmioty, które dzisiaj byłyby zaprezentowane w muzeach, ale skarby jak z bajki – tym trudniej dzieciom uwierzyć, że mogły zwyczajnie przepaść. Co się z nimi stało – to jeden z tematów do odkrycia, zupełnie na marginesie refleksji nad niepodległością.

I teraz tak: Ola i jej rówieśnicy podejmują grę o to, kto pierwszy zyska odpowiedzi na pytania pana Cebuli. Obserwują dawniej żyjących ludzi, z częścią nawet się poznają, co stanowi okazję do rozmaitych pouczających porównań. Ale druga część tej opowieści toczy się w komiksach – te partie, rysowane przez Artura Nowickiego, mają skrótowo przenosić informacje do zapamiętania albo komentarze do wydarzeń historycznych lub szerzej zakrojonej obyczajowości. Tutaj można naszkicować sytuacje z postaciami, które nie zmieściły się do narracji, stosować przeskoki czasowe albo rozśmieszać odbiorców celnymi uwagami. Wartościowe puenty wspomagają tak pamięć, o wiele łatwiej będzie dotrzeć do dzieci i przekazać im garść wiadomości. Dzięki komiksom dzieci mogą się uczyć wyciągania wniosków i śmiać się z przebrzmiałych pomysłów. To droga do zrozumienia rzeczywistości historycznej. Wprawdzie co bardziej rozbudowane komiksy trochę rozbijają rytm narracji, ale do tego już raczej dzieci się przyzwyczaiły, przyjemniej im zresztą czytać opowieść poszatkowaną, napowietrzoną. A przecież Grażyna Bąkiewicz każdy skrawek miejsca wykorzystuje na opowieści o barwnej przeszłości. Jej seria cieszy się ogromnym i zasłużonym powodzeniem. Ta autorka wykorzystała i modę na powieści komiksowe, i nurt edukacyjny, i humor – żeby zaproponować małym czytelnikom wyjątkową relację.

sobota, 24 listopada 2018

Marta Kisiel: Pierwsze słowo

Foksal, Warszawa 2018.

Poza światem

Z zaświatów, które Marta Kisiel bez przerwy podgląda, przez cały czas wydobywa się chichot. Rozmaite rodzaje stworów rodem z ludowych bajań wchodzą ze sobą w bezustanne konflikty po to tylko, żeby uwypuklić ludzkie przywary. Ta autorka bardzo chętnie się śmieje - sięga po komizm sytuacyjny i charakterów, po przekomarzanki słowne, ale i po wyższe formy żartu - absurd czy ironię. Uwielbia wprost lęk przed umieraniem. Moment przejścia to jedynie zyskiwanie nowych możliwości działania - a czasem zwyczajne podtrzymanie starych nawyków. W “Pierwszym słowie” Marta Kisiel pokazuje, co potrafi - chociaż operuje tu małymi formami, przesyca je całym zestawem żartów na różnych płaszczyznach. Tworzy obrazową galerię dziwaków, szaleńców i oryginałów, niezwykłości, karykatur i istot, które wymykają się wszelkim definicjom. Ale nie przyszpila ich w gablotkach wystawowych, za to pozwala działać i to w zwyczajnych dla człowieka okolicznościach. A zmuszone do porzucenia stagnacji stwory bywają nie tylko kreatywne, bo i wyjątkowo kapryśne.

W przedmowie do “Pierwszego słowa” autorka informuje o swoim podejściu do pisania opowiadań. Oczywiście zaraz zaprzeczy tej informacji - jakością wprowadzanych utworów. Widać jednak, że potrzebuje miejsca na to, by w pełni rozwinąć skrzydła w opisach. Uwielbia rozsmakowywać się w komentarzach, szukać precyzyjnych dookreśleń, ale też rejestrować metamorfozy postaci za pomocą samej tylko międzysłownej energii. Kipi od pomysłów, wciąż szuka sposobów na inteligentne rozbawianie czytelników. Nie daje chwili wytchnienia – kiedy tylko zaprosi do zaświatów, eksploduje wyobraźnią, podsuwa coraz to nowe rozwiązania charakterologiczne i fabularne, a przy tym wszystkim sama znakomicie się bawi. Drwi sobie ze śmierci, a skoro już porzuciła realizm, może stale wyostrzać satyrę. Akcentuje tym samym to, co zasługuje na wyśmianie w codziennych aspiracjach lub nadziejach. Potrafi też wyzwalać współczucie - do bohatera, który nie znajduje uznania w społeczeństwie. Celnie operuje kontrastami i ogólnie przesyca opowiadania licznymi niespodziankami dla czytelników. Cieszyć będą nie tylko zabiegi ironiczne, ale i całe zestawy gier intertekstualnych czy zabaw z konwencją. Chociaż na pierwszy rzut oka zajmuje się Marta Kisiel opowiadaniem historii, to jednak forma ma tu spore znaczenie – i stanowi wyzwanie.

“Pierwsze słowo” to zbiór opowiadań zakorzenionych w inności: jest tu mnóstwo wyrzutków społeczeństwa (nawet jeśli to społeczeństwo zaświatowe), w komplikacjach bohaterów odzwierciedlają się zupełnie ludzkie problemy. Ale opowiadania Marty Kisiel stają się również po prostu literackim popisem, eksponowaniem warsztatowych umiejętności - tworzy autorka z tego tomu niezłą wizytówkę. Można nie przepadać za małymi formami, a mimo to dać się uwieść Marcie Kisiel. Inteligentna rozrywka, jaką autorka zapewnia komicznymi pomysłami w zestawieniu z ogromną dbałością o stylistykę - to wystarczające powody, żeby po tę publikację sięgnąć. Proponuje Marta Kisiel czytelnikom książkę niezapomnianą. “Pierwsze słowo” tylko w części składa się z tekstów, które swoje pierwodruki miały gdzie indziej, będzie też więc obowiązkową lekturą dla stałych fanów.

Małgorzata Strzałkowska: Zaczarowane obrazki

Nowa Era, Warszawa 2018.

Szukanie słów

Zadziwiające w swojej prostocie są „Zaczarowane obrazki” Małgorzaty Strzałkowskiej. To propozycja dla maluchów, które uczą się samodzielnie czytać, a do tego lubią rozmaite wyszukiwanki i zagadki. W pewnym sensie autorka nawiązuje do wyszukiwankowych picture booków, jakich pełno dzisiaj na rynku, ale mocno wyróżnia publikację, z kilku względów. Przede wszystkim zamiast poleceń są tu wierszyki, w których Strzałkowska zakodowuje szereg zadań. Przy okazji sprawdzania, co jest na ilustracjach, dzieci będą musiały wykazywać się umiejętnością liczenia, narracji czy kojarzenia faktów. Autorka układa kilkuzwrotkowe teksty, w których próbuje zmieścić jak najwięcej poleceń – w efekcie też jak najwięcej utrudnień dla odbiorców. Poza wskazywaniem drobiazgów rozsianych po specyficznych przestrzeniach, autorka namawia również do pozbierania widocznych na zdjęciu liter i ułożenia z nich hasła. Funduje więc najmłodszym również ćwiczenia językowe. Rozwija umiejętności i w zakresie polszczyzny, bo w końcu jej wierszyki zawierają wiele określeń i nazw, które mogą poszerzać słownictwo maluchów. Nie ma taryfy ulgowej: to nie banalne licencyjne rymowanki, a prawdziwe wyzwania dla dzieci. Małgorzata Strzałkowska na wyliczeniach nie poprzestaje, zawsze dba o to, żeby jej rymowanki miały wyraźne puenty, dostosowane do tego, co dzieje się na grafikach. Chodzi o to, żeby nie mieć do czynienia z prostym wymienianiem składników rysunku, a zasugerować najmłodszym istnienie świata ożywianego wyobraźnią. Małgorzata Strzałkowska pisze tu wierszyki użytkowe, podporządkowane omawianiu zawartości obrazków, a to oznacza, że mniej uwagi poświęca na szlifowanie samej formy. Nie przejmuje się rymami gramatycznymi – ich obecność wyjaśniana jest przez rytm wyliczeń. Tekstowo nie zawsze więc będą to utwory imponujące, ale dzieciom to nie przeszkadza. Ponadto sam rytm wierszyków sprawia, że maluchom łatwiej pójdą lekcje czytania. Strzałkowska powraca do tego, co dzieci w lekturach lubią – humoru i wpadających w ucho wierszyków. Nadaje też nowy kształt popularnej zabawie.

Anita Andrzejewska oraz Andrzej Pilichowski-Ragno stworzyli tu „ilustracje”, czyli zdjęcia z porozrzucanych przedmiotów, kawałków warzyw i owoców, śmieci i rzeczy, które znajdują się w każdym domu. Pobawili się cieniami (szukanie przedmiotu po kształcie prawdziwego cienia to dobra zabawa), ułożyli kosmitów z wałka do ciasta, stworzyli przedziwny pojazd z dwóch ogórków, zaprojektowali świat czarownic i inne ciekawe miejsca. Oglądanie ich propozycji to z jednej strony sprawdzanie, jaki temat wybrali twórcy, by go w nietypowy sposób zrealizować, z drugiej – analizowanie fragmentów ilustracji dla odnalezienia określonych rzeczy. „Zaczarowane obrazki” urzekają pozorną prostotą – dostęp do składników ma każdy, trzeba jednak wyobraźni, żeby ułożyć tak nietypowe scenki z tego, co jest pod ręką. W ten sposób twórcy tomiku urozmaicają dzieciom zadanie: wyszukiwanki nie muszą być zwykłym popisem graficznym. W tym wypadku uwodzą odejściem od standardowych picture booków. Nie oznacza to wcale zmniejszenia poziomu trudności. Jakby tego wszystkiego było mało, mieszczą w sobie „Zaczarowane obrazki” również przesłania dla najmłodszych, zasady zachowania się lub wskazówki przydatne w codziennym życiu. To propozycja twórcza, przyda się maluchom, które ćwiczą czytanie albo uczą się koncentracji. Dostarczy również sporo rozrywki i na pewno nikogo nie zmęczy monotonią ćwiczeń czy nastawieniem na jeden rodzaj zagadki.

piątek, 23 listopada 2018

Psychoterapia dziś. Rozmowy pod redakcją Zofii Milskiej-Wrzosińskiej

PWN, Warszawa 2018.

Kiedy pomoc?

Założenie w tej publikacji jest nieco dziwne: tom ma się stać podręcznikiem psychoterapii. Jednak z tradycyjnym podręcznikiem rozmija się na etapie formy: tu kolejne rozdziały dotyczące różnych aspektów psychoterapii tworzone są z wywiadów-rzek, rozmów ze specjalistami, którzy bez trudu przybliżą czytelnikom wybrane aspekty zawodu. Właśnie: wybrane aspekty, a nie całość - to byłoby niemożliwe, a poza tym też nieopłacalne z różnych powodów, zwłaszcza ze względu na zainteresowanie odbiorców. Odczarowanie psychoterapii i tak już w opinii społecznej nastąpiło, teraz trzeba tylko wprowadzać wiadomości na temat poszczególnych elementów leczenia, powodów szukania pomocy czy podstawowych obaw potencjalnych pacjentów. “Psychoterapia dziś” to publikacja pełniąca rolę informacyjną. Co ciekawe, pierwsza rozmowa, ta, w której znajdują się definicje i podstawowe wyjaśnienia, powinna była chyba zostać przeniesiona na koniec tomu, a to ze względu na byt hermetyczny sposób prowadzenia dyskusji. Przede wszystkim w tym wywiadzie i Zofia Milska-Wrzosińska, i Tomasz Stawiszyński, który zadaje pytania, prześcigają się w podawaniu cytatów, teorii i nazwisk. W erudycyjnych popisach rzeczywiście daje się zauważyć dążenie do stworzenia podręcznika akademickiego, autorzy wyraźnie na moment zapominają, że mimo wszystko tworzą książkę dla mas i że warto byłoby odstąpić od fachowego języka czy teoretyzowania na rzecz wiadomości, które przemówią do wyobraźni odbiorców. Kolejnym autorom jest znacznie łatwiej, ponieważ nie muszą przedstawiać historii psychoterapii ani ogólnikowego przeglądu dokonań, zajmują się już konkretnymi rodzajami schorzeń albo odgałęzieniami tej dziedziny, odnosić się mogą do ściśle określonych sytuacji lub chociaż obrazowych przykładów. To wygodniejsze w lekturze – spodoba się zwykłym odbiorcom. Przyda się również w ocenianiu przypadków z najbliższego otoczenia. Rozmówcy (w każdym rozdziale inni) odwołują się do doświadczeń często spotykanych, rozwiewają wątpliwości co do kształtu terapii i kontaktów z psychoterapeutą, ale także zażywania leków. Wiedzą dobrze, czego mogą bać się pacjenci - “Psychoterapia dziś” to szansa na rozwiewanie mitów (na przykład tego, że kto zacznie zażywać leki, będzie musiał przyjmować je do końca życia).

Nie będą autorzy stawiać diagnoz ani pomagać przy ewentualnych autoocenach czytelników. Nie można po lekturze pomóc sobie z wyłączeniem udziału lekarza - można za to zastanowić się nad własnymi nastrojami i zdecydować, czy zgłosić się do specjalisty, czy sytuacja jeszcze nie jest na tyle poważna (rzecz jasna autorzy zachęcają, żeby korzystać z usług terapeutów jak najszybciej i jak najczęściej - i czasem potrafią do tego nakłonić). Nie znajdzie się w tomie zasad od przestrzegania albo podpowiedzi rodem z poradników samorozwoju – nie o to chodzi w lekturze. Autorzy pokazują swój fach niejako od kuchni: zamiast wprowadzać rozwiązania dla zaobserwowanych lub wyostrzonych na potrzeby opowieści przykładów, posługują się samymi scenkami z codzienności - tylko po to, żeby pokazać odbiorcom, kiedy potrzebna będzie interwencja psychoterapeuty. Sugerują, że od rozwiązywania poważniejszych problemów są specjaliści - i nie ma po co się męczyć. Psychoterapeuta znajdzie sposób na problemy małżeńskie, uzależnienia i zaburzenia snu, ułatwi budowanie trwałych relacji z bliskimi albo pozwoli uwolnić się od lęków. Wywiady podane jako tematyczne rozmowy z fachowcami podsuwają zatem zestaw możliwości i rozwiązań dla każdego, kto szuka pomocy.

Anna Łacina: Ostatnie wakacje

Nasza Księgarnia, Warszawa 2018.

Oceny

Anna Łacina uwielbia młodych czytelników zarzucać dylematami psychologicznymi i wyzwaniami natury etycznej. Nie inaczej jest i w „Ostatnich wakacjach”, ponownym spotkaniu ze znanymi bohaterami (między innymi Jaśminą, teraz już Adlerową). To samodzielna historia, ale można też podczas lektury dowiadywać się o losach postaci, którym dawniej się kibicowało. Autorka zestawia kilka różnych historii. Patrycja jest szczęśliwa w związku z Erykiem. Nauczyła się opieki nad ukochanym (hemofilikiem) i zyskała pewność, że chce spędzić z nim resztę życia. Ślubowi jednak przeciwny jest ojciec Patrycji – i podejmuje on niekonwencjonalne kroki, żeby zapobiec zalegalizowaniu związku. Magda Dzik też chciałaby ułożyć sobie życie. Na razie przynajmniej odbudowuje relacje z ojcem, który mieszka w Bieszczadach. Wielkie zmiany czekają również nastoletnią Ośkę. Mama dziewczyny, chora na raka, przenosi się za ocean, żeby podjąć eksperymentalne leczenie. Na czas jej nieobecności Ośka musi przeprowadzić się do ojca, którego właściwie nie zna i do jego rodziny. Dwie młodsze przyrodnie siostry nie są z tego powodu zachwycone i prześcigają się w pomysłach na wykurzenie z domu nieoczekiwanej rywalki.

Tom obfituje w dramatyczne wydarzenia, już na początku Eryk zostaje brutalnie pobity, trafia do szpitala, a tam… Patrycja zderza się z bezdusznymi regulaminami i procedurami. Wie, że ukochany umrze, jeśli w porę nie otrzyma czynnika – ale nikt nie chce jej słuchać. Dalej atmosfera tylko gęstnieje: autorka w pewnym momencie rezygnuje z formy kryminału, pokazuje czytelnikom, kto jest odpowiedzialny za większość nieszczęść – zamienia przez to powieść niemal w psychologiczny thriller. Bohaterowie jednak nie wiedzą, że najgorsze jeszcze przed nimi. Oczywiście w dążeniu do nasycenia tekstu emocjami Anna Łacina chwilami przesadza. Na przykład kiedy na natarczywość jednego z chłopaków Patrycja początkowo reaguje zbyt łagodnie. Ciekawe rozwiązanie proponuje natomiast w kwestii łączenia dziecka z drugą rodziną ojca. Tu macocha jest dobra i wyrozumiała, próbuje dotrzeć do zbuntowanej nastolatki i stara się przełamać opór głowy rodziny. Czeka ją trudna droga, bo Ośka wcale nie zamierza być uśmiechnięta i sprawiedliwa – jak zresztą wiele nastolatek.

Tym, co Anna Łacina bardzo w tomie podkreśla, jest przyjaźń. To nie puste hasło, udowadniają to bohaterowie, kiedy na odległość muszą przyjść z pomocą przy poważnym zagrożeniu. Zresztą tutaj niemal każde wydarzenie prowadziłoby do katastrofy, gdyby nie wsparcie ze strony bliskich. Dobro powraca, ale autorka unika wielkich słów i deklaracji: bohaterowie sprawdzają się w działaniu. Fakt, mają pole do popisu: fabuła jest dynamiczna i pełna filmowych scen – ale i tak najbardziej liczy się psychologia postaci. To przykrywa powieściowe naiwności, nadmierne zbiegi okoliczności i przypadki, w które trudno uwierzyć. Anna Łacina bardzo chętnie ubarwia też zwyczajność rozmaitymi rodzajami chorób – pokazuje czytelniczkom, że miłość to czasami wiele wyrzeczeń albo ogromny strach o drugą osobę, bezradność lub konieczność wypracowania pewnej strategii działań. Tu nic samo się nie rozwiąże. W ten sposób autorka ucieka też od tandetnego optymizmu z dziewczyńskich powieści pop – na takich rozwiązaniach w ogóle jej nie zależy.

czwartek, 22 listopada 2018

Durian Sukegawa: Kwiat wiśni i czerwona fasola

Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2018.

Gotowanie i życie

Gdyby tę powieść wprowadzało na rynek któreś z dużych, komercyjnych wydawnictw, okrzyknęłoby ją bestsellerem na długo przed premierą – i całkiem słusznie, bo Durian Sukegawa ma olbrzymią szansę na zrobienie literackiej kariery i zyskanie rozgłosu. „Kwiat wiśni i czerwona fasola” to tom, który można by zestawić z „Oskarem i Panią Różą” w wersji dla dorosłych, połączyć z modą na slow life oraz opowieści okołokulinarne, a ponadto – tom, w którym można się zachwycać niespieszną, za to szalenie trafną narracją. Ta historia wzrusza, mimo że da się przewidzieć jej przebieg: autor do grania na emocjach odbiorców1) wykorzystuje dość czytelnie schematy – jednak nie będzie się mieć mu tego za złe. W końcu efekt, jaki uzyskuje, wynagrodzi wszystko. Opowieść o niezwykłej przyjaźni, szacunku, ale i o codziennych wyzwaniach chwyta za serce. Ponadto jest pełna gorzkich refleksji na temat społeczeństwa.

Uwaga czytelników skupia się na Sentaro. To mężczyzna, który przygotowuje i sprzedaje dorayaki (przekąskę porównywaną do naleśników). Nie jest to jego wymarzony zawód, co więcej, Sentaro wcale nie czuje się spełniony czy szczęśliwy. Pracuje, bo musi, ale równie dobrze mógłby robić coś innego. Sentaro nie przykłada się przesadnie do swoich obowiązków. Kupuje gotowe półprodukty i nie zamierza rozmawiać z klientami: drażnią go nastolatki, nawet jeśli stanowią klientelę. Wszystko zmienia się, gdy u Sentaro pojawia się stara kobieta, Tokue. W myślach Sentaro nazywa ją babcią i nie traktuje poważnie. Tokue chciałaby pomagać w pracy i nie przyjmuje do wiadomości odmowy. Nie dość, że godzi się na śmiesznie niską stawkę, to jeszcze wie, co zrobić, żeby poprawić smak dorayaki oferowanych przez Sentaro. Uczy mężczyznę podstaw jak przygotowywać składniki, jak „słuchać” jedzenia. Podaje konkretne wskazówki, które sprowadzić można do jednej bardziej abstrakcyjnej – gotowania z sercem. Tak się zaczyna. Ale Tokue skrywa pewną tajemnicę, po której ujawnieniu nic nie będzie takie samo.

Schemat, który ten autor wykorzystuje, jest charakterystyczny dla pewnego rodzaju opowieści. Ktoś – zagubiony i niepewny własnego losu – potrzebuje mistrza, żeby wrócić na właściwą drogę. Sam wprawdzie o tym nie wie, a nawet broni się przed dobrymi radami. Z kolei Tokue ma dużo czasu i cierpliwości, wie, jak dotrzeć do zamkniętego w sobie Sentaro. Próbuje różnych sposobów, żeby postawić na swoim – w końcu racja jest po jej stronie. Sentaro reprezentuje dzisiejszy pośpiech, niestaranność i brak sensu w życiu. Tokue pokazuje, jak radzić sobie z przeciwnościami losu, jak kształtować rzeczywistość zgodnie z własnymi oczekiwaniami, a niekiedy na przekór wszystkim przesłankom. Tokue też zdaje sobie sprawę z tego, jaki wpływ na innych ma rozmowa lub chociaż możliwość podzielenia się troskami. Wszystko byłoby idealne, gdyby nie otoczenie. Nie ma tu szansy na prostą wymianę informacji i doświadczeń – trzeba bowiem jeszcze brać pod uwagę to, co wokół. I to przestrzeń do zrodzenia się dramatów.

Niespieszna akcja pozwala zastanowić się nad przesłaniami i nad znaczeniem portretowanej relacji. Durian Sukegawa rozwija historię bardzo ostrożnie, żeby nie zburzyć nastroju, a do tego dopasować opowieść od wyznawanych przez Tokue wartości. Tutaj relacja przypomina idealny sposób przygotowywania dorayaki – jest uważna, wysmakowana i pełna detali. To właśnie narracja najbardziej będzie przyciągać czytelników – nie efekt, którego można się domyślić i nie bieg wydarzeń. Sukegawa sugeruje, dlaczego warto zwolnić tempo życia, namawia do naśladowania bohaterów w podejściu do rzeczywistości. Proponuje też rodzaj baśni, historię, która obiecuje poprawę losu, nawet na przekór wszystkim przesłankom. Krótka jest ta książka, jednak mocno sugestywna, dla odbiorców ciekawa nie tylko za sprawą egzotyki. Durian Sukegawa w poetycki sposób opowiada o potrzebie bliskości, o wsparciu ze strony drugiego człowieka i o tym, co w życiu powinno być najważniejsze.

środa, 21 listopada 2018

Magdalena Gembacka: Więcej warzyw na talerzu

Marginesy, Warszawa 2018.

Kolorowe jedzenie

Od tego, że dzieci nie lubią jeść warzyw, wychodzi Magdalena Gembacka w tomie “Więcej warzyw na talerzu” i z czasem wręcz niemożliwa wydaje się zmiana optyki autorki. Chociaż skorzystać z tej książki mogą i dorośli, którzy szukają urozmaicenia diety bądź uwolnienia się od złych nawyków żywieniowych, Gembacka uporczywie powraca do swoich dzieci i ich zdanie traktuje jako najlepszą rekomendację potrawy. Trzeba zatem korzystać ze wskazówek kulinarnych i ignorować matczyne refleksje – chyba że akurat ma się w domu kilkulatki i szuka diet dla nich. Tyle tylko, że Magdalena Gembacka swoich domowników do eksperymentów kulinarnych przyzwyczaiła, a odbiorcy – niekoniecznie, więc problem niejedzenia warzyw przez dzieci nie zniknie tylko dlatego, że pociechy autorki je jedzą. Niezależnie od tych naiwności “Więcej warzyw na talerzu” to zestaw prostych i bardzo prostych przepisów na codzienne zdrowe posiłki Dania tutaj wykorzystują kaszę i ryż, czasami “dziwne składniki”, jak sos sojowy, papier ryżowy i inne. Przeważnie jednak można sięgać po to, co i tak ma się w lodówce, a Gembacka precyzyjnie określa ilość składników, stopień rozgrzania piekarnika czy czas gotowania. Warzywa stają się tutaj podstawą śniadań, przekąsek, kilkudaniowych obiadów, a nawet... deserów. Nie oznacza to, że trzeba natychmiast porzucić dotychczasowe upodobania – ale warto trochę urozmaicić jadłospis.

Na początku Magdalena Gembacka przekonuje czytelników do właściwego postępowania z dziećmi, tak, by nie wybrzydzały i nie zosawiały warzyw przy posiłkach. Nie proponuje jednak książki kucharskiej dla najmłodszych, rezygnuje zatem na przykład z wymyślnego ozdabiania potraw. Zdarza jej się natomiast - i to całkiem często - zachwycać się kolorem zupy. Faktycznie, niektóre posiłki robią wizualnie wrażenie - albo budzą ciekawość ze względu na kolorystyczne efekty. Dla zabieganych odbiorców będą mieć jednak niepodważalną zaletę: są szybkie i proste. Czasami nawet autorka w tej prostocie przesadza: stworzenie kolorowego talerza warzyw i owoców wymaga tylko pokrojenia składników i położenia na talerzu - ale takich przypadków wiele nie ma. Podstawy przydadzą się natomiast początkującym: jak ugotować kaszę, jak upiec buraka albo paprykę - te wskazówki można wykorzystać później, sporo będzie tu uwag praktycznych zwłaszcza dla tych, którzy nie czują się zbyt pewnie w kuchni. Następne rozdziały są już bardziej nakierowane na przyrządzanie pełnowartościowych posiłków, ale także na wykorzystywanie resztek z innych dni. Krakersy z ziaren, makaron z cukinii, owsianki, placki i koktajle, przeróżne sosy i smarowidła do chleba, zupy i pizze - wyobraźnia autorki zdaje się nie mieć granic. Większość przepisów nie tylko budzi apetyt, ale oddala też obawy o czasochłonność czy koszt. Poradzą sobie z nimi nawet początkujący. Nie ma w tych potrawach nudy, a gdy karmi się - jednak – dzieci, warzywa można sprytnie “ukryć” w różnych daniach. “Więcej warzyw na talerzu” to książka, którą warto mieć pod ręką, kiedy chce się urozmaicać swoje posiłki lub umiejętnie wykorzystywać dary natury. Magdalena Gembacka skupia się na podsuwaniu odbiorcom maksymalnie uproszczonych przepisów, ozdabiając je krótkimi komentarzami na temat rodzinnych upodobań bądź okazji, w których dania się sprawdzają. “Więcej warzyw na talerzu” rozbudza apetyty – a autorka, kolejna blogerka wkraczająca w świat publikacji książkowych, może jeszcze poszerzyć grono docelowych odbiorców i uczyć zasad zdrowego żywienia.

wtorek, 20 listopada 2018

Renata Kosin: Złodziejka dusz

Księgarnia Gandalf

Filia, Poznań 2018.

Na uboczu

Sprawdzony schemat w obyczajówkach o posmaku historycznym, od pewnego czasu bardzo mocno eksploatowany w czytadłach, właściwie niemal obowiązkowy. Na szczęście Renata Kosin jest autorką doświadczoną i do przewidywalnego biegu wydarzeń dodaje bardzo ładną narrację i humor. Co prawda bohaterkę portretuje również zgodnie z takimi scenariuszami – ale kto zaakceptuje początek, ten później nie będzie mieć problemów z przedziwnym mariażem literatury dziecięcej i okultyzmu. W tle tomu przewijają się zapiski i życiowe doświadczenia Heleny Bławatskiej, z kolei Anastazja Niebieska, bohaterka tej historii, w trudnych chwilach przywołuje sobie w myślach cytaty z „Kubusia Puchatka” czy „Alicji w Krainie Czarów”. W pewnym momencie tych cytatów jest aż za dużo, na szczęście orientuje się w porę sama autorka – i przerywa natłok haseł. Wiadomo, że mają one pełnić funkcję kotwic, przywoływać beztroskę i atmosferę bezwzględnej akceptacji – w końcu „Złodziejka dusz” ma być tomem krzepiącym i optymistycznym, realizacją marzeń stereotypowych bohaterek i równie stereotypowych odbiorczyń. W rzeczywistość wkrada się jednak tajemnica – b to, co z reguły staje się jasne na pierwszych stronach obyczajówek, tutaj stanowi zagadkę. Dalecy krewni Anastazji proszą kobietę, żeby na pewien czas zamieszkała w ich domu i zaopiekowała się wszystkim. Na tę propozycję dobroduszna Anastazja przystaje, bo akurat jest na życiowym zakręcie, nie zastanawia się zresztą przesadnie nad ukrytymi motywami. Wprowadza się do domu i natychmiast odkrywa szereg niespodzianek. W domu najwyraźniej ktoś grasuje, a może… straszy: przedmioty zmieniają swoje położenie, słychać dziwne dźwięki, a sąsiedzi podtrzymują przekonanie, że okolica należy do wyjątkowych ze względu na nietypowe (paranormalne) zjawiska. Stopniowo Anastazja wkracza na ścieżkę prowadzącą do rozwiązania zagadki – autorka proponuje szyfr jak z „Szatana z siódmej klasy”: zapiski pozornie bez sensu odkrywają znaczenia, kiedy zaczyna się kreatywnie myśleć. Anastazja nie jest w tych działaniach sama, jej sąsiad – Tadeusz – dzielnie jej pomaga. Renata Kosin potrafi sięgać po filmowe sceny jak z horrorów, dobrze też operuje wszelkiego rodzaju zaskoczeniami. Udaje jej się oddalić rutynę i zaprosić do świata bohaterki bez wysiłku. Trudno co prawda uwierzyć, żeby fanki pogodnych obyczajówek były równocześnie fankami Bławatskiej i ucieszyły się z wprowadzanych fragmentów jej pism. Oczywiście to sposób na interteksty bardziej ambitne niż klasyka literatury czwartej, a i brakujący klucz lekturowy. Anastazja otrzymuje mapę do skarbu, a droga będzie długa i kręta. Renata Kosin bardziej zajmuje się wątkiem detektywistycznym niż romansowym – ten drugi zawiesza, żeby wprowadzać elementy niepokojące i sygnały zmieniających się gatunkowych inspiracji.

Odbiorczynie – miłośniczki literatury kobiecej – otrzymują tutaj prozę bardzo dopracowaną, Kosin nie wybiera stylu pop, nie zamierza upraszczać opowieści. Czerpie autorka z bestsellerowych czytadeł, ale urozmaica przewidywalne historie. Samodzielnie kształtuje charaktery postaci, a do tego bawi się intrygami. Lubi szykować niespodzianki dla czytelniczek, często z tego korzysta. W „Złodziejce dusz” przeszłość pojawia się jako nośnik treści – nadaje charakter całemu domowi i otoczeniu, przypomina o wartości tradycji. Anastazja dowiaduje się, że rodzinne więzi przejawiać się mogą na różne sposoby, nawet bez bezpośredniego kontaktu.

Anastazja znajduje swój azyl, chociaż wcale nie szuka schronienia. Byłaby już w stanie poradzić sobie z własnymi problemami, ale konfrontację i rozmaite nieprzyjemności może odłożyć w czasie. Na razie ma wakacje od życia, może i emocjonujące przesadnie, ale przynajmniej niebanalne. Renata Kosin podsuwa odbiorczyniom udaną obyczajówkę, od której trudno się oderwać.

poniedziałek, 19 listopada 2018

Mary H. K. Choi: Kontakt alarmowy

Zysk i S-ka, Poznań 2018.

Na pomoc

Penny jest matką dla swojej matki, a przynajmniej – nie potrafi głośno powiedzieć o tym, co jej przeszkadza w zachowaniu rodzicielki. Zresztą jeśli już zdobędzie się na odwagę, zostanie i tak zignorowana. Przecież matka zrobi, co chce. A że ma akurat ochotę strzelać oczami do każdego napotkanego mężczyzny - trudno. Penny nie powinna odpowiadać za wybryki matki. Jeśli tylko nabierze pewności siebie, będzie mogła żyć po swojemu. Przyda się jako wsparcie innym, ale sama również potrzebuje często pokrzepienia albo chociaż świadomości, że ma komu zwierzyć się z problemów. Tak trafia na Sama. Sam ma nierozwiązane rodzinne sprawy: skonfliktowany jest z matką, a była ukochana oznajmia mu, że jest w ciąży. Sam i Penny to bohaterowie idealni na powieść, która udaje, że nie należy do romansów. Nie ma tu emocjonalnego wstrząsu, zauroczenia od pierwszego wejrzenia, strzał Amora... Jest przyjaźń, którą zawsze można rozbudowywać dalej. Sam i Penny uczą się dzielić własnymi zmartwieniami, traktują numery telefonów jak kontakty alarmowe – bez konieczności podtrzymywania grzecznościowych konwersacji. Oboje wiedzą, jak to działa: odzywają się do siebie tylko wtedy, kiedy potrzebują pokrzepienia, potwierdzenia, że z nimi jest wszystko w porządku, że tylko świat zwariował. Wystarczy zresztą drobiazg, by dodać otuchy. A skoro nie ma tu mowy o związkach, skoro nie trzeba doszukiwać się drugiego dna w każdej informacji, jest znacznie łatwiej nawiązać porozumienie. To jest potrzebne – i to obojgu. Relacja nastawiona na wzajemność, wymianę usług - nie brzmi to w żaden sposób romantycznie, ale staje się przepisem na szczęście. Dla Penny Sam jest oparciem. Sam nie uniknie zauroczenia, jednak umie nad nim zapanować, aż sytuacja się wyklaruje. To dobry rozkład sił - żadne z bohaterów nie ucierpi, nie poczuje się rozczarowane czy skrzywdzone. Nie ma tu wielkich uczuć - więc prawdziwa miłość może zrodzić się niepostrzeżenie i to na zupełnie innych niż cielesna fascynacja podstawach. Tym samym może autorka zwrócić uwagę czytelników na sedno damsko-męskich relacji: jeśli ktoś chce trwałego związku może postawić na stopniowe i dokładne poznawanie drugiej strony prze wsparcie, jakie otrzymuje w najgorszych momentach codzienności.

Choi z jednej strony ucieka od oczywistości w odnotowywanie psychiki bohaterów. Zagląda im w myśli i odczucia, żeby nie analizować każdej reakcji. Z drugiej – nadaje historii wrażenia nowoczesności - przez ironiczne zabawy formą. Co pewien czas, rzadko, żeby nie zmęczyć odbiorców - przytacza listy możliwości, przed jakimi stanęłaby Penny, gdyby tylko zdobyła się na odwagę i mogła sobie pozwolić na brak dyplomacji. Autorka chce rozśmieszać czytelników tymi najbardziej absurdalnymi, a jednocześnie najbardziej kuszącymi opcjami. Za to kontakty smsowe wcale nie wyglądają na dobrze obmyślone czy puentowane: i takie właśnie mają być, bez błyskotliwości, bez podrywów i olśnień. Zwykłe small talki. Pasują do opowieści, chociaż równocześnie paradoksalnie trochę ją zwalniają. To przerywniki uprawodopodobniające relację między bohaterami, tyle tylko, że bez punktów kulminacyjnych dla czytelników. Choi wprawia się w pisaniu obyczajowym, buduje przekonujące sylwetki na pierwszym planie – na dalszych wystarczają jej stereotypy. Jest ta autorka bardzo szczegółowa w swoich obserwacjach, aż do przesady, ale uda jej się przekonać do siebie czytelników. W jej świecie nie ma miejsca na wybuchy namiętności, ale miłość może przyjść, kiedy jest najbardziej potrzebna.

niedziela, 18 listopada 2018

Scott Galloway: Wielka czwórka. Four. Ukryte DNA: Amazon, Apple, Facebook i Google

Rebis, Poznań 2018.

Tajemnice firm

Inspirują i pokazują, że z dobrym pomysłem można zajść naprawdę daleko. Rozpalają wyobraźnię i są blisko każdego człowieka. Uniemożliwiają powrót do dawnych rynkowych „wartości”. Niby wszystko o nich wiadomo, a jednak masowa publiczność sięga raczej po mity i kreacje niż po fakty. Czasami wzbudzają niechęć lub lęk: zwłaszcza jeśli w grę wchodzi opanowywanie danych osobowych. A przed tymi gigantami ucieczka jest już bardzo trudna. Stopniowo wchodzą w codzienność zwykłego człowieka jako ułatwiacze życia – przyzwyczajają do wygody i zbierają bezcenne informacje. Cena, jaką przyjdzie zapłacić za luksus, może być wysoka – uniknąć płacenia już się nie da. „Wielka czwórka” to publikacja, która ma przedstawiać prawdę na temat czterech biznesowych gigantów opanowujących różne sfery egzystencji, handlu i komunikacji. I już w tytule zawiera się pierwsza wskazówka co do odbiorców: na pewno sięgnąć po tom muszą ci, którzy interesują się polityką działania Amazona, firmy Apple, Facebooka oraz chcących poznać tajniki Google. To już marketingowy strzał w dziesiątkę, obietnica zdradzania najciekawszych tajemnic.

I pierwsza część publikacji na rozszyfrowaniu tajników tych czterech firm polega. Scott Galloway sprawdza, jak zaczynali twórcy, czy w ich działaniach więcej było wizjonerstwa i geniuszu czy raczej ciężkiej pracy oraz przemyślanej strategii. Opowiada o tym, jak rozwijał się wyjściowy pomysł i jak firmy starały się dostosować do potrzeb rynkowych, jak przywiązywały do siebie klientów i jak budowały w społeczeństwach świadomość marki. Amazon to wygodne zakupy bez tracenia czasu, dostosowywane do indywidualnych potrzeb. Facebook pozwala wspomagać relacje międzyludzkie, ale staje się również potężną machiną do reklamowania towarów i usług (co ma i słabe strony, o czym autor też wspomina). Apple to przede wszystkim potęga marki – tu zajmuje się Galloway stosunkiem cen do jakości, tłumaczy, dlaczego klienci skłonni są płacić za luksus i jak sobie konieczność takich wydatków uzasadniają. Google za to kusi oderwaniem od nachalnych reklam, przynajmniej pozornie. Ale i tutaj pojawiają się zasady pozycjonowania wyników wyszukań czy deklasowanie konkurencji. W dalszej kolejności Scott Galloway może zająć się pytaniem, jakie mechanizmy zagwarantują sukces, czy można jeszcze znaleźć na rynku lukę, która pozwoli stworzyć kolejnego giganta, gdzie obecnie (jeśli w ogóle) jest „piąta marka” – i która z firm ma szansę podjąć rywalizację. Już samo w sobie śledzenie wielkich biznesów staje się pasjonujące, a tutaj pojawiają się do tego prognozy lub analizy rynku – to przyciąga uwagę. Scott Galloway wyjaśnia nie tylko, jakie warunki musiały zajść do osiągnięcia spektakularnych wyników, ale też – jakie konsekwencje miało to na rynku pracy lub dla zwykłych ludzi. To jak ekonomiczna baśń, możliwość podejrzenia od kulis całego ryzyka i wizjonerskich posunięć, mechanizmów działania prowadzących do sukcesu. Galloway pisze bardzo ciekawie, jest na tyle konkretny, by zająć książką, odbiorców pragnących informacji, a jednocześnie potrafi wyszukiwać nieznane szerszemu gronu czytelników zależności. Funkcjonuje jako przewodnik po czterech wielkich markach, pomaga zrozumieć ich miejsce na rynku i przyjrzeć się wycinkowi historii, zachęca do wyciągania wniosków, ale też przedstawia prawdopodobne rozwiązania w niedalekiej przyszłości.

Małgorzata Strzałkowska: Zwariowane litery

Nowa Era, Warszawa 2018.

Zagadki

Nowy rytm wyszukiwankowym historiom nadaje Małgorzata Strzałkowska w serii Lubię czytać ze Strzałką. Strzałka to narzędzie, które pomoże maluchom w skupieniu uwagi na tekście: należy ją wyciąć i przykładać albo do całych wersów, albo do pojedynczych wyrazów. To pomysł prosty, ale jednocześnie wart wypróbowania: urozmaici kilkulatkom proces czytania i dostarczy elementu rozrywkowego. Może zachęcić najmłodszych do wytężonej pracy, a i ułatwić im skupianie się na słowach. Małgorzata Strzałkowska tych dostarcza aż w nadmiarze – tworzy rozbudowane wierszyki z ukrytymi sensami, nie przejmując się wprowadzaniem słów obcych dzieciom. To akurat w tym wypadku atut: może poszerzać słownictwo odbiorców i przygotowywać ich do bardziej skomplikowanych lektur. Może też bawić. Ale w „Zwariowanych literach” nie o same wierszyki chodzi – kolejne rymowanki stanowią bowiem szyfr do złamania i odkrycia haseł. To dlatego Strzałkowska nie przejmuje się tak do końca formą i pozwala sobie na stosowanie rymów gramatycznych albo – co gorsza – banalnych (mleczko-jajeczko to coś, co już nie powinno mieć prawa wstępu do wierszyków dla dzieci jako wyeksploatowane do znudzenia w potocznych rymowankach). Nie imponuje wprowadzanymi współbrzmieniami, ale to dlatego, że ma do zrealizowania inny cel: zaprezentowanie działań liter.

Litery nazywa w bajce liczebnikami, co wyznacza ich kolejność (a i pomaga ćwiczyć liczenie, to tak na marginesie) – i opowiada, co robią. Po prześledzeniu tekstu trzeba zatem znaleźć odpowiadającą mu postać. Do postaci przypisana jest litera i literę należy wpisać w odpowiednie miejsce w diagramie, żeby odczytać hasło – rozwiązanie. Wydaje się to proste, ale jeśli wziąć pod uwagę, że za każdym razem należy przeczesać ilustracje w poszukiwaniu tej odpowiadającej opisowi – zabawa się wydłuża. To jak krzyżówka, ale znacznie mniej tendencyjna i również mniej nudna.

Dzieci będą wybierały sobie zadania do rozwiązania ze względu na temat: mogą zająć się wybrykami kotów, porównywaniem różnych zwierzęcych osesków, postaciami taplającymi się w błocie, zającami, zespołem stworzeń oczyszczających miasto, spacerowiczami, uczestnikami ruchu drogowego… akcja przenosi się spod wody w korony drzew albo na zamek. Takie zadania – dodatkowy cel dołożony do lektury – sprawiają, że maluchy znacznie bardziej chcą angażować się w lekcje i ćwiczenia czytania, nie nudzą się tak bardzo, dostrzegają przyjemności płynące z książek. Tu dobrym chwytem stało się połączenie sprawdzonej rozrywki – czyli wyszukiwanek jako takich, kluczowej formy wielu dzisiejszych picture booków – z nowym sposobem uwypuklania ich, z wypadkową krzyżówki i „szyfru”. Tutaj za stronę tekstową odpowiada Małgorzata Strzałkowska, czyli autorka świadomie operująca słowem i rytmem. Ilustracje przygotował również mistrz w swoim fachu – Marcin Bruchnalski, który stawia na humor i na odwołania do wyobraźni. „Zwariowane litery” jako publikacja dla uczących się czytać dzieci będzie propozycją na tyle oryginalną, że – przykuje uwagę i zachęci do takiej formy spędzania czasu. „Zwariowane litery” pomogą trenować sztukę czytania, dostarczą również rozrywki. Małgorzata Strzałkowska wymyśla zagadkowe opisy, zmusza więc najmłodszych do uważnego przyglądania się obrazkom – tu trudno byłoby wymyślić rozwiązanie przed czasem.

sobota, 17 listopada 2018

Lindsey Fitzharris: Rzeźnicy i lekarze. Makabryczny świat medycyny i rewolucja Josepha Listera

Znak, Kraków 2018.

Medycyna w przeszłości

Wśród niektórych ludzi i dzisiaj operacje budzą strach. Media zawsze chętnie podchwytują wiadomości o błędach lekarzy, “czynnik ludzki” jest najbardziej zawodnym elementem w procesie odzyskiwania zdrowia. A przecież w XIX wieku sytuacja wyglądała znacznie gorzej. O początkach chirurgii Lindsey Fitzharris opowiada w turpistycznym, ale i zabawnym tomie “Rzeźnicy i lekarze”. Wychodzi autorka od obrazów mrożących krew w żyłach: rozcinania zwłok traktowanego jako widowisko teatralne dla chętnych i ciekawych. Pokazuje, jakie było podejście do higieny i do stosowanych narzędzi, jak wyglądało przeprowadzanie amputacji bez znieczulenia i jak wiele zależało od szczęścia pacjenta. Tu lekarze nie cieszyli się specjalnym poważaniem, traktowani byli raczej jak rzemieślnicy, a do tego – musieli znosić wszelkie niedogodności: wszechobecną i lepką krew, smród wydobywający się z ciał... Fitzharris w tej narracji bardzo mocno podkreśla synestezję, każdy element operacji może przedstawiać również z perspektywy zmysłów: wie, jakie narządy będą szokować swoją śliskością, jakie cięcia należy wykonywać i jak dostawać się do kości. Akcentuje dotyk, wrażenia słuchowe i wzrokowe – nie jest to więc książka odpowiednia dla ludzi, którzy lubią podjadać przy lekturze. Kolejne zabiegi często kończą się śmiercią pacjenta, prezentowane sceny wyglądają jak z horroru i trudno znaleźć w nich coś pocieszającego.

Wtedy na scenę wkracza Joseph Lister, postać, której autorka tę opowieść właściwie poświęca. Lister uznawany jest za rewolucjonistę w dziedzinie medycyny i chirurgii. To lekarz, który nie chce, żeby pacjenci cierpieli i umierali. Poszukuje sposobów na rozwiązania dostrzeżonych problemów, potrafi też wykorzystywać zdobytą wiedzę w praktyce. Eksperymentuje, ale nie ma z tego powodu wyrzutów sumienia: zdaje sobie sprawę, że zdąży wykonać amputację, jeśli nie sprawdzi się wymyślona kuracja. Jeżeli natomiast się sprawdzi - być może uda się uratować kończynę pacjenta. Jeden sukces staje się dobrym prognostykiem i zachęca do dalszych poszukiwań. Lister nie poprzestaje na pojedynczych spostrzeżeniach, dąży do odkrycia metod, które zmienią oblicze chirurgii. Wprowadza wiele pomysłów, które przyczyniają się do polepszenia stanu zdrowia pacjentów i już przez to zasługuje na uznanie. Autorka przygląda się w tym tomie kolejnym przypadkom medycznym (w tym do dzisiaj trudnym, jak operacja przeprowadzona na siostrze lekarza), opisuje schorzenia i drogi do odkryć. Nadaje całości formę reportażu z elementami biografii, tu rzeczywiście można z bliska przyjrzeć się działaniom badacza. Od czasu do czasu wprowadza też Fitzharris niepokojące sygnały z zewnątrz, ślady sporów między ludźmi nauki - ale wyraźnie trzyma stronę Listera i chce, żeby jemu kibicowali czytelnicy.

Jest to książka bardzo udana, zarówno od strony tematu – niebanalnego, a przy tym atrakcyjnego mimo upływu czasu, Fitharris zbiera tu rozmaite ciekawostki i dane, które mimo że przerażają - przyciągają szeroką publiczność - jak i od strony realizacji, bo przystępny język i ironia obecna między wierszami to coś, czemu trudno się oprzeć. “Rzeźnicy i lekarze” to publikacja napisana z pomysłem, popularyzująca wiedzę, ale nie przez pryzmat efektów, a sposobów docierania do kolejnych odkryć. Ludzkie błędy, ale i dążenie do unikania cierpienia to składniki, które zainteresują czytelników. Tom cechuje się dobrą narracją, zwraca uwagę umiejętność obrazowego przedstawiania wydarzeń Lindsey Fitzharris czasami nawet przesadza ze szczegółowością w prezentowaniu informacji, ale to akurat zaleta.

Irena Jurgielewiczowa: O chłopcu, który szukał domu

Nasza Księgarnia, Warszawa 2018.

Tułaczka

Powstała ta książka w 1947 roku – i momentami tylko czuje się to w lekturze, bo Irena Jurgielewiczowa stworzyła powieść uniwersalną i ważną, baśniową i prostą w formie. Chłopiec, który szukał domu, to Piotruś, dziecko osierocone i smutne. Jego nastrój udziela się nawet otoczeniu. Ale Piotruś trafia do pewnego domu i do starej kobiety. Mógłby tu zamieszkać: zaprzyjaźnia się łatwo i zyskuje zaufanie zwierząt. Tyle że stara kobieta również jest smutna: zaginęły jej córki, Kasia i Trusia. Piotruś postanawia je odszukać. Będzie do tego potrzebował trochę magii, sporo odwagi i wsparcia czworonożnych przyjaciół. Tak zaczyna się kolejna droga bohatera.

Kasia, Trusia i Piotruś to dzieci, które ucierpiały niebezpośrednio w wyniku wojny. Rozdzielone z rodzicami, muszą przystosować się do nowych okoliczności, co nie zawsze bywa łatwe. Autorka dba jednak i o to, żeby małych odbiorców zbytnio nie przerazić. Obiecuje wielką przygodę i rodzaj detektywistycznego śledztwa. Piotruś znajduje wskazówki dotyczące zniknięcia dziewczynek: jest przekonany, że misja się powiedzie, więc i gotowy na wielkie wyzwania. Chociaż przed nim wiele pracy i wysiłku, nigdy nie odmawia pomocy innym. Ratuje napotkane zwierzęta, a one odwdzięczać się będą w odpowiednich momentach pomysłami, które przybliżą bohatera do celu. Piotruś jest jednoznacznie dobrym dzieckiem, nie waha się, gdy trzeba ratować słabszych, nawet jeśli sam ma ograniczone możliwości w tym zakresie. Łatwo przewidzieć konsekwencje takiej pomocy, tu Irena Jurgielewiczowa wcale nie wykracza poza znaną konwencję. Niespodzianki szykuje przy samej podróży Piotrusia, ponieważ tu pojawia się pierwiastek magiczny. To pole do popisu dla autorki.

Chociaż na początku tom zapowiada się na raczej melancholijny i poważny, a często też smutny jak sam Piotruś, Irena Jurgielewiczowa znajduje miejsce na delikatny humor i rozjaśnianie klimatu. Czyni to zwłaszcza za sprawą Pakiwajów, psa i kotki towarzyszących Piotrusiowi. Szczególnie pies budzi radość - trudno mu zrezygnować ze swoich przyzwyczajeń, to postać, która dowiaduje się, co to jest zazdrość (kiedy Piotruś ma szansę przejechać kawałek drogi w nietypowym towarzystwie). Śmieszy i urzeka małych odbiorców dzięki swojej spontaniczności - a i pomysłom. Piotruś nie ma przez długi czas ludzkiego towarzystwa, może jednak rozmawiać ze zwierzętami, a to zapewnia mu spokój. Ta powieść jest podszyta goryczą. Pokazuje w metaforyczny sposób grozę wojny – przez pryzmat krzywdy dzieci. Pozwala bohaterowi udowodnić swoją dojrzałość, a nagradza go za to domem i rodziną - czymś, czego Piotrusiowi brakowało i co było przyczyną jego smutków. “O chłopcu, który szukał domu” to książka napisana bardzo prostym, a jednak mocno poetyckim językiem. Jurgielewiczowa stawia tutaj na atmosferę starej baśni, prowadzi opowieść płynnie, nastrojowo i z wyczuciem. Zapewnia odbiorcom sporo urozmaiconych przeżyć - tu liczy się nie tylko przygoda, szansa na odkrywanie nieznanego albo poszukiwanie wskazówek - ale cały wachlarz różnorodnych uczuć i emocji oraz przeżyć. Autorka funduje czytelnikom wiele atrakcji, przy okazji ucząc ich przeżywania. Maskuje grozę wojny baśniowością, ale przypomina też, że na takich wydarzeniach cierpią dzieci. Nawołuje do pokoju – i takie odczytanie wydaje się uprawomocnione. Chłopiec, który szukał domu, przeżywa doświadczenie, które na zawsze go zmieni - ukształtuje i zdefiniuje. Odbiorców nauczy to wrażliwości i wyczulenia na odczucia innych. Dobrze, że Nasza Księgarnia przedstawia małym czytelnikom taką publikację. Co ciekawe, Irena Jurgielewiczowa mniejszy nacisk niż w młodzieżowych powieściach kładzie tutaj na warstwę psychologiczną, łagodzi też język relacji. Pozwala dzieciom czerpać przyjemność z samego czytania, już na etapie brzmienia tekstu. Dzisiejsze maluchy skusi też prawdopodobnie “egzotyka” wojny jako tła.

piątek, 16 listopada 2018

Sabina Czupryńska: Jeszcze będzie przepięknie

Prószyński i S-ka, Warszawa 2018.

Dla porzuconych

Ta powieść jest rzeczywistym poradnikiem dla tych wszystkich kobiet, które nie potrafią sobie poradzić po rozstaniu z ukochanym i popełniają szereg błędów, niszcząc siebie, w nadziei, że ukochany się opamięta i wróci. Nie wróci, Sabina Czupryńska próbuje to przekazać najdobitniej jak się da i przekonać odbiorczynie, żeby wzięły się za siebie. Świadoma, że nie będzie to łatwy proces, przedstawia sytuację Jaśminy, bohaterki, która parę razy zirytuje wszystkich czekaniem na cud i robieniem tragedii z rozwodu – bohaterki, w której zatrważająca liczba czytelniczek będzie mogła się przejrzeć.

Jaśmina ma 39 lat i rozstała się z mężem, a dokładniej – mąż od niej odszedł. Kobieta nie dopuszczała do siebie myśli, że w jej związku wszystko dzieje się nie tak, jak powinno, ignorowała sygnały ostrzegawcze, ale oddalanie od siebie prawdy nie pomogło: nie udało się uratować tej relacji, zresztą nie było czego ratować. Marcin, reżyser nagradzanych reklam, nie nadawał się do życia we dwoje, co zaświadczyła też inna jego partnerka. Dla Jaśminy Marcin jednak był ideałem, niezależnie od tego, co robił, albo czego nie robił. Z perspektywy czasu i już po traumie bohaterka może przyznać, jak wiele stresów fundował jej małżonek, począwszy od niesłuchania potrzeb, skończywszy na zrzucaniu Jaśminie na głowę spraw wielkich, w stylu kupienia domu. Toksyczny związek Sabina Czupryńska analizuje od każdej możliwej strony: pokazuje złe zachowania wiecznie nieobecnego i zajętego tylko sobą mężczyzny i kobiety, która poświęca najlepsze lata życia na tęsknotę, czekanie i usprawiedliwianie jego czynów przed sobą i innymi. Do tego skupia się na detalach, nawet na pojedynczych słowach, którymi on daje do zrozumienia (może nawet nieświadomie), że nie ma ochoty na budowanie rodziny. Jaśmina cierpi i z tego cierpienia wypływa mnóstwo goryczy: cała książka opiera się na ironii i na złośliwościach, jest daleka od optymistycznych obyczajówek, jakby trochę na przekór tytułowi. Polega na dogłębnym przeanalizowaniu błędów – jego – prowadzących do ruiny małżeństwa, jej – prowadzących do ruiny poczucia własnej wartości. Jaśmina gotowa jest na wszystko, żeby tylko on wrócił. Staje się żałosna i może tylko budzić litość. Ale taki obrazek jest potrzebny, żeby czytelniczki uświadomiły sobie, dlaczego powinny wziąć się w garść i rozstać z przeszłością – a nawet – w jaki sposób mogą to zrobić, żeby symbolicznie oczyścić myśli. Jaśmina przedstawia w opowieści pojedyncze scenki lub zachowania – opatrując je „konkluzjami poniewczasie”. Jest zadziwiająco trafna w ocenach, ale po fakcie wszystko staje się jasne, wystarczy więc dokładnie prześledzić historię, żeby zrozumieć zawoalowane porady bohaterki.

Sabina Czupryńska odchodzi zatem od typowej obyczajówki, w której natychmiast po rozstaniu pojawia się superprzystojny pocieszyciel, tym razem – miłość na całe życie. Tutaj po rozstaniu można popełnić szereg błędów ze strachu przed samotnością, przed pomyłkami i związkami zastępczymi też autorka ostrzega. Nie daje baśniowych rozwiązań, przestrzega przed ładowaniem się w kolejne pułapki. Żeby jednak uprzyjemnić lekturę i zamienić ją w coś więcej niż tylko poradnik sercowy, autorka sięga po rodzinne krzepiące motywy. Na uwagę zasługuje tu brat Jaśminy, bliźniak, który zawsze wie, co się dzieje i bez zbędnych zabiegów dyplomatycznych postawi siostrę do pionu. Takim głosem Jana będzie dla odbiorczyń cała ta książka, trudna i irytująca, a przecież bardzo potrzebna. „Jeszcze będzie przepięknie” to lektura umożliwiająca powrót do normalności po nieudanej relacji.

Blair Holden: Bad Boy's Girl 4

Jaguar, Warszawa 2018.

Próba związku

Blair Holden zaczyna się powtarzać – albo inaczej, ani na chwilę nie przestaje się powtarzać. Niby nie ma w tym nic dziwnego, w końcu proponuje już czwarty tom serii Bad Boy’s Girl, a wszystkie chwyty urzekające młodą publiczność, przetestowała na początku. Teraz po prostu trzyma się tego, co przynosi efekty, nie można jej mieć tego za złe. Zresztą czytelniczki będą chciały po prostu śledzić losy zakochanej dziewczyny. Bo to jest tak: najpierw była zakompleksioną nastolatką z nadwagą – dziewczyną notorycznie dręczoną przez sąsiada. Po latach okazało się, że ów sąsiad był szaleńczo w Tessie zakochany i to mu zostało do teraz. Dwudziestodwuletnia Tess znalazła swojego obrońcę i wybawiciela – w dawnym kacie.

Ta relacja opiera się nie tylko na cielesnej fascynacji. Między bohaterami rodzi się wielka przyjaźń, zrozumienie, więź ponad słowami. W pewnym momencie bohaterowie stają się nierozłączni, co niepokoi nawet ich rodziny. Nie dzieje się tu nic poza ciągłymi wzlotami i upadkami w ramach samego uczucia. Raz okazuje się, że Cole jest zazdrosny, raz – że Tessa przeżywa męczarnię. Drobne nieporozumienia narastają do rangi wielkich sprzeczek. Rozdmuchuje się banalne sprawy, ale autorka nic poważnego nie wprowadza, nie wystawia związku na poważne próby, chociaż odbiorczyniom wydawać się może, że tak właśnie jest. I w czwartej części pojawia się ostatni możliwy punkt sporny: rozłąka. Tess przeprowadza się do Nowego Jorku, kilka godzin lotu od Cole’a. Można wykorzystywać każdą okazję do odwiedzin, robić sobie niespodzianki… ale taka sytuacja to również wyrzeczenia. Tess nie ma pojęcia o pewnej sferze życia Cole’a, chłopakowi nie podoba się parę rzeczy, o których od Tessy dowiaduje się niewiele.

W akcji Blair Holden nie zaskakuje, bo nie ma potrzeby. Karmi czytelniczki wiarą w wielkie uczucie. W narracji korzysta z tego, co udało się jej wypracować wcześniej, to znaczy: krótkie rozdziały, chwytliwe tytuły oparte na absurdalnych stwierdzeniach. Dalej Tessa prowadzi opowieść autoironiczną, trochę prześmiewczą, na pewno pełną wewnętrznych żartów. Śmiech to jedna wartość, drugą jest nastawienie na emocje i zmysły. Tess potrafi długo analizować swoje odczucia w sposób, który nie zmęczy młodych odbiorczyń, za to spodoba się idealistkom. Blair Holden pisze obyczajówkę w połowie drogi do powieści erotycznej. Jest drobiazgowa w prezentowaniu kwintesencji uczuć Tessy. Pokazuje to, co czytelniczki zainteresuje, do tego obieca szaloną miłość.

„Bad Boy’s Girl 4” to zatem spotkanie – jeszcze jedno – z lubianymi postaciami. Tess i Cole uczą się na swoich przykładach, jak postępować w dojrzałym związku, na co zwracać uwagę, żeby nie sprawiać przykrości. Od czasu do czasu autorka przerzuca się na opisywanie dalszoplanowych bohaterów. Najlepsza przyjaciółka Tessy, Beth, spotyka się z jej bratem. Rodzice wtrącają się w związek, sami też prowadzą własne życie uczuciowe, czasami inspirujące. Próbuje też Holden odwzorowywać pasje postaci – w końcu Tess marzy o karierze w branży wydawniczej, a na razie trafia do magazynu modowego. Na pewno nie jest to zajęcie upragnione, ale jakoś trzeba się utrzymywać. Ogólnie młode czytelniczki do serii będą przekonane, o ile nie zmęczą ich stosowane przez autorkę chwyty. To powieść pisana według przewidywalnego scenariusza, czyta się ją raczej dla przyjemności śledzenia romansu, na pewno nie dla niespodzianek.

czwartek, 15 listopada 2018

Joanna Jodełka: 2 miliony za Grunwald

W.A.B., Warszawa 2018.

Cena wojny

Na modny kryminał retro stawia Joanna Jodełka, która zastanawia się nad wojennymi losami “Bitwy pod Grunwaldem”. Znajduje tu materiał sensacyjny, intrygę, która potrzebuje literackiej obróbki, le już sama w sobie jest pociągająca. Nie trzeba nawet przesadnie lubić tego gatunku, żeby po “2 miliony za Grunwald” sięgnąć i cieszyć się lekturą. Najpierw Jan Matejko. Malarz ambitny, ale bez wyczucia interesów. Na “Bitwie pod Grunwaldem”, na razie jeszcze niedokończonej, mógłby zbić fortunę, gdyby tylko wiedział, jak. To nie dzieło do powieszenia w salonie albo oddania jakiemuś możnemu - trzeba je prezentować szerokiej publiczności, wozić po największych miastach Europy (w tym i do Niemiec, żeby nie zapomnieli, jak kończy się agresja między narodami) i zarabiać na nim. Matejko nie musi angażować się w te plany, wystarczy, że zarobi tyle, by spokojnie żyć i pracować. Tyle przeszłość, całkiem nieźle przez autorkę nakreślona (chociaż szkoda, że po obrazkach rodzajowych przechodzi do swoistego streszczenia dalszych wydarzeń i losów malarza). Powieściowa teraźniejszość to czasy tuż przed drugą wojną światową, a i sama wojna. Tutaj Joanna Jodełka wybiera układanie opowieści ze strzępków, bardzo drobnych scenek, niby nic nie wnoszących do historii, znaczących dopiero po pewnym czasie. Rozbija się relacja na bardzo wiele równoległych znaczeniowo i mikroskopijnych opowieści. Będzie tu zestaw sytuacji z hitlerowcami, z Żydami, ale i z Polakami. Konkretnie przedstawieni zostaną nie tylko wojskowi: odbiorcy otrzymują przegląd społeczeństwa, od profesorów po zwykłych chuliganów. Tutaj każdy przeżywa swoje sprawy, bez uciekania się do wielkich słów. Nawet śmierć powszednieje. Autorka potrzebuje zestawu obyczajowych obrazków pozornie bez puent. Wprawdzie gubi na nich rytm powieści, ale bardzo dba o koloryt lokalny i o charakterystyki postaci, zależy jej na odzwierciedlaniu rodzajowości z dawnych lat. Wydaje się, że dobrze odrabia lekcję z historii obyczajów: jest precyzyjna i szczera w tych portretach, to duży atut powieści. Przydaje się do zbudowania klimatu i w oczekiwaniu na sensację rodem z młodzieżówek detektywistycznych – bo i ten motyw w końcu musi się uruchomić. Joanna Jodełka niezbyt dobrze wyczuwa proporcje w tej książce, więcej energii poświęca na przedstawianie realiów niż na snucie samej intrygi. Zależy jej na tym, żeby oczarować odbiorców prawdziwością. Kieruje się do miłośników tropienia obyczajowej prawdy. Być może gdyby zdecydowała się na uwypuklenie od początku sfery kryminału, tego, jak Niemcy chcą zniszczyć obraz Matejki i jak zostają wywiedzeni w pole - wybrałaby naiwność lekturową i nie udałoby jej się przekonać odbiorców. Tak można wyłącznie narzekać na nierówno rozłożone akcenty. “2 miliony za Grunwald” to powieść rozrywkowa – ale trochę odbiorcy będą się musieli wysilić, żeby powiązać fakty i sprawdzić, dlaczego w ogóle mają się angażować w tekst. Można docenić w powieści dążenie do prezentowania obyczajowej prawdy – a jednocześnie zżymać się na nieoczywiste cele. Joanna Jodełka jednak powieść retro wzbogaca o cały zestaw kryminalnych wątków.

środa, 14 listopada 2018

Katarzyna J. Kowalska: Polski El Greco

Iskry, Warszawa 2018.

Śledztwo

Tę książkę czyta się jak dobrą powieść: Katarzyna J. Kowalska stworzyła literacki reportaż, a który należą jej się słowa uznania. “Polski El Greco” to udana próba przedstawienia sytuacji jak z bajki albo młodzieżówki przygodowej. Nie tylko budzi dumę: daje też nadzieję, która jest podstawą wielu obyczajówek historycznych albo kryminałów. Oto w małej wiosce dwie badaczki przeprowadzające inwentaryzację zabytków odkrywają na ścianie plebanii obraz. Obraz bardzo zniszczony, zaniedbany, przeznaczony kiedyś do wyrzucenia i właściwie ocalony tylko przez szacunek do przedstawionego na nim świętego Franciszka. Obraz, który na nikim nie robi wrażenia. Tylko dwie znawczynie sztuki w tym dziele odkrywają... styl El Greca. Fabuła jak z powieści dla młodzieży, więc Izabella Galicka i Hanna Sygietyńska spotkają się z wieloma szyderstwami i krytyką: wydaje się niemożliwe, żeby dzieło takiej klasy trafiło do zapomnianej przez wszystkich parafii w Polsce. Wielkie odkrycie budzi sceptycyzm i stanowi okazję do żartów. Uwierzyć w El Greca – oznacza ośmieszyć się. Jednak dwie kobiety nie ustają w wysiłkach, by udowodnić autorstwo. Domniemany El Greco trafia na łamy prasy jako zastępcza sensacja – i do renowacji. Na jego temat wypowiadają się specjaliści, profesorowie, którzy są bardzo ostrożni w sądach. Szukają raczej argumentów obalających śmiałą tezę. Badaczki natomiast z każdym etapem prac konserwatorskich zyskują coraz większą pewność, że się nie pomyliły.

Odnaleziony El Greco to właściwy bohater relacji Kowalskiej. Najpierw jednak autorka towarzyszy przez chwilę w pracy Galickiej i Sygietyńskiej - po to, żeby odkryć związane z zawodem ciekawostki i niespodzianki. Praca inwentaryzatora w tym ujęciu przypomina działania detektywa: na podstawie detali – nie do wyłapania przez laika – trzeba wskazać datę powstania przedmiotu, określić autora itp.. Galicka i Sygietyńska mają w zanadrzu mnóstwo ciekawych anegdot, zabawnych przygód i przypadków, w których szczęście pomaga. Obie bohaterki dobrze czują się w zawodzie i lubią pracować razem - łączy je między innymi entuzjastyczny stosunek do odkryć. I chociaż znajdowanie cennych zabytków to dla nich niemal chleb powszedni, tu skupiają się na El Grecu. Katarzyna J. Kowalska nie zaniedbuje żadnego elementu w “śledztwie”. Przybliża między innymi działalność konserwatorską, znaki ważne dla potwierdzenia autorstwa, ale też zasady bezpieczeństwa, które trzeba było wprowadzić, żeby nie stracić obrazu (z jednej strony zagrażali mu złodzieje, z drugiej – warunki przechowywania). Osobisty stosunek badaczek do dzieła ma tu też spore znaczenie. W pewnym momencie autorka dochodzi do sporów o El Greca – pokazuje, jak swoje interesy przedstawiali księża, a jak – dziennikarze. Dwie kobiety z obiektu drwin stają się stopniowo niemal bohaterkami narodowymi. El Greco dzieli społeczeństwo, chociaż wyzwala również dumę.

Jest ta historia przede wszystkim znakomicie opisana. Katarzyna J. Kowalska włącza do relacji bezpośrednie wypowiedzi bohaterek, ale i fragmenty prowadzonego przez nie dziennika. Wie, jak uwypuklić to, co najciekawsze, śledzi wydarzenia rozgrywające się przecież na przestrzeni kilku dekad – a jednak ani na chwilę nie zwalnia tempa. W pełni wykorzystuje podany scenariusz, uwypukla jego mocne strony. Umiejętnie też wskazuje konteksty, bez względu na to, czy chodzi o wskazanie kontekstu społeczno-politycznego, czy też - specyfiki pracy inwentaryzatora lub konserwatora zabytków. Równolegle sprawdza reakcje zaangażowanych w odkrycie lub przechowywanie obrazu i odzew ze strony mediów. Prezentuje konsekwencje, jakie odkrycie obrazu miało dla regionu. Wytwarza się więc nietypowy kontrast: badaczki stają się coraz starsze – i z mniejszym entuzjazmem zajmują sprawą El Greca – za to obraz wystawiony w muzeum zaczyna lśnić pełnym blaskiem. Ta książka wciąga, nie tylko historyków sztuki.

wtorek, 13 listopada 2018

Janusz Głowacki: Bezsenność w czasie karnawału

W.A.B., Warszawa 2018.

Gorycz śmiechu

Raz spotkanie z kumplami, raz – wspomnienie o aktorce, którą wszyscy uwielbiali, a która bez większych oporów rozbijała cudze związki. Raz proste obserwacje, impulsy - choćby i dochodzące zza okna odgłosy, raz – wspomnienia lub przejścia w warstwę oniryczną, niewytłumaczalne wydarzenia. Janusz Głowacki to w pierwszej kolejności łowca puent. Kiedy przeprowadza analizy sytuacji, kiedy odnotowuje anegdoty albo towarzyskie żarty, ale też kiedy daje się ponieść goryczy i melancholii. Jest zabójczo precyzyjny, bezlitosny i konsekwentny. Proponuje prozę “męską”, drapieżną, bezkompromisową - i rozrywkową jednocześnie. “Bezsenność w czasie karnawału” to zbiorek przygotowywany z pojedynczych obrazków, miniaturowych scenek prowadzących do bardzo trafnych puent. Głowacki przede wszystkim wie, jak podsycać dowcip, prowadzi krótkie opowieści tak, by uwypuklić cały ich komiczny potencjał. Wszystkie historie mają wymiar autobiograficzny – autor na początku podejmuje decyzję, że bohatera swoich felietonów czy opowiadań nazwie własnym imieniem i uzbroi w swoją tożsamość. Trzyma się tego tak, że odbiorcy mają wrażenie, że autor ani przez chwilę nie ucieka w literackość, że bez przerwy wpuszcza wszystkich do swojej egzystencji – a prezentuje wydarzenia ze swadą, gawędziarsko, w rzeczywistości nigdy tej literackości - azylu – nie opuszcza. Ma nietypowe pomysły, ale też solidne podstawy do tego, żeby układać oryginalne historie. Spore znaczenie zyskują tutaj aspekty towarzyskie – inni ludzie mogą dostarczać materiału do anegdot, zaskakują odkrywczymi pomysłami i reakcjami, jednym słowem - inspirują. A przecież pisarz tworzy w samotności, towarzystwo to efekt uboczny pozaartystycznej działalności, wtórnie zamieniany na literaturę. Ten proces trwa – trzeba jedynie kronikarza, który wychwyci zmiany i odpowiednio je wyeksponuje dla szerszej publiczności.

Właśnie - szerszej. “Bezsenność w czasie karnawału” to książka wysmakowana literacko i zaspokoi gusta wybrednych czytelników. Nadaje się na lekturę rozrywkową, ale dostarcza również materiału do refleksji. Janusz Głowacki operuje ironią i śmiechem bezbłędnie. Stosuje inteligentne żarty na równi z humorem sytuacyjnym. Nie przejmuje się konwenansami, za nic ma poprawność polityczną, na szczęście. Prowokuje, żeby zmuszać odbiorców do myślenia, przy okazji zabawy. Rozśmiesza - żeby cele miniaturek od razu zrobiły się widoczne. A przecież dostarcza też wielu ciekawostek. Da się “Bezsenność w czasie karnawału” odczytywać jako uzupełnienie autobiografii – o informacje, które są zupełnie zbędne i które w ogóle nie mogłyby trafić do życiorysowych opowieści. Da się - jako zestaw felietonów lub humoresek, luźnych, krótkich i pozbawionych poważnych przesłań. Da się też jako warsztatowe zabawy. Na dobrą sprawę każda interpretacja staje się uprawomocniona, a Janusz Głowacki podejmuje z czytelnikami ciekawą grę. Niezależnie od wszystkiego, “Bezsenność w czasie karnawału” to zbiorek, któremu warto się przyjrzeć.

Czyta się tę publikację bardzo szybko, ale znacznie lepiej smakuje rozłożona w czasie. Problem w tym, że Głowackiego trudno jest odkładać na później, te drobne historyjki bardzo wciągają. Dają wstęp do prywatności autora (nawet jeśli podbarwianej lub zmyślanej) - jest tu wysoki stopień poufałości, coś, czemu nie można się oprzeć. Janusz Głowacki zawsze uwodzi tekstami, kto wie, czy w małych formach nie jest to najbardziej widoczne. “Bezsenność w czasie karnawału” to drobiazg, którego jednak nie można zignorować. Fanów namawiać do lektury nie trzeba, a jeśli ktoś jeszcze nie zdążył się zachwycić jakością pisarstwa Głowackiego - i tu ma okazję.

poniedziałek, 12 listopada 2018

Ewa Bińczyk: Epoka człowieka. Retoryka i marazm antropocenu

PWN, Warszawa 2018.

Człowiek - niedumnie

Z jednej strony pomysł, żeby zaznaczyć obecność człowieka w dziejach i nazwać erę (albo epokę) w związku z tym istnieniem. Z drugiej – przedziwna skromność, która nakazuje zastanowić się nad innymi rozwiązaniami i nie akcentować przesadnie działalności, która często bywa niechlubna. “Epoka człowieka. Retoryka i marazm antropocenu” to publikacja dotycząca w dużej mierze kontrowersji onomastycznych, ale też i filozoficznych refleksji nad tym, co powinno zdefiniować określony przedział czasowy. Tu człowiek często nie brzmi dumnie, a znajduje coraz więcej powodów do wstydu lub zażenowania. Autorka zatrzymuje się nad debatą dotyczącą antropocenu - sięga zarówno po argumenty za takim nazewnictwem, jak i po te, które coraz silniej utwierdzają odbiorców w przekonaniu, że jednak nie należy eksponować roli człowieka w procesie niszczenia planety. Ewa Bińczyk skupia się na narracjach akademickich, co oznacza, że poziom dyskusji wykracza przeważnie - również pod kątem stopnia abstrakcji – poza potrzeby i możliwości poznawcze przeciętnych odbiorców. Fakt, że do tych odbiorców nie dotrze też sedno problemu, zawęża target.

Antropocen – jakkolwiek nie byłby nazywany – zmusza do zatrzymania się nad najbardziej palącymi problemami. Będzie tu zatem mowa i o katastrofach ekologicznych, zmianach klimatycznych, zasadach eksploatowania zasobów Ziemi itp. Pojawiają się motywy przeciwdziałania przyszłym katastrofom, ale i decyzje hamujące ewentualny rozwój. W ramach rozmów dyplomatycznych coraz więcej będzie ostrożności i marazmu - być może takie właśnie podejście ostatecznie pozwoli zdefiniować antropocen. Jednak niezależnie od przyjętych kryteriów nazewniczych dość szybko stanie się jasne, że eksponowanie działalności człowieka w historii rozwoju Ziemi nie musi być powodem do chwały. “Epoka człowieka” to tom, który rejestruje rozwój tej myśli i opinii na jej temat – przy okazji uświadamiając czytelnikom dylematy uczonych. Nawet jeśli sama forma książki wyklucza pozaakademickie towarzystwo – to treść nie daje się zignorować.

Z jednej strony odwołuje się Ewa Bińczyk do komentarzy obrastających wstępną ideę i do ocen odnoszących się do działalności człowieka na rodzimej planecie. Z drugiej znajduje całkiem sporo miejsca na ukazywanie niepotrzebnych konfliktów wokół tematu, bojkotowania możliwości lub powstrzymywania eksperymentów. Antropocen jako kategoria budząca wciąż wiele wątpliwości stać się może zatem czymś w rodzaju zbiorowego sumienia, impulsem do działania. Niezależnie od zmian w podejściu, autorka stara się jak najpełniej - rzetelnie i zrozumiale - przedstawiać historię pojęcia oraz zawirowań wokół jego definicji. Tym samym sprawdza, jak ewoluuje pomysł - i w których momentach przestaje być przekonujący. Koncentruje się na niuansach, przybliża odbiorcom kolejne wątki i rozkłada je na czynniki pierwsze. To zajęcie wymagające dużej precyzji i zrozumienia całego tematu. Autorka umiejętnie przechodzi od konkretów w dziedzinie gospodarki, ekonomii czy polityki międzynarodowej do aspektów filozoficznych oraz etycznych. Antropocen jako kategoria jeszcze nie do końca zaakceptowana – zmusza do refleksji i nawet przewartościowań. “Epoka człowieka” każe się temu zagadnieniu przyjrzeć z perspektywy globalnej.

niedziela, 11 listopada 2018

Kapitalnie. Tomek Sikora w rozmowach z Dorotą Wodecką

Agora, Warszawa 2018.

Przez obiektyw

Dorota Wodecka zabiera czytelników książki “Kapitalnie” na spotkanie z ciekawym człowiekiem. Przeprowadza szereg wywiadów - niezbyt długich - z Tomkiem Sikorą i utrwala dla odbiorców przynajmniej cząstkę ciekawostek twórczych, artystycznych wyborów, dopowiedzeń do zdjęć lub sytuacji. Namawia fotografa na refleksje związane z zawodem i odkrywa jego charakter, przedstawia ideę Galerii Bezdomnej i lekcji fotografowania. Wychodzi często od konkretnych kadrów, zadaje pytania, jakie nasuwają się oglądającym zdjęcia - ale wnika głębiej, zależy jej na uchwyceniu opowieści o talencie bardziej niż o warsztacie.

Nie jest to tom kreowany na autobiograficzny wywiad-rzekę, chociaż to najbardziej modne obecnie w rozmowach z artystami z różnych dziedzin. Tu bohaterem faktycznym staje się fotografia, Tomek Sikora to dodatek do niej, niespokojny duch, który eksperymentuje i sprawdza, jakie relacje można budować, sięgając po aparat. Trochę musi zamieniać się w psychologa, trochę w terapeutę, zawsze pozostawać też dzieckiem, które czerpie radość z beztroskiej zabawy. Nie będzie w tomie chronologicznego uporządkowania, poruszania się po określonym kalendarium ani układania życiorysów. Owszem, odbiorcy dowiedzą się nieco o rodzinie bohatera tomu, o artystycznych aspiracjach matki, ojca i syna, poznają trochę Tomka Sikorę od strony prywatnej, od wizji domu i organizowania sobie życia - ale to przestaje być ważne, gdy pojawia się fotografowanie. Tutaj Dorota Wodecka na szczęście rezygnuje z czołobitności, nie daje czytelnikom (ani rozmówcy) odczuć, że oto stają przed kimś, kto zasługuje na najwyższy podziw. Raczej interesuje się specyfiką twórczej pracy, podejściem do zawodu i wybieranymi sposobami działania. Sprawdza, jak Tomek Sikora fotografował tych, którzy zdjęć nie lubią, ale też jak wyglądała droga wolnego strzelca do “zawodu”. Opowiada bohater tomu o perypetiach związanych z uczeniem fotografii i o szukaniu formy, o eksperymentach z ujęciami, a i z prezentowaniem historii przez kadry. Raz zajmują się rozmówcy pojedynczymi obrazami, tworzeniem w obrębie jednego ujęcia, raz – promowaniem sztuki na większą skalę. Odbiorców interesować może idea Galerii Bezdomnej, zjawisko przedziwne w skomercjalizowanym świecie.

Tomek Sikora bez oporów opisuje swoją artystyczną drogę, omawia kolejne projekty oraz pomysły na działania twórcze. Sporo miejsca poświęca na przedstawianie swojego stosunku do fotografii i to będzie chyba dla czytelników najciekawszym tematem w książce: artysta, który o własnej pasji potrafi mówić z zapałem, pociągnie za sobą tłumy. Nie ma w tym wypadku oczywistości, ostrożności albo mizdrzenia się. Tomek Sikora przedstawia kawał historii, zachęca też do szukania własnych dróg. Nie lubi podporządkowywać się odgórnym wymogom, ceni sobie artystyczną wolność. Tu prezentuje również zdjęcia, które można było poznać - często bez świadomości, kto jest ich autorem – za sprawą bilbordów i plakatów.

“Kapitalnie” to całkiem sporo słów, czasami fotografie w wersji miniaturek pojawiają się przy konkretnych akapitach i trochę irytuje, że nie można się im dokładniej przyjrzeć - ale co pewien czas pojawiają się też duże rozkładane karty z wielkoformatowymi ujęciami. Średnio wygodne, gdy chce się zająć lekturą, za to o albumowej już jakości. “Kapitalnie” jest publikacją tak oryginalną jak jej bohater – przynosi ta książka sporo ciekawostek, humoru a i inspiracji dla czytelników (nie tylko interesujących się fotografią).

Cezary Łazarewicz: Aniela i inni. O Domu Towarowym Bracia Jabłkowscy

Egmont, Warszawa 2018.

Sprzedawanie

Oto sposób na zaintrygowanie maluchów. Na trzecim poziomie serii (podserii okolicznościowej Czytam sobie z kotylionem) Cezary Łazarewicz prowadzi relację dotyczącą... Domu Towarowego Bracia Jabłkowscy. Niby zagadnienie banalne, ale jeśli weźmie się pod uwagę, że najmłodsi lubią zabawy w sklep, a wizyty w rozbudowanych centrach handlowych stają się zwyczajem całych rodzin – obrazek już tak nie dziwi. Ponadto Łazarewicz ma tu miejsce na opowiadanie o przeszłości narodu, a to właściwy cel podserii Z kotylionem.

Autor wybiera system przedstawiania bohaterów portretowanych przez Aleksandrę Artymowską. Opowiada o konkretnych ludziach, żeby przyjrzeć się ich decyzjom dotyczącym budowania rodzinnej firmy. Szkoda, że dosyć szybko z placu schodzi Aniela Jabłkowska: z perspektywy obyczajowości to najlepszy kawałek. Dziewczyna, którą ojciec przekonuje do otwarcia sklepu, jeden pokój z komodą (który kiedyś rozrośnie się w ogromny budynek). Oszczędność, gospodarność i pomysły na asortyment – Aniela mogłaby być dla dzieci wzorem do naśladowania, ale przegrywa z wielką historią. Oto bowiem przez wojenne zawieruchy do biznesu wkracza nowe pokolenie Jabłkowskich, bracia, którzy mogą rozwijać biznes. W tle pojawi się i pan Ford, którego decyzje pozwalają dorobić się fortuny. Interesująco to wszystko wypada. Akcja przyspiesza, ale autor nie rozwodzi się nad wydarzeniami z przeszłości. Raczej je odnotowuje, w krótkich zdaniach wrzuca wiadomości na temat rodaków. Nie skupia się na opisywaniu całokształtu dziejów, wrzuca pojedyncze hasła, świadomy, że niewiele w ten sposób dzieciom powie – ale zrealizuje lekturowy program. “Aniela i inni. O Domu Towarowym Bracia Jabłkowscy” to wyzwanie dla małych czytelników. Zgodnie z prawami serii co trudniejsze pojęcia zostały wyjaśnione w przypisach na końcu książki - automatycznie kilkulatki będą się też uczyć korzystania z innych źródeł, jeśli chcą zrozumieć w pełni tekst. Co ciekawe, wśród tych objaśnianych słówek znalazł się na przykład... atrament. Wiele haseł dotyczy jednak sytuacji wojennych lub motywów historycznych, autor nie może wyjaśniać ich bezpośrednio w tekście, bo zaburzyłby jego rytm.

Na początku wydawałoby się, że skupi się Łazarewicz na minibiografiach, że będzie odnosić się do wiadomości z życiorysów i zacznie portretować same postacie. Ale w końcu odrywa się od ludzi i zajmuje firmą. Opowiada dzieciom o wyglądzie budynku, ale i o podejściu do klienta. Informuje, na czym polegały najważniejsze decyzje związane z handlem czy zachęcaniem kupujących do częstszego odwiedzania sklepów. Trochę zabrakło natomiast podkreślania niezwykłości, choćby przy opisywanej “książeczce”, którą klienci otrzymywali przy wejściu, żeby dobrze orientować się w przestrzeni. Dzisiaj ulotki to standard, dawniej mogły funkcjonować jako sensacja czy ciekawostka. Jednak i tak Cezary Łazarewicz potrafi zaintrygować maluchy.

“Aniela i inni” to tomik bardzo udany. Na trzecim poziomie serii autorzy nie mają już tak wielu ograniczeń formalnych jak na poprzednich dwóch, “pełnowymiarowy” tekst (dużą czcionką, ale już nie w wersji podpisów pod obrazkami) może zawierać dwuznaki. Łazarewicz nie wypada z przyjętej stylistyki, nie popełnia męczących błędów, mimo że na początku nadużywa czasownika “być”. Opowiada całkiem zajmująco, przede wszystkim nie daje się stłamsić założeniom cyklu. Jeśli ktoś szuka literatury faktu dla kilkulatków, może sięgnąć po tę publikację.

sobota, 10 listopada 2018

Lech M. Nijakowski: Ludobójstwo. Historia i socjologia ludzkiej destrukcyjności

Iskry, Warszawa 2018.

Bez lekcji życia

Lech M. Nijakowski sięga po ważny temat i realizuje go w oderwaniu od emocjonalnych ocen. Inaczej nie miałby właściwie szans na zrelacjonowanie historii ludobójstwa. Wyłącznie dystans i chłód badacza umożliwiają mu zatrzymanie się nad zagadnieniem – tom “Ludobójstwo. Historia i socjologia ludzkiej destrukcyjności” to publikacja potrzebna, mimo że dla wielu odbiorców raczej trudna. Nijakowski najpierw przygląda się definicji ludobójstwa, wyjaśnia, dlaczego nie jest to termin tożsamy na przykład z pojęciem czystki etnicznej. Świadomy postaw, które utrudniać będą obiektywną ocenę, przytacza teorie i odkrycia związane z badaniem ludobójstwa, zmiany w prawie, ale i wydarzenia historyczne, które prowadziły do takich przekształceń. Opowiada o prawie humanitarnym i o procesach największych zbrodniarzy – w charakterze wstępu do książki. W zasadzie takie wprowadzenie jest niezbędne jako przygotowanie do lektury. Podchodzi autor do tematu starannie, zapewnia odbiorcom podstawy do śledzenia informacji. Oczywiście musi wybrać kilka charakterystycznych przykładów z różnych kultur, być momentami jednocześnie etnografem, historykiem i socjologiem. Nie będzie przesadnie rozbudowywać kontekstu, zależy mu bardziej na tym, żeby czytelnicy pojęli zasadę uznawania masowej zbrodni za ludobójstwo. Spojrzenie w odległą przeszłość umożliwia dokonywanie porównań - okazuje się, że nawet jeśli mowa o jednym zjawisku, na przestrzeni dziejów i w różnych miejscach globu przyjmuje ono różne oblicza. Lech M. Nijakowski świetnie wie, że zachowanie pamięci o tragediach na wielką skalę nie wyklucza wystąpienia podobnych działań w przyszłości: historia nie rozwija się linearnie, ale też nie zapewnia lekcji postępowania. Wystąpienia przeciwko całym grupom etnicznym będą się zdarzać, tu nie pomoże nawet rosnąca świadomość społeczeństw. Autor układa chronologicznie kolejne przypadki ludobójstwa i w każdym następnym przykładzie stara się przedstawiać inne – dodatkowe – mechanizmy. Czasem wprowadza charakterystyczne narzędzia do zadawania śmierci, innym razem skupi się na wskazywaniu motywów (politycznych, narodowościowych). Ludobójstwo przybiera różne oblicza i strategia Nijakowskiego rzeczywiście pomaga w zorientowaniu się w temacie. Kiedy już autor zakończy przegląd konkretnych przypadków (których nie traktuje szablonowo), zajmie się samym mechanizmem istnienia ludobójstwa. Tu odpowiada na najtrudniejsze pytania – jak, dlaczego, co jest normą i zrozumiałym wyborem, a co przekształca się w zbrodnię. Wreszcie odnosi się do zagadnienia pamięci narodowej: mówienie o ludobójstwie to spore wyzwanie dla dyplomacji czy dla polityki międzynarodowej - z jednej strony informowanie o przeszłości utrudniać może porozumienie między zwaśnionymi dawniej grupami, z drugiej – bliscy ofiar zwykle domagają się upamiętnienia zbrodni, potrzebują wracania do strasznej przeszłości.

“Ludobójstwo” przez to, że jest książką pozbawioną emocji, wydaje się też automatycznie publikacją bardziej skondensowaną. Autor nie traci czasu na argumentowanie racji którejkolwiek ze stron konfliktu, omija też kwestie etyczne. Zajmuje się faktami, tym, co można zmierzyć i sprawdzić. Nie oznacza to, że jest bezlitosny dla ofiar: zachowuje po prostu dystans potrzebny w badaniach. Dba o to, żeby jego dyskurs był zrozumiały dla odbiorców: na dyskusje nad moralnością i potencjałem ludzkości nie ma tu miejsca. Nijakowski odrzuca filozofowanie i jałowe rozważania, odnosi się do tego, co już znane, poznane i niebudzące wątpliwości. Zajmuje czytelników zestawem faktów nie interpretacjami. “Ludobójstwo” trudno uznać za książkę krzepiącą: jednak zgromadzenie w jednym miejscu zestawu wstrząsających świadectw ludzkiej destrukcyjności będzie pouczające. Suchy styl i rezygnacja ze współczucia to w tym wypadku najlepsze rozwiązanie. Lech M. Nijakowski proponuje odbiorcom przegląd wydarzeń, z których każde byłoby materiałem na co najmniej kilka książek. Dlatego też tak dobrze sprawdza się przyjęta przez niego strategia narracyjna.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com