Strona główna || O autorce || O tu-czytam || Bajki || Bajkowe portfolio                       

środa, 19 lutego 2020

Barry Lopez: Arktyczne marzenia

Marginesy, Warszawa 2020.

Kraina lodu

Barry Lopez pokazuje, czym dzisiaj mogą być książki podróżnicze – i pozwala na odbycie niezwykłej podróży. „Arktyczne marzenia” to tom opasły, a poświęcony w całości opowieści o wyprawie na północ. Autor poznaje piękno surowych krajobrazów i spotyka różne zwierzęta, przekonuje się, jak to jest żyć w arktycznym klimacie i próbuje odpowiedzieć sobie na pytanie, co takiego najbardziej przyciąga do tego miejsca. Całe „Arktyczne marzenia” są relacją z niekończącego się zachwytu. To publikacja wartościowa i utrzymana w starym stylu – w klimacie narracji daje się wyczuć fascynację opowieściami prawdziwych podróżników. Barry Lopez odchodzi od stylistyki pop i od rozwiązań proponowanych przez blogerów-turystów. Jego książka to przede wszystkim drobiazgowa analiza zastanego – przekaz budowany w oparciu o synestezyjne wrażenia. Chce Lopez oddać całą potęgę przyrody, umożliwić czytelnikom odkrywanie tego, co dla nich niedostępne. Jednocześnie zamierza stworzyć kompendium wiedzy na temat arktycznych terenów, stąd też niemal podręcznikowe wywody – pełne danych, ale też przefiltrowane przez osobiste spostrzeżenia. „Arktyczne marzenia” to książka będąca efektem realizowania prawdziwej pasji – widać to w każdym jej punkcie. Czytelnicy przyzwyczajeni do skrótowych i pobieżnych lektur będą tutaj zaskoczeni jakością relacji, umiejętnością wychwytywania niuansów i nieustającymi zauroczeniami to naturą, to pejzażami. Na początku „Arktycznych marzeń” prawie w ogóle nie ma miejsca dla ludzi. Autor przyzwyczaja czytelników najpierw do widoków – omawia precyzyjnie to, co zobaczyć mogą przyjezdni – chce, żeby odbiorcy sami mogli przejąć rolę odkrywców i poczuć się jak prawdziwi podróżnicy. Opowiada i o klimacie, i o przestrzeni. Całkowicie przy tym rozwiewa stereotypowe wyobrażenia o tundrze czy o monotonii krajobrazów – tutaj dzieje się dużo i gdyby nie wprawny przewodnik, nie wiadomo byłoby, co najpierw podziwiać. Stara się Barry Lopez systematyzować wiedzę. Jeśli opowiada o spotykanych w pobliskich wodach humbakach, zaczyna od relacji o polowaniach na wieloryby, tak, żeby nakreślić czytelnikom cały kontekst wydarzeń (i tematów). Przyzwyczaja do „nietypowych” zjawisk na niebie, przygląda się kolejnym gatunkom zwierząt i omawia ich istnienie w działaniach miejscowych. Do tego od czasu do czasu sięga w głąb historii, zajmuje się komentowaniem zwyczajów Eskimosów, pozwala odbiorcom na poznawanie lokalnej kultury. Takie podejście umożliwia stworzenie lektury pełnej i wartościowej. Barry Lopez nie tylko proponuje czytelnikom sprawozdanie z własnej przygody życia i dzielenie się fascynacją. Może tworzyć monografię regionu, zbiera informacje dotyczące historii i funkcjonowania społeczeństw, zestawia to wszystko z pięknem natury. Nie traktuje publikacji jako manifestu – chociaż wiadomo, że jeśli nie zahamuje się destrukcyjnych działań człowieka, wspaniała kraina może ulec całkowitemu zniszczeniu - „Arktyczne marzenia” to tom, który pozwala zrozumieć, dlaczego należy zatroszczyć się o środowisko. Jest też pełną prezentacją uroków dalekiej Północy.

wtorek, 18 lutego 2020

Leszek Cichy, Krzysztof Wielicki, Jacek Żakowski: Rozmowy o Evereście

Agora, Warszawa 2020.

Radość wspinania

Agora sukcesywnie rozbudowuje swoją półkę z literaturą górską, wykorzystując boom na informacje pochodzące ze środowiska himalaistów. Moda na lektury dotyczące zdobywania szczytów sprawia, że można też przybliżać odbiorcom książki, które dawniej należały do niszowych wydawnictw i nie mogły przebić się do szerokiego grona odbiorców. Drugie życie otrzymuje właśnie zestaw wywiadów, które Jacek Żakowski przeprowadził z Krzysztofem Wielickim i Leszkiem Cichym (razem i osobno) tuż po zdobyciu przez nich Everestu. „Rozmowy o Evereście” to niewielka w gruncie rzeczy pozycja – niewielka pod względem objętościowym, bo emocji dostarcza sporo, w sam raz dla tych czytelników, którzy jeszcze po literaturę górską nie sięgali i chcieliby się przekonać, co takiego kusi w tym gatunku. Żakowski zaprasza do siebie wspinaczy – próbuje być pierwszym, który wysłucha ich relacji, ale przez rozmaite zbiegi okoliczności część rozmów musi przesunąć na czas po licznych spotkaniach z publicznością – i sam wie, że przez to sporo stracił, bo i Cichy, i Wielicki nie mieli już ochoty powtarzać po raz kolejny wszystkich detali z wyprawy. Nie ulega jednak wątpliwości, że trafia w zapotrzebowanie rynku (cóż z tego, że po dekadach) i przekonuje do siebie, chociaż znacznie częściej niż wywiad-rzekę wspinacze proponują odbiorcom indywidualne wyznania albo opowieści przygotowane dzięki współpracy z ghostwriterami. Żakowski chce się dowiedzieć przede wszystkim, jak wyglądało wychodzenie na szczyt – wypytuje o doświadczenia z drogi, o początki wspinaczki u obu panów, o ekwipunek i o walkę z chorobą wysokościową. Pozwala na mierzenie się z lękami lub wyzwaniami, rejestruje kolejne przygody i nawet anegdoty z wyprawy na szczyt. „Rozmowy o Evereście” dzięki systemowi przypisów wyjaśniających żargon wspinaczy będą lekturą przystępną nawet dla przypadkowych odbiorców – nadaje się ten tom na wprowadzenie do nowej czytelniczej pasji.

Leszek Cichy i Krzysztof Wielicki są w stanie nakreślić obraz możliwości poszczególnych uczestników wyprawy i wytłumaczyć, dlaczego to właśnie oni mogli wejść na szczyt. Rozwiewają wątpliwości w kwestii przygotowywania obozów i łączności radiowej z bazą. Czasami przedstawiają kolegów po fachu, niezaangażowanych bezpośrednio w wyprawę na Everest, wspominają między innymi Wandę Rutkiewicz. Zdarza się też, że napomykają o swoich rodzinach – bliscy, którzy zostają w domach, przeżywają wspinaczkę zupełnie inaczej niż sami himalaiści.

„Rozmowy o Evereście” to tom wartki i wypełniony ciekawostkami, właściwie wypada jako esencja wspinaczki – nie ma w nim miejsca na rozważania filozoficzne i teoretyzowanie, Wielicki i Cichy koncentrują się na jednej wyprawie, którą mogą szczegółowo opisać – ale pokazują też odbiorcom, jak wyglądała ich droga do wybrania takiego akurat sportu. To lektura atrakcyjna dla czytelników, pełna niespodzianek i budząca zainteresowanie literaturą górską.

poniedziałek, 17 lutego 2020

Marta Grzywacz: Nasza pani z Ravensbrück

W.A.B., Warszawa 2020.

Inny odcień zła

Johanna Langefeld kojarzona była jako jedna z organizatorek obozu w Ravensbrück, co automatycznie szeregowało ją po stronie oprawców. Jednak w procesie obozowych katów zabrakło jej po stronie oskarżonych. Wkrótce w świat poszła plotka o tym, że w ucieczce z więzienia pomogły jej... więźniarki. A to skłoniło Martę Grzywacz do prześledzenia całej historii organizacji obozu i do zadawania pytań o możliwość wytworzenia się podobnej więzi między ofiarami i nadzorczynią. „Nasza pani z Ravensbrück” to książka, w której odbiorcy po raz kolejny będą mogli przyjrzeć się kwestii obozów koncentracyjnych podczas drugiej wojny światowej – tym razem z nastawieniem na odnotowywanie szczegółów z biografii Langefeld. Tych wprawdzie nie ma zbyt wiele i autorka musi nadrabiać w narracji omawianiem samej specyfiki Ravensbrück, ale wychodzi jej to całkiem nieźle. Marta Grzywacz niemal każdy rozdział rozpoczyna od przeglądu akt Johanny Langefeld, czyta jej zeznania lub oskarżenia w nią wymierzone, sprawdza, jak bohaterka tomu postrzegała siebie i swoją rolę – i jak była oceniana z zewnątrz. Następnie rejestruje kolejne wydarzenia – od początku istnienia obozu przez jego funkcjonowanie, z uwzględnieniem wybranych trudnych motywów (wielkie wrażenie robią zwłaszcza opisy eksperymentów medycznych na „królikach” - kobietach kierowanych na operacje). W tych partiach opowieści zdarza jej się porzucić na moment obraz Johanny Langefeld, nie zawsze może odnotować istnienie tej postaci i funkcjonowanie w obozowej codzienności – kiedy zatem liczą się dane spoza biografii, może Marta Grzywacz na pewien czas odłożyć opowiadanie o charakterze i życiowych wyborach. Johanna Langefeld jest postacią, która odróżniała się od innych nadzorczyń – nie dała się poznać jako fanka okrucieństwa. Nie upajała się poczuciem władzy ani możliwością zadawania bólu, nie cieszyło jej wymierzanie kar, zresztą w tej dziedzinie dała się poznać jako osoba niezwykle sprawiedliwa i wręcz łagodna w porównaniu do innych obozowych katów. W końcu wychodzi na jaw, że do obozu Langefeld trafiła właściwie przez przypadek, nieświadoma rodzaju pracy, do jakiej się kieruje – i ze stanowiska próbowała zrezygnować, co uniemożliwili jej przełożeni. W samym obozie jednak bohaterka książki nie pozwalała sobie na okrucieństwo wobec więźniarek, co potwierdzają kolejne wspomnienia. Marta Grzywacz wypytuje o Langefeld kobiety, które pozostawały pod jej władzą, zbiera opinie i komentarze: choćby krótkie wzmianki, rzucające nowe światło na późniejszą sytuację jak rodem z filmu sensacyjnego. Udowadnia tym samym autorka, że nie można wszystkich mierzyć jedną miarą – istnieli ludzie wymykający się stereotypom i zaprzeczający powszechnym obrazkom. „Nasza pani z Ravensbrück” to publikacja, która o obozie koncentracyjnym opowiada w mniej przewidywalny sposób, obok standardowych informacji, które mogły się już czytelnikom znudzić, dochodzą tu ciekawostki biograficzno-charakterologiczne.

niedziela, 16 lutego 2020

Raynor Winn: Słone ścieżki

Marginesy, Warszawa 2020.

Włóczęga

Raynor Winn straciła dach nad głową, ale nie zdążyła się tym przejąć. Dom zajęli komornicy – to efekt fiaska, jakie poniósł przyjaciel Motha rozkręcający własny biznes. Biznes trzeba było zamknąć, właściciel narobił długów, których spłacanie spadło na jego najlepszego przyjaciela, męża Raynor. W krótkim czasie Raynor i Moth stracili oszczędności oraz miejsce do spania. Nie mogąc liczyć na pomoc dzieci, postanowili wybrać nietypowe rozwiązanie. Sytuacja, w którą wplątał się Moth i tak nie angażuje maksymalnie emocji i chęci do działania. Sprawa jest o wiele bardziej poważna, niż mogłoby się wydawać. Oto bowiem mężczyzna kilka lat wcześniej uległ wypadkowi, którego skutki odczuwa aż do dziś. I właśnie teraz lekarze odważyli się postawić diagnozę, która oznacza rychłe rozstanie na zawsze. Moth cierpi na schorzenie, które w kilka miesięcy powinno zniszczyć jego organizm – fakt, że przez parę lat nie stało się nic złego (nie licząc pogarszającego się stanu zdrowia), nie jest czynnikiem pocieszającym. Jest z nim coraz gorzej: nie może funkcjonować bez leków przeciwbólowych, a od tego przestaje umieć zwyczajnie chodzić. To nie jest najlepszy moment na wyruszenie na wędrówkę wzdłuż wybrzeża Wielkiej Brytanii, ale takie właśnie rozwiązanie proponuje Raynor jako alternatywę wobec bezdomności. Małżonkowie kupują niewielkie i lekkie śpiwory, mały namiot i pakują cały swój skromny dobytek, by stanąć na szlaku. Przez pierwsze dni wędrówka nie idzie zgodnie z planem, nie da się realizować założonych drobnych celów – nie w obliczu choroby i braku wprawy. A jednak Raynor i Moth wciągają się w maszerowanie. „Słone ścieżki” to opowieść o codziennych wyzwaniach i trudach wyprawy.

Jest to książka oparta na faktach i z tego też powodu brakuje w niej wewnętrznej dramaturgii. Najpierw odbiorcy będą się zastanawiać, jak też Moth da sobie radę z postępującą chorobą (i zaleceniami lekarzy, by unikać wysiłku), w warunkach, które złamałyby niejednego zdrowego młodzieńca – wkrótce jednak stanie się jasne, że wyprawa ma właściwości uzdrawiające, w niewiadomy sposób pozwala na odzyskiwanie sił i zatrzymuje schorzenie przynajmniej na tyle, by móc maszerować dalej. Raynor i Moth robią wszystko, by wykończyć swoje organizmy. Nocują w przypadkowych miejscach, jedzą najtańsze jedzenie (ile można się żywić kluskami z supermarketu?), mokną, przemarzają, nie mogą nigdy naprawdę odpocząć. Raynor podkreśla dodatkowo „komizm” płynący z załatwiania swoich potrzeb fizjologicznych podczas gdy właściciele psów wychodzą z czworonogami na spacery. To niewiele, żeby zaangażować czytelników – autorka oferuje im powieść drogi, która naprawdę powieścią nie jest. Brakuje tutaj opracowania dramaturgicznego, nastawienia na fabułę, a nie tylko na wewnętrzne przeżycia bohaterów. Raynor i Moth to kolejna para, która udaje się na szlak, żeby rozwiązać swoje problemy - „Słone ścieżki” to lektura bardziej zbliżająca się do poradników z dziedziny samorozwoju niż do beletrystyki.

Pierwsze słowa. Jedzenie

Egmont, Warszawa 2020.

Lekcja posiłków

Bardzo sprawdził się format tej kartonowej publikacji dla najmłodszych, więc nie dziwi, że wydawnictwo proponuje kolejne książeczki w serii. „Jedzenie” to szansa na interaktywną zabawę. Strony w tomiku są bardzo grube – a to dlatego, że wprowadzone są w nich elementy do przesuwania i przechylania. Wystarczy dotknąć palcem specjalnie przygotowanego okrągłego otworu – i przesunąć go odrobinę, by zmieniła się ilustracja. W ten sposób dzieci odkrywają tajemnice zakodowane w „Jedzeniu” i mogą dostarczać bohaterom innego rodzaju pożywienia. Jabłko na okładce po wykonaniu odpowiedniego ruchu zamienia się w połówkę jabłka – tego rodzaju niespodzianki spotyka się znacznie częściej. Kiedy na przykład bohater je obiad, na talerzu może mieć frytki albo warzywa – po przekręceniu koła. Da się też tak ustawić obrazek, żeby wyrównać proporcje, nie ma jednego określonego „dobrego” ustawienia. To też okazja do rozmawiania z maluchami na temat zdrowego żywienia. Interaktywne zabawy zajmują zawsze prawą stronę rozkładówki. Po lewej z kolei pojawiają się mniejsze obrazki-wyliczanki. Z tej części dzieci poznają nowe dla siebie nazwy – albo znajdą tu składniki posiłków, które już znają. To propozycja dla niejadków i dla tych, którzy zawsze mają apetyt: książka inspiruje, zachęca do przyglądania się kolejnym śniadaniom czy obiadom – a przy tym umożliwia wychowywanie w zgodzie z ideami zdrowych diet. „Jedzenie” pod kątem narracyjnym nie jest zbyt skomplikowane. To picture book i książka przygotowana tak, by dało się ją traktować jako zabawkę. Dzieci będą ją przeglądać razem z rodzicami – a to sprzyja budowaniu własnych narracji. Dorośli mogą prezentować potrawy, przypominać dzieciom, co lubią jeść, zachęcać do próbowania nowych smaków i do poszukiwania tego, co na co dzień znajduje się na talerzach. Poza tym, co najmłodsi zawsze lubią najbardziej – słodyczami czy frytkami – znajdzie się tu przecież mnóstwo dań wartych uwagi. Rozbudzanie ciekawości jest tu nawet lepsze niż rozbudzanie apetytów, „Jedzenie” to tomik, który uczy odbiorców świadomych wyborów dietetycznych. Przyjęta konwencja – wymienianie nazw (i odpowiadających im obrazków) umożliwia zabawy w zapamiętywanie albo wskazywanie określonych potraw. Wzrok przyciągają ładne kolory. Narracja polega na zadawaniu pojedynczych pytań – kierowanych do dzieci. Te pytania mogą zostać rozwinięte przez dorosłych – chociaż tomik ukazuje się w serii Pierwsze słowa, może posłużyć dość długo – przy pomysłowym wykorzystywaniu.

Trzeba rozwijać zdolności manualne, żeby zobaczyć jak bohater zjada banana albo wypija mleko z butelki. Czasami jednak są tu mniej spektakularne efekty – jak w przypadku cukierków: te nie znikają, zyskują za to kolorowe (hipnotyzujące) ruszające się wzorki. Fakt, że zmieniają się obrazki, sprawia, że najmłodsi chętniej zaglądać będą do tomiku: to w końcu coś niezwykłego, niepodobnego do normalnych lektur.

sobota, 15 lutego 2020

Anna Kasiuk: Obok ciebie

Czwarta Strona, Poznań 2020.

Wymówka

Izabela to bohaterka powieści obyczajowej przechodzącej w erotyczną ku rozczarowaniu odbiorczyń – bo same akty seksualne opisywane przez autorkę czasami co kilka stron byłyby może i do zniesienia (zwłaszcza kiedy bohaterka przestaje ciągle wypinać tyłek), ale już motywacje postaci stanowią kompletny absurd i jako takie nie dają się zaakceptować. „Obok ciebie” to historia bardzo prosta i niekoniecznie dobrze umotywowana. Izabela jest przykładną żoną i matką trójki dzieci. Dla rodziny zrobi wszystko – na przykład poświęciła swoją karierę baletnicy. Zamieniła swoje hobby i pasję na ciepło domowego ogniska i do tej pory wcale tego nie żałowała. Realizuje się jako pielęgniarka na oddziale paliatywnym (jak się okazuje, w ten sposób oswaja swój strach przed śmiercią i przemijaniem), jest żoną znakomitego chirurga. W jej idealnym i uporządkowanym życiu nie ma miejsca na wyzwania. Dopiero w momencie, w którym dowiaduje się, że ma mięśniaka macicy, wszystko się zmienia. Izabela wpada w dziwny trans, w tym miejscu jest nie do zaakceptowania przez czytelniczki: wszyscy (to jest: najlepsi lekarze i świadomi znaczenia badania bliscy) mówią jej, że mięśniak nie zagraża jej życiu, nie jest nawet konieczna interwencja chirurgiczna, wystarczy obserwować, czy mięśniak rośnie (a nie rośnie, co okazuje się podczas kolejnych badań, zbyt częstych jak na konieczność w zaistniałej sytuacji. Dla Izabeli jednak to zdrada ze strony własnego organizmu i źródło wielkiej traumy zamieniającej się w psychozę. Kobieta próbuje ukarać swoje ciało za to, że odważyło się zachorować mimo profilaktyki. I w związku z tym... rzuca się w wir romansów. Najpierw wpada w ramiona barmana z pobliskiej knajpy, później daje się uwieść partnerowi w szkole tańca. W zasadzie pozbywa się zahamowań i oddaje się każdemu i w każdych okolicznościach, nie dba o wygodę czy o higienę psychiczną, nie interesuje się przyszłością ani tym, że jej postępowanie może wyjść na jaw w każdej chwili (jakoś nie wychodzi, a kochający mąż niczego nie podejrzewa). Izabela robi wszystko, na co ma ochotę, bez zastanawiania się nad konsekwencjami. Ta metamorfoza w ogóle nie pasuje do kreacji bohaterki, nie ma psychicznego uzasadnienia dla podobnych rozwiązań, tymczasem Anna Kasiuk zdaje się tym wcale nie przejmować. Skupia się wyłącznie na opisywaniu kolejnych stosunków i fantazji Izabeli (która w pewnym momencie chciałaby nawet spróbować seksu grupowego). Czytelniczkom trzeba jednak czegoś więcej niż pornograficznych opisów nie najlepszej przecież jakości. Kolejne decyzje, jakie podejmuje bohaterka, nie rzutują na jej codzienność, nie wiążą się z żadnymi wyzwaniami ani dylematami moralnymi, liczy się wyłącznie możliwość spełnienia – przeplatana na okrągło opowiadaniem o mięśniaku (który nie zasługuje na tak wiele uwagi). Anna Kasiuk nie wymyśliła motywacji potrzebnej do uprawdopodobnienia postaci, zatrzymała się na poziomie realizacji prostych seksualnych marzeń – i w ten sposób zaoferowała odbiorczyniom nawet nie powieść erotyczną co – pornograficzną. Zabrakło jej umiejętności budowania charakterów, bo samo snucie relacji nie jest takie złe.

piątek, 14 lutego 2020

Laura Kneidl: Tylko bądź przy mnie. Powieść

Jaguar, Warszawa 2020.

Tęsknota

Sage bardzo chciałaby być z Lucą. Wie, że są sobie pisani, zresztą uczucie, jakie ich połączyło, należało do tych niepowtarzalnych. Dziewczyna jednak podjęła decyzję o rozstaniu – ze względu na szantaż emocjonalny, jaki stosował wobec niej ojczym. Tym razem ucieczka da niewiele: Sage wciąż przebywa w gronie znajomych Luki, przyjaźni się też z jego siostrą – nie ma szans na oddalenie, które umożliwiłoby uciszenie zmysłów. Jakby tego było mało, bohaterka nie może znaleźć mieszkania i wciąż pozostaje na łasce rodzeństwa. A jeśli już przebywa w jednym domu z Lucą, w końcu zacznie z nim rozmawiać – ukochany doprowadzi natomiast do koniecznych wyjaśnień. „Tylko bądź przy mnie” to druga część historii z „Jednak mnie kochaj” - powieść dla młodzieży, obyczajowo-erotyczna (w stylu modnych ostatnio czytadeł zalewających rynek). Laura Kneidl wie jednak, że żeby odróżnić się od innych autorek sentymentalnych historii o wielkiej miłości, musi zrobić coś nieoczekiwanego. I dla niej ratunkiem przed zagrzebaniem w tonie podobnych książek staje się motyw przemocy domowej. Sage to ofiara molestowania seksualnego i mobbingu. Jako dziecko doświadczyła przemocy (również seksualnej) ze strony ojczyma – nie potrafiła o tym nikomu powiedzieć. Wydarzenia z domu rodzinnego sprawiły, że zdecydowała się na studia jak najdalej od mamy, siostry i ojczyma-policjanta, w nadziei, że odległość uchroni ją przed dalszymi kontaktami z agresorem. Tyle tylko, że ojczym się nie oddaje. Potrafi wywierać presję również z oddalenia – to kwestia czasu, kiedy znajdzie Sage i zmusi do realizowania swoich chorych fantazji. Dopóki ta sprawa pozostanie nierozwiązana, bohaterka nie będzie mogła znaleźć spokoju ani ułożyć sobie życia, nawet mimo uczęszczania na terapię.

Jeden wątek, który Laura Kneidl musi rozwijać, to opowieść o Sage i Luce. Wielka miłość, w której nie może być miejsca na sekrety i przemilczenia – kiedy bohaterowie nauczą się rozmawiać o swoich traumach, docenią wsparcie płynące z bliskości drugiego człowieka. W tej dziedzinie nie dzieje się nic zaskakującego, autorka posługuje się schematami czytelnymi dla wszystkich, zresztą dla happy endu czyta się takie opowieści. Drugi wątek to kwestia przyjaźni – Sage otrzymuje pomoc ze strony innych młodych ludzi, wszyscy wydają się wyczuleni na krzywdę i w razie czego służą choćby swoją obecnością. Obrazy wzajemnego zaufania i ratunku w każdej chwili są krzepiące. Trzeci wątek, najsilniej przez autorkę eksponowany – to już motyw znęcania się i poszukiwania fachowej pomocy. Sage jest przewodniczką dla odbiorczyń: musi im pokazać, że milczenie i uleganie agresorowi nie doprowadzi do niczego dobrego, nasili jedynie listę żądań. Wskazuje drogę postępowania i przygotowuje na jej radykalność: wiadomo, że po ujawnieniu skrywanej przez lata historii wszystko się zmieni – i to nie tylko w życiu bohaterki – ale na taki krok trzeba się zdobyć, choćby po to, żeby chronić innych i zyskać spokój ducha. Jest „Tylko bądź przy mnie” obyczajówką nastawioną na rozrywkę młodzieży, ale też – ma podsuwać podpowiedzi dotyczące kierunku działania. Sprawdzi się w roli nietypowego poradnika, ale zapewni też trochę wrażeń idealistkom.

czwartek, 13 lutego 2020

Elizabeth Strout: Olive powraca

Wielka Litera, Warszawa 2019.

Klasyka

Po „Olive Kitteridge” Elizabeth Strout zdecydowała się na opowieść-kontynuację, w starym stylu i z rozwianiem wątpliwości dotyczących losów bohaterki. Olive powraca w tomie pod tym tytułem – i powraca w dość minorowych tonach, to znaczy – sporo w książce pożegnań, rozstań i przekonania, że ludzkie życie jest wyjątkowo kruche i krótkotrwałe. Przekonuje się o tym nie tylko Olive, ale i krąg jej znajomych. „Olive powraca” to obyczajówka dla ceniących klasykę. Przede wszystkim Elizabeth Strout kieruje się do stałych fanek zainteresowanych losami bohaterów – ale z łatwością przejmie też grono wielbicieli literatury amerykańskiej z drugiej połowy XX wieku, proponuje niemal modelowy przykład takich narracji. Niemal – bo jednak rozbija opowieść na wiele głosów i wiele postaci. Olive spaja kolejne wątki, jest stałym punktem odniesienia dla sąsiadów i znajomych. Jedni bardzo jej nie lubią lub boją się jej – tak jest często z mężczyznami, automatycznie przyjmującymi zdystansowaną postawę. Z kolei sąsiadki chcą sprostać wymaganiom (czasami wyimaginowanym), jakie stawia przed nimi świadomie bądź nie Olive – same zatem wytwarzają specyficzną atmosferę wokół tej bohaterki. Olive Kitteridge to postać wyrazista i sugestywna, nic dziwnego, że w tym portrecie nie brakuje stereotypów przechodzących też na otoczenie. „Olive powraca” to książka, która w formie nie przyniesie wiele nowatorskich rozwiązań – ale przeprowadza czytelników przez niemal całe dojrzałe życie i starość kobiety. Elizabeth Strout stawia tym razem na poetykę plotki, sięga do drobiazgów, z których składa się codzienne życie. Nie przejmuje się puentami w rozdziałach – raczej pisze tak, by odzwierciedlać zwyczajność. Stawia na mało znaczące rozmowy, niemal rutynę w kolejnych domach – taki klimat pasuje jej do stylu narracji. Powraca do Olive coraz rzadziej, chociaż na początku ta kobieta dość dużo funkcjonuje w opowieści – chodzi o to, żeby przyzwyczaić odbiorców do jej postawy i by dało się skonfrontować egzystencję Olive z wyobrażeniami na jej temat – z zewnątrz.

Wydaje się, że w powieści „Olive powraca” chodzi przede wszystkim o to, żeby zaprezentować przemijanie. Bohaterka traci jednego męża, znajduje sobie nową miłość, ale wie już, że nic w życiu nie jest dane na zawsze. Motyw rozstania z ukochaną osobą pojawia się również w wątkach pobocznych, dość często żałoba dotyka kolejnych postaci. Nie przekłada się to na przygnębienie odbiorców, po prostu taki sposób Elizabeth Strout wybiera, żeby ukazać naturalny bieg rzeczy. W codziennej egzystencji nie ma miejsca na rozważania filozoficzne – a jednak filozofia przenika tę powieść, istnieje w podskórnej warstwie historii. Działa na odbiorców, przekonuje do weryfikowania systemów wartości. A jednocześnie autorka dostarcza obrazków rodzajowych z dość konserwatywnego społeczeństwa.

środa, 12 lutego 2020

Gary Small, Gigi Vorgan: Spod kozetki. O pewnym psychiatrze i jego najdziwniejszych przypadkach

Marginesy, Warszawa 2020.

Meandry psychiki

Opowieści psychiatrów są zajmujące ze względu na nietypowe przypadki chorobowe. To możliwość sprawdzenia, jakie pułapki funduje ludzki mózg. Ponieważ na rynku panuje w ostatnim czasie moda na literaturę „lekarską” - wyznania medyków lub pielęgniarek – Gary Small wpisuje się w tę tendencję i może trafić do bardzo szerokiej grupy odbiorców. „Spod kozetki. O pewnym psychiatrze i jego najdziwniejszych przypadkach” to książka, którą właściwie czyta się jak beletrystykę. Autor tylko czasami stara się wyjaśniać, co i w jaki sposób się leczy – albo co powoduje konkretne schorzenia – jednak niezbyt wiele miejsca przeznacza na przekazywanie wiedzy. W fabularyzowaniu historii pomaga Smallowi Gigi Vorgan, jego żona – dzięki niej całość nabiera cech powieści lub reportażu. Konstrukcja książki polega na połączeniu najbardziej ekstremalnych przypadków z praktyki lekarskiej – z narracją, która sama w sobie jest zajmująca. Odbiorcy zamienią się w kibiców – będą śledzić losy postaci i zastanawiać się nad przyczynami ich chorób, czasami – porównywać ze znanymi sobie przypadkami. Sam autor zwierza się z rozmaitych dylematów, opowiada o swoich mistrzach i o wątpliwościach zawodowych, pokazuje drogę, którą musiał przejść, żeby postawić trafną diagnozę. Wciąga też odbiorców do swojego prywatnego życia – przedstawia swoje kolejne dziewczyny, a później żonę, odwołuje się do codziennych zajęć, kiedyś tam dla dobra kompozycji kupuje mleko poproszony przez ukochaną, kiedy indziej wybiera się z przyjacielem na golfa. Nie jest tego za wiele, ale nadaje rytm – widać fachowe opracowanie czegoś, co inaczej mogłoby okazać się niestrawne dla szerokiej (i przypadkowej) publiczności.

Przegląd najciekawszych odkryć jest datowany – dzięki temu można uzyskać przyspieszoną relację z kariery autora, przynajmniej zestaw co ciekawszych punktów w rozwoju naukowym. Z perspektywy czytelników to jednak będzie opowieść o kolejnych dziwactwach i chorobach. Nie zajmuje się Small tym, co powszechne i znane – wprowadza szereg zagadek i łamigłówek medycznych, pokazuje najbardziej nietypowe symptomy i próbuje wciągnąć odbiorców w rozwiązywanie tajemnic. Czasami sedno problemu pozostaje tak daleko od psychiki, jak to tylko możliwe – konieczne jest zatem wyczulenie na wszelkiego rodzaju przesłanki i umiejętność kojarzenia faktów. „Spod kozetki” to książka, w której nie edukuje się odbiorców pod kątem autodiagnoz. Small nie przedstawia informacji, które umożliwiłyby ocenę stanu swojego lub kogoś z najbliższego otoczenia – jedynie sygnalizuje, że coś, co wygląda na chorobę psychiczną, może płynąć z „awarii” jednego z organów wewnętrznych. Jeśli już wybiera wyjaśnienia, to przeważnie jednoakapitowe, nie chce zamęczać odbiorców danymi medycznymi. A ponieważ całość ma charakter reportażowy, trafi do szerokiej publiczności literackiej. Gary Small okazuje się – dzięki pomocy żony – sprawnym narratorem, który zamienia doświadczenia lekarza w pracę detektywa. To książka, której pominąć nie wolno – wartościowa i zasługująca na uwagę.

wtorek, 11 lutego 2020

Katarzyna T. Nowak: Nienasycona

Wydawnictwo Literackie, Kraków 2020.

Nałogi

Katarzyna T. Nowak najpierw przedstawiła opowieść o odwyku, teraz postanawia cofnąć się w czasie i zaprezentować czytelnikom zestaw sygnałów, które powinny zaniepokoić otoczenie osoby chorej. Próbuje trafić do odbiorców z przeglądem usprawiedliwień i myśli uzależnionego, wyczulić na określone postawy. W tym celu mocno wyostrza sylwetkę Agaty, kobiety, która uważa, że radzi sobie z nałogiem (a nawet – nie uznaje, że jest uzależniona i potrzebuje pomocy). Od początku widać, że jest tu coś nie w porządku, tylko sama bohaterka żywi się przekonaniem, że postępuje zwyczajnie i jak wszyscy. W końcu to naturalne, że wypija się dziennie dziesięć butelek piwa (nie więcej). Agata po alkohol sięga z przyzwyczajenia, dla rozluźnienia się, dla uspokojenia lęków, dla towarzystwa (nie brakuje w końcu znajomych, które chętnie wybiorą się z nią do knajpy, zwłaszcza kiedy to Agata stawia)... każdy powód jest dobry, żeby sobie wypić. Uważa – jak każdy alkoholik – że wszystko ma pod kontrolą i że może w każdej chwili zmienić przyzwyczajenia. Co pewien czas próbuje dokonać jakiejś życiowej metamorfozy, ale kończy się tak samo, na zrywie, który wprowadza tylko jeszcze większy chaos. Agata dziwi się, że ktokolwiek może ją oceniać przez pryzmat skutków pijaństwa: stara się zachowywać przyzwoicie, pod wpływem alkoholu próbuje nie logować się do mediów społecznościowych czy nie korzystać z telefonu (to nie zawsze jej wychodzi). Tymczasem żona ojca ośmiela się delikatnie sugerować problem, a sąsiadka... przychodzi z pretensją, że Agata swoimi butelkami zapycha kosz na śmieci. Fakt, kobieta nauczyła się zaopatrywać w piwo w kilku różnych sklepach na przemian – ale nie przyszło jej do głowy, by zachowywać pozory na śmietniku.

Alkoholizm to jeden temat, który porusza Katarzyna T. Nowak w swojej krótkiej powieści. Dokłada do tego Agacie uzależnienie od leków: medycy ostrzegają, że przepisywanych na sen czy na uspokojenie tabletek nie należy łączyć z alkoholem (więc Agata ciągle popija je piwem), określają też dawkę, której nie wolno przekraczać (w związku z tym bohaterka łyka tabletki garściami i nie przejmuje się zdrowiem, zresztą niewiele w tym zakresie może ją zaalarmować). Jakby tego było mało, kobieta wpada też w zakupoholizm, często łączy się to z zamroczeniem alkoholowym. Wydaje pieniądze, nie przejmując się przyszłością. Kiedy popada w długi, szuka chwilówek i kredytów, nakręca się zatem skala problemu. Agata nie chce, żeby inni wtrącali się w jej życie – jednak sama nie uwolni się od kłopotów. Katarzyna T. Nowak nie próbuje angażować czytelników w fabułę – uczy ich za to, jak reagować w obecności osoby uzależnionej, na jakie argumenty się przygotowywać i jak prowadzić rozmowy. Pokazuje, gdzie leżą źródła niebezpieczeństwa i jak rozprawiać się z mitami, jakie tworzą sobie cierpiący na rozmaite nałogi. „Nienasycona” to studium przypadku – i jako takie funkcjonować będzie na rynku, z dala od literatury rozrywkowej.

poniedziałek, 10 lutego 2020

Malcolm XD: Pastrami

W.A.B., Warszawa 2019.

Nowe spojrzenie

Nie ma znaczenia, co przedstawia swoim czytelnikom – już niekoniecznie internautom – Malcolm XD, i tak jego historyjek z powagą czytać się po prostu nie da. Autor, który podbija świat nowych mediów, niespodziewanie trafia z kolejnymi notkami do odbiorców z różnych pokoleń. I chociaż w tekstach zwraca uwagę ogromna liczba przekleństw i wulgaryzmów, wszystko ma na celu podbijanie żartu i sprawdza się znakomicie: jako wyraz ironii, bezradności czy dystansu do świata. Malcolm w „Pastrami” przedstawia różne wydarzenia – prowadzi obserwacje na lotnisku (to okazja do dokonania kilku ocen postaw rodaków), na własnym osiedlu albo w pociągu – nie ma znaczenia, dokąd przeniesie się autor. Przyciąga bowiem typy spod ciemnej gwiazdy i kłopoty – wręcz błyskawicznie. Tylko on może zostać zatrzymany w areszcie, kiedy wyjdzie po papierosy, albo trafić do patologicznej rodziny i przez moment udawać nastolatka na wagarach. Tylko on może zostać zgarnięty do pomocy przy ekshumacji psa staruszki. Malcolm XD wie, jak zaintrygować. Scenki doskonale odbiorcom znane przerabia na opowieści satyryczne ze starannie wypracowanymi puentami. Bawi się stereotypami i wszelkimi odmianami patologii – ale wybiera śmiech mniej oczywisty, nie poprzestaje na banalnych obserwacjach. Czytelnikom umożliwia przeniknięcie do rzeczywistości im obcej – sam bywa akceptowany przez przedstawicieli blokowisk i dzięki temu może sportretować ich codzienność w krzywym zwierciadle. Bo dla Malcolma XD wszystko staje się okazją do żartów, bez względu na to, jak bardzo nie do śmiechu będzie autorowi w trakcie akcji. Rzecz w sposobie prowadzenia opowieści: ten autor doskonale wie, jak podsycać komizm i jak wydobywać drugie dno z wydarzeń czy portretów charakterologicznych. Daje się poznać jako ten, który nie lubi wpadać w kłopoty – ale mimo wszystko je przyciąga. Skoro już nie może nic na to poradzić, sprawdza, co przyniesie mu los – a później musi wykręcać się z tego, co mu nie odpowiada – i to tak, żeby nie urazić szczególnie wrażliwych nowych znajomych (a nowi znajomi zwykle bywają przesadnie wrażliwi, zwłaszcza na swoim punkcie). Malcolm XD lawiruje między światem znanym zwykłym odbiorcom – a rzeczywistością marginesu. Testuje rzekome rozrywki albo wplątuje się w sytuacje nie do pozazdroszczenia – wszystko to opisuje ze swadą, nadużywając XD (jakżeby inaczej). Nie szczędzi Malcolm mocnych słów – ale zawsze przydają mu się one do podkreślania komplikacji, zaobserwowanych problemów czy do komentowania nowo odkrywanych zjawisk. Często okazuje się, że to właśnie dzięki pozornie rynsztokowemu językowi może ten autor wspinać się na wyżyny dowcipu – nawet abstrakcyjnego – i potęgować wrażenie komiczne. Trzeba wyczucia, żeby tak dobrze korzystać z dość skromnego zasobu wulgaryzmów: tak, by wszystko wypadało przekonująco i prawdziwie, a do tego – spełniało swoją rolę w procesie opisywania humorystycznych scenek. Pasty z tomu „Pastrami” warto czytać pojedynczo, w oderwaniu od całości książki – wybrane zostały najlepsze z najlepszych, a takie stężenie dowcipu może być ryzykowne.

niedziela, 9 lutego 2020

Eddy de Wind: Stacja końcowa Auschwitz. Moja historia z obozu

W.A.B., Warszawa 2020.

Wspomnienia zapośredniczone

O Auschwitz napisano już wiele książek, wydaje się, że niemal każdy, kto przeżył obóz, chce w jakiś sposób zaakcentować swoje świadectwo i przekazać innym – potomnym czy bliskim – co tam zaobserwował. Tom „Stacja końcowa Auschwitz” to kolejna opowieść dotycząca grozy wojny i traum obozowych. Eddy de Wind ukrywa się jednak za postacią Hansa, lekarza z Holandii, woli transponować swoje przeżycia i odczucia na sytuację żydowskiego medyka, który trafił do Auschwitz z obozu przejściowego. Eddy de Wind przedstawia jego wielką miłość do Friedel, pielęgniarki, którą poznał w pracy (a od wstępu czytelnicy wiedzą, że wybranka Hansa to w rzeczywistości żona autora). Hans znajduje się w baraku 9, Friedel – w baraku 10, w którym przeprowadzane są eksperymenty medyczne na kobietach. Hans próbuje uruchomić znajomości, żeby uchronić żonę przed najgorszym losem – tęskni za Friedel i stale o niej opowiada, miłość za drutami czasem dominuje w relacji. Eddy de Wind chce też przedstawiać kolejne tematy już wielokrotnie opracowane i przerobione przez autorów literatury obozowej – potrzebuje tego, by jeszcze raz, samodzielnie, zaprezentować charakterystyczne motywy. Będzie opowiadał o muzułmanach, o racjach żywnościowych i o śmierci.

Ale podczas lektury trzeba pamiętać o jednym: Eddy de Wind, który tworzył swoją książkę, nie miał pojęcia o całej literaturze obozowej, jaka powstanie w drugiej połowie XX wieku. Zaczął prowadzić historię tuż po wyzwoleniu obozu w Auschwitz – jego zapiski są zatem rejestrowaniem najświeższych wspomnień i ran. W związku z tym również wydawca i tłumacz decydują się na wprowadzenie systemu przypisów, które mają prostować nieprawdziwe (wynikające z braku wiedzy) informacje. Eddy de Wind nie wie jeszcze, podczas pisania „Stacji końcowej Auschwitz”, że na rynku pojawi się wiele tomów analizujących sytuację obozową.

Ten autor stara się fabularyzować książkę, jakby ucieczka w cudze przeżycia i cudzą opowieść mogła mu ułatwić rozprawienie się z silnymi emocjami. Ale przy tym nie ma wyczucia literackiego, to znaczy: nie próbuje wprowadzać wyraźnych puent czy tematów, które będą dla czytelników szokujące. Opracowuje „materiał” wspomnieniowy wyłącznie tak, by stworzyć postać – nie żeby zaistnieć w świadomości odbiorców. Jego książka raczej przejdzie bez echa – to po prostu kolejna relacja z obozu, znajdzie się mnóstwo znacznie bardziej konkretnych lektur, dopracowanych także pod kątem literackim. „Stacja końcowa Auschwitz” funkcjonuje przede wszystkim jako dokument, prywatne świadectwo, którego nie sposób zlekceważyć, bo dotyczy czasów najtrudniejszych. Faktem jest też, że Eddy de Wind znajduje swój sposób pisania o obozie, nie wpada w schematy widoczne na polskim rynku wydawniczym – i z tej perspektywy zasługiwać będzie na uwagę. Ten tom trudno rozpatrywać pod kątem przygotowania warsztatowego: dla autora ważniejsze było uchwycenie sedna przeżyć niż szlifowanie stylu. I to w książce widać.

Sally Nicholls: Guzikowa książka

Nasza Księgarnia, Warszawa 2020.

Naciskanie

„Guzikowa książka” to publikacja, która zrobi furorę wśród najmłodszych ze względu na możliwość połączenia dwóch światów – lekturowego i rzeczywistego; wszystko zależy od inwencji rodziców i pomysłów w czytaniu tomiku. Kartonowa książeczka prezentuje wielką przygodę kilku zróżnicowanych wizualnie bohaterów (postacie są zwierzątkami, ale nie indywidualizuje się ich imionami czy nawet nazwami gatunkowymi, funkcjonują jako bohater zbiorowy). Przygoda też nie należy do przesadnie skomplikowanych, polega na powtarzalności jednego zachowania. Oto postacie znajdują guziki (różnych kształtów i różnych kolorów), naciskają je – i wtedy coś się wydarza. Czasami wszyscy zaczną podskakiwać, łaskotać się wzajemnie, albo... pokazywać języki. Następna rozkładówka to kolejny guzik, który coś zmienia w zachowaniach. A kiedy konkretny guzik powróci po raz drugi – dzieci już będą wiedziały, co robić.

Lektura w tym wypadku polega nie tylko na podziwianiu bohaterów, ale też na kopiowaniu ich zachowań. Nie ma tu zadań przerastających możliwości maluchów, każdy da sobie radę z wyzwaniami. Kto zapamięta, co robi dany guzik, będzie mógł nawet wyprzedzić akcję. To, co robią bohaterowie, skusi dzieci – każdy przecież lubi się śmiać albo przytulać, samo pokazywanie języka jako kontrolowana „niegrzeczność” cieszy tym bardziej. Nic dziwnego, że najmłodsi będą przeżywać tę prostą historyjkę i długo się nią bawić. Książeczka dostarczy wrażeń kompletnie dotąd niekojarzonych z lekturami i z procesem czytania przed snem (swoją drogą „Guzikowa książka” pomoże zmęczyć najmłodszych, tak, by łatwiej można było ich położyć do łóżka). Co ciekawe, przy przyjętym systemie powtarzania sytuacji (naciskania guzika) Sally Nicholls znalazła nawet pomysł na oryginalną puentę. Co może być atrakcyjnego w relacji, w której działania sprowadzają się do naciskania znalezionych guzików i podejmowania działań, które wykonują bohaterowie? Wszystko. Dla dzieci to przeniesienie między światami, szansa na zachowywanie się na wzór postaci z książki – więc i na zaczarowanie własnej codzienności.

Tomik jest kartonowy, niewielki, kolorowy i zabawny. To picture book, w którym w ramach akcji dziać zbyt wiele się nie może – ale który zajmie maluchy i to na długo. Nasza Księgarnia trafiła na książeczkę, która powinna się znaleźć w każdej biblioteczce. Dzieci polubią zabawę w naciskanie guzików, mogą też stworzyć z rodzicami wspólny kod – informować, na jaki rodzaj zabaw mają akurat ochotę, przez określone „guziki”. Da się też tę publikację traktować jako tomik edukacyjny: rodzice będą nazywać kształty lub kolory guzików, albo wybierać bohatera, którego pociechy muszą później wyszukać w całej historyjce. „Guzikowa książka” to lektura, która angażuje najmłodszych i zmusza ich do wysiłku intelektualnego, a do tego przynosi mnóstwo czystej radości. Nie uda się kilkulatkom zdystansować od tej opowieści.

sobota, 8 lutego 2020

Ambrose Pierce: Diabli dykcjonarz

Ha!art, Kraków 2019.

Ironia

„Każde hasło tej książki ma za zadanie namieszać w głowie czytelnika, zmusić do zastanowienia, a tylko przy okazji wywołać śmiech lub zaintrygowanie” - ale dzisiaj „Diabli dykcjonarz” nie będzie w pierwszej kolejności dostarczać refleksji, raczej – rozrywki. Ambrose Bierce tworzył tę publikację całymi latami, to nawiązując do pomysłu konstrukcyjnego, to z niego rezygnując. Polscy czytelnicy mają teraz okazję po raz pierwszy zetknąć się z całym dziełem (przedrukowywane były pojedyncze hasła – i to w periodykach). Tłumacz wykonał tu pracę, której ogrom trudno w ogóle pojąć: przygotowuje na lekturę już przedmowa do „Diablego dykcjonarza”: stąd można dowiedzieć się i o biografii autora, i o perypetiach wydawniczych (a pośrednio i o samym pomyśle na książkę, a nawet o tym, czym jest śmiech – chociaż i bez tej wiedzy dałoby się wertować tom). Tłumacz musi radzić sobie z licznymi wyzwaniami, nie tylko lingwistycznymi, z czego spowiada się czytelnikom. Część wątpliwości i rozstrzygnięć, w których nie zgadza się z wypracowanym przez siebie kompromisem między wiernością dziełu i jakością dowcipu, przenosi do przypisów, ale część odbiorców w ogóle nie zwróci na nie uwagi, zwłaszcza ze względu na niezbyt fortunne ich umiejscowienie w książce. I chociaż ta opowieść metatekstowa angażuje, to szybko przyjdzie radość z odkrywania pojedynczych smaczków. Cały „Diabli dykcjonarz” to popis humorystyczny. Poszczególne definicje dają się zaklasyfikować do jednego z kilku rodzajów. Czasem za komentarz ma służyć wiersz satyryczny lub absurdalny, fragment prozy, a nawet opowiadanie – to jednak należy do rzadkości. Zdarza się, że Bierce prowadzi całe wywody na temat wybranego hasła. Jednak najbardziej cenne wydają się te hasła, których rozwinięcie stanowi po prostu zdanie – te najbardziej zbliżone do aforyzmów konstrukcje. W nich żart funkcjonuje najsilniej i jest najszybciej przez odbiorców wychwytywany. Bierce odkrywa, że zwięzłość jest duszą dowcipu – i przekonuje do tego swoich czytelników. „Diabli dykcjonarz” to próba różnych definicji i komentarzy, warto dać się poprowadzić autorowi – i sprawdzać, jak poradzi sobie z kolejnymi tematami. Jeż to według Bierce'a „kaktus w królestwie zwierząt” a kat „redukuje ryzyko utonięcia”. Czasami trzeba zastanowić się nad procesami myślowymi, które doprowadziły autora do konkretnych wniosków – a czasami po prostu podziwiać efekt spostrzegawczości (modlić się to „prosić o zmianę praw wszechświata dla korzyści jednego niegodnego”, a obmawiać kogoś to „mówić o kimś, jak go widzisz, kiedy go nie widzisz”). „Diabli dykcjonarz” to publikacja, która zestarzeć się nie może – ze względu na uniwersalność żartów. Warto tę książkę odkrywać powoli, ciesząc się każdym kolejnym wychwyconym dowcipem. Ambrose Bierce zgromadził tu imponujący zestaw złotych myśli i bardziej rozbudowanych ciekawostek. Nie podaje definicji w słownikowym znaczeniu – za to umożliwia dostrzeżenie tego, co starannie skrywane. Rozbija struktury frazeologiczne, skostniałe schematy lub skojarzenia tekstowe. Bawi się przy tym znakomicie, „Diabli dykcjonarz” charakteryzuje się wyjątkową lekkością. To książka, która dostarcza rozrywki intelektualnej.

Dobranoc, mała pando

Egmont, Warszawa 2020.

Usypianka

Mała kartonowa książeczka jest tomikiem do oglądania przez maluchy, do modyfikowania obrazków i do zabawy. Służy usypianiu najmłodszych, zresztą wskazuje na to nawet tematyka. „Dobranoc, mała pando!” to publikacja interaktywna, w której rolę odgrywa uproszczona fabuła. Bohaterkami są mała panda i jej mama, a opowieść dotyczy sytuacji doskonale znanej przez wszystkie dzieci. To moment przed pójściem spać, ten, w którym dzieci szukają jeszcze wymówki i okazji do przedłużenia zabawy, próbują emocji albo argumentów, żeby zrobić wrażenie na rodzicach. Pandka zjada kolację i stara się jeszcze uciec mamie, ta jednak zna różne sztuczki i na pewno poradzi sobie z niesfornym maleństwem. Przed snem obowiązkowo przytulanie – to zachęta do zrealizowania poleceń mamy, bo przecież wiadomo, że nie może skończyć się inaczej niż pójściem do łóżka – nawet jeśli mała panda zechce wcześniej pobrykać.

W fabule wiele zdarzyć się nie może: co rozkładówka, to inna scenka, ale kartek jest zaledwie kilka. Wystarczająco, żeby opowiedzieć dzieciom drobną przygodę zwierzątka – wszystko, co najważniejsze, tu padnie. Maluchy pójdą w ślad bohaterki, grzecznie zasypiając w objęciach rodziców. Zanim to jednak nastąpi, mogą jeszcze trochę się pobawić. Tomik wykorzystuje charakterystyczny dla serii Egmontu szablon: to bardzo grube strony, które zawierają ruchome elementy. Czasami trzeba wysunąć fragment „kartki”, czasami coś przekręcić albo czymś poruszyć – dzięki temu poruszają się i sami bohaterowie. Panda może przytulić się do mamy, albo wyjść z ukrycia – mama może zabrać maleństwo (chwycić je za skórę na karku) i przenieść o parę kroków. We fragmentach „wysuwankowych” z jednej strony mamy do czynienia z poruszaniem się bohaterów, z drugiej – pojawiają się dodatkowe informacje o pogodzie czy porze dnia. Nie są to dane niezbędne dla historii – ale jeśli się je odkryje, można mieć dodatkową przyjemność z niespodzianki: zresztą stosowane tu rozwiązania rozbudzają przecież ciekawość dzieci.

Tomik z przygodą wieczorną małej pandy ma wyraziste kolory, nasycone barwy mają przyciągać wzrok – to konieczne, żeby całej uwagi dzieci nie poświęciły na sprawdzanie, który element się rusza i co zmienia w obrazku. Tekst ograniczony do krótkich zdań na rozkładówkach imituje pismo ręczne – dzięki temu starsze rodzeństwo, które dopiero uczy się czytać, może towarzyszyć młodszemu (maluchy, jeśli zechcą, mogą nauczyć się rozpoznawania liter). Wspólna lektura to nie tylko śledzenie podpisów pod obrazkami i samych obrazków: to również samodzielne opowiadanie tego, co zaobserwowało się na rysunkach. Dzięki temu przygoda małej pandy może przynieść wiele wrażeń maluchom – i nauczyć je opowiadania własnych bajek.

piątek, 7 lutego 2020

Agata Przybyłek: Masz wiadomość

Czwarta Strona, Poznań 2020.

Naiwność

Jest w tej powieści irytująca nadzieja w porozumienie dusz, w możliwość znalezienia swojej drugiej połówki, człowieka, który będzie idealny pod każdym względem – przez internet, na portalu randkowym. Julia ma wprawdzie mnóstwo zastrzeżeń – w pełni zrozumiałych i powielanych przez czytelniczki powieści – ale jej najlepsza przyjaciółka, Alicja, rozwiewa wszelkie wątpliwości i namawia do odwagi w tej kwestii. I może gdyby na powieściowym portalu Julia spotkała kogoś, z kim może przeżyć ciekawą przygodę, udałoby się Agacie Przybyłek przekonać do siebie czytelniczki. Jednak autorka nie uznaje półśrodków i w tej opowieści pozwala sobie na przesłodzoną i „przeromantyczną” historię o księciu z bajki. Wprawdzie rama kompozycyjna wykracza poza akcję i zdradza losy postaci – ale to nie wystarczy do zbudowania poczucia prawdziwości i prawdopodobieństwa. Agata Przybyłek zatrzymuje się po prostu na poziomie spełniania marzeń bez żadnych zastrzeżeń – a tym nikogo nie skusi do lektury, bo nawet czytelniczki, które mają dość ciągłych kłopotów i łzawych rozstań, tym razem zobaczą, że zbytnia cukierkowość nie służy narracjom. „Masz wiadomość” to książka bez zmartwień. Julia na początku traci narzeczonego – była z nim wiele lat, sporo wycierpiała i przekonała się, że toksyczne związki nie mają sensu. Norbert okazał się facetem, któremu nie można ufać, kiedy przyszło do ostatecznych rozstrzygnięć w sprawie ślubu, opowiedział się po stronie mamusi (dążącej do wielkiej fety), a nie brał pod uwagę marzeń swojej ukochanej. Julia próbuje pogodzić się z rozstaniem (co znajduje wyraz w niekończących się rozmowach z przyjaciółką oraz z mamą), a jednocześnie zagaduje na portalu randkowym do chłopaka o intrygującym (chyba tylko ją) nicku. Szybko okazuje się, że Adam – facet po przejściach – nadaje się na obiekt westchnień idealnie. Bohaterka przestaje skupiać się na studiach czy na relacjach towarzyskich, przez cały czas siedzi z nosem w komunikatorze i odpowiada na kolejne wiadomości. Zachowuje się przy tym jak nastolatka bez doświadczenia życiowego, każdy tekst, jaki przeczyta, traktuje na korzyść przyszłego partnera, cieszy się z każdej nadesłanej uwagi i nawet nie bierze poprawki na zwroty grzecznościowe. Za wszelką cenę chce autorka przekonać czytelniczki, że bohaterowie są dla siebie stworzeni i że udało im się znaleźć miłość wręcz niemożliwą.

Prowadzenie słodkich pseudodyskusji w pewnym momencie zacznie męczyć: nie dość, że jest przewidywalne do bólu, to jeszcze autorka nie do końca radzi sobie z narracją. Kiedy buduje zdania, to tak, jakby zapominała o podmiocie (wychodzą jej przez to stylistyczne koszmarki), do tego w dialogach wypada, delikatnie mówiąc, blado: nie udaje jej się sprawić, by brzmiały przekonująco (o prawdziwości już nie można wspominać). Wymiany myśli są książkowe – ale nie wynika to ze stylizacji, tylko z nieumiejętności Przybyłek w dziedzinie budowania opowieści. To nieważne, skoro podstawowym mankamentem tomu jest nastawienie na realizowanie miłości z marzeń. Bez utrudnień i wyzwań nie ma opowieści, tej książce brakuje dynamiki – ale i podstawowej redakcji.

czwartek, 6 lutego 2020

Bartosz Żurawiecki: Festiwale wyklęte

Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2019.

Wstydliwa karta

Udział w festiwalach, które w PRL-u były traktowane jak rozrywkowe – oraz jako trampolina do wielkiej kariery dla niektórych artystów – dzisiaj bywa czymś wstydliwym i pomijanym w monografiach zespołów czy autobiografiach muzyków. Bartosz Żurawiecki jednak postanawia przybliżyć czytelnikom istnienie „festiwali wyklętych”, zjawisk kulturowych, które dawniej rozpalały masową wyobraźnię i pozwalały na trafianie do szerokiej publiczności. Jeśli ocenia – to tylko wyśmiewa się z krytykanctwa i prób zmieniania przeszłości, to go drażni, sam udział w festiwalach traktuje naturalnie i prowadzi rozmowy z tymi artystami, którzy nie wykreślili uczestnictwa ze swoich życiorysów zawodowych. Dzięki temu dowiaduje się sporo o panującej na festiwalach na przykład w Kołobrzegu atmosferze, poznaje zakulisowe smaczki i ciekawostki, uczy się też kawałka historii. Odnotowuje nazwiska tych, którzy dzisiaj odcinają się od przeszłości i chcą o niej zapomnieć także przez unikanie tematu w wywiadach i autobiografiach. Książka „Festiwale wyklęte” jest dla czytelników nie manifestacją politycznych wyborów – a możliwością dotarcia do interesującej kulturoznawczo przygody. Bartosz Żurawiecki przekonuje, że festiwale miały swój urok – i atmosferę nie do powtórzenia dzisiaj. Próbuje uchwycić fenomen zjawiska i poznać stanowisko tych, którzy nie wypierają się występów przed wielką publicznością. Zielona Góra i Kołobrzeg były miejscami odkrywania kolejnych gwiazd estrady – niektórym jednak utrudniały karierę. Autor sprawdza, jak potoczyły się losy ówczesnych bożyszczy tłumów, doskonale się bawi, przeglądając fragmenty tekstów i przesłań, jakie ze sceny padały – ale czytelnikom nie oferuje zwykłej i nudnej ironii, raczej – prześmiewczy lekko komentarz przeplatany nostalgicznymi wywodami. Chce, żeby odrzucone dzisiaj i „wstydliwe” karty historii nie uległy zapomnieniu – udowadnia, że nawet dzieci artystów funkcjonujących choćby na Festiwalu Piosenki Żołnierskiej mogą nie mieć pojęcia o poczynaniach rodziców – i ten stan rzeczy usiłuje zmienić. Owszem, jest w tym chęć rozdrażnienia niektórych środowisk, próba dania nauczki tym, którzy uciekają od prawdy. Ale Bartosz Żurawiecki robi znacznie więcej: ocala fragment wiadomości o przeszłości. W „Festiwalach wyklętych” próbuje stworzyć monografie obu przeglądów – bez odwoływania się do politycznych niesnasek.

Jedyne, co w jego książce jest niepotrzebne, to osobiste wtręty dotyczące wyznawanych poglądów (w zakresie obyczajowym, więc tym bardziej zbędne odbiorcom). Zdarza się autorowi złośliwy przytyk w kierunku tych, którzy przyklaskują władzy, utrwalając mało postępowe postawy i konserwatywne wartości. Podejmuje Żurawiecki w ten sposób polemikę z tym, co na polemikę właściwie nie zasługuje, bo i tak nie przyjmie żadnych argumentów – a w ten sposób autor tylko wkłada do ręki broń swoim przeciwnikom. Mógł skupić się na prowadzeniu faktograficznej opowieści, a felietonowe komentarze zostawić sobie na inną okazję. Nie pasują one do rytmu książki.

środa, 5 lutego 2020

Joanna Dubler: Dobre ciastko

Lipstick Books, Warszawa 2020.

Bez smaku

Kto nie lubi historyjek naiwnych i śmiesznych w swojej sentymentalności, ten po „Dobre ciastko” w ogóle sięgać nie powinien. Kto nie lubi banalnych obyczajówek podrasowywanych tanią erotyką – tak samo. „Dobre ciastko” Joanny Dubler to pokaz, jak kończy się nadmierne kibicowanie bohaterce nie do końca określonej i będącej wypadkową mód w literaturze masowej. Zuzia to postać, której najlepiej jest w domu u rodziców – tam zresztą wraca po nieudanym związku. Chociaż już planowała ślub z ukochanym, którego od trzech lat na tę okoliczność „wychowywała”, teraz trafia z powrotem pod skrzydła nadopiekuńczej matki – i będzie musiała potężnie się napocić, żeby udowodnić, że nie jest już dzieckiem i mogłaby samodzielnie o sobie decydować. Czytelniczki nabiorą jednak wątpliwości, śledząc jej perypetie z kolejnymi partnerami. Zuzia może funkcjonować jako przestroga dla odbiorczyń naiwnie wierzących w piękną miłość i w porozumienie dusz – fiaska w kolejnych związkach mówią sporo nie tylko o mężczyznach dostępnych na rynku matrymonialnym, ale też o samej postaci, efemerycznej i niedopracowanej pod kątem psychologicznym. Nie ratuje Zuzi nawet to, że w dojrzewaniu przechodzi pewną metamorfozę i uczy się, jak postawić się rodzicom – bo przecież nie o to powinno w „Dobrym ciastku” chodzić. Autorka pomysłu na tę bohaterkę nie ma, podobnie jak na jej łóżkowe perypetie. Mimo to skuszona popularnością literatury erotycznej, postanawia kupić sobie odbiorczynie wizjami pikantnych łóżkowych dokonań. Najpierw narzeczony Zuzi – namówiony przez przyjaciela – usiłuje ją nakłonić do seksu oralnego, co Zuzię, delikatnie mówiąc, brzydzi. Kolejny partner unika tradycyjnych zbliżeń, za to podnieca go myśl o seksie analnym: i tego Zuzia nie zaakceptuje. Wyobraźnia autorki kończy się na tych dwóch „odstępstwach” od seksualnej normy – dalej już Joanna Dubler postanawia iść w prostą obyczajówkę, bez ekscesów. Może to i dobrze, skoro nie była w stanie zaintrygować cielesnymi zbliżeniami (scenek łóżkowych z początku tomu nie ratuje nawet przewidywalny humor).

Autorka relacjonuje przygody Zuzi według kalendarza. Kolejne rozdziały to kolejne miesiące, a w każdym miesiącu zdarza się jeden drobiazg, który można opisać – jedna krótka scenka zastępująca cały zestaw relacji, zmian i charakterystyk. Nie popisuje się Joanna Dubler w narracji, pisze prosto – aż za prosto, co wynika między innymi z braku pomysłów na rozwój opowieści. Bohaterka – dorosła przecież – łamie reguły jak nastolatka, nie wiadomo dlaczego zawraca w głowie jednemu ze znajomych, który broni się przed uczuciem – nie ma w tym przekonania, nawet Dubler wydaje się pozostawać w bezpiecznej odległości. Kreacjami bohaterów nikogo raczej nie skusi, może jeśli ktoś będzie miał ochotę na odmóżdżające czytadło na jeden wieczór, sięgnie po tę książkę – ale „Dobre ciastko” nie zagości na długo w świadomości odbiorczyń. Brakuje tu wszystkiego: pomysłów, konstrukcji, umiejętności budowania postaci i prowadzenia narracji, szukania przekonujących motywów… Tę listę można by wydłużać, Zuzia nie trafi do przekonania czytelniczkom.

wtorek, 4 lutego 2020

Zoë Folbigg: Stacja miłość

W.A.B., Warszawa 2020.

Marzenia

Zoë Folbigg chce dodać czytelniczkom na całym świecie otuchy – i zapewnić je, że warto w życiu zdecydować się na odrobinę szaleństwa czy też ryzyka, kiedy w grę wchodzi miłość. Dla części sceptycznie nastawionej publiczności oznacza to kolejną bajkę, która nie ma większych szans powodzenia w normalnym życiu, ale autorka upiera się, że historię „Stacji miłość” oparła na faktach i przytacza pod koniec tomu własną opowieść, którą zamieniła na doświadczenia Mai. Maya pracuje w redakcji modowej i zajmuje się wymyślaniem kreatywnych nazw na kolejne części kolekcji. Dzięki niej proponowane ubrania trafiają do masowych klientów i robią furorę także w mediach. Mimo to Maya nie jest przekonana co do wartości swojego zajęcia: wydaje się jej błahe i zbędne. Przygotowuje się wprawdzie do objęcia stanowiska kierowniczego, ale jeszcze nic nie zostało przesądzone. Bohaterka, która dostrzega naiwność w swojej pracy, kompletnie nie widzi naiwności w innej dziedzinie życia. Do pracy dojeżdża pociągiem i któregoś dnia do jej przedziału wsiada cudowny Mężczyzna z Pociągu. Od tej pory kobieta będzie wzdychać do nieznajomego i zastanawiać się, jak przyciągnąć jego uwagę. Mało tego: Maya zwierza się ze swojej potajemnej i niemal nastolatkowej miłości kolegom z pracy oraz przyjaciółkom – wszyscy jej kibicują i podsuwają rady, jak zdobyć serce przystojniaka. Tyle tylko, że Maya jest nieśmiała i nie wie, jak zainicjować kontakt, a pierwsze czynione przez nią próby zasługują co najwyżej na śmiech. Mężczyzna z Pociągu okazuje się niedościgłym ideałem, a bohaterka traci czas na wmawianie sobie wielkiej miłości.

Dość to dziwne, bo w innych kwestiach Zoë Folbigg wydaje się bardziej racjonalna. Wprawdzie pozwala przyjaciółce Mai na zdobycie wielkiej i cudownej miłości w rodzinie patchworkowej bez większych komplikacji – ale to raczej ze względu na pragnienie, by wątek nie zdominował powieści. Maya zajmuje się ponadto szukaniem idealnego smaku makaroników: pieczenie pozwala jej się odstresować i ujawnić talenty. Do tego prowadzi lekcje hiszpańskiego jako wolontariusz – i wśród swoich uczniów znajduje nowe przyjaźnie, które wpłyną na jej życiowe wybory. Wiele jest motywów, które mogła Zoë Folbigg pociągnąć tak, by przykryć niefortunny główny – z idealizowaną miłością do nieznajomego – i to one naprawdę ratują powieść. „Stacja miłość” nie wypada przez to jak błaha obyczajówka. Narracja jest w tej książce niespieszna, Zoë Folbigg pozwala delektować się każdym kolejnym pomysłem i zmusza wręcz czytelniczki do zanurzenia się w świecie Mai – niezależnie od tego, czy chodzi o nieudane próby podrywu w pociągu, czy o relacje z Neną, która właśnie znalazła szczęście, o przyjaźń ponadpokoleniową czy o zachowania w pracy (zresztą – nadające najwięcej dynamiki statycznej historii). Zoë Folbigg nie musi zajmować się budowaniem skomplikowanej akcji, ma przesłanie, które kieruje do czytelniczek – i owo przesłanie powiązane jest z jej własnym doświadczeniem, przeniesionym teraz na postawę Mai. Niby wiadomo, co się wydarzy, przynajmniej w podstawowym nurcie książki – a jednak autorka chce zdobyć uwagę odbiorczyń i przekonać je do swoich racji.

poniedziałek, 3 lutego 2020

Dorota Danielewicz: Droga Jana

Wydawnictwo Literackie, Kraków 2020.

Niezwykła zwyczajność

Dorota Danielewicz często zwraca się bezpośrednio do rodziców dzieci niepełnosprawnych – tych, które nigdy nie osiągną samodzielności – próbuje im uzmysłowić, że nie są sami w swojej walce i że doskonale rozumie ich problemy oraz dylematy. Sama w końcu jest mamą Jana – obecnie mężczyzny, który mieszka już osobno – w domu z innymi niepełnosprawnymi oraz ich opiekunami – a który dostarczył licznych pytań jako dziecko przez niezwykle rzadką chorobę. „Droga Jana” to opowieść szybka, lekko tylko zbliżona do literatury szpitalnej i chorobowej. Autorce zależy bowiem nie na relacjonowaniu walki, jaką dzień po dniu podejmowała, a na zarejestrowaniu uczuć i wrażeń, które zapewniają płaszczyznę porozumienia z innymi rodzicami w podobnej sytuacji. Ta książka – niewielka objętościowo – składa się z bardzo krótkich rozdziałów, czasami wpadających w rytm liryki, zupełnie jakby filozofowanie i ucieczka w „piękno” pomagały autorce w zaakceptowaniu istniejącego stanu rzeczy i w porządkowaniu swoich uczuć. W tej historii funkcjonuje ona – jako matka Jana, młodszy brat Jana (który pojawia się jako dziecko zdrowe, więc automatycznie spychane na margines i cierpiące z powodu przedwczesnej samodzielności), czasami pojawia się tata Jana i grono przyjaciół, których nie odstraszyła choroba. Najbardziej dla autorki pouczające stają się reakcje innych dzieci – rówieśników Jana – na jego niepełnosprawność. Najmłodsi wiedzą, jak się zachować – nie krygują się i nie stosują niepotrzebnych zabiegów dyplomatycznych, nie boją się szczerości przekazu i swoimi postawami dają cenną lekcję bezradnym często dorosłym. Zresztą Dorota Danielewicz lekcje próbuje wyciągać ze wszystkiego, co się wydarza – i też to w „Drodze Jana” zapisuje.

Jest tu najpierw chłopiec, który do czwartego roku życia rozwija się normalnie i nie przysparza rodzicom zmartwień. Później jednak Jan traci nabywane umiejętności, coraz więcej kłopotów sprawiają mu proste czynności. Zamiast robić postępy, chłopak cofa się w rozwoju, a Danielewicz uczy się chwytać chwile i zapewniać rozrywki dostosowane do możliwości – wie, że „następnego razu” może już nie być. Najgorsza w tym jest niepewność, bo choroba Jana budzi wątpliwości wśród lekarzy. Najpierw pediatrzy są przekonani, że chłopak wyrośnie ze swoich przypadłości, później – bezradnie rozkładają ręce, podobnie jak kolejni specjaliści, do których matka zwraca się z prośbą o pomoc. Kiedy już pojawi się trafna diagnoza, wychodzi na jaw, że Jan cierpi na nieuleczalną chorobę, którą ma niecała setka ludzi na całym świecie – i w związku z tym nikt nawet nie stara się znaleźć na nią lekarstwa. Dorota Danielewicz przechodzi przez różne tematy: potrzebę zapewnienia sobie odpoczynku (domaga się tego przeciążony organizm, do opieki nad niepełnosprawnym dzieckiem potrzebna jest silna psychika i możliwość zyskania czasu dla siebie), relacje ze znajomymi (reakcje Jana, naturalne dla rodziny, mogą budzić przerażenie otoczenia, nie wszyscy wytrzymują taki test), ale i możliwość zapewnienia dziecku rozwoju lepszego niż pod skrzydłami rodziców. Jest „Droga Jana” książką trudną, ale bez pretensji czy użalania się nad sobą – Dorota Danielewicz pokazuje po prostu, jak walczyć. Część motywów powraca w podobnych sformułowaniach w kolejnych partiach książki – ale widać dzięki temu, co najbardziej autorkę męczy i zajmuje.

niedziela, 2 lutego 2020

K. C. Archer: Instytut

Uroboros, Warszawa 2020.

Sztuka myślenia

Teddy Cannon to typ wojowniczki. Dziewczyna przyzwyczaiła się do tego, że sama o sobie decyduje i sama się sobą zajmuje, nawet jeśli oznacza to szereg porażek oraz komplikacji w codziennym życiu. Teraz wynajmuje garaż od przybranych rodziców i po raz kolejny ląduje w kasynie. W przebraniu: wie, że nie może się tam pokazać, bo ma zakaz wstępu do wszystkich możliwych przybytków – jednak potrzebuje pieniędzy, a wygrywać potrafi. Nie zdaje sobie sprawy, że przyczyną tego talentu jest… jasnowidztwo. Tyle tylko, że tym razem trafia na silniejszego przeciwnika i poznaje ultimatum: albo jej rodzice odczują na własnej skórze konsekwencje zaciągniętego długu, albo Teddy uda się do Instytutu imienia Whitfielda i rozpocznie tam naukę, by poskromić własny umysł i dowiedzieć się, jak wykorzystywać zdolności paranormalne, by pomóc krajowi. Tak K. C. Archer rozpoczyna „Instytut”, powieść, która otwiera kolejną atrakcyjną serię dla starszych nastolatków – i która, chociaż opiera się na oklepanym schemacie szkoły dla czarodziejów, zaskakuje dojrzałością rozwiązań fabularnych i psychologicznych.

Teddy na studiach znajduje wielu przyjaciół – odmieńców, jak ona. Wszyscy borykają się z różnymi problemami, każdy też posiada inną umiejętność, która wyróżnia go z tłumu. Jedni charakteryzują się podwyższoną empatią, inni rozmawiają ze zwierzętami, jeszcze inni potrafią przewidzieć czyjąś śmierć. Te talenty, chociaż na razie przysparzają kłopotów młodym ludziom, już w niedalekiej przyszłości przydadzą się do rozwiązywania zagadek kryminalnych. Najlepszych czeka stanowisko w FBI: jasnowidzów potrzeba tam, gdzie zwykli śledczy nie są w stanie pchnąć sprawy do przodu. Wyjątkowi wykładowcy cechują się albo ogromną wyrozumiałością w stosunku do uczniów – albo chęcią wprowadzania wojskowego rygoru. Trudno odnaleźć się w takiej placówce, ale Teddy szybko udaje się zdobyć wielu przyjaciół. W takim zespole można się porywać na naprawdę skomplikowane sprawy.

Poza intrygami kryminalnymi do rozwiązania – a są tu takie, które podadzą w wątpliwość sens studiowania z ludźmi, którzy coś ukrywają – znajdzie się i miejsce na rozwijanie wątków obyczajowych. Dla Teddy ważne są wiadomości o biologicznych rodzicach, ale też więzi, jakie ma z nowymi znajomymi. Poza tym K. C. Archer rozwija też tematy romansowe: dziewczyna wpada w oko Piro, chłopakowi, który umie kontrolować ogień (chyba że jest w łóżkowych sytuacjach, wtedy zazwyczaj uruchamia alarm przeciwpożarowy), a jednocześnie czuje coś do jednego z pracowników Instytutu. Archer bardzo sensownie buduje zainteresowanie tym, co dzieje się w życiu Teddy – sprawia, że powieść nie wypada papierowo. Nawet jeśli wziąć pod uwagę konieczność opisywania struktur Instytutu oraz relacji z przełożonymi (istnieje tu nawet ironiczne odniesienie do Harry’ego Pottera), nie ma lekturowego znużenia. Wydarzy się sporo, akcja jest prowadzona dynamicznie, a narracja – z wyczuciem na emocje postaci. Bardzo głęboko wnika K. C. Archer w psychikę bohaterów i przekonuje do ich wyborów, niezależnie od sfery. W „Instytucie” znaleźć można nawet trochę humoru. Nie tylko do nastolatków ta powieść trafi.

Małgorzata Strękowska-Zaremba: Złodzieje snów

Nasza Księgarnia, Warszawa 2019.

Bez marzeń

Nic nie dzieje się przy ulicy Pachnących Bzów, przynajmniej – nie z perspektywy dorosłych, którzy motyw bezpieczeństwa dzieci postrzegają diametralnie inaczej niż same maluchy. Bo to, że rodzice się bardzo kłócą, trzaskają drzwiami, że czasami rozpadnie się jakiś talerz albo szklanka – to przecież nic. Jeśli ktoś wychodzi i nie wraca, ktoś płacze i krzyczy – to nic. Przecież dzieci mają co jeść i gdzie spać, nie zostaną zmuszone do wyprowadzki i porzucenia swoich przyzwyczajeń. Nic nie dzieje się przy ulicy Pachnących Bzów – jeśli na sprawę patrzą dorośli. Bo jeśli dzieci… Mała Basia wie, że dzieje się coś złego. Odgłosy zza ściany są bardziej przerażające niż gdyby dziewczynka była bezpośrednim świadkiem spraw rodziców. Kilkulatka nie umie poradzić sobie z emocjami i w pewnym momencie po prostu zapada się w sobie. Pierwszym objawem problemów psychicznych stają się znikające sny: Basia nie potrafi już wypocząć nocą. A to oznacza, że nawet jeśli rodzice dostrzegą to nietypowe zachowanie i spróbują coś zrobić – będzie za późno. Basia już po swojemu wytłumaczyła sobie świat. Żeby odzyskać sny, będzie musiała uciec z domu. Towarzyszy jej starszy brat, Bartek – ale dwójka maluchów w złej rzeczywistości to pomysł na katastrofę. Dzieci trafiają na postacie z przestrzeni, których istnienia nawet nie podejrzewały. Uciekając od „oswojonych” problemów, mogą trafić na prawdziwe niebezpieczeństwa, jednak nie zdają sobie z tego sprawy, a każde spotkanie z obcym wydaje im się na razie lepsze niż obecność skłóconych rodziców.

„Złodzieje snów” to książka wyjątkowa – i lektura obowiązkowa dla dzieci i dorosłych. Nie dlatego, że trzeba przełożyć poetycką narrację na fakty, konkrety i przestrogi: i bez tego maluchy zrozumieją, co się stało i jakich kroków podejmować nie wolno bez względu na stopień domowych komplikacji. Najmłodsi przygodę Basi zrozumieją i przełożą na zestaw emocji, których nie potrafiłyby samodzielnie wyrazić. Książka pomoże im w pokazaniu uczuć i w dostrzeżeniu zjawisk, które płyną bezpośrednio ze stresu. Za to rodzice zobaczą dzięki Małgorzacie Strękowskiej-Zarembie coś, co powinno być dla nich od dawna jasne: nie ma rozstań, które przeprowadzi się bez krzywdy najmłodszych. Autorka uświadomi dorosłym ważne kwestie, przygotuje do poważnych rozmów, bez których się nie obejdzie.

Ta historia urzeka sposobem poprowadzenia narracji. Za każdym razem autorka pokazuje jeden drobiazg, który wywraca do góry nogami świat Basi – przekłada na liryczną opowieść coś, co świadczy o rychłym rozstaniu rodziców i o braku miłości. Koncentruje się na detalach, które w perspektywie rozwodu kompletnie nie mają znaczenia – ale w oczach kilkulatki urastają do rangi przerażających. W tym kontekście dopiero refrenowe zakończenie, że „nic więcej nie zdarzyło się na ulicy Pachnących Bzów” pobrzmiewa dramatycznie. Jest ta książka piękna i cenna, przyniesie dzieciom i ich rodzicom sporo materiału do przemyśleń – ale też oswoi z bardzo trudnym tematem.

sobota, 1 lutego 2020

Anna Sobolewska: Mistyka i mistyfikacje

Wolno, Lusowo 2019.

Erudycyjna podróż

Anna Sobolewska próbuje przeprowadzić czytelników przez zestaw refleksji ponadczasowych i pozbawionych odniesień do „haseł dnia”: wprawdzie od czasu do czasu napomyka o czymś, co wydarzyło się w pozafelietonowym świecie – ale to najczęściej sprawy rodzinne lub powszechnie znane, i w jednym, i w drugim przypadku może zatrzymać czas i skupić się na istocie relacji międzyludzkich oraz na odnajdowaniu siebie. „Mistyka i mistyfikacje” to książka, w której zebrane zostały felietony pisane do jednego z czasopism w latach 2008–2017. W tomie zarzucony został jednak układ chronologiczny, liczy się tematyka – o datowaniu poszczególnych tekstów czytelnicy dowiedzą się na końcu. Anna Sobolewska sporo pisze o swojej córce, Celi, która ma zespół Downa, ale realizuje się artystycznie w teatrze i towarzyszy matce w wyprawach do domów pracy twórczej, zaraża entuzjazmem i kocha górskie wędrówki. Czasami napomyka o mężu, Tadeuszu – jako tym, który zapewnia stabilizację i spokój. Kiedy Tadeusz jest obok i zajmuje się swoimi sprawami, wszystko toczy się według planu i można zająć się rozważaniami na tematy egzystencjalne. Rodzinne wzmianki są w tych felietonach dość częste, chociaż nigdy nie dominują. Zresztą Anna Sobolewska wyśmiewa się z celebrytów tworzących dziś na potęgę i niekoniecznie w trybie tekstowym: dostrzega płytkość nowych mediów i jakby na przekór temu zjawisku proponuje felietony nasycone wiedzą i aluzjami intertekstualnymi. Dla tej autorki ważne są wydarzenia artystyczne, odkrywanie książek i filmów (w tym tych z kultury masowej, nie odcina się Sobolewska od tematów dostępnych szerokiej publiczności i dyskutowanych nawet na prawach mody), motywy filozoficzne oraz medytacja. Sobolewska wybiera taki sposób pracy nad sobą sporo pisze o poszukiwaniu mistrzów i o testowaniu różnych możliwości rozwoju duchowego – stara się zaproponować czytelnikom, którzy tego potrzebują, wykaz podpowiedzi. Przy okazji relacjonuje własne przygody związane z docieraniem do zakamarków duszy. Nie będzie w tym prób nawracania na zaakceptowaną przez siebie drogę, nie będzie też reklamowania jednego systemu dobrego na duchowy rozwój – Anna Sobolewska raczej wskazuje czytelnikom multum możliwości i pozostawia ich z przemyśleniami. Najbardziej istotne są dla niej przeżycia artystyczne: sięga do kolejnych dzieł i dziełek, żeby przyjrzeć się ich przesłaniom, wydobyć to, co warte zapamiętania i polecić do samodzielnych lektur. „Mistyka i mistyfikacje” to zatem rodzaj duchowego i intelektualnego przewodnika dla tych odbiorców, którym znudziło się podążanie za internetowymi trendami. To książka dla czytelników myślących – nie da się jej przeczytać szybko, lepiej poszczególne felietony sobie dawkować i traktować jak podpowiedź, po co sięgnąć, żeby uzupełniać wiedzę i wrażliwość. Można podążać tropem lektur wybranych przez autorkę, można skupić się na aspektach „domowych” i związkach z literatami. „Mistyka i mistyfikacje” to publikacja cenna dla tych czytelników, którzy chcą zatrzymać się nad książką i stopniowo odkrywać świat prezentowany przez autorkę.

Maya Hanisch: Tak wiele rzeczy. So many things

Nasza Księgarnia, Warszawa 2020.

Słownik

Jest to picture book wyjątkowy i bardzo pomagający w nauce języka. Z jednej strony poszerza słownictwo, z drugiej – od razu przygotowuje do lekcji angielskiego. Dostarcza dzieciom rozrywki, rozwija również wyobraźnię, a to za sprawą podawania wielu haseł z wybranych tematów. „Tak wiele rzeczy. So many things” to publikacja wielkoformatowa i obrazkowa, ciekawa przez ogrom informacji – i przystosowana do nielinearnej lektury. Najmłodsi będą z niej czerpać wiedzę, ale też – mogą potraktować książkę jak wyszukiwankę albo zestaw inspiracji. Możliwości jest wiele, ta podstawowa dotyczy słownikowych porównań. Książka została podzielona na rozkładówki – jedna rozkładówka to jeden temat (rzadko zdarza się przeniesienie motywu na kolejne dwie strony) i dwujęzyczne wskazówki dla dzieci. Dwa zdania wprowadzające po polsku – przełożone na angielski – oraz zestaw ilustracji z podpisami (po polsku i po angielsku) to okazja do zapoznania się z ciekawostkami i meandrami lingwistycznymi. Maya Hanisch sięga po zagadnienia, które na pewno zaintrygują dzieci (obowiązkowo są tu strony ze zwierzętami, zjawiska pogodowe czy elementy garderoby, przedmioty, które można znaleźć w szkole, w supermarkecie czy na plaży). Znalazło się też miejsce na poszerzanie doświadczeń maluchów: dania z różnych stron świata czy elementy miejskiego krajobrazu, gatunki ptaków (tutaj znajdą się takie, których nie można zaobserwować w najbliższym otoczeniu) lub kwiatów. O przyjemnościach przypomina dział „świętowanie”.

Sam pomysł nie jest nowy, w końcu nauka słówek u najmłodszych polega na śledzeniu podpisów do obrazków (albo rysowaniu kolejnych definicji), ale dziwić może stopień zaawansowania. Po lekturze tej publikacji dzieci dowiedzą się między innymi, jak nazwać jedwabną apaszkę, karczochy, taczkę, soczewicę, rolki czy pachołek drogowy. Uda się zaspokoić ich ciekawość w różnych dziedzinach: przy potrawach pojawiają się czasem skomplikowane dania, na przykład ceviche (często też – takie, których nazwy brzmią tak samo po „przełożeniu” na polski). Część rzeczy do jedzenia pojawi się w dziale „na targu” albo „w supermarkecie”: tu są składniki, a nie gotowe potrawy, ale to słówka podstawowe. Dzięki takim rozwiązaniom dzieci nie będą miały problemu z wymienianiem produktów, które należy kupić, poradzą sobie z nazwaniem ulubionych zabawek (choćby pojazdów z placu budowy). Zupełnie inaczej jest w przypadku gatunków ptaków: rzadko maluchy mają okazję zaobserwować pełzacza. W przypadku owadów – parecznika czy stonogę murową nawet po polsku nie wszystkie dzieci są w stanie nazwać. Przez to tomik będzie rozwijać możliwości leksykalne kolejnych odbiorców. Ta książka szybko się nie znudzi – ze względu na ogrom nietypowych informacji, możliwość prześledzenia nie tylko nazw znanych dzieciom przedmiotów w dwóch językach – ale też dzięki szansie na poznanie zupełnie nowych zjawisk i haseł. „Tak wiele rzeczy” to publikacja przystosowana do odbioru przez dzieci w różnym wieku – i o różnym stopniu zaawansowania językowego. Rozwija, nie ma co do tego żadnych wątpliwości – przynosi czytelnikom zestaw tematów potraktowanych nie infantylnie a odkrywczo.

piątek, 31 stycznia 2020

Liz Braswell: Potęga magii. Mroczna baśń

Egmont, Warszawa 2019.

Odczarowanie

Liz Braswell proponuje młodym odbiorcom odczarowanie mitu cukierkowego Disneya: wprowadza na rynek „mroczną” serię, w której przedstawia bardziej ostre wersje znanych baśni i historii, które zawładnęły masową wyobraźnią. W „Potędze magii” przychodzi czas na opowieść o Aladynie i Dżasminie. Jest tu i latający dywan, i dżin spełniający życzenia (nastawiony dość sarkastycznie do tych, którzy chcą rządzić światem – i bardzo świadomy swojego losu), ale przede wszystkim – jest wizja pięknej przyjaźni ponad podziałami. Temat miłości Aladyna i Dżasminy schodzi na dalszy plan: z drobnych wzmianek wynika, że bohaterowie mają się ku sobie, trochę na przekór różnicom społecznym – Dżasmina jest piękna i odważna, a takiej właśnie partnerki potrzebuje dojrzewający na oczach czytelników Aladyn; zwłaszcza kiedy rozwiąże się problem z jego przyjaciółką – dla której dobrą partią by nie był. Więź między przyszłą sułtanką i jednym z Ulicznych Szczurów może zatem rozkwitać w najlepsze – ale na marginesie. Aktualnie bardziej ważne są relacje z innymi postaciami. W chwili największego zagrożenia – kiedy pewna postać próbuje przejąć władzę i podporządkować sobie społeczeństwo za pomocą magii – liczy się każdy sojusznik. Uliczne Szczury to gromada dzieci ulicy, młodych ludzi, których bieda pchnęła do kradzieży i kombinatorstwa. Wiedzą, jak wybrnąć z każdych tarapatów, grają na nosie strażnikom i posługują się swoistym pojęciem honoru. Jednak Aladynowi nie pasuje do końca taki los – w odróżnieniu od przyjaciół, chce porzucić złodziejski fach, kiedy to tylko będzie możliwe. Nie przeszkadza mu to jednak w akceptowaniu wyborów innych ludzi – proponuje zatem skrótową lekcję tolerancji (oraz sensu przyjaźni). W tej powieści pojawia się również sporo scen walki: mrok zapewnia obecność „nieumarłych”, wskrzeszonych z grobów zmarłych mieszkańców – którzy mają teraz stać się podstawą armii. Dobrym bohaterom trudno walczyć z takim przeciwnikiem, jednak kiedy w grę wchodzi konieczność przywrócenia sprawiedliwości, trzeba odrzucić w kąt stare zasady i uprzedzenia. Liz Braswell w scenach batalistycznych i motywach „grozy” nie do końca przekonuje – tu jest odtwórcza i nie działa na wyobraźnię odbiorców, nawet tych młodych. Nie potrafi do końca oddać atmosfery zła, to, co sprawdza się jako filmowe przedstawienie, tutaj traci na jakości. Za to autorka nie pomija żadnej wymiany spojrzeń między bohaterami, żadnego lęku nie pozostawia bez komentarza. Umożliwia śledzenie dojrzewania postaci, pokazuje, jak stają się coraz silniejsze nie tylko za sprawą bliskości i budowanej stopniowo relacji. Uważnie obserwuje każdy najdrobniejszy gest, który później może zaważyć na ocenie bohaterów. W komizmie – skupia się autorka na akcentowaniu tego, co sprawdza się w sztukach wizualnych. Opowiada dowcipy sytuacyjne: rejestruje każde mrugnięcie okiem do widza, przez co czasami zagaduje sobie puenty. Nie pozwala, żeby żart wybrzmiewał sam z siebie – prezentuje go jako system zachowań i relacji. To rozwiązanie sprawia, że łatwo wyobrazić sobie scenę na dużym ekranie, za to mniej jest z niej śmiechu przy lekturze. „Potęga magii. Mroczna baśń” to jednak historia, w której śmiech jest tylko dodatkiem do fabuły – można zatem nie przejmować się niedociągnięciami w tym akurat zakresie.

czwartek, 30 stycznia 2020

Anders Hansen: Wyloguj swój mózg

Znak, Kraków 2020.

Uzależnienie XXI wieku

Anders Hansen tłumaczy czytelnikom, dlaczego warto popracować nad swoimi nawykami i odrywać się przynajmniej na pewną część dnia od urządzeń elektronicznych i dostępu do nowych mediów. Jego książka „Wyloguj swój mózg” nie jest długim traktatem na temat szkodliwości zdobyczy cywilizacyjnych, jednak porządkuje już przez część społeczeństwa uświadamiane wiadomości i badania – oraz podpowiada, co robić, by uniknąć nieprzyjemnych skutków „przedawkowania”. Wprawdzie nie da się znaleźć w tej książce programu wyjścia z uzależnienia od nowych mediów, ale dobrze uzasadniona konieczność takiego zachowania to już coś – może pewne problemy naświetlić. Anders Hansen stawia przede wszystkim na opowieści o dzieciach i młodzieży: pokazuje, co tracą nastolatki przez zmiany zachowań. Wyjaśnia, że lepsze wyniki w nauce osiągają ci, którzy podczas lekcji nie mają dostępu do telefonów – i opowiada o tym, jak mózg przełącza się między czynnościami, co wpływa na jego wydajność. Rzecz nie dotyczy zresztą tylko młodych ludzi, w przypadku prowadzenia samochodu wyciszenie lub wyłączenie telefonu okazuje się równie ważne – to wykluczenie czynnika rozpraszającego. Nawet jeśli ktoś jest przekonany, że poradzi sobie z dodatkowym bodźcem na drodze, nigdy nie wie, w którym momencie przez sygnał przychodzącej wiadomości straci koncentrację na decydującą chwilę. Hansen nie bawi się w straszaki – jeśli już, to przytacza badania prowadzone przez jego uczelnię, żeby przekonać odbiorców o zasadności przestróg. Raczej zajmuje się opisywaniem tego, co ludzie tracą przez swobodny i wszechobecny dostęp do smartfonów czy internetu. Przypomina, że dorastają już pokolenia, które nie pamiętają świata bez Sieci – automatycznie wypracowują sobie nowe zwyczaje i inne systemy zachowań. Nastolatki nie chcą się już spotykać z rówieśnikami, wystarcza im ersatz wirtualnych spotkań. Tymczasem mózg przyzwyczaja się do zalewu bodźców. Każdy sygnał przychodzącej wiadomości, każdy lajk w portalach społecznościowych to rodzaj nagrody – opowiada Hansen, komentując zasady uzależnienia. Twierdzi, że cyberuzależnienie jest bliższe narkomanii niż łaknieniu słodyczy – co może części czytelników dać sporo do myślenia i wpłynąć na wyobraźnię, a także – przekonać do wprowadzania zmian. Osobną kwestią stają się zaburzenia snu czy depresje – również przez autora naświetlane jako konsekwencje wszechobecności nowych mediów.

Autor analizuje problemy płynące ze stałej obecności w internecie – i ciągłej „dostępności”, ale bez histeryzowania czy katastroficznych wizji. Przekonuje między innymi, że – przynajmniej na razie – obejdzie się bez ewolucyjnych przemian związanych ze zmianą stylu życia. Prowadzi zgrabną opowieść, bez odwoływania się do języka nauki: chce dotrzeć do szerokiego grona odbiorców i to mu dobrze wychodzi. Odrzuca też formę poradnika – chociaż czasami przydałyby się wskazówki, jak wcielać w życie jego uwagi. Do tego jednak trzeba dotrzeć samodzielnie i wypracować sobie własne metody na odcinanie dostępu do Sieci. Hansen podsunie argumenty, dlaczego warto to zrobić. Jest tom „Wyloguj swój mózg” ciekawą lekturą nie tylko dla tych, którzy zachłysnęli się dostępem do internetu i do zalewu informacji.

środa, 29 stycznia 2020

Graeme Simsion, Anne Buist: Na szlaku szczęścia

Media Rodzina, Poznań 2019.

Poznawanie siebie

Oni idą. Idą, żeby zmierzyć się z własnymi problemami, których nikt inny nie zrozumie – nawet jeśli przeżywa podobne wydarzenia. Zoe i Martin to bohaterowie tomu „Na szlaku szczęścia”. Stracili swoich bliskich, mierzą się z rodzinnymi wyzwaniami. Zoe pochowała męża, nie potrafi pogodzić się z bólem. Martin wie, że jego rodzina się rozpadła – próbuje jednak uchronić córkę przed popełnianiem błędów. Oboje potrzebują czasu, samotności i ciszy, żeby uporać się z troskami, wsłuchać w siebie i pojąć, jak powinni się zachować. Oboje wyjeżdżają do Francji, żeby wyjść na pielgrzymi szlak z Cluny, na Camino. Tu się poznają, na początku wędrówki. Nie zmienia to faktu, że będą iść osobno, przypadkowi znajomi nie wpisują się w koncepcję samotności. Ta droga dla niektórych jest przeżyciem duchowym, dla Zoe i Martina – okazją do uspokojenia emocji. A uspokajanie emocji niezbyt dobrze koresponduje z burzą zmysłów, jaka towarzyszy zakochaniu. Dlatego też w uczucie, które zwiąże bohaterów, momentami trudno uwierzyć. Owszem, myślą o sobie i chcą się do siebie zbliżyć – jednak w bezpośredniej konfrontacji przestają dążyć do zacieśnienia relacji. Tylko autorzy wiedzą, że droga prowadzić będzie do romansu, do ułożenia sobie życia na nowo – i znowu w parze. Unikają klimatów charakterystycznych dla powieści romantycznych, uciekają w ogóle od beletrystyki, zupełnie jakby chcieli po prostu przelać na papier własne doświadczenia pielgrzymkowe – sporo w tym ryzyka, bo istnieje prawdopodobieństwo, że czytelnicy nie odnajdą się w takiej zabawie.

Bardzo precyzyjnie pokazują Simsion i Buist charaktery ludzi spotykanych na trasie. Wprowadzają czasami utrudnienia – bywa, że zawodzi organizm, ale też i możliwości spotkania: bohaterowie umawiają się na kolejne przystanki, ale dają sobie w tym swobodę wyboru, mogą nie dotrzeć lub w ostatniej chwili zmienić plany. Wpływają na nich inni ludzie – każdy, kogo spotkają na szlaku, może rzucić nowe światło na życiorys Zoe lub Martina – i nigdy nie wiadomo, jaka informacja przeważy podczas budowania relacji. Autorzy „Na szlaku szczęścia” bardzo mocno podkreślają rozwój duchowej strony postaci – idzie się po to, żeby nabrać sił i dystansu psychicznego do zmartwień. Wiąże się to również z wyrzeczeniami cielesnymi, trzeba ograniczać bagaż, uważać na kontuzje, radzić sobie z pęcherzami na stopach i wciąż planować kolejne etapy marszu. To zadanie mocno absorbujące, nic więc dziwnego, że oczyszcza i ułatwia zrozumienie codziennych trosk.

Cechą charakterystyczną tomu „Na szlaku szczęścia” jest ciągłe i szybkie zmienianie rozdziałów. Autorzy piszą po kawałeczku, wprowadzają drobne przygody albo tylko migawki z przejść Zoe i Martina, przeplatają losy bohaterów: jeszcze na dobre nie rozkręci się jedna perspektywa, a już trzeba przechodzić do drugiej, jeszcze druga nie wybrzmi – wraca się do poprzedniej postaci. Te przeskoki, sprawdzone w warsztatach kreatywnego pisania, tu zostały doprowadzone do absurdu, nie da się już bardziej zdynamizować narracji – a i tak pozostaje wrażenie statyczności obrazków, bo niewiele się podczas trasy dzieje (przynajmniej jeśli chodzi o rytm zmieniających się krajobrazów i parcie do celu).

wtorek, 28 stycznia 2020

Nadine Dorries: Anioły z Lovely Lane

Prószyński i S-ka, Warszawa 2019.

Pomoc

Te kobiety chcą z różnych powodów uczyć się pielęgniarstwa. Spotykają się na kursie mimo różnic w pochodzeniu, poglądach czy charakterach. Wszystkie zamierzają służyć ludziom. Wiedzą, że czeka je ciężka praca pełna wyrzeczeń – ale piękna w powołaniu. O pielęgniarstwie i kulisach obyczajowych podjętych decyzji pisze Nadine Dorries w powieści „Anioły z Lovely Lane”. Prowadzi tu historię kilku pań, które zaczynają kurs pielęgniarstwa i muszą mierzyć się z rozmaitymi szykanami ze strony przełożonych, pokazuje też losy kobiet skazanych na pomoc pielęgniarek. Niewielka grupka bohaterek zapewnia szeroki przekrój społeczny – autorce wyraźnie zależy na tym, żeby podkreślać skomplikowaną codzienność płci pięknej w czasach, gdy nie było mowy o równouprawnieniu. Jest w końcu rok 1953 i w Anglii konserwatyzm kwitnie w najlepsze. Nikt nie mówi głośno o molestowaniu seksualnym, kobiety muszą dbać o reputację – w przypadku nieślubnej ciąży to one będą oskarżone o rozwiązłość. Traktowane jak zabawki, nie mogą pokonać silniejszych przeciwników. Do tego jako pielęgniarki powinny być łagodne, czułe i dobre – również dla zespołu lekarskiego. I tak cztery kobiety rozpoczynające karierę w zawodzie, który zdecydowanie nie jest dla wszystkich, przekonują się, jaka jest cena samodzielności i odpowiedzialności. „Anioły z Lovely Lane” to książka obliczona na reakcję społeczną, ale mocno konserwatywna w formie: narracja brzmi jakby pochodziła z czasów opisywanych przez autorkę, co świadczy o dobrym wyczuciu stylistycznym. Charakterystyczne literackie chwyty podsycają prawdopodobieństwo akcji. Nadine Dorries stara się zróżnicować doświadczenia bohaterek, każdą z nich konfrontuje z innymi problemami na co dzień. Przyszłe pielęgniarki są zniechęcane do zawodu przez wymagania przełożonych, brak możliwości spoufalania się (publicznie nie wolno zwracać się do siebie po imieniu), a i absurdalne zakazy (ta, która biega po korytarzu i zostanie na tym przyłapana, może pożegnać się z marzeniami o pracy w szpitalu). Wśród starszych wiekiem i doświadczeniem pielęgniarek znajdują się takie, które robią wiele, żeby obrzydzić młodszym koleżankom pracę. Nie uwzględniają jednak tego, że motywacje postaci są bardzo różne i często silniejsze niż jakiekolwiek trudności.

Skupia się Dorries na początkach: towarzyszy bohaterkom jeszcze przed przyjazdem do szpitala, pokazuje, do czego musiałyby wrócić, gdyby im się nie powiodło. Analizuje każde zalecenie i poradę w pracy, pokazuje też komplikacje zawodowe (jedna z pacjentek po spartaczonej aborcji trafia do szpitala, w którym bohaterki stawiają pierwsze kroki). Poza tym bardzo dużo miejsca poświęca relacjom damsko-męskim: pielęgniarki nie flirtują przeważnie z nowymi znajomymi, ale są przez nich bezwzględnie oceniane i czasem nawet wykorzystywane. To łatwy cel: mają dostarczać rozrywki (także lekarzom!) i składać się w ofierze, kiedy tylko mężczyźni wyrażą taką wolę. „Anioły z Lovely Lane” to ciekawa opowieść społeczno-obyczajowa, chociaż momentami wydaje się, że za bardzo oczywiste rozwiązania autorka proponuje – stereotypy jako budulec historii nie zawsze się sprawdzają.

poniedziałek, 27 stycznia 2020

A. A. Milne: Niedźwiodek Puch (tłumaczenie na śląski: Grzegorz Kulik)

Media Rodzina, Poznań 2019.

Miś Maryś

„Kubusia Puchatka” znają wszyscy – to zatem doskonała lektura, żeby ćwiczyć na niej sprawność językową. Tym razem ukazuje się po śląsku, jako „Niedźwiodek Puch”, w przekładzie Grzegorza Kulika – i jest okazją nie tylko do zapoznania się z rytmem i melodią śląskiej mowy (na płycie dołączonej do książki tekst czyta Mirosław Neinert), ale i głosem w dyskusji o kształtowanie się języka regionalnego. Grzegorz Kulik chce być poza sporami – nie wyzwala wątpliwości, umożliwia za to cieszenie się odkrywaniem znanego-nieznanego. Do książki dołączony jest słowniczek pojęć, ale większość da się wyczytać z kontekstu (albo z pierwowzoru): chyba że ktoś chce w tomie czytać każdą literkę i skupiać się na poprawności lub trafności przekładu. „Kubuś Puchatek” po śląsku przede wszystkim może bawić – chociaż faktem jest, że znacznie bardziej bawi polski przekład Ireny Tuwim, a to za sprawą rozmaitych językowych smaczków i detali, których w transpozycji na śląski próżno by szukać. Kulik łatwej rywalizacji nie ma, mierzy się w końcu z mistrzynią języka i zabaw lingwistycznych: wyraźnie słabną jego siły w piosenkach oraz w dalekoplanowych komentarzach dotyczących bohaterów. Autor przekładu zajmuje się odwzorowywaniem fabuły, a nie opisów charakteryzujących bohaterów w danym momencie – zależy mu na tym, żeby zgadzał się przebieg wydarzeń i żeby w miarę możliwości oddać sens dialogów, a w konsekwencji odsuwa od siebie najdrobniejsze humorystyczne popisy – te, które na przestrzeni pojedynczych zdań wyzwalają radość czytelników. W przypadku „powinszowania urodzin” czy „proszę pukać”, w przypadku podskoków Prosiaczka w kieszeni Kangurzycy – robi się czasami żal, że Grzegorz Kulik nie popracował nad tekstem z kimś, kto lepiej wyczuwa humorystyczne puenty i kto potrafi bawić się językiem (można było zrobić z przekładu perełkę, wystarczy przypomnieć „Fistaszki” w wykonaniu Michała Rusinka, może przydałby się konsultant, który zwracałby uwagę na żarty – żeby nie zanikały w tłumaczeniu). Grzegorz Kulik odpuszcza kompletnie również piosenki – nie da się ukryć, że jest w nich słaby w ramach rymów, a ponieważ nie potrafi rozśmieszać czytelników współbrzmieniami – nie dba też i o całą wymowę tekstów, zupełnie jakby traktował wszelkiego rodzaju mruczanki jako zbędny dodatek do bajki. Tymczasem fani Kubusia Puchatka wiedzą doskonale, że bez piosenek ta historia się nie obejdzie.

Dla zwykłych czytelników ważne będzie zatem w ogóle dotarcie do dużego tekstu po śląsku: „Kubuś Puchatek” nadaje się na ćwiczenie czytania i na rozrywkę dość nieoczekiwaną: po „Małym Księciu” przychodzi czas na kolejną dziecięcą z pozoru – ale uniwersalną lekturę oswajającą z regionalnymi językami. W przypadku „Niedźwiodka Pucha” zadanie nie wydaje się specjalnie trudne: wystarczy odrobina osłuchania się ze śląskimi akcentami (i zaakceptowanie faktu, że Kłapouchy nazywa się Ijok), żeby sobie poradzić. Klasyczne ilustracje (w kolorze) umilają jeszcze przedzieranie się przez utwór. W ogóle „Niedźwiodek Puch” urzeka jakością wydania – to książka, którą można potraktować jako prezent i ozdobę biblioteczki.

niedziela, 26 stycznia 2020

Agnieszka Olejnik: Szczypta nadziei

Filia, Poznań 2019.

Rozstania

Dworek w Miłosnej po raz kolejny zaprasza w swoje progi, gościnne, ale wypełnione rozmaitymi żalami i tęsknotami. Do Igora i Ady, którzy próbują znaleźć szczęście w nieformalnym związku powraca Monika, kuzynka Ady a prawowita żona Igora. Monika nie zaznała radości w ramionach kochanka i postanowiła naprawić to, co wydarzyło się kiedyś – nie ma jednak pojęcia o zmianach, jakie zaszły pod jej nieobecność w Miłosnej. Musi – wbrew wszystkiemu – walczyć o dziecko. Radek od dawna nie mówi i nie można nic na to poradzić. Monika zderza się z obojętnością Igora, skrywaną niechęcią Ady i z ogólnym ostracyzmem. Z kolei Ada nie koncentruje się na złamanym sercu: działa, bo musi pomóc swojemu nastoletniemu synowi: Dawid chciałby zostać pisarzem i właśnie zbiera rodowe historie w nadziei, że znajdzie tam materiał na pracę konkursową. W nadrabianiu szkolnych zaległości pomaga mu Zuza, dziewczyna z patologicznej rodziny, za maską agresji skrywająca mądrość i wrażliwość. Bohaterów wokół dworku w Miłosnej jest wielu, a Agnieszka Olejnik każdemu przypisuje inne zmartwienia. Ktoś boryka się ze śmiercią ojca, ktoś inny uczy się oswajać tęsknotę. Do tego zbliża się Boże Narodzenie, czas cudów – każdy ma cichą nadzieję na to, że w Wigilię spełnią się jego życzenia.

Jest „Szczypta nadziei” powieścią nietypową w realizacji. Niby to zwykła obyczajówka, o niezbyt rozbudowanej warstwie narracyjnej – autorka nie sili się na szczegółowe opisy, stawia bardziej na rozwój akcji i na zaskakiwanie czytelniczek kolejnymi emocjonalnymi perypetiami postaci. Unika rozkoszowania się detalami, woli konkrety i działanie. Nie ma więc w książce atmosfery przytulności, tak charakterystycznej dla wielu babskich czytadeł. Zupełnie jakby Agnieszkę Olejnik bardziej ciągnęło do psychologizowania i odczytywania motywacji postaci. Do tego bardzo często autorka odbija się od zagadnień związanych ze stratą. Jedni muszą pogodzić się ze śmiercią wielkiej miłości, inni wypełniają pustkę po odejściu członka rodziny, jeszcze inni – tracą szansę na szczęście lub wymarzone uczucie. Chodzi o to, żeby wyeksponować siłę, jaką można mieć na przekór okolicznościom. Siły uczy między innymi nastoletnia Zuza, opiekująca się niepełnosprawnym braciszkiem i dbająca o to, żeby dziecko mogło odczuć magię świąt – nawet jeśli matka alkoholiczka i jej partnerzy rujnują poczucie bezpieczeństwa. Agnieszka Olejnik nie chce obiecywać bohaterom złotych gór, ale kieruje się zasadą, że jeśli zatrzaskuje się przed postaciami jedno wejście, los natychmiast podsuwa nowe rozwiązanie – już na starcie lepsze niż poprzednie. Jest „Szczypta nadziei” powieścią o życiowych trudnych wyborach i o komplikacjach, jakie rodzą się na płaszczyźnie międzyludzkiej. Jest zestawem kłopotów i prób wyjścia z trudnych sytuacji z twarzą. Trochę Agnieszka Olejnik popada w klimaty tasiemcowych telenowel, jednak przecież proponuje serię obyczajówek – i w związku z tym może sobie pozwolić na rozwlekłość w układaniu losów postaci.

Gordon Korman: Nienauczalni

Wydawnictwo Literackie, Kraków 2020.

Wśród innych

Kierunek rozwoju fabuły tej powieści całkiem łatwo przewidzieć, przypomina bowiem scenariusze filmów familijnych. Gordon Korman zresztą zaskakiwać puentą wcale nie ma ochoty, chociaż i tak dostarczy swoim młodym czytelnikom sporo emocji. „Nienauczalni” to historia rozpisana na wiele głosów – mimo to krótka. Wszystko zaczyna się z chwilą, gdy Kiana przybywa do nowej szkoły w Greenwich. Ma tu spędzić kilka tygodni (i nie narobić sobie zaległości w nauce): w sam raz na czas, kiedy jej mama pracuje na planie w Kalifornii. U ojca i „macoszydła” dziewczynka może nie czuje się najlepiej, ale przynajmniej może się pocieszać tymczasowością planu: jej męka szybko się skończy, Kiana nie musi zatem przejmować się drobnymi niedogodnościami. A ponieważ w szkole nie udaje jej się zapisać na zajęcia, podąża do pierwszej klasy, do jakiej zostaje przypadkiem skierowana. Tak trafia do grona „nienauczalnych”, tych, których nauczyciele ignorują i którzy nie nadają się do szkolnego życia. Są tu dzieci z rozmaitymi zaburzeniami i problemami. Jedne nie potrafią się skupić, inne mają kłopoty z czytaniem lub pohamowaniem ataków agresji, jeszcze inne są zmęczone pracą i przestają przyswajać wiadomości z wyczerpania. Każdy ma swoją historię: pewien chłopiec codziennie wozi babcię do domu starców (i odbiera wieczorem), ktoś robił karierę w futbolu, ale przez kontuzję musi przeczekać rok. Kiana stopniowo dowiaduje się, kto jest kim – i czego może dokonać. Sama niespecjalnie afiszuje się ze swoimi dramatami, dobrze czuje się wśród „dziwaków” i nawet dostrzega ich potencjał. Nienauczalnymi opiekuje się pan Kermit – dla niego to też zesłanie. Nauczyciel, który w przeszłości popadł w poważny konflikt ze swoim przełożonym, został skazany na klasę, która nie daje żadnych nadziei – musi tu tylko przeczekać do emerytury. Chyba że ktoś zechce mu zaszkodzić. Wtedy sprawa jest banalna: jeśli nienauczalni nie zdadzą testu, pan Kermit będzie musiał poszukać sobie innego zajęcia, co wydaje się w jego wieku i z jego przeszłością niemożliwe. Nagle okazuje się, że jest o co walczyć i – porzucić wygodne nawyki.

Jeden temat – ważny dla odbiorców „Nienauczalnych” – to budowanie się tożsamości w obrębie klasy. Dzieciaki, które pozornie nie mają ze sobą nic wspólnego, dowiadują się, jak to jest stanąć w obronie kogoś, kto dyskretnie się o nie troszczył – nabierają pewności siebie i siły w walce z tymi, którzy skazali ich na wegetowanie w klasie bez perspektyw. W dodatku każdy może wykorzystać własne talenty (a tych uczniowie z klasy nienauczalnych nie są pozbawieni) do wygrania sprawy skazanej na niepowodzenie. Pojawia się tu przyjaźń, zaufanie i umiejętność dotarcia do tych najbardziej odsuniętych na margines. Ale poza tym niemal każdy boryka się z własnymi domowymi wyzwaniami, nawet Kiana, przekonana, że mama po nią wróci – niedługo zrozumie, że życie nie zawsze umożliwia realizowanie pierwotnych planów. „Nienauczalni” to książka przepełniona humorem, ciekawa z perspektywy młodych odbiorców i przekazująca cenne wartości.

sobota, 25 stycznia 2020

Piotr Marecki, Tomasz Tdc Cieślewicz: Oni migają tymi kolorami w sposób profesjonalny. Narodziny gamedevu z ducha demosceny w Polsce

Ha!art, Kraków 2020.

Stare komputery

Tomasz Tdc Cieślewicz ma sporo do opowiedzenia o pierwszych grach komputerowych w Polsce, narodzinach demosceny i o gamedevie. Nic dziwnego: jeszcze jako nastolatek zafascynowany postępem techniki trafił do prężnie rozwijającej się firmy, która umożliwiła mu realizację marzeń i pracę przy przygotowywaniu gier. Uczył się od najlepszych i jednocześnie kolejne wyzwania pozwoliły mu na podnoszenie kwalifikacji. Uczestniczył również w spotkaniach i życiu towarzyskim ówczesnych „nerdów”. Teraz opowiada w wywiadzie rzece o kulisach pracy na pierwszych komputerach dostępnych zwykłym użytkownikom. „Oni migają tymi kolorami w sposób profesjonalny” to wywiad, jaki z Cieślewiczem przeprowadza Piotr Marecki – wywiad przypominający formą luźną rozmowę, ale pełen ciekawostek i wiadomości, jakich zwykli odbiorcy nie mają. Na potrzeby tej książki trzeba się przenieść do rzeczywistości lat 80. i 90. XX wieku – ci, którzy jako dzieci fascynowali się pierwszymi komputerami i grami będą bardzo usatysfakcjonowani lekturą, podobnie zresztą jak ci odbiorcy, których interesuje rozwój informatyki w Polsce. Tu otrzymają dostęp za kulisy powstawania gier i całego środowiska komputerowego. Tomasz Tdc Cieślewicz wymienia swoich mistrzów i osoby, bez których nie obyła się żadna gra, podaje nazwiska najlepszych grafików czy twórców muzyki – oddaje im w ten sposób hołd, ale też uświadamia czytelnikom, jaką pracę wykonywali w czasach, gdy gry nie były jeszcze produktami medialnymi. Charakteryzuje środowisko, pozwala na wejście w świat pierwszych informatyków czy programistów.

Osobną kwestię stanowi tu opowieść o prawach autorskich i o kopiowaniu kaset z grami. Autorzy przywołują urządzenia pozwalające na jednoczesne przegrywanie gry na wiele nośników, analizują też proces początków walki z piractwem – i uświadamiania społeczeństwu, czym jest piractwo w zakresie gier komputerowych. Jedna rzecz to kupowanie gier z legalnych źródeł, druga – podejście samych twórców. Ci wielokrotnie korzystali z dorobku innych, przejmowali czyjąś pracę, żeby ją udoskonalić i wzbogacić o własne pomysły – nierzadko dopiero z takich hybryd powstawały prace, które zachwycały szerokie grono odbiorców. Cieślewicz czasami przywołuje konkretne tytuły (starzy gracze z pewnością nie pozostaną obojętni na te wzmianki oraz printscreeny), pozwala przypomnieć sobie o ulubionych rozrywkach. Przedstawia historię niektórych gier i prowadzi do emocjonalnych reakcji czytelników. Oprócz tego zajmuje się oczywiście i sprzętami – ma dla czytelników całkiem sporo anegdot związanych z konkretnymi markami i tłumaczy, w jaki sposób dokonywało się wyborów między ZX Spectrum, Atari czy Commodore i na co pozwalały kolejne maszyny. Komputery traktuje się tu w opowieści z wielkim sentymentem – to początek niezwykłej drogi, dzisiaj trudnej do zrozumienia przez młodsze pokolenia. „Oni migają tymi kolorami w sposób profesjonalny” to książka bardzo ciekawa i nawet nie będzie w niej przeszkadzać fakt, że czasami dość hermetyczna – kiedy autorzy wpadają w żargon i posługują się sformułowaniami nieczytelnymi dla ogółu. Warto przejść przez tę lekturę – zwłaszcza jeśli należało się do grupy wyznawców jednego ze starych komputerów i chciałoby się przypomnieć stare, dobre czasy.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com