Strona główna || O autorce || O tu-czytam || Bajki || Bajkowe portfolio                       

piątek, 30 kwietnia 2010

Małgorzata Gutowska-Adamczyk: Cukiernia pod Amorem. Zajezierscy

WNK, Warszawa 2010.

Saga

Małgorzata Gutowska-Adamczyk sięgnęła tym razem po mocno rozbudowaną historię i trzytomową sagą o Gutowie oraz najmocniejszych w nim rodach ucieszy wielbicielki obszernych powieści obyczajowych. „Cukiernia pod Amorem” nie przypomina typowych współczesnych czytadeł, autorka stawia na klasykę, niemal dziewiętnastowieczną narrację przeplata spokojną, współczesną opowieścią. W „Zajezierskich” rozpoczyna się intryga, ciągnąca się przez wieki – a Gutowska-Adamczyk próbuje pokazać, jak przeszłość kształtuje dalsze losy rodów i jak niewyjaśnione, dawne sprawy odbić się mogą na egzystencji potomnych.

Właściciel cukierni „Pod Amorem” martwi się chorobą matki, która do tej pory kierowała rodzinnym biznesem. Ale to Iga, córka właściciela, najchętniej zajmuje się rodzinną tajemnicą. W pobliżu domu bohaterów archeolodzy znaleźli właśnie ciało nieżyjącej od czasów drugiej wojny światowej kobiety. Na jej palcu natomiast – pierścień, który niegdyś należał do przodków Igi. Iga rozpoczyna własne, amatorskie śledztwo – chciałaby nie tylko odzyskać klejnot, mający przede wszystkim wartość sentymentalną, ale też dowiedzieć się, jak trafił do nierozpoznanej jeszcze, obcej kobiety. Równolegle toczy się opowieść z XIX wieku – zwyczajna historia o kilku pokoleniach rodu. Prezentowane w niej bohaterki raz sprzeciwiają się konwencjom, raz podporządkowują się rodzinie. Przeżywają rozmaite sercowe dramaty i rozczarowania, dają upust złości bądź zaznają szczęścia w zgodnych małżeństwach. Stawiają czoła wyzwaniom, poznają konsekwencje różnic kulturowych, rodzą i wychowują dzieci. Niby nie ma w tym nic oryginalnego, przykuwającego uwagę – ot, naturalna kolej rzeczy – a jednak w ujęciu Gutowskiej-Adamczyk relacja zyskuje na atrakcyjności właśnie ze względu na niewymuszoną fabułę. Prawdziwym celem autorki wydaje się nie być spychany na margines wątek kryminalny, który ma spajać całość, a właśnie zanurzenie w codziennym życiu, nie idealnym i nie zawsze wolnym od trosk. Gutowska-Adamczyk szczególną przyjemność czerpie z odtwarzania losów kolejnych kobiet z minionych wieków – jej zadowolenie przekłada się na barwną narrację, ta natomiast na udaną lekturę. Przy dziewiętnastowiecznych rozterkach współczesność wypada raczej dosyć blado, Iga przypomina bohaterkę z nastoletnich powieści, a jej problemy brzmią momentami sztucznie.

Zastanawiam się, dlaczego szczątki kobiety, która zginęła w czasach drugiej wojny światowej, uparcie określane są przez Gutowską-Adamczyk mianem „mumii”. To najpoważniejszy chyba błąd w tekście, rzuca się w oczy i nie znajduje dobrego uzasadnienia. Poza tym swobodniej czuje się autorka w przeskokach do przeszłości, jest wówczas bardziej zdecydowana i przekonująca. We fragmentach dotyczących XIX wieku narracja zyskuje najlepszy rytm. Pojawia się tu mnóstwo wątków, rozmaitych, zazębiających się sytuacji, w których autorka orientuje się bez problemu – co może budzić podziw. Mnogość historii budzi zainteresowanie i sprawia, że wielbiciele sag i historycznych obyczajówek będą zachwyceni. Współczesność przedstawiona jest chronologicznie, przeszłość – w formie rozproszonych migawek. Zamieszczony na końcu powieści indeks osób – jak i drzewo genealogiczne roku – ma pomóc orientować się w fabule – ale nie sądzę, by wiele czytelniczek do tych pomocy sięgało, książka Gutowskiej-Adamczyk wciąga i bez większego trudu da się prześledzić losy bohaterek.

W „Zajezierskich” panuje kult drobiazgu, co przy założeniu – ukazaniu losów kilku pokoleń rodu – stanowić mogło wybuchową mieszankę. Na szczęście autorce nie można zarzucić rozwlekłości czy przegadania, dobrze wyważone proporcje to cecha charakterystyczna tej powieści. Prawie można zapomnieć, że w zasadzie nic się tu nie rozstrzyga, pootwierane tematy nie prowadzą do wyrazistej puenty. Przecież nie dlatego się po „Zajezierskich” sięga.

To propozycja idealna dla wielbicielek niespiesznych historii i dla odbiorczyń stęsknionych za wielkimi narracjami. Małgorzata Gutowska-Adamczyk stworzyła powieść nieco staroświecką i ładną, powieść, w której podkreśla podobieństwo tęsknot i marzeń kobiet w różnych wiekach.

czwartek, 29 kwietnia 2010

Anna Horosin: W świecie psów

Skrzat, Kraków 2010.

Raz o rasach


Szósta książeczka z serii Skrzata „opowieści z naklejkami” zaskakuje swoją szczegółowością. Do tej pory maluchy uczyły się nazw zwierząt i ptaków, sprawdzały znajomość bajek i klasyfikowały samochody. Teraz poprzeczka została postawiona wyżej – Anna Horosin zdecydowała się bowiem na przegląd ras psów. Temat może być strzałem w dziesiątkę, w końcu niemal wszystkie dzieci interesują się zwierzętami – i prawie każde chciałoby mieć psa, etap fascynacji tymi czworonogami da się zatem twórczo wykorzystać. Możliwość poznawania kolejnych ras psów przyda się podczas nauki czytania (tekstu na stronach nie jest wiele, nie ma więc obaw, że maluch zmęczy się zadaniem ponad siły), a także przy ćwiczeniu spostrzegawczości.

W serii „opowieści z naklejkami” nie chodzi wyłącznie o czytanie i edukowanie najmłodszych, ale i o dobrą zabawę. Na każdym obrazku (w wykonaniu Kazimierza Wasilewskiego to połączenie realizmu i disneyowskiej słodyczy) brakuje jednego elementu, w zeszycie „W świecie psów” – pieska. Usuniętego z ilustracji zwierzaka należy przywrócić do właściwego mu otoczenia, wybierając z zestawu naklejek pasującego psiaka i przykleić w odpowiednim miejscu na rysunku. Cała trudność w odnalezieniu tego, co pominięte na obrazku, została zawarta w tekście. O ile w przypadku zwierząt gospodarskich czy ptaków było to zadanie proste, o tyle przy rasach psów poziom trudności rośnie. Tu pomocne okażą się miniaturki na marginesach – wystarczy porównać narysowane na głównej ilustracji psy z tymi przedstawionymi na małych rysunkach. Nieobecnego na środku strony zwierzaka trzeba znaleźć na naklejce i uzupełnić stronę. Podpowiedzi co do miejsca wklejenia futrzaka znajdą się w tekście. Lektura – i praca – przebiega zatem wielokierunkowo.

Anna Horosin decyduje się na krótkie scenki, w których zaprezentować może jednocześnie kilka psiaków różnych ras. Pokazuje bawiące się razem szczeniaki, poczekalnię u weterynarza, salon piękności psów, miejsce tresury, wystawę najpiękniejszych ras, psy służące w policji, ciągnące sanie, pomagające ludziom niepełnosprawnym czy przebywające w parku. Ciekawostką będzie krótki przegląd najsławniejszych psów. Wraz z przewróceniem kartki zmienia się przedstawiana sytuacja. Jednoakapitowe komentarze do obrazków pełnią przede wszystkim funkcję opisową, Anna Horosin tłumaczy, gdzie na rysunku znajduje się jaki pies – i czym się aktualnie zajmuje. Notatki na marginesach wykorzystane zostały jako przypisy – autorka charakteryzuje poszczególne rasy, a właściwie wymienia ich zalety. Zestawienia przymiotników służą przede wszystkim gloryfikowaniu kolejnych psów, nawet tych ras, które są uznawane za niebezpieczne. Autorka stara się też za każdym razem podać miejsce pochodzenia rasy. Sporo więc można się z tej szczupłej książeczki dowiedzieć.

Na ilustracjach, które są odzwierciedleniem tekstu, sporo się dzieje, na długo zajmą więc one maluchy. Wrażenie chaosu zredukuje jednak konieczność uważnego śledzenia detali i oglądania rysunków fragmentami. Dzieci ucieszy też możliwość uzupełniania rysunków, zwłaszcza że naklejki to obrazki nadrukowane na przezroczystej folii. Można je wiele razy odrywać od kartek bez szkody dla książki – i przyklejać z powrotem, co pozwoli maluchom na popełnianie błędów bez konsekwencji.

Książeczka „W świecie psów” to publikacja atrakcyjna dla dzieci, kolorowa i ciekawa, dostarczająca rozrywki, zabawy i wielu nowych wiadomości, przyswajanych mimochodem podczas lektury. To pozycja obowiązkowa dla dzieci, które chciałyby mieć psa i dla tych, które interesują się otaczającym je światem – w końcu wiele z przedstawionych tu czworonogów można spotkać podczas zwykłego spaceru.


Wstręt w satyrze

Granice wstrętu w satyrze – czarny humor w piosenkach Macieja Zembatego i Władysława Sikory

„Czarny humor odwołuje się do tego, co gorszące, zakazane, egzotyczne i dziwaczne” – zaznacza w szkicu poświęconym prozie amerykańskiej lat 60. Morris Dickstein. Łatwo się zatem domyślić, że jeśli we współczesnej satyrze coś ma budzić wstręt – zostanie opatrzone etykietką „czarny humor” i potraktowane z przymrużeniem oka. Dziś w literaturze polskiej badacze są skłonni doszukiwać się elementów groteski i makabry w utworach Witkacego, Gombrowicza czy Różewicza, czysty czarny humor zostaje natomiast w zasadzie odrzucony, a i w refleksji humorologicznej nie zajmuje zbyt wiele miejsca. Jeżeli jednak motywy obrzydzenia są tylko składnikami dzieła i współtworzą jego wartość, zdominowane przez inne elementy, nie możemy mówić o prawdziwej satyrze.


[całość tekstu dostępna będzie w późniejszym terminie]

środa, 28 kwietnia 2010

Ralf Butschkow: Mam przyjaciela policjanta

Media Rodzina, Poznań 2010.

Policja od A do Z

W bajkach wszystko bywa proste i przyjemne. Książeczka „Mam przyjaciela policjanta” przedstawia właśnie taki nieskomplikowany, a przynajmniej bezproblemowy świat funkcjonariuszy – ale trzeba przyznać, że Ralf Butschkow, koncentrując się na pozytywnych stronach pracy w policji, postarał się też ukazać różnorodność zajęć tej grupy zawodowej. Tomek i Mariola, policjanci, którym w patrolu pomaga mały bohater, Paweł, mają naprawdę pracowity dzień. Najpierw zostają wezwani do wypadku drogowego, chwilę potem do napadu na jubilera. Po błyskawicznym ujęciu sprawców przenoszą się na ulicę i sprawdzają, czy kierowcy nie przekraczają dozwolonej prędkości. Pomagają kolegom z „komisariatu wodnego” w wyławianiu z rzeki roweru i ochraniają demonstrację. W tym czasie ich koledzy przyjmują zawiadomienia o popełnieniu przestępstwa, kierują ruchem, przydzielają zadania radiowozom bądź patrolują autostrady z powietrza. Policjanci mają mnóstwo pracy i z pewnością maluchy, które zdecydują się na lekturę tej książeczki, nudzić się nie będą mogły.

Ralf Butschkow stawia w tej historyjce na wyjaśnienia. Tłumaczy, czym jest patrol i jak zachowują się policjanci, kiedy zatrzymają do kontroli samochód na drodze. Przedstawia zasady poruszania się radiowozów po ulicach i pokazuje alternatywne metody dotarcia na miejsce zdarzenia. Odsłania przed dziećmi kulisy pracy policjantów, tak, by zachęcić małych odbiorców do wybrania w przyszłości takiego właśnie zawodu – ale też by zwiększyć wiedzę maluchów i orientację w zwyczajnym świecie. W tomiku „Mam przyjaciela policjanta” kusi przede wszystkim różnorodność zadań stróżów prawa – tu bez przerwy coś się dzieje, uwaga maluchów będzie cały czas przyciągana.

Świat policjantów jest przede wszystkim atrakcyjny. Już na początku pojawia się kilka różnych pojazdów służbowych. Także biuro wygląda zachęcająco – mimo że nie ma w nim nic ciekawego, na rysunku jednak dzieje się bardzo wiele i oglądanie obrazka zabierze dzieciom trochę czasu. Radiowozy wrysowuje Ralf Butschkow w zwyczajne pejzaże – na ulicy jest sprzątacz i klient sklepu spożywczego, na murach znajdują się napisy – można pobawić się z maluchem w omawianie widniejących na ilustracjach szczegółów. Napaść na jubilera umożliwia pokazanie dzieciom pracy policjantów z sekcji kryminalistycznej – rysunki przybliżają to, czego na co dzień nie da się obejrzeć. Ilustracje Butschkowa są zabawne – w parku znajduje się pomnik pulchnej muzy o perkatym nosie, a scena zatrzymywania przestępców wyraźnie intryguje zwierzątka, żyjące w parkowej sadzawce. Porzucony na moment jamnik wędkarza obwąchuje policjanta – zresztą tym razem także w warstwie tekstowej Ralf Butschkow pozwala sobie na wprowadzanie drobnych żartów. Jak zwykle wszyscy na obrazkach uśmiechają się i cieszą ze wszystkiego.

Na deser dzieci czeka jeszcze szybki przegląd elementów wyposażenia policjanta. Ralf Butschkow wyrysowuje kilka przedmiotów, którymi dysponują funkcjonariusze i podpisuje je, tak, by każdy maluch wiedział, co policjanci mieć przy sobie muszą.
Wiele dzieci przechodzi przez fascynację tym zawodem – z książeczką Ralfa Butschkowa wyjaśnianie kolejnych zajęć i zadań policjantów będzie prostsze. Mały Paweł z przejęciem relacjonuje wizytę w zakładzie pracy swojego dorosłego przyjaciela – emocjonalne sygnały pozwolą dzieciom zaangażować się w lekturę. Kolejna książeczka z serii Mądra Mysz sprawdzi się na polskim rynku i zapewni maluchom nie tylko dostęp do interesujących je wiadomości, ale i rozrywkę.


wtorek, 27 kwietnia 2010

Zdzisław Kaliciński: O Starówce, Pradze i ciepokach

Zysk i S-ka, Poznań 2010 (wznowienie).


Warszawa sprzed lat

Małgorzata Kalicińska w autobiograficzno-memuarowych „Fikołkach na trzepaku” pisała o książce swojego ojca, która stała się inspiracją do snucia własnych wspomnień o świecie dzieciństwa. Dzięki wznowieniu i książka ojca trafi z powrotem na księgarskie lady – a „O Starówce, Pradze i ciepokach” Zdzisława Kalicińskiego na uwagę zasługuje, dziś nawet chyba bardziej niż „Fikołki”.

Otrzymują odbiorcy książkę o Warszawie przedwojennej, widzianej oczami chłopca, ale uzupełnianej o szczegółowe informacje odnalezione przez dorosłego. Otrzymują książkę osobistą, ciepłą i napisaną pięknym, obecnie już nieużywanym, językiem. Archaiczny styl nie będzie przeszkodą w lekturze nawet dla młodych odbiorców – przede wszystkim dlatego, że Zdzisław Kaliciński prezentuje w tej opowieści gawędziarski talent. „Przedwojenny” sposób prowadzenia narracji podsyca niezapomnianą atmosferą opowieści i sprawia, że przez tekst przeniosą się czytelnicy do świata, którego już nie ma, mało tego – do świata, który znał tylko autor, bo w końcu Kaliciński nie zamierza wypierać się subiektywnego spojrzenia.

Króluje w tej historii opis. Zdzisław Kaliciński daje czytelnikom coś w rodzaju bedekera – razem z nim przemierzać można ulice starej Warszawy, autor snuje wspomnienia dość drobiazgowo, jakby w wyobraźni po raz kolejny szedł sobie znanymi szlakami. Na podstawie jego książki można by narysować precyzyjny plan kilku dzielnic Warszawy – wzbogacony o informacje, jakich nie znajdzie się w żadnym przewodniku. Udało się autorowi uchwycić codzienne życie, jego naturalny rytm i kształt. Na kartach publikacji ożywają nieistniejące już miejsca, a ludzie, którzy dawno rozstali się ze światem, powracają do pamięci potomnych, unieśmiertelnieni w prywatnej historii.

Dziecko, które dopiero się uczy, chłonie świat wszystkimi zmysłami. Po latach jest w stanie dość precyzyjnie odtworzyć doznania związane z zapachami i smakami sielskiego okresu – i Kaliciński daje upust właśnie tym na zawsze zapamiętanym wrażeniom, dzięki czemu jego opowieść na pewno nie należy do banalnych. Ta historia tętni życiem, przez co wciąga i zapewnia szybką oraz przyjemną lekturę. W wielu powieściach próbuje się dzisiaj bezskutecznie oddać klimat dwudziestolecia międzywojennego – ta sztuka Kalicińskiemu naprawdę się udała, a sedno sukcesu tkwi w połączeniu celnych obserwacji i brawurowego sposobu ich przedstawiania.

Autor w pierwszej części książki skupia się na obyczajowości, zbiór obrazków z dzieciństwa poprzedza opisy pomysłów na spędzanie wolnego czasu czy typowych rozrywek warszawskich rodzin. Drugą część rozpoczyna opowieścią o papierni w Jeziornie – tu liczy się rytm dnia w fabrycznej osadzie, więc, jak łatwo stwierdzić, zmienia się koloryt historii. Trzeci etap wędrówki stanowią zwyczaje kultywowane na Pradze. Kaliciński prowadzi odbiorców przez trzy domy – dwa tworzone przez babcie i jeden – własny. Centrum zainteresowania i spoiwem relacji jest zawsze rodzina – autor wprowadza odbiorców w anegdoty obrazujące rodzinne więzi, sprawia, że jego bliscy automatycznie staną się ważni dla wielu czytelników – to unieśmiertelnianie ludzi, którzy zwyczajnie odeszliby w zapomnienie, a już na pewno nie wpisaliby się w świadomość publiczności literackiej.

Ma ta książka entuzjazm młodego człowieka, jakby wyjętego z wczesnych wierszy Tuwima, szczęśliwego i chłonącego rzeczywistość. Ma doświadczenie dojrzałego, który potrafi spojrzeć wstecz i nadać wspomnieniom sensowny rytm. Ma ciepło człowieka, pragnącego cały świat zaprosić do swojego domu i ugościć bez zbędnych pytań. Zdzisław Kaliciński udowadnia, że każdy nosi w sobie materiał na książkę – bo nawet najbardziej prywatne, jednostkowe doznania można przekuć na pasjonującą lekturę. Historia ta jest niewolna od emocji, dramatów i małych radości, zainteresuje ciekawych obyczajowych przemian – niekoniecznie warszawiaków.


poniedziałek, 26 kwietnia 2010

Katarzyna Kolbowska: Capoeira w Polsce. Wędrowanie wątków kulturowych

Trio, Warszawa 2010.

Moda na taniec

Katarzyna Kolbowska napisała książkę, która – na fali rosnącego zainteresowania capoeirą, tańcem połączonym ze sztuką walki – ma szansę stać się podręcznikiem i przewodnikiem dla wszystkich zainteresowanych tym rodzajem ekspresji. Ponadto przyda się kulturoznawcom i antropologom – wydawnictwo Trio opublikowało bowiem naprawdę rzetelną naukową pracę, pionierską w Polsce.

„Capoeira w Polsce” dzieli się na dwie części, różniące się tak tematyką, jak i podejściem badawczym. Autorka, korzystając głównie z obcojęzycznej literatury przedmiotu, od początku stara się przybliżyć odbiorcom kontekst kulturowy i sens capoeiry. Wychodzi od analiz sytuacji społeczno-historycznej w Brazylii, interesują ją stosunki etniczne czy kwestie wyznaniowe – sprawdza, co mogło mieć wpływ na rozwój capoeiry. Próbuje oczywiście zdefiniować zjawisko, odwołując się zarówno do ujęć językoznawczych, jak i legend. Przechodzi stąd do szczegółowego omawiania elementów gry i ich znaczenia, dość obszernie wyjaśnia rolę muzyki, kwestię rozumienia instrumentów, nauki słuchania, współistnienia w tańcu ciała i instrumentów – w przekonujący sposób pokazuje między innymi kulturową zdolność do poddawania się rytmowi capoeiry. Ciekawie jawi się rozdział dotyczący transu, w jaki wprawiali się tańczący, autorka poszukuje bowiem tego zjawiska w afrobrazylijskich opętańczych tańcach i mimo braku analogii z tańcami europejskimi stara się dobrze wytłumaczyć funkcję capoeiry. Po wyczerpującym omówieniu zjawiska sięga po ujęcie diachroniczne i prezentuje capoeirę w różnych fazach rozwoju, pokazuje jej przemiany i unowocześnienia, odkrywanie nowych ról i zastosowań. Charakteryzuje style capoeiry i skupia się na nowoczesnych trendach. W skrócie opisuje też organizacje capoeiry, naświetlając konflikt między ujęciem artystyczno-kulturalnym a czysto sportowym podejściem – dzięki czemu może też dać do zrozumienia, że capoeira jest zjawiskiem złożonym – to nie tylko sztuka walki, ale i filozofia życiowa. Przegląd metamorfoz wieńczy wpływ współczesności – między innymi nowych mediów – na tradycję. Wymienia jeszcze Kolbowska motywy czekające na dokładne badania – kobiety w capoeirze czy problem rasizmu.

Druga część książki przynosi odmienne, tym razem zsubiektywizowane ujęcie. Autorka przyznaje się do przynależności do jednej z grup ćwiczących capoeirę, a jako jedną z metod badawczych wskazuje obserwację uczestniczącą. Przekazuje własne odczucia i wnioski płynące z rozmów z innymi graczami. Zajmuje się też rozwojem capoeiry w Polsce – pyta, kto i dlaczego decyduje się na ćwiczenie tego rodzaju tańca, co atrakcyjnego oferuje capoeira. Zaskakująca może być obecność rozdziału o czarnej muzyce w polskiej popkulturze, chociaż Kolbowska potrafi to powiązać z tematem publikacji. Nieco filozoficznych rozważań dostarcza fragment o duszy w tańcu, natomiast jednym z ostatnich wątków, jakie autorka porusza, staje się pytanie o istotę i cel pokazów - ze względu na nagromadzenie rozmaitych opinii to rodzaj forum na temat capoeiry oderwanej od pierwotnych przeznaczeń.

„Capoeira w Polsce” jest książką naukową i dla zwykłego czytelnika w paru miejscach okaże się dość trudna – przeważnie wtedy, gdy autorka posługuje się metodologicznymi pojęciami i wpada w hermetyczny, naukowy styl. Nie jest jednak tych miejsc na tyle dużo, by zawartość okazała się niestrawna dla przeciętnego odbiorcy. Katarzyna Kolbowska przyjmuje bowiem rolę przewodnika po zjawisku – konstrukcja książki staje się jasna i przejrzysta, a przy tym sensowna. Autorka unika zarówno skrótów myślowych jak i niepotrzebnych dłużyzn, jest konkretna i rzeczowa. W drugiej części tomu natomiast wprowadza lekkie ożywienie stylu, przede wszystkim dzięki subiektywizacji i zmniejszeniu dystansu do przedmiotu badawczego. Szczegółowo omawia przyjęte metody badań i zamiary kompozycyjne – te warsztatowe partie książki wielbicielom capoeiry wprawdzie się nie przydadzą, ale też nie odrzucą ich od lektury. Kolbowska potrafi zaintrygować tematem.


niedziela, 25 kwietnia 2010

Krystyna Śmigielska: Tekla i płaczący braciszek

Skrzat, Kraków 2010.

Oswajanie

Wielki powrót Tekli zapewnia małym odbiorcom Krystyna Śmigielska. Nareszcie – wydawało się bowiem, że tak dobra publikacja powinna doczekać się kontynuowania. Skrzat opublikował właśnie „Teklę i płaczącego braciszka” i ta pozycja przynosi wszystkie pozytywne i warte pochwały rozwiązania, które tak cieszyły w klasycznej w duchu „Tekli”. Zaczarowana lalka, potrafiąca dogadywać się z rozczarowanymi rzeczywistością kilkulatkami przybywa znów do pewnej małej bohaterki, by pomóc jej zaakceptować nową sytuację w domu.

W pierwszej części, wydanej w 2008 roku, Tekla była prezentem dla Jagody – małej, rozkapryszonej i niegrzecznej dziewczynki. Przez rok uczyła swą przyjaciółkę dobrych manier, wzbudzała w niej dobre uczucia, kształtowała potrzebę przyjaźni i miłości, a jednocześnie hamowała egoistyczne odruchy dziecka. Po roku poprosiła o oddanie jej do dziwnego starego sklepu, by mogła służyć innym dzieciom. Teraz używana lalka o staroświeckim imieniu i magicznych zdolnościach ma być gwiazdkowym prezentem dla Wiktorii. Wiktoria różni się od Jagody – nie jest samolubna ani niegrzeczna, ma za to inny problem: wkrótce przyjdzie na świat jej braciszek. Dziewczynka boi się, że straci przez to miłość rodziców – z góry nastawia się nieprzychylnie do nowego członka rodziny i przysparza przez to mamie i tacie sporo trosk. Jedynie Tekla umie przetłumaczyć Wiktorii, że mały Kamilek da się lubić i wcale nie odbierze nikomu miłości. Dzięki odrobinie czarów pomaga kilkulatce zrozumieć niemowlę i sprawia, że rozpraszają się obawy Weroniki.

Krystyna Śmigielska w poprzedniej książce postawiła na wychowywanie maluchów. Tu zwraca uwagę na ogromny problem – cały zestaw lęków i obaw, z którymi zmierzyć się muszą jedynaki, kiedy mają stracić uprzywilejowaną pozycję w rodzinie. Zmienia się zatem nie tylko rodzaj zmartwienia małych odbiorców, ale i sposób wpływania na nich. W „Tekli” liczył się przede wszystkim dobry przykład, jaki zaczęła dawać poddana lalkowej tresurze Jagoda. W „Tekli i płaczącym braciszku” Śmigielska przenosi uwagę z bohaterki książki na małe, bezbronne dziecko. Na pierwszy plan wysuwa się obserwacja – Tekla pokazuje Weronice, o co chodzi Kamilkowi, jak niemowlę reaguje na zabawę, czego pragnie a czego się boi. Oswaja dziewczynkę z bratem, stopniowo i bez nacisku, przedstawia możliwości zabaw, jakich dotąd Weronika nie dostrzegała – wreszcie udowadnia, że Kamilek wcale nie odbiera rodzicielskiej miłości, mało tego, tej miłości jeszcze w domu Weroniki przybywa. Podobne sformułowania w ustach rodziców – dopóki nie stracą oni cierpliwości – nie brzmią tak wiarygodnie, jak doświadczenia przeprowadzane przez lalkę.

Tekla jak zwykle wykorzystuje czary. Nie czyni tego jednak – jak dawniej – by ukarać bohaterkę za niewłaściwe zachowanie. Weronika, w odróżnieniu od Jagody, nie jest zła, nie potrafi sobie tylko poradzić z sytuacją. W tym tomie zatem czary służyć będą przede wszystkim zbudowaniu płaszczyzny porozumienia między bohaterką i jej małym braciszkiem, a Tekla z surowej nauczycielki zmieni się w cierpliwą tłumaczkę.

U Weroniki Tekla spędzi rok i znów trafi do tajemniczego sklepu, którego sprzedawca nie dziwi się niczemu – i skąd wyruszy, by pomagać innym dzieciom. Krystyna Śmigielska doskonale radzi sobie z motywem rozstania, umie budować sceny proste i wzruszające jednocześnie. Może sobie pozwolić na „dorosłe” a przy tym przekonujące ingerencje w świat dziecka – bo narzędziem zmian uczyniła lalkę, obiekt darzony zaufaniem i sympatią. Autorka stawia przy tym na tradycyjne wartości, tworzy historie ponadczasowe, w których staroświeckość paradoksalnie staje się czynnikiem uwspółcześniającym fabułę, nie poddaje się dyktatowi nowych mediów, wybiera natomiast te elementy, które w życiu każdego malucha muszą być istotne.

Trochę za dużo w tej historii szczebiotu – liczne zdrobnienia, chociaż normalne w rozmowie z dzieckiem, w pewnym momencie dorosłych czytelników mogą zacząć razić – zwłaszcza gdy są niepotrzebne (literki w książeczce dałyby się bez trudu zastąpić literami w książce, nie zawsze deminutiwa są dobrze uzasadnione). Jednak „Tekla i płaczący braciszek” to publikacja, która łączy wysoką jakość wydania z wartą polecenia maluchom zawartością. Pozycja, której nie może zabraknąć na półce dziecka pozwala mieć nadzieję na równie dobre kolejne części.

sobota, 24 kwietnia 2010

Jordi Sierra i Fabra: Truskawkowe pola

Akapit Press, Łódź 2010

Ciemna strona imprezowego życia

Żałuję trochę, że Jordi Sierra i Fabra zdecydował się na jednoznaczne zamknięcie powieści „Truskawkowe pola” – gdyby pozostawił nastoletnich odbiorców w stanie niepewności, byłoby to równie okrutne, a kto wie, czy nie bardziej skuteczne. Ale i tak książka opublikowana przez Akapit Press wstrząśnie czytelnikami. I bardzo dobrze. Mam nadzieję, że „Truskawkowe pola” przemówią do wyobraźni młodych ludzi lepiej niż szkolne pogadanki i policyjne apele czy przestrogi ze strony dorosłych.

Luciana bawiła się z przyjaciółmi na dyskotece, a kiedy towarzystwo zdecydowało się dla zwiększenia wrażeń zażyć narkotyki, dziewczyna, mimo początkowych obaw, nie odmówiła. Reakcji organizmu nikt nie mógł przewidzieć – nastolatka straciła przytomność, a potem zapadła w śpiączkę. Przerażenie przyjaciół sięgnęło zenitu, gdy okazało się, że nikt nie zna składu tabletki, którą połknęła Luciana – i nie wiadomo, jak właściwie leczyć i odtruwać dziewczynę. Kompani Luciany czują się współwinni, a zakochany w bohaterce chłopak odchodzi od zmysłów i za wszelką cenę próbuje odnaleźć dilera. Diler z kolei, uprzedzony o wypadku, zaczyna się bać – zwłaszcza gdy przekonuje się, że dla jego zleceniodawców nic nie znaczy. Pogrążoną w śpiączce Lucianą interesuje się hiena dziennikarska. Jest jeszcze Loreto, cierpiąca na bulimię i rozpaczliwie potrzebująca wsparcia przyjaciółki.

Jordi Sierra i Fabra napisał powieść, która powinna być lekturą obowiązkową dla młodych ludzi. Autor bezlitośnie rozprawia się z kolejnymi pseudoargumentami, które mają przemawiać za zażywaniem narkotyków, po kolei zbija też sens najbardziej typowych sposobów namawiania rówieśników do ćpania. Wyśmiewa wręcz oskarżenia o tchórzostwo, chęć doświadczenia czegoś nowego, nadzieję na lepszą zabawę – i wszystko to, czym młodzież usprawiedliwia chęć sięgania po narkotyki. W „Truskawkowych polach” to wszystko brzmi głupio, bo nadrzędne pytanie, czy warto ryzykować życie dla uniknięcia pogardy kolegów, ma tylko jedną sensowną odpowiedź.

Ale Jordi Sierra i Fabra na to pytanie nie odpowiada, ba – w ogóle go bezpośrednio nie zadaje. Pokazuje za to dramatyczną walkę o życie dziewczyny i rozterki tych, którzy razem z nią brali prochy. Mówi o zataczającym coraz szersze kręgi, niebezpiecznym zjawisku, ale nie przestrzega przed nim słowami, a drapieżną i ostrą fabułą. Żyjący dotąd w poczuciu całkowitej bezkarności młodzi ludzie dostają w „Truskawkowych polach” prawdziwą nauczkę – powieściowa sytuacja, tak zbliżona do prawdziwego życia, musi dać czytelnikom do myślenia. Zwłaszcza że autor sprawia wrażenie, jakby podsłuchał młodzież – bohaterowie w języku (brawo dla tłumaczki, Magdaleny Olejnik) i zachowaniach są do bólu realni. To już nie czytadło, które można odłożyć na półkę bez refleksji, publikacja ta pozostawi głębokie ślady w umysłach nastoletnich odbiorców. Autor jest przekonujący – być może uda mu się dokonać tego, co nie udawało się pedagogom.

Książka nie ma szans, by znudzić. Nie jest tendencyjna, a silne emocje, wyzwalane podczas lektury, uniemożliwią przerwanie czytania. Jordi Sierra i Fabra zbudował ją z krótkich migawek, w ciągu dnia przeskakuje z sytuacji na sytuację, pokazuje rodziców Luciany, dilera, zakochanego chłopaka, Lucianę, przyjaciół z feralnej nocy, policjanta prowadzącego śledztwo, bulimiczkę, dziennikarza – nigdy nie wiadomo, do kogo zdecyduje się powrócić za chwilę. Narkotyki jako nieodłączny składnik imprezowego życia młodzieży to temat wiodący, ale nie jedyny – wiele jeszcze spraw porusza autor przy okazji. Czas powieściowy – ograniczony do jednej doby – sprawia, że w narracji niewiele jest opisów, w dialogach idealnie imitujących rzeczywistość skrywa się większość odczuć i przemyśleń postaci – dzięki temu tekst będzie się lepiej wchłaniał, to jest – przypadnie do gustu nastolatkom. Utrzymanie całości w konwencji odcinka sensacyjnego serialu jest nie tylko ukłonem w stronę współczesnych czytelników, ale i harmonijnym dopasowaniem treści i formy.
Rzadko zdarza się tak wstrząsająca powieść, pod wpływem której odbiorcy mogą zmienić swoje życie. Jordi Sierra i Fabra dokonał czegoś, o czym wielu twórców literatury czwartej marzy.


piątek, 23 kwietnia 2010

Waldemar Skrzypczak, Michał Majewski, Paweł Reszka: Moja wojna

Zysk i S-ka, Poznań 2010.

Cenzurka dla MON

Wiadomo, że służba wojskowa inaczej wygląda z perspektywy dowódcy, a inaczej ze strony jego podwładnych. Wiadomo, że spojrzenie na armię wiąże się z głęboką subiektywizacją i niemal każda wypowiedź wywoła polemiki. Ale jeśli relacje wojskowych traktować jako subiektywne właśnie – niepowtarzalne i osobiste – spojrzenia na sprawy żołnierstwa – otrzymać można całkiem sporo ciekawych i intrygujących publikacji. Nakładem wydawnictwa Zysk i S-ka ukazała się niedawno książka „Moja wojna”, stworzona przez dwóch dziennikarzy „Rzeczpospolitej” – Michała Majewskiego i Pawła Reszkę oraz Waldemara Skrzypczaka, generała broni, który musiał pożegnać się ze służbą po dyskusjach na temat sprzętu dla polskich oddziałów służących w Afganistanie.

Książka ma charakter biograficzny, przedstawia się w niej wojskową karierę Skrzypczaka – ale dla czytelników-specjalistów będzie tu ważniejszy drugi, podskórny nurt: wizja uzdrowienia armii. Waldemar Skrzypczak otwarcie mówi o tym, co nie podoba mu się w systemach szkoleń, w zachowaniach dowódców i w decyzjach ministrów obrony narodowej, piętnuje zjawiska stanowiące tajemnicę poliszynela, ale też protestuje przeciwko wygodnictwu i łatwym rozwiązaniom. Ma swój pomysł na wojsko – pomysł przetestowany, sprawdzony w warunkach bojowych i możliwy do zrealizowania, choć niepopularny. O kształtowaniu wojska i o odpowiedzialności za młodych, wstępujących w szeregi armii, będzie w tej historii mówił. Najprawdopodobniej spotka się z niechęcią zaangażowanych w temat, bo sporo rzeczy krytykuje i piętnuje – ale jednocześnie może też dać wiele do myślenia.

Przeprowadzają autorzy czytelników przez różne fazy działalności Skrzypczaka, który wytyka błędy, o jakich z reguły media milczą. Zamknięty okres PRL-u funkcjonuje tu przede wszystkim jako ciekawostka, zbiór mniej lub bardziej dramatycznych wydarzeń, ale i zestaw dobrych anegdot, wśród tematów poruszanych przez Skrzypczaka znajduje się między innymi opowieść o przygotowaniach do wojny, która nie nadeszła. Barwnie prezentuje się historia najnowsza: wejście Polski do NATO, praca Skrzypczaka w sztabie, wyjazd do Iraku i polityczne zawirowania po powrocie, walka o bezpieczeństwo żołnierzy podczas misji i po nich, sprawa Nangar Khel – aż po rozstanie z armią. Skrzypczak opowiada o swoich metodach pracy z żołnierzami, ale nie stroni też od naświetlania politycznych niesnasek i praktyk, które źle odbijają się na wyszkoleniu wojska. Przedstawia antagonizmy na „górze” i ostro komentuje brak profesjonalizmu zwierzchników. Swoje relacje ilustruje dowcipnymi (choć podszytymi goryczą) scenkami, przytacza mnóstwo zabawnych sytuacji – co może jeszcze wpłynąć na popularność „Mojej wojny”: książkę po prostu świetnie się czyta.

Są w „Mojej wojnie” trzy sposoby prowadzenia narracji. Pierwszy to relacja pośrednia – Majewski i Reszka przetrawiają wiadomości uzyskane od generała i przedstawiają bohatera książki z zewnątrz, imitując obserwację. Drugi, wyodrębniony graficznie przez kursywę sposób, to relacja bezpośrednia – opowieści „z notatnika generała”, pisane w pierwszej osobie, wzbogacone o przemyślenia i odczucia, które w chłodnej i obiektywnej narracji by się nie zmieściły. W obu tych sposobach pojawiają się także dialogi i wprowadzane bezpośrednio scenki. Trzecią metodą snucia historii staje się natomiast wywiad: istnieją tu całe fragmenty prowadzonych przy pisaniu książki rozmów. Doświadczeni dziennikarze wiedzą, jak ujawniać swoją obecność, potrafią też dyskretnie zniknąć, pozostawiając w centrum uwagi Skrzypczaka i dylematy, z jakimi musiał się mierzyć. Czasem wywody przecinają wtopione w tekst przypisy, wyodrębnione kolorowymi belkami i innym krojem czcionki – dostarczają one historycznych objaśnień, czasem też kończą się zaskakującą i nienaukową puentą, warto je więc także prześledzić. Kolorowe strony ze zdjęciami zawierają obszerne fragmenty tekstu wziętego bezpośrednio z książki.
Zwierzenia Skrzypczaka składają się na książkę dynamiczną i ciekawą, barwną, a przy tym lekką (mimo że nie zawsze lekkie są przekazywane w niej treści). Warta jest przeczytania – nie tylko przez wielbicieli militariów i zainteresowanych wpływem polityki na system obrony kraju.

czwartek, 22 kwietnia 2010

Remigiusz Grzela: Marian Kociniak. Spełniony

Trio, Warszawa 2010.


Spowiedź aktora


Początek lektury książki „Marian Kociniak. Spełniony” wiąże się chyba nieodłącznie z zaskoczeniem. Po pierwsze dlatego, że aktor, który od dziennikarzy raczej stronił, decyduje się na wywiad-rzekę i otwarcie mówi o własnych słabościach i dawnych błędach zamiast chwalić się osiągnięciami – te traktuje jako wynik rzemieślniczej wręcz pracy. Po drugie natomiast ze względu na styl prowadzonych dyskusji. Remigiusz Grzela nazywa te fragmenty „rozmowami” – całkiem słusznie, to bardziej nieformalne pogawędki niż wywiad z prawdziwego zdarzenia. Jeśli ktoś nastawi się na erudycyjny i pełen eleganckich sformułowań tekst, może na początku się rozczarować – ale odbiorcy szybko przyzwyczają się do specyficznego klimatu głównej części książki.

Marian Kociniak nie należy do artystów-gawędziarzy, od pierwszych słów widać, że lubi odpowiadać na pytania krótko i rzeczowo, niekiedy tylko pozwalając sobie na drobne opowiastki i anegdoty. Dlatego Remigiusz Grzela dostosowuje się do sposobu opowiadania swojego rozmówcy, zadaje pytania zwyczajnie i jakby z ciekawości, bez przerwy o coś dopytuje, zakotwiczając dalsze części wywiadu w drobiazgach zasłyszanych od aktora, nie formułuje ładnych i pełnych pytań, niekiedy na przykład powtarza kilka słów Kociniaka, jakby prosząc o doprecyzowanie. Na „Spełnionym” nie da się nauczyć sztuki dziennikarskiej, cenna może być za to zdolność do mimikry. Gdyby Grzela wybrał patetyczny ton czy rozbudowane kwestie, musiałby przyćmić rozmówcę. Przyjęta forma – jedyna możliwa – pomaga uwypuklić osobowość Mariana Kociniaka, i, co tu ukrywać, wciąga odbiorców ze względu na dopuszczenie do intymnych wynurzeń.

Dwadzieścia cztery rozmowy – rozmowy, a nie wywiady, to znacząca różnica – nieraz zaskoczą. Marian Kociniak wybiera momentami formę spowiedzi, przyznaje się do niezbyt chwalebnych kart z przeszłości, sporo miejsca poświęca między innymi uzależnieniu od alkoholu – opowiada o tym jednak spokojnie i bez emocji, wykluczając sensacyjność. Grzela interesuje się niemal w jednakowym stopniu prywatnym życiem aktora, jak i jego pracą. Pojawią się zatem powroty do przeszłości i pytania o czas dojrzałości – wśród nich rozważania na temat wnuków, nie obejdzie się bez rozmów na temat współpracy z różnymi reżyserami, palących kwestii politycznych czy wspomnień o kolegach z planów filmowych i scen.

Kociniak nie skupia się na tym, by kreować siebie lub ubarwiać swoje doświadczenia, nie zależy mu na pokazaniu siebie z jak najlepszej strony. Udziela rzeczowych i szczerych odpowiedzi, ale nie wykracza poza „szybkie”, narzucające się skojarzenia. Na Remigiuszu Grzeli spoczywa zatem bardzo trudne zadanie – tylko bowiem on ma szansę nadać kierunek rozmowom, musi wziąć na siebie ciężar odpowiedzialności za dyskusje, powinien też nakłonić nieskorego do zwierzeń artystę do pewnej wylewności.

Na rozmowach z Marianem Kociniakiem nie kończy się „Spełniony”. Remigiusz Grzela uzupełnia dialogi o wybór recenzji i opinii, publikowanych po występach – czasem to wyimki dotyczące samego aktora, innym razem omówienia spektakli, w których to omówieniach Kociniak jest po prostu wymieniony z nazwiska czy opisany konwencjonalnie. To dobra ilustracja dla bardziej osobistych rozmów, świetne i potrzebne uzupełnienie dyskusji, podczas których nie ma czasu na zagłębianie się w rzeczowe dopowiedzenia. Całość zamyka rejestr ról teatralnych i filmowych Mariana Kociniaka. Mnóstwo w tej książce także zdjęć z archiwum aktora.

„Jaką podróż odbył Marian Kociniak? Kim jest? Mam nadzieję, że ta książka odpowiada na te pytania. I mam nadzieję, że nie odpowiada do końca. Bo w rozmowie najważniejsze jest to, że bywa niedopowiedziana” – pisze Grzela w sensownym wstępie do „Spełnionego”. Fakt, po lekturze tej publikacji można żałować, że wiele kwestii nie zostało poruszonych, wiele tematów czeka jeszcze na rozwinięcie i uporządkowanie. Ale można też cieszyć się z postawy aktora, który mimo braku narracyjnego talentu zdecydował się podzielić wspomnieniami ze swoją wierną publicznością. Na pewno przyniesie książka kilka intrygujących opinii na temat fachu aktorskiego i podejścia do zawodu, bez wątpienia też przybliży – zwłaszcza młodszym odbiorcom – sylwetkę aktora, którego dziś pamięta się przede wszystkim jako sympatycznego Franka Dolasa z filmu „Jak rozpętałem drugą wojnę światową”.


środa, 21 kwietnia 2010

Hella S. Haasse: Panowie herbaty

Noir sur Blanc, Warszawa 2010.

ZwyCZAJne życie

Do lektury „Panów herbaty” potrzebna jest przede wszystkim cierpliwość i spora ilość wolnego czasu. Hella S. Haasse serwuje bowiem swoim odbiorcom książkę, której nie da się w pośpiechu przekartkować. To powieść dla koneserów, smakoszy, którzy pozwolą się uwieść powolnemu, działającemu na zmysły rytmowi narracji. To także proza niezwykle gęsta, nasycona obrazami – choć fabularnie niespecjalnie trzymająca w napięciu.

„Panów herbaty” osnuła autorka na kanwie rzeczywistych wydarzeń – odtwarzała losy bohaterów historii dzięki zachowanym dokumentom i listom (znalezionym we Wschodnioindyjskim Archiwum Herbacianym i Rodzinnym). Kronikarskie podejście zaowocowało jednak nie literaturą faktu, a piękną powieścią, przenoszącą czytelników do XIX wieku – stąd rozmach dawnej narracji i styl pisania, jakiego próżno by dzisiaj szukać, stąd też pewne wrażenie niespieszności relacji. W „Panach herbaty” od pierwszych stron uderza rzeczowość i drobiazgowość zarazem. Prezentowanie losów Rudolfa Kerkhovena, który po studiach przybył na Jawę, by rozpocząć uprawę herbaty, staje się raczej pretekstem do literackich i warsztatowych popisów niż bodźcem do zbudowania prawdziwej intrygi. W efekcie przebieg fabuły można zamknąć w jednym zdaniu: młody człowiek poznaje zasady prowadzenia fabryki herbaty, spotyka piękną dziewczynę, zakłada rodzinę i dalej pracuje nad swoim przedsięwzięciem, nie zawsze znajdując pomoc i wyrozumiałość u najbliższych. Ale Helli S. Haasse wcale nie interesują życiowe zawirowania pełnego ideałów młodego człowieka, on okazuje się tylko przyczyną ukazania całej złożoności obyczajów dziewiętnastowiecznych w Holenderskich Indiach Wschodnich – i dobrym uzasadnieniem dla tworzenia rozbudowanych, a przy tym smacznych, opisów.

Na dwie sfery trzeba koniecznie zwrócić uwagę. Pierwsza dotyczy formy. Autorka stosuje rozlewny, epicki styl, szczegółowo charakteryzuje kolejne poczynania bohatera – i kiedy wydaje się, że niczym już nie zaskoczy, a sprawność pióra ujawniać się będzie jedynie w utajonej pastiszowości, nagle zmienia rodzaj prowadzonej opowieści. Zmienia, gdy na arenę wkracza przyszła żona bohatera. Niespodziewanie pojawia się odmienny punkt widzenia, który w niewymuszony sposób pociąga za sobą drobne, ale wyraźne modyfikacje planu językowego. Haasse w centrum zainteresowania stawia nową postać i wypowiada się przez pryzmat jej doświadczeń i doznań. Potem tę sztuczkę narracyjną wywoła drugi raz, oddając możliwość oceny sytuacji potomstwu głównego bohatera – i wówczas uderzy czytelników sprawność w operowaniu frazami, mało tego – zdolność zmieniania sposobu postrzegania świata, bo przecież nie w samym języku leży źródło owych misternych konstrukcji.

Drugą godną zainteresowania sferą jest sprawa psychiki postaci. Haasse na początku skupia się na przedstawianiu otoczenia Rudolfa, odmalowuje zastaną przez niego rzeczywistość – i wydaje się po prostu spostrzegawcza (czy, jeśli przejść od roli narratora do pisarza – rzetelna w swoich badaniach i poszukiwaniach). Z czasem jednak wychodzi na jaw, że autorka dobrze potrafi oddać w powieści wewnętrzne metamorfozy bohaterów. Pozostawia czytelnikom możliwości interpretacyjne, ale sama subtelnie kreśli sylwetki postaci w trakcie przemian charakterologicznych. Wszystko jest tu, rzecz jasna, umotywowane okolicznościami zewnętrznymi, lecz nie na tyle tendencyjne, by uprzedzać rozwój wydarzeń.

Hella S. Haasse proponuje odbiorcom podwójną egzotykę. Umieszcza akcję w Holenderskich Indiach Wschodnich, zadziała więc w Polsce kryterium geograficzno-społeczne – a przy okazji odsuwa fabułę w czasie, do drugiej połowy XIX wieku, co przecież nie może pozostać bez znaczenia na doznania lekturowe, zwłaszcza że chce autorka uwiarygodnić tekst na wielu płaszczyznach. Wplata do książki różne formy i gatunki, wszystko po to, by zachwycić odbiorców sposobem prowadzenia historii. Po „Panów herbaty” nie powinni sięgać ci, którym zależy na sensacyjności i szybkim tempie, ale już lubiący dobre puenty wycinków utworu czy sugestywne opisy znajdą tu coś dla siebie. Ta książka rozwija się wolno, ale pachnie herbatą – czasami to właśnie wystarczy.

wtorek, 20 kwietnia 2010

Susanne Schürmann: Mam przyjaciela marynarza

Media Rodzina, Poznań 2010.

Portowe opowieści



Kilka książeczek z niemieckiej serii Mądra Mysz, a konkretnie z chłopięcego odgałęzienia tej serii napisała Susanne Schürmann. Do zeszytów przez nią stworzonych należy między innymi nieco egzotyczna opowieść „Mam przyjaciela marynarza”, przybliżająca małym czytelnikom tajniki pracy na morzu. Od samego początku wyraźnie widać różnice poetyki, bo choć ogólne założenia cyklu i szkielet konstrukcyjny opowiastek pozostały niezmienione, autorka wypełnia je treścią inaczej niż czyni to Ralf Butschkow (który w tym tomie pozostał, jak wszędzie, ilustratorem).

Niezupełnie o zawód marynarza w książeczce chodzi. Karol jest kapitanem holownika i przybliżać małemu przyjacielowi będzie raczej zajęcia związane z pracami w porcie niż kwestie pływania na pełnym morzu. Zaproszony na pokład „Herkulesa” chłopiec ma zatem okazję znaleźć się na mostku kapitańskim, w pobliżu steru (kapitan objaśnia dziecku przeznaczenie kolejnych urządzeń, ale mały bohater nie powtarza tego swoim odbiorcom). Ogląda potem maluch olbrzymi kontenerowiec, masowiec i dok pływający, w którym właśnie remontowane są dwa statki. W dawnej dzielnicy portowej bohater podziwia stare magazyny, potem – rorowiec (statek do przewozu ładunku kołowego). Dowiaduje się wreszcie, do czego potrzebne są holowniki. Wycieczka kończy się w maszynowni, zaprezentowanej z typowo kobiecego punktu widzenia.

Susanne Schürmann nacisk kładzie przede wszystkim na próbę przekazania jak największej ilości prostych, zakrawających o definicje, informacji, opowiada, jakie jest przeznaczenie kolejnych jednostek pływających, ale nie o pracy marynarzy. Przyjmuje przeważnie dziecięcy punkt widzenia, to nie ludzie, a „statki” wykonują skomplikowane operacje. Podporządkowanie opowieści takie perspektywie pozwoli wzbogacić wiedzę maluchów, ale na pewno nie da im wyobrażenia o trudach marynarskiego fachu. Zwłaszcza że marynarzy jest tu jak na lekarstwo.

Rolę wabika przybiera w tej książce ponownie Ralf Butschkow. On to swoimi ilustracjami budzi prawdziwe zainteresowanie i ożywia mało emocjonalny tekst. Rysuje holownik, którym płynie mały bohater, w pobliżu olbrzymich statków. Takie obrazki naprawdę robią wrażenie – dzieci będą mogły porównać sobie maleńkie sylwetki książkowych przyjaciół i ogromne maszyny. To chyba największy atut części „Mam przyjaciela marynarza”, żadne słowa nie oddałyby kontrastu, jaki udało się uchwycić na rysunkach.

Jak zwykle, każda strona (więc i każdy akapit opowieści Karola) przynosi coś nowego i coś zaskakującego – nie zawsze są to wydarzenia z portowej codzienności czasem to odkrycia ważne nawet dla samego kapitana. Susanne Schürmann posługuje się przy tym fachowymi terminami – pisze o relingu oraz kei, bez komentowania znaczeń – tylko porównanie tekstu z sytuacjami na rysunku pozwoli zrozumieć właściwy sens wywodu. Trzeba przyznać, że to dobre rozwiązanie, poprzeczka jest ustawiona dość wysoko, lecz dzieci powinny sobie z lekturą poradzić. Zresztą, łatwiej wskazać konkretne elementy na rysunku niż odwoływać się do niezbyt jeszcze wprawnej w tym zakresie wyobraźni.

Na koniec czeka małych odbiorców test na spostrzegawczość – zestaw przedmiotów pojawiających się na rysunkach (przedmiotów-drobiazgów, zwykle niezbyt istotnych i nierzucających się w oczy podczas śledzenia zapierających dech w piersiach ilustracji) trzeba odnaleźć w książeczce. „Mam przyjaciela marynarza” zapewnia więc – oprócz ciekawej historii – także trochę rozrywki.


Starość u Sztaudyngera

„Lecz na cóż kpiarzom sentymenty?”. Obraz starości we fraszkach Jana Sztaudyngera


Coraz jesteśmy ozdobniejsi, srebrni,
I na tym świecie coraz mniej potrzebni...

- wzdychał w jednej ze swych fraszek ten, któremu nie było dane dożyć prawdziwej starości. Jan Sztaudynger zmarł w wieku 66 lat na czerwienicę. W piórkach (jak sam określał własne fraszki) i w niektórych lirykach poruszał temat podeszłego wieku. Chociaż ci, którzy dobrze znali Sztaudyngera, podkreślali, że do końca swoich dni zachowywał młodzieńczą pogodę ducha oraz iście dziecięcą naiwność w spoglądaniu na świat.


[całość tekstu dostępna będzie w późniejszym terminie]

poniedziałek, 19 kwietnia 2010

Izabela Szolc: Martwy punkt

Nowy Świat, Warszawa 2010.

Serial na papierze


Izabela Szolc dobra jest w fabułach, mniej natomiast zachwyca od strony warstwy literackiej. W „Martwym punkcie”, drugiej powieści o przygodach policjantki Anny Hwierut, potwierdza Szolc tę tezę. Książka byłaby dobrym materiałem na scenariusz odcinka serialu kryminalnego – byłaby też ciekawym szkicem do napisania powieści: wydaje się, że autorka niepotrzebnie gubi się między atmosferą a konkretem, próbuje stworzyć klimat grozy czy – choćby – sensacyjności – ale zapomina przy tym o konieczności porządnego osadzenia kolejnych wątków fabuły w wykreowanym przez siebie świecie. W efekcie dostajemy do rąk kryminał, który nie do końca wie, co ma udawać. Jeśli do tego dodać jeszcze ducha pisarstwa Aleksandry Marininy… Izabela Szolc momentami nie wytrzymuje konkurencji z kolegami po piórze. Przez „Martwy punkt”, mimo starań autorki, przebiega się wzrokiem szybko i raczej bez emocji.

A Szolc chciałaby te emocje wzbudzać. Intrygę kryminalną osnuwa wokół morderstw dokonanych na prostytutkach. Szuka powiązań w biografiach seryjnych morderców (fragmenty takiego dzieła przeplatają się z właściwą opowieścią, mają pełnić rolę komentarza i, przy okazji, pchać do przodu śledztwo). Anna Hwierut, ciężko doświadczona przez los, próbuje się uporać z kolejnymi traumami – chorobą alkoholową ojca, zabiciem bandyty, kolegą pracy, który znęca się nad żoną, synem, odtrącającym ją i wchodzącym w czas nastoletniego buntu, zazdrością wobec nowej pracownicy policji. W tym wszystkim widać próbę uczłowieczenia bohaterki, ale Anna Hwierut, mimo starań Izabeli Szolc, nie przestaje być papierowa i bezbarwna. Sprawdziłoby się to w konwencji seriali, jakich ostatnio wiele – jak na książkę to jednak zdecydowanie za mało.

„Martwy punkt” – być może – chce po prostu ciążyć ku literackości niewyrażanej wprost, ma oddalać mimetyzm przy jednoczesnych próbach osadzenia tekstu w brutalnej i sensacyjnej rzeczywistości. Taki konflikt celów zarysowuje się w tomie i utrudnia pracę interpretatorom. Kryminał okazuje się być niezakotwiczony w konkrecie. Staje się zlepkiem scen mocno przypadkowych, widać w książce wysiłki i dążenia do sklejenia tych scen w jedną całość. Izabela Szolc urywa momentami na wpół zrealizowane pomysły, rezygnuje z charakterystyk, co potęguje jeszcze wrażenie przypadkowości.

Autorka podjęła spore ryzyko, wykorzystując intrygi rodem z peerelowskich powieści. Współczesne kryminały dotyczą raczej spraw zwyczajnych ludzi, Izabela Szolc odwraca się ponownie w stronę półświatka: na ofiary przeznacza prostytutki, pokazuje ciemną stronę codzienności – ale codzienności patologicznej, jakby takie rozwiązanie umożliwiało wprowadzanie ostrzejszych pomysłów. Inspiracje i nawiązania międzytekstowe są tylko sygnalizowane, po czym Szolc zdaje się o nich zapominać. Trudno mi rozszyfrować cel podobnych zabiegów – pozostaje wyłącznie podejrzenie o filmową, a nie literacką, wyobraźnię. Nie zaskakuje wizerunek głównej bohaterki, stworzonej niemalże według obserwacji badaczy i recenzentów. Anna Hwierut to typowa przedstawicielka władz śledczych, „uczłowieczona”, to jest niewolna od rozterek i problemów, czasem kłócąca się ze zwierzchnikami. Trochę za mało, żeby wykreować kolejnego literackiego detektywa.

Niestety, w „Martwym punkcie” nie sprawdziła się korektorka. Przepuściła kilka błędów ortograficznych pierwszego stopnia i parę literówek, nie zwróciła uwagi na parę stylistycznych niezręczności.
Na kryminał trzeba przede wszystkim mieć pomysł – Izabela Szolc ten pomysł znalazła, ale zabrakło jej dobrego wykonania. W efekcie „Martwy punkt” pozostawia niedosyt, mimo że z pewnością autorka będzie kontynuować serię połączoną osobą Anny Hwierut.

niedziela, 18 kwietnia 2010

Kathleen Tessaro: Flirt

Muza SA, Warszawa 2010.

Sposób na związek

Po „Flircie” Kathleen Tessaro nie spodziewałam się niczego poza lekką i przyjemną lekturą rozrywkową. I faktycznie, jest to powieść utrzymana w konwencji humorystycznego, wielopłaszczyznowego romansu, napisanego w dodatku z dobrym pomysłem. Rozbudowana powieść obyczajowa z przymrużeniem oka – tak w skrócie można by publikację Muzy scharakteryzować.

Hughie Armstrong Venables-Smythe (widać tu upodobanie autorki do stosowania rozbudowanych personaliów), główny bohater „Flirtu”, jest aktorem, który boryka się z kłopotami finansowymi i ma pełną skłonność do podejmowania ryzyka. Któregoś dnia jego uwagę przykuwa nietypowe ogłoszenie o prac – szczególnie „elastyczność moralna” jako jeden z wymogów budzi ciekawość mężczyzny. Praca nie ma jednak nic wspólnego z męską prostytucją, firma, która może dać Hughiemu zatrudnienie, zajmuje się ratowaniem związków za sprawą niewinnego uwodzenia. Cisi wielbiciele przyczyniają się do wzmocnienia pewności siebie zrezygnowanych kobiet, oraz do rozbudzenia ich wyobraźni. Na nowo doceniane i uwodzone panie, podbudowane na duchu i uszczęśliwione, mogą podejmować odważne decyzje, a często i zmieniać całe swoje życie. Kathleen Tessaro przedstawiła zamkniętą w zgrabnej fabule grę psychologiczną – dość trafnie ilustrując sedno damsko-męskich relacji. Autorka dość często posługuje się przerysowaniem, uruchamia dowcip, ale jednocześnie w portretowaniu postaci okazuje się zaskakująco subtelna. Dba o to, by sytuacje, które odmalowuje, nie miały w sobie nic z banału, szuka nieprzewidywalności, ale nie za cenę rezygnacji z prawdopodobieństwa. U Kathleen Tessaro nie ma fałszu, mimo że niektóre pomysły wydają się być rodem z bajki lub komedii romantycznej – to ostatnie wyznacza zresztą konwencję opowieści.

Hughie w nowym miejscu pracy uczy się, jak podrywać kobiety. Na wyznaczonych przez zwierzchników obiektach – Celach – strategie firmy sprawdzają się znakomicie. Kiedy jednak bohater chce przenieść uwodzicielskie sztuczki na swoją ukochaną (która do tego stopnia boi się zaangażowania i późniejszych rozczarowań, że zrywa, kiedy tylko zauważy u siebie pierwsze sygnały zakochania), tworzy mimowolną karykaturę flirtu. Wszystko idzie nie tak, jak powinno, a obowiązkowy w tego typu historiach happy end wcale nie musi dotyczyć pary, którą czytelnicy poznają na początku książki. Kathleen Tessaro, sięgając po konwencje i szablony, gra z nimi i modyfikuje pomysły fabularne dość odważnie, a przy tym z dobrym skutkiem.

Poza sercowymi perypetiami Hughiego autorka wprowadza jeszcze kilka(naście) wątków i par, połączonych rozmaitymi relacjami. Proponuje czytelnikom zestaw ciekawych związków, a przy okazji także i recept na różne problemy. Tessaro bywa skuteczniejsza w poradach niż babskie czasopisma – i o wiele bardziej interesująca.

„Flirt” skrzy się dowcipem – i to dowcipem przeważnie wysokiej klasy. Owszem, jest tu kilka żartów niskich, zaspokajających masowy gust, opartych na erotycznych skojarzeniach – ale Kathleen Tessaro równie chętnie posługuje się absurdem czy humorem abstrakcyjnym, co każe ustawiać „Flirt” wyżej niż przeciętne współczesne powieści romantyczne. Przy tym książka nie epatuje seksem, liczy się w niej za to klasyczna sztuka uwodzenia, atmosfera, to, co niedopowiedziane – dzięki czemu fabularne pomysły nie przysłaniają trafności spostrzeżeń, a to, obok wciągającej akcji, także atut „Flirtu”. Kathleen Tessaro bawi się motywami, swobodnie gra skojarzeniami i śmieje się z konwenansów (najlepiej wyszła jej chyba satyra na sztukę współczesną) – dostarczy zatem odbiorcom całkiem sporo rozrywki i sprawi, że do „Flirtu” będzie się chciało wracać.

sobota, 17 kwietnia 2010

Jim Cartwright: 2 (przedstawienie z repertuaru katowickiegoTeatru Korez)

Tłumaczenie: Sława Michalewska-Biczysko
Reżyseria: Robert Talarczyk
Na scenie: Grażyna Bułka, Mirosław Neinert
Opracowanie światła i dźwięku, realizacja dźwięku: Sergiusz Brożek
Realizacja światła: Sławomir Jastrzębski
Efekty dźwiękowe: Jacek Kurkowski, Sławomir Jastrzębski, Sergiusz Brożek
Premiera: 9 października 2009
Czas trwania: 1 godzina 15 minut (bez przerwy)



Ich dwoje


Stolik i dwa krzesła, szafa grająca. Przestrzeń sceniczną buduje się w spektaklu Jima Cartwrighta „2” oszczędnymi środkami: rekwizyty zostały ograniczone do minimum, a teatralny mikrokosmos kształtują dźwięki i gesty pary aktorów. Mirosław Neinert i Grażyna Bułka wcielą się w kilkanaście postaci, by w trwającym godzinę i kwadrans przedstawieniu zaprezentować skomplikowane międzyludzkie relacje i – często niebezpieczne – związki. Wszystko w dowcipnej, niebanalnej formie, przy odrobinie dramatyzmu i wzruszenia. Wyreżyserowany przez Roberta Talarczyka spektakl w wykonaniu artystów katowickiego Teatru Korez szybko się nie znudzi.

Na niewielkiej przestrzeni, po obu stronach wyimaginowanego baru, rozgrywają się sceny, wobec których trudno pozostać obojętnym. Właściciele lokalu od początku odnoszą się do siebie z agresją, mającą źródło w traumie sprzed lat. Klienci baru rekrutują się z różnych środowisk – wpadają na chwilę, by przy piwie zapomnieć o swoich problemach, oderwać się od codzienności lub po prostu zabawić się. Pojawia się tu elegancka dama, śmiertelnie zmęczona opieką nad niepełnosprawnym mężem – i sympatyczny staruszek, pogodzony z samotnością i zbliżającym się nieuchronnie kresem życia, na chwilę wpada mały chłopiec, który stracił z oczu ojca. Bar staje się też tłem dla scenek z życia par: na drinka przychodzi podstarzały lowelas, który próbuje w rytm dyskotekowych przebojów poderwać najpiękniejsze dziewczyny z publiczności: jego zamiary tonuje jednak ekspansywna narzeczona. Napój bezalkoholowy zamierza w spokoju wysączyć domina – mąż owej damy, cichy, malutki i zahukany, nie ma zbyt wielu możliwości, by dopasować się do idealnego mężczyzny z marzeń ukochanej. Przychodzi do baru para toksyczna – kobieta nie ma tu szans na ucieczkę z niszczącego związku – przychodzi też i kochające się małżeństwo, szczęśliwe mimo licznych drobnych dziwactw. Pracowity dla właścicieli baru dzień nie kończy się z zamknięciem lokalu: nadchodzi bowiem noc, podczas której trzeba się będzie zmierzyć z bolesną prawdą.

Zachwycające są w „2” metamorfozy aktorów. Rzecz jasna, przerysowanie postaci (przerysowanie oznacza tu wyostrzenie, nie karykaturalizację) pomaga artystom w tworzeniu iluzji, jakoby na scenie pojawiało się kilkanaście osób, ale warto zwrócić uwagę na fakt, że Mirosław Neinert i Grażyna Bułka wykorzystują we wcielaniu się w nowych bohaterów odmienne środki, prowadzące do tego samego celu. Dla Bułki zmiany kostiumów są sygnałem do całkowitego odejścia od sposobu kreowania poprzedniej postaci. Nowe stroje, nowe gesty, nowy sposób mówienia i nowy tembr głosu – wszystko to sprawia, że widz poddaje się złudzeniu oglądania kilku aktorek o odmiennych temperamentach. Mirosław Neinert natomiast kolejne kreacje opiera na modyfikacjach, uruchamia je dzięki drobiazgom – najczęściej związanym z wygłaszaniem tekstu. Zróżnicowane charakterologicznie sylwetki zachęcają wręcz do popełniania aktorskich nadużyć i przesady w konstruowaniu postaci, zwłaszcza że nie ma w „2” bohaterów jednopłaszczyznowych. Grażyna Bułka i Mirosław Neinert radzą sobie jednak znakomicie, nie wpadają w pułapki wyolbrzymiania czy podsycania kontrastów, choć prawie za każdym razem „ją” i „jego” przedstawić muszą w sytuacjach przełomowych lub zapowiadających zmiany. Naturalni i przekonujący sugerują cały splot wydarzeń. „2” rewelacyjnie operuje skrótem, na podstawie scenicznych sytuacji nietrudno odtworzyć całość teatralnego makrokosmosu, a nawet wpisać wydarzenia w pozateatralną rzeczywistość.

Jest „2” sztuką o mężczyźnie i kobiecie, ale także opowieścią o różnych receptach na szczęście. Od pierwszych minut stawia się tu pytanie o przyczyny trwania w związkach dalekich od ideału, o siłę trudnej, skazanej na ciągłe niepowodzenia i wyrzeczenia, miłości. Klienci baru niechcący odsłaniają przed publicznością – traktowaną jako kolejni bywalcy – swoje najintymniejsze sekrety. Otwierają się w stopniu dla nich samych czasem niezrozumiałym i wciąż szokują.

Na język dramatu nie zwraca się podczas śledzenia sztuki większej uwagi, tymczasem stanowi on dodatkowy element uwiarygodniający akcję i kreacje postaci. Mamy tu do czynienia z kilkoma poetykami, nie wyczuwa się w nich sztuczności mimo koloryzowania. Dialogi poprzetykane żartami bawią także ze względu na wpisane w język bohaterów, trafne i właściwe dla nich sformułowania. Gest powtórzenia rzeczywistości przynosi w tym wypadku efekt komiczny.

Zresztą komizm i tragizm przeplatają się przez całe „2”, przez co spektakl wpisuje się idealnie w Korezowe hasło „teatr dla ludzi, który bawi a nie nudzi”. W przypadku monologów zmęczonej kobiety i staruszka śmiech schodzi na dalszy plan, pierwsza bohaterka wprowadza motywy groteskowe, lecz ogrom jej cierpienia wywołuje raczej współczucie niż radość. Samotny staruszek przedstawia lekko naiwnie, ale i wzruszająco, metody radzenia sobie z umieraniem, subtelne żarty wpisane zostały w obietnice oraz konwencjonalne pożegnania (mało kto z widzów jest w stanie wyłapać jak przedwojenne maniery kłócą się z ograniczeniami płynącymi z wieku, a przecież i w takim drobiazgu postać grana przez Neinerta musi rozbawić). Ale już przybywające do baru pary śmieszą ze względu na mocno akcentowany kontrast (domina z mężem, agresywny ze swoją partnerką – choć w tym wypadku dowcip funkcjonuje tylko w warstwie powierzchniowej i dla publiczności nie lada zaskoczeniem okazuje się fakt, że nie ma mowy o polepszeniu charakteru mężczyzny) – lub wyraźne odejście od normalności (Ćma i Krysia, fani Presleya).

Olbrzymią rolę w budowaniu scenicznej przestrzeni odgrywa światło i dźwięk. Odpowiednio włączane reflektory przekształcają bar w dyskotekę, salę telewizyjną czy night club, pomagają też w tworzeniu iluzji scenicznej: wystarczy wspomnieć walkę o drinki, podczas której zdesperowany mężczyzna wchodzi w mały krąg światła na środku zaciemnionej sceny. Ale w Korezowej realizacji „2” przestrzeń rzeźbi się przede wszystkim za pomocą dźwięków. Nie chodzi tylko o piosenki wybierane przez klientów z szafy grającej, stanowiące tło dla postaci – ale przede wszystkim o sample, efekty dźwiękowe i odgłosy, które składają się na atmosferę lokalu: przytłumiony gwar, brzęk szkła, nalewany alkohol – a wszystko dobrane z największą starannością i znakomicie zsynchronizowane z gestami aktorów (nie lada czujnością wykazać się musi podczas spektaklu odpowiedzialny za realizację dźwięków Sergiusz Brożek, zresztą także operator światła - Sławomir Jastrzębski - wykonuje tu odpowiedzialne zadania) – to właśnie dźwięki przekształcają ascetycznie zagospodarowaną scenę w prawdziwy lokal.

„2” to spektakl dynamiczny, pełen niespodziewanych rozstrzygnięć i mimochodem przemycanych prawd o istocie międzyludzkich relacji. W wykonaniu Grażyny Bułki i Mirosława Neinerta to popis aktorskich umiejętności, źródło śmiechu i refleksji. To wielowątkowa opowieść, której nie można przegapić.

Przedstawienie przeznaczone jest dla widzów powyżej piętnastego roku życia.



Na zdjęciu: Grażyna Bułka jako Krysia, Mirosław Neinert jako Ćma. Zdjęcie pochodzi ze strony Teatru Korez.

Filmowy zwiastun spektaklu

piątek, 16 kwietnia 2010

Ralf Butschkow: Mam przyjaciela kierowcę rajdowego

Media Rodzina, Poznań 2010.

Być jak Robert Kubica

Nie ulega wątpliwości, że na fali „kubicomanii” mali chłopcy zaczną się interesować pracą kierowców rajdowych. Ralf Butschkow, autor i ilustrator większości „chłopięcej” części serii Mądra Mysz trafił swoją propozycją „Mam przyjaciela kierowcę rajdowego” w sedno zabaw dzieci: w Polsce jego publikacja ma tym większe szanse odniesienia sukcesu, że mali czytelnicy – podobnie jak ich ojcowie – pasjonować się mogą wyczynami Roberta Kubicy.

Autor postawił tym razem na zawód mniej standardowy, urzekający swoją egzotyką i ekstremalnymi doznaniami – ale, wbrew pozorom, wcale nie zachęca do podejmowania ryzyka. Bohater – Adaś – przekonuje się, jak ważne są w wyścigach zasady zachowania bezpieczeństwa. Dowiaduje się między innymi, jak kierowcy chronieni są przed pożarami. Odbiorców uwrażliwia się również na problem piratów drogowych – wobec ludzi, którzy ulice traktują jak tory wyścigowe Wojtek, kierowca rajdowy, jest bezwzględny. Ralf Butschkow proponuje maluchom szybki przegląd sytuacji podczas zawodów: towarzyszy kierowcy przy zjazdu do boksu, przedstawia wypadek na torze (na szczęście niegroźny) i wzajemne oblewanie się przez zwycięzców szampanem. Przypomina też o innych wyścigach – rajdach motocyklowych i konkursach starych samochodów. Opowiastkę zamyka zestaw ciekawostek o wyścigówce Formuły 1 – na dużym plakacie opisane zostały najważniejsze elementy samochodu. Nawet dzieci, które zdążyły już zapoznać się z zasadami wyścigów, znajdą w książeczce „Mam przyjaciela kierowcę rajdowego” sporo interesujących i nowych informacji.

Małych chłopców, dla których samochody okazują się zwykle silną pasją, nie trzeba będzie specjalnie zachęcać do lektury tej pozycji. Już sama okładka, na której widnieje duży czerwony samochód Formuły 1, przyciągnie odbiorców. Warto zatem powiedzieć jeszcze, że Ralf Butschkow stanął na wysokości zadania, wybierając z zasobu wiadomości te najważniejsze i najbardziej atrakcyjne. Nie zapomniał też o zabawie: w domu kierowcy rajdowego, Wojtka, mnóstwo jest modeli samochodów wyścigowych, przyjaciel Adasia ma nawet śmieszną czapeczkę z samochodem-maskotką. To sprawia, że nietypowy zawód nie wydaje się już tak niedostępny – i odkrywa przed dziećmi niespodziewane uroki.

Rysunki w tej książeczce są bardziej zdynamizowane niż warstwa tekstowa i to one pełnią rolę wabików. Opis zyskuje raczej funkcję dopowiedzenia, precyzuje zamieszczone na ilustracjach dane, pomaga w objaśnianiu obrazków – lecz bez nich mogłyby sporo na atrakcyjności stracić. Ralf Butschkow stosuje mocne kolory i powiększenia, zatrzymuje też w kadrze sytuacje, które maluchom trudno byłoby zaobserwować – na przykład pracę mechaników w pit-stopie. Dzieci mogą spokojnie i partiami oglądać poszczególne rysunki, zresztą ogarnięcie wzrokiem całości nie zawsze uda się nawet dorosłym. Duże samochody i motocykle spodobają się chłopcom – chyba podobnie jak zakończenie tej opowiastki.

Tomik „Mam przyjaciela kierowcę rajdowego” powstał raczej dla zaspokojenia ciekawości maluchów niż dla rzeczywistej próby przekonania ich do pracy w zawodzie wyścigowego kierowcy. Zadziała tu jednak magia rzadko spotykanego zajęcia i możliwość przyjrzenia się z bliska zadaniom oraz wyzwaniom, jakie czekają na odważnych młodych ludzi. Ralf Butschkow wyborem tematu odwołuje się do wyobraźni dzieci – i zapewnia jej niezłą pożywkę. Książeczka, którą w Polsce opublikowało wydawnictwo Media Rodzina, będzie wyśmienitym uzupełnieniem samochodzików-zabawek – i zabaw, nieodłącznego elementu egzystencji małych chłopców.

czwartek, 15 kwietnia 2010

Joanna Chmielewska: Kocie worki

Kobra, Warszawa 2004.

Nieudany powrót do przeszłości


„Wszystko czerwone” Joanny Chmielewskiej było bestsellerem i w zasadzie do dzisiaj cieszy kolejne pokolenia czytelników – to powieść, która się nie zestarzała i nie straciła na dowcipie. „Kocie worki” miały być powrotem do historii sprzed lat: Chmielewska ponownie umieściła akcję w Danii, przeniosła grupę przyjaciół do domu Alicji i wymyśliła intrygę, która pozwoliła połączyć motywy znane z autobiografii z literacką fikcją. Dla wielbicieli „Wszystkiego czerwonego” zapowiedź powrotu do pisarstwa z lat świetności była obietnicą humorystycznego stylu i ciekawej fabuły. Jak to jednak zwykle z podobnymi obietnicami bywa, realizacja wypadła gorzej od zamierzeń, „Kocie worki” nie zdołały nasycić odbiorców i odeszły w zapomnienie.

Jeżeli we „Wszystkim czerwonym” akcja rozgrywała się na oczach czytelników, w „Kocich workach” część informacji została ukryta: Alicja i Joanna doskonale się rozumieją, rozmawiają o sprawach sobie znanych – takie przeniesienie części historii do dialogów utrudnia zaangażowanie emocjonalne odbiorców, którzy muszą czuć się odsunięci na dalszy plan, a czasami wręcz wykluczeni. Posiądą wiedzę na temat przeszłości, lecz wiedza ta będzie już obarczona interpretacjami, w dodatku niepełna.

Chmielewska próbuje w „Kocich workach” uruchamiać dwa nurty – kryminał i romans. Tyle że ów romans rozmywa się w niekończących się dyskusjach, a kryminał traci na wartości przez przegadanie: w pewnym momencie zaczęła Joanna Chmielewska przechodzić od dynamicznej fabuły w stronę rozmów – i właśnie tymi rozmowami zarzyna w „Kocich workach” intrygę. To nie wszystko. Po kolejnych autobiografiach autorka przyzwyczaiła się do fiszkowego, mozaikowego stylu, w którym w drobniutkich akapitach rozprawiać się może z tym, czego nie lubi. Podobną strategię przyjęła i w „Kocich workach”, tyle że to, co w memuarowych wynurzeniach nie dziwi i nie zakłóca odbioru, w powieści zwyczajnie może zmęczyć. Dają się tu zauważyć strzępki powtarzane w autobiograficznych formach, ale też postacie, które w poprzednich książkach się pojawiały (należy do nich Marianek, czyli Marcinek z „Harpii”) – w ten sposób czytelnicy otrzymują odświeżane zaledwie, a dobrze im znane, schematy i nie mogą się już bawić lekturą.

W „Kocich workach” widać tęsknotę za klimatem dawnych opowieści z Alicją w roli głównej, lecz mimo starań powrotu do bestsellerowego stylu nie ma. Za bardzo zatraca się Joanna Chmielewska w drobiazgach i nieistotnych dywagacjach, za często daje upust prywatnym emocjom i subiektywnym ocenom: niby fanom to wystarczy, a jednak szkoda, że autorka nie skupia się bardziej na uprawdopodobnieniu fabuły – tym razem intryga jest mało wiarygodna i niewystarczająco rozbudowana.

Wśród rozmaitych pisarskich przyzwyczajeń i szablonów daje się też w „Kocich workach” zauważyć skarykaturalizowane wręcz przywiązanie do skrupulatnych wyliczeń – kilka razy z lubością autorka wymienia cały zestaw zróżnicowanych i przypadkowo zgromadzonych przedmiotów, jakby próbowała odmalować przed czytelnikami obserwowane sceny. Brzmi to coraz bardziej sztucznie i miejscami przypomina raczej kurs kreatywnego pisania niż dzieło doświadczonej autorki. Wielokrotnie powtarzane nawyki pisarskie teraz – w późnym okresie twórczości Joanny Chmielewskiej – stają się coraz bardziej skostniałe i bezbarwne, mimo emocji, jakie targają samą pisarką.

Oczywiście „Kocie worki” zwyczajnie nie wytrzymują porównania z książką, która uznawana jest za jedną z najlepszych w dorobku Joanny Chmielewskiej. Da się tę powieść przeczytać, ale o zachwyt w jej przypadku raczej będzie trudno.

środa, 14 kwietnia 2010

Liliana Fabisińska: Amor i porywacze duchów

W.A.B., Warszawa 2006.


Tam, gdzie mieszkają smoki

Posiadanie w domu smoka, którego nikt niepowołany nie może zobaczyć, to spory problem. Ale posiadanie w domu smoka z lekką nadwagą i początkami depresji to już prawie tragedia. W dodatku Wiltor to smok nietypowy… „smok powinien mieć łuski jak jaszczur i oczy zarośnięte błoną. A tu co? Jakaś dziecinada! Rzęsy jak u aktorki, futerko jak u pluszowego misia i czyściutka polszczyzna zamiast bułgarskiego akcentu”. Smok Wiltor, mieszkający u Amora Korzonka, potrafi w dodatku czytać w myślach. Odkąd przestał być duchem, rodzina i przyjaciele Amora musieli sporo się natrudzić i nagimnastykować, by ukryć życie pod jednym dachem z prawdziwym smokiem. A jednak dziennikarze dowiedzieli się o nietypowym stworze i zaczęli oblegać dom Korzonków; prawie też okaleczyli smoka. W dodatku wujek Władek (wtajemniczony policjant) i smok Pływalec (zaklęty w bociana brat Wiltora) giną w niewyjaśnionych okolicznościach. Mali detektywi – Amor, Kuna i Jacek, wraz z rodzicami, dorosłym przyjacielem – milionerem Adamem Wiśniewskim i oczywiście z Wiltorem muszą wyjaśnić zagadki i poradzić sobie z wszystkimi kłopotami. Rodzice Amora Korzonka zajmują się nauką i brakuje im czasu na codzienne gospodarskie czynności – dzieci uczą się więc chcąc nie chcąc wykonywania prac domowych. Poza tym muszą ratować swoich baśniowych towarzyszy – autorka stworzyła więc dyskretną lekcję przyjaźni i odpowiedzialności.

„Amor i porywacze duchów” to drugi tom o przygodach Amora Korzonka i jego przyjaciół. Liliana Fabisińska łączy realistyczną opowieść i fantastyczne baśniowe postacie. Scala to w spójną całość dzięki zmysłowi obserwacji i znakomitemu poczuciu humoru. Wydarzenia zmieniają się tu jak w kalejdoskopie, wartka akcja nie pozostawia miejsca na nudę. Amor i Kuna spędzają naprawdę bardzo pracowite wakacje. Sprytniejsi i bardziej zaradni niż niejeden dorosły, biorą na swoje barki odpowiedzialność za losy rodziny smoków i całego baśniowego świata, który – jak się okazuje – istnieje niemal na wyciągnięcie ręki. W dodatku wszystkie, nawet najmniej ważne elementy są puzzlami układanki i składają się na efekt końcowy. Ale bez podpowiedzi smoka cała czytelnicza zabawa w detektywów musi spalić na panewce. Takie rozwiązanie gwarantuje atmosferę tajemniczości do ostatniej strony.
Mimo niecodziennych wydarzeń (przeniesienie postaci z baśni do rzeczywistości), Liliana Fabisińska przemyca humorystyczne komentarze dotyczące współczesności. Prowadzi narrację zgrabnie, umiejętnie stopniuje napięcie, steruje emocjami.

Bohaterem jest tu gadający smok, mało tego – smok pokryty zielonym futerkiem, mający na powiekach po 3 zawinięte rzęsy. Przypomina to reklamę jogurtów albo bajeczki dla małych dzieci. Jednak Liliana Fabisińska potrafi zmienić potulnego, podobnego do zabawki smoka w rozsądnego i ważnego członka niezwykłej rodziny. „Amor i porywacze duchów” to nie tyle bajka, co ciekawa i wciągająca powieść fantasy, łączącą w sobie też zalążek historii sensacyjno-kryminalnej. Nie trzeba być wielbicielem tego typu literatury, żeby książka Fabisińskiej zrobiła wrażenie, zwłaszcza że i zwolennicy realizmu znajdą tu coś dla siebie.

wtorek, 13 kwietnia 2010

Mira Stanisławska-Meysztowicz i Grzegorz Kasdepke: Przyjaciele

Literatura, 2004.


Sprzątanie podwórka

Ci ciekawego może się wydarzyć na brudnym podwórku, otoczonym szarymi kamienicami? Na podwórku, na którym rośnie jedno rachityczne drzewko? Jeśli do tego dodać jeszcze porę roku – a akcja „Przyjaciół” zaczyna się w lutym… Co ciekawego może się wydarzyć? Z pozoru nic. Można co najwyżej podenerwować dozorcę, pana Franciszka. Dzieci, zamieszkujące kamienicę przy Śródmiejskiej 15 „nawet głupiego bałwana nie mogą ulepić, bo w połowie lutego (…) zamiast śniegu leży bura breja – szara i obrzydliwa”. A jednak życie dzieciaków z kamienicy – Wojtka, Jacka, Tomka i Patti – kiedy na podwórze ich domu wjechała ciężarówka z napisem „Przeprowadzki”, zmieniło się diametralnie. Nagle pojawiły się pierwsze dziecięce zauroczenia, niemal dorosłe problemy, zawiść, skrajne emocje i silne uczucia. W dodatku w powietrzu wisi tajemnica. Dlaczego pan Franciszek, dozorca, na widok nowych lokatorów zaczyna o siebie dbać? Kogo obserwuje przez okno pani Halinka? Wreszcie – czy córka nowych mieszkańców przypadnie do gustu dzieciom ze Śródmiejskiej?

Wszystko zapowiada dobrą zabawę i pasjonującą lekturę. Starannie wykonane rysunki dopełniają całości. Jest tu umiejętnie stopniowana akcja, dawkowane emocje, silne wrażenia.
Minusem książki, przynajmniej z mojego punktu widzenia, na początku i na końcu opowieści są autorzy. Wyraźnie brakuje im pomysłu na rozpoczęcie historii. Wstęp przypomina pełną stremowania próbę śmiechu i udawania radości czy beztroski ze ściśniętym z przerażenia gardłem. Niezbyt dobre robi to wrażenie – podobnie zresztą jak prezentacja bohaterów książki – autorzy wcielają się w operatorów kamery lub też w suflerów, wywołując kolejno dzieci i opowiadając o nich czytelnikowi. Naprawdę trudno o wrażenie większej sztuczności i nieudolności narratorskiej (co dziwi w przypadku doświadczenia Grzegorza Kasdepke – autora znakomitych książek dla dzieci). Gdyby ten rodzaj opowiadania przeciągnął się poza początkowe rozdziały, książka stałaby się zwyczajnie niestrawna dla dzieci, które przecież każdy fałsz wyczują. Na szczęście współautorzy „Przyjaciół” zarzucają później przyjęty wstępnie zamysł uczestniczenia i nieuczestniczenia w zdarzeniach i dopiero pod koniec opowieści ujawniają się znowu dosyć nieudolnie, tłumacząc się potrzebą odpoczynku i obietnicą ponownego spotkania. Przyjęty styl narracji w klamrze tekstu razi tym bardziej, że nie jest niczym uzasadniony. To tylko „rozbiegówka”, próba nawiązania kontaktu z młodymi czytelnikami. Tylko czy ta próba jest potrzebna w interesującej opowieści? Moim zdaniem nie.

Treść książki stanowią przygody gromadki dzieci z ulicy Śródmiejskiej. Obok dziecięcych zabaw i pomysłów autorzy dość zręcznie przemycają wiadomości o niebezpieczeństwach, jakie czyhają na nieposłuszne dzieciaki – mrożąca krew w żyłach opowieść o przygodzie małej Ani może być świetnym pouczeniem. Poza tym „Przyjaciele” przedstawiają na przykład konsekwencje nieprzemyślanych wybryków – jednym słowem – pod względem wychowawczym spełniają swą rolę znakomicie – tym lepiej, że uwagi natury moralizatorskiej są sprytnie ukryte pod siatką wydarzeń i nie przykuwają nadmiernie uwagi dziecka, nie budzą więc podejrzeń i nieufności.

Natomiast słabym punktem (choć ze względów pedagogicznych być może słusznym) jest poruszany do znudzenia temat śmieci. Mira Stanisławska-Meysztowicz była inicjatorką akcji „Sprzątanie świata”. I – niestety – motyw sprzątania świata utrwala w książce z subtelnością nosorożca. Dałoby się znieść kolorowe śmietniki do segregowania odpadów czy użyźnianie ziemi odpadkami naturalnymi (choć te rozwiązania nie są w książce odpowiednio umotywowane). Ale sterty śmieci w lasach, chociaż to bez wątpienia koszmar naszych czasów, pojawiają się pod koniec książki z nadmierną częstotliwością. Zamiast budzić – jak u bohaterów książki – złość na bezmyślne zaśmiecanie, może obudzić złość na autorów, nieudolnie i obsesyjnie powracających do tematu, który nie ma w dodatku większego znaczenia dla akcji.

Bez względu na „subtelność” i sprawność narracyjną autorów, książkę czyta się z przyjemnością. Mnóstwo przygód, problemy dzieci zrównane niemal z kłopotami dorosłych, pomysłowość małych bohaterów i przebłyskujące niekiedy poczucie humoru autorów – wszystko składa się na interesującą pozycję dla młodych czytelników.

poniedziałek, 12 kwietnia 2010

Różewicz a Gałczyński

Uśmiechnięty Różewicz – melancholijny szarlatan
Uśmiechy wobec poetyki Gałczyńskiego

O porównanie utworów satyrycznych Różewicza z humorystycznymi rozwiązaniami u Gałczyńskiego upominał się za Michałem Głowińskim Tadeusz Kłak, notując w przypisie swojego szkicu:

Sądzę, iż pokrewieństw tematycznych, problemowych i formalnych między satyryczną twórczością obu poetów jest bardzo wiele i sprawa ta zasługiwałaby na dokładniejsze zbadanie.

Rzeczywiście, najlepszym satyrycznym kontekstem dla uśmiechów Różewicza jest działalność poetycka Gałczyńskiego.


[całość tekstu dostępna będzie w późniejszym terminie]

piątek, 9 kwietnia 2010

Hanka Bielicka: Uśmiech w kapeluszu

Akapit Press, Łódź [b.r.].

Wspomnienia z uśmiechem

Hanka Bielicka, choć wielu odbiorców utożsamiało ją z autorami wygłaszanych przez artystkę monologów, nie pisała dla siebie. Także wspomnienia pozostawione przez nią zredagowała ghost writerka, Maria Sondej. Jeśli więc po „Uśmiechu w kapeluszu” będą się czytelnicy spodziewać wynurzeń utrzymanych w estradowej poetyce, albo charakterystycznych dla tej aktorki satyrycznych pyskówek – srodze się rozczarują. Szczupły tomik jest bowiem po prostu uporządkowanym zestawem anegdot i co ciekawszych przemyśleń na temat estradowego życia – w samej konstrukcji próżno by szukać ekspresji czy charakteru gwiazdy. Na szczęście Maria Sondej dowcipy i humorystyczne scenki wplata w tekst bardzo umiejętnie, nie niszcząc puent, nadając opisom odpowiednią dynamikę i kształt – jakby była świadkiem czy uczestnikiem wydarzeń. To rozwiązanie sprawia, że po „Uśmiech w kapeluszu” sięgać mogą nawet ci odbiorcy, którzy nie zachwycali się Bielicką na scenie.

Wspomnienia utrzymane są w pierwszej osobie, odbiorcy mają więc wrażenie, że śledzą tekst Hanki Bielickiej, która porusza się po ściśle wytyczonych liniach. Niczym Stefania Grodzieńska we „Wspomnieniach chałturzystki”, najpierw rozprawia się z powszechnymi poglądami na chałturę, wyjaśnia, na jakie rodzaje spotkań z publicznością się decyduje, a od jakich stroni – i czym jest dla niej scena. To pozwala konwencjonalny początek (czyli powrót do wczesnego dzieciństwa) nieco opóźnić, a przy tym zaintrygować czytelników oryginalnymi dowcipami, wziętymi z życia. Od dzieciństwa przechodzi Bielicka do spraw teatru i pierwszych występów, by za chwilę przedstawić historię małżeństwa z Jerzym Duszyńskim, aktorem-amantem. Kolejne rozdziały prezentują różne formy artystycznej działalności Hanki Bielickiej, znajdzie się tu teatr, film, kabaret czy estrada, a nawet perypetie radiowe. Osobne miejsce zajęły w tych wspomnieniach występy dla publiczności polonijnej.

Właściwie – pomijając związek z Duszyńskim i krótkie opowieści o losach rodziców – Hanka Bielicka na temat życia prywatnego milczy. Nie chce też skandalików czy tanich sensacji wywlekać na światło dzienne. „Ludzie są przekonani, że świat teatru to świat skandali i plotek, ale w tej książce czytelnik nie znajdzie ich wiele. Myślę, że zawinił tu mój brak pamięci do nazwisk […]. Nie chciałam także nikogo dotknąć ani nikomu zrobić przykrości” – wyznaje artystka już na początku. Faktycznie najbarwniej i najciekawiej w jej opowieściach wypada świat, który przeminął: praca z Ordonką, podpowiedzi ze strony Zelwerowicza i Sempolińskiego, wzmianki o Kazimierzu Brusikiewiczu czy Jerzym Jurandocie. Przy okazji daje się tu zauważyć tęsknota za dawnymi czasami, ale i próba uchwycenia istoty działalności scenicznej i estradowej. Pod tym względem „Uśmiech w kapeluszu” przypomina nieco „Dzieje śmiechu” Jurandota, chociaż, oczywiście, uwagi Bielickiej są ledwie notatkami na marginesie refleksji nad warsztatem kabaretowym w wykonaniu męża Grodzieńskiej. Hance Bielickiej chodziło przede wszystkim o wywołanie uśmiechu odbiorców – te sceniczne założenia przemyciła także w książce.

„Uśmiech w kapeluszu” to nie tylko lektura obowiązkowa dla zainteresowanych życiem sławnych artystów czy dla wielbicieli humoru i satyry. Książka została napisana i skomponowana tak, by czytali ją z przyjemnością także przypadkowi odbiorcy. Sporo tu żartów, a lekko prowadzona narracja sprawia, że stają się wspomnienia Hanki Bielickiej literaturą rozrywkową na dobrym poziomie.

czwartek, 8 kwietnia 2010

Helena Sekuła: Szlak Tamerlana

Zysk i S-ka, Poznań 2009.


Koronkowy kryminał

Kryminały osadzone w rzeczywistości PRL-u miały charakterystyczny, niemożliwy już dziś do podrobienia klimat. Konstruowane według określonych schematów intrygi ubarwiane były prostymi, a obecnie odbieranymi jako egzotyczne – scenkami obyczajowymi. Dalekie od przeciętnych produkcyjniaków kryminały przynosiły rozrywkę, a po latach nabierają też wartości sentymentalnej, zwłaszcza dla tych odbiorców, którzy kompletowali serie z kluczykiem czy jamnikiem i zagłębiali się z lubością w groźne świty bezwzględnych przestępców.

W „Szlaku Tamerlana” Heleny Sekuły uwagę przykuwają dwie płaszczyzny. Jedna, dla gatunku klasyczna i naturalna, to losy ludzi, którzy stanowili trybiki w rozbudowanych przestępczych organizacjach – i którzy przez niewłaściwie podjęte decyzje mogą stracić wszystko. Drugą płaszczyznę natomiast Helena Sekuła mocno rozbudowuje i nadaje jej niespotykany zwykle w powieściach sensacyjnych wymiar: autorka koncentruje się bowiem na odwzorowywaniu obyczajowości i mentalności mieszkańców zapomnianej wsi na Suwalszczyźnie. Z jednej strony na egzystencję bohaterów wpływają wielkie wydarzenia historyczne (między innymi wprowadzenie stanu wojennego), z drugiej kształtują ich doświadczenia wyniesione z rodzinnych domów. Mistrzowsko przedstawiona matka, prosta kobieta, która nie ma pojęcia o źródle kłopotów syna, a podejmuje w jego obronie odważne kroki, to dowód na literacki kunszt Sekuły. Dalszoplanowych bohaterów, odmalowanych realistycznie i nie „papierowych” jest w „Szlaku Tamerlana” więcej – wszystkie te sylwetki pozwalają w pełni docenić warsztat autorki.

Tym, co w książce oddala podejrzenia o schematyzm, jest nie tylko mocno rozgałęziona fabuła, rozrastająca się w kilku kierunkach równocześnie, ale i sposób prowadzenia narracji. Sekuła zdecydowała się na wyrazisty, mocny język, osadzony w przestępczych żargonach (przy trudnych do zrozumienia sformułowaniach pojawiają się objaśniające tekst przypisy) i pełen kolokwializmów. Jednocześnie nie jest to – bo być nie może – współczesny styl, jakim porozumiewa się ulica, „Szlak Tamerlana” zachwyca zatem swoistą przebrzmiałą oryginalnością, świeżością zapomnianych już gwar. Sekuła mimo ostrości stylu złagodziła jego brzmienie przez unikanie wulgaryzmów – jedynym przerywnikiem w rozmowach okazuje się okaleczone dookreślenie „erdolony” – to także nadaje kryminałowi cech niepowtarzalnych. Brak słownictwa brukowego nie oznacza natomiast ugrzecznionej narracji – od Sekuły powinni się uczyć pisania ci wszyscy twórcy, którym wydaje się, że duża ilość wulgaryzmów wystarczy do oddania atmosfery zagrożenia. Na tym maestria Sekuły się nie kończy – pojawiają się w historii ludzie z różnych sfer i o różnym wykształceniu. Helena Sekuła potrafi równie prawdopodobnie przedstawić nieuczoną chłopkę z zapadłej wsi, jak i młodego inteligenta – w tych sylwetkach nie da się dostrzec fałszu, a autorka koncentruje się w tym samym stopniu na urealnianiu swoich bohaterów jak i na rozwiązywaniu skomplikowanej fabuły.

Autorka ładnie przedstawia dylematy i problemy ludzi, którzy z różnych względów tracą zaufanie szefów przestępczego półświatka. Jest doskonała w portretowaniu osób wystraszonych, zaszczutych, zdeterminowanych i bezradnych, w pewnym momencie to właśnie rozgrywające się w umysłach postaci sceny bardziej niż sensacyjna rzeczywistość zaprzątać będą uwagę widzów. To pozycja dobra dla czytelników znudzonych tekstami, w których oś konstrukcyjną stanowi toczące się śledztwo. Nie ma tu detektywów, nie wychodzi się poza gangsterskie porachunki, trudno też domyślić się finału.

„Szlak Tamerlana” jest powieścią skondensowaną i zwartą. Przy adaptacji nadawałaby się ta opowieść raczej na serial niż na film. Nie należy do lektur, które można czytać w pośpiechu – najlepiej delektować się nią i cieszyć rozwiązaniami, jakich ciągle w rodzimych kryminałach brakuje.

środa, 7 kwietnia 2010

Ralf Butschkow: Mam przyjaciela kierowcę autobusu

Media Rodzina, Poznań 2010.


Nauka jazdy

Mali chłopcy interesują się zwykle najrozmaitszymi pojazdami. Może się więc okazać, że do wymarzonych zawodów dołączą zajęcie, które wielu dorosłym wydaje się nieatrakcyjne (a sądząc po zachowaniu niektórych pasażerów – także „gorsze”): dla tych dzieci, które zainteresowane są pracą kierowcy autobusu Ralf Butschkow przygotował tomik „Mam przyjaciela kierowcę autobusu”. Dzięki tej niewielkiej książeczce maluchy będą mogły poznać tajniki pracy w komunikacji miejskiej i dowiedzieć się wielu rzeczy, o których nie miały przedtem pojęcia.

Młody bohater korzysta z faktu, że jego znajomy, Andrzej, jest kierowcą. To Andrzej będzie pełnił rolę przewodnika i oprowadzi zaciekawionego takim zajęciem chłopca nie tylko po autobusie, ale i po zajezdni, wprowadzając malca do miejsc, do których zwykli ludzie wstępu nie mają. Mikołaj (tak ma na imię bohater tego zeszytu) czeka na przystanku, wyjaśniając przy okazji zasady układania kursów autobusów i korzystania z tabliczek z rozkładami. Kiedy nadjeżdża Andrzej, Mikołaj wsiada i grzecznie kupuje bilet. Siada na wolnym miejscu, ale pilnie też sprawdza, czy nie powinien tego miejsca komuś ustąpić – przemyca zatem Ralf Butschkow zasady autobusowego savoir-vivre’u. Inna sprawa, że w narysowanym przez niego pojeździe mnóstwo jest wolnych siedzeń, a pasażerowie należą do serdecznych i uprzejmych, stworzy się zatem zabawny kontrast z polskimi realiami.

Autobus z małym bohaterem w środku przejeżdża przez myjnię. Mikołaj może sobie – razem z czytelnikami – obejrzeć kabinę kierowcy. Zostały tu rozrysowane i opisane prawie wszystkie elementy, łącznie z kasą i tacką do wydawania reszty (przyciski do otwierania drzwi nie, być może to dla odbiorców żadna nowość). Mikołaj odwiedza warsztat i przygląda się ogromnym narzędziom, bawi się też różnymi modelami autobusów. Jest już pewny, kim zostanie w przyszłości.

Książeczki z serii „Mam przyjaciela…” wydawane w niemieckim cyklu Mądra Mysz nastawione są na informowanie maluchów o możliwościach dotyczących przyszłych zawodów. Mali chłopcy (nie ma tu, jak w przypadku Zuzi Liane Schneider, jednego stałego bohatera, choć na dobrą sprawę różnią się oni jedynie imionami) poznają „od kuchni” pracę w poszczególnych, uznawanych za typowo męskie, zawodach. Fabuła kolejnych pozycji przypomina przeważnie atrakcyjną wycieczkę, tym ciekawszą, że odtajniającą ukryte na co dzień fakty z życia pracowników. Wyprawy utrzymuje się tu w konwencji znakomitej przygody, więc walor edukacyjny zostaje przysłonięty przez zabawę. Bohaterowi wolno dotknąć niemal wszystkiego i sprawdzić, czy odpowiadałoby mu podobne zajęcie (z reguły, prawami serii, każdy euforycznie przyznaje, że odnalazł swoje przeznaczenie).

Ralf Butschkow, autor i ilustrator, oprowadza dzieci po zakładach pracy bardzo szybko: na każdej kartce pojawia się nowe zagadnienie, nowe zadanie bądź po prostu nowa sceneria, na każdej też mieści się sporo wiadomości i ciekawostek. Dzięki takiej lekturze chłopcy będą mogli zaimponować kolegom i wzbogacić własne zabawy, a być może jakiś tomik, poza podbudową dla dziecięcych marzeń, stanie się też inspiracją do wyboru drogi życiowej. Na pewno książeczka „Mam przyjaciela kierowcę autobusu” nie pozostawi małych czytelników obojętnymi na pracę, którą przecież mogą codziennie w najbliższym otoczeniu obserwować.


Smuteczki

Dogłąbny żal kapusty i inne smuteczki w twórczości Jeremiego Przybory


Barbara Kudra w artykule o czasowniku w utworach Jeremiego Przybory zwróciła uwagę na fakt, że jest Pan B „nie tylko zwykłym twórcą tekstów kabaretowych, lecz znakomitym mistrzem słowa” . Z podobnymi opiniami można się spotkać bardzo często i nie należą one do grzecznościowych formuł. Warto zwrócić uwagę na fakt, że jest Jeremi Przybora bodaj jedynym polskim satyrykiem, którego pisarstwo stało się obiektem badań językoznawców. Takiego zaszczytu nie doczekali się jak na razie ani Wojciech Młynarski, wprowadzający do piosenek potocyzmy i kolokwializmy, ani Władysław Sikora, operujący wieloznacznościami i rozbijaniem związków frazeologicznych.


[całość tekstu dostępna będzie w późniejszym terminie]

wtorek, 6 kwietnia 2010

Elżbieta J. Bartosik-Trebicka: Jeden plus jedna

Nasza Księgarnia, Warszawa 2004.

Anielskie diabełki

Na okładce książki Jeden plus jedna Elżbiety J. Bartosik-Trebickiej widnieje rodzeństwo. Chłopiec i dziewczynka – oboje uśmiechnięci i zadziwiająco grzeczni. Anielskie skrzydła, aureolki i niewinne minki potęgują wrażenie tej grzeczności i spokoju. Ale malutkie różki i diabelskie ogony zdradzają nieco więcej na temat bohaterów książeczki…
Piotr to jedenastolatek (ale wygląda według siebie na czternaście lat). Ma młodszą siostrę, Magdę. Magda posiada dziesięciu narzeczonych i kłopoty finansowe – kieszonkowe wydaje na słodycze, które uwielbia. Zapracowani rodzice (tata na trzech etatach, mama tylko na dwóch) wymyślili nietypowy sposób na karanie urwisów. Za wszelkie przewinienia dzieci muszą pisać wypracowania. „Obowiązuje przelicznik: jedna strona za każdy zabłocony but (…). Za bałagan w moim pokoju dwie kartki, ale dłuższe”.

I cała książka zbudowana jest po pierwsze z tych „karnych” wypracowań dzieci (przyczyniających im zresztą sporo dobrej zabawy), po drugie zaś – z rejestracji ich pomysłowych i dowcipnych dyskusji. Przeplatanie rozmów urwisów z humorystycznymi opowiastkami przynosi dużo radości i zabawy. Dzieciaki są wesołe, sprytne i zaradne, a ich bezpośrednie uwagi śmieszą do łez. Podobnie zresztą jak kłótnie, normalne w końcu konflikty między starszym, doświadczonym bratem i rezolutną siostrą.

Pokrętna logika dziecięcych umysłów daje zaskakujące rezultaty. Piotrek i Magda uważnie obserwują świat rodziców, komentują absurdalne ich zdaniem decyzji i zachowania dorosłych. Swoje przemyślenia i reakcje przelewają na papier – dzięki ich poczuciu humoru kara zamienia się we frajdę. Chociaż oczywiście dzieci wolałyby nawet klapsa czy zakaz oglądania telewizji – nie udaje im się jednak zdobyć poparcia innych: „kiedy z Magdą zadzwoniliśmy pod numer telefonu, który nam podali w szkole podczas pogadanki o maltretowaniu dzieci, zapytali nas tylko czy mamy wybroczyny i siniaki i wcale nie chcieli uznać, że trzeba nas bronić przed rodzicami za karanie stylem i ortografią, a nie pasem. Może jak mi się zrobią odciski na palcach od pisania, będę wreszcie mógł wezwać policję do ochrony”.

Dzieci opisują w wypracowaniach komiczne i refleksyjne scenki z życia rodziny. Przekazują problemy dorosłych z własnymi komentarzami wyjaśniającymi – „tata pracuje w firmie, która zajmuje się elektroniką, ale musi też mieć coś wspólnego z handlem niewolnikami”. Wyrabiają sobie poglądy na własną przyszłość – „w przyszłości (…) nie wyjdę za mąż, tylko raczej się ożenię, żeby miał się kto zajmować domem i dziećmi, kiedy ja będę pracować” – pisze Magda. Rodzeństwo nie przyjmuje bezkrytycznie uwag, jakimi częstuje ich mama – dzieci przeprowadzają eksperymenty w domu i w szkole, wyrabiają sobie opinie i zapatrywania na wiele spraw.

A oprócz błahych, codziennych sprzeczek, poruszają w swoich rozmowach i pracach tematy niewygodne i trudne. Dyskutują o obowiązkach dorosłych, zdrowej żywności, o rozwodach, o historii kraju, patriotyzmie, świętach, o własnej przyszłości, obowiązkach dzieci... Oczywiście obok zagadnień poważnych, prezentowanych rzecz jasna dowcipnie i z humorem, pojawiają się również opisy wydarzeń i sytuacji zwyczajnych w dziecięcym świecie. Mało ważne dla dorosłych (a nieocenione w krainie zabaw) sprawy przeplatają się z próbami rozwiązywania problemów wielkiej wagi.

Każde wypracowanie i każda rozmowa rodzeństwa stanowią osobne rozdziały. Krótkie- by nie forsować nadmiernie młodego czytelnika, dowcipne – by obok wyciągania pouczających wniosków dziecko miało też moc dobrej zabawy. Każdy rozdział to oddzielnie opowiedziana historia, która może być świetnym punktem wyjścia do rozmów z własną pociechą. Przyjęcie przez autorkę książki perspektywy spojrzeń dwójki dzieci pozwala stwarzać złudzenie tajemniczości i aury specyficznego porozumienia między czytelnikiem-dzieckiem i dziecięcymi narratorami. Takie ukrywanie przemyśleń i rozmów dzieci przed światem dorosłych to gest, który książce Jeden plus jedna może zapewnić przychylność młodych czytelników.

Warto wspomnieć również o bajkowych rysunkach Anny Nożko-Domoszewskiej. Rysunkach, które z pewnością spodobają się nie tylko dzieciom. Ilustracje przedstawiają wybrane sceny z książki i stanowią miłe zaproszenie do lektury.
Zabawne historyjki osadzone w realiach współczesności są jednak ponadczasowe. Książka Elżbiety Bartosik-Trebickiej pomoże oswoić się dzieciom z codziennymi problemami, pośmiać się i polubić czytanie.

poniedziałek, 5 kwietnia 2010

Horacy Safrin: Przy szabasowych świecach. Humor żydowski i Przy szabasowych świecach. Humor żydowski. Wybór drugi

Iskry, Warszawa 2003 (I), 2004(II).

Płomień uśmiechu

Z tradycji żydowskiego kabaretu, dziś już zapomnianego (z wyjątkiem programu Aj waj Grupy Rafała Kmity, bezpośrednio nawiązującego do dawnych szmoncesów) wywodzi się wiele dzisiejszych dowcipów i skeczy. W początkach XX wieku istniały nawet swoiste autorskie giełdy, na których kabareciarze i satyrycy handlowali pomysłami na kawały i dowcipne scenki, piosenkami i numerami estradowymi. Przez dłuższy czas to właśnie kabaret żydowski, a nawet szerzej – humor żydowski miał wpływ na kształtowanie się polskiego komizmu.
Przy szabasowych świecach to wznowienie dwutomowego wydania zbioru żydowskich anegdot i dowcipów, spisanych przez Horacego Safrina. W informacji podanej na obwolucie drugiego tomu widnieje zachęta „Prawdziwy rarytas dla wielbicieli tej [żydowskiej] tradycji i kultury”. Ale tak naprawdę nie trzeba być wielbicielem szmoncesów ani wybitnym znawcą żydowskiej kultury, żeby zestaw opowiastek zgromadzonych przez Safrina bawił i zachwycał. W bezproblemowym zrozumieniu przesłania i humoru urokliwych historyjek pomoże zamieszczony na końcu każdego tomu słowniczek podstawowych pojęć, używanych w anegdotach. Dzięki temu charakterystyczne postacie kultury judaistycznej czy nazwy żydowskich świąt nie zaburzają toku percepcji, wszystkie bowiem mogące sprawiać kłopoty określenia, zostały zgromadzone w słowniczku. Przez to snu z powiek nie spędza zawołanie „Rabojsaj!” a mełamed, magid czy goj przestają brzmieć tajemniczo.
Zachowanie tradycyjnych judaistycznych nazw i istniejących naprawdę osób oraz naśladowanie stylu mówienia Żydów nadaje opowiastkom kolorytu lokalnego. Wytwarza też niepowtarzalną atmosferę minionego już świata. Horacy Safrin mistrzowsko wykorzystuje urok dawnych miast i miasteczek, łącząc z niepowtarzalnym poczuciem humoru talent gawędziarski i wyczucie sytuacji. Nic dziwnego – znawca kultury żydowskiej a także satyryk zestawił po prostu te dwie namiętności. Tak zrodził się cykl Przy szabasowych świecach. Dowcipy zamieszczone w dwóch tomach czerpał Safrin z doświadczenia (przebywał przez przeszło 30 lat w „środowisku żydowsko-galicyjskim”) a także z lektur i studiów nad kulturą i humorem Żydów. „Wędrując z teatrem żydowskim po miastach i miasteczkach Małopolski (…) chłonąłem z ich ust świeżo upieczone nowinki i drwinki, które później, wzięte na warsztat folklorystów i naukowców, przybrały formę drukowanych anegdot i dykteryjek”. Te obserwacje, bezpośredni kontakt z humorem, uczestnictwo w narodzinach wielu historii – dało znakomity plon przeszło siedmiuset opowieści.
Wszystkie anegdoty i szmoncesy łączy geneza – wywodzenie się z kultury żydowskiej i żydowskiego poczucia humoru, którym zbiór jest na wylot przeniknięty. Mikroopowieści zgrupowane w książkach zostały podzielone na kilkanaście rozdziałów (w związku z prezentowaną tematyką) – znajdziemy tu zatem dowcipy o charakterystycznych mieszkańcach miasteczka, o handlu, o relacjach między Żydami i przedstawicielami innych nacji (oraz – między żydami i przedstawicielami innych wyznań), dowcipy o miłości, anegdoty o znanych Żydach, przysłowia. Fragmenty większych rozdziałów również podlegają specyfikacji – szmoncesy dotyczą uczonych, duchownych, kupców, swatów, kpiarzy, żebraków, świąt, wojska i wielu, wielu innych tematów. Znajdują się dowcipy o „miasteczku głupich Żydów”, zastępowanym dziś przez wyśmiewany Wąchock czy Marklowice.
Z kilku anegdot czas starł komiczną otoczkę, pozostawiając jedynie klimat minionej epoki, relikt przeszłości, zaklęty w bursztynie melancholijnego dowcipu. Mnóstwo opowiastek przeżyło bądź też odżyło we współcześnie przywoływanych kawałach i skeczach. Znakomita większość anegdot zachowała świeżość, prawie każda zaskakuje nie tylko ogromnym potencjałem humorystycznym, ale również, a może przede wszystkim – prostotą puent.
Gdyż siła żydowskiego humoru tkwi także, obok dobrotliwości i spokoju przenikającego te teksty, w konsekwentnej postawie bohaterów, w logiczności. Najprostsze, a zarazem najmniej oczekiwane rozwiązania, pochodzą ze zwyczajnego wnioskowania. Nie ma tu miejsca na absurd czy purnonsens. Wszystko jest efektem rozumowania. Wszystko powinno dać się przewidzieć, a jednak...
Pisząc o zbiorze anegdot żydowskich nie sposób pominąć tematu antysemityzmu. Zdzisław Jastrzębski w Poetyce humoru lat okupacji zwracał uwagę na fakt, że śmiech jest najlepszą formą obrony przed ciemiężycielem. Pisał, że „jednym z rodzajów broni jest równowaga człowieka, jest jego pogoda wewnętrzna wbrew wszystkiemu, jest i humor, który w nieodpowiednim miejscu i w nieodpowiedniej chwili rani, często zaś leczy cudownie (…) śmiech bowiem dowodzi, że nie przegraliśmy wojny nerwów”. W zbiorze Safrina znajdą się – obok śmiechu z konfliktów międzyludzkich – także szmoncesy wiążące się z drugą wojną światową (Żyd, który po dojściu Hitlera do władzy chce zmienić imię i nazwisko z Adolf Sztynkfas na Mojsze Sztynkfas). Dowcipy wyśmiewają stereotypowe, utrwalone w zbiorowej świadomości (i niekoniecznie prawdziwe) cechy swojego narodu, zgodnie z twierdzeniem, że o posiadaniu zmysłu humoru świadczy umiejętność dostrzegania własnych słabych stron. Wszystkie anegdoty są utrzymane w lekkim, ironiczno-humorystycznym tonie.
Całości dopełniają rysunki przedstawiające codzienność Żydów i fragmenty piosenek czy wierszy o tematyce żydowskiej.

Przy szabasowych świecach to zbiór przenoszący czytelników w nieistniejący już świat żydowskich szmoncesów. Książki są pełne ciepłego, pogodnego humoru, to tomiki rozjaśniające życie płomieniem uśmiechu i rozpraszające mroki pesymizmu światłem żartu. „To humor, który się nie starzeje, nie traci uniwersalnej wymowy i bawi do dzisiaj”. Horacy Safrin, przytaczając w przedsłowiu do pierwszego wydania kilka anegdot z własnego życia, zamieścił między innymi prośbę ojca: „wspominaj mnie tylko przy radosnych okazjach!”. Mimo że zestaw historyjek z obu tomików powodować może niewytłumaczalny sentyment czy tęsknotę za beztroską, w porównaniu z dzisiejszymi czasami, przeszłością, opowieści przytoczone przez Safrina z pewnością będą bawić, rozśmieszać i skłaniać do refleksji.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com