* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą znalezione w antykwariacie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą znalezione w antykwariacie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 15 kwietnia 2010

Joanna Chmielewska: Kocie worki

Kobra, Warszawa 2004.

Nieudany powrót do przeszłości


„Wszystko czerwone” Joanny Chmielewskiej było bestsellerem i w zasadzie do dzisiaj cieszy kolejne pokolenia czytelników – to powieść, która się nie zestarzała i nie straciła na dowcipie. „Kocie worki” miały być powrotem do historii sprzed lat: Chmielewska ponownie umieściła akcję w Danii, przeniosła grupę przyjaciół do domu Alicji i wymyśliła intrygę, która pozwoliła połączyć motywy znane z autobiografii z literacką fikcją. Dla wielbicieli „Wszystkiego czerwonego” zapowiedź powrotu do pisarstwa z lat świetności była obietnicą humorystycznego stylu i ciekawej fabuły. Jak to jednak zwykle z podobnymi obietnicami bywa, realizacja wypadła gorzej od zamierzeń, „Kocie worki” nie zdołały nasycić odbiorców i odeszły w zapomnienie.

Jeżeli we „Wszystkim czerwonym” akcja rozgrywała się na oczach czytelników, w „Kocich workach” część informacji została ukryta: Alicja i Joanna doskonale się rozumieją, rozmawiają o sprawach sobie znanych – takie przeniesienie części historii do dialogów utrudnia zaangażowanie emocjonalne odbiorców, którzy muszą czuć się odsunięci na dalszy plan, a czasami wręcz wykluczeni. Posiądą wiedzę na temat przeszłości, lecz wiedza ta będzie już obarczona interpretacjami, w dodatku niepełna.

Chmielewska próbuje w „Kocich workach” uruchamiać dwa nurty – kryminał i romans. Tyle że ów romans rozmywa się w niekończących się dyskusjach, a kryminał traci na wartości przez przegadanie: w pewnym momencie zaczęła Joanna Chmielewska przechodzić od dynamicznej fabuły w stronę rozmów – i właśnie tymi rozmowami zarzyna w „Kocich workach” intrygę. To nie wszystko. Po kolejnych autobiografiach autorka przyzwyczaiła się do fiszkowego, mozaikowego stylu, w którym w drobniutkich akapitach rozprawiać się może z tym, czego nie lubi. Podobną strategię przyjęła i w „Kocich workach”, tyle że to, co w memuarowych wynurzeniach nie dziwi i nie zakłóca odbioru, w powieści zwyczajnie może zmęczyć. Dają się tu zauważyć strzępki powtarzane w autobiograficznych formach, ale też postacie, które w poprzednich książkach się pojawiały (należy do nich Marianek, czyli Marcinek z „Harpii”) – w ten sposób czytelnicy otrzymują odświeżane zaledwie, a dobrze im znane, schematy i nie mogą się już bawić lekturą.

W „Kocich workach” widać tęsknotę za klimatem dawnych opowieści z Alicją w roli głównej, lecz mimo starań powrotu do bestsellerowego stylu nie ma. Za bardzo zatraca się Joanna Chmielewska w drobiazgach i nieistotnych dywagacjach, za często daje upust prywatnym emocjom i subiektywnym ocenom: niby fanom to wystarczy, a jednak szkoda, że autorka nie skupia się bardziej na uprawdopodobnieniu fabuły – tym razem intryga jest mało wiarygodna i niewystarczająco rozbudowana.

Wśród rozmaitych pisarskich przyzwyczajeń i szablonów daje się też w „Kocich workach” zauważyć skarykaturalizowane wręcz przywiązanie do skrupulatnych wyliczeń – kilka razy z lubością autorka wymienia cały zestaw zróżnicowanych i przypadkowo zgromadzonych przedmiotów, jakby próbowała odmalować przed czytelnikami obserwowane sceny. Brzmi to coraz bardziej sztucznie i miejscami przypomina raczej kurs kreatywnego pisania niż dzieło doświadczonej autorki. Wielokrotnie powtarzane nawyki pisarskie teraz – w późnym okresie twórczości Joanny Chmielewskiej – stają się coraz bardziej skostniałe i bezbarwne, mimo emocji, jakie targają samą pisarką.

Oczywiście „Kocie worki” zwyczajnie nie wytrzymują porównania z książką, która uznawana jest za jedną z najlepszych w dorobku Joanny Chmielewskiej. Da się tę powieść przeczytać, ale o zachwyt w jej przypadku raczej będzie trudno.

środa, 14 kwietnia 2010

Liliana Fabisińska: Amor i porywacze duchów

W.A.B., Warszawa 2006.


Tam, gdzie mieszkają smoki

Posiadanie w domu smoka, którego nikt niepowołany nie może zobaczyć, to spory problem. Ale posiadanie w domu smoka z lekką nadwagą i początkami depresji to już prawie tragedia. W dodatku Wiltor to smok nietypowy… „smok powinien mieć łuski jak jaszczur i oczy zarośnięte błoną. A tu co? Jakaś dziecinada! Rzęsy jak u aktorki, futerko jak u pluszowego misia i czyściutka polszczyzna zamiast bułgarskiego akcentu”. Smok Wiltor, mieszkający u Amora Korzonka, potrafi w dodatku czytać w myślach. Odkąd przestał być duchem, rodzina i przyjaciele Amora musieli sporo się natrudzić i nagimnastykować, by ukryć życie pod jednym dachem z prawdziwym smokiem. A jednak dziennikarze dowiedzieli się o nietypowym stworze i zaczęli oblegać dom Korzonków; prawie też okaleczyli smoka. W dodatku wujek Władek (wtajemniczony policjant) i smok Pływalec (zaklęty w bociana brat Wiltora) giną w niewyjaśnionych okolicznościach. Mali detektywi – Amor, Kuna i Jacek, wraz z rodzicami, dorosłym przyjacielem – milionerem Adamem Wiśniewskim i oczywiście z Wiltorem muszą wyjaśnić zagadki i poradzić sobie z wszystkimi kłopotami. Rodzice Amora Korzonka zajmują się nauką i brakuje im czasu na codzienne gospodarskie czynności – dzieci uczą się więc chcąc nie chcąc wykonywania prac domowych. Poza tym muszą ratować swoich baśniowych towarzyszy – autorka stworzyła więc dyskretną lekcję przyjaźni i odpowiedzialności.

„Amor i porywacze duchów” to drugi tom o przygodach Amora Korzonka i jego przyjaciół. Liliana Fabisińska łączy realistyczną opowieść i fantastyczne baśniowe postacie. Scala to w spójną całość dzięki zmysłowi obserwacji i znakomitemu poczuciu humoru. Wydarzenia zmieniają się tu jak w kalejdoskopie, wartka akcja nie pozostawia miejsca na nudę. Amor i Kuna spędzają naprawdę bardzo pracowite wakacje. Sprytniejsi i bardziej zaradni niż niejeden dorosły, biorą na swoje barki odpowiedzialność za losy rodziny smoków i całego baśniowego świata, który – jak się okazuje – istnieje niemal na wyciągnięcie ręki. W dodatku wszystkie, nawet najmniej ważne elementy są puzzlami układanki i składają się na efekt końcowy. Ale bez podpowiedzi smoka cała czytelnicza zabawa w detektywów musi spalić na panewce. Takie rozwiązanie gwarantuje atmosferę tajemniczości do ostatniej strony.
Mimo niecodziennych wydarzeń (przeniesienie postaci z baśni do rzeczywistości), Liliana Fabisińska przemyca humorystyczne komentarze dotyczące współczesności. Prowadzi narrację zgrabnie, umiejętnie stopniuje napięcie, steruje emocjami.

Bohaterem jest tu gadający smok, mało tego – smok pokryty zielonym futerkiem, mający na powiekach po 3 zawinięte rzęsy. Przypomina to reklamę jogurtów albo bajeczki dla małych dzieci. Jednak Liliana Fabisińska potrafi zmienić potulnego, podobnego do zabawki smoka w rozsądnego i ważnego członka niezwykłej rodziny. „Amor i porywacze duchów” to nie tyle bajka, co ciekawa i wciągająca powieść fantasy, łączącą w sobie też zalążek historii sensacyjno-kryminalnej. Nie trzeba być wielbicielem tego typu literatury, żeby książka Fabisińskiej zrobiła wrażenie, zwłaszcza że i zwolennicy realizmu znajdą tu coś dla siebie.

wtorek, 13 kwietnia 2010

Mira Stanisławska-Meysztowicz i Grzegorz Kasdepke: Przyjaciele

Literatura, 2004.


Sprzątanie podwórka

Ci ciekawego może się wydarzyć na brudnym podwórku, otoczonym szarymi kamienicami? Na podwórku, na którym rośnie jedno rachityczne drzewko? Jeśli do tego dodać jeszcze porę roku – a akcja „Przyjaciół” zaczyna się w lutym… Co ciekawego może się wydarzyć? Z pozoru nic. Można co najwyżej podenerwować dozorcę, pana Franciszka. Dzieci, zamieszkujące kamienicę przy Śródmiejskiej 15 „nawet głupiego bałwana nie mogą ulepić, bo w połowie lutego (…) zamiast śniegu leży bura breja – szara i obrzydliwa”. A jednak życie dzieciaków z kamienicy – Wojtka, Jacka, Tomka i Patti – kiedy na podwórze ich domu wjechała ciężarówka z napisem „Przeprowadzki”, zmieniło się diametralnie. Nagle pojawiły się pierwsze dziecięce zauroczenia, niemal dorosłe problemy, zawiść, skrajne emocje i silne uczucia. W dodatku w powietrzu wisi tajemnica. Dlaczego pan Franciszek, dozorca, na widok nowych lokatorów zaczyna o siebie dbać? Kogo obserwuje przez okno pani Halinka? Wreszcie – czy córka nowych mieszkańców przypadnie do gustu dzieciom ze Śródmiejskiej?

Wszystko zapowiada dobrą zabawę i pasjonującą lekturę. Starannie wykonane rysunki dopełniają całości. Jest tu umiejętnie stopniowana akcja, dawkowane emocje, silne wrażenia.
Minusem książki, przynajmniej z mojego punktu widzenia, na początku i na końcu opowieści są autorzy. Wyraźnie brakuje im pomysłu na rozpoczęcie historii. Wstęp przypomina pełną stremowania próbę śmiechu i udawania radości czy beztroski ze ściśniętym z przerażenia gardłem. Niezbyt dobre robi to wrażenie – podobnie zresztą jak prezentacja bohaterów książki – autorzy wcielają się w operatorów kamery lub też w suflerów, wywołując kolejno dzieci i opowiadając o nich czytelnikowi. Naprawdę trudno o wrażenie większej sztuczności i nieudolności narratorskiej (co dziwi w przypadku doświadczenia Grzegorza Kasdepke – autora znakomitych książek dla dzieci). Gdyby ten rodzaj opowiadania przeciągnął się poza początkowe rozdziały, książka stałaby się zwyczajnie niestrawna dla dzieci, które przecież każdy fałsz wyczują. Na szczęście współautorzy „Przyjaciół” zarzucają później przyjęty wstępnie zamysł uczestniczenia i nieuczestniczenia w zdarzeniach i dopiero pod koniec opowieści ujawniają się znowu dosyć nieudolnie, tłumacząc się potrzebą odpoczynku i obietnicą ponownego spotkania. Przyjęty styl narracji w klamrze tekstu razi tym bardziej, że nie jest niczym uzasadniony. To tylko „rozbiegówka”, próba nawiązania kontaktu z młodymi czytelnikami. Tylko czy ta próba jest potrzebna w interesującej opowieści? Moim zdaniem nie.

Treść książki stanowią przygody gromadki dzieci z ulicy Śródmiejskiej. Obok dziecięcych zabaw i pomysłów autorzy dość zręcznie przemycają wiadomości o niebezpieczeństwach, jakie czyhają na nieposłuszne dzieciaki – mrożąca krew w żyłach opowieść o przygodzie małej Ani może być świetnym pouczeniem. Poza tym „Przyjaciele” przedstawiają na przykład konsekwencje nieprzemyślanych wybryków – jednym słowem – pod względem wychowawczym spełniają swą rolę znakomicie – tym lepiej, że uwagi natury moralizatorskiej są sprytnie ukryte pod siatką wydarzeń i nie przykuwają nadmiernie uwagi dziecka, nie budzą więc podejrzeń i nieufności.

Natomiast słabym punktem (choć ze względów pedagogicznych być może słusznym) jest poruszany do znudzenia temat śmieci. Mira Stanisławska-Meysztowicz była inicjatorką akcji „Sprzątanie świata”. I – niestety – motyw sprzątania świata utrwala w książce z subtelnością nosorożca. Dałoby się znieść kolorowe śmietniki do segregowania odpadów czy użyźnianie ziemi odpadkami naturalnymi (choć te rozwiązania nie są w książce odpowiednio umotywowane). Ale sterty śmieci w lasach, chociaż to bez wątpienia koszmar naszych czasów, pojawiają się pod koniec książki z nadmierną częstotliwością. Zamiast budzić – jak u bohaterów książki – złość na bezmyślne zaśmiecanie, może obudzić złość na autorów, nieudolnie i obsesyjnie powracających do tematu, który nie ma w dodatku większego znaczenia dla akcji.

Bez względu na „subtelność” i sprawność narracyjną autorów, książkę czyta się z przyjemnością. Mnóstwo przygód, problemy dzieci zrównane niemal z kłopotami dorosłych, pomysłowość małych bohaterów i przebłyskujące niekiedy poczucie humoru autorów – wszystko składa się na interesującą pozycję dla młodych czytelników.

wtorek, 6 kwietnia 2010

Elżbieta J. Bartosik-Trebicka: Jeden plus jedna

Nasza Księgarnia, Warszawa 2004.

Anielskie diabełki

Na okładce książki Jeden plus jedna Elżbiety J. Bartosik-Trebickiej widnieje rodzeństwo. Chłopiec i dziewczynka – oboje uśmiechnięci i zadziwiająco grzeczni. Anielskie skrzydła, aureolki i niewinne minki potęgują wrażenie tej grzeczności i spokoju. Ale malutkie różki i diabelskie ogony zdradzają nieco więcej na temat bohaterów książeczki…
Piotr to jedenastolatek (ale wygląda według siebie na czternaście lat). Ma młodszą siostrę, Magdę. Magda posiada dziesięciu narzeczonych i kłopoty finansowe – kieszonkowe wydaje na słodycze, które uwielbia. Zapracowani rodzice (tata na trzech etatach, mama tylko na dwóch) wymyślili nietypowy sposób na karanie urwisów. Za wszelkie przewinienia dzieci muszą pisać wypracowania. „Obowiązuje przelicznik: jedna strona za każdy zabłocony but (…). Za bałagan w moim pokoju dwie kartki, ale dłuższe”.

I cała książka zbudowana jest po pierwsze z tych „karnych” wypracowań dzieci (przyczyniających im zresztą sporo dobrej zabawy), po drugie zaś – z rejestracji ich pomysłowych i dowcipnych dyskusji. Przeplatanie rozmów urwisów z humorystycznymi opowiastkami przynosi dużo radości i zabawy. Dzieciaki są wesołe, sprytne i zaradne, a ich bezpośrednie uwagi śmieszą do łez. Podobnie zresztą jak kłótnie, normalne w końcu konflikty między starszym, doświadczonym bratem i rezolutną siostrą.

Pokrętna logika dziecięcych umysłów daje zaskakujące rezultaty. Piotrek i Magda uważnie obserwują świat rodziców, komentują absurdalne ich zdaniem decyzji i zachowania dorosłych. Swoje przemyślenia i reakcje przelewają na papier – dzięki ich poczuciu humoru kara zamienia się we frajdę. Chociaż oczywiście dzieci wolałyby nawet klapsa czy zakaz oglądania telewizji – nie udaje im się jednak zdobyć poparcia innych: „kiedy z Magdą zadzwoniliśmy pod numer telefonu, który nam podali w szkole podczas pogadanki o maltretowaniu dzieci, zapytali nas tylko czy mamy wybroczyny i siniaki i wcale nie chcieli uznać, że trzeba nas bronić przed rodzicami za karanie stylem i ortografią, a nie pasem. Może jak mi się zrobią odciski na palcach od pisania, będę wreszcie mógł wezwać policję do ochrony”.

Dzieci opisują w wypracowaniach komiczne i refleksyjne scenki z życia rodziny. Przekazują problemy dorosłych z własnymi komentarzami wyjaśniającymi – „tata pracuje w firmie, która zajmuje się elektroniką, ale musi też mieć coś wspólnego z handlem niewolnikami”. Wyrabiają sobie poglądy na własną przyszłość – „w przyszłości (…) nie wyjdę za mąż, tylko raczej się ożenię, żeby miał się kto zajmować domem i dziećmi, kiedy ja będę pracować” – pisze Magda. Rodzeństwo nie przyjmuje bezkrytycznie uwag, jakimi częstuje ich mama – dzieci przeprowadzają eksperymenty w domu i w szkole, wyrabiają sobie opinie i zapatrywania na wiele spraw.

A oprócz błahych, codziennych sprzeczek, poruszają w swoich rozmowach i pracach tematy niewygodne i trudne. Dyskutują o obowiązkach dorosłych, zdrowej żywności, o rozwodach, o historii kraju, patriotyzmie, świętach, o własnej przyszłości, obowiązkach dzieci... Oczywiście obok zagadnień poważnych, prezentowanych rzecz jasna dowcipnie i z humorem, pojawiają się również opisy wydarzeń i sytuacji zwyczajnych w dziecięcym świecie. Mało ważne dla dorosłych (a nieocenione w krainie zabaw) sprawy przeplatają się z próbami rozwiązywania problemów wielkiej wagi.

Każde wypracowanie i każda rozmowa rodzeństwa stanowią osobne rozdziały. Krótkie- by nie forsować nadmiernie młodego czytelnika, dowcipne – by obok wyciągania pouczających wniosków dziecko miało też moc dobrej zabawy. Każdy rozdział to oddzielnie opowiedziana historia, która może być świetnym punktem wyjścia do rozmów z własną pociechą. Przyjęcie przez autorkę książki perspektywy spojrzeń dwójki dzieci pozwala stwarzać złudzenie tajemniczości i aury specyficznego porozumienia między czytelnikiem-dzieckiem i dziecięcymi narratorami. Takie ukrywanie przemyśleń i rozmów dzieci przed światem dorosłych to gest, który książce Jeden plus jedna może zapewnić przychylność młodych czytelników.

Warto wspomnieć również o bajkowych rysunkach Anny Nożko-Domoszewskiej. Rysunkach, które z pewnością spodobają się nie tylko dzieciom. Ilustracje przedstawiają wybrane sceny z książki i stanowią miłe zaproszenie do lektury.
Zabawne historyjki osadzone w realiach współczesności są jednak ponadczasowe. Książka Elżbiety Bartosik-Trebickiej pomoże oswoić się dzieciom z codziennymi problemami, pośmiać się i polubić czytanie.

poniedziałek, 5 kwietnia 2010

Horacy Safrin: Przy szabasowych świecach. Humor żydowski i Przy szabasowych świecach. Humor żydowski. Wybór drugi

Iskry, Warszawa 2003 (I), 2004(II).

Płomień uśmiechu

Z tradycji żydowskiego kabaretu, dziś już zapomnianego (z wyjątkiem programu Aj waj Grupy Rafała Kmity, bezpośrednio nawiązującego do dawnych szmoncesów) wywodzi się wiele dzisiejszych dowcipów i skeczy. W początkach XX wieku istniały nawet swoiste autorskie giełdy, na których kabareciarze i satyrycy handlowali pomysłami na kawały i dowcipne scenki, piosenkami i numerami estradowymi. Przez dłuższy czas to właśnie kabaret żydowski, a nawet szerzej – humor żydowski miał wpływ na kształtowanie się polskiego komizmu.
Przy szabasowych świecach to wznowienie dwutomowego wydania zbioru żydowskich anegdot i dowcipów, spisanych przez Horacego Safrina. W informacji podanej na obwolucie drugiego tomu widnieje zachęta „Prawdziwy rarytas dla wielbicieli tej [żydowskiej] tradycji i kultury”. Ale tak naprawdę nie trzeba być wielbicielem szmoncesów ani wybitnym znawcą żydowskiej kultury, żeby zestaw opowiastek zgromadzonych przez Safrina bawił i zachwycał. W bezproblemowym zrozumieniu przesłania i humoru urokliwych historyjek pomoże zamieszczony na końcu każdego tomu słowniczek podstawowych pojęć, używanych w anegdotach. Dzięki temu charakterystyczne postacie kultury judaistycznej czy nazwy żydowskich świąt nie zaburzają toku percepcji, wszystkie bowiem mogące sprawiać kłopoty określenia, zostały zgromadzone w słowniczku. Przez to snu z powiek nie spędza zawołanie „Rabojsaj!” a mełamed, magid czy goj przestają brzmieć tajemniczo.
Zachowanie tradycyjnych judaistycznych nazw i istniejących naprawdę osób oraz naśladowanie stylu mówienia Żydów nadaje opowiastkom kolorytu lokalnego. Wytwarza też niepowtarzalną atmosferę minionego już świata. Horacy Safrin mistrzowsko wykorzystuje urok dawnych miast i miasteczek, łącząc z niepowtarzalnym poczuciem humoru talent gawędziarski i wyczucie sytuacji. Nic dziwnego – znawca kultury żydowskiej a także satyryk zestawił po prostu te dwie namiętności. Tak zrodził się cykl Przy szabasowych świecach. Dowcipy zamieszczone w dwóch tomach czerpał Safrin z doświadczenia (przebywał przez przeszło 30 lat w „środowisku żydowsko-galicyjskim”) a także z lektur i studiów nad kulturą i humorem Żydów. „Wędrując z teatrem żydowskim po miastach i miasteczkach Małopolski (…) chłonąłem z ich ust świeżo upieczone nowinki i drwinki, które później, wzięte na warsztat folklorystów i naukowców, przybrały formę drukowanych anegdot i dykteryjek”. Te obserwacje, bezpośredni kontakt z humorem, uczestnictwo w narodzinach wielu historii – dało znakomity plon przeszło siedmiuset opowieści.
Wszystkie anegdoty i szmoncesy łączy geneza – wywodzenie się z kultury żydowskiej i żydowskiego poczucia humoru, którym zbiór jest na wylot przeniknięty. Mikroopowieści zgrupowane w książkach zostały podzielone na kilkanaście rozdziałów (w związku z prezentowaną tematyką) – znajdziemy tu zatem dowcipy o charakterystycznych mieszkańcach miasteczka, o handlu, o relacjach między Żydami i przedstawicielami innych nacji (oraz – między żydami i przedstawicielami innych wyznań), dowcipy o miłości, anegdoty o znanych Żydach, przysłowia. Fragmenty większych rozdziałów również podlegają specyfikacji – szmoncesy dotyczą uczonych, duchownych, kupców, swatów, kpiarzy, żebraków, świąt, wojska i wielu, wielu innych tematów. Znajdują się dowcipy o „miasteczku głupich Żydów”, zastępowanym dziś przez wyśmiewany Wąchock czy Marklowice.
Z kilku anegdot czas starł komiczną otoczkę, pozostawiając jedynie klimat minionej epoki, relikt przeszłości, zaklęty w bursztynie melancholijnego dowcipu. Mnóstwo opowiastek przeżyło bądź też odżyło we współcześnie przywoływanych kawałach i skeczach. Znakomita większość anegdot zachowała świeżość, prawie każda zaskakuje nie tylko ogromnym potencjałem humorystycznym, ale również, a może przede wszystkim – prostotą puent.
Gdyż siła żydowskiego humoru tkwi także, obok dobrotliwości i spokoju przenikającego te teksty, w konsekwentnej postawie bohaterów, w logiczności. Najprostsze, a zarazem najmniej oczekiwane rozwiązania, pochodzą ze zwyczajnego wnioskowania. Nie ma tu miejsca na absurd czy purnonsens. Wszystko jest efektem rozumowania. Wszystko powinno dać się przewidzieć, a jednak...
Pisząc o zbiorze anegdot żydowskich nie sposób pominąć tematu antysemityzmu. Zdzisław Jastrzębski w Poetyce humoru lat okupacji zwracał uwagę na fakt, że śmiech jest najlepszą formą obrony przed ciemiężycielem. Pisał, że „jednym z rodzajów broni jest równowaga człowieka, jest jego pogoda wewnętrzna wbrew wszystkiemu, jest i humor, który w nieodpowiednim miejscu i w nieodpowiedniej chwili rani, często zaś leczy cudownie (…) śmiech bowiem dowodzi, że nie przegraliśmy wojny nerwów”. W zbiorze Safrina znajdą się – obok śmiechu z konfliktów międzyludzkich – także szmoncesy wiążące się z drugą wojną światową (Żyd, który po dojściu Hitlera do władzy chce zmienić imię i nazwisko z Adolf Sztynkfas na Mojsze Sztynkfas). Dowcipy wyśmiewają stereotypowe, utrwalone w zbiorowej świadomości (i niekoniecznie prawdziwe) cechy swojego narodu, zgodnie z twierdzeniem, że o posiadaniu zmysłu humoru świadczy umiejętność dostrzegania własnych słabych stron. Wszystkie anegdoty są utrzymane w lekkim, ironiczno-humorystycznym tonie.
Całości dopełniają rysunki przedstawiające codzienność Żydów i fragmenty piosenek czy wierszy o tematyce żydowskiej.

Przy szabasowych świecach to zbiór przenoszący czytelników w nieistniejący już świat żydowskich szmoncesów. Książki są pełne ciepłego, pogodnego humoru, to tomiki rozjaśniające życie płomieniem uśmiechu i rozpraszające mroki pesymizmu światłem żartu. „To humor, który się nie starzeje, nie traci uniwersalnej wymowy i bawi do dzisiaj”. Horacy Safrin, przytaczając w przedsłowiu do pierwszego wydania kilka anegdot z własnego życia, zamieścił między innymi prośbę ojca: „wspominaj mnie tylko przy radosnych okazjach!”. Mimo że zestaw historyjek z obu tomików powodować może niewytłumaczalny sentyment czy tęsknotę za beztroską, w porównaniu z dzisiejszymi czasami, przeszłością, opowieści przytoczone przez Safrina z pewnością będą bawić, rozśmieszać i skłaniać do refleksji.

piątek, 26 lutego 2010

Agnieszka Osiecka: Szpetni czterdziestoletni

Iskry, Warszawa 1987.


Zabawa w lustra

Po „Alfabecie wspomnień” Antoniego Słonimskiego moda na porządkowanie swoich doznań i obserwacji według krótkich opowiastek na wybrane tematy długo nie gasła (wśród satyryków natomiast znajdują się jeszcze dziś autorzy, którzy chętnie sięgają po ten właśnie sposób tworzenia atrakcyjnych dla odbiorców memuarów). O większości podobnych utworów najczęściej szybko się zapomina, bywają jednak i takie, które – czy to za sprawą niebanalnych treści, czy – autora o głośnym nazwisku – przez dziesięciolecia nie blakną i cieszą się niesłabnącym zainteresowaniem kolejnych pokoleń odbiorców, mimo że wiadomości i plotki w nich zawarte dawno się zdezaktualizowały. Do wciąż czytanych „alfabetów” zaliczyć można bez wątpienia „Szpetnych czterdziestoletnich” Agnieszki Osieckiej – nie tylko przez zgrabne nawiązanie do Hłaski (formułę tytułową, prześmiewczą i zrytmizowaną, łatwo skojarzyć, zapamiętać i… wykorzystywać w odniesieniu do postmłodzieńczych doznań), ale i przez lekką, żartobliwą (choć nie zawsze wesołą) opowieść o tym, co minęło. Najtrafniej chyba określiła tę książkę sama autorka – jako spis tęsknot. „Bawmy się w lustra, piszmy jedni o drugich” – nawoływała. Dziś lustra zamieniły się w lekko nostalgiczne obrazy i fotografie, coraz bardziej dla współczesnych odbiorców – pokoleń internetu – egzotyczne, ale przecież wciąż cenne jako barwne świadectwo obyczajowości epoki.

W małym słowniczku odwilży Agnieszka Osiecka odwołuje się do tęsknot i marzeń jej oraz jej rówieśników. Ubarwia metafizyczne wzloty przyziemnymi i przeważnie wesołymi anegdotami, w teksty wplata fragmenty piosenek, które, zamienione przez układ wersów na prozę, stają się też dobrym komentarzem. „Spis bzików, żartów i zamyśleń” mieści w sobie mnóstwo zdekodowanych szyfrów, haseł, którymi porozumiewali się znajomi. Część danych utrwaliła się w świadomości publicznej – czerwone skarpetki, jazz, Eile – to przecież tematy stale powracające w okołoodwilżowych dyskusjach. Osiecka wzbudza zainteresowanie odbiorców, nadając wywodom wymiar humorystyczno-prześmiewczy, okraszając własnymi przemyśleniami i odczuciami. Szpetni czterdziestoletni są (byli) naiwni, wierni własnym ideałom. Tworzyli artystyczną i trochę siermiężną bohemę, liczyła się dla nich sztuka i dobra zabawa. Rytm wspomnieniom Osieckiej nadają relacje towarzyskie, kolorowe pomysły z czasów młodości.

W „Szpetnych czterdziestoletnich” historia uwidacznia się w wymiarze mikro. Wielka polityka pojawia się tylko wtedy, gdy znacząco wpływa na losy łaknącej zabawy i szczęścia młodzieży lub wówczas, gdy dezorganizuje codzienną egzystencję. Więcej tu jednak przemyśleń utrzymanych w poetyce plotki – to na przykład charakterystyki prywatek czy dylematy dziewczyn, które chcą iść do łóżka z dopiero co poznanym chłopcem. Mieści się w książce wiele ocen znajomych, ale też i mnóstwo autobiograficznych relacji. Fantastycznie zmienia się, w zależności od zaangażowania emocjonalnego autorki, sposób przedstawiania przyjaciół. Dystans uczuciowy objawia się lekką kpiną lub nawet drwiną (ta pierwsza chroni także od sentymentalizmu, ta druga podkreśla obcość zjawiska), w chwilach, gdy Osiecka koncentruje się na prezentacji bliskich (to jest nieobojętnych), tekst przesyca się wzruszeniem i delikatnością. Dzięki tym zabiegom książka przykuwa uwagę, zmienny rytm narracji to jej spory atut. Czyta się Osiecką tym lepiej, że na pierwszym planie mieści się obyczajowość – zwyczajna egzystencja młodych ludzi, ich nadzieje – niezmienne bez względu na okoliczności. Chociaż przedstawia Agnieszka Osiecka portret jednego tylko pokolenia, uchwyconego w pewnym momencie życia, część spostrzeżeń i myśli jest tu uniwersalna. Ta druga, doraźna część natomiast zaspokaja ciekawość i przeważnie budzi uśmiech.
„Szpetni czterdziestoletni” to nie tyle dokument obyczajowości PRL-u, ale jego zwierciadło, czasem – krzywe lustro. To rejestr wzruszeń i marzeń, wolny od memuarowej nostalgii.

niedziela, 3 stycznia 2010

Szymon Kobyliński: Zbrojny pies czyli zestaw plotek

WL, Kraków 1982.



Memuary rysownika

„Zbrojny pies czyli zestaw plotek” Szymona Kobylińskiego to kolejna pozycja memuarystyczna, w której nacisk kładzie się przede wszystkim na niepowtarzalne anegdoty. Autor – rysownik satyryczny – wzorem Jerzego Zaruby, swojego mistrza i przyjaciela, postanowił upamiętnić wydarzenia i ludzi – a także miejsca, które do literatury wstępu raczej nie miały. O ile jednak Zaruba postawił w swoim czasie na prezentowanie życia bohemy i oprowadzał czytelników po Warszawie, o tyle Szymon Kobyliński zdecydował się na utrwalanie pejzaży subiektywnych i w „Zbrojnym psie” opisuje sprawy mało istotne z punktu widzenia historyków, bezcenne natomiast dla koneserów anegdot i prywatnych opowieści.
Zaczyna się „Zbrojny pies” podwojonym portretem. Pierwszy obraz stanowią spotkania z Tuwimem, drobiazgowo odnotowane w liście do Ciotkusza – ulubionej krewnej autora. Widać tu nie tylko radość obcowania ze sławą, ale i rozwijany zmysł obserwacji satyryka. Drugi, choć trochę zafałszowany przez zrozumiały brak dystansu, to wizerunek Jerzego Zaruby, mentora. Tuwima próbował Kobyliński opisać w sposób możliwie jak najpełniejszy. Zaruba pojawia się i znika, wydaje się trudniejszy do uchwycenia. Szymon Kobyliński nie chce kopiować artysty, ale memuary Zaruby stanowią dla niego, przynajmniej na początku, bardzo wyraźny punkt odniesienia.
Z czasem zaczyna autor przechodzić do bardziej osobistych motywów, tak na przykład sporo miejsca zajmuje Śliz, majątek wujostwa w Garwolińskiem – tereny zapamiętane z dzieciństwa przyjmują tu nowy, a przecież nieoryginalny wymiar małego raju na ziemi. Kobyliński przechodzi tu od rejestru pomysłów bohemy do tworzenia sagi, rodzinnej opowieści o przeszłości w wymiarze mikro. Co ciekawe, najbliższej rodzinie poświęca znacznie mniej uwagi niż otoczeniu i przyjaciołom domu – ale to specyfika spojrzenia.
Kobyliński napycha swoją książkę zarejestrowanymi śmiesznostkami z życia, dowcipami sytuacyjnymi i zapomnianymi przez publiczność (wiele z tych anegdotek nadawałoby się do przeniesienia na scenę, nie zaistniały jednak w szerszej świadomości odbiorców). Nawet w aneksie – zbiorze tekstowych ilustracji do kolejnych opowieści – upycha żarty, które nie trafiły do głównego toku wywodu, zaznaczając, że z odrzuconych historii dałoby się skonstruować następną książkę. Jest więc „Zbrojny pies” nie tyle zbiorem plotek, co zbiorem anegdot w dobrym gatunku.
Czyta się te pamiętniki z dwóch powodów. Po pierwsze – właśnie dla owych zabawnych błahostek, celnie przytaczanych przez satyryka, z dobrą dramaturgią i naturalnie eksponowaną puentą. Po drugie dla napawania się klimatem, jaki udało się Kobylińskiemu w książce stworzyć. Chociaż na początku lekko archaiczny (głównie przez niewymuszaną kolokwialność) styl może trochę zakłócać lekturę, już wkrótce pozwoli delektować się plastycznymi, mięsistymi opisami. Zaspokajanie ciekawości, ukłon w stronę faktów z życia znanej (przynajmniej części czytelników) postaci schodzi tu na dalszy plan, bo Szymon Kobyliński chroni swoją prywatność i nie odsłania sekretów codzienności. W swoim pamiętnikopisaniu zachowuje klasę. Opowiada, uciekając ciągle w dygresje, ale opowiada na tyle ciekawie, że bez naruszania sfery intymnej będzie w stanie zaintrygować wymagających odbiorców. Widać w tej publikacji zacięcie literackie Kobylińskiego, nastawienie na odbiorcę, widać też językową poprawność i dbałość o jasny przekaz. Widać i zaangażowanie, refleksję pozbawioną sentymentalności i – spokój, który udziela się także czytelnikom.

niedziela, 29 listopada 2009

Olga Lipińska: Mój pamiętnik potoczny

Prószyński i S-ka, Warszawa 2005.

Codzienność szeptem


W zasadzie to aż dziwne, że „Mój pamiętnik potoczny” Olgi Lipińskiej przeszedł niemalże bez echa – o opublikowanej przed czterema laty książce pamięta dziś niewielu. Być może za sprawą zwodniczego tytułu – dość potężny tom nie należy przecież do literatury stricte memuarowej, genologicznie rzecz ujmując, to po prostu zbiór felietonów. Ich lektura jednak nakazuje zweryfikowanie poglądów i przyznanie tekstom Lipińskiej prawa do „pamiętnikowości”. Felietony zakładają subiektywny punkt widzenia – u Olgi Lipińskiej tworzywem krótkich refleksji stają się prywatne doznania, przeżycia jednostkowe i wydarzenia, których nie można przekuć na kabaretowe scenki.
Autorka wprowadza swoich czytelników – niekoniecznie wielbicieli Kabareciku – we własny świat, trochę podlany Gałczyńskim. Zdradza szczegóły codziennego życia, cytuje przekomarzania z mężem Piotrem, oraz troski o suczkę Julkę. Spowiada się ze zwykłych problemów i słabości, zwierza się i próbuje usprawiedliwiać. Rozlicza się z nierzetelnymi dziennikarzami, wystawia rachunek władzom, które już w XXI wieku zdjęły jej program z anteny. Nie ma zamiaru natomiast wykorzystywać modnego i poczytnego przecież stylu plotkarskiego, nie zdradza cudzych sekretów. Chętnie zresztą porusza się w obszarze relacji, woli opowieść niż analizę, w puentach felietonów bardzo często umieszcza dialogi, z pozoru zwyczajne, a przecież ostatnią kwestią świetnie podsumowujące także ukryty sens tekstów. W zapiskach Olga Lipińska odnosi się niemal bez przerwy do relacji z najbliższymi – portretuje wciąż niezadowoloną i narzekającą matkę, wyrozumiałego mimo że czasem nieobecnego duchem męża oraz całe grono bliższych i dalszych przyjaciół. Prywatne wymiany opinii służą właściwie w „Moim pamiętniku potocznym” do komentowania spraw społecznych – celnego, chociaż przeważnie gorzkiego.
Olga Lipińska także w tych drobnych, diariuszowo-publicystycznych utworach daje się poznać jako przenikliwa obserwatorka. Tym razem jednak nie decyduje się na ostrze satyry (co najwyżej – ironii, ale i z tej otoczki często rezygnuje), stawia raczej na retorykę przemieszaną z konfesyjnością, oddala niemal całkowicie śmiech. Więcej tu rozczarowania i zmęczenia niż anegdoty, więcej przygnębienia niż radości, a przecież książkę i tak czyta się błyskawicznie. Trudno żeby było inaczej, teksty nie liczą więcej niż po trzy strony, wykorzystują silne zaangażowanie emocjonalne, w dodatku nasycone są zwierzeniami o dość wysokim stopniu prywatności, a to zawsze stanowi wabik na część czytelników – tę część, która spragniona jest wynurzeń celebrytów.
Sporo tu będzie tematów niewygodnych, których poruszania Lipińska się nie boi – na przykład spełnienia, do którego nie jest potrzebne kobiecie macierzyństwo – ale i przyjemnych wspomnień, choćby przyjaźni z Agnieszką Osiecką. Zagadnieniom o większym stopniu ogólności nadaje autorka także rysów indywidualnych, przez doświadczanie kolejnych wydarzeń – czy chodzi o agresję i wulgarność szerzącą się wśród młodych ludzi, czy o modę na gimnastykowanie się.
Felietony zgromadzone w „Moim pamiętniku potocznym” powstawały na przestrzeni dwunastu lat, od lutego 1993 do stycznia 2005. Daje się w nich zauważyć, obok naturalnej w obliczu społeczno-politycznych przemian zmiany tematyki także zmianę stylu i języka – jedyną ostoją wobec zmieniającej się rzeczywistości okazuje się rodzina. Książkę ilustrują zdjęcia z archiwum autorki – część przypominająca zwykłe fotografie każdego z odbiorców tej publikacji, część to zdjęcia z planu, niekiedy dość humorystyczne (jak te z serii „reżyser umie pokazać wszystko” – na których autorka demonstruje aktorom, jak mają odgadywać poszczególne sceny.
A najbardziej w tym wszystkim podoba mi się krytyka nienawiści. Krytyka ponad podziałami, wolna od polityki, wyrastająca z niechęci do głupoty. Krytyka mająca swoje źródło w satyrze, tym razem nastawiona wyłącznie na likwidację nieuzasadnionych uprzedzeń i złośliwej agresji. I chociaż także tym razem głos Lipińskiej zginął w ogólnym wrzasku – miło było przekonać się, że nie wszyscy tę retorykę krzyku akceptują.

czwartek, 26 listopada 2009

Jerzy Stuhr: Sercowa choroba, czyli moje życie w sztuce

Czytelnik, Warszawa 1992.


Nie każdy może pisać

Właściwie „Sercową chorobę” przeczytałam tylko ze względu na moje zamiłowanie do literatury autobiograficznej i wspomnieniowej. Właściwe przebrnąć przez nią kazała mi nadzieja na to, że po wstępnych ustaleniach będzie lepiej i ciekawiej. Właściwie mogłam odłożyć tę publikację po kilkudziesięciu stronach, a z jakichś niezrozumiałych powodów doczytałam do końca, wciąż z tymi samymi zastrzeżeniami, które wykluły się na początku.
„Sercowa choroba, czyli moje życie w sztuce” Jerzego Stuhra to swoista spowiedź, jaką autor-aktor zrealizował po przebytym zawale. Od początku widać tu próbę ocalenia przeszłości, zamknięcia pewnego etapu życia – i wytłumaczenia tego, co już wkrótce może okazać się niezrozumiałe. Takie przynajmniej cele z lektury wyprowadziłam. Problemy są dwa: pierwszy to styl narracji. Drugi – walka z wrogami w postaci krytyków i „dorobkiewiczów”, specyficznych odbiorców, o których za moment.
Podczas czytania „Sercowej choroby” dokładnie widać te momenty, które wbrew zaleceniom lekarzy (i zdrowemu rozsądkowi, czy choćby instynktowi samozachowawczemu) podnoszą autorowi ciśnienie. Spisywanie wspomnień wiąże się tu z rozliczeniami, te z kolei budzą źle skrywany gniew. Gniew przekłada się na tekst pisany i automatycznie zmienia styl narracji. Pojawiają się szatkowane frazy, kolokwializmy nielicujące z tematami wywodu, przeskoki myślowe, dygresje, a nade wszystko – emocje, które praktycznie przyćmiewają erystyczne chwyty. Nagromadzenie frustracji, wylewanie żalu na karty książki – to pewna forma autoterapii, która jednak nie wszystkim przypadnie do gustu. Zwłaszcza że gawędziarski styl Stuhra to również nonszalancja w stosowaniu form gramatycznych, mieszanie czasów, mieszanie odbiorców (tu trzy rodzaje zwrotów do czytelnika – 1) do pojedynczego czytelnika per „ty”, 2) do zbiorowości – „Szanowni Państwo”, 3) do zbiorowości z pewną dozą spoufalania się, co dziś już stało się uzusem – przez połączenie zwrotu „Szanowni Państwo” z drugą, a nie trzecią osobą liczby mnogiej. Czwarty zwrot, do Inżyniera, zaraz). Na początku raczej trudno wyplątać się z chaosu, jaki autor serwuje – to tryb dobry na gawędę, monolog na spotkaniu z fanami, ale raczej nie na książkę. I tu pojawia się jeszcze jeden problem – problem wprojektowanego w tekst czytelnika.
W zasadzie znienawidzone są dwa gatunki potencjalnych odbiorców – i te dwa gatunki zostały tu wdeptane w ziemię, zmieszane z błotem i odsądzone od czci i wiary. Pierwszy gatunek – krytycy. Naprawdę niewiele w literaturze tego rodzaju znalazłam przykładów tak ogromnej agresji kierowanej w to środowisko. Dostaje się prawie wszystkim: za nieoczytanie, marnej jakości teksty (tu akurat się nie dziwię), nieznajomość fachu, zasad zawodu, stosunków w teatrach… listę można by wydłużać. To krytycy są odpowiedzialni za to, że publiczność się nie zna, nie lubi, nie przychodzi. Całe zło tego świata w krytykach się kumuluje. Być może ze sceny wygląda to inaczej – ale niewątpliwie przeceniał Stuhr opiniotwórczą rolę tego grona. Drugą wstawkę rozbijającą tok lektury zapewniają ironiczne zwroty do Inżyniera – niewykształconego, bogatego cwaniaczka. Nie wątpię, że spotkał się aktor z takimi na swojej drodze – jednak wrzucanie kompletnie nieuzasadnionych uszczypliwości pod adresem tego, który kupił książkę dla szpanu są tu zwyczajnie zbędne, nie mówiąc już o tym, że prawdziwy „Inżynier” i tak tych słów nie przeczyta. Stuhr pisze jakby nie pamiętał o właściwych odbiorcach, niechcący tych właśnie wiernych i oddanych krzywdzi.
„Przepraszam, Czytelniku, za jeszcze jeden chaotyczny zwrot tej opowieści, wybacz, ale spraw, przeżyć do opisania tak wiele, a umiejętności kompozycyjno-literackie niewielkie” – kaja się autor na stronie 311 i mogłaby to być skrótowa recenzja całej książki. Wykonanie momentami przysłania wspomnienia i przeżycia z pracy w teatrze i grania w filmach, przydałby się tu ghost-writer, który wygładziłby opowieść, uporządkował i nadał właściwy ton. Takiego opracowania, redakcji wspomnień zabrakło, przez co „Sercowa choroba” staje się lekturą dla cierpliwych. Mimo że treść, którą oddala forma, jest przecież bardzo ciekawa.

czwartek, 19 listopada 2009

Obraz czy tysiąc słów?

Wiesław Fuglewicz: Słownik wyrazów obcych w obrazkach. Iskry, Warszawa 1987.


Kto widział rysunki Wiesława Fuglewicza, ten z pewnością kojarzy charakterystyczne zdeformowania ludzkich sylwetek, konturowość postaci i przedmiotów, wyrazistą i pewną kreskę jednej grubości i rezygnację z umieszczania na obrazkach szczegółów, które zaciemniałyby odbiór. Fuglewicz w swoich pracach często odwoływał się do symbolu, a jego jednoklatkowe rysunki opowiadały konkretne historie – choć na pierwszy rzut oka nie cechowały się zbyt dużym zdynamizowaniem.

Wydany w 1987 roku w rysunkowej serii „Biblioteki Stańczyka” tomik „Słownik wyrazów obcych w obrazkach” to zjawisko jak na satyrę schyłku XX wieku niezwykłe, a dziś już praktycznie niemożliwe do powtórzenia. Wymaga bowiem od odbiorców pewnego wysiłku intelektualnego, więc, co za tym idzie, wiąże się z ryzykiem niezrozumienia dowcipu. Pomysł na cały zbiorek zdominował (a być może po prostu wymusił) mechanizmy komizmotwórcze: siłą zestawu staje się więc realizacja konkretnych przykładów.

Wiesław Fuglewicz gromadzi wyrazy obce, obcobrzmiące lub po prostu – trudne – a potem komentuje je rysunkami. Tworzy ilustrowane definicje haseł, dokonując często semantycznych dekonstrukcji. Pokazuje, jak można rozumieć poszczególne terminy, uruchamiając szeroki wachlarz skojarzeń. Stosuje naiwne odczytania i bardziej skomplikowane, asocjacyjne procesy myślowe, żeby dotrzeć do znaczenia wyrazu. Konotacje humorystyczne uaktywniają się przede wszystkim wówczas, gdy odbiorca musi odkryć sieć powiązań między słownikowym wyjaśnieniem terminu, a definicją obrazkową, zaproponowaną przez Fuglewicza. W tej niewielkiej książeczce śmiech nie jest reakcją oczywistą i naturalną – poprzedza go, momentami utrudnia, konieczność zrekonstruowania idei twórcy. Odczytywanie pomysłów Fuglewicza rozkłada się na kilka etapów: po pierwsze – zrozumienie przywołanego słówka, po drugie – interpretacja rysunku, po trzecie – odkrycie płaszczyzny wspólnej dla obu kanałów przekazu, po czwarte wreszcie deszyfrowanie skojarzeń twórcy. Znajdują się w tomiku rysunki lżejsze, w których ów proces nie będzie aż tak wyraźny, lecz sporo i prac ambitnych. Te ostatnie dziś zaskakują: satyra w pierwszej dekadzie XXI wieku oceniana jest przede wszystkim przez pryzmat wątpliwej jakości dokonań kabaretów medialnych. Ocena dowcipu w takim ujęciu staje się – rzecz jasna – zniekształcona; mimo to na żart wyrafinowany nie ma ostatnio miejsca. Propozycja Wiesława Fuglewicza spotkałaby się zapewne z co najmniej nieprzychylnym odbiorem przyzwyczajonych do łatwej rozrywki odbiorców.

„Słownik wyrazów obcych w obrazkach” to propozycja kierowana przede wszystkim do czytelników myślących. Odkrywa nieznane satyrze rejony – Fuglewicz odważył się podjąć ryzyko i zaproponował tomik dla inteligentnych. Tym samym zadał kłam opiniom, jakoby satyra miała być literaturą niższą czy sztuką drugiej kategorii. Niewątpliwie zaletą książki ObWiesia (takim pseudonimem podpisywał się Wiesław Fuglewicz) jest jej uniwersalność. Zamiłowanie do symboli sprawia, że w wielu rysunkach autor nie posługuje się – poza, oczywiście, tytułem obrazka – słowami. Nie odwołuje się też raczej do frazeologizmów, źródła humoru upatruje raczej w skojarzeniach tematycznych: rysunki opiera na zestawieniach motywów, nie sięga za to po narodową „mitologię” i satyrę polityczną (w postaci nawiązań do bieżących trosk rodaków) – przez co przedłuża jeszcze egzystencję zbiorku.

Dziś odbiór „Słownika wyrazów obcych w obrazkach” wiąże się z pewnym podziwem dla twórcy. Obrazki jak spod igły, odważne przeskoki myślowe, elegancja wygrywająca z wulgarnością, a jeszcze przy tym można się czegoś nauczyć… Takich tomików w polskiej satyrze XX wieku nie było zbyt wiele – i nie zanosi się na to, by miały się wkrótce pojawić.



Izabela Mikrut