* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

niedziela, 17 maja 2026

Minecraft. Czerwienit. Naklejkowa przygoda

Harperkids, Warszawa 2026.

Przygotowania

Przygotowania do gry proponują twórcy kolejnej łamigłówkowej książki z naklejkami poświęconej uniwersum Minecrafta. „Czerwienit. Naklejkowa przygoda” to lekcja operowania jednym z surowców w grze – i jednocześnie szansa na przedłużenie przyjemności zabawy poza komputerem. Każda rozkładówka to inna podpowiedź na udogodnienie albo usprawnienie codzienności w grze, zestaw wskazówek i komentarzy do używania konkretnych surowców albo zastawiania pułapek. Dzieci skorzystają z tej książki – bo poznają nie tylko zasady funkcjonowania w środowisku Minecrafta, ale też logiczne związki przyczynowo-skutkowe i możliwości omijania problemów – a także poćwiczą zdolności motoryczne podczas przyklejania naklejek w odpowiednie miejsca.

Bo każda rozkładówka to nie tylko podpowiedź co do działań, które da się przenieść bezpośrednio na komputerowy świat. Owszem, jest to najważniejsze w książce i bez znajomości Minecrafta – nie ma znaczenia, czy teoretycznej czy praktycznej – nie ma co w ogóle podchodzić do lektury, bo tomik jest poradnikiem dla najmłodszych – a jednak dzieci znajdą tu sporo wyzwań z różnych dziedzin. Liczyć się będzie umiejętność dostrzegania konsekwencji podejmowanych działań, ale też przyswajania „przepisów” na przedmioty wytwarzane z użyciem czerwienitu. Oczywiście nie ma to bezpośredniego przełożenia na życie poza grą – ale jako uzupełnienie do samej gry nada się świetnie (i przy okazji uspokoi sumienia tych wszystkich dorosłych, którzy uważają, że komputery to nie wszystko i że najmłodsi powinni co najmniej tyle samo czasu spędzać nad książkami). Trzeba tu w określonych miejscach wykorzystywać naklejki dołączone do książki, ale to sprzyja zapamiętywaniu porad i pozwala na łatwiejsze poruszanie się po świecie gry. W tomiku „Czerwienit. Naklejkowa przygoda” każda rozkładówka to inny motyw – inny etap przygotowywania sobie miejsc w grze, można zatem zrezygnować z linearnej lektury i wybierać to, co najistotniejsze w danym momencie. Minecraft reklamy nie potrzebuje, od dawna funkcjonuje także w świadomości dorosłych jako gra, która uczy logicznego myślenia i rozwija dzieci – to ten typ rozrywki, która mimochodem przynosi jeszcze pozytywne skutki dla najmłodszych. Nie dziwi zatem równoległe rozbudowywanie świata Minecrafta o towarzyszące mu oficjalne publikacje książkowe – pełniące przecież rolę gadżetów, ale od czasu do czasu też zastępujące siedzenie przy komputerze. Z tym tomikiem do komputera w końcu trzeba będzie podejść, żeby wypróbować wyczytane w nim podpowiedzi – ale taka lekcja, połączona z zabawą naklejkami, może się dzieciom zwyczajnie spodobać. Jest to książka ładnie przygotowana, poza zestawem naklejek mamy tu bardzo barwne strony (które owymi naklejkami należy uzupełniać). „Czerwienit” to propozycja dla dzieci, które dobrze czują się w świecie Minecrafta i chcą rozwijać swoje umiejętności, a przy okazji sprawdzać, ile rozrywki przyniesie im testowanie nowych możliwości. To gra, która rozbija bariery wiekowe – i nadaje się do wykorzystywania także w procesie edukacji, chociaż nie zawsze w klasycznym rozumieniu.

sobota, 16 maja 2026

Katarzyna Biegańska: Co czujesz, tato?

Kropka, Warszawa 2026.

Emocje

Tata z serii picture booków przygotowanych przez Katarzynę Biegańską i Dorotę Prończuk (autorkę ilustracji) jest naprawdę postępowy i wyznacza trendy, a na pewno pokazuje wszystkim, jak powinno się funkcjonować w dzisiejszym świecie, by unikać pułapek rodzicielstwa. Tata – z brodą drwala i kitką – nie musi być twardzielem dystansującym się od uczuć, wprost przeciwnie – to on staje się przewodnikiem po tym, co przeżywa dziecko. Autorki przypominają, że dziecko zawsze dostrzega uczucia i zachowania dorosłych, wyłapuje sygnały, które świadczą o tym, że coś jest nie tak – i jeśli nie dostanie informacji o tym, co się dzieje, będzie snuć własne scenariusze, często znacznie gorsze niż rzeczywistość. Warto zatem rozmawiać, wyjaśniać wątpliwości i uczyć pociechę, jak mówić o uczuciach. W tym sprawdzają się ojcowie – których jeszcze w poprzednich pokoleniach nikt nie podejrzewał nie tylko o empatię, ale nawet o posiadanie jakichś bardziej skomplikowanych uczuć czy przemyśleń na ten temat. Tymczasem ogromny tata z książki radzi sobie z tym wyzwaniem całkiem nieźle. Wychowuje syna tak, żeby ten nie bał się mówienia o swoich zmartwieniach czy przeżyciach – a skoro maluch może tacie powiedzieć wszystko, co zresztą wykorzystuje, nie jest to tylko błahe i teoretyczne zapewnienie – to równie dobrze tata może podzielić się swoimi doświadczeniami z pociechą. Oczywiście – ale tego już autorka nie mówi – w granicach rozsądku, tak, żeby nie zrzucać na malucha stresów czy niepotrzebnych przykrych niespodzianek. Wystarczy jednak odrobina uwagi i wyjaśnienie, dlaczego coś w relacjach się zmieniło – to sposób na uspokojenie dziecka.

A skoro z tatą da się o wszystkim porozmawiać (nawet o sprawach tak poważnych jak ciężka choroba babci) – to można z nim też dzielić uczucia i dowiadywać się, co one znaczą. Autorka odwołuje się do konkretnych sytuacji, które dzieci mogą sobie łatwo wyobrazić – i w związku z nimi podaje konkretne uczucia, nazywa je tak, żeby najmłodsi utrwalili sobie odpowiednie nazwy i wiedzieli, co dzieje się z nimi samymi w analogicznych sytuacjach. Wszystko wydaje się łatwiejsze, kiedy można dzielić to z tatą – i tak wygląda prawdziwe bohaterstwo w dzisiejszych czasach. Nie trzeba tu wielkich fabuł ani scenek, które zmuszają dzieci do przenoszenia się do bajkowego świata – to, co pojawia się w tomiku, wydaje się znane i bliskie, wręcz namacalne. Katarzyna Biegańska wie, jak mówić o uczuciach, bez abstrakcji i wielkich słów. Do tego dochodzą obrazki, które odbiorcom powiedzą równie dużo o emocjach targających bohaterami co sama narracja – tak przygotowany picture book nie potrzebuje już dodatkowych komentarzy. A jednak spora część dzieci po lekturze będzie chciała przegadać temat jeszcze ze swoimi rodzicami. I Katarzyna Biegańska znowu przypomina ojcom – że to oni mogą być tymi, którzy zapewnią maluchom potrzebne wsparcie, także to emocjonalne. Czasy się zmieniają i dobrze, że „Co czujesz, tato” nadąża za tymi metamorfozami.

piątek, 15 maja 2026

Miraculous. Postraszycielka

Harperkids, Warszawa 2026.

Pomoc

Czasami ten, kto jest największym potworem, boi się czegoś tak bardzo, że chowa własny strach pod maską agresji. W „Postraszycielce” jest to zaprezentowane dzieciom znacznie prościej, za sprawą działań Władcy Ciem – tego, który wykorzystuje swoją moc do czynienia zła. Drobny tomik „Postraszycielka” przygotowany jest dla dzieci, które uczą się samodzielnego czytania i potrzebują materiałów do ćwiczenia – a skoro i tak muszą spędzać czas nad książkami, niech to będzie czas przyjemnie spędzany z lubianymi kreskówkowymi postaciami. W cyklu Tryb czytania pojawia się zatem drobne opowiadanie z ważnym dla najmłodszych przesłaniem. Mamy tu bohaterów z uniwersum Biedronki i Czarnego Kota – ze świadomością, kim w cywilnym życiu są te postacie. Szkolna społeczność to dobre miejsce na testowanie możliwości i ograniczeń związanych z własnymi doświadczeniami i wyobrażeniami. I tak Mylene przekonuje się, że trudno jest grać w horrorze. Chociaż świetnie zdaje sobie sprawę, że nie ma tu do czynienia z prawdziwymi potworami, nie umie pokonać lęku przed nimi – i boi się coraz bardziej. Władca Ciem wykorzystuje to, żeby zamienić ją w prawdziwego potwora – i teraz to Mylene będzie siać postrach, dopóki Biedronka i Czarny Kot nie znajdą na nią sposobu. A muszą zadziałać sposobem – bo inaczej nie da się pokonać zła bez robienia krzywdy koleżance. I tak dzieci przekonują się, że agresja często bierze się ze strachu – wcale nie trzeba do tego magii, chociaż ta sprawdza się w świecie wykreowanym przez Miraculous.

Jest to bardzo krótka książeczka, w dodatku bogato ilustrowana – kadry z bajki zastępują tu klasyczne grafiki i jednocześnie są wabikiem na małych odbiorców, zachęcają do spędzania czasu z książką i do sprawdzania, jakie przygody przeżywali bohaterowie opowieści. Pozwalają skoncentrować się nie tylko na wysiłku związanym z poznawaniem i składaniem liter – ale też na samej opowieści. Fabuła jest zatem dobrze zaakcentowana, a do tego bardzo dynamiczna – wypełniona ekstremalnymi doświadczeniami bohaterów. Dzieje się tu dużo w bardzo niewielkim tekście – ale chodzi o to, żeby przyciągnąć dzieci do lektury i pokazać im radość płynącą z samodzielnego czytania. W tym tomiku znalazło się i sporo wyobraźni – maskującej prawdziwe wydarzenia i problemy ze świata kilkulatków, i trochę odsłaniania kulis magicznych przeobrażeń w superbohaterów, i cenna lekcja dla wszystkich na najbliższą przyszłość i funkcjonowanie w grupie społecznej. „Postraszycielka” to zatem książeczka przygotowana tak, żeby dzieci chciały po nią sięgać i żeby wiedziały, jak wydobyć z niej najlepsze przekazy. Dzieci, które uczą się czytać, nie mogą tu narzekać na nadmierny wysiłek – ale warto będzie podjąć próbę samodzielnego prześledzenia akcji, żeby poznać bieg wydarzeń i rozwiązanie mało komfortowej początkowo sytuacji.

czwartek, 14 maja 2026

Amy Sparkes: Księgarnia na tyłach kresu

Kropka, Warszawa 2026.

Ratunek

W najnowszej części tej magicznej serii liczy się najbardziej wspólne działanie. Kiedy już dom na skraju magii się uspokoił i zapewnia faktyczne schronienie dla wszystkich, którzy znaleźli się w jego progach, można zastanowić się nad niesieniem pomocy. Tym razem znika Profesora Miska, postać nietuzinkowa i jednocześnie bardzo potrzebna w magicznym świecie. Ponieważ w grę wchodzi potyczka z okrutną czarownicą, nie bez powodu nazywającą się Ohydia, wiadomo, że trzeba zjednoczyć siły i ruszyć na poszukiwania – a następnie uzbroić się w odwagę i doprowadzić do uwolnienia istoty, która tak jak inne chce po prostu w spokoju egzystować. Dziewiątka wie doskonale, jak ważne jest schronienie i pomoc bliskich – dlatego też nie waha się z wyruszeniem na pomoc. Co innego mogłaby robić? To bohaterka, która dopiero w magicznej krainie znalazła dom – nie wie wiele o sobie i o historii swojej matki, stopniowo dopiero odkrywa pojedyncze tropy, które składają się na opowieść o jej tożsamości. Dziewiątka nie ma imienia – przez pewien czas żyła na ulicy i zajmowała się złodziejstwem. Do tamtego życia nie ma powrotu, dlatego też tak mocno Dziewiątka angażuje się w zapewnianie swojej nowej – dość niezwykłej rodzinie – wsparcia. I to Dziewiątka nadaje prym opowieści, to ona motywuje do działania i to ona wreszcie musi rozwiązywać zagadki prowadzące do celu. Przewodzi galerii oryginałów i dziwaków, ale świetnie się wśród nich odnajduje – wiadomo, że ta bohaterka poradzi sobie zawsze i wszędzie. Ale Dziewiątka ma – jak wszyscy – swoje słabości i sekrety. I właśnie do wyjawiania sekretów zmusza ją pewne miejsce. Tajemnice wypowiadane na głos oznaczają maksymalne obnażenie się, osłabienie wewnętrznej siły i pewności siebie – to walka, w której nie da się znaleźć sojuszników. A jednocześnie prawdziwe wyzwanie, które pokaże, czy obrane cele są prawdziwe, czy też stanowią namiastkę pragnień.

Amy Sparkes w pierwszym tomie serii mnóstwo wysiłku poświęciła na to, żeby odbiorcy dobrze zrozumieli zasady w świecie, w którym możliwe jest wszystko. Teraz przychodzi do młodych odbiorców z trzecią powieścią – i „Księgarnia na tyłach kresu” to książka, w której narracja wydaje się bardziej spokojna a akcja podporządkowana historii drogi – jest zadanie do wykonania i na tym to zadaniu koncentrują się postacie pod wodzą Dziewiątki. Jedno rozwiązanie generuje kolejne wyzwania, nie ma mowy o przyspieszeniu celu, nie da się też zmieniać reguł gry w jej trakcie, więc czytelnicy będą po prostu podążać za bohaterką i kibicować jej w podejmowanych działaniach. Ponieważ jednak Amy Sparkes nie musi już rejestrować absolutnie każdego przejawu magii na każdym kroku – może pozwolić młodym czytelnikom na relaks i śledzenie wyprawy. Jest w „Księgarni na tyłach kresu” standardowy dla serii zestaw pomysłów, wśród których żaden nie robi takiego wrażenia na odbiorcach jak magiczna księgarnia – w końcu wiadomo nie od dzisiaj, że fani fantastyki uwielbiają przejście do świata z książek. Nie jest to równoznaczne z umiłowaniem do autotematyzmu, ale tu całkiem dobrze się sprawdziło.

środa, 13 maja 2026

Dawid Lewandowski: Pokaż światu swoją twórczość. Przewodnik po budowaniu marki osobistej w social mediach

Onepress, Gliwice 2026.

Wizerunek

To nie jest tak, że Dawid Lewandowski da czytelnikom magiczny przepis na zbudowanie strategii promocyjnej w mediach społecznościowych. Ale uświadomi, dlaczego własny wizerunek – marka osobista – jest tak istotny i dlaczego lepiej samemu stworzyć narrację niż pozwolić ją snuć innym. „Pokaż światu swoją twórczość. Przewodnik po budowaniu marki osobistej w social mediach” to książka niewielka, skondensowana i wypełniona ogólnymi uwagami, które porządkują trochę wiadomości o funkcjonowaniu w SM, ale nie przyniosą gotowej odpowiedzi na pytanie, jak budować zasięgi. Lewandowski zatrzymuje się za to na kwestii, co zrobić, żeby się wyróżnić – nie koncentruje się na kupowaniu obserwujących ani na monetyzowaniu treści, a na tworzeniu spójnego i interesującego dla odbiorców wizerunku w mediach społecznościowych. To ten pierwszy krok, który wielu twórców przerasta. Jest w tej książce też mowa o możliwościach tworzenia dzięki sztucznej inteligencji – i Dawid Lewandowski przed pułapkami korzystania z AI przestrzega – wyjaśnia, jak traktować to narzędzie, żeby nie popełniać błędów i dlaczego autentyczność jest największą wartością.

Kieruje się ten autor do twórców z różnych branż kreatywnych, nie chce nikogo wyróżniać, dba o to, żeby z poradnika mogli korzystać pisarze, malarze czy muzycy a nawet rękodzielnicy – wszyscy, którzy chcą działać w obszarze SM i wykorzystywać je jako narzędzie autopromocji. Przy okazji może zatem autor obalać mity dotyczące nachalnej reklamy albo uczyć odbiorców, jak znaleźć dla siebie miejsce i ograniczyć wyrzuty sumienia płynące z konieczności walki o uwagę. Żeby pokazać się w internecie, nie wystarczy mieć coś do powiedzenia: każdy, kto tworzy rzeczy wartościowe, może zderzyć się ze ścianą: brakiem reakcji czy niewielkimi zasięgami. I Dawid Lewandowski podpowiada metody, które mogą zadziałać, żeby podnieść wskaźniki i zapewnić sobie odzew wśród potencjalnych konsumentów, klientów czy fanów. Nie obiecuje złotych gór, wie, że zmiany wymagać będą działań i cierpliwości, a także czasu – ale uczy czytelników, co zrobić, żeby zmienić swoje sieciowe przyzwyczajenia. I to może być bardzo skuteczne, jeśli faktycznie odbiorcy tej książki uważnie przestudiują porady i zastosują się do nich. Co ciekawe, autor decyduje się na wprowadzanie dwóch ćwiczeń po każdym rozdziale – niby niewiele, a jednak wymaga to zaangażowania i uważności w pracy, a w konsekwencji doprowadzi do zmiany postrzegania samych SM. Jest to dobry sposób na ruszenie z miejsca i na zbudowanie sobie nowej strategii działania. Warto zastanowić się zwłaszcza nad kwestiami, które podważają obiegowe opinie – Dawid Lewandowski może pokazać odbiorcom nowe perspektywy i zmusić ich do kreatywnego wykorzystywania social mediów jako narzędzia autopromocji.

Jest to książka objętościowo niewielka i bazująca na próbie wytłumaczenia czytelnikom, jakie podejście w stosunku do mediów społecznościowych powinni przyjąć, jeśli muszą z różnych powodów traktować je jako płaszczyznę autoprezentacji czy reklamy – dopiero gruntowne poznanie takich założeń pozwoli na czerpanie korzyści z budowanej konsekwentnie marki osobistej. „Pokaż światu swoją twórczość” to książka przeprowadzająca przez podstawy zmiany w myśleniu o SM.

Bajki z uśmiechem 5

Zapomniałam napisać, że mamy już piątą część Bajek z uśmiechem - darmowych audiobooków z moimi bajkami

czyta TIMIOS KIECHAJAS
muzyka KLAUDIA RABIEGA
teksty i montaż ja

Bajki z uśmiechem - część 5

wtorek, 12 maja 2026

Ewa Borowska: Trenujemy umiejętności społeczne

Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.

W grupie

Ta seria ma dwie naprawdę mocne strony, pierwsza to identyfikacja wizualna – książek z cyklu Szkoła i ja kierowanego dla dzieci wkraczających w wiek szkolny i ich rodziców nie można z niczym pomylić, nie będzie zatem przypadkowych czytelników czy tych liczących na bajki i fabuły. Druga mocna strona to realizacja – Ewa Borowska dba o to, żeby z lektury wszyscy wyciągnęli jak najwięcej i mogli przełożyć na codzienność to, co spotyka bohaterów. Ola i jej brat Kacper chodzą do drugiej klasy, uczy ich pani Edyta – to ta trójka będzie prowadzić odbiorców przez doświadczenia w grupie rówieśników – i nie tylko. Nauczycielka bowiem prowadzi do tego, żeby jej uczniowie przyjrzeli się uważnie uczuciom targającym nimi w różnych kontekstach i trochę nad nimi pracowali. Oswaja między innymi smutek i złość, podpowiada, jak przyjmować komplementy i jak radzić sobie z odrzuceniem – czyli co zrobić po usłyszeniu „nie”. Uczy wypracowywania kompromisów, współpracy i proszenia o pomoc (albo reagowania, kiedy się widzi, że ktoś takiej pomocy potrzebuje). Wyjaśnia, czym jest duma, a czym zazdrość. Najbardziej chyba dziwi w tym zestawieniu wizyta w sklepie i robienie samodzielnie zakupów – ale jest to również umiejętność społeczna, którą trzeba wypracować. Autorka przygląda się także tematowi zazdrości czy prawdziwej przyjaźni, a żeby w ogóle to wszystko zacząć – podpowiada, jak nawiązywać kontakty.

Rzecz polega na tym, żeby wszystkie potrzebne wiadomości przekazać dzieciom bez zbędnego moralizowania i bez męczenia ich nieżyciowymi komentarzami. Żeby pokazać wszystko w akcji wykorzystuje Ewa Borowska ilustracje przygotowywane przez Martę Kuleszę – i komiksowe dymki. Dzięki temu od razu widać, kto w jakiej sytuacji wykorzystuje odpowiednie porady – i co dzieje się z uczuciami w konkretnych chwilach. Na obrazkach dzieje się wiele, panuje typowy szkolny gwar – nie da się zatem bez skupienia błyskawicznie prześledzić zawartości kolejnych tematycznych rozkładówek. Nie ma też takiej potrzeby, warto za to przyglądać się kolejnym postaciom i czytać ich uwagi – to pozwoli lepiej przyswoić przekazywane zagadnienia i wypracować sobie zasady postępowania w szkolnej społeczności czy w gronie bliskich. Nie wszystkie sytuacje będą odbiorcom bezwzględnie potrzebne – ale często zdarzy się tak, że da się wybrać drobne wskazówki z różnych obszarów działań, więc żeby dotrzeć do tych istotnych, czytelnicy będą przechodzić przez kolejne dymki i aktywnie uczestniczyć w śledzeniu opowieści. Ewa Borowska dba o to, żeby podsunąć małym odbiorcom i ich rodzicom szereg ważnych uwag – zastosowanie się do nich czasem będzie wymagało kreatywności, odejścia od modelowego schematu – ale zmniejszy stres przed nieznanym i strach przed popełnianiem błędów, które skończą się społecznym ostracyzmem. Ewa Borowska tłumaczy to, co w erze przedkomputerowej wydawało się naturalne i proste – teraz jednak staje się coraz mniej oczywiste.

poniedziałek, 11 maja 2026

Helena Dixon: Zbrodnia w rezydencji

Mando, Kraków 2026.

Formuła

W cyklu Tajemnice panny Underhay pojawia się kolejna książka, „Zbrodnia w rezydencji” i Helena Dixon dwoi się i troi, żeby swoim czytelnikom zapewnić rozrywkę w starym stylu. To kryminał, w którym liczą się konwenanse i społeczne umowy, a nie szczerość jako taka, chociaż główna bohaterka, Kitty Underhay, odrobinę się z tych schematów wyłamuje. Kitty zresztą ma w życiu szczęście do zbrodni – dopiero co udało się rozwiązać jedną zagadkę, a już czai się kolejna. I to w miejscu, w którym bohaterka ma odpocząć od morderstw. Helena Dixon przenosi akcję do lat 30. XX wieku i do wyższych sfer – takich, w których nie można sobie pozwolić na przypadek w relacjach towarzyskich. I Kitty jest świadoma wszelkich ograniczeń płynących właśnie z zasad grzeczności i obowiązków wobec krewnych. Chce jednak poznać rodzinę ojca, a kiedy przychodzi oficjalne zaproszenie – to jest ono poprzedzone entuzjastyczną zachętą ze strony kuzynki. Dlatego też Kitty ostatecznie decyduje się na wyprawę, nawet jeśli oznacza to, że musi zabrać ze sobą pokojówkę (nie liczy się, że nie jest jej potrzebna: sytuacja wymaga, żeby panna nie podróżowała samotnie). Alice ma głowę na karku i dojście do służby – z racji swojego zawodu – a to oznacza, że będzie mogła zyskać informacje, które inaczej Kitty by ominęły. Jest jeszcze kapitan Matt Bryant. Tylko przyjaciel, zresztą – sporo od Kitty starszy. A jednak – towarzysz kolejnych kryminalnych zagadek, mężczyzna, który ma swój urok i który dba o bezpieczeństwo Kitty bardziej niż gdyby była zwyczajną znajomą. Taki dyskretny ślad potencjalnego romansu na horyzoncie dobrze zrobi czytelnikom, którzy w pewnym momencie mogą być znużeni fabułą. Bo oto Kitty pojawia się w domu wujostwa i trafia na pierwsze zwłoki, chwilę później ginie niania – kobieta, której nikt nie życzył źle, a do tego znikają tajne dokumenty trzymane w sejfie. I na tym nie koniec zbrodni. Najgorsze, że jeśli nie uda się schwytać mordercy, ktoś jeszcze może stracić życie, a wiele wskazuje na to, że zbrodniarz pozostaje w bliskim kręgu domowników, jeśli nie rekrutuje się spośród nich. I tak autorka każe swojej bohaterce uważnie obserwować i wyciągać wnioski, a o beztroskiej zabawie nie może być mowy – chyba że Kitty akurat znajdzie chwilę na esencjonalne rozmowy z Mattem. Dobrze mieć zaufanego człowieka wśród śledczych, gorzej, jeśli ten zaufany człowiek posługuje się takimi samymi stereotypami jak wszyscy inni.

„Zbrodnia w rezydencji” to kryminał retro, urzekający czytelników prostotą w konstrukcji świata przedstawionego i w samym prowadzeniu opowieści. Nie ma tu ani nadmiernego budowania grozy, ani wygładzania przestępstw, liczy się dobra zabawa odbiorców nastawionych na prostą i ciekawą detektywistyczną lekturę. Zwłaszcza ci, którzy nie przepadają za nadmiernie realistycznymi historiami, tu mogą cieszyć się ze śledzenia akcji.

niedziela, 10 maja 2026

Karolina Lewestam: Szmaty

Czarne, Wołowiec 2026.

Snucie historii

Karolina Lewestam ma dar opowiadania tak, że zwyczajne rzeczy zamieniają się w absolutnie niezwyczajne i „Szmaty” są kolejnym na to dowodem. Opowieść z autobiograficznymi wątkami, pełna ciekawych ocen i analiz nie tyle pokolenia matek i ciotek, co ogólnie – kolejnych generacji kobiet wkraczających już w wiek poważny – urzeka sposobem przedstawiania. Tu zwyczajność zamienia się w niezwykłość, a niezwykłość – w malowanie słowami. A może raczej wyszywanie tworzenie patchworku z doświadczeń, które stały się już albo dopiero się staną udziałem kolejnych przedstawicielek płci pięknej. Bo ciuchy to coś dla mężczyzn absolutnie nieinteresującego, tylko kobiety mogą siedzieć w sklepach z odzieżą używaną i ze sterty szmat wyciągać kolejne skarby – warte ocalenia, albo takie dla kogoś. Co prawda ten ktoś może się wzdragać i nie chcieć nosić rzeczy z drugiego obiegu, ale to żadna przeszkoda dla matek i ciotek. One po prostu potrzebują bycia razem, poczucia wspólnoty płynącego z polowania na okazje i na wyjątkowe ciuchy. Szmaty to substytut dawnych spotkań przy darciu pierza, opowieści z czasów przed internetem. Tylko tak można ruszyć się z domu i zająć nie tyle wyszukiwaniem okazji, co budowaniem więzi społecznych. Wszystkie bohaterki polowania wiedzą coś o życiu i to, co wiedzą, chciałyby przekazać młodszemu pokoleniu – zawsze bardzo opornemu na przestrogi i porady starszych. A jednak od szmat nie ma ucieczki i choćby nie wiadomo jak się bronić, kiedyś przyjdzie moment, że kupa szmat wciągnie – zacznie się objawiać w sposobie myślenia i mówienia, a nawet – o zgrozo – polowania na okazje na przecenach.

Karolina Lewestam zaczyna od prześmiewczego obrazka, w którym matka i ciotki dokonują swoistych czarów nad kłębowiskiem starych ubrań. Ale z gąszczu rytuałów zaobserwowanych tam, gdzie jest wolność od obowiązków – wyłania się przepis na życie i na odkrywanie siebie. Autorka, która nie chce uczestniczyć w tym kręgu, przekonuje się, że kolejne odruchy i działania ma niemal wszczepione w tożsamość, nie umie ich porzucić, nawet jeśli stanowią dla niej obiekt żartów i drwin. Szmaty są bezlitosne – szmaty to życie. I właśnie do życia stopniowo Karolina Lewestam będzie przechodzić, zabierając czytelników ze sobą w krąg opowieści słodko-gorzkiej, boleśnie prawdziwej, ale jednocześnie zaczarowanej słowami, więc trochę złagodzonej. Szmaty nie mają końca, istnieje tylko pokoleniowa sztafeta – więc zamiast walczyć z przeznaczeniem, trzeba się podporządkować. I tak zdarzy się to, na co wcale się nie czeka.

Jest to niewielki tomik, ale bardzo skondensowany. Wypełniony spostrzeżeniami prawdziwymi i przekonującymi (a często przejmującymi przez swoją prawdziwość), a jednak stworzony tak, że odkrywa się tu nie tyle fakty, co sposób ich postrzegania – i to prawdziwa wartość książki. Karolina Lewestam pisze o czymś, co wiele kobiet zna z własnego doświadczenia (a już na pewno z obserwacji innych), ale znajduje na to nową metodę – i tym przekona do siebie czytelniczki. „Szmaty” to piękne mierzenie się z tym, co nieuchronne i zwyczajne – tyle że w niezwyczajnej wersji.

Bing! Przebieranki

Harperkids, Warszawa 2026.

Ubrania

Ta książka to trochę powrót do dawnych rozrywek, kiedy to ubierało się papierowe lalki w stroje wycinane z gazet lub gotowych szablonów. Ale zgodnie z obecnymi trendami – rolę papierowych ubranek pełnią naklejki, a całość ma przypomnieć najmłodszym, że nie każdy strój nadaje się na każdą okazję. „Bing. Przebieranki” to zeszyt ćwiczeń dla maluchów – zawiera kilka stron z naklejkami (150 naklejek – to robi wrażenie), i trochę rozkładówek, które trzeba wypełniać zgodnie z poleceniami. Bing i jego przyjaciele raz chcą jeździć na deskorolkach w parku i potrzebują ochraniaczy, innym razem zamierzają lepić w zimie bałwana – więc żeby nie zmarznąć, muszą mieć ciepłe ubrania. Bale przebierańców a także zabawy w pielęgniarzy czy piratów to również okazja do przeprowadzania kolejnych ćwiczeń. Dzięki takiej rozrywce najmłodsi przekonają się, że za każdym razem dopasowuje się ubranie do warunków atmosferycznych – a także że są okazje, które umożliwiają realizowanie marzeń o przebraniach. Bing, Sula i cała reszta ferajny cieszą się swoim towarzystwem – i przeżywają kolejne przygody. Nie ma tu fabuł, ale informacje o tym, co robią bohaterowie, zapewni dzieciom wystarczającą pożywkę do snucia własnych drobnych historii.

Przeważnie na kolejnych rozkładówkach kreskówkowe postacie są w bieliźnie i podkoszulkach – żeby najmłodsi poznali zasady ubierania się i żeby pamiętali o tym, że kiedy chce się dłużej przebywać na świeżym powietrzu, warto zadbać o cieplejsze stroje. To pozornie tylko zabawa – jednak pokaże odbiorcom, że nie zawsze warto stawiać na swoim w kwestii ulubionych ubrań. Co ważne, nie ma w tomiku dorosłych, którzy napominaliby i ostrzegali – bohaterowie sami radzą sobie z wybieraniem strojów (a może właśnie sobie nie radzą i potrzebują do tego pomocy ze strony małych użytkowników). Książeczka jest kolorowa – bo rozkładówki nie pozostawiają bohaterów w próżni, a zabierają ich razem z odbiorcami do konkretnych miejsc, czasem dość dziwnych – jak na przykład brodzik bez wody. Czasami będzie można posłużyć się odrobiną humoru, kiedy trzeba będzie pomóc postaciom i pozwolić im na kreatywne podchodzenie do rozwiązywania problemów.

Nie chodzi tu jednak wyłącznie o naklejanie naklejek w konkretnych miejscach, dodatkowo w dymkach pojawiają się drobne polecenia dla dzieci – tak, żeby książeczka była też sposobem na rozwój i ćwiczenie umiejętności. Dodatkowe polecenia zachęcają dzieci do wskazywania i liczenia przedmiotów na kolejnych stronach: tu zdarzy się znacznie więcej niż tylko ubieranie bohaterów. „Przebieranki” to książeczka dla twórczych maluchów – i nawiązuje w sprytny sposób do dawnych rozrywek. Wspomaga dzieci w ćwiczeniu podstawowych umiejętności. Kolejny zeszyt ćwiczeń w serii z naklejkami i bohaterami z kreskówek to dobre uzupełnienie pomysłów na przekonanie najmłodszych do klasycznych zabaw.

sobota, 9 maja 2026

Jarosław Szczyżowski: Nocny łowca

Znak, Kraków 2026.

Tajemnica z podań

Nocny łowca jako stwór, który zamieszkuje górskie odludzia to bohater opowieści snutych przeważnie przy ogniskach czy w gronie znajomych, kiedy trzeba zabić czas. Ale nocny łowca jako seryjny morderca, który pozostawia przy swoich ofiarach charakterystyczny znak – i który powraca po dwóch dekadach – to już przepis na prawdziwy lęk. Najpierw jest rok 2006 i grupa młodych ludzi pełnych nadziei na przyszłość, radosnych, uznających – całkiem słusznie – że świat tylko na nich czeka. I nagle ginie młoda kobieta, a zakochany w niej bez pamięci rówieśnik staje się głównym podejrzanym. Z tym nieszczęściem trzeba się jakoś nauczyć żyć, skoro świat nie zatrzymuje się w miejscu. I oto jesień 2026 roku – na tereny naznaczone dawnym dramatem przybywają ci, którzy kiedyś stanowili trzon przyjacielskiej grupy. I znowu zaczynają się tajemnicze śmierci w Górach Suchych, a skojarzenia i doświadczenia wiodą w przeszłość, do trudnych wspomnień. Pytanie, czy nocny łowca to wytwór zbiorowej wyobraźni, czy też komuś bardzo zależy na tym, żeby upodobnić się do istoty rodem z koszmarów – bo jest to najlepszy sposób na zamaskowanie swoich czynów. Jarosław Szczyżowski stawia na kryminał w wersji thrillerowej i mrocznej, wykorzystuje strach jako siłę napędową fabuły i pozwala czytelnikom na snucie własnych przypuszczeń na podstawie przemycanych śladów wierzeń. Powrót do tego, co pierwotne, ma przynosić lęk – nie bez powodu. Chodzi o mylenie tropów i maskowanie właściwych intencji, a także o bazowanie na odwrocie od racjonalnego myślenia – tylko tak da się popełnić zbrodnię doskonałą, przynajmniej w zamierzeniu. Po latach od jednego dramatu zaczyna się kolejny, tylko tym razem ofiar jest więcej. Atmosfera zagrożenia i pozorny brak związku między zabójstwami sprawia, że nikt nie może czuć się bezpieczny – dlatego właśnie trzeba jak najszybciej rozwiązać zagadkę. Jarosław Szczyżowski to autor, który lubi trzymać czytelników w niepewności i to samo funduje swoim bohaterom. „Nocny łowca” to opowieść budowana na odludziu – w oparciu o wyobraźnię podpowiadającą zawsze najgorsze scenariusze. Tyle że tu koszmary zamieniają się w rzeczywistość, a morderca okazuje się bezkarny.

Jest to mroczny thrillerokryminał, tom, w którym strach odgrywa rolę znacznie większą niż sceny zbrodni – Jarosław Szczyżowski wykorzystuje też odrobinę motyw gór jako miejsca, w którym wszystko może się zdarzyć. „Nocny łowca” to zestaw zagadek dla odważnych i nawiązanie do klasyki w formie i treści – nie będzie tu ani brawurowych nowatorskich rozwiązań, ani wyjątkowych wątków, liczą się za to dość mocno relacje w grupie znajomych – i fakt, jak bardzo te relacje wpływają na sposób postrzegania rzeczywistości. Szczyżowski to autor, który tworzy po prostu dobrą powieść rozrywkową – bez grama „wygodnych” dla odbiorców przyjemności. To rozwiązanie może się sprawdzić zwłaszcza gdy ktoś upodobał sobie literaturę mroczną i nawiązującą do schematów czy lokalnych opowieści.

piątek, 8 maja 2026

Andy Griffiths: Kraina zaginionych rzeczy. Misja przygoda

Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.

Wyprawa

Oni dwaj siedzą sobie w ich klubie i nic się nie dzieje. Mogliby wyruszyć na poszukiwanie przygód, ale akurat zgubili fartowną króliczą łapkę, więc woleliby się nie ruszać z miejsca. Ale nie ma obaw, przygoda i tak ich odnajdzie, podobnie jak królicza łapka i jak pirat królik bez jednej łapki. I jak książka wypełniona wątkami do wykorzystania. Zresztą – tu może się pojawić absolutnie wszystko. Na rynek wkracza przebojem nowa seria, w której Andy Griffiths popisuje się wyobraźnią nieskrępowaną żadnymi konwenansami, a Bill Hope dodaje do tego satyryczne ilustracje i prowadzi niemal drugą opowieść, tyle że zamkniętą w rysunkach. „Kraina zaginionych rzeczy. Misja przygoda” to pierwsza publikacja w serii, która ma szansę podbić serca najmłodszych fanów absurdu.

Narracja jest zwrotem do „tego drugiego”, do wyprawowego partnera, któremu autor przypomina, czego wspólnie udało się dokonać – i już sam ten zabieg zwraca uwagę na tekst. Na tekst, który w książce sprowadzony jest do niezbędnego minimum, bo ideą tej powieści komiksowej jest przedstawianie czytelnikom wydarzeń w dwóch nurtach – słownym i obrazkowym. Bill Hope celuje w obrazkach satyrycznych, szczególnie dobrze czuje się w prezentowaniu ciekawej mimiki postaci, ale wszystkich fanów serii o domku na drzewie uderzać będzie zmiana skali w rysowaniu – tu ilustrator nie bazgrze i nie tworzy pospiesznych czy pobieżnych scenek, dba o każdy detal i proponuje wielowymiarowe obrazki, z których da się całkiem sporo wyczytać. Bill Hope wydaje się dobrze rozumieć humor Griffithsa i uzupełniać go na swój – wyjątkowy – sposób. W efekcie chociaż w tej opowieści sensu jest tyle samo co w domkach na drzewie – ogląda się ten tom zupełnie inaczej. W Krainie zaginionych rzeczy zdarzyć się może absolutnie wszystko, nie ma żadnych ograniczeń, chociaż autor dba o to, żeby pewne motywy powracały – i żeby złożyły się na zamkniętą historię, jakiej poszukują dwaj łowcy przygód. Na planie pojawiają się coraz bardziej abstrakcyjni bohaterowie, w tym rozmaite czarne charaktery – chodzi o to, żeby dzieci nie nudziły się podczas czytania. Andy Griffiths nie boi się wychodzenia poza schematy, tym się bawi i tym zaprasza do książki maluchy. Stawia na ciągłe zaskakiwanie odbiorców i na fundowanie bohaterom (więc – w tym sobie) efektownych i wyzwalających różne uczucia przygód. Doświadczenia z tej książki nikogo nie będą pouczać, nie staną się wzorem ani nawet nie znajdą odniesienia do rzeczywistości pozaliterackiej – tu chodzi wyłącznie o czystą zabawę i to najbardziej może urzec czytelników stale „naprawianych” przez kolejne książki. Rozrywka też jest wartością – i o tym Griffiths pamięta. Na szczęście, bo może dzięki temu pokazać czytelnikom, jak ważne jest korzystanie z wyobraźni w codziennym życiu. Jeśli ta książka ma czegokolwiek uczyć, to właśnie tej swobody twórczej, nieskrępowania w generowaniu kolejnych przygód – i humoru pozbawionego walki. Jest to początek serii, którą warto będzie obserwować na rynku.

czwartek, 7 maja 2026

K. N. Haner: Tajemnice, które nas niszczą

Ale, Warszawa 2026.

Po latach

Wejście w dorosłość nie udało się bohaterom tej powieści. Love jako nastolatka skrycie podkochiwała się w swoim przyjacielu z dzieciństwa, Brandonie. Wiedziała, że nie ma szans na związek z nim, zwłaszcza kiedy zdarzyło się coś, co cieniem położyło się na jej późniejszych doświadczeniach. Brandon tymczasem zniszczył swoje życie przez wydarzenie, do którego by nie doszło, gdyby nie był świadkiem źródła traumy Love. Właśnie zakończył odsiadywanie ośmioletniego wyroku – może wrócić do normalności, chociaż nic nie ma. Love tymczasem wraca w rodzinne strony na pogrzeb mamy. I tak przecinają się drogi dwóch osób, które kiedyś były sobie bardzo bliskie.

K. N. Haner pisze książkę z pogranicza erotyku i romansu, opowieść, w której wszystko od pierwszych stron jest oczywiste (a to, co niedopowiedziane, łatwo daje się domyślić) – a jednak wprowadza tu jeden motyw, który przyda się bardzo czytelniczkom masowym, tym, które zwykle nie sięgają po pogłębiane analizy psychologiczne i poprzestają na prostej rozrywce. Kiedy relacja między Love a jej narzeczonym zaczyna się psuć, mężczyzna wykazuje pierwsze oznaki agresji i dominacji. Nie walczy o ukochaną kobietę, walczy o władzę – i to wszystkimi dostępnymi środkami. Na szczęście tę sytuację obserwuje z pewnego dystansu przełożona Love i to ona jest w stanie otworzyć bohaterce oczy na to, co się dzieje – i bardzo dobrze, że wcześnie uświadamia Love, przed czym należy uciekać. Bardzo dobrze nie tyle dla fabuły – bo w tej autorka wyraźnie potrzebowała powodu zmiany wektora sympatii – a dla odbiorczyń, które po tę literaturę sięgają dla rozrywki. Żeby nie było zbyt różowo, K. N. Haner w swoim obrazku bad boya, który najpierw zamordował, a teraz uzależnia się od narkotyków, nie ma hamulca: najgorsze jest to, że bohaterka wierzy, że dla niej Brandon się zmieni. Zwłaszcza – że odstawi narkotyki i będzie po problemie. Jednak ten temat jest społecznie znacznie bardziej uświadamiany niż przemoc psychiczna, więc można go potraktować po prostu jako wątek włączony do dosmaczenia akcji.

Jest tu banalna fabuła. Przewidywalność w uczuciach. Jest jednokierunkowość dla wszystkich czytelna. Ale jednak K. N. Haner pisze lepiej niż spora część autorek erotyków z rodzimego rynku. Pracuje nad narracją, stara się, żeby w jej książce było coś więcej niż intryga miłosna – i przekonuje do siebie czytelniczki właśnie w tym obszarze. Mierzy się ze stereotypami dotyczącymi literatury rozrywkowej dla mas i sama kilka z nich podtrzymuje, ale też wykorzystuje całkiem sensownie gatunek, żeby z przestrogą dotrzeć do grona, które po psychologiczne poradniki nie sięgnie. „Tajemnice, które nas niszczą” to powieść, która nie chce wspinać się na wyższe półki księgarskie – ale w swojej dziedzinie jest zupełnie wystarczająca. Zwłaszcza jeśli ktoś poszukuje nie prostego dążenia od jednego do drugiego łóżkowego spotkania, a obserwowania, jak buduje się relacja bazująca na trudnych doświadczeniach z przeszłości.

środa, 6 maja 2026

Zofia Stanecka: Basia i zagadki wszechświata. Supermoce zwierząt

Harperkids, Warszawa 2026.

Przyroda

Niektóre zwierzęta mają gorszy PR od innych, przynajmniej z ludzkiej perspektywy. A już w ogóle obecność owadów, pająków czy nietoperzy wydaje się wręcz niemożliwa w historyjkach dla najmłodszych – i Basia właśnie to zmienia. Zofia Stanecka w podcyklu Basia i zagadki wszechświata sięga po sprytną sztuczkę, żeby przekonać maluchy do obserwowania malutkich stworzeń – i przy tym dbania o przyrodę. Basia spędza czas w ogródku u dziadka – i mogą ją irytować pajęczyny albo mrówki wchodzące na koc (a wieczorem – wydające dziwne piski nietoperze). Na szczęście dziadek rozsnuwa przed nią opowieść o supermocach w świecie zwierząt. I tak pająk mógłby – w odpowiedniej skali – stworzyć sieć, która złapie babcię idącą do toalety w nocy, a mrówki są jak Pippi Langstrumpf, podniosłyby konia (gdyby go miały). To sprawia, że mała Basia zupełnie inaczej patrzy na otoczenie – uczy się, jak doceniać różne zwierzęta. Oczywiście do ogrodu dziadka nie zawędrują inne ciekawe stworzenia, więc autorka wykorzystuje swoiste posłowie, miejsce w serii na eksponowanie ciekawostek bez naruszania głównego nurtu narracji. To, co Basia przeżywa, jest ciekawe dla niej – ze względu na bezpośrednie doświadczenia, a dla odbiorców ze względu na podobieństwo przeżyć i ich prawdziwość. Natomiast cały zestaw dodatków zajmuje tu drugą część książki: supermoce zwierząt domowych, pływających, albo biegających wyjaśniają kolejni członkowie rodziny. Wygląda to tak, że na górnym marginesie pojawia się drobny akapit – komentarz określonego członka rodziny (znajomego czytelników serii), a później seria akapitów (oczywiście dodawanych do intrygujących ilustracji) – o rozmaitych ciekawych wyczynach w świecie zwierząt, także tych egzotycznych. Basia dzięki temu może jawić się jako postać, która przedstawia odbiorcom świat (chociaż sama przy okazji go dopiero poznaje), a maluchy dzięki lubianej bohaterce, do której mają zaufanie, zyskają szansę na zapamiętanie atrakcyjnych wiadomości.

„Basia i zagadki wszechświata. Supermoce zwierząt” to kolejna publikacja wykorzystująca zainteresowanie cyklem o sześcioletniej rezolutnej dziewczynce – nawet jeśli na co dzień mała bohaterka nie sprawia wrażenia, jakby chciała dowiadywać się wszystkiego, to jednak z zainteresowaniem wysłuchuje opowieści dorosłych – i stara się zapamiętać co bardziej barwne z nich. Dzięki temu stale poszerza swoje umiejętności i stan wiedzy, a mali odbiorcy mogą brać z niej przykład. Tu ilustratorka, Marianna Oklejak, ma trochę więcej pracy niż w podstawowej serii – bo nie tylko świat Basi musi odbiorcom pokazać, ale też cały wachlarz rozmaitych stworzeń. Na to jednak nikt nie będzie narzekał, bo Marianna Oklejak z wyzwaniami radzi sobie znakomicie.

Humor Basi i jej prawdziwość sprawiają, że dzieci chętnie sięgać będą po kolejne propozycje sygnowane przez obecność tej bohaterki – i mogą przez to dowiadywać się czegoś o świecie. Zofia Stanecka wie doskonale, jak wykorzystywać popularność serii i jak ją rozbudowywać, żeby nie stracić zaufania czytelników i ich rodziców. Wychowała już przecież na swoich książkach pełne pokolenie.

wtorek, 5 maja 2026

Phoebe Hoban: Basquiat. Życie i dziedzictwo legendy sztuki

Rebis, Poznań 2026.

Buntownik

Ta książka robi wrażenie jako wnikliwa i ciekawa analiza życia i twórczości artysty próbującego wymykać się schematom (i jednocześnie podbudowującego liczne stereotypy swoimi zachowaniami). Jean-Michel Basquiat – funkcjonujący tu jako nie tylko obiekt badań, ale i źródło fascynacji, żył krótko, jednak pozostawił po sobie nie tylko liczne prace i wspomnienia u największych artystów – ale też szereg życiowych komplikacji. Phoebe Hoban sukcesywnie je rozplątuje, wyjaśniając czytelnikom, na czym polegał fenomen Basquiata w życiu i w sztuce. Buduje bardzo obszerną książkę, w której nawet szczeniackim wybrykom nadaje odpowiednie znaczenie i wymiar – przez interpretację sytuacji z życia młodego buntowniczego artysty może ułożyć jego portret niepozbawiony sentymentu. Czytelnicy i tak wyrobią sobie własne zdanie – bo Basquiat jako artysta niepokorny nie daje się zamknąć w żadnych ramach. Co ciekawe, są tu zdjęcia z albumu rodzinnego, ale nie ma reprodukcji – mówienie o sztuce w tym wypadku musi ustąpić życiorysowym fragmentom.

Kolejni przyjaciele i znajomi twórcy, po których wspomnienia sięga Hoban, dzielą się własnymi doświadczeniami oraz obserwacjami – wiele z nich będzie się powtarzać i składać na portret ekscentryka, który w drogich garniturach poplamionych farbą nosi zwitki pieniędzy i rozdaje je będącym akurat w potrzebie przyjaciołom. Ale zza tych działań wyłania się też obraz człowieka uzależnionego od narkotyków i poszukującego wrażeń w ramionach kolejnych kobiet – to także element osobowości Basquiata. Nie ulega wątpliwości, że młodzieńcze wybryki i wykroczenia poza powszechnie przyjęte standardy składać się będą na element autoprezentacji – mamy tu do czynienia z artystą, który zrozumiał, że skoro świat postrzega go jako geniusza sztuki, to daje mu automatycznie pozwolenie na odejście od norm czy to społecznych, czy kulturowych. Basquiat pozbawiony talentu byłby po prostu nieznośnym wyrzutkiem społecznym – jednak w wersji natchnionego artysty jawi się jako wybitny człowiek. I Phoebe Hoban zdaje się wydobywać ten kontrast w swojej książce. Dba o to, żeby nie zabrakło czytelnikom informacji o towarzyskich relacjach i łamaniu reguł – przy tym wszystkim sztuka musi zejść na dalszy plan, przynajmniej na chwilę. To bardziej biografia twórcy niż analiza jego dokonań artystycznych, ale przez poważne pochylenie się nad niepoważną egzystencją Phoebe Hoban może zwrócić uwagę na sztukę samą w sobie. To się właśnie dzieje w tym sporym tomie. Co ciekawe, mimo stałego odciągania uwagi przez codzienność artysty, autorka tomu jest w stanie nakreślić jego prace w kontekście – pokazać czytelnikom, jakie kierunki w sztuce mogły Basquiata ukształtować i co miało największy wpływ na jego twórczość. Dzięki temu czytelnicy zyskają szerszą perspektywę i będą umieli umieścić dzieła w pewnej przestrzeni. Jest „Basquiat. Życie i dziedzictwo legendy sztuki” książką starannie przygotowaną – zresztą Phoebe Hoban nie może sobie pozwolić na pobieżne traktowanie wybranych wątków, bo naraziłaby się wówczas na krytykę za poszukiwanie sensacji. Spokojna analiza wydarzeń i przedstawianie ich z różnych ujęć – między innymi dzięki świadectwom bliskich – zapewnia jej znacznie więcej możliwości. I te wykorzystuje.

poniedziałek, 4 maja 2026

Mathilda Masters: Ciekawostki i dowcipy dla supermózgów

Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.

Odpowiedzi

Dzieci zawsze zadają sporo pytań na temat otoczenia – i warto wtedy zaspokajać ich ciekawość, żeby pokazać, że świat zasługuje na odkrywanie i jest pełny niespodzianek. Tym kieruje się Mathilda Masters, autorka wielokrotnie już pojawiająca się na rynku z publikacjami edukacyjnymi i udowadniająca, że najmłodszym wiele spraw można atrakcyjnie przedstawić. Teraz kieruje się jednak do młodszych odbiorców niż w monumentalnej serii z ciekawymi faktami – „Ciekawostki i dowcipy dla supermózgów” to edukacja w wersji pop, czyli taka niekoniecznie wymagająca wielkiego skupienia, powiązana bardziej z zabawą i rozbudzaniem ciekawości niż ze żmudnym śledzeniem kolejnych wyjaśnień. „Ciekawostki i dowcipy dla supermózgów” to zabawa, w której trochę karmi się ego najmłodszych odbiorców – przez podsuwanie im wiadomości z różnych dziedzin, za to – odpowiednio przygotowanych. Korzysta zatem autorka z działających na wyobraźnię porównań czy zestawień, pisze prosto i koncentruje się na tym, co najważniejsze, stara się tak dobierać wiadomości, żeby zapadały dzieciom w pamięć i żeby zachęcały je do dalszego odkrywania świata. Kass VanderSande dzięki grafikom komputerowym ożywia te informacje, sprawia, że książka jest kolorowa i że przyjemnie się ją ogląda – wzrok przyciągają kolejne obrazki, a podpisy pod nimi stają się wstępem do świata nauki. I to wystarcza, na pewnym etapie nie trzeba przecież przekarmiać maluchów wiedzą, lepiej ich zaintrygować i pokazać, że istnieje całe mnóstwo wiadomości do odkrywania i poznawania. Dzięki skrótowości akapitów i celności w porównaniach dane te będą zapadać dzieciom w pamięć – o wiele łatwiej skojarzyć sobie zestawienia z czymś, co jest znane i poznane, niż budować świadomość na beznamiętnych danych liczbowych. Mathilda Masters zdaje sobie z tego świetnie sprawę, więc nie ma się co obawiać – przedstawiane przez nią fakty są opracowane tak, żeby przypadły do gustu dzieciom.

I jest w tej książce coś jeszcze, coś, czego przeważnie w publikacjach edukacyjnych nie ma – i co zaskoczy niejednego kartkującego tę pozycję dorosłego. Autorka wykorzystuje rozbudzone różnymi tematami zainteresowanie, żeby wprowadzać jeszcze dowcipy dla dzieci. Przeważnie to zagadki, które raczej nie rozśmieszyłyby dorosłych – na przykład rodziców odbiorców. Ale to nie dorośli są odbiorcami docelowymi publikacji, a kilkulatki (nawet młodsze nastolatki) mogą się poczuć dowartościowane – ktoś rozumie ich poczucie humoru i ich codzienne żarty. Także dowcipy – funkcjonujące tu jako ozdobnik – mają funkcję mnemotechniczną, żeby je zrozumieć, trzeba przecież przyswoić wiadomości – więc ten sposób wpływania na zapamiętywanie ciekawostek dobrze się sprawdzi, Mathilda Masters wie doskonale, co robi. A że nie unika przy tym skojarzeń skatologicznych – tym lepiej, łatwiej i szybciej trafi do najmłodszych czytelników. A przecież o to właśnie chodzi, żeby przyciągnąć ich do książki i żeby pokazać im, że zdobywanie wiedzy to nie tylko ciężka praca, ale też często dobra zabawa. Tu zasługuje na uwagę jeszcze dowartościowanie małych czytelników dzięki określeniu "supermózgi" - to subtelne podnoszenie poczucia własnej wartości odbiorców, takie, które nie brzmi fałszywie, a zachęca do poznawania zawartości dość obszernego tomu. Dziedziny poruszane przez autorkę: zwierzęta, kosmos, historia, ciało człowieka, przyroda, nauka, sport - czyli standardowe dość elementy książek edukacyjnych - ale w ten sposób można najbardziej przyciągnąć dzieci do poznawania świata.

niedziela, 3 maja 2026

Theodore P. Snow, Don Brownlee: Szósty pierwiastek. Podróż przez wszechświat śladem atomu, z którego powstaliśmy

Helion, Gliwice 2026.

Kosmos węgla

Z dala od oczywistości, z dala od spłycanych motywów, za to z koncentracją i wyczuleniem na to, co niedostępne zwykle dla zwykłych odbiorców – „Szósty pierwiastek. Podróż przez wszechświat śladem atomu, z którego powstaliśmy” to książka popularnonaukowa w stylu, który docenią poszukiwacze ambitniejszej literatury. Theodore P. Snow i Don Brownlee zajmują się tutaj przybliżaniem czytelnikom roli węgla we wszechświecie – bez nudy i rutyny, bez powtarzania obiegowych zagadnień. Na początku opowiadają trochę o chemii węgla – o budowie atomu, o właściwościach, dzięki którym ten właśnie pierwiastek doczekał się „własnej” gałęzi nauki – chemii organicznej. Ale bardzo jednak ciągnie ich w kosmos – do wszechświata. Węgla szukają w budowie kolejnych planet i innych ciał niebieskich, w galaktykach i w życiu (zarówno na Ziemi jak i poza nią). Tak naprawdę te najbardziej przyziemne – najbliższe człowiekowi – tematy spychają daleko za podróże kosmiczne – o węglu jako paliwie, jako pierwiastkowi współtworzącemu między innymi stal czy plastik – będzie jeszcze mowa, ale w jednym zaledwie rozdziale, być może mniej istotnym z perspektywy kosmosu, za to bardzo – z perspektywy czytelników. Węgiel pojawia się tu w rozdziale o diamentach (i to może być wabik dla części publiczności literackiej), ale autorów najbardziej przyciąga on na tym podstawowym poziomie – jako pierwiastek. To zachwycające, ile wiadomości potrafią wyciągnąć z tematu węgla i jak dobrze węgiel sprawdza się jako bohater lektury – popularnonaukowa książka przynosi nie tylko szereg ciekawostek, ale też bardzo precyzyjnych wyjaśnień. Czytelnicy spotkają się tu z tabelami i schematami zaawansowanymi, można je prześledzić jako dodatek do lektury, można pominąć, jeśli nie chce się zagłębiać w detale w aż tak dużym stopniu – liczy się jednak konkret, esencjonalna narracja z podawaniem wielu informacji, jakich odbiorcy nawet by się nie spodziewali. Węgiel staje się tu przedmiotem rozbudowanych analiz naukowych i dzięki temu ujęciu okaże się jasne, dlaczego bez niego nie można wyobrazić sobie życia.

„Szósty pierwiastek” to książka przygotowana dla czytelników łaknących wiedzy i dla tych, którym wcale nie przeszkadza brak stylistyki pop czy bombardowania czytelników zwrotami bezpośrednio do nich. Autorzy dobrze wiedzą, jaki efekt chcą osiągnąć – zależy im na popularyzowaniu wiedzy, ale nie wszelkimi środkami i nie za wszelką cenę: zwracają się do czytelników świadomych i poważnych, do tych, którzy nie potrzebują bodźców zatrzymujących ich przy lekturze. Tu nie będzie fajerwerków tematycznych, a rzetelna wiedza przekazywana w bardzo przystępny sposób – i to z pewnością docenią czytelnicy poszukujący wysokiej jakości książek popularnonaukowych. „Szósty pierwiastek” to przygoda skoncentrowana na węglu – wykorzystująca zdobycze nauki i przedstawiająca je tak, żeby odbiorców jak najbardziej zanurzyć w świecie prawdziwej wiedzy. I nawet jeśli przedstawiane tu wiadomości niekoniecznie przydadzą się w codziennej egzystencji, warto się w nie zagłębiać i sprawdzać, jakim torem toczą się badania dotyczące życia w różnych jego aspektach – węgiel to temat, który przyciągnie.

sobota, 2 maja 2026

Joanna Szczerbaty: Panie kocie, jak żyć? Przewodnik po równowadze, odpoczynku i codziennych przyjemnościach

Mando, Kraków 2026.

Wskazówki

Koty łagodzą obyczaje – i to zjawisko, które Joanna Szczerbaty zaobserwowała nie tylko w codzienności, ale i w internetowych dyskusjach. Podbudowana tym faktem postanawia stworzyć dla odbiorców popporadnik psychologiczny, żeby przekonać ich do wdrożenia w życie pewnych zachowań i zasad, które nie zdziwiłyby domowego czworonoga. „Panie kocie, jak żyć. Przewodnik po równowadze, odpoczynku i codziennych przyjemnościach” to sposób na opowiedzenie o tym, co trudne do przyswojenia – bez moralizatorskich tonów i bez poczucia wyższości, przynajmniej tego ludzkiego, bo kotom wolno znacznie więcej.

I dlatego w tej książce każdy rozdział poświęcony jest osobnemu zagadnieniu przeszkadzającemu w osiągnięciu życiowego flow, w dwóch perspektywach – w wersji kota i psychologa. I to, co mówi kot, niby jest tylko wstępem, ale tak naprawdę pokazuje odbiorcom, jakie postawy warto wcielić w swoją codzienność – i jakie korzyści można wtedy osiągnąć. Narracja kota lepiej zapada w pamięć, wprowadza motyw humorystyczny i przekona czytelników do zmian. Oczywiście książka kierowana jest do tych odbiorców, którzy nie mają czasu na przedzieranie się przez wypełnione teoriami poradniki psychologiczne, tu wszystko sprowadza się do wersji pop, jest mocno skondensowane i mocno upraszczane, a do tego pozbawione niepotrzebnych wykładów – liczy się obserwowanie domowego pupila. To zwierzak ma stać się lekarzem i przewodnikiem jednocześnie. Kot zyskuje głos i bez przerwy się dziwi – dziwi się temu, co odbiorcy robią (i czego po tych działaniach oczekują). Piętnuje postawy, które nie prowadzą do relaksu, pyta o sens pielęgnowania uraz czy chowania w sobie gniewu latami. Kot zestawia ludzkie dziwactwa z tym, co w analogicznej sytuacji zrobi przedstawiciel jego gatunku – i próbuje wytłumaczyć, jak porada powinna zmienić się w rzeczywistość. Komentarz psychologa jest za to nacechowany krytyką i to zaskakujące, ale po narracji kota znacznie łatwiej jest przejść nad tym do porządku dziennego – psycholog bowiem będzie dobijał się do sumienia odbiorcy i postawi na cierpliwe, ale też dość natarczywe przypominanie, co trzeba zrobić, żeby było lepiej. Naśladowanie kota – w reakcjach i postawach wobec świata – to dobry pomysł. Może się spodobać odbiorcom i może się przydać – kiedy człowiek mierzy się z zadaniami niekoniecznie ponad siły, ale na pewno frustrującymi. Oczywiście że autorka tomu może bazować na odkryciach psychologów i na wynikach badań – ale nie musi nimi czytelników zasypywać i zamęczać, koncentruje się nad koniecznymi do wprowadzenia zmianami. Zależy jej na skuteczności, a tę osiągnie dzięki połączeniu sił – kota i perswazji.

W wersji kota wszystko okazuje się oczywiste i proste: w dodatku sam mechanizm może się czytelnikom przydać w trudniejszych chwilach – liczy się szansa na przeprowadzenie obserwacji i na naśladowaniu kota w postawie wobec rzeczywistości. Może na początku nie będzie to proste, ale autorka przekonuje, że warto praktykować te zalecenia – można dzięki nim zachować zdrowe zmysły.

piątek, 1 maja 2026

Dagmara Budzbon-Szymańska: Klątwa skarbu Inków

Harperkids, Warszawa 2026.

Zamkowy skarb

W dwóch różnych światach toczy się narracja tej krótkiej powieści. Dagmara Budzbon-Szymańska chce zachęcić najmłodszych do wzmożonego wysiłku i ćwiczenia umiejętności czytania – w cyklu Czytam, bo lubię dostarcza dzieciom historii jednocześnie ambitnej, przygodowej (nawiązującej do klasyki) i zachęcającej do poznawania przeszłości najbliższego otoczenia. „Klątwa skarbu Inków” to zapowiedź wyzwań dla wszystkich, którzy znajdą się w odpowiednim miejscu i czasie. Najwygodniej tego typu szereg wydarzeń przenieść na wakacje – to idealny moment, żeby porzucić szkolne obowiązki i dać się ponieść przypadkowi.

Odbiorcy towarzyszyć tu będą Robertowi i Stefie. Dwoje dzieci podróżuje z rodzicami do średniowiecznego zamku Dunajec – to właśnie tu Stefa ma znaleźć odpowiednie tematy do fotografowania, a Robert – Robert chce trochę poleniuchować i może pograć na telefonie. Nie wie jeszcze, że nie będzie miał na to czasu, bo rzeczywistość – zwłaszcza ta rodem z legend – wciągnie go bardziej, niż można by się spodziewać. Na zamku najprawdopodobniej coś straszy – a do tego wieść niesie, że właśnie w tym miejscu znalazły się skarby wywiezione przez Inków, kiedy ci musieli uciekać ze swoich rodzinnych stron. Dlaczego Inkowie mieliby trafić akurat na zamek Dunajec – nie ma większego znaczenia, a jednak i tego się bohaterowie dowiedzą – wystarczy kojarzyć fakty i znaleźć dobrego informatora, który nie zdradzi byle komu sekretów, jakie ma w zanadrzu. Liczy się więc wyjątkowo trudna zagadka do rozwiązania. I konieczność znalezienia sposobu na uzyskanie odrobiny wolności: przecież żadni rodzice nie zgodzą się na to, żeby ich pociechy, nawet jeśli odkryły właśnie nić porozumienia, same zwiedzały nocą tereny wokół średniowiecznej budowli. W tym wszystkim istnieje jeszcze jeden stereotyp, który można wykorzystać, żeby spłoszyć rozmaitych amatorów skarbów. Każdy zamek powinien mieć swoje duchy, obowiązkowo. A skoro tak – wystarczy odpowiednio spreparować odgłosy, żeby wprowadzić chaos w szeregach poszukiwaczy skarbów.

„Klątwa skarbu Inków” to powieść, w której autorka sama trochę utrudnia sobie zadanie – towarzystwo rodziców i aspekt edukacyjny to coś, co zawsze dociąża narrację. To, co najlepsze w historiach dla dzieci i młodzieży, dzieje się zawsze w tajemnicy i z daleka od opiekunów, a tym bardziej – od edukacyjnych opowieści. Ciekawość odbiorców mają rozbudzać wstawki z dalekiej przeszłości – te, które zasugerują czytelnikom, że jest o co walczyć i że skarb wiąże się nie tylko z bogactwem (ewentualnym), ale i z ogromnymi emocjami – wprawdzie na większą część odbiorców wizja materialna wpłynie o wiele bardziej niż duchowa, ale autorka nie wyklucza żadnej grupy i szuka różnych metod na przyciągnięcie do lektury. Dostarcza czytelnikom wakacyjnej historii, która zasugeruje, że czasami przygoda czai się za rogiem i nie trzeba będzie wiele wyobraźni, żeby dać się jej ponieść. Nie jest to zbyt skomplikowana historia, ale na tyle ambitna, żeby odbiorcy nie mieli wrażenia, że zostali potraktowani pobłażliwie.

czwartek, 30 kwietnia 2026

Matthäus Bär: Kapibary na gigancie

Kropka, Warszawa 2026.

Wolność

Skoro jest moda na kapibary, trzeba wykorzystywać kapibary, w każdej możliwej sytuacji. Matthäus Bär wie o tym bardzo dobrze i dlatego zabiera małych czytelników do ogrodu zoologicznego, w którym po godzinach odwiedzin dzieją się prawdziwe przygody. „Kapibary na gigancie” to historia klasyczna w budowie – wypełniona wielkimi dramatami i zaskoczeniami, a także pewną dozą filozoficznej refleksji nad codziennością i ograniczeniami. Bohaterami są trzy sympatyczne gryzonie – Emmy, Tristan i Raul – chociaż w zagrodzie jest więcej kapibar, z czego niektóre potrafią na przykład udawać własne zwłoki, to na tej trójce będzie się skupiać uwaga odbiorców – a to dlatego, że tylko Emmy, Tristan i Raul zastanawiają się, co jest za niezamykaną (jak się okazuje) bramką do ich zagrody. Pierwsze wyjście do wielkiego świata jest tylko obwąchaniem możliwości – ale każde następne już prowadzi do przekraczania kolejnych granic. I kapibary wiedzą doskonale, że nie wolno im zniknąć na stałe: gdyby tak było, ich towarzysze zostaliby zamknięci, a one same prawdopodobnie szybko schwytane. Wolność należy smakować z rozwagą. Oznacza to, że każdej nocy kapibary mogą się wymykać z pomieszczenia, ale przed świtem powinny do niego grzecznie wrócić i udawać, że cały czas tam były. Odpocząć mogą później – przecież nikogo nie zdziwi, że te łagodne gryzonie czas spędzają na leniuchowaniu.

Autor prowadzi historię poszatkowaną przez kolejne wyjścia – i za każdym razem znajduje nowy temat do działania dla kapibar. Raz bohaterowie postanawiają świętować swoje urodziny, to znowu prowadzą handel wymienny, żeby uzyskać to, na czym im zależy, odwiedzają innych mieszkańców zoo i wyjaśniają im, że za klatkami jest wolność – w tej książce nazywana morzem możliwości. I właśnie morze możliwości staje się podstawowym punktem zapalnym. Bo nie wszystkim pasuje, że kapibary odkryły inny świat – niektórym mogą nabruździć w planach i w relacjach. Co prawda wybór głównych przeciwników kapibar to coś, z czym ich fani mogą się nie zgadzać, ale tym ciekawiej wybrzmiewa cała opowieść. „Kapibary na gigancie” to powieść przygodowa o tym, że warto mierzyć się ze swoimi lękami i że warto rozbudzać w sobie ciekawość i zawsze chcieć więcej. Bohaterowie udowadniają to na każdym kroku i sprawiają, że dzieci mogą uwierzyć w siebie i zapragną poznawać świat ze wszystkimi jego niespodziankami. Stawianie czoła niebezpieczeństwom – w tym wymiarze – oznacza faktycznie często prawdziwe zagrożenia. A jednak kapibary odkrywają, co daje im siłę i co pozwala doprowadzić sprawy do końca. Jest to powieść bogato ilustrowana, Anika Voigt pilnuje, żeby te najbardziej malownicze motywy zyskały tu odpowiednią oprawę (chociaż bawi się też bardziej humorystycznymi elementami, bo jedną ze stron zdobią bobki bohaterów). W efekcie tę książę nie tylko czyta się z zainteresowaniem, ale też ogląda z prawdziwą przyjemnością. Kapibary to wdzięczne bohaterki opowieści – nie pierwszy raz pojawiają się w literaturze czwartej i pozostaje mieć nadzieję, że te akurat osobniki jeszcze czegoś w swoim zoo dokonają.

środa, 29 kwietnia 2026

Marek Szymaniak: Młócka. Reportaże o pracy przyszłości

Czarne, Wołowiec 2026.

Robotyzacja

Co z tym postępem? To powód do zmartwień, czy wręcz przeciwnie – szansa na uwolnienie się od najbardziej żmudnych zadań? Marek Szymaniak w tomie „Młócka. Reportaże o pracy przyszłości” tak naprawdę znacznie częściej patrzy w przeszłość i pyta o opinię tych wszystkich, którzy mogli przedtem twierdzić, że sztuczna inteligencja i nowe technologie sprawią, że ich zawody z rynku pracy znikną. Nie ma tu wyjątkowo skomplikowanych i przyszłościowych zawodów – bo trudno za takie uznać pracę influencera – a zagrożenia wypychające z rynku pracowników polegają na zupełnie czymś innym niż zastąpienie ludzi maszynami. W kolejnych rozdziałach autor przygląda się różnym zawodom i zmianom, jakie w życie ich reprezentantów wniosły rozwiązania informatyczne czy techniczne. I tak grupa, która kojarzona była z wolnością i swobodą, zostaje spacyfikowana – przez kolejne czujniki i kontrolery. Z kolei ludzie pracujący fizycznie i narażeni na poważne kontuzje lub wypadki doceniają możliwość zrzucenia najcięższych elementów pracy na roboty. Jedni cieszą się z ulepszeń, jakie przynosi sztuczna inteligencja w codzienności, inni na nie narzekają. „Młócka” pokazuje i szanse, i problemy – a także perspektywy samych zainteresowanych.

Czytelnicy z tej książki będą mogli dowiedzieć się paru rzeczy o dzisiejszym rynku pracy i przekonają się, że niektóre rozwiązania mogą być dla nich wręcz wymarzone. Jeśli tylko nie boją się zmian i potrafią dostosować, skorzystają na nowinkach. Rzeczywistość pokazuje, że nie ma się czego bać: zamiast masowych zwolnień jest więcej czasu wolnego dla siebie i rodziny (przy takich samych zarobkach skrócony tydzień pracy), mniej komplikacji czy zdrowotnych perturbacji, a więcej udogodnień. Przynajmniej w części zawodów. Bo niektórzy – zwłaszcza przedstawiciele branży artystycznej – muszą jasno się określić i zastanowić, jak ma wyglądać ich narzędzie pracy. Chociaż Marek Szymaniak rozmawia z ludźmi i dowiaduje się, jak wygląda rzeczywistość z perspektywy tych bezpośrednio zainteresowanych, nie zadaje pytań dotyczących dalekiej przyszłości – nie zastanawia się nad tym, jakie zmiany społeczne i mentalne może przynieść opieranie się na sztucznej inteligencji czy zawierzenie maszynom. I oczywiście futurystyczne i apokaliptyczne scenariusze istnieją w powieściach – ale teraz rzeczywistość dogania marzenia, a wiąże się jednak z nieuchronnymi zmianami. Tyle że Marek Szymaniak nie jest filozofem i nie zamierza się nad tym pochylać. Wystarcza mu relacjonowanie tego, czego dowiedział się od pracowników. Jedni uczą się błyskawicznie i wykorzystują postęp technologiczny, żeby ułatwić sobie życie, inni zachłysnęli się możliwościami, a dzisiaj zastanawiają się nad ceną takich przemian – dla czytelników będzie to cenna wiadomość, okazja do pochylenia się nad jakością pracy i zawodami przyszłości. Nie warto uciekać przed technologią – ale warto nauczyć się, jak mądrze z niej korzystać. A ponieważ regulacje prawne w tej kwestii są wciąż w powijakach, to dzisiejsze pokolenie będzie je dopiero tworzyć, żeby usprawnić działania następców. „Młócka” to książka bardzo ciekawa – pokazuje bowiem moment przemiany.

wtorek, 28 kwietnia 2026

Kathrin Tordasi: Jeżynowy lis. Tajemnica Krańca Świata

Kropka, Warszawa 2026.

Cienie

W zasadzie po co tworzyć nowe historie fantasy, skoro przeszłość jest pełna legend i wierzeń, które idealnie nadadzą się do wypełnienia ludzkiej ciekawości? Kathrin Tordasi jest zafascynowana walijskimi opowieściami ludowymi i na ich kanwie snuje własne historie, sięgając czasem po bohaterów, którzy w zbiorowej świadomości mają swoje stałe miejsce – lub powracają tylko po to, żeby zasygnalizować istnienie niewytłumaczalnego w świecie fantazji. „Jeżynowy lis. Tajemnica Krańca Świata” to powieść, w której – jak często w tym gatunku – trzeba przemierzać drogę i ścierać się z wrogami pozornie nieistotnymi, bo ze świata magii, a jednocześnie – poznawać siebie. Tu nawet wstęp wypada klasycznie: Portia to dziewczynka, której wakacyjne plany musiały ulec zmianie. Ben – chłopiec, który zostaje zmuszony do dotrzymywania towarzystwa nowo przybyłej. I tyle – to wystarcza, bo nie ma w okolicy rówieśników Portii, a tajemnica z początku szybko scementuje znajomość.

Wszystko zaczyna się od Jeżynowego lisa, od przybysza, który zwraca na siebie uwagę Portii i w nocy przybywa po coś, co dziewczynka może pomóc mu zdobyć. Jeżynowy lis nie zamierza zastanawiać się nad konsekwencjami – on ma do wypełnienia pewną misję. A ponieważ Portia jest tu nowa, nie do końca zdaje sobie sprawę, że nie powinna ślepo ufać zwierzęciu, zwłaszcza jeśli to zwierzę jest magiczne i piękne. Jeżynowy lis nie zawsze jest lisem. Ale nie ostrzega przed tym, co stanie się, kiedy dziewczynka zostawi otwartą furtkę do świata cieni. I to moment, który zmienia wszystko. Oczywiście realny świat przestaje się wtedy liczyć – Portia nie po to trafia pod opiekę ciotek, żeby musiała przejmować się opinią mamy na temat nocnych eskapad i narażania się na niebezpieczeństwa, Ben ma dobre serce, więc nie jest w stanie zostawić bez pomocy kogoś, kto cierpi. A już odkrycie bramy do świata magii staje się dla obojga zrealizowaniem najpiękniejszych snów. I – jak to zwykle w powieściach fantasy bywa – także drogą do najpoważniejszego zagrożenia.

Kathrin Tordasi pisze książkę, w której można się rozsmakować. Powoli otwiera przed odbiorcami wstęp do krainy, która nie będzie gościnna – chce, żeby dzieci przyzwyczaiły się do kolejnych wyzwań i pułapek, a później już po prostu musiały się mierzyć z niebezpieczeństwami i wyzwaniami – tu cała misja staje się odpowiedzią na pierwszy, nieprzemyślany, ale płynący z nieświadomości uczynek. Portia nie wie jeszcze, że jej wakacje zamienią się w największą przygodę, klasyczną w duchu, wypełnioną kolejnymi pułapkami i potyczkami. W świecie magii ochrona małych bohaterów niekoniecznie będzie przez kogokolwiek realizowana – kto tu wkroczył, najwyraźniej jest odpowiednio sprytny, żeby poradzić sobie z komplikacjami. I Kathrin Tordasi na klasycznym szkielecie wznosi swoją opowieść, mocno inspirowaną walijskimi klimatami – tu liczy się atmosfera w połączeniu z zestawem brawurowych wydarzeń. To dobrze zrealizowana powieść, w której wciąż wydaje się, że autorka porusza się po utartych szlakach – żeby za moment zaskakiwać odkrywczością i pomysłami.

poniedziałek, 27 kwietnia 2026

Robert Konecki, Mateusz Kowalski, rozmawia Szymon Żyśko: Nowa męskość. Intymne rozmowy o tym, czego potrzebują mężczyźni

Mando, Kraków 2026.

Spotkanie

Chociaż ta książka z pewnością wymagała od autorów całkiem sporego emocjonalnego wkładu, czytelnikom będzie się wydawać, że napisała się sama, podczas jednego weekendowego wypadu. Robert Konecki i Mateusz Kowalski to twórcy podkastu Tutaj Podcast – ich właśnie na wywnętrzanie się na temat mężczyzny dzisiaj zaprasza Szymon Żyśko. Trzej panowie jadą na odludzie, tak, żeby nic ich nie rozpraszało. Wynajmują chatkę na uboczu – to zachęca do pochylenia się nad rolą mężczyzny w obecnym świecie i nad konsekwencjami przemian społecznych i obyczajowych. Czytelnicy o kontekście rozmów dowiedzą się ze wstępów – Żyśko za każdym razem ochoczo dzieli się przemyśleniami na temat otoczki dialogów, zupełnie jakby część wyznań nie mogła zaistnieć bez takiej wiedzy przekazanej odbiorcom. Rozmowy mają swój szkielet, chociaż czytelnicy się o nim akurat nie dowiedzą – Szymon Żyśko moderuje tę rozmowę, ale czasami pozwala na swobodną wymianę myśli lub monolog w miejsce, które mogłoby jeszcze zostać skomentowane. Sam uczestniczy w rozmowie – dokłada własne obserwacje – czytelnikom w ten sposób daje sygnał, że książka ma otworzyć na dialog. „Nowa męskość. Intymne rozmowy o tym, czego potrzebują mężczyźni” to próba scharakteryzowania płci przez pryzmat kulturowych naleciałości oraz stereotypów – i opowieść uwzględniająca różne punkty widzenia czy wybory życiowe. Nie ma tu typowych ról – tradycyjnie przypisywanych mężczyznom. Istnieje tylko zestaw wyznań – a może autokreacji?

Kiedy rozmówcy wypowiadają się na tematy bliskie im samym, trudno oprzeć się wrażeniu, że próbują automatycznie znaleźć uzasadnienie dla takich treści – zupełnie niepotrzebnie, bo przecież nikt ich nie osądza ani nikt nie daje im odczuć, że to, co wygłaszają, nie należy do zbyt popularnych postaw. Mogą być sobą, a jednak momentami uciekają przed oceną. Pewnym problemem staje się tu jednostronność sądów: dwaj twórcy podkastu mają już wypracowane porozumienie, z kolei moderator tej rozmowy chce, żeby wszyscy czuli się w niej wygodnie, przynajmniej przez dłuższy czas – nikt nie przedstawi kontrowersyjnej opinii, nikt nie przywoła innego obrazu świata, zupełnie jakby istniała tylko jedna, ugładzona wersja. I w tym czegoś odbiorcom może brakować – bo nie ma inspiracji płynącej z różnicy poglądów, nie ma starć ani szukania siebie w tym wszystkim. Autorzy książki nie chcą budować kolejnych stereotypów – wydaje się, że wręcz boją się zaszufladkowania, stąd swoiste rozmycie w ocenach. Świat w ich ujęciu może być dla czytelników atrakcyjny – pytanie tylko, czy będzie prawdziwy.

O tym, co znaczy być mężczyzną dzisiaj, dyskutują trzej faceci, którzy nie muszą sobie udowadniać własnej męskości i którzy w przeszłości mieli różne doświadczenia życiowe prowadzące ich do obecnego stanu. Brak stereotypów, które w przewrotny sposób porządkowałyby ich opowieść, oznacza automatycznie rozproszenie wątków, ślizganie się po powierzchni bardzo wielu tematów. I o ile jest to zjawisko częste w przypadku rozmów popularyzatorskich z psychologami, o tyle rzadko spotyka się to rozwiązanie w przypadku zwykłych ludzi: niekoniecznie zbyt szeroko rozpoznawanych.

niedziela, 26 kwietnia 2026

Arttu Unkari: Tataman i eksplodująca kupa

Kropka, Warszawa 2026.

Sedesowe śledztwo

Pani minister edukacji wylatuje w kosmos. Sytuacja jest o tyle niezręczna, że wylatuje podczas wizyty w toalecie, a dokładniej – podczas siedzenia na sedesie. Nikt się nią specjalnie nie przejmuje, bo też kolejne wydarzenia przyćmiewają jej przygodę. Ale wszystko zaczyna się właśnie w takim, mało reprezentacyjnym miejscu i wokół takiego miejsca będzie oscylować przez całą książkę, bo ataki okołoterrorystyczne będą koncentrowały się właśnie na zawartości sedesów. Skatologiczny humor to to, czym Arttu Unkari chętnie się posługuje – świadomy tego, co w literaturze czwartej na pewno się sprawdzi. I fakt, nie przełamuje w ten sposób już żadnych granic – to wszystko było, liczy się zatem jego pomysł na wartką akcję i na kreacje bohaterów. Proponuje małym czytelnikom książkę w założeniu śmieszną i bazującą z jednej strony na fekalnych skojarzeniach, a z drugiej – na nawiązaniach do powieści detektywistycznych. Przy okazji dzieci, które do tej pory nie znały słowa „balasek”, będą miały sporo okazji do utrwalenia go sobie. Niezależnie od kontekstu – Unkari wykorzystuje motyw, który od zawsze funkcjonuje w powieściach detektywistycznych: ci, którzy powinni być odpowiedzialni za śledztwo, kompletnie sobie z nim nie radzą i trzeba wsparcia ze strony amatorów, którzy błyskawicznie powiążą fakty i odpowiedzą na ważne pytania. Tutaj konkurencja jest poważna, bo głównym detektywem powinien być Tataman, czyli superbohater, tata Olgi – tymczasem to Olga ma większe szanse na dotarcie do prawdy. Olga nie waha się przed przeciwstawieniem tacie – za nic ma jego renomę i jego starania. Wie doskonale, że musi wziąć sprawę w swoje ręce, jeśli chce zwycięstwa – czyli ocalenia między innymi wszystkich dzieciaków ze szkolnej stołówki.

Akcja rozgrywa się dość szybko i przez cały czas jest próbą odpowiedzi na pytanie, kto stoi za zamachami – skąd eksplodująca kupa i gdzie uderzy kolejny atak. Wszystko jest podporządkowane śmiechowi – chodzi o to, żeby rozbawiać małych odbiorców i żeby przekonywać ich do czytania dla rozrywki, nie ma tu wymówek – akcja jest na tyle „bulwersująca” z perspektywy potencjalnych dorosłych malkontentów, że aż się prosi o lekturę. Zresztą w tomiku „Tataman i eksplodująca kupa” nie zabraknie niespodzianki w postaci zgryźliwej komentatorki – sfrustrowana staruszka pojawia się co pewien czas i wtrąca swoje trzy grosze do narracji, ocenia (przeważnie negatywnie) i wyraża wzburzenie w związku z prezentowanymi treściami. To wyprzedzenie ewentualnych zarzutów krytyków – chociaż dzisiaj raczej nikt nie powinien czuć się zdumiony ani urażony takimi treściami – to normalny sposób na przyciąganie dzieci do lektury. Ilustracjami zajmuje się tu Kai Vaalio – i są one mocno komiksowe i młodzieżowe w duchu, przerysowane i humorystyczne, trochę przypominają zbuntowane komiksy z końcówki XX wieku, bardzo pasują do „wywrotowych” pozornie treści. Jest to książka z gatunku tych, które dorosłych zniechęcą, ale dzieci mogą przekonać do czytania – zwłaszcza że nie ma tu żadnych pouczających zagadnień.

sobota, 25 kwietnia 2026

Lars Saabye Christensen: Beatlesi

Marginesy, Warszawa 2026.

Muzyka

Ta powieść jest już klasyką – i bardzo mocno wybrzmiewa jej inność, to znaczy nawiązanie do prawdziwości lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku. Lars Saabye Christensen przygląda się dorastaniu i wchodzeniu w dorosłość czterech chłopaków z Oslo. Nastolatki są oczywiście wpatrzone w Beatlesów – nawet początkowo nadają sobie pseudonimy od członków zespołu, a w planach na przyszłość mają też założenie bandu muzycznego. Muszą tylko uprosić rodziców o niezbędne instrumenty i o możliwość zapuszczania włosów. Świat z tomu „Beatlesi” mocno różni się od tego, co znają dzisiejsi czytelnicy – więc jeśli ktoś ma ochotę na sprawdzenie, jak wyglądała codzienność drugiej połowy XX wieku, może potraktować tę książkę jak przewodnik.

To Kim prowadzi historię, to z jego perspektywy czytelnicy obserwują perypetie nastolatków w Bildungsroman. Każde wydarzenie urasta tu do rangi wielkiego tematu, każdy rozdział nawiązuje do jakiegoś albumu lub utworu Beatlesów – to sprawia, że tę książkę wręcz słychać, jej rytm daje się poczuć. Czytelnicy, którzy tak jak bohaterowie są fanami Wielkiej Czwórki mogą poczuć się usatysfakcjonowani – doświadczenia pokoleniowe, które ukształtowały bohaterów, są bowiem przejrzyste i przekonujące. Dla odbiorców będzie to prawdziwie mocne przeżycie – zetknięcie się ze światem, który pamiętają, a który odszedł już do lamusa. I tak autor zajmuje się przedstawianiem pierwszych miłości i pierwszych rozczarowań, kształtowania się systemów wartości, wiary lub sceptycyzmu w tej kwestii. Bohaterowie jeszcze od czasu do czasu dają się wciągnąć w szkolne perypetie i w rozmaite mniej lub bardziej poważne niesnaski. Do tego – nie brakuje wśród ich rówieśników bezsensownych ryzykantów. A to oznacza, że nasi bohaterowie przekonają się niekoniecznie na własnej skórze, czym grozi nieprzestrzeganie zasad wprowadzonych przez starsze pokolenie. Są tu ludzie, którzy prawie doprowadzili do autodestrukcji, są tacy, którzy zaskakują decyzjami – kompletnie pozbawieni wyobraźni i niemyślący o konsekwencjach. Widać tu też nietypowy dla dzisiejszych czasów zestaw relacji dzieci – rodzice – kompletnie inny system wychowawczy i zbiór wyzwań. „Beatlesi” to książka, która dzisiaj wyjątkowo trafnie portretuje dawne czasy i poprzednie pokolenia – zupełnie na marginesie, bo przecież chodzi tu o prezentowanie wkraczania w dorosłość (na początku rzeczywistość nie ma zbyt wielkiego znaczenia, ale z czasem pojawia się coraz więcej odniesień do świata spoza zamkniętej przestrzeni bohaterów), a nie o rejestrowanie efemerycznych przejawów realizmu lat 60. I 70. Chociaż powieść sprawia wrażenie monumentalnej, jest spora jak na dzisiejsze standardy, to i tak napisana została bardzo lekko, więc lektura przebiegać będzie dość szybko. Co więcej, Christensen wyborem tematów i sposobem ich realizowania sprawia wrażenie, jakby wszystkie wydarzenia były czytelnikom doskonale znane i naturalnie płynęły z pierwszych obserwacji i zjawisk. I to może zaskakiwać najbardziej – chociaż autor faktycznie zbiera wydarzenia jednostkowe i niepopularne, to jednak przez sposób ich prezentacji daje czytelnikom przekonanie, że uczestniczą w czymś świetnie sobie znanym. To przekonująca historia wypełniona detalami – i te detale jednocześnie przyciągają do świata bohaterów i czynią go najbardziej prawdziwym, a ponadto tworzą niepowtarzalny koloryt lokalny.

piątek, 24 kwietnia 2026

Paulina Nachman: Najbardziej zakręcone labirynty

Nasza Księgarnia, Warszawa 2026

Drogi

Paulina Nachman dołącza do autorów łamigłówek opartych na labiryntach – jej „Najbardziej zakręcone labirynty” to książka, która dostarcza dzieciom rozrywki i zachęca je do trenowania małej motoryki (przez wyznaczanie tras) oraz uważności (przez śledzenie kolejnych torów). Przygotowuje autorka mnóstwo zagadek i zadań, w których bohaterów poznaje się tylko na jeden raz – i tylko po to, żeby pomóc im przejść trudną drogę bezpiecznie do celu. Niczego więcej nie potrzeba – wystarczy wiedzieć, jak funkcjonują labirynty i jak się to rozwiązuje. Autorka bawi się kształtami – proponuje labirynty wpisane w okrąg albo takie prostokątne, dopasowane wielkością do strony, więc spore z perspektywy najmłodszych. Czasami stawia na nieforemne kształty, a czasami w ogóle rezygnuje z granic i udaje, że odbiorcy zostali wtrąceni po prostu w jeden z fragmentów mocno rozbudowanego świata. Niektóre labirynty będą wykorzystywały naturę – kluczenie między drzewami albo meandrowanie razem z rzeką to wyzwanie dla dzieci. Autorki nic nie ogranicza, co oznacza, że raz wyśle odbiorców w kosmos, raz zmusi ich do przechodzenia między kaktusami, a raz – między śpiącymi meduzami i wielorybami. Bawi się doskonale i sprawia, że do labiryntów bez trudu przekonają się najmłodsi. Gdyby mieli jakiekolwiek wątpliwości, mogą sprawdzić rozwiązania na końcu książki – ale znacznie lepiej będzie próbować do skutku i przechodzić kolejne trasy samodzielnie. To rozwija nie tylko umiejętności, ale też wyobraźnię. Paulina Nachman wie doskonale, że w labiryntach nie trzeba nic więcej niż zaznaczenie startu i mety, ale decyduje się od czasu do czasu na dodawanie krótkich jednozdaniowych komentarzy – poleceń albo przestróg po to, żeby dzieci zorientowały się, jakie w danym labiryncie są zagrożenia, albo kto potrzebuje pomocy (i jakiego rodzaju).

Kolejne obrazki są tu bardzo przyjemne – mnóstwo zwierząt, mnóstwo schodów i drabin, ale też wyzwania rodem z wyobraźni, umożliwiające wręcz tworzenie własnych historii na bazie stworzonych mapek. Dla dzieci będzie to okazja do wymyślania bajek – i ruszania na pomoc ich bohaterom. „Najbardziej zakręcone labirynty” to książka, która wcale nie ma być oryginalna – wykorzystuje modę na klasyczną rozrywkę – ale może stać się popisem twórczym autorki i próbą zachęcenia dzieci do sięgania po zabawy z dala od komputera. Jest tu całe mnóstwo propozycji i każdy znajdzie odpowiednie dla siebie wyzwania, tak, żeby się nie znudzić i nie zmęczyć, a dobrze bawić. Labirynty to zabawa ponadczasowa i lubiana przez wielkie grono maluchów – w związku z tym ta książka na rynku bez trudu znajdzie swoje miejsce. Dzieci przekonają się błyskawicznie, że warto zaufać tej autorce i bawić się w kolejnych korytarzach i schematach. Jest tu bardzo kolorowo i przyjemnie dla oka, ilustracje zostały wykonane tak, żeby nie odciągać uwagi od samych zadań, ale też żeby można je było podziwiać.

czwartek, 23 kwietnia 2026

Huub Buijssen: Depresja. Poradnik dla przyjaciół i rodziny

Mando, Kraków 2026.

Mrok

Huub Buijssen świetnie zdaje sobie sprawę z tego, że depresja staje się chorobą cywilizacyjną i coraz bardziej rozpowszechnioną – a ponieważ rośnie świadomość społeczna, ludzie chcą się dowiedzieć na przykład, jak pomóc swoim cierpiącym bliskim – albo jak zachowywać się w obliczu kogoś, kto ma diagnozę, leczy się, a przecież nie może rezygnować z kontaktu z innymi. I chociaż na rynku sporo jest publikacji psychologicznych ujmujących zagadnienie depresji z perspektywy naukowej lub popularnonaukowej, Buijssen wybiera inną drogę – decyduje się na przedstawianie porad i wskazówek dla ludzi, którzy potrzebują wsparcia po to, żeby zapewnić takie wsparcie chorym.

„Depresja. Poradnik dla przyjaciół i rodziny” to zatem książka wolna od typowych zagrań psychologów piszących publikacje dla masowych odbiorców – skoncentrowana jest na niesieniu pomocy. Co ciekawe, czytelnicy zostaną na początku ostrzeżeni, że tematy kolejnych rozdziałów mogą wywoływać przygnębienie lub chwilowy spadek nastroju – i że warto mieć to na uwadze podczas lektury. Ponieważ bliscy cierpiących na depresję są już i tak narażeni na niekoniecznie krzepiące sytuacje, z pewnością potrzebują takiego wsparcia – wstęp uświadamia im, że nie zostaną sami z problemem. Co ciekawe, Huub Buijssen zajmuje się przede wszystkim tym, co odbiorcy dostrzegają. Podsuwa zestaw sygnałów alarmowych – wydarzeń i zachowań, które pokazują, że należy udać się po pomoc do specjalisty. Analizuje sytuacje jednoznaczne, ale też te, w których trzeba mieć już konkretną wiedzę, żeby właściwie ocenić postawy innych. Ma w tym dużą wprawę – książka napisana jest prostym językiem, ale wypełniona sensownymi uwagami, takimi, które bezpośrednio przekładają się na codzienność odbiorców. Autor w ogóle zakłada, że nie pisze dla samych chorych, a dla ich rodzin, domowników i przyjaciół – tych wszystkich, którzy mogą (a czasem muszą) interweniować w razie kryzysu i biorą na siebie sporo przez opiekę nad chorym – wymagającym wyjątkowej troski i uwagi. Wspiera ich bardzo i podsuwa zestaw narzędzi przydatnych w zwykłym funkcjonowaniu. Dzięki temu też pozwala zrozumieć, czym jest depresja, jak się objawia i do czego prowadzi. Autor dba o przejrzystość – nie tylko w ramach porad dla czytelników, ale też za sprawą samych wyjaśnień. Jeśli zatem ktoś potrzebuje błyskawicznego i celnego wprowadzenia w temat depresji, a nie zależy mu na medycznych objaśnieniach i skomplikowanych terminach, to tu odnajdzie się najlepiej.

Wiadomo, że nie da się depresji wyleczyć na własną rękę, ale rozróżnienie między chandrą a poważną chorobą też jest niezwykle istotne i trzeba w tym praktyki oraz uważności. Buijssen staje się bardzo dobrym przewodnikiem – nie potrzebuje nikomu udowadniać swoich kompetencji, ale bardzo dobrze radzi sobie z udzielaniem wyjaśnień. Zajmuje się tym, co najistotniejsze z perspektywy zwykłych czytelników – tych, którzy szukają tu podpowiedzi albo wsparcia, lub po prostu potrzebują się nauczyć funkcjonowania w nowej dla siebie rzeczywistości. Huub Buijssen sprawia, że łatwo mu zaufać – a to przekłada się potem na satysfakcjonującą lekturę.

środa, 22 kwietnia 2026

Nikki Erlick: Pola Makowe

Znak, Kraków 2026.

Ulga

Ci, którzy zmierzyli się ze śmiercią kogoś bliskiego, mogą poradzić sobie z żałobą samodzielnie albo skorzystać z profesjonalnej – chociaż eksperymentalnej – pomocy. Pola Makowe to miejsce, które powstało po to, żeby dawać nadzieję na normalność wszystkim niepotrafiącym pogodzić się ze stratą. Tylko śmierć kogoś naprawdę bliskiego ma otworzyć drogę do leczenia – pod warunkiem, że zespół badaczy zatwierdzi podanie. Chociaż nawet jeśli ktoś spełnia warunki, nie oznacza to automatycznie zakwalifikowania do miejsca w Polach Makowych. Niektórzy zatem zmierzają tu, żeby podjąć kurację, inni – żeby przekonać zespół uczonych, że popełnili błąd i powinni zaprosić do grona śpiących ich właśnie. Bo Pola Makowe to miejsce, w którym za pomocą śpiączki farmakologicznej i odpowiednio dobranego zestawu leków wyprowadza się cierpiących ze stanu, do jakiego doprowadziła ich rzeczywistość i zbyt słaba na przeżycia psychika. Sen w zasadzie byłby pozbawiony wad, gdyby nie jeden haczyk: co czwarty pacjent po przebudzeniu pozostaje odcięty od swoich wcześniejszych uczuć, zapomina, kim był dla niego zmarły – i ile dla niego znaczył. A mimo to nie brakuje chętnych, którzy w Polach Makowych upatrują jedynej nadziei dla siebie. Nikki Erlick tworzy powieść, która na długo pozostanie z czytelnikami i sprawi, że zechcą oni zastanowić się nad własnym kodeksem wartości i nad metodami radzenia sobie z najtrudniejszymi kwestiami. „Pola Makowe” to książka rozrywkowa, a jednak diametralnie różna od tego, co pojawia się na rynku – bo Erlick nie zamierza się inspirować popularnymi czytadłami. Na szczęście – dzięki temu może zaproponować czytelnikom coś odkrywczego i ważnego jednocześnie. Jest to powieść drogi. Powieść, w której ekstremalne zjawiska pogodowe zmuszają bohaterów do podjęcia podróży przez pół kraju, żeby dotrzeć na miejsce ratunku. Nieznajomi zamknięci w ciasnym samochodzie rozmawiają, zwierzają się sobie z najtrudniejszych przeżyć i poznają inny punkt widzenia w kwestiach, które ich samych przytłoczyły. W tle rozgrywa się jednocześnie motyw samej kliniki – jej przyszłości i rozwoju oraz samego powstania. Dziennikarze i internauci szukają tu sensacji, starają się przekonać swoich czytelników, że sen jako lekarstwo na żałobę to coś złego i niebezpiecznego, tworzą kolejne artykuły. Z kolei przeciwwagą dla nich będzie przytaczanie podań, w których należy uzasadnić, że komuś należy się miejsce w Polach Makowych – te pokazują, jak bardzo potrzebna ludziom obietnica skrócenia cierpień i przywrócenia normalności. Autorka przedstawia bliżej kilkoro bohaterów – potencjalnych pacjentów – i uświadamia, jak różne są drogi do straty i wybory po niej, pozwala na zaprzyjaźnienie się z bohaterami i kibicowanie im. I to nic, że nie zaskoczy w fabule. Prawdziwa siła tej powieści tkwi w przemyśleniach, które zostaną z bohaterami. Różne punkty widzenia – ujmowane także dzięki różnym scenariuszom – prowadzą do wniosków, które będą dla czytelników czasem oczywiste, a czasem odkrywcze – co oznacza, że podczas lektury każdy stawiać sobie będzie pytania na temat własnych wyborów, a po przeczytaniu książki i po zakończeniu historii – zastanawiać się nad prawdziwymi życiowymi drogami. „Pola Makowe” to książka bardzo udana – w sam raz dla wszystkich fanów powieści psychologicznych i jednocześnie dla miłośników nietypowych rozwiązań fabularnych.

wtorek, 21 kwietnia 2026

Anna Mietelska: Królisia Isia uczy się dzielić

Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.

Zabawki

Co z tymi rodzicami? Nigdy nie umieją się zdecydować na jedną opinię i bardzo mieszają w dziecięcym świecie. Na przykład każą się dzielić zabawkami, zupełnie jakby nie rozumieli, że nie każdą zabawkę chce się wręczać nieznajomemu – na szczęście mama Królisi Isi opanowała do perfekcji to rozróżnienie i w dodatku jest w stanie przekazać to swojej pociesze. Odbiorcy nie będą mieli problemu z wyciągnięciem wniosków z tej lektury. „Królisia Isia uczy się dzielić” to kolejny tomik przygód małej bohaterki, która przeżywa wszystko tak jak mali odbiorcy – i dzięki swoim tradycyjnym przygodom i doświadczeniom może wprowadzać rozmaite wyjaśnienia. Anna Mietelska wybiera klasyczny styl narracji, bogato ilustrowane opowiadanie zamiast picture booka. I scenki, które dzieci doskonale znają – zrozumieją i przyswoją bez wahania.

Najpierw Królisia Isia jest nieufna wobec innego dziecka w piaskownicy – niby mogłaby skorzystać z jego zabawek, ale wtedy musiałaby podzielić się swoimi, a nie do końca czuje się na to gotowa. Pierwszym krokiem jest zatem przekonanie małej bohaterki, że dzielenie się w takich okolicznościach ma sens i może wzbogacić zabawę – a także poznać towarzyszy tych zabaw, tak, żeby nie spędzać czasu samotnie. Ale to, że trzeba się dzielić podczas wspólnych zajęć, nie oznacza, że należy bez refleksji oddawać najcenniejsze dla siebie przedmioty – i Królisia Isia dowiaduje się, że wcale nie musi pożyczać na dłużej najukochańszej maskotki. Szukanie kompromisów to także sztuka, którą udaje się autorce przemycić w prostej przecież historyjce dla dzieci. Nie zawsze trzeba odrzucać wszystkie propozycje, które na pierwszy rzut oka wydają się niewygodne czy nie do przyjęcia – można spotkać się w połowie drogi i wymyślić rozwiązanie satysfakcjonujące wszystkich. To sposób na poszerzanie horyzontów i na budowanie nowych znajomości, bardzo praktyczny i jednocześnie mało irytujący dla najmłodszych – nie będzie tu ogromnych zmian, a jedynie urozmaicenia zwykłych zachowań czy czynności. „Królisia Isia uczy się dzielić” nie jest zatem lekturą mocno moralizatorską i pedagogiczną w swoim wydźwięku – liczy się tu faktycznie pochylenie się nad przeżyciami małej bohaterki i zrozumienie jej uczuć w sytuacjach, które znają ze swojej codzienności małe dzieci. Królisia Isia – zwykle naiwna i wycofana – to bohaterka, która daje się lubić, nie jest zbyt irytująca z charakteru – uda się do jej osobowości dopasować sporej liczbie odbiorców. Dodatkowym atutem książki – obok sensownie poprowadzonej narracji i sympatii dla postaci – stają się obrazki. Anna Mietelska proponuje dzieciom w obrazkach przekonująco przedstawione przygody Isi – da się potraktować tę książeczkę jako ciekawą lekturę (także do samodzielnego czytania przez maluchy), ale można się z niej sporo dowiedzieć i przede wszystkim zbudować poczucie pewności siebie w kontaktach społecznych. Anna Mietelska pokazała już – nie pierwszy raz – że dobrze rozumie świat dzieci i że dobrze czuje się w historiach klasycznych w duchu, a jednocześnie pozbawionych stereotypowych i powtarzanych do znudzenia rozwiązań.

niedziela, 19 kwietnia 2026

Marcin Minor: Minorki, czyli małe, mniejsze i najmniejsze zwierzęta świata

Kropka, Warszawa 2026.

Maleństwa

Wielka książka o małych stworzonkach – Marcin Minor to ilustrator, który bierze się za przedstawianie dzieciom „minorków”, czyli tych najmniejszych istot ze świata zwierząt – i prezentuje je w formie ciekawostek oraz wielkoformatowych obrazków. Tworzy picture booka edukacyjnego w stylu, który wszyscy doskonale znają – ale ma dla „Minorków” sporo czułości. A poza tym próbuje przybliżyć dzieciom nie tylko malutkie stworzenia, ale też kontekst – środowisko, w jakim żyją na co dzień. Bardzo często zdarza się na ilustracjach dłoń człowieka – tak, żeby odbiorcy mieli porównanie, zyskali pojęcie, o jakich rozmiarach mówi autor. Bo owszem, można wziąć sobie linijkę i sprawdzać podawane liczby, ale znacznie ciekawiej wypada zestawianie minorków z palcami – to od razu pokazuje, że nie wszystkie zwierzęta można by było łatwo znaleźć w ich naturalnym środowisku. Autor przygląda się kolejnym stworzeniom i trafia do różnych punktów na mapie świata – minorki kryją się absolutnie wszędzie i zaskakują rozwiązaniami natury. Są okazją do przyjrzenia się bogactwu fauny i zachwycenia się pomysłowością biologii. Niewielkie rozmiary nie zawsze oznaczają bezbronność, w dodatku niektóre z minorków mogą zyskiwać niecodzienne supermoce, nie do osiągnięcia dla człowieka. Marcin Minor na tego rodzaju ciekawostkach się skupia, przygląda się właśnie temu, co niezwykłe – dodatkowo, poza rozmiarami. Ale żeby nie poprzestać na konkretnych gatunkach, przytacza też na kolejnych rozkładówkach stworzenia z ich świata – ale już nie z ich rozmiarów. Stąd rozmaite drapieżniki pokazywane albo w odpowiednim pomniejszeniu, które zapewnia perspektywa, albo w nieoczekiwanych ujęciach – tak, żeby nie przytłaczały głównych bohaterów rozkładówek. Przy nich nie będzie dodatkowych informacji i ciekawostek – jedynie nazwa i nazwa łacińska (zresztą podawanie nazw łacińskich to dość częsta tutaj praktyka, autor na przykład przy owadach z menu jednego z minorków nie przejmuje się w ogóle polskimi odpowiednikami nazw, pozostawia tylko łacińskie – dzieciom polskie nazwy nie byłyby potrzebne, liczą się po prostu obrazki.

Jest w tym niesłabnący zachwyt nad przyrodą, jest podziw dla kolejnych stworzeń, które mimo niewielkich rozmiarów świetnie radzą sobie w swoim środowisku. Marcin Minor wzorem wielu autorów edukacyjnych picture booków zaprasza dzieci do odkrywania świata egzotycznego i niedostępnego na pierwszy rzut oka. Może w ten sposób rozbudzić ich ciekawość. „Minorki” to książka, którą chce się czytać i odkrywać samodzielnie, bo każdy akapit pod obrazkiem może stać się źródłem nieznanych wcześniej wiadomości wartych zapamiętania.

„Minorki” to jednak książka, która przede wszystkim zachwyca warstwą graficzną – Marcin Minor stworzył sobie artystyczny popis, wizytówkę, którą może się chwalić. Przekona do siebie i dzieci, i dorosłych, a że robi to w sposób modny dzisiaj na rynku – nie ma znaczenia. Najważniejsze, że znalazł sposób, jak przedstawić dzieciom najmniejsze zwierzęta.

sobota, 18 kwietnia 2026

Jeanette Winterson: Po co ci szczęście, jeśli możesz być normalna?

Czarne, Wołowiec 2026.

Osobowość

To jest książka z pozoru niewielka, ale mocno skondensowana i ważna dla wszystkich tych, którzy chcą funkcjonować na własnych zasadach i walczyć o siebie. Jeanette Winterson przeprowadza czytelników przez swoje wspomnienia w rodzinie zastępczej i odkrywanie seksualności – i dzieli się najbardziej intymnym pejzażem rzeczywistości jej najbliższej. „Po co ci szczęście, jeśli możesz być normalna” to publikacja przesycona silnymi emocjami, ale też stworzona tak, żeby zapisać się w historii literatury, ze względu na znakomitą warstwę narracyjną. Jeanette Winterson przez długi czas nie rozumie postaw swojej przybranej matki: rejestruje jej kolejne dziwactwa i zachowania, które uniemożliwiają zwyczajne życie. Dopatruje się w kolejnych decyzjach i działaniach tematów, które mogą zaszokować szerokie grono odbiorców – ale eksponuje podobne problemy przede wszystkim po to, żeby zyskać dla siebie obronę czy usprawiedliwienie dla tego, co przecież usprawiedliwienia nie potrzebuje. Bo Jeanette Winterson czuje się przez długi czas niewystarczająca, a później jeszcze i winna – dlatego, że zdecydowała się podążać za głosem serca i wydobyła na światło dzienne swój homoseksualizm jako tworzywo literackie oraz jako materiał do publicznych rozważań. W tej książce Jeanette Winterson walczy w obronie miłości – nie ma znaczenia, jakiej. Liczy się ogólna idea, miłość prawdziwa, szczera i wolna od zakazów – ta, która uszczęśliwia i uskrzydla. Żeby taką perspektywę zyskać, autorka musiała przejść kilka rozczarowań i pokonać kilka pułapek – a dziewczyny, w których się zakochiwała na początku, uczyły ją, czego powinna chcieć od życia i czego może uzyskać.

„Po co ci szczęście, jeśli możesz być normalna” to zderzenie dwóch światów – jednego zacofanego, wypełnionego lękami i frustracjami, z ograniczeniami i zakazami dla innych – oraz drugiego, wolnego, umożliwiającego realizowanie własnych pragnień bez krzywdzenia innych i prowadzącego do spełnienia i satysfakcji. Jeanette Winterson, żeby być sobą, musi przeciwstawić się „pani Winterson” – i temat ten bardzo długo będzie jej towarzyszył. Ale czytelnicy nie muszą się martwić: autorka jest w stanie swoje perypetie – wybiórcze, bo przecież nie analizuje każdego kroku w życiu – przedstawić w sposób, który zachwyca. Widać tu ogromne wyczulenie na słowo i na jakość fraz, a dbałość o język przekłada się bezpośrednio na przyjemność czytelniczą. Jeanette Winterson spore grono czytelników zyskuje dzięki szczerości wyznań i dzięki tematowi – ale jakość tej prozy ma także duże znaczenie. Autorka koncentruje się tu na wyłapywaniu drobnych scenek o dużym znaczeniu – wyrazistych i przekonujących, jeśli chodzi o przesłania – dobrze Winterson puentuje kolejne spostrzeżenia. Z jednej strony daje dostęp do świata, w którym się wychowywała, z drugiej – otwiera czytelników na uczucia, nawet te niepopularne w pewnych środowiskach. „Po co ci szczęście, jeśli możesz być normalna” to książka ważna i wyjątkowa, prowadząca czytelników przez meandry ludzkich losów i wzajemnych relacji. Wrażliwość autorki łączy się tu z jej talentem literackim – i zapewnia wybuchową mieszankę. To naprawdę publikacja, od której trudno się będzie czytelnikom oderwać – a kibicowanie Jeanette Winterson w realizowaniu jej potrzeb i marzeń stanie się nieodłączną częścią lektury.

piątek, 17 kwietnia 2026

Jane Wilsher: Encyklopedia rzeczy, które się mylą

Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.

Podpowiedzi

To książka, która może się dzieciom przydać – wcale nie dlatego, że mylą im się pojęcia prezentowane w kolejnych rozdziałach, a dlatego, żeby rozwijać słownictwo i zasób wiadomości – poszerzać wiedzę, a do tego – dobrze się bawić podczas czytania. Bo „Encyklopedia rzeczy, które się mylą” to pokazywanie świata z innej niż zwykle perspektywy. Jane Wilsher stawia na edukacyjną publikację, w której mnóstwo jest danych i ciekawostek zestawionych na bazie podobnych nazw albo podobnych kręgów znaczeniowych – można nauczyć się, jak odróżnić niebo od atmosfery albo Księżyc od księżyca – niektóre rozróżnienia bywają pozorne, jak w przypadku Słońca i gwiazdy, inne – kłopotliwe czasem nawet dla dorosłych (meteor i meteoryt – a to tylko przykłady z pierwszej części książki). Każda strona to osobne zagadnienie – para wyrazów, które mogą budzić wątpliwości albo ciekawość (co pewien czas rytm książki przyspiesza i zamiast pary wyrazów zyskujemy kilka par na odpowiednio podzielonej przestrzeni strony). Nie chodzi tylko o podawanie pojęć – w wersji uproszczonej, tak, żeby dzieci mogły je zrozumieć i przeanalizować – ale także o przywoływanie rozmaitych ciekawostek, które mogą zachęcić najmłodszych do samodzielnego badania świata i do gromadzenia wiedzy. To oznacza, że poza tytułowymi hasłami rozpracowane zostają jeszcze inne – powiązane z nimi – kwestie, tak, żeby przyciągnąć niezdecydowanych do danego tematu. To może spodobać się dzieciom, które lubią odkrywać świat – wyznaczenie kręgów do kolejnego rozczytywania oznacza kolejne przygody lekturowe. Rzecz jasna jest to książka bogato ilustrowana – teksty to hasła w odpowiednich ramkach, wyglądające bardziej jak podpisy pod rysunkami niż jak klasyczna narracja. I to się sprawdzi, zresztą obecnie stanowi to standard w publikacjach dla najmłodszych – przynajmniej w tych edukacyjnych publikacjach. To także pozostawia miejsce na kolejne drobne ciekawostki – zdania porozrzucane po stronach. Dzięki temu nie tylko fakty będą łatwiej zapadać w pamięć dzieciom, ale też – nikogo nie zniechęci ogrom pracy do wykonania.

Jak w każdej książce dla najmłodszych pretendującej do miana encyklopedii, tak i tutaj mamy do czynienia z charakterystycznym podziałem tematycznym. Autorka wychodzi od kosmosu, żeby następnie przeanalizować pojęcia z zakresu nauki, transportu czy świata, ekologii, roślin, zwierząt, czynności charakterystycznych dla codzienności człowieka, jedzenia, ciała, historii i technologii, nie zabraknie też miejsca na różności. Każde zagadnienie mieści w sobie od kilku do kilkunastu stron, tak, żeby nie zamęczyć dzieci nadmiarem danych i żeby nie zniechęcać ich do nauki – liczy się w końcu dobra zabawa i szereg olśnień. I takie właśnie olśnienia Jane Wilsher wprowadza. Nie jest to książka, która zmusza do dogłębnego analizowania kolejnych treści – raczej zestaw wiadomości atrakcyjnych i inspirujących. Dzieciom znacznie łatwiej będzie zapamiętywać treści przez ich poszatkowanie, podzielenie na maleńkie porcje – i przez zestawienia z podobnymi zagadnieniami. Ale najważniejsze jest to, że dostarczy rozrywki i rozbudzi ciekawość świata. To dobra inspiracja i zachęta do odkrywania świata – i jednocześnie zaproszenie do świata nauki jako do sposobu na przyjemne spędzanie czasu.

czwartek, 16 kwietnia 2026

Susanne Lieder: Agatha Christie. Narodziny królowej kryminału

Marginesy, Warszawa 2026.

Przed karierą

Panuje obecnie moda na beletryzowane biografie, czy też powieści obyczajowe oparte na wątkach biograficznych – z perspektywy czytelników to jeszcze jedna okazja do spotkania z ulubionymi twórcami, dla autorów – szansa na zaistnienie na rynku z gotową fabułą, w której wystarczy tylko dostrzec rozkład napięcia, żeby powieść pisała się sama. Do grona autorek bazujących na życiorysach dołącza teraz Susanne Lieder, która w powieści „Agatha Christie. Narodziny królowej kryminału” próbuje pokazać młodą kobietę marzącą o szczęśliwej miłości – i mimochodem pragnącą napisać książkę. Agatha jest tu uchwycona w dwóch momentach życia – kiedy rozpacza po śmierci matki, a jako pocieszenie ma swoją córkę i siostrę – oraz jako kobieta wkraczająca w dorosłość, jeszcze pod opieką rodzicielki.

Susanne Lieder najbardziej interesuje spotkanie z Archiem. To mężczyzna bardzo dziwny, mający liczne – widoczne na pierwszy rzut oka – wady, ale jednocześnie na tyle charyzmatyczny, żeby odciągnąć Agathę od trwającego w nieskończoność narzeczeństwa. Zresztą młoda bohaterka nie ma jeszcze pojęcia o tym, jak powinna wyglądać prawdziwa miłość – chce wyjść za mąż, a jeszcze bardziej chce stać się heroiną romansu, przeżyć coś, o czym czyta się tylko w książkach. Z otaczającymi ją potencjalnymi absztyfikantami nie ma na to szans, nic więc dziwnego, że chimeryczny Archie wydaje jej się najlepszym wyborem. Czas pokaże, czy miała rację. W życie pełne nadziei wkracza wojna i małżonkowie tuż po ślubie rozdzielają się na dość długo – na tyle, żeby Agatha nauczyła się żyć samotnie, a Archie nie dostosował do rodzinnego tempa. I w tym wszystkim pojawia się iskierka nadziei na poprawę losu – pisanie jako szansa na oderwanie się od trudnej codzienności. Agatha wymyśla postać detektywa, Herkulesa Poirot, a kiedy już udaje jej się scharakteryzować ekscentrycznego Belga, pozostawia go samemu sobie – obserwuje tylko, gdy ten rozwiązuje zagadki. Po pierwszej książce przyjdzie kolej na następne, początkująca autorka chce jednak podróżować i poznawać świat, a jednocześnie wie, że pisanie książek to męka – musi wciąż szukać nowych pomysłów i tworzyć rzeczy, które nie zawsze dadzą się przekuć w historie. Susanne Lieder niby czerpała z biografii, ale w wielu miejscach bazuje wyłącznie na własnej wyobraźni, woli Agathę nieznaną i jeszcze w jakimś sensie wolną (przynajmniej od sławy), wizją zwyczajności, która wymyka się schematycznym scenariuszom, dzieli się z czytelnikami. „Agatha Christie. Narodziny królowej kryminału” to powieść obyczajowa z wątkiem romansowym, dość pobieżnie zresztą zarysowanym – bo raz, że czytelnikom trudno będzie uwierzyć w wielką miłość, a dwa – autorka porzuca na przykład bez domknięcia wątek rozstania z poprzednim narzeczonym. Jest to jednak również powieść pisana dla wytchnienia, nie po to, żeby dostarczać czytelnikom wiadomości na temat znanej autorki kryminałów. „Agatha Christie. Narodziny królowej kryminału” to portret, jakiego nikt się nie spodziewa – książka, w której liczą się silne uczucia zamiast analiz źródeł natchnienia. I to najlepsze, co Susanne Lieder mogła zrobić – bo nie będzie dzięki temu zamęczać fanów Christie informacjami, które ci doskonale znają.