Strona główna || O autorce || O tu-czytam || Bajki || Bajkowe portfolio                       

poniedziałek, 22 stycznia 2018

Jarosław Kamiński: Tylko Lola

W.A.B., Warszawa 2017.

Z brzegu

Dwie są narracje w tej powieści – i rozbieżnościami ilustrują różnice między dwiema bohaterkami, Niną i Lidią. Kobiety analizują własne życie – każda na swój sposób i specyficznym językiem, ale też doświadczają skrajnie odmiennych sytuacji. Lidia zawsze jest tą bardziej zaangażowaną. Przedstawicielka starszego pokolenia, nie daje się złamać byle czym. Odnajduje się w najdziwniejszych momentach i ekstremalnych punktach historii. Wydaje się silniejsza i bardziej zahartowana – w swoim czasie zresztą odważyła się na miłość do Loli – piękne, wyzwalające mimo że zakazane uczucie. Lidia, która na swoim koncie ma szereg wygranych potyczek z losem i historią, teraz słabnie w oczach. Nie potrafi pogodzić się z własnymi emocjami, oddala się od siebie samej. Przemianę i rozpad osobowości widać w jej języku. Lidia nie używa tradycyjnej gramatyki, stylizowaną na oralną pieśń opowieść prowadzi z zaburzeniem wszelkich reguł składniowych czy ortograficznych. Urywa zdania, nie kończy myśli, a poszarpane wzmianki mają większą siłę rażenia niż dopowiadane wiadomości. Lidia traci kontakt z rzeczywistością, a jej jedynym ratunkiem ma być Lola. Wielka nieobecna, co do której istnienia momentami ma się wątpliwości. Bo Lola to ucieleśnienie niematerialnych wartości, Lola uosabia wolność, Lola niesie nadzieję i szansę na normalność, Lola obala reguły – nie pozwoli ani na słabość, ani na podporządkowanie się systemom. Destrukcja Lidii nie jest możliwa, dopóki trwa Lola. Wszystko jedno: w pamięci, w marzeniach czy w majakach.

Nina inaczej – jest do bólu konkretna, co automatycznie przenosi się i na jej język. Nina opowiada zwyczajnie, bo to, co ma do przekazania, nie dotyczy jej nieuchwytnych przeżyć, a wydarzeń znanych już z historii. Nina to ofiara antysemityzmu. Teraz (w połowie lat 80.) mieszka w Ameryce i może odwrócić się tyłem do przeszłości, by tak zamanifestować lekceważący do niej stosunek. W latach 60. ktoś odkrywa żydowskie pochodzenie Niny –kobieta zostaje zmuszona do opuszczenia kraju, a przedtem przeżywa szereg upokorzeń. To sposób na pokazanie, jak wielka historia niszczy jednostki. Kamiński nie wykorzystuje tu przecież ani nowego motywu, ani oryginalnego kierunku rozwoju fabuły. Jednak przez kreacje postaci zyskuje zupełnie nowe brzmienie, jakby prozę oniryczną mimo mocnego zakotwiczenia w realiach. Autor wcale nie stara się szerzyć wiedzy historycznej, autentyzm wydarzeń służy mu za tło do poetyckiej relacji z nietuzinkowymi bohaterkami. Liczy się to, co postacie czują i co myślą – czytelnicy otrzymują więc dostęp do intymnych analiz. Te przekształcenia znajdują swoje miejsce w języku, ale też w konsekwentnie budowanych charakterach bohaterek. „Tylko Lola” to zatem inne spojrzenie na przeszłość.

Jarosław Kamiński odsuwa do XX wieku akcję książki, ale unika przy tym zaznaczania tego, co stało się stereotypem w modzie na PRL i obecnie. Woli pokazać system, który niszczy ludzi – razem z przykładami działania. Obok opowieści o Lidii i Ninie (które nawet w pewnym momencie poznają się i zostaną niemal zmuszone do skonfrontowania doświadczeń), prezentuje tu również losy nieszablonowo myślących, niezależnych jednostek w ciągłym starciu z wielką historią. W tomie „Tylko Lola” nieistniejąca postać tytułowa ma największe szanse na zachowanie godności i wygraną. Ci, którzy żyją i borykają się z przemianami politycznymi, są skazani na szeregi niepowodzeń.

niedziela, 21 stycznia 2018

Bill Watterson: Calvin i Hobbes. Dziki kot, psychopatyczny morderca

Egmont, Warszawa 2016.

Klasyka dowcipu

Kwintesencja dzieciństwa to to, co w komiksowych paskach Billa Wattersona najważniejsze – i jednocześnie najbardziej trafnie uchwycone. Calvin – rezolutny sześciolatek oraz Hobbes, jego pluszowy tygrys – to para przyjaciół, którzy są w stanie dokonać razem rzeczy niemożliwych. Pokazuje, co oznacza zabawa, wyobraźnia i beztroska. W duecie Calvin – Hobbes sprytniejszy i lepszy jest zwykle Hobbes. Calvin bywa górą tylko czasami, ale i tak nie przeszkadza mu to w obmyślaniu coraz to nowych intryg i szaleństw. Zimą mały chłopiec zajmuje się lepieniem całego świata ze śniegu. Bałwany proponowane przez tego bohatera wybitnie urozmaicają podwórko. Stały motyw dziecięcych rozrywek ulega tu rozbudowaniu w stopniu wręcz niewyobrażalnym: Calvin pokazuje, jak kreatywnie podejść do stereotypu. Ale nie jest to jedyny motyw, w którym wiedzie prym. Chociaż w szkole na lekcjach nie radzi sobie zbyt dobrze, pomysłów można mu tylko pozazdrościć. Hobbes z kolei to nie tylko przytulanka. Bywa naprawdę dziki i drapieżny, zaspokaja żądze przygód. Wybudzony ze snu rzuca się natychmiast na Calvina, żeby go podrapać i pogryźć. Bywa też przezorny – nie realizuje wszystkich propozycji przyjaciela. Nie podejmuje zbędnego ryzyka, na przykład przy zjeżdżaniu z wyjątkowo stromych górek.

„Dziki kot, psychopatyczny morderca” to jeden z mniejszych formatem tomików z przygodami Calvina i Hobbesa, ale też jeden z bardziej reprezentatywnych dla serii. Autor wprawdzie zawsze trzyma wysoki poziom i pasków komiksowych, i samych dowcipów, ale tutaj znalazł się przekrój przez charakterystyczne dla przygód Calvina tematy. Jest i szkoła, i Zuzia Derkins (oraz klub PFUJ), pani Kornik, która środek uspokajający pije już prosto z butelki. Są rodzice, którzy wcale nie uznają bezstresowego wychowania (zresztą w czasach Wattersona nikt jeszcze nie znał takiego sposobu na kilkulatki) – wyznaczają zasady i zabraniają wielu dziecięcych przyjemności. Torpedują szaleństwa, wymagają przestrzegania czasu na odrabianie lekcji i wyjścia na podwórko. W tym tomiku więcej jest zimy z charakterystycznymi rozrywkami (sanki, bitwy na śnieżki, lepienie bałwanów i… robienie śladów na śniegu), ale czasami pojawia się migawka z wakacji. Powraca świat telewizji, która oducza dzieci skupienia i samodzielnego myślenia, podsuwa za to jedynie bezwartościową i pustą rozrywkę.

Calvin to karykatura kilkulatka, która jednak w żadnym momencie nie traci rysów prawdziwości. Nawet jeśli bohater posługuje się wyrażeniami zaczerpniętymi ze świata dorosłych lub stanowi satyrę na rzeczywistość, nie przestaje być sobą – wiarygodnym, nieznośnym dzieciakiem. W tym tandemie to Hobbes jest bardziej dorosły – przewidujący i odpowiedzialny. Jest też nastawiony ironicznie do wszelkich przejawów przesady. Bywa głosem rozsądku, ale i… zwierzęciem. I na zderzeniu postaci najlepiej widać złożoność humoru Billa Wattersona. Ten autor posługuje się z dużą wprawą różnymi rodzajami dowcipu, kieruje się przede wszystkim do dorosłych, chociaż i mali odbiorcy będą mieć sporo przyjemności z lektury. Te obrazki i paski komiksowe odczytuje się na wielu poziomach żartu, humor pojawia się nie tylko w puentach, ale i w kolejnych kadrach. Watterson tworzy miniserie – kiedy przez kilka stripów rozwija jeden motyw, czasami stosuje też cykle tematyczne, kiedy powraca do konkretnych sytuacji – z nowym pomysłem na ich rozwinięcie. W ten sposób Calvin i Hobbes nigdy się odbiorcom nie znudzą.

Watterson rysuje przede wszystkim czarno-białe szkice, ale bardzo dba o precyzję i czytelność mimiki oraz gestów. Rysunki są zrozumiałe na płaszczyźnie grafiki, nie stanowią tylko uzupełnienia dla tekstowych pomysłów – zresztą czasami Watterson decyduje się na minikreskówkę, cykl kadrów bez komentarzy słownych – a wrażenie jest równie silne. „Dziki kot, psychopatyczny morderca” to zestaw fantastycznych pomysłów zamkniętych w krótkich stripach. Każda pojedyncza historyjka ma dużą siłę przebicia – wszystkie razem składają się na piękną – komiczną – wizję dzieciństwa, które wprawdzie nie jest wolne od codziennych trosk, ale przynosi rozrywkę każdemu. Bill Watterson jest dobrym następcą tradycji rozrywkowych Schulza (Fistaszki!) i także przeszedł już do klasyki. Jako twórca imponuje dowcipem, ale też sposobem rysowania. Przygody Calvina i Hobbesa budzą tęsknotę za dzieciństwem, stanowią wyśmienitą lekturę dla wszystkich.

My Little Pony

Egmont, Warszawa 2017.

Triumf dobra

Kucyki są miłe, przyjazne, tęczowe i dobre tak bardzo, że aż doprowadzają do mdłości – nieprzypadkowo stają się już na rynku rozrywkowym synonimem kiczu i stałym obiektem drwin. Ale przy tej jednoznacznie dobrej kreacji, przy całym przesłodzeniu i infantylizowaniu, biorą udział w wydarzeniach rodem z innej bajki. Bardzo silna jest bowiem podkreślana w fabułach z cyklu My Little Pony strefa mroku. Wierzyć się nie chce, że te idealizowane stworzonka mogą zdobyć sobie prawdziwych wrogów i doprowadzać do starć na dużą skalę. W końcu przyjaciółki Twilight Sparkle nie grzeszą inteligencją i są bardzo płochliwe, każde najmniejsze zagrożenie wpędza je w panikę. Tymczasem muszą stawiać czoła wyzwaniom dla superbohaterów – i wygrywać, bo w końcu dobro musi zatriumfować, zwłaszcza w tej bajce.

Filmowa opowieść „My Little Pony” to właśnie kwintesencja kucykowatości ubrana w zgrabny scenariusz. Na podstawie tego scenariusza powstała minipowieść, książka dla fanów bajki. Rozpoczyna się tu przygotowaniami do wielkiego święta, Festiwalu Przyjaźni. Kucyki są podekscytowane i chcą, by impreza udała się jak najlepiej. Każdy ma swoje zadania, więc nawet roztargnienie części bohaterek nie zepsuje wymowy całości. Święto zaszczycą swoją obecnością również dorosłe księżniczki, te, które stanowią wzór do naśladowania dla Twilight Sparkle i jej koleżanek. Te gwiazdy, niedostępne i pozbawione słabości, wyjątkowo piękne i rozumne, pełnią role marionetek. Najpierw służą do podziwiania. Później zostają zamienione w kamienie przez okrutnego kucyka, Tempest Shadow. Tylko Twilight Sparkle może w ogóle podjąć się misji ratunkowej i zawalczyć o pomoc dla księżniczek. Rozpoczyna się wielka i obfitująca w burzliwe przygody wyprawa, wyjątkowo trudna i pełna niebezpieczeństw. Jednak każdy mały fan cyklu wie, że kucyki są silne swoją przyjaźnią i nie mogłyby tak zwyczajnie przegrać z siłami zła. Im większe wyzwanie, tym bardziej mobilizują siły. Pokonują własne lęki, wspierają się nawzajem i mogą poczuć realną moc płynącą ze współdziałania.

W opowieści o kucykach dużo jest naiwności już na etapie wymyślania fabuły, tym bardziej dziwi zatem poziom zagrożenia wprowadzanego, gdy w grę wchodzi niebezpieczna magia. Wprawdzie dzieci lubią się bać przy bajkach, ale w wypadku My Little Pony rodzi się pytanie, czy problemy nie są zbyt skomplikowane jak na zdolności pojmowania kilkulatków. Niby wiadomo, że misja kucyków musi się powieść – a jednak element niepokoju pozostaje, i to coraz bardziej intensyfikowany. W opowieści strach może zostać zamaskowany dowcipem, cieszyć będą zwłaszcza ekstatyczne reakcje bohaterek – całe przerysowanie podporządkowane jest humorowi. Ekspresja kucyków wywołuje śmiech, to czynnik niezawodny w rozbawianiu odbiorców. „My Little Pony”, chociaż odrywa się od standardowych – obrazkowych – sposobów narracji, sprawdza się jako opowieść bajkowa. Na początku tomiku znajduje się krótkie rysunkowe streszczenie historii – dla tych, którzy chcieliby w miarę szybko zorientować się, co dzieje się w fabule. Warto jednak dla samej realizacji prześledzić pomysły zawarte w tej książce. Kucyki mają do zrealizowania niebezpieczną misję i chociaż nie należą do bohaterów obdarzonych wielkimi mocami, muszą wygrać, choćby dlatego, żeby dobro znów zatriumfowało.

sobota, 20 stycznia 2018

Dominika Skiba: Cyganeria artystyczna i cyganowanie w romantycznej Warszawie

Wydawnictwo Ossolineum, Wrocław 2016.

Testowanie bohemy

Cyganeria warszawska (w pisowni autorki Cyganeria Warszawska dla wyróżnienia zjawiska) to punkt odniesienia, jeden z kontekstów przy charakteryzowaniu działań z zakresu życia kulturalnego. Bohema artystyczna – zbiór niebieskich ptaków – swoimi oryginalnymi pomysłami albo też dziwactwami wprowadzała ferment w obyczajowości a i dokonaniach twórczych, inspirowała bądź inspiracje przenosiła. Chociaż do dzisiaj cyganeria funkcjonuje niemal jak stereotyp, zestaw oczywistych skojarzeń czy odsyłaczy – niewielu odbiorców zastanawia się nad przekazem, sensem bycia cyganem (w znaczeniu – artystą i pięknoduchem). Cały tom Dominiki Skiby jest próbą przedstawienia charakterów oraz tematów może nie wybijających się na pierwszy plan w życiu kulturalnym – ale o twórczym potencjale czy przepełnieniu anegdotami. Dwa tory działania wybiera Skiba: najpierw przedstawia po kolei kilka rozbudowanych szkiców biograficznych, by później przejść do analiz poszczególnych zjawisk literackich (między innymi kulturotwórczej i towarzyskiej roli kawiarni jako miejsca spotkań artystów, ale i rozwoju prasy literackiej, szczególnie periodyków, które przetrwać nie mogły, ale przez moment skupiały przedstawicieli bohemy). Takie ujęcie z jednej strony pomaga uświadomić sobie, jak bogatą galerię nietuzinkowych osobowości warto odkryć – z drugiej uzupełnia wiedzę o podstawowych nurtach i trendach w kulturze.

W charakterystykach postaci zwraca uwagę ciążenie w stronę beletrystyki i literackich odniesień. Uzyskuje ten efekt autorka zwłaszcza dzięki mikrocytatom, pojedynczym frazom z tekstów źródłowych. Brzmią one dziś i wtrącone w nowy kontekst bardzo egzotycznie, sprawdzają się zatem jako ilustracje, ale i dodatkowe wiadomości dla odbiorców, nadają specyficzny klimat szkicom. Podkreślają mimochodem jeszcze jeden ważny aspekt tomu. Dominika Skiba doskonale orientuje się w tekstach źródłowych. Odczytuje i interpretuje nie tylko to, co na pierwszym planie, zajmuje się również drobiazgami z tła, potrafi rozwijać w przypisach te detale o kolejne wiadomości, nie mniej ciekawe, chociaż poboczne dla opowieści. Nie gubi się w kontekstach czy dygresjach, nie psuje rytmu opowieści, mimo że nawet wizualnie przypisy dorównują objętością podstawowemu tekstowi. Czyta się tę publikację z przyjemnością i z uznaniem dla literackiego zacięcia autorki. Nie powiela ona schematów biograficznych w kolejnych rozdziałach. Na każdą postać znajduje osobny sposób, pomysł na komentarz. Umiejętnie wybiera anegdoty i buduje z nich życiorysowe portrety. Nawet jeśli do pewnych wiadomości nie byłaby w stanie dotrzeć, czytelnicy nie odczują braku. Poznają za to szereg ciekawostek, nierzadko humorystycznych. Nie szkodzi, jeśli nie dorównują znaczeniem encyklopedycznym danym. Dominika Skiba snuje opowieści o kolejnych „cyganach”, uprzyjemniając odbiorcom lekturę przez precyzyjne określanie kontekstu. Jest to książka stworzona na podstawie pracy doktorskiej, ale nie ma w niej hermetycznego stylu czy zamknięcia wyłącznie na akademickich czytelników. Tego typu publikacje, chociaż automatycznie zawężają krąg odbiorców za sprawą specjalistycznego tematu – pomagają zainteresować się różnymi przejawami życia literackiego. Skiba tworzy historię, która poza zestawianiem faktów ma jeszcze walory artystyczne i jako taka przypadnie do gustu większej grupie odbiorców.

piątek, 19 stycznia 2018

Joanna Kulmowa: Moje żarty

Iskry, Warszawa 2017.

Radość wciąż aktualna

„Moje żarty” to tomik, który bardzo cieszy. Zwłaszcza tych, którzy twórczość Joanny Kulmowej przynajmniej w pewnym stopniu znają i wiedzą, że kryje w sobie mnóstwo uśmiechów, pogodnych spostrzeżeń, żartów i zabaw. Teraz te pomysły – mniej lub bardziej łączące się z komizmem – pojawiają się w pozornie niewielkiej książeczce. Dzięki „Moim żartom” można przyjrzeć się całemu wachlarzowi pomysłów i rozwiązań, jeszcze lepiej poznawać puenty. Dla autorki to możliwość niekoniecznie sentymentalnego powrotu do odkryć literackich, intertekstualnych, międzykulturowych, a czasami po prostu rodzaj zabawy, relaksu i oddechu.

Elementem spajającym wybór tekstów z dawnych lat i różnych tomików jest zatem humor. Pod względem formalnym z kolei wyraźnie zaznaczane są części z wierszami i części z fraszkami. Fraszki – to najczęściej dwuwersowe rymowanki bez tytułów, komentarze do czytelnych dla wszystkich sytuacji o wymiarze uniwersalnym, filozoficznym, a czasem też – erotycznym. Autorka bawi się tu motywami wziętymi z życia, bliskimi odbiorcom, a używa często mowy ezopowej – w końcu teksty powstawały w latach 1957–1987 (ich ścisły związek z dzisiejszą rzeczywistością nasuwa się przewrotnie już po lekturze blurbowej notatki). Pojawiają się tu dowcipy na temat własnej śmierci (trochę w stylu Sztaudyngera). Kulmowa sięga po znane cytaty, które przewrotnie – pojedynczymi puentami – rozwija lub wyśmiewa, modyfikuje znaczenia, rozbija skostniałe struktury. Bywa frywolna, odwracając lęk przed przemijaniem, odwołuje się do rozmaitych przyjemności, często – tych cielesnych. Zdarzają się również fraszki odnoszące się do sytuacji w kraju – ale nawet one nie tracą dzisiaj na czytelności. Od czasu do czasu autorka wykorzystuje zabawy lingwistyczne, zderza sensy na poziomie podobieństw leksemowych. Nie próbuje testować formy, nie szuka ekstremów w układach sylab – wykorzystuje zupełnie tradycyjne klamry rymowe, bardzo naturalne mimo rygorów gatunkowych. Zresztą rymy u Joanny Kulmowej to stały element liryki, nawet jeśli dawno już minęła moda na mowę wiązaną. Do perfekcji doprowadziła ta autorka posługiwanie się współbrzmieniami. Dzięki temu może też w dłuższych formach, najogólniej określanych jako wiersze, stosować spory zestaw klasycznych genologicznych inspiracji – układa ballady, bajki i piosenki a nawet kuplety. Radość sprawia jej wprowadzanie kolokwialnych żartów do tradycyjnych form. Często stosuje zaskakujące rymy, oryginalne skojarzenia – które potem stanowią o wartości lektury. Joanna Kulmowa za punkt wyjścia obiera sobie na przykład kontekst literacki (rodzaj kulturowego odsyłacza, adresu dla wtajemniczonych) – i przedstawia własną wersję rozwoju wypadków lub kolejną wariację „na temat”. Równie inspirujące bywają dla autorki związki frazeologiczne, słowne zbitki i skojarzenia, albo niemal stereotypowe zestawienia. Wystąpią tu zatem nagie fakty, zwycięskie pchły, niespodziewane społeczne awanse, anioły na czubku igły… Jeśli motywy eschatologiczne – to silnie prześmiewcze. Pojawiają się milczące ryby, brzydkie kaczątka czy roślinożerne tygrysy, wszystko, by odwracać naturalny porządek rzeczy. Po prostu Joanna Kulmowa sprawdza, jak wyglądałby świat choćby odrobinę odwracany, testuje solidność konstrukcji frazeologicznych bądź literackich odniesień. Wykorzystuje hasła-klucze, czytelne dla wszystkich odbiorców. Skoro nie musi tłumaczyć podstaw, może uzyskiwać nowe treści. Chce budować je na pogodzie ducha (niekiedy – w różnych odcieniach, od dobrodusznego uśmiechu po ironię bez kompromisów). Nie ma w tym tomiku ekstrawagancji ani popisów, puenty to ogromna siła tej książki. „Moje żarty” można traktowa jak przegląd twórczych rozwiązań i pomysłów najchętniej przez Joannę Kulmową stosowanych, esencję dowcipu w jej poezji. Czytelnicy znajdą dzięki temu sporo radości, nie zawsze w oczywistych relacjach. Niewielki tomik niesie olbrzymią liczbę znaczeń – dobrze, że pojawia się na rynku i udowadnia, do jakich książek warto wrócić.

czwartek, 18 stycznia 2018

Samantha Young: To, co najważniejsze

Burda, Warszawa 2017.

Pożądanie

Schemat – byle nie przeszkadzał snuciu erotycznej opowieści. Samantha Young doskonale wie, że jej czytelniczki czekają na sceny seksu w wykonaniu mężczyzny idealnego, nie musi zatem przesadnie komplikować fabuły A jednak sięga w przeszłość, żeby stworzyć choć kilka przeszkód dla fantastycznego związku. Przeszłość to szereg traum Jessiki, pani doktor, która czuje się na tyle winna, że nie potrafi zbudować trwałego związku. Zamiast tego zadowala się seksrelacją z Andrew, którego nie uważa nawet za przyjaciela. Jessica trafia do Hartwell – w małym nadmorskim miasteczku ma wypocząć i przy okazji oddać właścicielowi listy, które przypadkiem wpadły jej w ręce. Od razu spotyka Coopera, zabójczo przystojnego właściciela baru. Iskrzy między tą dwójką od pierwszego romantycznego spotkania, oboje marzą o sobie, mimo że chcą jeszcze zachować pozory. Akcja nie ma większego znaczenia, bo ważne jest tylko to, kiedy uda się postaciom zrealizować najśmielsze fantazje – i jak bardzo zgodne będzie to ze śmiałymi wyobrażeniami na temat ognistego seksu.

A skoro wiadomo, że Jessica i Cooper wkrótce rzucą się na siebie, Samantha Young zaczyna się bawić obyczajowością. Jess w miasteczku spotyka wiele bratnich dusz – zawiera nowe przyjaźnie, dociera do najbardziej skrytych mieszkańców, daje się polubić. Wszyscy będą kibicować jej, a nie byłej partnerce Coopera szykowanej na dalszoplanowy wprawdzie, ale jednak czarny charakter. Bohaterka stopniowo przekonuje się, że to, co miało być chwilową ucieczką od życia i obowiązków, zamienia się w kuszącą wizję przyszłości. W odważnych planach wszyscy będą jej kibicować, zwłaszcza że miłość do Coopera nie jest jedynym ani nawet najważniejszym powodem do zamieszkania w Hartwell. Kiedy większość wydarzeń układa się niemal sielankowo, autorka przystępuje do burzenia misternych planów. Pokazuje, jak odejście od rutyny przysłania ogląd sytuacji i może zafałszować obraz rzeczywistości. To, co z zewnątrz funkcjonuje jak idealna alternatywa, traci na wartości przy dogłębnym poznaniu. dodatku Jessica nie może odnaleźć szczęścia, dopóki nie pogodzi się z własną przeszłością i nie nauczy rozmawiać z bliskimi o własnych koszmarach. Do tego trzeba wstrząsu – więc autorka go funduje.

Oczywiście seks zajmuje tu sporo miejsca, Samantha Young stawia na zmysłowe opisy i dokładność przy prezentowaniu zbliżeń, wysmakowany erotyzm miesza z nieco bardziej mrocznymi pragnieniami: seks traktuje nie tylko jako wyraz miłości, ale również frustracji czy wręcz kary. Pozwala bohaterom realizować skryte pragnienia, wcielać w życie niemal każdy pomysł zasugerowany wcześniej podczas spotkań czytelnikom. Ma wprawę w budowaniu erotycznego napięcia, w narracji wyczula na najdrobniejsze przejawy zmysłowości i wzajemnego zainteresowania. Jest w tym przewidywalna – ale dobrze radzi sobie z nasycaniem gatunkowego schematu literackością i emocjami. Angażuje odbiorczynie nie tylko w romans Jess – podsuwa im idealizowaną obyczajówkę opartą na motywie rozpoczynania nowego życia z dala od dawnych destrukcyjnych przyzwyczajeń i bez dalekosiężnych planów. „To, co najważniejsze” nie pozbędzie się naturalnie naiwności, ale w swoim gatunku to udane czytadło, na co ogromny wpływ ma pisarskie doświadczenie Young.

środa, 17 stycznia 2018

Melissa De La Cruz: Bunt na Wyspie Potępionych

Egmont, Warszawa 2017.

Rywalizacja

Zło jest zawsze o wiele bardziej inspirujące niż dobro, zwłaszcza gdy odbiorcom przejadły się już sentymentalne baśniowe historie. Zło bawi swoją złożonością, a i możliwościami. To dlatego stworzona została Wyspa Potępionych, miejsce zsyłki negatywnych postaci z bajek i baśni oraz ich potomstwa. Wyspę Potępionych chroni niewidzialna bariera i nikt nie może do miejsca odosobnienia sam dotrzeć – ważniejsze jest jednak to, że nikt nie może się z wyspy wydostać. Chyba że uknuje wyjątkowo perfidny plan. W trzeciej części historii o losach potomstwa czarnych charakterów uwaga odbiorców koncentruje się na dawnych przyjaciółkach, Mal – córce Diabolity – oraz Umie, córce morskiej wiedźmy. Dziewczyny przywykły do tego, że muszą walczyć o swoje i samodzielnie spełniać własne zachcianki. Nikogo specjalnie nie interesuje ich los, chyba że akurat potrzebne są do czynienia zła.

Dzieci potępionych muszą jednak trafiać do zwyczajnej – mimo że magicznej – szkoły z internatem i tutaj prowadzić normalne życie nastolatków. Nawiązywać przyjaźnie, podejmować rywalizację i… snuć intrygi. Inaczej przecież być nie może, zło jest wpisane w sens ich istnienia, a cel zawsze uświęca środki. Autorka dba o to, żeby nakreślić odpowiedni klimat relacji – jest tu między innymi straszna restauracja funkcjonująca na prawach komicznego odwrócenia. Bohaterowie nie stosują wobec siebie taryfy ulgowej – kiedy się kłócą, robią to z pełnym zaangażowaniem i mogą być dla siebie niebezpieczni. Lubią też przekomarzać się ze sobą, czy dokuczać, jak zwykli rówieśnicy. Od odbiorców odróżnia ich tylko świadomość sfery mroku. Wyspa Potępionych to ich przeznaczenie, cóż z tego, że nieakceptowane i odrzucane. Na magię nie ma rady.

Melissa De La Cruz przerabia na powieść scenariusz do filmu Następcy 2 autorstwa Sary Parriott i Josanny McGibbon, co oznacza zmiany fabularne oraz w samej konstrukcji tomu. Ta opowieść składa się dużo bardziej z migawek i fragmentów scenek, przeskakuje się od postaci do postaci, żeby uniknąć nudy – a przy okazji w każdej migawce musi się dużo wydarzyć. Stąd między innymi bardzo ekspresyjna scena pojedynku na wodzie, podczas którego przyjaciele walczą nie tylko o wymarzony piracki statek, ale i o władzę nad sobą. Niemal każdy przeskok oznacza przyspieszenie tempa. Postacie charakteryzowane są w działaniu i bez zajmowania się charakterami. Z natury przypisane zostały do strony „zła”, ae nie oznacza to braku dylematów moralnych czy skrupułów. Każdy musi sporządzić własny bilans strat i zysków, żeby w ogóle przekonać się, dlaczego chce walczyć o określony cel. Trudno raczej, żeby koncern Disneya zgadzał się na bezksiężniczkowe i jednoznaczne zło. Chodzi tu raczej o zaprezentowanie w miarę przeciętnych postaci (wyróżniających się na przykład nietypowym kolorem włosów czy wiedźmowatym śmiechem), naświetlenie powodów do buntu i przeciwstawiania się zastanym porządkom. Filmowość historii przejawia się zatem w formie, ale też w kształtowaniu treści, już na etapie tworzenia osobowości postaci. Melissa De La Cruz próbuje przyciągnąć do siebie czytelników sugerowaniem im grozy i wielkich emocji, a utrzymuje rytmem powieści pp. Jest to historia szybka i tworzona w opozycji do klasycznych baśni, ale już nie do konstrukcji fabularnych. Autorka zostawia sobie jednak margines na możliwość wypracowania sympatii do postaci.

wtorek, 16 stycznia 2018

Sztuka powieści. Antologia wywiadów II z "The Paris Review"

Książkowe Klimaty, Wrocław 2017.

Jak pisać

Czasami wystarczy zapytać, żeby poznać zestaw poglądów lub historii poszczególnych dzieł. Wywiady ze sławnymi pisarkami momentami zastępują wręcz memuary. Dotykają spraw warsztatowych, filozofii twórczej, stosunku do feminizmu, genologii lub historii, odnoszą się do wzajemnych inspiracji – szeregu literackich autorytetów czy nawiązań między książkami. Do „The Art of Fiction” nie trafiają raczej osobiste zwierzenia czy analizy biografii – dziennikarze pewnych granic nie chcą przekraczać zupełnie świadomie. Raz – że nie przydaje się to w lepszym rozumieniu dzieł (a kiedy jest niezbędne, wystarczy kilka wzmianek), dwa – że o wiele ciekawszy staje się tu akt tworzenia i rozmowy zamieniają się wręcz w manifesty artystyczne. Nie jest w interesie żurnalistów rozsiewanie plotek czy szukanie sensacji, tu liczy się sztuka. Zwłaszcza że przepytywane są autorki naprawdę wybitne, z najwyższej półki – a te mają już wiele ciekawych autotematycznych refleksji i pytania o pracę wyzwolą najlepsze rezultaty. „Sztuka powieści” złożona z wywiadów od 1956 do 2015 roku to – mimo wielu pisarek i różnych dziennikarzy – jedna opowieść o tworzeniu. Nie powtarzają się pytania (choć daje się wyznaczyć powracające kręgi tematyczne), ale na pewnym poziomie refleksje zaczynają wybrzmiewać podobnie. Pisarki rezygnują z autopromocji, za to uczciwie zastanawiają się nad specyfiką pracy. To owocuje spostrzeżeniami wartościowymi nawet po latach. Wywiady ze „Sztuki powieści” nie dezaktualizują się, bo dotyczą kwestii ponadczasowych. Stanowić więc będą niezbędną lekturę dla literaturoznawców, twórców i fanów.

Jako że autotematyzm jest wyjątkowo niemedialny, metodą na przyciągnięcie odbiorców do tomu będzie po prostu lista nazwisk. Pojawia się tu Doris Lessing, Simone de Beauvoir, Jeanette Winterson, Susan Sontag, Alice Munro, Toni Morison i wiele innych. To gwarancja poziomu, ale też zapewnienie wysokiej jakości okołoliterackich refleksji. Zestaw nazwisk przyciągnie część odbiorców. Druga część skuszona zostanie możliwością prześledzenia artystycznych motywacji i zadań. Pisarki opowiadają o wybieranych gatunkach i tematach, o losach napisanych książek, o wewnątrzliterackich nawiązaniach i komentarzach. Ustępstwem na rzecz zwykłych czytelników stają się tutaj pytania o drobne codzienne przyzwyczajenia – miejsce, czas lub narzędzia do pisania. Każda z autorek ma swoje rytuały – będące efektem wieloletnich poszukiwań albo dawnych przyzwyczajeń, do tych słabostek chętnie się przyznają. Te wyznania przypominają znów o niemedialności sztuki tworzenia – ale też przybliżają odrobinę niedostępne na pozór gwiazdy literatury.

Literatura stawiana jest tu na pierwszym miejscu, to jej podporządkowane będą poglądy czy związki z rzeczywistością. Nie można zatem rozmów ze „Sztuki powieści” traktować jako wyznań autobiograficznych – tu liczy się tworzenie, a wszystko inne musi ustąpić. W ten sposób zawęża się może krąg czytelników, ale ci rzeczywiście zainteresowani autotematyzmem będą obszernym tomem usatysfakcjonowani. Rozmowy o pisaniu należą do trudnych, kiedy są ograniczane czasowo lub objętościowo – tu pisarki dostają szansę opowiedzenia tego, co dla nich ważne, przeanalizowania wyborów i możliwości, a także kontekstów dla poszczególnych dzieł. Z tego powodu książkę wielu odbiorców uzna za bardzo wartościową.

poniedziałek, 15 stycznia 2018

Philip Hook: Galeria szubrawców

Znak, Kraków 2017.

Przekręty

Wytwory sztuki są warte tyle, ile ktoś będzie w stanie zapłacić. Od wieków zdają sobie z tego sprawę marszandzi, pośrednicy między artystą a jego potencjalnymi klientami – w związku z tym próbują na różne sposoby nakręcić popyt i przekonać społeczeństwo, że warto inwestować w obrazy czy rzeźby. Zawodowi marszanda od XV wieku aż po czasy najnowsze przygląda się Philip Hook, odnotowując przy okazji mnóstwo pomysłów na nieuczciwe wzbogacanie się. „Galeria szubrawców” to nietypowa analiza sytuacji na rynku sztuki – przez działania tych najmniej widocznych i rzadko kojarzonych przez odbiorców. Hook sprawdza, kiedy i dlaczego pojawił się zawód handlarza dziełami sztuki. Interesują go wpływy marszandów na wybory artystyczne: w końcu kupcy najlepiej wiedzieli, na co jest zapotrzebowanie i co sprzeda się najszybciej, mogli zatem wywierać nacisk na artystów. Z drugiej strony – wypracowali przez wieki szereg strategii promocyjnych w zdobywaniu i obłaskawianiu samych klientów, nie tylko przedstawicieli najwyższych warstw społecznych. W „Galerii szubrawców trwa ciągła ukryta wojna, w której każda ze stron chciałaby uzyskać jak najwięcej dla siebie. Twórcom zależy na pieniądzach i sławie – w końcu rozgłos może przynieść i bogactwo. Marszandzi nie mogą pozostawać stratni, kierują się zatem smykałką do interesów, niekoniecznie uczciwych. Klienci z kolei mają nadzieję na zdobycie dzieła wyjątkowego i pożądanego przez innych, niezbyt dużego (żeby na ścianach zostało miejsce na dalsze zdobycze) i modnego. Tak, jak nie ma tu zwycięzców, tak i rzadko zdarzają się naprawdę przegrani – wszyscy chronią swoje interesy.

Chyba że marszanda skusi akurat wizja szybkiego i dużego zarobku. Bohaterowie tomu Hooka, tak jednoznacznie określani w tytule, wybierają przeważnie dwie drogi. Jedni uciekają się do fałszerstw oraz do oszustw (może nikt nie zwróci uwagi na drobną modyfikację nazwiska), inni rozwijają szeroko zakrojone akcje marketingowe: zamawiają recenzje dzieł, sięgają po talenty oratorskie i chwyty do dziś stosowane w reklamach, przekonują klientów co do wyjątkowości obrazu. Trochę zmienia siłę ich bezpośredni wpływ na artystów: dawniej to marszandzi mogli narzucać pożądane tematy i motywy, dziś raczej artyści sami orientują się w specyfice rynku i podporządkowują klientom. Philip Hook najchętniej opisuje czarne charaktery, tych handlarzy, którzy wyłamywali się z przyjętych schematów. To oni dostarczają najwięcej anegdot – a ich działania można porównywać z obecnymi kampaniami reklamowymi. Czytelnikom nie trzeba wykazywać podobieństw i pułapek, sami je wyłuskają z barwnej relacji – to jedna z lekturowych satysfakcji.

Philip Hook pisze rzeczowo, ale i z humorem. Skrupulatnie dzieli czasy, a gdy już dysponuje olbrzymim materiałem – wprowadza też osobne sylwetki poszczególnych marszandów. Nie boi się stosowania ironii: przyjęta strategia i wypełnienie tomu konkretami umożliwia mu również narracyjną zabawę. Autor przeprowadza czytelników przez świat im obcy, nieuświadamiany, ale opleciony inspirującymi relacjami. „Galeria szubrawców” stanowi oryginalne spojrzenie na historię sztuki – w sam raz dla czytelników, którzy chcieliby zgłębić temat.

niedziela, 14 stycznia 2018

William Dalrymple: Kalijuga. Wiek waśni i sporów

Noir sur Blanc, Warszawa 2017.

Mentalność

Niektórych obrazów i wiadomości nie można zaakceptować. Podczas kilkuletniego pobytu w Indiach William Dalrymple zetknął się z ogromem bezsensownego zła i cierpienia – z niezgody na zastaną sytuację i z bezsilności powstał cykl esejów zebranych w tomie „Kalijuga”. Autor świadomy różnic kulturowych, podziału kastowego czy biedy, która często pcha ludzi do najgorszych czynów, przygląda się zjawiskom niewytłumaczalnym pod żadną szerokością geograficzną, wnioski i opinie pozostawiając czytelnikom. Próbuje wstrząsnąć odbiorcami, pokazując im Indie pełne agresji, przemocy oraz krzywdy najsłabszych – tych, za którymi nikt się już nie wstawi. Odporny na uroki przygotowywanych dla turystów miejsc, zajmuje się upadkiem wartości, koszmarem, jaki ludzie są sobie w stanie zafundować. Tu nie pomagają indywidualne strajki, małe przejawy buntu – podobnie jak nie wystarczy jedna książka, żeby zmienić mentalność. Dalrymple jest świadomy jałowości swoich działań. Ale milczeć nie może.

Dzieli Indie na północ – tę zepsutą, pogrążoną w chaosie i anarchii – oraz południe, na którym jeszcze można żyć w miarę normalnie, a na pewno odetchnąć od przestępczych porachunków. Dostrzega również inną granicę podziału, przebiegającą między coraz bardziej anachronicznymi tradycjami i zwyczajami a przejawami kultury masowej – przeszczepionej z Europy czy Ameryki. Najpierw zabiera odbiorców do miejsc najbardziej mrocznych. Opisuje śmierć polityka zlinczowanego przez przypadkowo spotkanych żałobników – podżeganych przez innego polityka a dawniej przestępcę. Wysłuchuje wdów, które żałują, że nie popełniły rytualnego samobójstwa na pogrzebie męża, przez co skazały się na ponurą wegetację w biedzie (przygląda się również przypadkom, gdy taka ofiara została złożona i zrodziła ponownie wiele pytań w społeczności). Indie to władza w rękach analfabetów, bunt studentów, którym udowodniło się nieuczciwość na egzaminach, stałe konflikty z muzułmanami na tle religijnym. Są tu naiwne zabobony – wyznawane nawet przez wykształconych ludzi – są i populistyczne hasła. Niezwykle łatwo jest rozproszyć tłum, któremu brakuje wszystkiego. William Dalrymple z niepokojem obserwuje rozprzestrzenianie się zła.

Dla złagodzenia narracji zajmuje się autor od czasu do czasu przebłyskami popkultury. Rozmawia z autorką tanich komercyjnych i pornograficznych powieścideł, sprawdza, na czym polega fenomen lokalnego celebryty. Omawia ekspansję sieci fast-foodów i rozwój rynku muzycznego – chce się dowiedzieć, czy długotrwałe wyizolowanie Indii w tej dziedzinie wpłynie na umiejętność oceny kiczowatych przebojów. Zestawia konserwatyzm kraju z wpływami, których nie da się zahamować – wypatruje zmian już w kolejnym pokoleniu.

Eseje zamieszczone w tej publikacji powstały w latach 90. XX wieku, ale ich przesłania są uniwersalne. Autor rzadko zatrzymuje się na omawianiu tu i teraz, bardziej pasuje mu sięganie do minionych – za to kluczowych dla rozumienia mieszkańców – wypadków niż snucie diagnoz. „Kalijuga” jest zestawem reportaży zaangażowanych politycznie, za to wolnych od proturystycznego marketingu. Indie jawią się tutaj jako miejsce właściwie nienadające się do życia, odstręczające i pełne wyzwań. Ta książka nie wyrosła z zachwytu, raczej z niezgody oraz bezradności. William Dalrymple zamiast rozrywkowej podróży oferuje odbiorcom poważną przestrogę.

Selma Lagerloef: Cudowna podróż

Nasza Księgarnia, Warszawa 2017.

Z grzbietu gęsi

Ta opowieść powstała jeszcze w czasach, kiedy nie istniała moda na bezstresowe wychowanie – a baśniowe otoczenie samo zajmowało się wymierzaniem zasłużonych kar wyjątkowo niegrzecznym dzieciom. Bo małego Nilsa do aniołków zaliczyć nie można. Chłopiec dokucza zwierzętom gospodarskim, nie lubi ludzi i dostarcza zmartwień rodzicom. Jego złośliwości nie są w narracji przesadnie eksponowane, być może dlatego, żeby nie podsuwać pomysłów małym odbiorcom. Wystarcza, że na początku Nils nie chce iść z rodzicami do kościoła, a w domu zasypia nad kazaniem, którego każą mu się nauczyć mama i tata. Później wykazuje się chciwością i nieuczciwością w stosunku do krasnoludka, który pojawia się w domu. Nils nie ma dobrego serca i próbuje wykorzystać dla siebie magiczne talenty przybysza. Jednak mocy krasnoludków lekceważyć nie należy: ta postać potrafi się zemścić za doznane krzywdy.

Tak zaczyna się „Cudowna podróż”, baśniowa historia, która od lat inspiruje kolejne pokolenia. Zamieniony w krasnoludka Nils dosiada Marcina, gąsiora, który planuje odfrunąć z kluczem dzikich gęsi do Laponii. W trakcie tej podróży bohater przechodzi wielką przemianę – najpierw mszczą się na nim wszystkie zwierzęta, które jako chłopiec źle traktował. Później stopniowo poznaje Nils moc przyjaźni, dowiaduje się, czym jest lęk o bliskich, uczy się zaufania i poświęcenia. Dzikie gęsi mają wielu wrogów, choćby przebiegłego i wykluczonego ze społeczności lisa – ale i myśliwych. Nie zawsze sprzyja im pogoda. Mimo to nie poddają się, dążąc do celu. W trakcie podróży Nils – który przez działania krasnoludka zyskał dar rozumienia mowy zwierząt – poznaje metody zdjęcia czaru i zyskuje szansę, by odpokutować za dawne winy. Zaprzyjaźnia się z Marcinem i z przewodniczką stada, coraz bardziej angażując dzieci w przygody gęsi. Wyprawa pełna jest motywów naturalnych, ale i baśniowych zjawisk, nawiązań do podań i wierzeń. Chłopiec może na jawie przeżyć sen o lataniu, ale dużo bardziej wartościowe są w tym przypadku lekcje, jakie otrzymuje na kolejnych etapach podróży. Będzie musiał podejmować bardzo ważne decyzje, a to wszystko sprawi, że dojrzeje i na zawsze pozbędzie się złych nawyków, których wykorzenić nie potrafili jego rodzice.

„Cudowna podróż” to dzisiaj już klasyka literatury, możliwość pokazania najmłodszym historii wyobraźniowej, poetyckiej i prężnej. Ta powieść nie potrzebuje dodatkowych ozdobników – sama fabuła pochłonie małych odbiorców. Nie ma też znaczenia nawiązywanie do niemodnych obecnie tematów (anachronicznie wypada gospodarstwo rodziców Nilsa, ale i sam krasnoludek jako istota dzisiaj coraz rzadziej obecna w świadomości bajarzy). To, że w tomiku dzieją się rzeczy niezwykłe, w pełni wynagradza odbiorcom pewną archaiczność. „Cudowna podróż” to triumf fantazji i inteligentnego przemycania elementów dydaktycznych. Jest w tej historii magiczny, trudny do opisania urok – nic dziwnego, że ta akurat opowieść rozsławiła autorkę na świecie. To fabuła, którą należy poznać. Wznowienie jej i ponowne wprowadzenie na rynek pokazuje silną potrzebę powrotu do tomów sprawdzonych i wartościowych.

sobota, 13 stycznia 2018

Tomasz Lach: Kumpel. O Komedzie, Zośce i innych

Muza SA, Warszawa 2017.

Rodzinnie

Zośka i Krzysio – tak o Zofii Komedowej i Krzysztofie Komedzie Trzcińskim pisze Tomasz Lach w osobistej wspomnieniowej publikacji „Kumpel”. Syn Zośki i pasierb Komedy relacjonuje swoje dzieciństwo i czas dorastania u boku kompozytora – z perspektywy nieosiągalnej ani dla biografów, ani dla fanów. Opowieść zaczyna się z pierwszym spotkaniem ze „Starym”, kończy po jego śmierci, ale Tomasz Lach wcale nie koncentruje się na Komedzie. Skupia się na sobie i przez obserwacje dziecka przedstawia scenki rodzinne oraz charakter ojczyma. Tworzy portret subiektywny i bardzo ciepły, idealizowany, mimo że niepozbawiony rys. Patos likwiduje poczuciem humoru – to zabieg, który tutaj dobrze się sprawdza i zmienia lekturę w znakomite czytadło.

Mały chłopiec poznaje Krzysztofa Komedę i od razu czyni go swoim autorytetem. Podkreśla serdeczność, otwartość i zrozumienie, jakiego doznaje od nowego partnera matki, nakreśla przyjaźń budowaną od początku i konsekwentnie. Krzysio to ktoś, kim można się chwalić przed kolegami. Nie dlatego, że sławny, komponuje i pięknie gra na pianinie, a dlatego, że potrafi zdobyć piłkę, uratować przed przykrymi konsekwencjami młodzieńczych wybryków czy zabrać na „męską” wyprawę. Krzysio ratuje z tarapatów, nie złości się i zawsze ma czas dla pasierba. Między nim i Tomkiem nawiązuje się, w oczach tego drugiego, swoiste artystyczne porozumienie, przy którym codzienne sprawy schodzą na dalszy plan. Ale Tomas Lach właśnie z codzienności układa tę relację. Każdy rozdział to osobny motyw, pojedyncze wspomnienie, w którym Komeda nie zawsze zajmuje centralne miejsce, ale zawsze pozostaje jako ktoś wyjątkowo ważny. Ojczym jest ideałem, nawet wtedy, gdy wychodzi, by odebrać Zośkę z pociągu wiele godzin przed czasem i niemal zapomina w knajpie o celu eskapady. Nawet wtedy, gdy spotyka piękną panią, którą całuje w usta – i potem chce to zamienić w sekret przed mamą. Na Krzysiu można polegać, kiedy ma się kilka i kilkanaście lat, ale nawet potem, gdy już prowadzi się samodzielne i dorosłe życie.

Niewiele w tym tomie Komedy od strony zawodowej. Tomasz Lach może co najwyżej pokazać nieobecność dorosłych i ich trasy, związane z odwoływaniem wspólnych spotkań. Poza tym może też zaobserwować Komedę podczas pracy – gdy bez instrumentu wymyśla melodie, bębni palcami po stole i zapisuje efekty olśnień. Poza takimi migawkami co pewien czas przytaczanymi nie ma mowy o pracy artystycznej, Lach opowiada o domu i najlepszych wspomnieniach. Opowiada, co warto zaznaczyć, z gawędziarskim zacięciem i z humorem. Bardzo dobrze operuje ironią, potrafi relacjonować komiczne wydarzenia z wyczuciem puenty, nawiązując trochę – na co pozwala mu kreacja – do Mikołajka. W ten sposób uzyskuje rodzinną opowieść, która nie jest przesadnie sentymentalna, mimo że z wielu powodów taka właśnie mogłaby być. „Kumpel” nie jest ani typową biografią, ani zbiorem wspomnień, Lach pisze dobrze i odrzuca stylistykę pop. Zaprasza czytelników do niezwykłego domu, pozwala pokrzepić się sympatyczną atmosferą i wrażeniem artystycznej lekkości. Tomasz Lach pisze uzupełnienie domowe do biografii – potrafi zainteresować czytelników postacią ojczyma – i to zwróci się nie tylko do fanów Komedy.

My Little Pony The Movie. Kocham ten film

Egmont, Warszawa 2017.

Walka kucyków

Kucyki pod wodzą Twilight muszą być dzielne. Tempest, zły kucyk z ułamanym rogiem pojawiła się na Święcie Przyjaźni, żeby je zniszczyć. Udało jej się zamienić w kamień trzy z czterech księżniczek, wszystkie dorosłe piękności. Tylko Twilight, silna magią przyjaźni, ucieka i wybiera się w długą oraz obowiązkowo najeżoną trudnościami podróż, żeby uratować Equestrię. Właśnie ona ma największe szanse na powodzenie misji, chyba że… zwątpi w swoje przyjaciółki. Tomik „My Little Pony. The Movie” w serii Kocham ten film ukazuje się jako picturebookowy dodatek do filmu kierowany do najmłodszych. Jest tu mowa i o dramacie podczas Festiwalu Przyjaźni, i o pobycie na pirackim statku. Pojedynek między Twilight i Tempest musi obfitować w wyraziste sceny – wszystko po to, żeby mała księżniczka przekonała się, jak bardzo w życiu są potrzebni przyjaciele. Na szczęście oni nie zawiodą, nawet gdy przyjdzie im mierzyć się z kryzysem Twilight. Ta adaptacja bajki o kucykach powinna spodobać się maluchom. Akcja stawiana tu jest na pierwszym planie i podsycana dość sprawnie wprowadzanymi mikrodialogami między kucykami. Nie ma też żadnych wątpliwości w kwestii uczuć, jakie targają bohaterkami – wszystko zostało zmieszczone w pojedynczych akapitach na kolejnych stronach. Oczywiście historia na potrzeby takiego tomiku musiała ulec uproszczeniu, żeby nie rozszerzać objętości książki (i tak już sporej jak na ten gatunek), ale dzieciom to raczej nie sprawi problemu, jeśli zyskają dostęp do lubianych postaci.

Odpowiednio rozłożone akcenty i nacisk na dzianie się to cechy tej publikacji. Pony są stworzone do czynienia dobra i jako takie bardziej naturalne stają się podczas obchodzenia sielankowych świąt niż w walce z mrocznym wrogiem. Tutaj jednak widać, jak potrafią mobilizować siły i radzić sobie z najtrudniejszymi wyzwaniami. Fabularne rozwiązania, mimo że dalekie od kreacji kucyków, stosowane są w każdej kolejnej historii, w wypadku adaptacji scenariusza filmu pełnometrażowego dostarczą zatem przeglądu najczęstszych pomysłów. Kucyki zawsze muszą mierzyć się z wielkim złem, po to, żeby na końcu na pewno wygrało dobro. W związku z tym schematem dzieci niekoniecznie przejmą się koszmarogennymi zagrożeniami, nauczą się za to kibicować bohaterkom w wyprawie i liczyć na ich drobne sukcesy zanim jeszcze dotrą do celu. Bliskie i namacalne zło nie pokona dobra, to niepisana obietnica, która zatrzymuje odbiorców przy stadku pony.

W tej publikacji ważna jest – i to bardzo – strona graficzna. W odróżnieniu od powieści na podstawie tego samego filmu (co pokazuje wiarę twórców w różne grupy docelowe i stanowi kontynuację dwóch serii publikacji gadżetowych) obrazy odgrywają istotną rolę. Zajmują większą część każdej strony i zapewniają feerię barw oraz przesłodzonych motywów. Są jak kadry z komiksów, tyle że w powiększeniu, przez co maluchy jeszcze lepiej będą mogły przyglądać się mimice bohaterów czy omawianym w tekście sytuacjom. Tęczowe kolory nie nasuwają skojarzeń z superbohaterskimi zadaniami, przed jakimi staje poczciwa Twilight – ale to dysonans, który we wszystkich produkcjach spod znaku My Little Pony istnieje. Tutaj dzieci otrzymują książkę, która może być tylko dodatkiem do filmu, przypomnieniem jego najważniejszych założeń. Dla maluchów zakochanych w kucykach to propozycja wymarzona – możliwość ponownego śledzenia brawurowych motywów.

piątek, 12 stycznia 2018

Dave Rudden: Rycerze pożyczonego mroku

Jaguar, Warszawa 2017.

Wtajemniczenie

Kiedy należy się do literackiego świata, i to takiego, do którego stały dostęp mają potwory i mroczne istoty, dobrze jest nie mieć rodziców. Denizen jeszcze nie zdaje sobie z tego sprawy. Mieszka w sierocińcu i zna rządzące nim reguły. Wie, że tu każde dziecko spodziewa się, że kiedyś przyjdą po nie mili ludzie i stworzą prawdziwy dom. Ale Denizen jest stworzony, by walczyć z mrokiem. Na razie nic na to nie wskazuje, chłopiec wydaje się całkiem zwyczajny. Według dyrektora sierocińca w ogóle nie rzuca się w oczy, więc i nie daje się zapamiętać. Ale tuż przed trzynastymi urodzinami zgłaszają się po niego nieznani wcześniej tajemniczy krewni. Zresztą nawet data urodzin okazuje się fałszem – to rodzaj ochrony, jaki zapewniła chłopcu ciotka Vivian. Tak naprawdę trzynaste urodziny to niedaleka przyszłość, która oznacza… wielkie zmiany.

Denizen wyrwany z przestrzeni sierocińca i odłączony od kolegów musi w przyspieszonym tempie poznać zasady rządzące groźnym światem. Za przewodnika służy mu Szary, wysłannik jego ciotki. To potyczka Szarego z pochodzącą z mroku bestią jest pierwszym etapem wtajemniczenia chłopca w nowe obowiązki. Potwory przedostają się do świata przez wyłom, ciała tworzą sobie z dostępnych akurat surowców. Są wciąż istotami nieznanymi, tajemniczymi, każdy Rycerz ma z nimi inne doświadczenia. Ciotka Vivian szefuje wojownikom i chociaż jeszcze nie zdecydowała, czy wprowadzi Denizena w arkana walki z Mrokorami, nie ukrywa przed nim zagrożeń. Jest jeszcze Darcie, dziewczyna-geniusz, nastolatka, która zajmuje się biblioteką. A do biblioteki Denizenowi na razie wchodzić nie wolno, być może po to, żeby obudzić głód wiedzy.

Dave Rudden „Rycerzy pożyczonego mroku” konstruuje według schematów charakterystycznych dla pewnego odłamu fantasy. Przede wszystkim wybiera zwykłego bohatera, dziecko, które nie podejrzewa nawet, że przyjdzie mu mierzyć się z ogromnymi wyzwaniami nad możliwości całego zastępu dorosłych. Denizen może wydawać się samotny jeszcze przed przystąpieniem do Rycerzy, ale i tak prowadzi teraz bardziej satysfakcjonujące życie niż w sierocińcu. Wreszcie znajduje się w centrum uwagi, dorośli troszczą się o niego, nawet jeśli oznacza to ograniczanie wolności i brak dostępu do niektórych informacji. Denizen stopniowo się otwiera – jeśli chce dowiedzieć się czegoś na temat potworów i sposobów walki z nimi, nie może czekać na łaskę ciotki czy jej pracowników. Musi zacząć działać – a to wstęp do jego dojrzewania.

„Rycerze pożyczonego mroku” to próba wykorzystania gotowych elementów powieści. Wprawdzie Rudden szuka oryginalności w kreowaniu relacji, zagrożeń i walk – ale tak naprawdę wciąż wypełnia sprawdzone założenia. Bardzo szybko wychodzi ze strefy początkowej, nie ma ochoty na rozwijanie motywu sierocińca – pożycza go z klasycznych fabuł po to tylko, żeby wprowadzić bohatera. Nie skupia się też na żmudnym szkoleniu Denizena – chłopiec może sprawdzić się już w akcji, wiedzę będzie nabywał stopniowo i w oderwaniu od edukacyjnych mechanizmów. Gdy już nastolatek znajdzie się w świecie, do którego wkraczają potwory, nie ma powrotu do normalności, a przygody będą coraz bardziej burzliwe. Dave Rudden pamięta jednak o tym, żeby co pewien czas rozśmieszać czytelników i dostarczać im kolejnych dowodów na to, że Denizen, mimo początkowego zaskoczenia, czuje się w nowej skórze całkiem pewnie.

czwartek, 11 stycznia 2018

Berenika Kołomycka: Malutki Lisek i Wielki Dzik. Świt

Egmont, Warszawa 2017.

Przemijanie

Malutki Lisek i Wielki Dzik to para przyjaciół, którym co rusz w beztroskie harce wdzierają się refleksje natury egzystencjalnej. To bohaterowie komiksu poetyckiego, kierowanego do dzieci – ale nie tylko, ze względu na warstwę przesłań, stworzenia, które bez przerwy odwołują się albo do refleksji ogólnoludzkich, albo do ponadczasowych wartości. Razem odkrywają zjawiska, których przeważnie się nie definiuje – sprawdzają, czym jest strach, tęsknota, samotność, gniew czy wybaczenie. Berenika Kołomycka znalazła sobie na rynku komiksów niszę i skrupulatnie ją wypełnia, zapewniając odbiorcom szereg istotnych prawd. „Świt” to już trzeci tom cyklu – bardzo potrzebnego, chociaż wydawałoby się, że również mocno niszowego.

Tym razem Malutki Lisek i Wielki Dzik podziwiają otoczenie – pełne zachwycających stworzeń. Poznają Jętkę, przedziwnego owada, który czeka na swój NDŻ, najpiękniejszy dzień życia. Jętka wie, że będzie miała wtedy bardzo dużo do zrobienia – snuje wielkie plany i przekonana jest, że swój NDŻ przeżyje najpiękniej, jak umie i do tego wartościowo. Lisek i Dzik nie mają jeszcze pojęcia, co kryje się za tak wyczekiwanym czasem. Jętka w NDŻ nie pobawi się z nimi – frunie do własnych spraw, a gdy przychodzi kres dnia – umiera. Dla przyjaciół to szok: nowa znajoma nie przygotowała ich na tę ponurą prawdę, z obrazem śmierci tak kochającej życie Jętki trzeba się będzie dopiero oswoić. To niełatwe: potrzeba czasu i wzajemnego wsparcia, zrozumienia i obecności kogoś, kto czuje podobny żal. W „Świcie” Kołomycka część opowieści przeznacza na ukazanie procesu radzenia sobie z żałobą. Nie musi komentować uczuć postaci, wystarczy, że przedstawia ich zachowania. Malutki Lisek i Wielki Dzik są zagubieni w emocjach, muszą dopiero przetłumaczyć sobie los Jętki, by znaleźć ukojenie. Autorka świadomie odnosi się do niełatwej kwestii – już pokazała odbiorcom, że nie wybiera lekkich tematów.

„Świt” to tomik wyróżniający się na rynku nie tylko oryginalnym zestawem zagadnień i ich wysokiej jakości realizacją. Zwraca też uwagę podejściem do strony graficznej. Berenika Kołomycka odsuwa wszelkie kreskówkowe rozwiązania, kontury charakterystyczne dla komiksowych postaci oraz komputerowe kształty. Swoje kadry maluje farbami, dzięki czemu osiąga olśniewające efekty (ciemne chmury na niebie!). Powiększa te kadry, czasem do kilku na stronę – obejmuje dużą część przestrzeni, w jakiej funkcjonują bohaterowie, ale nie ujmuje w ten sposób rytmu samej opowieści. Tworzy komiks, który komiksem jest tylko za sprawą skąpych dymków – wypowiedzi, jakimi czasem przerzucają się bohaterowie. Forma jest i tak wtórna wobec treści i przesłań. Przez wybór technik „Świt” staje się komiksem wyróżniającym się na rynku – ale Kołomycka ma wiele do zaoferowania odbiorcom i na takie wyróżnienie sobie zapracowała. Uczy małych czytelników wrażliwości i pokazuje im, jak wielkie sprawy odzwierciedlają się w codzienności. Z Malutkim Liskiem oraz Wielkim Dzikiem można filozofować – ci bohaterowie pomagają zrozumieć świat i tłumaczą go sobie na wzór maluchów.

środa, 10 stycznia 2018

Jojo Moyes: We wspólnym rytmie

Między słowami, Warszawa 2017.

Galop

Jojo Moyes tomem „We wspólnym rytmie” udowadnia, że potrafi pisać o różnych odcieniach i różnych rodzajach miłości, która wyzwala wiele problemów. Tym razem usuwa damsko-męskie relacje z pierwszego planu: owszem, zajmuje się związkiem Natashy i Maca – oraz ich nowymi partnerami – ale uwagę poświęca przede wszystkim utalentowanej nastolatce, Sarah. „We wspólnym rytmie” to narracja niezwykłej przyjaźni dziewczynki i konia, o marzeniu, które nie zna ograniczeń i o poświęceniu. Sarah kocha konie, a dzięki dziadkowi – swojemu opiekunowi – potrafi się nimi zajmować. Doskonali jeździeckie umiejętności i wierzy, że któregoś dnia dostanie się do najlepszej jeździeckiej szkoły we Francji. Intensywnie trenuje, dzieląc czas między obowiązki szkolne i stajnię. Ale kiedy jej dziadek doznaje wylewu, Sarah zostaje bez wsparcia, w tym tego najważniejszego – finansowego. Przyłapana w sklepie na kradzieży paczki paluszków rybnych poznaje Natashę, prawniczkę specjalizującą się w pracy z nieletnimi. Natasha nie ma ochoty brać na siebie obowiązku opieki nad skrytą dziewczyną, ale Mac, jej już wkrótce były mąż, angażuje się w to. Tak w egzystencję dwojga skłóconych dorosłych, którzy z trudem tolerują swoją obecność, wpada czternastoletnia miłośniczka koni. Nikt jeszcze nie wie, do czego Sarah jest zdolna.

W tej powieści jak nigdy Jojo Moyes akcentuje trudy wieku dojrzewania, niebezpieczeństwa i pułapki czyhające na Sarah. Sprawdza, ile dziewczyna jest w stanie poświęcić dla swoich marzeń i jak daleko się posunie, gdy sytuacja wymagać będzie radykalnych środków. Chociaż towarzysze jej dziadka to poczciwcy, nie brakuje i takich, którzy zechcą wykorzystać młodą bohaterkę lub wpędzić ją w kłopoty. Im więcej niebezpieczeństw, tym lepiej dla fabuły, teraz rzeczywiście brawurowej i filmowej. Sarah, chociaż jest myślącą młodą osobą, pakuje się w tarapaty przez brak sojuszników, wydaje jej się, że zawsze poradzi sobie sama. Odwagą i sprytem przewyższa wprawdzie swoich rówieśników, ale pozostaje dzieckiem, o czym Jojo Moyes nie zapomina.

Losy Sarah przeplatają się z losami Natashy, która przeżywa właśnie uczuciowy i życiowy zakręt. Na swoje rozterki spojrzy z innej perspektywy dopiero wtedy, gdy życie dołoży jej zmartwień w postaci kłopotów pseudowychowawczych. Jojo Moyes proponuje prozę pozbawioną magicznych rozwiązań (tym bardziej zadziwi finał „We wspólnym rytmie”), operuje za to chętnie całym zestawem komplikacji fabularnych. W tej kwestii nie rozczarowuje. Gry tematyczne podkreśla też sposobem prowadzenia narracji – dostarcza czytelnikom obyczajówki ocierającej się już o powieść psychologiczną. Zmusza postacie do odbywania niewygodnych rozmów i do przyznawania się do niechcianych uczuć. Zamienia się to na gęste opisy, „We wspólnym rytmie” nie ma lekkości optymistycznego czytadła, ale też tematy tutaj uruchamiane zasługują na dużo solidniejsze opracowanie. Moyes angażuje się w tę historię mocniej niż można by się spodziewać, co oznacza, że odbiorcy też nie będą obojętni na lekturę. „We wspólnym rytmie” to poszukiwanie tematu poza trendami z bestsellerowych obyczajówek. Jojo Moyes wyrobiła już sobie taką pozycję na rynku, że nie potrzebuje uciekać się do poczytnych schematów – co znów docenią jej czytelnicy.

wtorek, 9 stycznia 2018

Justyna Bednarek, Jagna Kaczanowska: Ogród Zuzanny. Tom I. Miłość zostaje na zawsze

W.A.B., Warszawa 2018.

Życie wspólne

Ciepłą i momentami sentymentalną, ale też bardzo wesołą obyczajówkę proponują Justyna Bednarek i Jagna Kaczanowska. W „Ogrodzie Zuzanny” sięgają po sprawdzone składniki bestsellerowych czytadeł, odrobinę je modyfikując na potrzeby fabuły – i tworzą małomiasteczkową historyjkę z wyrazistymi postaciami oraz obietnicą szczęścia. W domu pełnym bibelotów mieszkają razem cztery pokolenia – trzy panie Czaplicz: nestorka rodu, Cecylia, jej córka – zawsze zgorzkniała i nieufna Krystyna, wnuczka – zapracowana i zabiegana Zuzanna oraz syn Zuzanny, dwunastoletni Wojtek. Wszyscy prowadzą bujne życie towarzyskie i utrzymują serdeczne kontakty z sąsiadami – a należy do nich i rubaszny proboszcz-motocyklista, ksiądz Fąfara, i szalony ekolog, Jacek Wtorek, aptekarz czy zakochana w nim właścicielka makaronowej restauracji. Lista postaci ważnych dla rodu Czapliczów wydaje się nie mieć końca, dzięki czemu bohaterki nie mogą narzekać na brak interpersonalnych kontaktów.

Zuzanna pasjonuje się mową kwiatów i zajmuje – projektowaniem ogrodów. Najnowsze zlecenie dotyczy domu Adama Przygodzkiego, dawnej miłości kobiety. Zuzanna przez ogród próbuje przekazać klientowi wiadomość, którą modyfikuje w miarę, jak zmienia się stopień zażyłości. Tej miłości, zaakcentowanej pośrednio w podtytule tomu, będą odbiorczynie żywo kibicować. Oczywiście nie obejdzie się bez komplikacji uczuciowych. Ale Bednarek i Kaczanowska nie zamierzają skupiać się na najmłodszej pani Czaplicz: każda z bohaterek ma tu swoją ważną historię i każda zyska szansę jej opowiedzenia, a także, przynajmniej częściowo, przeżycia. Będzie zatem więcej romansów, również w zaprzyjaźnionych domach. Tyle że autorki wcale nie poświęcają tomu na rozstrzyganie, kto, z kim i jak długo – zabierają się za rozśmieszanie czytelniczek na różne sposoby. A to przygarnięta przez panie Czaplicz kura przeżywać będzie kryzys tożsamości, a to ksiądz Fąfara namówiony przez ekologa weźmie udział w nielegalnej akcji ratunkowej, a to niezwykle elegancka żona biznesmena-prostaka zaopiekuje się świnią… Autorki imponują wyobraźnią i w zakresie obyczajowości nie mają sobie równych w rozśmieszaniu. Potrafią tworzyć scenki sugestywne i komiczne jednocześnie, lubią absurdy i przerysowania. A do tego niejeden raz udaje im się wpleść w książkę zestaw bardzo sensownych i uniwersalnych – to jest do zastosowania w życiu czytelniczek, poza sielanką – porad i serdecznych uwag na temat własnych wyborów. Zachęcają, trochę na marginesie lektury, do czynienia dobra, i do wyrozumiałości wobec bliskich. Krzepiąco każdemu bohaterowi pozwalają udowodnić swoją wartość, nawet jeśli akurat niedawno ośmieszył się przed lokalną społecznością. Tu wszystko układa się samo, a przeszkody są tylko czasowe.

„Ogród Zuzanny” nie jest wolny od błędów, egzemplarz przed ostateczną korektą roi się od literówek. Mam tylko nadzieję, że przed publikacją zostanie poprawione nieszczęsne ohydne „kakłko” – bo to koszmar, jakich mało, a ponadto kompletnie nie pasuje do kreacji dojrzewającego właśnie bohatera. To powieść, którą czytelniczki mają szansę bardzo polubić – wśród postaci bez trudu znajdą takie, którym chce się kibicować i których losów będą ciekawe. Lekka, pełna fabularnych zwrotów akcji i atrakcji obyczajówka z obietnicą romansu przypadnie do gustu szerokiej grupie odbiorczyń.

poniedziałek, 8 stycznia 2018

Stanisław Barańczak: Pegaz zdębiał. Poezja nonsensu a życie codzienne: wprowadzenie w prywatną teorię gatunków

Agora, Warszawa 2017.

Szaleństwo słów

Każdy, kto interesuje się zabawami lingwistycznymi i absurdem wie, że „Pegaz zdębiał” Stanisława Barańczaka to pozycja do przeczytania i posiadania obowiązkowa. Teraz jednak miłośnicy nonsensów i literowych zabaw mogą skakać z radości: trzecie wydanie tej publikacji – liczącej już przeszło dwadzieścia lat – zostało potężnie uzupełnione przez Joannę Szczęsną, wzbogacone o komiczno-obyczajowy wstęp tej autorki i poszerzone o kolejne gatunki służące czystej rozrywce. Szczęsna wykorzystała tutaj fragmenty korespondencji z Barańczakiem oraz propozycje tekstów do publikacji w prasie, uzyskując całkiem obfity materiał dodatkowy. W efekcie „Pegaz zdębiał” to już dzieło potężne, zwłaszcza gdy weźmie się pod uwagę ogrom pracy wkładanej w budowanie absurdalnych całostek. Nie każdy potrafiłby dorównać Barańczakowi w wirtuozerii w ramach gatunków absurdu,, jednak każdy może swoich sił przynajmniej spróbować.

Bo Stanisław Barańczak proponuje tu zabawy niepoważne wraz z dokładną teoretyczną podbudową. Równie mocno bawi go tworzenie przykładów dla właśnie wymyślonych bądź klasycznych gatunków absurdu, co i omawianie ich zasad – precyzja konstrukcyjna jest tu niezbędna, im bardziej zrygoryzowana forma, tym większa radość twórcy, któremu uda się wypełnić wszystkie warunki. Poezja absurdu to chyba najbardziej indywidualny rodzaj satyry – nie nadaje się do prezentowania na scenie, trafia tylko do inteligentnych odbiorców, wymaga lektury pełnej skupienia i chociaż budzi ducha rywalizacji, mistrzów trudno jest doścignąć. Tworzy się ją nie dla wrażeń estetycznych, a dla udowodnienia, że można dokonać niemożliwego. Że można stworzyć rekordowo długi palindrom, który zamieni się w pewną historię. Że można imitować różne języki za pomocą słów istniejących w języku polskim. Że można nie tylko układać z jednego nazwiska szereg nazwisk nowych i sugerujących różne kręgi kulturowe, sensy czy narodowości, ale jeszcze przerabiać je na zabawny wiersz – komentarz. „Pegaz zdębiał” w podstawowej wersji to lekturowa uczta i źródło niekończących się wybuchów śmiechu. W wersji poszerzonej przyjemność lekturowa zostaje zwielokrotniona.

Joanna Szczęsna bardzo rozwija wprowadzenie do tej książki, ale dzięki temu ocala wiele anegdot i kontekstów dla poezji nonsensu. Nie ingeruje w klasyczny układ tomu – wprowadza jednak dopowiedzenia Barańczaka już po „właściwym” rozdziale, a czasem dostarcza całych nowych serii (kurs pisania na klawiaturze!), pokazuje, jak z czasem rozwijały się wyjściowe pomysły i jakie utwory można dołączyć do niezwykłego zbioru. Część z nich była już drukowana w prasie, część tu ukazuje się premierowo, wiadomo zatem, że nawet posiadacze starszych wydań skuszą się na to, ekskluzywne. Na uwagę zasługuje graficzne rozdzielenie kolorem wyjaśnień i samych utworów, co ułatwia nawigację po książce (indeksy zostały w formie zaproponowanej przez Barańczaka).

„Pegaz zdębiał” pokazuje, jak można bawić się językiem i jak mistrzowsko uruchamiać komizm w dziełach spod znaku nonsensu – tylko po to, żeby udowodnić czytelnikom, że coś, co wydawało się nie do zrobienia, jest możliwe, a w dodatku jeszcze będzie rozśmieszać. Stanisław Barańczak jako jeden z nielicznych twórców walczył o przywrócenie uwagi poezji niepoważnej. Chociaż uważał się za ucznia Tuwima, swoimi propozycjami gier lingwistycznych bardzo go prześcignął. Niestarzejący się zestaw popisów słowno-literowych i genologicznych zasługuje na przywrócenie do świadomości odbiorców – i na upowszechnianie. To książka, która wzmacnia zainteresowanie czystym dowcipem.

niedziela, 7 stycznia 2018

Joshua Jay: Megasztuczki dla małych magików

Egmont, Warszawa 2017.

Iluzjoniści

Wśród rozmaitych rozrywek oferowanych najmłodszym pokazy iluzjonistyczne cieszą się ogromnym powodzeniem – i nie mają właściwie słabych stron. tają się popularne do tego stopnia, że bohaterowie tomików dla dzieci sami próbują przygotowywać magiczne sztuczki i pokazywać je rodzinie oraz przyjaciołom. Nie ma w tym nic dziwnego, a lekcje „magii” mogą przynieść wiele korzyści. Zresztą autor tomu „Megasztuczki dla małych magików”, Joshua Jay, we wstępie do swojego poradnika podkreśla wartość takich zabaw. Ćwiczenia magicznych sztuczek to lekcja skupienia, cierpliwości, a i współdziałania (wiele zależy od asystentów!). Z kolei pokazy organizowane dla bliskich oswajają z publicznością, likwidują tremę, pozwalają przygotować się do publicznych wystąpień. Takie zabawy rozwijają i wyobraźnię, i zdolności manualne – nie da się ich przecenić. A ponieważ dzieci zawsze są zainteresowane kulisami magicznych sztuczek, nie trzeba ich będzie długo namawiać do lektury.

Joshua Jay proponuje małym odbiorcom 25 sztuczek do wykonania w domu i domowymi środkami – od związywania kolorowych chusteczek po przebijanie kijkami asystenta siedzącego w pudle. Zdradza tajniki kolejnych sztuczek – pokazuje, jak zamienić rodzeństwo, sprawić, że filiżanka zniknie, jak zrywać więzy, wydobywać lub chować przedmioty, odgadywać wybrane przez publiczność ozdoby choinkowe. Propozycji jest sporo, a ich liczbę „potęguje” jeszcze różnorodność. Nie ma tu powtarzania tricków i mnożenia możliwości przez odwołania do raz wprowadzanych zagadnień. Dzieci mogą wybierać sztuczki, jakie im odpowiadają (lub, jakie wychodzą) i odpowiednio konstruować swój program.

Każdą sztuczkę autor rozpisuje na niezbędne składniki i przygotowania oraz na kolejne kroki do wykonania – połączone z przejrzystymi rysunkami. Co pewien czas Jay sugeruje też sposób prowadzenia narracji bądź aranżowania przestrzeni, tłumaczy, kiedy pokaz ozdobić muzyką i – jakiego rodzaju. Dba o to, by dzieci nie musiały liczyć na wskazówki innych, a rzeczywiście mogły zaskakiwać bliskich profesjonalizmem oraz pomysłowością. Autor w ramach kolejnych kroków sztuczki zamieszcza nawet gesty obliczone na śmiech lub aplauz widowni. Wie, jak pracować nad pokazem i staje się przewodnikiem.

Co pewien czas wprowadza drobne opowieści dotyczące najsłynniejszych iluzjonistów, dzieli się też z odbiorcami własnymi przemyśleniami na temat występów. Chętnym podsuwa dalsze pozycje do wykorzystywania i inspiracji. Dokładnie wyjaśnia, jak uniknąć wpadki na scenie, co robić, kiedy sztuczka nie wychodzi i jak strzec się przed pułapkami. Wie, jak poskromić trudną widownię i kogo wybierać na ochotnika do pokazów. Wszystkim tym dzieli się z czytelnikami, traktując ich bardzo poważnie. Wyjaśnia nawet, dlaczego iluzjonista musi umieć kłamać – i w jakich okolicznościach. „Megasztuczki dla małych magików” to publikacja starannie przygotowana, poradnik dla dzieci. Można go potraktować jako zestaw inspiracji lub jako sposób na uniknięcie nudy. Jednak po lekturze dzieci nie będą już łatwo wierzyć w pokazy iluzjonistyczne – otrzymają bowiem w dużej części wyjaśnienia tajemnic „czarów”.

Monika Kopřivová: Opowiedz mi, Babciu/Opowiedz mi, Dziadku. Książka do przechowywania wspomnień. Babciu, dziadku, jak to wtedy było? Gra planszowa

Graspo, 2017.

Sztuka rozmawiania

Te publikacje powstały, żeby ocalać wspomnienia – żeby odbiorcy kiedyś w przyszłości nie żałowali, że stracili możliwość dowiedzenia się czegoś o dawnych czasach od swoich bliskich. Są również próbą powrotu do minionych zwyczajów – kiedy rodziny zbierały się razem i wysłuchiwały opowieści najstarszego pokolenia. W skład tego cyklu wchodzą dwa bliźniacze albumowe tomy „Opowiedz mi, Babciu” oraz „Opowiedz mi, Dziadku” i gra planszowa z bardzo prostymi zasadami.

Książki to rodzaje pamiętników, niemal zmuszają odbiorców do aktywności. Powinni je wypełnić dziadkowie – i tutaj albo te publikacje wychodzą zbyt późno, albo autorka posługuje się dość mglistym stereotypem: chce sięgać do zamierzchłej przeszłości, nie bacząc na to, że to raczej temat dla dzisiejszych pradziadków, niekoniecznie w formie do notowania odpowiedzi. Sugeruje jednak dystans czasowy i przemiany kulturowe, więc co najwyżej zmusi użytkowników tomów do weryfikowania wiadomości i prostowania niektórych informacji. Tych jest zresztą jak na lekarstwo, bo autorka nie zamierza nikogo w uzupełnianiu książki wręczać. Co najwyżej – uruchamiać pamięć i otwierać na nowe dla młodszych pokoleń sytuacje.

Zjawisko pisania pamiętników nie jest niczym nowym i kto uwielbia snuć na papierze indywidualne historie, ten i bez wydawniczych nowinek zadba o przechowywanie wspomnień. Tu pojawia się próba literackiego zaktywizowania całej reszty. Na kolejnych stronach przeczytać można pytania niczym z rodzinnego wywiadu – najpierw dotyczące rodziców i dziadków adresata tomu (minidrzewo genealogiczne), później – ważnych momentów życia (zabawy, smaki, związek z obecną babcią lub dziadkiem), przemyślenia dotyczące dzieci i wnuków. Dziadków pyta się o miejsce zamieszkania, szkołę i obowiązki domowe, drobne radości, ulubioną muzykę… Autorka wybiera wątki uniwersalne, takie, na które odpowiedź musi się znaleźć – i liczy na to, że uruchomi ciąg skojarzeń, który doprowadzi do przedstawiania anegdot. Chce, by za sprawą tych albumów przetrwała pamięć o bliskich, a i świadomość ich codzienności.

Gra planszowa przygotowana została tak, by mogły brać w niej udział całe pokolenia i ma charakter narracyjny. Szkoda, że jej „droga” to zaledwie pięć prostych pól: można by wykorzystać element rywalizacji lub labiryntu. Autorka skupiła się jednak na potencjalnych opowieściach. Poza planszą dobrej jakości i zestawem pionków gracze otrzymują dwa zbiory kart. Na jednych są graficzne motywy – wyzwalacze wspomnień, hasła wywoławcze pozwalające na opowiedzenie rozmaitych historii. Na drugich widnieją pytania – pośrednio sprawdzające uważność słuchaczy. Zasadniczym celem w przypadku gry i przypadku książek jest zatem skupienie odbiorców na wiadomościach, jakie do przekazania mają seniorzy rodów. Gra pozwala babciom i dziadkom poczuć się ważnymi, cementuje więzi rodzinne i udowadnia, że każdy ma do opowiedzenia wiele atrakcyjnych historii – trzeba tylko znaleźć czas, by go wysłuchać. Nie o zabawę nawet tu chodzi, a o wypracowanie nawyku, zgodnie z którym stare opowieści znów zaczną funkcjonować w przestrzeni rodziny.

sobota, 6 stycznia 2018

Katherine Rundell: Dachołazy

Poradnia K, Warszawa 2017.

Największe marzenie

Nie dziwi lista nagród i nominacji wymienianych na okładce tomu Katherine Rundell „Dachołazy”, bo też i książka, jaką proponuje małym odbiorcom, jest niezwykła przez sposób postrzegania świata. Rundel odrzuca realizm na rzecz czystej baśniowości i pozwala swoim postaciom od początku łamać reguły. Na wstępie jest ich dwoje: Charles Maxim, niezdarny i roztargniony uczony oraz Sophie – która sama wybrała sobie imię – roczna dziewczynka wyłowiona z wody, a właściwie to ocalona z tonącego statku dzięki futerałowi na wiolonczelę. Charles znajduje dziecko i chociaż niespecjalnie radzi sobie z własną egzystencją, przynajmniej w oczach innych, budzi się w nim poczucie odpowiedzialności za drugiego człowieka. Opiekuje się Sophie najlepiej jak potrafi, nawet jeśli jego pomysły budziłyby grozę matek lub śmiech przypadkowych obserwatorów. Może nie zawsze mała Sophie ubiera się czysto i schludnie, ale wyrasta na mądrą, wrażliwą i odważną istotę, która dużo wie i uwielbia czytać. Charles nie przeszkadza jej w przeżywaniu pięknego dzieciństwa, za nic ma dorosłe zobowiązania czy nakazy. Traktuje podopieczną z pełną powagą, umożliwiając jej realizację marzeń. Doskonale rozumie, na czym polega potęga dziecięcej wiary i nie zamierza odbierać Sophie złudzeń, nawet gdy wszyscy inni chcieliby wtłoczyć dziewczynkę w sztywne ramy zasad.

Sophie ma marzenie, które nikomu nie wydaje się możliwe do spełnienia. Chce odnaleźć matkę, jaką zapamiętała. Matkę-wiolonczelistkę (chociaż rzekomo nikt nie przeżył katastrofy statku, a kobiety nie mogły w dodatku być muzykami). Potrzebuje tego, a Charles nie stanie jej na drodze, przeciwnie – wyruszy razem z Sophie do Francji, bo tam posyła jedyny trop – tabliczka w futerale wiolonczeli. Oboje mają jeszcze jeden ważny powód, by zniknąć z Anglii: opieka społeczna zgłasza zastrzeżenia co do sposobu wychowywania Sophie, a w niedługim czasie zamierza odebrać dziewczynkę Charlesowi.

„Dachołazy” to książka złożona z dwóch części. W pierwszej nakreślona zostaje relacja Charlesa i Sophie, niezwykła magiczna więź. Druga to świat dachów Paryża – pod niebem mieszkają opuszczone dzieci. Wypracowały sobie cały system reguł, dzięki którym przeżyją, a nikt ich nie znajdzie. Nie wiedzą, co to strach, za to doskonale znają zimno, ból i głód. Sophie będzie musiała dołączyć do nich, żeby spełnić swoje marzenie. O ile w pierwszej części tomu autorka wybiera genialne frazy o zabarwieniu filozoficznym, ogólnoludzkie uwagi na temat życiowych wyborów, czasem podlane absurdem, ale dające do myślenia, o tyle w drugiej części wybiera akcję, adrenalinę i przerażające racjonalistów sceny. Pierwszą częścią zachwyci i oczaruje starszych czytelników, druga przeznaczona jest dla małych poszukiwaczy przygód – i mimo świadomości wymagań odbiorców trochę szkoda, że klimatu z początku historii nie utrzymuje Rundel na dachach.

Jest w tej powieści szansa na spełnienie niemożliwego do zrealizowania marzenia, jest otoczka baśniowości, niemal magiczny klimat, który udziela się czytelnikom. „Dachołazy” to książka niezwykła – wolna od literackich schematów i bardzo wartościowa. Przedstawiona w niej opowieść zachwycać może nie tylko fabułą czy kreacją bohaterów, ale również sposobem opisu. Katherine Rundell nie pozwala wyjść z tego świata.

Monika Hałucha, Anita Graboś: Heca w kurniku. Krzyżówki, labirynty, kolorowanki i inne zabawy ortograficzne

Nasza Księgarnia, Warszawa 2017.

Wyznania słownikowe

Nauka ortografii wcale nie musi się wiązać ze żmudnym wkuwaniem słownikowych zasad i wyjątków. To, co stanowi zmorę wielu maluchów i przyczynę uciekania się rodziców do oświadczeń o dysleksji, całkiem łatwo da się oswoić, przy odrobinie pomysłowości. Zeszyt „Heca w piórniku” sprawdzonego już duetu Monika Hałucha i Anita Graboś to zbiór łamigłówek pozwalających trenować poprawną pisownię. Nie dyktanda, nie regułki – a czysta zabawa połączona z tym, co dzieci lubią i otrzymują w wielu innych zbiorkach z grami i rozrywkami umysłowymi. Wśród zadań znajdą się labirynty – tu właściwą drogę wytyczają wyrazy z konkretną literą, więc znajomość ortografii jest potrzebna do poprawnego wykonania ćwiczenia. Są i kolorowanki z kluczem: należy zakolorować wszystkie elementy z daną literą, by dowiedzieć się, co przedstawia ilustracja. Pojawiają się krzyżówki, wyszukiwanki, wykreślanki, porównywanki i rebusy. Za każdym razem autorki podsycają ciekawość dzieci i proponują im rozwiązanie zadania, by mogły coś wykryć, czegoś się dowiedzieć albo coś sprawdzić. Takie umotywowanie wystarcza do realizowania poleceń, nawet tych najtrudniejszych. Dzieci dają się wciągnąć w umysłowe rozrywki i czerpią przyjemność z rozwiązywania zadań – zupełnie innych niż te w szkole. Tu bowiem, chociaż wyrazy z literami do uzupełnienia – ortograficzne pułapki – pojawiają się niemal bez przerwy, nie są celem same w sobie, za to umożliwiają dalszą zabawę. Nie ma tu sprawdzianu wiadomości, kto nie jest pewny pisowni, zajrzeć może do słownika, w niczym nie umniejszy to roli w wypełnianiu książki. Ten tomik aż się prosi o przyłączenie do zabawy. Cały może być potraktowany jako kolorowanka dla wymagających – ukrywa swoją genezę jako zeszytu ćwiczeń. Przyda się rodzicom i nauczycielom, bo jest wymarzonym wsparciem w nauce. Ale przynosi zabawę i to dla dzieci najważniejsze. Zwłaszcza że układ zadań nie pozwala się nudzić – jeśli przechodzi się książkę po kolei, zmieniają się wciąż zasady działania i rodzaje łamigłówek. To dobry sposób na przyciągnięcie uwagi maluchów, które w przebodźcowanych czasach nie potrafiłyby się skupić nad jedną formą zbyt długo.

Monika Hałucha dba o to, żeby dzieci chciały w ogóle wczytywać się w polecenia i sprawdzać, co powinny zrobić, żeby pomóc bohaterowi lub przetestować spostrzegawczość (da się, rzecz jasna, korzystać z książki jak z zestawu zadań do rywalizacji dla kilkorga dzieci lub… całej rodziny). Anita Graboś skupia się na wykonywaniu zabawnych i młodzieżowych w duchu rysunków, sprawiając, że najmłodsi zechcą ćwiczyć i sztukę rysowania, a już na pewno zainteresują się tomikiem. Z zewnątrz „Heca w kurniku” mimo dużego formatu wygląda na niepozorną książeczkę – ale to prawdziwa kopalnia pomysłów i zestaw dobrze wymyślonych ćwiczeń, które na długo zajmą dzieci. Chociaż publikacja przewidziana jest jako tomik dla kilkulatków, które już rozpoczęły naukę w szkole, co ambitniejsze maluchy można na niej uczyć czytania lub poznawania liter – jako taka też książka sprawdzi się doskonale. „Heca w kurniku” to przypomnienie o nauce przez zabawę, zbiór łamigłówek i wyzwań związanych z ortografią, ale na wesoło.

piątek, 5 stycznia 2018

Zadie Smith: Swing time

Znak, Kraków 2017.

Muzyka

Słowo jest muzyką. Kolejne frazy zyskują swój niepowtarzalny rytm, wybijają odbiorców z szarej codzienności i pokazują potęgę marzeń, nawet tych, których nigdy nie da się z różnych względów zrealizować. Słowo to nośnik muzyki, w narracji „Swing time” ją zastępuje i sugeruje. Tym boleśniejsze jest zderzenie z rzeczywistością, która zwyczajnie nie nadąża za marzeniami i nie potrafi ich wcielić w życie, nawet mimo największych chęci. Wydaje się, że Zadie Smith nie wierzy w baśnie i tylko w trosce o samopoczucie czytelników nie daje się całkowicie pochłonąć rozgoryczeniu czy żalom. Muzyka mogła być idealnym pomysłem na egzystencję, tak się jednak nie dzieje, chociaż bohaterka ma wszelkie predyspozycje do zrobienia wielkiej kariery. Nie tylko potrafi śpiewać i zatracać się w dźwiękach i panuje nad słuchaczami w stopniu niedostępnym sezonowym gwiazdkom pop. Tego nie da się osiągnąć żmudnymi ćwiczeniami – trzeba mieć prawdziwy talent. Tyle że to dopiero początek drogi ku szczęściu: umiejętności i marzenia nie wystarczą, by osiągnąć sukces. Bez wiary i wsparcia ze strony bliskich czy nauczycieli, bez siły przebicia na rynku nie ma szans na egzystencję w zgodzie ze sobą. Bohaterka „Swing time” jest niekwestionowaną mistrzynią śpiewu, to jedyne zajęcie, które mogłoby jej zapewnić nie tylko sławę, ale i spełnienie. Rozmienia się jednak na drobne, szukając przypadkowej pracy lub wsłuchując w porady rodziny. Czarnoskóra kobieta nie potrafi walczyć o realizację dziecięcych marzeń, źle odnajduje się w dorosłym świecie, a jedna niefortunna decyzja będzie pociągać za sobą kolejne. Branża rozrywkowa nie zna baśniowych wróżek odkrywających prawdziwe talenty: tu trzeba odwagi, charyzmy, a nawet swoistej bezczelności, chęci sprzedania się odbiorcom. Kontrast między rojeniami z najmłodszych lat a rzeczywistością już po okresie dojrzewania zbija z tropu – a bez śmiałości trudno jest znaleźć swoje miejsce w świecie.

Zadie Smith w połowie buduje powieść o dojrzewaniu – z elementami, jakie w każdej niemal pozycji spod szyldu Bildungsroman muszą się znaleźć. Będzie tu i odkrywanie seksualności (niewinne jeszcze dziecięce zabawy, które w oczach dorosłych zasługują na natychmiastowe potępienie), i przyjaźń z dziewczynką, dużo bardziej przebojową i nieprzejmującą się konwenansami. Bohaterka „Swing time” jeszcze może dużo osiągnąć. Ale już w dorosłości daje się stłamsić, przegrywa z rutyną i poczuciem obowiązku, wypełnia przypisane sobie role, odrzucając marzenia. To, o co powinna walczyć ze wszystkich sił, starannie maskuje, jeszcze bardziej zmniejszając szansę na szczęście. Zadie Smith tym razem nie tworzy historii sielskiej w klimacie, stara się za to podkreślić niszczącą siłę dorosłości. „Swing time” jest książką, w której bardziej niż upadek dziecięcych ideałów liczy się jednak sposób poprowadzenia narracji. To w tym Zadie Smith bryluje i pokazuje swoją wielkość – tak, jak bohaterka dobrze czuje się w śpiewaniu, tak autorka radzi sobie z przelewaniem uczuć na słowa. W „Swing time” uwodzi czytelników sposobem prezentowania postaci. Jakość opisów sprawia, że wybacza się autorce sięganie po fabularne schematy i przewidywalne wątki – ma znaczenie bowiem samo brzmienie tekstu.

czwartek, 4 stycznia 2018

Marta Falkowska: Oto Tosia. W poszukiwaniu Pietrostwora

Egmont, Warszawa 2017.

Ślady

Tosia jest kolejną komiksową bohaterką, która ma trafić do najmłodszych. Marta Falkowska tworzy postać małej i szczerbatej rezolutnej dziewczynki, która nie boi się przygód, a za towarzysza ma Pana Precla, odrobinę tylko tchórzliwego gadającego kota. Pan Precel zresztą w tomiku powinien być głosem rozsądku, co nie zawsze się udaje. Autorka buduje prostą rozrywkową historyjkę, która nie wyjdzie poza grupę docelową czytelników, a ponadto momentami sprawia wrażenie nieobmyślonej do końca – jednak maluchom to wystarczy. Minęły w końcu czasy, kiedy dzieci rzucało się na głęboką wodę, wskazując im od początku komiksy Janusza Christy, patrona konkursu.

Tosia najpierw wynajduje coś, co nie do końca wiadomo, do czego mogłoby się przydać, a potem rusza na wielką wyprawę, by znaleźć Pietrostwora. O jego obecności w pobliżu świadczy odcisk wielkiej łapy przed domem i porozrzucane tu i ówdzie liście pietruszki. Bohaterka nie bierze sobie do serca przestróg mamy, trafia do ciemnego lasu, znajduje jezioro wielorybie i daje się porwać dziwnym różowym stworom – by w końcu wpaść na wielką i groźną bestię. Pan Precel, chociaż bez zachwytu, towarzyszy jej w wyprawie i czasami spieszy z pomocą, a czasami dodaje otuchy, mimo że brakuje mu odwagi. Akcja w komiksie została bardzo uproszczona, nie wiadomo ani skąd w zwykłym lesie plemię Snotów (ani – dlaczego członkowie są tak niedopracowani i w efekcie nijacy), ani – skąd wyłania się Pietrostwór. Autorka trochę za bardzo zdaje się na przypadek, zarzuca ciąg przyczynowo-skutkowy, a tym samym udowadnia małym czytelnikom, że może zrobić wszystko i nie musi nic uzasadniać. Tworzy liniową opowieść, więc w efekcie nie ma do zaoferowania wiele. Rezygnuje z cech charakterystycznych, Tosia nie zapada w pamięć, kot ma tylko powiedzenie „O, Bonifacy”, które stosuje jako westchnienie, modlitwę i przekleństwo w jednym. Zupełnie jakby Marta Falkowska chciała przedstawić komiks dla wszystkich i nie zrazić do siebie żadnej grupy odbiorców.

Objętość jest tu sztucznie rozdmuchiwana przez wielkość kadrów, a te kadry zostają pozbawione szczegółów. Często Falkowska posługuje się rozbijaniem obrazkowej narracji na szereg kolejnych naświetlanych detali – steruje w ten sposób uwagą dzieci, ale też wypełnia miejsce bez zbędnych wysiłków. Chce się popisywać kreskówkowym widzeniem świata, ale przesadza z wykluczaniem drobiazgów z tła, często prezentuje w kadrze samą postać – a przecież gdy od czasu do czasu zdecyduje się na narysowanie kontekstu, od razu zmienia się klimat opowieści. Stanowczo za często ta autorka idzie na łatwiznę i upraszcza zawartość kadrów – wiadomo, że tworzy dla dzieci, którym takie rozwiązanie przeszkadzać nie będzie – ale pozostawia przez to niedosyt. Wszystko wydaje się tu infantylizowane – i rysunki, w których brakuje wyrazistości, i fabuła pozbawiona łączników. Humor w wersji szczątkowej przekona dzieci, ale też nie na tyle, żeby na długo zatrzymać je przy lekturze. A przecież Oto Tosia ma być nową serią komiksową dla maluchów. Dobrze, że rynek komiksów dziecięcych zaczyna się stopniowo rozrastać, ale warto byłoby jeszcze zwrócić uwagę na jakość pomysłów. Pietrostwór nie może się zdecydować, czy straszyć, czy się przyjaźnić – a nie da się realizować obu sprzecznych celów w pełnowymiarowej historii.

środa, 3 stycznia 2018

Magdalena Niedźwiedzka: Diana

Prószyński i S-ka, Warszawa 2017.

Zakazane uczucie

Na dworze królewskim nic się nie zmienia, mimo że zmienia się wszystko. Ale Magdalena Niedźwiedzka operuje tą samą narracją co w pierwszym tomie i w efekcie odrobinę usypia czujność czytelników. Bo, na dobrą sprawę, co z tego, że Diana zaczyna zdradzać dziennikarzom sekrety rodziny królewskiej i coraz bardziej otwarcie występuje przeciwko monarchii. Co z tego, że rzuca się w ramiona kolejnych kochanków i żąda od męża rozwodu. Co z tego, że rozmowy, jakie przeprowadza z Karolem królowa, nie przynoszą efektu. Nic nie ma znaczenia, skoro trwała jest miłość Karola i Camilli. On nie potrafi zdobyć się na odwagę i zawalczyć o deklarowane wciąż marzenia. Ona dla niego poświęca wszystko, łącznie z własną rodziną. Cierpi w milczeniu, bo ataki Diany uderzają w nią. Zachowuje jednak klasę.

„Diana”, czyli druga część trylogii o wydarzeniach na królewskim dworze wcale nie stawia młodej księżnej Walii na pierwszym miejscu. Autorka raczej niechętnie – oczami innych postaci – przyznaje Dianie umiejętność kreowania wizerunku królowej ludzkich serc, delikatnej i wrażliwej ofiary sytuacji. Sama prezentuje znacznie chętniej ciemne strony działań księżnej. To histeryczka, zdolna do wszystkiego, nieobliczalna, nastawiająca dzieci przeciwko ojcu. Pozbawiona skrupułów, nierozumiejąca powinności i nieobeznana z dworską etykietą. Ta Diana jest bezapelacyjnie najczarniejszym charakterem drugiego już tomu. Niedźwiedzka rzadko w ogóle pozwala się zastanowić nad jej potrzebami – skupia się na Camilli. Diana to przeszkoda na jej drodze do szczęścia. Społeczeństwo jednak tworzy sobie jej wizerunek na bazie fałszywych przesłanek i staje murem za Dianą, oskarżając pozbawionego charyzmy Karola.

Cała powieść jest obserwowaniem działań Camilli – jednak ta, która do tej pory wydawała się niezłomna, coraz bardziej ma dość. Przestaje się godzić ze swoją rolą w życiu księcia, skazuje na potępienie ze strony bliskich. Nie może żądać radykalnych rozwiązań ani nawet sugerować ich ukochanemu, popada więc w apatię. Camillę w wersji Magdaleny Niedźwiedzkiej można lubić, można jej też kibicować. Ta postać nie chce władzy ani zaszczytów, zależy jej wyłącznie na miłości. Tylko narracją autorka sprawia, że chce się śledzić jej sercowe dylematy, bo w samej książce znów dużo się nie dzieje. Ale Niedźwiedzka jest wyczulona na uczucia i wie, jak zaangażować odbiorczynie w historię. Odchodzi od medialnych doniesień, skupia się na najbardziej prywatnych spotkaniach, tych, przy których nie ma świadków. Pozwala w ten sposób odbiorczyniom przeżywać wielkie uczucie bohaterów. Nawiązania do rzeczywistości tylko podsycają zainteresowanie historią. Magdalena Niedźwiedzka nie ma prawie żadnego pomysłu na fabułę, nawet upływu czasu nie akcentuje tak, by sugerował logiczny rozwój sytuacji – ot, po prostu postacie robią się coraz starsze, a o Dianie nie można już mówić „nastolatka”. Ale opowieść cały czas stoi w miejscu. Czynnikiem, który pcha do lektury, jest oczywiście zmysłowa relacja – w kwestii uczuć Niedźwiedzka staje się niekwestionowanym autorytetem. Opisuje zakazany związek jak najcenniejszy skarb, nawet w chwilach załamania i rozpaczy jednej ze stron, chociaż kryzysów tu nie brakuje, żaden z czytelników nawet na moment nie zwątpi w zakochaną parę. W związku z tym nie ma w opowieści żadnych zaskoczeń, a i punkty kulminacyjne automatycznie się tonują. Dobra proza wystarcza jako rozrywka – zafascynowani pierwszym tomem i tutaj będą uważnie śledzić losy księcia Walii i jego kochanki. „Diana” jest przedłużeniem pierwszego tomu, nie odrębną historią.

wtorek, 2 stycznia 2018

Jurdic Manuro: Łzy bogini Nuwy

Foksal, Warszawa 2017.

Wcielanie się w postać

„Łzy bogini Nuwy” to komiks interaktywny, historia, której fabułę tworzą sami czytelnicy w momencie pierwszej lektury – lub, w przypadku kolejnych odczytań – budowania strategii odmiennej od pierwotnego podejścia. Do zabawy odbiorcy przystępują z określonym zestawem artefaktów czy porcji życiodajnego eliksiru: precyzyjne i bardzo rozłożyste wskazówki zajmują pierwszą kartkę i wyklejkę książki. Sami odbiorcy przy okazji zmienią się w sędziów sprawdzających poprawność wykonywania zadań – lub zliczających punkty, bo sama opowieść to nie wszystko. Ma ona przecież określony cel.

W tym wypadku chodzi o łzy bogini, specyficzny skarb: życiodajne pędy zapewniające prawidłowe funkcjonowanie całej okolicy. Zostały skradzione z pilnie strzeżonej świątyni, a ich strażnicy potrafią podać wiele szczegółów na temat rabusiów. Liczą na to, że stratę nadrobi łowczyni nagród, specjalnie w tym celu wezwana. Owa łowczyni – która ma swój graficzny wizerunek w komiksie – staje się alter ego odbiorcy – ma rozwiązać zagadkę i wziąć udział w burzliwej akcji, ale sterowana jest decyzjami czytelnika. W końcu to on będzie wybierać drogi, więc pośrednio, bo nieświadomie, także przygody bohaterki. Może się tak zdarzyć, że skończą się „życia”, lub zabraknie potrzebnych magicznych rekwizytów – wtedy trzeba podejść do lektury jeszcze raz.

Początek jest wspólny dla wszystkich. Po regułach i „karcie postaci”, wyodrębnionych również graficznie, zaczyna się właściwa opowieść. Łowczyni nagród przybywa na wezwanie i wysłuchuje skarg i utyskiwań zleceniodawców. Zadaje pytania i ustala zasady wynagrodzenia – a potrafi walczyć o swoje. Jest tu nakreślony kontrast między bohaterką – ideałem i bezradnymi rozmówcami, więc czytelnicy mogą być usatysfakcjonowani tym, że wcielają się w kogoś najlepszego w historii. Autor doprowadza relację do bram miasta, bo poszukiwania można zacząć z jednej z trzech stron. Na rysunku każda z nich oznaczona jest innym numerem, wtopionym w obraz. Od tego punktu komiksu kolejne kadry zyskują numer porządkowy. Tu też zaczyna się komputerowa praca odbiorców. Wybór drogi to wybór numeru kadru – a w każdym wybranym kadrze znajduje się osobny problem (atak, potyczka, starcie albo detektywistyczna zagadka). Czasami odbiorcy zostają poinformowani o decyzjach bohaterki lub o jej motywacjach pobocznych – wszystko dlatego, że zaraz będą zastanawiać się nad następnymi możliwościami (które, automatycznie, znów wskażą kolejne adresy). Zabawa będzie trwać albo do zakończenia misji, albo do przegranej – a potem może zacząć się na nowo.

Skoro kolejne wydarzenia to kwestia skrótowego opisu w pojedynczym obrazku, zgrabnie zaakcentowane są dynamiczne rozwiązania. Sprawdzają się najbardziej widowiskowe przestrzenie, ciemne zaułki i elementy pasujące do atmosfery zagrożenia, jednoznaczne i wyraziste. Często w samym kadrze nie ma ani miejsca na dialogi (pojawiają się wówczas jedynie onomatopeje), ani na tworzenie relacji emocjonalnych między bohaterami. To wyłącznie z opisu czytelnicy dowiedzą się, co się stało – i co się jeszcze stać może. Tu liczy się bardziej umiejętność logicznego myślenia, przewidywania konsekwencji wcielania się w innych, czyli skłonność do empatii w najczystszej postaci. Ogólny cel znika, a raczej przykrywa się pojedynczymi wątkami i wysiłkiem potrzebnym do przechodzenia dróg. „Łzy bogini Nuwy” to tomik, którego nie da się czytać linearnie, tradycyjna lektura jest tu wykluczona – gdyby ktoś chciał takiej opowieści, otrzymałby zestaw niepowiązanych ze sobą scenek.

Nie można zatem książki oceniać w tradycyjny sposób, to jest ze względu na literackie walory artystyczne (chociaż strona graficzna imponuje), raczej – z uwagi na przełamywanie klasycznych rozwiązań, połączenie książki – twórczości rozrywkowej z grą komputerową, czyli gatunkiem stosunkowo nowym. Jest to sposób na przekonanie czytelników do lektur, a i możliwość pokazania zwłaszcza zdeklarowanym graczom, że istnieje świat wirtualny poza elektronicznymi gadżetami. „Łzy bogini Nuwy” są ciekawostką, w której liczą się pomysły na rozwijanie akcji – i na sprawne przedstawianie możliwości. To drobna książka, ale z uwagi na liczbę kombinacji fabularnych – może zająć odbiorców na dość długo.

poniedziałek, 1 stycznia 2018

Jerzy Bralczyk: 1000 słów

Agora, Warszawa 2017.

Deszcz słów

Ta książka jest ogromna i stylizowana na słownik – fani profesora Jerzego Bralczyka będą się nią długo delektować. „1000 słów” to publikacja łącząca refleksję nad przemianami językowymi i felietonowe zabawy, żarty i ocenę zachodzących w polszczyźnie procesów. Na przekór poważnej i zrygoryzowanej formie autor ćwiczy się w dowcipie – kontynuuje rozwiązania stosowane dotąd w felietonach, tyle że na dużą skalę. Imponuje pomysłowością i jako jeden z nielicznych twórców nie musi martwić się o tematy do rozważań. Zajmuje się bowiem słowami, za każdym razem umieszczając je w centrum uwagi, obudowując frazeologizmami lub ironicznymi przykładami użycia, wypełniając miejsca walencyjne, uruchamiając dowcip i wewnętrzne paradoksy, które jak nikt dostrzega.

Jerzy Bralczyk niczym nie zaskoczy – przynajmniej w kształcie drobnych i większych artykułów, bo już w ramach poszczególnych omówień zaskakiwać będzie bez przerwy – i to nawet tych, którzy badaniem języka zajmują się na co dzień. Przygląda się kolejnym wyrazom i na każdy znajduje odrębny sposób omówienia. Raz sięga do źródłosłowu i do zależności językowych w różnych krajach, raz zajmuje się pokrewieństwami słów, uruchamia frazeologizmy lub przytacza szereg kontekstów wymuszających zmianę sensu. Raz przygląda się słowu od strony treści, jaką niesie. Pozwala delektować się brzmieniem albo ośmiesza niewłaściwe użycia. Bywa, że przytacza definicje albo modyfikuje je, żeby wykazać wewnętrzne paradoksy. Nie chodzi o to, żeby za każdym razem dokładnie objaśnić sens i podać przykłady użycia – słowo jest tu punktem wyjścia do fenomenalnych zabaw. W ujęciu Bralczyka język pozwala się dowolnie kształtować, stanowi źródło śmiechu i stylistycznych odkryć, nieoczywistych na pierwszy rzut oka dla przeciętnego użytkownika. Zdarza się, że jedno słowo – lub związek frazeologiczny, bo i takie w roli haseł występują – pozwala wprowadzić szereg innych, kojarzonych z nim przez tradycję czy przyzwyczajenia. Autor nie zamierza kurczowo trzymać się pojedynczych leksemów, pozwala prowadzić się na dalsze pola znaczeniowe, podąża za skojarzeniami i rozbudowuje wyjściowe refleksje o kolejne cenne spostrzeżenia. Zabiera odbiorców na wycieczkę – tylko z pozoru słownikową czy hermetyczną.

Sprawdziłby się tu z powodzeniem zwykły układ alfabetyczny, ale po pierwsze skojarzenia ze słownikiem byłyby wtedy niepotrzebnie jeszcze bardziej podkreślone, a po drugie – autor straciłby następną płaszczyznę budzenia śmiechu. Grupuje bowiem hasła i definiuje je jako słowa obiecujące (te przyjemnie się kojarzące), niepokojące czy stwarzające świat, słowa swojskie, podrzutki (czyli zapożyczenia), słowa, które znaczą coraz więcej (co pokazuje, jak człowiek objaśnia sobie rzeczywistość za pomocą tego, co znane), ale i słowa, którym na nas nie zależy – te obojętne wobec losów człowieka. Tom zamykają „jeszcze nie słowa” – często niesamodzielne znaczeniowo leksemy, w których najłatwiej o humorystyczne komentarze, mimo pozornego braku znaczeń. Bawi autor wyborami (wśród słów swojskich znajdzie się alkohol) i wyczuleniem na to, co w języku nowe (chociaż ircowanie już raczej zdążyło przejść do lamusa). Wszystko da się z humorem skomentować – niezależnie od długości hasła, Jerzy Bralczyk dba o dobre puenty i językowe zabawy. W ten sposób nie tylko może edukować czytelników, ale i zapewnić im inteligentną rozrywkę. Jest „1000 słów” tomem wystarczającym na długo – i wspaniałą lekturą dla zainteresowanych językiem.

Agnieszka Mielech: Emi i Tajny Klub Superdziewczyn. Psy czy koty? Komiks i opowiadania

Wilga, Warszawa 2017.

Urodziny z psem

Czasy się zmieniają, a bohaterowie literaccy – nawet ci z twórczości dla dzieci – powinni za nimi nadążać. Czasami więc niezbędne są zmiany. Dotykają one też Tajnego Klubu Superdziewczyn. Okazuje się, że paczka Emi może się rozpaść. Nieważne, że dzieci stale angażują się w różne prospołeczne akcje (doprowadziły między innymi do oczyszczenia plaży ze śmieci, organizując i ochotników do zbierania odpadków, i służby komunalne do zabrania wypełnionych worków). Wszystko uzależnione jest od decyzji rodziców o przeprowadzce. Problem istnieje, ale trzeba też odnieść się do poczucia wykluczenia jedynego chłopaka w grupie. Tu z pomocą przychodzą nowe technologie. Dzięki smartfonom i dostępowi do internetu dzieci mogą być stale w kontakcie – do tego da się przekonać nawet najbardziej konserwatywnych rodziców. Nawet ze zdobyciem telefonu nie będzie problemu, skoro niemal każdy ma w domu kilka niepotrzebnych aparatów, starszych modeli, z których już nie korzysta.

Ale tomik „Psy czy koty” to nie rozgryzanie problemów komunikacyjnych – zwłaszcza że bohaterowie razem z rodzicami wyjeżdżają nad morze. Tu po raz pierwszy Emi spędzi swoje urodziny z dala od domu, ale w otoczeniu najbliższych. Dziewczynka marzy o psie konkretnej rasy – i wciąż sugeruje rodzicom, że ucieszyłby ją taki prezent. Jednak pies to spore obowiązki. A nad morzem kotka Fiolka i suczka Czekolada nienajlepiej się ze sobą dogadują. W efekcie członkowie Tajnego Klubu Superdziewczyn sporo czasu poświęcają na dyskusje o tym, czy lepsze są psy czy koty. W ten pojedynek na argumenty włączyć się mogą również odbiorcy – w końcu łatwo zaangażować dzieci w kwestię domowych pupili. Wymarzony piesek Emi także się pojawi, ale nie jako urodzinowy prezent (może to błąd, że w blurbie pojawia się ten temat, który w książce stanowi niemal punkt kulminacyjny). Odbiorcy zaangażują się zatem w lekturę z kilku powodów. Temat jest ważnym, ale nie jedynym wabikiem.

Agnieszka Mielech konsekwentnie przypomina o dobrodziejstwach internetu. Przede wszystkim Emi zaczyna prowadzić tajnego bloga i ceni sobie to rozwiązanie, bo może mieć do zapisków zawsze dostęp. Zyskuje też, ku własnemu zdumieniu, czytelników. Na razie ich obecność sygnalizowana jest przez liczbę komentarzy wyświetlaną w stopce za każdym razem. Ale zmiana gatunkowa się pojawia – i pokazuje odbiorcom, że i oni mogą tworzyć blogi. Mielech wykorzystuje tu pod względem genologicznym tradycyjne opowiadania odrobinę modyfikowane przez stylistykę pop (zwłaszcza za sprawą podkreślania czcionką akcentów zdaniowych). Sięga po notki blogowe, którymi Emi wyraźniej podtrzymuje kontakt z odbiorcami, ale największą zmianą w stosunku do początków serii jest tu komiks, a właściwie jego namiastka. Co pewien czas narracja przenosi się do obrazków, a tekst ogranicza się do dialogów między postaciami. To zabieg bardziej jak z przygód Drakulcia Pinkwartów niż z typowych powieści komiksowych, ale oznacza, że autorka dostrzegła trend na rynku wydawniczym i próbuje go wykorzystać, by jeszcze wzmóc zainteresowanie Tajnym Klubem Superdziewczyn. Kadry mniej kojarzą się z komiksem – mimo dymków – a bardziej z tradycyjnymi ilustracjami. Dodatkowo więc niektóre hasła wykorzystywane są jako ozdobniki. Wszystko po to, żeby dzieci skupiały się na lekturze i traktowały ją jako rozrywkę.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com