Strona główna || O autorce || O tu-czytam || Bajki || Bajkowe portfolio                       

niedziela, 31 stycznia 2010

Rozmowa z Genowefą Jakubowską-Fijałkowską

Genowefa Jakubowska-Fijałkowska: poetka, ur. w 1946 r. w Mikołowie. Autorka tomików Dożywocie (1994), Pan Bóg wyjechał na Florydę (1997), Pochylenie (2002), Czuły nóż (2006), Ostateczny smak truskawek (2009).


Szukam ocalenia

Izabela Mikrut: Bywa Pani nazywana „Wojaczkiem w spódnicy”. Dla mnie najbardziej widoczne są chyba inspiracje Charlesem Bukowskim, maksymalnie skondensowanym. Kto miał największy wpływ na Pani drogę artystyczną?
Genowefa Jakubowska-Fijałkowska: No tak, od dawna czekałam na to, że ktoś powie o moich inspiracjach Bukowskim, Pani zrobiła to pierwsza. Wojaczek i kojarzenie mojego pisania z tym niepowtarzalnym poetą, wzięły się chyba stąd, że Mikołów, że nawet ten sam znak zodiaku, (życzę sobie bardzo też umrzeć w maju...) że alkohol...
Bukowski. Już nie bardzo pamiętam, może to był rok 1995 może 1996, przypadkowo przeczytałam „Listonosza”. Fascynacja! A już myślałam, że po „Obcym” Alberta Camus nic nie może mnie olśnić, uwieść. I stało się. Jestem w stanie dać ostatnie pieniądze i jechać na koniec Polski (kiedyś tak było, teraz Internet załatwia wszystko), żeby zdobyć nowo wydaną książkę Bukowskiego. Mam wszystko, co w Polsce wydano Bukowskiego. Długo nie było jego poetyckich książek i bardzo się bałam, tego co mi zrobi jego poezja.. Teraz mam wszystkie jego książki wydane w Polsce... nie boję się jego wierszy. Nie piszę jak Bukowski. Piszę jak ja. Ale chyba wiem, jak się czuł, gdy rzygał, słuchał Mozarta i pisał wiersze.
Nie chcę być nieskromna i powiedzieć, że nie wiem kto, że jestem „samoródka”, że nie było nikogo takiego, kto miał największy wpływ na moje pisanie. Fascynacji w literaturze miałam wiele, zaczynając od lektur szkolnych, nie wszystko mi pasowało, ale romantyzm (byłam 44 i jeszcze bardziej Kordianem, potem fortepianem na bruku), pozytywizm (byłam „sosną rozdartą”), symbolizm (byłam „Statkiem pijanym”, potem dalsze poszukiwania, często przypadki, więcej czytałam prozy (setki książek) niż poezji. Tak jest do tej pory.
Gdzieś w tym wszystkim chyba znajdowałam „własną, krzywą” drogę do wiersza, jak to kiedyś do mnie napisał Tymoteusz Karpowicz.

IM: Wiersz-błysk wyrasta u Pani z jednego (nie – jednostkowego) spostrzeżenia. Jak wygląda proces twórczy? Utwory są efektem iluminacji, nagle zauważonej prawidłowości, czy ciężkiej, rzemieślniczej pracy?
G.J.-F.: I znowu, coś nie tak z tym moim pisaniem i byciem poetką. Nie wiem, co to jest proces „proces twórczy”, „rzemieślnicza praca”... to jest tak, jakby nie chodziło w wierszu w ogóle o słowo, ale o życie. Być dla mnie poetką to stan ciała, to dreszcze, głód, łaknienie, zapach, smak, węch, wzrok, słuch... wiersz to... nasycenie... nagle źródło. Czasem wizje. Iluminacja to olśnienie, podobno istotny motyw w twórczości, iluminacja to poznanie świata przez Boga, poznaję świat przez drugiego człowieka więc nie ma iluminacji.

IM: Wiersze z ostatnich tomików można uznać za próby odświeżenia schematu relacji damsko-męskich. Rezygnuje Pani z sentymentalizmu i banalnego szczęścia na rzecz trudnych, wymagających poświęceń związków. Czy takie rozwiązania są wymuszone tylko przez osobiste doświadczenia? Jak biografia wpływa na Pani twórczość?
G.J.-F.: Z niczego nie rezygnuję, żyję każdą chwilą, jak pierwszą, ostatnią. Sentymentalną, piękną, upodloną, biologiczną. Tak piszę, jak żyję. „Banalne szczęście”... co to jest szczęście? Podobno to najbardziej „gówniane” słowo... może chodzi w poezji o chwile gdy się jest, po prostu w tym, co jest. W życiu. w kłamstwie, prawdzie, rozpaczy, bólu, rozkoszy, radości, poświęceniu i śmierci. Jestem w swoich wierszach bardziej świadkiem niż biografią.

IM: Krytycy często stoją wobec Pani wierszy bezradni, bądź zasłaniają się etykietkami w rodzaju uwag o ascezie stylistycznej. Jak brzmi Pani credo artystyczne?
G.J.-F.:Życie.

IM: Maksymalnie kondensuje Pani swoje wiersze. Wers składa się tu często z jednego słowa, zwrotka (o ile jeszcze można o takim klasycznym podziale tu mówić) z dwóch. Dlaczego decyduje się Pani na taką lapidarną formę?
G.J.-F.: To nie jest decyzja, ani wybór. To przychodzi z życia, sytuacji, chwil, mgnień, bezsennych nocy, poranków, odsłoniętego okna, z oddechu. Z rozmowy, milczenia.
Ciszy. Krzyku. Nie decyduję się na żadną formę, pisanie wiersza to jest oddychanie, 12-14 wdechów na minutę, ile można wypowiedzieć słów na minutę...czasem nie ma słów tylko oddychanie.

IM: W najnowszej poezji rzadkie są tendencje do puentowania opowieści lirycznych. U Pani celne komentarze wyznaczające przesłanie okazują się niezwykle silne. To sposób na postrzeganie świata, czy konieczność, rozwiązanie wymuszone przez epigramatyczną formę?
G.J.-F.: Nic nie wymuszam w swoim wierszu. Wiersz przychodzi jak „lśnienie”. Pisze się we mnie od początku do końca. Nie wiem jak to się dzieje... poza mną te „puenty”... to co ma się stać, albo nie stanie nigdy. Może to przepowiednie dla mnie, dla innych.

IM: Co Pani, jako odbiorca poezji, najbardziej ceni w tym sposobie wyrazu? Po jaką literaturę sięga Pani najchętniej?
G.J.-F.: Oczekuję od poezji i nie tylko poezji, od wszelakiej sztuki, identyfikacji, tożsamości, obecności, bycia w klimatach, w strefach czasowych, w przestrzeni, bycia w Niebie i na Ziemi.
Czytam przede wszystkim prozę. To najpiękniejsza poezja i rzeczywistość..
Ostania książka: Hubert Selby Jr „Piekielny Brooklyn”. Jest tyle poezji w piekle!

IM: Aleksander Jurewicz określa Pani wiersze mianem „drapieżnych”. Czy chodzi tu tylko u bunt, skandal lub krzyk?
G.J.-F.: Człowiek jest drapieżnikiem, zabija żeby żyć!
A wracając do pytania to więcej w moich wierszach jest buntu i niezgody na świat. Krzyku też. Nigdy skandalu.

IM: Status poety wydaje się nie przynosić już dziś splendorów. Dlaczego więc pisze się jeszcze poezję?
G.J.-F.: Może mi Pani nie uwierzy, czasem czuję się wykluczona przez fakt bycia poetką, mam wrażenie, że jestem naznaczona, nie talentem, ale ułomnością, że muszę pisać bo inaczej nie radzę sobie z życiem, ze sobą, ze światem, bo słowo mnie uwalnia, daje mi wolność, akt zemsty, nienawiści, buntu, wściekłości, straty... czasem miłości. Nie wiem dlaczego inni piszą poezję, ja piszę bo inaczej nie mogę żyć. Nie chodzi mi w poezji o splendor, szukam ocalenia.

sobota, 30 stycznia 2010

Grzegorz Gortat: Niekompletność

WNK, Warszawa 2010.


Witraż

Zastanawiam się, co w „Niekompletności” jest silniejsze – motyw przemijania czy motyw sztuki. Z jednej strony mamy tu bowiem wszechobecną śmierć, śmierć, która przenika wszystkie płaszczyzny życia i wyznacza jego rytm, sterując zachowaniami bohaterów, z drugiej natomiast – pojawiają się metatekstowe wstawki i znani (a także nieznani, fikcyjni) artyści. W pewnym momencie te dwa główne wątki „Niekompletności” zaczynają się ze sobą splatać i zlewać tak, że stają się wreszcie nierozdzielnie ze sobą złączone, a sama powieść jawi się jako książka mocno poetyzująca, opalizująca znaczeniami i aż gęsta od opowieści i wątków. Fascynujący jest ten mariaż śmierci i sztuki, sztuki i śmierci, wspólny taniec, który odbywa się na oczach zachwyconych (w to nie wątpię) miłośników literatury pięknej. „Niekompletność” to książka napisana dla przyjemności – ta przyjemność widoczna jest nie tylko w esencjonalnym charakterze skróconych relacji i fabuł, ale też w kształcie samej narracji – głębokiej i pełnej intertekstualiów, ale też lekkiej i „szybkiej” w lekturze.

Grzegorz Gortat w mikrorozdziałkach przedstawia kolejne sytuacje i kolejnych bohaterów – a właściwie nie tyle przedstawia, co wstrzeliwuje się w ich doświadczenia, prezentuje strzępki historii, na podstawie których czytelnicy muszą sobie sami wywnioskować resztę. Postacie są tu zresztą po kafkowsku prezentowane inicjałami imion lub nazwisk, zupełnie jakby chciał autor zasugerować uniwersalność jednostkowych i przecież oryginalnych miniaturowych fabuł. Streszczanie „Niekompletności” to zabieg zupełnie pozbawiony sensu – chodzi tu przecież o wprowadzenie figury witrażu: pojedyncze elementy, choć mogą zachwycić kształtem czy odbijanymi refleksami światła, nie dadzą jeszcze takiego efektu, jaki zapewnia ich złożenie w całość. Poetyka „Niekompletności”, zaznaczana przecież także w tytule, to poetyka fragmentu. W tej publikacji najbardziej liczy się to, co niedopowiedziane, co wymaga uzupełnienia.

Śmierć przenikająca egzystencję anonimowych przecież bohaterów nabiera koloru dopiero wtedy, kiedy zaczyna dotyczyć sławnych – zwłaszcza artystów. Ci pojawiają się w książce już wymienieni z imienia i nazwiska. Grzegorz Gortat obficie czerpie z pozostawianych przez nich zapisków, przede wszystkim z notatek o charakterze autobiograficznym. Jeśli w zwyczajnej codzienności śmierć zwycięża nad sztuką, to w reżyserowanych starannie odejściach znanych ludzi przeważa czynnik estetyczno-artystyczny. Grzegorz Gortat sugeruje te różnice także przez zwiększanie objętości rozdziałów w drugiej części historii.

„Zmora wieczności, ta przepaść bez dna, gdzie kiedyś wszyscy trafimy” – pisze Gortat o śmierci. Często zresztą wplata do swojej książki metaforyczne sformułowania, cytaty i nawiązania do ulubionych, cenionych i szanowanych autorów. Szarpie rozdziały – aż po zupełne rozczłonkowanie końca powieści, gdzie kolejne akapity są swobodnymi skojarzeniami, sylwicznym spisem ciekawostek i wartych uwagi wiadomości, całkowicie subiektywnym zestawem informacji i ich interpretacji. Wśród tych cząstek przyciągają wzrok szczególnie partie autotematyczne. „Nie można bezkarnie być pisarzem” – poucza Gortat i chociaż zakończenie tego niezwykłego tomu uznać można za idealnie (także dzięki formie) wypracowaną puentę, triumf śmierci, to przecież wątki dotyczące sztuki niosą oryginalne i interesujące – ale też inspirujące – materiały do refleksji.

„Dorosłe” odgałęzienie Naszej Księgarni, czyli WNK, proponuje czytelnikom powieść niełatwą do zaklasyfikowania, za to piękną. Nawet w samym prowadzeniu historii widać literackie fascynacje twórcy. Hołd złożony mistrzom pióra odzwierciedla się nie tylko w ożywieniu ich w ramach kolejnych fabuł, ale i w operacjach językowo-stylistycznych. Jest „Niekompletność” opowieścią niespieszną i smakowitą, wyrazistą i delikatną. To pozycja, która wyróżnia się na polskim rynku literackim – warto więc przyjrzeć się jej dokładnie.


piątek, 29 stycznia 2010

Katarzyna Turaj-Kalińska: Bracia Strach i inne opowiadania

Skrzat, Kraków 2009.


Fobie, lęki, strachy

Katarzyna Turaj-Kalińska ma bardzo specyficzny sposób prowadzenia narracji. Rytm jej prozy, bez względu na to, czy w twórczości dla dzieci, czy w książkach dla dorosłych, odwraca uwagę od treści. Autorka lubuje się w rozbudowanych frazach, przegadanych porównaniach i drobnych, zwykle jednozdaniowych dygresjach, w których zdradza swoje prywatne upodobania i przemyca nieistotne (tak dla fabuły, jak i dla czytelników) sądy. Nie da się ukryć, że ów styl może być dla jednych największą zaletą, dla innych największą wadą opowieści Turaj-Kalińskiej. Z początku trudno się do niego przyzwyczaić – także dlatego, że autorka próbuje w ramach historii upychać żarty, które nikogo rozbawić nie mogą – wydaje się, że rezygnacja z humoru nieco dziwnej jakości byłaby lepszym rozwiązaniem niż nie do końca udane mrugnięcia okiem do odbiorcy. Nie wiem, jak dla innych czytelników – dla mnie niestrawne były wszystkie próby poprawiania błędów językowych, a wręcz celowe upychanie błędów w tekście, po to jedynie, by zwrócić na nie uwagę. Nachalny dydaktyzm nie jest dobrym pomysłem w literaturze XXI wieku.

Autorka odbiera także przyjemność ze śledzenia intertekstualnych sygnałów – jakby w obawie, że nie zostaną one wyłapane, wprost podaje źródła inspiracji. Można było zrobić to o wiele subtelniej. Mówiąc w skrócie: nie przekonuje mnie Turaj-Kalińska pomysłem na narrację (a na przykład w rymowanych „Narzekaniach rzeki” zachwycała). Sygnały autotematyczne, zwłaszcza w pierwszym opowiadaniu, zamiast budzić uśmiech, raczej irytują, nienaturalność tej prozy przeszkadza w lekturze – nie ma tu rażących błędów, nie ma stylistycznych niedociągnięć – jedyną „winą” Turaj-Kalińskiej jest uaktywnianie osobniczego, charakterystycznego i nie dla wszystkich atrakcyjnego rozgadania.

Ciekawa jest natomiast tematyka opowiadań z „Braci Strach”. Najbardziej przypadł mi do gustu mrożkowy w duchu tekst „Komplet wypoczynkowy” – tu chyba najbardziej ów nieprzezroczysty styl pasuje, a sam utwór zbudowany jest na naprawdę dobrym pomyśle. W tytułowych „Braciach Strach” czynnikiem napędzającym dość miałką fabułę staje się agorafobia – przez dużą część relacji wydaje się, że zwyczajność nie będzie dobrym katalizatorem akcji, dopiero absurdalne zakończenie przynosi trochę satysfakcji. „Koszmar z ulicy Wczasowej” ma już pewien delikatny rys groteskowości – jeśli oderwać fabułkę od języka, jakim została przedstawiona. Zabawy w warstwie słownej przyćmiewają relacje między bohaterami. Niepotrzebnie Turaj-Kalińska to, co samo w sobie byłoby wyraziste, przysłania, chcąc wyrazistość uwypuklić.

W „Braciach Strach i innych opowiadaniach” króluje temat strachów, lęków i fobii – te motywy opracowuje autorka na różne sposoby, nie będę się jednak nad tym rozwodzić: zagadnieniem strachu w opowiadaniach Turaj-Kalińskiej rozpracował już w posłowiu Jerzy Jarzębski, nie ma większego sensu powtarzanie jego ustaleń. Cenne wydają się szczególnie spostrzeżenia na temat niesamowitości i podobieństwa do opowiadań Stefana Grabińskiego.

Bohaterowie Turaj-Kalińskiej niemal bez wyjątku są zniewoleni przez strach. Ograniczenia płynące z psychiki, z uświadamianych obaw lub niewytłumaczalnych lęków to całkiem dobry motyw spajający tomik, może jednak nie sprawdzić się jako konstrukcja, mająca udźwignąć całość. Mam wrażenie, że Turaj-Kalińska zbyt natarczywie czy – zbyt dosłownie potraktowała zasadę spójności tekstów w tomie, nie pozostawiła miejsca na domysły. Całkiem zresztą możliwe, że dużo lepiej czytałoby się te teksty rozrzedzone innymi utworami, otwarte i podatne na nowe interpretacje.


czwartek, 28 stycznia 2010

Jan Sienkiewicz: Owadzie opowieści

Czerwony Konik, Kraków 2008.


W owadzisku


„Owadzie opowieści” reklamowane są jako debiut autora, którego przodkiem był Henryk Sienkiewicz. To zbiór opowiadań, na razie raczej dość ostrożnych i klasycznych – zarówno ze względu na formę, jak i na treść. Jan Sienkiewicz bohaterami swoich krótkich opowieści czyni owady. Ów motyw powracał do tej pory najczęściej w rymowanych utworach dla maluchów – owadzi świat inspirował bardziej kreatywnych autorów do prezentowania barwnych i bajkowych przygód na co dzień niedocenianych krain. Mniej twórczy autorzy z kolei sięgali do encyklopedycznych wątków, by w króciutkich tekstach przedstawiać latających, pełzających i drepczących, przeważnie niechcianych gości. Jan Sienkiewicz czerpie z obu tych propozycji i postaw pisarskich, choć skłania się bardziej w kierunku bezpiecznych realizacji. Z jednej strony chce osnuć fabułę wokół przygód, czasem mrożących krew w żyłach, barwnych i niezwykłych, z drugiej za to wykorzystuje znane powiedzenia lub prawdy o życiu – które umieszcza przeważnie w pozycji puenty. Dodatkowo autor próbuje zawrzeć w swych opowiadaniach wiadomości o relacjach w świecie insektów (tłumaczy na przykład, że ważki i pająki zjadają muchy), nie zawsze natomiast zachowuje ścisłość, odwołując się do bajkowych stereotypów (świerszcze grające na skrzypcach).

Mimo że znajduje się w książce „tylko” sześć małych opowiadań, trudno opisać je przez uogólnienia. W każdym tekście stosuje autor inne rozwiązania – i do czego innego dąży. W opowiadaniu „o małej biedroneczce”, otwierającym tomik, akcja dzieje się trochę za szybko – znienacka wprowadza Sienkiewicz świetlika, który pomaga małej bohaterce – ponieważ ona kiedyś pomogła jemu. Na tym motywie opiera się przesłanie historii, warto więc było w fabule pokazać, jak kiedyś biedroneczka uratowała świetlika. Inaczej końcowa uwaga nie wybrzmi w pełni. Przygoda konika polnego świadczy o tym, że warto rozwijać swoje pasje (chociaż rymowanka do artystycznych raczej nie należy, nie podkreśla talentu bohatera). Trzecie opowiadanie, historia o małym żuczku, wprowadza wyraźniej zarysowany nastrój zagrożenia, co rzuca nowe światło na zamieszczone w ostatnim zdaniu powiedzenie. Dziwi mnie za to niezbyt optymistyczne zakończenie opowieści o dobrym pająku. Bohaterów, którzy sprzeciwiali się konwencjom (i naturze) było już – także w książkach dla dzieci – sporo. Z reguły jednak zostawali oni w końcu zaakceptowani przez otoczenie, mimo własnej inności. Dobry pająk nie może zachowywać się inaczej niż reszta – jest w tym pewna nostalgia, rezygnacja i poczucie klęski – ale najwyraźniej Jan Sienkiewicz chciał zróżnicować rytm publikacji. Dość ciekawie rozwija się za to relacja o nartniku Zrzędzie – jego naprawdę niebezpieczna przygoda przekształca zarówno charakter bohatera, jak i innych owadów. W „Złośliwej osie” Sienkiewicz jawi się jako twórca, który nie ukrywa, że są na świecie wredne osoby – ale i na nie znajdzie się sposób. Wreszcie w ostatnim opowiadaniu dzieci dowiedzą się, dlaczego rodzice zawsze mają rację.

Łączy więc autor żywe, dynamiczne fabuły, z prawdami o świecie. Próbuje bawić, ale i pouczać, nie chce odchodzić zbyt daleko od typowych, tradycyjnych historyjek. Debiutanckie błędy objawiają się przede wszystkim w zmianach tempa historii – tam, gdzie Sienkiewicz dokonuje niepotrzebnych (lub nieprzemyślanych) skrótów, tam, gdzie dopasowuje opowieść do gotowego przesłania. Podobają mi się za to te punkty, w których świat owadów zostaje osnuty na drobiazgach przeniesionych z dokonań ludzi (to oczywiste, że historyjki mają charakter alegoryczny, chodzi jednak o drobiazgi w rodzaju owadziego menu – przypomina to Tuwima).

Tym, co szczególnie urzeka mnie w tej publikacji, są fantastyczne ilustracje Aleksandry Krzanowskiej. Barwne (i nasycone) plamy farb, o lekko rozmytych konturach, układają się – jakby za sprawą czarodziejskiej różdżki – w przedstawicieli owadziego świata. Światłocienie tworzą kleksy z mocno rozwodnionych farb, ale przy tej technice, która czasem przypomina strzepywanie pędzla nad zamoczoną kartką (a czasem tym właśnie jest) zaskakuje olbrzymia precyzja. Aleksandra Krzanowska delikatnie szkicuje rysunki, wypełniając je kolorem farbek – pozwala także kolejnym kolorom lekko mieszać na granicach barw – i chociaż wszechobecne są tu „wodniste” plamy i nakładanie akwareli na mokry papier, żadne kształty nie rozmywają się nad miarę. Tym lepsze są bardzo cienkie kreski – owadzie nóżki – które autorka ilustracji rysuje pewnymi, zdecydowanymi pociągnięciami pędzla. Oglądanie tej pięknie wydanej książki jest prawdziwą przyjemnością.


środa, 27 stycznia 2010

Sorn Gara: Pan Toti i czarodziejska różdżka

Skrzat, Kraków 2010.


Znaleziska Pana Toti

Pan Toti, daleki krewny krasnoludków i innych miniaturowych bajkowych istot, budzi sympatię małych odbiorców. Nie może być inaczej, skoro Pan Toti nikomu nie robi krzywdy (wręcz przeciwnie, kiedy trzeba, służy pomocą każdemu i stara się, by postaciom, które spotka, wiodło się lepiej). Z reguły jest uśmiechnięty i zadowolony, optymistycznie spogląda na świat – a przynajmniej na tę jego cząsteczkę, którą ma w zasięgu wzroku.

Pan Toti jest człowieczkiem małym jak palec dziecka. Za jeden posiłek wystarczy mu poziomka – to daje odbiorcom wyobrażenie także o rozmiarach bajkowego świata. Taka kraina musi mieć swoje sekrety i tajemnice – jedną z nich okazuje się teren pod domem Pana Toti. Codziennie dzielny bohater chowa pod swój kapelusz łopatkę i schodzi po drabinie do wykopanego kiedyś tunelu. Ma tam swoją własną kopalnię, w której pracuje, bo ma nadzieję na odkrycie prawdziwych skarbów. Na razie wykopuje zaledwie drobne przedmioty, które każdy uznałby za śmieci – szybko jednak wychodzi na jaw, że rzeczy z kopalni pod domem mają magiczne właściwości i stają się początkiem niezwykłych przygód.

W książeczce „Pan Toti i czarodziejska różdżka” rekwizyt odkryty przez bohatera wydaje się być najzupełniej zwyczajny, to znaczy: oswojony przez stałą obecność w wielu historiach. Pan Toti wydobywa z ziemi atrybut magika, czarodziejską różdżkę. Żeby jednak nie było zbyt łatwo i jednoznacznie, różdżka ma dwa działające końce – czarny i biały. Tu Sorn Gara posługuje się również zwykłymi, kulturowo utrwalonymi symbolami, o czym jednak Pan Toti nie wie – dopiero seria niefortunnych zaklęć i czarów, które wychodzą odwrotnie, niż by sobie tego zażyczył bohater, sprawiają, że dwaj przyjaciele – Hehel i Pan Toti – uczą się zasady działania różdżki.

Sorn Gara w całej serii książeczek o Panu Toti stawia na prostotę – nic dziwnego, kieruje opowieść do kilkulatków, nie chce więc ich męczyć nadmiernie rozbudowanymi, wielotorowymi fabułami. Przygodę bohatera obudowuje wokół znalezionego w kopalni rekwizytu. Przy okazji też bawi się motywem sobowtóra – Negatyw stanowi nie lada zaskoczenie dla naiwnego w gruncie rzeczy i dobrotliwego Pana Toti. Wraz z mikroskopijnym człowieczkiem dzieci będą mogły przekonać się, że istnieją także ludzie złośliwi, niegrzeczni i nieprzyjemni dla innych – Sorn Gara pokazuje, jak łatwo można sprawić komuś przykrość i udowadnia, że sympatyczni bohaterowie mogą znaleźć wspaniałych kompanów do zabawy, a tych niedobrych nikt nie potrzebuje – ma zatem bajka wymiar dydaktyczny, nie jest to jednak dydaktyzm nachalny.

Mimo dość oczywistych rozważań, jakie w tej fabule się pojawiają, książka „Pan Toti i czarodziejska różdżka” przewidywalna nie będzie. Trudno nawet podejrzewać, w jakim kierunku rozwinie się akcja – zwłaszcza że w grę wchodzi przedmiot magiczny, obdarzony ponadnaturalnymi mocami, a i sama konwencja bajki nie wyklucza nierealistycznych sytuacji. Sorn Gara tworzy w formie kreskówkowej, wskazuje na to prostota książeczki, ale i wykonane przez autorkę rysunki. Pan Toti to postać wyrazista i rozpoznawalna, a osnucie każdej historii cyklu wokół jednego, charakterystycznego motywu także przypomina dobranocki. Obrazków jest tu naprawdę wiele, a narracja została sprowadzona do minimum, także dzięki grafice. Skrzat proponuje małym odbiorcom kolejną książeczkę niosącą ciepło, optymizm i spokój, a przy tym ciekawą fabułę.

poniedziałek, 25 stycznia 2010

David Safier: Mrówka w wielkim mieście

Galaktyka, Łódź 2009.


Tylko dobra karma


W ostatnich latach do literatury rozrywkowej, zwłaszcza zachodniej, zaczął wkraczać motyw śmierci własnej. Kolejna bariera została przełamana, kolejne tabu odrzucone. Zgon już nie tylko nie szokuje, ale jeszcze budzi śmiech. David Safier zagadnienie wyeksploatowane między innymi przez Christophera Moore’a czy Marcusa Zusaka modyfikuje, zwiększając jeszcze ładunek absurdu, choć wydawało się to jeszcze niedawno zadaniem niewykonalnym. „Mrówka w wielkim mieście” jest jednak idealnym dowodem na śmierć oswojoną i czarny humor w wersji pop.

Bohaterka tej książki, Kim Lange, to typowa kobieta sukcesu. Każdą chwilę poświęca na robienie kariery, zapominając o mężu, który ma coraz więcej pretensji, i o pięcioletniej córeczce. Kim nie ma czasu dla rodziny, ale jest też coraz bardziej zmęczona i sfrustrowana. Nic dziwnego, że kiedy umiera – w nonsensownych okolicznościach – wydarzenie to klasyfikuje dopiero na szóstym miejscu w rankingu najbardziej żałosnych momentów dnia. Kim odradza się w ciele mrówki – i tak zaczyna się właściwa opowieść.

Dla Kim jest jeszcze szansa. Kobieta może wrócić do swojej rodziny pod inną postacią – musi jednak zebrać dobrą karmę (co życzliwie tłumaczy jej Budda w mrówczej postaci): spełnianie dobrych i najlepiej – bezinteresownych – uczynków daje bohaterce możliwość wspięcia się na kolejny szczebel w drabinie bytów (naturalnie zło powoduje upadek i odrodzenie się pod powłoką insekta). Kim bardzo zależy na powrocie do domu: musi zapobiec planom byłej przyjaciółki, która zamierza związać się z jej mężem. Jako mrówka ma niewielkie pole manewru. A żeby przechodzić na wyższe stopnie istnienia, trzeba najpierw umrzeć…

David Safier stworzył fabułkę komiczną, ale też ważną – nie chodzi tu o wyznaniowe kwestie: reinkarnacja na wesoło ma tylko nadać tempa historii, a zbieranie dobrej karmy służy wskazaniu wartości, które w życiu każdego człowieka powinny być najważniejsze. „Mrówka w wielkim mieście” nieprzypadkowo wydana została w serii „Zapach pomarańczy” Galaktyki – to przecież jedna z tych publikacji, które pod płaszczykiem powieści rozrywkowej przemycają głębokie prawdy o ludziach. Autor nie próbuje nawet pouczać odbiorców, na przykładzie Kim pokazuje natomiast, jak łatwo w codziennej krzątaninie zapomnieć o bliskich. Żeby uniknąć podejrzeń o moralizatorstwo, maskuje przesłanie śmiechem. Połączenie tych dwóch elementów, wskazówek egzystencjalnych oraz rozrywki owocuje niebanalną historią, która parę razy rozbawi do łez, a parę razy po prostu rozbawi.

W powieści tej śmiech obejmuje kilka płaszczyzn. Rozpoczyna się od absurdu (ilustrowanego rodzajem śmierci dla Kim) i czarnego humoru – ale zaraz potem wprowadza David Safier czytelników do mrowiska. O ile w „Mrówce Z” dało się dojrzeć satyrę na państwo totalitarne, o tyle „Mrówka w wielkim mieście” kpi sobie z korporacjonizmu. Kim przechodzi kolejne wcielenia, nie tracąc zdolności do sarkastycznego komentowania sytuacji. Tu przejawia się na kilka sposobów humor „amerykański” (ludyczna odmiana żartu, mocno związana z fizjologią i cielesnością, przefiltrowana przez spojrzenie kulturowe). Mało tego – David Safier wprowadza jeszcze inną sferę dowcipu, funkcjonującą – co w powieściach obyczajowych raczej rzadkie – na granicy między tekstem a przypisami. Kim w mrowisku spotyka Casanovę (który wiedzie sto piętnasty żywot mrówki). Jej relacje zestawiane są z wyimkami z pamiętników Casanovy. Daje to całość, której trudno się oprzeć, bywa, że dopiero notatki znanego amanta uruchamiają śmiech. W „Mrówce w wielkim mieście” dobry efekt zapewnia zestawienie ludzkiego postrzegania świata z zachowaniami typowymi dla zwierząt (lub z postawami dla nich prawdopodobnymi, z punktu widzenia człowieka).

Brawa należą się tłumaczce (bądź wydawnictwu, w każdym razie temu, kto zaproponował tytuł). „Mrówka w wielkim mieście” sugeruje intertekstualność, ale też trafnie charakteryzuje sytuację, w jakiej znalazła się bohaterka. Przy okazji zaznaczyć trzeba, że mimo stałego motywu seksu, motywu, który jest też katalizatorem fabuły, nie ma w powieści wyuzdania czy opisów zbliżeń, jest za to mocno akcentowana cielesność.

Akcja w „Mrówce w wielkim mieście” toczy się bardzo szybko: krótkie migawki z kolejnych wcieleń służą budzeniu śmiechu (automatycznie oddalają też smutek, żal czy lęk), forma pasuje zatem do treści. Z pozoru powieść, którą proponuje David Safier, ma być lekka, łatwa i przyjemna, a miejscami frywolna. Jest taka, ale autor daje czytelnikom dużo więcej. Książka ma filmowy kształt, w zasadzie bez trudu można by ją przenieść na ekran – ułatwia to skondensowana narracja, rozbudowane dialogi i wyrazista akcja.

„Mrówka w wielkim mieście” jest wyśmienitą propozycją dla tych odbiorców, którzy szukają ciekawej powieści obyczajowej, chcą się trochę pośmiać, ale i trochę zastanowić nad sensem życia. To książka, która nie powinna zginąć w ogromnej ilości pozycji z literatury rozrywkowej, jedna z ładniejszych historii humorystycznych we współczesnej lekkiej prozie.

sobota, 23 stycznia 2010

Agnieszka Błotnicka: Kiedy zegar wybije dziesiątą

Nasza Księgarnia, Warszawa 2010.


Śledztwo w małym mieście

To, co zrobiła Agnieszka Błotnicka w książce „Kiedy zegar wybije dziesiątą”, zasługuje na najwyższe uznanie. Autorka zaproponowała klasyczną powieść detektywistyczno-przygodową dla młodzieży, jej historia jest wręcz modelową realizacją gatunku, który – jak się mogło wydawać – powoli odchodził już w zapomnienie. Błotnicka ożywiła go i przedstawiła opowieść, która młodym ludziom na pewno przypadnie do gustu. W publikacji Naszej Księgarni próżno by szukać tak modnej dziś w literaturze czwartej pogoni za skandalem czy sprzyjającymi promocji patologiami.

Agnieszka Błotnicka każe w tej powieści zetknąć się chłopcom z różnych środowisk. Janek jest mieszczuchem i sportowcem. Ceni wygodę, kocha piłkę nożną – jednak zamiast na obóz dla młodych piłkarzy jedzie z tatą do Kazimierza Dolnego. Przyczyna jest prozaiczna: słabe oceny. Dla wiecznie zapracowanego ojca wyjazd na wakacje bez laptopa też staje się karą. Syn właścicielki pensjonatu w Kazimierzu, Kuba, stanowi całkowite przeciwieństwo Janka – jest nieśmiały, niewysportowany i nietowarzyski – ten samotnik najbardziej kocha matematykę, a skoro wśród rówieśników nie znajduje zrozumienia dla swojej pasji, zamyka się w sobie. Kuba nie znosi „mięśniaków” i ludzi, którzy chlubią się pochodzeniem z wielkiego miasta. Na czas wakacji jednak skazany na Janka – jedynego rówieśnika – musi znaleźć sposób na porozumienie. Pierwszym aktualizowanym na nowo schematem będzie więc lekcja akceptacji. Błotnicka stopniowo pokazuje ewolucję bohaterów – od wzajemnej niechęci przechodzą oni do prawdziwej przyjaźni i pomocy. Janek i Kuba nie muszą sobie imponować, zabiegać o sympatię – zdarza się więc, że zdradzają sobie zwyczajne, codzienne problemy i znajdują na nie rady, przekonują się też do postaw, których wcześniej nie znosili. Autorka przypomina bez zbędnego tłumaczenia, że każdy jest na swój sposób wartościowy i nie warto uprzedzać się do drugiego człowieka, póki się go nie pozna.

Dwóch chłopaków i senne miasteczko (urokliwe obrazki z Kazimierza mogą być potraktowane jako zachęta do odwiedzenia przedstawionych w książce miejsc) – Błotnicka dodaje do tego wiszącą w powietrzu tajemnicę i najzupełniej typowe dla literatury tego typu śledztwo: zaczyna się od przypadkowo podsłuchanej rozmowy i notatki na serwetce. Żeby odnaleźć cudzoziemców, którzy snują dziwne plany, Janek i Kuba muszą wykazać się nie lada pomysłowością. Tu okazuje się, że dyskusja z kimś o odmiennych zainteresowaniach przynosi wiele dobrego: chłopcy znakomicie się uzupełniają i motywują do rozwiązania zagadki. Kuba pasjonuje się matematyką – autorka próbuje pokazać, jak przydaje się w życiu umiejętność logicznego myślenia. Ale w pewnym momencie wprowadza jeszcze jednego hobbystę: dziadek Kuby jest malarzem – i to on opowiada chłopcom o fałszerzach obrazów – dzięki temu rozwiązaniu może Błotnicka przemycić też trochę wiadomości z historii sztuki. Pierwiastek edukacyjny nie przyćmiewa fabuły, nie jest też ani trochę odpychający, w miejsce bowiem podręcznikowych relacji autorka proponuje zestaw ciekawostek, które przydają się potem w śledzeniu fabuły.

Agnieszka Błotnicka lekko odchodzi od skostniałego już – i wyśmiewanego dzisiaj schematu powieści detektywistycznej, w której młodzi ludzie są sprytniejsi niż całe zastępy dorosłych śledczych. Kuba i Janek zdobywają tyle informacji, ile są w stanie – lecz kiedy nie mogą dłużej radzić sobie bez pomocy dorosłych (bo jednemu z bohaterów grozi poważne niebezpieczeństwo), zwracają się do policjanta, a wiadomości od nich bardzo przydają się dorosłym. Autorka odchodzi od stereotypu nieudolnych policjantów – ci z „Kiedy zegar wybije dziesiątą” są naprawdę dobrzy w tym, co robią.

Osobne zagadnienia i zarazem wytchnienie od toczącego się śledztwa zapewniają sprawy obyczajowe – nieuchronne zetknięcie się z miejscową młodzieżą. Lider grupy, Łukasz, zgadza się (co zdarza się chyba tylko w powieściach) na zamianę złośliwości i docinków, jakimi obrzuca Janka i Kubę, na pojedynek sportowy z tym pierwszym. Ponadto w orbicie wpływów Łukasza pozostaje Ula, dziewczyna, która podoba się Kubie i która bardzo go onieśmiela. Rozmowy Kuby i Uli także zapisać należy po stronie sukcesów Janka.

Tym, co u Agnieszki Błotnickiej szczególnie cenne, okazuje się naturalność. Nie ma tu wymuszonych sytuacji, naciąganych wydarzeń i sztucznych dialogów. Jest dobrze wykreowany, wiarygodny (oczywiście jak na powieść detektywistyczną dla młodzieży) świat, jest również rewelacyjny drugi plan: Błotnicka portretuje gości z pensjonatu i poznanych w Kazimierzu Dolnym dorosłych z humorem i bardzo trafnie. Na uwagę zasługują zwłaszcza dwie starsze przyjaciółki, które stale dostarczają rozrywki mamie Kuby i tacie Janka. Humor sytuacyjny na wysokim poziomie to prawdziwa rzadkość, zwłaszcza w literaturze dla młodzieży. Błotnicka jest w swojej książce nieprzewidywalna, ale i spostrzegawcza.
„Kiedy zegar wybije dziesiątą” to pozycja klasyczna, powinna się pojawić w kanonie literatury czwartej – jako zbliżona do ideału powieść detektywistyczna.


piątek, 22 stycznia 2010

Camilla Morton: Dziewczyna na każdy dzień

Niebieska Studnia, Warszawa 2009.



Kulturowy misz-masz

Dawniej, na rodzimym rynku wydawniczym, taką rolę pełniły między innymi kalendarze „Przyjaciółki” – były to publikacje użytkowe, pełne porad, przepisów i podpowiedzi, uzależnianych od pory roku czy rozkładu dni świątecznych. „Dziewczyna na każdy dzień” Camilli Morton to współczesna wersja takiego kalendarza, uniwersalnego (to znaczy przygotowanego nie na konkretny rok) i kierowanego do młodych odbiorczyń oraz wielbicielek chicklitów. Jednocześnie tę obszerną pozycję potraktować da się jako doskonały przykład popkulturowego kolażu – w tomie znaleźć się może wszystko, a autorka stara się nie tylko komentować przemiany dotyczące mody, ale też przemycić trochę kultury wyższej.
„Dziewczyna na każdy dzień” przedstawia propozycje zajęć na konkretne dni roku. Camilla Morton odwołuje się do konkretnych wydarzeń z przeszłości (data śmierci artysty staje się zatem pretekstem do przypomnienia sobie jego dzieł – autorka poleca konkretne produkcje tak, by żadna z czytelniczek nie musiała podejmować samodzielnych poszukiwań). Fragmenty kultury wysokiej to między innymi odwołania do arcydzieł filmowych, ale i przedstawianie muzyki klasycznej (przedstawianie na różne sposoby, z uruchamianiem nie tylko zmysłu słuchu). Oczywiście nie brakuje i książek – Morton wybiera głośne dawniej powieści, przede wszystkim – powieści dla kobiet. Przybliża ich treść, opowiada o autorach, zachęca do lektury. Namawia nawet do tworzenia klubów czytelniczych, jednym słowem – próbuje stymulować odbiorczynie. Nie szkodzi, że „Sen nocy letniej” i „Mała księżniczka” zostały zrównane jako książki, które warto przeczytać – ważne, że sama idea sięgania po lektury się pojawiła.

Jest tu trochę wiadomości historycznych, a Camilla Morton wyraźnie ma ochotę odejść od nudnego, podręcznikowego języka: pozwala sobie na przefiltrowanie wiadomości przez styl kolokwialnej rozmowy. „Wiedeń został ocalony, hura!” – komentuje na przykład zwycięstwo nad Turkami. Obok literatury i historii (czy też po prostu przeszłości) trzecią ważną dla autorki sferą jest muzyka. Morton opowiada o dokonaniach różnych grup, odsyłając do konkretnych nagrań. Obszerną, chyba największą objętościowo część książki zajmują natomiast sprawy związane z modą oraz kwestie plotkarskie.

Camilla Morton zaskakuje ilością poruszanych wątków. Pisze o Einsteinie (wystarczy wiedzieć, że to synonim geniuszu – wyjaśnia czytelniczkom, na szczęście nie zatrzymuje się w tym punkcie), by zaraz zaproponować zrobienie kapelusza wielkanocnego. Rady, jak uczyć się języków obcych przerywa opowieścią o serwisach randkowych i ogłoszeniach towarzyskich. Wróżby sąsiadują tu z informacją, jak podrzucać naleśniki, a wzory CV z ciekawostkami o Hitchcocku (do najlepszych należy odpowiedź na pytanie, czego bał się twórca). Mówi autorka o pocałunkach i oscarach, o kupowaniu domu i krokach w moonwalk – trudno nawet zliczyć wszystkie kategorie tematyczne.

Odbiorczyni wpisana w tę książkę ma dwa oblicza: może to być młoda dziewczyna, która nie chce tracić czasu na naukę, chciałaby natomiast szybko zapoznać się z tematami, które pomogą jej zyskać szacunek i uznanie rozmówczyń – może to być także kobieta – czytelniczka babskich pism. Camilla Morton proponuje wiedzę w pigułce – i nawet objętość tej pigułki nie przeraża, bo przecież tematy zostały tu rozpisane na kolejne dni roku. Ważna wydaje mi się natomiast kreacja autorki – w „Dziewczynie na każdy dzień” naprawdę sporo jest humoru. Morton obiektywne wiadomości zamienia na zabawne i łatwe do przyswojenia fakty, między innymi dzięki dowcipnym komentarzom – z pewnością zyska sobie w ten sposób stałe grono wiernych odbiorczyń.

Warto zwrócić uwagę na wkład polskiego wydawcy: dołącza on w odpowiednim miejscu kalendarium imprez, na których warto w Polsce być, ponadto przystosowuje angielską wersję książki do naszych realiów, adresy internetowe wzbogaca o linki do stron w języku polskim, tym samym czyni książkę Camilli Morton bardziej praktyczną i użyteczną dla naszych pań. Publikacja ta została dostosowana do gustów szerokiej publiczności (żeńskiej części tej publiczności), lecz nie należy zapominać o jej zaletach – stylu, który poprawi humor, oraz nakłanianiu do zapoznawania się z dziełami kultury wysokiej. Camilla Morton pokazuje, że moda, plotki i arcydzieła nie muszą stać w sprzeczności ze sobą, a przenikanie się różnych poziomów kultury charakteryzuje współczesność. Można tę publikację przyjąć jako odpowiedź na zapotrzebowanie odbiorczyń, lub wynik ewolucji kolorowych czasopism oraz kalendarzy w wersji książkowej. Camilla Morton wie dobrze, jak odnieść sukces na rynku wydawniczym – jej książka ma szansę stać się bestsellerem.


czwartek, 21 stycznia 2010

Sorn Gara: Pan Toti

Skrzat, Kraków 2010.


Coś dla malucha

Żeby napisać książeczkę dla dzieci, wystarczy mieć dobry pomysł – nie trzeba zbytnio komplikować akcji ani silić na wymyślne kreacje bohaterów: prostota w zestawieniu z bajkową fabułką to w zasadzie połączenie wystarczające na dobrą historyjkę. Najwyraźniej Sorn Gara zdaje sobie z tego sprawę i swoją propozycją wpisuje się w cały szereg bajek „dobranockowych” – tworzy postać Pana Toti, małego człowieczka, który mieszka w pniu drzewa. Ponieważ autorka samodzielnie ilustruje swoje historyjki, czytelnicy mogą się bez trudu przekonać, że z „człowieczka” Pan Toti ma jedynie ręce i nogi (ewentualnie jeszcze postawę wyprostowaną) – wyrysowany na planie lekko koślawego trójkąta Pan Toti przypomina trochę Muminki, a naprawdę nie jest podobny do żadnego kreskówkowego bohatera: ot, oko, dwie dziurki w wydatnym nosie i kreskowy uśmiech – oto cały, maksymalnie uproszczony Pan Toti.

Siłą opowiastek, jakie proponuje Sorn Gara, tkwi jednak gdzie indziej – a mianowicie w pomysłowym operowaniu czarodziejskimi bajkowymi motywami. Autorka prowadzi fabułę najzupełniej naturalnie, do pewnego momentu. Potem wprowadza element nietypowy, element, który jest jednocześnie wyznacznikiem baśniowości – i który wprowadza zaskoczenie.

Ponieważ mamy do czynienia z cyklem historyjek, Sorn Gara dba o to, by wprowadzić powtarzalne motywy, nadające całości spójny charakter. Do takich klisz informacyjnych należy przedstawianie głównego bohatera – z początku każdej książeczki znajduje się krótkie wprowadzenie, które mieści opis Pana Toti. Pan Toti ma swoje stałe przyzwyczajenia i upodobania, odpowiednio w każdym tomiku eksponowane, co w książeczkach sprawia wrażenie spokoju.

Pan Toti to postać sympatyczna i miła – w propozycjach Skrzata nie ma złych uczuć i emocji, jedynym dopuszczalnym minorowym nastrojem, który pełni rolę katalizatora fabuły, jest lekki smutek: nawet obecność złośliwych bliźniaków nie zmienia ciepłego brzmienia tych opowiastek. Pod swoim domkiem Pan Toti ma kopalnię, w której szuka skarbów – z reguły wykopuje zaczarowane przedmioty, które stają się potem centralnym punktem fabuły. Ale w „Panu Toti”, chronologicznie najwcześniejszej części cyklu, ważniejsze wydaje się znalezisko Hehela, przyjaciela Pana Toti: z jajka, które wypadło z gniazda i trafiło pod troskliwą opiekę bohatera wykluwa się bowiem… prawdziwy smok. „Zielone, ogoniaste i skrzydlate” w miejsce spodziewanego, ślicznego i puszystego pisklątka będzie nie lada zaskoczeniem dla bohaterów. Tymczasem smok przeżywa ogromną tragedię – nie potrafi latać, mimo wykorzystania przez Hehela i Pana Toti wszelkich pomysłów – bajkowych (sprowadzenie inteligentnego ptaka jako nauczyciela) i kulturowych (patent Dedala). Na szczęście kopalnia pod domem bohatera mieści cały zestaw magicznych akcesoriów, które mogą pomóc w rozwiązaniu kryzysu.

W „Panu Toti” uwagę zwracają kolory rysunków. Jedynie przybliżenia co bardziej skomplikowanych drobiazgów są utrzymane w czarno-białej tonacji. Większość dużych obrazków ma przyciągać wzrok właśnie dzięki intensywnym (chociaż nie jaskrawym) barwom. Świat Pana Toti wzorowany jest na ludzkim, różni się jednak od niego, i to znacznie, w wielu szczegółach: drzewa bajkowej krainy mają raczej fantastyczne kształty (mimo że wszystko w tej historyjce utrzymane jest w formach jak najprostszych).
„Pan Toti” ma dobranockowy – i może nieco kreskówkowy – charakter. Nadaje się jako lektura na dobranoc dla kilkulatków, a także jako zwyczajna książeczka do czytania na co dzień.


środa, 20 stycznia 2010

Kathleen Duey: Święte blizny

Akapit Press, Łódź 2009.


Uczniowie czarnoksiężnika

Są książki, do których po lekturze ma się wiele uwag, są i takie, w których najlepszym komentarzem staje się pełne podziwu milczenie po ustaniu narracji. I powieść „Święte blizny”, drugi tom cyklu „Wskrzeszenie magii”, taką właśnie ciszę odbiorców może wywołać. Kathleen Duey wspięła się bowiem ponownie na wyżyny pisarskiego kunsztu i zaproponowała nie tylko intrygującą fabułę, ale i piękną narrację (tym razem Emilia Kiereś uniknęła stylistycznych niezręczności, przytrafiły się jej może ze trzy literówki, ale to już niegodna wzmianki kwestia – trzeba natomiast podkreślić, że tłumaczka także ma swój ogromny wkład w płynną, urzekającą relację). „Święte blizny” absolutnie nie rozczarowują – to nie chwyt marketingowy czy reklama, to autentyczny podziw: druga część „Wskrzeszenia magii”, chociaż nie zapewnia czytelniczego spełnienia, przynosi lekturę, o której trudno zapomnieć.

Kathleen Duey bez niepotrzebnych wprowadzeń i wplatanych w fabułę streszczeń przedstawia dalsze losy rozdzielonych paroma stuleciami bohaterów. Uczniów akademii czarnoksiężników czekają coraz trudniejsze zadania – skazani na samotność, skłóceni chłopcy rozpaczliwie próbują przetrwać. Hahp, narrator tej części książki, obok mściwych fantazji związanych z unicestwieniem swojego ojca, doświadcza niewyobrażalnych zjawisk, obmyśla też sposób pomocy kolegom – i sobie. Ma nadzieję na zniszczenie akademii. Dwieście lat wcześniej wydarzenia przebiegają nie mniej dramatycznie: Sadima nie może znieść faktu, że jej ukochany, Franklin, nie potrafi wyzwolić się spod mocy Somissa. Kopiuje dla czarnoksiężnika pieśni – a ponieważ umie już czytać, przygotowuje też wersje dla siebie. Kobieta nie zgadza się na okrutne traktowanie kandydatów na czarnoksiężników – planuje ucieczkę.

To początek historii, nie będę zdradzać fabuły, żeby nie odbierać przyjemności śledzenia dwutorowej fabuły odbiorcom – nie tylko rekrutującym się z młodzieży. Po książki Kathleen Duey sięgnąć mogą także dorośli. Autorka pozostawiła znany z pierwszej części rytm powieści: bardzo krótkie rozdziały prezentują na przemian sceny dziejące się w wykutych w skale korytarzach i grotach akademii Somissa i – z życia Sadimy. Te pierwsze poznają czytelnicy z relacji Hahpa, te drugie przytacza wszystkowiedzący narrator. Nie różnią się one poetyką (choć ich dopracowanie w szczegółach może się podobać: kiedy Sadima traci pamięć i świadomość tego, kim była, pojawia się w rozdziałach jako „ona”: wszystkie są utrzymane w pięknej, melodyjnej, lekko baśniowej tonacji. Na temat brzmienia tej prozy można by napisać osobną rozprawę – na niewielkiej przestrzeni poszczególnych rozdziałów Duey, a za nią Kiereś, nie potrzebują nadużywać słów, tu nie ma miejsca na literacki rozbieg – precyzyjne i oszczędne sformułowania okazują się jednak nad wyraz malownicze, synestezyjne i wciągające odbiorców w sam środek przekazywanej właśnie historii.

Magia „Świętych blizn” polega także na spójności tekstu – rozczłonkowanie dwóch relacji w niczym tu nie przeszkadza. Przenikanie się obu płaszczyzn, dyskretne i skrywane, daje czytelnikom namiastkę powieści detektywistycznej. Autorka wprowadza motywy rodem z thrillerów, za podstawę fabuły przyjmując strach i determinację bohaterów. Całość zamyka w powieści fantasy. W „Świętych bliznach” pojawia się też, po raz pierwszy tak wyraźnie, konflikt polityczny – przedstawiciele dwóch skłóconych ze sobą wyznań mają silny wpływ na przemiany społeczne, a i na losy postaci. Sporo tu motywów i rozwiązań baśniowych, ale nie proponuje autorka prostych rozgraniczeń na dobro i zło: sytuacje, które nie podlegają jednoznacznym ocenom pchają ten tom w kierunku powieści psychologicznej. Ilość moralnych problemów i nierozstrzygalnych kwestii jeszcze podnosi wartość książki.

Kathleen Duey konstruuje swój świat, zaludniany przez czarnoksiężników i zielarki, znające pieśni na wszystkie problemy człowieka, konsekwentnie i bez niepotrzebnej nerwowości. Kolejne zmiany i modyfikacje wprowadza stopniowo, przyzwyczajając odbiorców do prawideł, jakie rządzą powieściową krainą. Dzięki takim rozwiązaniom – jakkolwiek banalnie by to nie brzmiało – nawet czytelnicy niechętnie nastawieni do historii fantasy znajdą w „Świętych bliznach” coś dla siebie.

Jednocześnie powieść Kathleen Duey może być uznawana za historię o dojrzewaniu oraz poznawaniu siebie. Bohaterowie wciąż muszą walczyć z własnymi słabościami i nauczyć się, jak przetrwać. Zawierają ze sobą tajne pakty, mimo zakazów groźnych czarnoksiężników, rozwijają pomysłowość i otwierają się na nowe doznania. „Święte blizny” zasługują na uwagę.

wtorek, 19 stycznia 2010

Garth Stein: Sztuka ścigania się w deszczu

Galaktyka, Łódź 2009.


Enzo, pies, który (nie) mówi

Książki z półki powieści obyczajowych obliczonych na wywołanie silnych wzruszeń odbiorców są zwykle przyczyną mojej nieufności. Znajomość warsztatu i standardowych rozwiązań pisarskich sprawia, że mam ochotę kwestionować pomysły fabularne – lecz mimo rozmaitych zastrzeżeń do tego quasi-gatunku muszę przyznać, że „Sztuka ścigania się w deszczu” i tak robi wrażenie – jeśli ktoś szuka nieco bardziej oryginalnego wyciskacza łez, dającego nadzieję, powinien wybrać właśnie tę publikację.

W zasadzie przebieg akcji nie przykuwałby pewnie uwagi – scenariusz jest tu dość schematyczny (nieprzypadkowo używam określenia „scenariusz”, książka ma w sobie gotowy materiał na film): Denny jest szczęśliwym mężem Eve, rodzi mu się też córeczka, Zoe. Eve jednak zaczyna poważnie chorować, lecz unika lekarzy, bojąc się, że kiedy trafi do szpitala, już go nie opuści. Okazuje się, że ma raka mózgu. Umiera, a wtedy jej rodzice odbierają Denny’emu Zoe, którą wcale nie potrafią się dobrze zaopiekować. Rozpoczyna się dramatyczna walka ojca o kilkuletnią córkę: problemy finansowe oraz oskarżenia o pedofilię i gwałt (rzucane na Denny’ego przez rozczarowaną piętnastolatkę) stanowią tło dla opisu ogromnej miłości, siły i determinacji. Tyle że w „Sztuce ścigania się w deszczu” chodzi o coś innego: narratorem i głównym bohaterem, świadkiem i uczestnikiem wydarzeń jest Enzo, pies nierasowy (choć zdjęcie na okładce sugerowałoby coś innego), za to bardzo inteligentny. To Enzo opowiada całą historię, dodatkowo opatrując ją aforystycznymi stwierdzeniami na temat świata ludzi. Elementem uatrakcyjniającym opowieść jest zajęcie Denny’ego – mężczyzna pracuje jako kierowca wyścigowy, a swoją pasją zaraża psa – prawdziwego i oddanego przyjaciela.

Enzo wie, co się dzieje. Widzi i obserwuje, rozumie wszystko i często żałuje, że jedynym sposobem komunikowania się z ludźmi stają się zrozumiałe dla nich (chociaż nie zawsze) gesty. Zresztą Garth Stein trochę upraszcza możliwość porozumiewania się człowieka i jego czworonoga – wprowadzając specjalny kod – dwa szczeknięcia znaczą „szybciej” i nikt nie dziwi się, że Enzo wie dokładnie, co proponuje mu jego pan. Pies jest tu powiernikiem tajemnic, ale i opiekunem – kiedy Eve po powrocie ze szpitala panicznie boi się, że umrze, pierwszej nocy na jej prośbę skierowaną bezpośrednio do zwierzaka – to Enzo czuwa przy niej i zapewnia jej spokój. Enzo wyraża swoje oddanie gestami, które nie zawsze mogą zostać właściwie zinterpretowane przez ludzi. Czworonożny narrator jest pewny, że psy po śmierci mogą wrócić na ziemię, już w ludzkiej postaci – dlatego nie boi się odejścia, a nawet momentami pragnie go. Wierzy, że spotka Denny’ego i będzie mógł z nim porozmawiać.

Dużo tu tanich tricków, chwytów przewidywalnych i punktów, które mają zrobić wrażenie na co wrażliwszych odbiorcach, ale jest też trochę humoru i pomysłowości. Całkiem sporo jest refleksji na temat wyścigów samochodowych, w których zadziwiająco łatwo będzie znaleźć analogię do codziennego życia. Wiele wykorzystanych klisz, schematów fabularnych i tematów potraktowanych jest jak klocki, z których po prostu układa się opowieść. Sam pomysł prowadzenia narracji z punktu widzenia zwierzęcia, myślącego jak człowiek, także nie jest przecież odkrywczy. A jednak „Sztuka ścigania się w deszczu” to dobra powieść obyczajowa. Jej siła polega nie na literackości czy dramaturgii, ale na ładunku emocjonalnym i wplatanych tu i ówdzie w opowieści celnych spostrzeżeniach na temat kondycji człowieka.

Garth Stein walczy o to, by oddanie głosu psu nie wiązało się z infantylizacją całej książki – być może stąd bierze się sięganie po „mocne” (choć i przewidywalne) motywy. Wydaje mi się jednak, że najbardziej istotnym wątkiem tej publikacji jest nie oczywista wierność zwierzęcia, a wytrwałość i niewyczerpana energia jego pana. Enzo w trudnych chwilach stara się być przy Dennym i wspierać go, ale to mężczyzna pokonuje dzielnie kolejne przeciwności losu i nie załamuje się, chociaż traci właściwie wszystko. Współczesny Hiob nie zostaje sam, a Enzo także ma swoje problemy. Drugim tematem niemożliwym do pominięcia będzie w „Sztuce ścigania się w deszczu” przyjaźń łącząca psa i człowieka – lecz to dla miłośników zwierząt motyw chyba najzupełniej naturalny, nie ma sensu pisać o nim w recenzji.

W serii „Zapach pomarańczy” Galaktyki bohaterowie poddawani są rozmaitym próbom, z których powinni wyjść zwycięsko, by optymizm historii równoważył wszelkie troski. Garth Stein wpisuje się w ten cykl swoją powieścią bardzo dobrze.


poniedziałek, 18 stycznia 2010

Ida Pierelotkin: Pepa, nie świruj!

Nasza Księgarnia, Warszawa 2010

Nastolatki na wesoło

Wydana w skoroszytowej serii (serii „ze sprężynką”) powieść Idy Pierelotkin różni się od innych książek cyklu – różni się znacznie, bo „Pepa, nie świruj” to bardziej parodia powieści dla dziewczyn niż typowa powieść tego typu. Autorka jawi się bardziej jako prześmiewczyni stylu i ironistka niż jako zwyczajna pisarka dla młodzieży. W tomie „Pepa, nie świruj!” kpi sobie z sentymentalnych narracji, bawi się konwencjami, a przy tym proponuje młodym odbiorcom (to nie historia „tylko dla dziewczyn”) dynamiczną i ciekawą opowieść – jeśli oczywiście czytelnicy będą chcieli z przymrużeniem oka spojrzeć na swoich rówieśników – Ida Pierelotkin nie proponuje stylu przezroczystego jej rytm narracji, logoreiczny, potoczysty i przegadany – przekuwa uwagę. Skłonność do przesady jest widoczna na każdym kroku: w doborze imion i nazwisk wszystkich, nawet epizodycznych bohaterów, w kreacjach nietuzinkowych postaci (jedna z przyjaciółek marzy o tym, by skończyć studia prawnicze i tańczyć zawodowo w nocnych lokalach), w bezkompromisowych ocenach zachowań nastolatek (krytyce już na pierwszych stronach podlega używanie błyszczyka, potem – zadurzanie się w aktorach czy namiętność do seriali). Zdecydowanie Wandzia Pliszka, narratorka i jedna z pięciu bestkumpelek, to silna osobowość – ma własne zdanie i nie da się przekonać do zachowań stadnych. Jest indywidualistką (jak jej przyjaciółki) i z pewnością nie będzie ulegać złym wpływom otoczenia. Z ironii i przekąsu czyni tarczę, przez którą niełatwo się przebić. Większość zachowań jest tu mocno przerysowana, wyostrzona, by odbiorcy mogli poobserwować siebie w krzywym zwierciadle. Sporo tu okazji do śmiechu – zresztą dwie dziewczyny są wielbicielkami kabaretu, Ida Pierelotkin sygnalizuje tu kilka utworów stworzonych przez Jeremiego Przyborę, Władysława Sikorę i Jana Kaczmarka, sama pokusiła się o całkiem udaną parodię Leśmiana – ma więc poczucie humoru i okazuje je na każdym kroku.

W książkę wpisane są typowe dla nastolatek problemy – kłopoty z młodszym rodzeństwem (chociaż udała się autorce kreacja pięcioletniego Pawełka, to chyba najjaśniejszy punkt powieści), rozterki sercowe i sprawy związane z modą – ale powalczyła i pisarka o czystość językową, przy okazji wprowadzając też wiadomości o oryginalnym i twórczym muralu. Z każdej strony tej książki wyłania się dowcip, czasem nieco wymuszony dla starszych odbiorców, ale mimo to niezły. Przez żart przefiltrowane są codzienne troski – to może być atut powieści Idy Pierelotkin, ale również, dla przywiązanych do tradycyjnej historii dla dziewczyn odbiorczyń – jej największa wada.

Autorka pisze swą historię tak, jakby właśnie ukończyła kurs creative writing i w praktyce sprawdzała, dokąd poprowadzi ją wybujała, puszczona wolno wyobraźnia. Liczy się nie precyzyjnie konstruowana fabuła i prawdopodobieństwo prezentowanych wydarzeń, a ich wyrazistość, podkreślona jeszcze zamaszystą, odważną narracją. Wszystko zależy od tego, czy odbiorcy uwierzą Idzie Pierelotkin w tak ogromne i nieskrywane pokłady ironii u ich rówieśniczki – jeśli tak, książka odniesie sukces. Niezależnie od tych ocen spodoba się wszystkim zmęczonym łzawymi opowiastkami: Wandzia Pliszka również przechodzi okres buntu – tyle że jej sprzeciw wyraża się w drwinie, nie w smutku. Proponuje Pierelotkin coś nowego, odświeża konwencję przez śmiech i kreatywne pisanie. Co z tego wyniknie? Nie wiem, ale książka mi się podobała.

Wandzia, Pepa, Mela, Karina oraz Ziu mają mnóstwo niezwykłych pomysłów, które bez wahania wcielają w życie. Ich barwna przyjaźń pozwoli czytelnikom na chwilę oderwać się od zwyczajnych zmartwień i może przyczyni się do poprawy nastrojów. Z pewnością „Pepa, nie świruj!” to pozycja wyróżniająca się w biblioteczce nastolatków – traktowanych tym razem jako odbiorcy ambitni, zdolni do wychwycenia drugiego dna relacji, do odszyfrowania sygnałów ironii i kpin. Ida Pierelotkin nie pisze banalnie, banał przekształca za to na tworzywo opowieści, po którą warto sięgnąć.

niedziela, 17 stycznia 2010

Hanna Kowalska-Pamięta: Wspomnienia kury domowej

Skrzat, Kraków 2009.


Traktat o dzieciach


W zasadzie tytuł książki Hanny Kowalskiej-Pamięty nie obiecuje nic i jeśli ktoś poczuje się po lekturze rozczarowany, to tylko i wyłącznie jego wina – że przyjął słowa „Wspomnienia kury domowej” jako przewrotną zachętę do zagłębienia się w treść tej pozycji. Tymczasem „Wspomnienia kury domowej” to po prostu wspomnienia kury domowej, nie ma w tym żadnej filozofii i żadnego drugiego dna, żadnego mrugnięcia okiem do odbiorcy i żadnej obietnicy. W dodatku sama autorka chyba nie do końca wie, w jakiej konwencji chciała tworzyć – i w efekcie powstała dziwaczna hybryda, niewyraźna i lekko mdła. Z jednej strony mamy bowiem opowieści matki, wpatrzonej w swoje małe córki i zachwycającej się nimi na każdym kroku (matka od czasu do czasu przypomina sobie, że kiedyś lubiła czytać, a że jest z wykształcenia polonistką, bez przerwy poprawia swoje dzieci – niestety sama nie kontroluje własnych wywodów i raz po raz wymyka się jej puste znaczeniowo „fajnie”). Z drugiej strony są tu zalążki kryminału i thrillera, gdyby zebrać je razem, zajęłyby może pięć stron. Z trzeciej – pobrzmiewa gdzieś w tle obyczajówka. Wszystko jednak zdominowane zostało przez opowieści o dzieciach.

„[…] jestem specjalistką od własnych dzieci, mogłabym o nich napisać pracę doktorską […]. Ale już inne maluchy stanowią dla mnie średnio interesującą zagadkę” – tak pisze Kowalska-Pamięta już na początku opowieści. Jak się okazuje, faktycznie o swoim potomstwie tworzy coś w rodzaju beletrystycznej dysertacji, zapominając o drugiej części wypowiedzi: nie wiadomo z jakich przyczyn uznaje, że historia o dokonaniach jej córek będzie interesować czytelników. W związku z tym „Wspomnienia kury domowej” przeładowane są dialogami kilkulatek, z całym specyficznym dziecięcym sposobem mówienia – przedzieranie się przez owe rozmowy miałoby sens, gdyby kończyły się one jakąkolwiek puentą, oryginalną obserwacją czy żartem – tymczasem nic takiego tu nie ma miejsca, to po prostu wata słowna lub zapis cenny dla samej autorki, dumnej z dzieci – dziewczynek zwyczajnych, absolutnie nie genialnych czy nietypowych.

Żeby ożywić relację, autorka wprowadza mroczny motyw: jedna z córek znajduje portfel. Mąż kury domowej ów portfel zabiera i oddaje temu, kto się po niego zgłosił, rzucając w przestrzeń tajemnicze i niejednoznaczne uwagi. Ludzie spotykani w autobusie oraz panie przedszkolanki sugerują, że dzieje się coś dziwnego, a córka bohaterki wciąż opowiada o Natalce, której wyraźnie się boi – tak przedstawia się w ujęciu Kowalskiej-Pamięty thrillero-kryminał. Budowane z wyrwanych z kontekstu spostrzeżeń, raz na dziesięć stron, frazy mają zastąpić kunsztownie plecioną intrygę. Książka pełna jest niedopowiedzeń – a przy tym autorka rozwodzi się nad nieistotnymi sprawami (przed owadem, którego bierze za szerszenia, kura domowa zamyka się w łazience i przez kilka kartek panikuje w kółko na jeden temat). Autorka wciąż popada w dygresje, które w kontekście całości nic nie znaczą i nie powinny się tu w ogóle pojawiać. Nie umie zachować proporcji, ani zaakcentować tego, co mogłoby być istotne dla rozwoju fabuły, zamiast tego wciąż opisuje rozmowy z dziećmi.

Obiecywałam sobie, że nie będę już w recenzjach tomów Skrzata powracać do kwestii korekty (a raczej pseudo-korekty) w wykonaniu Joanny Skóry, z jakichś powodów wydawnictwo nie rezygnuje z jej – wątpliwej jakości – usług. Pominę zatem kwestie interpunkcji, szafowanie cudzysłowami czy nonszalancję w zapisie głosek nosowych na końcach wyrazów (najwyraźniej Skórze wszystko jedno – e czy ę, a czy ą – czytelnik i tak się domyśli, o co chodzi), pominę sferę stylistyki, niepotrzebnych powtórzeń czy nietrafionych synonimów, pominę nawet fakt, że bohaterów nie może trafiać szlak (bo szlak nigdy nikogo nie trafił, raczej, odpowiednio wybrany, pomoże gdzieś trafić, szlag mnie trafia na takie niedbalstwo) – ale nie przepuszczę sprawy dialogów. Joanna Skóra wstawia (lub nie poprawia, co na jedno wychodzi) dodatkowe entery po komentarzach przydialogowych, kiedy wypowiadająca się postać nie skończyła jeszcze kwestii. W zwyczajnym świecie po kropce z wyjaśnienia wstawia się spację, myślnik i spację – i podaje dalej słowa tego samego bohatera. Z niepojętych przyczyn Joanna Skóra traktuje kontynuację wypowiedzi jako wypowiedź nowej postaci – i beztrosko zaczyna tę wypowiedź w kolejnej linijce, od akapitowego wcięcia. Parę razy zmyli tym odbiorców, ale w końcu to nie mój problem. Po tym, jak w liczącej kilkanaście stron (a kilkadziesiąt zdań) książeczce dla dzieci odkryłam przepuszczone przez Skórę błędy, będę tylko dbać, by w przyszłości nie sprawdzała „korektorka” Skrzata moich tekstów. A Skrzatowi życzę jednak lepszych pracowników – nie dla wszystkich zasady ortografii i interpunkcji są tajemnicą.

Wracając do samej powieści – jeśli któraś z czytelniczek nie uważa macierzyństwa za największe osiągnięcie kobiety, jeśli nie lubi zachwycać się cudzymi dziećmi – lepiej niech sobie ze „Wspomnieniami kury domowej” da spokój.

sobota, 16 stycznia 2010

Romek Pawlak: Czapka Holmesa

Akapit Press, Łódź 2009.


Szkolny detektyw

Powieści kryminalne dla dzieci i młodzieży można podzielić na te, w których autorzy skupiają się na konstruowaniu przemyślnej intrygi i na te, w których pracy detektywistycznej towarzyszą dyskutowane niekoniecznie na marginesie kwestie obyczajowe. Romek Pawlak, autor „Czapki Holmesa” skłania się ku temu drugiemu nurtowi i w swojej książce przemyca całkiem sporo ważnych dla młodych ludzi kwestii. W prezentowaniu szkolnego świata zbliża się ostrożnie do Niziurskiego, lecz nie sięga po lekki humor, zmierza raczej w kierunku uświadamiania odbiorcom niewesołych prawd codzienności. Zwraca uwagę na te sfery zachowań dorosłych, które nie pozostają bez wpływu na młodych ludzi, porusza tematy szczególnie ważne dzisiaj, w dobie emigracji zarobkowej. Romek Pawlak zwraca uwagę na patologie i źródła kłopotów czy zmartwień dzieci, a jednocześnie nawiązuje do niemal klasycznych tematów w opowieściach literatury czwartej, należących do nurtu detektywistyczno-kryminalnego.

Wszelkie intertekstualia są tu dobrze zamaskowane. Romek Pawlak nie popisuje się erudycją, pozoruje relację prawdziwą, wolną od fikcyjności i międzytekstowych kodów, ale w planie treści i w samej słownej warstwie narracji da się sporo nawiązań odkryć.
„Czapka Holmesa” udaje zatem prostą historyjkę z życia wziętą. Spory nacisk kładzie Romek Pawlak na kwestie społeczne, nakreśla kilka charakterystycznych środowisk i typów postaci. Po pierwsze, zatrzymuje się nad rodzinami rozdzielonymi przez emigrację zarobkową: tata Marcina jest w Anglii i nie ma zamiaru wracać – wobec takiego postawienia sprawy mama Marcina zaczyna się spotykać z innymi mężczyznami, z oczywistych względów ukrywając to przed chłopcem i skazując go na szok oraz rozmaite domysły. Krzysiek, kolega Marcina, ma ojca alkoholika i pijących braci. Na osiedlu i w szkole dręczy Marcina herszt podwórkowej bandy, niejaki Karczycho – wobec którego nauczyciele i ludzie są bezradni. Obrazu dopełniają barwne dalszoplanowe postacie – tajemniczy Chrzanowski, który okazuje się świetnym opiekunem, czy pewien sympatyczny malarz – prawdziwy przyjaciel młodzieży.

Sprawa, dość pospiesznie nakreślona, stanowi oś fabularną tomu: oto na osiedlu Marcina pojawia się dziwna postać, Czarny Zając. Obecność Czarnego Zająca nastolatki łączą sobie ze zniknięciem jednej z dziewczynek. Jeżeli kryje się za tym Czarny Zając, dzieci są w niebezpieczeństwie. Marcin, lubujący się w kryminalnych zagadkach, postanawia rozwiązać ten problem – to zresztą jedyna szansa, by mieć chwilę wytchnienia od Karczycha. Odnoszę wrażenie, że Romkowi Pawlakowi motyw Czarnego Zająca posłużył przede wszystkim jako pretekst do przedstawienia trosk zupełnie zwyczajnego nastolatka. Świetnie poradził sobie autor z rodzącą się między Marcinem i Krzyśkiem przyjaźnią, opartą na pełnej szczerości i możliwości polegania na sobie – dla obu chłopców ten niespodziewany dar stanowi oparcie i źródło spokoju. Bohaterom łatwiej we dwójkę mierzyć się z przeciwnościami losu – jest im też raźniej. Ładnie Romek Pawlak naszkicował również kiełkujące zauroczenie Marcina pewną Agnieszką – widać tu oczytanie w „klasycznych” powieściach tego gatunku, ale także znajomość dziewczęcej psychiki – Pawlak nie potyka się na drobiazgach, jest przekonujący i szczery. Na uwagę zasługują szkolne opowieści i złudna pewność dorosłych (rodziców, wychowawców i nauczycieli), że są w stanie zaradzić awanturom i ujarzmić chuliganów, terroryzujących młodsze dzieci. Marcin doskonale wie, że sam musi uporać się z Karczychem – pomaga mu w tym przypadek (trzeba przyznać, dobrze przez autora wypracowany), ale Romek Pawlak uświadamia młodym odbiorcom, że zna ich kłopoty. Całej historii patronuje Sherlock Holmes, dla piątoklasisty Marcina postać niezwykle ważna.

Jeszcze w paru miejscach zdarzyły się lekkie przeskoki rytmu tej prozy, ale w „Czapce Holmesa” Romek Pawlak udowadnia, że potrafi pisać interesujące powieści dla młodzieży: udało mu się w książce połączyć dobrą, przejrzystą narrację, ciekawą fabułę i cały zestaw społecznych portretów – w ten sposób zaproponował czytelnikom książkę nawiązującą do klasyki, a przy tym aktualną i potrzebną.


piątek, 15 stycznia 2010

Philip Roth: Operacja Shylock. Wyznanie

Czytelnik, Warszawa 2009.


Dwie strony lustra

Na książki Philipa Rotha czekam zawsze z niecierpliwością – nie ze względu na ich tematykę, która momentami schodzi nawet na dalszy plan, ale za sprawą rewelacyjnych narracji, które nie tracą nic w tłumaczeniu. Niepowtarzalny, a i trudny do podrobienia rytm prozy Rotha staje się czynnikiem przyciągającym wielu czytelników, nawet jeśli nie uświadamiają sobie oni przyczyny sięgania po te powieści. Nie bez znaczenia pozostają również dwa głośne tematy, które przez książki Rotha przewijają się nieustannie – kwestia seksu oraz sprawy związane z byciem Żydem – jak się łatwo domyślić, już nacisk kładziony na te motywy przysporzyłby autorowi popularności: bezkompromisowy sposób prowadzenia narracji, a i odważne rozwiązania fabularne to cechy dla pisarstwa Rotha znamienne. Teoretycznie przezroczysty styl w rzeczywistości okazuje się relacją, która opływa czytelnika i wciąga go w głąb przedstawianej akurat historii.

W „Operacji Shylock” Roth gra motywami, zestawiając ze sobą płaszczyznę prawdy i fikcji. Tłem dla opowieści staje się proces nazistowskiego zbrodniarza, oprawcy z Treblinki, Johna Demianiuka. Wątek ten pisarz rozbudowuje o wizerunek syna oskarżonego – to dla potomka Demianiuk nie może przyznać się do przeszłości. Syn Demianiuka mógłby być natomiast łatwym celem dla tych, którzy chcieliby się zemścić za doznane krzywdy – to druga ścieżka wplątana w fabułę. Kanwę utworu stanowi natomiast kwestia katoptryzmu: Philip Roth, bohater i alter ego autora, wychodzi właśnie z depresji, w którą wpędził go zażywany lek na uspokojenie. Niespodziewanie dowiaduje się, że w Izraelu pojawił się osobnik podający się za niego samego – za Philipa Rotha, pisarza. Tajemniczy mężczyzna propaguje ideę diasporyzmu – chce, by Żydzi rozproszyli się po świecie, zamieszkali w różnych krajach (między innymi – by powrócili do Polski, tam, gdzie przed II wojną światową mieszkali ich krajanie – o tym projekcie fałszywy Roth rozmawia w powieści z Lechem Wałęsą). Rozważania na temat żydowskiej tożsamości wypełniają sporą część książki. Także motyw sobowtóra autor rozwarstwia, wyłuskując z niego drobniejsze wątki. Co ciekawe, sam Roth odsuwa możliwość interpretowania tego zagadnienia przez psychoanalityczne koncepcje – modyfikuje tradycyjne obrazy katoptryzmu i w swojej powieści dba o to, by nie dało się w odbiorze stosować oczywistych rozwiązań i schematycznych odczytań.

W „Operacji Shylock” Philip Roth sięga po rozmaite sposoby wypowiedzi i łączy ze sobą różne literackie konwencje. Jako mistrz dialogu, posługuje się często kunsztownie budowanymi dialogami, rozmowy stają się w tej powieści nośnikiem informacji, a i popisem literackim. Pojawia się również cały zestaw quasi-gatunków, Roth z łatwością porusza się między różnymi formami, czerpie z powieści psychologicznej, thrillera, powieści politycznej, całego zestawu gatunków prasowych, które przekuwa na literaturę piękną. W tym tomie, obszerniejszym niż większość propozycji Rotha, widać dobrze mechanizm pisania: autor rozszczepia kolejne zagadnienia i rozwija opowieść wielotorowo. Osobnym tematem będzie parodia i satyra – raczej rzadki u amerykańskiego twórcy, przykładem dowcipu Rotha jest choćby konwencjonalny zapis o fikcyjności wydarzeń (przytoczony wcześniej i skomentowany odpowiednio w samej książce). Mało tego – „Operacja Shylock” zdradza kunszt autora ułożeniem rozdziałów: w pierwszej części dwa ostatnie rozdziały są lustrzanym odbiciem dwóch pierwszych, granica lustra przebiega w rozdziale trzecim. Roth bawi się w ten sposób nie tylko treścią, ale i korespondującą z nią formą. Wszystko to czyni dyskretnie, tak, że strukturę powieści odkrywa się stopniowo, co daje dodatkową satysfakcję odbiorcom. Powraca w książce także kilka uwag na temat autotematyzmu – Roth, choć pozornie trzyma się jednego tematu, naprawdę prowadzi wiele równoległych opowieści, co czyni „Operację Shylock” lekturą frapującą.


czwartek, 14 stycznia 2010

Grace Dent: Sekretnik. Moje zwariowane wakacje

Nasza Księgarnia, Warszawa 2010.



Dzisiejsza młodzież

Współczesna literatura czwarta coraz częściej odrzuca tradycyjne motywy i klasyczne rozgraniczenia na dobro i zło, próbuje szokować i zaskakiwać, z jednej strony w celu wkupienia się w łaski odbiorców o rosnących wymaganiach, z drugiej najprawdopodobniej dla wywołania medialnego skandalu, który idealnie przysłużyłby się promocji. Grace Dent swoją serią „Sekretnika” prawdopodobnie stara się zrealizować oba te założenia – pytanie tylko, czy uda jej się przekonać do lektury odbiorczynie, do których „Moje zwariowane wakacje” kieruje.

Shiraz Bailey Wood, już pełnoletnia, leci z trzema przyjaciółkami na dwutygodniowe szaleństwa na Ibizie. Planuj nieustającą zabawę (choć przedtem musi wykonać szereg okropnych czynności, jak choćby poddanie się zabiegowi usunięcia włosów łonowych), na Ibizie chce zapomnieć o chłopaku, z którym się rozstała, czy o tym, że straciła pracę przy smażeniu jajek. Liczy się tylko perspektywa wakacji. Wakacji, podczas których jedna z jej przyjaciółek zajdzie (po raz drugi) w niechcianą ciążę i nie będzie wiedziała, z kim, a druga zadurzy się w dilerze narkotyków (co wpędzi ją potem w niemałe problemy). Dwa imprezowe tygodnie na Ibizie nie wystarczą i Shiraz, zamiast wrócić do domu, podejmie pracę w nocnym klubie. Od dawna słyszała, że ludzie z jej dzielnicy nie mogą niczego w życiu osiągnąć, ma tego dowody na co dzień: część znajomych siedzi w więzieniu, a jej własny brat zakłada gang, przez co ciągle przywozi go do domu policja.

Grace Dent stworzyła mieszankę patologii i wulgarności (choć bez brukowych wyrażeń) w rzadko spotykanej w książkach dla młodzieży skali. Odchodząc od wzorców postępowania, zaproponowała antyprzykład: niewiarygodnie głupie dziewczyny bez wyobraźni i ambicji interesują się wyłącznie seksem i alkoholem, chłopaków oceniają natomiast przez zawartość ich portfeli. Bohaterki nie mają za grosz odpowiedzialności (i rozumu). Nie brakuje dziś takiej młodzieży, lecz nie jestem pewna, czy amatorki tego akurat sposobu bycia sięgną po jakąkolwiek książkę. Inna sprawa, że „Moje zwariowane wakacje” przez pocztę pantoflową mają szansę stać się bestsellerem. Powieść została bowiem napisana slangiem dzisiejszych nastolatek, Anna Nowak, tłumaczka, zasługuje na uznanie: dobrze podsłuchała ów żargon. W „Sekretniku” uderza rewelacyjny pastisz sposobu porozumiewania się młodych dziewczyn pokroju postaci. Pełno tu wykrzyknień (sygnały emocjonalności przekazała Grace Dent przez frazy zapisywane wielkimi literami), mnóstwo kolokwializmów. W imitowaniu mowy potocznej nie ma za to sztuczności ani przesady – dlatego też „Sekretnik” ma szansę znaleźć uznanie wiernych czytelniczek „Bravo Girl”. Utrzymany jest w konwencji pamiętnika – co usprawiedliwia chyba wszystkie rozwiązania narracyjne. Co ciekawe, momentami wydaje się, że Shiraz ma nie osiemnaście, a jedenaście lat – posługuje się tymi samymi chwytami, co jej młodsze książkowe koleżanki. Gdyby nie tematyka i ogromna dawka „zakazanych” tematów, wypływających na każdej stronie, można by przypuszczać, że „Sekretnik” opowiada o przeżyciach jeszcze jednej małej angielskiej dziewczynki, przeciw której sprzysiągł się świat. Emocjonalność Shiraz plasuje się zresztą na poziomie przeżyć dziecka.

W „Moich zwariowanych wakacjach” wódka leje się strumieniami, a szczytem intelektualnych rozważań staje się pytanie o atrakcyjność cielesną wszystkich wokół (dezaprobatę wyraża bohaterka głównie przez odruchy womitalne, nazywane jednak bez ogródek). W ogóle humor książki polega na typowo amerykańskich dowcipach niskich (coś przypominającego zużyty plaster w jedzeniu, używany tampon w kubku, zbyt krótkie spodenki jednego z mężczyzn). Shiraz traci po kilku dniach (a czasem po kilku godzinach) każdą pracę, jaką uda jej się dostać, przede wszystkim ze względu na to, że nic nie robi – nie przeszkadza jej to w wyrażaniu zdziwienia. Tematem, który zainteresuje być może polskich odbiorców jest kwestia pracowitych Polaków, którzy odbierają każdą pracę Anglikom: autorka przeciwstawia przyjaciółkom ambitne i imające się każdego niewdzięcznego zajęcia z uśmiechem na ustach Polki, które, oczywiście, budzą niechęć bohaterek.

Jest książka „Moje zwariowane wakacje” nie tylko próbą odwzorowania zachowań zbuntowanej młodzieży, dorastającej w środowisku pozbawionym ideałów. Jest to też smutna diagnoza współczesności, powieść, która stawia problemy poprzez odzwierciedlanie codzienności.


środa, 13 stycznia 2010

Igor Zalewski: Historia dosłowna. Ilustrowana kronika III RP w cytatach i komentarzach

Videograf II, Katowice 2009.


Srebrne usta i kronikarz

Cechą każdego publicysty powinien być wyczulony słuch. Publikacją „Historia dosłowna” Igor Zalewski udowadnia, że potrafi wynotować ciekawe frazy, które mogłyby charakteryzować dwadzieścia lat historii naszego kraju. Pozostaje pytanie, na ile jego spostrzeżenia są celne – i dlaczego wybrał takie a nie inne hasła. Nie ma innego sposobu na lekturę książki, jak tylko skonfrontowanie własnych wyobrażeń o minionych dekadach z notatkami Zalewskiego. Nie będzie to łatwe porównanie i najprawdopodobniej szybko okaże się, jak bardzo subiektywne są wspomnienie dotyczące życia politycznego.

Materia książki „Historia dosłowna” to przede wszystkim cytaty rządzących i osób czynnie włączających się do dyskusji politycznych. Wyróżnione pogrubioną czcionką, mniej lub bardziej dokładne sformułowania zyskują oczywiście informację co do tożsamości wypowiadającego się. Z rzadka pojawia się jeszcze kontekst: czasem wybrane przez Zalewskiego zwroty nie mogą funkcjonować samodzielnie i wymagają dopowiedzeń. Niektóre, dziś już nieczytelne hasła, zyskują nieco obszerniejsze wyjaśnienia, w których autor nie sili się na obiektywizm i raczej tworzy w konwencji felietonów, posiłkując się nieraz wyrażeniami kolokwialnymi. W ten sposób funkcję informacyjną zastępuje publicystyka, nie do końca wiadomo, czy ten cel powinien dominować – ale właściwie cała książka jest przefiltrowana przez prywatne spojrzenie. Obok cytatów i komentarzy Zalewskiego znajdują się satyryczne rysunki Henryka Sawki: trzeba tu powiedzieć, że publikacja dała im drugie życie: tworzone zwykle jako bezpośrednia odpowiedź na konkretne wydarzenie, straciły już walor agitacyjny, a także – przeważnie – siłę rażenia dowcipu.

W gromadzonych przez Zalewskiego wypowiedziach da się wyróżnić dwa podzbiory: pierwszy stanowią oczywiście hasła polityków. Drugi to fragmenty dialogów z filmów, a z czasem także reklam oraz wyimki z „mądrości” głoszonych przez celebrytów. O ile jeszcze cytaty z polityków charakteryzują się sporym zróżnicowaniem, o tyle już rozpoznawalne fragmenty z kilku produkcji filmowych wystawiają raczej marną cenzurkę polskiej kinematografii: w przeważającej większości to różne konfiguracje mało wyszukanych przekleństw. Zresztą dobór tych wypowiedzi wyzwala sporo pytań. Zalewski wyraźnie nie chce powtarzać wyników z plebiscytu Srebrne Usta – ale nie widać, poza chronologicznym, żadnego sensownego kryterium wyłuskiwania tekstów z o wiele bardziej obszernej całości. Przypuszczam, że nie humor był podstawowym usprawiedliwieniem dla przywoływania cudzych słów. Nie była to także przełomowość czy waga cytatów – choć zarówno dowcipne (i śmieszne mimowolnie), jak i istotne partie się tu znajdą. Nadrzędnej myśli porządkującej całość trochę tu mimo wszystko brak.

Parę rzeczy pozwala sobie Zalewski przypomnieć, uzyskuje niekiedy ciekawy efekt, gdy zestawia na przykład hasła wyborcze poszczególnych partii, lub kiedy pozwala sprawdzić, jakie koła zatacza polityka. Wplata w cytaty tytuły artykułów prasowych i fragmenty piosenek, tworząc nie tyle historię dosłowną co zestaw słów.
Dlaczego Zalewski w podtytule książki umieszcza słowa „ilustrowana kronika III RP w cytatach i komentarzach”, skoro przedmiotem swoich poszukiwań czyni lata 1989 – 2008, czyli również okres obejmujący tzw. IV RP – trudno powiedzieć. Jest „Historia dosłowna” rodzajem ciekawostki historycznej, ale stanowi wybór w zasadzie szczątkowy. Zabrakło – według mnie – przesłania, wyraźnej i jasnej zasady kompozycyjnej. Ale przecież „kronika RP” to dopowiedzenie traktowane raczej z przymrużeniem oka.

wtorek, 12 stycznia 2010

Ilona Einwohlt: Słuchaj swego serca

Nasza Księgarnia, Warszawa 2010.


Twórz swoją opowieść

Od dawna już mówi się o tym, że hipertekst zastąpi tradycyjną książkę, a czytelnik zmieni przypisaną mu rolę – zamiast biernego odbiorcy, któremu umożliwia się jedynie konkretyzowanie utworu, staje się współtwórcą, kreatorem, samodzielnie podążającym za proponowanymi (nie: narzucanymi) przez autora ścieżkami. Hipertekst do nie tylko domena internetu – pozostawia swój świat również w tradycyjnych książkach. Do najsławniejszych należy tu chyba twórczość Borgesa czy „Gra w klasy” Cortazara – alei my w rodzimej literaturze czwartej mieliśmy niegdyś opowieść o trzech groszkach, którą można było modyfikować, wpływając na losy bohaterów, a Nasza Księgarnia kilka lat temu proponowała „Księgę Labiryntu”. Teraz hipertekst wkracza do powieści dla dziewcząt za sprawą książki Ilony Einwohlt „Słuchaj swego serca”.
W najprostszej wersji drukowanego hipertekstu instrukcja obsługi nie jest zbyt skomplikowana: rolę linków pełnią tu zamieszczone na końcu każdego rozdziału odsyłacze, sygnalizujące najogólniej wydarzenie, jakiego może się czytelnik spodziewać – i podające odpowiedni numer strony. W „Słuchaj swego serca” każdemu zakończeniu małego opowiadania-rozdziału odpowiada kilka wersji dalszego ciągu – jeśli podąży się którąkolwiek z istniejących dróg (a możliwości jest naprawdę wiele, historia rozgałęzia się i prowadzi w różnych kierunkach), tworzy się nową opowieść. Lektura tradycyjna (bez skakania po rozdziałach) przyniesie natomiast kilka wariacji jednej fabuły – relacja parę razy się zakończy, lecz z nową partią książki można będzie zagłębić się znów w opisy przygód głównej bohaterki.

A główna bohaterka to Paula. Dziewczynka musi wyjechać do szkoły z internatem na co najmniej rok – mama Pauli rozpoczyna właśnie chemioterapię, z powodu raka piersi nie jest w stanie opiekować się córką. Dla Pauli wyjazd nie oznacza jednak dobrych wiadomości: bohaterka rozstaje się przecież nie tylko z rodzicielką, ale i z ukochaną przyjaciółką. Kocha góry, a wysyłają ją nad morze, w dodatku nowa szkoła we Fryzji Wschodniej w niczym nie przypomina wielkomiejskich placówek. Cisza, spokój, stajnia i jezioro – mogą być atutami nowego miejsca. Lecz jak pogodzić się z faktem, że cała szkoła uprawia wielki ogród warzywny i pomaga w sklepie? Paula ze zdziwieniem stwierdza też, że zachowanie koleżanek z internatu odbiega od jej wyobrażeń na ten temat. Są tu dziewczynki sympatyczne i miłe, kandydatki na nowe przyjaciółki, są też wredne jędze, które czerpią radość z dokuczania innym (leciutko pobrzmiewają w tym punkcie echa „Małej księżniczki”, choć motyw sam w sobie nie jest przecież oryginalny).

Zaczyna się tu zabawa: czytelniczki mogą decydować o losach Pauli, pozwalać jej na miłe spędzanie czasu z nowymi znajomymi, lub przeciwnie – rzucać wyzwania i wystawiać ją na coraz cięższe próby. Mogą uczynić z postaci osobę szczęśliwą i zadowoloną, lub czerpać przyjemność ze śledzenia jej klęsk. Mogą dostosować fabułę do swoich odczuć i doświadczeń, lub czytać kartka po kartce – dopóki nie znudzą im się opisane w kolejnych rozdziałach historie. Ilona Einwohlt pozwala małym odbiorczyniom na sterowanie losami bohaterki – nie oznacza to jednak, że zdradza zastosowane w poszczególnych rozdziałach rozwiązania – przeciwnie, jej zapowiedzi często brzmią enigmatycznie. Autorka stara się wprawdzie podpowiadać atmosferę historyjek, sugeruje kierunek rozwoju emocji, lecz treść rozdziałów pozostaje tajemnicą, co – nie ukrywam – dobrze się tu sprawdza.

„Słuchaj swego serca” to tom, który składa się z dość krótkich, zamkniętych rozdziałów, napisanych nieskomplikowanym, prostym stylem. Stawia się w nim przede wszystkim na dobrą zabawę, połączoną z kilkoma podpowiedziami dla młodych odbiorczyń (między innymi – jak poradzić sobie ze złośliwymi koleżankami – recepta na ten problem okaże się zaskakująca). Zarazem jest to odświeżenie klasycznych motywów z literatury czwartej, z pewnością ucieszy młodsze dziewczyny.


poniedziałek, 11 stycznia 2010

Dariusz Michalski: Jam jest Alina czyli Janowska story

Prószyński i S-ka, Warszawa 2007.


Antybiografia

Kolejne gwiazdy w przedmowach do książek Dariusza Michalskiego podkreślają, jak bardzo zależało im na quasi-biografii przygotowanej właśnie przez tego autora. Trochę mało wiarygodnie to brzmi, jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że Michalski zaczął w pewnym momencie tworzyć publikacje monumentalne pod względem objętościowym, za to nijakie w treści. Materię, jaką stanowią doświadczenia i dokonania artystów, przekuwa na chaotyczną raczej opowieść, która sprawia wrażenie źle opracowanej. Do takich pozycji należy „Jam jest Alina czyli Janowska story”, książka, której lektura będzie nawet dla fanów tej gwiazdy męcząca i bezowocna.
Dariusz Michalski wypracował sobie styl, który powtarza od książki o Jerzym Wasowskim do znudzenia. Łączy wywiad-rzekę (ale z ukrytą częścią pytań) z autobiografią, to uzupełnia zestawem wycinków – drobnych wyrwanych z kontekstu wypowiedzi na temat konkretnej postaci czy wydarzenia z jej życia. W małych dawkach ów filmowy styl byłby nawet interesujący, ale w dużych ilościach – a na takie autor stawia – staje się momentami niestrawny. Zwłaszcza że Michalski kopiuje sam siebie i kolejnych bohaterów swoich publikacji traktuje według jednego schematu – co zwyczajnie nudzi. Nie dziwi za to gorliwość gwiazd w dążeniu do uzyskania „biografii” pióra Michalskiego. Po pierwsze przez pomnikowość – dziennikarz ten koncentruje się wyłącznie na jasnych stronach przeszłości swoich klientów czy zleceniodawców. Po drugie – pozwala im na samodzielne interpretacje wszystkich wydarzeń, nie opatruje zwierzeń żadnym dodatkowym komentarzem. W ten sposób olbrzymie księgi nie mogą być do końca traktowane jako obiektywny i rzetelny dokument – raczej jak jednostronna i ocenzurowana historia.
W „Jam jest Alina” Michalski zbytnio się nie wysilił, po prostu oddał głos swojej bohaterce. Sam wtrąca się w kilkunastu (czy kilkudziesięciu) akapicikach – będących raczej koniecznym spoiwem między kolejnymi opowiastkami autorki niż poważnym omówieniem materiału. To zrozumiałe, że autor nie chce ingerować w tekst powierzony mu przez artystkę, że nie chce za jej życia dokonywać wyraźnych podsumowań czy podziałów: ale, jeśli mam być szczera, wolałabym po prostu przeczytać wspomnienia Aliny Janowskiej – więcej byłoby z tego pożytku i – przypuszczam – lepiej byłyby one uporządkowane, a Dariusz Michalski nie wrzucałby dumnie swojego nazwiska na okładkę, bo nawet gdyby miał przyjąć rolę ghostwritera, by się tu nie sprawdził.
Kiedy po raz kolejny widzę te same chwyty, te same kolażowe wycinanki, które przerywają opowieść, zanim ta na dobre się rozkręci, odczuwam niechęć do dziennikarza, któremu wydaje się, że potrafi dyskretnie opowiadać o egzystencji artystów. Nie chcę już strzępków opowieści, nie chcę poprzyklejanych do siebie cytatów, które przez wewnętrzne poszatkowanie nikogo już nie mogą zainteresować. Nie chcę stylu antybiografii, który ukuł Dariusz Michalski – bo ów styl, dobry w pierwszej książce, w kolejnych traci rację bytu. Ten autor nie potrafi ciekawie opowiadać, mało tego: nie potrafi opowiadać w ogóle. Stać go tylko na sklejanie ze sobą kolejnych wypowiedzi i podpisywanie ich imionami i/lub nazwiskami rozmówców. Być może wykonuje autor ogromną pracę w docieraniu do źródeł i weryfikowaniu informacji – piszę „być może”, bo w książkach o wyraźnie popularyzatorskim charakterze próżno by szukać odwołań do źródeł czy choćby lokalizacji cytatów – wprawdzie w posłowiu wymienia Michalski nazwy czasopism, z których zaczerpnął wypowiedzi, ale najprawdopodobniej boi się, by nikt nie zweryfikował jego pracy, lub nie skorzystał na niej, bo roczników i numerów próżno by tu szukać. Przez tak nonszalanckie podejście „Jam jest Alina” faktycznie traci na wartości.

niedziela, 10 stycznia 2010

Jerzy Illg: Mój znak

Znak, Kraków 2009.


Arcydzieło anegdoty

Jeśli zacznę tę recenzję od stwierdzenia, że opasły tom „Mój znak” Jerzego Illga to ziszczone marzenie wielbicieli memuarów i gawęd, to prawdopodobnie nikt już nie będzie chciał czytać reszty mojego tekstu. Amatorzy autobiografii rzucą się na publikację redaktora naczelnego Znaku, a sceptycy uznają, że tonę w nieuzasadnionych pochwałach. Chyba jednak warto zaryzykować i osobistą książkę skomentować mocno subiektywną recenzją, a przynajmniej rozpocząć od prywatnych zachwytów. Nie ukrywam, czytałam tę pozycję, przerywając lekturę wybuchami śmiechu i… stosunkowo długo. Przy zwierzeniach Illga nie ma się bowiem ochoty na szybkie przewracanie kartek, przeciwnie – chce się spokojnie zagłębiać w kolejne literacko-przyjacielskie portrety i śledzić przepyszne anegdoty przytaczane przez wydawcę. Jerzy Illg, daleki od pompatyczności i patosu, powraca pamięcią przede wszystkim do najpiękniejszych chwil spędzanych z wybitnymi literatami i nietuzinkowymi postaciami. Rejestruje żarty, do których skłonni są zawsze przedstawiciele krakowskiej bohemy. Zamiast uparcie trzymać się faktów i dat, autor woli posługiwać się obrazami. Czyni to z całą swobodą i precyzją, co ważne, jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że do opowiedzenia ma serię dowcipów sytuacyjnych i relacji, których nikt nigdzie nie próbował do tej pory odtworzyć.
Zaczyna się jednak mimo wszystko trochę nachalnie: Illg rozpoczyna opowieść od usunięcia go w 1982 roku z Uniwersytetu Śląskiego i tę informację na kilku(nastu) pierwszych stronach powtarza kilkakrotnie, z różnymi odcieniami emocji (przeważa wśród nich wdzięczność Losowi – co nie zmienia faktu, że brzmi ów refren raczej martyrologicznie i w niczym nie zapowiada barwnego dalszego ciągu. Na szczęście, kiedy już rozprawi się Illg z demonami przeszłości, może skupić się na ciekawostkach, z których potrafi już wybrać materiał na książkę. Początkowo pisze dość spokojnie i skromnie: o poprzednim redaktorze naczelnym, o swoich wpadkach i błędach, o krokach stawianych w zawodzie wydawcy – i o nabieraniu pewności. Potem pokora ustępuje, a Illg bez przechwałek, ale też i bez niepotrzebnego krygowania się przechodzi do opowiadania o swoich przyjaźniach. Najobszerniejsza część tomu, dział „Znakomitości”, na długo wciąga czytelników. To w nim Illg odrzuca ostatecznie postawę szefa na rzecz wizerunku dobrego kompana. Mało tego: pokazuje on w książce ludzkie oblicze sław, opowiada o spotkaniach z noblistami bez dystansu, na pierwszym planie stawiając poczucie humoru pisarzy i poetów. O ile w wypadku Wisławy Szymborskiej nie dziwi i nie zaskakuje dowcip, przemycany przecież także w wielu utworach, o tyle już przy Czesławie Miłoszu humor stanowi niespodziewane, a bardzo sympatyczne dopełnienie podręcznikowego wizerunku twórcy. Zresztą opowieść o Miłoszu mogłaby się rozrosnąć w osobną książkę: składają się na ten tekst nie tylko spotkania literackie, ale również towarzyskie, obok amerykańskiej samotności Miłosza – opowieści o małżeństwie z Carol, o młodości starego poety i – o śmiechu, wspólnym porozumieniu, przeczącym wyobrażeniom o pomnikowości twórcy. Odbita w Illgowym spojrzeniu Wisława Szymborska prezentuje się lepiej niż w książce Bikont i Szczęsnej – choć krócej, to jednak bardziej interesująco opisuje poetkę naczelny Znaku – być może dlatego, że od lat zna ją i potrafi przedstawić sferę prywatną autorki, która od promocyjnych „obowiązków” – wywiadów czy spotkań autorskich wykręca się jak może. Szymborska w „Moim znaku” to również poetka znana z „Rymowanek dla dużych dzieci”, autorka kolażowych pocztówek, drobnych wierszyków i loteryjek, w których do wygrania są kiczowate fanty. Illg kładzie nacisk także na ogromną zdolność Szymborskiej do dowcipnego puentowania różnych sytuacji, przytacza zarówno historie, których był świadkiem, jak i te opowiadane przez noblistkę. Nie zabrakło tu miejscy dla poety-satyryka, Stanisława Barańczaka, który w książce „Pegaz zdębiał” oraz w drobnych, pełnych absurdu „zoologicznych” tomikach – jak również w przekładach – popisuje się humorystycznymi i ekwilibrystycznymi rymami – więc też doskonale wpasowuje się w krakowskie towarzystwo, mimo że mieszka w Stanach. Tekst o księdzu Józefie Tischnerze (nieprzypadkowo zatytułowany „Góralska nawałnica”) budzi żal – żal, że nie trwa dłużej, że nie jest rejestracją większej ilości powiedzeń i żartów czy komentarzy niezwykłego duszpasterza. Przy tej opowieści historia o księdzu Twardowskim wybrzmiewa jak skarga, ale nie będę zdradzać szczegółów. Od początku opowieści żartom patronuje nieoceniony Bronisław Maj – na tekst jemu poświęcony czeka się z niecierpliwością. Ale są tu przedstawieni i Leszek Kołakowski, i Ryszard Kapuściński. Illg prezentuje nie tylko wybitnych Polaków – wśród przyjaciół wymienia też w osobnych szkicach Josifa Brodskiego, Seamusa Heaneya, Normana Daviesa – w „Moim znaku” sporo miejsca poświęca się zestawianiu dwóch dróg – zawodowej i towarzyskiej. Jerzy Illg portretuje siebie jako wydawcę, który nie rezygnuje ze związków przyjacielskich: dzięki temu może przedstawiać ciekawostki z życia literatów i badaczy – ale też profesjonalnie podchodzi do swoich obowiązków, dopełniając wszelkich starań, by opublikować jak najlepsze książki.
Od portretów przechodzi autor do migawek z przeszłości – opowieść o „NaGłosie” staje się pretekstem do ponownego nawiązywania do sprawdzonego już wielokrotnie poczucia humoru przyjaciół. „NaGłos” to kolejna porcja anegdot, żartów, jakie płatali sobie wzajemnie twórcy i literaturoznawcy.
Sporo tu utworów-żartów, przeważnie nigdy wcześniej niepublikowanych, a bawiących do łez nie tylko uczestników towarzyskich spotkań. Jerzy Illg dba o to, by jego książka pełna była dowcipu najwyższej jakości, ma poczucie humoru, więc nie przytacza nieoryginalnych lub nieśmiesznych kawałów. Enumeracyjny podtytuł („o noblistach, kabaretach, przyjaźniach, książkach, kobietach”) nie zdradza wszystkiego o tej pozycji. Illg to niezrównany gawędziarz – z książki wyłania się obraz zwykłego faceta, człowieka, który ma szczęście stykać się z najlepszymi – i wcale nie wpada przez to w pychę. Być może dlatego, że sam należy do najlepszych? Bogactwem Illga jest prawdziwa przyjaźń – ale nie tylko. Autor potrafi z mnóstwa anegdot wybrać te najlepsze i najciekawsze – i przekuć je na ciekawą, wartką opowieść.
Książka liczy ponad 450 stron. Szkoda, że tylko tyle…

sobota, 9 stycznia 2010

Jerzy Stuhr: Stuhrowie. Historie rodzinne

WL, Kraków 2008.


Saga rodu

Przy „Sercowej chorobie” Jerzegp Stuhra trudno było powstrzymać się od uszczypliwości pod adresem autora, który daru przelewania swoich myśli na papier niestety nie posiadł. Jednak już nad tomem „Stuhrowie. Historie rodzinne” czuwała redakcja Wydawnictwa Literackiego. Aleksandra Pawlicka wygładziła tekst i nadała mu przyjemną formę, tak, że można zasiąść do lektury bez obaw, że stylistyczne niedociągnięcia uprzykrzą odbiór. W „Stuhrach” mamy do czynienia ze świetną gawędą, która mimo że dotyczy postaci z drzewa genealogicznego autora, więc stwarza pozory hermetyczności – spodoba się nawet wymagającym odbiorcom.
To historia nieco plotkarska, ale zachowująca klasę i styl. Jerzy Stuhr sięga w przeszłość, opowiadając dzieje rodu, jednak jego celem nie jest dostarczanie pożywki tabloidom czy materiału fanom, a próba przekonania odbiorców do sensu genealogicznych poszukiwań. Gloryfikowanie tego, co minęło, traktowanie dawnych dziejów i listów przodków jako cennej pamiątki – to główne założenia tej książki. Pierwszy, zazwyczaj obowiązkowy punkt biografii, w lekturze przeważnie traktowany jako zło konieczne i trybut płacony chronologicznej prezentacji wydarzeń – czyli informacje o dziadkach i rodzicach Jerzy Stuhr rozbudowuje tak, że sam w tej publikacji zajmuje niemal marginalne miejsce. Jednocześnie przez fabularyzowanie historii, a także rekonstruowanie drobnych, zacieranych przez czas elementów codziennego życia, tworzy relację żywą i barwną. Relacja rozpoczyna się w 1879 roku. Suche informacje z rodzinnego archiwum przekuwa autor (lub jego ghostwriterka) w obrazki z życia bohaterów – dwudziestojednoletniej przyszłej prababki i starszego od niej o dwanaście lat przyszłego pradziadka. Część wiadomości zakodowana została w naturalnych dialogach narzeczonych (a relacja przechodzi przez kolejne pokolenia rodu, aż po rodzinę syna, Maćka), część dopowiada wszystkowiedzący, bo bogatszy o spojrzenie z dystansu, narrator. Nastawienie na migawki z codzienności uprzyjemnia lekturę, nadaje jej nowy wymiar, atrakcyjny dla współczesnego czytelnika, który nie chce koncentrować się na rozbudowanych życiorysach, woli natomiast ciekawostki i voyerystyczne fragmenty, nawet wyrwane z kontekstu. Stuhr (i Pawlicka) starają się nadać tekstowi ciągłość, ale nie za cenę rozwlekłości czy faktografii. Autor sięga niekiedy do pamiętników i rodzinnych dokumentów, ale częściej stara się wprowadzić odbiorców w sferę obyczajową.
„Historie rodzinne” są w piękny sposób staroświeckie. Jerzy Stuhr mottem swojej opowieści uczynił pytanie wzięte z jego filmu, pytanie córki do ojca: „co ty mi możesz powiedzieć, czego ja bym w internecie nie znalazła?”. Dzięki temu książka staje się pomostem między dawną i współczesną mentalnością, okazuje się międzypokoleniowym tekstem, który ma uświadomić młodym ludziom wartość pamiątek, więzi rodzinnych i świadectw przeszłości. W „Historiach rodzinnych” co pewien czas powracają przedmioty sprzed stulecia, ocalałe i przechodzące z pokolenia na pokolenie rzeczy – jak prezent z okazji narodzin pierworodnego syna, porcelanowy serwis z wizerunkiem pradziadków – mają jeszcze uświadamiać czytelnikom sens troski o przeszłość oraz starań o ocalenie okruchów historii.
Stuhr koncentruje się tym razem na anegdotach i jasnych stronach życia rodzinnego, znajduje miejsce dla tych elementów wartkiej opowieści, od których stronił w „Sercowej chorobie”. Umieszcza w tomie mnóstwo zdjęć i kopii dokumentów, ilustrując tak swój wywód. Wszystko po to, by przekonać odbiorców do pielęgnowania wspomnień, interesowania się przeszłością rodziny, być może do odkrywania jej sekretów – bo historia prywatna każdego człowieka może stać się materiałem na książkę.

piątek, 8 stycznia 2010

Wojciech Widłak: Podręczny nieporadnik. Młotek

Czerwony Konik, Kraków 2009.


Instrukcja a rebours

Powiedzieć, do czego służy młotek, potrafi chyba każde małe dziecko. Ale żeby powiedzieć, do czego młotek się nie przydaje, potrzeba już serii doświadczeń, przeprowadzonych przez wybitnych uczonych – profesora Kurzawkę i adiunkta Kwasa. Seria „Podręcznych nieporadników” zapoczątkowana arcyzabawną opowiastką o czynnościach, przy których po młotek sięgać się nie powinno, rozbawi do łez nie tylko dzieci: również dorośli propozycją Wojciecha Widłaka i Pawła Pawlaka będą usatysfakcjonowani. Książeczka, choć tekstu w niej niezbyt wiele, pozytywnie zaskakuje zarówno ilością żartów, jak i poziomem komizmu, uwypuklanego przez absurd.
Opowieść utrzymana w tonie opisu naukowego doświadczenia zawiera kilkanaście antyprzykładów – scenek, w których młotek użyty został niezgodnie z przeznaczeniem. Powtarzane wielokrotnie eksperymenty pozwalają nietypowym uczonym na wyciąganie daleko idących, sensownych wniosków. Gdzie tu zatem miejsce na żart? Po pierwsze – w doborze codziennych czynności, naturalnych i przeważnie automatycznie, czyli bezrefleksyjnie powielanych. Profesor Kurzawka i adiunkt Kwas zastępują młotkiem szpadel, durszlak czy szczoteczkę do zębów – i te z pozoru drobne modyfikacje powodują odświeżenie utartych schematów. Po drugie, dowcip mieści się w założeniu nieprzewidywalności doświadczenia. Większość odbiorców (jeśli nie wszyscy) nie ma zamiaru zastanawiać się nad konsekwencjami gry w szachy młotkiem – czy nad próbą pomalowania młotkiem ściany w pokoju. Rezultat tego typu zachowań wydaje się bowiem oczywisty i niegodny uwagi. Profesor Kurzawka i jego dzielny asystent budzą w sobie jednak dziecięcą naiwność i przy tym ciekawość świata – przystępują do swoich doświadczeń nieobarczeni wiedzą, która tłumiłaby pomysłowość. Po trzecie, komiczne okazują się konsekwencje niecodziennych zabiegów – nieprzewidywalne skutki posługiwania się młotkiem: nieprzewidywalne tylko dla bohaterów książki, dla odbiorców zupełnie naturalne.
Urzeka w książeczce prostota. Widać wyraźnie, że to tomik zrodzony z czystej chęci do zabawy – radość twórców przekłada się na satysfakcję czytelników, bez względu na ich wiek. Wojciech Widłak banalne odwrócenie potraktował jako pomysł na książkę. Nie dokonuje w tej publikacji rzeczy niemożliwych, po prostu uruchamia wyobraźnię – okazuje się, że to w zupełności wystarczy do stworzenia niebanalnej pozycji. Partię opisu doświadczeń przejmuje tu warstwa graficzna, Paweł Pawlak unaocznia przede wszystkim małym odbiorcom trudy eksperymentów i wspina się na wyżyny myśli bajkowo-technicznej, na przykład przy urządzeniu do testowania wytrzymałości skorupek jajek. Widłak bierze na siebie za to sformułowanie wniosków – by nadać pracy rysu naukowości.
Uśmiałam się przy „Młotku” do łez: to naprawdę humor wysokiej jakości, odkrywczy i świeży – nie zmęczy i nie zniechęci do lektury. Widłak i Pawlak znakomicie wpływają także na wyobraźnię odbiorców, prowokują do dalszych pytań o bezużyteczność młotka, co z pewnością rozbudzi kreatywność czytelników. W tomiku stale obecna jest zabawa motywami i stylami – począwszy od przeniesienia języka naukowego w sferę dziecięcej fantazji i codzienności, skończywszy na stopce redakcyjnej, pełnej dowcipnych komentarzy (jak choćby tego o pochodzeniu papieru, na którym wydano książkę).
Wojciech Widłak proponuje śmiech inteligentny, żart sytuacyjny opakowuje humorem słownym, zwielokrotniając w ten sposób komizm. Rzadko się zdarza, żeby książki dla dzieci przygotowywane były z taką skrupulatnością. „Podręczny nieporadnik. Młotek” to najlepszy dowód, że warto postarać się i zaproponować odbiorcom książkę niebanalną. Widłak powinien zaskarbić sobie wdzięczność miłośników dobrej satyry.


czwartek, 7 stycznia 2010

Hubert Selby Jr: Piekielny Brooklyn

Niebieska Studnia, Warszawa 2009.


Ludzie z marginesu

Nie ulega wątpliwości, że „Piekielny Brooklyn: jest powieścią dla czytelników cierpliwych i wytrwałych, dla fascynatów nurtem undergroundu i wielbicieli brutalizmu. Nada się dla amatorów perwersji i dewiacji oraz dla tych, którzy w odważnej prozie poszukują silnych wrażeń i doznań, jakich nie zapewnią ugrzecznione powieści obyczajowe. Hubert Selby Jr w połowie lat 60. XX wieku zaszokował Amerykę bezwzględnym obrazem nizin społecznych i zestawieniem relacji, jakie łączą jego bohaterów – ludzi z marginesu. „Piekielny Brooklyn” uznać można za zintensyfikowany przegląd problemów dotąd w literaturze tabuizowanych bądź przemilczanych.
W pozycji, jaką polskim czytelnikom proponuje Niebieska Studnia, roi się od przemocy i tragedii. Książkę zaludniają gangsterzy, prostytutki i drobni przestępcy. Ponadto mnóstwo tu homoseksualistów (i wulgaryzowanych opisów ich zbliżeń obok subtelniejszych nieco prób ukazania narodzin głębszego uczucia), transwestytów (mężczyźni przebierają się w damskie fatałaszki i wieczorami w knajpach wyszukują sobie kochanków. Przybierają też kobiece pseudonimy i uważają się za przedstawicielki płci pięknej, ku uciesze nietrzeźwych bywalców spelunek). Są tu brutalne bijatyki i zbiorowe gwałty, narkomania, kradzieże, rękoczyny oraz ciągłe kłótnie między małżonkami. Pojawia się pedofilia – ale i prostytucja nieletnich. Bohaterowie uwikłani w przestępczy światek nie mogą i nie chcą wyrwać się z piekielnego kręgu. Hubert Selby Jr w pejzażu ulic Brooklynu zgromadził chyba wszystkie możliwe patologie, nie oszczędzając żadnej postaci. Galeria tych, mimo jednostronności wysiłków, okazuje się przebogata, a historia przecina losy poszczególnych bohaterów, obnażając bezcelowość ich egzystencji i skazanie na ciągłe dramaty. Georgette to jeden z drag queens. Kocha się w Vinniem, przywódcy brooklyńskiego gangu, człowieku, który po raz pierwszy trafił za kratki w wieku dwunastu lat. Tralala jako piętnastolatka rozpoczęła przygodę z płatnym seksem – by wkrótce dorabiać sobie, okradając kolejnych klientów. Harry, przywódca strajku robotniczego poznaje smak seksu z transwestytami – wierzy, że znalazł prawdziwą miłość, odrzuca względy żony, jednak gdy traci pieniądze, traci też życzliwość kochanków. Vinnie porozumiewa się z żoną wyłącznie krzykiem i pięściami. Małe dzieci są świadkami kolejnych awantur i libacji.
O niektórych bohaterach słuch ginie z chwilą zakończenia przynależnych im części opowieści, inni powracają czasem zupełnie niespodziewanie – nigdy jednak nie uda im się zaznać szczęścia: to uczucie w brooklyńskim światku praktycznie nieznane. Bohaterowie szukają zatem rozrywki w ogromnych ilościach benzedryny i alkoholu – ukojenia natomiast w przygodnych związkach. Hubert Selby Jr nie daje im nadziei.
Charakterystyczny jest tu język historii. Maciej Potulny, tłumacz, wyjaśnia w posłowiu, że autor posługiwał się często dialektem brooklyńskim. W polskiej wersji został on zastąpiony agresywnym, wulgarnym językiem, który znakomicie oddaje problemy bohaterów. Twórca nie skupia się na neutralnej narracji – to zjawisko w „Piekielnym Brooklynie” nieznane: wszystkie opowieści w książce przefiltrowane są przez specyfikę otoczenia i mentalność postaci, nie ma więc ani chwili wytchnienia. Zaskakujące przy tym, że powieść, która kipi od emocji, napisana została prosto, dynamiczna fabuła nadaje jej jeszcze smaku. Książka ta ma także charakterystyczny rytm, który – mimo natłoku wulgaryzmów i mrożących krew w żyłach scen – przyciąga.
Nagromadzenie dramatów i koszmarów, prezentacja patologii i życia nizin – wiele pomysłów czerpał Selby z własnych doświadczeń. Piętno niezwykłości nadaje też powieści zachowanie specyficznej ortografii (użycie ukośnika zamiast apostrofu czy cyfr w miejsce liczebników, brak podziałów na dialogi, akapity rozpoczynane w punkcie zakończenia poprzednich).


Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com