Strona główna || O autorce || O tu-czytam || Bajki || Bajkowe portfolio                       

sobota, 30 listopada 2019

Mike Lankford: Stać się Leonardem. Słabości i geniusz Leonarda da Vinci

Marginesy, Warszawa 2019.

Leonardo na dziś

To nie jest żmudne odtwarzanie biografii ze strzępków informacji. To próba pokazania człowieka żywego, pełnego wad i przez to intrygującego, jednocześnie wpisującego się w epokę i wykraczającego poza nią. To inne niż obarczone obowiązkowym zachwytem przyglądanie się dziełom i pomysłom artysty, podsycane jeszcze komentarzem na temat poszczególnych rozwiązań. Przy tym wszystkim Mike Lankford bardziej zachowuje się jak komentator sportowy względnie dziennikarz nowych mediów niż poważny badacz – zdarza mu się nawet rzucić ostrzejszym słowem jeśli wie, że podsyci to zainteresowanie czytelników. Leonardo da Vinci w takim ujęciu dziwi i zachwyca z zupełnie innych powodów niż zostało to przez wieki narzucone publiczności. „Stać się Leonardem” to książka, w której więcej jest pytań niż odpowiedzi, ale też tam, gdzie autor puszcza wodze fantazji, by zaprezentować mistrza – i zaznacza to w tekście – staje się świetnym czytadłem.

Przede wszystkim w lekturze bardzo silny jest kontekst i koloryt lokalny. Leonardo da Vinci nie żyje w próżni, a renesansowe Włochy to przestrzeń nasycona barwami, smakami i zapachami. Mike Lankford zachowuje się momentami tak, jakby chodził za swoim bohaterem krok w krok i relacjonował jego poczynania, jakby był obecny przy kolejnych rozmowach i dyskusjach i kontrolował ustalenia z mecenasami czy zleceniodawcami. Nie chce roztaczać kolejnej opowieści o wizjonerze i natchnionym artyście, który zrewolucjonizował sztukę. Sprawdza za to, jak Leonardo da Vinci próbował sprzedawać swoje umiejętności, przekonywać do siebie możnych i zyskiwać pracę. Z upodobaniem tropi jego porażki, opowiada o momentach zwątpienia, o problemach z materią (między innymi o farbach, które łuszczyły się na ścianach i o miejscach nie do pomalowania), o odwlekaniu realizacji zleceń i traceniu w oczach potencjalnych mecenasów. Leonardo da Vinci to człowiek sprzeczności i te sprzeczności Lankfordowi udaje się oddać w tomie.

Bardzo lubi ten autor prowadzić analizy przesłań i polemiki z interpretacjami dzieł Leonarda da Vinci. Kiedy tylko może, przekazuje w narracji opowieści o konkretnych obrazach, pokazuje, jak funkcjonowały w świadomości ludzi, by następnie przedstawić własną – często wywrotową – koncepcję dotyczącą wskazówek zamieszczanych przez mistrza. Potrafi przekonać do swoich pomysłów, a przynajmniej sugeruje czytelnikom, że w doskonale wszystkim znanych pracach kryją się jeszcze różne tajemnice dla uważnych. „Stać się Leonardem” to nie pełnowymiarowa biografia, a książka na bazie faktów – beletryzowana niemal opowieść o kreatywnym i dość chaotycznym twórcy. Mike Lankford zachęca jednocześnie do sprawdzania, jak dzisiaj funkcjonuje Leonardo da Vinci wśród krytyków i badaczy sztuki, ale też – do przyglądania się, jak wielki artysta był postrzegany przez sobie współczesnych. Bawi się historią jako źródłem danych oraz plotek, wplata w narrację sporo ciekawostek. Nie zamierza przedstawiać pełnego życiorysu ani spisu dzieł, za to z upodobaniem nawiązuje do możliwych oszustw i sztuczek stosowanych przez bohatera tomu. To przyjemnie napisana książka poświęcona odbiorowi sztuki.

Romana Romanyszyn, Andrij Łesiw: Rękawiczka. Ukraińska bajka ludowa

Dwie Siostry, Warszawa 2019.

Zguba

Dziadek idzie na spacer przez las, gubi rękawiczkę, do tej rękawiczki wchodzą kolejno coraz większe zwierzęta i zajmują co wygodniejsze mieszkania. Okazuje się, że w niepozornej części garderoby można stworzyć przytulne warunki dla wszystkich chętnych – w końcu to bajka ludowa, a w takich bajkach wszystko jest możliwe. Gdyby zatem ktoś podczas spaceru zgubił rękawiczkę, nie musi się martwić: na pewno komuś się przyda. Tomik „Rękawiczka” pojawia się na rynku w serii Polecone z Zagranicy: w cyklu picture booków ze świata. Nic dziwnego, że to publikacja nagradzana i wyróżniana w wielu konkursach, zasługuje na to i rozwojem akcji i opracowaniem graficznym. To bardzo krótka bajka z powtarzalnym wydarzeniem dotyczącym zamieszkania w rękawiczce kolejnych stworzeń – początek i puenta są „jednorazowe”, cała reszta nadaje rytm lekturze. Można tę książeczkę przeczytać w jeden wieczór bez większego wysiłku, nawet dzieci, które uczą się czytać samodzielnie, poradzą sobie z zadaniem, chociaż może je zaskoczyć zastosowany krój czcionki. Humor całości i stawianie na absurd to prawdziwe wabiki na małych odbiorców: nie ma wątpliwości, że „Rękawiczka” i na polskim rynku wydawniczym dobrze się sprawdzi. W historii zaskoczenie będzie obejmować wybór gatunków zasiedlających przedmiot – i sam fakt, że wszystkim udaje się znaleźć lokum.

Oczywiście w picture booku najważniejsza jest strona graficzna. Romana Romanyszyn i Andrij Łesiw wybierają dwa rodzaje prowadzenia obrazkowej opowiastki. Jeden polega na wykorzystaniu dzianiny: jest tu rękawiczka w paski (znakomity chwyt, kiedy robi się ciemno, zmieniają się kolory tych pasków) i dokładane do niej rysowane „okienka” sygnalizujące kolejne mieszkania. Dzianiny służą również podkreślaniu sylwetek zwierząt. Każde stworzenie zostało tu komputerowo (szkoda, że komputerowo, ale nie wszyscy są Ewą Kozyrą-Pawlak, żeby tworzyć cuda ze skrawków materiałów) wycięte w deseniu i uzupełnione o detale – oczy albo miny. Autorzy wybierają różne wzory dziewiarstwa, tak, żeby zwierzęta różniły się od siebie fakturą i kolorami – i żeby rodzaj „podłoża” odpowiadał ich charakterowi albo przynajmniej sprawdzał się jako wyznacznik gatunkowy. Nie koniec na tym w obrazkach: do nietypowo pokolorowanych bohaterów dochodzą jeszcze typowe upraszczane rysunki komiksowe: schematy i ikonki. Te przydają się zwłaszcza dla zobrazowania, co dzieje się w rękawiczce, z dala od ludzkiego wzroku. Przekrój przez nowy domek w lesie uświadamia odbiorcom, jak zmieścili się w środku kolejni mieszkańcy – i jak urządzają swoje gospodarstwa (rozśmieszy zwłaszcza pomysł zająca). „Rękawiczka” to książka, która opiera się na potędze wyobraźni i na komizmie płynącym z absurdu – wykorzystuje też tematy, które przypadną do gustu dzieciom, to jest – opowieści o zwierzętach. To picture book atrakcyjny ze względu na pomysł i na realizację, pokazuje, że autorzy mogą wszystko – i świetnie z tego prawa potrafią korzystać.

piątek, 29 listopada 2019

Elżbieta Isakiewicz: Piekło ocalonych

PIW, Warszawa 2019.

Drobiazgi

Z drobiazgów składa się ta książka i nawet gdyby chciało się uzyskać jakąś dłuższą narrację, Elżbieta Isakiewicz na to nie pozwala. „Piekło ocalonych” to książka, która ma umożliwić zabranie głosu wielu rozmówcom – stworzyć szereg obrazków rodzajowych i wspomnień tych, którzy samodzielnie nie zajęli się spisywaniem wielkich autobiografii, a próbują upamiętnić rodziny i bliskich, którzy zginęli podczas Holokaustu. Jest to więc lektura niełatwa nie tylko przez ciężar skojarzeń, ale też przez fragmentaryczność, brak możliwości nabudowania dłuższej opowieści przed traumatycznymi chwilami. Głos w „Piekle ocalonych” zyskują ci, którzy przeżyli – na początku XXI wieku mogą zdać relację z przeszłości i przedstawić czytelnikom zestaw niełatwych doświadczeń. Tu nie da się oceniać ani jakości przeżyć, ani samej narracji, bo też i nie o to chodzi – liczy się przede wszystkim pamięć oraz możliwość przedstawienia przeszłości. Holokaust trafiał już jako temat do bardzo rozbudowanych opowieści, tutaj nie ma jednak analizowania szczegółów i przyglądania się temu, co doskonale czytelnikom znane – bohaterowie kolejnych miniatur zajmują się za to odmalowywaniem własnego ocalenia. Dla jednych najważniejsze są myśli o rozstaniu z rodzinami, dla innych – sposoby na przeżycie. Każdy skupia się na innym aspekcie swojego ocalenia – czy to „techniczne” zadania w rodzaju wyskakiwania z pędzącego pociągu, czy przeprowadzki na pierwszą wieść o zbliżającej się wojnie. Niektórzy stawiają na wrażenia zmysłowe i przedstawiają zapachy zapamiętane z dzieciństwa, ilustrują w ten sposób świat, którego już nie ma i pozwalają czytelnikom na silniejsze przeżywanie późniejszych opowieści, inni od razu wybierają konkrety. Zdarzają się sceny przerażające i turpistyczne, zdarzają się też delikatne wzmianki na tematy znane odbiorcom: od czytelników będzie zależało, czy większe wrażenie zrobi na nich ze szczegółami opisana śmierć, czy prosta wzmianka o przejeżdżającym do obozu koncentracyjnego „transporcie”. Autorzy wyznań koncentrują się na tym, czego doświadczali, nie na dodawaniu do ówczesnej wiedzy dzisiejszych danych – to zadanie dla odbiorców i na tym też polegać będzie lektura „Piekła ocalonych”.

Jest to książka, która przywołuje obrazy i portrety ludzi, którzy za chwilę zginą oraz tych, którym udało się uciec od śmierci – i którzy do końca będą żyć z myślą o utraconych bliskich. Elżbieta Isakiewicz nie dodaje do drobnych historii żadnych uwag ani komentarzy, tutaj każda sytuacja jest sama przez się analizą i podsumowaniem jednocześnie. Przeplatają się dłuższe i obrazowe narracje z szybkimi przeglądami wydarzeń – nie wszyscy mają ochotę na zagłębianie się w przeszłość i zanurzanie w przykrych wspomnieniach, wszyscy jednak zdają sobie sprawę z siły takich zapisków. Bez względu na to, ile już na rynku funkcjonuje opowieści o Holokauście i grozie wojny, każda tego typu publikacja znajdzie swoje miejsce – jako świadectwo ważne dla ludzi, którzy w książce zabierają głos.

czwartek, 28 listopada 2019

Charles M. Schulz: Fistaszki zebrane z gazet codziennych i weekendowych 1991-1992

Nasza Księgarnia, Warszawa 2019.

Oaza

W świecie Fistaszków niewiele się zmienia, ale Charles M. Schulz nie nudzi ani nie powtarza swoich pomysłów. Stawia na serie, które natychmiast wstrzelają czytelników w świat spokoju i refleksji nad codziennością, budzą śmiech i przynoszą odpoczynek. Po „Fistaszki zebrane z gazet codziennych i weekendowych 1991-1992” sięgnąć mogą, jak zresztą zawsze, i dzieci, i dorośli. Chociaż kinowe produkcje o Snoopym i spółce przeznaczone są dla maluchów, to komiksowe stripy rozbawią dorosłych nawet bardziej niż młodych odbiorców. Fistaszki mają to do siebie, że się nie starzeją, tak samo jak nie starzeją się ich bohaterowie. W każdej chwili można się włączyć w śledzenie ich doświadczeń i kibicować w osiąganiu celów. Dla Charliego Browna to uczucie do małej rudej dziewczynki, baseball i opieka nad psem. Snoopy wciela się bez przerwy w inną rolę: bywa asem lotnictwa z czasów pierwszej wojny światowej albo pisarzem, zabiera ukochany kocyk Linusowi, bawi się z Woodstockiem... Schroeder nie przejmuje się niczym i gra na swoim pianinie dla dzieci – a nuty utworów wprowadzają humor abstrakcyjny. Lucy zrzędzi, Sally uczy się egzystowania w szkolnej społeczności, Pepermint Patty z kolei nie radzi sobie i wciąż dostaje złe oceny. Bohaterowie na życiowe prawdy wpadają podczas czekania na szkolny autobus na przystanku, podczas odrabiania zadań czy oglądania telewizji. Bawią się ze sobą i rozmawiają o wszystkim, dokuczają sobie albo pocieszają wzajemnie. Spike, brat Snoopy'ego nie wie, czym jest towarzystwo: spędza czas otoczony kaktusami i w wyobraźni je ożywia, żeby jakoś zabić samotność.

Komiksowe stripy Charlesa M. Schulza zawsze cieszą, nawet jeśli nie wywołują salw śmiechu tylko drobny uśmiech lub nawet westchnienie nostalgii. Ten autor swoimi komentarzami trafia w sedno ludzkich problemów – niby ucieka do świata dzieci, a jednak wie, jak przemówić do dorosłych czytelników. Podsuwa miniatury, które są jednocześnie żartami i filozoficznymi komentarzami do rzeczywistości. Sprawia, że w świecie Fistaszków ujawniają się prawdy o człowieku. Wyolbrzymia, bo może sobie na to pozwolić – dziecięcy bohaterowie nie znają sztuki dyplomacji i zawsze wiedzą, jaką strunę poruszyć, żeby osiągnąć cel. Szczerość uczuć eksponowana w tych kadrach to recepta na zwyczajne troski. Zresztą samym bohaterom powodów do zmartwień nie brakuje – ale autorowi nie chodzi o przygnębianie innych, tylko o drogę do wsłuchiwania się w siebie.

Trochę modyfikowane są natomiast same kadry. O ile do tej pory Charles M. Schulz proponował czteroobrazkowe paski i stronicowe (z podziałem na kolejne obrazki) „stripy” weekendowe, o tyle teraz czasami cztery kadry scala w jeden panoramiczny, a pełnostronicowe zastępuje pojedynczym obrazkiem z komentarzem nieistniejącego na rysunku narratora. Te zabiegi pokazują potencjał satyryczny świata Fistaszków i są sposobem na urozmaicenie historii. Nie zmienia się bowiem jedno, potęga puent. W „Fistaszkach” jest wszystko, czego potrzeba do oczyszczającego śmiechu. To kolekcja, która się w ogóle nie starzeje i nic dziwnego, że wydanie każdego kolejnego tomu w tej serii jest świętem dla fanów komiksu i Charliego Browna.

środa, 27 listopada 2019

Long Litt Woon: Powrót do życia. O żałobie i grzybach

Wydawnictwo Literackie, Kraków 2019.

Sposób na stres

Long Litt Woon zabiera czytelników w nietypową podróż w głąb siebie – nietypową, bo sprowokowaną grzybobraniami jako metodą radzenia sobie z przeciwnościami losu. Po nagłej śmierci męża autorka nie wie, co ze sobą zrobić. Zapisuje się na kurs poznawania grzybów – który od dawna miała w planach. Od tej pory zaczyna odkrywać radość zapewnianą przez towarzystwo i przebywanie na świeżym powietrzu. Grzybobrania zamieniają się w całą filozofię lifestyle'ową: można dzięki nim zawierać nowe znajomości, można odkrywać, na czym polega przyjaźń i zaufanie (nie każdemu pokazuje się przecież najbardziej grzybne tereny, zdradzenie takiego sekretu jest testem znajomości), wreszcie – zbliżają do ćwiczenia uważności, bo dla niektórych zapalonych grzybiarzy samo omiatanie zdobyczy z ziemi ma wymiar świętości. Long Litt Woon wychodzi od kompletnego laicyzmu w temacie – nie umie rozpoznawać grzybów i nie wie, jak się z nimi obchodzić – do perfekcji. Stopniowo zdobywa potrzebną wiedzę i doświadczenie, uczy się, co znaczy, że niektóre grzyby trafiają na listy trujących, ale można je jeść. Sprawdza oczywiście sposoby przyrządzania grzybów, ma swoje ulubione, na które bardzo chętnie „poluje”, testuje również gatunki uznawane za najdroższe czy najbardziej pożądane. Weryfikuje obiegowe opinie dotyczące metod sprawdzania, czy znaleziony okaz jest trujący. O grzybach wie coraz więcej – ale równie uważnie przygląda się ludziom spotykanym na swojej drodze, chce, żeby ich doświadczenia były przekładalne na literaturę. „Powrót do życia” składa się między innymi z inspirujących spotkań i z komentarzy dotyczących innych zarażonych pasją grzybobrania. Long Litt Woon skupia się na zbieraniu grzybów, bo to uratowało jej psychikę i pozwoliło wydobyć się z ogromnego smutku. Wyjaśnienie przedstawia czytelnikom, uznając, że zasługują na szczerość i na podpowiedź, gdzie szukać pomocy. To oznacza, że w książce znajduje autorka też miejsce na opowieść o mężu. W narracji jeszcze raz przeżywa rozstanie z Eiolfem, upamiętnia go w najlepszy możliwy sposób. Wprowadza osobne wzmianki (wyróżniane także graficznie), które sugerują, że opowieść przeniesie się w bardzo osobisty wymiar. Tym samym może Long Litt Woon wytłumaczyć powiązanie żałoby i grzybów. Bez odwoływania się do specyfiki ludzkich emocji jest w stanie pokazać mechanizm działania nietypowego „pocieszenia”, a tym samym zasugerować odbiorcom, jak powinni podchodzić do własnych dramatów.

„Powrót do życia” to książka bardzo prywatna i w sferze pogodzenia się ze stratą, i w relacjach z grzybobrań. Long Litt Woon swoje doświadczenia zamienia w reportaż, czyni to bardzo umiejętnie i sprawia, że chce się śledzić jej przemyślenia. Ta publikacja wywiera spore wrażenie na czytelnikach – właśnie przez szczerość przeżyć. Grzyby pozwoliły zapełnić pustkę po stracie – to zaledwie jedna z możliwości, jakie czekają na odkrycie, jeden z potencjalnych celów dla odbiorców – autorka wpisuje się tomem również w poetykę książek lifestyle'owych, z tym, że chodzi jej nie tyle o poprawę jakości życia, co o wydostanie się z marazmu i głębokiego smutku.

wtorek, 26 listopada 2019

Gustave Flaubert: Listy do Luizy

Sic!, Warszawa 2019.

Romans bez perspektyw

Gustave Flaubert nie chciał zatracać się w wielkim uczuciu. Jednak romans z o jedenaście lat starszą Luizą Colet sprawił, że czytelnicy do dzisiaj mogą sięgać po piękną literaturę epistolograficzną, miłosne wyznania i psychologiczne analizy przedstawione w bezpośrednich komentarzach pisarza. „Listy do Luizy” powracają na rynek w przekładzie Ryszarda Engelkinga i będą lekturą dla wymagających czytelników. Nie ma w tym tomie zbyt wielu odpowiedzi Luizy (prawdopodobnie pisarz spalił te dokumenty), czasami pojawiają się drobne wyjaśnienia ze strony przyjaciół obojga, większość książki zabierają jednak miłosne wyznania Flauberta. I chociaż ten autor pisze przez cały czas o porywach uczuć i o sercowych dylematach, nie sposób znudzić się obszernym wyborem. Przede wszystkim z uwagi na język. Flaubert wciąż przekonuje ukochaną co do swojego oddania, jednak za każdym razem czyni to oryginalnie i z pomysłem. Żeby nie wydać się błahym, dodaje też do listów przemyślenia na temat własnego charakteru czy zaobserwowanych reakcji. Odwołuje się do wspólnych wspomnień i wyraża nadzieję na przyszłe doznania. Rozpisuje się tak, by zapewnić tym wybrankę o uczuciach – i żeby dostarczyć jej całej palety różnych emocji.

Chociaż przeważnie nie ma tu odpowiedzi Luizy, sporo można wywnioskować z listów Flauberta oraz z odniesień do przeczytanych fraz. Co ważne, kochankowie nie prowadzą sielankowej znajomości: wciąż dochodzi między nimi do kłótni i spięć, a wtedy w korespondencji zaczynają się pojawiać ostrzeżenia lub wyrzuty. Flaubert co pewien czas przekonuje ukochaną, że powinni zostać przyjaciółmi, jeśli nie mogą być razem – odnosi się do wybuchowego temperamentu Luizy i do jej zachowań przy rozstaniach. Przełamuje tym samym monotonię wyznań. W tej znajomości liczy się też inspiracja, wymiana myśli, przedstawianie sobie nawzajem dzieł i odnoszenie się do nich: refleksje o sztuce tłumaczą w pewnym momencie odbiorcom, dlaczego tych dwoje próbowało być razem. Zdarza się, że miłość – czy raczej zaślepienie – nie pozwala Flaubertowi na obiektywną ocenę sytuacji, zdarza się też, że wielki pisarz zaczyna szczebioty i przesadza w czułościach – innym razem na żądanie kochanki przechodzi na „pani” i w jego słowach daje się wyczuć chłód. Dzięki temu dzisiaj „Listy do Luizy” budzą ciekawość czytelników i przynoszą rozrywkę wysokiej klasy. Możliwość podejrzenia wyznań miłosnych to jedno – tu bardziej zwraca się uwagę na warsztat pisarski, na literaturę tworzoną na prywatny użytek i trochę jako popis możliwości twórczych. Flaubert nie należy tu do twórców, którzy potrzebują kibiców – świetnie zdaje sobie sprawę z wrażenia, jakie może zrobić samym tylko tekstem – i wykorzystuje talenty do zapewniania o swoim uczuciu. Zresztą kierunek tej korespondencji może też zaskoczyć. Lektura „Listów do Luizy” pełna jest fraz przepełnionych czułością, ale i atrakcyjnych z punktu widzenia dzisiejszego odbiorcy spostrzeżeń, autoanaliz i obserwacji. Ta książka pokazuje też, jak tworzyło się listy – przedstawia zatem gatunek już dzisiaj zanikający i dla młodszych pokoleń coraz bardziej egzotyczny. W pewnym momencie nasuwa się poza tym pytanie, czy autor szuka stanu zakochania, czy raczej stan zakochania wykorzystuje jako podnietę intelektualną - do tworzenia ciekawszych dzieł.

poniedziałek, 25 listopada 2019

Danuta Awolusi: Macochy

Prószyński i S-ka, Warszawa 2019.

Rodzinne kłopoty

Anita ma problem z Leosiem. Synek jej męża z pierwszego małżeństwa nie potrafi nic zrobić sam. Obsługiwany przez tatusia kilkulatek jest w dodatku potwornie niekomunikatywny – macocha uważa, że robi jej w ten sposób na złość. Nadia nie ma za to wątpliwości, że dwunastoletnia Klaudia, córka jej partnera, wymyśla kolejne złośliwości i sposoby na uprzykrzenie życia „nowej mamie”. Kobiety tracą nerwy i spotykają się w końcu w grupie Macochy Polska, żeby wspólnie porozmawiać o kłopotach w domach – i zyskać jeśli nie porady to przynajmniej zrozumienie. Anita i Nadia to siostry – skłócone od dzieciństwa, nie chcą mieć ze sobą nic wspólnego, a jednak łączy je sporo, za sprawą skomplikowanych przeżyć. Danuta Awolusi stawia na psychologiczne portrety postaci i akcję, która pozwala uświadomić sobie sedno zmartwień. „Macochy” to powieść, w której fabuła nie komplikuje się przesadnie – za to uczucia przechodzą wielką przemianę. I Nadia, i Anita nie mogą liczyć na pomoc partnerów: ci wolą spokój i ucieczkę od tematu. Tymczasem konflikty narastają i porozumienie z trudnymi dziećmi coraz bardziej się oddala. Dochodzą do tego jeszcze spotkania z ich matkami – w obu przypadkach to motywy dostarczające kolejnych zagadek, a nie odpowiedzi na pojawiające się pytania. Czytelniczki mogą obserwować wydarzenia i przeżycia bohaterek za sprawą kilku narracji: poza oglądaniem sytuacji z zewnątrz, mają też dostęp do terapeutycznych zapisków kobiet – bohaterki wyznają na papierze, co je dręczy i co myślą o pasierbach. Autorka podąża od jednoznaczności w stronę wielobarwnej interpretacji, pokazuje odbiorczyniom, że łatwo wpaść w pułapkę schematycznego oceniania, tymczasem prawda może mieć różne oblicza – niekoniecznie uchwytne od początku.

„Macochy” to przede wszystkim zapis rywalizacji. W przypadku Leosia – biernego oporu, w przypadku Klaudii – wyszukiwania sposobów na złośliwe działanie. Relacja macochy – cudze dzieci nieoczekiwanie przenosi się na relację kobieta – mężczyzna: autorka sprawdza, kim są obojętni na domowe sprzeczki partnerzy i jak ich postawa rzutować może na codzienność. W tym kontekście na znaczeniu tracą nawet sensacyjne wydarzenia, dzięki którym bohaterki sporo zrozumieją. Sytuacja w rodzinach patchworkowych jest trudna, a Awolusi celowo jeszcze wyolbrzymia i wyostrza motywy, tak, żeby niekoniecznie dać odbiorczyniom łatwe porady, a pokazać im, gdzie szukać rozwiązań. „Macochy” nie mogą być poradnikiem wprost – za to przydadzą się do autoanaliz i czytania sedna związku. Autorka odnosi się między innymi do kwestii przemocy domowej, do nadopiekuńczości i do różnic poglądów, uświadamia odbiorczyniom, że nie zawsze jest kogo obwiniać za istniejący stan rzeczy. Książka „Macochy” napisana została zgrabnie (chociaż przez pamiętnikowe zwierzenia – nieco infantylnie wypada, owszem, przydają się zapiski Nadii i Anity dla naświetlenia wydarzeń – ale też w tym rodzaju narracji autorka zdradza niepotrzebnie cele książki). To powieść bardzo na czasie i przygotowująca do trudnych rozmów. Awolusi szuka tematów poza cukierkowymi obyczajówkami, radzi sobie całkiem nieźle z psychologizmami.

Liz Braswell: Z dala od siebie. Mroczna baśń

Egmont, Warszawa 2019.

Więź

Elsa i Anna są siostrami, które zostały rozdzielone w dzieciństwie po pewnym tragicznym wypadku. W efekcie Elsa jest sposobiona do objęcia w przyszłości tronu, a Anna prowadzi proste życie córki piekarzy: pomaga w rodzinnym interesie i obiecuje sobie, że wyrwie się w wielki świat, kiedy tylko zacznie być pełnoletnia. Elsa odrzuca zaloty niechcianych potencjalnych kandydatów do tronu, Anna wie, że jest szczerze i bezwarunkowo kochana przez bliskich. Elsa może liczyć na pomoc przyjaciela – bałwanka Olafa, który zawsze szuka ciepła i wprowadza elementy humorystyczne do opowieści. Taki – dość kruchy – układ sił może trwać w powieści długo, jednak nadchodzą konieczne zmiany. Wszystko burzy się z chwilą, gdy Elsa traci rodziców. Teraz wie, że musi znaleźć kogoś: pamięć podpowiada jej strzępki obrazów, brakuje konkretów i nie można dowiedzieć się, o co właściwie chodzi podświadomości – ale Elsa jest przekonana, że nie została sama na świecie. W tym samym czasie Anna zaczyna czuć dziwne przyciąganie do królewskiego dworu – wierzy, że powinna się tam znaleźć i rozwiązać jakąś zagadkę. Odbiorcy śledzą drogi dwóch postaci, dziewczyn odważnych i pomysłowych, które wyruszają w nieznane bez wahania – żeby dowiedzieć się czegoś o sobie. Nagroda będzie niewyobrażalnie wielka, ale zanim do niej dojdzie, trzeba przejść sporo komplikacji.

Liz Braswell pisze tę powieść na bazie scenariusza filmowego, podporządkowuje się zatem wymogom ekranizacji – i po przełożeniu na literaturę nie traci kinowego charakteru, zdarzają się tu scenki, które łatwo sobie wyobrazić jako gesty i miny postaci, obliczone na wywołanie natychmiastowego śmiechu widowni, zdarzają się też krajobrazy kreślone z rozmachem, tak, żeby zrobić silne wrażenie. Jednak te chwyty pod publiczkę nie przeszkadzają w lekturze - „Z dala od siebie” jawi się jak klasyczna powieść, może trochę upraszczana w opisie, jednak całkiem zgrabnie sklecona. Autorka lawiruje między postaciami, narrację przerzuca od Elsy do Anny, czasami zahacza też o towarzyszących im bohaterów – tak, żeby pełniej móc zaprezentować środowisko, w którym pozostają. Wie, jakich emocji oczekują odbiorcy i wzmacnia efekty przez wprowadzanie drobnych, anegdotycznych scenek. Elsa i Anna to bohaterki, które nieco różnią się od typowych księżniczkowych postaci z bajek – choćby przez to, że nie skupiają się na wielkiej miłości i szukaniu własnego księcia – a na wzajemnym uczuciu, relacji między siostrami na długo rozdzielonymi. Jest ta powieść obliczona na wzruszenia, ale to nie będzie przeszkadzało młodym czytelnikom. Fani kina familijnego bez trudu wskażą tu chwyty, które sprawdziły się na wielkim ekranie, a teraz funkcjonują jako dodatki do fabuły - „Z dala od siebie” to powieść, która nie zapomina o swoim pochodzeniu. Disneyowska produkcja może przedłużyć zainteresowanie hitem kinowym, albo też zachęcić do śledzenia przeróbek klasyki.

niedziela, 24 listopada 2019

Gisele Bündchen: Lekcje. Moja droga do dobrego życia

Wydawnictwo Literackie, Kraków 2019.

Życie modelki

Gisele Bündchen to była modelka, która zadbała o zdrowe i szczęśliwe życie swoje i swojej rodziny, a do sprawdzonych metod walki ze stresem namawia teraz czytelników w autobiograficzno-poradnikowym tomie „Lekcje. Moja droga do dobrego życia”. Autorka chce, żeby odbiorcy poszli w jej ślady, porzucili złe przyzwyczajenia i zachowania, które niszczą przyrodę, ale też żeby znaleźli w codziennym zabieganiu czas dla siebie. Nie zamierza się przechwalać receptami na sukces, raczej daje dobry przykład i inspiruje. Zdradza wiele szczegółów ze swojej kariery – od czasów, kiedy była nieśmiałą nastolatką i w pewnym momencie musiała na pokazie wyjść na wybieg topless, aż po obecne realizowanie się w różnych zadaniach. Jest przy tym ciepła, serdeczna i sprawia wrażenie szczerej, tak, że czytelnicy z miejsca ją polubią (choć bardziej wyczuleni na modne zagadnienia w pewnym momencie będą mieli dość podkreślania wdzięczności za wszystko). „Lekcje” to zwierzenia, pokazanie istoty procesu budowania szczęśliwego domu. Autorka sięga pamięcią do czasów dzieciństwa, przedstawia swoje siostry i pokazuje zasady wprowadzane przez matkę, opowiada o swoich dzieciach i ukochanym mężu – rejestruje ich pomysły, przemycając w książce ciepłą i rodzinną atmosferę. To jeden z ważniejszych składników osiągnięcia poczucia szczęśliwości, nie może zatem unikać autorka zaproszeń do swojej codzienności, zabiera odbiorców na przegląd migawek, które przechowuje w pamięci i którymi się pokrzepia.

Do kolejnych tematów zaliczyć można charakterystyczne kwestie wygłaszane na konkursach piękności – tu jednak nie stanowią pustosłowia, a wprowadzenie do zmian w mentalności i trybie życia. Jeśli mowa o ochronie środowiska, będzie Gisele Bündchen opowiadać, co można zrobić i jak sama realizuje te zalecenia, co się u niej sprawdza, a nad czym warto jeszcze popracować. Jeśli mowa o ograniczaniu stresu i trosce o zdrowie – pokazuje dobroczynny wpływ jogi, opowiada o medytacji i podpowiada, jak znaleźć chwilę dla siebie, żeby móc popracować nad ciałem i duszą. Podkreśla, jak ważne jest życie w zgodzie ze sobą, uczy akceptacji ciała i mądrych relacji z innymi ludźmi. Spis treści w tej książce zdradza odnoszenie się do głośnych tematów – ale autorka stale je pogłębia, przefiltrowuje przez swoją osobowość i doświadczenia, dokłada potężną dawkę wiadomości autobiograficznych i pozwala dobrze bawić się lekturą – co nie jest wcale ani częste, ani oczywiste w przypadku książek poradnikowych i lifestyle'owych. „Lekcje” to publikacja, która ma w pierwszej kolejności pokazywać drogi postępowania prowadzące do zadowolenia i zdrowia. Ale to też tom bardzo osobisty i przez to dla wielu czytelników niezainteresowanych samorozwojem w wersji pop atrakcyjny z innych względów. Gisele Bündchen chce, żeby czytelnicy jej zaufali i wie, jak to osiągnąć. Stosowanie się do jej wskazówek może nie przyjść wszystkim łatwo, ale na pewno warto podjąć wyzwanie. Inaczej niż w przypadku typowych poradników, tutaj akcent kładziony jest przede wszystkim na efekty prozdrowotnych zachowań – autorka jest żywym dowodem na to, że warto zdobyć się na wysiłek. Nie ma tu nachalności w proponowaniu określonych działań, a narracja wciąga. Do tego pojawiają się liczne zdjęcia modelki, które jednak nie zdominują tekstu.

Marcin Kalita: Krzysztof Piątek. Gole, które cieszą

Egmont, Warszawa 2019.

Pistolero

Kolejny piłkarz sportretowany w serii Nie tylko dla fana to Krzysztof Piątek. Marcin Kalita przygląda się jego biografii i drodze do sportowych sukcesów tak, by zachęcić małych czytelników do wytężonej pracy, treningów i do wiary w to, że marzenia można spełniać – tak jak spełniał je bohater tej książki. Bardzo długo podkreśla autor fakt, że Krzysztof Piątek urodził się w małej Niemczy, co nie przeszkodziło mu w zrobieniu wielkiej piłkarskiej kariery. Zanim to jednak nastąpiło, musiała się pojawić determinacja i chęć do ciężkiej pracy. W ujęciu Kality Krzysztof Piątek był dzieckiem, które uwielbiało ruch i sport. Tata Piątka trenował chłopców grających w piłkę nożną, dostrzegł więc też talent w synu i umożliwił mu warunki do rozwoju – ale sam chłopak też musiał pilnie ćwiczyć i nie zrażać się niepowodzeniami, żeby trafić do drużyn najlepszych. Upór to cecha podkreślana często – być może po to, by odbiorcy nie zwrócili uwagi na spore niepowodzenie w procesie edukacji przyszłego piłkarza: fakt, że Krzysztof Piątek musiał powtarzać klasę, nie należy do informacji budujących nimb bohatera. Marcin Kalita przygląda się zmianom, jakie po tym wydarzeniu zaszły. Interesuje się zwłaszcza kolejnymi wyborami dziecka grającego w piłkę – pokazuje, jak sport mógł pozwolić na realizowanie marzeń: na początku i w wymiarze dziecięcych drużyn to choćby szansa na zagraniczny obóz sportowy albo wyjazdy na mecze z innymi drużynami – Niemcza nie jest więc żadnym ograniczeniem.

Marcin Kalita długo zajmuje się kwestią dzieciństwa Krzysztofa Piątka i analizuje kolejne wydarzenia, które pozwoliły mu na stawanie się coraz lepszym. Akcentuje też zainteresowania (między innymi zamiłowanie do hip-hopu: pokazuje Piątka, który komentuje rzeczywistość za sprawą ulubionych utworów), nie stroni od przytaczania dziecięcych wybryków – bo i to składa się na portret przyszłego piłkarza. Podkreśla cechy, jakie przydają się na boisku i odnotowuje rozmowy z trenerami (czy z ojcem, który przecież zna się na piłce i może nie tylko podpowiadać, jak grać, ale uczyć myślenia na murawie). Kreśli drogę Krzysztofa Piątka do wielkich drużyn – narracja przyspiesza w momencie, gdy bohater książki trafia do kadry. Ale i tutaj Piątek nie jest wolny od konieczności pracy nad sobą: trenerzy pokazują mu jego błędy lub zachowania niegodne piłkarza i żądają zmian. Dzięki temu mali odbiorcy przekonają się, że w sporcie ważne są nie tylko zagrania z piłką – koniecznie trzeba też podporządkowywać się bardziej doświadczonym i bezustannie się rozwijać. Marcin Kalita

Jak zawsze w cyklu, tak i tu rozdziały przetykane są kolorowymi stronami informacyjnymi, znaleźć na nich można i zdjęcia z miejsc, w których grał Krzysztof Piątek, i fotografie sportowe z boiska, ciekawostki klubowe czy reprezentacyjne – dodatki, które umilają lekturę.

sobota, 23 listopada 2019

Piotr Kletowski, Piotr Marecki: Żuławski. Wywiad rzeka

Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2019.

Filozofia tworzenia

Piotr Kletowski i Piotr Marecki spędzili kilka dni na rozmowach z Andrzejem Żuławskim i stworzyli książkę, która do dzisiaj jest idealnym wywiadem rzeką, tomem, który pokazuje, jak powinno się podchodzić do opowieści o tworzywie i tworzeniu. Wraca na rynek po kilku latach, a stoi w opozycji do istniejących na rynku publikacji tworzonych gadżetowo i promocyjnie, na szybko – byle tylko pokazać artystę i pozwolić mu zaistnieć w świadomości masowych odbiorców (lub przypomnieć o swoim istnieniu). Żuławski o czytelników ani widzów w tym wypadku nie walczył, za to pozwolił sobie na luksus rozmów inteligenckich i dyskusji na naprawdę wysokim poziomie. Zamiast mówić szybko i niedokładnie, bez odwołań do faktów, za to z wydobywaniem tego, co dla biografii mało istotne, koncentruje się na inspiracjach i na dokonaniach. Opowiada niespiesznie, starannie i z wyczuciem. Czasami specjalnie prowokuje dziennikarzy, wprowadza zarzuty, które stają się punktem wyjścia do następnych dyskusji. Zmusza ich też do wyrażania własnych poglądów i do ustosunkowywania się do twórczości. Żuławski nie opowiada wyłącznie o sobie, a nawet jeśli – to przez pryzmat intertekstów. „Żuławski. Wywiad rzeka” to książka dla tych, którzy lubią odkrywać – samodzielnie – kolejne tropy i szukać nawiązań. Niby podpowiada, gdzie leżą źródła jego pomysłów – ale też ucieka od autodefinicji, nie lubi podawania odpowiedzi wprost. Lubuje się za to w filozoficznych wywodach przesyconych erudycyjnymi komentarzami. Funduje czytelnikom intelektualną ucztę – do czego zresztą ochoczo przyłączają się dziennikarze. Kletowski i Marecki nie zadowoliliby się prostymi odpowiedziami: oni wręcz czekają na pogłębianie tematów, na wyjaśnienia, które nie mieszczą się w telewizyjnych zajawkach i internetowych artykułach. W tej książce znajdują miejsce na analizy filmów – ale nie tylko. Podążają drogą twórczą – a jeśli od czasu do czasu Andrzej Żuławski wplecie do wyjaśnień element autobiograficzny – od razu pokazuje jego związki z filmami, wpływ na charakter i na późniejsze decyzje artystyczne.

Jest to opowieść rzeczowa, chociaż pełna refleksji na tematy kulturalne, pełna ocen innych reżyserów, aktorów, literatów itp. - to wszystko służy podkreślaniu związku pomysłów filmowych z całą historią sztuki. Andrzej Żuławski przypomina, że nic nie dzieje się w próżni – podpowiada, jak to odczytywać. Można nawet stwierdzić, że w pewien sposób wychowuje sobie odbiorców. „Żuławski” to tom potężny i do odkrywania na równi z filmami – nie tylko jako drobny przypis, ale jako uzupełnienie odbioru. Żuławski potrafi opowiadać zajmująco, dziennikarze nie poprzestają na „gazetowych” pytaniach, to okazuje się przepisem na spory sukces. „Żuławski” to publikacja, która nie do wszystkich trafi – potrzebna jest jednak na rynku wydawniczym i bardzo dobrze, że trafia na niego ponownie. Pokazuje, jak w dobie popularności książek pisanych w pośpiechu zadbać

faktycznie o wiadomości i o samego czytelnika.

Artur Nowicki, Marcin Brykczyński: Co jeździ na dwóch kołach

Nasza Księgarnia, Warszawa 2019.

Rower Romek i wyścigi

W kolejnej książce z serii Opowiem ci, mamo pojawiają się jednoślady namalowane przez Artura Nowickiego i scharakteryzowane w rymowankach przez Marcina Brykczyńskiego. Obaj panowie kierują się zatem raczej do chłopców. Hulajnogi, rowery, motocykle oraz „jednokółko” to bohaterowie tej publikacji – czas spędzają przeważnie albo na wyścigach, albo na drogach, albo w warsztacie. Jedna z rozkładówek przenosi odbiorców do „muzeum rowerów”: można obejrzeć jednoślady, które były tworzone lub wymyślane na przestrzeni wieków, poczynając od projektu Leonarda da Vinci, przez celeryf, maszynę biegową zwaną drezyną, bicykle, welocypedy, bicykletki aż po bezpieczny rower. Rajem dla rowerów jest Amsterdam, tu rowery można spotkać nawet na dachach, drzewach i latarniach – co pozwala na zaproponowanie interaktywnej zabawy. Dzieci wybiorą się na zawody rowerowe i na targi motocykli (nawet na żużel). Za każdym razem pojawi się na stronach zadanie dla nich, w książce znajduje się także gra planszowa, dzięki czemu maluchy będą mieć więcej zabawy. „Co jeździ na dwóch kołach” to w pierwszej kolejności popis graficzny. Artur Nowicki przede wszystkim stawia na pozorny chaos. Kolejne rozkładówki są bardzo kolorowe i zarzucane szczegółami, mnóstwo tu detali i czynników odciągających uwagę odbiorców. Nie wiadomo, na czym skupić wzrok, trzeba śledzić obrazki uważnie, żeby odkryć, gdzie znajdują się bohaterowie zapowiadani na pierwszej stronie – i co akurat robią. Nowicki posługuje się humorem, tworząc kwietniki i fontanny w kształcie rowerów, łańcuchy na fasadach domów, jeże z kołami na grzbietach czy motorynki kupujące lody. Niektóre pojazdy mają swoje śmieszne miny, więc trzeba będzie sporo czasu, żeby prześledzić wszystkie niespodzianki, jakie autor przyszykował dla odbiorców.

Marcin Brykczyński pisze teksty – i robi to w swoim stylu, to znaczy formą na pewno nie zachwyci. Trzyma rytm, ale słaby jest w rymach (w tak niewielkiej przestrzeni powtarzanie współbrzmień nie powinno się w ogóle zdarzyć, nie mówiąc już o tym, że rymy banalne można by czymś zastąpić, a gramatyczne muszą po prostu zostać wyeliminowane). Ułatwia sobie zadanie, kiedy rymuje coś z przymiotnikiem, rezygnuje z puent w klauzulach wersów – niekoniecznie w dobrym stylu, raczej ratunkowo – z rzadka udaje mu się więc rozśmieszyć albo zaintrygować. Czyta się jego rymowanki nie dla wartości artystycznych, a żeby dowiedzieć się, jakie zadanie czeka akurat maluchy. Brykczyński bowiem w swoich czterowersach umieszczanych na kolejnych stronach koduje zagadki. Czasami dzieci mają policzyć lub wskazać przedmioty na rysunku, innym razem coś porównać, coś opisać albo wyjaśnić, znaleźć pary, wskazać różnice dzielące obrazki, zachęca też do czytania znaków drogowych. Wyszukiwanki to najczęściej stosowana zabawa. Być może dzieci najbardziej ucieszą się z gry planszowej jako nieoczekiwanego dodatku do lektury – ale i tak będą miały sporo radości ze śledzenia obrazków. Kartonowa książka „Co jeździ na dwóch kołach” to kolejna propozycja w udanej serii picture booków – edukacyjnych publikacji dla najmłodszych, z propozycjami interaktywnych rozrywek.

piątek, 22 listopada 2019

Agata Maksimowicz: Birobidżan. Ziemia, na której mieliśmy być szczęśliwi

Czarne, Wołowiec 2019.

Mit i życie

To jeden z książkowych reportaży próbujących zatrzymać czas, cofnąć czytelników do przeszłości tak, by poznali – i przeżyli – dość ekstrawagancki pomysł na stworzenie żydowskiego miasteczka daleko w Związku Radzieckim. Idea, która zawładnęła umysłami wielu, wspierana jeszcze przez poetykę socrealizmu, motyw pracy kolektywu i wszystkich sił poświęcanych w imię wyższych celów – najwyraźniej przypadła do gustu Żydom w ZSRR. Mogli w końcu zyskać miejsce do kultywowania własnych tradycji, budowania świadomości narodowej i wyznaniowej kolejnych pokoleń, samookreślania się – a wszystko bez konieczności podporządkowywania się państwu. Birobidżan w założeniach jawił się jako kraina wspaniała, w której szczęście jednostek składałoby się na ogólne poczucie zadowolenia. I, jak zwykle przy podobnych planach bywa, rzeczywistość zweryfikowała początkowy entuzjazm: dość szybko okazało się, że marzeń nie da się przełożyć na codzienność, a proza życia – w zderzeniu z wcześniejszymi mrzonkami – doskwiera jeszcze bardziej.

Agata Maksimowicz rejestruje w swoim obszernym tomie działania polityczne związane z budowaniem ostoi żydowskości. Pokazuje decyzje i postawy działaczy, wydarzenia, które wiązały się z realizacją wyjściowych założeń, ale też konsekwencje powstania Birobidżanu. Sprawdza, jak kształtowały się struktury miasteczka. Przez aspekt polityczny może zasugerować czytelnikom szereg komplikacji, jakie nie przyszłyby do głowy idealistom. Zbiera całą opowieść o konstruowaniu enklawy żydowskiej – w odniesieniu do czasów, w szerszym kontekście. Ale dla czytelników równie ważne jak rejestr spraw historycznych staną się relacje okołokulturalne. Chociaż trudno Birobidżan traktować jak ojczyznę, dla części artystów szybko stał się miejscem, które warto opiewać i upamiętniać w dziełach. Maksimowska sięga po fragmenty utworów, w których odzwierciedlały się śmiałe wizje, a Birobidżan funkcjonował jeszcze na prawach wyśnionego zjawiska. Proza życia to już element odkrywany dla odbiorców przez Agatę Maksimowicz: stopniowo, zgodnie z chronologią wydarzeń.

„Birobidżan” zamienia się w pewnym momencie w rejestr rozczarowań, inaczej zresztą być nie może. Autorka sporo wiadomości może odtwarzać z dokumentów, ale jeśli chodzi o odczucia związane z miasteczkiem – opiera się na komentarzach ludzi bezpośrednio zaangażowanych, zbiera opinie tych, którzy mieli współtworzyć miejsce – i którzy przekonywali się stopniowo, jak bardzo nierealne były ich wyjściowe marzenia. Jest to tom rozbudowany, imponujący szczegółowością, ale też wyczuleniem na przeżycia i doświadczenia ludzi. Maksimowicz celowo skupia się właśnie na tym aspekcie – przykrywając suche wiadomości przeżyciami. Dba o warstwę informacyjną, bardzo starannie prowadzi narrację – tak, żeby uniknąć skojarzeń ze stylistyką pop. Proponuje reportaż gęsty i treściwy, zapewniający dokładną analizę pomysłu i jego realizacji. To coś dla fanów literatury faktu, historiozofii łamanej reportażem. „Birobidżan. Ziemia, na której mieliśmy być szczęśliwi” to publikacja starannie przygotowana.

czwartek, 21 listopada 2019

Artur Urbanowicz: Inkub

Vesper, Czerwonak 2019.

Zabobony

Wiara w czary może być podstawą wielu intrygujących powieści. W „Inkubie” ciągnie się od lat 70. XX wieku po rok 2016 i nie ma na nią żadnego sensownego sposobu. Ludzie z małych wiosek wyjątkowo chętnie zaprzęgają zabobony do wyjaśniania nieracjonalnych z ich punktu widzenia zjawisk. To oczywiście prowadzi do podsycania lęków – i otwiera furtkę złu. O wiele łatwiej jest przyjąć, że rzucony przez nieżyczliwą wiedźmę urok jest przyczyną nieszczęść – niż szukać głębiej, żeby dotrzeć do rzeczywistych rozwiązań. Zwłaszcza jeśli te opierają się na domysłach, tyle że naukowych. Co ciekawe, Artur Urbanowicz w posłowiu do bardzo obszernego tomu wymienia szereg zagadkowych śmierci w wiosce na Suwalszczyźnie. Część wydarzeń wykorzystał jako inspirację do swojej historii, inne potraktował jak literackie tworzywo. Wszystko zrzuca na głowę śledczemu, który w połowie jest Litwinem. Ponieważ policjant, który zbierał materiały na temat lokalnych nieszczęść, popełnił samobójstwo, Vituas musi sprostać wyzwaniu. Gromadzi dane, odkrywa szereg przerażających wydarzeń. Na razie jednak wszystko toczy się zgodnie z prawami kryminału, jeszcze nie ma mowy o thrillerze. Zło poczeka, aż rozpanoszy się strach. Urbanowicz zarzuca czytelników drobnymi scenkami, pokazuje, co dzieje się we wsi i na czym polega praca śledczego. W tle stopniowo nabudowuje atmosferę grozy, tu nic nie może prowadzić do normalności – nie ma na nią miejsca.

Nieco ponad trzy dekady wcześniej w tym samym miejscu dzieje się jeszcze więcej spraw szarpiących nerwy. Pewna samotna starsza kobieta przez lokalną społeczność traktowana jest jak czarownica. Nawet nie dlatego, że zna rozmaite sztuczki (w końcu we wsi dziewczyny wiedzą, jak zwrócić na siebie uwagę ukochanego i zapewnić wzajemność), odbiera porody, ale może też pomóc kobietom, które mają problemy z zajściem w ciążę. Tyle tylko, że za wszystko trzeba zapłacić. W „Inkubie” śmierci jest dużo, zagadkowość nie tylko służy rozwijaniu warstwy kryminalnej, ale i tej thrillerowej. Autor co prawda w narracji bardziej skłania się ku pierwszemu gatunkowi, ale bardzo umiejętnie wkracza na teren drugiego. Do rozdziałów dodaje motta – cytaty dotyczące carów i wierzeń z nimi związanych, poza podstawowym nurtem narracji – tak może sugerować czytelnikom, na co mają zwracać uwagę, wyczula ich na określone motywy.

Bardzo dobrze czyta się tę publikację, jej rozmiar (ponad 700 stron tekstu) nie psuje rozrywki. Niepotrzebnie tylko w posłowiu autor zaczyna sugerować odbiorcom pominięte (na pewno) przez nich tropy. Proponuje, żeby jeszcze raz przeczytać całą powieść, żeby odkrywać w niej kolejne wątki, żeby zwracać uwagę na intertekstualia i nawiązania do informacji prasowych. Jednym słowem – kwestionuje pracę odbiorców, próbuje udowodnić, że on – autor – jest wybitnie inteligentny, a czytelnicy niekoniecznie, że trzeba ich prowadzić za rękę nawet w literaturze rozrywkowej. Tu zdecydowanie przydałyby się nożyczki redaktora.

środa, 20 listopada 2019

Weronika Murek: Feinweinblein

Czarne, Wołowiec 2019.

Wyznania poza życiem

W dramatach Weroniki Murek na płaszczyźnie fabularnej – podobnie jak w międzyludzkich relacjach – dużo nie może się zdarzyć. Wszystko rozgrywa się bezpośrednio w wypowiedziach, poglądach i uwagach rzucanych do siebie przez postacie. Ta autorka nie chce, żeby bohaterowie ze sobą rozmawiali i żeby wpływali na siebie wzajemnie, każdy funkcjonuje tu w próżni i mimo pozoru dialogowości nie wchodzi w reakcję z innymi. To najbardziej przerażające odkrycie, bo oznacza niemożność otrzymania pomocy. U Weroniki Murek wszyscy chcą mówić, jednak nikt nie zamierza słuchać. Idealną metaforą lda tych zabiegów staje się radio z „Feinweinblein”: kolejne przypadkowe kwestie pojawiają się chaotycznie i czasami nawet mogą się wzajemnie skomentować – ale w niezamierzony sposób. Ten zabieg, wprowadzanie oderwanych od siebie haseł, przeplatanie monologów wewnętrznych i postrzępionych czy pokaleczonych – stosuje autorka cały czas i aż rodzi się pytanie, czy uda jej się stworzyć jakąś historię „tradycyjną”, fabularną (albo przynajmniej z interakcjami bohaterów). Forma, którą Weronika Murek wybiera, jest w pewnym sensie wygodna. Tutaj nie trzeba się martwić kontekstem, a prawdopodobieństwo charakterów ujawni się w wygłaszanych mimochodem sądach, często czerpiących z rzeczywistych narzekań. W „Feinweinblein” odbiorcy nie mogą się przeglądać inaczej niż tylko w okruchach lustra: nie zyskają nic z elementów charakterystycznych dla twórczości masowej. Autorka odrzuca schematy konstrukcyjne historii, pisze, jakby chciała przedstawiać wyłącznie polifoniczność. Z pojedynczych komentarzy, wyłuskiwanych jeszcze w dodatku spośród pustosłowia i fraz pozbawionych głębszej treści – dopiero daje się wysnuć kierunki poszukiwań. Znajdzie się tu miejsce na eksponowanie samotności, przemijania, nieszczęśliwej miłości (bardziej jako stanu duchowego niż w związku z innymi ludźmi) lub strachu. Każdy pozostaje ze swoimi problemami sam, nawet jeśli pozostali wydają się do niego podobni. Te dramaty są podatne na różnorodne interpretacje, chociaż zdarza się, że Weronika Murek narzuca wręcz system skojarzeń albo krąg inspiracji przez czytelne sygnały formalne. Za to nie zamierza odwracać uwagi odbiorców od tego, co postacie już przetrawiły i co sobą reprezentują. U tej autorki wszystko dzieje się na planie słów, nie istnieje właściwie świat poza językiem. To faktycznie stanowi wyróżnik i sprawia, że na Weronikę Murek stawiają jurorzy w konkursach. Ale w przypadku publikacji zbiorczych staje się automatycznie zagrożeniem: pokazuje, że mimo zabaw intertekstualnych Murek posługuje się w gruncie rzeczy jedną poetyką i jednym chwytem – a to w końcu może się przejeść, niezależnie od trafności komentarzy wplatanych w wypowiedzi bohaterów. Weronika Murek unika klasycznego podejścia, ale wpada w inną pułapkę, w wywody pozbawione zakotwiczenia w teatralnej przestrzeni. Daje możliwość wykazania się reżyserom, jednak sporo może ryzykować w przypadku publikacji drukowanej. „Feinweinblein” to książka, która budzić będzie skrajnie różne odczucia.

wtorek, 19 listopada 2019

T. M. Logan: 29 sekund

Bukowy Las, Wrocław 2019.

Kariera

Każdy, kto zostanie doprowadzony do ostateczności, podejmuje decyzje, których później będzie żałować. T. M. Logan zna tę zasadę – podstawę wielu thrillerów – i na niej opiera fabułę tomu „29 sekund”. Przez podporządkowanie się temu napędowi fabularnemu musi wprawdzie odpowiednio zmodyfikować historię, a w tym nie ma jeszcze zbyt dużej wprawy – w efekcie „29 sekund” w pewnym momencie wybrzmiewa trochę jak zła baśń. W odpowiedniej dla bohaterki i akcji chwili wtrąca się „przypadek”, a właściwie szereg przypadków – które psują prawdopodobieństwo, tak potrzebne przy imitujących realizm czarnych opowieściach.

Sarah chce robić uniwersytecką karierę i właśnie ma szansę na wprowadzenie się do grona uczonych. Na przeszkodzie stoi jej jednak jeden ze starszych profesorów, gwiazda telewizyjna i mężczyzna owiany złą sławą. Tajemnicą poliszynela w obrębie uczelni jest to, że ów profesor molestuje kobiety. Jeśli któraś mu się sprzeciwi, traci pracę. Pracownice nawzajem się ostrzegają, a nawet tworzą zbiór Zasad, które mają uchronić przed zakusami wiecznie napalonego samca. Ten pozostaje bezkarny. Teraz zarzuca sieć na Sarah, wykorzystując jej sytuację. Kobieta musi utrzymać stanowisko, nie może sobie pozwolić ani na przerwę w zatrudnieniu, ani na problemy. Przestaje słuchać życzliwych koleżanek. I kiedy już pozostaje w sytuacji bez wyjścia, zdarza się coś, co jest prawdziwym początkiem historii – i jednocześnie przesadną ingerencją losu. Sarah ratuje od śmierci małą dziewczynkę, a jej wdzięczny ojciec – Rosjanin, Wołkow – oferuje pomoc w pozbyciu się bez śladu jednej wskazanej osoby.

T. M. Logan wie doskonale, jakie dylematy przeżywać będzie uczciwa osoba doprowadzona do skrajności i pozbawiona możliwości logicznego myślenia. Bardzo dobrze odwzorowuje problemy Sarah, chociaż wcześniej sporo traci, kiedy nie uzasadnia przekonująco, dlaczego kobieta mimo świadomości zagrożenia dobrowolnie pakuje się w paszczę lwa (względy finansowe nie wydają się tu wystarczające). Zachęca czytelników do lektury dbałością o detale w narracji. Zniechęca natomiast – i to całkiem poważnie – odejściem od realistycznego rozwiązania prawdziwego dramatu. Nie sili się na to, by wprowadzić w życie bohaterki porady udzielane przez bliskie jej osoby. Chociaż Sarah ma wsparcie z każdej strony, popełnia zbyt proste błędy. Logan umie opowiadać, jednak zdarza mu się, że nie przekonuje fabułą albo charakterystykami. Skupia się na jednym aspekcie działań postaci, a przecież tłem czyni sytuację znaną odbiorcom choćby z mediów. Nie dopracowuje książki w ramach akcji, za to dopieszcza wręcz w rytmie opowieści. „29 sekund” to thriller trochę oczywisty, trochę niepotrzebnie udziwniany przez baśniowy katalizator akcji. Czyta się go dobrze, dzięki umiejętnościom stylistycznym autora, ale są tu i obszary, nad którymi musiałby mocno popracować. Dostarczy jednak rozrywki masowej publiczności – a o to chodzi.

poniedziałek, 18 listopada 2019

Enrico Galiano: Jeszcze będziemy szczęśliwi

SQN, Kraków 2019.

Wytropić ukochanego

Gioia Spada nie wierzy w ludzi, nie ufa ludziom i nie chce otaczać się ludźmi. Zbyt wiele razy się rozczarowała, za dużo wyzwisk i niewybrednych żartów ze strony rówieśników doznała, żeby teraz dopuszczać ich do siebie. Gioia jest uznawana przez kolegów z klasy za dziwaczkę – ubiera się inaczej niż wszyscy, słucha innej niż wszyscy muzyki, nie ma z nią o czym pogadać (chociaż jej pasją jest wyszukiwanie słów, które w innych językach nie istnieją – żeby poznać tęsknoty i potrzeby wyrażania uczuć różnych społeczeństw). Gioia Spada to siedemnastolatka przegrana na starcie. Takie jak ona nie zostają najpopularniejszymi dziewczynami w szkole, mają trudności ze zdobywaniem przyjaciół. Zresztą Gioia ufa wyłącznie Toni, a Tonia istnieje tylko w jej wyobraźni – za to zawsze służy pomocą albo kąśliwą radą. To z Tonią Gioia prowadzi długie dyskusje, to z Tonią wychodzi na spacery. Tonia zaspokaja w pełni jej potrzebę rozmawiania z innymi, nawet jeśli potęguje wrażenie dziwaczności Gioi. Jest jednak przyjaciółką, a przyjaciół się nie opuszcza. Sama Gioia nie myśli o tym, ale ma jeszcze jedną bratnią duszę: o wszystkim może porozmawiać ze swoim nauczycielem filozofii, jedynym, który dostrzega potencjał dziewczyny i zachęca ją do podążania za pomysłami.

W domu Gioia Spada nie ma zbyt wesołej sytuacji: matka po raz kolejny przyjmuje ojca pod swój dach. Wiadomo, że skończy się to awanturami, przemocą i pokaleczonym znowu sercem, wiadomo, że kobieta będzie cierpiała, a jej ukochany nie weźmie się za porządną pracę, a będzie tylko wymagał. Gioia nie chce tego przeżywać, zna doskonale scenariusz i boi się, że straci z trudem budowany azyl. Jednak jest bezsilna wobec uporu dorosłych. I w tym zestawie problemów w domu i w szkole bohaterka znienacka spotyka chłopaka, który odmienia jej życie. Lo sam wydaje się dziwakiem, ma wiele przyzwyczajeń, które ludzi od niego odstraszają, a które Gioia świetnie rozumie. Zdaje sobie sprawę ze znaczenia dyskrecji i nie chce zmieniać Gioi. Nastolatka szybko zaczyna mu ufać, a z czasem się w nim zadurza. Nie przejmuje się nawet tym, że Lo stroni od wspólnych wyjść. Tak, że kiedy chłopak znika bez śladu, pozostawia po sobie bardzo dużo pytań. Enrico Galiano proponuje młodym czytelniczkom powieść ciekawą i trzymającą w napięciu (mimo że prawa schematu romansowego są nieubłagalne i pewnych rzeczy można się domyślić). Stawia na poczucie wyobcowania i niezrozumienia, powszechne wśród młodych czytelników. Do tego przedstawia szereg domowych zmartwień – licznych pretensji czy trosk, które odbijają się na codzienności nastolatków. Przede wszystkim jednak wprowadza mocną historię – ma pomysł na fabułę i wie, jak przyciągnąć do lektury. Dobrze prowadzi opowieść, przy okazji może nawet przekonać czytelników do szukania własnych nieprzetłumaczalnych słów. Przekonuje do uczuć, a to dla odbiorców będzie najważniejszym elementem książki. Wyostrza autor pewne sytuacje w gronie nastolatków, ale ma w tym swój cel. A że przy okazji potrafi rozwijać fabułę w kierunkach nieoczekiwanych – podbije rynek.

Jeff Kinney: Dziennik Rowleya. Zapiski chłopca o złotym sercu

Nasza Księgarnia, Warszawa 2019.

Kumple

Czasami trudno zrozumieć wybory dzieci w kwestii najlepszych przyjaciół. W przypadku Rowleya, najlepszego kumpla Grega, zdumienie może tylko rosnąć. Jeff Kinney wykorzystuje swoją bestsellerową serię, żeby... wykreować drugą ważną postać. Greg Heffley, znany z „Dzienników Cwaniaczka”, ma zejść tu na dalszy plan, przynajmniej teoretycznie. Rowley Jefferson musi bowiem stworzyć jego biografię. W zasadzie to chciał pisać własny pamiętnik, ale po pierwsze Greg uznał, że pamiętniki są dobre dla dziewczyn, chłopcy powinni pisać dzienniki, a po drugie – że kiedy w przyszłości stanie się sławny, to Rowley zostanie autorem jego pierwszej biografii i w ten sposób przejdzie do historii. Trochę to pokrętne, ale Greg nieprzypadkowo nosi miano cwaniaczka. Jeff Kinney bawi się motywami szkolnych perypetii, przyjaźni i nieporozumień, kłótni i problemów – żeby zaproponować odbiorcom kolejną dowcipną serię.

Rowley bierze się do pracy i skupia na drobnych wydarzeniach. Każdy rozdział jest tu (przeważnie) osobną anegdotką, rejestrem zabawnego wydarzenia. Sam bohater należy do naiwnych i daje się łatwo wykorzystywać przyjacielowi: nie odczytuje ukrytych intencji Grega, wszystko przyjmuje za dobrą monetę i w efekcie często wpada w tarapaty. Zachowuje się jak typowy dzieciak, niezbyt sprytny, a przez to komiczny. Jeff Kinney pozwala mu odkrywać kolejne intrygi Grega, gdy jest już za późno na reakcję – nie oznacza to jednak, że Rowley chce zerwać kontakty ze swoim kumplem, wręcz przeciwnie: w każdej sytuacji dostrzega coś, co pozwala mu jeszcze bardziej szanować i lubić Grega. Kontrast między intencjami Grega a interpretacjami Rowleya zapewnia śmiech odbiorców.

Kinney pisze prostym językiem, imituje relację nastolatka, który nie ma przesadnego talentu literackiego – posługuje się młodzieżowym żargonem i skrótami. Na uwagę zasługuje tu przekład, Joanna Wajs dobrze radzi sobie z tworzeniem warstwy językowej, która sugeruje nastoletnich użytkowników języka, a nie stanie się szybko archaiczna. Opowieść Kinney uzupełnia drobnymi i również prostymi rysunkami – czasami przechodzącymi w komiks. Tu nie chodzi o podziwianie kunsztownej kreski, a o nakreślenie emocji i reakcji błyskawicznie, bez wdawania się w rozwlekłe opisy. Rowley zwykle ulega przyjacielowi, nieważne, o jaką sprawę chodzi. Usprawiedliwia go i ceni, jest do niego przywiązany. Nie przeszkadza mu to we wdawaniu się w kłótnie – kiedy chłopcy dyskutują, to na ostro, kiedy sobie dokuczają to tak, żeby uderzyć w najsłabszy punkt – Rowley nakreśla w ten sposób specyfikę chłopięcych przyjaźni. Obraz idealnego kumpla pojawia się na marginesie opowieści, natomiast najważniejsze okazuje się zestawianie kolejnych pięter żartów. „Dziennik Rowleya. Zapiski chłopca o złotym sercu” to wykorzystywanie tego, co na rynku literatury czwartej najbardziej w powieściach komiksowych pożądane. Jeff Kinney ma już wprawę w prowadzeniu takich narracji, przy Rowleyu może jeszcze automatycznie zwrócić uwagę na poprzednią serię – kieruje się do swoich stałych fanów, ale zyskuje szansę na zbudowanie nowego grona odbiorców.

niedziela, 17 listopada 2019

Liliana Fabisińska, Maria Fabisińska: Warto poczekać

Silver, Warszawa 2019.

Teraźniejszość

Zaczyna się bardzo konwencjonalnie i w zasadzie można się zastanawiać, czy Liliana Fabisińska pójdzie tropem najbardziej stereotypowych motywów, żeby stworzyć książkę realizującą wyznaczniki nowego wydawnictwa dla seniorów-silverów. Oto Dorota, bohaterka, która właśnie straciła pracę, jest tuż przed emeryturą, nie może zatem znaleźć innego zajęcia: wszyscy w zawoalowany sposób przekonują, że jest dla nich za stara, nikogo nie interesuje doświadczenie ani umiejętności. Dorota mogłaby się przydać w niejednej firmie znacznie bardziej niż młode dziewczyny – a jednak nie może do siebie przekonać żadnego z pracodawców, popada w coraz większą frustrację. Mąż Doroty niedawno przeszedł udar, a po chorobie wrócił do ukochanego zawodu, jeździ jako taksówkarz i zupełnie się nie oszczędza, mimo próśb kobiety, by na siebie uważał. Wie doskonale, że do zdrowia psychicznego potrzebna mu aktywność zawodowa – a że może to prowadzić do kolejnych problemów – nie zamierza o tym myśleć. W wielkim domu jest jeszcze syn z synową oraz wnuk – dziecko, z którym Dorota nie ma zbyt wiele kontaktu, bo synowa skutecznie ogranicza możliwość spotkań. Nigdy nie prosi o pomoc w opiece nad małym, separuje Dorotę od kilkulatka. A jednak to w końcu synowa otwiera się na bohaterkę najbardziej i daje jej wsparcie – sama też go potrzebuje, chociaż o tym chwilowo jeszcze nie mówi. Bo, żeby fabuła stała się jeszcze ciekawsza, również syn Doroty sprawia poważne problemy, tyle tylko, że nie chce się przyznać do wybranej życiowej ścieżki. Tak naprawdę jedyne osoby, na które kobieta może liczyć bezwzględnie, to przyjaciółki – zawsze przybędą z pomocą, dobrą radą i smakołykami. To one też wpadają na pomysł nowego biznesu, w który mogłaby się zaangażować Dorota, żeby zmienić coś w swoim życiu i nastawieniu. To dzięki przyjaciółkom bohaterka „Warto poczekać” nie poddaje się w najtrudniejszych chwilach, a walczy o własne szczęście.

Liliana Fabisińska przy pisaniu tej książki korzystała z podpowiedzi i wskazówek swojej mamy, Marii, w efekcie powstał tom, który przekonuje czytelniczki nie tylko w wieku silverowym – autorki wprowadzają lekki humor i nienachalny optymizm, nie ma tu obietnic, że wszystko ułoży się samo, o szczęście trzeba się mocno postarać, ale w pierwszej kolejności – przestać je uzależniać od postaw innych ludzi. Dorota ma na swojej drodze wiele wyzwań i wiele problemów ponad siły, a jednak z każdej próby wychodzi zwycięsko. Poza wszystkim – bardzo dużo pracuje. Liliana Fabisińska wymyśla jej sposób na wyjście z kryzysu i podsuwa pomysł na samozatrudnienie w nietypowej w literaturze dla pań branży – zarzuca wręcz odbiorczynie szczegółami dotyczącymi nowego zajęcia, tak, by uwierzyły w świat przedstawiony. „Warto poczekać” może być w paru miejscach też inspiracją do działania i prezentacją możliwości. Z pewnością odbiorczynie mogą tu znaleźć wskazówki dla siebie, ale i podpowiedzi, jak zabrać się do pracy.

Im dalej w powieści, tym lepsza okazuje się fabuła: to, co na początku pobrzmiewało stereotypowo, jest po prostu rozbiegówką, żeby wstrzelić czytelniczki w temat – do tej pory raczej w literaturze dla pań marginalny.

Jennifer L. Holm, Matthew Holm: Trzymaj się, Sunny!

Jaguar, Warszawa 2019.

Tęsknota

Tęsknota w stanie czystym okazuje się tematem wiodącym komiksu „Trzymaj się, Sunny”, drugiej części przygód małej dziewczynki dorastającej w latach 70. XX wieku. Dale, starszy brat Sunny, który sprawiał problemy wychowawcze (wdał się w złe towarzystwo i zaczął zażywać narkotyki), trafił do szkoły wojskowej z internatem. Rodzice podjęli taką decyzję, bo nie mogli sobie z nim poradzić – na co dzień nie okazują, że brakuje im syna, ale Sunny wystarczy drobiazg, żeby uruchomić wspomnienia. Wtedy jest jej najciężej. Bohaterkę rozumie dziadek – ale mieszka za daleko, żeby przychodzić z pomocą w chwilach kryzysu. Nawet młodszy braciszek nie jest w stanie rozbawić Sunny. Sytuacja pogarsza się jeszcze, kiedy Dale wraca do domu na święta. Wprawdzie tata uprzedza Sunny, że chłopak ma pretensje do wszystkich i raczej nie będzie miły, lecz i tak stęsknionej siostrze trudno jest zrozumieć gburowatość nastolatka. Nie wiadomo, jak potoczyłyby się losy Sunny, gdyby nie córka sąsiadów – dziewczyna, która układa choreografię dla orkiestry marszowej. Starsza od Sunny (bliżej jej wiekowo do Dale’a), otacza ją opieką jak młodszą siostrę, której nie ma. Dzięki niej życie znów nabiera barw – i wszystko zaczyna się układać. Nawet Dale zaczyna doceniać drobne gesty siostry i zdradzać się z uczuciami innymi niż gniew.

Jennifer L. Holm i Matthew Holm tworzą komiksy inne niż typowe publikacje rozrywkowe – owszem, dostarczają trochę śmiechu i scenek atrakcyjnych z punktu widzenia małych odbiorców, ale tu ważny jest problem psychologiczny, zmartwienie wielkiej wagi. Rzadko kiedy do tomików dla dzieci przekradają się aż tak trudne emocjonalnie sytuacje. Tymczasem dzięki doświadczeniom Sunny odbiorcy mogą sprawdzić, na czym polega tworzenie więzi i jak zachowania jednych członków rodziny wpływają na stan innych. Jeśli w pierwszym tomie kluczowe było opowiadanie o zagrożeniu, jakie niosą uzależnienia (Dale na oczach Sunny zmieniał się z fajnego brata w kompletnie obcą i groźną osobę), tutaj autorzy przepracowują motyw braku i odnalezienia sensu życia w chwili kryzysu. Co ciekawe, mama Sunny nie radzi sobie z emocjami – kiedy dziewczynka płacze z tęsknoty, rodzicielka przyłącza się do rozpaczy, zamiast spojrzeć na całą sprawę z dystansu i pomóc kilkulatce.

Historyjki są krótkie i puentowane – zdarza się, że dla czytelności emocji autorzy rozdzielają kadry tak, by wypadły na przykład po trzy na stronę – nie ma tu sztywnych ramek ani wyliczania rozmiarów stripów. Chętnie wykorzystują filmowe kadrowanie, choćby zbliżenia na kolejnych obrazkach. Emocje są tak wyraziste, że można czasem rezygnować z tekstu i posługiwać się samymi obrazkami. Wysoka jakość wykonania – zwłaszcza w przedstawianiu uczuć, ale i w subtelnej satyrze – sprawiają, że ten komiks mogą z powodzeniem czytać odbiorcy w różnym wieku.

sobota, 16 listopada 2019

Jacek Wakar: Przyczajony geniusz. 21 opowieści

Czerwone i Czarne, Warszawa 2019.

Mistrz

Jacek Wakar nie ukrywa zachwytu Januszem Gajosem i w hołdzie mistrzowi przygotowuje książkę – dwadzieścia jeden rozmów na temat aktora z jego kolegami po fachu – partnerami scenicznymi, tymi z planu filmowego lub reżyserami. Każdemu pozwala opowiedzieć własną wersję Gajosa, licząc na szereg anegdot lub ciekawych sytuacji szerzej nieznanych – ale bohater tomu jest na tyle zamknięty w sobie i skryty, że trudno raczej o zestaw unikalnych opowieści. „Przyczajony geniusz” tym samym nie może stać się czytadłem, które zrewolucjonizuje rynek. Znajdzie się tu też sporo powtarzanych opowieści: między innymi o podejściu Gajosa do zawodu, o jego sposobach na wcielanie się w różne postacie, o dystansie wobec współpracowników. Ale też o tym, jak detalem potrafi zbudować rolę, jak zaskakuje przenikliwością w odkrywaniu charakteru granej postaci albo jak uczy innych szacunku do zawodu. „Przyczajony geniusz” to książka, w której pewne tematy będą powracać refrenowo – bo po prostu nie ma innego wyjścia, Gajos wszystkim daje się poznać w tym samym stopniu i wywiady będą się różnić tylko stopniem nasycenia emocjonalnego, niekoniecznie treściami. To oznacza, że aktor jest konsekwentny w swoich decyzjach i nie ulega pokusie błaznowania wśród artystów – ale też sprawia, że automatycznie mniej będzie w tomie do odkrywania.

O Gajosie opowiadają między innymi Krystyna Janda, Olga Lipińska, Jerzy Radziwiłłowicz czy Jan Englert – sama lista rozmówców Wakara przyciągać będzie czytelników nie gorzej od nazwiska głównego bohatera tomu. Krótkie rozmowy na temat Gajosa oznaczają skupianie się na wybranych dziełach – każdy odnosi się do tego, przy którym sam brał udział, nie da się zatem stworzyć pełnej biografii, można mówić o uzupełnieniu życiorysu aktora o ciekawostki i smaczki z planów i scen. Nie wszystkie też tematy zostaną podjęte: na przykład Wakar nie rusza kwestii udziału w reklamach, skupia się na teatrze i filmie. Temat tabu w przypadku Gajosa to teoretycznie dwa wcielenia: Janka Kosa z „Czterech pancernych” oraz woźnego Tureckiego z kabarecików Olgi Lipińskiej – a ponieważ autor tomu doskonale wie, że Gajos nie lubi mówić o tych rolach-szufladkach, mimochodem będzie o nie zahaczać niemal w każdej rozmowie. Bo z jednej strony dla wielu aktorów pierwszy „kontakt” z Gajosem to były zabawy w Janka Kosa na podwórku: naśladowanie „idola” w dzieciństwie – a z drugiej sam Wakar chce się upewniać co do tego, że Janusz Gajos o tych rolach mówić i rozmawiać z innymi nie zamierza.

„Przyczajony geniusz” to publikacja, która zbiera dość konwencjonalne rozmowy na temat sławnego aktora – daje się ją przeczytać bez znużenia, chociaż tu i ówdzie przydałyby się nożyczki i wycinanie najbardziej powtarzalnych zagadnień. Jacek Wakar wykorzystuje modę na wywiady-rzeki, tyle tylko, że zamiast rozmawiać bezpośrednio z bohaterem książki, proponuje spojrzenia z zewnątrz – 21 portretów, które składają się na jeden bardzo spójny wizerunek.

W Arktyce

Egmont, Warszawa 2019.

Nazwy

Mała kartonowa książeczka wydawałaby się może niepozorna, gdyby nie pomysł na jej opracowanie edytorskie. „W Arktyce” to tomik, który ma na celu pokazanie odbiorcom różnych gatunków zwierząt. To podstawowy cel, bo informacja o tym, co dzieje się ze śniegiem i lodem po zakończeniu arktycznej zimy to już dodatek, który ma imitować oś fabularną. „W Arktyce” funkcjonować będzie też jako wyszukiwanka, bo na każdej rozkładówce pojawia się małe pytanie do odbiorców – trzeba znaleźć określone zwierzę lub przedmiot, nie będzie to zbyt trudne, bo Emily Dove nie zamierza komplikować obrazków. Do tego na samym końcu znajduje się zestaw „bohaterów”: można upewnić się, że znalazło się wszystkich w tomiku. Zwierzęta polarne to podstawowy magnes – mali czytelnicy zwykle nie mogą się oprzeć historyjkom z takimi bohaterami, nawet jeśli owe historyjki sprowadzają się do prostych wyliczeń w postaci podpisów pod rysunkami. Ale „W Arktyce” ma do zaoferowania coś jeszcze, co może dzieci zachwycić i zaskoczyć. To książka, w której kartonowe strony mają powycinane dziury – za każdym razem zmienia się zatem pejzaż, można podejrzeć, co czeka w dalszej części tomiku, albo sprawdzać, jak modyfikowana jest przestrzeń. Dziury o różnych kształtach zostały wypełnione przezroczystą folią, a na tej folii za każdym razem nadrukowywany jest dodatkowy szczegół – element tła. I tak płatki śniegu z różnych kartek zapewniają trójwymiarowość, podobnie jak lecące ptaki albo woda. Odkrywanie takich dodatków ma zachęcić dzieci do sprawdzania, co przyniesie książka. To rozwiązanie zapewnia też wrażenia estetyczne, umożliwia wyróżnienie tomiku spośród szeregu picture booków edukacyjnych dla najmłodszych.

Zwierzęta są tu przedstawione w sposób uproszczony i nieco bajkowy, mają dobroduszne pyszczki i pozbawione są komiksowych konturów, za to autorka oddaje grę świateł na ich futrach. Mniej więcej określa proporcje (chociaż w tym pomaga sobie również perspektywą, przybliżając i oddalając różne stworzenia. Dba o to, żeby poza poznawaniem nazw gatunków, dzieci miały też zabawę przy obserwowaniu niektórych zwierząt podczas zwykłych zajęć lub nawet zabaw (w przypadku, gdy na stronie pojawią się też młode). Od czasu do czasu na stronę wpada jeszcze zdanie dotyczące zwyczajów danego gatunku – tak, żeby podsycić ciekawość, bo samo śledzenie podpisów pod obrazkami niekoniecznie przyciągnęłoby na dłużej.

„W Arktyce” to tomik utrzymany w biało-niebiesko-brązowej kolorystyce, sprawiający miłe estetyczne wrażenie, wypełniony zwierzętami ale nie chaotyczny – przygotowany starannie i z myślą o małych odbiorcach, którzy są ciekawi świata.

piątek, 15 listopada 2019

Magdalena Niedźwiedzka: Anna Jagiellonka

Prószyński i S-ka, Warszawa 2019.

Wyścig o tron

Anna Jagiellonka nie zdobywa uznania sobie współczesnych, ale też potomnych. W historii zapisuje się jako osoba oschła i pozbawiona poczucia humoru, nieznająca zabaw czy uciech zmysłowych. Wyniosła i wyobcowana – taka też pozostaje w powieści Magdaleny Niedźwiedzkiej zamykającej trylogię Zmierzch Jagiellonów. A jeśli do postaci nie może się przekonać autorka – tym bardziej nie uda się z zaangażowaniem w jej losy publiczności literackiej. Na Annę Jagiellonkę albo Niedźwiedzka nie ma wyraźnego pomysłu, albo też – jeśli pomysł ma – nie trafia w zapotrzebowanie rynku. Nieprzypadkowo Magdalena Niedźwiedzka do tej pory funkcjonowała w swoich powieściach na kanwie biografii jako autorka, która w pierwszej kolejności potrafi zajmować się analizowaniem uczuć. Tam, gdzie uczuć brakuje – jak w przypadku Marii Curie-Skłodowskiej czy Anny Jagiellonki właśnie – tam książki wypadają znacznie słabiej, poniżej oczekiwań odbiorczyń.

Na razie Anna Jagiellonka czeka. Czeka na to, kto zostanie królem Polski. Czeka i irytuje się na szlachtę, na możnych, na własnych rodziców i na to, co przyniesie jej los. Zdaje sobie sprawę, że jest już niekoniecznie najlepszą partią: nie pierwszej młodości, pozbawiona uroku, niezbyt piękna, a do tego – niezdolna do urodzenia dziecka. Jako taka nie powinna nawet myśleć o wybrzydzaniu w małżeństwie. Musi iść za tego, kto zostanie dla niej wybrany. Bohaterka między innymi zastanawia się nad osobowością Henryka Walezego – jej zupełnego przeciwieństwa. Niechęć do Anny Jagiellonki ujawnia się też w społeczeństwie, ci, którzy dyskutują o przyszłości ojczyzny, nie chcą nawet dopuszczać do siebie myśli, że na tronie mogłaby zasiąść ta postać. Starają się nie pozwolić na taki rozwój sytuacji – z kolei Anna Jagiellonka jest zbyt dumna, żeby angażować się bezpośrednio w spory. I tak nie zdobyłaby posłuchu z racji zbyt małego poparcia.

I tak Magdalena Niedźwiedzka co pewien czas powraca do kobiety nieszczęśliwej i cierpiącej w milczeniu, wzbudzającej niechęć nawet u dam dworu. Pokazuje różnice między Anną Jagiellonką i jej sługami – pełnymi życia i seksualności, wigoru i radości istnienia. Im więcej cielesności, tym bardziej nieszczęśliwa wydaje się Anna, ale jej zmagania z samą sobą pozostają dla czytelniczek tajemnicą – są, jednak nie podlegają analizom. Może szkoda, może gdyby autorka zdecydowała się na wytłumaczenie swojej postaci, zdobyłaby dla niej kibiców. Anna Jagiellonka funkcjonuje w tej powieści jak manekin. Ale podobnie papierowo wypadają dyskusje nad losami kraju. Tam, gdzie spotykają się mężczyźni, którzy kierują się sprzecznymi interesami, czas biegnie wyłącznie na jałowych dysputach. I tutaj komentarze wypadają dość blado – jak wyliczenia z podręczników do historii, a nie jak żywe dyskusje. „Anna Jagiellonka” to tom, który sprawia wrażenie przygotowanego na siłę, z konieczności, żeby zakończyć serię – a nie dla przyjemności odwzorowywania wydarzeń z dawnych dziejów.

Megan McDonald: Hania Humorek. Pożeracze Książek

Egmont, Warszawa 2019.

Entuzjazm do czytania

Megan McDonald od dawna próbuje przekonywać dzieci, że czytać dla rozrywki warto – stworzyła serię, która zdobyła gigantyczną popularność, drobne opowiastki o Hani Humorek, jej bracie Smrodku i o dzieciach z klasy i podwórka rozbawią każdego malucha. Teraz – w dziewiętnastej części cyklu – usiłuje wprost zachęcić najmłodszych do sięgania po książki. Za sprawą wzoru, jaki dają bohaterowie. Oto Hania, Smrodek, Zosia, Franek i Julka Wróbel przygotowują się do szkolnego konkursu. Jako Pożeracze Książek mają zmierzyć się z drużyną, w której pojawia się Fanta Styczna, szalenie niebezpieczna czwartoklasistka, która samodzielnie czyta nawet Harry'ego Pottera. To wyzwanie niemal ponad siły bohaterów. Hania i Smrodek cały wolny czas spędzają na czytaniu, do tego Smrodek okleja się samoprzylepnymi karteczkami, dzięki którym lepiej zapamiętuje treść lektur. Dzieci ćwiczą odpowiadanie na pytania, urządzają we własnym zakresie treningi. Rodzice Hani i Smrodka dość rygorystycznie podchodzą do tematu czytania przy jedzeniu – nie zgadzają się na takie zachowanie, co jeszcze wzmacnia zainteresowanie książkami (tym razem jako przedmiotem zakazanym). Łatwo się domyślić, że dzięki temu czytanie zaczyna funkcjonować jako zajęcie atrakcyjne.

Śledzenie przygód książkowych bohaterów obserwowane z zewnątrz nie jest widowiskowe, więc autorka sięga po motyw konkursu i rywalizacji, żeby wzmocnić napięcie i przekonać odbiorców, że istnieje dobry powód, dla którego powinni sięgnąć po „Pożeraczy Książek”. Akcja ciągle się zmienia, raz Smrodka rozboli brzuch (ze stresu), raz Hania zacznie zdradzać tajniki szybkiego czytania (co dzieci mogą samodzielnie wypróbować). Istnieją tu dylematy ważne dla kilkulatków – jawne niesprawiedliwości i oczekiwanie na to, kto wygra konkurs. Zresztą nagroda w nim może przekonać do wytężonej pracy wyłącznie najmłodszych – Megan McDonald dba o każdy szczegół, żeby kilkulatki nie odłożyły książki zbyt wcześnie. Akcja to jedno, drugim wypełniaczem opowieści stają się ciekawostki z rozmaitych lektur, przede wszystkim aktualnych opowieści pop. Autorka rzadko sięga do klasyki literatury czwartej, odnosi się raczej do bohaterów mniej znanych w pokoleniu rodziców: chce trafić do dzieci i podsunąć im przy okazji całą listę lektur wartych sprawdzenia. Nieprzypadkowo non stop padają tu pytania dotyczące wydarzeń z kolejnych historii albo zachowań postaci: przywoływane kwestie budzą zainteresowanie lub śmiech, trudno o lepszą reklamę poszczególnych książek. Hania Humorek wykazuje się sporą wiedzą – ale nic w tym dziwnego, skoro angażuje się w przygody książkowych bohaterów. Megan McDonald tym razem popularyzuje czytelnictwo przez prosty chwyt – realizuje opowieść bardzo przekonująco i sprawi, że dzieci zechcą iść w ślady bohaterki.

Książki stają się punktem wyjścia wielu urozmaiconych zabaw (konkursy nie polegają tylko na zadawaniu pytań, można znaleźć zestaw przedmiotów, które będą wskazówkami), pozwalają spędzać razem czas i dostarczają wielu emocji. Tutaj Hania i Smrodek nawet nie myślą o tym, by zająć się czymś innym – sami chcą czytać i uważają to za świetną zabawę. Megan McDonald może za ich sprawą dotrzeć do odbiorców i nakłonić do czytania.

czwartek, 14 listopada 2019

Katarzyna Miller, Monika Pawluczuk: Być kobietą i nie zwariować

Rebis, Poznań 2019.

Czary

Jest grupa kobiet, z których każda ma swoje określone problemy w związku albo w zwykłym życiu, każda dała sobie przypisać jakąś społeczną rolę i teraz nie umie się z niej wyzwolić, realizuje scenariusze na życie wyznawane przez innych albo po prostu zagubiła się i nie wie, co dalej ze sobą zrobić. Każda z tych kobiet inaczej wygląda, inaczej się ubiera – co znajduje odzwierciedlenie w krótkich notkach pseudobiograficznych na początku książki, ale ma też znaczenie w późniejszych dyskusjach. Każda z kobiet ma inną metrykę i inne życiowe doświadczenia. Wszystkie razem spotykają się na warsztatach terapeutycznych. Przewodzi im Kasia, terapeutka, która nie boi się ostrzejszych słów, na podorędziu ma mnóstwo żartów na różne tematy, a przede wszystkim wie, jak być powinno, żeby było dobrze. Kasia swoje dziewczynki na nowo kształtuje, wychowuje i strofuje (a nawet opierdala, kiedy trzeba – bo i frazy dawniej uznawane za rynsztokowe tu padają, kiedy należy wzmocnić przekaz). Kobiety uważnie słuchają, podejmują wysiłek w pracy nad sobą, starają się zmienić to, co im nie pasuje i dowiedzieć się jak najwięcej o sobie, znaleźć źródło swoich problemów lub nakreślić sytuację charakteryzującą większą grupę społeczną – tak, żeby odbiorczynie mogły się odnaleźć bez trudu w przedstawianych scenkach. Sześć dni to wiele różnych tematów – ważnych do przegadania i przepracowania. Sześć dni to sześć dni łez i oburzeń, wielkich olśnień albo kłótni. Bo Kasia nie zamierza udawać, że jest dobrze, kiedy widzi problem. Nie zamierza milczeć, kiedy wie, jak pomóc. I, co z perspektywy odbiorczyń najważniejsze, nie zamierza teoretyzować. Nawet jeśli przytacza sytuacje czy scenki wyostrzone na potrzeby tego literackiego dialogu, posługuje się rzekomymi anegdotami, przykładami wziętymi z własnego życia lub ze zwierzeń klientek, albo po prostu wplata problem w wyznania jednej z uczestniczek grupy terapeutycznej. Może tak zrobić – w końcu książkę tworzą dwie osoby, Katarzyna Miller i Monika Pawluczuk – nie ma żadnych uczestniczek warsztatów, wszystkie kobiety są zmyślone (mimo że realne w przeżyciach) – o tym autorki uprzedzają na samym początku i trochę psują lekturę. Bo wtedy bardziej zwraca się uwagę na papierowość niektórych zachowań i na to, że prawdziwe kobiety postąpiłyby mimo wszystko inaczej lub miały więcej wątpliwości do przewalczenia. „Być kobietą i nie zwariować” to lektura ważna i wartościowa – jak większość książek Katarzyny Miller. Dla zwykłych czytelniczek – ze względu na bogaty zestaw porad. Każda z odbiorczyń w jakimś temacie się tu odnajdzie: jeśli nie w relacjach z partnerem, to w związku z rodzicami albo własnymi dziećmi. Każda odkryje w sobie coś, co frustruje, co warto zmienić i – co utrudnia drogę do szczęścia. Katarzyna Miller wie, jak działać, żeby nie robić nic przeciwko sobie i żeby otworzyć oczy na proste fakty czytelniczkom, dlatego też nie przebiera w słowach. Pisze bardzo prosto, tak, żeby nikt nie miał problemu z rozumieniem jej wskazówek – ale też dla odróżnienia się od typowych książek psychologicznych, pełnych specjalistycznego żargonu i niestrawnych dla ogółu. Katarzyna Miller ma szansę podbijać rynek za sprawą ekstremalnej szczerości i braku dyplomacji – w jej ujęciu każdemu problemowi da się zaradzić, trzeba tylko zdobyć się na odwagę. Skoro już wiadomo, jak postępować (a wiadomo, bo autorka to bez ogródek powie), można brać sprawy w swoje ręce. Katarzyna Miller podpowiada, jak zmienić swoje życie na lepsze. Nie tylko kobietom.

środa, 13 listopada 2019

Maria Fredro-Boniecka: Za kryształową szybą. Przypadki rodziny Bonieckich

Czarne, Wołowiec 2019.

Z archiwów

Maria Fredro-Boniecka chce zachować dla potomnych cząstkę historii, którą udało jej się ocalić – między innymi za sprawą stryja, księdza Adama Bonieckiego. „Za kryształową szybą” to tom pełen migawek, strzępków wiadomości obyczajowych o dziejach rodziny – i o tym, jak wielka historia wpływa na małych ludzi. Autorka nie ma zacięcia literackiego w dzisiejszym stylu, woli archaiczną formę. Nie ucieka w reportaż ani w zwierzenia, skleja relację z cytatów różnych osób – wypowiedzi członków rodziny czy materiałów znalezionych w domowych archiwach. Pisze starannym językiem, w trosce o brzmienie całości – ale bez podporządkowywania się temu, czego szukają obecnie czytelnicy. „Za kryształową szybą” nie będzie zatem książką błyskawiczną – odkrywa się ją fragmentami. Bohaterów tej opowieści autorka przedstawia – i wydobywa dzięki fragmentowi drzewa genealogicznego. W krótkich charakterystykach stara się dobrać wydarzenia i fakty tak, żeby czytelników zachęcić do dalszej lektury i przekonać, że będzie interesująco, a na pewno nie banalnie. Przenosi odbiorców do Potworowa – to dwór, który zapisał się w rodzinnych kronikach i w pamięci tych, którzy przebywali w nim jako dzieci. Ale przy odnotowywaniu miejsc i faktów może też przenosić się do sfery obyczajowej, opowiadać o ubraniach, zachowaniach, reakcjach i anegdotach. Bonieccy – skoligaceni z różnymi arystokratycznymi rodami – dbają o rozwój potomstwa, ale też o zachowywanie pamięci o przeszłości. Mimo to zdarza się czasem, że autorka nie może dotrzeć do jakichś informacji (co robiły konkretne osoby podczas wojny) – wtedy przyznaje się do niewiedzy. Nie fabularyzuje znanych sobie wydarzeń i nie wymyśla prawdopodobnych scenariuszy. Nie chce wprowadzać chaosu do przeszłości, którą z wielkim mozołem odtwarza. Bardzo barwne są te opowieści, chociaż mocno szatkowane. Przyjęty sposób prowadzenia narracji pozwala z jednej strony na zamieszczenie w książce jak największej liczby faktów – z drugiej jednak utrudnia rozkoszowanie się klimatem przeszłości.

Autorka, żeby zdobyć potrzebne jej wiadomości, przede wszystkim odpytuje stryja. Sięga również do kroniki rodzinnej – i stamtąd czerpie zestawy najważniejszych dat. Wykorzystuje listy, ale też spisane wspomnienia. Adam Boniecki może te gromadzone fakty ozdabiać własnymi skojarzeniami, chętnie odwołuje się do świata zmysłów. Część historycznych informacji autorka wyjaśnia też za sprawą podręczników do historii – pozwala w ten sposób zwłaszcza młodszemu pokoleniu czytelników orientować się w sytuacji, którą opisuje. Adam Boniecki zabiera tu głos tak często, że właściwie może lepiej byłoby postawić na formę wywiadu-rzeki, uzupełnianego jedynie rozbudowanymi przypisami – zwłaszcza że najbardziej działające na wyobraźnię opisy to właśnie jego wywody. „Za kryształową szybą” to książka, która pokazuje, jak ocalać pamięć o przodkach i budować lokalną tożsamość – ale też – dla członków rodziny Bonieckich jest wspaniałym dokumentem. Nie można tu oczywiście mówić o pełnej monografii rodziny, ale też autorka wykonała ogromną archiwistyczną pracę, żeby wiadomości przekazywane z pokolenia na pokolenie nie zniknęły.

wtorek, 12 listopada 2019

Ewa Zawistowska: Dziadek Władek. O Broniewskim, Ance i rodzinie

Prószyński i S-ka, Warszawa 2019.

Życie Anki

Do rodzinnego domu – wielopokoleniowego i patchworkowego jednocześnie – zabiera Ewa Zawistowska czytelników. Powraca do rzeczywistości z drugiej połowy XX wieku, żeby zaprezentować własne dzieciństwo, ale też Ankę, powszechnie znaną jako bohaterkę trenów Władysława Broniewskiego, a prywatnie – matkę. „Dziadek Władek. O Broniewskim, Ance i rodzinie” to książka obszerna i zbudowana na fragmentach korespondencji, bardzo dobrze zresztą wybranych. Ewa Zawistowska prezentuje tu sławnego dziadka (przez pewien czas w szkolnych latach starała się zresztą nie ujawniać, że jest wnuczką „tego” Broniewskiego, o genezie takiego zachowania w tomie pisze), swoich rodziców, ale też innych ludzi, którzy przewijali się przez dom. Ankę poznaje po latach – matka autorki zmarła, gdy ta miała zaledwie kilka lat. Śledzenie listów zachowanych w domowych archiwach jest doskonałą okazją do portretowania rodzinnych stosunków i charakterów. Z listów wyłania się obraz kobiety dość szczęśliwej, realizującej się w pracy przy filmach. Anka jest zawsze wolna – chociaż dość wcześnie zachodzi w ciążę, nie rezygnuje ze swoich planów – wyjeżdża do Paryża i tam uczy się sztuki filmowej. O Ewę troszczy się niejako na odległość, utrzymując stały kontakt z rodzicami i mężem. Z kolei Stefan to oaza spokoju, zawsze zakochany i troskliwy. I nawet mimo śladów romansu to w codzienności dziadków Ewy Zawistowskiej więcej jest sercowych burz.

Autorka przygląda się zwłaszcza relacjom mamy i dziadka – ale interesują ją również czułości (oraz cała proza życia) wymieniane w listach przez rodziców. Stefan i Anka nie szczebioczą do siebie, ale zapewniają sobie wzajemnie stabilizację i spokój. Dla Zawistowskiej to musiało być ciekawe doświadczenie – odkrywać w korespondencji rodzinnej wiadomości o sobie. Do przytaczanych cytatów może zawsze coś dopowiedzieć, uzupełnić informacje albo przedstawić dane z dodatkowych źródeł – nie proponuje wyłącznie podążania za listami. Zdarza się, że odżegnuje się od działalności członków rodziny (fakt, że babcia jest komunistką, nie pozwala jej zajrzeć do spisanych przez starszą panią wspomnień), jednak zwykle opowiada barwnie i wielowymiarowo o tym, co działo się na co dzień. Przywraca Ance obecność – nie wspomina o swojej tęsknocie czy braku matki na co dzień. Pokazuje za to humor w listach, wierszyki tworzone na gorąco przez dziadka Władka, pokonywanie zwykłych trudności i wyzwania. Stopniowo do książki coraz bardziej wkracza problem nieokreślonej choroby Anki, samopoczucie i stan fizyczny określany przez samą zainteresowaną jako „usranie”.

„Dziadek Władek” to publikacja przygotowana z największą starannością. Ewa Zawistowska staje się przewodnikiem po korespondencji, przy okazji tom zamienia się w pokaz sztuki epistolarnej, nie da się tu przeoczyć jakości kolejnych listów, a nawet drobnych zapisków na kartkach pocztowych. W końcu to podstawowy sposób utrzymywania kontaktów, a geny literata zobowiązują. Ewa Zawistowska pozwala się rozsmakować nie tylko w słowach, ale i w całych nakreślanych relacjach między członkami rodziny. Trudnych tematów nie unika, wie, czym przyciągnąć czytelników. Sprawia, że ta publikacja funkcjonować będzie jako dopowiedzenie do biografii Władysława Broniewskiego, ale też jako ciekawy portret rodzinny.

poniedziałek, 11 listopada 2019

Joanna Drosio-Czaplińska, Jacek Masłowski: Czasem święta, czasem ladacznica

Agora, Warszawa 2019.

Problemy na co dzień

Joanna Drosio-Czaplińska i Jacek Masłowski próbują zrozumieć postawy kobiet w dzisiejszym świecie – i analizują kolejne charakterystyczne zachowania czy poglądy manifestowane przez spore grupy. „Czasem święta, czasem ladacznica” to książka, która ma podpowiadać obu płciom typowe popełniane niepotrzebnie błędy i ich rozwiązania – chociaż autorzy jednak znacznie chętniej zajmują się uciekaniem w kolejne teorie niż faktycznym dawaniem porad czytelnikom. Wychodzą autorzy z założenia, że zmiany we współczesnym świecie sprawiają, że ludzie przestają się wzajemnie rozumieć, pogłębiają się różnice między płciami i w damsko-męskich dialogach nie ma już oczywistości. Zajmują się zatem między innymi konsekwencjami tych przemian i każdy rozdział w niewielkiej w gruncie rzeczy książce przeznaczają na komentarz do innej obserwacji. Rozpoczynają tom od rozważań na temat roli ojca w życiu kobiety, czyli od sprawdzania, skąd biorą się kobiety zakompleksione lub te pewne siebie. Do tych rozważań wkracza też matka – ta, która czuje się zazdrosna o dojrzewającą córkę. Skupiają się Drosio-Czaplińska i Masłowski na pewnych zagadnieniach dość stereotypowych, nie są w stanie w tak krótkich rozmowach uchwycić różnych stron tematu. W pierwszym rozdziale najbardziej ważny jest wpływ ojców, w drugim zatem – wina przechodzi na stronę kobiet. Tu objawiają się mężczyźni-pantoflarze, którzy przeważnie... stosują bierny opór i rządzą w związku. W dalszej kolejności analizują autorzy między innymi temat związku dla pieniędzy, chwytach na blondynkę, wzajemnym polowaniu na siebie, podejściu do seksu, macierzyństwa czy sygnałów wysyłanych drugiej stronie. Cała rozmowa przypomina szukanie winnych: autorzy próbują wcielać się w przedstawicieli całej swojej płci i winy za ewentualne krzywdy szukać w tej drugiej stronie. Jeśli jedno pokaże ból i cierpienie „swoich”, drugie natychmiast to wyśmieje i pokaże, jak działa sytuacja po odwróceniu. Co oczywiste, wychodzi na to, że nie ma związku, w którym winna byłaby tylko jedna strona – ale rozmywa się w tym wszystkim temat kobiet jako takich. Nie o płci pięknej jest to tom, a o relacjach damsko-męskich, warto o tym pamiętać, żeby nie zdziwić się lekturą.

Joanna Drosio-Czaplińska i Jacek Masłowski rozmawiają tak, żeby wskazać problemy płynące z przemian społecznych, uciekają za to od porad i wskazówek. Nie znajdzie się w książce opowieści o tym, co powinno się robić i jak powinno się zachować, żeby uniknąć sporów – za to roi się od ilustracji zachowań. Czasem autorzy koncentrują się na tym, dlaczego przedstawiciele obu płci wybierają konkretne postawy, częściej – próbują zbić argumenty drugiej strony i wykazać, że mają więcej racji. „Czasem święta, czasem ladacznica” to książka, która w paru tematach wyjaśnia odbiorcom, o co chodzi w odwiecznej wojnie płci – zwłaszcza po zmianach obyczajowych – za to nie przynosi podpowiedzi, jak taki stan rzeczy zmienić lub choćby złagodzić. Bez samodzielnych przemyśleń na temat tego, co przeczytane, się nie obejdzie.

Hugh Lofting: Doktor Dolittle i jego zwierzęta

Nasza Księgarnia, Warszawa 2019.

Przygody poza czasem

To jedna z tych publikacji, które się nie starzeją, nawet jeśli część scenek pobrzmiewa trochę archaicznie (fakt, że siostra prowadzi doktorowi gospodarstwo, a kiedy ma odejść – grozi, że wyjdzie za mąż rozśmieszy zwłaszcza starszych czytelników). Na szczęście wydawnictwo nie postanowiło cenzurować Hugh Loftinga, znakiem czasów jest za to posłowie, w którym redakcja tłumaczy się z obecności w tomie… scenki z Murzynem, który marzy o tym, by mieć białą skórę. Doprowadzona do absurdu poprawność polityczna tym razem przegrała ze zdrowym rozsądkiem i odbiorcy mogą poznać „Doktora Dolittle i jego zwierzęta” w wersji nieokaleczonej, za to na nowo ozdobionej ilustracjami przez Magdalenę Kozieł-Nowak.

Przygody doktora Jana Dolittle i mieszkańców jego domu były szkolną lekturą i do dzisiaj mogą angażować maluchy: to książka w stylu, który dawniej podbijał serca młodych czytelników: jest tu sporo niebezpieczeństw, ale też równie dużo niespodzianek, nagłych zwrotów akcji i doświadczeń, które zapierają dech w piersiach. Fani całego cyklu książek o doktorze, który jako jedyny zna mowę zwierząt, mogą sobie teraz przypomnieć, jak wszystko się zaczęło: dlaczego doktor zdecydował się przekwalifikować i stać się „weterynarzem”, skąd wzięła się u niego znajomość języków zwierząt – i do czego to wszystko doprowadziło. W tomie „Doktor Dolittle i jego zwierzęta” widać, jak bohater zajmuje się kolejnymi stworzeniami, które przychodzą do niego i tworzą osobne kolejki do różnych wejść, jak niefrasobliwie pozbywa się pieniędzy (bez pieniędzy byłby zdecydowanie szczęśliwszy) i jak buduje zaufanie licznych istot. Ludzie właściwie nie mają do tej historii wstępu, jeśli już gdzieś się pojawiają, to jako dodatek. Na ich towarzystwo brakuje czasu: doktor Dolittle dowiaduje się, że w Afryce panuje zaraza, która dziesiątkuje małpy – zwierzęta potrzebują pomocy. Bohater razem z kilkoma najwierniejszymi towarzyszami (zwierzęcymi) wyrusza zatem w egzotyczną wyprawę, na miejscu spotyka się jednak z uprzedzonym do białych królem, ojcem księcia Bumpo (w sumie trudno się dziwić królowi, że nie ufa przybyszom – skoro przedstawia dość dokładnie, jak został przez nich potraktowany). Przygoda goni przygodę, a doktor Dolittle może swoimi umiejętnościami przyciągać dzieci do czytania.

Magdalena Kozieł-Nowak stawia na bajkowe i przede wszystkim pełnostronicowe ilustracje, na których może odmalowywać zróżnicowane uczucia bohaterów. Postacie mają tu najróżniejsze miny, widać po nich zmartwienia, smutki, lęki czy zaskoczenie. Ilustratorka podkreśla też egzotykę miejsca przez oryginalną ornamentykę. Nie stosuje konturów ani wrażenia trójwymiarowości, za to czasami łączy style malowania i rysowania – ozdabia książkę w duchu klasyki, tak, żeby było kolorowo (żeby tomem zainteresowały się nawet młodsze dzieci) i żeby nawiązać raczej do polskiej szkoły ilustracji niż do disneyowskich wzorców. To ilustratorka, której warto zaufać: prowadzi swoją opowieść w obrazach pewnie i z wyczuciem na tekst, po swojemu ozdabia historię, którą starsze pokolenia znają niemal na pamięć, a młodsze mogą zechcieć poznać choćby ze względu na szatę graficzną.

niedziela, 10 listopada 2019

Maria Reimann: Nie przywitam się z państwem na ulicy. Szkic o doświadczeniu niepełnosprawności

Czarne, Wołowiec 2019.

Wychowanie

Więcej niepełnosprawności jest w głowach ludzi niż w ciałach, zdaje się mówić Maria Reimann, która skupia się na dwóch schorzeniach utrudniających egzystencję w społeczeństwach. Jednym z problemów jest zespół Turnera, „kondycja genetyczna” dotykająca kobiety i powodująca między innymi niski wzrost czy poważne kłopoty z płodnością, drugim – zaburzenia wzroku (autorka jest osobą niedowidzącą, co wyklucza ją częściowo zarówno spośród widzących, jak i spośród niewidomych). Opierając się na własnych doświadczeniach oraz na przemyśleniach rozmówczyń z zespołem Turnera, autorka tworzy osobiste zwierzenie. „Nie przywitam się z państwem na ulicy” to rodzaj prywatnego buntu i pokazania, że nie zawsze niepełnosprawność ma taki wymiar, jak sądzą ludzie z zewnątrz. Każdy w jakiś sposób uczy się żyć ze swoimi ułomnościami, a problem pojawia się dopiero w zetknięciu z innymi. Pół biedy, jeśli chcą oni porozmawiać i zrozumieć trudne zagadnienie, gorzej, jeśli ranią bezmyślnie.

Dużo miejsca w tej książce Maria Reimann poświęca rodzicom, którzy muszą wychowywać niepełnosprawne dzieci i otaczają je parasolem ochronnym. Pokazuje, że nadopiekuńczość prowadzi do braku umiejętności radzenia sobie w społeczeństwie, za to wystawianie dzieci na poważne próby owocuje ich lepszym przystosowaniem do życia. Autorka odnotowuje niepotrzebne ograniczenia w psychice: przypomina, że z każdym problemem można sobie poradzić i wszystko jest kwestią odpowiedniego nastawienia. Jako krzepiące, podsuwa obrazy zachowań przyjaciół – tych, którzy doskonale wiedzą, co powiedzieć i co zrobić, żeby podnieść na duchu bez tanich wzruszeń i pocieszania. Przykładami mogą być też myślący rodzice – ci, którzy nie zamierzają ułatwiać pociechom startu, za to sporo wymagają.

Maria Reimann pisze o doświadczeniu niepełnosprawności jako o wymuszającym specyficzny rodzaj dyskursu w rozmowach ze zdrowymi – pokazuje, jak często ludzie, nawet z dobrą wolą, nie wiedzą, jak prowadzić dialog czy – skąd czerpać potrzebne informacje. Krzywdzenie słowami niepełnosprawnych i chorych w dobrej wierze to zjawisko, które przydałoby się jak najszybciej wyplenić, na trudne rozmowy Reimann chce przygotowywać. Z jednej strony jest tu infantylizacja chorych, z drugiej – stawianie na ich samodzielność, z jednej poczucie wyjątkowości, z drugiej – dążenie do zwyczajności i braku specjalnego traktowania. Autorka nawet jeśli nie daje prostych i sprawdzonych przepisów na życie, to pozwala się zastanowić nad kwestią niepełnosprawności i choroby, uświadomić odbiorcom, że nie zawsze rzeczy są takie, na jakie wyglądają. Uczy empatii i wrażliwości, ale unika sentymentów. Ta krótka i prosta książeczka przydaje się, kiedy chce się zacząć lepiej rozumieć innych.

Czy chorzy powinni zamykać się w swoim świecie i szukać znajomych wyłącznie pośród osób o podobnych doświadczeniach, czy brak – niemożność poznania niektórych rodzajów odkryć – powinien rzutować na poczucie szczęścia – Maria Reimann pozwala przyjrzeć się niepełnosprawnościom z innej perspektywy, przekonuje, że normalność tak naprawdę zależy od samych chorych – i od ich bliskich, którzy będą rozsądnie postępować.

Arnold Lobel: Mysie przysmaki

Wydawnictwo Literackie, Kraków 2019.

Znaczenie opowieści

Bardzo zabawna jest ta drobna książeczka i zawiera cztery atrakcyjne dla maluchów historie wplecione w większą całość – pokazuje dzieciom, ile znaczy wyobraźnia. Tomik, który liczy sobie już ponad cztery dekady pojawia się na rynku w przekładzie Wojciecha Manna – i z pewnością przekona najmłodszych do przygód rezolutnej myszy. A to również za sprawą humoru przesycającego opowieści. Wszystko zaczyna się w momencie, gdy mysz zostaje schwytana przez łasicę – i ma trafić do zupy. Jednak mysia zupa będzie niepełna bez opowieści (tak przynajmniej twierdzi przyszły wsad do owej zupy). Łasica zamienia się w słuch, a mysz przedstawia cztery proste historyjki z morałem. W pierwszej sprytna bohaterka radzi sobie z rojem os – które koniecznie chcą się do niej wprowadzić. W drugiej dwa kamienie zastanawiają się, jak wygląda przeciwległe zbocze góry. W trzeciej mysz radzi sobie ze świerszczami, które koniecznie chcą grać koncert pod jej oknem. W czwartej natomiast stara mysz potrzebuje pomocy dla ostrego krzewu, który więdnie w jej fotelu. Historyjki rozgrywają się szybko, rozwijają i docierają do wyrazistej puenty błyskawicznie – za każdym razem jednak istnieje charakterystyczne i mocne podsumowanie, które wyjaśnia, dlaczego w ogóle czytelnicy-słuchacze pozostali przy opowieści. Elementy z poszczególnych relacji przydają się później, gdy łasica musi odnaleźć składniki do zupy.

„Mysie przysmaki” to książka, która pokazuje, że warto czytać, bo czytanie pozwala później uniknąć rozmaitych kłopotów. Nieprzypadkowo zaskoczona przez łasicę mysz spędza czas z książką: to dla niej wyśmienita rozrywka. Czytanie rozwija wyobraźnię i pomaga znaleźć mnóstwo rozwiązań, gdy trzeba wymyślić coś natychmiast. Mysz nie ma problemu ze snuciem historyjek, które zainteresują nawet jej wroga – a to oznacza, że jej strategia całkiem dobrze się sprawdza. Arnold Lobel proponuje zatem dyskretne, a przy tym skuteczne zachwalanie takiego sposobu spędzania czasu. W drobnych historyjkach opowiadanych przez mysz na czytanie nie ma już ani chwili – jednak wszystkie fabuły powstają na bazie wcześniejszych lektur i treningu dla umysłu, co nie pozostanie bez znaczenia dla odbiorców.

W „Mysich przysmakach” najważniejszym czynnikiem przyciągającym dzieci do lektury jest humor, który istnieje w dwóch warstwach – narracyjnej i graficznej – i bardzo dobrze się ze sobą wiąże (kiedy w tekście jest mowa o tym, że łasica złapała mysz, rysunek pokazuje, że złapała ją za ogonek, takich smaczków jest w tomiku wiele i można całkiem przyjemnie spędzać czas, tropiąc pomysły autora). Puenty także mają wymiar komiczny, chociaż również podlany filozofią. Lekka historyjka obrazkowa oferuje maluchom scenki mocno emocjonalne, przygotowane z dbałością o szczegóły, a jednocześnie – błyskawiczne. Na tej książeczce dzieci mogą uczyć się czytać (nie ma prawie opisów, a duży druk ułatwia zadanie) – jednak i starsi nie pozostaną obojętni na uroki i pomysły myszy, która nie lęka się największego wroga. Arnold Lobel proponuje historyjkę urokliwą i uniwersalną, taką, która przetrzyma próbę czasu i będzie bawić jeszcze kolejne pokolenia.

sobota, 9 listopada 2019

Bonnie Smith Whitehouse: Pieszo i beztrosko. O sztuce spacerowania

SQN, Kraków 2019.

Dla spacerowiczów

Bonnie Smith Whitehouse próbuje przekonać czytelników do zdrowotnych aspektów spacerów i do trenowania uważności przez chodzenie po najbliższej okolicy. „Pieszo i beztrosko” do mała książeczka, którą amatorzy niespiesznego przemierzania świata na własnych nogach mogą zabrać ze sobą i wykonywać wprowadzane przez autorkę zadania – tak, żeby nie znudzić się zbyt szybko tą formą rozrywki. Wydawałoby się, że nie ma nic prostszego od spacerowania, ale po modzie na nordic walking odbiorcy już nie powinni się dziwić, że każdemu rodzajowi aktywności fizycznej czy psychicznej można nadać odpowiednią oprawę i udawać, że jest to część rozbudowanego programu dbania o siebie. „Pieszo i beztrosko” to książka, która na rynku funkcjonować może jako gadżet – niemal wyłącznie – i która przyda się czytelnikom jako ozdobnik. Faktycznie jest pięknie wydana, ma wszytą zakładkę i sporo miejsca na notatki – to w pewnym stopniu maskuje brak pomysłu na zapełnienie objętości treścią, a trochę – może nadawać ekskluzywnego charakteru całości. Twarda okładka i tłoczone pozłacane litery też uszlachetniają przekaz. Bonnie Smith Whitehouse nie wymyśla właściwie nic nowego, jedynie motywuje do działania – ale dzisiaj i to się liczy, jeśli ktoś potrzebuje mody, żeby ruszyć z miejsca, niech po tę książkę śmiało sięga – nie zaszkodzi mu na pewno. Reszta może po prostu przyjąć jej istnienie do wiadomości – bez takiej pozycji na półce można spokojnie żyć.

Oczywiście znajduje się w środku wytłumaczenie koncepcji „pieszo i beztrosko” - czyli szukanie uzasadnienia dla samego tomu, wyliczanie zdrowotnych skutków spacerowania (gdyby ktoś się zastanawiał, jakie korzyści przyniesie mu wychodzenie do pobliskiego parku albo na łąkę – ludzie pracujący w korporacjach być może odnajdą się w tym stylu). I teraz: każdy rozdział w tomie rozpoczyna się od bardzo krótkiego i dość osobistego wprowadzenia. Bonnie Smith Whitehouse nie zajmuje się opowiadaniem o sobie, tylko o tym, czym dla niej są spacery – na taki temat nie da się zbyt długo pisać, więc autorka dość szybko przechodzi do streszczenia zawartości rozdziału i przygotowuje odbiorców na to, co poznają za chwilę. Dalej wynotowuje cytaty, które warte są rozważenia – przedstawia je, a następnie podaje kilka zadań dla odbiorców. To zadania dość proste i przypominają wyimki z dziennika kreatywnego, można dzięki nim rozwijać umiejętności pisania albo przysłuchiwać się sobie, zastanawiać nad własnymi potrzebami i nad sensem spacerowania jako takiego. Przekonuje, że warto przybrać pozycję turysty, który odkrywa nieznane sobie miejsce (nawet jeśli spacer odbywa się utartymi szlakami), zachęca do zagłębiania się we wspomnienia i do elementów medytacji. Czasami zwraca uwagę na problemy kraju albo na ekologię, innym razem każe skupić się na sobie i wykorzystywać spacer jako szansę na oczyszczenie umysłu. Przerywnikami dla własnych notatek mają być kolejne cytaty – tym razem przedstawiane już w funkcji przede wszystkim ozdobnikowej – wypełniające całą stronę lub rozkładówkę. „Pieszo i beztrosko” nie jest książką, która ma ambicje tworzenia mody, powstaje raczej na marginesie innych poradników z dziedziny samorozwoju.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com