Strona główna || O autorce || O tu-czytam || Bajki || Bajkowe portfolio                       

niedziela, 25 sierpnia 2019

Leszek Libera: Utopek

Od Do, Łódź 2018.

Z zaświatów

„Dziura w historii to nic dobrego, nawet gdy historia jest głupia” wyjaśnia narrator „Utopka”. Historia jest u tego autora tematem, na który stale się wpada – nieprzypadkowo, po to, żeby pokazać czytelnikom jej mankamenty i pułapki. Historia jest przerywnikiem, ale i katalizatorem działań Buksa Molendy, utopka, który przemierza świat, żeby przeanalizować to, co dzieje się w różnych czasach. W pierwszym rzędzie jednak ów utopek musi dorosnąć. I na jego dzieciństwie oraz młodości koncentruje się Leszek Libera w pierwszym tomie obrazoburczej i buntowniczej opowieści. „Utopek” jest samodzielną książką, na której autor poprzestać nie mógł, bo też i odbiorcom jego bohater bardzo przypadł do gustu. Utopek wychowuje się na Śląsku, zresztą obserwuje to, co tutaj się dzieje i przesącza swoje doświadczenia przez pryzmat wierzeń lokalnych. Nie przeszkadza mu to jednak w odnoszeniu się do szerszego planu historycznego. Buks jest dzieckiem, które sprawia problemy wychowawcze, o matce – przynajmniej rzekomej matce – wyraża się wyłącznie niepochlebnie, wyciąga na światło dzienne jej wady i podłości. Jeśli sprzeciwia się bezpośrednio – obrywa za to, co wcale nie przeszkadza mu na bunt następnym razem. W chwilach słabości, grozy albo pragnienia, utopek włazi do beczki, liże jej klepki i przechodzi pierwsze seksualne doświadczenia. W tym świecie zresztą nie ma nic normalnego. Maryjka Porwol to dziewczyna, która bez przerwy je kaktusy (i kaktusami karmi wszystkich potrzebujących), a to zaledwie jeden ze słabszych sygnałów absurdu. Przy takich popisach wyobraźniowych może autor zakodować w książce dość gorzkie oceny Ślązaków i ich stosunku do historii (czy też miejsca w historii). Ślązak według tej opowieści bierze się z historii ojczyźnianej i pierdzenia – w końcu Libera przedstawia kilku dalszoplanowych komentatorów, którzy wyłącznie tym – oraz piciem w karczmach – się zajmują, co nie przeszkadza im w wygłaszaniu „wielkich” komentarzy na temat rzeczywistości. Buks Molenda wie, jak pozbyć się świerzbu i dlaczego Ślązacy źle sobie radzą z władzami komunistycznymi. Tu różne zagadnienia splatają się ze sobą, płyną z siebie bezpośrednio, chociaż na pierwszy rzut oka nie mają ze sobą związku. Leszek Libera jednak potrafi pisać tak, że każdego porwie rytm jego narracji. Nieważne, czy chodzi tu o faktyczne wydarzenia, analizę historii i polityki, czy też – o motywy fantastyczne, z pogranicza snu i absurdu. I w jednym,i w drugim przypadku autor radzi sobie doskonale. Przygląda się społecznym lękom i reakcjom, poddaje surowej ocenie to, co zasługuje na krytykę. I nigdy, przenigdy nie bawi się w dyplomację. W tej książce dzieje się mnóstwo, akcja cały czas się zmienia i ulega modulacjom, coś, co w pewnym momencie jest oczywiste, za chwilę zostanie postawione na głowie – i będzie tak samo prawdziwe jak przed chwilą.

Ma ta proza swój specyficzny rytm, jest atrakcyjna ze względu na sam język (ogromna w tym zasługa tłumaczki, Sława Lisiecka bez wysiłku radzi sobie z melodyjnością i z ironicznymi zabiegami, ma też rękę do aforystycznych komentarzy). „Utopek” jest z jednej strony przeglądem doświadczeń całego narodu i sprawdzaniem pojemności społecznych sfer, z drugiej – zabawą literacką, prowokacją i sprawdzaniem wytrzymałości odbiorców. Tutaj nie ma mowy o tym, by akcja na moment przystanęła albo przestała być przekonująca. Bez względu na to, co wymyśli utopek, nie przestanie dzielić się z czytelnikami trafnymi ocenami rzeczywistości. A że sam bierze się ze świata spoza realizmu – tym bardziej jest przekonujący.

Zofia Stanecja: Tuli Tuli opowiada, kto gdzie mieszka. Żółwik z oceanu

Nasza Księgarnia, Warszawa 2019.

Przygoda w oceanie

Żółwik Pikin to bohater, któremu dzieci będą towarzyszyły od wyklucia z jaja (a nawet wcześniej, bo zaobserwują moment złożenia jaj przez żółwicę na plaży). Wszystko po to, żeby móc prześledzić, co dzieje się w oceanie, jakie stworzenia da się tam spotkać i jak wygląda życie żółwi morskich. Zofia Stanecka proponuje najmłodszym edukacyjną czytankę pełną ciekawostek, ale też atrakcyjną fabularnie. Można na tej książeczce ćwiczyć czytanie, można po prostu szukać w niej emocji – Stanecka potrafi przecież prowadzić zajmująco narrację. „Żółwik z oceanu” to propozycja, która wpada w oko z wielu powodów. Seria Tuli Tuli opowiada, kto gdzie mieszka, już teraz ma zadatki na hit wydawniczy, nie tylko ze względu na znakomitą autorkę. Zofia Stanecka – która rynek podbiła w pewnym momencie serią o Basi, a później w każdej kolejnej historyjce dla kilkulatków udowadniała swój kunszt, wyobraźnię i rozumienie maluchów – sprawdza się teraz w lekturze przyrodniczej.

Żółwik biegnie po plaży, żeby uciec przed groźnymi ptakami. Zwiedza rafę koralową, poznaje coraz więcej istot – zwierząt i roślin. Trafia na niego między innymi mały żółw karetta, daleki kuzyn. Bohater nudzić się nie będzie: kiedy akurat nie jest zajęty poznawaniem otoczenia, uczy się, kogo w głębinach lepiej unikać: tuż obok przepływają rekiny lub orki. Ale największym zagrożeniem dla morskich stworzeń (i nie tylko dla nich) jest, niestety, człowiek. Żółwik dowiaduje się, że nie wolno zjadać plastikowych torebek dryfujących w wodzie: słyszy, że innym zwierzętom przypominają one meduzy. Adrenaliny nie zabraknie, na małego bohatera czyha wiele niebezpieczeństw. Ale ponieważ opiekuje się Pikinem dobry duszek Tuli Tuli, wszystko musi skończyć się dobrze.

Poza ciekawostkami w treści, pojawiają się tu jeszcze fakty na marginesach. Drobne wyliczenia, które mogą zaintrygować odbiorców albo zasugerować im rodzaj dalszych poszukiwań, sprawdzają się idealnie: odrywają tylko na moment od fabuły, przynoszą zestaw wiadomości, pomagają w rozwijaniu wyobraźni albo w budzeniu ciekawości. To zachęta do interaktywnego odkrywania książki.

Zofia Stanecka zabiera dzieci w podróż do zachwycających krain. Niby nie sięga tu zbyt często do wyobraźni, raczej stara się tak poprowadzić akcję, żeby zmieścić w tomiku jak najwięcej faktów, a jednak urzeknie odbiorców. Dzieci mogą z zapartym tchem śledzić przygody Pikina, za to dorośli – podziwiać kolorowe ilustracje Magdaleny Kozieł-Nowak. Każda rozkładówka oznacza tu inne wrażenia, przy plaży skąpanej światłem Księżyca to zabawa refleksami światła, w przypadku rafy koralowej – bajkowa gra kolorów. Imponujące są kształty wielkich drapieżników, a małe żółwiki wypadają nieco komiksowo. Sprawia Magdalena Kozieł-Nowak, że odbiorcy chcą ten tomik przeglądać.

Wydawnictwo ułatwia im zadanie, bo to publikacja kartonowa, tyle że trochę mniejszego formatu niż „klasyczne” picture-bookowe serie Naszej Księgarni, tak, żeby maluchy radziły sobie z samodzielnym przewracaniem kartek. Ma zaokrąglone rogi, żeby nikomu nie stała się krzywda podczas czytania lub oglądania całości. Przy takim rozwiązaniu bardzo mile zaskakuje liczba stron, kartonowe książeczki są zwykle kilkukartkowe, ale Nasza Księgarnia pod tym względem lubi obfitość treści i przygotowuje ich aż 21. Oznacza to sporo zabawy. „Żółwik z oceanu” jest publikacją, która ucieszy dzieci – i dostarczy im wielu informacji na temat podwodnego świata.

sobota, 24 sierpnia 2019

Lucinda Riley: Sekret Heleny

Albatros, Warszawa 2019.

Dawna miłość

Alex nie może się zdefiniować. Nie wie, kim jest, nie potrafi się odnaleźć, a przez to też nie może dogadać się z bliskimi. Sytuację w jego wypadku komplikuje fakt, że najwyraźniej matka coś przed nim ukrywa. Nastoletni chłopak wietrzy tajemnicę, wie, że jest niedaleko jej odkrycia, ale nie ma jeszcze pojęcia, w jaki sposób dotrzeć do prawdy. Prowadzi pamiętnik, żeby uporządkować własne emocje, spisuje to, co dla niego istotne. Po latach Alex powraca do tamtych notatek, odczytuje je na nowo – dzięki czemu czytelnicy mogą się przekonać, co go ukształtowało i za jakimi wartościami chłopak podążał. Potrzebne jest mu wsparcie i spojrzenie z zewnątrz, zwłaszcza że niecodzienna sytuacja wywraca do góry nogami całe jego życie, jakie by nie było. Wszystko przez sekret Heleny. Helena – szczęśliwa żona i matka – wybiera się z bliskimi na Cypr, do pensjonatu Pandora (i nazwa w tym przypadku jest znacząca). W Pandorze powracają do niej dawne przeżycia. Najpierw bohaterka trafia na mężczyznę, w którym niegdyś była zakochana, a później... musi powrócić pamięcią do najtrudniejszych chwil, tak, żeby nie doprowadzić do zniszczenia całej rodziny. Kiedyś Helena kłamała, żeby ocalić bliskich. Teraz nie może już dłużej kłamać, a rodzina oczekuje wyjaśnień. Ujawnienie prawdy wiele zmieni, nie da się pozostać przy dawnych porządkach: zbyt dużo przesłanek już wyszło na jaw.

W „Sekrecie Heleny” akcja najbardziej rozwija się w przeszłość, przechodzi do sytuacji sprzed lat, bo tam też wydarzyło się najwięcej – teraz tylko pojawiają się konsekwencje dawnych doświadczeń. Helena przeżyła wielką miłość, ale popełniła też kilka błędów, które do dzisiaj nie dają jej spokoju. Dla czytelników niejasne będzie właściwie tylko jedno: dlaczego ta kobieta była w stanie tak długo odgrywać rolę, którą sobie wybrała – i grać z bliskimi bez stresu, że kłamstwo ujrzy światło dzienne. Helena wydaje się oazą spokoju, ostoją i wsparciem dla najbliższych. Daje wszystkim ciepło, pielęgnuje domowe ognisko – i gdyby nie pewien wakacyjny bodziec – nie musiałaby w ogóle tej wygodnej dla siebie sytuacji zmieniać. Ale też Lucinda Riley niekoniecznie zwraca uwagę na przekonujące charaktery czy reakcje. Bardziej liczy się dla autorki dobro powieści niż prawdziwość postaci, a to już motyw, który nie zawsze zwolenników znajduje. Dopasowuje bowiem Riley charaktery do potrzeb fabularnych, nie dba o „życiowość”. To mankament. Z drugiej strony jednak autorka dostarcza odbiorczyniom – bo to panie najchętniej będą po „Sekret Heleny” sięgać – narrację w stylu dawnych wielkich powieści. Tu liczą się przede wszystkim uczucia. Ożywa w książce miłość Heleny, zadawniona relacja: romans, który nie miał szans na przetrwanie. Pojawia się motyw chcianych i niechcianych dzieci, sytuacje, przed jakimi stają młode dziewczyny nieprzygotowane jeszcze na samodzielne i samotne wychowywanie potomstwa. To prowadzi zatem do możliwości wywołania dyskusji na temat relacji międzypokoleniowych. Riley zajmuje się też podwalinami związku. Pyta o granice szczerości, o możliwość dogadania się z partnerem i o zaufanie. Pobyt na Cyprze to weryfikacja wyznawanych poglądów, próba zmiany rozkładu sił – wymuszona niejako przez przypadkowe spotkanie. Lucinda Riley nie potrzebuje tu sensacyjnej akcji w teraźniejszości: przeszłość zapewnia wystarczająco dużo wstrząsów, żeby można było z tego utkać bardzo długą i gęstą od wrażeń powieść. „Sekret Heleny” nie jest zwyczajną obyczajówką: to książka, która czerpie z różnych gatunków, jest migotliwa i niedookreślona, momentami może nieco zbyt tendencyjna, ale i tak atrakcyjna z perspektywy czytelniczek.

piątek, 23 sierpnia 2019

Julia Gambrot: Różany eter

Lira, Warszawa 2019.

Medycyna i miłość

Klasyczna w duchu jest ta powieść. Julia Gambrot posługuje się wygodnymi i sprawdzonymi kliszami. Przenosi odbiorców w przeszłość, do momentu, w którym po raz pierwszy niemieckie kobiety mogą zacząć studiować medycynę. Chociaż uczelnie otwierają swoje podwoje dla studentek, ani większość konserwatywnych profesorów, ani spora część społeczeństwa nie są na taką zmianę gotowe. Bohaterka obszernego tomu, Róża, razem z nowymi przyjaciółkami ze studiów, będzie jednak pilnie zgłębiać wiedzę i towarzyszyć nieuprzedzonym lekarzom, od których sporo się dowie. MA zresztą jeszcze inne ważne zadanie: prowadzi pewne amatorskie (ale jednak drobiazgowe) śledztwo. Julia Gambrot zajmuje się zatem kilkoma aspektami codzienności Róży i obyczajowości jej czasów, tworząc sporą i apetyczną powieść. „Różany eter” ma miejscami dłużyzny – zwłaszcza tam, gdzie autorka uzasadnienia dla czasu powieści szuka w informacjach medycznych. Kiedy Róża asystuje przy próbach leczenia, uważnie słucha podpowiedzi lekarza. Kiedy sama ma wyciągać wnioski z obserwowania pacjenta (albo nieboszczyka), obficie cytuje podręczniki. Rozwodzi się nad sposobami leczenia – co nie jest do niczego odbiorcom potrzebne w takim stężeniu. Przydałoby się jako ciekawostka, gdyby autorka potrafiła informacje rozrzedzić. Jednak jeśli Róża brzmi sztucznie, nie przekonają się czytelnicy do takich rozwiązań. Na szczęście to tylko jeden mankament książki. „Różany eter”, dzięki swojej wielowymiarowości, nie będzie mógł nudzić czytelniczek. Autorka wykorzystuje motywy społeczne, prezentuje wymowne zachowania profesorów albo przedstawicieli społeczeństwa, podnosi kwestie feministyczne, portretuje różne sposoby osiągnięcia celu (studentki przebierające się za mężczyzn). Rytm historii nadaje przez sprawę kryminalną, jednak same studia charakteryzują się obfitością anegdot. W końcu kobiety – będące pod obstrzałem krytycznych spojrzeń – wciąż muszą udowadniać, że są najlepsze. To oznacza między innymi konieczność udziału w sekcjach zwłok (doświadczenie nader przykre dla adeptek medycyny, chociaż przecież bez niego trudno sobie wyobrazić zgłębianie wiedzy o ludzkim ciele), przeprowadzanie eksperymentów na żabach, asystowanie przy operacjach. Bywa, że płeć piękna chce mdleć lub rezygnować – ale od tego są koleżanki, by podtrzymywać na duchu, pocieszyć i na nowo rozbudzić wolę nauki. Ten obraz przyjaźni jest całkiem budujący. Julia Gambrot ma sporo sposobów, żeby urozmaicić śledztwo. Dzięki temu odchodzi od typowego kryminału. Róża zyskuje sporo powodów do zdecydowanych działań na przekór wszystkim, a dla odbiorców jest też przewodniczką po rzeczywistości. „Różany eter” to powieść, której mimo wszystko znacznie bliżej do obyczajówek i powieści historycznych niż do kryminałów. Na uwagę zasługuje staranne zakorzenianie relacji w realiach z epoki. Gambrot zbiera materiały na temat przeszłości, część narracji wypełnia takimi efektami kwerend. Dobre wrażenie robi ta powieść, zwłaszcza jeśli odbiorcy lubią bogato nakreślany kontekst. Przygody Róży – z jednej strony naiwnej kobiety wymagającej męskiego wsparcia (i zakochującej się na oczach czytelniczek), z drugiej – ambitnej i odważnie stawiającej czoła kolejnym wyzwaniom – urzekną odbiorczynie. To ciekawie skonstruowana i sympatyczna w lekturze historia o tym, jak kobiety walczyły o swoje prawa.

czwartek, 22 sierpnia 2019

Maggie O'Farrell: Jestem, jestem, jestem. Siedemnaście przelotnych spotkań ze śmiercią

Sonia Draga, Katowice 2019.

Kruchość życia

Maggie O'Farrell wybrała całkiem ciekawy sposób zwrócenia na siebie uwagi na rynku małych form. Jej tom „Jestem, jestem, jestem” to kilkanaście opowieści pozornie autobiograficznych – które łączy tematyka bliskości śmierci. Bohaterka relacjonuje swoje życie, odnosząc się do kolejnych momentów, w których z jakiegoś powodu poczuła, że może rozstać się ze światem. Czasami to jej własne błędy, czasami wynik działań ludzi z zewnątrz, zagrożenia bywają odzwierciedleniem lęków społecznych albo przypadku. Zawsze jednak prowadzą do refleksji eschatologicznych: przypominają o kruchości życia i o tym, że należy cieszyć się każdym dniem, bo śmierć może nadejść w każdej chwili. Ale w „Jestem, jestem, jestem” nie ma koheletowych tonów, ucieczki od życia jako takiego. Maggie O'Farrell raczej bawi się tematem, zamienia go w życiorysowy rejestr trudnych chwil i przypadków nie do pozazdroszczenia. „Siedemnaście przelotnych spotkań ze śmiercią”, głosi podtytuł tej książki – i oznacza, że autorka siedemnaście razy będzie przyglądać się sobie (lub córce!) w chwili, która może być ostateczna i ostatnia.

O'Farrell nie tylko wybiera sobie temat, który będzie wiodący w całej publikacji. Także konstrukcyjnie sugeruje odbiorcom, z czym się zetkną. Każde opowiadanie – czy też każdy rozdział zwierzenia – ma swój tytuł związany z częścią ciała. Każdy jest też datowany. Pojawią się więc „Płuca (2010)”, ale też „Całe ciało” czy „Przyczyna nieznana”. Tytuły jednoznacznie kierują czytelników w sposób możliwego rozstania się ze światem – jeśli szyja, rzecz może dotyczyć duszenia albo poderżnięcia gardła, jeśli płuca – autorka zabierze czytelników pod wodę. Daty mają uporządkować te zjawiska, pokazać, jak sytuacje powracają lub w jakich konfiguracjach się powtarzają. Można więc – posiadając taką wiedzę – próbować przynajmniej się domyślić, czego będzie dotyczyła historia. Maggie O'Farrell nie szuka tu zaskoczeń ani wielkich komplikacji; zależy jej natomiast na budowaniu wciągających opowieści. Szybko przekonuje czytelników do bohaterki, sprawia, że chcą przyglądać się kolejnym etapom jej życia. Pozwala poznać członków rodziny i podstawowe dylematy czy lęki. A kiedy już zaangażuje w losy – będzie można śledzić kolejne „przygody” z pogranicza kresu życia. To, co przytrafia się kobiecie z opowiadań, bardzo często wynika bezpośrednio z charakterystycznych dla społeczeństwa zjawisk i może się łatwo powtórzyć, wówczas funkcjonują te historie z „Jestem, jestem, jestem” jako rodzaj przestrogi. Ale zdarza się też, że Maggie O'Farrell sięga po zupełnie niespodziewane sposoby igrania ze śmiercią: w końcu nie każdy zdecyduje się stanowić żywy cel dla cyrkowego miotacza nożami, niekoniecznie jest to szczyt marzeń odbiorców. Jednak w „Siedemnastu przelotnych spotkaniach ze śmiercią” i takie relacje się pojawią – nadając książce rytm. Maggie O'Farrell przyciąga do siebie odbiorców za sprawą oryginalności tematycznej i uporządkowania. Jest też znakomitą opowiadaczką, potrafi tak przedstawiać kolejne historie, żeby zatrzymać przy sobie czytelników. Nawet jeśli to, co się dzieje, prowadzi do jednoznacznego finału, trudno będzie odłożyć tom na później.

środa, 21 sierpnia 2019

Tomasz Pindel: Historie fandomowe

Czarne, Wołowiec 2019.

Nie dla fanów

Przynajmniej tak twierdzi Tomasz Pindel we wstępie do „Historii fandomowych”: zamierza przybliżyć środowisko polskiej fantastyki tym, którzy z gatunkiem nie mają wiele wspólnego i bardziej wyznawców tego typu literatury traktują jak UFO niż sami angażują się w śledzenie rynku, nie wierząc, że może się w nim dziać coś ciekawego. „Historie fandomowe” to przede wszystkim lektura towarzyska, czyta się ją jak prasowy reportaż, szybki, krótki i dopracowany literacko, a przy tym – z zaprzyjaźnionymi bohaterami. Bo też i Tomasz Pindel nie stawia sobie za cel skomentowania całokształtu działań, raczej chce uchwycić atmosferę, zarejestrować ważne sposoby działania, nurty czy okazje do spotkań. Od czasu do czasu wrzuci odbiorcom nową definicję, słowo, którym na co dzień posługują się „wtajemniczeni”. Być może w tym wszystkim zainteresuje też kogoś literaturą, ale niekoniecznie, tu przecież nie ma miejsca na opowiadanie o fabułach czy o rozwiązaniach warsztatowych. Literatura staje się pretekstem, na pierwszy plan wysuwa się towarzystwo i społeczność pozornie zamknięta.

Szuka autor „weteranów fandomu”, pyta tych, którzy pamiętają, jak wszystko się zaczęło i z jakimi trudnościami musieli się borykać, żeby uzyskać to, na czym im zależało. Sięga do prapoczątków, do polskiej fantastyki z lat 70. XX wieku – komentuje wyzwania i działania środowiska literackiego. W tej podróży znajdzie miejsce dla fanów gatunku, dla wydawców i dla pisarzy – wszyscy będą przywoływać z pamięci panujące niepisane zasady czy tłumaczyć określone decyzje. Pindel sprawdzi między innymi, jakie były proporcje płci w tworzeniu literatury fantasy, czy jak docierało się do książek ulubionych autorów. Odnosi się do sytuacji na rynku, podpowiada, z jakimi komplikacjami spotykali się fandomowi wyznawcy. Wypytuje ciągle: wydawców o to, co wydawali i jakimi kierowali się kryteriami, czytelników – jak docierali do konkretnych tytułów (i skąd w ogóle dowiadywali się o tym, co przeczytać trzeba). Sprawdza, jak rodziły się kluby fantastyki i jak tworzyły się lub rozpraszały kolekcje książek. Opowiada trochę o literaturze fantastycznej na rodzimym podwórku, a trochę też o tej, która mogła do PRL-u dotrzeć. Przygląda się wydawanym pismom oraz konwentom, odnotowuje, co działo się w środowisku i jak aktywizowało ono nowych twórców. Przejście przez lata prowadzi autora aż do stanu dzisiejszego – rozmawia Pindel między innymi z Rafałem Kosikiem.

Chociaż autor lubi historie i potrafi je wydobywać, z upodobaniem wpada w kolejne dygresje. To znaczy: dygresjami na swój użytek nazywa każdą zmianę tematu, która jednak nie rozbija toku wywodu. Odbiorcy mogą mu spokojnie zaufać i podążać tam, dokąd ich Pindel poprowadzi: wzbudzi ten autor zainteresowanie tematem, ale także samym sposobem przedstawiania go. Stosuje urozmaicenia lekturowe, korzysta z opowieści zasłyszanych od rozmówców, oddaje im często głos i nie powtarza wiadomości. Nie ma ambicji zdobycia wszystkich możliwych informacji i stworzenia monografii dla środowisk fandomowych w Polsce, więc automatycznie nie będzie się też w narracji niepotrzebnie usztywniać. „Historie fandomowe” dają się czytać jak świetna lektura rozrywkowa z dziedziny literatury faktu. Jest tu sporo humoru, anegdot i ciekawostek, które do encyklopedycznych notek nie mogłyby trafić, są ludzie-legendy, tworzący środowisko. Jest wspólnota doświadczeń lub zainteresowań. Tomasz Pindel tą publikacją trafia do szerokiego grona odbiorców, niekoniecznie tylko do tych, którzy fantastyką się interesują.

wtorek, 20 sierpnia 2019

Beata Ostrowicka: Szczygły

Nasza Księgarnia, Warszawa 2019.

Dylematy i czary

Klimat powieści „Szczygły” Beaty Ostrowickiej przywodzi na myśl książki Ireny Jurgielewiczowej: z samotnością i wyobcowaniem bohaterów, którzy mierzą się z problemami ponad własne siły. Najpierw Zojka: dziewczynka, która ubi stroić się w opaski z uszkami, straciła mamę, ale ma babcię i kochającego je obie ojczyma. Ma też pewien dar, którego dorośli nie biorą na poważnie: Zojka potrafi zatrzymywać czas. Na moment, tak, żeby zamrozić ruch i żeby nie stało się coś, co stać się musi. To dar przydatny kiedy trzeba kogoś uratować, albo – kiedy należałoby ukarać tych, którzy nie zachowują się zgodnie z przyjętymi zasadami. Jednak pojawia się też pytanie, jak daleko można ingerować w czyjeś życie. Zojka martwi się trochę babcią: ta odrzuca zaloty mężczyzny prowadzącego schronisko dla zwierząt. Mogłaby być szczęśliwa, ale najwyraźniej nie chce – i nie zamierza przedstawiać dziecku powodów swojej decyzji. Zojka widzi szansę na wielką miłość i ma nadzieję, że pomoże dorosłym, chociaż to sprawa nie na jej miarę. Zresztą sercowe problemy można mieć w każdym wieku: najlepsza przyjaciółka Zojki prosi o pomoc w zwróceniu na siebie uwagi pewnego przystojnego chłopaka. I tu dopiero bohaterkę dopadają wyrzuty sumienia: bo czy można kogoś zmusić do pokochania drugiej osoby?

Zojka jest postacią przedziwną: bez przerwy robi „niebka” (to jej dar dla nieżyjącej mamy), a do tego rozumie mowę zwierząt. Nie tylko słucha, co różne stworzenia chcą jej przekazać, ale może im odpowiadać, wchodzić w dialogi i dyskutować, czasami dość zażarcie. To umiejętność, której postronni nie zrozumieją – a która bardzo się przydaje, kiedy trzeba rozwiązać jakąś zagadkę. Zojka nie wzbrania się przed jej wykorzystywaniem, chociaż nie do końca jest pewna, jak to o niej świadczy. Dar może jeszcze bardziej wyautować dziewczynkę – która i tak już słabo dogaduje się z rówieśnikami, za sprawą swoich przejść.

Drugim bohaterem „Szczygłów” jest Igor. Igor to nastolatek, który żadnych problemów wychowawczych nie sprawia, zawsze wie, co należy zrobić, znajduje czas dla bezdomnych zwierząt: chodzi pomagać w schronisku. Co prawda stroni od towarzystwa, ale ma do tego ważne powody. A właściwie jeden powód. Powodem jest Stasinek. Brat Igora w pewnym momencie zszedł na złą drogę i teraz sprowadza na dom same nieszczęścia. Matka go broni i wierzy, że Stasinek w końcu zrozumie, że nie wolno tak postępować – opamięta się i stanie się dobry. Igor nie może wojować jednocześnie z ukochaną rodzicielką i bratem, zresztą dla owego brata sam często staje się ofiarą. Nic, co istotne dla Igora, nie ma znaczenia dla Stasinka: chyba że akurat można na tym zarobić. I tak zły brat próbuje przeciągnąć dobrego na swoją stronę. To wyzwanie, zwłaszcza że Igor w swoich działaniach jest sam. Beata Ostrowicka prowadzi tę relację dwutorowo, pozwala odbiorcom zaprzyjaźnić się z osobna z każdym z bohaterów i śledzić ich niełatwe doświadczenia. W podskórnej warstwie narracji zadawać będzie bardzo trudne pytania i każe czytelnikom zmierzyć się z sytuacjami skomplikowanymi. Zagłębia się w tematy, które nie każdego dotykają – ale pozwalają z dystansem spojrzeć na codzienne troski. Jednocześnie też wyczula odbiorców i uwrażliwia ich na to, co dzieje się dookoła. Sugeruje, że nie wszystkie złe humory są wynikiem kaprysów czy niespełnionych zachcianek, czasami mają znacznie ważniejsze uzasadnienie. Beata Ostrowicka pisze bardzo dobrze i celnie, „Szczygły” to książka, w której nie znajdą młodzi odbiorcy rozbudowanych komentarzy, autorka od razu wrzuca odbiorców w tematy. Gra na emocjach: czasami budzi strach lub smutek, czasami – bunt. Jest to lektura dopracowana pod kątem psychologicznym, przyniesie odbiorcom sporo materiału do przemyśleń.

poniedziałek, 19 sierpnia 2019

Jakub Żulczyk: Świątynia

Agora, Warszawa 2019.

Pęd do łaski

Do Świątyni przybywają chorzy z całego kraju. Samozwańczy uzdrowiciel odkrył w sobie przedziwną moc. Nikt nie wie, jakim celom naprawdę będzie służyć – ale cuda są niezaprzeczalne. Chorzy wstają z wózków inwalidzkich, odzyskują zmysły, cofa się im paraliż. Przebieg uzdrowień jest nadawany przez telewizję, uzdrowiciel przemawia do ludu i nie wiadomo, czy leczy, czy najpierw wpędza w choroby, hipnotyzując odbiorców. Bo nie można racjonalnie wytłumaczyć sytuacji mamy Anki, która program namiętnie oglądała. Atak padaczki i paraliż matki sprawiają, że nastoletnia bohaterka – znana czytelnikom ze „Zmorojewa” – przekona się, co znaczy zamartwiać się o bliskich. Dla mamy Anki wizyta w świątyni może okazać się ratunkiem, rodzina chce przynajmniej spróbować. Przez to też dziewczyna przekona się, jak wygląda całe zamieszanie z bliska. I znowu wpadnie w centrum walki z siłami zła.

Jakub Żulczyk w „Świątyni” wraca do losów postaci ze „Zmorojewa”, a to oznacza, że tworzy kolejną powieść dla młodych czytelników” podobnie apetyczną i podobnie łączącą aspekty obyczajowo-psychologiczne z mroczną fantastyką. Przywołuje znaną odbiorcom Ankę – która bez przerwy kłóci się z matką i nie może ułożyć sobie życia osobistego. PO pewnym czasie sięgnie też po Tytusa, pomoc nastoletniego informatyka wydaje się nieodzowna – w końcu ostatnim razem to dzięki niemu udało się pokonać ciemność i zagrożenie. Anka pamięta ze Zmorojewa wyłącznie tornado. I to, że Tytus nie nadaje się na jej chłopaka. Za to w „Świątyni” w szkole dziewczyny pojawia się dziwna i niepokojąca trójka uczniów. Jeden jest chodzącym ideałem i uosobieniem marzeń nastolatek. Przystojny, czuły i troskliwy – wypełni tęsknotę za bliskością. Tyle że i on, i Eryk pozostają pod wodzą despotycznej Lidki, prymuski ze szklanym okiem. Rozwiązanie tajemnicy tej trójki może prowadzić do zrozumienia, kim właściwie jest uzdrowiciel. „Świątynia” to powieść, która na początku wypada bardzo realistycznie: w pierwszej części autor nakreśla środowisko funkcjonowania Anki, szkolną i domową codzienność. W drugiej stawia już na wyobraźnię, bardzo mroczną, chociaż momentami też karykaturalną. To książka, która młodych odbiorców zaintryguje – najpierw z racji damsko-męskich i domowych problemów, później już za sprawą humoru (kiedy do Anki i Tytusa dosiądzie się ich kumpel), wreszcie przez widmo apokalipsy. Dzieje się tu sporo, a Jakub Żulczyk stara się do swoich odbiorców dotrzeć na różne sposoby. Pokazuje, że rozumie ich codzienne troski – nawet jeśli takiego zrozumienia nie uzyskają bohaterowie. Jest „Świątynia” w pewnym stopniu analizą psychologii tłumu, odsłania zasady działania sekt i pokazuje, jak łatwo jest wpaść w pułapkę zastawianą przez samozwańczych duchowych przywódców. Chociaż efekt jest tu podporządkowany thrillerowi, mechanizmy należą do jak najbardziej prawdziwych. Jakub Żulczyk po raz kolejny udowadnia, że swoim pisarstwem może zaintrygować odbiorców, przedstawić im nie tylko rozrywkę, ale i zestaw życiowych obserwacji.

niedziela, 18 sierpnia 2019

George Black: Ganges. Święci i grzesznicy znad boskiej rzeki

Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2019.

Egzotyka na co dzień

W opowieści na wskroś przesiąkniętej klimatem Indii codzienność zamienia się w egzotykę, a obrazy z ulic i dzielnic przykuwają odbiorców niezwykłością. Tyle tylko, że George Black wcale nie chce się zachwycać oryginalnymi krajobrazami ani wyznaczać turystycznych szlaków. Pozwala za to odkrywać Indie nie na sprzedaż, z ich rozmaitymi wadami – czasem kompletnie niewiarygodnymi dla Europejczyka (między innymi zajmuje się tematem przedziwnych i dość makabrycznych zwyczajów pogrzebowych – choćby rozłupywaniem czaszki nieboszczyka – za sfotografowanie tego zwyczaju żądają żałobnicy po sto dolarów za zdjęcie, co autor skrzętnie odnotowuje). Funeralne pomysły są nadzwyczaj barwne, ale już na tyle odległe od tego, co znają czytelnicy, że nie będzie im towarzyszyć raczej refleksja eschatologiczna. Ciekawostek dostarcza Ganges, święta rzeka, przez miejscowych traktowana jak centrum świata. Wielu ludzi chce, żeby po śmierci ich prochy trafiły do Gangesu, wielu ludzi traci życie, kiedy wpada do wody podczas oglądania różnych uroczystości. Ganges daje życie: zapewnia wyżywienie, więc nikt się nie dziwi, że to życie może też odbierać zgodnie z własnymi kaprysami, nie do przejrzenia przez człowieka. W Indiach rzeczywistość staje na głowie – obecność karaluchów w hotelowych pokojach to nie jest podstawa do złożenia reklamacji. George Black rozgląda się po kraju z niesłabnącym zdumieniem. Tu nie ma nawet zniesmaczenia ani poszukiwania absurdów (chociaż takie podejście byłoby przez odbiorców natychmiast podchwycone), Black woli zdawać relację ze swoich prób zrozumienia Indii. Całkiem nieźle mu się to udaje.

Jedna kwestia to reportaż. Poszukiwanie ciekawych tematów i rozmówców wartych utrwalenia w książce. Znajduje czasami takich, których historii nie da się jednoznacznie ustalić, przytacza wówczas kilka wersji i nie podejmuje się oceniania, zresztą zgodnie z tym, co w pewnym momencie słyszy od jednego z rozmówców: tak naprawdę liczą się właśnie historie, byle były dobrze opracowane. W ramach reportaży Black jeździ po kraju i opisuje, co widzi – i co usłyszy od miejscowych. Tom ma jednak jeszcze drugi nadrzędny temat – i to wpatrzenie autora w przeszłość, w legendy, wierzenia i opowieści, które kształtowały zbiorową wyobraźnię. Odnotowuje autor motywy z zakresu religii (przy okazji pokazując, jak funkcjonuje ona w tym kraju – porównania i oceny zostawia odbiorcom). Nie tylko wierzenia go interesują, sięga po rozmaite fabuły, które wplata w egzystencję opisywanych ludzi – albo w cały kontekst ich funkcjonowania. Przytacza różne wersje opowieści, umożliwiając odbiorcom zapoznawanie się z rozwiązaniami wprowadzanymi w innej kulturze. Jest George Black przewodnikiem po Indiach, jednak unika powierzchownych obrazków. Dba o to, żeby przedstawiać kraj i jego mieszkańców ze zrozumieniem, a czasami – z wyrozumiałością, w każdym razie w bardzo gęstej narracji. Bliżej tej publikacji do naukowych relacji podróżniczych, jeśli bierze się pod uwagę stopień fachowości narracji i obserwacji – niż do dzisiejszych opowieści globtoterów.

sobota, 17 sierpnia 2019

Joanna Jędrzejczyk, Jan Paszkowski: Jedz, śmiej się i walcz

Edipresse Książki, Warszawa 2019.

Radość i smak

Joanna Jędrzejczyk jako mistrzyni walki niekoniecznie kojarzy się czytelnikom z wybitnymi dokonaniami w dziedzinie kulinariów. Tymczasem w tomie „Jedz, śmiej się i walcz” dzieli się kilkoma przepisami na bardzo proste, codzienne dania. To porady, które łatwo wcielić w życie – włączyć do zwykłego menu, które nie wydrenuje kieszeni i nie wymaga zakupów w specjalistycznych sklepach. Wprawdzie takimi wskazówkami nikomu autorka nie zaimponuje, ale też nie o to chodzi, bardziej liczy się zabawa. „Przepisy” Joanny Jędrzejczyk można wypróbować – ale wabikiem dla czytelników mają być te podawane przez Jana Paszkowskiego. Kucharz-celebryta popisuje się wymyślnymi potrawami (o rozbudowanych nazwach, tak, żeby wpasowały się w ogólny trend). Kulinarne pomysły Paszkowskiego zajmują większą część tomu. Nie zostały stematyzowane – to kulinarny przegląd dań z różnych kultur, charakterystycznych smaków i wykorzystywania modnych składników. Usatysfakcjonowani będą odbiorcy ceniący sobie zdrową kuchnię – i wymyślne, ale nie czasochłonne potrawy. To książka dla szukających inspiracji a nie pełnego jadłospisu. Podpowiedzi na spotkania z przyjaciółmi lub drobne urozmaicenia – z tym problemu nie będzie. Jan Paszkowski każdy z przepisów okrasza dodatkowo krótkim i osobistym komentarzem: podpowiada modyfikacje lub zastosowania, opowiada skrótowo, co danie znaczy dla niego albo jak znalazło się w jego domu. Zwierzenia z poszukiwania smaków są błyskawiczne i nie zmęczą – a do tego pozwalają nawiązać kontakt z odbiorcami. Książkę uzupełnia (właściwie otwiera) kilka „felietonów” Joanny Jędrzejczyk. Tu jako autorka udziela czytelnikom rad, zwłaszcza w zakresie pozytywnego nastawienia, walki z przeciwnościami losu. Przytacza dość ogólnikowo, enigmatycznie, parę przykładów z własnego życia – w ten sposób trafić może do swoich fanów. W tych tekstach Jędrzejczyk wygrywa przede wszystkim dzięki szczerości, nie proponuje przecież literackich utworów, a proste wyznania. Można w nich znaleźć motywację do działania albo inspirację – pełnią też funkcję rozrywkową, ale stanowią raczej dodatek do kulinarnych odkryć Paszkowskiego. Trochę może dziwić taki rozrzut tematyczny, książka okazuje się po prostu wspólną publikacją dwóch sław i jako taka nie musi wydawać się logicznie skomponowana. Autorzy oferują czytelnikom przegląd swoich pasji. Książka „Jedz, śmiej się i walcz” została ułożona z krótkich, osobistych wypowiedzi, przepisów kulinarnych oraz… zdjęć. Joanna Jędrzejczyk i Jan Paszkowski biorą udział w sesji fotograficznej, tyle tylko, że zabrakło pomysłu na więcej ujęć. Istnieje kilka serii zdjęć, na których bohaterowie tomu różnią się tylko minami lub kierunkiem spojrzenia. Owszem, pojawi się tu trochę fotografii energetycznych – roześmiana Jędrzejczyk z rozmaitymi produktami spożywczymi – gdyby taki zestaw pomysłów jeszcze rozbudować, a wyrzucić powtarzające się kadry, efekt byłby znacznie lepszy. W każdym razie jest ta publikacja kolorowa, wypełniona pozytywnymi treściami (oprócz wizerunków autorów jest tu mnóstwo kadrów ze smakowitymi potrawami). Jest to książka trochę rozdmuchana objętościowo, ale spójna i wpasowująca się w rynek pop.

piątek, 16 sierpnia 2019

Martin Grunwald: Homo haptcus. Dlaczego nie możemy żyć bez zmysłu dotyku

Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2019.

Odkrywanie świata

Opowieść o dotyku zaczyna się od kilku wiadomości (niektórych na prawach anegdot z życia wziętych), które na pewno wzbudzą zainteresowanie czytelników. Potem Martin Grunwald wycofuje się trochę z reportażowości i z akcentowania tego, co czytelnikom bliskie – zajmuje się natomiast samym dotykiem. Bardzo dużo miejsca poświęca omawianiu tego, jak kształtuje się ten zmysł. Oznacza to, że wiele czasu spędzi, komentując zachowania noworodków i niemowląt (ale również dzieci nienarodzonych, jeszcze w łonie matki: sprawdza, do czego człowiekowi w życiu płodowym daje dotyk i dlaczego bez tego zmysłu nie mógłby istnieć). Temat właściwie zachęcałby do analizowania relacji międzyludzkich i kwestii społecznych, jednak to, co często trafia do artykułów w kolorowych magazynach, tutaj traci rację bytu. Martin Grunwald do zmysłu dotyku podchodzi w sposób naukowy. Będzie między innymi odnotowywał, jaki jest najmniejszy wyczuwalny nacisk na ludzką skórę, albo czy dorośli, starcy czy dzieci mają najsilniej rozwinięty zmysł dotyku. Nie będzie opisywać miejsc ani sytuacji, w których dotyk ma większe znaczenie niż zwykle, za to sprawdzi szereg ciekawostek i badań, które pozwalałyby na odkrywanie tajemnic ludzkiego ciała. Dotyk, który jest bohaterem tego tomu, to dotyk widziany oczami badaczy, uczonych poszukujących sposobu na lepsze rozumienie świata zmysłów. W końcu Grunwald prowadzi laboratorium zajmujące się badaniem tego zjawiska. To, co przedstawia autor, będzie niemal w każdym zakresie nowością dla czytelników. Wykracza bowiem Grunwald poza sferę doznań zmysłowych, rzadko odnosi się do codzienności (chyba że jest t powiązane z udoskonalaniem narzędzi badawczych) – nie ma miejsca na znaną odbiorcom codzienność, poza drobnymi wzmiankami na prawach anegdot czasami kierującymi samych badaczy na właściwe tory. „Homo hapticus” to tom nastawiony na relację z punktu widzenia uczonych popularyzujących wiedzę. Gromadzi autor zagadnienia na co dzień niemożliwe do uchwycenia przez odbiorców. Najpierw sporo miejsca poświęca na samą kwestię rozwoju człowieka – kształtowanie się dotyku w życiu płodowym i w niemowlęctwie. Kolejnym etapem opowieści staje się analiza sposobów badań: tutaj z kolei pokazuje Grunwald narzędzia badaczy, ale też inspiracje, bodźce do dokonywania odkryć. Wreszcie ostatnim etapem opowieści stają się rozmaite schorzenia, sytuacje, w których daje się zarejestrować zaburzenia zmysłu dotyku. Tym z kolei może przyciągnąć autor najszersze grono odbiorców – spośród masowej publiczności. Zwłaszcza że nad zmysłem dotyku zwykle zastanawiamy się najmniej. Martin Grunwald ten stan próbuje zmienić – i to z powodzeniem. Wprowadza pojęcie haptyki i uświadamia odbiorcom meandry takiej dziedziny nauki.

Został ten tom bardzo starannie przygotowany nie jako reklama działań Grunwalda i jego zespołu (choć z pewnością przyda mu się i taka metoda popularyzowania wiedzy), ale też jako ciekawostka popularnonaukowa. Warty uznania jest styl – miejscami wpadający w reportaż, nie hermetyczny, ale wypełniony informacjami. Autor uczy odbiorców – i dzieli się swoją fascynacją. To kolejna bardzo udana propozycja w serii #nauka WUJ.

czwartek, 15 sierpnia 2019

Tomasz Łubieński: Wojna według Karskiego

Iskry, Warszawa 2019.

Spojrzenie z dystansu

„Wojna według Karskiego” to książka, która jest okołobiograficznym esejem z pogranicza politologii i… filozofii. Tomasz Łubieński przedstawia postać doskonale odbiorcom znaną – raczej przekrojowo, bez zagłębiania się w detale życiorysowe. Ten autor pisze zajmująco nie tylko dla tych, którzy pasjonują się historią. Jest w stanie zaangażować nawet przypadkowych czytelników. Zwłaszcza że w stylu narracji unika przezroczystości, pozwala sobie od czasu do czasu na ironię czy drobny komentarz poza podstawowym nurtem relacji. Wymykają mu się czasem prześmiewcze oceny, albo… nostalgiczne westchnienia. Zamienia się autor w gawędziarza, erudytę i znawcę przeszłości oraz charakterów jednocześnie.

Już od pierwszych stron tomu staje się jasne, że dla Łubieńskiego bardzo liczy się kontekst. Próbuje ten autor wychwycić, co ukształtowało bohatera książki – i to od pierwszych lat życia. Stąd między innymi sprawdzanie, jak wyglądała Łódź przed wojną. Sporo miejsca poświęci również Tomasz Łubieński na refleksje dotyczące religii i wyznań w społeczeństwie. Podpowiada przy okazji, jak wychowywać młodych ludzi w duchu porozumienia, ponad sztucznymi podziałami i granicami. Temat „żydowski” zajmuje ważną pozycję w tle tej opowieści. Czasami można się zastanawiać, czy w ten sposób autor nie ułatwia sobie trochę zadania: zamiast wyszukiwać nieznaczące detale egzystencji, zajmuje się tym, co z perspektywy czytelników ciekawsze. Szybko przeskakuje do dorosłości Karskiego, nie stroniąc od pozornych skandali (jak próba samobójcza…). Wkrótce przecież relację zdominuje już wielka polityka na przemian z wielką historią. W wojennej działalności Jana Karskiego najbardziej intrygująca wydaje się być jego zdolność do naśladowania postaw i głosów tych, którzy przekazują informacje. Tu Karski może dać upust talentom parodystycznym, co czasem oznacza kłopoty lub nieporozumienia – czytelnikom ta postać zapadnie dzięki temu jeszcze lepiej w pamięć. Z tej strony przecież bohater tomu nie jest znany szerokiej publiczności. Autor ogniskuje uwagę odbiorców na dyplomatycznych działaniach – i na długi czas odsuwa w ogóle życie prywatne swojego bohatera. Interesują go za to kwestie tożsamościowe, poszukiwanie własnego miejsca na ziemi i dylematy związane z wyborem kraju (pozorną możliwością wyboru). Dopiero kiedy w życiu Karskiego pojawia się tancerka Pola Nireńska, Tomasz Łubieński przechodzi do opowiadania o szczęściu małżeńskim. Nie ma zamiaru zbyt długo przedstawiać samej artystki, jednak znajdzie miejsce na zweryfikowanie opinii o niej i pokazanie, jak ważny był taniec dla bohatera tomu – za sprawą jego utalentowanej żony. W tym wypadku na moment zapomni Łubieński o polityce i świecie dyplomacji.

„Wojna według Karskiego” to książka, która ożywia zainteresowanie częścią przeszłości, pokazuje wydarzenia przez pryzmat jednego człowieka i jego zagmatwanych losów. Tomasz Łubieński tworzy esej, w którym nie tylko gromadzi informacje z życia Karskiego – ale zastanawia się również nad sensem jego działań i nad znaczeniem dla historii.

środa, 14 sierpnia 2019

Marcin Wilk: Pokój z widokiem. Lato 1939

W.A.B., Warszawa 2019.

Znaki

Drobne scenki, zapamiętane z dzieciństwa, strzępki informacji, wakacyjne przygody lub skojarzenia związane z wychowaniem, powinnościami czy zwyczajami w konkretnym domu, czasem też – w szkole, bo chociaż rzecz dotyczy lata, od sztubackich doświadczeń uciec trudno, zwłaszcza gdy ma się kilka czy kilkanaście lat, chłonie życie, a po latach odtwarza ówczesne zjawiska. Marcin Wilk zbiera opowieści i układa je w minireportaż, grupuje następnie pod kątem tematów albo atmosfery. Jego rozmówcy tuż przed wojną mieli po kilka lat; czasami autor odwołuje się też do spisanych wspomnień pisarzy – bo i takie świadectwa są cenne. Nie przeprowadza natomiast rozbudowanych kwerend, nie szuka wszystkich memuarów, rezygnuje z budowania (niemożliwego) pełnego obrazu lata 1939. Niby traci w ten sposób szansę na wierne odtworzenie realiów – ale nie zanudzi czytelników.

Lato 1939 ma tu kilka charakterystycznych motywów. Jeden stanowią faktyczne wakacyjne zwierzenia. Część dzieci wyjeżdża na wczasy z rodzicami (chociaż podobne wyjazdy nie należą do zbyt popularnych), część udaje się na letniska czy kolonie. Harcerstwo, kempingi – to metody korzystania z letniej pogody. Dzieci na wsi wakacji nie mają, a te, które zostają w mieście, wpadają na oryginalne pomysły (zbieranie na żołnierski chleb). W tych opowieściach panuje sielanka – typowa dla wspomnień z najmłodszych lat. W drugim obszarze opowieści plasują się te z elementami dużej polityki wkraczającej w codzienność. Tu będą przenikać motywy antysemickie, drobne wzmianki na temat wyczuwalnych nastrojów społecznych (dzieci, które amatorsko przygotowują ładunki wybuchowe, wywołują strach sąsiadów przed spodziewaną wojną). Wreszcie – zestaw prawdziwych przygotowań, motyw schronów, zapasy, jakie ludzie mieli przygotowywać na wypadek wojny. Stopniuje autor napięcie, wychodzi od scenek dość łagodnych, a prowadzi do coraz bardziej groźnych w wymowie. Zresztą i tak ta lektura nie może funkcjonować w oderwaniu od wiedzy historycznej, nawet o momentach szczęścia czyta się ze świadomością zbliżającego się kataklizmu. Sprytny zabieg zastosował tu Wilk – automatycznie nabudowuje atmosferę, każe podwójnie interpretować historię.

Opowieści zawarte w książce są bardzo krótkie, wyrywkowe – nie: pełne, bo też i nie ma potrzeby rejestrowania każdego gestu, liczy się bardziej nastrój. Chodzi o to, żeby sprawdzić, czy rzeczywiście ludzie myśleli o zbliżającej się wojnie, czy też może ignorowali sygnały nadciągającego niebezpieczeństwa. Życiowe wyznania wiążą się z wielką historią, ale Marcin Wilk splata je jeszcze z fragmentami artykułów prasowych. Tutaj dziennikarze, którzy prawdopodobnie mieli dostarczać lekkich wakacyjnych tekstów w sezonie ogórkowym, prześcigają się w opowiadaniu o sposobach na wakacje – ale czasami też ostrzegają przed złodziejami na letniskach. To „dyżurne” tematy, nie powraca w nich lęk przed wojną. Zbiera Marcin Wilk raczej obyczajowe ciekawostki, przejawy zwyczajności, które wywrą tym większe wrażenie na czytelnikach. Cała gra atmosferą zestawiona z bardzo dobrym dwuznacznym tytułem to prawdziwe przeznaczenie tomu. Autor funduje czytelnikom wstrząs – proponuje inne spojrzenie na przeszłość.

wtorek, 13 sierpnia 2019

Karolina Morawiecka: Morderca na plebanii, czyli klasyczna powieść kryminalna o wdowie, zakonnicy i psie (z kulinarnym podtekstem)

Lira, Warszawa 2019.

Śledztwo na herbatce

Raz udało się Karolinie Morawieckiej rozwiązać sprawę kryminalną – to wystarczy, żeby teraz chciała się angażować w każdą tajemnicę. Sytuacja wydaje się idealna, bo akurat umiera – niespodziewanie – pani Marta, jedna z sąsiadek. Tak się składa, że Morawiecka była u niej przed śmiercią i teraz może chętnie włączyć się w poszukiwania mordercy. Tu policja nie da się namówić na współpracę, nie będzie się dzielić informacjami, zwłaszcza ze wścibską starą babą. W odróżnieniu od książkowych detektywów, postaci idealnych, które mają tylko pojedyncze rysy na charakterze, Karolina Morawiecka jest jedną wielką wadą, trudno w niej wskazać elementy budzące sympatię odbiorców. Ratuje ją komizm. Ta postać jest do granic możliwości przerysowana, stanowi własną karykaturę, wyjątkowo trafną zresztą – i dlatego tak chętnie będą czytelnicy śledzić tę historię. Karolina Morawiecka ma swoje sposoby, żeby wydobywać wiadomości z innych. Zwłaszcza w psychice podobnych sobie pań, które pojawiają się w relacji. Ale oryginalnych postaci nie brakuje – na scenę wkracza na przykład siostra Tomasza, zakonnica i feministka w jednym, w odróżnieniu od Karoliny Morawieckiej oczytana i inteligentna (choć otwarcie wyrażająca swoje kontrowersyjne poglądy). Na iskrzeniu między bohaterkami – a iskrzyć będzie często – polega dynamika tego śledztwa. Mocno akcentowana obyczajowość pozwala wydobywać żarty nie tylko z kryminalnych zjawisk. W końcu bohaterka nie może się przyznać do słabości, na przykład – braku talentu do pieczenia ciast – albo nadmiernego apetytu na słodycze, musi przed innymi również udawać oczytanie i zainteresowanie lekturami. Zachowywanie pozorów wyzwala śmiech i odwraca uwagę od intrygi.

Powodów do radości będzie w tej powieści sporo. Nie ma mowy o przezroczystej narracji. Karolina Morawiecka (tym razem autorka!) bardzo zwraca uwagę na literacki charakter tekstu. Uwielbia zwroty do czytelników, kieruje też do nich część przypisów. Stosuje aż w nadmiarze wykrzyknienia wtrącane w opowieść, trochę egzaltowane, ale wpasowane w charakter bohaterki prowadzącej amatorskie śledztwo. Już w sposobie prowadzenia relacji widać wyraźny dystans do śmiesznych postaci: zabawa cudzym kosztem nie może być przykra – Karolina Morawiecka (postać) zasługuje na utarcie nosa. A przy okazji autorka może odejść od schematów literackich. Wprawdzie przy eksponowaniu trudnego charakteru automatycznie przerysowuje też narrację i czasami aż prosiłoby się o odrobinę stonowania – ale nie w tej historii. Tu trzeba wygłupu. I taki autorka odbiorcom funduje. W trafnym obrazku rodzajowym jawi się jako znakomita obserwatorka ludzkich zachowań. Kryminał to tylko dodatek. Ale przy wielu atutach tomu warto by zwrócić uwagę na fakt, że „stróżka” to nie to samo co „strużka”… Karolina Morawiecka (autorka) podsuwa odbiorcom opowieść wartką, pomysłową i pełną śmiechu. Sprawia, że już dla samych postaci chce się śledzić tę relację. Zabawna aż do przesady książka to wariacja na temat „babskich” kryminałów na wesoło – znajdzie wielu zwolenników.

poniedziałek, 12 sierpnia 2019

Izabella Frączyk: Kobiety z odzysku. Trudne wybory

Prószyński i S-ka, Warszawa 2019.

Partnerzy

Zuzka może żyć jak w bajce i nie przejmować się niczym. Wprawdzie teraz prowadzi świetnie prosperującą firmę, ale wystarczy jedno jej słowo, żeby stała się żoną arabskiego księcia. Na razie przeżywa romans z ukochanym Ahmedem poznanym w Egipcie. Ustaliła już zasady partnerskiej relacji, nie zamierza się poddawać zwyczajom panującym w kraju wybranka ani ulegać jego despotycznej matce. W Polsce Ahmed zachowuje się zgodnie z oczekiwaniami Zuzy, łatwo ulega i nie zamierza stawiać na swoim – ale sytuacja zmienia się, gdy umiera jego ojciec. Ahmed musi natychmiast wyruszyć do Egiptu, przejąć obowiązki związane z majątkiem i zmienić dotychczasowe przyzwyczajenia. Jeśli Zuza chce z nim być, musi przystać na nowe warunki – mało wygodne dla niej. Izabella Frączyk proponuje czytelniczkom niejedno spojrzenie na sprawy damsko-męskie. Oto Gośka, która przeżyła już trudne doświadczenie – odkrycie bigamii pierwszego męża – dowiaduje się, jak boli banalna zdrada. Wraca wcześniej do domu, zastaje ukochanego w łóżku z inną i wie już, że po raz kolejny będzie musiała sobie poukładać życie. Inni ludzie mają własne problemy, w tym i sercowe (miejscowy donżuan powinien natychmiast się ożenić, porzucić dotychczasowe życie i zająć się wypasaniem krów, które posiada rodzina jego narzeczonej) – ale ich dylematy to drobiazg przy tym, co przeżywają trzy przyjaciółki. Uwaga zogniskowana na nich powoduje, że odbiorczynie automatycznie zaczynają im kibicować – dzięki czemu z większym dystansem podejdą do własnych spraw. Doświadczenia Zuzy są bajkowe i do takiego finału mają prowadzić, ale liczy się tu też pośrednie przesłanie. Bohaterka zna swoją wartość, nie daje sobą pomiatać. Zresztą wszystkie kobiety u Izabelli Frączyk okazują się silne i skonstruowane tak, żeby brać z nich przykład. Żadna z przyjaciółek nie zamierza choćby kontynuować związku, który staje się toksyczny: przerwanie relacji, gdy przestają one spełniać oczekiwania, wydaje się tutaj oczywiste, chociaż naturalnie proste nie jest. Łatwiej przeżyć krótki i intensywny żal po stracie niż kisić się w układzie, który dostarcza wyłącznie frustracji. I w tomie „Kobiety z odzysku. Trudne wybory” autorka bardzo stara się przekazać tę prawdę odbiorczyniom. Buduje w nich pewność siebie, podsuwa dobre przykłady działania. Mężczyźni w tej historii nie mają być na stałe, „żyli długo i szczęśliwie” to mit. Autorka woli zajmować się pełną wyzwań teraźniejszością. Przedstawia prawdopodobne i nieprawdopodobne scenariusze, do których postacie się ustosunkowują. Czytelniczki dzięki temu mogą przemyśleć sobie kilka spraw i przyjrzeć się z dystansu rozmaitym sytuacjom.

„Kobiety z odzysku. Trudne wybory” to powieść, która ma przynosić czytelniczkom prostą rozrywkę. To typowe babskie pokrzepiające czytadło, obyczajówka, a w tym gatunku Izabella Frączyk jest mistrzynią. Jednak poza wytchnieniem autorce udaje się przemycić również garść porad – jawnych lub ukrytych – oraz obraz prawdziwej przyjaźni, która powinna pokonać wszelkie trudności. Kobiety są tu dla siebie wsparciem, wiedzą, jak sobie pomagać. Każda jest już po przejściach i każda rozumie, że nie da się wierzyć w miłość na zawsze. A jednak Izabella Frączyk nie odbiera nadziei czytelniczkom, pozwala im wierzyć w odwrócenie się losu i w brak rutyny. Jak to przeważnie z powieściami tej autorki bywa, i tę książkę świetnie się czyta.

niedziela, 11 sierpnia 2019

Maciej J. Nowak: Narutowicz. Niewiadomski. Biografie równoległe

Iskry, Warszawa 2019.

Do spotkania

Tak skonstruowana została ta opowieść, że nawet czytelnicy, którzy nie pasjonują się historią, będą usatysfakcjonowani lekturą. „Narutowicz. Niewiadomski. Biografie równoległe” to tom, który życiorysowość przełamuje reportażem. Autor przygląda się jednocześnie dwóm postaciom, w świadomości odbiorców nierozerwalnie ze sobą połączonym, i sprawdza, jakie wybory życiowe doprowadziły obu mężczyzn do galerii w warszawskiej Zachęcie – miejsca, w którym Narutowicz został zastrzelony przez Niewiadomskiego. Suspensu Maciej J. Nowak nie szuka, scenę zabójstwa odmalowuje w pierwszych akapitach książki. Nie zamierza przeprowadzać literackiego dochodzenia, analizuje za to losy mężczyzn. Opierać się będzie w dużej części na wspomnieniach i na ocenach podawanych na gorąco – przynajmniej jeśli chodzi o sam fakt śmierci Narutowicza. Bardzo trudno mu stworzyć sensowny – politologiczny – komentarz, skoro prezydent zginął pięć dni po zaprzysiężeniu i nie zdążył jeszcze w ogóle dać się poznać od strony polityki w skali państwowej. Skoro tak – Nowak buduje ten portret ze strzępków, wyciąga wnioski z postaw i deklaracji, sprawdza, w jaką wizję rządzenia Narutowicz wierzył – i na tej podstawie układa sobie jego wizerunek. Ponieważ Gabriel Narutowicz zginął śmiercią tragiczną i to wydarzenie było szokiem nie tylko dla ludzi, którzy go znali, nie można się dziwić, że w komentarzach powracają superlatywy, nacisk kładziony jest na dobre strony osobowości i działalności, co należy do konwencjonalnych elementów wspomnień. Dodatkowo sam Maciej J. Nowak zdaje się darzyć swojego bohatera sporą sympatią, co przekłada się na dalsze ocieplanie wizerunku w opowieści. Z kolei przy ocenach Eligiusza Niewiadomskiego powraca niedowierzanie – oraz podkreślanie dziwności czy zdystansowania. Nikt nie próbuje zagłębiać się w meandry jego psychiki, po pierwsze – żeby nie poprzeć przypadkowo tego czynu (przynajmniej w oczach postronnych), a po drugie – żeby nie wpaść w pułapkę oczywistości. Nie bez znaczenia jest tu również fakt, że tłem w „inspiracji” Niewiadomskiego miały się stać motywy antysemickie – jednym ze źródeł zarzutów wobec Narutowicza było jego pochodzenie.

Autor rzeczywiście stosuje tu „biografie równoległe”. Kiedy prezentuje konkretny moment życiowy u jednego z mężczyzn, zaraz sprawdza, czym w tym czasie zajmował się drugi. Zestawia losy i dokładnie przegląda życiorysy, żeby dowiedzieć się, czy mężczyźni mogli się wcześniej znać lub w jakichś okolicznościach zetknąć. Pisze równocześnie z dwóch perspektyw, doskonale wie, kiedy obie drogi się przetną. Przez takie przeskakiwanie od jednej do drugiej postaci w narracji będzie się odbiorcom łatwiej skupić na temacie – w tomie najistotniejszy staje się moment zabójstwa, trochę pod tym kątem Nowak czyta podwójną egzystencję postaci. Jednak przez odwołania do wspomnień czy komentarzy ludzi, którzy znali Narutowicza i (lub) Niewiadomskiego tom nabiera bardziej prywatnego charakteru, zamienia się w tragiczny portret. Nakreśla autor kontekst polityczny oraz społeczny, analizuje przeszłość z uwzględnieniem różnych punktów widzenia. I tworzy requiem dla Narutowicza, Niewiadomskiego też – w pewnym zakresie traktuje go przecież także jako ofiarę.

Amanda Wood, Mike Jolley: Świat przyrody. Kompendium cudów natury

Nasza Księgarnia, Warszawa 2019.

Porządki

Piękne tablice-rozkładówki tworzą tę publikację, książkę, która przynosi małym odbiorcom uporządkowaną wiedzę na temat zwierząt i roślin. Autorzy – Amanda Wood i Mike Jolley – starają się objaśnić zasady klasyfikacji gatunkowej, opowiedzieć o różnych ekosystemach i środowiskach. Wybiorą się w głębiny oceanów i na górskie szczyty, sprawdzą miejsca niezwykłe. Poza nakreślaniem obszarów występowania różnych gatunków zwierząt i roślin – czy odnotowywaniem zależności (piramida żywieniowa albo relacje między żywicielami) autorzy będą przyglądać się między innymi przystosowaniu do życia w określonych warunkach, stadom, sposobom maskowania się przed drapieżnikami... Zagadnień jest mnóstwo. Oczywiście autorzy osobno zajmują się wybranymi gatunkami, opisują między innymi dziobaka. Prowadzą odbiorców przez wiadomości dotyczące gadów, płazów czy owadów, porównują motyle i ćmy. Tak naprawdę każda rozkładówka jest tutaj osobnym pełnym omówieniem wybranego zagadnienia. Omówieniem niemal podręcznikowym. Autorzy układają narrację z rzeczowych akapitów, nadrzędnym celem tomu jest tu porządkowanie wiedzy. Częste są wyliczenia powiązane z ilustracjami. Dzięki takiemu opracowaniu dzieci będą chłonąć wiadomości i przy okazji przygotowywać się do lekcji biologii. Ta publikacja nie składa się z przypadkowych ciekawostek porozrzucanych po stronach – zawiera więcej niż mali odbiorcy byliby w stanie samodzielnie sprawdzić. Żeby nie zmęczyli się wymagającą lekturą, pojawia się tu cały system strzałek, odnośników i odsyłaczy. Można wybrać sobie na początek lektury dowolną stronę, a później podążać za wskazówkami, docierając do powiązanych informacji. W ten sposób dzieci nadają rytm publikacji. Ten picture book jest rzetelnie przygotowany pod kątem narracyjnym. A przecież kierowany jest do małych czytelników, musi więc ich czymś zaintrygować.

I to „coś” stanowią ilustracje. Komputerowe grafiki przygotowywane przez Ovena Doweya pozwalają uchwycić podobieństwo zwierząt, a przy okazji zapewniają estetyczną spójność. Nie ma tu przejaskrawionych kolorów (ilustracje są zgaszone, ale też dosyć ciemne same w sobie), kształty wygładzone komputerowo nie psują wymowy całości. Czasami same w sobie są edukacyjne, jak przy porównywaniu dziobów i łap ptaków albo przy zestawianiu wybranych liści. Innym razem dochodzi tu jeszcze aspekt „ozdobny” - jak w przypadku różnych rodzajów piór. Na rynku często pojawiają się książki wypełniane ciekawostkami o zwierzętach – ale cechują się wybiórczością. Tymczasem „Świat przyrody” niesie bardzo szczegółowe wiadomości (żeby się zmieściły, część przedstawiona jest naprawdę drobnym drukiem), dobrane tak, żeby łatwiej się je zapamiętywało. Poza informacjami na temat flory i fauny autorzy skrupulatnie opisują zasady porządkowania tego świata, przedstawiając część narzędzi badaczy – a to oznacza dla dzieci wprowadzenie w zupełnie nowy, nieznany do tej pory obszar. Ogromny picture book działający niemal jak encyklopedia przyniesie odbiorcom sporo wiedzy, ale też rozrywkę w dobrym gatunku. Kwintesencja edukacyjnych książek obrazkowych, tom, który zwraca na siebie uwagę- to sposób na zainteresowanie dzieci przyrodą.

sobota, 10 sierpnia 2019

Izabella Frączyk: Kobiety z odzysku

Prószyński i S-ka, Warszawa 2019.

Siła przyjaźni

Te trzy kobiety mają mnóstwo energii. Nie tylko do radzenia sobie z własnymi przeciwnościami losu i dodawania otuchy przyjaciółkom: radością życia zarażać będą też odbiorczynie. A że przebywają na stałe w pięknej baśni – pozwalają wierzyć, że los odmieni się na lepsze i da szansę na realizowanie marzeń. Wszystko jedno: o świetnej i przynoszącej pieniądze oraz satysfakcję pracy, o ukochanym, o dziecku… Gośka, Zuza i Fela są bardzo różne, a jednak potrzebują siebie nawzajem. Gośka odkryła, że jej mąż ma inną rodzinę (a później, razem z drugą prawowitą żoną wiarołomnego, znalazły jeszcze trzecią nabraną przez poligamistę – smaczku dodaje fakt, że każdą rodzinę mężczyzna założył w innym kraju i skutecznie zwodził wszystkie partnerki). Fela przeżyła śmierć ukochanego i stratę nowo narodzonego dziecka, zapomnienia szuka zatem w pracy – na szczęście jest wziętym prawnikiem, od dziecka uczyła się zawodu, podglądając zajęcia dziadka. Z kolei Zuzka ma za sobą trudne toksyczne małżeństwo z teściową wtrącającą się w każdy aspekt życia (ze specjalnym uwzględnieniem prokreacji). Wszystkie trzy kobiety wybierają się na urlop do Egiptu, żeby przynajmniej tam na moment zapomnieć o troskach.

I, jak to zwykle w obyczajówkach bywa, bohaterki na rozdrożu – chociaż każda pogodzona ze swoją sytuacją – otwierają się na nowe miłości. Gośka swojego nowego mężczyznę poznaje w samolocie do Egiptu: Marcin wydaje się miłym facetem z klasą, na pewno nie ma skłonności do bigamii. Fela wdaje się w przygodę na jedną noc – potrzeba jej tego, żeby ostatecznie rozprawić się z przeszłością. Nie wie jeszcze, że Jacka niedługo spotka, w zupełnie niespodziewanych okolicznościach – i wtedy będzie mogła naprawdę zastanowić się nad tym, jak chce spędzić życie. Zuzka natomiast wpada w oko przystojnemu instruktorowi windsurfingu. Problem w tym, że Ahmed jest Arabem, bajecznie bogatym synem szejka i jego zaloty energicznej kobiecie nie odpowiadają. To prosta droga do szeregu przygód, nie tylko sercowych. Bo chociaż Izabela Frączyk eksponuje przede wszystkim sprawy damsko-męskie, nie zapomina o tym, co napędzi fabułę. Znajdzie miejsce na uczucia macierzyńskie, podrzucane na progach mieszkań obce dzieci, ale i na porwania w innych krajach. Umiejętnie operuje poczuciem zagrożenia: Felicja chce się wprowadzić do remontowanego właśnie domu, ale odkrywa, że podjeżdżają pod niego nieoznakowanymi samochodami przestępcy. Takich zwrotów akcji, zmieniających układ sił, jest w tej powieści trochę – i sprawiają, że lepiej czyta się o dzielnych kobietach.

Nie ulega wątpliwości, że Izabella Frączyk chce dodać czytelniczkom sił do walki o swoje prawa czy do realizowania marzeń. Przez wsparcie bohaterek pokazuje, jak zabrać się do działania – i że warto stawiać nawet na niekonwencjonalne pomysły, kiedy wszystkie racjonalne zawodzą. „Kobiety z odzysku” to lektura przynosząca sporo śmiechu i rozrywki, ale do tego też kształtująca postawy odbiorczyń: można brać przykład z bohaterek. Może niekoniecznie jeśli chodzi o wiarę w miłość na zawsze, ale już w przypadku radzenia sobie z codziennymi problemami – jak najbardziej.

piątek, 9 sierpnia 2019

Katarzyna Sowula: Kto wymyślił wakacje?

Nasza Księgarnia, Warszawa 2019.

Odpoczynek w odpowiedziach

Wakacje to wakacje, niewielu odbiorcom przyszłoby do głowy, że można tu coś wyjaśniać. A jednak. Katarzyna Sowula wpadła na pomysł tak prosty, że aż dziwne, że jest na rynku pierwsza. Tom "Kto wymyślił wakacje" bardzo ładnie wpisuje się w cykl lektur edukacyjnych, a jednocześnie przynosi wakacyjną rozrywkę. Autorka postanowiła wytłumaczyć dzieciom, jak to jest z tymi wakacjami: opowiedzieć, dlaczego nie wszędzie wyglądają tak samo, w jakich krajach dzieci mają przerwy w nauce w innych miesiącach, co w ogóle znaczy słowo wakacje i skąd się wzięło, albo - w jaki sposób można spędzać czas. Proponuje zestaw krótkich czytanek, drobnych relacji przesyconych pojęciami i definicjami. Kiedy pisze o wakacjach, może zachować swobodny ton, a do tego ucieszyć maluchy skojarzeniami z ich ulubionymi formami rozrywki. Nie traci przy tym na fachowości, za każdym razem liczy się tu możliwość pokazania dzieciom specyfiki wybranego rodzaju wypoczynku. Podpowiada, jak różne mogą być drogi tych, którzy chcą zrobić sobie przerwę od pracy lub nauki. Wyjaśnia różnicę między koloniami i półkoloniami, omawia skrótowo wybrane zwyczaje (chrzest czy zieloną noc), przy okazji zachęcając dzieci do korzystania - w miarę możliwości - z oferty wypoczynkowej. Nawiązuje do harcerstwa i obozów (tu pojawiają się charakterystyczne gry terenowe), ale przypomina też i o grach miejskich jako sposobie na relaks. Razem z turystami wybiera się na wczasy, komentuje istnienie gospodarstw agroturystycznych i wskazuje, jak znajdować lokalne atrakcje. Dla fanów hippiki (albo tych, którzy dopiero się nimi staną) ma wycieczkę do stadniny, przywołuje też temat zoo (i tutaj zaznacza różne wobec niego stanowiska!). Nie da rady oczywiście objaśnić wszystkich możliwych form wypoczynku, całkowicie pomija na przykład spędzanie czasu w gronie rodzinnym, ale już w przypadku podwórkowych zabaw - przypomina kilka (jeśli ktoś będzie chciał poszerzyć wiedzę w tym zakresie, bez trudu znajdzie odpowiednie pozycje, nie ma sensu dublować wiadomości). Jest w tym wszystkim autorka przekonująca, łatwo udziela się jej entuzjazm. A przecież Katarzyna Sowula w rytmie opowieści stawia jednak na definicje i na edukowanie najmłodszych. Edukowanie podstępne, sprytne, przy okazji wakacji - wszystkim czytelnikom wydawać się będzie, że odpoczywają przy książce - tymczasem będą chłonąć wiedzę. Trochę autorka odciąży rodziców i wychowawców, którzy zwykle muszą udzielać odpowiedzi na niekończące się pytania. Przedstawi dzieciom atrakcje wakacyjne w ładnej formie. To książka dla dzieci, które czekają na wakacje, bo chciałyby wreszcie mieć czas na realizowanie własnych pasji, ale też - które potrzebują przerwy od obowiązków szkolnych. Katarzyna Sowula pozwala o wakacjach myśleć przez cały rok, poza letnimi miesiącami będzie przecież przypominać o zestawie atrakcji.

Edukacyjny charakter tomiku polega w tym wypadku na podawaniu charakterystycznych dla wakacji pojęć - wyróżnione są one w tekście wersalikami, przez co już pojedynczy rzut oka na stronę może uświadomić czytelnikom, jak wiele tematów autorka tu zmieści: prawie każde zdanie przynosi wakacyjną kwestię - i jej krótkie omówienie. W szybkim tekście zmieści się wiele haseł. To sposób na rozwijanie wiadomości najmłodszych, kształtowanie ich językowej sprawności. Ale Katarzyna Sowula sięga również po aspekty wychowawcze: przy wielu zagadnieniach odwołuje się do tego, że (na przykład) nie należy śmiecić, że zoo jest nie tylko więzieniem dla dzikich zwierząt, bo pozwala również dbać o gatunki zagrożone. W niemal każdej kwestii znajduje pole do dodatkowych wyjaśnień i przedstawia dzieciom różne punkty widzenia. W efekcie "Kto wymyślił wakacje" nie jest tylko prostą książeczką z definicjami, a ciekawym przeglądem możliwości, jakie mają przed sobą najmłodsi.

czwartek, 8 sierpnia 2019

Blair Holden: Bad boy's girl 5. Ostatnia miłość jest najlepsza

Jaguar, Warszawa 2019.

Zakończenie historii

Bad boy's girl to historia, która rozrosła się ponad wyjściowe założenia: publiczność uwierzyła w historię Tessy i jej ukochanego. Najpierw dziewczyna przekonana była o nienawiści ze strony Cole’a: gnębiona przez niego w dzieciństwie, nabawiła się kompleksów. Z czasem wszystko udało się wyjaśnić: nastoletni Cole okazał się pełen uroku i postarał się naprawić wcześniejsze przewiny. Nagle Tessa znalazła nie tylko wielbiciela, ale i obrońcę, oddanego i wiernego rycerza, o jakim wcześniej nawet nie marzyła. Trafiła do własnej baśni. Oczywiście Bad boy's girl to powieść, która wyrosła na gruncie mody na erotykę w literaturze obyczajowej, więc aspekt łóżkowego dopasowania stał się niezwykle istotny w całym procesie znajdowania sobie drugiej połówki. Tessa i Cole przeżywali wielkie zauroczenie, odpowiadając na marzenia tysięcy nastoletnich czytelniczek. Tyle tylko, że w pewnym momencie Blair Holden przestała wymyślać fabułę, a skupiła się na samych problemach w związku. Przez kilka tomów Tessa i Cole na przemian kłócili się i godzili, zastanawiali się nad sensem bycia razem i granicami poświęcenia dla drugiej osoby, próbowali się dotrzeć i wątpili. Problemy wydawały się coraz bardziej sztuczne: choćby z tego powodu, że należały do nich kwestie wspólnego zamieszkania, albo inaczej – mieszkania na różnych kontynentach, zazdrość o sąsiadki potrzebujące opieki itp. Za każdym razem, kiedy Blair Holden wprowadza do książki jakąś zmianę, wiadomo, że ta zmiana przyczyni się do kolejnego konfliktu między Tessaą i Lukiem. Konfliktu – w dodatku – o wymiarze pozornie zbliżonym do końca świata. Niby przekonująco, a jednak można się za szybko przyzwyczaić do schematu i odgadywać intencje autorki. Młodzież nie powinna zbytnio się tu rozczarować, chociaż seria Blair Holden im dalej – tym bardziej naiwna się staje.

Ale nadchodzi w końcu piąty tom, ostateczne rozstrzygnięcie losów Tessy i Cole'a. Pora, żeby przenieść związek na kolejny poziom, do czego mężczyzna przymierza się od samego początku. Na razie znów powraca możliwość zepsucia wszystkiego. Tessa przyjeżdża na ślub brata, Cole'a też nie może na uroczystości zabraknąć. Ojciec Tessy przymierza się do uporządkowania własnego życia. Sama bohaterka zastanawia się nad sobą, znajduje szczęście jako redaktorka w wydawnictwie, może uda jej się odkryć wschodzącą gwiazdę literatury. Powodów do spięć na linii Tessa – Cole nie zabraknie i teraz, ale tracą trochę na intensywności, znacznie trudniej w nie uwierzyć nawet młodym odbiorczyniom. W piątym tomie zmieni się rodzaj problemów poruszanych przez autorkę, przynajmniej w pewnym punkcie książki. Już nie o zagrożenia emocjonalne będzie chodzić. Fakt, że nawet teraz Blair Holden zaskoczeń nie szykuje, sprawia, że do tej części dotrą raczej najbardziej wytrwali. Nie zmienia to faktu, że Holden furorę na rynku robi.

Jest w tej powieści dowcip, ciekawe kwestie z dialogów bohaterów albo z ich przemyśleń autorka wyciąga do tytułów rozdziałów, budząc w ten sposób zainteresowanie czytelniczek; ironia to stały element autorefleksji bohaterów i ich rozmów. Na szczęście, bo w przeciwnym wypadku byłoby trudno znieść poziom słodyczy w opowieściach. Blair Holden niewymuszonymi dowcipami rozładowuje niepotrzebny patos, nadaje lekkości książce i umacnia swoją pozycję na rynku literatury rozrywkowej.

W tej obyczajówce rozrywka jest na pierwszym planie, bazuje autorka na oczekiwaniach nastoletnich czytelniczek, nie można więc oczekiwać zbyt skomplikowanej fabuły. Nadrabia Blair Holden nastawieniem na emocje, bardzo dużo analizuje przeżyć postaci, raz Tessa, raz Cole zastanawiają się i nad łączącą ich relacją, i nad własnymi w związku z tym oczekiwaniami. Rozkładają partnerstwo na części pierwsze, uczą mówienia o swoich uczuciach i doświadczeniach. Erotyka staje się zatem dodatkiem do psychoanalizy.

środa, 7 sierpnia 2019

Aleksandra Ziółkowska-Boehm: Wokół Wańkowicza

PIW, Warszawa 2019.

Życie z pisarzem

Aleksandra Ziółkowska-Boehm napisała na temat Melchiora Wańkowicza dwie osobiste książki: pierwszą opublikowała niedługo po śmierci autora, drugą wprowadzała na rynek kilkakrotnie, za każdym razem uzupełniając o kolejne wspomnienia. Zapiski z codzienności, skojarzenia, fragmenty listów i przemyślenia na temat pracy dla sławnego pisarza, a do tego relacje z biografii, odczytania konkretnych motywów i perypetie związane z wydawcami składają się na publikacje teraz wydane w obszernym tomie „Wokół Wańkowicza”. Książka wpasowuje się w serię wznawianych przez Prószyński i S-ka pism Wańkowicza, może być ciekawym uzupełnieniem lekturowym dla tych, którzy dopiero poznają te teksty i chcieliby zanurzyć się w świat autora – ale widziany z nieco innej perspektywy. Aleksandra Ziółkowska-Boehm działa tutaj jako osoba znająca zwyczaje i rytm codzienności Wańkowicza, ale też – uwzględnia w relacji motywy bardziej osobiste. Pisze o synu, który z pisarzem stroniącym od dzieci uczył się dogadywać, ale nawet o swoim miejscu w domu. Opowiada o domownikach, daje podgląd naturalnych zajęć, rozrywek czy pomysłów: tłumaczy to, co osobom z najbliższego otoczenia Wańkowicza wydawało się oczywiste i niegodne wzmianki. W ten sposób ocala ciekawy kawałek obyczajowości, a czytelnikom funduje literacką podróż w przeszłość.

Pierwsza część – więc pierwsza książka – jest po prostu zestawem charakterystycznych skojarzeń, rozbudowanym wspomnieniem i próbą ocalenia wielkiego pisarza. Płynie ze smutku po jego śmierci, a do tego – jest też odpowiedzią na swoiste rynkowe zapotrzebowanie. Składa się z małych form, które nie układają się w dużą całość, przynajmniej nie tematycznie, bo emocjonalnie owszem. Ziółkowska-Boehm wprowadza do opowieści familiarność, której próżno by się spodziewać po tych, którzy na życie i twórczość Wańkowicza patrzyli z dystansu. Nadaje książce specyficzny klimat, sprawiając, że nawet jeśli nie opowiada o konkretach, łatwo z nią zostać i śledzić opowieści. Stawia autorka – co zrozumiałe – na anegdoty. Ocala drobiazgi, które nie miałyby szansy przejść do historii literatury, a przez biografów byłyby odrzucane jako nieistotne i pozbawione dramaturgii. Druga książka wydaje się nieco bardziej spokojna i oparta na faktach, ale i tak autorka czerpie w niej ze sprawdzonych rozwiązań: skupia się na tworzeniu małych obrazków rodzajowych, odrzuca schematy wielkich biografii. Składa tom z małych szkiców, w których dość obficie cytuje różne zachowane dokumenty.

Nie jest to lektura porządkująca temat egzystencji Wańkowicza, jeśli ktoś spodziewa się tu zestawu dat i suchych encyklopedycznych opisów, będzie bardzo rozczarowany: od wiadomości – informacji, które można bez trudu zdobyć za sprawą opracowań naukowych i ankiet – autorka stroni. Ma rację, w ogóle nie pasują one do rytmu jej wspomnień. Tu rozrywka polega na możliwości odtwarzania nietypowej atmosfery. Ziółkowska-Boehm przede wszystkim maluje słowem, zajmuje się układaniem z fraz kojących pejzaży, a kiedy już odnosi się do samej pracy – posługuje się najchętniej wypowiedziami innych. Rozwiewa wątpliwości dotyczące dalszoplanowych faktów (dlaczego ukochany pies, ważny domownik, ma na imię Dupek i jak sobie z tym poradzić podczas spacerów), ale też prezentuje dom i jego wystrój. Dba o to, żeby rytm narracji pasował do wrażenia, jakie wynosi się z domu Wańkowicza. Akcentuje swoją rolę w codziennych obowiązkach, a do tego – wpada na pomysł przedstawienia Wańkowicza przez listy, jakie otrzymywał od wielbicieli. Chociaż przytacza obszerne fragmenty korespondencji, nie będzie to odbiorcom przeszkadzać. Po pierwsze dlatego, że i tak otrzymują całkiem sporo ciekawostek z życia pisarza i na brak emocji narzekać nie będą mogli, a po drugie – listy wprowadzają elementy humoru. Nie dowcipy, a humor właśnie przesyca tę stylistykę, sprawia, że Ziółkowska-Boehm proponuje odbiorcom książkę osobistą, ciepłą i dość przyjemną. W związku z tym, że tu liczy się najbardziej przeżywanie tego, co na co dzień – nikt nie będzie mieć pretensji o brak konkretów biograficznych. To nie ma znaczenia, skoro można poznać pisarza przez pryzmat jego domowych zwyczajów. Z kolei potrzebę dotarcia do wiadomości na temat pisarza w pełni zaspokoi druga część wielkiego tomu, podróż po motywach związanych z pisarstwem.

wtorek, 6 sierpnia 2019

Anna Whitelock: Maria Tudor

PIW, Warszawa 2019.

Z wysokości tronu

Maria Tudor staje się królową. Ten punkt to właściwie koniec burzliwej opowieści Anny Whitelock, chociaż oczywiście książka zostanie doprowadzona aż do śmierci władczyni. Tyle tylko, że od momentu przejścia do przedstawiania losów koronowanej głowy nie ma już ciągłego poczucia zagrożenia, maskowania prawdziwych emocji przed bliskimi czy upokorzeń. Maria Tudor triumfuje, nic jej już nie zagrozi – a przynajmniej kończy się jej dotychczasowa gehenna. Anna Whitelock jest świadoma, jaki temat najbardziej przyciągnie czytelników i umiejętnie rozkłada proporcje w tej biografii. „Maria Tudor” to książka złożona z dwóch nierównych pod względem emocjonalnym części. Oczywiście dla pasjonujących się historią cenniejszy będzie opis etapu już po koronacji – z ciekawostkami dotyczącymi życia dworskiego. Natomiast zwykli czytelnicy z pewnością zachwyceni będą pierwszym fragmentem tomu, tym, w którym mowa jest o dzieciństwie Marii. Anna Whitelock dba o to, żeby przedstawić czytelnikom losy Marii z uwzględnieniem jej uczuć, bez względu na zachowane dokumenty i postawę wymagającą dyplomacji w każdych okolicznościach. Wie, że to właśnie ten motyw, który przyciągnie odbiorców i wzbudzi zainteresowanie nawet tych, którzy na co dzień historią się nie interesują. Czym innym jest bowiem rejestrowanie danych: dat i faktów na podstawie zachowanych dokumentów, a czym innym – próba budowania portretu charakterologicznego. W tym Whitelock celuje, udaje jej się stworzyć Marię Tudor z krwi i kości, chociaż – wciąż ze względu na okoliczności idealizowaną. Bohaterka książki w dzieciństwie zostaje zmuszona do rozłączenia z matką, nie wie jeszcze, że ten stan utrzyma się aż do śmierci rodzicielki. Krytykowana i odrzucana przez ojca i przez jego kolejną wybrankę, musi zachowywać się godnie. Bunt na wiele się nie zda, przez niemal całe dzieciństwo Maria przede wszystkim stara się przetrwać. Przeciwności losu czynią ją silniejszą, pozwalają na hartowanie ducha. Rzecz jasna w biografii to niemal uświęcanie postaci, Maria w ujęciu Whitelock jest wręcz idealna, nie popełnia błędów, nie pozwala sobie na okazywanie słabości, ale też nie kieruje się emocjami. Zachowane listy do różnych sprzymierzeńców – konwencjonalne, ale przecież nie tylko będące dyplomatycznym popisem – świadczą o równowadze, przynajmniej pozornej. Dzisiejszym czytelnikom być może trudno będzie uwierzyć w takie postawy i takie wyczucie sytuacji u dziecka. Maria idealna to jednak Maria, która bez trudu da się lubić. Ma na to wpływ sposób opisywania otoczenia: wszędzie kryją się wrogowie, trzeba na każdym kroku bardzo uważać, żeby nie popełnić błędu tragicznego w skutkach (ścinanie głów w tym czasie to powszechnie przyjęty sposób na rozstawanie się z problemem). Nic dziwnego, że nawet znakomitość Marii nie będzie tu budzić zniechęcenia – a przyczyni się raczej do sympatii dla bohaterki. „Maria Tudor” to publikacja, w której ważną rolę odgrywają fragmenty listów i dokumentów, ale Anna Whitelock potrafi z gęstej i bogatej w fakty narracji uczynić lekturę bardzo ciekawą i wciągającą. Trafi do swoich czytelników – nie tylko do fanów biografii historycznych – za sprawą narracyjnego wyczucia, umiejętności odwzorowywania uczuć uniwersalnych.

poniedziałek, 5 sierpnia 2019

David Calle: Ile ważą chmury oraz inne proste pytania i naukowe odpowiedzi

Wydawnictwo Literackie, Kraków 2019.

Odpowiedzi dla ciekawych

Można obudzić w sobie dziecko, kiedy czyta się książkę, którą proponuje David Calle: „Ile ważą chmury” to rozrywka wysokiej klasy – i popularyzowanie wiedzy niedostępnej przeważnie zwykłym dorosłym. Nic dziwnego, autor zajmuje się przedstawianiem wyjaśnień, które wiążą się w większości z fizyką – wykorzystuje naukę do tłumaczenia tego, co możliwe do zaobserwowania na co dzień. Skupia się na ciekawostkach i stara się przyciągnąć odbiorców do lektury za pomocą intrygujących pytań. Wprowadza zagadnienia, które poruszaliby dorośli, gdyby nie bali się pielęgnować w sobie dziecięcej ciekawości – albo też sugeruje w samych pytaniach wiedzę, której czytelnicy jeszcze nie mają. W zakresie jego zainteresowań leży sprawdzenie nie tylko, ile ważą chmury, ale też – na przykład – ile megapikseli ma ludzkie oko. Rozstrzyga wątpliwości związane z liczbą Pi i sprawdza, dlaczego sąsiad z parteru będzie żyć dłużej. Czasami inspiracją dla niego stają się sceny zaobserwowane w filmie (jest w stanie się poświęcić i obejrzeć cały sezon serialu, żeby wpaść na konkretną scenę, która zdradza braki edukacyjne społeczeństwa, albo wprowadza fałszywe przekonania podzielane również przez odbiorców), odwołuje się do „bohaterów bez peleryn” - przypomina badaczy lub ludzi, którzy zmienili postrzeganie świata. Posługuje się anegdotami i rozczytuje charakterystyczne sceny z produkcji masowych. Filmy dla szerokiego grona odbiorców zawierają często sceny, które czerpią z wyobraźni, za to niekoniecznie – z praw fizyki. Jeśli jednak coś scenarzyści wprowadzą do świadomości czytelników – trudno się z tym rozprawić. „Ile ważą chmury” to właśnie książka, która ma rozwiewać wątpliwości i uczyć odbiorców refleksji nad realizmem konkretnych rozwiązań. Nie znaczy to, że David Calle odbiera zabawę z uczestniczenia w popkulturze. Wprost przeciwnie, sam swoją książką do tego się dokłada. Przede wszystkim pisze tak, by chciało się śledzić jego wywody. Zbliża się gatunkowo do reportażu, stara się zawsze wydobywać ciekawostki, które przyciągną do tomu większą liczbę odbiorców. Potrafi wyłuskiwać ze zgromadzonych danych to, co wyzwoli silniejsze emocje, czasami wręcz wpisuje się specjalnie w mody i trendy nie tylko na rynku naukowym: kiedy kibicuje kobietom-uczonym, to automatycznie przyciąga uwagę tych odbiorców, dla których to temat nośny i ważny. Fizykę znajduje Calle w codzienności, w najbliższym otoczeniu człowieka – ale też czasami szuka jej choćby w kosmosie, nawiązując do marzeń i do nierealnych pomysłów właściwych również czytelnikom. Odnotowuje rozwiązania sprzeczne z prawami fizyki po to, żeby móc dowcipnie je komentować. Humor staje się jednym z ważniejszych elementów książki: Calle bardzo dba o to, by przyciągać odbiorców nie tylko obietnicą rozwiązania wprowadzanych zagadek, ale też – śmiechem jako takim. Pompatyczność nie sprzyja zapamiętywaniu wiadomości, zwłaszcza – trudnych. Przekłada zatem na język przystępny zwyczajnym odbiorcom informacje, a do tego – bez przerwy tworzy dowcipne do nich komentarze. Żeby odrobinę jeszcze ułatwić przyswajanie danych, wybiera styl charakterystyczny dla publikacji pop: wprowadza na przykład ramki z danymi biograficznymi, z anegdotami ze świata nauki czy z odstępstwami od nauki w produkcjach filmowych. Na koniec co pewien czas autor zadaje tytułowe pytanie w portalu społecznościowym i sprawdza, jak humorystycznie znajdą na niego odpowiedź odbiorcy. „Ile ważą chmury” to publikacja-ciekawostka, nie można tu mówić ani o krzewieniu wiedzy, ani o pełnym wyczerpaniu jakiegoś tematu. Liczy się jednak możliwość zaintrygowania wiadomościami odbiorców, wprowadzenia przeświadczenia, że warto czasami zastanawiać się nad otoczeniem i zadawać pytania typowe zwykle dla najmłodszych.

niedziela, 4 sierpnia 2019

Yan Lianke: Sen wioski Ding

PIW, Warszawa 2019.

Raj inaczej

Najpierw jest pragnienie posiadania, a nawet nie tyle pragnienie posiadania, co świadomość, że można bez większego wysiłku mieć więcej i więcej. Wystarczy tylko sprzedawać krew. Organizm ją zregeneruje, co prawda z czasem trzeba będzie upuszczać krew częściej, bo będzie produkować jej w nadmiarze, ale to tylko czysty zysk dla właściciela. Krew jest walutą, można za nią kupić wszystko, co się chce. Umożliwia to bogacenie się osób, które do tej pory na bogactwo szans nie miały: nie były ani szlachetnie urodzone, ani nie posiadały wystarczających talentów do zdobycia fortuny. Tymczasem handel krwią sprawia, że bogaty może stać się każdy, bez względu na urodzenie czy umiejętności. Wkrótce znakomita większość mieszkańców wioski Ding będzie już zaangażowana w proceder sprzedaży swojej krwi. Nieważne, co się z nią będzie potem działo: ważne, że przyniesie zysk. Wszystko zaczęło się od wizji jednego człowieka, który teraz może wziąć odpowiedzialność za tragedię, która się wydarzyła. Bo oto wioskę Ding zaczęła trawić przedziwna gorączka. Ludzie, którzy dawniej sprzedawali krew, teraz mają niepokojące objawy: rośnie temperatura ich ciała, pojawiają się krwawe wybroczyny i w niedługim czasie następuje śmierć. Giną kolejni mieszkańcy wioski i trzeba wreszcie podjąć jakieś bardziej zdecydowane działania, bo inaczej epidemia zniszczy wszystkich. AIDS zatacza coraz szersze kręgi. Czas przyznać się do błędów, uświadomić ludziom, że to konsekwencje pazerności (niezachowania higieny w procederze oddawania krwi) – i że trzeba jak najszybciej podjąć prace nad szczepionką. Nie wszyscy chcą jednak przyjąć do wiadomości, że zmieniły się zasady i że raj już się skończył. Sen o sprzedaży krwi przyniósł niemal pogrom, a na pewno zniszczenie i koszmar dla wielu rodzin. W prawie każdym domu ktoś umarł, w wielu – jeszcze umrze.

Yan Lianke odwołuje się do problemu społecznego: inspiruje go temat wymierania całych wiosek w Chinach z powodu AIDS. Ale nie stawia na realizm i odnotowywanie faktów czy wprowadzanie prostych przestróg dla czytelników. Motyw sprzedaży krwi zamienia w kwestię z gruntu oniryczną, sprawia, że w tomie panuje atmosfera nierealizmu. Tu wszystko rozgrywa się w przestrzeni niedookreślonej, niezwykłej nie tylko ze względu na egzotykę tematyczną, ale i – na sam klimat opowieści. Lianke czaruje słowem i sprawia, że odbiorcy będą usatysfakcjonowani liryzmem tej powieści: tutaj tekst nabiera melodyjności i może funkcjonować jako literatura piękna, społeczne przesłania stanowią dopiero jedną z kolejnych płaszczyzn lekturowych.

Jest jednak coś, czego nie można pominąć w tej opowieści: niezależnie od kontekstu kulturowego i dopracowywania magicznej narracji autor bardzo precyzyjnie szkicuje charaktery i reakcje ludzi postawionych w obliczu ostateczności. Mieszkańcy wioski Ding już wiedzą, że nie mają nic do stracenia. Zwłaszcza ci, którzy są chorzy i wiedzą, że wyrok na nich już zapadł: tracą moralne hamulce, przestają liczyć się z opiniami innych. Paradoksalnie – tuż przed śmiercią zyskują upragnioną wolność, mogą robić to, na co mają ochotę. Pojawią się zatem niemoralne nowe związki, zachowania normalnie nieakceptowane przez społeczeństwo. Tu – nie wiadomo, jak się z nimi uporać, ani społeczny ostracyzm, ani groźba dalekosiężnych konsekwencji nie mają racji bytu. „Sen wioski Ding” to książka wielowymiarowa, powieść, którą odczytuje się na wiele różnych sposobów – każdy znajdzie w niej coś dla siebie, a część odbiorców doceni dodatkowo wielką drobiazgowość w opowieści, nacisk kładziony na szczegóły w kreowaniu przestrzeni powieściowej.

sobota, 3 sierpnia 2019

Cliff Lerner: Wybuchowy wzrost. Jak zbudowałem gigantyczną społeczność 100 milionów użytkowników

Galaktyka, Łódź 2019.

Cena sukcesu

Tę publikację czyta się właściwie jak beletrystykę, bo Cliff Lerner potrafi zajmująco opowiadać. A opowiada o tym, co sam przeżył w związku z rozwojem (i upadkiem) firmy. Opowiada nie po to, żeby się pochwalić albo wyżalić, ale żeby udzielić odbiorcom będącym w podobnej sytuacji kilku(dziesięciu) dobrych rad. Tom „Wybuchowy wzrost. Jak zbudowałem gigantyczną społeczność 100 milionów użytkowników” w warstwie marketingowej opiera się na przemawiających do wyobraźni liczbach. Jednak sukces na rynku odnieść może za sprawą dobrej narracji. Ta zamyka się w kilku dniach i przygotowana jest jak reportaż uczestniczący. Oto nikomu nieznana firemka, wywodząca się ze start-upu, trafia do świadomości odbiorców. Portal umożliwiający błyskawiczne umawianie się na randki ma wielką przyszłość, zresztą autor jest świadomy, że wystarczy dostrzec rynkowe zapotrzebowanie i zaproponować potencjalnym klientom rozwiązanie dziesięć razy lepsze niż to, czego aktualnie używają – żeby zaistnieć. Ale z gotowym produktem trzeba jeszcze dotrzeć do mas. Cliff Lerner ma szczęście: artykuł o jego aplikacji trafia do internetu w momencie, gdy wszyscy zajęci są przygotowaniami do świąt i nie wydarza się nic, co przyćmiłoby ciekawostkę. W efekcie coraz więcej ludzi dociera do informacji i coraz więcej postanawia sprawdzić, jak też działa nieznana aplikacja facebookowa dla singli i tych, którzy chcieliby z kimś się spotkać. W krótkim czasie aplikacja podbija rynek, jej akcje rosną w geometrycznym postępie, a autor zajmuje się już tylko tym, jak docierać do jeszcze szerszej grupy użytkowników. Po drodze popełnia wiele błędów, między innymi odrzucając intratne propozycje współpracy, nie sprzedaje też udziałów wtedy, gdy najbardziej się to opłaca. Przechodzi drogę od gigantycznego sukcesu do nieuchronnego upadku i z perspektywy czasu może czytelnikom podpowiadać, co zrobiłby inaczej, a jakich pomyłek powinni unikać oni. Podsuwa wskazówki, jak zdobywać użytkowników (niektóre dość specyficzne i trudne do zastosowania), ale przekuwa też na porady własne obserwacje. Atutem jego książki jest połączenie autobiograficznych wywodów i rzeczowych, konkretnych uwag wyróżnianych graficznie i wyodrębnianych z samego tekstu. Odwołuje się do motywacyjnych cytatów, ale też do lektur (anglojęzyczna bibliografia to zestaw podpowiedzi, o jakie lektury poszerzyć wiedzę, pojedyncze książki na dany temat – tak, żeby czytelnicy zainteresowani konkretną kwestią od razu mieli pod ręką odsyłacz).

Autor pisze, analizuje i wyciąga wnioski. Odwołuje się do własnego przykładu, co sprawia, że opowieść o rozwoju firmy staje się przystępna dla wszystkich, a także – zyskuje jeszcze wymiar reportażowy. Znacznie łatwiej przyjmować kolejne podpowiedzi i uwagi związane z biznesowym środowiskiem, jeśli podstawą są konkretne działania. Do tego sama historia firmy gwarantuje autorowi jeszcze zainteresowanie czytelników – każdy chce poznać opowieść jak z bajki – która wydarzyła się naprawdę w świecie biznesu i nowych mediów. Jest „Wybuchowy wzrost” książką świetną, przede wszystkim dla zainteresowanych marketingiem, ale nie tylko.

piątek, 2 sierpnia 2019

Daisy Goodwin: Moja ostatnia księżna

Marginesy, Warszawa 2019.

Związek z rozsądku

Daisy Goodwin sprawdza się jako autorka romansów historycznych, nawet jeśli nie wkracza zbyt odważnie do sypialni swoich bohaterek. „Moja ostatnia księżna” to powieść dla tych czytelniczek, które cenią sobie niespieszną narrację i stopniowe zdradzanie sekretów dotyczących postaci. Zaczyna się dość sensacyjnie, bo Cora, która jest najbogatszą partią w Ameryce, przybywa do Anglii. To efekt zakusów matki, mających na celu znalezienie jak najlepszego narzeczonego dla dziewczyny. Naiwna i dobra Cora wierzy w to, że spotka prawdziwą miłość i nie chce poddać się takim zabiegom. Podczas konnej przejażdżki ulega wypadkowi, ratuje ją z opresji przystojny Ivo, wymarzony książę. Cora bardzo szybko się zakochuje, dopingowana przez rodzicielkę wychodzi za mąż za arystokratę i… wpada w wir kłopotów. Bo okazuje się, że nie wszystko jest takie, jak się wydawało, Ivo ma za sobą rozbuchaną erotycznie przeszłość, jego matka znakomicie snuje intrygi, a gdy w grę wchodzą wielkie pieniądze – nikt nie ma skrupułów. Cora mogła ułożyć swoje życie inaczej, mogła związać się z kimś, kto kochał ją naprawdę, jednak teraz na wszelkie zmiany jest już za późno. Swoją miłosną przygodę rozpoczyna też Berta, wierna służąca Cory, która razem z nią przeprowadza się do książęcej posiadłości i – zgodnie ze starym zwyczajem – tytułuje bohaterkę „panienką Corą”, nie zważając na jej ślub.

„Moja ostatnia księżna” to powieść oparta na grze pozorów i obnażająca pułapki płynące z podporządkowywania się skostniałym układom. Sytuacja, w jakiej znajduje się Cora Cash, jest nie do pozazdroszczenia, nawet jeśli bliscy kobiety dbają o jej majątek i uniemożliwiają realizowanie niecnych planów otoczeniu księżnej. Sama Cora zachowuje się jak typowa zakochana kobieta, nie jest w stanie myśleć perspektywicznie, postępuje impulsywnie, a ponieważ nie posiada wiadomości potrzebnych do wyrobienia sobie opinii na temat tego, co dzieje się w posiadłości Anglika, stale popełnia gafy. Z jej niezręczności najbardziej cieszy się okrutna teściowa, ale wrogów na dworze nie brakuje: tu nawet lokaj potrafi inteligentnie i złośliwie udowadniać amerykańskiej bogaczce swoją wyższość. Fabularnie niewiele się w tej książce będzie działo, bo Daisy Goodwin bardziej zajmuje się kreowaniem relacji towarzyskich i pokazywaniem, dlaczego Cora do angielskiego towarzystwa nie pasuje. Ujawnia intrygi, snuje opowieści, budzi zaciekawienie sekretami. Czasami zwraca się do dalszoplanowych postaci, żeby z ich perspektywy spojrzeć na zachowania całkiem odważnej księżnej. Nie musi wprowadzać powieściowych wstrząsów, wystarczają jej wstrząsy emocjonalne dla bohaterki, szok w wymiarze jednostkowym – płynący a to z odkrywania śladów zdrady, a to z nieoczekiwanych zachowań wybranka. Autorka stara się odzwierciedlać obyczajowość dawnych czasów, niekiedy sięga po drobne pikantne szczegóły z alkowy – ale najbardziej liczy się dla niej możliwość zajrzenia do psychiki postaci. Kreuje sylwetki, które w pewien sposób odstają od swoich czasów, co przyczynia się do ich kłopotów i zmartwień. „Moja ostatnia księżna” to powieść apetyczna w narracji, ale – trochę dla cierpliwych, jeśli ktoś woli szybką akcję niż rozwijanie opowieści o stanach emocjonalnych, będzie musiał wybrać inną lekturę.

czwartek, 1 sierpnia 2019

Bianca Iosivoni: First last kiss

Jaguar, Warszawa 2019.

Zakłady

Grunt to dobry schemat powieściowy. Można go potem wypełniać treścią, a jeśli jest się sprawnym narratorem to już gwarancja sukcesu rynkowego, bez względu na powtarzalność. Bianca Iosivoni w serii First last przygląda się kolejnym parom bohaterów i postępuje wobec ściśle określonych punktów. I ona, i on muszą mieć rodzinne problemy (tak, żeby we własnym towarzystwie ujrzeli możliwość ucieczki od zmartwień), muszą nie chcieć związku, muszą prezentować podobne poglądy albo zainteresowania (w ostateczności może to być podobieństwo charakterów). Mają walczyć z uczuciem, żeby w odpowiednim momencie poczuć wzajemne iskrzenie i silne pożądanie. Nie rzucą się na siebie od razu: jeszcze dopuszczą do głosu zdrowy rozsądek, aż w końcu erotyczne przyciąganie zwycięży. W łóżku będzie im ze sobą wspaniale, tak bardzo, że stanie się to podstawą nowego związku. Przewidywalność trochę tu przeszkadza, ale tylko odrobinę. W końcu obyczajówek z serii First last nie czyta się dla zaskoczeń w biegu akcji, a dla emocji, jakie przepełniają postacie. W tym Bianca Iosivoni pozostaje mistrzynią.

„First last kiss” to opowieść o ostatnich przyjaciołach w paczce. Sparowali się już wszyscy samotni i wszyscy podobni, ale Luke i Elle nie zamierzają ze sobą sypiać. Współlokatorzy i kumple zakładają się, kiedy to nastąpi: nikt nie ma wątpliwości, że ci dwoje są dla siebie stworzeni i staje się tylko kwestią czasu, kiedy sami się zorientują. Tymczasem bohaterowie wolą ocalić coś cenniejszego, wzajemną przyjaźń. Lubią spędzać ze sobą czas, organizują sobie wspólne wieczory filmowe, spieszą z pomocą, gdy jest to potrzebne, a kiedy tylko wyczują, że druga strona ma problem, rzucają wszystko, żeby po prostu być obok. To dla nich największa wartość. Świadomi są, że prawdopodobnie romans wszystko by zepsuł, wzbraniają się więc przed nim. Wzbraniają się w momencie pocałunków, podczas tęsknoty za drugą stroną, ale nawet wtedy, gdy już nie mogą się powstrzymać przed zaawansowanymi pieszczotami. „To się nie liczy”, powtarzają jak mantrę. Zaklinanie rzeczywistości nie zda się na wiele, skoro sytuacja sprzyja sercowym podbojom.

Luke cierpi z powodu własnej historii rodzinnej. Nie radzi sobie z własną psychiką, zmienia dziewczyny jak rękawiczki i z żadną nie potrafi spać w jednym łóżku, bo uważa to za zbyt intymne doświadczenie. Elle została wyrzucona z domu, bo nie pasowała do idealnego obrazu rodziny. W sobie nawzajem znajdują oparcie, a że mają też sporo wyrozumiałości dla własnych wad, związek może się udać. Trzeba jednak najpierw pokonać obawy. Bianca Iosivoni nawet nie udaje przed czytelnikami, że coś tu może nie wyjść: tylko Luke i Elle mają wątpliwości, odbiorczynie w żadnym wypadku. Na szczęście autorka popisuje się sprawną, zmysłową i bardzo szczegółową narracją – i to jest czynnik, który przyciąga do książki nastolatki. „First last kiss” dobrze się czyta, bez względu na koleiny romansowe. To powieść, w której odbiorczynie znajdą ślady naiwnych tęsknot za idealnym związkiem, obietnicę miłości na przekór wszystkiemu. Nikomu nie będzie przeszkadzać przewidywalność, po tę książkę sięgną przede wszystkim czytelniczki spragnione baśni w codziennym życiu.

środa, 31 lipca 2019

Jacek Inglot: Eri czarodziejka

Nasza Księgarnia, Warszawa 2019.

Ważna misja

Jacek Inglot posługuje się charakterystycznym dla baśni motywem. Małoletnia bohaterka, Eri, ma do wypełnienia ważną misję. Na razie pilnie uczy się zielarstwa od szeptuchy: podgląda jej zaklęcia i sprawdza, która roślina do czego się nadaje. Wie, że kiedyś będzie wykorzystywać zdobyte umiejętności w praktyce, ale nie spodziewa się, że nastąpi to tak szybko. Pewnego dnia jej młodszy braciszek, dziecko, którym Eri miała się opiekować pod nieobecność rodziców, zostaje uprowadzony przez południce. Te istoty mają swoje powody, żeby porwać chłopca, ma to związek z przeszłością i historią, którą Eri poznaje od bliskich. To jednak oznacza, że dużo trudniej będzie znaleźć malca. Dorośli nie winią Eri: sami powinni zadbać o bezpieczeństwo swoich pociech. Robią dobre miny do złej gry, tak, żeby dziewczynka nie miała wyrzutów sumienia. Jednak Eri doskonale wie, że tylko jej może udać się odbicie chłopca z rąk południc: tylko ona włada magią w stopniu wystarczającym do wyruszenia na przedziwną misję. Pod nieobecność nauczycielki-szeptuchy Eri musi podejmować radykalne decyzje. Wymyka się rodzicom i wyrusza na poszukiwania. Na szczęście nie jest sama: chociaż nikt nie popierał jej planu, na początku drogi do bohaterki dołącza Miko, gawędziarz i poszukiwacz ciekawych historii. Chce zajmować się zawodowo opowiadaniem: w tym celu musi poznawać jak najwięcej możliwych fabuł i ciekawych osób, które będzie mógł później wykorzystywać jako pożywkę dla wyobraźni. Samotna dziewczynka ruszająca na pojedynek ze stadem południc wydaje się wystarczająco niezwykła, żeby inspirować. To początek całkiem ładnej przyjaźni.

Jacek Inglot w przygodach Eri nie stawia na nowatorskie rozwiązania. Wybiera klasykę i schemat dość przewidywalny. Najpierw sprawia, że dziecko odłącza się od bliskich, by samodzielnie stawiać czoła niebezpieczeństwom: to warunek niezbędny do wejścia w proces dojrzewania. Eri na razie jeszcze jest zależna od starszych, ale szybko nauczy się dbać o siebie. Kolejnym etapem w opowieści staje się droga: bohaterka przemierza świat, żeby wypełniać wyznaczane jej zadania. Na początek musi znaleźć pewną czarodziejkę, która wyposaży ją na dalszą drogę. Następne wyzwania pojawią się z czasem. Nie zabraknie w tej opowieści baśniowych istot i postaci z wierzeń oraz legend – Jacek Inglot uruchamia całe przestrzenie obecne w fantastyce, żeby zrelacjonować przygody małej dziewczynki. Owszem, zakorzenia historię mocno w ludowych bajaniach, przywołuje sporo różnych typów postaci – automatycznie ucząc odbiorców, z jakimi bohaterami mogą się spotkać w literaturze. Sama akcja nie będzie za bardzo zaskakiwać, zwłaszcza gdy na rynku fantastyki królują schematyczne powieści, układane według jasno określonego szablonu. Inglot zapewnia odbiorcom tradycję w najlepszym ujęciu, nie będzie nikogo szokował, nie będzie też eksperymentował z formą. Kto polubi przygody Eri – ten najprawdopodobniej kieruje się zamiłowaniem do porządku, do klasyki i do przejrzystości narracyjnej.

rozmowa z Wojciechem Pszoniakiem

Wystarczy jeden widz
rozmowa z Wojciechem Pszoniakiem

Sztajgerowy Cajtung: „Ja wam, k…, pokażę, że będę aktorem!”. Mocne słowa skierował Pan kiedyś do komisji egzaminacyjnej. Czy była w tym chęć zaistnienia, zapadnięcia im w pamięć? Skąd w młodym człowieku pewność, że tak się stanie?
Wojciech Pszoniak: Może nie byłem pewny, że tak się stanie. To była moja reakcja na to, że nie dali mi do końca szansy na egzaminie zaistnieć. W związku z tym był to pewnego rodzaju mój desperacki krzyk. Miałem poczucie, że nie poświęcili mi wystarczająco dużo uwagi. Każdy egzamin, szczególnie w artystycznych dziedzinach, jest sprawą bardzo delikatną. Oni się mną, najprościej mówiąc, nie zainteresowali. Przyjęli na ten rok ludzi, których nazwiska dzisiaj nic by Pani nie powiedziały. Może to była wina zmęczenia, jestem przecież pedagogiem, wiem, jak na egzaminach człowiek się męczy… ale to wielka odpowiedzialność. Nie można odpoczywać sobie w momencie, gdy decyduje się o życiu młodych ludzi: bo to jest element decyzji za młodego człowieka, którym wtedy byłem. Ale w związku z tym, że dali mi szansę, żebym zrozumiał, że jestem mocny i nie dam się, mogę im za to podziękować.
Sz. C.: Twierdzi Pan, że „nie można być dobrym aktorem bez dotknięcia życia”. A jak jest w odwrotną stronę? Czy aktorstwo czegoś uczy, jakoś przydaje się w codziennych sprawach?
W. P.: Myślę, że to zależy od roli i od postaci, jaką się gra. Oczywiście nie mówię o pseudoaktorstwie serialowym czy nawet filmowym, bo w filmach nie ma już dzisiaj sztuki aktorskiej. Sztuka aktorska, jeżeli istnieje, istnieje tylko w teatrze, nie ma innej możliwości… Aktorstwo nie pomaga, bo czy malarzowi pomaga, że maluje? Nie pomaga na takim poziomie myślenia, jeżeli to nie jest robienie min. Bo jeśli ktoś robi miny, to robi miny też w życiu. W drugą stronę to nie działa.
Sz. C.: Gra Pan na różnych instrumentach, między innymi na oboju, klarnecie czy werblu. Jak muzyka przekłada się na to, co Pan robi na scenie?
W. P.: Z muzyką jestem związany, oczywiście teraz już mniej gram, mam mniej okazji, przecież tu trzeba ćwiczyć. Ale matka prowadziła mnie od dzieciństwa do opery. na koncerty, w takiej atmosferze się wychowałem i nie wyobrażam sobie życia bez muzyki. Jako dziecko poszedłem do szkoły muzycznej, muzyka jest stale obecna w moim życiu. Bardzo często zapraszają mnie na czytanie różnego rodzaju tekstów z orkiestrą symfoniczną czy poematów w filharmonii: to część mojego życia artystycznego.
Sz. C.: Teraz będzie pytanie z wysokiego C: ten zawód to dla Pana rzemiosło czy powołanie? Jakie wartości chce Pan przez niego przekazywać?
W. P.: To w ogóle nie jest dla mnie zawód, unikam tego słowa. Zawodowy musi być stolarz, ślusarz, chirurg, pilot samolotu. W sztuce nie ma zawodów. Dzisiaj świat zwariował, zrobił ze wszystkiego produkt, w związku z tym mamy też do czynienia z aktorami-produktami, których popularność przynosi pieniądze: ale to nie ma nic wspólnego ze sztuką. Nie można być zawodowym księdzem ani zawodowym poetą. W sztuce aktorskiej też istnieje natchnienie, aktorzy potrafią być artystami. Pianista może grać na fortepianie, ale nie być artystą. Tak dzieje się, kiedy nie ma indywidualnego, osobistego wkładu w to, co się robi. Nie uważam się za zawodowego aktora. Zawodowi aktorzy to ci, którzy robią reklamy, muszą wypowiedzieć swoje kwestie szybko, wolno, albo zrobić coś w odpowiednim czasie. W sztuce nie ma zawodu, mówi się „zawód”, bo z tego się żyje, ale przecież poeta pisze wiersze, kiedy ma natchnienie, a nie piętnaście wierszy miesięcznie, żeby zarobić pieniądze. W taki sposób to traktuję.
Sz. C.: Gra Pan w różnych językach: po polsku, po angielsku, po francusku i niemiecku. Czy takie granie w różnych językach wymusza na aktorze jakąś zmianę podejścia, czy są różne chwyty do stosowania, albo sposoby oddziaływania na widownię w zależności od kraju?
W. P.: Jesteśmy w zasięgu kultury europejskiej, więc nie ma różnych kodów kulturowych, które zmuszałyby aktora do kompletnie innego podejścia. Repertuar jest podobny. Dotyka się tu rzemiosła, bo żeby być artystą, trzeba umieć grać. Zanim profesor wiolonczeli zostanie wielkim artystą, musi przejść etap tak zwanego zawodu, czyli rzemiosła: musi odpowiednio umieć zagrać: szybko, wolno, głośniej, ciszej. Z językiem jest tak samo: musi Pani nauczyć się języka w taki sposób, żeby nie drażnił, nie przeszkadzał ludziom w przyjmowaniu tego, co Pani będzie gotowa artystycznie przekazać.
Sz. C.: Monodram to gatunek trudny dla aktora, a od widzów w Belfrze wymaga skupienia. Czego oczekuje Pan od swojej publiczności?
W. P.: To jest mój jedyny partner. Istnieje bardzo silny związek widza z aktorem, ja tego potrzebuję i widz tak samo, żeby wytrzymać półtorej godziny… Wie Pani, ja nie jestem Dodą, nie jestem młodą dziewczyną, publiczność nie przychodzi na mnie, żeby się pozachwycać moją urodą, tylko żeby się czegoś dowiedzieć z tej sztuki i z tej roli. Od widza wymaga Belfer zatem uwagi. Potrzebny jest widz, który wie, po co przychodzi. Dzisiaj nie jest to częste, bo ludzie są przyzwyczajeni do różnych medialnych rzeczy, a monodram jest formą skromną, trudną, ale wdzięczną, jeśli jest dobrze zrobiony. Jest wdzięczny i dla aktora, i dla widza. Po spektaklu aktor może mieć wielką satysfakcję, ale widz również.
Sz. C.: Sporo Pan mówi o szacunku do zawodu aktora, a dzisiaj to rzadkie zjawisko. W czym powinno się objawiać? Czy aktor powinien walczyć o to, żeby go dostrzegali, czy postawić na cierpliwość i czekać, aż się uszlachetni z czasem?
W. P.: W ogóle nie powinien się tym zajmować. Jak to w życiu: są ludzie, którzy mają pasję i tacy, którzy pasji nie mają. Jeżeli ma się coś do powiedzenia w tym, co się robi, a dotyczy to nie tylko aktorstwa, a wszystkiego, jeżeli nie jest się jedynie wykonawcą, to jest to pewna filozofia życia, wrażliwość, stosunek do życia i do ludzi, uczenie się rozumienia drugiego człowieka. Aktorstwo nie jest udawaniem czegokolwiek, tylko próbą zrozumienia człowieka, postaci, którą się gra, którą się tworzy. To wiąże się z etyką. Tak jak istnieje etyka duchownego, któremu pewnych rzeczy nie wypada robić, etyka lekarza, tak istnieje etyka artysty. Aktora, który, jeśli posiada poczucie wartości i szuka sensu w tym, co robi, też od razu ma określony w ten sposób punkt widzenia. Nie będzie brał szmiry, nie będzie robił czegoś tylko dla pieniędzy, nie będzie robił byle czego, będzie podchodził do pracy poważnie. To automatycznie wytwarza pewien kod postępowania.
Sz. C.: Na scenie lubi Pan być poważny i dramatyczny, ale też uwielbia błaznować. Jaki rodzaj śmiechu jest Panu w spektaklach najbardziej bliski?
W. P.: Mogę powiedzieć, jaki jest najbardziej odległy i denerwujący… Rechot. Nienawidzę rechotu. W dzisiejszych czasach, mówię o Polsce, ten rechot jest dominujący: to dlatego, że ludzie nie mają czasu, jest niska kultura kabaretów. Śmiech jest mądry, jest potrzebny, Pan Bóg stworzył człowieka, żeby się śmiał, nie dlatego, że miał taki kaprys, ale dlatego, że śmiech jest ważny. Człowiek się śmieje, patrząc na filmy Chaplina czy Bustera Keatona i to jest mądry śmiech. Ale jest też głupi śmiech, czyli tak zwany rechot, w którym o nich nie chodzi. Śmiech przecież może poruszać i wzruszać. I taki śmiech jest mi bliski.
Sz. C.: Belfra gra Pan już od piętnastu lat. Jak zmienia się ten spektakl, jeśli w ogóle?
W. P.: Zmienia się. Teatr ma to w sobie, że może nie jest wieczny, ale jest żywy. Nie gram Belfra regularnie, więc nie mam rutyny. To wspaniały, inteligentny, mądry, śmieszny momentami i tragiczny tekst, który mi pozwala na utrzymanie świeżości. Jak się zmienia, to nie ja mogę powiedzieć, ale zmienia się wraz ze mną, myślę, że piętnaście lat temu był trochę inny. Dalej jest tekstem mądrym, nic z niego nie wyparowuje. Jest żywy, publiczność, która do tej pory to oglądała, przyjmuje go bardzo pozytywnie.
Sz. C.: A czy dzięki Belfrowi jakiś aspekt rzeczywistości stał się dla Pana bardziej zrozumiały?
W. P.: Może nie zrozumiały, ale… aktor może tu uczestniczyć w życiu, obserwując je. Belfer napisany jest bardzo mądrze przez profesora, który wie, co to znaczy być nauczycielem. Myślę, że zawarł tu swoje przeżycia i swoje doświadczenie. Ja też jestem pedagogiem, nie w szkole, nie w liceum, ale też jest to niezwykle ważna praca z młodzieżą. Szkoła to bardzo znaczący moment dla młodego człowieka, powstają tam niezwykłe związki z innymi ludźmi, zapadają istotne decyzje. Pamiętamy wszystkich swoich ulubionych nauczycieli, tych, których ceniliśmy, ale pamiętamy też tych, którzy nie byli dla nas mili i nie dali nam tego wszystkiego. Podstawowe komórki w życiu młodego człowieka to dom i szkoła, dlatego przywiązuję do tego taką wagę. Pamiętam moje przeżycia jako ucznia i próbuję to w roli zmieścić. Sz. C.: A jakiś konkretny nauczyciel na Pana wpłynął? Pamięta Pan swoich belfrów?
W. P.: Miałem wspaniałego polonistę, mądrego i spokojnego, wspaniałego historyka, matematyka, w liceum muzycznym profesora oboju… Profesor jest bardzo ważny, bardzo często może uszkodzić młodego człowieka, łatwo to zrobić. Miałem też w szkole podstawowej matematyka, który był antypatyczny i niemiły, pamiętam jego twarz. Może sam był nieszczęśliwy i przekazywał to, świadomie czy nieświadomie, uczniom, nie kochał ich. Bo ucznia trzeba kochać, nie miłością udawaną, tylko tak, jak Korczak kochał dzieci. To specjalny związek, trzeba mieć poczucie wielkiej odpowiedzialności.
Sz. C.: A jakim Pan chce być nauczycielem dla swoich studentów? Czego ich nauczyć w pierwszej kolejności?
W. P.: Przede wszystkim ich otworzyć i uwrażliwić na to, co życie niesie. A życie jest nieprzewidywalne, nie do wyreżyserowania. Trzeba ich uodpornić na zło, ale też uwrażliwić na dobro, na to, że życie jest piękne i świat jest piękny, chociaż momentami trudno w to uwierzyć. Trzeba życie przeżyć z takim poczuciem, że się go nie zmarnowało, to jest najważniejsze. Reszta to kwestia losu i przypadków.
Sz. C.: Belfer jest prezentowany w wielkich miastach i małych ośrodkach. Czy widzi Pan różnicę w odbieraniu go przez publiczność? A może liczy się wiek?
W. P.: Nie. Tu przychodzi publiczność, która, mam wrażenie, wie, po co przychodzi. Przede wszystkim ja nie jestem medialnym, serialowym aktorem, nie czuję popularności. Popularność potrafi psuć i nie jest tak bardzo potrzebna: przydaje się tym, którzy zarabiają pieniądze na popularnych aktorach. Wystarczy na sali jeden widz, który wie, po co przyszedł i aktor, który wie, po co do niego mówi i po co gra. W związku z tym bardzo lubię w małych ośrodkach spotykać się z ludźmi, bliska jest mi kultura: nie ta oficjalna, tylko ta, która się rodzi w malutkich miejscach, w szkołach, małych miasteczkach. Nie w Warszawie czy w Krakowie, a tam, gdzie nauczyciele i ludzie zajmujący się kulturą wykonują niezwykłą robotę. Ja to czuję, jestem bardzo szczęśliwy, kiedy spotykam takich ludzi, cieszę się, że jest w nich ta potrzeba przeżywania rzeczy wartościowych, na tak zwanej „prowincji”.
Sz. C.: Na jaki element warsztatu aktorskiego wyczulał się Pan specjalnie? Czy jakiś konkretny wiązał się z odniesieniem sukcesu w aktorstwie?
W. P.: Nigdy o tym nie myślałem i w ogóle się nie zajmowałem sukcesami. Sukces jest wtedy, gdy ja uznam, że coś jest dla mnie ważne. To, co piszą, bardzo często, dzisiaj szczególnie, polega na płytkości i szybkości oceny aktorów… dziennikarze nie znają się na sztuce aktorskiej, więc mylą wszystko. Nie przejmuję się tym, po prostu robię swoje i nad sukcesami nigdy się nie zastanawiałem, bo nie ma to żadnego wpływu na to, co myślę o świecie, o życiu i o człowieku.
Sz. C.: I to bardzo ładna puenta. Dziękuję za rozmowę.

tekst pochodzi z gazety festiwalowej Chorzowskiego Teatru Ogrodowego "Sztajgerowy Cajtung"
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com