Strona główna || O autorce || O tu-czytam || Bajki || Bajkowe portfolio                       

sobota, 15 czerwca 2019

Katarzyna Miller: Droga Kasiu, jak żyć lepiej

Wydawnictwo Literackie, Kraków 2019.

Rozwiązania

Katarzyna Miller zna rozwiązania większości problemów, jakie trapią społeczeństwo. Można jej zadać każde pytanie – a ona podzieli się wiedzą i przedstawi szereg rad. Nie wszystkie łatwo wprowadza się w życie, ale przynajmniej są konkretne – a takich potrzebują odbiorcy. Owszem, od czasu do czasu autorka zasugeruje konieczność skorzystania ze spotkań z psychoterapeutą – ale nad wieloma sprawami czytelnicy mogą pracować samodzielnie. Zwłaszcza kiedy otrzymają podpowiedzi, oceny, do których potrzeba dystansu. „Droga Kasiu, jak żyć lepiej” to publikacja, która zrobi furorę na rynku wydawniczym. Ze względu na zakres poruszanych tematów – pojawią się tu kłopoty w życiu rodzinnym, w związkach, w pracy, ale też z samym sobą. Toksyczne relacje, uzależnienia i sytuacje pozornie bez wyjścia, wyzwalane przez wychowanie albo społeczne ograniczenia. Pojawi się kwestia akceptacji swojego ciała i zasady życia społecznego, zobowiązania wobec bliskich – Katarzyna Miller zna odpowiedzi na każde pytanie, rozwiewa wątpliwości i nie kieruje się sentymentami. W efekcie czasami nie rozpatruje kwestii, które powstrzymują czytelników przed zrobieniem większego kroku – przed radykalną zmianą życia. Zapewnia jednak impuls do działania, a i podpowiedź, co powinno się zrobić w danej sytuacji.

Wybiera autorka bardzo przekonujący czytelników sposób udzielania porad. Wprowadza za każdym razem odpowiednio spreparowany list, w którym (rzekomy) czytelnik zwierza się ze swojego problemu i przedstawia szereg informacji pomagających w wyciągnięciu wniosków. W tych listach zawierają się sytuacje i dramaty często spotykane, na tyle ogólnikowe, żeby odbiorcy ujrzeli w nich własne sprawy, ale też na tyle szczegółowe, żeby nie zbywać czytelników. Kolejni wyimaginowani rozmówcy mają za zadanie pokazać przyczynę frustracji. Autorka tematyzuje te kwestie, przedstawia je tak, żeby wypadały czysto, bez dodatkowych komplikacji – w sam raz dla zrozumienia istoty problemu. Na list odpowiada swoim – nakreśleniem sytuacji z perspektywy psychoterapeuty, zestawieniem z życia wziętych obrazków, doświadczeń własnych lub przeżyć znajomych, żeby odbiorcy przekonali się co do familiarnego charakteru publikacji. Udziela rad na różne sposoby – raz jest kategoryczna, raz miła. Wprowadza też autoreklamę, przypomina o swoich książkach, odsyła do nich po dalsze informacje. Przekonuje, zachęca, jest autorytetem i powiernicą. Zachowuje się jak przyjaciółka, która powie prawdę nawet wtedy, gdy to zaboli. A że trudno odmówić jej racji – szybko zyskać może posłuch.

Atutami książki są celność porad, ich zakres (umiejętne nawiązywanie do rzeczywiście najczęstszych kłopotów), a i nastawienie na praktyczność, fakt, że autorka chce udzielać przydatnych rad. Za wadę można uznać naiwną formę, bardzo czytelne preparowanie listów, ale też swoistą familiarność w tonie. Będzie to przekonywało odbiorców nastawionych na szukanie podpowiedzi, ale innych czytelników może trochę zniechęcić do śledzenia cennych uwag. Katarzyna Miller bez trudu odnajdzie się na rynku poradników psychologicznych, proponuje czytelnikom bardzo dobrą publikację – przemyślaną i wypełnioną wartościowymi komentarzami na temat istoty międzyludzkich relacji.

piątek, 14 czerwca 2019

Iwona Żytkowiak: Zamknij oczy

Prószyński i S-ka, Warszawa 2019.

Wspomnienie

Ocalanie pamięci – na tym polega rola sąsiadki-dziennikarki, która odwiedza starą i schorowaną Romę, żeby wysłuchać jej historii i ocalić dla potomnych. Kolejne spotkania towarzyskie są potrzebne zresztą obu paniom. Ta, która zbiera materiały – otrzymuje potężną dawkę emocji oraz wspomnień ożywiających wiedzę z podręczników do historii. Ta, która opowiada o dawnym życiu, chce czuć się ważna. Potrzebuje, żeby ktoś się o nią troszczył, dlatego też starannie pielęgnuje każdy przejaw zainteresowania ze strony dzieci. Nie chce tylko być nagrywana, woli dyktować sceny i sytuacje wielokrotnie obracane w pamięci. Roma wspomina między innymi swoje dzieciństwo i moment, w którym z całą rodziną została wysiedlona z domu na Kresach. Wraca myślami do zgubienia nastoletniego brata razem z całym dobytkiem. Opowiada o dotarciu rodziny na Psie Pole i o spotkaniu z tymi, których dom mieli zająć. Niby są to przeżycia małej dziewczynki, ale autorka może skupić się na temacie przesiedleń, pokazać go jako krzywdę dla obu stron. Życie Romy to wypadkowa codziennych trosk i wielkiej historii, która bardzo mocno modyfikuje egzystencję.

Iwona Żytkowiak w posłowiu (szkoda, że dopiero wtedy!) pisze o zamiarze stworzenia beletryzowanej biografii pewnej artystki. Zwierza się z efektu, jaki wywarła na niej ta znajomość, z wyścigu z czasem – bo Romana umierała na nowotwór. Ale też – z wybiórczości, z tego, że nie wszystkie wiadomości udało się jej odtworzyć, część zastąpiła wyobraźnią. „Zamknij oczy” to książka, której nie będzie się traktować jako opartej na faktach, to raczej studium przemijania, samotności (oraz potrzeby bliskości drugiego człowieka), a i wojny. Autorka dla takiej hybrydowej opowieści wybiera hybrydową formę. Rozdziały, które są zapisem spotkań i uzyskanych podczas nich wiadomości, rozpoczyna bardzo długimi wprowadzeniami. Tutaj przedstawia szczegóły wizyt, kontekst rozmów. Odnotowuje detale w otoczeniu czy nastroje, zachowania Romy i samą gościnę. Próbuje utrwalić każdą, nawet najmniejszą cząstkę wiadomości, ocalić w pamięci nawet te nieistotne szczegóły, które składają się na codzienność – i dobrze ilustrują samą znajomość. Dla czytelników to po prostu pierwsza narracja, rodzaj didaskaliów spowalniających otrzymywanie informacji. Druga narracja przypomina natomiast literaturę środka – to obraz ludzi, którzy chcieliby żyć normalnie, zgodnie z wypracowanymi przyzwyczajeniami tracącymi niestety rację bytu w wojennych realiach. Iwona Żytkowiak bardziej zajmuje się tym, że może ocalić fragment czyjejś przeszłości – niż tym, że próbuje stworzyć powieść. Udaje się jej wyraźnie zmieniać tempa i brzmienia obu relacji, za to sporo czasu upłynie, zanim odbiorcy odkryją, że fakt opowiadania będzie dla niej czasem ważniejszy niż treść. Iwona Żytkowiak w imieniu Romy ocala pamięć o przesiedleńcach, pokazuje też, że często ludzie mają znikomy wpływ na swoje losy – kiedy zostaną uwikłani w wielką historię, tracą możliwość decydowania o sobie. „Zamknij oczy” to powieść pospieszna, chociaż w wielu partiach akcja zwalnia na rzecz emocji. Opowieść ważna z perspektywy Romy staje się punktem wyjścia do rozważań nad machiną niszczącą jednostki.

czwartek, 13 czerwca 2019

Dorota Suwalska: Nie wszystko złoto, co złote

Nasza Księgarnia, Warszawa 2019.

Poszukiwacze

Tym razem Dorota Suwalska z powodzeniem próbuje swoich sił w kryminale edukacyjnym dla młodych czytelników. „Nie wszystko złoto, co złote” to wakacyjna przygoda czwórki dzieci, Michała, Maksa, Łucji i Majki. Rodzice Maksa traktują zbieranie materiałów o Bursztynowej Komnacie jako szansę na zmuszenie pociech do aktywnego (czyli związanego z pogłębianiem wiedzy) spędzania czasu. Młodsze pokolenie ma jednak własną wizję odpoczynku. Michał i Majka to bliźniacy, Maks – najlepszy kumpel Michała (narratora w tomie), a Łucja to dziewczynka z klasy, koleżanka, w której Michał się podkochuje. I w takim zestawie nawet tanie wakacje w Gdzieśtam (nazwa z pewnego powodu wyjaśnionego w fabule nie padnie) nie są najgorszą opcją. Zwłaszcza gdy w grę zaczyna wchodzić szukanie skarbu. Dzieci całkiem szybko wpadają na trop tajemnicy, a to, co dorośli bagatelizują, dla bohaterów jest potwierdzeniem domysłów. Stopniowo pojawia się coraz więcej zagadek, a i szans na znalezienie drogocennych przedmiotów. Trzeba tylko uważnie wszystko obserwować i wyciągać wnioski.; Nie zaszkodzi też nauka języków obcych – skoro rzecz dzieje się na terenie dawnych Prus Wschodnich, część podpowiedzi z dawnych czasów wymagać będzie lingwistycznej gimnastyki. Przy tym akurat skarbie trzeba się sporo napracować.

To początek detektywistycznej serii Wtajemniczeni i Dorota Suwalska stawia sobie za cel zmuszanie czytelników do myślenia. Skupia się na intrydze sensacyjnej, na przebiegu „śledztwa”. Wprawdzie szkicuje też wątki obyczajowe – zakochanie Michała, niesnaski między przyjaciółmi – ale to wypada blado. Do tego zupełnie niepotrzebnie eksperymentuje autorka z metatekstem. Michał źle czuje się jako opowiadacz i szuka sposobu na prowadzenie historii, zapowiadając odbiorcom, jaką strategię akurat obiera (i z jakiego powodu). Nie jest to nikomu potrzebne, chyba że samej autorce jako rozbiegówka do rozdziału) i można było z tych partii zwracających uwagę na literackość zrezygnować. Za to ciekawym rozwiązaniem są rozbudowane i wzbogacone o zdjęcia „przypisy”. Tu widać wyraźnie podstawowy cel tomu – edukowanie młodego pokolenia. Dorota Suwalska odwołuje się między innymi do wiadomości historycznych, ale opowiada i o miejscach, które odbiorcy mogą zobaczyć. Prowadzi przez porządny zestaw danych, które właściwie powinny rozbijać tok narracji. Jednak sposób ich wprowadzania – ramki na marginesach, ozdabiane często zdjęciami – sprawiają, że odbiorcy po prostu mogą zaspokoić ciekawość w każdej chwili. Ta książka jest dobrze przygotowana od strony graficznej – rozwiązania w niej to nie tylko kolorowe odnośniki, ale też ciekawe, młodzieżowe ilustracje Marty Krzywickiej. Potężna dawka lektury, taka sama – wiadomości, a do tego jeszcze ładne opracowanie edytorskie. Dorota Suwalska wpisuje się w modę na powieści detektywistyczne dla młodych odbiorców, ale przy tym tworzy po swojemu.

środa, 12 czerwca 2019

Nicola Yoon: Słońce też jest gwiazdą

Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2019.

Sentymentalna miłość

Nie jest to najlepszy dzień Natashy, dziewczyna właśnie dowiedziała się, że nie może dłużej przebywać w kraju, w którym się wychowała. Ojciec przyznał się policji (po wypadku, który spowodował), że jest nielegalnym imigrantem – rujnując plany całej rodziny. Natasha jeszcze próbuje dowiedzieć się, czy nie dałoby się jakoś odkręcić decyzji. Wszystko wskazuje jednak na to, że to jej ostatnie godziny w Stanach: nazajutrz wróci na Jamajkę i będzie od nowa uczyć się kultury kraju i szukać miejsca dla siebie. Natasha pada ofiarą ambicji ojca: mężczyzna chciał zrobić karierę aktorską w Stanach, ale czuje, że rodzina go ogranicza – nie myśli więc o bliskich i nie przejmuje się ich marzeniami. U Daniela, Koreańczyka, który mieszka w Stanach z rodzicami i bratem, sytuacja wygląda odwrotnie. Nie dość, że starsze pokolenie już wypracowało odpowiednią pozycję rodzinnej firmie – i stopniowo osiąga stabilizację – to jeszcze chce pokierować wyborami młodszych. Daniel wie, że ma zostać lekarzem (chociaż sam chciałby być poetą, żeby nauczyć się wyrażać emocje). W dniu, który będzie ostatnim dniem Natashy w Stanach, bohaterowie wpadają na siebie – i już wiedzą, że byli sobie przeznaczeni. Daniel nie zamierza pozwolić dziewczynie odejść, próbuje ją w sobie rozkochać, a podchodzi do tego naukowo. Spędza z nią czas i coraz bardziej do siebie przywiązuje, chociaż Natasha jest sceptyczna – świadoma, że zaraz wyjedzie na zawsze, więc nie ma sensu angażować się w związek bez przyszłości. Daniel to idealista, to on będzie tutaj nauczycielem, jemu będzie zależało bardziej. Jamajka i Koreańczyk w kraju, który słynie z poszanowania wolności jednostki, czują się podwójnie wykluczeni. Nikt nie przejmuje się ich uczuciami czy pragnieniami, nikt nie zastanawia się, czy da się im jakoś pomóc. W tej opowieści autorka mnoży problemy, przeszkody na drodze do udanego związku. Stara się wzruszać czytelników, funduje im bardzo sentymentalną historię, w dodatku – baśniową w duchu. Ta fabuła nadaje się na kanwę filmu i rzeczywiście spora część czytelników rekrutować się będzie spośród kinomanów, w książce znalazły się nawet fotosy z filmu.

W narracji uwaga czytelników przenosić się będzie z bohaterki na jej potencjalnego wybranka: perspektywy Natashy i Daniela przeplatają się tutaj najczęściej, nawet jeśli składają się akurat z pojedynczych akapitowych wyznań. Ale kiedy na krótkiej drodze Daniela i Natashy stanie ktoś inny, jego motywacje trafiają do kolejnych wtrącanych rozdziałów. Dzięki temu można pojąć, że konkretne reakcje mają swoje głębsze podłoże – i pozwalają czasem ujawniać komplikacje w życiu osobistym dalszoplanowych postaci. Każda z nich może być materiałem na osobną książkę. Przez takie częściowe rozproszenie wątków odwraca trochę Nicola Yoon uwagę od sentymentalnych i hollywoodzkich rozwiązań, czasem wręcz nie do zniesienia. Narracyjne zabawy wypadają całkiem ciekawie, ożywiają standardową romansową opowieść. Tutaj kwestie społeczne stają się mniej ważne niż obyczajowe. Na marginesie historii o wielkiej miłości przemyca autorka motyw porządkowania relacji rodzinnych – sporo miejsca poświęca analizowaniu stosunku dzieci do rodziców – i możliwości sprostania pomysłom starszego pokolenia. W „Słońce też jest gwiazdą” autorka przygląda się problemom w relacjach z najbliższymi. Rozciąga w czasie jeden dzień tak, żeby naprawdę dobrze czytelnicy mogli poznać bohaterów ze wszystkimi ich marzeniami.

wtorek, 11 czerwca 2019

Arkadiusz Szaraniec: Warszawa dzika

Iskry, Warszawa 2019.

Obserwacje z natury

Arkadiusz Szaraniec z troską pochyla się nad każdym zwierzęciem, jakie można spotkać w promieniu kilku kilometrów od Pałacu Kultury i Nauki. Czasami może czuć się winny, że nie jest łosiem (przynajmniej łoś mu to spojrzeniem sugeruje), innym razem zatrzyma się nad martwym wróblem, żeby utrwalić małe istnienie we wzruszającym, impresyjnym obrazku. Przeważnie interesuje go to, co dzikie – bez względu na to, czy dotyczy zwierząt, roślin, czy… Wisły. W tomie znajduje jednak miejsce również na opowieść o niedźwiedziach z warszawskiego zoo. Najczęściej komentuje spotkania podczas zwykłych spacerów, zwierzęta, które dość łatwo za obserwować, jeśli zna się ich zwyczaje. Arkadiusz Szaraniec z jednej strony staje się przewodnikiem dla odbiorców: proponuje zestaw gawęd, tekstów lekkich i pozbawionych encyklopedycznych danych. Liczy się to, co łatwo będzie czytelnikom zapamiętać. W dodatku autor stawia na faktyczne ciekawostki – nie teoretyzuje, ale odwołuje się do osobistych doświadczeń, obserwacji wzbogacanych fachowymi informacjami.

„Warszawa dzika” dla czytelników będzie lekturą wyjątkową. Przede wszystkim spodobać się może – co oczywiste – miłośnikom przyrody, ale też prawdziwym mieszczuchom, tym, którzy nie wierzyli do tej pory, że możliwa jest przygoda z obserwowaniem dzikich zwierząt w ich naturalnym środowisku. Sprowadzi do siebie Szaraniec ekoistów, sam zresztą do tego ruchu się odwołuje, ale zależy mu na przekazywaniu miłości do przyrody – temu służy książka. Zaprosi autor do prawdziwej przygody na wyciągnięcie ręki. Od czasu do czasu odwoływać się będzie do komentarzy innych znawców przyrody, jednak sam ma sporo ciekawych rzeczy do opowiedzenia. Czynnikiem przyciągającym do lektury bez wątpienia będzie humor. Autor opowiada o zwierzętach (i nie tylko) w stylu felietonowym, jednak nie narzuca sobie sztywnych reguł dotyczących choćby objętości poszczególnych tekstów. Potrafi bezbłędnie puentować poruszane tematy, oferuje odbiorcom czysty komizm zawsze wtedy, gdy interpretuje „po ludzku” zachowania zwierząt lub swoją – niekoniecznie pożądaną – obecność wśród nich. Wykazuje się zmysłem obserwacji i umiejętnością przekuwania tych obserwacji na barwne opisy (zachwyci na przykład sceną z rozbrykanymi młodymi liskami, ale i spojrzenie łosia na długo zapadnie odbiorcom w pamięć). Wykorzystuje Szaraniec swoją książkę również do budowania świadomości czytelników w ramach troski o przyrodę: będzie między innymi powtarzać, dlaczego nie wolno płoszyć i straszyć saren: konsekwencje dla tych piękności są opłakane. „Warszawa dzika” to opowieść płynąca z miłości do natury –miłości mądrej, podbudowanej wiedzą oraz doświadczeniem. Przedstawiona z pomysłem, okazuje się naprawdę dobrą i wartościową lekturą – rozrywkową i edukacyjną – dla każdego. Arkadiusz Szaraniec w tych akurat gawędach dorównuje Adamowi Wajrakowi, proponuje książkę objętościowo i tematycznie potężną, bogatą w ciekawe spostrzeżenia i w przedstawianą mimochodem wiedzę. Tom „Warszawa dzika” błyskawicznie do siebie przekonuje, nie trzeba nawet zachwycać się przyrodą, żeby czerpać przyjemność z czytania. Szaraniec potrafi przyciągnąć czytelników lekkim stylem, pomysłami na realizowanie kolejnych motywów i znajomością zwyczajów zwierząt. W jego ujęciu dzika przyroda to źródło niepowtarzalnych wrażeń i doświadczeń. To publikacja dla masowych czytelników – zaspokajająca też tych, którzy szukają ambitniejszych opowieści.

poniedziałek, 10 czerwca 2019

Jonathan Eig: Narodziny pigułki

Czarne, Wołowiec 2019.

Krok do rewolucji

Jeszcze przed rewolucją seksualną temat zapobiegania niechcianym ciążom co pewien czas powracał. Nawet najlepsze żony i matki mogły zrujnować swoje zdrowie, jeśli rodziły co roku kolejne dzieci. Jedna z aktywistek, działająca na rzecz kontroli urodzeń, stwierdziła, że przyda się środek antykoncepcyjny, który pozwoli kobietom unikać niechcianych ciąż, a nie będzie wiązał się z wielkimi wyrzeczeniami albo z komplikacjami „technicznymi” przy aplikowaniu. Wyobraziła sobie możliwość unikania zapłodnienia dzięki zwykłej tabletce. Znalazła badacza, który chciał podjąć się takiego wyzwania i zaczęła finansować prace nad pigułką, w pełni przekonana o słuszności takiego kroku. W „Narodzinach pigułki Jonathan Eig relacjonuje kolejne etapy prac, ich oddźwięk społeczny i problemy. Tłumaczy, jakie wzywania czekały uczonego – wśród nich jednym z ważniejszych staje się brak grona kobiet umożliwiających przeprowadzenie testów medycznych. W ramach pomysłów pojawiają się między innymi obowiązkowe „eksperymenty” na studentkach medycyny i pielęgniarkach. Chociaż pigułka wydaje się bardzo potrzebna, nie ma na nią społecznego przyzwolenia – albo ruchu, który wywołałby ułatwianie pracy. Kolejne oburzone kobiety piszą do prasy, dzieląc się własnymi historiami i broniąc tradycji. Zwykle żadna z autorek listów nie chwali pomysłu, wszystkie wolą, żeby rewolucja obyczajowa nie nastąpiła. Udaje im się uzyskać tyle, że dyskusja nie gaśnie. A na razie jeszcze hierarchowie kościelni nie zajmują się tym tematem. W tomie „Narodziny pigułki” autor rejestruje przyczyny rewolucji seksualnej – czy też przemiany, które do modyfikowania mentalności prowadziły. Umiejętnie nakreśla kontekst dla badań i eksperymentów medycznych, odczytuje nastroje społeczne, ale i motywacje samych kobiet.

Eig utrzymuje tu formę reportażu, co pewien czas powraca do dwojga bohaterów, którzy zainicjowali przemiany. Rejestruje problemy płynące a to z braku gotówki, a to z reakcji otoczenia, a to z niepowodzeń w ramach samych badań. W pewnym momencie zaczyna też przyglądać się samym przyczynom rewolucji seksualnej. Nie ma tu mowy o pigułce jako środku umożliwiającym cieszenie się seksem bez konsekwencji, na razie kontrola urodzeń ma prowadzić do polepszenia losu kobiet, tak, by nie traciły zdrowia na kolejne zbyt liczne ciąże i nie musiały wymyślać, jak zniechęcić mężów do łóżkowych wyczynów. Na refleksję nad zmianami mentalności przyjdzie czas później. Tutaj akcentowane jest zdrowie i wygoda użycia (autor nawet w pewnym momencie opowiada, jak powstało opakowanie na pigułki).

Jest to książka, która masowej publiczności może się spodobać jako ciekawostka obyczajowa, spojrzenie wstecz na „wynalazek”, bez którego trudno sobie wyobrazić teraźniejszość. Nie zamęczy autor odbiorców przesadnie hermetycznym stylem, chociaż pozostaje naprawdę blisko postaci, więc siłą rzeczy musi też przyglądać się pracom laboratoryjnym. Opowiada żywo i z zaangażowaniem, jakby sam był zainteresowany postępami w tej kwestii. Stara się nie oceniać, zwłaszcza dawnych zatwardziałych konserwatystek – uwzględnia w tomie racje różnych stron. Wybiera temat, który może rozbudzić ciekawość – bo faktem jest, że wielu odbiorców bez takiej publikacji nie zastanowiłoby się nawet nad drogą do odkrycia powszechnie stosowanego środka antykoncepcyjnego.

niedziela, 9 czerwca 2019

Joanna Jodełka: Rektorski czek. Romans kryminalny

W.A.B., Warszawa 2019.

Za indeksem

Joanna Jodełka otrzymała propozycję stworzenia kryminału okolicznościowego z okazji setnej rocznicy powstania Uniwersytetu Poznańskiego. I o ile przeważnie tego typu inicjatywy są efemerydami i na rynku funkcjonują w charakterze niszowych ciekawostek, o tyle tom z podtytułem gatunkowym „Romans kryminalny” ma szansę nie tylko utrzymać się dłużej, ale jeszcze – zaangażować czytelników. Opowieść biegnie tu dwoma torami i zdarza się, że autorka stara się ją zaplatać: jeśli jakiś rekwizyt, emocja albo refleksja pojawi się w jednym miejscu, może powrócić po upływie wieku, w zupełnie innych okolicznościach. To rozwiązanie – zalecane na kursach kreatywnego pisania – ma pewną wadę, która w „Rektorskim czeku” wychodzi na jaw: zbiegają się – niestety – punkty kulminacyjne dwóch historii i jeżeli na początku dość długo trzeba czekać na jakieś sensacyjne motywy, później ma się ich w nadmiarze – i to w różnych czasach. Jednak relacja dotyczy teraźniejszości. Karolina Rosada, która pracuje w archiwum uniwersyteckim, dowiaduje się, że jej sąsiadka jest w posiadaniu cennych dokumentów z historii uczelni. Dowiaduje się w dość dramatycznych okolicznościach: znajduje staruszkę w jej mieszkaniu, z rozbitą głową. „Babcia”, jak zacznie być nazywana pani Apolonia, trafia do szpitala i snuje rozmaite teorie spiskowe, a Karolina próbuje przekonać kobietę, że najlepiej zaopiekuje się starymi indeksami. Zadanie utrudniają jej oskarżenia to wysuwane, to odwoływane przez sąsiadkę. Za dobre intencje Karolina przeżywa cały szereg upokorzeń. Jednocześnie też Apolonia wciąga ją w grę pełną zaszyfrowanych wiadomości oraz niezwykłych nagród. To wszystko może odciągnąć uwagę bohaterki od domowych problemów: jej mąż znalazł pocieszenie w ramionach agresywnej prawniczki, właścicielki kamienicy. Powoli odsłania się prawdziwy spisek. Narrację z przeszłości zapewnia Jan Kanty Rosa, niemowa i służący, który potrafi obserwować i wyciągać wnioski. Jan Kanty jest świadkiem dramatycznych narodzin Olchy Jaworowskiej – i później towarzyszy dorastającej pannie w kolejnych burzliwych wydarzeniach. Może ją ratować z opresji, może poznawać najskrytsze lęki. Olcha Jaworowska dostarcza wielu emocji – nie tylko postronnemu obserwatorowi.

I w całej intrydze kryminalnej postacie historyczne funkcjonują bardzo dyskretnie – istnieją, mają swoje plany i działają, by – na przykład – umożliwić kobietom dostęp do nauki. Nikt z bohaterów nie ma wątpliwości, że kształcenie przedstawicielek płci pięknej jest potrzebne. A i same rezolutne panny udowadniają, że nieobce jest im logiczne myślenie i że mogą się przydać w rozwijaniu wiedzy. Uniwersyteckie dokumenty oraz opowieść założycielska to niezbędne tło. Joanna Jodełka sięga natomiast po akcję sensacyjną i dylematy obyczajowe – żeby przyciągnąć uwagę szerokiego grona odbiorców. Wybranymi wątkami zaintryguje czytelników – umożliwi im śledzenie perypetii sercowych, ale także bezwzględnej walki o „skarb”. To powieść w starym stylu – i historia, która może wciągnąć przez udane proporcje, pomysł na fabułę i odwagę w proponowaniu zachowań bohaterów. Joanna Jodełka nie daje po sobie poznać, że oto tworzy książkę okolicznościową i na zamówienie – w temacie znalazła niezłą inspirację i doprowadziła do tego, że za sprawą fabuły ta powieść zapadnie w pamięć.

Katarzyna Kołowska: Feluś i Gucio wiedzą, jak się zachować

Nasza Księgarnia, Warszawa 2019.

Kodeks przedszkolaka

W tej kwestii Katarzyna Kozłowska podąża utartymi szlakami, nie sili się na wymyślanie nowych rozwiązań i szukanie argumentów, które trafią do przekonania kilkulatkom. Wspomaga rodziców i wychowawców w przekazywaniu ważnych treści, odrzuca jednak chwyty fabularne i wszelkie omówienia. Podsuwa małym odbiorcom zestaw prostych wskazówek i poleceń. Korzysta z motywu „magicznych słów”, żeby wzbudzić zainteresowanie zwrotami grzecznościowymi i wprowadza kodeks przedszkolaka, zbiór zasad, którymi każdy maluch powinien się kierować. W samą porę: Feluś i Gucio są już w przedszkolu i muszą pojąć reguły rządzące w każdej społeczności. Lektura tomu „Feluś i Gucio wiedzą, jak się zachować” będzie zatem polegać na utrwalaniu właściwych wzorców zachowań. Pozwoli też na uruchomienie wyobraźni, bo od czasu do czasu pada kierowane do maskotki – więc też i do każdego dziecka – pytanie, co by było, gdyby nikt nie przestrzegał przedstawionych zasad. Wystarczy się nad tym zastanowić, żeby dojść do właściwych wniosków. Problem jest tylko jeden: chociaż trudno odmówić autorce słuszności, nie wszyscy zachowują się dobrze, nawet w najbliższym otoczeniu przedszkolaka znajdą się „buntownicy”, którzy łatwo udowodnią, że ciekawiej jest broić i siać zamęt. W tej namiastce historyjki wszyscy są grzeczni, wiedzą, co należy zrobić i w jakich okolicznościach, jeszcze mają do tego pojęcie o pomaganiu innym (kiedy na przykład jakieś dziecko jest smutne). W wyidealizowanym świecie króluje uprzejmość. Wszyscy uczą się pozdrawiać na powitanie, mówić „proszę”, „dziękuję” i „przepraszam” (tu dodatkowy argument: można w ten sposób uniknąć gniewu pani!), przy obiedzie nie grymasić tylko chętnie próbować nowych potraw (bohater czasami się zapomina i „kładzie na stole”, ale z kolei kiedy nauczy się zachowania przy posiłkach, to w nagrodę zostanie przez rodziców zabrany do restauracji – warto zatem się postarać). Do tego pojawiają się wskazówki, że przy zabawie trzeba czekać na swoją kolej na przykład jeśli chodzi o korzystanie ze zjeżdżalni. Kiedy ktoś jest smutny, warto go pocieszyć. Autorka podpowiada też, dlaczego nie wolno się przekrzykiwać., tylko mówić cicho. Często odwołuje się do wyobraźni dzieci i pozwala im na samodzielne dochodzenie do wniosków, dlaczego trzeba kierować się zbiorem zasad. Obserwowanie Felusia i Gucia przy codziennych czynnościach to sposób na utrwalenie wiadomości z zakresu kultury osobistej. Tomik jest kartonowy, ale całkiem spora ilość tekstu (i nakierowanie na przedszkolaki jako odbiorców) sprawi, że czytelnicy będą analizować postawy bohaterów razem z rodzicami. Katarzyna Kozłowska stawia na rzeczowe, konkretne komentarze i powagę, traktuje małych odbiorców tak, żeby chcieli sami wcielać w życie kolejne wskazówki. Ta publikacja wspomaga proces edukacji, ale też dzięki temu, że jest bogato ilustrowana, sprawia, że dzieci nie nudzą się przy śledzeniu ważnych przesłań. To kolejna propozycja znakomicie przygotowana pod kątem merytorycznym, ale i samego wykonania. Napisana z myślą o dzieciach – i w pełni realizująca założenia wychowawcze.

sobota, 8 czerwca 2019

Robert H. Frank: Dlaczego piloci kamikadze zakładali hełmy, czyli ekonomia bez tajemnic

Wydawnictwo Literackie, Kraków 2019.

Ciekawostki ekonomiczne

Trudno wzbudzić zainteresowanie ekonomią u tych odbiorców, którzy standardowo od tematu stronią – a jednak Robert H. Frank uznawany jest za znakomitego popularyzatora motywów ekonomicznych. To autor, który podczas wykładów dla studentów przekonał się, że musi sięgać po wiadomości bliskie zwykłego życia i obrazowe przykłady, żeby w ogóle móc wprowadzać podstawowe pojęcia. Tłumaczenie ekonomii przez zjawiska i sytuacje socjologiczne to rozwiązanie atrakcyjne na tyle, że można z niego stworzyć cały program zajęć, a i książkę. Tom „Dlaczego piloci kamikadze zakładali hełmy” jest zestawem krótkich komentarzy, ale najpierw – szeregu odpowiednich pytań, z których część oparta jest na życiowych paradoksach, część zaczerpnięta z żartów, a część pochodzi z prób dziwienia się codzienności. Frank wykorzystuje tutaj przede wszystkim pomysły swoich studentów. Ich zadanie polegało na znalezieniu sobie intrygującego pytania – z dowolnego obszaru codziennego życia – a następnie na stworzeniu wyjaśnienia z kilkuset słów, zrozumiałego dla laika w dziedzinie ekonomii, bez odwoływania się do wykresów i terminów fachowych. Okazuje się z reguły, że to, co rozśmiesza już na poziomie pierwszej wątpliwości, daje się rzeczowo wytłumaczyć, scharakteryzować i sugeruje kolejne motywacje czy płaszczyzny rozwiązań, powody działania albo przyczyny zjawisk. Nawet jednak, gdyby takie sensowne oceny się nie pojawiły, sam przykład dostarczy nieco wiedzy. Oczywiście autor nie może zaproponować czytelnikom studenckich rozprawek (tylko dwie przywołuje w oryginalnym brzmieniu i mimo trafności spostrzeżeń są one dowodem na charakterystyczny styl zadań domowych – bez zacięcia literackiego czy gawędziarskiego niezbędnego po prostu w takiej książce). W efekcie Frank pisze wszystkie prace na nowo, „inspirując się” przygotowanymi przez studentów esejami, zbiera natomiast celne pytania – opracowuje je tak, jak powinny wyglądać, żeby intrygowały odbiorców. Zgromadzone zagadnienia sugerują tom w stylu zbiorów ciekawostek – chaos oczywisty w takiej sytuacji próbuje autor trochę opanować za sprawą rozdziałów powiązanych – jednak – ekonomicznymi pojęciami. Pojawia się najpierw krótkie wyjaśnienie – omówienie motywów, które są niezbędne do zrozumienia tłumaczeń, pojęć podstawowych – tych, które oddalają konieczność zawiłych i powtarzanych ustaleń. Następnie odbiorcy uzyskują zestaw pytań jak z zasobów satyryków – komizm jest jednym z podstawowych powodów lektury. Przy okazji można jednak trochę zapoznać się z rozwiązaniami ekonomistów – albo wyczulić na codzienne „dziwności”, rozglądać się uważnie, żeby wykryć kolejne, własne inspiracje do następnych pytań. Co ciekawe, nie zawsze da się uzyskać satysfakcjonujące i wyczerpujące wyjaśnienie i nie zawsze też autor jest pewny trafności przypuszczeń. Zdarza się i tak, że pewny jest – ale nie przekona do siebie odbiorców jakimś wyjaśnieniem. Jednak sam motyw zaprzęgania ekonomii do wyjaśniania zwykłych zjawisk staje się dobrym krokiem w popularyzowaniu tej dziedziny wiedzy. Trochę jest ta książka kulturowym przeglądem (niektóre pytania wiążą się ze spostrzeżeniami imigrantów lub tych, którzy lubią zwiedzać świat), a trochę – popisem naukowym. Przynosi szereg ciekawostek i zrealizowana jest w publicystyczno-satyrycznym stylu, a to przypadnie do gustu czytelnikom.

piątek, 7 czerwca 2019

Manuela Gretkowska, Patrycja Pustkowiak: Trudno z miłości się podnieść

Prószyński i S-ka, Warszawa 2019.

Kontrowersje

Jest to wywiad drapieżny, bezkompromisowy, momentami w ogóle prowokacyjny, ale gdyby było inaczej, czytelnicy Manueli Gretkowskiej poczuliby się rozczarowani. Hasło w blurbie – „raczej nie dla katolików” – też zrobi swoje, przynajmniej odrobinę może dołożyć się do medialnego szumu. Na dłuższą metę taki styl byłby trudny do wytrzymania, ale przypadkowych odbiorców można tu wykluczyć, a stali w pewnym stopniu uodpornili się na zadziorność pisarki. Patrycja Pustkowiak namawia bohaterkę tomu na zwierzenia z różnych sfer życia. Tytuł „Trudno z miłości się podnieść” sugeruje rozmowę o związkach – o damsko-męskich relacjach przecież ma autorka sporo do powiedzenia, nie tylko z perspektywy feministycznej: zahacza całkiem często i o twórczość, do której mężczyźni jej życia dostawali kartę wstępu. Rozważania na temat bycia razem wzbogaca Gretkowska o obraz samego macierzyństwa – nieplanowanego, ale również inspirującego w ramach dzieł. Samego pisania, czyli refleksji autotematycznych, trochę się tu znajdzie, co w żaden sposób zaskoczeń nie przyniesie. Jednak Patrycja Pustkowiak większą wagę przywiązuje do pisarskiej otoczki, kontekstu tworzenia, uczuć autorki, rekomendacji Miłosza – niż do motywów warsztatowych. Wie dobrze – tak samo dobrze jak Gretkowska – że smaczki z życia znacznie lepiej się sprzedają, przyciągną więcej czytelników niż refleksje nad sensem pisania. Nie może w tomie zabraknąć zagadnień choćby w założeniu kontrowersyjnych lub medialnych: to między innymi kwestia seksu i zdrady, układania sobie z kimś życia po przejściach, ale też środków stymulujących umysł jako alternatywy dla narkotyków. Gretkowska wspomina mamę pracującą na oddziale psychiatrycznym – ale też całkiem często odwołuje się do własnego „niezrównoważenia” i przedstawia siebie jako postać o rozchwianej osobowości, artystkę, która miewa huśtawki nastrojów czy przesadzone reakcje. Zdaje sobie sprawę z tego, że to może być uciążliwe dla bliskich – i o tym też pisze. Poza tym będzie tu mowa i o psychoterapii, i o tarocie, o wymarzonym domu i o wyproszonej (u Boga?) menopauzie. Manuela Gretkowska będzie szokować i wyśmiewać, będzie głośno wyrażać swoje poglądy, nie bacząc na to, że może kogoś tym zirytować (czasem chyba wręcz ma na to nadzieję), a Patrycja Pustkowiak niby próbuje tamować to, co wypada najbardziej napastliwie – ale niespecjalnie się do tego przykłada, pozwala się bohaterce wygadać (czy też wypisać, bo obecność emotek sugeruje taki rodzaj kontaktu).

Dużo miejsca Manuela Gretkowska poświęca sprawom osobistym, pozwala czytelnikom jeszcze lepiej poznać Piotra i Polę, przedstawia swoje uwagi na ich temat, umożliwia zatem poznanie siebie od strony prywatnej. Ale znajdzie miejsce i na opowieści o pomyśle na partię. Książkę „Trudno z miłości się podnieść” zamyka w ogóle cykl felietonów – mocno prowokacyjnych i zaangażowanych, do tego stopnia, że sprawy publicystyczne przeważają w nich nad rozrywką i uniwersalnością. Łatwiej jednak czytelnikom będzie śledzić poglądy autorki w kolejnych tematyzowanych rozmowach niż w tych całostkowych wypowiedziach. Manuela Gretkowska ma sporo do przekazania i niezależnie od tego, czy ktoś się z nią zgodzi, czy też nie, lektura tego wywiadu-rzeki nie będzie czasem straconym.

czwartek, 6 czerwca 2019

Marnie Fogg: Przewodnik po modzie współczesnej. Dlaczego w takim stroju można się pokazać

Arkady, Warszawa 2018.

Podpowiedzi i przeglądy

Nawet jeśli ktoś nie interesuje się modą, po tak przygotowany kieszonkowy album sięgnąć może z przyjemnością i z zaciekawieniem. Zwłaszcza że przemiany z wybiegów łączą się tutaj z przemianami obyczajowymi, a wszystko razem zamienia się z projektów ubrań w manifestacje artystyczne. Marnie Fogg układa tom z charakterystycznych lub wyrazistych motywów, przygląda się propozycjom przełomowym albo uwzględniającym charakter epoki (monokini). Jednak odbiorców kusi nie słowami, a w pierwszej kolejności – zdjęciami. „Przewodnik po modzie współczesnej” to książka do oglądania – i to do oglądania z przyjemnością. Żeby nie była zwykłym chronologicznym przeglądem, Fogg decyduje się na podział tematyczny. Wprowadza pięć wielkich części, w których motywy wiodące to fantazja, przeniesienie, prowokacja, objętość i zniekształcenie. Traktuje zatem projekty jako dzieła do zinterpretowania, układa je według zrozumiałego dla odbiorców klucza (nawigację inną niż proponowana umożliwia indeks). Opowiada o projektach, projektantach i roli samych ubrań, najpierw jednak przyciąga wzrok zdjęciem. Przeważnie to fotografie z pokazów (chociaż zdarzają się też prezentacje na marginesach, one nie robią takiego silnego wrażenia), niekiedy – unikatowe (gdy strój ulegał zniszczeniu jeszcze na wybiegu). Zdjęcie zajmuje sporą część rozkładówki i stanowi magnes dla czytelników. Do zdjęcia dodany zostaje dość duży opis. Tu jest czas i miejsce na opowiedzenie o koncepcji projektanta, o materiałach, z jakich ubranie zostało wykonanie, o ewentualnym wpływie na popularne kreacje i kolejnych projektantów, o przełomowym charakterze, o wymowie społecznej danego projektu (jeśli wiąże się on z eksponowaniem poglądów artysty albo z opowiedzeniem się za konkretną ideą). To opis przygotowany dla laików, komentarz, który pozwoli zorientować się w przemianach ze świata mody, zyskać szybki podgląd tego, co na wybiegach ciekawe. Żeby zdynamizować zestaw zdjęcie i opis dokłada się do tych rozkładówek a to ramki z wyrazistymi cytatami – wypowiedziami projektantów (niestety bez źródła), a to nawiązania do innych strojów i projektów inspirowanych omawianym dziełem (tu trzeba będzie skorzystać z internetu, potraktować wiadomość jako odnośnik i samodzielnie prowadzić dalsze poszukiwania: tom zamienia się w rzeczywisty przewodnik).

Można kartkować tę książkę w poszukiwaniu inspiracji i w chęci podziwiania wyobraźni projektantów, można też cieszyć się nieprzystawalnością propozycji z wybiegów do zwykłego życia. Moda przedstawiona w taki sposób funkcjonuje jako dzieło sztuki i element obyczajowości – to bardzo poszerza krąg odbiorców. Niewielka książka jest bardzo zgrabna, dla czytelników wartościowa i atrakcyjna urozmaicana na różne sposoby. To miła lektura, można się z niej sporo dowiedzieć. Moda spychana często na margines zainteresowań, wzgardzona lub ignorowana tutaj jawi się jako wskaźnik nastrojów społecznych, ale też jako rodzaj sztuki. Są tu nie tylko dziwne projekty nie do stosowania i noszenia na co dzień – bo i propozycje doskonale pod względem użytkowym przemyślane. Można sprawdzić, co po latach okazuje się najważniejsze. Marnie Fogg tworzy zainteresowanie tematem mody nawet wśród odbiorców, którzy trzymają się z daleka od wybiegów.

środa, 5 czerwca 2019

Szczepan Twardoch: Jak nie zostałem poetą

Wydawnictwo Literackie, Kraków 2019.

Zawodowiec

Bardzo silnie autobiograficzne są felietony, jakie Szczepan Twardoch przygotowywał do miesięcznika „Pani” – nie ma tu nawet śladu zagadnień typowych dla magazynów kobiecych i nie dlatego, że autor by nie podołał, bo poradziłby sobie równie znakomicie. Decyduje się jednak na opowieści osobiste, które będą dla odbiorców atrakcyjne ze względu na treść i na formę. Zaangażuje odbiorców bez względu na płeć, tom „Jak nie zostałem poetą” bardzo przedłuża żywot felietonów – i przy okazji sprawia, że doskonałe teksty trafią do szerszej grupy czytelników. Szczepan Twardoch tematów szuka przede wszystkim w sobie, dzieli się tym, co go pasjonuje i zadziwia, tym, co odkrywa i co czuje. Kolejne felietony urozmaica anegdotami, własnymi, indywidualnymi doświadczeniami. Przyznaje się do tego, że lubi poklask, lubi być doceniany – ale nie dlatego bryluje w małych formach, albo nie tylko dlatego. Zmusza za to czytelników do refleksji, momentami nawet – z pogranicza filozofii. Znajduje miejsce na przedstawianie swoich przodków, wystarczy nawet, że rejestruje imiona i zajęcia – a to już wyzwoli ciekawość przeszłości u części odbiorców. A na tym nie poprzestaje: przedstawia między innymi wyjątkowo barwny portret dziadka, człowieka, który za nic miał odznaczenia i wyróżnienia. Gdzieś nawiązuje też do zapamiętanych z dzieciństwa potraw – to z kolei niby łącznik z tematyką pism kobiecych, a jednak opowieść głębsza, o związku z tradycją, o tożsamości człowieka. Nie tylko w to, co minione Szczepan Twardoch się wpatruje. Wyjaśnia też odbiorcom, jak kształtuje swoją postawę jako ojca, przemyca nawet drobne wskazówki dotyczące takiej życiowej roli. Twardoch nie chce definiować siebie w odniesieniu do innych. Przedstawia choćby sposoby na realizowanie swoich zainteresowań – tu opowiada o niebezpiecznych dalekich wyprawach (przydaje się to do zrozumienia natury i potrzeb mężczyzn) czy… o walce bokserskiej. Najwięcej miejsca jednak poświęca pisaniu, przeżyciom twórcy i doświadczeniom, jakich przeciętni odbiorcy się nie spodziewają. Autotematyzm jest tu ważny – i często służy uświadamianiu czytelnikom, skąd w ogóle czerpie się inspiracje do pisania. Sporo będzie w tych opowieściach osobistych wynurzeń – które w powiązaniu z zawodem pisarza zaczynają wybrzmiewać bardzo kusząco dla czytelników. To notatki na marginesie tworzenia – ale zapiski, którym nadaje autor taką samą rangę jak powieściom, przynajmniej jeśli chodzi o jakość realizacji pomysłów.

„Jak nie zostałem poetą” to zatem zbiór felietonów atrakcyjnych nie tylko dla fanów. Twardoch błyszczy, zachwyca, urzeka i uwodzi. Wie przecież, jak „zrobić” dobry tekst, wie, kiedy zastosować żart, a kiedy odwołać się do wzruszeń, do wspólnoty doświadczeń albo do bardziej uniwersalnych przemyśleń. Każdy felieton jest tu precyzyjnie skomponowany, ma wyrazistą puentę, skłania do zastanawiania się nad systemem wartości. Nie tylko dostarcza rozrywki (chociaż część publiczności masowej na tym etapie poprzestanie), ale też gwarantuje zatrzymanie się nad przesłaniami. Drobny jest to tom, a jednak jego lektura przynosi sporo korzyści. Szczepan Twardoch unika pustosłowia, zawsze ma na uwadze to, że musi zdobyć uznanie czytelników. Potem już może prezentować stylistyczne sztuczki, odbiorcy wybaczą mu absolutnie wszystko. „Jak nie zostałem poetą” to pozycja świetna.

wtorek, 4 czerwca 2019

Donald Richie: Morze wewnętrzne

Czarne, Wołowiec 2019.

Inni ludzie

„Morze wewnętrzne” to podróż, ale nie tylko – podróż egzotyczna, poznawanie innej kultury i innych ludzi. Ten rozbudowany reportaż przez całe dekady pozostaje wśród chętnie czytanych relacji okołopodróżniczych – każde kolejne wydanie przysparza autorowi nowych fanów (a zmiany w odbiorze można prześledzić w publikowanych tu komentarzach do edycji z różnych lat). Donald Richie urzeka czytelników bez większego wysiłku: wystarczy, że jest szczery i otwarty na nowe znajomości. Przede wszystkim jest Richie ciekawy drugiego człowieka, wie, że każdy ma do opowiedzenia atrakcyjną historię. I z tego względu rozmawia z każdym, kogo los postawi na jego drodze – czy będzie to rybak, czy dama do towarzystwa. Każdy wniesie coś wartościowego do życia i świadomości autora, więc i do interesującej książki. „Morze wewnętrzne” nie należy do typowych publikacji podróżniczych, chociaż czytelnicy podążać będą za autorem przez Japonię. Tyle że Donald Richie w ogóle nie zwraca uwagi na otoczenie. Nie szuka ani zachwytów estetycznych, ani charakterystycznych budowli. Rezygnuje ze wskazywania atrakcji turystycznych i z przepisywania przewodników – nie sięga po nic, co stanowi dziś charakterystyczny element z relacji blogerów-obieżyświatów. Dla tego autora inni ludzie są warci uwagi i podjęcia trudów podróżowania. Zachowuje przy tym życzliwość i chce być uprzejmy w każdych warunkach, nawet jeśli spotka się z nieoczekiwaną złośliwością ze strony napotkanych ludzi (a zdarza się to na przykład wtedy, kiedy chce mówić po japońsku i zostaje za to skrytykowany – co budzi zrozumiałą niechęć). Staje się Richie tłumaczem japońskich zwyczajów, unika jednak stereotypów i tego, z czego kraj jest na świecie znany. Nie zamierza powtarzać oczywistości ani uciekać się do prostych chwytów zapewniających uznanie masowych odbiorców. Japonię poznaje stopniowo, dogłębnie i przez kontakty z ludźmi. Pozostaje przy tym wyrozumiały dla różnych słabości, a i dla odmienności – nie chce się niczemu dziwić, raczej będzie przyjmował interesujące go zjawiska z ciekawością odkrywcy.

Spotkania z ludźmi są zwykle krótkie i intensywne, autor szczegółowo prezentuje ich znaczenie we własnej wyprawie, ale do raz opisanego człowieka nie będzie w dalszej opowieści wracać. Czasami zastanawia się nad tym, jaki wpływ na niego miały określone rozmowy, innym razem próbuje zasmakować tego, co uznaje za kwintesencję relacji interpersonalnych – tak na przykład przymierza się do seksu z dopiero co poznanymi kobietami. Doświadczenia w tej sferze przedstawia raczej oszczędnie, skupiając się bardziej na samym flircie czy próbach podrywu – albo uwznioślając sam zamiar odbycia stosunku – jako elementu charakterystycznego dla ucieczki od pustki wolności cechującej podróżników. Taka argumentacja nie każdego musi przekonać, ale wprowadza nieco humoru do książki. „Morze wewnętrzne” jest tomem obszernym i obfitującym w atrakcyjne dla odbiorców spostrzeżenia. Nie ma szans się zestarzeć, skoro w ogóle nie funkcjonuje jako przegląd typowych zwyczajów czy mód – a zestaw indywidualnych spotkań. To publikacja bardzo udana i nadająca się dla czytelników, którzy lubią wnikliwe opowieści o codzienności widzianej z zewnątrz.

poniedziałek, 3 czerwca 2019

Frida Duell: Jedzenie, mity i nauka. Zalecenia lekarskie

Marginesy, Warszawa 2019.

Wątpliwości

Frida Duell przedstawia się jako dietetyczka kliniczna i motyw wykształcenia autorki jest w tej publikacji mocno eksploatowany: nie dość, że wskazany przy nazwisku, to jeszcze w podtytule książki – „Zalecenia lekarskie” głosi dumnie. Problem w tym, że zaleceń w środku jak na lekarstwo, już prędzej – odradzeń, ale też niespecjalnie rozbudowanych. Tom „Jedzenie, mity i nauka” składa się z dwóch nierównych objętościowo części. Druga nie podlega właściwie komentowaniu: to zbiór przepisów smacznych, zdrowych i pochodzących z różnych stron świata, coś w sam raz, żeby urozmaicić jadłospis (ale niekoniecznie już przejść w pełni na nową dietę: propozycji na to jest za mało i wydają się za bardzo egzotyczne, żeby odbiorcy mogli się do nich stosować regularnie). Każda rozkładówka jest w tym wypadku prezentacją artystyczną wybranego kulinarnego specjału: pojawia się kilka zdjęć, także wielkoformatowych, albo z różnych propozycji podania, albo – samych składników. To niewątpliwie ozdoba, ale i zapełniacz miejsca, zamieniają te fotografie tom po prostu w album. Autorka podaje zestaw niezbędnych składników (z wyliczeniem liczby porcji), czas przygotowania oraz sposób przyrządzenia – w skrótowych punktach. Do tego – jednoakapitowe omówienie pozostałych „danych”, przeznaczenia czy smaków w charakterze wprowadzenia do przepisu. Frida Duell odwołuje się tu przeważnie albo do swoich ulubionych dań, albo do potraw, które wypróbowała, więc można sprawdzić, co w dziedzinie kulinariów ma do zaoferowania czytelnikom.

Pierwsza część książki, obszerniejsza, dotyczy pożywienia jako źródła zdrowia. Omawia Duell zmiany w podejściu do odżywiania się, podstawowe problemy, jakie stwarza rozwój cywilizacyjny – i najczęściej spotykane choroby, które są konsekwencją niewłaściwej diety. Przypomina, że niezdrowe jedzenie jest smaczniejsze – szuka sposobu, żeby trafić do przekonania czytelnikom. Rozbija też temat żywności na poszczególne składniki, osobno zajmuje się przedstawianiem tłuszczu (i mitów z nim związanych), węglowodanów, substancji słodzących, białka itp., osobno interesują ją różne dietetyczne mody (wylicza kilka najbardziej absurdalnych, żeby je wyśmiać – ale też wybiera takie, przy których zbyt nie trzeba zbyt wiele wysiłku, żeby wydobyć potencjał komiczny). Znajdzie miejsce na wskazanie źródeł witamin i suplementację, od czasu do czasu przyjrzy się rozmaitym alergiom i nietolerancjom. Wszystko byłoby w porządku, ale autorka traktuje kolejne tematy ekstremalnie skrótowo. W ramach dużego rozdziału wyszukuje kolejne zagadnienia mikro, każdy motyw omawia na niewiele ponad stronie tekstu. Nie zdąży w ten sposób przedstawić wielu dowodów, co więcej, nie skupia się przeważnie na potwierdzaniu prawdziwych wiadomości – akcentuje tylko fałszywe tropy i wykorzystuje swój autorytet (potwierdzany przez okładkowe zapewnienia), żeby przekonać odbiorców do swoich racji. Taki styl opowiadania o zagadnieniach obrosłych już rozmaitymi mitami nie do końca przekonuje: za mało tu uzasadnień naukowych (nawet jeśli książka ma być kierowana do laików, nie wystarczy im proste „nie, bo nie”), tak samo jak nieprzekonujące wydają się stwierdzenia, że nie istnieją naukowe podstawy do określonych tez. Gdyby szło to w parze z poszukiwaniem źródła mitu żywieniowego – bardziej trafiałoby do szerokich grup czytelników. Jednak Frida Duell nie za każdym razem zamierza przedstawiać zalecenia, bardziej skupia się na odrzucaniu tego, co błędne, krzywdzące lub wymyślone nie wiadomo po co – i w efekcie szkodliwe w dietach.

niedziela, 2 czerwca 2019

Olivier Norek: Kod 93

Mando, Kraków 2019.

Śledztwo z klubu

Najpierw trup ucieka ze stołu do sekcji zwłok. Potem Olivier Norek z podobnych fajerwerków rezygnuje, chociaż i tak mocno urozmaica śledztwo, które prowadzi Coste razem ze swoją zgraną ekipą. Do grupy policjantów dochodzi Jo, która szybko zostaje przemianowana na Calamity (nie tylko z racji strzeleckich umiejętności). Kryminalne poszukiwania idą swoim torem, wydarzenia, które pokazują codzienność i psychikę postaci – swoim. Proponuje autor dość konwencjonalną książkę, reprezentatywną dla gatunku, trochę mroczną, trochę czerpiącą z szyfrów i tajemnic (czym jest kod 93 i co szyfruje czytelnicy dowiedzą się raczej późno). To rozrywka dla tych, którzy przede wszystkim lubią sprawdzać poprowadzenie przez autora intrygi, pomysł na opowieść spoza wydarzeń codziennych. Karmi się Norek sensacją, ale ciekawość czytelników może podsycić tym, że jest policjantem, więc zna od podszewki środowisko, które opisuje. Szkoda, że boi się odejść od rutyny w budowaniu tego typu książek – posługuje się pojedynczymi scenkami, szybko przerywanymi (kryminał akcji nie lubi przegadania, o czym autor zdaje się doskonale wiedzieć), pisze poprawnie i przestrzega wszelkich reguł w konstruowaniu charakterów. Na przykład jego Coste w przeszłości przeżył wyjątkowo trudne wydarzenie, dlatego dzisiaj nie zamierza wiązać się na dłużej z żadną kobietą, ucieka od związków i nawet gdyby chciał, nie potrafi nawiązać bliższej relacji (dowodem jest lekarka sądowa przeprowadzająca sekcje – Coste wzdycha do niej po cichu, jednak nie wychodzi poza zawodowe relacje, chociaż wszyscy odbiorcy będą mu kibicować w realizacji planów). Z kolei Calamity na początku przedstawiona jest wręcz odpychająco i wydaje się, że dla autora będzie to tylko karykatura, dopiero z czasem pozwala jej Norek zaistnieć pozytywnie w historii. Zdarzają mu się nawet partie humorystyczne – kiedy w poszukiwaniu informacji policjanci trafiają do domu dobrze poinformowanej staruszki, zderzają się z ciekawym wykorzystaniem techniki…

Z czasem odsłania się w powieści i jej mroczna strona: rzecz dotyczy półświatka i zbrodni na ekskluzywnej prostytutce z klubu nocnego dla wyjątkowo bogatych. Norek operuje tu zagęszczanym strachem, opisami ran i obrażeń, sięga po popęd seksualny jako motywację działań, ale i po uczucia braterskie, żeby wskazać potęgę reakcji. Szokuje czytelników parę razy – chociaż już w prologu będzie ich nastawiać na mocne wrażenia, tak, żeby odbiorcy mogli od razu określić, czy odpowiada im taki rodzaj literatury. Jest „Kod 93” powieścią ciężką w warstwie narracyjnej, chociaż autor stara się o transparentność tekstu – jego ciężar pojawia się za sprawą poruszanych tematów i rodzaju zbrodni. To bez wątpienia propozycja dla fanów gatunku, w dodatku realizowana w literaturze masowej, nie będzie autor próbował bawić się w pisarza pełnowymiarowego: z tworzeniem przekonujących charakterów czy rozłożystych opisów. Dla niego liczy się jak najszybciej uzyskiwany efekt.

Brandon Mull: Smocza Straż. Gniew Króla Smoków

Wilga, Warszawa 2019.

Bez fantazji

Królestwo smoków to coś, co Brandon Mull tym razem obiera sobie za tło kontynuacji cyklu Baśniobór. Ale przy skupianiu się na cechach baśniowych istot ten autor – co kompletnie niezrozumiałe – porzuca kreowanie świata przedstawionego. Coś, co było siłą Baśnioboru, tu praktycznie nie istnieje: ograniczeniu ulega cała warstwa opisowa, wszystko to, co tworzy koloryt lokalny. Niby dzięki temu autor trafi do młodszych czytelników – niechętnie nastawionych do opisów – ale opowieść fantastyczna rządzi się przecież swoimi prawami, tu sama kreacja przestrzeni odgrywa ważną rolę, to składnik, którego pominąć po prostu nie wolno. Niby Brandon Mull odnosi się do świata już wymyślonego, a jednak w Smoczej Straży nie ma uroku w narracji, nie ma tej magii, która przyciągała całe rzesze odbiorców. Autor odpuszcza sobie warstwę opisową, zamiast rozłożystej narracji proponuje niekończące się dialogi. Bohaterowie rozmawiają tu bez przerwy, żeby wymieniać się informacjami – na tej podstawie trzeba sobie dopiero odtwarzać obraz ich rzeczywistości, czyli wykonywać pracę autora. Przez takie podejście artystyczne od razu zmienia się klimat książki – zupełnie jakby Brandon Mull zwyczajnie odcinał kupony od wypracowanej wcześniej popularności. O ile w Baśnioborze zachwycał, o tyle w kontynuacji cyklu może co najwyżej wzbudzić lekką ciekawość akcji, prowadzonej jak gra komputerowa. Bohaterowie mają do zrealizowania konkretną misję, wyruszają w podróż, zanim to jednak nastąpi – zdobędą cały zestaw magicznych przedmiotów, artefaktów, które przydadzą się w dalszych wyzwaniach. I już ekwipunek Setha oraz Kendry będzie częściowo sugerować rodzaj późniejszych perypetii. Wiadomo, że każdy rodzaj magicznej broni albo wspomagacza ma swoje ograniczenia – o nich należy pamiętać. Seth i Kendra to postacie czytelnikom doskonale znane. Tym razem Brandon Mull eksponuje lęk Setha przed smokami. Kendra nie ma takiego problemu: opanowuje strach, nawet całkiem nieźle dogaduje się ze smokami. Seth stara się pracować nad sobą, prosi przyjaciela, żeby przybrał groźną dla niego postać i próbuje nie uciec – ale bezskutecznie. Nie są to najlepsze prognozy dla kogoś, kto niedługo trafi do siedliska smoków. A przecież trafić musi, jeśli chce pomóc. Brandon Mull przy okazji zatem próbuje czytelników przekonać do tego, że z każdym problemem można walczyć.

Drugi tom cyklu Smocza Straż to także zestaw walk oraz potyczek – tu dosyć szybko pojawiają się starcia na śmierć i życie, wyzwania zdecydowanie ponad siły dzieci. Jednak sceny batalistyczne bez podbudowy narracyjnej nie mogą już robić tak dużego wrażenia jak w przypadku scen z Baśnioboru. Jest ta książka bardziej przerywnikiem w oczekiwaniu na jakąś bardziej rozbudowaną relację. Niewiele tu smaku prawdziwej fantastyki – może rozczarowanie byłoby mniejsze, gdyby nie to, że Brandon Mull wcześniejszymi swoimi powieściami zaostrzył apetyty dzieci. Teraz pisze coś, co mieści się w standardach rozrywkowej literatury pop – ale nie może wzbudzać zachwytu, raczej zniknie w zalewie podobnych, szablonowo produkowanych książek. Gdzieś zatracił tu autor radość zabawy z proponowanej nierzeczywistości.

sobota, 1 czerwca 2019

Agnieszka Szacka: Kuracja dla serca

W.A.B., Warszawa 2019.

Prawo do zabawy

Bohaterka, która ma już dorosłe dzieci, Renata, dla podreperowania zdrowia udaje się do sanatorium. W sumie nie wiadomo, gdzie się uchowała, skoro zaskakuje ją informacja o tym, że to miejsce schadzek i łóżkowych podbojów: nie jest to przecież wiedza z ostatniej dekady, ale być może autorce potrzebna była postać niewinna i nielicząca na flirt. Zwłaszcza że wszystkie pozostałe kuracjuszki, o czym szybko na miejscu Renata się przekonuje, przybyły tu przygotowane na agresywny podryw. Większość upatruje sobie na ofiarę wycofanego i ponurego przystojnego lekarza, byłego kardiochirurga, w sanatorium też w roli pacjenta. Renata na umizgi i lekcje uwodzenia jest odporna. Przynajmniej na razie. Wydaje jej się, że skoro jest po pięćdziesiątce, nie powinna już szukać miłości, a poza tym – nie chciałaby się do nikogo przywiązywać z obawy przed zranieniem. Stopniowo jednak dociera do niej to, co powiedziała jej córka: powinna zmienić przyzwyczajenia, otworzyć się na nowe znajomości i zobaczyć, co się stanie. Każdy przecież popełnia błędy (zresztą owa córka przeżywa właśnie rozstanie z ukochanym, szefem, z którym romansowała – co kosztuje ją też utratę pracy), nie warto jednak rezygnować z pięknych wspomnień.

W sanatorium Renata trafia do pokoju z przebojową Jolką i chociaż początkowo chce wypełniać zalecenia lekarzy, chodzić na zabiegi, jeść, co podadzą i realizować plan zdrowienia, w końcu wpada w wir życia towarzyskiego. Zaczyna stroić się w pożyczone sukienki i szpilki, chadzać na dyskoteki i wymykać się do restauracji na pożywne (ale pyszne, w odróżnieniu od sanatoryjnych) śniadania. Powoli też klaruje się sytuacja z Pawłem, lekarzem, który ma za nic podrywające go kuracjuszki, a na Renatę zwraca uwagę zapewne na prawach kontrastu. Zaczyna się sanatoryjny romans, jakich wiele.

Fabułą Agnieszka Szacka nie ma szansy nikogo zaskoczyć, od początku wiadomo, jak potoczy się sytuacja, co zrobi Renata i jak się to dla niej skończy – prawa gatunku są nieubłagalne i pod tym względem nie ma co liczyć na odejście od schematów. W narracji natomiast autorka wybiera prostotę i wplatane tu i ówdzie porady dla odbiorczyń. Dzisiejsza pięćdziesiątka (na karku) jest jak trzydziestka, powinny o tym czytelniczki pamiętać i nie dać sobie wmówić, że mają z czegokolwiek rezygnować. Uroki życia są dla nich, podobnie jak romanse i flirty – wszystko jedno, czy chwilowe, pod wpływem impulsu i bez możliwości kontynuacji w prawdziwym życiu, czy też trwałe, prowadzące do głębokiej relacji. Renata dopiero w sanatorium i od wyzwolonych koleżanek uczy się, jak się bawić, poznaje na nowo uroki seksu (bo autorka od mocnych scen łóżkowych nie stroni). Grunt to niczego nie żałować, nauczyć się zabawy i beztroski, która u młodych kobiet może sporo zniszczyć, za to u tych dojrzałych – nie ma już złych konsekwencji. Renata nie musi od razu zamieniać się w drapieżną harpię, która poluje na każdego pana, jaki pojawi się w sanatorium, ale przekonuje się, że trochę luzu się przyda. I po to Szacka pisze tę prostą historię. W samej opowieści często wplata cytaty z evergreenów, piosenki, w których odbiorczynie znajdą ślady własnych miłych wspomnień. Za to nie do zniesienia jest maniera powtarzania znaczeń: jeśli coś się już powie, to dodanie synonimu po przecinku tylko osłabia wypowiedź, powinna sobie autorka to mocno przemyśleć (w jej ujęciu zapewne brzmiałoby to „przemyśleć, przestudiować”). Czytelniczki nie są głupie, a jeśli coś nie dotrze do nich za pierwszym razem, to cała masa synonimów tego nie zmieni. Prosta to powieść, ale kierowana do odbiorczyń zbliżonych wiekiem do bohaterki – więc trafi w odpowiednią grupę fanek literatury kobiecej.

Mysi Domek. Sam i Julia: Urodziny

Media Rodzina, Poznań 2019.

Świętowanie

Krótka historyjka z zagadką na końcu – to coś, co maluchy uwielbiają. A jeśli jeszcze dodatkowo owa historyjka dotyczy tematu nieobojętnego kilkulatkom – motywu urodzin jednej z bohaterek, myszki, która kończy roczek – zabawa zapowiada się niezła. Sam i Julia zostali zaproszeni na urodziny małej kuzynki, wszyscy zajmują się przygotowaniami. Myszki dekorują pokój girlandami z papieru, pieką pyszne ciasto i pakują prezenty. W dniu urodzin przybywają do Zosi w czapeczkach urodzinowych na głowach. Dla Zosi ten dzień zapowiada się wspaniale: najpierw dostaje wielkiego całusa, później bierze udział w rozpakowywaniu prezentów i jedzeniu smacznego ciasta. Trudno wyobrazić sobie lepszą historię. Po raz kolejny mali bohaterowie mogą zajrzeć do Mysiego Domku w wersji kartonowej książeczki o niewielkim formacie. „Urodziny” to tomik dla najmłodszych dzieci, z uproszczoną akcją i tematyką dostosowaną do oczekiwań maluchów – ale ma w sobie to, co starsi odbiorcy (a także dorośli, co jest rzadkością w picture bookach!) bardzo cenią w podstawowym cyklu Mysi Domek: dbałość o detale.

Akcja dzieje się w specjalnie przygotowanym kartonowym domku dla mysich – zrobionych z włóczki czy filcu bohaterów. Cały domek rozrasta się o kolejne pomieszczenia, nie jest tylko jednym mieszkaniem, ale też zestawem sklepów czy przestrzeni, w których można się bawić. Dopracowany w detalach domek urzeka wykończeniami: można tu rozpoznać pochodzenie kolejnych przedmiotów i zmiany ich przeznaczenia (klocki dla myszy to zwykłe kwadratowe koraliki, foremka na ciasto jest z kapsla. Maciupeńkie uchwyty do szafek, kubeczki w kuchni czy książki zachwycają precyzją wykonania. Mało tego: w niektórych pomieszczeniach na ścianach są nie zawsze równo położone kafelki – niewielu odbiorców miałoby cierpliwość, żeby tak przygotowywać domki dla lalek. Tymczasem odkrywanie takich drobiazgów na kolejnych stronach jest jedną z większych przyjemności oglądania książki (nie tylko „Urodzin”, ale każdej publikacji z serii Mysi Domek). W tak przygotowane tło wchodzą myszy – i skupiają na sobie uwagę dzieci, są to bowiem „prawdziwi” bohaterowie (fakt, że nie ma się tu do czynienia ze standardowymi ilustracjami, a ze zdjęciami, przekonuje najmłodszych do takiego poglądu). Myszki sfotografowane w ruchu, w akcji – są ciekawsze niż kreskówka. Dopiero kiedy dzieci usatysfakcjonuje obserwowanie ich działań, mogą przejść do tego, na czym dorośli skupiają się od początku: do kreowania ich świata. Zwłaszcza różnorodność w asortymencie sklepów wydaje się tu zachwycająca: na stoiskach z materiałami jest mnóstwo ścinków i nitek, kolorów i „towarów”, tutaj zabawa tak naprawdę się zaczyna. Twórcy Mysiego Domku dbają o to, by nigdy nie było nudno – ale też żeby wszystko wypadało przekonująco. Sam i Julia pomagają w pieczeniu szarlotki, na stoliku znajdą się zatem jabłka z wydrążonymi szypułkami, niektóre częściowo obrane, a niektóre – pokrojone. Dla odbiorców będzie to możliwość wkroczenia w świat postaci, ze wszystkimi detalami. Publikacja, którą można długo oglądać, za każdym razem odkrywając nowe szczegół i nowe powody do radości. Sam i Julia może nie doświadczają wymyślnych przygód, prowadzą zwyczajne życie – ale sposób pokazywania codzienności w ich wypadku wiąże się z zachwycającymi zdjęciami i śledzeniem obrazków niemal w nieskończoność.

piątek, 31 maja 2019

Harda Horda. Antologia opowiadań

SQN, Kraków 2019.

Fantazja pań

Wcale nie jest to próbka możliwości każdej z autorek, ani też chęć udowodnienia, że fantastyka jest kobietą i że panie w tym gatunku mają sporo do powiedzenia. Nie jest to też pojedynek na małe formy, ani poszukiwanie możliwości, które zapewnia literatura fantasy. Ba, nie jest to nawet reklama działań poszczególnych pisarek, bo tak naprawdę to one – każda z osobna – będą zachętą do sprawdzenia, czym jest Harda Horda, w drugą stronę jeszcze to nie działa. Chociaż po tej publikacji może zacząć. Na tom „Harda Horda” składa się dwanaście opowiadań dwunastu autorek, które zrzeszyły się w internecie, zaistniały jako grupa towarzyska, umożliwiająca wymianę doświadczeń i wskazówek, pomoc twórczą i inspirację, motywację do działania. Łączy je jedno: tworzą literaturę fantastyczną. Dzieli mnóstwo, od poetyki po sfery zainteresowań i podejście do gatunku. Jedne wolą stawiać na zabobony, czary i dawne wierzenia, inne sięgają po futurystyczne scenki i wzbogacają wyposażenie swoich postaci o wymyślne rekwizyty. Jedne zadowalają się bohaterami zaczerpniętymi z ludowych przesądów, inne próbują odrobinę zmodyfikować realia, tak, żeby nieprawdopodobne stało się wyjątkowo bliskie. Jedne lubią bawić, inne – przerażać. Nie dadzą się wrzucić do jednego worka, „Harda Horda” to dowód na ich kreatywność i samodzielność.

Ewa Białołęcka, Agnieszka Hałas, Anna Hrycyszyn, Aneta Jadowska, Aleksandra Janusz, Anna Kańtoch, Marta Kisiel, Magdalena Kubasiewicz, Anna Nieznaj, Martyna Raduchowska, Milena Wójtowicz, Aleksandra Zielińska – to skład Hardej Hordy. Zestaw nazwisk, które czytelnikom fantastyki powiedzą wiele, książka ma więc szansę zaistnieć na rynku i spowodować swoistą wymianę odbiorców. Autorki nie pozwolą się nudzić, każda z nich zabiera czytelników na moment do stworzonego przez siebie świata. Po to, żeby otwarcie drwić ze strachu przed śmiercią, żeby wywoływać kataklizmy i apokalipsy, albo żeby uruchomić fantazję i przypomnieć, że w literaturze można wszystko. Dwanaście tekstów to dwanaście różnych sposobów opowiadania o nierzeczywistości. Pojawią się tu stylizacje powiązane z miejscem akcji (nawiązania do stereotypowego ujęcia literatury z różnych krajów), zabawy z melodyjnością języka albo z zapożyczeniami z różnych gatunków. Autorki nie traktują zbioru opowiadań jako okazji do autoprezentacji, szukają za to zabawy – dla siebie i dla czytelników.

Jest ta publikacja dobrze przygotowanym przeglądem historii komediowych i tragicznych, zakorzenionych w tradycji albo nowatorskich – ale nigdy nie pozostawiających czytelników obojętnymi. Owszem, trzeba lubić literaturę fantasy i furtki, jakie otwiera przed autorami – żeby w pełni docenić zasób intertekstualiów i genezy pomysłów. Ale Harda Horda pokazuje coś jeszcze: że w dalszym ciągu na rynku jest miejsce na towarzyskie grupy literackie, że można robić coś dla wspólnej satysfakcji. W zasadzie jedyne, co można by w tym tomie zmienić – to zrezygnować z pojedynczych akapitów wyciąganych na osobne strony w charakterze ilustracji. Takich ozdobników ani zajawek odbiorcy tej książki potrzebować nie będą w żadnym momencie, już same nazwiska będą gwarancją skupienia uwagi. Wycieczka w świat wyobraźni w tym wypadku dostarczy odpowiednią dawkę emocji i wyzwoli ciekawość.

czwartek, 30 maja 2019

Karolina Głogowska, Katarzyna Troszczyńska: Inna kobieta

W.A.B., Warszawa 2019.

Zdrada

Jedna historia z dwóch perspektyw. Jeden mężczyzna i relacja stara jak świat: żona i kochanka – koleżanka z pracy. Banał eksploatowany do granic możliwości, ale tutaj nie jako podstawa fabuły, a uzasadnienie formy. Ada Szulc do Borysa czuje szalone pożądanie. Zaczyna wierzyć, że po mężu-alkoholiku, nawet z małym dzieckiem ma jeszcze szansę na wielką i filmową miłość. Rzuca się na Borysa (albo Borys na nią) przy każdej możliwej okazji. Wprawdzie taka relacja w firmie to zawsze ryzyko (że potem poza ukochanym straci się jeszcze pracę) – ale Ada nie chce wybrzydzać. Boi się, że następna szansa na szczęście nie pojawi się tak łatwo. Z kolei Joanna prowadzi gabinet psychoterapeutyczny. Wysłuchuje problemów par, podsuwa sposoby na wyjście z kryzysu (albo pogodzenie się z losem i rozpoczęcie nowego życia). Staje się wyrocznią i wydaje się, że zna rozwiązania na każde życiowe wyzwanie. Przekonana jest, że jej ukochany mąż, Piotr, to ideał. Nie przypuszcza nawet, że kochający i rozsądny ojciec dwójki dzieci mógłby mieć kogoś na boku i zrujnować idealnie funkcjonującą rodzinę. Problem w tym, że cudowny mąż Joanny i ognisty kochanek Ady to jedna i ta sama osoba.

Karolina Głogowska i Katarzyna Troszczyńska proponują czytelniczkom analizę jednej sytuacji z dwóch ujęć. Ale robią to tak, żeby nie było zbyt łatwo opowiedzieć się po którejkolwiek ze stron. Niby z moralnego punktu widzenia wszystko jest jasne: żonatego mężczyzny nie wolno podrywać, Ada powinna być tą, która rozbija szczęśliwy związek. Jednak autorki nie odmalowują jej jako bezwzględnej kusicielki: również Ada jest tu ofiarą, odbiorczynie dostrzegają jej cierpienia i dylematy. Joanna – ofiara oczywista – nie pozostaje bez winy, bo w końcu sytuacja w jej małżeństwie daleka jest od znakomitej, Joanna skupia się na pozorach. Gdyby nie przypadek, nie dostrzegłaby nawet alarmujących sygnałów.

Ta sama historia wygląda inaczej, kiedy przedstawia się ją od strony domowej – a inaczej od strony romansu. Kobiety ogniskują na sobie uwagę, mężczyzna pozostaje – jedynie – katalizatorem akcji. Nie dzieje się tu wiele (pod kątem wydarzeń), liczy się sfera uczuć. Autorki próbują pokazać czytelniczkom, że romanse nie mogą dobrze się skończyć, to rodzaj przestrogi – stąd imitowanie zwykłego życia i akcentowanie najbardziej powtarzalnych sytuacji. Ada i Joanna mają swoje racje, niewiele to jednak zmienia. Co się musi zdarzyć – to się zdarzy, kluczowe będzie borykanie się z konsekwencjami – często bolesnymi. Nie ma ani pięknych małżeństw bez wad, ani bajkowych romansów. Za chwile szczęścia trzeba zapłacić, czasami nawet słono. Głogowska i Troszczyńska o temacie do bólu wyeksploatowanym mimo wszystko piszą lekko, czyta się tę książkę jak standardową obyczajówkę, bez względu na wartościowe i pouczające przesłania. Analiza związków w tym wypadku staje się bazą czytadła, lektura dla pań zamienia się w opis rzeczywistości – a raczej sedna tej rzeczywistości, bez pobocznych trosk i problemów: to konsekwencja romansu, zdrady i małżeństwa przygotowana z wprawą. „Inna kobieta” to nie tylko obyczajowa narracja, ale i przegląd postaw społecznych.

środa, 29 maja 2019

Gill Paul: Zaginiona córka

Mando, Kraków 2019.

Ślady uczucia

Gill Paul nie zgadza się na brutalną historię. W setną rocznicę zamordowania Romanowów powraca do tragedii. W powieści „Zaginiona córka” przywraca do istnienia Marię – która w chwili zbrodni miała siedemnaście lat – i sugeruje, że innym kobietom z carskiej rodziny, przynajmniej niektórym, też mogło się udać ocalić życie. Spora w tym rola przypadku, ale i witalności. Młoda i ponętna Maria, zawsze miła dla strażników, niemal flirtująca beztrosko i radośnie z każdym mężczyzną, przeżywa zamach. Uratowana przez Piotra będzie od tej pory wiodła zupełnie zwyczajne życie – kochanej i kochającej żony, a później też i matki. Nie wolno jej niczym zdradzić pochodzenia (gdyby klejnoty Romanowów wpadły w niepowołane ręce, kobieta znalazłaby się w poważnym niebezpieczeństwie!). Czytelnicy dostaną przegląd całej dorosłej egzystencji Marii – rozkwit pięknej miłości, pierwsze ciąże, a później też serie zmartwień związanych z przemianami politycznymi – drobne dramaty, na które wielka historia nie zwraca w ogóle uwagi ożywają w tej opowieści. Gill Paul cofa się w przeszłość i odnotowuje obyczajowość, codzienność Marii, która znalazła szczęście w najbardziej niesprzyjających okolicznościach. Po drugiej stronie relacji plasuje się Val. Val w latach 70. XX wieku przekonuje się, że prawo w żaden sposób nie chroni kobiet – ofiar przemocy domowej. Kbieta uciekła w małżeństwo przed ojcem-despotą, ale na partnera wybrała sobie damskiego boksera. Małżonek w obliczu obcych zamienia się w czarującego i troskliwego mężczyznę – w zaciszu domowym potrafi podbić oko Val czy bez powodu złamać jej rękę. Ten problem stanowi jedną siłę napędową działań Val: trzeba pokazać czytelniczkom, że takich sytuacji nie można puszczać płazem. Nieważne, czy siłę będą czerpać z nadziei na spotkanie matki, czy z uczuć macierzyńskich, czy też z przyjaźni – muszą walczyć o siebie i opracować dobry plan. Niewiele brakuje, by temat ucieczki przed domowym tyranem przysłonił samą intrygę, w zasadzie dosyć konwencjonalną. Val dowiaduje się od schorowanego ojca, że nie chciał kogoś zabić. Kobieta prowadzi śledztwo – żeby rozliczyć się z przeszłością i poznać szarpiącą nerwy tajemnicę. I to jest motyw, który splata oba wątki. Val i Maria to dwie silne kobiety, które w różnych czasach muszą stawić czoła prawdziwym wyzwaniom ponad siły.

Autorka rozbudowuje motyw Marii w wielki życiorys, niemal sagę, która obejmuje jeszcze egzystencję męża i dzieci – stopniowo zagęszcza akcję, przechodzi od sielanki mimo wszystko do intryg i niebezpieczeństw. W przypadku Val rejestruje tylko mały wycinek jej rzeczywistości – traktuje go bardziej jak rodzaj manifestu, temat społeczny podniesiony do rangi opowieści. „Zaginiona córka” to książka bardzo rozbudowana, przede wszystkim za sprawą historycznego romansu. Gill Paul dba o detale dotyczące obyczajowości i przeszłości, ma tu pole do popisu. Z kolei w opowieści o Val skupia się bardziej na stronie sensacyjnej – i też bardzo dobrze sobie radzi. I tak „Zaginiona córka” staje się relacją całkiem atrakcyjną dla dzisiejszych czytelniczek, chociaż oddaloną czasowo, to jednak dość aktualną w warstwie relacji międzyludzkich.

wtorek, 28 maja 2019

Bartłomiej Grubich: Biegacz

Vesper, Czerwonak 2019.

Krew i rytm

Nie trzeba wiele, żeby zostać mordercą, do tego nie trzeba się specjalnie przygotowywać – taka kwestia pada w pewnym momencie w „Biegaczu”. Niepokojące sygnały jednak zaczną się przewijać z czasem, na początku Bartłomiej Grubich udaje, że będzie tworzyć w konwencji Bildungsroman oraz autobiografii sportowców. Tematy, które go nakręcają – to wspomnienia z dzieciństwa, ale też maratony. Jest tu bohater łaknąć kolejnych sportowych wyzwań: od chwili, gdy poczuł potęgę wolności – udało mu się uciec przed szkolnym prześladowcą – kocha bieganie i uczucie, które się w nim wtedy wyzwala. Realizuje się w maratonach, coraz bardziej testuje swoje ciało. Nie zauważa upływu czasu, kiedy przemierza kilometry. Szuka w takiej aktywności pierwszego poczucia szczęścia. Fragmenty dotyczące biegania są tu bardzo przekonujące – jakby przeniesione z publikacji sportowych, ze zrozumieniem emocji targających bohaterem-biegaczem. Ale „Biegacz” nie należy do sportowych, na przekór tytułowi wpisującemu się w rynkowe mody. Dość szybko nad relacjami z maratonów zaczynają przeważać retrospekcje. Bohater powraca myślami do wcale nie tak sielskiego dzieciństwa. Odtwarza problemy w kontaktach międzyludzkich, szereg przegranych w starciach z klasowymi cwaniaczkami. Biegacz nie ma wspomnień zwycięzcy, bo nawet jeżeli uda mu się odnieść sukces w którymkolwiek momencie – to czuje też gorycz z racji ceny, jaką płaci za spełnienie „marzenia”. W historiach o dojrzewaniu jawi się ta postać jako naiwna, bez większych fajerwerków i odkryć. Bartłomiej Grubich, który w przypadku maratonu odwzorowuje standardowe uczucia biegających, w przypadku wspomnień z dzieciństwa także unika ekstrawagancji. Kiedy powraca myślami narrator do dosyć już odległej przeszłości, przywołuje wydarzenia jednostkowe – ale o uniwersalnej wymowie. Nie powiela informacji, nie kopiuje ich ze standardowych obyczajówek, ale też nie podejmuje ryzyka w kreacji bohatera. W przeszłości zamieści też motywację do biegania – przedstawi pierwszą ucieczkę i emocje, które mają potem stać się nieosiągalną nagrodą za ekstremalny wysiłek. Ale biegacz adrenalinę czerpać może nie tylko z wyścigów. Karmi się strachem, zwłaszcza strachem kobiet. Ma nad każdą z nich potężną przewagę. A to dopiero początek.

Jest zatem „Biegacz” powieścią jakby sklejoną z trzech różnych typów narracji, a w tym kontekście fabuła odgrywa mniejszą rolę niż odwzorowywane emocje. Grubich próbuje połączyć tą książką czytelników z trzech różnych kręgów. Może mu się to udać jako jednorazowy eksperyment, ale w dalszej perspektywie już niekoniecznie, trzeba będzie czegoś więcej niż od-twórczości, żeby przekonać wymagających odbiorców. Autor bardzo dba tu o jakość narracji, stara się dopasować opowieść to do maratończyka, to do psychopaty (w tym wszystkim narracja wspomnieniowa wypada najbardziej neutralnie, ale też może budzić najmniej skrajnych emocji). Dla autora istotne staje się lawirowanie między portretami, odwzorowywanie postaw – a niekoniecznie już wydarzeń, dopiero gdy wchodzi w warstwę thrillera zaczyna się rozkręcać. Widać, że pracował mocno nad warsztatem, proponuje powieść dojrzałą – a przy tym również konstrukcyjnie przemyślaną. Teraz jednak czas na coś z dala od schematów.

poniedziałek, 27 maja 2019

Krystyna Mirek: Miłość z błękitnego nieba

Edipresse Książki, Warszawa 2019.

Kompromis

Świetnie zaczyna tę powieść Krystyna Mirek i nawet czytelniczki, które wiedzą, w jakiej konwencji tworzy ta autorka (co zresztą sugeruje już rodzaj okładki i sam tytuł), będą przez moment czuć się zwiedzione (nie: zawiedzione!). Zapowiada się bardzo ciekawie i apetycznie. Z jednej strony jest bawidamek i donżuan, który podrywa kobiety na jedną noc, a po owej nocy zostawia im lakoniczną karteczkę o sposobie zatrzaśnięcia drzwi oraz bursztynowy drobiazg na pamiątkę (bohater ma w szufladzie bogatą kolekcję pudełeczek z prezentami dla wykorzystanych kobiet, ale ten motyw w lekturze z czasem ginie – niestety), z drugiej – Angelika, kobieta, która do celu pnie się po trupach i zrobi wszystko, żeby osiągnąć to, czego chce. Tych dwoje spotyka się podczas biznesowych negocjacji – żadne z nich nie ma w zwyczaju ustępować, każde może dopiąć swego własnymi sposobami. W obu przypadkach wprawdzie autorka mocno przerysowuje sytuację, sprawia, że bohaterowie przez moment są jednopłaszczyznowi – ale też bardzo intrygujący i aż chce się sprawdzić, jak potoczą się ich losy. Gdyby nie decydowała się tu Krystyna Mirek na romans, mogłaby zdobyć szersze grono fanek – tak dotrze jedynie do stałych odbiorczyń, które poszukują powieści o miłości na przekór wszystkiemu.

Przełom szykuje u Angeliki. Kobieta jest bezwzględna i zdecydowana, wie, jak osiągać cele: potrafi doskonale manipulować innymi i wykorzystywać swoje wdzięki, żeby kusić mężczyzn (nie chodzi z nimi do łóżka, bo seks nie kojarzy jej się przyjemnie, co trochę kłóci się z wyrafinowanymi technikami uwodzenia). Jednak wystarczy moment, żeby zaprezentować przeszłość bohaterki: Angelika wychowywała się w biednej rodzinie, nie poznała ojca, za to miała do czynienia z całym szeregiem gachów matki, sama matkowała młodszemu rodzeństwu, aż w końcu wykorzystała dar od losu – szansę na zagraniczne stypendium – żeby wyrwać się z patologicznego środowiska i zawalczyć o siebie. Nauczyła się być twardą i bezwzględną, pozbawioną sentymentów panią siebie – jednak za cenę zerwania kontaktów z rodziną. To jej słaby punkt. U Daniela metamorfoza wygląda trochę inaczej: chociaż bohatera przedstawia autorka na początku w złym świetle, z obrazem bezdusznego samca wykorzystującego kolejne kobiety kłóci się obraz troskliwych (i aż nadopiekuńczych) rodziców, którzy codziennie dyżurują w kawiarni na wprost mieszkania mężczyzny, żeby sprawdzić, czy ukochany syn nie poznał akurat tej jedynej.

Obiecujący początek zamienia się w konwencjonalny romans, ale tego nikt autorce nie powinien mieć za złe, w końcu wiadomo, do czego miała doprowadzić bohaterów. Udało jej się za to stworzyć wizję baśniowego świata, rzeczywistości z marzeń, w której nigdy nie jest za późno na naprawianie błędów i na stawanie się lepszymi ludźmi. Nie tylko miłość analizuje autorka do końca – zajmuje się również przedstawianiem więzi rodzinnych, przekonuje czytelniczki, że każdy może znienacka nauczyć się doceniać bliskich, odnaleźć kontakt z niechcianymi dziećmi, naprawić relacje, poszukać drogi do szczęścia. Jest to romans dla pań, ciepły, krzepiący, schematyczny – ale ponieważ Krystyna Mirek potrafi prowadzić narrację, to też zajmujący.

niedziela, 26 maja 2019

Simona Kossak: Serce i pazur. Opowieści o uczuciach zwierząt

Marginesy, Warszawa 2019.

Zwierzęta jak ludzie

Prosta lektura dla tych, którzy kochają zwierzęta i chcą wciąż na nowo odkrywać ich mądrość. „Serce i pazur” Simony Kossak nie jest książką nową, na rynku ukazuje się jednak w znakomitej popularyzatorskiej serii Marginesów – jako sposób na lepsze poznawanie sekretów świata zwierząt. Autorka, która potrafiła gawędziarsko opowiadać o zwyczajach różnych stworzeń, proponuje czytelnikom książkę, w której zwyczaje zwierząt odczytuje przez pryzmat ludzkich emocji. To publikacja dla niecierpliwych i dla tych, którzy nie lubią zbyt długich wywodów: felietonowe komentarze przynoszą szereg barwnych spostrzeżeń na temat tego, jak funkcjonuje przyroda. Simona Kossak wybiera bardzo przekonujący sposób opowiadania: porównuje ludzkie doświadczenia z tym, co dzieje się w przyrodzie – tak nie tylko obudzi zainteresowanie światem zwierząt, ale jeszcze wyzwoli w czytelnikach empatię i podziw dla różnych stworzeń.

Nie ma tu porządku gatunkowego, przez co książka wydaje się nieco chaotyczna. Każdy większy temat zyskuje wzmiankę w kilku lub kilkunastu drobnych rozdziałach: Kossak zajmuje się między innymi tematem relacji w stadzie, sposobom porozumiewania się z innymi przedstawicielami gatunku, kwestią wychowywania potomstwa i uczenia maluchów, jak przetrwać w nieprzyjaznym środowisku. Sprawdza, czy zwierzęta mogą się cieszyć i wyrażać radość, albo – czy mają powody do smutku i w jaki sposób się to u nich objawia. Odwołuje się również do strachu i do złości. Ton książce nadają zatem – poza drobnymi wyjątkami – uczucia, które ludzie znają z własnej egzystencji. Przełożone na sytuacje zwierząt prowadzą do odkrywania zestawu anegdot i zabawnych czasem obserwacji. Dzieli się Simona Kossak własnymi przeżyciami z życia wśród zwierząt, opowiada też o odkryciach badaczy. Dba o to, żeby w lekturze nie zabrakło emocji. Bywa, że za cały felieton-rozdział służy pojedynczy motyw, drobny opis tego, jak w określonych okolicznościach przedstawiciele danego gatunku postępują – wzbogacony lub nie o okołosatyryczny komentarz autorki, podsumowanie przedstawiające analogię do ludzkiej rzeczywistości. Autorka skupia się na szybkim przedstawianiu zwyczajów zwierząt – czasami wręcz zbyt szybkim, bo aż chciałoby się dowiedzieć czegoś więcej na temat przez nią wybrany. Jeśli omawia pojedynczą scenkę, pozostawia ogromny niedosyt: nie zajmuje się bowiem wyciąganiem ogólnych wniosków na temat zachowań zwierząt, pozostawia odbiorców z prostą obserwacją, jednorazowym wydarzeniem, które ma świadczyć o uczuciach w stadzie.

Tom wypełniony jest jeszcze ilustracjami, co sprawia, że mniej tekstu się tu zmieści: nic dziwnego, że kto zapoznał się z tomem „Serce i pazur”, ten zapragnie poszerzania wiadomości i sprawdzania, co jeszcze rozgrywa się w świecie zwierząt. Simona Kossak daje tylko szczątki informacji, może zaintrygować, ale mocno ogranicza dane. Prowadzi faktycznie gawędy a nie lekturę naukową – jej książka zatem służy bardziej rozrywce niż budowaniu świadomości przyrodniczej odbiorców. Ale to nie przeszkadza w świetnej zabawie.

Mysi Domek. Sam i Julia. Pobawmy się!

Media Rodzina, Poznań 2019.

Propozycje rozrywek

Na początku Mysi Domek powstał, żeby zachwycać odbiorców (bez względu na wiek) pomysłem i realizacją na iście bajkowy świat filcowych bohaterów. Sam i Julia, dwie dziecięce myszki – sąsiedzi i przyjaciele – byli przewodnikami po całym rozbudowanym osiedlu stworzonym z kartonowych pudełek. Mysi Domek zyskał sławę i stale się rozbudowywał o kolejne pomieszczenia, a wielkoformatowa seria z czasem wypączkowała w kolejne drobne zestawy książeczek. I nic dziwnego, bo potencjał ta propozycja ma ogromny, zwłaszcza że chyba nie znudzi się odbiorcom sprawdzanie, jak też odtwarza się ludzki świat w mikroskali. Charakterystyczne dla opowieści z Mysiego Domku są olbrzymie zdjęcia, na których podziwiać można bohaterów w trakcie różnych czynności, ale przede wszystkim – kontekst, w jakim funkcjonują. Dopracowane w najdrobniejszych szczegółach tło, ozdoby na ścianach, wykończenia szafek i zabawki – wszystko to budzi podziw i przyczynia serii coraz to nowych fanów. To, że Sam i Julia zachowują się na zdjęciach jak prawdziwi bohaterowie, uchwyceni w dynamicznych sytuacjach – to nie robi tak wielkiego wrażenia jak sposób wykreowania przestrzeni, w jakiej funkcjonują.

Książeczka „Pobawmy się” to malutki kartonowy tomik dla dzieci. Tym razem nie ma tu typowej dla dużej serii fabuły ani opowiadań: każda rozkładówka to osobny motyw, rozpisany na kilka zaledwie zdań. Komentarz tekstowy stanowi za każdym razem jedną czwartą rozkładówki i dostarcza podpowiedzi, co też robią bohaterowie – i co sobie wymyślili jako sposób na przegonienie nudy. Tytułowe hasło jest bowiem tutaj zapowiedzią szeregu propozycji dla maluchów: zabawy myszek łatwo można przenieść na własną codzienność, żeby zlikwidować rutynę. A może zdarzy się i tak, że bohaterowie podpowiedzą dzieciom jakąś grę, której te nie znają lub nie pamiętają? Przecież poza hasłami będącymi rozwinięciem fotografii w tekście można przemycić jeszcze parę cennych wskazówek…

Myszki są zaangażowane w rozmaite zabawy. Dorośli będą podziwiać w tym czasie przestrzenie wykreowane na potrzeby tomików. Wieszak na skakankę zrobiony jest z haftki, mikroskopijna kołatka do drzwi to kółko, które zwykle stosuje się przy wyrobie kolczyków. Opona, na której huśta się bohater, ma pobrudzone piaskiem bieżniki, a hulajnoga – kółka z guzików. Takich rozwiązań jest tu mnóstwo, a do tego nie ma takiego miejsca, które pozostałoby niedopracowane – wszędzie coś leży, tło sprawia czasami niemal wrażenie zabałaganionego do przesady – ale przez to w Mysim Domku jest tak bardzo przytulnie i ciekawie. Nic też nie stoi na przeszkodzie, żeby zaproponować myszkom zabawy w śniegu. „Pobawmy się” to zachęta do wspólnych działań, pokazanie, jak ważne jest towarzystwo przyjaciół – i ile można razem wymyślić. Po takiej lekturze żadne dziecko nie powinno już narzekać na nudę: a nawet jeśli zacznie, może obejrzeć sobie dokładnie książeczkę. Ten zestaw opowiastek został stworzony na przekór grafikom komputerowym i niestarannym ilustracjom, tu wszystko jest „naprawdę”, co tylko zachęci dzieci do sprawdzania, co też nowego Sam i Julia wymyślili.

sobota, 25 maja 2019

Peter Sagan: Mój świat

SQN, Kraków 2019.

Na szosie

Peter Sagan to Słowak, który w kolarstwie osiągnął bardzo wiele, ale tom „Mój świat” nie jest zwyczajnym rejestrem kolejnych zdobywanych przez niego koszulek. Nie zajmuje się też autor analizowaniem bez końca wyścigów – mimo że tłumaczy odbiorcom, że nie ma dwóch podobnych. Ponadto świadomy jest tego, że jako postać rozpoznawalna (przynajmniej w swoim kraju), musi chronić swoją prywatność – ale parę tematów z życiem osobistym powiązanych też tu poruszy. „Mój świat” to dosyć typowa autobiografia sportowa – chociaż wyróżniana przez temat, bo jak na razie niewielu kolarzy prezentuje swoje wspomnienia. Sagan nie musi czekać do późnej starości, już teraz jest w stanie dostarczyć czytelnikom silnych wrażeń powiązanych z wyścigami, pasją, która stała się sposobem na życie.

Sagan nie porusza się po schematach publikacji biograficznych, za to podporządkowuje swoją historię sportowi. Z dzieciństwa zajmują go zwłaszcza wycieczki z rodziną – krajoznawcze wyprawy na rowerach (przy okazji autor przedstawi własną opinię na temat treningów w młodym wieku). Potem zajmuje się kolejnymi etapami kariery, pokazuje, czym różni się jeżdżenie w klubach od reprezentowania kraju. Uświadamia czytelnikom, że w kolarstwie liczy się również praca całego zespołu na rzecz lidera, a uleganie poleceniom trenera niekoniecznie jest po myśli indywidualisty nastawionego na zwyciężanie. Zdarza się, że przedstawienie szczegółów trasy wyścigu to dla autora szansa na opisanie własnej wersji wydarzeń, podanie interpretacji, z którą Sagan się zgadza. W końcu to opowieść z jego perspektywy, możliwość weryfikowania fałszywych sądów.

Tematy kolarstwa przetykane są filozoficznymi wstawkami na temat sportu, Peter Sagan nie zajmuje się odtwarzaniem własnego planu treningowego – raczej będzie opowiadać czytelnikom, co sądzi na różne tematy związane z rowerem i wyścigami, rywalizacją na poziomie międzynarodowym. Nie zamienia się to w ciężką literaturę, cały czas autor zachowuje kolokwialny styl. Pozwala sobie nawet na dowcipy, puentowanie scenek z humorem albo ironią. To może się podobać odbiorcom, Peter Sagan udowadnia, że ma poczucie humoru. Podkreśla też aspekty towarzyskie, opowiada o zaprzyjaźnionych kolarzach (zwykle na temat rywali ma coś miłego do powiedzenia), przedstawia – ale skrótowo – swoją rodzinę. Przytoczy kilka anegdot z codzienności wyścigowej i kilka refleksji z bycia celebrytą – rozpoznawalnym sportowcem. „Mój świat” to książka dla kibiców. Nie znajdzie się tutaj rejestru wszystkich dokonań autora, nie będzie analiz formy. Stawia Sagan raczej na ogólniki, które podbudowuje swoimi spostrzeżeniami na temat uprawiania sportu. Propozycja dla fanów nie wymaga jednak fachowej wiedzy na temat wyścigów, autor pisze jak dla laików – może więc kogoś spoza grona kibiców zaintrygować. Nie ma tu komplikowanej narracji czy budowania napięcia – jest zwykła, rzetelna relacja.

Verron według pomysłu Jeana Roby: Ptyś i Bill. Co z niego wyrośnie?

Egmont, Warszawa 2019.

Dzieciak i pies

Najpierw przygody Ptysia i Billa wymyślił i przedstawiał Jean Roba. Kiedy bohaterowie na dobre zadomowili się w świadomości czytelników, pałeczkę w tworzeniu cyklu przejął Laurent Verron, rysownik, który przygotowywał obrazkowe opowiastki do pomysłów różnych scenarzystów. I książka zbierająca trzy oryginalne tomiki o Ptysiu i Billu „Co z niego wyrośnie” to już propozycja tworzona przez Verrona (do pomysłów Roby). Nie ma się jednak czego obawiać, autor doskonale zachowuje styl swojego mistrza i przedstawia drobne historyjki o komicznym wydźwięku – dla młodych czytelników.

Ptyś to kilkuletni chłopiec, Bill – jego wierny spaniel – staje się towarzyszem codziennych zabaw. Wprawdzie Ptyś ma swoich kolegów (tu do Piotrka z charakterystyczną grzywką dołącza Wiktorek, cyrkowe dziecko), ale z psem spędza najwięcej czasu. W dodatku – co rzadko zdarza się przy „dziecięcych” tematach komiksowych, stały wstęp do opowiastek mają rodzice Ptysia. W końcu najbardziej skupiają się twórcy na domowych przygodach i doświadczeniach kilkulatka z najbliższego mu środowiska. Ptyś z reguły bawi się albo wypełnia domowe obowiązki (w rodzaju opieki nad Billem), Bill bryka lub spędza czas z żółwicą Karoliną (czasami płyną z tego nieporozumienia, bo Karolina robi się zazdrosna o każdą sukę, jaką zaczepia Bill). Rodzice dyskretnie wszystko kontrolują i sami niekiedy padają ofiarami żartów młodego pokolenia. A bywa, że i prowokują owe żarty. Chociaż w tych tomikach raczej trudno jest przeważnie wskazać motyw wiodący, tutaj taki jest: to kąpiele Billa. Spaniel wyjątkowo nie ma ochoty na styczność z wodą i cała rodzina używa wielu podstępów, żeby nakłonić niesfornego psa do wskoczenia do miski. Za każdym razem wiąże się to ze starannie przygotowywanym planem, do ostatniego kadru pies nie może podejrzewać, że za chwilę zostanie dokładnie wyszorowany. Trzeba przyznać, że jako refren staje się to zabawnym punktem tomiku – kreatywność autorów ucieszy odbiorców. Oczywiście osobnym tematem charakteryzującym Billa staje się zamiłowanie do kości – i tutaj rozpiętość jest olbrzymia, od flagi pirackiej do szkieletu dinozaura – w każdym z przedstawień kości Bill może zatopić zęby.

Chociaż temat dzieci i dzieciństwa w komiksach jest dosyć wdzięczny i chociaż Ptyś i Bill trafili nawet do serialu animowanego, jest to cykl, który trafi przede wszystkim do dzieci – dorosłym wyda się jednak zbyt infantylny (ale jeśli za punkt odniesienia ma się Fistaszki – trudno podjąć rywalizację). Verron wybiera scenki mocno puentowane, stara się, żeby każda historyjka znalazła charakterystyczne i dowcipne dla kilkulatków rozwiązanie. Przedstawia codzienność małych bohaterów, zwyczajność, w której jednak znajduje się sporo miejsca na żarty i wybryki. Tutaj nie ma mowy o nudzie ani o zmęczeniu, wszystko rozgrywa się dynamicznie i ciągle się zmienia (jedna strona to jedna historyjka, czyli też jeden komiksowy żart, czasami rozwijany w innej opowiastce). Uwagę dzieci przyciągać będą wyraziste kolory, ale warto też przyjrzeć się samej satyrycznej kresce, która pomaga wyostrzać rysy postaci i nadawać im charakteru. „Ptyś i Bill. Co z niego wyrośnie” to dobra propozycja dla tych dzieci, które chcą cieszyć się komiksami jako źródłem śmiechu i rozrywki.

piątek, 24 maja 2019

Andrzej Wypustek: Imperium szamba, ścieku i wychodka. Przyczynek do historii życia codziennego w starożytności

Sub Lupa, Warszawa 2019.

Nic, co ludzkie…

Andrzej Wypustek zmienia myślenie o czasach starożytnych przez dokładne prześledzenie tematu dotąd raczej ignorowanego, a kształtującego codzienność (i wiele mówiącego o obyczajowości). To temat, który z pewnością uwiódłby dzieci – tutaj w poważne j publikacji naukowej i zrealizowany z całą starannością ma szansę zaintrygować dorosłych, a przynajmniej rozbudzić ich ciekawość. Autor stawia na interdyscyplinarność, motyw szamb i wychodków pojawia się bowiem w różnych sferach i przestrzeniach tematycznych. Osobne kwestie otwiera w architekturze: autor ma szansę przyjrzeć się budowanym w starożytności ustępom, tłumaczy charakterystyczne rozwiązania pomagające w utrzymaniu czystości. Wyjaśnia, że wśród zachowanych do dzisiaj budowli znajdują się również toalety – ale o nich najczęściej nie pisze się w przewodnikach, więc też niewielu zainteresowanych może do tych przybytków trafić. W ramach architektonicznych analiz można przyjrzeć się nawet pomysłom na zdobienia wnętrz. To bezpośrednio prowadzi do opowieści o obyczajowości – czytelnicy przekonają się przecież, że „wychodki” były w starożytności miejscem spotkań i relacji towarzyskich: tutaj w trakcie wypróżniania się można było nawiązywać różne kontakty, wymieniać opinie i zawierać znajomości. Z kolei kulturowy przeskok wiąże się bezpośrednio z literaturą i dramatopisarstwem. I to już może trochę bardziej naturalny dla odbiorców motyw. W dzisiejszej satyrze dość łatwo o rubaszne żarty i niski humor – w starożytnej satyrze, a czasami też po prostu literaturze, takie zagadnienia nikogo nie dziwiły i nie szokowały, nawet wygłaszane wprost. Andrzej Wypustek szuka zatem kolejnych fragmentów utworów, w których bohaterowie w niewybredny sposób komentują puszczanie bąków (z analizą dźwięku i zapachu), akty defekacji, ale też części ciała łączące się z tematem wypróżniania. Im bardziej ostre i dosłowne kwestie padają, tym większa radość odbiorców – to Wypustek stara się pokazać, jednocześnie zmieniając powszechne mniemanie na temat wyłącznie wysokiej sztuki starożytnej. Przedstawia interesujące z perspektywy czytelników (mimo że często niesmaczne) cytaty, jednocześnie tłumacząc, co wyzwalało śmiech odbiorców, albo – co go nie wyzwalało. Dostarcza zatem nie tylko przykładów realizacji tematu, ale i cennych omówień, uświadamia odbiorcom, jaki wpływ na współczesnych antycznym twórcom miały wzmianki o odchodach i puszczaniu wiatrów w utworach. Zadziwiająco dużo jest tych cytatów, a jednak nikt do tej pory nie interesował się nimi w stopniu, który umożliwiłby stworzenie monografii. Andrzej Wypustek zdaje sobie sprawę, że odnosi się do kwestii raczej ignorowanej, dzięki temu może przyciągnąć uwagę większej liczby odbiorców. I nawet fakt, że proponuje książkę naukową, nie zmniejszy grona zaciekawionych tematem. Autor rezygnuje z interpretowania wybranych fragmentów, jednak będzie wyjaśniać czytelnikom, jakie znaczenia miały konkretne rozwiązania. „Imperium szamba, ścieku i wychodka” naświetla pewien aspekt obyczajowości, pokazuje podejście do tematów skatologicznych w sztuce i w działalności użytkowej, która po wiekach przechodzi na poziom artyzmu. Andrzej Wypustek dobrze prowadzi tu narrację, więc skusi odbiorców nie tylko oryginalnym tematem.

czwartek, 23 maja 2019

Michał Rusinek: Niedorajda, czyli co nam radzą poradniki

Agora, Warszawa 2019.

Porady inaczej

Można się irytować na to, że rynek zalewają rozmaite poradniki dotyczące już absolutnie każdej dziedziny życia, a i sfer, które do niedawna w świadomości mas nie funkcjonowały (moda na bycie paryżanką), można też przedziwny trend na rynku wydawniczym i w przestrzeni internetowej wyśmiać. Tak robi Michał Rusinek, który w „Niedorajdzie” z fascynacją przygląda się kolejnym licznym absurdom proponowanym przez rozmaitych „specjalistów”. Z „Niedorajdy” odbiorcy dowiedzą się między innymi, jak podrywać nieznajomą, jak uprawiać seks, jak pisać bestsellery, jakie treści wybierać na tatuaże czy jak się leczyć. Do tego dojdą techniki sprzedaży (tu przede wszystkim pod lupę autor bierze ogłoszenia z internetowych serwisów), słownik inteligenta, czyli rozpisane na komiczne definicje trudne wyrazy, lektura co ciekawszych nagłówków (zwłaszcza z prasy brukowej oraz serwisów plotkarskich, takimi zapełniłoby się całą książkę, a nie tylko jeden felieton), ale i… wizyta na poczcie, która dość specyficznie dobiera asortyment. Każdy rozdział – osobna zamknięta całostka – staje się majstersztykiem dowcipu. Bierze Michał Rusinek smakowity cytat, najlepiej taki, w którym anonimowy autor staje się przez niefortunną stylistykę śmieszny – i opatruje własnym krótkim komentarzem, esencją ironii. Nie analizuje wyłącznie błędów, czasem zachwyci go ludzka pomysłowość albo kreatywność, czasem absurd zawarty w przytoczonym fragmencie i czekający na odkrycie. Z jednej strony pojawi się tu między wierszami gorzka refleksja na temat słabnących kompetencji językowych społeczeństwa, z drugiej – czysty zachwyt nad efektami działania rynkowych mód. Rusinek nie zamierza komentować przytaczanych fraz po profesorsku, za to chętnie zderza je z praktyką, ocenia przydatność w świecie i sugeruje prawdopodobne reakcje czy konsekwencje. Przez przerysowanie zwraca uwagę odbiorców na kurioza (fakt, że na poczcie można nabyć kolorowanki z Papieżem), a przy okazji może też rejestrować zmiany w obyczajowości i mentalności ludzi. Coś, co dawniej byłoby nie do przyjęcia, teraz stanowi rzecz normalną, wręcz powszechnie akceptowaną. Śmiech wydaje się jedyną metodą radzenia sobie z nonsensami spotykanymi na każdym kroku. Michał Rusinek zamienia się w tomie w złośliwego komentatora, będzie bezlitosny dla tych, którzy nie szanują języka. Wszystko w atmosferze beztroskiego żartu, rozrywki dla czytelników. Imponuje ten autor umiejętnością budowania wielopiętrowych dowcipów, niby mimochodem, na marginesie niezbyt wesołych refleksji o quasi-analfabetyzmie narodu. Ostre słowa tu nie padną, a czasami aż by się o to prosiło. Rusinek kreuje się na tego, który raczej woli się dziwić niż buntować. Jednak przy okazji rozrywki wyczula też na język. „Niedorajda” pozwala przyjrzeć się rynkowym nurtom, rozwiązaniom powszechnie stosowanym a przecież przerażającym. Nie ma tu perspektywy językoznawczej ani pozycji znawcy – liczy się zabawa. I dopiero ona wyzwoli (oby!) refleksję na temat stanu dyskursu w przestrzeni publicznej. Jakkolwiek poważnie by to nie brzmiało… bo książka „Niedorajda” jest mistrzowsko skomponowaną satyrą ciekawą dla każdego odbiorcy.

środa, 22 maja 2019

Marek Pióro: Plamka mazurka

Marginesy, Warszawa 2019.

Drobne radości na co dzień

Kto się zachwyci plamką mazurka, ten doceni również piękno i majestat wielkich ptaków drapieżnych. Kto lubi obserwować ptaki w najbliższym otoczeniu, ten na pewno zachwyci się „Plamką mazurka”, tomem, który Marek Pióra da się poznać szerokiemu gronu czytelników, zwłaszcza odbiorców starszych, którzy na blog autora raczej samodzielnie nie trafią, bo nie surfują po internecie. Książka, którą na rynek wprowadza wydawnictwo Marginesy, doskonale wpisuje się w poularyzatorski cykl dotyczący świata zwierząt. Nie przygniata nadmiarem wiedzy podręcznikowej i danych, opiera się na obserwacjach, które prowadzić może każdy zwyczajny spacerowicz. Może więc służyć ta publikacja nie tylko jako „przewodnik” i zestaw podpowiedzi, gdzie oglądać konkretny gatunek – ale też jako wyjaśnienie, jakie ptaki podczas wyprawy się spotyka.

Marek Pióro w pierwszej kolejności chce podzielić się z odbiorcami fascynacją. Wie, jak to zrobić, żeby nie zamęczyć czytelników, udało mu się uchwycić to, co w tej pasji najistotniejsze. Rejestruje kolejne radości, drobne triumfy – ale też momenty, w których wycofuje się z miejsca idealnego do prowadzenia obserwacji, żeby nie płoszyć i nie denerwować ptaków. Pozwala niemal uczestniczyć w wydarzeniach, opowiada tak plastycznie, że bez trudu można sobie wyobrazić kolejne sceny. Ale w narracji już sam stosunek do ptaków się uzewnętrznia. Z obserwacji i bardzo trafnych opisów płynie tutaj jeden rodzaj relacji. Marek Pióro wzbogaca tę opowieść o kolejny Tu i ówdzie dokłada autor do wyznań szereg skojarzeń intertekstualnych. Odnosić się będzie i do przysłów, w których ptaki znalazły swoje miejsce, i do przekonań (a nawet zabobonów przy niektórych gatunkach). Opowiada, jak w lokalnych społecznościach traktuje się ptaki, czasami tłumaczy genezę postaw. Do tego dokłada jeszcze obecność pierzastych piękności w literaturze oraz malarstwie – odnosi się chętnie zwłaszcza do klasyki, bo czy w twórczości wieszczów, czy w pięknych obrazach może znaleźć echa własnych doświadczeń i przemyśleń na temat ptaków. Przytacza cytaty albo szczegółowe opisy dzieł sztuki po to, żeby odbiorcy zobaczyli, że takie same przeżycia stają się udziałem wielkich: twórcy i zwykli zjadacze chleba tak samo ulegają urokowi ptaków.

Tom składa się z krótkich rozdziałów uszeregowanych alfabetycznie, dzięki temu znacznie łatwiej będzie trafić do tego zestawu wiadomości, które akurat są potrzebne. Można korzystać z publikacji jako leksykonu, ale można równie dobrze potraktować książkę jak źródło rozrywki, czytać dla przyjemności i śmiechu, bo Pióro pisze zabawnie i ciekawie, a także bez zadęcia. Ta lektura momentami bywa pouczająca, ale przede wszystkim pokasuje sens troski o przyrodę. Co ważne, sam autor też gromadzi informacje, wypytuje przyrodników o to, co zauważył, stara się zrozumieć zwyczaje ptaków. Robi wszystko, żeby to, do czego doszedł, stało się jasne również dla czytelników. „Plamka mazurka” jest książką o obserwacjach ptaków – lekko, prawie na wesoło – pogodny nastrój wszystkim się udzieli. Autorowi przybędzie po tej książce fanów, co zrozumiałe: nie każdy potrafi tak zaabsorbować własną pasją i z uśmiechem pisać o codziennych drobiazgach z ptasiego świata.

wtorek, 21 maja 2019

Marek Hłasko: Pierwszy krok w chmurach. Opowiadania

Iskry, Warszawa 2019.

Obserwacje

Marek Hłasko należy do tych autorów, którzy się nie starzeją, a ponadto kolejne pokolenia młodych czytelników uwodzą swoją legendą. Proza, która kiedyś wypadała jako buntownicza czy niezwykła, dzisiaj nie będzie już nikogo szokować, co więcej – wypada nawet w pewien sposób archaicznie. Jednak swoista surowość narracji i szczerość uczuć robi swoje. Nawet teksty przefiltrowane przez styl socrealizmu do odbiorców docierają – z uwagi na silne nacechowanie emocjonalne. Bohaterowie Hłaski doświadczani przez los, zmuszeni do pokonywania trudności – na oczach czytelników przechodzą ważne przeobrażenia. Tom „Pierwszy krok w chmurach” ukazujący się teraz ponownie na rynku stanowi naturalną kontynuację publikowania nieznanych tekstów i dokumentów pozostawionych przez Hłaskę (po „Wilku” w dwóch wersjach, „Najlepszych latach naszego życia” i listach oraz pamiętniku z młodych lat): tworzy się po prostu nowo-stara seria, którą trudno traktować w pojedynczych tomach jako wydarzenie literackie wielkiej wagi – ale w całości zwróci na siebie uwagę. Na pewno odetchną z ulgą czytelnicy o słabszym wzroku (i słabszych nerwach, jeśli chodzi o źle klejone publikacje). Najbardziej popularne, czarno-białe wydanie dzieł Hłaski cechowało się nie tylko drobnym drukiem, ale i edytorstwem nie najlepszej próby. Tom „Pierwszy krok w chmurach. Opowiadania” ma bardziej poręczny format, znacznie bardziej praktyczną czcionkę i… ograniczone marginesy, nie będzie sztucznego napowietrzania objętości. Zmartwią się jedynie ci, którzy lubią robić w książkach notatki – na to miejsca nie ma.

Pisanie o treści tyle razy w różnych kontekstach omawianego zbiorku trochę mija się z celem. Można odnotowywać sposoby budowania charakterów, podejście do miłości w wersji pozbawionej tanich sentymentów, eksperymentowanie z wyznacznikami literatury socrealistycznej, obrazy środowiska robotniczego… drobne historie, w których ożywają prawdziwe tęsknoty, uczucia zrozumiałe właściwie pod każdą szerokością geograficzną. Postacie u Hłaski to zawsze wypadkowa życiowych obserwacji (czasami nawet półświatka) i marzeń. W literackim ujęciu każdy z bohaterów szlachetnieje, dzisiaj nawet ci niekoniecznie budzący cieplejsze uczucia wyzwalają zaciekawienie. Z jednej strony to odniesienie do rzeczywistości, która przez długi czas nie miała wstępu do literatury pięknej, z drugiej – umiejętność kreślenia sylwetek błyskawicznie i precyzyjnie, zamaszystymi ruchami, ale jednak wystarczająco szczegółowo, żeby odbiorcy mogli rozszyfrować właściwy kontekst.

„Pierwszy krok w chmurach” jest książką, której specjalnie reklamować nie trzeba. Trafi do wszystkich tych, którzy chcą uzupełnić sobie biblioteczkę, cenią „klasyków” i lubią małe formy. Marek Hłasko otwiera na moment drzwi do zupełnie innej rzeczywistości, do realiów nieznanych dzisiejszym odbiorcom. A że silnie może działać na wyobraźnię – przekona do siebie nawet młodych czytelników. Właśnie dzięki drobnym formom można najszybciej zorientować się w rodzaju literatury, w którym specjalizował się autor. Marek Hłasko przypominany na nowo to propozycja na rynku potrzebna. I nawet fakt, że nie stanowi dla nikogo zaskoczenia, nie ma posmaku nowości albo nimbu literatury zakazanej nie zepsuje wrażeń czytelniczych.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com