Strona główna || O autorce || O tu-czytam || Bajki || Bajkowe portfolio                       

niedziela, 24 marca 2019

Magdalena Majcher: Cud grudniowej nocy

Pascal, Bielsko-Biała 2018.

Oczekiwanie

Cechą charakterystyczną bożonarodzeniowych obyczajówek jest happy end niezależnie od rodzaju dramatów, jakie bohaterki przeżywają. Powtarzanie, że święta to czas magiczny i pełen spełniających się marzeń to obowiązkowy składnik narracji. Magdalena Majcher nawet nie próbuje udawać, że będzie uciekać od konwencji: serwuje odbiorczyniom dokładnie to, czego oczekują. Prowadzi historię, oceniając wybory życiowe kilku dorosłych kobiet, które muszą mierzyć się z atmosferą kompletnie nieprzystającą do stereotypowych grudniowych opowieści. Tu każda z bohaterek przeżywa inne dylematy i każda ma dość okołoświątecznej gorączki. Rodzinne spotkania kojarzą się raczej z rozdrapywanymi ranami i konfliktami niż z relaksem, a źle pojęta tradycja zmusza do harówki każdą panią domu, która ma poddać się krytycznym osądom ze strony krewnych. I w takich warunkach autorka żongluje kilkoma wyostrzonymi motywami. Jedna z bohaterek parę lat wcześniej straciła małe dziecko, druga właśnie poroniła, chociaż ciąża miała być dla niej szansą na stworzenie własnego domu. Kolejna z postaci boryka się z rozpadem idealnego związku, w który sama wierzyła. Nie wymyśla zatem autorka scenariuszy obcych literaturze dla kobiet, powiela znane schematy, jakby szukała najbardziej nośnych społecznie kwestii i przez dobór motywów próbowała zaangażować dużą liczbę odbiorczyń. Omawia i uczucia macierzyńskie, i relacje damsko-męskie, i obrazy funkcjonowania w społeczności. Dokłada do tego jeszcze zagrożenia “socjologiczne” - w tym lęk przed biedą w podeszłym wieku – i płynącą z tego bezradnością. Autorka wprowadza lekko komplikowaną sieć relacji między ludźmi, pokazuje stosunki panujące w rodzinie - między innymi różne rodzaje układów córek i matek lub teściowych i synowych, zdarzają się również zależności “poziome” (na przykład między kuzynkami) - i w nich uaktywniane kolejne frustracje. Powodów do zmartwień jest całkiem sporo, a w wymowie książki kontrastuje to z aurą Bożego Narodzenia. Święta funkcjonują tu jak drażniący refren, przymus szczęścia za wszelką cenę - a bohaterki wyczuwają bezbłędnie fałsz tak pojmowanej tradycji. Dla starszego pokolenia czasami bywa to jeszcze ważne - ale niektórzy też wybierają własne pomysły na spędzenie świąt i odrzucają terror przeszłości czy obyczajowości. O tym chce Magdalena Majcher przypominać, zachęcać do budowania własnych zwyczajów albo przynajmniej uciekać od niewygód. Próbuje przekazać odbiorczyniom, e powinny same decydować o tym, co robią - a nie podporządkowywać się niepisanym zasadom, które wprawiają je we frustrację.

Akcję umieszcza Magdalena Majcher w Katowicach i tym razem trochę zajmuje się topografią miasta. Wprawdzie bardzo naiwnie wypadają te wstawki, w których bohaterki tęsknią za śniegiem na święta - ale to znów bierze się ze ślepego realizowania konwencji. Nie jedyny to mankament, w którym przywiązanie do wygodnych kolein męczy - ale przecież czytelniczki “Cudu grudniowej nocy” nie oczekują wywrotowości, czekają właśnie na babską obyczajówkę. A Magdalena Majcher mogłaby wprawdzie trochę bardziej literacko prowadzić opowieść - ale nadrabia to rozwijaniem kilku scenariuszy, które splata ze sobą. “Cud grudniowej nocy” to powieść, która ma nakłonić czytelniczki do zastanowienia się nad sensem świąt i szczerości wobec bliskich. To jedna z tych publikacji, które w oczywisty sposób rynkowej wartości nabierają w czasie tuż przed Bożym Narodzeniem. Tylko wtedy problemy nie wydają się wydumane ani sztuczne, podobnie jak potrzeby emocjonalne postaci.

Tomasz Samojlik: Żubr Pompik. WYprawy. Dumny bielik

Media Rodzina, Poznań 2018.

Przechwałki

Orzeł bielik jest kolejną postacią, jaką sympatyczna rodzina żubrów spotyka podczas swoich wędrówek po polskich puszczach i lasach. Orzeł bielik jest też postacią nieoczekiwanie komiczną, kompletnie nieświadomą własnej śmieszności – nawet nie wiadomo, dlaczego Tomasz Samojlik wybrał tego dumnego ptaka na ucieleśnienie niezbyt pożądanych cech. Ten bohater zawsze, kiedy mówi – to rymuje, a do tego bez przerwy się przechwala. Ma się za niekwestionowany cud świata i dziwi się trochę, że żubry nie podzielają jego zachwytów. Tymczasem według obserwatorów postronnych wszystkie atuty bielika słabną w obliczu jego charakteru. Tomasz Samojlik wysyła rodzinę żubrów na wyprawy, żeby znaleźć szereg ciekawych przyrodniczych tematów. Dzieci próbuje przyciągnąć i zaintrygować na dwa sposoby. Po pierwsze – sytuacjami między żubrami. Te odzwierciedlają rodzinne scenki z życia każdego kochającego się domu: mama i tata zwracają się do siebie z czułością i szacunkiem, przymykają oko na swoje wady i zawsze są dla siebie wsparciem. Dzieci mogą do woli brykać, zdradzać ciekawość świata, pytać o wszystko (nawet jeśli to pytania śmieszne czy naiwne), a ponadto – czuć się bezpiecznie pod czujnym okiem dorosłych. Do tego Samojlik dodaje dowcip – żubry często ze sobą żartują, zanoszą się dobrodusznym śmiechem, są sympatyczne i obdarzone wielkim poczuciem humoru. Nie jest to może komizm najwyższej próby, dorośli w przygodach żubrów dostrzegliby raczej sit-comowy podłożony śmiech niż rzeczywiście udane kawały – ale w tych historyjkach śmiech łączy i pomaga stwarzać przyjazną atmosferę, jest też najlepszą metodą na przekonanie dzieci do czytania. Nastrój żubrów szybko udzieli się odbiorcom, śmiech – nawet ten bez powodu – będzie zaraźliwy. Tomasz Samojlik dobrze gra tu tym motywem. Zresztą – ma wprawę w tworzeniu miniaturowych opowiastek dla maluchów. Drugim sposobem przyciągania dzieci do lektury będzie obecność zwierząt. Dobre bajki na tym właśnie się opierają, a autor wykorzystuje znaną tendencję- sięga po gatunki, które można spotkać w polskich lasach, żeby uświadomić kilkulatkom, dlaczego trzeba dbać o przyrodę. Nawet ci bohaterowie, którzy odstraszają swoimi charakterami albo przyzwyczajeniami – są intrygujący i nie da się obok nich przejść obojętnie. Odbiorcy będą z przyjemnością śledzić doświadczenia zwierząt, zwłaszcza jeśli mają tak nietypowego przewodnika jak żubr Pompik. Schemat historyjek się powtarza, autor decyduje się na zasygnalizowanie relacji „międzyludzkich” (międzyżubrzych, ale do przeniesienia na rzeczywistość znaną z autopsji nawet najmłodszym) – płynnie doprowadza żubra Pompika do spotkania z jakimś kolejnym zwierzęciem. Wprowadza prosty dylemat, motyw, który trzeba rozwiązać w krótkiej rozmowie albo nawet sporze – pozwala rozmówcom Pompika wygadać się z tym, co ich męczy, gnębi albo martwi – to „problem” w sam raz na jednowątkową historyjkę edukacyjną przed snem. „Pompiki” to zresztą bajki o charakterze edukacyjnym – ale przez swobodę zachowań postaci przypominają produkcje rozrywkowe. Sporo śmiechu dostarczają kilkulatkom również dzięki rysunkom. Tomasz Samojlik stawia na kreskówkowe obrazki pełne humoru (bajkowe żubry!), kusi maluchy kolorami i uśmiechniętymi pyszczkami. Nie ustaje w wysiłkach, żeby przekonać kolejne grupy kilkulatków do czytania o puszczy i jej mieszkańcach – żubr Pompik to bohater, który najlepiej nadaje się na przewodnika po przyrodzie, ekologii i ochronie środowiska. Kolekcja rozrasta się imponująco.

sobota, 23 marca 2019

Natasza Socha: (Nie)miłość

Edipresse Książki, Warszawa 2019.

Związek

Znalazła Natasza Socha w “(Nie)miłości” raczej ekstremalny pomysł na rozwiązanie małżeńskiego kryzysu. Cecylia zamierza po powrocie do domu porozmawiać z Wiktorem o rozwodzie. Wie, że mężczyzna ma kochankę, sama szuka pocieszenia w rozmowach z facetami poznanymi na forach internetowych, chociaż w romanse z nimi się nie wdaje (dla niej jednak zdrada to kwestia psychiki). Mimo że w grę wchodzi też szczęście dziecka, Cecylia postanawia zamknąć ten rozdział życia. I wtedy pada ofiarą wypadku samochodowego spowodowanego przez starszą panią. Traci władzę w nogach i swoje plany musi odwlec. Wiktor tymczasem coraz bardziej uzależnia się od młodej i pięknej Karoli.

W tej powieści dla kobiet od początku autorka nastawia odbiorczynie na to, że małżeństwa nie da się już uratować. Cecylia pogodziła się z losem i wie, że nie wydrze męża z objęć jego doktorantki (która walczy całkiem sensownie). Nie rozpacza, nawet nie zastanawia się, w którym momencie wszystko się rozpadło. Rozmyśla za to nad sobą i nad popełnionymi błędami - przecież dla autorki to okazja na wprowadzenie kilku porad dla czytelniczek. Chodzi o to, żeby nie poniżać się przed partnerem, na którym to już nie zrobi wrażenia. Problem utraconej miłości to oś napędowa fabuły - ale nie jedyna kwestia, jaką autorka chce rozstrzygnąć. Wśród poruszanych tematów najdzie się też problem niepełnosprawności i wiążącego się z nią wykluczenia. Cecylia na wózku przekonuje się, że nie tylko jest skazana na pomoc innych, jeszcze staje się niewidzialna i niepotrzebna. W sklepach, na ulicy - wszędzie musi liczyć się z barierami. Nagle staje się niesamodzielna i chociaż w domu pojawia się szereg udogodnień, elementów ułatwiających funkcjonowanie osobie na wózku, a mąż przejmuje część obowiązków i stara się ułatwić Cecylii codzienność, marne to pocieszenie. Wszystko przecież robi po to, żeby jak najszybciej zacząć nowe życie z Karolą.

Natasza Socha skupia się na dylematach Cecylii, na jej gorzkich przemyśleniach i obserwacjach. Pozwala razem z nią przeżywać bunt i rozpacz, pozwala kibicować bohaterce, która wymyśla dla siebie nowe scenariusze. Cecylia usiłuje się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Nie dość, że nie przypuszczała, że spotka ją taka tragedia, to jeszcze sam wypadek nie wyglądał groźnie i trudno bohaterce uwierzyć, że dzieje się z nią coś złego. Socha rezygnuje tu z pouczania wprost, czego potrzeba każdemu związkowi, żeby udało się małżonkom zachować świeżość uczuć i nie popaść w rutynę. Nie tłumaczy, ale pokazuje na przykładzie książkowej pary, czego brakuje ludziom u progu rozwodu. Zamiast prostej recepty na szczęście, proponuje prostą receptę na wspólne życie. Nie trzeba aż wypadku, żeby wprowadzać pozytywne i prowadzące do ocalenia zmiany - można zaczerpnąć inspirację z odkryć Cecylii.

“(Nie)miłość” jest powieścią pop, obyczajówką podporządkowaną monologowi wewnętrznemu kobiety (doświadczenia Wiktora w przeplatanych rozdziałach relacjonuje trzecioosobowy narrator). Nie ma tu zbyt wiele pomysłów narracyjnych, czasami aż chce się, żeby autorka zrezygnowała z takiej stylistycznej i konstrukcyjnej ascezy. Czytelniczkom dostarcza emocji (i materiału do przemyśleń na temat związków damsko-męskich), może momentami męczyć przestojami w fabule, ale to zjawisko uzasadnione rodzajem opowieści. Natasza Socha wie, jak produkować czytadła pop - chociaż jej historie nie zapadają na długo w pamięć, na moment daje czytelniczkom rozrywkę.

piątek, 22 marca 2019

Daniela Lamas: Robimy wszystko, co w naszej mocy. Opowieści z OIOM-u

Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2019.

Ratowanie życia

O takich historiach trudno jest usłyszeć od postronnych, tylko mocno zaangażowani w temat są w stanie przeprowadzić odbiorców przez meandry trudnych medycznych przypadków. Za relacjonowanie doświadczeń – oczywiście przerobione tak, by nie dało się poznać prawdziwych pacjentów, dostosowane do rytmu reportażu literackiego – bierze się lekarka. Nie chce ona jednak przytaczać scen ze szpitalnych korytarzy: to jedynie mały wycinek kolejnych scen. Daniela Lamas zachowuje się bardziej jak dziennikarka niż przedstawicielka grona medyków. Być może ma to swoje korzenie w pierwszym poważnym pisarskim wyczynie – autorka wychodzi tu poza kompetencje lekarki, nawiązała prywatny kontakt z chorym, a potem jeszcze upubliczniła jego historię – fakt, że zgrabnie nie był dla przełożonych żadnym usprawiedliwieniem. W kolejnych przypadkach zachowuje się zresztą podobnie – wybiera pacjenta, najlepiej z nietypowymi problemami zdrowotnymi, poważnie chorego – takiego, którego życie zaraz radykalnie się zmieni. Następnie prezentuje jego przypadek od niepokojących objawów przez okołoszpitalną drogę, łącznie z kontrowersyjnymi czasami decyzjami. Niekiedy do pacjenta albo rodziny należą najtrudniejsze wybory, nie zawsze leczenie przynosi efekty. Ale dla Danieli Lamas szokowanie nie jest celem opowieści. Liczą się sposoby radzenia sobie z ogromnymi życiowymi zmianami. Czytelnicy będą obserwować chłopaka, który przedawkował mieszankę narkotyków i leków, staruszka, który ma już dość nieprzynoszących ukojenia terapii i woli wrócić do swoich bliskich, by umrzeć w domu, mężczyznę, który w internecie szuka dawcy nerki dla siebie, kobiety, która ma nie dożyć trzydziestki, ale zakłada rodzinę i potrafi być szczęśliwa… Przypadki zostały dobrane tak, żeby pokazać czytelnikom optymizm mimo wszystko. Nie zawsze chodzi o utrzymywanie przy życiu na siłę, raczej o wskazanie sensu istnienia. Lamas krąży po OIOM-ie, a kiedy jakaś historia wydaje jej się inspirująca, pouczająca, albo mocna w wymowie – zatrzymuje się nad pacjentem. Rozmawia z nim i z jego rodziną, wraca – niekiedy po latach – do tych znajomości, żeby przekonać się, jak ingerencje lekarzy wpłynęły na codzienność chorego. Dużo bardziej skupia się autorka na poszukiwaniu normalności chorych, opowiada o tym, co dzieje się już po przewalczeniu największych kryzysów. Nie ma cudownych uzdrowień, czasem wybór działań ratujących życie oznacza całkowite przewartościowanie, zmianę możliwości – i to zmianę, która dotyczy też najbliższego otoczenia. Partnerzy, rodzice, dzieci chorych walczą. A gdy walka będzie wygrana – czeka ich jeszcze większa i jeszcze trudniejsza walka, z której na początku nie zdają sobie sprawy.

„Robimy wszystko, co w naszej mocy” to dość skomplikowana do oceny lektura. Autorka pomija większość zadań lekarzy, zajmuje się tym, co mogłaby opowiedzieć rodzina chorego. Niby zagłębia się w tematy, szuka informacji – ale nie z tego zakresu, którego by się czytelnicy spodziewali. Tylko parę aspektów zawodowych tu powraca, ale rozmywają się one w indywidualnych opowieściach. I właśnie ów indywidualizm, nastawienie na człowieka-jednostkę, a nie na jednostkę chorobową – sprawia, że czytelnicy chętnie po tę publikację mogą sięgać. To książka miejscami kontrowersyjna, pokazująca, jak szybko życiowe plany mogą stracić ważność. Tom uczy pokory – chociaż nie jest to jego podstawowy cel. Sprawdza się jako zbiór reportaży, niezwykłości i międzyludzkich relacji w chwili najcięższej próby.

czwartek, 21 marca 2019

Laura Ellen Anderson: Amelka Kieł i złodziej wspomnień

Wydawnictwo Literackie, Kraków 2019.

Bez przeszłości

Amelka Kieł ma swoje marzenia. Chciałaby na przykład zostać w przyszłości dyniologiem (między innymi za sprawą Dyńki – swojego pupila czy też ożywionej maskotki). Nie przepada za robieniem porządków, ale ciągle martwi się, że rozczaruje mamę. Ma sporo codziennych rozterek, ale i tak angażuje się w sprawy znacznie większej wagi. Dopiero co rozwiązała konflikt między krainami światła i mroku, dopiero przekonała kolegów, że wampiry nie muszą bać się jednorożców, nauczyła całe bajkowe narody porozumienia – a już musi mierzyć się z tajemniczą niepamięcią ogarniającą jej bliskich. Nikomu nie przyszłoby do głowy, że szkolne pieczenie ciasteczek może zagrażać z trudem zawartemu pokojowi. A jednak wszystko zaczyna się z chwilą, gdy nowy nauczyciel proponuje klasie Amelki pieczenie ciasteczek według jego specjalnego przepisu. Dzieci angażują się w to zadanie z tym większą chęcią, że włączony został do niego element rywalizacji: kto sprzeda więcej ciastek, wygra. I tak Amelka wplątuje się w wielką pułapkę, z której wyjść cało może tylko dzięki przypadkowi. I dzięki przyjaźni, bo chociaż są tu przedstawiciele różnych zaświatowych gatunków (wampiry, kościotrupy, zombie, śmierci itp.), wszyscy świetnie się dogadują.

Cała seria – więc i ta powieść – opiera się na prostym humorze odpowiadającym niskim żartom, które uwielbiają kilkulatki. Dlatego autorka będzie się tu ciągle odwoływać do tego, co u dorosłych budzi obrzydzenie. Pojawi się tu naprawdę dużo potraw, których składniki są z punktu widzenia ludzi wstrętne – albo okropne już przez skojarzenia z wydzielinami (serowe glutki albo ciasteczka o smaku włosów spod pachy koleżanki – nie są to wyrafinowane żarty, jednak dzieciom się spodobają i, być może, nawet zachęcą do lektury). W świecie Amelki Kieł ścinki paznokci są naturalnym dodatkiem do kulinariów – i nikogo to nie szokuje. Autorka wysyła tak czytelny sygnał: unika grzeczności i pedagogicznych tonów, będzie wkraczać w sfery do niedawna tabuizowane. Wprawdzie po Koszmarnym Karolku nowatorska się nie stanie, ale stawia na jasno określoną stylistykę i tematykę. Obok skojarzeń z wydzielinami (jest tu na przykład… sala, która strzela w uczniów glutami i kaszle), drugim składnikiem śmiechu staje się… oswajanie śmierci. Mały Kostek na urodziny dostaje od mamy kosę, sama Amelka jest przecież wampirem, pojawią się też w tle zombie. Śmierć na nikim nie robi wrażenia, bohaterowie doskonale radzą sobie z wyzwaniami „mroku”: dla nich to przecież codzienność. A przeżywają też zjawiska znane czytelnikom – kiedy Amelkę Kieł rozboli kieł, musi iść do dentysty. To nie takie złe rozwiązanie, skoro dzięki temu dziewczynka będzie mogła stawić czoła wrogowi. Śmiech dominuje w fabule, całą przygodę autorka ozdabia pomysłami kontrastowymi, tak, żeby czytelników cały czas utrzymywać w stanie koncentracji i zmusić do śledzenia opowiastki. Komizm i niegrzeczność (pozorowana) – na tym opiera się tomik.

Amelka Kieł w swoim świecie radzi sobie dobrze, mimo wyzwań, z jakimi nie poradziliby sobie starsi mieszkańcy. Zresztą tutaj pozbawiona jest wsparcia rodziców – ci nie wiedzą nawet aktualnie, że mają córkę. Rola przyjaźni ma tu również ogromne znaczenie, czytelnicy przekonają się przez doświadczenia dziewczynki, że dobrze jest mieć wsparcie kogoś bliskiego. Nawet wampirom to potrzebne.

środa, 20 marca 2019

Grażyna Jeromin-Gałuszka: Folwark Konstancji. Dwieście wiosen

Prószyński i S-ka, Warszawa 2019.

Kobiece wybory

Dawniej Grażyna Jeromin-Gałuszka wsławiała się tworzeniem literatury środka. Jej powieści miały charakterystyczny klimat, obyczajowość przełamywaną mrocznymi tajemnicami – zanim motywy magii stały się modne. Nigdy jednak nie szła za trendami, nie produkowała bestsellerów. Przez to nie mogła trafić do szerokiej publiczności – ale seria Dwieście wiosen to powinna zmienić. Bo tym razem autorka kompletnie odcina się od czarów na prowincji, uroków, sekretów i zagrożeń dla niezwykłych ludzi. W narracjach z poprzednich książek było coś, co wyróżniało autorkę z grona produkujących czytadła. Teraz jednak Grażyna Jeromin-Gałuszka sprawdza się w nieco innym gatunku. Nie oddala się zbytnio od rejonów do tej pory intrygujących – dalekich od wielkomiejskiego zgiełku posiadłości, małych, zamkniętych lokalnych społeczności. Nie rzuca się w kompletnie obce rejony. Wybiera sagę pożenioną z powieścią historyczną. Czytelników wysyła w daleką przeszłość – na przykład do dziewiętnastego wieku. Przedstawia losy kobiet z różnych pokoleń, reprezentantek różnych grup społecznych – i tutaj znowu odwołuje się do tego, co dawniej dobrze jej wychodziło. Ale rezygnuje z mroku, z tajemnic osnuwających postacie. Owszem, każdy ma tu swoje sekrety, ale nie płynące z ingerencji sił wyższych. Tu liczy się tylko rytm natury – zbyt często przełamywany przez zarozumialstwo ludzi a w konsekwencji – wielką historię. Ponadczasowe uczucia pozwolą natomiast kibicować bohaterkom. Bardzo dużo będzie tu historii melodramatycznych – albo takich, które trzeba ukryć przed otoczeniem, za to można odsłaniać kolejnym pokoleniom. Jest tu kobieta, która w momencie stresu zaczyna pachnieć chabrami – i to chyba jedyne nawiązanie do dawnych fabuł, charakterystyk i klimatów. Są nieślubne dzieci, które można ocalić tylko podstępem, a plan powinien uwzględnić też ich matkę. Są nieudane małżeństwa i zakazane związki starannie skrywane przed wzrokiem innych. Na szczęście bohaterki nie będą za wszelką cenę walczyć o zachowanie pozorów – bardziej liczy się dla nich ich własne szczęście. Taki zdrowy egoizm autorka promuje, przy okazji wypracowując cały szereg scen, które zaangażują czytelniczki. Chociaż akcja przenosi się do zamierzchłej przeszłości, Jeromin-Gałuszka nie chce na siłę stylizować tomu, w narracji stawia na naturalność (tylko w przypadku jednej służącej decyduje się na mocniejsze indywidualizowanie języka, ale nie wykorzystuje tego chwytu przesadnie). Dba o to, by czytelniczki uwierzyły w codzienność na folwarku i żeby przeżywały doświadczenia kobiet. Zresztą w sferze uczuć przestaje się liczyć obyczajowość i schematy myślenia: w końcu chodzi o to, żeby przeżycia stały się powszechnie zrozumiałe, a przeszłość – nieidealizowana. Tak autorka usuwa dystans tworzony przez oddalenie czasowe. Jak zwykle uwodzi odbiorczynie – ale teraz nastawieniem na międzyludzkie sprawy, trafnością w ocenianiu postaw i wyborów kobiet z różnych sfer. Nie będzie tutaj podążania za społecznymi nakazami: każdy sam odpowiada za własne szczęście. Pierwszy tom cyklu jest jednocześnie gwarancją, że czytelniczki sięgną po drugi – umiejętnie rozbija autorka akcję. Wie, jak rozbudzić ciekawość i jak zbudować sobie literacką publiczność. „Folwark Konstancji” to powieść w tempie zbliżona do stylistyki pop, ale pełna intrygujących historii międzyludzkich.

wtorek, 19 marca 2019

Eben Alexander, Karen Newell: Serce świadomości

Znak, Kraków 2019.

Szukanie wyjaśnień

Eben Alexander nie potrafi i nie może połączyć dwóch przeciwległych biegunów, nauki i wiary. Gdyby snuł własne przeżycia z perspektywy neurochirurga, uwiódłby odbiorców (zrobił to częściowo bestsellerowym „Dowodem”, zwierzeniem po wyjściu ze śpiączki). Teraz jednak całkowicie przechodzi na stronę ezoteryki – i zanurza się w sprawy, które racjonalistów w żaden sposób nie przekonają. I przez to „Serce świadomości” wyzwoli raczej głosy niezadowolenia niż akceptacji. Posługuje się bowiem autor trochę populistyczną retoryką, a do tego wciąż powtarza te same kwestie – już doskonale odbiorcom znane. Tym razem tylko streszcza swoje doświadczenie graniczne, jeśli odwoła się do swojego życia – to wyłącznie przez relacjonowanie etapów poszukiwań. Alexander już wie (jako neurochirurg może nie mieć wątpliwości): jego przypadku medycyna nie rozumie. Autor pamięta jednak ze szczegółami doznania z bycia „po drugiej stronie” i wie, jakie wrażenie zrobią one na odbiorcach. Za to nie ma pojęcia, gdzie szukać wyjaśnień – sięga więc do medytacji lub modlitw, tworzy tezy o siłach nadprzyrodzonych, szuka też podobnych przypadków – albo przynajmniej autorytetów, które potwierdzą jego przebieg wydarzeń i zasugerują, że może mieć racę w ezoterycznej drodze. Jednak tu zaczyna się już walka o uznanie, o to, by czytelnicy uwierzyli w jego opowieść. Teraz wszystkie chwyty są dozwolone, a to oznacza – między innymi – że sceptyków nie dopuści się do głosu. Jednokierunkowość wysiłków może stać się automatycznie powodem odrzucenia tomu – ale równie dobrze zniechęcać mogą same poglądy na życie po śmierci – prezentowane jak prawda objawiona i jedyna właściwa drga. Zupełnie porzuca Alexander motywy neurochirurgii, skoro nauka jest bezradna, staje się dla niego bezużyteczna, a miejsce nauki, wiedzy i fachowości zajmują tematy wiary. To dla odbiorców raczej mało przekonujące, ale autor jakby nie widział tego, że traci na możliwościach przyciągania do siebie. Teraz już szuka wyznawców. Rzuca im też trochę osobistych wyznań jako przynęty – oddala styl naukowy (chociaż chce pozorować podpieranie się wiedzą, ale myli ją z przeżyciem i własną intuicją), zamierza przedstawiać siebie jako autorytet – tym razem w dziedzinie zjawisk nadprzyrodzonych. Zabieg przywoływania odbiorców, którzy mu przytakują, Alexander wykorzystuje na różnych płaszczyznach – aż w końcu stanie się zbyt męczący. Autor cały czas powtarza to samo. Nie oferuje czytelnikom zbyt wiele, bo jako neurochirurg powinien zaintrygować spragnionych wiedzy – tymczasem woli uprawiać specyficzny szamanizm, który rodzi wątpliwości ceniących konkrety. Z kolei do masowych odbiorców mógłby trafić – ale pierwsze rozdziały przeładowuje raczej nauką i tym odstrasza (uprzedza zresztą, że można ich lekturę przenieść na później). Doświadczenia Alexandra – czy też poszukiwania „prawdy” nie mają już takiej siły wyrazu, przestają działać na czytelników a cała książka wydaje się przez niedookreśloność zjawisk i metod przegadana i monotonna. „Serce świadomości” jako odpowiedź na pytanie, czy dusza jest nieśmiertelna i co czeka ludzi po śmierci – a także, czy można się dogadywać na poziomie ponadgatunkowym – to lektura bardzo specyficzna.

poniedziałek, 18 marca 2019

Nina Majewska-Brown: Anka i piekło szczęścia

Edipresse Książki, Warszawa 2019.

Cena zdrady

Anka jest żoną i matką od dawna. Jej syn zdążył już dorosnąć i założyć własną rodzinę, właśnie razem z Anetą spodziewają się dziecka, wkrótce na świat przyjdzie Zosia, więc Anka zostanie babcią. I w świecie, którym rządzi kult młodości, nikt by nie pomyślał, że Anka wplącze się w historię jak z thrillera. Wplątuje się zresztą nieprzypadkowo – Nina Majewska-Brown wykorzystuje sytuację, żeby przestrzec odbiorczynie. Podejmuje temat stalkingu i sprawdza, jakie zagrożenia czyhają na naiwne – oraz w jakiś sposób psychicznie osłabione kobiety (niekoniecznie w średnim wieku). Anka szukała przygody. Zwątpiła we własne małżeństwo, rzuciła się w romans z poznanym przez internet Arturem. Na początku wszystko wydawało się idealne: Anka odzyskała pewność siebie i radość życia, udało jej się zrelaksować i inaczej spojrzeć na własne małżeństwo. Pozostał jedynie problem zdrady – przynajmniej do pewnego momentu. Kochanek, którego Anka wspierała kolejnymi niemałymi pożyczkami - nagle zwietrzył sposób na łatwy zarobek. Artur zaczyna szantażować Ankę. Grozi zrujnowaniem jej życia osobistego (bohaterka doskonale wie, że Maciej nie darowałby zdrady), ale osacza też w pracy. Wykorzystuje urok osobisty, żeby wkupić się w łaski szefowej Anki. Potrafi zastraszyć nawet rozsądnie myślącą kobietę, bezbłędnie wykorzystuje jej chwile słabości. I żąda coraz więcej pieniędzy za milczenie. Anka niby wie, że to droga bez wyjścia - ale wstydzi się poprosić o pomoc. I w ten sposób jeszcze bardziej komplikuje sobie życie.

“Anka i piekło szczęścia” to powieść, która w ramach akcji rozwija się niespiesznie, liczy się w niej bardziej kwestia psychologiczna. Majewska-Brown pokazuje między innymi, jak utemperować plotkarzy w pracy, albo jak rozwiązywać konflikty w domu (i kiedy odpuścić sobie dbanie o choćby poprawne stosunki – jak Aneta, której matka i siostra w pełni zasłużyły na miano toksycznych). Naczelny temat to jednak stalking i postawa wobec szantażystów. Anka będzie w końcu musiała wyznać prawdę - lepiej nie odkładać tego w czasie, bo żadne inne działania nie powstrzymają agresora. Autorka przygotowuje czytelniczki na nieprzewidziane konsekwencje zdrady – i na długą oraz bardzo trudną walkę o powrót do normalności. Anka na własnej skórze przekonuje się, ile kosztuje naiwność - ale chociaż występuje tu w roli ofiary, da się ją lubić w dalszym ciągu. Nina Majewska-Brown uwodzi czytelniczki na kilka sposobów - odejście od fabularnych schematów to jeden z nich. Nie ma tu mowy o beztroskim romansie, ale to, co dzieje się później, okazuje się bardziej zajmujące. Obok motywu szantażu i stalkingu autorka uruchamia między innymi – i dość szczegółowo - kwestię rodzinnych niesnasek, przepis na szczęście, relacje w pracy, więź z wnuczką, ale i przyjaźnie, bez których nie dałoby się wytrzymać w coraz bardziej komplikującej się rzeczywistości.

“Anka i piekło szczęścia” to powieść ważna pod kątem społecznej wymowy – autorka kieruje się tutaj do kobiet, które szukają miłości i akceptacji tak rozpaczliwie, że gotowe są podejmować niepotrzebne ryzyko. Anka może i jest spragniona mocnych wrażeń, ale na pewno w chwilach uniesienia nie myśli o tym, jak skończy się jej nowe doświadczenie. Temat stalkingu zwykle pojawia się w literaturze rozrywkowej jako problem ludzi młodych - przyjmuje się, że doświadczone osoby wiedzą, jak się przed tym bronić. Tymczasem Anka bez trudu wskazuje kolejne charakterystyczne sposoby działania przestępców, przewiduje reakcje bliskich (i powody, dla których nie można u nich szukać pomocy), ale nawet reakcje policji. Ta lektura przynosi zatem rozrywkę wysokiej klasy, a do tego i ważne pouczenie, wskazówkę dla czytelniczek. Wciągająca powieść obyczajowa z dreszczykiem emocji jest bardzo udana. Anka sprawdza się jako postać cementująca serię. To historia dla wymagających fanek gatunku.

niedziela, 17 marca 2019

Piotr Lipiński, Michał Matys: Niepowtarzalny urok likwidacji. Reportaże z Polski lat 90.

Czarne, Wołowiec 2018.

Ludzie

Moment otwarcia rynku dla prywatnych przedsiębiorców dość radykalnie odmienił oblicze polskiego społeczeństwa - i tę zmianę niemal równolegle portretowali w swoich reportażach Piotr Lipiński i Michał Matys. Teraz, dzięki tomowi “Niepowtarzalny urok likwidacji”, można docenić ich spostrzegawczość, umiejętność wyciągania wniosków i wyczulenie na absurdy. W tomie pojawiają się drobni przedsiębiorcy, którzy próbowali swoich sił w handlu ulicznym, nietypowej akwizycji albo w pornobiznesie. Niektórzy postanowili rozminąć się z prawem, produkując kompot, czyli “polską heroinę”, a zwykli pracownicy – z likwidowanych fabryk – masowo tracą pracę. Do tego autorzy pokazują przemiany zachodzące w samym społeczeństwie: nagle pojawiają się kolejne hipermarkety, po których można w cieple pospacerować, w telewizji roi się od reklam (a na razie trudno odróżnić prawdę od fikcji). Można poskarżyć się na własny kraj do Strasburga, albo wziąć udział w teleturnieju i później wykłócać się o nagrodę (która była wypożyczona). “Niepowtarzalny urok likwidacji” to szereg opowieści o tym, co nowe – zestaw zderzeń z oczekiwaniami. Lipiński i Matys chcą tu być blisko zwykłych ludzi. Kiedy piszą i oceniają codzienność, unikają wartościowania, wnioski pozostawiają czytelnikom – ich opowieści, chociaż przygotowywane do prasy, się nie starzeją, do dzisiaj będą robić wrażenie i dostarczać rozrywki zwłaszcza tym odbiorcom, którzy pamiętają lata 90.

Piotr Lipiński i Michał Matys przedstawiają tu reportaże - migawki, kilka tekstów bardziej rozbudowanych, ale też kilka notek prasowych. Oddają głos postaciom, pozwalają na analizowanie własnych doświadczeń, ale też bezbłędnie wytyczają kierunki poszukiwań nowego. To, co w Polsce po 1989 roku wydawało się nowatorskie i przełomowe (albo dla zwykłych mieszkańców takie po prostu było), mogło albo przetrwać do obecnych czasów - ulec ustandaryzowaniu, wtopić się w krajobraz – albo stać się efemerydą, egzotycznym i chwilowym dziwactwem. Autorzy obie te sfery przywołują, chociaż w momencie powstawania tekstów nie mogli jeszcze do końca przewidzieć, jak będzie się zmieniać rzeczywistość. Udaje im się uchwycić intrygujące osobowości, mentalność ludzi zmuszonych do poszukiwania nowego pomysłu na siebie. “Niepowtarzalny urok likwidacji” to publikacja wyjątkowa - wskrzeszająca dawne reportaże, które teraz nabierają nieco sentymentalnego charakteru. W tej książce polską codzienność odmalowuje się za sprawą wyrazistych przykładów, nie ma miejsca na rutynę, szarość albo brak motywacji do działania. Lipiński i Matys nie muszą dodatkowo komentować prasowych tekstów ani wprowadzać odbiorców w klimat czasów (można było spokojnie zrezygnować z jednoakapitowych miniaturowych wstawek przed każdym artykułem), wszystko staje się jasne od pierwszych słów. Być może czytelnikom urodzonym już w XXI wieku trudno będzie uwierzyć w przedstawiane tutaj spostrzeżenia i sytuacje – autorzy za to bez problemu dotrą do starszych odbiorców. Proponują fragment rzeczywistości nie do przecenienia pod kątem trafności obserwacji oraz zawartości humoru (aktualizującego się z czasem). Jest to podsumowanie pewnego etapu przemian obyczajowych, ale też zestaw ciekawostek. Siłą “Niepowtarzalnego uroku likwidacji” są bez wątpienia ludzie. Drobne reportaże polegają na oddawaniu specyfiki życia zwykłych obywateli – bez cukierkowości, bez rozdmuchiwania marzeń. Autorzy rejestrują zwyczajność: nie wiedzą jeszcze, że ta zwyczajność nawet po latach będzie wypadać nadzwyczaj barwnie. Dzięki takim zapiskom nie zginie pamięć o oryginalnych pomysłach ludzi niemal zmuszonych do zmiany trybu życia. To znakomite uzupełnienie wiadomości historycznych. A ponieważ nie ma tu polityki ani odniesień do wydarzeń, które wymagałyby dodatkowych tłumaczeń, tom może długo przetrwać na rynku. I dobrze – dostarcza bowiem nie tylko wizji polskiej rzeczywistości sprzed prawie trzech dekad, ale też rozrywki.

Christa Holtei: W gospodarstwie dawniej i dziś

Media Rodzina, Poznań 2018.

Porównanie

To, co dawniej było udziałem dzieci i nie budziło żadnego zdziwienia, teraz – w obliczu postępu cywilizacyjnego i technologicznego – musi być wyjaśniane i wprowadzane w procesie edukacji. Coraz częściej maluchy sądzą, że mleko bierze się z hipermarketu i nie mają pojęcia, do czego rolnikom zboże. Potrafią za to doskonale obsługiwać rozmaite urządzenia elektroniczne. Aby uzupełnić luki w wykształceniu, ale też i w społecznej świadomości, Christa Holtei tworzy drobny tomik w podserii Dawniej i dziś - tomik dotyczący przemian w gospodarstwach. Proponuje dzieciom przyspieszoną podróż w czasie – najpierw ogromny skok wstecz, przez 6000 lat, a potem stopniowo przesuwa się w stronę teraźniejszości, sygnalizując zmiany w kolejnych epokach czy wiekach. Sytuacja w rozkładówkach się powtarza: zawsze pojawia się para młodych bohaterów, zajętych codziennymi pracami w gospodarstwie. Zmieniają się natomiast wykonywane przez nich czynności, budynki gospodarcze, maszyny albo narzędzia, a nawet zakres obowiązków. Zmieniają się też imiona - zwłaszcza te z pierwszych części brzmią bardzo egzotycznie dla dzisiejszych maluchów i będą rozbudzać ciekawość - autorka świetnie zdaje sobie z tego sprawę, w końcu przemiany w obyczajowości także daje się w ten sposób zaobserwować. Oryginalne imiona to zresztą najwygodniejsza – przy tak skrótowych notatkach – metoda na sugerowanie dzieciom czasowych przeskoków. Każda rozkładówka to w tym wypadku jedna miniaturowa opowieść. Najwięcej miejsca zajmują ilustracje - kreskówkowe, ale przy tym realistyczne. To przekrojowe spojrzenie na gospodarstwo i jego okolicę - widać bohaterów (przy okazji można zwrócić uwagę na ich stroje i fryzury – i to ulega znaczącym modyfikacjom). Dzieci będą przyglądać się charakterystycznym zabudowaniom i sprawdzać, jakie funkcje miały rozwiązania w budynkach.

Na marginesie autorka podpowie, po co przeprowadzane były konkretne prace gospodarskie, co uzyskiwali bohaterowie swoimi działaniami i jakich problemów dzięki temu unikali. W przyspieszonej opowieści dobrze widać zmiany i przeobrażenia, jakim ulegały gospodarstwa. Zwięzłość sprawia, że rozbudzają się apetyty dzieci na opowieści z dawnych lat, mali odbiorcy zaczynają się wyczulać na otoczenie, czasem bliskie – za sprawą krewnych na wsi – a czasem zupełnie abstrakcyjne, niemal niewiarygodne. Rzeczywistość może się zamienić w całkiem ciekawą i intrygującą bajkę, jeśli tylko zostanie odpowiednio opowiedziana. Christa Holtei bez wątpienia wie, jak przyciągnąć do tekstu najmłodszych - serwuje im nietypową podróż kojarzącą się - trochę na przekór ogromowi pracy w gospodarstwie – z wakacjami i rozrywką.

Dorośli mogą towarzyszyć dzieciom w tej lekturze, wprowadzać dodatkowe objaśnienia, porównywać opisy z własnymi wspomnieniami. Autorka nie zasypuje jednak odbiorców trudnymi czy niezrozumiałymi określeniami, nie chce w edukowaniu zamęczyć, pamięta o tym, żeby zapewnić maluchom zabawę. Bazuje na ciekawości kilkulatków, na tym, że może im przez cały czas dostarczać nowych wrażeń. Książeczki z cyklu Mądra Mysz funkcjonują na rynku od lat i rozbudowują się w kolejne podserie, za każdym jednak razem, niezależnie od autorów i tematów - objaśniają świat, przynoszą szereg cennych wiadomości. Pozwalają na radość z lektury, a przecież nie funkcjonują wyłącznie jako bajki. Prostota w tym wypadku nie jest równoznaczna z infantylnością - o kilkulatki dba się tu tak samo jak o dorosłych czytelników. Astrid Vohwinkel proponuje dzieciom bajkowe rysunki prezentujące różne gospodarstwa.

sobota, 16 marca 2019

Dominik Szczepański: Czapkins. Historia Tomka Mackiewicza

Agora, Warszawa 2019.

Ucieczka

Feri od dawna miała chrapkę na Tomka Mackiewicza – to on jak nikt inny nawiązywał duchowy kontakt z górą Nanga Parbat, a Feri miała być zjawiskiem nadprzyrodzonym, dla tego szczytu charakterystycznym. To Feri przyzywała Czapkinsa i nakazywała mu wracać w najtrudniejszych warunkach, by podjąć nierówną walkę z pogodą czy wysokością i własnymi ograniczeniami. To wersja dla idealistów, podporządkowana też literackim obrazom gór z twórczości wspinaczy. Bo jest też wersja pragmatyczna, znacznie bliższa rzeczywistości - którą Czapkins czasami przedstawiał jako plan na życie. Gdyby udało mu się dokonać pierwszego zimowego wejścia na Nangę, zarobiłby trochę pieniędzy, mógł pospłacać długi, utrzymać swoje rodziny... Co prawda przy osobowości Czapkinsa bardziej prawdopodobne byłoby to, że wszelkie gratyfikacje rozdałby potrzebującym - ale to tłumaczy większości odbiorców chęć zdobycia niedostępnej góry. Finał tej książki znany jest nawet czytelnikom, którzy nie interesują się alpinizmem – zanim jednak dojdzie do smutnego tematu – przed rokiem medialnej sensacji – Dominik Szczepański próbuje wytłumaczyć czytelnikom, kim w ogóle był Tomasz Mackiewicz i skąd się wziął. W końcu to indywidualista, który nie działał w żadnych organizacjach związanych z górami - i który nie pojawiał się w opowieściach wspinaczy. Historia życia Tomka Mackiewicza to kilka mocnych punktów: uzależnienie od narkotyków, nieudane małżeństwo zniszczone ostatecznie przez śmierć jednego z nienarodzonych synów, związek z Anią, ale i górskie przyjaźnie lub niesnaski. Tomek Mackiewicz w obliczu gór zachowuje się zupełnie inaczej niż zwykli alpiniści: zamiast biegać za sponsorami, stawia na crowfunding i życzliwość ludzi. Nie bierze udziału w żadnym wyścigu, nie rywalizuje z innymi. Wspinaczka to dla niego rodzaj ucieczki od przyziemnych problemów. Zamiast drogich i designerskich sprzętów wybiera... liny ze sklepu dla rolników. Nie wywyższa się, za to zaprzyjaźnia z prostymi ludźmi, odwiedza na przykład pasterzy w wioskach u podnóża góry: zyskuje miejsca, do których zawsze może wrócić. Ponadto Tomek Mackiewicz to złota rączka, wszystko chce robić sam.

Pozytywny obrazek jest tu właściwie niemal wmawiany odbiorcom, żeby przesłonić wady bohatera tomu. Mackiewicz dość luźno podchodzi do kwestii używek, ma słomiany zapał, jest wiecznym chłopcem, który ucieka od odpowiedzialności i nie potrafi zadbać o rodziny. Nie dba też o finanse, nie umie utrzymać się w żadnej pracy. To wszystko blednie w obliczu radości wspinania się w górach. Mackiewicz jest pozytywnie nakręcony, nie naraża się na bezsensowne niebezpieczeństwa. Zdarzają mu się zatargi - zwłaszcza z tymi z pierwszych stron gazet – ale występuje w nich z pozycji tego, kto walczy o prawdę i stroni od komercji. Na finał Szczepański przygotowuje dwie równoległe - przeplatane ze sobą - opowieści o akcji ratunkowej. Jedna scena dotyczy tego, co w górach - działań Elisabeth Revol, która nie chce zostawiać Tomka samego, ale zostaje okłamana co do przylotu helikopterów ratunkowych. Druga – to zachowania partnerki Mackiewicza, przyjaciela Revol i jej męża. Powiadomieni smsami przez Eli próbują zorganizować akcję ratunkową. Chociaż liczy się każda minuta, wszystko rozbija się o pieniądze - końcówka tomu robi się naprawdę dramatyczna. Nie ma w tej książce oceniania ani gdybania, jest portret człowieka, który mimo oczywistych wad dawał się lubić. Tu góry i bicie kolejnych rekordów nie mają znaczenia – sama wspinaczka jest celem i wartością. Pomaga oderwać myśli od zwykłych trosk i uciec od problemów. Jeśli nie wplącze się w rywalizację między samymi wspinaczami – wszystko będzie dobrze. Tomek Mackiewicz pokazał swoim życiem inne podejście do wspinaczki, a to mocno wpłynęło na kształt opowieści. “Czapkins” staje się bardzo ważną pozycją wśród górskich biografii.

piątek, 15 marca 2019

Jordi Sierra i Fabra: Sześć dni w grudniu

Albatros, Warszawa 2019.

Śledztwo na spółkę

Z jednej strony były inspektor policji, człowiek bystry i porządny, praworządny i godny zaufania. Miquel to postać właściwie kryształowa, ideał jeśli chodzi o śledczego. Nie dość, że potrafi doskonale dedukować, to jeszcze nie boi się brudnej roboty. Może przed wojną miałby jakieś skrupuły (akcja toczy się w 1949 roku), ale po wojnie, kiedy chodzi o nielegalny wywóz dzieł sztuki zrabowanych przez Niemców, pozbawia się zahamowań. Staje się bezwzględny i hołduje zasadzie, że cel uświęca środki. Lenin z kolei to kompletne przeciwieństwo Miquela: prosty uliczny cwaniaczek, drobny złodziejaszek, który na dodatek jest w czepku urodzony, bo chociaż prowokuje rozmaite przykre niespodzianki, wychodzi z nich cało. Lenin da się lubić, w gruncie rzeczy to sympatyczny i niepozbawiony poczucia humoru człowiek, ojciec dwojga rozbrykanych maluchów. Tych dwóch bohaterów Jordi Sierra i Fabra łączy na czas opowieści trochę przez wzgląd na przeszłość. Przed laty Lenin dopuszczał się drobnych występków, a Miquel wsadzał go do aresztu. Teraz jednak Lenin kradnie pewną teczkę i to pociąga za sobą tak poważne niebezpieczeństwo, że zagrożony jest i złodziejaszek, i cała jego rodzina. Dlatego wszyscy na pewien czas przeprowadzają się do Miquela i jego pięknej żony. Dzieciaki zapewniają byłemu inspektorowi sporo rozrywki (ale i frustracji), a Lenin nie wie, kiedy zamilknąć. Żony bawią się tą sytuacją i aż dziw bierze, że bohaterom udaje się jeszcze w przerwach od życia osobistego prowadzić jakieś śledztwo. A muszą – w końcu nie wolno dopuścić do tego, żeby Niemcy bogacili się na skradzionych obrazach. W dodatku strata boli tu podwójnie, bo to atak na kulturę i cały kraj. Motywacja zatem – niezależnie od liczby trupów w otoczeniu – wydaje się silna, pcha do działania. Lenin wyzwala bieg wydarzeń kradzieżą feralnej teczki. Miquel nie chce dać się wyprzedzić w śledztwie komisarzowi, z którym prowadzi niemal prywatną rywalizację. Chociaż i tak uwaga odbiorców ciągle będzie schodzić z kryminału na obyczajówkę. W warstwie sensacyjnej autor jest tradycjonalistą, nikogo niczym nie zaskoczy. Za to w sferze międzyludzkich relacji okazuje się mistrzem (także w obserwacjach prostych postaci). W ogóle nie komplikuje przesadnie rytmu narracji, widać za to, że dobrze czuje się w drobnych żarcikach, które padają w dialogach, sprawdza się też jako portrecista. Kiedy zajmuje się przekomarzaniami Miquela i Lenina albo kiedy włącza do opowieści postawy żony tego pierwszego – mocno działa na wyobraźnię czytelników. Ubarwia tę relację na różne sposoby i dostarcza odbiorcom nie tylko rozrywki intelektualnej w postaci analizowanego śledztwa – również szeregu scenek komicznych a nieznaczących dla fabuły. Pełno tu smaczków, zwłaszcza w zestawieniu kontrastów – Miquel i Lenin to źródło nieustającej uciechy.

Jordi Sierra i Fabra proponuje czytelnikom kryminał z bardzo rozłożystą częścią obyczajową i to jest mu potrzebne, żeby tchnąć życie w bohaterów z przeszłości. Dystans czasowy nie ma tu żadnego znaczenia, skoro zrozumiałe i ponadczasowe są emocje bohaterów oraz ich dążenia. Dba i o kryminalną intrygę, wojna pozwala tu uzasadnić część motywacji. W samych charakterach postaci się raczej nie odzwierciedla, autor czasami tylko napomyka o nieodległej dramatycznie przeszłości, ale nie będzie nikogo męczyć nadmiarem faktów. Traktuje wydarzenia jak materiał z historii przygodowej, bez konieczności obciążania fabuły głębokimi przesłaniami dla czytelników. Jest autorem, który trzyma się konwencji masowej powieści rozrywkowej, a dzięki warstwie humorystycznej bardziej zapada w pamięć.

czwartek, 14 marca 2019

Rachel E. Carter: Czarny Mag. Tom 2. Adeptka

Uroboros, Warszawa 2019.
Wyzwania serca

Frakcja bojowa nie wydaje się miejscem szczególnie pociągającym dla kobiet, ale Ryiah i Elle, dwie uczennice magicznej szkoły, tu sprawdzają się najlepiej. Przyjaźnią się i są dla siebie wsparciem, a do tego Elle spotyka się z bratem Ryiah (do niedawna kobieciarzem i niepoprawnym podrywaczem, teraz – wiernym partnerem). Ryiah także próbuje ułożyć sobie życie prywatne. Wprawdzie relacje miłosne między adeptami magii nie są mile widziane przez mistrzów, ale trudno poskromić hormony. Ryiah decyduje się na związek z Ianem, liczy na to, że jeśli będzie zwracać większą uwagę na swojego dobrego przyjaciela (który się w niej podkochuje), uczucie przyjdzie samo. Ian ma się przydać Ryiah również jako odskocznia od myśli o superprzystojnym księciu. Nikt przecież nie uwierzy, że Darren zdecyduje się na mezalians (i że na taki krok pozwoli mu jego bardzo zazdrosna narzeczona!). Sferę kontaktów międzyludzkich Rachel E. Carter opracowuje nadzwyczaj dokładnie – w końcu czytelniczkom przyda się rekompensata za krwawe bitwy. We frakcji bojowej jest się przecież ciągle narażonym na ciężkie rany. Wprawdzie na każde wezwanie przybędą uzdrowiciele – ale proces odzyskiwania sił trochę trwa, a do tego w umyśle pozostaje strach. Trudno znieść sytuację, w której Ryiah jest rąbana toporem w walce – a na takie sceny naraża autorka odbiorczynie. W ten sposób uzasadnia siłę emocji. Tych na pewno nie zabraknie. A jeśli w każdej chwili można stracić życie na polu bitwy – ważne jest to, żeby budować relacje z bliskimi i mieć w nich oparcie. Ryiah ma tu kilka zaufanych osób, ważnych dla siebie. Sama nie do końca panuje nad własnymi uczuciami – rozsądek podpowiada jej jedno, serce – drugie. Dziewczyna wie, jak powinna postąpić. I czuje, jakie to trudne. Przekonuje przy tym siebie i czytelniczki, że trzeba się szanować. Nie może się zgodzić na los faworyty księcia, nawet jeśli czuje do niego ogromne (i odwzajemnione) pożądanie. A jeśli nie można panować nad instynktem, trzeba zdobyć się na dystans. I to autorka konsekwentnie bohaterom utrudnia. W końcu im więcej wyzwań, tym lepiej dla fabuły. Narrację prowadzi Carter bardzo dobrze, całkiem blisko jej do Richelle Mead, a to oznacza, że przekona do siebie nie tylko fanki powieści fantasy z wątkami batalistycznymi, ale i miłośniczki obyczajówek. Przecież bardzo starannie rozwija zagadnienia z partii międzyludzkich. Na przykładach doświadczeń Ryiah (innym jakoś lepiej się układa) może przekonywać czytelniczki, że nie warto za wszelką cenę dążyć do realizowania pragnień, czasami trzeba poczekać albo odpuścić – nawet jeśli rzecz dotyczy księcia. Ryiah ma wiele powodów, żeby przestać działać impulsywnie – chociaż często podąża za głosem serca, wie, jak powinna postąpić – jej przemyślenia na ten temat staną się dla odbiorczyń wskazówkami reagowania w naprawdę trudnych i wymagających dystansu emocjonalnego chwilach. Oczywiście konwencja baśni dużo tu ułatwia, upraszcza scenariusz – i dlatego potrzebne są autorce dobrze przemyślane strategie działania samej szkoły. Tu ma pomysły na wyzwania dla uczniów, robi się ciekawie nie tylko dla adeptów magii. Kolejne lata, jakie spędza w wymarzonej akademii Ryiah, zmieniają ja, pozwalają dojrzeć, a przy okazji dowiedzieć się ważnych rzeczy o sobie. W tym tomie akcentowany jest również motyw przyjaźni wśród młodych ludzi – czytelniczki mogą zastanowić się, jakie uczucia ocalać, a jakie poświęcić.

środa, 13 marca 2019

Manal Asz-Szarif: Saudyjka za kierownicą

W.A.B., Warszawa 2019.

Walka o ulicę

Ma dwóch synów, którzy znają się tylko przez Skype’a . Nigdy się nie widzieli, bo jednemu nie wolno opuścić kraju, a drugi nie może do tego kraju wjechać. Ale to raczej mniejszy problem dla autorki tomu „Saudyjka za kierownicą”. Manal Asz-Szarif buntuje się przeciwko traktowaniu kobiet w krajach arabskich i postanawia pokonać system metodą małych kroków oraz konkretów przemawiających społeczeństwu do wyobraźni. Ogólniki w rodzaju łamania praw kobiet nie zrobią już dzisiaj na nikim wrażenia. Ale pokazanie czytelnikom, że od kobiet wymaga się, żeby miały swojego opiekuna – męża, brata albo ojca – a jednocześnie skazuje na towarzystwo obleśnych często taksówkarzy, to już coś, co pobudzi wyobraźnię i zainteresowanie mediów. Bezbronne Arabki wsiadające do samochodów obcych mężczyzn, skazane na ich łaskę i niełaskę – to impuls do działania. Zwłaszcza ze nigdzie w kodeksie drogowym nie ma mowy o tym, że kobiety nie mogą prowadzić samochodów, tu problemy robią albo konserwatywni mężczyźni – albo policja religijna. Manal Asz-Szarif zaczyna zatem od detali, dla kobiet spoza krajów muzułmańskich nawet nieuświadamianych. Siada za kierownicą samochodu i zaczyna jeździć. Naraża się przez to na liczne docinki, a później i represje czy problemy ze strony władz, trafia nawet do więzienia. Prześladowana za poglądy, nie może się już poddać. Namawia kobiety do pójścia w swoje ślady, rozkręca akcję w mediach społecznościowych. Stara się, żeby inne kobiety mogły bez strachu jeździć po ulicach. Na siebie bierze zatem konsekwencje przełomowych wyczynów.

Część tomu „Saudyjka za kierownicą” poświęcona jest akcji społecznej, ale i drodze do tego, żeby kobiety mogły bez przeszkód z zewnątrz być kierowcami. Manal Asz-Szarif opowiada o swoich doświadczeniach nie ku przestrodze, a żeby wzbudzić złość i nakłonić do zmian. Ale to tylko jeden z tematów dość obszernej publikacji. Poza nim książka zamienia się fragmentami w autobiografię. Manal Asz-Szarif przedstawia tu swoje dzieciństwo i hołdowanie radykalizmowi w młodości (przez to nie tylko psuje szczęście rodziny, ale i sama traci szansę na młodzieńczy bunt). Odwołuje się do własnego małżeństwa i do losu kobiety arabskiej – bo sama doświadcza szeregu męczących ograniczeń. Stopniowo przekonuje się, że takie ciche przyzwolenie społeczeństwa na upodlenie kobiet istnieje i Jest wyjątkowo trudne do pokonania. Próbuje żyć na własny rachunek, znaleźć po rozwodzie pracę i mieszkanie, przy których nikt nie zażąda od niej wsparcia ze strony męskiego opiekuna. Jednym z argumentów za zmianami staje się traktowanie dzieci: Manal nosi blizny po ranach, jakie zadała jej matka w dzieciństwie, przypomina o szkołach, w których wciąż są kary cielesne. Nawiązuje też do okrutnego rytuału obrzezania dziewczynek. Tłumaczy, co pchnęło ją do poszukiwania zmian. Książka jest przygotowana przez hosta z wywiadów do mediów i rozmów z bohaterką – więc ma dobre tempo i profesjonalnie nadawany rytm. Pełni funkcję agitacyjna, ale też częściowo rozrywkową – bo to rozdaj sensacji, podglądania codzienności w innej kulturze. Manal Asz-Szarif stara się objaśniać zwyczajne życie w krajach arabskich, prezentuje odrobinę historii, ale i sytuacje nie do uwierzenia gdzie indziej. Skupia się na losie kobiet, ale portretuje całe społeczeństwo, zachęca czytelniczki do buntu w słusznej sprawie. Może wyjaśnić swoje stanowisko i zasugerować, że walka jeszcze trwa.

wtorek, 12 marca 2019

Imogen Hermes Gowar: Syrena i pani Hancock

Albatros, Warszawa 2019.

Tajemnica morza

Kobiety świadczące usługi seksualne (ale i znacznie bardziej kojarzone z wyższymi sferami – szeroko pojęte “towarzyskie”) mają dość nudne życie. Nie są to prostytutki wystające na ulicach, wulgarne i wabiące klientów wątpliwymi wdziękami. Pozostają pod opieką szefowej, która dba o to, by nie brakowało im na co dzień niczego, by prezentowały dobre maniery i ogładę właściwą damie. Mogą snuć śmiałe plany dotyczące zamążpójścia - nauczyły się przecież wystarczającej ilości sztuczek, żeby omotać każdego upatrzonego mężczyznę. Mają dach nad głową i niemal luksusowe warunki pracy. Nie mogą narzekać. Wśród pań do towarzystwa jest Angelica, wyjątkowo inteligentna i sprytna kurtyzana. Ona nie boi się marzyć, a śmiałe pomysły niemal natychmiast wciela w życie. I dzięki temu nudzi się jeszcze mniej niż koleżanki. To Angelica postanawia podbić serce pana Hancocka. Ten mężczyzna nie wyróżniałby się z tłumu niczym. Ot, zwyczajny starszy pan, wdowiec, który czasami przypomina sobie dramat sprzed piętnastu lat – zdarza mu się myśleć o martwym chłopcu, synu, jakiego wydała na świat jego żona. Pan Hancock nie podejmuje zbędnego ryzyka, zachowuje nienaganne maniery i nigdy nikomu nie szkodzi. To nie bywalec domów uciech, więc na pierwszy rzut oka wydaje się, że Angelica nie będzie dla niego dobrą partią. Nawet fakt, że ona zainteresowałaby się panem Hancockiem budzi wątpliwości. Tyle że wszystko zmienia syrena. Przyjaciel pana Hancocka wyławia podczas dalekomorskiego rejsu taką istotę. Martwa i niewiarygodnie brzydka z ustami złożonymi jak do krzyku – osobliwy to prezent i sam pan Hancock na pewno nie wymyśliłby, do czego ma mu to służyć. Bohater nie docenia jednak ciekawości gawiedzi. Tłumy ludzi zapłacą każde pieniądze, byle tylko się rozerwać - a oglądanie dziwactwa mieści się w bezrefleksyjnym spędzaniu czasu. Szybko pan Hancock może się wzbogacić, a jako właściciel syreny definiuje się zupełnie inaczej niż samotny wdowiec. Zmienia się zatem układ sił - i to coś nie do przewidzenia. Pojawia się też pytanie, ile syren trafić może w ręce jednego człowieka.

“Syrena i pani Hancock” to długa powieść, która bardzo udanie imituje dziewiętnastowieczne narracje. Akcja rozgrywa się, żeby było ciekawiej, w wieku osiemnastym. Nie ma może zbyt rozbudowanej fabuły czy biegu wydarzeń, rozrasta się za to poziom emocji. Postacie wymyślane są w najdrobniejszych szczegółach, przekonujące w charakterach – i w konsekwencji także w reakcjach. Nawet jeśli stawiane są przed wyzwaniami z gatunku niezwykłych, absurdalnych albo niezbyt tendencyjnych wybierają drogę, która odbiorcom wyda się najbardziej w tym momencie uzasadniona. Ocena motywacji świadczy tu o dobrym wyczuciu autorki - świadomym układaniu powieściowego świata. W takim wypadku nawet przy absurdalnym katalizatorze akcji można ulec złudzeniu prawdziwości historii. W dodatku Imogen Hermes Gowar wcale nie musi podawać detali z kontekstu, wystarczy, że przyjrzy się dwóm otoczeniom, z jednej strony zainteresuje się panem Hancockiem, z drugiej – towarzystwem Angeliki. Dzięki tym cyklom tematycznym stworzy się niejako automatycznie opowieść z nieistniejącego tła. Jest w tej książce cały czas obecna ironia, gra z odbiorcami, którzy traktują powieściową rzeczywistość jak dowód klasycyzującej wyobraźni. Syrena jako wyzwalacz opowieści otwiera też pole szerokich interpretacji. Jednak w książce ważną rolę odgrywa rozrywka. “Syrena i pani Hancock” to historia oryginalna, jej atuty to pomysł i dobra realizacja - odejście od schematów dzisiejszych obyczajówek bez szarżowania.

poniedziałek, 11 marca 2019

Katie Williams: Maszyna szczęścia

Edipresse Książki, Warszawa 2019.

Podpowiedzi

Maszyna szczęścia, Apricity, podpowiada ludziom, co powinni zrobić, żeby polepszyć jakość swojego życia. Na podstawie skomplikowanych i niezrozumiałych dla zwykłych ludzi obliczeń (dokonywanych po analizie wymazu z policzka) wybiera najlepszą strategię postępowania dla każdego pacjenta. Pearl wie, że wskazówki ze strony Apricity bywają często przyjmowane z niedowierzaniem i słusznie, bo jak rada dotycząca jedzenia mandarynek miałaby się przełożyć na jakość egzystencji w perspektywie filozoficznej? Bohaterka – osoba obsługująca kolejne modele maszyny wypuszczane na rynek – umie przekazywać ludziom bez emocji ich wyniki. W interpretacjach nie uczestniczy, ale zdaje sobie sprawę z tego, że często po przemyśleniu całej sytuacji użytkownicy gotowi są spróbować. Nawet jeśli automatyczne podpowiedzi wydają się bardzo dziwaczne i nie do zastosowania w praktyce. Niektórzy nawet podejrzewają, że to eksperyment socjologiczny, wystawianie społeczeństwa na wielkie próby. Ale z Apricity korzystają już prawie wszyscy, niezależnie od wieku, zawodu i doświadczeń życiowych. Nawet bliscy Pearl. Maszyna szczęścia ma dawać łatwe recepty na beztroską egzystencję. Ale ponieważ dużo zależy od interpretacji, pojawiają się trudności. Enigmatyczność poleceń ujawnia się dopiero wtedy, gdy pacjenci chcą się do nich zastosować. Jakby tego było mało - maszyna szczęścia nie ma żadnego filtra moralnego czy etycznego – czasami jako rozwiązania podsuwa zachowania sprzeczne z ogólnie przyjętymi kodeksami wartości. Wtedy pojawia się miejsce na manipulacje i nadużycia.

Maszyna szczęścia jest tu katalizatorem opowieści - zestawu historii, w których pojawia się jak refren, ale nie zawsze na pierwszym planie. Kolejni bohaterowie sięgają do tego urządzenia, żeby wprowadzić niezbędne zmiany, ale ich życie jest znacznie ciekawsze niż najbardziej kreatywne podpowiedzi komputera. Przedstawia autorka pole do nadużyć, wie doskonale, że powinna bohaterom zostawić wolną rękę - sami wpędzą się w spore tarapaty. Relacjonuje ich przeżycia. Odchodzi tu od typowych obyczajowych scenariuszy, z każdą historią chce odbiorców zaskakiwać na nowo i przynosić im szereg wstrząsów. Maszyna pozostaje w tle i pełni ważną funkcję - za jej sprawą ludzie odkrywają, kim naprawdę są. Apricity uwalnia ich naturalne skłonności i odziera z dyplomacji.

“Maszyna szczęścia” to powieść złożona z szeregu małych doświadczeń osób z bliskiego otoczenia Pearl – albo ludzi, którzy potrzebowali pomocy maszyny w określeniu kierunku swoich działań. Każdy rozdział stanowi zamkniętą całość, dostarcza czytelnikom wiedzy na temat codzienności bohaterów. Jednak każdy przynosi też następne rozwiązania, wplata losy poprzednio przedstawianych postaci w wydarzenia, które katalizują wybory kolejnych ludzi. Jest tu sporo wątków i wiele pytań z zakresu etyki. Ale przede wszystkim to powieść, która wydaje się dobrze przemyślana w warstwie emocji. Dla Katie Williams najważniejsze jest to, co dzieje się między postaciami, na zderzeniu różnych scenariuszy i pomysłów na egzystencję. Odnosi się do osób z różnych warstw społecznych i do pacjentów w różnym wieku, za każdym razem znajdując coś, co sprawia, że Apricity jest tylko tłem, dodatkiem do prawdziwych uczuć. Jest “Maszyna szczęścia” powieścią z dziedziny fantastyki – ale przełamanej przez obyczajowość.

niedziela, 10 marca 2019

Kaira Rouda: Ten jeden dzień

W.A.B., Warszawa 2019.

Pułapka

Niby wszystko jest idealne. Kochający i troskliwy mąż zabiera swoją piękną, chociaż osłabioną chorobą żonę na randkę. Dzieci zostają z opiekunką, domek czeka przygotowany, mężczyzna ułożył nawet całą playlistę ulubionych utworów Mii, żeby nie dłużył się jej czas w samochodzie. Paul myśli o wszystkim, w najdrobniejszych szczegółach zaplanował ten wypad. Chce, żeby nic nie zmąciło szczęścia w tym wyjątkowym dniu. Badawczo studiuje najmniejsze reakcje małżonki, żeby odczytać z nich, co kobieta sądzi i co zamierza. Jeśli coś wzbudza jego niepokój - przeważnie przez postronnych zostałoby zignorowane. Tu jednak – mimo wszystkiego idealnego – z każdym zdaniem rośnie niepokój. Coraz więcej podejrzliwości budzą nie tylko wyznania Paula, ale i jego interpretacje wydarzeń. Ten bohater chlubi się umiejętnością uwodzenia pań, wie, jak postępować z przedstawicielkami płci pięknej. Ponadto - jeśli zdarza mu się zachować niewłaściwie, potrafi się usprawiedliwić i przekuć porażkę w sukces, przynajmniej we własnych oczach. Im więcej czytelnicy o przeszłości Paula wiedzą, tym bardziej zaczną się niepokoić o los Mii. Ale i ona nie zachowuje się przewidywalnie, jakby coś ukrywała. Paul nie wierzy, że słodka i naiwna żoneczka, którą sobie ukształtował, mogłaby snuć jakiekolwiek intrygi albo wystąpić przeciwko niemu. To on dzierży stery.

“Ten jeden dzień” w większości rozdziałów odnosi się do przemierzanej drogi albo do przystanków w niej. W warstwie akcji nie ma tu nic nadzwyczajnego: bohaterowie wsiadają do samochodu, jadą, prowadzą niezobowiązujące rozmowy, zastanawiają się, co robią synowie z opiekunką. Żadne nie chce burzyć wyjątkowej chwili, żadne nie chce zaprzepaścić szansy na wspólny i ważny wieczór. Kaira Rouda jednak nie pozwoli czytelnikom się nudzić. Paul w swojej narracji często odnosi się do przeszłości, opowiada o związku, ale i o swoich wcześniejszych relacjach z kobietami. Coraz bardziej też prezentuje się jako manipulator: zawsze wie, jak osiągnąć cel i jak zareagują inni ludzie. Dostosowuje swoje zachowania i postawy do charakterów rozmówców. Może osiągnąć wszystko, jest więc bardzo groźny. Mia w tej opowieści wcale nie jawi się jako ukochana – to kobieta bezwolna i pozbawiona możliwości decydowania o sobie. Nawet teraz, kiedy chce wrócić do pracy, Paul ostrożnie zgłasza sprzeciw. Układa naprędce plan działania, żeby uniemożliwić zmiany. Aż w końcu docierają do domku.

Bardzo starannie prowadzi autorka tę opowieść, zależy jej na tym, żeby przedstawiać schematy działania psychopatycznego umysłu. Tutaj nawet zjawiska, które budzą odruchowy sprzeciw odbiorców, znajdują rzekomo logiczne wyjaśnienia. Paul nie popełnia błędów, panuje nad emocjami albo w ogóle ich nie ma. Twory się dzięki temu wyjątkowy thriller psychologiczny, opowieść pełna grozy. Do jej ułożenia autorka wykorzystuje elementy obyczajówki przełamywanej romansem oraz kryminału. Narracja jest bardzo szczegółowa (aż przez to czasami nieco trudno uwierzyć, że prowadzona przez mężczyznę) - ale ani na moment nie odrzuci czytelników. Kaira Rouda chce odbiorczyniom przekazać bardzo ważną prawdę, uświadomić, że psychopaci się nie zmieniają i jedyny sposób na zaznanie szczęścia to całkowite zerwanie kontaktów. Paul i Mia to para, która ma pełnić ważną społecznie rolę - ale dostarczy również lekturowej rozrywki.

Anita Głowińska: Kicia Kocia i Nunuś. W kuchni

Media Rodzina, Poznań 2019.

Zagadki codzienne

Najpierw wydawało się, że seria o Kici Koci zaspokaja potrzeby “literackie” (i rozrywkowe w ramach lektur) najmłodszych. Ale w pewnym momencie pojawił się Nunuś, młodszy braciszek Kici Koci – i seria w naturalny sposób zyskała kolejny podcykl. Z jednej strony chce autorka przez to przygotować czytelników na pojawienie się młodszego rodzeństwa - w końcu Nunuś to przyjemny dzidziuś, nie można się go bać. A do tego podsuwa wskazówki na temat wspólnych zabaw jeszcze zanim maluch będzie zdolny do włączenia się w typowe dla przedszkolaków rozrywki. Kartonowy i niewielki tomik “Kicia Kocia i Nunuś. W kuchni” to prosty dialog, jaki da się przeprowadzić z berbeciem (nieważne, czy w Kicię Kocię wcieli się starsze rodzeństwo, czy też - rodzice), wystarczy, żeby zaangażować dziecko w zwykłą czynność i dać mu nieco radości. Kicia Kocia idzie z malcem do kuchni i zadaje mu kolejne pytania (albo sugeruje, co jest potrzebne z przedmiotów tam się znajdujących). Nunuś doskonale wie, o czym mowa, bezbłędnie wskazuje na kolejne szafki czy szuflady, wydaje z siebie pojedyncze wyrazy, dziecinne określenia, którymi sugeruje odpowiedzi. Może się cieszyć z rozwiązywania zagadek, a przy okazji będzie przyswajać też pewne nowe pojęcia. Razem z Nunusiem w zabawie uczestniczyć będą mali odbiorcy – ci właśnie, którzy posługują się podobnymi onomatopejami.

Fabułka - jak zawsze w kolejnych częściach serii – jest prosta i opiera się na wyliczeniu. Kicia Kocia szuka potrzebnych przedmiotów, a jedna rozkładówka to jedno pytanie (z wyjaśnieniem). Pytanie to domena narratora, komentarze Nunusia wpasowane są w ilustracje, a pełnozdaniowe odpowiedzi wprowadzają dane istotne dla najmłodszych. Dzięki temu docelowi odbiorcy będą rozwijać słownictwo, uczyć się nowych nazw, już nie tych dzidziusiowych, a rzeczywistych. Poczują się też jak bohater opowieści - będzie się im udzielać radość z odgadnięcia zagadki czy ekscytacja połączona z odnalezieniem przedmiotu. Anita Głowińska odwołuje się do sytuacji domowych, znanych każdemu kilkulatkowi. Kuchnia nie jest przecież terenem zakazanym dla dzieci, trzeba jedynie przestrzegać kilku istotnych reguł. I te Nunuś już kojarzy, a nawet w swoim niezbyt jeszcze rozwiniętym słowniku potrafi wyrazić.

Dla najmłodszych atrakcją lekturową będą ilustracje. Kartonowy tomik jest malutki, nie wymaga siły przy przewracaniu “kartek” - dziecko nie zrobi sobie krzywdy nawet jeśli potraktuje książeczkę jak zabawkę. Anita Głowińska serwuje ilustracje nieskomplikowane, ale urzekające w dziecięcej naiwności. Skupia się na sylwetkach bohaterów - oni mają przyciągać uwagę i w pierwszej kolejności podsycać ciekawość - a niezbędnym uzupełnieniem relacji obrazkowej stają się tu kuchenne sprzęty lub szafki – miejsca ukrycia poszukiwanych przedmiotów. Nic więcej nie trzeba, zresztą zabawę da się kontynuować i po lekturze – wystarczy z dzieckiem wybrać się do kuchni i zadawać te same pytania, które wcześniej słyszał Nunuś - żeby sprawdzić, ile z bajki zapamiętała pociecha. Najprostsze rozwiązania wydają się najlepsze – i tutaj nie pojawią się wyobraźniowe ekstrawagancje, nie są potrzebne. Historyjka dostarczy i rozrywki, i elementów edukacyjnych.

sobota, 9 marca 2019

Magdalena Majcher: Jeszcze jeden uśmiech

Pascal, Bielsko-Biała 2019.

O dzieciach

Tematem wiodącym tomu “Jeszcze jeden uśmiech” jest macierzyństwo. Powieść Magdalena Majcher traktuje jak forum wymiany poglądów na temat opieki nad dziećmi. Są tu matki-kwoki, które trzęsą się także nad dorosłym już potomstwem, matki, które poświęcają nawet własne zdrowie, żeby wychowywać maluchy, matki nieuznające antykoncepcji więc traktowane jak rozpłodowe samice, ale też matki oziębłe, stawiające na zimny wychów i niepoddające się czułościom. Jedne matki nie chcą przestać karmić piersią, nawet gdy dziecko ma już kilkanaście miesięcy, a w kolejce do karmienia czeka następne. Inne matki od początku wybierają butelkę, narażając się na negatywne komentarze z zewnątrz. Jedne matki noszą dzieci w chustach, inne wolą wózki. Ile kobiet, tyle podejść do dzieci. Ale - co autorka cały czas powtarza - każda decyzja spotka się z krytyką tych lepiej wiedzących. Zawsze ktoś się przyczepi, przedstawi własną, czyli jedynie słuszną wersję wydarzeń. I tak książka momentami zupełnie niepotrzebnie zamienia się w poradnik dla mam. A przecież nie o to chodzi. Chociaż może tu akurat o to, bo Magdalena Majcher nie ma zbyt rozbudowanego pomysłu na fabułę. Proponuje odbiorczyniom wizję rozwiązywania codziennych problemów. Przedsiębiorcze kobiety otwierają w Katowicach, w centrum (na ulicy butików, jeśli chodzi o odniesienia do realności) klubokawiarnię dla matek. Jest tu kącik zabaw dla ich pociech, ale – co ważniejsze - miejsce odpoczynku i wymiany doświadczeń. Bywalczynie tej kawiarni szybko się ze sobą zaprzyjaźniają, a już wkrótce będą miały okazję udowodnić, że da się na nich polegać. Zagląda autorka do kilku domów i sprawdza, jak bohaterki realizują się w związkach. Jest tu małżeństwo podporządkowane wytycznym z wiary katolickiej (nie ma mowy o antykoncepcji, trzeba być posłusznym Bogu, a kobieta powinna dodatkowo we wszystkim słuchać męża), jest i bohaterka-feministka, która swojego partnera seksualnego nie zamierza nawet informować o ciąży. W różnych domach pojawiają się różne kryzysy do przezwyciężania wspólnie - Magdalena Majcher chce odnotowywać szereg prawdopodobnych (nawet jeśli akurat ekstremalnych) scenariuszy, sprawdzić, jak ludzie zachowują się w chwili próby - a czasami też podpowiedzieć odbiorczyniom drogę do wyjścia z kryzysu.

Celom publicystycznym podporządkowuje autorka całą powieść, dużo chce przekazać, czasem - pouczyć lub doradzić - i gubi aspekty rozrywkowe. Nie ma dla niej większego znaczenia, że bohaterki mieszkają w Katowicach (informacje lokalne nie trafiają do fabuły), nie liczy się też akcja (bo ta podporządkowana została wskazówkom w kontaktach interpersonalnych). W rozmowach postaci wyczuwa się pewną sztuczność (zbyt oficjalny w detalach język, posługiwanie się imionami w dialogach). Zupełnie jakby dla Magdaleny Majcher liczyły się wyłącznie przesłania i pouczenia, jak być dobrą matką. Owszem, odchodzi autorka od schematów z literatury masowej – ale nie do końca wykorzystuje potencjał. W efekcie zaangażuje te czytelniczki, dla których ważne jest zagadnienie dzieci – opieki, wychowania, ale i postaw świeżo upieczonych matek. Zastępuje opowieści przekonaniami, stawia na ważne społecznie (ale tylko dla pewnej jasno określonej grupy czytelniczek) zagadnienia. Pisze ta autorka lekko, ale trochę za często chce odbiorczynie do czegoś przekonywać, przedstawiać określony punkt widzenia albo zmusić do zastanowienia.

piątek, 8 marca 2019

Aleksandra Klich: Cały ten Kutz. Biografia niepokorna

Znak, Kraków 2019 (wydanie II).

Barwny reżyser

Może i Aleksandra Klich trochę łagodzi portret Kutza – w końcu nie chce odbiorców zrażać do i tak kontrowersyjnej postaci – a poza tym czuje do bohatera swojej opowieści dużą sympatię, chce, żeby ta udzieliła się odbiorcom. “Cały ten Kutz” to książka, która na rynek wraca w wersji uzupełnionej - już po śmierci reżysera. Mimo upływu lat nie starzeje się i w dalszym ciągu może na odbiorców silnie działać, a fanom (kinomanom) dostarczać szeregu wiadomości przypisowych na temat kolejnych filmów. Aleksandra Klich buduje reportażowy portret złożony z licznych wypowiedzi, komentarzy i wspomnień. Wszystko jest tu jednak z wyczuciem zgrane, nie ma wrażenia uciekania w cudze zapiski – za to autorka wie dobrze, jak sterować uczuciami czytelników i jak dokumentować spostrzeżenia. Zamienia opowieść w atrakcyjny reportaż, zestaw spotkań z aktorami (ale nie tylko). Kazimierz Kutz jest tu opisywany przez współpracowników, przyjaciół i tych, którzy w jakimś momencie zetknęli się z nim na tyle, by móc dorzucić coś do relacji. Dzięki temu autorka zyskuje zupełnie nową, szerszą perspektywę i wciąż dynamizuje narrację. Sięga po opinie między innymi Anny Dymnej, Olgierda Łukaszewicza czy Feliksa Netza – to oni w końcu uczestniczyli w kolejnych działaniach i mogą zapewnić czytelnikom wgląd w źródło pomysłów. A te bywają niebanalne bardzo często: fakt, że Klich zadbała o zachowanie licznych wydarzeń już na prawach anegdot bardzo ucieszy poszukiwaczy zakulisowych smaczków. W tej książce owych smaczków jest mnóstwo. A przy tym nie zamienia autorka książki w zbiór ciekawostek. Pozwala naprawdę dokładnie przyjrzeć się procesowi powstawania filmów - z uwzględnieniem pomysłu, rozwiązań w ujęciach kamery, specyfiki pracy z aktorami i wydobywania z nich potrzebnych emocji. Portretuje Klich Kutza, który nie chce podporządkowywać się odgórnym wymogom, wykracza poza schematy, ale i wymyśla sobie Śląsk zupełnie niezwykły, magiczny. Mitologizuje miejsce – i przekonuje do tego odbiorców.

Udało się autorce uchwycić naprawdę różne aspekty działalności Kutza, a przy okazji sprawdzić, jak odzwierciedla się Śląsk w jego pomysłach. Spomiędzy zachowań reżysera i prywatnych jego marzeń daje się wychwycić unikatowość tej postaci. Aleksandra Klich nie poprzestaje na ogólnikach, potrafi wydobywać konkrety z kolejnych opowieści. Rezygnuje z powtarzanych pustych słów, szuka smakowitych detali i wiele znajduje. Kazimierza Kutza nie zawsze przedstawia w pełnej krasie – bo choćby kwestia miłosnych podbojów (poza żonami) pozostaje w sferze tabu. I tak jest tu sporo o rodzinie – najpierw relacje z matką i bratem, potem odrobina komentarzy na temat dzieci. Kutz prywatnie wydaje się jednak mniej interesujący niż zawodowo. Dlatego Aleksandra Klich więcej miejsca poświęca na dopowiedzenia do filmów, Kutza przedstawia kolejnymi obrazami rozbieranymi na czynniki pierwsze. Tworzy dodatek kinomana, coś, co samo w sobie jest zachętą do oglądania filmów. Pod koniec tomu znajduje też autorka miejsce na mariaż Kutza z polityką: pokazuje, skąd w ogóle się tam wziął i jak wyglądała jego praca dla ludzi (stosunek do tych, którym pomagał, również stanowi ważne uzupełnienie portretu). Tu też wkracza na scenę Krystyna Klaczkowska, która mogłaby swojego szefa przedstawić dużo dokładniej - ale zachowuje lojalną powściągliwość. I tak jest co czytać.

Jest to publikacja sycąca. Widać, że nie została przygotowana w pośpiechu czy przypadkowo. Aleksandra Klich pokazuje, jak stworzyć quasi-reportażową biografię, która w dodatku dobrze ocala charakter tak barwnej postaci. Dobrze, że ta pozycja na rynek wraca (ale wydaje się, że śląskie wypowiedzi trzeba by jednak trochę poprawić).

czwartek, 7 marca 2019

Katherine Arden: Dziewczyna z wieży

Muza SA, Warszawa 2019.

Ludowość

Z dziewczynki, która nie pasowała do swojego środowiska wyrasta kobieta, która nie lęka się niczego. Wasia na swoim wiernym koniu, Słowiku, przemierza lasy pod Moskwą, ratuje z opresji tych, których miało się już nie dać ocalić i ściąga na siebie uwagę parających się magią. Do ludzi dalej nie pasuje, może nawet bardziej. Siostra Wasi, Olga, wybrała drogę właściwą każdej stereotypowej kobiecie. Siedzi w domu, rodzi dzieci i czeka na męża, który stale gdzieś wojuje. Brat Wasi to obrońca uciśnionych - a przynajmniej stara się razem ze swoimi kompanami nieść sprawiedliwość. Nie zawsze jest skuteczny: w pościgu za uprowadzonymi dziećmi to samotna Wasia odnosi sukces i daje nauczkę bandytom. Bohaterka drugiego tomu rosyjskich mroźnych i ludowych opowieści wciąż jednak daje się lubić. I na własnej skórze przekonuje się, jak to jest być inną niż wszyscy. Wasia bez trudu rozmawia ze zwierzętami, widzi też zaczarowane istoty. Jest częściowo zakorzeniona w krainie magii. Nic dziwnego, że więź łączy ją z panem mrozu, Morozką. Kiedy żadne ludzkie siły nie pomogą w potrzebie - może się przydać ta niezwykła znajomość. Ale potrzeba w niej odwagi.

Katherine Arden powraca, zafascynowana ludowymi wierzeniami i klimatem rosyjskich tradycyjnych narracji jeszcze raz na wyjątkowo niegościnne tereny. Wraca, żeby pozachwycać się połączeniem ludycznych motywów i życia jako takiego. W tomach (pozbawionych przecież dostępu do mediów krain, to przecież daleka przeszłość i królestwo zabobonów) dzieje się mnóstwo - i wszystko jest do bólu prawdziwe, nawet kiedy wiąże się z czarami. Dzieci słuchają baśni i cieszą się bliskością wyobraźniowych opowieści, otrzymują wraz z nimi dawkę potężnych i zdrowych emocji. Sama autorka dla przyjemności snuje takie historie. A przecież codzienność Wasi nie odbiega zbyt daleko od takich relacji. Tu magia splata się ze zwykłym życiem i nadaje mu rytm. W “Dziewczynie z wieży” autorka przekonuje się, że właściwie niemożliwe jest zaprezentowanie pełni potencjału fabularnego Rusi. Wie, że uwiedzie czytelników surowością krajobrazu oraz ogromem uczuć postaci, ale zdaje sobie też sprawę z tego, że jeśli sama nie chce zatonąć w wątkach - powinna ograniczać opowieść i dążyć do klarownego końca - inaczej mróz zwycięży. Historia o Wasi jest śpiewna, melodyjna sama w sobie, na etapie konstrukcji. Jest też niepozbawiona humoru. Kobieta w mocno patriarchalnym środowisku, narażona w dodatku na ostracyzm ze względu na swoje paranormalne zdolności (niektórzy chcą widzieć w Wasi czarownicę) nie ma szansy na akceptację i samorealizację. Bezpieczniej dla wszystkich będzie, jeśli Wasia podawać się zacznie za mężczyznę - wtedy przynajmniej nikogo swoją odwagą nie urazi. Wraca zatem Arden do dosyć tradycyjnych pomysłów i rozwiązań z dawnych narracji, a jednocześnie tak przygotowaną kreacją bohaterki odnosi się do dzisiejszych familijnych produkcji, zgodnie z którymi kobiety są dzielne, samodzielne, mądre i niepokorne. Jest ta powieść wypadkową między fantastyką i dawnymi bajaniami, bywa momentami rozbrajająco naiwna, czasem z rozwiązaniami jak z literatury czwartej – ale autorka wie jedno, siła tej narracji tkwi w jej uroku, w przekonaniu, że odbiorcy tak samo zachwycą się niedostępną krainą z całą jej surowością i przejrzystym kodeksem wartości/ “Dziewczyna z wieży” to dowód wielkiej fascynacji motywami ludowymi i umiejętnie przeprowadzona, barwna historia. Katherine Arden ma szansę przekonać czytelników do swojej wizji nierzeczywistości, stanie się przewodniczką po wyobraźni podsycanej jeszcze magią. Ta autorka decyduje się na fantastykę pożenioną z tradycjonalizmem, widzi możliwość zaangażowania odbiorców za sprawą inności - i to wykorzystuje.

środa, 6 marca 2019

Atanazy Raczyński: Dziennik. Tom I

Wydawnictwo UAM, Poznań 2019.

Życie w zapiskach

Kochliwy był Atanazy Raczyński - z lektury jego dziennika płynie szereg obyczajowych obserwacji i podgląd mechanizmu plotki. Oto bohater, młody arystokrata, który zdecydował się prowadzić dziennik dla samego siebie (i właściwie niechcący zawarł w nim interesujący obraz epoki), uważnie obserwuje otoczenie. Zapiskami zabija nudę, ale też rozprawia się z własną burzą uczuć. Na kartach dziennika dzieli się spostrzeżeniami dotyczącymi najbliższego otoczenia, ocenia panie, zwierza się ze zmysłowych podniet - chociaż nie relacjonuje wydarzeń z alkowy, dość śmiało analizuje sytuacje damsko-męskie. Na papierze podsumowuje sobie krążące plotki, szuka małych sensacji. A kiedy romans zakończy się nie po jego myśli - utyskuje na zbyt łatwe panie. Przez długi czas zajmuje się wyłącznie codziennością, później przechodzi na kwestie dyplomacji i politykę także w skali międzynarodowej. Relacjonuje sytuację wojsk, opowiada o decyzjach na wysokim szczeblu, prezentuje sytuację w Europie i rozważa sensowność konkretnych poczynań władców. Jeszcze później odkrywa radość podróżowania - i tutaj przede wszystkim cieszy go możliwość zwiedzania i dzielenia się zachwytami oraz wiedzą na stronach swojego dziennika. Zapisuje, co i w jakim kraju zobaczył, skupia się na rozwiązaniach architektonicznych, w nieskończoność potrafi omawiać zabytki (fragmenty tych wywodów zostały z tomu usunięte - czytelnicy otrzymują bardzo obszerny wybór z diariusza, z zaznaczeniem, że w całości i w oryginalnych językach zostanie ten dziennik niebawem wydany w wersji cyfrowej). Atanazy Raczyński zdąży się też ożenić, porzucony przez zagraniczną kochankę - sprawdzić, jak ciąża wpływa na charakter i zachowania łagodnej dotąd kobiety, doczekać się potomstwa... miana z beztroskiego młodzieńca na świadomego obywatela następować tu będzie stopniowo i dla czytelników właściwie niezauważalnie. Na początku tomu autor wykorzystuje również jako materię tekstową listy otrzymywane od bliskich, dość dokładnie przedstawia swojego brata Edwarda i komentuje jego wybory. Jest w dzienniku szczery, nawet jeśli inni nie będą podzielać jego opinii. Można zatem dzięki lekturze wyrobić sobie całkiem interesującą wizję autora - któremu nieobce były rozmaite wygody i uciechy życia.

Osobnym tematem stają się tutaj ilustracje. Atanazy Raczyński, gdy chce utrwalić zaobserwowaną scenkę, widok, postać czy dzieło z muzeum, bardzo sprawnie tworzy wymowne i precyzyjne szkice. Wiele tu przykładów jego zdolności i umiejętności w tym kierunku, a sam dziennik zyskuje przez to jeszcze na intensywności. Autor na różne sposoby daje wyraz swojej spostrzegawczości. W dzienniku nie tylko dba o detale przedstawianych sytuacji i historii, ale również o kształt samej relacji. Chociaż zastrzega się, że prowadzi go tylko dla siebie, część wiadomości “szyfruje”, prowadząc notatki w różnych językach. Dzięki temu nie rzucają się w oczy zwłaszcza kontrowersyjne dla postronnych wyznania. Czasami autor wraca do swoich zapisków i wtedy dopowiada coś, uzupełnia lub wyjaśnia w swoistych przypisach (a orientowanie się w świecie, w którym się obraca, ułatwiają jeszcze przypisy redakcyjne). “Dziennik. Tom I” to kilkaset stron opowieści obyczajowych i społecznych (z rzadka – politycznych). Starannie prowadzone relacje z codzienności i przeżyć nie tylko prywatnych są do dzisiaj żywe. Atanazy Raczyński proponuje czytelnikom lekturę atrakcyjną - mimo że o prawie dwa wieki oddaloną w czasie. Tom został pięknie wydany – z kolorowymi półprzezroczystymi stronami z kolejnym rokiem, z kredowymi wkładkami do co bardziej udanych rysunków autora. Przez wzgląd na silnie akcentowaną obyczajowość może się podobać nie tylko literaturoznawcom.

wtorek, 5 marca 2019

Monika Utnik-Strugała: Po ciemku, czyli co się dzieje w nocy

Nasza Księgarnia, Warszawa 2019.

Tajemnice nocy

Niezły to pomysł na publikację wielkoformatowego picture booka, zwłaszcza dla tych dzieci, którym proces kładzenia się do łóżka sprawia zbyt dużo kłopotów. “Po ciemku, czyli co się dzieje w nocy” to wieczorna opowieść o wszystkim tym, co przegapia się za sprawą snu – ale i o tym, dlaczego w ogóle spać trzeba i nie da się uniknąć odpoczynku. Monika Utnik-Strugała przeprowadza maluchy prze kolejne etapy przed snem - między innymi bez dydaktyzmu a przekonująco wyjaśni, dlaczego koniecznie trzeba myć twarz, opowiada o wieczornym zmęczeniu i o procesie śnienia. Uspokoi w kwestii "drgnięć” na progu snu, mówi, co dzieje się z ciałem i jakie jego partie najbardziej snu potrzebują, gdy organizm dojrzewa. Przedstawi podział ludzi na sowy i skowronki (a przy okazji nauczy, jak budzić się bardziej wyspanym, to ciekawostka, którą można samodzielnie sprawdzić, chociaż trzeba będzie wykonać pewne obliczenia). Opowie autorka o lunatykach, ale te o śpiących zwierzętach i... roślinach. Znajdzie całe mnóstwo tematów wokół snu, spania, odpoczynku i nocy - pojawią się tu rozkładówki poświęcone gwiazdozbiorom lub perseidom, opowieści o nocy polarnej i dniu polarnym (żeby zrozumieć zjawisko, można z rodzicem pobawić się w ruch obrotowy Ziemi i Księżyc jako satelitę). Będzie coś o porodówce (dlaczego dzieci często rodzą się w nocy) i o organizmach, które świecą, o nocnych odgłosach i o nocnym zwiedzaniu muzeów. Dzieci dowiedzą się, czym jest Noc Kupały, ale też... co nocą dzieje się w opustoszałym metrze. Autorka zabierze maluchy do kopalni oraz na pogotowie, przyjrzy się też pracy latarnika – noc jako taka otwiera mnóstwo ciekawych tematów, pozwala na opowiadanie o zróżnicowanych sytuacjach, zjawiskach i wydarzeniach. Pełni zatem taka publikacja funkcję edukacyjną, a ponadto przybliża najmłodszym świat, pozwala dowiedzieć się mnóstwa nowych rzeczy, ale dostarcza również pożywki dla wyobraźni. Tutaj liczy się też jeszcze jeden aspekt tomiku – mowa w końcu nie tylko o śnie, ale i o ciemności, która staje się polem do działania. Utnik-Strugała szuka tu rozwiązania dziecięcych lęków: w ciemności wcale nie czają się potwory (strachom w wersji light poświęcona została jedna rozkładówka, przy lekturze nikt nie będzie się bać). “Po ciemku” okazuje się więc również dobrym narzędziem do oswajania najmłodszych z brakiem światła. Ta książka skusi dzieci ciekawym podejściem do zagadnienia nocy: nie ma tu oczywistości ani szkolnych pouczeń, każda rozkładówka dostarcza nowych wrażeń i ciekawostek z różnych sfer. Liczy się przełamywanie monotonii, kreatywność w podejściu do realizowania tematu. Przy takim stanowisku maluchy zorientują się, że noc nie musi być nudna i nauczą się też doceniać możliwość wysypiania się, gdy wokół wre praca.

“Po ciemku” to tomik, którego nie czyta się linearnie – a przeskakuje między rozrzucanymi po stronach akapitami – ciekawostkami. Małgosia Piątkowska przygotowuje tu bardzo kolorowe ilustracje, zmienia “faktury” (inaczej wygląda królicze futerko, inaczej kwiatek, a jeszcze inaczej - kawałek wełny przeciągany przez bohaterów jak lina). Przez strony przewijają się dzieci, ale jest tu również mnóstwo królików, które oprowadzają odbiorców po nocnych przystankach. Można zatem szukać ciekawych punktów najpierw w warstwie grafiki, żeby później sprawdzać, co do powiedzenia ma na ten temat Monika Utnik-Strugała. “Po ciemku” to kolejna publikacja imponująca rozmachem i atrakcyjna dla dzieci w różnym wieku, nadająca się na długie godziny rozrywkowych poszukiwań i odkrywania tajemnic nocy. To opowieść, która zatrzymuje odbiorców w pełnej sekretów krainie dostępnej właściwie na wyciągnięcie ręki.

poniedziałek, 4 marca 2019

Kent Haruf: Nasze dusze nocą

Wydawnictwo Literackie, Kraków 2019.

Obecność

Gdyby ludzie odważali się na takie pomysły jak Addie (która ma już siedemdziesiąt lat, ale fantazji jej nie brakuje), gdyby inni mieli podejście podobne do Louisa – nikt nie musiałby się bać samotności w podeszłym wieku. Pewnego dnia bowiem Addie odwiedza swojego sąsiada i proponuje mu wspólne spanie. Nie chodzi jej o seks (chociaż tego nie wyklucza w przyszłości), ale o zwyczajną bliskość, spędzenie nocy i śnienie w jednym łóżku. To propozycja dziwna i nie wiadomo, co z niej wyniknie – ale jej przyjęcie nie wiąże się z żadnymi zobowiązaniami, Addie wszystko dobrze sobie przemyślała i gotowa jest podjąć ryzyko. Louis zgadza się na to rozwiązanie i udaje na noc do domu Addie. Tak zaczyna się powieść “Nasze dusze nocą”, książka, która czytelników wzruszy, rozbawi ale też wstrząśnie nimi. Nie ma tutaj konwenansów, bohaterka jest pewna jednego: ludzie swoimi opiniami (a na pewno zaczną plotkować!) nie zrobią jej już krzywdy. Może zatem nie przejmować się nieżyczliwymi spojrzeniami. Louis jest trochę mniej odporny, ale też uczy się beztroski, jakiej przez życie nie zaznał. Nocne spotkania stają się okazją do rozmów i coraz szczerszych zwierzeń. Stopniowo bohaterowie poznają się lepiej, zyskują towarzysza codziennych trosk i wyzwań. Stają się dla siebie wsparciem i właściwie nic nie stoi na przeszkodzie, żeby taka znajomość w końcu przerodziła się w głębsze uczucie. I wtedy pojawia się problem.

“Nasze dusze nocą” czytelników przyciągnie między innymi ze względu na oryginalność fabuły. Kent Haruf proponuje świeże spojrzenie na relacje damsko-męskie - inaczej niż w typowych scenariuszach prowadzi sytuację, pozwala kibicować bohaterom nie w dążeniu do romansu, a w samej odkrytej na nowo radości życia. Decyduje się na odważne rozwiązania, ale nie chce też zapominać o kontekście, wprowadza oczywiste i zrozumiałe reakcje otoczenia. Bohaterowie w końcu nie żyją tu w próżni i potrafią odnaleźć się w małej społeczności. Zagadnienie, które może w czytelnikach obudzić tęsknotę za najprostszymi rozwiązaniami, tutaj staje się siłą napędową opowieści. “Nasze dusze nocą” to jak baśń całkowicie zanurzona w realiach znanych odbiorcom. Nie znajdzie się tu cukierkowości ani dopasowywania akcji do potrzeb autora, wszystko naturalnie z siebie wynika. Odbiorcom pozostanie jedynie śledzić tę relację aż do końca - bo skończyć ona się może na wiele różnych sposobów. Nieprzewidywalność to jedna z zalet tomu.

Kent Haruf tę urzekającą opowieść przedstawia tak prosto, jak to tylko możliwe. Do nieskomplikowanej fabuły (której prawdziwą ozdobą i racją bytu jest pomysł) dokłada pozbawiony ozdobników język. Dialogi między bohaterami prezentuje tak, żeby czytelnicy nie mieli pewności, czy to wypowiedzi, czy tylko myśli i refleksje postaci. Krótkie akapity nie pozwalają rozczulać się nad losem Addie i Louisa, a jednak w ich doznaniach jest coś, za czym tęsknią odbiorcy. To powieść zbudowana na wrażliwości, sugerująca ludziom, że istnieją wręcz banalne rozwiązania kwestii, których ci najbardziej się boją. Podsuwa Haruf nieszablonowe podejście do tematu bycia razem, proponuje czytelnikom wprowadzenie w życie śmiałego marzenia, które nie musi wiązać się z wieloma wyrzeczeniami. Tutaj wszystko wydaje się możliwe - a odbiorcom przyda się obietnica takiego świata zwłaszcza w momencie, gdy będą czuć się najbardziej bezbronni.

niedziela, 3 marca 2019

Michelle Obama: Becoming. Moja historia

Agora, Warszawa 2019.

Zwierzenia pierwszej damy

W trakcie kampanii prezydenckiej Michelle Obama parę razy spotkała się z nieprzychylnością mediów i musiała też prostować wiadomości przekazywane w świat. Dopiero uczyła się kreowania wizerunku – dzisiaj z perspektywy czasu i już po byciu pierwszą damą - opowiada o tamtych potyczkach. Ale opowiada niejako przy okazji innej, autobiograficznej narracji, tak, że nie ma się podczas lektury wrażenia, że próbuje się oczyszczać z niby-zarzutów. Tego zupełnie nie potrzebuje, bo dziś raczej nikt nie pamięta jej rzekomych wpadek z mężowskiej kampanii, za to odbiorców tomu “Becoming. Moja historia” zainteresują codzienne wyzwania.

Bardzo wyważona jest ta książka i widać, że nie ma w niej miejsca na przypadkowość, chaos uczuć albo skoki napięcia. Michelle Obama rozumie swoje reakcje, potrafi je też dokładnie przeanalizować - nawet jeśli korzysta w tym ze wskazówek specjalistów, jest przekonująca w opowieści. Unika grania na uczuciach odbiorców, chce być stonowana i poprawna, grzeczna i dyplomatyczna, zachowując maksymalne pozory szczerości. Ale przecież nie dla wzruszeń się po ten tom sięga. Michelle Obama relacjonuje swoje życie etap po etapie, wcale nie poświęca się jedynie kwestii bycia pierwszą damą. Zaczyna od dzieciństwa (normalna rzecz w autobiografii) i pokazuje, jak czarnoskóra rodzina walczyła, żeby coś w życiu osiągnąć. Sporo miejsca poświęca autorka kwestii wyrównywania szans, opowiada, jak jej rodzice wpajali potomstwu przekonanie, że muszą ciężko pracować na sukces – znacznie ciężej niż ich biali sąsiedzi. Zestawia swoją sytuację z losami krewnych i przyjaciół, ale odmalowuje w pierwszej kolejności nie społeczne relacje, a sceny z własnego dzieciństwa. Opowiada o dzielnym chociaż ciężko chorym ojcu i o bracie - świetnym sportowcu. Przetyka to szkolnymi perypetiami. Na etapie opowiadania o młodości zajmuje się między innymi relacjami o swoich chłopakach, ale też i o przyjaciółkach. W końcu dojdzie do znajomości z Barackiem i wtedy opowieść zacznie się rozdzielać na dwie części. Z jednej strony będzie tu młoda, ambitna dziewczyna, która wciela w życie wartości wpajane jej przez rodziców, planująca swoją karierę i pomysłowa. Z drugiej - rozkwitający związek z podobnym do niej w ambicjach mężczyzną, związek, w którym partnerzy uczą się rozmawiać o swoich potrzebach, szanują się nawzajem i razem szukają wyjścia z każdej trudnej sytuacji. Zresztą motyw budowania związku powracać będzie odtąd stale, a Michelle Obama nie tylko pokaże miłe strony relacji, ale też - jak walczyć o uczucie.

Ostatnim akordem tej rozbudowanej w szczegółach opowieści jest motyw polityki i tego, jak decyzje Baracka wpływały na całą rodzinę. Tu Michelle Obama przedstawia kulisy walki o władzę, ale nigdy nie zapomina też o wartościach rodzinnych. Zamiast skupiać się na przemówieniach męża, opowiada, jak kupowała czapki dla córek - i tym urzeknie czytelniczki. Prezentuje zmiany, jakie w życiu całej rodziny zaszły po wyborach, ale nie do końca angażuje się w politykę. Opowiada o sobie w obliczu wyzwań, analizuje postawę dobrej żony i troskliwej matki. I to staje się największą siłą jej tomu. Nie brakuje w tych opowieściach czułości w stosunku do bliskich, elementów humorystycznych (matka Michelle w Białym Domu czy reakcje kilkuletnich dziewczynek na sprawy trapiące ich ojca), albo wyrozumiałości. Michelle Obama wskazuje odbiorczyniom obszary codzienności, w których musi wykazać się dyplomacją albo przymknąć oko na uświadamiane nawyki partnera, zachowuje się tu jak idealna ukochana: i chyba takiej kreacji nikt nie będzie jej miał za złe, bo pasuje to do stylu samej książki. “Becoming” to opowieść ciepła, prywatna i wolna od nudy, bardzo szczegółowa, ale też zatrzymująca odbiorców na dłużej. Wygładzona może i nadmiernie, ale przynajmniej nie rozczarowuje.

Anita Głowińska: Kicia Kocia. Nie chcę się ta bawić!

Media Rodzina, Poznań 201.

Co się podoba

Co z tymi dziewczynkami? Nie chcą się bawić w porywanie księżniczek i zamykanie ich w lochach. Nie lubią być chwytane ani szarpane przez kolegów. Na podwórku Kici Koci pojawia się nowy chłopiec, który tego jeszcze nie wie – i trochę męczy Amelkę oraz Kicię Kocię swoją natarczywością czy fizycznym kontaktem. Na szczęście bohaterka serii Anity Głowińskiej zdaje sobie sprawę z tego, że w podobnych okolicznościach wątpliwości trzeba wyjaśniać jak najszybciej. Otwarcie mówi, że zabawy fajne są wtedy, kiedy podobają się wszystkim – a nie kiedy cieszą tylko część uczestników. Dobrze, że innym dzieciom trafia to do przekonania: i już wkrótce mogą zajmować się tym, co nikogo nie krzywdzi, nie męczy ani nie uraża.

Kicia Kocia pokazuje maluchom, że jeśli coś im się w codziennych rozrywkach nie podoba, nie muszą w tym uczestniczyć, za to zawsze warto rozmawiać o wątpliwościach i oczekiwaniach. Czasami wystarczy uświadomić innym, że coś jest nie w porządku – to lepsze niż zabawy na siłę i dopasowywanie się do pomysłów innych. Kicia Kocia doskonale to wie, a odbiorcy zaraz się dowiedzą – jest całe mnóstwo sposobów spędzania wolnego czasu, trzeba tylko chwilę pomyśleć, poszukać rozwiązania, które odpowiadałoby wszystkim. Na dowód tego bohaterka wprowadza zgadywanki: wszystkie dzieci po kolei pokazują (bez używania słów) wymyślone przez siebie zwierzę – pozostali mają odgadnąć, o jakie chodzi. Jest przy tym mnóstwo śmiechu, a maluchy są naprawdę kreatywne. Taką zabawę mogą powtarzać też niemal w nieskończoność odbiorcy. Ale podczas lektury mają też moment zgadywania: mogą wyprzedzać bohaterów, w końcu autorka opisuje, co dzieci robią i jakie odgłosy wydają. Po jednej kolejce podaje Anita Głowińska jeszcze zestaw zwierząt do odgrywania przez kilkulatki – na dobry start, można się poczuć jak Kicia Kocia. Zabawy dzielą się na te przyjemne dla wszystkich i na te, z których lepiej zrezygnować, żeby nikomu nie sprawiać przykrości.

Historyjka o Kici Koci jest przekonująca i bardzo praktyczna do zastosowania przez odbiorców w ich codzienności. Nie ma tu złych konsekwencji nieudanej zabawy, nie ma szeroko zakrojonych kłótni. Problem (częściowo niezawiniony) rozwiązuje się rozmową. Do tego Anita Głowińska urozmaica dziecięce pomysły, przypomina, w co można się bawić w grupie. Stara się, żeby prosta historia była dla małych odbiorców atrakcyjna, także ze względu na liczbę bohaterów – tu przecież roi się od dzieci, a wszystkie stają się bliskie kilkulatkom. Maluchy będą chciały śledzić opowiastkę (mogą się na niej uczyć czytać, bo jest tu duży druk i stosunkowo niewiele tekstu). Jak zwykle znakomita ilustratorka przyciąga też uwagę kolorami – intensywnymi, nasyconymi i wypełniającymi proste kształty. Głowińska tworzy postacie łatwe do przerysowania przez najmłodszych, jej rysunki są naiwne, ale przez to też urzekające. Cała ta seria wyróżnia się na rynku jakością wykonania – jak również przejściem od rytmu i tematyki charakterystycznych dla cykli edukacyjnych do informacji mniej oczywistych z perspektywy dorosłych, ale ważnych dla grupy docelowej. Kicia Kocia pokazuje dzieciom, jak postępować w sytuacjach budzących wątpliwości, pomaga i po prostu cieszy.

sobota, 2 marca 2019

Wendy Hunt: Zawodowcy w świecie zwierząt

Nasza Księgarnia, Warszawa 2019.

Nietypowi

Nowy pomysł na przedstawienie dzieciom zwierząt ma Wendy Hunt, a znalezienie oryginalnego sposobu prezentowania najmłodszym przedstawicieli fauny to już wyczyn nie lada, zwłaszcza jeśli bierze się pod uwagę, że zwierzęta to stały element opowieści dla dzieci. “Zawodowcy w świecie zwierząt” to tomik edukacyjny połączony z zadaniami wyszukiwankowymi dla odbiorców, a jednocześnie picture book (ilustracje: Muti). Autorka zabiera czytelników w podróż do czternastu krain i środowisk, w tym do rzeki, w głębiny oceanów, do lasu i na sawannę, na tropikalną wyspę, na bagna czy na biegun północny. Pojawi się i tam, gdzie według maluchów zwierząt nie ma (na pustyni), albo tam, gdzie przebywają te dobrze znane (w ogródku - ale że to amerykański ogródek, dla polskich odbiorców i tak będzie niezwykły). Do tego zaprezentuje miejsca mniej przez dzieci kojarzone, na przykład zarośla namorzynowe.

W każdym środowisku przyjrzeć się będzie można ośmiu różnym gatunkom zwierząt - i jednej rozkładówce obrazkowej. Najpierw dzieci otrzymują ilustrację wielkoformatową: mogą zgadywać, co robią poszczególne zwierzęta, albo po prostu im się przyglądać. Do tej ilustracji wrócą jeszcze po lekturze, już z wiedzą na temat poszczególnych stworzeń - wtedy mogą poprowadzić narrację na nowo, już ze świadomością, kto jest kim i czym się tu zajmuje. Rysunek na dwóch stronach potraktują wówczas jak wyszukiwankę, poćwiczą na nim spostrzegawczość.

Druga rozkładówka w ramach rozdziału to już prezentacja czy może autoprezentacja postaci. Pojawia się tu osiem małych rysunków z wybranymi stworzeniami (i przeważnie - w jakimś kontekście, podczas konkretnego zajęcia). Do tego dwa zdania wygłaszane przez dane zwierzę, plus komiksowy dymek, w którym pada żartobliwy zawód. Niektóre zwierzęta to komandosi, śmieciarze, górnicy czy architekci, inne – tajemnicza nieznajoma, wczasowicz czy kłótnik, “zawodowcy” zatem mogą oznaczać nie tylko reprezentantów “ludzkich” zajęć, ale też czasami nawet i wad czy przywar. Każde zwierzę podaje swoją nazwę (w ramach przedstawiania się), która dla ułatwienia wprowadzona jest wersalikami. I każde też tłumaczy, czym się zajmuje, co potrafi albo jak zareaguje w określonych okolicznościach. Czasami te wyjaśnienia prowadzą do wskazania znaczenia nazwy, innym razem stanowią ciekawostkę dla maluchów - i pokażą, jak dziwne zadania miewają zwierzęta w różnych miejscach.

Wendy Hunt wybiera najczęściej gatunki, o których dzieci nie miały gdzie usłyszeć, prezentuje istoty zaskakujące, nieobecne w bajkach – a tym samym nowe dla maluchów. Udowadnia, że świat jest piękny i ciekawy, że warto go poznawać. Wiadomości podawane w tym tomiku będą łatwo zapadać dzieciom w pamięć, maluchy mogą później chwalić się zdobytą samodzielnie wiedzą. “Zawodowcy w świecie zwierząt” to publikacja, która nie opiera się na banalnych danych – Wendy Hunt dba o to, żeby dzieci przez cały czas chciały poznawać jej bohaterów. Tomik oczywiście przyciąga uwagę również kolorami i dużym formatem. Dla dzieci, które uwielbiają opowieści o zwierzętach, to znakomita lektura. Z uwagi na rozmiar druku (i stosunkowo małą ilość tekstu) nadaje się ta pozycja do ćwiczenia czytania przez dzieci. Przyjemnie będzie od razu uzyskać za wysiłek nagrodę w postaci oryginalnej wiadomości, drobiazgu na prawach ciekawostki. Dzieci czeka pełne wrażeń odkrywanie tego, co wymyśliła natura. Z tym tomikiem przekonają się też, dlaczego trzeba chronić przyrodę.

piątek, 1 marca 2019

Dorota Wachnicka: Grzesznica

Edipresse Książki, Warszawa 2019.

Za dawne wybory

Dorota Wachnicka wymyśla sobie dalsze losy Pretty Woman. Luksusowa prostytutka, Dominika, w pewnym momencie poznaje mężczyznę swoich marzeń, wychodzi za niego za mąż, porzuca dawne zajęcie. Teraz już jest przykładną żoną i matką, ma zwyczajną pracę i jest szczęśliwa. Nie przeżywa traum w związku ze swoją przeszłością, czasami nawet prezentuje pojedyncze anegdotki – wspomnienia z łóżkowych wyczynów. Dominika seks lubi i tego we własnej narracji nie ukrywa. Za to jej tajemnica z przeszłości nie podoba się Michałowi, koledze z pracy. Michał to żarliwy katolik, który związków pozamałżeńskich nie popiera, przed pracą biega na mszę i prezentuje bardzo konserwatywne poglądy na życie. Kiedyś widział Dominikę jako prostytutkę u boku biznesmena – i postanawia za to usunąć kobietę z pracy. Ma też jeszcze jeden powód, który pcha go do działania. Staje się groźnym przeciwnikiem – a właściwie wrogiem, którego nie wolno zignorować.

“Grzesznica” to powieść obyczajowa z drobnymi wstawkami erotycznymi (te najczęściej dotyczą dawnych doświadczeń Dominiki, trochę budują jej portret z przeszłości) i w zasadzie tytuł w stylu taniego romansu porno może jej tylko zaszkodzić. Wachnicka pisze całkiem nieźle, radzi sobie z dwutorową narracją - przeskakuje w opowieści od Dominiki do Michała, budując dwa różne klimaty jednej historii. Wiadomo, że tytuł odnosi się do oceny zachowania kobiety z perspektywy fanatyka religijnego, ale brzmi – niestety – jakby był zapowiedzią brukowej literatury. Autorka koncentruje się tutaj na codzienności Dominiki, na zwyczajnych wyzwaniach wiążących się z utratą pracy czy organizowaniem codzienności. Udaje jej się odmalować szczęśliwy związek, rodzinną sielankę (może i nie wolną od pokus, ale przynajmniej pasującą do hollywoodzkich zakończeń). Dominika ma wystarczająco dużo kłopotów przez Michała, żeby jeszcze dokładać jej kolejnych. Za to autorka zajmuje się z czasem przedstawianiem eskalacji nienawiści. Przygląda się zachowaniom oraz motywacjom Michała, stopniuje jego agresję. I o ile na początku może jakoś wytłumaczyć pierwsze przesadzone reakcje poglądami, o tyle już z czasem coraz mniej prawdopodobna robi się ta postać. Michał zarzuca bowiem własne wartości, Wachnicka odsłania jego brudne sekrety i pokazuje całkowity brak moralności. Fanatyczny katolik ma na sumieniu znacznie więcej niż Dominika - być może o rozprawienie się z dewotami też autorce przy okazji chodzi. W każdym razie bohaterowie wypadają jednoznacznie, ale niektórych da się polubić.

“Grzesznica” to powieść prosta, ale napisana całkiem starannie. Autorka nie mnoży wątków nad miarę, w fabule skupia się na tym, nad czym potrafi zapanować. Wie też, czego oczekują jej czytelniczki, więc skłaniać się będzie bardziej ku rozwiązaniom baśniowym (albo z filmów romantycznych) niż rzeczywistości, ale to realizowanie konwencji wpisanej w gatunek, a nie błąd w budowaniu narracji. “Grzesznica” to prosta obyczajówka - nie powieść erotyczna czy romans – przekona panie, które lubią lekką, niewymagającą myślenia lekturową rozrywkę.

czwartek, 28 lutego 2019

Stanisław Grzesiuk: Klawo, jadziem!

Prószyński i S-ka, Warszawa 2019.

Dodatek

W pełni zrozumiała jest powracająca po latach moda na Grzesiuka, bo ten autor urzeka szczerością i precyzją w opisywaniu wydarzeń, ale i humorem, który pomaga przetrwać najtrudniejsze chwile. “Klawo, jadziem” to dodatek do autobiograficznej trylogii, sprawdzenie, co też Stanisław Grzesiuk miał do przekazania w małych formach. Na ten zbiorek składają się (nie licząc wystąpienia o alkoholizmie) trzy niezależne części tekstowe. Najpierw zestaw opowiadań. Tutaj autor próbuje swoich sił w literaturze, chce rozprawiać się z wojennymi traumami w oderwaniu od życiorysu (nie zawsze się to zresztą udaje). Dominuje w tych malutkich utworach motyw śmierci - Grzesiuk śmieje się przez łzy, ironią walczy ze strachem. Proponuje czytelnikom lekkie podejście do spraw ostatecznych – jakby groza wojny zmieniała zasady postrzegania rzeczywistości. W tych opowiadaniach rozprawia się autor również z osobistymi bolączkami, nie udaje mu się - wbrew zapowiedziom - zrezygnować z mroków psychiki. Obarcza bohaterów swoimi troskami i pokazuje szereg nieszczęść mających źródło w nieodległych doświadczeniach. Drugą część stanowią teksty felietonowe. Tutaj Stanisław Grzesiuk – na zamówienie redakcji – pisze o przedwojennej Warszawie. Sięga do lepszych wspomnień, ocala miasto, jakiego po wojnie już nie ma. Teraz może otwarcie pisać o sobie, czerpać z własnej biografii i charakterystycznych skojarzeń. Raz zajmie się topografią, to znowu - ferajną, która śpiewa podwórzowe ballady. Ożywa tu świat, za jakim część czytelników w latach 60. XX wieku zwyczajnie tęskniła. Grzesiuk staje się kronikarzem Warszawy – z jej ulicznym folklorem i specyfiką “cwaniaczków”. Wreszcie trzecią część tomu zapełniają teksty piosenek i ballad - często anonimowe, często krwawe do przesady, pełne wielkich uczuć, miłości, zazdrości i brodni. Niektóre z tych piosenek są znane odbiorcom do dzisiaj (i łatwo nucić je przy lekturze), inne pokażą zakres twórczych poszukiwań. Wykonywał je Grzesiuk, dzisiaj – w hołdzie temu artyście - Jan Młynarski.

Jednak tekstów pozostawionych przez Stanisława Grzesiuka jest niewiele i jeśli chce się uzupełnić jego “dzieło życia” małymi formami, należy liczyć się z tym, że nie będzie to imponująca objętościowo publikacja. W “Klawo, jadziem!” wydawnictwo postawiło na bogaty materiał graficzny. Opowiadania przedstawiane są na rozkładówkach równolegle z reprintami rękopisów (w kolorze i z poprawkami do druku), co nie tylko jest ozdobnikiem, czasami pozwala sprawdzić choćby usuniętą literę. Przy felietonach pojawiają się wielkoformatowe zdjęcia z archiwum autora - powiększane i łączone z wybranymi wersami z piosenek. Wreszcie zestaw dokumentów - nawet tych luźno związanych z Grzesiukiem (program spektaklu na podstawie jego utworów) albo dosyć zabawnych (oficjalne gratulacje z wydawnictwa). W tym miejscu widać już zapychanie objętości, rozdmuchiwanie materiałów: nie mają większego sensu cytaty powiększane i wrzucane w charakterze ozdobnika na rozkładówki. Być może lepsze wrażenie zrobiłoby ograniczenie objętości tomu niż podrzucanie odbiorcom każdego skrawka nieistotnych wiadomości kojarzonych z Grzesiukiem. Z drugiej strony skoro to uzupełnienie autobiograficznej trylogii – przynosi materiały, na które wcześniej nie było miejsca. “Klawo, jadziem” to przypis do cyklu, ładnie go zamykający.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com