Strona główna || O autorce || O tu-czytam || Bajki || Bajkowe portfolio                       

wtorek, 22 stycznia 2019

Barbara Gawryluk: Moje Bullerbyn

Akapit Press, Łódź 2018.

Przeprowadzka

Natalka w okres dojrzewania wejdzie z przytupem. I to nie dlatego, że kocha hip-hop i każdą wolną chwilę najchętniej spędzałaby z grupą rówieśników, ćwicząc kolejne układy taneczne. Jej marzenia i plany nagle zostają zrujnowane, a wszystko przez rodziców. Pewnego dnia informują oni potomstwo, że najbliższe dwa lata wszyscy spędzą w Szwecji. Dorośli dostają tam pracę – o wiele lepiej opłacaną niż w kraju. Maluchy pójdą do szwedzkiego przedszkola. I tylko Natalkę czeka rewolucja: dziewczyna musi zmienić środowisko, boi się, że zapomną o niej przyjaciółki, a grupa taneczna się rozpadnie. Opinia dziewczynki nie jest w ogóle brana pod uwagę w dyskusji: rodzina ma się trzymać razem i wszystko już postanowione. W Szwecji Natalka musi nauczyć się języka – właściwie nie sprawia jej to problemów – i znaleźć swoje miejsce w szkolnej społeczności. Koleżanki zyskuje całkiem szybko, za to chłopcy, zwłaszcza przystojniak Mats, trochę jej dokuczają. Barbara Gawryluk stara się odmalować zmiany optymistycznie: przede wszystkim w Szwecji jest sporo Polaków, szkoła to w ogóle zestaw bardzo różnych narodowości. I tutaj Natalka może rozwijać swoje taneczne pasje, a ma na to nawet więcej czasu, bo nauczyciele prawie nie zadają nic do domu. Podobnie rzecz ma się z rodzicami – i oni zyskują możliwość spędzania długich godzin ze swoimi pociechami, pracują mniej i mniej martwią się pieniądze, dzieci doceniają wspólne rozrywki i miłą atmosferę panującą w domu. Rodzice mniej się też denerwują, za to nie muszą oszczędzać. Tęsknotę za dawnymi koleżankami rozwiązać można dzięki lotom do Polski – nie sprawdzają się właściwie żadne obawy bohaterki. W Szwecji jest ciekawie, zwłaszcza że dziewczyna próbuje rozwiązać tajemnicę starszej pani, sąsiadki, która pochodzi ze Lwowa i w młodości tańczyła.

„Moje Bullerbyn” to poppowieść, ale splata się w niej sporo wątków fabularnych, różnych pomysłów na przyciągnięcie uwagi młodych czytelników. Nieprzypadkowo pojawia się tu nawiązanie do Astrid Lindgren – Barbara Gawryluk wybiera podobny sposób na tworzenie domowego azylu, schronienia przed złem świata. Akcentuje znaczenie rodziny, zresztą nawet wtedy, gdy młodzi bohaterowie nie zdają sobie z tego sprawy, to dorośli podkreślają sens istnienia takich więzi. Autorka zajmuje się jednocześnie kwestiami adaptacyjnymi, nawiązywaniem nowych przyjaźni, rozprawianiem się z kolegami, którzy źle się zachowują, ale i poznawaniem przeszłości. Czasami wplata do opowieści zestaw atrakcji, opowiada, co Natalka mogła zobaczyć w Szwecji i jak jej rodzice podróżowali po Lwowie. Krótka jest ta książka, ale pełna wrażeń dla bohaterki – jakby ich było mało, Natalka w Szwecji może wziąć udział w konkursie tanecznym, w którym stawka jest dość wysoka. To dobry pomysł na integrowanie grupy, a i na dodanie emocji do historii. Barbara Gawryluk przygląda się codzienności bohaterki – w dość nietypowej, ale powtarzającej się sytuacji. Odwołuje się do zjawiska eurosieroctwa, a na marginesie też i do rodzin patchworkowych czy do multikulturowości. To wszystko ważne zagadnienia, które tutaj wypadają całkiem zgrabnie i lekko. Czytelnicy otrzymają od autorki zestaw zróżnicowanych wrażeń. Warty wprowadzania w życie jest pomysł nauczycielki Natalki, osoby, która z dystansem – więc i na trzeźwo – ocenia sytuację. Prowadzenie dziennika, w którym należy za każdym razem zapisać jedną ważną myśl, odkrycie lub uwagę przyda się młodym ludziom. Nie wymaga to wiele wysiłku, a jest sposobem na wsłuchanie się w siebie, samopoznanie i częściową autoterapię. To alternatywa wobec wszechobecnych śmieciowych blogów, miły powrót do dawnych czasów. „Moje Bullerbyn” to wartościowa opowieść, chociaż utrzymana w stylistyce pop – szybka, krótka i wycinkowa.

poniedziałek, 21 stycznia 2019

Nic Sheff: Na głodzie. Moja historia walki z nałogiem

Poradnia K, Warszawa 2018.

Ratunek

Uzależniony syn, chłopak ze wstrząsającej opowieści Davida Sheffa chwyta za pióro i opowiada o swojej walce z nałogiem. Tom „Na głodzie” brzmi jak przygotowany przez profesjonalnego ghosta – z dbałością o stopniowanie napięcia czy szczegółowość relacji. Ale Nic nie zamierza powtarzać spostrzeżeń ojca: David wystąpi tu zaledwie parę razy, jako ten, którego Nic bardzo ceni – ale też – do kogo nie może się zbliżyć. Ojciec chroni teraz przede wszystkim swoją drugą rodzinę. I nic dziwnego, skoro Nic osiągnął ten poziom upodlenia, że może okraść kilkulatka – sfałszuje też czeki lub włamie się do domu babci, żeby tam przenocować. Konsekwentnie i ojciec z drugą żoną, i matka – odmawiają dorastającemu potomkowi wsparcia. Nie wierzą w żadne jego przemiany, zbyt dużo już widzieli – i zbyt wiele razy ich zawiódł. Nie zasługuje już na zaufanie. Zresztą i czytelnicy się szybko o tym przekonają, bo Nic w tej spowiedzi nie zamierza się wybielać. Owszem, akcentuje własne uczucia, przypomina, jak sam podchodził do kolejnych problemów i jak chciał odbudować rodzinne relacje – ale to wszystko sprawia wrażenie wymuszonego, jakby autor tomu próbował się podporządkować wymogom rynku (i bestsellerowych scenariuszy). Niezależnie od kwestionowania motywacji mężczyzny, nie da się odmówić szczerości we fragmentach dotyczących samego ćpania.

Nie obeszłoby się „Na głodzie” bez naturalistycznych i mocno nastawianych na cielesność doznań związanych z zażywaniem narkotyków. Będzie Nic Sheff zwalniać narrację tam, gdzie przygotowuje sobie działkę, kiedy umawia się z dilerem, napełnia strzykawkę albo wbija ją w żyłę. Intensywność tych notatek jest porażająca – chociaż też i trudna do zniesienia w lekturze. Sporą część książki „Na głodzie” zabierają jednak obrazy ćpania, ale i toksycznych relacji z kolejnymi kobietami. Ile razy Nic próbuje wyrwać się z nałogu, świadomy, że jest już w sytuacji granicznej, tyle razy wraca do narkotyków pod wpływem ukochanych. Stara się nawet zrozumieć, dlaczego chce z nimi być, co mu w nich imponuje. Huśtawka nastrojów zapewnia uwagę czytelników, zwłaszcza że ich rola polega na kibicowaniu autorowi. Nic może deklarować chęć zmiany, może cieszyć się rozwiązaniami wprowadzanymi dzięki programowi dwunastu kroków. Może też odczuwać strach, kiedy uświadomi sobie, co robi i co mu grozi. Jednocześnie stale naraża się na pokusy, a kiedy już bodźce są bardzo silne, nie walczy ze sobą przesadnie. Nie wiadomo wobec tego, co właściwie autor odlicza kolejnymi dniami – na pewno nie czas trzeźwości, chyba że symboliczne nowe życie, walkę o samego siebie. Usprawiedliwień Nic Shef może nie szuka, ale troszczy się o to, żeby czytelnicy zrozumieli, czym się kierował i co czuł w najtrudniejszych momentach. Pokazuje też stosunek do wszelkich rozwiązań terapeutycznych, szukania wsparcia w Sile Wyższej lub w tych, którzy wcześniej wyszli z uzależnienia. Trochę wyjaśnia odbiorcom z zewnątrz, jak wygląda codzienność narkomana, który próbuje się leczyć. Jest to opowieść bezkompromisowa i odważna, ale też staranna od strony literackiej. Nic Sheff nie tylko ma do zaprezentowania szereg silnych wrażeń – wie też, jak je opracować, żeby wstrząsnęły odbiorcami. Podsuwa pełnowartościową historię, chociaż nie może jej prowadzić jednoznacznie. Serwuje czytelnikom niezwykłe świadectwo, będące przestrogą, ale też i ważnym wyjaśnieniem. Tutaj nie będzie litowania się nad sobą albo oceniania postaw bliskich. Nic Sheff na rynek wchodzi z dużą siłą. „Na głodzie” to książka, w której z zestawem wyznań wiąże się moc przeżyć czytelników. Nie pozostawia ta publikacja obojętnym, nawet jeśli sięgnie po nią „przypadkowy” odbiorca, po prostu spragniony literatury faktu.

niedziela, 20 stycznia 2019

Lidia Pańków, Julia Pańków: Kreatorki. Kobiety, które zmieniły polski styl życia

Muza SA, Warszawa 2018.

Twórcze kobiety

Te kobiety nie zapisały się w zbiorowej świadomości, nie stały się celebrytkami ani ikonami dla potomnych – pokoleń, które przestały szukać autorytetów w przeszłości. Działały zgodnie ze swoimi przekonaniami, wykonywały imponującą pracę i trafiły do historii. Lidia Pańków i Julia Pańków teraz przypominają dawne bohaterki w tomie „Kreatorki. Kobiety, które zmieniły polski styl życia”. Odwołują się nie tylko do przedstawicielek zawodów artystycznych, mimo że sięgają po kilka nazwisk pań, które zajmowały się na przykład fotografią (dokumentacyjną czy portretową). Znalazła się w tomie i autorka ilustracji do książek dla dzieci (a przy okazji żona znanego pisarza, mimo wszystko pozostająca w jego cieniu). Autorki sprawdziły, kto zajmował się designem i proponował projekty przełamujące szarość PRL-u, funkcjonalne, wygodne i tanie – a po dekadach traktowane jak wyjątkowo stylowe. Przyglądają się pracy założycielki Cepelii (i samej instytucji aż po zmierzch jej świetności). Nie zabrakło miejsca również dla projektantki mody. Kreatorki działały na różnych polach, a połączyła je wyobraźnia i gotowość do wprowadzania zmian – nawet jeśli miałoby to oznaczać ostrą walkę o swoje racje i poglądy. „Kreatorki” to tom, który wpisuje się w modne w ostatnich latach zbiorki biograficznych szkiców – na tyle zwięzłych, żeby dostarczyć czytelnikom tylko podstawowej wiedzy i nie zmęczyć ich zbytnio natłokiem danych, ale też wystarczających, żeby oswoić z ważnymi nazwiskami i zwrócić uwagę na różne aspekty działań kulturalnych. „Kreatorki” to zestaw artykułów przygotowanych bez szablonowości, nie będzie tu żmudnego przedzierania się przez życiorysy w każdym ich obowiązkowym punkcie. Jeśli aktywność twórcza i zawodowa wypada ciekawiej niż biografia, to na niej skupi się uwaga autorek (które sygnują inicjałami swoje części opowieści). Udaje tu się wywołanie z mroku dziejów przedstawicielek różnych zawodów, a w końcu taką rolę tom spełnia.

Czasami do biogramów wkradają się elementy życia prywatnego, rodzina (albo jej dotkliwy brak), relacje z bliskimi albo… stosunek do pracowników, jeśli tacy się pojawią. Autorki próbują przedstawić charaktery kreatorek, żeby takimi szczegółami uzupełniać poświęcenie dla pracy. Tłumaczą wartość działań albo ich przełomowy charakter, przyglądają się stosowanym rozwiązaniom. Nie tworzą rejestru osiągnięć, raczej wybierają te bardzo typowe, warte zapamiętania i uznania ponadczasowego. Zapisują autorki ciekawostki, uświadamiają odbiorcom wpływ wybitnych postaci na krajową (i nie tylko) kulturę.

Ponieważ znalazło się tu sporo przedstawicielek zawodów artystycznych albo pań, które przyczyniały się do promowania osiągnięć artystów, zrozumiałe jest ozdabianie tych esejów bogatym materiałem zdjęciowym. Są tu i fotografie z archiwów domowych, i zdjęcia przedstawiające konkretne prace (na przykład w przypadku wzornictwa są to rozwiązania w pełni zrozumiałe, a nawet i pożądane). Łatwiej odnaleźć się w rzeczywistości twórczej i pojąć znaczenie działalności kreatorek dla szerokiego grona odbiorców. Nie będzie w tej książce uwzględniania pełnych życiorysów czy też tworzenia rejestru danych, to raczej zawodowe opowieści. Może i niełatwo opisywać sens artystycznych wyborów (znacznie konkretniej wypadają teksty poświęcone organizowaniu choćby struktur Cepelii), ale autorki dobrze sobie przemyślały przesłanie tomu i starają się je oddawać każdorazowo w pojedynczych szkicach. Dostarczają czytelnikom trochę wiadomości i trochę anegdot – to rzeczowa lektura, esencjonalna z konieczności.

Asia Gwis: W świecie małp

Nasza Księgarnia, Warszawa 2019.

Ratunek

Ogromną popularnością cieszą się wielkoformatowe publikacje kartonowe Naszej Księgarni, tomy, które są bardziej popisem ilustratorów niż tekściarzy. Teraz do grona ważnych picture booków dołącza „W świecie małp” autorstwa Asi Gwis, książka, w której roi się od zwierząt – różnych gatunków małp, od rekordzistów (najmniejszych i największych), przez gatunki zagrożone aż po te najbliższe człowiekowi. Będzie tu wiele ciekawostek, ale równie dużo wyszukiwania. Na początku autorka dokonuje swoistej prezentacji: proponuje wizerunki wielu rozmaitych małp i ich nazwy – jeśli dziecko skojarzy na przykład goryla czy orangutana, o tyle już hulmany, langury i czepiaki mogą być dla niego niespodzianką. A takich niespodzianek Asia Gwis szykuje bardzo dużo. Małpy siadają tu na każdej dostępnej gałęzi, zwieszają się z drzew, huśtają na ogonach, iskają, jedzą, bawią się lub poznają, wysyłają określone wiadomości, alarmują resztę stada, gdy zbliża się wróg… W niektórych zachowaniach przypominają człowieka, w innych – imponują niezwykłością (jak wtedy, gdy nadyma się im worek pod brodą). Są tu małpy-rekordzistki, ale i te, które nauczyły się przebywać wśród ludzi i czerpią z tego liczne korzyści. Jedne ucieszą małych odbiorców sprytem, inne trafiają do przysłów i mądrości ludowych. Nigdy nie wiadomo, co przyniesie kolejna strona.

Każdą rozkładówkę Asia Gwis traktuje jak szansę na prezentację kolejnych gatunków, ale dba o to, żeby takie prezentacje nie nudziły się dzieciom. Będzie można wyszukiwać na stronach ciekawostki, przyglądać się małpom i sprawdzać, czym się zajmują, porównywać lub cieszyć się mnogością kształtów i wizerunków. Rysunki dają okazję do poćwiczenia opowiadania: dla dzieci będzie to wprowadzenie do pracy nad językiem, a poza tym – jak zwykle w picture bookach – lekcja spostrzegawczości. W ten rodzaj opowieści interaktywność jest wpisana w sposób naturalny, nie da się poprzestać na bezpośrednich treściach. Kiedy dzieci już naoglądają się małp i małpek, mogą sięgnąć po garść ciekawostek. Autorka tomu rozrzuca na stronach – w małych akapitach – informacje o wybranych gatunkach małp. Szuka ciekawostek, jakie przyciągną dzieci, traktuje temat jako możliwość zaprezentowania oryginalności fauny. Maluchy niejeden raz będą zaskoczone podawanymi rewelacjami i w efekcie dość szybko przywiążą się do bohaterek książki. Zaczną z jeszcze większą uwagą śledzić wyczyny zwierząt. Mogą również połączyć lekturę tej książki z wizytą w zoo – żeby sprawdzić, jakie gatunki tam zaobserwują.

I wreszcie wątek zaangażowany: bo edukacja w picture bookach Naszej Księgarni to coś naturalnego. W pewnym momencie Asia Gwis – która już zdążyła zaintrygować dzieci i przekonać je do małp – opowiada o tym, że wielu gatunkom grozi wyginięcie i że nawet najmłodsi mogą przyłączyć się do ochrony środowiska, choćby przez przekonanie dorosłych, by zrezygnowali z kupowania produktów na bazie oleju palmowego. To próba budzenia świadomości ekologicznej od początku, ważny motyw w procesie wychowywania dziecka. „W świecie małp” przestaje być zatem zwykłą kolorową książką do oglądania. Nasza Księgarnia przyzwyczaiła już swoich odbiorców, że stawia na tomy wartościowe i pełne ciekawostek – picture booki w charakterystycznym formacie przyciągają wzrok i niezależnie od autora – zdobywają szerokie grono fanów. Małpy nie będą tutaj żadnym wyjątkiem, to precyzyjnie przygotowana opowieść o fascynująco różnorodnym świecie.

sobota, 19 stycznia 2019

Wit Szostak: Dumanowski

Powergraph, Warszawa 2018.

Bohater

Jest Józafat Dumanowski ikoną Krakowa, bohaterem narodowym i synonimem polskości, jest obiektem kultu, chociaż w jego życiorysie niewiele da się znaleźć faktycznych punktów chwały. Jednak naród potrzebuje bohaterów, a jeśli potrzebuje – to sobie ich stworzy bez większego trudu. Józafat Dumanowski świetnie się do tego nadaje, jako człowiek w istocie bezbarwny, za to znający kogo trzeba. Józafat Dumanowski na szacunek zasługuje już choćby z racji wieku, bo skoro żył przez sto dwadzieścia trzy lata, stał się świadkiem ważnych historycznych wydarzeń, teraz zresztą jego odejściu towarzyszą niewytłumaczalne zjawiska. Na początku powieścią „Dumanowski” tytułowy bohater rozstaje się ze światem, czym wywołuje żałobę narodową zakrawającą nawet na histerię. Kult człowieka przenosi się na poszukiwania świadectw jego egzystencji, a że owych świadectw nikt nie weryfikuje (bliscy Dumanowskiego odeszli długo przed nim, a sekretarz wielu rzeczy po prostu z racji wieku znać nie może), biografia obrasta w kolejne legendy i apokryfy. Prawda nikogo nie interesuje, wystarczy, że Dumanowski był – że dało się go spotkać w Krakowie i to często u boku znanych. Dumanowski mógł stać się przywódcą – pamięta o nim Józef Piłsudski, zresztą bohater stał na czele narodu przez długi czas. Mógł stać się wieszczem, który nie uprawia poezji – lepszym niż Mickiewicz i Słowacki razem wzięci (zresztą ten pierwszy wybrał drogę duchownego i został biskupem krakowskim, a ten drugi skutecznie zarządzał finansami, wszyscy jednak zdawali sobie sprawę, że to kandydaci na wieszczów i gdyby tylko zaczęli pisać, to…). Sam Dumanowski zapisał się i w pamięci kochanek (czasami reprezentantek kolejnych pokoleń), bo uciech cielesnych sobie nie odmawiał, a idealizowany miał być dopiero u kresu życia. I tak toczyła się jego egzystencja, wcale nie taka wyjątkowa, za to idealnie dopasowana do narodu, który bohaterów rozpaczliwie potrzebuje i jeśli nie będzie miał – to sobie ich bez wahania stworzy.

A Dumanowski do stwarzania nadaje się jak mało kto. Sam w sobie przezroczysty, bez cech szczególnych, które utrudniały kształtowanie życiorysu według dowolnych kryteriów. W zależności od tego, kto patrzy i opowiada, Dumanowski zmienia się, przechodzi szereg metamorfoz i nikt nie dojdzie do tego, jaki wizerunek jest prawdziwy – nie ma zresztą takiej potrzeby, skoro i historia, i literatura karmią się mitami. Po „Chochołach” w krótkim i fragmentarycznym „Dumanowskim” Wit Szostak przygląda się narodowym przywarom i obśmiewa je. Tworzy tym razem zestaw strzępków, pojedynczych numerowanych fragmentów, z których każdy odnosi się do jakiegoś aspektu życia (lub nieżycia) Dumanowskiego i jego kompanów – i każdy jest równoprawny, nikt nie będzie ich weryfikował. Z owych strzępków wyłania się satyryczny obraz historii alternatywnej – ale z niezmienioną mentalnością ludzi. I tak „Dumanowski” z quasi-biografii przekształca się w satyrę całkiem poważną. Wit Szostak obnaża tu mechanizmy, które mogą być traktowane jako wyznacznik narodu, ale i jego przekleństwo. Akcentuje i ośmiesza wszystko to, co w historii niechlubne, co wpływa na postrzeganie kraju, a co należałoby zmienić. A ponieważ nie uprawia publicystyki, daje tylko upust wyobraźni literackiej i powołuje do istnienia postać pomnikową – kompletnie bez próby naprawiania rzeczywistości.

Jean Roba: Ptyś i Bill. Śmiech to zdrowie

Egmont, Warszawa 2018.

Radość rodziny

To kolejny komiks, który może zawojować różne grupy odbiorców. W “Ptysiu i Billu. Śmiech to zdrowie” pojawia się bowiem tak charakterystyczny ponadczasowy dowcip. To pełnostronicowe scenki z życia niewielkiej rodziny. Są tu mama i tata (co zbliża cykl bardziej do Calvina i Hobbesa niż do Fistaszków), kilkuletni chłopiec - Ptyś oraz jego spaniel, inteligentny nad miarę Bill. Towarzystwo uzupełnia żółwica Karolina, która może pojawia się niezbyt dynamicznie, ale wnosi sporo do relacji i do wiedzy bohaterów. Czasami wpadnie dzieciak z sąsiedztwa, pojawi się anonimowa postać z tła - strażak, rabuś albo szef ojca – czy w ogóle przypadkowy przechodzień - ale to tylko goście w stałym sielankowym świecie. Ptyś i Bill to seria, która ma trochę punktów wspólnych z Sisters (powstała w latach 90. i teraz jest przypominana, jednak komu przypadł do gustu duet Wendy i Marine, ten może sięgnąć też po Ptysia i Billa), sporo – z Calvinem. Jednak Jean Roba prezentuje trochę mniejsze wyczucie dowcipu uniwersalnego, częściej schodzi na oczywistości w puentach albo stosuje żarty sytuacyjne, najwłaściwsze dla młodych odbiorców. Trzeba mu jednak przyznać, że bardzo pilnuje obecności dowcipu – stara się, by każda opowiastka rozwinęła się w przynajmniej trochę dla czytelników zaskakującym kierunku, a kiedy nie uda mu się przy tym trafić na puentę-olśnienie, decyduje się na śmiech z puszki, to znaczy pokazuje, jak sytuacją ubawili się sami bohaterowie. W końcu “Śmiech to zdrowie” i trochę rozrywki nikomu nie zaszkodzi.

Ptyś i Bill są beztroscy i działają bez zastanowienia. Pomagają sobie wzajemnie i rozumieją swoje potrzeby. Mają swój - wspólny - świat, budują go konsekwentnie, chociaż Bill nie został wzorowany na Snoopym i nie przejawia ludzkiego myślenia (przeważnie). To pies typowy w zachowaniach – marzy o kościach, aportuje i jak tylko może - unika kąpieli. Jeśli przypadkiem wpadnie w filozoficzny nastrój albo zacznie prezentować ciosy karate – to wyłącznie dla przełamania rutyny, odejścia od jednostajnej codzienności. Wydaje się, e częściej inicjatorem szalonych zabaw jest jednak Ptyś - to on wprowadza w czyn beztroskie pomysły, a ma ich wiele. A ponieważ bajka dotyczy bardzo wąskiego grona bohaterów - tata i mama Ptysia biorą czynny udział w akcji. Zwykle padają ofiarami żartów albo wpadają we własne “pułapki”, jednak nie ma tu miejsca na krzywdę - wszystko opiera się na śmiechu dobrodusznym, na żartobliwym komizmie, lekkim i ponadczasowym. Dla autora powodem do śmiechu jest obyczajowość, zwykłe wydarzenia – przygody w szkole i na podwórku, w pracy i w domu. Radość płynąca z bycia razem przekształca się tu w kolejne sympatyczne wybryki. Domownicy się lubią, nie ma między nimi większych sporów. W takich warunkach śmiech przychodzi właściwie sam.

Czasami przydałyby się trochę lepsze przekłady (jak choćby w jednokadrowej grze półsłówek - ale Michał Rusinek Fistaszkami wniósł sztukę translatorską w zakresie komizmu na poziom właściwie nieosiągalny innym tłumaczom - pozostaje więc się cieszyć tym, co jest). “Śmiech to zdrowie” to publikacja, która fanów humorystycznych komiksów może przyjemnie zaskoczyć, a dzieciom dostarczy rozrywki na wysokim poziomie. Ten tomik, zbierający kilka zeszytów, budzi zainteresowanie serią - Ptyś i Bill stają się kolejną parą bohaterów idealną na smutki.

piątek, 18 stycznia 2019

Nik Pierumow: Blackwater. Tom I. Magia i stal

Akurat, Warszawa 2018.

Inna

Molly jest inna, więc automatycznie ściągnie na siebie kłopoty. Jest też bardzo inteligentna i nadaje się do większych spraw niż robótki ręczne narzucane jako kara przez surową i zimną matkę. Molly uwielbia rysować – zwłaszcza szczegóły konstrukcyjne olbrzymich maszyn. Pasjonuje się postępem cywilizacyjnym, całą technicyzacją, która w Królestwie weszła już na wysoki poziom. Do tego Molly nie boi się ryzyka i umie walczyć o swoje. Przeraża ją tylko jedno: że kiedyś zniknie bez śladu, zupełnie jak jej najlepszy przyjaciel. Dziewczynka ma powody do strachu – czuje, że jest inna niż pozostałe dzieci, a Królestwo inności nie lubi. Do szkół raz po raz wysyłane są komisje badające uczniów pod kątem magii. I chociaż podświadomie Molly taką komisję potrafi oszukać, trudno od niej oczekiwać, by kontrolowała swoje moce zawsze. Magia to jedno z zagrożeń. Innym są obcy i „dzicy” Rooskies. Ci budzą lęk mieszkańców, nikt nie chce poznawać ich bliżej. Rooskies to wrogowie, których trzeba niszczyć. Molly o tym pamięta, więc kiedy zmuszona jest uciec z domu – najpierw zaciąga się na pociąg pancerny „Herkules”, żeby przydać się w walce. Jeszcze nie wie, że wkrótce trafi do drugiego mocarstwa, ojczyzny Rooskies – i będzie zdana na ich łaskę. Pierwszy tom cyklu Blackwater, „Magia i stal”, zdradza umiejętność obserwacji autora. Nik Pierumow proponuje zderzenia kontrastów – przeszłości i przyszłości, postępu i zacofania. Ruscy to alternatywa wobec mieszkańców Królestwa – jednak w ich krainie, rzekomo gorszej i potępianej, mimo staroświeckich rozwiązań w pewnych dziedzinach – i braku dostępu do imponujących maszyn – dzieje się dużo dobrego dla Molly. Dziewczynka musi tu pozostać, żeby naprawić wyrządzone zło – powinna w końcu odpowiadać za swoje czyny, skoro posłużyła się magią, żeby okaleczać. Ma obietnicę uzyskania wolności po wykonaniu zadania, ma też szansę ćwiczenia swojej – nieokiełznanej dotąd – magii pod okiem trzech czarownic, Młodszej, Średniej i Starszej. Trafia zatem między ludzi, którzy nie potępią jej za magiczne zdolności, jak chcieli to zrobić w Królestwie – i dowie się sporo o sobie. Zyska też nowych przyjaciół, bo pod opiekę bierze ją Wołka (która umie zmieniać się w wilka) i jej brat, Wsiesław (pod wpływem czarów – niedźwiedź). Dziewczynkę czeka długa droga i sporo niebezpieczeństw – ale też przygód, o jakich zawsze skrycie marzyła.

Sam Nik Pierumow uruchamia w powieści kilka schematów. Zaczyna jak od dziewiętnastowiecznej narracji (dzieci na ulicy robią ze sobą „biznesy”), opisy wielkich maszyn wypadają wręcz futurystycznie. Jak z powieści awanturniczej jest fragment o Molly w załodze „Herkulesa”. Z klei przejście do mocarstwa Ruskich to ukłon w stronę tradycji i podań ludowych, legend czy baśni. Autor bardzo świadomie wyostrza różnice między zwaśnionymi narodami, posługuje się stereotypami i obiegowymi oskarżeniami. Pozwala sobie na żonglowanie kontrastami, ale i na drobne dowcipy (uczennica Kate Middleton, która marzy o poślubieniu księcia). Imperialiści zajmują się nauką dobrych manier i budową maszyn, które zabierają ludziom pracę – nie rozwiązują jednak problemu bezrobocia i prześladowania swoich. Dzicy Ruscy z kolei żyją w zgodzie z naturą i do siebie przygarnąć mogą każdego – nawet jeśli ktoś jest „inny”, znajdzie tu zrozumienie i życzliwość. Autor odrzuca tony sentymentalne, proponuje historię o poszukiwaniu tożsamości, ale chociaż wpisuje się w zagadnienia naturalne dla literatury fantasy i przy okazji wiążąc ją z baśniami i wierzeniami sprzed wieków – zachowuje indywidualny charakter opowieści.

czwartek, 17 stycznia 2019

Magdalena Kubasiewicz: Gdzie śpiewają diabły

Foksal, Warszawa 2019.

Jezioro strachu

Dla Ewy nie ma już ratunku, tak sądzi cała rodzina – poza Piotrem, jej bratem bliźniakiem. Piotr wciąż wierzy w odnalezienie dziewczyny, inaczej nie przybyłby do Azylu. Ale zobaczył zdjęcie, na którym Ewa jest z Patrycją, kobietą mieszkającą nad jeziorem Diablim – przyjeżdża tu więc i prowadzi własne śledztwo. Prawdziwi śledczy nic nie osiągnęli, Piotr próbuje zagrać na emocjach miejscowych. W końcu jest stęsknionym bratem, któremu można wiele zdradzić. Ale Piotr nie docenia lokalnej ludności – tu z jakiegoś powodu panuje zmowa milczenia, a przybysza próbuje się najpierw odstraszyć. To miasteczko napawa lękiem. Jezioro Diable kusi i odbiera życie, a poza tym – tu wiara w diabły jest silna i nie wiąże się z zabobonami. Nie może być inaczej, skoro Azyl to schronienie… czarownic. Piotrowi nikt nie chce zdradzić prawdy, dla racjonalnie myślącego człowieka ta mogłaby być nie do strawienia. Śledztwo amatorskie rozwija się, ale nie posuwa sprawy do przodu – Piotr za to coraz lepiej poznaje mieszkańców Azylu i przekonuje się, że dzieje się coś niezwykłego. Nie uchroni go to przed kryminalną intrygą, wręcz przeciwnie – z każdym pytaniem i z każdą nową znajomością przybliża się do katastrofy. Miejscowi nie kierują się sentymentami, a jeśli uprą się, żeby trwać w milczeniu, misja zamieni się w wyzwanie. Pewne jest tylko jedno – że w Azylu nie znajdzie się normalności. Szukanie informacji o zaginionej siostrze zamienia się dla Piotra w walkę na śmierć i życie, w dodatku – walkę nierówną, bo z siłami nieczystymi. Miejscowi wierzą w diabły, każdy zresztą przedstawia własną wersję opowieści, legendy z Diabłem i Czarownicą. Raz to romans, raz – psychologiczna gra. Wszystko po to, żeby pokazać, że tu nic nie może dziać się zgodnie z przypuszczeniami, logika w Azylu nie istnieje. Zastępuje ją oniryczność oraz… strach. Umiejętnie rozbudowywany w ramach akcji przekreślany jest przez „diabelskie” legendy – one bowiem wybijają historię z thrillera i przenoszą w baśń.

„Gdzie śpiewają diabły” to zatem powieść nierówna przez zestawianie tych dwóch stylów pisania. Kiedy autorka przedstawia aktualne wydarzenia, to, czego świadkiem jest Piotr – wpada w tony znane z obyczajówek (samą akcją przesuwa natomiast ową obyczajówkę w stronę kryminału czy thrillera). Z kolei w przytaczanych kolejnych wersjach legendy stawia na literackość (w wersji jak ze szkolnej rozprawki – z całą ludyczną naiwnością), melodię narracji, rytm kojarzony z podaniami czy wierzeniami. Nie przekonuje to jednak w kontekście całości – zupełnie jakby Magdalena Kubasiewicz nie mogła się zdecydować, jaką swoją wersję jako autorki zaproponować odbiorcom. Zderza zatem dwa rodzaje narracji, by pokazać wachlarz umiejętności narracyjnych – ale w legendach niepotrzebnie epatuje naiwnością. „Gdzie śpiewają diabły” to powieść ze sporym potencjałem, ale dość długo trwa przekonanie się do sposobu opowiadania. Magdalena Kubasiewicz podsuwa czytelnikom tekst wolny od schematów fabularnych i już samym tym może część odbiorców do lektury zachęcić. Wie już, jak budzić lęk i niepewność, jeszcze chwiejna jest w konstrukcji świata przedstawionego. Operuje nastrojami, ale niekoniecznie już charakterami – tu pozostaje jednowymiarowa, ułatwiając sobie zadanie. Kreśli sylwetki bez miejsca na niepewność – skupia się na razie na prowadzeniu relacji. „Gdzie śpiewają diabły” to książka, której atutem jest oryginalność fabuły i pomysłów – nawet jeśli realizacja momentami budzi wątpliwości. Jest ta powieść zachęcająca dla fanek obyczajówek – dość lekka mimo wielkich dramatów i stale obecnej śmierci, mimo czarów i zagrożeń. Wykorzystuje elementy różnych narracji.

środa, 16 stycznia 2019

Karolina Głogowska, Katarzyna Troszczyńska: Dwanaście życzeń

W.A.B., Warszawa 2018.

Sytuacje rodzinne

Przed Bożym Narodzeniem dziać się będą cuda i to czy się tego chce, czy też nie. Jedna z bohaterek tomu „Dwanaście życzeń”, Dagna, wyjątkowo nie lubi świąt i stara się zrobić wszystko, żeby w tym czasie nie pojawiać się u swojej obciachowej rodzinki. Rodzice potrafią zawstydzić ją na wizji (Dagna jest prezenterką telewizyjną), a ich wady przerastają miłość i wyrozumiałość. Młodzi, przedsiębiorczy mogą nawet zrozumieć postawę Dagny – chciałaby się ona odciąć od korzeni, żyć bez obciążeń, które na odległość fundują jej matka i ojciec. Pytanie, czy to w ogóle możliwe i potrzebne. Przeciwieństwem Dagny jest Bogusia – ona została z rodzicami, po bożemu rodzi dzieci i je wychowuje. Stała się kurą domową bez ambicji, ale i bez możliwości poprawy losu. Bogusia coraz częściej czuje się sfrustrowana i niedoceniona – to Dagna zasługuje na radość i miłość rodziców, jeśli tylko raczy się pojawić w rodzinnym domu. Poświęcenia Bogusi i tego, że bierze ona na siebie większość obowiązków, nie zauważa nikt. A przecież ta kobieta chciałaby czasem odpocząć, wyrwać się ze wsi. Dagna właściwie nie wie, jakie ma marzenia. Bogusia wie, że na marzenia nie ma sensu sobie pozwalać, nie w jej sytuacji. Inny kontrast nakreśla się między Polą i Baśką. Jedna została porzucona przez narzeczonego w dniu ślubu, druga czuje żal do ojca, że opuścił ją w dzieciństwie i założył nową rodzinę. W „Dwunastu życzeniach” wszelkie spory i niesnaski zostają wśród swoich, autorki portretują ludzi spokrewnionych ze sobą albo tworzących mimo woli patchworkową rodzinę. Będą tu tradycyjne nieporozumienia międzypokoleniowe, ale i te na jednym poziomie płynące z zazdrości, w związku z wyborami życiowymi. Rodzina staje się nie tylko wyzwoleniem – częściej jest więzieniem, bo trzeba się podporządkować oczekiwaniom innych. Nie tylko dzieci skazywane są na posłuszeństwo – starsze pokolenie też ma się dopasować. Przykładem – pani Róża, kobieta, która na emeryturze zamierza uczyć się tańca i nie przejmuje nieżyczliwymi opiniami innych. A jeśli trzeba w celu zyskania swobody okłamywać bliskich – sami sobie winni.

„Dwanaście życzeń” to powieść złożona z samych problemów: dotykają one każdego niezależnie od wieku czy bagażu doświadczeń. Tu każda postać ma powody do zmartwień, bywa, że – naprawdę poważnych i w zasadzie nie do pokonania samodzielnie. Autorki – Karolina Głogowska i Katarzyna Troszczyńska – starają się tak prowadzić fabułę, żeby umieścić w życiorysach postaci jak najwięcej typowych życiowych nieszczęść, by czytelniczki utożsamiały się z bohaterkami. Mocno przerysowują sytuacje, to z kolei efekt publikacji dla mas: kontrasty są lepiej widoczne i bardziej przemawiają do wyobraźni, z rzadka też – ale jednak – służą wywoływaniu uśmiechu. Nie epatują specjalnie autorki bożonarodzeniowym klimatem, wystarczy im świadomość, że wszystko rozgrywa się i rozwiązuje tuż przed świętami, więc w samym wątku cudownej poprawy losu wyczerpuje się charakterystyczna aura, nie chcą twórczynie w tym aspekcie przesadzić – i bardzo słusznie. Zamiast wyjątkowych sytuacji stawiają na zwykłe rodzinne spory – tym przyciągną do siebie odbiorców, bo przecież nie obietnicą spełniania życzeń przed świętami. Jest to kolejna historyjka z bożonarodzeniową konwencją w tle – przygotowana na czas przed świętami i wtedy się sprawdzająca. Czytelniczki, które szukają prostych i szybkich obyczajówek z krzepiącymi cudownymi rozwiązaniami będą usatysfakcjonowane. „Dwanaście życzeń” to książka stworzona pod wymogi rynku.

wtorek, 15 stycznia 2019

Laurey Simmons: Księga wewnętrznego piękna

Muza SA, Warszawa 2018.

Nad sobą

Kobiety, które chcą zamienić się w boginie, które pragną każdy zwyczajny dzień zamienić w święto i zestaw niekończących się rytuałów, panie, które marzą o tym, żeby leżeć i pachnieć – i poza tym nie mieć żadnych zmartwień – potraktują „Księgę wewnętrznego piękna” Laurey Simmons jak własną biblię. Autorka podpowiada bowiem, jak pozbyć się złej energii, rozproszyć smutki i odpędzić złe wspomnienia, pokonać kompleksy za sprawą szeregu rytuałów i otaczania się pięknymi przedmiotami. Tworzy pseudofilozofię wewnętrznego piękna i cały system postaw obowiązkowych przy pielęgnowaniu go. Sugeruje korzystanie z technik uważności i podpowiedzi dotyczących samorozwoju, żeby nadać wartość prostym zabiegom. W ogóle dużo wysiłku poświęca na to, żeby przekonać do siebie czytelniczki, chce wypaść jako ekspertka od rytuałów piękna. Zagadnienie omawia szeroko, wprowadza teorie na jego temat – osnute przede wszystkim na własnych obserwacjach – oczywiście bowiem sama praktykuje zalecane rytuały i czerpie z tego satysfakcję.

Trzeba otaczać się pięknymi przedmiotami, postawić na obecność w domu kryształów, nauczyć się oczyszczać przedmioty, myśli, powietrze, dom i wszystko, co ma związek z rytuałami wewnętrznego piękna, a do tego wykorzystywać specyficzne modlitwy czy afirmacje – lub fragmenty poezji do tego, żeby skupić się na aktualnym działaniu i podnieść jeszcze jego wartość. Trafią się w tych wywodach wyliczenia zachowań i znaczeń, ale dość rzadko, w „Księdze wewnętrznego piękna” za dużo konkretów być nie może, zresztą z prostego powodu: to tworzona na bieżąco „ideologia”, pomysł zaledwie, a nie pełnowartościowa filozofia życiowa. Ale czytelniczki, do których Simmons się kieruje, nie zauważą raczej rozpaczliwego wypełniania pustki. Skupią się na tym, co na powierzchni, na samej estetyce i powtarzanych w kółko zachwytach lub powodach do zachwytów. Autorka co pewien czas odwołuje się do swojego życia, pokazuje, jak proponowane przez nią postawy pomagały jej w pogodzeniu się z trudnym losem, jak przynosiły wytchnienie lub pocieszenie. Jednocześnie obiecuje, że sprawdzi się to u wszystkich czytelniczek, jeśli tylko poświęcą odpowiednio dużo czasu i uwagi na pielęgnowanie wewnętrznego piękna. Niewiele będzie miało ochotę prześledzić do końca te wywody – zwłaszcza że ich ton się nie zmieni, a i zawartość też z czasem nie wzbogaci – ale niewykluczone, że publikacja trafi do pewien grupy odbiorczyń nakierowanych na rolę estetyki w codziennym życiu.

„Księga wewnętrznego piękna” sama w sobie ma to piękno przynosić i wyzwalać. Srebrne tłoczone litery mienią się na okładce wszystkimi barwami tęczy (fanki minimalizmu nie mają tu czego szukać), tom został wydany na grubym kredowym papierze, wartością dużo przewyższającym same porady. Co pewien czas pojawiają się także artystyczne fotografie – a nawet całe sekwencje zdjęć na kolejnych stronach. Mają one za zadanie wprowadzić czytelniczki w odpowiedni nastrój, zachęcić do lektury, ale i zasugerować, co autorka przez piękne przedmioty rozumie. Jest to książka specyficzna – i dla wąskiego grona czytelniczek, niewiele da się z niej wyciągnąć na etapie lektury, ale być może przyda się takim odbiorczyniom, które nie wiedzą, co ze sobą zrobić i potrzebują „duchowej” przewodniczki.

poniedziałek, 14 stycznia 2019

Janusz Kurczab, Wojciech Fusek, Jerzy Porębski: Polskie Himalaje

Agora, Warszawa 2018.

Polacy wysoko

Skrótowa opowieść o tym, jak Polacy zdobywali wysokie góry, ograniczona do jednego tomu, za to uzupełniona o wydarzenia z 2018 roku. „Polskie Himalaje” to coś dla tych odbiorców, którzy lubią wiedzieć, co dzieje się w górach – ale nie chcą analizować każdego kroku i każdego wyzwania. Bo tu nie ma na to miejsca – pojawi się natomiast rejestr kolejnych sukcesów, porażek oraz tragedii. Autorzy dbają o gromadzenie informacji, czasem tylko podpierając się zapiskami samych wspinaczy. „Polskie Himalaje” to zatem książka, która porządkuje wiadomości, ale i rejestruje dokonania. Wspomina tych, których wspomnieć należy, a przy okazji dostarcza też sporej dawki wrażeń – bo fani literatury górskiej doskonale wiedzą, że nie da się obojętnie podchodzić do ryzyka, ekstremalnych warunków i do stałego mierzenia się z naturą.

„Polskie Himalaje” trafiają na rynek w momencie, gdy pojawiło się większe niż zwykle zainteresowanie tematyką alpinizmu. To próba uszeregowania chronologicznego polskich wypraw (lub tych górskich eskapad, w których Polacy brali udział). Na początku to założenie trochę się rozmywa, ale później materiału autorom już nie zabraknie. Przygotowują oni rodzaj streszczenia, rozdziały w jednotomowej edycji „Polskich Himalajów” są bardzo krótkie. Za każdym razem wymieniany jest w nich skład osobowy wyprawy – i zaledwie kilka uwag na temat trasy, stopnia trudności, problemów w zespołach czy odejścia od „normy”. Zdarza się sięganie do zapisków wspinaczy – żeby nieco podbić temperaturę opowieści. Po szczegóły dotyczące konkretnych wejść trzeba zaglądać do innych źródeł, tutaj otrzymuje się jedynie szybki przegląd górskich akcji. Niby chronologiczny, a jednak w pewnym momencie chronologia ustępuje tematyzacji i tak wspinacze, o których tragicznym losie czytelnicy już się z książki dowiedzieli, w kolejnych rozdziałach powrócą jako członkowie wypraw – żeby ostatecznie dokonać żywota za jakiś czas. Nie pomaga w opanowaniu tego nawet system specjalnych odsyłaczy, informacji, że szersze wyjaśnienia to kwestia innego rozdziału. Faktem jest jednak, że czytelnicy „Polskich Himalajów” do przypadkowych odbiorców nie należą i doskonale zdają sobie sprawę, kto i w jakich okolicznościach zginął. Niekoniecznie za to pamiętają całe ekipy wyruszające w góry – albo okoliczności związane ze zdobywaniem szczytów, a te wiadomości tom przynosi. „Polskie Himalaje” to książka pod względem narracyjnym bardzo prosta, autorzy nie silą się tutaj na specjalistyczne opisy, bardziej rejestrują dane niż szukają tonów sensacyjnych czy literackości. Nawet najprostsze terminy – znane czytelnikom – zostaną objaśnione w słowniku na końcu książki. Widać dzięki tej publikacji, jak wyglądały złote lata polskiego alpinizmu – i jak polskie ekspedycje szukały możliwości zapisania się w historii wspinaczki. „Głośne” nazwiska otrzymują tu tyle samo miejsca co wspinacze mniej znani – to dobre rozwiązanie, pomaga zaspokoić ciekawość odbiorców. Tom „Polskie Himalaje” szubko prezentuje zestaw ważnych dokonań Polaków w wysokich górach. Uwagę przykuwa również bogatym materiałem zdjęciowym – pojawiają się tu nie tylko zdjęcia dokumentacyjne, pokazujące sytuację w bazie, ekwipunek, przygotowania albo widoki ze szczytów – ale i fotografie niemal artystyczne, wykorzystujące zwłaszcza oryginalne gry świateł czy nietypowe kadry z drogi na szczyt. „Polskie Himalaje” to książka ważna dla wszystkich, którzy interesują się wspinaczką wysokogórską.

niedziela, 13 stycznia 2019

Rafał Kosik: Felix, Net i Nika oraz Koniec Świata, Jaki Znamy

Powergraph, Warszawa 2018.

Dramat życiowy

Powracają Felix, Net i Nika, jakich młodsi – i starsi – odbiorcy pokochali, tom „Felix, Net i Nika oraz Koniec Świata, Jaki Znamy” to jedna z lepszych części rozrastającego się regularnie cyklu. Rafał Kosik zmusza tym razem zaradną superpaczkę do uratowania świata przed katastrofą energetyczno-technologiczną i proponuje kolejne starcie z Mortenem, złym programem sztucznej inteligenci. Bohaterowie, na skutek likwidacji gimnazjów, trafiają do pierwszej klasy liceum i właściwie wszystko może się zacząć od nowa. Problemy z nauczycielami oraz starszymi „kolegami” to jednak pestka w obliczu rzeczywistości postapokaliptycznej. W dodatku każda z postaci ma swoje prywatne zmartwienia – Net boi się o mamę i bratosiostrę, Felix o Laurę i o tatę a Nika – o własną przyszłość, bo jej sekret lada moment ma się wydać. Dwaj tatowie, pan Polon i pan Bielecki, pracują nad supertajną sprawą w Instytucie Badań Nadzwyczajnych i też nie mogą chronić rodzin. Świat pogrąża się w chaosie.

"Felix, Net i Nika oraz Koniec Świata, Jaki Znamy” to książka, przy której nudzić się nei będzie można – zarówno ze względu na dynamikę akcji, jak i humor. Zagrożenia nie ograniczają się tu do wyłączenia prądu i płynącego stąd szeregu problemów. Burze magnetyczne, pożarty, brak dostępu do żywności i wody… Rafał Kosik pokazuje pułapki cywilizacji i społeczeństwo, które w chwili próby na pewno nie zda egzaminu z empatii, a nawet z umiejętności logicznego myślenia. Przekonują się o tym chorzy w szpitalach, kierowcy na zakorkowanych drogach, ale i… sąsiedzi. Nigdy nie wiadomo, skąd nadejdzie największe niebezpieczeństwo. Bohaterom autor tym razem proponuje survival w ekstremalnej postaci – umiejętność przetrwania bez dostępu do internetu dla docelowej grupy odbiorców serii może być niezłym szokiem. Ale na Felixa, Neta i Nikę zawsze można liczyć. Kosik odrobinę tym razem przypomina, że wartości rodzinne muszą być ważniejsze niż praca, daje nauczkę dorosłym – bo nastolatki swoją przyjaźń cenią od początku.

Podstawowe źródła dowcipów w tej powieści są dwa. Jedno zapewnia grono pedagogiczne nowego liceum. W części nauczycieli – ale i u dyrekcji oraz pracowników – kumulują się wady, jakie zawsze uniemożliwiają utrzymanie porządku. Pobyt w szkole to odkrywanie kolejnych absurdów. Owszem, są nauczyciele, którzy mają autorytet – ale należą do wyjątków i samodzielnie nie pokonają systemu. Teraz do ekipy Kosik dorzuca energiczną polonistkę. Drugim – niewyczerpanym – źródłem żartów jest, jak zawsze, Net Bielecki, który – specjalnie lub nie – rozładowuje każdą sytuację. Śmiech to jeden z wielu powodów zasłużonej popularności cyklu. W przypadku świata postapo też jest miejsce na żart. Nawet autor doskonale się bawi, wtrącając się do przypisów i realizując edukacyjną misję, daje czytelnikom wiedzę wykraczającą znacznie poza to, czego dowiedzą się w szkole. Gęsta narracja, nietuzinkowe pomysły, rozmach i wiedza w konstruowaniu akcji – Rafał Kosik traktuje swoich odbiorców poważnie, dostarcza im opowieści ciekawej i nie pozwala się oderwać od lektury. W takim samym stopniu zajmuje się katastrofą cywilizacyjną, co uczuciami międzyludzkimi, umiejętnie do sensacji wplata wątki obyczajowe – i przypomina czytelnikom, za co na początku pokochali Felixa, Neta i Nikę.

Guillaume Bianco, Antonello Dalena: Ernest i Rebeka 2. Szkoła wygłupów

Egmont, Warszawa 2018.

Problemy z życiem

Przedziwny jest tom “Ernest i Rebeka. Szkoła wygłupów”. Przedziwny nie dlatego, że kilkuletnia i bardzo rozkapryszona dziewczynka przyjaźni się tu z supermikrobem Ernestem – stworkiem, który przychodzi do dzieci chorych i uwalnia je od wirusów. W końcu w komiksach bohaterowie mogą sobie dowolnie wybierać przyjaciół ze świata fantazji – i nikt ich za to nie ocenia. Ale ta historia – czy też zestaw historii - tematyką wykracza poza literaturę dla najmłodszych, a przecież to do nich jest kierowany. Rebeka musi pogodzić się z tym, że jej rodzice się rozstali i mają nowych partnerów - zresztą sami dorośli czują się niezręcznie na spotkaniach zapoznawczych. To jednak coś, z czym sześciolatka łatwo się pogodzi. Gorzej, że jej ukochany Dziadek Owadek zapada na alkoholowego i tytoniowego wirusa i trafia do szpitala. Rebeka wie, że na starość nie ma rady, ale boi się też, że z tego w szpitalu dziadka nie wyleczą - rusza więc w długą drogę, by zebrać pełną czapkę dowcipów i opowieści. One mogą poprawić humor dziadkowi. Dziewczynka wraz z przyjaciółmi funduje też bohaterowi wagary od szpitala – co wprawdzie jest bardzo nieodpowiedzialne z punktu widzenia dorosłych, ale daje trochę szczęścia w trudnych chwilach i niesie pokrzepienie obu stronom. Oswajanie się dziecka z chorobami i śmiercią to skomplikowany proces. Nie wyczerpuje jednak puli trudnych tematów. W szkole panuje wirus grypy, ale nauczyciel, który pozostaje na lekcjach z garstką uczniów, pozwala sobie na eksperymentalne podejście do zajęć. Przy takim działaniu Ernest będzie mieć dużo pracy, żeby pokonać wirusy.

Sceny z życia Rebeki, której nie zawsze jest wesoło - która musi przyjąć na siebie więcej dramatów niż jest w stanie udźwignąć czy zrozumieć, przeplatane są doświadczeniami nastoletniej Koralii. Koralia odkrywa zdradę ukochanego i szykuje mu srogą zemstę, ale sama bardzo cierpi i szuka pocieszenia w internecie. Jej sercowe perypetie należą do bardzo typowych, tyle że nie wiadomo, po co one w komiksie dla dzieci są ze szczegółami prezentowane. Z jednej strony absolutna bajkowość, infantylizacja tematu (supermikrob!), z drugiej – za realistyczne obrazki z codzienności nastolatków. Fakt, że Guillaume Bianco zwraca przez to na siebie uwagę krytyków i może zdobywać nagrody – ale niekoniecznie przekona maluchy, a o to w pierwszej kolejności by chodziło.

Historyjki są tu dłuższe, łączą się ze sobą i nie ma pewności, że zbiorowy tomik zapewni wyjaśnienie ważnych wątków. Przy tym, co nawyprawia Rebeka, dzieci może nudzić się nie będą, ale to opowieści specyficzne, nie wszystkich przekonają. Autor miesza tu z dowcipem i beztroską dziecięcą melancholię, unika czystego komizmu. Dba o to, żeby oswajać małych odbiorców z ważnymi tematami z ich otoczenia – ale nie przygotowuje na niespodzianki, jakie niesie życie. Rebeka sporo doświadczy, lecz jej przeżycia nie zawsze udzielają się czytelnikom: to nie komiks, który kilkulatki mogą wertować samodzielnie.

Antonello Dalena rysuje trochę w stylu mangowym, stawia na ekspresję i dodaje żarty rysunkowe do części pomysłów. Kadrami rozśmieszy bardziej niż Bianco rozwojem fabuły. Dla odbiorców będzie to zetknięcie się ze specyficznym dziełem, niby kierowanym do kilkulatków, a jednak przeładowanym motywami dla starszych. Mało tu trochę Ernesta, za to zbyt dużo Rebeki, która samotnie mierzy się z problemami, jakich nie jest w stanie zrozumieć.

sobota, 12 stycznia 2019

Daniel Wyszogrodzki: Ale musicale! Złote stulecie. 1918-2018

Marginesy, Warszawa 2018.

Muzyka na scenie

Istnieje całkiem spora grupa fanów musicali i Daniel Wyszogrodzki szykuje dla nich wspaniały prezent, monumentalny tom „Ale musicale”, który stać się powinien również biblią dla krytyków piszących o realizacjach z tego gatunku. Zdradza autor ogromną wiedzę, ale i chęć stworzenia kompendium dla amatorów musicali. Tworzy książkę, którą warto mieć pod ręką, żeby sprawdzać potrzebne wiadomości. Układa dane hasłowo, a każde hasło bardzo rozbudowuje, nie tak, żeby zamęczać odbiorców natłokiem danych, ale żeby zaspokoić ich ciekawość i przedstawić najważniejsze fakty. Do haseł trafiają oczywiście musicale wszech czasów (układ tomu jest alfabetyczny, a obowiązują oryginalne tytuły). Tutaj Wyszogrodzki pokazuje wartość danego musicalu w kulturze, odnotowuje ewentualny przełomowy charakter z zaznaczeniem, co było nowe i jak wpłynęło na rozwój gatunku. Jeśli pojawiły się ciekawe rozwiązania, zostaną przypomniane. Autor dość krótko omawia fabuły, nie chce czytelników zarzucać szczegółami historii, wystarcza tyle, żeby zorientować się w tematyce, przesłaniach, ale i… nawiązaniach do pozateatralnej rzeczywistości. Będzie omawiać autor inspiracje i wzajemne wpływy, metody oddziaływania na wyobraźnię i wrażliwość odbiorców. Przy każdym musicalu widnieje drobna metryczka z nazwiskami twórców lub tytułami najsłynniejszych piosenek. Za to w samym tekście może Wyszogrodzki również przyjrzeć się dalszym etapom funkcjonowania musicalu albo przebojów z nim związanych – jeśli jakiś utwór doczekał się intrygujących coverów albo ktoś podjął się wystawienia musicalu w innym kraju – rejestruje takie drobiazgi jako ciekawostki dla fanów. Zapisuje autorów przekładów czy reżyserów. Wystarczy więc sięgnąć do tomu, by otrzymać całą masę danych ujętych w zgrabne notki. Same musicale – przede wszystkim amerykańskie, chociaż nie tylko – znajdzie się miejsce na przykład na „Metro” – to nie jedyne hasła. Autor wyodrębnia czasami w kolejnych artykułach albo losy poszczególnych bardzo znanych piosenek, albo artystów, których dzisiaj kojarzy się przede wszystkim z historią gatunku. rozwija musicalowe pozasceniczne przypadki w dodatkowych komentarzach pełniących też rolę mocno rozbudowanych przypisów. Od czasu do czasu oddaje w tych artykułach hołd producentowi czy reżyserowi (zwłaszcza tym, którzy nie bali się ryzyka i stawali się wizjonerami, a także przyczyniali się do rozwoju gatunku), autorowi tekstów albo kompozytorowi, którzy wiedzieli, jak odnieść sukces na rynku i wręcz produkowali hity. Dodatkiem do haseł stają się drobne informacje na temat rozwiązań gatunkowych, definicje i wiadomości niezbędne, jeżeli chce się rozumieć zasady rządzące musicalami i wybory twórców.

„Ale musicale” to książka bardzo dobrze napisana. Wprawdzie nie da się jej przeczytać jednym tchem, nie jest to linearna narracja – a układ alfabetyczny a nie chronologiczny sprawia, że podchodzić się będzie do tej książki jak do leksykonu. Jednak każdy artykuł z osobna to ciekawy rozdział, zamknięta całostka (czasem uzupełniana o nazwisko lub piosenkę). Tom stworzony z pasją, ale też bardzo rzeczowo – to uzupełnienie publikacji „muzycznych” obecnych na rynku – kolejny zestaw wiadomości, wyjaśnienie fascynacji. Można zaufać autorowi i z przyjemnością śledzić zgromadzone przez niego informacje. Udało się mu przenieść do książki to, co stanowi magię sceny.

piątek, 11 stycznia 2019

Katarzyna Enerlich: Prowincja pełna marzeń i gwiazd

MG, Kraków 2018.

Historia nieopowiedziana

Nie dziwi, bo i dziwić nie może, że „Prowincja pełna marzeń i gwiazd” jako dwie powieści obyczajowe w jednym potężnym tomie powraca na rynek – w końcu odbiorczynie spragnione są takich „życiowych” historii z osobistymi wyznaniami w tle. A jeśli do nich dołożyć drobne porady dotyczące życia w zgodzie z naturą czy przepisy na miłość lub jej brak – wiadomo, ze jest to prosta droga do bestsellerów. Katarzyna Enerlich robi jeszcze coś, co zapewnia jej uznanie lokalnych władz, to znaczy: przedstawia Mazury, regionalne zwyczaje i problemy ludzi, lokalny patriotyzm odzwierciedla się w powieści w prezentowaniu choćby miejscowych walczących na przykład o ocalenie starych drzew, którymi przodkowie wysadzali aleje – ale nie tylko. Próbuje między innymi też obalać stereotyp złych Niemców, którzy powracają na te ziemie, żeby – według społeczności – odzyskiwać swoje domy. Robi zatem Enerlich sporo dobrego dla promocji regionu i łagodzenia konfliktów. W warstwie fabularnej skupia się natomiast na historii Ludmiły Gold, trzydziestoparolatki u progu wielkich życiowych zmian.

Na początku Ludka jest dziennikarką miejscowej gazety, po zmianie szefa doświadczającą mobbingu i coraz bardziej sfrustrowaną. Nie ma rodziny, ale marzy o założeniu własnej. Wpada w ramiona Martina, Niemca, który przyjechał, by znaleźć dawne mieszkanie ojca. Ludmiła wierzy, że wystarczy mieć marzenia, a wszechświat natychmiast zajmie się ich spełnianiem – tak też się dzieje. Kobieta nie tylko spotyka na swojej drodze życzliwe osoby, ale też krok po kroku realizuje własny plan na szczęście. Przechodzi rozmaite zawirowania i kryzysy sercowe, a także małżeńskie burze, aż w końcu przekonuje się, że siły może szukać tylko w sobie. Dopiero wtedy osiąga upragnioną stabilizację. Jej wybory nie zawsze będą zrozumiałe dla czytelniczek, do części wydarzeń Ludmiła nie przekona, ale dostarcza przynajmniej huśtawki emocji, a to już dużo w obyczajówce.

Problem w tym, że mimo szczerości uczuciowej Katarzyna Enerlich pisze słabo i nie chodzi tu wyłącznie o błędy do wyłapania przez korektę (pierwsze wydanie „Prowincji pełnej marzeń” było pod tym względem tragiczne, ale i tu literówek jest mnóstwo). Najpierw ma skłonność do popadania dodatkowe tłumaczenia: jeśli kogoś przedstawia alb odnosi się do nowej dla czytelniczek sytuacji, od razu następny akapit – obowiązkowo – poświęca na rozwinięcie zagadnienia. Czasami tłumaczy się z rzeczy niepotrzebnych i błahych, upodobań, które nic nie wnoszą albo są jednorazowe (kogo obchodzi, że „kamzelka” bez i w środku brzmi dla bohaterki fajniej, skoro w kilkusetstronicowej książce pojawia się to raz?), czasami zamienia się w moralistkę i zwyczajnie poucza odbiorczynie. Potem wpada w manię dublowania określeń w celu ich rzekomego doprecyzowania (i stosują ten chwyt wszyscy bohaterowie, co męczy). W drugim tomie co pewien czas nawiązuje do wiedzy z pierwszego. Łatwo ulega zachwytom i egzaltacji, wtedy nieświadomie zaczyna „dziubdziać” w tekście. Niepotrzebnie tłumaczy oczywiste uczucia bohaterki albo gubi się w ich eksponowaniu. I tak bez końca. W rezultacie fanki obyczajówek będą przy tej książce trwać ze względu na ciekawość zakończenia – i zgrzytać zębami przy rozwiązaniach formalnych. Wychwalanie prowincji nie wystarczy, żeby odnieść sukces: trzeba jeszcze umieć opowiedzieć historię bez infantylnych tonów, a tego Enerlich – niestety – nie zapewni.

czwartek, 10 stycznia 2019

Ronald B. Adler, Lawrence B. Rosenfeld, Russel F. Proctor II: Relacje interpersonalne. Proces porozumiewania się

Rebis, Poznań 2018.

Specyfika kontaktów

Ten potężny podręcznik dotyczący kontaktów międzyludzkich został przygotowany na podstawie… trzynastego wydania na rynku amerykańskim, łatwo więc sobie wyobrazić, jaką rangę ma ta publikacja i dla ilu badaczy stała się istotnym punktem odniesienia. Trzej profesorowie psychologii postanowili tutaj rozpisać na części pierwsze każdy aspekt komunikacji i teraz proponują odbiorcom zbiór reguł, definicji oraz ustaleń pokazujących, jak zmieniają się układy sił w rozmowach i jak wpływać na innych.
„Relacje interpersonalne” to publikacja, która nie nadaje się na rozrywkową lekturę. Zdarzają się książki psychologiczne napisane językiem popularnonaukowym, ale ta do nich nie należy: prawie każde zdanie podparte zostało wtopionym w tekst adresem bibliograficznym, stałym punktem wywodów są odwołania do autorytetów, rozmaitych teorii i koncepcji, wiele tu regułek, definicji i rozważań. Autorzy są raczej ostrożni w dobieraniu przykładów, najpierw chcą dostarczyć czytelnikom solidna podbudowę teoretyczną – kto ma za sobą zajęcia z psychologii, z łatwością się w tym odnajdzie, zwykli czytelnicy raczej nie dadzą sobie rady z hermetycznym dyskursem. Wywody nie tylko przecinane są nazwiskami badaczy, ale też rozmaitymi tabelami i wykresami, które porządkują wiadomości ale nie mają poradnikowego przeznaczenia, nie da się ich zastosować w autoanalizach. Kolejnym czynnikiem utrudniającym masowemu odbiorcy lekturę staje się szczegółowość: komunikacja międzyludzka rozłożona na czynniki pierwsze oznacza osobne studia nad każdym etapem relacji. Strukturalistyczna konstrukcja książki ot w tym wypadku dobre rozwiązanie, wprowadzające ład w ustalenia – są tu trzy części obejmujące w sumie dwanaście rozdziałów, a każdy rozdział rozbij się jeszcze na osobne aspekty rozpisywane na kilka punktów. Już wielopiętrowy spis treści pokaże, jak rozległy obszar badają autorzy. Lekturę rozbijają dodatkowe ramki z przykładami, wyciągami z badań czy komentarzami. Dla ceniących sobie interaktywność pojawiają się tu testy psychologiczne, ale też „quizy, sposoby sprawdzania wiedzy – swoiste egzaminy i ćwiczenia. Czytelnicy mogą przekonać się, czy zapamiętali najważniejsze pojęcia i ewentualnie wrócić do definicji dzięki odsyłaczom. Autorzy zakładają więc pracę samodzielną i robią wszystko, żeby zapewnić zainteresowanym jak najpełniejsze uchwycenie problemów .Czasem trochę brakuje rozwinięcia „poradnikowego”, choćby wybranych tematów – w rozdziale o komunikacji niewerbalnej można było położyć większy nacisk na przykłady i wysyłane pozasłowne komunikaty. Być może jednak autorom zależy bardziej na ujednoliceniu zawartości kolejnych części tomu – albo na uniknięciu skojarzeń z publikacjami kioskowymi.

„Relacje interpersonalne” to książka, która także swoim rozmiarem rzuca się w oczy. Nic dziwnego: przy chęci zarejestrowania aktualnego stanu badań i przy tak rozległym zagadnieniu, podręcznik się rozrasta – a nie da się przecież zrezygnować ani z obszernej bibliografii, ani ze słownika pojęć. Materiały graficzne zostały tu dobrze dobrane – przede wszystkim są tu wykresy i schematy ułatwiające zapamiętywanie, albo zdjęcia przy przykładach filmowych – ale pojawią się również całe serie rysunków satyrycznych, które najlepiej oddają istotę problemu lub w prosty sposób pokazują czytelnikom sfery nieporozumień.

Może być ta publikacja wykorzystywana w procesie samorozwoju – ale takie podejście wymagać będzie ogromnego nakładu pracy i pewnego poziomu wiedzy, odbiorcom wówczas zabraknie zdecydowanie poradnikowych wyliczeń i wskazówek. Jednak dla tych, którzy chcą dowiedzieć się jak najwięcej o kontaktach międzyludzkich, „Relacje interpersonalne” staną się ważnym zestawem wiadomości i odkryć.

środa, 9 stycznia 2019

Marta Sztokfisz: Pani od obiadów. Lucyna Ćwierczakiewiczowa. Historia życia

Wydawnictwo Literackie, Kraków 2018.

Przepis na sukces

Zainteresowanie programami kulinarnymi jest dzisiaj spore - więc to dobry moment, żeby przypomnieć masowej publiczności postać nietuzinkową i robiącą karierę w XIX wieku – przed ekspansją mediów i na długo przed zjawiskiem celebrytyzmu. Lucyna Ćwierczakiewiczowa miałaby ogromną szansę, żeby zaistnieć w rozmaitych show, skoro trafiła do zbiorowej świadomości i bez takiego wsparcia. Podjęła ryzyko, wydając książki z przepisami kulinarnymi, a potem też - z poradami dla gospodyń domowych. Osiągnęła sukces, podbijając rynek, a do dzisiaj jej wskazówki bywają traktowane jako najlepsze rozwiązania dla prowadzących dom. Trudno byłoby nie docenić dostosowania codziennego menu (na cały rok!) do dostępnych akurat sezonowych składników i do kieszeni przeciętnej gospodyni. Ćwierczakiewiczowa uczyła, jak jeść, żeby zachować zdrowie i energię, jak bilansować dietę i jak oszczędzać pieniądze. Na tym aspekcie – edukowania społeczeństwa i poszukiwania najlepszych wersji przepisów - bazuje Marta Sztokfisz w tomie “Pani od obiadów”. Najbardziej akcentuje kwestie gotowania i zdobywania wiedzy przez bohaterkę: zajmuje się fenomenem Ćwierczakiewiczowej, którą poznawali jej odbiorcy – przedstawia bohaterkę raptowną, porywczą kobietą słynącą z ciętego języka, odważną a i bezkompromisową - ale i taką, która odważyła się marzyć. Pomija za to tematy prywatne, niezbyt wiele pisze o Ćwierczakiewiczowej domowej - trochę o jej mężach, o przybranej córce zaledwie wzmiankuje. Nie wiadomo do końca, czy wynika to z przyjętej przez autorkę strategii narracyjnej, z braku materiałów, które da się przekuć na anegdoty – bo na pewno nie z braku miejsca, to dałoby się wygospodarować przy innym składzie - faktem jest, że o codzienności gospodyni domowej wiele Marta Sztokfisz nie opowie. Za to co pewien czas powraca do samych przepisów, cytuje je niemal dla przyjemności obcowania z wyrazistym stylem, dzisiaj mocno archaicznym, ale jednak i tak barwnym, a do tego – szalenie szczegółowym. Ćwierczakiewiczowa nie pozostawia miejsca na wątpliwości czy na eksperymenty, stara się każdy detal omówić, świadoma, że od tego zależy jej sukces i uznanie odbiorców. Jej racje po latach sprawdza też autorka książki “Pani od obiadów”, która docenia podpowiedzi – trafne również dla zapracowanych pań domu. Okazuje się, że porady Ćwierczakiewiczowej nie tracą na wartości, tyle tylko, że odrobinę czasem trzeba zmodyfikować menu pod dostępne składniki. Sztokfisz zresztą bardzo chce przekonać czytelników do ponadczasowości tych porad. Podąża za swoją bohaterką, odnotowując relacje towarzyskie albo reakcje na Ćwierczakiewiczową jako silną osobowość. Opisuje jej stosunki z Bolesławem Prusem, a i pomysły na biznes. W tym wszystkim trochę mało jest marzeń kobiety, jej zwyczajności. A jednak “Pani od obiadów” to lektura do czytania dla rozrywki i przyjemności - może też tym tropem szła Marta Sztokfisz, kiedy stawiała na beletrystykę a nie na rejestrowanie dat i faktów. Publicystyczny styl – migawki z przeszłości, ale bez archaizowania - przełamuje co pewien czas wzmiankami o odbiorze Ćwierczakiewiczowej w XXI wieku. Znajdzie się tu trochę miejsca na humor, zwłaszcza tam, gdzie bohaterka książki nie powściągała emocji w walce o swoje – ale i na gorycz, przede wszystkim u schyłku życia, kiedy przebrzmiewają echa sukcesu i nikt nie chce już stawać w obronie Lucyny Ćwierczakiewiczowej.

Chociaż kwestie prywatne nie są tym, co Sztokfisz chciałaby u tej postaci eksponować, udaje jej się ładnie zaakcentować jeden motyw, relację bohaterki z jej drugim mężem. Nie ma tu zagłębiania się w intymne sfery, ale autorka tomu odnotowuje piękną przyjaźń i wsparcie, związek na wskroś nowoczesny, wymarzony w każdej epoce – bez awantur i sporów, oparty na zrozumieniu. I dzięki temu tematowi można Marcie Sztokfisz wybaczyć mocną wybiórczość w biograficznych poszukiwaniach. Jest “Pani od obiadów” lekką lekturą, po którą można sięgnąć z ciekawości albo dla rozrywki.

wtorek, 8 stycznia 2019

Adam Alter: Uzależnienia 2.0

Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2018.

Pułapki na dorosłych (i nie tylko)

Uzależnienia kojarzyły się w społeczeństwie jeszcze do niedawna z narkotykami czy alkoholem, mało kto zdawał sobie sprawę z tego, że powszechny zachwyt mediami elektronicznymi prowadzi do niebezpiecznych konsekwencji. Dostęp do komputerów również może działać na człowieka negatywnie. Adam Alter przygląda się „Uzależnieniom 2.0”, czyli temu wszystkiemu, co zagraża dzisiaj społeczeństwom w krajach najbardziej rozwiniętych. Wie, że uczeni stoją jeszcze na początku drogi: nie dorosło na razie pokolenie, które nie pamięta już rzeczywistości przed smartfonami – za to w dorosłość wkroczyły dzieci internetu. Książka „Uzależnienia 2.0” jest rzetelnym – i ciekawym z punktu widzenia zwykłego odbiorcy – opracowaniem tematu elektronicznych używek. Autor sprawdza, dlaczego ludzie w ogóle są podatni na uzależnienia i jakie elementy – choćby w najprostszych grach komputerowych – wpływają na mózg. „Nagrody” sprawiające, że gracz chce ich więcej, bywają absurdalne, a jednak pociągają za sobą przyzwyczajenia, które bardzo trudno wyleczyć. Będzie w tej opowieści trochę eksperymentów na szczurach i trochę relacji o dobrowolnym rażeniu się prądem przez ochotników – będzie też mnóstwo przypadków wymagających specjalistycznego leczenia. Tu nie kwestionuje się istnienia uzależnień od internetu, gier komputerowych, ale i… automatów do gier w kasynach – każdy rodzaj rozrywki zamieniać się może w niebezpieczny nawyk. Mało tego – Alter znajduje też miejsce dla ludzi, których uzależnienia dopadły w pracy: do wartych uwagi zagadnień należy choćby obsesyjne sprawdzanie poczty elektronicznej. A ponieważ elektronika coraz odważniej wkracza w codzienność, jeszcze przed erą internetu rzeczy pojawia się szereg przestróg przed gadżetami monitorującymi zachowania. Wszelkiego rodzaju opaski do pomiaru aktywności fizycznej niby służą propagowaniu zdrowego trybu życia, a jednak odbierają radość z samych ćwiczeń i zmuszają często użytkowników do aktywności ponad siły – co w prosty sposób prowadzi do kontuzji. Łatwo uzależnić się od tego typu przedmiotów – i w efekcie kreatywnie niszczyć zdrowie. O wpływie elektroniki na ciało i psychikę Adam Alter powiada atrakcyjnie. Prowadzi narrację zbliżoną do dawnych publikacji psychologicznych, tak samo skupia się na przypadkach wymagających terapii, przytacza przykłady z życia, ale też efekty badań i drogę, jaką przechodzili uczeni, żeby wpaść na właściwe tropy. U Altera wszystko stapia się w gawędziarską opowieść, która nie zatraca walorów naukowej, ale jest przystępna dla zwykłych czytelników. Autor nie dzieli swojej relacji na część teoretyczną i praktyczną, umiejętnie splata te sfery, popularyzuje wiedzę. Ucieka od schematów z publikacji naukowych, bo też i chce dotrzeć do szerokiego grona odbiorców. Popisuje się umiejętnością prowadzenia barwnej opowieści, a odnieść sukces na rynku może również za sprawą tematu – w końcu poruszane tu zagadnienia dotyczą niemal każdego dzisiaj odbiorcy. Nie poświęca autor zbyt wiele miejsca (mimo że tematu nie przemilcza) na analizowanie wpływu elektroniki na najmłodszych – ostrzega przed pułapkami, w jakie wpaść mogą dorośli – a to dużo więcej niż spodziewaliby się czytelnicy. Jest w „Uzależnieniach 2.0” ciekawość badawcza, jest też umiejętność przekazywania zgromadzonych danych szerokiemu gronu odbiorców. Adam Alter świetnie wpisuje się w serię popularyzującą wiedzę – nie tylko tematyką, ale i stylem. Może przekonać do siebie użytkowników internetu za sprawą zrozumienia ich codziennych wyzwań. „Uzależnienia 2.0” to lektura prawie uzależniająca.

poniedziałek, 7 stycznia 2019

Wojsław Brydak: Poste restante

Rebis, Poznań 2018.

Z rutyny

Na pierwszy plan powieści Wojsława Brydaka „Poste restante” wybija się szarość. Szarość dnia codziennego, szarość, która jest efektem niezrealizowanych marzeń i podporządkowywania się rutynie. Ta szarość niczym już nie zaskoczy – bohater będzie realizował odgórnie mu przypisany scenariusz, zestaw przeżyć, od których nie ma ucieczki. „Poste restante” to w pierwszym wymiarze książka o dojrzewaniu – z aspiracjami przetestowania doświadczeń pokolenia wolnego od wielkich momentów historycznych. Tu bohater zajmuje się sobą – i zmarnowanymi życiorysami tych, którzy kiedyś odważali się marzyć. Monolog wewnętrzny pełny jest goryczy, ale bez pretensji do innych. Wybór określonego schematu to wynik wychowania czy kultury, nie można nic na niego poradzić, chociaż niektórzy próbują. Na przykład Dominika. Ona żyje jak chce, nie ogląda się na innych. Bierze z codzienności to, na co ma ochotę, a jeśli cierpi, to tak, żeby nikt nie widział. Dominika też nie odniesie sukcesu – ale przynajmniej można jej zazdrościć swobody. Pracuje w teatrze i nie daje się wtłoczyć w ramki codzienności – nie dla niej zakazy i nakazy, powinności albo stereotypy. Wszystko jedno, o jaką dziedzinę życia chodzi – Dominika i tak się z niej wyłamie. To jedyna postać, której warto kibicować, chociaż nawet to nic nie da. W „Poste restante” rzeczywistość jest nie do pokonania – przytłacza i męczy.

Wojsław Brydak wybiera i łączy ze sobą dwa nurty- pierwszy to literatura dojrzewania, schematy z Bildungsroman ujawniają się zwłaszcza w stałej obecności wspomnień – a i w konkretnej tematyce tych wspomnień. Drugi nurt to literatura małych ojczyzn, bardzo autor dba o uwypuklenie tego, co w Krakowie, Rzeszowie lub Sopocie nadaje rytm małym sprawom. Tu rzeczy ważnych w ogóle nie będzie – ale z perspektywy jednostki ważne może być wszystko. Do swojej opowieści bohater stopniowo wprowadza coraz więcej postaci, każda kolejna funkcjonuje tu jako nośnik anegdot – nie tych rozśmieszających, a wspomnieniowych, familiarnych opowieści. Brydak spowalnia relację, przeładowuje ją indywidualnymi przypadkami, z których każdy będzie równoprawny – i każdy w podobny sposób pokaże bezradność człowieka wobec przeznaczenia.

Jest jeszcze matka, postać spajająca tę historię. Matka bohatera – jako jedyna – wykracza poza przypisaną sobie rolę. Stanowi antytezę opiekunki domowego ogniska. Przypomina o śmierci i o słabości ludzi. Sama nie dba o życie: wpada w depresję, bez przerwy płacze, znika z domu. Cierpi na cyklofrenię. Poza tym przeżywa cały szereg udarów, z których każdy kolejny odziera ją z części umiejętności bądź cech osobowych. Matka – najbardziej bezwolna – mimo wszystko stawia największy opór wobec rutyny. Nie ma nic do stracenia, chociaż trudno w jej przypadku mówić o osiągnięciu szczęśliwości. I tak Wojsław Brydak pisze tę książkę bez fajerwerków, gawędziarsko i zgodnie z gatunkowymi wytycznymi, ale unikając zaskoczeń. Stawia na to, co w pewnym stopniu wspólne jest czytelnikom, odwołuje się do łatwych do przejęcia doświadczeń. Serwuje prozę środka, tyle że niewiele z tego wyniknie.

niedziela, 6 stycznia 2019

Andre Aciman: Osiem białych nocy

W.A.B., Warszawa 2018.

Rozważania teoretyczne

„Jestem Clara” – z tymi słowami do bohatera tomu podchodzi na przyjęciu piękna nieznajoma. Budzi w ten sposób zainteresowanie i coś w rodzaju nieuświadamianego jeszcze pożądania. Mężczyzna, który do tej pory tylko się nudził i zamierzał nawet ulotnić z zabawy, czuje się zaintrygowany. Próbuje czytać między wierszami i bardzo długo przymierza się do interpretowania tych dwóch słów. „Jestem Clara” brzmi jak obietnica albo jak przestroga, raz niesie w sobie zapowiedź śmiechu, raz – rozpaczy, raz jest pełne znaczeń, by zamienić się w pustkę. Każdy etap krótkiej przecież rozmowy prowadzi do kolejnych odczytań, równie prawdopodobnych i równie błędnych co poprzednie. „Jestem Clara” to słowa, które bohater obraca w myślach przez cały czas spotkania. A przecież właściwie nic się nie dzieje. Clara jest zjawiskiem dla mężczyzny. Może zrobić wszystko – i nie straci na wartości. Być może z tego powodu, z postrzegania postaci jako bóstwa, bierze się brak zdecydowania w działaniu. Bohater próbuje odgadywać życzenia Clary jeszcze zanim zostaną wyrażone (zresztą niekoniecznie zostaną, bo Clara uwielbia posługiwać się zagadkami). Pomysł na konstrukcję tej historii jest równie banalny co akcja. Osiem rozdziałów to osiem spotkań – na początku przypadkowego, później umawianych – jednak nie będzie w nich znanych scenariuszy. Clara dyryguje mężczyzną, jej pragnienia wysuwają się na pierwszy plan. On – onieśmielony – podporządkowuje się rozmaitym żądaniom. Sam nie ma prawa zgłaszania własnych pomysłów – nawet gdyby się odważył, Clara błyskawicznie sprowadziłaby go na ziemię. To ona wymyśla reguły gry niemal na bieżąco. Raz zachowuje się jak mała rozkapryszona dziewczynka, raz – jak wamp. I w ten sposób wciąż podtrzymuje zainteresowanie dostrzeżonego na przyjęciu mężczyzny. Nie ma tu nawet zalążka związku, to dopiero kiełkująca znajomość – ale ponieważ opowieść oparta została na mężczyźnie, na jego przemyśleniach i nadziejach – czytelnicy otrzymają znacznie więcej niż by się na początku mogli spodziewać. W całej opowieści liczą się przede wszystkim słowa i widoczne to zaczyna być już w chwili, gdy po raz -nasty bohater przywołuje w myślach początkowe „Jestem Clara”, opatrując to nowymi interpretacjami. Tutaj analizy uczucia, jakie dopiero może zaistnieć, zabierają znacznie więcej miejsca niż komentarze na temat wydarzeń. Clara w centrum zainteresowania staje się obiektem gorących wyznań, które jednak nie wydostaną się poza umysł mężczyzny. Andre Aciman rezygnuje z realizowania skrytych fantazji. Na razie pozwala bohaterom lepiej się poznać, stworzyć charakterystyczny język związku. Tu przydają się hasła, które Clara rzuca, żeby rozładować atmosferę, tematy absurdalne – jasne jedynie dla dwojga ludzi. „Osiem białych nocy” to rejestr huśtawki emocjonalnej, doświadczeń w psychice. Sam bieg wydarzeń nie będzie tu odgrywać większej roli, „akcja” sprowadza się wyłącznie do tego, jak inicjować spotkania – albo jaka będzie konsekwencja poszczególnych rozmów. I czytelnicy przyzwyczajeni do produkcji masowych, w których coraz częściej eksponuje się erotykę jako wabik na odbiorców, będą zaskoczeni podejściem autora do wyłącznie platonicznych elementów relacji. Clara niekoniecznie przekona do swojej zjawiskowości odbiorców – ale autor każe zatrzymać się nie nad kreacjami postaci, a nad samym sposobem ich prezentowania. Proponuje bardzo drobiazgową narrację, spowalnia opowieść przez obfitość słów i ciągłe powracanie w myślach do konkretnych momentów egzystencji postaci. Jest to powieść dla wytrwałych – a i dla zmęczonych standardowymi kierunkami romansowych historii.

Smerf Dzikus

Egmont, Warszawa 2018.

Nowy znajomy

Smerfy nawet nie przypuszczają, że poza Wioską żyć może – w zgodzie z wiewiórkami – ktoś bardzo do nich podobny, a jednak na skutek wychowania (czy też jego braku) tak bardzo różny. Dzikusa znajdują przypadkiem – po pożarze lasu wybierają się po zapasy na zimę – a za nimi do Wioski przybywa tajemniczy gość. Smerf Dzikus nie potrafi mówić, jest nieufny, a gdy poczuje się zagrożony – gryzie, atakuje lub ucieka. Nosi śmieszną czapkę z liści i kocha przyrodę. To bohater opowieści – pełnowymiarowego komiksu „Smerf Dzikus”. Dzikus w Wiosce Smerfów staje się atrakcją, ale i źródłem rozmaitych problemów, którym Papa Smerf musi zaradzać na bieżąco. Jest to jednak postać, która w pojedynkę może pokonać groźnego Gargamela.

Humorystyczny aspekt tej historyjki opiera się na niespodziewanym uczuciu, jakim Dzikus obdarza Ważniaka. Ważniak – jak zwykle – irytuje wszystkie Smerfy ciągłym odwoływaniem się do autorytetu Papy Smerfa lub przechwałkami. Dzikus nie rozumie wiele z jego wywodów – wie za to, że Ważniak uratował mu życie (przypadkiem, ale to akurat nie ma znaczenia). Papa Smerf właśnie Ważniaka wyznacza na tego, który trochę ucywilizuje Dzikusa. Zaczynają się lekcje mówienia, zachowania czy ubierania. Jedno jest pewne: Dzikus nie podporządkuje się szablonom, na tym polega zresztą jego urok. Z wyglądu może przypominać mieszkańców Wioski Smerfów, ale to jednak indywidualista z silnie rozwiniętym poczuciem tożsamości. Jego inność należy uszanować – dzieci przekonają się też dość szybko, że odmienność może stać się zaletą – nikt nie śmieje się z Dzikusa.

Dość prosty jest humor w tej przygodzie i bardzo dla Smerfów klasyczny – bohaterowie cieszą się z prymitywnych żartów Zgrywusa (obracanych przeciwko niemu) i ze slapstickowych gagów: taki śmiech nie zna podziałów, może więc łączyć cywilizowane Smerfy z ich dalekim krewnym. Z kolei dla tych odbiorców, którzy lubią dodatkowe smaczki dowcipów przygotowane zostały choćby płaszczyzny żartów u Smerfetki zachwycającej się przybyszem. Komicznie jak zawsze wypada Gargamel, czarownik bezskutecznie szukający Smerfów. Nawet jeśli na pewien czas odsłoni się droga do Wioski Smerfów, małe niebieskie stworki sprytem pokonają Gargamela – to powód, dla którego dzieci chcą wciąż czytać komiksy o Smerfach.

„Smerf Dzikus” to książka utrzymana w starym stylu, mimo że dochodzi tu postać nowa i nietypowa. Odbiorcy dostrzegą przede wszystkim stałe elementy kreowania świata przedstawionego: każdy z bohaterów ma swoje zadania do wykonania i każdy zachowuje się w rozpoznawalny sposób. Ta historyjka nie będzie mieć wielu odnóg, rozgrywa się linearnie i łatwo się domyślić jej przebiegu. Autorzy biorą pod uwagę rozwiązania wybierane przez Peyo – zarówno w samym scenariuszu jak i w kolorystyce czy w wyglądach kadrów.

„Smerf Dzikus” staje się zatem nie tylko udanym powrotem do bakowej przeszłości, ale też cenną lekcją dla małych czytelników – lekcją o traktowaniu innych ludzi i o braku uprzedzeń przy pierwszych kontaktach. Dzikus nie może zmienić zasad panujących w Wiosce – nawet nie próbowałby tego robić, jego obecność stałaby się czymś nienaturalnym w bajce. Przydaje się natomiast, żeby przekazać najmłodszym kilka uwag dotyczących zachowań w grupie. To bohater wyrazisty i przyciągający uwagę, kuszący w swojej odmienności – więc łatwiej mu będzie zawalczyć o małych czytelników.

sobota, 5 stycznia 2019

Małgorzata Garkowska: Czego nie powiedziałam

Zysk i S-ka, Poznań 2018.

Sekret w związku

Emilia nie zamierza powiedzieć swojemu ukochanemu, że nie może mieć dzieci. Sekret z przeszłości stanowi barierę w relacjach z rodziną: Emilia odcięła się od matki, ale i od ojczyma, którego oskarża w duchu o najgorsze. Fakt, popełniła w młodości błąd, ale płacić ma za niego przez całe życie. Teraz próbuje jeszcze uszczknąć trochę szczęścia w związku z Robertem – zanim prawda wyjdzie na jaw i wszystko się zniszczy. Wprawdzie budowanie trwałego związku na kłamstwie nie wróży dobrze od początku – ale Małgorzata Garkowska nie ma innego pomysłu na mikroskopijną fabułkę, którą rozdmuchuje do rozmiarów powieści. Czytelniczki mają dostęp do wydarzeń z perspektywy Emilii – i do jej wyrzutów sumienia. Ale przyznawanie się w duchu do winy nie jest dobrą metodą na budowanie napięcia – w końcu zacznie nużyć, zwłaszcza że autorka na cel bierze sobie rejestrowanie naturalności, zwykłych dni zakochanych w sobie ludzi. Robert bardzo uważa na sygnały wysyłane przez Emilię – wie, czego jej trzeba i stara się reagować zgodnie z oczekiwaniami. Jest czuły, troskliwy i opiekuńczy, aż czasami zamienia się w słodkiego despotę – kiedy ogranicza kobiecie dostęp do kawy w trosce o upragnioną (przez niego) ciążę. Nie daje powodów do zazdrości (jego asystentka, Marta, ma na niego chrapkę, ale mężczyzna pozostaje obojętny na jej wdzięki). Wszystko po to, żeby bohaterka mogła poczuć się jak w raju. Mogłaby pławić się w szczęściu jak z bajki, gdyby nie świadomość okrucieństwa związanego z zatajeniem ważnej informacji. Małgorzata Garkowska bardzo się wysila, żeby przedstawić sielankę – a równolegle chce ją burzyć daną czytelniczkom wiedzą. Cała powieść opierać się będzie na wyjaśnieniu tajemnicy – punkt kulminacyjny to nieuchronne poznanie prawdy przez Roberta. Próbuje autorka pokazać nie tylko destrukcyjną siłę kłamstwa, ale i obraz strachu, który odbiera szansę na porozumienie. Przedstawia antywzorzec zachowania, nie będzie moralizować, bo odbiorczynie same zorientują się, na czym polega problem Emilii. To jednak za mało na fabułę, która powinna trzymać w napięciu chociaż trochę.

Bo w „Czego nie powiedziałam” dzieje się bardzo mało. Akcja koncentruje się na Robercie i Emilii, z rzadka widać jeszcze Martę lub rodziców pary. Najważniejsza para jednak spędza czas albo na łóżkowych igraszkach (z zadziwiającą jak na obyczajówkę częstotliwością), albo na rozmowach i spacerach. Nic nie zachwieje spokojem – i tylko Emilia (a wraz z nią czytelniczki) wie, że to cisza przed burzą. W tej powieści brakuje punktu zaczepienia, czegoś, co pozwoliłoby kibicować bohaterom albo się na nich złościć. Tu wszystko jest jasne: Emilia sama kręci na siebie bicz – więc nie powinna narzekać na los, jaki konsekwentnie sobie zapracowuje. Robert z kolei jest tu zbyt idealizowany. Do tego wszystkiego męczące jest jeszcze upodobanie bohaterki do analizowania miesiączek. Czytelniczki dobrze nie zdążą poznać marzeń postaci (nie mówiąc o ich znajomych czy codziennych obowiązkach) – a ze szczegółami będą mogły opowiedzieć, jak krwawi bohaterka i jakie ma w związku z tym przyzwyczajenia. Co prawda nie należy to do największych mankamentów w „Czego nie powiedziałam”, ale też trochę od narracji odpycha, zwłaszcza że przeciętne odbiorczynie nie mają raczej wiedzy, która pozwoliłaby im na podstawie takich przesłanek odgadnąć przedwcześnie tajemnicę Emilii.

piątek, 4 stycznia 2019

Zack Davisson: Yurei. Niesamowite duchy w kulturze japońskiej

Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2018.

Zestawienie symboli

Duchy w kulturze japońskiej są czym innym niż duchy dla odbiorców Zachodu, Zack Davisson świetnie zdaje sobie z tego sprawę i zamienia się w przewodnika po ukrytych sensach dzieł – literatury, malarstwa, teatru czy filmu. Daje odbiorcom zestaw narzędzi, które przydadzą się przy śledzeniu otworów (nawet tych, które funkcjonują w ramach popkultury i docierają do szerokich grup odbiorców). Przedstawia autor najbardziej znane czy najważniejsze duchy w kulturze japońskiej, opowiada, kim one są, skąd się wzięły, co przeżyły (jak zginęły) oraz… gdzie i w jakich okolicznościach się obawiają. Nawiązuje tutaj do obyczajowości i do wierzeń, do tradycji, ale i do współczesności. We wszystkich tych ujęciach duchy mogą się pojawiać – i dobrze umieć je rozróżniać. Nawet jeśli nie wierzy się w zjawiska nadprzyrodzone – warto poznać tę klasyfikację dla lepszego rozumienia tradycji japońskich. Zack Davisson do tematu podchodzi z badawczą dociekliwością, ale też z gawędziarskim wyczuciem. Przeładowuje tom faktami, ale czyni to tak, by nie przytłaczać odbiorców nadmiarem wiedzy – raczej żeby umożliwić im poznawanie nowych wiadomości. Poza odczytywaniem znaczeń niesionych przez duchy yurei autor przygląda się ich realizacjom w sztuce. I tak opowiada na przykład, jakie są charakterystyczne wizerunki wybranych duchów – a nawet co oznaczają konkretne rozwiązania plastyczne. Osobno omawia teatr – tu skupia się zwłaszcza na robieniu wrażenia na widzach, analizuje mechanizmy pozwalające przedstawiać duchy – czasami to system zapadni albo sposób oświetlenia, specjalny kostium lub… symbole znaczące niemal wyłącznie dla wtajemniczonych. Dzięki temu umożliwia szerokiemu gronu odbiorców pełniejsze doświadczanie sztuki. Jest świadomy, że yurei trafiają też do filmów, które mogą dotrzeć do mas – i docierają, tyle że bez odpowiedniego klucza interpretacyjnego zamiast strachu budzą śmiech. Zack Davisson deszyfruje ukryte znaczenia. Sporo miejsca poświęca w tomie również zbiorom opowieści, literaturze japońskiej. Odnotowuje kolejne próby tworzenia antologii opowieści niesamowitych, pokazuje, jak rozbudzała się wyobraźnia twórców – skąd brały się fabuły, które przeszły już do klasyki. „Yurei. Niesamowite duchy w kulturze japońskiej” to książka pełna atrakcyjnych dla czytelników szczegółów – ciekawie napisana. Tutaj, mimo zakorzenienia w faktach, nie odczuwa się przesytu informacjami, Davisson daje się poznać jako autor świadomy swojej roli w popularyzowaniu wiedzy o kulturze Japonii. W trakcie lektury staje się powoli jasne, jak wielkie są różnice w postrzeganiu przybyszy z zaświatów w kulturze Zachodu i w twórczości orientalnej. Autor pomaga zrozumieć twórcze wybory artystów i zakodowywane przez nich przesłania. Ale mimo niezwykle atrakcyjnej tematyki nic by z tego nie wyszło, gdyby Zack Davisson nie miał daru opowiadania. Na szczęście wie, jak zaintrygować czytelników, co im zaproponować, żeby zostali do końca przy popularnonaukowej lekturze i traktowali ją jako źródło rozrywki. „Yurei” to publikacja warta rozpropagowania, wypełniona oryginalnymi danymi, ale i bogatym materiałem ilustracyjnym. Odpowiednio dobrane przykłady przyciągają uwagę. To dobrze rozczytany fragment kultury i obyczajowości, dostarczający rozrywki najbardziej wymagającym odbiorcom.

czwartek, 3 stycznia 2019

Maciej Orłoś: O sztuce wystąpień publicznych

RM, Warszawa 2018.

Na scenie

Chociaż na rynku mnóstwo jest poradników dotyczących wystąpień publicznych, to książka Macieja Orłosia „O sztuce wystąpień publicznych” może czytelników najbardziej przekonać. Po pierwsze ze względu na kompleksową zawartość, przytaczanie i omawianie każdego aspektu, od autoprezentacji po technikę. Po drugie – dzięki formie, połączeniu poradnika i pamiętnika. Z tej publikacji sporo wyniosą zarówno ci, którzy przemawiają do innych sporadycznie, jak i ci, którzy czują się już specjalistami w tej dziedzinie. Maciej Orłoś zwraca się do szerokiego grona odbiorców, a ponieważ prowadzi również warsztaty dotyczące wystąpień publicznych, doskonale wie, kto i z jakimi problemami się boryka. Nie rezygnuje z żadnego elementu budowania scenicznego wizerunku (łącznie z panowaniem nad tremą i komponowaniem slajdów do prezentacji).

I tak autor pisze o doborze stroju (również – pod kamery) czy makijażu (to zwłaszcza w przypadku nagrań telewizyjnych, bo mężczyznom trudno uwierzyć, że aby wyglądać naturalnie, muszą przynajmniej się przypudrować). Każe pracować nad nerwowymi ruchami, objaśnia, co zrobić, a czego absolutnie nie robić z rękami. Oducza „ykania” i wtrącania drobnych (nieuświadamianych) powiedzonek. Dzieli się wiedzą na temat długości wystąpień i ich budowania. Porusza temat prezentacji multimedialnych (omawia między innymi często spotykane błędy – a to bardzo się przyda, bo wyjątkowo łatwo jest zanudzić publiczność źle przygotowanymi slajdami). Przechodzi również do zagadnień związanych z techniką. Podpowiada, na co zwrócić uwagę przy doborze oświetlenia, dlaczego warto poprosić o odsłuch i jak postępować ze statywami (upraszcza, pisząc o „elastycznych mikrofonach”, ale to nie ma większego znaczenia z punktu widzenia przeciętnego czytelnika). Podrzuca nawet informację, co pić, żeby uniknąć przykrych niespodzianek z gardłem. Dokładnie analizuje każdy element bycia na scenie – ale i poza nią. Sam, jako osoba rozpoznawalna, wie doskonale, że jego „scena” zaczyna się właściwie już za progiem jego domu – tłumaczy zatem, jak zadbać o pierwsze wrażenie, coś, czego nie da się już nadrobić. Mocno podkreśla znaczenie wysyłanych przez ciało sygnałów.

Orłoś pisze bardzo dobrze: przede wszystkim rzeczowo, proponuje naprawdę dużo porad i rozwiązań, większość dodatkowo argumentuje – podpiera odrębnymi przykładami z życia wziętymi, te funkcjonują tu trochę jak anegdoty, bo autor czasami przerysowuje i rozśmiesza. Do tych przykładów dodaje jeszcze swoje doświadczenia (nie pomijając błędów, które mają wtedy charakter edukacyjny) – tym przyciągnie czytelników, zamieniając poradnik w książkę, którą dobrze się czyta. W tym kontekście dodatkowego sensu nabierają kończące każdy rozdział wyliczeniowe podsumowania. To pomaga uporządkować i utrwalić wiadomości. Maciej Orłoś pisze tak, by z jego wywodów odbiorcy mogli na bieżąco korzystać, żeby na scenie nie tracili pewności siebie i żeby nie powielali błędów najczęściej psujących najlepsze wystąpienie. To lektura użytkowa, a jednak nadająca się do czytania również dla przyjemności – a anegdoty to jej atut poza podstawowym przeznaczeniem. „O sztuce wystąpień publicznych” nie jest wyłącznie zestawieniem wskazówek. Maciej Orłoś sprawia, że wszyscy, którzy muszą przemawiać do większego grona ludzi, zyskają solidne podstawy do swojego zadania.

środa, 2 stycznia 2019

Marcin Król: Do nielicznego grona szczęśliwych

Iskry, Warszawa 2018.

Teorie rzeczywistości

Dwie godziny, które można poświęcić na lekturę (tyle zakłada autor, Marcin Król), czasem straconym nie będą. Zwłaszcza gdy w dyskursie publicznym brakuje sensownej i pełnej konkretów refleksji nad sferą polityki. Ale „Do nielicznego grona szczęśliwych” tonie kolejna felietonowa reakcja na stan bieżący – a uchwycenie bolączek społecznych i próba uniwersalizowania tematu. Marcin Król wybiera zaledwie kilka aspektów politologii powiązanej z filozofią, zagląda do pism myślicieli, ale i do spostrzeżeń wybitnych humanistów, żeby zapewnić odbiorcom materiał do samodzielnych przemyśleń. Nie interesuje go agitacja ani polityka jako agon. Nie staje się komentatorem teraźniejszości (z rzadka nawiązuje do konkretów, zwykle – z przeszłości, żeby niepotrzebnie nie rozpalać opinii publicznej: to tylko zaburzyłoby wymowę eseju. „Do nielicznego grona szczęśliwych” to publikacja starannie przygotowana, dobrze argumentowane komentarze pokazują, że autor sporo uwagi poświęcił na stworzenie książki. Co ciekawe, tytuł bez wytłumaczenia będzie – dla szerokiego grona czytelników – nie do końca zrozumiały, w powszechnym mniemaniu bowiem szczęśliwość przypisuje się z reguły nieświadomości, a zatem bardziej ogółowi niż wybranym. Ale do „grona szczęśliwych” za Stendhalem dołączyć może każdy. Punktem wyjścia dla tych wywodów staje się idea zmiany – w skrajnych wypadkach nawet rewolucji. Tęsknota za zmianą to jedno z narzędzi wykorzystywanych do własnych celów przez polityków: i tutaj, chociaż Król nie wnika w bieżące problemy (a nawet dla oddalenia oczywistych skojarzeń sięga do historii świata), można wysnuć pewne przestrogi czy wskazówki. Nie to jest jego celem – a refleksja. Podpowiada autor, jakie zadawać pytania, żeby zrozumieć ideę demokracji (w tym – jej pułapki). Co prawda może trochę dziwić zdumienie Króla, że ilość nie przechodzi w jakość (taki tytuł nosi jeden z rozdziałów) – co prawda zdarza mu się tu wpaść na trop przyczyny takiego zjawiska, ale zupełnie bezpodstawnie wierzy, że nastąpi równanie w górę. Stąd prosto przechodzi do tematu nierówności społecznych (także jako motor zmian). Wreszcie udowadnia Marcin Król istnienie całkiem współczesnej rewolucji, odnotowuje jej przejawy i znaczenie.

Niewielka jest ta publikacja objętościowo, ale chociaż bez trudu da się ją przeczytać w założone przez autora dwie godziny, refleksje polekturowe trwać będą dłużej – o to zresztą chodzi. Z czasem Marcin Król zaczyna się podpierać cytatami z literatów – jednak wcale nie musi sięgać do arcydzieł literatury, żeby zainteresować odbiorców narracją. Pisze bardzo dobrze, a chociaż wkracza w rejony refleksji, filozofii i teorii polityki, dba o to, by tok jego myślenia był dla czytelników zrozumiały. Jasny, precyzyjny wywód wypełniony konkretami to coś, co autor ma do zaoferowania – i czym przyciągnie niemałe grono odbiorców. „Do nielicznego grona szczęśliwych” to publikacja pomagająca zrozumieć pewne niebezpieczne schematy w polityce bez uciekania się do analizy aktualnego stanu. Król nie zawodzi czytelników, jego spostrzeżenia są wartościowe.

wtorek, 1 stycznia 2019

Paulina Świst: Karuzela

Akurat, Warszawa 2018.

Rytm seksu

Olka i Piotrek lgną do siebie i w pewnym momencie przestają się powstrzymywać. To nic, że oboje tkwią w nieudanych małżeństwach. Kiedy decydują się na wejście w szemrany biznes, mogą już zrobić absolutnie wszystko. Romans pochłania ich całkowicie – powieść „Karuzela” składa się z ich naprzemiennych relacji. Akcja kryminalna nawet chwilami schodzi na dalszy plan – Paulina Świst skupia się bardziej na kontaktach interpersonalnych niż na sensacji. To, że bohaterowie robią przekręty przy rozliczeniach podatkowych – czytelnicy wiedzą. To, że podejmują ogromne ryzyko – tak sam. Poza tym przy rozwiązaniu sprawy autorka wyłoży cały sens przestępstwa, tak, żeby nikt nie miał wątpliwości, na czym polegał problem. W „Karuzeli” pewne jest od startu, że bohaterowie bardzo dużo stracą. Ważne jest jednak to, co stanie się po drodze. Tutaj autorka zajmuje się bardziej niż przeważnie w obyczajówkach sferą intymną. Olka i Piotrek rzucają się na siebie w każdych okolicznościach, uprawiają ostry seks i to motyw, którym Paulina Świst chce do powieści przyciągnąć i kobiety, i mężczyzn. Panie skusi obietnicą analizy związku, panów – śmiałymi scenami erotycznymi. Olka uwielbia seks oralny i lubi czuć się uległa, Piotrek bez problemu wchodzi w rolę macho. Będzie gorąco i… często. Świst zajmuje się także sytuacją w obu małżeństwach. Piotrek ucieka od żony, która po wstrząsie psychicznym pozostaje na poziomie mentalnym dziecka. Mąż Olki przepuszcza cały majątek w kasynach. Sama Olka nie stroni od używek – nieobce jest jej życie na krawędzi. Wydaje się, że w gronie starych znajomych, którzy nie mają przed sobą tajemnic, wszyscy mogą czuć się bezpieczni. A jednak ktoś musi donosić – inaczej śledczy nie dotarliby do obciążających grupę materiałów. „Karuzela” to powieść, w której bohaterowie przeżywają albo spektakularne sukcesy, albo równie spektakularne klęski. Autorka sięga po składniki narracji sensacyjnych: wielkie uczucia, ognisty seks, ogromne pieniądze. To zestawia ze stylistyką bliską obyczajówkom – jej książka jest bardzo lekka, napisana z pomysłem i wyczuciem. W tym układzie nawet kiedy Paulina Świst przesadza w detalach (a zdarza jej się, czasami bohaterowie na przykład za szybko trzeźwieją po używkach), to nie zaburza zabawy lekturowej. Niby to kryminał lub sensacja – ale z posmakiem czytadła, o dziwo, takie połączenie nieźle się sprawdza. W „Karuzeli” dzieje się dużo i szybko. Autorka nie musi analizować psychiki postaci ani nakreślać ich przemian – na to być może przyjdzie czas, skoro „Karuzela” to początek nowej serii. Ta autorka całkiem świadomie kształtuje odważną fabułę i podporządkowuje ją oczekiwaniom społeczeństwa, a czasami nawet te oczekiwania wyprzedza. Potrafi też włączać się w nurty modnych gatunków, czerpie z bestsellerowych form, ale nie – scenariuszy, tu ma do opowiedzenia nowe historie. Proponuje bohaterów nieidealnych, ale dających się łatwo polubić. W rzeczywistości Piotrka i Oli zwyczajne problemy odbiorczyń – z bezpiecznej codzienności – się w ogóle nie pojawiają. W zamian za to postacie borykają się z wyzwaniami, których czytelniczki by nie wymyśliły. To rozrywkowa historia, która ma szansę błyskawicznie podbić rynek wydawniczy. Paulina Świst świetnie sobie radzi z opowiadaniem niebanalnych fabuł i relacji międzyludzkich – „Karuzela” to powieść uciekająca od realizmu, ale wciągająca.

(Nie)skończoność teatru

Rozmowy z kobietami

Jest ta antologia zbiorem przedziwnym, już na etapie kryterium doboru tekstów. Rządzi nimi bowiem płeć – zgromadzone tu zostały tylko rozmowy z kobietami, przeważnie z aktorkami, czasem z artystkami teatrów lalkowych, poza tym z reżyserkami, dyrektorkami teatrów lub wykładowczyniami. Nieważne, co mówią i w jakim kierunku toczy się rozmowa – przedrukowywana, więc nie ma mowy o ujednolicaniu treści. Jednocześnie autorki tomu we wstępie uskarżają się po pierwsze na niedobór myśli teatralnej w wykonaniu kobiet, a po drugie – na wspomnieniowy charakter opowieści. A przecież różne były intencje dziennikarzy i zapotrzebowanie w danym momencie (co często widać po kierunkach rozmów, poruszanych tematach i kwestiach do rozwinięcia). Trudno mieć bohaterkom wywiadów za złe, że nie zajmowały się teorią teatru, a własnymi doświadczeniami, zwłaszcza jeśli o to były pytane. Na pewno tą drogą nie da się uzyskać tekstów na wzór pism Jerzego Grotowskiego, a zdaje się, że to się autorkom marzy. Stąd asekurowanie się we wstępie i podkreślanie wspomnieniowego charakteru wyznań. Zupełnie jakby autorki tej antologii z jakiegoś powodu uznały, że zmiana kontekstu (z pierwodruku prasowego na antologię feministyczną) automatycznie wpłynie na zmianę brzmienia. Tymczasem takie rzeczy się nie zdarzają i można raczej cieszyć się podróżą po żywej historii teatru.

Rozmówczynie dość rzadko przechodzą do filozofowania na temat teatru, ról czy widzów – ale też rzadko słyszą pytania, które by je w tę stronę kierowały. Autorów wywiadów bardziej interesują konkrety, jasno określone sytuacje. Poza tym wyraźnie nie chcą zadawać pytań banalnych albo często powtarzanych. Zwyczajnie wygodniej jest poruszać kwestie bardziej osobiste, powiązane z ostatnimi doświadczeniami. Aktorki opowiadają o teatrze w wojennych czasach, o pracy pedagogicznej z młodzieżą, rzadziej o sytuacjach poza sceną. Pojawiają się nazwiska bardzo znane, albo te, których dzisiaj powszechnie się nie kojarzy. I tu oczywista jest prawidłowość: gwiazdy częściej namawiane są na zwierzenia półprywatne, za to te rozmówczynie, które są mniej znane (choćby animatorki lalek) łatwiej pytać o tajniki zawodu. „(Nie)skończoność teatru” wychodzi zatem czasami daleko poza założenia zbudowania kobiecej narracji o scenie. Na pewno zwraca uwagę na nieeksploatowany zbytni obszar, a jednak nie zapewni tak bodźca do dziennikarskich poszukiwań. Zwyczajnie w refleksji nad teatrem płeć ma raczej niewielkie znaczenie.

Hypatia bardzo mocno akcentuje feministyczny charakter cyklu, jednak w zgromadzonych tutaj wywiadach nie ma mowy o eksponowaniu roli płci w pracy. Nie chodzi o przeprowadzanie rozmów z naciskiem na kobiecość i obecność kobiet w teatrze: to nie ma żadnego znaczenia. O założeniach piszą autorki we wstępie – starają się odpowiednio nastroić odbiorców, przygotować ich do czytania między wierszami. Mogą odnieść odwrotny rezultat, ale to zawsze ryzyko przy antologiach, zwłaszcza tych podporządkowywanych wybranej ideologii albo dyskursowi. Tutaj sam zbiór stanowi część większej całości, uzupełnia i część książkową ze statystykami, i antologię dramatów pisanych przez kobiety. Daje obraz tego, jak płeć piękna funkcjonuje w opowieściach o teatrze, ale też – jak nie funkcjonuje. I kto wie, czy ta druga informacja, chociaż nie przekazywana bezpośrednio, nie przyda się odbiorcom bardziej. Bez obciążeń feministycznych trafiłaby ta publikacja do szerokiego grona odbiorców, a tak – pozostanie niszowa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com