Strona główna || O autorce || O tu-czytam || Bajki || Bajkowe portfolio                       

środa, 17 października 2018

Anne Lene Johnsen: Rusz głową! Gimnastyka mózgu dla dzieci. Zabawne i mądre łamigłówki dla ciekawskich dzieciaków

PWN, Warszawa 2018.

Gry na inteligencję

Wprawdzie komputery i inne media elektroniczne nie są złe, potrafią nawet wyćwiczyć umiejętności przydatne w pewnych zawodach, jednak Anne Lene Johnsen radzi, żeby traktować je jako dodatek do zabaw, a nie sposób na rozrywkę. W zamian proponuje publikację, która przyciągnie na długo i dostarczy zróżnicowanych bodźców dziecku. “Rusz głową! Gimnastyka mózgu dla dzieci” to niezawodny sposób na wychowanie małych geniuszy – z odpowiednimi wskazówkami dla dorosłych, którzy zyskają pewność, jak postępować z pociechami. Książka zawiera, jak głosi podtytuł, “zabawne i mądre łamigłówki dla ciekawskich dzieciaków”, ale nie tylko. Każdy z dziesięciu rozdziałów rozpoczyna się zestawem porad i wyjaśnień kierowanych do dorosłych (wskazuje na to zresztą czcionka, średnio wygodna dla dzieci). Do tego autorka dodaje dziesięć sprytnych pomysłów dla rodziców, czyli znów zestaw poleceń i porad dotyczących organizowania maluchowi jak najlepszych warunków do pracy (są tu oczywistości w rodzaju odpowiedniej diety i dawki ruchu czy stanowiska “pracy”, miejsca, w którym dziecko w każdej chwili może przystąpić do twórczego działania, ale też i mniej stereotypowe podpowiedzi: stymulujące otoczenie czy pozytywne myślenie o działaniach pociech). Autorka próbuje objaśnić dorosłym, jak najmłodsi uczą się postrzegania świata, na jakie kategorie powinni zwracać uwagę i w jaki sposób ukierunkować kilkulatki na logiczne myślenie. Zachęca do wykonywania kolejnych prób, do eksperymentowania i poszukiwania coraz to nowych wyzwań. Nie zanudza, to ważne, zwłaszcza że dzieci czeka spory myślowy wysiłek. Już pierwsza część - zadania do przeanalizowania – to miniwersja testów na inteligencję: kształty i tabelki, w których “coś” nie pasuje, porównywanki, uzupełnianie wzorów (najpierw należy dostrzec prawidłowość, by uzupełnić zadanie). Łączenie kształtów i kolorów to z kolei zabawa dla całej rodziny, można wykorzystywać do tego klocki, z których każdy będzie układać swoją budowlę. Proste pytania i zestaw rysunków, wśród których trzeba wskazać ten właściwy - na tym polega praca dzieci. Czasami warto przeprowadzić eksperyment – to przyda się później w nauce: dziecko musi wymyślić, jak zachowywać się będzie sznurek przyczepiony do haczyka, a jak woda w naczyniu. W dalszej części przychodzi czas na rebusy, odbicia lustrzane, kierunki, znane gry (domino lub clustered, prawda czy fałsz), mierzenie temperatury, ćwiczenia na wiedzę i zdobywanie wiadomości. Pojawi się zestaw “układanek” - dopasowywania kształtów do określonej podstawy. Autorka świetnie wie, co spodoba się dzieciom, sięga więc i po szyfry czy ślady - i po tradycyjne zabawy z literami (lekcje czytania mogą być znacznie ciekawsze, kiedy wie się o palindromach. Jest tu i część matematyczna, i “kreatywna” - sposób na wyzwalanie pomysłów w szeregu urozmaiconych gier. Dla rodziców będą jeszcze wskazówki dotyczące właściwego doboru posiłków czy – typowych dla niektórych dzieci problemów z przyswajaniem wiedzy. Jest to więc książka, która kompleksowo przybliża odbiorcom kwestię zabawy i nauki. Objętościowo dość spora, zmieści się tu zatem wiele zagadek (chociaż autorka nie zachęca do pisania po tomiku, woli, by kserować albo przerysowywać zadania, co jeszcze może przedłużyć żywot publikacji), porady dla dorosłych należą do konkretnych i sensownie przygotowanych. “Rusz głową” przygotowuje maluchy do logicznego myślenia i do szkolnych obowiązków, ale stanowi też rozrywkę w klasycznym stylu - związaną z tym, co dzieci lubią najbardziej. Autorka przypomina dawne gry i pozwala ćwiczyć umysł - to z pewnością zaprocentuje.

wtorek, 16 października 2018

Rachel E. Carter: Czarny Mag. Pierwszy rok

Foksal, Warszawa 2018.

Szkoła czarów

Rachel E. Carter to kolejna autorka fantasy, która buduje swoją serię od absolutnych podstaw – czyli od szkoły dla magów. Niby po Harrym Potterze takie tematy mogły się już młodej publiczności przejeść, ale ta autorka całkiem umiejętnie łączy kwestie obyczajowe z “wojennymi”. Młodzi adepci magii doprowadzani są raz za razem na skraj wytrzymałości, dla nikogo nie ma taryfy ulgowej. Dla nauki i ćwiczeń będą stale zarywać noce, okaleczać się, wymiotować ze zmęczenia i wciąż na różne sposoby się poświęcać. To efekt rywalizacji: na pierwszy rok do akademii dostało się ponad sto dwadzieścia osób. Zaledwie piętnastka zyska możliwość dalszego kształcenia się, pozostali stracą szansę na społeczny awans. Do akademii trafiają uczniowie z zamożnych rodzin, przedstawiciele rodów królewskich, ale też ci najbiedniejsi, dla których to jedyna okazja na zmianę społecznego statusu i pomoc najbliższym. Jednak mistrzowie nie kierują się sentymentami. Są nieczuli i okrutni, wyłącznie wymagają i krytykują, zastraszają i zmuszają do niewyobrażalnego wysiłku. Żadne szkolne obowiązki młodych odbiorców nie umywają się do tego, co dzieje się za murami akademii. Tu liczy się tylko determinacja. Kto pozwoli sobie na odpoczynek, ten przegra.

Do akademii udają się bliźniacy. Ona – Ryiah – chce trafić do frakcji bojowej. On – Alex – marzy o karierze uzdrowiciela. Zanim jednak do tego dojdzie, oboje muszą pokazać, na co ich stać. W szkole nawiązują się pierwsze przyjaźnie, ale i pierwsze antypatie. Uczniowie dowiadują się o sobie sporo, nie tylko podczas lekcji, ale i relacji z rówieśnikami. Sprawdzają, komu można zaufać. W tej sferze Carter odwołuje się do typowych szkolnych motywów: jest grupa tych najpopularniejszych, którzy rządzą społecznością - lepiej im nie podpadać. Autorka opowiada i o zazdrości, i o flirtach, pokazuje, jak budują się przyjaźnie i czego można oczekiwać po najbliższych. Stopniowo odsłania zwierzenia bohaterów, pomaga lepiej ich poznać. Podsuwa czytelnikom w zasadzie obraz normalnego życia. Wyostrza obrazy dopiero przy szkolnych obowiązkach, tu zmusza do nadludzkich poświęceń i wyrzeczeń. Nie pozwala na kwestionowanie pomysłów nauczycieli – nawet te najbardziej absurdalne mają głębszy sens i czegoś uczą lub umożliwiają rozwijanie magicznych talentów. Wprawdzie większość uczniów to anonimowa masa, ale kilka postaci autorka przybliża. Jest tu więc irytujący Darren, książę o czerwonych oczach, jego ukochana Priscilla - typ żmii i zazdrośnicy, jest Ella - ideał przyjaciółki. Cały rok w szkole prowadzi do punktu kulminacyjnego - egzaminów, które mają wyłonić szczęśliwą piętnastkę. W ramach konstrukcji tomu autorka zatem nie wprowadzi nic nowego. Zaletą jej historii będzie natomiast trafne prezentowanie relacji międzyludzkich. To nic, że robi ze swoich postaci superbohaterów o nadludzkiej wytrzymałości - często potrzebują oni wsparcia i pomocy przyjaciół, a to wartość cenniejsza niż magia. Rachel E. Carter prowadzi zatem opowieść lekką, rozrywkową i pełną dynamicznych wydarzeń - często brawurowych, a zwykle też i nieprawdopodobnych – ale uwagę czytelników skupiać będzie jednak na zwykłych ludzkich cechach postaci. “Pierwszy rok” to całkiem obiecujący początek serii – i dobre wprowadzenie dla tych odbiorców, którzy nie przepadają za światami konstruowanymi od zera, lubią za to nawiązania do zwyczajności. Fantastykę łączy z narracją charakterystyczną dla obyczajówek. Pisze tak, żeby przekonać do siebie fanki Kiery Cass – tyle że raczej te młodsze. “Pierwszy rok” to zatem powieść, która nowatorska wprawdzie nie jest, ale cieszy dobrą realizacją.

poniedziałek, 15 października 2018

Jean-Philippe Aumasson: Nowoczesna kryptografia. Praktyczne wprowadzenie do szyfrowania

PWN, Warszawa 2018.

Dzisiejsze szyfrowanie

Wbrew entuzjastycznym zapowiedziom na czwartej stronie okładki, nie jest to książka, która przyda się początkującym i amatorom kryptografii, to raczej zaawansowany poradnik dla tych odbiorców, którzy chcą prześledzić konkretne wyzwania dotyczące szyfrowania za pomocą programów komputerowych. Nie będzie zatem “pirackich” rozwiązań, przyglądania się sztukom kodowania treści sprzed ery komputerów - drobne wzmianki o tym, jak szyfrowało się kiedyś, stanowią jedynie pomysł na element wstępu, koniecznego – ale wcale nie pasjonującego - wprowadzenia do przeglądu obecnych zabiegów. Oczywiście Jean-Philippe Aumasson do tematu podchodzi profesjonalnie i dba o to, by dostarczyć czytelnikom podstawowe informacje, definicje czy wiadomości niezbędne do rozumienia kryptografii – ale czyni to na marginesie bardziej zaawansowanej opowieści o szyfrach. Zapoznaje odbiorców z zasadami działania szyfrów i pokazuje, na czym polega ich zabezpieczanie. Będzie zatem rozwodzić się nad kluczami i nad szyfrowaniem kluczy, omówi systemy oceniania bezpieczeństwa (wzruszająca jest informacja, że jeśli przez kilka lat nie udaje się złamać sposobu kodowania kolejnych liter, to szyfr jest względnie bezpieczny). Zaproponuje czytelnikom zupełnie nową dla nich perspektywę, możliwość wejścia w rzeczywistość komputerową. Nie ma tu szansy na samodzielne tworzenie i łamanie szyfrów, wszystkim zajmują się już maszyny. Autor omawia jednak po kolei zasady działania danego rodzaju szyfru, przykłady oraz słabe i mocne strony. Posługuje się przy tym zestawem wzorów i danych, co zamienia lekturę w podręcznik do matematyki oraz informatyki w jednym. Trzeba będzie sporo samozaparcia i rzeczywistego zaangażowania w temat, żeby prześledzić wszelkie drogi rozumowania i dowody, jakie przeprowadza Aumasson w tej książce - a będzie ich mnóstwo, momentami autor w ogóle przechodzi na język kodów i znaków, odrzucając standardową narrację na rzecz tego, co specjalistom nieobojętne. Wprowadza rysunki i schematy, albo podaje odpowiednie linijki kodu. Z jednej strony chce zatem pokazać, na czym polega proces szyfrowania przez komputer - odnieść się do wyobraźni czytelników i wytłumaczyć im to, czego nie widać - łącznie z ciężarem przesyłanych danych – z drugiej usiłuje nakreślić zasady działania przez obliczenia. Wykazuje słabości szyfrów i sposoby zaradzania im – to wszystko obejmuje już praktykę, nie ma znaczenia dla przypadkowych odbiorców, ale też tacy po tę publikację nie sięgną. Jest to bowiem podręcznik dla zaawansowanych w temacie. Można się podczas lektury przekonać, jak dzisiaj wygląda dbanie o bezpieczeństwo danych – to już nie przesyłanie tajnych wiadomości, a kodowanie połączone z działaniami w świecie elektroniki. Aumasson próbuje usystematyzować wiedzę na temat, dostarcza odbiorcom kompendium, w którym szczegółowo analizuje możliwości w zakresie dzisiejszej kryptografii. “Praktyczne wprowadzenie do szyfrowania” nie będzie jednak oznaczać podnoszenia kwalifikacji w zakresie kodowania treści dla przeciętnego czytelnika. Da się za to skorzystać z tej książki, kiedy chce się zrozumieć, jak funkcjonują programy komputerowe do szyfrowania treści i w jakim kierunku będzie się ta dziedzina nauki rozwijać.

niedziela, 14 października 2018

Marta Guzowska: Detektywi z Tajemniczej 5. Zagadka grobu wampira

Nasza Księgarnia, Warszawa 2018.

Wampiry w nocy

Mrocznie brzmi tytuł drugiej części serii detektywistycznej dla dzieci przygotowywanej przez Martę Guzowską. „Zagadka grobu wampira” jednak nie będzie wyzwalać w maluchach koszmarów, wręcz przeciwnie, najmłodsza bohaterka, Jaga, wyśmieje strach przed takimi istotami. Za to obecność kości, starego grobowca i niespodzianek skusi wszystkich poszukiwaczy przygód. Anka i Piotrek razem z małą Jagą udają się tym razem na wakacje do wujka. Oczywiście mama Piotrka ma mnóstwo przestróg, oczywiście nikt nie będzie się do nich specjalnie stosował, skoro dzieją się rzeczy niezwykłe. Wujek zabiera dzieci na stanowisko archeologów: uczeni są bardzo podekscytowani, bo właśnie odkopali szkielet wampira – a raczej człowieka oskarżonego o wampiryzm w dalekiej przeszłości. To okazja do porozmawiania o dawnych wierzeniach i o zwyczajach (skąd wiadomo, że w grobie spoczywa rzekomy wampir?), a także do zweryfikowania pseudowiadomości przemycanych w produkcjach popkulturowych. Jednak bardziej liczy się detektywistyczna przygoda. Już w pierwszą noc Piotrek, Anka i Jaga wymykają się przez okno na cmentarz, żeby obejrzeć sobie znalezisko podczas pełni Księżyca. Nie udaje im się zachować wyprawy w tajemnicy, a Piotrek w ogóle skręca nogę w kostce, ale dzieci dowiadują się, że po pierwsze – nie ma się czego bać, a po drugie – ktoś okradł stanowisko. Natychmiast rusza wielkie śledztwo: czaszka wampira to przecież przedmiot, który złodziejowi nie wyda się zbyt cenny, za to potrzebny jest badaczom.

I – naturalnie – nic by się nie udało, gdyby nie zaangażowanie małych detektywów. Piotrek i Anka ochoczo zbierają poszlaki, szukają podejrzanych i sprawdzają, kto mógł zakraść się nocą do grobu. Jaga cały czas im towarzyszy i nawet zdarza się, że pomaga dokonywać ważnych odkryć. Jej rola jest jednak także inna: ta dziewczynka chce się wszystkiego dowiedzieć i bez przerwy zadaje pytania co do znaczenia trudnych wyrazów lub konkretnych czynności. Dzięki temu odpowiednie wyjaśnienia uzyskują też natychmiast czytelnicy i nie ma tu wrażenia, że autorka kogokolwiek chce pouczać: zgrabnie wmanewrowuje w narrację definicje i nowe zwroty, a także wiadomości z historii sztuki. Żaden złodziej nie ma szans przy tak zaangażowanej w śledztwo grupce, a nieobecność dorosłych – wujek przecież się nie liczy, jego współpracownicy tym bardziej nie zatrzymają ambitnych dzieciaków – tylko zwiększa szansę na przygodę. Nie wolno tu przeoczyć żadnych znalezisk, trzeba dokładnie się rozglądać i wyciągać wnioski z każdego odkrycia, nawet jeśli wydaje się nieważne. W pracy detektywów przydaje się jeszcze dobra kondycja: dzieci same zbierają dowody wydarzeń i stosują rozmaite podstępy, żeby dowiedzieć się – na przykład – jaki rozmiar buta ma burmistrz.

Marta Guzowska po części rozdziałów zadaje swoim czytelnikom pytania (które znajdują rozwiązanie od razu w następnym rozdziale), żeby każdy mógł się pobawić w detektywa i wyciągać wnioski na podstawie obserwacji poczynionych przez bohaterów. Daje dzieciom szanse na świetną zabawę w połączeniu z lekturą, angażuje w śledztwo bardzo poważne (w końcu temat ma pokazać odejście od infantylizmu, więc też przekonać do czytania większą część niechętnie nastawionych do takiej rozrywki kilkulatków) i doskonale sprawdza się jako autorka dziecięcych kryminałków. Jej seria zdobędzie wielkie grono fanów. A przy okazji można się dowiedzieć czegoś prawdziwego o wampirach…

Grzegorz Kasdepke: Bodzio i Pulpet

Nasza Księgarnia, Warszawa 2018. (wznowienie)

Wyobraźnia i radość

Bodzio i Pulpet, dwaj mali przyjaciele, świetnie wiedzą, że nie wolno rozmawiać z obcymi. Ale z Obcymi – to już coś zupełnie innego. Kosmitów spotykają na każdym kroku, dzięki czemu mają wyjątkowo barwną codzienność. Trudno, żeby było inaczej. Obcym jest na przykład paprotka albo kałuża. Ciężko się z nimi porozumieć – ale i tak można włączyć do codziennych zabaw. Wprawdzie dorośli nie bardzo rozumieją, co wyczyniają dzieci – ale dorośli zwykle niewiele rozumieją, nie ma się czym przejmować. Poza Obcymi z przedmiotów, roślin lub zjawisk atmosferycznych pojawiają się w świecie Bodzia i Pulpeta również istoty z wyobraźni. Niejeden kosmita utknie przy piorunochronie lub zaklinuje się na trzepaku. Różnie wtedy bywa z ich gotowością do zabaw.

„Bodzio i Pulpet” to zbiór opowiadań, którymi Grzegorz Kasdepke rozśmiesza i poucza najmłodszych. Po raz drugi wraca na rynek wydawniczy, teraz w serii Poczytam ci, mamo, co ma zachęcać dzieci do ćwiczenia tej umiejętności. Opowiadania są w sam raz na czytankowe wysiłki: krótkie, zabawne i oparte na dziecięcej beztroskiej wyobraźni. Sporo w nich absurdu (dozorca, który świecił przez kilka dni), a i komizmu sytuacyjnego: Kasdepke wie, jak trafić do kilkulatków. Wykorzystuje znane dzieciom sytuacje i akcje: Bodzio i Pulpet uczą się przechodzić przez ulicę, lepią bałwana (śnieg to także Obcy), biorą udział w akcji sprzątania świata (rywalizacja w tej dziedzinie bywa niebezpieczna przy pomysłowych dzieciakach). Sytuacje ze szkoły przenoszą na domowe zabawy, nie lubią robić porządków (chociaż w tomie pełno jest Obcych, to krasnoludków, jak na złość, się nie znajdzie, a przydałyby się w okiełznaniu bałaganu). Bohaterowie potrafią konstruować rozmaite wynalazki, czasami też się kłócą, a wtedy pogodzić ich może tylko prawdziwy autorytet. Do tego świata dorośli mają wstęp rzadko, co w pełni zrozumiałe: nauczycielka najchętniej udawałaby, że jest chora, kiedy musi zmierzyć się z maluchami.

Kasdepke chętnie poucza. Wplata w historyjki informacje o tym, kiedy należy, a kiedy nie wolno przechodzić przez ulicę, o tym, że nie można rozmawiać z nieznajomymi. Przypomina, żeby nie śmiecić, uprawiać sporty, nie zakłócać spokoju. Dobrze rozumie świat dzisiejszych maluchów, wie, że dla dzieci rozrywką na ferie są gry komputerowe a nie prawdziwe uprawianie sportów. Bodzio i Pulpet nie muszą być idealni, wypadają dzięki temu bardzo wiarygodnie. Tomik „Bodzio i Pulpet” jest lekturową przygodą dla kilkulatków: autor zdaje sobie sprawę z tego, że powinien raczej budować drobne scenki i obrazki a nie fabuły – nie wymaga od odbiorców wielkiego skupienia na dłuższych partiach tekstu. Te historie spokojnie można dawkować i traktować jako czytanki przed snem lub ćwiczenia do kontrolowania postępów w czytaniu. Przygody Bodzia i Pulpeta ilustruje Daniel de Latour, autor, który dobrze czuje się w kreskówkowym absurdzie, więc chętnie sportretuje bogatą galerię Obcych. Wykorzystuje komiksowe chwyty i uśmiech, zachęcając tym samym maluchy do czytania. Tomik ten z innych względów przypadnie do gustu dzieciom, a z innych – ich rodzicom – dzisiaj już powinien być uznany za klasykę opowieści dla najmłodszych. Grzegorz Kasdepke przypomina, co znaczy wyobraźnia i radość, udaje mu się zaprosić dzieci do świata, w którym nuda nie istnieje.

sobota, 13 października 2018

Vitus B. Dröscher: Reguła przetrwania. Jak zwierzęta radzą sobie z niebezpieczeństwami

Prószyński i S-ka, Warszawa 2018.

Zwierzęta jak ludzie

Autor na okładce jest określany mistrzem gawędy o zwierzętach – nieprzypadkowo, wystarczy zacząć czytanie książki „Reguła przetrwania”, żeby się w nią wciągnąć i śledzić kolejne pomysły natury oraz porównywać zwyczaje różnych gatunków, zestawiając je z ludzkimi sposobami radzenia sobie z codziennością. Na trzy części podzielona została ta obszerna książka, ale przez sposób prowadzenia narracji objętości w ogóle się tu nie zauważa, podobnie jak tego, że to w końcu dzieło popularnonaukowe. Najpierw Vitus B. Dröscher przygląda się zwierzętom w obliczu wyzwań. Tak po prostu. Wyzwaniem może być śmierć lub stosunek do najstarszych osobników, sen – w niektórych okolicznościach zamieniający stworzenie w łatwy łup. Wyzwaniem mogą być choroby i okaleczenia – i tu na uwagę szczególnie zasługuje talent do wykrywania leczniczych roślin albo wód, które mają działanie przyspieszające proces gojenia ran. Przy owych zbiornikach spotykają się na co dzień śmiertelni wrogowie, drapieżniki i ich ofiary – i nie atakują się, pozwalając sobie wzajemnie na regenerację sił. Wreszcie takim wyzwaniem, które może skrócić życie zwierzęcia staje się nieodpowiednia dieta. Te wszystkie tematy są znane również ludziom. Jednak prawdziwe niespodzianki wiążące się z zestawianiem egzystencji człowieka i zwierzęcia szykuje autor na później. W drugiej części książki bowiem podąża na styk cywilizacji i dzikiej przyrody, pokazując, jak zwierzęta wkraczają do ludzkich zbiorowisk, jak zaczynają przystosowywać się do życia wśród gęstych zabudowań i uczą się wykorzystywać produkty człowieka do przetrwania. Nie zawsze są miłymi gośćmi, jednak zwykle w takiej batalii wygrywają i to ludzie muszą się nauczyć radzić sobie z groźnymi czasem gatunkami w najbliższym otoczeniu. Cywilizacja oznacza też przemiany w znanych systemach zachowań. Autor pyta między innymi o masowe samobójstwa w świecie zwierząt: przytacza zaobserwowane przykłady pozbawiania się życia członków całych stad i sprawdza, czy zachowania były podyktowane instynktem, czy może świadome, chce się dowiedzieć, czy zwierzęta mogą planować swoją śmierć. Ostatni wielki temat tomu to zachowania społeczne, czyli zjawiska, które są najbliższe ludzkim zachowaniom i przyzwyczajeniom. Tutaj Dröscher odczytuje znaczenia i potrzeby stworzeń wiążących się w grupy, co znowu przybliża świat zwierząt temu ludzkiemu i pokazuje, jak bardzo pasjonujące jest to środowisko. Niespodzianki przyrody pojawiają się zwykle jako podobieństwa między gatunkami, nieoczekiwane odkrycia budzą podziw i szacunek dla zwierząt, które organizują sobie egzystencję często lepiej niż ludzie. Cała ta książka jest pokazywaniem możliwości i odkryć w tej dziedzinie, a autor posługuje się plastycznym i pełnym konkretów językiem, co wpływa na jakość lektury. Nie zatrzymuje się nad pojedynczymi zjawiskami zbyt długo, udaje mu się zestawiać i przybliżać urozmaicone przykłady, sprawia, że książka jest bardzo dynamiczna. Tom przypomina naprawdę dobry program przyrodniczy, rozbudza ciekawość i podziw dla zwierząt, ale dostarcza też trochę humoru. Bardzo dobrze napisana publikacja jest też sycąca – narracja zbliża się do klasycznej, nie do tych z popopowieści. Ogrom ciekawostek w połączeniu z barwnym językiem, opowieścią żywą i automatycznie budzącą kolejne skojarzenia – to przepis na rynkowy sukces. „Reguła przetrwania” nie opowiada o łańcuchu pokarmowym, a o wszystkich umiejętnościach i zachowaniach, które przydają się w unikaniu niebezpieczeństw. Odbiorcy dowiedzą się, jak zwierzęta radzą sobie z wyzwaniami – i będą mogli podziwiać naprawdę kreatywne podejście do tematu.

Bazy danych. The Manga Guide

PWN, Warszawa 2018.

Lekcja komputerowa

Bo to jest tak. Mangowa księżniczka musi się nauczyć tworzenia i zarządzania bazami danych, to umiejętność niezbędna, żeby zapanować nad tym, co dzieje się w królestwie. Ruruna jest ambitna i pasuje do dzisiejszych wizerunków odważnych i pomysłowych samodzielnych kobiet. Sama jednak nie poradzi sobie z zagadnieniem, nawet jeśli wspierać ją będzie wierny Cain. Tu nie wystarczy poznanie paru definicji czy prześledzenie kilku linijek kodu. Żeby nadrobić informatyczne zaległości, przyda się pomoc w postaci… wróżki. Z podręcznika wyfruwa takowa i staje się najlepszą nauczycielką dla Ruruny i Caina. Jest jednak pewien problem. Wróżki nikt poza tą dwójką nie może zobaczyć. Gdyby na zamku rozeszła się wieść, że księżniczka mówi do siebie… „Bazy danych” to pożenienie przeciwstawnych do tej pory kierunków działań autorów. Z jednej strony rozrywkowa forma, manga, specyficzny rodzaj komiksu i komizmu przy okazji. Fabuła przefiltrowana przez czytelne dla wszystkich stereotypy. Schematy scenariuszowe są tutaj wykorzystywane po przełamaniu, jako czynnik budzenia śmiechu. Księżniczka zakochuje się w mądrym i pracowitym chłopcu, na którego zawsze może liczyć, a książę-laluś, notoryczny podrywacz i narcyz dostaje (zasłużonego) kosza. Ta opowieść w osi fabularnej musi być upraszczana do granic możliwości i nastawiana na śmiech: nie ma miejsca na tworzenie skomplikowanych relacji, zresztą takie nie są w ogóle potrzebne bohaterom ani czytelnikom. Forma w tym wypadku ma tylko uzasadniać aspekt edukacyjny. Bo z drugiej strony czytelnicy otrzymują tu potężną porcję wiadomości na temat baz danych. Wiadomości te są praktyczne i autorom komiksu zależy na tym, by nikt nie miał problemu ze śledzeniem wyjaśnień. Tu schodzą z baśniowych motywów, pojawia się – wciąż pozostający w ramach komiksu rytm pytanie-odpowiedź, ewentualnie wątpliwość-wyjaśnienie. Bohaterowie korzystają z wiedzy wróżki i przejmują postawy odbiorców. Szukają sposobu, żeby dowiedzieć się jak najwięcej, ale w ich pytaniach nie ma chaosu: wszystko zostaje uporządkowane i przygotowane do sprawdzenia, czytelne przykłady służą wprowadzaniu nowych tematów oraz rodzajów działań. Odbiorcy dowiadują się też, po co w ogóle decydować się na korzystanie z baz danych – jak przekłada się to na zarządzanie firmą albo państwem. Wróżka w kolejnych rozdziałach rozbudowuje dane, wprowadza nowe definicje czy polecenia tak, żeby wyjaśnienia zapadły odbiorcom w pamięć. Ponadto po każdym rozdziale znajduje się esencja treści, tym razem już pozbawiony obrazków wyciąg z wiadomości i zarazem powtórzenie najważniejszych informacji. Takie rozwiązanie pozwala utrwalić świeżo zdobytą wiedzę. Odbiorcy mogą się też przekonać, czy bliższe są im podręcznikowe komentarze, czy nieco infantylne w formie – bo wtłoczone w mangowe ramki – takie same wyjaśnienia, ale rozbijane na dialogi. Można śledzić przygody wróżki i zyskać dodatkową płaszczyznę śmiechu – gry z konwencją – albo skupić się na tradycyjnej nauce. Dwutorowość w wyjaśnieniach nie przeszkadza, umożliwia określanie preferencji przy poznawaniu nowych tematów. Oczywiście niemożliwe jest potraktowanie książki jako publikacji czysto rozrywkowej, przygody księżniczki Ruruny nie są aż tak interesujące (mimo że śmieszne), żeby odbiorcy przebrnęli przez zawiłości informatyki – ale jeśli ktoś choćby odrobinę pragnął poznać tajniki baz danych, może wpaść w zachwyt. Nie ze względu na marketingowo nośny pomysł pożenienia komiksu i podręcznika – a przez realizację. Manga kierowana jest nie tylko do dorosłych – może wskazać młodzieży, czym warto się zająć.

Jest to tomik rozbudowany i rzetelnie przygotowywany. Napisany przystępnym językiem, uruchamiający pokłady dowcipu i nienudny w akcji, choć w dużej części oparty na schematach konstrukcyjnych. W sam raz na pierwsze spotkanie z problematyką baz danych.

piątek, 12 października 2018

Agnieszka Wojdowcz: Morze trzcin. Księga życia Hili Campos

Nasza Księgarnia, Warszawa 2018.

Uczucie

Opowieści żydowskie charakteryzują się pewną melodią języka, której nie sposób podrobić w stylizacjach, zresztą nie ma to najmniejszego sensu, bo automatycznie taki zabieg zamieniłby relację w trudną do zrozumienia i uniemożliwiłby cieszenie się lekturą szerokiemu gronu odbiorców. Agnieszka Wojdowicz prezentuje zatem historię sefardyjskich Żydów - ale w relacji, która po prostu imituje anachroniczną, nie jest przejściem międzykulturowym i nie wymaga przystosowywania się do odkrywania zwrotów i zwyczajów nieznanych w codziennej egzystencji. Autorka przenosi odbiorczynie w przeszłość, do XVII wieku i zakorzenia w Zamościu. Hila to kobieta, która owdowiała (mąż zginął tragicznie) i po stracie ukochanego przez długi czas nie stara się nawet pokonać żałoby i smutku. Nawet dziecko, które rodzi, nie przynosi jej ukojenia po stracie – Hila po prostu uczy się egzystować już bez radości, płynie z prądem i dostosowuje się do tego, co przynosi jej los. Obserwuje też sytuację wśród najbliższych - jako ta, która potrafi dochować tajemnicy, zostaje powiernicą sekretów wielu członków rodziny. Dowiaduje się rzeczy, o których nie można powiedzieć nawet partnerom – i przeżywa je w sobie, nie interweniując nawet wtedy, gdy wydawałoby się to rozsądne. Hila jest postacią, która obserwuje otoczenie i dlatego też zostaje narratorką tomu “Morze trzcin”. Nastawiona na przemyślenia, może przekazywać niewesołe refleksje oraz analizy w niespiesznej relacji. Agnieszka Wojdowicz przeniesieniem opowieści na taką bohaterkę zyskuje po pierwsze spokój, po drugie odejście od trendów w dzisiejszych obyczajówkach zwykle przesyconych urywanymi dialogami. Tu liczą się tradycyjne i rozłożyste opisy, pełne zmysłowych ujęć i przechowywanych odczuć. Nie ma natomiast szaleńczego tempa. To, co rozgrywa się w sferze uczuć, pozostaje zwykle niewypowiedziane, świadomość relacji między bohaterami często buduje się na bazie oglądania ich zachowań oraz reakcji. Utrzymuje się zatem rytm tajemniczości. Zyskuje też autorka odejście od chaosu i powierzchowności - wszystkiego bohaterka może doświadczyć dogłębnie i tak przekazać czytelnikom. Jednak w temacie obyczajów rezygnuje ze ścisłego odtwarzania wiadomości (możliwych przecież do zdobycia i do przetworzenia), interesuje ją bardziej układanie uniwersalnych międzyludzkich kontaktów. Liczą się tu związki rodzinne, stosunek do ukochanych, a także rytm przyrody, który - jako jedyny – ma wpływ na wszelkie układy i umowy. Hila sama przeżywa porywy serca, chociaż jej samej ważniejsze wydają się sceny, które mogą poróżnić bliskie jej osoby. Wie, do czego prowadzi zatajanie ważnych informacji i przekonuje się, jak bardzo potrzebne jest zaufanie. A to wszystko okazuje się w powieści w sposób naturalny, bez zbędnego moralizowania czy prezentowania oczywistości. Stonowana fabuła opiera się w dużej mierze na opisach zwyczajów, posiłków, statycznych scenek z codzienności. Nie ma tutaj dramatycznej akcji ani strachu przed nudą. Wszystko ma swój czas i swój porządek. Wszystko układa się również w sferze językowej. Agnieszka Wojdowicz wyraźnie dobrze czuje się w pisaniu niespiesznym, prowadzeniu opowieści o pozornie nieznaczącej fabule. Odtwarza charaktery i nakazuje ludziom spotykanie się i rozmawianie – na drugi plan spycha dzianie się. I tym będzie hipnotyzować czytelników. Dostarczy im opowieść zakorzenioną w przeszłości, zrozumiałą bez względu na czasy. “Morze trzcin” to pierwszy tom Księgi życia Hili Campos, autorka proponuje ją jednak również jako samodzielną opowieść dla tych, którzy szukają lekturowego wyciszenia.

czwartek, 11 października 2018

Jacek Hołub: Żeby umarło przede mną. Opowieści matek niepełnosprawnych dzieci

Czarne, Wołowiec 2018.

Niezwyczajność

Każda z matek niepełnosprawnego dziecka zastanawia się nad przyszłością i nad tym, kto zajmie się chorym, gdy jej zabraknie. Jedne zawczasu prowadzą odpowiednie rozmowy z członkami rodziny, inne kategorycznie zabraniają bliskim organizowania sobie życia tak, by opiekować się niepełnosprawnym krewnym i przyzwyczajają do myśli o specjalnych ośrodkach. Żadna z pięciu rozmówczyń, które do stworzenia książki zaprosił Jacek Hołub, nie rozważała aborcji (jednak drobne różnice pojawiają się w stosunku do tego tematu i do kobiet, które takie rozwiązanie by wybrały, gdyby odpowiednio wcześnie znały zagrożenie i wiążące się z nim konsekwencje). „Żeby umarło przede mną” to reportaż rozpisany na pięć głosów – o tym, jak wygląda zwyczajne życie z niepełnosprawnym dzieckiem (a czasami – dwojgiem niepełnosprawnych dzieci). Różne są stopnie zaawansowania chorób, pojawiają się bardzo rzadkie schorzenia i wyzwania, na jakie nikt nie jest przygotowany. Wszystko po to, by pokazać siłę matek – z różnych środowisk i z różnych domów. Jedna z kobiet pochodzi ze wsi i borykać się musi z dziwnymi czasem postawami sąsiadów, a także z potęgą opinii w małej społeczności. Inna sama jest niepełnosprawna, więc nie daje rady wykonywać przy dziecku niektórych czynności i potrzebuje wsparcia – ale rzuca się w wir pracy i staje prawdziwą bizneswoman. Jedna zostanie sama, bo mąż nie wytrzyma presji i ciężaru zobowiązań, inna ma wprawdzie partnera, ale ów partner zamyka się w sobie i dystansuje od problemu, jakim są codzienne walki o dobro dziecka. Jacek Hołub sprawdza, jak wygląda życie w takich rodzinach, wysłuchuje zwierzeń dotyczących przebiegu ciąży, pierwszych niepokojących sygnałów w zachowaniu niemowlęcia, poszukiwania pomocy u różnych lekarzy – aż po poznanie diagnozy. Drugim etapem, który opisuje za każdym razem jest przejście do normalności, próba wypracowania sobie odpowiednich rytuałów lub sposobów na pogodzenie się ze świadomością, że tak już będzie „zawsze”. Znajduje autor miejsce na wyliczanie drobnych radości, sygnałów, że kierunek postępowania jest dobry: uśmiechu dziecka albo dźwięku, w którym dopatrzyć się można próby komunikacji. Matki opowiadają o poświęceniu i o postawie członków bliższej i dalszej rodziny, analizują, co straciły, a co zyskały przez opiekę nad niepełnosprawnym dzieckiem. Podsumowują również własne siły czy wytrzymałość w nierównej walce. Osobny temat do poruszenia stanowią kwestie finansowe: Hołub sprawdza, ile kosztują leki lub sprzęty do rehabilitacji, jak wygląda pomoc od państwa czy zarobki matek. Zestawia tu konkretne kwoty: część rozmówczyń próbuje uświadomić czytelnikom, że o każdy grosz trzeba walczyć, część – znajduje tu kolejny motyw do rozpatrywania na forum publicznym. Żadna z kobiet się nie skarży i żadna nie prosi o pomoc, zresztą pomoc matkom to w ogóle osobne zagadnienie, tylko czasami przemycane między wierszami: wcale nie chodzi o dzielenie się dobrami materialnymi, a wsparciem w codziennych trudach. Jacek Hołub porusza też kwestię wiary i religijności (to drugi po podejściu do aborcji temat, który pokazuje jednokierunkowość w doborze rozmówczyń). Wyraźnie chce wzruszać, ale nie za sprawą oczywistych scenek.

Indywidualizuje autor odrobinę język zwierzeń, układa z rozmów pełne wywody, bez ingerencji dziennikarskich (przynajmniej: bez zaznaczanych ingerencji), chce oddać głos matkom-bohaterkom. Dzięki temu unika też ocen oraz podkreślania tematów szokujących, bo i takich tu przecież nie brakuje. Jest tom „Żeby umarło przede mną” reportażem z zarysowaną tezą: szkoda, że autor nie pokusił się o zróżnicowanie tematyczne, a z chętnych do podzielenia się swoją historią wybrał te kobiety, które pasowały do pewnego szablonu. Mimo tego książkę czyta się dobrze, to pełen emocji reportaż o zwyczajności w niezwyczajnych sytuacjach.

środa, 10 października 2018

Diane Coyle: PKB. Krótka, lecz emocjonująca historia

PWN, Warszawa 2018.

Gospodarka w pigułce

Diane Coyle jest autorką, która - jako jedna z nielicznych - podejmuje się niezwykle trudnego zadania wyjaśnienia czytelnikom, czym jest kategoria stale powracająca w dyskursach polityków i specjalistów od ekonomii. Produkt Krajowy Brutto – PKB – to hasło, które powraca w mediach i jest wygodnym narzędziem do podawania informacji o wzroście gospodarczym, ewentualnie – o zmianach, jakie zaszły w ostatnim czasie w tym temacie. Tyle tylko, że większości zwykłych odbiorców hasło PKB, mimo że znane, niewiele w rzeczywistości mówi: to termin pozbawiony realnego znaczenia, a nawet - możliwości porównań. Staje się zatem pustym skrótowcem. Diane Coyle zdaje sobie sprawę z takiego stanu rzeczy i od tego wychodzi w swojej krótkiej publikacji “PKB. Krótka, lecz emocjonująca historia” - w nadziei, że przekona czytelników do tego pojęcia i przyczyni się w efekcie do lepszego zrozumienia doniesień medialnych. Stara się uwzględnić wartość PKB w zwyczajnym życiu, pokazać, jak przekłada się na codzienność - i udowodnić odbiorcom, że warto zaangażować się w poznawanie tajników PKB. Definicję oczywiście podaje na początku, uwzględniając rozmaite jej modyfikacje i dodatkowe objaśnienia: będzie tu autorka działać jak nauczyciel, tłumacząc zasady i związane z PKB kategorie. Świetnie zdaje sobie sprawę z rozmaitych zawiłości wokół terminu i jego interpretacji, pozwala zatem przyjrzeć się szczegółom. Odpowiada na niezadane pytania, rozwiewa wątpliwości. Odnosi się też do innych kategorii, zwłaszcza wprowadzanych w ostatnich latach medialnych próbach mierzenia poziomu szczęśliwości - i porównuje je z PKB.

Narracja jest przeglądem roli PKB od czasów sprzed stuleci. Takie podejście zapewnia Coyle brak zapętlania się na regułach i definicjach: autorka może przedstawiać zmiany i modyfikacje w obrębie PKB, a więc rodzaj ciekawostek, drogi, jaką przechodzili ekonomiści, żeby dochodzić do coraz lepszych rezultatów. Przyglądanie się gospodarkom z perspektywy PKB prowadzi do zadawania nośnych medialnie pytań (“czy Afryka jest biedna”). Podróż przez historię to analiza różnych kryzysów i wzlotów, ale i podejścia do statystyk czy gromadzenia danych. Autorka przygląda się zestawieniom PKB w różnych krajach, żeby uświadomić czytelnikom błędy w stosowaniu prostej arytmetyki do skomplikowanych ocen. Przy okazji niejako może odnotowywać, jak przemiany społeczne, kulturowe bądź historyczne wpływały na statystyki PKB, żeby odkryć, co powoduje jego wzrost. Zdarza się, że omawia różnice między oficjalnymi danymi a rzeczywistością. Właściwie nawet nie sam temat PKB pasjonuje ją najbardziej, co przyglądanie się przemianom gospodarczym: wykorzystuje PKB jako pretekst, żeby zatrzymać się nad wzajemnymi relacjami między zmianami w codzienności a gospodarką. Pisze prostym językiem i stawia na krótkie rozdziały (dzielone na jeszcze mniejsze części), nie zarzuca czytelników danymi liczbowymi, woli opisowość. Z rzadka posługuje się metaforami czy sformułowaniami z innych dziedzin, jeśli potrzebuje obrazowo opisać konkretną sytuację - z reguły wystarczają jej krótkie podsumowania i wyjaśnienia pozbawione przegadania. Jest ta publikacja precyzyjną opowieścią popularyzującą wiedzę o kategorii, która jest stale obecna w dyskursie publicznym, jednak przeciętnemu człowiekowi zwykle nie ujawnia swojego znaczenia. Oczywiście trudno tu mówić o “pasji” w samej lekturze, jednak jeśli ktoś potrzebuje informacji na temat istnienia PKB w gospodarce, znajdzie tu sporo wiadomości dostosowanych do lektury masowej.

wtorek, 9 października 2018

Sylwia Zientek: Hotel Varsovie. Bunt chimery

W.A.B., Warszawa 2018.

Podglądanie

Postacie, które Sylwia Zientek wprowadziła w pierwszym tomie cyklu Hotel Varsovie powracają w drugiej części tylko w tle, jako elementy kontekstu. Inni bohaterowie zaprzątają teraz głowę autorki (która jednak zapewnia w posłowiu, że trzecia powieść z serii przyniesie upragnione odpowiedzi i rozwiązania konkretnych wątków). “Bunt chimery” pokazuje jednak jasno, że Sylwia Zientek sagę napisać potrafi. Nie ucieka, wzorem wielu autorek, w niekończące się rozmowy postaci. Zna bohaterów doskonale i jest w stanie przybliżać nie tylko ich aktualne doświadczenia oraz emocje, ale również całą bujną przeszłość. Nie ma w tej historii papierowych albo jednowymiarowych charakterów, Zientek dostarcza czytelnikom sylwetki pełnokrwiste i przekonujące. Mimo że czasami w swoich działaniach przełamujące ogólnie przyjęte normy. Hotel Varsovie stanowi tu ostoję dla bohaterów, stały punkt w zmieniającej się historii. Autorka przedstawia wydarzenia z początku XIX wieku i czasy Napoleona, odwołuje się do romantyzmu i Młodej Polski. I jest równie przekonująca, gdy opisuje rzeczywistość z 1801 roku, jak i tę z 1906. Drobnym dodatkiem do tej podróży w czasie będzie gwałtowny przeskok do 2017 roku, ale tu nie zatrzyma się Sylwia Zientek zbyt długo, rozsmakowana już w zamierzchłej przeszłości.

Karmi się ta autorka skandalami na miarę czasów. I tak portretuje między innymi kazirodcy związek, erotyczną relację między bratem i siostrą - pożądanie zakazane, ale nie do powstrzymania. Odnotowuje kolejne wzloty i upadki tej pary, przedstawia szereg sposobów, jakimi ludzie mogą ranić się nawzajem. W tym układzie rozstania jedynie podsycają namiętność, czas nie może ułatwić rezygnacji z uczucia. I chociaż czytelnikom trudno będzie zrozumieć postawy bohaterów, Sylwia Zientek nie boi się prezentowani takiej opowieści, jednej z wielu składających się na codzienność w Hotelu Varsovie. Innym wyrazistym obrazem jest portret wyzwolonej malarki, podkochującej się bezsensownie w Pokowińskim. Kobieta nie może zaznać szczęścia ani zdobyć sławy. Chociaż nie boi się żyć i tworzyć po swojemu, społeczeństwo jej nie akceptuje. W tomie pojawi się wiele ważnych i mniej ważnych międzyludzkich relacji, we wszystkich uderza jedno: ogromna zależność od opinii ludzi i od konwenansów. Tu nikt nie może decydować o sobie – a przemiany obyczajowe dla odważnych jednostek zwykle przychodzą za późno. Sylwia Zientek bardzo dba o to, żeby bohaterom nigdy nie było zbyt dobrze – albo będą przeżywać dylematy sercowe (lub fizyczne niespełnienie), albo wciągnie ich wir historii. Jednych pokonają choroby weneryczne, innych - upór rodziny, jeszcze innych potęgujące się szaleństwo. Wszystko jednak okazuje się prawdziwe i szczere.

“Bunt chimery” to prozatorski popis, do którego autorka bardzo chętnie włącza wiadomości z epok, fragmenty utworów ważnych dla postaci, opowieści o modach i zwyczajach. Nikogo nie zdziwią intertekstualne nawiązania: służą one uwiarygodnieniu akcji. Charakterów uprawdopodabniać już nie trzeba, Sylwia Zientek do nich bez trudu przekonuje. “Bunt chimery” to część mocno zakorzeniona w przeszłości, ale też ładnie pokazująca przeplatanie się różnych rzeczywistości. To proza sycąca i wypełniona dobrymi pomysłami na kreacje nawet najmniej istotnych postaci – autorka dostarcza niebanalnej powieści historyczno-obyczajowej dla koneserów. Rzuca wyzwanie twórcom pop: u niej nie ma półśrodków ani fabularnych naiwności. Hotel Varsovie jest zbiorem bardzo udanych opowieści.

poniedziałek, 8 października 2018

Mark Juddery: Coraz lepiej. Dlaczego świat nie schodzi na psy

PWN, Warszawa 2018.

Optymizm

Mark Juddery zamierza pocieszać tych wszystkich, którzy nie wierzą w poprawę losu i przekonywać, że mamy powody do radości - my, jako ludzie żyjący na przełomie wieków. Nie chce, żeby były to tylko puste słowa, więc zbiera argumenty przemawiające za taką tezą. “Coraz lepiej” to książka, w której mnożą się pokrzepiające wiadomości z przeróżnych dziedzin, niezależne od kraju czy sytuacji społeczno-politycznej. Świat dąży ku powszechnej szczęśliwości: niedługo nie będzie na co narzekać. To znaczy, owszem, autor nie wierzy w to, że ludzie przestaną narzekać: wie, że narzekanie jest wpisane w naszą naturę i świetnie zdaje sobie sprawę z tego, że zawsze znajdzie się powód, nawet i taki, że jest za dobrze (więc pewnie wkrótce wszystko się zawali). Stawia jednak na niedopuszczanie do siebie i do narracji czarnych myśli, a w zamian proponuje niekończący się zestaw radości.

Rozdziały w tej książce są krótkie, bo też i Juddery nie zamierza w nieskończoność analizować wybranych przykładów ani wdawać się w szczegóły - bo jeszcze mogłoby się okazać, że zbierze za dużo dowodów przeciwko swojej odważnej i optymistycznej tezie. Zwięzłość przydaje mu się również jako źródło dowcipów - o wiele łatwiej o proste żarty w narracji, która nie jest przesadnie rozbudowana i nie przyćmi pomysłów. Na początek pokazuje, dlaczego ludzie są skłonni do narzekania czy oceniania świata gorzej niż na to zasługuje - podaje szereg przykładów, według których zawsze znajdzie się powód do niezadowolenia. Ale to tylko rodzaj szczepionki, uwrażliwienie czytelników na powody do radości. Za chwilę otrzymają całą książkę pocieszanek. Zaczyna od zmian w zakresie wojen i przywódców (“dzisiaj nikt nie jest Hitlerem”), przechodzi przez walkę z rasizmem lub uprzedzenia do osób niepełnosprawnych, homoseksualizm, prawa kobiet, morderstwa, pieniądze, internet, dostęp do wiedzy, choroby, głód, “dzisiejszą młodzież”, środowisko czy sport. Na końcu tej wyliczanki znajduje się ocena sytuacji w krajach, które do niedawna były uznawane za najgorsze do życia (sporo tu państw Afryki) - by po krótkiej analizie przeszłości dojść do wniosku, że sytuacja w większości tych miejsc się poprawia. Przy odpowiednim podejściu nawet plastikowe reklamówki stają się sygnałem zmian na lepsze, bo pierwotnie miał to być sposób na ograniczenie zapotrzebowania na kość słoniową. W “Coraz lepiej” wszystko zależy od perspektywy: jeśli ktoś znajdzie sobie powód do narzekania, Mark Juddery z pewnością wykaże, że kiedyś było inaczej, wcale nie tak dobrze, więc zmiany są konieczne i pokazują dobry kierunek. Żeby podtrzymać ton optymizmu, autor zachowuje się tak, jakby zdradzał czytelnikom wielkie sekrety i dowcipkował non stop. Nie brakuje mu tematów do zachwytów, ale jeśli coś zasługuje na bardziej złośliwy komentarz – z pewnością się go doczeka. Juddery potrafi zaakcentować puentę, bawi się ironią, nie pozwala czytelnikom na moment wytchnienia. Przekonuje, przekonuje, przekonuje i rozśmiesza, żeby jeszcze przychylniej nastawić do swojej opowieści. Snuje tę historię z przymrużeniem oka, świadomy, że nie wszyscy mu uwierzą. Ale znajduje oryginalny sposób na opowiedzenie o dokonaniach ludzkości i na ocenę pewnych dyskusyjnych kwestii z innej perspektywy. Nie ma tutaj banałów, raczej – szukanie nieoczywistych argumentów. “Coraz lepiej” to książkowy przerywnik, rodzaj gadżetu dla tych, którzy chcą sprawdzić, jak wyglądałaby opowieść optymisty o otaczającej go rzeczywistości.

niedziela, 7 października 2018

Natasza Socha: Zula i tajemnica Arlety Makaron

Nasza Księgarnia, Warszawa 2018.

Problemy z rodzicami

Zula mieszka u ciotek, Meli i Heli – i całkiem dobrze się tu czuje. Zwłaszcza odkąd odkryła, że jest czarownicą i że ciotki również dysponują magicznymi zdolnościami, co bardzo uprzyjemnia codzienność. W tomiku “Zula i tajemnica Arlety Makaron” Natasza Socha jednak przybliża się do zwyczajności, z baśni w pierwszej części kieruje się ku obyczajówce, która przedstawia kłopoty dzieci. Sama Zula zbyt wielkich problemów nie ma: czas spędza z kolegami, dobrze się bawi i urządza bitwy na śnieżki. Ale w szkole pojawia się nowy chłopak, Leander, chrześniak nauczycielki Arlety Makaron. Leander, delikatnie mówiąc, zachowuje się dziwnie. Niby wiadomo, że nowy zwykle bywa onieśmielony sytuacją i minie trochę czasu zanim się oswoi, ale ten... ma w nosie wszelkie zasady współżycia społecznego. Bez żadnych rozterek prowokuje inne dzieci do niegrzecznych zachowań (ulepienie ze śniegu podobizny dyrektorki to nie najlepszy pomysł), donosi na kolegów i sam unika kary, jest skryty, ale czasami potrafi być i arogancki w stosunku do innych. Pretensje ma do całego świata, chociaż nikt nie wie, z jakiego powodu. Sam Leander niby też potrafi czarować, co pokazuje Zuli na jednym ze spacerów - ale poza tym trudno mu zaufać. Jednak kiedy chłopiec ginie w krainie magii, to Zula razem ze swoimi przyjaciółmi rusza mu z pomocą. Nie obędzie się bez wsparcia dorosłych, jednak najważniejsze działania to domena kilkulatków. W krainie magii wszystko rządzi się swoimi prawami.

Natasza Socha tym razem odwraca motyw czarów, przesuwa go na dalszy plan: nie jest to najistotniejsza kwestia w opowieści. O wiele ważniejsze będzie nastawienie na relacje międzyludzkie. Tutaj Leander przeżywa rozwód rodziców. Ma pretensje do matki, liczy na to, że dogada się jeszcze z tatą i wszystko wróci do normy. Jednak nie wybiela i ojca: w pewnym momencie krzyczy, że nie ma ochoty na kolejne drogie prezenty (te zapewniają mu uznanie rówieśników), bo wolałby spędzać z rodzicem czas. Autorka wybiera dość kontrowersyjną - ale szalenie skuteczną metodę, żeby pokazać Leandrowi, że nie ma tak najgorzej i że inne dzieci muszą borykać się ze znacznie poważniejszymi zmartwieniami – w ten sposób daje małym odbiorcom sporo do myślenia. W końcu temat rozwodu rodziców to zjawisko coraz częstsze, więc przenika też do literatury czwartej jako element codzienności bohaterów. Natasza Socha próbuje ukrócić bunty maluchów, wytłumaczyć im, że rozwód to nie najgorsze, co może się zdarzyć (ciekawe w takim razie, jak oswajać z najgorszym). Prowadzi historię całkiem ciekawą, chociaż przez namiętność Arlety Makaron do różowego koloru może trochę ograniczyć krąg odbiorców: wiadomo, że chłopcy w pewnym wieku na różowy reagują wręcz alergicznie. Dostarcza jednak również odpowiedniej dawki ekscytacji, przeplata dynamiczne wydarzenia krzepiącymi obrazkami (Zula z gorącymi rogalikami dla przyjaciół to z kolei sygnał stabilnego, wygodnego i przewidywalnego świata).

Autorka bawi się również motywem magii, której nie trzeba wykorzystywać: przekonuje, że czasami o wiele zabawniej jest przygotować coś samodzielnie, bez uciekania się do magicznych uproszczeń. Zula sama już o tym wie - i tylko w sytuacjach ekstremalnych musi sięgać po takie środki. Wciąż jednak świat - zwykły czy magiczny – jest ciekawszy od gier komputerowych.

sobota, 6 października 2018

Emma Chastain: Dziennik Chloe Snow. Zakręcony rok

Zysk i S-ka, Poznań 2018.

Nastolatka z problemami

Emma Chastain nie wymyśla nowych problemów i nowych traum dla swojej bohaterki. Opiera się na tym, co znane i wręcz momentami klasyczne, a także na tym, co zostało już oswojone przez produkcje telewizyjne i książkowe spod znaku pop, sama też chętnie do tego nurtu się włącza. “Dziennik Chloe Snow. Zakręcony rok” to opowieść prowadzona w formie regularnych notatek przez piętnastoletnią bohaterkę. Chloe na początku tej książki odrzuca zaloty swojego przyjaciela, Mike’a. Świetnie się z nim rozumie, docenia chłopaka i lubi spędzać z nim czas, ale nie wyobraża go sobie jako swojego partnera, zwłaszcza że jeszcze nie pogodziła się z odrzuceniem przez Maca. Mike wyznaje swoje uczucia, ale musi przyjąć, że Chloe nie jest nim zainteresowana. To również koniec przyjaźni, przynajmniej na razie. Kwestia uporządkowania uczuć i wsłuchania się w swoje potrzeby jest niezbędna, żeby doprowadzić do normalności we wzajemnych kontaktach. Mike spada więc do tła opowieści (bardzo ważnego tła, ciągle powraca), a Chloe zajmuje się innymi sprawami. Kibicuje innemu przyjacielowi w jego homoseksualnym związku (może zatem obserwować mechanizmy, które powtarzają się nie tylko w nastoletnich miłościach i wyciągać z nich wnioski na przyszłość). Większość sił poświęca jednak na szkolne układy. Oto najpiękniejsza i najpopularniejsza dziewczyna, Reese, przed wszystkimi udaje dobrą, słodką i troskliwą koleżankę. Mało kto dostrzega jednak, że pod pozorami komplementów, jakie prawi rówieśnicom, Reese przemyca sporo złośliwości. Do tego daje się poznać jako intrygantka: wie, jak manipulować ludźmi i codziennie to wykorzystuje. Dochodzi wręcz do sytuacji, w której nikt nie może zdobyć partnera bez zgody i wstawiennictwa Reese. Tak potężna rywalka to problem – i Chloe przekonuje się, jak to jest wypaść z łask w szkolnej społeczności.

Poza zmartwieniami wśród rówieśników Chloe ma też inne osobiste sprawy do przemyślenia. Rok temu opuściła ją mama: wdając się w romans z młodszym mężczyzną, zrezygnowała z Chloe i jej ojca. Teraz tata próbuje na nowo ułożyć sobie życie (z nauczycielką Chloe, co rodzi nowe niezręczności), a mama śle wiadomości, które bohaterka pozostawia bez odpowiedzi. Tu trochę wali się przekonująca charakterystyka nastolatki: po pierwsze rodzice nie chcą powiedzieć Chloe o planach w związku z rozwodem (żeby ją chronić), po drugie dziewczyna boi się zostawać sama na noc w domu i wciąż potrzebuje opieki jak dziecko, zresztą dziecinna, więc i nieprzekonująca dla młodzieży, jest część jej reakcji. Do tego dokłada autorka jeszcze dylemat z prawem jazdy: Chloe boi się wypadków drogowych i lęk paraliżuje ją, uniemożliwiając prowadzenie samochodu.

Emma Chastain miesza te zmartwienia i kryzysy, budując zwyczajną obyczajową historię pełną wzlotów i upadków. Nie zdarzy się tu nic nieprzewidywalnego, ani w warstwie fabuły, ani w narracji. Autorka stawia na przezroczystą opowieść, która poza nastolatkami raczej nie zrobi większego wrażenia - wpasowuje się więc idealnie w istniejący na rynku sposób mówienia o pierwszych miłosnych rozczarowaniach nastolatków i o relacjach w grupie. Jest “Dziennik Chloe Snow” powieścią prostą, również językowo: przekona zatem fanki historii pop. Emma Chastain dobrze odzwierciedla szkolne zmartwienia, chociaż też celowo je przerysowuje, żeby odbiorczynie dobrze zrozumiały przesłania.

Agnieszka Łubkowska: Nauka liczenia

Nasza Księgarnia, Warszawa 2018.

Matematyka w zabawie

Ten edukacyjny cykl wprowadzony przez Naszą Księgarnię cieszy się wśród dzieci, ich rodziców i nauczycieli dużym i w pełni zasłużonym uznaniem. Autorzy pokazują tu różne sposoby wprowadzania do świadomości maluchów podstawowych wiadomości - czy to w zakresie organizacji dnia w domu i przedszkolu, prawidłowej wymowy, czy liczenia. Kiedy już najmłodsi przyswoją sobie wiadomości z zakresu języka polskiego, razem z bohaterami wykonają szereg ćwiczeń logopedycznych, mogą spróbować swoich sił w matematyce, która wcale nie jest straszna. Wystarczy odpowiednie podejście, by zaintrygować i zasugerować dobrą zabawę. Agnieszka Łubkowska znakomicie sprawdza się jako przewodniczka dla kilkulatków i ich rodziców. Prowadzi dwutorową narrację, a do tego odwołuje się do praktycznego wymiaru liczenia. Stara się objaśniać matematykę na czytelnych przykładach, sugeruje, żeby dzieci uczyły się podczas zabawy kasztanami albo fasolkami. Dowiedzą się mali odbiorcy, czym jest dodawanie, odejmowanie, mnożenie czy dzielenie, a także - jak takie działania w wyobraźni wykonywać (przydatne będą na przykład metody z uzupełnianiem rzędów do dziesięciu elementów). Mnożenie to zapełnianie określonej liczby szklanek potrzebnymi akurat przedmiotami, a dzielenie - między innymi operacje na plastelinowej pizzy. Łubkowska przygląda się zadaniom dla dorosłych oczywistym, tematom, nad którymi często rodzice nawet by się nie zastanawiali: ujmuje je z perspektywy malucha. Ogranicza myślenie abstrakcyjne, sprawiając, że stanie się jasne, po co wykonuje się kolejne działania. Automatycznie przygotowuje też do rozwiązywania prostych zadań z treścią: pokazuje “opisowość” matematyki, nie zatrzymuje się na poziomie równań.

Każda rozkładówka zawiera komentarz lub zadanie dla rodzica oraz drugie polecenie dla dziecka. Rodzic dowiaduje się, jak pracować z pociechą, dziecko – jak i co ma ćwiczyć we własnym zakresie. Nie zawsze zadania polegają na liczeniu, czasami to rozpoznawanie znaków matematycznych lub nauka pisania cyfr – wszystko przydatne w procesie edukacji. Ale autorka dba o to, żeby oddalić skojarzenia ze szkołą i tamtejszymi obowiązkami: unika podręcznikowej nudy, wybiera za to rozrywkę. Nakłania kilkulatki do twórczego podejścia do matematyki, namawia, żeby włączyć liczenie do rytmu codziennych zabaw. Dzięki temu oswaja matematykę i sugeruje zestaw przyjemności dla najmłodszych. Bardzo zależy autorce na tłumaczeniu tego, co dzieci zrozumieć muszą - w sposób, którego nie znają z lekcji. Ale na tych publikacjach skorzystają i nauczyciele, to cenna podpowiedź, jak kształcić najmłodszych.

Matematyka po takim tomie kojarzyć się będzie przyjemnie, to zestaw zadań, wśród których kryją się również metody rozpoznawania konkretnych działań albo szybkiego liczenia (przerzucanie się piłką połączone z błyskawicznym dodawaniem). Agnieszka Łubkowska mierzy się z zagadnieniami, do których przed dekadami rzadko przywiązywało się wagę: opracowuje je z dużym zaangażowaniem. Ale na nic zdałyby się wysiłki autorki, gdyby nie ilustracje Joanny Kłos. To ta artystka tworzy łącznik z innymi edukacyjnymi propozycjami Naszej Księgarni, sprawiając, że publikację przyjemnie się też przegląda. Oczywiście łatwiej będzie ćwiczyć liczenie z odpowiednimi rysunkami, to też zaproszenie do zabawy. Jest “Nauka liczenia” propozycją, która przekonuje do arytmetyki. Na końcu książki znajdują się jeszcze określenia związane z miarami – i to kolejny punkt rozrywkowy, dzieci będą przy okazji codziennych ciekawych zabaw i eksperymentów utrwalać wiadomości. “Nauka liczenia” jako tomik edukacyjny przynosi sporo praktycznych wskazówek, informacji, które warto wykorzystać w prezentowaniu najmłodszym zalet matematyki. Jest to również, już poza wartościami edukacyjnymi, po prostu bardzo ładnie wydana książka, nie kojarzy się z podręcznikiem ani szkolnymi lekturami.

piątek, 5 października 2018

Philip G. Zimbardo, Rosemary K. M. Sword: Żyj lepiej, kochaj mądrzej

PWN, Warszawa 2018.

Życiowe obserwacje

Różni się ta książka od typowych poradników pop z dziedziny psychologii, bardziej przypomina momentami podręcznik. Philip G. Zimbardo i Rosemary K. M. Sword poważnie traktują kwestię przybliżania czytelnikom życiowych wyborów i ich konsekwencji dla stanu psychiki. Chociaż nie zamierzają odbierać pracy psychologom, dążą do tego, by odbiorcy przynajmniej w części przypadków potrafili zdiagnozować swoje problemy i zaradzić innym, unikać powielania toksycznych scenariuszy oraz wypracować psychiczną równowagę. “Żyj lepiej, kochaj mądrzej” to publikacja, którą można polecić nawet bardzo wymagającym czytelnikom: gęsta od informacji, precyzyjna i przekonująca. Autorzy nie próbują tu odchodzić od standardów przyjętych w lekturach z tej dziedziny, jednak wszystko pogłębiają, unikają prostych porad bez wyjaśnień i dążą do tego, żeby czytelnicy pojęli mechanizmy działania, a nie tylko ich skutki. “Żyj lepiej, kochaj mądrzej” to publikacja, z której wiele podpowiedzi można w swoim życiu zastosować - trzeba jednak najpierw przejść przez lekturę i przemyśleć proponowane zmiany. Zimbardo i Sword odwołują się do zjawisk najczęściej spotykanych, sięgają tu do własnych praktyk i wybierają tematy, które cieszyły się największym powodzeniem wśród prasowych czytelników - wiedzą, że nikt nie szuka pomocy, kiedy jest mu dobrze i kiedy jest szczęśliwy, natomiast w sytuacjach kryzysowych przyda się pomocna dłoń. I taką dłoń do odbiorców wyciągają. Książka została podzielona na kilka tematycznych części, dominować ma teoria perspektywy czasu, ale dla odbiorców znacznie ważniejsze będą praktyczne realizacje scenariuszy. Autorzy odwołują się do relacji międzyludzkich i do charakterystycznych w określonych momentach reakcji czy relacji. Pokazują, jak zakończyć toksyczną relację, jak uwolnić się od złej przeszłości, a także - jakie negatywne skutki pociąga za sobą przyjęcie jednej z typowych postaw wobec trudności. Dalej uwagę skupiają na kilku łatwych do zaobserwowania sytuacjach: pokazują sytuację, w której ktoś jest dręczony (wszystko jedno: przez kolegów w szkole, małżonka czy przez szefa w pracy albo współpracowników), omawiają temat ostracyzmu i “niewidzialności” dla innych (to również sytuacja toksyczna, w której warto działać, by zachować zdrowie psychiczne). Tłumaczą, jak różne postawy wpływają na życie seksualne, jak podejście do rzeczywistości odwzorowuje się w procesie wychowywania dzieci (tu znowu pokazują szereg prawdopodobnych scenariuszy). Zajmują się tematem stresu - wywoływanego przez rozmaite czynniki – i jego wpływem na zdrowie człowieka.

Każdy rozdział został tu sensownie przygotowany: składa się przeważnie z obrazka rodzajowego, przykładu, który będzie zrozumiały dla wszystkich czytelników i mimo wysokiego stopnia uogólnienia - pozwoli odnaleźć w doświadczeniach bohaterów ślady własnych przeżyć, z wytłumaczenia przyczyn zachowań i wskazania drogi postępowania. Czasami dochodzą do tego jeszcze ramki z dodatkowymi wiadomościami czy kwestionariuszami w celu lepszego samopoznania. Takie podejście bardzo dobrze się sprawdza: można książkę czytać wybiórczo i szukać w niej rozwiązania własnych problemów, można też sięgać po konkretne wskazówki - albo próbować z całości wysnuć wnioski na temat typowych wyborów zwykłego człowieka. Autorzy pozostają blisko zwyczajnego życia, interesuje ich to, co codzienne i niewydumane. Z tego też względu sporą część “Żyj lepiej, kochaj mądrzej” czyta się niemal jak powieść. To publikacja w sam raz dla czytelników, którzy cenią sobie konkrety i podpowiedzi w ramach psychologii.

czwartek, 4 października 2018

David Attenborough: Przygody młodego przyrodnika

Prószyński i S-ka, Warszawa 2018.

Ze zwierzętami

David Attenborough nie zamierza iść w ślady wszystkich sław, które masowo publikują autobiografie mniej nawet z chęci podsumowania życiowych doświadczeń, bardziej – by i drogą książkową dotrzeć do jak największej liczby czytelników i nie dać się zdystansować konkurentom w walce o popularność. Jego “Przygody młodego przyrodnika” to książka w starym stylu, w dodatku – napisana z ogromną świadomością tego, co odbiorcy chcieliby poznać ze szczegółów pracy prezentera i producenta programów przyrodniczych. Autor całkowicie odrzuca swój życiorys i konieczność przedstawienia się, wie, że do swoich fanów i tak trafi, a nastawieniem na to, co na zewnątrz, zdobędzie jeszcze kolejną grupę odbiorców. Stawia na akcję, ciekawostki, anegdoty i humor – i z tego wszystkiego udaje mu się stworzyć dużą objętościowo książkę, która nie pozostanie niezauważona. “Przygody młodego przyrodnika” to przede wszystkim radość z pracy, która stała się pasją - i zestaw niespodzianek przygotowywanych przez przedstawicieli fauny podczas zbierania materiałów do kolejnych odcinków programu.

Nie ma w tym przypadku: na początku Attenborough opowiada, jak powstawał pomysł na jego produkcję - autor doskonale wiedział, czego widzowie oczekują po programach przyrodniczych i co im się oferuje, postanowił więc połączyć najlepsze elementy pojawiających się w telewizji programów, żeby dostarczyć nie tylko zestawu wiadomości na temat wybranego gatunku, ale też - pewnej dawki adrenaliny czy rozrywki. Trzeba było w tym celu zestawić możliwość kręcenia dziko żyjących zwierząt z opowieściami specjalistów, którzy potrafiliby prezentować cechy gatunku lub danego osobnika. Żeby zwiększyć dynamikę opowieści, planował “polowania” na zwierzęta: możliwość wprowadzenia widza w tajniki zawodu wydawała się bardzo kusząca, a pewna nieprzewidywalność w tym zakresie - zapewniałaby oglądalność. I “Przygody młodego przyrodnika” są właśnie opowieścią o “polowaniach” i o odkryciach towarzyszących przygotowywaniu programu.

Gatunki rzadkie, gatunki niebezpieczne i gatunki słabo zbadane – to trzy podstawowe obszary zainteresowań ze świata zwierząt przenoszone do filmów. David Attenborough dzieli swoją książkę na “wyprawy”, w których kompiluje co ciekawsze doświadczenia, przedstawiając je w reportażowy sposób. Akcentuje zwłaszcza rozmaite trudności w zdobywaniu okazów czy nieprzewidziane zachowania zwierząt, to, co zawsze jest magnesem dla publiczności i sprawdza się i tutaj. Opowiada Attenborough z bardzo dobrym wyczuciem tempa i umiejętnością puentowania historii, stawia na anegdoty albo bardzo wyraziste sytuacje. Zabiera wręcz czytelników na wyprawy, nie zamęcza ich danymi na temat zwierząt, a pozwala je poznać “w akcji”. Do opowieści dodaje też zdjęcia z niezwykłych spotkań. Wszystko, co robi, robi z myślą o jakości lektury: potrafi snuć gawędziarskie opowieści, angażować odbiorców w to, co działo się na wyprawach, ale też w same sytuacje w ekipie. Kiedy jest to możliwe, prezentuje spotykanych ludzi i nawiązujące się niezwykłe przyjaźnie, innym razem dzieli się drobnymi informacjami z przygotowań do takiej eskapady. Co ciekawe, umiejętnie dobiera tematy i proporcje: tutaj nie ma mowy o zbędnych czy nużących opisach: autor doskonale wie, co chce przekazywać i na czym się skupiać. Rezygnuje z autobiografii na rzecz spisania przygód, czym znacznie poszerza krąg czytelników. Jednocześnie osobista perspektywa zapewnia mu stałe uznanie i szacunek odbiorców. Jest to książka obszerna i odpowiadająca na potrzeby dzisiejszych czytelników. Zdradza kulisy pracy nad cenionymi programami przyrodniczymi i pokazuje fascynację światem zwierząt.

środa, 3 października 2018

Ewa Zdunek: Lekarstwo na żal

W.A.B., Warszawa 2018.

Mediacje i troski

W kontynuacji “Mediatorki” Ewa Zdunek dalej nie radzi sobie za dobrze z budowaniem fabuły i rozkładem akcentów powieściowych. Pisze nieźle, ale konstrukcyjnie opowieść się chwieje. Postacie znikają na bardzo długo, jakby autorka o nich zapominała, rozwiązania zagadek pierwotnie wprowadzanych z sugestią przełomowości okazują się banalne i spychane na margines. Wydaje się, że autorka wreszcie porzuciła relacjonowanie wszystkich szczegółów pracy swojej bohaterki, ale kiedy Marta wchodzi do biura, natychmiast giną pozostałe kwestie. Niby jest tu coś nowego – ale znowu Ewa Zdunek chce zbawiać świat i udzielać porad małżeńskich, zapominając o samej historii. “Lekarstwo na miłość” jest znacznie większe objętościowo od “Mediatorki”, ale ponownie Zdunek potrzebuje mnóstwo miejsca na reklamowanie zawodu – zamiast skupić się na akcji.

A szuka w powieści kryminału. Najpierw wysyła swoją bohaterkę na Sycylię i uniemożliwia kontakt z bliskimi. Seria zamachów - mafijnych porachunków - zapowiada, że może Ewa Zdunek zrezygnuje z uwypuklania negatywnych cech charakterów turystów i zajmie się motywami kryminalnymi – ale jednak autorkę o wiele bardziej interesuje wiwisekcja dokonywana przez Martę w ratach. Po powrocie do kraju również zarzuca tę postać szeregiem przykrych niespodzianek: ciężka choroba i śmierć ojca oraz morderstwo popełnione na byłym mężu to dramaty najbliższe. Marta musi się jednak zmierzyć i z destrukcyjnym związkiem przyjaciela (to motyw rysowany bardzo grubą kreską i w przesadzie – oraz długości trwania - aż niewiarygodny, trochę próbuje autorka wskazać motywacje mężczyzny, ale nieprzekonująco), i z bezczelnymi, narzuconymi jej statystami (w relacjach z nimi nie działa stanowczość, kobieta traci cały autorytet, co tylko pokazuje rozbieżność między jej samooceną i rzeczywistością), i z dwiema matkami (odzywa się biologiczna, a ta, która Martę wychowała kłamie, zachowuje się agresywnie albo ucieka). Jeśli do tego dołożyć zmartwienia o przyjaciółkę czy ciągłe starcia z przedszkolanką, wychodzi na jaw, że mediatorka mimo całej teoretycznej wiedzy asertywna być nie umie.

W tej codzienności bohaterki psuje Ewa Zdunek to wszystko, co nabudowywała na wakacjach. Gubi dawne wątki, a gdy sobie o nich przypomni, traktuje je zdawkowo. Nie przekonuje do charakterów (przez hiperbolizacje) ani do motywacji postaci. Skupia się znowu na rejestrowaniu problemów, z jakimi ludzie trafiają do mediatora. I tam, gdzie unika moralizowania a stawia na oryginalność - jest świetna, wystarczy wspomnieć rodzinny spór o dom matki albo o damskie fatałaszki. Jeśli jednak wchodzi w doradztwo małżeńskie na poważnie - może czasami zmęczyć. Brakuje w książce - znowu rozrywkowej, co przecież jest atutem, zdecydowania, wyzwalania akcji a nie tylko podporządkowywania się pojedynczym wątkom ustawianym po kolei. Warsztat narracyjny Ewa Zdunek ma dość dobry (warto by jeszcze zrezygnować z dodawania określeń do już powiedzianego, takie dublowanie treści zamiast pokazywać zdecydowanie, podkreśla niepewność, zupełnie niepotrzebnie). Ucieczka od fabularnych oczywistości to już walor, na którym można budować ciekawe historie – Ewa Zdunek powinna jeszcze tylko mocno popracować nad szkieletem historii, tak, żeby wiedziała, co się stanie z postaciami jeszcze zanim zasiądzie do spisywania ich losów.

wtorek, 2 października 2018

Chip Espinoza, Mick Ukleja: Zarządzanie milenialsami

PWN, Warszawa 2018.

Bez rodziców

Bardzo wychwalają milenialsów autorzy książki “Zarządzanie milenialsami”. Wygląda to trochę tak, jakby za wszelką cenę chcieli przekonać do siebie tę grupę wchodzącą obecnie na rynek pracy – i usiłowali kupić ją pochlebstwami. W dodatku pochlebstwami w ogóle nieumotywowanymi: po prostu są przekonani, że milenialsi należą do cudownego pokolenia i to przekonanie podtrzymują w narracji, ale nie podają żadnego dowodu na poparcie tej tezy. Idzie za tym w naturalny sposób nieufność części czytelników: tu huraoptymizm i sztuczny entuzjazm trochę nie pasują, nawet jeśli sprawdzają się w poradnikowej konwencji książki. Chris Espinoza i Mick Ukleja przekonują, że zarządzanie milenialsami może momentami do łatwych nie należy, ale warto podjąć wysiłek, bo... milenialsi są wspaniali. Nie jest to wymarzona argumentacja dla kogoś, kto musi radzić sobie z wyzwaniami w pracy i zarządzać grupą nastawionych roszczeniowo, pewnych siebie i niecierpliwych młodych ludzi. Bo o wadach milenialsów też jest tu mowa – wiadomo, że uogólnianie i stereotypy to nie idealny sposób na przedstawianie charakterystyki pokolenia, ale wiadomo też, że nie da się inaczej, jeśli chce się wyznaczać specyfikę grupy. W każdym razie milenialsi nie uznają autorytetów, nie mają doświadczenia, źle sobie radzą z przyjmowaniem krytyki... lista zarzutów pod ich adresem stale się wydłuża, ale przez cały czas autorzy tomu twardo pozostają na stanowisku, że mimo wszystko warto w milenialsów inwestować, a to zarządzający mają się dostosować do nowych warunków. O elastyczności menadżerów i umiejętnościach reagowania na nieoczekiwane problemy jest większa część tomu. Wskazówki bywają naprawdę banalne i niekoniecznie wiążą się z milenialsami jako takimi, raczej powinny być stosowane w szerszych relacjach z pracownikami - chociaż to obecność milenialsów i ich roszczeniowe postawy wyzwoliły potrzebę wprowadzenia owych zaleceń. Tu wychodzi na jaw przeznaczenie książki: rzeczywiście jest to podręcznik dla kadry menadżerskiej, która do problemu nie podejdzie w sposób kreatywny, a potrzebuje podstaw, udokumentowania nieszablonowych działań. Ale trzeba przyznać, że polityka ustępowania milenialsom we wszystkim nie brzmi zbyt zachęcająco, zwłaszcza jeśli w parze z nią idzie wychwalanie bez podstaw.

Trochę wygląda to tak, jakby autorzy – tak bardzo ceniący milenialsów - jednocześnie sugerowali, że mają do czynienia z dziećmi (mimo że dyskryminacja ze względu na wiek to jeden z podstawowych tematów w przestrogach). Milenialsi są kapryśni, obrażają się, kiedy zwróci im się uwagę, wszystko chcą robić po swojemu, a w skrajnych przypadkach u szefów... interweniują ich rodzice. Trzeba będzie rzeczywiście chcących pracować nad sobą przedstawicieli tej generacji, żeby lektura przyniosła korzyści: chociaż teoretycznie książka jest kierowana do ich szefów z innego pokolenia. Styl narracji jednak został dopasowany do poradników, nie ma tu ani skomplikowanych zwrotów, ani niepotrzebnych opisów, są wyliczenia, tabelki, podkreślenia co ważniejszych treści. Można by z powodzeniem zrezygnować natomiast z podawania cytatów podsumowujących problemy lub rozwiązania problemów w różnicy pokoleń. Te wypowiedzi nic nowego do treści nie wnoszą, za to męcząco powtarzają jeden i ten sam temat (zresztą zostały dobrane jako udokumentowanie konkretnego przykładu). “Zarządzanie milenialsami” to książka, w której znaleźć można całkiem sporo praktycznych uwag na temat pracy z nową na rynku generacją: przyda się jednak również nastawienie na szukanie własnych rozwiązań.

poniedziałek, 1 października 2018

Margit Kossobudzka: Człowiek na bakterie. Jak czerpać energię i zdrowie z jelit

Agora, Warszawa 2018.

Mikroświat

To, czego nie widać, zawsze wydaje się tajemnicze – i często w związku z tym obrasta w kolejne mity. Wystarczy sprawdzić, jakie fałszywe informacje krążą o... bakteriach. Jedni najchętniej pozbyliby się ich wszystkich, drudzy powątpiewają w ich istnienie w ciele człowieka. Dla części społeczeństwa bakterie to jedynie to, co trzeba wytępić antybiotykową kuracją. Inna grupa będzie do przesady ostrożna. Niezależnie od tego, jaką postawę się przyjmie, warto zasięgnąć fachowej wiedzy. Pozwala na to Margit Kossobudzka, która przeprowadza szereg rozmów ze specjalistami od mikroorganizmów w ciele człowieka. Jej książka zawiera całe mnóstwo ciekawostek dla zwykłych odbiorców, ale również potężną dawkę wiedzy. Tu bohaterem tomu są... bakterie i na początku w lekturze odrobinę przeszkadza edytorski pomysł pogrubiania ich łacińskich nazw. Większości czytelników niewyspecjalizowanych w mikrobiologii te określenia nic nie powiedzą, nie ma też większych szans na zapamiętanie skomplikowanych terminów. Z perspektywy takiej grupy odbiorców ów zabieg nie ma więc uzasadnienia. Z kolei ci, którzy wiedzą, o czym mowa, bez trudu wyłapią ważne dane. Ale to chyba jedyny mankament lektury. “Człowiek na bakterie” składa się z zestawu rozmów z lekarzami i uczonymi, fachowcami, którzy nie tylko pasjonują się tematem, ale jeszcze potrafią o nim zajmująco i przystępnie opowiadać.

Podstawową informacją do zaprezentowania masom jest ta, że człowiek ma w sobie około dwóch kilogramów bakterii – i ta mikroflora ma ogromny wpływ na zdrowie. To wiadomość, która robi wrażenie i uświadamia czytelnikom, że jednak warto bliżej przyjrzeć się organizmom zasiedlającym ludzkie ciało. Kluczową sprawą staje się przekonanie czytelników, że większość tych bakterii jest potrzebna, przydatna, a nawet niezbędna do istnienia. I tak warto zastanowić się, jak żywić swoje bakterie i jak o nie dbać. Tu nie wystarczy łykanie przypadkowych probiotyków, takie rozwiązanie może nawet zaszkodzić (podobnie jak leczenie antybiotykami przeziębień). Ta opowieść rozwija się jednak stopniowo i została podzielona na tematyczne części. W każdej autorka zadaje pytania innemu specjaliście i zgłębia wybraną kwestię. Na pierwszy ogień idzie mikroświat niemowląt. Autorka dowiaduje się między innymi, dlaczego dla rozwoju odporności malucha ważny jest poród siłami natury czy karmienie piersią. Sprawdza, jak mikroflora matki wpływa na dziecko i dlaczego warto w domu mieć psa. Kolejne zagadnienie to kształtowanie się odporności: i tutaj Kossobudzka przedstawia teorię, według której zdrowie zaczyna się w jelitach. To temat-rzeka, bo zahacza i o odpowiednie diety, i o wpływ lekarstw. Pyta, czy można zmienić mikrobiotę jelitową. Tłumaczy, że zaburzona mikrobiota ma nawet wpływ na nastrój. Osobno analizuje temat bakterii w kontekście seksu czy sportu. Odnotowuje, jak karmić dobre bakterie i skąd je w ogóle brać. Tutaj pojawiają się pomysły dla części czytelników mocno kontrowersyjne – jak “przeszczep kału” (wcześniej tylko jogurt z bakterii pochwowych dorównuje tej idei). Co ciekawe, chociaż badania jeszcze nie pozwalają na stosowanie takiej kuracji na masową skalę, już kwitnie handel podobnym procederem w internecie: lektura może zatem być i przestrogą dla ryzykantów.

Lekarze opowiadają przystępnie, a sama autorka też dba o czytelność wywodów i wciela się w głos społeczeństwa, kiedy chce zdobywać wiedzę. Jeśli jakaś kwestia wymaga bardziej skomplikowanych wyjaśnień, trafia do osobnych “ramek” (owe ramki czasami ciągną się przez kilka stron). To rodzaj uzupełnień i przypisów dla zainteresowanych tematem. Wprawdzie wygodniej byłoby umieścić je po wywiadach, ale odbiorcy poradzą sobie z wracaniem do urwanej myśli. Dawka wiedzy w tej publikacji jest rzeczywiście olbrzymia. Ale Margit Kossobudzka wcale nie zanudzi ciekawych świata. Zwłaszcza że jej rozmówcy pozwalają sobie również na żarty - zdają sobie sprawę, jak ich obiekt badań wypada z zewnątrz - i temu podporządkowują puenty opowieści. Nie da się ukryć, wiedzą, jak przykuć uwagę. Do tego są w stanie domyślić się, co budzi najwięcej wątpliwości: wprowadzają bardziej rozbudowane wyjaśnienia tam, gdzie to najbardziej potrzebne. W efekcie nawet owe transfery kału nie pozostaną zagadką. “Człowiek na bakterie” to sposób zaintrygowania odbiorców mikroflorą jelitową.

niedziela, 30 września 2018

Andrew Mayne: Naturalista

W.A.B., Warszawa 2018.

Ślad

Cechą charakterystyczną dla tej publikacji jest drobiazgowość, chwyt, który w pewnym momencie został wykluczony z kryminałów dla masowych czytelników z prostego powodu: zapewniał niewiarygodny rozwój akcji. Mało kto był w stanie uwierzyć w detektywa, który zadziała jak robot, dostrzeże najmniejsze – przegapione przez wszystkich innych - ślady mordercy, a do tego ma do dyspozycji całe sztaby ludzi przygotowujących konkretne ekspertyzy i analizy, poza spostrzegawczością i sprawnością fizyczną (niezbędną do zbierania dowodów) cechuje się również umiejętnością logicznego myślenia i bezbłędnego kojarzenia faktów. Kiedy przyszedł czas na detektywów bardziej ludzkich, do lamusa odeszło stawianie na detale do przesady. Ale Andrew Mayne, chociaż kryminału nie pisze, do tego rytmu wraca w “Naturaliście”. To thriller, który momentami wykorzystuje schematy znane z innego gatunku – sam w sobie już trudny do zaakceptowania przez rozwój akcji, więc nie zaszkodzi mu drobiazgowość w śledztwie.

W ciemnym lesie ginie dziewczyna – to punkt wyjścia. W śledztwo angażuje się profesor bioinformatyki, Theo Cray. Jeden z tych, którzy nie wierzą w teorię o niedźwiedziu grizzly, a poza tym jest pierwszym podejrzanym w sprawie brutalnej śmierci. Ofiara była studentką Craya i chociaż bohater niespecjalnie czuł się z nią związany, teraz uważa, że powinien odkryć tajemnicę i poinformować matkę dziewczyny, co naprawdę się stało. Może nawet na początku zamierza przy tym odzyskać dobre imię - ale ponieważ szybko traci status podejrzanego, nie ma to większego znaczenia. Jego determinacja w działaniu staje się coraz mniej zrozumiała dla czytelników, zwłaszcza że Theo Cray chce naprawdę dużo poświęcić dla odkrycia prawdy. Nie waha się ani przed popełnianiem drobnych przestępstw, ani przed utrudnianiem śledztwa. W efekcie ponownie może ściągnąć na siebie podejrzenia. Do tego – wpada w poważne tarapaty. “Naturalista” to książka, w której autor przestaje w pewnym momencie skupiać się na prawdziwości emocji: nie chce już wymyślać usprawiedliwień dla działania bohatera, pozwala mu po prostu reagować i nie dostarcza czytelnikom osobnych wyjaśnień. Wynaturza charakter postaci, raz chce przekonać o niewinności i dobrych intencjach Craya, by za chwilę budzić nieufność. Nie ma tu konsekwencji w budowaniu psychologii postaci – albo wizji, która przekonałaby czytelników. Cray ma liczne wady, owszem, ale do tego jest piekielnie uzdolniony, jeśli chodzi o wyciąganie wniosków na podstawie najmniejszych przesłanek. “Naturalista” to stała huśtawka emocji: od tego, co bohater musi zrobić, żeby się obronić, po to, co robi, żeby potwierdzić własne odważne tezy. Nie jest to historia, która przekona realizmem, ale w końcu w thrillerze chodzi bardziej o budzenie strachu, a ten warunek książka spełnia.

Przy ogromnym nastawieniu na detale jest autor, nie da się ukryć, naiwny w samej narracji. Buduje ją na długich dialogach, w których przemyca informacje, zarzuca czytelników danymi, których samodzielnie zdobyć by nie mogli, wyklucza zatem możliwość prowadzenia równoległego śledztwa. Pierwsza śmierć nie wyczerpuje kwestii zagrożeń i ofiar, będzie tego w tomie znacznie więcej. Andrew Mayne nie zauważa jednak rozchwiania proporcji, oferuje czytelnikom powieść, w której dzieje się dużo, ale nie w sferze psychologii postaci – a przecież na tym bazują zwykle thrillery. Jeśli ktoś na początku nie uwierzy w kreację bohatera, już tego później nie nadrobi.

Ewa Kozyra-Pawlak, Paweł Pawlak: Mały atlas motyli

Nasza Księgarnia, Warszawa 2018.

Z łąki

Kiedy w dzieciach budzi się zainteresowanie najbliższym otoczeniem, warto je podsycać. Na przykład podsuwać rozmaite atlasy zwierząt i roślin, tak, żeby maluch po powrocie ze spaceru mógł sprawdzić, przedstawicieli jakich gatunków spotkał - i w ten sposób poszerzać wiedzę oraz słownictwo. Ewa i Paweł Pawlakowie łączą takie cele edukacyjne z popisami graficznymi, nie wiadomo nawet, czy bardziej zależy im na uczeniu dzieci świata, czy też na przedstawianiu własnych talentów. Niezależnie od prawdziwych celów, zachwycają - i to zarówno małych jak i dużych odbiorców. Ich “Mały atlas motyli”, kartonowy tomik, pozwala przyjrzeć się bliżej wybranym owadom, poznać zwyczaje i... podziwiać piękno natury.

Każda rozkładówka poświęcona jest tu osobnemu gatunkowi motyli. Pojawia się nazwa, zdjęcie (trzech w tomiku nie zrobili autorzy), krótka notka wypełniona ciekawostkami. Do tego zestaw pięknych ilustracji oraz jeden duży obrazek stworzony ze ścinków materiału, misternie powycinanych i pozszywanych skrawków, za pomocą których autorzy odtwarzają konkretnego motyla w jego naturalnym środowisku. Rozkładówek jest tu niewiele – w końcu to kartonowy tomik – ale zawartość w pełni satysfakcjonuje nawet najbardziej wymagających odbiorców. Niektóre motyle same przybywają do autorów i dzięki temu zyskują miejsce w publikacji, inne trafiają tu dzięki nietypowym zachowaniom (na przykład upodobaniu do określonego pożywienia albo specyficznemu kolorowi). Ewa i Paweł Pawlakowie nie będą zarzucać dzieci informacjami nie do zapamiętania: skupiają się na zaledwie kilku wiadomościach “praktycznych”, takich, które mogą zaintrygować malucha i przykuć jego uwagę albo nawet zachęcić do bacznego rozglądania się po łąkach i ogrodach. Motyle nagle zaczynają się różnić nie tylko wzorami na skrzydłach, ale też swoimi upodobaniami. Zamieniają się więc w bohaterów lektury, przestają być anonimowe.

Szereg ilustracji przedstawia wybranego motyla w różnych pozach, z rozłożonymi i złożonymi skrzydłami, czasem od spodu lub z boku – wszystko po to, żeby po pierwsze zwiększyć szansę na rozpoznanie go, a po drugie – pochwalić się kunsztem ilustratorskim. Często obrazki wydają się bardziej szczegółowe niż zdjęcia. Łatwo jednak zapomnieć o akwarelowych portretach, kiedy podziwia się “wielkoformatowe” podobizny motyli z materiału. Tu urzeka nie tylko staranność wykonania samej sylwetki motyla - dobór faktur, uzupełnianie całości nitkami, maleńkie szczegóły starannie odwzorowywane w deseniach – ale też całe tło. Nie ma tu mowy o jednolitym kawałku tkaniny albo o wykorzystywaniu gotowych nadruków - zawsze obrazki uzupełniane są o różnego rodzaju liście i łodygi, dodatkowe kwiatki, płatki, unerwienie roślin... Każdy obrazek staje się tu miniaturowym dziełem sztuki, fragmentem przyrody przeniesionym do kolażu. I to sprawia, że “Mały atlas motyli” jest kolejną publikacją zasługującą na liczne nagrody i uznanie odbiorców w każdym wieku.

Jest to tomik bardzo kolorowy, ale nie kiczowaty. Starannie przygotowany, stawia na pokaz graficznych możliwości, alternatywę wobec komputerowych ilustracji. Obrazki tutaj są powodem, dla którego wielu odbiorców będzie chciało mieć “Mały atlas motyli” na stałe w swojej biblioteczce – nawet jeśli nie zamierzają traktować go jako materiału do porównania gatunków widzianych na co dzień podczas spacerów. Ten tomik pełen jest słońca i zapachów kwiatów, to łąka wykonana z gałganków.

sobota, 29 września 2018

Artur Andrus: Bzdurki, czyli bajki dla dzieci (i) innych

Nasza Księgarnia, Warszawa 2018.

Bajki na wesoło

Bohaterowie starych baśni i bajek są już trochę zmęczeni przeżywaniem raz za razem tych samych przygód. Podobnie znużeni mogą być dorośli czytaniem i opowiadaniem pociechom wciąż na nowo tych samych fabuł. I wtedy z pomocą przychodzi Artur Andrus, który proponuje tom “Bzdurki, czyli bajki dla dzieci (i) innych). Ta publikacja szybko się nie znudzi, co ma złe konsekwencje wyłącznie dla bohaterów: istnieje obawa, że zostaną zamęczeni ciągłym doświadczaniem na nowo swoich dokonań. Autor pisze ze świadomością reguł gatunku, ale i z nieodłącznym zmysłem satyrycznym i talentem do absurdalnych skojarzeń. Wprowadza postacie ciekawe i przełamujące konwencję: jest tu na przykład rzodkiewkowa królewna, której serce można zdobyć dzięki kreatywności i zrobieniu czegoś zaskakującego z pęczkiem rzodkiewek. Są bohaterowie, których niezwykłe miana już wystarczają za uzasadnienie istnienia: Ciotkę Grzechotkę, Wujka Zepsujka oraz Dziadka Niejadka (od niejeżdżenia) wysyła Andrus do wyjątkowych miejsc, pozwala odmienić życie i zrozumieć ważne prawdy. Czasami sięga po bajki zakorzenione w powiedzeniach (kura pisząca pazurem), a czasami – po dziecięce strachy (dentysta boi się małego Franka). Pozwala bohaterom zrozumieć, gdzie ich miejsce albo spotkać kogoś, z kim zechcą spędzić resztę życia. Daje się w tych bajkach zauważyć ślady klasycznych fabuł i przesłań, Artur Andrus prowadzi historie właściwie zgodnie z oczekiwaniami, jeśli chodzi o fabuły. Ale już w realizacjach i kreacjach postaci zamienia się w humorystę, jakich ciągle na rynku literatury czwartej za mało. Nie byłby sobą ten autor, gdyby nie bawił się poszczególnymi motywami i nie rozśmieszał na każdym etapie opowieści. Uwielbia absurdy i rozbijanie skostniałych struktur językowych, do rzeczywistości bohaterów dokłada propozycje ich zabaw, śmiechu szuka nawet w onomastyce. Tu każde kolejne zdanie może zaskoczyć drobnym żartem albo graniem intertekstem, inspiracje stają się podstawą kolejnych mrugnięć do czytelników: każdy z łatwością wychwyci bajkowy kontekst ora ironiczne podejście autora do tematu. Osobną kwestię w dynamicznych opowiadaniach stanowią drobne przyśpiewki. Znowu Andrus, mistrz rymowanych absurdów, udowadnia, jak można w literaturze dla dzieci wykorzystywać międzytekstowe skojarzenia i na czym polega komizm rymów. Tego typu bezinteresowne popisy satyryczne zachęcają do lektury “Bzdurek” również dorosłych: poczucie humoru autora okazuje się uniwersalne.

Już same historyjki wystarczyłyby, żeby zapewnić autorowi miejsce w kanonie literatury czwartej, nawet gdyby Artur Andrus był kompletnie nieznanym twórcą. Jednak w “Bzdurkach” pojawiają się jeszcze dodatkowe morały i przesłania dla czytelników, zaznaczane hasłem “Bo tak naprawdę...”. Tutaj znajdują się cenne wskazówki i pouczenia, ale też... kolejne puenty, które zaskoczą nawet dorosłych (jak ta z księgową). Autoironia staje się jeszcze jednym poziomem żartów i pozwala odbiorcom na pełniejsze cieszenie się konwencją bajek. Artur Andrus doskonale się tu bawi – i na to samo pozwala czytelnikom w każdym wieku. “Bzdurki” to książka, którą zilustrował Daniel de Latour – czyli rysownik często wykorzystujący w publikacjach Naszej Księgarni poczucie humoru. To kolejny powód, dla którego z “Bzdurkami” nikt nie będzie chciał się rozstawać. Z tej lektury ucieszą się maluchy – ale ich rodzice będą mieli jeszcze więcej zabawy. A najlepsze jest to, że wcale nie trzeba posiadać potomstwa, żeby zachwycać się “Bzdurkami”. Przy zakupie można ewentualnie powiedzieć, że to dla bratanka (ale jeśli naprawdę ma się bratanka, lepiej od razu kupić dwa egzemplarze).

Grady Klein, Alan Dabney: Komiksowe wprowadzenie do statystyki

PWN, Warszawa 2018.

Nosorożce w akcji

Pomysł świetny (chociaż nie oryginalny), realizacja w punkt. “Komiksowe wprowadzenie do statystyki” mogłoby sprawić, że wszyscy zostaną statystykami, a do tego pojmą sensowność codziennego podawania rozmaitych zestawień przez media. Będzie w tej, dosyć obszernej, ale nie nudnej książce mnóstwo śmiechu i zgrabnie podawanych wiadomości, będzie wiele wyjaśnień, które zapadną w pamięć dzięki absurdalnym przykładom i lekkości. To jak skrypt przerobiony na komedię - można się z niego uczyć podstaw statystyki właściwie bezwysiłkowo, bo wystarczy skupienie na podawanych treściach, można też sięgnąć po lekturę z ciekawości i cieszyć się prezentowanymi wizjami pełnymi żartów - a przy okazji zrozumieć co nieco z istoty obliczeń statystycznych i wyciągania wniosków.

W tej książce rzuca się jaszczurkami w mężów i pakuje nosorożce po kilkadziesiąt do worków, sprawdza się, czy wampiry mają nieświeży oddech po ugryzieniu cukrzyków, organizuje się konkurs lotów na smokach i odwiedza stodołę pełną wyimaginowanych robaków. W pewnym momencie odbiorcy w ogóle zaczną czekać na to, co jeszcze uda się wymyślić autorom. Niektóre motywy służą za kanwę rozdziałów - odwołania do nich pozwalają obrazowo omówić wybrane zagadnienie ze statystyki. Inne pojawiają się w formie pojedynczych obrazków - nie znaczy to jednak, że są gorsze czy mniej ciekawe – tu odbiorcy nie będą chcieli opuścić żadnego rysunku. Spodoba im się to tak samo jak choćby przygody Dilberta, mimo że cel jest odrobinę inny, bo poza rozrywkowym jeszcze – edukacyjny.

Nie ma jednej fabuły. Całość nastawiona jest na wykład, przez strony przewijają się pasjonaci statystyki, szaleni uczeni, którzy entuzjastycznie wykrzykują swoje odkrycia. Nie ma też stałej liczby kadrów na stronie. Pojawia się konkretne wyjaśnienie - bardzo krótkie, przygotowane tak, by nie budziło wątpliwości i zapadało w pamięć. Żeby mnemotechnika była skuteczna, rozbija się owo wyjaśnienie na zestaw kilku rysunków, których każdy jest dowcipnym podsumowaniem, puentą do wyjaśnienia i jednocześnie skojarzeniem poza nudnymi podręcznikami. Tu bohaterowie dokonują wartościowych odkryć, powtarzają zdobyte wiadomości mimochodem przy innej okazji. Nie ma przeładowania tekstem, notatki zajęłyby pewnie kilka stron (nie licząc dodatku po właściwej części książki) - ale z tej publikacji nie ma sensu robić notatek, wszystko zapamiętuje się samo dzięki śmiechowi.

Rysunki nie należą do starannie dopracowywanych - bliżej im do bazgrołów z zeszytów szkolnych niż do precyzji Charlesa M. Schulza. Dzięki swobodnemu traktowaniu konturów zyskują dynamikę, tak potrzebną, kiedy książka ma spełniać założenia edukacyjne – owa dynamika bardzo pasuje również do podsycania śmiechu. Autorzy dbają o to, by żaden rysunek nie był przypadkowy i by żaden nie spowalniał tempa opowieści. Eliminują to, co zbędne, żeby uzyskać abstrakt z wiedzy połączony z najlepszą esencją żartów. “Komiksowe wprowadzenie do statystyki” jako tytuł może brzmieć odstraszająco, ale warto do tej książki zajrzeć i przekonać się, jak wygląda zabawa nauką. To publikacja dla ciekawych, dla szukających inteligentnej rozrywki i ceniących sobie ironię. Bardzo wciąga, chociaż pewnie nie każdego z tych samych powodów. Realizacja pomysłu - najlepsza, jaką można sobie wyobrazić.

piątek, 28 września 2018

Chip Espinoza, Joel Schwarzbart: Milenialsi zarządzają

PWN, Warszawa 2018.

Kariera najmłodszych

Rynek pracy ciągle się zmienia, a mają na to wpływ również kolejne pokolenia wkraczające w korposzeregi. Dostęp do mediów elektronicznych, zmiany w edukacji czy nastawienie na relacje międzyludzkie a nie na tradycje – to wszystko sprawia, że kariery młodszych stają się obiektem badań socjologów. “Milenialsi zarządzają” to jedna z książek opartych na takich obserwacjach – ale też próba gloryfikowania młodego pokolenia “szefów”. Autorzy – Chip Espinoza i Joel Schwarzbart wychodzą z założenia, że milenialsom należy się najwyższe uznanie: spoglądają na przedstawicieli generacji Y z zachwytem i nawet nie próbują owego zachwytu uzasadniać czy zaszczepiać czytelnikom. Entuzjazm staje się rodzajem kodu, sposobem dotarcia do grupy docelowej, którą też są milenialsi: autorzy szukają prostego chwytu, który zapewniłby im uwagę na czas trwania opowieści (stosunkowo krótkiej i skondensowanej). Zachwyt i wsparcie – to dwa motywy, którymi się posługują. Uważają, że milenialsi mają wszelkie predyspozycje do tego, żeby kierować swoimi zespołami - i że poradzą sobie z wyzwaniami. Sprawdzają jednocześnie, z jakimi zarzutami przeważnie spotykają się młodzi na wysokich stanowiskach – i podpowiadają, jak taki stan rzeczy zmieniać, żeby nie stracić szacunku podwładnych.

Najpierw autorzy zachęcają do ciągłego podnoszenia kwalifikacji, do nieustawania w byciu coraz lepszym i do poszerzania horyzontów. Nie ma tutaj stagnacji, czekania na awans lub rezygnowania z nowości: wszystko może posłużyć do poprawienia swojej pozycji na rynku pracy, trzeba tylko nie bać się ryzyka i sięgać po swoje. Milenialsom wprawdzie pewności siebie nie brakuje – to generacja, która na rynek pracy wchodzi bez kompleksów - ale i tak pewne elementy z dawnych struktur i układów mogą frustrować czy zniechęcać do działania. I dlatego właśnie autorzy zbierają informacje na temat postrzegania milenialsów na kierowniczych stanowiskach przez ich podwładnych. Dwie kategorie podlegają tu ocenie: jedna to pracownicy o całe pokolenia starsi, ci, którzy myślą schematami, są konserwatywnie nastawieni i trudno im podporządkować się człowiekowi bez doświadczenia (za to niecierpliwemu i entuzjastycznie nastawionemu do obowiązków), druga to rówieśnicy milenialsa, który został awansowany i teraz ma odpowiadać za grupę dawnych przyjaciół. W obu przypadkach pojawiają się problemy, z którymi trudno sobie bez pomocy poradzić. Nie dziwią zatem rozdziały gromadzące uwagi na temat plusów i minusów bycia szefem poniżej 35 roku życia, porady i wskazówki w postępowaniu z ludźmi. Milenialsi muszą - poza energią i witalnością - wykazać się również cechami, których do tej pory nie mieli często jak nabyć. Tu znajdą szereg przydatnych podpowiedzi. Autorzy odwołują się też do wielkich słów i wartości - poruszają kwestię autentyczności, godności, szacunku, albo samego procesu komunikacji. Odkrywają niby oczywiste sprawy: część odbiorców spoza grona docelowego może nawet znużyć uporczywe wracanie do tego, co wydawałoby się naturalne i zrozumiałe - ale wszystko po to, żeby podrzucić czytelnikom drogi postępowania. Zarządzanie ludźmi to już samo w sobie niezwykle trudne i wymagające wyczucia zajęcie - jeśli doda się do wyzwań stereotypowe oceny związane z wiekiem szefa, ilość problemów do przeskoczenia potęguje się. Nic dziwnego, że twórcy tej książki tak mocno próbują dopingować milenialsów i budować ich wiarę we własne możliwości. Jest to trochę poradnik, trochę książka motywacyjna – a dla czytelników z zewnątrz również próba scharakteryzowania pewnego pokolenia wkraczającego na rynek pracy.

czwartek, 27 września 2018

Magdalena Niedźwiedzka: Bona. Zmierzch Jagiellonów

Prószyński i S-ka, Warszawa 2018.

Miłość na Wawelu

Magdalena Niedźwiedzka to autorka, która bardzo dobrze czuje się w przeszłości, budując emocjonalne relacje na temat prywatnego życia znanych osobistości. Teraz przygotowuje odbiorców na nową sagę, łączącą cechy powieści historycznych oraz obyczajówek, Zmierzch Jagiellonów. Obiecująco wypada pierwszy opasły tom poświęcony między innymi Bonie Sforzy, a autorka wreszcie może dać upust wyobraźni, wprowadzając do wiadomości historycznych apokryfy i relacje dotyczące uczuć między możnymi. Zachowuje przy tym pozory reportażowości, zapewniając czytelnikom możliwość dokładnego przyglądania się dylematom bohaterów. Na początku tej opowieści Bona jest jeszcze małą dziewczynką, która z całej siły stara się zasłużyć na miłość i uznanie rozchwianej emocjonalnie matki: chłonie jej nauki i liczy na to, że lojalność zostanie zauważona. Sama nie może cieszyć się urokami dzieciństwa: wie, kiedy powraca do rodzicielki okrutna przeszłość, a i świadomość nieszczęścia matki zaburza radość. Bona uspokoi się dopiero wtedy, gdy zyska towarzysza, rówieśnika o tak jak jej traumatyczna historii. Ale to dopiero początek i do Neapolu Niedźwiedzka właściwie jedynie zagląda, szukając tu chwilowego przerywnika dla tego, co dzieje się w Polsce. Tutaj trwają ciągłe walki o wpływy, w polityce nie ma sentymentów. Fakt, że przedstawiciele królewskiego rodu rozprzestrzeniają się na całą Europę, zamienia tylko temperaturę rywalizacji. Zygmunt pozostaje na uboczu. Nie ma tyle charyzmy, co jego bracia, ale też i bez większych nerwów przyjmuje swój los. Zakochuje się w prostej kobiecie: Katarzyna Telniczanka okazuje się świetną kochanką, a do tego obdarza mężczyznę synami. Zygmunt mógłby być szczęśliwy u jej boku, ale zdaje sobie sprawę z powinności wobec ojczyzny, matka nie daje mu zapomnieć o obowiązkach. Przyjdzie taki moment, że to on zostanie królem, a wtedy wszystko się zmieni. Także to, co wydawało się już zaakceptowane. W wielkiej polityce nie ma miejsca na sentymenty: król powinien mieć godną swojego stanu żonę, a małżeństwo to rodzaj międzynarodowego sojuszu. Ci, którzy mogą pozwolić sobie na wszystko, tracą szansę na miłość – dostępną z kolei najuboższym z poddanych. Królewskie łoże to miejsce, w którym można sporo ugrać, uczucia samego monarchy zejść muszą na dalszy plan. I nawet szczęśliwe życie rodzinne przestaje mieć znaczenie, gdy ważą się losy kraju. Bona spokojnie dorasta, od czasu do czasu Niedźwiedzka przygląda się działaniom jej matki Izabeli: minie jeszcze parę lat, zanim trafi do Polski.

W swoim stylu pisze Magdalena Niedźwiedzka, oddala tematy sensacyjne, za to uwypukla emocjonalne. I tak na przykład mniej interesują ją intrygi, w wyniku których giną kolejni możni (o otrucie ich podejrzewana jest Bona, ale to autorka spycha na margines aż do wyjaśnienia), bardziej natomiast energia wyzwalana podczas spotkań i dyskusji o losach państwa. „Bona” Magdaleny Niedźwiedzkiej składa się z krótkich rozdziałów-scenek z różnych stron Wawelu (i nie tylko): Niedźwiedzka przysłuchuje się kolejnym ustaleniom i sporom po to, by odnotować w nich charaktery postaci i typowe dla nich reakcje. Dba o nakreślenie akcji i przedstawienie biegu wydarzeń historycznych – ale tylko dlatego, że jest jej to potrzebne jako tło uwiarygodniające opowieść. Skupia się na ulotnych wrażeniach, dopowiada to, czego nie ma w podręcznikach do historii. Próbuje zrozumieć bohaterów, żeby móc prawdziwie ich sportretować. Dostarcza czytelnikom zmysłowej narracji, przesyconej silnymi przeżyciami natury uczuciowej. Władcy interesują ją od ludzkiej strony – to też proponuje odbiorcom. „Bona” to bardzo obiecujący początek serii, a przy okazji też najwłaściwsze dla tej autorki połączenie stylu pisania i tendencji w wyborze opowieści z tematem oraz formą.

środa, 26 września 2018

Stanisław Krzemiński: Jesienny poniedziałek

Znak, Kraków 2018.

Walka o wszystko

Świat jest targany wojną, do odzyskania przez Polskę niepodległości zostało jeszcze trochę czasu. Ale kwestie wielkiej polityki raczej rzadko przenikają do świadomości bohaterów, a może po prostu zostają już zepchnięte na bok, bo przecież trzeba żyć, a nie przez cały czas zastanawiać się nad przyszłością kraju. Chyba że sprawy polityczne wdzierają się w codzienność jednostek: to co innego, w takim wypadku nawet należy uważniej przyjrzeć się rzeczywistości. Trzy siostry: Maria, Halina i Alina Biernackie przy wsparciu matki i całkowitej obojętności ze strony ojca chcą założyć patriotyczne pismo. Walczą o pozwolenie na publikację (trzeba tu przechytrzyć niemieckich urzędników i przedstawić przyszłość magazynu w innym niż zamierzone świetle, żeby w ogóle móc zaistnieć), o lokal i o sam kształt gazety. Przygotowują artykuły podnoszące rodaków na duchu i pokonują kolejne trudności. W tym najbardziej niespodziewaną, to znaczy – że nikt nie wierzy kobietom-redaktorom. Patriotyzm to domena mężczyzn, kobiety mogą co najwyżej haftować orzełki i szyć biało-czerwone wstążki, nikt nie traktuje ich poważnie, nawet – o zgrozo – inne kobiety. Starcie z właścicielką lokalu, a później z jedną z kandydatek do pracy dobitnie pokazuje, że konieczna jest radykalna zmiana mentalności, inaczej nie uda się zrealizować marzeń. Temat nowej gazety to oś fabularna książki „Jesienny poniedziałek”. Co pewien czas w akcji pojawiają się perypetie związane z drukiem (jakością papieru oraz stanem maszyn pozwalających na wypuszczanie w świat gotowych tekstów). Bohaterki uczą się niemal na bieżąco i od bardziej doświadczonych trudnej sztuki redagowania własnych zapisków. Do narracji wplatane są całe odezwy i apele, notki prasowe i artykuły – co odrobinę zaburza rytm książki, ale też jednocześnie podkreśla jej charakter i wymowę. Lekcja patriotyzmu, jakkolwiek nachalnie by w tych partiach nie brzmiała, przestaje jednak dominować, gdy Stanisław Krzemiński pozwala z bliska przyjrzeć się marzeniom i aspiracjom kolejnych postaci. Portretuje kobiety silne i zdecydowane na wszystko, by osiągnąć cele: jego bohaterkom daleko do płochych piękności. Nie czas na flirty i chichoty, kiedy trzeba walczyć z wrogami ojczyzny i… z wrogami emancypacji. Nic dziwnego, że kiedy siostry Biernackie kogoś kochają, to z ukrycia i w tajemnicy obce im są porywy uczuć z literatury kobiecej. Sam autor momentami ośmiesza doprowadzane do skrajności feministyczne zapędy, ale tylko tak jest w stanie przedstawiać czytelnikom charaktery postaci. W narracji wybiera bardziej działanie niż analizę uczuć. Ojczyzna wygra z miłością, co niekoniecznie wydawać się będzie atutem. Opowieść wydaje się momentami aż beznamiętna, nieprzystająca do burzy uczuć obezwładniającej prezentowane kobiety. Autor pada ofiarą wyższych konieczności: kiedy ma odbiorców przekonać o poświęceniu, zapomina o zwykłym życiu i kreuje swoje bohaterki jednowymiarowo. W „Jesiennym poniedziałku” dzieje się sporo, Krzemiński przygląda się kolejnym obrazom wypełnionym interesami i indywidualnymi przeszkodami: ale w drobiazgowości wypełniania obowiązków i w patriotycznej gorliwości niemal zasusza swoje postacie. Może przyciągnąć uwagę zwłaszcza tych, którzy cenią sobie opowieści historyczne o posmaku obyczajowym, a do tego oddala się od infantylnych narracji o poszukiwaniu skarbów z przeszłości – ale też nie wypełnia pewnej luki w opowieści, nie pozwala bohaterkom zwyczajnie żyć. To mankament, o którym czasami da się zapomnieć. Stanisław Krzemiński pisze książkę, która ma szansę stać się bestsellerem, chociaż nie realizuje bestsellerowych scenariuszy.

wtorek, 25 września 2018

Piotr Mazik, Kuba Szpilka: Krupówki

Czarne, Wołowiec 2018.

Tu być

Piotr Mazik i Kuba Szpilka piszą o Zakopanem tak, by przypomnieć zwłaszcza młodszym pokoleniom fenomen miejsca. Interesuje ich i perspektywa historyczna, i bywalcy - sławni ludzie, których dawniej można tu było spotkać. W tomie “Krupówki” przyglądają się tylko jednej ulicy, chociaż nie tworzą jej monografii ani pełnego obrazu na osi czasu. Unikają też informacji przewodnikowych, kusi ich za to perspektywa kulturoznawcza. Jest to publikacja przedziwna, nie wiadomo do końca, jak ją odczytywać. Zabrakło wyraźnego szkieletu konstrukcyjnego: autorzy wprawdzie dzielą się tematami, przeplatają się w narracji (a każdy rozdział sygnują inicjałami, żeby czytelnicy wiedzieli, kto zabrał ich w kolejną krótką podróż po Krupówkach), ale wydaje się, że piszą tylko o tym, co udało im się znaleźć od razu w materiałach źródłowych, a niespecjalnie zagłębiają się w tematy. Sprawiają wrażenie, jakby przy pisaniu konkretnych relacji korzystali z pojedynczych źródeł i rezygnowali z ich sprawdzania czy potwierdzania. Nie znaczy to, że brakuje im ścisłości, ale w samym stylu nie ma wyznaczania sobie celów. Pisanie dla pisania, zachłystywanie się lokalnością i to wszystko: w efekcie książka staje się miłą pamiątką z Krupówek, rodzajem efektownej wizytówki i tyle.

Unikają autorzy kwestii topograficznych, przynajmniej w sporej części: nie będą na pewno analizować planów, jeśli jakiś dom jest ważniejszy niż inne (choćby z powodu tego, że stoi na początku ulicy), to się w tomie znajdzie, ale wybór motywów do poruszenia w tej dziedzinie jest bardzo zsubiektywizowany i nie do końca jasny dla odbiorców. Mazik i Szpilka posługują się kategoriami kulturoznawczymi, żeby odczytywać miejsce – jest to strategia dla nich logiczna, ale nieprzekonująca z perspektywy czytelników lub turystów: zbyt dużo tu bowiem zastanawiania się nad nazewnictwem, toposami czy kluczami interpretacyjnymi, a za mało samego fenomenu Krupówek. W zasadzie nie udaje się autorom odpowiedzieć na pytanie, dlaczego to miejsce zyskało tak ogromną sławę - a może po prostu nie chcą takiego rozwiązania szukać. Nie zastanawiają się w takim razie, dlaczego do książki zajrzeć mają odbiorcy spoza Zakopanego, zafascynowani Tatrami lub fani literackich podróży: w całej relacji brakuje uzasadnienia jej powstania.

Temat Krupówek dzisiaj schodzi na bardzo daleki plan. Autorzy rezygnują z odwoływania się do powszechnej komercjalizacji i do oskarżeń, jakie padają pod adresem miejsca. Nie chcą przyjmować do wiadomości, że dawna legenda upada, nie chcą zachowywać tego w książce. Wolą cieszyć się Krupówkami z czasów Witkacego. Bardzo chętnie przechodzą do przeszłości, omawiają ważne dla ulicy momenty z dawnych czasów, eksponują egzotykę ulicy, pokazują, kogo przyciągała i kusiła. W tym wszystkim nie ma porównywania z Krupówkami obecnie, bo też i w takim wypadku wyszłaby antyreklama, a nie o to twórcom książki chodzi. Zresztą dla czytelników lepsze będzie zanurzenie się w oparach legendy, cieszenie się obcowaniem ze sławami i sprawdzanie zakopiańskiej “zwyczajności” obok słynnego demonizmu niż przejście do doskonale znanych nie tylko zakopiańczykom bolączek. Tyle że przeszłość obrazowana jest tutaj bez różnicowania ciężaru gatunkowego wiadomości, drobiazgi urastają w opowieści do takiej samej rangi jak sprawy ważne, jakby autorzy rzeczywiście nie wiedzieli, jakie kryterium doboru informacji przyjmować. Są “Krupówki” tomem ciekawym, dostarczają danych, do których większość turystów mogłaby nie dotrzeć (chociaż męczy czasem budowanie rozdziałów z pełnych, długich cytatów), ale problemem jest brak wyraźnego przesłania.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com