Strona główna || O autorce || O tu-czytam || Bajki || Bajkowe portfolio                       

sobota, 15 grudnia 2018

Beata Sabała-Zielińska: TOPR. Żeby inni mogli przeżyć

Prószyński i S-ka, Warszawa 2018.

Akcje ratunkowe

W czasie, gdy literatura górska i okołogórska podbija rynki wydawnicze, pojawiła się też szansa na szerzenie wiadomości dotyczących bezpieczeństwa podczas wspinaczki. Do tej pory tę kwestię poruszał na wielką skalę Michał Jagiełło w tomie „Wołanie w górach”. Teraz Beata Sabała-Zielińska próbuje zaprezentować czytelnikom specyfikę TOPR-u powiązaną z beztroską „niedzielnych wspinaczy”. Chociaż autorka skupia się na rejestrowaniu działań ratowników, trudno podczas lektury nie zżymać się na ludzką głupotę i brawurę prowadzącą do nieszczęść. Autorka pisze tę książkę jak reportaż, opiera się na licznych rozmowach przeprowadzanych z ratownikami, ale też od czasu do czasu wprowadzać może własne uwagi: jak wtedy, gdy daje się zasypać pod kilkoma metrami śniegu jako pozorantka, żeby przeprowadzić trening psów odkopujących ludzi po przejściu lawiny. Szuka ciekawostek i anegdot (jak w ratownictwie w twórczy sposób użyć jajek i dwóch paczek prezerwatyw), ale nade wszystko porządkuje wiadomości, których zwykli odbiorcy nie mają. Chce też uzmysłowić czytelnikom trudy pracy ratowników i ich codzienne wyzwania. Ogląda historię rozwoju TOPR-u, porównuje dawne i dzisiejsze wyposażenie, warunki finansowe, predyspozycje psychiczne decydujących się na ten zawód, prawa i obowiązki. Uzupełnia to obrazkami z gór i akcji – tymi, które zakończyły się szczęśliwie i tymi, które dzisiaj mogą być przestrogą. Pytanie tylko, czy amatorzy mocnych wrażeń w wysokich górach po tę lekturę sięgną: powinna być to pozycja obowiązkowa przed wyjściem na szlak. Ale nie tylko, bo dostarczy mocnych wrażeń wszystkim.

Autorka stawia na konkrety i na w miarę pełne przedstawianie TOPR-u. Dzieli opowieść tematycznie: osobno zajmie się ratownictwem ściennym, lawinowym, nurkowym i jaskiniowym, pokaże, jak w górach korzysta się z helikoptera i przedstawi kilka mrożących krew w żyłach sytuacji. Porusza właściwie każde zagadnienie, jakie przyszłoby do głowy czytelnikom – czy są to najgłośniejsze akcje ratunkowe w Tatrach, przypadki nieuzasadnionych wezwań, korzystanie ze zdobyczy elektroniki, kwestie odpowiedzialności, możliwości, siły i chęci ratowników, zachowania poszkodowanych… Zdarzają się sytuacje ekstremalne, ale autorka dociera wszędzie tam, gdzie pojawiło się coś wartego uwagi. Na marginesie wywodów sprawdza, co czują żony ratowników, czy i jak radzą sobie TOPR-owcy z emocjami po akcji. Korzysta z kolejnych opowieści, przytacza relacje zabawne, pouczające albo dramatyczne. I nie ustaje w edukowaniu czytelników. Nie ma tu wprawdzie skryptowych poradników, wyciągania do tabelek i wyliczeń szczegółów zachowań pożądanych i niepożądanych, ale też Beata Sabała-Zielińska takiego poradnika tworzyć nie chce. Zależy jej na tym, żeby książkę dobrze się czytało i taki cel osiąga. „TOPR” to lektura wciągająca, wypełniona relacjami z różnych akcji ratunkowych, ale nie przezroczysta. Zdarza się, że albo rozmówcy, albo autorka, posłużą się mocniejszymi słowami na opisanie tego, co zdarzyło się w górach. Tu nie upiększa się rzeczywistości, silne emocje muszą znaleźć ujście. Dzięki temu zresztą książka robić będzie jeszcze większe wrażenie. „TOPR. Żeby inni mogli przeżyć” jest publikacją wyjątkową i z pomysłem napisaną. Znajdzie stałe miejsce w ramach literatury górskiej.

piątek, 14 grudnia 2018

Katarzyna Surmiak-Domańska: Kieślowski. Zbliżenie

Agora, Warszawa 2018.

Proces twórczy

Tak naprawdę Katarzyna Surmiak-Domańska nie może scharakteryzować Krzysztofa Kieślowskiego od strony prywatnej. Umyka jej wszystko to, co mieści się w obszarze poza pracą – i kto wie, czy taki portret nie staje się najbardziej wiarygodny mimo swoistego ograniczenia. Tylko na początku odnosi się do kwestii domowych: kiedy mały Krzyś pisze listy do rodziców i zwierza się ze swoich trosk. Później rodzina usuwa się w cień, bez względu na to, w jakim punkcie egzystencji bohater tomu właśnie się znajduje. Zupełnie jakby autorka uznała, że dla odbiorców nie powinien mieć znaczenia reżyser prywatnie, bo „domowość” nie pozwoli zrozumieć wyborów artystycznych lub inspiracji. I tak ogranicza te wątki, subtelnie, jakby po prostu nie zmieściły się w ostatecznej wersji tekstu. Dla wyrównania proporcji poprosi czasami kogoś – na przykład córkę – o stworzenie portretu reżysera. Jednak „Kieślowski. Zbliżenie” to opowieść o machinie filmowej, która z czasem coraz bardziej wciąga, aż w końcu będzie mogła przemielić.

Publikacja to obszerna i bardzo szczegółowa. Tym chce autorka rywalizować z dostępnymi na rynku biografiami czy wywiadami. Daje szansę podejrzenia warsztatu, a i procesu wymyślania kolejnych filmowych opowieści. Kieślowski stawia na dokument, długo nie chce przekonać się do fabuły – dla odbiorców będzie zatem ciekawe, jak doprowadzał do przeniesienia na taśmę filmową zaobserwowanych zjawisk. Surmiak-Domańska chce poznawać reżysera przez filmy, rejestruje od samego początku kolejne rozwiązania i opowieści, szukanie tematów czy aktorów, pracę z naturszczykami i profesjonalistami. W relacjach na planie zajmuje się próbami odzwierciedlania charakteru Kieślowskiego, ale to dla niej motyw poboczny. Znacznie chętniej przechodzi do omawiania treści filmów i rozwodzenia się nad znaczeniami historii. Przygląda się bohaterom, temu, co Kieślowski mówi o przedstawianych ludziach, jak ich kreuje i jaki stosunek do swoich dzieł ma później. Odnotowuje utrudnienia związane z odgórnymi dyrektywami, ustępstwa lub upór przy realizowaniu własnych wizji. Zaznacza specyfikę pracy, atmosferę na planie, ale równie ważne jest dla niej to, co dzieje się z gotowym filmem. Rejestruje jego losy, sprawdza, jak zmieniały się oceny autora i co nakręcenie konkretnego obrazu dało.

„Kieślowski. Zbliżenie” to chronologiczna opowieść o reżyserze oglądanym przez pryzmat jego dzieł. Z czasem autorka tomu przestaje już zajmować się Kieślowskim jako człowiekiem – spisuje za to całe konteksty produkowania filmów, montaży lub w ogóle dyskusje nad możliwością tworzenia, biografię przekształca w reportaż. Od strony formalnej zresztą to reportaż staje się dla niej najwygodniejszą metodą prezentowania faktów – bezpośrednie cytaty bardzo ubarwiają tekst, sprawiają, że lektura nie jest wyłącznie zbiorem danych – proces twórczy zaczyna się odtwarzać na oczach czytelników. Sam Krzysztof Kieślowski, chociaż przecież nierozerwalnie związany z kolejnymi filmowymi relacjami, zapewnia też ramę kompozycyjną: nad nim jako człowiekiem pochyla się autorka przy prezentowaniu dzieciństwa oraz momentu tuż przed śmiercią. Resztę definiuje od strony zawodowej – chyba że akurat trafi się ktoś, kto w swoich wspomnieniach o Kieślowskim zajmie się też jego charakterem czy stosunkiem do innych twórców. Ta książka nie jest pomnikiem stawianym reżyserowi, pojawiają się w niej także opowieści o zawodowych „błędach”. Nie ma wybielania czy usprawiedliwiania podjętych decyzji. Katarzyna Surmiak-Domańska postanawia zarejestrować szereg wydarzeń, by czytelnicy mogli na ich podstawie odtwarzać sobie filozofię twórczą Kieślowskiego.

czwartek, 13 grudnia 2018

Elżbieta Sieradzińska: Wanda Rutkiewicz. Jeszcze tylko jeden szczyt

Marginesy, Warszawa 2018.

Wysoko

Wanda Rutkiewicz to legenda – i jak każda legenda wzbudza zainteresowanie czytelników. Do tego dochodzi jeszcze mocno ostatnio podbijane zainteresowanie rynku literaturą górską. Stąd kolejne biografie i, co ważniejsze, próby zrozumienia postaci wyjątkowej. Tom „Wanda Rutkiewicz. Jeszcze tylko jeden szczyt” jest z jednej strony próbą uporządkowania życiorysowych wiadomości i osiągnięć, z drugiej – rodzajem reportażu, literackim popisem Elżbiety Sieradzińskiej. Nieprzezroczysty styl jest dość specyficzny, na początku trzeba się do niego przyzwyczajać, ale też do lektury przystąpią odbiorcy raczej zainteresowani tematem, dla których część poruszanych kwestii będzie już znana z innych źródeł, a wtedy znacznie łatwiej przyswoić sobie charakterystyczny styl. W tomie „Wanda Rutkiewicz” nacisk kładziony jest na wydarzenia sportowe, rekordy w górach, ambicje i konflikty, przyjaźnie z innymi wspinaczami, ekwipunek czy organizację wypraw (albo dołączanie do innych wypraw, zasady w zdobywaniu szczytów). To najbardziej eksponowana część opowieści o Wandzie Rutkiewicz, ale nie wyłączna. Autorkę interesuje również organizacja zwyczajnego życia w powiązaniu z tym zawodowym: prelekcje czy spotkania, prace nad książkami, zobowiązania wobec sponsorów, wizja domowej codzienności, relacji z matką… ma sporo tematów do przedstawienia, nie może się zatem zagłębiać w nie przesadnie. Góry mają pierwszeństwo i trudno się dziwić. Chociaż autorka nie będzie opracowywać literacko każdego kroku, zajmie się dość szczegółowo i sytuacją w obozach, i atmosferą w zespołach. Postara się odzwierciedlić ducha rywalizacji, a do tego również przyzwyczajenia na trasie. Rzadko odnosi się do specyficznego języka, fachowych terminów albo sprzętów: korzysta z tego słownictwa tak, by nie zaburzyć lektury zwykłym odbiorcom. Sprawdza, co niezwykłego było w Wandzie Rutkiewicz, dlaczego przeszła do historii jako ktoś więcej niż tylko zdobywczyni ośmiotysięczników, która zaginęła w górach. Wanda w centrum uwagi to gwarancja różnorodności tematycznej i emocjonalnej, zwłaszcza że budziła skrajne emocje u tych, którzy ją znali.

Zależy Sieradzińskiej, żeby przedstawić barwną postać, indywidualność nawet w obrębie elitarnej grupy wspinaczy. Przez te relacje przewijają się i Jerzy Kukuczka, i Artur Hajzer, i Reinhold Messner, cała grupa alpinistek, Elizabeth Hawley… lista zdaje się wciąż wydłużać – autorka przeprowadza wiele rozmów, sprawdza wiele źródeł, żeby zrozumieć swoją bohaterkę jak najpełniej. To droga do zrozumienia postaci, a i do nasycenia biografii osobistymi akcentami. Wanda Rutkiewicz nikogo nie pozostawia obojętnym, a że ma silny charakter – doczekuje się urozmaiconych opinii. W pewnym momencie zaczyna się pojawiać rozdźwięk między ambicjami Wandy, ograniczeniami zdrowotnymi, coraz częściej też dochodzi do starć w zespołach, z którymi się wspina. Wanda staje się samotna, co widzą już czytelnicy. Życie osobiste Wandy Rutkiewicz to w tej publikacji jedynie wzmianki dla porządku: nie da się wiele dowiedzieć ani o mężach i partnerach, ani o tragicznej śmierci ojca: to schodzi na dalszy plan, nie powinno odciągać uwagi od gór. Istnieje w relacji, ale nie jako najważniejsze.

Elżbieta Sieradzińska przyjmuje w narracji styl pełen równoważników zdań albo fraz krótkich i urywanych, stara się sugerować klimat przez powtórzenia nieistotnych wiadomości albo imitować wysiłek w wysokich górach. W języku widać momentami walkę o każdy oddech, co trochę utrudnia lekturę, a na pewno przenosi uwagę z rejestrowanych wydarzeń na ich wymowę. To sposób na urozmaicenie książki, wyróżnienie jej na rynku. Rzeczywiście tom Sieradzińskiej od strony stylistycznej przyniesie trochę niespodzianek. Jest gęsty od faktów i pasuje do bohaterki. Wanda Rutkiewicz w tym ujęciu to bezwzględne uwielbienie dla gór i fascynacja, której nawet nie można próbować wytłumaczyć.

środa, 12 grudnia 2018

Lydia La Plante: Wdowy

W.A.B., Warszawa 2018.

Skok stulecia

Te kobiety nigdy dotąd nie zajmowały się działaniami przestępczymi, nawet by o tym nie pomyślały. To ich ukochani zajmowali się rabunkami i byli w tym naprawdę nieźli. Do czasu. Bo chociaż w najdrobniejszych szczegółach zaplanowali skok stulecia, nie wzięli jednak pod uwagę przypadku, który doprowadził do tragedii. W jednym momencie zginęli wszyscy. Zostały ich żony, teraz już - wdowy, które powinny zadbać o swoją przyszłość. Harry był niekwestionowanym przywódcą, mózgiem wszystkich operacji: teraz jego małżonka, Dolly, przejmuje dowodzenie. W podjęciu odważnej decyzji pomaga jej świadomość posiadania bezcennych informacji. Harry pozostawił po sobie notes wypełniony wiadomościami, które z przeciętnego bandyty zrobiłyby geniusza włamów. Skoro ów notes odzyskać chcą rywale Harry’ego, równie dobrze może się nim zająć Dolly. I zrobić użytek z posiadanej wiedzy. Dolly ma charakter i świetnie dostosowuje się do sytuacji. A razem z nią inne żony gangsterów. Wszystko da się przecież wyćwiczyć.

Lydia La Plante znalazła temat, który pozwolił jej na przełamanie rutyny i nudy w kryminalnych konwencjach. Udało jej się odwrócić uwagę od śledztw i poszukiwania sprawców dzięki przejściu w stronę przygotowania perfekcyjnego skoku. Wykorzystuje w tym naiwność pań: niektóre wolą zajmować się urodą i modą niż planować napad. Ponadto muszą zwalczyć strach i rozmaite słabości. Czeka zatem bohaterki mnóstwo pracy. Autorka opowiada o kolejnych etapach działań, konfliktach w damskim zespole, problemach na drodze do sukcesu. Wszędzie szuka humorystycznych motywów, bo trudno byłoby na poważnie podchodzić do ćwiczenia tembru głosu, żeby odpowiednio wykrzykiwać polecenia, albo do obmyślania kostiumu (ciężko pogodzić dążenie do pięknego wyglądu z maskowaniem sylwetki). Autorka doskonale radzi sobie z kolejnymi absurdami, jakie wypływają przy okazji prac. I teraz, na tak przygotowany grunt, wprowadza rozmaite zagrżenia. W końcu bohaterki nie działają w próżni, a notes Harry’ego stanowi łakomy kąsek. Same wdowy są piękne i ponętne, można próbować z nich wydobywać informacje na różne sposoby. “Wdowy” to powieść wielowymiarowa i lawirująca wciąż między śmiechem i lękiem. Kady motyw zostaje tu umiejętnie i precyzyjnie rozbudowany, tak, że łatwo jest odbiorcom uwierzyć w powieściowy świat. Ale poza pomysłami na akcję Lydia La Plante zwraca na siebie uwagę bardzo udaną narracją. Pisze szczegółowo, proponuje trafne opisy, udaje jej się zaangażować czytelników w burzliwą historię. Dostarcza całego szeregu wrażeń i dobrej literatury. Dzisiaj w poppowieściach charakterystyczny jest pośpiech i brak staranności. U Lydii La Plante takich wad nie ma, to mięsista proza wypełniona ciekawostkami. Cieszy sposób wykonania, realizacja pomysłu, cała staranność warsztatowa, która idzie w parze z niebanalnymi rozwiązaniami. “Wdowy” to materiał na bestseller, nawet po wznowieniu. Skusi autorka czytelników wizją dopracowanej rzeczywistości, a i konstrukcji postaci. Nie posługuje się stereotypami, zawsze przełamuje schematy. I nawet jeśli zwyczajnie odwraca konwencję, radzi sobie doskonale. Umie do siebie przekonać, a zatem szybko powiększy liczbę fanów.

Są “Wdowy” lekturą dla wymagających czytelników, książką, która rozbudza wyobraźnię, a i dostarcza pożywki lekturowej. Przynosi rozrywkę na wysokim poziomie, często rozśmiesza, ale na tym nie poprzestaje. Na uwagę zasługuje zwłaszcza kreowanie relacji międzyludzkich i zmian zachodzących w tym zakresie. Jest Lydia La Plante dobrą obserwatorką, mimo że nie proponuje przecież powieści realistycznej.

wtorek, 11 grudnia 2018

Hilde Ostby, Ylva Ostby: Jak działa pamięć?

Marginesy, Warszawa 2018.

Sposób na zapamiętywanie

Jakoś tak ostatnio modne jest pisanie o możliwościach mózgu i coraz więcej pojawia się publikacji poświęconych różnym jego aspektom. Żeby nie odstraszyć co bardziej wrażliwych czytelników naturalistycznymi opisami, autorzy chętnie sięgają po to, co przynajmniej w lekturze neutralne – i co odbiorców zainteresuje. Takim bodźcem staje się pamięć. „Jak działa pamięć” stworzyły Hilde Ostby i Ylva Ostby – dziennikarka oraz ekspertka od funkcjonowania pamięci. Swoją opowieść zaczynają od hipokampu i od operacji, która miała ograniczyć symptomy padaczki, a pozwoliła lekarzom dostrzec miejsce magazynowania wspomnień. Muszą tu przedstawić dwa pamięciowe fenomeny ze skrajnych biegunów – człowieka, który po obustronnym wycięciu hipokampu stracił możliwość sięgania do wspomnień i każdego dnia na nowo dziwił się ludziom i wydarzeniom, które powinien dobrze znać – oraz człowieka, który zapamiętywał absolutnie wszystko bez żadnego wysiłku i nie umiał wyrzucić z głowy danych, chyba że specjalnie się o to postarał. Sporo miejsca poświęcają autorki wspomnieniom jako takim – interesują się kwestią zachowywania ich, ale i… modyfikowania. Sprawdzają, czy możliwe jest wdrukowanie do umysłu fałszywych wspomnień – przytaczają dosyć naiwne eksperymenty w rodzaju prezentowania fotomontaży jako rzekomego dowodu na niebyłe wydarzenia, pytają też o to, czy możliwe jest przypominanie sobie określonych chwil ze wczesnego dzieciństwa, z czasów objętych specyficzną „amnezją”. Przyglądają się zawodom, w których doskonała pamięć jest niezbędna – na przykład zadaniom taksówkarzy albo szachistów. Autorki na zmianę opowiadają o pamięci, fenomenie wspomnień i o zapominaniu. Podchodzą do tematu reportażowo, zależy im na prezentowaniu wyników rozmaitych eksperymentów i na przedstawianiu ludzi o skrajnych możliwościach w tej dziedzinie. Opisują specyficzne okołomedyczne przypadki – sytuacje, kiedy ktoś traci pamięć albo na skutek urazu zyskuje większą niż kiedykolwiek. Ale w tym wszystkim właściwie bardzo mało jest czynników, które zapadły w pamięć samym odbiorcom: ta książka jawi się raczej jako jedna z wielu o podobnej tematyce na rynku, nie ma w niej takiego punktu zaczepienia, który jednoznacznie wykazałby oryginalność czy odkrywczość. Popularyzatorski charakter tomu sprawia, że trudno tu w ogóle myśleć o nowatorstwie czy narracyjnych eksperymentach – chodzi o czytelne wyjaśnianie odbiorcom skomplikowanych kwestii. Trzymają się tu zresztą autorki terminologii „podwodnej” (hipokamp jako konik morski narzuca takie potraktowanie tematu).

„Jak działa pamięć” to lektura przeznaczona dla czytelników spragnionych wiadomości, ale nieprzygotowanych na fachową terminologię czy skomplikowaną narrację. Autorki upraszczają kolejne tematy, nadają im reportażowego charakteru, wyszukują ciekawostki albo dane, do których przeciętnym czytelnikom trudno byłoby dotrzeć. Jest to pozycja pozwalająca lepiej poznać specyfikę ludzkiego organizmu: buduje podziw dla człowieka, ale pokazuje też, jak wiele tematów wciąż czeka na odkrycie i wyjaśnienie, a nawet – jak wiele wiadomości nauka zawdzięcza przypadkowi. W tym ujęciu nie ma natomiast miejsca na zarzucanie odbiorców danymi encyklopedycznymi – jeśli ktoś zatem nie przepada za naukowym dyskursem, po tę publikację sięgnąć może bez obaw.

Dariusz Tuzimek: FC Barcelona. Więcej niż futbol

Egmont, Warszawa 2018.

Więcej niż klub

Autorzy, którzy przejęli w Egmoncie serię biografii piłkarzy, rozbudowują ją w różnych kierunkach i starają się pokazać dzieciom piękno sportów, wychowywać też kolejne pokolenia świadomych kibiców. “FC Barcelona. Więcej niż futbol” to kolejna propozycja Dariusza Tuzimka – po przewodniku poświęconym Legii Warszawa. Tym razem na szczęście autor nie wymyśla sobie rozmówcy w postaci klubowego szalika, posługuje się za to synem, kilkuletnim Antkiem, jako pretekstem do snucia opowieści. To dużo lepsze rozwiązanie, przekonujące dla odbiorców, a też nie tak bardzo naiwne, chociaż faktem jest, że Tuzimek niezbyt pewnie czuje się w opowieściach dla najmłodszych. Dzieli się teraz z małymi kibicami własną fascynacją, FC Barcelona to klub ważny dla niego – potrafi zatem przekazać innym sedno swojego uwielbienia i przekonać, że to zjawisko w historii futbolu wyjątkowe. A zaczyna się od prawdziwej wizyty na stadionie, który można zwiedzać: to nic, że piłkarskie emocje towarzyszą takiemu miejscu podczas meczu - już sam pobyt na murawie, po której biegają sławy, może ekscytować. W tym uczuciu łączą się ojciec i syn: bo Antek też bywa w Barcelonie i też pamięta stadion Camp Nou. Tuzimek pokazuje odbiorcom, że mogą mieć i śmiałe marzenia, bo różne pomysły da się w życiu realizować, nie ma rzeczy niemożliwych. Potem autor proponuje krótką opowieść o historii klubu, o tym, jak wychowuje sobie najlepszych piłkarzy - ale dość szybko przechodzi do charakterystyk gwiazd w piłce nożnej: na tapecie pojawiają się Messi, trener Johan Cruyff czy Guardiola, legendy i antylegendy. Żeby nie zanudzić czytelników krótkimi życiorysami (w których Tuzimek dużą wagę przykłada do wartości pedagogicznych i rejestrowania przygód z dzieciństwa bohaterów), przerywa relację ciekawostkami na temat klubu, stylu gry czy elementów, które łączą fanów. Pojawi się oczywiście cała historia barw klubowych, relacje FC Barcelony z polskimi fanami, ale i... inne dyscypliny sportowe, w których mogą się realizować młodzi adepci klubu. Pisze Tuzimek trochę o stadionie, trochę (bardzo krótko) o ważnych meczach, trochę o sławach z drużyny. Zawsze na tyle, żeby nie zmęczyć dzieci zbyt dużą szczegółowością, za to - żeby wyeksponować ważne cechy charakteru czy postawy godne naśladowania. I tutaj w wyborze tematów sprawdza się Antek jako postać literacka: Dariusz Tuzimek nie musi się tłumaczyć z podejmowanych decyzji pisarskich – wprowadza sobie małego bohatera – przedstawiciela odbiorców - który zadaje odpowiednie pytania, nakierowując rozmowę i wyjaśnienia na konkretne tory. Dzięki temu opowieść sprawia wrażenie potoczystej, gawędziarskiej i lekkiej, a może zawierać całkiem sporą dawkę informacji. Jeśli ktoś będzie chciał wprowadzić dziecko w świat swojej pasji, swojej miłości do klubu FC Barcelona – z tej książki może bez wahania korzystać. Jeśli mały kibic zechce odrobinę zwiększyć swoją wiedzę na temat sławnej drużyny i zrozumieć, dlaczego inni tak ją kochają - również znajdzie tu odpowiedzi na swoje pytania. Dariusz Tuzimek wykorzystuje zainteresowanie kilkulatków piłką nożną, proponując im książkę rozrywkową. Elementy edukacyjne przemyca na “kolorowych” stronach, jako podpisy pod zdjęciami. Co istotne, cała książka jest bardzo barwna, mnóstwo tu zdjęć i ilustracji, które czasami pełnią funkcje informacyjne, a czasami stanowią po prostu ozdobnik – wszystkie te grafiki napowietrzają tekst i sprawiają, że dzieciom łatwiej będzie samodzielnie tę lekturę czytać.

poniedziałek, 10 grudnia 2018

Shirley Reynolds, Monika Parkinson: Czy mam depresję i co mogę na to poradzić? Poradnik dla nastolatków

Rebis, Poznań 2018.

Na smutki

Z takim podejściem depresję miałby każdy nastolatek. Mało tego: psychoterapeuci i psychiatrzy masowo traciliby pracę. Shirley Reynolds i Monika Parkinson zwracają się do nastolatków (a w osobnej, bliźniaczej książce – do ich rodziców), by pomóc im wydobyć się z depresji. Samodzielnie, dzięki wytężonej pracy nad sobą. Jednak autorki wychodzą z dość naiwnego założenia, że ogarnięte smutkiem i poczuciem bezsensu nastolatki w ogóle chcą podejmować wysiłki, żeby poprawić sobie nastrój. Nie mówiąc już o tym, że sama depresja to zjawisko bardziej złożone niż smutek i zniechęcenie. Ale: po dwuporadnik sięgną ci odbiorcy, którzy zaniepokoją się negatywną aurą roztaczaną przez pociechy i nawet lepiej, jeśli błędnie zdiagnozują depresję i zaczną działać – niż gdyby mieli zaniedbać sytuację, zbagatelizować symptomy i pozostawić dziecko samemu sobie. „Czy mam depresję i co mogę na to poradzić” to publikacja kierowana bezpośrednio do nastolatków. Autorki wykorzystują tu ten sam schemat, co w „dorosłej” części, tyle tylko, że zwracają się do pogrążonych w kryzysie.

Do oceny swojego stanu służą kwestionariusze na początku tomu. Autorki skupiają się na oznakach, które czasami są naturalnym elementem procesu dojrzewania: napady złości, zniechęcenie, poczucie niesprawiedliwości, zaburzony rytm dobowy, chandry – to wszystko może oznaczać poważne problemy ze zdrowiem psychicznym, ale jednak nie musi. Reynolds i Parkinson przytaczają tu znów kilka przypadków nastolatków, którzy mają stanowić punkt odniesienia dla odbiorców. Zajmują się racjonalizowaniem i rzeczową oceną przyczyn smutku. Zachęcają do aktywności fizycznej, do pracy nad własnym nastawieniem, do szukania alternatywnych rozwiązań albo po prostu przyczyn irytacji lub rozczarowania. Pokazują, jak prowadzić dzienniki aktywności, sugerują potencjalne rozwiązania. To, co nazywają depresją, samo się nie zwalczy – trzeba podjąć spory wysiłek, żeby sobie pomóc. Z jednej strony zatem wierzą autorki, że nastolatkom uda się oszukać ich własny mózg, z drugiej – liczą na uczciwe podejście do tematu, sumienne wypełnianie wszystkich podsuwanych im zadań. A to też zjawisko nieczęste.

Bardzo Reynolds i Parkinson dbają o podtrzymywanie kontaktu z czytelnikami. Przekonują, że warto podporządkować się ich drodze myślenia, wypełniać liczne zadania i usuwać racjonalne przeszkody zmianą nastawienia – liczą na to, że systematyczne ćwiczenia przyniosą efekt. Zapewne mają rację, pozostaje jeszcze pytanie, w jaki sposób przekonać do tej lektury nastolatki. „Czy mam depresję” bez tego zabiegu stanie się tomem niepotrzebnym – owładnięci prawdziwą depresją młodzi ludzie nie będą nawet mieli ochoty zajrzeć do tej książki.

Na uwagę zasługuje przejrzystość, obecność tabelek, miejsc do uzupełnienia, pytań pomocniczych, całych struktur pozwalających odbiorcom na orientowanie się w zalecanych działaniach. To niemal podręcznik dostosowany do percepcji i zainteresowań nastolatków, sposób na zachęcanie do pracy nad sobą. Przejrzyste przykłady wiążą się tu z uwagami do zastosowania natychmiast. Może samej depresji nie da się w ten sposób wyleczyć – ale minimalizowanie negatywnych przejawów wieku dojrzewania to również ważny motyw.

Katarzyna Bajerowicz: Rafa koralowa

Nasza Księgarnia, Warszawa 2018.

Podwodne piękno

Kiedy wydaje się, że Katarzyna Bajerowicz przyzwyczaiła już odbiorców do swojej kreski, kiedy szuka się jej komiksowych propozycji w ramach kartonowych picture booków Naszej Księgarni, przychodzi moment zaskoczenia. “Rafa koralowa” to publikacja dla dzieci, kartonowa i charakterystyczna dla tego wydawnictwa w formie – za to kompletnie niespodziewana w treści. Autorka zajmuje się tu bowiem edukowaniem najmłodszych: opowiada im o pięknie mniej znanym, o zjawiskach, które mogą zniknąć i przez destrukcyjną działalność człowieka są najbardziej zagrożone, chociaż nie myśli się o tym na co dzień. Zabiera maluchy na rafę koralową i zapoznaje z tamtejszymi stworzeniami. Na początku do wody biegną małe żółwiki, które właśnie wykluły się z jaj. Ale większość opowieści toczyć się będzie już pod wodą.

Większą część każdej rozkładówki zajmuje ogromna i imponująca ilustracja. Katarzyna Bajerowicz stara się tu intrygować kolorami i refleksami światła, stawia na mnogość zjawisk oraz impulsów, bodźców dla wyobraźni. Sprawia, że obrazków nie da się objąć jednym spojrzeniem, mimo że unika pstrokacizny. Proponuje świat jak z baśni, ale też zakorzeniony w realizmie. Co prawda bywa, że anonimowi bohaterowie uchwyceni w kadrze zaczynają się zachowywać jak z kreskówki - ale to tylko zachęci kilkulatki do pilnego śledzenia rysunków i zastanawiania się, po co krabom krzesło - albo czego od siebie chcą wpatrzone w swoje oczy ryby. Każda rozkładówka to nowe olśnienie, wielość oceanicznych stworzeń, barw i ruchu. Dla tych, którzy uwielbiają chodzić do oceanariów albo po prostu podziwiać akwaria z egzotycznymi gatunkami ryb, będzie to nie lada gratka: Katarzyna Bajerowicz na każdej stronie zbiera najbardziej zachwycające motywy, ukazuje tematy, których dzieci by się nie spodziewały. Każe podziwiać wymyślne kształty głębinowych stworzeń - i kompletnie zapomina przy tym o człowieku. Tu byłby przecież intruzem. Do magicznych rozkładówek dochodzi krótka narracja: za każdym razem to tylko trzy linijki tekstu, za to - wprowadzającego do tego, co dzieje się na ilustracji. Dzieci mogą zatem sprawdzać, jak autorka realizuje pomysły, wyszukiwać określone informacje na rysunkach i rozwijać zasygnalizowany temat we własną relację. W tekstach autorka zadaje też odbiorcom krótkie pytania, zachęcające do śledzenia obrazków: w ten sposób nie da się przegapić zakodowanych tam ciekawostek.

Od czasu do czasu raport z głębin przerywany jest rozkładówką informacyjną bądź zabawową: Bajerowicz podpowiada na przykład, jak przygotować własnego żółwika albo całe akwarium z tekturowego pudełka (doskonały pomysł, żeby zająć dzieci i pokazać, jak wykorzystywać surowce wtórne), tłumaczy, czym są koralowce i gdzie występują rafy koralowe. Zdarzają się jednak w tym pięknie zgrzyty: kadry pokazujące zanieczyszczenie środowiska i płynące z tego zagrożenia dla mieszkańców rafy. Bardzo sprytnie autorka to robi: najpierw przywiązuje dzieci do konkretnego tematu, zapoznaje z bohaterami i niemal zaprzyjaźnia, żeby potem łatwiej było jej budzić gniew wobec śmiecenia. To rozwiązanie, które nie męczy dydaktycznością, a przynieść może ważne efekty.

“Rafa koralowa” to książka, w której może w ramach akcji nie dzieje się wiele, ale rzecz nie w lekturze, a w podziwianiu ilustratorskich popisów Katarzyny Bajerowicz. Ta publikacja będzie w tym samym stopniu zachwycać dzieci, co dorosłych - przyczyni się też do refleksji nad katastroficzną działalnością człowieka. Pozwoli również poznać świat, którego na co dzień nie da się obserwować.

niedziela, 9 grudnia 2018

Olga Rudnicka: Byle do przodu

Prószyński i S-ka, Warszawa 2018.

Wojna płci

W krótkim posłowiu do najnowszej powieści Olga Rudnicka zapowiada, że detektyw Matylda Dominiczak pojawi się w następnych książkach. Nic dziwnego – Matylda w działaniu jest tak samo magnetyczna jak Natalie – to przerysowana feministka, z której można się pośmiać, ale i którą da się polubić. Matylda nie jest doskonała, nie ma idealnej figury, samotnie wychowuje nastoletnią (dorosłą już) córkę, a na seks bez miłości spotyka się ze swoim przyjacielem. Matylda to silna osobowość, nowoczesna, pomysłowa i niezłomna. W „Byle do przodu” Matylda ma być postacią drugoplanową, ale szybko skupia na sobie uwagę czytelników. Olga Rudnicka kumuluje w niej dowcip i wdzięk, szuka ciekawostek. Tutaj Matylda Dominiczak ma odkryć tajemnicę filantropii Stanisława. Stanisław Kopicki swoim dorosłym dzieciom funduje własne firmy. Maria otwiera restaurację, Piotr – salon kosmetyczny. Oboje wiedzą jedno: ojciec nie jest zdolny do takich prezentów, za tym coś się kryje. Maria jest kobietą rozsądną i mądrą, Piotr ma trochę problemów z logicznym myśleniem, jednak w poznaniu tego sekretu muszą współpracować. Podburzani są jeszcze przez matkę – Hanna to żywioł, który trudno okiełznać.

Tymczasem Stanisław przeżywa drugą młodość u boku dwudziestopięcioletniej narzeczonej. I tu ujawnia się przejście między gatunkami. Tym razem bowiem Olga Rudnicka wybiera bardziej obyczajową satyrę niż kryminał. Wprawdzie w tomie pojawiają się trupy, ale szybko schodzą z pola widzenia i nawet nie są odstraszające. Śledztwo amatorskie dotyczy intencji głowy rodziny i rozbija się na kilka nurtów: osobno działa Matylda na zlecenie młodych Kopickich, osobno Hanna z przyjaciółką ściągniętą na ratunek. Swoje cele realizuje Paula, narzeczona Stanisława, a głos zyskuje nawet córka pani detektyw. Autorka eksponuje relacje międzyludzkie, ale najważniejsza dla niej staje się satyra przeciwko sporej części męskiego rodu. Najpierw Stanisław z rzekomym kryzysem wieku średniego – podrywający dużo młodszą od siebie kobietę. Później Piotr – notoryczny uwodziciel i bawidamek, którego spotyka brutalna kara za erotyczne zapędy. Na Piotrze wręcz się Rudnicka wyżywa. Ale niemal każdy mężczyzna wprowadzony na scenę ma swoje – liczne – wady podlegające bezwzględnemu wyśmianiu. Tutaj kobiety są mądre i sprytne, to one przejmują władzę (chyba że akurat zmieniają się w karykatury – jak zlepek babskich błędów, przywołana dla równowagi Hanna). I takim zestawem charakterów autorka operuje bardzo sprawnie. Proponuje szereg wydarzeń obyczajowych, opracowanych tak, by brzmiały zabawnie. Olga Rudnicka imponuje pomysłami na rozwój sytuacji, bawi się doskonale przy wymyślaniu coraz to nowych komplikacji dla swoich postaci. Zmusza je do eksponowania słabych stron i punktów zapalnych w przypadku związków. Rozdrabnia opowieść na pojedyncze wątki, tak, że nawet nie samo rozwiązanie intrygi będzie atrakcyjne dla czytelników, a droga do tego rozwiązania. Może jeśli ktoś czeka na krwawy kryminał, trochę się zdziwi, tu bardziej liczy się żart i warstwa obyczajowa. Olga Rudnicka rezygnuje z typowych dla powieści kryminalnych scenariuszy, próbuje tym razem przyciągać czytelników portretami. „Byle do przodu” to książka inna niż ostatnio przez autorkę proponowane, może próba dotarcia do kolejnego grona czytelników. W tej opowieści dzieje się sporo, nawet jeśli na początku wydaje się, że rozbiegówka będzie bardzo długa. Precyzyjnie kreślone charaktery i pomysły na zderzenia między nimi do zaleta tej książki. Autorka eksponuje tym razem skutki damsko-męskich starć, śmieje się z płci i z różnic w postrzeganiu rzeczywistości. Dostarcza czytelnikom ciekawej narracji, nawet jeśli wydaje się, że odrzucenie kryminału mniej kusi.

Nikola Kucharska: Zwierzęta, które zniknęły. Atlas stworzeń wymarłych

Nasza Księgarnia, Warszawa 2018.

Przeszłość

Imponująca jest ta publikacja, nie tylko pod kątem rozmiarów. Zabiera dzieci na nietypową wycieczkę po dawnych czasach, przedstawiając im gatunki zwierząt, których dzisiaj się już nie spotka. Rozrywkowy i edukacyjny charakter przysłaniają mocno grozę: w końcu nie trzeba katastrofy: na oczach ludzi wymierają kolejne gatunki, nawet rosnąca świadomość ekologiczna niczego tu nie zmieni. Niektóre zwierzęta znikają za sprawą zjawisk przyrodniczych, wiele jednak – przez bezmyślność ludzi. Nikola Kucharska tworzy “Atlas zwierząt wymarłych” ku przestrodze, ale też po to, żeby zaspokoić ciekawość maluchów. Proponuje prawdziwą przygodę rysunkową, teksty dodają Katarzyna Gładysz, Joanna Wajs i Paweł Łaczek. Każda rozkładówka jest w tomie “Zwierzęta, które zniknęły” spojrzeniem na inny czas (lub inny temat). Autorka przenosi dzieci do czasów dinozaurów, prowadzi dokładne zestawienia prehistorycznych gadów. Twórcy tłumaczą, które zwierzęta żyły w jakim środowisku, czym się żywiły, jak wyglądały, czasami też - dlaczego wyginęły lub jak przystosowywały się do egzystencji w zastanych warunkach. To krótkie notki, jednoakapitowe i raczej pozbawione naukowych szczegółów: bardziej skupiają się na tym, co zaobserwować można na ilustracji tuż obok. Wielkie brawa należą się Nikoli Kucharskiej za pomysł zestawiania stworów na jednym rysunku: stale ma się tu do czynienia z paradami i pochodami zwierząt, które obok siebie egzystować by nie mogły - jednak takie obrazki “zbiorowe” pozwalają dokonywać porównań i – na przykład - sprawdzać, które zwierzęta imponowały rozmiarami, a które wydawały się niepozorne. Co jakiś czas na obrazkach pojawi się też człowiek, żeby jeszcze lepiej móc orientować się w skali.

Na dinozaurach się nie kończy, zwierzęta, które zniknęły to przegląd różnych gatunków i różnych czasów: stopniowo Nikola Kucharska przechodzi do rzeczywistości znanej ludziom, a potem – aż do czasów współczesnych. I tutaj wymienia gatunki, których już się nie spotka, dużo bliższe wyobrażeniom odbiorców. Różne odmiany tygrysów, nosorożców, ale i – ptaków lub motyli – bezpowrotnie odchodzą w zapomnienie. Co pewien czas pojawiają się próby rekonstruowania wybranych gatunków, jednak to nie to samo, co ocalenie gatunku. W związku z tym autorka znajduje w książce miejsce także na przedstawianie zwierząt zagrożonych wyginięciem: pokazuje, jakich stworzeń już wkrótce nie będzie można spotkać. To proces budzenia w dzieciach świadomości ekologicznej, apelowanie o niezbędne zmiany. “Zwierzęta, które zniknęły” to książka bardzo ważna - nie tylko dlatego, że rzuca się w oczy na półkach z literaturą dziecięcą. Picture book tym razem staje się nadzieją na zmiany mentalności w kolejnych pokoleniach.

Każdy prezentowany tu zwierzak ma swój odpowiednik rysunkowy, żeby łatwiej odbiorcy uświadamiali sobie, czym różnią się od siebie poszczególne gatunki albo odmiany. I tak pojawi się między innymi cała strona z tygrysami (każdy przedstawiciel gatunku ma swój numer, rodzaj “przypisu”, więc można też ćwiczyć na książce spostrzegawczość), małpami albo owadami, są tu korowody ssaków i całe szeregi obrazków przedstawiających ptaki. Do tego autorzy uzupełniają opowieść o tabele z ciekawostkami: znajdzie się miejsce na wykazanie nazwisk badaczy i odkrywców dinozaurów, mapka z największymi muzeami poświęconymi dinozaurom i “kopalna mapa świata” z miejscami najsłynniejszych odkryć. Anatomia dinozaurów, ale i... prawdopodobne lub prawdziwe przyczyny wymierania gatunków. Sporo tu ciekawostek, informacji, które w ludziach powinny budzić wyrzuty sumienia, ale też - ciekawość świata. “Zwierzęta, które zniknęły” to książka przesycona informacjami, napisana i zilustrowana tak, by przyciągać. Szczegółowa i pełna faktów nie do przecenienia.

sobota, 8 grudnia 2018

Anne Lene Johnsen, Elin Natas: Łatwa matma

Marginesy, Warszawa 2018.

Liczenie od podstaw

Mnóstwo dzieci ma problemy z matematyką i autorki tomu „Łatwa matma” doskonale zdają sobie z tego sprawę. Jedna od dziecka nie ma żadnych problemów z liczeniem: dostrzega rozmaite prawidłowości i zasady, przez co radzi sobie dużo lepiej niż jej rówieśnicy z obliczeniami oraz łamigłówkami: Anne Lene Johnsen staje się przewodniczką po matematyce. Umiejętności stale doskonali, rozwiązując trudne zadania dla rozrywki i przyjemności. Druga autorka, Elin Natas, to znakomity przykład tej, która do matematyki przekonać się nie umiała, za to zajmuje się uczeniem dzieci i pedagogiką. Podjęły współpracę, żeby w „Łatwej matmie” zwrócić się do rodziców i nauczycieli – t na nich spoczywa odpowiedzialność za oswojenie dzieci z matematyką. Jeśli będą wiedzieć, co w procesie edukacji jest najważniejsze, automatycznie usuną wiele problemów już na starcie. Co ciekawe, „Łatwa matma” nie jest podręcznikiem. To publikacja, która przedstawia początki – jeszcze zanim przejdzie się do skomplikowanych obliczeń. Ważne jest podejście. Bardzo mocno podkreślają autorki czujność i obserwowanie kilkulatków podczas lekcji. Chodzi o to, żeby wyłapywać sygnały niezrozumienia, momenty, w których trzeba się zatrzymać, upewnić, że dziecko wszystko pojmuje. Nie ma sensu wkuwanie na pamięć, jeśli dzieci nie znają pojęć, nie da się wprowadzać kolejnych etapów działań, jeśli nie dostrzegają właściwych mechanizmów. Dość dużo miejsca na początku autorki przeznaczają na wprowadzanie pojęć, oswajanie dzieci z terminami matematycznymi. Podają też ciekawostki (jak tę związaną z kreską w ułamkach zwykłych) – być może dla rozluźnienia atmosfery. Równolegle pokazują dorosłym, dlaczego opanowanie haseł jest niezbędne do dalszej pracy. Wykorzystują praktykę w nauczaniu, żeby wskazać odbiorcom pułapki – momenty i tematy, które sprawiają dzieciom najwięcej problemów i przyczyniają się do kompleksów matematycznych. Wyczulają na zagadnienia najważniejsze i na sposoby podejścia do nich. To ważne, chociaż wydaje się zbyt drobiazgowe – chodzi jednak o to, żeby czytelnicy, którzy sami miewali problemy z matematyką, nie musieli przedzierać się przez drogi do rozwiązań. Spory nacisk autorki w tym tomie kładą na nastawienie: długo tłumaczą, że nie powinno się promować negatywnego stosunku do matematyki – bo to utrudni przyswajanie wiedzy. Natomiast odpowiednie przygotowanie zapewni dobry start i dobre wyniki w nauce. Matematyka przestaje być straszna.

Jak uczyć? Wystarczy realizować kolejne podpowiedzi. Autorki uczą, jak wykonywać działania arytmetyczne, czy jak wprowadzać do geometrii. Podsuwają całe długie wyliczenia: precyzyjnie rozpisują wyjaśnienia na kolejne kroki, z którymi praca nad zadaniami wydaje się dziecinnie prosta. To jak przepisy kulinarne albo bryki, nie ma możliwości popełnienia błędu, ani stresu, że coś pójdzie nie tak w samym wyjaśnianiu dziecku zawiłości matematycznych. Szczegółowo rozpisane schematy działania to jedno. Ale w tomie pełno jest również dodatkowych wskazówek, poleceń, podpowiedzi dotyczących oswajania najmłodszych z matematyką. Autorki gromadzą odkrycia zebrane podczas pracy pedagogicznej i chętnie się nimi dzielą. Na rynku do tej pory nie było takiej książki, publikacji, która kierowana byłaby do uczących, a nie do uczących się. Ponadto zwykle autorzy zajmują się bardziej skomplikowanymi działaniami, nie pomagają najmłodszym. Anne Lene Johnsen i Elin Natas zabierają się za wyjaśnianie podstaw całkiem świadomie.

piątek, 7 grudnia 2018

Dorota Gąsiorowska: Karminowe serce

Między Słowami, Kraków 2018.
Przytulnia

Na wszystkie dramaty jest recepta: prosta i szczera rozmowa. Laura w ten sposób każdego przekona do zmiany decyzji: matkę, która porzuciła syna tuż po urodzeniu go i nie wracała do swojej rodziny kobietę, która nie chce ułożyć sobie życia z ukochanym, bo boi się o niepełnosprawnego syna... gdzie tylko pojawi się problem, tam Laura wtrąca swoje trzy grosze. Rozwiązuje kłopoty innych, żeby nie zajmować się własnymi. Uciekła od złej przeszłości: męża, który się nad nią znęcał i strasznych wspomnień. Buduje życie w nowym miejscu, pod Krakowem. Tu centrum życia staje się rodzinna fabryczka czekolady. To miejsce-symbol, sugeruje pokrzepienie i ciepło. Tego Dorota Gąsiorowska chce dostarczać - i dostarcza w nadmiarze. Wykorzystuje niemal wszystkie schematy z obyczajówek dla pań.

“Karminowe serce” to powieść realizowana wyłącznie znane scenariusze w bardzo baśniowy sposób. Laura opuszcza wielkie miasto, żeby zaszyć się na odludziu, zwalnia tempo życia i poznaje wielu przyjaciół. Pomaga innym, daje dużo od siebie, przygarnia bezdomną kotkę, bawi się z niepełnosprawnym chłopcem. Staje się niezastąpiona. Oczywiście, ponieważ nie szuka miłości, ma aż zbyt wielu adoratorów: chętnych na związek mężczyzn musi wręcz od siebie odpędzać. Wiadomo, że romans w końcu się przydarzy, ale w kandydatach można przebierać. Wokół mnóstwo jest problemów - i sercowych, i wychowawczych, nowe przyjaciółki Laury borykają się z licznymi zmartwieniami, a kobieta chętnie wtrąca się w życie innych i nawet nieproszona udziela rad. Tu po raz kolejny ujawnia się naiwność autorki, która najwyraźniej uważa, że wystarczy powiedzieć, jak być powinno, żeby wszyscy automatycznie przeskoczyli na odpowiednie tory działania. Żadnych dylematów, żadnych komplikacji w realizacji planów. Niby czytelniczki chcą świata idealnego, ale pytanie, czy aż tak: tu w pewnym momencie zaczyna męczyć przewidywalność i usuwanie postaciom kłód spod nóg jeszcze zanim zaczną na dobre walczyć. Wiadomo, jak skończy się każdy z wątków - i to już wtedy, kiedy autorka go zaczyna.

W samych opisach Dorota Gąsiorowska chce zbliżać się do wielkiej literatury – szuka możliwości przedstawiania licznych szczegółów, przesyca prozę uczuciowością i emocjami. Ale im bardziej dopieszcza detale, tym gorzej wypada w redundancji, gdy powtarza – tylko nazywając - intencje postaci przedstawiane wcześniej w bezpośrednich wypowiedziach. Trudno wytrzymać traktowanie czytelniczek jak niezbyt inteligentnych - jeśli bohaterka przyznaje się do niezdecydowania, po co w komentarzu dodawać, że się waha? To zabieg, który bardzo osłabia tekst i podkreśla infantylność relacji. Dorota Gąsiorowska wiele tu traci i psuje efekt prozy. Proponuje odbiorczyniom obyczajówkę, w której dzieje się wiele – ale zawsze zgodnie z oczekiwaniami i konwencjami. Nigdy autorka nie próbuje zaskoczyć, nie chce rozwiązań odważnych albo choć trochę smutnych. Tu marzenia muszą się spełniać, i to niemal od razu. Pokrzepienie odbiorczyń doprowadzone na skraj absurdu wcale tak dobrze się nie sprawdzi. Co bardziej wymagające czytelniczki zniechęcą się w pewnym momencie do czytania, a przecież Gąsiorowska buduje tu obszerną i całkiem obiecującą powieść...

Wyszukiwanka Łośka Tośka. Ćwiczenia dla oka, ręki i głowy

Nowa Era, Warszawa 2018.

Zabawy z książką

Łosiek Tosiek żadnej specjalnej roli w tej książce nie pełni, za to sam cykl – książkogra – staje się sposobem wydawnictwa na przyciągnięcie maluchów do zabawy. Nie ma tutaj klasycznej lektury, są zabawy i uzupełnianki. Wystarczy jednak tylko raz sprawdzić, czego oczekuje się od użytkowników, żeby wypełniać kolejne rozkładówki, przynajmniej zanim dojdzie do gry. Tomik wydaje się prosty w obsłudze, a wręcz trochę monotonny. Pozwala na ćwiczenie spostrzegawczości lub koncentracji, a z klasycznymi wyszukiwankami wygrywać może oryginalną formą. Za każdym razem chodzi o uzupełnienie podanych zdań, zdań, które noszą znamiona mądrości ludowych, ale nie są powszechnie znanymi powiedzeniami, których dalszego ciągu łatwo się domyślić. Nie da się rozwiązać zadania na skróty (no chyba że sięgnie się do klucza na końcu tomiku, ale przecież nie o to w zabawie chodzi). Trzeba się nieźle wysilić, żeby poukładać wyobraźniowe puzzle. Każda rozkładówka to jeden duży rysunek (co prawda grafika komputerowa, ale w tym wypadku to się broni). Niektóre miejsca na rysunku mają dodatkowe oznaczenia. Na marginesie pojawiają się natomiast wycinki z obrazków, drobne fragmenty, które należy zlokalizować. Połączenie puzzla z konkretnym miejscem na ilustracji zapewni odbiorcom wiadomość, jaką literą uzupełnić które miejsce w diagramie. Wystarczy wpisać litery w odpowiednie pola, a następnie odczytać hasło. Niby nic trudnego, a jednak fragmenty są kadrowane tak, by czasem budzić wątpliwości, nie da się rozwiązywać tych diagramów bez wysiłku i zaangażowania, trzeba trochę pracy – a i koncentracji. Do tego już poza zagadnieniami maluchy mogą zająć się opowiadaniem, co dzieje się na rysunkach. Za każdym razem jest to inny temat, więc i też szansa na unikanie monotonii. Autorzy otwierają przed kilkulatkami świat bajek, przeważnie oryginalnych i z narracyjnym potencjałem. Nie o fabuły tu chodzi, ale o rozbudzanie fantazji. Przy kolorowych ilustracjach przyciągnie dzieci do pracy – namówienie do podjęcia intelektualnego wysiłku – nie będzie raczej niczym trudnym.

Twórcy tomiku – co chyba pozostaje w założeniach serii – chcą w pierwszej kolejności sugerować dostarczanie rozrywki. Kuszą dzieci kolorowymi stronami oraz obietnicą bajkowości. Maskują natomiast w ten sposób całkiem nieźle walory edukacyjne. Poprawianie koncentracji to jeden z aspektów tomiku – bez wątpienia przyda się dzieciom, które zaczynają chodzić do szkoły. Tu poćwiczą kojarzenie elementów rysunku, porównywanie, może też logiczne myślenie. Ale przecież nawet uzupełnianie diagramów opiera się na trenowaniu pisania, a przynajmniej rozpoznawania liter i cyfr.

Kiedy już skończą się zadania dla najmłodszych, przynajmniej te wyszukiwankowe, książka zamieni się w grę planszową. Pojawi się kartonowa część, którą należy wyciąć i rozłożyć – oraz rozpisane na parę stron zasady gry. To rodzaj planszówki – labiryntu z zadaniami do wypełnienia. Rozbudzi ciekawość i zachęci do wspólnego spędzania czasu. To rozrywka mniej znana dzieciom wychowywanym już na grach komputerowych, może więc stać się atrakcją. A że dotyczy książkowych zbiorów – stanowi też sposób na przekonanie maluchów do lektur jako takich.

czwartek, 6 grudnia 2018

James Adonis: Co cię nie zabije, to cię wzmocni i inne motywacyjne bzdury

PWN, Warszawa 2018.

W co wierzyć

Są hasła wygodne, takie, które łatwo zapadają w pamięć i nadają się do powtarzania w różnych okolicznościach. To nic, że powielają stereotypy bądź w ogóle odwracają uwagę od prawdy – wystarczy, że funkcjonują w świadomości odbiorców i dają się łatwo zastosować. James Adonis postanawia zweryfikować to, co najczęściej powraca w powszechnych sądach, ale też - co staje się podstawą rozmaitych mów motywacyjnych, wystąpień zagrzewających do działania i poradników z dziedziny samorozwoju. “Co cię nie zabije, to cię wzmocni i inne motywacyjne bzdury” jest niewielką objętościowo książeczką o krzykliwej okładce. Składa się z bardzo krótkich rozdziałów napisanych w felietonowym stylu. Punktem wyjścia jest tu zawsze pojedynczy cytat, aforyzm i automatycznie “dogmat” tych czytelników, którzy potrzebują i poszukują prostych życiowych wskazówek. Sięga Adonis po tematy niezależne od zawodu, upodobań lub zdolności odbiorców. Odnosi się między innymi do kwestii szczęścia, połączenia pracy i pasji, do tematu pieniędzy, do sensu życia, filozofii pozytywnego myślenia, do roli marzeń. Do tego, co daje nadmierny nieuprawomocniony optymizm albo nadmierny pesymizm. W każdym rozdziale pojawia się coś, w co wygodnie wierzyć, bez względu na to, ile w tym prawdy albo chociaż przełożenia na zwyczajne życie. W związku z tym James Adonis zyskuje pole do popisu: może pozbawiać złudzeń w dowcipny sposób. Lubi ten autor odwoływać się do autorytetów i do ludzi, którzy wygłaszają zgrabne bon moty po to tylko, żeby ukazać płytkość rozmaitych gadek motywacyjnych. Jednocześnie zapewnia już we wstępie, że nie przeciwstawia się publikacjom motywacyjnym. Próbuje tylko zasygnalizować błędy w dedukowaniu czy płynące z uproszczeń. Tych, jak można się domyślić, znajduje sporo. Ale czasami wydaje się, że bardziej zależy mu na analizowaniu samych wypowiedzi niż płynących z nich znaczeń. “Co cię nie zabije, to cię wzmocni i inne motywacyjne bzdury” utrzymuje się w końcu z absurdu, a nie z analiz psychologicznych ludzkich postaw. James Adonis trochę uczula na spłycenia i stereotypy, przekonuje odbiorców, że warto myśleć samodzielnie i nie łapać się na pułapki błędnego wnioskowania. Do tego docenia dowcip płynący z braku komplikacji treściowych. Nie ma w tomie miejsca na przeprowadzanie długich i skomplikowanych wywodów - nie przejmuje się więc autor też szczegółowym uzasadnianiem spostrzeżeń. Oczywiście ma świadomość, że nie przekona odbiorców do swojego stanowiska: ludzie potrzebują stereotypów i zgrabnych twierdzeń, nawet jeśli mijają się one z prawdą.

W dążeniu do śmiechu - i tylko w tym – daje się wyjaśnić zakończenie każdego felietonu – autor postanawia przerobić nośne hasła tak, by lepiej oddawały prawdę. Przez taki zabieg w naturalny sposób tracą na jakości, przestają funkcjonować jako dopracowane aforyzmy. Stają się raczej toporne, albo w najlepszym wypadku niezręczne, co może częściowo wyjaśniać ich pierwotny kształt. Przeróbki nie muszą przekonywać. James Adonis proponuje oderwanie się od powagi i aforystycznych konstrukcji powielających niepotrzebnie stereotypy. Nie o to, by przekonać do swoich propozycji czytelników, ale żeby przy okazji rozrywki dostarczyć im też nieco refleksji, wybić z niebezpiecznej pewności, że oto znalazło się złoty środek na wszelkie życiowe bolączki - albo receptę na sukces. Adonis nie bawi się w rozwijanie argumentacji, wystarcza mu rozrywka. To malutki tomik w sam raz na oderwanie się od codziennego kieratu, lekturę - przerywnik w obowiązkach. Więcej odbiorcom nie trzeba.

Akademia Mądrego Dziecka. Moje pierwsze 100 pojazdów

Egmont, Warszawa 2018.

Otwieranie

Ta książeczka dostarczy najmłodszym bardzo dużo radości i rozrywki przy okazji. Zapewnia interaktywność i pozwala zrezygnować z tradycyjnej lektury na rzecz zabawy. To bardziej gadżet niż propozycja do wspólnego czytania, chociaż korzystać z niej można na różne sposoby. Przede wszystkim jest to publikacja kartonowa i z zaokrąglonymi rogami, co sprawia, że mogą po nią sięgać i najmłodsze dzieci, bez obawy, że zrobią sobie krzywdę. Ale już pomysł na całość wskazuje, że warto wziąć pod uwagę zdolności manualne i motorykę pociechy – albo na tej pozycji je ćwiczyć. Każda rozkładówka to bowiem zestaw rysunków (zdjęć) z podpisami i pytań kierowanych do najmłodszych. Na lewej stronie znajdują się wyliczenia (“W podróży” to dział, który przedstawia różne pojazdy: tramwaj, samolot, pociąg, taksówkę, prom, limuzynę i autobus). I to właściwie element standardowy dziecięcych czytanek, nie ma w nim nic zaskakującego ani odkrywczego (chociaż dla malucha, który dopiero poznaje świat - będzie to rodzaj pobudzania wyobraźni i kreatywności). Dużo ciekawsza – i bezkonkurencyjna – staje się prawa strona każdej rozkładówki (plus “wyklejki”). Tutaj również pojawiają się rysunki i pod pytaniem odbiorcy otrzymują ten sam schemat: podpis i obrazek. Tyle że obrazki są na odchylanych częściach strony. Każdy można “otworzyć”, korzystając z wyprofilowanego na palec wycięcia. To może stać się najtrudniejszym zadaniem dla kilkulatków, ale też poważnym ćwiczeniem uwagi, koncentracji i działań manualnych. Kto poradzi sobie z zadaniem otwarcia obrazka, uzyska odpowiedź na pytanie. Odpowiedź w wersji rysunkowej oraz jako podpis – co zapewnia podwójną nagrodę. Czasami ta odpowiedź będzie dziecku znana – jak w przypadku kolorów dla wybranych pojazdów - tu nie trzeba nawet korzystać z okienek-podpowiedzi, żeby przekonać się, jakie jest rozwiązanie zagadki. Inna rzecz, że dla samej przyjemności otwierania obrazków każde dziecko będzie chciało tak właśnie rozstrzygać ewentualne wątpliwości. Ale zdarza się też, że okienka są potrzebne, bo maluch sam nie odgadnie, jak brzmi właściwa odpowiedź. Niektóre pytania są podchwytliwe (co jeździ bez benzyny), inne - służą ćwiczeniu logicznego myślenia (podawanie przeciwieństw). Czasami stanowią po prostu zabawę, bez obciążeń “naukowych” - jak w przypadku szukania na niebie zaginionych balonów - mimo że i tu można potraktować liczenie balonów jako lekcję (nie zawsze pod otwieranym okienkiem znajduje się balon, czasami to dwa balony albo... szybowiec, którego nikt chyba się w tym miejscu nie spodziewa: tak autorzy zapewniają najmłodszym nieco radości i oryginalną nagrodę za wysiłki). Dodatkowo tomik został tak przygotowany, żeby wprowadzać dzieciom podstawowe informacje, definicje czy wiadomości - zdarza się, że przedstawiają się reprezentanci różnych zawodów, podpis pod rysunkiem wskazuje właściwą nazwę lub funkcję, a podpowiedź w okienku dostarcza jeszcze danych na temat pojazdu.

“Moje pierwsze 100 pojazdów” to książeczka w serii Akademia Mądrego Dziecka (podseria Odkrywaj i baw się), wykonana z pomysłem, bardzo kolorowa i pełna ciekawostek. Zaintryguje zwłaszcza chłopców, ale zabawa w otwieranie okienek szybko się nie znudzi: dzieci będą chciały sprawdzać, co do zaoferowania ma książeczka w tej “niewidocznej” części. Jeśli ktoś będzie chciał, może zacząć uczyć maluchy liter – podpisy wykonane są czcionką imitującą pismo ręczne. I tak “Moje pierwsze 100 pojazdów”, chociaż nastawione na zabawę, pokaże najmłodszym możliwości edukacji już od pierwszych lat.

środa, 5 grudnia 2018

Stanisław Lem, Ewa Lipska, Tomasz Lem: Boli tylko, gdy się śmieję. Listy i rozmowy

Wydawnictwo Literackie, Kraków 2018.

Zwierzenia

Dowiedzieć się o cieście przekładanym gwiezdnym pyłem i o tym, który twórca, jak Mickiewicz, został uznany za świnię z talentem. O perypetiach związanych z kupowaniem mięsa i o komputerach-liczydłach. O przeczytanych książkach, spotkaniach towarzyskich, publikacjach i o wydarzeniach kulturalnych. Ewa Lipska i Stanisław Lem dzielą się w listach rozmaitymi przemyśleniami, tworzą coś w rodzaju dziennikowych zwierzeń - dla samej przyjemności korespondowania. Tę przyjemność bardzo wyraźnie widać w lekturze i w efekcie czytelnicy nie będą mogli się oderwać od książki. “Boli tylko, gdy się śmieję” to zestaw listów (i nie tylko) twórców obdarzonych prywatnie wyjątkowym poczuciem humoru i dystansem do siebie i rzeczywistości. Zresztą skupiają się trochę z konieczności na sferze rodzinnej, unikają komentowania społeczno-politycznych wydarzeń (w 1990 roku pojawia się stwierdzenie, że “wprawdzie cenzurę już zlikwidowano, ale pozostali hobbyści, którzy pewnie czytają z przyzwyczajenia, z przyjemności, ciekawości). Ważniejszych tematów dostarcza dorosłe życie, codzienność pozbawiona fajerwerków. Tu czasem Lem poważnie choruje, czasem Lipska nie może się wyleczyć. Spotykają się z ludźmi pióra (powracają tu, znów prywatnie, Szymborska i Kornel Filipowicz), obserwują działania artystyczne. Komentują wzajemnie swoje książki albo piszą o zakończeniu prac nad tekstem. Zwierzenia autotematyczne nigdy nie trwają długo, zresztą wszystkie listy cechują się zwięzłością i precyzją. Nie ma w nich opisów grzecznościowych - chyba że za takie uznać pozdrowienia dla członków rodziny. Ale już troska o bliskich jest szczera. W końcu wszyscy się znają i darzą sympatią, są dla siebie wsparciem.

Właściwie czytelnicy nie mają szans dowiedzieć się czegoś o okolicznościach pierwszego spotkania, o rozpoczęciu korespondencji, która zaowocowała małymi perełkami sztuki epistolarnej. Widzą jedynie, po zmieniających się nagłówkach, jak ewoluowała relacja. Ewa Lipska i Stanisław Lem prześcigają się w literackich popisach i anegdotach, dostarczają sobie wzajemnie pokrzepienia i dowodów pamięci. Rozśmieszają się, nieformalnie omawiają szczegóły życia literackiego. Jest w tych listach czasem chęć brylowania, popisywania się poczuciem humoru, wyobraźnią czy choćby umiejętnością przekazywania puent. W listach powraca między innymi postać Tomasza Lema, syna pisarza - i książkę uzupełnia korespondencja Ewy Lipskiej z nim. Kiedy Tomasz wyjechał na studia, opowiadał Ewie Lipskiej o swoich wykładowcach i o kolegach, o pracy naukowej, perypetiach z komputerami i... językami. Tomasz Lem czasami komiksowo rysuje, prowadzi barwne opowieści. Ewa Lipska podtrzymuje ton pełen uśmiechów (a nawet ironii), znajduje w synu Stanisława Lema dobrego partnera do korespondencyjnej wymiany myśli.

Na koniec – kilka rozmów, wywiadów tematycznych. Ewa Lipska i Stanisław Lem toczą opowieści o samochodach i o snach. Trochę komentują zmiany polityczne czy życie literackie. Tutaj rozwijają spostrzeżenia bardziej niż w listach. Odbiorcy otrzymują też szereg prezentowanych w charakterze ilustracji kopii rękopisów i maszynopisów, zdjęć kartek pocztowych, kopert czy znaczków - oraz fotografii przedstawiających samych autorów w różnych momentach życia. Jest to lektura ciekawa: pozwala się pośmiać, a i docenić rodzaj literackiego spojrzenia na rzeczywistość. Twórcy, dla których słowa są ważne, tutaj pozwalają sobie na większą swobodę, ale nigdy nie zapominają o znaczeniach. Dostarczają odbiorcom wspaniałą literaturę, która funkcjonować może również po latach i bez znajomości kontekstu. Serdeczność, jaka przepaja listy, przysłania wszelkie problemy: i te zdrowotne, i te związane z codzienną szarością. Na rynku pojawiła się ta publikacja dla rozrywki, ale też dla lekturowej satysfakcji czytelników. Pisać lekko o sprawach błahych lub bardzo istotnych – to kwintesencja tych listów. Stanisław Lem, Ewa Lipska i Tomasz Lem odkryli przyjemność korespondowania, sprawili, że w erze internetu łatwiej czytelnikom zrozumieć sens wymieniania się tradycyjnymi listami w przeszłości. “Boli tylko, gdy się śmieję” to książka, z którą trudno się rozstać - prawdziwy literacki popis i istota relacji międzyludzkich. Bez patosu, bez zaangażowania w sprawy wielkiej wagi, za to ciepła i z uśmiechem.

Roblox. Rocznik 2019

Egmont, Warszawa 2018.

Klocki

Trochę dziwne jest, że mimo niewyobrażalnych do niedawna osiągnięć w grafice komputerowej ludziki z Roblox w dalszym ciągu są bardzo toporne i zaprojektowane jak na Atari. Największe zdumienie mogą budzić ich ręce - prostokątne i nieporadne, co w połączeniu z główkami w stylu lego średnio przekonuje. Inna rzecz, że kto da się wciągnąć w wirtualny świat Roblox, ten na takie szczegóły zwracać uwagi nie będzie, zajmie się za to budowaniem, projektowaniem, tworzeniem i kształtowaniem. Tomik “Roblox” przeznaczony jest dla fanów gry, to rodzaj poradnika i przewodnika po rzeczywistości komputerowej.

Na początek - przedstawienie kilku charakterystycznych postaci, z cechami wyróżniającymi, z avatarami. W pojedynczych i krótkich akapitach, z graficzną podobizną - sześcioro mieszkańców Robloxii to pierwsza wskazówka co do tego, czy świat stworzony dla dzieci wyda się im gościnny i ciekawy. Następnie twórca tomiku pokazuje historię gry: na osi czasu umieszcza i pierwszą wersję Roblox, i Roblox w aplikacji na iPhone’a, wirtualne pieniądze czy ulepszane awatary. Przedstawia rozwój firmy: dane i ciekawostki, które mogą rzucić nowe światło na powstające twory. Drugim krokiem jest zaproszenie do zabawy zupełnie nowych graczy: dla nich przygotowany został przewodnik krok po kroku – co robić, na co zwrócić uwagę, jak zapoznać się z możliwościami gry i co świadczy o jej wyjątkowości. Tutaj szereg uwag pozwala podjąć pierwszą decyzję i w miarę pewnie poruszać się po oferowanej przestrzeni. Przegląd dziesięciu najpopularniejszych gier to oszczędność czasu: zamiast eksperymentować, każdy może od razu wybrać to, co najbardziej go zainteresuje. Pojawią się tu również informacje, gdzie można znaleźć gry i na jakim sprzęcie je instalować, poszczególni członkowie ekipy również zachęcają do skorzystania ze swoich ulubionych rozrywek. Twórca tomiku lubi za to wszelkie klasyfikacje i zestawienia, buduje dla odbiorców szeregi komentarzy, podpowiedzi lub opisów - pokazuje ewolucję gry, zmiany w świecie przedstawionym albo w konstrukcji awatarów, sprawdza nagrody... przechodzi też z wirtualnego do realnego świata: zaprasza odbiorców do miejsca, w którym gra powstaje, a i za kulisy ważnych dla programistów konferencji.

Na pierwszy rzut oka ta książka wydaje się bardzo chaotyczna. Nigdy nie ma pełnego przedstawienia wybranego tematu, rozdziały szatkują się i przeplatają, jakby migawkowość była podstawowym atutem dla odbiorców. Trochę to na wzór reklam czy zajawek telewizyjnych - być może to właśnie najlepszy sposób na zwrócenie uwagi dzieci. Kto będzie zainteresowany dalszym ciągiem informacji, prześledzi te, które stają na drodze – i być może znajdzie w kolejnym punkcie opowieści coś ważnego, co normalnie by przeoczył. Chaos, który dorosłych raczej by odstraszył, tutaj staje się wyróżnikiem stylu, elementem wręcz niezbędnym przy budowaniu opowieści. Ma udowadniać, że w Roblox dzieje się bardzo dużo. Pasuje do niego też styl: urywane i bardzo krótkie reklamowe akapity nie zawierają przesadnie dużo wyjaśnień, stanowią raczej podpisy pod ilustracjami. To screeny lub wyimki z gry mają najbardziej przyciągać uwagę dzieci. “Roblox” to tomik, który do klasycznej lektury nadawać się nie będzie - za to graczy na pewno skusi. Jest to kolejna publikacja powiązana z rozrywką w innej dyscyplinie, sprawdza się jako reklama i zachęta do przetestowania wirtualnych zabaw.

wtorek, 4 grudnia 2018

Joanna Fabicka: Plaża w słoiku po kiszonych ogórkach

Świat Książki, Warszawa 2018.

Metamorfoza

Chociaż zapowiadana jest ta powieść jako niezawodny sposób na chandrę, chociaż Joanna Fabicka dała się już poznać jako autorka stosująca jako podstawowy składnik narracji inteligentną ironię i satyrę… „Plaża w słoiku po kiszonych ogórkach” przez długi czas jest książką przepojoną goryczą. Grażyna, bohaterka tej historii zbliża się do czterdziestki i niczego w życiu już nie powinna się spodziewać. Stała się typową kurą domową, mąż jej nie zauważa, dzieci nią gardzą. Nikt nie pomaga w prowadzeniu gospodarstwa. Praca Grażyny nie daje szans rozwoju – pozwala właściwie tylko na powolne gnuśnienie. Marazm ogarnia opowieść, mimo że autorka wykorzystuje od początku satyrę. Przebija jednak przez relację poczucie beznadziei. Wiadomo, że Fabicka musi nakreślić niewesołą sytuację Grażyny, zanim podsunie jej szansę ucieczki – ale to, co w obyczajówkach zabiera co najwyżej kilka zdań, tutaj rozwija się i pochłania kolejne rozdziały. Barwne pisanie o szarości nie przyniesie spektakularnych efektów, ale niespodziankę dla odbiorców autorka szykuje.

Norbert przyzwyczaił się do tego, że jego żona nie ma własnego zdania, że nie warto się z nią liczyć i że można jej na każdym kroku okazywać pogardę. Można ją też obwiniać za błędy wychowawcze: Marek od dwóch miesięcy nie wychodzi z domu, nie myje się i nie chce szukać kontaktów z innymi. Nina zawsze trzyma stronę ojca i oskarża matkę o wszystkie niepowodzenia. W tym całym życiowym bezsensie Grażyna trafia na Andrzeja. Andrzej musi regularnie meldować się na komisariacie, jest pod stałym nadzorem. To buntownik i muzyk. A przy okazji szansa na ożywienie lokalnego domu kultury. Tutaj Grażyna chce przygotować zespół do udziału w konkursie. Muzycy – każdy z innej sfery, z innymi doświadczeniami, z innym gustem muzycznym i w różnym wieku – spotykają się na próbach i zyskują odskocznię od codzienności. Można się tylko domyślić, jak zareaguje stereotypowa zamknięta w sobie rodzina na nieoczekiwane wybryki matki. Pytanie, czy czterdziestolatka może jeszcze zejść na drogę buntowniczki i niebieskiego ptaka.

Joanna Fabicka ze smakiem przedstawia nieoczekiwaną (i rzadko spotykaną) metamorfozę bohaterki. Pozwala Grażynie zasmakować wolności, chociaż to zjawisko sprzeczne ze stereotypową rolą kobiety. Tutaj Grażyna może odkryć swoje prawdziwe ja albo przynajmniej sprawdzić, co by było, gdyby na chwilę przestała realizować przypisane jej zadania. Fabicka nie zagłębia się przesadnie ani w big wydarzeń, ani w ich konsekwencje dla bohaterów. Czasami sugeruje coś, do czego później już nie wraca, czasami pozostawia coś wyobraźni. Łapie oddech i daje na to szansę samej bohaterce. Grażyna jest zakompleksiona, nie wierzy w siebie – ale jej psychikę da się jeszcze odbudować. Autorka tej powieści dostarcza czytelniczkom podstawy do ewentualnych marzeń o porzuceniu nieakceptowanej roli. Tu nawet skazana na przegraną postać może zebrać siły, żeby stanąć do walki – a kiedy już to zrobi, nie musi się martwić o to, co będzie dalej. Joanna Fabicka do odbiorczyń kieruje ważne przesłania – ale czyni to w satyryczny i lekki sposób. Wprawdzie początkiem nieco przytłacza, ale później odpracowuje to z nawiązką, będzie śmieszyć i relaksować. Zasugeruje też, że szczęście dla każdego wygląda inaczej. Bohaterka nie daje się zamknąć w granicach konwencji, przełom w jej egzystencji jest największą wartością tej opowieści. Ale, jak zwykle też Joanna Fabicka imponuje lekką narracją, śmiechem zakodowanym w komentarzach i w charakterystykach. Nie ma tu prostych rozwiązań ani obietnic szczęścia za darmo, wybory bywają bardzo trudne – a jednak „Plaża w słoiku po kiszonych ogórkach” to powieść, która urzeka oryginalnością.

Małgorzata Domagalik: Serce na sznurku

Wilga, Warszawa 2018.

Odkrycie

To świąteczna opowieść i dla najmłodszych - z ważnym przesłaniem. Starsi czytelnicy raczej stwierdziliby, że jest zbyt infantylna i za bardzo nastawiona na dydaktyczne wnioski – jednak Małgorzata Domagalik zwraca się do kilkulatków. Zwraca się specyficznie, bo zapomina momentami o wieku grupy docelowej i wprowadza wyrazy czy sformułowania, których maluchy jeszcze nie mają szansy znać - jednak dzięki temu będzie rozwijać ich słownictwo i zmuszać do myślenia nad czymś poza fabułą. Proponuje w “Sercu na sznurku” historię niezwykłej przyjaźni, oskarżenie wymierzone w ludzi i trochę humoru – a taka mieszanka wystarczy, żeby zainteresować czytelników. To powieść krótka i raczej tendencyjna, w tym znaczeniu, że wiadomo, do jakiego punktu zmierzać będzie fabuła. Nikomu to jednak nie przeszkadza.

Jest w tej bajce samotny niedźwiedź polarny, który staje się bohaterem – ratuje od śmierci córkę swojego przyjaciela. To ludzie stanowią czarne charaktery, zresztą słowa “ludzie” nikt tu nie użyje: to czarne buciory, które wprowadzają zamieszanie i zamęt w uporządkowanej rzeczywistości. Ludzie przynoszą ze sobą tylko śmierć i spustoszenie, nic dziwnego, że nikt ich nie lubi. Ksawery, czyli wielki biały niedźwiedź, mieszka sam w pięknym domu. Pewnego dnia trafia do niego... malutka osierocona przez mamę foczka. Foczka to naiwne dziecko, które wie jedno: należy się strzec czarnych buciorów, nie słyszała natomiast wiele o tym, że niedźwiedzie jedzą foki. Zamarzniętą odnajduje przed domem Ksawery, a że jest smakoszem i znawcą kuchni, chce najpierw rozmrozić nowe danie. Oczywiście nie dojdzie do zjedzenia sympatycznej bohaterki, foczka swoim zachowaniem będzie rozbawiać nie tylko małych odbiorców. Przyda się również do pomocy – kiedy Ksawery postrzelony przez ludzi straci przytomność, kiedy na dom chcą napaść wilki... Malutka i bezbronna istotka odnajduje w sobie siłę i pomysłowość potrzebne do przechytrzenia dużo silniejszych i bardziej doświadczonych drapieżników. A do tego pokazuje, jak cenna jest przyjaźń. Małgorzata Domagalik rejestruje dojrzewanie i rosnącą samoświadomość małej rezolutnej bohaterki, uświadamia dzieciom, że nawet bez mamy i w najtrudniejszych warunkach można zachować zimną krew i wymyślić rozwiązanie, które pozwoli przetrwać.

Najważniejsze zostawia na koniec, zwierzęta dochodzą do wniosku, że wszystkie są sobie równe, nie powinny się zjadać, za to – powinny przyjaźnić. Bardzo to optymistyczne i mało przystające do praw natury, ale wiadomo przecież, że autorka próbuje w ten sposób wytłumaczyć dzieciom, że nie powinny dzielić się na lepsze i gorsze. Dostarcza maluchom materiału do przemyśleń. Pisze nietypowo (jak na literaturę dla dzieci): w infantylne tony wpada tylko w przypadku relacjonowania przygód foczki, z niewiadomych przyczyn rozczula się wtedy i pozwala sobie na sentymentalne “cmokanie”. W innych tematach jest zabawna, momentami nawet ironiczna lub złośliwa, nie równoważy tych rodzajów opowieści, ale nikomu to nie przeszkadza. “Serce na sznurku” jest historią prostą i pełną sentymentów, a jednocześnie wartościową. Zdarza się, że dzieci mogą mieć problem ze zrozumieniem płaszczyzny stosowanego przez autorkę żartu, nie wszystko dadzą radę docenić - ale też pozostanie im całkiem sporo faktów istotnych dla nich i opisanych w sposób przystępny. Przydałoby się autorce trochę popracować nad warsztatem i nad kształtem narracji, tak, żeby bardziej pasowała do docelowego grona odbiorców - ale i tak “Serce na sznurku” wypada obiecująco. A jest to początek serii...

poniedziałek, 3 grudnia 2018

Olga Gitkiewicz: Nie hańbi

Wydawnictwo Dowody Na Istnienie, Warszawa 2018.

Zajęcia

Rynek pracy dzisiaj wygląda zupełnie inaczej niż ten sprzed kilku dekad. Olga Gitkiewicz zwłaszcza młodym odbiorcom uświadamiać chce te „rewelacje”, przedstawia przemiany kulturowe i zderzenie dwóch światów. Z jednej strony są tu bowiem migawki z przeszłości – kiedy w fabrykach zatrudniano nieletnich i kiedy na jednym stanowisku można było przepracować całe życie bez martwienia się o jutro, z drugiej – opowieść o słabych stronach teraźniejszości. O tym, że na umowach śmieciowych trudno planować sobie życie, o tym, że trzeba kombinować, żeby mieć ubezpieczenie zdrowotne, o tym, że w ogóle trudno jest znaleźć pracę, chociaż rzekomo bezrobocie spada. Olga Gitkiewicz zbiera albo relacje o tym, jak było dawniej – i tutaj próbuje wprowadzić wątek osobisty, odwołać się do przykładu własnej rodziny – albo o tym, jak jest obecnie – wtedy szuka po prostu rozmówców, którzy będą mieli coś do przekazania. Zwykle dzielą się gorzkimi uwagami lub przykrymi doświadczeniami. Praca się przydaje, nie tylko ze względów finansowych – a jednak tu zamienia się w przyczynę frustracji. Gdy jej nie ma, dzieje się jeszcze gorzej, stąd zresztą w tomie relacja z urzędu pracy. Autorka przygląda się różnym aspektom zarobkowania, nie przywiązuje się do jednego bohatera, rozprasza historię na wiele głosów. Sprawia, że jest nad czym myśleć, to udane reportaże.

„Nie hańbi” to książka niewielka objętościowo, za to gęsta od treści i przesłań. Literacki ascetyzm pomaga w niej uwypuklić ważne prawdy, autorka nie chce rozmywać znaczeń w niekończących się opisach. Konstrukcję tomu odzwierciedla i w samych rozdziałach: są one mocno skondensowane, skracane do granic możliwości, czasem też kosztem puent, które pozostają w sferze domysłów. Szarpane dialogi albo wyznania, informacje cenne dla odbiorców, którzy funkcjonują w tym samym świecie co bohaterowie – to podstawowy budulec tej opowieści. Gitkiewicz dobrze się w tym czuje, kiedy może oddawać głos postaciom i znikać. Wtedy nie musi podawać ani tendencyjnych – znanych wszystkim – ocen, ani dodatkowych wyjaśnień. Pozwala, żeby fakty mówiły same za siebie, a jeśli już pojawią się interpretacje, to płynące bezpośrednio z osądów tych, którzy przedstawiają swoje przygody. W ogóle autorce najbardziej zależy na tym, żeby obrazy były sugestywne, żeby przemawiały do czytelników. Funkcjonują przecież także jako sposób rejestrowania – i zachowania dla potomnych – nastrojów społecznych. Ta książka jest trochę jak manifest, wołanie o pomoc albo rodzaj niezgody na zastaną rzeczywistość. Olga Gitkiewicz pisze jednak trochę nierówno – to znaczy zdarza się jej rezygnować z komentarza tam, gdzie sprawdziłby się on najlepiej jako podsumowanie, gdzie wzmocniłby przesłanie opowieści. Brakuje jej jeszcze pewnego wyczucia – ale i tak to, co oferuje odbiorcom, będzie imponować. Jest niezłe i dobrze by było, gdyby publikacja małego wydawnictwa znalazła drogę do szerokiego grona odbiorców : jest warta uznania. Olga Gitkiewicz działa tu trochę jako głos pokolenia, ale nie chce się dostosowywać do zastanej sytuacji, nie zgadza się na poniżenia ani na oferowane dzisiaj możliwości. Praca stanowi problem w zasadzie nie do rozwiązania, przynajmniej przy aktualnych warunkach. Autorka głośno mówi o tym, co przeważnie znane, a jednak dopiero nazwane robi odpowiednie wrażenie. Jest w tej publikacji dużo oczywistości – ale też parę scen ładnie przedstawianych i skłaniających do refleksji. Autorka proponuje bolesną diagnozę w formie ciekawego reportażu. „Nie hańbi” to świadectwo czasów.

Jarosław Kaczmarek: Skoczkowie. Tajemnice mistrzów

Egmont, Warszawa 2018.

Na skoczniach

Jarosław Kaczmarek reklamuje się jako zawodowy opowiadacz historii. Do serii, którą w wydawnictwie Egmont zapoczątkowała Yvette Żółtowska-Darska, wprowadza kolejne sportowe książki, przybliżające najmłodszym zasady, ale i uroki różnych dyscyplin. Po piłce nożnej przychodzi czas na... skoki narciarskie. “Skoczkowie. Tajemnice mistrzów” to propozycja w sam raz na zimę dla tych wszystkich kilkulatków, które zamierzają z ojcami kibicować Kamilowi Stochowi i spółce. A ponieważ owocem małyszomanii okazała się całkiem niezła drużyna - ma Kaczmarek o kim opowiadać.

Jednak większości nazwisk ze skoczni w tomie się nie znajdzie, bo autor nie zamierza przygotowywać przeglądu sylwetek skoczków z różnych krajów. Zaczyna – co w pełni zrozumiałe - od polskich mistrzów. Wie doskonale, że dzieci najbardziej zaintrygują ci bohaterowie, o których słychać na co dzień w wiadomościach sportowych, dlatego też książkę otwiera prezentacja Kamila Stocha. Dalej pojawia się Adam Małysz, Wojciech Fortuna i Stanisław Marusarz. Ale Kaczmarek nie podąża biograficznym tropem, za każdym razem próbuje wydobyć z życiorysu skoczka coś oryginalnego, co pozwoli wysnuć wnioski na temat sportu ogólnie - albo przygotować maluchy na dalsze opowieści historyczne czy wychowawcze. Przy Stochu zajmuje się wpływem wysokości na wydolność organizmu, tłumaczy, dlaczego trenujący wyżej osiągają lepsze wyniki. Przy Małyszu to kwestia diety i sposobów na zaskakiwanie przeciwników, swoisty “wyścig zbrojeń”, z którego często kibice nawet nie zdają sobie sprawy. W przypadku Marusarza nawiązuje autor do bolesnej przeszłości, do drugiej wojny światowej i skoku “o życie”, urozmaicając mocno sportową relację. W drugiej części tomu zajmuje się już pojedynczymi skoczkami, reprezentantami różnych krajów - i tutaj już bardziej przedstawia ich biografie, ze szczególnym uwzględnieniem dzieciństwa albo momentów, w których liczy się charakter. Ostatnim etapem lektury staje się fachowe przygotowanie do kibicowania: autor uczy, jakie znaczenie mają warunki atmosferyczne podczas skoku, jak punktacja wpływa na wynik, jakie turnieje można oglądać w poszczególnych miesiącach. Na koniec zastanawia się przez moment nad specyfiką skoków narciarskich w przyszłości.

Do opowieści dołączane są przeróżne infografiki i ilustracje z podpisami: można tu znaleźć między innymi elementy wyposażenia skoczka, informacje o tym, jak wyglądają poszczególne skocznie, skok rozpisany na etapy, zmiany stylu w skokach narciarskich, bicie kolejnych rekordów... autor przygląda się temu wszystkiemu, co dla dzieci jeszcze nie musi być oczywiste, a przyda się przy oglądaniu zawodów - i ułatwi kibicowanie. Daje maluchom solidne podstawy do zrozumienia tej dyscypliny sportu, rozwieje wątpliwości i podsunie też swoiste przypisy do własnej narracji. Jarosław Kaczmarek ekscytuje się skokami – nie wiadomo, czy tylko na użytek tej opowieści, czy w ogóle - chce, żeby entuzjazm udzielał się również dzieciom. Stąd biorą się przeróżne onomatopeje i wykrzyknienia (hooop na oznaczenie skoku), stąd wpadanie w tony sprawozdawcy sportowego przy relacjonowaniu historycznych skoków. Czasami jednak autor przypomina sobie też o pedagogicznej stronie opowieści: wtedy próbuje przekazać małym odbiorcom wiedzę spoza skoków. Prezentuje na przykład mit o Dedalu i Ikarze, wprowadza drobne pouczenia w zakresie zachowania, pyta, czy odbiorcy woleliby spędzić dzieciństwo na graniu na komputerze, czy na ciężkich często treningach, wylicza, jakie cechy trzeba mieć, żeby odnieść sukces na miarę Stocha. Proponuje dzieciom książkę sportową, ale też ważną z wychowawczego punktu widzenia.

niedziela, 2 grudnia 2018

Volker Schmidt: Widoki z okna. Tom I, Zimne serca. Tom II

ADiT, Warszawa 2018.

Obserwacje

Nie ma sensu omawianie każdego z tych dwóch tomów wybranych dramatów Volkera Schmidta z osobna, już bardziej uprawomocnione byłoby zajmowanie się każdym utworem – ale to roi we wstępach do książek „Widoki z okna” oraz „Zimne serca” Krzysztof Tkaczyk i wcale nie wychodzi to lekturze na dobre. Tkaczyk bowiem skupia się na tym, co i tak każdy z odbiorców w dramatach bez trudu wyczyta: podsuwa streszczenia i charakterystyki postaci – tworzy bryk, zupełnie w tym wypadku zbędny. A to dlatego, że Volker Schmidt pisze świadomie i nigdy nie daje się ponieść w stronę przesadzonej abstrakcji. Mocno zakotwicza historie i relacje międzyludzkie w rzeczywistości znanej odbiorcom, proponuje spostrzeżenia, które stanowią rodzaj mikroolśnień. Warto byłoby w komentarzu skupić się nie tyle na treści dramatów, co na syntezie tego pisarstwa, sposobie postrzegania świata. Volker Schmidt ma szansę podbić co bardziej tradycyjne sceny, teatry, które lubią sięgać po kwestie społeczne przemieszane z rozrywką – ale w inteligentnej oprawie. Tu nie będzie bowiem popisów dla samych popisów albo testowania wytrzymałości odbiorców. Autor wyraźnie nie lubi nadużywania szoku jako środka wyrazu – musi oswoić ze swoimi bohaterami, wprowadzić w ich nie zawsze łatwą rzeczywistość, żeby dokonać intelektualnej przewrotki i przekształcić cele. Takie zabawy bywają okrutne dla postaci, ale przemycają ważne prawdy o ludziach w ogóle. Schmidt jako młody autor ma już na swoim koncie całkiem imponujący zestaw spostrzeżeń, które odbiorcami wstrząsną przez stopień trafności.

W centrum zainteresowania autora pozostają ludzie, z rzadka definiowani przez kontekst społeczno-kulturowy, co automatycznie przedłuża żywot tych dramatów. Volker Schmidt szuka bohaterów w różnych grupach wiekowych – i z różnymi doświadczeniami. Sięga równie chętnie po obrazki będące automatycznym komentarzem do codzienności, jak i po stereotypy, przygląda się nietypowym relacjom lub niemal klasycznym układom. Chętnie zmienia formy, co widać zwłaszcza w wybranym zestawie utworów: albo stosuje język potoczny, podkreślając zwyczajność postaci – albo, na drugim biegunie, ucieka w biały wiersz, udziwnia rytm i rezygnuje z zasad interpunkcji. To zawsze zabiegi podkreślające przesłania tekstów, budujące – poza słowami – odrębny komentarz do doświadczeń (i życiorysów) postaci. Nie stroni twórca od spraw kryminalnych, tyle że znów zamienia je w tworzywo, podstawę do eksponowania portretów psychologicznych. Umie prowadzić dialogi tak, by w pewnym momencie zachwycić czytelników woltą, przy czym nigdy bohaterowie nie tracą na wiarygodności.

Gorzka jest przeważnie wymowa tych tekstów, Volker Schmidt nie zamierza nikogo pocieszać ani proponować krzepiącej wizji rzeczywistości. Bohaterowie – po prostu – muszą jakoś radzić sobie z zastanymi przypadkami, rezygnując ewentualnie z własnych pragnień i potrzeb. Tu nawet stare prawdy zyskują szlif, autor głośno mówi o tym, co bolesne lub wstydliwe. Ale pozwala bohaterom samodzielnie dochodzić do konkretnych wniosków, stwarza im warunki do dzielenia się najskrytszymi przemyśleniami albo zmusza do szczerości. W ten sposób sprawia, że czegoś się o sobie dowiedzą – i nie tylko oni, odbiorcom również uda się przeanalizować własne charaktery. Te dwa tomy dramatów pokazują, że nie trzeba szokować ani eksperymentować na siłę, wystarczy dokładnie wsłuchać się w człowieka, by odkryć cały zestaw zaskoczeń w sam raz na dramat.

sobota, 1 grudnia 2018

Anna Bikont, Helena Łuczywo: Jacek

Agora, Warszawa 2018.

Kontrowersje

Jacek Kuroń to postać wyjątkowo barwna. Sam przedstawił własną egzystencję i wersję działań, motywacje i zachowania, które dzisiaj wydają się kontrowersyjne albo ulegają odmiennym interpretacjom. Teraz jego losy w formie rozbudowanego cyklu reportaży prezentują Anna Bikont i Helena Łuczywo. Do Kuronia odnoszą się z sympatią, ale nie będą stawiać mu pomnika. Przyjmują też krytyczne wypowiedzi znajomych, przedstawiają cały wachlarz ocen. „Jacek” nie będzie zatem sentymentalną publikacją skupioną na domu i prywatności. To mozolne odtwarzanie szeregu wydarzeń politycznych, wartości wyznawanych przez bohatera tomu na przestrzeni lat. Odwzorowują poglądy Kuronia, ale też jego działania. Sprawdzają, jak wpływał na innych, kiedy dawał się pochłonąć bez reszty ideologii, a kiedy od niej uciekał, żeby zaangażować się w działalność opozycyjną. Tutaj nie ma miejsca na łagodność i na wieloznaczności. Jacek Kuroń w swoich poglądach jest radykalny. Jeśli ktoś staje mu na drodze, zostanie zmieciony. W młodości dla Kuronia nie ma taryfy ulgowej przy działalności politycznej. Wzorce wynosi z domu: najpierw autorki dość długo przyglądają się działaniom jego ojca oraz dziadka. To uprawomocnione – w końcu obserwowanie bliskich to pierwsza lekcja polityki, a i zestaw sensacji, które ukształtowały młodego człowieka. Jacek Kuroń w pierwszym okresie swojej działalności potrafi w imię polityki rozczarować kolegów, a nawet im szkodzić. Z wiekiem nabiera radykalnego podejścia, chociaż zmieniają się kierunki zainteresowań. Jeszcze po latach niektórzy z oburzeniem wspominają krzywdy, jakich doznali. Autorki od tej goryczy wcale nie uciekają, wiedzą, że bez tego obraz Kuronia byłby niepełny i nawet zafałszowany. Błędy młodości to zresztą fakty, których bohater tomu przed nikim nie ukrywał. Anna Bikont i Helena Łuczywo w gorliwości chłopaka dostrzegają pewien potencjał na usprawiedliwienie jego pomyłek, ale ostateczną ocenę pozostawiają uświadomionym już czytelnikom. Z czasem coraz bardziej dają się wciągnąć w życie polityczne, aresztowania czy akcje społeczne. To jak lekcja historii – pełna detali o znaczeniu politycznym, z uwzględnieniem przebiegu poszczególnych akcji, ale i ich sensu, wydźwięku w szerszej perspektywie.

Każda zmiana na arenie politycznej, każdy szczegół doczekuje się tu wyczerpującego omówienia. Autorki szkicują tło, żeby lepiej wybrzmiewała w nim obecność Jacka Kuronia. Utrzymują ton reportażu, sięgają do wspomnień i przeprowadzają rozmowy ze świadkami wydarzeń. Zresztą część rozdziałów była już wcześniej publikowana w prasie – niekoniecznie z optyką nakierowaną na samego Kuronia. Tak więc „Jacek” staje się zbliżeniem do sytuacji wśród rządzących w momencie najgorętszych przemian.

W tym wszystkim jednak znalazło się zadziwiająco dużo miejsca na prywatność. Po pierwszych domowych scenkach to ukochana powoduje powrót do spraw osobistych. Wielowymiarowy portret Gajki, jednej z nielicznych kobiet, która mogłaby wytrzymać życie z tak zaangażowanym w politykę mężczyzną, to metoda na ocieplenie historii. Inaczej niż w przypadku syna, Maćka, Gajka skłania bohatera tomu do bardzo serdecznych wyznań. To postać nietuzinkowa, jej obecność bardzo zmienia sposób odczytywania tomu. Jacek Kuroń przy Gajce przestaje być działaczem politycznym, ukazuje się jako zawsze zakochany jak sztubak. Stopniowo do relacji wchodzi również Maciej, dość wcześnie włączony w politykę. W zasadzie nie ma w tej publikacji możliwości tworzenia wizerunku bohatera oderwanego od przemian społecznych – Jacka Kuronia po prostu w pełni definiują sytuacje agonistyczne. Chociaż jest ta książka trudna i czasami bolesna – warto się jej przyjrzeć.

Joanna Kończak: Kobiety. Badaczki, czempionki, awanturnice

Nasza Księgarnia, Warszawa 2018.

Bohaterki

Nagle rynek literatury czwartej opanowują książki dotyczące odważnych, pomysłowych i twórczych kobiet, zupełnie jakby wydawnictwa zorientowały się, że bez edukacji od podstaw nie da się wychowywać dziewczynek tak, by wyrastały na niezależne i mądre kobiety. Bez względu na to, czy chodzi o podjęcie pewnej rywalizacji, wykorzystanie marketingowego fermentu czy też o faktyczne kształtowanie charakterów, na lady księgarskie trafiają kolejne publikacje zorientowane na biografie kobiet, które dużo w życiu osiągnęły mimo przeciwności losu. „Kobiety. Badaczki, czempionki, awanturnice” to propozycja Naszej Księgarni, olbrzymia książka zawierająca portrety różnych postaci (najmniej tu, wbrew tytułowi, awanturnic, chyba że za takie uznać panie, które przeciwstawiały się konwenansom i walczyły o swoje prawa). Joanna Kończak zbiera tu potężny zestaw nazwisk. Sięga po bohaterki, bez których trudno w ogóle sobie wyobrazić podobne relacje. Marię Skłodowską-Curie, Wandę Rutkiewicz czy Fridę Kahlo. To nazwiska „obowiązkowe”. Ale kryteria doboru pozwalają tu sięgać po przedstawicielki różnych kultur (w tym kobiety walczące o swoje prawa tam, gdzie patriarchat wydaje się nie do pokonania). Żeby uświadomić odbiorczyniom, że mogą wybrać właściwie każdą życiową drogę, Kończak opisuje przedstawicielki różnych zawodów. I tak pojawiają się tu panie realizujące się w nauce (w ramach matematyki, astrofizyki, biochemii, medycyny, fizyki czy informatyki), w dziedzinach artystycznych (pisarka, balerina, aktorka, raperka czy autorka komiksów), w sporcie, w polityce, w modzie… Niektóre z realizowanych scenariuszy są nie do pomyślenia w innych warunkach – ale o to właśnie autorce chodzi, żeby pokazać ogrom możliwości i kierunków działania. Bohaterki tomu łączy jedno: nie przejmują się zakazami czy rolami narzucanymi przez społeczeństwo. Robią swoje i realizują własne pasje. Tylko tak mogą osiągnąć szczęście, to zresztą autorka próbuje małym czytelniczkom wpoić.

Jeden portret zajmuje jedną rozkładówkę. Pojawia się tu wielkoformatowy rysunek przedstawiający konkretną postać (tutaj nie ma reguły co do sposobu prezentowania bohaterki, chodzi przede wszystkim o utrwalenie jej wizerunku, oswojenie odbiorczyń z charakterystyczną postacią). Ale za sprawą wielkości obrazka można też mówić o budzeniu zainteresowania czytelniczek. W końcu tak duże ilustracje nie zdarzają się zbyt często – a jeszcze rzadziej, kiedy w grę wchodzi przedstawianie twarzy prawdziwych postaci.

Obok wizerunku znajduje się pełnostronicowa biograficzna opowieść. Autorka dba o to, żeby zamieścić w niej informacje o przełomowych dokonaniach, i o stosunku społeczeństwa do owych dokonań. Ważne, żeby pokazać czytelniczkom, że warto pokonywać przeciwności losu i nie poddawać się przy pierwszych niepowodzeniach. Z tych opowieści płynie jednoznaczna lekcja: kobiety nie muszą ograniczać swoich marzeń ani dopasowywać się do otoczenia. Jeśli chcą być szczęśliwe, muszą podążać za tym, czego pragną, nawet jeśli oznacza to wyłamywanie się ze schematów i ostracyzm. Kiedy już autorka przedstawi wybraną postać, zyskuje możliwość wspomnienia o kilku kolejnych, równie dzielnych kobietach, które miały podobne zainteresowania i również zapisały się w historii za sprawą oryginalnych lub odważnych działań. Tom „Kobiety” może oswajać odbiorczynie z wizją świata bez ograniczeń i podziałów, zachęcać je do twórczych postaw i do eksperymentów. To publikacja ładnie przygotowana, dopracowana pod względem treściowym i graficznym. Spotka się z uznaniem również dorosłych odbiorców.

piątek, 30 listopada 2018

Peter Singer: Wyzwolenie zwierząt

Marginesy, Warszawa 2018.

Przypomnienie buntu

Dzisiaj już ta książka zamieszania nie narobi, bo konieczne zmiany w traktowaniu zwierząt zainicjowała cztery dekady temu. Powraca na rynek trochę jako historyczna ciekawostka, mimo że pisana była jako manifest, sposób walki z dostrzeżonym okrucieństwem. Peter Singer pochyla się tutaj nad krzywdą zwierząt hodowlanych oraz tych, na których wykonywało się okrutne eksperymenty. Namawia do wegetarianizmu i do bojkotowania hodowli przemysłowych. Już na początku pojawiają się ostrzeżenia, że nie będzie to lektura dla wrażliwych, dla tych, którzy „kochanie zwierząt” rozumieją jako troskę o domowego pupila. I rzeczywiście przyjęta perspektywa nie pozwala ani przez moment rozczulać się nad czworonogami. Tu chodzi o coś znacznie poważniejszego – o szacunek do zwierząt.

Peter Singer swoją opowieść przesyca emocjami, a te zabiegi okazały się skuteczne z perspektywy czasu, chociaż bywa, że budzą wątpliwości. „Szowinizm gatunkowy”, podstawową postawę podlegającą krytyce, porównuje tutaj do rasizmu albo do nierówności w traktowaniu kobiet i mężczyzn. Chce głośno wołać w obronie tych, którzy sami upomnieć się o swoje prawa nie mogą – a robi to przez uświadamianie czytelników i terapię szokową. Fakt, że dzisiaj przedstawiane przez Singera zjawiska należą już do powszechnie znanych i potępianych, ale łatwo sobie wyobrazić szok odbiorców wyrzuconych ze strefy komfortu i brutalnie oskarżanych o znieczulicę cztery dekady temu. Do zabiegów retorycznych stosowanych przez autora nader chętnie należy choćby pytanie, czy na podobne praktyki mają iść pieniądze z podatków. Ale nie jest to jedyna próba dotarcia do sumień. Singer wprawdzie zastrzega się, że nie będzie przez cały czas skupiał się na podawaniu przykładów na okrucieństwo ludzi wobec zwierząt, ale początek tomu właśnie na tym opiera. Najpierw eksperymenty, przedziwne doświadczenia, które niczemu nie służą, a prowadzą do śmierci zwierząt w męczarniach. Później analizy ogromnych ferm drobiu, hodowli świń i krów. Za każdym razem sceny szokujące, w których porównuje się warunki przetrzymywania zwierząt do obozów koncentracyjnych lub zestawia potrzeby zwierząt z wegetacją w takich miejscach. Podkreślanie ogromu cierpienia, bólu, strachu, chorób i efektów „oszczędności” hodowców – ta część tomu najbardziej przemawia do wyobraźni czytelników. Ale Peter Singer, zresztą zgodnie z zapowiedziami, na tym nie poprzestaje. Zajmuje się między innymi podejściem do zwierząt w różnych religiach czy filozofiach – to dla tych, którzy potrzebują wsparcia własnych przekonań zdaniami autorytetów. Do tego zajmuje się autor również namawianiem do przejścia na wegetarianizm. Jest radykalny – ale jeśli chce wywołać konkretny efekt, nie może rezygnować z ostrych tonów.

Dzisiaj „Wyzwolenie zwierząt” to już klasyka, książka, która ma wartość informacyjną i dokumentacyjną. Funkcjonuje jako bardzo niewygodna lektura, mocno nacechowana emocjonalnie, ale wciąż ważna. Peter Singer proponuje czytelnikom wejście w świat, o którym wielu wolałoby nie wiedzieć. Tu obrona zwierząt łączy się z niezgodą na cierpienia zadawane w imię źle pojętej nauki, albo dla osiągnięcia zysku. Człowiek wyczulony na krzywdę słabszych istot znajdzie tu moc argumentów za swoją postawą. Peter Singer tworzy narrację zaangażowaną, zajmuje się problemem, który należy nagłośnić. I chociaż czasami sięga po chwyty mniej pasujące do publikacji popularnonaukowej, liczy się dla niego cel.

czwartek, 29 listopada 2018

Konstanty Usenko: Buszujący w barszczu. Kontrkultura w Rosji sto lat po rewolucji

Czarne, Wołowiec 2018.

Niezgoda na świat

Bardzo malownicza jest narracja w tej książce, sama w sobie okazuje się dziełem sztuki, jakby Konstanty Usenko dał upust artystycznym fantazjom. A przecież pisze rzeczowo i konkretnie, ani na moment nie spuszcza z oczu obiektów swoich badań, staje się przewodnikiem po rosyjskiej kontrkulturze ostatnich kilku dekad. Tyle tylko, że podczas relacji pozwala sobie na ucieczkę od hermetycznego naukowego dyskursu w stronę językowego piękna. Nieprzezroczysta narracja zresztą dobrze się tu sprawdza, pasuje do zagadnienia: podkreśla jego buntowniczy charakter i poszerza krąg odbiorców. „Buszujący w barszczu” to zatem publikacja ciekawa z dwóch stron: analiz artystycznych i sposobu opowiadania. Konstanty Usenko dostarcza swoim czytelnikom zestawu rzetelnie przygotowanych wiadomości, ale też lektury, jakiej nie można się spodziewać po książkach popularnonaukowych. Tę trudno scharakteryzować jednoznacznie jako literaturę przedmiotu: autor operuje językiem twórców, chociaż niekoniecznie tych, których akurat ocenia.

Kontrkulturowe dzieła w Rosji obejmują w pierwszej kolejności piosenki oraz występy (niekoniecznie na scenach). To manifestowanie poglądów, sprzeciw wobec zastanych porządków i próba wykrzyczenia samoświadomości. Bardzo długo analizuje autor scenę rapu oraz hip-hopu, jawi się tu jako specjalista, który nie tylko potrafi wskazać ważne tematy i sposoby wyjawiania poglądów, ale również umiejscawiać je w kontekście społeczno-kulturowym. Relacjonuje treści piosenek, przytacza odpowiednie cytaty, a do tego podaje albo szczegóły z biografii twórców, albo scenki z tras koncertowych, okoliczności wydawania płyt lub powstawania poszczególnych utworów – wszystko, co może być z perspektywy odbiorców ważne dla zrozumienia samego dzieła i zawartości emocjonalnej. Właśnie o to chodzi autorowi: walczy o zrozumienie dla tych, którzy do mainstreamu przebić się nie mogą i traktowani są zwykle po macoszemu, niezależnie od tego, jak wielki byłby ich gniew i sprzeciw wobec istniejącego stanu rzeczy. Buntownicy w kulturze rzadko kiedy mają szansę doczekać się tak drobiazgowego komentarza niemal „na gorąco”: zwykle trafiają pod lupy badaczy, kiedy już ich hasła przebrzmiały i kiedy nie mają szans na zdobycie nowych odbiorców. Usenko uczy rozumienia kontrkultury, wydobywa na światło dzienne to, co ignorowane albo niedostrzegane – i oprawia w porządne ramy. Daje czytelnikom możliwość odczytywania przesłań, tłumaczy stosowane chwyty oraz zasadność sięgania po określone tematy, sprawia, że sztuka zwykle marginalizowana ma szansę zostać dostrzeżona nawet poza gronem docelowych odbiorców, i to nie tylko jako ciekawostka.

Autor szuka w tej książce okoliczności powstawania utworów. Umie łączyć motywy z rymowanych manifestów z sytuacją polityczną, z reakcjami społeczeństwa lub z… otoczeniem, w jakim dane dzieła powstają. Obrazowo przedstawia między innymi szare blokowiska, sięga po charakterystyczne billboardy, zestawia ze sobą różne gatunki sztuki i przytacza potencjalne inspiracje. Dużo wie o artystach: przeprowadza dokładne badania, sięga po fragmenty wywiadów i opowieści o pracy, a jednocześnie może informować czytelników, z jakimi reakcjami spotykały się konkretne utwory w momencie publikacji czy wygłoszenia. Opowiada o sytuacjach podczas koncertów i charakteryzuje nowe pokolenie. Nadąża za zmianami. Dokłada elementy popkultury jako przeciwwagi dla omawianych dzieł. Bardzo poważnie traktuje nawet to, do czego odbiorcy w ten sposób by nie podeszli. „Buszujący w barszczu” to również prezentacja sposobów mówienia o kontrkulturze tak, by nie zatrzeć jej charakteru. Publikacja obszerna i ciekawa.

środa, 28 listopada 2018

Rose McGowan: Odważna

Agora, Warszawa 2018.

Wrażliwość i walka

Rose McGowan nie tworzy autobiografii, tylko manifest, który ma doprowadzić do tego, że kobiety nie będą traktowane wyłącznie jako obiekty pożądania seksualnego. Chce uświadamiać wszystkim, bez względu na to, czy są małymi dziewczynkami, matkami, gwiazdami show biznesu czy zupełnie zwyczajnymi paniami - że nie mogą dać się zdominować mężczyznom, wmówić sobie, że są gorsze czy że zasługują na pogardę, a nie na szacunek. McGowan wszelkie przestrogi i wskazówki czerpie z własnych doświadczeń. “Odważna” to brutalna spowiedź, pełna goryczy, ale również chęci zmian. Wyrasta ta książka z niezgody na rzeczywistość, autorka ma sporo przemyśleń, którymi chce się podzielić z szeroką publicznością. Widać, że mimo bardzo emocjonalnych zwierzeń ma całość doskonale przemyślaną i nie idzie na żywioł w relacjonowaniu przeszłości. Dopasowuje argumenty i przykłady z własnej egzystencji starannie, nie zamierza się promować. Pokazuje wręcz, że zawsze można znaleźć wyjście z najgorszych sytuacji. Oczywiście nieobce są jej przejawy młodzieńczego buntu ze wszystkimi niebezpieczeństwami, ale młoda Rose nigdy się nie załamuje. Co najwyżej w najtrudniejszych chwilach mentalnie opuszcza swoje ciało i przygląda się wszystkiemu z dystansu. Umie myśleć i wyciągać wnioski. Inteligencja jednak uniemożliwia jej bierne przyglądanie się zasadom narzucanym przez mężczyzn. Rose McGowan wciąż przekonuje się, że kobiety nie mają jak się bronić (lub w ogóle nie wiedzą, że mogą). Kiedy trafia do Hollywood, dowiaduje się, że ten światek rządzi się swoimi brudnymi prawami. Nie dość, że wśród reżyserów i producentów nie brakuje pedofili i seksoholików, nie dość, że wykorzystywanie młodych i naiwnych dziewczyn to norma – to jeszcze kobiety na lepszych stanowiskach nic z tym nie robią. Nawet nie chcą ostrzegać młodszych koleżanek przed tym, co je czeka na ścieżce kariery. Skandale łatwo i szybko się tuszuje, sprawcy pozostają bezkarni. Praca w Hollywood to nie tylko przegląd ról McGowan: bardziej analiza tego, co dzieje się za kulisami. Autorka szuka pomocy, ale nie może zwalczyć niepisanego “porządku”. Ze strachem, bólem i upokorzeniem jest samotna. Ale nie poprzestaje na tym zagadnieniu. Odwołuje się i do tego, co dawało jej wytchnienie, przynajmniej na pewien czas. Najpierw takim jasnym punktem jest związek z Marylinem Mansonem, później jednak okazuje się, że Rose McGowan z niewiadomych względów ma tendencję do wikłania się w toksyczne związki. Niewesołe doświadczenia jej nie załamują: dają impuls do działania. Za każdym razem, kiedy autorka przedstawi koszmarne doświadczenie, mówi coś, co wtedy by jej pomogło albo co powinna usłyszeć dziewczyna w podobnej sytuacji, żeby nie stracić poczucia własnej wartości. Pokazuje, jakie postępowanie jest złe i kiedy gwałt czy napaść niesłusznie traktowane są jako zachowania z winy kobiety. Rose McGowan z całą dobitnością przekonuje, że to kobiety są ofiarami. Oskarża mężczyzn, czasami też rekompensuje sobie upokorzenia, stwierdzając, że nie mają oni talentu, lubią tanie komplementy i są śmiesznie próżni.

Trochę w tym autobiograficznych komentarzy, ale życiorys to nie cel autorki, jedynie sposób na uzasadnienie kolejnych przestróg i przesłań. Rose McGowan dba o to, żeby podkreślać własną siłę, ale i przekonać odbiorczynie, że też (albo tym bardziej) dadzą sobie radę. Walka o prawa kobiet – czy może występowanie przeciwko molestowaniu seksualnemu – to właściwe zadanie autorki. Jest ta książka, jeśli pominąć fragmenty tendencyjne (z retoryką nastawioną wyłącznie na budzenie gniewu), bardzo dobra od strony warsztatowej, McGowan wie, jak opowiadać o trudnych doświadczeniach - i wie, po co, co znacznie w tym wypadku ważniejsze.

wtorek, 27 listopada 2018

Dave Itzkoff: Robin

Agora, Warszawa 2018.

Komik

Robin Williams to aktor i legenda. Jego samobójcza śmierć wstrząsnęła nie tylko fanami satyry i kinomanami. Ten artysta zmienił oblicze masowej rozrywki. Teraz Dave Itzkoff przybliża sylwetkę Williamsa w bardzo obszernej biografii zatytułowanej po prostu „Robin”. Chociaż ponad 600 stron tekstu w pewnym stopniu pojawia się za sprawą dość dużej interlinii, nie ma się tu wrażenia sztucznego rozdmuchiwania tekstu. Itzkoff jest w narracji rzetelny i całkiem szczegółowo analizuje kolejne sceniczne dokonania autora. Sprawdza i przełomowy charakter jego wystąpień, w ogóle rozwój kariery i drogę do pozycji w świecie show biznesu. Robin Williams w tym portrecie przedstawiany jest niemal od pierwszego wkroczenia na scenę i podbijania serc publiczności. Na początku to wyjątkowy stand-uper, który rozwija swoje opowieści w odpowiedzi na reakcje widowni – od typowych komików estradowych różni się jednak znacząco: jest w stanie prezentować wiele urozmaiconych charakterów w krótkich migawkach. Ujawnia się tu i wyjątkowy zmysł obserwacji, i talent, i starannie wypracowywany warsztat aktorski. Robin Williams w młodości zaskakuje precyzją w parodiowaniu wymyślonych typów postaci, ale i błyskotliwością – jak nikt inny potrafi wcielać się w swoich bohaterów na krótką chwilę. To sprawia, że zostaje dostrzeżony i zaproszony do współtworzenia telewizyjnego serialu. Tam w scenariuszu ma wyznaczone miejsca na improwizację. I tak jego kariera nabiera tempa, a Itzkoff dokładnie ogląda każdy jej etap. W pewnym momencie autor tomu przerzuca się na drobiazgi dotyczące życia prywatnego: przedstawia kolejne związki Robina Williamsa i stara się zarejestrować opinie wybranek o aktorze. Potem już zachwyty i wywody o geniuszu zamieniają się w gorycz. Aktor coraz częściej szuka zapomnienia w narkotykach, zaniedbuje rodzinę i zaczynają się u niego uwidaczniać problemy psychiczne. Od tego Itzkoff nie ucieknie – ale też nie próbuje ukrywać, że było inaczej, szacunek i uwielbienie dla aktora, ciepły wizerunek zbudował już wcześniej, teraz nie musi się troszczyć o kształtowanie opinii czytelników, prawda w niczym nie zaszkodzi, a tylko wzbogaci opowieść. Dlatego też z taką samą uwagą, z jaką wcześniej śledził sceniczne metamorfozy, teraz obserwuje przejawy uzależnienia i płynące z tego kłopoty. Do tego wyjściowego zachwytu z pierwszych rozdziałów już później autor nie wraca, nawet podkreśla momenty, w których można mówić o zmierzchu gwiazdy. Nie traci sympatii do bohatera tomu, co daje się wyczuć – ale nie szuka dla niego usprawiedliwień na siłę.

„Robin” to książka składana z wielu wypowiedzi i komentarzy z zewnątrz, ale też z niezłą narracją. Dave Itzkoff analizuje detale z życia i pracy Williamsa, rozbija relację na kolejne zawodowe wyzwania albo tematyzuje codzienne problemy. Przy okazji może przypominać czytelnikom o skutkach chorób psychicznych. Co ważne – znów nie tylko z perspektywy fanów – kiedy autor tomu przywołuje żarty, które mają pomóc w definiowaniu Robina Williamsa, nie zapomina o eksponowaniu puent, pisze tak, żeby czytelnicy mogli docenić komizm albo satyryczne rozwiązania. Eksponuje oryginalne pomysły i przedstawia całe żarty. Faktem jest, że nie każdy rodzaj humoru z tej opowieści przypadnie do gustu wszystkim – sporo tu dowcipów powiązanych z fizjologią. To „chwyta” w przypadku masowej publiczności stand-upowej, ale już niekoniecznie w lekturze. Dobrze jednak, że autor i to przywołuje, budując ten portret. Robin Williams w tej opowieści prezentowany jest w miarę pełnie, a książka nie powinna odstraszać objętością: napisana została bardzo lekko, a w aneksie znaleźć można wykaz ról i nagród aktora.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com