Strona główna || O autorce || O tu-czytam || Bajki || Bajkowe portfolio                       

niedziela, 22 października 2017

Magda Wosik: Ale draka! Rysuję zwierzaka!

Nasza Księgarnia, Warszawa 2017.

Kurs wyobraźni

Ten cykl mali czytelnicy mogli poznać dzięki pewnemu czasopismu – Magda Wosik przecież od jakiegoś czasu uczyła maluchy, jak rysować. Teraz „Ale draka! Rysuję zwierzaka!” pojawia się w formie książkowej i ucieszy wszystkich tych, którzy próbują poprawić swój styl rysowania tak, by na pierwszy rzut oka można było rozpoznać prezentowane stworzenia. „Ale draka! Rysuję zwierzaka” nie jest jednak prostym poradnikiem, jak tworzyć – to rozwinięta zabawa i ćwiczenie wyobraźni w jednym. Autorka popisuje się zmienianą stylistyką, a do tego proponuje jeszcze proste rymowanki.

Tomik ma układ alfabetyczny, Magda Wosik tego jednak w żaden sposób w tekście nie zaznacza. Sugeruje za to w rysunkach, bo w wizerunkach wybranych zwierząt wpisywane są konkretne litery. U antylopy A jest widoczne w układzie głowy i rogów pod odpowiednim kątek, czapla cała zwija się w C. Takie rozwiązania pomagają w nauce czytania oraz w rozwijaniu spostrzegawczości maluchów. Litery pełnią tu funkcję ozdobną a nie należą do obowiązkowych elementów lektury. Jednak mogą zaintrygować dziecko, przekonać je, że warto zacząć uczyć się czytać.

Magda Wosik w młodzieżowej serii o Gabrysi Bzik i Nilsonie Makówce pokazała, że tekst może funkcjonować jak grafika – litery i całe sformułowania mogą przybierać znaczące kształty, wariacje z czcionkami to obietnica odsłaniania tajemnic. Ten motyw, chociaż w mniejszym zakresie, pojawia się też w tomie „Ale draka! Rysuję zwierzaka”. Ponieważ rymowanki dotyczące poszczególnych zwierząt są krótkie i treściwe, i one stają się częścią grafiki. Zdobią tomik, owszem – ale też utrudniają lekturę tym dzieciom, które dopiero uczą się czytać: one mogą nie zrozumieć, dlaczego litery zmieniają kształty i ułożenie w linijkach. To ciekawostka i bardzo dobry trening – potem trudno już narzekać na monotonne i ugrzecznione wersy w zwyczajnym druku. Magda Wosik kształtem słów bawi się tak samo jak zwierzętami. Wysiłek włożony w lekturę oddala trochę wrażenie infantylności, przynajmniej niektórych rymowanek. Autorka stawia tu nie na warsztatowe dopracowanie, a przynajmniej – nie zawsze – ale na dowcip. Próbuje zaskoczyć odbiorców skojarzeniami, absurdalnymi żartami dotyczącymi zwierząt. Wymyśla na ich temat rymowane dowcipy dopasowane do wieku i percepcji dzieci. Sprawia, że najmłodsi wciągną się w lekturę i będą cieszyć kolejnymi niespodziankami.

Jednak najważniejszy jest „kurs” rysowania. Działa jak każdy poradnik, przez szereg obrazków w różnych stadiach. Najpierw kilka kresek, proste kształty, które z czasem przerodzą się w konkretnego – i możliwego do rozpoznania – zwierzaka. Dzięki takim przejrzystym wskazówkom odbiorcy łatwo mogą poćwiczyć rysowanie. Zawsze obok zestawu (przeważnie trzech) obrazków dostają miejsce na własną ilustrację (jedną, bo przecież nie chodzi o przerysowywanie etapów, a o uzyskanie konkretnego obrazka), rysunki mogą też wykonywać poza książką – wtedy łatwiej będzie im ćwiczyć umiejętności i obserwować postępy, więcej dzieci skorzysta też z tomu. Magda Wosik nie poprzestaje na zwyczajnej lekcji rysowania. Często proponuje dzieciom po kilka wersji zwierzęcia z danego gatunku – albo w różnych ujęciach, albo w różnych stylistykach – pojawiają się obrazki bardziej realistyczne lub bardziej komiksowe, dowcipne, albo przypominające bajkowe ilustracje. Wszystkie cechują się prostymi kształtami – mogą je powtarzać najmłodsi, ćwicząc przy okazji rękę. Do tego autorka zapewnia różnorodność form: zachęca do różnych kreatywnych zabaw, nie tylko rysowania, ale i malowania, tworzenia wydzieranek, układanek ze sznurka itp. Wszystko to pozwala pobudzić wyobraźnię, uruchomić kreatywność. Najmłodsi sporo z tej pozycji skorzystają – chociaż wydaje się, że to zwyczajny kurs rysowania. Magda Wosik oferuje całkiem sporo, łącznie z oryginalnymi pomysłami na prezentowanie bohaterów potencjalnych oryginalnych przygód.

sobota, 21 października 2017

Helmut James, Freya von Moltke: Listy na pożegnanie

Znak, Kraków 2017.

Miłość nad śmierć

On jest w więzieniu. Wie już, że z niego nie wyjdzie, może tylko czekać na śmierć z podniesioną głową. Ośmielił się w końcu sprzeciwić hitleryzmowi, a to w nazistowskich Niemczech zbrodnia, której się nie wybacza. Aresztowany po nieudanym zamachu na Hitlera, wie, że po odraczanym kilka razy procesie zostanie stracony. Ona zostaje w domu z dwoma synkami: on z młodszym nie zdążył się nawet dobrze zaznajomić. Ona wie, że nie ma co liczyć na cud. Wie też, że musi być silna. Musi przetrwać, żeby przetrwała pamięć o jego bohaterstwie i o wielkiej miłości. Po kilkunastu latach małżeństwa dalej są dla siebie wszystkim. Teraz zostali wystawieni na ostateczną próbę.

Już od pierwszego listu wiadomo, że oni nie mają nadziei. Są pewni, że to koniec, nie znają tylko daty stracenia. Żegnają się ze sobą i żegnać będą wiele razy, bo każdy list może być tym ostatnim i w każdym trzeba zawrzeć słowa otuchy. Oboje ratują się Biblią – kwestia wiary jest tu bardzo ważna. Przerzucają się cytatami lub adresami biblijnymi, rozmawiają za pomocą konkretnych odwołań. On w ogóle uczy się wybranych fragmentów na pamięć – bo wie, że w najtrudniejszym momencie nie będzie mógł mieć Pisma Świętego przy sobie. Sakralizują także swój związek – tu miłość jest zdecydowanie sprawą duchową, nie wiąże się z fizyczną fascynacją lub cielesnością. Uwznioślane uczucie przetrwa, zawsze będzie istniało – autorzy listów nie mają co do tego żadnych wątpliwości. Dla dzisiejszych odbiorców ta ciągła potrzeba nazywania łączącej małżonków więzi może się wydać nienaturalna. W tej relacji nie ma tęsknoty ani pożądania, jest za to gotowość na rozstanie. Zupełnie jakby wyrażenie tęsknoty czy pozwolenie sobie na sentymenty, tkliwość i słabości automatycznie osłabiło morale i siłę drugiej strony. Od początku małżonkowie mówią sobie, że to już koniec i że cieszą się z takiego stanu rzeczy, skoro tak być musi. Ta radość ma ich upewniać w słuszności dokonanych wyborów, a i utwierdzać w odwadze, która już wkrótce bardzo się przyda. Niemal w każdym liście powtarzają się te same zapewnienia o miłości i te same przekonania o rychłym rozstaniu. Cały czas utrzymują wysoki poziom czułości, a jednocześnie dają sobie pewien margines swobody: jakby dawali sobie nawzajem prawo do nieprzejmowania się uczuciami drugiej strony.

Jest to bardzo trudna lektura. Pod kątem historycznym czy biograficznym przygotowują do niej komentarze krytyczne – bibliografia na końcu tomu, przypisy do poszczególnych listów, ale nawet sam wstęp, niezbędny, żeby wprowadzić czytelników w przedstawianą rzeczywistość. Ale trudno też byłoby ocenić obyczajową sferę tej relacji – bo nawet jeśli sformułowania w korespondencji i ciągłe zapewnienia o miłości pobrzmiewają infantylnie, trzeba mieć na uwadze cały kontekst, powody takich sformułowań – jak również fakt, że odbiorcy zostają dopuszczeni do intymnych wynurzeń, wkraczają w świat dwojga małżonków – do którego w normalnych warunkach nie mieliby wstępu. „Listy na pożegnanie” pokazują, jak zachować honor w godzinie próby, jak wspierać bliskich i jak przejść do historii. Nie jest to tom dla wszystkich, dokonane w tym wyborze skróty sprawiają, że jawi się bardziej jako świadectwo obyczajowości, indywidualnych przekonań pary opozycjonistów, a nie relacja okołowojenna. „Listy na pożegnanie” to test siły własnych przekonań, świadomości, co w życiu jest naprawdę ważne i czemu można się poświęcić bez reszty. Mimo wszechogarniającej rozmówców miłości nie będzie to rozgrzewający tom.

piątek, 20 października 2017

Jean Ure: Kłopotliwa wizyta

Jaguar, Warszawa 2017.

Konflikt w domu

Ten temat coraz częściej i coraz odważniej wkracza do literatury czwartej: motyw nowych partnerów rodziców służy oswajaniu odbiorców z podobnymi sytuacjami w prawdziwym życiu. Jean Ure trochę osłabia temat, sięgając do klasyki. Tutaj tata Bitsy i Em decyduje się na kolejny związek nie po rozwodzie, a kilka lat po śmierci żony. Był wprawdzie przez długi czas z Polly, ale teraz ma przyprowadzić do domu Caroline, swoją sympatię. Siostra taty, Cass, która do tej pory opiekowała się dziewczynkami, organizuje więc wielkie porządki i przygotowuje pyszną wegetariańską kolację. Wiadomo, że pierwsze wrażenie jest ważne, a dziewczynkom zależy na szczęściu taty (momentami nawet bardziej niż na swoim). Przy takim nastawieniu Caroline może zrobić wszystko, a i tak nie wzbudzi niechęci dzieci. Przynajmniej do czasu.

Pierwsza wizyta nie przebiega dobrze, bo Caroline natychmiast próbuje burzyć zastane porządki. Jako kobieta przedsiębiorcza i energiczna, chce od razu przejąć władzę i pomóc fajtłapowatemu profesorowi w ogarnięciu domu. Nie akceptuje ani skrótów imion czy pseudonimów dziewczynek, ani odmowy spożywania mięsa. Nie szuka wspólnego języka z dziećmi, a tatę Bitsy usiłuje zdominować. On – zakochany jak nastolatek, a raczej zauroczony kobietą – staje się bardzo ugodowy. W pojedynkach Caroline i córek bierze stronę tej pierwszej. Caroline ma zatem wszelkie predyspozycje, żeby stać się znienawidzoną macochą z baśni. A i tak w Bitsy wrogości nie ma. Bohaterka za to dostrzega i wylicza rozmaite błędy popełniane przez nową osobę w rodzinie. Caroline naprawdę nie zależy na przekonaniu do siebie dzieci. Z nią trudno wyobrazić sobie rodzinne szczęście – nawet jeśli ma rację w kwestii wegetarianizmu u najmłodszych, forsuje swoje przekonania zbyt nachalnie i bez uwzględniania przekonań maluchów. Idealna jako czarny charakter, stanowi też materiał do ćwiczenia cierpliwości. „Kłopotliwa wizyta” to książka nietypowa. Tutaj to dzieci dbają o dobro rodzica i zdolne są do wielu poświęceń, byle tylko uszczęśliwić ojca. Starają się nie sprawiać problemów, nawet jeśli w oczach dorosłych wygląda to zupełnie inaczej. Ure zajmuje się więc aktualnym obyczajowym tematem z nowej perspektywy. W tym tomiku nie ma miejsca na skomplikowane analizy charakterologiczne lub emocjonalne, postacie po prostu działają, a czytelnicy mogą przeanalizować ich wyczyny. Bitsy prowadząca tę historię jest bardzo ugodowa, raczej dostosowuje się do sytuacji niż próbuje ją zmieniać. Widzi, co jest nie tak, opisuje to, ale nie robi wiele, by uświadomić dorosłym problem. Ciekawsza wydaje się drugoplanowa Em – to ona wykazuje się silną wolą i determinacją, to ona walczy o swoje. To ona wreszcie staje się podstawowym wrogiem Caroline. W tej książce konflikt rozgrywa się wokół niejedzenia mięsa (i niezdrowych słodyczy) – ale jej sens to branie pod uwagę dobra wszystkich członków rodziny. Pamiętają o tym dzieci, pamięta o tym ojciec – zdanie pociech bardzo się liczy, ale dziewczynki też muszą iść na kompromisy, choćby wtedy, gdy nowa partnerka ojca ma zamieszkać w ich domu. Jest „Kłopotliwa wizyta” powieścią pop w szybkim rytmie, z wieloma uproszczeniami – ale tu nie o piękno narracji chodzi, a o przesłania, które wyczytają dzieci. Bitsy nie akcentuje przesadnie swoich uczuć, dzięki temu można się skupić na fabule i charakterach postaci. Jean Ure tworzy, żeby coś odbiorcom wytłumaczyć, dać im cenną lekcję, która może się przydać i w prawdziwym życiu.

czwartek, 19 października 2017

Marek Hłasko: Listy i pamiętnik

Iskry, Warszawa 2017.

Nowe listy

O ile wiadomo było, że Agnieszka Osiecka wcześnie zaczęła pisać dzienniki, o tyle dziecięce memuary Marka Hłaski były na rynku wydawniczym pewną sensacją. Teraz już odbiorcy zostali oswojeni z faktem, że ten autor wcześnie chwycił za pióro i przelewał myśli na papier – ze sporą dojrzałością, dziecięcą wrażliwością i humorem. Dziś to Iskry dbają o to, by spuścizna literacka i dokumenty Marka Hłaski ujrzały światło dzienne. Ukazuje się dość skromny objętościowo tomik będący uzupełnieniem wcześniej wydanego pamiętnika nastolatka. „Listy i pamiętnik” to zbiorek odnalezionych a nieznanych wcześniej listów małego Marka do matki i do ojczyma. Okazały się te dokumenty na tyle ważne, że należało je zaprezentować szerokiemu gronu odbiorców – a to ze względu na fakt, że zmieniają postrzeganie domowych relacji. Do niedawna zwykło się uważać, że Marek Hłasko cenił wyłącznie swoją matkę, a z ojczymem pozostawał na wojennej stopie. Udostępnione czytelnikom odkryte listy pokazują, że i ojczyma traktował z pełną serdecznością, a zwykłe konflikty nie przekreślały spokoju w domu. Młody Marek Hłasko do rodziców pisze zawsze, gdy potrzebuje kontaktu (a nie tylko wsparcia finansowego!). Przesyca swoją korespondencję zapewnieniami o miłości, wypełnia listy czułościami, momentami wpada wręcz w liryzm czy egzaltowaną przesadę – zrozumiałą u dziecka. Przy naiwności treści wykazuje się Hłasko olbrzymią dbałością o formę i cały tomik „Listy i pamiętnik” potraktować można jak pierwsze literackie wprawki. Autor dba o swój warsztat, wielokrotnie siebie czyta – z myślą o odbiorcach – cyzeluje frazy i rozbudowuje spostrzeżenia. Stara się poszerzać słownictwo, nie boi się ujawniania uczuć. Kreatywny jest zwłaszcza w zapewnieniach o miłości do matki. Przyznaje się do reakcji, jakich zwykle chłopcy uzewnętrzniać nie chcą. Poetyka listów rzeczywiście bardzo się zmienia, gdy autor pisze do ojczyma – tu widoczna jest serdeczność, ale w wersji bardziej szorstkiej, męskiej, bez łzawego rozmazania i tkliwości. A przecież autorem tych wynurzeń jest to samo dziecko. Już ze względu na świadome konstruowanie tekstu przez wzgląd na jego adresata warto się przyjrzeć temu tomikowi i prześledzić błahe wprawdzie jeszcze doznania małego Marka – ale już jako wprawki literackie prezentowane. Trzeci ton zapewnia pamiętnik, a zwłaszcza spotkania i rozstania z Alą. Tu Marek Hłasko pisze jeszcze inaczej – czytelnicy mogą sobie porównać rodzaje dyskursu i docenić sprawność pisarską nastolatka jeszcze w oderwaniu od wielkiej literatury. Ta publikacja ma charakter uzupełniający i swoją rolę spełnia bez zarzutu – to dodatek dla tych, którzy twórczością marka Hłaski się interesują i chcą odkrywać ślady świadomości autora nawet w juweniliach.

Bywa, że Marek Hłasko popisuje się typowym dla nastolatków humorem, potrafi zaskoczyć celną obserwacją lub ironicznym komentarzem. Sporo tu pojedynczych zdań, które przykuwają uwagę i nawet wyrwane z kontekstu będą funkcjonować jako znak narodzin pisarza. „Listy i pamiętnik” nie są absolutnie lekturą obowiązkową dla tych, którzy Hłaskę uwielbiają – ale znajdzie się spora grupa odbiorców, w tym miłośników juweniliów, którzy uznają publikację za ważną. Powraca tu po raz kolejny prośba o udostępnianie nieznanych listów Marka Hłaski – wszystko po to, by móc odtworzyć w miarę pełne archiwum. Marek Hłasko dzięki takim pozycjom daje się wciąż na nowo odczytywać – buduje się jego życiorys i rozwiązują przynajmniej niektóre zagadki.

środa, 18 października 2017

Boyé Lafayette De Mente, Geof Botting

Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2017.

Zwyczaje

Japonia jest zdecydowanie inna od tego, co znają Europejczycy. I nie chodzi tu nawet o „wynalazki”, które śmieszą czy budzą ekscytację jako elementy kompletnie u nas nieznane, ale o sam system zachowań, przyzwyczajeń i reakcji. Zrygoryzowane formy wymagają wysokiej świadomości etykiety i często stają się barierą nie do przejścia w poznawaniu kraju. „Etykieta japońska” to tom krótki i wyraźnie sprofilowany. Boyé Lafayette De Mente oraz Geof Botting zwracają się przede wszystkim do pracowników biznesowych wysyłanych w dalekie delegacje oraz do turystów, którzy chcieliby na miejscu nawiązywać kontakty z ludźmi. Ten tom pozwala na błyskawiczne przyswojenie sobie podstawowych reguł, rozwiewa wątpliwości i sprawia, że przyjezdni poczują się pewniej, a może stać się także ciekawym punktem wyjścia do dalszych poszukiwań. Nie będzie tu zatem wyliczania dziwności i ekstrawaganckich rozwiązań – niewielka strata, bo z tego składa się wiele publikacji o Japonii. Autorzy proponują za to zestaw praktycznych porad obejmujących wiele dziedzin codzienności – od korzystania z łazienki i toalety po wręczanie wizytówek. Tłumaczą, jakie prezenty i z jakiej okazji przynosić, jak składać ukłony, wyjaśniają, kto płaci rachunek w restauracji. Omawiają zasady randkowania oraz uczestniczenia w dużych uroczystościach (śluby czy pogrzeby). Bywa, że porównują zwyczaje – na przykład przy podawaniu ręki. Wszystko po to, żeby zmniejszyć liczbę sytuacji trudnych czy wprawiających którąkolwiek ze stron w zakłopotanie. Ta książka bardzo przydaje się w zrozumieniu różnic kulturowych i obyczajowych.

Autorzy nie zawsze zajmują się analizowaniem genezy zwyczajów, niekiedy tylko zagłębiają się w historię i płynące z niej tradycje, raczej wolą proste podpowiedzi pozbawione ozdobników. Rozdziały są tu bardzo krótkie i precyzyjne, dotyczą wyłącznie tematu zaznaczonego w tytule – dzięki temu zabiegowi nawigacja po książce staje się prosta, a tom można zabrać w podróż i na bieżąco rozstrzygać kolejne dylematy. Niewielka objętość powodowana jest nastawieniem na esencję wiadomości, „Etykieta japońska” to tom skondensowany, w sam raz dla tych, którzy lubią konkrety. Nastawienie na praktyczność wykrusza ekscytację motywami bardziej egzotycznymi, ale Japonia w tym ujęciu jest możliwa do zaobserwowania w każdej podróży. Jest to książka napisana sprawnie, z myślą o tym, że ma tworzyć przewodnik po zachowaniach dla tych, którzy nie mają czasu na dogłębne poznawanie lokalnej kultury, a potrzebują szybkich reakcji. Autorzy zajmują się nawet krótką lekcją wymowy – podają zasady wymawiania poszczególnych liter lub grup głoskowych, a także słowniczek przydatnych pojęć oraz słownik „technologiczny”. Chcą, by każdy mógł poznawać Japonię na własny sposób.

„Etykieta japońska” to podręczny zbiór zasad zachowania się. Chociaż jest tomem wydanym w serii okołopodróżniczej – kolejne tytuły przedstawiają lokalne zwyczaje czy absurdy – nie ma charakteru reportaży, to raczej nastawienie na fakty, pozbawione literackości, ale wcale przez to nie gorsze. Autorzy dobrze znają reguły obowiązujące w Japonii, potrafią też wskazać pułapki dla odbiorców-turystów. Tom został więc przygotowany tak, by ograniczać możliwości popełniania towarzyskich błędów. Może być traktowany jak poradnik i czytany wyrywkowo w celu znalezienia potrzebnych objaśnień – albo jako lektura-ciekawostka, zestaw zasad, które w podróżniczych książkach o Japonii są przeważnie pomijane jako zbyt mało egzotyczne. Zestawione tu wiadomości wydają się jednak na tyle barwne, że czytelnicy nie będą mieli powodów do narzekania.

wtorek, 17 października 2017

Zuzanna Kiełbasińska: Bolek i Lolek zwiedzają Polskę

Znak, Kraków 2017.

Symbole

Bolek i Lolek dla pokolenia dzisiejszych czytelników byli bohaterami kultowymi, mimo że w kreskówce nie wypowiadali ani słowa. Teraz od czasu do czasu i w różnych publikacjach książkowych powracają, przypominają o swoim istnieniu. Powracają już na innych zasadach, dopasowani do potrzeb (zwłaszcza edukacyjno-wychowawczych), rozgadani i zestawiani z pomijanymi w klasycznej bajce bliskimi. Nie żyją w próżni, odnajdują się w dzisiejszych czasach raczej zgrabnie – a że nie ma już dzieci przywiązanych do ich pierwotnej wersji, znika też problem przy dysonansie poznawczym. Po prostu Bolek i Lolek stali się postaciami ogólnikowymi, dopasowywanymi do potrzeb twórców i wymogów rynku.

„Bolek i Lolek zwiedzają Polskę” to książka, która ma cele edukacyjne i poznawcze. Chłopcy w wakacje mają poszukać smoka. W Krakowie zastają tylko rozczarowujący ich pomnik, figurę ziejącą wprawdzie ogniem, ale sztuczną – a poszukiwacze przygód marzą o zetknięciu się z prawdziwym baśniowym stworem. Przemierzają zatem cały kraj, przeskakują z miejsca na miejsce i odkrywają przy tym lokalne atrakcje. Rozwiązują drobne zagadki i zawsze się czegoś dowiadują. Taka zabawa przynosi korzyści, ale bohaterom zapewnia przede wszystkim nieskrępowaną radość. Poszukiwanie smoka to poszukiwanie wrażeń i wyzwań. A dla małych odbiorców jeszcze dodatkowa wyszukiwanka graficzna.

Każde miasto czy miejscowość to odrębna rozkładówka i bardzo krótki opis zachowań Bolka i Lolka. W tym opisie – nie można go nazwać pojedynczym opowiadaniem, to jedynie drobna scenka – mieszczą się ciekawostki, symbole rozpoznawalne przez dorosłych. Bolek i Lolek znienacka pojawiają się w nowej dla siebie przestrzeni, od kogoś na miejscu dowiadują się czegoś o regionie, historii, zwyczajach czy atrakcjach – do wyboru. W narrację zostaje też wpleciona wskazówka dla czytelników: pogrubione słowo to sygnał do wyszukiwania określonego przedmiotu na grafice. Bolek i Lolek szybko mogą się przekonać, że tu smoka nie ma – więc wyruszają dalej. Nie mają problemów transportowych, z miasta do miasta właściwie się teleportują. W końcu nie o trudy podróży tu chodzi. Poszukiwanie smoka przez bohaterów to jedno, poszukiwanie wskazanego przedmiotu na kreskówkowych ilustracjach w duchu bajki – drugie. A kiedy opowieść się skończy, bajkową puentą, pojawia się dodatkowy zestaw zagadek i odesłanie na stronę, która przyniesie kolejne rozrywki. W ten sposób dzieciom nie znudzi się szybko ta książka – będą wracać do kolorowych ilustracji wiele razy> Z Bolkiem i Lolkiem każda taka zabawa wydaje się atrakcyjna, maluchy więc będą wertować ten tomik z ochotą, a przy okazji uczyć się skojarzeń miast i ich cech. To proste wprowadzenie do lekcji geografii i do poznawania kraju. Jeśli do któregoś miejsca przedstawionego w tomiku mają blisko, mogą namówić rodziców na wycieczkę. Tak skomponowany zbiorek nie tylko pełni funkcję edukacyjną – zapewnia dzieciom rozrywkę w modnym dzisiaj stylu. To kolejne zaprezentowanie możliwości wyszukiwanek – jako tomików kreatywnych dla najmłodszych. Jest to książeczka bardzo kolorowa i utrzymana w stylu dawnych kreskówek – nie potrzebuje dodatkowych ozdobników, sama w sobie będzie dla dzieci atrakcyjna. Zabawa ćwiczy uważność, rozwija wiedzę oraz ciekawość otoczenia. Jest dobrze dopasowana do wieku oraz potrzeb najmłodszych.

poniedziałek, 16 października 2017

Honest Lee, Matthew J. Gilbert: Pechowa klasa nr 13

Jaguar, Warszawa 2017.

Czek na marzenia

Jest to pomysł na fabułę rodem z powieści pop i bajek, oczywisty niby – a przecież dotąd właściwie nieeksploatowany, prosty i skuteczny w coraz bardziej skomercjalizowanym świecie. „Pechowa klasa nr 13” już tytułem zapowiada czarno-białe chwyty, łatwy śmiech i nastawienie na dowcip sytuacyjny, mało subtelny. Honest Lee i Matthew J. Gilbert wybrali sobie temat-samograj. Oto pani Andżelika Szczęsna, wychowawczyni klasy numer 13, wygrywa sporo pieniędzy na loterii. Ponieważ do tej pory miała wyjątkowego pecha, nie wierzy nawet w taką możliwość – obiecuje więc dzieciom, że w razie wygranej podzieli się pieniędzmi ze wszystkimi. Wygrywa, zatem każdy maluch staje się posiadaczem miliarda trzydziestu siedmiu milionów trzydziestu siedmiu tysięcy trzydziestu siedmiu złotych i czterech groszy. Kilkulatki wracają do domu i mogą realizować swoje marzenia, bez względu na opinie rodziców. Jedni zapewniają dom całej sforze bezpańskich zwierząt, inni sprowadzają najsłynniejsze budowle świata. Ktoś chce ratować planetę, a ktoś inny – stworzyć swoje klon. NASA, rodzina z telewizji, nauka, prywatna wyspa, piękna aktorka, działalność dobroczynna… ile dzieci, tyle pomysłów na wydanie małej fortuny. Nie zawsze te pomysły przyniosą radość dzieciom i ich rodzinom – w końcu pieniądze szczęścia nie dają. Dla odbiorców jedne rozwiązania będą bardziej naturalne, a inne – rozczarowujące, wszystkie mogą śmieszyć. Zwłaszcza że nawet chomik dostaje swoją część wygranej i ma własną, oczywistą, reakcję na czek.

Wyjściowy pomysł to samograj, bo wyznacza przebieg (i konstrukcję) całej książki. Pierwszy rozdział pokazuje panią Andżelikę Szczęsną, która honorowo wywiązuje się z absurdalnej obietnicy. W dalszej części każdy rozdział to prezentacja jednego dziecka, ucznia klasy numer 13. Wszystkie maluchy (łącznie z chomikiem) się tu znajdą, a każdy zostanie wyizolowany ze szkolnej społeczności, żeby mógł się wykazać. Autorzy w skrócie prezentują sytuację domową różnych postaci. Przedstawiają je w krótkich rozdziałach – miniopowiadaniach mogą się zatem popisywać nieskrępowaną wyobraźnią i umiłowaniem dla nonsensu. Liczy się dowcip, więc w wypadku rozrywkowej literatury dla dzieci również szereg absurdów. Tu akcja musi być wyrazista i zerojedynkowa. Jeśli morał – to podporządkowany dowcipowi, żadnych pouczeń. Życiowe wybory mogą się różnie skończyć, nie ma dobrych decyzji, kiedy działa się impulsywnie. Jednym udaje się bardziej, innym mniej – ale każdy podejmuje działania.

„Pechowa klasa nr 13” to tomik, który pokazuje, na czym polega działanie wyobraźni. Tu kreatywność jest w cenie: autorzy mają jeden motyw, czyli czek na wielką sumę, i zbiór dzieci o konkretnych charakterach i marzeniach. Każdemu wymyślają inną strategię. Nie ogranicza ich długość rozdziałów – bo niektóre części mają zaledwie kilka zdań. Rytm opowieściom nadaje satyra i prześmiewczość, twórcy nie litują się nad postaciami i nie chronią ich przed konsekwencjami złych wyborów. To krótka opowieść przystosowana do marzeń o bogactwie. Rzadko temat pieniędzy trafia do książeczek przeznaczonych dla najmłodszych w tak dużym stopniu, tutaj wysuwa się na pierwszy plan, ale został z dobrym pomysłem zrealizowany. Prosta narracja sprawia, że łatwiej będzie kilkulatkom potraktować tomik jako podstawę do ćwiczenia czytania. Autorzy zachęcają też do wymyślania własnych przygód – pokazują odbiorcom, ja to zrobić, zapraszają do kreatywnego działania. „Pechowa klasa nr 13” to publikacja szybka i dostosowana do czasów.

niedziela, 15 października 2017

Andrea De Carlo: Niedoskonały cud

Bukowy Las, Wrocław 2017.

Smaki życia

Jest ich dwoje, oboje w momencie, w którym powinni mieć już ustabilizowane życie i sprecyzowane marzenia. Tymczasem oboje znajdują się na zakręcie i nie wiedzą, co zrobić, żeby uwolnić się od problemów. Nick Cruickshank to rockman o bujnej przeszłości. W zasadzie znudziły mu się już wyskoki i pijackie wybryki, pracuje nad sobą i razi go zachowanie kumpli z zespołu. . Nawet erotyczne podboje nie cieszą go tak, jak dawniej, teraz Nick planuje się ustatkować i ożenić z kobietą, która zawsze go fascynowała. Rezygnuje z codziennych ekscytacji, a przynajmniej taki ma zamiar, zmęczony szaleństwami. Razem z energią życiową Nick traci trochę ze swojej charyzmy – nie jest tą postacią, która wykorzystuje popularność. Bez przekonania pozuje do zdjęć z fanami, raczej ukrywa się w domu na uboczu. Drugą postacią „Niedoskonałego cudu” jest Milena Migliari, Włoszka, która zajmuje się wytwarzaniem oryginalnych lodów. Ta bohaterka daje się stłamsić swojej partnerce. Związek, który kiedyś wydawał się wybawieniem od mężczyzn, ekscytującą alternatywą i inspirującym doświadczeniem, nagle zamienia się w odgrywanie konserwatywnych ról. W tej relacji Milena Migliari stoi na przegranej pozycji: jej władcza partnerka uważa, że to ona ma ważniejszą pracę (a lody Mileny to raczej bezwartościowe hobby). W dodatku kobiety planują mieć dziecko, które urodzi Milena. Właściwie chce tego tylko Viviane, Milena nie potrafi jednak walczyć o swoje racje. Ucieka do lodziarni, bo tylko tam może być sobą. Tych dwoje Andrea De Carlo zderza ze sobą w powieści „Niedoskonały cud” – i pozwala im odkryć nowe możliwości w życiu.

Autor nakreśla równolegle dwie sytuacje. Jedna to zamieszanie przed ślubem w posiadłości Nicka – i sceny, które pozwalają lepiej poznać dosyć skomplikowane losy bohatera. To droga do zrozumienia jego charakteru i całej postaci. Druga to produkcja lodów. W „Niedoskonałym cudzie” podkreśla się modę na lody rzemieślnicze. Milena Migliari testuje nowe smaki, chce produkować lody z kwiatów, zajmuje się ich konsystencją, sposobem podania czy temperaturą. W tym temacie autor wręcz zbliża się do powieści kulinarnych, przy lodach stara się nasycać zmysły opisami i rozbudzać apetyty. Dla Mileny Migliari lody są wszystkim – pomagają nawet pomóc w zrozumieniu, że znalazło się bratnią duszę. To jak sekretny język, rodzaj wspólnego wtajemniczenia. A do tego przydatna metafora mogąca przenieść się na życie.

Andrea De Carlo robi dużo, żeby nie sprowadzać swojej historii do tandetnego i przewidywalnego romansu. W fabule zajmuje się różnymi pobocznymi zagadnieniami, które rozwija do granic możliwości, żeby odsunąć w czasie powrót do bohatera. Przedziela rozdziały dotyczące Nicka opowieściami o Milenie, żeby jeszcze bardziej odwlec to, co nieuchronne. Warto zauważyć, że w dialogach porzuca prawdopodobieństwo, pozwala bohaterom dokładnie nazywać swoje uczucia (co ma świadczyć o wyjątkowości ich relacji, bo z innymi już nie da się tak precyzyjnie rozmawiać). Do tego bardzo lubi akcentować wybrane sformułowania: w tekście zaznaczane to jest rozstrzelonym drukiem i czasami funkcjonuje ten chwyt do przesady, aż może zmęczyć lub zirytować czytelników. W akcji nie dzieje się zbyt dużo, przynajmniej w sferze wydarzeń. Dla autora ważniejsze są relacje międzyludzkie – to portretuje przez cały czas i na nich najbardziej się skupia. „Niedoskonały cud” to powieść, która ma być nawiązaniem do ciepłych obyczajówek i do psychologicznych komplikacji. Przy tym musi trochę stracić na lekkości, ale nie przestaje być oryginalnym czytadłem.

sobota, 14 października 2017

Agnieszka Tyszka: Z lajkomierza Fryderyki

Akapit Press, Łódź 2017.

Sztambuch

Fryderyka wakacje spędza w przedziwnym domu ojca i Elizy i wszystko wskazuje na to, że nudzić się tu będzie niemiłosiernie: nie jest to jej wymarzony sposób na odpoczynek. Przyjaciółki powyjeżdżały, nawet modowym blogiem Fryderyka zwana Fiką nie ma się jak zająć. Przywiozła ze sobą walizkę pełną beżowych ciuchów do rozmaitych stylizacji, ale tu, na terenie dawnego pałacu, czas się zatrzymał. Na szczęście są w pobliżu artystyczne dusze, które przygotowują ciekawe projekty i zrażają entuzjazmem. Można między innymi przyjrzeć się sylwetkom kobiet z różnych wieków, tym paniom, którym nie wystarczała opieka nad domem i wychowywanie dzieci. Fryderyka należy do młodych feministek – a może po prostu chce być istotą samodzielnie myślącą. Buntuje się jak wszystkie nastolatki, jest jednak bardzo inteligentna – jak większość bohaterek książek Agnieszki Tyszki. Ta autorka lubuje się w postaciach niby dystansujących się od otoczenia, samodzielnych i dumnych, a jednak kruchych i wrażliwych. Fryderyka pod wpływem nowych znajomych zaczyna interesować się przeszłością. Dawny sztambuch i dzisiejszy blog krzyżuje, żeby powstał lajkomierz. Modowe stylizacje łączy z odkrywaniem dawnych strojów, w dzisiejsze ubiera pomniki. Robi sporo, żeby udowodnić, że jest postacią kreatywną.

Równolegle do nastolatkowego świata Fryderyki Agnieszka Tyszka wprowadza też poważniejsze tematy. Jedna z kobiet boi się byłego partnera, odkrywa, czym jest toksyczny związek – i że takiej relacji się nie ratuje, można ją tylko przerwać dla własnego zdrowia i bezpieczeństwa. Sfera związków to temat delikatny i kreślony na marginesie. O wiele ważniejszy jest tym razem… rasizm. Pojawiają się w powieściowej przestrzeni ludzie o ciemniejszej karnacji, życzliwi i pomocni. Jednak w niektórych wzbudzają atawistyczny lęk. Tu jest jeden zdeklarowany nacjonalista: goli głowę na łyso, nosi koszulki z patriotycznymi hasłami i nienawidzi obcych. Ta nienawiść czai się w jego spojrzeniu i w każdej chwili może się przerodzić w atak agresji. Gdyby nie miał poparcia w społeczeństwie, może przemyślałby i zmienił swoje zachowanie lub osłabł w gorliwości zwalczania domniemanych uchodźców. Ale zwykłymi ludźmi, zwłaszcza w starszym pokoleniu, też często rządzi strach. Wtedy słychać pokątne szepty o konieczności obrony i o słuszności nacjonalizmu (którego dla unikania niewygodnych prawd nie nazywa się po imieniu). A to już powoli przeradza się w społeczną paranoję, równie niebezpieczną jak każdy fanatyzm. Agnieszka Tyszka pisze tę krótką powieść dla nastolatek zmęczonych typowymi romansowymi fabułami. Fryderyka nie będzie przeżywać pierwszej miłości, spróbuje za to odnaleźć się w przestrzeni, która nie do końca jej odpowiada. Dowie się, że nie zawsze spełniają się marzenia i że czasami trzeba decydować się na kompromisy. Nie straci jednak zapału do działania. Jest to powieść lekka i uzupełniona o wiadomości z przeszłości. Zamykają ją biogramy kilku sławnych kobiet – ale i w ramach samej narracji Tyszka sięga po materiały źródłowe, urozmaica opowieść i podsuwa czytelniczkom sposoby na to, jak przekształcić czy zindywidualizować trendy. Moda nie musi być ślepym naśladownictwem, Fryderyka – kierując się nią w życiu – odkrywa własne pasje i talenty. Jest „Z lajkomierza Fryderyki” książką całkiem udaną, powieścią pop, ale dobrze napisaną. Agnieszka Tyszka wraca do celnych pomysłów i precyzyjnie konstruowanych charakterów. Nie chce zarzucać odbiorczyń słowami, a przeżyciami – a te urozmaica. „Z lajkomierza Fryderyki” to powieść, która nie zawiedzie fanek Agnieszki Tyszki, nadaje się na rozrywkową lekturę. Nie angażuje przesadnie, ale też nie zanudzi miłośniczek obyczajowych historii.

piątek, 13 października 2017

Jerzy Stuhr: Moje smoki na dobre i złe

Czerwone i Czarne, Warszawa 2017.

Życie w skrócie

Nie pierwsza to książka Jerzego Stuhra, jaką aktor wypuszcza na rynek – ale bez wątpienia najciekawsza i najbardziej udana pod kątem stylu czy porządkowania treści. Aktor – uwielbiany przez widzów (i to przez całe pokolenia!) dzieli się tym razem z czytelnikami swoimi doświadczeniami z pracy przy filmach (mniej – z teatralnej) i anegdotami z życia. Z rzadka zajmuje się tematami prywatnymi: stara się raczej zachować prywatność w czasach powszechnego ekshibicjonizmu, nie dostarczy pożywki brukowcom ani poszukiwaczom sensacji. Pisze z klasą – co nie wyklucza humoru, zwłaszcza przy opowiadaniu komicznych scenek. Tu Stuhr zachowuje się niemal jak rasowy satyryk: umiejętnie podbija puenty i podsyca śmieszne kwestie. Nie znaczy to, że podlizuje się czytelnikom szeregiem dowcipów, większa część książki to przeżycia momentami trudne. Chociaż Jerzy Stuhr odwołuje się i do cieni popularności, i do swojej choroby, i do lęku o córkę – to nie przygnębia, zachowuje lekki i felietonowy styl. Ta książka ma dobrą redakcję. Pod względem konstrukcyjnym to starannie przemyślana całość. Tom składa się z drobnych tekstów o charakterze okołofelietonowym – to alternatywa dla potężnych memuarów, w których autorzy chcą zwykle zachować i utrwalić absolutnie wszystko. Jerzy Stuhr nie dość, że proponuje odbiorcom zwarte rozdziały, stanowiące zamknięte całostki, to jeszcze przyjmuje intrygujący punkt wyjścia. Odwołuje się do… smoków. Smoków dobrych i smoków złych (a czasem nawet dwugłowych stworów, bo niektóre porażki od sukcesów dzieli niewiele). Smoki to najsilniejsze przeżycia, emocje i doświadczenia. Smoki to wielkie wyzwania, lęki i zmartwienia, rozczarowania, czasem dramaty. Ale bywają smoki radości, sukcesy tam, gdzie nikt by się nie spodziewał świętowania. Takimi smokami Jerzy Stuhr równoważy przykrości, czytelnikom za to podsuwa punkty przełomowe ze swojego życia. To gwarancja mocnych wrażeń lekturowych oraz śmiechu – jedno i drugie zapewni nieobojętną lekturę, co przełoży się i na sympatię do autora. Jerzy Stuhr dzieli się z czytelnikami tym, co dla niego istotne, a to motyw nie do pogardzenia. Mimo troski o prywatność (co podkreśla, żeby uświadomić części fanów to prawo aktora), sprawia wrażenie zwierzania się bliskim. Unika przy tym poetyki brukowców, nie chce sensacji. Tonuje to, co wzbudzałoby niezdrowe emocje. Tylko pod takim warunkiem może pisać prawdziwie.

Autor zdradza kulisy zawodu, opowiada o rzeczach, których zwykli widzowie nie mogliby się dowiedzieć, dopuszcza ich do pewnej tajemnicy. Umożliwia uczestniczenie w życiu kulturalnym. Częstuje anegdotami, ale znajduje też miejsce, by dać upust żalom. Nie męczy. W krótkich rozdziałach dba o konstrukcję tekstów, unika przypadkowości. Smoki Jerzego Stuhra nie zawsze dadzą się oswoić – ale dla odbiorców będą przekonywać, że warto walczyć. To motywacja do działania i cenna życiowa lekcja. Niby można zajrzeć do tomu z ciekawości, ale też Jerzy Stuhr przyciąga osobowością. Tym razem jego narracja nie budzi wątpliwości ani zastrzeżeń, zapewnia rozrywkę. Autor odwołuje się nie tylko do produkcji ważnych w aktorskiej karierze, ale także do motywów, które zaistniały w kulturze masowej i mają spore znaczenie dla rosnącej liczby fanów. Jest to tom, który na rynku może nie zrobi zamieszania – w dobie publikowania wspomnień i wywiadów przez sporą liczbę aktorów – ale dostarczy odbiorcom trochę radości, a i odrobinę refleksji.

czwartek, 12 października 2017

Zbigniew Jerzy Adamczyk: Manipulacje i tajemnice. Zagadki późnej biografii Stefana Żeromskiego

Czytelnik, Warszawa 2017.

Podwójne życie

Stefan Żeromski nie należy dzisiaj do najchętniej czytanych autorów, pozostaje w świadomości społeczeństwa dzięki lekturom szkolnym, interesują się nim też literaturoznawcy. Ale za sprawą opublikowanej przez wydawnictwo Czytelnik książki „Tajemnice i manipulacje” może wrócić do łask. Zdzisław Jerzy Adamczyk nie tworzy reklamy, ba, wcale nie zajmuje się analizowaniem tekstów Żeromskiego: twórczy aspekt zupełnie pomija. Zabiera się natomiast za odkrywanie tajemnic i rozwiązywanie zagadek, których dostarcza późna biografia. Sięga do motywu, który mógł być uznawany za skandalizujący i nawet dzisiaj, mimo przemian obyczajowych, część odbiorców oburzy. Dotyczy bowiem „śledztwo” kwestii dwóch żon Stefana Żeromskiego, obu rodzin, które pisarz miał traktować jak równoważne. Adamczyk sprawdza, czy drugi związek został zalegalizowany. Próbuje również przy tym zająć się weryfikowaniem rewelacji, które w swoich wspomnieniach obficie prezentuje Monika Żeromska. Nie jest to łatwe zadanie, bo co pewien czas autor zapomina o początkowych zastrzeżeniach i traktuje cytaty z córki pisarza jako źródło wiedzy niewymagające żadnej dodatkowej weryfikacji. Jakby tego było mało, czasami Adamczyk uzupełnia konkretne obrazki rodzajowe… swoimi przypuszczeniami. Zwykle takie wyobraźniowe popisy zaznacza i funkcjonują one obok stwierdzeń, że do pewnych wiadomości dotrzeć się nie da. O ile to drugie rozwiązanie jest naturalne i wartościowe, o tyle to pierwsze – nie do zaakceptowania zwłaszcza w tekście naukowym. Fakt, że kusi dokładanie barwnych detali dla dobra narracji, ale to w beletrystyce, a nie w opracowaniu naukowym: autor automatycznie podważa własną wiarygodność. A przecież dużo sił (może zbyt dużo, nie jest na rynku postacią anonimową) poświęca na budowanie u odbiorców przekonania, że jako jedyny może zajmować się tajemnicami późnej biografii Żeromskiego. Akcentuje i znajomość korespondencji, i dobre orientowanie się w życiorysie pisarza – ale niepotrzebnie to manifestuje bezpośrednio, lepiej by wypadł, prowadząc rzeczową narrację, bez osobistych wtrętów i autopromocji. W samej warstwie tekstowej istnieje jeszcze jedno męczące przyzwyczajenie autora – to jest podkreślanie raz wprowadzonej informacji bądź tezy przez powtórzenie jej zaraz podobnymi słowami. Pierwszą myśl od powtórzenia dzieli zwykle jedno zdanie. Bardzo hamuje to tok wywodu i paradoksalnie osłabia jego działanie, wypada nie dość, że niezręcznie, to jeszcze szkolnie. Warto mieć zaufanie do czytelników, i wierzyć, że bez takiego powielania fraz wyłapią najważniejsze punkty. Przyjęta przez autora strategia rozgrywa się z dużą szkodą dla stylistyki książki – tym gorzej, że przecież tematyka jest ciekawa.

Autora interesują relacje między Żeromskim i jego wybrankami i chociaż można by wykorzystywać ten motyw idealnie do promocji publikacji – nie ma tu pogoni za sensacyjnością. Adamczyk koncentruje się zwłaszcza na pomyśle Żeromskiego na życie – pokazuje, jakie były losy dzieci z obu związków, jak zachowywały się partnerki. Przygląda się prawdom i fałszom z zapisków Moniki Żeromskiej. Odnosi się zatem do tematyki obyczajowej, niezależnej od kształtu utworów, za to rozpalających opinię społeczną. Uczucia się nie starzeją, cechują się uniwersalnością – i idealnie sprawdzają się w tym tomie. Adamczyk rezygnuje na szczęście z poetyki plotki, sięga po fakty, a te wiadomości, które zdobywa, wystarczają na podsycenie zainteresowania czytelników. Autor dość dogłębnie analizuje fragment biografii Żeromskiego – tematyzacja bardzo służy tej książce. Nie ma potrzeby powielania standardowych encyklopedycznych danych – ani prześwietlania utworów pod kątem wpływu życia na literaturę. Stefan Żeromski funkcjonuje tu nie jako pisarz, a jako człowiek, który odważył się żyć po swojemu.

środa, 11 października 2017

Justyna Bednarek: Pora na pomidora (w zupie)

Egmont, Warszawa 2017.

Przepis i tyle

Bardzo dużym wyzwaniem będzie dla dzieci, które uczą się czytać, tomik z pierwszego poziomu serii Czytam sobie, „Pora na pomidora (w zupie)” Justyny Bednarek. Przede wszystkim ze względu na temat, bo miało którego kilkulatka wciągnie przepis na zupę pomidorową. Chwytliwy tytuł to jedyny wabik: później autorka wymienia składniki oraz sposób przygotowania potrawy. Choćby i najpyszniejsza – brakuje tu dodatkowej motywacji do czytania. Być może na moment Bednarek przyciągnie małych kucharzy lub kuchennych pomocników – albo łasuchy. Ale brak fabuły to poważny mankament. Jeśli dziecko ma zabrać się do ćwiczenia czytania, powinno wiedzieć, co uzyska. Przepis na zupę pomidorową to sposób na jednorazowe zaspokojenie ciekawości, ale co dalej?

Zupę w tomiku gotuje Eufrozyna i to otwiera drugą z problematycznych kwestii. Do tej pory prym w wyszukiwaniu mało używanych synonimów spełniających wymogi cyklu wiódł Zbigniew Dmitroca – trudno było o bardziej skomplikowane bajeczki (a to duża sztuka, jeśli weźmie się pod uwagę, że tekst ma mieścić do dwustu wyrazów). Teraz na prowadzenie, dość niechlubne, wysuwa się Justyna Bednarek. Owszem, ma tu znaczenie choćby rezygnacja z dwuznaków czy zmiękczeń: mają być tylko podstawowe głoski. Tyle że znalezienie synonimu spełniającego założenia i używanego na co dzień to w takim wypadku podstawa. Autorka ułatwia sobie zadanie przez źle brzmiące zdrobnienia (danko i miksowanko – ostatnim, który mógł sobie pozwolić na podobne językowe manipulacje był Edward Dziewoński). Eufrozyna oznacza, że Justyna Bednarek będzie do przesady zawyżać poprzeczkę. Na tym poziomie serii dzieci dopiero uczą się czytać, nie powinno się ich zniechęcać łamańcami językowymi, których z niczym nie skojarzą. A pojawia się tu i prima sort, i receptura czy ukrop. Zdanie „Eufrozyna serwuje pomidorowy cud z listkami bazylii” wielu odstraszy od samodzielnego czytania. Trudno będzie maluchom przedzierać się przez niezrozumiały tekst, pełen wieloliterowych pułapek: dzieciom należy wyżej stawiać poprzeczkę, ale nie wolno popadać w przesadę: tych fraz same mogą nie zrozumieć – zwłaszcza że nie funkcjonują one w codziennym życiu. To pokazuje, że może nie ma sensu ćwiczyć czytania – skoro umiejętność rozpoznawania liter nie przekłada się na zrozumiałość. Zamiast dowcipnej, dorównującej tytułowi historyjki, lekkiej i przyjemnej, Justyna Bednarek serwuje ciężkostrawną całość.

Dobrze, że Daria Solak wie, dla kogo tworzy. W jej wykonaniu ilustracje kuszą pozorną naiwnością (widać ślady kolorowania, co zachęci dzieci do samodzielnego ozdabiania menu), a także humorem: składniki zupy robią wesołe minki i dają się lubić. Gdyby ta lekkość istniała też w samej książeczce, czytałoby się całość zupełnie inaczej. Daria Solak przy rysowaniu myśli o dzieciach i to od razu procentuje. Tomik przyjemnie się ogląda i jest kolorystycznie wyważony. „Pora na pomidora (w zupie)” to publikacja oznaczona quasi-gatunkowym określeniem „przepis” i może ktoś zechce, oczywiście z mamą, wypróbować podpowiedzi autorki. Ale czytać samodzielnie chętniej dzieci będą inne tomiki.

Przy okazji warto zwrócić uwagę i powtarzać do znudzenia: unikanie dwuznaków, żeby ułatwić małym dzieciom lekcje czytania, będzie na nic, jeśli w zamian pojawią się słowa, których maluchy nie miały okazji usłyszeć (więc i których sensu nie zrozumieją). Jeśli seria ma prowadzić do samodzielnego odkrywania lektur, nie wolno popełniać takich błędów. To, co dorosłym wydaje się oczywiste, dla kilkulatków wcale takie być nie musi.

wtorek, 10 października 2017

Hans Christian Andersen: Improwizator

MG, Kraków 2017.

W świecie słów

Antonio kocha Annunciatę, młodą i bardzo utalentowaną śpiewaczkę. Annunciata jednak wybiera Bernarda, najlepszego przyjaciela Antonia. Ten węzeł fabularny, oparty przecież na banalnym schemacie, wykorzystuje Hans Christian Andersen, żeby zaproponować czytelnikom powieść historyczną, której właściwym tematem wydaje się magia słów. Magia słów w opisach proponowanych przez autora, ale i przez bohatera, niemal równolegle. Wcześnie osierocony Antonio trafia do rodziny Borghese. Tam przekonuje się, że potrafi improwizować – tworzyć poezję na zamówienie publiczności (swoich sił próbuje zresztą w różnych sztukach, ale to opowiadanie historii wywiera największe wrażenie na odbiorcach). Umiejętność tę doskonali i odkrywa, że wielką przyjemność sprawiają mu brawa i słowa uznania ze strony słuchaczy. Z tej ścieżki już bohater nie będzie chciał schodzić. Od czasu do czasu Antonio serwuje czytelnikom próbkę swojego talentu: owszem, sam prowadzi narrację, ale dopiero gdy streszcza przebieg kolejnego wystąpienia, wpada w trans opowiadania i próbuje również w tym wypadku czarować słowem. W ten sposób powieść zyskuje kompozycję szkatułkową, a sam bohater – bardziej przekonujący portret. Antonio nie mógł doświadczyć wielu rzeczy, nie bywał w miejscach, o które proszą spragnieni historii słuchacze. Ale radzi sobie ze spełnianiem ich próśb bez większego trudu, a to za sprawą zapożyczania doznań. Proste obserwacje lub własne przeżycia, które same w sobie nikogo by nie zainteresowały, bohater przekuwa na literaturę, dzięki czemu zyskuje prawdziwość uczuć postaci i wielką szczerość przekazu. Tym trafia do ludzi i buduje swoją sławę.

Jest „Improwizator” książką o sztuce opowiadania. Andersen sięga po fabularne tematy zbanalizowane, mimo że oparte na wielkich namiętnościach – ale nie o rozsmakowanie się w akcji chodzi w tym wypadku. Autor próbuje zwrócić uwagę czytelników na słowa, korzysta z ich brzmienia, faktury i barwy. Akcentuje zmysłowość świata przedstawionego, w ogóle nie zajmuje się prawdopodobieństwem, za to bardzo uważa na to, by słowa znaczyły dokładnie to, co powinny. Bawi się literackością: tu nie ma kolokwializowania stylu. Powieść ma przede wszystkim zwracać uwagę na siebie samą – to Andersen bez trudu osiąga. Fakt, że bohaterem tomu czyni improwizatora – a więc literata – dodatkowo podkreśla jakość warstwy tekstowej. Antonio przeżywa świat, zapośredniczając go przez słowa.

„Improwizator” jako literacki popis bardzo się dzisiaj na rynku wyróżnia. Jest zmysłowy, synestezyjny, pełny opisów włoskich krajobrazów, ale też dzieł sztuki czy artystycznych dokonań. Dla postaci w tej powieści sztuka jest całym życiem, nie tylko wpływa na kolejne wybory, ale również kształtuje charaktery. Andersen daje się tu poznać jako twórca bezbłędnie władający słowem (przekład podsyca tę warstwę) – ten, który doskonale rozumie, jak panować nad spragnionymi narracji słuchaczami. Nie spieszy się z relacjami, pozwala bohaterom spokojnie wszystko poznać – umożliwia też odbiorcom uczestnictwo w wydarzeniach pobocznych, których świadkami by być nie mogli – bo nawet w opowieściach o konkretnych sytuacjach daje się porwać rytmowi słów. „Improwizator” jest hołdem dla literatury, zapewnia molom książkowym i fanom powieści historycznych wielką ucztę. Hans Christian Andersen pokazuje świat podporządkowany słowom – w sposób, który sam w sobie jest niebywale plastyczny. Narracja w tej książce nie jest przezroczysta, okazuje się jednym z ważniejszych składników powieści.

poniedziałek, 9 października 2017

Ida Pierelotkin: Tata ma dziewczynę

Akapit Press, Łódź 2017.

Domowe komplikacje

Ida Pierelotkin do tej pory kojarzyła się z dowcipnymi i lekkimi powieściami dla nastolatek, z nieprzezroczystą narracją, ale i przesyceniem ironią. Tym razem kieruje się do młodszych, w dodatku z wyraźnym przesłaniem. „Tata ma dziewczynę” to tomik bardziej nawet „chłopięcy”, a to za sprawą bohatera, blisko dziesięcioletniego Kuby. Właściwie wszystko wyjaśnia się przez tytuł. Ida Pierelotkin odnosi się do tematu rodzin patchworkowych i pokazuje, co odczuwają dzieci, gdy ich rodzice próbują na nowo ułożyć sobie życie. Do tego mały bohater uczy się asertywności. Chociaż mama i tata chwalą go, gdy jest grzeczny i nie sprawia problemów, chłopiec przestaje lubić udawanie spokojnego. Zaczyna rozumieć, że dla własnego dobra powinien mówić o swoich uczuciach – bez tego nikt nie dowie się, co przeżywa naprawdę – i nie odgadnie pragnień. Dobrze, że zawsze może liczyć na babcię i na Sebka, prawdziwego przyjaciela.

Kuba przeżył już wiele rozczarowań. Jedno – gdy rodzice oznajmili mu, że zamieszkają osobno. Kolejne, gdy ojciec odwołuje spotkania w ostatniej chwili, tłumacząc się brakiem czasu. Teraz czekają go dalsze rozterki: ma poznać nową partnerkę taty, Kamilę. Nie wie jeszcze, że Kamila ma swojego synka, który teraz zamieszka z tatą Kuby. A sytuację komplikuje jeszcze fakt, że wujek Heniek, który przychodzi do mamy, to nie wujek, tylko chłopak mamy. I ma nastoletnią córkę, Izabelę. Kuba, który przyzwyczaił się już do tego, że został sam z mamą, nagle odkrywa, że rodzina rozrasta się nad miarę. Niektórzy się nie lubią, inni próbują podjąć dialog. Nie wiadomo, jak to się skończy. Ale Kuba jest już silniejszy: widzi dokładnie emocje innych, nawet te skrywane. Próbuje pojąć ich motywacje lub lęki. Może też w tym wszystkim zadbać o siebie. Dziecko, choćby nie wiadomo jak wydawało się dzielne, czasem potrzebuje mamy i taty na wyłączność. A Kuba już potrafi to rozsądnie uzyskać, nie przez histerię czy wybuchy złości, za to dzięki rzeczowym rozmowom. Chłopiec uważnie obserwuje to, co się wokół niego dzieje – i analizuje zachowania dorosłych. Przy okazji Ida Pierelotkin porusza też temat sąsiedzkich plotek. Mama Sebka chciałaby się dowiedzieć czegoś o wujku Heńku, a Sebek przekazuje tę ciekawość. Dzieci są prostolinijne i nie kombinują tak dużo jak dorośli: szczerość ułatwia życie. Mama Kuby przekonuje się, że nie warto kierować się opiniami innych i wstydzić się własnych wyborów.

Ta książka szybko może stać się lekturą obowiązkową dla dzieci – zwłaszcza że motyw rodzin patchworkowych jest już bardzo rozpowszechniony. Ida Pierelotkin objaśnia maluchom, że przy takim systemie całkiem sporo mogą zyskać, że da się wszystko poukładać, nawet jeśli początki nie nastrajają optymistycznie. Dziecko wciąż może liczyć na miłość obojga rodziców, nawet jeśli w ich życiu pojawią się nowi partnerzy. Owi partnerzy nie zajmą miejsca brakującego taty czy mamy, a ich potomstwo przeżywa takie same obawy (i nie ulega naciskom, by na siłę się zaprzyjaźniać). Przyda się dobra wola wszystkich zaangażowanych stron, chęć porozumienia, życzliwość, ale także szczerość: również w stosunku do najmłodszych. Przypadek Kuby pomoże rodzicom w rozmowie z pociechami, sprawi też, że rodzina patchworkowa przestanie być sensacją (zniknie zatem problem nazbyt wścibskich sąsiadów). W końcu lepsza jest rodzina patchworkowa, która próbuje się porozumieć, niż dom pełen awantur, jak u Sebka. Ida Pierelotkin na zmartwienie wielu dzisiejszych maluchów spogląda z innej perspektywy – i uświadamia im, jak same mogą zmienić sytuację w domu. Opowieść o Kubie w warstwie fabularnej jest raczej prosta, ale i tak rozbudza się w odbiorcach ciekawość, jak też autorka rozwinie i rozwiąże domowe komplikacje. „Tata ma dziewczynę” to książka potrzebna i bardzo dobrze zrealizowana. Pomysł wyjściowy został znakomicie rozwinięty, poza przesłaniem Ida Pierelotkin zapewni też dobrą lekturę.

niedziela, 8 października 2017

Tove Jansson: Lato

Nasza Księgarnia, Warszawa 2017.

Samotność

Piękne porozumienie ponad pokoleniami, porozumienie, które na zdrowy rozsądek nie miało prawa zaistnieć, przedstawia Tove Jansson w przypominanym co pewien czas tomie „Lato”, jednej z bardziej genialnych powieści tej autorki dla dzieci i dorosłych. Jej historia jest niezwykła za sprawą dwóch bohaterek – starej i młodziutkiej. Ale wpływ na atmosferę opowieści ma również przełamywanie sielanki niepokojem. Rys podskórnej grozy, tak charakterystyczny dla pisarstwa Tove Jansson, objawia się i tutaj, na różne sposoby. Relacja zawężona jest do Sophii i jej babki, od czasu do czasu na wyspę przybywają ludzie, którzy na moment zmieniają układ sił, każą zweryfikować poglądy czy reakcje. Nikt jednak nie próbuje od wewnątrz poznać rzeczywistości Sophii i babki: tylko czytelnicy zyskają taką szansę, a to za sprawą śledzenia najskrytszych rozmów bohaterek, tematów, do których dostępu nie ma ojciec – jedyny żyjący rodzic dziewczynki. Sophia i babka spotykają się na filozoficznej drodze, trochę absurdalnej, trochę komicznej, ale też pełnej refleksyjnych pereł i zaskakujących twierdzeń o ludziach czy ich uczuciach.

Codzienność Sophii byłaby dość smutna, a na pewno dziewczynce dokuczałaby silna samotność, gdyby nie mikroświat, który buduje się w jej wyobraźni, również za sprawą babki. Babka nie przypomina innych dorosłych. Nie przejmuje się konwenansami, nie boi się ocen. Sama też kieruje się ekstrawagancją i wolnością, jakiej można jej tylko pozazdrościć. Babka bardzo chętnie i bardzo często podejmuje grę, której reguły non stop wymyśla Sophia. Staje się towarzyszką zabaw, które traktuje śmiertelnie poważnie. Dzięki temu może uzupełnić kreatywne działania dziewczynki, nie hamuje jej pomysłowości, a umożliwia rozwój (na przykład gdy Sophia tworzy swój własny naukowy traktat o dżdżownicach). Książka składa się z rozdziałów-całostek. Każda historia stanowi odrębny, zamknięty i doskonale puentowany motyw. Tove Jansson imponuje tutaj zmysłem obserwacji, ale też jakością kolejnych scen. W „Lecie” mówi otwarcie, chociaż przez cały czas poetycko, o uczuciach i doznaniach, definiowanych bezbłędnie.

Może się wydawać, że babka łamie zasady i uczy Sophię niegrzeczności. W rzeczywistości jednak bohaterka dyskretnie czuwa nad wnuczką. Jest z pozoru bezwzględna, szczera i zachowuje się czasami jak dziecko, albo tylko naśladuje Sophię w jej wybrykach. Traktuje ją szorstko (zresztą i u Sophii trudno doszukiwać się sentymentów, mała jest okrutna okrucieństwem kilkulatki, a przy tym bardzo wrażliwa). Babka to literacki fenomen, postać, którą trudno zaliczyć do grona dorosłych (odpowiedzialnych i poważnych). Sophia to dziecko niezwykłe lub zupełnie zwyczajne – Tove Jansson dostrzega w niej cechy, które przeważnie umykają dorosłym – uwypukla je przez oryginalne rozrywki. „Lato” umożliwia dokładne przyjrzenie się sposobom konstruowania świata przez najmłodszych. Jest to historia, w której każde zdanie znaczy – każde wprowadza czytelników w głęboko filozoficzną rzeczywistość. Tove Jansson czaruje słowem i uwielbia dostarczać czytelnikom różnorodnych emocji, przy okazji je pięknie definiując (scena, w której dziewczynka rysuje swój strach!). Babka i ojciec Sophii popełniają rozmaite błędy wychowawcze, za to dają dziewczynce bezwarunkowe wsparcie. W takim zestawieniu każda przygoda, nawet ta najbardziej zwyczajna, okazuje się ciekawa i dziwna. Dziwność tę autorka podkreśla na różne sposoby, często kaprysami pogody lub odizolowaniem ludzi: tu dzieją się rzeczy, o których nie da się zapomnieć. „Lato”Tove Jansson to mistrzowska proza. Teraz pojawia się w oprawie graficznej, która sugeruje nakierowanie na starszych odbiorców.

sobota, 7 października 2017

Frédéric Bagères, Maud Lienard

Nasza Księgarnia, Warszawa 2017.

Podróże po świecie

Najpierw trzeba było szukać niebieskiej marchewki, teraz to smok, który – zwolniony z obowiązku pilnowania księżniczki – wybiera się w podróż dookoła świata. Zamierza zobaczyć jak najwięcej, dowiedzieć się czegoś… ale naprawdę zależy mu na jednym: pragnie znaleźć smoczycę, miłość życia. To w poszukiwaniu smoczycy przemierza kontynentu, reszta odbywa się niejako przy okazji. A to oznacza zabawę dla małych odbiorców. „W poszukiwaniu czerwonego smoka”, kolejna wielkoformatowa książka-wyszukiwanka pełna jest humoru i nasyconych detalami kolorowych obrazków przetykanych relacją bohatera. Smok postanawia z każdego kontynentu wysyłać pocztówki. Tu nie ma jednak ukłonu w stronę sztuki epistolarnej: teksty są dłuższe niż to, co zmieści się na kartce pocztowej. Zajmują zwykle niecałą stronę i przesycone są wariacjami na temat wiadomości „kulturowych” z danego obszaru (jedna z postaci mitologii nordyckiej jest jak walnięta młotem, jest ktoś w czerwonym kapturku, kogo śledzi pies albo wilk…). Zabaw intertekstualnych znajdzie się tu wiele i naprawdę trudno się spodziewać, by dzieci wszystkie odczytały, nawet z pomocą rodziców będzie to żmudne zadanie. Jedyne wyjście, by poznać zawoalowane informacje i docenić komizm autorskich dowcipów, to przeprowadzać równoległe poszukiwania zwyczajnych danych na temat poszczególnych miejsc. Można też potraktować relację autora jak zwykłą bajkę i nie przywiązywać większej wagi do tego, co opowiada – koncentrować się jedynie na powodzeniu misji, czyli na poszukiwaniu smoczycy (i smoka na obrazkach). Dla maluchów w zasadzie sam motyw miłości pchającej bohatera do wielkich czynów może być niezrozumiały, a w każdym razie nie do końca – ale nie na śledzeniu „fabuły” rzecz polega. „W poszukiwaniu czerwonego smoka” to zestaw wyszukiwankowych zadań. Nie trzeba nawet tłumaczyć kilkulatkom, że mają na każdym rysunku – rozkładówkowym czy mniejszym – wskazać bajkowego przewodnika. Wydawałoby się, że czerwony smok szybciej rzuci się w oczy niż niebieska marchewka – a jednak twórcy tomiku szykują dla dzieci sporo wyzwań i pułapek. Smok nie zawsze prezentuje się w całej okazałości i bywa, że tylko wystawia pysk zza okna lub korzysta z lokalnych atrakcji. Bardzo chętnie się przebiera – a regionalne stroje to kolejny rodzaj kamuflażu, przez który czerwony smok nie rzuca się w oczy. I nie pomaga nawet zmiana środowiska, bo i w oceanie bohatera można sprytnie ukryć. Tomik dostarczy więc maluchom sporo radości.

Ta publikacja jest nieco prostsza niż „W poszukiwaniu niebieskiej marchewki”, jeśli pominie się warstwę tekstową, drugorzędną wobec grafiki – nadaje się dla młodszych dzieci. Zwłaszcza że tu bohaterami zasiedlającymi kolejne tereny są zwierzęta. Poza smokiem na stronach znajduje się mnóstwo zajętych swoimi sprawami dalszoplanowych bohaterów, ale też symboli, pomników, totemów, bóstw (albo wariacji na temat lokalnych zwyczajów). Wszystko to ma wymiar satyryczny, mimo że będzie trudne do wyłapania przez małych odbiorców. Jeżeli jednak w poszukiwania czerwonego smoka zaangażują się wszyscy członkowie rodziny (bo można oglądanie potraktować jako punkt wyjścia do małej rywalizacji), starsi docenią te zabawy. Nasza Księgarnia wprowadza na rynek kolejną wyszukiwankę i udowadnia, że picture booki nadają się nie tylko dla najmłodszych – i nie tylko do banalnych opowiastek o codzienności zbliżonej do normalności dzieci. Frédéric Bagères i Maud Lienard zapewniają kilkulatkom zajęcie i sporo oglądania, bo przecież znalezienie smoka to nie wszystko, można jeszcze sprawdzać, co robią inni bohaterowie – a i tu bywa zabawnie.

piątek, 6 października 2017

Jacek Kaczmarski: Między nami. Wiersze zebrane

Prószyński i S-ka, Warszawa 2017.

Wykrzyczeć bunt

Ten zbiór to zestaw sposobów na wykrzyczenie gniewu, buntu, frustracji i bezsilności. Jacek Kaczmarski jako wyraziciel nastrojów społeczeństwa, bard i komentator, czasami wizjoner, zawsze autor celnych, choć i zawoalowanych ocen, powraca na rynek. Powraca ku uciesze wszystkich tych, którym dotychczasowe próby stworzenia antologii z jego utworów nie wystarczały, ku radości fanów, ale i ciekawości tych czytelników, którzy dopiero chcieliby poznać, na czym fenomen Kaczmarskiego polegał. „Między nami. Wiersze zebrane” to zestaw skrupulatnie przygotowany: z uwzględnieniem uwag samego autora, wielokrotnie poprawiany. Krzysztof Nowak sporą część wstępu poświęca na opowieści o trudnościach „technicznych”: sczytywaniu oryginałów i poszukiwaniu wersji kanonicznych – żmudnym porównywaniu kolejnych wykonań, tropieniu zmian i przekształceń: aż szkoda, że tego odbiorcy nie zauważą, bo otrzymują już te najbardziej zbliżone do ideału według samego twórcy wiersze. Ale też „Między nami” to nie publikacja krytyczna, a przeznaczona dla szerokiego grona odbiorców, zrozumiałe jest więc oczyszczanie jej z komentarzy. Wystarczą publiczności literackiej daty, jakimi opatrywane są utwory. Jeśli ktoś orientuje się w rzeczywistości społeczno-politycznej, będzie bez trudu mógł odczytywać zawoalowane treści i nawiązania. Sam Jacek Kaczmarski zapewnia też dodatkowy klucz interpretacyjny, kiedy podsuwa czytelnikom nawiązania intertekstualne: podaje konkretne nazwiska twórców, miejsca lub dzieła, do których się odnosi, przywołuje postacie historyczne i konkretne momenty w dziejach. Tak sugeruje, na co zwrócić uwagę i jak śledzić międzytekstowe komentarze czy kulturowe nawiązania. A teksty Kaczmarskiego są bardzo erudycyjne i takie wskazówki przydają się w lekturze. Poza nasyceniem utworów aluzyjnymi nawiązaniami oraz „dialogiem” z twórczością innych i historią, autor dba też o samą narrację. Jego ballady i songi są zwykle długie i skomplikowane, również pod względem dykcyjnym. To intelektualizowane utwory, wolne od kolokwializmów i mowy potocznej (chyba że na prawach cytatu), literackie od podstaw – mimo że autor, kiedy chce, dowolnie zmienia formę i operuje różnymi stylami choćby dla zasygnalizowania bohaterów. Włada formą mistrzowsko i przy analizowaniu tych utworów można się przekonać, jak zmiany rytmu wpłyną na podkreślenie puenty. Jacek Kaczmarski nie zajmuje się rozśmieszaniem odbiorców – ale chce wywoływać u nich określone reakcje. Nasyca utwory silnymi emocjami, znajduje wiele sposobów na wyrażenie złości, ale i na nakreślenie sylwetek ludzi doprowadzonych do ostateczności. Tu liczą się skrajne odczucia, wielkie wrażenia zestawiane z równie wielką historią.

To literatura, która nie pozostawia nikogo obojętnym. Jacek Kaczmarski dzisiaj jest już uznawany za klasyka, najlepszego interpretatora (chociaż poszczególne utwory powracają na scenach). Najpełniejszy zbiór jego dzieł to okazja do lepszego, niespiesznego i mądrego poznawania zawartych tu treści – ale również do śledzenia samych rozwiązań warsztatowych. W końcu Kaczmarski wiele zasad tworzenia pieśni odrzuca lub modyfikuje. Jest jedyny w swoim rodzaju – tym ciekawiej będzie stopniowo zanurzać się w kolejne pomysły i rozwiązania. „Między nami” to zbiór przygotowany z ogromną starannością, nie da się go przeczytać zbyt szybko, bo każdy utwór jest miniaturową (nawet jeśli kilkunastozwrotkową) i pełną opowieścią zasługującą na refleksję. Jacek Kaczmarski rejestruje nastroje społeczne, daje upust buntowi na różne sposoby, prowadzi opowieść o człowieczeństwie. „Między nami” to zestaw oryginalnych spostrzeżeń w poetyckich obrazach. Ten tom robi wrażenie i cieszy fakt, że ukazuje się na rynku dopracowany i starannie przygotowany. To prezent nie tylko dla fanów twórczości Kaczmarskiego.

czwartek, 5 października 2017

Zofia Stanecka: Basia i basen

Egmont, Warszawa 2017.

W wodzie

Mama jest chora. Leży w łóżku i nie można jej przeszkadzać. Jeśli pozwoli się jej odpocząć, szybciej wyzdrowieje. Dla maluchów to dość traumatyczne przeżycie, ale tata Basi wie, jak zapobiec nudzie i smutkom oraz zmartwieniom. Mama zostaje w domu, za to Basia i Janek z tatą wybierają się na basen. Nie jest to zwykły basen, a cały zestaw atrakcji ze zjeżdżalniami, sztucznymi palmami, leżakami i wodnym barem. Tutaj można spędzić wiele godzin, zanim odkryje się wszystkie możliwości. Nic się nie stanie, nawet gdy ktoś zapomni stroju – można go kupić w pobliżu.

Ale same atrakcje to tło dla opowieści Zofii Staneckiej. Basia wprawdzie wypija sok w wodnym barze, ale nie interesują jej ani palmy, ani leżaki. Autorka dba o to, żeby dzieci poznały wszystko, co powinny wiedzieć przed pierwszym wyjściem na basen. To, że wchodzi się tam pod prysznic. Że trzeba chodzić w klapkach, żeby nie nabawić się grzybicy stóp. Że nie wolno biegać (o tym oczywiście Basia przekonuje się na własnej skórze, przewraca się na śliskiej posadzce i ktoś musi jej opatrzyć rankę). Bohaterka dowie się nawet, że coś, co wygląda na świetną zabawę, czyli zjeżdżanie wodnym tunelem, z bliska trochę przeraża i trzeba się przemóc, żeby skorzystać z tej atrakcji. Potem jest oczywiście świetnie i Basia na górę wraca naprawdę wiele razy. W tej wersji na basenie można spędzać czas bez końca, zje się tu nawet posiłek – nie ma za to mowy o korzystaniu z atrakcji na godziny. Tata pozwala się dzieciom wyszaleć, zresztą sam też dobrze czuje się w wodzie. Służy to próbom oswojenia maluchów z możliwościami takiej rozrywki, Basia sprawdza – jak zwykle – czy jest się czego bać i pokazuje odbiorcom, że warto wybrać się na basen dla całego zestawu różnorodnych przyjemności. Samo pływanie schodzi na dalszy plan, chociaż dziewczynka może go też spróbować. Zofia Stanecka stara się zwrócić uwagę małych odbiorców na sposoby spędzania wolnego czasu: wprawdzie na basen nie wybiorą się sami, ale mogą o taką wyprawę poprosić rodziców.

Basia jak zwykle testuje kolejną ofertę dla młodszych i starszych. Zofia Stanecka od początku przygody tej kilkulatki uzależnia od możliwości edukowania odbiorców: to, co przeżywa Basia, zawsze wiąże się z czytelnym dla dzieci przesłaniem, propozycją zabawy, antidotum na nudę lub odsunięciem strachu. Basia jest nie tyle dzielna co ciekawska, swoją postawą daje przykład odbiorcom. Stanecka chce, żeby maluchy podążały za bohaterką, Basię trzeba traktować jak przewodnika. Dzieci jej ufają, o czym świadczy między innymi popularność stale rozrastającej się serii. Trudno się temu dziwić, Basia to bohaterka dobrze przemyślana i przekonująca. Nie jest typem małej księżniczki, bywa niesforna – autorka zawsze dobrze potrafi umotywować jej pomysły, reakcje czy uczucia. A to, czego doświadcza Basia, staje się logiczne również dla odbiorców. Dzieci przez tę serię poznają najbliższe otoczenie, dowiadują się rzeczy, w które mogłyby nie uwierzyć rodzicom. Fakt, że Basia cieszy się z wyjścia na basen, oznacza jeszcze przed samym wydarzeniem, że to coś przyjemnego i atrakcyjnego. Krótkie historyjki o tej rodzinie kuszą ciepłem, serdecznością i mądrym wychowaniem. To lektury dobre dla małych dzieci – później można z nimi porozmawiać o przygodach Basi i udzielić dodatkowych wyjaśnień.

środa, 4 października 2017

Orhan Pamuk: Rudowłosa

Wydawnictwo Literackie, Kraków 2017.

Mit

Klucz interpretacyjny do tomu „Rudowłosa” Orhan Pamuk podsuwa swoim czytelnikom bezpośrednio w książce, jakby chciał uniknąć nieporozumień, lub jakby tworzył wariację na temat znany z mitów i odsuwał posądzenia o fabularny plagiat. Zamyka w „Rudowłosej” powszechnie znaną historię o Edypie – i bliźniaczą opowieść z mitologii perskiej, o Sohrabie, który z kolei zginął z ręki ojca, wojownika Rostama. Te narracje ważne są dla bohatera, ukształtują go, ale też wpłyną na jego życiowe wybory. Dla odbiorców staną się kolejnym wyznacznikiem intertekstualności.

Na początku „Rudowłosa” przypomina opowiadanie rozdmuchiwane do rozmiarów powieści. Nie ma w książce (do pewnego momentu) tak charakterystycznych dla Pamuka nawiązań do kultury i historii kraju, nie ma poetyckich opisów, które nadawałyby klimat opowieści. Jest za to alegoryczna i bardzo prosta relacja. to młody chłopak, Cem, w wakacje ma wykonywać załatwioną przez wuja pracę: będzie pomagać mistrzowi Mahmutowi w kopaniu studni (a raczej mozolnym wykuwaniu jej w kamieniu). Cem nie ma ojca, powinien go zastąpić w zarabianiu pieniędzy, a chociaż do fizycznej pracy raczej się nie nadaje, a dotąd pracował w księgarni, podejmuje to wyzwanie. Pozostaje pod specjalną opieką mistrza, na razie nie musi zjeżdżać w głąb ziemi. Jednak pieniądze i cierpliwość inwestora powoli się kończą, a woda się nie pokazuje. Kopanie studni uczy pokory. To ciężkie wyzwanie, podczas którego Cem po prostu musi zmężnieć. Dodatkowym bodźcem do „dorośnięcia” jest Rudowłosa – piękna kobieta z trupy aktorskiej. Dla Cema Rudowłosa to ucieleśnienie tajemnicy, ideał, który motywuje do wielkich czynów. Od ujrzenia tej kobiety uwaga bohatera będzie dzielić się na pracę z mistrzem i marzenia o zdobyciu nieznajomej. Oba zadania wydają się nie do zrealizowania, zwłaszcza dla osoby tak niedoświadczonej jak Cem. Ale właśnie oderwanie od rodziców pozwoli mu na osiągnięcie nowych celów, o których do niedawna w ogóle by nie pomyślał.

W pierwszej połowie tomu nie dzieje się wiele. To dojrzewanie Cema rozłożone w czasie i na dwa tematy. Dopiero w drugiej części akcja wyraźnie nabiera tempa, Cem przestaje gonić za marzeniami i zaczyna działać. Pojawia się niespodziewany impuls, który wpisuje się w sygnalizowane już mity, ale przydaje się jako katalizator fabuły. Życie Cema nabiera barw i sensu, lecz upodabnia się też do historii literackich. Orhan Pamuk tak prowadzi opowieść, żeby czytelnicy sami domyślili się związków między tekstami, ale na wszelki wypadek też im je bezpośrednio podsuwa i to największa słabość powieści. Nie będzie bowiem satysfakcji związanej z samodzielnym odkrywaniem przesłań i kaprysów losu, wszystko zostanie dopowiedziane przez bohaterów. Owszem, w piękny sposób jeśli chodzi o poprowadzenie narracji: tu nie można mieć do autora pretensji, nad językiem panuje mistrzowsko, udaje mu się też budować potrzebną atmosferę bez względu na to, czy rzecz dotyczy samotni i relacji uczeń-mistrz wyjętej ze społeczeństwa, czy też życia wśród wielu ludzi. „Rudowłosa” to operowanie tajemnicą w planie fabularnym, ale też zapatrzenie w klasyczne opowieści w samej formie. Orhan Pamuk udowadnia, że zasługuje na tytuł wybitnego pisarza: jego kolejne książki spotykają się z dużym uznaniem odbiorców, „Rudowłosa” to pomysł oparty na micie i rozwinięty tak, by łączył egzotykę ze współczesnymi problemami świata. W „Rudowłosą” można się zagłębić dla przyjemności literackiej.

wtorek, 3 października 2017

Paulina Młynarska: Rebel

Prószyński i S-ka, Warszawa 2017.

W walce

Paulina Młynarska dla wielu czytelniczek w życiowych sprawach będzie autorytetem, ale powinna jeszcze popracować nad wiarą w siebie. Bo na razie kompletnie niepotrzebnie uprzedza ewentualne ataki, przyznając się do rozmaitych słabych punktów na marginesie walki o prawa kobiet. Podkreśla, że nie ma matury, że robiła sobie operacje plastyczne, że cztery razy się rozwodziła, że cierpiała na depresję… To wszystko, co mogliby wytknąć jej przeciwnicy, wplata w bardzo osobiste wyznania i przykrywa ironią. Zapewnia hejterów, że nie czyta ich komentarzy (i to zapewnia wielokrotnie, co trochę psuje efekt). Te elementy nie pasują jakoś do wspólnego obrazu kobiety silnej, pewnej siebie i szczęśliwej w swoim życiu. Paulina Młynarska w zbiorze felietonów „Rebel” po raz kolejny walczy. Walczy z politykami, którzy za nic mają prawa kobiet, walczy z toksycznymi partnerami i z otoczeniem, które zawsze wie lepiej i wydaje łatwe sądy. Walczy ze stereotypami i z efemerycznymi modami. Piętnuje głupotę, ostrzega przed błędami w wychowywaniu dzieci. Komentuje na gorąco wydarzenia, które rozgrzewają opinię publiczną – ale po to, by pokazać ich długofalowe skutki, zwykle mało widoczne dla mas. Felietony z tomu „Rebel” nie są uniwersalne: odnoszą się do konkretnych sytuacji. A jednocześnie nie zestarzeją się szybko ze względu na trafne charakterystyki ludzi. Paulina Młynarska bez przerwy atakuje, a oberwać się może i politykom (z każdej strony) i… Krystynie Jandzie. Autorka walczy o sprawiedliwość, nie buntuje się dla samej idei. Zmusza do myślenia i używa racjonalnych argumentów. Oprawia je potem w sarkazm, cięty język i scenki z życia wzięte, żeby teksty nabrały lekkości i łatwiej docierały do odbiorczyń. Nie da się Młynarskiej odmówić szczerości i zaangażowania. Chociaż felietony są emocjonalne i tworzone pod wpływem chwili, a nie na zapas, ujmują rzeczowością. Dużo w nich celnych obserwacji, sporo osobistych doświadczeń. Stanowią zatem przyczynek do autobiografii, ale też swoistą kronikę wydarzeń.

Zaczepny ton felietonów skłania do podjęcia polemiki, ale najczęściej serdecznie pozdrawiani hejterzy nie potrafią znaleźć racjonalnych kontrargumentów i stosują krytykę ad personam. Widać to czasem, gdy autorka wraca do wyjątkowo głośnych wydarzeń i raz jeszcze wskazuje sedno swoich wywodów. Nie ukrywa, że jest feministką – ale nie wpada w histerię w walce o prawa kobiet, skupia się na sprawach naprawdę ważnych dla społeczeństwa, a nie na sztucznych podziałach. Pisze zapalczywie i bez oglądania się na konstrukcję poszczególnych tekstów ich długość i kształt po prostu dostosowuje do potrzeb tematu. Zgrabnie operuje narracją i samą formą felietonów. Dzięki temu udaje jej się zmienić to, co najważniejsze i uwypuklić same przesłania, podsycić zainteresowanie tematem i nauczyć empatii. Krytyce nie podlegają tu najczęściej ludzkie błędy – w końcu to normalna rzecz i przydarza się każdemu. Paulina Młynarska krytykuje za to łatwe osądzanie innych. Jest tym bardziej przekonująca, że wie, kiedy odnieść się do jednostkowego przykładu (i zyskać atmosferę zwierzenia), a kiedy zająć się kwestią społeczną w wymiarze ogólnoludzkim. „Rebel” to wartościowy zbiór felietonów. Jedno jest w nim kompletnie niepotrzebne: przeprosiny i usprawiedliwienia na początku tomu. Autorka tłumaczy się tam i z prowokacyjnego gestu na okładkowym zdjęciu, i z języka, czasami ostrego, pasującego do „grubej kreski”. To czynnik akurat najmniej w lekturze przeszkadzający, a jeśli ktoś na tym się skupia, to znaczy, że z jakiegoś powodu nie chce przeanalizować właściwych tematów przez autorkę poruszanych. „Rebel” dla wielu odbiorców będzie momentami niewygodny – ale o to właśnie chodzi.

poniedziałek, 2 października 2017

Deborah Moggach: Przemilczane tajemnice

Rebis, Poznań 2017.

Strach

„Przemilczane tajemnice” to chyba najlepsza powieść, jaką dotąd Deborah Moggach zaproponowała czytelniczkom. Dzieje się tak dlatego, że autorka rezygnuje z dyżurnych tematów, odchodzi od tego, co znane również z codzienności – na rzecz pewnej egzotyki i wyzwań (na szczęście) niedostępnych w zwykłej i szarej rzeczywistości. W tomie splata losy kilku kobiet, ale zanim połączy bohaterki dziwnymi i niebezpiecznymi tajemnicami, pozwala odbiorczyniom bardzo dokładnie podejrzeć ich życie. Najsłabiej przedstawiona jest Lorrie – i zależna od niej Li Jing. Lorrie mieszka w Stanach Zjednoczonych, Li Jing w Chinach. Właściwie nie mogłyby się spotkać, ale Lorrie przez nieuwagę traci oszczędności. Boi się wyznać mężowi prawdę i postanawia zarobić wielkie pieniądze podczas jego nieobecności. Li Jing dowiaduje się, że nie może mieć dzieci, ale jej mąż biznesmen postanawia znaleźć matkę zastępczą, kobietę, która urodzi jego potomka i jednocześnie zapewni dziecku podwójne obywatelstwo, będzie więc przepustką do lepszego świata. Jego wybór pada na Lorrie. Plan działania jest bardzo misterny i w zasadzie nie może się udać. Ale i tak perypetie Lorrie, która ukrywa ciążę przed bliskimi, bledną przy romansie Petry. Petra gości u siebie (w Londynie) męża przyjaciółki. Z Jeremym wspominają dawne czasy i nieźle się przy tym bawią. Petra okazuje się być przeciwieństwem Beverley, nieatrakcyjnej już żony. Nic dziwnego, że pojawia się wielka miłość i wielkie plany na przyszłość.

Tym dwóm kobiecym relacjom przygląda się Moggach przez całą książkę, ale tym razem nie kusi jej prawdopodobieństwo wydarzeń a kryminał. Plany komplikuje za sprawą potencjału intryg w odległej perspektywie: to Afryka jest groźna i kusząca, ale też mroczna i tajemnicza. Tu ludzie kierują się innymi wartościami, skłonni są do rozmaitych czynów, a ich motywacje pozostają niejasne dla białych przybyszy. Jednak ani kolor skóry, ani narodowość nie mają znaczenia w zderzeniu z najsilniejszymi uczuciami. Namiętność, strach, zazdrość i wielkie pieniądze to motory napędowe tej historii – nierealnej, a jednak wciągającej przez ciekawe pomysły.

Deborah Moggach oczyszcza relację ze zbędnych danych. W przypadku Lorrie koncentruje się tylko na celu, nie na sposobach dążenia do niego (szyte zbyt grubymi nićmi kłamstwo nie powinno wyjść na jaw, żeby udała się większa niespodzianka fabularna), u Petry zagłusza ewentualne wyrzuty sumienia związane z lojalnością wobec przyjaciółki (z tego samego powodu). Poświęca mniejsze tematy, żeby zbudować większą i bardziej wstrząsającą całość. Pod tym względem jest usprawiedliwiona z fabularnych naiwności. Proponuje odbiorczyniom nieszablonowo i odważnie myślące bohaterki, za to będzie bardzo ceniona. Odświeża też literackie schematy: w nowej przestrzeni radzi sobie z pomysłową narracją. Rytm za to wybiera ten, który najbardziej lubi: przeskakiwanie między postaciami – co pozwala odłożyć w czasie rozwiązania niektórych tajemnic i zasugerować pewne wspólne punkty. „Przemilczanym tajemnicom” blisko do czytadła, ale przez wątki sensacyjne – bardziej drapieżnego, ciekawszego niż wtedy, gdy bohaterowie są chronieni i biernie czekają na rozwój sytuacji. Tu dużo się dzieje nie tylko w ramach uczuć.

niedziela, 1 października 2017

Sacha Batthyany: A co ja mam z tym wspólnego?

Czytelnik, Warszawa 2017.

Śledztwo domowe

Czasami nawet najbliższa, domowa historia bywa owiana tajemnicą i trzeba przypadku, żeby zacząć ją odkrywać. Sacha Batthyany zostaje powiązany z sylwetką nazistowskiej hrabiny, kobiety, która w rodzinie była surową ciotką Margit. Ciotka Margit miała tańczyć do rana na balu, podczas gdy stu osiemdziesięciu rozebranych do naga Żydów zostało przez uczestników imprezy rozstrzelanych. O tej masakrze przypominają artykuły prasowe, w rodzinie to raczej temat tabu. Autor próbuje się czegoś dowiedzieć o dramatycznych wydarzeniach – tak rozbudza w sobie zainteresowanie historią i drugą wojną światową. Czyta też równolegle wspomnienia dwóch kobiet z interesującego go okresu. Podczas lektury poznaje dalsze mroczne tajemnice, aż w końcu dochodzi do pytania o kondycję człowieka: o to, dlaczego ktokolwiek mógł dopuścić do takich zbrodni.

„A co ja mam z tym wspólnego” to dziennikarskie śledztwo, ale nie próba wybielenia się, raczej faktyczne dążenie do prawdy. Czasami autor sięga po konwencję scenariusza seriali sensacyjnych, skrótowo przedstawia bohaterów i zapis rozmów między nimi. Bezpośrednio cytuje wspomnieniowe zapiski swojej babki oraz kobiety, która podczas wojny straciła rodziców i do chwili obecnej nie poznała prawdy o ich śmierci. Poznaje nowych ludzi, którzy pomogą mu naświetlić sytuację z przeszłości. A wszystko po to, by móc lepiej zdefiniować siebie, poznać własną tożsamość. Początkowa obojętność manifestowana w tytułowym pytaniu zamienia się w żywe zaangażowanie w temat. Batthyany pojmuje, że przez haniebny czyn ciotki i za sprawą babki został wplątany w wielką historię. Teraz jest winien światu prawdę, jakby nie była bolesna dla jego bliskich. Podsyca w sobie zaangażowanie w sprawę, uważnie czyta dokumenty i wybiera się na kolejne spotkania. Konfrontuje zapiski i… dowiaduje się ciekawych rzeczy, o których podręczniki milczą. Otwiera się przed nim materiał na kilka tomów. Batthyany nie szuka wprawdzie literackości, ale samo życie i zagłębianie się w przeszłość zapewniają mu podstawę do opowieści: inny jest punkt wyjścia i inny od pierwszych założeń punkt docelowy, ku satysfakcji czytelników, którzy zawsze cenią sobie niespodzianki w opowieści.

Otworzył się parę lat temu zachodni rynek wspomnieniowy z tekstami – zwykle anglojęzycznych autorów – dotyczącymi doświadczeń z drugiej wojny światowej. Batthyany próbuje się wstrzelić w konwencję, kompletnie ignorując cały zestaw memuarów powstających bezpośrednio po wojnie, przez co książka jest inna. Inna, ale też miejscami bardzo naiwna. Autor raz po raz dziwi się, że ludzie pozwalali się w obozach tłamsić i upokarzać, że nie walczyli o godność, że byli zastraszani i nękani i nic z tym nie robili. Patrzy z perspektywy człowieka, dla którego wolność jest darem najwyższym, ale już wręcz nieuświadamianym. Ignoruje i badania dotyczące – chociażby – psychologii tłumu, i okoliczności, przykłada dzisiejsze miary do dawnych wydarzeń – i dlatego nie może ich w efekcie pojąć. Dla polskich czytelników rozterki tego autora będą więc momentami aż infantylne, a zadawane przez niego pytania dotyczące choćby granic upodlenia – bezsensowne. Ale jednak Batthyany swoją podróż odbyć musi, żeby parę rzeczy zrozumieć, żeby poczuć się w obowiązku przestrzec ludzi przed powtórzeniem się przeszłości. Swoją misję wypełnia. Tu nie koncentruje się tylko na wojennych wydarzeniach, ale i na aktualnych metodach zdobywania potrzebnych informacji. Proponuje odbiorcom książkę zwartą, wychodzącą od zagadki, poruszającą znany temat, ale z nieco innej perspektywy. Może i Batthyany nie jest oryginalny, za to dość oryginalne są jego motywacje.

sobota, 30 września 2017

Spinner. Jak to działa?

Egmont, Warszawa 2017.

Moda

Moda na spinnery szaleje, jest to więc dobry moment, żeby zaproponować dzieciom publikację poświęconą temu gadżetowi. Jak zwykle to Egmont reaguje na zapotrzebowanie rynku (wcześniej to wydawnictwo publikowało między innymi poradniki dla fanów Minecrafta czy poszukiwaczy Pokemonów). O spinnerach zbyt dużo powiedzieć się nie da, ale i tak zasób wiadomości, gier i zabaw wystarcza, żeby stworzyć prostą i niewielką objętościowo książeczkę „Spinner. Jak to działa”.

To publikacja przeznaczona dla dzieci i dla początkujących. Zawiera opisy kilku sztuczek związanych z kręceniem zabawki na palcu lub nosie, przerzucaniem spinnerów z ręki do ręki lub przekładaniem z palca na palec, a nawet tricków w tandemie. Zabawy pozwalają ćwiczyć refleks i zręczność, zachęcają do zażywania ruchu, a w pewnym sensie uczą też systematyczności – bo nie da się od razu wykonać opisanych tutaj zadań bez praktyki w operowaniu spinnerem. Twórcy książeczki darowują jednak sobie i czytelnikom tematy związane z fizyką: spinner to wyłącznie zabawa. Wiadomości (dotyczące pochodzenia zabawki) przemycane są w testach wiedzy, a raczej w kluczu odpowiedzi do tych testów – nie trzeba się ich uczyć, zresztą same zapadają w pamięć, a przy tym zaspokajają ciekawość. Spinnery służą do rozładowywania stresu. Znajdą się w tomiku porady, jak dbać o te zabawki, jak je ozdabiać, a nawet – jak tworzyć swoje własne spinnery, znajdzie się miejsce na wpisywanie rekordów i na ciekawe adresy internetowe. Pojawią się też klasyczne zabawy, które po prostu wykorzystają nowy temat do ćwiczenia spostrzegawczości. Twórcy tomiku dbają o zasady: można kręcić swoje filmiki ze sztuczkami, ale przed opublikowaniem ich w internecie trzeba uzyskać zgodę rodziców, a poza tym zadbać o prywatność choćby przez założenie ciemnych okularów lub ciekawej maski.

„Spinner. Jak to działa” to tomik przygotowany szybko, tak, żeby wstrzelić się w modę na zabawkę. Nie ma tu ani skomplikowanych danych, ani wymagających rozrywek. Nawet same sztuczki nie wydadzą się ekstremalnie trudne, to raczej podstawy, które później trzeba będzie modyfikować na własne potrzeby. Dla dzieci atrakcyjna może być spora liczba zdjęć dokumentujących kolejne etapy pracy, bez względu na to, czy chodzi o działania plastyczne, czy o sztuczki. To uzupełnienie, z którego mali fani spinnerów nie dowiedzą się zbyt dużo – ale jeżeli dopiero zaczynają przygodę z tą zabawką i chcieliby szybko dogonić rówieśników, może im się przydać. Tomik jest niewielki i pozwala zabić nudę. Uczy też ta książeczka pracy zespołowej – podsuwa się w niej pomysły na rywalizację lub gry ze znajomymi, wyzwania do wypróbowania w grupie i ciekawostki. Spinner może nie imponuje ogromem możliwości, ale w tym opisie temat zostaje niemal wyczerpany.

Publikacja związana z rosnącą popularnością gadżetu pomoże też odbiorcom pojąć fenomen spinnerów jako zabawki, która – o dziwo – wypiera rozrywki elektroniczne. Do tomiku dołączone są dwa zestawy naklejek – jedne służą do ozdabiania własnych spinnerów i nadawania im indywidualnego charakteru, drugie to po prostu spinner pod różnymi kątami, ozdoba do uzewnętrzniania własnych pasji. Nawet kiedy moda na spinnery przeminie, pozostanie tomik jako dowód kulturowych poszukiwań. „Spinner. Jak to działa” to tomik, który nie pozwala bagatelizować zasięgu popularności tego gadżetu. Znak czasów i prosty poradnik dla tych, którzy potrzebują wsparcia w zabawie.

piątek, 29 września 2017

Krzysztof Miller: Fotografie, które nie zmieniły świata

Agora, Warszawa 2017.

Kadry

Bardzo różni się ten album od typowych fotograficznych publikacji z Zachodu. Nie ma tu popisywania się możliwościami sprzętu ani kadrami idealnymi: w fotografii reportażowej nie o to przecież chodzi. Nie ma zdjęć wygodnych i pięknych – z tego samego powodu. Nawet autora nie ma, bo chociaż Krzysztof Miller o takiej publikacji marzył, zmarł rok przed wydaniem, przegrywając walkę z własną psychiką i z traumami, których echa widać również w zamieszczonych tu kadrach. Komentarze do zdjęć zostały wyłuskane z autobiograficznej książki fotoreportera wojennego, a sam rytm publikacji jest dość przypadkowy, tomem rządzi zaplanowany chaos, zestawienie tematów, które nie mają ze sobą wiele wspólnego. „Fotografie, które nie zmieniły świata” to przegląd sukcesów reportera – sukcesów, które zamieniły się w prywatne piekło i zakończyły tragicznie.

Krzysztof Miller jeździł z aparatem po świecie, wszędzie tam, gdzie było niebezpiecznie, gdzie wybuchały wojny, upadały dyktatury, gdzie zaczynały się rewolucje. Stawał się świadkiem przemian historycznych, tragedii jednostek i ceny, którą zwykli ludzie płacili za historię. Na jego fotografiach często widać śmierć i zakrwawione ciała, ofiary i ich zabójców tuż po zadaniu śmiertelnego ciosu. Widać okrucieństwo i bezwzględność, strach i ból. Widać rozpacz bliskich czekających na powrót dzieci, widać sposoby żegnania tych, których nawet nie ma sił pochować. Groza konfliktów zbrojnych to temat stale tu powracający w różnych rozdziałach, zwykle w krótkich sekwencjach zdjęć. Nie łączą się one w jeden wielki blok – wtedy przestałyby robić wrażenie. Dzieli je czas, miejsce i moment historyczny.

Ale śmierć to nie jedyny motyw. Autor lubi sytuacje, w których nie musi fotografować najważniejszego tematu, może zejść z podstawowego szlaku i sprawdzać, co dzieje się na drugim planie. Tak odkrywa chociażby absurdy pielgrzymek (i fotografie z kartonową podobizną Jana Pawła II), przemiany obyczajowe, sposoby spędzania wolnego czasu. W „lekkich” tematach Krzysztof Miller ujawnia poczucie humoru i zdolność dostrzegania nonsensów w codzienności. W kadrach utrwala ślady historii – fotografie odczytywane po latach są potwierdzeniem zmian, upływu czasu. Dzisiaj ogląda się je z zainteresowaniem nie dla fachu fotografa czy możliwości sprzętowych, a dla samych tematów, siły ich przekazu. Sam Miller często pisze o „nieidealnych” kadrach – ale właśnie dzięki temu są one tak prawdziwe.

Fragmenty zapisków autora dołączane do zdjęć pozwalają poznać okoliczności powstawania fotografii albo dylematy twórcy, przenoszą do określonych kontekstów i opowiadają historię w kadrze niewidoczną. To zestaw przeżyć kłębiących się w autorze, silnych i nie do zapomnienia. Dla odbiorców to również szansa na lepsze odkrywanie zmysłu fotoreporterskiego, nietypowa lekcja robienia zdjęć z ważnych wydarzeń. Chociaż Krzysztof Miller w cytowanych partiach nie zamierza kierować się na fotograficznego guru, zyskuje natychmiast uwagę i może przekazać swoją filozofię pracy. Pod tym względem książka zamienia się w prezentację osiągnięć, opowieść utrwalaną na zdjęciach. Krzysztof Miller tłumaczy, jak czekał na konkretne ujęcia lub co stało się po zrobieniu danej fotografii. Czasami też przedstawia okoliczności pracy – nie do pozazdroszczenia. Jednak przez całe poświęcenie udaje mu się zatrzymać na kliszy duży fragment historii – nie gonił tu autor za sensacją, raczej za istotą antagonizmów. „Fotografie, które nie zmieniły świata” to przypomnienie jego osiągnięć i zawodowych przekonań, rodzaj pomnika – próby utrwalenia sylwetki fotoreportera, który zapłacił najwyższą cenę za swoją pasję.

czwartek, 28 września 2017

Jean Ure: Po prostu ja

Jaguar, Warszawa 2017.

Walka o siebie

Peachy to przyszła klientka psychoterapeutów i dowód na to, że nawet najlepsza z zewnątrz rodzina może być zwyczajnie toksyczna. Mała Peachy to środkowe dziecko. MA czworo rodzeństwa (starszy brat, starsza siostra, młodszy brat i młodsza siostra – bliźnięta, które bez przerwy chichoczą z nieznanych innym powodów). Jej tata jest znanym prezenterem radiowym, który zarabia na tym, że obraża w programie ludzi. U McBride’ów wszyscy są genialni i każdy wykazuje się różnymi talentami. Poza Peachy, która na pewno ma jakieś mocne strony, ale jeszcze ich nie odkryła. O Peachy bliscy mówią „to tylko Peachy” i nie biorą pod uwagę jej zdania. Mało tego – w ogóle zapominają o jej istnieniu. Kiedy Peachy ma jedenaście lat, postanawia coś zmienić. Nie pójdzie do szkoły, którą wybierają bracia i siostry dla podtrzymania rodzinnej tradycji. Tylko jak zakomunikować to rodzinie, która nie słucha?

Dla bohaterki powieści „Po prostu ja” asertywność w wyborze szkoły to pierwszy krok do niezależności i walki o własną tożsamość. W anonimowym miejscu ma szansę zaistnieć – bez sławy ojca, braci i sióstr. Nie chce się przyznawać do rodziny, woli, żeby inni poznali ją bez tego balastu. W nowej szkole wszyscy mają bogatych rodziców – poza Millie. Mama Millie pracuje w stołówce, tata jest kierowcą autobusu. Millie nie zadziera nosa i szybko zaprzyjaźnia się z Peachy. Jean Ure dalej pokazuje standardową relację dwóch małych dziewczynek. Koncentruje się na tym, co atrakcyjne właściwie tylko dla nich: przedstawia wspólne nocowanie, wyjście na pierwszą szkolną imprezę, ale też pierwszą prawdziwą kłótnię. Przyjaciółka wspiera Peachy w jej potyczkach z rodziną, uczy ją, jak walczyć o własne prawa i podbudowuje pewność siebie. Peachy zaczyna się buntować, ale nie wytrwałaby w tym postanowieniu samotnie, zwłaszcza przeciwko rodzinie o silnych osobowościach. Millie dodaje jej sił i przekonuje o słuszności działań.

W „Po prostu ja” nie ma skomplikowanej fabuły ani przerabianej na literacką narracji. Opowieść prowadzi sama Peachy i bardzo rzadko stosuje chwyty znane z powieści pop (ograniczają się one tu wyłącznie do podkreślania kursywą niektórych akcentów zdaniowych. To zabieg, który nie jest nadużywany, a ponadto przy zastosowaniu czcionki bezszeryfowej niemal niezauważalny dla odbiorców). Bohaterka stara się opowiadać zwyczajnie, bez typowej dla młodszych nastolatek egzaltacji. Chichoty na temat chłopców są tematem w opowieści, ale nie tworzywem relacji. Żeby odrobinę urozmaicić codzienność i samą relację, Ure wplata w nią ślad czarnych charakterów (jest tu złośliwa koleżanka, stały element tego typu historii) czy motyw pomocy innym. Peachy na święcie dla dzieci ze szkoły specjalnej dostaje pod opiekę niepełnosprawnego chłopca – z którym, mimo obaw, znajduje wspólny język. Kiedy tylko Peachy odważy się być sobą, zostanie za to nagrodzona – i to w sferach, których nawet nie brałaby pod uwagę.

„Po prostu ja” to książka zwyczajna, tak samo jak Peachy. Ure pokazuje, że każdy jest na swój sposób wyjątkowy, nie trzeba mieć wielkich talentów, żeby znaleźć przyjaciół czy miłość, żeby wykazywać się empatią. Peachy nauczy też małe odbiorczynie odwagi w realizowaniu marzeń. Nieśmiała dziewczynka nie daje się stłamsić najbliższym, ale trzeba też przyznać, że domowe scenki z tej powieści dalekie są od rodzinnego ciepła. Mali odbiorcy szybko dostrzegą, co jest tu nie w porządku – i dowiedzą się, jakiego zachowania krewnych tolerować nie można dla własnego dobra. „Po prostu ja” to historia bardzo klasyczna w formie, niezbyt skomplikowana w fabule. Stanowi przeciwwagę dla powieści pop i pokazuje małym czytelniczkom, że nie zawsze sława jest pożądana.

środa, 27 września 2017

Jacek Fedorowicz: W zasadzie tak

Wielka Litera, Warszawa 2017.

Bez nerwów

Na rynku literackim pojawiają się co pewien czas kolejne tomy dawnych tekstów Jacka Fedorowicza – i to tekstów nawet w bibliotekach już niedostępnych. Oznacza to możliwość wzbogacenia satyrycznej biblioteczki, ale też powrotu do precyzyjnie konstruowanych żartów – nie tych estradowych, które dziś już chyba większości odbiorców się przejadły – ale inteligentnych, rozkładanych w czasie i pozwalających na tworzenie wielopiętrowych opowieści. Jacek Fedorowicz w tomie „W zasadzie tak” odwołuje się do rzeczywistości PRL-u, nie można zatem mówić o aktualności książki – chyba że ktoś orientuje się w codzienności minionej epoki. Taką wiedzę, wystarczającą do czerpania przyjemności z lektury, można znaleźć dzisiaj w różnych źródłach, a nawet potraktować zapiski Fedorowicza jako pewien zestaw wiadomości o obyczajach i zwyczajach. Tom jest publikacją satyryczną i spełni swoją funkcję w tym zakresie, zarówno w pojedynczych tekstach, jak i jako dobrze skomponowana całość.

Tym, co Jacek Fedorowicz proponuje jako nadrzędną organizację zbiorku, jest dystans do codziennych problemów, utrudnień czy szykan ze strony przedstawicieli branży usługowej. Autor przygląda się kolejnym zawodom i zachowaniom, które trafiły już do zestawu stereotypów z omawianych czasów. Rejestruje przyzwyczajenia szarpiące nerwy i to, co normalnie nikomu nie przeszłoby do głowy – obecnie piętnowane. Przedstawia nieuprzejme sprzedawczynie, opieszałych kelnerów czy łatwo obrażających się taksówkarzy. Jako często podróżujący artysta przybliża czytelnikom utrudnienia związane z nocowaniem (a nawet mieszkaniem) w hotelach. Wszystko, co byłoby tematem do utyskiwań i zniechęcenia, w tomie „W zasadzie tak” automatycznie staje się powodem do śmiechu. Autor równolegle z opisywaniem doznawanych przykrości prezentuje jednak alternatywne sposoby minimalizowania własnych strat. Udowadnia, że na każdy problem znajdzie się kreatywne rozwiązanie – wystarczy zmienić podejście i zamiast irytować się czyjąś nieuprzejmością, wystarczy odpowiednio go zaskoczyć, by zablokować automatyczne – niegrzeczne – zachowanie. To sposób a rebours, nie likwiduje sedna problemu, za to usuwa negatywne reakcje zwykłych obywateli. Warto wczytać się w kolejne wskazówki – nie dlatego, by uruchamiać społeczne interakcje w razie potrzeby, ale żeby prześledzić same sposoby wywoływania śmiechu. Fedorowicz wykorzystuje nonsensy, sytuacje odwracane. Dzięki zmianie perspektywy rozbija utarte struktury i może znaleźć nowe powody do śmiechu w sytuacjach, które raczej nie śmieszą.

„W zasadzie tak” to książka krótka i bardzo dobrze przygotowana. Fedorowicz nie pozwala w niej sobie na żarty słabe, wprowadza za to całe wywody, które poza tym, że prowadzą do celnych puent i budują udany tom, to jeszcze w poszczególnych akapitach zawierają komiczne drobiazgi. Fedorowicz z przeszłości jest ironicznym obserwatorem wydarzeń, bezbłędnym satyrykiem. Nie idzie tu na żadne ustępstwa, bardzo dba o jakość tekstów. Posługuje się śmiechem po mistrzowsku – to poziom, który rzadko kiedy możliwy jest do osiągnięcia obecnie. Warto sięgnąć po tę książkę dla samych chwytów komizmotwórczych – mimo że zmieniły się czasy, opisywane sytuacje należą do obyczajowych, więc są zrozumiałe niemal bez znajomości kontekstu społecznego. Można odbierać publikację jak znak dawnych czasów, ale pod względem humoru to wciąż cenna książka. Cieszy fakt, że takie propozycje powracają na rynek, mimo że ich funkcja „walcząca” już wygasła. Wciąż jednak można się na tym tomie uczyć precyzji konstruowania dowcipów, oryginalnego podejścia do zbanalizowanych tematów. Uzupełnianie biblioteczek o takie zapomniane pozycje wpisuje się też w nieprzemijającą modę na PRL – co rozszerza krąg zainteresowanych tą pozycją. „W zasadzie tak” to kolejna książka Jacka Fedorowicza wyciągana z archiwów – prezent dla fanów dobrej jakościowo satyry.

wtorek, 26 września 2017

Marta Galewska-Kustra: Z muchą świat zwiedzamy i opowiadamy

Nasza Księgarnia, Warszawa 2017.

Narracja z wakacji

Muchę Fefe dzieci już znają: to bohaterka, która pomaga Marcie Galewskiej-Kustrze w tworzeniu logopedycznych zabaw dla dzieci. Mucha przeżywa różne przygody, do tej pory zachowywała się jak superbohaterka i wiele dokonała. Nic dziwnego, że Marta tę bohaterkę traktuje jak przyjaciółkę: docenia jej charakter i talenty. Ale w każdej przyjaźni czasami trzeba od siebie odpocząć. Marta postanawia udać się na wakacje. Pakuje walizkę i wyrusza za granicę. Nie wie, że mucha Fefe akurat kieszonkę tej walizki wybrała sobie na oryginalną sypialnię. Mucha z kolei nigdy nie była na prawdziwych wakacjach i wszystko ją dziwi. Każde wydarzenie interpretuje po swojemu, a zwykle w sposób odbiegający od prawdy. Zresztą świat według muchy i tak zawsze wygląda inaczej niż w oczach ludzi. O tym fani Fefe wiedzą od dawna, a Galewska-Kustra decyduje się wykorzystać motyw jako podstawę całej książki.

Marta trafia do Hiszpanii, ale o tym mucha nie wie. Fefe za to sprawdza, do czego służy dziwna karuzela na lotnisku, jak mają na imię wszystkie miejscowe muchy (myli pozdrowienie z imieniem), testuje lokalne przysmaki i niemal bierze udział w corridzie (hiszpańskich byków lepiej nie denerwować). Każdy dzień to osobna krótka przygoda, intensywna mimo że przedstawiona w kilku zdaniach i na dużych ilustracjach Joanny Kłos. Nikogo nie interesuje wersja Marty – czyli zwykła relacja z wyjazdu. W ujęciu muchy wszystko wypada inaczej, ciekawiej – pytanie tylko, czy maluchy mają wystarczająco dużo wiadomości i doświadczenia, żeby odkryć humorystyczne zabiegi autorki. Zresztą jeśli nie podołają zadaniu wyznaczonemu przez Galewską-Kustrę, na moment zamienią się role: to rodzice przedstawią „dorosłą” relację, którą potem dziecko powtórzy.

„Z muchą świat zwiedzamy i opowiadamy” to tomik, który ma uczyć dzieci sztuki narracji. Autorka podsuwa wiele pytań, które po lekturze zamienią się w propozycje zabaw edukacyjno-rozwojowych. Jedno z podstawowych wyzwań to opowiedzenie przygód muchy w dwóch wersjach – według tego, co przeżywała Fefe (i co znajduje się w tekście) i zgodnie z faktycznymi działaniami Marty. Tu może być trudniej, bo nie zawsze dzieci odgadną przeznaczenie „karuzeli” czy rozpoznają taniec. Z drugiej strony to wreszcie wyzwanie dla kilkulatków: zamiast przejmować się poprawną wymową (co automatycznie zmienia rangę ćwiczenia), będą koncentrować się na przekazywanych treściach. W przypominaniu całości przyda się zamieszczony na końcu zestaw „zdjęć”: tu też autorka zaprasza do wspólnego wymyślania przygód muchy Fefe – więc do rozwijania kreatywności. Pokazuje, jak nauczyć pociechy związków przyczynowo-skutkowych. Zabawy rozszerza o wspomnienia z wakacji odbiorców – proponując wymyślanie, jakie doświadczenia mucha przeżywałaby z rodziną malucha.

Marta Galewska-Kustra tworzy książeczki bardzo proste, ale ozdabiane humorem, który przejawia się również (a może nawet w większym stopniu) w ilustracjach. Mucha Fefe jest bohaterką, która kojarzy się z rozrywką, a nie ze żmudnymi ćwiczeniami – tak może zostać dzięki ukrywaniu właściwych pedagogicznych intencji. Autorka podpowiada rodzicom, jak pracować z tomikiem, żeby uruchomić potencjał dziecka, na co zwracać uwagę przy wspólnym czytaniu i jak wskazywać kolejne zadania, żeby dobrze się bawić. Bez względu na przeznaczenie edukacyjne tomiku i możliwości rozwojowe, podstawową siłą przyciągającą do książki będzie udana bohaterka, mucha Fefe. To ona staje się postacią ważną dla dzieci, sympatyczną, ciekawą i wesołą.

poniedziałek, 25 września 2017

Bea Johnson: Pokochaj swój dom

Agora, Warszawa 2017.

Bez śmieci

Jedną z mód prowadzących do poprawy jakości życia jest motyw sprzątania. Często – bardzo radykalnego, prowadzącego do minimalistycznego stylu życia. Szczęście to absolutny brak przedmiotów, sugerują specjaliści od domowej ascezy. Mnożą się tomy ze wskazówkami, jak wyrzucać przedmioty. Wszystko jako alternatywa dla konsumpcjonizmu, wyraz troski o środowisko czy sposób na oryginalność. Bea Johnson koncentruje się nie tylko na pozbywaniu się zbędnych rzeczy z najbliższego otoczenia. Dba o to, żeby w ogóle nie produkować śmieci. Jej filozofia to 5xR – szczegóły klarownie wykłada w swojej książce. Doprowadza do sytuacji, w której czteroosobowa rodzina w Ameryce rocznie produkuje jeden litrowy słoik śmieci. W tomie „Pokochaj swój dom” pokazuje, jak to osiągnąć – i jakie są z tego korzyści. Ale stara się też zachować równowagę: chociaż sprawdza, które produkty może wytwarzać od podstaw, rzeczowo ocenia, czy koszty (w tym czas) nie przekraczają efektów. Zero waste tak, ale nie za wszelką cenę. Jednak chociaż Bea Johnson chce sprawiać wrażenie dalekiej od radykalizmu, jej postawa znajdzie raczej niewielu naśladowców. Książka „Pokochaj swój dom” funkcjonować może jako ciekawostka, przykład ekstremalnego recyklingu i zbiór porad pozwalających wykluczyć chemię i toksyny z najbliższego otoczenia.

Johnson zachowuje się jak wszyscy doradcy od porządkowania otoczenia: dzieli tom na rozdziały związane z poszczególnymi pomieszczeniami w domu: omawia zasady zero waste w każdym z osobna. Nadaje relacji przejrzystą strukturę, łatwo będzie odbiorcom znaleźć interesujące ich tematy bez konieczności przedzierania się przez całość (chociaż autorka kusi domowymi anegdotami). Pomaga przekonać się, że można wykluczyć śmieci nie tylko z biura, sypialni czy gabinetu, ale też z kuchni i łazienki. Podsuwa rozwiązania wymagające wysiłku i praktyki, które nie wszystkim przypadną do gustu: tłumaczy, jak wyeliminować opakowania produktów spożywczych, czym zastąpić środki czystości, ale też – jak zmieniać garderobę, żeby dostosować ją do nowego trybu życia. Wyjaśnia, jak radzić sobie z niechcianą korespondencją oraz… prezentami, jak wychowywać dzieci i jak przygotowywać dom do posiadania zwierzęcia. Wydaje się, że każdą chwilę traci na dążenie do doskonałości, ciągłe tłumaczenie wpływu śmieci na środowisko, nawracanie sprzedawców i bliskich. Chce być ekspertką, nie może zatem pominąć żadnego aspektu życia, ale mało kogo przekona robienie prania rzadziej, wkładanie ciuchów, na których nie widać plam potu lub rezygnacja z chusteczek higienicznych (a Bea Johnson próbowała nawet wyeliminować z domu… papier toaletowy). Niektóre podpowiedzi dotyczące porządkowania mogą się przydać. Ale wiele zostanie odrzuconych jako zbyt czasochłonne albo dziwne. Autorka popada w przesadę w testowaniu możliwości życia zero waste – ale dzięki temu poszukujący odpowiedzi na swoje pytania mogą potraktować ją jako autorytet w tej dziedzinie. „Pokochaj swój dom” to wersja ekstremalna, ale czasami warto się zastanowić nad rezygnacją z przedmiotów i udogodnień, które tylko zagracają mieszkanie. Autorka pokazuje, jak ułatwić sobie proces sprzątania i uczynić otoczenie bardziej przyjaznym, przekonuje do świadomych zakupów i szerzy świadomość ekologiczną. Uważa, że rezygnacja ze śmieci to prosta droga do szczęścia. Opisuje swoje doświadczenia rzeczowo (ale nie bez humoru), więc każdy, kto zechce pójść w jej ślady, otrzyma potrzebne wskazówki. Pozostali zatrzymają się na etapie śledzenia mało popularnego pomysłu na życie. Chociaż Bea Johnson pisze poradnik, tworzy go tak, by zaspokoić też ciekawość czytelników.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com