Strona główna || O autorce || O tu-czytam || Bajki || Bajkowe portfolio                       

czwartek, 18 stycznia 2018

Samantha Young: To, co najważniejsze

Burda, Warszawa 2017.

Pożądanie

Schemat – byle nie przeszkadzał snuciu erotycznej opowieści. Samantha Young doskonale wie, że jej czytelniczki czekają na sceny seksu w wykonaniu mężczyzny idealnego, nie musi zatem przesadnie komplikować fabuły A jednak sięga w przeszłość, żeby stworzyć choć kilka przeszkód dla fantastycznego związku. Przeszłość to szereg traum Jessiki, pani doktor, która czuje się na tyle winna, że nie potrafi zbudować trwałego związku. Zamiast tego zadowala się seksrelacją z Andrew, którego nie uważa nawet za przyjaciela. Jessica trafia do Hartwell – w małym nadmorskim miasteczku ma wypocząć i przy okazji oddać właścicielowi listy, które przypadkiem wpadły jej w ręce. Od razu spotyka Coopera, zabójczo przystojnego właściciela baru. Iskrzy między tą dwójką od pierwszego romantycznego spotkania, oboje marzą o sobie, mimo że chcą jeszcze zachować pozory. Akcja nie ma większego znaczenia, bo ważne jest tylko to, kiedy uda się postaciom zrealizować najśmielsze fantazje – i jak bardzo zgodne będzie to ze śmiałymi wyobrażeniami na temat ognistego seksu.

A skoro wiadomo, że Jessica i Cooper wkrótce rzucą się na siebie, Samantha Young zaczyna się bawić obyczajowością. Jess w miasteczku spotyka wiele bratnich dusz – zawiera nowe przyjaźnie, dociera do najbardziej skrytych mieszkańców, daje się polubić. Wszyscy będą kibicować jej, a nie byłej partnerce Coopera szykowanej na dalszoplanowy wprawdzie, ale jednak czarny charakter. Bohaterka stopniowo przekonuje się, że to, co miało być chwilową ucieczką od życia i obowiązków, zamienia się w kuszącą wizję przyszłości. W odważnych planach wszyscy będą jej kibicować, zwłaszcza że miłość do Coopera nie jest jedynym ani nawet najważniejszym powodem do zamieszkania w Hartwell. Kiedy większość wydarzeń układa się niemal sielankowo, autorka przystępuje do burzenia misternych planów. Pokazuje, jak odejście od rutyny przysłania ogląd sytuacji i może zafałszować obraz rzeczywistości. To, co z zewnątrz funkcjonuje jak idealna alternatywa, traci na wartości przy dogłębnym poznaniu. dodatku Jessica nie może odnaleźć szczęścia, dopóki nie pogodzi się z własną przeszłością i nie nauczy rozmawiać z bliskimi o własnych koszmarach. Do tego trzeba wstrząsu – więc autorka go funduje.

Oczywiście seks zajmuje tu sporo miejsca, Samantha Young stawia na zmysłowe opisy i dokładność przy prezentowaniu zbliżeń, wysmakowany erotyzm miesza z nieco bardziej mrocznymi pragnieniami: seks traktuje nie tylko jako wyraz miłości, ale również frustracji czy wręcz kary. Pozwala bohaterom realizować skryte pragnienia, wcielać w życie niemal każdy pomysł zasugerowany wcześniej podczas spotkań czytelnikom. Ma wprawę w budowaniu erotycznego napięcia, w narracji wyczula na najdrobniejsze przejawy zmysłowości i wzajemnego zainteresowania. Jest w tym przewidywalna – ale dobrze radzi sobie z nasycaniem gatunkowego schematu literackością i emocjami. Angażuje odbiorczynie nie tylko w romans Jess – podsuwa im idealizowaną obyczajówkę opartą na motywie rozpoczynania nowego życia z dala od dawnych destrukcyjnych przyzwyczajeń i bez dalekosiężnych planów. „To, co najważniejsze” nie pozbędzie się naturalnie naiwności, ale w swoim gatunku to udane czytadło, na co ogromny wpływ ma pisarskie doświadczenie Young.

środa, 17 stycznia 2018

Melissa De La Cruz: Bunt na Wyspie Potępionych

Egmont, Warszawa 2017.

Rywalizacja

Zło jest zawsze o wiele bardziej inspirujące niż dobro, zwłaszcza gdy odbiorcom przejadły się już sentymentalne baśniowe historie. Zło bawi swoją złożonością, a i możliwościami. To dlatego stworzona została Wyspa Potępionych, miejsce zsyłki negatywnych postaci z bajek i baśni oraz ich potomstwa. Wyspę Potępionych chroni niewidzialna bariera i nikt nie może do miejsca odosobnienia sam dotrzeć – ważniejsze jest jednak to, że nikt nie może się z wyspy wydostać. Chyba że uknuje wyjątkowo perfidny plan. W trzeciej części historii o losach potomstwa czarnych charakterów uwaga odbiorców koncentruje się na dawnych przyjaciółkach, Mal – córce Diabolity – oraz Umie, córce morskiej wiedźmy. Dziewczyny przywykły do tego, że muszą walczyć o swoje i samodzielnie spełniać własne zachcianki. Nikogo specjalnie nie interesuje ich los, chyba że akurat potrzebne są do czynienia zła.

Dzieci potępionych muszą jednak trafiać do zwyczajnej – mimo że magicznej – szkoły z internatem i tutaj prowadzić normalne życie nastolatków. Nawiązywać przyjaźnie, podejmować rywalizację i… snuć intrygi. Inaczej przecież być nie może, zło jest wpisane w sens ich istnienia, a cel zawsze uświęca środki. Autorka dba o to, żeby nakreślić odpowiedni klimat relacji – jest tu między innymi straszna restauracja funkcjonująca na prawach komicznego odwrócenia. Bohaterowie nie stosują wobec siebie taryfy ulgowej – kiedy się kłócą, robią to z pełnym zaangażowaniem i mogą być dla siebie niebezpieczni. Lubią też przekomarzać się ze sobą, czy dokuczać, jak zwykli rówieśnicy. Od odbiorców odróżnia ich tylko świadomość sfery mroku. Wyspa Potępionych to ich przeznaczenie, cóż z tego, że nieakceptowane i odrzucane. Na magię nie ma rady.

Melissa De La Cruz przerabia na powieść scenariusz do filmu Następcy 2 autorstwa Sary Parriott i Josanny McGibbon, co oznacza zmiany fabularne oraz w samej konstrukcji tomu. Ta opowieść składa się dużo bardziej z migawek i fragmentów scenek, przeskakuje się od postaci do postaci, żeby uniknąć nudy – a przy okazji w każdej migawce musi się dużo wydarzyć. Stąd między innymi bardzo ekspresyjna scena pojedynku na wodzie, podczas którego przyjaciele walczą nie tylko o wymarzony piracki statek, ale i o władzę nad sobą. Niemal każdy przeskok oznacza przyspieszenie tempa. Postacie charakteryzowane są w działaniu i bez zajmowania się charakterami. Z natury przypisane zostały do strony „zła”, ae nie oznacza to braku dylematów moralnych czy skrupułów. Każdy musi sporządzić własny bilans strat i zysków, żeby w ogóle przekonać się, dlaczego chce walczyć o określony cel. Trudno raczej, żeby koncern Disneya zgadzał się na bezksiężniczkowe i jednoznaczne zło. Chodzi tu raczej o zaprezentowanie w miarę przeciętnych postaci (wyróżniających się na przykład nietypowym kolorem włosów czy wiedźmowatym śmiechem), naświetlenie powodów do buntu i przeciwstawiania się zastanym porządkom. Filmowość historii przejawia się zatem w formie, ale też w kształtowaniu treści, już na etapie tworzenia osobowości postaci. Melissa De La Cruz próbuje przyciągnąć do siebie czytelników sugerowaniem im grozy i wielkich emocji, a utrzymuje rytmem powieści pp. Jest to historia szybka i tworzona w opozycji do klasycznych baśni, ale już nie do konstrukcji fabularnych. Autorka zostawia sobie jednak margines na możliwość wypracowania sympatii do postaci.

wtorek, 16 stycznia 2018

Sztuka powieści. Antologia wywiadów II z "The Paris Review"

Książkowe Klimaty, Wrocław 2017.

Jak pisać

Czasami wystarczy zapytać, żeby poznać zestaw poglądów lub historii poszczególnych dzieł. Wywiady ze sławnymi pisarkami momentami zastępują wręcz memuary. Dotykają spraw warsztatowych, filozofii twórczej, stosunku do feminizmu, genologii lub historii, odnoszą się do wzajemnych inspiracji – szeregu literackich autorytetów czy nawiązań między książkami. Do „The Art of Fiction” nie trafiają raczej osobiste zwierzenia czy analizy biografii – dziennikarze pewnych granic nie chcą przekraczać zupełnie świadomie. Raz – że nie przydaje się to w lepszym rozumieniu dzieł (a kiedy jest niezbędne, wystarczy kilka wzmianek), dwa – że o wiele ciekawszy staje się tu akt tworzenia i rozmowy zamieniają się wręcz w manifesty artystyczne. Nie jest w interesie żurnalistów rozsiewanie plotek czy szukanie sensacji, tu liczy się sztuka. Zwłaszcza że przepytywane są autorki naprawdę wybitne, z najwyższej półki – a te mają już wiele ciekawych autotematycznych refleksji i pytania o pracę wyzwolą najlepsze rezultaty. „Sztuka powieści” złożona z wywiadów od 1956 do 2015 roku to – mimo wielu pisarek i różnych dziennikarzy – jedna opowieść o tworzeniu. Nie powtarzają się pytania (choć daje się wyznaczyć powracające kręgi tematyczne), ale na pewnym poziomie refleksje zaczynają wybrzmiewać podobnie. Pisarki rezygnują z autopromocji, za to uczciwie zastanawiają się nad specyfiką pracy. To owocuje spostrzeżeniami wartościowymi nawet po latach. Wywiady ze „Sztuki powieści” nie dezaktualizują się, bo dotyczą kwestii ponadczasowych. Stanowić więc będą niezbędną lekturę dla literaturoznawców, twórców i fanów.

Jako że autotematyzm jest wyjątkowo niemedialny, metodą na przyciągnięcie odbiorców do tomu będzie po prostu lista nazwisk. Pojawia się tu Doris Lessing, Simone de Beauvoir, Jeanette Winterson, Susan Sontag, Alice Munro, Toni Morison i wiele innych. To gwarancja poziomu, ale też zapewnienie wysokiej jakości okołoliterackich refleksji. Zestaw nazwisk przyciągnie część odbiorców. Druga część skuszona zostanie możliwością prześledzenia artystycznych motywacji i zadań. Pisarki opowiadają o wybieranych gatunkach i tematach, o losach napisanych książek, o wewnątrzliterackich nawiązaniach i komentarzach. Ustępstwem na rzecz zwykłych czytelników stają się tutaj pytania o drobne codzienne przyzwyczajenia – miejsce, czas lub narzędzia do pisania. Każda z autorek ma swoje rytuały – będące efektem wieloletnich poszukiwań albo dawnych przyzwyczajeń, do tych słabostek chętnie się przyznają. Te wyznania przypominają znów o niemedialności sztuki tworzenia – ale też przybliżają odrobinę niedostępne na pozór gwiazdy literatury.

Literatura stawiana jest tu na pierwszym miejscu, to jej podporządkowane będą poglądy czy związki z rzeczywistością. Nie można zatem rozmów ze „Sztuki powieści” traktować jako wyznań autobiograficznych – tu liczy się tworzenie, a wszystko inne musi ustąpić. W ten sposób zawęża się może krąg czytelników, ale ci rzeczywiście zainteresowani autotematyzmem będą obszernym tomem usatysfakcjonowani. Rozmowy o pisaniu należą do trudnych, kiedy są ograniczane czasowo lub objętościowo – tu pisarki dostają szansę opowiedzenia tego, co dla nich ważne, przeanalizowania wyborów i możliwości, a także kontekstów dla poszczególnych dzieł. Z tego powodu książkę wielu odbiorców uzna za bardzo wartościową.

poniedziałek, 15 stycznia 2018

Philip Hook: Galeria szubrawców

Znak, Kraków 2017.

Przekręty

Wytwory sztuki są warte tyle, ile ktoś będzie w stanie zapłacić. Od wieków zdają sobie z tego sprawę marszandzi, pośrednicy między artystą a jego potencjalnymi klientami – w związku z tym próbują na różne sposoby nakręcić popyt i przekonać społeczeństwo, że warto inwestować w obrazy czy rzeźby. Zawodowi marszanda od XV wieku aż po czasy najnowsze przygląda się Philip Hook, odnotowując przy okazji mnóstwo pomysłów na nieuczciwe wzbogacanie się. „Galeria szubrawców” to nietypowa analiza sytuacji na rynku sztuki – przez działania tych najmniej widocznych i rzadko kojarzonych przez odbiorców. Hook sprawdza, kiedy i dlaczego pojawił się zawód handlarza dziełami sztuki. Interesują go wpływy marszandów na wybory artystyczne: w końcu kupcy najlepiej wiedzieli, na co jest zapotrzebowanie i co sprzeda się najszybciej, mogli zatem wywierać nacisk na artystów. Z drugiej strony – wypracowali przez wieki szereg strategii promocyjnych w zdobywaniu i obłaskawianiu samych klientów, nie tylko przedstawicieli najwyższych warstw społecznych. W „Galerii szubrawców trwa ciągła ukryta wojna, w której każda ze stron chciałaby uzyskać jak najwięcej dla siebie. Twórcom zależy na pieniądzach i sławie – w końcu rozgłos może przynieść i bogactwo. Marszandzi nie mogą pozostawać stratni, kierują się zatem smykałką do interesów, niekoniecznie uczciwych. Klienci z kolei mają nadzieję na zdobycie dzieła wyjątkowego i pożądanego przez innych, niezbyt dużego (żeby na ścianach zostało miejsce na dalsze zdobycze) i modnego. Tak, jak nie ma tu zwycięzców, tak i rzadko zdarzają się naprawdę przegrani – wszyscy chronią swoje interesy.

Chyba że marszanda skusi akurat wizja szybkiego i dużego zarobku. Bohaterowie tomu Hooka, tak jednoznacznie określani w tytule, wybierają przeważnie dwie drogi. Jedni uciekają się do fałszerstw oraz do oszustw (może nikt nie zwróci uwagi na drobną modyfikację nazwiska), inni rozwijają szeroko zakrojone akcje marketingowe: zamawiają recenzje dzieł, sięgają po talenty oratorskie i chwyty do dziś stosowane w reklamach, przekonują klientów co do wyjątkowości obrazu. Trochę zmienia siłę ich bezpośredni wpływ na artystów: dawniej to marszandzi mogli narzucać pożądane tematy i motywy, dziś raczej artyści sami orientują się w specyfice rynku i podporządkowują klientom. Philip Hook najchętniej opisuje czarne charaktery, tych handlarzy, którzy wyłamywali się z przyjętych schematów. To oni dostarczają najwięcej anegdot – a ich działania można porównywać z obecnymi kampaniami reklamowymi. Czytelnikom nie trzeba wykazywać podobieństw i pułapek, sami je wyłuskają z barwnej relacji – to jedna z lekturowych satysfakcji.

Philip Hook pisze rzeczowo, ale i z humorem. Skrupulatnie dzieli czasy, a gdy już dysponuje olbrzymim materiałem – wprowadza też osobne sylwetki poszczególnych marszandów. Nie boi się stosowania ironii: przyjęta strategia i wypełnienie tomu konkretami umożliwia mu również narracyjną zabawę. Autor przeprowadza czytelników przez świat im obcy, nieuświadamiany, ale opleciony inspirującymi relacjami. „Galeria szubrawców” stanowi oryginalne spojrzenie na historię sztuki – w sam raz dla czytelników, którzy chcieliby zgłębić temat.

niedziela, 14 stycznia 2018

William Dalrymple: Kalijuga. Wiek waśni i sporów

Noir sur Blanc, Warszawa 2017.

Mentalność

Niektórych obrazów i wiadomości nie można zaakceptować. Podczas kilkuletniego pobytu w Indiach William Dalrymple zetknął się z ogromem bezsensownego zła i cierpienia – z niezgody na zastaną sytuację i z bezsilności powstał cykl esejów zebranych w tomie „Kalijuga”. Autor świadomy różnic kulturowych, podziału kastowego czy biedy, która często pcha ludzi do najgorszych czynów, przygląda się zjawiskom niewytłumaczalnym pod żadną szerokością geograficzną, wnioski i opinie pozostawiając czytelnikom. Próbuje wstrząsnąć odbiorcami, pokazując im Indie pełne agresji, przemocy oraz krzywdy najsłabszych – tych, za którymi nikt się już nie wstawi. Odporny na uroki przygotowywanych dla turystów miejsc, zajmuje się upadkiem wartości, koszmarem, jaki ludzie są sobie w stanie zafundować. Tu nie pomagają indywidualne strajki, małe przejawy buntu – podobnie jak nie wystarczy jedna książka, żeby zmienić mentalność. Dalrymple jest świadomy jałowości swoich działań. Ale milczeć nie może.

Dzieli Indie na północ – tę zepsutą, pogrążoną w chaosie i anarchii – oraz południe, na którym jeszcze można żyć w miarę normalnie, a na pewno odetchnąć od przestępczych porachunków. Dostrzega również inną granicę podziału, przebiegającą między coraz bardziej anachronicznymi tradycjami i zwyczajami a przejawami kultury masowej – przeszczepionej z Europy czy Ameryki. Najpierw zabiera odbiorców do miejsc najbardziej mrocznych. Opisuje śmierć polityka zlinczowanego przez przypadkowo spotkanych żałobników – podżeganych przez innego polityka a dawniej przestępcę. Wysłuchuje wdów, które żałują, że nie popełniły rytualnego samobójstwa na pogrzebie męża, przez co skazały się na ponurą wegetację w biedzie (przygląda się również przypadkom, gdy taka ofiara została złożona i zrodziła ponownie wiele pytań w społeczności). Indie to władza w rękach analfabetów, bunt studentów, którym udowodniło się nieuczciwość na egzaminach, stałe konflikty z muzułmanami na tle religijnym. Są tu naiwne zabobony – wyznawane nawet przez wykształconych ludzi – są i populistyczne hasła. Niezwykle łatwo jest rozproszyć tłum, któremu brakuje wszystkiego. William Dalrymple z niepokojem obserwuje rozprzestrzenianie się zła.

Dla złagodzenia narracji zajmuje się autor od czasu do czasu przebłyskami popkultury. Rozmawia z autorką tanich komercyjnych i pornograficznych powieścideł, sprawdza, na czym polega fenomen lokalnego celebryty. Omawia ekspansję sieci fast-foodów i rozwój rynku muzycznego – chce się dowiedzieć, czy długotrwałe wyizolowanie Indii w tej dziedzinie wpłynie na umiejętność oceny kiczowatych przebojów. Zestawia konserwatyzm kraju z wpływami, których nie da się zahamować – wypatruje zmian już w kolejnym pokoleniu.

Eseje zamieszczone w tej publikacji powstały w latach 90. XX wieku, ale ich przesłania są uniwersalne. Autor rzadko zatrzymuje się na omawianiu tu i teraz, bardziej pasuje mu sięganie do minionych – za to kluczowych dla rozumienia mieszkańców – wypadków niż snucie diagnoz. „Kalijuga” jest zestawem reportaży zaangażowanych politycznie, za to wolnych od proturystycznego marketingu. Indie jawią się tutaj jako miejsce właściwie nienadające się do życia, odstręczające i pełne wyzwań. Ta książka nie wyrosła z zachwytu, raczej z niezgody oraz bezradności. William Dalrymple zamiast rozrywkowej podróży oferuje odbiorcom poważną przestrogę.

Selma Lagerloef: Cudowna podróż

Nasza Księgarnia, Warszawa 2017.

Z grzbietu gęsi

Ta opowieść powstała jeszcze w czasach, kiedy nie istniała moda na bezstresowe wychowanie – a baśniowe otoczenie samo zajmowało się wymierzaniem zasłużonych kar wyjątkowo niegrzecznym dzieciom. Bo małego Nilsa do aniołków zaliczyć nie można. Chłopiec dokucza zwierzętom gospodarskim, nie lubi ludzi i dostarcza zmartwień rodzicom. Jego złośliwości nie są w narracji przesadnie eksponowane, być może dlatego, żeby nie podsuwać pomysłów małym odbiorcom. Wystarcza, że na początku Nils nie chce iść z rodzicami do kościoła, a w domu zasypia nad kazaniem, którego każą mu się nauczyć mama i tata. Później wykazuje się chciwością i nieuczciwością w stosunku do krasnoludka, który pojawia się w domu. Nils nie ma dobrego serca i próbuje wykorzystać dla siebie magiczne talenty przybysza. Jednak mocy krasnoludków lekceważyć nie należy: ta postać potrafi się zemścić za doznane krzywdy.

Tak zaczyna się „Cudowna podróż”, baśniowa historia, która od lat inspiruje kolejne pokolenia. Zamieniony w krasnoludka Nils dosiada Marcina, gąsiora, który planuje odfrunąć z kluczem dzikich gęsi do Laponii. W trakcie tej podróży bohater przechodzi wielką przemianę – najpierw mszczą się na nim wszystkie zwierzęta, które jako chłopiec źle traktował. Później stopniowo poznaje Nils moc przyjaźni, dowiaduje się, czym jest lęk o bliskich, uczy się zaufania i poświęcenia. Dzikie gęsi mają wielu wrogów, choćby przebiegłego i wykluczonego ze społeczności lisa – ale i myśliwych. Nie zawsze sprzyja im pogoda. Mimo to nie poddają się, dążąc do celu. W trakcie podróży Nils – który przez działania krasnoludka zyskał dar rozumienia mowy zwierząt – poznaje metody zdjęcia czaru i zyskuje szansę, by odpokutować za dawne winy. Zaprzyjaźnia się z Marcinem i z przewodniczką stada, coraz bardziej angażując dzieci w przygody gęsi. Wyprawa pełna jest motywów naturalnych, ale i baśniowych zjawisk, nawiązań do podań i wierzeń. Chłopiec może na jawie przeżyć sen o lataniu, ale dużo bardziej wartościowe są w tym przypadku lekcje, jakie otrzymuje na kolejnych etapach podróży. Będzie musiał podejmować bardzo ważne decyzje, a to wszystko sprawi, że dojrzeje i na zawsze pozbędzie się złych nawyków, których wykorzenić nie potrafili jego rodzice.

„Cudowna podróż” to dzisiaj już klasyka literatury, możliwość pokazania najmłodszym historii wyobraźniowej, poetyckiej i prężnej. Ta powieść nie potrzebuje dodatkowych ozdobników – sama fabuła pochłonie małych odbiorców. Nie ma też znaczenia nawiązywanie do niemodnych obecnie tematów (anachronicznie wypada gospodarstwo rodziców Nilsa, ale i sam krasnoludek jako istota dzisiaj coraz rzadziej obecna w świadomości bajarzy). To, że w tomiku dzieją się rzeczy niezwykłe, w pełni wynagradza odbiorcom pewną archaiczność. „Cudowna podróż” to triumf fantazji i inteligentnego przemycania elementów dydaktycznych. Jest w tej historii magiczny, trudny do opisania urok – nic dziwnego, że ta akurat opowieść rozsławiła autorkę na świecie. To fabuła, którą należy poznać. Wznowienie jej i ponowne wprowadzenie na rynek pokazuje silną potrzebę powrotu do tomów sprawdzonych i wartościowych.

sobota, 13 stycznia 2018

Tomasz Lach: Kumpel. O Komedzie, Zośce i innych

Muza SA, Warszawa 2017.

Rodzinnie

Zośka i Krzysio – tak o Zofii Komedowej i Krzysztofie Komedzie Trzcińskim pisze Tomasz Lach w osobistej wspomnieniowej publikacji „Kumpel”. Syn Zośki i pasierb Komedy relacjonuje swoje dzieciństwo i czas dorastania u boku kompozytora – z perspektywy nieosiągalnej ani dla biografów, ani dla fanów. Opowieść zaczyna się z pierwszym spotkaniem ze „Starym”, kończy po jego śmierci, ale Tomasz Lach wcale nie koncentruje się na Komedzie. Skupia się na sobie i przez obserwacje dziecka przedstawia scenki rodzinne oraz charakter ojczyma. Tworzy portret subiektywny i bardzo ciepły, idealizowany, mimo że niepozbawiony rys. Patos likwiduje poczuciem humoru – to zabieg, który tutaj dobrze się sprawdza i zmienia lekturę w znakomite czytadło.

Mały chłopiec poznaje Krzysztofa Komedę i od razu czyni go swoim autorytetem. Podkreśla serdeczność, otwartość i zrozumienie, jakiego doznaje od nowego partnera matki, nakreśla przyjaźń budowaną od początku i konsekwentnie. Krzysio to ktoś, kim można się chwalić przed kolegami. Nie dlatego, że sławny, komponuje i pięknie gra na pianinie, a dlatego, że potrafi zdobyć piłkę, uratować przed przykrymi konsekwencjami młodzieńczych wybryków czy zabrać na „męską” wyprawę. Krzysio ratuje z tarapatów, nie złości się i zawsze ma czas dla pasierba. Między nim i Tomkiem nawiązuje się, w oczach tego drugiego, swoiste artystyczne porozumienie, przy którym codzienne sprawy schodzą na dalszy plan. Ale Tomas Lach właśnie z codzienności układa tę relację. Każdy rozdział to osobny motyw, pojedyncze wspomnienie, w którym Komeda nie zawsze zajmuje centralne miejsce, ale zawsze pozostaje jako ktoś wyjątkowo ważny. Ojczym jest ideałem, nawet wtedy, gdy wychodzi, by odebrać Zośkę z pociągu wiele godzin przed czasem i niemal zapomina w knajpie o celu eskapady. Nawet wtedy, gdy spotyka piękną panią, którą całuje w usta – i potem chce to zamienić w sekret przed mamą. Na Krzysiu można polegać, kiedy ma się kilka i kilkanaście lat, ale nawet potem, gdy już prowadzi się samodzielne i dorosłe życie.

Niewiele w tym tomie Komedy od strony zawodowej. Tomasz Lach może co najwyżej pokazać nieobecność dorosłych i ich trasy, związane z odwoływaniem wspólnych spotkań. Poza tym może też zaobserwować Komedę podczas pracy – gdy bez instrumentu wymyśla melodie, bębni palcami po stole i zapisuje efekty olśnień. Poza takimi migawkami co pewien czas przytaczanymi nie ma mowy o pracy artystycznej, Lach opowiada o domu i najlepszych wspomnieniach. Opowiada, co warto zaznaczyć, z gawędziarskim zacięciem i z humorem. Bardzo dobrze operuje ironią, potrafi relacjonować komiczne wydarzenia z wyczuciem puenty, nawiązując trochę – na co pozwala mu kreacja – do Mikołajka. W ten sposób uzyskuje rodzinną opowieść, która nie jest przesadnie sentymentalna, mimo że z wielu powodów taka właśnie mogłaby być. „Kumpel” nie jest ani typową biografią, ani zbiorem wspomnień, Lach pisze dobrze i odrzuca stylistykę pop. Zaprasza czytelników do niezwykłego domu, pozwala pokrzepić się sympatyczną atmosferą i wrażeniem artystycznej lekkości. Tomasz Lach pisze uzupełnienie domowe do biografii – potrafi zainteresować czytelników postacią ojczyma – i to zwróci się nie tylko do fanów Komedy.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com