Strona główna || O autorce || O tu-czytam || Bajki || Bajkowe portfolio                       

czwartek, 23 maja 2019

Michał Rusinek: Niedorajda, czyli co nam radzą poradniki

Agora, Warszawa 2019.

Porady inaczej

Można się irytować na to, że rynek zalewają rozmaite poradniki dotyczące już absolutnie każdej dziedziny życia, a i sfer, które do niedawna w świadomości mas nie funkcjonowały (moda na bycie paryżanką), można też przedziwny trend na rynku wydawniczym i w przestrzeni internetowej wyśmiać. Tak robi Michał Rusinek, który w „Niedorajdzie” z fascynacją przygląda się kolejnym licznym absurdom proponowanym przez rozmaitych „specjalistów”. Z „Niedorajdy” odbiorcy dowiedzą się między innymi, jak podrywać nieznajomą, jak uprawiać seks, jak pisać bestsellery, jakie treści wybierać na tatuaże czy jak się leczyć. Do tego dojdą techniki sprzedaży (tu przede wszystkim pod lupę autor bierze ogłoszenia z internetowych serwisów), słownik inteligenta, czyli rozpisane na komiczne definicje trudne wyrazy, lektura co ciekawszych nagłówków (zwłaszcza z prasy brukowej oraz serwisów plotkarskich, takimi zapełniłoby się całą książkę, a nie tylko jeden felieton), ale i… wizyta na poczcie, która dość specyficznie dobiera asortyment. Każdy rozdział – osobna zamknięta całostka – staje się majstersztykiem dowcipu. Bierze Michał Rusinek smakowity cytat, najlepiej taki, w którym anonimowy autor staje się przez niefortunną stylistykę śmieszny – i opatruje własnym krótkim komentarzem, esencją ironii. Nie analizuje wyłącznie błędów, czasem zachwyci go ludzka pomysłowość albo kreatywność, czasem absurd zawarty w przytoczonym fragmencie i czekający na odkrycie. Z jednej strony pojawi się tu między wierszami gorzka refleksja na temat słabnących kompetencji językowych społeczeństwa, z drugiej – czysty zachwyt nad efektami działania rynkowych mód. Rusinek nie zamierza komentować przytaczanych fraz po profesorsku, za to chętnie zderza je z praktyką, ocenia przydatność w świecie i sugeruje prawdopodobne reakcje czy konsekwencje. Przez przerysowanie zwraca uwagę odbiorców na kurioza (fakt, że na poczcie można nabyć kolorowanki z Papieżem), a przy okazji może też rejestrować zmiany w obyczajowości i mentalności ludzi. Coś, co dawniej byłoby nie do przyjęcia, teraz stanowi rzecz normalną, wręcz powszechnie akceptowaną. Śmiech wydaje się jedyną metodą radzenia sobie z nonsensami spotykanymi na każdym kroku. Michał Rusinek zamienia się w tomie w złośliwego komentatora, będzie bezlitosny dla tych, którzy nie szanują języka. Wszystko w atmosferze beztroskiego żartu, rozrywki dla czytelników. Imponuje ten autor umiejętnością budowania wielopiętrowych dowcipów, niby mimochodem, na marginesie niezbyt wesołych refleksji o quasi-analfabetyzmie narodu. Ostre słowa tu nie padną, a czasami aż by się o to prosiło. Rusinek kreuje się na tego, który raczej woli się dziwić niż buntować. Jednak przy okazji rozrywki wyczula też na język. „Niedorajda” pozwala przyjrzeć się rynkowym nurtom, rozwiązaniom powszechnie stosowanym a przecież przerażającym. Nie ma tu perspektywy językoznawczej ani pozycji znawcy – liczy się zabawa. I dopiero ona wyzwoli (oby!) refleksję na temat stanu dyskursu w przestrzeni publicznej. Jakkolwiek poważnie by to nie brzmiało… bo książka „Niedorajda” jest mistrzowsko skomponowaną satyrą ciekawą dla każdego odbiorcy.

środa, 22 maja 2019

Marek Pióro: Plamka mazurka

Marginesy, Warszawa 2019.

Drobne radości na co dzień

Kto się zachwyci plamką mazurka, ten doceni również piękno i majestat wielkich ptaków drapieżnych. Kto lubi obserwować ptaki w najbliższym otoczeniu, ten na pewno zachwyci się „Plamką mazurka”, tomem, który Marek Pióra da się poznać szerokiemu gronu czytelników, zwłaszcza odbiorców starszych, którzy na blog autora raczej samodzielnie nie trafią, bo nie surfują po internecie. Książka, którą na rynek wprowadza wydawnictwo Marginesy, doskonale wpisuje się w poularyzatorski cykl dotyczący świata zwierząt. Nie przygniata nadmiarem wiedzy podręcznikowej i danych, opiera się na obserwacjach, które prowadzić może każdy zwyczajny spacerowicz. Może więc służyć ta publikacja nie tylko jako „przewodnik” i zestaw podpowiedzi, gdzie oglądać konkretny gatunek – ale też jako wyjaśnienie, jakie ptaki podczas wyprawy się spotyka.

Marek Pióro w pierwszej kolejności chce podzielić się z odbiorcami fascynacją. Wie, jak to zrobić, żeby nie zamęczyć czytelników, udało mu się uchwycić to, co w tej pasji najistotniejsze. Rejestruje kolejne radości, drobne triumfy – ale też momenty, w których wycofuje się z miejsca idealnego do prowadzenia obserwacji, żeby nie płoszyć i nie denerwować ptaków. Pozwala niemal uczestniczyć w wydarzeniach, opowiada tak plastycznie, że bez trudu można sobie wyobrazić kolejne sceny. Ale w narracji już sam stosunek do ptaków się uzewnętrznia. Z obserwacji i bardzo trafnych opisów płynie tutaj jeden rodzaj relacji. Marek Pióro wzbogaca tę opowieść o kolejny Tu i ówdzie dokłada autor do wyznań szereg skojarzeń intertekstualnych. Odnosić się będzie i do przysłów, w których ptaki znalazły swoje miejsce, i do przekonań (a nawet zabobonów przy niektórych gatunkach). Opowiada, jak w lokalnych społecznościach traktuje się ptaki, czasami tłumaczy genezę postaw. Do tego dokłada jeszcze obecność pierzastych piękności w literaturze oraz malarstwie – odnosi się chętnie zwłaszcza do klasyki, bo czy w twórczości wieszczów, czy w pięknych obrazach może znaleźć echa własnych doświadczeń i przemyśleń na temat ptaków. Przytacza cytaty albo szczegółowe opisy dzieł sztuki po to, żeby odbiorcy zobaczyli, że takie same przeżycia stają się udziałem wielkich: twórcy i zwykli zjadacze chleba tak samo ulegają urokowi ptaków.

Tom składa się z krótkich rozdziałów uszeregowanych alfabetycznie, dzięki temu znacznie łatwiej będzie trafić do tego zestawu wiadomości, które akurat są potrzebne. Można korzystać z publikacji jako leksykonu, ale można równie dobrze potraktować książkę jak źródło rozrywki, czytać dla przyjemności i śmiechu, bo Pióro pisze zabawnie i ciekawie, a także bez zadęcia. Ta lektura momentami bywa pouczająca, ale przede wszystkim pokasuje sens troski o przyrodę. Co ważne, sam autor też gromadzi informacje, wypytuje przyrodników o to, co zauważył, stara się zrozumieć zwyczaje ptaków. Robi wszystko, żeby to, do czego doszedł, stało się jasne również dla czytelników. „Plamka mazurka” jest książką o obserwacjach ptaków – lekko, prawie na wesoło – pogodny nastrój wszystkim się udzieli. Autorowi przybędzie po tej książce fanów, co zrozumiałe: nie każdy potrafi tak zaabsorbować własną pasją i z uśmiechem pisać o codziennych drobiazgach z ptasiego świata.

wtorek, 21 maja 2019

Marek Hłasko: Pierwszy krok w chmurach. Opowiadania

Iskry, Warszawa 2019.

Obserwacje

Marek Hłasko należy do tych autorów, którzy się nie starzeją, a ponadto kolejne pokolenia młodych czytelników uwodzą swoją legendą. Proza, która kiedyś wypadała jako buntownicza czy niezwykła, dzisiaj nie będzie już nikogo szokować, co więcej – wypada nawet w pewien sposób archaicznie. Jednak swoista surowość narracji i szczerość uczuć robi swoje. Nawet teksty przefiltrowane przez styl socrealizmu do odbiorców docierają – z uwagi na silne nacechowanie emocjonalne. Bohaterowie Hłaski doświadczani przez los, zmuszeni do pokonywania trudności – na oczach czytelników przechodzą ważne przeobrażenia. Tom „Pierwszy krok w chmurach” ukazujący się teraz ponownie na rynku stanowi naturalną kontynuację publikowania nieznanych tekstów i dokumentów pozostawionych przez Hłaskę (po „Wilku” w dwóch wersjach, „Najlepszych latach naszego życia” i listach oraz pamiętniku z młodych lat): tworzy się po prostu nowo-stara seria, którą trudno traktować w pojedynczych tomach jako wydarzenie literackie wielkiej wagi – ale w całości zwróci na siebie uwagę. Na pewno odetchną z ulgą czytelnicy o słabszym wzroku (i słabszych nerwach, jeśli chodzi o źle klejone publikacje). Najbardziej popularne, czarno-białe wydanie dzieł Hłaski cechowało się nie tylko drobnym drukiem, ale i edytorstwem nie najlepszej próby. Tom „Pierwszy krok w chmurach. Opowiadania” ma bardziej poręczny format, znacznie bardziej praktyczną czcionkę i… ograniczone marginesy, nie będzie sztucznego napowietrzania objętości. Zmartwią się jedynie ci, którzy lubią robić w książkach notatki – na to miejsca nie ma.

Pisanie o treści tyle razy w różnych kontekstach omawianego zbiorku trochę mija się z celem. Można odnotowywać sposoby budowania charakterów, podejście do miłości w wersji pozbawionej tanich sentymentów, eksperymentowanie z wyznacznikami literatury socrealistycznej, obrazy środowiska robotniczego… drobne historie, w których ożywają prawdziwe tęsknoty, uczucia zrozumiałe właściwie pod każdą szerokością geograficzną. Postacie u Hłaski to zawsze wypadkowa życiowych obserwacji (czasami nawet półświatka) i marzeń. W literackim ujęciu każdy z bohaterów szlachetnieje, dzisiaj nawet ci niekoniecznie budzący cieplejsze uczucia wyzwalają zaciekawienie. Z jednej strony to odniesienie do rzeczywistości, która przez długi czas nie miała wstępu do literatury pięknej, z drugiej – umiejętność kreślenia sylwetek błyskawicznie i precyzyjnie, zamaszystymi ruchami, ale jednak wystarczająco szczegółowo, żeby odbiorcy mogli rozszyfrować właściwy kontekst.

„Pierwszy krok w chmurach” jest książką, której specjalnie reklamować nie trzeba. Trafi do wszystkich tych, którzy chcą uzupełnić sobie biblioteczkę, cenią „klasyków” i lubią małe formy. Marek Hłasko otwiera na moment drzwi do zupełnie innej rzeczywistości, do realiów nieznanych dzisiejszym odbiorcom. A że silnie może działać na wyobraźnię – przekona do siebie nawet młodych czytelników. Właśnie dzięki drobnym formom można najszybciej zorientować się w rodzaju literatury, w którym specjalizował się autor. Marek Hłasko przypominany na nowo to propozycja na rynku potrzebna. I nawet fakt, że nie stanowi dla nikogo zaskoczenia, nie ma posmaku nowości albo nimbu literatury zakazanej nie zepsuje wrażeń czytelniczych.

poniedziałek, 20 maja 2019

Jakub Dziekan: Korporacjusz

Vesper, Czerwonak 2019.

Przygoda w pracy

Łydka. Łydka bóstwa – chociaż tylko koleżanki z pracy. Jednak bohaterowi tomu „Korporacjusz” i zarazem autorowi socjopatycznych wynurzeń taki motyw wystarcza do kreowania osi fabularnej. Istotą wyznań jest tutaj funkcjonowanie w trybikach korporacyjnej machiny, poznawanie jej od środka. Bohater – nastawiony do tego rodzaju pracy raczej ironiczne (to konieczne, żeby nie zwariować) – komentuje codzienność. Jest w stanie każdą czynność, każdy detal nawet rozciągnąć na wiele stron. A ponieważ druk w tomie jest bardzo drobny, wyznań i analiz zmieści się tu mnóstwo. Jakub Dziekan nawet nie szuka komplikowania akcji, nie na tym polega jego opowieść. Proponuje w zamian czytelnikom popis narracyjny, warsztatową i słowną ekwilibrystykę dla cierpliwych. A to dlatego, że każdy temat rozbudowuje do przesady, tak, żeby już na pewno nic nie zostało do uzupełnienia. Chce uchwycić całościowy obraz sytuacji, uświadomić odbiorcom, że od podszewki poznał specyfikę tego zajęcia. Łydka w takim ujęciu to jedyny sens życia, a i sposób na oderwanie się od rutyny, więc w pełni zrozumiała staje się fascynacja bohatera. Nawet jeśli w planie treści nie wypada to jak zalążek romansu, bardziej gombrowiczowska wariacja na temat absurdów zauroczenia czy pożądania. W tej książce zbyt dużo się nie zdarzy, ale to dlatego, że nie pozwalają na to rozłożyste analizy hamujące tempo.

Cała relacja utrzymana jest w tonie logoreicznej opowieści prowadzonej przez pracownika korporacji. Pracownika niezbyt ważnego, w dodatku mającego tendencję do przesady niemal we wszystkim. Jest ów pracownik socjopatą, ludzie wyjątkowo go irygują – niemal każdemu ma coś do zarzucenia (po kryjomu oczywiście). Wyolbrzymia wady kolejnych grup pracowników, przez co może ich satyrycznie prezentować – tym przekona do siebie szersze grono odbiorców spragnionych inteligentnej rozrywki. Bo śmiech w „Korporacjuszu” nie jest typowym kabaretowym rechotem, wymaga uważności i przyjrzenia się kolejnym etapom ilustrowania sytuacji czy pracowych relacji. Jakub Dziekan w tej powieści bawi się charakterystycznymi dla korpożycia motywami – chociaż wiele z nich pojawiło się już w stereotypach i dowcipach oraz literaturze masowej, ten autor chce powiązać jednak obserwacje korporacji z pełną, szczegółową do przesady analizą doświadczeń i charakterów tam spotykanych. Imponuje narracyjnym rozmachem. Chociaż standardowo śmiech nie lubi przegadania, tutaj wydaje się no bardzo na miejscu, współtworzy klimat książki oraz portret narratora-dziwaka. Jakub Dziekan proponuje starannie przemyślany system narzekań na korpoświat służący rozrywce, a przez to jeszcze bardziej oryginalny. „Korporacjusz” to opowieść dla cierpliwych. Odbiorcy otrzymują tutaj komentarz do zestereotypizowanej już codzienności, trochę jako przestrogę. Nie jest to literatura masowa, nie wszystkich przekona – ale realizacją może imponować.

Gdyby bohater tego tomu nie miał powodu do narzekań, nie udałoby mu się nawet na moment przykuć uwagi czytelników. Całe porozumienie opiera się tutaj na nieszczęściu, przemęczeniu i doświadczeniach znanych wszystkim sfrustrowanym pracownikom szeregowym – z takiego punktu wychodzi ta opowieść i taki temat eksponuje najbardziej. Korporacjusz nie może stać się spełniony – straciłby wtedy cały impet narzekania, więc i śmieszność, która jednoczy odbiorców.

niedziela, 19 maja 2019

Marta Kisiel: Oczy uroczne

Uroboros, Warszawa 2019.

Tajemnica lasu

Coś się dzieje. Coś dziwnego. W pobliskim lesie grasuje – nie wiadomo, człowiek, zwierzę czy potwór – i atakuje ludzi. Oda Kręciszewska, miejscowa lekarka, na co dzień ma styczność z głębokimi ranami pacjentów, ale nikt nie jest w stanie udzielić jej bliższych informacji na temat wydarzeń. Na cmentarzu ukrywa się z kolei istota ogromna i czarna – stroni od ludzi, wydaje się niebezpieczna, ale skoro Oda przychodzi jej z pomocą, opatruje rany i karmi świątecznym piernikiem, nie powinna być groźna. Lekarka zresztą jest życzliwa i pomaga całemu światu. Z kolei Odzie pomaga Roch, w tajemnicy nabijając wszystkie framugi gęsto żelaznymi gwoździami. Marta Kisiel przygotowuje bohaterkę na nadejście wielkiego pochodu mar, zwiastującego śmierć. Autorka porusza się po tematach demonów, zjaw, istot z zaświatów masowo pojawiających się dawniej w ludowych wierzeniach. Sama Oda, chociaż wydaje się postacią z krwi i kości, jest wiłą (a mrukliwy Roch – płanetnikiem) – tyle tylko, że ma mnóstwo ludzkich cech, więc i tak będzie się ją traktować jak realną kobietę. To wszystko zresztą nie ma znaczenia z perspektywy odbiorców – pokochają bohaterkę i jej otoczenie bez zastrzeżeń i to bardzo szybko; powieść „Oczy uroczne” zresztą wraca na rynek nie bez powodu.

Osią fabularną będą tu wydarzenia z zaświatów – stamtąd pochodzi tajemnicze niebezpieczeństwo, zagrożenie dla Ody i jej przyjaciela. Bohaterka będzie szukać najlepszego rozwiązania, ale też informacji – bo wydaje się, że wszyscy wiedzą więcej niż ona. Dzięki temu czytelnicy poznają klasyfikację pojawiających się tu demonów albo specyfikę wyobraźniowych stworów. Nie będzie natomiast nudy, bo fabuła wymusza działania postaci, ale osobną kwestią są tu mięsiste charakterystyki bohaterów, pomysły na drobne, doskonale puentowane scenki. Autorka bardzo często skupia się na dalszoplanowych wątkach, bo potrafi rozśmieszać – robi to znakomicie. Lekarz zajadający stres słodyczami i wręczający wszystkim (niezależnie od wieku) lizaczki to tylko jedna maleńka próbka możliwości autorki w tym zakresie. Michałko i gadająca koza rozbawią każdego, a niespodzianki humorystyczne czają się tu na każdym kroku. Autorka uwielbia tekstowe zabawy i jest w tym znakomita, dorównuje w żartach Joannie Chmielewskiej z najlepszego okresu twórczego. Sprawdza się zwłaszcza w humorze sytuacyjnym oraz w komizmie charakterów, ale buduje też świetne dialogi, cieszy na każdym etapie powieści. Nie poprzestaje na tym, potrafi też budzić dreszcz grozy, zmieniać atmosferę i wprowadzać trochę strachu do opowieści – „Oczy uroczne” pod tym względem zaspokoją każdego poszukiwacza sensacji.

Marta Kisiel w fantastyce ma sporo do powiedzenia, ale nie zamęcza czytelników kreowanym od zera światem wyobraźni, który trzeba dokładnie prześledzić, żeby pojąć, co może się w nim wydarzyć. Wprowadza elementy fantastyki do rzeczywistości znanej odbiorcom, korzysta przy tym z opracowań, umiejętnie wplata intertekstualne nawiązania do relacji. Przekonuje do siebie nie tylko precyzją w wymyślaniu przestrzeni, ale i serdecznością, jaką otacza głównych bohaterów. Tutaj zdarzyć się może wszystko, jednak autorka panuje i nad działaniami postaci, i nad uczuciami odbiorców. Nic dziwnego, że jej książki powracają na rynek i docierają do coraz szerszego grona czytelników spragnionych dobrej literatury rozrywkowej.

Sven Nordqvist: Spacer z psem

Media Rodzina, Poznań 2019.

Wyprawa w wyobraźnię

Nie pada w tej książce ani jedno słowo, a gdyby nie blurb, w ogóle nikt by nie pomyślał, że mały bohater zabiera na spacer psa ciotki (starsza pani, której wyświadcza przysługę, wygląda jak typowa babcia). Sven Nordqvist całą relację pozostawi odbiorcom, porywając ich – razem z kilkulatkiem i jego czworonożnym bardzo włochatym przyjacielem – na wielką wycieczkę po świecie fantazji. Łatwo się domyślić, co powie przy pożegnaniu staruszka: będzie przestrzegać przed niebezpieczeństwami, zalecać ostrożność i w ogóle zabraniać męczenia się czy oddalania od domu. Jednak dziecko takich porad do wiadomości nie przyjmie, zwłaszcza że może polegać na psim towarzyszu: to on poprowadzi w krainę marzeń. Przygoda czai się tuż za rogiem, wystarczy wsiąść do odkrytego wagonu przyczepionego do staroświeckiego parowozu. Bohater z psem trafiają między innymi do zoo, w którym kozy przywożą na deskorolkach pary z innej epoki, pingwiny oglądają zamknięte w kojcu, biwakujące pod namiotem kury a przedziwna ryba ledwo mieści się w sadzawce. Będzie odpoczynek nad brzegiem morza, przy starożytnym mieście i wizyta w plenerze malarza, kraina niezwykłych rzeźb i sklep ze starociami, pomieszczenie na dnie oceanu, sad, stary zamek, lochy… każda strona (czasami rozkładówka, ale często pojedyncza strona) to nowe miejsce pobudzające wyobraźnię. Każda przestrzeń jest zupełnie inna od pozostałych, żadna nie została zapożyczona ze znanych środowisk i charakterystycznych bajek (chyba jedynie Krainę Czarów Alicji dałoby się w pojedynczych motywach na upartego dostrzec). Wszędzie pojawiają się przedziwni bohaterowie: albo zwierzęta, które nie istnieją, gatunkowe hybrydy, dziwolągi i senne twory, albo karykatury (w tym i ludzi). Nikt nie zachowuje się zgodnie z oczekiwaniami czy według norm – tu każdy może robić, co chce, do obrazków wkracza technika (gigantyczna rozleniwiona ropucha gra sobie w najlepsze na smartfonie, ale nikt się nią nie przejmie, gdy wokół dzieje się mnóstwo ważniejszych rzeczy).

Owszem, przyda się na każdej rozkładówce znalezienie maleńkiego bohatera i jego psa (co nie zawsze jest proste, zwłaszcza gdy wokół roi się od stworzeń o długim futrze), ale typową wyszukiwanką „Spacer z psem” nie jest. To ogromny i robiący wrażenie na młodszych i starszych odbiorcach picture book, dzięki któremu dzieci mogą ćwiczyć sztukę opowiadania – jeśli ktoś bardzo potrzebuje edukacyjnych podstaw do nabycia książki. Jednak prawdziwą wartością w tym wypadku będzie niezaprzeczalny artyzm. Przede wszystkim Sven Nordqvist nie pozwala szybko odłożyć książki. Detali na każdej stronie jest mnóstwo, warto powoli przeglądać kolejne fragmenty kadru, żeby odkrywać dowcipy zakodowane przez autora, bo śmiesznie będzie niejeden raz. Czasami zmusi Nordqvist do refleksji na temat przesłania, każe pomyśleć nad genezą postaci albo nad czynnością, którą wykonuje – mnóstwo tu absurdów i ciekawostek, partii, które dostarczają rozrywki albo przenoszą odbiorców w świat wyobraźni. To hołd złożony fantazji – tej niezmanierowanej elektronicznymi mediami, swobodnej i wolnej. Sven Nordqvist pozwala sobie na coś, czego autorzy picture booków mogą mu tylko pozazdrościć: zanurza się w świat dziecięcych rojeń, idealnie je odtwarza. Bo przecież to nie tak, że chłopiec z bajki wymyśla sobie te przygody podczas zwykłego spaceru: on naprawdę je przeżywa, doświadcza tego wszystkiego, co pojawia się na kolejnych stronach. „Spacer z psem” to książka, po którą każdy powinien sięgnąć – żeby przypomnieć sobie, jak ważne jest fantazjowanie.

sobota, 18 maja 2019

Agnieszka Zakrzewska: Niebo nad Amsterdamem

Edipresse Książki, Warszawa 2019.

Rodzina za granicą

„Niebo nad Amsterdamem”, tom zamykający cykl z perypetiami Agnieszki i jej rodziny – nadaje się na samodzielną lekturę dla tych czytelniczek, które lubią obyczajówki odchodzące od schematów fabularnych. Napisana jest ta powieść nieźle (chociaż autorka nie ustrzegła się paru błędów), z pomysłem na akcję i kreacje postaci. Trochę znosi Agnieszkę Zakrzewską w stronę sensacji (lub powieści o posmaku tajemnicy z przeszłości), ale to tylko wychodzi na dobre obrazom codzienności. W tej powieści Agnieszka, która ma już ustabilizowaną pozycję życiową, boryka się z dziwnym anonimowym prześladowcą. Ktoś posuwa się do obelg wypisywanych czarną farbą na fasadzie tomu i najwyraźniej próbuje zniszczyć szczęście kobiety. Do tego Agnieszka chce rozwikłać zagadkę dotyczącą dawnych czasów pewnego prokuratora. Kryzys w małżeństwie nie sprzyja rozwiązywaniu kłopotów na chłodno. Jakby tego było mało, nastoletnia córka bohaterki, Annemarie, wkracza właśnie w etap buntu. Zadaje się z niewłaściwym towarzystwem, zarzuca marzenia, a jej reakcje stają się niepokojące. Agnieszka musi wszystkie zmartwienia odkryć i zrozumieć, zanim stanie się coś złego – zapobiec temu, czemu można zapobiec, a wkroczyć do akcji, gdy to konieczne. Nikt nie zastanawia się, skąd ona ma czerpać siłę do mierzenia się z codziennością.

Ciekawym pomysłem jest wprowadzenie do akcji robotników budowlanych z Polski, ale jeśli już musieli pochodzić z Bytomia, to albo powinna autorka sprawdzić, jakim językiem faktycznie się porozumiewają, albo postawić na językową neutralność – bo tworzy jakiś dziwny zlepek wyobrażeń na temat ulicznej śląszczyzny i języka literackiego – oraz ekscentrycznego sąsiada. Jego obecność bardzo ubarwia fabułę, pozwala wprowadzać fałszujące rzeczywistość sytuacje i komplikować prostą opowieść. Bardzo przyjemnym zabiegiem jest tutaj natomiast wtrącanie charakterystycznych dla mieszkańców Amsterdamu zwrotów, ale i zachowań – dzięki temu książka zyskuje ładny koloryt lokalny, cieszy smaczkami. Takie smaczki czasami psuje brak uważnej redakcji („Bożenka!!! – krzyknęłam. Byłam tak wzruszona, że nie mogłam dobyć głosu”…), jednak sporo można autorce wybaczyć dzięki temu, że proponuje obyczajówkę odbiegającą od schematów z czytadeł. Jest tu trochę sensacji, nawet śledztw, poszukiwania wiadomości na własną rękę – bo przecież nie da się przejść do porządku dziennego nad wiszącymi niedookreślonymi zagrożeniami. Akcja toczy się szybko, bohaterka nie ma w zwyczaju analizowania kolejnych doświadczeń oraz emocji w nieskończoność – woli za to prowokować do działania.

Agnieszka Zakrzewska pokazuje, że zawsze warto walczyć o marzenia i nie poddawać się w trudnych chwilach. Kobieta w powieści ma sporo powodów do popadnięcia w apatię i obwiniania losu o kolejne przykre doznania – jednak nie zamierza się załamywać, daje z siebie wszystko, żeby ocalić bliskich, pomóc przyjaciołom i uniknąć porażki. Dodaje energii i otuchy, tak też działać będzie na czytelniczki cała powieść. „Niebo nad Amsterdamem” to książka ciekawa – jeśli ktoś lubi obyczajówki, doceni w niej świeżość spojrzenia i ucieczkę od powtarzalnych rozwiązań. Zakrzewska pisze po swojemu, nie ogląda się na mody, za to ma coś do powiedzenia na temat życia w Amsterdamie – i z tego czyni prawdziwy atut tomu. „Niebo nad Amsterdamem” z pewnością zachęci też nowe czytelniczki do sięgnięcia po poprzednie części cyklu o Agnieszce.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com