Strona główna || O autorce || O tu-czytam || Bajki || Bajkowe portfolio                       

czwartek, 9 lipca 2020

Paulina Młynarska: Zmierzch lubieżnego dziada. Felietony po #metoo

Prószyński i S-ka, Warszawa 2020.

Siła

To od czytelników zależeć będzie, czy „Zmierzch lubieżnego dziada” Pauliny Młynarskiej czytać chcą przez pryzmat rozrywki, czy też – zaangażowania w sprawy społeczne i polityczne, a także te dotyczące samorozwoju. Z tomu „felietonów po #metoo” można bowiem czerpać na różne sposoby – opiniotwórcza autorka zachęca jednak do samodzielnego myślenia i do szukania własnej drogi. Doskonale zna się na sztuce pisania felietonów, zresztą w paru miejscach prowadzi niemal poradnik dla tych, którzy interesują się taką formą wyrażania myśli – z perspektywy czytelników najważniejsza będzie kolejna apetyczna książka do przeżywania i refleksji. „Zmierzch lubieżnego dziada” to zestaw tekstów, które ukazywały się w Onecie, a teraz zyskują drugie życie w wydaniu książkowym – warte są ocalenia i dotarcia do jeszcze szerszego grona czytelników, na szczęście wydawnictwo już wiele razy pokazało, że nie boi się wypuszczania na rynek tekstów raz sprawdzonych w internecie.

Paulina Młynarska nie zamierza być autorką pokorną i ugrzecznioną. Otwarcie mówi o tym, jakich przykrości doświadczyła (także ze strony bliskich), wpuszcza odbiorców do swojego prywatnego życia i naraża się na hejt – ale hejterom też jest w stanie odpowiedzieć tak, by nie dać się zepchnąć do roli ofiary. Przypomina, że zawsze warto walczyć o siebie, a do tego często staje w obronie zaszczutych lub atakowanych w mediach. Nawet jeśli nie podziela poglądów politycznych, potrafi wziąć w obronę kogoś, kto zostaje bezlitośnie wyśmiany: przypomina, że nie wszystko jest czarno-białe i nie wszystkie chwyty są dozwolone, nawet w politycznych przepychankach. Uczy kobiety siły, na własnym przykładzie pokazuje, że można dać sobie radę w najtrudniejszych okolicznościach – pozbierać się i znaleźć ukojenie w sobie. Trochę prezentuje swój nowy pomysł na życie – oderwanie się od telewizji i wyścigu młodych, przejście do wyciszenia i do spełniania marzeń. Po latach w górach Paulina Młynarska przeprowadza się na Kretę, a na życie zarabia uczeniem jogi. Joga i medytacja będą się zatem przewijać przez niektóre teksty, tak, żeby czytelniczki zainteresowane tematem od razu mogły czegoś się dowiedzieć i znaleźć punkt wyjścia dla własnych poszukiwań.

Teksty ze „Zmierzchu lubieżnego dziada” odnoszą się często do wydarzeń głośnych i pojawiających się w mediach, ale dla Pauliny Młynarskiej rzeczywistość to tylko pretekst do snucia bardziej ogólnych – i ciągle trafnych – rozważań. Sprawia to, że książka szybko się nie zestarzeje, można do niej sięgać, kiedy potrzeba siły i odwagi do spełniania marzeń, wiary w siebie lub lekcji asertywności. Paulina Młynarska potrafi pisać zajmująco – obszerny tom przynosi wiele felietonów drapieżnych, ale i sporo ciekawostek czy anegdot. Tak przygotowana lektura to najlepsza reklama samodzielności, a kiedy autorka bezlitośnie punktuje słabe strony walczących ze sobą w mediach i nie tylko stron – uprzytomni odbiorcom, że nie na wszystko muszą się zgadzać. Niezależność i siła to wyznaczniki „Zmierzchu lubieżnego dziada” – książki dla zbuntowanych i dla tych, którzy zbuntują się w niedalekiej przyszłości – może już pod wpływem lektury.

środa, 8 lipca 2020

Michel Piquemal: Jestem leworęczny... i co mi zrobisz?

Nasza Księgarnia, Warszawa 2020.

Od lewej do prawej

Dzisiaj leworęczność nie jest już takim problemem, jak jeszcze parę dekad temu. Dzisiaj dziecko leworęczne może spokojnie ćwiczyć pisanie dominującą ręką, a nie będzie na siłę przez dorosłych – rodziców czy nauczycieli – przestawiane na „właściwe” zachowanie. Dzisiaj leworęczność to szansa na wyróżnienie się z tłumu, ale też rzecz najzupełniej normalna. Gdyby jednak ktoś miał problem ze zrozumieniem tego faktu – albo samego fenomenu leworęczności – może już w pierwszych lekturach znaleźć wsparcie. Tom „Jestem leworęczny... i co mi zrobisz?” to zestaw wyjaśnień i podpowiedzi dla dziecka (a czasami też dla jego rodziców), które mimo starań niespecjalnie potrafi pisać prawą ręką.

Co ciekawe, Michel Piquemal trochę demonizuje, zarówno sam fakt „przeorientowywania” dzieci leworęcznych na praworęczność, jak i nieodnajdowanie się w świecie przystosowanym dla praworęcznych: w końcu przedmioty specjalnie dla leworęcznych to raczej chwyt marketingowy niż rzeczywiste wytwory pierwszej potrzeby, a „przeorientowywanie” nie czyni wielkiej krzywdy: raczej uczy malucha szybszego odrabiania zadań (żeby zdążyć wypisać ćwiczenia „niewłaściwą” ręką zanim przyjdzie ktoś, kto to zobaczy) i sprawia, że w przyszłości będzie mógł pisać obiema rękami i we wszystkich kierunkach (ciekawa supermoc). Skoro leworęczni nie są już w żaden sposób piętnowani czy wykluczani ze społeczeństwa, problem powinien samoistnie wygasnąć. Autor zyskuje jednak pretekst do opowiadania o różnych aspektach związanych z lewo- i praworęcznością. Między innymi przedstawia odbiorcom kwestię dominującej półkuli mózgowej – ale i wybieranego przez nich kierunku wertowania książki czy gazety (rzekomo leworęczni mają częściej czytać kartki „od końca”). Podpowiada, jak sprawdzić, czy jest się leworęcznym, praworęcznym czy przeorientowanym (o oburęczności ani słowa). Najważniejsze przesłanie, jakie płynie z jego książki, daje się zamknąć w stwierdzeniu, że każdy może robić to, co mu się podoba. Nie ma przecież miejsca na dyskusję o tym, czy komuś wygodniej pisze się jedną czy drugą ręką – to kwestia indywidualna i bez znaczenia jest opinia innych.

Może Piquemal zadziałać w drugą stronę: rozbudzić ciekawość dzieci. Ta publikacja będzie lekturą niezbędną dla leworęcznych – co oczywiste. Ale przyda się również dzieciom, które nigdy nie pomyślały, że mogłyby lewą ręką rysować, jeść lub pisać – pokaże im egzotyczną rzeczywistość (na wyciągnięcie ręki). Być może ktoś po lekturze zechce usprawniać umiejętności motoryczne, ćwiczyć „mniej używaną” rękę dla samej zabawy i żeby zobaczyć, czy byłoby możliwe wykonywanie nią codziennych czynności. Pojawi się zatem refleksja, na którą zwyczajnie nie ma miejsca. Z kolei zmiana utartych przyzwyczajeń to prosta droga do torowania nowych połączeń w mózgu – i ćwiczenie zalecane przez specjalistów od kreatywności. Prosty zestaw ciekawostek na temat leworęczności stanie się zatem bramą do innego świata, do odkrywania tego, co nietypowe, niezwykłe lub zaskakujące. Nie tylko dzieci mogą skorzystać na tej lekturze, warto o tym pamiętać.

wtorek, 7 lipca 2020

Andrzej G. Kruszewicz: Sekretne życie zwierząt

Rebis, Poznań 2020.

Tajemnice fauny

Andrzej G. Kruszewicz wie doskonale, jak przyciągnąć czytelników do książki. Jego „Sekretne życie zwierząt” to publikacja, obok której nie da się przejść obojętnie. Składa się z zestawu drobnych opowieści na temat zwyczajów różnych gatunków zwierząt – zestawionych z analogicznymi sytuacjami w ludzkim świecie. I tak autor dyplomatycznie, ale i z wielką dozą dowcipu opowiada o „sercowych” rozterkach, parach, zdradach, macierzyństwie, skomplikowanych relacjach, czasem – budowaniu pozycji w stadzie lub wytwarzaniu się hierarchii. Wszystko jest w stanie odnieść do rzeczywistości znanej odbiorcom, tak, żeby było śmieszniej. Bo na dowcipie rzecz polega. Kruszewicz jest świadomy tego, że najlepiej przekonać do czytania śmiechem i rozrywką – będzie zatem bawić, ale przy okazji przedstawi czytelnikom całkiem sporo faktów ze świata zwierząt. Skąd je bierze? Sam opowiada o procesie gromadzenia informacji. Nie wszystko wyczytuje w fachowych publikacjach – jest doskonałym obserwatorem zwierząt i dzięki temu może też wprowadzać unikatowe anegdoty i historie, które sprawią, że książka na długo zapadnie w pamięć nie tylko miłośnikom przyrody.

Ale przede wszystkim Andrzej G. Kruszewicz jest dżentelmenem, autorem starej daty (to komplement, a nie wypominanie wieku): nawet w dobie rozbuchanego erotyzmu woli pewne sprawy potraktować peryfrastycznie. Przez unikanie dosłowności (i jednoczesne mnożenie dwuznaczności) zyskuje nietypową jak na dzisiejsze czasy narrację, pełną mrugnięć do odbiorcy, niedomówień i pikanterii zgrabnie chowanej pod zasłonką z udawanej pruderyjności. Może dzięki temu rozbawiać nie w stylu dzisiejszych kabaretów, a – z klasą. To wyróżnik książki. Kruszewicz uważa, że czytelnikom łatwiej będzie zrozumieć zwyczaje zwierząt, kiedy zostaną one przedstawione przez analogie do ludzkich namiętności i dylematów – tego się trzyma i szuka podobieństw czasem zupełnie nieoczekiwanych. Przygląda się zwierzęcym parom, a ich zachowania przekłada na życie człowieka. Rozbudza przez to ciekawość. A że w zanadrzu ma wiele – również osobistych – opowieści i historii, jawi się jako wyjątkowo interesujący przewodnik. Wiele razy doprowadzi czytelników do łez ze śmiechu, wiele razy pokaże im, jak bardzo zwierzęta potrafią zaskoczyć. Co jakiś czas Kruszewicz odwołuje się do obserwacji z zoo, żeby pewne informacje lepiej zapadały w pamięć. Tu również można podglądać zachowania i przyzwyczajenia zwierząt. Jeśli robi to ich miłośnik – tym lepiej, więcej wniosków wyciągnie i większą liczbą ciekawostek będzie mógł się podzielić.

I jeśli czegoś się podczas lektury żałuje, to tylko tego, że poszczególne historie – dotyczące różnych gatunków – są krótkie. Chciałoby się poznawać nie tylko anegdoty na temat konkretnych osobników, ale też ich dalsze losy – tak, by książka rozrosła się do rozmiarów potężnej serii. Andrzej G. Kruszewicz tutaj pozwala zajrzeć do świata pełnego niezwykłości – i przekonuje odbiorców, dlaczego zwierzętom należy się szacunek. Zachwyca się kolejnymi gatunkami, ich pomysłowością, instynktem, a nawet przystosowaniem do środowiska – żeby zyskać materiał na atrakcyjną publikację. „Sekretne życie zwierząt” to plotkarska w formie, ale bardzo rzetelna i starannie przygotowana pozycja.

poniedziałek, 6 lipca 2020

Susanne Thiele: Jak wirusy i bakterie rządzą naszym życiem. Nowe zdumiewające ustalenia o naszych mikroskopijnych współlokatorach

Prószyński i S-ka, Warszawa 2020.

Mikroświat

Susanne Thiele proponuje książkę bardzo na czasie – idealną dla czytelników w okresie pandemii. „Jak wirusy i bakterie rządzą naszym życiem. Nowe zdumiewające ustalenia o naszych mikroskopijnych współlokatorach” to lektura popularnonaukowa, z humorem przedstawiająca to, czego nie widać. Rozwiewa wątpliwości, odpowiada na pytania i... uczy higieny tych, którzy niekoniecznie pamiętają o umyciu rąk po skorzystaniu z toalety. Ale gdyby kosmici trafili na Ziemię, byliby przekonani, że toaleta jest najlepszym miejscem do picia wody – muszla klozetowa okazuje się czystsza niż wiele powierzchni, z którymi mamy styczność podczas wykonywania zwykłych czynności. I odkrywanie takich niespodzianek będzie jedną z podstawowych rozrywek podczas czytania. Susanne Thiele nie zajmuje się przesadnie opowiadaniem o samych mikroorganizmach – gdzieś tam nakreśla specyfikę wirusów czy bakterii, na tyle, żeby ludzie pojęli ich sposób funkcjonowania w świecie, czasami też sięga po wygodne do wyobrażenia porównania. Trzeba przecież jakoś trafić do przekonania odbiorców, jeśli chce się im uświadomić, że to bakterie i wirusy pozwalają mieszkać i funkcjonować człowiekowi. Ponieważ stawia na dowcip, wie, że wiadomości prezentowane w ten sposób zapadną odbiorcom w pamięć. Ważne jest dla niej uświadomienie, że oprócz „złych” mikroorganizmów wywołujących choroby jest też sporo tych dobrych – bez których nie można byłoby istnieć. W wieku, który cechuje się wręcz obsesyjnym dbaniem o utrzymywanie czystości istotne jest pojęcie tych zależności. Człowiek nie może zapewnić sobie środowiska sterylnego, takie zresztą nie przyniosłoby mu nic dobrego – ale w dążeniu do ochrony zdrowia bywa, że popełnia błędy, które mogą poważnie pogorszyć jego stan. I dlatego tak ważne jest poznawanie roli bakterii w codziennym życiu: Susanne Thiele dobrze się do tego zabiera: umie zaintrygować i rozbawić, a przytaczane przez nią porównania zapadają w pamięć.

„Jak wirusy i bakterie rządzą naszym życiem” to opowieść sensownie skonstruowana, logicznie z punktu widzenia tych, którzy muszą utrzymywać porządek w najbliższym otoczeniu. Autorka zabiera czytelników w podróż. Do sypialni, do salonu, do kuchni, do łazienki, a nawet do komputerów – w pracy i w domu. Za każdym razem opowiada o tym, czym grozi nieprzestrzeganie zasad higieny, a przy okazji rozwiewa sporo mitów (między innymi ten dotyczący publicznych toalet i „możliwości” zarażenia się chorobami wenerycznymi). Wszystko lekko i z wdziękiem, zwłaszcza że wiele razy ma do przedstawienia naprawdę atrakcyjne wiadomości i potrafi je dobrze sprzedać. Tom czyta się więc z zainteresowaniem. Nie ma tu wprawdzie ani słowa o koronawirusie – jednak idealnie trafił w czas. Autorka jednocześnie chce zachęcić odbiorców do dbania o porządek: przypomina, co powinno się regularnie czyścić (a często w ramach sprzątania wypada z pamięci), gdzie i dlaczego najłatwiej złapać przeziębienie lub grypę, a także – czy można jeść w łóżku lub pozwalać domowym pupilom na wchodzenie do niego. Wyjaśnia nawet kwestię zdejmowania butów w domu: czym innym jest dobre wychowanie i elegancja, czym innym – dbałość o to, by bakterie i wirusy z zewnątrz nie przenosiły się na podłogi. To książka o ludziach – o tym, jak dbają o swoje najbliższe otoczenie, albo – jak o nie nie dbają.

niedziela, 5 lipca 2020

Stanisław Łubieński: Książka o śmieciach

Agora, Warszawa 2020.

Wokół nas

Nie jest Stanisław Łubieński pierwszym autorem, który temat śmieci przerabia na zestaw filozoficznych i edukacyjnych esejów dla szerokiego grona odbiorców, z pewnością nie jest też autorem ostatnim, który w ten sposób zajmie się propagowaniem myśli ekologicznej. Jednak „Książka o śmieciach” zwraca uwagę na ważny problem i pozwala zastanowić się nad konsekwencjami konsumpcyjnego trybu życia. Stanisław Łubieński – jak większość piszących o śmieciach – zaczyna od prostej refleksji. Pewnego dnia śmieć wdziera się dość nieoczekiwanie w pole widzenia, zakłóca możliwość wypoczynku i relaksu i urasta do rangi zjawiska nie do zaakceptowania. Chociaż wokół wszędzie mnóstwo jest petów, papierów i rozmaitych dowodów ludzkiej nonszalancji (a może po prostu lenistwa), to jedna biała – przybrudzona – skarpetka znaleziona na plaży staje się katalizatorem działania. Autor postanawia przyjrzeć się śmieciom. W tym dniu idzie plażą i zbiera do skarpetki kolejne rzeczy, których nad brzegiem morza być nie powinno – szybko zresztą orientuje się, że ma za mały „pojemnik”. I tak rozpoczyna się etap analizowania tego, co wyrzucamy. Najpierw tematów dostarcza samo życie: autor wybiera się w jakieś miejsce i zajmuje pierwszym „ciekawym” odpadkiem, jaki znajdzie. Później wykorzystuje już coraz szerszą wiedzę w zakresie śmieci, łączy zgromadzone odpady z informacjami na temat recyklingu, z wpływem człowieka na środowisko (czasami śmieci wydają się bardzo egzotyczne, pochodzą z różnych krajów i gdyby umiały opowiedzieć swoją historię, miałyby ciekawe rzeczy do zaprezentowania). Kultura konsumpcyjna to potężne oskarżenie w stronę producentów plastiku, ale i jednorazowości: ludzie nauczyli się bardzo szybko wyrzucać rzeczy, które mogłyby zostać przetworzone. Łubieński opowiada także, jak wygląda wywożenie posegregowanych odpadów (żeby obalić mit o wrzucaniu wszystkiego do jednego kontenera) i sprawdza, jakie śmieci trafiają do ptasich gniazd. Cierpliwie (chociaż z pewną nutą desperacji) przypomina o tym, że co przedostanie się do środowiska naturalnego – do wody lub organizmów zwierząt – może wkrótce trafić do człowieka. To oznacza, że zanieczyszczając przyrodę, trujemy siebie. Przygląda się przepisom oraz... wielkim pożarom na wysypiskach śmieci. Krytykuje modę na lampiony i dzięki fachowcom opowiada, jakie zwierzęta tracą życie w wyrzucanych bezmyślnie do lasu czy na łąki opakowaniach: butelkach i puszkach. Śmieci mogą być metaforą, mogą też nakłaniać do zmian. Niektórzy biorą sprawy w swoje ręce – sami zbierają tyle, ile mogą, żeby uratować przynajmniej najbliższe otoczenie.

A „Książkę o śmieciach” kończy rozdział dotyczący pandemii koronawirusa i związanych z tym kolejnych zagrożeń dla środowiska. Łubieński zwraca uwagę na to, co widzą chyba wszyscy: nadprodukcję jednorazowych opakowań czy rękawiczek, wyrzucane gdzie popadnie maseczki – śmieci, które mogą właściwie odłożyć się w formie warstwy geologicznej i nikogo to nie zdziwi. Ten tom powinni przeczytać ludzie, którym troska o środowisko nie jest obca – żeby z jeszcze większym zapałem szerzyć świadomość ekologiczną. Nawet jeśli Łubieński czasami wybiera ciekawe anegdoty lub odwołuje się do sytuacji, które pobrzmiewają lekko, do śmiechu tu wiele nie ma.

sobota, 4 lipca 2020

Darek Milewski: Mały wielki tydzień. Książka napisana jednym palcem

Prószyński i S-ka, Warszawa 2020.

Odchodzenie

Ta książka jest niezwykła, chociaż rynek już jakiś czas temu nasycił się literaturą szpitalną. Ale Darek Milewski wcale nie oferuje czytelnikom wglądu we własne życie – przynajmniej nie bezpośrednio. „Mały wielki tydzień. Książka napisana jednym palcem” to fikcja literacka powstała na bazie doświadczeń autora – ma zatem cechy autobiograficzne, ale przefiltrowane przez dystans, jaki umożliwia powołanie do istnienia kogoś innego. ALS, stwardnienie zanikowe boczne, to choroba, która nie pozostawia nadziei – w odróżnieniu od stwardnienia rozsianego, z którym można żyć (i nawet mieć nadzieję na wyleczenie). Na ALS lekarstwa nie ma. Ale „Mały wielki tydzień” nie będzie wcale rejestrem heroicznej walki ani narzekaniem na los. To dość lekka – prześmiewczo-ironiczna relacja bohatera, który nie może się już komunikować z otoczeniem inaczej niż przez „gadacza”, który nie jest w stanie nic wokół siebie zrobić – i który coraz bardziej uzależniony jest od pomocy innych. Nieprzypadkowo Darek Milewski dedykuje tę książkę bliskim chorych na ALS. To zresztą coś, co w lekturze rzuci się w oczy.

Daniel Kot, bohater tomu, ucieka od patosu. A ucieka dzięki drobnym sprawom, codzienności, w której pojawiają się nieoczekiwane wyzwania. Nacisk w swojej opowieści kładzie na relacje z partnerką, Alą – i to nadaje wartość książce. Ala jest niezawodna. Z niewytłumaczalną siłą pomaga w ubieraniu się i przenoszeniu coraz bardziej bezwładnego ciała, wypracowuje sobie metody działania, nigdy się nie skarży, chociaż zdarza jej się zwyczajnie gderać i narzekać, kiedy nie ma na coś ochoty. Pozwala na normalność w kompletnie nienormalnej sytuacji – a do tego bez pudła odczytuje nastroje Daniela, którego pieszczotliwie nazywa Kotem. Choroba nie musi przekreślać namiętności – bywa, że bohater marzy o bliskości fizycznej, chociaż powstrzymuje się przed wypowiadaniem pragnień. Ala jednak doskonale go zna i wie, kiedy zafundować mu porcję czułości, która poprawi nastrój. A do tego niczego nie udaje – jest szczera do bólu. Zdarza jej się robić awantury, udawać, że nie słyszy wypowiadanych przez gadacza próśb, krytykować i wpadać w irytację. To najlepszy sposób, żeby Daniel nie musiał (i nie mógł!) rozczulać się nad sobą i cierpieć z powodu cierpienia innych. A przecież życie z człowiekiem już niemal całkiem sparaliżowanym nie należy do prostych. Zwykłe kichnięcie może oznaczać nieoczekiwany i niepożądany kontakt z wydzielinami ciała, Daniel już przestaje się wstydzić, że funduje ukochanej takie „atrakcje”: nic na to nie poradzi. Intelektualnie pozostaje sobą, ale ciało odmówiło już współpracy – i na to bohater nie ma dobrego rozwiązania.

„Mały wielki tydzień” to przekonująca próba pokazania codzienności z nieuleczalną chorobą odbierającą siły, godność i życie – bez udawania, bez fałszywych emocji, za to z wyczuciem międzyludzkich komplikacji i wyzwań. Na chorobę bliskich nie można się dobrze przygotować – jednak przykład Ali pokazuje, że da się zmierzyć z takim wyzwaniem, bez rezygnowania z siebie. Darek Milewski, nawet jeśli gdzieś popełnia stylistyczne niezręczności (chociaż często się mu to nie zdarza), zyskuje głos dzięki prawdziwości wydarzeń i celności w ich charakteryzowaniu. Dowcipnie – nawet jeśli bohaterowi nie jest do śmiechu – prezentuje przechodzenie przez najtrudniejszy czas.

piątek, 3 lipca 2020

Agnieszka Jucewicz, Tomasz Kwaśniewski: Niepewność. Rozmowy o strachu i o nadziei

Agora, Warszawa 2020.

Pandemia

„Niepewność. Rozmowy o strachu i o nadziei” to publikacja przygotowywana w czasie „narodowej kwarantanny” (wyjątkiem są cztery teksty – rozmowy przeprowadzone przed koronawirusem, ale idealnie wpasowujące się w klimat i przesłania całości). Agnieszka Jucewicz oraz Tomasz Kwaśniewski kierują się do zwykłych czytelników, którzy szukają pocieszenia albo chcą się dowiedzieć, jaki patent na nieuleganie społecznym lękom mają psychologowie czy psychiatrzy, psychoterapeuci i specjaliści od etyki. Próbują znaleźć rozwiązania na czas kryzysu, zbudować poczucie wspólnoty – bo w końcu na pandemię ludzie reagują różnie. Wyjaśniają – dzięki wiedzy interlokutorów – skąd biorą się bzdurne teorie spiskowe (zwłaszcza te o negowaniu istnienia koronawirusa). Analizują zatem postawy ludzi i wskazują możliwe drogi postępowania. Każdy podejmuje inny motyw, chociaż wszyscy spotykają się w temacie odizolowania, troski o bliskich czy w ogóle – roli innych ludzi w satysfakcjonującym życiu. Jucewicz i Kwaśniewski usiłują zdefiniować pandemię, zapewnić czytelnikom punkt odniesienia – to pierwsze próby zarejestrowania obserwacji i wniosków na temat koronawirusa – z perspektywy filozoficznej. Ta publikacja została przygotowana nie tylko dla miłośników niespiesznych narracji, ale i dla tych, którzy potrzebują przewodnika, objaśniania zjawisk zachodzących w tym momencie.

Są tu rozmowy, przez które przewija się kwestia śmierci i umierania – jednak nie po to, by straszyć odbiorców, a po to, by przywrócić w dialogu społecznym refleksję, którą zagłuszają lub uniemożliwiają na co dzień media. Specjaliści podpowiadają, gdzie szukać pocieszenia i jaką postawę przyjąć, żeby nie pogrążać się w minorowych nastrojach. Mówią o tym, w jaki sposób zamknięcie w domach wpłynęło na psychikę ludzi, kiedy home office przestaje być najlepszym wyborem, a także – co zrobić, gdy rodzice z grupy ryzyka grają na emocjach swoich dorosłych dzieci i żądają kontaktu na przekór zdrowemu rozsądkowi. Tematy czasami zmieniają się w zależności od sytuacji w kraju – kolejne miesiące niejako wyzwalają nowe zagadnienia do poruszenia. Agnieszka Jucewicz i Tomasz Kwaśniewski zastanawiają się razem ze swoimi rozmówcami, co w czasach pandemii robić dla siebie i co robić dla innych. Unikają tonów paniki, raczej starają się na spokojnie wytłumaczyć, jak w całym zamieszaniu zadbać o zdrową psychikę.

„Niepewność” poza zestawem przydatnych w przyszłości notatek – ocen i komentarzy – już teraz jest lekturą, która bardzo się sprawdzi. Wycisza, pozwala z dystansem spojrzeć na to, co się dzieje – i przeanalizować rozmaite scenariusze. Autorzy uciekają od ostrych dyskusji, nie chodzi im o konfrontowanie różnych opinii, a o wypracowanie najlepszych sposobów na wewnętrzny spokój. Przyda się taka rozbita na wiele ciekawych głosów opowieść nie tylko w chwili, gdy nie da się przewidzieć, jak rozwinie się pandemia. „Niepewność” to książka, która pokazuje mechanizmy ludzkich zachowań w chwili potężnego wyzwania. Tutaj dodatkową atrakcją jest fakt, że z dala od języka panującego w medialnych serwisach informacyjnych, bez podpierania się sensacyjnością i propagandą, można spokojnie zastanowić się nad społecznymi konsekwencjami pewnych rozwiązań.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com