Strona główna || O autorce || O tu-czytam || Bajki || Bajkowe portfolio                       

sobota, 7 grudnia 2019

Dariusz Kortko, Marcin Pietraszewski: Krzysztof Wielicki. Piekło mnie nie chciało

Agora, Warszawa 2019.

Życie w górach

Krzysztof Wielicki to wspinacz, którego nie może zabraknąć w opowieściach innych himalaistów. Teraz i on zyskuje własną książkową biografię za sprawą duetu Dariusz Kortko – Marcin Pietraszewski podbijającego listy bestsellerów. „Wielicki. Piekło mnie nie chciało” to publikacja oczywiście bogato ilustrowana zdjęciami, ale poruszająca różne aspekty sportu i związanych z nim wyrzeczeń. Autorzy dali się już poznać jako twórcy górskich historii, dobrze czują temat i są w stanie zaangażować w niego nawet czytelników spoza środowiska górskiego. Nie interesuje ich technika wspinania się, bardziej walka z emocjami i własnym ciałem, poszukiwanie wyzwań nieznanych zwykłym odbiorcom. Nie szczegóły dotyczące szlaków, a najsilniejsze wspomnienia związane z konkretnymi szczytami i wyprawami. Przy okazji też zajmują się ocenami Krzysztofa Wielickiego, bo w tej kwestii środowisko wspinaczy wydaje się być bardzo podzielone. Cechą charakterystyczną tomu „Wielicki”, jak i poprzednich w serii, jest reportażowość. Autorzy bardzo mocno skupiają się na portretowaniu bohatera książki jako zwykłego człowieka – absolutnie nie ideał. W przypadku Wielickiego mają zadanie utrudnione w drugą stronę: bardzo wiele tu motywów, które mogą być odebrane na niekorzyść wspinacza. Jego pogardliwy stosunek do kobiet w alpinizmie, konserwatywne podejście do obowiązków i powinności żon, ale i relacje z innymi wspinaczami podczas zdobywania kolejnych gór – to wszystko budzi skrajne uczucia i nie pozwala jednoznacznie Wielickiego oceniać. O ile w przypadku nieżyjących już wspinaczy często ich biografowie tworzą laurki, pomijając prozę życia, o tyle w biografii Wielickiego proza życia zaczyna dominować i budować niezbyt pochlebny wizerunek sportowca. Jednak Dariusz Kortko i Marcin Pietraszewski próbują oceny przerzucić na czytelników, sami po prostu śledzą kolejne wydarzenia i dopytują, gdy coś staje się nie do przejścia. Uzyskują dzięki temu i komentarze dotyczące „zwykłych” przejść, kiedy to Krzysztof Wielicki miał coś do udowodnienia wyłącznie sobie, i z tych wypraw, na których był kierownikiem i miał decydować o losach innych wspinaczy – silnych indywidualności. Będzie parę migawek z relacji Wielickiego z legendami himalaizmu, trochę rozczarowań, trochę opowieści o sprzęcie, który zawsze jest nie najlepszej jakości. A po zejściu z gór – opowieść o nieudanych biznesach i o zakładanych rodzinach. Czasami dziennikarze sięgają do wypowiedzi dzieci lub żon, zyskują też analizy z zewnątrz – spojrzenia kolegów po fachu. Nie ma nigdzie słów krytyki, raczej wsparcia nawet po fakcie. A przecież bohater tego tomu nie boi się odważnych i niepopularnych komentarzy. Krzysztof Wielicki zachowuje się tak, jakby był w pełni przekonany o słuszności własnych poczynań, nawet jeśli rzecz dotyczy dyskryminacji. Nie daje się zdominować i nie sprawia wrażenia, jakby się kiedykolwiek wahał przed podjęciem ważnej decyzji. Z różnych powodów „Piekło mnie nie chciało” to tom, który wybija się spośród biografii wspinaczy. Po raz pierwszy jednak chyba autorzy do tego stopnia odrzucili wybielanie postaci, którą prezentują. Krzysztof Wielicki ma bronić się sam przed oskarżeniami ze strony odbiorców. Jednak bardziej prawdopodobne jest, że po prostu się nimi nie przejmie.

Job, Derib: Yakari i grizli

Egmont, Warszawa 2019.

Ryk

Yakari jest tylko małym indiańskim chłopcem, a jednak dla zwierząt z lasu to jedyny ratunek. Nie zwrócą się do nikogo dorosłego, zresztą dorosłych w komiksie nie ma. Innych ludzi też nie, tylko Yakari jest jedyną nadzieją dla poszkodowanych i skrzywdzonych. W pobliżu dzieje się coś dziwnego, znikają kolejne stworzenia – przepadają bez śladu, a po okolicy niesie się groźny ryk. Na początku wydaje się, że tylko najmniejsi padają ofiarami nieznanego niebezpieczeństwa, ale Yakari szybko przekonuje się, że nawet wielki niedźwiedź zachowuje się jak zastraszony. Wygłodniałe, chude i blade zwierzęta zbierają zapasy – terroryzowane przez niedźwiedzia grizli, który porywa kolejnych mieszkańców lasu i robi z nich swoich niewolników. Z takim przeciwnikiem nie poradzi sobie nikt w pojedynkę. Ba, nawet gdyby wszystkie zwierzęta umówiły się i zaczęły działać, potrzebny jest ktoś, kto wymyśli odważny plan. Tu przydaje się Yakari, spryciarz, który nie boi się nieszablonowych rozwiązań. Jego pomysł wymaga czasu, cierpliwości i zaangażowania – ale jako jedyny ma szanse powodzenia. Bohaterowie przystępują do działania i zamiast pozbyć się dyktatora, służą mu jeszcze bardziej gorliwie. Do czego to doprowadzi? Job i Derib, autorzy komiksu, mają moralizatorski i idealizowany finał, chcą nim uświadomić czytelnikom, że warto walczyć o swoje prawa – ale rozwiązania siłowe do niczego się nie nadają w starciu z o wiele mocniejszym przeciwnikiem. Trzeba błyskotliwości i kreatywności, współpracy i też odwagi, bo unieszkodliwienie wroga to wyzwanie.

„Yakari i grizli”, piąty tomik z serii przygód małego Indianina, jest prostą historyjką dla najmłodszych – autorzy wykorzystali tutaj motywy, które dzieci bardzo lubią. Uwagę przykuwają zwierzęta – komicznie przedstawiane i nietypowe jak na opowiastki dla najmłodszych (są tu między innymi bobry i szopy pracze, którym nadaje się indiańskie imiona, żeby było zabawniej), a sam dziecięcy bohater zapewnia rozrywkę i pozwala za sobą podążać. Z kolei ładunek emocjonalny zawarty w zagadce, a później – w całej intrydze przygotowywanej przez bohaterów – to już wabik na najmłodszych, coś, co sprawia, że od lektury nie będą chcieli się oderwać. Co prawda finał jest bardzo bajkowy, przyspieszony i niewiarygodny, ale i tak rozrywkę komiks przyniesie. Yakari to superbohater w sam raz dla kilkulatków, które chcą odkrywać radość samodzielnego czytania dla rozrywki – mądry, dzielny i rozmawiający ze zwierzętami, a przy tym na tyle egzotyczny jako Indianin, że już samym pochodzeniem budzi zainteresowanie.

Zawiera ta historyjka ważne przesłanie dla maluchów, które rozpoczynają życie w społecznościach poza rodziną i muszą przekonać się, że nawet najsilniejsi nie mogą narzucać innym swoich zachcianek i żądań. Postawa niedźwiedzia grizli zasługuje na potępienie i pomysłową karę, to samo spotkać powinno wszystkich, którzy nadużywają władzy i znęcają się nad słabszymi. Pod bajką ukrywa się zatem istotna wskazówka dla kilkulatków.

piątek, 6 grudnia 2019

Magdalena Witkiewicz: Uwierz w Mikołaja

Filia, Poznań 2019.

Marzenia

Każdy, kto ma dość przedświątecznych historii, tanich i łzawych obyczajówek z romansem w tle, powinien sięgnąć po „Uwierz w Mikołaja” Magdaleny Witkiewicz – i przekonać się, że nawet w tak wyeksploatowanym w ostatnich latach gatunku można zdziałać jeszcze coś ciekawego. Od świątecznej atmosfery i przymusu podporządkowania się tradycji się tu zaczyna: Agnieszka jest przyzwyczajona, że każde Boże Narodzenie spędza z babcią, jedynym żyjącym członkiem rodziny. Nie rozumie tego jej najlepsza przyjaciółka, która od dziecka końcówkę roku spędza w egzotycznych krajach i nie czuła do tej pory potrzeby spotykania się z bliskimi z okazji świąt. Tyle tylko, że teraz Agnieszka ma problem: babcia kategorycznie zapowiedziała, że w te święta się z wnuczką nie spotka. Oczywiście Agnieszka jedzie do jej domu na odludziu, w głębi lasu, tam zasypuje ją (i dojazd) śnieg: wszystko wskazuje na to, że najbliższe dni kobieta spędzi w odosobnieniu, bez prądu i łączności ze światem, a do tego – bez babci, która gdzieś się zapodziała. Na domiar złego pewnej nocy do szopy zakrada się Mikołaj, brat przyjaciółki i donżuan. Magdalena Witkiewicz nie poprzestaje na opisaniu perypetii tych postaci. Przerzuca odbiorców i do Anny, która jest osobą współuzależnioną: jako partnerka alkoholika coraz gorzej radzi sobie z przemocą domową. Chce dla kilkuletniej córki udanych świąt, więc bawi się z nią w kupowanie marzeń w sklepie: krążą po alejkach hipermarketu, wkładają do koszyka upragnione produkty, a kiedy trzeba już za nie zapłacić – Anna odkłada wszystko starannie na swoje miejsca. Krystyna oraz jej były mąż uciekają z pustego domu. Ona prowadzi dom spokojnej starości dla wybitnie kreatywnych pensjonariuszy, on – pracuje jako ochroniarz w centrum handlowym. Rezygnacja z życia rodzinnego i oddanie się pracy to dla nich szansa na normalność. Ale w święta taki scenariusz niekoniecznie dobrze się sprawdza. Magdalena Witkiewicz splata losy postaci w sposób nieprzewidywalny. Dodaje do swojej opowieści mnóstwo śmiechu, zwłaszcza w przypadku opisywania pomysłów dziarskich staruszków – w domu opieki nie ma mowy o nudzie, nikt też nie uskarża się na swój los, nawet jeśli musi wymyślić sobie wnuczkę, obiekt zazdrości innych. Kilka historii toczy się swoim trybem – i nie wiadomo, która bardziej zainteresuje czytelników. Bo niby w przypadku Agnieszki i Mikołaja bieg spraw jest oczywisty, a w przypadku Krystyny – niekoniecznie, ale szczęśliwe zakończenia zakotwiczają się w narracji, stanowią miłą obietnicę dla tych czytelniczek, które chcą sięgnąć po obyczajówkę dla czystej przyjemności. Magdalena Witkiewicz unika tu sentymentalizmu i taniej naiwności, a jednocześnie dodaje otuchy, tworzy książkę kojącą i ogrzewającą. Są w tej powieści scenariusze typowe dla komedii romantycznych, a jednak sposób przedstawiania wydarzeń będzie cieszyć. Magdalena Witkiewicz pisze z humorem i nie przytłacza przesadnie problemami: wprawdzie nie wszystko u bohaterów zawsze układa się tak jak należy, nie wszyscy mogą realizować marzenia – ale w końcu przedświąteczny okres jest czasem cudów i warto zawsze wierzyć, że będzie lepiej. „Uwierz w Mikołaja” to powieść, która najlepiej sprawdza się w czasie przed świętami – ale warto o niej pamiętać.

Mona Kasten: Hope Again

Jaguar, Warszawa 2019.

Zakazane uczucie

Jedni bohaterowie powieści Mony Kasten czytają o innych bohaterach książek i dyskutują o nich podczas zajęć z kreatywnego pisania albo kiedy przygotowują się do zawodu redaktora. Ta autorka potrafi sprytnie wzbudzić zainteresowanie kolejnymi tomami swojej serii powieści obyczajowych z posmakiem erotycznym dla młodzieży. „Hope Again” to książka, w której uwaga przenosi się na dalszoplanowe do tej pory postacie, Everly i Nolana. Ona to studentka, która wyrwała się z rodzinnego domu, uciekając przed przemocą ze strony ojca. On to wykładowca – nawiązuje świetny kontakt ze swoimi uczniami i wie, jak na nich wpłynąć, żeby dawali z siebie wszystko. Oboje wiedzą, że ich związek nie ma szans istnienia – nie, kiedy on pracuje na uczelni, a ona jest studentką na jego zajęciach – dlatego też bronią się z całych sił przed rosnącym pożądaniem. Oboje jednak zdają sobie sprawę, że nie pójdzie im łatwo i że nie da się racjonalnie wytłumaczyć ciału, by przestało reagować na obecność tej drugiej strony. Dla czytelniczek kierunek akcji jest od początku oczywisty: tylko wyjątkowo nieobeznane z regułami gatunku mogłyby sądzić, że tej miłości coś przeszkodzi. Chociaż akurat przeszkód Mona Kasten wprowadza bardzo dużo. Zawsze, kiedy już wydaje się, że Nolan i Everly odnajdą drogę do siebie, dzieje się coś, co rujnuje ich plany. Huśtawka emocjonalna spodoba się zwłaszcza naiwnym odbiorczyniom – przy świadomości konwencji trochę może irytować. Ale taki autorka ma pomysł na rozwój fabuły.

Nolan stara się zachować dystans. Everly walczy o to samo, chociaż jej łatwiej się przełamać. Nolan ma więcej do stracenia, Everly może podjąć ryzyko. Jeden odwzajemniony pocałunek uświadamia obojgu, że uczucia są bardzo skomplikowane. Bohaterowie nie chcą za długo rozmawiać o tym, co mogłoby ich połączyć – wolą stawiać na proste komunikaty wykluczające szansę na pogłębianie relacji – tyle tylko, że ich ciała mówią coś innego, a mowa ciał okazuje się ważniejsza. W samej warstwie romansu niewiele autorka jest w stanie wymyślić, żeby zaskoczyć czytelniczki – nawet obecność rzekomego rywala – sprawdzającego się w roli przyjaciela Everly – nie wprowadza chaosu uczuciowego. Za to ciekawie rozgrywa autorka relacje na drugim planie: przyjaźnie i wsparcie dla cierpiących są tu faktycznie idealnymi obrazkami. Żeby jeszcze bardziej urozmaicić historię, zajmuje się Mona Kasten sytuacją w domu rodzinnym Everly: odsłania po kawałku tajemnicę problemów z ojcem, pozwala też zajrzeć do tego miejsca po to, by przekonać się, że zagrożenie nie zniknęło. Everly odkrywa, że jej matka wciąż przekazuje ojcu pieniądze i że nie umie się od niego uwolnić, chociaż próbuje ułożyć sobie życie na nowo z kimś innym. U samodzielnej od dawna dziewczyny dziwić może próba ingerowania w związek, który jawi się jako wyjątkowo udany – autorka szuka tutaj potwierdzenia dla traum Everly, ale niekoniecznie przekona tym do siebie czytelniczki. „Hope Again” to historia miłości, którą odbiorczynie już otrzymały naszkicowaną poprzednio – jest to powieść dla fanek gatunku.

czwartek, 5 grudnia 2019

Jun’ichirō Tanizaki: Miłość głupca

PIW, Warszawa 2019.

Kształtowanie

Naomi ma spełniać pokładane w niej nadzieje. Bohater powieści „Miłość głupca” postanawia się nią zaopiekować, kiedy dziewczyna jest jeszcze naiwną nastolatką. Zabiera ją z rodzinnego domu, chroniąc – przynajmniej we własnym mniemaniu – przed złym losem. Zamierza ją wychowywać i kształcić, a przy okazji – przygotowywać sobie na żonę. Fascynuje go w wybrance wszystko, łącznie z jej obojętnym stosunkiem do rzeczywistości. Naomi niczym się nie ekscytuje, nie ma zamiaru dawać się ponieść emocjom w żadnej sytuacji. Skoro ma zostać żoną – zostanie, jednak nie wywołuje to w niej nawet ciekawości. I tylko bohater tomu „Miłość głupca” wierzy w to, że ma jakikolwiek wpływ na sytuację. Stara się nawet karcić dziewczynę, gdy ta zachowuje się niezgodnie z oczekiwaniami: wymusza posłuszeństwo, przekonuje do konkretnych postaw. Stopniowo dowiaduje się, że z idealnej żony nici – Naomi stawia bierny opór, robi swoje, chociaż niesubordynacja grozi nawet wydaleniem z domu. Nie jest też tak inteligentna, jak spodziewał się mężczyzna. Tyle że bohater przez cały czas chce w niej widzieć swój ideał, zakochuje się w wyobrażeniu dziewczyny, a nie w niej samej. Tym trudniej będzie mu przyswoić prawdę o Naomi.

Bo Naomi pod żadnym pozorem nie chce rezygnować z uciech życia. Otacza się przyjaciółmi, którzy rzekomo dotrzymują jej towarzystwa i zapewniają rozrywki. Nikt nie uświadamia męża-rogacza, że jego plany już dawno przestały być aktualne. Ale nawet gdy bohater ma uczestniczyć w orgii i na własne oczy widzi wyuzdanie Naomi, nie przestaje wierzyć w jej niewinność. Tak realizuje się miłość głupca, ślepe zapatrzenie w obiekt westchnień – i usprawiedliwianie najbardziej oczywistych sytuacji. Naomi może robić co chce – męża uznaje za tetryka i kpi z niego ze swoimi kochankami, czerpiąc perwersyjną przyjemność z okłamywania go. Ten z kolei nie umie się już uwolnić od wizji idealnej żony i za wszelką cenę próbuje ją przy sobie utrzymać.

Jun’ichirō Tanizaki opiera się na prostym schemacie i wykorzystuje zabiegi ironiczne, żeby przedstawić odbiorcom całą pikanterię związku. Głupiec zasługuje tu na śmiech i spotyka g potężna kara – za wcześniejsze zadufanie w sobie, za poczucie wyższości i próbę kształtowania kobiety zgodnie z własnymi potrzebami i pragnieniami. Sam pada ofiarą zakusów, z kolei Naomi funkcjonuje jako sprytna kokietka, która umie wyjść z pułapki – i zrewanżować się własną intrygą.

W tej powieści zwraca uwagę język – schemat akcji wydawać się może obecnie nieco staroświecki, ale literackość tekstu zachwyci koneserów: tutaj nie ma mowy o dosłownościach czy o akcentowaniu erotyki; wszystko rozgrywa się subtelnie i owiane jest nutą tajemniczości. Mówienie aluzyjne ułatwia budzenie śmiechu ze zdradzanego męża – ale w żartach nie ma rubaszności czy wulgarności. „Miłość głupca” to powieść, która uwagę przyciąga przede wszystkim formą.

Zdeněk Svěrák: Tato, ta ci się udała

Dwie Siostry, Warszawa 2019.

Wymagania

Dwójka małych łobuziaków może wyprowadzić z równowagi każdego. Te dzieci – Petrzik i Petruszka – w zasadzie w tomiku „Tato, ta ci się udała” są tylko katalizatorami akcji. To maluchy, którym trzeba opowiadać bajki na dobranoc – żeby dzieci nie zeszły na złą drogę i żeby miały rozwiniętą wyobraźnię. Mama zdaje sobie sprawę z wychowawczej mocy bajek, tata przyjmuje to do wiadomości. Zwykle jego żona prezentuje kolejne historyjki, wymyślane co wieczór i podporządkowane dziecięcej dociekliwości. Taki stan rzeczy mógłby trwać dowolnie długo, tylko że pewnego dnia mama się buntuje. Stwierdza, że zbyt dużo obowiązków ma na głowie: wylicza starannie kolejne zajęcia, obejmujące i pracę zarobkową, i prowadzenie domu – przy tym wszystkim nie ma w ogóle czasu dla siebie, więc żąda, żeby tatuś przejął jedno z zajęć, teoretycznie – proste. Tyle tylko, że tatuś nigdy nie opowiadał bajek i nie wie, jak to się robi. Próbuje, owszem. Ale pierwsze próby są z góry skazane na niepowodzenie – opowiadanie bajek to sztuka, którą mamusia posiadła, tatuś na razie nie rozumie mechanizmów obowiązujących w dobranockowych historiach. Petrzik i Petruszka dostrzegają słabość proponowanych im zastępczo fabuł, ale też nie zamierzają niczego ojcu ułatwiać. Za to mama służy radami.

Tatuś jako bohater z prawdziwego zdarzenia stara się poprawić swoją sytuację. Nie uniknie nowego obowiązku, nawet jeśli to mu się nie podoba. Jest jednak ambitny i próbuje nauczyć się opowiadania bajek. Wysłuchuje podpowiedzi, szuka inspiracji, a poza tym – podsłuchuje wieczorne spotkania dzieci z mamą i wysnuwa z nich wnioski. Takie fabularne rozwiązanie daje autorowi szansę na wprowadzanie kompozycji szkatułkowej. Oprócz bajki realistycznej – scenek z domu Petrzika i Petruszki – dzieci dostają zestaw historyjek prezentowanych na dobranoc bohaterom. Te opowiadane przez mamusię są wspaniałe i nawet pytania słuchaczy nie wybijają autorki z rytmu. Te tatusiowe obnażają swoje słabości. W małych odbiorcach narastać będzie ciekawość – każdy zechce sprawdzić, jakie efekty przyniosą lekcje, które tatuś pobiera. A ponieważ w czeskiej narracji pełno jest humoru – nie da się od tej historyjki oderwać. Rozśmieszy nawet dorosłych, którzy świetnie odnajdą się w postaciach tatusia i mamusi (i dostrzegą satyrę na małe pociechy). W ogóle Zdenek Sverak bardzo chętnie posługuje się satyrą i ironią z perspektywy dorosłego – będzie tym odbiorców kusić i zachęcać do sprawdzania perypetii sympatycznej rodziny. Bajka o opowiadaniu bajek może przetrwać za sprawą ładunku komizmotwórczego.

Na rynku jednak „Tato, ta ci się udała” pojawia się w serii Mistrzowie ilustracji, czyli śmiech jest tylko dodatkiem do oryginalnych grafik. Adolf Born proponuje tu rysunki satyryczne w kresce, kolorowe i z czeskimi podpisami (wydawnictwo zostawia je na szczęście). Sposób ozdobienia zabawnej historii zasługuje na uwagę i na utrwalenie na rynku, koresponduje z humorem w samej narracji. W rezultacie „Tato, ta ci się udała” to publikacja, która powinna trafić do każdego domu – bo wszyscy powinni opowiadać swoim dzieciom bajki na dobranoc.

środa, 4 grudnia 2019

Barbara Gawryluk: Ilustratorki, ilustratorzy. Motylki z okładki i smoki bez wąsów

Marginesy, Warszawa 2019.

Nie tylko dla dzieci

Barbara Gawryluk chce ocalać to, co w polskiej szkole ilustracji było najcenniejsze. Do niektórych wiadomości już nie dotrze, ale może przypomnieć czytelnikom – zwłaszcza tym, których okres dojrzewania przypadł na lata 70. i 80. XX wieku – najciekawsze grafiki z książek z literatury czwartej. „Ilustratorki, ilustratorzy. Motylki z okładki i smoki bez wąsów” to książka, na którą rynek czekał – czego dowodem może być chociażby sukces wydawniczy reprintów tomików z serii Poczytaj mi, mamo Naszej Księgarni: coś, co miało być pierwotnie prezentem dla fanów, zdobyło wielkie uznanie – również za sprawą przykuwających wzrok ilustracji. Barbara Gawryluk dociera do ilustratorów lub do ich rodzin, żeby wypytać o szczegóły warsztatu, podejście do zawodu i o możliwości tworzenia w czasach PRL. Notuje informacje o wzajemnych zależnościach i inspiracjach, sprawdza, kto kogo przygotowywał do pracy nad książkami dla dzieci, na co zwracał uwagę i czym musiał się kierować ilustrator przy ozdabianiu tekstów dla najmłodszych. Wypytuje o wolną rękę i style w tworzeniu, ale też o problemy płynące choćby z marnej jakości druku. Czasami sięga po opinie krytyków i pozwala na scharakteryzowanie kreski czy pomysłu na historię bardziej fachowo – dla odbiorców jednak liczyć się będzie możliwość powrotu sentymentalnego do znanych kiedyś doskonale lektur. Ważnym punktem kolejnych rozmów jest podejście ilustratorów do ozdabiania książek dla dzieci – opinia niemal każdego z grafików się tu pojawia. Często wzbudza nostalgię za dawnymi czasami – dzisiaj, gdy ilustrowanie książek dla dzieci przestaje mieć znaczenie.

Barbara Gawryluk wychodzi ze słusznego założenia, że nikt (zwłaszcza dzieci) nie sprawdza nazwiska ilustratora, kiedy sięga do książki – jednak po pewnym czasie budzi się w nim ciekawość. Obrazy, które zapadały w pamięć podczas pierwszych lektur, odbiorcy kojarzą doskonale – teraz mogą świadomie poznawać ich autorów przy pracy i nie tylko. Jest to możliwe również dzięki serii niewielkich przedruków okładek albo wybranych ilustracji – każdy rozdział kończy się takim graficznym przeglądem, zajmującym często kilka rozkładówek – to prawdziwa uczta dla odbiorców, którzy będą dzięki temu odkrywać dawne emocje i fascynacje lekturowe. Drobne grafiki zdobią też właściwe opowieści, pojawiają się na marginesach – dzięki temu można błyskawicznie skojarzyć o czym mowa – i z tym większą uwagą śledzić wyznania twórców. Barbara Gawryluk wyszukuje ciekawostki, ale przede wszystkim oddaje głos tym, którzy zwykle porozumiewali się z odbiorcami za pomocą rysunków. Nie trzeba zbyt długo zachwalać tej książki – wystarczy po nią sięgnąć i pozwolić, by odżyły wspomnienia – reszta to już efekt rosnącego ze strony na stronę zainteresowania. A że Gawryluk bardzo dobrze prowadzi swoje opowieści – można nad tą książką spędzić wiele czasu bez uczucia znużenia. „Ilustratorki, ilustratorzy” to również tom, w którym jest miejsce na trochę anegdot i smaczków z pracy grafików. Czytelnicy zainteresowani późniejszymi losami twórców przekonają się, kto zachowuje swoje prace, kto musi je sprzedawać, żeby przeżyć. Ale ta książka furorę zrobi przede wszystkim dzięki reprodukcjom i przypominaniu charakterystycznych okładek – to zapewni czytelnikom podróż w przeszłość, do sielskich czasów i do pierwszych lektur, kształtujących gust czytelniczy.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com