Strona główna || O autorce || O tu-czytam || Bajki || Bajkowe portfolio                       

poniedziałek, 5 grudnia 2016

Ola Woldańska-Płocińska: Prosiaczek i pojazdy

Czerwony Konik, Kraków 2016.

Zabawa z wujkiem

Prosiaczek z Czerwonego Konika jest postacią, która rośnie wraz z czytelnikami i chociaż jego przygody układają się w serię, same książeczki serii nie przypominają, różnią się formatami i sposobem wydania. Nikomu – a zwłaszcza docelowej grupie odbiorców – nie będzie to przeszkadzało, skoro Prosiaczek zaangażuje dzieci w swoje zabawy. Za każdym razem dzieje się tu coś innego. Tomik „Prosiaczek i pojazdy” jest naturalną konsekwencją wychowywania synów (o czym zresztą autorka i wydawczyni przypominają na czwartej stronie okładki). Prostym chwytem zapewnia sobie Ola Woldańska-Płocińska uwagę dzieci. „Prosiaczek i pojazdy” to ukłon w stronę zainteresowań kilkulatków, nawet tych niechętnych książkom. A ponieważ wujek zabiera Prosiaczka na cały dzień do sklepu z zabawkami, dzieci będą zachwycone.

Sklep z zabawkami to idealny pomysł na uniknięcie ponurego poranka. Bohater przekonuje się na własnej skórze, że nie należy ulegać złym nastrojom, bo zawsze może zdarzyć się coś przyjemnego. Wujek to już zapowiedź kolejnych przyjemności: to nie rodzic, może sobie pozwolić nawet na dziecięce wybryki, a i na szczodrość (żaden wujek nie odmówi przecież bratankowi czy siostrzeńcowi zabawki – a że Prosiaczek niczego nie żąda, niespodzianka będzie jeszcze bardziej przyjemna). W tomiku „Prosiaczek i pojazdy” wujek bawi się tak samo dobrze jak Prosiaczek. Obaj znajdują się w swoim żywiole, sięgają po kolejne pojazdy i wykorzystują ich potencjał do wspólnych wygłupów (na hak dźwigu można próbować łapać sprzedawców). Wkroczenie do dziecięcego świata oznacza tu łamanie zwykłych codziennych zasad. Wujek i Prosiaczek nie muszą przejmować się innymi: nikt z kupujących ani sprzedawców nie zwraca im uwagi. Mogą zatarasować pociągiem drzwi wejściowe, a drabiną wozu strażackiego zarysować sufit – wszystko mieści się w konwencji bajki, należy do sielankowego świata dzieci. Gdyby Prosiaczek (czy jakikolwiek maluch) wyobrażał sobie idealny pobyt z wujkiem w świecie zabawek, tak właśnie by przeżywał swoją przygodę – bez psujących rozrywkę postaci, które nie potrafią się bawić. Wujek jest dobrym kompanem, podrzuca najciekawsze pomysły i sprawia, że Prosiaczek nie ma czasu, by znudzić się konkretną zabawką. Nie stoi z boku, sam aranżuje zabawy. To dorosły, który nie stracił umiejętności bycia dzieckiem, a dla maluchów zamieni się to w czynnik komiczny (efekt nieoczekiwanej zamiany ról). Woldańska-Płocińska oczywiście ilustruje też swój tomik, więc może jeszcze bardziej niż w tekście uwypuklić charakter wujka (i komizm scenek). Prosiaczek i wujek na każdej rozkładówce robią coś innego, a słowna narracja zdradza tylko część wydarzeń. Maluchy poza słuchaniem książki czytanej przez dorosłych (starsze rodzeństwo mogłoby mieć problem z liternictwem) będą od razu oglądać obrazki i dowiadywać się więcej na temat charakteru samych zabaw. Woldańska-Płocińska ilustruje w swoim stylu, z prostymi kształtami i komputerowymi płaszczyznami koloru. Tu ozdobnikiem ma być również tekst – autorka operuje urozmaiconymi fontami, co pozwala nie tylko na rozkład akcentów zdaniowych, ale i na wyodrębnienie z opowieści nazw kolejnych pojazdów. W ten sposób publikacja zyskuje jeszcze charakter edukacyjny. W książeczce „Prosiaczek i pojazdy” warstwa graficzna przypomina jeszcze o domowych zabawkach – kieruje odbiorców z powrotem do samochodzików i kolejek. Ola Woldańska-Płocińska zapewnia sobie zaangażowanie maluchów w tomik – i nie pozwala zapomnieć o postaci, która w Czerwonym Koniku co pewien czas powraca. Połączenie bohatera znanego już od paru lat z tematem ważnym dla dzieci to przepis na sukces.

niedziela, 4 grudnia 2016

Michael Seth Starr: Ringo

SQN, Kraków 2016.

Gwiazda

„Ringo” to nieautoryzowana biografia, książka o jednym z Beatlesów. Jej bohater, kiedy dowiedział się o zamiarach autora, zdecydowanie odciął się od powstającej publikacji – ale Michael Seth Starr nie przejął się tym zbytnio: i tak wykonał olbrzymią archiwizacyjną pracę, nawet bez udziału bohatera był w stanie stworzyć niebanalną opowieść pełną ciekawostek. Starr, którego z Beatlesem łączy przypadkowa zbieżność mian, potrafi opowiadać z zaangażowaniem, a i bez uciekania się do zbyt łatwych ocen. Nie sugeruje ich czytelnikom, raczej prowadzi przez życiorysowe meandry sławy.

Na początku autor przekonuje, że „Ringo” nie będzie narracją o Beatlesach: takich publikacji powstało i powstaje już przecież wiele, tym razem uwaga odbiorców ma zostać skierowana na perkusistę. Obietnicę Starr wypełnia, chociaż niekoniecznie w stu procentach: kiedy akurat w codzienności Ringo nie dzieje się nic absorbującego, sprawdza, co w tym czasie przygotowywał zespół. Drugie zastrzeżenie, które Michael Seth Starr przywołuje na początku tomu, dotyczy oceny czy charakterystyki gry bohatera. Starr nie chce zajmować się techniką perkusisty: nie ma do tego narzędzi ani kompetencji. A jednak udaje mu się powrócić do tematu i zaakcentować między innymi to, co sprawiło, że Ringo znalazł naśladowców. Od czasu do czasu zwraca uwagę na sposób gry, wyzwania dla bohatera tomu czy jego ulubione przejścia. Sięga też po opinie muzyków – na końcu tomu przytacza kilka komentarzy bardziej profesjonalnych, chociaż i nie hermetycznych dla zwykłego czytelnika. Dobrze, że wbrew zapowiedziom odnosi się do tego tematu – udowadnia tym samym, że potrafi wyszukiwać wiadomości o muzyku i analizować dane, a następnie je przekazywać. Wtapia zdobyte informacje starannie w historię, nie tworzy osobnych tematyzowanych rozdziałów. Rytm tej książce nadaje życie perkusisty, co oznacza, że Michael Seth Starr wybiera prostą relację, a nie komentarze. Usiłuje zachować obiektywny ton, nie podejmuje się ocen ani dodatkowych uwag, chce, żeby czytelnikom zostały same fakty.

Książka dzieli się w naturalny sposób na dwie części, pierwsza dotyczy czasu największej popularności Beatlesów od dołączenia Ringo do zespołu. Tu Starr opowiada o docieraniu się grupy, o przyjaźniach, konfliktach i koncertach, podczas których piszczące fanki zagłuszają dźwięki dochodzące ze sceny. Nie zabraknie też opowieści o perkusji Ringo. Z czasem autor opuszcza świat Beatlesów: próby wskrzeszania zespołu nie mogą się powieść. Każdy z członków ekipy zajmuje się już własnymi interesami. Ringo zaczyna fascynować się branżą filmową (co zaczęło się jeszcze w czasach Beatlesów). Ma rozmaite pomysły na samorealizację, nie odcina kuponów od dawnej sławy.

Michael Seth Starr także odnosi się – co w standardowych biografiach niekoniecznie oczywiste – do życia prywatnego bohatera tomu. Zestawia jego codzienność ze sprawami rodzinnymi pozostałych Beatlesów, ale też z konieczności dokonuje przeglądu faktów z zewnątrz: może się opierać tylko na tym, co znane i gdzieś już w dowolnej formie opublikowane, bo nie uzyska od Ringo żadnych komentarzy. Nie daje po sobie poznać, że brakuje mu wiedzy z najpewniejszego źródła, umiejętnie układa opowieść tak, żeby czytelnicy nie zauważali tego braku. Autor rezygnuje też z typowych w poppublikacjach wypełniaczy, ogranicza mozaiki cytatów – owszem, przytacza wypowiedzi z różnych źródeł, ale tylko jako uzupełnienie czy ilustrację własnych słów, nigdy zamiast właściwej historii. Bardzo poważnie traktuje zadanie napisania biografii eks-Beatlesa, szanuje fanów i zdaje sobie sprawę z mnogości beatlesowskich publikacji na rynku. Wie, że aby wytrzymać konkurencję, musi wybrać rzetelność. A Ringo jako bohater tomu okazuje się całkiem wdzięcznym tematem. Do tego trudno nie nucić przy lekturze.

Artur Nowicki, Marcin Brykczyński: Opowiem ci, mamo... co robią statki

Nasza Księgarnia, Warszawa 2016.

W powietrzu

Statki to naturalna konsekwencja w twórczym działaniu duetu Marcin Brykczyński – Artur Nowicki. Były już auta, były samoloty, czas przenieść się na wodę i uzupełnić świat maszyn o przygody pewnego kutra. Autorzy (jak i wydawnictwo!) zdają sobie sprawę, że taki temat przyniesie im popularność, a i uznanie najmłodszych fanów wszelkich wehikułów. Dla chłopców, którzy nie garną się do książek, obietnica historyjki ze statkami na pierwszym planie to wystarczająca pokusa. „Opowiem ci, mamo… co robią statki” już w założeniu jest więc wydawniczym hitem.

Tomik – jak wszystkie w serii – wydany jest na tekturze: grube strony formatu A4 sprawiają, że poszerza się grono potencjalnych odbiorców. Z książki ucieszą się najmłodsze dzieci, dla których może to być pierwsze zetknięcie z tekstami do czytania i oglądania, ale i starsze pociechy znajdą tu szereg wyzwań, zwłaszcza w zagadkach. „Co robią statki” to picture book. Treści w rymowanych wersach jest tu niewiele, chociaż publikacja może też spełniać cele edukacyjne. Część opowieści rozgrywa się bezpośrednio w obrazkach, trzeba zatem uważnie prześledzić pomysły Artura Nowickiego. Do takiego zachowania zachęca też autor rymowanki, Marcin Brykczyński – na każdej rozkładówce wprowadza niby zadanie dla dzieci, polegające na znalezieniu konkretnego motywu na stronie. Brykczyński wymyśla specjalne „sekrety”, przez takie uwagi łatwiej mu zaangażować kilkulatki w oglądanie tomiku, więc i uczestniczenie w zabawie. To przekłada się na zwiększone zainteresowanie lekturą. Sam Brykczyński nie imponuje rozwiązaniami tekstowymi: pisze bardzo prosto, wręcz infantylnie, jakby w przekonaniu, że dzieci nie zrozumieją ambitniejszego tekstu. Jest to, rzecz jasna, rozumowanie prowadzące donikąd, bo przecież właśnie dzięki książkom i coraz wyżej stawianej poprzeczce najmłodsi rozwijają kompetencje językowe. Brykczyński stawia na rozrywkę, choć szkoda, że często znosi go w stronę rymów gramatycznych. To oznaka bezradności twórcy wobec wymagań z zewnątrz, ale czasem też wyraz nonszalancji, jakby dla małych odbiorców nie trzeba było się wysilać. Rymowanka Marcina Brykczyńskiego nie przykuwa uwagi, nie wywołuje też zachwytów, ale docelowa grupa odbiorców nic tekstowi nie zarzuci. W końcu ważniejsze i tak będą gry rysunkowe.

Artur Nowicki po raz kolejny wprowadza maluchy w świat stworzony na granicy wyobraźni i rzeczywistości. Nie ogranicza się do ogólnikowego relacjonowania przygód „statków” – jednostki pływające dzieli i nazywa. Część bohaterów jest podpisana (nazwy na burtach), pojawia się tu i ściąga z nomenklatury na statku. Dzieci ponadto mogą od razu zaobserwować różnice między statkami – ich wielkością, kształtem czy przeznaczeniem. Pojawiają się tu okręty, statki pasażerskie, kutry i jachty, łodzie, transportowce i wiele innych. Czasami statek zabłądzi i nie pasuje do pozostałych, czasami ma do wykonania ważne zadanie, uzasadnienia poleceń dla dzieci są najróżniejsze. Ważne, by zamaskować warstwę edukacyjną. W końcu wszelkie łamigłówki i wyzwania dla najmłodszych wiążą się z rozwijaniem ich umiejętności – maluchy ćwiczą spostrzegawczość, trenują wyciąganie wniosków, wymaga się od nich koncentracji, a wszystko z pozorami czystej zabawy. Artur Nowicki trochę dołącza do dziecięcego świata za sprawą antropomorfizacji. Swoim bohaterom – czyli statkom – dodaje zawadiackie miny czy śmieszne czapki, sprawia, że przestają być anonimowi, za to zaczynają być bajkowi. Nie jest to pierwsza taka propozycja tego ilustratora (a i w popkulturze to motyw znany) – dzieciom spodoba się więc możliwość zapoznawania się ze statkami jak z bohaterami kreskówki. Jest tu kolorowo i szybko zrobi się spory tłok.

Nie można zapominać i o pierwszym członie tytułu, wspólnym dla całej serii. Poza rymowankami Brykczyńskiego każdy – rodzic czy dziecko – ma szansę zabawić się w narratora, opowiadacza własnej historii na bazie rysunku. Tu mnóstwo jest tematów do wskazywania innym: najmłodsi będą zatem na tomiku ćwiczyć sztukę opowiadania i rozwijać wyobraźnię. To coś, co sprawdza się jako połączenie rozrywki i nauki, dyskretna możliwość kontrolowania postępów kilkulatków. W tym kontekście łatwiej docenić wybór tematu, który przyciąga dzieci.

sobota, 3 grudnia 2016

Andrzej Klim: Tak się kręciło. Na planie 10 kultowych filmów PRL

PWN, Warszawa 2016.

Anegdoty

Kto narzeka, że w polskiej kinematografii dzieje się źle, że nie ma co oglądać i w ogóle sytuacja jest koszmarna, ten z reguły chętnie powraca do filmów z czasów PRL-u, by w nich znaleźć pocieszenie. W związku z tym popularnością wciąż cieszą się opracowania dotyczące dawnych kinowych fabuł. „Tak się kręciło. Na planie 10 kultowych filmów PRL” to publikacja, która gromadzi ciekawostki dotyczące najbardziej znanych i kojarzonych (żeby nie powtarzać: „kultowych”) produkcji. Andrzej Klim nie stosuje sztywnych ram i powtórzeń rozwiązań – streszczenia fabuły przytacza wtedy, gdy jest to potrzebne, czasami skupia się na wyborach obsadowych, innym razem na perypetiach z montażem czy rekwizytami. Kinomani mogą zatem poznać sekrety twórców – lub je sobie przypomnieć, bo część historii już dawno funkcjonuje w świadomości społecznej i stanowi podstawową wiedzę na temat produkcji.

10 filmów to 10 szkiców napisanych tak, by zaspokoić ciekawość dzisiejszego odbiorcy, ale też uświadomić mu, z jakimi problemami borykali się twórcy. W „Seksmisji” mowa o rozbieranych scenach i przypadkowych gapiach, w „Misiu” kłopot z zaopatrzeniem w wędliny. W „Nocach i dniach” ważne było przełamanie tremy aktora. Dalej: montaże, obiektywne trudności, niesnaski, obmyślanie choreografii do scen erotycznych, relacje na planie, imprezy, silne charaktery i konflikty, twórcze rozwiązywanie problemów, improwizacje, które trafiały do filmów, utarczki, obsadowe roszady, decyzje podejmowane wbrew sobie dla dobra produkcji (i odwrotnie). Reżyserzy, operatorzy, aktorzy. Wszystko to w zestawieniu z obrazami, które dzisiejsi odbiorcy (jeszcze) znają na pamięć. Andrzej Klim wcale nie stara się stworzyć pełnych opisów filmów – może odnosić się do pojedynczych spraw czy fragmentów dialogów, kompletnie ignorując wymowę całości. Nie jest od streszczania dzieł filmowych, proponuje – w ramach dodatku do oglądania – garść historii z minionej epoki. To dla prawdziwych fanów dobre uzupełnienie rozrywki, nawet mimo tego że sporą część faktów znają. Klim wprawdzie nie odkrywa tu Ameryki, ale pozwala zgromadzić w jednym miejscu filmowe ciekawostki. Do tego wpisuje się swoją publikacją w modne serie poświęcone czasom PRL-u – kontynuuje bardzo udany cykl.

Szkice z „Tak się kręciło” są lekkie w tonie, mimo że bogate w informacje. Mogą posłużyć rozrywce lub stanowić dopowiedzenia do biografii cenionych aktorów. Przypominają też produkcje, z którymi warto się zapoznać, bo tworzą filmowy kanon. Andrzej Klim korzysta z „plotkarskiego” brzmienia, stawia na dobre anegdoty i uzupełnia je jeszcze o konteksty z planu. Czasami zwraca uwagę na mniej kojarzone scenki, innym razem odwołuje się do tych najważniejszych. Potrafi pisać swobodnie i z pasją, a wybór tematu i sposób jego potraktowania zapewni mu szereg fanów. Zresztą Klim już dał się poznać jako ciekawy autor rozumiejący PRL ze wszystkimi dziwactwami czy absurdami.

To, co dzieje się na ekranie i co widzą kamery – to jedno. Klim sprawdza, co z planu zapamiętali aktorzy, jaka atmosfera panowała przy kręceniu poszczególnych scen. Pozwala odbiorcom niemal uczestniczyć w danych wydarzeniach, a przy okazji też pomaga zrozumieć, na czym polegał fenomen kolejnych produkcji. Przywołuje komedie i dramaty, niemożliwe do zrealizowania pomysły reżyserów i przypadki, które odbiły się na produkcjach. Pisze smakowicie – trafi swoją publikacją i do fanów filmów, i do fanów PRL-u. „Tak się kręciło” to książka dla poszukiwaczy anegdot, zapewnia dawkę humoru, ale i lekko sentymentalne spojrzenie na filmy do dzisiaj cytowane. Andrzej Klim jest tym razem przewodnikiem po filmowej codzienności – kolekcjonuje co ciekawsze przygody i umie o nich opowiadać odbiorcom spragnionym nie tyle sensacji – co zabawy.

Erich Kästner: Mania czy Ania

Jung-off-ska 2016.

Zamiana ról

Ta historia trafiła już nie tylko do klasyki, ale i do kanonu lektur szkolnych, chociaż kolejne pokolenia poznają ją zwykle najpierw przez jeden z dwóch filmów familijnych („Czy to ty, czy to ja” albo „Nie wierzcie bliźniaczkom” – chociaż ekranizacji było więcej). „Mania czy Ania” to opowieść, w której Erich Kästner zdradza nie tylko zamiłowanie do absurdu i pomysłów nieograniczanych realizmem, ale również znajomość dziecięcej psychiki. Dwie dziewczynki, które spotykają się na koloniach, są identyczne i szybko odkrywają prawdę o sobie: to siostry bliźniaczki, dotąd niemające pojęcia o wzajemnym istnieniu. Charakterologicznie stanowią swoje przeciwieństwa: Mania jest grzeczna, odpowiedzialna i gospodarna, cicha i dobrze ułożona. Mieszka z mamą, której nie chce przysparzać trosk. Ania to żywe srebro, bryka i psoci, potrafi się bić, chociaż jest córką sławnego kompozytora, nie zachowuje się jak dziecko z dobrego domu. Nawet w kwestii kulinarnych upodobań siostry są różne: Ania uwielbia naleśniki, Mania woli mięso. Mimo początkowego konfliktu dzieci szybko dochodzą do porozumienia. Wiedzą też, że trzeba z powrotem połączyć ze sobą rodziców. Ponadto i Mania, i Ania chciałyby poznać tego rodzica, z którym nie mieszkają, wpadają więc na pomysł zamiany ról. Akcja „Mani czy Ani” nie stanowi tajemnicy, dziś dużo ciekawszy jest sposób wprowadzenia trudnego tematu rozstania rodziców.

Obecnie motyw rozwodu jest w literaturze dla dzieci bardzo częsty: autorzy oswajają maluchy z sytuacją, która zdarzy się z pewnością w bliskim otoczeniu. Kästner już w samej powieści odpiera ewentualne zarzuty: tłumaczy dzieciom i dorosłym, że cierpią pociechy rozwodników, ale cierpią także też te maluchy, które wychowywane są przez skłócone i nieszczęśliwe małżeństwa, prawdziwe cierpienie zadaje po prostu ten dorosły, który nie rozmawia o takiej sytuacji z dzieckiem, nie wyjaśnia nic i nie rozwiewa wątpliwości. Kästner, chociaż mistrz literatury niepoważnej, swoich czytelników traktuje bardzo poważnie. Umie ich rozbawić, ale wie też, jak mówić o najtrudniejszych sprawach. Zresztą niezbyt długo moralizuje na temat rozwodu. Bardziej atrakcyjna staje się sama akcja. Zabawy na koloniach, relacje z rówieśnikami, domowe obowiązki i wyzwania – to wszystko jest tu ożywcze i świeże. Ponadto mali odbiorcy dopuszczeni do sekretu postaci będą przeżywać fabułę i kibicować bohaterkom, a jednocześnie śmiać się z ich wpadek lub sprytu. Do pozorów sielanki dochodzi zagrożenie – potencjalna macocha, która zniszczyłaby plan połączenia rodziców. Erich Kästner nie obiecuje złotych gór, mimo że decyduje się na baśniowy finał. Przyczyna rozstania rodziców była dość banalna i przy odrobinie wysiłku i dobrej woli obu stron udałoby się ją zlikwidować – dzieci to dostrzegają. W takim wypadku jest możliwe ponowne związanie się dawniej bliskich sobie ludzi. Kästner zdaje sobie sprawę, że nie powinien zostawiać małym odbiorcom złudzeń, więc celowo nakreśla sytuację jak z bajki między rodzicami. Nie daje fałszywych nadziei, ale zwraca uwagę na szczęście postaci.

W pięknym wydaniu ilustracje przygotowała niezawodna Joanna Rusinek. Łączy ona klasykę z humorem, bawi się minami postaci, zniekształcanymi proporcjami ciał czy refleksami światła. Tworzy obrazki nienachalne, by nie zamieniać tomiku w bajkę dla najmłodszych, przynajmniej wizualnie – w końcu samodzielnie czytające dzieci nie chcą powracać do „dziecinnych” tomików. „Mania czy Ania” wydana została także w formie audiobooka – i trudno będzie sobie wyobrazić lepsze głosy do psotno-humorystyczno-ważnej historii. Edyta Jungowska i Piotr Fronczewski nie są lektorami, a prawdziwymi opowiadaczami tych przygód, przeżywają je razem z dziećmi, pasują zarówno do spraw poważnych, jak i do komizmu przy zamianie ról Mani i Ani. Do tego tło muzyczne przygotowane jest z dużym wyczuciem. To pozycja ważna w literaturze dla dzieci, nie trzeba do tego nikogo przekonywać.

piątek, 2 grudnia 2016

Julia Lachowicz: Umarłem cztery razy

Burda, Warszawa 2016.

Wyścig

Rzadko spotykany u zdrowych ludzi, ogromny i niemożliwy do nasycenia apetyt na życie, chęć do wykorzystania każdej minuty i każdej sekundy, jaka jeszcze została – to oblicze Piotra Pogona, które Julia Lachowicz stara się w swojej reportażowo-biograficznej książce eksponować. Bo alternatywą byłoby… akcentowanie konfliktów i kolejne rozstania z paleniem za sobą mostów. Za bohaterem książki „Umarłem cztery razy” nikt nie nadąża, a może zwyczajnie nie chce nadążać. Dlatego Piotr Pogon zostawia za sobą kolejne fundacje, prace i małżeństwa, rzucając się w wir wyzwań. Łatwo mu kibicować z oddali, trudno – zrozumieć. Bo jeśli ktoś, komu choroba zabrała jedno płuco, próbuje zdobywać najwyższe szczyty i startuje w Ironmanie, pojawia się pytanie o granice już nawet nie wytrzymałości, a zwykłego bezpieczeństwa. Z drugiej strony – bohater tomu nie ma przecież nic do stracenia. Rak co pewien czas do niego wraca i odbiera kolejne nadzieje.

Piotr Pogon nigdy się nie poddaje. Kiedy przeżyje śmierć kliniczną i kiedy przejdzie napromieniowanie tak silne, że przez kolejne kilkanaście lat odczuwa jego skutki. Każdy kopniak od losu traktuje jak motywację do zwiększonego wysiłku. Był w życiu na samym szczycie – jako biznesmen rozsmakowujący się w wygodach i luksusie, ale zaznał i bezdomności, zaczynania wszystkiego od zera. Nie szuka współczucia, ale uwielbia adrenalinę. Pracował w fundacji Anny Dymnej, organizując kompletnie szalone przedsięwzięcia, bił rekordy z Jaśkiem Melą – ale jego drogi z ludźmi, z którymi działał, zawsze się rozchodzą. Wspinał się na Kilimandżaro z grupą niepełnosprawnych, biegał w maratonach, bez przerwy ryzykował życiem – i trudno mu się dziwić, skoro alternatywą byłoby bezczynne czekanie na śmierć. Wydaje się podczas lektury tego niewielkiego tomiku, że choroba dla bohatera niema większego znaczenia. Nieprzypadkowo Pogon w pewnym momencie stał się nawet mówcą motywacyjnym, żeby dzielić się z innymi energią do działania. Nie pozwala sobie na chwilę załamania, a od innych wymaga tyle, co od siebie. To w relacjach interpersonalnych musi prowadzić do konfliktów.

W efekcie Julia Lachowicz nie bardzo może konfrontować opowieści bohatera tomu z ocenami jego (dawnych) bliskich czy współpracowników. Jeden Janusz Świtaj z sympatią wyraża się o Pogonie, reszta albo odmawia komentarzy (lub stosuje dyplomatyczne uniki), albo w ogóle trafia na listę osób, z którymi autorka ma nie rozmawiać. To oczywiście rodzi pytanie o cenę, jaką Piotr Pogon płaci za swoje osiągnięcia, bez względu na to, czy chodzi o logistykę i organizowanie wypraw lub imprez, czy – o własne rekordy, z których bohater (i tylko on) ma satysfakcję. Chociaż autorka stara się bardzo mocno trzymać stronę Pogona, z relacji i tak wyłania się obraz w najlepszym razie niejednoznaczny.

Jest ta publikacja zupełnie inna od typowych tomów literatury chorobowej. Tu nie ma wyczerpującej walki o zdrowie. Jest za to podejmowanie wyzwań, które stanowią przeciwieństwa tych szpitalnych. Pogon non stop podejmuje ryzyko, cierpi, gdy zdobywa się na ekstremalny nawet dla zdrowego człowieka wysiłek: z powodu choroby wysokościowej czy zmęczenia przy Ironmanie. To, jego zdaniem, zasługuje na opowiedzenie. Ale też bez wdawania się w szczegóły. Julia Lachowicz nie może przytaczać detali związanych z kolejnymi wyzwaniami, Pogon wciąż dokonuje czegoś nowego i wciąż mierzy się z nowymi utrudnieniami, które sam sobie narzuca. Choroba to jedynie dodatek dla bohatera tomu niewarty uwagi. Z konieczności autorka o tym pisze, żeby zachować sens pierwotnego pomysłu na reportaż. Piotr Pogon nie daje się ujmować w szablonowe konstrukcje, wymyka się wszelkim definicjom. „Umarłem cztery razy” zamienia się w publikację motywacyjną, próbkę możliwości człowieka, który nie ma już szans na wyzdrowienie i musi mierzyć się z kalectwem. Pogon nie zgadza się na półśrodki, walczy – a jego walka może stać się inspiracją dla innych. Tak niewielka objętościowo książka zyskuje ogromną siłę.

Kathy Wollard: Jak to możliwe? Odpowiedzi na pytania ciekawskich dzieci

Prószyński i S-ka, Warszawa 2016.

Wiedza

Ta publikacja dla małych czytelników na długo zaspokaja ciekawość, przynajmniej w pewnych kwestiach, dotyczących fizyki, kosmosu, pogody, ciała i zachowań człowieka, świata zwierząt i roślin. „Jak to możliwe?” to obszerny tom składający się z poważnych (rzeczowych i naukowych) odpowiedzi na zadane przez dzieci pytania. Tym razem wyjaśnień nie ubiera się w formę bajki, same w sobie są na tyle atrakcyjne, by nie trzeba było dodatkowo przywoływać dzieci do lektury. Tomik przydać się może również dorosłym, co i rusz zaskakiwanym kolejnymi dociekliwymi pytaniami pociech. Zamiast zbywać kilkulatki lub podawać im ogólnikowe czy obiegowe prawdy, można sięgnąć do tego opracowania – w zasadzie obowiązkowego dla wszystkich. Bo Kathy Wollard wcale nie ogranicza się do pisania dla najmłodszych. Rezygnuje z infantylizowanego tomu (nie wprowadza też zbyt hermetycznych opisów, chociaż dzieci przy lekturze i tak będą potrzebowały wyjaśnień od dorosłych), a wskazówką targetu mogą być przede wszystkim wybierane tematy. Mało który dorosły dostrzega omawiane tu zjawiska i potrafi się im dziwić, dzieci są dużo bardziej otwarte i lepiej obserwują otoczenie. Ale w „Jak to możliwe” pojawiają się również motywy, które dopiero zachęcą do przeprowadzania eksperymentów. Autorka tłumaczy odbiorcom powody określonego działania, tymczasem dzieci w pierwszej kolejności zwrócą uwagę na efekty. Odwracając opisany proces, dowiedzą się, że niektóre przedmioty mokre robią się ciemniejsze, że kocie oczy świecą w ciemności i że głos pod prysznicem brzmi lepiej, dlatego ludzie chętnie śpiewają w łazience. To prowadzi do uważniejszego obserwowania rzeczywistości, pokazuje dzieciom, że warto zastanawiać się nad zjawiskami w najbliższym otoczeniu. Oraz, oczywiście, że zadawanie pytań to wstęp do cennej przygody. Wiedza może kojarzyć się przyjemnie – Kathy Wollard udowadnia odbiorcom, że to nie tylko nudne szkolne lekcje. Każdy może odkrywać tajemnice wszechświata, musi jednak nastawić się na uważne analizowanie otaczających go tematów.

„Jak to możliwe” to książka, której nie trzeba czytać w klasyczny sposób. Bardziej przypomina encyklopedię niż tomiki dla dzieci. Chociaż ma swój rytm – rozdziały pogrupowane są tematycznie, a w obrębie wielu mieszczą się dodatkowe ciekawostki w wydzielonych ramkach – nie wymusza całościowej lektury. O wiele lepszym rozwiązaniem będzie tu wybieranie interesujących w danym momencie kwestii (już sama objętość spisu treści okazuje się imponująca). Impulsem do zajrzenia do tomiku stanie się wspólny spacer, niezwykłe zjawisko pogodowe lub po prostu pytanie dziecka. Poznane sekrety można pominąć – choć zdarza się przecież i tak, że uczeni zmieniają dotychczasowe oceny lub modyfikują wyjaśnienia w oparciu o nowe odkrycia. Kiedy na pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi, autorka przytacza najpopularniejsze (czy najbardziej prawdopodobne) hipotezy i teorie. To dla młodych czytelników dowód, że nauka wciąż ewoluuje – i że ciekawość jest bodźcem, który pcha do poznawania świata tak samo dzieci, jak i uczonych.

Debra Solomon proponuje w tej książce ilustracje zupełnie odmienne od rzeczowego tonu kolejnych wyjaśnień. Stawia na rysunki satyryczne i wariacje (absurdalne skojarzenia) interpretacyjne. Sprawia, że lektura staje się lżejsza i nie mniej cenna, ale sugeruje też, że nie warto z nadmierną powagą podchodzić do motywu badaczy i ich pracy. W tak przygotowanej publikacji nie ma miejsca na nudę. Nie zawsze dzieci poradzą sobie z lekturą bez pomocy rodziców, nie ma tu w końcu narracji bajkowej – ale dowiedzą się, że trzeba zadawać pytania (i umieć dziwić się światu). Jest „Jak to możliwe” okazją do uważnego przyglądania się najbliższemu otoczeniu, a może i wyszukania w pamięci własnych dawnych wątpliwości.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com