Strona główna || O autorce || O tu-czytam || Bajki || Bajkowe portfolio                       

poniedziałek, 20 sierpnia 2018

Anna Herbich: Dziewczyny z Wołynia. Prawdziwe historie

Znak, Kraków 2018.

Wstrząs

Te kobiety musiały znaleźć w sobie siłę, żeby przezwyciężyć straszne wspomnienia. W rzezi na Wołyniu straciły - jako dzieci - rodziców i krewnych, przyjaciół i poczucie bezpieczeństwa. Anna Herbich powraca do ocalonych, żeby wysłuchać ich historii i zachować pamięć o zbrodni – ku przestrodze, a może też dla zapewnienia bohaterek tomu, że ich cierpienie kogoś jeszcze interesuje. Bo według większości rozmówczyń kraj nie pomaga w budowaniu pamięci i świadomości historycznej: politycy odmawiają w imię dobrych stosunków z Ukrainą naświetlania wydarzeń z 1939 roku, unikają rozmów o pomnikach czy tablicach upamiętniających tragedię. Ludzie na miejscu wiedzą i przekazują informacje kolejnym pokoleniom, ale to nie wystarczy tym, którzy wciąż czują się pokrzywdzeni. Anna Herbich swoją książką tworzy trochę pomnik zamordowanym, pokazuje też inny wymiar historii: koszmar, w którym sąsiad może stać się największym wrogiem i katem.

Scenariusz w kolejnych opowieściach powtarza się z niewielkimi zmianami: niektóre rodziny słyszały o planowanej napaści, inne nie – nikt nie uwierzył, że dojdzie do masowych mordów na Polakach zamieszkujących Wołyń, i to tylko za to, że nie są Ukraińcami. Pierwszym elementem zwierzeń jest zatem podkreślanie zaskoczenia i nieświadomości. Bohaterki tomu w 1939 roku były kilkuletnimi dziećmi, nie do końca zatem rozumiały, co się stało: teraz mogą o tym mówić, bogatsze o wiedzę historyczną. I tak jednak skupiają się na własnych wspomnieniach i skojarzeniach z tamtego czasu. Opowiadają o strachu i rozłące z rodzicami, te, które widziały śmierć dorosłych lub rodzeństwa, dzielą się naturalistycznymi obrazami, od których się nie uwolnią. Wiele z nich przeżyło przypadkiem: przygniecione zwłokami innych, leżące bez świadomości były pozostawiane przez agresorów, po rzezi zdołały uciec i znaleźć schronienie u innych ludzi. Każda z kobiet przedstawia swoje doświadczenia, powtarza się jednak schemat emocji i instynktownego wręcz działania, walki o przetrwanie. To najbardziej poruszająca część opowieści, bo też i najbardziej osobista. Niektóre szkice uzupełniają się wzajemnie: jedna z kobiet była bezpośrednim świadkiem rzezi w kościele, inna słyszała od dorosłych, że Ukraińcy nie uszanowali sakralnego miejsca. Ożywają sceny sprzed dekad, dramaty i lęk.

A później w relacjach pojawia się konieczny powrót do normalności. Część bohaterek tomu podkreśla, że nie otrzymały żadnej specjalistycznej pomocy, same musiały radzić sobie ze złymi wspomnieniami i powracającymi koszmarami. Każda próbowała ułożyć sobie życie jak najbardziej normalnie: prezentują więc swoje małżeństwa i potomstwo, w ucieczce do codzienności szukając wybawienia. Tamto zło już nie powraca, nigdy w takim wymiarze, ale to dla dziewczyn z Wołynia sygnał, że wszyscy chcą zapomnieć i uciekają od odpowiedzialności. Rozgoryczenie towarzyszy tym historiom i wydaje się jak najbardziej naturalną reakcją na brak zainteresowania z zewnątrz.

Anna Herbich wysłuchuje kolejnych zwierzeń, staje się powiernicą kobiet - dziś już starszych pań, których dzieciństwo zostało nagle i brutalnie przerwane. Spisuje ich wyznania i wygładza tak, by każde przypominało jednolity esej. Chowa się za postaciami, oddaje im głos i wydaje się nie ingerować w wypowiedzi. Chce, żeby wybrzmiały one z całą naturalnością (co trochę przeczy obróbce redakcyjnej, koniecznej, żeby w ogóle udało się stworzyć książkę). “Dziewczyny z Wołynia” to jeden moment w historii widziany oczami dziewięciu kobiet. Jedna historia rozpisana na kilka głosów po to, by przestrzec innych i przypomnieć o tym, jak sielska egzystencja mogła się rozpaść w ciągu kilku godzin.

“Dziewczyny z Wołynia” to tom, do którego dołączone są zdjęcia z rodzinnych albumów, przede wszystkim fotografie z ułożonego już i spokojnego życia “później”: ale czasami opowieści ilustrowane są dokumentacyjnymi fotografiami tego, co podczas rzezi zostało bezpowrotnie utracone.

niedziela, 19 sierpnia 2018

Charlie Engle: Biegacz

Galaktyka, Łódź 2018.

Testowanie organizmu

Charlie Engle biega. Ale nie w “zwykłych” maratonach, takie wyzwania to nie dla niego. On biega na dystansach ultra, albo... zwielokrotnia je, żeby dokonać rzeczy, które wydawały się niemożliwe. Potrafi przebiec Saharę, pokonując każdego dnia dystans dwóch maratonów. Albo przemierzyć Amerykę, propagując przy okazji zdrowy tryb życia. Biega w wyścigach długodystansowych i w więzieniu: za kratami pokonuje Badwater. Biega, bo tylko tak wprowadza się w stan euforii, który kiedyś dawały mu narkotyki i alkohol. Biega, bo to wolność. Biega, bo lubi wyzwania. Tom “Biegacz” jest sportową autobiografią pokazującą, dlaczego w ogóle decydować się na sporty ekstremalne. Biegi długodystansowe są tu rozwiązaniem codziennych problemów i sposobem na życie. Charlie Engle wie o tym i poddaje organizm kolejnym próbom dla samej satysfakcji. Musi wciąż podejmować wyzwania, bo tylko tak czuje się szczęśliwy. A że jego organizm jest niezwykle silny i wymaga maksymalnego wysiłku - to tylko szansa dla bohatera tomu.

Charlie Engle opowiada o swojej przygodzie bez analizowania każdego kroku w maratonie. Życie dostarcza mu zbyt wielu tematów, żeby rozdrabniać się na opisywaniu biegów czy na pomysłach treningowych. Najpierw Engle jest uzależniony od alkoholu i narkotyków. Pokazuje swoją codzienność z tamtych czasów, drogę do wyleczenia, ale i zagrażające życiu konsekwencje imprez w niebezpiecznych dzielnicach. Tutaj bieganie staje się tylko dodatkiem do podniet płynących z używek. Ale kiedy już autor wkręci się w przemierzanie dalekich tras, szuka sposobów wyjścia z nałogu: zastępuje jedno uzależnienie innym, w tym wypadku - może trochę zdrowszym, chociaż również i destrukcyjnym dla ciała. Biega, bo to potrafi najlepiej, czuje się wolny i silny. Takich emocji potrzebuje, żeby zastąpić nimi narkotykowy haj. Nie jest to pierwszy biegacz ultra, który w sporcie ekstremalnym szuka ratunku. Z tematu uzależnień przechodzi Engle do kwestii pokonywania coraz trudniejszych tras i bicia rekordów. Ma się czym pochwalić, chociaż dla czytelników znacznie ciekawsze będą same komplikacje w organizacji poszczególnych przedsięwzięć, emocje z międzyludzkich kontaktów, a nie z samego biegania. Autor zdaje sobie z tego sprawę i narrację układa tak, jak dobry film z trasy. Chociaż sam pewnie chętniej przemilczałby niektóre sprawy, nie próbuje się wybielać.

Zwłaszcza że już za moment czeka go najtrudniejszy motyw: więzienie. Opowiada o przyczynach utraty wolności, dbając o to, by czytelnicy mu uwierzyli. Pokazuje całą walkę o to, by nie trafić za kratki. Kiedy już wie, że najbliższe dwa lata spędzi w zakładzie karnym, przedstawia odbiorcom między innymi specyfikę relacji więziennych (jakie towary i w jaki sposób się zdobywa), aż w końcu zaczyna się zajmować bieganiem. Wyjaśnia, jak organizował sobie treningi, a nawet ultramaraton za kratami, jak w bieganiu szukał ocalenia. Po raz kolejny – po błędach młodości - w sporcie i uzależnieniu od niego upatruje wolności. W ten sposób tłumaczy też czytelnikom, dlaczego biega – i dlaczego pokonywanie własnych słabości jest dla niego tak ważne. Nie daje prostego przepisu na bieganie, w jego przypadku to w dużej części zasługa silnego organizmu – ale może dodawać otuchy, pokazać, że z najgorszego piekła da się wyjść. Bieganie jako ucieczka od problemów i jako wsparcie dla psychiki to ujęcie powracające co pewien czas w sportowej serii Galaktyki. Tu bardzo przekonuje.

sobota, 18 sierpnia 2018

Izabella Frączyk: Śnieżna Grań. Pół na pół

Prószyński i S-ka, Warszawa 2018.

Baśń w górach

Chociaż Izabella Frączyk wiele razy udowodniła, że potrafi realizować wytyczne bestsellerowych konwencji i podpiąć się pod każdy styl, który akurat jest modny, w drugim tomie Śnieżnej Grani mocno przesadziła, wcielając się niemal w Katarzynę Michalak. Czy zabrakło jej wyobraźni na tworzenie normalności, czy zatęskniła za nieprawdopodobnymi rozwiązaniami fabularnymi rodem z brazylijskich telenowel - dość stwierdzić, że wymknęły jej się kreacje spod kontroli, a sama fabuła zaczęła brzmieć sztucznie i źle. Każdy skok tematyczny okazuje się tu przesadzony lub podporządkowany wyłącznie emocjom, a nie realiom, jedynie w samych warunkach prowadzenia firmy gdzieś trochę prawdy można znaleźć (a to ze względu na doświadczenia autorki, o czym pisze w posłowiu). Na Śnieżną Grań zabiera autorka czytelniczki po raz drugi (i być może ostatni), w mocno uproszczonym stylu i z filmowymi chwytami. Trochę kończy się tu eldorado, już nie każda decyzja owocuje złotym deszczem, trzeba się nieco natrudzić, żeby odnieść sukces, co po pierwszym tomie już staje się przeskokiem fabularnym. Ale rzecz nie w tym. W Śnieżnej Grani uwaga odbiorczyń kierowana była na życie uczuciowe Loli Stachowiak i – w nieco mniejszym stopniu – jej brata Edka. Tutaj też autorka nie może pominąć perypetii sercowych. Przystojny biznesmen coraz bardziej sprawia, że Loli miękną nogi - ale nie próbuje zrobić żadnego kroku, żeby zacieśnić tę znajomość, przeciwko czemu Lola nie miałaby nic. Siostra owego biznesmena z kolei zawróciła już w głowie Edkowi (którego narzeczona spodziewa się dziecka). Rodzina Stachowiaków może na wielu polach połączyć się wkrótce z nowym inwestorem na Śnieżnej Grani. I kiedy wszystko dąży do baśniowej kreacji, bohaterowie przeżywają wielki szok, bo na jaw wychodzą prawdziwe motywacje. To, co wcześniej wydawało się niezakłamane, teraz staje się niby misternym i precyzyjnie przygotowywanym od dawna planem, realizowanym z zimną krwią. Na drodze do szczęścia pojawia się wiele przeszkód nie do pokonania, a informacje, jakie bohaterowie sobie wzajemnie przekazują, wstrząsną całym ich światem. Niby wszystko ok, fabuła nie będzie nudna – ale przez nadmiar wysiłków w celu urozmaicenia jej – staje się odrobinę niestrawna. Frączyk dalej potrafi pisać z fantazją, tylko tym razem zawodzi ją wyczucie sytuacji i umiejętność budowania przejrzystych charakterów.

Mimo problemów rodem z opery mydlanej, autorka tworzy dla czytelniczek ciekawy azyl: o ile zwykle bohaterki uciekają od szybkiego życia do domku na wsi, w lato i szczęście wiszące w powietrzu, o tyle na Śnieżnej Grani zawsze panuje zima, a postacie skupiają się na rozwijaniu biznesu. Co ciekawe, w rodzinnej firmie nie ma miejsca na sentymenty, dużo się wybacza, ale kiedy trzeba, kobiety potrafią podejmować odważne decyzje bez oglądania się na rodzinne koneksje. Frączyk pokazuje, że warto angażować się w nowe inicjatywy, szukać sposobów na zarabianie i na rozwijanie firmy, nie wolno za to czekać na uśmiechy losu. Tym dopinguje do działania. Jest pełna energii i kreatywna, te cechy zresztą przekazuje Loli, która nigdy się nie załamuje. Każdy z członków rodziny Stachowiaków ma jakieś problemy, nie zawsze do omawiania na forum publicznym, ale w końcu o to chodzi, żeby nie było jednostajnie. To się Izabelli Frączyk wprawdzie udaje, jednak inne powieści obyczajowe tej autorki sprawiają znacznie lepsze wrażenie niż “Pół na pół”.

piątek, 17 sierpnia 2018

Tom Perrotta: Pani Fletcher

Znak, Kraków 2018.

Żądza

Pani Fletcher czuje coraz bardziej upływ czasu. Sama nie myśli o sobie jeszcze w kategoriach kobiety w średnim wieku, ale otoczenie coraz bardziej jej to sugeruje. Zwłaszcza kiedy syn wyprowadza się z domu na studia (a wcześniej zaczyna satysfakcjonujące życie seksualne). Pani Fletcher – i to podstawowy temat ją definiujący - uwielbia oglądać filmy porno. A że samoświadomość i ironia nie pozwalają jej pozostać obojętną na własną pozycję w społeczeństwie, trochę przekornie, a trochę samobiczująco pani Fletcher ogląda najczęściej kategorię “mamuśki”. Mamuśki uprawiające seks oralny, mamuśki oddające się mężczyznom bez żadnych zahamowań, mamuśki, które być może graniem w filmach dla dorosłych dowartościują się i przypomną sobie o kobiecości. Pani Fletcher wie, że nie oszuka czasu: sama jest mamuśką. Nie żyje w żadnym związku, nie ma zatem jak zaspokajać potrzeb w relacjach damsko-męskich. Ale ponieważ jej syn wkracza w okres wzmożonego zainteresowania cielesnością, a koledzy syna interesują się seksem tak samo mocno, któryś może zwrócić uwagę na panią Fletcher. Wtedy hasło “mamuśka” nabierze nowego znaczenia. Tom Perrotta bierze na warsztat relacje starszej kobiety z młodym mężczyzną, pokazuje nie tylko uciechy łóżkowe, ale i całą otoczkę emocjonalno-moralną: pani Fletcher jest skrępowana przez konwenanse, nie wie, co powiedziałoby na taki romans otoczenie (a właściwie doskonale wie, tylko nie chce się na to narażać), boi się odpowiedzialności. A przecież powinna być szczęśliwa, wszystkie bohaterki powieści do tego tylko dążą. Perrotta zastanawia się, czy pani Fletcher może realizować swoje marzenia bez szkody dla innych i jaką zapłaci cenę za swoje żądze.

Jest tom “Pani Fletcher” od początku do ostatniej strony zafiksowany na seksie i seksualności, w tym temacie autor opiera nadzieje na rozśmieszenie odbiorców, przyciągnięcie ich do lektury i być może wstrząs (chociaż w dobie zainteresowania powieściami erotycznymi to ostatnie może się nie do końca udać). Komizm polega na zderzeniu codzienności i tego, co wstydliwe, intymne i nie do omawiania na forum publicznym. Każdy z bohaterów ma swoje łóżkowe wpadki lub przyzwyczajenia, o których niezbyt chętnie mówiłby bez alkoholu: autor wywleka na światło dzienne erotyczne sekreciki, licząc na to, że zaintryguje tym odbiorców. Wiwisekcje bohaterów są tu czymś stałym, powtarzane do znudzenia nie muszą nawet wzbudzać skandalu, chodzi wyłącznie o pokazywanie ukrytej do niedawna sfery ludzkiego życia. Seks odmieniany przez przypadki to towar, który Perrotta sprzedaje czytelniczkom spragnionym opowieści pikantnych i pieprznych. Zapomina jednak autor o tym, że w pewnym momencie uporczywe powracanie do tego tematu przy jednoczesnym pomijaniu całej reszty zachowań (skupia się na seksie i na imprezach, właściwie unikając zwyczajności) trochę czytelniczki zmęczy, a przynajmniej odwróci uwagę od kreacji postaci. Kreacje postaci nie są wymyślne - wydaje się momentami, że “Pani Fletcher” to nawet nie tyle obyczajówka erotyczna, co obyczajówka porno, kategoria, w której nieważna jest fabuła ani charaktery, a tylko odpowiedź na pytanie, czy dojdzie do miłosnego spełnienia (a dojść przecież musi). Niby zabawnie jest w tej książce - ale jednokierunkowość wysiłków w końcu znuży. Niby Perrotta prowokuje – a jednak wszystko już było, chociaż niekoniecznie wystawiane na pierwszy plan. Seks świetnie się sprzedaje i dlatego autor ma szansę odnieść sukces na rynku wydawniczym. Pozostawia jednak spory niedosyt.

czwartek, 16 sierpnia 2018

MK Reed, Joe Flood: Dinozaury. Skamieliny i pióra

Nasza Księgarnia, Warszawa 2018.

Sposób na sukces

Dinozaury to temat, który prędzej czy później zafascynuje niemal każdego malucha. MK Reed i Joe Flood z tych zachwytów nie wyrośli. Proponują dzieciom “naukomiks”, pozycję, która łączy w sobie wartości edukacyjne i rozrywkowe, a do tego pobudza wyobraźnię i udowadnia, że wiele rzeczy czeka jeszcze na odkrycie. “Dinozaury. Skamieliny i pióra” to podróż w czasie, zbierająca wielu bohaterów i odkrywców, ale i – sporo informacji na temat prehistorycznych gadów. Z jednej strony liczą się tu same odkrycia, pogłębiające wiedzę o dinozaurach – zestaw ciekawostek dla najmłodszych odbiorców - z drugiej historia owych odkryć, pokazanie, jak zwykły człowiek może zamienić się w badacza, nawet jeśli otoczenie mu na to nie chce pozwolić. To opowieść o determinacji i pasji, energetyzująca i kolorowa. A do tego – bardzo nietypowa.

Bohaterami książki stają się zatem na równi dinozaury i ludzie. Reed i Flood rezygnują całkiem świadomie z udziecinniania tematu, z tworzenia kreskówkowych historyjek z gadającymi stworami: sporą rolę odgrywa tu bezimienny narrator, wiele kadrów zaopatrzonych jest w dymki bez autora wypowiedzi, proste, jednozdaniowe komentarze pozwalające zrozumieć, co naprawdę widać na obrazku. Ale kiedy trzeba, dinozaury odkrywają swoje drugie ja, przestają być obiektami obserwacji, a zamieniają się w ironiczne stwory. Wtedy autorzy decydują się na pojedyncze wymiany zdań, skrótowe i szybkie riposty, komiczne podsumowania zaistniałych sytuacji. Dzięki temu komiks ożywa, a dinozaury stają się istotami, którym warto się przyjrzeć. Dowcipy powinny spodobać się i młodszym, i starszym czytelnikom (jeśli ci będą towarzyszyć pociechom w lekturze): niewymuszone i celne frazy naprawdę cieszą. Spojrzenie na dinozaury nie przez pryzmat bajki, a nauki, sporo zmienia, więc przydaje się podobne ożywienie świata przedstawionego - żeby nie zamęczyć natłokiem wiedzy. Dinozaury gadają wtedy, gdy trzeba złośliwie podsumować okoliczności. Innym razem głos zyskują ludzie (a te dwa światy nie stykają się ze sobą). W przypadku ludzi oceny są mniej korzystne niż w świecie dinozaurów: oto naukowcy, którzy kradną nawzajem swoje dokonania, nie chcą uznawać odkryć lub forsują błędne tezy i przez to opóźniają rozwój nauki. Reed i Flood przyglądają się tutaj mniej chlubnej stronie zdobywania tytułów naukowych, naświetlają okoliczności działania uczonych. Oczywiście sięgają po motywy, które będą dla dzieci zrozumiałe, przedstawiają je tak, by nie budzić wątpliwości (a przy okazji przemycić też zagadnienia natury etycznej). Skupiają się na cechach charakteru, pragnieniach, marzeniach do zrealizowania i na walce o uznanie. Tu przydaje się rozumienie wrażliwości dzieci, ale też ich fantazji. Nagle staje się jasne, jak mało jeszcze wiadomo o dinozaurach: może były w paski, może miały dziwne ozdoby – nawet najbardziej szalone pomysły w pewnym momencie mogą zostać potwierdzone. Wyobraźnię odbiorców rozszerza sposób przedstawiania historii, ale też same kadry (idealnym w tym wypadku wydaje się rysunek z ogromnym szkieletem dinozaura niezbyt głęboko pod ziemią i normalnym życiem toczącym się na powierzchni: ludzie nie zdają sobie sprawy, jak blisko wielkich odkryć czasami są. To motyw, który dzieciom się spodoba, jest bardzo w stylu kilkulatków - a przecież uzasadniony. Obrazki w “Skamielinach i piórach” czasami stanowią sekwencję wyliczeń, pomagają zapamiętać wiadomości na temat dinozaurów, czasami są natomiast zestawem porównań lub kontekstów. Dzięki temu lektura się nie znudzi, aż do końca zajmować będzie maluchy.

środa, 15 sierpnia 2018

Omar El Akkad: Ameryka w ogniu

W.A.B., Warszawa 2018.

Nienawiść

Sarat jest tą bohaterką, która może wyjaśniać odbiorcom, do czego prowadzą zadawnione krzywdy i nieszczęścia. Wychowuje się bez ojca (chociaż była jego pupilką), razem z matką, siostrą bliźniaczką i bratem trafia do obozu dla uchodźców i obserwuje, jak ginie Ameryka, którą znała. Między Północą i Południem rozpoczyna się bowiem okrutna bratobójcza walka. Omar El Akkad przenosi akcję powieści “Ameryka w ogniu” do przyszłości, ale posiłkuje się w kreowaniu wizji rzeczywistymi mechanizmami społecznymi. Można by nawet pokusić się o stwierdzenie, że jego publikacja jest bardziej przestrogą niż powieścią z gatunku rozrywkowych. Autor przygląda się upadkowi państwowości i powrotowi do najbardziej pierwotnych instynktów. Tutaj społeczeństwa nie dbają już o dyplomację ani o budowanie struktur narodowościowych: agresja wyzwala przemoc, złość nakręca ludzi do popełniania czynów, które w zwykłych okolicznościach nie zostałyby przez nikogo zaakceptowane. Trwa wojna, ale wojna w najbardziej prymitywnym wydaniu. Ameryka ginie, niszczona od środka. I teraz autor przygląda się temu zjawisku z dwóch perspektyw. Jedną jest egzystencja Sarat. Kobieta niezłomna i odważna postępuje w zgodzie ze swoim sumieniem, czasami sprzeciwiając się istniejącym nieporządkom, częściej wymierzając sprawiedliwość na własną rękę. Sarat znosi rozmaite upokorzenia i trudy. Od najmłodszych lat przyjmuje wyzwania chłopaków i osiąga niemal niemożliwe cele, skupia się na tym, żeby w żadnym wypadku nie okazać słabości. Jej ciało znaczą kolejne blizny – dowody ekstremalnych przeżyć. Sarat nie zna miłości ani litości, potrafi tylko walczyć. Ale kiedyś wojna się skończy i wtedy kobieta będzie musiała nauczyć się żyć inaczej. Jeden obraz to zatem wojna przez pryzmat jednostki, wyjątkowej, ale mimo wszystko bezbronnej w całej wojennej machinie: losy Sarat wydają się nawet ciekawsze niż same starcia, chociaż autor od krwawych opisów nie stroni. Drugi obraz to wojna w mediach. Omar El Akkad wykorzystuje liczne gatunki prasowe, żeby naświetlić sytuację rzekomo obiektywnie, a przynajmniej w szerszej perspektywie. Tutaj Sarat nie jest już interesująca, nie trafia do artykułów z pierwszych stron gazet. Za to autor ma przestrzeń na budowanie całej opowieści politycznej, otoczki związanej z wojną, a niedostrzeganej przez zwykłego obywatela, który musi walczyć o przetrwanie. Fragmenty wywiadów, reportaże, artykuły, strzępki dokumentów - to wszystko ma urozmaicić stylistykę powieści, ale też dostarczyć czytelnikom uprawdopodobnienia dziwnego świata z przyszłości. Chociaż akcja toczy się w innej rzeczywistości i zahacza o apokalipsę, Omar El Akkad dba o dostosowywanie reakcji ludzi do tego, w co uwierzą bez trudu odbiorcy. Zależy mu na tym, żeby wybory bohaterów wydawały się oczywiste i zrozumiałe dla wszystkich, nie szuka sensacji na siłę, za to mocno opiera się na psychologicznych przesłankach. Dba o dobre poznanie postaci, co wydaje się nietypowe w sytuacji, gdy akcentuje sceny batalistyczne i naturalizm historii. Mógłby spokojnie pominąć psychologiczne aspekty, tymczasem rozwija je i to całkiem nieźle, z literackim wyczuciem. W narracji większy nacisk kładzie na obyczajowość i rozwój postaci niż na budowanie grozy sytuacji. Wie doskonale, że samą prawdziwością (czy prawdopodobieństwem) kierunku akcji wywoła oczekiwany efekt. Jest “Ameryka w ogniu” powieścią zadziwiająco tradycyjną, tu tylko czas akcji przenosi do przyszłości autor, resztę zakorzenia w tym, co wydawało się minione. Nie ucieka w wynalazki, zajmuje się konsekwencjami wyborów i tłumaczeniem, jak zło przemienia się w tragedie na masową skalę.

wtorek, 14 sierpnia 2018

Magdalena Niedźwiedzka: Camilla

Prószyński i S-ka, Warszawa 2018.

Do finału

Ostatnia część trylogii Magdaleny Niedźwiedzkiej musi przynieść wreszcie przełom w relacjach Karola i Camilli. Jednak konkurencja wciąż jest silna: Camilla musi pokonać nieżyjącą Dianę (a nie może zdobyć ani aprobaty społeczeństwa, ani uznania ze strony królowej, której Karol nie potrafi się sprzeciwić: Diana i po śmierci okazuje się przeciwniczką potężną), musi również zmierzyć się z Emily, młodą i ponętną sekretarką, gotową na wszystko i podkochującą się w księciu. Emily nie zawaha się przed niczym, żeby zdobyć Karola. Świadoma, jak działają na mężczyznę damskie wdzięki, ma poza wyglądem inne atuty: jest zdolna i inteligentna, a do tego umie snuć intrygi. Camilla z kolei czuje się ponownie zepchnięta na margines. Nikt się z nią nie liczy, służba nawet nie udaje sympatii (mimo że Karol nie ustaje w wysiłkach, by jego ukochana była traktowana jak członek rodziny królewskiej). Dorastająca córka Camilli wręcz gardzi matką za to, co ta robi ze swoim życiem. Wszyscy wiedzą lepiej, co bohaterka tomu powinna zrobić i co będzie dla niej dobre. W tych planach nie ma jednak miejsca na szczęśliwy związek z Karolem. Pogłębiające się frustracje prowadzą do wciąż nowych i bezsensownych konfliktów. Przez długi czas nic się nie zmienia: ona może tylko czekać na wezwanie księcia, on nie bierze pod uwagę jej potrzeb i tęsknot. Taki związek-niezwiązek nikogo nie zadowala.

Magdalena Niedźwiedzka tym razem unika idealizowania miłości. Owszem, Karol stara się walczyć z despotyczną matką o uznanie dla Camilli, ale do kochanki nie docierają nawet echa tych zabiegów, w wyniku czego czuje się słusznie poszkodowana i ignorowana. Bohaterowie przestają rozmawiać o swoich potrzebach, a łóżkowe schadzki nie są już tak radosne jak kiedyś. Problemy zaczynają dominować. “Camilla” pod tym względem jest chyba najmroczniejszym tomem serii. Autorka jest świadoma, jak budować fabułę, żeby angażować czytelniczki, dostarczać im szeregu wrażeń opartych nie na wydarzeniach, a na emocjach postaci. Tu bowiem brakuje właściwie akcji, to, co się dzieje, rozgrywa się przede wszystkim w sferze odczuć. Owszem, Camilla spotyka się z bliskimi, Karol decyduje na konfrontację z matką, czasami oboje próbują zagrać na nosie dziennikarzom i udowodnić, że za nic mają opinię publiczną i ewentualne skandale – ale to wszystko rozgrywa się ze świadomością, że i tak nie uda się żyć normalnie, wprowadzić Camilli oficjalnie na dwór królewski. Że zawsze będzie musiała żyć z piętnem kochanki księcia, niezależnie od tego, jaką rolę pełni w jego życiu. To wszystko Magdalena Niedźwiedzka nakreśla z dużą wprawą. Motywy, które w poprzednich książkach niespecjalnie się sprawdziły - czyli nastawienie na miłość ponad przeszkodami i rozterki emocjonalne – tutaj bardzo pasują i uzupełniają świat przedstawiony. Autorka bazuje na rzeczywistych postaciach, sugeruje budowanie reportażu z codzienności pałacowej, ale koncentruje się na kilku zaledwie bohaterach, tak, żeby większy nacisk móc kłaść na przeżycia i doświadczenia Camilli. To ta, której się kibicuje, która zasługuje na współczucie i na pomoc, ta, która czeka na baśniową miłość i przekonuje się, że życie nie dorówna marzeniom. Jest miejscami ta książka mocno naiwna, ale do tego Niedźwiedzka przyzwyczaiła: ważniejsze, że potrafi prowadzić zmysłową narrację, radzi sobie z opisywaniem uczuć i przemycaniem wiadomości na temat stanów emocjonalnych postaci bez zarzutu.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com