Strona główna || O autorce || O tu-czytam || Bajki || Bajkowe portfolio                       

środa, 28 czerwca 2017

Sławomir Mrożek: Policja

Noir sur Blanc, Warszawa 2017.

Role

Istnienie policji ma sens tylko wtedy, gdy ktoś nie przestrzega prawa. Jeśli ostatni nieprawomyślny – przebywający aktualnie w areszcie – przekona się, że lepiej przyznać się do błędów i obiecać poprawę – odzyska wolność. To bezpowrotnie zmieni układ sił. Nie będzie już potrzebny Naczelnik Policji ani sama instytucja więzienia. Wprawdzie Sierżant próbuje sprowokować obywateli do buntu i pozyskać w ten sposób następnego skazańca, ale nie jest to proste (zwłaszcza że sam nie przekonał się do dziwnego zadania). W państwie wszyscy są szczęśliwi, nie ma powodów do narzekania. „Policja”, sceniczny debiut Sławomira Mrożka, to dzieło oparte na prostym satyrycznym chwycie – zamianie ról. Autor dokonuje tu odwrócenia, definiuje rzeczywistość zerojedynkowo: można być albo „dobrym” i wtedy nawet najmniejsza wątpliwość nie ma dostępu do umysłu człowieka, albo „złym”, jeśli pojawi się nawet drobna rysa na idealnym wizerunku. „Zły” automatycznie zyskuje rangę czarnego charakteru – z braku poważnych wykroczeń. A poważniejszych wykroczeń nie ma, skoro w państwie prężnie działa aparat policyjny. Tu wszyscy po prostu muszą być zadowoleni. Mrożek pisze sztukę pozornie oderwaną od codzienności, ustroju politycznego czy sytuacji społecznej, odżegnuje się od pozaliterackich skojarzeń i doskonale wie, że nikt mu w te zapewnienia nie uwierzy. „Policja” okazuje się w dodatku uniwersalnym komentarzem; do różnych rządów idealnie pasuje. Każdy odczytywać będzie tę drobną historię przez pryzmat własnych obserwacji i każdy dostrzeże geniusz Mrożka – mimo formalnej prostoty. Jego tekst zawiera szereg ważnych obserwacji. Sam Sławomir Mrożek w tym dramacie staje się satyrykiem. Tak rozwija akcję, by uwypuklać absurdy. Operuje stereotypami i oczywistościami, które wprowadzone w nowy kontekst zmuszają do weryfikowania ocen. Tu każdy ma swoje zadania narzucane z góry, ale autor przełamuje „rutynę”, by podkreślić nonsensy płynące ze ślepego posłuszeństwa. Zestawia pozorną swojskość z nierealnością modelowej krainy. Do odgrywania ról wszyscy są mocno przywiązani – zwłaszcza że dzięki temu nie muszą analizować własnych reakcji. Automatyzacja to kolejny środek komizmotwórczy uruchamiany przez Mrożka precyzyjnie. W „Policji” z wysiłkiem zbudowana quasi-stabilizacja za sprawą jednego tylko człowieka zaczyna obnażać słabości całego systemu.

Tutaj Sławomir Mrożek wybiera przejrzyste chwyty i rozmowy właściwie nienaturalne, podporządkowane absurdom. Ale też „Policja” nie ma być kopią prawdziwego życia – powinna za to uwypuklać pułapki i niebezpieczeństwa systemów totalitarnych. „Młody” Mrożek imponuje ostrością spojrzenia, ale też pomysłem uproszczonym do granic możliwości bez straty dla przesłań. Bohaterom nie wolno wykazywać się nadmierną inteligencją – oni tylko działają i dzielą się refleksjami na temat postaw. To czytelnicy będą mogli wyciągać wnioski z gorzkiej i przewrotnej przygody. Co ciekawe, „Policja” po latach znów nabiera blasku – a może też nigdy go nie traciła?

Niepozorny tomik to prawdziwa eksplozja satyry. Satyry właśnie, bo Mrożek buduje drugie dno historii, poza tym, że pozwala się odbiorcom pośmiać z absurdalnej sytuacji. Mrożek udowadnia również, że wszystko jest kwestią interpretacji. Jego bohaterowie są (już?) niewrażliwi na ironię, a w związku z tym stają się śmieszniejsi. A jednak „Policja” to tomik – i dramat – bardzo niebezpieczny. Warto przyjrzeć się tej publikacji, choćby dla porównania z bardziej znanymi dziełami tego autora, to nie ulega wątpliwości. Ale przede wszystkim badaczy humoru może zachwycić czystość stosowanych tu zabiegów komizmotwórczych oraz cyzelowanie puent. Niby wiadomo, jak może się potoczyć akcja – ale trzeba sprawdzić, jak to Mrożek rozwinie.

wtorek, 27 czerwca 2017

Wojciech Widłak: Wesoły Ryjek i lato

Media Rodzina, Poznań 2017.

Wakacje

„Dzień dobry, nazywam się Wesoły Ryjek”, mówi Wesoły Ryjek na początku każdego opowiadania w całej serii. I od razu robi się wesoło, bo Wesołego Ryjka trudno nie lubić. To bohater-dziecko, powołany do istnienia przez Wojciecha Widłaka – a prezentujący rzeczywistość z perspektywy malucha. Wesoły Ryjek wszędzie chodzi z nieodłącznym żółwiem przytulanką. Bardzo zwraca uwagę na nastroje swojej maskotki: dba o to, żeby nie czuła się wykluczona z codziennych rozrywek – i żeby nigdy nie była smutna. To pokazuje małym czytelnikom i ich rodzicom znaczenie empatii. Bohater znakomitego cyklu na maskotkę przenosi własne lęki czy niepewności. Ryjek dba o żółwia tak samo, jak rodzice powinni dbać o dzieci, a dzieci – o swoich przyjaciół, niekoniecznie tych pluszowych. To jedna z lekcji, jakie wynosi się z lektury poza tym, co zapisane. Bo przecież każdego dnia Wesoły Ryjek uczy się czegoś nowego, a swoje obserwacje prezentuje jako puenty do historii. Dowiaduje się o rzeczach abstrakcyjnych – rodzajach marzeń, budowaniu wspomnień czy o smutku, który pozwala odkrywać nowe zabawy. Bohater przekonuje się, że każdy w rodzinie jest potrzebny – i że miło jest siedzieć z rodzicami przy ognisku. Do tego dochodzą wiadomości bardzo praktyczne, choćby informacja o przydatności latarni morskiej lub… o przejedzeniu się jagodami.

Tomik „Wesoły Ryjek i lato” dotyczy typowo wakacyjnych rozrywek na miarę każdego malucha. Ciekawe może być oglądanie kształtów chmur, wpatrywanie się w gwiazdy z rodzicami, zabawa na plaży czy wyprawa na jagody. Wesoły Ryjek wyrusza nawet w świat (skąd oczywiście wraca na obiad). Ten mały bohater cieszy się czasem spędzonym z rodzicami, ale umie też bawić się sam i nigdy się nie nudzi. Dorośli pomagają mu w zrozumieniu, że jeśli dla prosiaczka wszystkie żaby wyglądają identycznie, to może dla żab to prosiaczki są nie do rozróżnienia – i uświadamiają, że małym prosiaczkom nie wolno rozpalać ognisk. Zapobiegają wielkim rozczarowaniom (nie ma kapitańskiej czapki z imieniem Wesoły Ryjek, ale na to znajdzie się prosta rada) i pozwalają dziecku rozwijać wyobraźnię. U Wesołego Ryjka dzieje się dużo, a historyjki są zrozumiałe dla najmłodszych – poza tym, że uczą, to bardzo cieszą. Wesoły Ryjek jest przecież zawsze uśmiechnięty i do tego uroczo naiwny. Kiedy relacjonuje swoje przygody, dostrzega to, czego dorośli zazwyczaj nie widzą, lub co bagatelizują. Wesoły Ryjek staje się zatem przewodnikiem w sam raz dla maluchów – pochodzi z ich świata, ma ich wrażliwość i ogromne poczucie humoru. Udał się Widłakowi ten bohater – który o nic nie walczy, niczego nie oczekuje, a jednak budzi zainteresowanie i sympatię.

Do przygód Wesołego Ryjka bardzo pasują też kolorowe i dziecięce ilustracje Agnieszki Żelewskiej. Dzięki nim można uczestniczyć w każdej przygodzie i dostrzegać to, co Wojciech Widłak akcentuje. Rysunki Żelewskiej są kolorowe i pełne humoru, a przy tym utrzymane w duchu dawnych polskich bajek animowanych. Pierwszoplanowi bohaterowie mają tu wyraźne kontury, tła tworzone są z dorysowywanek i szkiców, by nie odwracały uwagi od tego, co ważne. Żelewska odrzuca „komputerową” poprawność, czasami w ogóle celowo wyjeżdża za linię i zaznacza fakturę papieru – tak podkreśla zamierzoną „nieidealność” obrazków i sprawia, że grafiki pokochają wszyscy fani Wesołego Ryjka. Ten bohater znakomicie poprawia humor – a Wojciech Widłak nie obniża poziomu, kolejne tomiki w serii przyczyniają się do zwiększenia liczby fanów Wesołego Ryjka. I wcale nie trzeba być kilkulatkiem, żeby cieszyć się tymi powiastkami. Wesoły Ryjek to kwintesencja dzieciństwa, zabawy i wyobraźni potrzebnej do ubarwiania codzienności.

poniedziałek, 26 czerwca 2017

Eryk Ostrowski: Tajemnice Wichrowych Wzgórz. Prawdziwa historia Branwella i Charlotte Brontë

PWN, Warszawa 2017.

Śledztwo

Wielkie dziewiętnastowieczne narracje i dzisiaj cieszą się popularnością. Wynika to po części z tęsknoty za klasyczną i starannie dopracowaną prozą, a po części z akcji promocyjnych (kioskowa edycja z arcydziełami kierowana do pań). W związku z niesłabnącym zainteresowaniem tekstami, na rynek wkraczać mogą też opracowania. Eryk Ostrowski na temat swoich poszukiwań wybiera sobie autorstwo „Wichrowych Wzgórz” i przywraca świadomości czytelników postać Branwella – zapomnianego brata sławnych sióstr Brontë. Od początku walczy o uznanie Branwella za pełnowartościowego pisarza, za to podważa wkład Charlotte w dzieło. Zależy mu na tym, żeby czytelnicy sami prześledzili dostępne przesłanki i dokumenty – i wyciągnęli wnioski przemawiające za Branwellem jako świadomym oraz niedocenionym twórcą. Zdaje sobie jednak sprawę, że to, co u Charlotte było uznawane za przełomowe, szokujące i niedostępne przez zwykłe poznanie, dla młodego Branwella stanowić mogło codzienność. A wtedy zamiast arcydzielności i sięgania do utajonych okładów natury i kobiecej psychiki odbiorcy otrzymaliby jedynie zapis wrażeń dostępnych mężczyźnie.

Na początku – teoria spiskowa i ostre protesty przeciwko uznaniu Charlotte Brontë za autorkę „Wichrowych Wzgórz”. Eryk Ostrowski próbuje przywrócić Branwella do świadomości czytelników. Sięga po jego utwroy, w wierszach dopatruje się podobieństw do prozy, czyta korespondencję i sprawdza, jak rodzeństwo traktowało literackie wprawki. Szuka śladów Branwella na obrazach i pyta, dlaczego ów młodzieniec został tak starannie wymazany z historii literatury. Interesuje go wyłącznie relacja między Branwellem i Charlotte, na inne siostry jako zdecydowanie mniej utalentowane i niezdolne do tworzenia wielkich powieści (ani w ogóle dzieł wysokich lotów) nie zwraca uwagi. Za to obsesyjnie sprawdza, co w jakim etapie życia robił Branwell i jak pasuje to do fragmentów „Wichrowych Wzgórz”. Analizuje kontakty z Charlotte i próbuje pojąć, dlaczego nie chciała ona podzielić się – coraz bardziej wątpliwymi – zasługami z bratem. Definiuje rodzinne komplikacje, nie tracąc z oczu powieści. W pierwszych rozdziałach wydaje się w ogóle, że obszerny tom zdominuje śledztwo w sprawie istnienia Branwella i Branwella-pisarza. Dopiero później Ostrowski trochę uspokaja rytm i przechodzi do zestawiania życiorysów. Cały czas podpiera się obszernymi cytatami. Momentami sprawia nawet wrażenie, jakby nie chciał już samodzielnie wyciągać wniosków – przedstawia odbiorcom rozbudowane fragmenty dzieł, dokumentów lub opracowań i pozwala, by same wchodziły w dialog. Nie jest to najlepsza metoda pracy: warto było poskracać przydługie cytaty i pokazywać odbiorcom tylko to, co niezbędne dla uargumentowania tez – a nie zmuszać ich do samodzielnego przedzierania się przez cudze komentarze. Pomijając nieszczęśliwą formę, „Tajemnice Wichrowych Wzgórz” mogą się podobać za sprawą dokładności. Eryk Ostrowski nie pomija żadnego etapu krótkiego życia bohatera, łączy jego biografię z twórczością i rzeczowo prezentuje dowody na autorstwo powieści. Do tego zwraca uwagę również na błędy i uproszczenia badaczy – widać, że ma opanowaną literaturę przedmiotu. Nie odważa się wprowadzać samodzielnych koncepcji, raczej referuje – dlatego tak przeszkadzają rozłożyste cytaty – wykonuje jednak sporą pracę. I chociaż dziś publiczność literacka nie potraktuje tematu jako zalążka skandalu, otrzyma całkiem udany przewodnik po tworzeniu. Można się zastanawiać, czy złożona interpretacja malarstwa lub portretów są tu naprawdę niezbędne – ale w końcu „Tajemnice Wichrowych Wzgórz” to tytuł dość pojemny i pozwala na przekazywanie zgromadzonych informacji z różnych kręgów tematycznych – jeśli tylko w pewien sposób zahaczają o biografię.

niedziela, 25 czerwca 2017

Aida Amer: Kroniki z życia ptaków i ludzi

Nasza Księgarnia, Warszawa 2017.

Doświadczenia

Aida Amer powraca do tematu, który wydawał się już do granic możliwości wyeksploatowany – w końcu ile jeszcze pisania o pierwszej i drugiej wojnie światowej i o ludzkim cierpieniu zniesie rynek? „Kroniki z życia ptaków i ludzi” to historia, której akcja toczy się na Podlasiu i na Mazurach – te ziemie stają się niemym świadkiem wstrząsających wydarzeń, które są udziałem dwóch rodzin, polskiej i niemieckiej. Zwłaszcza lata 20. i 30. XX wieku absorbują autorkę – słychać tu echa wielkiej historii i wojennej zawieruchy, ale można żyć w miarę normalnie, to jest skupić się na rodzinie i wychowywaniu potomstwa. Codzienność prostych ludzi pełna jest wielkich emocji, tyle że kompletnie nieksiążkowych, nienadających się do przeniesienia na ekran. Kolejne dzieci przychodzą na świat, spora ich część nie dożywa nawet swojego pierwszego dnia. Kobiety najpierw marzą o wielkim i romantycznym uczuciu, a potem muszą godzić się z tym, co przyniesie zwykle niełaskawy los – męczyć się w związkach z mrukami i brutalami, bez możliwości stanowienia o sobie. Na nic kobiece sztuczki, skoro żona winna jest mężowi posłuszeństwo. Rytm życia reguluje natura, człowiek ma niewielki wpływ na własny los.

Tak dzieje się w latach bez wojny. Ludzie w zaciszu domu przeżywają swoje dramaty, borykają się z dylematami trudnymi do rozwiązania nawet w o wiele bardziej cywilizowanym świecie. Gdy przychodzi wojenna zawierucha, wszystko się komplikuje. Autorka nie oddala się od domów swoich bohaterów, ale znajduje sposób na przedstawienie grozy wojny – i to sposób bardzo dobry. Nie powtarza znanych schematów, wydarzenia z historii przekłada na powieść za sprawą doświadczeń idealnie skonstruowanych bohaterów. Postacie tutaj wiele mogą znieść, ale każde przeżycie bezpowrotnie ich zmienia i wpływa nawet na odległe decyzje. Rodzinna antysielanka zostaje przerwana przez wojnę – zmieniają się jedynie źródła problemów i lęków.

Pokazuje Aida Amer, jak dużo wie ziemia. Co pewien czas wplata w życiorysy ludzi wiadomości o ptakach – jedyny wątek przymierza czy harmonii z naturą. Ludzie nie potrafią się podporządkować kolei rzeczy, działają autodestrukcyjnie lub na szkodę najbliższych. Ptaki tymczasem mogą osiągnąć szczęście, bo nie przeciwstawiają się przeznaczeniu. Ptakiem – w metaforycznym sensie – jest też Jan Putra, który nie boi się zaryzykować i udaje się w podróż, chociaż wiek teoretycznie nie pozwala mu na takie posunięcia. Aida Amer prowadzi opowieści o jednostkach – członkach wielkich familii z różnych pokoleń i potrafi zaplatać motywy bez przewidywalności czy rutyny. Rozproszenie narracji bardzo się jej przydaje – dzięki temu może porzucić chronologię. O przeskokach czasowych (przeważnie niewielkich) informują daty funkcjonujące jak tytuły rozdziałów i początkowo sceptycyzm budzi przeskakiwanie między latami, zbyt swobodne i słabo uzasadnione. Amer jednak panuje nad czasami i nie zmusza do umysłowych wolt. Zatapia w opowieści detale składające się na codzienność – do tego stopnia, że nie ma już czasu na budowanie filozoficznych rozważań.

„Kroniki z życia ptaków i ludzi” to piękna opowieść, która budzi niezgodę na prezentowaną rzeczywistość. Aida Amer nie rozczula się nad swoimi bohaterami, każe im z pokorą przyjmować ciężki los i odbiera nadzieję – jest w swoich poszukiwaniach tematu boleśnie szczera. Porusza tu kwestie wielokrotnie już w literaturze przedstawione, a jakby tego było mało, daje odbiorcom subiektywny przewodnik po nich, wyjaśniając w posłowiu, co, skąd i dlaczego. Aida Amer nie boi się ryzyka, dzięki czemu „Kroniki z życia ptaków i ludzi” wybrzmiewać mogą tak mocno. To książka niełatwa – i stojąca w sprzeczności z kanonami literatury rozrywkowej – ale jednocześnie bardzo potrzebna.

Krzysztof Niedźwiedzki: Elora. Wielka Wyprawa

Dreams, Rzeszów 2017.

Wrogowie jeży

Są tylko jeże i ich odwieczni wrogowie, turnie. Jeże co parę lat muszą szukać nowego miejsca dla siebie – w przeciwnym razie zginęłyby. Godzą się z taką sytuacją i gry nadejdzie pora, wyprowadzają się ze swoich mieszkań. Nikt się nie sprzeciwia, tak widocznie musi być. A przynajmniej musiało, do tej pory. Jeże odnalazły dla siebie naprawdę wygodne miejsce i od kilku lat zdążyły się już do niego przyzwyczaić. Niestety w okolicy znów pojawiają się groźne turnie. Turnie wiedzą, jak pokonać jeże – mimo ich kolców. Są bezwzględne i okrutne, zawsze też zdobywają to, po co przyszły. Jednak tym razem jeże zwołują radę starszych i zastanawiają się nad tym, co zrobić. Biorą pod uwagę zdanie najbardziej doświadczonych członków grupy i… nie odrzucają nawet pozornie straceńczych planów. Popełniają przy tym jeden błąd: nie wtajemniczają w plany swoich dzieci, najmłodszych w grupie. Dlatego też Krążek, młody urwis, postanawia wcielić w życie własny, brawurowy plan. W końcu spodziewa się po dorosłych tego, co zwykle – ucieczki. Krążek zbiera grupkę podobnych sobie zapaleńców i przeprawia się na drugą stronę rzeki, nie mówiąc nic rodzicom. To znaczy – młode jeże rozsądnie zostawiają wiadomość zaprzysiężonemu odpowiednio dzieciakowi – ale i tak prawda dociera do dorosłych później, tak, żeby nie mieli już możliwości zatrzymać pociech. Nie ma jednak czasu na misję ratunkową, nawet jeśli tego życzyliby sobie zrozpaczeni rodzice: w okolicy przybywa turni i rad starszych musi wcielić w życie własny ryzykowny plan. Dwie akcje toczą się swoim trybem, skazane tylko na siebie dzieci uczą się odwagi i współpracy, dorośli przekonują się za to, jak ciężko realizować wojenną misję, gdy w grę wchodzi strach o bliskich. A turnie? Do końca nie wiadomo, czym naprawdę są – istnieją wyłącznie jako wrogowie jeży. Krzysztof Niedźwiedzki bardzo długo czeka z konfrontacją i w efekcie coraz trudniej mu utrzymywać odbiorców w strachu (z bohaterami idzie dużo łatwiej). Turnie w końcu nadejdą. Ale zanim ofensywa się zacznie, postacie nauczą się pokonywać własne słabości. I kto wie, czy nie jest to najważniejsze przesłanie powieści.

Jeże tęsknią za Elorą: to kraina z ich legend, miejsce wiecznej szczęśliwości, miejsce, do którego warto wyruszać wciąż na nowo, świat idealny i nieistniejący. Elora towarzyszy jeżom jako spodziewana nagroda za wysiłki i odwieczny cel. Krzysztof Niedźwiedzki odrabia zadanie z tworzenia fabuł – w zasadzie od strony konstrukcyjnej nie można „Elorze” niczego zarzucić – a przygotowana została tak, by łatwo przerodziła się w serię. Niedźwiedzki stawia na klasykę w konstruowaniu historii, nie chce odrywać się od sprawdzonych rozwiązań i motywów, które zapewniają wartką akcję. Jedyną nowością, urozmaiceniem treści, jest przeniesienie wydarzeń do świata jeży. Ale to jeże antropomorfizowane, w ich społeczności wszystko działa tak, jak u ludzi – bez większych modyfikacji.

Za to w warstwie opisów Krzysztof Niedźwiedzki wypada zdecydowanie słabiej. Pisze dla najmłodszych – tych przekonają konspiracyjne spotkania jeży i motyw tajemnicy oraz zbliżająca się konfrontacja z turniami. Jednak z drugiej strony „Elora. Wielka Wyprawa” to całkiem spora powieść – nawet mimo dużego druku i interlinii – dla dzisiejszych kilkulatków to dużo tekstu do przetrawienia. Autor dba o to, żeby odbiorcy kibicowali jeżom, ale w trakcie historii znajduje do tego coraz mniej powodów. Płaci tu za jednokierunkowość wysiłków i prostą fabułę.

„Elora. Wielka Wyprawa” to książka upraszczana w każdym wątku i każdym elemencie konstrukcji. Krzysztof Niedźwiedzki próbuje swoich sił w gatunku dzisiaj nieco zapomnianym. Trwa moda na powieści komiksowe i skracanie tekstów do granic możliwości, a Niedźwiedzki chce klasycznej narracji dużego formatu. To eksperyment i nie wszystkie maluchy się na niego zgodzą. Krzysztof Niedźwiedzki pisze po swojemu, nie oglądając się na trendy w literaturze czwartej.

sobota, 24 czerwca 2017

Edward Dziewoński: W życiu jak w teatrze

LTW, Łomianki 2017.

Sceny z życia

Edward Dziewoński to postać, której przedstawiać nikomu nie trzeba. Większości odbiorców kojarzy się przede wszystkim z legendarnym już kabaretem Dudek, część może kojarzyć go z teatrów (czy z teatru telewizji) i jako dyrektora jednej z komediowych scen stołecznych. O wszystkich swoich życiowych pomysłach Dudek opowiedział kiedyś w książce „W życiu jak w teatrze”. Teraz tom, który był już dostępny wyłącznie w niektórych bibliotekach, wraca na rynek 0 i bez wątpienia znajdzie kolejnych czytelników zainteresowanych kulisami twórczości rozrywkowej. Ponadto tom stanowi przeciwwagę dla publikowanych dzisiaj hurtowo autobiografii, wywiadów-rzek i pobieżnych wspomnień ludzi sceny. Dziewoński bowiem pisze z klasą, wypowiada się bardzo elegancko (i naturalnie przy tym). Zestawia wydarzenia z przeszłości ze swoimi wspomnieniami, z przemyśleniami na temat kondycji teatru czy z anegdotami. „W życiu jak w teatrze” to książka, która nie ma narzuconej formy, żadnego gorsetu, który uniemożliwiałby swobodny nurt myśli. Edward Dziewoński nie musi tworzyć pełnej autobiografii, wybiera memuary, a w tej formie wolno mu już wszystko. Przywołuje różne tematy – od osobistych, dotyczących kolejnych żon lub przyjaźni – po zawodowe (odkrywanie aktorek, decyzje dyrektorskie i zagraniczne wojaże z zespołem kabaretowym). Na wiwisekcje decyduje się co pewien czas, wtedy albo przytacza urywki wywiadów (lub autowywiadów), albo własne felietony ułożone seriami. Różnorodność formalna wspiera treściową – Edward Dziewoński jawi się jako człowiek, któremu na sercu leży dobro teatru. Jednak nie potrafi walczyć inaczej niż słowem – dlatego też w tekstach użytkowych daje upust frustracjom czy rozgoryczeniu. Przeważnie jednak zachowuje dość pogodny ton zwierzeń.

„W życiu jak w teatrze” to książka, dzięki której można lepiej poznać nastroje Dudkowych – kabaretowych i teatralnych – zespołów, ale też wzajemne żarty czy zabawy. Towarzyskich rozrywek i pomysłowości można tylko bohaterom tych opowieści zazdrościć. Dudek uwiecznia między innymi fragmenty… stylizowanej na pogrzeb imprezy imieninowej. To kreatywność, która robi wrażenie na odbiorcach – ale pokazuje też, jak budować atmosferę w zespole. Dziewoński sięga po anegdoty ze sceny nie po to, żeby pochwalić się znajomościami: w końcu sam staje się idolem wielu odbiorców z różnych pokoleń. Co ciekawe, niewiele mówi o Dudku. Nie powtarza tego, co czytelnikom znane z różnych źródeł. Dba o precyzję myśli i nie lekceważy swoich odbiorców. Rezygnuje przy przygotowywaniu tomu z pośpiechu, a to do teraz procentuje – widać, że książka była starannie przemyślana i dopracowana. Dzisiaj stanowi kontrapunkt dla popbiografii – staje się niemal symbolem pisania literackiego, eleganckiego stylu i szacunku dla odbiorcy wpisanego w tekst. Dudek nie uznaje półśrodków, obce są mu uproszczenia czy banały. Nie boi się wygłaszać własnego zdania, bez względu na to, czy dotyczy chałtur, czy – traktowania najlepszych aktorów. Odrzuca też w memuarach pokusę rozśmieszania. Przytacza wiele dowcipnych sytuacji i scenek, ale nie szuka ich na siłę, daje też odbiorcom od śmiechu odpocząć. Więcej o Dziewońskim mówi ta książka niż przygotowany przez przyjaciół ze sceny zbiór wspomnień – ale też „W życiu jak w teatrze” to nie pozycja jednowymiarowa czy przewidywalna. Pokazuje ta publikacja podejście artysty do tworzenia, występowania i do teatru. Nie do przecenienia są Dudkowe sentencje, zapiski na marginesie zwierzeń – te o teoretycznym posmaku, choćby i najbardziej kategoryczne. Cieszy fakt, że wspomnienia Edwarda Dziewońskiego wracają na rynek – wzbogacone o zdjęcia z archiwum – to dobra metoda na przypomnienie postaci, bez której trudno sobie wyobrazić historię rozrywki w Polsce. Edward Dziewoński – jedyny w swoim rodzaju – najlepiej upamiętnił własne pomysły i dokonania.

piątek, 23 czerwca 2017

Jenn Diaz: Matka i córka

Prószyński i S-ka, Warszawa 2017.

Świat kobiet

Ta relacja jest uświęcona – ale nie należy do świętych. Bo kobiety, choćby i najbardziej gloryfikowane, mają swoje kaprysy i problemy, z których nie potrafią się wyzwolić. W dodatku nawet te deklarujące siłę i moc wspólnoty płci uzależniają się od mężczyzn. Bez tych mężczyzn nie istnieją. To oni są katalizatorem wydarzeń, nawet w domu zdominowanym przez kobiety. Przekonuje się o tym Gloria, gdy umiera jej mąż. Teraz rodzinę Glorii tworzą ona, jej szwagierka oraz dwie dorosłe córki (czasem – ze swoimi partnerami). Każda z nich ma swoje osobne życie i problemy, którym nie zaradzą najbardziej życzliwe dusze, a większość bierze się z relacji miłosnych bądź naruszonych więzi rodzinnych. Gloria od początku nie darzy sympatią siostry męża, ale musi nauczyć się wyrozumiałości wobec niej – i akceptować kobietę pod własnym dachem. Dolores zajmuje się z kolei niespełnionym macierzyństwem oraz miłością do mężczyzny, który jest ojcem małej dziewczynki. Nie założy już własnej rodziny, za bardzo pokaleczona przez życie została. Teraz może tylko walczyć o skromną namiastkę familiarności, skupiając się na dylematach bratanic. Jej zmartwień nikt nie zrozumie. I młodsze pokolenie wplątuje się w obyczajowe pułapki. Jedna z bohaterek decyduje się na bycie kochanką żonatego mężczyzny. Swoje uczucie musi trzymać w tajemnicy, chociaż żona doskonale zdaje sobie sprawę z istnienia „tej drugiej”, wie nawet, jak ma na imię. Obie mają jedynie gwarancję od ukochanego – że… żadnej nie zostawi. Każda kobieta, jaka wkracza do tej historii, wprowadza automatycznie nowe zawirowania i komplikacje. Mężczyzn w tej powieści jest kilku – dwóch należy już do przeszłości, zmarli, pozostawiając po sobie uczuciowy chaos i wiele niewyjaśnionych spraw. Okazuje się, że to ich zdecydowanie i interwencje wprowadzały ład w najdziwniejsze życie. W tomie „Matka i córka” nic nie może przeszkodzić w analizowaniu kobiecej psychiki, sekretów wspólnych przedstawicielkom różnych pokoleń. Jenn Diaz przy próbie streszczania wypada jak autorka telenoweli. Tymczasem rozwój wydarzeń ma jej posłużyć do ukazania głębokich prawd o kobietach.

„Matka i córka” to krótka powieść, a może powieściowy esej. Autorka towarzyszy swoim bohaterkom w momentach dla nich przełomowych, punktach, które wybijają kobiety z umownej strefy komfortu, a przynajmniej nakazują zweryfikowanie dotychczasowych rozwiązań. Wydaje się, że cała historia pod kątem fabularnym nie ma zbyt dużego znaczenia: sytuacja mogłaby się rozwijać dowolnie. Ważniejsze jest, że kolejne zdarzenia odsłaniają treści psychologiczne. Od pierwszych słów Diaz sugeruje, że jest zainteresowana budowaniem przekonujących portretów psychologicznych – i to nie jednostkowych, kobiet, które występują w tej relacji – ale ogólnie portretów pasujących do pań, bez względu na doświadczenia życiowe czy kulturowy kontekst. Ma do tego dryg: już od pierwszych stron widać ostrość spojrzenia, precyzyjne i wartościowe uwagi i dystans do prezentowanych charakterów. „Matka i córka” zamienia się w studium płci pod pozorami powieści. Przekonujące są tu reakcje postaci, odpowiedzi na wprowadzane sytuacje. Autorka prowokuje do działania przez szereg kryzysów – i chociaż stara się unikać przewidywalności, trudno nie przyznać jej racji w wyborach podejmowanych przez bohaterki. Jest w tym również swoista czułość, wyrozumiałość wobec kobiet połączonych więzami krwi i wystawianych na poważne próby. Bohaterki sprawdzają się w rolach żon i wdów, kochanek, córek i sióstr – autorka piętrzy relacje, a na temat każdej ma coś ciekawego do powiedzenia. „Matka i córka” przemyca opowieści o nienarodzonych dzieciach lub o starości – przez pryzmat bycia kobietą – wszystko w oparciu o kobiecość spełnioną. To powieść dopracowana stylistycznie w każdym szczególe, ale największe wrażenie wywiera za sprawą spojrzenia na płeć piękną. Jenn Diaz delikatnością zachwyca.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com