Strona główna || O autorce || O tu-czytam || Bajki || Bajkowe portfolio                       

niedziela, 25 sierpnia 2019

Leszek Libera: Utopek

Od Do, Łódź 2018.

Z zaświatów

„Dziura w historii to nic dobrego, nawet gdy historia jest głupia” wyjaśnia narrator „Utopka”. Historia jest u tego autora tematem, na który stale się wpada – nieprzypadkowo, po to, żeby pokazać czytelnikom jej mankamenty i pułapki. Historia jest przerywnikiem, ale i katalizatorem działań Buksa Molendy, utopka, który przemierza świat, żeby przeanalizować to, co dzieje się w różnych czasach. W pierwszym rzędzie jednak ów utopek musi dorosnąć. I na jego dzieciństwie oraz młodości koncentruje się Leszek Libera w pierwszym tomie obrazoburczej i buntowniczej opowieści. „Utopek” jest samodzielną książką, na której autor poprzestać nie mógł, bo też i odbiorcom jego bohater bardzo przypadł do gustu. Utopek wychowuje się na Śląsku, zresztą obserwuje to, co tutaj się dzieje i przesącza swoje doświadczenia przez pryzmat wierzeń lokalnych. Nie przeszkadza mu to jednak w odnoszeniu się do szerszego planu historycznego. Buks jest dzieckiem, które sprawia problemy wychowawcze, o matce – przynajmniej rzekomej matce – wyraża się wyłącznie niepochlebnie, wyciąga na światło dzienne jej wady i podłości. Jeśli sprzeciwia się bezpośrednio – obrywa za to, co wcale nie przeszkadza mu na bunt następnym razem. W chwilach słabości, grozy albo pragnienia, utopek włazi do beczki, liże jej klepki i przechodzi pierwsze seksualne doświadczenia. W tym świecie zresztą nie ma nic normalnego. Maryjka Porwol to dziewczyna, która bez przerwy je kaktusy (i kaktusami karmi wszystkich potrzebujących), a to zaledwie jeden ze słabszych sygnałów absurdu. Przy takich popisach wyobraźniowych może autor zakodować w książce dość gorzkie oceny Ślązaków i ich stosunku do historii (czy też miejsca w historii). Ślązak według tej opowieści bierze się z historii ojczyźnianej i pierdzenia – w końcu Libera przedstawia kilku dalszoplanowych komentatorów, którzy wyłącznie tym – oraz piciem w karczmach – się zajmują, co nie przeszkadza im w wygłaszaniu „wielkich” komentarzy na temat rzeczywistości. Buks Molenda wie, jak pozbyć się świerzbu i dlaczego Ślązacy źle sobie radzą z władzami komunistycznymi. Tu różne zagadnienia splatają się ze sobą, płyną z siebie bezpośrednio, chociaż na pierwszy rzut oka nie mają ze sobą związku. Leszek Libera jednak potrafi pisać tak, że każdego porwie rytm jego narracji. Nieważne, czy chodzi tu o faktyczne wydarzenia, analizę historii i polityki, czy też – o motywy fantastyczne, z pogranicza snu i absurdu. I w jednym,i w drugim przypadku autor radzi sobie doskonale. Przygląda się społecznym lękom i reakcjom, poddaje surowej ocenie to, co zasługuje na krytykę. I nigdy, przenigdy nie bawi się w dyplomację. W tej książce dzieje się mnóstwo, akcja cały czas się zmienia i ulega modulacjom, coś, co w pewnym momencie jest oczywiste, za chwilę zostanie postawione na głowie – i będzie tak samo prawdziwe jak przed chwilą.

Ma ta proza swój specyficzny rytm, jest atrakcyjna ze względu na sam język (ogromna w tym zasługa tłumaczki, Sława Lisiecka bez wysiłku radzi sobie z melodyjnością i z ironicznymi zabiegami, ma też rękę do aforystycznych komentarzy). „Utopek” jest z jednej strony przeglądem doświadczeń całego narodu i sprawdzaniem pojemności społecznych sfer, z drugiej – zabawą literacką, prowokacją i sprawdzaniem wytrzymałości odbiorców. Tutaj nie ma mowy o tym, by akcja na moment przystanęła albo przestała być przekonująca. Bez względu na to, co wymyśli utopek, nie przestanie dzielić się z czytelnikami trafnymi ocenami rzeczywistości. A że sam bierze się ze świata spoza realizmu – tym bardziej jest przekonujący.

Zofia Stanecja: Tuli Tuli opowiada, kto gdzie mieszka. Żółwik z oceanu

Nasza Księgarnia, Warszawa 2019.

Przygoda w oceanie

Żółwik Pikin to bohater, któremu dzieci będą towarzyszyły od wyklucia z jaja (a nawet wcześniej, bo zaobserwują moment złożenia jaj przez żółwicę na plaży). Wszystko po to, żeby móc prześledzić, co dzieje się w oceanie, jakie stworzenia da się tam spotkać i jak wygląda życie żółwi morskich. Zofia Stanecka proponuje najmłodszym edukacyjną czytankę pełną ciekawostek, ale też atrakcyjną fabularnie. Można na tej książeczce ćwiczyć czytanie, można po prostu szukać w niej emocji – Stanecka potrafi przecież prowadzić zajmująco narrację. „Żółwik z oceanu” to propozycja, która wpada w oko z wielu powodów. Seria Tuli Tuli opowiada, kto gdzie mieszka, już teraz ma zadatki na hit wydawniczy, nie tylko ze względu na znakomitą autorkę. Zofia Stanecka – która rynek podbiła w pewnym momencie serią o Basi, a później w każdej kolejnej historyjce dla kilkulatków udowadniała swój kunszt, wyobraźnię i rozumienie maluchów – sprawdza się teraz w lekturze przyrodniczej.

Żółwik biegnie po plaży, żeby uciec przed groźnymi ptakami. Zwiedza rafę koralową, poznaje coraz więcej istot – zwierząt i roślin. Trafia na niego między innymi mały żółw karetta, daleki kuzyn. Bohater nudzić się nie będzie: kiedy akurat nie jest zajęty poznawaniem otoczenia, uczy się, kogo w głębinach lepiej unikać: tuż obok przepływają rekiny lub orki. Ale największym zagrożeniem dla morskich stworzeń (i nie tylko dla nich) jest, niestety, człowiek. Żółwik dowiaduje się, że nie wolno zjadać plastikowych torebek dryfujących w wodzie: słyszy, że innym zwierzętom przypominają one meduzy. Adrenaliny nie zabraknie, na małego bohatera czyha wiele niebezpieczeństw. Ale ponieważ opiekuje się Pikinem dobry duszek Tuli Tuli, wszystko musi skończyć się dobrze.

Poza ciekawostkami w treści, pojawiają się tu jeszcze fakty na marginesach. Drobne wyliczenia, które mogą zaintrygować odbiorców albo zasugerować im rodzaj dalszych poszukiwań, sprawdzają się idealnie: odrywają tylko na moment od fabuły, przynoszą zestaw wiadomości, pomagają w rozwijaniu wyobraźni albo w budzeniu ciekawości. To zachęta do interaktywnego odkrywania książki.

Zofia Stanecka zabiera dzieci w podróż do zachwycających krain. Niby nie sięga tu zbyt często do wyobraźni, raczej stara się tak poprowadzić akcję, żeby zmieścić w tomiku jak najwięcej faktów, a jednak urzeknie odbiorców. Dzieci mogą z zapartym tchem śledzić przygody Pikina, za to dorośli – podziwiać kolorowe ilustracje Magdaleny Kozieł-Nowak. Każda rozkładówka oznacza tu inne wrażenia, przy plaży skąpanej światłem Księżyca to zabawa refleksami światła, w przypadku rafy koralowej – bajkowa gra kolorów. Imponujące są kształty wielkich drapieżników, a małe żółwiki wypadają nieco komiksowo. Sprawia Magdalena Kozieł-Nowak, że odbiorcy chcą ten tomik przeglądać.

Wydawnictwo ułatwia im zadanie, bo to publikacja kartonowa, tyle że trochę mniejszego formatu niż „klasyczne” picture-bookowe serie Naszej Księgarni, tak, żeby maluchy radziły sobie z samodzielnym przewracaniem kartek. Ma zaokrąglone rogi, żeby nikomu nie stała się krzywda podczas czytania lub oglądania całości. Przy takim rozwiązaniu bardzo mile zaskakuje liczba stron, kartonowe książeczki są zwykle kilkukartkowe, ale Nasza Księgarnia pod tym względem lubi obfitość treści i przygotowuje ich aż 21. Oznacza to sporo zabawy. „Żółwik z oceanu” jest publikacją, która ucieszy dzieci – i dostarczy im wielu informacji na temat podwodnego świata.

sobota, 24 sierpnia 2019

Lucinda Riley: Sekret Heleny

Albatros, Warszawa 2019.

Dawna miłość

Alex nie może się zdefiniować. Nie wie, kim jest, nie potrafi się odnaleźć, a przez to też nie może dogadać się z bliskimi. Sytuację w jego wypadku komplikuje fakt, że najwyraźniej matka coś przed nim ukrywa. Nastoletni chłopak wietrzy tajemnicę, wie, że jest niedaleko jej odkrycia, ale nie ma jeszcze pojęcia, w jaki sposób dotrzeć do prawdy. Prowadzi pamiętnik, żeby uporządkować własne emocje, spisuje to, co dla niego istotne. Po latach Alex powraca do tamtych notatek, odczytuje je na nowo – dzięki czemu czytelnicy mogą się przekonać, co go ukształtowało i za jakimi wartościami chłopak podążał. Potrzebne jest mu wsparcie i spojrzenie z zewnątrz, zwłaszcza że niecodzienna sytuacja wywraca do góry nogami całe jego życie, jakie by nie było. Wszystko przez sekret Heleny. Helena – szczęśliwa żona i matka – wybiera się z bliskimi na Cypr, do pensjonatu Pandora (i nazwa w tym przypadku jest znacząca). W Pandorze powracają do niej dawne przeżycia. Najpierw bohaterka trafia na mężczyznę, w którym niegdyś była zakochana, a później... musi powrócić pamięcią do najtrudniejszych chwil, tak, żeby nie doprowadzić do zniszczenia całej rodziny. Kiedyś Helena kłamała, żeby ocalić bliskich. Teraz nie może już dłużej kłamać, a rodzina oczekuje wyjaśnień. Ujawnienie prawdy wiele zmieni, nie da się pozostać przy dawnych porządkach: zbyt dużo przesłanek już wyszło na jaw.

W „Sekrecie Heleny” akcja najbardziej rozwija się w przeszłość, przechodzi do sytuacji sprzed lat, bo tam też wydarzyło się najwięcej – teraz tylko pojawiają się konsekwencje dawnych doświadczeń. Helena przeżyła wielką miłość, ale popełniła też kilka błędów, które do dzisiaj nie dają jej spokoju. Dla czytelników niejasne będzie właściwie tylko jedno: dlaczego ta kobieta była w stanie tak długo odgrywać rolę, którą sobie wybrała – i grać z bliskimi bez stresu, że kłamstwo ujrzy światło dzienne. Helena wydaje się oazą spokoju, ostoją i wsparciem dla najbliższych. Daje wszystkim ciepło, pielęgnuje domowe ognisko – i gdyby nie pewien wakacyjny bodziec – nie musiałaby w ogóle tej wygodnej dla siebie sytuacji zmieniać. Ale też Lucinda Riley niekoniecznie zwraca uwagę na przekonujące charaktery czy reakcje. Bardziej liczy się dla autorki dobro powieści niż prawdziwość postaci, a to już motyw, który nie zawsze zwolenników znajduje. Dopasowuje bowiem Riley charaktery do potrzeb fabularnych, nie dba o „życiowość”. To mankament. Z drugiej strony jednak autorka dostarcza odbiorczyniom – bo to panie najchętniej będą po „Sekret Heleny” sięgać – narrację w stylu dawnych wielkich powieści. Tu liczą się przede wszystkim uczucia. Ożywa w książce miłość Heleny, zadawniona relacja: romans, który nie miał szans na przetrwanie. Pojawia się motyw chcianych i niechcianych dzieci, sytuacje, przed jakimi stają młode dziewczyny nieprzygotowane jeszcze na samodzielne i samotne wychowywanie potomstwa. To prowadzi zatem do możliwości wywołania dyskusji na temat relacji międzypokoleniowych. Riley zajmuje się też podwalinami związku. Pyta o granice szczerości, o możliwość dogadania się z partnerem i o zaufanie. Pobyt na Cyprze to weryfikacja wyznawanych poglądów, próba zmiany rozkładu sił – wymuszona niejako przez przypadkowe spotkanie. Lucinda Riley nie potrzebuje tu sensacyjnej akcji w teraźniejszości: przeszłość zapewnia wystarczająco dużo wstrząsów, żeby można było z tego utkać bardzo długą i gęstą od wrażeń powieść. „Sekret Heleny” nie jest zwyczajną obyczajówką: to książka, która czerpie z różnych gatunków, jest migotliwa i niedookreślona, momentami może nieco zbyt tendencyjna, ale i tak atrakcyjna z perspektywy czytelniczek.

piątek, 23 sierpnia 2019

Julia Gambrot: Różany eter

Lira, Warszawa 2019.

Medycyna i miłość

Klasyczna w duchu jest ta powieść. Julia Gambrot posługuje się wygodnymi i sprawdzonymi kliszami. Przenosi odbiorców w przeszłość, do momentu, w którym po raz pierwszy niemieckie kobiety mogą zacząć studiować medycynę. Chociaż uczelnie otwierają swoje podwoje dla studentek, ani większość konserwatywnych profesorów, ani spora część społeczeństwa nie są na taką zmianę gotowe. Bohaterka obszernego tomu, Róża, razem z nowymi przyjaciółkami ze studiów, będzie jednak pilnie zgłębiać wiedzę i towarzyszyć nieuprzedzonym lekarzom, od których sporo się dowie. MA zresztą jeszcze inne ważne zadanie: prowadzi pewne amatorskie (ale jednak drobiazgowe) śledztwo. Julia Gambrot zajmuje się zatem kilkoma aspektami codzienności Róży i obyczajowości jej czasów, tworząc sporą i apetyczną powieść. „Różany eter” ma miejscami dłużyzny – zwłaszcza tam, gdzie autorka uzasadnienia dla czasu powieści szuka w informacjach medycznych. Kiedy Róża asystuje przy próbach leczenia, uważnie słucha podpowiedzi lekarza. Kiedy sama ma wyciągać wnioski z obserwowania pacjenta (albo nieboszczyka), obficie cytuje podręczniki. Rozwodzi się nad sposobami leczenia – co nie jest do niczego odbiorcom potrzebne w takim stężeniu. Przydałoby się jako ciekawostka, gdyby autorka potrafiła informacje rozrzedzić. Jednak jeśli Róża brzmi sztucznie, nie przekonają się czytelnicy do takich rozwiązań. Na szczęście to tylko jeden mankament książki. „Różany eter”, dzięki swojej wielowymiarowości, nie będzie mógł nudzić czytelniczek. Autorka wykorzystuje motywy społeczne, prezentuje wymowne zachowania profesorów albo przedstawicieli społeczeństwa, podnosi kwestie feministyczne, portretuje różne sposoby osiągnięcia celu (studentki przebierające się za mężczyzn). Rytm historii nadaje przez sprawę kryminalną, jednak same studia charakteryzują się obfitością anegdot. W końcu kobiety – będące pod obstrzałem krytycznych spojrzeń – wciąż muszą udowadniać, że są najlepsze. To oznacza między innymi konieczność udziału w sekcjach zwłok (doświadczenie nader przykre dla adeptek medycyny, chociaż przecież bez niego trudno sobie wyobrazić zgłębianie wiedzy o ludzkim ciele), przeprowadzanie eksperymentów na żabach, asystowanie przy operacjach. Bywa, że płeć piękna chce mdleć lub rezygnować – ale od tego są koleżanki, by podtrzymywać na duchu, pocieszyć i na nowo rozbudzić wolę nauki. Ten obraz przyjaźni jest całkiem budujący. Julia Gambrot ma sporo sposobów, żeby urozmaicić śledztwo. Dzięki temu odchodzi od typowego kryminału. Róża zyskuje sporo powodów do zdecydowanych działań na przekór wszystkim, a dla odbiorców jest też przewodniczką po rzeczywistości. „Różany eter” to powieść, której mimo wszystko znacznie bliżej do obyczajówek i powieści historycznych niż do kryminałów. Na uwagę zasługuje staranne zakorzenianie relacji w realiach z epoki. Gambrot zbiera materiały na temat przeszłości, część narracji wypełnia takimi efektami kwerend. Dobre wrażenie robi ta powieść, zwłaszcza jeśli odbiorcy lubią bogato nakreślany kontekst. Przygody Róży – z jednej strony naiwnej kobiety wymagającej męskiego wsparcia (i zakochującej się na oczach czytelniczek), z drugiej – ambitnej i odważnie stawiającej czoła kolejnym wyzwaniom – urzekną odbiorczynie. To ciekawie skonstruowana i sympatyczna w lekturze historia o tym, jak kobiety walczyły o swoje prawa.

czwartek, 22 sierpnia 2019

Maggie O'Farrell: Jestem, jestem, jestem. Siedemnaście przelotnych spotkań ze śmiercią

Sonia Draga, Katowice 2019.

Kruchość życia

Maggie O'Farrell wybrała całkiem ciekawy sposób zwrócenia na siebie uwagi na rynku małych form. Jej tom „Jestem, jestem, jestem” to kilkanaście opowieści pozornie autobiograficznych – które łączy tematyka bliskości śmierci. Bohaterka relacjonuje swoje życie, odnosząc się do kolejnych momentów, w których z jakiegoś powodu poczuła, że może rozstać się ze światem. Czasami to jej własne błędy, czasami wynik działań ludzi z zewnątrz, zagrożenia bywają odzwierciedleniem lęków społecznych albo przypadku. Zawsze jednak prowadzą do refleksji eschatologicznych: przypominają o kruchości życia i o tym, że należy cieszyć się każdym dniem, bo śmierć może nadejść w każdej chwili. Ale w „Jestem, jestem, jestem” nie ma koheletowych tonów, ucieczki od życia jako takiego. Maggie O'Farrell raczej bawi się tematem, zamienia go w życiorysowy rejestr trudnych chwil i przypadków nie do pozazdroszczenia. „Siedemnaście przelotnych spotkań ze śmiercią”, głosi podtytuł tej książki – i oznacza, że autorka siedemnaście razy będzie przyglądać się sobie (lub córce!) w chwili, która może być ostateczna i ostatnia.

O'Farrell nie tylko wybiera sobie temat, który będzie wiodący w całej publikacji. Także konstrukcyjnie sugeruje odbiorcom, z czym się zetkną. Każde opowiadanie – czy też każdy rozdział zwierzenia – ma swój tytuł związany z częścią ciała. Każdy jest też datowany. Pojawią się więc „Płuca (2010)”, ale też „Całe ciało” czy „Przyczyna nieznana”. Tytuły jednoznacznie kierują czytelników w sposób możliwego rozstania się ze światem – jeśli szyja, rzecz może dotyczyć duszenia albo poderżnięcia gardła, jeśli płuca – autorka zabierze czytelników pod wodę. Daty mają uporządkować te zjawiska, pokazać, jak sytuacje powracają lub w jakich konfiguracjach się powtarzają. Można więc – posiadając taką wiedzę – próbować przynajmniej się domyślić, czego będzie dotyczyła historia. Maggie O'Farrell nie szuka tu zaskoczeń ani wielkich komplikacji; zależy jej natomiast na budowaniu wciągających opowieści. Szybko przekonuje czytelników do bohaterki, sprawia, że chcą przyglądać się kolejnym etapom jej życia. Pozwala poznać członków rodziny i podstawowe dylematy czy lęki. A kiedy już zaangażuje w losy – będzie można śledzić kolejne „przygody” z pogranicza kresu życia. To, co przytrafia się kobiecie z opowiadań, bardzo często wynika bezpośrednio z charakterystycznych dla społeczeństwa zjawisk i może się łatwo powtórzyć, wówczas funkcjonują te historie z „Jestem, jestem, jestem” jako rodzaj przestrogi. Ale zdarza się też, że Maggie O'Farrell sięga po zupełnie niespodziewane sposoby igrania ze śmiercią: w końcu nie każdy zdecyduje się stanowić żywy cel dla cyrkowego miotacza nożami, niekoniecznie jest to szczyt marzeń odbiorców. Jednak w „Siedemnastu przelotnych spotkaniach ze śmiercią” i takie relacje się pojawią – nadając książce rytm. Maggie O'Farrell przyciąga do siebie odbiorców za sprawą oryginalności tematycznej i uporządkowania. Jest też znakomitą opowiadaczką, potrafi tak przedstawiać kolejne historie, żeby zatrzymać przy sobie czytelników. Nawet jeśli to, co się dzieje, prowadzi do jednoznacznego finału, trudno będzie odłożyć tom na później.

środa, 21 sierpnia 2019

Tomasz Pindel: Historie fandomowe

Czarne, Wołowiec 2019.

Nie dla fanów

Przynajmniej tak twierdzi Tomasz Pindel we wstępie do „Historii fandomowych”: zamierza przybliżyć środowisko polskiej fantastyki tym, którzy z gatunkiem nie mają wiele wspólnego i bardziej wyznawców tego typu literatury traktują jak UFO niż sami angażują się w śledzenie rynku, nie wierząc, że może się w nim dziać coś ciekawego. „Historie fandomowe” to przede wszystkim lektura towarzyska, czyta się ją jak prasowy reportaż, szybki, krótki i dopracowany literacko, a przy tym – z zaprzyjaźnionymi bohaterami. Bo też i Tomasz Pindel nie stawia sobie za cel skomentowania całokształtu działań, raczej chce uchwycić atmosferę, zarejestrować ważne sposoby działania, nurty czy okazje do spotkań. Od czasu do czasu wrzuci odbiorcom nową definicję, słowo, którym na co dzień posługują się „wtajemniczeni”. Być może w tym wszystkim zainteresuje też kogoś literaturą, ale niekoniecznie, tu przecież nie ma miejsca na opowiadanie o fabułach czy o rozwiązaniach warsztatowych. Literatura staje się pretekstem, na pierwszy plan wysuwa się towarzystwo i społeczność pozornie zamknięta.

Szuka autor „weteranów fandomu”, pyta tych, którzy pamiętają, jak wszystko się zaczęło i z jakimi trudnościami musieli się borykać, żeby uzyskać to, na czym im zależało. Sięga do prapoczątków, do polskiej fantastyki z lat 70. XX wieku – komentuje wyzwania i działania środowiska literackiego. W tej podróży znajdzie miejsce dla fanów gatunku, dla wydawców i dla pisarzy – wszyscy będą przywoływać z pamięci panujące niepisane zasady czy tłumaczyć określone decyzje. Pindel sprawdzi między innymi, jakie były proporcje płci w tworzeniu literatury fantasy, czy jak docierało się do książek ulubionych autorów. Odnosi się do sytuacji na rynku, podpowiada, z jakimi komplikacjami spotykali się fandomowi wyznawcy. Wypytuje ciągle: wydawców o to, co wydawali i jakimi kierowali się kryteriami, czytelników – jak docierali do konkretnych tytułów (i skąd w ogóle dowiadywali się o tym, co przeczytać trzeba). Sprawdza, jak rodziły się kluby fantastyki i jak tworzyły się lub rozpraszały kolekcje książek. Opowiada trochę o literaturze fantastycznej na rodzimym podwórku, a trochę też o tej, która mogła do PRL-u dotrzeć. Przygląda się wydawanym pismom oraz konwentom, odnotowuje, co działo się w środowisku i jak aktywizowało ono nowych twórców. Przejście przez lata prowadzi autora aż do stanu dzisiejszego – rozmawia Pindel między innymi z Rafałem Kosikiem.

Chociaż autor lubi historie i potrafi je wydobywać, z upodobaniem wpada w kolejne dygresje. To znaczy: dygresjami na swój użytek nazywa każdą zmianę tematu, która jednak nie rozbija toku wywodu. Odbiorcy mogą mu spokojnie zaufać i podążać tam, dokąd ich Pindel poprowadzi: wzbudzi ten autor zainteresowanie tematem, ale także samym sposobem przedstawiania go. Stosuje urozmaicenia lekturowe, korzysta z opowieści zasłyszanych od rozmówców, oddaje im często głos i nie powtarza wiadomości. Nie ma ambicji zdobycia wszystkich możliwych informacji i stworzenia monografii dla środowisk fandomowych w Polsce, więc automatycznie nie będzie się też w narracji niepotrzebnie usztywniać. „Historie fandomowe” dają się czytać jak świetna lektura rozrywkowa z dziedziny literatury faktu. Jest tu sporo humoru, anegdot i ciekawostek, które do encyklopedycznych notek nie mogłyby trafić, są ludzie-legendy, tworzący środowisko. Jest wspólnota doświadczeń lub zainteresowań. Tomasz Pindel tą publikacją trafia do szerokiego grona odbiorców, niekoniecznie tylko do tych, którzy fantastyką się interesują.

wtorek, 20 sierpnia 2019

Beata Ostrowicka: Szczygły

Nasza Księgarnia, Warszawa 2019.

Dylematy i czary

Klimat powieści „Szczygły” Beaty Ostrowickiej przywodzi na myśl książki Ireny Jurgielewiczowej: z samotnością i wyobcowaniem bohaterów, którzy mierzą się z problemami ponad własne siły. Najpierw Zojka: dziewczynka, która ubi stroić się w opaski z uszkami, straciła mamę, ale ma babcię i kochającego je obie ojczyma. Ma też pewien dar, którego dorośli nie biorą na poważnie: Zojka potrafi zatrzymywać czas. Na moment, tak, żeby zamrozić ruch i żeby nie stało się coś, co stać się musi. To dar przydatny kiedy trzeba kogoś uratować, albo – kiedy należałoby ukarać tych, którzy nie zachowują się zgodnie z przyjętymi zasadami. Jednak pojawia się też pytanie, jak daleko można ingerować w czyjeś życie. Zojka martwi się trochę babcią: ta odrzuca zaloty mężczyzny prowadzącego schronisko dla zwierząt. Mogłaby być szczęśliwa, ale najwyraźniej nie chce – i nie zamierza przedstawiać dziecku powodów swojej decyzji. Zojka widzi szansę na wielką miłość i ma nadzieję, że pomoże dorosłym, chociaż to sprawa nie na jej miarę. Zresztą sercowe problemy można mieć w każdym wieku: najlepsza przyjaciółka Zojki prosi o pomoc w zwróceniu na siebie uwagi pewnego przystojnego chłopaka. I tu dopiero bohaterkę dopadają wyrzuty sumienia: bo czy można kogoś zmusić do pokochania drugiej osoby?

Zojka jest postacią przedziwną: bez przerwy robi „niebka” (to jej dar dla nieżyjącej mamy), a do tego rozumie mowę zwierząt. Nie tylko słucha, co różne stworzenia chcą jej przekazać, ale może im odpowiadać, wchodzić w dialogi i dyskutować, czasami dość zażarcie. To umiejętność, której postronni nie zrozumieją – a która bardzo się przydaje, kiedy trzeba rozwiązać jakąś zagadkę. Zojka nie wzbrania się przed jej wykorzystywaniem, chociaż nie do końca jest pewna, jak to o niej świadczy. Dar może jeszcze bardziej wyautować dziewczynkę – która i tak już słabo dogaduje się z rówieśnikami, za sprawą swoich przejść.

Drugim bohaterem „Szczygłów” jest Igor. Igor to nastolatek, który żadnych problemów wychowawczych nie sprawia, zawsze wie, co należy zrobić, znajduje czas dla bezdomnych zwierząt: chodzi pomagać w schronisku. Co prawda stroni od towarzystwa, ale ma do tego ważne powody. A właściwie jeden powód. Powodem jest Stasinek. Brat Igora w pewnym momencie zszedł na złą drogę i teraz sprowadza na dom same nieszczęścia. Matka go broni i wierzy, że Stasinek w końcu zrozumie, że nie wolno tak postępować – opamięta się i stanie się dobry. Igor nie może wojować jednocześnie z ukochaną rodzicielką i bratem, zresztą dla owego brata sam często staje się ofiarą. Nic, co istotne dla Igora, nie ma znaczenia dla Stasinka: chyba że akurat można na tym zarobić. I tak zły brat próbuje przeciągnąć dobrego na swoją stronę. To wyzwanie, zwłaszcza że Igor w swoich działaniach jest sam. Beata Ostrowicka prowadzi tę relację dwutorowo, pozwala odbiorcom zaprzyjaźnić się z osobna z każdym z bohaterów i śledzić ich niełatwe doświadczenia. W podskórnej warstwie narracji zadawać będzie bardzo trudne pytania i każe czytelnikom zmierzyć się z sytuacjami skomplikowanymi. Zagłębia się w tematy, które nie każdego dotykają – ale pozwalają z dystansem spojrzeć na codzienne troski. Jednocześnie też wyczula odbiorców i uwrażliwia ich na to, co dzieje się dookoła. Sugeruje, że nie wszystkie złe humory są wynikiem kaprysów czy niespełnionych zachcianek, czasami mają znacznie ważniejsze uzasadnienie. Beata Ostrowicka pisze bardzo dobrze i celnie, „Szczygły” to książka, w której nie znajdą młodzi odbiorcy rozbudowanych komentarzy, autorka od razu wrzuca odbiorców w tematy. Gra na emocjach: czasami budzi strach lub smutek, czasami – bunt. Jest to lektura dopracowana pod kątem psychologicznym, przyniesie odbiorcom sporo materiału do przemyśleń.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com