Strona główna || O autorce || O tu-czytam || Bajki || Bajkowe portfolio                       

sobota, 23 czerwca 2018

Dobranocki na pogodę i niepogodę

Nasza Księgarnia, Warszawa 2018. Co czytać przed snem Jeszcze przed kilkoma dekadami tradycja czytania maluchom na dobranoc była silna i pielęgnowana w wielu domach. Dzisiaj pojawia się coraz rzadziej, więc nic dziwnego, że wydawcy i autorzy próbują powrócić do miłego zwyczaju i przekonać do wspólnej lektury zwłaszcza najmłodszych. Pomóc w tym może między innymi obiecująca apetyczna książka, której tytuł nie pozostawia wątpliwości co do przeznaczenia. "Dobranocki na pogodę i niepogodę" to zestaw opowiadań, które w części mają pomóc w przygotowaniu się do snu lub w ogóle ten sen wywołać, a w części pokazać najmłodszym, jak walczyć z lękami i jak oswajać kłopoty. Są "Dobranocki na pogodę i niepogodę" w większości opowiadaniami klasycznymi (chociaż na przykład Joanna Fabicka bardzo w swoim stylu odwołuje się do rubasznego humoru i portretów, które dzieci rozbawią, a które dawniej nie miałyby wstępu do literatury czwartej). Wszystkie łączy nastawienie na małych bohaterów. Opowiadania dobranockowe czasami są pretekstem, żeby pokazać miłość rodziców, czasami służą podkreślaniu niezwykłości każdego z osobna, bywa, że staną się inspiracją do trudniejszych rozmów i wyjaśniania najmłodszym skomplikowanych spraw z życia wziętych. Autorzy chętnie posiłkują się tu wyobraźnią - przypominają o krasnoludkach i pozwalają postaciom lecieć na Księżyc bez wiedzy dorosłych. Jeśli mali bohaterowie pozostają w świecie fantazji, wszystko i tak wydaje się u nich naturalne i zrozumiałe: odbiorcy nie będą się dziwić podejmowanym przez postacie decyzjom, raczej docenią ich barwność i pomysłowość samych bohaterów. To sposób na przyciągnięcie uwagi maluchów: w "Dobranockach" liczy się bowiem, poza wrażeniami zmysłowymi i usypiającym tonem, akcja. Nie jest tak, że te czytanki rozbudzą dzieci, ale też ich nie zanudzą. Jeśli któryś z autorów decyduje się na akcentowanie uczuć, wybiera mniej dynamiczną opowieść. Jeśli ktoś koncentruje się na akcji - nie podsyca grozy czy niepewności. Usypiające będzie liczenie części ciała przez kotka - ale jednocześnie to pomysł komiczny, który przypomni dzieciom o znaczeniu rodziców w codziennym procesie kładzenia się do łóżka, jednak też i mimo oczywistości w konstrukcji - wzbudzi ciekawość. Jeżeli z kolei bohaterka boi się ciemności, w opowiadaniu ukaże się sam kłopot w postaci dziwnego stworka - którego da się przy odrobinie zaangażowania obłaskawić. Codzienne zmartwienia redukowane są tutaj do pojedynczych tematów, które przegrywają z urokami rzeczywistości (lub snów: koza, która urodziła się kaleka, we śnie może zrealizować różne marzenia i zakosztować wolności, po takiej przygodzie nikt już nie będzie jej żałował). Historie są raczej dość krótkie i bogate w naturalnie płynące z opowieści przesłania. Dzieci nie będą się długo zastanawiać nad lekcjami wyciąganymi z przygód postaci, chociaż czasami świat bajkowy potraktują jako inspirację do wieczornych rozważań. To opowieści przygotowane przez uznanych twórców, starannie dopracowane w szczegółach. Mogą cieszyć za sprawą różnorodności, ale też otwieranego przed maluchami królestwa wyobraźni. Nie ma tu czasu na nudę ani na prawienie morałów, wszystko musi płynąć z akcji. Magdalena Kozieł-Nowak ilustracjami nadaje spójność tomowi. Dzieci zabierane co wieczór w podróż do innej krainy mogą nauczyć się korzystać z książek jako źródła rozrywki, przyzwyczają się do czytania i będą rozwijać wyobraźnię. Warto zatem przynajmniej tym, które nie znają cowieczornej lektury, podsunąć taki tom jako alternatywę dla elektronicznych rozrywek.

Agnieszka Suchowierska: Milenka

Media Rodzina, Poznań 2018.

Droga dla dziewczynek

Zirytowała się Agnieszka Suchowierska na robienie z dziewczynek małych miss i księżniczek. Jej tomik "Milenka" to publikacja z posmakiem feministycznym, ale przede wszystkim - opowieść pokazująca najmłodszym odbiorczyniom, że ich przeznaczenie może być o wiele ciekawsze niż piękny wygląd i strojenie się. Dla tych wszystkich rodziców, którzy mają dość dyktatury Barbie, dla tych, którzy chcą wychowywać samodzielnie myślące dzieci, dla tych, którzy niepokoją się monotonią zabaw pociech – jest ta książka. Rozwija się całkiem ciekawie, chociaż na początku wydaje się, że autorka poprzestanie na nudnych stereotypach. Na szczęście jednak przygoda Milenki rozbudowuje się z czasem i stanowi nie tylko przestrogę, ale i inspirację dla dzieci.

Wszystko zaczyna się z chwilą, gdy dziewięcioletnia Milenka wypowiada życzenie do czarodziejskiego mikrofonu. Dziewczynka marzy o tym, żeby być celebrytką, sławną piosenkarką, pięknością, której inni będą zazdrościć urody i ciuchów. Ideałem piękna jest dla niej Rita, wyjątkowo szczupła lalka (która tylko piersi ma spore). Sama Milenka przypomina raczej kluskę i trochę martwi się swoim wyglądem. Milenka ma bujną wyobraźnię, ale z koleżankami bawi się na ogół w salon piękności, co niespecjalnie rozwija talenty. Pewnego dnia Milenka orientuje się, że stała się Ritą - dziewięciolatką w skórze kobiety stylizowanej na lalkę. Jest tak piękna, jak chciała, jednak nie może chodzić ani nawet utrzymać prosto głowy: przekonuje się, że zafałszowane proporcje lalki uniemożliwiają codzienne funkcjonowanie. Najpierw Milenka musi przekonać innych, że to dalej ona – nikt przecież nie wierzy dziwnie wyglądającej osobie. Później przekonuje się, jakie wady ma bycie lalką. Bohaterka nie może wyjść z domu, z koleżankami musi bawić się w salon piękności, ale tym razem nie wyjdzie poza rolę klientki, która tylko siedzi i pozwala się czesać. Dopiero gdy z odsieczą przyjdzie babcia ze swoją starą niedoskonałą lalką i opowieściami o wyczynach różnych kobiet na przestrzeni dziejów, Milenka dowie się, że na salonie piękności świat się nie kończy i może stać się, kim tylko zechce – nie warto poświęcać wszystkich marzeń na urodę i kosmetyki.

Wpadają do tej historii na moment różne ważne kobiety, jest Walentyna Tiereszkowa i Wisława Szymborska, Maria Skłodowska-Curie i Maria Konopnicka. Nagle okazuje się, że kobiety mogą dokonać wiele, jeśli tylko podążą za śmiałymi marzeniami. Milenka dowiaduje się w ten sposób, że o wiele ciekawsze są przygody z nauką i wykraczanie poza możliwości zwykłego człowieka niż ciągłe zabawy w czesanie. Bycie Ritą szybko się nudzi - także czytelnikom tej opowieści. Na szczęście Agnieszka Suchowierska ma sporo do opowiedzenia najmłodszym. Nie skupia się na prawieniu morałów, a na budowaniu żywej akcji - więc Milenka może wciągnąć w relację wszystkie dzieci. Stereotypy zostały tu wyostrzone do granic możliwości, ale nie chodzi o to, żeby ośmieszyć lubujące się w świecie urody i kosmetyków panie – a raczej żeby uzmysłowić odbiorczyniom, że istnieje całkiem duża liczba innych, znacznie ciekawszych możliwości spędzania czasu. Autorka całkiem udanie posługuje się i humorem, i wyobraźnią. Mogą wprawdzie męczyć trochę wszystkie "psycholożki", "wynalazczynie" i "fotograficzki", ale idea tomu pozostaje ważna dla dzieci. To jedna z książek, które przypominają kilkulatkom, że nie muszą realizować znanych bądź popularyzowanych schematów, powinny za to pozostać sobą i nie bać się oryginalności. Całość dowcipnie zilustrowała Anita Głowińska

piątek, 22 czerwca 2018

Anna Łajkowska: Dobra Przystań

Prószyński i S-ka, Warszawa 2018.

Cena naiwności

Ponieważ "Dobra Przystań" zaczyna się bardzo standardowo, mniej więcej wiadomo, w jakim kierunku Anna Łajkowska pójdzie. I rzeczywiście. Marianna buduje wymarzony dom dla całej rodziny. Wydaje jej się, że wszystko jest idealnie – do momentu, w którym mąż, Hubert, oznajmia, że nie czuje się dobrze w tym związku, dłużej już nie wytrzyma i chce odejść. Twierdzi, że nie ma kochanki i to nie inna kobieta jest powodem trudnej decyzji. Marianna właściwie musi zgodzić się na rozstanie i zmiany w życiu. Nie chce opuszczać Dobrej Przystani – zamierza zapewniać schronienie swoim bliskim. Okazja nadarza się szybko, bo oto jej ojciec staje się chory i słaby, potrzebuje opieki niemal z dnia na dzień. Z kolei ciocia Ula ledwo sobie radzi, gospodarując samotnie po śmierci męża. Oboje w Dobrej Przystani mogą znaleźć spokój i wyrozumiałość, a do tego przydać się też w wychowywaniu dzieci Marianny. Sama kobieta nagle zwraca uwagę na przystojnego (chociaż żonatego) Olgierda. Zastanawia się, czy powinna zaczynać wszystko od nowa i powalczyć o własne szczęście.

Jest zatem "Dobra Przystań" powieścią opartą na konwencjonalnych pomysłach, odrobinę czasem modyfikowanych: bo co z tego, że mąż po rozstaniu czasami przewija się przez życie bohaterki, albo że kochanek wydaje się nie być na tyle silny, żeby odejść od żony - wszystko nawiązuje do już przerobionych w twórczości schematów. Autorce najbardziej zależy na historii miłosnej i na relacjach w tym kierunku najbardziej się skupia. Przez to staje się mniej przekonująca w detalach z dalszego planu, tu posługuje się pojedynczymi sygnałami zmian, ale bez refleksji nad charakterami postaci czy prawdopodobieństwem reakcji. Trochę szkoda, że przy spowolnieniu fabuły nie zdecydowała się autorka na pogłębianie psychologicznych portretów - tym może zmniejszyłaby trochę naiwność historii. Bo czytelniczki wcale nie otrzymają powieści zaskakującej czy dającej do myślenia, a powtarzalną, jedną z wielu, taką, która nie zapada w pamięć ze względu na brak twórczej odwagi autorki. Anna Łajkowska pisze to, co chciałyby przeczytać odbiorczynie rekrutujące się z masowej publiczności - a to nie wychodzi na dobre akcji.

O ile jeszcze można zrozumieć refleksje nad postawami i decyzjami bohaterów, rozbudowywane w całe akapity uzasadnienia dla podjętych decyzji lub zachowań, o tyle już zwroty bezpośrednio do czytelniczek – fragmenty, które brzmią jak wyjęte z kolorowych czasopism z działu z poradami - są kompletnie niepotrzebne. Nie tylko wybijają z lektury, oddalają od świata powieściowego i tak już kruchego, ale jeszcze ustawiają Łajkowską na pozycji mentorki, doradczyni, która sama i bez potrzeby wtrąca się w wydarzenia, żeby je skomentować. Może gdyby w tych – zaznaczanych kursywą - partiach tekstu autorka nie wygłaszała truizmów, wszystko wyglądałoby inaczej. Nie dostarcza jednak odbiorczyniom wiadomości światłych i wartościowych, raczej do znudzenia przerabia to, co wszyscy i tak doskonale wiedzą. Drugim miejscem, w którym autorka stara się zamanifestować swoją obecność, być może niezgodnie z intencjami, jest dodawanie komentarzy do wypowiedzi w dialogach. Bardzo często tu Łajkowska nie trafia ze swoimi uwagami w to, co wcześniej zarysowała w rozmowie, co rodzi dysonans. Warto by w przyszłości popracować nad redundantnymi uwagami.

Jest więc "Dobra Przystań" czytadłem tworzonym pod publikę, zgodnie z wymogami rynku, który w literaturze kobiecej akceptuje tylko kilka schematów sprawdzonych w bestsellerach: zabrakło pomysłu na akcję, która przykuwałaby uwagę, a przynajmniej różniła się od innych historii.

czwartek, 21 czerwca 2018

Hiro Kamigaki & IC4DESIGN, tekst: Chihiro Maruyama: Detektyw Pierre w labiryncie. Na ratunek Labiryntopolis

Nasza Księgarnia, Warszawa 2018.

Poszukiwań ciąg dalszy

Na ponowne spotkanie z przygodą zaprasza detektyw Pierre, który tym razem wybiera się do Pałacu Chaosu, najwyższego wieżowca Labiryntopolis. Tajemniczy Pan X zapowiada, że ukradnie bezcenną Kostkę Labiryka ze szczytu wieżowca. Takiej groźby nie można zlekceważyć. Odbiorcy razem z detektywem będą zatem podążać śladami złoczyńcy. Najpierw – w pobliżu budynku, później na kolejnych piętrach imponującej budowli. Pościg trwa, a do zdobycia jest po drodze wiele nagród. Na odbiorców czeka też wiele wyzwań, bo każde piętro to osobne zadania poza śledzeniem Pana X. Co pewien czas pojawia się bohater, który potrzebuje pomocy lub wskazówki, daje osobne zlecenia albo wyznacza wyzwania. Odbiorcy mają też zbierać ukryte obiekty, wskazywać zagubione postacie, wyszukiwać konkretne przedmioty (niekiedy – na czas). Nie będą mieli czasu na spokojne kontemplowanie rozkładówek - od początku zaangażują się w szybką grę, która nie pozwala na opieszałość.

Jest tom "Detektyw Pierre w labiryncie. Na ratunek Labiryntopolis" skonstruowany jak gra zręcznościowa. Liczy się tu spostrzegawczość, refleks i dokładność, a odbiorcy muszą poza umiejętnością przechodzenia labiryntów wykazać się jeszcze również pomysłowością. Wyróżnia się na rynku ta publikacja ogromem szczegółów: każda rozkładówka (dużego formatu) jest tu zapełniona bardzo drobnymi ścieżkami i przedmiotami kilkumilimetrowymi, co razem daje wrażenie misternych wzorków. Oczywiście maksymalnie utrudnia też prowadzenie obserwacji, nie tylko małym, ale i dorosłym odbiorcom. Tu dla nikogo nie ma taryfy ulgowej, a nawet jeśli labirynt oznakowany jest strzałkami, bez czujnego przechodzenia samodzielnie kolejnych ścieżek nie da się nic zdziałać. Odbiorcy mogą zatem potraktować książkę jak podstawę do konkursów, rywalizacji czy wspólnej zabawy – szybko się nie znudzi, bo też i nie da się obejrzeć od razu wszystkiego nawet przy uważnym przyglądaniu się stronom. Tymczasem zadania do wykonania skutecznie odciągają od możliwości analizowania zawartości rozkładówek. W końcu tu rozrywka zamienia się w pracę, Detektyw Pierre to bohater ekstremalnych wyszukiwanek i chyba nie da się publikować bardziej skomplikowanych pozycji z gatunku. To tomik, który raczej małym dzieciom się nie spodoba, za to starszym rzuci wielkie wyzwanie. Rozkładówki przedstawiają ogromne przestrzenie, pomieszczenia lub ulice, nie ma ograniczeń kolorystycznych ani zabaw w pastelowe obrazki, więc ilustracje sprawiają na pierwszy rzut oka wrażenie pstrokatych i przesadzonych (ale też bardzo precyzyjnych i misternych). Wszystko po to, by jak najbardziej zwiększyć stopień trudności odbiorcom-użytkownikom. W tak przygotowanej całości nie ma jednej skutecznej metody działania, każdy będzie korzystać z książki inaczej. Kolejne rozkładówki to zestaw labiryntów oraz przedmiotów i postaci do znalezienia, a każdy sukces prowadzi do następnego piętra Labiryntopolis. Jest to sposób na zatrzymanie odbiorców przy tomiku, a także - połączenie publikacji z grami zręcznościowymi w samej formie. Jeśli ktoś lubi wyszukiwanki i rywalizację w tej dziedzinie, powinien spróbować swoich sił w tomiku ekstremalnym, a do takich bez wątpienia należą kolejne książki z tej serii. "Na ratunek Labiryntopolis" to próba przejścia na wyzwania obrazkowe: tekst zostaje tu zepchnięty na margines, ale i tak jest ważny za sprawą stylizacji na polecenia i wskazówki od mieszkańców i pracowników budynku. To próba podbicia dorosłego rynku pomysłem z literatury czwartej i łamigłówek - warto przyjrzeć się jej choćby ze względu na samą ilustracyjną realizację.

środa, 20 czerwca 2018

Ana Campoy: Alfred i Agatha. Zagadka złotych figurek

Akapit Press, Łódź 2018.

Pomysł na kryminał

Ana Campoy nie szuka daleko, żeby stworzyć kryminalną historię dla dzieci. Sięga po tych, których nazwiska zostały rozsławione w świecie dorosłych, a następnie przechodzi do ich dzieciństwa. "Zagadka złotych figurek" to pierwsza opowieść w cyklu Alfred i Agatha – historia, w której spotykają się Alfred Hitchcock i Agatha Christie – jako rezolutne dzieci. Jeszcze nie myślą o tym, co będą robić w przyszłości. Na razie mały Alfred trochę zajmuje się urwisowaniem, trochę odpowiada za własne wyczyny. Mała Agatha jest prawdziwą damą, która już prowadzi własne biuro detektywistyczne i rozwiązuje problemy za kilka centów. Spotykają się przez przypadek – gdyby nie pobyt Alfreda w areszcie (ojciec chce dać mu nauczkę) i zetknięcie z dorosłym więźniem - nie trafiłby on na trop Agathy. Ale więzień, który prosi o pomoc, podaje chłopcu adres Agathy Miller. Mały bohater nie spodziewa się, że na miejscu zastanie swoją rówieśnicę. Zresztą już samo otoczenie wyklucza przypadkowe spotkanie: Agatha należy do wyższych sfer, tu nawet jej pies, Pysia Jones, ma nazwisko (nie licząc dwóch ogonków). Dzieci sporo dzieli, ale kiedy na horyzoncie pojawia się przygoda, kilkulatki nie będą nawet zastanawiać się nad różnicami w statusie społecznym ich rodzin.

Nazwiska Hitchcocka i Christie mogą się jeszcze małym odbiorcom nie kojarzyć z mistrzami suspensu – ani z konkretnymi produkcjami. Nie przeszkadza to jednak w zabawie lekturowej, zwłaszcza że Ana Campoy podaje czytelnikom również prawdziwe informacje, które można znaleźć w powieści. Na końcu tomu zestawia kilka ciekawostek, które zapożyczyła z realnego życia - w ten sposób nieco uprawdopodobni akcję i uczyni ją ciekawszą, zwłaszcza że niektóre pomysły brzmią jak wymyślone, chociaż zostały zaczerpnięte z biografii.

Dwoje dzieci nie musi posługiwać się tylko metodami dedukcji, jeśli chcą poznawać prawdę o przestępstwach dorosłych. Najpierw pojedynczo wykazują się pomysłowością i odwagą a także sprytem przy rozwiązywaniu drobnych zagadek. Z czasem, gdy ich sława rośnie, biorą się za coraz poważniejsze wyzwania. Nie ma wtedy dla nich taryfy ulgowej, a żeby zdobywać informacje lub dowody muszą bohaterowie przełamywać własne lęki. Ana Campoy nie boi się brawury i wydarzeń jak z kina akcji, pozwala dwójce dzieci na pokonywanie ograniczeń w niekonwencjonalny sposób. Wszystko przysłuży się rozwiązaniu zagadki, ale sama droga do zdobywania wiedzy musi tu cieszyć odbiorców.

Jest "Zagadka złotych figurek" książką o dość gęstej narracji. Autorka stara się imitować sposoby pisania Agathy Christie, dba o przedstawianie drobiazgów z dalszego planu i nakreślanie kontekstu. Szczegółowo przedstawia też samych bohaterów i to nie przez opisy, a w działaniu i rozmowach – wie, jak prowadzić opowieść, żeby uwypuklić pewne cechy charakteru lub podkreślić lęki. Alfred i Agatha czasami zachowują się w określony sposób tylko dlatego, by zrobić wrażenie na drugiej stronie – i to autorka również przekonująco przedstawia. Zna dobrze psychikę bohaterów, odwzorowuje ich postawy, a do tego dokłada jeszcze skomplikowaną opowieść z intrygą kryminalną w tle. To bardzo obiecujący początek cyklu, zwłaszcza dla tych młodych odbiorców, którzy potrzebują pomostu między dziecinnymi historyjkami ze wskazywaniem winnych a dorosłymi kryminałami i powieściami sensacyjnymi. Sporo się tu dzieje, ale Campoy w takim samym stopniu zajmuje się akcją, co budowaniem przestrzeni powieściowej.

wtorek, 19 czerwca 2018

Ziemowit Adamski: Pan Trąba i wynalazki

Media Rodzina, Poznań 2018.

Przypadki pana Trąby

Naśladuje Ziemowit Adamski Jana Brzechwę i chociaż to na dzisiejszym rynku wydawniczym rzadkość - całkiem nieźle mu to wychodzi. Owszem, zdarzają się autorowi zachwiania w obrębie rytmu albo rymy gramatyczne, ale ich obecność maskuje tempem historyjki, pomysłami i humorem. "Pan Trąba. Wynalazki" to książka całkiem niezła, a maluchy na pewno na dłużej zatrzyma. Autor sięga tu po opowieść rymowaną, właściwie - będącą całością, chociaż daje się też przypadki pana Trąby podzielić na drobniejsze bajki tematyczne. Czyta się to jednym tchem za sprawą ośmiozgłoskowca i w miarę stałego rozkładu akcentów, ale także nastawienia na wydarzenia. Pan Trąba unika stagnacji, nie zamierza czekać, aż coś się wydarzy, sam prowokuje kolejne zjawiska. Ten bohater po prostu musi wykazywać się wyobraźnią nie lada, skoro jest wynalazcą i bez przerwy wymyśla coś nowego. Jedne rzeczy są bardziej udane, inne wpędzają go w tarapaty – i o to przecież w całej bajce chodzi. Z panem Trąbą dzieci poczują się jak na szalonej wycieczce.

Co wymyśla pan Trąba? Właściwie wszystko. Nie zna ograniczeń ani nie zamyka się w ramach jakiejś specjalizacji. Dla babci przygotowuje "szybkie kapcie" - żeby staruszka mogła wszystkich wyprzedzać. Później zajmuje się między innymi stworzeniem armaty na komary, niewidzialnego mostu, katapulty do podróży na Słońce (po drodze spotka kosmitów, którzy mówią po kosmicku) albo maszyny do zmywania garnków razem z kucharkami. Adamski sięga po absurd, więc z miejsca zachęci do siebie dzieci – a jednocześnie wydaje się przy tym bardzo pewny tego, co tworzy bohater, więc nie będzie można zarzucić mu konfabulacji. Fakt, że w swoich działaniach naraża się rozmaitym anonimowym postaciom z tła historyjki, tylko pogłębia komizm. Bo sam pan Trąba w ogóle nie przejmuje się porażkami. Co więcej - zawsze potrafi wybrnąć z opresji przez pewność siebie i kolejne rozwiązania. Łatwo się nie poddaje, a do tego może bawić. Pan Trąba albo sam testuje swoje wynalazki, albo zaprasza do nich znajomych czy mieszkańców miasteczka – nikomu nie może stać się krzywda, chociaż trochę niespodzianek wydarzyć się musi. Urzeka ta historia błyskawicznością - jeśli wydarzenia akurat się nie zmieniają, a autor skupia się na opisie, dba o to, by były w nim kolejne zaskoczenia dla najmłodszych. Nawet zwykłe wyliczenia jest w stanie Adamski zamienić w zabawę. Dzięki temu zatrzyma przy lekturze maluchy.

Wszystko odbywa się tu płynnie i naturalnie, wydarzenia wywodzą się z siebie i nie ma między nimi żadnych zgrzytów. Autor przekonuje do siebie konstrukcją tomiku i treścią - ale pomaga mu w tym także forma. Nieprzypadkowo wybiera rytm znany najmłodszym doskonale z bajek Brzechwy (i rozmiarów tamtych bajek!): to najłatwiejszy sposób na zaprezentowanie dynamicznej akcji i wielu wrażeń. Bywa, że w ferworze opowieści Adamski sięga po rymy niedokładne (zwyczajny – niewidzialny, szpulkę - katapultę) albo gramatyczne, to jednak przestaje być mankamentem w momencie, gdy odbiorcy dają się porwać opowieści. Maciej Plamowski kolorowymi ilustracjami zapełnia całe strony tej publikacji, chociaż często nie udaje mu się nadążyć za rytmem bajki i stawia wówczas jedynie na nakreślenie kontekstu. Sprawia jednak, że dzieci przenoszą się w świat wymyślony na potrzeby pana Trąby i dostarcza radości z wynalazków. Jest to tomik przygotowany z myślą o najmłodszych i realizujący najlepsze klasyczne wyznaczniki gatunkowe. Widać, że Ziemowit Adamski bawi się relacją, wciągnie też najmłodszych w świat pana Trąby i pozwoli wymyślać własne przygody lub wynalazki.

poniedziałek, 18 czerwca 2018

Toby Walsh: To żyje! Sztuczna inteligencja. Od logicznego fortepianu po zabójcze roboty

PWN, Warszawa 2018.

Oswojenie robota

Dawniej takie tematy były właściwe w literaturze s-f i chociaż nikt nie wierzył w podobny rozwój technologii, autorzy prześcigali się w układaniu całych struktur i zasad działania dotyczących sztucznej inteligencji. Teraz to sztuczna inteligencja błyskawicznie wkracza w rzeczywistość - zatem czas na zweryfikowanie kwestii etycznych i przyjrzenie się obawom oraz możliwościom, jakie zapewni. "To żyje! Sztuczna inteligencja. Od logicznego fortepianu po zabójcze roboty" ma świetny z marketingowego punktu widzenia tytuł, ale Toby Walsh nie próbuje zastraszać czytelników. Raczej skupia się na przybliżaniu im kierunków badań i przestrzeni, w których AI ma rację bytu.

Swoją książkę autor dzieli na trzy części: zamierza scharakteryzować sztuczną inteligencję w przeszłości, w teraźniejszości i w przyszłości, świadomy tego, że nie da rady przewidzieć wszystkiego. Kreśli jednak prawdopodobne scenariusze, równoległe prognozy dotyczące rozwoju pomysłów, potencjału, a i zagrożeń. Sztuczna inteligencja jest czymś dla zwykłego odbiorcy niepojętym, ale coraz śmielej wkracza w jego życie. Programy komputerowe, które potrafią się uczyć i rozwijać, mogą zacząć także wygrywać z człowiekiem - czego dowodzą te napisane do gier. W wielu wypadkach ułatwią codzienność, ograniczą wypadki, zastąpią człowieka przy najcięższych i najbardziej ryzykownych czy wymagających pracach. Nie będą popełniać błędu, staną się więc niezawodne. Z drugiej strony programy AI pozbawione są inteligencji emocjonalnej, nie uwzględniają wielu czynników dla człowieka oczywistych i trudno będzie wyposażyć je w takie umiejętności. W tym momencie nieuchronnie musi pojawić się pytanie – ulubione dla scenarzystów filmów sensacyjnych – czy sztuczna inteligencja nie zwróci się kiedyś przeciwko swoim twórcom i nie zacznie działać na niekorzyść człowieka. W takim starciu, jak dowodzi Walsh, ludzkość nie będzie miała żadnych szans.

Pokazuje autor w swoim tomie, czego pierwsi twórcy oczekiwali od "robotów" i komputerów, jak kształtowało się ich myślenie o sztucznej inteligencji jeszcze zanim potrafili powołać do istnienia uczące się programy. Odwołuje się do wizji pisarzy i wynalazców. Później pokazuje między innymi testy, które przechodzą programy AI czy rozmaite ograniczenia (w tym etyczne). Co ciekawe, programy najbliższe człowiekowi już w niedalekiej przyszłości, w tym cały Internet Rzeczy, nie trafiają tu prawie w ogóle do relacji, to osobne odgałęzienie tematu (któremu zresztą poświęca się inne książki). Autor skupia się na programach, które funkcjonować powinny na szerszą skalę. Sprawdza, jakie zawody najlepiej zastąpić komputerami, przygląda się też między innymi używaniu robotów w wojskowości i obronności. To tematy globalne, ważne nie dla jednostek, a dla całych państw. Toby Walsh w książce "To żyje" jest w stanie uwzględnić przeróżne dziedziny egzystencji i naświetlić wpływ AI na codzienne działania. Zajmuje się tematem nie tylko od strony naukowej: odwołuje się do wyobraźni czytelników i do kontrowersji, które dzielą uczonych. Nie pyta o sposoby tworzenia sztucznej inteligencji, a o konsekwencje takich działań, czyli to, co jest bliższe zwykłemu odbiorcy i bardziej naturalne w lekturze. "To żyje" staje się ciekawą książką pełną niespodzianek i nowości, przybliża pracę uczonych i pokazuje, jak życie splata się z fantazją.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com