Strona główna || O autorce || O tu-czytam || Bajki || Bajkowe portfolio                       

wtorek, 21 stycznia 2020

Kazimierz Kutz: Będzie skandal. Autoportret

Znak, Kraków 2019.

Opowieści z przymrużeniem oka

Musiałby Kazimierz Kutz trafić do czytelników kompletnie pozbawionych poczucia humoru, żeby książką autobiograficzną „Będzie skandal” wywołać jakikolwiek skandal. To publikacja żartobliwa i napisana gawędziarsko oraz prześmiewczo – pełna drobnych flirtów, romansów i zauroczeń, a także – czasami – mocnych słów. Kutz nie zajmuje się precyzyjnym odtwarzaniem własnego życiorysu, ucieka od porządkowania wydarzeń z autobiografii. Stawia na historię, którą będzie się dobrze czytać – wprowadzającą odbiorców w świat smaczków i anegdot z planów oraz z życia osobistego. Pewnych tematów unika, inne eksponuje nad miarę – tylko po to, żeby kupić odbiorców poczuciem humoru i umiejętnością dystansowania się od zwyczajnych spraw. „Będzie skandal” to dodatek do biografii reżysera – ale dodatek wypełniony dowcipami wysokiej próby i komizmem z życia wziętym. Nikt przy tej książce nudzić się nie będzie, bo też i Kutz na takie reakcje nie pozwoli. Opowiada czytelnikom o pracy nad kolejnymi filmami – rejestruje perypetie związane z decyzjami władz i z pracą z aktorami, przedstawia wydarzenia, których był świadkiem (a które potrafi znakomicie puentować). Jest gawędziarzem i showmanem – w tomie wybija się na pierwszy plan nie za sprawą uczestniczenia w kolejnych sytuacjach, ale – przez rodzaj wybranego komentarza. Wie, co zrobić, żeby podbić humor w opowieści, wyczuwa, kiedy może podkreślić puentę mocniejszym zwrotem. Eksponuje poczucie humoru i błyszczy jako komentator. Praca schodzi na dalszy plan, skoro liczą się najbardziej międzyludzkie relacje i scenki nieznaczące dla samych filmów.

W tomie „Będzie skandal. Autoportret” Kazimierz Kutz wykorzystuje ironiczne podejście do zawodu i do znajomości. Nie zamierza w żaden sposób narzekać na los, czasy, brak możliwości rozwoju czy rozmaite przeszkody na drodze do sławy – komponuje tę opowieść z żartów i z motywów, które jego samego śmieszyły. W ten sposób jawi się czytelnikom jako postać z dystansem do siebie i świata – i automatycznie budzi sympatię. Ucieka od polityki (chyba że akurat rzecz dotyczy zamierzchłych czasów i dyskusji z władzami), nie zajmuje się też przesadnie wyzwaniami związanymi z tworzeniem filmów – jeśli owe wyzwania nie brzmią wystarczająco malowniczo. Kutz wie, co zaciekawi odbiorców, zajmuje się w pierwszej kolejności zakulisowymi informacjami, scenkami, do których zwykli widzowie nie mieli dostępu. Ujawnia, jak wyglądało kształtowanie się niektórych zależności i znajomości na planie, czasami napomyka o konkretnych artystach i sposobach dotarcia do nich. Nie kreuje w książce siebie jako wielkiego reżysera, bardziej zależy mu chyba na etykietce dowcipnisia i eksponowaniu talentów literacko-gawędziarskich. Uzupełnia więc książką swoją biografię i dorobek artystyczny, nie może za to ich zastąpić. „Będzie skandal” to propozycja składająca się z międzyludzkich drobiazgów, z wyznań i komentarzy, które na pewno nie zrujnują reżyserowi reputacji i nie nadają się na obyczajowe wstrząsy rodem z portali brukowych. To książka dobrze napisana i przygotowana tak, by dać radość szerokiemu gronu odbiorców.

poniedziałek, 20 stycznia 2020

Dariusz Michalski: Starszy Pan B. Opowieść o Jeremim Przyborze

Iskry, Warszawa 2019.

Kabaret i życie

Jeremi Przybora wprawdzie bardziej intryguje odbiorców jako twórca Kabaretu Starszych Panów niż jako człowiek, którego życie zasługuje na odkrywanie – ale w serii biografii proponowanych przez Dariusza Michalskiego tej sylwetki brakowało. Po kilkunastu latach od wydania książki „Starszy Pan A” poświęconej Jerzemu Wasowskiemu, Michalski zdecydował się na „bliźniaczą” pozycję - „Starszy Pan B”. Opowieść o Jeremim Przyborze (taki podtytuł nosi zresztą potężny tom) jest spotkaniem nie tylko z życiorysowymi meandrami satyryka, ale też – z najlepszymi pomysłami piosenkowymi i kabaretowymi. Dariusz Michalski wybiera kolejne wątki z doświadczeń Przybory i rozpracowuje je w osobnych rozdziałach. Unika tworzenia wielkiej narracji, raczej skacze po tematach, sięgając po te najbardziej czytelników przyciągające. Ma to swoje źródło w istnieniu na rynku trzech tomów memuarów Przybory oraz jednej małej autobiograficznej książki napisanej wcześniej – nie ma sensu zatem prowadzenie opowieści o życiu, można skupiać się na dokonaniach i znajomościach, które przetrwały w pamięci potomnych. Dariusz Michalski decyduje się na rozdziały konkretne, poświęcone a to artystom, z którymi Przybora współpracował, a to partnerkom (dla Agnieszki Osieckiej i Alicji Wirth przeznacza najwięcej miejsca), a to dzieciom (Marta i Kot mimo wszystko zawsze pozostawali w cieniu). Bardzo często przechodzi w relacji od ludzi i życia do twórczości – przygląda się i Kabaretowi Starszych Panów, i divertimentom czy Teatrowi Niedużemu, adaptacjom historii dla dzieci (piosenki z „Piotrusia Pana”) i Eterkowi. Porządkuje, chociaż nie ma zamiaru przynosić czytelnikom pełnej opowieści, woli wybieranie tego, co najciekawsze i najbardziej urzekające z perspektywy widzów. Będzie zatem powracać do kabaretowych anegdot i do kulis powstawania sławnego programu, ale i do motywu pisania piosenek z Jerzym Wasowskim. Sięga do zapisków Przybory, do opinii aktorów i twórców o nim – ale też do opowieści Marii Wasowskiej. Wprowadza dość obszerne cytaty, tak, żeby sportretować Jeremiego Przyborę z różnych punktów widzenia, przypomina też najlepsze piosenki. Robi wiele, by odbiorcy mogli przypomnieć sobie klimat Kabaretu. Czasami wylicza zawartość niektórych programów Kabaretu, podpowiada, gdzie można znaleźć konkretne piosenki. Nie zamierza natomiast wyrównywać proporcji, wyraźnie przeważają motywy z KSP, po macoszemu są za to traktowane inne rodzaje twórczości. Nikomu nie będzie to przeszkadzać, zwłaszcza że Dariusz Michalski wie, jak zainteresować czytelników swoją książką.

Jeremi Przybora w tym tomie zostaje rozczytany na różne sposoby – i z uwzględnieniem rozmaitych form działalności scenicznej, estradowej, telewizyjnej czy radiowej. Michalski raczej unika oceniania, chociaż zdarza mu się przytaczać opinie na temat wybranych dzieł. Do Starszego Pana B czuje sympatię – przekłada się to na narrację, ale nie jest przeszkodą w śledzeniu opowieści. Ważne, że autor tomu nie poprzestaje na wiadomościach uzyskiwanych z pierwszej ręki i komentarze Przybory przeplata jeszcze dodatkami z różnych źródeł, sam też wie doskonale, o czym i o kim pisze. To sprawia, że „Starszy Pan B” to tom, który na rynku zagości na długo.

niedziela, 19 stycznia 2020

Rachael Lippincott, Mikki Daughtry, Tobias Iaconis: Trzy kroki od siebie

Media Rodzina, Poznań 2019.

Choroba

Stella jest nastolatką, która ciężko pracuje, żeby inni zrozumieli, czym jest mukowiscydoza – i żeby pojęli, jak ważne jest odpowiednie leczenie. Dziewczyna przygotowuje nawet samodzielnie aplikacje dotyczące zażywania leków, żeby pomóc innym chorym. Nagrywa filmiki, w których pokazuje, jak żyć z mukowiscydozą, dzieli się swoim życiem prywatnym i codziennymi wyzwaniami – tak, że staje się niemal gwiazdą internetu. Nie należy do anonimowych postaci. W szpitalu czuje się jak w drugim domu: od dziecka jest tu stałym bywalcem, do tego stopnia, że teraz, jako nastolatka, w ogóle nie życzy sobie wsparcia rodziców przy kolejnej wizycie. Poradzi sobie. Z kolei Will – również chory na mukowiscydozę, a do tego jeszcze cierpiący na zakażenie lekoodporną bakterią – ma dość ciągłej opiekuńczości ze strony mamy. Poddawany kolejnym eksperymentalnym terapiom, z których żadna nie przynosi efektów, jest zmęczony. Chciałby wreszcie przez moment zwyczajnie pożyć – a nie podporządkowywać się zaleceniom lekarzy. Nastoletni chłopak realizuje swój młodzieńczy bunt przez odmawianie stosowania się do nakazów. I tak młodo umrze – może zatem przestać tracić czas na leczenie. Takiego podejścia Stella nie rozumie, dla Willa jednak to jej perfekcjonizm wydaje się nie do zaakceptowania. Oboje mają swoje powody, by zachowywać się tak, jak się zachowują – i oboje nie chcą o tym rozmawiać, do czytelników powieści „Trzy kroki od siebie” będzie należało rozszyfrowanie źródeł postaw. I w jednym, i w drugim przypadku rzecz opiera się o rodziców – tyle że Stella i Will mają skrajnie różne domowe wzorce i motywacje do działania.

Tych dwoje różni się od siebie tak bardzo, jak to tylko możliwe. W swoich oczach wzajemnie wypadają nastolatki najgorzej: nie chcą zrozumieć swoich racji ani zachowań, łatwo oceniają i krytykują w duchu. Tyle tylko, że czytelników nie da się w ten sposób zwieźć: odbiorcy od początku tomu „Trzy kroki od siebie” będą wiedzieć, że sytuacja zmierza w stronę romansu – tym bardziej skomplikowanego, że niemożliwego do zrealizowania. Bo trudno o budowanie bliskości, jeśli nie wolno zbliżyć się do ukochanej osoby na mniej niż trzy kroki. A to odległość „bezpieczna” - żeby Stella nie zaraziła się groźną bakterią. Autorzy książki (i scenariusza do filmu) postawili na proste wzruszenia i sentymentalizm. Wykorzystali boom na historie o chorobach, który zaistniał z sukcesem „Jeśli zostanę” (Gayle Forman) oraz „Gwiazd naszych wina” (John Green) – i tworzą opowieść raczej wtórną wobec tamtych, a na pewno mniej skomplikowaną fabularnie. Odbiorców zaintryguje przede wszystkim, jak młodzieży uda się omijać zakazy i nakazy wygłaszane przez pielęgniarki oraz rodziców – bo chociaż niektórych wskazówek zbagatelizować nie wolno, miłość ma swoje prawa. Finał wydaje się znany, ale też nie dla finału książkę się czyta – a dla samego śledzenia drogi do niego. Stella i Will rzucają nowe światło na codzienne problemy i wyzwania, pokazują odbiorcom, że czasami warto z dystansem spojrzeć na własne zmartwienia. To książka dla nastolatków, starszych czytelników może znużyć przewidywalnością i jednokierunkowością wysiłków – ale też dość prostą narracją.

sobota, 18 stycznia 2020

Ladislav Čumba: Wittgenstein: wiadomo, że...

Iskry, Warszawa 2019.

Życiorys w świecie

Przedziwna jest ta książka, złożona z misternie odwzorowywanych skrawków, znajdowanych niemal przypadkiem i wypychana do granic możliwości ilustracjami niekoniecznie mocno związanymi z tematem. Ladislav Čumba podchodzi do zagadnienia bardzo swobodnie. Prezentuje życie i twórczość Wittgensteina jako patchwork (ze szczególnym uwzględnieniem motywów czeskich) i zarzuca odbiorców mnóstwem mało istotnych informacji kontekstowych. Czasami ma się wrażenie, że w ogóle nie chce zagłębiać się w biografię filozofa, a poprzestaje na dodawaniu przypisów do miejsc jego bytności – tak, żeby uzupełnić wiedzę, którą czytelnicy zapewne już mają o ciekawostki, jakich sami by nie szukali. „Wittgenstein: wiadomo, że...” to książka, która na parę pytań odpowie, ale mnóstwo zrodzi.

Przede wszystkim autor dość beztrosko podchodzi do schematów biograficznych. Nie interesują go punkty, które powinien wypełnić, zresztą biografię jako gatunek odrzuca na starcie – i postanawia poprzestać na zszywaniu opowieści z drobnych wzmianek i małych śledztw w sprawie filozofa – między innymi stąd weźmie się w tomie... analiza stanu hutnictwa w Czechach. To motyw, który zyskuje znaczenie dopiero w zestawieniu z fragmentem życiorysu – na pierwszy rzut oka wydaje się bowiem zbędny. Čumba nie boi się oryginalnych rozwiązań, zwraca na siebie uwagę dostrzeganiem tego, co dla innych niepotrzebne. Wittgensteina czasami czyta przez pryzmat jego zapisków, częściej przez znalezione odniesienia. Jeśli trafia na trop szkoły – poświęci się odkrywaniu sekretów budynku bądź pracowników – ale tylko na chwilę. Wszystko zresztą jest w tej książce tylko na chwilę, zajmuje numerowany akapit albo dwa – i znika. Zupełnie jakby autor chciał stworzyć skarbnicę wiedzy o Wittgensteinie w oderwaniu od sztampowych opisów. Nudzi się klasycznymi narracjami i nie chce, żeby czytelnicy odnieśli to samo wrażenie, dlatego też zajmuje się nietypową perspektywą. Nigdy nie wiadomo, dokąd zaprowadzą go poszukiwania i co stanie się efektem pracy – można być pewnym jedynie, że notki biograficznej się na podstawie tej publikacji nie ułoży, podobnie jak zestawu narzędzi do odczytywania Wittgensteina.

Pozorny chaos tekstowy łączy się w „Wittgenstein: wiadomo, że” z chaosem ilustracyjnym. Mnóstwo zdjęć, tabelek, wykresów, notatek, przedruków, dokumentów i map się tutaj pojawia, często z zaznaczonymi na różowo składnikami akurat omawianymi. Jeśli część schematów może faktycznie rzucić światło na życiorys Wittgensteina (lub jego przodków), część została dodana dla wypełnienia miejsca i spokojnie mogłaby zostać z książki usunięta. Wydawnictwo zapełnia strony fotografiami i dużym drukiem (oraz interlinią), bo w innym przypadku całość zamieniłaby się w broszurkę. Ladislav Čumba próbuje przekonać odbiorców, że o filozofach można też pisać lekko i nie do końca poważnie – z humorem, z nastawieniem na świat wokół, z dystansem do dzieł. Jeśli ma zamiar zbierać fakty, które coś o Wittgensteinie mówią, przydałoby się jeszcze ich przeinterpretowanie, pokazanie czytelnikowi, co znaczą w kontekście biografii.

piątek, 17 stycznia 2020

Agnieszka Krawczyk: Najmilszy prezent

Filia, Poznań 2019.

Z serca

Coraz rzadziej konsumenci dają się przekonać, że najcenniejszy prezent to ten, w który wkłada się serce i wysiłek. Wszystko można kupić, a skoro tak – nie warto tracić czasu. Z tego założenia nie wychodzi jednak pani Flora, starsza mieszkanka ulicy Wierzbowej i emerytowana bibliotekarka. Pani Flora co roku wysyła sąsiadom własnoręcznie przygotowywane kartki. Teraz jednak jeszcze więcej pracy poświęca na nietypowe prezenty: zamierza przenieść się do domu spokojnej starości, więc wszystkim z ulicy Wierzbowej próbuje dostarczyć tradycyjne listy. Pisze je samodzielnie stworzonymi atramentami z roślin, ozdabia rysunkami – robi wiele, by zostać zapamiętaną jak najlepiej. A te listy poza jakością wykonania mają jeszcze jedną zaletę: trafiają w sedno problemów lub charakterów adresatów. Flora jest świetną obserwatorką, chociaż niektórzy mogliby pomyśleć, że to wścibska staruszka, która cierpi na nadmiar wolnego czasu. Kobieta dostrzega więcej niż zabiegani sąsiedzi – może zatem ostrzegać znajomych albo podrzucać im dyskretnie podpowiedzi dotyczące dalszego życia i wyborów, przed którymi stają. Rozumie dylematy każdego – i każdemu podsuwa proste rozwiązania (niewidoczne na pierwszy rzut oka lub wymagające głębszej refleksji). Żeby dopełnić wizerunków sąsiadów, Flora wykorzystuje w listach cytaty z dawnych poradników – sięga po książki zapomniane, niechciane i niepotrzebne, dając im drugie życie.

„Najmilszy prezent” to jednak nie tylko Flora Majewska. Starsza pani jest katalizatorem akcji, a odbiorczynie mogą obserwować wydarzenia na ulicy Wierzbowej w każdym z domów po kolei. Dowiedzą się między innymi, jakie problemy gnębią mamę kilkuletniej dziewczynki odwiedzającej sąsiadów, dlaczego i z kim do domu sprowadza się pewien sławny rzeźbiarz oraz – jak stroniący od ludzi lekarz poradzi sobie na prowincji. Nie wszyscy z ulicy Wierzbowej są ideałami: jedna z pań jest apodyktyczna i chce uniemożliwić mężowi realizowanie nowo odkrytych pasji, inna lubi rządzić i dyktować ludziom warunki. Ktoś jest kłótliwy, ktoś inny postanawia wreszcie postawić na swoim po latach upokorzeń i ustępstw. Nie dochodzi do poważniejszych – kryminalnych – kłopotów, to w końcu ciepła i świąteczna obyczajówka – ale Agnieszce Krawczyk nie brakuje pomysłów na międzyludzkie relacje. „Najmilszy prezent” składa się właśnie z prób poznawania najbliższego otoczenia. Niektórzy mogą dzielić się dylematami z innymi – i w ten sposób szukać drogi dla siebie, inni wolą nie przyznawać się do planów w obawie przed ich storpedowaniem. Są tu sąsiedzi wyjęci z rozmaitych kodeksów i niepisanych umów: małe dzieci mogą bezkarnie dopytywać się o szczegóły, starsze panie owe szczegóły widzą i rozumieją.

Agnieszka Krawczyk proponuje odbiorczyniom książkę, w której nie ma może ekstremalnie przyspieszonej fabuły, ale nadzieja i optymizm pozwalają na dobrą zabawę. Czytelniczki przekonają się, jak niewiele czasem trzeba, żeby przynieść komuś trochę szczęścia i dodać wiary w siebie, nauczą się empatii i zaangażują w opowieść. „Najmilszy prezent” ma być pierwszą częścią cyklu – ulica Wierzbowa stanie się zatem jeszcze miejscem niejednego kryzysu. To literacki azyl, przestrzeń, w której można się ochronić przed codziennym stresem i zabieganiem. Sprawdzi się nie tylko w okresie przedświątecznym.

czwartek, 16 stycznia 2020

Margaret Atwood: Kamienne posłanie

Wielka Litera, Warszawa 2019.

Granica wyobraźni

Constance zaczęła tworzyć Alphinlandię na długo przed poznaniem swojego męża – a już po śmierci ukochanego rozrastający się ponad miarę świat pozwolił jej na zachowanie zdrowych zmysłów i przejście żałoby. Teraz Constance może wysłuchiwać komentarzy Ewana z zaświatów – nikogo to nie dziwi, zawsze miała bujną wyobraźnię i nie bała się jej używać. Trzeba przyznać, że Margaret Atwood wie, jak zacząć zbiór opowiadań „Kamienne posłanie”, żeby zapewnić sobie trwałą uwagę odbiorców. Proponuje rzeczywistość trochę oniryczną, ale dopracowaną w najdrobniejszych szczegółach. Sam proces tworzenia będzie tu zajmować ważne miejsce – dla kolejnych bohaterów. Constance swój związek przenosi do sfery nie do końca udanych spraw, następne postacie ujawniają sieć zależności i wzajemnych relacji. Bo chociaż „Kamienne posłanie” to zestaw małych form, Margaret Atwood nie ucieka w nim od świata, którym zaintrygowała czytelników. Stopniowo pojawiają się osoby, które pozostawały w tle w jednych historiach – w innych można poznać ich dążenia i marzenia oraz motywacje, jakich nie było widać wcześniej. Autorka umożliwia wnikanie w głąb tej przestrzeni – bez przeszkód, ale i bez pośpiechu. Wie znacznie więcej, niż chce ujawnić – daje czytelnikom szansę snucia własnych historii zanim poznają prawdę. Operuje tym, co znane i tym, co niewytłumaczalne, bawi się zjawiskowo historiami jednostek układającymi się w cały bogaty repertuar wydarzeń. Nawet jeśli nie ma spektakularnej akcji – a trudno czasami o taką w opowiadaniach – liczą się związki międzyludzkie i zależności, które wcześniej były niedostrzegane, a pełnią ważną rolę w budowaniu opowieści. Margaret Atwood przechodzi od zjawiska do zjawiska, porywa się na wielkie komentarze dotyczące malutkich spraw, wyimki rzeczywistości bohaterów rozdmuchuje na olbrzymią skalę – tak, żeby czytelnikom pokazać możliwości tkwiące w literaturze.

Karmi ta autorka odbiorców narracją. W „Kamiennym posłaniu” rzuca się w oczy wyczulenie na słowo i umiejętność prowadzenia relacji niemal bez fabuły – a to dzięki spostrzegawczości. Atwood bardzo lubi podkreślać obecność detali w najbliższym otoczeniu bohaterów, jest w stanie skupiać się na nich prawie całkowicie. Oddala konieczność budzenia silnych emocji przez akcję – może ten sam efekt uzyskać dzięki zabawom tekstowym. „Kamienne posłanie” jest zatem próbą spowolnienia do granic możliwości opowieści. Międzyludzkie relacje rozwijają się swoim trybem, nie ma sensu ich podsycać – i tak nie uda się przyspieszyć historii. A przecież w takiej postawie autorskiej nie ma drwiny z czytelników, jest za to chęć zatrzymania ich nad lekturą. Margaret Atwood może sobie pozwolić na operowanie niepopularnymi środkami – dzięki temu, że jest w swojej książce bardzo precyzyjna i daje się poznać jako wyrafinowana obserwatorka codzienności. Nie umyka jej żaden szczegół relacji międzyludzkich, odnotowuje każdą zależność – i wkleja do refleksji postaci, żeby wypadały jak najbardziej wiarygodnie. Dla tej autorki najważniejsze będzie sedno interpersonalnych kontaktów, cała reszta to tylko dodatek ubarwiający historię.

środa, 15 stycznia 2020

Michael J. Gelb: Myśleć jak Leonardo da Vinci. Siedem kroków do genialności na co dzień

Rebis, Poznań 2019.

Rytm wskazówek

Grunt to uwieść tytułem, cała reszta nie ma już większego znaczenia. Michael J. Gelb jako mówca motywacyjny zdaje sobie z tego sprawę i proponuje czytelnikom książkę, która sprzeda się „sama” przez nawiązanie do największego geniusza – i obietnicę wypracowania w sobie talentów oraz kreatywności. „Myśleć jak Leonardo da Vinci” to publikacja albumowa, obszerna i wydana w twardych okładkach, tak, żeby na pewno wyróżniała się wśród poradników dotyczących samorozwoju. Tego typu lektury zwykle nie mają tak bogatej oprawy graficznej – ale nawiązanie do mistrza zobowiązuje. Michael J. Gelb zresztą sprawia wrażenie, jakby potrzebował kolejnych reprodukcji, wycinków dzieł i studiów Leonarda – w ten sposób chce przekonać odbiorców, że zna się na rzeczy i potrafi wydobyć z twórczości mistrza wskazówki postępowania dla zwykłych czytelników.

Oczywiście nie będzie tu odtwarzania procesów myślowych ani wyciągania z dokonań czy biografii Leonarda da Vinci porad. Gelb tworzy własny program inspirowany geniuszem – i wykorzystujący jego sylwetkę jako wabik dla tych, którzy chcą szybko i łatwo osiągnąć sukces. Autor przygotowuje siedem zasad – uwag, które można zilustrować pomysłami Leonarda – a które pozwolą zbliżyć się do kreatywnego umysłu. Siedem zasad rozbija następnie na siedem rozdziałów, żeby nie dało się streścić programu wykorzystuje włoskie nazwy i metaforyczne określenia – tak, by spis treści nie był jednocześnie końcem lektury, a podsycał ciekawość. Każda z zasad została wymyślona tak, by dało się ją obudować schematem działania. Najpierw więc Michael J. Gelb omawia kolejne kroki, przekonuje czytelników do swoich racji i do zanurzenia się w głąb książki. Zestawia enigmatyczną wskazówkę z pomysłami Leonarda da Vinci – tak, by umotywować obecność w tomie i jednocześnie zachęcić do pójścia w ślady mistrza. To pierwsza część rozdziału-zasady. Druga obejmować będzie zestaw poleceń dla odbiorców. Tutaj już Gelb nie odchodzi zbyt daleko od standardowych poradników do samorozwoju, wybiera to, co przez czytelników oczekiwane i naturalne dla nich – listy, uwagi, pytania, zadania i ćwiczenia. Mnoży podpowiedzi i polecenia dla odbiorców, tak, żeby każdy na pewno zastanowił się nad własnym życiem i poszukał szansy zmiany na lepsze. Rzecz jasna takie podejście wymusza niejako rozdmuchiwanie wskazówek – ale inaczej Gelb nie zbudowałby swojego programu.

Autor gromadzi dość banalne podpowiedzi z różnych „teorii”, wie, jak umotywować swoje pomysły – nie zaszkodzi odbiorcom, umożliwi im co najwyżej lepsze poznanie siebie czy zatrzymanie się nad codziennymi sprawami. W narracji bardziej stawia na opisowość niż na konkrety, więc automatycznie trochę przegaduje tom, nie pomogą tu nawet wyliczenia i ramki. Wie, jak trafić na rynek i zwrócić na siebie uwagę, inna rzecz, czy uda mu się przekonać czytelników do wcielenia w życie nakreślonego dość ogólnie programu. „Myśleć jak Leonardo da Vinci” to książka do samorozwoju – udająca bardziej zaawansowany program.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com