Strona główna || O autorce || O tu-czytam || Bajki || Bajkowe portfolio                       

czwartek, 29 września 2016

Wojciech Kass: Pocałuj światło. 89 wierszy

Iskry, Warszawa 2016.

Refleksy

Niezwykle trudno jest uchwycić istotę tomiku Wojciecha Kassa „Pocałuj światło”, obszernego wyboru wierszy z różnych lat. Dzieje się tak za sprawą niejednoznaczności tej liryki, ale i stałych poszukiwań formalnych, wewnętrznych niepokojów i olbrzymiej tematycznej rozpiętości. Wojciech Kass jako poeta nie zamierza porządkować świata, dokonuje za to analiz drobiazgów. Równie chętnie odwołuje się do prostych obserwacji przemijania (poruszające i rozpisane na wiele wierszy powolne odchodzenie matki), jak i do głęboko erudycyjnych przemyśleń. Bawi się frazami – raz piętrzy słowa i wprowadza intelektualne refleksje, raz imituje dziecięce lub ludowe przyśpiewki. Nawiązania do poszczególnych poetyckich mistrzów rozczytuje w posłowiu Adrian Gleń – zanim jednak czytelnicy dotrą do tego klucza interpretacyjnego, sami będą poszukiwać źródeł nawiązań. Wojciech Kass, chociaż w ogólnym wydźwięku jest poetą osobnym, unikającym klasyfikacji i uproszczeń, ma też swoje ulubione kręgi poszukiwań.

„Pocałuj światło”, prawem wyboru, prezentuje jak najbardziej różnorodne poetyckie dokonania tego autora. Wiersze z tego wyboru przedstawiają zmienne spojrzenia na świat, stanowią przegląd lirycznych możliwości czy osiągnięć. Układają się prawie w powieść przesyconą indywidualnością autora – każdy utwór to krok dalej, w głąb poetyckich zastanowień. Bo Kass wiersze wykorzystuje jako zapiski z filozoficznych rozważań, prób dotarcia do istoty człowieczeństwa. Nie pomija wówczas wątków cielesnych – te powracają przede wszystkim w motywach przemijania, starości, chorób czy śmierci. Jest otwarty na zmieniające się krajobrazy i przestrzenie, wypatruje tego, co nieoczywiste w pierwszym poznaniu. Stara się w ogóle znaleźć alternatywę dla najczęstszych kwestii poetyckich: ucieka choćby od miłości i erotyków, stroni od banałów. Musi mieć swoje sposoby na wyrażanie lęku czy nadziei, by decydować się na liryczny komentarz do sobie znanych sytuacji. A kiedy już coś trafi do wiersza, zyskuje uniwersalną oprawę, funkcjonuje dzięki artystycznemu ujęciu – już nie jako element zwyczajności, a popis twórczy. Takich popisów Kass daje tu wiele. Ten poeta chce „wyssać z tego krajobrazu cały metafizyczny szpik” – a z drugiej strony sili się na surową ocenę dzisiejszych czasów. W centrum nieodmiennie stoi słowo: „polegam więc na słowie, gdy inni stracili w nim oparcie” – głosi Kass. Dba o to, by słowo znaczyło, a nie tylko ozdabiało. W tomiku „Pocałuj światło” nie ma popisów brzmieniowych, gier lingwistycznych. Autor od czasu do czasu sięga po konwencję piosenki, z rzadka wykorzystuje rymy (taka decyzja staje się wówczas znacząca). Nie chce jednak, by słowo stało się jedynie ozdobnikiem: w pierwszej kolejności ma być nośnikiem treści.

W tomiku „Pocałuj światło” refleksy świetlne powracają niemal bez przerwy. To znak rozpoznawczy Kassa, dominanta całego wyboru. Dla Wojciecha Kassa światło – w różnych ujęciach – ma najwięcej znaczeń. Światło to poezja, sposób nadawania sensów, jedyne dostępne piękno. Światło jest wolnością i ratunkiem. Światło powraca dosłownie w kolejnych wersach i jako niezbędny etap olśnień. Zachwyt światłem przekuwa się tu na nieoczywiste obrazy, umiejętność dostrzegania niezwykłych chwil.

„Pocałuj światło” to wybór wierszy wymagających skupienia. Uważna lektura pozwoli wydobyć z nich zakodowane przesłania i cenne spostrzeżenia, które swój początek mają w mikroskali, ale dość szybko zyskują ponadczasowy charakter. Wojciech Kass nie szuka w poezji łątwych wzruszeń, nie zamierza też podporządkowywać się gustom masowej publiczności. W „Pocałuj światło” widać indywidualizm i pewność siebie – skontrastowaną z nieustannym poszukiwaniem sposobu na opisanie rzeczywistości. Ten wybór stanowi też przegląd literackich decyzji i fascynacji.

środa, 28 września 2016

Patricia Highsmith: Carol

Noir sur Blanc, Warszawa 2016.

Kobiety

Nie jest to nowa powieść, ma swoją historię i dosyć ważne miejsce w literaturze rozrywkowej. O losach książki autorka opowiada w posłowiu. Tematyka natomiast wpasowuje się w dzisiejsze trendy tylko częściowo. Zwykle w masowych powieściach wątki miłości homoseksualnej spychane są na dalszy plan: istnieją jako urozmaicające opowieść tło, próba scharakteryzowania mniej potrzebnych bohaterów tak, żeby byli wyraziści, a nie zabierali zbyt wiele czasu i uwagi odbiorców. W tomie Patricii Highsmith „Carol” miłość między dwiema kobietami to podstawowy temat i źródło refleksji. Autorka skupia się na pięknie uczucia i przeszkodach oddalających szczęście, a całość przedstawia w bardzo wysmakowany sposób.

Sceneria w „Carol” wcale nie sprzyja wielkim porywom namiętności. Rzecz rozpoczyna się w dziale z zabawkami wielkiego domu towarowego. Pracuje tam dziewiętnastoletnia Therese, jeszcze młoda i naiwna. Therese jest scenografką, ale podejmuje też „nudne” zajęcie, żeby móc się utrzymać. Atmosfera nie nastawia na wielką przygodę ani na wybuch uczuć – ale pewnego dnia Therese poznaje Carol – piękną, bogatą i fascynującą kobietę, która wprawdzie przybywa jako zwyczajna klientka, ale w oczach Therese zasługuje na królewskie traktowanie. Bohaterki poznają się i zaczyna między nimi gra. Carol raz pozwala się do siebie zbliżyć, to znów traktuje Therese z pobłażliwością. Spełnia jej marzenia i oczekiwania, by za chwilę wytykać niedojrzałość. Tylko w jednej kwestii nie ma wątpliwości: między kobietami rodzi się bardzo silne uczucie.

W czym problem? Są lata 50. XX wieku (w tym czasie zresztą powstawała książka). Ludzie nie akceptują inności, a homoseksualizm stanowi wstydliwą tajemnicę i wynaturzenie. Therese wydaje się zagubiona w swoich odkryciach – nie rozumie jeszcze, że kobieta może zakochać się w drugiej kobiecie. Wie za to, że przeżywa coś pięknego i wielkiego, coś, co na zawsze pozostawi w niej ślad. Ograniczają ją konwenanse i lęk przed ujawnieniem uczuć, gdyby sytuacja miała okazać się pomyłką. Może jednak polegać na Carol, która nie ma już wątpliwości co do swojej orientacji seksualnej. Pojawia się tu wiele kłopotów i przeszkód. Tom „Carol” to niespieszne rozwijanie relacji między bohaterkami, uwzględniający to wszystko, co do niedawna w literaturze rozrywkowej zarezerwowane było dla par heteroseksualnych. Autorka pokazuje, jak rodzi się fascynacja, zwraca uwagę na psychiczne bariery, zazdrość czy niepewność. Bardziej interesują ją delikatne relacje niż tematy z zewnątrz – ale otoczenia potrzebuje dla samych ograniczeń bohaterek. Wprowadza nawet motywy okołosensacyjne, ale i tak to, co najważniejsze, rozgrywa się w planie emocji do samego końca. Highsmith szczególnie chętnie odmalowuje też wahania postaci: szczęście jest na wyciągnięcie ręki, ale trzeba zdobyć się na odwagę i zrezygnować z pozorów stabilizacji.

„Carol” to powieść wysublimowana i przekonująca. Dla Patricii Highsmith to okazja do opisania głębokiego uczucia – i zwłaszcza czytelniczkom przejścia bohaterek będą tu bliskie – nie homoseksualizm liczy się tu najbardziej, a potrzeba bycia blisko z drugim człowiekiem, miłość, która nie pozostawia wątpliwości. Highsmith potrafi tworzyć rzeczy poruszające i uniwersalne – a jednocześnie wskazywać możliwości tkwiące w literaturze rozrywkowej. „Carol” to w pierwszej kolejności zmysłowa narracja, opowieść o uczuciu pokonującym ograniczenia. Zwraca tu uwagę bardzo precyzyjnie odmalowywana psychika Therese – a i zachowania kobiet. Highsmith proponuje prozę kobiecą i przekonującą, ma pomysł na realizację zagadnienia. Jest dla czytelniczek opoką. Ponadto „Carol” po kilku dekadach dalej nie traci na wartości, to wciąż powieść, po którą sięgnąć trzeba.

wtorek, 27 września 2016

Agata Kołakowska: Igraszki z losem

Prószyński i S-ka, Warszawa 2016.

Fortuna

W orbicie Leszka Pokory pojawiają się kolejne panie: w różnym wieku i z różnym bagażem doświadczeń. Sam Leszek jest dla nich bezpłciowy: to stary kawaler podporządkowany matce i uwięziony w rutynie codzienności. Leszek wciąż jeszcze przeżywa dawną miłość i nie daje się wmanewrować w żaden związek. Wszystkie kobiety traktuje jak klientki – prowadzi przecież sklep z pieczywem i stąd je zna. Wie, która chciałaby się realizować zawodowo, ale tłamszona jest przez męża i dorosłą córkę, wie, która marzy o miłości rodem z ulubionych komedii romantycznych, a której do szczęścia brakuje tylko większego zaangażowania ze strony męża. Leszek jest znakomitym obserwatorem, a swoim znajomym życzy jak najlepiej. I tu Agata Kołakowska sięga po motyw z ostrzeżenia „uważaj, czego sobie życzysz, bo może się spełnić” i próbuj udowodnić, że ludzie byliby złymi demiurgami, nawet przy dobrych intencjach. Mimo życzliwości Leszka kolejne uśmiechy losu zamieniają życie zaprzyjaźnionych kobiet w koszmar. Wystarczy pokazać im nowe możliwości, pozwolić dotknąć marzeń, by następne porażki uderzyły mocniej niż zazwyczaj. Od niepowodzenia przy realizacji celu gorsze są przecież powroty do tego, co znane i dawniej motywujące do zmiany.

Agata Kołakowska coraz bardziej skręca w stronę powieści psychologicznej. Ułatwia sobie zadanie pocięciem fabuły na kilka życiorysów. Bohaterki są tu podobne do siebie w zmęczeniu i stagnacji, a przecież każda doświadcza czegoś innego. Żeby historia nie brzmiała bardzo konwencjonalnie (pod względem formy, ale i doboru faktów), autorka zaczyna wprowadzać sugestię wątku bajkowego: Leszek dowiaduje się od Cyganki, że ma niezwykłą moc i może wpływać na losy ludzi. Testuje ten dar, a sytuacja po prostu musi wymknąć się spod kontroli. I tak przez dość długi czas zupełnie nie wiadomo, czy Kołakowska wybrała nowy (dla siebie) gatunek, czy eksperymentami rozsadzi formę, czy tylko gra z czytelniczkami. W każdym razie możliwość kształtowania losu bardzo się tu przydaje samej historii – ożywia ją i przechwytuje uwagę odbiorczyń. Pomysł się sprawdził, bez zastrzeżeń. Wprawdzie konieczność zintensyfikowania doznań kolejnych bohaterek siłą rzeczy wygląda sztucznie – ale autorka nadrabia to zaangażowaniem w akcję. Nie wykorzystuje oczywistości: Leszek to nie stereotyp wiecznego synka mamusi, sam też przechodzi życiową lekcję i dowiaduje się, na czym polega walka o marzenia – za to w sferze przyjaźni pozostaje mistrzem, zawsze można na niego liczyć i to w konkretnym wymiarze.

W powieści „Igraszki z losem” Kołakowska pokazuje, na jak wiele sposobów da się zrujnować sobie – lub innym – życie. Wystarczy ignorować podszepty intuicji, skusić się na to, co wygodne i łatwo dostępne. Tutaj bohaterki nie mają już wyjścia – powinny samodzielnie pokierować egzystencją i spalić za sobą mosty. Takie decyzje wymagają odwagi i wiążą się z cierpieniem, ale alternatywą jest wegetacja w zakłamaniu i braku szacunku do siebie. Agata Kołakowska swoją książką daje czytelniczkom impuls do zmian. Porusza, przede wszystkim dlatego, że przedstawia w tej powieści sytuacje znane wielu czytelniczkom. Nie upiększa szarości, nie pozostawia wygodnych wymówek. Trochę usiłuje tą historią wytknąć potrzebę zmian na lepsze. Nie skłania się ku bezpiecznym narracjom z obyczajówek. Z drugiej strony, ponieważ woli dzianie się niż rozpatrywanie przemyśleń bohaterek, sprawia wrażenie, jakby była zbyt daleko, żeby bohaterki „Igraszek z losem” zrozumieć. To wszystko składa się na powieść z otoczką psychologiczną, rodzaj książkowego serialu. „Igraszki z losem” to historia o tym, że do realizowania marzeń potrzebna jest wytrwałość – i obecność bratniej duszy. Ta powieść może pozostawić ślad.


poniedziałek, 26 września 2016

Kent Babb: Iverson. Życie to nie gra

SQN, Warszawa 2016.

Piekło

"Iverson" to książka, jakiej czytelnicy się nie spodziewali. W biografii Allena Iversona (nieautoryzowanej, bo bohater, ku lekkiemu rozczarowaniu autora, nie wykazał zainteresowania tą inicjatywą) sylwetka sportowca zdecydowanie przegrywa z akcentami pozasportowymi, kontrowersyjnym sposobem bycia i problemami koszykarza. Kent Babb wkracza do środowiska, którego nawet nie stara się zrozumieć; nawet gdy bardzo próbował, nie da rady obronić Iversona przed nim samym. Chce przedstawić odbiorcom genialnego koszykarza, talent na wielką skalę – a wciąż musi się mierzyć z przyziemnościami: bójkami, przemocą domową, agresją, szokowaniem innych, brakiem szacunku do wszystkich wokół – oraz unikaniem ciężkiej pracy. Dwa obrazy nadają ton publikacji. To Tawanna, żona walcząca o rozwód – chociaż z Iversonem związała się jako nastolatka i spędziła z nim dwie dekady – oraz koszykarz na dnie, zdumiony, że nikt nie zabiega o jego obecność w drużynie czy w pracy okołokoszykarskiej. Ten tom jest bardzo gorzką książką o tym, z jak wysoka upaść mogą wielkie gwiazdy.

Od samego początku Iverson jest krnąbrny. Sprawia problemy jako dziecko, nie umie się dostosować do panujących reguł. Mimo to spotyka na swej drodze mnóstwo ludzi, którzy chcą mu pomóc – poprawić trudny byt, zapewnić warunki do nauki i do trenowania. Al Iverson nie przestrzega żadnych reguł i wielokrotnie zawodzi: młodą matkę, trenerów czy wychowawców. Babb nakreśla kolejne wyskoki swojego bohatera i aż dziwne, że ktokolwiek, zbrojny w taką wiedzę, mógł mieć jeszcze złudzenia co do dalszych losów chłopaka. Trzeba by chcieć się wyrwać ze środowiska, w którym narkotyki i bójki to standard. I nawet jeśli Iverson budzi litość, kiedy jako dziecko nie może spędzać nocy w domu, odpychanie przez niego życzliwych szybko zaczyna nużyć. Kent Babb nie usprawiedliwia bohatera tomu trudnym dzieciństwem, zwłaszcza że sytuacja nie zmienia się, gdy Iverson zostaje objawieniem koszykówki. Na portrecie pojawiają się kolejne rysy, bardzo poważne problemy i sprawy błahe, które jednak utrudniają funkcjonowanie. Nad wszystkim – widmo Tawanny, która znosi liczne upokorzenia i wciąż ma nadzieję, że uda jej się zmienić małżonka. O ile przeważnie w biografiach sportowych motywy zawodowe dominują, o tyle w wypadku opowieści o Iversonie dominuje agresja, przemoc i zło. Nic dziwnego, skoro właśnie te tematy kształtowały obraz Iversona w mediach, a autor ma dostęp wyłącznie do zapośredniczonych wiadomości.

Kent Babb nie zajmuje się długo boiskowym geniuszem Iversona, skoro musi skupiać się na okrutnej rzeczywistości i szkodach generowanych przez bohatera tomu. Uzmysławia czytelnikom, jak ogromne pieniądze roztrwonił Iverson (mniejszą wagę przykłada do tego, jak je zarobił). Jest mimo wszystko dość życzliwie nastawiony do koszykarza, chociaż odbiorcom trudno taką postawę zrozumieć. Iverson jest jak Piotruś Pan – ale nie tylko nie dorasta: brakuje mu nawet refleksji, że dorosnąć powinien. Ta publikacja pokazuje sportowca, który na szczyt dostał się dzięki ogromnemu talentowi i wbrew wszystkim okolicznościom – i który nie potrafił wykorzystać swojej szansy. Babb pisze tom profesjonalnie, sam unika jednoznacznego krytykowania Iversona, chociaż daje się dostrzec żal, że idol nie poradził sobie z rzeczywistością. To książka mniej dla zainteresowanych karierą koszykarza – legendy NBA – a bardziej dla poszukiwaczy sensacji i pozasportowych ciekawostek oraz dla odbiorców próbujących zrozumieć, dlaczego tej postaci się nie udało. Styl narracji daleki jest od języka brukowców, ale treść siłą rzeczy oddala tom od literatury sportowej. Kent Babb pokazuje, co stało się ze „złotym dzieckiem koszykówki” trochę na przekór snom o sławie. Dzięki kontrowersyjnemu tematowi może zwrócić na siebie uwagę. Stworzył autor tę książkę bez literackich popisów, trochę na kształt prostego reportażu – realizuje niewdzięczny temat, ale nieźle mu to wychodzi.

niedziela, 25 września 2016

Anna Dąbrowska, Piotr Skrzypczak: Rzeźnik. Historia kultowego biegu

Galaktyka, Łódź 2016.

W Bieszczady

Publikacji o bieganiu jest już na rynku zatrzęsienie, a prym w nich wiedzie Galaktyka. Gorzej jest z książkami o bieganiu pisanymi przez polskich autorów. To wciąż jeszcze rzadkość, chociaż rynek należy do wyjątkowo wdzięcznych: panuje przecież moda na bieganie. Niezależnie jednak od tendencji wydawniczych (i chęci autorskich) tom „Rzeźnik” Anny Dąbrowskiej i Piotra Skrzypczaka to opowieść, w której łatwo się zakochać. Autorzy postawili na oddanie klimatu kultowego bieszczadzkiego biegu, który wziął się ze studenckiego zakładu o piwo i w ciągu kilkunastu lat zyskał rangę jednej z ważniejszych sportowych imprez dla długodystansowców, ale za cel obrali sobie również rozmowy z zaangażowanymi w Rzeźnika. Zrobili to wszystko z wyczuciem i reportażową narracją – i chociaż „Rzeźnik” to pomnik, czyta się go z niesłabnącym zachwytem, a po lekturze chce się aż dołączyć do ekipy, w dowolnym charakterze.

„Rzeźnik” (jako bieg i jako książka mu poświęcona) ma duszę – i to twórcom książki udało się przekazać bez żadnych wątpliwości. Śledzą początki biegu, kreślą sylwetki pomysłodawcy, organizatorów i kolejnych dokooptowanych ludzi, którzy zaczynają współtworzyć legendę. Nie ma tu biurokracji ani schematów postępowania, niemal każdy przypadek jest inny – i każdy ciekawy. „Rzeźnik” łączy ludzi, zapewnia poczucie wspólnoty, jakie do tej pory ze środowiskiem biegaczy powszechnie zupełnie się nie kojarzyło. Następnie Dąbrowska i Skrzypczak „przebiegają” w zwolnionym tempie z czytelnikami trasę. Każdy punkt to element historii (często tej wielkiej i burzliwej), zmiany dla lokalnej ludności, niezwykłe widoki, najdziwniejsze schroniska… Każdy punkt – i każdy fragment trasy – to inne przygody i przestrogi. Raz jest okazja do opowiedzenia o podbiegach, raz – o bieszczadzkiej zmiennej pogodzie. Zamiast ogólników – konkrety, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto przeżył wartą opowiedzenia historię.

Autorzy tego tomu zresztą na opowieściach biegaczy się koncentrują. Rezygnują z forsowania własnych zdań na temat Rzeźnika (swoje historie prezentują dopiero w krótkim posłowiu), ale chętnie posiłkują się refleksjami sportowców. Przytaczają ich uwagi i przeżycia, anegdoty czy wspomnienia, zgrabnie wplatając je w całą opowieść o biegu. Taka cytatowa układanka nieźle się tu sprawdza, podkreśla też, że to ludzie stanowią o wyjątkowości biegu. Rzeźnik się zmienia – startuje w nim coraz więcej par zawodników, pojawiają się kolejne odgałęzienia i dodatkowe imprezy. Dla Dąbrowskiej i Skrzypczaka ważny jest dawny Rzeźnik, impreza nie zawsze idealna pod względem przygotowań, ale niepowtarzalna za sprawą interpersonalnych kontaktów i ekstremalnych doznań na trasie. Klimat tego Rzeźnika najbardziej eksponują. „Rzeźnik” to również zbiór sentymentów, to wspomnienie smaku kanapek, hektolitry piwa, piosenka o biegu i wychwalanie Mirka. Po tej lekturze każdy poczuje się cząstką Rzeźnika, choćby nawet biegi były mu obojętne. Tomu nie da się nie przeżywać, liczba fanów biegu może po nim znacząco wzrosnąć – a to w literaturze sportowej rzadkość. Jak na razie nikt tak przekonująco jak Dąbrowska i Skrzypczak nie opisał biegów długodystansowych i przeżyć uczestników.

„Rzeźnik” to historia pasjonująca – i zrodzona z pasji. Zbudowana na prawach reportażu, ale i monografii. Znajomość tematu idzie tu w parze z dość dobrą narracją (jedynym mankamentem wydaje się dodawanie czasownika po każdej wypowiedzi na temat trasy), zaangażowanie przekuwa się na wciągającą także postronnych opowieść – bo nie ulega wątpliwości, że sami biegacze i znajomi z rzeźnickich tras również stanowić będą grono wiernych czytelników. „Rzeźnik. Historia kultowego biegu” jest książką, z której polskie środowisko biegowe może być naprawdę dumne. Anna Dąbrowska i Piotr Skrzypczak pozwalają lepiej poznać idee Rzeźnika, przekonać do nietypowego wysiłku i zaintrygować biegami górskimi. W „Rzeźniku” odbiorcy znajdą wystarczająco dużo informacji, żeby zacząć kibicować temu środowisku.

Pszczółka Maja. Wodne kolorowanie

Egmont, Warszawa 2016.

Wodna magia

Ten zeszyt – kolejny poświęcony Pszczółce Mai oraz jej przyjaciołom – to zaledwie osiem prostych obrazków, jednostronnie nadrukowanych (więc tylną część kartki w razie potrzeby można wykorzystać na własne twórcze działania). Jak na kolorowankę to raczej niewiele, ale ta książeczka wcale nie należy do zwyczajnych kolorowanek. Ma zaskoczyć dzieci nietypowym rozwiązaniem. Do jej wypełnienia wystarczą bowiem tylko woda i pędzel. Kolory pojawią się „same”. Jest to o tyle ciekawe, że z pozoru tomik wygląda jak zwyczajna książka: nie ma dziwnego papieru, a jedynym dodatkiem do standardowych kolorowanek są tu czarne kropki zapełniające kontury rysunków. Te czarne kropki to w rzeczywistości farba naniesiona na obrazki – pod wpływem wody pozwolą na pokolorowanie rysunku bez kredek, flamastrów czy plakatówek. Dorośli zrozumieją takie rozwiązanie, dla dzieci będzie to zabawa równoznaczna prawie z czarami. Ponieważ kropki są czarne, dla maluchów do momentu użycia zamoczonego w wodzie pędzla, efekt będzie niespodzianką. I tu zaczyna się zabawa, bo można zgadywać kolory lub próbować je rozmazywać poza przygotowywanymi konturami, można też zrezygnować z wywołania części z nich i pokolorować fragmenty rysunku na sucho, tradycyjnie – kredkami. Zapewne zwłaszcza młodsze dzieci skusi fakt, że tomik właściwie maluje się sam, bez wybierania farbek czy żmudnego płukania pędzla po każdym przejściu na inny kolor. Bez względu na wybraną artystyczną drogę, zabawa zapowiada się znakomicie – „Wodne kolorowanie” to książecka wyraźnie przygotowana z myślą o tym, co dzieci lubią najbardziej w pracach twórczych. Dzięki oryginalnemu pomysłowi nie przeszkadza też niewielka liczba rysunków, liczy się jakość rozrywki.

Tomik traktować można jako kolorowankę, chociaż kolorowankę dość dziwną. Zwykle do malowania zapraszają puste przestrzenie ograniczane konturami, tutaj proste przestrzenie to tylko tło obrazków, na postaciach są szeregi kropek – wymagać to będzie od dzieci uważniejszego przyglądania się rysunkom. Książeczka staje się również picture bookiem już po wypełnieniu. Dzieje się tak za sprawą podpisów pod obrazkami. Rysunki do pokolorowania przedstawiają proste sytuacje – podpisy je doprecyzowują. Każdy obrazek to jeden bohater z dobranocki: jest tu Pszczółka Maja, Gucio, Filip, jest Beatrycze czy Tekla. Każda z postaci zaprezentowana została w wyizolowaniu od akcji, za to z charakterystycznym dla siebie motywem lub emocją. Podpisy pod rysunkami zamieniają się przez to w komentarze i charakterystyki. Zostały ułożone tak, by stanowić prezentację bohatera (dumą Beatrycze są jej skrzydła), lub tłumaczyć jego emocje (Gucio jest zdenerwowany, bo nie jadł jeszcze śniadania). Tak przygotowane wskazówki można wykorzystać, żeby porozmawiać z dzieckiem o uczuciach i stanach postaci, lepiej zrozumieć określone sytuacje lub wspólnie snuć historyjki o bohaterach. To miły dodatek do kolorowanki – sprawia też, że nawet po wykorzystaniu wodnych sekretów tomik nie musi się znudzić. Tę publikację dzieci mogą nawet potraktować jako pomoc w nauce czytania – jeśli będą wiele razy śledzić podpisy o znanej już treści.

„Pszczółka Maja. Wodne kolorowanie” to oryginalny pomysł na dostarczenie nawet najmłodszym dzieciom rozrywki. Nie potrzeba tu ogromnej sprawności manualnej czy artystycznych talentów, wystarczy woda i pędzel, aby mieć sporo uciechy z obserwowania, jak kolory same pojawiają się na rysunkach. To jedna z tych książeczek, które na powrót przekonują dzieci do tradycyjnych rozrywek. Wystarczył banalny w gruncie rzeczy pomysł, żeby najmłodsi chcieli spędzać czas z ulubionymi bajkowymi bohaterami. Pszczółka Maja wróciła do łask i cieszy maluchy, a rodzice pewnie też z przyjemnością przypomną sobie sympatycznych bohaterów ze swoich dobranocek.

sobota, 24 września 2016

Etgar Keret: Stłuc świnkę

W.A.B., Warszawa 2016.

Dzieciństwo

Nieczęsto spotyka się bajki, które tak precyzyjnie naświetlają różnice między dziecięcym i dorosłym postrzeganiem świata jak „Stłuc świnkę”. Etgar Keret w kilku zaledwie obrazkach rodzajowych pokazuje sekrety dziecięcej psychiki – i świat widziany z perspektywy malucha. Po tej lekturze można stwierdzić, że dorośli rzeczywiście są niesprawiedliwi i niewiele rozumieją. A już na pewno nie przyjdzie im do głowy, że porcelanowa świnka-skarbonka może się stać prawdziwym przyjacielem.

Punkt wyjścia to sytuacja, którą wszyscy chyba doskonale znają: kilkulatek chce, by rodzice kupili mu figurkę Barta Simpsona. Pozornie mała zachcianka prowadzi do sprzeczki rodziców, a i do zawiłego kazania, w którym skróty myślowe wywołują katastroficzną wizję. Dla kilkulatka jednak to, co mówi tata, jest święte, w żaden sposób nie można tego podważyć, nawet gdyby dorośli dostrzegali luki w takim rozumowaniu. Chłopiec zamiast Barta dostaje porcelanową świnkę i ma zbierać pieniądze. Kiedy świnka będzie tak pełna, że przestanie brzęczeć przy potrząsaniu, Joawek otrzyma upragnioną figurkę Barta Simpsona. Ale ojciec nie zdaje sobie sprawy z jednej rzeczy: to nie o konkretną zabawkę chodzi, dziecko dzięki swojej wyobraźni bawić się może wszystkim. Kiedy świnka-skarbonka otrzymuje imię, wiadomo już, że stanie się przyjacielem.

Dorosły w tej krótkiej historyjce sądzi, że da się przez długofalową akcję nauczyć malucha szacunku do pieniądza. Tyle że Joawkowi zmieniają się priorytety. Dalej powtarza to, co powiedział mu tata, ale nie wiąże się to ani z żadną refleksją, ani ze zrozumieniem. Lekcja, z której dorosły jest dumny, dla dziecka ma zupełnie inne znaczenie. „Stłuc świnkę” to bardzo wzruszająca opowieść o przyjaźni, ale również o międzypokoleniowym niezrozumieniu: brakuje sposobu, żeby wytłumaczyć tacie, dlaczego nie wolno rozbijać Peahsona – tata nie rozumie przecież nawet, że energiczne potrząsanie skarbonką sprawia, że świnkę boli brzuch. Nikt poza Joawkiem tego nie wie, a bohater po prostu potrafi wyczytać wszystko z niezmiennego uśmiechu przedmiotu. Ostatnia scena tej historyjki jest rozdzierająca – i to bez względu na wiek odbiorców. Nikomu nie uda się zachować dystansu do przekazywanych tu, chociaż nienazwanych emocji.

Siłą „Stłuc świnkę” jest niezmienna dziecięca perspektywa. Kilkulatek słucha rodziców, nie analizuje ich argumentów ani uwag, po prostu przyjmuje je na wiarę. Działa to i w drugą stronę: sam nie próbuje przedstawiać własnych poglądów, świadomy faktu, że nie wolno mu być równorzędnym partnerem w dyskusji. Nie wiadomo zresztą nawet, czy udałoby mu się wyrazić swoje przemyślenia bez narażania się na śmieszność – przecież to, co dla niego oczywiste (choćby odczucia porcelanowej świnki), dla dorosłych nic nie znaczy. Zwłaszcza że w grę wchodzi tu surowy ojciec: matki mają więcej wyrozumiałości dla swoich pociech.

Ważnym motywem opowieści są ilustracje, przez które „Stłuc świnkę” zamienia się w picture booka także dla dorosłych. David Polonsky idealnie wczuwa się w klimat wspomnienia i bardzo chętnie operuje perspektywami niedostępnymi przy prostym ilustrowaniu tekstu. Uwypukla znaczenia: chłopiec marzący o figurce Barta jest postrzegany zza tej figurki na sklepowej ladzie: przyciska czoło do szyby wystawowej i wpatruje się szeroko otwartymi oczami w zabawkę, nie zwracając uwagi na dyskusję rodziców. Przegląda się w śwince lub przemawia do niej. Później rysunki dopowiadają też to, czego w tekście nie ma – i silnie działają na odbiorców. Polonsky lubi ciasno kadrowane obrazki, gra też miejscem, z którego obserwuje akcję. Te zabawy w pełni docenią starsi odbiorcy. Ilustracje są tu realistyczne i w sepiach oraz szarościach, tylko świnka pozostaje różowa: jedyny barwny akcent wspomnień. Nic dziwnego, że trzeba o nią walczyć ze wszystkich sił i z każdym. „Stłuc świnkę” to książka, która bardzo zapada w pamięć i robi wielkie wrażenie na odbiorcach. Przynosi udany obraz dziecięcych priorytetów (i rodzicielskich błędów, ale bez oskarżeń). To jedna z tych publikacji, które naprawdę wzruszą – i to bez tanich chwytów.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com