Strona główna || O autorce || O tu-czytam || Bajki || Bajkowe portfolio                       

piątek, 24 marca 2017

Ewa Przybylska: Jaga pod napięciem

Akapit Press, Łódź 2017.

Nocne intrygi

Dwunastolatki u Ewy Przybylskiej nigdy nie są dziećmi. Prowadzą skomplikowane intrygi i gry, wplątują się w tajemnicze wydarzenia, od których dorośli stronią. Borykają się z najsilniejszymi emocjami i samodzielnie muszą znajdować rozwiązania, jeśli wpadną w tarapaty. Co zresztą, przy ich impulsywności, wydaje się nieuchronne. Jeśli doliczyć do tego nieprzezroczystą narrację i dialogi, które więcej ukrywają niż wyjaśniają, pojawia się przepis na lektury w wykonaniu Ewy Przybylskiej. Ale „Jaga pod napięciem” wydaje się prostsza niż wcześniejsze książki tej autorki, a przynajmniej bardziej przystępna dla małych odbiorców. Autorka złagodziła hermetyczny język, nie tracąc nic z aury tajemniczości. Wrzuciła bohaterów na głęboką wodę, skazując ich na swoje, niechętnie tolerowane, towarzystwo i zmusiła do testowania zasad lojalności.

Igol na miesiąc musi zamieszkać u przyjaciółki mamy z czasów jej studiów. Peggy nie zamierza walczyć o jego sympatię: jasno określa zasady, zapewniając jednocześnie wolność. Ufa młodemu chłopakowi, a nie zamierza go niańczyć, więc Igol może poczuć się jak dorosły. Bohater test odpowiedzialności zdaje już na początku, kiedy znajduje okaleczonego kotka i troszczy się o niego. Dzięki zwierzęciu poznaje Kubę, który dopiero co wyszedł stamtąd, dokąd nie chciałby powrócić. Kuba, czyli Macher, ma powiązania z przestępczym światkiem – ale pomaga Igolowi. Do akcji wkracza wówczas Jaga. Dziewczyna, która nie boi się niczego, za to chce prowokować groźne sytuacje – żeby móc obserwować zamieszanych w nie ludzi. Nic nie robi sobie ani z niebezpieczeństw, ani z konsekwencji dla przestępców, którzy połkną haczyk. Chorobliwa ciekawość w połączeniu z kreatywnością sprawia, że Jaga staje się naprawdę groźna. Jej kolejne szatańskie plany mogą znacząco zmieniać układ sił w małym miasteczku. Igol po raz pierwszy dowie się, co znaczy być rozdartym między skonfliktowanymi stronami. Pozna też strach. Te wakacje nie staną się nudne. W tle mają dąb samobójców i Peggy – która w nieoczekiwanych momentach potrafi wtrącić się w rozmowy spiskowców i zasugerować niedostrzegane przez nich komplikacje. W efekcie rozżalenie Igola spowodowane nagłym wyjazdem matki rozmywa się w kolejnych porcjach adrenaliny. Jaga jest niebezpieczna, to fakt, Ale jej postawa kusi. To w końcu obietnica przygody.

Ewa Przybylska lubi proste chwyty budujące nastrój – stąd nocne wymykanie się z domu pod dąb pełen niewidzialnych duchów, niejasne knowania i plany dotyczące rozbojów. Z wieloma wyzwaniami Igol musi poradzić sobie sam, nie przychodzi mu nawet do głowy, żeby pomocy szukać u dorosłych. Przekonuje się, że mediacje nie należą do łatwych, gdy wokół ma się ludzi o silnych charakterach. W dodatku Jaga nie potrzebuje wiele, by zareagować. Tu zamiast chwytów dyplomatycznych przydadzą się umiejętności szybkiego działania. Cechy bohaterów autorka przemyca do dialogów. Tu wszyscy mówią szybko i krótko, prostymi zdaniami. Nie lubią kwiecistości – ale nie dają się uwieść konkretom, wolą czasem niedomówienia i szyfry. Takie prezentowanie wydarzeń mnoży tajemnice i podsyci zainteresowanie akcją, która tym razem jest bardzo burzliwa. Z jednej strony Przybylska stawia uratowanego kotka i prywatne sprawy matki, która porzuca syna, z drugiej – podstępy i walki z prawdziwymi bandytami. Dwunastolatki u tej autorki nie mają łatwego życia. Ale Ewa Przybylska może dzięki temu zaproponować czytelnikom soczystą lekturę pełną sensacji i trzymającą w napięciu. To przygodówka wolna od fabularnej naiwności, pokazująca dojrzewanie dzieci wymuszone okolicznościami. „Jaga pod napięciem” to historia krótka, ale bardzo esencjonalna, nie ma w niej przestojów, nudy czy wygody. Ewa Przybylska oferuje małym odbiorcom świat groźny, w którym każdy skazany jest na siebie – chyba że akurat trafi na ceniącego ryzyko przyjaciela.

czwartek, 23 marca 2017

Gabriela Mistral: Czerwony Kapturek

Nasza Księgarnia, Warszawa 2017.

Groza

To publikacja przeznaczona dla czytelników świadomych – i raczej nienadająca się dla dzieci. Nie ze względu na brutalne rozwiązania, bo tych przecież cały świat baśni jest pełen – a z powodu specyficznego języka utrudnianego jeszcze przez ograniczenia płynące z wierszowanej formy. Fabułę „Czerwonego Kapturka” zna każde dziecko – ale i tu Gabriela Mistral próbuje przywrócić wersję Perraulta: u niego historia kończy się w momencie, gdy wilk pożera małą dziewczynkę. Nie ma cudownego ocalenia ani happy endu, śmierć zamyka opowieść – zresztą pełną dwuznaczności. Bo Gabriela Mistral chce dostrzegać i podkreślać seksualne konotacje w tej bajce. Jedynym ustępstwem na rzecz spopularyzowanej wersji okazuje się sekwencja pytań i odpowiedzi, dialogu Czerwonego Kapturka i Wilka tuż przed tragedią. „Czerwony Kapturek” staje się bajką opowiedzianą na nowo, z dala od aktualnych trendów w literaturze czwartej.

Mistral operuje niejasnościami i nastrojem lekkiej grozy. Podkreśla niewinność Czerwonego Kapturka i bezwzględność („bandytyzm”) wilka, ucieka od naiwności. Chce utrzymywać odbiorców w lęku kojarzonym też z podnieceniem, rozsmakowuje się w narracyjnych przerywnikach, żeby odwlec to, co wiadome. Zawęża relację do kontaktów dwóch przeciwstawnych postaci, co jeszcze podkreśli nieuchronność ich losu. Z powrotem uruchamia odrzucane przez popkulturę odczytania i interpretacje.

Każda część przygody Czerwonego Kapturka mieści się w tekście w jednej czterowersowej zwrotce (porównania z oryginałem znaleźć można w komentarzu krytycznym – kolejnym wyznaczniku dorosłego przeznaczenia książki), jedna zwrotka to opis do pojedynczej rozkładówki. Krystyna Rodowska, autorka przekładu, bardzo troszczy się o uniknięcie porównań z katarynkowymi bajkami. Stosuje różne układy rymów i różne rodzaje współbrzmień, ale przede wszystkim urozmaica warstwę stylistyczną. W doborze odpowiednich określeń kryje się troska o malowniczość przekazu, jest Rodowska w przekładzie trochę leśmianowska. Sięga po inwersje, gdy tak pokieruje szykiem zdania rozkład akcentów, ale dla wypełnienia brakujących sylab wykorzystuje też synonimy lub rozrastające się przymiotniki. Dba o to, by nie zatracić dynamizmu tekstu, ale wciąż zatrzymuje jego bieg synestezją. W efekcie uwaga odbiorców stale przenosi się z doskonale wszystkim znanej akcji na formę wymagającą nowatorskich rozwiązań i pogodzenia ich z klasycznym brzmieniem. Nie może lektura takiej wersji „Czerwonego Kapturka” toczyć się gładko i zupełnie bezproblemowo – nie nada się książka na dobranockową bajkę. Ale pozwala uświadomić, jaką drogę przechodzą czasem stare historie, jak trudno po dekadach i stuleciach oczyścić je z potrzebnych pokoleniom naleciałości i dodatków. U Gabrieli Mistral znana fabuła to pretekst do własnych popisów. Paloma Valdivia również w ilustracjach odchodzi od konwencji tomików dla dzieci – operuje symbolami i niepokojem w ograniczonych kolorystycznie scenkach, deformuje kształty i steruje uwagą odbiorców (w scenie pożerania babci widać tylko ogon wilka, konsumpcja odbywa się na cieniu rzucanym na ścianę. Bohaterowie mają twarze z półksiężyców, wpatrują się w siebie nawzajem hipnotycznym spojrzeniem. Rysunkowy komentarz ogranicza się do ich spotkań – na miniaturkach dopełniających strony z tekstem Valdivia przedstawia kolejnych nieobecnych w bajce mieszkańców lasu – zwierzęta, które uniknęły losu Czerwonego Kapturka.

Jest ta książka kolejnym spotkaniem z opowiadaną na wiele sposobów historią, a o powodach jej wydania – czy w ogóle promowania – można przeczytać w komentarzu krytycznym. Gabriela Mistral ma rzucić nowe światło na fabułę znaną wszystkim.

środa, 22 marca 2017

Krzysztof Marzec, Tomasz Trzósło: AdWords i Analytics. Zostań certyfikowanym specjalistą

PWN, Warszawa 2017.

Kampania w sieci

Książka z dziedziny e-marketingu „AdWords i Analytics” nie nauczy od podstaw stosowanych przez Google narzędzi do skutecznego reklamowania się w sieci, przed czym zresztą autorzy – Krzysztof Marzec i Tomasz Trzósło ostrzegają. Obrali oni bowiem inny cel, przygotowanie odbiorców do skutecznego zdawania egzaminów na Certyfikowanego Specjalistę Google AdWords lub Google Analytics. Uzyskanie takiego tytułu ma swoje konsekwencje dla firmy, o czym nikogo nie trzeba przekonywać.

Autorzy postawili na poradnik o charakterze skryptu. Poruszają w nim tematy istotne dla egzaminowanych na różnych poziomach. Książkę dzielą na przejrzyste części (można wybrać tylko zagadnienia odnoszące się do konkretnego egzaminu), a każdy rozdział ma przejrzysty układ, wspierany dodatkowo tabelkami, ilustracjami czy wyliczeniami. Stosowanie „markerów” zdecydowanie upraszcza nawigację. Za każdym razem – to jest przy każdym poruszanym zagadnieniu – pojawiają się definicje i krótkie wyjaśnienia, zestawy praktycznych wskazówek ułatwiających działania w sieci, wyróżnione graficznie wiadomości do zapamiętania, podkreślenia wątków czy często powtarzanych na egzaminie tematów. Są tu też scenki i przykłady – bezpośrednio ukazujące przydatność narzędzi lub sytuacje, w których użycie ich sporo uprości. Imitują autorzy rozmowy z klientami (lub odwołują się do przykładów z życia wziętych), sugerują najczęstsze stosowane przez odbiorców rozwiązania i pokazują ich skuteczność. Przez cały czas operują przy tym fachowym słownictwem, ale dbają o przejrzystość wywodów. Wiele tu również grafik z przykładowymi wykresami lub opcjami dostępnymi w odpowiednich usługach.

Większość rozdziałów czy tematów zamyka się pojedynczym pytaniem z arkusza egzaminacyjnego: to test jednokrotnego wyboru lub określenie prawdziwości podanego zdania. Takie zadanie ma nie tylko przyzwyczaić do rozwiązywania testów i utrwalać wiadomości. W kluczu odpowiedzi zamieszczonym na końcu książki pojawiają się poprawne odpowiedzi razem z akapitowym uzasadnieniem – rozszerzeniem wyjaśnienia. To sprawia, że z lektury klucza nie powinno się rezygnować: to kolejne miejsce pełne cennych uwag, przydatnych nie tylko na egzaminie, ale i w trakcie planowania kampanii reklamowych w internecie. Mało tego: autorzy cały czas monitorują zmiany w tej dziedzinie i uaktualnienia do tomu prezentują na specjalnej stronie – dzięki temu użytkownicy mogą na bieżąco śledzić nowinki w e-marketingu.

„AdWords i Analytics” to książka, która rzeczywiście porządkuje wiedzę – zawiera same konkrety i odniesienia do rzeczywistości, pozwala jak najskuteczniej korzystać z możliwości zamieszczania reklam w internecie – i sprawdzać efektywność takiego rozwiązania. Część odbiorców, która już zaczęła stosować choćby wbudowane w szablony moduły otrzyma razem z tą publikacją możliwość jeszcze lepszego planowania sieciowych kampanii. Forma przygotowania do egzaminu nie musi zawężać kręgu czytelników – chociaż jeśli ktoś potrzebuje przeprowadzenia przez podstawy narzędzi, będzie mu dużo trudniej. „AWords i Analytics” to propozycja dla użytkowników, którzy sporo czasu poświęcają na analizy skuteczności zabiegów reklamowych, interesują się SEO i chcieliby trafiać do swojej docelowej grupy odbiorców. Dla tych, którzy potrzebują certyfikatu potwierdzającego kwalifikacje to pomoc wręcz nieoceniona. W dzisiejszym świecie reklamy spersonalizowane zajmują coraz ważniejszą pozycję, a Marzec i Trzósło wprowadzają czytelników w kulisy przygotowań skutecznych kampanii. W pewien sposób mogą też służyć wsparciem dla tych klientów, którzy ciekawi są, jak podejmować decyzje czy jakich błędów nie popełniać w internetowym marketingu.

wtorek, 21 marca 2017

Jacek Fedorowicz: Święte krowy na kółkach

Wielka Litera, Warszawa 2017.

Spojrzenie na życie

Jacek Fedorowicz jako felietonista pozostaje satyrykiem, ale pozwala sobie też na całkiem sporo autobiograficznych wyznań. „Święte krowy na kółkach” to zbiór tekstów – publikowanych w różnych pismach – pogrupowanych tematycznie i nie zawsze odnoszących się do aktualnych problemów politycznych. Bywa, że satyrę agitacyjną zastępuje autor humorem, a dla odpoczynku od medialnych sensacji proponuje przyjrzenie się obyczajowości lub kwestiom społecznym, mniej palącym, za to wspólnym dla przedstawicieli różnych pokoleń (lub po prostu zrozumiałym niezależnie od czasów). Zamiast wstępu proponuje Fedorowicz krótkie „życiorysowe” wprowadzenie, którym buduje bliskość z czytelnikami. Na osobiste wyznania w tym duchu będzie sobie potem znajdował miejsce wśród wynurzeń o charakterze komentatorskim czy krytycznym. „Święte krowy na kółkach” są więc czymś w rodzaju kontynuacji pamiętnika – tyle tylko, że w bardziej sprzyjającej dowcipom formie. A że przy okazji autor chce udowodnić, że żarty można poddawać recyklingowej obróbce – zabawy będzie sporo. Jacek Fedorowicz nie należy do tych, którzy kopiowaliby obiegowe internetowe dowcipy – proponuje lekkie i oryginalne teksty. Czasem tylko wymyka mu się nieco gorzkich słów pod adresem bezmyślnych lub promujących bylejakość.

„Święte krowy na kółkach” to tom bardzo zróżnicowany. Otwierają go felietony poświęcone Warszawie – raz refleksje na temat Pałacu Kultury, raz – przemyślenia znad Wisły. Znalazło się miejsce na sprawy dotyczące mentalności ludzi i wszechobecnych reklam, które mogą się przydać do zasłaniania szpecących miasta miejsc. W części warszawskiej Fedorowicz zyskuje wiele powodów do osobistych wspomnień – co automatycznie odróżnia te felietony od standardowych prasowych przerywników dotyczących stolicy. Dalej pojawi się trochę sportu (zwłaszcza temat rowerzystów i biegania), felietony dotyczące przemian językowych – to znów próba walki z nonszalancją i ignorowaniem reguł. Osobną – nie do pominięcia – grupę stanowią teksty o polityce i politykach. „Donosy” zawierają zapiski na najróżniejsze tematy, tu też widać zróżnicowanie ich długości. Nie ma zatem obaw, że autor zanudzi czytelników swoimi obsesjami – potrafi zachować umiar, nie powtarza do znudzenia argumentów czy co bardziej smakowitych fraz. Pozwala czytelnikom cieszyć się lekturą – a zapewnia też kilka wartych przemyślenia punktów.

Jacek Fedorowicz nie uprawia w tej książce satyry estradowej, dba o inteligentne dowcipy na dobrym poziomie. To, co nie sprawdziłoby się na kabaretonie jako rozrywka dla mas, idealnie działa w zbiorku czytanym dla wytchnienia. Nawet kiedy autor wyraźnie poirytowany jest własną bezradnością w obliczu niepożądanych przemian, potrafi reagować jak humorysta – nie są to więc felietony męczeńskie w tonie, przynoszą sporo zabawy obok celnych diagnoz. Dobre wyważenie proporcji sprawia, że sygnały autobiograficzne łagodzą wymowę satyry, pozwalają też unikać truizmów.

„Święte krowy na kółkach” zawierają ilustracje autora. Jacek Fedorowicz jawi się tu jako rysownik satyryczny, który do obrazków-komentarzy wprowadza kolejne, nowe żarty, pokazuje również zmysł karykaturzysty – zwłaszcza w kilkukreskowych obliczach polityków. Bezbłędnie wychwytuje charakterystyczne rysy i oddaje podobieństwo na prostych szkicach. W ten sposób ilustracje stają się nieodłączną częścią felietonów, nie tylko ozdabiają tom, ale podsuwają odbiorcom dodatkową porcję rozrywki. „Święte krowy na kółkach” to książka dla fanów satyry – i dla tych, którzy zmęczeni są powielaniem obiegowych dowcipów lub stereotypowych sądów.

poniedziałek, 20 marca 2017

Astrid Lindgren: Przygody dzieci z ulicy Awanturników

Nasza Księgarnia, Warszawa 2017.

Rezolutna Lotta

Dzieci z ulicy Awanturników są trochę jak dzieci z Bullerbyn, tyle że tu akcja zawęża się do jednej rodziny, a maluchy rzadko odwiedzają też domek samotnej sąsiadki – z czasem na postać wiodącą wyrasta najmłodsza Lotta, której poświęcony jest drugi tomik przygód (również w tej edycji przypominany). Astrid Lindgren w książce „Przygody dzieci z ulicy Awanturników” – złożonej z dwóch samodzielnych historii – podkreśla rezolutność i komizm małych bohaterów. Jest przy tym szczera i pozbawiona dyplomatycznych zapędów. Lotta bez przerwy słyszy od rodzeństwa, że jest głupia, takie wykrzyknienia pojawiają się też w narracji prowadzonej przez starszą dziewczynkę. Ale Lotta ma swój charakter i silne poglądy, więc musi w końcu zdominować historyjki dla najmłodszych.

Astrid Lindgren, swoim zwyczajem, przedstawia codzienne przyjemności czy zabawy kilkulatków. Robi to z dużym zaangażowaniem, jakby sama uczestniczyła w rozrywkach. Opowiada o zabawie w piratów i w chore dziecko, tłumaczy, jak wyprodukować ser z porzeczek i prezentuje sposoby spędzania czasu u cioci Berg. Najmłodsi wszędzie znajdą rozrywkę: w pociągu w drodze do dziadków czy w altanie na drzewie. Mają swoje sposoby, by przechytrzyć dorosłych – i własny punkt widzenia na wiele spraw. Mia Maria, która przedstawia codzienne przygody dzieci z ulicy Awanturników w pierwszym tomie, w tle pokazuje zachowania dorosłych podejmujących z pociechami grę w wyobraźnię. Astrid Lindgren udowadnia odbiorcom, że zwyczajność sama w sobie jest pasjonująca – nawet gdy nie ma się zbyt wielu zabawek, wystarczy towarzystwo i możliwość wyjścia z domu. Tym zafascynuje dzieci, które obecnie raczej nie wierzą w świat bez komputerów i rozrywki bez gier elektronicznych.

Rezolutna Lotta mimo krytyki ze strony rodzeństwa bardzo często rozśmiesza odbiorców. Rzeczywistość postrzega po swojemu, nie boi się wyzwań. Wiele opowiadań puentuje właśnie Lotta – komicznie i dziecinnie, ale wbrew zarzutom rodzeństwa wcale nie głupio. Lotta sama ustala zasady, którymi chce się kierować w życiu – ale nie sprawia wrażenia rozkapryszonego dziecka. Jest mądra mądrością kilkulatki, naiwna, ale potrafi też logicznie myśleć. Niektóre rozmowy z Lottą są dowcipami w miniaturze – Astrid Lindgren dekonstruuje schematy, wprowadza zaskakujące nie tylko dla dzieci reakcje bohaterki. Pierwszy tom to zestaw opowiadań, zbiór luźnych pomysłów, które stanowią kwintesencję dzieciństwa. W przygodach samej Lotty pojawia się już nadrzędna fabuła, bohaterka – jak wiele kilkulatków – ma powód, by uciec z domu i urządza swoje nowe gospodarstwo u sąsiadki. Bliscy pozwalają jej decydować o sobie i nie stwarzają problemów, więc dziewczynka nie tylko udowadnia, że jest samodzielna, ale też zyskuje silne przeżycia.

Widać po „Przygodach dzieci z ulicy Awanturników” (z klasycznymi w duchu ilustracjami Ilon Wikland), jak dobrze Astrid Lindgren rozumie maluchy i jak świetnie potrafiła dla nich pisać. Te historyjki są ciepłe i zabawne, pełne prostych przygód – a w części w ogóle prawdziwe. Przekonująco zaprezentowane charaktery idą tu w parze z wyrazistymi scenkami. Bardzo dużo tu żartów, nawet w chwilach, w których nikt się ich nie spodziewa. Bohaterowie nie tracą na wartości i mogą cieszyć kolejne pokolenia małych odbiorców nawet mimo obyczajowych przemian. W tym wypadku nawet dorośli mogą z chęcią uczestniczyć w lekturze – pan, który nie wie o brodawce czy ogonek bez pieska to popisy humoru i zrozumienia najmłodszych – a zarazem podstawowy czynnik motywujący do czytania. Tych bohaterów pokochają kilkulatki – to klasyka, która się nie starzeje.

niedziela, 19 marca 2017

Wojciech Młynarski: Od oddechu do oddechu. Najpiękniejsze wiersze i piosenki

Prószyński i S-ka, Warszawa 2017.

Masy i jednostki

Do Młynarskiego się dojrzewa. Do jego piosenek wracać trzeba wiele razy, żeby odkrywać ich literacki kunszt, zestawienia skojarzeń czy puenty powiązane z szarą codziennością. Młynarski w piosenkach lubi myśleć, a jego utwory zyskują przez to niepokojącą (odrobinę) ponadczasowość. Tomik „Od oddechu do oddechu” to obszerny wybór wierszy, w sam raz, by znającym przypominać, a młodszym pokoleniom przedstawiać twórczość księcia poezji. I chociaż prawie każdy z tych tekstów ma swoją historię, tu czytelnicy pozostaną sam na sam z liryką. Krótki i celny komentarz Jerzego Bralczyka jako wstęp zaostrza apetyty i wyczula na literackie zabawy słowami, później pojawia się kilkaset utworów uszeregowanych chronologicznie z datami jako jedynym odsyłaczem do kontekstów historycznych, politycznych czy społecznych. Zainteresowani – zostaną i będą prowadzić własne poszukiwania, tym razem o kolejnych utworach. „Od oddechu do oddechu” czyta się jednak bardzo trudno. A to z powodu spopularyzowania treści przez różnych wykonawców (w tym nierzadko samego autora). Raz za razem zamiast wyczytywać się w przesycone trafnymi obserwacjami strofy, odbiorca zaczyna nucić, a piosenki – wiadomo – przywołują dalsze wspomnienia i obrazy, odrywając co pewien czas od wertowania tomiku. Bezpieczniej byłoby więc uprawiać lekturę wyrywkową, zdać się na los i smakować wybrane przypadkiem liryki. Tu jednak przeszkodzi ciekawość, chęć poznania całej opowieści, którą pisane na przestrzeni całych dekad wiersze muszą w końcu stworzyć. Młynarski jeszcze raz każe zatrzymać się nad tym, co doskonale znane. Uwodzi żartem (czasem nawet cenionym przez najmłodszych), żeby z doświadczeniem czytelników dokładać im kolejne sensy i znaczeniowe płaszczyzny. Buduje mocne puenty – zamknięcia, które wprowadzają akcenty filozoficzne. Naświetla rzeczywistość z różnych stron, a szczególne miejsce trzyma zawsze dla tych z literatury wyrzucanych – albo przedstawicieli marginesu społecznego, albo niewyedukowanych (i skazanych na pogardę) prostaczków, albo… żony pozostające w cieniu w niezbyt udanym związku. Wojciech Młynarski docenia ludzi z nizin, za to bezlitosnej krytyce poddaje bezmyślnie rządzących. Ci narażeni są na satyryczne ataki – i miażdżeni inteligentnymi docinkami. Satyra, którą Młynarski uprawia, zasługuje na osobne opracowanie.

Widać w tym wyborze całkiem dobrze zabawy formą. Nie tylko felietony śpiewane, czyli publicystyka zamaskowana wierszem się tu pojawia – autor nawiązuje do różnych stylów muzycznych i eksperymentuje z mariażem gatunku i przesłania. Tworzy piosenki dla mas i dla jednostek równocześnie. Kusi go to, co niedostrzegane powszechnie. Mówienie aluzyjne doprowadza do perfekcji, a brak oczywistych – bezpośrednich – odnośników do prezentowanej rzeczywistości sprawia, że nieraz piosenki otrzymują drugie życie. Ale i w warstwie obyczajowej ma Wojciech Młynarski sporo do powiedzenia. Niby nie zajmuje się uczuciami i emocjami, a przynajmniej nie w takim stopniu co Jeremi Przybora czy Agnieszka Osiecka, ale jest w stanie wywoływać cały wachlarz tych emocji u czytelników, którzy w miniaturowych scenkach odnajdą marzenia czy zawiedzione nadzieje zwykłych bohaterów. „Od oddechu do oddechu” jest bezustannym przyglądaniem się ludziom. Wojciech Młynarski erudycyjne utwory przesyca ważnymi refleksjami nad codziennością, a i humorem. Dobrze, że taki wybór pojawia się na rynku – ułatwi fanom piosenek „z tekstem” dotarcie do najważniejszych utworów i stanowić będzie przeciwwagę dla bylejakości w nurcie pop. Wojciech Młynarski to autor, który reklamy nie potrzebuje, więc też „Od oddechu do oddechu” bez trudu trafi do czytelników.

The Lord of the Rings. Trylogia filmowa. Książka do kolorowania

Akurat, Warszawa 2017.

Wyobraźnia z filmu

„The Lord of the Rings. Trylogia filmowa. Książka do kolorowania” to publikacja będąca naturalną konsekwencją machiny promocyjnej i mody na książki-gadżety oraz kolorowanki antystresowe dla dorosłych. Filmowość polega tu na przeniesieniu kadrów z ekranizacji do rysunku – i wzbogaceniu części z nich o cytaty. Tomik ma swój stały rytm: jedna rozkładówka to prezentacja wybranego bohatera w wersji wizualnej (odpowiednie ujęcie przerobione na czarno-biały szkic) i wypowiedzi tego bohatera jako czynnika najlepiej go definiującego (do tego dochodzi jeszcze podpis, żeby nawet laicy wiedzieli, kogo przedstawia dzieło), a następne wielkoformatowy i często wielopostaciowy kadr z akcji, już pozbawiony tekstu. Słowa wypisywane są ozdobną czcionką, pozbawioną wypełnienia, tak, że i same litery traktować się będzie jak temat do kolorowania. Tu odbiorcy mogą inspirować się zdobieniami ze średniowiecznych ksiąg, żeby nadać własny charakter stronom.

Przeniesienie zdjęć do szkiców odbywa się komputerowo i przy najlepszych nawet chęciach nie można tu podziwiać kunsztu rysowania. Taki zabieg sprawia, że zaznaczone swoimi konturami są nawet plamy światła – w efekcie rysunki byłyby nieczytelne dla większości odbiorców – i zniechęcające do pracy. Dlatego też zachowany tu został kilkustopniowy podział konturów. Najważniejsze postacie – sylwetki i dzierżone przez nie przedmioty – wyróżnione są jednolitą grubą kreską, jakby obwiedzione naokoło, dla odcięcia od tła. Wewnątrz tych kształtów pojawiają się kolejne, nieco cieńsze w konturze – i mniej regularne. To albo elementy ubrania czy fryzur, albo z jakiegoś powodu ważne i konieczne do podkreślenia innym kolorem motywy. Na samym końcu pojawiają się kreski najcieńsze – te sugerują załamania fałd ubrania, mimikę postaci czy granie cieni. Można je brać pod uwagę przy kolorowaniu, ale można też pozostawić jako szlif nadawany rysunkom przez autora. Dzięki tym konturom trzeciego stopnia ilustracje stają się bardziej ożywione i „dorosłe”.

Przeznaczenie tomiku jako kolorowanki antystresowej dla dorosłych wywoływane jest przede wszystkim przez stopnień trudności. Ta książka pełna jest bardzo drobnych elementów rysunków, płaszczyzn nie do pokrycia misternymi wzorami przez dziecko. Krajobrazy pełne drzew i liści, szczegóły strojów lub detale architektoniczne, jeśli umiejętnie podkreślane, staną się ozdobą książki. Jeśli jednak za kolorowanie chce się wziąć ktoś, kto nie ma w tym wprawy (ani specjalistycznych narzędzi), może być ciężko. Ta publikacja najlepiej chyba sprawdzi się jako zeszyt dla młodzieży. Gotowych rysunków – przynajmniej tych rozkładówkowych – nie da się potraktować jako gotowych dzieł, bo sposób wydania książki uniemożliwia ich proste wyrwanie lub wycięcie. Ale odbiorcy mogą tworzyć tylko dla siebie – i odpoczywać przy uzupełnianiu scenek.

Jest to publikacja tematyczna, w pierwszej kolejności trafi więc do fanów filmowej trylogii – i do tych spośród nich, którzy sprawdzają się w kolorowaniu. Tak zawęża się krąg odbiorców, co nie zmienia faktu, że jako gadżet ta kolorowanka swoje zadanie spełnia bez problemu. Wielkim atutem będzie tu różnorodność tematyczna zestawu rozkładówek, a teksty do pokolorowania wyróżnią grafik na rynku.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com