Strona główna || O autorce || O tu-czytam || Bajki || Bajkowe portfolio                       

poniedziałek, 6 kwietnia 2020

Elise Valmorbida: Słodkie i gorzkie migdały

Prószyński i S-ka, Warszawa 2019.

Doświadczenie wojny

Maria, imienniczka Matki Boskiej, prowadziłaby takie samo życie jak kobiety z poprzednich pokoleń. Nie zmieniałaby ani losu, ani praw natury, zadowoliłaby się prostymi sprawami, zaspokajaniem podstawowych potrzeb. Zresztą, ponieważ wszystko ma iść swoim rytmem, Maria przez długi czas jest niewinna i wręcz naiwna, nawet nie domyśla się, jaki los ją czeka. Na początku lat 20. XX wieku ma wyjść za mąż. Dopiero teraz dowie się, czym jest miłość – i na czym polega kontakt fizyczny. Płocha Maria staje się żoną. Ale nawet jako żona bardziej skupia się na robieniu prania niż na cielesnych uciechach. Rodzi dzieci, zajmuje się interesem – prowadzeniem sklepu. Jednak we Włoszech coraz silniej odznaczają się rządy faszystów. Mąż Marii zostaje aresztowany i bezbronna młoda matka staje się łatwym celem dla wszystkich, którzy chcieliby wykorzystać sytuację (i kobietę przy okazji). Kuzyn Marii sugeruje, że ma wpływ na los męża kobiety – ale do tego Maria musi być dla niego bardzo miła, co to oznacza – wiadomo. I tak z kobiety czystej zamienia się przynajmniej we własnych oczach w ladacznicę. Jednak nie ma wyjścia, jeśli chce ocalić męża. Brak wykształcenia i wyobraźni nie podpowiada jej żadnych lepszych rozwiązań. Elise Valmorbida obserwuje kolejne lata pod rządami faszystów, najpierw ogniskując uwagę na Marii, później – na jej dorastającej córce. W ramach tej opowieści liczą się zwykłe codzienne lub świąteczne sprawy – Maria nie zajmuje się głębokimi refleksjami, za to do perfekcji doprowadza szereg czynności zupełnie na sakralizację niezasługujących. Z kolei tłem dla jej działań stają się wydarzenia polityczne i przemiany społeczne. Maria zajmuje się dziećmi, ale próbuje też chronić dobytek – ocalić sklep przed bezwzględnymi faszystami.

Dzięki temu, że Maria jest niezdolna do intryg, widać na jej przykładzie wpływ wielkiej historii na życie prostych ludzi. Elise Valmorbida wcale nie zajmuje się wojną, odnoszonymi przez żołnierzy ranami, ale nawet rzadko interesują ją sytuacje z ulic. Odnosi się za to do Marii – i w zasadzie rodzinnego konfliktu, uniwersalnego i ponad czasami. Uruchamia stereotyp słabej bezbronnej kobiety, która pozbawiona męskiej opieki musi sobie jakoś radzić i odkrywa w sobie niewiarygodną siłę. W interesujący dla odbiorców sposób prezentuje oblicze zła podsycanego jeszcze wojenną codziennością – przez prostotę podbija grozę tekstu. Jakby tego było mało, wprowadza jeszcze wizerunek Marii, Matki Boskiej, która z góry spogląda na uczynki i myśli książkowej Marii i komentuje je czasami z dużą dozą zgryźliwości. To nie czas na modlitwy wznoszone przez człowieka – teraz głos boski sugeruje przemiany. „Słodkie i gorzkie migdały” to powieść poetycka w narracji chociaż zbliżająca się bardziej do klimatów literatury środka. Spodoba się tym czytelnikom, którzy szukają nowych sposobów na prezentowanie przeszłości. Autorka nie tylko wie, jak wybierać z życiorysu Marii punkty, które wyzwolą określoną atmosferę. Potrafi dodatkowo podsycać klimat sposobem prowadzenia opisu. Czytelnicy w pierwszej kolejności będą mogli docenić jakość historii, literackie dopracowanie i precyzję. Rozwiązania fabularne przegrywają tu z charakterystyką. W efekcie ta publikacja staje się wstrząsającą lekturą.

Gudule: Zwariowane opowieści

Media Rodzina, Poznań 2020.

Wyobraźnia

W tomiku Gudule „Zwariowane opowieści” jedynie fantazja może być czynnikiem ograniczającym. Drobne opowiadania dotyczą przygód bohaterów z wymyślonego świata – i z problemami odbiegającymi od normalnych tematów. I tak nikogo nie zdziwi tu król, który ma sto córek i każdej studzi dmuchaniem jedzenie, królewna, która strasznie śmierdzi (bo przez pewien czas była zaklęta w… kupę), ale i tak znajduje ukochanego, są maluchy, które przez uwielbienie do słodyczy (i nieświadomość na temat znaczenia mycia zębów) nabawiły się poważnych kłopotów z uzębieniem i muszą porzucić swoje przyzwyczajenia i oddać się w ręce dentystów… Ale są też rozmaici rycerze (mniej lub bardziej nieudolni), piraci, oblężeni i oblegający, zaklęte ropuchy… Gudule bierze pod lupę motyw charakterystyczny dla baśni – oklepany i już w bajkach nieużywany z racji powtarzalności – a następnie zamienia go w brawurową i krótką bajkę. W „Zwariowanych opowieściach” nie można liczyć na przewidywalność i możliwość wyprzedzania biegu wydarzeń – tu sytuacje rozwijają się wbrew zdrowemu rozsądkowi, chociaż mają swoją wewnętrzną logikę, której nie da się przeoczyć.

Gudule próbuje młodych czytelników zachęcić do pozostania z książką przez ogrom pomysłów z dziedziny nonsensu i komizmu. Tutaj nie ma bohaterów ugrzecznionych, zwyczajnych czy nijakich – każdy charakteryzuje się jakimś dziwactwem, każdy też ma do wypełnienia inną misję. „Żyli długo i szczęśliwie” w tej publikacji wybrzmiewa zupełnie inaczej niż w klasycznych fabułach. Gudule nie boi się ucieczki od zwyczajności, pouczeń i przesłań dla dzieci. W tym tomiku też można je znaleźć – ale nie są tak nachalne i przytłaczające jak z reguły w książeczkach z literatury czwartej. W „Zwariowanych opowieściach” ważny jest dowcip, lekkość formy, to, co sprawi, że dzieci mogą mieć niedosyt lektury, zwłaszcza jeśli rozsądnie rozłożą ją sobie w czasie. W mniejszych porcjach łatwiej docenić pomysły i rozwiązania z pogranicza nonsensu i bajki.

Do tego wszystkiego Claude K. Dubois dodaje rysunki będące wypadkową komiksów i kreski satyrycznej, więc dzieci zostaną do lektury zwabione w kolejny sposób. Zadanie Dubois ma ułatwione o tyle, że sama w sobie książka budzi ciekawość – rysunki tylko dodają jej uroku. „Zwariowane opowieści” wyraźnie nastawione są na śmiech dzieci – i na przekonywanie ich, że w książkach można znaleźć również dzisiaj źródło rozrywki. Gudule dba o to, by kolejne sytuacje już w punkcie wyjścia były dla dzieci zaskakujące, Dubois dodaje wartościową oprawę graficzną – tak, że produkt, który trafia do małych czytelników, wypada intrygująco. Jest ta książka odejściem od standardów i od pouczeń tak dzisiaj modnych w literaturze czwartej – Gudule przypomina, że przyjemność spędzania czasu nad książką to składnik nie do pogardzenia w procesie przygotowywania dzieci do czytania. „Zwariowane opowieści” to propozycja także dla maluchów zbuntowanych, które zwykle od czytania stronią.

niedziela, 5 kwietnia 2020

Ewa Nowak: Orkan. Depresja

Egmont, Warszawa 2020.

Problem ze sobą

Borys Orkan ma problem. I nie objawia się on w opryskliwości wobec matki: prawie każdy nastolatek odburkuje coś rodzicom (a jeśli jego rodzice się rozwiedli, gloryfikuje tego, z którym nie mieszka). Nie objawia się kłopotami w szkole, bo przecież w tym wieku to zupełnie normalne. Nawet w relacjach z rówieśnikami się nie objawia, bo nie każdy musi być duszą towarzystwa, zresztą przez długi czas Borys przesiaduje z Osą, najlepszą przyjaciółką – i nikogo to nie dziwi. Borys ma jednak problem z własną psychiką, a ten najtrudniej wyleczyć – trzeba przecież najpierw go zauważyć. A jeśli ktoś czuje się obco we własnym środowisku, zrobi wiele, żeby nie zostać uznanym za dziwaka. Borys uczy się funkcjonować tak, by nie budzić żadnych podejrzeń. A to, że czasami zastanawia się nad samobójstwem (rozmyśla na przykład nad sytuacją sąsiada, który wyskoczył z okna), to już jego prywatna sprawa. Czy aby na pewno?

Ewa Nowak na początku tomu „Orkan. Depresja” uprzedza czytelników, że nie da im powieści lekkiej i przyjemnej. I rzeczywiście: przez cały czas towarzyszy Borysowi w jego codzienności i sprawdza, jak reaguje on na przemiany w najbliższym otoczeniu. Chłopak we wszystkim może znaleźć powody do smutku – dobija go fakt, że Osa zaczyna chodzić z nowym kolegą. Szczęście przyjaciółki jest dla Borysa niemal osobistą obrazą: nastolatek nie przyznaje się, że podkochiwał się w Osie, jednak każdy jej gest, nawet ten przyjazny, interpretuje jako złośliwość. To bardzo psuje kontakty z dziewczyną i gdyby nie jej determinacja – Borys zostałby sam. W ogóle w jego otoczeniu panuje dość duża świadomość na temat depresji. Brat jednego z kolegów Borysa cierpi na depresję, a dodatkowo jeszcze dokonuje samookaleczeń – ów kolega sam nie wytrzymuje opieki nad młodym, szkolna ekipa skrzykuje się zatem i organizuje dyżury. Borys nie chce znaleźć się w centrum zainteresowania, tym bardziej będzie zatem ukrywać własny stan. Aż w końcu trafi do szpitala dla psychicznie chorych, a tutaj spotka kogoś, kto zamiast wyciągnąć go z depresji – wskaże drogę do jeszcze większego mroku.

Cała powieść odnosi się do zwykłych relacji między nastolatkami i sportretowane tu zostały sytuacje oraz zjawiska bardzo charakterystyczne – także dla literatury czwartej – ale perspektywa Borysa, chłopaka, który do wszystkiego jest nastawiony negatywnie, zmienia obraz całości. Autorka rejestruje kolejne obrazy i przefiltrowuje je przez interpretacje chorego chłopaka, żeby uświadomić czytelnikom, jak działają mechanizmy depresji. Przygotowuje na zetknięcie z problemem w prawdziwym życiu, wyczula na konkretne postawy. Uczy, jak pomóc i kiedy reagować – mimochodem, na marginesie opowiadania o Borysie i jego codzienności. Może bez trudu wciągnąć w opowieść, ma przecież wielką wprawę w prowadzeniu fabuł nastawionych na rozwiązania psychologicznych dylematów. „Orkan. Depresja” to książka ważna dla odbiorców – dla tych, którzy sami czują się odrzuceni i dla tych, którzy chcieliby wiedzieć, co dzieje się z cierpiącymi na depresję kolegami.

Ruth Spiro: Inżynieria lotnicza

Egmont, Warszawa 2020.

W powietrzu

Edukacja od najmłodszych lat – w odpowiedniej oprawie. Ruth Spiro nie boi się wyzwań lekturowych i w tomiku kartonowym „Inżynieria lotnicza” może opowiedzieć najmłodszym, dlaczego ptaki i samoloty latają. Książka wydana w cyklu Akademia Mądrego Dziecka oznacza, że mali bohaterowie poznają świat i wyjaśnienia, które nie mieszczą się w standardowych bajkach – bez skomplikowanych terminów i wprowadzania trudnych pojęć, których kilkulatki bez pomocy dorosłych nie zrozumieją. Da się opowiedzieć o „inżynierii” lotniczej ciekawie i nie odrywając się od świata malucha. Ruth Spiro wykorzystuje tutaj ptaka: skrzydlaty przyjaciel fascynuje bohatera książeczki i skłania do zadawania szeregu pytań na temat unoszenia się w powietrzu. Dziecko w tomiku przekonuje się, że kształt skrzydeł pomaga w lataniu – sytuację ptaka może następnie zestawić z budową samolotu. Ale ani ptak, ani samolot nie są w stanie wylecieć w kosmos – do tego potrzebna jest rakieta, do której wsiada ptaszek.

Jest tu zatem całkiem ciekawa jak na kartonowy picture book fabułka, jest przygoda – dla dzieci to bardzo ważne: w końcu muszą mieć motywację do śledzenia opowieści, nawet jeśli nie potrwa ona długo – już sam tajemniczy tytuł wymaga sprawdzenia, jak potoczą się losy bohaterów. Sam fakt stworzenia „bajki” o takiej tematyce nie jest nowy – ale tytuł zachęca do sprawdzenia, czego też najmłodsi mogą dowiedzieć się w dziedzinie inżynierii. Oswajanie z naukowymi zagadnieniami od pierwszych lat życia to zabieg całkiem sprytny – może wcześnie wyzwolić konkretne zainteresowania. Ruth Spiro nie ma czasu na to, by kogoś znudzić lub zmęczyć: cała książeczka to zaledwie kilka zdań i obrazków do oglądania, ale i tak dzieci poczują się usatysfakcjonowane – choćby dlatego, że autorka zwraca uwagę na zagadnienie budzące ciekawość. Realizacja pomysłu to nie tylko uproszczony do granic możliwości opis, ale też zestaw obrazków – komputerowych grafik. Najmłodsi mogą śledzić akcję przez przyglądanie się minom oraz postawom dziecka i ptaka – w otoczeniu ciekawych maszyn. Kierunek opowieści pobudza wyobraźnię i pozwala układać sobie dalszy ciąg historii.

Ruth Spiro łączy tutaj rozrywkę i elementy edukacyjne: wiadomo, że maluchy, które jeszcze nie potrafią czytać, nie zaczną nagle zgłębiać tajników inżynierii lotniczej (ani żadnej innej), ale tu otrzymają prostą bajkę z przesłaniem – do czytania przez rodziców oraz do oglądania. T pierwsze zetknięcie z lekturą może zaważyć na późniejszej miłości do książek i chęci spędzania wolnego czasu na czytaniu. Cała podseria z wyjaśnianiem kilkulatkom tajników fizyki czy chemii jest intrygująca i wyróżnia się na rynku – ale Akademia Mądrego Dziecka to przecież cykl, który na dobre zagościł w biblioteczkach dziecięcych – to znak przemyślanych tytułów umożliwiających rozwój pociech.

sobota, 4 kwietnia 2020

Jędrzej Pasierski: Czerwony świt

Czarne, Wołowiec 2020.

Bez słońca

Komisarz Nina Warwiłow jest już postacią na tyle znaną – przynajmniej w mniemaniu autora – że szybciej zdziwi bohaterów powieści obecność nazwiska „Wawiłow” w mediach. W ogóle Jędrzej Pasierski nastawia się tym razem wyraźnie na młodszych odbiorców, „Czerwony świt” to książka oparta na sytuacji wśród ludzi, którzy niedawno wkroczyli w dorosłość, robią kariery, o jakich nie śniło się ich rodzicom i spędzają czas w sposób, którego starsze pokolenia nie akceptują. Nie uchroni to bohaterów od problemu. Podczas jednej z imprez (połączonych z podziwianiem zaćmienia słońca, żeby było bardziej malowniczo), znana aktorka młodego pokolenia wypija kawę w swoim ulubionym kubku – a po krótkiej chwili zostaje przez przyjaciół znaleziona martwa. Komisarz Nina Warwiłow zostaje wyznaczona do zbadania tej sprawy jako że jest jedną z najlepszych śledczych – i wszyscy za nic mają jej dylematy i dramaty osobiste. Postać, która buduje tę serię, musi poświęcić wszystko i wyjaśnić sytuację. Tymczasem młodzi uczestnicy imprezy nie do końca chcą dzielić się wszystkimi szczegółami, zupełnie jakby mieli coś do ukrycia. Pasierski dzieli opowieść na prywatne relacje pani komisarz oraz na próby odtworzenia tego, co zdarzyło się podczas imprezy – sam sobie ułatwia zadanie wskazywaniem „jedynego” kubka, z jakiego piła bohaterka, to chwyt dość naiwny i automatycznie budzący wątpliwości co do pomysłu na rozwój intrygi. Później zresztą autor też nie bawi się w misterne tkanie fabuły, koncentruje się na przeprowadzaniu śledztwa (przełamując je odrobinę obyczajowością), ale albo nie przekonuje do kreacji postaci, albo ma za mało do zaoferowania w detektywistycznych podchodach, bo „Czerwony świt” nie robi tak wielkiego wrażenia jak poprzednie książki Pasierskiego.

Ta powieść składa się w bardzo dużej części z dialogów. Jędrzej Pasierski każe bohaterom przez cały czas wymieniać się opiniami i w nich zamieszczać uwagi, z których następnie trzeba będzie wyciągać wnioski. Oczywiste jest, że tylko w ten sposób da się uzyskiwać informacje, jeśli Warwiłow nie dysponuje specjalistycznym sprzętem, a jedynie własnym przenikliwym umysłem – ale brak narracyjnej oprawy, skupienia się na opisach a nie na dyskusjach trochę tutaj uwiera – można było zmienić proporcje. Autorowi bardziej zależy na tym, żeby zilustrować świat celebrytów, wejść swoją powieścią w przestrzeń obcą zwykłym czytelnikom, ale jednak kuszącą przez możliwość podglądania cudzej rzeczywistości. Ucieka tu od standardów kryminalnych, to fakt, ale jednocześnie przez ogołocenie dialogów z jakichkolwiek komentarzy – odbiera przyjemność śledzenia akcji. W „Czerwonym świcie” zabrakło tych szlifów, które Pasierski oferował w swoich poprzednich książkach – bardziej wygląda ten tom na przeczekajkę niż na pełną i sycącą historię.

Astrid Lindgren: Przygody Pippi

Nasza Księgarnia, Warszawa 2020.

Radość zabawy

Te książki znają wszyscy – i to już od paru pokoleń – nie ma zatem wątpliwości, jak tom „Przygody Pippi” zostanie przyjęty na rynku. Nasza Księgarnia decyduje się na wydanie w jednym potężnym zbiorze trzech zestawów przygód Pippi Pończoszanki – z oryginalnymi ilustracjami. I tak „Pippi Pończoszanka”, „Pippi wchodzi na pokład” oraz „Pippi na Południowym Pacyfiku” trafiają do biblioteczek maluchów i przyczyniają się do rozwijania wyobraźni oraz snucia własnych marzeń na temat zabaw z rudowłosą dziewczynką. Astrid Lindgren, tworząc postać Pippi, nie koncentrowała się na pouczeniach dla małych odbiorców, wprost przeciwnie: pedagogiczne pogadanki tu wyśmiewa (najczęściej – ustami samej Pippi), pokazuje ich nieprzystawalność do prawdziwego życia dzieci i pozwala bohaterom mieć stale święta. Z Pippi nie można się nudzić: to dziewczynka, która nawet sprzątanie domu zamieni w wielką zabawę. W pniach drzew rosną u niej smakołyki, a kiedy ktoś ma ochotę na zakupy – może je spokojnie robić razem z Pippi, właścicielką mnóstwa złotych monet. Oczywiście Pippi swoje pieniądze wydaje na słodycze i zabawki dla innych dzieci, sama nie potrzebuje wiele – wystarczy, że ma dach nad głową, konia i małpkę – oraz Tommy’ego i Annikę, małych sąsiadów – towarzyszy zabaw. Pippi z lubością łamie konwenanse, jeśli czegoś się od niej oczekuje – na pewno zachowa się zupełnie inaczej. W pierwszej warstwie niby polega to na prostym odwracaniu sytuacji: dziewczynka śpi z nogami na poduszce, a w szkole nie nauczyłaby się niczego – ale takie podmianki prowadzą do znacznie głębszych analiz i w konsekwencji do ważniejszych dla czytelników wniosków. Pippi nie jest bohaterką, która uczyłaby krnąbrności – pokazuje za to, czym jest wolność i samodzielne myślenie. Przy okazji daje odbiorcom lekcję dzielności: z pozoru naiwna, potrafi poradzić sobie ze złodziejami i z bandą chłopców krzywdzącą słabsze dzieci. Z Pippi jej przyjaciele są bezpieczniejsi niż pod kontrolą jakiegokolwiek dorosłego – a że tu nie ma ograniczeń, można się do woli brudzić, zadawać dziwne pytania (słynny spunk) albo odrzucać dobre maniery – tym lepiej, na tym powinno polegać dzieciństwo. Najpierw Pippi, Tommy i Annika doskonale radzą sobie sami, później do akcji wkracza również tatuś Pippi – dorosły, który w odróżnieniu od córki zachowuje się bardzo dziecinnie i wprowadza nieco ubarwienia do codziennych szaleństw bohaterów.

„Przygody Pippi” to książka, której nie może zabraknąć w biblioteczkach najmłodszych. Dzięki zbiorczej wersji nie będzie trzeba szukać po bibliotekach wysłużonych egzemplarzy – a pewne jest, że na jednokrotnej lekturze się nie skończy. Pippi to przewodniczka po świecie wyobraźni, chociaż rzekomo zanurzona jest w codzienności znanej odbiorcom. Mała rudowłosa dziewczynka zmienia postrzeganie rzeczywistości, uruchamia fantazję i sprawia, że nawet najnudniejsze obowiązki okazują się całkiem ciekawe.

piątek, 3 kwietnia 2020

Kai Strittmatter: Chiny 5.0. Jak powstaje cyfrowa dyktatura

W.A.B., Warszawa 2020.

Podglądanie systemu

Chiny wykorzystuje Kai Strittmatter, żeby stworzyć przestrogę dla wszystkich społeczeństw i pokazać, jakie mechanizmy stosują rządy totalitarne, żeby zawładnąć obywatelami. W przypadku cenzurowania prasy czy telewizji niektóre zachowania wydawały się oczywiste – jednak jeśli chodzi o internet, sytuacja się zmienia, również dlatego, że sami użytkownicy nie są czasem w stanie ocenić jakości przedstawianych im informacji. Kai Strittmatter zajmuje się więc opowiadaniem, jak wychowuje się społeczeństwo pozbawione krytycyzmu i refleksji nad treściami, które konsumuje – jak stopniowo ograniczać wolność, by ludzie tego nie dostrzegli lub bali się zareagować. Sprawdza, co oferowano Chińczykom „w zamian” za popularne na całym świecie portale, nie tylko informacyjne – i do czego doprowadziła metoda małych kroków. „Chiny 5.0. Jak powstaje cyfrowa dyktatura” to książka, która przynosi sporo ważnych z perspektywy zwykłych czytelników wiadomości – i sama w sobie jest też przestrogą, rodzajem szczepionki na podstępy i próby zawładnięcia Siecią.

Pierwsze strony tomu jednak mogą odrzucać, bo Strittmatter zamiast od razu przejść do tematu, zaczyna bawić się w politykę i pokazywać posunięcia rządzących – które w kontekście cyfryzacji nie mają większego znaczenia, stanowią za to próbę sił dla społeczeństwa. Analizowanie działań prezydenta USA można by spokojnie zastąpić przejściem do tematu władzy w internecie. Na szczęście Strittmatter dość szybko się reflektuje i wchodzi na zaplanowaną wcześniej ścieżkę. W swoich relacjach łączy obserwacje internetowe – pokazuje, jak zmieniało się oblicze chińskiego internetu i czego obecnie Chińczycy tam nie znajdą – ale też reportaże dotyczące ludzi, którzy nie chcieli podporządkować się decyzjom władz i szybko stali się niewygodni z perspektywy rządzących jako ci, którzy w internecie szukali wolności. Tutaj Kai Strittmatter sięga po historie blogerów lub vlogerów, tych, którzy sądzili, że wszystko im wolno (akurat takiej postawy ustrój totalitarny nie wybacza), tłumaczy, jakich stron w Chinach nie da się odwiedzać. Rozmawia z ludźmi (albo po prostu wykorzystuje ich wypowiedzi) po to, żeby uświadomić odbiorcom, jak wygląda sytuacja – unika dzięki temu oskarżeń o przesadę czy szerzenie strachu. W tomie pojawi się przecież sporo postaw budzących wątpliwości tych, którzy nie znają strachu życia w totalitaryzmie – bezpośrednie wyznania osób, które doświadczyły tego, o czym mówi autor, robią wrażenie. Strittmatter stara się również naświetlać struktury kolejnych zachowań i przekazywać odbiorcom zasady panujące wśród tych, którzy cenzurują internet. Przygląda się z uwagą chińskiemu społeczeństwu internautów – bo to, co trafia do wniosków, stanowi zestaw cennych wskazówek dla odbiorców. Lepiej zawczasu wyczulić na ewentualne zmiany i podstępy, niż później przekonywać już zmanipulowane społeczeństwo, że padło ofiarą medialnego spisku. Tom „Chiny 5.0” wprawdzie niewielką ma podbudowę naukową, autor bardziej koncentruje się na rejestrowaniu rzeczywistości niż na kopaniu w źródłach – ale warto po niego sięgnąć.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com