Strona główna || O autorce || O tu-czytam || Bajki || Bajkowe portfolio                       

niedziela, 19 lutego 2017

Billy Graham: Dobra Nowina. Historie biblijne

Dreams, Rzeszów 2016.

Kazania

Rozmaite biblie w wersji dla dzieci, wyciągi z Pisma Świętego pozwalające zapoznać się z podstawami chrześcijaństwa już kilkulatkom są w swojej wymowie ponadczasowe. Nadają się przecież nie tylko na lekcję duchowości – ale i na prezenty z okazji świąt – są cenione przez tych krewnych, którzy chcą zadbać o wychowanie dziecka w duchu chrześcijaństwa oraz przez tych, którym nie w smak konsumpcyjny wyścig. Można zżymać się na podobne wydawnictwa – ale warto też pamiętać o znaczeniu chrześcijaństwa jako kodu kulturowego: bez znajomości fragmentów Biblii dzieci nie nauczą się w porę rozpoznawania intertekstów w sztuce czy literaturze, nie nabędą sprawności, którą mają starsze pokolenia. W Heaven (odnodze wydawnictwa Dreams) ukazała się publikacja kierowana do najmłodszych, imponująca w rozmachu realizacyjnym, a i dość obszerna. „Dobra Nowina. Historie bibliojne” to książka, która już z założenia ma być prezentem (na przykład z okazji Pierwszej Komunii dziecka). Ma miejsce na wpisanie adresata, ofiarodawcy oraz okoliczności wręczenia. Nic dziwnego, tego typu publikacji raczej nie kupuje się na rozrywkową lekturę czy do ćwiczenia czytania.

Wyboru tekstów dokonał Billy Graham, jest on też autorem ich opracowania, czyli mikrokazań, jednoakapitowych komentarzy do przeczytanych właśnie treści (a pochodzą one z prawdziwych kazań). Proponuje przejrzystą konstrukcję tomu: dzieli książkę na dwie części, w miarę równe. To odpowiedniki Starego i Nowego Testamentu. Potem wybiera konkrety motyw, dbając o zachowanie chronologii (ale w pierwszej części – nie o ciągłość postaci, co zrozumiałe). Przeprowadza małych odbiorców między innymi przez stworzenie świata czy motyw Arki Noego, przedstawia historię Samsona, Dawida i Goliata… oraz mnóstwo drobnych relacji, które nie mają charakteru przypowieści, a nawet nie funkcjonują w świadomości dzieci ani dorosłych, bo nie przebiły się do wyobraźni artystów. Graham podaje źródło cytatu – jeśli biblijna opowieść jest skondensowana, a do tego zrozumiała i przystosowana do percepcji dzieci – stara się zachować ją w naturalnym brzmieniu (cytat zaznaczony jest kursywą). Jeśli konieczne są skróty bądź streszczenia, Billy Graham wprowadza drobne kilkuzdaniowe własne wstawki, które pozwalają dzieciom zorientować się w wydarzeniach – a nie zniechęcają trudnym językiem lub archaicznym stylem. Potem pojawia się „komentarz” Grahama – bardzo krótkie i ogólnikowe odwołanie do rzeczywistości dziecka, jego odczuć i potrzeb w zestawieniu z biblijnymi bohaterami i ich zachowaniami. Tu autor bardzo chętnie zadaje pytania, zamieniając się niemal w księdza na rekolekcjach lub katechetę – chce, by najmłodsi analizowali swoje postawy i poznawali uczucia, a także żeby dokonywali ocen samych siebie, co ma im pomóc stać się lepszymi ludźmi. Billy Graham traktuje swoją pracę jak misję, zależy mu przede wszystkim na krzewieniu wiary – wciąż przypomina, że Bóg kocha i wybacza, ale też – że należy się modlić czy żyć, przestrzegając przykazań. Jednokierunkowość wysiłków sprawia, że faktycznie tylko najmłodsi mogą przeżywać lekturę w taki sposób, jak zaplanował to sobie Graham. Szuka on połączenia tomu z historiami biblijnymi – z kościelnymi kazaniami odwołującymi się do sumień. Ale „Dobra Nowina” zwraca uwagę w pierwszej kolejności opracowaniem graficznym: Scott Wakefield tworzy tu wielkoformatowe ilustracje, które mają intrygować dzieci swoją „prawdziwością” (to styl charakterystyczny dla publikacji o tematyce religijnej, obrazki naiwne, ale z grami światłocienia i imitacją „realistycznych” scenek; naiwność objawia się zwłaszcza na młodych, ładnych twarzach postaci).

sobota, 18 lutego 2017

Franca Düwel: Julia i czarne owce

Jaguar, Warszawa 2016.

Kłamstwa

Julia po zwycięskim starciu z wredną byłą przyjaciółką nabiera siły i pewności siebie, ale motto serii, „Zawsze może być jeszcze gorzej”, jest wciąż aktualne i zapowiada kolejne pasma nieszczęść. Tym razem Franca Düwel też odnosi się do kwestii wieku dojrzewania w stopniu do niedawna w literaturze czwartej przerastającym przeciętną trzynastolatkę. Ponieważ Julia przyjmuje propozycję Bena i jego rodziców dotyczącą wspólnego wakacyjnego wyjazdu, babcia wygłasza jej feministyczną pogadankę o posiadaczach penisów, którzy myślą tylko o jednym (to trochę uzupełnia klasowy obrazek, w którym jeden z kolegów ciągle grzebie sobie w rozporku, a drugi gapi się tylko na biust Julii). Dziewczynka wybiera się z mamą po pierwszy stanik – rodzicielka oczywiście przynosi jej wstyd, ale ta wyprawa ma dużo poważniejsze konsekwencje. Ktoś wchodzi w posiadanie zdjęcia nagich piersi Julii i wykorzystuje to, by skłócić nastolatkę z Benem. Do tego tata wdaje się w bójkę w kinie (a zabiera nastolatki niechcący na film erotyczny o japońskich gejach), traci pracę i rodzinę czeka przeprowadzka. A to tylko mała część wstrząsów, jakie autorka funduje czytelniczkom. Sięgając po serię o Julii, należy pamiętać, że nie ma tu tematów tabu, a kwestie dotyczące seksualności zostaną poruszone – najszybciej jak się da. „Julia i czarne owce” pod tym względem zawiera sporo tematów, które nawet w literaturze rozrywkowej dla dorosłych bywają pomijane milczeniem. Tutaj jednak nie ma miejsca na cenzurę – a olbrzymia popularność cyklu pokazuje, że niemiecka autorka wstrzeliła się w zapotrzebowanie rynkowe.

Sprawy związane z seksem i cielesnością to dodatki do podstawowego wątku, a tym jest w powieści zagadnienie szczerości oraz asertywności. Julia chce uszczęśliwiać wszystkich i żyć tak, jak inni sobie to zaplanowali. Nie potrafi odmawiać, bo nie zamierza robić nikomu przykrości. Ale czasami, gdy przyjmuje dwie sprzeczne propozycje, musi jakoś wybrnąć z sytuacji, bez urażania którejkolwiek ze storn. Żeby osiągnąć cel, zaczyna zmyślać. Wydaje jej się, że w ten sposób nikogo nie skrzywdzi – Ben i przyjaciółki udowodnią jednak, jak bardzo się myli. Zresztą w tej części Julia stara się pracować nad swoim charakterem. Oducza się przekleństw, nawet łagodnych (mięsem autorka w narracji nie rzuca), bo za każde musi wpłacić pieniądze do domowej skarbonki. Postanawia też zmienić swoje zachowanie – tylko tak zresztą może naprawić to, co zdążyła zepsuć, a co do niedawna świetnie się układało.

W tle przewija się motyw związku Sariny i tego, że tata jej chłopaka nie akceptuje decyzji dzieci, brat Sariny jest wciąż porywczy i skłonny do bójek. Babcia, dotąd trwająca w zaciętości wobec mężczyzn, znajduje ukochanego, a mama twierdzi, że trzeba jej w tym kibicować. U Julii zawsze dzieje się mnóstwo, a zarejestrowanie tych wszystkich sensacji umożliwia forma pamiętnika. Dziewczynka opowiada tu o wydarzeniach szczerze, pokazując również genezę swoich kłamstw oraz reakcje mądrych przyjaciółek. Autorka postanawia uderzyć w tematy do niedawna zakazane w twórczości dla dzieci – ale wie, że z niemal każdym z wydarzeń mali czytelnicy mogą się zetknąć w prawdziwym życiu – dobrze więc, żeby byli przygotowani nawet na ekstremalne przygody.

„Julia i czarne owce” to tomik komiczny, mimo nasycenia go przykrościami i problemami bohaterki. Autorka trzyma poziom i wciąż chce zaskakiwać, wciąga odbiorców (częściej – odbiorczynie) w akcję dość brawurową jak na obyczajówkę. Nie ucieka nawet od podpowiadania dzieciom, jak mają uniknąć niechcianej przeprowadzki – tu już fabułę rozgrywa raczej idealistycznie, ale cenna wskazówka pozostaje. Skoro nastolatki obecnie przedwcześnie dojrzewają, Julia nie musi wychowywać się w zbyt pruderyjnym otoczeniu. Zbiera doświadczenia na przyszłość i obserwuje różne metody radzenia sobie z codziennymi wyzwaniami.

Anita Głowińska: Kicia Kocia w przedszkolu

Media Rodzina, Poznań 2015.

Zabawy

Kicia Kocia chodzi do przedszkola i bardzo się z tego cieszy. Stanowi nie tyle dobry przykład dla maluchów, co intrygującą zapowiedź przyszłości. Tomik Anity Głowińskiej „Kicia Kocia w przedszkolu” powinno się podsuwać dzieciom, które boją się nowego miejsca. Bohaterka własnymi doświadczeniami przekona wszystkich, że w przedszkolu jest ciekawie. A że kilkulatki często chcą naśladować Kicię Kocię – w tym również jej dzielność – mogą dokładnie przeanalizować kolejne działania.

Dzień Kici Koci pozbawiony jest narzekań czy stresów. mała bohaterka wstaje wcześnie rano i z szerokim uśmiechem wykonuje kolejne rutynowe czynności. Idzie z mamą do przedszkola, a tam nie przedłuża i nie celebruje pożegnania: wie, że mama przyjdzie po podwieczorku, a poza tym… przyjaciele już czekają. Wszystkie dzieci bawią się zabawkami, a pani wymyśla im coraz to nowe rozrywki. Kto jest głodny, dostanie drugie śniadanie, kto jest zmęczony po zabawie – idzie na leżakowanie (ale przymusu nie ma, można zamiast tego cichutko się bawić). Bogate w atrakcje jest i wyjście na plac zabaw. W przedszkolu nie można się nudzić, bo cały czas coś się dzieje. Nawet przykre przygody (Adelka gubi ukochaną spinkę do włosów) kończą się dobrze. Kicia Kocia świetnie się bawi. Zresztą nie da się inaczej w takim otoczeniu, w kręgu roześmianych dzieci. W przedszkolu nawet przy obiedzie nikt nie grymasi: posiłki są tak samo dobre jak w domu, a po wybrykach wszyscy robią się głodni. Nie ma drugiego miejsca, w którym tak przyjemnie spędzałoby się czas. U Anity Głowińskiej przedszkole zamienia się w mały raj, jest idealne dla maluchów, a uśmiechnięte buzie postaci jeszcze to podkreślają. Autorka dba o to, by każda strona przynosiła nowy temat, a niektóre w ogóle stanowiły szereg wyliczeń rozrywek, gier i ciekawostek. Na kolejnych rozkładówkach wiele jest zabawek lub pomysłów na wspólne działania – a wiadomo, że znacznie lepiej dzielić radości z przyjaciółmi. Kicia Kocia jest tu szczęśliwa i tak też nastraja małych odbiorców. Z podobnym nastawieniem łatwiej znosić niedogodności – choćby rozstanie z mamą. Ale w tej wersji przygód mama tylko by przeszkadzała, a gdy wydarzy się coś nieprzewidzianego – na miejscu jest pani, która pocieszy.

„Kicia Kocia w przedszkolu” to picture book ze znakomitej serii wychowawczej dla najmłodszych. Mały kwadratowy zeszycik pełen jest ilustracji o nasyconych kolorach. Głowińska skupia się tu na odwzorowywaniu znanych odbiorców postaci i drobnych atrybutów ich zajęć, rzadko buduje całe przestrzenie. Nie musi wprowadzać szczegółów tła – takie elementy tylko niepotrzebnie rozpraszałyby dzieci. Uwaga skupia się tu na bohaterach i ich zabawach, a to najlepsze możliwe rozwiązanie. Autorka dba o to, by dzieci na obrazkach prezentowały zachwyt i humor (na przykład w komicznych dla maluchów rymowankach na pożegnanie), a do tego – żeby przekazywały podpowiedzi co do tego, jak się bawić. Przedszkole przynosi w tym zakresie więcej możliwości niż dom i zapracowani rodzice. Anita Głowińska bardziej nawet rysunkami niż tekstem zachęca do korzystania z przedszkolnych atrakcji. Jej propozycja pełni na rynku ważną funkcję, pozwala na przyzwyczajenie dzieci do myśli o przedszkolu – i wyklucza stres.

Kicia Kocia to bohaterka, która samodzielnie testuje to, co do zaoferowania maluchom ma codzienność. To mała bohaterka, która lubi wyzwania i z optymizmem podchodzi do swoich zadań. Wydaje się na tyle ciekawa, żeby kilkulatki chciały ją naśladować jako swój autorytet – to postać przekonująca i zabawna jednocześnie. Anita Głowińska na rynku wydawniczym zaistniała dzięki tej ważnej dla najmłodszych serii – bo też i świetnie realizuje wyjściowy na nią pomysł.

piątek, 17 lutego 2017

Lottie Moggach: Najpierw mnie pocałuj

Rebis, Poznań 2017.

Przemiana

Bardzo pozytywnie zaskakuje Lottie Moggach swoim powieściowym debiutem „Najpierw mnie pocałuj”, a momentami jest nawet w narracji lepsza od swojej matki, Deborah – zwłaszcza że umie utrzymać uwagę czytelników na jednej postaci przez całą, dość obszerną powieść. Kuleje trochę rozwój fabuły – bo można było dopracować bardziej wyraziste zakończenia czy rozwiązania części wątków. Książce „Najpierw mnie pocałuj” szkodzi określanie jako „niepokojący thriller psychologiczny” bo i niepokoju tu jak na lekarstwo, i thriller właściwie żaden – obyczajówka, tyle że skupiona wokół tematu samobójstwa i prawa człowieka do podejmowania nawet najbardziej kontrowersyjnych decyzji wobec siebie samego.

O wszystkim czytelnicy dowiadują się po fakcie. To znaczy: Leila całą sprawę, łącznie z konsekwencjami, ma już za sobą, nawet prywatne śledztwo przeszła i teraz opowiada historię z perspektywy czasu – i z dystansem. To już odpowiedź na część pytań rodzących się podczas lektury – widomy dowód, że bohaterka z przedziwnej przygody wyszła właściwie bez szwanku. Ale pomysł startowy okazuje się atrakcyjny dla odbiorców i rzeczywiście mógłby stanowić zalążek thrillera psychologicznego, gdyby tylko został rozwinięty w odpowiednim kierunku. Leila udziela się na forach internetowych – na jednym z nich poznaje (co prawda wirtualnie, ale to już dzisiaj norma) Adriana. Administrator forum nie kryje urzeczenia Leilą i ma na nią spory wpływ dzięki sprytnym socjotechnicznym sztuczkom. W pewnym momencie Leila zgadza się na udział w dziwnym projekcie. Ma poznać (również wirtualnie) Tess, starszą o piętnaście lat kobietę, która zamierza popełnić samobójstwo. Tess nie chce, żeby bliscy rozpaczali po jej śmierci czy żeby przeprowadzali własne śledztwa w jej sprawie. Zamierza skorzystać z oferowanej przez Adriana opcji „wygaszania”: w internetowym świecie zastąpić ma ją Leila – poprowadzi korespondencję z rodziną i znajomymi oraz profil na facebooku, utrzymując, że Tess zaczyna nowe życie na dalekiej i egzotycznej wyspie. Z czasem maile będą coraz rzadsze, aż w końcu Tess pozwoli o sobie zapomnieć innym – unikną w ten sposób przykrości czy szoku. Plan wydaje się Leili bez zarzutu, więc skrupulatnie odrabia lekcje, poznając życie i przyjaciół Tess i ucząc się jej reakcji. Przy okazji dowiaduje się czegoś o sobie.

Pewne rozwiązania muszą się pojawić, skoro autorka zakłada, że akcja toczy się w realnym świecie. Ale przydałoby się większy nacisk położyć na psychologiczną konstrukcję postaci – jest na to miejsce, w końcu temat zawęża liczbę osób. Moggach stara się co pewien czas odświeżać otoczenie, wprowadzając z daleka nowych ludzi tylko na moment, ale to zabieg trochę zbyt chaotyczny. Autorka boi się też określać płynące z postaw wybory – dlatego rozmywa przypadkiem wyznaczniki gatunkowe. Popełnia błędy w strukturze postaci czy w ramach akcji, ale precyzyjnie prowadzi samą narrację – jeśli następnym razem lepiej dopracuje pomysł, wedrze się na listy bestsellerów.

„Najpierw mnie pocałuj” pokazuje więc w pierwszej kolejności umiejętność pisania, a i zalążek emocji, które Lottie Moggach spróbuje przekazywać odbiorcom. Widać też, że autorka nie lubi schematów powieściowych, szuka własnej drogi na opowiedzenie oryginalnej przygody. Parę razy ominęła w tej powieści stereotypowe odgałęzienia akcji, nie pozwalając czytelnikom na rozleniwienie. Każe im za sobą przez cały czas podążać, wymusza skupienie na proponowanych wątkach. Zadaje też pytania o wymiarze filozoficznym, dyskretnie, żeby nie przeciążać opowieści. „Najpierw mnie pocałuj” to historia kreatywna – chociaż nie budzi emocji, jakie zapowiadałby kwalifikator gatunkowy. Moggach już na początku pisarskiej kariery ma do zaoferowania dość sporo – warto będzie ją obserwować.

czwartek, 16 lutego 2017

Monika B. Janowska: Połknąć żabę

Zysk i S-ka, Poznań 2017.

Bez facetów

Monika B. Janowska sięga trochę do stylu pisania Joanny Chmielewskiej, a teraz i do Olgi Rudnickiej, chociaż mocno go upraszcza. Proponuje czytelniczkom obyczajówkę o lekkim posmaku kryminalnym, pogodną i rozśmieszającą. „Połknąć żabę” to historia Pauliny, która próbuje ułożyć sobie życie bez mężczyzn. Głosi feministyczne hasła i deklaruje niechęć do angażowania się w nowe związki. Trzy lata temu rozstała się z drugim mężem i teraz stara się żyć po swojemu, już bez uczuciowych komplikacji. Kiedy osiąga emocjonalna stabilizację (przynajmniej jeśli chodzi o sprawy sercowe), dowiaduje się, że… były mąż popełnił samobójstwo. Paulina na tyle poznała swojego eks, by wiedzieć, że to do niego niepodobne – i zamierza rozwiązać tajemnicę, zwłaszcza że otrzymuje w spadku pewną – dziwną – księgę. Bohaterce w amatorskim śledztwie pomagają szalona szwagierka i bratanica, która lada moment ma wyjść za mąż i zadręcza rodzinę przygotowaniami do idealnej uroczystości.

Paulina szuka wyjaśnień śmierci byłego męża i dowiaduje się coraz więcej mimo śledztwa prowadzonego na przekór zdrowemu rozsądkowi. Bez przerwy wpada w tarapaty – z poważniejszych opresji oczywistych dla czytelników już w momencie pojawiania się intencji – ratują ją rozsądniejsi bliscy. Chociaż bohaterka deklaruje niechęć do mężczyzn, pojawia się tu przystojny policjant. Wiadomo, jak potoczy się akcja – autorka trzyma się konwencji i zapewnia swoim odbiorczyniom dokładnie to, czego się spodziewają. Nic złego nie może się stać Paulinie – bo zbyt wielu przyjaciół nad nią czuwa. W związku z tym kobieta może bezkarnie popełniać kolejne głupstwa, które następnie staną się podstawą komizmu w tej powieści. „Połknąć żabę” to lektura rozrywkowa, przewidywalna, ale i lekka w tonie.

Janowska stawia na bogatą galerię postaci wokół bohaterki. Paulina w swojej charakterystyce ma zwycięską walkę z rakiem piersi i… skłonność do bałaganienia w nieużywanym pokoju gościnnym. Jej ojciec to król sanatoriów, bez przerwy zmienia partnerki, a czasami w ogóle adoruje dwie jednocześnie. Bratanica stworzona została na oczywistej przesadzie – nie istnieje dla niej żaden temat poza ślubem. Sięga autorka po zabiegi rodem z komedii slapstickowych, po wyolbrzymienia i przebieranki, po komizm sytuacyjny i rozmaite wpadki, zbiegi okoliczności i przeszkody na drodze do szczęścia. Mimo przekroczenia czterdziestki (dawno!) i sporego bagażu doświadczeń, Paulina jest wciąż naiwna. Budzi sympatię, ale nie wyróżnia się specjalnie spośród innych bohaterek czytadeł. Śledztwo w wykonaniu Pauliny to korowód pomyłek – ale przecież nie o rozwiązanie sprawy tu chodzi, kryminał ma tylko nadać smaku romansowi. Bohaterka we własnym mniemaniu twardo stąpa po ziemi, inaczej jest jednak z jej oceną z zewnątrz. Ale na tym zasadza się pomysł na rozśmieszanie odbiorczyń. „Połknąć żabę” nie może pozostawać zbyt blisko zwyczajnego życia – żeby nie przypominać o trudnych chwilach. Monika B. Janowska stara się bawić.

Pisze ta autorka momentami w sposób zbyt kwiecisty (ujawnia się to przede wszystkim w dialogach, które przez to tracą nieco na autentyczności. Trudno jednak w pierwszoosobowej narracji tak wyważyć proporcje między literackością i potocyzmami, żeby kreacja bohaterki wypadała wiarygodnie. Janowska unika większych zgrzytów. „Połknąć żabę” składa się z krótkich rozdziałów, co jeszcze podsyca wrażenie szybkiego tempa akcji. Janowska wprawdzie daje się uwieść opisowości, ale też za każdym razem prowadzi odbiorczynie do ciekawego zdarzenia czy punktu zwrotnego w intrydze. To nieskomplikowane czytadło napisane z humorem i wyobraźnią w konstruowaniu postaci – a to wystarczy, żeby cieszyć się lekturą bez przeszkód.

środa, 15 lutego 2017

Roxana Bowgen: Współczesna bogini

Wydawnictwo Kobiece, Białystok 2016.

Samorozwój inaczej

„Współczesna bogini” Roxany Bowgen to kolejny poradnik dotyczący samorozwoju. Autorka jednak rezygnuje z typowego w gatunku nastawienia na odbiorcę, w zamian proponuje zestaw przykładów z własnego życia – w zamierzeniu inspiracji i bodźców do podobnego działania dla innych. Nie tworzy spójnej koncepcji zachowań, bo trudno za taką uznać „agapautowe” wprowadzenia do kolejnych części tomu. A ponieważ nie potrafi ułożyć jednej teorii funkcjonowania, automatycznie proponuje czytelnikom po prostu analizowanie owocnych momentów z jej egzystencji. Zachowuje się tak, jakby miała być autorytetem dla odbiorców – a przynajmniej usiłuje się na taki autorytet wykreować, co bardzo mocno (i niezamierzenie) kontrastuje z dość naiwnymi autobiograficznymi opowieściami.

Bowgen utrzymuje stały rytm książki. Na kilku stronach odnosi się do wydarzenia z życia – obfitującego w późniejsze przemyślenia czy zmiany oraz w natychmiastowe wzruszenia i wstrząsy prowadzące do przewartościowań. Są tu sprawy związane z pracą, wybór wolontariatu i lekcje z niego płynące, ale też troska o najbliższych – strach o męża podczas ataku na WTC. Czasem autorka opowiada trochę o poszukiwaniach duchowych, czasem – usiłuje nakłonić czytelników do wspólnego „filozofowania”, infantylnego – bo w wersji samouczka dla zabieganych. Bywa, że dzieli się zapiskami z podróży i próbuje dowiedzieć się, kim naprawdę jest. Chce definiować siebie przez dobre uczynki dla innych i od razu stawiać siebie za wzór tak, by ulepszać świat. To jest zresztą podstawowe założenie tomu – sprawiać, żeby świat był lepszym miejscem. Trudno uzyskać to za sprawą ogólnikowych frazesów, więc Bowgen zamierza nadać im bardziej osobisty ton. Unika nachalnego przekonywania, liczy na to, że pod wpływem lektury i wywołanych nią przemyśleń zmienią się odbiorcy – a w konsekwencji i ten świat.

Ale poradnik ma zachęcać do działania oraz do autoanaliz, w końcu samopoznanie jest elementem niezbędnym do rozpoczęcia pracy nad sobą. I dlatego po każdym krótkim rozdziale pojawiają się pytania do odbiorców (niektóre kierowane do kobiety, niektóre – do mężczyzny i nie wiadomo, czy to pomysł tłumaczki na urozmaicenie formy, czy niedopatrzenie). Te pytania pełnią podobną rolę jak ćwiczenia w szkolnych książkach i nie odbiegają od nich poziomem. Autorka posługuje się schematem: co się stało – co o tym sądzisz – co to w tobie zmieniło (albo: jak ty możesz zmieniać dzięki temu świat). Zachęca do zagłębiania się w uczucia lub we wspomnienia, oceniania swoich postaw wobec różnych ludzi (lubianych i nielubianych) oraz nakłania do refleksji nad zmianami. Czasem zadaje banalne pytania, które nie mogłyby funkcjonować jako podstęp, skierowaniu refleksji na właściwe tory – od początku wiadomo, co autorka chce przez nie osiągnąć. Zmusza czytelników do wiwisekcji i tak układa pytania, żeby odbiorcy sami natychmiast uświadomili sobie, co dzieli ich od pozytywnych zmian. Ten zabieg wydaje się tu nawet bardziej infantylny niż przekonanie, że lektura wystarczy, żeby zmieniać świat (i siebie).

Prosty to tomik, ale przynajmniej inny niż standardowe publikacje dotyczące samorozwoju. Roxana Bowgen jest przekonana co do skuteczności i sensowności stosowanych przez siebie rozwiązań – dlatego też decyduje się na uzewnętrznianie prywatnych przeżyć. Jest to lektura dla tych, którzy nie chcą zbyt wiele czasu poświęcać na samodoskonalenie, ale chętnie coś by zrobili w tym kierunku. Bowgen daje impuls do działania lub przynajmniej do poszukiwania własnych, lepszych pomysłów. Za to w książce znajduje się miejsce na notatki – odpowiedzi pod każdym pytaniem. Można więc ją potraktować jako dzienniczek rozwoju, sposób na śledzenie postępów. Zadania przystosowane są raczej do młodych odbiorców, tekst – wygodniej będzie przyjąć starszym. Jest to więc książka specyficzna.

wtorek, 14 lutego 2017

Gavriel Savit: Anna i Pan Jaskółka

Jaguar, Warszawa 2017.

Podróż

W najtrudniejszych warunkach, kiedy dziecko traci rodziców, gdy w każdej chwili samo może zginąć, autorzy powieści przechodzą do wymiaru baśni. Wokół małego bohatera tworzą osłonę z fantazji, tajemniczości lub przygody. Nad Anną, córką profesora Uniwersytetu Jagiellońskiego, opiekę roztacza Pan Jaskółka. Prawdziwy mężczyzna, który nie chce podać swojego imienia, za to równie sprawnie jak kilkulatka posługuje się różnymi językami. Pan Jaskółka wie, że ojciec Anny już nie wróci, dziewczynka to przeczuwa. Oboje wyruszają w drogę, w której chodzi o to, by nie dać się zauważyć. Łączy ich filozoficzna natura i szacunek do języka. Pan Jaskółka potrafi być kategoryczny, ale i delikatny – działa tak, by nie przestraszyć dziecka, ale i tak, żeby przekonać je do posłuszeństwa. Anna jest dojrzała i mądra nad wiek, nie przypomina zwykłych maluchów. Wie, że może zaufać Panu Jaskółce, bo to jedyna szansa na przetrwanie, jaką ma. Stopniowo rodzi się między nimi więź oparta jedynie na licznych niedopowiedzeniach i emocjach. Wydaje się, że Pan Jaskółka będzie dowodzić wyprawą, ale kiedy na drodze pojawi się Reb Hirschl, człowiek, który po prostu nie może przeżyć wojny, to Anna stawia na swoim i dołącza go do drużyny.

„Anna i Pan Jaskółka” to wzruszająca powieść drogi, w której otoczenie nie ma żadnego wpływu na narrację, liczy się tylko to, co w przestrzeni słowno-filozoficznej i emocjonalnej. Gavriel Savit nawet nie umiałby w prozie oddać realiów wojennych czy specyfiki okupowanej Polski – i nie próbuje. Wysyła bohaterów w trasę najpierw w ślad za niemieckim wojskiem, potem za granicę. Tyle że koloryt lokalny nie ma znaczenia, bo wszystko przepaja specyfika baśniowej opowieści. Nie da się opowiadać o czasach wojny bez scen rzezi czy śmierci, ale u Savita to jak naturalna konsekwencja akceptacji przygody. Pan Jaskółka ma swoje sekrety, Reb Hirschl – kodeks wartości. Wojna wyolbrzymia ich mroczne strony – ale tu każdy dba o to, co dla niego najcenniejsze. Raz jest to życie (swoje i bliskich), raz – honor. Dorośli mężczyźni starają się chronić Annę, ale i dla niej los szykuje pułapki. Na razie bohaterka przekonuje się, ile znaczy przyjaźń i czym jest lojalność, uczy się zaufania, ale też odpowiedzialności. Nie ogląda wojny jako zestawu powszechnie znanych scenek w literaturze czwartej przykrawanych do możliwości percepcyjnych dziecka. Wojna to impuls do nietypowej wyprawy. Od czasu do czasu daje o sobie znać rozmaitymi uciążliwościami, biedą, głodem, strachem czy zagrożeniem – ale tu stanowi kontekst niemal jak z powieści fantasy. Autor nie próbuje uczyć dzieci, czym była druga wojna światowa. Odnosi się do tematu, ale w stylistyce baśniowo-onirycznej, odrzuca informacje na rzecz interpretacji i prowadzi do poetyckiej wręcz krainy. Życie Anny w kraju ogarniętym wojną jest dalekie od ideału, ale tu wydumane i konsumenckie potrzeby zastąpione zostały sprawami bardziej przyziemnymi. Savit na wojnę patrzy zupełnie inaczej niż „zwyczajni” autorzy – wie, że taka perspektywa zapewni mu jednocześnie uznanie dzieci i młodzieży (czyli grupy docelowej odbiorców), dorosłych i krytyków. „Anna i Pan Jaskółka” to tom niemal przygotowany do zgarniania nagród w kolejnych konkursach literackich. Obliczony na wywołanie silnych emocji, zapewnia mocne wrażenia czytelnikom – a przy okazji podsuwa im oryginalną historię i zestaw aforystycznych sformułowań na temat życia, śmierci czy sensu istnienia. Chociaż przez przesłania nie jest to książka łatwa, napisana została z wprawą i spodoba się odbiorcom. Temat wojny, mocno eksploatowany w beletrystyce, tu zyskuje odświeżające spojrzenie. Gavriel Savit ma pomysł na bohaterów i na ich działania, a realizuje ten pomysł tak, że o Annie i Panu Jaskółce trudno będzie zapomnieć. To literacka i piękna opowieść.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com