Strona główna || O autorce || O tu-czytam || Bajki                       
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com



poniedziałek, 20 lutego 2012

Cora Harrison: Byłam najlepszą przyjaciółką Jane Austen. Sekretny pamiętnik

Drzewko Szczęścia, Warszawa 2012.

Niezmienność uczuć

Uczucia są ponadczasowe i nie podlegają literackim modom czy zmieniającej się obyczajowości, co udowodniła Cora Harrison powieścią „Byłam najlepszą przyjaciółką Jane Austen. Sekretny pamiętnik”. Wydarzenia rozgrywają się tu w 1791 roku, a jednak dla dzisiejszych nastolatek będą wciąż interesujące – a przy okazji jeszcze spopularyzują książki Jane Austen wśród tych odbiorczyń, które do tej pory do nich nie dotarły. Dzisiaj romansowe historie Jane Austen dorosłym wydają się zbyt idealizowane, mocno oderwane od przemienionej rzeczywistości – za to przypadają do gustu nastolatkom. Zachwycona twórczością Austen Cora Harrison buduje zatem powieść dostosowaną do wieku odbiorczyń, przywraca ulubioną pisarkę do literatury czwartej i do świadomości młodych dziewczyn. Jej tom „Byłam najlepszą przyjaciółką Jane Austen” to rodzaj pomostu między dawnymi i nowymi czasami, między dawną i obecną obyczajowością.

Jenny okazuje się bohaterką: wymyka się ze szkoły w nocy, by wezwać pomoc dla ciężko chorej przyjaciółki i kuzynki – Jane Austen. Naraża na szwank swoją reputację i wystawia się na niebezpieczeństwo: jej wyprawa mogłaby się źle skończyć, gdyby nie kapitan Thomas Williams. Dziewczynki trafiają d domu państwa Austenów i odtąd wiodą normalne życie wiktoriańskich panienek. Uczą się rysunku, marzą, a Jane zbiera materiały do powieści – bo chociaż ma piętnaście lat wie, co będzie robić w przyszłości, Jenny za to, nieśmiała i delikatna, przygląda się wszystkim i prowadzi notatki w pamiętniku, ozdabiając wywody ilustracjami w duchu epoki. W życiu Jenny kapitan Williams jeszcze się pojawi.

Cora Harrison świetnie się bawi, przedstawiając losy dziewczyny, która rzeczywiście spokrewniona była z Jane Austen i spędziła część życia w jej domu. Na podstawie drobnych wzmianek i ogromnej wiedzy o egzystencji i twórczości ulubionej pisarki, Harrison tworzy opowieść w stylu romansu dziewiętnastowiecznego, barwną, choć przecież zakorzenioną w innej rzeczywistości. Autorka ożywia dawną obyczajowość i gra na emocjach czytelniczek za sprawą idealizowanego, wielkiego i pięknego uczucia.

Jednocześnie Cora Harrison sięga stale do pisarstwa Austen, przywołuje fragmenty opowiadań młodej Jane, pokazuje jej inspiracje i wykorzystuje humor, gdy przedstawia różnice między egzaltowanymi pomysłami nastolatki (na przykład na romantyczne oświadczyny) a rzeczywistością. Lektura „Sekretnego pamiętnika” może wiązać się z odszyfrowywaniem nawiązań, może też zachęcić do przeczytania powieści Austen – dziś coraz częściej wkraczających do literatury czwartej.

Autorce udało się bardzo dobrze uchwycić styl dziewiętnastowiecznych narracji, a jednocześnie nie przytłaczać czytelniczek nadmiarem konwencji i nieaktualnych już zwyczajów. Bohaterki, chociaż zupełnie różne od dzisiejszych nastolatek, wydają się postaciami z krwi i kości – dzięki olbrzymiej dawce emocji, które łączą dwie różne rzeczywistości.

W tej powieści pojawia się jednak nie tylko wielka miłość wyjęta z wyobrażeń nastolatek, ale i wielka tajemnica rodziny Austenów, i niespodziewany rozwój wypadków. Czytelniczki podejmą najprawdopodobniej grę z przytaczaną konwencją i zaangażują się w prezentowany im świat. Zwłaszcza że Cora Harrison naprawdę z pomysłem i wyczuciem prowadzi akcję, a narracyjnie sprawdza się bez zarzutu.


niedziela, 19 lutego 2012

Tadeusz Sobolewski: Człowiek Miron

Znak, Kraków 2012.

Drugi portret

„Układam portret Mirona w ruchu, ze wspomnień własnych oraz tego, co on sam o sobie powiedział” – tłumaczy Tadeusz Sobolewski i ta autorecenzja najlepiej charakteryzuje zawartość tomu „Człowiek Miron”, publikacji dopełniającej „Tajny dziennik”. Sobolewski – zięć Jadwigi Stańczakowej i jeden z przyjaciół Białoszewskiego – próbuje teraz znaleźć właściwy język opisu życiopisania Mirona. Przymierza się do tego i testuje różne narzędzia, przebiera w tematach, cytuje, uzupełnia – aż w końcu czyta Białoszewskiego przez innych, bliskich mu ludzi. Czas, w którym dowiedział się o śmierci przyjaciela, przedstawia natomiast z najbardziej osobistej perspektywy – publikuje fragmenty własnego dziennika. W ten sposób „Człowiek Miron” oddala się od klasycznej biografii w stronę dzieła postmodernistycznego, złożonego z fragmentów i zlepków historii, wiążącego życie i twórczość, wspomnienia i obserwacje subiektywne oraz próby analizowania zjawisk, których Białoszewski był katalizatorem.

Poezja Mirona, proza, zapiski dziennikowe, teatr i życie codzienne – to stałe składniki książki Sobolewskiego. Szkielet konstrukcyjny tomu stanowią elementy tradycyjnej biografii, tyle że rozproszone i redukowane do roli punktów zaczepienia. Jest tu i poszukiwanie kluczy interpretacyjnych, i samo czytanie twórczości Białoszewskiego dla przyjemności czytania, i próba rozszyfrowania poety. Z tego ostatniego najbardziej wynikają rozmowy z bliskimi i sprawdzanie, jak potoczyły się ich losy. Tadeusz Sobolewski stara się naświetlić zmiany relacji z życiowymi partnerami Białoszewskiego i sprawdza ich wpływ na pisarstwo. Jednocześnie przez cały czas funkcjonuje w swojej książce jako bezpośredni świadek i uczestnik wydarzeń. Nie rozstrzyga spornych kwestii, choć mógłby się pokusić o mocniejsze akcentowanie własnego zdania. Dyskretny, woli pozostać na uboczu i opowiadać o tym, co w gronie przyjaciół nie stanowiło żadnej tajemnicy. Jednocześnie też czyta „Tajny dziennik” – i czasami coś dopowiada do wybranych partii.

Tom „Człowiek Miron” składa się z krótkich stematyzowanych esejów, przetykanych zdjęciami z codzienności. A przy tym Sobolewski mówi o swoim bohaterze: „Jest znany swoim czytelnikom jak żaden ze współczesnych poetów. Dlatego jego monografia wydaje się zadaniem karkołomnym”. W innym miejscu z kolei stwierdza „odłączyć Mirona od literatury to jakby rozdzielić duszę z ciałem”. Sam próbuje znów scalić te dwie sfery, łagodnie przechodząc od tekstu do życia i od egzystencji do pisania – i chociaż dopełnia „Tajny dziennik”, nie uzurpuje sobie prawa do wypełnienia pisania o Białoszewskim – proponuje dogłębny, rzeczowy i ludzki komentarz do obserwowanego z ważnej perspektywy autora. W pewnym momencie przestaje być jasne, czy relacje z życia dopowiadają twórczość, czy może jest odwrotnie. Sobolewski z taką samą uwagą czyta wszystkie teksty, z jaką potem zajmuje się mapą towarzyskich powiązań. Porównuje, pyta, notuje, znienacka zmienia płaszczyzny zainteresowań, tworząc tym samym drugi portret Mirona Białoszewskiego – inny niż ten, który wypływa z „Tajnego dziennika”. Nie może być zresztą podobny, skoro Białoszewski w centrum uwagi stawiał ludzi. Tym razem to on widnieje w centrum zainteresowań, oglądany przenikliwie i z sympatią, za to bez szukania tanich sensacji.

Ta książka jest trochę jak wspomnienie funkcjonowania w orbicie Mirona Białoszewskiego, wspomnienie i hołd bez czołobitności. Przynosi sporo przydatnych filologom narzędzi do odczytywania tej twórczości, ale i mnóstwo ciekawostek dla zwykłych czytelników, zainteresowanych „Człowiekiem Mironem”. Uczy lektury – a przy okazji daje świadectwo przebywania w pobliżu wielkiego-ludzkiego artysty. Sobolewski składa też uznanie literaturze zanurzonej w codzienności.


sobota, 18 lutego 2012

Prunella Bat: Co za Książę!

Drzewko Szczęścia, Warszawa 2011.

Przygoda w pełni

Szkoła Księżniczek może być bezproblemowa tylko w bajkach. A właściwie to nie może – bo jaki byłby wtedy sens w pisaniu o niej? Prunella Bat dobrze wie, jak przyciągnąć do lektury wielbicielki bajkowych księżniczek i zapewnić im rozrywkę oraz sporo wrażeń. Drugi tom serii „Szkoła Księżniczek” intryguje już samym tytułem i kontrastującym z nim rysunkiem na okładce. „Co za Książę!” nie zapowiada, wbrew pozorom, romansu – zresztą bohaterki są na to jeszcze za młode, a i docelowa grupa odbiorczyń niezbyt zainteresowana problemami sercowymi. Na okładce widnieje natomiast Vicky, która bawi się z kundelkiem, miłym z pewnością, ale i niezbyt urodziwym.

Bo w tomiku „Co za Książę” pojawia się tajemniczy potwór. Vicky i jej trzy przyjaciółki postanawiają oczywiście odkryć rozwiązanie zagadki. Nie mogą przy tym dać się prześcignąć w nauce czarnym charakterom – czyli Superfantastycznym Dziewczynom, które – jak zwykle – snują intrygi i nie cofną się przed niczym, żeby wygrać. Na arenę tym razem wkraczają też chłopcy z pobliskiej Akademii Królewskiej. Jeśli dodać do tego kryjówkę, którą znajdują bohaterowie, zyskując tym samym miejsce do wspólnych zabaw i spotkań – można sobie wyobrazić, jak bardzo tom drugi serii ucieszy małe odbiorczynie, spragnione wrażeń.

Prunella Bat prowadzi swoją minipowieść w stylu pop. Proponuje po prostu odpowiedź na zapotrzebowania najmłodszych, wykorzystuje modę na księżniczki oraz proste sposoby budowania dramaturgii. Posługuje się schematami, co łatwo jej wybaczyć za sprawą wszechobecnego w książce humoru i ciągłego podrwiwania z najbardziej napuszonych bohaterek, uważających Szkołę Księżniczek za dobro najwyższe i idealną placówkę. Autorka lubi śmiech – widać to chociażby kreacji Vicky – księżniczki, która nie potrafi zachowywać się zgodnie z nudną etykietą. Vicky chętna jest do psot i kolejnych wyzwań, przez co trafi do przekonania czytelniczkom – to ona nadaje rytm tomikowi, nie jest postacią papierową, popełnia błędy i bez przerwy wpada w kolejne tarapaty.

W olśniewających ilustracjach przeplata się literacka prawda i owoce wyobraźni bohaterek. Jeśli Vicky i pozostałe dziewczyny wymyślą sobie zabawną sytuację, na obrazkach pojawi się ona jeszcze raz, by utrwalić w odbiorczyniach dowcip. W tych dynamicznych rysunkach fabuła staje się jeszcze bardziej przyjazna. Co ważne – disneyowsko-mangowe ilustracje nie są przesłodzone ani kiczowate, jak można by przypuszczać. „Szkoła Księżniczek” to przecież przede wszystkim sposób na przyciągnięcie do lektury dziewczynek wychowywanych na telewizyjnych bajkach i różowym świecie księżniczek, doskonała reklama i metoda przekonania kilkulatek do rozpoczęcia przygody z książką. Chociaż Prunella Bat proponuje produkt masowy, nie obniża jego poziomu, potrafi zwykłą akcję zamienić w zestaw ciekawych i ładnie opisanych przygód. Jeśli małe czytelniczki nie chcą słyszeć o niczym poza księżniczkami, seria „Szkoła Księżniczek” będzie dobrym krokiem w stronę ciekawszych i wartościowych lektur.


piątek, 17 lutego 2012

Miron Białoszewski: Tajny dziennik

Znak, Kraków 2012.

Zachwycenie

Zapisany jako „hasło dla siebie” żartobliwy rozkaz „obejrzałeś kawał świata? To się z niego wyprowadzaj” wieńczy ostatni list do Eumenid Mirona Białoszewskiego i jednocześnie jest jednym z akapitów zamykających obszerny (przeszło 920 stron) i wyczekiwany „Tajny dziennik”. Nie bez racji publikację tę reklamuje się jako wydarzenie literackie 2012 roku – niewiele jest chyba tomów, na które odbiorcy czekaliby równie niecierpliwie. A i lektury dostarcza Białoszewski niebanalnej, mimo że zaskoczeń stylistycznych tu nie będzie: to styl znany choćby z „Chamowa”.

Wydaje się, że forma dla wielu pisarzy funkcjonująca na pograniczu codziennego, zwyczajnego i – by tak rzec – „przyziemnego” życia u Białoszewskiego staje się tego życia centrum. Tu nie ma przypadkowych i skrótowych notatek dla pamięci, które poza sygnalizowaniem uczestnictwa w zwyczajnej krzątaninie nie przynoszą nic atrakcyjnego dla postronnych, nie ma też przewagi refleksji autotematycznych i dopisków do poszczególnych utworów. W „Tajnym dzienniku” Białoszewskiego toczy się życie, obserwowane i chłonięte z nieustannym zachwyceniem. Poeta Miron przywraca czytelnikom wyczulenie na słowo skrywające się w zwykłych wydarzeniach, notuje zasłyszane frazy i fragmenty dialogów, pozwalając im funkcjonować bez zbędnego komentarza. Chętnie posługuje się telegraficznym stylem, skracając własne frazy lub przejawiając naiwne zadziwienie niezbyt często używaną formą gramatyczną, pozostawioną dla przyjemności językowej zabawy. Ale przede wszystkim w „Tajnym dzienniku” najważniejsi są inni, bliscy Białoszewskiemu ludzie. To o nich cała ta historia. W odróżnieniu od znanych już dzienników literatów, Białoszewski w swoim diariuszu odrzuca solipsystyczne rewizje, o samym sobie pisze tylko wtedy, gdy nie spotkał się z innymi lub gdy zetknął się z czymś wartym utrwalenia. Z rzadka rozwodzi się nad własnymi pomysłami i postawami, zdarza mu się zapisywać sny – ale i w nich widać fascynację ludźmi i życiem jako takim. W tym rytmie toczy się cały „Tajny dziennik” – zestaw kompletnych obserwacji, spostrzeżeń i analiz, próba zbudowania obrazu siebie przez pryzmat otoczenia. Tu nie ma hierarchii ważności ludzi: przyjaciele i rodzina czasem ustępują miejsca sąsiadom i dozorcy, który szczególnie lubi pisemnie przekazywać wiadomości. Dialogi zasłyszane na ulicy mogą być bardziej istotne niż dysputy „trzech uczonych bab”. Świat w „Tajnym dzienniku” nie kręci się wokół Białoszewskiego – nie ma tu skrupulatnie odnotowywanych pomysłów na wiersze czy opracowań. Autor o wiele częściej pochyla się nad twórczością Jadwigi Stańczakowej. Nie stara się też kreować na animatora kultury: nie celebruje wyjść do teatru czy kina, nie tworzy minirecenzji lektur – całkowicie pochłania go zachwyt nad zwyczajnym życiem.

Na pierwszym planie plasują się najbliżsi Białoszewskiemu ludzie. Ich problemy i troski włącza autor do swojego rytmu życia, przeżywa ich błędy i komentuje decyzje – a czasem tylko relacjonuje wydarzenia, które nie były jego bezpośrednim udziałem. Jawi się jako troskliwy opiekun, prowadzący jak najbardziej zwyczajną egzystencję. Co pewien czas przedstawia wydarzenia z zewnątrz, rzeczywistość wkracza do jego zapisków, jednak nigdy na prawach sensacji, nawet jeśli notatki dotyczą sytuacji dramatycznych. Białoszewski pozwala sensacjom przefiltrować się przez spojrzenie społeczeństwa i dopiero wprowadza je do relacji własnej. Ślady codzienności właściwej niemal każdemu mieszkańcowi Warszawy drugiej połowy XX wieku są tu bardzo wyraźne i prezentowane z całą szczerością, bez upiększania, ale też i bez większej ekscytacji. Nieco inaczej rzecz ma się z prezentowaniem spraw bliskich – tu pojawiają się głębsze analizy i próby zrozumienia konkretnych zjawisk. Wydaje się chwilami, że Białoszewski żyje zwykłymi zmartwieniami innych. Do tego dochodzą jeszcze zwierzenia składające się na codzienność – uwaga, jaką Białoszewski poświęca wstawionemu na klatce schodowej na wyższym piętrze oknu świadczy najlepiej o wyczuleniu na zwykłość. W tym wszystkim zwierzenia osobiste także stają się mniej emocjonalne – z tego wyłączane są jednak obrazy śmierci – ojca Jadwigi, a potem i rodziców Białoszewskiego. Najbardziej medialny temat homoseksualizmu twórcy istnieje tu w czasem bardzo odważnych wyznaniach, ale też ulega stonowaniu w kontekście całości przyjmuje się go po prostu za jedną ze sfer zwykłego życia, nie mniej i ni bardziej ciekawą niż inne.

„Tajny dziennik” przybiera dwie formy rejestrowania codzienności. Pierwszą jest dialog. Białoszewski bez przerwy cytuje zasłyszane frazy i rozmowy, przytacza wymiany opinii, które są interesujące ze względów treściowo-poglądowych lub formalnych. Nie zawsze to fragmenty wyraziście puentowane, zdarza się, że służą jako ilustracje i ich sens wyłapać można przy dalszej lekturze. Autor nie komentuje przeważnie tych cytatów z rzeczywistości, licząc na to, że same dla siebie stanowić będą wystarczające wyjaśnienie. Zapewnia tym samym stałe uczestnictwo w swoim życiu i bliskość, jakiej nie dałyby żadne opowieści. Przytacza słowa innych, jakby w ten sposób chciał im zapewnić stałe trwanie – w pamięci i w literaturze. Czasem zdradza w dzienniku opinie jednych ludzi na temat innych, czasem sam tych innych ocenia (Marię Janion, zwaną profesor Misią, charakteryzuje jako tę, która nigdzie nie umie trafić i ciągle się gubi, zaangażowanych w życie kulturalne Śląska z pewnością ucieszy przenikliwy – choć krótki – portret Tadeusza Kijonki), jest wciąż głodny towarzystwa i przez zapisywanie rozmów próbuje zachować obecność ludzi na dłużej. Przy okazji niejako udowadnia, jak wiele materiału literackiego kryje się w kolokwialności.

Drugim sposobem chwytania chwili są rozbudowane opisy. Białoszewski unika krótkich notatek, jeśli już jakiś temat go zaintryguje, rozpisuje się chętnie – tyle że stosuje mało rozbudowane zdania, w stylu znanym choćby z „Pamiętnika z Powstania Warszawskiego”. W analizach zachowań jest przy tym szczery sam ze sobą, nie próbuje nic ukrywać ani tłumaczyć się z własnych wyborów. Nie zostawia tematów do rozwinięcia na później. Przy tym stawia na konkret, rezygnując z filozoficznych rozważań, „Tajny dziennik” jest zakorzeniony w konkrecie, w różnych jego przejawach.

Autotematyzm jest tu więc stosunkowo rzadki, a jeśli już istnieje – to w ramach niewielkich fragmentów wypowiedzi. „Tak to dziennik jest żywą powieścią, w której ja i inni jesteśmy bohaterami niewiedzącymi, jak i co będzie jutro, za godzinę”. Drobne uwagi o przyjemności pisania są dodatkową nagrodą dla czytelników. Trochę tu refleksji o roli słów w poezji i prozie, a i o samej wrażliwości na świat. Chociaż autotematyzmu jest w „Tajnym dzienniku” mniej niż życia, kiedy się już pojawia – zaskakuje i celnością, i przenikliwością, i odkrywczością.
Trzeba tu wspomnieć o wysokiej jakości edytorskiej – tom przygotowany jest z najwyższą starannością, rozszyfrowane zostały występujące w nim postacie i nawiązania międzytekstowe, wszystkie luki w tekście – zaznaczone i odnotowane w przypisach. Ale to przecież zrozumiałe przy opracowaniu jednego z ważniejszych dzienników w polskiej literaturze.


(premiera książki: 20.02.2012)

czwartek, 16 lutego 2012

Kolorowe rymowanki

Wilga, Warszawa 2012.

Siła brzmień

Dziwne to uczucie – widzieć dziecięce rymowanki, które maluchy poznają zawsze dzięki rodzicom, zebrane w jednym ogromnym i przygotowanym z rozmachem tomie. Dziwnie, bo przecież krótkie wierszyki przeznaczone przede wszystkim do ćwiczenia pamięci i funkcjonujące często jako wyliczanki najlepiej sprawdzają się właśnie w obiegu ustnym. Spisane wyglądają czasem infantylnie, a czasem – jakby były pozbawione wartości. Od strony literackiej zresztą niekiedy tak jest, bo przecież nie o piękno literatury w ich przypadku chodzi, a o zabawy tekstem. W rymowankach i wyliczankach kryją się absurdalne treści (lub w ogóle sama fascynacja rytmem i brzmieniem). W bardzo krótkich wierszykach mnóstwo jest zdrobnień i spieszczeń, prostych rymów i znaczeń podporządkowywanych formie.

Dobrze, że ta książka powstała – dzięki niej bowiem rodzice mają ułatwione zadanie, nie muszą przypominać sobie kojarzonych w dzieciństwie rymowanek, fragmentów wierszyków, wyliczeń i komentarzy – mogą teraz szybko przywołać potrzebną rymowankę i wykorzystać ją na przykład na spacerze z dzieckiem. Bo chociaż ujęte w „Kolorowych rymowankach” tekst nie olśniewają jakością (a część dorosłych z pewnością mogłyby nawet irytować), odgrywają wielką rolę w procesie edukowania malucha. Szybko wpadają w ucho, bez trudu dają się zapamiętać, a przy okazji też kuszą charakterystycznym rytmem i współbrzmieniami – jako takie funkcjonują na prawach sztuki w oczach kilkulatków. Dzieci chcą powtarzać zasłyszane od rodziców zgrabne formułki i bawić się słowami, dodatkowo mogą połączyć odpowiedni cytat z konkretną sytuacją (polecenia dla biedroneczki czy ślimaka najczęściej wybrzmiewają przecież właśnie w kontakcie z przyrodą). To ośmiela, zachęca do zapamiętywania kolejnych rymowanek dostosowanych do wieku i możliwości malucha, a czasami też i do eksperymentowania z dźwiękami. W ten sposób mali odbiorcy mogą ćwiczyć pamięć, wyobraźnię i śmiałość. Widać zatem wyraźnie, że „Kolorowe rymowanki” nie są wyrazem bezradności czy załamania na rynku literatury czwartej, za to stworzone zostały z pomysłem i w konkretnym celu.

Wierszyki z tomu nie stanowią przeważnie samodzielnych historyjek i nie zawsze też przywołują jedyne wersje rymowanek – nie nadają się zatem na dobranocną lekturę, za to z powodzeniem uzupełnią zabawy – warto o tym pamiętać. To nie tylko publikacja dla maluchów, ale i podpowiedź dla ich rodziców.

Nie da się pominąć strony graficznej. Rysunki Zbigniewa Dobosza są bardzo duże i bardzo proste, ale też i bardzo kolorowe. Przypominają kolorowanki dla najmłodszych, tyle że już wypełnione kolorem. Są dowcipne i ładne, spodobają się dzieciom. Zresztą dzięki nim cały tom wpada w oko. Czasami w związku z grafikami pojawia się zmiana szyku wersów czy załamanie klasycznego zapisu – ale akurat rymowanki na takie zabawy pozwalają.
Dla rodziców „Kolorowe rymowanki” mogą być punktem wyjścia do uczenia dziecka sympatycznych i prostych utworków – zresztą same maluchy też pewnie będą chciały powracać do onomatopeicznych rymów i cieszyć się echowymi frazami.


środa, 15 lutego 2012

Catherine Ryan Hyde: Używane serce

WNK, Warszawa 2012.

Bez symboli

W serii „Zbliżenia” proponowanej przez WNK literatura wyrosła na faktach, dziennikach z choroby i powrotu do normalności zyskuje rangę artystyczną i przemienia się w fabuły. Catherine Ryan Hyde sięgnęła po temat łatwy do spłycenia i emocjonalnego zagadania; z nad wyraz trudnego zadania wywiązała się jednak sprawnie, a jej książka stać się może ważnym głosem w dyskusji o transplantologii. Dodatkowo natomiast podsuwa pozamedyczne refleksje na temat przeszczepów, wszystko za sprawą poruszającej historii Vidy.

Vida przez dziewiętnaście lat żyła pod kloszem, bezustannie pilnowana przez despotyczną matkę. Z chorym sercem nie wolno jej było wieść egzystencji podobnej do tej, która łączyła jej rówieśników. Ograniczany do minimum wysiłek fizyczny oraz brak silniejszych uczuć dały o sobie znać po przeszczepie serca. Vida dostała ten narząd po zmarłej w wypadku samochodowym kobiecie i poznała jej męża, który podjął decyzję o przekazaniu serca. Dziwne uczucie, które połączyło ją i Richarda, nakazało dziewczynie wyruszyć w tajemniczą podróż śladami poprzedniej właścicielki tego organu.

Pamięć komórkowa w tej powieści przekuta została na pamięć emocji i wrażeń. Cel wyprawy, zbudowany na nieuchwytnych szczegółach i znakach wydaje się kruchy i niezbyt oczywisty – tyle że już samo podjęcie wysiłku, synonimizujące nastoletni bunt, staje się tu celem samym w sobie. Bohaterka musi nadrobić dziewiętnaście straconych lat i zdecydować się na szaleństwo, które nikomu by się nie spodobały – by wreszcie mogła naprawdę zasmakować życia. Nowe serce to impuls do działania, ale i źródło odwagi, dowód na przełamywanie granic. Przy Richardzie Vida zachowuje się jak naiwna i zaślepiona rozkapryszona dziewczynka – musi zatem wyruszyć w podróż w poszukiwaniu własnej tożsamości i w celu zrozumienia własnego-cudzego serca.

Drugą kwestią, którą Hyde ciekawie naświetla, staje się sposób przeżywania żałoby po zmarłej w wypadku kobiecie przez jej męża oraz matkę. Ci dwoje wzajemnie się wspierają i próbują zrozumieć, tworzą naprawdę silne i bezcenne po tragedii relacje. Richard i jego teściowa, połączeni wspólnym smutkiem, nie oddalają się od siebie, autorce udało się zaproponować piękny przykład przyjaźni nietypowej.

„Używane serce” jest powieścią osnutą na uczuciach trudnych do uchwycenia i do wyrażenia. Hyde porusza się po delikatnych tematach bez specjalnego roztkliwiania się. Owszem, przedstawiając złość oczekujących na przeszczep, prowadzi ukrytą kampanię na rzecz oddawania narządów po śmierci, ale unika banalnych historii o miłości. Pomija całą symbolikę serca, nawet egzaltowanej nastolatce, która nie ma żadnych zahamowań (ani pojęcia o prawdziwym życiu) nie pozwala na posługiwanie się oklepaną metaforyką. To wielka sztuka, bo całkiem łatwo było przy tym zagadnieniu wpaść w koleiny romansu. Hyde za to proponuje historię przemyślaną i nieprzewidywalną, a do tego wolną od standardowych rozwiązań: jej bohaterka dojrzewa na oczach czytelników.

„Używane serce” to powieść daleka od literatury chorobowej – nie ma tu żadnego ze składników zwyczajnych zwierzeń pacjentów, mimo że osnuta jest wokół tematu, który budzi strach i dyskusje społeczne. Warto jednak przyjrzeć się pomysłowi na nietypową realizację tego motywu.

wtorek, 14 lutego 2012

Michael Wagner: Tata i ja. Zabawa start!

Drzewko Szczęścia, Warszawa 2011.

Sport to zabawa

U Michaela Wagnera fabuła schodzi na dalszy plan. Właściwie nie ma większego znaczenia i pojawia się tylko w formie szczątkowej, jako wypełniacz i sposób na uzasadnienie sportowych i nietypowych relacji. Bo cały tom „Tata i ja. Zabawa start” jest właśnie relacją z niekończącej się zabawy, rywalizacji między Joshem i jego tatą Philem. Ojciec i syn zostali we dwóch – towarzystwa dotrzymuje im czasem ciocia Faber, siostra taty. Ale i tak Josh i Phil najlepiej czują się ze sobą. Mogą bowiem bez przerwy rozgrywać rozmaite oryginalne pojedynki, w których nie ma mowy o pomaganiu słabszemu. A że gry wymagają sprytu, pomysłowości i opracowywania strategii (potem dostosowywanej do ruchów przeciwnika), jest o czym opowiadać.

W pierwszej części serii Wagner skupia się bardzo mocno na przedstawianiu przebiegu kolejnych konkurencji. Szczegółowo opisuje wszystkie rundy brzuchozapasów. Potem wychodzi z domu na klatkę schodową i angażuje czytelników w dwunastopiętrowy mecz futbolowy, by wreszcie urządzić pojedynek na zdobywanie darmowego jedzenia. Żeby bohaterowie nie walczyli tylko we własnym gronie, wysyła ich w końcu Wagner na pewien wyścig. Tutaj sport jest najważniejszy, rywalizacja i możliwość wygrania z własnym tatą cieszy bohatera i dostarcza mu wiele energii.

To nietypowa książka – skoncentrowana na przebiegu konkurencji opowieść stworzona została tak, by zarażać odbiorców entuzjazmem i emocjami małego bohatera. Kolejne rozdziały przeżywa się zatem wraz z Joshem – a że chłopiec prezentuje oryginalne i ciekawe konkurencje, nie ma mowy o nudzie. Z jednej strony to podpowiedź dla młodych ludzi, ukazanie potencjału tkwiącego w sporcie, z drugiej natomiast odejście od tradycyjnych fabuł. Ponieważ nie ma tu klasycznego rozwoju akcji, nie można się też zmęczyć czytaniem – a sportowe emocje autor przenosi także na… relacje z czytelnikami. Zakończenie każdego rozdziału jest równoznaczne z przyznaniem odbiorcy nagrody-zagadki, którą stanowi gra lub logiczna łamigłówka. Rozwiązaniami są na przykład… brzydkie słowa, więc dzieci uzyskają dodatkową motywację do pracy. Oczywiście brzydkie słowa to nie prawdziwe wulgaryzmy, a ich bajkowe odpowiedniki (kiedy tata Josha jest zdenerwowany, mówi „skrętka”) – ale magnes dla dzieci pozostaje.

Jest w tomie i trochę humoru niższych lotów (tata drapiący się po zadku), ale to akurat zrozumiałe jako element uwiarygodniający męski świat bohaterów. Poza tym zresztą w książce sporo jest lepszych gatunkowo żartów, nie ma więc obaw, że dziecku lektura zaszkodzi. Zwłaszcza że ogromne korzyści przyniesie umiejętne kreowanie konkurencji i zabaw możliwych do powtórzenia w niemal każdych warunkach.

Do emocjonalnych historii dobrze dobiera ilustracje Gus Gordon. Proponuje on komiksowe i czarno-białe rysunki, prezentujące postacie w ruchu oraz w nietypowych sytuacjach. Czasem dokłada jeszcze komentarze, zaznaczając strzałką określone miejsca na rysunku. Te dynamiczne obrazki nie odciągają uwagi od samego tekstu, a jednocześnie wzbogacają go i dostarczają też rozrywki – dzięki nim książka zamienia się w źródło zabawy i przybliża odbiorcom pomysły sympatycznego duetu.
Wagner nie poucza i nie męczy dzieci opowiadaniem, jak ważne jest uprawianie sportu. On po prostu przedstawia bohaterów, którzy świetnie się bawią, aktywnie spędzając czas. A to dotrze do przekonania maluchów najszybciej.