Strona główna || O autorce || O tu-czytam || Bajki || Bajkowe portfolio                       

wtorek, 23 maja 2017

Piotr Łopuszański: Warszawa literacka w okresie międzywojennym

Prószyński i S-ka, Warszawa 2017.

Skrót

Dziwi się Piotr Łopuszański, że przy opisywaniu nowego nurtu w literaturze w kąt odsuwa się dawnych mistrzów, chociaż jeszcze zawodowo czynnych – a czytelników zaskakiwać może to jego zdziwienie. W końcu przy prezentowaniu przemian, nowych okresów literackich, nie chodzi nigdy o pełne ujęcie twórczości wszystkich artystów, a o zaakcentowanie tego, co inne, nowatorskie, odmienne. W życiorysach starych mistrzów znajdzie się miejsce na odnotowywanie ich działalności również poza „epoką”, ale nadchodzi czas, gdy jedni autorzy ustępują kolejnemu pokoleniu – nie ma się co nad tym rozwodzić.

W tomie „Warszawa literacka w okresie międzywojennym” Piotr Łopuszański zamierza nadrobić rzekomy brak zainteresowania badaczy dwudziestolecia dalszymi losami młodopolskich twórców, trochę naprostować błędne mniemania, stworzyć syntezę losów pisarzy, zestawiając je z plotkami i obyczajowością, a czasem – nieco – i z polityką. Ponieważ równolegle z pokoleniem wstępującym właśnie do literatury chce zajmować się jego poprzednikami, a w charakterystykach interesuje go bardziej warstwa towarzyska niż przedstawianie dorobku literackiego, motyw rozrasta się i staje się nie do opanowania. Owszem, Warszawa dwudziestolecia obfituje w anegdoty i ciekawostki – i każdego kusi zarejestrowanie wszystkich – ale to zabieg w zasadzie niemożliwy do zrealizowania bez dodatkowego klucza, ograniczenia tematycznego. Łopuszański takiego nie przyjmuje – w efekcie tworzy jedynie dopisek do odczytań dwudziestolecia, worek z miniopowiastkami, drugorzędnymi wobec biografii i literatury.

„Warszawa literacka w okresie międzywojennym” to powtórzenie tego, co już doskonale znane – bo kolejny raz autor wchodzi między innymi do kawiarni literackich czy na spotkania z twórcami. Sięga do pamiętników, do uwag wielokrotnie cytowanych. Uzupełnia losy twórców dwudziestolecia o dokonania młodopolan po pierwszej wojnie światowej, ale nie może być tu odkrywczy – jedynie zrelacjonuje to, co i tak w obrazie międzywojnia istnieje. Łopuszański zachowuje się tak, jakby chciał uchwycić zjawiska literacko-towarzyskie równocześnie – niemal każde kolejne zdanie w książce jest przeskokiem do następnego twórcy i następnego wątku. A ponieważ autor rezygnuje z przypisów (podaje tylko bibliografię), niektórym odbiorcom trudno będzie znaleźć rozwinięcie interesującego tematu. Sam Piotr Łopuszański czasami gubi się w opisach: na przykład powtarza raz podane fakty. Jego książka ma być błyskawicznym przeglądem przejawów życia literackiego z konieczności powierzchownym. Ma na to wpływ nakierowanie na odbiorców spoza kręgu literaturoznawców – zwykłych czytelników Łopuszański kusi właśnie docieraniem do rzekomych biograficznych tajemnic czy plotkarskich niemal relacji z życia towarzyskiego. Prawie cały wstęp w tomie jest krytyką istniejących opracowań – ale i „Warszawie literackiej” do doskonałości trochę brakuje.

To książka, która szatkuje życiorysy i układa je jak puzzle w nowy obrazek. Bez zarzucania czytelników fachowymi terminami, bez analizowania dużej liczby przełomowych dzieł. Dla Łopuszańskiego życie literackie to relacje towarzyskie z pogranicza plotki – inne wiadomości nie są specjalnie potrzebne. „Warszawa literacka w okresie międzywojennym” to karuzela nazwisk – z dwudziestolecia i Młodej Polski – w zderzeniu z rzeczywistością po pierwszej wojnie światowej. Nie ma tu pogłębiania wiadomości, Piotr Łopuszański tworzy raczej wygodny skrót ciekawostek połączonych z osobistą oceną epoki.

poniedziałek, 22 maja 2017

Paweł Tkaczyk: Narratologia

PWN, Warszawa 2017.

Precyzja

Wiele już od czasu „Podróży autora” zaistniało na rynku poradników dotyczących kreatywnego pisania – i to dla różnych grup odbiorców. Na nasycony rynek wchodzi Paweł Tkaczyk z „Narratologią” i chociaż ten tytuł mógłby sugerować ucieczkę w sferę teoretycznoliteracką (za to jest bardziej swojski niż storytelling), sam tom uosabia najbardziej pożądane cechy przewodnika dla twórców. Tkaczyk nie zwraca się do pisarzy, a przynajmniej – nie bezpośrednio. Sugeruje, że jego uwagi przydać się mogą twórcom reklam, sprzedawcom, specjalistom od marketingu – czyli tym, którzy słowem zarabiają nierzadko szybciej i lepiej niż pisarze. „Narratologia” to bowiem pozbawiona zbędnych treści lekcja opowiadania historii. Historii, które trzymają w napięciu i mocno zapadają w pamięć, historii, które zaczną się rozprzestrzeniać wśród odbiorców. Słowem – Tkaczyk zna przepis na marketing doskonały. I chociaż tego głośno nie mówi, do twórców, zwłaszcza tych, którzy pisanie traktują jak rzemiosło, trafi równie szybko. Pokazuje, jak zdobyć i utrzymać uwagę odbiorców, jak zbudować opowieść, która zrobi wielkie wrażenie. Nie zasypuje czytelników przykładami z wielkich narracji, za wzór służą mu często baśniowe schematy, miejskie legendy lub krótkie teksty z ogłoszeń internetowych – tylko po to, żeby podtrzymać zainteresowanie, nie zanudzić kolejnymi piętrami struktur opowieści.

„Narratologia” to książka zwięzła, wstęp ma ultrakrótki, zakończenia jest pozbawiona. Autor nie mnoży słów, stawia na konkrety i z matematyczną precyzją analizuje składniki dobrej opowieści. Stawia na schematy i wyliczenia, stara się przyjąć system skryptu, imituje notatki – podaje potrzebny składnik (wyodrębniony graficznie przez wytłuszczenie, ilustracji tu nie ma) i krótką jego charakterystykę. Rezygnuje z promowanych przez zachodnich autorów podsumowań i powtórzeń. Operuje wyrazistymi scenkami wtedy, gdy chce uzmysłowić odbiorcom sensowność porad – ale nie czyni z nich elementu obowiązkowego poszczególnych rozdziałów. Skupia się na opowieści – i powodach, dla których zostaje ona w czytelnikach. Nie zajmuje się warsztatem twórcy ani szukaniem inspiracji, daje za to solidne podstawy do zbudowania pełnej fabuły. Składniki opowieści traktuje jak klocki – daje pewną swobodę w ich doborze, stosowaniu czy modyfikowaniu, ale też uzasadnia sens ich istnienia i znaczenie dla historii. To jak precyzyjne odtwarzanie siatki fabularnej, przepis na opowieść. Wystarczy wziąć tom Tkaczyka, prześledzić wskazówki i… już zyskuje się umiejętność sterowania wyobraźnią mas. Przynajmniej w teorii.

Jest „Narratologia” tomem, który może wywrzeć dobre wrażenie na odbiorcach, zwłaszcza tych ceniących sobie prostotę sformułowań i dyscyplinę myślową. Paweł Tkaczyk sprawia, że nie tylko czytelnicy przejąć mogą rolę autorów, ale i zrozumieć magię przyciągania dobrze skonstruowanych historii. „Narratologia” to szansa na zwiększenie świadomości czytelniczej, a i pokazanie odbiorcom (w tym także publiczności kinowej, teatralnej lub telewizyjnej, fanom reklam i ogłoszeń, czy satyryków…) mechanizmów oddziaływania stosowanych przez twórców. Nie każdy po lekturze zostanie pisarzem lub scenarzystą, ale ci, którzy o takim zawodzie marzą, sięgnąć po tom Tkaczyka muszą. „Narratologia” to stylistyczna asceza przy nasyceniu faktami. Książka matematyczna – pokazująca konstrukcje najlepszych historii. Tkaczyka wyróżnia na rynku zamiłowanie do precyzji – jego uwagi nie rozpuszczają się w natłoku przykładów czy przypomnień. Może i ta publikacja wygląda niepozornie, ale pod względem zawartości to prawdziwy skarb.

niedziela, 21 maja 2017

Deborah Feldman: Unorthodox. Jak porzuciłam świat ortodoksyjnych Żydów

Poradnia K, Warszawa 2017.

Za zamkniętą furtką

Powinna ta książka szokować, a jednak staje się po prostu świadectwem wyboru w sytuacji, która nikomu by się nie spodobała. To opowieść kierowana do czytelników mających możliwość sterowania własnym życiem bez względu na zasady panujące w ich środowisku, przypomnienie, że mimo rozwoju cywilizacyjnego, rewolucji obyczajowych i wejścia w XXI wiek wciąż są jeszcze społeczności, w których normalność jest nie do osiągnięcia. Deborah Feldman urodziła się i wychowywała w „chasydzkiej sekcie”” – wśród ortodoksyjnych Żydów. Pozbawiona opieki rodziców (matka została uznana za niezrównoważoną, ojciec był chory psychicznie), skazana na łaskę i niełaskę krewnych, żyła, nie znając smaku wolności. Jako nastoletnia dziewczyna przeszła przez zaaranżowane małżeństwo, aż wreszcie – po urodzeniu dziecka – zdobyła się na odwagę, by opuścić opresyjne środowisko. „Unorthodox” to jej opowieść o dojrzewaniu do zmian – i niewiarygodne momentami świadectwo upokorzeń czy trudności.

Można tę książkę czytać bez jakiekolwiek znajomości żydowskich zwyczajów, bo wszystko, co płynie z tej kultury (a u chasydów zyskuje wyostrzony kształt), autorka dokładnie objaśnia. Chociaż dla niej to przez długi czas jedyny punkt odniesienia, pisze książkę już jako osoba świadoma zmian – tak, by „inność” jej dzieciństwa i młodości odbiorcy mogli pojąć bez wysiłku. Sporo miejsca poświęca Feldman kwestii skromności, strojów czy golenia włosów i noszenia peruk przez kobiety. Przedstawia zwyczaje dotyczące aranżowania małżeństwa oraz… swoją ciążę w światku, który uniemożliwia wyjazd do szpitala w święta. Zajmuje się tematem rozbudowanych rodzin – wpływu bliskich na decyzje i życiowe wybory, charakterystyczną mentalnością i absurdalnym czasami interpretowaniem zasad płynących z wiary. Pokazuje, jak nadmierna pobożność zamienia się w ciche przyzwolenie dla czynienia zła – naświetla sytuacje, o których u chasydów nie wolno głośno mówić, a które powinny być napiętnowane w każdym środowisku. Ze zdumiewającą szczerością autorka prezentuje odkrywanie po ślubie własnej seksualności i wpływ wychowania na problemy w życiu erotycznym.

„Unorthodox” to dwie sfery. Jedna – dokładne analizowanie świata, który autorka opuściła bezpowrotnie. Druga to jej własne dojrzewanie do zmian. Deborah Feldman nie tylko tęskni za możliwością noszenia modnych dżinsów. Chce móc swobodnie myśleć i czuć się doceniana. Na jej małżeńskie problemy nic nie poradzi rabin – to walka z zaściankowymi sądami i krzywdzącymi kobiety obyczajami. Prawdziwym przełomem dla Feldman staje się studiowanie literatury – droga do wolności oznacza wprawdzie szereg kłamstw w domu, ale to też rozpaczliwa walka o własną tożsamość – i przyszłość dziecka. Autorka sprzeciwia się temu, co dzisiaj będzie odbierane jako zacofanie – ale uświadamia też odbiorcom, co dzieje się w zamkniętych społecznościach i jak bardzo religia może ograniczać wolność.

Jest „Unorthodox” książką-zwierzeniem. To długa i bogata w szczegóły opowieść o realizowaniu wielkiego marzenia, o ucieczce, która oznacza spalenie za sobą mostów i odcięcie się od jedynej znanej rzeczywistości. Deborah Feldman podjęła wielkie ryzyko, ale udało jej się osiągnąć szczęście. Jej tom pokazuje, że i w XXI wieku część ludzi nie może cieszyć się wolnością obyczajową – ale jest też cennym głosem, relacją z wewnątrz „chasydzkiej sekty” – nie oskarżeniem, a precyzyjną analizą odmiennej mentalności i tego, co należy zmienić.

Zofia Stanecka: Basia i przyjaciele. Titi

Egmont, Warszawa 2017.

Kolory słów

Titi, mały chłopiec, którego dzieciństwo na Haiti przerwała powódź, mieszka teraz w Polsce. Ma ciemną skórę jak jego mama – i z tego powodu czasami przychodzi mu cierpieć. W przedszkolu u Basi wszyscy zaakceptowali nowego kolegę, pomagają mu uczyć się języka i bawią się z nim, nie zwracając uwagi na pochodzenie. Ale na ulicy są też inni ludzie – i bywa, że bezmyślnie ranią, choćby słowami. Od pewnego starszego pana Titi słyszy, że jest czarnuchem, brudasem i muslimem. Agresja jest przerażająca, tym bardziej, że chłopiec nie zrobił nic złego. Starszy pan obrzuca dziecko wyzwiskami, nie zważając na brak konsekwencji w zarzutach. Titi nie wszystko rozumie, ale złe słowa bardzo mu ciążą. Do tego stopnia, że prezentuje je swoim przyjaciołom. Basia, Anielka oraz rodzice całej trójki próbują podtrzymać chłopca na duchu. Udowadniają mu, że ludzie różnią się od siebie (na przykład Basia lubi żelki, a Anielka ich nie znosi) – i że czerń może być naprawdę piękna. Dorośli wyjaśniają, że niektórzy ludzie boją się nieznanego i atakują ze strachu. Titi musi poczuć się akceptowany i bezpieczny – doraźnie dokonują tego jego bliscy. Ale problem pozostaje i chociaż w puencie autorka już do niego nie powraca, wie doskonale, że jedna bajka tu nie pomoże.

Tomik „Titi” ukazał się podserii Basia i przyjaciele, kierowanej teoretycznie do nieco starszych niż fani Basi czytelników. Jest tu trochę więcej tekstu i trochę wyższy poziom abstrakcji, ale maluchy nie będą miały problemu z odbiorem, bo autorka, jak zwykle, prowadzi opowieść z wyczuciem. Zofia Stanecka nie odnosi się tu do dorosłych sporów, pokazuje za to, jak przez rasizm cierpią najmłodsi. „Titi” ma być nie tylko lekcją tolerancji, ale i napiętnowaniem niepożądanych w społeczeństwie zachowań – zarzuty starszego pana nijak się mają do rzeczywistości Titiego – w dodatku mali odbiorcy znają już jego historię i wiedzą, że chłopiec wiele już w życiu stracił. Rzecz dotyczy tu uczuć, które mały Titi odbiera przez kolory – tak najłatwiej jest uświadomić ich obecność i semantykę. Jedne słowa są ciepłe i przyjemne, inne funkcjonują jak kamienie. Nawet jeśli przez barierę językową chłopiec nie wszystko rozumie, emocje odbiera bezbłędnie. Smutne jest to, że wobec agresora nawet dorośli są bezradni, mogą tylko próbować naprawiać krzywdy wyrządzone maluchowi. Zofia Stanecka nie pozwoli na to, by Titi zadręczał się wydarzeniem – ale i ona ma świadomość, że to zjawisko trudne do powstrzymania. Celowo zaczyna edukować najmłodszych w tej dziedzinie – pozwala, by polubili Titiego i kibicowali mu – sami się przekonają, że kolor skóry to nie powód, by odrzucać sympatycznego i cichego kolegę. A kiedy już poznają „innego”, jego pochodzenie traci na znaczeniu – liczy się tylko to, że jest dobrym kompanem. Ratunkiem przed agresją i złem może być miłość: słowa taty kierowane do mamy pokonują lęk i pustkę. Dlatego Titi potrzebuje wsparcia nie tylko swojej rodziny, ale i rówieśników.

Trudny temat bierze na warsztat Zofia Stanecka,a jej książka tym razem powinna stać się pretekstem do wspólnych rozmów i do wyjaśniania maluchom, że nie wolno oceniać innych po wyglądzie. W prosty sposób autorka przekazuje odbiorcom ważne prawdy. Nie ukrywa, że bywają ludzie źli i okrutni, ale pokazuje, jak się przed nimi bronić. Titi już wie, że nie wolno dawać się obrażać – i że są różne rodzaje słów. Jedne wprawdzie ranią, ale drugie mają moc przytulania. Dobrze, że Stanecka nie unika takich wyzwań – lektura przyda się w procesie wychowawczym nie tylko wtedy, gdy dziecko ma w swoim gronie rówieśników o innych kolorach skóry. Tylko edukowanie od najmłodszych lat pozwoli zminimalizować w przyszłości podobne problemy.

sobota, 20 maja 2017

Krystian Gontarek, Krzysztof Gontarek: Gotowi na zabawę w biznes? Startup!

PWN, Warszawa 2017.

Przedsiębiorczość

To książka, którą odbierać można na różne sposoby. Dla części czytelników (młodszych i starszych) będzie szansą na oswojenie „groźnie” brzmiących terminów z modnym i wszechobecnym startupem na czele. Dla innej części – zachęta do realizowania odważnych pomysłów, które w przyszłości mogą zacząć przynosić dochody. Z kolei części rodziców podpowie, jak poprowadzić edukację dziecka, by to po studiach na rynek pracy weszło od razu z wieloletnim doświadczeniem. Znajdą się i tacy, którzy odetchną z ulgą, że ich dom to nie firma – zarządzanie, planowanie i negocjacje na porządku dziennym wydadzą się im uciążliwością. Krystian Gontarek i Krzysztof Gontarek opowiadają o zjawisku, które powszechne się nie stanie, choćby z racji ogromu pracy i wyzwań ponad siły niejednego nastolatka (w dodatku pozbawionego fachowego wsparcia ze strony rodziców).

Zaczyna się jak w bajce: dziesięcioletni Krystian zastanawia się, gdzie jego tata znika na całe weekendy (Startup Weekend) i otrzymuje szansę udziału w takim wydarzeniu, pod warunkiem, że przygotuje własny startupowy projekt. Z tatą opracowuje kolejne etapy prezentacji, sprawdza grupę docelową i nowatorski charakter własnego pomysłu, wreszcie – ćwiczy minutowy pokaz po angielsku. Uczy się przełamywać nieśmiałość i rozmawiać z dorosłymi, poznaje języki programowania, a po pierwszych doświadczeniach na dobre wkręca się w startupy. Nie załamują go też porażki – błędy w zarządzaniu czy internetowe hejty. Najbliższe pięć lat to dla Krystiana zdobywanie licznych umiejętności (ale też, poza zabawą i satysfakcją, ogromna, konsekwentna praca nad podnoszeniem własnych kwalifikacji). czasem chłopak zaczyna pracować samodzielnie. O swojej przygodzie pisze w pierwszej części książki „Gotowi na zabawę w biznes? Startup!”. Druga część tomu to relacja ojca. Krzysztof Gontarek przekonuje, że warto nakierować pociechy na startupową drogę, przyznaje się też do niektórych wychowawczych błędów i nieco inaczej niż nastolatek opisuje znane już czytelnikom sytuacje czy fakty. Momentami też sprawia wrażenie, jakby chciał się chronić przed ewentualnymi zarzutami (odbieranie dzieciństwa, nadmiar obowiązków wykraczających poza możliwości syna). O ile Krystian Gontarek w swojej opowieści kładzie nacisk na entuzjazm i frajdę, jaką dają startupy, o tyle Krzysztof Gontarek skupia się na mniej optymistycznych stronach zjawiska. Nie zmienia to faktu, że przekonuje, by dać dzieciom szansę próbowania swoich sił w takich wyzwaniach, przypomina też, jak elementy zarządzania firmą przenosić można na grunt prywatny. Krystian oswaja z terminami, etapami pracy czy koniecznymi inwestycjami, Krzysztof – prowadzi rodziców, których pociechy chcą iść w ślady jego syna. Można tę lekturę potraktować jako inspirację – gorzej, gdyby miała stać się przewodnikiem dla chorobliwie ambitnych rodziców. Trochę zbyt natrętnie pobrzmiewa tu moralizowanie: w pierwszej części przesadnie eksponowane jest wyciąganie wniosków z porażek i przykrości, w drugiej – przekonanie, że taki sposób zagospodarowania dzieciom czasu poza szkołą jest najodpowiedniejszy. Ale i tak publikacja może się przydać – wprowadza dzieci (dla których autorzy przygotowują warsztaty z przedsiębiorczości) oraz ich rodziców w świat biznesu kręcącego się wokół nowych mediów. To nietradycyjne spojrzenie na możliwości podsuwane młodym ludziom, okazja do spróbowania czegoś nowego, a przynajmniej dowiedzenia się o startupach. „Gotowi na zabawę w biznes? Startup!” działa też jak najlepsza reklama przygotowywanych przez Gontarków wydarzeń. To propozycja dla ludzi ciekawych świata i technologii, kreatywnych, otwartych na nowe doświadczenia – i dla tych, którzy nie chcą w przyszłości mieć problemów ze znalezieniem pracy.

Zostań stylistką. Elegancko/ Zostań stylistką. Romantycznie

Wilga, Warszawa 2017.

Moda dla lalek

Poważne modowe zadanie czeka małe dziewczynki, fanki czarodziejek Winx, a cała seria skoroszytów pokazuje tylko, jak bardzo zmieniają się wyobrażenia o zabawach maluchów. Owszem, dawniej też kilkulatki cieszyły się z naklejek dodawanych do książek. Teraz jednak naklejki służą poważnej zabawie w stylistki lub kreatorki mody, a odbiorczyniom wpaja się wiadomości, co do czego pasuje i jakie kreacje wybierać na określone okazje – a nawet na jaki makijaż się zdecydować. Wśród fanek kreskówkowych czarodziejek nie ma raczej nastolatek, więc modą zainteresuje się tu dzieci – te, które i tak przeglądają szafy i toaletki swoich matek, by się upiększać. Mogą działać bezkarnie, bo stylizacje dotyczą bohaterek serii. Czarodziejki potrzebują ciekawych strojów i dodatków na różne okoliczności – i automatycznie pomocy małych czytelniczek. Są piękne, więc zabawa z ubieraniem ich wyda się jeszcze lepsza. Może kształtować dobry gust (chociaż sądząc po nawoływaniach o brokat, diamenciki i mocne kolory – nie zawsze), dać upust dziecięcej kreatywności, wprowadzić zasady dress code’u… Na pierwszy plan wysunie się jednak możliwość zabawy w projektantkę mody – i ozdabianie figurek Winx kolejnymi kreacjami.

Skoroszytowa seria trochę nawiązuje do zeszytowego cyklu Baw się modą – to w pewnym sensie powielenie i rozszerzenie tamtejszych pomysłów. Pośrednio natomiast sygnalizuje związki z papierowymi wycinankami lalek i ubranek dla nich – znanych poprzednim pokoleniom. Małe użytkowniczki w każdym tomiku otrzymują kartonowe szablony do odrysowywania (co ciekawe, niektóre motywy się powtarzają, inne można za to wykorzystywać w różnych książkach), zestaw naklejek z poszczególnymi częściami garderoby oraz… kilka dwustronnie zadrukowanych różnymi deseniami kartek. NA tych stronach można odrysowywać szablony i wycinać (dodatkowo ozdabiając rysunkami) jako ubranka dla Winx. Nie ma tu wskazówek, na co przeznaczyć konkretny wzór, wszystko zależeć będzie od wyobraźni odbiorczyń. Autorzy nie podpowiadają, że w razie potrzeby korzystać można z papieru kolorowego, sreberek lub prawdziwych ścinków materiału, sugerują za to używanie błyszczących naklejek, brokatu, a nawet lakieru do paznokci. Dziś to produkty ogólnodostępne i żadna mała elegantka nie będzie mieć wątpliwości, jaki użytek z nich zrobić.

W tomikach pojawiają się sylwetki kolejnych Winx i zadania – konkretne okazje, na jakie trzeba je ubrać. Ukazał się już tomik „Elegancko” oraz tomik „Romantycznie”, co stanowi dodatkowe wyzwanie. Winx potrzebują romantyzmu oraz elegancji w szkole, na zakupach, na siłowni czy na specjalne wyjścia. Odbiorczyniom podaje się kilka modowych wskazówek, parę podpowiedzi co do dodatków, fryzur, makijażu, kolorów czy fasonów. Moda jest kapryśna, więc pomysły kilkulatek z tych tomików nijak się będą miały do rzeczywistości, gdy zaczną świadomie kreować swój wizerunek. Ale serię można potraktować jak zestaw do artystycznych poszukiwań, beztroskich zabaw w ozdabianie i upiększanie ślicznych czarodziejek. To zabawkowy cykl dla dziewczynek, które przejawiają zainteresowanie modą i urodą – trafiający w rynkowe zapotrzebowania, a przy tym niegroźny. Znajdzie uznanie na rynku, bo pozwala kreatywnie podejść do tematu rysowania i tworzenia – rozwija wyobraźnię i bawi, wskazówki modowe można tu potraktować z przymrużeniem oka, bo i kilkuletnim użytkowniczkom wcale nie są potrzebne.

piątek, 19 maja 2017

Zofia Wojtkowska: Wiek ambasadora. Opowieść o życiu Edwarda Raczyńskiego

Iskry, Warszawa 2017.

Kariera i dom

Niewiele mówi się na lekcjach historii – ale i w mediach – o Edwardzie Raczyńskim: z niepamięci wydobywa tę postać Zofia Wojtkowska dzięki eleganckiej i ze smakiem napisanej biografii „Wiek ambasadora”. To kolejna publikacja w historyczno-życiorysowym cyklu Iskier, na którą trzeba zwrócić uwagę, podkreśla mocną pozycję, jaką to wydawnictwo wypracowało sobie całą serią biograficznych opowieści. Edward Raczyński staje się wręcz wymarzonym bohaterem takiego dzieła – nie tylko ze względu na prowadzone przez niego wspomnienia, ale i za sprawą konsekwentnego realizowania życiowych planów i robienia dyplomatycznej kariery za granicą. Co ciekawe, mimo prezydentury Raczyńskiego na uchodźstwie u schyłku jego życia, Zofia Wojtkowska woli tytułować go ambasadorem (choć w pierwszych latach życia to naturalnie „Edzio”). Potrafi dostosowywać ton relacji do omawianych wydarzeń i sprawdza się jako autorka, która równie przekonująco opowiadać będzie o polityce i dyplomacji, jak i o życiu prywatnym bohatera tomu.

Zresztą – pomijając oczywiście początki dzieciństwa – od prywatności zaczyna, co jest najlepszym sposobem na zachęcenie odbiorców do czytania. Tu Raczyński pisze (słabe) wiersze, tu przygotowuje się do wypełnienia obowiązków brata – i poślubienia jego byłej narzeczonej, tu wreszcie poznaje swoją pierwszą żonę, Joy Markham i mocno przeżywa stratę kolejnych nienarodzonych dzieci. Autorka najpierw pozwala polubić Edwarda Raczyńskiego jako człowieka, dopiero później powoli wprowadza odbiorców w meandry polityka, tłumacząc, jakie umiejętności umożliwiały bohaterowie wejście w tę rzeczywistość. Ma czas na przedstawienie pierwszych stopni kariery, zanim do codzienności wedrze się wojna. Wojtkowska śledzi poczynania Edwarda Raczyńskiego, próby dodawania otuchy rodakom, albo działania w celu zapewnienia rzeczywistej pomocy. Bardzo skrupulatnie odtwarza autorka nie tylko fakty, ale i uczucia czy przeżycia bohatera tomu, czerpiąc z jego zapisków. Nie wprowadza ich na prawach cytatu, ale wtapiając z jego zapisków. Nie wprowadza ich na prawach cytatu, ale wtapia w tekst, który dzięki temu nabiera barw i staje się dla czytelników bardziej przejmujący i osobisty. To nie sucha prezentacja dyplomaty, a wielowymiarowy portret człowieka żywo zainteresowanego losami ojczyzny. Raczyński niemal na oczach czytelników staje się postacią godną zaufania: w wybranych zadaniach sprawdza się ze względu na cechy charakteru oraz świadomość obowiązków.

Zofia Wojtkowska nie zapomina o rodzinie bohatera – monitoruje, co dzieje się z drugą żoną oraz córkami – w końcu ambasador chce wychowywać je w Wielkiej Brytanii na Polki. Do tematu bliskich wraca z całą serdecznością, prywatności odbiorcom nie skąpi, wiedząc, że to te motywy najlepiej sprawdzą się przy ocieplaniu wizerunku bohatera. Zresztą to Wojtkowskiej wychodzi znakomicie – wystarczy, że zwraca uwagę na odczucia postaci, wskazuje wahania przy podejmowanych decyzjach, lub odwrotnie – podkreśla pewność siebie, kiedy trzeba. Dzięki temu może stworzyć obraz bardzo ludzki. Dodaje do niego narrację w tonie niemal osobistym (a przecież cały czas obiektywną i rzeczową) i już może przekonać do czytania nie tylko zainteresowanych historią odbiorców. „Wiek ambasadora. Opowieść o życiu Edwarda Raczyńskiego” to książka pełna nieznanych szerzej szczegółów, możliwość podejrzenia od kulis kolejnych etapów kariery dyplomatycznej, ale też życia rodzinnego. Wojtkowska nie narusza prywatności, jest w zbieraniu materiałów delikatna – ale wie, jak opowiadać.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com