Strona główna || O autorce || O tu-czytam || Bajki || Bajkowe portfolio                       

sobota, 15 grudnia 2018

Beata Sabała-Zielińska: TOPR. Żeby inni mogli przeżyć

Prószyński i S-ka, Warszawa 2018.

Akcje ratunkowe

W czasie, gdy literatura górska i okołogórska podbija rynki wydawnicze, pojawiła się też szansa na szerzenie wiadomości dotyczących bezpieczeństwa podczas wspinaczki. Do tej pory tę kwestię poruszał na wielką skalę Michał Jagiełło w tomie „Wołanie w górach”. Teraz Beata Sabała-Zielińska próbuje zaprezentować czytelnikom specyfikę TOPR-u powiązaną z beztroską „niedzielnych wspinaczy”. Chociaż autorka skupia się na rejestrowaniu działań ratowników, trudno podczas lektury nie zżymać się na ludzką głupotę i brawurę prowadzącą do nieszczęść. Autorka pisze tę książkę jak reportaż, opiera się na licznych rozmowach przeprowadzanych z ratownikami, ale też od czasu do czasu wprowadzać może własne uwagi: jak wtedy, gdy daje się zasypać pod kilkoma metrami śniegu jako pozorantka, żeby przeprowadzić trening psów odkopujących ludzi po przejściu lawiny. Szuka ciekawostek i anegdot (jak w ratownictwie w twórczy sposób użyć jajek i dwóch paczek prezerwatyw), ale nade wszystko porządkuje wiadomości, których zwykli odbiorcy nie mają. Chce też uzmysłowić czytelnikom trudy pracy ratowników i ich codzienne wyzwania. Ogląda historię rozwoju TOPR-u, porównuje dawne i dzisiejsze wyposażenie, warunki finansowe, predyspozycje psychiczne decydujących się na ten zawód, prawa i obowiązki. Uzupełnia to obrazkami z gór i akcji – tymi, które zakończyły się szczęśliwie i tymi, które dzisiaj mogą być przestrogą. Pytanie tylko, czy amatorzy mocnych wrażeń w wysokich górach po tę lekturę sięgną: powinna być to pozycja obowiązkowa przed wyjściem na szlak. Ale nie tylko, bo dostarczy mocnych wrażeń wszystkim.

Autorka stawia na konkrety i na w miarę pełne przedstawianie TOPR-u. Dzieli opowieść tematycznie: osobno zajmie się ratownictwem ściennym, lawinowym, nurkowym i jaskiniowym, pokaże, jak w górach korzysta się z helikoptera i przedstawi kilka mrożących krew w żyłach sytuacji. Porusza właściwie każde zagadnienie, jakie przyszłoby do głowy czytelnikom – czy są to najgłośniejsze akcje ratunkowe w Tatrach, przypadki nieuzasadnionych wezwań, korzystanie ze zdobyczy elektroniki, kwestie odpowiedzialności, możliwości, siły i chęci ratowników, zachowania poszkodowanych… Zdarzają się sytuacje ekstremalne, ale autorka dociera wszędzie tam, gdzie pojawiło się coś wartego uwagi. Na marginesie wywodów sprawdza, co czują żony ratowników, czy i jak radzą sobie TOPR-owcy z emocjami po akcji. Korzysta z kolejnych opowieści, przytacza relacje zabawne, pouczające albo dramatyczne. I nie ustaje w edukowaniu czytelników. Nie ma tu wprawdzie skryptowych poradników, wyciągania do tabelek i wyliczeń szczegółów zachowań pożądanych i niepożądanych, ale też Beata Sabała-Zielińska takiego poradnika tworzyć nie chce. Zależy jej na tym, żeby książkę dobrze się czytało i taki cel osiąga. „TOPR” to lektura wciągająca, wypełniona relacjami z różnych akcji ratunkowych, ale nie przezroczysta. Zdarza się, że albo rozmówcy, albo autorka, posłużą się mocniejszymi słowami na opisanie tego, co zdarzyło się w górach. Tu nie upiększa się rzeczywistości, silne emocje muszą znaleźć ujście. Dzięki temu zresztą książka robić będzie jeszcze większe wrażenie. „TOPR. Żeby inni mogli przeżyć” jest publikacją wyjątkową i z pomysłem napisaną. Znajdzie stałe miejsce w ramach literatury górskiej.

piątek, 14 grudnia 2018

Katarzyna Surmiak-Domańska: Kieślowski. Zbliżenie

Agora, Warszawa 2018.

Proces twórczy

Tak naprawdę Katarzyna Surmiak-Domańska nie może scharakteryzować Krzysztofa Kieślowskiego od strony prywatnej. Umyka jej wszystko to, co mieści się w obszarze poza pracą – i kto wie, czy taki portret nie staje się najbardziej wiarygodny mimo swoistego ograniczenia. Tylko na początku odnosi się do kwestii domowych: kiedy mały Krzyś pisze listy do rodziców i zwierza się ze swoich trosk. Później rodzina usuwa się w cień, bez względu na to, w jakim punkcie egzystencji bohater tomu właśnie się znajduje. Zupełnie jakby autorka uznała, że dla odbiorców nie powinien mieć znaczenia reżyser prywatnie, bo „domowość” nie pozwoli zrozumieć wyborów artystycznych lub inspiracji. I tak ogranicza te wątki, subtelnie, jakby po prostu nie zmieściły się w ostatecznej wersji tekstu. Dla wyrównania proporcji poprosi czasami kogoś – na przykład córkę – o stworzenie portretu reżysera. Jednak „Kieślowski. Zbliżenie” to opowieść o machinie filmowej, która z czasem coraz bardziej wciąga, aż w końcu będzie mogła przemielić.

Publikacja to obszerna i bardzo szczegółowa. Tym chce autorka rywalizować z dostępnymi na rynku biografiami czy wywiadami. Daje szansę podejrzenia warsztatu, a i procesu wymyślania kolejnych filmowych opowieści. Kieślowski stawia na dokument, długo nie chce przekonać się do fabuły – dla odbiorców będzie zatem ciekawe, jak doprowadzał do przeniesienia na taśmę filmową zaobserwowanych zjawisk. Surmiak-Domańska chce poznawać reżysera przez filmy, rejestruje od samego początku kolejne rozwiązania i opowieści, szukanie tematów czy aktorów, pracę z naturszczykami i profesjonalistami. W relacjach na planie zajmuje się próbami odzwierciedlania charakteru Kieślowskiego, ale to dla niej motyw poboczny. Znacznie chętniej przechodzi do omawiania treści filmów i rozwodzenia się nad znaczeniami historii. Przygląda się bohaterom, temu, co Kieślowski mówi o przedstawianych ludziach, jak ich kreuje i jaki stosunek do swoich dzieł ma później. Odnotowuje utrudnienia związane z odgórnymi dyrektywami, ustępstwa lub upór przy realizowaniu własnych wizji. Zaznacza specyfikę pracy, atmosferę na planie, ale równie ważne jest dla niej to, co dzieje się z gotowym filmem. Rejestruje jego losy, sprawdza, jak zmieniały się oceny autora i co nakręcenie konkretnego obrazu dało.

„Kieślowski. Zbliżenie” to chronologiczna opowieść o reżyserze oglądanym przez pryzmat jego dzieł. Z czasem autorka tomu przestaje już zajmować się Kieślowskim jako człowiekiem – spisuje za to całe konteksty produkowania filmów, montaży lub w ogóle dyskusje nad możliwością tworzenia, biografię przekształca w reportaż. Od strony formalnej zresztą to reportaż staje się dla niej najwygodniejszą metodą prezentowania faktów – bezpośrednie cytaty bardzo ubarwiają tekst, sprawiają, że lektura nie jest wyłącznie zbiorem danych – proces twórczy zaczyna się odtwarzać na oczach czytelników. Sam Krzysztof Kieślowski, chociaż przecież nierozerwalnie związany z kolejnymi filmowymi relacjami, zapewnia też ramę kompozycyjną: nad nim jako człowiekiem pochyla się autorka przy prezentowaniu dzieciństwa oraz momentu tuż przed śmiercią. Resztę definiuje od strony zawodowej – chyba że akurat trafi się ktoś, kto w swoich wspomnieniach o Kieślowskim zajmie się też jego charakterem czy stosunkiem do innych twórców. Ta książka nie jest pomnikiem stawianym reżyserowi, pojawiają się w niej także opowieści o zawodowych „błędach”. Nie ma wybielania czy usprawiedliwiania podjętych decyzji. Katarzyna Surmiak-Domańska postanawia zarejestrować szereg wydarzeń, by czytelnicy mogli na ich podstawie odtwarzać sobie filozofię twórczą Kieślowskiego.

czwartek, 13 grudnia 2018

Elżbieta Sieradzińska: Wanda Rutkiewicz. Jeszcze tylko jeden szczyt

Marginesy, Warszawa 2018.

Wysoko

Wanda Rutkiewicz to legenda – i jak każda legenda wzbudza zainteresowanie czytelników. Do tego dochodzi jeszcze mocno ostatnio podbijane zainteresowanie rynku literaturą górską. Stąd kolejne biografie i, co ważniejsze, próby zrozumienia postaci wyjątkowej. Tom „Wanda Rutkiewicz. Jeszcze tylko jeden szczyt” jest z jednej strony próbą uporządkowania życiorysowych wiadomości i osiągnięć, z drugiej – rodzajem reportażu, literackim popisem Elżbiety Sieradzińskiej. Nieprzezroczysty styl jest dość specyficzny, na początku trzeba się do niego przyzwyczajać, ale też do lektury przystąpią odbiorcy raczej zainteresowani tematem, dla których część poruszanych kwestii będzie już znana z innych źródeł, a wtedy znacznie łatwiej przyswoić sobie charakterystyczny styl. W tomie „Wanda Rutkiewicz” nacisk kładziony jest na wydarzenia sportowe, rekordy w górach, ambicje i konflikty, przyjaźnie z innymi wspinaczami, ekwipunek czy organizację wypraw (albo dołączanie do innych wypraw, zasady w zdobywaniu szczytów). To najbardziej eksponowana część opowieści o Wandzie Rutkiewicz, ale nie wyłączna. Autorkę interesuje również organizacja zwyczajnego życia w powiązaniu z tym zawodowym: prelekcje czy spotkania, prace nad książkami, zobowiązania wobec sponsorów, wizja domowej codzienności, relacji z matką… ma sporo tematów do przedstawienia, nie może się zatem zagłębiać w nie przesadnie. Góry mają pierwszeństwo i trudno się dziwić. Chociaż autorka nie będzie opracowywać literacko każdego kroku, zajmie się dość szczegółowo i sytuacją w obozach, i atmosferą w zespołach. Postara się odzwierciedlić ducha rywalizacji, a do tego również przyzwyczajenia na trasie. Rzadko odnosi się do specyficznego języka, fachowych terminów albo sprzętów: korzysta z tego słownictwa tak, by nie zaburzyć lektury zwykłym odbiorcom. Sprawdza, co niezwykłego było w Wandzie Rutkiewicz, dlaczego przeszła do historii jako ktoś więcej niż tylko zdobywczyni ośmiotysięczników, która zaginęła w górach. Wanda w centrum uwagi to gwarancja różnorodności tematycznej i emocjonalnej, zwłaszcza że budziła skrajne emocje u tych, którzy ją znali.

Zależy Sieradzińskiej, żeby przedstawić barwną postać, indywidualność nawet w obrębie elitarnej grupy wspinaczy. Przez te relacje przewijają się i Jerzy Kukuczka, i Artur Hajzer, i Reinhold Messner, cała grupa alpinistek, Elizabeth Hawley… lista zdaje się wciąż wydłużać – autorka przeprowadza wiele rozmów, sprawdza wiele źródeł, żeby zrozumieć swoją bohaterkę jak najpełniej. To droga do zrozumienia postaci, a i do nasycenia biografii osobistymi akcentami. Wanda Rutkiewicz nikogo nie pozostawia obojętnym, a że ma silny charakter – doczekuje się urozmaiconych opinii. W pewnym momencie zaczyna się pojawiać rozdźwięk między ambicjami Wandy, ograniczeniami zdrowotnymi, coraz częściej też dochodzi do starć w zespołach, z którymi się wspina. Wanda staje się samotna, co widzą już czytelnicy. Życie osobiste Wandy Rutkiewicz to w tej publikacji jedynie wzmianki dla porządku: nie da się wiele dowiedzieć ani o mężach i partnerach, ani o tragicznej śmierci ojca: to schodzi na dalszy plan, nie powinno odciągać uwagi od gór. Istnieje w relacji, ale nie jako najważniejsze.

Elżbieta Sieradzińska przyjmuje w narracji styl pełen równoważników zdań albo fraz krótkich i urywanych, stara się sugerować klimat przez powtórzenia nieistotnych wiadomości albo imitować wysiłek w wysokich górach. W języku widać momentami walkę o każdy oddech, co trochę utrudnia lekturę, a na pewno przenosi uwagę z rejestrowanych wydarzeń na ich wymowę. To sposób na urozmaicenie książki, wyróżnienie jej na rynku. Rzeczywiście tom Sieradzińskiej od strony stylistycznej przyniesie trochę niespodzianek. Jest gęsty od faktów i pasuje do bohaterki. Wanda Rutkiewicz w tym ujęciu to bezwzględne uwielbienie dla gór i fascynacja, której nawet nie można próbować wytłumaczyć.

środa, 12 grudnia 2018

Lydia La Plante: Wdowy

W.A.B., Warszawa 2018.

Skok stulecia

Te kobiety nigdy dotąd nie zajmowały się działaniami przestępczymi, nawet by o tym nie pomyślały. To ich ukochani zajmowali się rabunkami i byli w tym naprawdę nieźli. Do czasu. Bo chociaż w najdrobniejszych szczegółach zaplanowali skok stulecia, nie wzięli jednak pod uwagę przypadku, który doprowadził do tragedii. W jednym momencie zginęli wszyscy. Zostały ich żony, teraz już - wdowy, które powinny zadbać o swoją przyszłość. Harry był niekwestionowanym przywódcą, mózgiem wszystkich operacji: teraz jego małżonka, Dolly, przejmuje dowodzenie. W podjęciu odważnej decyzji pomaga jej świadomość posiadania bezcennych informacji. Harry pozostawił po sobie notes wypełniony wiadomościami, które z przeciętnego bandyty zrobiłyby geniusza włamów. Skoro ów notes odzyskać chcą rywale Harry’ego, równie dobrze może się nim zająć Dolly. I zrobić użytek z posiadanej wiedzy. Dolly ma charakter i świetnie dostosowuje się do sytuacji. A razem z nią inne żony gangsterów. Wszystko da się przecież wyćwiczyć.

Lydia La Plante znalazła temat, który pozwolił jej na przełamanie rutyny i nudy w kryminalnych konwencjach. Udało jej się odwrócić uwagę od śledztw i poszukiwania sprawców dzięki przejściu w stronę przygotowania perfekcyjnego skoku. Wykorzystuje w tym naiwność pań: niektóre wolą zajmować się urodą i modą niż planować napad. Ponadto muszą zwalczyć strach i rozmaite słabości. Czeka zatem bohaterki mnóstwo pracy. Autorka opowiada o kolejnych etapach działań, konfliktach w damskim zespole, problemach na drodze do sukcesu. Wszędzie szuka humorystycznych motywów, bo trudno byłoby na poważnie podchodzić do ćwiczenia tembru głosu, żeby odpowiednio wykrzykiwać polecenia, albo do obmyślania kostiumu (ciężko pogodzić dążenie do pięknego wyglądu z maskowaniem sylwetki). Autorka doskonale radzi sobie z kolejnymi absurdami, jakie wypływają przy okazji prac. I teraz, na tak przygotowany grunt, wprowadza rozmaite zagrżenia. W końcu bohaterki nie działają w próżni, a notes Harry’ego stanowi łakomy kąsek. Same wdowy są piękne i ponętne, można próbować z nich wydobywać informacje na różne sposoby. “Wdowy” to powieść wielowymiarowa i lawirująca wciąż między śmiechem i lękiem. Kady motyw zostaje tu umiejętnie i precyzyjnie rozbudowany, tak, że łatwo jest odbiorcom uwierzyć w powieściowy świat. Ale poza pomysłami na akcję Lydia La Plante zwraca na siebie uwagę bardzo udaną narracją. Pisze szczegółowo, proponuje trafne opisy, udaje jej się zaangażować czytelników w burzliwą historię. Dostarcza całego szeregu wrażeń i dobrej literatury. Dzisiaj w poppowieściach charakterystyczny jest pośpiech i brak staranności. U Lydii La Plante takich wad nie ma, to mięsista proza wypełniona ciekawostkami. Cieszy sposób wykonania, realizacja pomysłu, cała staranność warsztatowa, która idzie w parze z niebanalnymi rozwiązaniami. “Wdowy” to materiał na bestseller, nawet po wznowieniu. Skusi autorka czytelników wizją dopracowanej rzeczywistości, a i konstrukcji postaci. Nie posługuje się stereotypami, zawsze przełamuje schematy. I nawet jeśli zwyczajnie odwraca konwencję, radzi sobie doskonale. Umie do siebie przekonać, a zatem szybko powiększy liczbę fanów.

Są “Wdowy” lekturą dla wymagających czytelników, książką, która rozbudza wyobraźnię, a i dostarcza pożywki lekturowej. Przynosi rozrywkę na wysokim poziomie, często rozśmiesza, ale na tym nie poprzestaje. Na uwagę zasługuje zwłaszcza kreowanie relacji międzyludzkich i zmian zachodzących w tym zakresie. Jest Lydia La Plante dobrą obserwatorką, mimo że nie proponuje przecież powieści realistycznej.

wtorek, 11 grudnia 2018

Hilde Ostby, Ylva Ostby: Jak działa pamięć?

Marginesy, Warszawa 2018.

Sposób na zapamiętywanie

Jakoś tak ostatnio modne jest pisanie o możliwościach mózgu i coraz więcej pojawia się publikacji poświęconych różnym jego aspektom. Żeby nie odstraszyć co bardziej wrażliwych czytelników naturalistycznymi opisami, autorzy chętnie sięgają po to, co przynajmniej w lekturze neutralne – i co odbiorców zainteresuje. Takim bodźcem staje się pamięć. „Jak działa pamięć” stworzyły Hilde Ostby i Ylva Ostby – dziennikarka oraz ekspertka od funkcjonowania pamięci. Swoją opowieść zaczynają od hipokampu i od operacji, która miała ograniczyć symptomy padaczki, a pozwoliła lekarzom dostrzec miejsce magazynowania wspomnień. Muszą tu przedstawić dwa pamięciowe fenomeny ze skrajnych biegunów – człowieka, który po obustronnym wycięciu hipokampu stracił możliwość sięgania do wspomnień i każdego dnia na nowo dziwił się ludziom i wydarzeniom, które powinien dobrze znać – oraz człowieka, który zapamiętywał absolutnie wszystko bez żadnego wysiłku i nie umiał wyrzucić z głowy danych, chyba że specjalnie się o to postarał. Sporo miejsca poświęcają autorki wspomnieniom jako takim – interesują się kwestią zachowywania ich, ale i… modyfikowania. Sprawdzają, czy możliwe jest wdrukowanie do umysłu fałszywych wspomnień – przytaczają dosyć naiwne eksperymenty w rodzaju prezentowania fotomontaży jako rzekomego dowodu na niebyłe wydarzenia, pytają też o to, czy możliwe jest przypominanie sobie określonych chwil ze wczesnego dzieciństwa, z czasów objętych specyficzną „amnezją”. Przyglądają się zawodom, w których doskonała pamięć jest niezbędna – na przykład zadaniom taksówkarzy albo szachistów. Autorki na zmianę opowiadają o pamięci, fenomenie wspomnień i o zapominaniu. Podchodzą do tematu reportażowo, zależy im na prezentowaniu wyników rozmaitych eksperymentów i na przedstawianiu ludzi o skrajnych możliwościach w tej dziedzinie. Opisują specyficzne okołomedyczne przypadki – sytuacje, kiedy ktoś traci pamięć albo na skutek urazu zyskuje większą niż kiedykolwiek. Ale w tym wszystkim właściwie bardzo mało jest czynników, które zapadły w pamięć samym odbiorcom: ta książka jawi się raczej jako jedna z wielu o podobnej tematyce na rynku, nie ma w niej takiego punktu zaczepienia, który jednoznacznie wykazałby oryginalność czy odkrywczość. Popularyzatorski charakter tomu sprawia, że trudno tu w ogóle myśleć o nowatorstwie czy narracyjnych eksperymentach – chodzi o czytelne wyjaśnianie odbiorcom skomplikowanych kwestii. Trzymają się tu zresztą autorki terminologii „podwodnej” (hipokamp jako konik morski narzuca takie potraktowanie tematu).

„Jak działa pamięć” to lektura przeznaczona dla czytelników spragnionych wiadomości, ale nieprzygotowanych na fachową terminologię czy skomplikowaną narrację. Autorki upraszczają kolejne tematy, nadają im reportażowego charakteru, wyszukują ciekawostki albo dane, do których przeciętnym czytelnikom trudno byłoby dotrzeć. Jest to pozycja pozwalająca lepiej poznać specyfikę ludzkiego organizmu: buduje podziw dla człowieka, ale pokazuje też, jak wiele tematów wciąż czeka na odkrycie i wyjaśnienie, a nawet – jak wiele wiadomości nauka zawdzięcza przypadkowi. W tym ujęciu nie ma natomiast miejsca na zarzucanie odbiorców danymi encyklopedycznymi – jeśli ktoś zatem nie przepada za naukowym dyskursem, po tę publikację sięgnąć może bez obaw.

Dariusz Tuzimek: FC Barcelona. Więcej niż futbol

Egmont, Warszawa 2018.

Więcej niż klub

Autorzy, którzy przejęli w Egmoncie serię biografii piłkarzy, rozbudowują ją w różnych kierunkach i starają się pokazać dzieciom piękno sportów, wychowywać też kolejne pokolenia świadomych kibiców. “FC Barcelona. Więcej niż futbol” to kolejna propozycja Dariusza Tuzimka – po przewodniku poświęconym Legii Warszawa. Tym razem na szczęście autor nie wymyśla sobie rozmówcy w postaci klubowego szalika, posługuje się za to synem, kilkuletnim Antkiem, jako pretekstem do snucia opowieści. To dużo lepsze rozwiązanie, przekonujące dla odbiorców, a też nie tak bardzo naiwne, chociaż faktem jest, że Tuzimek niezbyt pewnie czuje się w opowieściach dla najmłodszych. Dzieli się teraz z małymi kibicami własną fascynacją, FC Barcelona to klub ważny dla niego – potrafi zatem przekazać innym sedno swojego uwielbienia i przekonać, że to zjawisko w historii futbolu wyjątkowe. A zaczyna się od prawdziwej wizyty na stadionie, który można zwiedzać: to nic, że piłkarskie emocje towarzyszą takiemu miejscu podczas meczu - już sam pobyt na murawie, po której biegają sławy, może ekscytować. W tym uczuciu łączą się ojciec i syn: bo Antek też bywa w Barcelonie i też pamięta stadion Camp Nou. Tuzimek pokazuje odbiorcom, że mogą mieć i śmiałe marzenia, bo różne pomysły da się w życiu realizować, nie ma rzeczy niemożliwych. Potem autor proponuje krótką opowieść o historii klubu, o tym, jak wychowuje sobie najlepszych piłkarzy - ale dość szybko przechodzi do charakterystyk gwiazd w piłce nożnej: na tapecie pojawiają się Messi, trener Johan Cruyff czy Guardiola, legendy i antylegendy. Żeby nie zanudzić czytelników krótkimi życiorysami (w których Tuzimek dużą wagę przykłada do wartości pedagogicznych i rejestrowania przygód z dzieciństwa bohaterów), przerywa relację ciekawostkami na temat klubu, stylu gry czy elementów, które łączą fanów. Pojawi się oczywiście cała historia barw klubowych, relacje FC Barcelony z polskimi fanami, ale i... inne dyscypliny sportowe, w których mogą się realizować młodzi adepci klubu. Pisze Tuzimek trochę o stadionie, trochę (bardzo krótko) o ważnych meczach, trochę o sławach z drużyny. Zawsze na tyle, żeby nie zmęczyć dzieci zbyt dużą szczegółowością, za to - żeby wyeksponować ważne cechy charakteru czy postawy godne naśladowania. I tutaj w wyborze tematów sprawdza się Antek jako postać literacka: Dariusz Tuzimek nie musi się tłumaczyć z podejmowanych decyzji pisarskich – wprowadza sobie małego bohatera – przedstawiciela odbiorców - który zadaje odpowiednie pytania, nakierowując rozmowę i wyjaśnienia na konkretne tory. Dzięki temu opowieść sprawia wrażenie potoczystej, gawędziarskiej i lekkiej, a może zawierać całkiem sporą dawkę informacji. Jeśli ktoś będzie chciał wprowadzić dziecko w świat swojej pasji, swojej miłości do klubu FC Barcelona – z tej książki może bez wahania korzystać. Jeśli mały kibic zechce odrobinę zwiększyć swoją wiedzę na temat sławnej drużyny i zrozumieć, dlaczego inni tak ją kochają - również znajdzie tu odpowiedzi na swoje pytania. Dariusz Tuzimek wykorzystuje zainteresowanie kilkulatków piłką nożną, proponując im książkę rozrywkową. Elementy edukacyjne przemyca na “kolorowych” stronach, jako podpisy pod zdjęciami. Co istotne, cała książka jest bardzo barwna, mnóstwo tu zdjęć i ilustracji, które czasami pełnią funkcje informacyjne, a czasami stanowią po prostu ozdobnik – wszystkie te grafiki napowietrzają tekst i sprawiają, że dzieciom łatwiej będzie samodzielnie tę lekturę czytać.

poniedziałek, 10 grudnia 2018

Shirley Reynolds, Monika Parkinson: Czy mam depresję i co mogę na to poradzić? Poradnik dla nastolatków

Rebis, Poznań 2018.

Na smutki

Z takim podejściem depresję miałby każdy nastolatek. Mało tego: psychoterapeuci i psychiatrzy masowo traciliby pracę. Shirley Reynolds i Monika Parkinson zwracają się do nastolatków (a w osobnej, bliźniaczej książce – do ich rodziców), by pomóc im wydobyć się z depresji. Samodzielnie, dzięki wytężonej pracy nad sobą. Jednak autorki wychodzą z dość naiwnego założenia, że ogarnięte smutkiem i poczuciem bezsensu nastolatki w ogóle chcą podejmować wysiłki, żeby poprawić sobie nastrój. Nie mówiąc już o tym, że sama depresja to zjawisko bardziej złożone niż smutek i zniechęcenie. Ale: po dwuporadnik sięgną ci odbiorcy, którzy zaniepokoją się negatywną aurą roztaczaną przez pociechy i nawet lepiej, jeśli błędnie zdiagnozują depresję i zaczną działać – niż gdyby mieli zaniedbać sytuację, zbagatelizować symptomy i pozostawić dziecko samemu sobie. „Czy mam depresję i co mogę na to poradzić” to publikacja kierowana bezpośrednio do nastolatków. Autorki wykorzystują tu ten sam schemat, co w „dorosłej” części, tyle tylko, że zwracają się do pogrążonych w kryzysie.

Do oceny swojego stanu służą kwestionariusze na początku tomu. Autorki skupiają się na oznakach, które czasami są naturalnym elementem procesu dojrzewania: napady złości, zniechęcenie, poczucie niesprawiedliwości, zaburzony rytm dobowy, chandry – to wszystko może oznaczać poważne problemy ze zdrowiem psychicznym, ale jednak nie musi. Reynolds i Parkinson przytaczają tu znów kilka przypadków nastolatków, którzy mają stanowić punkt odniesienia dla odbiorców. Zajmują się racjonalizowaniem i rzeczową oceną przyczyn smutku. Zachęcają do aktywności fizycznej, do pracy nad własnym nastawieniem, do szukania alternatywnych rozwiązań albo po prostu przyczyn irytacji lub rozczarowania. Pokazują, jak prowadzić dzienniki aktywności, sugerują potencjalne rozwiązania. To, co nazywają depresją, samo się nie zwalczy – trzeba podjąć spory wysiłek, żeby sobie pomóc. Z jednej strony zatem wierzą autorki, że nastolatkom uda się oszukać ich własny mózg, z drugiej – liczą na uczciwe podejście do tematu, sumienne wypełnianie wszystkich podsuwanych im zadań. A to też zjawisko nieczęste.

Bardzo Reynolds i Parkinson dbają o podtrzymywanie kontaktu z czytelnikami. Przekonują, że warto podporządkować się ich drodze myślenia, wypełniać liczne zadania i usuwać racjonalne przeszkody zmianą nastawienia – liczą na to, że systematyczne ćwiczenia przyniosą efekt. Zapewne mają rację, pozostaje jeszcze pytanie, w jaki sposób przekonać do tej lektury nastolatki. „Czy mam depresję” bez tego zabiegu stanie się tomem niepotrzebnym – owładnięci prawdziwą depresją młodzi ludzie nie będą nawet mieli ochoty zajrzeć do tej książki.

Na uwagę zasługuje przejrzystość, obecność tabelek, miejsc do uzupełnienia, pytań pomocniczych, całych struktur pozwalających odbiorcom na orientowanie się w zalecanych działaniach. To niemal podręcznik dostosowany do percepcji i zainteresowań nastolatków, sposób na zachęcanie do pracy nad sobą. Przejrzyste przykłady wiążą się tu z uwagami do zastosowania natychmiast. Może samej depresji nie da się w ten sposób wyleczyć – ale minimalizowanie negatywnych przejawów wieku dojrzewania to również ważny motyw.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com