Strona główna || O autorce || O tu-czytam || Bajki || Bajkowe portfolio                       

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Małgorzata Gutowska-Adamczyk: Wystarczy, że jesteś

Nasza Księgarnia, Warszawa 2017 (wznowienie)

Autoanalizy

Ta powieść na rynku wydawniczym pojawiła się wkrótce po marketingowym sukcesie „Zmierzchu” i „Zmierzch” jako punkt odniesienia bohaterki pojawia się przez pewien czas w narracji. Chociaż na dobrą sprawę mogłaby to być dowolna lektura z bohaterem, w którym zakochują się naiwne nastolatki. Ale Małgorzata Gutowska-Adamczyk jest wyczulona na sygnały z otoczenia i potrafi je wplatać do książek, zwłaszcza do powieści młodzieżowych. W „Wystarczy, że jesteś”, tomie wznowionym teraz w Serii z kropką, autorka zajmuje się tematem nastoletniej miłości i zagubienia w uczuciach, pozwalając swojej bohaterce dojrzeć do pewnych spostrzeżeń.

Weronika jest nieśmiała, zawsze pozostaje na uboczu. Dla koleżanek niewidzialna, chyba że akurat potrzebują odpisać zadanie domowe. Dziewczyna nie rozumie, co z nią nie tak, dlaczego nie może sobie znaleźć chłopaka. Wymyśla więc Pana W., którego szarmanckie i romantyczne (szkoda, że wymyślone) gesty opisuje na blogu, by chociaż przez moment żyć cudzym szczęściem. Pewnego dnia w pociągu spotyka Filipa, wschodzącą gwiazdę aktorstwa. A ponieważ Filip okazuje jej zainteresowanie przynajmniej od czasu do czasu, Weronika odpowiada miłością. Przeżywa huśtawkę uczuć i nastrojów, męczącą w tym samym stopniu dla niej co dla otoczenia. Czeka rozpaczliwie na ochłapy uwagi i sama nie wie, że w jej pobliżu pojawia się ktoś, na kogo może liczyć o wiele bardziej.

Filip jak na amanta zachowuje się dziwnie: tygodniami nie odpisuje na wiadomości, rzuca zdawkowe zaproszenia i nie bierze pod uwagę przeżyć dziewczyny. Ale to idol nastolatek, chłopak, jakiego wszystkie koleżanki będą zazdrościć. Na szczęście dla Weroniki jednym z komentatorów na jej blogu jest Piotr SPP, człowiek, który potrafi wyjaśniać najdziwniejsze zachowania i reakcje. Nie daje prostych rad, a psychologiczne mądrości trudno wcielić w życie, bo potrzeba do nich dystansu a nie nastoletnich wrażeń, ale jego słowa będą cenne i dla odbiorczyń. Gutowska-Adamczyk posługuje się prostym chwytem, żeby trafić do czytelniczek. Podsuwa im gotowe wskazówki, porady warte przemyślenia na przyszłość lub przeszłość, bez emocjonalnej otoczki. Nastolatki widzą, jak czuje się Weronika, bo ta umie przedstawić swoje zachowanie – i zrozumieją też przyczyny czasem destrukcyjnych postaw. Na tak przygotowanym gruncie autorka może budować między innymi kwestię seksu – pierwszego razu w sytuacji, gdy dziewczyna nie jest na niego jeszcze gotowa – i tłumaczyć, jak odróżniać prawdziwą miłość od zauroczenia. To tematy, które w dorosłych obyczajówkach wydawałyby się raczej naiwne, ale tutaj mają sens nie tylko rozrywkowy, ale i wychowawczy. Gutowska-Adamczyk staje się powiernicą czytelniczek, pokazuje, że zna i rozumie ich najskrytsze przeżycia – i że nie chce zostawiać nastolatek samych w ich zagubieniu. Zwraca uwagę na częste dylematy, w powieści nie rozwija przesadnie pobocznych wątków, raczej zawęża świat do Weroniki i obiektu jej uczuć. „Wystarczy, że jesteś” to tom, w którym prym wiodą autoanalizy, refleksje bohaterki (ukryte w komentarzach trzecioosobowego narratora) nad jej życiem, uczuciami i reakcjami. Pozwala nastolatkom na dokonywanie autoanaliz i wskazuje pułapki, na jakie są narażone w czasie dojrzewania. Ma przy tym sporą wartość ze względu na wplatanie fachowych komentarzy z zewnątrz.

niedziela, 20 sierpnia 2017

Jeroen Van Haele: Morze ciche

Nasza Księgarnia, Warszawa 2017 (wznowienie).

Przyjaźń

„Morze ciche” wraca na rynek – i można się z tego tylko cieszyć, bo ta historia, jak mało która zasługuje na rozgłos i obecność w kanonie lektur dzieci i dorosłych. Jest piękna i wzruszająca, ale bez patosu czy sztuczności. Bohaterem-narratorem staje się mały Emilio, chłopiec głuchoniemy. Mieszka on nad morzem, ale nie wierzy, że to morze szumi albo chlupocze. Na szczęście przy Emiliu jest Javier, dorosły przyjaciel domu i sąsiad. To Javier tłumaczy chłopcu, jak słuchać morza, opiekuje się nim i rozwiewa wątpliwości. Zapewnia wsparcie, jakiego Emilio nie dostanie od ojca. „Stary” nie wie, jak obchodzić się z kalekim dzieckiem, trochę się go boi, a z tego strachu popełnia rozmaite błędy. To Javier prostuje świat, spędza z bohaterem czas. Zastępuje ojca i przyjaciół, rozumie Emilia jak nikt inny i nie wyśmiewa się z jego poetyckich spostrzeżeń. Emilio wpada czasami na pomysły, które niepokoją dorosłych – kiedy zaczyna się okaleczać w przekonaniu, że tak wyleczy głuchotę, trafia do psychologa dziecięcego. To jeszcze bardziej podkreśla jego oryginalną wyobraźnię: sposoby wykonywania rozmaitych zadań zamieniają się w symboliczne i poetyckie gesty. W „Morzu cichym” rządzi prostota – to podstawowa siła przekazu. Jeroen Van Haele buduje sugestywne sceny. Uwzględnia w nich sytuację domową Emilia, relację z młodszą siostrą (głuchy dziesięciolatek nie rozumie, co dzieje się z noworodkiem, który płacze: obserwuje zmieniające się kolory czy zmarszczki i trochę boi się małej Lolo). Mama – cicha i znękana – wie, że musi być silna dla swoich pociech. Nie rozstanie się z mężem-prostakiem, nawet mimo świadomości, że ten krzywdzi ją i dziecko swoim zachowaniem. Javier to ten mądry przyjaciel, który jest niezbędny do zachowania normalności, guru i autorytet dla chłopca. Pojawia się też Juanita z bratem. Rówieśnica Emilia przynosi zalążek pierwszego zauroczenia i udowadnia chłopcu, jak bardzo w rozwoju potrzebne są każdemu inne dzieci. Ale o ile Juanita lubi Emilia bez zastrzeżeń, o tyle jej brat zastępuje tych „złych”, wyzłośliwia się i atakuje bohatera przez jego inność. W ten sposób Emilio w miniaturce otrzymuje cały zestaw relacji społecznych. Ten chłopiec musi nauczyć się, jak sobie radzić w kryzysowych sytuacjach: najpierw straci Javiera. W „Morzu cichym” nie ma miejsca na bajkowo-optymistyczne rozwiązania, ale przeszkody są po to, by wzmacniać bohatera i udowadniać mu, że zawsze sobie poradzi, niezależnie od okoliczności, od wsparcia czy jego braku. Surowe wychowanie, brak czułości ze strony ojca to przygotowanie do późniejszych wyzwań.

„Morze ciche” to dość krótka i liryczna w narracji opowieść. Jeroen Van Haele ma pomysł na silne przeżycia dla odbiorców, funduje im prosty i zrozumiały przekaz. Ta książka wzrusza nie tylko najmłodszych, ogromne wrażenie zrobić musi także na rodzicach – jest jak „Mały Książę”, każde pokolenie wyczyta w nim coś innego dla siebie, każde też inną płaszczyzną opowieści będzie się zachwycać. To historia, z której płyną rozmaite morały – ale nie w sposób nachalny. „Morze ciche” zasługuje na wielki rozgłos – ta książka nie pozostawi nikogo obojętnym. Relacja między Emiliem i Javierem to jeden z piękniejszych literackich obrazów bezinteresownej przyjaźni. Jeroen Van Haele łączy liryzm z nieskomplikowaną fabułą, posługuje się czytelnymi symbolami oraz zjawiskami zrozumiałymi dla wszystkich czytelników, niezależnie od wieku lub doświadczeń. To książka, którą czyta się emocjami.

sobota, 19 sierpnia 2017

Jennifer Echols: Skazani na sukces. Kaye & Sawyer

Jaguar, Warszawa 2017.

Błazen

Sawyer w całej serii jest tym najbardziej niegrzecznym, wyłamującym się ze schematów bohaterem. Zmienia dziewczyny jak rękawiczki, do niedawna dla rozrywki sypiał z Tią (którą na jej prośbę rozdziewiczył). W szkole ma opinię błazna: na meczach przebiera się w kostium pelikana i dopinguje swoich, co czasem przypłaca problemami ze zdrowiem. Wydaje się, że niczego nie bierze na poważnie. Po godzinach pracuje w knajpie i nikt nie wie o jego problemach w domu (to znaczy fakt, że ojciec Sawyera siedział w więzieniu nikomu nie umknie, ale jakie chłopak ma warunki w domu – to już tajemnica dla wszystkich). Sawyer najczęściej wszystkich rówieśników wyprowadza z równowagi. Dostrzega znacznie więcej niż ci by chcieli i nie powstrzymuje się od krytycznych komentarzy. Naraża się tym na drwiny i ataki – ale w końcu Sawyer nie zabiega o popularność. To outsider o silnym charakterze, na tyle silnym, że za każdym razem wyrasta na najważniejszą postać drugiego planu. W „Skazanych na sukces” to jego historia zajmuje odbiorczynie. Po raz trzeci autorka wraca do wyników szkolnego plebiscytu. Sawyer i Kaye mieli w nim zostać uznani za Parę Idealną, ale na skutek pomyłki w liczeniu głosów nie doszło to do skutku. Zresztą Kaye trudno nawet myśleć o takim związku. Jest zauroczona Sawyerem, ale ten równie często ją denerwuje.

„Skazani na sukces” to tom zbudowany na znanym już schemacie. Ona źle się czuje w swoim aktualnym związku, niszczona przez partnera, zyskuje wsparcie w ignorowanym dotąd koledze. Nie chce się angażować w kolejny związek. Jednak Sawyer coraz bardziej odważnie z nią flirtuje i udowadnia, że zasługuje na miłość. Kaye poznaje też jego sytuację – nie może udawać obojętności. Dużą rolę w wykreowaniu nowej pary odgrywają przyjaciółki. Lepiej niż sama Kaye wiedzą, czego jej trzeba, nie wahają się tego wyartykułować czy zaaranżować, przedstawiają też całe plany działania, żeby przekonać tych dwoje do siebie. Kaye uczy się, jaką przyjemność może dawać dotyk. Sawyer stanowi wsparcie nawet w tych sytuacjach, których, wydawałoby się, nie zrozumie. A kiedy nastolatka wda się w konflikt z matką (o co przecież w tym wieku nietrudno), to Sawyer zapewni ucieczkę od problemów.

Jennifer Echols po raz kolejny karmi swoje czytelniczki baśniowymi obrazkami o prawdziwej miłości, ale tak naprawdę wartością tomu nie jest idealizowane uczucie. Autorka pozwala dostrzec cechy złego związku, takiego, który nic dobrego przynieść nie może. Wyczula odbiorczynie na toksyczne relacje, przypomina, jakich zachowań u chłopaków nie powinny akceptować – i wcale nie chodzi tu o pogadanki na temat seksu, a o unikanie pułapek psychologicznych. W „Skazanych na sukces” wyraźnie je widać.

Sawyer musiał domknąć tę opowieść rozłożoną na trzy książki – tego oczekiwały fanki Echols. I nie zawiodły się, kiedy autorka bliżej przyjrzała się klasowemu wesołkowi. Kostium pelikana też odgrywa tu ważną rolę. Chociaż Jennifer Echols wpisuje się w szereg powieści dla nastolatek, stara się także akcentować problemy swoich bohaterów i pokazywać miłość jako azyl, ratunek przed tym, co sprawia przykrość. To działa w obu kierunkach, korzystnie wpływa na dziewczyny i na chłopaków. Sawyer dodatkowo uczy, że nie należy sądzić po pozorach. Bohaterowie „Skazanych na sukces” do własnych pragnień dochodzą powoli – ale skoro wiadomo, jaki będzie finał, nikomu to nie przeszkodzi.

piątek, 18 sierpnia 2017

Tove Jansson: Kto pocieszy Maciupka?

Nasza Księgarnia, Warszawa 2017.

Małe wielkie strachy

Mimo że wokół jest pełno baśniowych stworzeń ze świata Muminków, Maciupek, maleńki troll, czuje się bardzo samotny. Samotny jest w swoim domu, kiedy słyszy w oddali pohukiwanie Buki i kiedy widzi rozbawionych przechodniów. Samotność Maciupka jest totalna i nieco rozpaczliwa – bo towarzyszy jej lęk i smutek. W „Kto pocieszy Maciupka” Tove Jansson stawia na uczucia przejmujące i zrozumiałe także dla najmłodszych. Kiedy lękliwy bohater wpuszcza do swojego domu ciemność, postanawia uciec. Nie wie, co najlepiej sprawdzi się w długiej drodze, ale może się przynajmniej przekonać, co uszczęśliwia innych. Stopniowo Maciupek nabiera odwagi, zwłaszcza gdy dowie się, że istnieje ktoś bardziej lękliwy niż on sam. A kiedy maleńki bohater spotka Drobinkę, znajdzie towarzyszkę życia i ostatecznie rozprawi się z samotnością. Dowie się, czego do tej pory mu brakowało.

Tove Jansson wierzy w swoich bohaterów. Każdy indywidualista jest tu równocześnie przedstawicielem jednego gatunku, a to oznacza, że bajkową rzeczywistość zaludniają Maciupki, Drobinki, Filifionki i wiele innych stworów. Jednak przy tym każdy jest na swój sposób wyjątkowy i warty uwagi, jak Maciupek. Tove Jansson w tym bohaterze kumuluje dziecięce, często irracjonalne lęki. Przyznaje do nich prawo – w końcu ten, kto jest najmniejszy (lub nie pamięta, że są mniejsi od niego), może czuć się stłamszony czy niezrozumiany. Maciupek to kwintesencja strachu, ale tego dobrego, z którego może się zrodzić krzepiąca postawa albo samoświadomość. Strach definiuje Maciupka, dopóki bohater będzie na to pozwalał – później znajdą się inne cechy warte uwagi, a sam Maciupek może zostać czyimś idolem, mimo początkowych wad. To opowieść krzepiąca, niosąca nadzieję wszystkim małym odbiorcom.

W „Kto pocieszy Maciupka” bardzo ważna jest atmosfera. Tove Jansson dba o to, by otoczenie podsycało wrażenie wyobcowania. Jest to świat znany choćby fanom Muminków, zrozumiały i przejrzysty w swoich zasadach, a jednak w podskórnym nurcie niesie grozę. Autorka nie straszy (jedynie dalekie pohukiwania Buki mogą dzieciom przypominać o lęku – ale to składnik niezbędny w dobrej opowieści, próba przeniesienia do bajki realnych problemów ukształtowanych jako emocje). Maciupek sam jest odpowiedzialny za swoje uczucia – więc tylko on może je zmienić, jeśli coś mu nie odpowiada. Wyruszenie w podróż to taki impuls do zmian, zapowiedź przygody – wielkiej, mimo że na miarę Maciupka. Jansson nie przejmuje się, że aby dojść do konkretnych wydarzeń, musi nakreślać sytuację, długo pracować nad atmosferą. Chociaż to książeczka obrazkowa, w tekście autorka nie skupia się na samej akcji. Prowadzi pełnowartościową opowieść i nadaje jej walory poetyckości. Dostrzega potencjał realiów Maciupka i wykorzystuje jako tło historii całą sferę przemyśleń i wrażeń, tego, co na pierwszy rzut oka ukryte. Tu Maciupek pojmuje własne postawy, a to prosty krok nawet do dziecięcych autoanaliz. „Kto pocieszy Maciupka” to książka z ilustracjami autorki, a owe ilustracje zajmują więcej niż ¾ każdej rozkładówki. Tove Jansson stawia na prostotę i wyrazistość. Stosuje tylko kilka podstawowych barw, chętnie posługuje się symbolami. Podsuwa dzieciom wyraziste obrazy znakomicie pasujące do nastrojów. Nie musi mówić wszystkiego wprost, sięga po motywy zrozumiałe dla oglądających w każdym wieku (las wyda się dużo bardziej straszny z czarnymi zarysami drzew, nietoperzami i jeżami – oraz z czerwoną ściółką). Jansson doskonale wie, jaki efekt chce uzyskać – i do tego dąży. W efekcie „Kto pocieszy Maciupka” to klasyka, która ani trochę się nie zestarzała, a dostarcza całego wachlarza wrażeń. Uczy dzieci empatii i pokazuje, jak radzić sobie z kompleksami czy słabościami. Udowadnia, że każdy może stać się bohaterem dla innych – i że każdy jest wartościowy, choćby wydawało mu się, że jest tylko niewiele znaczącym Maciupkiem. Tove Jansson tworzy opowieść wielopoziomową.

czwartek, 17 sierpnia 2017

Len Vlahos: Życie na podglądzie

Media Rodzina, Poznań 2017.

Z mózgu

To jest książka, która robi wrażenie. Niby rozrywkowa, a wywołująca refleksję nad przemijaniem. Napisana tak, by łatwo się było pośmiać – ale nie optymistyczna. Len Vlahos rzuca wyzwanie i obyczajówkom, i literaturze szpitalnej, tworząc historię z górnej półki i doskonale do tego analizującą współczesny rynek mediów. Jareda Stone’a, głowę rodziny, ojca dwóch nastolatek, męża Deirdre poznają czytelnicy w chwili, gdy ten dowiaduje się, że ma raka mózgu. Nie wyjdzie z tego, może tylko zawalczyć o lepszą przyszłość dla rodziny. Glejak wielopostaciowy IV stopnia to bodziec do zmian. A ponieważ Jared nie ma już nic do stracenia, wystawia swoje życie na aukcji internetowej. Prowokuje tym internautów do rozmaitych reakcji: każdy chce pomóc lub wykorzystać Jareda do własnych celów, „Życie na podglądzie” obnaża słabości ludzi z różnych grup społecznych. Na początku czytelnicy obserwować będą walkę o władzę nad Jaredem. W drugiej części tomu to, jak jego egzystencja zmienia się po wpuszczeniu do domu kamer telewizyjnych. Reality show z umierania to ponura diagnoza czasów.

Ale w „Życiu na podglądzie” na pierwszy plan wysuwają się bohaterowie z najbliższego otoczenia Jareda. Mężczyzna staje się jedynie marionetką, sam może zrobić coraz mniej. Jego piętnastoletnia córka, Jackie, wyrasta za to na buntowniczkę. Jackie nie potrafi zaakceptować manipulacji przy programie telewizyjnym i zaczyna proponować własną, prawdziwą wersję wydarzeń. Staje w szranki z bezwzględnym producentem i próbuje przechytrzyć dorosłych dysponujących nieograniczonymi możliwościami. Przy okazji dowiaduje się, na ilu ludzi może liczyć – dotąd zamknięta w sobie, nieśmiała i skryta, zyskuje prawdziwych przyjaciół. Jackie staje się też coraz silniejsza, co ważne, bo wkrótce będzie musiała zmierzyć się ze śmiercią ojca. Drugim bohaterem książki jest natomiast Glej, antropomorfizowany rak. Razem z nim odbiorcy podążają przez zakamarki mózgu Jareda, zachwycając się malowniczymi krajobrazami i smakując wspomnienia. Glej zjada pamięć Jareda, pozbawia go tożsamości, świadomości najcenniejszych życiowych doświadczeń – ale w chwili, gdy pożywia się tkankami, może sam doznawać tego, co dawniej Jared. Łatwo przez to zrozumieć jego zachłanność. Glej staje się częścią Jareda, działa z ciekawości, próbuje zapanować nad zmysłami i ma dobre uzasadnienie dla swoich poczynań. Możliwość zajrzenia do niego od czasu do czasu bardzo urozmaica powieść.

Len Vlahos nie boi się tematu śmierci ani eutanazji, pozwala bohaterowi podjąć świadomą decyzję – a czytelnikom dostarcza materiału do refleksji. Przygląda się też mechanizmom działania wielkich telewizyjnych programów: życie Jareda z perspektywy show wygląda zupełnie inaczej niż w rzeczywistości, a obecność kamer nie pozostaje bez znaczenia na relacje w domu. Autor pokazuje jednak również krzepiące obrazki: Jackie oraz jej dzielni pomocnicy zajmują mało ważne miejsca w szkolnych społecznościach. To outsiderzy, nastolatki odrzucane przez rówieśników, a w najlepszym razie po prostu ignorowane. Tu mogą pokazać swoją wartość, a także zjednoczyć siły. Świat rządzony prze media wytwarza też nową płaszczyznę porozumienia, daje szansę na internetową przyjaźń. I w temacie, i w formie ta książka jest bardzo udana, wyróżnia się na rynku i zachwyca bogactwem wyobraźni, a i zmysłem satyrycznym autora. Trudny temat udaje mu się uchwycić w lekki sposób – tu nie da się tylko zamartwiać chorobą Jareda. Ludzkie wady stanowią tworzywo komicznych obrazów, a opowieść zbudowana jest tak, by wciągać.

środa, 16 sierpnia 2017

Alicja Klenczon, Tomasz Potkaj: Krzysztof Klenczon. Historia jednej znajomości

WAM, Kraków 2017.

Romantyczność

Krzysztof Klenczon to postać, którą kojarzą wszyscy zafascynowani big-bitem, rynkiem muzycznym w Polsce lat 60. I wbrew obawom – nie tylko starsze pokolenia. O pamięć o mężu dba Alicja Klenczon, która teraz wspomina muzyka od mniej znanej fanom, rodzinnej strony. W rozmowie z Tomaszem Potkajem przyjmuje konwencję „powieści intymne”. Wycofuje się z budowania biografii – w niej nie znalazłoby się miejsca na rodzinne relacje w takim zakresie, jakiego chciałaby autorka. Odrzuca też analizowanie muzycznych dokonań – i dobrze, bo tu lepiej sprawdzą się fachowcy, zresztą trzeba by pieczołowicie odtwarzać dyskografię czy trasy koncertowe, a to żmudne zajęcie, którego efektu zwykli czytelnicy i tak by nie docenili. W „Historii jednej znajomości” pierwsze miejsce zajmują stosunki rodzinne, to, co niedostępne fanom w synchronicznym odbiorze. Odtwarzanie faktów pojawia się tu wtedy, gdy Alicja Klenczon prezentuje rodzinę męża i szuka szczegółów w dokumentach. Tutaj relacjonuje wiadomości sucho, jakby z konieczności. Inna rzecz, że doskonale orientuje się w rodzinnych koligacjach, zawsze potrafi przedstawić całe drzewo relacji i związków. Przy rodzinie Krzysztofa dużo miejsca poświęca razem z Tomaszem Potkajem swojemu teściowi, z którym czuła się bardzo związana. Cały rozdział dotyczy tu procesu, który miał wpłynąć na rozpad małżeństwa rodziców muzyka. Ale inaczej portretują Czesława Klenczona fragmenty korespondencji z drugiej części tomu. Alicja Klenczon wyraźnie nie chce oskarżać ani oceniać teścia, oddaje więc głos faktom czy dokumentom.

Muzyczna droga Krzysztofa Klenczona zajmuje tu raczej marginalne miejsce. Alicja Klenczon odnosi się z konieczności do rozłamu w Czerwonych Gitarach, do gry w Trzech Koronach i do późniejszych twórczych decyzji, czasami opowiada trochę o trasach albo o konkretnych występach – ale bez specjalnej przyjemności, nie za bardzo lubi analizować tematy zawodowe. Dużo lepiej czuje się przy relacjach towarzyskich – przypomina, jakie kontakty panowały w zespole i w najbliższym kręgu (zwłaszcza przy Czerwonych Gitarach, nawet po rozłamie), prezentuje muzyczne przyjaźnie. Krzysztofa portretuje przez pryzmat znajomych, za sprawą konsekwencji podejmowanych decyzji.

Najważniejszy staje się temat rodziny. Alicja Klenczon opowiada o pierwszych randkach i o relacjach z rodzicami i babcią. Przedstawia kulisy wyjazdu do Stanów, narodziny córek. Mówi o domu – czyli dostarcza fanom wiadomości z najpewniejszego źródła. Krzysztof-artysta jest mniej ważny niż Krzysztof-ukochany. Z perspektywy czasu nie chce opowiadać o konfliktach, woli wierzyć, że to małżeństwo by przetrwało. Ale też nie idealizuje męcząco Krzysztofa, wybiera raczej fakty niż uczucia. W „Historii jednej znajomości” jest miejsce na normalność: to nie wspomnienie o muzyku, a o wspólnym życiu.

Tomasz Potkaj pyta również o sprawy Alicji Klenczon – o jej kolejne małżeństwa, o losy dorosłych dzieci, o fundację. Pozwala rozmówczyni na wygadanie się, przedstawienie własnych doświadczeń i obserwacji. W końcu skoro nakreślone zostały losy pokolenia rodziców, może czytelnicy będą ciekawi, jak ułożyła sobie życie „wdowa po Klenczonie”. Ta książka nie sprawia wrażenia zapychanej na siłę przypadkowymi cytatami czy opiniami z zewnątrz, także zdjęcia z domowego archiwum bardzo tu pasują. Uczucie nasycenia lekturowego płynie z czasowego dystansu: tu ważne są fakty, a nie trudne do uchwycenia tęsknoty. Alicja Klenczon przypomina o swoim mężu i fanom proponuje ciekawy zestaw krótkich opowieści. Rezygnuje z anegdot czy włączania się w spory, pozwala zobaczyć Krzysztofa ze swojej perspektywy.

wtorek, 15 sierpnia 2017

Alice Pantermüller: Pamiętnik Zuzy-łobuzy. Niech was łoś kopnie

Jaguar, Warszawa 2017.

W Szwecji

Zuza jedzie na wakacje do Szwecji Zabiera ze sobą zaczarowany flet, na którym wszyscy zabraniają jej grać (widocznie już uwierzyli w jego magiczne właściwości i chcą zapobiegać kolejnym katastrofom). Może też zaprosić swoją najlepszą przyjaciółkę, Zośkę. Całe szczęście, bo inaczej zostałaby bez pary. Mama i tata mają siebie, młodsi bracia bliźniacy, Szymek i Kuba są nierozłączni. Gdyby nie Zośka, Zuza śmiertelnie by się nudziła, a przecież nie na tym polegają wakacje. Zwłaszcza że rodzina jedzie kamperem. Są w nim tylko cztery łóżka, więc dodatkowo zabiera dwuosobowy namiot. Dla dzieci to wielka atrakcja, zatem Zośka i Zuza prześcigają się w wymyślaniu potencjalnych niebezpieczeństw dla śpiących w namiocie, żeby szybko zniechęcić chłopców do rywalizacji tutaj. Nie wiedzą nawet, że dzikie zwierzęta faktycznie mogą podejść pod obóz.

Przygoda ze Szwecją zaczyna się jeszcze na promie, kiedy dziewczynki znajdują sporo pieniędzy w toalecie i mogą kupić sobie, co chcą, w sklepie wolnocłowym. Później będzie tylko ciekawiej: łosie, dziwne jedzenie, łosie, park rozrywki Astrid Lindgren (to przekonanie dzieci, dlaczego warto czytać książki i Zośka, która nie zna tych lektur, co Zuza, wiele traci), łosie, nocne kręcenie filmów z wakacji i ratunek ze strony taty, łosie… „Niech was łoś kopnie” to jak zwykle opowieść szybka i śmieszna. Alice Pantermüller wprowadza trochę lokalnych ciekawostek i odrobinę wiedzy, ale nie zarzuca nią czytelników, raczej skupia się na wybrykach dzieci, pokazując, jak interesujące mogą być wakacje na łonie natury. Trochę do tego wszystkich karykaturalizuje: tata za wszelką cenę chce przeżyć przygodę z dala od cywilizacji (ale przypadkowo ustawia kamper tuż przy hałaśliwej fabryce), mama marzy o zwiedzaniu kolejnych sklepów (w ekstazę wprawia ją Ikea, ale nie pogardzi żadnym na trasie). Młodsi chłopcy chcą być obieżyświatami, jednak zbyt wielu rzeczy się boją i przez to z wielu planów muszą rezygnować. Zośka i Zuza z kolei zawsze padają ofiarą wybujałej wyobraźni, we wszystkim przesadzają – czy chodzi o kręcenie filmików z dziką przyrodą, czy o używanie sprayu na komary w namiocie. Akcję Zuza opisuje żywiołowo, bardzo chętnie posługuje się wykrzyknieniami oraz emotikonami dodawanymi w formie kulek z minami i rękami do kolejnych zdań. To już sposób opowiadania właściwy pokoleniu internetu, najbardziej przejrzysty tryb komunikowania się dla dzisiejszych dzieci.

„Pamiętnik Zuzy-łobuzy. Niech was łoś kopnie” to, jak cała seria, tomik będący również powieścią komiksową. O ilustracje dba tu Daniela Kohn, która dobrze odnajduje się w absurdalnym klimacie opowiastek. Stawia na rysunki prześmiewcze, dziecięco-satyryczne bohaterki nie są w nich pięknościami, za to budzą śmiech. Akapity bez przerwy przetykane są drobnymi rysunkami, które albo przejmują część wyjaśnień i pozwalają unikać długich i męczących dzieci opisów, albo zdradzają emocje postaci. Czasami też rysuneczki pojawiają się w tekście jako dodatkowy element słownych wyliczeń. Strona graficzna dominuje, a odzwierciedla się również w zabawach tekstami: określone sformułowania, akcenty zdaniowe itp. są tu wyróżniane większą lub inną czcionką, pogrubieniami czy podkreśleniami. To powieść pop – modelowa realizacja gatunku i metoda na przekonanie dzieci do sięgania po książki dla rozrywki. Z Zuzą zawsze jest wesoło, a przez domowe „konflikty” również i całkiem prawdziwie, to bohaterka dobrze wymyślona.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com