Strona główna || O autorce || O tu-czytam || Bajki || Bajkowe portfolio                       

wtorek, 24 kwietnia 2018

Mistrz. Absolutnie. O Wojciechu Młynarskim

Czerwone i Czarne, Warszawa 2017.

Barwnie o współpracy

O Wojciechu Młynarskim krąży – od dawna – sporo anegdot. Część z nich rozpowszechniał jeszcze sam twórca choćby w konferansjerce recitali czy dla ubarwienia wywiadów. Teraz, po jego śmierci, zabawne sytuacje i co ciekawsze skojarzenia dotyczące zawodowej współpracy przytaczają ludzie sztuki: kompozytorzy, piosenkarze, satyrycy czy felietoniści, przedstawiciele różnych pokoleń. „Mistrz. Absolutnie” to niewielki tomik złożony z jedenastu opowieści. Ale ponieważ nie ma tu ucieczki do konwencjonalnych zwrotów i zapewnień, zapychaczy objętości związanych z wyrażaniem żalu po stracie i powtarzania rzeczy oczywistych – książka będzie się czytelnikom podobać. Zwłaszcza że o Wojciechu Młynarskim mówi się tu z uśmiechem i w oderwaniu od spraw przykrych. Takie wspomnienia budzą zainteresowanie, pozwalają zwrócić uwagę na mistrza satyry i nakreślić jego portret jako twórcy wymagającego, czasem kapryśnego – ale dążącego do perfekcji i świadomego warsztatu.

Siłą tomu poza sylwetką Wojciecha Młynarskiego stają się kolejne nazwiska, autorytety w swoich dziedzinach. O Mistrzu wypowiadają się Włodzimierz Korcz, profesor Jerzy Bralczyk, Andrzej Zieliński, Irena Santor, Alicja Majewska, Janusz Weiss, Marek Groński, Michał Ogórek, Krzysztof Daukszewicz, Artur Andrus i Andrzej Poniedzielski. Każdy ma własne interesujące doświadczenia w związku ze wspólną pracą – albo niebagatelny zbiór anegdot, każdy dzieli się takim obrazem Młynarskiego, jaki ma w pamięci. Kompozytorzy będą zatem pokazywać poprawki pod muzykę lub wymyślanie przebojów pod konkretnych wykonawców, piosenkarki – podkreślać zrozumienie i wyczucie treści. Najciekawiej Wojciecha Młynarskiego charakteryzują, co zrozumiałe, satyrycy – w końcu wiedzą oni, jak ważne w fachu jest wyczulenie na prawdę czy szukanie komicznych puent. Spore znaczenie w kreowaniu wspomnień mają osobiste wtręty – czasem to w ogóle pełnowymiarowe anegdoty. „Mistrz. Absolutnie” to publikacja wypełniona tego typu smakowitymi drobiazgami. Nie dałoby się z nich ułożyć pełnej biografii ani nawet rejestru dokonań – ale świetnie nadaje się na uzupełnienie artystycznego życiorysu. O Wojciechu Młynarskim opowiada się tu na szczęście nie tylko jako o mistrzu – jednowymiarowy i kategoryczny osąd byłby nudny w lekturze. Czasami liczy się nieoczekiwanie dyskusja lub próba postawienia na swoim, czasami atmosfera twórczych spotkań. Jedni są świadkami, jak rodzą się przeboje – inni przeplatają opowieści o Młynarskim własnymi ocenami.

Jest to książka złożona z krótkich i zgrabnych tekstów. Pewne tematy siłą rzeczy muszą się powielać we wzmiankach różnych autorów – ale zwykle wspominający Młynarskiego koncentrują się na osobistych przeżyciach, konkretnych sytuacjach i spotkaniach, które owocowały godną pozazdroszczenia relacją. Nie ma tu przymusu wspominania – wpadania w szablony tekstowe czy odgadywania konstrukcji „poprawnego”, ugrzecznionego portretu. Wojciech Młynarski powraca jako artysta kreatywny, twórczy i w zawodowych relacjach, i w przyjaźniach. Kto potrzebuje uzupełnienia wywiadów, jakich udzielał – lub jego biografii – może sięgnąć po tom „Mistrz. Absolutnie”. To przyjemna lektura, złożona z barwnych (mimo że krótkich i fragmentarycznych) opowieści.

poniedziałek, 23 kwietnia 2018

Alex Bellos: Alex po drugiej stronie lustra

Prószyński i S-ka, Warszawa 2018.

Magia liczb

"Alex po drugiej stronie lustra" to publikacja naukowa dla tych, którzy cenią sobie umysłowe rozrywki i potężne wyzwania. Książki popularyzujące wiedzę z dziedziny matematyki należą do lektur specyficznych - bez względu na sprawność narracyjną w pewnym momencie autorzy muszą przejść na język liczb - i to zazwyczaj moment rozstania z tymi odbiorcami, którym nie bardzo chce się myśleć i rozgryzać zagadki - albo śledzić matematyczne dowody, bo do tego też trzeba skupienia i uwagi. Alex Bellos postanawia na jak najdłużej zatrzymać przy sobie czytelników, pokazać im po pierwsze, że matematyka może być pasjonująca, a po drugie - w ilu dziedzinach przydają się umiejętności zdobyte podczas studiowania matematyki. Cały problem polega na tym, żeby przekonać społeczeństwo do odłożenia kalkulatorów i do samodzielnego myślenia. Jednak nawet ci, którym liczyć się zupełnie nie chce, mogą po "Alexa po drugiej stronie lustra" sięgnąć i dobrze się przy tym bawić. Autor bowiem każdy rozdział buduje według sprawdzającego się schematu. Wybiera tematy z różnych obszarów matematyki i otwiera rozdział dość felietonowym i zabawnym wprowadzeniem mieszczącym w sobie ciekawostki i anegdoty matematyczne. Podsuwa odbiorcom wiadomości, których skąpi im się w szkole - i które nie muszą mieć bezpośredniego przełożenia na codzienność (ale mogą, jak w przypadku psychologicznego działania liczb w cenach). Najpierw zatem pokazuje "ludzkie" oblicze matematyki, jej przydatność w życiu lub w rozrywkach umysłowych. To dobry punkt wyjścia, bo odpowiednio zaprezentowane ciekawostki zachęcają do czytania. Drugim punktem - płynnie wyprowadzanym z pierwszego - jest krótko przedstawiana historia. To moment albo na wprowadzenie matematycznych sław, albo na pokazanie, jak do odkryć dochodziło. Dla czytelników to dalej lektura nieskomplikowana, a przynajmniej nieodstraszająca rozbudowanymi działaniami. Wciąż ciekawa, ze względu na anegdotyczny charakter i możliwość odkrywania nieznanych szczegółów z drugiego planu nauki. Dopiero tak oswojonych ze słownictwem i zdobyczami matematyki czytelników stawia Alex Bellos przed wyzwaniami dotyczącymi prawdziwych obliczeń. Zaczyna wprowadzać coraz bardziej złożone problemy już ściśle powiązane z obliczeniami, pokazuje zależności między wartościami, znacznie poszerza zakres wiedzy matematycznej. To już coś dla wtajemniczonych i cierpliwych - poznają oni niezwykłe odkrycia, czasem przekładające się od razu na algebrę czy trygonometrię, czasem - pozostające teoretycznymi smaczkami.

Ale w ujęciu Bellosa matematyka jest wszędzie: w obliczaniu odsetek i sprawdzaniu, co jest najbardziej opłacalne, ale też - w toczącej się monecie. Przyda się w grach losowych i w podbijaniu kosmosu. Zakres zagadnień jest tu tak różny, że każdy znajdzie coś dla siebie - i każdy będzie mógł zainteresować się innym elementem tej dziedziny wiedzy. "Alex po drugiej stronie lustra" to publikacja wymagająca zaangażowania - ale ogromna będzie satysfakcja tych czytelników, którym uda się prześledzić odkrycia uczonych i wywody Alexa Bellosa. Ta książka przygotowana została tak, by zdobyć jak najwięcej odbiorców - chociaż i tak ci, którzy matematyki nie cierpią, do niej nie zajrzą. Autor pokazuje, że nawet w trudnych tematach z nauk ścisłych kryje się rozrywkowy potencjał. Umiejętnie snuje opowieści tak, żeby zainteresować odbiorców. Podpowiada nawet system lektury - co zrobić, jeśli jakiś temat okaże się zbyt skomplikowany.

Antoine de Saint-Exupéry: Mały Książę

Wilga, Warszawa 2018.

Bez recenzji

Takiej książki recenzować już właściwie nie można. Była tyle razy omawiana w rozmaitych miejscach i przez przedstawicieli kolejnych pokoleń, zarówno czytelników, jak i badaczy, że dołożenie czegokolwiek do obszernej literatury przedmiotu mijałoby się z celem. „Mały Książę” to przecież tomik, który poznają wszyscy, niezależnie od wieku – funkcjonuje jako lektura szkolna, ale bardzo chętnie cytatami z tej opowieści przerzucają się dorośli, zwłaszcza gdy chcą zaakcentować wrażliwość czy wzruszenia. Sięgają po „Małego Księcia” również młodsze dzieci, jeśli trafią na kogoś, kto w odpowiednim momencie podsunie im historię bohatera z odległej planety. Sam Mały Książę rozbudza wyobraźnię, do dzisiaj imponuje swoim sposobem postrzegania świata i aforystycznymi, niezwykle celnymi komentarzami dotyczącymi rzeczywistości dorosłych. Teraz „Mały Książę” pojawia się na rynku w trochę innym niż najbardziej powszechne opracowaniu graficznym. Jest to rozwiązanie ryzykowne, nie tylko ze względu na potęgę tradycji – ale też z uwagi na fakt, że część rysunków stanowi integralny fragment opowieści i nie da się od nich uciec. Tu Aleksandra Kucharska-Cybuch proponuje swoje interpretacje, nie niszcząc ducha oryginału, ale momentami zbyt mocno go ubogacając.

Przede wszystkim nowa wersja „Małego Księcia” na pierwszy rzut oka nie wygląda infantylnie. Okładka sugeruje bardziej poważną lekturę, nie tylko dla dzieci. Znikają akcenty odsyłające od razu do charakterystycznego opracowania – nie ma ani chłopca w szaliku, ani gwiazd. Autorka unika prostoty, która była przecież siłą „Małego Księcia” – i przyzwyczajonych do starego typu ilustracji nie może przekonać, przynajmniej w kilku miejscach. Przy kapeluszu i wężu boa siłą rzeczy musi skorzystać z podpowiedzi pierwotnych, ale już przy krajobrazie w finale zamiast stworzyć pejzaż z jednej kreski, buduje egzotyczną scenerię, która trochę przytłacza, a trochę jest niezrozumiała (skoro mowa o pustyni, dlaczego w wersji tej autorki pojawiają się drzewa?). Obrazki w tomiku są czarno-białe i widać w nich chęć dopracowania detali. Nad niektórymi trzeba się zatrzymać (wąż boa połykający dzikie zwierzę przy ogromie szczegółów i niewielkich rozmiarach staje się dziwną miniaturką). Z rozmachem kreuje Aleksandra Kucharska-Cybuch pejzaż pustynny z rozbitym samolotem i dwojgiem maleńkich ludzi, ze ścigającym się na niebie słońcem i księżycem. Czasami sięga po baśniowość, jak w przypadku lisa zastępującego księżyc na niebie. Absurd i karykatura pojawiają się za to na przykład przy wizerunku Geografa. To wszystko ma urzekać i niektórym propozycje tej ilustratorki przypadną do gustu, ale takie szkice powinny zafunkcjonować w książce o większym formacie – i mimo wszystko w kolorze. Wtedy zwracałyby uwagę i uzasadniały sięgnięcie do klasyki.

Poza tym – wiadomo. Po „Małego Księcia” trzeba sięgać, trzeba do tej książki wracać, by wciąż na nowo odkrywać zawarte w niej prawdy. To nie tylko skarbnica cytatów na wiele okazji, ale również arcydzieło literatury, zasłużenie doceniana klasyka, pełna wzruszeń i humoru. Mały Książę pokazuje dorosły świat w krzywym zwierciadle, z bezlitośnie wyostrzanymi nonsensami. Uczy patrzenia na rzeczywistość i wyczula na fałsze. Pod tym względem każda edycja jest dobra.

niedziela, 22 kwietnia 2018

Kristin Cashore: Nieskończone światy Jane

Jaguar, Warszawa 2018.

Zagadki domu

Zaczyna się ta powieść trochę jak "Tajemniczy ogród" dla nastolatków. Młoda dziewczyna, Jane, po śmierci ciotki - swojej opiekunki i powiernicy - trafia do wielkiego domu koleżanki. W rodzinie Kiran wszyscy serdecznie przyjmują nowego gościa, niektórzy chcą nawet flirtować z Jane, a stary pies, Jasper, okazuje jej bezgraniczne zaufanie. Wprawdzie do niektórych pomieszczeń lepiej nie wchodzić - powinny zostać polem działania służby - ale Jane i tak nie może się powstrzymać przed zwiedzaniem. Dość szybko przekonuje się, że wiele tajemnic czeka na odkrycie w najbliższym otoczeniu, a nawet szczera rozmowa z Kiran nie przyniesie potrzebnych wiadomości. Po prostu informacje są rozproszone i trzeba by znaleźć osobny klucz do każdego mieszkańca domu, a potem jeszcze wykazać się detektywistyczną sprawnością w kojarzeniu faktów. Jane jako gość nie czuje się na tyle swobodnie, żeby myszkować u rodziny, która zapewniła jej schronienie. Powoli jednak odkrywa prawdę, a przy okazji dowiaduje się też czegoś o ukochanej ciotce Magnolii, która miała być fotografem morskich głębin. Dziewczyna poza talentami śledczymi (jeszcze nieujawnianymi) ma też specyficzną pasję - tworzy parasolki. Nimi może wyrażać siebie i redukować stres. Parasolki sprawiają, że Jane staje się jeszcze bardziej niezwykła w oczach odbiorców.

W wielkim domu u Kiran dzieje się bardzo dużo. Uwagę wszystkich zaprzątają fałszerstwa dzieł sztuki: tu na ścianach wiszą cenne obrazy, a pod nimi stoją drogie rzeźby - przynajmniej dopóki ktoś się na nie nie połasi. Potencjalni włamywacze zdają się jednak nie niepokoić dorosłych. To tylko jedna z wielu zagadek, które stopniowo pojawiają się w "Niedokończonych światach Jane". Dom to przykrywka dla działalności szpiegowskiej, a agencja zajmuje się dziedziną diametralnie różną od handlu dziełami sztuki. Jane uczestniczy w coraz dziwniejszych wydarzeniach, nie wie, komu może zaufać, a z kim nie powinna rozmawiać o swoich odkryciach. Chociaż sporo wie, bezpieczniej będzie nie przyznawać się do rzeczowych wniosków. Zwłaszcza że i tak domownicy mają nad nią przewagę. "Nieskończone światy Jane" to rozłożysta powieść, w której akcja przechodzi przez różne gatunki: na początku to obyczajówka, która przeistacza się w powieść sensacyjną, a później detektywistyczną, kryminalna zagadka, która miała wybrzmiewać jak nadrzędna, zyskuje rozwiązanie mniej więcej w połowie tomu. Nie wiadomo zatem, czego się po Kristin Cashore spodziewać i do którego momentu jej ufać. Jednocześnie autorka sprawia, że międzygatunkowe przejścia są płynne, a całość zaczyna w narracji nabierać charakteru fantastyki. Mimo objętości nie ma tu ogromnych opisów ani ciągłych analiz przemyśleń bohaterki, akcja opiera się na różnorodnych wydarzeniach i rozmowach - jest to więc tekst z łatwością przyswajany przez młodych odbiorców. Autorka nie pozwala domyślać się rozwoju wypadków, stroni od oczywistości, lubi za to sceny wyraziste i poddające się wieloznacznym interpretacjom.

"Nieskończone światy Jane" to powieść zbudowana na klasycznych filarach, ale wykorzystująca nowe trendy. Propozycja dla tych, którzy lubią historie alternatywne oparte na pozorach realizmu - i bez przekraczania wyraźnych granic między światami. Cashore ma imponujący pomysł i talent do snucia wielkich narracji, nie będzie więc mieć problemu z przekonaniem do siebie czytelników.

Wojciech Widłak: Komendant wolnej Polski. O Józefie Piłsudskim

Egmont, Warszawa 2018.

Lekcja patriotyzmu

Wojciech Widłak, autor, który najlepiej sprawdza się w humorystycznych i absurdalnych historyjkach, dostał zadanie stworzenia narracji o... Józefie Piłsudskim. To okazja do lekcji historii i patriotyzmu - ale też do poruszenia tematu znacznie wykraczającego poza rozmiary tomiku na drugim poziomie serii Czytam sobie. Odpowiedzialność za wybór zagadnienia zrzuca, całkiem rozsądnie, na bajkowych dziecięcych bohaterów. To kilkulatki, które idą na spacer ze stryjem Ksawerym, zadają pytania o znaczenie biało-czerwonych flag wywieszanych w oknach 11 listopada. Żeby poradzić sobie z wytłumaczeniem, stryj Ksawery prowadzi dzieci pod pomnik Józefa Piłsudskiego, co w sposób naturalny wywołuje kolejny zestaw pytań. W takich okolicznościach nie ma właściwie wyjścia, należy przyjrzeć się historii kraju i w miarę szczegółowo opowiedzieć o państwowym święcie.

W objaśnieniach pomaga niespodziewana podróż w czasie. Wojciech Widłak jako uznany autor tomików dla maluchów zdaje sobie sprawę, że konstrukcja pytanie - odpowiedź nie wystarczy do wzbudzenia zainteresowania odbiorców. Jednocześnie unaocznienie wydarzeń lepiej zapadnie w pamięć czytelnikom. Przeniesienie w czasie i przestrzeni do XIX wieku na Litwę pozwala zaprezentować dom małego Józefa. Tu mama uczy swoje potomstwo patriotyzmu, a sam bohater poznaje, co to bieda. Bywa, że skrótowość opisu stanie się poważnym utrudnieniem dla dzieci (bo co to znaczy, że Piłsudski był konspiratorem? Trudne i nieużywane w zwykłych rozmowach pojęcie nie zyskuje bezpośredniego omówienia, a maluchom jeszcze nie uda się wywnioskować tego z kontekstu). Widłak umiejętnie operuje scenami, które można przedstawiać dzieciom (motyw zamachu na cara przenika się z krótką dyskusją na temat terroryzmu). Akcja szybko nabiera tempa, a autor podkreśla jej emocje wykrzyknieniami. Losy Józefa Piłsudskiego przeplatają się z zadaniami dla Polski. Autor nie próbuje rozwijać teoretycznie motywu patriotyzmu, skupia się na czynach i pomysłach bohatera, szuka analogii między prawdą i fikcją, żeby maluchom łatwiej było pojąć przeszłość. Odbiorcy mają wręcz zacząć kibicować Piłsudskiemu, autor odnotowuje więc ważne osiągnięcia i marzenia czy plany. Gdy wraca do teraźniejszości, może nawet zinterpretować minę pomnikowej postaci.

Historia Józefa Piłsudskiego musi zostać przycięta do wymogów poziomu serii - maksymalnie 900 wyrazów w tekście, tylko podstawowe głoski. Widłak z tym akurat wyzwaniem radzi sobie o niebo lepiej niż choćby Zbigniew Dmitroca: nie ma tu nieużywanych synonimów niepasujących do stylu i przy lekturze wręcz zapomina się o tym odgórnym ograniczeniu, a to duży sukces. Trochę ułatwia sobie zadanie autor przez zapisy liczbowe - ale przynajmniej wierzy w swoich czytelników. Wbrew początkowym scenom tomik "Komendant wolnej Polski" to publikacja, która może odbiorców zainteresować - i ze względu na nawiązanie do historii (dzieje Polski połączone z biografią Piłsudskiego) i - na objaśnianie teraźniejszości (sens świętowania), ale też z uwagi na realizację.

Obok tekstu Wojciecha Widłaka dzieci otrzymują tu szereg ilustracji Joanny Rusinek. To ważny element tomiku, który przecież - na tym poziomie serii - jest picture bookiem. Rusinek ładnie operuje różnymi stylistykami - potrafi podkreślić przeniesienie bohaterów w daleką przeszłość, bawić się też komiksowością i realizmem: postacie bywają zabawne i miewają zniekształcone proporcje - ale często budzą sympatię i uśmiech. To trochę oswajanie trudnych tematów, a trochę przyciąganie najmłodszych do lektury. Joanna Rusinek zdaje sobie sprawę z tego, że należy zaintrygować maluchy, trochę nawet odwrócić ich uwagę od trudów czytania. W tej książce pojawiają się motywy patriotyczne (także na naklejkach będących dodatkiem do opowieści). Wojciech Widłak przypomina o wartościach tradycyjnych.

sobota, 21 kwietnia 2018

Anna Sakowicz: Na dnie duszy

Edipresse Książki, Warszawa 2018.

Rodzinne przypadki

Ta powieść wykorzystuje rynkowe trendy, chociaż Anna Sakowicz trochę próbuje je odświeżyć i zmodyfikować przez świadomych reguł gatunku bohaterów. Pojawia się w "Na dnie duszy" rodzinny sekret - wraz z testamentem babki. Sekret należy do sensacyjnych: w grę wchodzi nieznany nikomu i oddany do adopcji zaraz po urodzeniu brat babki (potencjalne źródło dochodu dla chciwych potomków) raz mityczny skarb możliwy do zdobycia dopiero po rozwiązaniu zagadki. Do tego rodzina bliska jest wyjaśnienia toksycznych zachowań pewnych jej członków. We wszystko miesza Sakowicz wielką historię. Całość przygotowuje tak, by podsuwać odbiorczyniom równolegle trzy opowieści. Pierwsza dotyczy Rozalii, seniorki rodu, od której początek bierze całe zło powracające w następnych pokoleniach. To Rozalia - właśnie zmarła - u schyłku życia dyktuje swoje wspomnienia dorabiającej gdzie popadnie polonistce. Przedstawia tam swoje doświadczenia: aranżowane i kompletnie nieudane małżeństwo, niechciane dzieci, tragedię siostry zgwałconej przez "wyzwolicieli" pod koniec wojny. Prezentuje walkę o szarą codzienność - stosunek do córki i nowy związek. Drugi temat również przenosi w przeszłość, ale tu obiektem analiz jest Donata, córka Rozalii w swoich młodych latach. Donata - później despotyczna i zimna - to dziecko łaknące czułości. Radząc sobie z koszmarem w domu, zaprzyjaźnia się z sąsiadkami, dorosłymi Żydówkami. Trzeci temat to wreszcie teraźniejszość - rzeczywistość Ingi, która czyta pamiętniki babki i boryka się ze skłóconą rodziną. Matka Ingi, czyli Donata, w niczym nie przypomina budzącego kiedyś litość dziecka. Mąż pozostaje zdystansowany i obojętny, a brat węszy w poszukiwaniu nieistniejącego majątku. W takim układzie nawet najgorsza przeszłość staje się odskocznią od problemów.

Autorka ucieka od sentymentów w sarkazm. Babka w testamencie drwi sobie z członków rodziny i bez owijania w bawełnę mówi, co o nich myśli: nie ma więc tu przechodzenia żałoby ani zachowywania powagi sytuacji. Kolejni bohaterowie wyzwalane testamentem informacje oceniają jako materiał na telenowelę i trudno im się dziwić. Widać zatem, że Annie Sakowicz nieobca jest poetyka prześmiewcy - i to sprawdza się w tomie jako równowaga dla tragedii i smutków. Przy takiej wiadomości grania z konwencją razi jednak uparte rozczulanie się przy małej Donacie - objawiające się w bezustannym zdrabnianiu nazw części jej ciała. Bohaterka w dzieciństwie ma tylko nosek lub rączki (dobrze, że dłoni nie da się zdrobnić), główkę i brzuszek. To aż męczy i na pewno nie przekonuje do sprawności narracyjnej. Co z tego, że autorka wtrąca dziewczynkę w sytuacje ważne i obliczone na wywoływanie silnych emocji, skoro atmosferę niszczy deminutywami mnożonymi w nieskończoność. Do tego stopnia, że z ulgą przechodzi się w czasy, gdy Donata już nikogo nie rozczula samym faktem bycia dzieckiem, za to irytuje wszystkich jako despotyczna matka.

"Na dnie duszy" to powieść tworzona według przepisu na udane czytadło dla pań. Autorka realizuje kolejne wyznaczniki gatunku, chociaż stara się do formy podchodzić z dystansem. Widać, kiedy ma zamiar odwoływać się do uczuć czytelniczek, a kiedy wykorzystuje klucze, hasła, które wymagają od odbiorczyń śladowej wiedzy i umiejętności kojarzenia faktów. Jest to lektura rozrywkowa dla szerokiego grona czytelniczek - nie tylko fanek poppowieści historycznych (Sakowicz ucieka od stylizacji tekstowych dzięki wybiegowi z rejestrowaniem i opracowywaniem relacji Rozalii). Jednocześnie autorka nie zawsze do końca przekonuje charakterami, nakazuje bohaterom kontaktować się ze sobą mimo uprzedzeń i wcześniejszych złych doświadczeń. Inga tłumi swoje uczucia wobec rodziny, Pawłowi nikt nie zwraca uwagi na niewłaściwość pazerności. To może w lekturze nieco frustrować.

Zofia Stanecka: Basia i tablet

Egmont, Warszawa 2018.

Kłótnie w domu

Zofia Stanecka obserwacje rodzinnego życia prowadzi bez zarzutu, a do tego bardzo subtelnie wplata w nie porady dla rodziców. Jej Basia to chyba najlepsza na rodzimym rynku postać prowadząca maluchy przez różne etapy codzienności. Basia nie ma sobie równych w prawdziwości, to postać zawsze gotowa na wybryki i zabawy. Nie jest pozbawiona wad typowych dla kilkulatków - uwielbia żelki i czekoladę, nie lubi sprzątać, chciałaby ciągle oglądać telewizję. Czasami nie słucha mamy, za to o wszystkich jej sekretach wie Misiek Zdzisiek. Basia ma starszego brata Antka i młodszego - Franka (szkrab pojawił się, żeby stworzyć podserię dla młodszych dzieci, ale też zwrócić uwagę na serię kolejnej grupy odbiorców). Mama i tata Basi dzielą się obowiązkami domowymi, tu nikogo nie zdziwi, że tata zabiera się za gotowanie albo zmywanie, czasem opiekuje się też dziećmi. Mama za to nie zawsze jest uśmiechnięta i pełna pomysłów na zabawy - chodzi do pracy i niekiedy bywa zwyczajnie zmęczona, a dzieci wiedzą, że wtedy nie należy jej przeszkadzać. Tak Zofia Stanecka tłumaczy świat w obie strony i dzieciom pokazuje słabości rodziców, rodzicom zaś wyjaśnia troski maluchów. Wszystkim pokoleniom daje do zrozumienia, że nie obejdzie się be ściśle wyznaczonych i przestrzeganych reguł. Dzieci mają być posłuszne, ale dorośli muszą brać pod uwagę ich opinie - a przynajmniej wysłuchać pretensji. Wiele rzeczy rozwiązuje się przez rozmowy, a dyskusje nie zamienią się w kłótnie - nie dopuści do tego mądra autorka.

I w ten świat wprowadza Zofia Stanecka znak czasów. Antek dostaje w prezencie używany tablet. Rodzice nie chcą, by ich pociechy uzależniły się od elektronicznych gadżetów, ale z drugiej strony - nie zamierzają zakazywać ich używania. Nie ma tu skrajności, trzeba wypracować najrozsądniejsze podejście, a to bywa wyzwaniem dla wszystkich mądrze wychowujących swoje dzieci. Zwłaszcza że presja rówieśników pod tym względem jest coraz większa. Mama i tata na bieżąco opracowują nowe zasady dotyczące korzystania z tabletu. Wiedzą jednak, że nie da się uniknąć sporów i sprzeczek. Tablet wyzwala w dzieciakach większą niż zwykle kłótliwość. To męczy i denerwuje rodziców, autorka pokazuje więc sytuacje znane z domów. Ale historyjka staje się też pretekstem do rozmów o nałogach i uzależnieniach. Szkoda, że Basia, która komicznie przekręca nowe dla siebie słowa, uparcie trzyma się potem swojej wersji, niepotrzebnie może wprowadzać w błąd dzieci - bo to dowcip bardziej dla ich rodziców. W każdym razie temat-wabik (żadne dziecko nie oprze się bajce pod tytułem "Basia i tablet") staje się tu pretekstem do ważnych uwag i komentarzy. Zofia Stanecka pokazuje dzieciom, że tablet nie zawsze bywa tak fajny jak zabawa z najbliższymi, przypomina niebezpieczeństwa płynące z używania go bez opamiętania. Dorosłym wskazuje, by nie bali się nowych technologii, ale od początku jasno stawiali dzieciom wyraźne granice w korzystaniu z urządzeń elektronicznych. W tym tomiku uderza zwłaszcza umiejętność prowadzenia życiowych obserwacji - scenki takie jak ta w domu Basi znane są wielu rodzicom, nie zawsze jednak kończą się porozumieniem i świadomością dzieci w kwestii tego, co im wolno. Rodzina Basi jest tu wzorem do naśladowania - autorka przekonuje, że wprowadzenie czytelnych reguł wszystkim się przyda. Można jej uwierzyć, bo buduje wiarygodne portrety dzieci - wie, jak się czują podczas kłótni, czym się kierują w swoich reakcjach i co naprawdę lubią. Wie, kiedy nie zgadzają się z decyzjami rodziców i kiedy muszą się im podporządkować. Zofia Stanecka odnosi sukcesy dzięki szczerości portretów - i wyborowi tematów kolejnych książeczek. Marianna Oklejak też stawia na obserwacje przedszkolaków (na jednym z obrazków Basia w najlepsze dłubie sobie w nosie). Te historyjki, chociaż krótkie, są wyjątkowo precyzyjne i będą się cieszyć powodzeniem na rynku. Z lektury korzyść odniosą i dzieci, i ich rodzice. Świat kilkulatków jeszcze nigdy nie był tak dobrze objaśniony.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com