Strona główna || O autorce || O tu-czytam || Bajki || Bajkowe portfolio                       

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Małgorzata Strękowska-Zaremba: Dom nie z tej ziemi

Nasza Księgarnia, Warszawa 2017.

Strach tajemnicy

Marysia jest przejęta. Okazuje się, że jest też przerażona, ale to, że wyraźnie w coś się zaangażowała, wybija się na pierwszy plan i intryguje Daniela – starszego od niej kolegę z podwórka. Marysia ma swoją kryjówkę w krzakach i wielką tajemnicę. Nie ma za to przyjaciół – dzieci się z niej podśmiewują, a opukana Ania wciąż stuka się po czole na wieść o kolejnych rewelacjach. Daniel jest inny. Zgadza się nawet na to, żeby ta mała zamieniła się w jego szefową, byle tylko poznać sekret. Małgorzata Strękowska-Zaremba w „Domu nie z tej ziemi” startuje z historią bardzo długo. Najpierw odsłania pojedyncze tropy, konsekwentnie buduje atmosferę tajemniczości a nawet grozy, ale spycha też ewentualnie niebezpieczeństwa do wyobraźni dzieci. Do czasu.

Na razie jednak Marysia udaje odważną. Wszystko przez sekret. I przez oderwanie od lęków. Kiedy intuicja podpowiada dziewczynce, by się wycofać, istnieje bezosobowo – Marysi „myśli się”, a czasem coś jej się powie, jakby kompletnie bez jej woli. Jest jeszcze serce Marysi, które biciem ostrzega przed niepotrzebnym ryzykiem. Marysia jednak, nawet zdradzana przez własne ciało, musi być silna. Nikt nie zastąpi jej w obserwacji tego domu. Nawet Daniel, chociaż czasami wydaje się, że dużo rozumie i można by mu zaufać.

Ten dom ogarnięty jest złą magią. Nigdy nie pada nad nim deszcz, chociaż w środku może leżeć śnieg. Ten dom nie daje schronienia, jest straszną pułapką. Mści się, gdy coś pójdzie nie po jego myśli. Nie rzuca cienia, bo cały cień chowa w środku. Najgorzej mają jego mieszkańcy i Marysia o tym wie: ze swojej kryjówki w krzakach czujnie obserwuje ten dom i stara się zapobiegać przynajmniej drobnym katastrofom: kiedy mały chłopczyk porzuci wiaderko w ogródku, to już zalążek nieszczęścia – żeby nie rozgniewać domu, dziewczynka, choć z duszą na ramieniu, musi wynagrodzić mu krzywdę. Boi się, ale ludzie pozostawieni w środku mają dużo gorzej – nikt ich nie uratuje, jeśli Marysia się podda.

Na początku ta historia brzmi jak horror lub jak zły sen, ale z posmakiem przygody. Autorka utrzymuje aurę dziwności, daje Marysi prawo do samotności i do tajemnicy. Poza nią, a potem i Danielem, nikt nie wie o zagrożeniach, jakie niesie zaczarowany dom. W tej magii bohaterka ma swój udział, czuje się winna i musi podjąć radykalne kroki, żeby sytuację naprawić. Daniel wprawdzie niewiele rozumie, ale zdążył się już z „tą małą” zaprzyjaźnić i nie zostawi jej w potrzebie. Oboje odkrywają, co dom robi z ojcem rodziny. I tu Strękowska-Zaremba przechodzi do arcytrudnego tematu, łącząc baśń z problemem przemocy domowej. Momentami ta historia jest jak odwrócona Narnia, a pokrzywdzone dziecko zrobi wszystko, żeby ochronić najbliższych – pokona nawet największe koszmary. „Dom nie z tej ziemi” to historia ponura i piękna – prawdopodobnie tą książką Strękowska-Zaremba będzie zdobywać kolejne nagrody – i zasługuje na to.

Enigmatyczne dialogi, niezrozumiałe gesty i motywy definiujące drugiego człowieka u uważnego obserwatora. Dziwne sytuacje, ciągłe napięcie, mrok. Małgorzata Strękowska-Zaremba nie tworzy idyllicznej bajki. Ale jednocześnie magnetycznie przyciąga odbiorców, kusi ich wizją rozwiązania zagadki, kusi też bliskim niebezpieczeństwem, niepewnością losu i dopuszczeniem do wielkiego sekretu. Ta książka ma potężną siłę już na etapie przedstawiania fabuły. Rozciągnięta w czasie zapowiedź nie oznacza słabego punktu kulminacyjnego – ten spełni swoją rolę. „Dom nie z tej ziemi” to historia, która powinna się jak najszybciej znaleźć w kanonie lektur obowiązkowych, ale nie tylko dla dzieci. Dla dorosłych może nawet przede wszystkim. Takie ujęcie tematu rzadkiego w literaturze czwartej zasługuje na rozgłos.

niedziela, 23 kwietnia 2017

Grzegorz Rogowski: Skazane na zapomnienie. Polskie aktorki filmowe na emigracji

Muza SA, Warszawa 2017.

Sława bez pamięci

Podwójnie Grzegorz Rogowski oddala bohaterki tej książki od rzeczywistości znanej czytelnikom. Dystans czasowy i terytorialny nakłada się u niego na zniknięcie ze świadomości społecznej. Bo prezentowane w tomie „Skazane na zapomnienie” nazwiska w większości przypadków nic odbiorcom nie powiedzą, lub – powiedzą bardzo mało. Autor nie sięga do popularnych przedwojennych filmów, które do dzisiaj cieszą się uznaniem kinomanów, a jeśli już – wyłuskuje z nich postacie epizodyczne, dalszoplanowe. Artystki, które może i miały pomysł na pokierowanie własną karierą, ale przez drugą wojnę światową nie mogły w pełni realizować planów. Są tu postacie, które uważny widz wypatrzy we wskazanych produkcjach, są i takie, które zniknęły z pola widzenia za sprawą zaginionych kopii filmów – wtedy jedynym świadectwem ich działalności przed kamerami stają się recenzje i komentarze krytyków. Grzegorz Rogowski nie kieruje się tutaj popularnością ani determinacją aktorek, wybiera sylwetki ze względu na trudne koleje losu: najpierw wielkie nadzieje i wykorzystywanie nadarzających się okazji, walka o bycie dostrzeżoną i wybraną. Później – kilka filmów, które można już wpisać do artystycznego życiorysu, żeby rozstać się z etykietką amatorki. Jeszcze później – druga wojna światowa, emigracja, nowe otoczenie i całkowite przekreślenie dotychczasowego dorobku oraz możliwości kontynuowania kariery. Bo niezależnie od traktowania przedwojennej Warszawy jako „polskiego Hollywood”, prawa zagranicznych rynków są bezlitosne. Ten schemat powtarza się w prawie każdym szkicu, mimo że konkrety różnią ich bohaterki.

Są tu postacie, z którymi filmy nie zachowały się do dzisiejszych czasów, są twarze wyłonione przez prasę w konkursie „fotogenicznych”, są tancerki. Są artystki, które krytyki ani publiczności nie zachwycały grą, ale samym ciałem, figurą, pozaaktorskimi umiejętnościami. Jedne po filmowym debiucie otrzymywały natychmiast następne propozycje, inne długo musiały udowadniać swoją wartość. Rogowski tropi ich marzenia i szanse oraz zawiedzione nadzieje. Kiedy konfrontuje rzeczywistość z pomysłami na samorozwój wie, że i tak za chwilę wojna wszystko zmieni. Na emigracji artystki zajmują się bardziej życiem rodzinnym, rezygnują z kariery, a tym samym skazują się na zapomnienie – autor pokonuje więc dalekie dystanse, żeby u źródeł dowiadywać się o ich losach i prywatnych historiach. Przeważnie większość informacji uzyskuje od dzieci, buduje więc całe rodzinne relacje.

Ważnym elementem tomu jest bogaty w anegdoty, niestety z konieczności skrótowy, wstęp Michała Pieńkowskiego. Ten autor przedstawia czytelnikom niezbędne konteksty – warunki, jakie musiały spełniać przyszłe aktorki, żeby trafić na ekrany. Wskazuje drogi działania, możliwości stojące przed artystkami, prawdopodobne scenariusze. Stara się udowodnić, że przed kamery trafiały dziewczyny, które naprawdę mocno tego chciały i były gotowe na rozmaite poświęcenia, a do tego bardzo cierpliwe. To wprowadzenie ciekawie nakreśla sytuację w kinie dwudziestolecia międzywojennego (zresztą zasadami produkcji, promocji i dystrybucji obrazów filmowych autor też się zajął, by odbiorcy widzieli temat w szerszym kontekście). Tom – obszerny – wypełniony został również fotosami, artystycznymi zdjęciami aktorek, by utrwalić wieść o ich istnieniu wśród dzisiejszych czytelników i pokazać im, jak kapryśna bywa sława (lub – jak przewrotny los).

Pojazdy. Koloruję świat

Egmont, Warszawa 2017.

Figury

Najpierw naklejki, czyli coś, co każde dziecko chce mieć. 64 małe kwadraciki z najróżniejszymi pojazdami – od efektownych wozów strażackich przez tramwaje, balony, ale i rowery czy sanki. Żaglówki, helikoptery, sterowce, przyczepy – różnorodność pojazdów jest imponująca, co ważne również w procesie rozwijania umiejętności dziecka: maluch może poznawać nowa słowa, ale i rozwijać wyobraźnię – w końcu jedno z popularnych ćwiczeń na kreatywność opiera się na wymienianiu przedmiotów z określonej grupy. Kilkulatki szybko przekonają się, jak bogaty jest świat pojazdów. Dowiedzą się też, że nie tylko samochody służą do przemieszczania się. Niby prosty zestaw naklejek do zabawy, na przykład do uzupełniania rysunków – a przedstawia sporą wartość poznawczą. Dzieci mogą pytać o konkretne pojazdy (albo samodzielnie je nazywać). Tak zaczyna się cała zabawa z tradycyjną kolorowanką wydaną pod szyldem Akademia mądrego dziecka. „Pojazdy. Koloruję świat” to tomik przygotowany trochę jak blok rysunkowy, otwierany do góry, z klejonym kartkami, które można wyrwać, żeby wymyślać kolejne prezentowe zastosowania z prac najmłodszych. Bo to dla najmłodszych przeznaczona jest ta książeczka. Jednostronnie zadrukowane kartki zawierają proste szkice o grubych konturach. Pojazdy na tych rysunkach są upraszczane, sprowadzane niemal do symboli – o ile na naklejkach widnieją dokładne zdjęcia, o tyle te rysunki, które dzieci mają pokolorować, pozbawione zostały szczegółów. Tak, żeby maluchy nie zniechęcały się ogromem pracy czy stopniem skomplikowania ilustracji. To tomik przede wszystkim dla małych, niewprawnych rączek, tych, które jeszcze raczej bazgrają niż kolorują świadomie. Na tej książeczce można będzie sporo poćwiczyć – koordynację wzrokowo-ruchową czy sprawność manualną, dzieci dostaną wiele kolorowankowych zadań i same będą mogły wybrać, jakim pojazdem w pierwszej kolejności się zająć. Da się połączyć kolorowanie ze spacerem – zaobserwowany po drodze pojazd nabierze barw. Jeśli dziecko marzy o rowerku, bawi się resorakami, buduje rakiety z klocków – wszystko znajdzie odzwierciedlenie w tym tomiku.

Pozbawione szczegółów kontury pojazdów to również ułatwienie dla uczących się rysować dzieci – te wehikuły można przerysowywać przy użyciu kalki (to dobra wprawka na długo przed nauką pisania), albo – patrząc na wzór. Mali odbiorcy przekonają się, w jaki sposób narysować trójkołowy rowerek, a jak – łódź, otrzymają sensowne wskazówki, pomysły na wzbogacenie własnych prac. Przy okazji książeczka uświadamia dzieciom istnienie podstawowych elementów pojazdów (błotniki, opony, reflektory). W większości przypadków pojazdy składają się z prostych figur geometrycznych (je również kilkulatki mogą w ramach ćwiczenia wskazywać i rozpoznawać). Nastawienie na symboliczne odzwierciedlanie pojazdów oznacza, że twórcy grafik mogą szukać ciekawych „ujęć”, nietypowych kadrów – nie chodzi o przedstawianie jak najdokładniejszego widoku, więc nic złego się nie stanie, kiedy samochód zaprezentowany będzie od przodu i to z żabiej perspektywy. To tylko budzi ciekawość i rozwija wyobraźnię, uzmysławia odbiorcom, że nie ma jednego dobrego sposobu przedstawiania wehikułu.

Może chodzić też o coś zupełnie innego. Każda strona w tomiku „Pojazdy. Koloruję świat” przynosi rozpoznanie – nawet najmłodsi nie będą mieli problemu z odkrywaniem nawiązań do prawdziwych pojazdów. Duże płaszczyzny do kolorowania nie wymagają precyzji. Grube kontury dają pewien margines błędu – nic złego nie stanie się, kiedy kredka przypadkiem wyjdzie za linię. „Pojazdy” to zestaw rysunków-schematów, prostych kształtów, które zafascynują zwłaszcza kilkuletnich chłopców. Tomik jest rozwiązaniem dla niecierpliwych, dla dzieci, które jeszcze nie potrafią pisać – i dla których opanowanie trzymania w dłoni kredki lub flamastra to jeszcze świeża sprawa. Zalety tomiku wymienione na czwartej stronie okładki to reklama kierowana do rodziców – klientów. Dzieciom wystarczy możliwość kolorowania – tematycznie dopasowanych do ich fascynacji konturów. Warto jeszcze zaznaczyć, że jak na kolorowankę, ten tomik ma imponującą objętość.

sobota, 22 kwietnia 2017

Agata Tuszyńska: Singer. Pejzaże pamięci

Wydawnictwo Literackie, Kraków 2017.

Świat miniony

Mniej Isaac Singer interesuje Agatę Tuszyńską jako autor książek, za które dostał nagrodę Nobla, bardziej – jako przedstawiciel narodu żydowskiego i świata, który zniszczyła druga wojna światowa. „Singer. Pejzaże pamięci” to reportaż z odkrywania minionej rzeczywistości – i próba nawoływania do ocalenia. Tuszyńska z przerażeniem obserwuje, jak znikają ślady żydowskiej kultury i jak dzieci w szkołach powtarzają opinie o złych Żydach, kompletnie bez refleksji i zrozumienia tego, co nieopatrznie głoszą przy nich dorośli. Przy biografii Singera znajduje się miejsce na analizę przeszłości – zwłaszcza że nie wszystkie życiorysowe białe plamy da się wypełnić treścią. Autorka w portretowaniu postaci odwołuje się i do najbliższych ludzi z otoczenia Singera, którzy często mieli własne pomysły na zaistnienie – kiedy analizuje się postawy braci i sióstr, łatwiej podeprzeć teorie na temat samego bohatera książki. Przy okazji też nakreśla się cały kontekst jego działań, co prowadzi do lepszego rozumienia życiowych i artystycznych wyborów.

Agata Tuszyńska trzyma się faktów. Nie chce zajmować się analizami dzieł i literaturoznawczymi rozważaniami, sztuka nie pomaga w rozumieniu biografii, autorka nakreśla zależność odwrotną, to życie może się odzwierciedlać w książkach. Życie jest najważniejsze. Przedstawia zatem Tuszyńska Singera przez pryzmat relacji rodzinnych, ale i związków z kobietami. Prezentuje kolejne maski. Opisuje nastroje w żydowskich społecznościach i pokazuje, jak bardzo Isaaca Singera nie chcą honorować mieszkańcy ważnych dla niego miejsc. Bywa, że krąży wokół tematu, żeby odmalować ciekawe zjawiska, na które zamykają się Polacy dzisiaj. Walczy o szacunek dla środowisk żydowskich, ale zdaje sobie też sprawę z ogromu strat i wylicza, ilu żydowskich mieszkańców miasteczek nigdy nie wróciło do swoich domów, wskazuje zawody, w których dawniej prym wiedli żydowscy mistrzowie. Opowieść o Singerze zamienia się w pretekst do głośnego mówienia o tym, co niewygodne, wypierane ze świadomości społecznej i niechciane. W takich wypadkach ma się wrażenie, że Singer jako taki schodzi na dalszy plan. A przecież autorce udaje się opowiedzieć o nim całkiem sporo. Zarzuca jedynie rytm suchego kalendarium, zajmuje się sprawami – tematami, które wypełnią cały rozdział, a nie chronologicznym uzupełnianiem faktów. Tak może posiłkować się również opiniami i charakterystyką, na którą w zbiorze dat mogłoby nie być miejsca.

„Singer. Pejzaże pamięci” to książka ładna od strony literackiej, ale tu Agata Tuszyńska nigdy nie zawodzi. Nieprzypadkowo uznawana jest za jedną z czołowych biografistek – potrafi wzbudzić zainteresowanie nawet hermetycznym materiałem. Do opowieści wplata własne odczucia – nie ukrywa tęsknot czy sentymentów. Kiedy wykorzystuje wypowiedzi innych ludzi, zawsze dba o to, by były dobrze puentowane, nie stanowiły tylko wypełniacza historii. Stara się nie tylko zgromadzić wiadomości, ale i przekuć je na barwną relację, tutaj przejmuje niemal nowy rytm prozy, akcentuje zmysłowość słów, ożywia świat, na który się spóźniła. Poza biografią wprowadza więc pewien poetycki naddatek, osobną zachętę do czytania. Życie i twórczość Singera to dopiero początek wielkiej relacji, temat jeden z wielu, a przecież ani na moment Tuszyńska tego świata nie opuszcza. Jest to książka starannie przemyślana, a poprowadzona głosem serca, bez ustępstw na rzecz mód w literaturze faktu czy rozwiązań popularnych w rynkowych bestsellerach.

Beryl Evans: Charlie Ciuch-Ciuch

Prószyński i S-ka, Warszawa 2017.

Przygoda na torach

Jeszcze przed pociągiem Tomkiem, bohaterem popularnej kreskówki, a w konsekwencji również książeczek dla maluchów, zaistniał w świadomości dzieci Charlie, stary parowóz, który miał ulubioną piosenkę i poczucie ogólnego szczęścia. Charlie wyróżniał się czymś jeszcze: mianowicie – był żywy. Nie tak jak dzisiejsze ożywiane zabawki. Charlie nie był maszyną, a istotą myślącą i czującą. Był wyjątkowy, co wiedział przede wszystkim jego przyjaciel, maszynista Bob. Kiedy obaj bohaterowie przekonali się nawzajem o swojej wyjątkowości, spędzali cały czas razem. Aż w końcu nadszedł ten okrutny moment, który wymusza postęp cywilizacyjny: Charlie został odstawiony na bocznicę. Bez względu na to, że czuł się jeszcze na siłach, by pracować, bez względu na to, że praca była dla niego wszystkim. Niepotrzebny i opuszczony, płakał w samotności łzami ze smaru – ale nadszedł dzień, w którym nowoczesna lokomotywa zawiodła, a wtedy tylko Charlie mógł uratować sytuację. Beryl Evans opowiada historię o przyjaźni i oddaniu – w starym stylu (w końcu książka powstała w 1942 roku), ale tak, że przesłanie ani trochę się nie starzeje. Dla odbiorców wszystkie uczucia i stany będą zrozumiałe, podobnie jak reakcje postaci. Nie ma tu przekłamań, dzieci szybko uwierzą w prezentowaną sytuację i zaczną kibicować Charliemu. Ten bohater da się lubić – robi coś, co kocha, czerpie radość ze swojej prostej codzienności, spełnia własne marzenia, a w dodatku ma wiernego prawdziwego przyjaciela. Płaszczyzna emocjonalna jest jednym obszarem przyciągania odbiorców. Drugim jest – oczywiście – wprowadzenie bohatera ciekawego z punktu widzenia dzieci. Samochodziki, pociągi czy samoloty to stały element codziennych zabaw maluchów – a kilkulatki często chcą antropomorfizować zabawki. Charlie jako „prawdziwa” lokomotywa jest więc zachętą do zapoznania się z historią. Na długo przed powstaniem Tomka stał się uosobieniem dziecięcej wyobraźni. W tomiku z prostą przygodą Charliego najbardziej liczy się jednak przejście do potężnych przeżyć. Uczucia parowozu są jasne: radość zamienia się w rozczarowanie i poczucie odrzucenia, jednak bohater ma jeszcze okazję udowodnienia swojej przydatności – w pewnym stopniu daje nauczkę tym, którzy w niego nie wierzyli i skazali na powolną śmierć z dala od marzeń. W grę wchodzą również ludzkie doznania: poza Charliem liczą się tu tylko mężczyźni, lub – jako tło – dzieci. Dorośli nie rozumieją potrzeb lokomotywy, tak samo jak nie dociera do nich czasami świat przeżyć dzieci – odbiorcy mogą się utożsamiać z postacią i mocniej przeżywać historię.

Jest to książka ważna, potrzebna i ciekawa – również z uwagi na realizację. Imponuje pod względem literackim, dostarcza kawałka narracji na wysokim poziomie. Na przykładzie tej książeczki można pokazywać różnice między elegancką klasyką a nonszalancją literatury pop. Tu nie ma uproszczeń ani obniżania poziomu, historia, chociaż krótka (i dość konwencjonalna), sprawdza się idealnie również w kwestii wyrabiania gustu u najmłodszych. Tu czytanie to nie tylko śledzenie fabuły – to również zanurzenie się w przyjemnie stworzony tekst. Tomik ma tylko jedną wadę: ilustracje wykorzystujące te oryginalne. Nie byłyby one problemem, gdyby nie dość upiorny wygląd Charliego. Lokomotywa, nawet kiedy się uśmiecha, wygląda jak z sennych koszmarów, daleko jej do piękności – i bardzo daleko do wygładzanych standardów dzisiejszych komputerowych obrazków. Owszem, Charlie na rysunkach ma swój charakter, ale co z tego, jeśli co wrażliwsze maluchy po prostu przestraszy. Jego wizerunek zestawiany zostaje z typowo amerykańsko-komiksowo-disneyowskimi sylwetkami ludzi: osoby z otoczenia parowozu są jak żywcem wyjęte z kreskówek estetyki lat50. I to połączenie podkreśla jeszcze brzydotę Charliego. Dobrze, że pokazuje się odbiorcom – nie tylko dzieciom – klasykę w najpełniejszej wersji, ale trzeba też pomyśleć o wpływie tych ilustracji na najmłodszych.

piątek, 21 kwietnia 2017

Jeff Zentner: Król węży

Jaguar, Warszawa 2017.

Odwaga

Świat należy do Lydii. Ta nastolatka zawsze dostaje to, czego zapragnie: doskonale wie, jak to osiągnąć i nie boi się wyzwań. Nie ma znaczenia, że mieszka w małym miasteczku w Tennessee. Osiągnie wszystko. Jej dwaj wierni przyjaciele są zupełnie inni: Travis pracuje w składzie drewna i zamyka się w świecie powieści fantasy, wszelkie marzenia skutecznie wybił mu z głowy znęcający się nad rodziną ojciec. Travis bywa uważany za dziwaka, wszędzie nosi ze sobą kij, stylizując się na bohatera powieści, a przed rzeczywistością ucieka na fora dyskusyjne poświęcone ulubionemu pisarzowi. Jest jeszcze Dill, syn zielonoświątkowego nawiedzonego pastora, który wiarę swoją i innych wystawiał na próbę (trucizny i jad węży…), a teraz siedzi w więzieniu za kolekcję dziecięcej pornografii w komputerze. Dill ma świadomość, że z tego miasteczka nie wydostanie się nigdy: musi pomóc spłacić długi rodziców, a poza tym brakuje mu wiary w siebie. Nie wie tylko, jak poradzi sobie z tęsknotą, kiedy Lydia wyjedzie na studia. A ten moment szybko się zbliża.

„Król węży” to powieść o dojrzewaniu i przyjaźni – ale za sprawą kontekstów inna niż zwykłe obyczajówki. Jeff Zentner kontrastuje ze sobą postacie: Lydia prowadzi modowego bloga i w każdej sytuacji umie się odnaleźć. Chłopcy są uważani za dziwaków. Lydia próbuje wytrącić ich ze strefy komfortu, a to oznacza, że musi zwalczyć nie tylko ich kompleksy, ale i wpływ środowiska. Travis ma na to większą szansę – problemy w domu uodparniają go na ciosy od świata, siły dodaje mu też na razie internetowe zauroczenie. Dill, chociaż ma warunki do tego, by stać się piosenkarzem światowej sławy, boi się win ojca i dziadka, czuje się niemal przeklęty. W dodatku przy bliskich ogarniętych religijną obsesją, niewielu argumentów mógłby użyć. I w jego przypadku siłą napędową działania staje się miłość. W „Królu węży” sporo jest sytuacji toksycznych i pozornie bez wyjścia, do pewnych rozwiązań bohaterowie muszą dopiero dojrzeć. Lydia pokazuje im, jak spełniać marzenia. Ta przyjaźń bywa trudna, nie polega na wzajemnym chwaleniu się. Bohaterowie często się kłócą lub burzliwie dyskutują o swoich sprawach uzasadniając dotychczasowe wybory lub ich całkowity brak. Lydia wydaje się osobą, która niepotrzebnie wprowadza zamęt – aż do wydarzenia, które nieodwracalnie wszystko zmieni.

Jeff Zentner nie boi się mocnych scen i sporów między przyjaciółmi. Wie, że prawdziwa przyjaźń to także mówienie rzeczy nieprzyjemnych – w dobrych intencjach. Dokłada więc bohaterom więcej kłopotów niż mogą udźwignąć, poddaje ich licznym próbom. Sprawia, że ani Travis, ani Dill nie mogą już ufać własnym rodzicom, z kolei ojca Lydii portretuje jako jedynego dorosłego, do którego w razie potrzeby można się zwrócić z prośbą o pomoc. Nie ocenia domów ani zachowań, chociaż do karykatury doprowadza wyznania wiary u rodziny Dilla – to jeden z elementów nie do zaakceptowania, chociaż wcale nie najważniejszy. „Król węży” nie jest wygodną i miłą powieścią – ale pokazuje, na czym powinna polegać prawdziwa przyjaźń. Zentner celowo odrzuca miłe i dobre relacje, żeby zaakcentować, jak troszczyć się o siebie i jak się wspierać powinni najbliżsi. Tu wszystko wypracowywane jest w wielkich męczarniach – ale autorowi udaje się i tak zaznaczyć momenty wzruszające i ważne dla młodych odbiorców.

Przyjaźń w „Królu węży” jest szorstka, za to prawdziwa i trwała. Stanowi wskazówkę dla odbiorców – Zentner nie zgadza się, żeby rozczulali się oni nad sobą, udowadnia za to, że wszystko da się zmienić, bez względu na to, jak beznadziejnie bez wyjścia czuliby się bohaterowie na początku. Psychologicznie bywa ta publikacja ciężka, ale i tak nie pozwoli oderwać się od śledzenia losów postaci. Chociaż autor mocno bohaterów indywidualizuje – przerysowuje nawet – nie traci na szczerości przekazu. To propozycja dla czytelników, którzy nie lubią prostych i optymistycznych czytadeł, za to potrzebują opowieści o sile rosnącej w miarę wspólnego działania. Wymagająca książka dostarczy satysfakcji nastolatkom i pozwoli nabrać dystansu do codziennych problemów.

czwartek, 20 kwietnia 2017

Magdalena Zawadzka: Moje szczęśliwe wyspy

Marginesy, Warszawa 2017.

Wyprawy

Magdalena Zawadzka rozsmakowała się w pisaniu i, trzeba przyznać, wychodzi jej to bardzo dobrze, nawet bez porównań do wspomnieniowych książek aktorów. Jest tu elegancja językowa, precyzja i dbałość o czytelnika, jest też chęć podzielenia się własnymi doświadczeniami, ale bez irytującej wiwisekcji. „Moje szczęśliwe wyspy” to trzecia książka Zawadzkiej – a autorka wciąż zachowuje w niej radość życia i… stoicki spokój, przekonanie, że dzieje się to, co ma być. Tym razem oprowadza odbiorców po swoich ulubionych miejscach na całym świecie, od czasu do czasu wracając myślami do ukochanego Gustawa czy do syna Jaśka, do rodzinnego domu, rodziców i dziadków. Aż trudno uwierzyć w początkowe zapewnienia na temat poddania się nurtowi wspomnień – aktorka zamierza toczyć opowieści bez planu i schematu do wypełnienia, tymczasem „Moje szczęśliwe wyspy” cechują się precyzyjnym i uporządkowanym wywodem: narracja tutaj sama w sobie stanowi czynnik wykluczający wspomnieniowy chaos.

Magdalena Zawadzka jest uzależniona od podróży, do tego się w tomie przyznaje, ale nawet gdyby nie chciała, i tak widać ogromną namiętność do dalekich wyjazdów – z koleżankami, przyjaciółkami czy dorosłym synem przemierza świat. Wiele w tym tomie rozdziałów, które są zamkniętymi migawkami podróżniczymi – relacjami z pobytu w określonych miejscach. Zawadzka zamienia się wówczas w przewodnika – opowiada, gdzie była i czym się zachwyciła, więc i w konsekwencji – co trzeba koniecznie zobaczyć, jeśli wyruszy się jej śladem. Przytacza szereg wiadomości dotyczących konkretnych miejsc trochę jakby oprowadzała wycieczkę złożoną ze swoich fanów – świadoma, że może zapewnić im to, co najlepsze według jej samej. Zachwyca się i monumentalnymi budowlami, i krajobrazami, jest też w stanie zaakcentować to, czego odbiorcy nie dowiedzieliby się bez rozmowy z miejscowymi lub prześledzenia lektur. Wypoczynek wiąże się ze zdobywaniem informacji, nie polega na bezrefleksyjnym odhaczaniu kolejnych miejsc. To prawdziwa pasja, którą aktorka chce zarażać. W tomie „Moje szczęśliwe wyspy” na długo zapomina o pracy, koncentruje się na podróżach i pisze w stylu, który znany jest turystom – podróżnikom, proponuje książkę trafiającą i na rynek globtroterów – chociaż nie do końca o takim przeznaczeniu.

Rzadsze są rozdziały poświęcone wspomnieniom rodzinnym – charakterystyce domów dziadków, małżeństwu, życiu w PRL-u czy… modzie. Magdalena Zawadzka chętnie powraca do czasów dzieciństwa i młodości, snuje indywidualne historie, zapewniając czytelnikom przynajmniej pozorną bliskość. To wszystko dodatki do wiadomości, które znalazły się w poprzednich książkach, luźne przemyślenia i skojarzenia nadające książce atmosferę familiarności. Film i teatr pojawiają się dopiero na trzecim miejscu – Magdalena Zawadzka traktuje je teraz jako tło spotkań i przeżyć. Czasami opowiada o zetknięciach z gwiazdami światowego formatu(przy których czuje się jak zwykła fanka), czasami nawiązuje do wielkich wydarzeń (50 lat pracy artystycznej) – ale nie zajmuje się tym tematem zbyt szczegółowo, raczej z konieczności, żeby pokazać odbiorcom poza wypoczynkiem również elementy zawodu.

W tym wszystkim daje się zauważyć krzepiący optymizm, niesłabnącą pogodę ducha. Magdalena Zawadzka pisze z delikatnym humorem i przyjemnością. Tom ozdabia też licznymi zdjęciami z podróży oraz z przeszłości – zapewnia czytelnikom wizualne podsumowanie tekstowych wynurzeń.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com