Strona główna || O autorce || O tu-czytam || Bajki || Bajkowe portfolio                       

wtorek, 26 stycznia 2021

Barbara Stenka: Zostań sama w domu

Nasza Księgarnia, Warszawa 2021.

Ratunek

Specyficzną tematykę mają książki nagradzane w konkursie literackim im. Astrid Lindgren i Barbara Stenka się w nią idealnie wpisuje. „Zostań sama w domu” to bardzo ważna pozycja, która pokazuje młodym odbiorcom, że nawet z najgorszej sytuacji znajdzie się jakieś wyjście, a przy okazji – że chorób psychicznych nie widać, co nie znaczy, że można je lekceważyć. Bohaterką tej książki jest nastoletnia Diana, dziewczynka, która ma za sobą trudną przeszłość. Stopniowo będzie dzielić się z odbiorcami doświadczeniami prowadzącymi do obecnego stanu rzeczy: teraz Diana mieszka z babcią (którą nazywa „swoją kobietą”), ma kilku dobrych przyjaciół i uczy się na nowo ufać innym. Marzy o tańcu, chociaż na udzie ma wielką bliznę i sądzi, że to przeszkodzi jej w ewentualnej karierze. Diana to osoba o dość skomplikowanej psychice, także przez to, że nie wszystko chce o sobie opowiedzieć.

Podczas wakacji bohaterka przekonuje się, że ludzie bywają ekscentryczni i każdy ma własne specyficzne upodobania lub zachowania. Jest chłopak, który samodzielnie i codziennie oczyszcza małe jezioro, w nadziei, że uda mu się wyzbierać wszystkie śmieci i że zapoczątkuje w ten sposób ekologiczne myślenie w okolicy. Jest przedziwna rodzinka, która na plaży je posiłki w odświętnych strojach, a poza tym zajmuje się obserwowaniem reakcji społeczeństwa na dziwne wydarzenia. Ludzi, którzy dają się spokojnie poznać i rozgryźć, Diana się nie boi. Nie lubi jednak swoich wspomnień. Nie chodzi też do zwyczajnej szkoły, ale o tym opowie, kiedy przyjdzie czas na powrót do obowiązków. Diana dużo przeżyła – i dzieli się z odbiorcami swoją historią, kontrastując ją z sielskimi obrazkami z dziecięcego radia. Ona nie wie, co to znaczy dorastać w prawdziwej i pełnej rodzinie. Gdyby nie babcia, uważałaby, że szpitale są najbardziej przyjaznymi miejscami.

Barbara Stenka skupia się na problemach płynących z niedojrzałości dorosłych i nadmiernej dojrzałości dzieci – która później może przekształcić się w traumę utrudniającą funkcjonowanie w codziennym życiu. Diana zachowuje się niekonwencjonalnie, ale też jej doświadczenia nie należą do prostych. To dziecko dorosłych, którzy nie dojrzeli do obowiązków i którzy nie poradzili sobie z wielką tragedią. Idzie zatem autorka o krok dalej niż przez typowy już w literaturze czwartej rozwód rodziców: teraz rezygnuje z parasola ochronnego nad najmłodszymi. Cierpią tu dzieci, ale i rodzice nie umieją się pozbierać – co wpływa na wszystkich. Wsparciem jest babcia, która wszystko rozumie bez zbędnych wyjaśnień, daje tyle czasu, ile potrzeba na dojście do siebie, dyskretnie czuwa, żeby w razie potrzeby wkroczyć do akcji. Ale babcia też nie zamierza rezygnować z siebie, może dzięki temu właśnie staje się takim wsparciem: chociaż zawsze jest blisko Diany i dodaje jej otuchy, zachowuje się zupełnie inaczej niż typowe babcie. Pozwala Dianie samodzielnie dojrzewać do pewnych decyzji, nie naciska, wychowuje z wyczuciem. I ten obrazek w „Zostań sama w domu” najbardziej cieszy. Chociaż miło by było, gdyby autorka zrezygnowała z okropnego zwrotu „moja kobieta” w narracjach i wypowiedziach dziecka do babci – nie jest to zestawienie o neutralnym brzmieniu i wypada dość paskudnie.

poniedziałek, 25 stycznia 2021

Krzysztof Pyzia: Stewardesy. Cała prawda o lataniu

Prószyński i S-ka, Warszawa 2021.

Z powietrza

Krzysztof Pyzia informacje od stewardes zbiera, ale ma wyraźne problemy z ich uporządkowaniem, zresztą chaos twórczy widać już we wstępie, kiedy niemal każde zdanie przenosi czytelnika do innej strefy tematycznej i dotyczy innego problemu poruszanego (lub nie) w tomie. Hermetyczne i stosunkowo niewielkie środowisko, prośby wielu pań o zachowanie anonimowości i kategoryczne ucinanie niewygodnych tematów są tu na porządku dziennym. W efekcie autor niby sugeruje, że dostąpił wiedzy tajemnej, ale może jedynie sygnalizować część zagadnień. „Stewardesy. Cała prawda o lataniu” to raczej zestaw wskazówek dla tych, którzy marzą o powietrznej karierze, albo dla stale podróżujących samolotami – by mogli się przekonać, jak od kulis wygląda praca na pokładzie. Po rozbieganym wstępie autor niekoniecznie chce dalej zaprowadzać jakiekolwiek porządki w książce. Umawia się po prostu na rozmowy (często w okolicach lotnisk, bohaterki książki poświęcają mu wolne chwile między kolejnymi lotami), czasami przypomina mu się anegdota lub inne wyznanie, które wtrąca jako komentarz do gotowego wywiadu.Nawet niespecjalnie redaguje te wypowiedzi, zdarzają się tu niewygodne w lekturze powtórzenia czy stylistyczne niezręczności zrozumiałe w języku mówionym, za to w pisanym – zgrzytające. Panie dzielą się szczegółami pracy, przynajmniej jeśli chodzi o zakres obowiązków, rekrutację czy wymogi dotyczące wyglądu, przebieg lotu i zadania na pokładzie. Każda ze stewardes porusza inne kwestie, niektóre bohaterki przygotowują chętnych do pracy, inne relacjonują procedury pokładowe, jeszcze inne opowiadają o tym, co dzieje się podczas turbulencji, jacy pasażerowie są najbardziej kłopotliwi, jakie konsekwencje spotykają tych, którzy nie chcą się dostosować do regulaminu. Znajduje Pyzia także osobę latającą z rodziną królewską w Arabii Saudyjskiej. Dowiaduje się, jak stewardesy wypoczywają, co pakują do bagażu, jakie choroby im grożą i jakie cechy charakteru najbardziej się przydają w tym zawodzie. Odkrywają jego rozmówczynie dość interesujące strony latania, takie, o których rzeczywiście czytelnicy mogli nie wiedzieć (a i, sądząc z zachowania pasażerów, przewijającego się przez te wyznania, również takie, które nie należą do kanonu wiedzy podróżujących). Kiedy trzeba urwać niewygodny lub niebezpieczny temat, radzą sobie bardzo dyplomatycznie. Można by doszukiwać się w tych przemilczeniach sensacji – ale faktem jest, że niczego poza lotniczymi „legendami” Krzysztof Pyzia nie usłyszy w sferze pikanterii.

Jest to publikacja, która przygotuje chętnych do zawodu. Wskaże, na co trzeba się przygotować i z czym się mierzyć, uzmysłowi szerokiej rzeszy czytelników, jak trudna jest praca stewardesy (zarobkowe widełki się tu pojawiają, chociaż nie w każdym wypadku). Liczy się zestaw ciekawostek, możliwość odkrywania czegoś, co jest niedostępne zwyczajnym odbiorcom. „Stewardesy” to książka atrakcyjna właśnie ze względu na możliwość zajrzenia do środowiska zamkniętego. Można było lepiej opracować teksty, zmienić formę albo zdecydować się na inny rodzaj gromadzenia materiałów – ale i tak na rynku się ten tom sprawdzi jako coś oryginalnego.

niedziela, 24 stycznia 2021

Eva Meijer: Języki zwierząt

Marginesy, Warszawa 2020.

Porozumienie

Eva Meijer zajmuje się filozofią języka zwierząt, do tematu podchodzi od strony humanistycznej, unika za to reportażowości i przytaczania kolejnych anegdot z historiami zwierząt porozumiewających się z ludźmi lub ze sobą nawzajem. Nie znaczy to, że zarzuci odbiorców mnóstwem teorii i rozważań, zmieni jednak proporcje znane dzięki chociażby programom przyrodniczym. „Języki zwierząt” to nie tylko próba sprawdzenia, czy zwierzęta mówią – ale także okazja do zastanowienia się nad istotą porozumiewania się, nad gramatyką i informacjami przekazywanymi członkom własnej społeczności. To także droga do poznawania specyfiki poszczególnych gatunków – i do zaskakujących odkryć. Eva Meijer od czasu do czasu przytacza opowieści o badaczach, którzy znaleźli metodę rozpoznawania mowy zwierząt – przywołuje także odkrycia związane z samymi pracami nad „tłumaczeniem” wiadomości wysyłanych przez różne stworzenia do siebie nawzajem. Zaczynają przecież powstawać maszyny, które przekładają choćby język pand czy delfinów na ludzkie komunikaty – to nie efekt szalonych pomysłów naukowców, a chęć lepszego zrozumienia świata fauny i możliwość ocalenia gatunków. Człowiek zaczyna z szacunkiem podchodzić do przyrody i parę razy próbuje wyjść naprzeciw oczekiwaniom zwierząt. „Języki zwierząt” to drobny tom, który popularyzuje wiedzę na temat stanu badań i samych odkryć. Autorka nie ogranicza się tu do żadnych gatunków (chociaż na przykład nie pisze o naśladujących ludzką mowę gwarkach) – interesuje ją każda możliwość porozumienia ponadgatunkowego. Rejestruje zatem i opowieści o papugach lub szympansach, które nauczyły się języka (lub języka migowego), żeby uzyskać kontakt z człowiekiem, ale i odkrycia dotyczące innych stworzeń: opowiada między innymi, co oznaczają poszczególne ruchy w tańcu pszczół. Przywoła przykład ostrzeżeń przed drapieżnikiem albo wiadomości o tym, gdzie znajduje się pożywienie. Zwierzęta rozmawiają ze sobą na lądzie, w powietrzu i pod wodą – a każde z odkryć w tej kwestii przybliża ludzi odrobinę do możliwości ocalania przyrody. Znacznie trudniej będzie bowiem niszczyć środowisko, kiedy już pozna się myśli innych mieszkańców Ziemi. Wśród badaczy nie brakuje idealistów. Co ciekawe, nacisk kładziony jest przede wszystkim na zwierzęta, które uczą się wykorzystywać zrozumiałe dla ludzi znaki, znacznie rzadziej dochodzi do komunikacji w drugą stronę. Autorka tomu przekonuje odbiorców, że warto zająć się językiem zwierząt. Nikt już nie ma wątpliwości, że zwierzęta wymieniają między sobą informacje, a ta publikacja wyzwala chęć obserwowania otoczenia. Od czasu do czasu przytacza Eva Meijer przykłady odkryć i przypadki wyjątkowych zwierząt, które uzmysłowiły uczonym, że można przynajmniej próbować zrozumieć specyfikę ich języka – i te fragmenty wypadają w narracji znacznie lepiej niż filozoficzne rozważania, które bywają jednak za bardzo ogólnikowe. „Języki zwierząt” to pozycja przede wszystkim dla zainteresowanych światem przyrody i próbujących pojąć fenomen fauny.

Robot Trains. Złota księga bajek

Egmont, Warszawa 2020.

Roboty na torach

Po sukcesie bajki animowanej Tomek i przyjaciele, twórcy prostych historyjek zorientowali się, że na rynku wydawniczym istnieje potężna nisza dotycząca pochodzenia bohaterów. Robot Trains to seria dla najmłodszych bardzo mocno na „Tomkach” wzorowana, a jednocześnie wykorzystująca nieco więcej możliwości technicznych. Podczas gdy Tomek i inne lokomotywy, pociągi czy wagony jeżdżą przez cały czas po torach i nie mogą za bardzo oddalać się od własnego przeznaczenia (chyba że zostaną wysłani na misje na różne kontynenty, ale i tak czeka ich wówczas jazda po przygotowanych szynach), bohaterowie z Robot Trains są bardziej humanoidalni. Na torach przypominają pociągi: są w stanie przewozić z miejsca na miejsce całe składy wagonów, każdy ma sporo siły i potrafi poradzić sobie z typowo pociągowymi wyzwaniami. Ale kiedy nie ma potrzeby przemierzania wielkich dystansów, a liczy się praca w bazie albo w zespole, pociągi przestają być pociągami – zamieniają się w roboty człekokształtne (mają nogi i ręce: w przypadku transformacji w pociąg zostają im tylko talerzowate twarze) i przeżywają przygody zupełnie jak wszyscy zwyczajni wymyśleni bohaterowie. I to jest jednocześnie poszerzenie możliwości fabularnych dla autorów, ale też – ogromne uproszczenie. Bo o ile w przypadku Tomka trzeba było trochę się wysilić, żeby dopasować zestaw wydarzeń zrozumiałych dla małych odbiorców do świata pociągów – najmniej chyba przypominających ludzi bohaterów – o tyle u robotów ze „Złotej księgi bajek” takie dylematy nie istnieją. Porównań z pierwowzorem nie da się uniknąć: podobny jest nie tylko pomysł, ale i sama konstrukcja poszczególnych opowiadań. Za każdym razem dzieci mają do czynienia z bajką, w której mocno zarysowany morał pokazuje im prawdę o nich samych i uczy społecznych zachowań. Za każdym razem będą przeżywać emocjonujące przygody, a w bohaterach odkryją ślady własnych dylematów: niektóre roboty nie wiedzą, co wychodzi im najlepiej, inne mimo siły i własnej potęgi lubią zachwycać się pięknem drobiazgów, jeszcze inne podejmują się każdego zadania i przez to mogą wpakować się w tarapaty. Dla odróżnienia od świata Tomka, w którym nawet jeśli ktoś jest zły, to prawdopodobnie przez własne problemy i szybko się poprawi, tu istnieją trzej wrogowie (dość nieudolni), którzy marzą o tym, żeby wykradać energokule pociągom-robotom. Ubarwia to nieco fabułki i pozwala na zarysowanie innego rodzaju wewnętrznej siły opowieści. Tomik „Złota księga bajek. Robot Trains” został przygotowany tak, by zapewnić maluchom czystą rozrywkę. Każda rozkładówka to dwie partie tekstu i dwa kadry z bajek – tak, by dzieci miały wrażenie oglądania historii kolorowej i bogato zdobionej, a jednocześnie nie czuły się przytłoczone nadmiarem tekstu. Nacisk kładziony jest na dialogi i emocje w nich zarysowywane. Jest to publikacja przeznaczona dla małych fanów Robot Trains i przygotowana tak, żeby dzieci otrzymały tu kilka cennych lekcji na temat zachowań i reakcji na określone wyzwania.

sobota, 23 stycznia 2021

Stanisława Celińska w rozmowie z Karoliną Prewęcką: Niejedno przeszłam

Prószyński i S-ka, Warszawa 2020 (wznowienie).

Wyznania

Stanisława Celińska rozmawia z Karoliną Prewęcką szczerze, czasami nawet bardziej, niż pozwala na to konwencja wywiadu-rzeki, będącego jednocześnie autorską prezentacją. Próbuje wprowadzić swoje poglądy na kwestię wiary czy roli duchowości w temacie zerwania z alkoholizmem - jednak to sprawy marginalne, mimo że bardzo ważne. W tomie "Niejedno przeszłam" pojawić się muszą, chociaż jedynie dopełniają wątek ról i aktorskich czy piosenkowych osiągnięć. Jest to książka przekrojowa, Stanisława Celińska pod kierunkiem Prewęckiej traktuje ją jako możliwość opowiedzenia o sobie. Powraca pamięcią do dzieciństwa, opowiada o szkole teatralnej i o marzeniach związanych z występowaniem na scenie. To elementy, których można się spodziewać, niemal stałe punkty każdego biograficznego i rozłożystego wywiadu. Tu jednak wydaje się, że dla Celińskiej znacznie ważniejsze niż zanurzanie się w przeszłość są relacje z ukochanym psem (a Karolina Prewęcka monologi do suni odnotowuje i zaznacza w tekście, wiedząc, że odpowiednio zdefiniują całą ludzko-psią przyjaźń).

Istotą tomu są naturalnie kolejne role telewizyjne, filmowe czy teatralne - a także współpraca z reżyserami. Powrót Stanisławy Celińskiej do aktorstwa po życiowym przełomie okazał się nie tylko ważny z artystycznego punktu widzenia, ale również za sprawą wielkiego zaufania do dość kontrowersyjnego - a przynajmniej nie klasycznego - teatru Krzysztofa Warlikowskiego. Temu artyście aktorka pozostała wierna nawet wówczas, gdy opuściła go część zespołu. Celińska wyjaśnia tutaj powody swojej decyzji oraz przedstawia własną perspektywę: tłumaczy, co ceni w tym rodzaju sztuki i skąd czerpie inspiracje do najbardziej wymagających ról. Bez krygowania się rozpatruje temat nagości na scenie i przedstawia znaczenia, którymi sama się kieruje. Opowiada o emocjach i o sposobach kreowania postaci, dzieli się z Prewęcką informacjami, jak buduje role i czego poszukuje w sztuce. Przytacza nietypowe rozwiązania: co robi, kiedy nie może zaśpiewać recitalu, co chce osiągnąć przez wybór niemedialnych tekstów czy wzniosłych zagadnień - jak trafiać do ludzi, którzy znają ją wyłącznie z ról serialowych i nie sądzą, że jest w stanie uruchomić w nich inne emocje. Stanisława Celińska to ciągłe poszukiwanie wyrazu artystycznego, wydaje się, że w tej rozmowie udało się to zaakcentować. Oczywiście książka nie składa się wyłącznie z zapisu szeregu rozmów. Aktorka zaprasza do swojego portretu przyjaciół: zarówno tych z życia zawodowego, jak i z prywatnego - obok znanych reżyserów pojawią się zatem kompletnie nieznane powszechnie sąsiadki, które przedstawią "swoją" Staszkę, obok aktorów z pierwszych stron gazet wypowie się i taksówkarz, który Stanisławę Celińską wozi. To ciekawe podejście, rzadko spotykane w gatunku - twórcze wykorzystanie konwencji. Ponadto Karolina Prewęcka przedstawia na końcu własny ranking sztuk ze Stanisławą Celińską, opisuje własne wrażenia z kolejnych spektakli - tak, żeby czytelnicy przekonali się, że reakcje, o których rozmawia się w tomie, rzeczywiście stają się udziałem publiczności. Jest "Niejedno przeszłam" publikacją, która pozwala lepiej poznać Stanisławę Celińską i pokazać jej pomysły na rzeczywistość.

piątek, 22 stycznia 2021

Marta Kisiel: Dywan z wkładką

W.A.B., Warszawa 2021.

Wiejska sielanka

Chociaż panuje moda na bieganie, Tereska Trawna uprawiać joggingu nie zamierzała. Szczęśliwa ze swoimi nadprogramowymi kilogramami, spełniona żona i matka, najchętniej spędzałaby czas na obliczaniu podatków (i zabierając dwunastoletniemu synowi router, bo z niewiadomych przyczyn zasięgu w całym domu nie dało się uzyskać). Jednak rodzinę odwiedza matka Andrzeja, Mira. Odwiedza i zaprowadza własne porządki, a konkretnie - zamierza przekonać synową, że bieganie jest fantastyczne. Tereska nie lubi konfliktów, więc poddaje się presji. Jednak podczas przebieżki wydarza się coś, co sprawia, że teściowa i synowa będą spędzać ze sobą znacznie więcej czasu i znacznie lepiej niż do tej pory się dogadywać. Ku lekkiemu zaniepokojeniu ze strony Andrzeja, nieprzypadkowo wybierającego na miejsce zamieszkania tereny dość od codzienności matki odległe.

"Dywan z wkładką" Marty Kisiel to powieść, którą najlepiej byłoby przepisać każdemu jako rewelacyjne lekarstwo na chandrę. Autorka sięga po komedię kryminalną i sprawdza się w tym gatunku idealnie, aż chce się przekonać wszystkich wokół, żeby odłożyli to, co właśnie dla rozrywki czytają i sięgnęli po "Dywan z wkładką" dla ogromnej dawki śmiechu. Kryminalnie dzieje się tu niezbyt wiele: ot, pojawiają się tajemnicze zwłoki zawinięte w dywan, który do niedawna leżał sobie zapomniany w kącie nowego garażu Trawnych (i przez ów dywan nie można już faktu zignorować). Ktoś w małej społeczności może okazać się mordercą i warto byłoby rozwiązać zagadkę choćby dla komfortu dalszego mieszkania w spokojnej pozornie okolicy. Tereska Trawna nie ma pewności, czy w zbrodnię nie jest zamieszany jej małżonek, dlatego też podąża za teściową i próbuje znaleźć argumenty przemawiające za niewinnością Andrzeja. Z kolei dzieci Tereski - przesadnie przedsiębiorcza i mocno chłonąca wszelkie ideologie Zoja oraz fajtłapowaty Maciejka - śledzą mamę i ukochaną babunię, bojąc się, że planują one z jakiegoś powodu pozbyć się głowy rodziny. Wywołuje to oczywiście sporo zamieszania, a i komplikacji na tle obyczajowym. Ważną rolę odgrywa tu również Pindzia, ukochany pies Trawnych, a dodatkowy kontrapunkt zapewnia jej szpak spod powały. Gadający, żeby było ciekawiej.

Satyra w wykonaniu Marty Kisiel objawia się bardzo celnymi portretami, karykaturami z dobrotliwym brzmieniem - i umiejętnością prowadzenia humorystycznych opisów. Jednoczesny dystans i pobłażliwość wobec postaci to wyznaczniki tej książki. Może się tu zdarzyć wszystko, a autorka wszystko wyśmieje - ale nigdy z poczuciem wyższości. Trawnych lubi się od pierwszych słów powieści, a kolejne rozwiązania w dziedzinie kryminalnego śledztwa czy obyczajowości oznaczają wybuchy śmiechu czytelników. Marta Kisiel idzie w ślady Joanny Chmielewskiej, dobrze wsłuchuje się w jej frazy - ale tworzy własną wersję powieści rozrywkowej. Trudno uwierzyć, że w gatunku komedii kryminalnej debiutuje - jest bardzo przekonująca w kreowaniu postaci oraz w samej intrydze. "Dywan z wkładką" to książka, którą czyta się z przyjemnością i wśród ciągłych chichotów, choćby tylko dla prześmiewczych opisów. Jest to książka, która powinna stać się lekturą obowiązkową - jest bowiem niezawodnym poprawiaczem humoru, lepszym niż rekomendowane przez Tereskę Trawną kasztanki. I chyba po takiej propozycji wydawniczej Marcie Kisiel ciężko będzie wrócić do fantastyki. Czytelnicy będą się domagać kolejnych komedii kryminalnych w takim stylu jak "Dywan z wkładką". A może ktoś przy okazji zacznie biegać.

czwartek, 21 stycznia 2021

Olga Mecking: Niksen. Holenderska sztuka nierobienia niczego

Prószyński i S-ka, Warszawa 2020.

Wsłuchiwanie się w siebie

Każdy kraj musi teraz obowiązkowo znaleźć swój sposób na zwolnienie tempa życia i na relaks. Pojawiła się moda na uzasadnianie czegoś, co powinno być oczywiste - na usprawiedliwianie konieczności odpoczynku. Odbiorcy mogą dowolnie żonglować różnymi pojęciami, w większości wypadków chodzi po prostu o znalezienie czasu dla siebie. Ale bez względu na trendy i naśladowanie poradników, które odniosły sukces, czasami pojawia się coś, co można twórczo wykorzystać. Teraz czas na holenderską ideę niksen - sztukę nicnierobienia, którą przedstawia mieszkająca w Holandii a pochodząca z Polski Olga Mecking. Nie chodzi tu jednak o zwyczajne oderwanie się od pracy. Autorka przekonuje, że niksen nie może wiązać się z oglądaniem filmów dla rozrywki czy ze śledzeniem mediów społecznościowych. Wbrew obawom, niksen nie wiąże się też z bezproduktywnością: kto pozwoli sobie na swobodne błądzenie myślami, szybko zyska na kreatywności. Jednak osiągnięcie takiego stanu nie jest wcale proste. Autorka próbuje przedstawiać swoje wnioski na temat niksen, czasami wyjaśnia zawiłości językowe i rzeczywiste znaczenia. Podsuwa odbiorcom pytania do przemyślenia. Przy okazji zajmuje się też komentowaniem specyfiki życia w Holandii - i nawet jeśli komuś niksen nie wydaje się atrakcyjnym pomysłem na relaks, może zajrzeć po ciekawostki na temat zwyczajnej egzystencji Holendrów. Olga Mecking wyjaśnia wszelkie wątpliwości, wśród nich także te, które zachowania nie są w stylu niksen, chociaż mogą być łudząco podobne. Zawsze, gdy w grę wchodzi opisywanie niemedialnych zachowań (w tym wypadku - leżenia na kanapie, pod kocem, z kubkiem gorącej herbaty), trzeba dokładnie pojąć szczegóły. W niksen nie ma miejsca na planowanie, rozwiązywanie problemów czy rozpamiętywanie minionych wydarzeń. Myśli mają błądzić swobodnie.

Olga Niksen prowadzi narrację dość osobistą. Wplątuje do relacji własne przeżycia i doświadczenia, wykorzystuje wiedzę, którą zdobyła przez samo mieszkanie w różnych krajach. Zachęca do praktykowania niksen, ale też przekonuje, że nie jest idealna i że sama nie zawsze może zastosować się do prezentowanych przez siebie rad. Pisze lekko, ale też rzeczowo: stara się, żeby odbiorcy nie musieli zbyt długo szukać kolejnych wskazówek. Tu nie ma potrzeby przedzierania się przez komplikacje tekstowe - wszystko okazuje się jasne. Również z tego względu idea niksen wypada całkiem atrakcyjnie. "Niksen. Holenderska sztuka nierobienia niczego" to publikacja bardzo sympatyczna. Dobrze przemyślana pod kątem konstrukcyjnym, napisana bez wielkich słów i bez prób wykorzystywania retorycznych chwytów w ramach przekonywania czytelników do określonych zachowań. Stara się Olga Mecking porządkować wiadomości. Tłumaczy wszystko, co może być niejasne, zestawia, porównuje, dzieli się przykładami. Sprawia, że odbiorcy dobrze pojmą ideę niksen i być może zechcą wcielić ją w życie. To niewielka objętościowo książka - cieszy w niej jednak staranne przygotowanie zawartości. "Niksen" to nie jest tom przełomowy - wykorzystuje modę na rynku literackim, więc nie zaskoczy treścią. Zawiera odpowiedź na wszystkie "hygge" czy "ikigai", ale nie rozczarowuje. Olga Mecking niby wpisuje się w trendy rynkowe, a jednak nie odczuwa się tu wtórności. Z tej publikacji można wyciągnąć dla siebie cenną i zagubioną dzisiaj umiejętność relaksowania umysłu - przydatną zwłaszcza wtedy, gdy ktoś czuje się zmęczony nadmiarem obowiązków i zajęć w pracy.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com