Strona główna || O autorce || O tu-czytam || Bajki || Bajkowe portfolio                       

poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Matthias Nawrat: Wszystkie śmierci dziadka Jurka

Bukowy Las, Wrocław 2016.

Wolność humoru

Matthias Nawrat pisze to samo, co wszyscy Polacy zajmujący się własnymi losami (lub losami bliskich) od czasów drugiej wojny światowej po PRL. Tyle tylko, że próbuje spojrzeć z dystansu na zagadnienia, które tutaj porusza się niemal wyłącznie w jeden, uświęcony tradycją, sposób. Odrzuca tony martyrologiczne lub nostalgię, ucieka w ironię lub kabaret i sprawia, że „Wszystkie śmierci dziadka Jurka” stają się momentami mimowolną satyrą na opowieści o cierpieniach i niepowodzeniach. Bo dziadek Jurek w tym wypadku objawia się jak ktoś, kto nie dopuszcza do siebie myśli o utrudnieniach i uciążliwościach. Żyje, jakby nic złego wokół niego się nie działo, całkowicie zdaje się na los i ucieka od problemów. Buduje sobie mentalny azyl (który potem wiernie odtwarza jego syn). W efekcie jednego nie złamie pobyt w Oświęcimiu, drugiego smutni panowie wykręcający mu kostki u nóg w hotelowym pokoju. Bohaterowie pozostają ponad tym. Nie interesuje ich nawet podział na dobrych i złych Niemców, bo dziadek podczas wojny poznał jednych i drugich, więc ze spokojem może przyjąć do wiadomości, że rodzina przeprowadza się do Niemiec.

Nawrat ucieka od klasycznych opowieści o życiu w dwudziestowiecznej Polsce, obcy mu jest ton lektur, którymi u nas karmi się już dzieci w szkołach. Nie musi podporządkowywać się żadnym wzorcom i nie wpadnie w żadne schematy tekstowe. Historie przedstawiane przez dziadka Jurka zawierają sporo motywów znanych żyjącym i mieszkającym w Polsce, niemal obowiązkowych, kiedy mówi się o przeszłości; przenikały też do różnych tomów rozrachunkowych czy wspomnieniowych – z tą tylko różnicą, że zwykle miały „wyższy” i pozaliteracki cel: danie świadectwa, zachowanie dla potomnych pamięci o krzywdach, prostowanie faktów, bunt… U dziadka Jurka tego wszystkiego nie ma. Dziadkowi Jurkowi udaje się, choć to pozornie niemożliwe, sztuka życia osobno. Dziadek Jurek wypada jak szaleniec, bo nic nie robi sobie z ekstremalnych nawet zagrożeń, a zachowuje się, jakby o nich w ogóle nie wiedział. I tylko czasami czytelnicy z przebłysków prawdy mogą dowiedzieć się o przyjętej strategii. Matthias Nawrat pierwszy dystans zyskuje przez fantazję dziadka Jurka, jego interpretacje pojawiające się w opowieściach. Drugi – dzięki oddaleniu czasowemu. W takim ujęciu może przyjmować relacje doświadczonego człowieka jako bajania i przekazywać dalej w całej otoczce absurdu. Do czytelników zbrojnych w wiedzę, świadomość historyczną, a czasem też obyczajowe domowe opowieści należeć będzie wyłuskiwanie prawdy z literackich ozdobników. Nawrat zresztą nie do końca wierzy w ich analityczne zdolności i mocno ułatwia zadania, dość szybko wprowadzając konkretne podpowiedzi.

Pojawia się w tej książce kilka bardzo atrakcyjnych spostrzeżeń służących podtrzymywaniu wersji dziadka Jurka (sztandarowym jest to o głodzie w obozie koncentracyjnym), zdarzają się też tajemnice, na których odszyfrowanie trzeba długo czekać. Przeważnie jednak Nawrat posługuje się dosyć prostymi chwytami w wydobywaniu absurdów, zadowala się pierwszym poziomem kodowania historii – i szkoda, bo gdyby odważył się na więcej, dotarłby do jeszcze ciekawszych wniosków. „Wszystkie śmierci dziadka Jurka” to pomieszanie beletrystyki z literaturą faktu, odwrócenie schematów znanych z memuarów. Odważne, ale raczej nie na tyle, żeby wywołać ferment: zwłaszcza że na próbę walki z konwencją porywa się autor z zewnątrz (Niemiec urodzony w Opolu). W planie faktów akcja „Wszystkich śmierci dziadka Jurka” niczym nie zaskakuje. W opracowaniu pojawiają się oryginalne dowcipy i sarkazm oparty na kreacjach postaci „prostaczka”. Nawrat zachęca do zweryfikowania relacji z przeszłości lub do prześledzenia mechanizmów obronnych. Pytanie tylko, czy nie za późno.

niedziela, 28 sierpnia 2016

Agnieszka Tyszka: Koniki z Szumińskich Łąk. Majka

Egmont, Warszawa 2016.

Zielona szkoła

W Szuminie ciągle dzieje się bardzo dużo, tak, że Klara ledwo nadąża z opisywaniem najważniejszych spraw. Teraz na przykład w stajni pojawia się malutka haflingerka, osierocona przez mamę Majka. To kolejny koń, który znajdzie schronienie i przyjaźń – bohaterkę pod opiekę wezmą nie tylko ludzie, więc Majka dość szybko zapomni o smutkach, a tęsknotę rozproszy życzliwość innych koni. Sama Klara dostrzega u siebie nadmierną skłonność do płaczu: dorasta i wiele rzeczy traktuje bardziej emocjonalnie. Tymczasem humory Niny uspokoiła przeprowadzka do babci. Ale żeby w Szumińskich Łąkach nie było nudno, Agnieszka Tyszka sprowadza grupę z zielonej szkoły. Dzieci, pod wodzą apodyktycznej Przeborki, mają spędzać czas z daleka od cywilizacji. Ich pomysły są czasem dziwaczne, a czasem śmieszne, ale niemiłe zachowanie jednej z dziewczynek sprawia, że Klara musi interweniować. Agnieszka Tyszka przypomina jeszcze o dobrodziejstwach internetu: pani Kwaczek planuje rozpocząć sprzedaż kaczych jaj i ma na to świetny marketingowo pomysł. Po raz kolejny w serii wszyscy udowadniają, że zaściankowość może być jedynie stanem umysłu, a nie pochodną miejsca zamieszkania.

Dobre są minipowieści z serii Koniki z Szumińskich Łąk. Tyszka dba o to, by cały czas coś się w nich działo, a przy okazji zajmuje się ważnymi społecznymi troskami. Wprowadza motywy istotne dla nastolatków, a także dzieci – pokazuje, że niekiedy powinny brać sprawy w swoje ręce, a nie czekać na decyzje dorosłych. Tłumaczy, jak aktywizować lokalne społeczności i tworzyć szanse na zaistnienie, czy chodzi o zdobycie pieniędzy na szczytny cel, czy o pomoc nękanym lub smutnym. Ta autorka nie udaje, że wszystko zawsze będzie idealne i ułoży się po myśli czytelników. Kreatywnie podchodzi jednak do problemów i daje przykład, jak się z nimi rozprawiać. Pod tym względem Szumińskie Łąki to sielanka. A przecież na porządku dziennym są tu sprzeczki (także między oddanymi przyjaciółkami), pojawiają się zarzuty i pretensje. Ważne jednak, że bohaterki chcą i potrafią o tym rozmawiać, nie obrażają się na siebie za słowa prawdy, a mogą wypracować kompromisy.

Agnieszka Tyszka nie boi się pisania o trudnych sprawach, ale i tak część z nich przerzuca na konie (które prowadzą własne monologi wewnętrzne). To dynamizuje akcję i pozwala unikać przewidywalności. Ludzie i tak mają bardzo dużo pracy z ogarnięciem swoich spraw. Dzięki rozdwojeniu narracji autorka buduje więź z bohaterami (i to więź międzygatunkową), wprowadza elementy bajkowości, co w powieści tego rodzaju jest dosyć ważne. A przy okazji ułatwia sobie tworzenie kolejnych części, samodzielnych mimo zgrabnego połączenia w cykl.

„Majka” to książka pisana z humorem. Tyszka ma dużą wprawę w tworzeniu krótkich i treściwych historyjek dla dzieci i młodzieży – a w Konikach z Szumińskich Łąk czuje się coraz lepiej. Pozwala na to, by każda postać inaczej manifestowała twórcze pomysły i by każda miała swoje zdanie, które potrafi w razie czego obronić. Nie chce za to, by w Szuminie komukolwiek działa się krzywda, więc wszelkiego rodzaju minorowe nastroje starannie rozpracowuje. „Majka” pokazuje, że można skomplikowane kwestie wyjaśniać dzieciom w prosty sposób. Ta książka również rozwija wyobraźnię, zachęca do działania i do zmieniania spraw, z którymi w najbliższym otoczeniu trudno się zgodzić. Podsuwa wiele atrakcyjnych i gotowych rozwiązań, ale przede wszystkim dostarcza dzieciom rozrywki. To powieść nie tylko dla miłośników koni oraz kucyków – Tyszka zajmuje się przede wszystkim troskami ludzi. A robi to tak, że warto jej posłuchać. W „Majce” sprawy istotne dla społeczności mieszają się z dziecięcymi nadziejami oraz zestawem silnych uczuć. Do tego autorka dokłada przygodę i to gotowy przepis na sukces.

sobota, 27 sierpnia 2016

Jasmine Warga: Moje serce i inne czarne dziury

Burda, Warszawa 2016.

Czekanie

Ten motyw coraz śmielej wkracza do powieści dla nastolatków, a autorzy próbują fabułami nagłośnić problem i zachęcić do poszukiwania pomocy. Inne niż rozrywkowy cele mają przeważnie swoją cenę, bywa, że jest nią już w planie historii dydaktyzm lub przewidywalność. Jasmine Warga bardzo się stara uzasadnić postawy swoich bohaterów. Wprowadza do książki parę nastolatków po przejściach. Ojciec Aysel, Turek, odsiaduje wyrok za morderstwo na młodym chłopaku (a że w okolicy wszyscy się znają, dziewczyna nie ma szans na anonimowość). Roman czuje się winny. Oboje pragną śmierci i poznają się na portalu dla samobójców. On wyznacza datę ostatecznego zakończenia ziemskich męczarni, ona zapewnia, że się nie wycofa. Trzeba jeszcze tylko uśpić czujność matek.

„Moje serce i inne czarne dziury” to literackie odliczanie do dnia zero. Bohaterom pozostał niecały miesiąc życia. W tym czasie muszą pracować, chodzić do szkoły, ale i spotykać się ze sobą dla zachowania pozorów. Im bliżej końca, tym więcej spraw chce pozamykać Aysel. Nastolatki coraz lepiej się poznają, dowiadują się wiele o sobie nawzajem i docierają do głębszych uczuć. Autorka zarysowuje trudne zauroczenie, żeby wszyscy zaczęli sobie zadawać pytanie, czy jest sens na własne życzenie rozstawać się ze światem, który od czasu do czasu okazuje się całkiem znośny. Stopniowo odkrywa też tajemnice obojga, żeby łatwiej było zrozumieć ich desperację i myśli samobójcze. Nie ocenia przy tym nikogo.

Z zewnątrz i Aysel, i Roman, nie prezentują się zbyt atrakcyjnie. Dziewczyna odrzuca wszelkie życzliwe gesty, obija się w pracy i nie szuka towarzystwa szkolnych kolegów. Chłopak zamyka się w sobie. Oboje potrzebują przede wszystkim wstrząsu, nie profesjonalnych sesji terapeutycznych, ale zmiany, która pozwoli im uwierzyć, że mogą żyć dalej – już bez stanów depresyjnych, wyrzutów sumienia czy rozpaczy. Jasmine Warga w tym upatruje ocalenia. Nie bierze pod uwagę, bo dla dobra fabuły nie może, że wikła postacie w toksyczny związek. Czytelnicy w pewnym momencie sami zauważą różnice w oczekiwaniach nastolatków. Na razie jednak trudna miłość ma mieć moc wyzwalającą, bez względu na zakończenie całej sytuacji.

Ta powieść łączy w sobie wątki historii o dojrzewaniu i zwykłych sprawach z codzienności młodych ludzi. Mroczna jest w niej przeszłość w warstwie zewnętrznej – bo w końcu Aysel i Roman stali się mimowolnymi ofiarami wydarzeń – i przyszłość, którą bohaterowie dla siebie planują. Autorka pozwala postaciom wziąć sprawy w swoje ręce, wyznaczyć cel, który, chociaż nie do zaakceptowania dla postronnych, da jeszcze odrobinę chęci wytrwania. Ta strategia stopniowo przeradza się w próbę odwrócenia uwagi. Warga usiłuje wstrząsnąć czytelnikami, przypomnieć im, co dobrego może na nich czekać, jeśli tylko zdecydują się na dokonywanie nowych odkryć. Próbuje dodawać otuchy i nadziei, a nie być przy tym oskarżana o pedagogiczne tony. Dlatego potrzebna jej przemiana Aysel, dlatego też tak wiele pułapek w tomie ulega w końcu rozbiciu. „Moje serce i inne czarne dziury” to powieść, która trafi do nastolatków, może przemówi im do wyobraźni, a co bardziej wrażliwych wzruszy. Nie przeszkodzi w tym nawet dosyć przewidywalny kierunek fabuły. Bywa ta historia miejscami naiwna, ale trudno pisać inaczej o zauroczeniu nastolatków. Autorce dużo bardziej zależy na tym, żeby odbiorcy uwierzyli, że z każdej sytuacji jest jakieś nieostateczne wyjście. A dla zainspirowanych lekturą a borykających się z depresją podaje strony i telefony zaufania (w polskiej wersji odpowiednio zmienione), gdzie można uzyskać pomoc. I to właściwy cel tej książki.

piątek, 26 sierpnia 2016

Minecraft. Księga Sekretów Ocalałych

Egmont, Warszawa 2016.

Podręcznik gry

Malutki niepozorny tomik w grubej tłoczonej okładce to „Księga Sekretów Ocalałych”, skarb dla fanów Minecrafta oraz dla tych, którzy dopiero wkraczają w świat tej kultowej gry. Stephanie Milton zajmuje się tu nadaniem tekstowi kształtu tajemniczego poradnika, Joe McLaren wprowadza humorystyczne ilustracje poglądowe. Przez sposób opracowania nie da się jednoznacznie stwierdzić, do jakiej grupy wiekowej kierowana jest książka: nikt nie zarzuci wydawnictwu, że to publikacja wyłącznie dla dzieci. Fanom się spodoba.

W „Księdze Sekretów Ocalałych” znajdują się literacko opracowane wskazówki dotyczące rodzajów broni, zarządzania systemem obrony czy wyruszania na podbój komputerowego świata. Wszystko w przejrzystych działach, żeby czytelnicy mogli korzystać z tej książki jak z przewodnika. Część podpowiedzi bazowych co jakiś czas powraca jako konieczny element większej strategii, więc tomik został przygotowany tak, by nauczyć podstawowych zasad. Ocalali to „podziemna grupa ekspertów w sztuce przetrwania, którzy przebywają w świecie Minecrafta od czasów wersji Alpha”, a „Księga Sekretów” ma być „podręcznikiem sztuki przetrwania” kierowanym tylko do najlepszych. Ten wątek tajemniczości nastraja pozytywnie do lektury (bądź co bądź użytkowej), a utrzymywanie przekonania o elitarności i ograniczonym dla przypadkowych odbiorców dostępie do wiedzy to wyśmienita zachęta do zgłębiania tajników książki. Całość przybiera formę leksykonu: rodzaje broni, baz i zjawisk prezentowane są w formie artykułów hasłowych. Odbiorcy dowiedzą się, dlaczego potrzebować będą określonych rodzajów broni, ale też jak ją wykonać. Ciekawą kwestią będzie używanie broni zaimprowizowanej z przypadkowych materiałów, wykorzystywanie tego, co znajdzie się na drodze. Minecraft w ten sposób uczy logicznego myślenia i kreatywności. W budowaniu własnych baz porady zbliżają się do przepisów kulinarnych, z precyzyjnym wyliczeniem potrzebnych przedmiotów i ich działaniem. Wyjaśnianie nie tylko co, ale i dlaczego warto gromadzić, uprzyjemnia samą grę. Przy wrogach określany jest poziom zagrożenia, do tego dochodzą triki podczas walk. Pojawiają się strategie i przydatne na różnych etapach gry podpowiedzi. Nie ma tu właściwie zbędnych komentarzy, wszystko podporządkowane zostaje przydatności. W „Księdze Sekretów Ocalałych” znalazło się też miejsce na własne notatki i inne niż proponowane strategie walki z wrogimi mobami. Użytkownik, który uzupełni księgę o swoje spostrzeżenia, będzie bardziej ją cenił, a później może przekazać wiedzę kolejnemu fanowi.

Jest ta książeczka dowodem, że można połączyć grę komputerową i zestaw wskazówek z ciekawą rozrywką. Czytanie kolejnych uwag opiera się na wtajemniczaniu w sprawdzone już chwyty. Z pewnością korzystanie z tomiku wzbogaci grę – albo o rozwijanie zaprezentowanych strategii, albo o poszukiwanie własnych, odrębnych metod działań. Minecraft się nie starzeje i nie ma ograniczeń wiekowych, a to najlepszy wyznacznik jakości. W tej publikacji znalazły się uwagi dotyczące świata z gry, ale ujętego tak, jakby był prawdziwy. To rodzaj przedłużania przyjemności dla użytkowników.

Wielką zaletą „Księgi Sekretów Ocalałych” jest forma sugerująca realizm tworów z gry. Ta rozrywka wzbogacona została o liczne wyzwania, pułapki wymagające kreatywnego ujęcia tematu. Odbiorcy mają do czynienia z zestawem sekretów, które mogą dowolnie modyfikować i zmieniać na swoje potrzeby, w grze nie ma bowiem jednego poprawnego scenariusza. Tym samym „Księga Sekretów Ocalałych” może zamienić się również w dobrą reklamę gry, zachętę do dołączenia do grona fanów. A chociaż to publikacja użytkowa i poświęcona innemu medium, nie ma w niej widocznych oznak pośpiechu, chaosu czy przypadkowości w korzystaniu z dość długo trwającej mody. To poradnik stworzony z wyraźnym pomysłem, przeszczepienie na grunt literacki zabaw i sztuczek wirtualnych.

czwartek, 25 sierpnia 2016

Annie Barrows: Opowiem ci pewną historię

Świat Książki, Warszawa 2016.

Relacja

Jeden życiowy zakręt może wszystko zmienić. W latach 30. XX wieku Layla nie zamierza poślubić podsuwanego jej przez ojca „odpowiedniego” kandydata. Wpływowy rodzic mści się na córce, zsyłając ją do Macedonii, małego miasteczka w Wirginii Zachodniej. Tutaj Layla ma zamienić się w historyka: spisywać dzieje mieszkańców i miejsca, by przygotować kronikę na 150-lecie miasta. Wszystko po to, by zarobiła na swoje utrzymanie i przekonała się, jak ciężko pracuje się na samodzielność. Senator Beck jest wpływowym człowiekiem i bez jego zgody nikt nie przyjąłby Layli do pracy. Zadanie zapowiada się, jak męczarnia, ale stopniowo bohaterka zanurza się w oryginalne historie, plotki i skandale. Wkrótce zmienia się w rasową dziennikarkę, która dociera do najskrzętniej ukrywanych tajemnic.

„Opowiem ci pewną historię” to powieść dla tych, którzy lubią rozbudowane narracje i spowalniane przez słowa tempo akcji. Życie w małym miasteczku jednak wcale nie zwalnia, docierają tu również echa wielkiej polityki, pracownicy decydują się na strajki, a część tajemnic Layla musi zdobywać podstępem. Annie Barrows dobrze czuje się w klimacie małego miasteczka, w którym przeszłość bywa równie ważna co drobne obyczajowe skandaliki. Z tego zresztą buduje sporą część opowieści. Historie innych odkrywa Layla fragmentami, podkreślając zwłaszcza to, co nie nadawałoby się – według moralności mieszkańców – do publikacji. W takim ujęciu historia Macedonii staje się naprawdę żywa i prawdziwa w wymowie.

Urzeka autorkę możliwość powrotu do innych czasów. Barrows wręcz ucieka od teraźniejszości: kusi ją dawna obyczajowość i cała sieć konwenansów. Sprawia jej przyjemność odwiedzanie surowych matron i ludzi, którzy nie boją się żyć po swojemu mimo wszystko. Metamorfoza Layli, chociaż stanowi fabularną oś, jest tu tylko miłym uzupełnieniem zestawu odkryć i ploteczek. A okazuje się niewyobrażalna. Z młodej, zbuntowanej i rozkapryszonej panny o ciętym języku wyrasta samodzielna i pewna siebie myśląca kobieta. Zajęcie, które miało być karą oraz nauczką, dla tej bohaterki staje się wyzwoleniem – zupełnie niespodziewanie. Layla dzięki swojemu uporowi zyskuje od losu szansę, którą dobrze wykorzystuje. Takie poprowadzenie postaci sprawia, że tom staje się uniwersalną opowieścią o niepoddawaniu się absurdalnym wymaganiom innych i życiu własnym życiem. Annie Barrows dla przyjemności odbiorców przenosi ten motyw w dość oczywisty kulturowo-obyczajowy kontekst, uwypuklając tym samym również przesłanie tomu.

Książka rozwija się powoli, a fragmentaryczność fabuły podkreślana jest jeszcze przez genologiczną zmienność. Barrows bardzo chętnie posługuje się listami (tu grają nie tylko bezpośrednie komentarze, ale i niezamierzone przez literackich autorów kontrasty między regułami epistolografii i wyrażanymi, lub choćby czytelnymi, zapiskami. Dochodzą zmiany samych narratorek i ich prywatne potrzeby czy przemyślenia. „Opowiem ci pewną historię” zawiera również fragmenty przygotowywanej historii Macedonii: autorka bawi się stylami, a mimo ucieczki do początku XX wieku wpatrzona jest – pod względem gatunku – w wielkie narracje dziewiętnastowieczne. „Opowiem ci pewną historię” to oczywiście powieść wielopłaszczyznowa, co innego znaczą tutaj małomiasteczkowe plotki lub doświadczenia jednostek, co innego – próby zachowywania przeszłości dla potomnych, a co innego akcenty społeczne. Annie Barrows godzi tu przeciwieństwa, nie boi się sięgania po tematy trudne, za to dystans czasowy pozwala jej unikać zagadnień modnych dzisiaj czy po prostu banalnych scenariuszy.

środa, 24 sierpnia 2016

Elżbieta Ceglarek: Drugie życie Leny

Rozpisani.pl, Łódź 2016.

Związek

„Drugie życie Leny” ogląda światło dzienne za sprawą serwisu Rozpisani.pl i to dla tej opowieści chyba jedyna szansa na zaistnienie na rynku. Elżbieta Ceglarek pisze bowiem bez świadomości dwóch ważnych zasad: po pierwsze wagi słów, które padają w książce, a po drugie – odpowiedniego rozłożenia akcentów. Do tego dochodzi też kwestia logoreiczności wywodów i próby przekładania rzeczywistości w skali 1:1, ale na pierwszy plan wysuwają się właśnie słowotoki bez napięć emocjonalnych i uzasadnienia.

Bohaterką jest tutaj Lena, matka dorosłego dziecka (co raczej bez znaczenia dla całości) i kobieta po trudnych przejściach w zakończonym dawno małżeństwie. Lena jest szczęśliwa jako singielka, a pracuje jako dyrektorka przedszkola (to w fabule niezbyt się liczy). Któregoś dnia potyka się na schodach i wpada w objęcia przystojnego i szarmanckiego ginekologa, Marcina. Od tego momentu rozpoczyna się historia rozpisana na dwie osoby. Miłość rozwija się szybko, ale w czytelnikach szybciej rozwijać się mogą wątpliwości. Marcin zamyka Lenę w złotej klatce, bez przerwy powtarza, jak bardzo ją kocha, a od słodkich słówek i deklaracji czasami aż może zemdlić. Jednocześnie dyktuje wybrance, co ta ma robić, zmusza ją do podjęcia leczenia, prezentuje ataki zazdrości, decyduje za oboje, a kłótnie łagodzi komplementami i zapewnieniami o miłości. Przez dużą część tomu akcja dotyczy po prostu problemów zdrowotnych kobiety, reszta to kłótnie i czułości na przemian. Gdzieś tam Ceglarek próbuje wprowadzić Lenie rywalkę, ale niewiele z tego wynika. Przegląd tytułów rozdziałów daje czytelnikom jasność co do przebiegu fabuły, bo Elżbieta Ceglarek nie ukrywa, co się zaraz stanie (za to jej bohaterka co pewien czas powtarza, że coś okaże się dużo później).

„Drugie życie Leny” to książka oparta przede wszystkim na dialogach, przynajmniej od momentu, w którym bohaterowie się spotykają. Najpierw prowadząca narrację Lena ma tendencję do uściślania swoich spostrzeżeń lub do nazywania reakcji. Tłumaczy, co właśnie zrobiła, chociaż wynika to bezpośrednio z jej wypowiedzi, albo po kilku zdaniach raz jeszcze podkreśla raz nazwany stan. Kiedy do opowieści wkracza Marcin, „Drugie życie Leny” zamienia się w szereg rozmów, i to dość kurtuazyjnych. To, co dałoby się uchwycić w jednym akapicie, autorka potrafi rozwlec nawet na kilka niewiele znaczących stron. Gd pojawia się większa zażyłość między bohaterami, stosuje na przemian czułości i pretensje, w dodatku dość często padają tu imiona, jakby bohaterowie musieli przypominać, z kim rozmawiają. Przy takim ograniczaniu postaci z zewnątrz nie ma to większego uzasadnienia.

W „Drugim życiu Leny” brakuje pomysłu na fabułę. Jest tu zaledwie kilka wydarzeń, na których rozpięta została całość – ale Elżbieta Ceglarek nie wie, co powinna zrobić dla uzyskania odpowiedniego tempa powieści. Wybiera raczej nieświadomie konstrukcje dziennikową, rozdziały są bardzo krótkie, za to pozbawione spojrzenia z dystansu na treść. W efekcie zanim dojdzie się do konkretów, trzeba przemierzyć całą drogę z krygowaniem się czy sporami o funkcji wyłącznie fatycznej. Nie wiadomo tak naprawdę, po co autorka opowiada historię Leny. Przy wywołanej przez nią konstrukcji psychologicznej postaci (i Leny, i Marcina) finał, dla odmiany zamknięty w kilku zdaniach, wydaje się zbyt nieprawdopodobny, żeby cieszyć się lekturą. Elżbieta Ceglarek odrzuca tu wszelkie zasady paktu z czytelnikami, korzysta za to z przywileju piszącego. Książce jednak przydałoby się wielkie przemeblowanie.

wtorek, 23 sierpnia 2016

Bradley Somer: 27 pięter

Prószyński i S-ka, Warszawa 2016.

Zbiegi okoliczności

Jeśli latająca złota rybka o imieniu Ian może wzbudzić ciekawość dorosłych, to Bradley Somer znajdzie czytelników, fanów absurdu i ostrego humoru. Ian wyskakuje z akwarium na 27 piętrze – i w tym momencie czas zwalnia, autor zagląda bowiem do kilku wybranych mieszkań, żeby przyjrzeć się ich lokatorom w najbardziej dramatycznych lub przełomowych momentach egzystencji. W porównaniu z tym, co przeżywają sąsiedzi w dwudziestosiedmiopiętrowym budynku, lot Iana nie ma znaczenia. Stopniowo odkrywane tajemnice po kawałku się tłumaczą i łączą ze sobą, a zaskoczeń dla czytelników jest coraz więcej, Somer bowiem ze szczególnym upodobaniem gromadzi wstydliwe tematy lub sprawy, o których nie mówi się publicznie. Jeden mężczyzna buduje związki z kilkoma kobietami równocześnie, inny lubi przebierać się w damskie ciuszki. Pani, która boi się wyjść z własnego mieszkania, pracuje w sekstelefonie, inna zaczyna rodzić, a awaria windy zamienia blok w pułapkę, zwłaszcza dla mieszkańców wyższych pięter. Jest tu dziecko o ponadprzeciętnej inteligencji i pewien samotnik. Wszyscy bohaterowie na skutek różnych zbiegów okoliczności znajdą się w przełomowych punktach życia. A Ian cały czas spada, chociaż jego pamięć krótkotrwała nie pozwala na zbytnie przejmowanie się niecodzienną sytuacją. Coś się w końcu wydarzy. przecież dzieje się cały czas.

„27 pięter” to książka bezkompromisowa. Autor lubuje się w amerykańskim humorze, chętnie śmieje się z cudzych nieszczęść lub słabości, jeśli tylko bohater ma zadatki na czarny charakter, lituje się za to nad słabszymi i bezbronnymi. Obnaża wszelkie fałsze i obłudę, zawsze wtedy, gdy kłamstwo mogłoby być wymarzoną ucieczką od problemów codzienności. Nie zależy mu na zwyczajności, tu każde wydarzenie jest wstrząsem. Od ironicznych scenek przechodzi czasem do wulgaryzowanego seksu, chce pikantnych relacji między postaciami i oryginalnych odkryć, które prowadzą do jednego wniosku – że życie jest zbyt krótkie, żeby tracić je na wahania i zamartwianie się. Tu każdego i w dowolnej chwili spotkać może kataklizm, Bradley Somer nikogo nie oszczędza. Skrzętnie ukrywane fakty to źródło trudnego komizmu, autor zręcznie operuje ironią, ale nie każdego rozśmieszy. Z jednej strony nastawia się na prymitywne żarty i przyciąga masową publiczność rozrywaniem schematów, z drugiej czuje więź z postaciami i dąży do jak najlepszego ich zrozumienia. Wystawia bohaterów na poważne próby, nie ma dla nich taryfy ulgowej, bo przecież do każdego w pewien sposób przywiązuje, i, co ważniejsze, każdy zmusza do zastanowienia się nad własnym kodeksem wartości.

Jest „27 pięter” powieścią nierówną w rytmie. Somer lubi naturalistyczne sceny, nie zawaha się też przed odzieraniem postaci z intymności. Zdarza mu się tworzyć subtelne fragmenty, ale zaraz przełamuje je przesadną wręcz otwartością. Już sam fakt, że tematów szuka w sferze seksualności pokazuje, jak zależy mu na wywołaniu fermentu. Ten motyw przełamuje kwestiami filozoficznymi: pojawi się w tomie i wątek śmierci, i słowne zabawy w opisach. „27 pięter” nie jest książką, którą można by brać na poważnie, znika jednak szansa na ignorowanie tak prezentowanej akcji.

Komu znudzi się wędrowanie po piętrach i odwiedzanie wciąż tych samych kilku mieszkań, może pobawić się ruchomą rybką na marginesie powieści. Co ciekawe, Somer w tekście tylko na początku wydaje się hamować opowieść. Później zdecydowanie podkręca tempo. Jest w stanie na dłużej pozostawić czytelników w niepewności co do losów rozgrywających się w ciągu kilku chwil: po prostu przerywa relację i udaje się w obchód po innych domach, również obfitujących w ekstremalne doznania mieszkańców. W efekcie tworzy powieść zabawną i również dla wymagających odbiorców. „27 pięter” to zestaw historii splatających się ze sobą (co mocno zaburza realizm, więc pasuje do absurdów fabuły) i atrakcyjnych przez przełamywanie schematów. Somer nie chce się nudzić przy pisaniu, więc wybiera do swojego tomu zbiór relacji niemożliwych.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com