Strona główna || O autorce || O tu-czytam || Bajki || Bajkowe portfolio                       

środa, 22 listopada 2017

Karla Kuskin: Filharmonicy się stroją

Muchomor, Warszawa 2017.

Przygotowania

Wśród różnych zawodów, jakie standardowo przedstawia się dzieciom, nie spotyka się „filharmoników”, członków orkiestry jako zbiorowości. Już częściej muzyków grających na konkretnych instrumentach. Ale zwykle zawody artystyczne przegrywają w relacjach dla najmłodszych z tymi „konkretnymi”, zapewniającymi w oczach dzieci szereg przygód. Dla maluchów ciekawa będzie praca policjanta, strażaka czy kierowcy autobusu, niekoniecznie muzyka. A przecież właśnie do tego zajęcia najszybciej mogą się dzieci przybliżyć, za sprawą lekcji gry na instrumentach. To jedno z bardziej popularnych zajęć dodatkowych, na które zapisywane są już kilkulatki – szansa na muzyczną karierę pojawia się więc dużo wcześniej niż możliwość zostania strażakiem. Tomik „Filharmonicy się stroją” jest z różnych względów przewrotny. Nie tylko dlatego, że odnosi się do zbiorowości zazwyczaj przez grupę docelową niedostrzeganej – mało które dziecko myśli o orkiestrze jako o zespole indywidualności. Karla Kuskin i Marc Simont w ogóle nie zajmują się motywem grania jako sedna pracy filharmoników. Sama praca to puenta krótkiej obrazkowej historii. Dwuznaczny tytuł odnosi się do innego aspektu przygotowań do koncertu – aspektu, który będzie wspólny wszystkim odbiorcom, bez względu na wiek i zainteresowania.

Karla Kuskin odwraca zwykły porządek dnia znany najmłodszym. Tutaj dopiero gdy nadchodzi wieczór bohaterowie zaczynają działać. Na wieczór przenosi się zestaw czynności, które dzieci wykonywać muszą – często wbrew chęciom – o poranku. Gdy nadchodzi wieczór, filharmonicy biorą kąpiel (lub prysznic), dokładnie się wycierają, a potem ubierają. Każdy wybiera inny rodzaj bielizny, niektórzy wkładają dodatkowe sztuki odzieży, bo często marzną. Mimo że ubierają się elegancko i na czarno, każdy może zdecydować się na inny strój. Nie koniec na tym nawet gdy wychodzą z domów, filharmonicy są różni – wybierają rozmaite środki transportu, żeby dotrzeć do celu. Te wszystkie różnice podkreślane z każdą rozkładówką przestają mieć znaczenie dopiero wtedy, gdy bohaterowie znajdą się na sali i zajmą swoje miejsca. Od tej pory działać będą jako orkiestra – dzielące ich kwestie, przyzwyczajenia, domy – już się nie liczą. Teraz wszyscy działają razem, by powstała piękna melodia.

„Filharmonicy się stroją” to zabawna i inteligentna miniaturka. Autorka wprowadza niewyobrażalną dla dzieci liczbę bohaterów – jest tu dziewięćdziesięciu dwóch mężczyzn i trzynaście kobiet – nie ma mowy o przedstawianiu każdego z osobna, liczą się ich podzbiory. Kuskin operuje liczebnikami, żeby pokazać skalę zjawiska, podkreślać typowość lub nietypowość zachowań. Urozmaicenia w postawach wybranych grup widać również na rysunkach. „Filharmonicy się stroją” to picture book, w którym narracja pozwala rozbijać rozkładówkowe rysunki na pojedyncze motywy. W tekście dominuje oryginalny pomysł – w ilustracjach natomiast humor wynikający z naturalności. Filharmonicy przybierają najrozmaitsze pozy przy wycieraniu się po kąpieli czy ubieraniu się – to studium rysowania postaci, a i dowcip rzadko spotykany w tomikach dla dzieci. W tych rysunkach nie ma naiwności – chociaż to scenki humorystyczne, to tworzone z zachowanie proporcji, a i z akcentowaniem różnic w wyglądzie (są tu na przykład grubsi i chudsi muzycy). Karla Kuskin i Marc Simont wygrywają oryginalnym pomysłem – tym wzbudzają uznanie także dorosłych odbiorców. Ale tu realizacja zasługuje na największe pochwały. Nie da się nic zarzucić ani tekstowi, ani ilustracjom – nawet tłumaczenie składa się na sukces publikacji. „Filharmonicy się stroją” to żartobliwy drobiazg, książeczka, obok której nie da się przejść obojętnie. Kto wie, czy dorosłym nie przyniesie więcej zabawy niż maluchom.

wtorek, 21 listopada 2017

Jan Brzechwa: Brzechwa dzieciom. Dzieła wszystkie. Teatrzyki

Nasza Księgarnia, Warszawa 2017.

Aktualne i nieaktualne

Ostatnim tomem wielkiego wydawniczego przedsięwzięcia „Brzechwa dzieciom” są „Teatrzyki”, czyli utwory pisane w celach inscenizacyjnych. Część zamieszczonych w potężnym tomie tekstów stanowi dzisiaj jedynie świadectwo czasów – dorośli będą musieli tłumaczyć pociechom historyczne aluzje i nawiązania do rzeczywistości PRL-u, co stanowić może spore czytelnicze wyzwanie. Inne teksty do dzisiaj mogą być najmłodszym znane, choćby przez znakomite radiowe adaptacje z udziałem najlepszych aktorów – w tym wypadku dużą rolę odgrywa również odnoszenie się do uniwersalnych fabuł, znanych wszystkim bohaterów lub chociaż konwencji. Jan Brzechwa przedstawia się w „Teatrzykach” nie tylko z najlepszej strony, nic dziwnego, że część utworów właściwie nie przetrwała w świadomości czytelników. Na przykładzie tego tomu widać dobrze, jak działa czas w przypadku literackich agitek.

Do lektury opasłego tomu dobrze w krótkim wstępie przygotowuje Grzegorz Leszczyński. Przypomina on i o zarobkowym przeznaczeniu utworów, i o założeniach Jana Brzechwy – który przecież nie ukrywał tego, że do dzieci chce dotrzeć przez ich matki. Wie doskonale, że kiedy zaintryguje dorosłych, stanie się popularnym autorem dla dzieci – konstruuje zatem drugie dno pozornie dziecięcych rymowanek, sprawia, że przed dorosłymi czytelnikami towarzyszącymi dzieciom w lekturze (lub po prostu przed rodzicami czytającymi pociechom do snu) odsłania się kolejna płaszczyzna znaczeniowa, zestaw haseł odnoszących bezpośrednio do rzeczywistości, wcale nie bajkowej. Są w „Teatrzykach” kultowe już „Bajki Samograjki” – opowieść o Czerwonym Kapturku, Kocie w butach, Kopciuszku oraz Jasiu i Małgosi – to teksty, które miejscami się w ogóle śpiewa, w wielu dorosłych uruchomią wspomnienia dotyczące nagrań radiowych. Ale i „Księżniczka na ziarnku grochu” poza tym cyklem nie musi być obca w podróży sentymentalnej i to wcale nie za sprawą znanej powszechnie fabuły – fragmenty tej bajki trafiły bowiem po kabaretowej obróbce na estradę i również zaistniały w wersji performatywnej poza grupą docelową odbiorców. Dzisiaj dzieciom spodobają się te wersje bajek – dynamiczne, opowiedziane z humorem i bez męczącego moralizatorstwa. To Brzechwa, jakiego do dzisiaj mali odbiorcy z kolejnych pokoleń cenią, a i powód do sięgnięcia po książkę.

Inaczej rzecz ma się z rozbudowanymi przygodami Pietruszki lub szkolno-zimowymi doświadczeniami różnych dzieci. Jan Brzechwa w tych utworach akcentuje wartości dydaktyczne, zmusza bohaterów do piętnowania wad i do krytykowania bumelanctwa, lenistwa czy nieuctwa. Co i rusz powracają tu prymusi z samymi piątkami w ostatnim kwartale – papierowi i nieznośni. Szkolny światek jest odbiciem dorosłego, to znaczy nie ma tu ochrony dla najmłodszych – kto zasługuje na krytykę, skrytykowany będzie. Z drugiej strony przedstawiciele starszego pokolenia to zestaw ideałów, zwykle w postaci fachowców, reprezentantów konkretnych zawodów. To pochwała milicjantów, piekarzy czy murarzy – stawianych dzieciom za wzór.

Ilustracje Magdaleny Kozieł-Nowak to dobrze przemyślane detale, klasyczne w stylu, nieco prześmiewcze rysunki. Autorka nie chce zdominować tekstu, uzupełnia go natomiast dyskretnie, czasem po prostu deseniami. Wpisuje się tym w założenia serii, nie odrywa od lektury, a nawiązuje do najlepszych tradycji ilustrowania tomików dla dzieci.

poniedziałek, 20 listopada 2017

Marius Horn Molaug: Najgorszy dyrektor na świecie

Media Rodzina, Poznań 2017.

Lekcja pływania

Ten dyrektor rzeczywiście za grosz nie ma podejścia do dzieci, jest surowy, a nawet okrutny – wyobraźnia jego wychowanków dopowiada dalsze krwawe szczegóły, bo najmłodsi – o czym dorośli dzisiaj często zapominają – lubią się bać. Dyrektor to potężny straszak, rodzaj baśniowego potwora z pozoru nie do pokonania. Dla Rubena dyrektor jest podwójnie groźny. Wymaga bowiem, żeby wszyscy uczniowie zdobyli odznakę pływacką. W tym celu muszą wykonać kilka zadań, ale najtrudniejsze to ratowanie tonącego dyrektora z zastosowaniem prawidłowego chwytu ratowniczego. Ruben tymczasem boi się wody. Nie cieszą go basenowe rozrywki, najchętniej w ogóle w dzień egzaminu udałby chorego – żeby tylko ominęła go konieczność holowania do brzegu tonącego dyrektora.

Rubena najlepiej rozumie jego przyjaciel, Kent. Kent to wyjątkowy luzak, nie chce się przejmować niczym ponad miarę. Nieobce są mu zatem nawet absurdalne usprawiedliwienia. Kent, jak na dobrego przyjaciela przystało, zamierza pomóc Rubenowi. Chłopcy wspólnie opracowują listę potencjalnych chorób wykluczających Rubena z udziału w dniu pływania – ale trzeba się bardzo napracować, żeby nie zrobić sobie krzywdy, czyli zachorować niezbyt poważnie. Pozostaje więc plan awaryjny, czyli unieszkodliwienie dyrektora, który po prostu musi mieć jakiś słaby punkt.

„Najgorszy dyrektor na świecie” to krótkie opowiadanie wzbogacane licznymi ilustracjami w roli dodatkowych komentarzy. Ruben prowadzi swoją relację opartą na prostej konstrukcji: jest tu wróg niemal nie do pokonania, silniejszy fizycznie, intelektualnie i ze względu na pozycję (to dyrektor szkoły, więc podlegają mu uczniowie, rodzice i nauczyciele – nie ma się do kogo zwrócić z prośbą o ratunek, bo dyrektor jest silniejszy od wszystkich). Jest problem w bohaterze: zwykle dzieci uwielbiają pływać, przychodzi im to bez trudu i sprawia radość, więc postawa Rubena nie spotka się z powszechnym zrozumieniem – a to oznacza, że trudno liczyć na wsparcie. Nie da się też polemizować z argumentem, że każde dziecko powinno sę nauczyć pływać (i przy okazji ratować z wody innych). Cały świat wydaje się być przeciwko Rubenowi. To sytuacja nie do pozazdroszczenia – oznacza jednak, że bohater musi odkryć w sobie olbrzymie siły do przezwyciężania wszelkich trudności. Nie uda mu się to, dopóki nie uwierzy w siebie. W fabule tymczasem autor uwiarygodnił tę postać choćby przez bardzo dziecinną ucieczkę w chorobę. Na dłuższą metę niczego by to nie rozwiązało, ale Ruben oraz Kent liczą na taki właśnie finał, bez myślenia o dalekosiężnych konsekwencjach.

„Najgorszy dyrektor na świecie” to tomik szybki, zbudowany na prostym i czytelnym dla dzieci wątku. Odwołuje się autor do typowych doświadczeń uczniów, przekonując tym samym, że warto czytać książki dla rozrywki. Przygotowuje dla dzieci dość zaskakujący (chociaż oczywisty, jeśli wziąć pod uwagę determinację Rubena i jednokierunkowość jego wysiłków) finał. „Najgorszy dyrektor na świecie” to lektura humorystyczna, trochę nawiązująca do stylu powieści komiksowych. Nie ma tu przesadnie dużo tekstu, autor za to mocno skupia się na rozbawianiu małych odbiorców na różne sposoby. Marius Horn Molaug postawił na absurd i przesadę – te chwyty sprawdziły się na tak ograniczonej przestrzeni.

niedziela, 19 listopada 2017

Jennifer Ackerman: Geniusz ptaków

Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2017.

Obserwacje

Co pewien czas w programach przyrodniczych powraca ten temat, temat mądrości ptaków. W pewien sposób badacze próbują zrekompensować ptakom całe wieki przekonań, że te stworzenia nie są inteligentne – sami też dają się zaskakiwać nietypowym reakcjom świadczącym o umiejętności logicznego myślenia, uczenia się lub kształtowania nowych reakcji. „Geniusz ptaków” to publikacja obszerna i podsumowująca dzisiejszy stan wiedzy na temat różnych obserwowanych gatunków. Jennifer Ackerman wychodzi od zestawu niepochlebnych dla ptaków związków frazeologicznych, odzwierciedlonych w języku przekonań o umysłowej niższości wszystkiego, co ma skrzydła. To dla odbiorców sygnał tego, co zastaną w lekturze: nie tylko relacje ze stanu badań, ale też iście felietonowe zabawy, gawędziarskie i atrakcyjne dla zwykłych czytelników. W „Geniuszu ptaków” autorka tropi najbardziej interesujące i efektowne badania, zachowuje się jak reporter: odwiedza badaczy i rozmawia z nimi o ich pasji, komentuje popularne w internecie nagrania rozbawiające użytkowników a świadczące o mądrości ptaków. Nawiązuje też do umiejętności właściwych dla różnych gatunków, nie zawsze uogólnia – znajduje przykłady gatunków ptaków, w których różne odmiany zamieszkujące jeden teren, prezentują skrajnie odmienne możliwości uczenia się. Z kolei tematy uniwersalne – śpiew ptaków czy umiejętność budowania gniazd – to dowody na szereg niedocenianych do niedawna talentów. Pokazuje zatem autorka to, co naturalne i to, co ptaki wypracowały sobie za sprawą dorobku cywilizacyjnego ludzi.

„Geniusz ptaków” to książka bardzo szczegółowa i z całą naukową podbudową. Autorka nie poprzestaje na rejestrowaniu co ciekawszych obserwacji bądź eksperymentów. Dokłada do tego wiadomości między innymi z biologii – ale potrafi też zachowania ptaków odczytywać przez kontekst umiejętności społecznych, pokazuje relacje z ludzkimi dokonaniami. Sprawdza, jak ptaki posługują się narzędziami, jak wpływają na innych przedstawicieli swojego gatunku. Omawia system uczenia się (a nie prostego naśladownictwa). Zestawia czasami skrajne tezy, twierdzenia, które czekają na udowodnienie. Pyta o to, czy ptaki potrafią się bawić – i czy da się porównać ich stadne zachowania do zwyczajów człowieka (motyw „pogrzebu”). Zajmuje się stereotypami i mitami – w tym kwestią monogamiczności. Analizuje kolejne etapy życia ptaków, przedstawiając szereg dowodów na ich inteligencję. Pisze przy tym, mimo ogromu wiadomości, lekko, a i z wielkim zaangażowaniem. „Geniusz ptaków” to książka naukowa, napisana tak, by przekonać czytelników co do inteligencji ptaków. Wypełniona ciekawostkami i humorystycznymi scenkami, podróżami autorki i relacjami bezpośrednio ze stacji badawczych. Autorka kocha ptaki i potrafi je obserwować, sprawdza się również przy przekładaniu zdobytych informacji na wartki, wartościowy tekst. Kto jest zainteresowany nietypowymi osiągnięciami ptaków, zaskakującymi odkryciami czy potencjałem różnych gatunków, ten koniecznie powinien po „Geniusz ptaków” sięgnąć. Jennifer Ackerman wie, jak zbudować zajmującą relację bez rezygnowania ze szczegółowości czy dokładności w prezentowaniu stanu badań i obserwacji. Po lekturze każdy zacznie uważniej przyglądać się temu, co wyprawiają ptaki, nawet te uznawane za nieciekawe, wszechobecne i zwyczajne. „Geniusz ptaków” to książka genialna.

sobota, 18 listopada 2017

Jean Ure: Urodzinowe wyzwanie

Jaguar, Warszawa 2017.

Dojrzewanie

Salvatore, ku własnej rozpaczy zwany Sallym, to bohater, który ma kierować się przede wszystkim do młodszych nastolatków i funkcjonować jako prawdziwy przedstawiciel problemów wieku dojrzewania. Trudno powiedzieć, do kogo Jean Ure kieruje „Urodzinowe wyzwanie” Słodka okładka w serduszka i motyw pierwszego pocałunku wskazywałyby na fanki poppowieści. Ale realizacja tematu i narracja z perspektywy chłopaka przekreślają tę możliwość. Jednak Sally ma typowo chłopięce problemy, o których nie może z nikim porozmawiać bez narażania się na śmieszność. Chłopak odkrywa własną seksualność, przynajmniej w pewnym stopniu. Jeszcze nigdy nie pocałował żadnej dziewczyny, nawet w policzek. Nie miał na to okazji i zastanawia się, co jest z nim nie tak. Podoba mu się jedna z koleżanek, ale nie potrafi jej sobą zainteresować. Podejmuje więc wyzwanie: każdego dnia będzie tworzył obrzydliwe fizjologiczne wierszyki, a kiedy dojdzie do końca alfabetu, pocałunek z dziewczyną będzie miał już za sobą. Jean Ure sięga tu po zmodyfikowany temat listy, dzięki której odbiorcy znają finał – cel dążeń bohatera – i mogą skupić się na przebiegu wydarzeń.

Sally bierze się za siebie. Chce zostać pisarzem, ćwiczy więc wcielanie się w różne postacie (w swojej pierwszej powieści – w karalucha). Wymyśla też głupawe rymowanki, żeby dać upust buzującym hormonom. O doświadczenia z dziewczynami pyta najbliższych, ale z reguły uzyskuje skąpe i niezbyt przydatne wskazówki. Żeby zrobić wrażenie na pięknej Lucy zaczyna ćwiczyć mięśnie. Na jedną osobę zawsze może liczyć – w pobliżu kręci się płaska jak deska Harmony, zupełne przeciwieństwo seksownych obiektów uczuć. Harmony to dziewczyna-kumpel. O Harmony nie myśli się w kategoriach partnerki, ani – dziewczyny. Harmony śmieje się ze świńskich żartów i z dwuznaczności w rymowankach, sama zabiera się za tworzenie pieprznych wierszyków. Zachwyca się tym, co wymyśli Sally i nigdy go nie wyśmiewa. Wie o zauroczeniu Lucy, ale nie daje nic po sobie poznać, nie chce przyznać się do własnych uczuć, a może jeszcze ich sobie nie uświadamia.

„Urodzinowe wyzwanie” to powieść szybka i pozbawiona sentymentów. Jean Ure odrzuca tkliwość z dziewczyńskich historii, świat ogląda oczami dorastającego chłopaka – jako taki jest bardziej sprośny. Króluje tu niski i rubaszny, a w wierszykach też często po prostu wulgarny, dowcip – Ure wciela się po prostu w nastolatka, który obserwuje swoje ciało z mieszaniną fascynacji i obrzydzenia. Wierszyki flegmie, glutach czy wyciskaniu pryszczy nie mogą być twórczością na wysokim poziomie już z definicji – są jednak rodzajem okupu, sposobem na przyciągnięcie do tomiku zbuntowanych już dzieci. „Urodzinowe wyzwanie” to krótki przegląd zmartwień charakterystycznych dla pewnego wieku – z tego się wyrasta, ale zanim uda się dziecku poukładać codzienność, przeżywa katusze. Bohater w tej powieści został skonstruowany trochę za szybko, niekoniecznie musi być przekonujący we wrażliwości na zewnątrz i umiłowaniu do sprośności w myślach, za dużo tu obsesji, a za mało normalności – ale Jean Ure porywa się na temat rzadko przenikający do literatury dziecięcej spod znaku pop. „Urodzinowe wyzwanie” to okazja do sprawdzenia, na jakie kreacje postaci jest popyt na rynku. Sally raczej nie trafi do zestawu ulubionych bohaterów dziewczynek – za to ma przyciągnąć do książki chłopców.

piątek, 17 listopada 2017

Oriana Fallaci: Tylko ja mogę napisać swoją historię

Świat Książki, Warszawa 2017.

Życie i twórczość z fragmentów

Oriana Fallaci w tej książce wspominana jest przez autobiograficzne wyznania, wspomnienia wyjmowane z tekstów, wywiadów lub niepublikowanych fragmentów (wyłuskiwanych z notatek czy maszynopisów). To ostatnie uzasadnia potrzebę sięgnięcia po mozaikowy tom, fanom bowiem przecież te motywy i tak będą znane. „Tylko ja mogę napisać swoją historię” to publikacja zwarta, o starannie przemyślanej kompozycji, a tworzona z naprawdę niewielkich cytatów sklejanych w całe tematyczne rozdziały. Jeden trop zajmuje tu życie prywatne autorki. Oriana Fallaci sięga do motywów z dzieciństwa, opowiada o swoim domu, zasadach wychowania, edukacji czy o matce – ta zresztą przewija się w zapiskach długo, jako że była dla autorki szczególnie ważna. Sporo miejsca zajmuje krótka i intensywna miłość do tragicznie zmarłego Alekosa, tu podkreśla się charakter tego związku, siłę przywiązania i wartość relacji międzyludzkich. Przy okazji z tematu płyną kolejne, już bardziej uniwersalizowane zagadnienia – chęć posiadania potomstwa czy stosunek do małżeństwa. I to wydaje się łącznikiem między prywatnymi a ogólnymi sprawami. Drugim tropem stają się tematy ważne społecznie i często kontrowersyjne. Nie zabraknie tu opowieści o terroryzmie czy o losie kobiet w krajach muzułmańskich. Ale powraca i zagadnienie aborcji, feminizmu, wyprawy na Księżyc, wojen, wolności czy patriotyzmu – wachlarz poruszanych tematów jest bardzo szeroki i stanowi swoisty przekrój pisarstwa i dziennikarskich poszukiwań Oriany Fallaci. Pod tym względem zbiorem przedstawia dużą wartość dla tych, którzy chcieliby zyskać błyskawiczne rozeznanie w jakości wywodów. Osobną kwestię w książce zapewniają liczne i ciekawe refleksje autotematyczne – Oriana Fallaci, która od dziecka chciała być pisarką, pokazuje drogę do realizacji tego marzenia, walkę ze stereotypami i wdrukowanymi w podświadomość ograniczeniami, omawia też dziennikarskie doświadczenia czy zadania i wyzwania dla korespondenta wojennego.

„Tylko ja mogę napisać swoją historię” to książka oparta w pierwszej warstwie na chronologii – czas warunkuje rozłożenie poszczególnych rozdziałów. Rozdziały z kolei stanowią tematyczne całostki budowane z pojedynczych akapitów-cytatów. Niemal każdy akapit to sięgnięcie do innego źródła (starannie w przypisach odnotowanego i z zaznaczeniem ewentualnych skrótów, tak, by nie można było zarzucić manipulacji i by czytelnicy bez większego trudu dotarli do potrzebnych tekstów). To rozwiązanie nie wprowadza chaosu, przeciwnie, zapewnia esencjonalność treści i przyczynia się do zwiększenia zainteresowania lekturą. To coś dla czytelników lubiących skrótowe przeglądy tematów oraz stylistyki, może zatem zostać publikacja potraktowana jako próbka pisarskich i publicystycznych talentów Oriany Fallaci oraz zakresu zainteresowań – czyli wręcz reklama twórczości. Umożliwi szybkie zorientowanie się w tematach, zapewni też wartościową lekturę – a czasami i chęć polemiki, bo przecież Oriana Fallaci miejsca na wątpliwości w samej argumentacji nie pozostawiała. Nie da jedynie podglądu konstrukcji argumentacyjnych, budowania systemu przekonań – ale jeśli książka zdobędzie nowych fanów dla nieżyjącej już autorki, spełni swoją rolę. Nie musi być traktowana jak szukanie tego, co jeszcze się sprzeda i żerowanie na nazwisku. Została z pomysłem ułożona i jako taka nie budzi zarzutów.

czwartek, 16 listopada 2017

Jay Asher: Światło

Rebis, Poznań 2017.

Choinka

„Światło” to powieść w bożonarodzeniowym klimacie, chociaż Jay Asher oddala się od religijnych aspektów świąt. Każdy z bohaterów w kwestiach wiary jest inny, znajdzie się więc i miejsce na krótką opowieść o nabożeństwie i zwyczajach podczas Pasterki – jako tło dla romantycznych gestów – ale bardziej liczą się tradycje i prywatne rytuały. Dla nastoletniej Sierry święta to od zawsze czas wytężonej pracy. Jej rodzice zajmują się sprzedażą choinek i na miesiąc co roku przeprowadzają się do przyczepy kempingowej w innym stanie, by wyposażyć wszystkich chętnych w drzewka świąteczne. Dla dorosłych ten zwyczaj ma już dodatkowe znaczenie – poznali się i zakochali w sobie jako nastolatki na stoisku z choinkami. Dlatego teraz ojciec pilnuje Sierry i nie pozwala żadnemu z pracowników na choćby drobny flirt. Sierra też nie szuka miłości. Teraz jednak coś się zmienia: wszystko wskazuje na to, że te święta będą ostatnimi spędzanymi w przyczepie. Sprzedaż choinek przestaje być opłacalna i trzeba pomyśleć o ograniczeniu kosztów. Tyle że Sierra nie zna żadnych innych świąt, a na miejscu ma wierną przyjaciółkę z dzieciństwa. W dodatku poznaje przy choinkach Caleba, przystojnego chłopaka skrywającego straszną tajemnicę. Wbrew deklaracjom o niezależności i rezygnacji z sercowych perypetii, Sierra nie może zapomnieć o Calebie. Ale dopóki nie pozna prawdy o jego przeszłości, nie chce angażować się w związek.

„Światło” przedstawia dwa różne światy, normalność i świąteczność są tu wyraźnie rozgraniczone terytorialnie – na co dzień Sierra może liczyć na dwie przyjaciółki, plotki o chłopakach czy zabawy w teatr. W święta jest stale pod nadzorem rodziców, musi się liczyć z ich zdaniem i nie ma większych szans na realizowanie co śmielszych planów. Ale właściwie to jest najlepszym tłem do rozwijania romansu, choćby i pierwszego. Jeśli to miłość, znajdzie się sposób na wyrażenie uczuć mimo wszystko. Tu przeszkód jest kilka i Jay Asher dba o to, żeby były różnorodne. Przyjaciółki z Oregonu chciałyby, żeby Sierra towarzyszyła im w ważnym momencie, jeden z pracowników farmy liczy na wzajemność dziewczyny. Caleb wciąż nie wyjaśnia, o co chodzi z krążącymi na jego temat groźnymi plotkami, ma też niepoukładane sprawy z przyjacielem z dzieciństwa. Przyjaciółka z Kalifornii planuje rozstanie ze swoim chłopakiem i potrzebuje wsparcia Sierry, bohaterka styka się też z biedą i problemami społecznymi – co kompletnie nie pasuje do obrazu świąt. W tym natłoku wrażeń trudno jest realizować własne marzenia, zawsze jest coś pilniejszego i ważniejszego. Jay Asher wprowadza też i to chyba najsłabszy punkt książki – sekretny język bohaterów. Dla Sierry i Caleba to posługiwanie się „trudnymi” wyrazami. Wiadomo, że w ten sposób realizuje się cele edukacyjne i rozwija słownictwo odbiorców, ale to chwyt trochę naiwny i mało przekonujący w ogólnej charakterystyce postaci, w dodatku autor co jakiś czas na dłużej o nim zapomina, a później przywołuje niemal z pustki.

„Światło” to obyczajowe czytadło dla młodzieży, niezwykłe przez okoliczności spotkania bohaterów. Asher wykorzystuje motyw świątecznej atmosfery, żeby wykazać znaczenie tradycji, pokazuje wagę drobnych gestów. Przekreśla za to znaczenie plotki: zawsze warto dążyć do poznania prawdy. Autor za sprawą przykładu Sierry przypomina też nastolatkom, że nie warto prowadzić wojny z rodzicami, dużo lepiej rzeczowo rozmawiać z nimi o wątpliwościach i zastrzeżeniach. To akurat przesłanie będzie trudne do zrealizowania.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com