Strona główna || O autorce || O tu-czytam || Bajki || Bajkowe portfolio                       

sobota, 16 lutego 2019

Joelle Charbonneau: Bomba

Ya!, Warszawa 2019.

Stres

Takie publikacje co pewien czas na rynku literatury czwartej się pojawiają - i nic dziwnego, skoro stanowią odpowiedź na medialne doniesienia. Autorzy chcieliby pisać o tym, co dla młodzieży ważne - jeśli zatem zdarzają się szaleńcy, którzy w szkołach urządzają masakry – nadaje się to na fabułę. Joelle Charbonneau w ogóle nie udaje, że zainteresuje ją cokolwiek innego poza atakiem terrorystycznym. Tytuł “Bomba” i czerwona okładka już wystarczająco sugerują kierunek tej historii. Gdyby ktoś jeszcze miał wątpliwości - kolejne rozdziały sygnalizowane są dokładnym podawaniem czasu: minuty mogą rozciągać się w nieskończoność, a sytuacja robi się coraz bardziej dramatyczna. A ponadto wprowadzające w temat pół strony tekstu przedstawia grono bohaterów uwięzionych w szkolnych murach i podczas poważnego niebezpieczeństwa.

Zanim jednak bomby wybuchną - o czym wszyscy doskonale wiedzą - autorka chce trochę przedstawić bohaterów - których zaraz sprawdzać będzie w bardzo dramatycznych okolicznościach. Tu wprowadza przegląd problemów młodzieży - mniej lub bardziej powszechnych trosk. Córka polityka musi być idealna, sprawiać wrażenie sympatycznej i popularnej – nie ma jednak przyjaciół. Szkolny casanova w pewnym momencie przeżył krótki romans z kolegą z drużyny piłkarskiej i teraz go unika. Z kolei wzgardzony partner dokonał coming otu, wie, że odsłonił swoją słabą stronę. Jest tu również muzułmanin, chłopak, który zawsze będzie czuł się inny ze względu na wyznanie, kolor skóry ale i różnice kulturowe. Przez rówieśników bywa stale wyśmiewany i prześladowany. Zdaje sobie sprawę z tego, że w przypadku zamachów terrorystycznych to muzułmanie są najbardziej podejrzani. Ale w drobnych migawkach autorka przedstawia sytuację tak, żeby każdy wyzwalał u czytelników niepewność. Każdy też z bohaterów zachowuje się tak, by wyglądał w oczach postronnych jak terrorysta. Mnoży Charbonneau fałszywe przesłanki, zaciera ślady i daje odbiorcom zestaw “dowodów”, które dowodami nie są, za to wzmagają podejrzenia wobec kolejnych nastolatków. W związku z tym sama akcja trochę przestaje mieć znaczenie. A przecież dramat dopiero się zaczyna. Na zewnątrz strażacy czekają z interwencją, żeby zminimalizować własne straty i nie dać się wciągnąć w pułapkę. Nastolatki powoli odnajdują się w różnych miejscach (i z różnymi ranami) - muszą działać razem, jeśli chcą przetrwać w szkole. Nawet jeśli się nie lubią, wybuch bomby likwiduje wszelkie podziały między nimi, przynajmniej na czas ucieczki. Niektórzy jednak czują do siebie coś więcej niż zwykłą solidarność w niełatwej sytuacji.

Pisze Charbonneau językiem prostym, proponuje przecież czytelnikom powieść pop. Krótkie obserwacje dotyczą pojedynczych wydarzeń, bohaterowie są szkicowani grubą kreską - to uruchamiane stereotypy, w których nie ma miejsca na subtelności. Tu liczy się przede wszystkim napięcie, autorka młodych odbiorców do siebie przekona bez większego trudu – a ponieważ porusza temat bardzo aktualny, również dzięki temu zapewni sobie uwagę. Dla dorosłych to rodzaj alarmu – bagatelizowane problemy nastolatków mogą prowadzić do wielkich problemów.

piątek, 15 lutego 2019

Luis Sepùlveda:Niemy Uzbek i inne opowieści z podziemia

Noir sur Blanc, Warszawa 2019.

Nonsensy przeszłości

To historia rodem nie z tego świata, Luis Sepùlveda odwołuje się do swojej przeszłości w Chile – i jednocześnie do komunizmu, ale nie tego widocznego w sferze polityki, a – w relacjach międzyludzkich. Ustrój staje się tu tłem, nadaje krótkim opowiadaniom specyficzny koloryt i wywołuje - pośrednio - cały szereg dziwnych sytuacji. Pojedyncze wątki na prawach anegdoty stają się bazą kolejnych historii z tego tomu. “Niemy Uzbek” to zestaw obrazków - często zabawnych lub absurdalnych (nawet jeśli gorzkich), pokazujących egzotykę funkcjonowania w komunistycznym kraju kogoś oddanego takiej ideologii. Luis Sepùlveda utrzymuje rytm własnych wspomnień, mimo że te historie są mocno fabularyzowane i na dobrą sprawę mogłyby być po prostu wytworem wyobraźni autora. A przecież dar obserwacji i, co ważniejsze, wyczucia na stosunki międzyludzkie nadaje ton całej tej publikacji. “Niemy Uzbek” to książka bardzo zwięzła i nie chodzi tu tylko o objętość. Kolejne rozdziały są mocno skondensowane, akcja w nich kończy się czasem w momencie, w którym z powodzeniem mogłaby się na dobre rozkręcić. Za każdym jednak razem jest tu mocny punkt wyjścia, sytuacja sama w sobie fabułogenna, albo uczucie uniwersalne, przenoszące opowieść z realiów chilijskich w doświadczenia każdego z odbiorców. Związki bohaterów z polityką przewijają się w różnych aspektach i momentach, czasami to przygody wojskowych albo ludzi z bliskiego otoczenia prezydenta, innym razem dyplomatyczne gesty, którym nowe znaczenie nadaje kontekst. Zawsze jednak ucieka autor od tonów martyrologicznych lub patriotycznych w stronę zabawy. “Niemy Uzbek” to popis w odnotowywaniu absurdów - nieraz zdarzy się czytelnikom parsknąć śmiechem przy niespodziewanym zwrocie akcji (kondor w finałowym tekście to mistrzostwo, chociaż budzi też szereg innych uczuć). W prezentowaniu przeszłości Sepùlveda mimo wszystko bywa sentymentalny i pełen czułości dla postaci – jednak tego typu emocje w żaden sposób nie wpływają na odbiór. Pozostaje ta pozycja zestawem pomysłów z górnej półki, opracowanych w dodatku znakomicie literacko. W końcu o ludzi chodzi tu najbardziej, nie o poglądy, jakie głoszą. A owi ludzie miewają marzenia z gatunku prostych i zrozumiałych dla każdego – albo rodem z filmów sensacyjnych. Właściwie każdy motyw nadawałby się tutaj na pełnowymiarową historię, autor jednak wybiera zwięzłość, która sprzyja eksponowaniu dowcipu.

“Niemy Uzbek” prowadzi czytelników przez szereg spotkań: to na iskrzeniu między postaciami, często spotykającymi się przypadkowo, trafiającymi na siebie bez takiego planu, rozpina się relacja. Sepùlveda zmusza bohaterów do udziału w wydarzeniach oryginalnych już w punkcie wyjścia, sprawia, że nikt nie może przewidzieć, jak zakończy się dany wątek. Jest tu – mimo ograniczonej objętości tekstów - cała paleta odczuć, nie mówiąc już o różnych rodzajach żartu. Wszystko imituje zwierzenia po latach. Ale fani opowieści retro nie spotkają zbyt wielu relacji podobnych do tej. Sepùlveda uwodzi zamaskowaną literackością, wprowadzeniem wyczulenia na słowo do imitacji gatunku, który z takimi wyznacznikami nie jest kojarzony.

czwartek, 14 lutego 2019

Dan Pearson: Rok w ogrodzie

Wydawnictwo Literackie, Kraków 2019.

Zielone palce

To książka dla tych czytelników, którzy mają “zielone palce”, jak autor. Dan Pearson tej metafory używa, żeby określić ludzi kochających nade wszystko pracę w ogrodzie. Dzieli się swoją pasją, ale też obserwacjami czynionymi przez lata podczas uprawiania roślin dla przyjemności i zawodowo. Gromadzi notatki na temat wybranych gatunków, a dodatkowo przedstawia ludzi, których na swojej ogrodniczej drodze spotkał. “Rok w ogrodzie” to swoisty pamiętnik, próba uporządkowania informacji i ciekawostek – ale w pierwszej kolejności liczą się tu wskazówki dotyczące siania, plewienia czy wybierania roślin nadających się do upiększenia najbliższego otoczenia. Znajduje autor trochę miejsca na opowieści o tym, jakie prace trzeba wykonać podczas konkretnych pór roku, dzieli się też swoimi doświadczeniami, a nawet rozczarowaniami. Nie zawsze przecież musi być wesoło i serdecznie. Ogród to czasami pożegnania - bolesne zwłaszcza wtedy, gdy inni amatorzy sadzenia roślin, zaprzyjaźnieni, przegrywali swoje walki o zdrowie. Sporo tu pojedynków z rakiem – ale przecież obcowanie z przyrodą daje ukojenie, ucieczkę od problemów, nic więc dziwnego, że wielu chorych tak właśnie chce spędzać czas.

Dan Pearson przygnębiać nie będze, a jego kalendarz ucieszy podobnych amatorów grządek. Tom ma układ dziennika – podzielony jest na miesiące - w ramach każdego wprowadza autor kilka lub kilkanaście felietonowych tekstów o wysokim stopniu specjalizacji, ale bardzo przystępnym dla czytelników stylu. Wybiera konkretne dni i pod datami dziennymi proponuje swoje ogrodowe i ogrodnicze wyjaśnienia. Tu będzie między innymi mowa o tym, co kiedy sadzić, kiedy przycinać, rozsadzać lub szczepić, jak rozwiązywać problemy spędzające sen z powiek ogrodnikom, jakie rośliny się nie lubią, a jakie można z powodzeniem sadzić obok siebie. Ale to także opowieść o tym, co daje ogród, na czym polegają małe radości - jak czerpać satysfakcję z dobrze rozplanowanych grządek, jakie owady można obserwować. Opowiada autor nie tylko o sukcesach, ale i o rozczarowaniach, sprawdza, jakie rośliny są “przereklamowane”, jakie nie dały mu satysfakcji, kiedy już rozkwitły. To uwagi, które wszyscy właściciele ogródków mogą przenieść na własną praktykę. Dan Pearson daje szansę podglądania swojego warsztatu i fachu, który stał się też sposobem na życie: czasami opowiada o relacjach z klientami, odpowiedzi na konkretne wymagania i oczekiwania. Ogród staje się więc źródłem kreatywności, pozwala na poszukiwanie niezwykłych rozwiązań, daje sporo radości i wytchnienia. Wszystko to staje się oczywiste podczas lektury.

Felietony z kolejnych dni dają się czytać przez zwykłych czytelników, bo nie ma w nich hermetycznego języka - ale jakość uwag sprawia, że najwięcej wyniosą z lektury ci odbiorcy, którzy sami zajmują się pielęgnowaniem roślin, szukają wskazówek fachowca albo chcieliby porównać swoje doświadczenia z odkryciami kogoś, kto w branży istnieje od wielu lat. Dan Pearson jest przewodnikiem dla tych, którzy chcą za nim podążyć - i dla tych, którzy zrozumieją jego pasję. Książka “Rok w ogrodzie” właśnie z pasji powstała i widać to bardzo dobrze w stylu oraz w doborze tematów.

środa, 13 lutego 2019

Marta Kisiel: Nomen omen

Uroboros (Foksal), Warszawa 2019. (wznowienie)

Biegający trup

Marta Kisiel rozbawi największych ponuraków. W powieści “Nomen omen” wykorzystuje do tego celu mocno przechodzonego nieboszczyka, kilka czarownic, trochę sekretów z czasów wojny, ale też pewną lekko zwariowaną rodzinę i jedną papugę, miłośnika wafelków i herbatników. Kady śmieszyć będzie inaczej, a komizm zapewni płaszczyznę porozumienia z czytelnikami. Można nie lubić horrorów (z którego to gatunku wyłania się żywy trup), można nie lubić fantastyki i nawet gardzić mitologią, która owej fantastyce nadaje ton. Ale tu najbardziej liczy się płaszczyzna obyczajowa: do tego stopnia, że nikogo nie obejdą paranormalne wybryki, choćby i napędzały fabułę. Bo to jest tak: najpierw uwagę przyciąga Salka, dziewczyna zbyt wysoka, zbyt pulchna i zbyt trzeźwo myśląca, żeby zaintrygować jakiegoś ciekawego chłopaka. To znowu podkręca jej sarkazm. Salka doskonale radzi sobie w życiu, chociaż ma wyjątkowy talent do popełniania gaf i robienia sobie krzywdy, ewentualnie – stawania się pośmiewiskiem dla innych. Salka ma brata: Niedaś wprawdzie wydaje się obibokiem pierwszej klasy, a do tego niczym się nie przejmuje. Z każdych tarapatów wychodzi cało, ze względu na ogromny urok osobisty i dystans. Aż trudno uwierzyć, żeby ten sympatyczny i wesoły młodzieniec zaczął napadać na przypadkowe kobiety nocami. A takie atrakcje Marta Kisiel funduje bohaterom. W tej książce pojawia się zestaw indywidualności - i nawet staruszki-trojaczki (“siostry ksero”) stanowią tu silne charaktery. Matka Salki promuje rozbuchany erotyzm, dzielna Basia wzorowo realizuje porady z kursów samoobrony dla pań, a pewien Bartek klucza do pokonywania upiorów szuka w tekstach romantyków, jak na filologa przystało (jego profesor z kolei ma wyjątkowo skuteczną metodę poskramiania niesfornych studentów za pomocą poezji grafomańskiej). Jest jeszcze absolutny mistrz drugiego planu, Roy Keane, gadająca papuga. Marta Kisiel wprowadza tu całą gromadę bohaterów o wyrazistych osobowościach - każdy rozśmiesza czym innym, każdy budzi całą gamę uczuć w odbiorcach i naprawdę trudno jest wskazać jedna postać, która wypadałaby najlepiej (Roy Keane jest poza konkurencją). Akcja toczy się wartko i na początku wygląda jak zapożyczona z kryminału lub thrillera: w mieście grasuje ktoś, kto morduje dziewczyny z blond warkoczami. Salka ma poważny powód, żeby zaangażować się w wykrycie sprawcy. Ten kryminałothriller w pewnym momencie przechodzi przez powieść historyczną (rzecz dotyczy przodków Salki i Niedasia, ale też trupa, który zaczął znienacka biegać po mieście), aż po fantasy. Całe tło wypełnia z kolei obyczajowość - i to obyczajowość, która od pierwszego momentu wciąga. Kibicuje się Salce, Niedasiowi, starszym paniom... Rytm opowieści ani na chwilę nie słabnie. A przecież to wszystko w ramach akcji – Marta Kisiel ma w odwodzie również pełen dowcipów język narracji. Nawet nieistotne dla rozwoju tej historii sceny ozdabia szeregiem puent wysokiej klasy, sprawia, że czytelnicy mają więcej powodów do lektury niż tylko ciekawość dalszego ciągu wydarzeń. Autorka rozśmiesza niemal bez przerwy – jeden wyjątek robi dla zaprezentowania losów przesiedleńców. W wyjaśnieniach kierowanych do młodszego pokolenia odbiorców pojawia się sensowny - chociaż niepasujący do całości - wywód na temat związku człowieka z miejscem i wielkiej historii, która niszczy marzenia jednostek. Marta Kisiel chce, żeby czytelnicy pojęli los lwowiaków, wrocławian czy gdańszczan, żeby nie uogólniali w ocenach przeszłości. Dydaktyczny fragment, choć bardzo sugestywny, nie przekreśla doskonałej zabawy przy całej książce. Świetny jest “Nomen omen: i każdy, kto do tej publikacji dotrze, będzie chciał już zawsze sprawdzać, co Marta Kisiel ma do zaoferowania.

wtorek, 12 lutego 2019

Brian Conaghan: Kiedy Pan Piecho gryzie

Ya!, Warszawa 2018.

Przekleństwa

W świecie nastolatków to wydaje się normalne: wulgaryzmy stanowią sposób na zamanifestowanie odejścia od dzieciństwa, testowanie możliwości języka i sposób na wyrażanie ekspresji, jeszcze trochę owoc zakazany, a już – przejaw źle pojmowanej dorosłości. Ale dla chorych na zespół Tourette’a wulgaryzmy to koszmar: najpewniejsza metoda na tracenie znajomych i społeczny ostracyzm. Dylan Mint świetnie o tym wie, bo kiedy tylko znajdzie się w sytuacji stresowej (gdy na przykład chciałby zaprosić na dyskotekę dziewczynę, w której skrycie się podkochuje), wyrzuca z siebie niekontrolowane obelgi. Na co dzień próbuje poskramiać Pana Piecha, ćwiczyć umysłowe zagadki i szukać odejścia od lęków – ale choroba na razie jest nieuleczalna. Nastolatek właściwie nie robiłby wiele ze swoim życiem: chodzi do szkoły specjalnej, w której jego przypadłość nie wywoła sensacji, szybciej znudzenie. Tu każdy dzieciak ma inne problemy i każdy jest na swój sposób normalny (albo nienormalny). Tyle że pewnego dnia Dylan podsłuchuje słowa lekarza – ma czas do marca. Podejrzewa, że umrze (chociaż niby wiadomo, że na zespół Tourette’a się nie umiera…) i nikt nie chce mu o tym powiedzieć – dlatego też zamierza stworzyć listę życzeń do zrealizowania przed tym smutnym momentem – i zaczyna działać.

Dylan przyjaźni się z Amirem, chłopakiem, który jest prześladowany za inny kolor skóry – bohater przerabia zatem cały zestaw różnych powodów odrzucania w grupie rówieśników. Styka się z nastolatkami okrutnymi i bezwzględnymi, doświadcza rozmaitych klęsk i porażek ze strony bardziej „wtajemniczonych” w życie. Rówieśnicy nie przebierają w środkach, jeśli ktoś do nich nie pasuje, dadzą mu to odczuć. A do tego Dylan przeżywa problemy w domu: czeka na tatę (który rzekomo spędza czas na supertajnej wojskowej misji), próbuje wypłoszyć taksówkarza, który najwyraźniej zaleca się do jego matki i uczy się kłamać, żeby osiągnąć to, na czym bardzo mu zależy. Zespół Tourette’a sprawia jednak, że można w nim czytać jak w otwartej książce: każda silniejsza emocja wpływa na zachowanie i zestaw tików. Powstaje więc pytanie, czy chłopak z taką przypadłością będzie mógł zrealizować swoje marzenie o zaciągnięciu do łóżka jednej z koleżanek.

Brian Conaghan pisze książkę z perspektywy nastolatka i przedziwnym slangiem, który może z mową młodzieży nie ma wiele wspólnego (szybko by się ta pozycja zdezaktualizowała), ale na pewno nie jest przezroczysty. W tłumaczeniu wychodzi z tego intrygujący wolapik, czasami nie do przebrnięcia, a czasami – całkiem zabawny, a że autor bez przerwy przełamuje tematy tabu, zachwyci zwłaszcza męskie grono czytelników „niegrzecznością” tekstu. W końcu myśli dojrzewającego chłopaka mogą być nieco monotonne – koncentrują się na seksie i cielesnych doświadczeniach, nie ma mowy o platonicznych uczuciach, chyba że przedstawia akurat Conaghan przyjaźń. Przełamuje patos dowcipem (rubasznym, ale wciąż dowcipem, który spodoba się nastolatkom), ma pomysł na akcję (pomysł, trzeba zaznaczyć, wtórny, jednak lista życzeń do zrobienia przed śmiercią nie wybija się tu na pierwszy plan). Może tajemnice, które wprowadza, są nieco zbyt przewidywalne, ale przecież nie chodzi o to, żeby odbiorcy bawili się w detektywów i zastanawiali, jak potoczy opowieść. Conaghan przyciągnie śmiałością w pisaniu o sprawach trudnych – i w sugerowaniu czytelnikom, że doskonale wie, co czują. Nie zamierza udawać, upiększać rzeczywistości czy kłamać – za odwagę młodzi ludzie mogą go polubić.

poniedziałek, 11 lutego 2019

Fern Green: Naturalne środki czyszczące. Ekologiczne sposoby na sprzątanie domu

Foksal, Warszawa 2019.

Czystość i piękno

Nie da się ukryć: kto chce zrezygnować z chemii w domu, będzie musiał poświęcić trochę czasu na zgłębianie tajników domowych sposobów mycia, prania i czyszczenia różnych powierzchni. Ale efekt może być wart tych wysiłków: kolejne blogerki, żeby zachęcić odbiorczynie do pójścia w swoje ślady, podkreślają dobroczynny wpływ „naturalnych detergentów” na środowisko i… kieszeń. Czasami wypływa jeszcze temat zdrowia: coraz częściej mówi się o tym, że chemiczne środki czyszczące mogą wywoływać choroby układu oddechowego czy rozmaite alergie. Nie ma co ukrywać: przejście do naturalnych składników oznacza wpisanie się w modę na pewien odłam slow-life. Na rynku pojawia się coraz więcej książek z „babcinymi” przepisami na czystość – każda z odbiorczyń gotowa na wprowadzanie w swoim domu zmian bez trudu znajdzie najlepszą propozycję dla siebie.

Fern Green tomem „Naturalne środki czyszczące. Ekologiczne sposoby na sprzątanie domu” próbuje zwrócić uwagę tych pań, które chcą nadążać za trendami. Nie dla niej tradycjonalizm i babcine skojarzenia – tutaj przygotowywanie własnych płynów do płukania, mydeł, preparatów niezbędnych do wysprzątania na błysk kuchni, sypialni, łazienki i salonu, a nawet garażu czy ogrodowej altany to powód do dumy i samozadowolenia, realizacja wskazówek od najlepszych. Nieprzypadkowo na książkę składa się zestaw artystycznych i ascetycznych fotografii: stanowią one większą część każdej rozkładówki, spychają tekst na górny i dolny margines. „Naturalne środki czyszczące” to właściwie album pełen oryginalnych ujęć samych składników lub gotowych produktów w odpowiednich opakowaniach. Oglądanie go sprawia przyjemność i pokazuje, jak wiele satysfakcji może dostarczyć praca nad środkami czyszczącymi. Tutaj nikt nie ma wątpliwości, że warto działać: wszystko jest tak przejrzyste jak na ilustracjach – to zachęta do sprawdzania kolejnych przepisów.

Bardzo precyzyjnie został ten tom podzielony, a spis treści to jednocześnie niemal indeks dla czytelniczek. Autorka wprowadza jako odrębne tematy działów odpowiednie części domu, w ramach każdej przedstawia całkiem sporo różnych przepisów. Zdarza się, że jeden składnik będzie używany jako wyłączny element kilku różnych środków czyszczących – ale o tym dowiedzą się odbiorczynie dopiero z lektury odpowiedniego działu. Króluje prostota. Chociaż nie mówi się tu o kosztach, wysiłek i pieniądze sprowadzają się do absolutnego minimum. Tu liczy się wiedza na temat właściwości konkretnych produktów i sposobu ich używania czy przechowywania. Autorka za każdym razem podaje zestaw potrzebnych składników i sposób przyrządzania, do tego w osobnej „ramce” przedstawia też między innymi czas trwałości danego produktu oraz rodzaj pojemnika, w którym należy gotowy środek przechowywać. Nie zamierza dzielić się własnymi doświadczeniami, nie buduje sztucznie więzi z czytelniczkami przez zagadywanie ich i wprowadzanie opisów familiarnych. Tylko zdjęcie, hasłowy tekst i przeznaczenie produktu – w związku z tym ma szansę Fern Green dotrzeć do tych odbiorczyń, którym zwyczajnie szkoda czasu na przedzieranie się przez wyznania i opowieści o cudzych domach. Ważne, że przepisy zostały przetestowane i doprowadzone do najlepszego kształtu przez autorkę – teraz wystarczy tylko zaufanie do niej. Fern Green stara się ułatwiać korzystanie z tomu na wszelkie możliwe sposoby, podaje nawet tabelkę z informacjami, jak przed praniem potraktować konkretne rodzaje brudu i plam. Ta wiedza kiedyś była dostępna i przekazywana z pokolenia na pokolenie, teraz trzeba ją przypominać i uczyć jej na nowo – ale być może przyczyni się to do poprawy jakości życia.

niedziela, 10 lutego 2019

Hans Rosling, Ola Rosling, Anna Rosling Rönnlund: Factfulness. Dlaczego świat jest lepszy niż myślimy, czyli jak stereotypy zastąpić realną wiedzą

Media Rodzina, Poznań 2018.

Statystyki

Zapowiadała się ta książka lepiej i być może zabrakło ostatnich szlifów (autor zmarł, a jego dzieło kończyli żona i syn zaangażowani w cały projekt) – a może naleciałości z wystąpień motywacyjnych tak wpłynęły na styl pisania Hansa Roslinga, że nie dało się uratować lektury. Tom „Factfulness. Dlaczego świat jest lepszy niż myślimy, czyli jak stereotypy zastąpić realną wiedzą” to niekończący się ciąg pytań opartych na statystykach – i odpowiedzi, które mają zaskakiwać z racji tego, że ankietowani odbiorcy wskazują zwykle błędne opinie. Pokazuje Rosling, jak rzeczywistość różni się od stereotypów i jak zburzyć pesymistyczne podejście do codzienności – na podstawie faktów. Ale te fakty musi najpierw odbiorcom przytoczyć, a to oznacza, że będzie się zanurzał non stop w danych liczbowych i analizach wyników badań. To z kolei mimo ogromnego wysiłku autora – odwołań do życia prywatnego i doświadczeń branżowych – nie daje się przenieść na fascynującą lekturę. Owszem, chwilami autor intryguje, bywa, że uda mu się pociągnąć za sobą czytelników – kiedy pokaże im mechanizmy uogólniania i ich kontrast z faktami. Ale ponieważ nie ma pomysłów na odejście od tego schematu, dość szybko może zmęczyć monotonią wysiłków. I wtedy nie pomogą odwołania do kolejnych wystąpień, konferencji i dyskusji z wysoko postawionymi klientami. „Factfulness” zwyczajnie traci impet.

Zależy Roslingowi na tym, żeby pokazać, jak dobrze się ludziom dzisiaj żyje. Odwołuje się stale do wykresów (jego ulubione to te bąbelkowe, przygotowywane z całą rodziną i według kreatora udostępnianego w internecie, czasami wydaje się, że nie do końca przekonująco wybiera kategorie dla poszczególnych osi, ale to już niewielki problem), odczytuje dane, sprawdza konkrety – żeby przekonać nieprzekonanych. Nie powie o tym, że każdą tezę da się udowodnić przy odpowiednim punkcie odniesienia – ale szybko stanie się to jasne. Tak dobiera informacje, żeby wszelkiego rodzaju grafiki wykazywały imponujący spadek problemowych kwestii i szybki wzrost danych krzepiących na przestrzeni kilku ostatnich lat. Uczy podchodzenia do danych – sprawdzania, zadawania odpowiednich pytań i szukania właściwego kontekstu do porównań – zachęca do podejrzliwości w obliczu zbyt minorowych stwierdzeń i podważania usłyszanych rewelacji, jeśli te brzmią krytycznie. Przekonuje, że złe wiadomości rozchodzą się szybciej, są znacznie bardziej medialne niż te dobre – więc w zalewie codziennych informacji dominują – ale warto zyskać narzędzia do poznawania prawdy, żeby nie dać się zmanipulować.

Tyle że zamiast do rozsądnego podejścia, Hans Rosling namawia do optymizmu i zadowolenia – więc w dalszym ciągu będzie budzić wątpliwości. Tego typu emocjonalne analizy dobre są w wystąpieniach publicznych i kiedy trzeba trudne audytorium nakłonić do potakiwania i potwierdzania w ten sposób swoich racji. W książce widać ich słabości – już sam rytm narracji pokazuje, że autor lubi skupiać się na efektownej formie, cieszy się z imponujących wykresów i anegdot z pracy (jeśli potwierdzają skuteczność jego daru przekonywania). Ale wszystko razem wypada raczej blado, daje się dostrzec słabe punkty wnioskowania i obszary budzących wątpliwości uogólnień. Inna rzecz, że autor zwraca się raczej do masowego odbiorcy, który krytycznie do lektury nie podejdzie.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com