Strona główna || O autorce || O tu-czytam || Bajki || Bajkowe portfolio                       

wtorek, 15 października 2019

Piotr Czerkawski: Drżące kadry. Rozmowy o życiu filmowym w PRL-u

Czarne, Wołowiec 2019.

Jak to dawniej się tworzyło

Bierze Piotr Czerkawski pod lupę specyfikę robienia filmów w PRL-u – rozmawia z reżyserami (uznanymi i znanymi, wśród jego rozmówców znajdują się Jerzy Hoffman, Kazimierz Kutz, Jerzy Gruza, Agnieszka Holland, Krzysztof Zanussi, Janusz Zaorski czy Marek Piwowski) i wypytuje o to, jak im się tworzyło w czasach, które – w opinii powszechnej – nie sprzyjały tworzeniu. Do każdego z rozmówców podchodzi indywidualnie, czasami będzie zajmować się bardziej wspomnieniami z dzieciństwa i próbą pokazania korzeni danego reżysera, czasami od razu przechodzi do rzeczy i przygląda się karierze. Lubi zajrzeć w przeszłość, do młodości i pomysłów niebanalnych, żeby pokazać, że jego rozmówcy mieli sporą wyobraźnię i odwagę – nie bali się ekstremalnych rozwiązań, albo – zaskakiwali otoczenie. Sięga do biografii, potrzebne mu są ciekawostki z życia, żeby miał jak poprowadzić rozmowę. Innym razem wybiera drogę filmową i zajmuje się samymi obrazami – zastanawia się nad wyzwaniami i trudami, nad przyjęciem filmu i nad reakcjami publiczności. Dom – studia – praca na planie – to tematy, które najczęściej powracają w pytaniach.

Piotr Czerkawski nie chce wybijać się na pierwszy plan jako autor wyszukanych pytań i kwestii, które zbijają z tropu nawet najbardziej wprawionych w udzielaniu wywiadów. Pyta prosto (czasem nawet wręcz banalnie) i świadomy, co zainteresować może czytelników. Wyciąga na światło dzienne rozmaite smaczki, a kiedy ma barwnego rozmówcę (jak w przypadku Kazimierza Kutza, z którym rozmawiał na kilka miesięcy przed śmiercią reżysera) – pozwala mu po prostu opowiadać i tylko podtrzymuje rozmowę. To dla czytelników oznacza, że nie znajdą uporządkowanych danych czy życiorysowych faktów – raczej zestaw wspomnień i refleksji luźno powracających. Nie będzie zagłębiania się w zasady powstawania kolejnych filmów – ale drobiazgi z planu jak najbardziej. Czerkawski nie prowadzi rozmów według jednego schematu, trudno zatem pokazywać czynniki spajające książkę, albo szukać szkieletu konstrukcyjnego – tu każda rozmowa ma swoją własną wewnętrzną dynamikę i nie da się zderzać kolejnych wywiadów ze sobą. Jedno, od czego Czerkawski ucieka, to widmo szarości PRL-u. Niby wiadomo, jakie były warunki tworzenia, ale autor nie zamierza obsesyjnie do nich nawiązywać, woli sprawdzać, jak się reżyserom tworzyło – i z jakimi problemami się zderzali – bo te niekoniecznie wypływały z systemu.

Jednak ów wewnętrzny „chaos” czy może po prostu brak uporządkowania jest też w lekturze największym mankamentem – nie wiadomo bliżej, dlaczego Czerkawski zdecydował się na taką książkę i co chce odbiorcom przez nią udowodnić – proponuje ciekawostkę, uzupełnienie wiadomości filmowo-biograficznych, a nie pełną opowieść o reżyserii w czasach PRL-u. Raczej trudno wskazać zatem jednoznacznie grono odbiorców, które mogłoby sięgać po ten tom – częściej trafi się na niego z przypadku niż z zapotrzebowania.

poniedziałek, 14 października 2019

Ele Fountain: Uciekinier

Akapit Press, Łódź 2019.

Rozstania

„Uciekinier” od początku nie napawa optymizmem, chociaż autorka robi dużo, żeby najpierw wstrząsnąć czytelnikami, a potem dać im nadzieję na pomyślne rozwiązanie sprawy. Działa na wyobraźnię od pierwszej strony, kiedy przedstawia nastoletniego chłopaka na łodzi. Shif próbuje dostać się do Europy, dlaczego – tego jeszcze odbiorcy nie wiedzą. Podczas tej wyprawy nadciąga sztorm, łódź się wywraca, a ludzie, którzy na niej płynęli, znikają w falach. Chłopiec nie umie pływać, ale instynktownie wie, co robić, żeby przetrwać w oczekiwaniu na ratunek. I już ta scena – dynamiczna, plastycznie dopracowana, pokazuje, jaki rodzaj fabuły będzie autorka wykorzystywać. W „Uciekinierze”, krótkiej powieści, mnóstwo jest scen mrożących krew w żyłach, sytuacji, które zwyczajnego nastolatka natychmiast by załamały – ale Shif, początkowo wcale nie najsprytniejszy, musi sobie poradzić i przetrwać. Nie chodzi w końcu o prawdopodobieństwo w budowaniu historii, a o uświadomienie odbiorcom, że uchodźcy są ludźmi, którzy uciekają z piekła – i są gotowi wytrzymać najgorsze, żeby tylko znaleźć się w bezpiecznym miejscu.

Shif ma czternaście lat, wychowuje się bez ojca – jest zresztą przekonany, że ten nie żyje, dopiero po pewnym czasie matka wyjawia mu prawdę. To pierwszy punkt w procesie przyspieszonego dojrzewania bohatera – od tej pory nic już nie będzie takie samo. Shif jako chłopak zagrożony wojskiem ma uciekać za granicę – matka uzbierała na ten cel pewną kwotę, niestety oszczędności nie wystarczają, żeby wybrała się razem z nim i kilkuletnią córką – Shif ma uciekać sam. Podobny los czeka jego najlepszego przyjaciela, Biniego: i to odrobinę osłabia strach przed rozstaniem. Niestety, wojsko te plany niszczy: w noc poprzedzającą planowaną ucieczkę, do domu Shifa (oraz Biniego) przychodzą uzbrojeni żołnierze. Obaj chłopcy trafiają do więzienia na pustyni: do metalowego kontenera, w którym osadzeni mogą tylko tracić siły i czekać na śmierć. Jednak dla tych więźniów, którzy stracili już nadzieję, chłopcy są jedyną szansą na ocalenie. Jeśli ktoś może zaryzykować ucieczkę i wyniszczającą eskapadę przez pustynię – to tylko młodzi ludzie, którzy mają jeszcze kondycję. I to powód, dla którego Shif i Bini dostają plan działania – po raz ostatni ktoś powie im, co mają zrobić. Kolejny punkt to już strategia, jaką musi Shif obrać, żeby poradzić sobie w obcym kraju: bez pieniędzy, bez znajomości języka, za to z rozmaitymi kontuzjami, które w normalnym świecie wykluczyłyby go z działania na jakiś czas.

Ele Fountain stawia na sensacyjność w fabule – chce tym przyciągnąć młodych odbiorców i pokazać im, dlaczego w ogóle ludzie decydują się na ucieczkę – i jaką cenę za to ponoszą. Odnosi się do tematu uchodźstwa i próbuje wnioski pozostawiać czytelnikom – chociaż prowadzi opowieść tak, by podsuwała jednoznaczne opinie i reakcje. Jednak w dążeniu do ukazania czytelnikom ponurego obrazu krzywd młodych ludzi na świecie popełnia jeden błąd, błąd naiwności czy też uproszczenia: Shif w tym ujęciu to niemal superbohater, który wyjść cało może z każdych opresji i nie przejmuje się żadnym urazem. Wiadomo, że to wymusza i objętość książki, i przesłanie – ale czegoś tu zabrakło, żeby przekonać sceptycznych odbiorców.

Wanda Chotomska: Wiosna, lato, jesień, zima w moich rymach

Nasza Księgarnia, Warszawa 2019.

Feeria barw

Wanda Chotomska to autorka, której utwory dla dzieci w ogóle się nie starzeją i nawet mimo zmiany mód na rynku literatury czwartej – cieszyć się będą wielkim powodzeniem w kolejnych pokoleniach. „Wiosna, lato, jesień, zima w moich rymach” to publikacja, która gromadzi nieznane dotąd rymowanki tej autorki i pozwala razem z bajkami na dobranoc śledzić zmiany pór roku. Udowadnia tu Wanda Chotomska, że jest świetną obserwatorką – i że potrafi stereotypy dotyczące kolejnych miesięcy przekuwać na bajki atrakcyjne nie tylko dla dzieci. Zaprasza odbiorców do swojego domu, w którym rosną wiersze i w którym piegów używa się jako kropek, opowiada o śnie zimowym szafy, ale też zachwyca się przyrodą: na wiosnę obserwuje pierwiosnki i sprawdza, co się zazieleni, broni stokrotek przed zadeptaniem, wychodzi na spacer z psem i cieszy się z motyli. W lecie sięga po latawce, śpi w stodole na sianie, chodzi boso, liże lody, szuka bursztynów i spędza czas przy ognisku. Gdy przyjdzie jesień, pojawia się babie lato, drzewa tańczą poloneza, pada deszcz, więc jest mnóstwo kałuż i można słuchać rozmów rynien. Zima – to świąteczny nastrój i śnieg. Ale między tymi historyjkami pokazującymi, co najlepszego do zaoferowania mają pory roku – i sama przyroda – pojawiają się utwory czerpiące z wyobraźni, baśniowe, niezwykłe i pozwalające marzyć. Wanda Chotomska nie boi się wymyślać: a to, że bocian zamieszkał u cioci (a ciocia udaje, że to Egipt, żeby nie sprawiać mu przykrości), a to kasztan wybiera się do biura rzeczy znalezionych, żeby dostać z powrotem swoją zgubę, a to obraz z bocianem odlatuje z muzeum. Takie historie rozśmieszą dzieci i nakłonią je do śledzenia kolejnych bajek, przypominają bowiem o roli fantazji w codziennym życiu. Autorka, bez względu na to, czy charakteryzuje rzeczywiste zjawiska pogodowe, czy też łączy znajomość rytmu natury z bajkową nierzeczywistością – jest w stanie zaintrygować odbiorców, przypomnieć im o znaczeniu postrzegania otoczenia. Rymowanki Wandy Chotomskiej to lektura do odczytywania przed snem, albo przed spacerami – jako sprawdzenie, co może się zdarzyć i czego oczekiwać od przyrody, dzieci mają szansę przekonać się, jak ich obserwacje przekładają się na zgrabne wiersze. W tomiku „Wiosna, lato, jesień, zima w moich rymach” pojawiają się też zabawne czterowersy na temat każdego z kolejnych miesięcy.

Tym, co przykuwa tu uwagę najbardziej, są jednak nie mistrzowskie bajki, ale ilustracje. Ewa Poklewska-Koziełło sprawia, że tomik zdecydowanie się wyróżnia i będzie zachwycać. Mnogością barw oraz samymi realizacjami wymyślonych historii. Tu każda rozkładówka jest bajecznie kolorowa, a ilustratorka bawi się kolejnymi odcieniami danego koloru, buduje całe miasta, łąki i rozmaite przestrzenie, powołuje do istnienia wyobraźniowe stworki, które bawią się w najlepsze – podobnie jak bohaterowie bajek. Nie można oderwać wzroku od tych propozycji, za każdym razem Poklewska-Koziełło wciąga czytelników w magiczny świat. Proponuje ilustracje w starym stylu, ale nasycone, wyraziste i urocze – w sam raz na książeczkę dla dzieci. Nie ma tu eksperymentów graficznych, jest to, co będzie się podobało młodszym i starszym odbiorcom.

niedziela, 13 października 2019

Michał Jagiełło: Piarżysko. Tatry i Zakopane w reportażach prasowych przełomu XIX i XX wieku

Iskry, Warszawa 2019.

Spod szczytów

Michał Jagiełło nie tylko proponował czytelnikom monumentalną kronikę wypadków w górach: postanowił także sprawdzić, jak krajobrazy Tatr wypadały w ujęciu dziennikarzy i literatów, którzy Zakopane oraz okolice wybierali na miejsce wypoczynku lub życia. Owocem wielkiej kwerendy bibliotecznej i lektury rozsianych po różnych miejscach drobnych artykułów prasowych stał się tom „Piarżysko. Tatry i Zakopane w reportażach prasowych przełomu XIX i XX wieku”. Tutaj Jagiełło proponuje odbiorcom przegląd sposobów pisania o pięknie gór. Podsuwa zatem alternatywę do literatury górskiej oraz biografii lub opowieści wspinaczy – sprawdza, jak Tatry inspirowały i jak były odwzorowywane przez twórców. W swojej publikacji skupia się przede wszystkim na wrażeniach zmysłowych autorów artykułów: relacjonuje metody podkreślania majestatu Tatr, ale i szereg narzekań (na przykład na tłok). Przenosi się w czasie o wiek, ale część bolączek pozostaje bez zmian, do dzisiaj będzie dla odbiorców jasna i zrozumiała. Umożliwia też sprawdzenie, jak zmieniał się język dziennikarzy i literatów. W „Piarżysku” widnieje całkiem sporo opowieści, które zbiegają się w jednym punkcie – dają szansę prześledzenia poglądów i obserwacji, nawet jeśli dotyczą wyłącznie powierzchownych wrażeń – przecież do głosu dochodzą nie tylko ci, którzy codzienność w Tatrach znają z własnego doświadczenia, również idealiści wpadający tu na chwilę.

Michał Jagiełło zbiera takie zapomniane teksty, artykuły prasowe, ale nie tylko – i wyciąga z nich najsmaczniejsze kawałki lub informacje, które przyczyniają się do budowania obrazu Tatr. Układa z tego całe opowieści – które zamienia na rozdziały w książce. Nie znaczy to, że zajmuje się wyłącznie cytowaniem i wprowadzaniem cytatów, sam zamienia się w komentatora, który chętnie wchodzi w polemiki z autorami z przeszłości, dopowiada coś lub ironizuje. Jakby tego było mało, proponuje też czytelnikom dodatkowe wiadomości, na przykład życiorysowe – o tym, co charakteryzowało autorów, albo w jakie relacje wchodzili w związku z Zakopanem i okolicami. To przygotowuje do lektury i daje pojęcie o samych artystach opiewających górskie pejzaże. Najbardziej jednak Michał Jagiełło interesuje się pokazywaniem literackiej wizji Tatr. W tym zmieszczą się także problemy społeczne i próby podejmowania co ważniejszych decyzji, historia powstawania rozmaitych organizacji czy – próby regulowania codzienności. W tej opowieści nie ma miejsca na porządkowanie wydarzeń, ale z informacji, które Jagiełło gromadzi, daje się sporo wyczytać. To publikacja bardziej rozrywkowa, ciekawostka literacka a nie kompendium wiedzy. Pozwala zorientować się w tym, jak góry postrzegali ludzie pióra – więc z miejsca trafi do wszystkich tych, którzy kochają Tatry. Czasem przyniesie trochę ciekawostek lub kuriozów, częściej – po prostu ucieszy lub zaintryguje. Zwłaszcza starszym czytelnikom spodoba się język tej książki, to ukłon w stronę klasyki – nie tylko za sprawą autorów poszczególnych artykułów, ale też dzięki stylowi, jaki przyjmuje Michał Jagiełło. To opowieść wartka, humorystyczna i atrakcyjna z różnych względów – obowiązkowa dla fanów literatury górskiej, a dla wszystkich, którzy chcą przekonać się, jak Tatry zamieniane są na słowa – jako przyjemna odskocznia od zwykłych tekstów reportażowych.

Katarzyna Kozłowska: Maurizio. Włoska przygoda

Egmont, Warszawa 2019.

Kariera

Kot Maurizio to postać, która przypadła do gustu maluchom, więc Katarzyna Kozłowska proponuje kolejną przygodę tego bohatera, tym razem – we Włoszech. W grę wchodzi wielki konflikt, paparazzi, próby wizerunkowego zaszkodzenia i medialny hałas, ale też – kilka wzmianek na temat ekologicznego trybu życia. Bo kot Maurizio potrafi nawet porażkę zaplanowaną starannie przez wrogów przekuć w sukces, a wtedy znów przekona do siebie publiczność. Maurizio to utalentowany zwierzak: właśnie wybiera się w trasę koncertową, która obejmie włoskie miasta. Na taką okoliczność bohater musi mieć specjalne kostiumy, zaprojektowane przez Wala Hałasa, śląskiego kociego projektanta mody. Wal Hałas planuje wymyślne stroje w odważne wzory – na scenę są idealne. Tymczasem we Włoszech dwa koty syjamskie planują pozbyć się Maurizia: taka konkurencja im nie odpowiada, wolałyby robić karierę same – więc chcą wprowadzić na scenę koszmarnie śpiewającego sobowtóra Maurizia. W tym celu muszą zdobyć zdjęcia jego kostiumów...

„Maurizio i włoska przygoda” to humorystyczna historia w serii Czytam sobie z bakcylem – czyli w cyklu dla dzieci, które przeszły już trzy poziomy nauki czytania i teraz szukają ambitniejszych nieco lektur, wciąż rozrywkowych, ale dostarczających też sporo wiadomości. Agnieszka Kozłowska wysyła Maurizia w trasę, żeby móc wprowadzić kilka nazw i charakterystycznych miejsc (w przypadku nazw – skupi się na ich wymowie, w przypadku miejsc na lokalizacji). Do tego bardzo mocno zaznacza obecność idiomów: często koty posługują się charakterystycznymi powiedzeniami, których nie dałoby się odczytać dosłownie, autorka wykorzystuje dialogi, żeby w przypisach podawać znaczenia kolejnych fraz. Tym samym poszerza słownictwo dzieci. Maurizio się nie nudzi, wokół niego cały czas coś się dzieje, ale akcję autorka mocno zaczepia o ubrania – część czytelników może zatem zniechęcić szczegółowym omawianiem kostiumów i nadawaniem im wielkiego znaczenia w historyjce. Żeby mimo wszystko zwiększyć krąg zainteresowanych lekturą, stawia na sensacyjność: będzie tu porwanie, wielka pomyłka, będzie opracowywanie sprytnego planu. Są tu koty, którym można ufać, są i takie, od których należałoby się trzymać z daleka, kocie zbiry łaknące łatwego sukcesu. Maurizio otacza się dobrymi kolegami, nie chce nikogo krzywdzić – jednak tu wchodzi w grę zazdrość.

Osobną kwestię stanowią w wypadku tej książeczki tematy związane z ochroną przyrody: Maurizio rezygnuje z używania plastikowych słomek, w zamian wprowadza modę na wąsy z soku z marchewki – jako znak dbania o naturę. Do tego w ramach uwalniania przyjaciela z opresji, pomaga też olbrzymiej liczbie srebrnych lisów trzymanych w klatkach i hodowanych na futro – jasno wykłada, że nie wolno tak traktować zwierząt. Gdzieś przewinie się motyw recyclingu – wszystko po to, żeby od najmłodszych lat dzieci przyswajały sobie, jak troszczyć się o środowisko. Maurizio, zabawny kot, jest tu najlepszym przewodnikiem. Agnieszka Żelewska, która ilustruje tomik, świetnie się bawi między innymi tworzeniem chóru z lisów – w warstwie graficznej można zatem również dostrzec wiele żartów, które nastrajają pozytywnie do lektury.

sobota, 12 października 2019

Zofia Rudnicka: Gerard Wilk. Tancerz

Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2019.

Namiętności

Gerard Wilk to postać, która fascynuje – Zofia Rudnicka proponuje czytelnikom biografię tancerza-legendy, ale biografię mocno przepuszczoną przez zachwyt. To właściwie laurka czy też rodzaj pomnika wystawionego zmarłemu przed laty przyjacielowi i partnerowi scenicznemu – ale ponieważ opowieść jest tak dobrze poprowadzona, można autorce wybaczyć uleganie emocjom. W tej publikacji znaleźć można wiele – od dokonań artystycznych po prywatne motywacje i wybory tancerza. Zofia Rudnicka wie dużo, chociaż przyznaje, że do pewnych sfer egzystencji artysty dostępu nie miała. Może natomiast odtwarzać część wiadomości za sprawą rozmów z bliskimi Wilka – pozwala im na zaprezentowanie własnych ujęć tancerza, na zaserwowanie odbiorcom wspomnień niebanalnych.

Tym, co rzuca się w oczy w tej książce, jest zachowanie dobrego smaku. Parę razy autorka musi zmierzyć się z tematami budzącymi kontrowersje lub stereotypami, ale potrafi je wprowadzać tak, by nie wywoływać niepotrzebnych sensacji. Nie o to chodzi w książce, żeby zastanawiać się nad kwestiami moralnymi i nad sposobem na życie – artysta rezygnuje z drogi powszechnie uznawanej, odważa się żyć po swojemu – i nie daje sobie narzucić żadnych rozwiązań. Dzięki temu wypada jeszcze barwniej – i bardziej twórczo. Gerard Wilk budzi podziw również dlatego, że nie chce podporządkowywać się szarzyźnie. W tomie, którego „akcja” toczy się w dużej części w PRL-u nie ma ani śladu stypizowanej rzeczywistości i znaku czasów – ani Rudnicka nie potrzebuje przypominania czytelnikom o tym, co się działo, ani Wilk nie zachowuje się zgodnie z oczekiwaniami społeczeństwa. Jest uosobieniem wolności – i na scenie, i we własnym życiu. Zofia Rudnicka będzie więc odtwarzać nietypową drogę – tak, żeby nawet ludzi, którzy nie pasjonują się tańcem, zaintrygować samą opowieścią. W narracji potrafi oddać zmysłowość tancerza i rozkoszować się sztuką – ale bez egzaltacji. To rzadka umiejętność, warto zatem podkreślać, że tom „Gerard Wilk. Tancerz” dostarcza również zachwytów estetycznych, już w planie formy.

Rudnicka odczytuje kolejne sukcesy sceniczne, jest w stanie przełożyć język tańca na opowieść interesującą dla czytelników – nie zarzuca skomplikowanym słownictwem, ale potrafi przytaczać rozwój kariery Wilka w sposób wartościowy nawet dla przypadkowych czytelników. Przeplata tę relację komentarzami obyczajowo-towarzyskimi. Opowiada o znajomościach Gerarda Wilka i o jego miłościach, rejestruje grono przyjaciół i oddaje im głos (ale nie tworzy mozaiki cytatów z kolejnych wypowiedzi, umożliwia natomiast dopełnianie portretów tak, by czytelnicy otrzymali jak najbardziej wielostronną charakterystykę postaci. Miejsca pomiędzy tymi wynurzeniami zapełnia – między innymi – przypominaniem o urodzie i o sylwetce tancerza – co zresztą koresponduje ze zdjęciami. Tych w tomie znajduje się sporo i są albo fotosami z występów baletowych, albo artystycznymi ujęciami, albo – propozycjami z domowego archiwum. Pewne jest, że podczas lektury czytelnicy nie będą mieli szans na znużenie. Zofia Rudnicka pisze z wyczuciem i wielką znajomością bohatera – mimo wyjściowych zastrzeżeń wie, jak rozbudzić w odbiorcach ciekawość postaci i jak utrwalić Gerarda Wilka w świadomości potomnych. Fakt, że to tancerz, który samą egzystencją działać może na wyobraźnię odbiorców, ułatwia prowadzenie relacji – jednak autorka mistrzowsko wyważyła proporcje między dokonaniami artystycznymi i życiem prywatnym – Gerard Wilk w tej opowieści wypada nadzwyczaj ciekawie.

Dzień, w którym Heniś poznał...

Egmont, Warszawa 2019.

Kolorowanka bez kolorów

To drobna książeczka, bardziej nawet zeszyt niż tradycyjna publikacja, kierowana do najmłodszych dzieci – ale dostarczająca im bardzo dużo zabawy. „Dzień, w którym Heniś poznał...” ma kilka wymiarów. Przede wszystkim to tomik w serii Wodne kolorowanie, czyli wystarczy dać dziecku pędzelek i trochę wody, żeby odkrywało, w jakich barwach przedstawione zostały przygody Henisia. Wszystko za sprawą nadrukowanych kropek: w kontakcie z wodą stworzą barwne plamy. Maluch musi tylko rozprowadzić równomiernie wodę - „farbkę” - po kształcie. To rodzaj „magii”, która zwłaszcza młodszym dzieciom przypadnie do gustu bardzo szybko. Rodzicom z kolei spodoba się fakt, że nie trzeba przygotowywać całego stanowiska do kolorowania – rzeczywiście ogranicza się liczbę potrzebnych przedmiotów, więc książeczka może równie dobrze sprawdzić się w podróży. Co prawda maluch nie może samodzielnie zdecydować, jaki kolor będzie odpowiedni dla kolejnych kształtów – ale zaskoczenie, że z czarno-białego rysunku i wody może powstać coś barwnego, będzie spore. Każdy obrazek można później wyciąć i potraktować jak małe dziełko – tomik jest zadrukowany jednostronnie, żeby przy malowaniu po jednej kartce nie niszczył się obrazek z drugiej strony.

Heniś to bohater niezdecydowany, to znaczy: nie został obdarzony żadnym konkretnym zawodem. I tu ujawnia się druga wartość książeczki. Dzieci będą podążać za tą postacią i sprawdzać, jakie zajęcia mogą sobie wybrać w przyszłości. Heniś najpierw jest listonoszem, później udaje się do zoo i sprawdza, jakie zwierzęta tam mieszkają, zamienia się w magika czy w pirata, podróżuje balonem, gra na różnych instrumentach czy nurkuje, za każdym razem zmienia się jego otoczenie i rodzaj wyzwań, z jakimi mały bohater się mierzy. Heniś jest typowym kreskówkowym dzieciakiem, ma wielką głowę i wielkie oczy, a zamiast dłoni ma po trzy kreski imitujące palce – stosunkowo łatwy do przerysowania (gdyby rodzice chcieli przedstawiać kolejne jego przygody), ale też i do pokolorowania – w końcu książka przeznaczona jest dla małych dzieci, które nie poradziłyby sobie z detalami. Na wszystkich obrazkach bohater jest bardzo radosny: roześmiany, zachęca dzieci do testowania rozrywek, które ma do zaoferowania świat. Heniś nigdy się nie nudzi, więc i maluchy nie będą się z nim nudziły. Każdą stronę z przygodami można potraktować jak okazję do opowiadania, co dzieje się na obrazku albo co mogło zdarzyć się poza kadrem – tak, żeby uruchamiać wyobraźnię najmłodszych i od początku pokazywać im sztukę narracji.

Do tego na każdej stronie znajduje się słowny komentarz, kilka wersów emocjonującej opowieści – to miejsce na podpis, tyle tylko, że fabularyzowany – na skrótową relację o tym, co akurat robił Heniś. Dorośli mogą przeczytać ją dzieciom (lub zachęcać do poznawania liter i samodzielnego czytania), aby ostatecznie wyjaśnić, co znajduje się na obrazku. „Dzień, w którym Heniś poznał...” to sposób na dostarczenie kilkulatkom zabawy w najprostszy możliwy sposób – kolorowanka, która przyciąga uwagę.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com