Strona główna || O autorce || O tu-czytam || Bajki || Bajkowe portfolio                       

piątek, 20 stycznia 2017

Alice Pantermüller: Pamiętnik Zuzy-łobuzy. Szpanerskie hobby

Jaguar, Warszawa 2016.

Szukanie zajęcia

Zuza z najlepszą przyjaciółką, Zośką, nie może usiedzieć spokojnie. Chociaż nawet sama przed sobą by się do tego nie przyznała, chce we wszystkim naśladować znienawidzoną Berenikę Berestecką, zadzierającą nosa koleżankę. Kiedy choruje na ospę, przekonuje się, że warto mieć jakieś hobby, by nigdy się nie nudzić. Powrót do szkoły jest dla niej równoznaczny z rozpoczęciem poszukiwań, w których tle – już klasycznie – wystąpią króliki. Hobby dla Zuzy-łobuzy musi być spektakularne (a mama wciąż wysyła dziewczynkę tylko na lekcje gry na flecie i nie może pojąć, że flet indyjski jest trochę zaczarowany i wywołuje mnóstwo szkód w domach nauczycielek). Bohaterka razem z nieodłączną Zośką idzie na lekcję jazdy figurowej na łyżwach, a kiedy to okazuje się niewypałem – trafia na plan filmowy jako statystka. Tyle że pod wpływem Zośki Zuza ma większe ambicje niż tworzyć tło dla supergwiazdy dziecięcej, Okawiana Różalskiego. Chce sama zostać podziwianą przez wszystkich gwiazdą i nie zamierza słuchać poleceń filmowców. Łatwo przewidzieć, jak to się skończy. W międzyczasie Pawełek – trzeci z klubu Zuzy-łobuzy i Zośki – doskonali pokazy magiczne. Dzieci przekonują się, że nie można zmusić się do hobby.

Alice Pantermüller tworzy serię dla małych czytelniczek – trochę na wzór Penny z Piekła Rodem, chociaż mniej komiksową i bez podziału na osobne historyjki. Akcja u Zuzy to zapiski z dziecięcego dziennika – co ciekawe, bohaterka dość nonszalancko traktuje daty i dni tygodnia, ale dzieci nie zwrócą na to uwagi. W „Szpanerskim hobby” dzieje się bowiem więcej, niż można by przypuszczać. A to dlatego, że bohaterka bez namysłu realizuje każdy kolejny pomysł, nie oglądając się na wskazówki raczej oderwanych od życia rodziców. Zuza zawsze musi wpaść w jakieś tarapaty. Sporą ich część wywołuje sama, nieprzemyślanymi zachowaniami i nadmierną pewnością siebie – ale równie dużo zawdzięcza czarodziejskim możliwościom fletu ze sklepu indyjskiego. Zaklina nim to, co kształtem podobne jest do węży (najczęściej robaki, chociaż przytrafi się i jamnik). W efekcie Zuza ma dość barwną codzienność, mimo że sama tego tak nie postrzega.

Dziennikowa i pierwszoosobowa narracja jest tu mocno łączona z grafiką. Część wyrazów zyskuje dodatkowy akcent przez zmiany fontów (wybór jest dość duży), rozmaite podkreślenia i wzorki. Do tego dochodzą „buzie” – kółka z minami na wzór emotek z komunikatorów. Nimi Zuza podkreśla swoje stany – nie zawsze dotyczy to podstawowych emocji, bo obok śmiechu, smutku i złości jest tu ziewanie, zadzieranie nosa, a nawet wzruszanie ramionami czy stukanie się po czole (do tych celów tomikowe emotki zyskują ręce). Nie ma tu kadrów, jak w powieściach komiksowych, ale rysunki Danieli Kohl pełnią ważną rolę w dopełnianiu opowieści. To dzięki nim dzieci od razu zyskują podgląd opisów, a czasem i uruchomienie ironii. Ilustracje przypominają komiksowe szkice – lub naiwne rysunki – same w sobie są dość dowcipne i oparte na karykaturach, pasują też do osobnego tonu historii. Automatycznie też rozdmuchują opowiadanie o jednej przygodzie Zuzy do objętości książki. To jeden z niezawodnych sposobów na przekonanie dzieci, że czytanie nie musi być nudne. „Szpanerskie hobby” jest zapisem zabawy urozmaiconej niepowodzeniami, które jednak ani przez moment nie załamują bohaterki. Zuza dokazuje, jak wiele maluchów, i udowadnia, że dziecięca wyobraźnia nie zna ograniczeń. Tyle tylko, że ciągle odkłada na później opowiadanie o żółwiu Wacku, domowym pupilu. Nic dziwnego, ma wiele ważniejszych spraw do przekazania.

Wojciech Widłak: Król Gromoryk i zagadkowy smok

Egmont, Warszawa 2016.

Sen

Nawet król może się czasem czegoś wystraszyć. Król Gromoryk akurat ma wrażenie, że zaatakował go smok. Chociaż dużo wskazuje na to, że to tylko zły sen, bohater nie daje się do tego przekonać. A skoro nikt mu nie wierzy – postanawia groźnego stwora narysować. Boi się o swojego małżonka królowa Dobrochna, a nadworny medyk Pigułka już spieszy z pomocą. Ale wszystko wyjaśni rysunek wykonany przez króla.

Tomik „Król Gromoryk i zagadkowy smok” to historyjka, w której kot Gaduła dopiero pojawi się w pałacu: na razie dzieci mają okazję poznać bohaterów cyklu i przyzwyczaić się do ich nietuzinkowego podejścia do codzienności. Bo wprawdzie do czynienia mamy tu z królewską parą, ale ani Gromoryk, ani Dobrochna nie zajmują się przesadnie rządzeniem. To postacie, które zbyt zajęte są codziennością, nawet tą bliską dzieciom – żeby potrzebowały jeszcze uzasadnień istnienia. Tu nikogo nie zaskoczy widok króla w łóżku czy królowej podczas śniadania. Wojciech Widłak bardzo serdecznie prezentuje Gromoryka – bohaterowi cały czas towarzyszy łagodny, dobrotliwy uśmiech. To czynnik, który dzieci do czytania przekona – bo miło jest spędzać czas z tak prezentowanymi bohaterami. Widłak nie porywa się na wielkie wyzwania, wystarczy mu to, co i dzieci doskonale zrozumieją. Dlatego zawsze jest tu wesoło – i bardzo sympatycznie. Gromoryk to ta postać, przy której nic złego stać się nie może. Każda przygoda będzie za to przesycona komizmem i opracowana tak, by nawet najmłodsi mieli tu sporo rozrywek.

Król Gromoryk zaprasza do ćwiczenia czytania – dzieci zechcą bowiem śledzić jego doświadczenia, a to osiągną bez trudu samodzielnie, seria Czytam główkuję takie zachowanie zakłada. Również dlatego Gromoryk tak często rozśmiesza kilkulatki postawami czy decyzjami niepasującymi do stereotypu władcy. Rozrywka maskuje wkład pracy – trud potrzebny do śledzenia opowieści. Wojciech Widłak bardzo się stara uprzyjemnić maluchom czytanie. „Król Gromoryk i zagadkowy smok przy okazji może pomóc uporać się ze strachem – nocne koszmary władcy mają swoją przyczynę w bardzo miłym fakcie.

Historia Gromoryka to pierwsza warstwa opowieści. Anna Boboryk przygotowuje do niej matematyczne i logiczne zagadki, dzięki którym dzieci polubią matematykę. Wśród zadań jest na przykład uzupełnienie wzoru z „figur” wykonywanych przez króla (a do uzupełnienia służą naklejki), kończenie wzorów na poduszkach, rysowanie nóg pod stołem, „strachy” z odcisków palców, a i porównywanie zawartości talerzy bohaterów. Czasami maluchy mają rysować, czasami wykorzystywać dołączone do książeczki naklejki – ale zawsze przy tym uczą się myśleć i rozwiązywać problemy. Boboryk treścią poleceń nawiązuje do opowieści Widłaka, ale zachowuje przy tym również humor (szlaczek stworzony ze smoków!), czasami natomiast wspiera rodziców w zadaniach wychowawczych – w pewnym momencie odbiorcy mają zrobić porządek w swoim pokoju, w nagrodę czeka na nich medal.

„Król Gromoryk i zagadkowy smok” zilustrowany przez Ewę Poklewską-Koziełło to tomik bardzo kolorowy i komiksowy. Bohaterowie mają tu wciąż zabawne miny i… ciekawe figury, a to za sprawą oryginalnych kostiumów – bo w warstwie graficznej nawet zwyczajność króla musi okazać się niezwyczajna. Poklewska-Koziełło jeszcze podkreśla dowcip całej książeczki. W tym tomiku dzieje się więc bardzo wiele i to równocześnie. Nie wiadomo, czy wybrać czytanie, rozwiązywanie zagadek czy oglądanie rysunkowego komentarza do wydarzeń. To gwarancja, że dzieci nie znudzą się małym tomikiem zbyt szybko. Ważne, że przez śmiech oswaja się je tu z tym, co na początku szkoły może sprawiać drobne problemy, zachęca do pracy i do szlifowania umiejętności potrzebnych w życiu.

czwartek, 19 stycznia 2017

Don DeLillo: Gwiazda Ratnera

Noir sur Blanc, Warszawa 2016.

Pycha

W „Gwieździe Ratnera” science-fiction ma posłużyć satyrze na ludzkość i naukę. Don DeLilo śmieje się z chęci eksplorowania kosmosu i ze środowiska rzekomo poważnych naukowców, którzy każdą szansę wykorzystują, by badawczy dyskurs obnażyć przez popęd seksualny. DO tajnej bazy sprowadzeni zostają wybitni – zwłaszcza laureaci Nagrody Nobla. Wśród nich jest czternastoletni Billy, noblista z dziedziny matematyki. Jego specjalnością są zorgi (co nikomu nic nie mówi, a pogłębianie zagadnienia nie ma większego sensu, bo i tak nie umożliwi porozumienia). Billy oczywiście jest matematycznym geniuszem, mimochodem dostrzega zależności między liczbami i byłby w stanie wykonywać w pamięci skomplikowane obliczenia, gdyby nie to, że go nudzą. Zamiast rozwiązywania zadań Billy woli rozmyślać nad problemami. W instytucie badawczym będzie ich sporo, chociaż mało kto dąży do tego, by rzeczywiście zgłębić tajemnicę kosmosu. Sprawa wydaje się poważna: do Ziemi dotarł sygnał z kosmosu, konkretnie – z Gwiazdy Ratnera. Zaszyfrowana wiadomość może być przełomowym odkryciem lub… błędem pomiarowym, zwłaszcza że sygnał nie został powtórzony i nie ma pewności, że pojawił się w formie możliwej do rozszyfrowania. Uczeni nie spieszą się z dokonywaniem odkryć. Czas spędzają na jałowych dyskusjach lub zabawach tylko z pozoru związanych z nauką – pomijając te chwile, kiedy interesuje ich najbardziej popęd płciowy, cielesne i psychiczne ograniczenia współtowarzyszy. Gwiazda Ratnera pozostaje daleko w tle, jako idealizowana metafora przełomu. Billy unika tu roli obserwatora, dobrze wpasowuje się w środowisko i reaguje na kolejne oczekiwania – ale nie stara się zmienić panującej w ośrodku sytuacji. Uczestniczy w spotkaniach, poznaje nowych ekspertów i liczne teorie dotyczące Gwiazdy Ratnera (a zarazem i powstania wszechświata), jednak unika zaangażowania w dziwną sprawę. Przecież nawet rozszyfrowanie sygnału z obcej planety nie pozwoli jeszcze na świadome i pełne nawiązanie kontaktu oraz wymianę informacji.

„Gwiazda Ratnera” to powieść o słabości człowieka. Autor nie pozostawia nadziei co do ograniczonych możliwości i nieprzekonujących motywacji ludzi: a skoro ci są niedoskonali, maszyny i przyrządy przez nich tworzone także nie będą wolne od błędów i pułapek. Błędne koło uniemożliwia prawdziwe poznanie, zwłaszcza że badacze nie są w stanie połączyć sił i hermetycznych zainteresowań, by działać wspólnie dla dobra planety, ludzkości i kosmosu. To gorzka diagnoza, ale wciąż pozostająca w sferze satyry. DeLillo operuje w niej językiem trudnym, będącym połączeniem dyskursu naukowego i pozbawionej sensu słownej ornamentyki. Specjalizuje się w maskowaniu znaczeń, metonimizowaniu rzeczywistości. Pozwala bohaterom posługiwać się nieprzezroczystym żargonem bez względu na to, czy będzie on zrozumiały i sprawdzalny dla odbiorców, czy też do końca zaciemni sytuację – w ten sposób język podaje w wątpliwość siebie samego, traci moc. Zapewnia też autor czytelnikom zestaw ewentualnych zagadek do sprawdzenia – zachęca do zagłębiania się w tajniki nauki i testowania prawdziwości wygłaszanych twierdzeń. Chociaż bohaterowie odzywają się do siebie z wyjątkowym przekonaniem i chcą sobie imponować, często zastawiają pułapki dotyczące wiedzy lub logiki. Gdzieniegdzie przebłyskuje też ironia widoczna w oderwaniu od specyficznej gry. Celuje autor w zestawianiu pojęć z odrębnych płaszczyzn, różnych dyscyplin naukowych, tak, by w całości brzmiały uczenie i dostojnie, a w warstwie semantycznej – ulegały rozsadzeniu od środka. Naturalne jest, że przy takim zabiegu sporo miejsca zajmują rozbudowane dialogi, wymiana myśli nietuzinkowych postaci. Gdzieś tęskni autor za „Ulissesem”, ale woli imitować konkret, czerpie też z różnych gatunków, nawet tych użytkowych. Wszystko jest równocześnie ucieczką od banału i potężnym podkreśleniem go w pozaliterackiejegzystencji. „Gwiazda Ratnera” napisana w latach 70. XX wieku do teraz wydaje się drwić z części naukowych postaw i z wiary w możliwość odkrywania nieznanego – ale nie traci na świeżości, wciąż jest książką mocną.

środa, 18 stycznia 2017

Tadeusz Woźniak w rozmowie z Witoldem Górką: Zegarmistrz światła

Zysk i S-ka, Poznań 2016.

Porządek rzeczy

Tadeusz Woźniak ma do opowiedzenia wiele, nie tylko w związku ze swoimi muzycznymi pasjami, ale i z rodziną. Wywiad-rzeka (który po prostu musiał zostać zatytułowany od najsłynniejszego przeboju, „Zegarmistrz światła”), pokazuje te wiadomości, które słuchacze i fani z pewnością znają, na przykład z koncertów, jak i fakty mniej popularne. Tadeusz Woźniak prezentuje swoje życie oraz muzyczną karierę w krótkich, migawkowych rozmowach. Wystarczy, żeby zaproponować szybki przegląd najciekawszych wydarzeń i dokonań, chociaż wiąże się taka skrótowość z brakiem pogłębianych analiz. Artysta nie szuka zbyt długo w pamięci tego, co ulotne, nie zajmuje się też szperaniem w archiwach – pokazuje czytelnikom przeszłość w kształcie, w jakim ją tu i teraz pamięta. To oznacza częściowe ograniczenie anegdot i życiorysowych pozaencyklopedycznych historyjek, ale też Woźniak nie pozuje na gawędziarza. Sam decyduje o tym, co trafi do wiadomości odbiorców, sam też nadaje tempo rozmowom. Wydaje się, że Witold Górka jest tu zbędnym dodatkiem, kimś, kto tylko uzasadnia przejścia między tematami, ale nie steruje rozmową. To słuchacz idealny w tym sensie, że nie wtrąca się w wywody, nie przerywa, pozwala muzykowi skomentować każdy kolejny etap życiorysu, nie szuka też tanich sensacji.

Oczywiście w pierwszej kolejności książka trafi do fanów artysty. Niezależnie jednak od jej wyjściowego przeznaczenia kierowana jest do wszystkich zainteresowanych miejscem muzyka na dzisiejszym „rynku”. Tadeusz Woźniak znany jest wszystkim, bez względu na audiofilskie preferencje, jako twórca kilku evergreenów, które tu będą dość często powracać w roli punktu odniesienia. Opowiada o własnych poszukiwaniach twórczych na początku kariery – pierwszych zespołach i instrumentach, pseudonimie scenicznym (rzekomo koniecznym dla odróżnienia od innego piosenkarza). Ale ta historia ma niespodziewany dalszy ciąg – po solowych płytach z lat 70. następuje bowiem przejście do innego nurtu. Tadeusz Woźniak rozpoczyna bardzo owocną współpracę z teatrami. Nie przyniesie mu to tak wielkiej popularności czy rozpoznawalności jak przeboje, ale jest inspirującym wyzwaniem, którego warto się podjąć. To ciekawy rozdział – przegląd twórczych możliwości i wskazanie odbiorcom płaszczyzn realizacji dla dzisiejszego artysty – artysty w obecnym świecie. Dalej jest też mowa o muzyce do seriali telewizyjnych. W końcu Tadeusz Woźniak powraca do koncertowania, także rodzinnego. Przewijają się przez tę część rozmów żona, Jola Majchrzak, oraz syn, Piotr Woźniak, znany fanom muzyki z krainy łagodności. To stopniowe przechodzenie od radości wspólnego muzykowania do opowieści bardzo prywatnej, o Filipie. Filip urodził się (ponad dwie dekady temu) z zespołem Downa. Tadeusz Woźniak opowiada więc o mądrym wychowywaniu niepełnosprawnego dziecka, o wyzwaniach, z jakimi musiała się mierzyć cała rodzina (między innymi związanych ze szkołami), a i o pasjach Filipa. Przytacza zabawne koncertowe anegdoty i pomysły syna, jednocześnie dając odbiorcom cenną lekcję, jak traktować dzieci z zespołem Downa. Można by w ogóle sądzić, że to prawdziwy powód wydania książki – gdy by nie poprzedzała go spora podróż w przeszłość muzyczną.

Tadeusz Woźniak przedstawi tu sylwetkę Bohdana Chorążuka, opowie o scenicznych przyjaźniach, koncepcji strojów, o tworzeniu i o bliskich. Chociaż kolejne rozmowy-rozdziały są boleśnie krótkie, to jednak artysta wstrzelił się w rynkowe trendy i zaprezentował siebie tak, jak chciałby być postrzegany przez fanów. W „Zegarmistrzu światła” pojawia się bardzo dużo zdjęć (i z koncertów, i z prywatnego archiwum). Trochę brakuje kalendarium czy pełnej dyskografii (dość zachowawczo przy wyliczeniach na końcu tomu pojawia się słowo „wybór”), ale pasuje to do charakteru książki.

wtorek, 17 stycznia 2017

Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory listy na wyczerpanym papierze (wznowienie)

Agora, Warszawa 2016. (książka z audiobookiem)

Mówić o miłości

Przez pewien czas były domysły – a i życzenia czytelników i słuchaczy. Nadzieje na to, że dwoje autorów najpiękniejszych piosenek o miłości miało się ku sobie i przeżyło głębokie i inspirujące uczucie. W okruchach wspomnień pojawiali się anonimowi kochankowie – każdy próbował do tych sylwetek dopasować tę parę. Oboje ceniący miłość jako źródło lirycznych zachwytów, oboje potrafiący ubrać w słowa porywy serc, ale i ciał. I w pewnym momencie tajemnica przestała być tajemnicą. Sześć lat temu ukazały się „Listy na wyczerpanym papierze”, lektura wyjaśniająca niezwykły „romans” i dająca jednoznaczną odpowiedź na fascynujące porozumienie poetów. Spotkała się ta publikacja – będąca zresztą dużym wydarzeniem literackim – ze skrajnymi opiniami. Bo wbrew zwyczajom (i zastrzeżeniom wielu autorów dotyczącym publikowania wspomnień dopiero kilka dekad po ich śmierci) miłosna korespondencja Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory ukazała się dość szybko. Z tego posunięcia Magda Umer się tłumaczy – w końcu dzieci bohaterów książki, Agata Passent i Kot Przybora zadecydowały o przekazaniu prywatnych zwierzeń do druku. Nie po to, żeby wywołać skandal czy odpowiedzieć na domysły – ale dlatego, że „Listy na wyczerpanym papierze” to piękna literatura miłosna. Na razie i Przybora, i Osiecka funkcjonują w świadomości kolejnych pokoleń jako twórcy ponadczasowych piosenek. Ten tom może być dopełnieniem ich lirycznych komentarzy – i zestawem odczytywanych na nowo inspiracji.

„Listy na wyczerpanym papierze” to przede wszystkim miłosne wyznania „tekściarzy”, którzy niemal rywalizują ze sobą w oryginalnym podejściu do tematu romansu. Autorzy na przemian to wyznają sobie miłość i niemal pojedynkują się na rozmiar tęsknoty. Nie mogą bez siebie istnieć, przynajmniej w słowach. Czasami parafrazują (lub w ogóle parodiują) nawzajem piosenki, żeby dać upust uczuciom. „Listy na wyczerpanym papierze” to rejestr wzajemnych wyznań i wyrzutów – prywatnych, momentami intymnych (choć zapisywanych też w telegramach, na odwrotach zdjęć lub kartach pocztowych). Nie ma w nich wulgarności, ale nie ma też szczebiotu typowego dla idealizowanych początków płomiennego romansu. Korespondencja zamienia się w grę, oczekiwanie niemożliwego – i wystawianie drugiej strony na wielką próbę cierpliwości. Strzępki rozmów zamieszczane w listach niespecjalnie przydadzą się biografom, ale zwykłym odbiorcom pokażą, jak – na ile sposobów – pisać można o tym samym uczuciu. To jak uzupełnienie fraz z piosenek, wypróbowanie w praktyce metod mówienia o miłości. Od czasu do czasu Magda Umer wprowadza drobne przypisy objaśniające dodatkowe postacie lub miejsca (i rezygnuje przy tym z encyklopedycznego tonu), pojawiają się również wyimki z kalendarzy Osieckiej – drobne wzmianki o stanach emocjonalnych związanych z przytaczaną korespondencją.

Cały tom ma albumowy charakter. „Listy na wyczerpanym papierze” zyskały godną siebie oprawę graficzną. Mnóstwo tu reprintów tych dokumentów: zdjęć pocztówek czy kartek z papeterii. Zmiany nadawców sygnalizowane są znaczkiem z odpowiednią postacią. Do tego – liczne zdjęcie (w tym takie, które sprawdzały się jak karty pocztowe i dopełniały treść listów). A ponieważ znaczące w interpretacjach może być wszystko, nawet skreślenia – zostają one odwzorowane także na poziomie druku, by czytelnicy dostali wgląd w jak najpełniejszą treść listów. Część z konieczności jest fragmentaryczna – Jeremi Przybora i Agnieszka Osiecka porządkowali swoje archiwa i pozbywali się materiałów, które nie powinny ujrzeć światła dziennego, część zapewne uległa zniszczeniu lub zgubieniu. To, co pozostało, pokazuje czytelnikom, jak pięknie można mówić o miłości. Do tomu zostały dołączone nagrania „Listów”, czytane przez Magdę Umer i Piotra Machalicę. Ta literatura powinna wybrzmieć.

poniedziałek, 16 stycznia 2017

Franca Düwel: Julia i Królewna Śnieżka

Jaguar, Warszawa 2016.

Niebezpieczeństwa

Julia to mała bohaterka, która musi poznawać dziecięcy świat już z motywami właściwymi dorosłemu. Przełamywanie tabu autorka rozpoczyna bardzo szybko i wychodzi z założenia, że i tak wszystkie małe czytelniczki zdążyły już usłyszeć o pewnych sprawach i oswoić się z nimi. W związku z tym nie ma co przymykać oczu na kwestie do niedawna z literatury dziecięcej usuwane. I tak mama Julii po porodzie cierpi na depresję, całymi dniami płacze i nie da się z nią porozumieć. Koleżanki w klasie bez przerwy rozmawiają o tym, która już dostała okres (Julia wie, że też ją to czeka, ale nie wyobraża sobie na razie, że będzie musiała raz w miesiącu zrezygnować z założenia białych dżinsów w obawie przed ich zabrudzeniem). Do tego Julia (która ma dwanaście lat) jeszcze się nie całowała, co również trochę ją przygnębia – wyraźnie odstaje doświadczeniami od bardziej przebojowych koleżanek. W pewnym momencie dochodzi w książce jeszcze zagadnienie ewentualnego rozwodu rodziców (i poruszany przy dziecku temat zdrady). To nie koniec zmartwień. Franca Düwel szykuje ich o wiele więcej, a wszystkie poważne – i kompletnie nie kojarzone z dylematami przeciętnej dwunastolatki.

Problem stwarza tu toksyczna przyjaciółka Julii, Hanna, dziewczyna, która ma na bohaterkę wielki wpływ i snuje rozmaite intrygi, żeby zawsze postawić na swoim. Dla Hanny kłamstwa to chleb powszedni, a napuszczanie jednych dzieci na inne jest sposobem na szybkie osiągnięcie celu. To Hanna prześladuje Sarinę, swojego dawnego „wroga”, uruchamiając w szkole aferę lesbijską: sugeruje rówieśnikom i nauczycielom, że Sarina zakochała się w Julii. Jej pomysły bywają przerażające zwłaszcza dlatego, że Hanna doskonale gra i umie wymusić posłuch. Drugim problemem, także ponad siły dwunastolatki, jest Sarina, ofiara przemocy domowej. Julia nie chce zostawiać koleżanki i przymykać oczu na dramat rozgrywający sięw jej domu. Widzi – przypadkiem – zielone i niebieskie ślady na ciele Sariny i szuka pomocy, mimo że porywczy i wiecznie pijany starszy brat Sariny poważnie jej grozi. Nie można w tomie „Julia i Królewna Śnieżka” narzekać na brak wydarzeń o ogromnej sile rażenia. Ciekawostką jest fakt, że Julia o swoich obawach nie może porozmawiać z rodzicami (a kiedy próbuje, kończy się to źle) – a mimo to nie powstrzymuje się od działania. Nie chce przymykać oczu na krzywdę koleżanki. Nieprzypadkowo po tytule tej książki pojawiają się słowa „zawsze może być jeszcze gorzej” – tu jedno zdarzenie może wywołać lawinę przykrości. Autorka w końcu doprowadzi do pomyślnego rozwiązania spraw, ale do tego czasu będzie poważnie szarpać nerwy młodym odbiorczyniom.

Tego typu rozwiązania modne są w dzisiejszych nastolatkowych opowieściach z gatunku Bildungsroman niemal wyłącznie w literaturze niemieckiej. Tu autorzy nie boją się głośno mówić o sprawach, z którymi dzieci prędzej czy później się zetkną. Na początku może to wprawiać w lekką konsternację – ale jest dobrym przygotowaniem do dyskusji społecznych. Autorka pokazuje dzieciom, że nie muszą być bierne ani w obliczu bardziej przebojowych koleżanek, ani wobec dramatów niemal dorosłych. Julia mocno przejmuje się odrzuceniem ze strony przyjaciółek czy sytuacją w domu Sariny, ale nie poprzestaje na analizowaniu własnych emocji – obmyśla plany działania i reaguje zawsze wtedy, gdy uzna, że trzeba coś zrobić. Tak nakreślona bohaterka przeżywa dużo więcej niż postacie z naiwnych dziewczyńskich popobyczajówek o pierwszej miłości – zapewnia też czytelniczkom dużo cenniejszą przygodę lekturową.

niedziela, 15 stycznia 2017

Mitchell Kriegman: Być jak Audrey Hepburn

Wydawnictwo Kobiece, Białystok 2016.

Zmiana

„Być jak Audrey Hepburn” to bardzo udana – i nietypowa – młodzieżowa obyczajówka o baśniowej proweniencji. Lisbeth nie ma się czym pochwalić – pracuje w podrzędnym barze, jej matka jest alkoholiczką (skłóconą w dodatku z babcią bohaterki), a gderliwa starsza siostra ani leniwy brat nie zamierzają się już uczyć (w tej akurat kwestii zresztą Lisbeth idzie w ich ślady). Od ponurej codzienności nie ma wytchnienia. Bohaterka ratuje się oglądaniem w kółko filmów z Audrey Hepburn i ćwiczeniu jej póz. Pewnego dnia pojawia się możliwość przymierzenia oryginalnej sukni aktorki. Lisbeth na moment staje się kimś innym – trafia na imprezę celebrytów i ratuje młodą gwiazdkę pop. Tajemnicza nieznajoma w znudzonym sobą środowisku to wreszcie szansa na rozrywkę dla przedstawicieli wyższych sfer. Przygoda musiałaby się szybko skończyć, gdyby nie Bunia. Babcia Lisbeth przekazuje jej swoje dawne balowe suknie, a najlepsza przyjaciółka – przyszła projektantka mody – przerabia je tak, że Lisbeth wszystkich olśniewa. Pozując na Audrey sprawdza, jak wygląda niedostępny jej dotąd świat. Przy okazji odkrywa, jak wiele mrocznych tajemnic mają pozornie beztroscy bogacze.

Biedna dziewczyna, która udaje majętną i obytą w świcie – to dzisiejsza wersja metamorfozy Kopciuszka. Mitchell Kriegman ani przez moment nie straci uwagi odbiorców. Tworzy tę historię ze smakiem i dobrym wyważeniem proporcji między pięknem i upadkiem. Starannie przedstawia skandaliki, które są udziałem sław, a do mediów nie wypłyną, udowadnia też, jak łatwo zatracić się w przyjemnościach i nie zwracać uwagi na to, że normalne życie to nie bajka i przynosi liczne dramaty. Lisbeth spełnia nieuświadamiane w tak dużym stopniu swoje marzenia – przegapiając niemal szansę na uczestniczenie w egzystencji bliskich sobie ludzi. Jej maskarada wydaje się jednak kusząca, bo odsuwa na bok przyziemne problemy. Kriegman nie prezentuje egzaltowanej nastolatki, zamienia ją w prawdziwą damę – nowej Audrey się tu kibicuje. Wszystko okazuje się bardzo realne, zwłaszcza dzięki stylowi narracji. Autor nie tylko wplata do opowieści sceny filmowe i nawiązania do biografii aktorki. Całe akapity zamienia w… modowe refleksje. Ze szczegółami – i z lubością – opisuje wygląd kolejnych strojów przerabianych lub wymyślanych przez Jess. Lisbeth sprawdza, jak się w nich czuje, zakłada też, żeby stworzyć wersję życiorysu dla sław, modowego bloga. Opowieści o modzie są tu tak samo dopracowane jak obrazki rodzajowe z dwóch przeciwstawnych sfer. Tym Kriegman szybko kupi czytelniczki. Zapewni sobie uznanie również brakiem taniego optymizmu. Owszem, bohaterka zwłaszcza na początku jest naiwna i niezbyt pewna siebie, ale szybko uczy się, jak oszukiwać. Kłamstwa, zgodnie z baśniowymi wymogami, nie powinny prowadzić do nagrody. Autor unika zatem długofalowych wizji szczęścia, skupia się na tu i teraz postaci, a z czasem ponownie rozszczepia egzystencję Lisbeth. Wprowadza wiele znaczeń jej zachowania – bohaterka nie tylko dowie się czegoś o sobie i swoich marzeniach. Odkryje cienie życia w blasku jupiterów, drugą, mroczną stronę celebryckich zabaw, ale i wielki sekret rodziny. Ta powieść urzeka precyzją w narracji, pokazuje, jak łatwo zagubić się w świecie, w którym rządzi pieniądz. Mitchell Kriegman ciekawie zmienia zasady obyczajówek – wprowadza tu oczywiście elementy miłości czy zauroczenia, ale na pierwszym planie stawia bycie sobą, życie w zgodzie z własnymi zasadami – oraz wielką przyjaźń. W tej książce spełniają się marzenia, ale to dopiero początek niespodziewanej przygody. Dobrze jest ta powieść wymyślona, a przez odejście od schematów bardziej wciąga.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com