Strona główna || O autorce || O tu-czytam || Bajki || Bajkowe portfolio                       

środa, 26 lipca 2017

Justyna Posłuszna: Jutro będzie koniec świata

Media Rodzina, Poznań 2017.

Dwa strachy

Każdy ma jakieś lęki czy fobie. Niektórzy pozwalają strachowi przejąć kontrolę nad życiem. A Justyna Posłuszna chce, żeby dwóch mężczyzn z różnymi, a w gruncie rzeczy – identycznymi – przypadłościami wpadło na siebie i wzajemnie sobie pomogło. „Jutro będzie koniec świata” to kolejna historia zahaczająca o temat emigracji zarobkowej. Paweł Poliż wyjeżdża do Londynu, żeby poprawić swoją sytuację finansową, ale też… żeby uciec od problemu w postaci wpadki – ciąży jego nowej dziewczyny. Paweł po traumach z dzieciństwa panicznie boi się wody, ale do tej przypadłości nie chce się przyznawać: mało kto mógłby to zrozumieć. W Londynie tymczasem Henry przygotowuje się na rychły koniec świata. Precyzyjnie obliczył, w jakim miejscu będzie bezpieczny – i gromadzi potrzebny sprzęt. Plany komplikuje nieco fakt, że Henry cierpi na agorafobię i od wielu lat w ogóle nie wychodzi z domu. Nie pomaga mu profesjonalna terapia ani świadomość, że strach bierze się z umysłu i nie ma racjonalnego wytłumaczenia. „Jutro będzie koniec świata” to opowieść o elektryzującym spotkaniu tych dwóch mężczyzn: młody bezrobotny prawnik z Polski i angielski dżentelmen w podeszłym wieku wbrew wszystkiemu dogadują się ze sobą. Nawet kiedy otoczenie traktuje ich jak wariatów, obaj wiedzą, jak ważne jest zrozumienie. To także powieść o wzajemnym szacunku i wzruszającej – choć szorstkiej – przyjaźni. Londyn staje się areną niezwykłej przygody – bohaterowie są sobie niezbędni.

Skoro już autorka decyduje się mnożyć przedziwne zbiegi okoliczności dla uatrakcyjnienia fabuły, nie boi się wprowadzania motywów wręcz stereotypowych. DO takich należy Nina, kobieta rodem z historii sensacyjnych. Nina jest piękna, seksowna, pozbawiona skrupułów i zdecydowana. To ona dyktuje warunki, bez względu na to, czy chodzi o nową pracę dla ukochanego, czy o sam związek. To Nina staje się łącznikiem między Pawłem i Henrym – tego pierwszego wciąga w swoje życie, niewiele tłumacząc – trudno pojąć jej intencje. Z tym drugim łączy ją… nieżyjący już brat Henry’ego: była żoną o wiele lat od siebie starszego mężczyzny. To nie jedyna zagadka w życiorysie Niny – i sposób na ubarwienie fabuły.

Justyna Posłuszna portretuje Polaków na emigracji na marginesie swojej historii. O wiele bardziej interesuje ją przeszłość obu panów, aktualna relacja Pawła i Niny oraz wspomnienie o Martynie, która została w Polsce, nie odpowiada na maile, a przelewy odsyła bez słowa. Żeby realizować nowe plany, Paweł musi się najpierw nauczyć radzić z przeszłością. Dopiero kiedy pogodzi się z dawnymi przeżyciami i okiełzna demony, dojrzeje na tyle, by podejmować trafne decyzje. Ale Paweł jest na obczyźnie chlubnym wyjątkiem. To mężczyzna zaradny, nie boi się wyzwań, zna język i kreatywnie podchodzi do rozmaitych problemów. Polacy w Londynie niestety częściej są jak Magda: liczą na finansowy cud, najlepiej natychmiast i bez wysiłku, ubarwiają swoje CV, są leniwi i rozkapryszeni, a w dodatku bariera językowa stanowi dla nich przeszkodę nie do przejścia. Justyna Posłuszna taki obraz Polaka w Londynie przedstawia trochę na prawach satyry, a trochę – komentarza do rzeczywistości. Nie chodzi jej jednak o odzwierciedlanie sytuacji wśród emigrantów zarobkowych – chce opowiedzieć historię i na tym się skupia. „Jutro będzie koniec świata” ma momentami słabsze fragmenty, dłużyzny czy nieuzasadnione rozwiązania wątków – ale autorka sprawia, że chce się wiedzieć, co będzie dalej. Tym wynagradza odbiorcom konstrukcyjne wątpliwości. Można dołączyć tę powieść do dzisiejszych historii emigracyjnych – choć czasami realizm przechodzi tu w bajkę.

wtorek, 25 lipca 2017

Morris, Goscinny: Lucky Luke. Cyrk Western

Egmont, Warszawa 2017.

Słoń na prerii

Cyrk Western robi poważną konkurencję imprezie, na którą wszyscy w okolicy czekali. Cały Fort Coyote przygotowuje się na Rodeo Zilcha – jednak właściciel cyrku niewiele sobie robi z gróźb i ostrzeżeń. Wszystkim chce prezentować swój program. To nic, że jego dzika bestia, lew Nelson, jest ślepy na jedno oko i bez przerwy śpi. Sam słoń wystarczy, żeby przerazić Indian. Cyrk Western nie przejmuje się zatem planowaną imprezą. Ale bogacz Zilch zwany Brylantowym Zębem umie radzić sobie z przeciwnikami. Nawet jeśli miałby grać nieczysto. Wynajmuje płatnego zabójcę, by ten rozprawił się ze słoniem Andy. To początek potyczki, w którą włącza się – po stronie cyrkowców – Lucky Luke. Indianie nie pozostaną na uboczu. A jakby tego było mało, cyrkowe sztuczki mogą przydać się w konkurencjach podczas rodeo. Zderzenie dwóch przeciwstawnych światów – uporządkowanego przez stereotypy Dzikiego Zachodu i chaotycznego cyrku – oznaczać będzie większą niż zwykle porcję śmiechu.

Cyrk Western to szansa na przełamanie rutyny. Nic dziwnego więc, że Jolly Jumper szuka popisowego numeru dla siebie – może zaimponować kolegom koniom. I tak zresztą robi na nich wrażenie – oni przybywają na dźwięk melodyjki wygwizdywanej przez jeźdźca. Kiedy zagwiżdże Jolly Jumper – przybywa Lucky Luke. Takich humorystycznych drobiazgów pojawia się w fabule bardzo dużo, autorzy tym razem mniej koncentrują się na sprawie kryminalnej (bo to w zasadzie tekstowy samograj), bardziej na kilkukadrowych dowcipach, niemal satyrycznych popisach w sam raz dla uważnych czytelników. Mogą oni podglądać treningi cyrkowców i podstępy klaunów, mogą też obserwować bezradność zbyt pewnych siebie wrogów. Zilch jako potentat zbyt pewny siebie zasługuje na nauczki. Lucky Luke tradycyjnie pilnuje porządku – nie pozwoli, żeby Indianie (czy ktokolwiek inny) pokrzyżowali plany jego nowych przyjaciół.

W tomiku „Cyrk Western” twórcy sięgają po rozmaite stereotypowe motywy, które po prostych modyfikacjach funkcjonować będą jako źródło śmiechu. I płatny morderca, i groźny lew, i cyrkowe sztuczki – wszystko nadaje się do zabawy. Podobnie działają mechanizmy automatyzacji: Zilch przy kolejnych potyczkach zawsze traci swój brylantowy ząb i musi go uważnie szukać… dopóki nie pójdzie po rozum do głowy. Jest w tym tomiku dobre tempo, dynamika sprzyjająca śmiechowi, są ciągłe zmiany kontekstu. Twórcy bawią się wyobrażeniami o poszczególnych elementach cyrku – oraz Dzikiego Zachodu. Ponieważ obie te sfery nie mają punktów stycznych, ich połączenie wypada tym ciekawiej dla czytelników. Zapewnia zestaw atrakcji niespodziewanych – jak choćby widok słonia na prerii. Ale tu żarty są starannie przygotowane, nie ma przypadkowości.

Przypomnienie legendarnego komiksu to prezent dla fanów Goscinnego i Morrisa. Nie tylko dzieci mogą cieszyć się przygodami Lucky Luke’a i Jolly Jumpera – wiele tu płaszczyzn zrozumiałych dla starszych odbiorców. Twórcy operują tu schematami, które pasują do konwencji bajki, ale sprawdzają się też jako zabawa kontekstami kulturowymi. W tym komiksie charakterystyczna kreska sprawia, że odbiorcy mogą nie tylko śledzić scenariuszowe pomysły, ale i cieszyć się precyzją oddawania wyostrzanych uczuć. „Cyrk Western” to w dużej mierze również tomik do oglądania, do podziwiania kunsztu rysownika. Wznawianie takich publikacji sprawia, że kolejne pokolenie fanów Lucky Luke’a będzie cieszyć się komiksową klasyką. „Cyrk Western” ze względu na wykorzystywanie różnych tematów jest bardzo dobrą reprezentacją cyklu – zaprasza do dalszej lektury.

poniedziałek, 24 lipca 2017

Józef Czapski: Tumult i widma

Znak, Kraków 2017.

Podróże

„Tumult i widma” Józefa Czapskiego to książka ważna dla humanistów i już klasyczna, poszukiwana przez czytelników pragnących lektury ambitnej, erudycyjnej i osobistej jednocześnie. Składa się z artykułów publikowanych na łamach pism literackich w II połowie XX wieku i pokazuje stosunek Józefa Czapskiego między innymi do polskości i pielęgnowania myśli o kraju na obczyźnie, do spraw emigracji i przejmowania lokalnych kulturowych wzorców, do odbioru amerykańskich zwyczajów przez Europejczyków. Pierwsza część tomu to refleksje płynące z podróżniczych obserwacji> Czapski zapraszany z wykładami do różnych miejsc przy okazji bacznie się rozgląda, analizuje zachowania miejscowych i opowiada, z jakimi poglądami odbiorców się spotyka. Dodaje do tego jeszcze skojarzenia czytelnicze, refleksje natury filozoficznej. Józef Czapski imponuje samym sposobem opracowywania przemyśleń i doświadczeń. Tytułowy esej utrzymany jest w konwencji dziennika i dzieli książkę na dwie części. Pierwsza dotyczy przeżyć. Druga – przeżyć czytelniczych. Tu Józef Czapski staje się uważnym odbiorcą dzieł. Wdaje się w polemiki, przytacza to, co warte zapamiętania bądź przemyślenia. Czytelnikiem jest nader uważnym, chociaż nie zamierza ani wprowadzać pełnych recenzji, ani streszczeń. Kiedy czyta, dzieli się ze swoimi odbiorcami czymś w rodzaju prywatnych notatek, świadectwem lektury – i to część publiczności literackiej będzie najbardziej w tomie przyciągać. Dzisiaj nie należą te teksty do nowinek wydawniczych, są raczej niszowymi pozycjami w bibliotekach. Jednak omówień tych publikacji nie czyta się dla uzyskania wiadomości o nich: dużo ważniejsza staje się wrażliwość, erudycja i inteligencja Czapskiego, cechy eksponowane w kolejnych szkicach, a obecnie uwypuklane również za sprawą kontrastu z innymi pozycjami publicystycznymi. Nie spotyka się aktualnie na rynku takiej dyscypliny myślowej, staranności w prowadzeniu wywodu. Józef Czapski nie odstrasza hermetycznym językiem, ale uwodzi klasyczną elegancją. Kunszt narracyjny to jeden z powodów, dla których trzeba sięgnąć po „Tumult i widma”. Innym staje się całkowite przejście w świat kultury – przede wszystkim literatury i sztuki. Czapski jako przewodnik umiejętnie łączy osobiste doświadczenia i uwagi płynące z wojaży – z całym kontekstem twórczym. Forma eseju pozwala na płynne przechodzenie od życia do intertekstu – i mimo niecodziennego dyskursu sprawia, że „Tumult i widma” czyta się przyjemnie.

Czapski próbuje dokonywać analiz, obserwacje przekuwać na wiadomości wzbogacane o wnioski. Dzięki temu publikacja nabiera esencjonalnego charakteru, czyta się ją nie dla wrażeń estetycznych, a dla wiadomości w połączeniu z interpretacjami. I, oczywiście, dla stylu: ten autor pokazuje odbiorcom, co znaczy pisać z klasą. Bardzo różni się ta książka od dostępnej na rynku literatury publicystycznej – i świetnie, że się ukazuje, mimo że trafi do wąskiej grupy odbiorców. W literaturoznawcach wzbudzi tęsknotę za starannością przekazu i zaangażowaniem twórczym. Imponować też może podejście filozoficzne autora. Czapski dzieli się refleksjami, którym nadaje niekiedy niemal brzmienie aforyzmów, dba o to, by czytelnicy otrzymywali narrację gęstą, by każde zdanie czy każda myśl przekładały się na dalsze przemyślenia, tym razem już odbiorców. „Tumult i widma” uruchamia szereg międzytekstowych nawiązań, dostarcza satysfakcjonującej i wielopoziomowej lektury. Uważnym czytelnikom „Kultury” nie trzeba mówić, że warto po tę pozycję sięgnąć – tych jednak, którzy nie znają esejów Czapskiego, powinno się przekonać do czytania: takich książek już się nie spotyka. Znak nie boi się publikować dzieł tej klasy – nawet mimo trudności z rozreklamowaniem legendarnego w pewnych kręgach tytułu, uzupełnia rynek niekwestionowanym dziełem.

niedziela, 23 lipca 2017

Gru, Dru i minionki. Biblioteka filmowa

Egmont, Warszawa 2017.

Przygoda rodzinna

Minionki zdobyły sławę jako stworki z kina familijnego, które opowiadają się za złem. Są specyficzne, mają własny język i w zasadzie niewiele je obchodzi – poza możliwością służenia złemu panu. Dawniej ich szefem był Gru, ale Gru się zmienił. Został superszpiegiem w Lidze Antyprzestępczej. Minionki cierpliwie czekały na zmianę zainteresowań szefa, ale kiedy Gru został wyrzucony z Ligi, a i tak nie zamierzał wrócić do czynienia zła, uznały, że nie chcą takiego przywódcy i porzuciły Gru, a wkrótce trafiły do więzienia. Tak twórcy bajki wykorzystują popularność tych istot, przy czym odsuwają je z pierwszego planu, żeby zrobić miejsce na kolejne historie.

Tutaj motywem podstawowym będzie spotkanie Gru i Dru, złego i dobrego bliźniaka, rozdzielonych przez rodziców w dzieciństwie. Mama Gru jest wiecznie niezadowolona z syna, ojciec Dru jako superprzestępca musiał być bardzo rozczarowany „swoim” dzieckiem. Gru i Dru nie za bardzo umieją się dogadać, jednak sprawa kradzieży brylantu jest na tyle poważna, że zaczynają działać razem. Już wkrótce odkryją korzyści płynące z posiadania rodzeństwa – a to dopiero początek ich przygody. Gru i Dru bardzo dobrze się uzupełniają, to, za czym jeden tęskni, drugi ma na co dzień, takie rozwiązania charakterologiczne budzą śmiech. Do swojej dyspozycji Gru i Dru mają cały arsenał środków gromadzonych przez ojca – pytanie jednak, czy to wystarczy w działaniu: bohaterowie nie wydają się zbyt lotni umysłowo, a walka z przestępczością wymaga jednak sprytu…

Osobnym tematem stają się przybrane córki Gru. Małe dziewczynki dobrze czują się w nowym domu. Jednak Margo na imprezie zjada kawałek zaręczynowego sera i wplątuje się w sercowe kłopoty, za to Agnes cały czas marzy o jednorożcach. Dowiaduje się, gdzie je spotkać – i czeka na ukochane zwierzę. Ani Gru, ani Lucy, ani starsze siostry nie mają serca powiedzieć kilkulatce, że jednorożce nie istnieją, że to wytwór jej wyobraźni i powinna zmienić cel marzeń. Motyw z jednorożcem ubarwia tę historyjkę i uzasadnia obyczajowe fragmenty tomiku. Rodzina Gru może i nie jest typowa, ale przynajmniej bardzo kochająca, więc wszystko inne staje się mało istotne.

Gru realizuje swoją misję, Agnes swoją, a minionki robią swoje, działając w więzieniu. Ta historyjka na podstawie scenariusza napisana została z myślą o małych widzach. Bardzo dużo w niej humoru sytuacyjnego przenoszonego do nowego medium w krótkich opisach. W ogóle tomik charakteryzuje się specyficzną lapidarnością, nie ma w nim zbyt wiele tekstu, a twórcy ocalają przede wszystkim kinowe chwyty, to, co obliczone w filmie na reakcję maluchów. Publikacja nadaje się zatem najbardziej dla fanów filmu – dzieci, które będą wiedziały, o co chodzi w scenariuszu, nie potrzebują aż tak dokładnych streszczeń, tomik służyć im będzie jako przypominać akcji i komicznych fragmentów. Narracja upraszczana nie przekreśla licznych dowcipów. Owszem, są one przystosowane do młodej widowni i raczej do pokazywania – ale sprawdzą się i tutaj. Do akcji dołączone zostały przecież i wymowne obrazki, a pewne zabiegi i z przebojów kinowych upowszechniły się na tyle, że będą zrozumiałe i po zmianie nośnika. „Gru, Dru i minionki” to prosta opowiastka dla fanów filmu – kolejny sposób na podsycanie zainteresowania pomysłem fabularnym. Minionki stały się na tyle atrakcyjne dla małych odbiorców, że nawet gdy funkcjonują w tle, zyskują uznanie.

Aleksandra Artymowska: Wplątany w labirynty

Nasza Księgarnia, Warszawa 2017.

Cel

Umiejętnie Aleksandra Artymowska wykorzystuje mody na gry logiczne dla dzieci oraz na picture booki dla odbiorców w różnym wieku. Teraz przychodzi czas, by historię bez słów poznali również polscy użytkownicy książki. Autorka sięga po motyw labiryntów jako zestawu trudnych dróg i zagadek, ale nadaje mu walory emocjonalne przez wprowadzenie konkretnego bohatera i zrozumiałego dla wszystkich celu. Małe dziecko siedzące pod drzewem wydaje się być bardzo samotne: wokół nie ma nikogo. Bohater tomiku myśli o bliskich: w komiksowym dymku pojawiają się postacie, za którymi malec tęskni. Nie ma na co czekać, powinien ruszać na spotkanie z nimi. Odbiorcy też mogą pozbyć się wątpliwości; Artymowska gra na ich emocjach, sprawia, że zechcą zaangażować się w przygodę. Właściwie nie mają wyjścia, bo oto z przewróconą kartką chłopiec biegnie do punktu oznaczonego strzałką.

Każda labiryntowa rozkładówka to ogromna przestrzeń wypełniona rozmaitymi ścieżkami, tunelami i szlakami. Nie trzeba słów. Początek jest zawsze tam, gdzie bohater – trzeba go więc najpierw znaleźć. Koniec to miejsce oznaczone strzałką. Koniec automatycznie przenosi do następnego labiryntu, ze zmianą tematu. Nie zawsze początek i koniec są oddalone od siebie na dwie strony, czasami bywają zbliżane. I tak wędrówka będzie skomplikowana. Autorka nawiązuje trochę do komputerowych platformówek – przejście jednej planszy przenosi na wyższy poziom (i przybliża do celu). Chłopiec nie traci energii, nie ma w tej grze przestojów. Owszem, zawsze można zabawę na pewien czas przerwać, ale rozwiązywanie labiryntów się nie nudzi.

A to za sprawą zmienności. Autorka utrzymuje tu jednostajną tonację kolorystyczną, stosuje pastelowe barwy. Jeden labirynt to maksymalnie dwa lub trzy kolory (wliczając w to odcienie…). Takiej jednolitości nie ma w tematach. Pierwszy labirynt rozgrywa się w konarach drzew z systemem drabinek i kładek. Potem pojawią się między innymi rury, kamienne konstrukcje, łodzie, występy skalne, bryły lodu czy piaskowe groty. Wydaje się, że chłopiec musi przemierzyć świat, żeby dotrzeć do bliskich. Kolejne labirynty autorka łączy charakterystycznymi drabinkami czy klamrami wmurowanymi w ściany. Do tomiku dołączony jest klucz rozwiązań, gdyby ktoś miał problemy lub wątpliwości co do wybieranych ścieżek. Spójnego charakteru nadają też przygodom motywy origami – papierowe statki, samoloty lub żurawie wypełniają przestrzeń i zamieniają się w desenie. Pełnią dyskretnie funkcję ozdobną i uszlachetniają tomik.

Aleksandra Artymowska rysuje opowieść, która nie zna granic. Może z powodzeniem funkcjonować na całym świecie – zawsze będzie zrozumiała. Do tego nie odstrasza infantylnością, bo autorka dba o to, by warstwa graficzna nie kojarzyła się z typowymi dziecięcymi łamigłówkami. Rezygnuje z innych niż labiryntowe celów i próbuje zaimponować odbiorcom misternymi wzorami. Nie modyfikuje gatunku, ale wydobywa z niego to, co najlepsze i najcenniejsze. „Wplątany w labirynty” może stać się zabawą dla całej rodziny albo sposobem na spędzanie czasu w wakacyjnej podróży. To również tomik, który jest graficznym popisem – pod tym kątem uspokaja i wycisza. Aleksandra Artymowska trafi tą książką do różnych grup odbiorców.

sobota, 22 lipca 2017

Virginia C. Andrews: Mroczny las

Prószyński i S-ka, Warszawa 2017.

Ślub z bajki

Kazirodcze związki stanowią podstawę rozterek bohaterów Virginii C. Andrews, ale w „Mrocznym lesie”, drugim tomie poświęconym Willow de Beers, temat mocno się odsuwa, a autorka wkracza w rejony dotąd sobie niemal nieznane. Młoda kobieta wraca do Palm Beach – chce być bliżej swojej matki i pomóc jej w opiece nad przyrodnim bratem, wyraźnie mającym problemy psychiczne. Linden jest malarzem – i motywem artystycznej duszy można by tłumaczyć niektóre jego zachowania. Ale to z pewnością nie wystarczy, żeby pojąć złożoność jego natury. Willow nie traci nadziei, że uda się przywrócić w domu normalność. Zamierza wciągnąć Lindena w krąg swoich znajomych ze studiów i przekonać do pracy nad sobą: samo leczenie nie przynosi oczekiwanych skutków. Bohaterka musi też zająć się własnym życiem: oto Thatcher Eaton, bajecznie bogaty młody adwokat, planuje się z nią związać. Wprawdzie jest stałym tematem rubryk plotkarskich i przez opinię publiczną bywa swatany z rozmaitymi pięknościami, wprawdzie chwilowo miał zamiar relację z Willow utrzymać w tajemnicy – ale w końcu wkłada jej na palec zaręczynowy pierścionek. Willow może poczuć się jak w bajce.

Sporą część „Mrocznego lasu” zajmują relacje towarzyskie. Willow odbudowuje kontakty z matką i pielęgnuje pamięć o ojcu, studiuje i poznaje nowe koleżanki. Nie uniknie też kontaktów z rodziną Thatchera: jego matka bardzo angażuje się w przygotowania wspaniałego ślubu. Siostra Thatchera natomiast zachowuje się raczej wrogo. Są tu jeszcze przyjaciółki, które znalazły sposób na wiarołomnych mężów i wspierają się w najtrudniejszych chwilach. W krzykliwym otoczeniu Willow nie umie się odnaleźć: wolałaby skromny ślub w gronie najbliższych, martwi się też wyskokami Lindena. Wprawdzie nagle znalazła się w bajce – ale nie jest to do końca jej bajka. Andrews za to opisuje przygotowania do ceremonii z rozmachem godnym romansów. Rozkoszuje się bogactwem i możliwościami Thatchera, wszelkie przeczucia lub drobne sprzeczki natychmiast maskuje drogimi prezentami. Pieniądze służą jej tu do kreowania iście królewskiego przyjęcia. Nie pozwala jednak czytelnikom zapomnieć, że specjalizuje się w thrillerach i w końcu uderzy.

„Mroczny las” to książka, w której niepokój staje się podskórnym dodatkiem do fabuły. Istnieją ponure lub przykre przesłanki, ale nie sposób zajmować się nimi zbyt długo, skoro wokół wydarza się baśń. Autorka bawi się wewnętrznym spokojem bohaterki i jej naiwną wiarą, że wszystko się ułoży. Willow chce, jak jej ojciec, zajmować się psychiatrią, a własnych rozmówców często mimochodem diagnozuje. Dzięki przenikliwości umysłu może uniknąć drobnych złośliwości czy przejrzeć intencje fałszywych przyjaciółek. Nie jest jednak na tyle sprytna, by pojąć, co czai się w umyśle owładniętym chorobą. Virginia C. Andrews tym razem unika motywu więzienia – tworzy dla postaci przestrzeń z marzeń, ale pozostawia jej też wybór otoczenia. Willow nie musi mieszkać z matką i bratem, może się wszędzie wyprowadzić. Jest wolna – jedyne utrudnienia to te, którymi pozwoli się w dobrej wierze spętać. Autorka w opracowywaniu motywacji bohaterki mocno podkreśla współczucie, atawistyczną chęć niesienia pomocy – to w połączeniu z nadmiernym optymizmem Willow stanowi wystarczający powód do wpadania w pułapki. „Mroczny las” długo udaje historię, którą wcale nie jest – a kiedy wydarzenia nabierają tempa, Andrews nie zajmuje się już uzasadnianiem odczuć kobiety. Zamiast nich wprowadza ostrą akcję. Fanów ta autorka nie zaskoczy, posługuje się sprawdzonymi przez siebie schematami i pomysłami.

Regal Academy. Królewskie zadania z naklejkami

Egmont, Warszawa 2017.

Logika

„Regal Academy. Królewskie zadania z naklejkami” to kolejny na rynku zeszyt z klasycznymi łamigłówkami dla najmłodszych, połączony z bohaterami telewizyjnej bajki. Zeszyt, co warto podkreślić, bardzo kolorowy i nastawiony na zadania logiczne. Wszystkie polecenia zostały powiązane z Królewską Akademią – odnoszą się do codzienności bohaterów, ale nie trzeba znać bajki, żeby radzić sobie z zaleceniami. Zresztą już drugie z nich wykorzystuje sylwetki pięciu postaci (podpisane): dzięki temu zabiegowi maluchy szybko wkroczą w ten świat i poczują się w nim komfortowo. To raczej niezbędne do rozwiązywania zadań, czasem dosyć trudnych.

Wiele pomysłów opiera się na dopasowywaniu fragmentu do obrazka. Mogą to być powiększenia oczu lub puzzle, kontury zwierząt czy wyszukiwanie, kto z przedstawionych gości nie pojawił się na imprezie. Zdarza się układanie fragmentów obrazka w odpowiedniej kolejności albo sprawdzanie, jakiego przedmiotu na ilustracji nie ma. Twórcy tomiku starają się też urozmaicać znane motywy – kiedy pojawia się porównywanka, jeden rysunek przedstawiony jest w odbiciu lustrzanym. Daje się zauważyć tendencję do wykorzystywania zadań „matematycznych” – często powracają rozmaite diagramy z postaciami, określone sekwencje ruchów lub tabelki będące uproszczonymi sudoku. Dzieci dostają zatem spore wyzwania. Powróci klasyczna (ale bardzo trudna, bo składająca się z małych płaszczyzn) kolorowanka, krzyżówka czy szyfr. Wszystko z „akcją” rozgrywającą się w Królewskiej Akademii – tak, żeby mali fani (bardziej, sądząc po księżniczkowatości i cukierkowym stylu – małe fanki) mogli zaangażować się w pełni w zabawę z bohaterami. Autorzy tomiku nie wymyślają nic nowego w dziedzinie popularnych łamigłówek, ale bardzo dobrze je zestawiają z bajką i jej bohaterami. Dzieci znajdą tu zadania o różnym stopniu trudności, może nawet nie wszystkie będą w stanie rozwiązać od razu. Niby istnieje tu klucz podpowiedzi, ale taki klucz część odbiorców wykorzystuje często bezrefleksyjnie i z lenistwa, lepiej więc go nie ujawniać przedwcześnie.

„Królewskie zadania z naklejkami” uczą przede wszystkim logicznego myślenia i twórczego rozwiązywania problemów. Raczej nie ma tu zadań naiwnych, oczywistych dla małych odbiorców i zniechęcających ze względu na zbyt proste rozwiązania. W końcu królewska akademia powinna trzymać poziom i utwierdzać odbiorców w przekonaniu, że jest czymś wyjątkowym. W tym wypadku o „wyjątkowości” stanowią łamigłówki, rzadziej spotykane lub modyfikowane tak, by unikać rutyny. To dobry pomysł, zwłaszcza że niemal każda seria i każdy odrobinę rozpoznawalny bohater ma już swoje podserie kreatywne.

Ten tomik wyróżniać się będzie także kolorami. Bohaterowie z Królewskiej Akademii są trochę jak z mangi, trochę – jak z bardziej popularnych serii o wróżkach-przyjaciółkach. Imponują modnymi strojami, makijażem czy ekstrawaganckimi (ale dodającymi im uroku) fryzurami. W książce dominuje róż, gwiazdki i motywy kwiatowe, sporo tu najrozmaitszych ozdobników. Grafika przesłodzona i kiczowata to coś pożądanego w pewnym wieku – wiadomo zatem, że dzieci chętnie będą do tego zestawu zadań sięgać. A że nadmiar różu skrywa matematykę i logikę – tym lepiej, nieświadome podstępu małe odbiorczynie poćwiczą sobie umiejętności w tym zakresie. Nie jest to zbyt gruby tomik, ale może zamęczyć – na pewno nie da się go szybko i za jednym razem rozwiązać, sporo czasu zajmie – i chociaż sugeruje zabawę, przyczyni się do rozwiązania umiejętności dzieci. Może wspierać naukę, urozmaicać typowe zadania domowe.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com