Strona główna || O autorce || O tu-czytam || Bajki || Bajkowe portfolio                       

poniedziałek, 18 czerwca 2018

Toby Walsh: To żyje! Sztuczna inteligencja. Od logicznego fortepianu po zabójcze roboty

PWN, Warszawa 2018.

Oswojenie robota

Dawniej takie tematy były właściwe w literaturze s-f i chociaż nikt nie wierzył w podobny rozwój technologii, autorzy prześcigali się w układaniu całych struktur i zasad działania dotyczących sztucznej inteligencji. Teraz to sztuczna inteligencja błyskawicznie wkracza w rzeczywistość - zatem czas na zweryfikowanie kwestii etycznych i przyjrzenie się obawom oraz możliwościom, jakie zapewni. "To żyje! Sztuczna inteligencja. Od logicznego fortepianu po zabójcze roboty" ma świetny z marketingowego punktu widzenia tytuł, ale Toby Walsh nie próbuje zastraszać czytelników. Raczej skupia się na przybliżaniu im kierunków badań i przestrzeni, w których AI ma rację bytu.

Swoją książkę autor dzieli na trzy części: zamierza scharakteryzować sztuczną inteligencję w przeszłości, w teraźniejszości i w przyszłości, świadomy tego, że nie da rady przewidzieć wszystkiego. Kreśli jednak prawdopodobne scenariusze, równoległe prognozy dotyczące rozwoju pomysłów, potencjału, a i zagrożeń. Sztuczna inteligencja jest czymś dla zwykłego odbiorcy niepojętym, ale coraz śmielej wkracza w jego życie. Programy komputerowe, które potrafią się uczyć i rozwijać, mogą zacząć także wygrywać z człowiekiem - czego dowodzą te napisane do gier. W wielu wypadkach ułatwią codzienność, ograniczą wypadki, zastąpią człowieka przy najcięższych i najbardziej ryzykownych czy wymagających pracach. Nie będą popełniać błędu, staną się więc niezawodne. Z drugiej strony programy AI pozbawione są inteligencji emocjonalnej, nie uwzględniają wielu czynników dla człowieka oczywistych i trudno będzie wyposażyć je w takie umiejętności. W tym momencie nieuchronnie musi pojawić się pytanie – ulubione dla scenarzystów filmów sensacyjnych – czy sztuczna inteligencja nie zwróci się kiedyś przeciwko swoim twórcom i nie zacznie działać na niekorzyść człowieka. W takim starciu, jak dowodzi Walsh, ludzkość nie będzie miała żadnych szans.

Pokazuje autor w swoim tomie, czego pierwsi twórcy oczekiwali od "robotów" i komputerów, jak kształtowało się ich myślenie o sztucznej inteligencji jeszcze zanim potrafili powołać do istnienia uczące się programy. Odwołuje się do wizji pisarzy i wynalazców. Później pokazuje między innymi testy, które przechodzą programy AI czy rozmaite ograniczenia (w tym etyczne). Co ciekawe, programy najbliższe człowiekowi już w niedalekiej przyszłości, w tym cały Internet Rzeczy, nie trafiają tu prawie w ogóle do relacji, to osobne odgałęzienie tematu (któremu zresztą poświęca się inne książki). Autor skupia się na programach, które funkcjonować powinny na szerszą skalę. Sprawdza, jakie zawody najlepiej zastąpić komputerami, przygląda się też między innymi używaniu robotów w wojskowości i obronności. To tematy globalne, ważne nie dla jednostek, a dla całych państw. Toby Walsh w książce "To żyje" jest w stanie uwzględnić przeróżne dziedziny egzystencji i naświetlić wpływ AI na codzienne działania. Zajmuje się tematem nie tylko od strony naukowej: odwołuje się do wyobraźni czytelników i do kontrowersji, które dzielą uczonych. Nie pyta o sposoby tworzenia sztucznej inteligencji, a o konsekwencje takich działań, czyli to, co jest bliższe zwykłemu odbiorcy i bardziej naturalne w lekturze. "To żyje" staje się ciekawą książką pełną niespodzianek i nowości, przybliża pracę uczonych i pokazuje, jak życie splata się z fantazją.

niedziela, 17 czerwca 2018

Andrzej Kajetan Wróblewski: 300 uczonych prywatnie i na wesoło. Tom 1

Prószyński i S-ka, Warszawa 2018.

Ożywienie stereotypu

Stereotyp roztargnionego uczonego to punkt wyjścia dla Andrzeja Kajetana Wróblewskiego, który w tomie "300 uczonych prywatnie i na wesoło" raz jeszcze wraca do poczytnego cyklu felietonów (i do publikacji, będących pokłosiem cyklicznych artykułów). Już we wstępie autor uspokaja koneserów i zbieraczy anegdot: nawet ci, którzy prześledzili poprzednie tomy lub same teksty prasowe, znajdą tu coś dla siebie: część szkiców została uzupełniona dzięki zwiększonej objętości książki, część - w ogóle napisana na nowo. A zapotrzebowanie na humor w obliczu nauki istnieje, "300 uczonych" może szybko podbić rynek wydawniczy. To bardzo obszerna książka, której objętość nie powinna jednak przerażać: każdy tekst zamyka się tu w dwóch stronach: to zaledwie kilka akapitów, w których autorowi udaje się zmieścić mnóstwo informacji. Nie ma szablonu, według którego Wróblewski budowałby swoje opowiastki, stara się jednak autor znaleźć odpowiedzi na kilka pytań. Esencją szkicu jest zestaw zabawnych anegdot, którymi bohater zasłynął w towarzystwie. Jednak poza tym Wróblewski przedstawia też wybrane wiadomości biograficzne oraz dokonania, dzięki którym w ogóle uczony stał się sławny i trafił do szkolnych podręczników. Ten system pozwala uniknąć powtarzalności encyklopedycznych notek i męczącego zbioru faktów. Nacisk kładzie się tutaj na relacje towarzyskie i na charaktery, czyli Wróblewski szuka czegoś innego niż biografowie: zajmuje się dowcipem w różnych jego przejawach. W książce został przyjęty alfabetyczny a nie chronologiczny układ, więc czytelnicy będą przerzucani od czasów współczesnych do starożytności i z powrotem. To jednak nie przeszkadza: każdy esej jest zamkniętą całostką (można je zresztą czytać wybiórczo). Uwzględnia Wróblewski wśród ciekawostek również niebanalne drogi dochodzenia do kariery, sprawdza, kto musiał przezwyciężyć jakie trudności i komu udało się wygrać z losem. Im więcej przeszkód na drodze do sławy - tym lepiej. Im więcej wyzwań i przypadku, tym bardziej cieszyć się będą czytelnicy.

Bo w życiorysach sławnych uczonych mnóstwo jest odchodzenia od rutyny. Niektórzy nie mogli uczyć się w szkołach, a wybierali samodzielnie zdobywaną wiedzę, inni musieli najpierw opanować obcy język, by dotrzeć do ważnych dla siebie publikacji i niemal od razu prześcignąć mistrzów. Jeszcze inni kompletnie nie zdawali sobie sprawy z własnych talentów, umiejętności i predyspozycji, dopóki nie spróbowali czegoś nowego. Każdy życiorys zawiera tego rodzaju smaczki, odkrywanie ich staje się nawet lepsze niż zestaw anegdot. Wróblewski ćwiczy się w opowiadaniu dowcipów, wie, jak podsumowywać śmieszne scenki i jak uwypuklać riposty. Dba o precyzję w opowiadaniu smakowych historii. Odnotowuje charakterystyczne zawołania i cytaty, reakcje na konkretne wypadki i zapamiętane przez znajomych uczonych postawy. Podkreśla ekscentryzm lub roztargnienie, ale i przenikliwość umysłu. Czasami tylko zestawia brak zaradności w życiu codziennym z pracą geniusza. Zwykle też stara się sprawdzić, jak wyglądało szczęście rodzinne wielkich umysłów: odnotowuje, kto miał ile dzieci (a kto stronił od seksu). Jest tu sporo materiału zaspokajającego zwykłą ciekawość czytelników, więc książka cieszyć się będzie zasłużonym uznaniem. Szkice zostały przygotowane tak, by podsuwać odbiorcom esencję wydarzeń i odkryć. Przy okazji może oswajać z naukami ścisłymi - bo najwięcej tu anegdot dotyczących matematyków, fizyków albo chemików. Wróblewski przedstawia noblistów z mniej znanej perspektywy, tworzy bardzo ludzkie portrety, odnosząc się do komicznych odkryć. Można się przy czytaniu tej książki dobrze bawić bez obaw, że brak obeznania z tematami badań bohaterów zakłóci przygodę lekturową.

sobota, 16 czerwca 2018

Tom Wolfe: Najlepsi. Kowboje, którzy polecieli w kosmos

Agora, Warszawa 2018.

Chłopcy w kosmosie

O takiej karierze marzy wiele maluchów: loty w kosmos rozbudzają wyobraźnię. Tom Wolfe postanowił przedstawić odbiorcom historię tych, którym udało się zrealizować dziecięce pragnienia. W tomie "Najlepsi. Kowboje, którzy polecieli w kosmos" pokazuje, jak Ameryka przystąpiła do kosmicznego wyścigu i co to oznaczało dla poszczególnych astronautów. Na początku pozwala się zaprzyjaźnić z bohaterami. Przedstawia ich w sytuacjach prywatnych, prezentuje odbiorcom żony astronautów (i ich lęk o życie bliskich, bo w końcu nikt tak często jak żony astronautów nie chadza na pogrzeby). Odnotowuje drobne słabostki i rubaszne żarty w gronie kolegów, pokazuje, jak to jest pozować na prawdziwego twardziela. Nie ma tu ideałów ani wzniosłości: wszyscy wiedzą, że służba w armii wiąże się nie tylko z przywilejami, ale też z koniecznością podporządkowywania się zwierzchnikom. Mężczyźni odreagowują, kiedy tylko mogą - wiedzą, jak tłumaczyć pozaregulaminowe zachowania podczas oblatywania maszyn, stosują odpowiednie zabiegi dyplomatyczne, kiedy trzeba uniknąć kary za sztubackie działania. Wszyscy, którym zależy na locie w kosmos, zdają sobie sprawę z potrzeby wykonywania rozkazów. Z czasem jednak to zaczyna trochę uwierać. Przyszli astronauci – siedmiu wybrańców - zostają poddani najrozmaitszym testom. Traktowani przez lekarzy jak króliki doświadczalne powoli zaczynają dojrzewać do buntu wobec bezsensownych praktyk. Tak odkrywają własną siłę i pozycję, jaką zdobyli w społeczeństwie. Stają się silni – a właściwie świadomi posiadanej od dawna siły. Rodzą się bohaterowie, którzy już nie zawiodą, ale też nie dadzą sobą pomiatać w kryzysowych sytuacjach.

Do lotów w kosmos w końcu dojść musi, a kiedy Tom Wolfe dociera do tego etapu opowieści, zadanie ma już dość ułatwione: adrenaliny dostarczy mu samo opisywanie krok po kroku wielkiej przygody. Odkrycia bywają różne: a to w kosmosie pojawia się rój drobinek, które świecą (i nie wiadomo, czym są ani skąd się wzięły), a to astronauta zapomina wyłączyć filtr i Ziemię z kosmosu może obejrzeć tylko w odcieniach szarości, a to... problemy fizjologiczne utrudniają cieszenie się startem. Każdy lot to inne tematy, więc i zestaw wrażeń się zmienia. Odbiorcy mogą kibicować bohaterom tomu i przeżywać razem z nimi wszelkie wyzwania – momentami opisy wydają się wręcz niewiarygodne, nie pozostają też obojętne dla czytelników. Ale Wolfe potrafi oderwać się od przestrzeni kosmicznej i wrócić na Ziemię, by pokazać, jak żony astronautów radzą sobie z najazdami dziennikarzy na domy, jak prowadzą własne walki o normalność i jak wypełniają oczekiwania opinii publicznej. Gdzieś w tle notuje, jak astronauci stają się mimowolnie celebrytami. Powraca do losów tych, którzy nie mieli tyle szczęścia i nie mogli wylecieć w kosmos, ale zostali już niemal zaprzyjaźnieni z odbiorcami za sprawą ciekawych scenek i opisów - opowiadając i o nich, również ważnych postaciach z tła.

"Najlepsi. Kowboje, którzy polecieli w kosmos" to opowieść napisana w niezwykły sposób. Wolfe odrzuca obiektywny styl narracji, stara się imitować robotę gawędziarza, łączyć przestylizowane oratorsko fragmenty z kolokwializmami i zwrotami do odbiorcy ("brachu" to stały refren). Lubuje się w synestezyjnych opisach, zarzuca wręcz czytelników barwami, dźwiękami i fakturami przedmiotów. Wie, że odbiorcy ciekawi będą wszystkiego, co związane z kosmicznymi wyprawami – ale potrafi nadać opowieści dramaturgii i nie zagubić się w szczegółach. Rezygnuje z odnotowywania danych biograficznych, za to zajmuje się relacjami w zespole. Ta książka może się czytelnikom podobać i to bardzo – jest odpowiedzią na zainteresowanie postaciami ważnymi w historii nauki, ale daje się traktować i jak dobre czytadło. Chyba że ktoś lubi wyłącznie ascetyczny styl opowiadania i beznamiętne relacjonowanie faktów.

Agnieszka Tyszka: Mejle na miotle

Akapit Press, Łódź 2018.

Przestroga

O toksycznym związku wcale nie trzeba mówić czytelniczkom wprost. Można to zrobić przez subtelne sygnały, że coś jest nie tak, uczulić i uwrażliwić na krzywdę inną niż fizyczna za sprawą doświadczeń bohaterek. Agnieszka Tyszka we wznowionych właśnie "Mejlach na miotle" zastanawia się nad tym, ile można pozwolić drugiemu człowiekowi w imię źle pojmowanej miłości. Prawdziwą lekcję otrzymuje tu Amanda i to nie bezpośrednio a przez obserwowanie relacji między rodzicami. Najpierw ściąga na siebie gniew ojca za sprawą poprawki z historii. Później staje się mimowolnym świadkiem czegoś, na co żadna kobieta zgadzać się nie powinna, bez względu na to, jak wygodnie czuje się, prowadząc dom pod dyktando męża. Ojciec Amandy wydziela żonie pieniądze, pozbawia ją możliwości stanowienia o sobie, a poza tym jest despotą i tyranem. Uważa, że finansowanie rodziny daje mu prawo do znęcania się psychicznego nad bliskimi: źle traktuje swoją małżonkę, a córce również chce ograniczyć wolność. Jednak kara, jaką dla Amandy wymyśla, staje się impulsem do zmian.

Nastolatka, która nie zdała z historii ma trafić na wakacje do ciotki Sydonii. Tam, na odludziu, ze stertą podręczników, musi się uczyć - żadne inne rozrywki na horyzoncie nie majaczą. Z punktu widzenia surowego rodzica to idealny sposób na pozbycie się problemu i okiełznanie buntowniczej natury. Amanda jednak nie zamierza podzielać losu matki – woli decydować o sobie i wybijać się na wolność nawet za cenę rezygnacji z wygód. Bo przecież kto nie wypełni woli głowy rodziny, ten musi na siebie i swoje potrzeby zapracować. A Amanda bardzo kocha taniec i w dodatku podoba jej się mieszkanie bez rodziców. Powoli ze swojej skorupy zaczyna też wychodzić jej matka. Już nie przyjmuje pokornie złośliwości męża, już potrafi się odgryźć. Może jeszcze nie rozumie, że będzie musiała liczyć się z finansowymi konsekwencjami – ale sama dostrzega, że niedobrze jest podporządkować się we wszystkim dawnej miłości. Nawet jeśli chciałaby iść na kawę z koleżanką, nie stać jej na zapłacenie rachunku. A to już poważny sygnał, że trzeba coś zmienić.

Agnieszka Tyszka wychodzi od rodzajowego obrazka, który bardzo jej się udaje. Potem natomiast wprowadza już odbiorców w typowy świat nastolatek i ich spraw. Amanda odkrywa, że ciotka Sydonia i jej przyjaciółki znają się na "czarach", a okoliczności budzą w niej zainteresowanie tematem czarownic. Nagle dziewczyna odkrywa, że historia pełna jest ciekawych tajemnic i warto się im bliżej przyjrzeć. Zamiast się uczyć, zgłębia tajniki opowieści o tych, które ciemny lud traktował jak istoty z innego świata. Sytuację ubarwia jeszcze przekonanie, że za zbiorem dziwacznych pod względem stylistyki i niezrozumiałych do końca maili stoi Kornelia, najlepsza przyjaciółka Amandy. Prawda może za to wyglądać zupełnie inaczej. Agnieszka Tyszka bawi się motywami obyczajowymi, pozwala w oderwaniu od codzienności zapewnić bohaterce nietypowe rozrywki. Jest w "Mejlach na miotle" trochę zabawy, trochę inspirujących wiadomości o medycynie naturalnej. Z dystansu wszystko wygląda inaczej, a autorka doskonale czuje się w kreatywnych relacjach. I tutaj pozwala sobie na odrobinę fantazji, odejście od nudnej zwyczajności na rzecz nawiązań do historii. "Mejle na miotle" to powieść pop z ważnymi dla nastolatek (i nie tylko) przesłaniami. Tu nie ma miejsca na skomplikowane i wielotorowe opowieści, bohaterka jednak musi spojrzeć na ostatnie wydarzenia z pewnej odległości, żeby wszystko stało się jasne.

piątek, 15 czerwca 2018

Lauren Sandler: Jedno i już

Buchmann, Warszawa 2018.

Decyzja

Kwestia, czy poprzestać na jednym dziecku, czy decydować się na rozbudowywanie rodziny teoretycznie powinna być sprawą do rozważenia przez każdą matkę, tymczasem zamienia się niemal w decyzję o wymiarze politycznym, a na kobietę wpływ chcą mieć nie tylko przedstawiciele gospodarki, ale również zaangażowanie w religię, ekolodzy i członkowie lokalnych społeczności. Ginie w tym wszystkim możliwość samostanowienia, zwłaszcza że ta sama osoba w różnych warunkach podejmie skrajnie różne decyzje. Lauren Sandler przygląda się, co daje posiadanie jednego dziecka – i co owo dziecko oraz jego rodzice przy takiej decyzji tracą. Feministka i jedynaczka oraz matka jedynaczki (tak się w tomie przedstawia) próbuje połączyć osobiste doświadczenia, przemyślenia płynące z rozmów z ludźmi w podobnej sytuacji oraz badania w jeden tom. Nie udaje jej się uciekać od piętnowanych stereotypów, ale różne punkty widzenia zapewnia sobie przez urozmaicone motywy opisywane wielogłosowo (za sprawą wywiadów) i subiektywnie mimo odwołań do prac uczonych.

Przede wszystkim Sandler broni stanowiska, że ograniczenie się do tylko jednego potomka to słuszna decyzja. Broni przed niewidzialnym wrogiem – społeczeństwem, które lubi oceniać po pozorach i bezwzględnie charakteryzuje jedynaków jako osobniki samolubne, pozbawione chęci budowania trwałych społecznych więzi, zubożone emocjonalnie, wywyższające się nad innych itp. Pokazuje, jak o rząd dusz matek walczą różne organizacje: dla hierarchów kościoła ważna jest wielodzietność, z kolei w krajach przeludnionych polityka próbuje wprowadzać kontrolę narodzin. Tam, gdzie państwo rozwija system opieki nad dziećmi i umożliwia matkom kontynuowanie kariery zawodowej, gdzie polityka prorodzinna stawiana jest na pierwszym planie, łatwiej o wychowywanie gromadki dzieci. Jeśli jednak posiadanie dziecka wiąże się z wyrzeczeniami materialnymi, często towarzyszy mu kwestia rozważań nad etycznym wymiarem aborcji. I tak w kółko, Lauren Sandler nie porządkuje wiedzy na temat wychowywania jedynaków, ale bez przerwy przedstawia argumenty którejś ze stron. Materiały czerpie z badań – przegląda literaturę przedmiotu, bo tylko tak może podsumować dotychczasowe odkrycia i ciekawostki. Ale równie chętnie spotyka się z jedynakami bądź rodzicami jedynaków, sprawdzając, ile prawdy jest w stereotypach społecznych. Wypytuje swoich rozmówców o tworzenie więzi i budowanie wspomnień, o kwestię relacji z rodzicami, gdy nie ma się rywala. Zajmuje się jednak również przemianami społecznymi, tym, że dawniej dzieci mogły znajdować sobie przyjaciół nie tylko wśród rodzeństwa, ale i wśród kolegów na podwórku, a dzisiaj zawęża się przestrzeń, w którą wolno maluchom wchodzić bez nadzoru rodziców. „Jedno i już” pod kątem obserwacji jest publikacją dość atrakcyjną dla odbiorców, ale przydałoby się tu jeszcze trochę więcej uporządkowania wywodów, tematyzacji rozdziałów czy po prostu pełnego omówienia jednego wątku, zanim przejdzie się do kolejnego. Lauren Sandler do publikacji popularnonaukowej wprowadza również osobiste doświadczenia, czym automatycznie ociepla książkę. Jest to podpowiedź dla matek, które zastanawiają się, czy decydując się na jedno dziecko nie skrzywdzą pociechy, a i zestaw obserwacji społecznych – atrakcyjnych przez swoje zróżnicowanie. To lektura pozwalająca zmierzyć się ze stereotypami i łatwo wydawanymi osądami.

czwartek, 14 czerwca 2018

Bessel van der Kolk: Strach ucieleśniony. Mózg, umysł i ciało w terapii traumy

Czarna Owca, Warszawa 2018.

Po dramacie

O tym, że traumatyczne wydarzenia wpływają na psychikę i zachowania człowieka oraz na jego zdrowie fizyczne wiadomo. Jednak Bessel van der Kolk przedstawia historię badań nad traumą i skutkami stresów oraz sposobami leczenia, przekonując czytelników, że praca ludzkiego mózgu jest wciąż pełna niespodzianek. "Strach ucieleśniony" to książka dla zainteresowanych tematem psychologii człowieka, ale i dla tych, których bliscy (lub oni sami) borykają się ze skutkami stresu i długotrwałymi konsekwencjami urazów psychicznych. Autor opisuje konkretne przypadki, sposoby leczenia ludzi na przestrzeni lat i same objawy traumy, pozwala zapoznać się z wyzwaniami dla lekarzy i badaczy, a także z tym, jak stres wpływa na codzienne życie. Wybiera kilka sposobów przyglądania się tematowi. Jednym – najbardziej przyciągającym zwykłych odbiorców - będzie analizowanie pojedynczych sylwetek, konkretnych doświadczeń i ludzi, którzy zyskują tu w miarę pełny wizerunek. To jednocześnie przedstawianie możliwych katastrof i zdarzeń, które prowadzą do urazów. Każdy z pacjentów ma swoją historię (mimo że daje się wyodrębnić kilka tematów charakterystycznych, między innymi spustoszenia, jakie w umyśle potrafi wywołać wojna, konflikty domowe, wykorzystywanie seksualne) - każdy jest więc z punktu widzenia odbiorców osobną opowieścią, pełną emocji i silnych wrażeń. Tu autor wybiera styl reportażowy, opisuje sytuacje z perspektywy gabinetu lekarskiego, ale też i przez zwykłe współczucie czy życzliwość dla ofiary. Sprawia, że czytelnicy zaangażują się w tekst i będą chcieli dowiedzieć się, jak potoczyły się losy wybranej postaci – efektem "ubocznym" będą w tym wypadku czasami przełomowe odkrycia i nowe możliwości leczenia, czasami - błędy w sztuce lekarskiej lub poszukiwania na ślepo możliwości działania. Ta część tomu żyje i kusi szerokie grono odbiorców. Tym, którzy potrzebują wiedzy fachowej dla zaspokojenia ciekawości lub nakreślenia obszarów poszukiwań pomocy przyda się z kolei inny rodzaj narracji, również proponowanej przez autora. To partie o wymiarze medycznym czy psychologicznym i biologicznym. Bessel van der Kolk analizuje między innymi pracę mózgu, pokazuje, jak wpływają na niego dramatyczne wydarzenia, sprawdza, jak wiedzę da się przełożyć na metody postępowania z pacjentem. Podsuwa informacje dotyczące budowy mózgu, ale i obserwacje związane z działaniem ludzkiego umysłu. Wskazuje niespodzianki i rejony niedokładnie jeszcze poznane. To wszystko sprawia, że czytelnicy mogą dowiedzieć się, jak dużo motywów czeka jeszcze na odkrycie – i jak w rzeczywistości dalekosiężne efekty może wywołać traumatyczne wydarzenie. Nauczą się też wiązać rozmaite dolegliwości z przyczynami psychicznymi a nie fizycznymi - wyszukiwać potencjalne źródła kłopotów zdrowotnych w psychice i dawnych doświadczeniach.

Jest to obszerna publikacja, ale też i temat wymaga dogłębnego opracowania. "Strach ucieleśniony" to przegląd poszukiwań badaczy, fascynująca wycieczka po historii rozwoju nauki, ale i zestaw niespodzianek, jakie człowiekowi szykuje jego mózg. Bessel van der Kolk stara się uchwycić zagadnienie jak najpełniej, a przy okazji szerzyć świadomość o skutkach stresu. Proponuje publikację popularnonaukową i przesyconą danymi, ale trafić z nią może również do zwykłych odbiorców, którzy mają nadzieję na lepsze poznanie siebie. Ten tom został dobrze napisany, nawet jeśli ma się tu czasem wrażenie, że zabrakło autorowi koncepcji na spójną konstrukcję - wynika to z faktu, że próbuje zgromadzić i podsumować dokonania badaczy w zakresie leczenia z traum. Warto prześledzić wiadomości tak opracowane – Bessel van der Kolk nie pozostawia obojętnym.

środa, 13 czerwca 2018

Piotr Ambroziewicz: Złote lata polskiej chuliganerii 1950 - 1960

PWN, Warszawa 2018.

Poza kanonem

Nic nowego o chuliganach i bikiniarzach Piotr Ambroziewicz powiedzieć nie może, toteż i zatrzymuje się na referowaniu zjawisk charakterystycznych dla PRL-u, dla wygody ograniczając się do dekady, w której dał się zaobserwować największy rozkwit społecznego odchodzenia od konwenansów. „Złote lata polskiej chuliganerii 1950–1960” to książka, która po prostu gromadzi materiały dotyczące młodych ludzi schodzących na złą drogę – a pośrednio też tych, którzy ośmieszali się, piętnując chuliganerię w prasie lub sądowych protokołach. Jest to kolejna w serii pozycja dotycząca wybranego aspektu codzienności w PRL-u, całkiem ciekawa przede wszystkim ze względu na oryginalny temat. Bo Piotr Ambroziewicz nie ma ani ochoty na gawędziarskie i anegdotyczne opowieści, ani zapędów pisarskich, żeby odkrycia ubierać w zgrabne narracje. Śledzi materiały źródłowe i co smakowitsze a bardzo obszerne fragmenty przytacza czytelnikom w niezmienionej formie (zaznacza, że nawet ortografię i interpunkcję pozostawia bez zmian – bo i one świadczyć mogą o twórcy relacji). Dba o koloryt lokalny – sylwetka chuligana potrzebuje odpowiedniej oprawy, działać może tylko przy odwzorowywaniu rzeczywistości PRL-u. Co ciekawe, Ambroziewicz czasami odwołuje się do filmów, w których chuligani się przewijali jako temat – i odczytuje je kompletnie inaczej niż odbiorcy (przykład: „Ewa chce spać”). Dba o to, żeby czytelnicy przypadkiem nie poczuli sympatii do tej grupy społecznej. Nie zajmuje się choćby satyrycznym portretem chuligana (a temat był w swoim czasie nośny i powtarzał się u wielu twórców, także tych z górnej półki), w zasadzie z literatów najbardziej przekonuje go jako dostarczyciel informacji – Leopold Tyrmand. To pewne pójście na skróty, posłużenie się wygodnym schematem.

Skupia się Piotr Ambroziewicz na tym, po czym rozpoznać można chuligana: rejestruje elementy ubioru oraz charakterystyczne zachowania, pokazuje konflikt z władzą i społeczeństwem. Ale sprawdza też, jak obraz chuligana funkcjonował w prasie – w reportażach i artykułach zaangażowanych politycznie. Tutaj nie chodzi o czysto rodzajowe obrazki, a o wywołanie pewnego konkretnego efektu wśród czytelników. Zestawia autor co bardziej egzotyczne opisy, żeby trochę popastwić się nad ideologicznie zaprogramowanymi dziennikarzami – inne fragmenty służą mu do analizowania rzeczywistości. Odnotowuje poszczególne zachowania świadczące o zejściu na stronę chuligaństwa, ale też próby „ratowania” młodzieży przed niewłaściwymi wyborami – trzeba przyznać, że alternatywy są o wiele mniej barwne. Wizerunek chuligana jest tu mozaikowy, składany z kolejnych obficie cytowanych artykułów i książek – Ambroziewicz nie może przecież dotrzeć do przedstawicieli środowiska (a zresztą styl prowadzonej narracji na to mu nie pozwala), czerpie więc wiadomości z gotowych tekstów i nawet zbyt dużo własnych opracowań nie przedstawia. Cechą charakterystyczną tego tomu są całe bloki cytatów i powielane w nich dość stereotypowe portrety. Obowiązkowe narzekanie na „tę dzisiejszą młodzież” brzmi w tomie zadziwiająco aktualnie, a sami chuligani mogą być nawet darzeni pewnym sentymentem. Jest to publikacja ładnie gromadząca wiadomości z dawnych lat, porządkująca wiedzę na temat społecznego zjawiska. Wpisuje się w modę tomów przybliżających codzienność PRL-u, a odwołuje się do pojedynczego tematu – dzięki temu autor może dość obszernie zrelacjonować sytuację chuliganerii w jej „złotych latach”.

wtorek, 12 czerwca 2018

Fabrizio Silei: Uniwersytet Wszystko Moje

Nasza Księgarnia, Warszawa 2018.

Wychowanie

Cudowna jest ta książka pod kątem nawiązań do klasyki. Jeśli dzisiaj przesadnie dba się o to, żeby młodych odbiorców przypadkiem nie przestraszyć, nie urazić albo nie zdenerwować, Fabrizio Silei kompletnie odrzuca tego typu poprawność polityczną i - również dzięki świetnemu tłumaczeniu Joanny Wajs – bawi się emocjami czytelników. Najpierw sytuacja jak z baśni: państwo Smirthowie są obrzydliwie bogaci, mają wszystko, czego zapragną, postanawiają jeszcze do tego "wyprodukować" potomka. Feluś przychodzi na świat i zostaje oddany pod opiekę niańki, bo rodzice nie za bardzo odnajdują się w nowej roli. Kiedy jednak chłopiec osiąga wiek szkolny, okazuje się, że są z nim same problemy: ma dobre serce i nie potrafi nikomu odmawiać pomocy, w dodatku jest naiwny, może roztrwonić cały majątek rodziców błyskawicznie i bez wysiłku. Smirthowie oddają więc go do szkoły z tradycjami. Uniwersytet Wszystko Moje do tej pory skutecznie oduczał dzieci jakichkolwiek przejawów dobrego serca i wypracowywał w uczniach chęć rywalizacji, czynienia zła i egoizmu. Źli są tu nauczyciele, źli są i chłopcy oddawani na naukę. Ale wszystko się zmienia, gdy pojawia się w szkole dobroduszny Feluś. Feluś do każdego znajdzie klucz, a że nie działa z wyrachowania tylko z potrzeby serca - może odnieść tym większy sukces. Oczywiście nie od razu, czeka go sporo pracy – ale szybko zjedna sobie szkolnych kolegów i nauczy ich, jak działać razem.

Powieść "Uniwersytet Wszystko Moje" jest mocno rozbudowana i wielowątkowa. Nawiązuje do klasyki literatury przygodowej, widać tu źródła inspiracji i chęć rozbawiania najmłodszych dzięki nieznanym dziś właściwie rozwiązaniom. Feluś jest w nowej szkole kreatywny i nie podporządkowuje się regulaminowi – unika wyrządzania zła, a rówieśnikom szybko udowadnia, że współpraca i zaufanie przynoszą więcej korzyści niż wzajemne krzywdy i pretensje. Dociera też pojedynczo do nauczycieli – a to za sprawą swojej naiwności i bezustannemu wychodzeniu poza przyjęte normy. Feluś łamie regulaminy bezwiednie, przypadkiem uruchamiając zapomniane już uczucia. Znajdzie sposób na każdego. Fabrizio Silei stara się, żeby czarne charaktery były wynaturzone, ale karykatura to w ogóle sposób na prezentowanie świata. W tym ujęciu wszystko musi być przesadzone, przerysowane i niewiarygodne - żeby dobrze i komicznie wybrzmiało. Śmiech jest ważny, zwłaszcza że spora część narracji kręci się wokół zła i egoizmu. Udaje się w tym tomiku pokazać, że tak naprawdę dobro może być równie ciekawe jak zło, a nawet lepsze – i to bez nudnego moralizowania. Przygody w gronie rówieśników, kiedy za przeciwników ma się dorosłych i do tego nauczycieli – to podwójna dawka emocji. A przecież liczą się jeszcze inne kwestie - przyjaźń, pomysłowość, spryt... Żeby przekonać do tomu również dziewczynki (awanturnicza literatura wydaje się domeną chłopców, nawet na Uniwersytecie Wszystko Moje kształcą się tylko chłopcy), Silei wprowadza tu i wątki romansowe: w życiu nauczycieli wiele się pozmienia z momentem pojawienia się Felusia. Metamorfozę przejdą nawet państwo Smirthowie, co z początku wydawało się niewiarygodne.

Punkt wyjścia to baśń, później tom przemienia się w literaturę przygodową i satyrę, Silei tworzy niemal komiksowe scenki, wyraziste i przekonujące jednocześnie, zawsze komiczne, ale niepozbawione głębokich przesłań. Nie ma tu prawienia morałów dzieciom, za to mali czytelnicy sami bez problemu wyciągną wnioski z opowieści i przekonają się, że nie warto być samolubnym: znacznie więcej korzyści odniosą ci lubiani i potrafiący pracować na rzecz grupy. Jest to książka rozrywkowa, śmieszna, ale z czytelnym przesłaniem. Napisana tak, że nawet dorośli dadzą się uwieść fabule.

poniedziałek, 11 czerwca 2018

Charles M. Schulz: Fistaszki zebrane z gazet codziennych i weekendowych 1985-1986

Nasza Księgarnia, Warszawa 2018.

Oswajanie

Spike oswaja samotność. Siedzi na pustyni wśród kaktusów i próbuje coraz to nowych rozrywek, do których przydaje się towarzystwo kolczastych przyjaciół. Może budzić melancholię lub stanowić przestrogę, ale z drugiej strony – wydaje się być szczęśliwy z takiego życia i nie szuka z niego ucieczki. Bo u Charlesa M. Schulza smutku jest tylko odrobina – w sam raz, żeby doprawić codzienność, ale nie żeby przygnębiać czy martwić. Komiksowe stripy z filozoficznym dnem zdobyły fanów wśród przedstawicieli różnych pokoleń – i do dzisiaj mogą cieszyć, bawić i wzruszać. Fakt, że przygody Charliego Browna i jego kompanów pojawiają się jako dzieła zebrane Schulza to jeden ze wspanialszych prezentów, jakie Nasza Księgarnia mogła czytelnikom zafundować. Od tych miniopowiastek nie sposób się oderwać – przenoszenie się do rzeczywistości Snoopy’ego to idealny sposób na relaks, ale również chwilę zadumy. I nie ma tu znaczenia, że komiksy przez długi czas traktowane były jak sztuka niższych lotów. Charles M. Schulz wykorzystał najlepsze cechy gatunku, połączone z niebanalnym poczuciem humoru i talentem do rysowania – tak powstała seria-ewenement, wciąż silnie działająca na odbiorców.

W najnowszym tomie „Fistaszków zebranych” dzieje się wiele, chociaż zamiast częstych powrotów do dawnych motywów autor woli raczej wprowadzać nowe kwestie. Nie oznacza to, że rezygnuje z powtarzanych wzorców: Lucy dalej będzie próbowała zdobyć serce Schroedera i drażnić młodszego brata, Linus czasami przypomina sobie o kocyku, Sally zdarzy się rozmawiać ze szkołą, a Snoopy zamieni się w asa lotnictwa z czasów wojny. Ale Schulz wprowadzi też kilka nowych rozwiązań, w tym… witryniarki, dziewczynki, które chodzą po centrum handlowym i przyglądają się towarom (nie wolno przy tym niczego kupować, to wbrew idei witryniarki). Pojawi się tu Mikołaj, a u Linusa zacznie się refleksja nad przemijaniem i starością. Ten tom należy do Peppermint Patty, która dalej zasypia na lekcjach, ale razem z Marcie chodzi też na koncerty dla smyków. A ponieważ w mikroświecie Fistaszków miejsce jest dla przedziwnych osobowości, Charles M. Schulz wprowadza Tapiocę Pudding, dziewczynkę, która zamierza stać się celebrytką. Trochę w jednokierunkowej postawie Tapioca przypomina Fridę, ale ożywia środowisko. I staje się kolejną rywalką Sally do serca Linusa. Woodstock znajdzie sobie nowy środek transportu, a jego koledzy z drużyny dowodzonej przez Snoopy’ego zaczną prowadzić obserwacje ptaków.

U Fistaszków bez przerwy coś się dzieje, chociaż akcja zamyka się w czterech kadrach (w wydaniach weekendowych jest całostronicowa, ale tu z kolei często Schulz obywa się bez słów), wszystko musi więc być dokładnie przemyślane i zrealizowane tak, by odbiorcom nie pozostawić żadnych wątpliwości co do satyrycznych intencji. Ale Schulz znajduje też miejsce na refleksję i podsuwa czytelnikom tematy, które okazują się ważne na każdym etapie życia. Sprawia, że z drobnej wymiany zdań płynie nie tylko humorystyczna puenta, absurd lub komizm sytuacyjny, celna riposta albo satyra na rzeczywistość – a również wartościowa i ważna myśl. Przy Fistaszkach nie da się tylko śmiać: tu równie naturalną reakcją na lekturę będzie zaduma i przyglądanie się codzienności z nowej perspektywy. Bohaterowie – bez intencji „kaznodziejskich” czy chęci prawienia morałów (w końcu to dzieci i dziećmi pozostają bez względu na przesłanie, jakie Schulz przygotowuje!) przekonują do podążania za nimi i odkrywania tajemnic egzystencji. W Fistaszkach udało się połączyć to, co teoretycznie niemożliwe do połączenia – śmiech i smutek, radość i melancholię. Oswajanie rzeczywistości polega w tym wypadku na szukaniu równowagi między tymi czynnikami.

Nastja Holtfreter: Kolorowe morze. Co tu nie pasuje?

Nasza Księgarnia, Warszawa 2018.

Zgadywanka

"Kolorowe morze", kolejna publikacja kartonowa w cyklu Co tu nie pasuje, przynosi maluchom szereg zagadek związanych ze stworzeniami morskimi. Wodne środowisko to swoista egzotyka dla kilkulatków, będzie zatem co najmniej kilka powodów, żeby po taki tomik sięgnąć. Przede wszystkim ze względu na poszerzanie słownictwa maluchów. Pojawiają się tu stworzenia niespotykane na co dzień, nawet w literaturze czwartej rzadkie: ośmiornice, koniki morskie, meduzy, rozgwiazdy, żółwie wodne – są i ptaki kojarzone z wodą: pelikany czy mewy. To oznacza, że dzieci poznają szereg nowych nazw i od razu skojarzą je z konkretnymi żyjątkami. W drugiej kolejności tomik pomoże rozwijać wyobraźnię: fantazyjne czasem kształty bohaterów udowadniają najmłodszym, że świat jest bardzo ciekawy i warty poznawania. W końcu z każdą rozkładówką dzieci otrzymują dwa nowe gatunki – bo jedna strona to jedna zagadka. Właściwym celem tomiku jest ćwiczenie spostrzegawczości i podstawowych umiejętności dzieci. Trzeba między innymi wskazać, kto patrzy w inną stronę niż reszta, kto odróżnia się od pozostałych. Czasami należy połączyć postacie w pary, wskazać przedstawiciela obcego gatunku albo w ogóle innego środowiska. Bywa, że Nastja Holtfreter bawi się w bajkową abstrakcję, jednemu z morskich stworzeń wkłada czapkę, ćwiczy też z dziećmi nazywanie czynności - bo skoro trzeba sprawdzić, która mewa odlatuje, to można przy okazji opowiedzieć, czym zajmują się pozostałe. Nie zabraknie też zadań na wiedzę - lub dowcipu ze zwierzęciem, które nie może spotkać się z pozostałymi. Zadania zostały tak dobrane, żeby dzieci miały wrażenie różnorodności i nie znudziły się zbyt szybko. Na rozmaite sposoby daje się wykorzystywać ten tomik, nie tylko szukając odpowiedzi na zagadki proponowane przez autorkę. Jeśli przyda się do ćwiczenia rozpoznawania liter, sprawdzi się wyodrębnianie nazw gatunków kolorem. Posłuży do nauki kierunków (czy ryby płyną w prawo czy w lewo, w którą stronę patrzy krab – to już drugi etap zgadywanki, który może być wprowadzany przez rodziców). Wiele zależy od inwencji dorosłych, którzy będą przeglądać tomik z dziećmi i wymyślać kolejne zastosowania obrazków w procesie edukacji najmłodszych. Tomik został przygotowany tak, żeby maluchy mogły oglądać go same, kartonowe strony mają zaokrąglone rogi, a niewielki format sprawia, że tomik jest lekki.

Cała książeczka utrzymana jest w uporządkowanej tonacji kolorystycznej, pastele nie rozpraszają niepotrzebnie kilkulatków. Komputerowe kształty nie wymagają dodatkowo komiksowych konturów. Autorka przyciąga uwagę maluchów zabawnymi minami postaci: bohaterowie są zwykle uśmiechnięci, wydają się dziecięcy i sympatyczni, w sam raz, żeby zaprosić do wspólnej zabawy. Łatwo też narysować podobne stworzenia - więc dzieci wykorzystywać będą tę książeczkę jako inspirację. Humor stanowi nieodłączną część zagadek, nie tylko objawiając się w minach bohaterów: koniki morskie i zwykły koń w masce płetwonurka, dumny jeż między jeżowcami - to wszystko budzi radość maluchów i zachęca do odkrywania nieznanego świata. "Kolorowe morze. Co tu nie pasuje" to książeczka, która dostarcza ładnie przygotowanych zagadek – nieskomplikowanych, żeby nie zniechęcić dzieci, ale też nie do końca zawsze oczywistych, poziom trudności się tutaj zmienia. Nastja Holtfreter nie rywalizuje z coraz bardziej komplikowanymi łamigłówkami-wyzwaniami, stawia na prostą książeczkę dla najmłodszych - i bawi się z nimi w odkrywanie uroków podwodnego świata.

niedziela, 10 czerwca 2018

Jay Kristoff: Tancerze burzy. Wojna lotosowa I

Uroboros (Foksal), Warszawa 2018.

Przyjaźń w upadku

Oczywiste jest, że lotos prowadzi do zniszczenia. Negatywnie wpływa na środowisko, ludzi otępia i rujnuje im zdrowie. Ale też silnie uzależnia, a do tego jest podstawą gospodarki – nie da się więc z niego zrezygnować. Jeśli coś ma tak potężne działanie, prędzej czy później doprowadzi do dramatów. W "Tancerzach burzy" lotos już powoduje wojny. Apokalipsa się zbliża. Nikt już nie zna błękitnego nieba ani świeżego powietrza, ludzie umierają na czarnopłuco. Jay Kristoff bardzo szczegółowo prezentuje rzeczywistość zmierzającą ku zagładzie. Katastrofa trwa - rozłożona w czasie i okrutna – to efekt destrukcyjnych działań człowieka, jego krótkowzroczności i chciwości. Kristoff stara się motyw zniszczenia ująć perspektywicznie i możliwie jak najszerzej: ilustruje zmiany zachodzące w przyrodzie i w krajobrazach, w przestrzeni miejskiej, w mentalności ludzi i w hierarchii społecznej. Zwracanie uwagi na detale to zresztą wyróżnik w tej powieści, coś, co od pierwszych stron staje się pomysłem na narrację. I w tym świecie postapokaliptycznym (mimo że wciąż jeszcze przed apokalipsą, w ramach niezakończonego procesu) jest autor przekonujący - właśnie dzięki dokładnemu analizowaniu szczegółów i umiejętnemu ich przekazywaniu.

W tym niegościnnym świecie pojawia się Yukiko, młoda kobieta, która zajmuje się ojcem, a kształci na łowczynię. Yukiko to bohaterka skrojona na miarę dzisiejszych narracji – samodzielna, odważna, zdecydowana na wszystko. Wierna swoim ideałom (a i też posiadająca dokładnie opracowany kodeks moralny). Yukiko zna swoje miejsce i nie burzy się przeciwko niemu, przynajmniej dopóki coś się nie wydarzy. Yukiko jest opoką dla bliskich. To dziewczyna-rycerz. Idealny materiał na przyszłą buntowniczkę. A ponieważ w tej rzeczywistości - na wyspach Shima pod wodzą szoguna -posłuszeństwo jest w cenie, rozpocznie się wielka przygoda. "Tancerze burzy. Wojna lotosowa I" to opowieść o wędrówce Yukiko do dojrzałości. Diewczyna na rozkaz szoguna ma schwytać gryfa – stworzenie mityczne i właściwie nieistniejące na wolności. Tygrys gromu to zwierzę ekstremalnie groźne, ale też piękne i fascynujące. Yukiko natomiast posiada dar przenikania do umysłów zwierząt, gdy minie pierwsze niebezpieczeństwo - może spróbować dogadać się z gryfem, któremu nadaje imię Buruu. Od tej pory niezwykła para będzie nierozłączna. A to dopiero początek wyprawy, która zamieni się w szereg wyzwań, nie tylko batalistycznych. Dużo miejsca autor poświęca na analizowanie przyjaźni, przywiązania czy miłości. Tu trzeba podejmować błyskawiczne decyzje, a każda decyzja wiąże się z poważnymi i nieodwracalnymi konsekwencjami. Tu łatwo stracić życie - wystarczy narazić się władzy, a o to nietrudno, zwłaszcza gdy szogun zdradza objawy szaleństwa. I tak Yukiko musi lawirować między swoimi powinnościami i obowiązkami, wyborami płynącymi z moralnych postaw, a także - relacjami z ludźmi i zwierzętami. Trzeba doceniać sojuszników, ale te kierować się intuicją. Plany mieszają się zatem z improwizacjami. Czasem pozwala sobie autor na odrobinę humoru, zwłaszcza w przekładaniu świata ludzi na rozumienie gryfów - bardziej skupia się natomiast na budzeniu grozy i na rejestrowaniu dynamicznej akcji. Bez przerwy coś się tu dzieje, a każde wydarzenie nasycone jest ekspresją. Tej dynamice zupełnie niespodziewanie towarzyszą bardzo drobiazgowe opisy. Jay Kristoff dba o precyzję w konstruowaniu tej rzeczywistości. Chociaż buduje świat niemal od zera, wydaje się być przekonujący, świadomy znaczeń pojedynczych gestów i ich konsekwencji dla całej przestrzeni. Relacje między bohaterami są wielowymiarowe i mimo że przynoszą charakterystyczne dla młodzieżowych powieści motywy (kwestia przyjaźni, związków między rodzicem i dzieckiem, zauroczeń czy zdrady), tworzone są w dorosły sposób. "Tancerze burzy" to tom, który zachwyca dopracowaniem, narracyjną i konstrukcyjną starannością.

Ewa Karwan-Jastrzębska: Misja Feniks

Akapit Press, Łódź 2018.

Przygoda z obrazem

Ewa Karwan-Jastrzębska lubuje się w powieściach niełatwych, odchodzących od tendencji w literaturze pop. Traktuje małych odbiorców z pełną powagą, co oznacza również rezygnowanie z drobnych żartów w ramach poszczególnych historii. Stawia na uważność i pełne zaangażowanie postaci w akcję, odbiorcom nie pozwala oderwać się od toku wydarzeń. Jest w tym więcej literatury, a mniej życia, mimo starań, by przynajmniej punkt wyjścia wypadał naturalnie. W "Misji Feniks" autorka zresztą przechodzi od realizmu w stronę fantastyki i przygody, podróży w czasie i pełnej niebezpieczeństw wyprawy – ale w scenkach domowych również próbuje układać rzeczywistość po swojemu. Bohaterami "Misji Feniks" są czternastoletnie bliźniaki, Julka i Julian. Autorka podbija ich wiek, bo potrzebuje go do przenoszenia dzieci nie tylko w czasie, ale i między krajami – inaczej wydałoby się nierealne, że maluchy potrafią odnaleźć się w innym świecie, płynnie posługiwać się obcymi językami i nie bać wyzwań. Ale z drugiej strony wierzy w domową sielankę. Dzieci znakomicie dogadują się ze sobą (lubią na przykład zostawiać otwarte drzwi dzielące ich pokoje, żeby porozmawiać przed zaśnięciem), nie stronią też od kontaktów z rodzicami, wiedzą, że mogą się ze wszystkiego zwierzyć - i z tej pewności też czasami korzystają. Nie ma w nich pragnienia wyrwania się na wolność, co pojawia się już u nastolatków nie tylko w literaturze – wszyscy świetnie i bez konfliktów się ze sobą dogadują. Potrzebna jest Ewie Karwan-Jastrzębskiej taka baza, ze względu na konstrukcję powieści: to, co dzieje się poza realizmem, wymaga już zwiększonej czujności i nie wydaje się tak cukierkowe. A skoro tak - przydałby się bohaterom azyl, miejsce, do którego będą chcieli wracać w razie niepowodzenia misji. W efekcie autorka niekoniecznie przekona do przestrzeni rodzinnej, może za to znaleźć uznanie czytelników w kreowaniu przejścia między światami.

Julek i Julka dostają dość ważne zadanie: mają zaopiekować się antykwariatem pod nieobecność właściciela. Kochają książki, nie wydaje się to więc zadaniem ponad siły, zwłaszcza że nie będą przeprowadzać żadnych finansowych operacji. Jednak jedna po drugiej pojawiają się tajemnice: antykwariusz to człowiek, który mógł przybyć z innej epoki, istnieją informacje o eliksirze nieśmiertelności, a także - o pewnym zaginionym obrazie, który pomógłby w rozwiązaniu zagadki. Tylko bliźniaki mogą przejść przez labirynt, więc antykwariusz bez wahania wysyła swoich małych sąsiadów w niebezpieczną podróż. W szesnastowiecznej Florencji zdarzyć się może wiele – tu przyda się umiejętność kreatywnego myślenia i błyskawicznego działania. Julek i Julka przekonają się też, że nie warto się rozdzielać, bo dużo lepiej działa się w grupie. Tajemnice malarstwa najlepiej będzie dzieciom rozwiązywać u źródła, tam, gdzie bez wehikułu czasu nie dotarłby żaden dorosły - ale nie oznacza to, że wszyscy ułatwią im pracę. "Misja Feniks" to książka przygodowa w dawnym stylu, Ewa Karwan-Jastrzębska próbuje w niej wskrzesić elementy literatury awanturniczej i nawiązać do powieści kryminalnych. Skupia się bardziej na intrydze i na realizacji planu niż na przekonujących dialogach, literackie opisy odwracają czasami uwagę od akcji, ale pozwalają poszerzyć słownictwo. Autorka zajmuje się tworzeniem kolorytu lokalnego i czasem zapomina o prawdopodobieństwie reakcji i charakterów, jednak wie, że odbiorcy zainteresują się przede wszystkim intrygą i nie będą zgłaszać zastrzeżeń do narracji.

sobota, 9 czerwca 2018

Maja Lunde: Błękit

Wydawnictwo Literackie, Kraków 2018.

Przywiązanie

Czym jest "Błękit"? Odwzorowaniem odwiecznej walki między naturą i cywilizacją. Zapisem ludzkich tęsknot i pragnień, ale też - potężnych obaw. To powieść o wielkich żywiołach i o stracie, o wyborach, które trzeba podjąć, żeby móc ruszyć z miejsca. Maja Lunde prowadzi tu dwie równoległe relacje oddzielone katastrofą dziejową. Signe żyje w Norwegii w 2017 roku. Przeżywa potężne rozczarowanie swoimi bliskimi. David we Francji niecałe ćwierć wieku później nie ma już bliskich, poza kilkuletnią córeczką, Lou. Signe obserwuje, jak ludzie chcą okiełznać przyrodę. Atakują lodowiec, piękną, majestatyczną i groźną górę, która dla Signe jest całym światem. Planują wybudować koryto dla rzeki, która będzie zasilać elektrownię. Pomysł jest może i dobry z niektórych punktów widzenia. Bo przecież elektrownia to praca i szansa na rozwój. Ale to również w długofalowej perspektywie globalne ocieplenie i w konsekwencji katastrofa ekologiczna. O tym nikt nie myśli, a Signe, która przeczuwa zbliżającą się klęskę, nie jest w stanie przekonać do swoich racji innych. Jej kasandryczne nawoływania są świadectwem tragicznej samotności. Mimo że to lodowiec połączył kiedyś Signe z pewnym dobrym chłopakiem. Teraz bohaterka ma dla siebie tylko jedną drogę: może wypłynąć na ocean i żyć z dala od destrukcyjnej ludzkości. David musiał uciekać. Rozdzielony z żoną i rocznym synkiem teraz szuka ich przez Czerwony Krzyż. Sam przebywa w obozie dla uchodźców, chociaż nie ma już chyba poza tym miejscem normalnego życia i opiekuje się dzieckiem. Lou jest dojrzała nad wiek, chociaż zdarza jej się popełniać dziecinne błędy. Odwraca uwagę ojca od codziennych trosk, zapewnia mu sens życia. Dostarcza i odrobiny rozrywki – przy Lou nie sposób się nudzić. Zresztą literacko to też ładnie skonstruowana postać, dobrze się śledzi jej perypetie. W kreacjach Davida Maja Lunde wykorzystuje charakterystyczne dla człowieka potrzeby i tęsknoty. Bohater długo żyje na uboczu, dopóki nie odkryje siły - pierwotnej - jaką daje istnienie we wspólnocie, choćby i sztucznie stworzonej. Sprawdza, czy Anna nie dała znaku życia, wciąż wierzy w ocalenie rodziny, mimo że urzędnicy nie podzielają jego zapału. Nie może być jednak obojętny na towarzystwo i gdy tylko spotka samotną i ciepłą kobietę, postanawia rozbudować relację. Więcej w tym zresztą intuicji niż wyrachowania i planów. Maja Lunde bardzo ładnie pokazuje potrzebę bliskości i damsko-męskich kontaktów. Nie szuka romantyzmu w chwili kryzysu, wybiera naturalność. Dla czytelników ma zupełnie inny zestaw emocji. Skupia się na związku ojca z córką i na tym, że postapokaliptyczny świat rządzi się swoimi prawami. Teraz podstawowym problemem ludzkości jest brak dostępu do wody pitnej. Wciąż wybuchają pożary, trudno jest utrzymać higienę, wciąż wybuchają choroby. Pragnienie jest tak silne, że ludzie posuwają się do zakazanych czynów dla zdobycia odrobiny wody. Woda to wyrzeczenia: trudno choćby myśleć o założeniu rodziny, jeśli to będzie oznaczało konieczność jeszcze bardziej drastycznego oszczędzania zasobów.

Woda łączy więc cały tekst. U Signe to strumienie z lodowca - orzeźwiające, czyste i niosące życie. Woda to potęga, zastępuje człowiekowi środowisko naturalne. Jest jej mnóstwo - i dlatego nikt jej nie szanuje, ludzie próbują sobie podporządkować naturę. Woda u Signe wyznacza zakres tematyczny. W przypadku Davida woda definiuje rzeczywistość przez swój brak. Ludzie mogą pokonać różne przeciwności losu, ale na pewno nie poradzą sobie z deficytem wody pitnej. Teraz woda zupełnie inaczej determinować może marzenia i nadzieje. Ma różne znaczenia dla tych, którzy pamiętają świat sprzed tragedii i dla tych, którzy odleglejszej przeszłości nie pamiętają. Jest "Błękit" powieścią, w której autorka skupia się na jednostkach, zawęża optykę do pojedynczych postaci – a przecież wyznacza tematy i wartości istotne dla wszystkich. Pisze niby w prosty sposób, ale przez wybieganie w nieodległą przyszłość nadaje historii rangę baśniowości.

Grzegorz Rogowski: Skazane na zapomnienie. Polskie aktorki filmowe na emigracji

Muza SA, Warszawa 2018.

Dawne kariery

Najpierw Grzegorz Rogowski wprowadza czytelników w świat, którego już nie ma: w świat przedwojennych artystów. Odwołuje się do wspomnień między innymi Stefanii Grodzieńskiej czy Lopka – by nakreślić koloryt lokalny. To pomoże mu w uzyskaniu klimatu potrzebnego do dalszego ciągu opowieści. Jest wstęp do tomu „Polskie aktorki filmowe na emigracji” rozbudowany, ale też sensownie przemyślany: nie da się w końcu odnotować wszystkich zjawisk charakterystycznych dla ludzi sztuki z czasów międzywojnia. Rogowski pisze tak, by pokazać odbiorcom ważne motywy czy wzbudzić zainteresowanie – dobrze wybiera komentarze – a wyczerpania tematu nikt od niego nie oczekuje, w końcu tu liczy się bardziej kontekst bohemy. W tej ogólnej części trochę opowie autor o girlsach, trochę o prasowych rubrykach wskazujących osoby fotogeniczne (kilkoro czytelników, którzy zdecydowali się zaprezentować i poddać ocenie redakcji zrobiło potem kariery w filmach, a przynajmniej – wykorzystało swoje pięć minut, żeby w ogóle pojawić się przed kamerami). Wszystko to daje podstawy do omawiania poszczególnych życiorysów aktorek, których filmową drogę przerwał bądź zmodyfikował wybuch wojny.

Po wprowadzeniu Grzegorz Rogowski przechodzi do opowiadania o pojedynczych gwiazdach, z których część przetrwała w świadomości odbiorców do dzisiaj (Jadwiga Smosarska, Lena Żelichowska), a część w ogóle nie jest już kojarzona (Zofia Nakoneczna, Renata Radojewska, Janina Wilczówna). Żeby zgromadzić materiały na temat aktorek, Rogowski sporo podróżuje, szuka kontaktu z bliskimi artystek, zagląda do prywatnych archiwów. Wprawdzie nie dostarcza czytelnikom zbyt wielu informacji o tym, jak był przyjmowany przez kolejnych rozmówców, ale już jedno wyliczenie w ramach podziękowań pokazuje, że zdobyłby materiał na dodatkowy reportaż. Umiejętnie wprowadza oceny dzieci aktorek czy wspomnienia. W każdym szkicu znajduje miejsce na przedstawienie fragmentów encyklopedycznego życiorysu, perypetii z pseudonimem artystycznym i filmografii (osobno wyliczenia ról pojawiają się na koniec eseju). Jednak autor stara się też zindywidualizować postacie, szuka tego, co każdą z aktorek wyróżnia. Czasami chce umieścić sylwetkę w kontekście społecznym, innym razem – skraca wiadomości powszechnie znane bądź wykraczające poza zakres tytułu a możliwe do zdobycia w prosty sposób. Nie zajmuje się tylko filmem: sprawdza, która z aktorek grała w reklamach, która realizowała się w kabaretach, rewiach, teatrach. Wyjaśnia, co bohaterki tomu robiły podczas wojny i jak odnalazły się na emigracji. Jest czujny i pamięta o kontekście: tłumaczy między innymi, jak na losy aktorek wpływało wprowadzenie filmu dźwiękowego. Przygląda się pomysłom na kreacje, ale akcentuje też zalety artystek: raz urodę. Czasami odkrywa sekrety, dowiaduje się od bliskich tego, czego nie mieli szans dowiedzieć się widzowie. Nie szuka skandali, raczej stawia na podkreślanie rzetelnej pracy i konsekwencji w obieranych drogach.

Pisze Grzegorz Rogowski tak, że chce się śledzić jego wywody (zerwanie z ogólnym obrazem międzywojnia wywołuje wręcz sprzeciw odbiorców). Pozwala pozostać blisko aktorek, unika hermetyczności czy dystansu w samej narracji, ale też nie zadręcza czytelników nadmierną emocjonalnością. Proponuje dobrą prozę, a w dodatku pozwala też zaspokoić ciekawość: w końcu o polskich aktorkach w drugiej połowie XX wieku działających na emigracji mało kto wie. Drobne życiorysy wpisują się w tendencje wydawców do przedstawiania minibiografii postaci z dwudziestolecia międzywojennego – tu udana realizacja sprawia, że o Rogowskim powinno być głośno, nawet jeśli sława przedstawianych przez niego aktorek już przebrzmiała.

piątek, 8 czerwca 2018

Zbigniew Białas: Rutka

MG, Kraków 2018.

Pamiętnik

Zbigniew Białas wykorzystuje temat kojarzony nie tylko przez lokalną społeczność, żeby pokazać, jak wielka historia wpłynąć może na jednostkę. Poza tym popisuje się wyczuciem językowym, wzrusza odbiorców tym, co wydawałoby się już poza możliwością uruchamiania większych emocji z racji wielokrotnego przerabiania w kolejnych, nie tylko autobiograficznych pozycjach. Inspiracją do tej powieści stał się dziennik nastoletniej dziewczyny, Żydówki z Zagłębia Dąbrowskiego, Rutki Laskier. Jest w tym lokalny patriotyzm, a i potrzeba upamiętnienia młodej autorki, jest przestroga i możliwość zanurzenia się w literackim odległym świecie. Poza tym nasycenie emocjonalne - wzmocnione przez okrucieństwo wojny – dostarcza pisarskiej pożywki, to gotowy materiał na fabułę i Białas skwapliwie z tego korzysta.

Krótka jest ta relacja pod kątem wydarzeń, bo ledwo czytelnicy poznają Rutkę, już będą musieli się z nią pożegnać (albo przejść do jej dziennika). Nie oznacza to jednak, że autor proponuje jakąkolwiek skrótowość, wręcz przeciwnie – wykorzystuje przestrzeń między kolejnymi scenkami. Znacznie lepiej czuje się w przedstawianiu tła niż w życiorysie nastolatki. Fakt, że nie chce i nie może przesadnie ingerować w jej codzienność, woli bezpieczną ucieczkę do tego, co bardziej ogólne, sprawdzalne i powtarzalne. W efekcie sięga po zjawiska z kontekstu, a do samych przypadków z życia Rutki nawiązuje bez rozbudowywania tematu później. Stara się od razu wyczerpać wybrany wątek, jakby dzięki temu mógł unikać ewentualnych błędów w interpretowaniu potrzeb nastolatki. I tak niespecjalnie rozwija wątek Stasi, Polki (starszej o kilka lat, więc już dorosłej), która mieszkała dawniej w miejscu zajmowanym teraz przez rodzinę Rutki. Chociaż kontakty Polaków i Żydów należą do zakazanych, Stasia poszukuje towarzystwa. Zwraca się do Rutki z najrozmaitszymi sprawami. Nie może stać się przyjaciółką - to nie ta kategoria wiekowa – ale odgrywa ważną rolę w procesie oswajania rzeczywistości. A Rutka mimo wojny próbuje żyć jak każda nastolatka. Nie zatrzyma na przykład burzy hormonów i mimo skromności oraz wstydliwości zaczyna powoli myśleć o chłopcach. Wpadła już w oko jednemu koledze i teraz stara się zdefiniować swoje uczucia względem niego – co nie jest łatwe. Króluje tu niewinność, urok pierwszych zauroczeń, nieśmiałych pocałunków albo po prostu ukradkowych spojrzeń. To zostanie skontrastowane z grozą wojny – Rutka, która właściwie nie zna próżności, będzie cierpieć z powodu utraty włosów w obozie. Zbigniew Białas dzieli tę historię na kilka części. Najpierw przedstawia żydowską obyczajowość, później - budowanie normalnej codzienności w nienormalnych wojennych czasach. Dalej skupia się na samej Rutce i jej relacjach towarzyskich oraz przemyśleniach, by wreszcie skrótowo zaprezentować temat obozu.

Białas nie staje do rywalizacji z naocznymi świadkami wojennych wydarzeń, dobrze wie, że w tej dziedzinie nie może konkurować z autorami dokumentów. Dlatego też znajduje niszę dla siebie. Wykorzystuje słuch językowy dla budowania plastycznej narracji, stylizuje opowieść, żeby podkreślić oryginalność świata przedstawionego. Potrafi precyzyjnie nakreślić rzeczywistość bohaterki i jej rodziny. Celowo nie odwołuje się do innych przypadków, interesuje go tylko Rutka, przemyślenia dziewczyny i jej naiwne przeżycia. Dążenie do dorosłości i nadzieje na pisarski rozwój. To, co wojna brutalnie przekreśla. Wplata autor do powieści motyw dziennika, który po latach nabierze zupełnie innego znaczenia niż w momencie powstawania. Egzaltowane zapiski nastolatki tu pomagają zarysować jej charakter (rzadko autor odwołuje się do prawdziwych cytatów) i dopiero z wiedzą odbiorców wybrzmią w pełni i wywołają szok. Zbigniew Białas przechodzi do tego zagadnienia, żeby silne reakcje wywołać właśnie na granicy nadziei mimo wszystko i świadomości wielkiej wojennej tragedii. "Rutka" imponuje plastycznym wyczuciem, rozmachem stylistycznym i wyczuleniem na detale w narracji. Koloryt lokalny, to, co powinno stanowić daleki plan, tu okazuje się niemal najważniejszy. Dziennik Rutki – wielkie historyczne odkrycie – powraca jako inspiracja ładnej literatury.

czwartek, 7 czerwca 2018

Sławomir Koper: Zbrodnie z namiętności

W.A.B., Warszawa 2018.

Dziwna miłość

"Zbrodnie z namiętności" to publikacja dla tych, którzy cenią sobie pitawale i sensacje, ale również dla odbiorców, którzy wiedzą o niezbędnych składnikach wielkich narracji, jak i o zainteresowaniu prywatnym życiem sławnych ludzi. Sławomir Koper sięga po pary, które na przestrzeni ostatniego stulecia zapisały się w historii niechlubnym powiązaniem miłości i nienawiści prowadzącej do zbrodni. Naświetla schematy działania, nieuwiadamiane wcześniej zagrożenia czy przemiany w psychice postaci związane z rozgoryczeniem po odrzuconym uczuciu. Przygląda się osobom publicznym, analizuje przejawy zazdrości ich bliskich i pierwsze sygnały, że coś złego może się wydarzyć. Towarzyszy związkom: zamiast pojedynczych biografii pokazuje właśnie istotę wspólnych relacji. Wychodzi od zbrodni, od zamieszania tuż po czyjejś śmierci, by potem cofnąć się w czasie i przejść drogę do kryminalnej sytuacji. Bez niespodzianek - chodzi bardziej o przedstawienie motywów czy kontekstu tragedii.

Autor usiłuje zaprezentować powtarzalność historii: pierwsza opisywana przez niego zbrodnia to schyłek XIX wieku, ostatnia - druga połowa XX. Relacjonuje doświadczenia aktorki, tancerki kabaretowej, muzy literatów czy piosenkarza. Stara się sięgać po zróżnicowane charaktery lub typy zbrodni: tu nie zawsze winny musi być zazdrosny mąż lub narzeczony, pojawi się na przykład małżeństwo, które popełnia potrójne morderstwo, a potem robi wszystko, by karę śmierci ponieść razem. Niektóre nazwiska zostały już zapomniane: o Marii Wisnowskiej albo Idze Korczyńskiej słyszeli dziś chyba tylko poszukiwacze sensacji. Z drugiej strony Dagny Juel to postać opisywana wręcz do znudzenia i z różnych stron - mogła nie uzupełniać tego zestawu, w końcu opartego na indywidualnych wyborach autora. Sławomir Koper nie planuje przecież wskazywać wszystkich zbrodni w afekcie popełnianych ze źle pojętej miłości. Dokonuje wyborów przeważnie trafnych, widać, że prezentuje tematy, które mocno go zajmują. We wstępie do tomu oznajmia, że oceny woli pozostawiać czytelnikom – tymczasem zdarza mu się wyrażać własne zdanie i sugerować je też odbiorcom. Nie jest to nachalne ani szkodliwe, trochę tylko nie pasuje do pełnego faktów wywodu. Szkice, które Koper proponuje czytelnikom, są rozbudowane i mocno szczegółowe, ale autor nie odrywa się w nich od sedna tematy. Potrafi opowiadać zajmująco, ale bez poetyki i plotki – stawia na fachowe komentarze i przytaczanie danych. Portretuje postacie barwne, temat bardzo mu pomaga w przyciąganiu odbiorców do lektury. W przypadku Dagny nic odkrywczego powiedzieć nie może, ale sprawa Andrzeja Zauchy to coś nowego dla czytelników, przynajmniej w takim stopniu szczegółowości. Tu liczy się też oczywiście bliskość zbrodni – inaczej czyta się o sprawach z kronik kryminalnych Drugiej Rzeczpospolitej, a inaczej – o temacie sprzed kilku dekad.

Sławomir Koper szuka zagadnień o potencjale sensacyjnym. Interesują go kwestie międzyludzkie, mechanizmy wywoływania tragedii, cechy charakteru potrzebne do popełnienia zbrodni. Odnotowuje przyczyny rozjuszenia kochanków: czasami to zazdrość, chęć panowania, a czasami po prostu fascynacja śmiercią, duma lub niemożność realizowania własnych pragnień. Ludzie, którzy pierwotnie byli ze sobą blisko, nagle okazują się śmiertelnymi wrogami. Koper rejestruje takie przemiany, sprawdza scenariusze postępowania. Wszystko po to, żeby wypełnić historię, uniknąć niedopowiedzeń i w pewnym stopniu także sensacji. A przecież tworzywem tej publikacji jest to, co sensacyjne i wykraczające poza zwyczajną codzienność.

Sięga Sławomir Koper po motyw miłości i powiązanej z nią śmierci - czyli to, co standardowo znaleźć można również w wielkich powieściach, ale i tanich fabułkach. Silne uczucia i namiętności stanowią niemal obowiązkowy składnik każdej udanej relacji, nic dziwnego, że ta pozycja szybko trafi do czytelników. Autor odwzorowuje realia, odmalowuje koloryt lokalny i w formie wpada w tony reportażowe. Dobrze radzi sobie z narracją - nie fabularyzuje opowieści, ale nadaje jej kształt rozbudowanej relacji z pozycji naocznego świadka. Unika w tonie nadmiernej uczuciowości, beznamiętny styl bardzo dobrze się tu sprawdza, bo nie konkuruje z tematami. "Zbrodnie z namiętności" to książka, którą dobrze się czyta. Nie ma naturalistycznych opisów ani męczących masowego odbiorcę analiz psychologicznych, jest nastawienie na akcję i na indywidualne doświadczenia. Sławomir Koper z przyjemnością tropi wydarzenia zasługujące na zachowanie dla potomnych – ku przestrodze czy dla informowania o zagrożeniach. Ta propozycja łączy w sobie temat-samograj oraz bardzo udaną realizację.

środa, 6 czerwca 2018

Barbara Sęk: Nowakowie. Kruchy fundament

W.A.B., Warszawa 2018.

Patchwork

Pierwszy tom nowej serii pokazuje to, do czego Barbara Sęk zdążyła czytelników przyzwyczaić: umiejętność odwzorowywania psychiki postaci, budowania prawdopodobnych reakcji i relacji przy jednoczesnym opieraniu się na najbardziej zbanalizowanych tematach. "Nowakowie. Kruchy fundament" to książka, w której w ramach akcji nie wydarzy się zbyt wiele, za to w sferze uczuć i emocji bohaterów - mnóstwo. W małżeństwie Małgorzaty i Krzysztofa od dawna nie dzieje się dobrze. Kobieta wykorzystuje kolejne ciąże, żeby utrzymać męża przy sobie. Sam związek stał się konsekwencją jednej wspólnie spędzonej nocy i być może gdyby Nowakowie mogli zacząć wszystko jeszcze raz, nie zdecydowaliby się na ślub. Ale Krzysztof za wszelką cenę chce udowodnić ojcu, że jest odpowiedzialny, a Małgorzacie imponuje zainteresowanie starszego o parę lat mężczyzny. Teraz, po latach, przychodzi czas na przyjrzenie się dawnym pomysłom i zweryfikowanie własnych postaw. Impulsem do zmian staje się ciąża kochanki Krzysztofa: wprawdzie kobieta zdaje sobie sprawę, że mimo wielu lat razem ukochany nie zdecyduje się opuścić rodziny (a zwłaszcza dzieci, z których najstarsze wkracza w dorosłość, a najmłodsze ma dopiero trzy lata), jednak jej zegar biologiczny tyka i to ostatni moment na urodzenie potomka. Nie jest to – jak w przypadku Małgorzaty - karta przetargowa, kochanka nie zamierza wykorzystywać dziecka, żeby przyciągnąć do siebie mężczyznę. Tyle tylko że wiadomość o drugiej rodzinie może zburzyć kruchy spokój w rodzinie Nowaków. Bo prawda w końcu musi wyjść na jaw.

Barbara Sęk przygląda się reakcjom na nieoczekiwaną wiadomość poszczególnych członków rodziny. Inaczej na wieść o kochance ojca zareagują dzieci – z których każde ma już własny kodeks wartości i ugruntowane poglądy na związki międzyludzkie. Inaczej - żona podejrzewająca zdradę od lat, ale milcząca dla dobra domowników. Krzysztof trafia w pułapkę, którą sam na siebie zastawił: nie ma możliwości wyjścia bez szwanku z niekorzystnej sytuacji. Cały tom "Nowakowie. Kruchy fundament" jest właśnie poszukiwaniem rozwiązania w z góry przegranej sprawie. Tu bez ofiar się nie obejdzie, a ponieważ każdy ma coś na sumieniu, bilans zysków i strat rozkładać się może w nieoczekiwany sposób. Barbara Sęk bardzo ładnie pokazuje – na marginesie związku Małgorzaty i Krzysztofa – kwestie dojrzewania dzieci, albo bunt rozkapryszonej nastolatki, albo rosnące poczucie odpowiedzialności u starszego brata. Nie jest to motyw najważniejszy w obrazie zdrady i borykania się z jej konsekwencjami, ale ubarwia książkę. Dzięki przechodzeniu do kilku różnych postaci autorka może zachęcić do czytania większą liczbę odbiorców: nie chodzi tu już tylko o odpowiedź na pytanie, którą rodzinę ostatecznie wybierze Krzysztof i czy będzie miał jakikolwiek wybór, a o śledzenie relacji międzyludzkich. Barbara Sęk jest niezłą obserwatorką życia uczuciowego, potrafi budować przekonujące obrazy. Sięga po temat banalny – ale oprawia go udaną narracją, dla czytelników najważniejsze będzie docieranie do sedna konfliktów i uzasadnień związków. Dzięki tej powieści autorka przemyca prawdy o samych odbiorcach, znajduje wyjaśnienia dla typowych małżeńskich problemów. Pokazuje, jak uniknąć konfliktów, ale też do czego doprowadza zatajanie prawdy. Nie moralizuje przy tym, skupia się na naświetlaniu relacji między bohaterami. Jest to powieść psychologiczna, w której nie ma miejsca na wymyślną fabułę. Barbara Sęk jednak pokazuje, że pisać potrafi – i że nie ma sobie równych w prowadzeniu obserwacji psychologicznych. Tu postacie postępują tak, jak zrobiłyby to w realnym życiu, a nie tak, jak przydałoby się to autorce.

wtorek, 5 czerwca 2018

Michał Gąsiorowski: To jest futbol! Krótka historia piłki nożnej

Nasza Księgarnia, Warszawa 2018.

Obowiązkowa dla kibiców!

Furorę na rynku zrobił Michał Gąsiorowski tomem "Od koła do Formuły 1" i teraz wraca do najmłodszych odbiorców z książką ważną i na czasie. Proponuje publikację w związku ze zbliżającymi się Mistrzostwami Świata w piłce nożnej - ale lekturę zapewni małym i dużym kibicom, bo przedstawia historię mundialu w oparciu o najciekawsze wydarzenia i anegdoty. Nad tym tomem ojcowie i synowie spędzą długie godziny, umilając sobie oczekiwanie na mecze. Zresztą na wyklejce można będzie wpisywać wyniki spotkań, aktualizując jeszcze książkę. Zamienia się "To jest futbol" w niezbędnik kibica, a do tego dostarcza sporo rozrywki, bo Michał Gąsiorowski dba o to, by lektura była interesująca i dostarczała silnych sportowych emocji.

Najpierw - krótka historia samego sportu. Kto wymyślił, żeby kopać piłkę, jak wyglądały początki futbolu, jakie zasady obowiązywały, a nawet – jak zmieniała się sama "piłka" w różnych krajach. Drobiazg na początek - w sam raz na zaspokojenie ciekawości maluchów i na rozbudzenie w nich zainteresowania przeszłością. To wiadomości, które rzadko przedstawia się dzieciom, więc spełnią swoją rolę jako wabika do książki. Kiedy już wyklarują się podstawowe przepisy i powstanie FIFA, autor przechodzi do historii mistrzostw świata, czyli przeskakuje do roku 1930. Tu pojawi się schemat powtarzany w kolejnych rozdziałach poświęconych mundialom. Gąsiorowski zajmuje się przedstawianiem kontekstu mistrzostw, wychwytuje to, co oryginalne, nietypowe albo nowe – i odnotowuje w barwnej i krótkiej opowieści. Za każdym razem anegdot dostarczają mu inne obszary gry: raz to budowa stadionu otwartego dopiero w trakcie rozgrywek, raz – zachowania poszczególnych piłkarzy, czasami do rozdziału wkraczają kwestie społeczno-polityczne (oczywiście w wymiarze dostosowanym do czytelników). Podaje autor liczby, ale nie zajmuje się ich obrazowaniem, wie, że mali fani piłki nożnej bez problemu porównają sobie podawane wartości - choćby liczbę kibiców na meczu – z dzisiejszymi realiami. Sprawdza, kto strzelił pierwszą bramkę, kto zapisał się w historii z różnych powodów. Skrótowo przedstawia przebieg mistrzostw, żeby odbiorcy wiedzieli, jak rozkładały się siły. Jeśli jest taka możliwość, wybiera drobne ciekawostki, które eksponuje na stronach z ilustracjami (tu na przykład prezentuje ważne stadiony). Zwraca też uwagę na konkretne nazwiska piłkarzy, umieszcza ich w samej akcji meczowej. Osobne podrozdziały poświęca polskiej drużynie - wiedząc doskonale, że dla swoich odbiorców takie właśnie wydzielenie powinien zastosować. W tych podrozdziałach skupia się na znakomitych trenerach i piłkarzach, którzy przeszli do polskiej historii futbolu – i to będzie płaszczyzna najbardziej łącząca pokolenia nad lekturą. Michał Gąsiorowski pisze z uśmiechem, wie, co powinien uwypuklić i na czym się skupić w przedstawianiu maluchom piękna sportu. Ostatnim elementem mundialowych rozważań jest prognozowanie, co czeka kibiców podczas Mistrzostw Świata w Rosji – szybkie podsumowanie potencjału grup i ocena prawdopodobieństwa wygranej.

Po historii mundialu znajduje autor jeszcze miejsce na skrótowe przedstawienie innych rodzajów rozgrywek o randze międzynarodowej, a także futbolu kobiecego, zasad fair-play, przegląd pucharów i samych piłek. Książkę ilustrują Przemysław i Agnieszka Surmowie. Starają się oni oddać podobieństwo przedstawianych postaci, chociaż lubują się w komiksowych karykaturach ciał. Dbają o to, by było kolorowo i zabawnie w warstwie graficznej - więc przyciągną więcej maluchów. Współtworzą tę piękną książkę i zachęcają dzieci do czytania oraz do śledzenia wiadomości. Mają tu ważną rolę, nie tylko ozdabiają opowieść, ale też przynoszą sporo wiadomości. To tom, który musi się spodobać, a na rynek trafia w bardzo dobrze przemyślanym momencie.

poniedziałek, 4 czerwca 2018

Susanna Tamaro: Tygrysica i Akrobata

Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2018.

Życie po swojemu

Tygrysicy, bohaterce tomu "Tygrysica i Akrobata" odbiorcy towarzyszą od pierwszych chwil. Zwierzę przychodzi na świat w tajdze, powoli uczy się otoczenia, od matki pobiera lekcje polowania i... filozofii. Dowiaduje się, co jest ważne w życiu i co je czeka w przyszłości. Jedną z ważniejszych historii jest ta o człowieku: człowieka zawsze należy się wystrzegać, ma kije plujące ogniem i jest niebezpieczny, bo zabija dla samego zabijania. Trzeba przyznać, że w tym portrecie nie ma miejsca na jakąkolwiek wyrozumiałość wobec ludzi. Tymczasem tygrysica bawi się z bratem, poznaje swojego ojca i dokazuje – jak każdy maluch. Przychodzi jednak, i to dość szybko, czas rozstania: matka na coraz dłużej opuszcza swoje pociechy. W końcu żegna się z nimi. Brat tygrysicy wyrusza w stronę, w której znika słońce. Tygrysica wybiera przeciwny kierunek. Zmierza na wschód. Nie myśli jeszcze o tym, co ją spotka. Wie tylko jedno: zamierza pozostać wolna, nie podporządkowywać się ani naturze, ani powinnościom wobec innych. Tygrysica nie ulega instynktom, przynajmniej nie w tym stopniu, w jakim można by się spodziewać. To zwierzę dumne, władcze i silne, chociaż też przeraźliwie samotne. Tygrysica rezygnuje z szukania partnera i wydawania na świat potomstwa. Najpierw jest na to zbyt młoda - nie zastanawia się nad przedłużaniem gatunku, zresztą na swojej drodze nie spotyka odpowiednich partnerów. Później już spotyka się z ludźmi, znienawidzonymi przez matkę i niebezpiecznymi dla wszystkich żywych istot. Tygrysica nie wie jeszcze, jak bardzo ludzie zmienią jej sposób postrzegania świata. Trafia na samotników i odludków, tych, z którymi można się zaprzyjaźnić. Odkrywa, że nie wszyscy ludzie są źli i mają niedobre zamiary. Ale taka ufność też może się źle skończyć. Tygrysica między innymi zostaje schwytana i wykorzystywana do cyrkowych sztuczek. Od starszych samic dowiaduje się, jak przetrwać w warunkach niewoli. Nie chce jednak, by tak wyglądało jej życie już do końca.

"Tygrysica i Akrobata" to książka, którą odczytywać można jako prostą powieść filozoficzną. Susanna Tamaro odchodzi od sugerowania wielowątkowości czy różnych zabaw interpretacyjnych, trzyma się konkretów z egzystencji bohaterki i na tej podstawie dopiero pozwala odbiorcom wysnuwać refleksję na temat ich własnych doświadczeń. Mówi o wielkich sprawach: potrzebie bliskości i posiadania rodziny, samotności i wyobcowaniu, stratach, marzeniach i wolności, rozważa, czym jest szczęście i jak do niego doprowadzić. To historia dość krótka, a upływ czasu autorka akcentuje poetyckimi skojarzeniami. Punkt widzenia tygrysa nie pozwala na posługiwanie się typowymi dla ludzi określeniami, stąd też wrażenie liryzmu w opowieści. Tamaro odwołuje się do podstaw w życiu każdego człowieka - tyle tylko, że dla oddalenia banału posługuje się inną perspektywą. Towarzyszy bohaterce w wydarzeniach zupełnie zwyczajnych i tych ekstremalnych, pokazuje, że nigdy nie da się przygotować na to, co przynosi los. Jest "Tygrysica i Akrobata" tomem o charakterystycznej melodii narracji, tu sposób opisu przykuwa uwagę tak samo jak fabuła. Susanna Tamaro stawia na pozorną naiwność - dzięki niej może wprowadzać do historii głębokie prawdy o życiu i relacjach z innymi. Przygląda się skomplikowanemu procesowi spełniania marzeń i uwodzi czytelników samym pomysłem. Jest to historia, którą czytać mogą dorośli, ale też i młodzi ludzie - każdy wyciągnie z opowieści coś dla siebie. Takie książki, jeśli już pojawią się na rynku, szybko zaczynają być uznawane za klasykę i cenione za wejście w baśniową z pozoru rzeczywistość.

niedziela, 3 czerwca 2018

Olga Tokarczuk: Opowiadania bizarne

Wydawnictwo Literackie, Kraków 2018.

Między światami

Cechą charakterystyczną opowiadań Olgi Tokarczuk zamieszczonych w książce "Opowiadania bizarne" jest nastawienie na emocje. Tu zawsze coś się dzieje, bez względu na to, czy autorka przenosi akcję w przeszłość, w przyszłość, do obcych krajów czy do wyimaginowanych przestrzeni, nastawia się na rejestrowanie i przekazywanie czytelnikom emocji postaci. I nie ma znaczenia, czy te postacie to prawdziwi ludzie z systemem odczuwania zbliżonym do tego, którym posługują się odbiorcy, czy też zautomatyzowane twory prowadzące równoległą egzystencję. Liczy się czucie - niepodważalne, subiektywne doznania są na tyle silne, że dominują w wielu przypadkach nawet nad fabułą, o którą przecież Tokarczuk też bardzo dba. W efekcie "Opowiadania bizarne" zapadają w pamięć i przynoszą poza rozrywką sporo refleksji na temat kondycji ludzkiej i nieuporządkowania świata. A sama Olga Tokarczuk potrafi czytelników wstrzelić od razu w kreowaną przestrzeń, nie ma znaczenia, realną czy oniryczną - drobiazgami buduje całość, pozostawiając wrażenie wypełnienia świata, postawienia go na dobrze przemyślanej i stabilnej konstrukcji. Oczywiście w każdym ze światów bohaterowie będą nadal mieli własne poważne problemy – na tym przecież polega sens zatrzymywania się nad historiami – ale wprowadza autorka w ten sposób element nieprzewidywalności przy jednoczesnym wrażeniu panowania nad materią.

Są te opowiadania precyzyjne i klasyczne pod względem formy. Olga Tokarczuk nie eksperymentuje z opisami. Stawia na to, co sprawdzone i naturalne, nie chce, żeby narracja odwracała uwagę od wydarzeń. Chociaż zdarza się jej stylizować (całe opowiadanie z odległej przeszłości imituje językowo epokę, ale nie jest to zabieg specjalnie potrzebny), chętniej posługuje się przezroczystym tekstem, tak, żeby nic nie przysłaniało pomysłów fabularnych i kreacji postaci. Nie traktuje opowiadań jak wprawki do większych form czy sposobu na rozpisanie się, proponuje odbiorcom małe dzieła, zamknięte opowieści, którym niczego nie brakuje. I nawet jeśli wybiega fantazją w inne czasy lub do innych przestrzeni (albo łączy podróże), nie potrzebuje sygnalizować tego w ramach opisów - bo doskonale radzi sobie z przekładaniem na zwyczajny język pomysłów tak, by były przekonujące. Daje się zauważyć za to ogromną dbałość o słowo, o melodyjność narracji i ogólne wrażenie literackości, ale akurat to u tej autorki nie dziwi i wydaje się naturalnym sposobem prowadzenia historii. Olga Tokarczuk poza imponowaniem wyobraźnią, dokłada jeszcze odbiorcom ładny tekst, dodatkowy czynnik przyciągający do tomu.

Cieszy tu zwłaszcza operowanie różnymi kontekstami. O ile język w miarę ujednolica całość, o tyle w działaniach fabularnych i w prezentowaniu bohaterów nie będzie powtórzeń. Koloryt lokalny również za każdym razem jest inny – a to oznacza, że dostarcza Olga Tokarczuk szeregu emocji, w których każdy znajdzie dla siebie odpowiednie zakotwiczenie. Jest to zestaw opowieści, które właściwie same się czytają - wciągających i atrakcyjnych. Znajdzie uznanie wśród koneserów prozy środka, ale również tych czytelników, którzy szukają odcięcia od zwyczajności, oryginalnych pomysłów czy niebanalnego rozwoju wydarzeń. Na nieoczywistościach buduje autorka całe sensownie uzasadniane światy - niby wszystko jest możliwe, a jednak pozwala odbiorcom na przejście do krain zwykle niedostępnych, pełnych atrakcji polegających na międzyludzkich kontaktach. Właśnie iskrzenie na granicach interpersonalnych związków, na płaszczyźnie spotkań nadaje tomowi "Opowiadania bizarne" mocnego charakteru. Nie każdy lubi opowiadania jako gatunek, ale w tym wypadku warto przyjrzeć się propozycji Olgi Tokarczuk – to kawałek dobrej literatury z nietuzinkowymi postaciami umieszczonymi w wyobraźniowej przestrzeni.

Grażyna Bąkiewicz: Ale historia... Stasiu, co ty robisz

Nasza Księgarnia, Warszawa 2018.

Samotnik

Nikogo nie interesują marzenia Słonia (a Słoniu chciałby dostać latający rower, koniecznie czerwony). Nikogo nie interesują ambicje Słonia (a Słoniu chce być najlepszy, nawet jeśli musi się w tym celu posunąć do oszustwa – tylko po to, żeby przypodobać się ojcu, dyrektorowi szkoły). Nikt nie chce się przyjaźnić ze Słoniem (a Słoniu sam do zdobywania przyjaciół nie dąży, no, może przychylniej patrzy na Olę, która często staje po jego stronie). Zbliżają się urodziny Słonia i chłopak powinien zaprosić na nie kolegów. Ale nie wierzy, że ktokolwiek chciałby przyjść, zresztą sam nie bardzo ich lubi. W serii Ale historia... piątą częścią, tomikiem "Stasiu, co ty robisz?" dowodzi właśnie Słoniu. To on prowadzi narrację i pozwala lepiej się zrozumieć. Na szczęście - bo takich jak Słoniu można spotkać w każdej miniaturowej społeczności i mało które dziecko ma w ogóle ochotę analizować przyczyny odstręczających zachowań. Słoniu, nawet jeśli nadrabia miną, nie zawsze jest szczęśliwy. Potrzebuje jednak impulsu, żeby zrozumieć niewłaściwość swojego zachowania i dostrzec w rówieśnikach osoby życzliwe, a nie wyłącznie wrogów.

Na razie jednak pan Cebula, historyk, wysyła wszystkich uczniów w przeszłość, do czasów rozbiorów Polski. Pytanie, na które mają odpowiedzieć uczniowie, dotyczy właściwych "morderców" kraju: dzieci muszą się zastanowić, czy winę za wydarzenia ponoszą zaborcy, czy też może przyczyn rozbiorów należy szukać gdzie indziej. Przy okazji przyjrzą się królowi Stanisławowi Augustowi Poniatowskiemu i jego postawie - budzącej sprzeczne uczucia. Słoniu dołącza do grupy Aleksa i Grubego, ale nie zawsze chce z kolegami współpracować, w dużej części odsuwa się od zespołu i działa na własną rękę. Różne są przy tym jego motywacje, co warto zaznaczyć i co Grażyna Bąkiewicz ładnie na marginesie przekazuje.

Bardzo dokładnie przygląda się autorka kwestii przyczyn rozbiorów, pozwalając jednocześnie, żeby odbiorcy – i mali bohaterowie – sami wyciągali wnioski na temat tego, co zdarzyło się za panowania króla Stasia. Niechlubne czyny i kłótliwa szlachta to tematy powracające w komiksowych rysunkach, w tekście autorka skupia się bardziej na tym, czego doświadcza Słoniu. A ma on spotkać się z królem, żeby przekazać mu zaszyfrowane informacje od rodaków. W komiksach powraca kwestia romansu z carycą Katarzyną i stosunek Polaków do liberum veto – w opowieści stopniowe ocieplanie relacji między uczniami pana Cebuli. Słoniu nawet jako indywidualista nie może działać samotnie, musi porozumiewać się z miejscowymi. Co ciekawe, autorka znajduje jeszcze możliwość nakreślenia przełomu postaci. Słoniu najpierw przegrywa swoich kolegów, a potem dowiaduje się, że jego przodek mógł przyczynić się do upadku kraju. To dwa powody do wstydu i do zastanowienia się nad własnym postępowaniem. Chociaż bohater wie, że dzieci nie wybaczają błędów i mogłyby nawet winy dawnych – sprzed wieków - rzekomych członków rodziny wykorzystać jako powód drwin i odrzucenia, może przyznać się do błędu i przekonać się, w jaki sposób zaskarbić sobie uznanie grupy. To wskazówka dla tych, którzy jak Słoniu przekreślili już niemal swoją pozycję w lokalnej społeczności: wywyższali się, narzucali innym swoje zdanie lub ich krytykowali, zapewniając sobie wyłącznie niechęć.

Doświadczenie Słonia jest cenne nie tylko od strony historycznej, chociaż lekcję historii proponują autorzy – jak zwykle - znakomitą. Grażyna Bąkiewicz nie zapomina o relacjach interpersonalnych, nakreśla je tak, by przydały się jako wskazówki małym odbiorcom. W książce króluje jak zawsze humor, co uprzyjemnia zdobywanie wiedzy. Ten cykl powinien stać się obowiązkową lekturą dla najmłodszych - unikną wtedy problemów z uczeniem się historii w przyszłości.

sobota, 2 czerwca 2018

Rafał Kosik: Amelia i Kuba. Wenecki spisek

Powergraph, Warszawa 2018.

Jak najdalej

Rafał Kosik doskonale wie, że marzenia mogą stać się motorem napędowym fabuły i uzasadniać najbardziej nonsensowne decyzje bohaterów. W kolejnym tomie przygód Amelii i Kuby, w serii kierowanej do młodszego rodzeństwa fanów Felixa, Neta i Niki, znowu odwołuje się do pragnienia Mi, by mieć zwierzątko. Kilkulatka za wszelką cenę próbuje zdobyć towarzysza, na którego nie miałaby uczulenia – albo zwalczyć alergię. Z pomocą przychodzi jedyna tabletka firmy Alestop, którą tata dostaje do przygotowania zdjęć reklamowych. Mi, jakby na potwierdzenie wszelkich ostrzeżeń o chowaniu medykamentów przed dziećmi, połyka specyfik bez specjalnej refleksji nad jego działaniem, przeznaczeniem i skutkami ubocznymi. Nie dość na tym: opakowanie Alestopu przypadkowo ulega zniszczeniu i trudno będzie je odtworzyć, chociaż bohaterowie rozpaczliwie próbują. Najłatwiej byłoby przyznać się do wszystkiego rodzicom, ale to oznaczałoby kary i awantury. Mi angażuje do pomocy starszego brata, Kubę oraz sąsiadów - Amelię i Alberta. Cała czwórka dochodzi do wniosku, że jedynym sposobem na uratowanie sytuacji jest wyprawa do siedziby firmy i zdobycie drugiej tabletki i drugiego pudełeczka, a przy okazji i antidotum dla Mi. Oczywiście w tajemnicy przed dorosłymi. "Wenecki spisek" to historia z rozmachem.

Czwórka dzieci musi połączyć siły i opracować śmiały plan działania, żeby nic się nie wydało i żeby wyprawa się powiodła. Przyda się tu i Albert ze swoimi dziwactwami (potrafi wyznaczyć trasę), i Kuba (jedyny racjonalnie myślący), i Amelia (marzycielka, którą do Wenecji dodatkowo pchają własne nadzieje na namalowanie odbić w wodzie). Problemy – naturalnie - się mnożą. I jedni, i drudzy rodzice są przekonani, że wszystkie dzieci spędzają czas pod opieką sąsiadów. Bohaterowie mają ograniczone zasoby finansowe, muszą zatem mocno kombinować, żeby nie wpaść w ręce konduktorów w pociągach - ale też, żeby nikt nie zainteresował się, dlaczego podróżują bez kogoś dorosłego. Całonocna wyprawa pociągiem z fantazyjnymi wagonami to dopiero początek przygody. Już wkrótce Mi przekona się, że ktoś ją śledzi. Przy tym wszystkim sierść wyrastająca na rękach dziewczynki (skutek uboczny Alestopu!) to już kwestia niegodna uwagi.

Jak zwykle Rafał Kosik pisze z rozmachem i nie przejmuje się aspektami wychowawczymi. Na pogadanki i uświadamianie odbiorcom, czego robić nie wolno, przyjdzie czas później - zresztą ten autor w swoich czytelników wierzy i nie musi posuwać się do pedagogicznych połajanek. Teraz liczy się przygoda i humor. Nieprzypadkowo Mi pozna kilka znaczeń słowa "włochy" - to sygnał zabawy, również twórcy historii. Humor pojawia się w akcji i w dialogach, to coś, za co czytelnicy pokochali cykl FNiN – Kosik potrafi rozśmieszać na różnych płaszczyznach. Ma powieść również wymiar edukacyjny, bo autor wykorzystuje fakt, że podróże kształcą. Wyprawę dzieci wzbogaca wieloma informacjami "przewodnikowymi", podanymi tak, by wzbudzić ciekawość. Operuje udanie przypisami, w których zaznacza ciekawostki, objaśnia co trudniejsze terminy, ale i przestrzega, żeby nie uczyć się ortografii na zapiskach Mi. Zaskakuje bez przerwy i to czynnik, dzięki któremu najmłodsi chcą śledzić przygody bohaterów. Potrafi wprowadzać opisy sensacyjne (pościgi po Wenecji) i łączyć je z kreskówkowymi pomysłami (ekwipunek Szpiegówki). Nie sposób się przy tej książce nudzić. Wyraziste są charaktery postaci, a i pomysły na kierunki akcji: czasami autor ucieka się do fantazji, czasami czerpie z różnych gatunków literackich, a czasami stawia na realizm. "Wenecki spisek" jest książką, która dostarcza mnóstwa emocji, dla najmłodszych to idealna zachęta do czytania: trudno się od tej powieści oderwać, a kto raz poznał przygody Kuby, Mi, Alberta i Amelii, ten z serią pozostanie. Rafał Kosik znalazł świetny sposób, żeby wychować sobie czytelników wśród kilkulatków - teraz poza FNiN będzie musiał jeszcze rozwijać "młodszy" cykl.

Zofia Stanecka: Basia. Wielka księga słów

Egmont, Warszawa 2018.

Interpretacje

Przygody Basi cieszą się ogromnym powodzeniem i na rynku wciąż pojawiają się nie tylko kolejne tomiki poświęcone codzienności małej bohaterki, ale i rozmaite dodatki, zbiory opowiadań i podserie. Oprócz "Wielkich ksiąg przygód" - zestawów już opublikowanych w pojedynczych tomikach historyjek – autorka podsuwa swoim odbiorcom "Wielką księgę słów". To ciekawy eksperyment, sprawdzenie, ile jeszcze można wycisnąć z raz przedstawionych fabuł. To również nietypowe streszczenie idei "Basi" dla dorosłych, którzy zastanawiają się jeszcze, czy przedstawić tę bohaterkę swoim dzieciom. Dla maluchów to okazja do przypomnienia sobie ulubionych bajek, szereg krótkich spotkań rozpisanych na głosy.

Tomik - dość obszerny, jak na zbiorówkę przystało - ma układ alfabetyczny, kolejność wyznaczają hasła, które dla fanów Basi są bardzo czytelne. Hasła-słowa wywołują różne skojarzenia. Czasami trzeba dostarczyć odbiorcom definicje co trudniejszych i abstrakcyjnych pojęć (czym jest niesprawiedliwość albo emocje), czasami - wskazać typowe dla Basi motywy, jej wynalazki słowotwórcze albo osobiste interpretacje. Słownik pokazuje, co dla małej postaci jest naprawdę ważne. Nic dziwnego, że swoje miejsce znajdą w nim mama, tata czy dziadkowie. Pojawiają się zagadnienia związane z tym, co dzieci lubią (a czego rodzice często im zabraniają) - tu trafią między innymi żelki czy tablet. Znajdzie się miejsce na przedstawianie dzieci z bliskiego otoczenia Basi - powrócą Titi, Anielka, Lula czy Antek: każde z nich to osobna historia, temat ważny w jakiś sposób dla kilkulatków. Bohaterowie wywołują kwestię przyjaźni, tolerancji, sytuacji imigrantów, rodziców adopcyjnych, oryginalności, strachu... Przywoływani są, by akcentować sprawy istotne nie tylko w egzystencji maluchów. Bywa, że postacie wprowadzają zagadnienia do przedyskutowania z rodzicami albo do przemyślenia. Basia jest za mała na to, by mieć kompleksy, ale dostrzega różnice między swoją posturą i brakiem gracji w tańcu - a umiejętnościami kuzynki Luli.

Żeby nie zanudzić czytelników jednostronną relacją, autorka oddaje głos bohaterom. Najczęściej o słowach mówi Basia, ale jej wyznania bywają uzupełniane wyjaśnieniami mamy lub taty. Zamiast Basi swój punkt widzenia może przedstawiać również Janek. W tomiku znaleźć można celne, mimo że pozornie naiwne, wyjaśnienia (tak jest w przypadku emocji – to bardzo dobra wskazówka dla odbiorców, chcących zrozumieć postępowanie innych i siebie samych), ale niekiedy też dziwne i poprzekręcane słowa (sowinista, określenie, jakim - według Basi – mama obrzuca tatę podczas kłótni, nie zyskuje tutaj poprawnej formy). "Basia. Wielka księga słów" jest publikacją wartościową ze względu na wyczulenie na odczucia młodych ludzi i na prawdziwość świata. To, co widzi Basia – i jak interpretuje otoczenie - znają kilkulatki z własnego doświadczenia. Czasami w ogóle bohaterka rozśmiesza, bo nie rozumie jeszcze ironii, nie odczytuje właściwych intencji w wypowiadanych z przekąsem uwagach dorosłych - to zwłaszcza rodziców ubawi i przekona do trafności ocen Zofii Staneckiej. Autorka dba też o edukowanie czytelników: co pewien czas podaje ciekawe informacje i terminy, zachęca do wizyt w muzeum czy bibliotece. Pokazuje kilkulatkom, że nie ma czasu na nudę, że przyjemności przybierają różne oblicza, że trzeba słuchać poleceń rodziców. Ucieka w satyrę na rodziców: kiedy tata robi kluseczki, jest potrzebny do rozsypywania mąki na podłogę, przy robieniu jajecznicy musi rozbić kilka jajek niezupełnie nad patelnią. Drwi delikatnie i z dzieci (słowo "żelki" Basię wprawia w dobry humor). Wszystko osnute jest tu dobrodusznym uśmiechem. Motywy ze słownika można bez trudu poszerzać - wystarczy sięgnąć do pojedynczych opowiadań o Basi. Ilustracje Marianny Oklejak jak zwykle wprowadzają odbiorców w beztroską rzeczywistość kilkulatków. Tomik spodoba się fanom Basi, przyciągnie też nowych – jego wtórność nikomu nie będzie przeszkadzać, bo Zofia Stanecka jak zawsze potrafi zajmująco opowiadać o rodzinie i otoczeniu maluchów.

piątek, 1 czerwca 2018

Galia Bernstein: Jestem kotem

Nasza Księgarnia, Warszawa 2018.

Pojedynek

To jak pojedynek Dawida z Goliatem – i sytuacja z pewnością znana dzieciom. Wiele maluchów zetknęło się z podobnym problemem albo w dyskusjach z rodzicami, albo – ze starszym rodzeństwem czy kolegami. Autorka tomiku "Jestem kotem" zwraca uwagę na ważne społeczne zagadnienie, chociaż bawi się tematem i przy okazji stara się też rozbawić odbiorców z różnych pokoleń - i dzieci, i ich rodziców czy dziadków, którzy będą im czytać. Przekona do siebie kociarzy, ale nie tylko. Urzekająca i prosta jest ta historyjka, ale pełna znaczeń i wartościowa. Bohaterem opowieści został Felek, mały kotek. Już w tym momencie Galia Bernstein zapewnia sobie uwagę maluchów, które uwielbiają zwierzęcych bohaterów. A ponieważ kot ma do wygłoszenia podstawową prawdę, a mianowicie to, że jest kotem, pojawia się ciekawość. Oznajmienie bohatera wywołuje salwy śmiechu między innymi u lwa czy tygrysa. To one czują się prawowitymi kotami – i wskazują nawet cechy, które w byciu kotem są niezbędne. Kot przechodzi od jednego wielkiego drapieżnika do drugiego, w każdym wywołuje śmiech i protest. Ale bohater nie daje się tak łatwo przepędzić. Dochodzi w końcu do słusznego wniosku, że łączy go z rozmówcami całkiem sporo, a już na pewno – realizuje kocie wytyczne. Czyli? Czyli jest kotem. Teraz interlokutorom trudno będzie zbić argumentację bohatera.

Autorka stosuje prosty rytm rozmowy, która wypełnia tomik. Wykorzystuje powtórzenia i czytelne dla maluchów konstrukcje, dzięki czemu lepiej wybrzmiewa finał. Stawia na rozśmieszanie kilkulatków, dostarcza im zgrabny pomysł, uchwycony bardzo precyzyjnie. Stosuje karykatury i hiperbole, środki, którymi najprościej rozbawiać. Korzysta też z motywu zaskoczenia. Jej publikacja ma nawet wymiar edukacyjny – tam, gdzie wymienia różne gatunki dzikich kotów. Ale na pierwszym planie jest rozrywka. A do tego – pewna cenna dla najmłodszych odbiorców sugestia związana z wzajemnym szacunkiem. W końcu to, że bohater jest znacznie mniejszy od kolegów, nie znaczy jeszcze, że powinien być przez nich ignorowany czy wyśmiewany. Jego zdanie też się liczy, trzeba postaci wysłuchać i wziąć pod uwagę argumenty, zwłaszcza te sensowne. Wskazuje tym samym autorka drogę postępowania dzieciom, które walczą o swoje racje z pozornie mocniejszymi przeciwnikami, podejmują nierówną dyskusję z dorosłymi czy po prostu starszymi. Przypomina, że zawsze warto, bo każdy rozmówca musi ustąpić, gdy przedstawi mu się rozsądne argumenty. Tym tomikiem uczy się maluchy nabierania pewności siebie, poczucia własnej wartości. Pozornie więc tylko rozrywkowa lektura bardzo się przydaje w budzeniu tożsamości i w kształtowaniu relacji z innymi. Dziecko nauczy się, że nie wolno wyśmiewać się z innych ani narzucać im swoich poglądów. Zrozumie, że nie ma znaczenia, że każdy jest inny – i to zamienia się w korzyść. Sporo można wyczytać z prostej historyjki o różnych kotach, na tym polega jeden z wielu uroków tej publikacji. Autorka przez tę bajkę może nauczyć maluchy funkcjonowania w najbliższym otoczeniu – to będzie lekcja tolerancji, a i samoświadomości.

Z jednej strony dowcipny rozwój akcji. Wielkie koty i ich malutki kolega w dyskusji na temat, kto jest lepszy i więcej warty. Z drugiej strony opowieść, na której dzieci mogą ćwiczyć czytanie. Lektura przyjemna, ciekawa i krótka. Do tego liczne obrazki – tomik jest świetnym picture bookiem, ma się zatem przyjemność w samym oglądaniu całości. Jest to książka urocza i z pewnością szybko się nie znudzi mimo skrótowości i przewidywalnej dla starszych puenty. Obowiązkowa dla miłośników zwierząt, innym spodoba się za sprawą dowcipu i przemyślanej konstrukcji.

Marta Fox: Elidełko-Kowadełko

Akapit Press, Łódź 2018.

Pierwszy dziennik

Odciągnięcie dzieci od telefonów i komputerów bywa coraz trudniejszym zadaniem i rodzice muszą uciekać się do systemu kar, żeby zabronić pociechom korzystania z elektronicznych gadżetów. Tymczasem tego typu decyzje, niezależnie od tego, czym motywowane, mogą też przyczynić się do rozwoju wyobraźni kilkulatka i do znalezienia przez niego nowych-starych form spędzania czasu. Przykładem zbawiennego braku dostępu do internetu staje się Ela, zwana w klasie Elidełko-Kowadełko, trochę zbuntowana jedenastolatka. Rodzice Elidełka proponują wymianę: jeśli dziewczynka codziennie zapisze stronę w pięknym czerwonym zeszycie, będzie mogła przez pewien czas grać na komputerze. To dość stereotypowe uzasadnienie dzienników pisanych przez małych bohaterów w ostatnich latach, ale dobrze się sprawdza, zwłaszcza że u Marty Fox czerwony zeszyt Eli trafia też do fabuły i ma spore znaczenie w rozwoju pierwszego zauroczenia.

Ela dzięki dziennikowi uczy się sztuki negocjacji, odkrywa przyjemność posiadania tajemnic (w końcu jest królową swojego zeszytu i nie musi pokazywać notatek nikomu, jeśli nie ma na to ochoty). Robi coś, czego inne dzieci nie znają, może wyznaczać trendy w klasie: jeżeli uda się wciągnąć innych w zabawę, stanie się ważna w środowisku. Przy okazji może się też przekonać, ile znaczy wyobraźnia i posiadanie własnych zainteresowań: jeśli wyróżnia się z tłumu, nie podąża ślepo za modą, a szuka własnych sposobów na zamanifestowanie osobowości, może poczuć się pewniej, a przy okazji dostrzec słabostki koleżanek. To daje siłę. Marta Fox podąża za małą bohaterką, rejestruje jej przygody w domu i w szkole. W domu zwykle chodzi o takie prowadzenie dyskusji z dorosłymi, żeby ci brali pod uwagę argumenty młodego pokolenia i nie występowali z pozycji mocniejszych. W szkole liczą się drobne intrygi, przepychanki o Konrada – najprzystojniejszego chłopca w klasie. Elidełko, wzorem innych bohaterek Marty Fox, przygląda się wszystkiemu trochę z boku, mimo że przecież uczestniczy we wszystkich wydarzeniach. Nie boi się wyrażania swojej opinii, przedstawia się jako postać myśląca samodzielnie – tego odbiorcy mogą się od niej uczyć. Motyw Konrada to wabik na dziewczynki – obietnica szkolnej miłości jest jednym z niewielu napędów fabuły, chociaż Marta Fox próbuje też urozmaicić historię zagubieniem dziennika (więc i zestawu najskrytszych uczuć bohaterki).

Jest tu trochę rozrywkowo, trochę edukacyjnie (bo bohaterka różnych rzeczy przez kontakt z innymi się uczy i wszystko starannie rejestruje), a trochę psychologicznie – Marta Fox próbuje przypominać dzieciom, jakie postawy cenić się w nich powinno najbardziej i jak kształtować charakter. "Elidełko-Kowadełko" nie jest zbiorem prostych wskazówek podawanych bezpośrednio maluchom. To z lektury każdy odbiorca powinien sobie wyprowadzić istotne wzorce czy pomysły warte realizowania w prawdziwym życiu. Co ciekawe, jest w tym tomiku prostsza narracja niż to, co do tej pory Marta Fox proponowała. Jeszcze czasami w niektórych pojedynczych wypowiedziach przewija się przemądrzałość postaci, tendencja do moralizowania zamieszczana w dojrzałych nad wiek kwestiach – ale nie w takim nasyceniu jak do niedawna. To sprawia, że automatycznie książeczka staje się o wiele bardziej strawna i atrakcyjna dla czytelników.

Ważną rolę odgrywają tu ilustracje, humorystyczne szkice Joanny Zagner-Kołat - to dzięki nim "Elidełko-Kowadełko" będzie przyciągać i kusić kilkulatki. W tych obrazkach jest dowcip, charakter i wyczucie odbiorców, stylistyczna zabawa, która uprzyjemnia czytanie. A że sama bohaterka lubi rysować, może część obrazków pokazywać jako własne. Udana jest ta propozycja i spodoba się samodzielnie czytającym dzieciom.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com