Onepress, Gliwice 2026.
Widoczność
Kiedy ktoś zajmował się dawniej promowaniem swoich działań w internecie, wiedział, że należy publikować często i regularnie – żeby wypracować sobie odpowiednie miejsce w wynikach Google i nie zostać przeoczonym przez ludzi poszukujących konkretnych tematów. W czasach AI sytuacja jednak zmienia się diametralnie i wszystkie dawne przyzwyczajenia można spokojnie porzucić. Teraz, żeby być widocznym dla algorytmu, trzeba podjąć zupełnie inne działania – i Ewelina Podrez-Siama opisuje je szczegółowo. Książka „Marka osobista w czasach AI i generatywnego wyszukiwania” to publikacja poradnikowa nastawiona na konkretne efekty – i pozwalająca czytelnikom na oswojenie się z zupełnie nowymi narzędziami i z zupełnie nowym podejściem do budowania marki w sieci.
Autorka posługuje się najczęściej swoim przykładem. Przyzwyczaja czytelników do nowych pojęć, dba o to, żeby zapadły im w pamięć – i temu służy między innymi powracanie do już raz powiedzianych kwestii. Co ciekawe, nie oznacza to irytującej niewiary w uważność czytelników, raczej próbę upewnienia się, że wiadomość została nie tylko zarejestrowana, ale przekuta w czyn. Bo tej książki nie da się traktować jako zestawu teoretycznych komentarzy. Wprost przeciwnie: są tu bardzo rzeczowe i fachowe uwagi do natychmiastowego wcielenia w czyn. Autorka dzieli się i adresami, i rozpisanymi wręcz na poszczególne kroki działaniami, które mają na celu jedno: poprawienie widoczności marki w sieci. Żeby zachęcić czytelników do wprowadzania zmian, przedstawia własną drogę – sama funkcjonowała jako trzy byty: osoba zajmująca się promocją marki, autorka książek kucharskich oraz autorka przewodników po wyspach, które pokochała. I chociaż w dawnych czasach te trzy tożsamości byłyby automatycznie wiązane za sprawą jednego nazwiska, sztuczna inteligencja nie ma możliwości zespolenia ich i traktowania jak działań jednej osoby. W efekcie słabnie siła przebicia autorki w sieci. I to zjawisko zupełnie nowe dla wielu odbiorców, a jednocześnie wymagające konkretnych działań prowadzących do upragnionej zmiany. „Marka osobista w czasach AI” to zestaw konkretów. Mocno osobista narracja nie wyklucza tu fachowości – dla odbiorców to okazja do poznania nowego podejścia i zestawu wskazówek, jak to nowe podejście od razu wcielić w życie. Ale Ewelina Podrez-Siama wcale nie chce, żeby czytelnicy wierzyli tylko jej, dlatego zaprasza swoich przyjaciół i współpracowników, ekspertów w dziedzinie budowania marki w sieci – i zostawia im miejsce na odpowiednie wyjaśnienia i komentarze. To te wstawki z zewnątrz mają działać jak zachęta do wykorzystania praktycznych podpowiedzi – ale tak naprawdę dzięki odpowiednio dobranym przykładom autorka wcale nie musi martwić się o odzew odbiorców: ma raczej pewność, że wszyscy, którym zależy na poprawie widoczności w internecie, przynajmniej spróbują wprowadzić w działanie zestaw uwag z książki. Rzadko zdarza się, żeby ktoś tak precyzyjnie i tak szczegółowo prowadził czytelników przez meandry rozwiązań internetowych w dobie AI – co oznacza, że ta książka może okazać się dobrą inwestycją. Generatywne wyszukiwanie treści wymusza na samych twórcach kompletnie nowe schematy działań, dobrze więc przyswoić je sobie i przynajmniej przetestować propozycje wiążące się z prezentowaniem siebie w internecie.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą informatyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą informatyka. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 20 lipca 2026
poniedziałek, 13 lipca 2026
Ewa Borowska: Jesteśmy bezpieczni w sieci
Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.
Internet
Cykl Szkoła i ja bardzo dobrze się rozwija – a na rynku pojawiają się kolejne wartościowe publikacje pozwalające dzieciom (i ich rodzicom) odnaleźć się w nowym środowisku. Za każdym razem dwoje uczniów – kolegów z klasy – zamienia się w przewodników dla odbiorców i przedstawia kolejne wydarzenia lub sytuacje wymagające komentarza. Dzięki temu dzieciom łatwiej będzie przyzwyczaić się do konkretnych motywów i nauczyć reakcji, jakie mogą się przydać w codziennych doświadczeniach. „Jesteśmy bezpieczni w sieci” to kolejna część tej serii i Ewa Borowska koncentruje się tym razem na środowisku internetowym. Janek i Milena to przewodnicy – uczniowie trzeciej klasy. Pan Piotr jest ich wychowawcą i jednocześnie nauczycielem informatyki. To doskonały bohater do tego, żeby nauczyć dzieci, jak bezpiecznie korzystać z internetu. I chociaż pojawiające się tu sytuacje powracały nieraz nie tylko w bajkach, ale i w różnych ostrzeżeniach ze strony dorosłych, trzeba pamiętać o tym, że coś oczywistego dla korzystających z internetu na co dzień nie musi być wcale logiczne dla maluchów, które także mają dostęp do sieci choćby za sprawą telefonów. Są tu podstawy absolutne – czym jest internet, do czego służy, ale także – jak powinno się w nim zachowywać wobec innych ludzi. Znalazła się rozkładówka poświęcona hejtowi i reakcjom na niego, a także zasady ograniczonego zaufania: nie wolno podawać w sieci swoich prawdziwych danych, a także – ufać obcym. Autorka uczy dzieci, dlaczego korzystać ze swoich kont tylko na własnych urządzeniach i lepiej nie logować się na nie, korzystając z darmowego wi-fi. Kiedy już najbardziej podstawowe zasady zostaną przedstawione, przychodzi czas na tematykę legalnego korzystania z zasobów sieci, wyczulenia na fake newsy czy informacji o upublicznianiu cudzego wizerunku. Co niezwykle ważne – dzieci dowiedzą się z tej książki, że ważny jest balans, że trzeba korzystać z aktywności na świeżym powietrzu – widać to już w momencie przedstawiania się małych narratorów – jedno lubi tańczyć, drugie kocha piłkę nożną. Chodzi o to, żeby przypomnieć dzieciom, że poza komputerami i internetem jest jeszcze sporo ciekawych zajęć.
Ta książka została przedstawiona tak, żeby dziecięcy bohaterowie jak najczęściej zabierali głos i żeby dzielili się nie tylko wiedzą, ale też wątpliwościami – na przykład na temat kontroli rodzicielskiej czy kupowania czegoś w sieci. To dorośli mogą pomóc w chwili, kiedy dziecko czegoś potrzebuje – dlatego warto zawsze iść do nich po wskazówki i nie ukrywać swojej działalności. „Jesteśmy bezpieczni w sieci” to książka, która uświadamia maluchom, jak korzystać z internetu, żeby nie wpaść w kłopoty i nie zainfekować sprzętu lub nie skusić złodziei. Przedstawia w bardzo przystępny sposób to, co istotne, kiedy chce się udowodnić swoje umiejętności. Za graficzną stronę – tym razem nawiązującą do elektronicznych urządzeń – odpowiada Paulina Nachman i nie tylko buduje wizualną identyfikację serii, ale też umie zaintrygować małych czytelników. Dzięki jej rozwiązaniom rozmaite podsumowania czy wyliczenia nabierają ciekawego charakteru i mogą przekonać najmłodszych. „Jesteśmy bezpieczni w sieci” to książka wartościowa i wręcz niezbędna w procesie edukowania najmłodszych – Ewa Borowska stawia tym razem nie na uczucia i relacje międzyludzkie a na konkretne zachowania związane z internetem.
Internet
Cykl Szkoła i ja bardzo dobrze się rozwija – a na rynku pojawiają się kolejne wartościowe publikacje pozwalające dzieciom (i ich rodzicom) odnaleźć się w nowym środowisku. Za każdym razem dwoje uczniów – kolegów z klasy – zamienia się w przewodników dla odbiorców i przedstawia kolejne wydarzenia lub sytuacje wymagające komentarza. Dzięki temu dzieciom łatwiej będzie przyzwyczaić się do konkretnych motywów i nauczyć reakcji, jakie mogą się przydać w codziennych doświadczeniach. „Jesteśmy bezpieczni w sieci” to kolejna część tej serii i Ewa Borowska koncentruje się tym razem na środowisku internetowym. Janek i Milena to przewodnicy – uczniowie trzeciej klasy. Pan Piotr jest ich wychowawcą i jednocześnie nauczycielem informatyki. To doskonały bohater do tego, żeby nauczyć dzieci, jak bezpiecznie korzystać z internetu. I chociaż pojawiające się tu sytuacje powracały nieraz nie tylko w bajkach, ale i w różnych ostrzeżeniach ze strony dorosłych, trzeba pamiętać o tym, że coś oczywistego dla korzystających z internetu na co dzień nie musi być wcale logiczne dla maluchów, które także mają dostęp do sieci choćby za sprawą telefonów. Są tu podstawy absolutne – czym jest internet, do czego służy, ale także – jak powinno się w nim zachowywać wobec innych ludzi. Znalazła się rozkładówka poświęcona hejtowi i reakcjom na niego, a także zasady ograniczonego zaufania: nie wolno podawać w sieci swoich prawdziwych danych, a także – ufać obcym. Autorka uczy dzieci, dlaczego korzystać ze swoich kont tylko na własnych urządzeniach i lepiej nie logować się na nie, korzystając z darmowego wi-fi. Kiedy już najbardziej podstawowe zasady zostaną przedstawione, przychodzi czas na tematykę legalnego korzystania z zasobów sieci, wyczulenia na fake newsy czy informacji o upublicznianiu cudzego wizerunku. Co niezwykle ważne – dzieci dowiedzą się z tej książki, że ważny jest balans, że trzeba korzystać z aktywności na świeżym powietrzu – widać to już w momencie przedstawiania się małych narratorów – jedno lubi tańczyć, drugie kocha piłkę nożną. Chodzi o to, żeby przypomnieć dzieciom, że poza komputerami i internetem jest jeszcze sporo ciekawych zajęć.
Ta książka została przedstawiona tak, żeby dziecięcy bohaterowie jak najczęściej zabierali głos i żeby dzielili się nie tylko wiedzą, ale też wątpliwościami – na przykład na temat kontroli rodzicielskiej czy kupowania czegoś w sieci. To dorośli mogą pomóc w chwili, kiedy dziecko czegoś potrzebuje – dlatego warto zawsze iść do nich po wskazówki i nie ukrywać swojej działalności. „Jesteśmy bezpieczni w sieci” to książka, która uświadamia maluchom, jak korzystać z internetu, żeby nie wpaść w kłopoty i nie zainfekować sprzętu lub nie skusić złodziei. Przedstawia w bardzo przystępny sposób to, co istotne, kiedy chce się udowodnić swoje umiejętności. Za graficzną stronę – tym razem nawiązującą do elektronicznych urządzeń – odpowiada Paulina Nachman i nie tylko buduje wizualną identyfikację serii, ale też umie zaintrygować małych czytelników. Dzięki jej rozwiązaniom rozmaite podsumowania czy wyliczenia nabierają ciekawego charakteru i mogą przekonać najmłodszych. „Jesteśmy bezpieczni w sieci” to książka wartościowa i wręcz niezbędna w procesie edukowania najmłodszych – Ewa Borowska stawia tym razem nie na uczucia i relacje międzyludzkie a na konkretne zachowania związane z internetem.
sobota, 30 maja 2026
Christopher Brousseau, Matt Sharp: LLMs w akcji. Od modeli językowych do dochodowych produktów
Helion, Gliwice 2026.
Tworzenie bota
Nie jest to książka dla wszystkich – i to jej wielki atut, bo Christopher Brousseau i Matt Sharp zamiast koncentrować się na upowszechnianiu wiadomość o sztucznej inteligencji, mogą przejść od razu do działania i przeprowadzić programistów – posługujących się językiem Python – przez kolejne etapy tworzenia dużego modelu językowego (albo bota lub agenta) dla firmy. To umiejętność, która w najbliższej przyszłości będzie bardzo ceniona na rynku pracy, a z podręcznikiem „LLMs w akcji” pozna się wszystko od podstaw na tyle gruntownie, żeby potem radzić sobie z ewentualnymi zmianami. Dwaj autorzy są praktykami, którzy zajmowali się już zadaniem teraz rozpisywanym na detale dla odbiorców – wiedzą, co istnieje w literaturze dostępnej na rynku (anglojęzycznym wprawdzie, ale to dla czytelników nie powinno być problemem) i, co ważniejsze, jakich informacji próżno szukać. Przecierają szlaki i to, co odkryli, wprowadzają do świadomości odbiorców – tak, żeby ci nie musieli na własną rękę szukać wiadomości i w efekcie spowalniać swojej pracy. Zanim przejdą do właściwej części tomu, autorzy przyglądają się między innymi konstrukcji języka, tak, żeby czytelnicy zrozumieli, na jakich poziomach rozpatruje się „porozumienie” z botem – to wiadomości, które przydają się przy budowaniu LLMów, więc lepiej ich nie pomijać w lekturze – zresztą cała książka została skonstruowana tak, żeby przestudiować ją uważnie od deski do deski: pięćset stron wiedzy i konkretów, ale napisanych bardzo przystępnie (chociaż oczywiście – nie dla laików). Brousseau i Sharp wiedzą, z jakimi wyzwaniami zaczną się mierzyć użytkownicy, gdzie kryją się pułapki sprzętowe (i w oprogramowaniu), a także – które gałęzie rynku komputerowego nie rozwijają się zbyt szybko i pozwalają wyciągać wnioski na temat najbliższej przyszłości. Rozpracowują LLMy stopniowo i tak, żeby każda część stała się zrozumiała (nawet mimo wysokiego poziomu skomplikowania), zanim przejdzie się w lekturze dalej. Jeśli gdzieś czytelnicy mają dostęp do baz danych, bibliotek i przydatnych narzędzi – pojawia się przegląd znalezisk (z zaznaczeniem, czy to narzędzia płatne, czy dostępne za darmo – i z wypisaniem, do jakich celów nadają się najbardziej). Zdarza się jednak autorom spowolnić informację o dostępie do bibliotek – po to, żeby najpierw nauczyli się samodzielnie pracować nad tym, co niezbędne (i w ten sposób podnosili swoje kwalifikacje). Stawiają twórcy tego podręcznika na praktyczność i użyteczność: wiedzą, czego odbiorcy będą poszukiwać i przygotowują ich na funkcjonowanie na dzisiejszym rynku pracy – najbardziej obrazowym przykładem staje się tutaj wizja szefa, który pod wpływem znajomych zechce mieć własnego bota, najlepiej bez przeznaczania na niego dużych pieniędzy. Autorzy podpowiadają czytelnikom, jak się zachować w takiej sytuacji, jak ugrać sporo dla siebie – i na co się przygotować.
Kiedy już odbiorcy będą umieli stworzyć swojego bota (albo duży model językowy do firmy), przyjdzie czas na drobne uzupełnienia i ciekawostki, które już nie rozbiją toku narracji, a pozwolą na zainteresowanie tematem w większym niż użytkowy zakresie. Co ważne, pojawiają się tu regularnie listingi – fragmenty kodu z zaznaczonymi miejscami do wypełnienia – tak, żeby przećwiczyć zdobywane umiejętności, analizować kod przykładowy albo sprawdzać własne postępy. „LLMs w akcji” to książka znakomicie przygotowana – i cenna z perspektywy programistów, którzy nie boją się AI.
Tworzenie bota
Nie jest to książka dla wszystkich – i to jej wielki atut, bo Christopher Brousseau i Matt Sharp zamiast koncentrować się na upowszechnianiu wiadomość o sztucznej inteligencji, mogą przejść od razu do działania i przeprowadzić programistów – posługujących się językiem Python – przez kolejne etapy tworzenia dużego modelu językowego (albo bota lub agenta) dla firmy. To umiejętność, która w najbliższej przyszłości będzie bardzo ceniona na rynku pracy, a z podręcznikiem „LLMs w akcji” pozna się wszystko od podstaw na tyle gruntownie, żeby potem radzić sobie z ewentualnymi zmianami. Dwaj autorzy są praktykami, którzy zajmowali się już zadaniem teraz rozpisywanym na detale dla odbiorców – wiedzą, co istnieje w literaturze dostępnej na rynku (anglojęzycznym wprawdzie, ale to dla czytelników nie powinno być problemem) i, co ważniejsze, jakich informacji próżno szukać. Przecierają szlaki i to, co odkryli, wprowadzają do świadomości odbiorców – tak, żeby ci nie musieli na własną rękę szukać wiadomości i w efekcie spowalniać swojej pracy. Zanim przejdą do właściwej części tomu, autorzy przyglądają się między innymi konstrukcji języka, tak, żeby czytelnicy zrozumieli, na jakich poziomach rozpatruje się „porozumienie” z botem – to wiadomości, które przydają się przy budowaniu LLMów, więc lepiej ich nie pomijać w lekturze – zresztą cała książka została skonstruowana tak, żeby przestudiować ją uważnie od deski do deski: pięćset stron wiedzy i konkretów, ale napisanych bardzo przystępnie (chociaż oczywiście – nie dla laików). Brousseau i Sharp wiedzą, z jakimi wyzwaniami zaczną się mierzyć użytkownicy, gdzie kryją się pułapki sprzętowe (i w oprogramowaniu), a także – które gałęzie rynku komputerowego nie rozwijają się zbyt szybko i pozwalają wyciągać wnioski na temat najbliższej przyszłości. Rozpracowują LLMy stopniowo i tak, żeby każda część stała się zrozumiała (nawet mimo wysokiego poziomu skomplikowania), zanim przejdzie się w lekturze dalej. Jeśli gdzieś czytelnicy mają dostęp do baz danych, bibliotek i przydatnych narzędzi – pojawia się przegląd znalezisk (z zaznaczeniem, czy to narzędzia płatne, czy dostępne za darmo – i z wypisaniem, do jakich celów nadają się najbardziej). Zdarza się jednak autorom spowolnić informację o dostępie do bibliotek – po to, żeby najpierw nauczyli się samodzielnie pracować nad tym, co niezbędne (i w ten sposób podnosili swoje kwalifikacje). Stawiają twórcy tego podręcznika na praktyczność i użyteczność: wiedzą, czego odbiorcy będą poszukiwać i przygotowują ich na funkcjonowanie na dzisiejszym rynku pracy – najbardziej obrazowym przykładem staje się tutaj wizja szefa, który pod wpływem znajomych zechce mieć własnego bota, najlepiej bez przeznaczania na niego dużych pieniędzy. Autorzy podpowiadają czytelnikom, jak się zachować w takiej sytuacji, jak ugrać sporo dla siebie – i na co się przygotować.
Kiedy już odbiorcy będą umieli stworzyć swojego bota (albo duży model językowy do firmy), przyjdzie czas na drobne uzupełnienia i ciekawostki, które już nie rozbiją toku narracji, a pozwolą na zainteresowanie tematem w większym niż użytkowy zakresie. Co ważne, pojawiają się tu regularnie listingi – fragmenty kodu z zaznaczonymi miejscami do wypełnienia – tak, żeby przećwiczyć zdobywane umiejętności, analizować kod przykładowy albo sprawdzać własne postępy. „LLMs w akcji” to książka znakomicie przygotowana – i cenna z perspektywy programistów, którzy nie boją się AI.
czwartek, 9 kwietnia 2026
Perry Carpenter: FAIK. Sztuczna inteligencja w służbie fałszywej rzeczywistości. Jak przetrwać w epoce cyfrowych oszustw
Helion, Gliwice 2026.
Obrona
Sztuczna inteligencja to morze możliwości, a jednocześnie – mnóstwo zagrożeń, na jakie użytkownicy internetu jeszcze nie są przygotowani – i które będą przeważnie wyprzedzać szanse na obronę przeciętnego internauty. Perry Carpenter postanawia zatem uczulić czytelników na sztuczki i techniki pozwalające kreować fałszywe informacje, żeby w ten sposób zapewnić im przynajmniej pierwszy stopień ochrony przed atakami i manipulacją. I, jak często bywa w przypadku książek o AI, i tutaj mniej będzie technicznych informacji, a więcej odwoływania się do emocji i przeczuć odbiorców. Perry Carpenter każdy rozdział rozpoczyna od krótkiej fabularyzowanej historyjki, w której bohaterowie padają ofiarą cyberprzestępstwa – albo w ostatniej chwili zagrożenia unikają. To okazja do przypomnienia czytelnikom najczęściej stosowanych mechanizmów, a także do wyczulenia ich na sztuczki. Autor woli raczej wyliczać poszczególne rodzaje zagrożeń niż poddawać je długiej analizie – wie, że przez rozbudowaną teorię zwykli czytelnicy mogliby nie chcieć przebrnąć. Proponuje zatem zestaw narzędzi, które mają być przydatne w rozszyfrowywaniu internetowych nadużyć. Fake newsy czy pishing to wybrane zagadnienia, które pojawiają się tu wcale nie na pierwszym planie a jako jedne z wielu rodzajów zagrań, na które warto w sieci dzisiaj uważać. „FAIK. Sztuczna inteligencja w służbie fałszywej rzeczywistości. Jak przetrwać w epoce cyfrowych oszustw” nie jest jednak tylko i wyłącznie poradnikiem czy szczepionką na fałszywe wiadomości w sieci. Czytelnicy wyciągną z tej książki o wiele więcej, pod warunkiem, że zaufają autorowi i – że potrenują uważność dzięki wskazówkom pojawiającym się na końcu tomu. Może to być trudne – wymaga bowiem czasu i sporej energii, jednak Carpenter przekonuje, że wypracowanie sobie pewnych odruchów zaowocuje szybko lepszym orientowaniem się w ewentualnych manipulacjach i oszustwach.
Nie trzeba wiele, żeby zyskać dostęp do cennych danych – tu liczy się również psychologia, obok świadomości informatycznych chwytów. Ale w erze AI możliwości przestępców stają się o wiele większe – bo wspomagane przez dostępne powszechnie narzędzia. Nawet jeśli twórcy LLM-ów starają się wyposażyć je w umiejętność odsiewania potencjalnie niebezpiecznych treści, Carpenter pokazuje, jak łatwo jest obejść system i uzyskać potrzebne dane bez szczególnego wysiłku. Przypomina odbiorcom, że przestępcy będą korzystać z takich furtek i nie zawahają się przed nieetycznym wykorzystywaniem sztucznej inteligencji. Dlatego też warto wypracować w sobie nieufność do wiralowych treści czy materiałów, które stoją w sprzeczności z wartościami głoszonymi przez konkretne osoby: deepfake nie jest dzisiaj niczym niezwykłym, a może błyskawicznie wprowadzić w błąd szerokie rzesze odbiorców.
Co ciekawe, do napisania książki Perry Carpenter wykorzystuje sztuczną inteligencję: pokazuje, jak to narzędzie funkcjonuje i jak ułatwia pracę – tłumacząc jednocześnie, dlaczego nie można wierzyć we wszystkie treści przez nie tworzone. Ten autor próbuje nauczyć czytelników, że AI ma wiele twarzy i że warto korzystać z niej rozumnie, bez strachu, ale też bez nadmiernego zaufania. I to wszystko pojawia się w książce, która pozwala szerokiemu gronu czytelników lepiej poznać możliwości AI, a jednocześnie – jedynie zarysowuje tematy, które zasługują na pogłębienie. Tu nie ma czasu na rozbudowane analizy – najpierw trzeba zaprezentować odbiorcom podstawy. I to Perry Carpenter robi.
Obrona
Sztuczna inteligencja to morze możliwości, a jednocześnie – mnóstwo zagrożeń, na jakie użytkownicy internetu jeszcze nie są przygotowani – i które będą przeważnie wyprzedzać szanse na obronę przeciętnego internauty. Perry Carpenter postanawia zatem uczulić czytelników na sztuczki i techniki pozwalające kreować fałszywe informacje, żeby w ten sposób zapewnić im przynajmniej pierwszy stopień ochrony przed atakami i manipulacją. I, jak często bywa w przypadku książek o AI, i tutaj mniej będzie technicznych informacji, a więcej odwoływania się do emocji i przeczuć odbiorców. Perry Carpenter każdy rozdział rozpoczyna od krótkiej fabularyzowanej historyjki, w której bohaterowie padają ofiarą cyberprzestępstwa – albo w ostatniej chwili zagrożenia unikają. To okazja do przypomnienia czytelnikom najczęściej stosowanych mechanizmów, a także do wyczulenia ich na sztuczki. Autor woli raczej wyliczać poszczególne rodzaje zagrożeń niż poddawać je długiej analizie – wie, że przez rozbudowaną teorię zwykli czytelnicy mogliby nie chcieć przebrnąć. Proponuje zatem zestaw narzędzi, które mają być przydatne w rozszyfrowywaniu internetowych nadużyć. Fake newsy czy pishing to wybrane zagadnienia, które pojawiają się tu wcale nie na pierwszym planie a jako jedne z wielu rodzajów zagrań, na które warto w sieci dzisiaj uważać. „FAIK. Sztuczna inteligencja w służbie fałszywej rzeczywistości. Jak przetrwać w epoce cyfrowych oszustw” nie jest jednak tylko i wyłącznie poradnikiem czy szczepionką na fałszywe wiadomości w sieci. Czytelnicy wyciągną z tej książki o wiele więcej, pod warunkiem, że zaufają autorowi i – że potrenują uważność dzięki wskazówkom pojawiającym się na końcu tomu. Może to być trudne – wymaga bowiem czasu i sporej energii, jednak Carpenter przekonuje, że wypracowanie sobie pewnych odruchów zaowocuje szybko lepszym orientowaniem się w ewentualnych manipulacjach i oszustwach.
Nie trzeba wiele, żeby zyskać dostęp do cennych danych – tu liczy się również psychologia, obok świadomości informatycznych chwytów. Ale w erze AI możliwości przestępców stają się o wiele większe – bo wspomagane przez dostępne powszechnie narzędzia. Nawet jeśli twórcy LLM-ów starają się wyposażyć je w umiejętność odsiewania potencjalnie niebezpiecznych treści, Carpenter pokazuje, jak łatwo jest obejść system i uzyskać potrzebne dane bez szczególnego wysiłku. Przypomina odbiorcom, że przestępcy będą korzystać z takich furtek i nie zawahają się przed nieetycznym wykorzystywaniem sztucznej inteligencji. Dlatego też warto wypracować w sobie nieufność do wiralowych treści czy materiałów, które stoją w sprzeczności z wartościami głoszonymi przez konkretne osoby: deepfake nie jest dzisiaj niczym niezwykłym, a może błyskawicznie wprowadzić w błąd szerokie rzesze odbiorców.
Co ciekawe, do napisania książki Perry Carpenter wykorzystuje sztuczną inteligencję: pokazuje, jak to narzędzie funkcjonuje i jak ułatwia pracę – tłumacząc jednocześnie, dlaczego nie można wierzyć we wszystkie treści przez nie tworzone. Ten autor próbuje nauczyć czytelników, że AI ma wiele twarzy i że warto korzystać z niej rozumnie, bez strachu, ale też bez nadmiernego zaufania. I to wszystko pojawia się w książce, która pozwala szerokiemu gronu czytelników lepiej poznać możliwości AI, a jednocześnie – jedynie zarysowuje tematy, które zasługują na pogłębienie. Tu nie ma czasu na rozbudowane analizy – najpierw trzeba zaprezentować odbiorcom podstawy. I to Perry Carpenter robi.
poniedziałek, 22 września 2025
Robert C. Martin: My, programiści. Kronika koderów od Ady do AI
Helion, Gliwice 2025.
Kod
Ta opowieść ocala spory kawał historii informatyki i myśli informatycznej i zaspokaja ciekawość czytelników, którzy poza pracą na komputerach zastanawiają się, jaka droga prowadziła do ich stworzenia. „My, programiści. Kronika koderów od Ady do AI” to publikacja, którą czyta się jak dobrą powieść – i która prezentuje rozwój programowania od autorów pierwszych programów komputerowych po lata dwudzieste XXI wieku. Chociaż w centrum tej historii są ludzie, to maszyny odgrywają tu równie ważną rolę – nie liczą się same pomysły na przekazywanie komputerom danych, ale także możliwości technologiczne zmieniające się dynamicznie. Za relację bierze się Robert C. Martin, znany jako Wujek Bob (Uncle Bob) – gawędziarsko i fachowo prowadzi odbiorców przez kolejne kroki milowe w programowaniu. A że sam ma we własnej biografii zetknięcia z rozmaitymi kodami (częściowo z powodów zawodowych, częściowo z ciekawości) – najlepiej może przedstawiać odbiorcom historię odkryć.
„My, programiści” to książka wyjątkowa pod różnymi względami. Pierwsza, główna część zawiera przegląd programistów i kontekstu ich działań, co oznacza, że autor analizuje możliwości technologiczne, opowiada o najbardziej prymitywnych komputerach i przemianach, które pozwalały je udoskonalać – a od tego pokazuje, jakie programy mogły powstawać na takich sprzętach. Zestawia to z biografiami najważniejszych koderów – czasami obala legendy, jak w przypadku Ady Lovelace, czasami zajmuje się biografią jak przy Thomasie Kurtzu, czasami sięga po osobiste komentarze – jak przy Judith Allen. Prezentuje najważniejszych programistów z ich marzeniami i nadziejami, z możliwościami technicznymi i… charakterami. Nie ma tu nudnych biograficznych notek, są postacie z krwi i kości, niekoniecznie podporządkowujące się społecznym zasadom. Autor jest wyczulony na anegdoty i na humor, zresztą od czasu do czasu sam zaskakuje czytelników ironią i bezpośrednimi uwagami. Radzi sobie z prowadzeniem opowieści bez problemu – wie, co zrobić, żeby była ona zajmująca nawet dla przypadkowych czytelników (chociaż ci będą raczej pomijać wstawki związane z samymi charakterami kodów). Tu nie da się nudzić, historia informatyki jest przełożona na zestaw przypadków i pomysłów ludzi, którzy bawią się swoją pracą. Autor układa to chronologicznie, żeby jednocześnie pokazać rozwój informatyki i programowania – i żeby zwrócić uwagę czytelników na fakt, jak rozwijały się same komputery – od pierwszych maszyn liczących (i koncepcji, które nigdy nie doczekały się realizacji przez twórców, a zostały odtworzone z projektów po wielu dekadach) aż po dzisiejsze smartfony i smartwatche. Druga część książki to już analiza wydarzeń z perspektywy samego autora – od lat 50. XX wieku po dzisiejsze czasy. Robert C. Martin opowiada tu o własnych komputerowych wtajemniczeniach i doświadczeniach, wpuszcza czytelników do swojego życia głębiej niż można by się spodziewać po geeku. Pozwala na obserwowanie biegu wydarzeń z innej perspektywy i daje szansę na emocjonalne podejście do tematu. To, co wcześniej tylko zarysowywał od czasu do czasu, teraz funkcjonuje jako prywatny przewodnik.
„My, programiści” to lektura wymarzona dla wszystkich, którzy chcą przyjrzeć się historii komputerów, informatyki i programowania – i dla tych, którzy próbują zrozumieć, dlaczego jest obecnie tak dużo języków programowania i czym się różnią. Robert C. Martin robi bardzo dużo dla popularyzowania wiedzy o historii informatyki. A jednocześnie podsuwa odbiorcom książkę, która nadaje się do czytania z wielką przyjemnością.
Kod
Ta opowieść ocala spory kawał historii informatyki i myśli informatycznej i zaspokaja ciekawość czytelników, którzy poza pracą na komputerach zastanawiają się, jaka droga prowadziła do ich stworzenia. „My, programiści. Kronika koderów od Ady do AI” to publikacja, którą czyta się jak dobrą powieść – i która prezentuje rozwój programowania od autorów pierwszych programów komputerowych po lata dwudzieste XXI wieku. Chociaż w centrum tej historii są ludzie, to maszyny odgrywają tu równie ważną rolę – nie liczą się same pomysły na przekazywanie komputerom danych, ale także możliwości technologiczne zmieniające się dynamicznie. Za relację bierze się Robert C. Martin, znany jako Wujek Bob (Uncle Bob) – gawędziarsko i fachowo prowadzi odbiorców przez kolejne kroki milowe w programowaniu. A że sam ma we własnej biografii zetknięcia z rozmaitymi kodami (częściowo z powodów zawodowych, częściowo z ciekawości) – najlepiej może przedstawiać odbiorcom historię odkryć.
„My, programiści” to książka wyjątkowa pod różnymi względami. Pierwsza, główna część zawiera przegląd programistów i kontekstu ich działań, co oznacza, że autor analizuje możliwości technologiczne, opowiada o najbardziej prymitywnych komputerach i przemianach, które pozwalały je udoskonalać – a od tego pokazuje, jakie programy mogły powstawać na takich sprzętach. Zestawia to z biografiami najważniejszych koderów – czasami obala legendy, jak w przypadku Ady Lovelace, czasami zajmuje się biografią jak przy Thomasie Kurtzu, czasami sięga po osobiste komentarze – jak przy Judith Allen. Prezentuje najważniejszych programistów z ich marzeniami i nadziejami, z możliwościami technicznymi i… charakterami. Nie ma tu nudnych biograficznych notek, są postacie z krwi i kości, niekoniecznie podporządkowujące się społecznym zasadom. Autor jest wyczulony na anegdoty i na humor, zresztą od czasu do czasu sam zaskakuje czytelników ironią i bezpośrednimi uwagami. Radzi sobie z prowadzeniem opowieści bez problemu – wie, co zrobić, żeby była ona zajmująca nawet dla przypadkowych czytelników (chociaż ci będą raczej pomijać wstawki związane z samymi charakterami kodów). Tu nie da się nudzić, historia informatyki jest przełożona na zestaw przypadków i pomysłów ludzi, którzy bawią się swoją pracą. Autor układa to chronologicznie, żeby jednocześnie pokazać rozwój informatyki i programowania – i żeby zwrócić uwagę czytelników na fakt, jak rozwijały się same komputery – od pierwszych maszyn liczących (i koncepcji, które nigdy nie doczekały się realizacji przez twórców, a zostały odtworzone z projektów po wielu dekadach) aż po dzisiejsze smartfony i smartwatche. Druga część książki to już analiza wydarzeń z perspektywy samego autora – od lat 50. XX wieku po dzisiejsze czasy. Robert C. Martin opowiada tu o własnych komputerowych wtajemniczeniach i doświadczeniach, wpuszcza czytelników do swojego życia głębiej niż można by się spodziewać po geeku. Pozwala na obserwowanie biegu wydarzeń z innej perspektywy i daje szansę na emocjonalne podejście do tematu. To, co wcześniej tylko zarysowywał od czasu do czasu, teraz funkcjonuje jako prywatny przewodnik.
„My, programiści” to lektura wymarzona dla wszystkich, którzy chcą przyjrzeć się historii komputerów, informatyki i programowania – i dla tych, którzy próbują zrozumieć, dlaczego jest obecnie tak dużo języków programowania i czym się różnią. Robert C. Martin robi bardzo dużo dla popularyzowania wiedzy o historii informatyki. A jednocześnie podsuwa odbiorcom książkę, która nadaje się do czytania z wielką przyjemnością.
sobota, 6 września 2025
Minecraft. Informatyka i programowanie. Megazadania
Harperkids, Warszawa 2025.
Zbudowanie komputera
Leela i Cam to bohaterowie, którzy mają po raz kolejny przeprowadzić małych odbiorców przez ćwiczenia i wyzwania związane z naukami ścisłymi oraz grą Minecraft. „Informatyka i programowanie. Megazadania” to kolorowy zeszyt ćwiczeń – jeden w rozrastającej się serii – dla dzieci w wieku 7-11 lat. Można tu wejść bezpośrednio na platformy tworzone w ramach gry i wykorzystywać podawane kody, żeby przenosić pomysły z teoretycznych projektów na realizację. Świat mobów czeka na działanie odbiorców – a wszystko po to, żeby ćwiczyć logiczne myślenie i doskonalić umiejętności związane z naukami ścisłymi. Nie może być nudno, nie może być powtarzalnie – liczą się kolejne pułapki i wyzwania. To dzieciom się podoba – i w ten sposób da się przemycać zestaw ćwiczeń i łamigłówek, które pozwalają też pobawić się w wirtualnym świecie.
Tutaj pokazuje się dzieciom, czym jest komputer i jak rozpoznawać kolejne jego części – w ramach hardware’u i software’u. To pierwszy krok w nauce programowania, bo już za chwilę mali odbiorcy poznają opowieść o algorytmach, nauczą się, czym są bramki logiczne i będą stawiać pierwsze kroki w tworzeniu gier. Przy tak rozbudowanej części teoretycznej tym razem zadania związane ze światem Minecrafta stanowią dodatek – bardziej liczyć się będą ciekawostki, które prowadzą do umiejętności fachowych w dziedzinie informatyki. Nie zabraknie nawet tematu bezpieczeństwa w sieci – wiadomo, że obecność w internecie generuje rozmaite wyzwania, z którymi nawet dorośli nie zawsze potrafią sobie radzić – i tu pojawią się przestrogi dotyczące między innymi chronienia własnych danych czy tematu nawiązywanych kontaktów.
Jest to zeszyt ćwiczeń – nastawiony na działania odbiorców. W tomiku pojawia się element narracji, kiedy bohaterowie przemierzają grę i potrzebują wsparcia w swoich działaniach – ale to pojedyncze akapity dotyczące akcji: przedsmak w wyzwaniach dla odbiorców. Jest sporo omówieni poza fabułą i grą – i miejsce na własne notatki przy wypełnianiu ćwiczeń. Wszystko po to, żeby dzieci mogły od razu przystąpić do pracy, przygotować się do programowania i uczyć się przez zabawę. Oczywiście część książki wymaga dostępu do komputera z internetem – tak, żeby móc realizować zadania już w samej grze. Ta interaktywność sprawia, że najmłodsi będą chętnie podejmować wysiłek intelektualny i przyswajać wiadomości pod pretekstem zabawy – dobrze przemyślane zostały zeszyty ćwiczeń w tej serii, tak, że młodzi odbiorcy nie będą chcieli się oderwać od zadań. Tu unika się szkolnych ćwiczeń, wszystko zostało oparte na kreatywności i rozrywce, na przyjemności użytkowników, którzy mają okazję do zrealizowania własnych marzeń i do wykazania się umiejętnościami niekoniecznie przydatnymi w szkolnej ławce. Zeszyt ćwiczeń związanych z informatyką to propozycja w sam raz na dzisiejsze czasy – dla wszystkich dzieci potrzebujących ciekawych wyzwań.
Zbudowanie komputera
Leela i Cam to bohaterowie, którzy mają po raz kolejny przeprowadzić małych odbiorców przez ćwiczenia i wyzwania związane z naukami ścisłymi oraz grą Minecraft. „Informatyka i programowanie. Megazadania” to kolorowy zeszyt ćwiczeń – jeden w rozrastającej się serii – dla dzieci w wieku 7-11 lat. Można tu wejść bezpośrednio na platformy tworzone w ramach gry i wykorzystywać podawane kody, żeby przenosić pomysły z teoretycznych projektów na realizację. Świat mobów czeka na działanie odbiorców – a wszystko po to, żeby ćwiczyć logiczne myślenie i doskonalić umiejętności związane z naukami ścisłymi. Nie może być nudno, nie może być powtarzalnie – liczą się kolejne pułapki i wyzwania. To dzieciom się podoba – i w ten sposób da się przemycać zestaw ćwiczeń i łamigłówek, które pozwalają też pobawić się w wirtualnym świecie.
Tutaj pokazuje się dzieciom, czym jest komputer i jak rozpoznawać kolejne jego części – w ramach hardware’u i software’u. To pierwszy krok w nauce programowania, bo już za chwilę mali odbiorcy poznają opowieść o algorytmach, nauczą się, czym są bramki logiczne i będą stawiać pierwsze kroki w tworzeniu gier. Przy tak rozbudowanej części teoretycznej tym razem zadania związane ze światem Minecrafta stanowią dodatek – bardziej liczyć się będą ciekawostki, które prowadzą do umiejętności fachowych w dziedzinie informatyki. Nie zabraknie nawet tematu bezpieczeństwa w sieci – wiadomo, że obecność w internecie generuje rozmaite wyzwania, z którymi nawet dorośli nie zawsze potrafią sobie radzić – i tu pojawią się przestrogi dotyczące między innymi chronienia własnych danych czy tematu nawiązywanych kontaktów.
Jest to zeszyt ćwiczeń – nastawiony na działania odbiorców. W tomiku pojawia się element narracji, kiedy bohaterowie przemierzają grę i potrzebują wsparcia w swoich działaniach – ale to pojedyncze akapity dotyczące akcji: przedsmak w wyzwaniach dla odbiorców. Jest sporo omówieni poza fabułą i grą – i miejsce na własne notatki przy wypełnianiu ćwiczeń. Wszystko po to, żeby dzieci mogły od razu przystąpić do pracy, przygotować się do programowania i uczyć się przez zabawę. Oczywiście część książki wymaga dostępu do komputera z internetem – tak, żeby móc realizować zadania już w samej grze. Ta interaktywność sprawia, że najmłodsi będą chętnie podejmować wysiłek intelektualny i przyswajać wiadomości pod pretekstem zabawy – dobrze przemyślane zostały zeszyty ćwiczeń w tej serii, tak, że młodzi odbiorcy nie będą chcieli się oderwać od zadań. Tu unika się szkolnych ćwiczeń, wszystko zostało oparte na kreatywności i rozrywce, na przyjemności użytkowników, którzy mają okazję do zrealizowania własnych marzeń i do wykazania się umiejętnościami niekoniecznie przydatnymi w szkolnej ławce. Zeszyt ćwiczeń związanych z informatyką to propozycja w sam raz na dzisiejsze czasy – dla wszystkich dzieci potrzebujących ciekawych wyzwań.
czwartek, 28 sierpnia 2025
Jeb Blount, Anthony Iannarino: AI w rękach sprzedawcy. Jak zwiększyć efektywność sprzedaży i zdominować rynek
Onepress, Helion, Gliwice 2025.
Narzędzie
Sztuczna inteligencja wkracza do codzienności coraz odważniej – i są już zawody, w których nie można sobie wyobrazić odrzucania takiego narzędzia. Popularyzatorzy nie ustają w wysiłkach, żeby przekonać odbiorców do korzystania ze zdobyczy AI między innymi w handlu i marketingu. Książka „AI w rękach sprzedawcy. Jak zwiększyć efektywność sprzedaży i zdominować rynek” to publikacja, która wyjaśnia możliwości i zalety przekazywania robotom części żmudnych zajęć, ale też podpowiada, jak to osiągnąć. Jeb Blount i Anthony Iannarino kierują się do sprzedawców i menedżerów, żeby przekonać ich do sięgania po uczenie maszynowe w codziennej pracy. Jednocześnie podpowiadają, gdzie AI nie da się wykorzystywać w skali 1:1, żeby nie stracić klientów. Omawiają też konieczność unikania mielizn i pułapek – na przykład błędów, ogólnikowych tekstów czy niedostosowania promptów do oczekiwań. Praca z AI ma się wiązać z polepszeniem wyników i wypracowaniem większej ilości czasu na kontakty bezpośrednie – ale wymaga na początku zwolnienia i nauczenia się nowego narzędzia, zrozumienia jego zasad i przyswojenia pewnych prawd, bez których nie da się osiągnąć sukcesu.
Nastawienie na sukces to główny wabik w książce. Jeb Blount i Anthony Iannarino wiedzą, o czym marzą sprzedawcy – i od razu rozwiewają wątpliwości w kwestii zautomatyzowania relacji. Wiedzą, że nie da się zastąpić bezpośredniego kontaktu, klient musi spotkać się z handlowcem bezpośrednio. Ale cała praca związana z gromadzeniem danych i przygotowywaniem ofert, tworzeniem maili i researchem to coś, co spokojnie można oddać dzisiaj sztucznej inteligencji – i zyskać dzięki temu sporo czasu i energii. Ale autorzy uczulają też na problemy płynące z aktualnie dostępnych narzędzi – nie da się stuprocentowo ufać sztucznej inteligencji i pozostawiać jej bez nadzoru: AI funkcjonuje tu jak podwładny, który za wszelką cenę chce zadowolić szefa – i jeśli nie uda się jej znaleźć odpowiednich wiadomości, zwyczajnie je zmyśli. Autorzy zatem zajmują się kształtowaniem promptów i edukowaniem czytelników w tej kwestii – odpowiednio wydawane polecenia przyniosą oczekiwane rezultaty. Kolejnym krokiem jednak musi być jeszcze sprawdzenie przygotowanej oferty przed przedstawieniem jej klientom. „AI w rękach sprzedawcy” to poradnik dotyczący efektywnego wykorzystywania sztucznej inteligencji w marketingu i handlu – ale też książka wypełniona przestrogami przed niewłaściwym wykorzystywaniem nowych możliwości. Autorzy są pewni, że nie ma już odwrotu od ekspansji sztucznej inteligencji – i ci, którzy dzisiaj odmawiają jej używania (czy choćby uczenia się korzystania z niej), wkrótce zostaną w tyle i nie będą umieli radzić sobie w nowej przestrzeni. „AI w rękach sprzedawcy” to publikacja określająca wyzwania i przygotowująca czytelników do innych technik w pracy. Na razie odbiorcy mogą sami zdecydować, czy są w stanie poświęcić czas na wdrożenie wskazówek w życie – czy wolą samodzielnie szukać drogi działania z AI. Lepiej jednak będzie przetestować wskazówki ekspertów.
Narzędzie
Sztuczna inteligencja wkracza do codzienności coraz odważniej – i są już zawody, w których nie można sobie wyobrazić odrzucania takiego narzędzia. Popularyzatorzy nie ustają w wysiłkach, żeby przekonać odbiorców do korzystania ze zdobyczy AI między innymi w handlu i marketingu. Książka „AI w rękach sprzedawcy. Jak zwiększyć efektywność sprzedaży i zdominować rynek” to publikacja, która wyjaśnia możliwości i zalety przekazywania robotom części żmudnych zajęć, ale też podpowiada, jak to osiągnąć. Jeb Blount i Anthony Iannarino kierują się do sprzedawców i menedżerów, żeby przekonać ich do sięgania po uczenie maszynowe w codziennej pracy. Jednocześnie podpowiadają, gdzie AI nie da się wykorzystywać w skali 1:1, żeby nie stracić klientów. Omawiają też konieczność unikania mielizn i pułapek – na przykład błędów, ogólnikowych tekstów czy niedostosowania promptów do oczekiwań. Praca z AI ma się wiązać z polepszeniem wyników i wypracowaniem większej ilości czasu na kontakty bezpośrednie – ale wymaga na początku zwolnienia i nauczenia się nowego narzędzia, zrozumienia jego zasad i przyswojenia pewnych prawd, bez których nie da się osiągnąć sukcesu.
Nastawienie na sukces to główny wabik w książce. Jeb Blount i Anthony Iannarino wiedzą, o czym marzą sprzedawcy – i od razu rozwiewają wątpliwości w kwestii zautomatyzowania relacji. Wiedzą, że nie da się zastąpić bezpośredniego kontaktu, klient musi spotkać się z handlowcem bezpośrednio. Ale cała praca związana z gromadzeniem danych i przygotowywaniem ofert, tworzeniem maili i researchem to coś, co spokojnie można oddać dzisiaj sztucznej inteligencji – i zyskać dzięki temu sporo czasu i energii. Ale autorzy uczulają też na problemy płynące z aktualnie dostępnych narzędzi – nie da się stuprocentowo ufać sztucznej inteligencji i pozostawiać jej bez nadzoru: AI funkcjonuje tu jak podwładny, który za wszelką cenę chce zadowolić szefa – i jeśli nie uda się jej znaleźć odpowiednich wiadomości, zwyczajnie je zmyśli. Autorzy zatem zajmują się kształtowaniem promptów i edukowaniem czytelników w tej kwestii – odpowiednio wydawane polecenia przyniosą oczekiwane rezultaty. Kolejnym krokiem jednak musi być jeszcze sprawdzenie przygotowanej oferty przed przedstawieniem jej klientom. „AI w rękach sprzedawcy” to poradnik dotyczący efektywnego wykorzystywania sztucznej inteligencji w marketingu i handlu – ale też książka wypełniona przestrogami przed niewłaściwym wykorzystywaniem nowych możliwości. Autorzy są pewni, że nie ma już odwrotu od ekspansji sztucznej inteligencji – i ci, którzy dzisiaj odmawiają jej używania (czy choćby uczenia się korzystania z niej), wkrótce zostaną w tyle i nie będą umieli radzić sobie w nowej przestrzeni. „AI w rękach sprzedawcy” to publikacja określająca wyzwania i przygotowująca czytelników do innych technik w pracy. Na razie odbiorcy mogą sami zdecydować, czy są w stanie poświęcić czas na wdrożenie wskazówek w życie – czy wolą samodzielnie szukać drogi działania z AI. Lepiej jednak będzie przetestować wskazówki ekspertów.
środa, 4 czerwca 2025
Gniewosz Leliwa: Sztuczna inteligencja. O czym myśli, gdy nikt nie patrzy?
Helion, Gliwice 2025.
Jak to działa
Szerokie grono odbiorców zdążyło się już przyzwyczaić do istnienia w świecie, w którym sztuczna inteligencja ułatwia życie (lub gromadzi dane, żeby wykorzystywać je w celach nie tylko marketingowych). Część z tych odbiorców będzie pewnie zadawać sobie pytanie, jak to działa – co sprawia, że komputery uczą się i mogą udawać ludzi w procesach komunikacyjnych, proponować potrzebne treści, wyszukiwać dane kontekstowo i podsuwać upragnione rozwiązania. I Gniewosz Leliwa w książce „Sztuczna inteligencja. O czym myśli, gdy nikt nie patrzy” chce przybliżać takie właśnie tematy. Sięga do mechanizmów uczenia maszynowego, rozkłada na czynniki pierwsze to, co zachodzi w dużych modelach językowych i tłumaczy ogólne zasady tak, żeby zaspokoić ciekawość laików. Sam twierdzi, że trafić może i do inżynierów – jednak styl książki jednoznacznie wskazuje na czytelników spośród tych do tej pory nieszczególnie obeznanych w informatyce (albo szerzej – w naukach ścisłych). W pewnym momencie zaznacza, że będzie stosował rozmaite uproszczenia, żeby uczynić wywód przejrzystym – jeśli ktoś zechce zgłębić temat, raczej nie powinien traktować tej książki jako wyroczni. Za to jako punkt wyjścia dla zainteresowanych nada się tom całkiem nieźle.
Gniewosz Leliwa ma świadomość faktu, że omawia skomplikowane zagadnienia i musi to uczynić w przystępny sposób. Z czasem coraz częściej pojawiać się będą ostrzeżenia przed trudnymi rozdziałami (których nie należy czytać do poduszki): jednak popularyzatorski charakter tomu sprawia, że nikt nie będzie miał autorowi za złe przyjętych skrótów. Zwłaszcza że Leliwa zmierza tam, skąd inni się wycofują: jest w stanie faktycznie pochylić się nad procesami zachodzącymi w informatyce i zrozumiale je zaprezentować – tak, żeby odbiorcy nie wystraszyli się nadmiernej hermetyczności i żeby dostali wielopiętrowe wyjaśnienia – przydatne, kiedy chce się przejść z poziomu „magii” na poziom ogólnego uświadomienia. Dowiedzą się między innymi, jak trenować modele i jakie znaczenie ma jakość wprowadzanych do nich danych, poznają wyzwania i pułapki związane z uczeniem sztucznej inteligencji. Autor może zaintrygować, wie, jak rozbudzić ciekawość i jak czytelników nasycić – ale nie przekarmić.
Wszystko to czyni w stylu, który jest trochę zbyt prestidigitatorski, efektowny – ale przekoloryzowany. Sprawdziłby się idealnie na wykładach, podczas bezpośredniego kontaktu z słuchaczami – niekoniecznie za to jest dobry do książki. Kiedy autor kolejny raz wpisuje bzdurę, żeby „sprawdzić czujność” czytelników, albo kiedy sili się na dowcipy w momencie, gdy wystarczyłoby standardowo prowadzić wywód – może odstraszyć poszukiwaczy konkretów. Jest też dość ekspansywny jako autor, dzieli się autorefleksjami czy prywatnymi spostrzeżeniami, żeby zbudować płaszczyznę porozumienia z odbiorcami – ci, przynajmniej w większości, będą jednak czekać na konkrety z obszaru AI, a niekoniecznie na popisy standupowe. Tak czy inaczej – książka „Sztuczna inteligencja. O czym myśli, gdy nikt nie patrzy” to publikacja, jakiej do tej pory na rynku nie było, wnosi coś nowego do świadomości odbiorców, którzy funkcjonują już w świecie mocno ze sztuczną inteligencją powiązanym. I dlatego może się przydać.
Jak to działa
Szerokie grono odbiorców zdążyło się już przyzwyczaić do istnienia w świecie, w którym sztuczna inteligencja ułatwia życie (lub gromadzi dane, żeby wykorzystywać je w celach nie tylko marketingowych). Część z tych odbiorców będzie pewnie zadawać sobie pytanie, jak to działa – co sprawia, że komputery uczą się i mogą udawać ludzi w procesach komunikacyjnych, proponować potrzebne treści, wyszukiwać dane kontekstowo i podsuwać upragnione rozwiązania. I Gniewosz Leliwa w książce „Sztuczna inteligencja. O czym myśli, gdy nikt nie patrzy” chce przybliżać takie właśnie tematy. Sięga do mechanizmów uczenia maszynowego, rozkłada na czynniki pierwsze to, co zachodzi w dużych modelach językowych i tłumaczy ogólne zasady tak, żeby zaspokoić ciekawość laików. Sam twierdzi, że trafić może i do inżynierów – jednak styl książki jednoznacznie wskazuje na czytelników spośród tych do tej pory nieszczególnie obeznanych w informatyce (albo szerzej – w naukach ścisłych). W pewnym momencie zaznacza, że będzie stosował rozmaite uproszczenia, żeby uczynić wywód przejrzystym – jeśli ktoś zechce zgłębić temat, raczej nie powinien traktować tej książki jako wyroczni. Za to jako punkt wyjścia dla zainteresowanych nada się tom całkiem nieźle.
Gniewosz Leliwa ma świadomość faktu, że omawia skomplikowane zagadnienia i musi to uczynić w przystępny sposób. Z czasem coraz częściej pojawiać się będą ostrzeżenia przed trudnymi rozdziałami (których nie należy czytać do poduszki): jednak popularyzatorski charakter tomu sprawia, że nikt nie będzie miał autorowi za złe przyjętych skrótów. Zwłaszcza że Leliwa zmierza tam, skąd inni się wycofują: jest w stanie faktycznie pochylić się nad procesami zachodzącymi w informatyce i zrozumiale je zaprezentować – tak, żeby odbiorcy nie wystraszyli się nadmiernej hermetyczności i żeby dostali wielopiętrowe wyjaśnienia – przydatne, kiedy chce się przejść z poziomu „magii” na poziom ogólnego uświadomienia. Dowiedzą się między innymi, jak trenować modele i jakie znaczenie ma jakość wprowadzanych do nich danych, poznają wyzwania i pułapki związane z uczeniem sztucznej inteligencji. Autor może zaintrygować, wie, jak rozbudzić ciekawość i jak czytelników nasycić – ale nie przekarmić.
Wszystko to czyni w stylu, który jest trochę zbyt prestidigitatorski, efektowny – ale przekoloryzowany. Sprawdziłby się idealnie na wykładach, podczas bezpośredniego kontaktu z słuchaczami – niekoniecznie za to jest dobry do książki. Kiedy autor kolejny raz wpisuje bzdurę, żeby „sprawdzić czujność” czytelników, albo kiedy sili się na dowcipy w momencie, gdy wystarczyłoby standardowo prowadzić wywód – może odstraszyć poszukiwaczy konkretów. Jest też dość ekspansywny jako autor, dzieli się autorefleksjami czy prywatnymi spostrzeżeniami, żeby zbudować płaszczyznę porozumienia z odbiorcami – ci, przynajmniej w większości, będą jednak czekać na konkrety z obszaru AI, a niekoniecznie na popisy standupowe. Tak czy inaczej – książka „Sztuczna inteligencja. O czym myśli, gdy nikt nie patrzy” to publikacja, jakiej do tej pory na rynku nie było, wnosi coś nowego do świadomości odbiorców, którzy funkcjonują już w świecie mocno ze sztuczną inteligencją powiązanym. I dlatego może się przydać.
piątek, 9 maja 2025
Gilbert Mizrahi: Inżynieria promptów bez tajemnic. Sztuka kreatywnego generowania tekstów
Helion, Gliwice 2025.
Trening
Duże modele językowe mogą dzisiaj wyręczać człowieka w wielu różnych dziedzinach i zadaniach – problem w tym, że żeby robiły to efektywnie, trzeba umiejętnie z nich korzystać. Nieodpowiednio poprowadzone LLM-y zaczną halucynować i zamiast pomagać – będą generować błędy, które trzeba potem poprawiać. Jednak jeśli odpowiednio podejdzie się do tworzenia promptów, staną się przydatnym narzędziem w reklamie, w edukacji, w przygotowywaniu dziennikarskim, w prawie i w rozmaitych innych dziedzinach – nawet przy pisaniu piosenek. Chociaż trudno w to uwierzyć, zastosowanie sztucznej inteligencji do spraw, które do niedawna były domeną człowieka, wydaje się coraz bardziej oczywiste. A jeśli można w ten sposób uprościć sobie pracę i zająć się rozwiązywaniem bardziej skomplikowanych problemów – można się tylko cieszyć.
Gilbert Mizrahi to autor, który do tematu tworzenia promptów podchodzi bardzo poważnie, jego książka „Inżynieria promptów bez tajemnic. Sztuka kreatywnego generowania tekstów” to podręcznik korzystania z LLM-ów dzisiaj i jednocześnie pokaz możliwości tego narzędzia w rzeczywistości twórcy. Autor chce wprowadzać podpowiedzi co do kształtu promptów czy stopnia ich szczegółowości – przypomina, że warto wprowadzać ograniczenia, bo to dzięki nim sztuczna inteligencja może generować teksty bardziej pasujące do oczekiwanych – ale uczy też, żeby podchodzić do zadań etapami i pracować do skutku nad proponowanymi wersjami. Istnieje co prawda niebezpieczeństwo, że ktoś, kto nie potrafi samodzielnie napisać prostego tekstu, nie będzie też w stanie weryfikować jakości tekstu tworzonego przez LLM, jednak tym nie zaprząta sobie Mizrahi głowy: kieruje się do użytkowników świadomych i do tych, którzy potrafią krytycznie podejść do otrzymywanych próbek.
Chociaż autor podaje obszerne przykłady (niezbędne do tego, żeby przeanalizować pomysły i zmiany), nie zastępuje nimi narracji. Dba o to, żeby dobrze przygotować czytelników do prezentowanych treści, stosuje często wyliczenia i definicje, pokazuje, jakie obszary pozwalają już na wykorzystywanie AI – i w jaki sposób. Kieruje się do copywriterów i do nauczycieli, do artystów i do prawników, do blogerów i do dziennikarzy – w zasadzie nie ma przestrzeni, która nie mogłaby wykorzystywać AI. Wszystko jednak sprowadza się do świadomości autorów promptów – i do celności tych ostatnich.
Wskazywanie ram i kontekstów, oczekiwań, stylów i grup docelowych może zmieniać formę – dlatego też dookreślanie tego w promptach to niezwykle istotny zabieg. Wielu internautów na razie traktuje LLM-y jako zabawkę i ciekawostkę, W niedalekiej przyszłości jednak umiejętność pisania promptów stanie się ważną wartością także na rynku pracy – dlatego też warto już sięgać po lektury porządkujące tę kwestię. Mizrahi rzeczywiście jest dobrym przewodnikiem – jego książka jest obszerna i szczegółowo wyznacza szereg zadań dla użytkowników. Co ciekawe, autor stara się nie pominąć żadnego z elementów rzeczywistości, w których AI dzisiaj funkcjonuje – odwołuje się nawet do tematu etyki w programowaniu. Prowadzi czytelników przez meandry tworzenia promptów i robi to starannie. Można mieć drobne uwagi co najwyżej do jakości korekty i do tłumaczenia – wydaje się, że w pewnych miejscach można znaleźć lepsze określenia i bardziej celne frazy. Ale ponieważ książka ma charakter użytkowy a nie beletrystyczny, nie będzie to zbytnio przeszkadzać czytelnikom.
Trening
Duże modele językowe mogą dzisiaj wyręczać człowieka w wielu różnych dziedzinach i zadaniach – problem w tym, że żeby robiły to efektywnie, trzeba umiejętnie z nich korzystać. Nieodpowiednio poprowadzone LLM-y zaczną halucynować i zamiast pomagać – będą generować błędy, które trzeba potem poprawiać. Jednak jeśli odpowiednio podejdzie się do tworzenia promptów, staną się przydatnym narzędziem w reklamie, w edukacji, w przygotowywaniu dziennikarskim, w prawie i w rozmaitych innych dziedzinach – nawet przy pisaniu piosenek. Chociaż trudno w to uwierzyć, zastosowanie sztucznej inteligencji do spraw, które do niedawna były domeną człowieka, wydaje się coraz bardziej oczywiste. A jeśli można w ten sposób uprościć sobie pracę i zająć się rozwiązywaniem bardziej skomplikowanych problemów – można się tylko cieszyć.
Gilbert Mizrahi to autor, który do tematu tworzenia promptów podchodzi bardzo poważnie, jego książka „Inżynieria promptów bez tajemnic. Sztuka kreatywnego generowania tekstów” to podręcznik korzystania z LLM-ów dzisiaj i jednocześnie pokaz możliwości tego narzędzia w rzeczywistości twórcy. Autor chce wprowadzać podpowiedzi co do kształtu promptów czy stopnia ich szczegółowości – przypomina, że warto wprowadzać ograniczenia, bo to dzięki nim sztuczna inteligencja może generować teksty bardziej pasujące do oczekiwanych – ale uczy też, żeby podchodzić do zadań etapami i pracować do skutku nad proponowanymi wersjami. Istnieje co prawda niebezpieczeństwo, że ktoś, kto nie potrafi samodzielnie napisać prostego tekstu, nie będzie też w stanie weryfikować jakości tekstu tworzonego przez LLM, jednak tym nie zaprząta sobie Mizrahi głowy: kieruje się do użytkowników świadomych i do tych, którzy potrafią krytycznie podejść do otrzymywanych próbek.
Chociaż autor podaje obszerne przykłady (niezbędne do tego, żeby przeanalizować pomysły i zmiany), nie zastępuje nimi narracji. Dba o to, żeby dobrze przygotować czytelników do prezentowanych treści, stosuje często wyliczenia i definicje, pokazuje, jakie obszary pozwalają już na wykorzystywanie AI – i w jaki sposób. Kieruje się do copywriterów i do nauczycieli, do artystów i do prawników, do blogerów i do dziennikarzy – w zasadzie nie ma przestrzeni, która nie mogłaby wykorzystywać AI. Wszystko jednak sprowadza się do świadomości autorów promptów – i do celności tych ostatnich.
Wskazywanie ram i kontekstów, oczekiwań, stylów i grup docelowych może zmieniać formę – dlatego też dookreślanie tego w promptach to niezwykle istotny zabieg. Wielu internautów na razie traktuje LLM-y jako zabawkę i ciekawostkę, W niedalekiej przyszłości jednak umiejętność pisania promptów stanie się ważną wartością także na rynku pracy – dlatego też warto już sięgać po lektury porządkujące tę kwestię. Mizrahi rzeczywiście jest dobrym przewodnikiem – jego książka jest obszerna i szczegółowo wyznacza szereg zadań dla użytkowników. Co ciekawe, autor stara się nie pominąć żadnego z elementów rzeczywistości, w których AI dzisiaj funkcjonuje – odwołuje się nawet do tematu etyki w programowaniu. Prowadzi czytelników przez meandry tworzenia promptów i robi to starannie. Można mieć drobne uwagi co najwyżej do jakości korekty i do tłumaczenia – wydaje się, że w pewnych miejscach można znaleźć lepsze określenia i bardziej celne frazy. Ale ponieważ książka ma charakter użytkowy a nie beletrystyczny, nie będzie to zbytnio przeszkadzać czytelnikom.
sobota, 26 kwietnia 2025
Paweł Półtorak: (Nie)etyczna AI. Jak programować odpowiedzialnie w erze sztucznej inteligencji
Helion, Gliwice 2025.
Planowanie
Ze sztuczną inteligencją dzisiaj jest tak, że jedni cenią ją jako narzędzie ułatwiające zwykłą pracę, inni boją się – z różnych powodów. Paweł Półtorak stawia na przestrogi, ale w wymiarze nieoczekiwanym. „(Nie)etyczna AI. Jak programować odpowiedzialnie w erze sztucznej inteligencji” to książka, która ma zwracać uwagę czytelników na aspekty zwykle spychane na margines w kontekście refleksji nad sztuczną inteligencją. Autor jednak bardzo chce przedstawiać się jako entuzjasta AI i jednocześnie sceptyk – jeśli chodzi o niejasność celów i zamiarów. Dostrzega bowiem to, co w wielu wypadkach może doprowadzić do katastrofy – czyli realizowanie za pomocą AI własnych wizji życiowych. Sztandarowym przykładem, do którego Półtorak wciąż wraca, jest motyw nadużywania możliwości przez polityków: jeśli uda się nauczyć LLM-y rozpoznawania konkretnych rodzajów wypowiedzi – i blokowania ich, co przecież pojawia się choćby w przypadku walki z hejtem, to można też wytrenować modele językowe tak, żeby ukrywały komentarze niepasujące do konkretnej opcji politycznej.
Jeden z tematów, który tu mocno jest akcentowany, to kwestia darmowych aplikacji, które pobierają dane o użytkownikach i wykorzystują je jako przedmiot handlu. Zwykle internauci nie zdają sobie sprawy z tego, że jeśli nie płacą za korzystanie z jakiegoś programu, sami stają się źródłem zarobku – i to już bez własnej zgody. Jedna sprawa to dopasowywanie reklam i ofert do indywidualnych preferencji, inna – udostępnianie danych choćby na temat kondycji zdrowotnej. Informacje takie mogą być wykorzystywane już przeciwko samym użytkownikom (choćby w przypadku ubezpieczenia) – i tu już zaczynają się pojawiać pytania o etyczność przeprowadzanych zabiegów. Paweł Półtorak idzie trochę dalej, zastanawia się na przykład nad etycznością działań AI w medycynie, ale najbardziej przyciągają go kwestie związane z bankowością i polityką – to tutaj znajduje się aktualnie chyba największe pole do nadużyć i to tutaj kryją się pułapki zastawiane na zwykłych, nieświadomych użytkowników. Raczej stara się autor pisać ogólnikowo, odwołując się jedynie do własnych doświadczeń ze start-upami. Dzięki temu chce uzyskać w miarę uniwersalny przewodnik po niebezpieczeństwach związanych z AI w kontekście nieetyczności. Dla odbiorców, którzy sami zajmują się włączaniem AI do swoich systemów, przygotowuje framework – zestaw pytań i uwag, które mają pomóc we wdrażaniu modeli sztucznej inteligencji w pracy. To także metoda na wyczulenie odbiorców na tematy etycznej AI – autor nie tylko kieruje się do czytelników, którzy wykorzystują w programowaniu sztuczną inteligencję. Trafi też do zwykłych odbiorców, tych, którzy potrzebują przestrogi lub wskazania obszarów, które stanowić mogą zagrożenie. Oczywiście spora część potencjalnych pułapek płynie właśnie z braku świadomości użytkowników, więc jeśli będzie się głośno mówić o niepożądanych mechanizmach i konsekwencjach – edukowanie społeczeństwa pomoże w ograniczeniu problemów. Jest to książka, która rejestruje etap zachłyśnięcia się nowymi technologiami i możliwościami.
Planowanie
Ze sztuczną inteligencją dzisiaj jest tak, że jedni cenią ją jako narzędzie ułatwiające zwykłą pracę, inni boją się – z różnych powodów. Paweł Półtorak stawia na przestrogi, ale w wymiarze nieoczekiwanym. „(Nie)etyczna AI. Jak programować odpowiedzialnie w erze sztucznej inteligencji” to książka, która ma zwracać uwagę czytelników na aspekty zwykle spychane na margines w kontekście refleksji nad sztuczną inteligencją. Autor jednak bardzo chce przedstawiać się jako entuzjasta AI i jednocześnie sceptyk – jeśli chodzi o niejasność celów i zamiarów. Dostrzega bowiem to, co w wielu wypadkach może doprowadzić do katastrofy – czyli realizowanie za pomocą AI własnych wizji życiowych. Sztandarowym przykładem, do którego Półtorak wciąż wraca, jest motyw nadużywania możliwości przez polityków: jeśli uda się nauczyć LLM-y rozpoznawania konkretnych rodzajów wypowiedzi – i blokowania ich, co przecież pojawia się choćby w przypadku walki z hejtem, to można też wytrenować modele językowe tak, żeby ukrywały komentarze niepasujące do konkretnej opcji politycznej.
Jeden z tematów, który tu mocno jest akcentowany, to kwestia darmowych aplikacji, które pobierają dane o użytkownikach i wykorzystują je jako przedmiot handlu. Zwykle internauci nie zdają sobie sprawy z tego, że jeśli nie płacą za korzystanie z jakiegoś programu, sami stają się źródłem zarobku – i to już bez własnej zgody. Jedna sprawa to dopasowywanie reklam i ofert do indywidualnych preferencji, inna – udostępnianie danych choćby na temat kondycji zdrowotnej. Informacje takie mogą być wykorzystywane już przeciwko samym użytkownikom (choćby w przypadku ubezpieczenia) – i tu już zaczynają się pojawiać pytania o etyczność przeprowadzanych zabiegów. Paweł Półtorak idzie trochę dalej, zastanawia się na przykład nad etycznością działań AI w medycynie, ale najbardziej przyciągają go kwestie związane z bankowością i polityką – to tutaj znajduje się aktualnie chyba największe pole do nadużyć i to tutaj kryją się pułapki zastawiane na zwykłych, nieświadomych użytkowników. Raczej stara się autor pisać ogólnikowo, odwołując się jedynie do własnych doświadczeń ze start-upami. Dzięki temu chce uzyskać w miarę uniwersalny przewodnik po niebezpieczeństwach związanych z AI w kontekście nieetyczności. Dla odbiorców, którzy sami zajmują się włączaniem AI do swoich systemów, przygotowuje framework – zestaw pytań i uwag, które mają pomóc we wdrażaniu modeli sztucznej inteligencji w pracy. To także metoda na wyczulenie odbiorców na tematy etycznej AI – autor nie tylko kieruje się do czytelników, którzy wykorzystują w programowaniu sztuczną inteligencję. Trafi też do zwykłych odbiorców, tych, którzy potrzebują przestrogi lub wskazania obszarów, które stanowić mogą zagrożenie. Oczywiście spora część potencjalnych pułapek płynie właśnie z braku świadomości użytkowników, więc jeśli będzie się głośno mówić o niepożądanych mechanizmach i konsekwencjach – edukowanie społeczeństwa pomoże w ograniczeniu problemów. Jest to książka, która rejestruje etap zachłyśnięcia się nowymi technologiami i możliwościami.
niedziela, 23 marca 2025
Bruce Schneier: Szósty zmysł hakera. O hakowaniu systemów społecznych i przywracaniu sprawiedliwych zasad gry
Helion, Gliwice 2025.
Sposób na system
W ogóle nie trzeba interesować się informatyką, żeby czerpać przyjemność z lektury „Szósty zmysł hakera”. Wprawdzie Bruce Schneier często odwołuje się do wydarzeń z rynku branży informatycznej, ale liczą się dla niego zasady i reguły, które z łatwością da się przenieść na życie przeciętnego człowieka. Hakowanie nie dotyczy wyłącznie systemów komputerowych, ma związek z obchodzeniem prawa, z próbami wzbogacenia się czy z wyborami. Warto sięgnąć po ten tom i sprawdzić, jak sztuczki związane z wykorzystywaniem luk w systemach reguł, prawach itp. może wpłynąć na zwyczajność. Bruce Schneier tłumaczy podstawy. Wprawdzie odżegnuje się od podawania definicji, ale już zasady i mechanizmy chętnie nakreśla. To wystarczy: nie zanudzi w ten sposób czytelników, za to zdobędzie ich zainteresowanie i dobrze wytłumaczy reguły tej gry. Hakowanie dotyczy różnych dziedzin życia – ale warto odróżnić je od działań nielegalnych i niefinezyjnych. Bruce Schneier niby nie chce opowiadać się za tymi, którzy trudnią się hakerstwem, ale daje się w narracji wyczuć pewien podziw dla umiejętności, spostrzegawczości i często odwagi w pójściu inną niż utarta ścieżką. Wyszukiwanie luk w systemach jest czynnością wymagającą inteligencji i sprytu, ale też zapewniającą satysfakcję – poza ewentualnymi zyskami. I tak krok po kroku autor analizuje kolejne działania hakerów wykraczające poza świat informatyki. Odnotowuje spektakularne sukcesy ludzi, którzy zdobyli władzę, sławę lub pieniądze dzięki hakowaniu, ale nie po to, żeby gloryfikować ich działania, a żeby uczulić odbiorców na samo zjawisko. Przekonuje, że dopóki istnieją systemy kodyfikujące działania w jakimkolwiek społeczeństwie, będą też istnieć ludzie, którzy spróbują te systemy złamać i przechytrzyć. A pod koniec książki już nie tylko ludzie – bo na finał Schneier zaczyna się zastanawiać nad przydatnością AI w procesie hakowania. Pokazuje, że uczenie maszynowe już teraz jest w stanie wypracować rozwiązania, które ludzie z różnych powodów odrzucają, ale też nie zawsze da radę na tyle powiązać fakty, żeby działać przeciwko zbiorom zasad. Rola sztucznej inteligencji w hakerstwie będzie rosła, więc ważne jest zrozumienie możliwości i zagrożeń i w tej kwestii.
Tak naprawdę czyta się tę książkę jak dobrą powieść sensacyjną. Mnóstwo ciekawych przykładów, zróżnicowanych (mimo celnego i szybkiego wskazania podstaw mechanizmu), wiele sfer, którego hakerstwo w społeczeństwach dotyczy. Jest w tej książce pokazanie, że nie tylko informatycy wykorzystują luki w systemach – to działanie, do którego nawet nie potrzeba komputera. Bruce Schneier wie, jak przyciągnąć uwagę czytelników, zaprasza ich do poznawania wielkiej przygody – uczy nieszablonowego myślenia, które zaowocować może nieoczekiwanymi rezultatami. Daje odbiorcom cenną lekcję – bo przecież świadomość istnienia działań hakerów daje szansę lepszego zabezpieczenia swoich dóbr: i taka kwestia tu padnie. To publikacja w sam raz dla tych wszystkich odbiorców, którzy potrzebują mocnych wrażeń w literaturze faktu i którzy lubią poznawać nowe rzeczy. Inne spojrzenie na hakerstwo – przez pryzmat zwyczajnego życia (lub zwyczajnego życia z wielkiego świata) pozwala rozsmakować się w tej lekturze.
Sposób na system
W ogóle nie trzeba interesować się informatyką, żeby czerpać przyjemność z lektury „Szósty zmysł hakera”. Wprawdzie Bruce Schneier często odwołuje się do wydarzeń z rynku branży informatycznej, ale liczą się dla niego zasady i reguły, które z łatwością da się przenieść na życie przeciętnego człowieka. Hakowanie nie dotyczy wyłącznie systemów komputerowych, ma związek z obchodzeniem prawa, z próbami wzbogacenia się czy z wyborami. Warto sięgnąć po ten tom i sprawdzić, jak sztuczki związane z wykorzystywaniem luk w systemach reguł, prawach itp. może wpłynąć na zwyczajność. Bruce Schneier tłumaczy podstawy. Wprawdzie odżegnuje się od podawania definicji, ale już zasady i mechanizmy chętnie nakreśla. To wystarczy: nie zanudzi w ten sposób czytelników, za to zdobędzie ich zainteresowanie i dobrze wytłumaczy reguły tej gry. Hakowanie dotyczy różnych dziedzin życia – ale warto odróżnić je od działań nielegalnych i niefinezyjnych. Bruce Schneier niby nie chce opowiadać się za tymi, którzy trudnią się hakerstwem, ale daje się w narracji wyczuć pewien podziw dla umiejętności, spostrzegawczości i często odwagi w pójściu inną niż utarta ścieżką. Wyszukiwanie luk w systemach jest czynnością wymagającą inteligencji i sprytu, ale też zapewniającą satysfakcję – poza ewentualnymi zyskami. I tak krok po kroku autor analizuje kolejne działania hakerów wykraczające poza świat informatyki. Odnotowuje spektakularne sukcesy ludzi, którzy zdobyli władzę, sławę lub pieniądze dzięki hakowaniu, ale nie po to, żeby gloryfikować ich działania, a żeby uczulić odbiorców na samo zjawisko. Przekonuje, że dopóki istnieją systemy kodyfikujące działania w jakimkolwiek społeczeństwie, będą też istnieć ludzie, którzy spróbują te systemy złamać i przechytrzyć. A pod koniec książki już nie tylko ludzie – bo na finał Schneier zaczyna się zastanawiać nad przydatnością AI w procesie hakowania. Pokazuje, że uczenie maszynowe już teraz jest w stanie wypracować rozwiązania, które ludzie z różnych powodów odrzucają, ale też nie zawsze da radę na tyle powiązać fakty, żeby działać przeciwko zbiorom zasad. Rola sztucznej inteligencji w hakerstwie będzie rosła, więc ważne jest zrozumienie możliwości i zagrożeń i w tej kwestii.
Tak naprawdę czyta się tę książkę jak dobrą powieść sensacyjną. Mnóstwo ciekawych przykładów, zróżnicowanych (mimo celnego i szybkiego wskazania podstaw mechanizmu), wiele sfer, którego hakerstwo w społeczeństwach dotyczy. Jest w tej książce pokazanie, że nie tylko informatycy wykorzystują luki w systemach – to działanie, do którego nawet nie potrzeba komputera. Bruce Schneier wie, jak przyciągnąć uwagę czytelników, zaprasza ich do poznawania wielkiej przygody – uczy nieszablonowego myślenia, które zaowocować może nieoczekiwanymi rezultatami. Daje odbiorcom cenną lekcję – bo przecież świadomość istnienia działań hakerów daje szansę lepszego zabezpieczenia swoich dóbr: i taka kwestia tu padnie. To publikacja w sam raz dla tych wszystkich odbiorców, którzy potrzebują mocnych wrażeń w literaturze faktu i którzy lubią poznawać nowe rzeczy. Inne spojrzenie na hakerstwo – przez pryzmat zwyczajnego życia (lub zwyczajnego życia z wielkiego świata) pozwala rozsmakować się w tej lekturze.
sobota, 8 marca 2025
Witold Wrotek: Office 365 i 2024 PL
Helion, Gliwice 2025.
Narzędzia
Wydawać by się mogło, że korzystanie z pakietu Office dzisiaj nie ma już żadnych tajemnic, ale dwie grupy w tej kwestii dotknięte są swoistym (być może też wybiórczym) rodzajem wykluczenia cyfrowego. To starsze osoby, które z komputerami zbyt wiele do czynienia nie chciały mieć, a teraz próbują nadrobić zaległości – albo młodzi, nieprzejmujący się jak na razie fachowym wykorzystaniem choćby arkuszy kalkulacyjnych (o Wordzie nie wspominając). Witold Wrotek przychodzi im z pomocą i tworzy poradnik dotyczący podstaw – „Office 365 i 2024 PL”. Wybiera aż siedem narzędzi i przygląda się ich możliwościom, ale nie w wersji mocno zaawansowanej (na przykład próżno tu szukać tematu korespondencji seryjnej, ale pojawi się formatowanie tekstu, nie będzie skomplikowanych operacji na komórkach w Excelu, ale znajdzie się miejsce na proste zadania, do których Excel najczęściej może służyć). Autor kieruje się użytecznością wskazówek – zaawansowani w temacie raczej nie szukają książkowych poradników ani wsparcia tekstowego, potrafią błyskawicznie wyszukać potrzebne informacje. Poza Wordem i Excelem autor poświęca jeszcze miejsce na Teams, To Do, OneNote, Outlooka i PowerPoint. I teraz w przypadku tego ostatniego będzie doradzać, jak tworzyć prezentacje – nie tylko od strony technicznej (to znaczy: gdzie kliknąć i którego narzędzia użyć, żeby uzyskać określony wygląd slajdu), ale też od strony przejrzystości i czytelności oraz… dopasowania prezentacji do grona odbiorców (dla dzieci slajdy powinny być znacznie bardziej interaktywne, wypełnione multimediami, dorosłych odbiorców bardziej zainteresuje forma – tego typu wskazówki są metodą na szybkie przyswojenie treści przez odbiorców i przygotowują do natychmiastowego wcielania w życie uwag. W przypadku innych narzędzi liczy się najbardziej ich przeznaczenie, konfigurowanie, pierwsze uruchamianie i ewentualne podkreślanie przeznaczenia – bo też i Witold Wrotek zdaje sobie sprawę, że część będzie tylko ciekawostką.
Ponieważ autor kieruje się do laików i do tych, którzy chcieliby lepiej, szybciej, sprawniej i wydajniej pracować na komputerze, ale nie wiedzą, od czego zacząć, stawia na informowanie także o oczywistościach i początkach. Decyduje się na wprowadzanie screenów (i to wielu) – w każdym rozdziale widnieje część z przykładami i to ta część przyniesie najwięcej korzyści odbiorcom. Dzięki rozpisaniu na poszczególne obrazki działań, początkujący bez trudu poradzą sobie z wyzwaniami, nie zniechęcą się łatwo i być może zechcą później poszukać bardziej zaawansowanych ciekawostek. Witold Wrotek niczego nie traktuje jako oczywistości – czasem nawet wyszukiwanie pliku może sprawić trudność, dlatego też będzie uczył, czym różni się „zapisz” od „zapisz jako”. I tego typu publikacje są na rynku potrzebne: tutaj nie ma mowy o komplikacjach i pytaniach bez odpowiedzi, wystarczy przetestować wskazówki i już będzie się znacznie lepiej pracowało. A jeśli ktoś czuje, że nie wykorzystuje w pełni swoich narzędzi, może przejrzeć ten poradnik i sprawdzić, czy przypadkiem autor nie podpowiada jakiejś sztuczki przyspieszającej działania.
Narzędzia
Wydawać by się mogło, że korzystanie z pakietu Office dzisiaj nie ma już żadnych tajemnic, ale dwie grupy w tej kwestii dotknięte są swoistym (być może też wybiórczym) rodzajem wykluczenia cyfrowego. To starsze osoby, które z komputerami zbyt wiele do czynienia nie chciały mieć, a teraz próbują nadrobić zaległości – albo młodzi, nieprzejmujący się jak na razie fachowym wykorzystaniem choćby arkuszy kalkulacyjnych (o Wordzie nie wspominając). Witold Wrotek przychodzi im z pomocą i tworzy poradnik dotyczący podstaw – „Office 365 i 2024 PL”. Wybiera aż siedem narzędzi i przygląda się ich możliwościom, ale nie w wersji mocno zaawansowanej (na przykład próżno tu szukać tematu korespondencji seryjnej, ale pojawi się formatowanie tekstu, nie będzie skomplikowanych operacji na komórkach w Excelu, ale znajdzie się miejsce na proste zadania, do których Excel najczęściej może służyć). Autor kieruje się użytecznością wskazówek – zaawansowani w temacie raczej nie szukają książkowych poradników ani wsparcia tekstowego, potrafią błyskawicznie wyszukać potrzebne informacje. Poza Wordem i Excelem autor poświęca jeszcze miejsce na Teams, To Do, OneNote, Outlooka i PowerPoint. I teraz w przypadku tego ostatniego będzie doradzać, jak tworzyć prezentacje – nie tylko od strony technicznej (to znaczy: gdzie kliknąć i którego narzędzia użyć, żeby uzyskać określony wygląd slajdu), ale też od strony przejrzystości i czytelności oraz… dopasowania prezentacji do grona odbiorców (dla dzieci slajdy powinny być znacznie bardziej interaktywne, wypełnione multimediami, dorosłych odbiorców bardziej zainteresuje forma – tego typu wskazówki są metodą na szybkie przyswojenie treści przez odbiorców i przygotowują do natychmiastowego wcielania w życie uwag. W przypadku innych narzędzi liczy się najbardziej ich przeznaczenie, konfigurowanie, pierwsze uruchamianie i ewentualne podkreślanie przeznaczenia – bo też i Witold Wrotek zdaje sobie sprawę, że część będzie tylko ciekawostką.
Ponieważ autor kieruje się do laików i do tych, którzy chcieliby lepiej, szybciej, sprawniej i wydajniej pracować na komputerze, ale nie wiedzą, od czego zacząć, stawia na informowanie także o oczywistościach i początkach. Decyduje się na wprowadzanie screenów (i to wielu) – w każdym rozdziale widnieje część z przykładami i to ta część przyniesie najwięcej korzyści odbiorcom. Dzięki rozpisaniu na poszczególne obrazki działań, początkujący bez trudu poradzą sobie z wyzwaniami, nie zniechęcą się łatwo i być może zechcą później poszukać bardziej zaawansowanych ciekawostek. Witold Wrotek niczego nie traktuje jako oczywistości – czasem nawet wyszukiwanie pliku może sprawić trudność, dlatego też będzie uczył, czym różni się „zapisz” od „zapisz jako”. I tego typu publikacje są na rynku potrzebne: tutaj nie ma mowy o komplikacjach i pytaniach bez odpowiedzi, wystarczy przetestować wskazówki i już będzie się znacznie lepiej pracowało. A jeśli ktoś czuje, że nie wykorzystuje w pełni swoich narzędzi, może przejrzeć ten poradnik i sprawdzić, czy przypadkiem autor nie podpowiada jakiejś sztuczki przyspieszającej działania.
środa, 12 lutego 2025
Arkadiusz Kamiński: Zagrajmy jeszcze raz. O złotej epoce gamingu w Polsce
Altbuch, Warszawa 2024.
Przeżycia
Niszowa jest to publikacja, ale też i na sentymentach oparta – Arkadiusz Kamiński, znany szerszemu gronu jako Dark Archon, prowadzi narrację osobistą i bazującą na własnych doświadczeniach gracza (najpierw dzieciaka i amatora, później profesjonalizującego się gamera) przez „złotą epokę gamingu w Polsce”. Nie będzie tu zatem jednoznacznych prób porządkowania dokonań na rynku gier, kolejne przystanki wyznaczone zostaną przez subiektywne odczucia i przemyślenia, a także silne emocje. I wszyscy ci, którzy tak jak Dark Archon dorastali w kształtującym się dopiero świecie rozrywek elektronicznych, będą mieli szansę na porównanie własnych obserwacji i przeżyć związanych z konkretnymi tytułami. „Zagrajmy jeszcze raz” to powrót do przeszłości – powrót obfitujący w żarty i uśmiechy, czasami podbudowywany jeszcze dawką wiedzy (niezbyt dużą, żeby nie zmęczyć czytelników-graczy, dla których liczy się o wiele bardziej wyzwalanie skojarzeń przez odniesienia do konkretnych produkcji niż tworzenie szkieletu z danych). Kamiński charakteryzuje rynek gier w Polsce z końca lat 80. i z lat 90. XX wieku, żeby pokazać, jakie możliwości i jakie pomysły czekały na młodych pasjonatów komputerów i konsol. Nie zamierza tworzyć monografii gier – ani zawartością, ani stylem. Decyduje się na swobodny strumień wspomnień, porządkowany tematycznie (przynajmniej na tyle, na ile jest to możliwe). Nie będzie tu zatem ani zarzucania czytelników kolejnymi tytułami czy datami, ani wprowadzanie w teorię gier. Liczyć się będzie zabawa. To Dark Archon oferuje, nawiązując ze swoimi odbiorcami silną relację od pierwszych stron.
Dzieli się autor wspomnieniami – tymi, które budzą dzisiaj śmiech, powrotami do podstawówki i do sprzętów, które jeszcze nie nadążały za wyobraźnią i potrzebami młodych ludzi w zakresie gier, ale też tymi, które zapewniały pierwsze kroki do zrozumienia istoty gamingu. Są tu tematy wybierane na bazie subiektywnych odczuć, game boye, konkretne modele komputerów, a też i wybrane tytuły gier, są i zjawiska – między innymi kwestia piractwa wśród graczy z końca XX wieku. Autor stara się wyznaczać zagadnienia przełomowe dla samego zjawiska, ale nie stroni od opowiadania, co dla niego samego stawało się istotne i co kształtowało jego podejście do tego rodzaju rozrywki. Nie ucieka od osobistych zagadnień (zresztą dział poświęcony świnkom morskim to coś, co przyciągnąć może rozkochaną w tych stworzonkach część graczy jeszcze bardziej), pozwala na to, żeby to emocje dyktowały sposób prowadzenia opowieści. I w efekcie zapewnia ciekawe świadectwo czasów, pozbawione charakteru popularnonaukowego studium o grach z perspektywy zwyczajnego wówczas gracza.
Jest to tom bogato ilustrowany, co również może uruchomić cały szereg wspomnień – a do tego co jakiś czas zabiera głos redaktor prowadzący – Andrzej Kotarski – wprowadzając polemiki do głoszonych tez albo własne obserwacje czy przemyślenia na temat gier, dzięki czemu udaje się trochę nawiązywać do klimatu wygłupów redakcji z „CD-Action”. Nie jest „Zagrajmy jeszcze raz” tytułem, bez którego rynek by się zawalił – ale jeśli ktoś w latach 90. pasjonował się grami komputerowymi, może sprawdzić, jak ta forma rozrywki funkcjonowała u innych.
Przeżycia
Niszowa jest to publikacja, ale też i na sentymentach oparta – Arkadiusz Kamiński, znany szerszemu gronu jako Dark Archon, prowadzi narrację osobistą i bazującą na własnych doświadczeniach gracza (najpierw dzieciaka i amatora, później profesjonalizującego się gamera) przez „złotą epokę gamingu w Polsce”. Nie będzie tu zatem jednoznacznych prób porządkowania dokonań na rynku gier, kolejne przystanki wyznaczone zostaną przez subiektywne odczucia i przemyślenia, a także silne emocje. I wszyscy ci, którzy tak jak Dark Archon dorastali w kształtującym się dopiero świecie rozrywek elektronicznych, będą mieli szansę na porównanie własnych obserwacji i przeżyć związanych z konkretnymi tytułami. „Zagrajmy jeszcze raz” to powrót do przeszłości – powrót obfitujący w żarty i uśmiechy, czasami podbudowywany jeszcze dawką wiedzy (niezbyt dużą, żeby nie zmęczyć czytelników-graczy, dla których liczy się o wiele bardziej wyzwalanie skojarzeń przez odniesienia do konkretnych produkcji niż tworzenie szkieletu z danych). Kamiński charakteryzuje rynek gier w Polsce z końca lat 80. i z lat 90. XX wieku, żeby pokazać, jakie możliwości i jakie pomysły czekały na młodych pasjonatów komputerów i konsol. Nie zamierza tworzyć monografii gier – ani zawartością, ani stylem. Decyduje się na swobodny strumień wspomnień, porządkowany tematycznie (przynajmniej na tyle, na ile jest to możliwe). Nie będzie tu zatem ani zarzucania czytelników kolejnymi tytułami czy datami, ani wprowadzanie w teorię gier. Liczyć się będzie zabawa. To Dark Archon oferuje, nawiązując ze swoimi odbiorcami silną relację od pierwszych stron.
Dzieli się autor wspomnieniami – tymi, które budzą dzisiaj śmiech, powrotami do podstawówki i do sprzętów, które jeszcze nie nadążały za wyobraźnią i potrzebami młodych ludzi w zakresie gier, ale też tymi, które zapewniały pierwsze kroki do zrozumienia istoty gamingu. Są tu tematy wybierane na bazie subiektywnych odczuć, game boye, konkretne modele komputerów, a też i wybrane tytuły gier, są i zjawiska – między innymi kwestia piractwa wśród graczy z końca XX wieku. Autor stara się wyznaczać zagadnienia przełomowe dla samego zjawiska, ale nie stroni od opowiadania, co dla niego samego stawało się istotne i co kształtowało jego podejście do tego rodzaju rozrywki. Nie ucieka od osobistych zagadnień (zresztą dział poświęcony świnkom morskim to coś, co przyciągnąć może rozkochaną w tych stworzonkach część graczy jeszcze bardziej), pozwala na to, żeby to emocje dyktowały sposób prowadzenia opowieści. I w efekcie zapewnia ciekawe świadectwo czasów, pozbawione charakteru popularnonaukowego studium o grach z perspektywy zwyczajnego wówczas gracza.
Jest to tom bogato ilustrowany, co również może uruchomić cały szereg wspomnień – a do tego co jakiś czas zabiera głos redaktor prowadzący – Andrzej Kotarski – wprowadzając polemiki do głoszonych tez albo własne obserwacje czy przemyślenia na temat gier, dzięki czemu udaje się trochę nawiązywać do klimatu wygłupów redakcji z „CD-Action”. Nie jest „Zagrajmy jeszcze raz” tytułem, bez którego rynek by się zawalił – ale jeśli ktoś w latach 90. pasjonował się grami komputerowymi, może sprawdzić, jak ta forma rozrywki funkcjonowała u innych.
piątek, 6 grudnia 2024
Chris Badura: Azymut na AI. Jak obrać najlepszy kierunek?
Helion, Gliwice 2024.
Perspektywy
Chris Badura zamierza oswajać odbiorców z tematyką związaną z AI: sztuczna inteligencja w ujęciu humanistycznym wybrzmiewa w tomie „Azymut na AI” i ma przekonać czytelników, że nie wolno bać się nowości, trzeba je za to kreatywnie wykorzystywać, dostrzegać i doceniać potencjał sztucznej inteligencji i uczenia maszynowego. „Azymut na AI” to publikacja dla wszystkich tych, którzy poszukują podstaw absolutnych, a jednocześnie chcą podjąć dyskusję na temat kierunków rozwoju AI i jej roli w życiu człowieka. Mało tu będzie szczegółów technicznych: na początku autor sięga po terminy w rodzaju „supremacja kwantowa” czy „kubit” – ale w dalszej części lektury nie są mu one do niczego potrzebne, koncentruje się za to na wykorzystywaniu sztucznej inteligencji w bardzo bliskiej przyszłości (lub codzienności). Chce nakłonić czytelników do refleksji nad zjawiskami, które wyzwalają silne emocje – tylko tak może zaangażować w temat.
Autor dąży do porządkowania wiadomości i do utrwalania ich przez powtarzanie. Wprowadza kierunki, w których AI może się przydać – uświadamia odbiorcom, jak funkcjonuje w medycynie, szkolnictwie, w zarządzaniu finansami, w rozrywce, transporcie, obsłudze klienta, bezpieczeństwie publicznym itd. W każdym sektorze wyszukuje motywy, które mogą zostać przejęte albo udoskonalone przez AI. Pokazuje Chris Badura, że ludzie będą mogli część obowiązków oddać maszynom – a sami zajmą się wówczas bardziej kreatywnymi i satysfakcjonującymi zadaniami. Badura zdaje sobie sprawę, że część ludzi przez AI straci swoje stanowiska – ale próbuje przekonać, że to pozytywny aspekt rozwoju technologii. Koncentruje się zwłaszcza na zjawiskach, które faktycznie zyskają na unikaniu ludzkich błędów – prowadzi subtelną agitację za AI. Podaje nawet przykłady, według których odbiorcy mają wyrobić sobie zdanie na temat przydatności sztucznej inteligencji w różnych aspektach życia. Co dziwne, część dialogów podejmowanych na linii człowiek – maszyna wybrzmiewa niemal jak wyjętych z poradników coachingowych – nie wszystkich takie argumenty przekonają. Chris Badura przytacza charakterystyczne zawody przyszłości – które mogą stać się pożądane w momencie ekspansji AI, ale też wyjaśnia, czym są prompty i jak je stosować. Upatruje perspektyw w rozwoju inteligencji emocjonalnej u AI – to znowu przejście do czegoś znanego i ludzkiego, tak, żeby oswoić rzeczywistość i sprawić, że sztuczna inteligencja ma stać się bardziej zrozumiała. „Azymut na AI” to próba wskazania, jaką postawę przyjąć wobec zmieniających się czasów i rozwoju technologii, żeby nie zostać w tyle – i żeby dobrze rozumieć to, co dzieje się w informatyce. Dla autora kwestie techniczne nie mają żadnego znaczenia, więc jeśli komuś zależy na informacjach a nie dywagacjach, powinien sięgnąć po inną lekturę – tu trafić mogą zainteresowani filozofią AI i możliwościami, jakie już wkrótce będzie zapewniać.
To publikacja przeznaczona dla tych, którzy boją się nowych technologii i potrzebują inspiracji, żeby dostrzec ich potencjał i szanse wykorzystania w normalnym świecie. Chris Badura przekłada dokonania informatyki na język filozofów – niekoniecznie przyczynia się zatem do zrozumienia istoty rzeczy, ale przynajmniej wprowadza do świadomości laików pewne terminy i zakresy działań AI.
Perspektywy
Chris Badura zamierza oswajać odbiorców z tematyką związaną z AI: sztuczna inteligencja w ujęciu humanistycznym wybrzmiewa w tomie „Azymut na AI” i ma przekonać czytelników, że nie wolno bać się nowości, trzeba je za to kreatywnie wykorzystywać, dostrzegać i doceniać potencjał sztucznej inteligencji i uczenia maszynowego. „Azymut na AI” to publikacja dla wszystkich tych, którzy poszukują podstaw absolutnych, a jednocześnie chcą podjąć dyskusję na temat kierunków rozwoju AI i jej roli w życiu człowieka. Mało tu będzie szczegółów technicznych: na początku autor sięga po terminy w rodzaju „supremacja kwantowa” czy „kubit” – ale w dalszej części lektury nie są mu one do niczego potrzebne, koncentruje się za to na wykorzystywaniu sztucznej inteligencji w bardzo bliskiej przyszłości (lub codzienności). Chce nakłonić czytelników do refleksji nad zjawiskami, które wyzwalają silne emocje – tylko tak może zaangażować w temat.
Autor dąży do porządkowania wiadomości i do utrwalania ich przez powtarzanie. Wprowadza kierunki, w których AI może się przydać – uświadamia odbiorcom, jak funkcjonuje w medycynie, szkolnictwie, w zarządzaniu finansami, w rozrywce, transporcie, obsłudze klienta, bezpieczeństwie publicznym itd. W każdym sektorze wyszukuje motywy, które mogą zostać przejęte albo udoskonalone przez AI. Pokazuje Chris Badura, że ludzie będą mogli część obowiązków oddać maszynom – a sami zajmą się wówczas bardziej kreatywnymi i satysfakcjonującymi zadaniami. Badura zdaje sobie sprawę, że część ludzi przez AI straci swoje stanowiska – ale próbuje przekonać, że to pozytywny aspekt rozwoju technologii. Koncentruje się zwłaszcza na zjawiskach, które faktycznie zyskają na unikaniu ludzkich błędów – prowadzi subtelną agitację za AI. Podaje nawet przykłady, według których odbiorcy mają wyrobić sobie zdanie na temat przydatności sztucznej inteligencji w różnych aspektach życia. Co dziwne, część dialogów podejmowanych na linii człowiek – maszyna wybrzmiewa niemal jak wyjętych z poradników coachingowych – nie wszystkich takie argumenty przekonają. Chris Badura przytacza charakterystyczne zawody przyszłości – które mogą stać się pożądane w momencie ekspansji AI, ale też wyjaśnia, czym są prompty i jak je stosować. Upatruje perspektyw w rozwoju inteligencji emocjonalnej u AI – to znowu przejście do czegoś znanego i ludzkiego, tak, żeby oswoić rzeczywistość i sprawić, że sztuczna inteligencja ma stać się bardziej zrozumiała. „Azymut na AI” to próba wskazania, jaką postawę przyjąć wobec zmieniających się czasów i rozwoju technologii, żeby nie zostać w tyle – i żeby dobrze rozumieć to, co dzieje się w informatyce. Dla autora kwestie techniczne nie mają żadnego znaczenia, więc jeśli komuś zależy na informacjach a nie dywagacjach, powinien sięgnąć po inną lekturę – tu trafić mogą zainteresowani filozofią AI i możliwościami, jakie już wkrótce będzie zapewniać.
To publikacja przeznaczona dla tych, którzy boją się nowych technologii i potrzebują inspiracji, żeby dostrzec ich potencjał i szanse wykorzystania w normalnym świecie. Chris Badura przekłada dokonania informatyki na język filozofów – niekoniecznie przyczynia się zatem do zrozumienia istoty rzeczy, ale przynajmniej wprowadza do świadomości laików pewne terminy i zakresy działań AI.
wtorek, 26 listopada 2024
Robert Trypuz: Prosto o AI. Jak działa i myśli sztuczna inteligencja
Helion, Gliwice 2024.
Od początku
Pojawienie się sztucznej inteligencji w dzisiejszym ujęciu Robert Trypuz traktuje jak kolejną rewolucję przemysłową: oto ludzie dostają do użytku kolejne narzędzie, które zmienia sposób działania i myślenia, trzeba się nauczyć z niego korzystać – które jest szansą, ale według wielu też i zagrożeniem. Żeby zatem ograniczyć lęk przed tym co nowe i przyzwyczaić do procesu, którego i tak nie da się zatrzymać, autor przygotowuje kilkuodcinkową opowieść o AI. „Prosto o AI. Jak działa i myśli sztuczna inteligencja” to książka niewielka objętościowo i na początku lektury może się wydawać, że przeznaczona dla dzieci i młodzieży. Ale tak naprawdę to nie młodym pokoleniom będzie ona potrzebna – a starszym, tym, którzy rzeczywiście czują lęk przed technologiczną nowinką. Tom jest kierowany również do czytelników, którzy chcieliby wiedzieć, jak to działa – jak pracuje AI, na czym polegają zmiany między tworzeniem programów a tworzeniem programów samouczących się, jak to się dzieje, że AI potrafi pisać teksty albo rozpoznawać obrazy. Bardziej dociekliwi sprawdzą też, gdzie AI może się dzisiaj sprawdzać i w jakich okolicznościach staje się lepsza od człowieka. Na koniec Trypuz daje szansę nauczycielom, żeby zmienili sposób pracy z uczniami – tak, by dało się wykorzystywać AI w procesie edukacji: obecnie największą bolączką pedagogów może być to, że uczniowie nie będą samodzielnie przygotowywać zadań, zdając się na ChatGPT – tymczasem warto przemodelować lekcje i wyzwania dla uczniów, tak, by jednocześnie uczyć ich wykorzystywania odpowiednich promptów, ale też czerpać wiedzę z generowanych tekstów. „Prosto o AI” to zatem bardzo uproszczona opowieść o możliwościach płynących z korzystania z nowego narzędzia. Autor nie wdaje się tutaj w zawiłości informatyczne, podaje tyle wiedzy, ile jest niezbędne, żeby pojąć działanie AI i żeby wiedzieć, jak ze sztucznej inteligencji można korzystać. Rozbija swoje wywody na „odcinki” – to forma, która sprawdzi się nawet lepiej niż rozdziały, na końcu każdej jest skryptowe podsumowanie najważniejszych wprowadzanych haseł. Narracja w całej książce cechuje się nastawieniem na uproszczenia i na wyraziste przykłady. Zaczyna autor od podstaw absolutnych, tłumacząc czytelnikom, na czym w ogóle polega programowanie klasyczne – bez tego trudno byłoby podkreślać różnice w uczeniu maszynowym. Informuje o modelach językowych czy „nagrodach” za poprawnie wykonane zadanie. Zwykle stara się nie antropomorfizować sztucznej inteligencji, chociaż zdarzają się nieco bardziej „filozoficzne” rozdziały (w rodzaju odpowiedzi na pytanie, czy AI ma wolną wolę) – koncentruje się za to na możliwościach programistów i na tym, co trzeba do kodu wprowadzić, żeby można było stworzyć program, który sam będzie się uczył. Tłumaczy różnice między kolejnymi schematami uczenia się. Jest to publikacja niewielka objętościowo, ale bardzo skondensowana – w sam raz na pierwsze spotkanie z możliwościami AI. Skorzystają z niej zarówno młodzi czytelnicy, jak i ci spośród starszych, którzy nie mają pomysłu, jak radzić sobie z ekspansją sztucznej inteligencji i chcieliby poznać mechanizmy w niej obowiązujące. To lektura wprowadzająca do tematu AI – prosto i konkretnie.
Od początku
Pojawienie się sztucznej inteligencji w dzisiejszym ujęciu Robert Trypuz traktuje jak kolejną rewolucję przemysłową: oto ludzie dostają do użytku kolejne narzędzie, które zmienia sposób działania i myślenia, trzeba się nauczyć z niego korzystać – które jest szansą, ale według wielu też i zagrożeniem. Żeby zatem ograniczyć lęk przed tym co nowe i przyzwyczaić do procesu, którego i tak nie da się zatrzymać, autor przygotowuje kilkuodcinkową opowieść o AI. „Prosto o AI. Jak działa i myśli sztuczna inteligencja” to książka niewielka objętościowo i na początku lektury może się wydawać, że przeznaczona dla dzieci i młodzieży. Ale tak naprawdę to nie młodym pokoleniom będzie ona potrzebna – a starszym, tym, którzy rzeczywiście czują lęk przed technologiczną nowinką. Tom jest kierowany również do czytelników, którzy chcieliby wiedzieć, jak to działa – jak pracuje AI, na czym polegają zmiany między tworzeniem programów a tworzeniem programów samouczących się, jak to się dzieje, że AI potrafi pisać teksty albo rozpoznawać obrazy. Bardziej dociekliwi sprawdzą też, gdzie AI może się dzisiaj sprawdzać i w jakich okolicznościach staje się lepsza od człowieka. Na koniec Trypuz daje szansę nauczycielom, żeby zmienili sposób pracy z uczniami – tak, by dało się wykorzystywać AI w procesie edukacji: obecnie największą bolączką pedagogów może być to, że uczniowie nie będą samodzielnie przygotowywać zadań, zdając się na ChatGPT – tymczasem warto przemodelować lekcje i wyzwania dla uczniów, tak, by jednocześnie uczyć ich wykorzystywania odpowiednich promptów, ale też czerpać wiedzę z generowanych tekstów. „Prosto o AI” to zatem bardzo uproszczona opowieść o możliwościach płynących z korzystania z nowego narzędzia. Autor nie wdaje się tutaj w zawiłości informatyczne, podaje tyle wiedzy, ile jest niezbędne, żeby pojąć działanie AI i żeby wiedzieć, jak ze sztucznej inteligencji można korzystać. Rozbija swoje wywody na „odcinki” – to forma, która sprawdzi się nawet lepiej niż rozdziały, na końcu każdej jest skryptowe podsumowanie najważniejszych wprowadzanych haseł. Narracja w całej książce cechuje się nastawieniem na uproszczenia i na wyraziste przykłady. Zaczyna autor od podstaw absolutnych, tłumacząc czytelnikom, na czym w ogóle polega programowanie klasyczne – bez tego trudno byłoby podkreślać różnice w uczeniu maszynowym. Informuje o modelach językowych czy „nagrodach” za poprawnie wykonane zadanie. Zwykle stara się nie antropomorfizować sztucznej inteligencji, chociaż zdarzają się nieco bardziej „filozoficzne” rozdziały (w rodzaju odpowiedzi na pytanie, czy AI ma wolną wolę) – koncentruje się za to na możliwościach programistów i na tym, co trzeba do kodu wprowadzić, żeby można było stworzyć program, który sam będzie się uczył. Tłumaczy różnice między kolejnymi schematami uczenia się. Jest to publikacja niewielka objętościowo, ale bardzo skondensowana – w sam raz na pierwsze spotkanie z możliwościami AI. Skorzystają z niej zarówno młodzi czytelnicy, jak i ci spośród starszych, którzy nie mają pomysłu, jak radzić sobie z ekspansją sztucznej inteligencji i chcieliby poznać mechanizmy w niej obowiązujące. To lektura wprowadzająca do tematu AI – prosto i konkretnie.
sobota, 13 lipca 2024
Juliette Powell, Art Kleiner: Dylemat sztucznej inteligencji. 7 zasad odpowiedzialnego tworzenia technologii
Helion, Gliwice 2024.
Wyzwania
W świecie, w którym sztuczna inteligencja coraz częściej wkracza do zwykłego życia warto zastanowić się nad tym, do czego może prowadzić i jakie zagrożenia ze sobą niesie. Juliette Powell i Art Kleiner nie mają zamiaru zatrzymywać się nad techniczną stroną uczenia maszynowego, wolą podrzucić odbiorcom kilka kwestii do błyskawicznego rozważenia - zastanawiają się nad tym, co zrobić, żeby ograniczać ryzyko przy decyzjach podejmowanych przez roboty (zdarzają się przecież wypadki powodowane przez oddanie procesu decyzyjnego maszynom). Zadają ważne pytania o zestaw wartości i o dziedziny życia, które powinny pozostać kontrolowane przez człowieka. Sztuczna inteligencja może się przydać w różnych obszarach egzystencji i zarabiania - jednak trzeba dobrze zrozumieć jej specyfikę (czyli w zasadzie - nieprzewidywalność), żeby wykorzystywać ją w pełni i w odpowiednich zakresach. Mówią autorzy książki o wyzwaniach i o dylematach związanych z przejmowaniem przez AI pewnych zadań - świadomi są tego, że każdy wynalazek budzi lęk, ale też każdy przedmiot może być używany zgodnie z przeznaczeniem albo jako śmiercionośna broń, wszystko wiąże się z odpowiednimi mechanizmami kontroli albo umiejętnością przewidywania przyszłości. I podsuwają czytelnikom zestaw zasad, które powinny być w związku ze sztuczną inteligencją przestrzegane - tak, żeby uniknąć problemów i wpadek, a w pełni cieszyć się współpracą z maszynami. Jest tutaj nie tylko zestaw przestróg (tony katastroficzne raczej zniechęciłyby do lektury), liczy się zwłaszcza wyznaczanie możliwości i szans, działań, które mają przyszłość i które budzą nadzieję na odpowiednie i odpowiedzialne wykorzystywanie AI. Jest w tym również głęboki namysł nad ludzkością i działaniami, które wykraczają poza systemowość. Nawet najdoskonalsza maszyna nie jest dzisiaj w stanie wyzwolić się ze schematów i wyciągnąć logicznych wniosków z absurdalnych przesłanek - nie ma więc na razie obaw nad całkowitym oddaniem władzy robotom. Jednak refleksja nad znaczeniem AI w codziennym życiu powinna już się pojawiać i "Dylemat sztucznej inteligencji" to właśnie taki krok do ważnej dyskusji łączącej środowiska ścisłowców i humanistów.
Dobrze poprowadzona jest tu narracja, książka - mimo nastawienia na humanistyczne myśli i filozoficzne nieco czy przynajmniej refleksyjne tony w odkryciach - jest spójna i konsekwentnie realizuje założoną strukturę. Dzięki temu porządkuje wiedzę i sprawia, że odbiorcom łatwiej się będzie po niej nawigowało. Chociaż nie jest zbyt wielka objętościowo, przywołuje sedno tematu, sygnalizuje czytelnikom sprawy, nad którymi warto się pochylić i które mogą zmodyfikować sposób myślenia o uczeniu maszynowym. Wytycza pułapki i rodzaje zadań, które nie nadają się do zalgorytmizowania, ale pokazuje też, jak różni się to, co może osiągnąć AI od wyobrażeń człowieka na temat efektów działań sztucznej inteligencji. To nie jest publikacja futurystyczna: ściśle wiąże się z rzeczywistością i nawet jeśli dotyczy niedalekiej przyszłości, to w zasięgu przeciętnego czytelnika - pozwala trochę oswoić temat sztucznej inteligencji i wskazuje, co powinno się w pierwszej kolejności stać przedmiotem badań czy opracowań.
Wyzwania
W świecie, w którym sztuczna inteligencja coraz częściej wkracza do zwykłego życia warto zastanowić się nad tym, do czego może prowadzić i jakie zagrożenia ze sobą niesie. Juliette Powell i Art Kleiner nie mają zamiaru zatrzymywać się nad techniczną stroną uczenia maszynowego, wolą podrzucić odbiorcom kilka kwestii do błyskawicznego rozważenia - zastanawiają się nad tym, co zrobić, żeby ograniczać ryzyko przy decyzjach podejmowanych przez roboty (zdarzają się przecież wypadki powodowane przez oddanie procesu decyzyjnego maszynom). Zadają ważne pytania o zestaw wartości i o dziedziny życia, które powinny pozostać kontrolowane przez człowieka. Sztuczna inteligencja może się przydać w różnych obszarach egzystencji i zarabiania - jednak trzeba dobrze zrozumieć jej specyfikę (czyli w zasadzie - nieprzewidywalność), żeby wykorzystywać ją w pełni i w odpowiednich zakresach. Mówią autorzy książki o wyzwaniach i o dylematach związanych z przejmowaniem przez AI pewnych zadań - świadomi są tego, że każdy wynalazek budzi lęk, ale też każdy przedmiot może być używany zgodnie z przeznaczeniem albo jako śmiercionośna broń, wszystko wiąże się z odpowiednimi mechanizmami kontroli albo umiejętnością przewidywania przyszłości. I podsuwają czytelnikom zestaw zasad, które powinny być w związku ze sztuczną inteligencją przestrzegane - tak, żeby uniknąć problemów i wpadek, a w pełni cieszyć się współpracą z maszynami. Jest tutaj nie tylko zestaw przestróg (tony katastroficzne raczej zniechęciłyby do lektury), liczy się zwłaszcza wyznaczanie możliwości i szans, działań, które mają przyszłość i które budzą nadzieję na odpowiednie i odpowiedzialne wykorzystywanie AI. Jest w tym również głęboki namysł nad ludzkością i działaniami, które wykraczają poza systemowość. Nawet najdoskonalsza maszyna nie jest dzisiaj w stanie wyzwolić się ze schematów i wyciągnąć logicznych wniosków z absurdalnych przesłanek - nie ma więc na razie obaw nad całkowitym oddaniem władzy robotom. Jednak refleksja nad znaczeniem AI w codziennym życiu powinna już się pojawiać i "Dylemat sztucznej inteligencji" to właśnie taki krok do ważnej dyskusji łączącej środowiska ścisłowców i humanistów.
Dobrze poprowadzona jest tu narracja, książka - mimo nastawienia na humanistyczne myśli i filozoficzne nieco czy przynajmniej refleksyjne tony w odkryciach - jest spójna i konsekwentnie realizuje założoną strukturę. Dzięki temu porządkuje wiedzę i sprawia, że odbiorcom łatwiej się będzie po niej nawigowało. Chociaż nie jest zbyt wielka objętościowo, przywołuje sedno tematu, sygnalizuje czytelnikom sprawy, nad którymi warto się pochylić i które mogą zmodyfikować sposób myślenia o uczeniu maszynowym. Wytycza pułapki i rodzaje zadań, które nie nadają się do zalgorytmizowania, ale pokazuje też, jak różni się to, co może osiągnąć AI od wyobrażeń człowieka na temat efektów działań sztucznej inteligencji. To nie jest publikacja futurystyczna: ściśle wiąże się z rzeczywistością i nawet jeśli dotyczy niedalekiej przyszłości, to w zasięgu przeciętnego czytelnika - pozwala trochę oswoić temat sztucznej inteligencji i wskazuje, co powinno się w pierwszej kolejności stać przedmiotem badań czy opracowań.
czwartek, 21 marca 2024
Marcin Żukowski: Twoja firma w social mediach. Podręcznik marketingu internetowego dla małych i średnich przedsiębiorstw
Onepress, Helion, Gliwice 2024 (wydanie IV poszerzone).
Biznes w sieci kontaktów
Wydawać by się mogło, że pojawienie się social mediów da oszałamiające możliwości w zakresie sprzedaży produktów, promowania swojej firmy czy budowania jej wizerunku wśród potencjalnych klientów – i w zasadzie tak jest, jednak ogrom dostępnych narzędzi i ich dostępność sprawiają, że mnóstwo ludzi zwyczajnie gubi się w zasadach, szansach i ograniczeniach sieci. Marcin Żukowski po raz czwarty już przygląda się social mediom i ich roli w kształtowaniu obrazu firm (zwłaszcza małych i średnich przedsiębiorstw, których właściciele nierzadko decydują się na samodzielne działania): co w praktyce oznacza, że na nowo przedstawia znaczenia poszczególnych kanałów komunikacyjnych i uzupełnia to, co z czasem okazało się bardziej istotne. Przekonuje czytelników co do tego, że trzeba będzie zainwestować trochę pieniędzy. Mniej niż w przypadku reklamy w tradycyjnych mediach – jednak nie zamierza nikomu podpowiadać, jak zbudować markę, nie wydając na to ani grosza – takie podejście może część odbiorców zaskoczyć, zwłaszcza jeśli funkcjonowali do tej pory w mediach społecznościowych bez uiszczania opłat. W przypadku biznesowych strategii liczy się jednak tempo, nie ma czasu na działania rozłożone w czasie i efekty, na które trzeba długo czekać – dlatego też autor sprawdza, jakie narzędzia mają do dyspozycji użytkownicy zdecydowani zapłacić – i jak korzystać choćby z oferty Facebooka, żeby nie przestrzelić. Zajmuje się nie tylko Facebookiem – odwołuje się i do Messengera, Instagrama, Twittera, YouTube’a, pojawiają się tu LinkedIn, Snapchat czy… Tik-Tok, zajmuje się autor również podpowiadaniem, jak zapraszać do współpracy influencerów – i po co to robić – wszystko funkcjonuje tu jako przestrzenie potencjalnej reklamy. Podpowiada Żukowski, gdzie najlepiej można zawęzić obszar poszukiwań odbiorców i jakie treści publikować w swoich kanałach – prowadzi to nie tylko do świadomego korzystania z social mediów, ale też do wypracowania całej struktury publikacji i układania sobie harmonogramu działań (bez tego, jak przekonuje Marcin Żukowski, ani rusz). Nie ma tu prowadzenia odbiorców za rękę, przynajmniej w sferze komponowania samych treści – autor nie zajmuje się podpowiadaniem, jak tworzyć teksty sprzedażowe i jakimi chwytami przyciągać do swojego profilu – tutaj chodzi o zrozumienie platform i o przegląd narzędzi czy pojęć. Słowem, zajmuje się autor podstawami: uczy, jak poruszać się po sieci 2.0, żeby móc podjąć próby sprzedawania czegoś użytkownikom. Stawia na definiowanie i na porządkowanie wiadomości, nie zajmuje się za to ocenianiem ani podawaniem przykładów – prowadzenie fanpage’a, bloga lub profilu pozostawia samym użytkownikom. Dzięki temu książka jest bardziej uniwersalna i pozwala na dotarcie do szerszego grona odbiorców – którzy jednak niekoniecznie poradzą sobie z wcielaniem w życie wskazówek.
„Twoja firma w social mediach” to książka dla każdego, kto chciałby nie tyle walczyć o lajki i zasięgi, a umieć odpowiednio zaprezentować swoje produkty w sieci. Autor podkreśla raczej znaczenie niemierzalnych efektów niż nastawienie na rekordy i coraz wyższe liczby – trzeba będzie zatem uzbroić się w cierpliwość i dokładnie określać cele działania. Ważne jest to, że tom przeprowadza czytelników przez kolejne meandry funkcjonowania w sieci społeczności i że pokazuje, jak skutecznie przedstawiać użytkownikom swoją ofertę – bez względu na jej charakter.
Biznes w sieci kontaktów
Wydawać by się mogło, że pojawienie się social mediów da oszałamiające możliwości w zakresie sprzedaży produktów, promowania swojej firmy czy budowania jej wizerunku wśród potencjalnych klientów – i w zasadzie tak jest, jednak ogrom dostępnych narzędzi i ich dostępność sprawiają, że mnóstwo ludzi zwyczajnie gubi się w zasadach, szansach i ograniczeniach sieci. Marcin Żukowski po raz czwarty już przygląda się social mediom i ich roli w kształtowaniu obrazu firm (zwłaszcza małych i średnich przedsiębiorstw, których właściciele nierzadko decydują się na samodzielne działania): co w praktyce oznacza, że na nowo przedstawia znaczenia poszczególnych kanałów komunikacyjnych i uzupełnia to, co z czasem okazało się bardziej istotne. Przekonuje czytelników co do tego, że trzeba będzie zainwestować trochę pieniędzy. Mniej niż w przypadku reklamy w tradycyjnych mediach – jednak nie zamierza nikomu podpowiadać, jak zbudować markę, nie wydając na to ani grosza – takie podejście może część odbiorców zaskoczyć, zwłaszcza jeśli funkcjonowali do tej pory w mediach społecznościowych bez uiszczania opłat. W przypadku biznesowych strategii liczy się jednak tempo, nie ma czasu na działania rozłożone w czasie i efekty, na które trzeba długo czekać – dlatego też autor sprawdza, jakie narzędzia mają do dyspozycji użytkownicy zdecydowani zapłacić – i jak korzystać choćby z oferty Facebooka, żeby nie przestrzelić. Zajmuje się nie tylko Facebookiem – odwołuje się i do Messengera, Instagrama, Twittera, YouTube’a, pojawiają się tu LinkedIn, Snapchat czy… Tik-Tok, zajmuje się autor również podpowiadaniem, jak zapraszać do współpracy influencerów – i po co to robić – wszystko funkcjonuje tu jako przestrzenie potencjalnej reklamy. Podpowiada Żukowski, gdzie najlepiej można zawęzić obszar poszukiwań odbiorców i jakie treści publikować w swoich kanałach – prowadzi to nie tylko do świadomego korzystania z social mediów, ale też do wypracowania całej struktury publikacji i układania sobie harmonogramu działań (bez tego, jak przekonuje Marcin Żukowski, ani rusz). Nie ma tu prowadzenia odbiorców za rękę, przynajmniej w sferze komponowania samych treści – autor nie zajmuje się podpowiadaniem, jak tworzyć teksty sprzedażowe i jakimi chwytami przyciągać do swojego profilu – tutaj chodzi o zrozumienie platform i o przegląd narzędzi czy pojęć. Słowem, zajmuje się autor podstawami: uczy, jak poruszać się po sieci 2.0, żeby móc podjąć próby sprzedawania czegoś użytkownikom. Stawia na definiowanie i na porządkowanie wiadomości, nie zajmuje się za to ocenianiem ani podawaniem przykładów – prowadzenie fanpage’a, bloga lub profilu pozostawia samym użytkownikom. Dzięki temu książka jest bardziej uniwersalna i pozwala na dotarcie do szerszego grona odbiorców – którzy jednak niekoniecznie poradzą sobie z wcielaniem w życie wskazówek.
„Twoja firma w social mediach” to książka dla każdego, kto chciałby nie tyle walczyć o lajki i zasięgi, a umieć odpowiednio zaprezentować swoje produkty w sieci. Autor podkreśla raczej znaczenie niemierzalnych efektów niż nastawienie na rekordy i coraz wyższe liczby – trzeba będzie zatem uzbroić się w cierpliwość i dokładnie określać cele działania. Ważne jest to, że tom przeprowadza czytelników przez kolejne meandry funkcjonowania w sieci społeczności i że pokazuje, jak skutecznie przedstawiać użytkownikom swoją ofertę – bez względu na jej charakter.
piątek, 15 marca 2024
Kate Crawford: Atlas sztucznej inteligencji. Władza, pieniądze i środowisko naturalne
bo.wiem, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2024.
Wyścig po wiedzę
Seria #nauka gwarantuje odbiorcom książki, które nie zawodzą. Reportaże naukowe i popularyzatorskie z najróżniejszych dziedzin wiedzy – przygotowywane przez specjalistów z zacięciem narracyjnym. Nie tylko można dzięki tym tomom poznawać ciekawostki z różnych obszarów badań, ale też dobrze się bawić podczas lektury. Co ważne, nawet laik może (a czasami wręcz powinien) sięgać po te pozycje – otrzyma dawkę informacji przedstawianych w przystępny sposób. „Atlas sztucznej inteligencji” to pomysł Kate Crawford na oswojenie czytelników z tematem AI, z jej powstawaniem, historią i konsekwencjami istnienia. Oczywiście temat rzeka nie może być tu uchwycony całościowo, ale autorka wybiera takie związane z nim zagadnienia, które pozwolą rzucić nowe światło na rozwój technologii i myśli informatycznej, a do tego uświadomią czytelnikom odrobinę komputerowej przeszłości. Funkcjonują tu równolegle różne konteksty: od kwestii socjologicznych przez gospodarcze (na przykład związane z wydobyciem surowców) aż po temat bezpieczeństwa i obronności. AI wpływa na rozmaite sfery i obszary działalności człowieka – a ponieważ tego rozwoju nie da się zatrzymać, można spróbować go zrozumieć, żeby pojąć, z jakimi możliwościami i z jakimi zagrożeniami się on wiąże.
„Atlas sztucznej inteligencji” to wyliczanie niepokojów i zwrócenie uwagi na niebezpieczne aspekty karmienia danymi AI. Zachłystywanie się futurystycznymi wizjami nie idzie w parze z mocno promowaną poprawnością polityczną (czy podstawowymi prawami człowieka). Autorka pisze o tym, jak uczy się sztuczną inteligencję, jakie zbiory danych się do tego wykorzystuje (i skąd je pozyskuje), a także – do czego mogą być wykorzystywane. Sprawdza, czy da się nauczyć komputery rozróżniania emocji, jeśli często sami ludzie mają z tym problem, a także – czy ma uzasadnienie podział na rasy. Tłumaczy, gdzie sztuczna inteligencja wspomaga pracę ludzi, a gdzie bez ludzi się nie obejdzie. Uświadamia też czytelnikom – bez tonów sensacyjnych, niemal rozmywa ten temat w opowieści, a jest niezwykle istotny – jak oni sami są wykorzystywani w procesie karmienia AI danymi. Często kwestie związane z publikowaniem treści powiązane są z tworzeniem baz danych dla sztucznej inteligencji. Pojawiają się też działania kontrowersyjne – jak pozyskiwanie danych bez wiedzy użytkowników (urządzenia, które szpiegują swoich właścicieli to wciąż temat tabu w wielu środowiskach). Kate Crawford analizuje ślad węglowy – sprawdza, czy sztuczna inteligencja przyczynia się do zanieczyszczenia środowiska (chociaż sama jest niematerialna, wymaga przecież całej komputerowej infrastruktury). Cofa się autorka do przeszłości i sprawdza, jak dawniej ludzie próbowali dokonywać systematyzacji i klasyfikacji najbliższych sobie zjawisk. Sięga po nieudane eksperymenty, które stały się dzisiaj w pewnym stopniu podstawą dla uczenia AI. Nawiązuje do odkryć w informatyce – z początków istnienia komputerów. Bardzo szerokie kręgi zatacza – bo też i opracowanie pozwala jej na taką swobodę. W rezultacie „Atlas sztucznej inteligencji” to wielowarstwowa, wielogłosowa historia, w której każdy znajdzie coś dla siebie. Jest dobrze napisana – wiadomości nie zostały podane sucho czy beznamiętnie, liczy się możliwość grania na emocjach czytelników, a jednocześnie Kate Crawford pamięta o tym, że pisze książkę popularnonaukową, ambitną i wypełnioną informacjami. Zapewnia jednak odbiorcom przyjemny odbiór i satysfakcję związaną z gromadzeniem wiadomości. Jest ta publikacja kolejnym strzałem w dziesiątkę – buduje dobry odbiór serii #nauka, bo pokazuje, że tu właściwie nie zdarzają się książki słabe.
Wyścig po wiedzę
Seria #nauka gwarantuje odbiorcom książki, które nie zawodzą. Reportaże naukowe i popularyzatorskie z najróżniejszych dziedzin wiedzy – przygotowywane przez specjalistów z zacięciem narracyjnym. Nie tylko można dzięki tym tomom poznawać ciekawostki z różnych obszarów badań, ale też dobrze się bawić podczas lektury. Co ważne, nawet laik może (a czasami wręcz powinien) sięgać po te pozycje – otrzyma dawkę informacji przedstawianych w przystępny sposób. „Atlas sztucznej inteligencji” to pomysł Kate Crawford na oswojenie czytelników z tematem AI, z jej powstawaniem, historią i konsekwencjami istnienia. Oczywiście temat rzeka nie może być tu uchwycony całościowo, ale autorka wybiera takie związane z nim zagadnienia, które pozwolą rzucić nowe światło na rozwój technologii i myśli informatycznej, a do tego uświadomią czytelnikom odrobinę komputerowej przeszłości. Funkcjonują tu równolegle różne konteksty: od kwestii socjologicznych przez gospodarcze (na przykład związane z wydobyciem surowców) aż po temat bezpieczeństwa i obronności. AI wpływa na rozmaite sfery i obszary działalności człowieka – a ponieważ tego rozwoju nie da się zatrzymać, można spróbować go zrozumieć, żeby pojąć, z jakimi możliwościami i z jakimi zagrożeniami się on wiąże.
„Atlas sztucznej inteligencji” to wyliczanie niepokojów i zwrócenie uwagi na niebezpieczne aspekty karmienia danymi AI. Zachłystywanie się futurystycznymi wizjami nie idzie w parze z mocno promowaną poprawnością polityczną (czy podstawowymi prawami człowieka). Autorka pisze o tym, jak uczy się sztuczną inteligencję, jakie zbiory danych się do tego wykorzystuje (i skąd je pozyskuje), a także – do czego mogą być wykorzystywane. Sprawdza, czy da się nauczyć komputery rozróżniania emocji, jeśli często sami ludzie mają z tym problem, a także – czy ma uzasadnienie podział na rasy. Tłumaczy, gdzie sztuczna inteligencja wspomaga pracę ludzi, a gdzie bez ludzi się nie obejdzie. Uświadamia też czytelnikom – bez tonów sensacyjnych, niemal rozmywa ten temat w opowieści, a jest niezwykle istotny – jak oni sami są wykorzystywani w procesie karmienia AI danymi. Często kwestie związane z publikowaniem treści powiązane są z tworzeniem baz danych dla sztucznej inteligencji. Pojawiają się też działania kontrowersyjne – jak pozyskiwanie danych bez wiedzy użytkowników (urządzenia, które szpiegują swoich właścicieli to wciąż temat tabu w wielu środowiskach). Kate Crawford analizuje ślad węglowy – sprawdza, czy sztuczna inteligencja przyczynia się do zanieczyszczenia środowiska (chociaż sama jest niematerialna, wymaga przecież całej komputerowej infrastruktury). Cofa się autorka do przeszłości i sprawdza, jak dawniej ludzie próbowali dokonywać systematyzacji i klasyfikacji najbliższych sobie zjawisk. Sięga po nieudane eksperymenty, które stały się dzisiaj w pewnym stopniu podstawą dla uczenia AI. Nawiązuje do odkryć w informatyce – z początków istnienia komputerów. Bardzo szerokie kręgi zatacza – bo też i opracowanie pozwala jej na taką swobodę. W rezultacie „Atlas sztucznej inteligencji” to wielowarstwowa, wielogłosowa historia, w której każdy znajdzie coś dla siebie. Jest dobrze napisana – wiadomości nie zostały podane sucho czy beznamiętnie, liczy się możliwość grania na emocjach czytelników, a jednocześnie Kate Crawford pamięta o tym, że pisze książkę popularnonaukową, ambitną i wypełnioną informacjami. Zapewnia jednak odbiorcom przyjemny odbiór i satysfakcję związaną z gromadzeniem wiadomości. Jest ta publikacja kolejnym strzałem w dziesiątkę – buduje dobry odbiór serii #nauka, bo pokazuje, że tu właściwie nie zdarzają się książki słabe.
sobota, 9 marca 2024
Seth Enoka: Cyberbezpieczeństwo w małych sieciach. Praktyczny przewodnik dla umiarkowanych paranoików
Helion, Gliwice 2024.
Schronienie
Coraz więcej codziennych aktywności przenosi się do sieci – warto zatem zastanowić się nad bezpieczeństwem. Seth Enoka prowadzi odbiorców przez meandry zabezpieczeń (a właściwie „wprowadzenie do podstaw” z zakresu bezpieczeństwa w małych – domowych albo firmowych systemach komputerowych. Stanowczo zabrania podejścia „przecież nie mają mi czego ukraść” – i to jedyny ukłon w stronę standardowych zachowań zwykłych użytkowników sieci. Autor nie ma czasu na rozważania na temat dzisiejszych zagrożeń, wychodzi z założenia, że czytelnicy jego tomu dorośli już do wiedzy, czym są wirusy, a czym ataki ramsomware, że przestrzegają najłatwiej dostępnych zabezpieczeń (i na przykład zakrywają kamerki w urządzeniach w nie wyposażonych). Prowadzi teraz o krok dalej: tłumaczy, jak zabezpieczyć sieć w domu (lub małej firmie) i jak nie dopuścić do wycieku danych. „Cyberbezpieczeństwo w małych sieciach. Praktyczny przewodnik dla umiarkowanych paranoików” to książka niewielka objętościowo, ale mocno skondensowana – nie ma tutaj rozbudowanych tekstowych rozważań, liczą się wyłącznie konkrety i wskazówki. Edukację przeprowadza Seth Enoka tak, by lektura kolejnych rozdziałów wiązała się z kolejnymi stopniami wtajemniczenia w ramach cyberbezpieczeństwa – do wyjątków należeć może rozdział o kopiach zapasowych. Wybiera określone środowisko, programy i narzędzia, których będzie używać, żeby móc budować zestawy porad – wszystko opisuje w pierwszych stronach i do czytelników należy wybór, czy będą podążać za nim i wykorzystywać między innymi Ubuntu jako system, który stanowi podstawę działania (tutaj), czy zdecydują się na własne ścieżki i wtedy będą jedynie posiłkować się kolejnymi uwagami. Jest to możliwe: autor zaznacza, że można spotkać się z podobnymi rozwiązaniami w przypadku korzystania z innych niż wybrane przez niego elementów. Chce jednak uniknąć wyraźnie rozwarstwiania narracji i nieprecyzyjności opisów – zależy mu na przejrzystości i komunikatywności, te cele osiąga bez przeszkód.
Każdy temat – każdy element bezpieczeństwa w lokalnej sieci – wyzwala dwa mechanizmy działania. Po pierwsze, Seth Enoka upewnia się, że każdy z odbiorców zrozumie zestaw wprowadzanych pojęć oraz to, dlaczego ważne jest, by zabezpieczyć dany element domowej sieci. Stosuje definicje, albo przynajmniej tłumaczy, co do czego służy – niby nic, a dzięki takiemu zabiegowi z książki skorzystać mogą nawet laicy, dla których do tej pory informatyczne terminy były kompletnie nieczytelne. Następnie nastawia się na działanie: w rozbitych na punkty poradach wyjaśnia krok po kroku, co należy zrobić, żeby osiągnąć zamierzony efekt. I to strzał w dziesiątkę: czytelnicy bez trudu poradzą sobie z konfigurowaniem sprzętu, instalowaniem (lub nie) oprogramowania i z zabezpieczaniem sieci przed atakami z zewnątrz – nieważna jest istota samych ataków, liczy się bezpieczeństwo użytkowników lokalnej sieci. Tu nie ma miejsca na wątpliwości, a jeśli gdzieś możliwe są inne niż zaznaczone przez autora rozwiązania, Seth Enoka z pewnością o nich wspomni. W związku z tym do poradnika można podejść z niewielką praktyką w dziedzinie IT – i dać sobie radę z realizowaniem tych podpowiedzi. Seth Enoka zwraca też uwagę na coś dzisiaj jeszcze często pomijane w dyskusjach nad bezpieczeństwem: internet rzeczy. Przypomina, że na złośliwe ataki narażone są nie tylko komputery, laptopy i smartfony, ale także inteligentne odkurzacze czy… żarówki w domu. Uczy, jak zabezpieczyć całą sieć i jak nie zgubić się w gąszczu programów. Pisze precyzyjnie, jasno i bez fajerwerków stylistycznych – więc trafi do każdego, kto potrzebuje rzeczowych uwag.
Schronienie
Coraz więcej codziennych aktywności przenosi się do sieci – warto zatem zastanowić się nad bezpieczeństwem. Seth Enoka prowadzi odbiorców przez meandry zabezpieczeń (a właściwie „wprowadzenie do podstaw” z zakresu bezpieczeństwa w małych – domowych albo firmowych systemach komputerowych. Stanowczo zabrania podejścia „przecież nie mają mi czego ukraść” – i to jedyny ukłon w stronę standardowych zachowań zwykłych użytkowników sieci. Autor nie ma czasu na rozważania na temat dzisiejszych zagrożeń, wychodzi z założenia, że czytelnicy jego tomu dorośli już do wiedzy, czym są wirusy, a czym ataki ramsomware, że przestrzegają najłatwiej dostępnych zabezpieczeń (i na przykład zakrywają kamerki w urządzeniach w nie wyposażonych). Prowadzi teraz o krok dalej: tłumaczy, jak zabezpieczyć sieć w domu (lub małej firmie) i jak nie dopuścić do wycieku danych. „Cyberbezpieczeństwo w małych sieciach. Praktyczny przewodnik dla umiarkowanych paranoików” to książka niewielka objętościowo, ale mocno skondensowana – nie ma tutaj rozbudowanych tekstowych rozważań, liczą się wyłącznie konkrety i wskazówki. Edukację przeprowadza Seth Enoka tak, by lektura kolejnych rozdziałów wiązała się z kolejnymi stopniami wtajemniczenia w ramach cyberbezpieczeństwa – do wyjątków należeć może rozdział o kopiach zapasowych. Wybiera określone środowisko, programy i narzędzia, których będzie używać, żeby móc budować zestawy porad – wszystko opisuje w pierwszych stronach i do czytelników należy wybór, czy będą podążać za nim i wykorzystywać między innymi Ubuntu jako system, który stanowi podstawę działania (tutaj), czy zdecydują się na własne ścieżki i wtedy będą jedynie posiłkować się kolejnymi uwagami. Jest to możliwe: autor zaznacza, że można spotkać się z podobnymi rozwiązaniami w przypadku korzystania z innych niż wybrane przez niego elementów. Chce jednak uniknąć wyraźnie rozwarstwiania narracji i nieprecyzyjności opisów – zależy mu na przejrzystości i komunikatywności, te cele osiąga bez przeszkód.
Każdy temat – każdy element bezpieczeństwa w lokalnej sieci – wyzwala dwa mechanizmy działania. Po pierwsze, Seth Enoka upewnia się, że każdy z odbiorców zrozumie zestaw wprowadzanych pojęć oraz to, dlaczego ważne jest, by zabezpieczyć dany element domowej sieci. Stosuje definicje, albo przynajmniej tłumaczy, co do czego służy – niby nic, a dzięki takiemu zabiegowi z książki skorzystać mogą nawet laicy, dla których do tej pory informatyczne terminy były kompletnie nieczytelne. Następnie nastawia się na działanie: w rozbitych na punkty poradach wyjaśnia krok po kroku, co należy zrobić, żeby osiągnąć zamierzony efekt. I to strzał w dziesiątkę: czytelnicy bez trudu poradzą sobie z konfigurowaniem sprzętu, instalowaniem (lub nie) oprogramowania i z zabezpieczaniem sieci przed atakami z zewnątrz – nieważna jest istota samych ataków, liczy się bezpieczeństwo użytkowników lokalnej sieci. Tu nie ma miejsca na wątpliwości, a jeśli gdzieś możliwe są inne niż zaznaczone przez autora rozwiązania, Seth Enoka z pewnością o nich wspomni. W związku z tym do poradnika można podejść z niewielką praktyką w dziedzinie IT – i dać sobie radę z realizowaniem tych podpowiedzi. Seth Enoka zwraca też uwagę na coś dzisiaj jeszcze często pomijane w dyskusjach nad bezpieczeństwem: internet rzeczy. Przypomina, że na złośliwe ataki narażone są nie tylko komputery, laptopy i smartfony, ale także inteligentne odkurzacze czy… żarówki w domu. Uczy, jak zabezpieczyć całą sieć i jak nie zgubić się w gąszczu programów. Pisze precyzyjnie, jasno i bez fajerwerków stylistycznych – więc trafi do każdego, kto potrzebuje rzeczowych uwag.
niedziela, 30 października 2022
Brian W. Kernighan: Jak Unix tworzył historię
Helion, Gliwice 2021.
Punkt wyjścia
Nawet jeśli ktoś nie pasjonuje się historią informatyki, po książkę Briana W. Kernighana sięgnąć może bez obaw: nie znudzi się i nie odłoży lektury po kilku stronach. "Jak Unix tworzył historię" to bowiem nie tyle przegląd dokonań programistów, co szeroko zakrojone spojrzenie na przeszłość, w której mogły powstawać podwaliny pod Linuxa. Kernighan - jako uczestnik wydarzeń - zabiera czytelników do siedziby Bell Labs i tłumaczy, jak ewoluowała myśl informatyczna w firmie. Na jakie zapotrzebowanie odpowiadali programiści, skąd brały się rozwiązania, które weszły później do powszechnego użytku i jak można było praktycznie wykorzystywać kolejne odkrycia: zbiera tego typu wspomnienia i okrasza je podstawami programowania (które można w lekturze nawet pominąć bez szkody dla całości, ale które też nie zrobią krzywdy przeciętnemu odbiorcy). To opowieść o ludziach, którzy nauczyli się skutecznie komunikować z maszynami: tych, którzy przekładali na języki informatyczne kolejne zakresy zadań. Brian W. Kernighan przypomina, jak postępowały prace i próbuje czytelnikom uświadomić, na czym polegały wyzwania twórców programu. Narodziny Unixa to jednak nie wszystko, zresztą samych danych technicznych i wyjaśnień z zakresu informatyki nie jest tu zbyt dużo: usatysfakcjonowani będą zwykli czytelnicy, którym podsuwa się możliwość zajrzenia za kulisy kodów - autor nie zmęczy ich zbyt fachowymi objaśnieniami, które trzeba przeanalizować, żeby w ogóle pojąć, o czym mowa. Dla Kernighana liczy się bowiem - nawet bardziej niż informatyczne wywody - atmosfera w zespole. I tak obok rzeczowych omówień fragmentów kodów lub źródeł kształtu poleceń znajdzie się tu mnóstwo anegdot o pracownikach i o momentach olśnień. To coś, co odbiorcy - bez względu na stopień informatycznego zaawansowania - w tomie "Jak Unix tworzył historię" pokochają natychmiast: nagle staje się oczywiste, że zamiast gromady nieprzystosowanych do życia społecznego i zamkniętych w hermetycznym środowisku freaków mają do czynienia z ludźmi z krwi i kości, wraz z różnymi ich słabościami i niespodziankami, jakie sami sobie są w stanie przygotować.
"Jak Unix tworzył historię" to przejście do przeszłości - do czasów, w których posługiwano się słowami zamiast bajtów, w których trzeba było znać fizyczne ograniczenia maszyn, żeby móc przystąpić do programowania i w których trzeba było dopiero utorować ścieżki do procesów dzisiaj powszechnie znanych i wykorzystywanych na szeroką skalę. Kernighan nie zajmuje się tylko językami programowania, chociaż całkiem ładnie przedstawia ich ewolucję i udoskonalanie, omawia zmiany, jakie były potrzebne i ich znaczenie dla użytkowników programów. Interesuje go jednak także historia komputerów i samo środowisko - zabiera czytelników do miejsca wyjątkowego i niepowtarzalnego, miejsca, które pozwoliło na cenne dla informatyki odkrycia. Wydaje się, że Brian W. Kernighan jest kolekcjonerem anegdot: szuka tematów, które przykują uwagę zwykłych odbiorców, skupia się na zachowaniach ludzi - ale w tym wrażeniu pomaga też fakt, że autor jest ironistą. Opisuje rzeczywistość ze sporą dozą humoru oraz sarkazmu, potrafi znakomicie puentować opisywane scenki - tak, że nawet te mniej zabawne zyskują nowe ujęcie i mogą rozśmieszać. Sporo jest w tej książce komentarzy, które obrazują wyczucie komizmu u autora - i to one sprawiają, że do książki uda się przyciągnąć nie tylko środowisko informatyczne. Opowiadanie historii świetnie temu autorowi wychodzi.
Punkt wyjścia
Nawet jeśli ktoś nie pasjonuje się historią informatyki, po książkę Briana W. Kernighana sięgnąć może bez obaw: nie znudzi się i nie odłoży lektury po kilku stronach. "Jak Unix tworzył historię" to bowiem nie tyle przegląd dokonań programistów, co szeroko zakrojone spojrzenie na przeszłość, w której mogły powstawać podwaliny pod Linuxa. Kernighan - jako uczestnik wydarzeń - zabiera czytelników do siedziby Bell Labs i tłumaczy, jak ewoluowała myśl informatyczna w firmie. Na jakie zapotrzebowanie odpowiadali programiści, skąd brały się rozwiązania, które weszły później do powszechnego użytku i jak można było praktycznie wykorzystywać kolejne odkrycia: zbiera tego typu wspomnienia i okrasza je podstawami programowania (które można w lekturze nawet pominąć bez szkody dla całości, ale które też nie zrobią krzywdy przeciętnemu odbiorcy). To opowieść o ludziach, którzy nauczyli się skutecznie komunikować z maszynami: tych, którzy przekładali na języki informatyczne kolejne zakresy zadań. Brian W. Kernighan przypomina, jak postępowały prace i próbuje czytelnikom uświadomić, na czym polegały wyzwania twórców programu. Narodziny Unixa to jednak nie wszystko, zresztą samych danych technicznych i wyjaśnień z zakresu informatyki nie jest tu zbyt dużo: usatysfakcjonowani będą zwykli czytelnicy, którym podsuwa się możliwość zajrzenia za kulisy kodów - autor nie zmęczy ich zbyt fachowymi objaśnieniami, które trzeba przeanalizować, żeby w ogóle pojąć, o czym mowa. Dla Kernighana liczy się bowiem - nawet bardziej niż informatyczne wywody - atmosfera w zespole. I tak obok rzeczowych omówień fragmentów kodów lub źródeł kształtu poleceń znajdzie się tu mnóstwo anegdot o pracownikach i o momentach olśnień. To coś, co odbiorcy - bez względu na stopień informatycznego zaawansowania - w tomie "Jak Unix tworzył historię" pokochają natychmiast: nagle staje się oczywiste, że zamiast gromady nieprzystosowanych do życia społecznego i zamkniętych w hermetycznym środowisku freaków mają do czynienia z ludźmi z krwi i kości, wraz z różnymi ich słabościami i niespodziankami, jakie sami sobie są w stanie przygotować.
"Jak Unix tworzył historię" to przejście do przeszłości - do czasów, w których posługiwano się słowami zamiast bajtów, w których trzeba było znać fizyczne ograniczenia maszyn, żeby móc przystąpić do programowania i w których trzeba było dopiero utorować ścieżki do procesów dzisiaj powszechnie znanych i wykorzystywanych na szeroką skalę. Kernighan nie zajmuje się tylko językami programowania, chociaż całkiem ładnie przedstawia ich ewolucję i udoskonalanie, omawia zmiany, jakie były potrzebne i ich znaczenie dla użytkowników programów. Interesuje go jednak także historia komputerów i samo środowisko - zabiera czytelników do miejsca wyjątkowego i niepowtarzalnego, miejsca, które pozwoliło na cenne dla informatyki odkrycia. Wydaje się, że Brian W. Kernighan jest kolekcjonerem anegdot: szuka tematów, które przykują uwagę zwykłych odbiorców, skupia się na zachowaniach ludzi - ale w tym wrażeniu pomaga też fakt, że autor jest ironistą. Opisuje rzeczywistość ze sporą dozą humoru oraz sarkazmu, potrafi znakomicie puentować opisywane scenki - tak, że nawet te mniej zabawne zyskują nowe ujęcie i mogą rozśmieszać. Sporo jest w tej książce komentarzy, które obrazują wyczucie komizmu u autora - i to one sprawiają, że do książki uda się przyciągnąć nie tylko środowisko informatyczne. Opowiadanie historii świetnie temu autorowi wychodzi.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






