Strona główna || O autorce || O tu-czytam || Bajki || Bajkowe portfolio                       

sobota, 19 sierpnia 2017

Jennifer Echols: Skazani na sukces. Kaye & Sawyer

Jaguar, Warszawa 2017.

Błazen

Sawyer w całej serii jest tym najbardziej niegrzecznym, wyłamującym się ze schematów bohaterem. Zmienia dziewczyny jak rękawiczki, do niedawna dla rozrywki sypiał z Tią (którą na jej prośbę rozdziewiczył). W szkole ma opinię błazna: na meczach przebiera się w kostium pelikana i dopinguje swoich, co czasem przypłaca problemami ze zdrowiem. Wydaje się, że niczego nie bierze na poważnie. Po godzinach pracuje w knajpie i nikt nie wie o jego problemach w domu (to znaczy fakt, że ojciec Sawyera siedział w więzieniu nikomu nie umknie, ale jakie chłopak ma warunki w domu – to już tajemnica dla wszystkich). Sawyer najczęściej wszystkich rówieśników wyprowadza z równowagi. Dostrzega znacznie więcej niż ci by chcieli i nie powstrzymuje się od krytycznych komentarzy. Naraża się tym na drwiny i ataki – ale w końcu Sawyer nie zabiega o popularność. To outsider o silnym charakterze, na tyle silnym, że za każdym razem wyrasta na najważniejszą postać drugiego planu. W „Skazanych na sukces” to jego historia zajmuje odbiorczynie. Po raz trzeci autorka wraca do wyników szkolnego plebiscytu. Sawyer i Kaye mieli w nim zostać uznani za Parę Idealną, ale na skutek pomyłki w liczeniu głosów nie doszło to do skutku. Zresztą Kaye trudno nawet myśleć o takim związku. Jest zauroczona Sawyerem, ale ten równie często ją denerwuje.

„Skazani na sukces” to tom zbudowany na znanym już schemacie. Ona źle się czuje w swoim aktualnym związku, niszczona przez partnera, zyskuje wsparcie w ignorowanym dotąd koledze. Nie chce się angażować w kolejny związek. Jednak Sawyer coraz bardziej odważnie z nią flirtuje i udowadnia, że zasługuje na miłość. Kaye poznaje też jego sytuację – nie może udawać obojętności. Dużą rolę w wykreowaniu nowej pary odgrywają przyjaciółki. Lepiej niż sama Kaye wiedzą, czego jej trzeba, nie wahają się tego wyartykułować czy zaaranżować, przedstawiają też całe plany działania, żeby przekonać tych dwoje do siebie. Kaye uczy się, jaką przyjemność może dawać dotyk. Sawyer stanowi wsparcie nawet w tych sytuacjach, których, wydawałoby się, nie zrozumie. A kiedy nastolatka wda się w konflikt z matką (o co przecież w tym wieku nietrudno), to Sawyer zapewni ucieczkę od problemów.

Jennifer Echols po raz kolejny karmi swoje czytelniczki baśniowymi obrazkami o prawdziwej miłości, ale tak naprawdę wartością tomu nie jest idealizowane uczucie. Autorka pozwala dostrzec cechy złego związku, takiego, który nic dobrego przynieść nie może. Wyczula odbiorczynie na toksyczne relacje, przypomina, jakich zachowań u chłopaków nie powinny akceptować – i wcale nie chodzi tu o pogadanki na temat seksu, a o unikanie pułapek psychologicznych. W „Skazanych na sukces” wyraźnie je widać.

Sawyer musiał domknąć tę opowieść rozłożoną na trzy książki – tego oczekiwały fanki Echols. I nie zawiodły się, kiedy autorka bliżej przyjrzała się klasowemu wesołkowi. Kostium pelikana też odgrywa tu ważną rolę. Chociaż Jennifer Echols wpisuje się w szereg powieści dla nastolatek, stara się także akcentować problemy swoich bohaterów i pokazywać miłość jako azyl, ratunek przed tym, co sprawia przykrość. To działa w obu kierunkach, korzystnie wpływa na dziewczyny i na chłopaków. Sawyer dodatkowo uczy, że nie należy sądzić po pozorach. Bohaterowie „Skazanych na sukces” do własnych pragnień dochodzą powoli – ale skoro wiadomo, jaki będzie finał, nikomu to nie przeszkodzi.

piątek, 18 sierpnia 2017

Tove Jansson: Kto pocieszy Maciupka?

Nasza Księgarnia, Warszawa 2017.

Małe wielkie strachy

Mimo że wokół jest pełno baśniowych stworzeń ze świata Muminków, Maciupek, maleńki troll, czuje się bardzo samotny. Samotny jest w swoim domu, kiedy słyszy w oddali pohukiwanie Buki i kiedy widzi rozbawionych przechodniów. Samotność Maciupka jest totalna i nieco rozpaczliwa – bo towarzyszy jej lęk i smutek. W „Kto pocieszy Maciupka” Tove Jansson stawia na uczucia przejmujące i zrozumiałe także dla najmłodszych. Kiedy lękliwy bohater wpuszcza do swojego domu ciemność, postanawia uciec. Nie wie, co najlepiej sprawdzi się w długiej drodze, ale może się przynajmniej przekonać, co uszczęśliwia innych. Stopniowo Maciupek nabiera odwagi, zwłaszcza gdy dowie się, że istnieje ktoś bardziej lękliwy niż on sam. A kiedy maleńki bohater spotka Drobinkę, znajdzie towarzyszkę życia i ostatecznie rozprawi się z samotnością. Dowie się, czego do tej pory mu brakowało.

Tove Jansson wierzy w swoich bohaterów. Każdy indywidualista jest tu równocześnie przedstawicielem jednego gatunku, a to oznacza, że bajkową rzeczywistość zaludniają Maciupki, Drobinki, Filifionki i wiele innych stworów. Jednak przy tym każdy jest na swój sposób wyjątkowy i warty uwagi, jak Maciupek. Tove Jansson w tym bohaterze kumuluje dziecięce, często irracjonalne lęki. Przyznaje do nich prawo – w końcu ten, kto jest najmniejszy (lub nie pamięta, że są mniejsi od niego), może czuć się stłamszony czy niezrozumiany. Maciupek to kwintesencja strachu, ale tego dobrego, z którego może się zrodzić krzepiąca postawa albo samoświadomość. Strach definiuje Maciupka, dopóki bohater będzie na to pozwalał – później znajdą się inne cechy warte uwagi, a sam Maciupek może zostać czyimś idolem, mimo początkowych wad. To opowieść krzepiąca, niosąca nadzieję wszystkim małym odbiorcom.

W „Kto pocieszy Maciupka” bardzo ważna jest atmosfera. Tove Jansson dba o to, by otoczenie podsycało wrażenie wyobcowania. Jest to świat znany choćby fanom Muminków, zrozumiały i przejrzysty w swoich zasadach, a jednak w podskórnym nurcie niesie grozę. Autorka nie straszy (jedynie dalekie pohukiwania Buki mogą dzieciom przypominać o lęku – ale to składnik niezbędny w dobrej opowieści, próba przeniesienia do bajki realnych problemów ukształtowanych jako emocje). Maciupek sam jest odpowiedzialny za swoje uczucia – więc tylko on może je zmienić, jeśli coś mu nie odpowiada. Wyruszenie w podróż to taki impuls do zmian, zapowiedź przygody – wielkiej, mimo że na miarę Maciupka. Jansson nie przejmuje się, że aby dojść do konkretnych wydarzeń, musi nakreślać sytuację, długo pracować nad atmosferą. Chociaż to książeczka obrazkowa, w tekście autorka nie skupia się na samej akcji. Prowadzi pełnowartościową opowieść i nadaje jej walory poetyckości. Dostrzega potencjał realiów Maciupka i wykorzystuje jako tło historii całą sferę przemyśleń i wrażeń, tego, co na pierwszy rzut oka ukryte. Tu Maciupek pojmuje własne postawy, a to prosty krok nawet do dziecięcych autoanaliz. „Kto pocieszy Maciupka” to książka z ilustracjami autorki, a owe ilustracje zajmują więcej niż ¾ każdej rozkładówki. Tove Jansson stawia na prostotę i wyrazistość. Stosuje tylko kilka podstawowych barw, chętnie posługuje się symbolami. Podsuwa dzieciom wyraziste obrazy znakomicie pasujące do nastrojów. Nie musi mówić wszystkiego wprost, sięga po motywy zrozumiałe dla oglądających w każdym wieku (las wyda się dużo bardziej straszny z czarnymi zarysami drzew, nietoperzami i jeżami – oraz z czerwoną ściółką). Jansson doskonale wie, jaki efekt chce uzyskać – i do tego dąży. W efekcie „Kto pocieszy Maciupka” to klasyka, która ani trochę się nie zestarzała, a dostarcza całego wachlarza wrażeń. Uczy dzieci empatii i pokazuje, jak radzić sobie z kompleksami czy słabościami. Udowadnia, że każdy może stać się bohaterem dla innych – i że każdy jest wartościowy, choćby wydawało mu się, że jest tylko niewiele znaczącym Maciupkiem. Tove Jansson tworzy opowieść wielopoziomową.

czwartek, 17 sierpnia 2017

Len Vlahos: Życie na podglądzie

Media Rodzina, Poznań 2017.

Z mózgu

To jest książka, która robi wrażenie. Niby rozrywkowa, a wywołująca refleksję nad przemijaniem. Napisana tak, by łatwo się było pośmiać – ale nie optymistyczna. Len Vlahos rzuca wyzwanie i obyczajówkom, i literaturze szpitalnej, tworząc historię z górnej półki i doskonale do tego analizującą współczesny rynek mediów. Jareda Stone’a, głowę rodziny, ojca dwóch nastolatek, męża Deirdre poznają czytelnicy w chwili, gdy ten dowiaduje się, że ma raka mózgu. Nie wyjdzie z tego, może tylko zawalczyć o lepszą przyszłość dla rodziny. Glejak wielopostaciowy IV stopnia to bodziec do zmian. A ponieważ Jared nie ma już nic do stracenia, wystawia swoje życie na aukcji internetowej. Prowokuje tym internautów do rozmaitych reakcji: każdy chce pomóc lub wykorzystać Jareda do własnych celów, „Życie na podglądzie” obnaża słabości ludzi z różnych grup społecznych. Na początku czytelnicy obserwować będą walkę o władzę nad Jaredem. W drugiej części tomu to, jak jego egzystencja zmienia się po wpuszczeniu do domu kamer telewizyjnych. Reality show z umierania to ponura diagnoza czasów.

Ale w „Życiu na podglądzie” na pierwszy plan wysuwają się bohaterowie z najbliższego otoczenia Jareda. Mężczyzna staje się jedynie marionetką, sam może zrobić coraz mniej. Jego piętnastoletnia córka, Jackie, wyrasta za to na buntowniczkę. Jackie nie potrafi zaakceptować manipulacji przy programie telewizyjnym i zaczyna proponować własną, prawdziwą wersję wydarzeń. Staje w szranki z bezwzględnym producentem i próbuje przechytrzyć dorosłych dysponujących nieograniczonymi możliwościami. Przy okazji dowiaduje się, na ilu ludzi może liczyć – dotąd zamknięta w sobie, nieśmiała i skryta, zyskuje prawdziwych przyjaciół. Jackie staje się też coraz silniejsza, co ważne, bo wkrótce będzie musiała zmierzyć się ze śmiercią ojca. Drugim bohaterem książki jest natomiast Glej, antropomorfizowany rak. Razem z nim odbiorcy podążają przez zakamarki mózgu Jareda, zachwycając się malowniczymi krajobrazami i smakując wspomnienia. Glej zjada pamięć Jareda, pozbawia go tożsamości, świadomości najcenniejszych życiowych doświadczeń – ale w chwili, gdy pożywia się tkankami, może sam doznawać tego, co dawniej Jared. Łatwo przez to zrozumieć jego zachłanność. Glej staje się częścią Jareda, działa z ciekawości, próbuje zapanować nad zmysłami i ma dobre uzasadnienie dla swoich poczynań. Możliwość zajrzenia do niego od czasu do czasu bardzo urozmaica powieść.

Len Vlahos nie boi się tematu śmierci ani eutanazji, pozwala bohaterowi podjąć świadomą decyzję – a czytelnikom dostarcza materiału do refleksji. Przygląda się też mechanizmom działania wielkich telewizyjnych programów: życie Jareda z perspektywy show wygląda zupełnie inaczej niż w rzeczywistości, a obecność kamer nie pozostaje bez znaczenia na relacje w domu. Autor pokazuje jednak również krzepiące obrazki: Jackie oraz jej dzielni pomocnicy zajmują mało ważne miejsca w szkolnych społecznościach. To outsiderzy, nastolatki odrzucane przez rówieśników, a w najlepszym razie po prostu ignorowane. Tu mogą pokazać swoją wartość, a także zjednoczyć siły. Świat rządzony prze media wytwarza też nową płaszczyznę porozumienia, daje szansę na internetową przyjaźń. I w temacie, i w formie ta książka jest bardzo udana, wyróżnia się na rynku i zachwyca bogactwem wyobraźni, a i zmysłem satyrycznym autora. Trudny temat udaje mu się uchwycić w lekki sposób – tu nie da się tylko zamartwiać chorobą Jareda. Ludzkie wady stanowią tworzywo komicznych obrazów, a opowieść zbudowana jest tak, by wciągać.

środa, 16 sierpnia 2017

Alicja Klenczon, Tomasz Potkaj: Krzysztof Klenczon. Historia jednej znajomości

WAM, Kraków 2017.

Romantyczność

Krzysztof Klenczon to postać, którą kojarzą wszyscy zafascynowani big-bitem, rynkiem muzycznym w Polsce lat 60. I wbrew obawom – nie tylko starsze pokolenia. O pamięć o mężu dba Alicja Klenczon, która teraz wspomina muzyka od mniej znanej fanom, rodzinnej strony. W rozmowie z Tomaszem Potkajem przyjmuje konwencję „powieści intymne”. Wycofuje się z budowania biografii – w niej nie znalazłoby się miejsca na rodzinne relacje w takim zakresie, jakiego chciałaby autorka. Odrzuca też analizowanie muzycznych dokonań – i dobrze, bo tu lepiej sprawdzą się fachowcy, zresztą trzeba by pieczołowicie odtwarzać dyskografię czy trasy koncertowe, a to żmudne zajęcie, którego efektu zwykli czytelnicy i tak by nie docenili. W „Historii jednej znajomości” pierwsze miejsce zajmują stosunki rodzinne, to, co niedostępne fanom w synchronicznym odbiorze. Odtwarzanie faktów pojawia się tu wtedy, gdy Alicja Klenczon prezentuje rodzinę męża i szuka szczegółów w dokumentach. Tutaj relacjonuje wiadomości sucho, jakby z konieczności. Inna rzecz, że doskonale orientuje się w rodzinnych koligacjach, zawsze potrafi przedstawić całe drzewo relacji i związków. Przy rodzinie Krzysztofa dużo miejsca poświęca razem z Tomaszem Potkajem swojemu teściowi, z którym czuła się bardzo związana. Cały rozdział dotyczy tu procesu, który miał wpłynąć na rozpad małżeństwa rodziców muzyka. Ale inaczej portretują Czesława Klenczona fragmenty korespondencji z drugiej części tomu. Alicja Klenczon wyraźnie nie chce oskarżać ani oceniać teścia, oddaje więc głos faktom czy dokumentom.

Muzyczna droga Krzysztofa Klenczona zajmuje tu raczej marginalne miejsce. Alicja Klenczon odnosi się z konieczności do rozłamu w Czerwonych Gitarach, do gry w Trzech Koronach i do późniejszych twórczych decyzji, czasami opowiada trochę o trasach albo o konkretnych występach – ale bez specjalnej przyjemności, nie za bardzo lubi analizować tematy zawodowe. Dużo lepiej czuje się przy relacjach towarzyskich – przypomina, jakie kontakty panowały w zespole i w najbliższym kręgu (zwłaszcza przy Czerwonych Gitarach, nawet po rozłamie), prezentuje muzyczne przyjaźnie. Krzysztofa portretuje przez pryzmat znajomych, za sprawą konsekwencji podejmowanych decyzji.

Najważniejszy staje się temat rodziny. Alicja Klenczon opowiada o pierwszych randkach i o relacjach z rodzicami i babcią. Przedstawia kulisy wyjazdu do Stanów, narodziny córek. Mówi o domu – czyli dostarcza fanom wiadomości z najpewniejszego źródła. Krzysztof-artysta jest mniej ważny niż Krzysztof-ukochany. Z perspektywy czasu nie chce opowiadać o konfliktach, woli wierzyć, że to małżeństwo by przetrwało. Ale też nie idealizuje męcząco Krzysztofa, wybiera raczej fakty niż uczucia. W „Historii jednej znajomości” jest miejsce na normalność: to nie wspomnienie o muzyku, a o wspólnym życiu.

Tomasz Potkaj pyta również o sprawy Alicji Klenczon – o jej kolejne małżeństwa, o losy dorosłych dzieci, o fundację. Pozwala rozmówczyni na wygadanie się, przedstawienie własnych doświadczeń i obserwacji. W końcu skoro nakreślone zostały losy pokolenia rodziców, może czytelnicy będą ciekawi, jak ułożyła sobie życie „wdowa po Klenczonie”. Ta książka nie sprawia wrażenia zapychanej na siłę przypadkowymi cytatami czy opiniami z zewnątrz, także zdjęcia z domowego archiwum bardzo tu pasują. Uczucie nasycenia lekturowego płynie z czasowego dystansu: tu ważne są fakty, a nie trudne do uchwycenia tęsknoty. Alicja Klenczon przypomina o swoim mężu i fanom proponuje ciekawy zestaw krótkich opowieści. Rezygnuje z anegdot czy włączania się w spory, pozwala zobaczyć Krzysztofa ze swojej perspektywy.

wtorek, 15 sierpnia 2017

Alice Pantermüller: Pamiętnik Zuzy-łobuzy. Niech was łoś kopnie

Jaguar, Warszawa 2017.

W Szwecji

Zuza jedzie na wakacje do Szwecji Zabiera ze sobą zaczarowany flet, na którym wszyscy zabraniają jej grać (widocznie już uwierzyli w jego magiczne właściwości i chcą zapobiegać kolejnym katastrofom). Może też zaprosić swoją najlepszą przyjaciółkę, Zośkę. Całe szczęście, bo inaczej zostałaby bez pary. Mama i tata mają siebie, młodsi bracia bliźniacy, Szymek i Kuba są nierozłączni. Gdyby nie Zośka, Zuza śmiertelnie by się nudziła, a przecież nie na tym polegają wakacje. Zwłaszcza że rodzina jedzie kamperem. Są w nim tylko cztery łóżka, więc dodatkowo zabiera dwuosobowy namiot. Dla dzieci to wielka atrakcja, zatem Zośka i Zuza prześcigają się w wymyślaniu potencjalnych niebezpieczeństw dla śpiących w namiocie, żeby szybko zniechęcić chłopców do rywalizacji tutaj. Nie wiedzą nawet, że dzikie zwierzęta faktycznie mogą podejść pod obóz.

Przygoda ze Szwecją zaczyna się jeszcze na promie, kiedy dziewczynki znajdują sporo pieniędzy w toalecie i mogą kupić sobie, co chcą, w sklepie wolnocłowym. Później będzie tylko ciekawiej: łosie, dziwne jedzenie, łosie, park rozrywki Astrid Lindgren (to przekonanie dzieci, dlaczego warto czytać książki i Zośka, która nie zna tych lektur, co Zuza, wiele traci), łosie, nocne kręcenie filmów z wakacji i ratunek ze strony taty, łosie… „Niech was łoś kopnie” to jak zwykle opowieść szybka i śmieszna. Alice Pantermüller wprowadza trochę lokalnych ciekawostek i odrobinę wiedzy, ale nie zarzuca nią czytelników, raczej skupia się na wybrykach dzieci, pokazując, jak interesujące mogą być wakacje na łonie natury. Trochę do tego wszystkich karykaturalizuje: tata za wszelką cenę chce przeżyć przygodę z dala od cywilizacji (ale przypadkowo ustawia kamper tuż przy hałaśliwej fabryce), mama marzy o zwiedzaniu kolejnych sklepów (w ekstazę wprawia ją Ikea, ale nie pogardzi żadnym na trasie). Młodsi chłopcy chcą być obieżyświatami, jednak zbyt wielu rzeczy się boją i przez to z wielu planów muszą rezygnować. Zośka i Zuza z kolei zawsze padają ofiarą wybujałej wyobraźni, we wszystkim przesadzają – czy chodzi o kręcenie filmików z dziką przyrodą, czy o używanie sprayu na komary w namiocie. Akcję Zuza opisuje żywiołowo, bardzo chętnie posługuje się wykrzyknieniami oraz emotikonami dodawanymi w formie kulek z minami i rękami do kolejnych zdań. To już sposób opowiadania właściwy pokoleniu internetu, najbardziej przejrzysty tryb komunikowania się dla dzisiejszych dzieci.

„Pamiętnik Zuzy-łobuzy. Niech was łoś kopnie” to, jak cała seria, tomik będący również powieścią komiksową. O ilustracje dba tu Daniela Kohn, która dobrze odnajduje się w absurdalnym klimacie opowiastek. Stawia na rysunki prześmiewcze, dziecięco-satyryczne bohaterki nie są w nich pięknościami, za to budzą śmiech. Akapity bez przerwy przetykane są drobnymi rysunkami, które albo przejmują część wyjaśnień i pozwalają unikać długich i męczących dzieci opisów, albo zdradzają emocje postaci. Czasami też rysuneczki pojawiają się w tekście jako dodatkowy element słownych wyliczeń. Strona graficzna dominuje, a odzwierciedla się również w zabawach tekstami: określone sformułowania, akcenty zdaniowe itp. są tu wyróżniane większą lub inną czcionką, pogrubieniami czy podkreśleniami. To powieść pop – modelowa realizacja gatunku i metoda na przekonanie dzieci do sięgania po książki dla rozrywki. Z Zuzą zawsze jest wesoło, a przez domowe „konflikty” również i całkiem prawdziwie, to bohaterka dobrze wymyślona.

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Tadeusz Kubiak, Jerzy Kierst, Barbara Lewandowska: Cztery pory roku

Nasza Księgarnia, Warszawa 2017.

Natura

Wierszowane opowieści o porach roku to coś, co zawsze się sprawdza. Motywy związane z rytmem natury nie podlegają modom, są uniwersalne, a do tego jeszcze łatwe do szybkiego zweryfikowania przez małych odbiorców. W związku z tym nie dziwią wznowienia klasyki. W tych historiach nie zawsze jest ukryta typowa fabuła, częściej autorzy odwołują się do zmian pogodowych, zjawisk przyrodniczych lub do uczuć kojarzonych z daną porą roku. Wszystko po to, żeby przyzwyczaić maluchy do tego, co już wkrótce stanie się dla nich naturalne i w pełni zrozumiałe. Niewielki tomik opublikowany przez Naszą Księgarnię to właściwie pokaz najbardziej wartościowych tematycznych pomysłów z dawnych lat. Troje uznanych autorów: Barbara Lewandowska, Tadeusz Kubiak oraz Jerzy Kierst dzielą się z najmłodszymi drobnymi zachwytami. Książka składa się z trzech tomików ułożonych w logiczną opowieść. „Powiało wiosną” otwiera relację, „Tam, gdzie lato” to druga część. „Jesienne dary” oraz „Zima” zamykają książkę. Autorzy bawią się motywami charakterystycznymi dla różnych pór roku, by zaskakiwać dzieci nowymi wiadomościami. Kierst przedstawia budzenie się niedźwiedzia, pierwsze wiosenne rośliny i pyłki, odwołuje się do wracającego do Polski szpaka. Czasami sięga po bardziej bajkowe motywy: kluczyki do zamykania stajni dla konika polnego. Lato Lewandowskiej jest już antropomorfizowane: zachowuje się tak jak odpoczywający ludzie: może mieszkać w „pogodnym namiocie”, liczyć kropki biedronek albo czekać na przyjazd dzieci na wieś. Lato ma też swoje obowiązki, często zadaje pytania (a to poboczny temat edukacyjny). Przeprowadza autorka dzieci przez całe lato, sprawdzając, co jest dla niego charakterystyczne – od rozpoczęcia, czyli przejścia od wiosny po zakończenie lata: tu przygotowuje czytelników na nadejście jesieni. O ile Kierst szuka pojedynczych motywów i proponuje drobne miniaturki, zawsze dowcipnie puentowane, o tyle Barbara Lewandowska chce jednolitej, spójnej i płynącej opowieści. U Kubiaka jesień przynosi dary dla dzieci – i jest to dość przekonujące, jeśli weźmie się pod uwagę obfitość jesiennych skarbów. Wymienia owoce czy kwiaty, przypomina o kasztanach i kolorowych liściach. W zimie Kubiak wskazuje sposoby na ogrzanie się, ogląda chodzące po śniegu wrony (to jego stały temat). Zwraca też uwagę na zachowania zwierząt. Te zagadnienia to samograj, nadają się do usypianek dla maluchów, ale też do czytanek edukacyjnych. Tu dzieci sporo się dowiadują, bądź utrwalają swoje wiadomości, obserwacje ze spacerów.

„Cztery pory roku” to książeczka niewielka pod względem objętościowym, za to pełna celnych i zrozumiałych dla dzieci metafor. Pokazuje, do czego jest potrzebna poezja i jak wrażliwość w widzeniu świata pozwala wykrywać nowe znaczenia lub podobieństwa. „Cztery pory roku” to tomik dzisiaj bardzo potrzebny – przypomina o roli literatury w kształtowaniu gustu czytelniczego najmłodszych. Jest dla nich starannie przygotowany, także pod względem graficznym. Anita Paszkiewicz-Tokarczyk oraz Mirosław Tokarczyk tworzą ilustracje urokliwe, nieco infantylne albo bajkowe w stylu. Przypominają się od razu najlepsze tradycje w zdobieniu książek. Takie rysunki dzieci mogą powtarzać, wykorzystywać podpowiedzi ukryte w obrazkach. Twórcy operują tu kolorami i prostotą. Pokazują te ilustracje piękno przyrody, ale i tej przyrody bajkowość. Nadają tomikowi spójności, budzą zainteresowanie dzieci, a momentami też wydają się dość dowcipne. „Cztery pory roku” to tomik dla fanów klasyki, książka, która ucieszy również dorosłych czytelników – w końcu tematy – nieinfantylizowane – wypadają uniwersalnie. Jest to publikacja ważna i dobrze, że pojawia się na rynku teraz.

niedziela, 13 sierpnia 2017

Konrad T. Lewandowski: Szatan i spółka. Dalsze przygody Szatana z siódmej klasy

Nasza Księgarnia, Warszawa 2017.

Wirtualna podróż

Kontynuacje znanych historii zwykle przynoszą rozczarowanie, nawet jeśli przygotowane są przez autorów pierwszych „bestsellerów”. Tym więcej protestów spotyka „nowych” autorów, którzy próbują powtórzyć sukces poprzedników, wykorzystuje ich pomysły na bohaterów. Ale nawet jeśli podejdzie się do lektury „Szatana i spółki” Konrada T. Lewandowskiego z takim nastawieniem, szybko się ono zmieni. To powieść, która zachwyci. Fanów „Szatana z siódmej klasy” przynajmniej do połowy tekstu, dzisiejszych młodych odbiorców być może nawet w całości. „Szatan i spółka” to historia wielowymiarowa.

Gimnazjalista Adaś Cisowski to prawnuk Adasia Cisowskiego – sławnego Szatana. Pan Adam ma obecnie 93 lata i ani myśli rozstawać się ze światem. To tym przedwojennego dżentelmena o przenikliwym wciąż umyśle. Szarmancki i mądry, może służyć radą. Za sobą ma bujną przeszłość (i między innymi walkę pod Monte Cassino). Wiele razy wykazywał się brawurą, więc nie nada się do powstrzymywania zapędów młodego pokolenia, przyda się za to przy najpoważniejszych problemach. Adaś Cisowski, późny wnuk Szatana, to informatyczny geniusz. Zapracowani rodzice to powód, dla którego chłopak od dziecka ćwiczy hakerskie sztuczki. Jeśli włamie się na serwer firmy, może bez przeszkód komunikować się z rodzicami. A że dysponuje rozmaitymi gadżetami, potrafi zwizualizować sobie korporację jako dżunglę, a dzięki avatarom wprowadza motyw gry komputerowej łamanej przez historię fantasy. To lektura na miarę XXI wieku – w dodatku nie dziecinna, bo Lewandowski rozszyfrowuje w niej… zasady działania wielkich korporacji.

Koleżanka z klasy Adasia, Ewa, chce pomóc przyjaciółce walczyć o sprawiedliwość. Tata Basi został zwolniony z pracy, gdy wykrył zalążek wielkiej afery. Aferę ktoś stara się zatuszować, przyjaciółka się martwi, a Ewa zamierza dostać się do prezesa firmy i wytłumaczyć mu sprawę. Ale nie tak łatwo w drapaczu chmur dotrzeć na pilnie strzeżone piętro. Na szczęście Adaś rozumie struktury i mechanizmy działania korporacji, a w połączeniu z umiejętnościami informatycznymi zyskuje cień szansy na zrealizowanie misji. Na początek czyni Ewę niewidzialną dla kamer i przygotowuje jej przepustkę. Ale to pierwszy krok gigantycznej przygody.

Od połowy tomu autor traci impet i sadza postacie przed komputerem na dłużej – odbiorcy śledzą ich wirtualne przygody jak powieść fantasy, chociaż nawet mafia nie zapewni tego poziomu adrenaliny co pierwsze wyprawy i spotkania. Najpierw bowiem Konrad T. Lewandowski uzasadnia związek Adasia Cisowskiego z dawnym Szatanem. Przedstawia szkolne przygody, które zaakceptowaliby i Makuszyński, i Niziurski. Szybko portretuje bohatera, by przejść do sedna – czyli walki jednostki (niepełnoletniej) z korporacją. Ale i tu dba o adrenalinę, wysyła Ewę do wielkiego biurowca, pozwala jej odkryć robinsonów i odwołuje się do najbardziej absurdalnych praktyk rządzących korpoprzedsiębiorstwami. W tym sporo jest Dilberta, choć na inną skalę. Mimo że teoretycznie to świat obcy młodym czytelniczkom, nikomu nie znudzi się śledzenie tych przygód. Konrad T. Lewandowski sprawia, że historia bywa życiowo pouczająca, ale też bardzo śmieszna. Ma wprawę w opowieściach fantasy, ale dzięki przejściu na realizm powiększy grono czytelników. DO jednej tylko drobnostki można się przyczepić. Niby to oczywiste, że skazani na swoje towarzystwo klasowa piękność o czystym charakterze oraz spryciarz poczują coś do siebie – również przez udział w emocjonujących wydarzeniach. A tu postacie raz chwytają się za ręce, by na finał zrobić to po raz drugi. Nie ma w tym oczekiwanego romantyzmu, Kornel Makuszyński lepiej radzi sobie z tematami sercowymi. Nie ulega jednak wątpliwości, że Lewandowski podsuwa młodzieży lekturę ambitną i zabawną, przygodę Szatana na miarę czasów. „Szatan i spółka” to tom, który z przyjemnością można przeczytać, by przeżyć przygodę wirtualną a dostarczającą realnych emocji. Nie trzeba się tej książki bać.

Radek Rak: Puste niebo

Powergraph, Warszawa 2017.

Gra formą

Radek Rak wyraźnie tęskni za opowieścią sowizdrzalską, a właściwie za parodią, która dodatkowo będzie się wpisywać w nurt modnych historii fantasy i zgromadzi nie tylko fanów tekstowych zabaw, ale i fikcji literackiej. Jego „Puste niebo” wydane w serii Kontrapunkty Powergraphu spełnia te warunki i pokazuje odbiorcom, jak swobodnie autor ogrywa konwencję. Na scenę wprowadza prostaczka, tego, który będzie dziwił się światu, zdobywał kolejne doświadczenia i dostawał kopniaki od losu –i który nie załamie się, choćby nie wiadomo co się działo: poddawanie się nie leży w jego naturze. Tołpi pozna smak pożądania i strachu, Tołpi będzie odkrywał ludzkie niegodziwości i przekona się, że życie nie jest łatwe. Radek Rak potrzebuje tej postaci dla odskoczni od realizmu w stronę absurdu, chociaż absurdu obficie podlanego rubasznością. U Tołpiego ludyczny humor jest wyznacznikiem świata, autor kreuje przede wszystkim warstwę literacką, a dopiero w drugiej kolejności akcję: ta pierwsza przejmuje dzianie się, ta druga staje się tylko niezbędnym uzupełnieniem, rodzajem spoiwa. Inaczej niż w przypadku powieści rozrywkowych, tutaj to język okazuje się bohaterem, a dokładniej: właściwym bohaterem tomu. Tylko język może rywalizować z Tołpim i w dodatku z nim wygrać. Tołpi doświadcza dowolnych rzeczy, najbardziej zbanalizowanych i oczywistych, obecnych w życiu każdego – a jednak w procesie przekazu owe rzeczy nabierają blasku. Rak bawi się baśniowością, lubi dodawać do całości poetyckie tony czy metafory. To oczywiście kontrastuje z niskim śmiechem i staje się powodem dla sięgania po tom. Nieprzypadkowo osią fabularną Radek Rak czyni… poszukiwanie księżyca. Poprzedni Tołpi rozbił, musi naprawić swoje winy, a w takiej misji nikt nie będzie chciał mu pomóc. Rak sięga po motyw drogi, tak standardowy dla historii fantasy, ale przerabia go na zestaw sowizdrzalskich anegdot: tu pojawiają się krótkie rozdziały, każdy jako zamknięta całostka. W coraz to dziwniejszych wydarzeniach Tołpi bierze udział, szereg niezwykłych – z punktu widzenia przyzwyczajonych do realizmu czytelników – miejsc odwiedza, styka się z przedstawicielami zawodów kojarzonych obecnie raczej z onirycznymi fabułami niż z rzeczywistymi postaciami. Radek Rak pełną garścią czerpie z konwencji, przerabia ją na swoją modłę i swoje potrzeby, a efekt, jaki uzyskuje, satysfakcjonuje w pełni. Jednocześnie nie daje zapomnieć o umowności tego świata, przez cały czas ją podkreśla sposobem relacjonowania przygód.

Tołpi to tylko narzędzie, dzięki któremu Radek Rak podkreśla warsztatowe szlify. Posługuje się autor literackimi odniesieniami, ale przede wszystkim zanurza w bogactwie językowych subtelności. Szuka synonimów pasujących do tego świata: musi być wyjątkowo precyzyjny. Każdą błahostkę próbuje zaprezentować jako scenę wartą uwagi, z rozdmuchaną narracją, ze słowną ekwilibrystyką, która okazuje się elementem nieodłącznie związanym z powieściową rzeczywistością. Tołpi nie porusza się w krainie wyobraźni: porusza się w krainie słów, gdyby rezygnować z ornamentów lingwistycznych – ten świat bardzo łatwo uległby destrukcji. Radek Rak opowiadałby wówczas przerażającą pustkę. Jest to zatem propozycja dość nietypowa i pokazująca czytelnikom, jak wiele może zależeć od samego podejścia do literackiego tworzywa. Rak zamienia się w poetę, barda, który przedstawia przygody charakterystycznego bohatera: ale ów bohater z kolei przesycony jest obrazem everymana. I tak w „Pustym niebie” przenikają się ironia z groteską, a baśń w warstwie tekstowej staje się najbardziej przyciągającym do śledzenia historii czynnikiem.

sobota, 12 sierpnia 2017

Màxim Huerta: Nie opuszczaj mnie. Ne me quite pas

Marginesy, Warszawa 2017.

Bliskość

To opowieść o potrzebie kontaktu z drugim człowiekiem, o bliskości i o szansie na nowe życie. Wszyscy bohaterowie z „Nie opuszczaj mnie” szukają azylu dla siebie, a Màxim Huerta każe im ratować innych, zrzucając odpowiedzialność na wszechwiedzącego narratora. Ludzie są jak bohaterowie powieści, a w powieści ktoś musi cierpieć, żeby komuś innemu się powiodło. Huerta zna reguły tej gry i czasami przypomina je czytelnikom. Wprowadza też postać, która potrafi sprawić, by bajki dobrze się kończyły. Bo przecież wszyscy tu marzą o szczęśliwym zakończeniu i to od pierwszych chwil. „Nie opuszczaj mnie” to prośba, na którą nieliczni mogą sobie pozwolić. Ale w pewnej paryskiej kwiaciarni marzenia się spełniają.

Dominique jest już stary i bogaty w życiową mądrość. Prowadzi kwiaciarnię, rozmawia z kwiatami i idealnie odgaduje potrzeby swoich klientów. Kiedy zaczyna się ta opowieść, stałe bywalczynie kwiaciarni, Mercedes i Tilde, przyjaciółki w podeszłym wieku niepokoją się o losy właściciela, który wyraźnie staje się coraz bardziej niefrasobliwy. Dominique sam dochodzi do wniosku, że potrzebna mu pomoc i wywiesza nietypowe ogłoszenie. Tak w jego życiu pojawia się nowa pracownica i przyszła przyjaciółka, przedstawicielka młodego pokolenia – Violeta. Kobieta potrzebuje nie tylko pracy, ale i zrozumienia, serdeczności czy wsparcia, którego nie dostała w rodzinnym domu. Jest w nieplanowanej ciąży, a poza tym szuka azylu, miejsca, w którym mogłaby nabrać sił do walki z trudną codziennością. Powoli odkrywa rozmaite dziwactwa chlebodawcy i odnajduje się w niezwykłej atmosferze kwiaciarni. I ona zacznie przygotowywać dla klientów to, czego potrzebują, dopisywać wiadomości do ich bilecików i posługiwać się kwiatami jak wiadomościami. W końcu pozna też sekrety Mercedes.

Rozwija autor opowieść o dwóch pokoleniach, które wiele mogą się od siebie nawzajem uczyć. Pokazuje siłę uczuć (nie tylko tych pozytywnych) i potęgę zrozumienia. Mimochodem zapewnia, że wszystko się jakoś ułoży – ale chce też, żeby odbiorcy zrozumieli wagę podejmowanych „na zawsze” decyzji. Wprowadza element sensacyjny, gdy pewnego dnia Mercedes zarzuca swoje codzienne czynności: w jej wieku to sygnał alarmowy dla przyjaciół. Hiszpanki, samotne w Paryżu, trafiają na pomoc częściej niż mogłyby się tego spodziewać. Fabuła w tej książce jest niespieszna, mimo zabiegów dynamizujących wydarzenia – to Dominique nadaje jej rytm. Niespieszność oznacza też w tym wypadku ciągłe zrywanie relacji przez zmiany opowiadających, wtrącenia narratora i całą otoczkę literacką. Autorowi nie zależy na prezentowaniu akcji, woli portretować bohaterów, stawia na statyczność. W zamian proponuje czytelnikom często wplatane w rozmowy złote myśli na temat życia i przemijania. Jest to opowieść mocno melancholijna, ale i tak krzepiąca. Tyle tylko, że długo trzeba będzie czekać na to, co przecież oczywiste. Huerta nie odkrywa wielkich prawd o ludziach, posługuje się tym, co znajome (nawet jeśli niekiedy nieuświadamiane). Pisze w przekonaniu, że zaskoczy – ale na to akurat nie ma szans.

„Nie opuszczaj mnie” to dziwna powieść, trwająca prawie w bezruchu, zbudowana na tym, co już się wydarzyło i teraz tylko kształtuje rzeczywistość postaci. Huerta nie boi się odejść od schematów z bestsellerowych czytadeł, daje odbiorcom opowieść, którą każdy musi przeżyć na swój sposób, wybierając spośród bohaterów tego najważniejszego dla siebie. Jest to tom wpisujący się w nurt literatury kobiecej, a jednak cięższy niż poczytne obyczajówki, także przez decyzje dotyczące formalnych rozwiązań.

Absolutnie fantastyczne łamigłówki

Nasza Księgarnia, Warszawa 2017.

Zadania bajkowe

Ukazały się już w tej serii „Absolutnie fantastyczne labirynty”, a tym razem, żeby nie wprowadzać ograniczającej wyobraźnię tematyzacji, trafiają na rynek „Absolutnie fantastyczne łamigłówki” – i entuzjastyczny tytuł nie kłamie: to naprawdę zestaw zadań i gier logicznych, które ucieszą dzieci. Autorzy odwołują się tutaj do absolutnej klasyki, nie wprowadzają żadnych nowych pomysłów ani wyzwań nieznanych maluchom. Każda strona lub rozkładówka to jedno odrębne od innych zadanie. Należy coś znaleźć, poukładać we właściwej kolejności, dopasować fragmenty obrazka, powiększyć rysunek, łączyć w pary, połączyć kropki, ułożyć puzzle, przejść labirynt… do typowo obrazkowych zadań dochodzą te na logikę (przeskakiwanie drogi zgodnie z podanym wzorem albo znalezienie odpowiedniego wzoru na rysunku). Poza tym widnieją zadania ze słowami (trzeba ułożyć z podanych liter jakiś wyraz – w określonym celu, na przykład żeby poznać deser zamówiony przez potwora), wykreślanki literowe czy wyszukiwanie słów w diagramach. Pojawi się też gra w słowne przeciwieństwa. Równie wiele jest tu wyzwań matematycznych i arytmetycznych. Sprytnie sformułowane, ukrywają przed najmłodszymi ćwiczenia z dodawania lub liczenia elementów – tymczasem trzeba policzyć ryby, żeby poznać zwycięzcę konkursu, ponumerować szympansy albo uszeregować obrazki. Każde zadanie to pomysłowe połączenie tekstu i ilustracji – fantastyczność tomiku polega również na obecności dowcipnych grafik w każdym punkcie książeczki. Ilustracje są tu tworzone komputerowo, ale na tyle kolorowe i dowcipne, że zaintrygują dzieci. Wykorzystują komiksowe chwyty – tu nigdy potwory nie są zbyt straszne, za to multiplikowanie postaci o różnych wzorach zapewnia miłą dla oka całość. W takie środowisko – bardzo bajkowe i bardzo urozmaicane – chce się wkraczać. A ponieważ kolejne strony przynoszą nowe i rzadko powtarzające się schematy (zawsze dodatkowo modyfikowane przez różnych bohaterów), dzieciom będzie się wydawać, że dostają zestaw zadań, z których każde jest inne. To świadczy o dobrym przygotowaniu tomiku, a i o znajomości dziecięcych zainteresowań – kolejne ćwiczenia zaangażują maluchy bez reszty – z uwagi na oprawę graficzną czy tematykę. Rzadko trzeba tu pomóc konkretnemu bohaterowi, motywacje to raczej budzenie ciekawości w odbiorcy – lub wspieranie kogoś w działaniach. W zadania wtopiony jest humor i atmosfera zabawy – nawet kiedy trzeba akurat zapobiec katastrofie.

Dużą rolę odgrywają tu kolory – każda strona to eksplozja barw. Nie ma tu jednostajności w samych obrazkach: jedne postacie pozbawione są konturów, inne łączą plamy barwne z komiksowymi minami. Zdarzają się też rysunki do pokolorowania lub uzupełnienia. Barwne elementy są bardzo drobne, bo też i zbiór łamigłówek przeznaczony jest dla dzieci w wieku szkolnym, tych, które potrafią samodzielnie czytać i liczyć. Będzie to wsparcie w nauce, zestaw dyskretnych ćwiczeń zamaskowanych dobrą zabawą. Nie brakuje tu bajkowych postaci: wróżki, piraci i potwory z jednej strony. Z drugiej – realizm: bałagan w pokoju, pizza i pakowanie torby na zajęcia. To sprawia, że maluchom długo nie znudzi się tomik. „Absolutnie fantastyczne łamigłówki” to publikacja starannie przygotowana z myślą o dzieciach, którym trzeba dostarczać rozrywki. Klasyczne zadania nabierają tu nowego kształtu, budzą ciekawość i uczą logicznego myślenia. Przydadzą się nie tylko jako źródło zabaw, ale i uzupełnienie szkolnych obowiązków, zyskają więc jako takie pełną aprobatę dorosłych – to zestaw, który rodzice koniecznie powinni podsunąć pociechom.

piątek, 11 sierpnia 2017

Sergiusz Pinkwart: Mikołaj i dziewczyna z gwiazd

Akapit Press, Łódź 2017.

Podróż w czasie

Mario zgubił siostrę, co nie byłoby jakimś wielkim problemem, gdyby nie fakt, że zgubił siostrę gdzieś w przeszłości. Na przestrzeni kilkunastu wieków – a może jeszcze wcześniej, gdy w miejscu Torunia była po prostu lechicka osada (w której istnienie nie wszyscy wierzą). Nie sprowadzi Wiki z powrotem za pomocą magicznej sztuczki – musi sam udać się w przeszłość, znaleźć siostrę, skonstruować wehikuł do podróży w czasie (na szczęście brak prądu da się rozwiązać dzięki energii ze słońca, wiatru lub wody) i wrócić z Wiką do zmartwionych rodziców. O ile skonstruować dowolny wynalazek chłopak potrafi, o tyle już wskazanie właściwego momentu na mapie dziejów przerasta jego możliwości. Na szczęście może liczyć na wsparcie rodziców. Jego tata doskonale orientuje się w archiwalnych dokumentach, interesuje się historią. Mama to dociekliwa dziennikarka. Oboje myślą rozsądnie i wyciągają wnioski ze skąpych danych. Im też zależy na tym, żeby uratować Wikę. Jak wysłać list z przeszłości? Najlepiej za pomocą wiadomości w książce. Obecność Wiki w dawnych wiekach musiała zostać jakoś odnotowana. Raczej szyfrem, inaczej czerwonowłosej nastolatki szukałyby bezskutecznie kolejne pokolenia.

Tymczasem Wika pod opieką Łukasza Watzenrode… wpada w poważne tarapaty. Nie interesuje się historią i początkowo nie rozumie nawet, że przeniosła się w czasie. Dowiaduje się, jakie zaszły różnice w obyczajowości. Jeśli ratunek nie nadejdzie, dziewczyna spłonie na stosie. Mario powinien się pospieszyć, ale nie wolno mu popełnić błędu. Sytuacja wydaje się nie do rozwiązania, ale rodzice Wiki rzeczywiście imponują umiejętnością dedukcji. Znajdują nawet sposób dotarcia do pilnie strzeżonej Biblii toruńskiej, w której spodziewają się znaleźć wskazówkę. A Wika poznaje dziesięcioletniego Niko – sugeruje mu coś, co sprawi, że chłopiec zrezygnuje z kupiectwa jako swojej drogi zawodowej i ostatecznie odrzuci też możliwość zostania duchownym.

Niko to przyszły wielki astronom, Mikołaj Kopernik. Sergiusz Pinkwart proponuje dzieciom arcyciekawą opowieść, w którą zgrabnie wplata wiadomości o lokalnych atrakcjach. Dorośli przerzucają się informacjami z historii i danymi o ocalonych z przeszłości skarbach – podają je dość szczegółowo, ale Pinkwart unika tu podręcznikowej monotonii. W końcu wiadomości są potrzebne do śledztwa, to element rozszyfrowywanej stopniowo zagadki. Nikt ich w lekturze nie pominie, żeby nie stracić poszukiwanej wskazówki. Dialogi naszpikowane faktami i tak są dynamiczne dzięki kontekstowi, mocno burzliwemu. Sergiusz Pinkwart buduje intrygę, która nie ma słabych stron. Fakt, że nastolatek bez trudu skonstruuje maszynę do podróży w czasie, przestaje mieć znaczenie przy sensacyjnym rozwoju fabuły. Pinkwart prowadzi opowieść bardzo pewnie, korzysta z logicznych wniosków postaci i genialnie wykorzystuje historyczne wiadomości. Narracją przeskakuje raz do Wiki, która wprowadzi zamęt do rzeczywistości w dawnych czasach, raz do jej rodziców, walczących o odnalezienie dziecka w mrokach dziejów. Tutaj fantastyczna historia wybrzmiewa prawdziwie, a do tego jeszcze wzbogacona jest o dane, które można samodzielnie weryfikować. Pinkwart zwraca uwagę na Toruń i potencjał fabularny miasta, swoją niewielką powieścią zachwyca – rzadko kiedy twórcy usiłujący połączyć rozrywkę i edukację młodych pokoleń uzyskują tak olśniewające efekty. „Mikołaj i dziewczyna z gwiazd” to powieść detektywistyczna, która dostarcza przyjemności poznawczej. Niewielka, niepozorna książka, ale bardzo ważna.

czwartek, 10 sierpnia 2017

Franca Düwel: Julia i ósme niebo

Jaguar, Warszawa 2017.

Życie po śmierci

Stało się to, co nieuniknione: umarła Mumi, czyli ekstrawagancka i wyzwolona babcia Julii, która była też powierniczką jej sekretów. Przez pierwsze rozdziały Julia opłakuje Mumi do tego stopnia, że rozmywa się tekst na stronach jej pamiętnika (ładny zabieg graficzny) i popełnia głupstwa (wizyta u wróżki, medium, która twierdzi, że za 60 euro nawiązuje kontakt ze zmarłymi). Na pogrzebie spotyka nielubianą część rodziny, a pijany wujek zdradza jej pewną tajemnicę. Przed piętnastymi urodzinami dziewczyna dowie się czegoś, czego się zupełnie nie spodziewała. Do tego rywalizuje ciągle z Lineą, wokalistką w zespole Bena. Uczy swoją przyjaciółkę pocałunków z języczkiem i obmyśla okrutną zemstę na chłopakach, którzy upokarzają nastolatki. Nie brakuje jej sercowych problemów – jest z Benem już dwa lata, co stanowi absolutny rekord szkoły, ale ciągle się z nim kłóci, przede wszystkim o Lineę. Ben w wielu momentach bywa idealny, wie, jak udobruchać swoją dziewczynę i jak udzielać jej wsparcia w trudnych chwilach. Czasem jednak daje się sprowokować i wciągnąć w intrygę. Julia teraz już nie zamartwia się pójściem z chłopakiem do łóżka (mimo że to jeszcze kwestia przyszłości), kupuje sobie nawet seksowną koszulkę. W tym tomiku autorka przywołuje inny rodzaj problemu. Jette, bohaterka kolejnych afer z pocałunkami, dziewczyna, która jak dotąd nie znalazła chłopaka, cierpi z powodu swojej tuszy i nieśmiałości. Czuje się odrzucana przez rówieśników, uważa, że sprowadza na nich same problemy – w końcu decyduje się na ucieczkę i dopiero teraz naprawdę przysparza zmartwień bliskim. Franca Düwel sugeruje, żeby zwracać uwagę na podobne sygnały wysyłane przez nastolatki – żeby uniknąć dramatu. Tu Julia próbuje zachować się jak superbohaterka.

„Julia i ósme niebo”, kolejna część poczytnego niemieckiego cyklu, to jak zawsze powieść, w której autorka nie uznaje kompromisów i nie ukrywa przed młodymi czytelniczkami dorosłych spraw. Wprawdzie zdążyła już przyzwyczaić odbiorczynie do skandalizujących tematów, ale tu porusza je spokojniej, nie na prawach sensacji. Nawet kiedy dziewczyny przez „namiętny” pocałunek zostają uznane w szkole za biseksualne, nikt już nie robi z tego dramatu. Teraz nauczyciele podchodzą do sprawy rozsądnie i oferują pomoc na wypadek jakichkolwiek problemów. Autorka zwraca uwagę na sprawy trudne, które mogą stać się zalążkiem poważnych konfliktów – i takie, których rozwiązanie po prostu wymaga kreatywności i obejdzie się bez wsparcia dorosłych.

Jak zwykle autorka wykorzystuje konwencję dziennika (i to z nim Julia rozmawia) z podziałem na plusy (tych zawsze jest za mało) i minusy, rozbudowywane w całe opowieści. Julia nie zaraża pesymizmem, nastawienie na to, co nieudane lub rozczarowujące jest po prostu odpowiedzią na przesłodzone optymistyczne fabułki. Stanowi też czynnik humorystyczny. Kolejne wydarzenia pełnią tu funkcję rozrywkową. Częściowo rozbawią czytelniczki, częściowo zmuszą je do kibicowania bohaterce lub tworzenia własnych pomysłów i rozwiązań. „Julia i ósme niebo” to historia dynamiczna. Nawiązaniem do modnych powieści pop jest tu akcentowanie emocji przez zmianę kroju czcionki lub przez wprowadzane na marginesach rysuneczki. Julia sporo przeżywa, a reaguje bardzo emocjonalnie na kolejne wydarzenia, trudno więc pozostać obojętnym na lekturę. Czytelniczki tej serii wiedzą, że autorka traktuje je poważnie i że szuka oryginalnych, rzadko eksploatowanych motywów w swoich książkach. Jest w cyklu pewna surowość, charakterystyczna dla niemieckich obyczajówek dla nastolatek, ale i barwna fabuła.

środa, 9 sierpnia 2017

Małgorzata Bilska: Nic na pokaz. Fenomen Brata Alberta

W drodze, Poznań 2017.

Bez cudów

Z jednym Małgorzata Bilska porozmawia, bo został laureatem Medalu Św. Brata Alberta, z innym – bo ma na koncie film o tej postaci (na podstawie dramatu Karola Wojtyły zresztą). Sięgnie po opinię wolontariusza i księdza, którego dzieło pomocy biednym (w duchu Brata Alberta) rozrosło się już do niewyobrażalnych na początku rozmiarów. Przepyta albertynów i biskupa, ale również osoby świeckie, w tym – postacie z pierwszych stron gazet. Jedni opowiedzą o niepełnosprawności, drudzy o aktywizowaniu niepełnosprawnych, inni o samym sensie wolontariatu albo o bezdomności i jej powodach. Tylko nielicznych Małgorzata Bilska będzie odpytywać z życiorysu świętego – nie jest jej to do niczego potrzebne, chyba że do wskazania, jak dzisiaj sprawdzają się pomysły Adama Chmielowskiego – i jak dzieło jego życia jest kontynuowane. To o wiele ciekawsze niż analiza biografii – i zajmie znacznie większe grono czytelników. „Nic na pokaz” to tom w sam raz na rynki świeckie, lektura obowiązkowa dla wszystkich, którzy chcą zająć się wolontariatem. Autorka z każdym ze swoich rozmówców (a należą do nich między innymi Anna Dymna, Grzegorz Ryś, Jasiek Mela czy Krzysztof Zanussi, a także mniej znani, za to bardzo zaangażowani w pomoc najbiedniejszym) porusza inne kwestie, nie powtarza pytań ani nie szuka porównań. Wie, że każdy ma do opowiedzenia inną historię, więc wszystkie te relacje, często pomagające zrozumieć rzeczywistość wolontariuszy, przytacza w krótkich wywiadach. Zapewnia w ten sposób zapośredniczony obraz świętego – nie: odnoszący się do jego codzienności, a utrwalony przez naśladowców. Kto wie, czy to bardziej nie przekona odbiorców niż zagłębianie się w życiowe doświadczenia Brata Alberta. W końcu „Nic na pokaz” pełni między innymi rolę „reklamy” wolontariatu.

Znajduje też Bilska miejsce na opisanie biografii Brata Alberta. Próbuje jednak znaleźć w niej klucz do charakteru postaci, pokazać człowieka, a nie świętego. Zależy jej na udowodnieniu, że tak jak Adam Chmielowski postępować mogą wszyscy chętni, dzisiaj zresztą będzie im łatwiej, bo autorka w rozmowach przemyca też wskazówki dla odbiorców zainteresowanych wolontariatem, wskazuje obszary warte uwagi i w duchu Brata Alberta. Sam życiorys ogranicza się do najważniejszych wiadomości: Bilska dba o to, by nie był beznamiętny czy nudny – ale pomysł wzbogacenia go o wywiady, czyli różne spojrzenia na działalność Brata Alberta z dzisiejszej perspektywy to strzał w dziesiątkę – to on naprawdę podnosi wartość lektury i przesuwa ją na zsekularyzowane rynki.

„Nic na pokaz” to książka o pochyleniu się nad drugim człowiekiem. Pomoc innym przybierać może różne formy – a i dotyczyć różnych grup społecznych. Nie każdy zdecyduje się na wersję ekstremalną, ale liczą się nawet drobne gesty. Kolejni rozmówcy Bilskiej pokazują, jak wiele zależy od nastawienia, ale też – z jakimi problemami się spotykają. „Nic na pokaz” to książka, z której wyczytać można sporo wskazówek. Jest to publikacja, w której często autorka w ogóle schodzi z tematu świętego, zajmując się szczegółowo pracami interlokutorów. Nie zapomina o twórczej działalności, jest tu miejsce na analizy obrazów – wszystko po to, by pokazać zwyczajność Brata Alberta. Staje się zatem ta propozycja publikacją dla szerokiego grona odbiorców, ważną ze względu na wymiar społeczny. Po tak przygotowanym tomie nikt już nie będzie mieć wątpliwości, dlaczego warto utrwalać sylwetkę Brata Alberta i informować odbiorców o możliwościach wspierania innych. To książka pozbawiona przegadania, autorka stawia na konkrety i w biografii, i w rozmowach.

wtorek, 8 sierpnia 2017

Rachel Renée Russell: Nieprzypadkowe przypadki Maxa Crumbly. Bohater szkolnej szafki

Akapit Press, Łódź 2017.

Polowanie

Dziewczęcy rynek Rachel Renée Russell podbiła rozrastającymi się wciąż „Dziennikami Nikki”, chyba pierwszą serią powieści komiksowych sprofilowanych na kilkulatki i młodsze nastolatki. Zachęcona wielkim sukcesem wydawniczym próbuje swoich sił i w chłopięcych lekturach, chociaż tu konkurencja jest ogromna. Russell przyciągnie i dziewczyny, bo w końcu Max Crumbly przyjaźni się z Brandonem – a chociaż stawia na przygodowość, wciąż pozostaje „kobieca” w opowieści. Nie dorówna Luzakowi ani Cwaniaczkowi (mimo że lepiej rysuje): Max bardziej nastawiony jest na analizowanie swoich zachowań, autorka nie umie się wyzbyć tej cechy, więc nie do końca przekonuje do siebie. Z drugiej strony to powieść komiksowa dla jeszcze naiwnych czytelników, tym łatwiej będzie mimo wszystko w Maxa uwierzyć. Tym bardziej, że sam bohater nie należy do specjalnie przebojowych. Max bywa ofiarą w szkole, dystansuje się od rozrabiaków. Jest nieśmiały, do niedawna w ogóle uczyła go babcia, teraz chłopak trafił do gimnazjum i próbuje znaleźć rozwiązania codziennych problemów. Jako ten mało ważny, bywa zaczepiany zwłaszcza przez Zbira (Zbiga Thurstona). Kiedy zaczyna się ta historia – pierwsza część zaplanowanej bestsellerowej serii – Max trafia do szkolnej szafki. Zamknięty przez Zbira, uwolniony przez dziewczynę, która mu się podoba, zostaje uwięziony raz jeszcze, tym razem na cały trzydniowy weekend. Przypadkowo odkrywa obecność w szkole trzech obcych mężczyzn, którzy planują napad. I tak zaczyna się nierówny pojedynek między nastolatkiem a złodziejami. Max przeżywa przygody na miarę swoich komiksowych superbohaterów, brakuje mu tylko pelerynki. Przeciska się przez kanały wentylacyjne, traci ubranie przez wypadek w nieczynnej toalecie, przebiera się w szatni dziewczyn i zyskuje kontakt z prześliczną Erin. Nie może jednak zapomnieć, że tylko on ma szansę uratować sprzęt z pracowni komputerowej i udowodnić sobie (i innym), że jest coś wart. Chociaż sytuacja wydaje się przegrana od początku, Max Crumbly walczy – sam dla siebie.

„Bohater szkolnej szafki” to też próba autoprezentacji. Max czasami rapuje (nie jest to wybitny zestaw rymów, ale przynajmniej wyróżnia bohatera na rynku). Kiedy się zwierza, część informacji wyróżnia wielkimi literami czy pogrubieniami, ekscytacja w pełni naturalna u Nikki u niego jest trochę nie na miejscu. Wydaje się, że Russell mimo wszystko chce wciąż trafiać do dziewczynek – samą akcją przekona chłopców, ale sposób opisywania wrażeń i forma tomiku to już typowo dziewczyńskie zabawy. „Bohater szkolnej szafki” to powieść komiksowa, którą z różnych względów polubić mogą różne grupy odbiorców. Oczywiście do narracji dochodzi jeszcze relacja obrazkowa. Autorka posiłkuje się schematami z powieści komiksowych, ale nieco je modyfikuje, tak samo jak u Nikki. To znaczy: nie wprowadza małych kadrów, które przerywałyby akapity, raczej pełnostronicowe rysunki, czasami – całe serie obrazków, które przejmują role komentarza na pewien etap. Tu znów powraca cukierkowość z „Dzienników Nikki”” choćby nie wiadomo jak się autorka starała, w rysunkach jest „kobieca”, zbyt słodka i za bardzo upiększająca postacie. Owszem, wyglądają one jak z mangi (zwłaszcza w próbach tworzenia czarnych charakterów z konieczności trochę mniej ślicznych), ale to może być zbyt mało, żeby pokonać konkurencję. „Bohater szkolnej szafki” to rozbudowana historia, pełna dynamicznych wydarzeń, dowcipna i szybka. Przeznaczona w teorii dla grupy innej niż fanki „Dzienników Nikki”, ale może do niej bardziej nawet trafić.

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Artur Nowaczewski: Hostel Nomadów

Iskry, Warszawa 2017.

Podróż po słowa

Podróżować można na wiele sposobów, dla Artura Nowaczewskiego wyprawy z dala od turystycznych szlaków to trochę możliwość samopoznania, zmierzenia się z wyzwaniami odległymi od cywilizacji i tam, gdzie ludzie nie zostali jeszcze zmanierowani przez komercję czy nastawienie na turystyczny biznes. „Hostel Nomadów” nie jest w żadnym razie dziennikiem podróży ani rejestrem doświadczeń globtrotera, to bardziej utrwalanie ulotnych refleksji, drobnych zdarzeń na trasie i spotkań z ludźmi, którzy za moment rozejdą się w różne strony, żeby już nigdy się nie spotkać. Nowaczewski jest obserwatorem, a jednocześnie poetą: zwraca uwagę na melodyjność fraz, chce, żeby jego historia płynęła swobodnie i by sam jej rytm był już powodem sięgania po lekturę. Dba o słowo w zakresie dzisiaj nieczęsto spotykanym. W efekcie to bardziej podróż w głąb siebie niż do Bułgarii. Autorowi nie zależy na odtwarzaniu tego, czym zajmują się kulturoznawcy i etnografowie, nie szuka sposobów na wierne opisanie lokalnych kultur i zwyczajów. Nie uogólnia – pojedynczy człowiek napotkany na drodze zostanie w relacji jednostką, nawet kiedy jego przykład dobitnie wskaże mentalność miejscowych, zakodowane w społeczeństwie przekonania lub relikty przeszłości. „Hostel Nomadów” pod tym względem wymyka się gatunkowym ramom. Nie jest to książka podróżnicza, nie da się jej też traktować jako zbioru esejów czy felietonów. Niby pojedyncze teksty są zamkniętymi całostkami, uzupełnianymi przez doświadczenia z różnych lat, jednak nie dążą do jednego, wyraźnie wytyczonego celu. Autor lubi wędrować, błąkać się po poznanych kiedyś terenach dla samej przyjemności przebywania z własnymi myślami. Jeśli zabłądzi – skorzysta z pomocy życzliwych zwykle miejscowych: ci albo podwiozą go do wskazanego szlaku, albo poczęstują tym, co akurat mają w domu i nie wezmą za to pieniędzy. Ale to okazja do kolejnej inspirującej rozmowy, do poznawania prywatnych historii. Nowaczewski nie idzie zatem w ślady badaczy i uczonych, ale uzupełnia ich dokonania o opowieści niby nieistotne, a wartościowe. Na nieuczęszczanych szlakach czekają też niespodzianki, choćby… spotkanie z fanem, który potrafi zacytować fragment wiersza…

Jest „Hostel Nomadów” książką niespieszną, relacją z beztroskiej włóczęgi po terenach kiedyś oswojonych i pokochanych. Artur Nowaczewski odkrywa górskie ścieżki dla siebie, przy okazji pokazując czytelnikom, dlaczego tak lubi wracać w te miejsca. Budzi tęsknotę za bezinteresownymi spotkaniami i czystą radością z dzielenia doświadczeń, jest przewodnikiem po tym, co już zapomniane lub nieuświadamiane. Podkreśla niemal pierwotną inność „dzikiej” Bułgarii, fascynację miejscem i mieszkańcami. Nie ma w tym egzaltacji ani poetyckich uniesień, autor stawia na naturalność – i w ten sposób najlepiej przekazuje emocje z wyprawy. Potrafi zajmować się rzeczami w codziennej gonitwie umykającymi czy ignorowanymi, przywraca uwagę międzyludzkim kontaktom. Znajduje metodę mówienia o tym, co mu bliskie tak, by ową bliskość poczuli też czytelnicy. „Hostel Nomadów” to publikacja, jakich niewiele się na rynku spotyka. Niespieszna, pozbawiona podręcznikowych zapisków (bo nawet kiedy Nowaczewski przybliża historię miejsca, to czyni to z fascynacji, a nie z obowiązku – więc przekonuje czytelników do śledzenia wiadomości). Taką narrację trudno spotkać – Artur Nowaczewski proponuje odbiorcom nie tylko podróż po mniej znanych terenach Bułgarii, ale i po możliwościach słowa. Ta książka fascynować może już ze względu na samą realizację tematu.

niedziela, 6 sierpnia 2017

Lincoln Peirce: Zapiski Luzaka. Natan wymiata

Nasza Księgarnia, Warszawa 2017.

Problemy w domu

Natan nareszcie wyleczył się z nieszczęśliwej miłości do Jenny. Przez wiele lat dostawał kosza, ale wytrwale próbował zwrócić na siebie uwagę dziewczyny. Cierpiał męki zazdrości przez Artura. Teraz jednak na Jenny nie zwraca już uwagi. A w pobliżu pojawiła się Ruby. Ruby jest ładna, sympatyczna… i śmieje się z komiksów Natana, a to coś znaczy. Wprawdzie bohater nie zamierza tym razem obnosić się ze swoim uczuciem, ale szybko dowiaduje się o nim cała szkoła. Wątek sercowy to oczywiście tylko jedna z przygód w tomiku „Natan wymiata”. Wśród innych są na przykład prawdopodobna przeprowadzka (tata Natana stracił pracę i dopóki ma szansę na otrzymanie innej posady, nie mówi nic pociechom. Ale szanse maleją z dnia na dzień). Poza tym Natan naraża się jednemu ze szkolnych kolegów, także zakochanemu w Ruby. A już kiedy zaczyna w szkolnej gazetce tworzyć komiksową rubrykę plotkarską, podpada całej społeczności. To, co śmieszy jako „tajny” humor ze szkolnych zeszytów, niekoniecznie będzie dobrym rozwiązaniem w prawdziwej gazetce. NA szczęście Natan może na siebie spojrzeć z zewnątrz, przez karykaturę kolegi. Dowie się o sobie rzeczy może mało przyjemnych – i przerysowanych – ale na tyle celnych, by przemyśleć postawę. Zbliża się też turniej, w którym szkoła Natana od 37 lat nie wygrała. Przydałoby się tym razem stworzyć drużynę, która sprosta oczekiwaniom. A żeby połączyć siły, trzeba najpierw odrzucić konflikty.

Lincoln Peirce jak zawsze stawia na barwną i wielotorową historykę, ale kiedy dochodzi do poważnych stresów dzieci, zatrzymuje się na moment. Pokazuje odbiorcom, jak zmieniają się postawy tych, którzy mają w domu problemy i nie chcą o nich mówić. Randy przeżywa rozwód rodziców, Natan – potencjalną przeprowadzkę. Obaj zamykają się na innych lub reagują złością i trzeba czasu albo podstępu, żeby w ogóle móc do nich dotrzeć. To ważny motyw w powieści, która ma przecież wymiar rozrywkowy i dotyczy zwykle wybryków Natana albo jego fantastycznych – to jest zakotwiczonych w wyobraźni – komiksów. Lincoln Peirce zapewnia odbiorcom szereg atrakcji, ale dostarcza też materiału do przemyśleń. Udowadnia też, że zawsze warto szukać rozwiązania, a przyczyny konfliktów mogą leżeć po obu stronach.

„Natan wymiata” to powieść komiksowa, a to oznacza, że spora część narracji przechodzi do rysunków. Komiksy Natana cechują się prostą kreską (i tłem w postaci liniowanego papieru, nie mówiąc już o absurdalnych pomysłach), ale rysunki w postaci komiksowych kadrów przejmują także część puent. Taki sposób prowadzenia opowieści jest zachętą dla małych odbiorców, by zaangażowali się w szkolne przygody Natana, ale również – żeby nauczyli się podobnie wyrażać emocje. Książka złożona z tekstu i równie ważnych jak tekst fragmentów komiksowych automatycznie czyta się szybciej i przynosi więcej wrażeń. Zwiększona liczba bodźców wpływa z kolei na atrakcyjność całej historii. Natan to bohater, który daje się lubić, więc mali odbiorcy zawsze kibicować mu będą w szkolnych przygodach. Przy okazji jednak ten bohater może zwrócić uwagę czytelników na sprawy istotne w życiu każdego – i rzucić nowe światło na relacje w lokalnej społeczności. Szkoła to również zestaw międzyludzkich relacji, czasami – konfliktów o głębszym podłożu.

Gru, Dru i minionki. Przewodnik po tajnych gadżetach i pojazdach oraz innych superowych rzeczach

Egmont, Warszawa 2017.

Na części pierwsze

Kolejna produkcja filmowa z minionkami to kolejna okazja do wypuszczenia na rynek zestawu książek-gadżetów. Niektóre zawierają powieści na podstawie scenariusza, inne – przegląd bohaterów. Nie brakuje również rozmaitych „przewodników” utrzymanych w konwencji książek obrazkowych – do takich należy „Przewodnik po tajnych gadżetach i pojazdach oraz innych superowych rzeczach”. To kolejna możliwość powrotu do świata Gru i minionków, tym razem już bez powielania fabuły – z innego niż zwykle kąta, z naciskiem nie na postacie, a na fantastyczne urządzenia, których używają w walce ze złem czy podczas szalonych pościgów. Jest się czym chwalić – wehikuły imponują rozmachem, śmieszą nietypowymi kształtami i sprawdzają się w bardzo różnych okolicznościach. Z kolei pistolety i różne rodzaje broni to popis wyobraźni (uwaga: zawsze warto sprawdzić kierunek ustawienia „lufy”, żeby nie popełnić przykrego w skutkach błędu).

Jak na prawdziwy przewodnik przystało, są tu niemal encyklopedyczne notatki, dokładne opisy połączone czasem nawet ze schematami konstrukcyjnymi. Nazywane są poszczególne części maszyn, a do tego Gru dodaje na marginesach osobne, często prześmiewcze komentarze. Ta książka to jak filmowe wprowadzenie do historii o futurystycznym kształcie. Przedstawia bohaterów bajki jak w ramach szpiegowskiego przygotowania: krótkie hasła, tabelki, najbardziej charakterystyczne cechy postaci, ale też i peryfrazy dla tych, którzy znają historię. Krótkie portrety wzbogacone są oczywiście i o opinie Gru. Tak samo jak bohaterowie rozpracowywane są poszczególne „operacje” związane z gadżetami: wtedy odbiorcy zyskują sprawdzenie przydatności wymyślnych urządzeń w akcji, a w treści tomiku znajdzie się miejsce na elementy opowieści przeważnie bagatelizowane w streszczeniu – i na dodatkowe drobne żarty słowno-graficzne. Nie ma co pomijać rozpisanych na punkty operacji, bo wiele tu pomysłów, które ubarwiają przewodnik. To sposób na przyspieszanie opowieści, na zdynamizowanie formy – i na przyciągnięcie małych odbiorców.

Oryginalność twórcy zyskują tu dzięki zmianie perspektywy: nie działania, a ludzie i przedmioty pojawiają się na pierwszym planie – tylko pozornie, bo oczywiście w naturalny sposób prowadzą do akcji. Do tego dodać należy także komizm z rysunków (wszystkie rodzaje wynalazków w pewnym punkcie stają się absurdalne i budzą pytania o sensowność). Pistolet piraniowy czy ciastkobot to najlepsze próbki nonsensownego humoru, a pierdzistrzał to już nawiązanie do „gustów” masowej publiczności, sposób na błyskawiczne rozśmieszenie najmłodszych – mało wprawdzie ambitny, ale skuteczny. Uważni czytelnicy znajdą w tej książeczce spor tropów dotyczących stosowanego w bajce dowcipu.

Gru jako dodatkowy komentator jest tu niezawodny. Zwykle albo narzeka, albo stara się wyzłośliwić. Trzeba odczytywać jego intencje, żeby pojąć manifestowane postawy. To dla małych czytelników cenna lekcja, pokazanie, jak w praktyce sprawdzają się mechanizmy ironii. Wieczny malkontent kwestionuje wiele wiadomości, budując niemal osobną relację na temat gadżetów. Wiadomo, że ten „Przewodnik po tajnych gadżetach i pojazdach” nie ma wartości encyklopedycznej – porządkuje wiedzę, ale tę, bez której można by się obyć. Ważniejsze stają się zatem walory rozrywkowe, to, co sprawia, że film zdobywa wielu fanów, ale i możliwość bawienia się w oderwaniu od produkcji, przynajmniej częściowo. Dla dzieci równie ważny jak przegląd wynalazków szpiegowskich stanie się zbiór naklejek. Drobne rysuneczki z minionkami lub gadżetami to oczywiste przedłużenie zabawy. A do tego nawet w tomiku znajdują się zadania dla małych odbiorców – propozycje kreatywnych zabaw, w których obecność minionków i innych postaci z filmu bardzo zachęca do działania. To ładny także pod względem edytorskim tomik.

sobota, 5 sierpnia 2017

Agnieszka Osiecka: Dzienniki 1953

Prószyński i S-ka, Warszawa 2017.

Poznawanie siebie

Agnieszka Osiecka jako nastolatka jest w swoich dziennikach – jak każda nastolatka zresztą – rozbrajająco szczera, a przy tym bardzo naiwna. W 1953 roku studiuje dziennikarstwo, ma siedemnaście lat i w takim samym stopniu przeżywa własne nadzieje na wielką miłość, co kłótnie rodziców. Wszystko dokładnie odnotowuje – łącznie z błahymi konfliktami w gronie kolegów. Zwierza się dziennikowi z sympatii i antypatii, szuka dla siebie najlepszych rozwiązań. Jeszcze nie wie, że będzie pisać – ale w dzienniku stara się szlifować styl, sama sobie wyśmiewa nieudane metafory. Zwraca baczną uwagę na ludzi – to ludzie i związane z nimi emocje wiodą tu prym. Od czasu do czasu jest też mowa o teatrze. Agnieszka Osiecka chodzi na te przedstawienia, na które uda się zdobyć bilety, co nie zawsze jest łatwym zadaniem. Jednak kiedy już obejrzy sztukę, stara się bardzo dokładnie zanotować jej treść. Szuka lektur, które pogłębią jej wiedzę w tym zakresie i pracuje nad sobą. Dodatkowo uczy tych kolegów, którzy mają trudności z przyswajaniem faktów. Pod koniec tej części dzienników mocno przeżywa wyrzucenie z ZMP. Bo tym razem świat polityki i nastrojów społecznych wkracza do zapisków coraz odważniej – Osiecka zajmuje się nie tylko własnymi przemyśleniami i rozważaniami o chłopcach, czasami analizuje też to, co dzieje się wokół. Na razie jeszcze są to komentarze dość infantylne, ale nie sposób odmówić im wartości. Zdarza się też młodej Agnieszce Osieckiej popaść w zadumę i zacząć filozofować na kartach dziennika. Najskrytsze przeżycia bohaterka zapisuje w obcych językach (po niemiecku albo po francusku), żeby notatki były trudniejsze do rozszyfrowania przez niepożądanych czy przypadkowych odbiorców. Autorka pozostaje również wrażliwa na poezję, wprowadza do zapisków cytaty (także w oryginale). Mnóstwo czasu i energii poświęca sprawom obyczajowym, to wynurzenia na temat relacji w grupie czy zachowań.

Tomy „dzienników” (starannie zaznaczane) przerywa tu brudnopis – zeszyt pełen dialogów prowadzonych na zajęciach, zresztą czasami do zapisków wkraczają również notatki czy skrypty. Osiecka traktuje diariusz jako możliwość kształtowania pisarskiego stylu, ale też jak powiernika, sposób na uporządkowanie wrażeń. Po pewnym czasie wraca do swoich uwag, czyta, wprowadza osobne komentarze, podkreślenia i poprawki – w pełnej edycji „Dzienników” rozmaite edytorskie zabiegi są odpowiednio zaznaczane dla odbiorców, redaktorka znalazła sposób na unikanie czy zminimalizowanie chaosu. Nie bagatelizuje drobiazgów: klamry, strzałki, podkreślenia, pamiątki w postaci zasuszonych zapisanych liśći – wszystko się tu pojawia. Co ciekawsze strony funkcjonują jako dodatkowy graficzny ozdobnik, podobnie jak zdjęcia z czasów dotyczących tomu dziennika.

Czytelnicy otrzymują również zestaw przypisowych komentarzy, na początku bardzo rozbudowanych – przy prezentowaniu kolejnych postaci redaktorka tomu odwołuje się do opinii Osieckiej z innych publikacji, rozszerza więc zakres notatek i ułatwia zadanie odbiorcom. Bywa, że niepotrzebnie po raz kolejny wprowadza biogramy z poprzednich tomów, chociaż być może zakłada, że do „Dzienników 1953” zajrzą nie tylko fani Osieckiej, ale i ciekawi obyczajowości epoki. „Dzienniki 1953” to powolne dojrzewanie Agnieszki Osieckiej do świadomego tworzenia – ale i odkrywanie samej siebie, własnej wrażliwości, uczuć oraz tęsknot. To publikacja, w której równie wiele jak z tekstu, wyczytać można między wierszami. Pozwala lepiej poznać Agnieszkę Osiecką, stanowi uzupełnienie jej biografii, tym cenniejsze, że nieformalne.

Isla Fisher: Niania Mania

Jaguar, Warszawa 2017.

Sekret dzieci

Do dzieci trzeba mieć podejście – inaczej nie będą się słuchać. Na czteroletniego Jasiumajtka rodzice nie znają sposobu: dziecko postanawia między innymi, że nigdy nie da sobie umyć głowy czy że nie zje brokułów. Dorośli wiedzą, że nic tu nie wskórają, nawet Jaśmina, starsza o trzy lata siostra Jasia, poddaje się w takich kwestiach. Ale niania Mania jest postacią, która dokona cudów w rodzinie Guzików. Różni się od dorosłych, w zasadzie nie wiadomo, czy jest dzieckiem czy staruszką. Tacie sięga do pępka, a pod beretem skrywa włosy we wszystkich kolorach tęczy. Niania Mania nie ma w sobie surowości Mary Poppins, jest raczej kolejnym maluchem, który w dodatku sporo psoci. I dzięki temu sprawia, że kilkulatki słuchają jej z zachwytem i spełniają wszystkie życzenia z pozostawionej przez mamę listy bez szemrania. Po prostu przy niani Mani nie da się grymasić, a codzienność zamienia się w bajkę.

Niania Mania oczarowuje swoich podopiecznych fantastycznymi historiami z rzekomej własnej przeszłości. Przedstawia się jako księżniczka, dzieli się niezwykłymi wspomnieniami, sprawiając, że maluchy zazdroszczą jej szalonych przygód. Zwykłą kolację zamienia w eleganckie przyjęcie dla wielu osób, pozwala dekorować jadalnię i kąpie dzieci w pianie stworzonej ze wszystkich dostępnych kosmetyków. Smaży specjalne naleśniki, które wraz z syropem można jeść z jej głowy, pozwala testować prezent urodzinowy dla kolegi i w ogóle ratuje jego przyjęcie, zabawiając grupę kilkulatków. Niania Mania może nawet wybrać się do szkoły, żeby poprowadzić próbę orkiestry. Z tą postacią nikt nie będzie się nudzić, momentami niania zamienia się w Pippi – a przynajmniej na podobnej zasadzie jest tworzona. W codziennych i przykrych dla dzieci obowiązkowych punktach znajduje powody do zabawy, popisuje się bujną wyobraźnią i stale wymyśla coś nowego. Rozwiązuje problemy jeszcze zanim się pojawią. Wydawałoby się, że bagatelizuje zmartwienia dzieci, ale w rzeczywistości jest bardzo wyczulona na najdrobniejsze skargi i reaguje natychmiast, oswajając tematy rozrywkami.

Tomik „Niania Mania” składa się z trzech historyjek, które relacjonuje siedmioletnia Jaśmina. Najpierw niania Mania przybywa do domu Guzików, później razem z dziećmi uczestniczy w różnych zadaniach. Mali bohaterowie mają teraz wspólny sekret, wiedzą, że szaleństwa niani muszą pozostać w tajemnicy: rodzice z pewnością nie zgodziliby się na żadne wybryki. Tym bardziej cieszy możliwość spędzania czasu z nietuzinkową postacią. Isla Fisher stawia tu na nieskrępowaną fantazję podsycaną humorem. Posiłkuje się absurdem i przesadą, wie, jak zrobić wrażenie na kilkulatkach. Proponuje świat na opak, odejście od znienawidzonych reguł. Tutaj dzieci znajdują zrozumienie, mało tego – może dojść do zamiany ról i to podopieczni niani Mani poczują się za nią odpowiedzialni. To ciekawe rozwiązanie, które uświadomi odbiorcom, że autorka bardzo się z nimi liczy.

Isla Fisher prowadzi akcję bardziej szaloną niż w niejednej dzisiejszej powieści pop dla dzieci, ale woli w formie trzymać się klasyki: stawia na pełnowartościowe opowiadania wzbogacone ilustracjami. Nie odbiera w ten sposób maluchom rozrywki, ale przypomina, że liczą się tak naprawdę dobre opowieści. „Niania Mania” to udane otwarcie serii, tomik, obok którego dzieci nie przejdą obojętnie. Zestaw zgrabnych, dowcipnych i oryginalnie rozwijanych historyjek pomaga oswajać najmłodszych z rutyną, daje też podstawy do marzeń. To zachęta do czytania, książka, która reklamuje się sama. Fisher nie jest tu odkrywcza, ale też nikt tego od niej nie wymaga, a niania Mania i tak znajdzie miejsce w dziecięcych snach.

piątek, 4 sierpnia 2017

Lorraine Fouchet: Między niebem a Lou

Media Rodzina, Poznań 2017.

Ostatnia wola

Lou umarła. Pozostawiła pogrążonego w żałobie Jo i skłóconą rodzinę. Notariuszowi zostawiła też pewien list do bliskich. Zarzuca w nim ukochanemu… zdradę. To tylko pogłębia konflikt między ojcem i synem. Sam Jo szczegóły pozna za dwa miesiące. Tyle czasu wyznacza mu żona, żeby sprawił, by dwoje dorosłych dzieci odnalazła szczęście. Sam Jo ma ocenić, czy udało mu się wypełnić misję. Miłość uniemożliwia oszustwa. A Lou ma w zanadrzu niejedną niespodziankę. Teraz przygląda się wydarzeniom z tego miejsca, w którym jest. Wysyła do bliskich krótkie komentarze, chociaż nie może zostać wysłuchana. Upewnia a to czytelników w przekonaniu, że strategia obrana przez Jo mimo wszystko ma sens.

Sarah mierzy się z niepełnosprawnością. Przez chorobę straciła ukochanego – postanowiła, że od tej chwili nikomu nie pozwoli się zranić, z każdym mężczyzną spotyka się tylko jeden raz, nie buduje trwałego związku, bo tylko tak czuje się bezpieczna. Stan jej zdrowia nie pogarsza się, więc kobieta nie ma powodów do niepokoju. Uleczyć trzeba raczej jej duszę. Cyrian ma jedną córkę z kobietą, którą kocha, ale z którą być nie może. Obecną partnerkę – matkę drugiej dziewczynki – zdradza z samolubną femme fatale. Nie potrafi zbudować szczęśliwej rodziny. Dwie wnuczki Jo, Pomme i Charlotte, to przeciwieństwa – ale obie są spragnione siostrzanej miłości. Jo zaczyna przyglądać się wyborom swoich dzieci i z pomocą przyjaciół odkrywa, jakie drogi młodsze pokolenie powinno obrać. Działa subtelnie, nie udziela rad, zresztą żona w ostatniej woli zabroniła mu wyjaśniać szczegóły dzieciom. Gdyby Jo nie zajął się dziwną misją, nie potrafiłby się pogodzić ze śmiercią Lou.

Lorraine Fouchet tworzy powieść wzruszającą i pozbawioną stereotypów w osi fabularnej. Autorka zaczyna od mocnego uderzenia: śmierci i pogrzebu kobiety, która kochała życie. Na początku wydaje się, że wszystko rozegra się naturalnie, ale Fouchet ma w zanadrzu kolejne niespodzianki, między innymi przyczyny konfliktów w rodzinie. Stopniowo też odkrywa tajemnice samej Lou. Naświetla uczucia członków rodziny – pokazuje, jak podejmują decyzje i o czym marzą. Wreszcie przenosi uwagę na wnuczki Lou i Jo – dwie dziewczynki przeżywają dramat z przeszłości, zahaczający o pewną „klątwę” i przekazywaną w domu opowieść. Najtrudniejsze chwile mogą na stałe skłócić rodzinę, albo doprowadzić do porozumienia.

„Między niebem a Lou” to historia, która bardzo pasuje do serii Gorzka Czekolada – jest tu sporo wzruszeń i miłości, pokrzepienia i przyjaźni, ale znajdzie się też miejsce na złość, bezsensowne żale i wyrzuty, wyolbrzymiane pretensje i rodzinne sekrety, dość mroczne, jak na powieść obyczajową. Lorraine Fouchet ma pomysł na wstrząsającą mieszankę w ramach ciekawej akcji. Zmienia narratorów – głos zyskuje Jo, jego dzieci i wnuczka, ale także sama Lou, jej akapity są dość krótkie, za to przepełnione troską i miłością. „Między niebem a Luu” to opowieść o wielkim przywiązaniu, umiejętności kompromisów w związku. To dowody miłości i jej obraz z perspektywy starszych ludzi, zupełnie inny niż promowany w mediach. Tu wygrywa doświadczenie, młodzi popełniają błędy, których nie potrafią naprawić (a czasem nawet dojrzeć). Mimo cierpienia po stracie bliskiej osoby, jest tu też piękno głębokiego uczucia czy – dość paradoksalnie – nadzieja. Autorka nie boi się mocnych wrażeń dla bohaterów, funduje im możliwość zweryfikowania dokonań. Wzruszenia – tak, sentymenty – nie. To interesujące rozwiązania dla czytelników spragnionych dynamicznych obyczajowych fabuł. Jest ta historia starannie dopracowana i gęsta przez sieć relacji. Ważna nie tylko ze względu na emocje, jakie wzbudzi, ale też pisarskie rozwiązania, odejście od mód i ogromną pewność Lorraine Fouchet. To powieść czekoladowa w najlepszym tego słowa znaczeniu.

czwartek, 3 sierpnia 2017

Magdalena i Sergiusz Pinkwart: Drakulcio ma kłopoty. Mistrz jazdy na krechę

Akapit Press, Łódź 2017.

Narty

Drakulcio jedzie na zimowisko i poza standardowymi problemami: „utalentowaną” Anną Marią oraz przemądrzałą Magdą Klonowską musi jeszcze mierzyć się z wyzwaniem – największym skarbem z dzieciństwa taty. Tata bowiem wręcza Drakulciowi swoje stare narty. Za długie i uniemożliwiające zwrotną jazdę. Dziesięciolatek nie słucha podpowiedzi bardziej świadomych kolegów i nie pozbywa się przestarzałego sprzętu. Postanawia iść w ślady taty i nauczyć się jeździć na jego deskach. Instruktor jazdy, jeden z braci Trenera, powtarza filozoficznie sentencję z pewnego komediowego serialu, a Drakulcio sprawdza, jak to jest, kiedy narty przejmują kontrolę nad narciarzem.

Zimowisko to kolejny obszar do podbicia przez rezolutnego kilkulatka. Mały Drakulcio nie boi się przygód, a że chce uzyskać wymarzony smartfon, skrupulatnie opisuje kolejne wybryki z nadzieją, że wybieli się przynajmniej w oczach czytelników – nie zostanie uznany za winnego, a bardziej – ofiarę przypadków i nieszczęśliwych zbiegów okoliczności. Doświadczenia Drakulcia są barwne i śmieszne, nie można im się oprzeć. Góry i zima to okazja do lepienia bałwana – ale już rzut bałwanem może zostać potraktowany jako wyzwanie i zapoczątkować wielką bitwę na śnieżki. Nie zabraknie pojedynków górali z ceprami, udowadniania sobie przewag. Gruby Tedi przez cały czas je, Andreas chce udowadniać, że we Włoszech i tak jest lepiej, a Drakulcio boi się spotkania z niedźwiedziem, bo nie wziął ze sobą strzelby i nie wie, co w takim wypadku mógłby jeszcze zrobić.

Trochę będzie tu praktycznych informacji: jak spakować się na wyjazd, co zrobić, gdy się zgubi w górach, jak się zachowywać, gdyby rzeczywiście na szlaku pojawiło się dzikie zwierzę. Równie dużo tu żartów, które przykrywają edukacyjny charakter tomiku. Drakulcio to bohater, który najpierw rozśmiesza, a dopiero później wzbudza refleksje. Chociaż tomik jest kolejnym w serii, można go czytać jako osobną całostkę. Przede wszystkim dlatego, że na początku pojawia się stała prezentacja postaci, a przygody są samodzielne. Pewne motywy autorzy zawsze zgrabnie wplatają w tekst (tym razem zrezygnowali z zalotów Magdy Klonowskiej – i dobrze, nie były dzieciom do niczego potrzebne).

Tomik utrzymany jest w konwencji powieści pop łamanej przez komiksową – bardzo często bezpośrednie wypowiedzi bohaterów wyróżniane są innym krojem czcionki, do tego jest tu mnóstwo szkiców, które wcinają się w tekst i częściowo przejmują narrację. Na rysunkach niekiedy widnieją też po prostu postacie z dymkami – co zwiększa dynamikę książeczki. Magdalena i Sergiusz Pinkwartowie dbają o to, żeby dzieci chciały samodzielnie czytać o przygodach Drakulcia: wprowadzają wartką akcję i wiele obyczajowych dowcipów zrozumiałych dla najmłodszych (oraz z ich kręgu zainteresowań). Pomaga im w tych celach i duży druk, i zabawa graficzna. „Mistrz jazdy na krechę”, tomik „zimowy”, to kolejny zestaw szalonych pomysłów dziesięciolatka – w tym samym stylu co poprzednie historie, ale bez powtarzania sprawdzonych już chwytów. Drakulcio jako tester zimowych atrakcji spodoba się maluchom. Pinkwartowie pokazują odbiorcom, że lektury nie muszą być nudne i często przynoszą niespodziewane rozwiązania.

środa, 2 sierpnia 2017

Jennifer Echols: Para idealna. Harper & Brody

Jaguar, Warszawa 2017.

Wybór szkoły

Motyw, który czasami pojawia się w publikacjach pop jako dalekie tło szkolnej obyczajowości, u Jennifer Echols staje się podstawowym tematem całej serii. W „Parze idealnej” spotykają się ze sobą kolejni zdobywcy tytułów. Tym razem cały rocznik ma wybrać na najlepszych partnerów Brody’ego – niezwykle przystojnego sportowca i donżuana oraz… Harper, szkolną fotografkę i prymuskę. Harper nie zasiliła do tej pory „haremu” Brody’ego z prostej przyczyny: znacznie różni się od jego podbojów, nie jest przebojowa, preferuje ubrania oficjalne i eleganckie nawet wtedy, gdy ma robić zdjęcia podczas wyścigu. Oboje wydają się być swoimi przeciwieństwami, ale skoro szkoła widzi w nich kandydatów na najlepszą parę – Harper zaczyna zwracać uwagę na chłopaka. Sytuacja jest o tyle dziwna, że Harper chodzi z Kennedym, a Brody – z Grace.

Potrzeba jednak impulsu, żeby prawda zaczęła wychodzić na jaw. Między Harper i Kennedym nie układa się za dobrze, właściwie to związek toksyczny, czego bohaterka nie może dostrzec bez pomocy z zewnątrz. Brody zamierza zostać lekkoduchem, nie chce angażować się w trwałą relację, wiązać się na poważnie, więc nie w smak mu zasady wprowadzane przez Harper. Ona z kolei po raz pierwszy w życiu odrzuca konwenanse, chce podążać za intuicją i uczuciami zamiast, jak zwykle, kierować się rozsądkiem. Spotkania z rówieśnikami tak bardzo różnymi wiele im dadzą. Echols przy okazji odwołuje się do najczęstszych postaw młodzieży, nie dziwi ani dojrzała nad wiek i „sztywna” Harper ani donżuan Brody uciekający od odpowiedzialności. W „Parze idealnej” te różnice nabierają kształtów konkretnych: łatwo dać się porwać pożądaniu, dużo trudniej jest wyważyć proporcje między szaleństwem i rozsądkiem. A tu trzeba pogodzić wodę z ogniem.

„Para idealna. Harper & Brody” to powieść, w której znana już odbiorczyniom szkolna społeczność w dalszym ciągu rozwiązuje swoje wewnętrzne problemy. Lekcje nie mają tu prawie żadnego znaczenia, to, co najważniejsze, dzieje się jednak w budynku i okolicach wśród kolegów. Po raz kolejny na najważniejszego drugoplanowego bohatera wysuwa się Sawyer: chłopak, który niczego nie bierze na serio, zaskakuje przenikliwymi i celnymi obserwacjami, pozwala zobaczyć to, czego inni nie są świadomi. Jest rodzajem klasowego błazna – ale i filozofa, z czego niewielu zdaje sobie sprawę. Oprócz Sawyera przełamującego monotonię autorka pozwala na coming out przyjaciołom Harper: Quinn i Noah wykorzystują jedną z lekcji, żeby poinformować klasę o swoim związku. Budzi to różne reakcje, nie ma tu idealnych zachowań – ale widać dzięki temu, jak bardzo dla Jennifer Echols szkoła zamienia się w arenę działań obyczajowych. Interesują ją wyłącznie kontakty międzyludzkie i stara się, by był to przegląd możliwych sercowych wyzwań.

Druga część serii kierowana jest do odbiorczyń już przyzwyczajonych do specyfiki tej szkoły. „Para idealna” to zestaw psychologicznych pułapek i komplikacji w ramach miłostek czy flirtów. Autorka chce, żeby czytelniczki mogły trochę przejrzeć się w portretowanych bohaterkach i ich związkach – to sensowna droga do autoanaliz czy wyciągania wniosków na temat bycia razem. Zapewnia Echols sporo przeżyć, chociaż wdaje się, że bohaterowie zbyt dużą wagę przywiązują do zwykłego plebiscytu i głosów przyznawanych przez rocznik. „Para idealna” to historia akcentująca emocje, prosta obyczajówka, w której trafiło się kilka celnych obrazków i spostrzeżeń na temat związków czy dojrzewania do nich. Jennifer Echols wyróżnia się za sprawą kontekstu spotkań. Do tych bohaterów trzeba się przyzwyczaić – ale potem się do nich łatwo przywiązuje.

wtorek, 1 sierpnia 2017

Anna J. Szepielak: Francuski klejnot

Nasza Księgarnia, Warszawa 2017.

Ratunek

Aleksander jako nastolatek dość dobrze rokował. Miał się zająć rodową historią i wykryć tajemnice z przeszłości. Konstancja pokładała w nim wielkie nadzieje. Ale teraz Konstancja już nie żyje, a chłopak – młody mężczyzna – przeżywa dość poważne załamanie. Konstancja zostawiła testament, a pewną rodową pamiątkę zapisała w nim Ewie, z zastrzeżeniem, że przez dwa miesiące nie powinna się jej pozbywać. Wprawdzie Ewa to nie jej krewna, ale kobiety czuły się połączone niewytłumaczalną więzią. Od klejnotu wszystko się zaczyna. Ewa odsuwa jednak własne problemy, bo martwi się tym, co dzieje się u Kaliny. Młodsza o całe pokolenie, ale nad wiek rozważna Kalina wybrała opiekę nad rodzinną posiadłością. Nie ma żadnych gości w swoim pensjonacie i coraz trudniej jej związać koniec z końcem, ale nie może zrezygnować: przecież zapewnia pracę kilku osobom, które zastępują jej rodzinę. Kalina na własne życzenie zamyka się w opustoszałym pensjonacie i ucieka od problemów. Ewa chce przemówić jej do rozsądku, a na miejsce zaprasza już Aleksa. Tak zaczyna się relacja obyczajowa połączona z drobiazgami historycznymi i wielkim optymizmem.

Anna J. Szepielak „Francuskim zleceniem” wstrząsnęła rynkiem kobiecej literatury, szybko znalazła wierne grono fanek, które czekały na drugą część opowieści. Czekały dość długo, ale „Francuski klejnot” jest prawdziwą nagrodą za cierpliwość. To książka ładnie dopracowana i sklejająca kilka ciekawych wątków. Sprawy Kaliny i Aleksa mocno leżą Ewie na sercu. Chłopak smutki topi w alkoholu i jest cieniem dawnego siebie: energicznego, żywiołowego i dowcipnego, a przy tym mądrego nastolatka. Kalinę ktoś próbuje zniszczyć. Krewni w miasteczku rozsiewają złośliwe plotki, a w internecie roi się od złośliwych komentarzy na temat pensjonatu i jego właścicielki. Tu potrzeba zdecydowanych działań, ale Kalina nie potrafi i nie chce zareagować. Poza nimi Anna J. Szepielak wprowadza całą galerię postaci, które ucieszą miłośniczki romansów. Pisarz szukający odosobnienia wodzi oczami za gospodynią, jedna z pracownic ma swojego absztyfikanta w mrukliwym i nieśmiałym pomocniku. Ewa zaczyna przejmować rolę Amora i próbuje wskazać młodym i starym drogę do siebie: jej przemyślane komentarze przekonują do działania i wpłyną również na samych czytelników. A po posiadłości chodzi pan duch i wyjada cukier z cukiernic. Jest tu rodowy sekret, jest mnóstwo postaci, którym się kibicuje, jest i dowcip. Autorka nie boi się scen przesadzanych, jednoznacznie wskazujących dobroć bohaterek. Wiadomo, do czego dąży, ale i tak potrafi to zachęcająco opisać. Pokrzepia obrazem pozostającej w stabilnym związku Ewy, chce, by inni też odnaleźli swoje szczęście. Bo „Francuski klejnot” to właśnie powieść o dążeniu do szczęścia – bez względu na nieżyczliwych ludzi w oddali, na bliskich (niekoniecznie rodziny) liczyć można zawsze.

Czasami Szepielak sięga po chwyty z powieści historycznych Joanny Chmielewskiej (pamiętnik, który trzeba odcyfrowywać, podczas gdy wokół toczy się normalne życie i upływ czasu nabiera tempa). To wszystko jednak tu pasuje: i naiwność w ocenianiu ludzi i świata, i zabiegi fabularne, które prowadzą do jednoznacznego finału, i nawet optymizm przesycający absolutnie wszystkie poczynania bohaterów – składa się to na bajkową fabułę, do prześledzenia w ponury dzień i dla relaksu. Anna J. Szepielak nie zawodzi swoich czytelniczek, zabiera je do świata przyjaznego i wypełnionego bezinteresownym dobrem. „Francuski klejnot” to książka, na którą warto było poczekać – rozrywkowa literatura kobieca w znakomitym wydaniu. Można potraktować ją jako wakacyjną ucieczkę od codzienności i znaleźć miły azyl.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com