Prószyński i S-ka, Warszawa 2021.
Pytania
Seria o stajni w Pieńkach nie skończy się na trzech tomach, Izabella Frączyk wraca do tej lubianej przez czytelniczki strefy i pokazuje, jak problemy rozwiązują się w niemal magiczny sposób, kiedy ma się przy sobie bliskich ludzi. Magda nie zdążyła nacieszyć się małżeńskim szczęściem: pewnego dnia jej Adam został aresztowany i przez cały miesiąc nie można się z nim skontaktować. To oznacza, że Magda zostaje bez środków na utrzymanie stadniny. Wszystkie inwestycje, które miała w planach, musi zawiesić, a w dodatku znaleźć sposób na bieżące wydatki – bez dostępu do konta będzie to trudne. Rodzice Adama nie mogą przyjść z pomocą, bo nie ma z nimi kontaktu. Jakby tego było mało, nikt nie wie, w jaką aferę wplątał się spokojny i uczciwy człowiek – Magda zastanawia się, komu może zaufać. Na szczęście ma przy sobie przyjaciółki – a te, nawet jeśli same wpadną w tarapaty, pospieszą ze wsparciem. Alicja samotnie wychowuje synka i do tej pory zachowuje nieufność wobec mężczyzn. Nie chce po raz kolejny zostać porzucona – ale gdy jest szansa na stabilizację i prawdziwe uczucie, musi podjąć ważną i bardzo trudną decyzję. Alicja chce zbudować wszystko od nowa, z nowym człowiekiem. Gdzieś w tym wszystkim pojawia się pytanie o wyrzeczenia i o granice wyrozumiałości. W stajni w Pieńkach pojawia się też Marek, jej dawny ukochany – i z nim trzeba się będzie porozumieć, żeby móc poukładać sobie codzienność. Najdziwniejszą sytuację w tym rozgardiaszu ma Wanda. Niedawno poznany ukraiński biznesmen składa jej pewną propozycję: fikcyjny ślub (jemu potrzebny dla uzyskania obywatelstwa) w zamian za pewną – sporą – sumę. Wanda, która prowadzi klinikę weterynaryjną i chciała właśnie zainwestować w nowy sprzęt, wystawiona przez wspólnika, potrzebuje pieniędzy, żeby nie stracić tego, co osiągnęła. Jednak białe małżeństwo – nawet z przystojnym celebrytą – nie mieści się w jej światopoglądzie.
I tak czytelniczki będą czekać na rozwój wypadków we wszystkich trzech historiach, które jak zawsze Izabella Frączyk dobrze splata ze sobą. Podkreśla autorka zaradność Magdy i możliwości, jakie stoją przed nią: stawianie na agroturystykę nie wystarczy, trzeba jeszcze niekonwencjonalnych pomysłów, żeby przyciągnąć turystów. Magda uczy się wykorzystywać każdą okazję, żeby rozwinąć biznes i coś zyskać – kreatywności nie można autorce odmówić. Magda może być inspiracją dla odbiorczyń, ale pokazuje też, że nic nie przychodzi samo, że trzeba wiele ciężkiej pracy, żeby wyjść na swoje. Nie bez znaczenia jest też towarzystwo: Magda w chwili kryzysu nie zapomina o swoich pracownikach. Wie, że ma lojalny zespół, na który może liczyć w każdej sytuacji – a burza mózgów bardzo pomaga w rozwiązywaniu problemów. „Loteria życiowych szans” to niewielki objętościowo tom – jak wszystkie w cyklu – ale zapewnia czytelniczkom sporą dawkę wrażeń i materiału do przemyśleń jednocześnie. Cieszy nieoczywistym optymizmem i fabularnymi zakrętami.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Izabella Frączyk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Izabella Frączyk. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 5 grudnia 2021
wtorek, 27 lipca 2021
Izabella Frączyk, Jagna Rolska: Powrót milionera
Prószyński i S-ka, Warszawa 2021.
Kariera
Danka Popiołek to zwykła kobieta, która stała się bohaterką niezwykłej historii, na własnej skórze sprawdziła, na czym polegały losy Kopciuszka. Jako bohaterka powieści erotycznej miała też szansę rozsmakować się w różnych doświadczeniach łóżkowych. Jednak pornografia do literatury obyczajowej pasuje mniej niż sprzedawanie marzeń, dlatego też w "Powrocie milionera" Danka Popiołek ma wreszcie szansę na znalezienie prawdziwej miłości i na zakończenie wielkiej i nie zawsze satysfakcjonującej przygody. Kobieta przekonała się już, że nie wszystkim mężczyznom zależy na jej prawdziwym ja. Co więcej: historia Danki stała się kanwą scenariusza filmowego i teraz bohaterka ma zagrać siebie w wielkiej produkcji nastawionej na zysk, za to z ekipą pozbawioną skrupułów. Nie zabraknie tu scen sensacyjnych (z niewiadomych względów tam, gdzie chodzi o wielkie uczucia i namiętności, do głosu dochodzą też gwałtowne emocje oraz prawdziwe niebezpieczeństwa). Danka czeka na swojego ukochanego, Emila (czyli od pierwszego tomu coś się już zmieniło). Emil nie może do niej dotrzeć, na razie się ukrywa, bo stał się celem dla płatnego mordercy. Bogacz (bo przecież wymarzony ukochany powinien zapewnić byt wybrance) musi przez pewien czas udawać zwykłego mieszkańca blokowiska (i to sceny, które mogą rozbawić czytelniczki). Z kolei Danka, która zadbała o siebie i zmieniła styl życia, jest ponętna dla wielu samców. Uruchamia w nich najniższe instynkty i niejeden raz wpada przez to w tarapaty. Chociaż marzy o jednym mężczyźnie, staje się obiektem westchnień wielu, niekoniecznie przyjmujących do świadomości odmowę.
Ale chociaż wydawałoby się, że Danka zyska wreszcie upragniony spokój i odnajdzie swoje szczęście, ktoś próbuje jej zaszkodzić. W filmie kobieta powinna przytyć do roli, czyli wrócić do ciała sprzed metamorfozy. Danka bardzo się tego boi - nie traktuje wyzwania jako okazji do kolejnego zwycięstwa, wydaje jej się, że przestanie być atrakcyjna i zadowolona z siebie. Nie wie, jak wyplątać się z niewygodnych ustaleń - najważniejsze jest jednak, że sama nie poradzi sobie z problemami. Potrzebuje potężnego wsparcia - na szczęście ma kilka zaufanych osób w pobliżu.
Izabella Frączyk i Jagna Rolska próbują tym razem naprawdę pożegnać się z bohaterką i jej otoczeniem, dlatego też szukają wyjaśnień dotyczących przyszłości kolejnych postaci. Czytelniczki dowiedzą się między innymi, jak mogą potoczyć się losy Pakpao, Tajki biegłej w sztuce miłosnej. Oczywiście, ponieważ "Powrót milionera" jest powieścią erotyczną, nie zabraknie tu scen łóżkowych. Autorki próbują różnych konfiguracji i różnych rodzajów seksu, każdy z bohaterów ma inne upodobania. Same sceny miłosne są raczej krótkie, w dodatku nie prowadzą do nich długie wstępy - Frączyk i Rolska traktują to jako ubarwienie historii, w której mogą dać się ponieść fantazjom. Tu nie liczy się prawdopodobieństwo, a obfitość silnych wrażeń - tak tworzy się książki dla szerokiego grona niezbyt wymagających odbiorczyń. Izabella Frączyk i Jagna Rolska pojęły specyfikę gatunku i podporządkowały się jej z wymyślną fabułą. Będą bawić - może niezbyt ambitnie, ale przynajmniej ta powieść nie odrzuca banałami.
Kariera
Danka Popiołek to zwykła kobieta, która stała się bohaterką niezwykłej historii, na własnej skórze sprawdziła, na czym polegały losy Kopciuszka. Jako bohaterka powieści erotycznej miała też szansę rozsmakować się w różnych doświadczeniach łóżkowych. Jednak pornografia do literatury obyczajowej pasuje mniej niż sprzedawanie marzeń, dlatego też w "Powrocie milionera" Danka Popiołek ma wreszcie szansę na znalezienie prawdziwej miłości i na zakończenie wielkiej i nie zawsze satysfakcjonującej przygody. Kobieta przekonała się już, że nie wszystkim mężczyznom zależy na jej prawdziwym ja. Co więcej: historia Danki stała się kanwą scenariusza filmowego i teraz bohaterka ma zagrać siebie w wielkiej produkcji nastawionej na zysk, za to z ekipą pozbawioną skrupułów. Nie zabraknie tu scen sensacyjnych (z niewiadomych względów tam, gdzie chodzi o wielkie uczucia i namiętności, do głosu dochodzą też gwałtowne emocje oraz prawdziwe niebezpieczeństwa). Danka czeka na swojego ukochanego, Emila (czyli od pierwszego tomu coś się już zmieniło). Emil nie może do niej dotrzeć, na razie się ukrywa, bo stał się celem dla płatnego mordercy. Bogacz (bo przecież wymarzony ukochany powinien zapewnić byt wybrance) musi przez pewien czas udawać zwykłego mieszkańca blokowiska (i to sceny, które mogą rozbawić czytelniczki). Z kolei Danka, która zadbała o siebie i zmieniła styl życia, jest ponętna dla wielu samców. Uruchamia w nich najniższe instynkty i niejeden raz wpada przez to w tarapaty. Chociaż marzy o jednym mężczyźnie, staje się obiektem westchnień wielu, niekoniecznie przyjmujących do świadomości odmowę.
Ale chociaż wydawałoby się, że Danka zyska wreszcie upragniony spokój i odnajdzie swoje szczęście, ktoś próbuje jej zaszkodzić. W filmie kobieta powinna przytyć do roli, czyli wrócić do ciała sprzed metamorfozy. Danka bardzo się tego boi - nie traktuje wyzwania jako okazji do kolejnego zwycięstwa, wydaje jej się, że przestanie być atrakcyjna i zadowolona z siebie. Nie wie, jak wyplątać się z niewygodnych ustaleń - najważniejsze jest jednak, że sama nie poradzi sobie z problemami. Potrzebuje potężnego wsparcia - na szczęście ma kilka zaufanych osób w pobliżu.
Izabella Frączyk i Jagna Rolska próbują tym razem naprawdę pożegnać się z bohaterką i jej otoczeniem, dlatego też szukają wyjaśnień dotyczących przyszłości kolejnych postaci. Czytelniczki dowiedzą się między innymi, jak mogą potoczyć się losy Pakpao, Tajki biegłej w sztuce miłosnej. Oczywiście, ponieważ "Powrót milionera" jest powieścią erotyczną, nie zabraknie tu scen łóżkowych. Autorki próbują różnych konfiguracji i różnych rodzajów seksu, każdy z bohaterów ma inne upodobania. Same sceny miłosne są raczej krótkie, w dodatku nie prowadzą do nich długie wstępy - Frączyk i Rolska traktują to jako ubarwienie historii, w której mogą dać się ponieść fantazjom. Tu nie liczy się prawdopodobieństwo, a obfitość silnych wrażeń - tak tworzy się książki dla szerokiego grona niezbyt wymagających odbiorczyń. Izabella Frączyk i Jagna Rolska pojęły specyfikę gatunku i podporządkowały się jej z wymyślną fabułą. Będą bawić - może niezbyt ambitnie, ale przynajmniej ta powieść nie odrzuca banałami.
wtorek, 16 marca 2021
Izabella Frączyk: Kobiety z odzysku. Ryzykowne decyzje
Prószyński i S-ka, Warszawa 2021.
Powrót
Po dwóch tomach cyklu Kobiety z odzysku Izabella Frączyk zdecydowała się po raz trzeci zajrzeć do przyjaciółek. Felicja, Zuzka i Gośka to bohaterki, które przyciągają do siebie czytelniczki spragnione baśniowej obietnicy, że wszystko się ułoży. Zuzka jest w szczęśliwym związku z postępowym Arabem: nie uzależniła się od bogactwa Ahmeda, prowadzi własną firmę i coraz odważniej inwestuje, radząc sobie znakomicie w biznesie. Gośka rozwija działalność związaną z organizacją wesel: jest rozchwytywana, chociaż własnej imprezy nie ma kiedy zaplanować. Przydałoby się, bo przecież chce wyjść za mąż. Jedynie Felicja komplikuje swoje życie: wzięta pani mecenas wdaje się w romans z młodym pracownikiem kancelarii. Tej relacji nie pochwala Zuzka, Gośka stara się od niej dystansować, ale też czuje, że przyjaciółka ma za dużo do stracenia. I do tego grona, które zawsze może na sobie polegać i zawsze służy radami, dołącza teraz Agata. Agata chce zmienić otoczenie: o mało co nie popełniła życiowego błędu, wychodząc za nałogowego kobieciarza, alkoholika i tyrana. Chwilowo trafia do domu Zuzy i podejmuje pracę u Gośki. Czuje się jednak w tej relacji mało potrzebna. Izabella Frączyk świetnie się bawi, układając dalszy ciąg życiorysów bohaterek. Powraca do wybranych motywów refrenowo, pokazując, co dzieje się u czterech już postaci. Kobiety przeżywają kryzysy i dylematy sercowe, podejmują ważne decyzje w związku z wykonywanymi zawodami, czasem stykają się też z wyzwaniami wywoływanymi przez najbliższych. Autorka ma w zanadrzu oryginalne rozwiązania różnych problemów, dodaje też odbiorczyniom także wątki sercowe - pokazuje, że potrafi pisać o scenach seksu, ale też o rodzącym się uczuciu, nie boi się zmieniać układu sił. "Kobiety z odzysku. Ryzykowne decyzje" to dobrze przygotowana powieść obyczajowa, w której wiele się dzieje. Izabella Frączyk bardzo pewnie prowadzi narrację - ten cykl wypada jako jeden z lepszych w jej dorobku. Dzieje się tak za sprawą nasycenia książki zróżnicowanymi wydarzeniami i relacjami między bohaterami - autorka umie też budować ciekawą atmosferę, zachęca do śledzenia akcji przez rozwój wybranych relacji. Gmatwa opowieść, chce, żeby bohaterkom było trudno - nawet jeśli w pewnych obszarach wszystko układa się idealnie, w innych trzeba będzie się mocno starać, żeby zapobiec kryzysom. Czasami wystarczy znać, kogo trzeba, innym razem - zdać się na los.
W tym świecie wszystko się zmienia, stała jest jednak zawsze przyjaźń. W ramach relacji międzyludzkich Izabella Frączyk stara się przedstawiać krzepiące motywy - zachęcać do trzymania się bratniej duszy, ale też - rozwiązywać problemy w jak najprostszy sposób. Nie zawsze jest to możliwe, jednak bohaterki nie ustają w wysiłkach. Stanowią dla siebie wsparcie, dają nadzieję i nawet jeśli wzajemnie się krytykują - to tylko dlatego, żeby coś naprawić lub podpowiedzieć najrozsądniejsze rozwiązanie. Dla czytelniczek to trochę baśń, a trochę obietnica - że w życiu może być pięknie. Izabella Frączyk bardzo dobrze się sprawdza w literaturze kobiecej - wie, co chce osiągnąć i dysponuje umiejętnościami, dzięki którym nie banalizuje tematów. Pisze prosto i zajmująco jednocześnie.
Powrót
Po dwóch tomach cyklu Kobiety z odzysku Izabella Frączyk zdecydowała się po raz trzeci zajrzeć do przyjaciółek. Felicja, Zuzka i Gośka to bohaterki, które przyciągają do siebie czytelniczki spragnione baśniowej obietnicy, że wszystko się ułoży. Zuzka jest w szczęśliwym związku z postępowym Arabem: nie uzależniła się od bogactwa Ahmeda, prowadzi własną firmę i coraz odważniej inwestuje, radząc sobie znakomicie w biznesie. Gośka rozwija działalność związaną z organizacją wesel: jest rozchwytywana, chociaż własnej imprezy nie ma kiedy zaplanować. Przydałoby się, bo przecież chce wyjść za mąż. Jedynie Felicja komplikuje swoje życie: wzięta pani mecenas wdaje się w romans z młodym pracownikiem kancelarii. Tej relacji nie pochwala Zuzka, Gośka stara się od niej dystansować, ale też czuje, że przyjaciółka ma za dużo do stracenia. I do tego grona, które zawsze może na sobie polegać i zawsze służy radami, dołącza teraz Agata. Agata chce zmienić otoczenie: o mało co nie popełniła życiowego błędu, wychodząc za nałogowego kobieciarza, alkoholika i tyrana. Chwilowo trafia do domu Zuzy i podejmuje pracę u Gośki. Czuje się jednak w tej relacji mało potrzebna. Izabella Frączyk świetnie się bawi, układając dalszy ciąg życiorysów bohaterek. Powraca do wybranych motywów refrenowo, pokazując, co dzieje się u czterech już postaci. Kobiety przeżywają kryzysy i dylematy sercowe, podejmują ważne decyzje w związku z wykonywanymi zawodami, czasem stykają się też z wyzwaniami wywoływanymi przez najbliższych. Autorka ma w zanadrzu oryginalne rozwiązania różnych problemów, dodaje też odbiorczyniom także wątki sercowe - pokazuje, że potrafi pisać o scenach seksu, ale też o rodzącym się uczuciu, nie boi się zmieniać układu sił. "Kobiety z odzysku. Ryzykowne decyzje" to dobrze przygotowana powieść obyczajowa, w której wiele się dzieje. Izabella Frączyk bardzo pewnie prowadzi narrację - ten cykl wypada jako jeden z lepszych w jej dorobku. Dzieje się tak za sprawą nasycenia książki zróżnicowanymi wydarzeniami i relacjami między bohaterami - autorka umie też budować ciekawą atmosferę, zachęca do śledzenia akcji przez rozwój wybranych relacji. Gmatwa opowieść, chce, żeby bohaterkom było trudno - nawet jeśli w pewnych obszarach wszystko układa się idealnie, w innych trzeba będzie się mocno starać, żeby zapobiec kryzysom. Czasami wystarczy znać, kogo trzeba, innym razem - zdać się na los.
W tym świecie wszystko się zmienia, stała jest jednak zawsze przyjaźń. W ramach relacji międzyludzkich Izabella Frączyk stara się przedstawiać krzepiące motywy - zachęcać do trzymania się bratniej duszy, ale też - rozwiązywać problemy w jak najprostszy sposób. Nie zawsze jest to możliwe, jednak bohaterki nie ustają w wysiłkach. Stanowią dla siebie wsparcie, dają nadzieję i nawet jeśli wzajemnie się krytykują - to tylko dlatego, żeby coś naprawić lub podpowiedzieć najrozsądniejsze rozwiązanie. Dla czytelniczek to trochę baśń, a trochę obietnica - że w życiu może być pięknie. Izabella Frączyk bardzo dobrze się sprawdza w literaturze kobiecej - wie, co chce osiągnąć i dysponuje umiejętnościami, dzięki którym nie banalizuje tematów. Pisze prosto i zajmująco jednocześnie.
sobota, 1 sierpnia 2020
Izabella Frączyk, Jagna Rolska: Kaprys milionera
Prószyński i S-ka, Warszawa 2020.
Spełnianie marzeń
Dwie autorki, które dały się poznać w różnych dziedzinach literatury rozrywkowej – Izabella Frączyk jako twórczyni bestsellerowych obyczajówek oraz Jagna Rolska – królująca w fantastyce – połączyły siły, żeby... podbić kolejny gatunek. W związku z coraz większą ekspansją na rynku powieści erotycznych, sprawdziły, co do zaoferowania ma ten rejon czytadeł – i zamieniły swoją historię w baśniowy i humorystyczny kryminał z elementami erotyki (bardziej odważnymi niż w standardowych obyczajówkach). „Kaprys milionera” to książka zaskakująca pod niektórymi względami. Na początku wydaje się, że wszystko potoczy się według czytelnego schematu. Oto człowiek, któremu niczego nie brakuje, znudzony codziennością i pod wpływem alkoholu zawiera z przyjacielem niezwykły zakład: poderwie wyjątkowo nieatrakcyjną kobietę i w pół roku zamieni ją w prawdziwą piękność. Do tej pory Emil Kastner zadowalał się przelotnymi kontaktami seksualnymi, pozbywał się każdej kobiety po wspólnie spędzonej nocy. Teraz jednak będzie musiał wytrwać dłużej – i to z zapuszczoną, brzydką i nieciekawą istotą – a dodatkowo zafundować jej szereg kuracji. Problem w tym, że nie wie nawet, jak poznać osobę, która spełniałaby kryteria i zdecydowała się na metamorfozę. Aż pojawia się Danka. Ekspedientka w dyskoncie, cechująca się nadwagą, kompleksami i nieciekawym wyglądem. Idealna kandydatka, która w dodatku ma powody, żeby zniknąć z własnej rzeczywistości. Wyjeżdża z Emilem, spędza czas w luksusowej posiadłości i stopniowo pozbywa się niezdrowych upodobań czy przyzwyczajeń – a uczy się, jak być piękną.
Trochę to w założeniach przypomina reality show, na pewno dużo tu fantazji literackiej i nieprawdopodobieństwa. Momentami wydaje się, że autorki aż za bardzo przerysowują sytuację, z drugiej jednak strony – wybór ich książki jest jednocześnie akceptacją na wyobraźniowe popisy. Skoro już sam zakład wydaje się mało wiarygodny, to inne rozwiązania wprowadzane z rozmachem nie będą razić. „Kaprys milionera” momentami rozwija się jak powieść sensacyjna, innym razem jest przełożeniem na powieść dla dorosłych baśni o Kopciuszku. Co ciekawe, motyw erotyki odważnie wkracza dopiero pod koniec tomu – wcześniej autorki poprzestają na wzmiankach dotyczących hulaszczego życia przyjaciół. Jednak kiedy już zdecydują się na otwarcie przed czytelnikami drzwi do sypialni bohaterów, próbują różnych tematów, tak, żeby odbiorczynie dowiedziały się, na czym polega pełna akceptacja własnego ciała i poszukiwanie przyjemności.
Jest w „Kaprysie milionera” obietnica spełniania marzeń. Tu, kiedy pojawi się prawdziwy problem, na horyzoncie widnieje już najlepsze rozwiązanie – tak, żeby nie trzeba było się zbyt długo martwić przyziemnymi sprawami. Resztę załatwiają wielkie pieniądze: Danka dowiaduje się o istnieniu rzeczywistości, o jakiej nie miała pojęcia, przekonuje się też, że czasami do szczęścia potrzeba po prostu zmiany przyzwyczajeń. Autorki zadbały o jej ciało i o jej duszę, umożliwiły przejście pełnej metamorfozy – a czytelnikom dostarczają barwną i pomysłową powieść z dziedziny literatury erotycznej.
Spełnianie marzeń
Dwie autorki, które dały się poznać w różnych dziedzinach literatury rozrywkowej – Izabella Frączyk jako twórczyni bestsellerowych obyczajówek oraz Jagna Rolska – królująca w fantastyce – połączyły siły, żeby... podbić kolejny gatunek. W związku z coraz większą ekspansją na rynku powieści erotycznych, sprawdziły, co do zaoferowania ma ten rejon czytadeł – i zamieniły swoją historię w baśniowy i humorystyczny kryminał z elementami erotyki (bardziej odważnymi niż w standardowych obyczajówkach). „Kaprys milionera” to książka zaskakująca pod niektórymi względami. Na początku wydaje się, że wszystko potoczy się według czytelnego schematu. Oto człowiek, któremu niczego nie brakuje, znudzony codziennością i pod wpływem alkoholu zawiera z przyjacielem niezwykły zakład: poderwie wyjątkowo nieatrakcyjną kobietę i w pół roku zamieni ją w prawdziwą piękność. Do tej pory Emil Kastner zadowalał się przelotnymi kontaktami seksualnymi, pozbywał się każdej kobiety po wspólnie spędzonej nocy. Teraz jednak będzie musiał wytrwać dłużej – i to z zapuszczoną, brzydką i nieciekawą istotą – a dodatkowo zafundować jej szereg kuracji. Problem w tym, że nie wie nawet, jak poznać osobę, która spełniałaby kryteria i zdecydowała się na metamorfozę. Aż pojawia się Danka. Ekspedientka w dyskoncie, cechująca się nadwagą, kompleksami i nieciekawym wyglądem. Idealna kandydatka, która w dodatku ma powody, żeby zniknąć z własnej rzeczywistości. Wyjeżdża z Emilem, spędza czas w luksusowej posiadłości i stopniowo pozbywa się niezdrowych upodobań czy przyzwyczajeń – a uczy się, jak być piękną.
Trochę to w założeniach przypomina reality show, na pewno dużo tu fantazji literackiej i nieprawdopodobieństwa. Momentami wydaje się, że autorki aż za bardzo przerysowują sytuację, z drugiej jednak strony – wybór ich książki jest jednocześnie akceptacją na wyobraźniowe popisy. Skoro już sam zakład wydaje się mało wiarygodny, to inne rozwiązania wprowadzane z rozmachem nie będą razić. „Kaprys milionera” momentami rozwija się jak powieść sensacyjna, innym razem jest przełożeniem na powieść dla dorosłych baśni o Kopciuszku. Co ciekawe, motyw erotyki odważnie wkracza dopiero pod koniec tomu – wcześniej autorki poprzestają na wzmiankach dotyczących hulaszczego życia przyjaciół. Jednak kiedy już zdecydują się na otwarcie przed czytelnikami drzwi do sypialni bohaterów, próbują różnych tematów, tak, żeby odbiorczynie dowiedziały się, na czym polega pełna akceptacja własnego ciała i poszukiwanie przyjemności.
Jest w „Kaprysie milionera” obietnica spełniania marzeń. Tu, kiedy pojawi się prawdziwy problem, na horyzoncie widnieje już najlepsze rozwiązanie – tak, żeby nie trzeba było się zbyt długo martwić przyziemnymi sprawami. Resztę załatwiają wielkie pieniądze: Danka dowiaduje się o istnieniu rzeczywistości, o jakiej nie miała pojęcia, przekonuje się też, że czasami do szczęścia potrzeba po prostu zmiany przyzwyczajeń. Autorki zadbały o jej ciało i o jej duszę, umożliwiły przejście pełnej metamorfozy – a czytelnikom dostarczają barwną i pomysłową powieść z dziedziny literatury erotycznej.
wtorek, 25 lutego 2020
Izabella Frączyk: Wszystko nie tak! 2
Prószyński i S-ka, Warszawa 2020.
Szansa
Marzena to bohaterka, która ma za zadanie pokazać czytelnikom, że bogactwo to nie wszystko. Kobiecie nie brakuje niczego, przynajmniej w sferze materialnej. Jako młoda dziewczyna popełniła błąd, na egzotycznych wakacjach zaszła w niechcianą ciążę (nie wiadomo z kim). Ojczym, który zadbał o dostatnie życie rodziny, zadecydował o aborcji, jednak Marzenie udało się ocalić dzieci. Ceną za to było podporządkowanie się rodzinie – na kobietę czekał już znaleziony przez obrotnego ojczyma superprzystojny narzeczony. Gra w zachowywanie pozorów sprawiła, że bohaterka nie zaznała szczęścia – i po śmierci ojczyma postanowiła jeszcze o siebie zawalczyć. Obmyśliła plan, w którym udałoby się jej zniknąć z radarów papierowego męża – i zastanowić się nad własnym życiem. W tym miały jej pomóc dwie znajome (czytelnikom znane z pierwszej części powieści, „Wszystko nie tak”, Ruda i Ewa). Tyle tylko, że w takim wypadku trudno, by wszystko szło zgodnie z planem: Marzena zmienia wygląd, a następnie przeżywa koszmarny wypadek, w wyniku którego traci pamięć. Dla kobiet, które jako jedyne wiedziały o jej pomyśle, zapada się pod ziemię.
„Wszystko nie tak 2” to pogodna obyczajówka o poszukiwaniu szczęścia, niewolna od wielkich sensacji. Dwóm bohaterkom życie układa się już po ich myśli – i Ewa, i Ruda nie mają na co narzekać. Obie znalazły kochających partnerów, obie skupiają się na pielęgnowaniu domowego ogniska, mogą zawsze na siebie liczyć, a do tego nie mają poważniejszych zmartwień. Do szczęścia w miłości dochodzą kwestie finansowe – obie kobiety zarabiają doskonale, nie muszą więc zastanawiać się nad tym, jak związać koniec z końcem. W zasadzie mają to, co Marzena – a nawet więcej, bo Marzena o ukochanym partnerze może tylko marzyć. Ale w całej tej cukierkowości i idealności autorka mimo wszystko jest przekonująca. Nie ma tu wydarzeń męczących, wszystko wydaje się dobrze dopasowane do akcji i przemyślane pod kątem emocji.
Marzena pozbawiona nagle związków z przeszłością trafia do domu Leszka. Tu znajduje miłość, zrozumienie i szansę na inne życie. Chwilowo może udawać kogoś, kim nie jest – i przekonać się, jaką egzystencję mogłaby prowadzić. Świetnie dogaduje się z córką gospodarza, a poza tym nikt nie ocenia jej pod kątem finansów i bogactwa. Jednak w końcu trzeba będzie coś wybrać. I tu Izabella Frączyk postępuje zupełnie inaczej niż wszystkie autorki obyczajówek: proponuje bowiem czytelniczkom dwa rozwiązania. Pierwsze, bardziej rozbudowane, obejmuje jedną z możliwych dróg, drugie w części narracji jest powtórzeniem pierwszego – ale o przeciwnym zwrocie. Jest to właściwie równoznaczne z urwaniem powieści przed zakończeniem, czytelniczki niekoniecznie będą chciały tak radykalnego rozwiązania. Izabella Frączyk ułatwiła sobie zadanie – nie musi zastanawiać się nad etyczną stroną historii i nad konsekwencjami każdego z wyborów, a do tego podrzuca czytelniczkom różne scenariusze. Jednak w przypadku śledzenia losów bohaterek obyczajówek większość odbiorczyń chce, by finał opowieści był jednoznaczny. Narracyjnie jednak to Frączyk w najlepszym wydaniu.
Szansa
Marzena to bohaterka, która ma za zadanie pokazać czytelnikom, że bogactwo to nie wszystko. Kobiecie nie brakuje niczego, przynajmniej w sferze materialnej. Jako młoda dziewczyna popełniła błąd, na egzotycznych wakacjach zaszła w niechcianą ciążę (nie wiadomo z kim). Ojczym, który zadbał o dostatnie życie rodziny, zadecydował o aborcji, jednak Marzenie udało się ocalić dzieci. Ceną za to było podporządkowanie się rodzinie – na kobietę czekał już znaleziony przez obrotnego ojczyma superprzystojny narzeczony. Gra w zachowywanie pozorów sprawiła, że bohaterka nie zaznała szczęścia – i po śmierci ojczyma postanowiła jeszcze o siebie zawalczyć. Obmyśliła plan, w którym udałoby się jej zniknąć z radarów papierowego męża – i zastanowić się nad własnym życiem. W tym miały jej pomóc dwie znajome (czytelnikom znane z pierwszej części powieści, „Wszystko nie tak”, Ruda i Ewa). Tyle tylko, że w takim wypadku trudno, by wszystko szło zgodnie z planem: Marzena zmienia wygląd, a następnie przeżywa koszmarny wypadek, w wyniku którego traci pamięć. Dla kobiet, które jako jedyne wiedziały o jej pomyśle, zapada się pod ziemię.
„Wszystko nie tak 2” to pogodna obyczajówka o poszukiwaniu szczęścia, niewolna od wielkich sensacji. Dwóm bohaterkom życie układa się już po ich myśli – i Ewa, i Ruda nie mają na co narzekać. Obie znalazły kochających partnerów, obie skupiają się na pielęgnowaniu domowego ogniska, mogą zawsze na siebie liczyć, a do tego nie mają poważniejszych zmartwień. Do szczęścia w miłości dochodzą kwestie finansowe – obie kobiety zarabiają doskonale, nie muszą więc zastanawiać się nad tym, jak związać koniec z końcem. W zasadzie mają to, co Marzena – a nawet więcej, bo Marzena o ukochanym partnerze może tylko marzyć. Ale w całej tej cukierkowości i idealności autorka mimo wszystko jest przekonująca. Nie ma tu wydarzeń męczących, wszystko wydaje się dobrze dopasowane do akcji i przemyślane pod kątem emocji.
Marzena pozbawiona nagle związków z przeszłością trafia do domu Leszka. Tu znajduje miłość, zrozumienie i szansę na inne życie. Chwilowo może udawać kogoś, kim nie jest – i przekonać się, jaką egzystencję mogłaby prowadzić. Świetnie dogaduje się z córką gospodarza, a poza tym nikt nie ocenia jej pod kątem finansów i bogactwa. Jednak w końcu trzeba będzie coś wybrać. I tu Izabella Frączyk postępuje zupełnie inaczej niż wszystkie autorki obyczajówek: proponuje bowiem czytelniczkom dwa rozwiązania. Pierwsze, bardziej rozbudowane, obejmuje jedną z możliwych dróg, drugie w części narracji jest powtórzeniem pierwszego – ale o przeciwnym zwrocie. Jest to właściwie równoznaczne z urwaniem powieści przed zakończeniem, czytelniczki niekoniecznie będą chciały tak radykalnego rozwiązania. Izabella Frączyk ułatwiła sobie zadanie – nie musi zastanawiać się nad etyczną stroną historii i nad konsekwencjami każdego z wyborów, a do tego podrzuca czytelniczkom różne scenariusze. Jednak w przypadku śledzenia losów bohaterek obyczajówek większość odbiorczyń chce, by finał opowieści był jednoznaczny. Narracyjnie jednak to Frączyk w najlepszym wydaniu.
poniedziałek, 30 grudnia 2019
Izabella Frączyk: Spełniony sen
Prószyński i S-ka, Warszawa 2019.
Przeczekanie
Nareszcie mija czas, kiedy bohaterki w optymistycznych obyczajówkach obowiązkowo musiały pracować w redakcjach. Izabella Frączyk Znajdzie się co prawda w „Spełnionym śnie” ekscentryczna pisarka, ale przynajmniej ubarwia ona tło powieści i pozwala na podanie kilku wyjaśnień obowiązkowo padających na spotkaniach autorskich. Izabella Frączyk Beatę wysyła na stację benzynową i pozwala jej się tu realizować. Wprawdzie ma to być zajęcie przejściowe i pozwalające stanąć na nogi – jednak kobieta całkiem nieźle się tu czuje. Zresztą, chociaż przypadek skierował ją w to miejsce, decyzję podjęła pod wpływem radosnych min pracowników: uznała, że tu warto się zatrzymać. Być może gdyby Beata miała ciotkę o lepszym charakterze, zakotwiczyłaby w Częstochowie – jednak od despotycznej krewnej uciekła, niezdolna podporządkowywać się absurdalnym wymogom. I tak realizuje się „Spełniony sen”, prosta historia obudowana anegdotami, a powiązana z charakterystycznymi zagadnieniami z literatury rozrywkowej dla pań. Beata próbuje poukładać sobie życie na nowo. Kiedyś wdała się w romans z dużo starszym od siebie mężczyzną, o tym, że dodatkowo jest żonaty dowiedziała się, kiedy już była w ciąży. Teraz jej syn zdaje maturę, a Beata szuka swojego miejsca na ziemi. Zmiana otoczenia jest najlepszym sposobem na przyciągnięcie nowej i prawdziwej miłości, tyle że Beata jest zbyt dumna, żeby pytać o zobowiązania mężczyznę, który wpada jej w oko. Zadowala się prostszym związkiem.
Jest w „Spełnionym śnie” poważne ostrzeżenie dla czytelniczek. W przypadku Roberta, którego Beata poznaje w pracy i na którego uczucie odpowiada bez fajerwerków, raczej z rozsądku, sygnały alarmowe u czytelniczek rozdzwonią się dużo wcześniej niż w przypadku bohaterki. Nie ma tu mowy o wielkim szczęściu i o wielkiej miłości, za to powoli ujawniają się problemy związane z pieniędzmi. Beata chce wierzyć ukochanemu i długo daje się zwodzić, nawet gdy dla odbiorczyń oczywiste jest już, że wpadła w pułapkę i powinna jak najszybciej uciec z tej relacji. Perypetie sercowe wypadają tu dość przewidywalnie, jakby autorka nie wierzyła, że bez zarysowanego romansu można stworzyć dobrą obyczajówkę. Praca Beaty na stacji to odnotowywanie kolejnych anegdot i co ciekawszych przypadków – charakterów ludzi i zachowań wykraczających poza wyobraźnię zwykłych czytelniczek. Nie byłoby w tym nic atrakcyjnego, gdyby autorka nie przerywała relacji z pracy sytuacjami z życia prywatnego Beaty. W tym zdecydowanie dzieje się ciekawiej, zwłaszcza kiedy chodzi o kontakty z Julą, pisarką, w której domku gościnnym bohaterka aktualnie mieszka. Jula pozwala z dystansem spojrzeć na różne sprawy, ma gotowe wyjaśnienia na wiele wątpliwości, a do tego nadaje się na powiernicę sekretów. I ta postać najbardziej ubarwia fabułę. „Spełniony sen” to prosta obyczajówka, wyprodukowana według akceptowanego przez większość czytelniczek schematu, ale niekoniecznie angażująca – chyba że rzeczywiście odbiorczyniom przejadły się tematy redakcyjne i z chęcią odetchną przy urokach pracy na stacji benzynowej.
Przeczekanie
Nareszcie mija czas, kiedy bohaterki w optymistycznych obyczajówkach obowiązkowo musiały pracować w redakcjach. Izabella Frączyk Znajdzie się co prawda w „Spełnionym śnie” ekscentryczna pisarka, ale przynajmniej ubarwia ona tło powieści i pozwala na podanie kilku wyjaśnień obowiązkowo padających na spotkaniach autorskich. Izabella Frączyk Beatę wysyła na stację benzynową i pozwala jej się tu realizować. Wprawdzie ma to być zajęcie przejściowe i pozwalające stanąć na nogi – jednak kobieta całkiem nieźle się tu czuje. Zresztą, chociaż przypadek skierował ją w to miejsce, decyzję podjęła pod wpływem radosnych min pracowników: uznała, że tu warto się zatrzymać. Być może gdyby Beata miała ciotkę o lepszym charakterze, zakotwiczyłaby w Częstochowie – jednak od despotycznej krewnej uciekła, niezdolna podporządkowywać się absurdalnym wymogom. I tak realizuje się „Spełniony sen”, prosta historia obudowana anegdotami, a powiązana z charakterystycznymi zagadnieniami z literatury rozrywkowej dla pań. Beata próbuje poukładać sobie życie na nowo. Kiedyś wdała się w romans z dużo starszym od siebie mężczyzną, o tym, że dodatkowo jest żonaty dowiedziała się, kiedy już była w ciąży. Teraz jej syn zdaje maturę, a Beata szuka swojego miejsca na ziemi. Zmiana otoczenia jest najlepszym sposobem na przyciągnięcie nowej i prawdziwej miłości, tyle że Beata jest zbyt dumna, żeby pytać o zobowiązania mężczyznę, który wpada jej w oko. Zadowala się prostszym związkiem.
Jest w „Spełnionym śnie” poważne ostrzeżenie dla czytelniczek. W przypadku Roberta, którego Beata poznaje w pracy i na którego uczucie odpowiada bez fajerwerków, raczej z rozsądku, sygnały alarmowe u czytelniczek rozdzwonią się dużo wcześniej niż w przypadku bohaterki. Nie ma tu mowy o wielkim szczęściu i o wielkiej miłości, za to powoli ujawniają się problemy związane z pieniędzmi. Beata chce wierzyć ukochanemu i długo daje się zwodzić, nawet gdy dla odbiorczyń oczywiste jest już, że wpadła w pułapkę i powinna jak najszybciej uciec z tej relacji. Perypetie sercowe wypadają tu dość przewidywalnie, jakby autorka nie wierzyła, że bez zarysowanego romansu można stworzyć dobrą obyczajówkę. Praca Beaty na stacji to odnotowywanie kolejnych anegdot i co ciekawszych przypadków – charakterów ludzi i zachowań wykraczających poza wyobraźnię zwykłych czytelniczek. Nie byłoby w tym nic atrakcyjnego, gdyby autorka nie przerywała relacji z pracy sytuacjami z życia prywatnego Beaty. W tym zdecydowanie dzieje się ciekawiej, zwłaszcza kiedy chodzi o kontakty z Julą, pisarką, w której domku gościnnym bohaterka aktualnie mieszka. Jula pozwala z dystansem spojrzeć na różne sprawy, ma gotowe wyjaśnienia na wiele wątpliwości, a do tego nadaje się na powiernicę sekretów. I ta postać najbardziej ubarwia fabułę. „Spełniony sen” to prosta obyczajówka, wyprodukowana według akceptowanego przez większość czytelniczek schematu, ale niekoniecznie angażująca – chyba że rzeczywiście odbiorczyniom przejadły się tematy redakcyjne i z chęcią odetchną przy urokach pracy na stacji benzynowej.
niedziela, 6 października 2019
Izabella Frączyk: Jak u siebie
Prószyński i S-ka, Warszawa 2019.
Zmiany
Eliza wiedzie satysfakcjonujące życie. Może w związku niekoniecznie układa jej się tak, jakby chciała, a w pracy daje z siebie wszystko, często ponad obowiązki – ale nie może przecież odmówić seniorom w domu spokojnej starości. Jest ich ulubioną pielęgniarką, więc musi znaleźć czas dla wszystkich. Kiedy jedna z pensjonariuszek umiera i zapisuje Elizie w spadku… hotel, wszystko się jednak zmienia. Bohaterka musi znaleźć siły i czas na to, by zająć się podupadającym obiektem. Na szczęście może liczyć na przyjaciółkę, Igę, specjalistkę w dziedzinie gastronomii. Iga może przejąć część obowiązków i dodawać sił do działania. Sama boryka się z życiowymi dylematami, więc przyda jej się odskocznia od problemów.
Ta książka powstała kilka lat temu, kiedy jeszcze nie roiło się tak bardzo od epigonów pomysłu na zmiany w życiu bohaterek płynące ze spadku – i na restaurowanie pensjonatów czy hoteli. Izabella Frączyk w dodatku scenariusz, który okazał się bestsellerowy, wypełniła umiejętnie narracją i ciekawymi treściami. Zagłębiła się całkiem poważnie w wiadomości na temat prowadzenia podobnego przybytku i podzieliła się z odbiorczyniami wiedzą – między innymi na temat liczby potrzebnych obrusów czy gniazdek elektrycznych. Razem z Elizą czytelniczki uczyły się, jak nie przepaść w trudnej rzeczywistości. Żeby nie zniechęcać fanek romansu, podprowadziła też pod historię miłosną, naiwną ale przecież atrakcyjną z perspektywy odbiorczyń szukających ucieczki od problemów zwyczajności. W hotelu Elizy każdego dnia dzieje się coś wartego uwagi, tak, że nie ma czasu na rutynę czy kryzysy psychiczne – bohaterka nie może sobie pozwolić na słabość, bo zbyt dużo ryzykuje.
Autorka starannie odrabia zadanie z prowadzenia hotelu, nawet jeśli czasami przerysowuje dla dobra fabuły. Wymyśla, jak poradzić sobie z koniecznościami remontowymi – a jak z niezbyt pożądanymi gośćmi w postaci ruskiej mafii – uczy się układania menu oraz zdobywania wyposażenia na okazyjnych wyprzedażach. Jeśli ktoś zamierza wziąć się za podobny biznes, znajdzie tu nieco podpowiedzi – w zabawnej opowieści. Wiadomo, że nie da się traktować tej książki jako poradnika dotyczącego własnego biznesu, ale to pokrzepiające czytadło, które pokazuje, że zawsze, z każdej sytuacji jest jakieś wyjście, które przynieść może coś dobrego.
Autorka przekonuje czytelniczki, że każde doświadczenie czemuś służy: Eliza musiała wyjść ze swojej strefy komfortu, żeby przekonać się, ile jest warta – i że poradzi sobie z najrozmaitszymi wyzwaniami. Przy okazji nauczyła się w praktyce mnóstwa rzeczy, o których wcześniej nie miała pojęcia. Postawiona przed wielkimi komplikacjami, radziła sobie z nimi na bieżąco, dając nadzieję odbiorczyniom na znalezienie w sobie pokładów siły w nieoczekiwanych momentach. Jest tu i krzepiący obraz przyjaźni, i sporo humoru. Czyta się tę powieść bardzo dobrze, nieprzypadkowo powraca ona na rynek – jest jedną ze sztandarowych historii stworzonych przez Izabellę Frączyk i stanowi najlepszą dla niej reklamę – po takiej lekturze może tylko przybywać fanek pogodnych obyczajówek.
Zmiany
Eliza wiedzie satysfakcjonujące życie. Może w związku niekoniecznie układa jej się tak, jakby chciała, a w pracy daje z siebie wszystko, często ponad obowiązki – ale nie może przecież odmówić seniorom w domu spokojnej starości. Jest ich ulubioną pielęgniarką, więc musi znaleźć czas dla wszystkich. Kiedy jedna z pensjonariuszek umiera i zapisuje Elizie w spadku… hotel, wszystko się jednak zmienia. Bohaterka musi znaleźć siły i czas na to, by zająć się podupadającym obiektem. Na szczęście może liczyć na przyjaciółkę, Igę, specjalistkę w dziedzinie gastronomii. Iga może przejąć część obowiązków i dodawać sił do działania. Sama boryka się z życiowymi dylematami, więc przyda jej się odskocznia od problemów.
Ta książka powstała kilka lat temu, kiedy jeszcze nie roiło się tak bardzo od epigonów pomysłu na zmiany w życiu bohaterek płynące ze spadku – i na restaurowanie pensjonatów czy hoteli. Izabella Frączyk w dodatku scenariusz, który okazał się bestsellerowy, wypełniła umiejętnie narracją i ciekawymi treściami. Zagłębiła się całkiem poważnie w wiadomości na temat prowadzenia podobnego przybytku i podzieliła się z odbiorczyniami wiedzą – między innymi na temat liczby potrzebnych obrusów czy gniazdek elektrycznych. Razem z Elizą czytelniczki uczyły się, jak nie przepaść w trudnej rzeczywistości. Żeby nie zniechęcać fanek romansu, podprowadziła też pod historię miłosną, naiwną ale przecież atrakcyjną z perspektywy odbiorczyń szukających ucieczki od problemów zwyczajności. W hotelu Elizy każdego dnia dzieje się coś wartego uwagi, tak, że nie ma czasu na rutynę czy kryzysy psychiczne – bohaterka nie może sobie pozwolić na słabość, bo zbyt dużo ryzykuje.
Autorka starannie odrabia zadanie z prowadzenia hotelu, nawet jeśli czasami przerysowuje dla dobra fabuły. Wymyśla, jak poradzić sobie z koniecznościami remontowymi – a jak z niezbyt pożądanymi gośćmi w postaci ruskiej mafii – uczy się układania menu oraz zdobywania wyposażenia na okazyjnych wyprzedażach. Jeśli ktoś zamierza wziąć się za podobny biznes, znajdzie tu nieco podpowiedzi – w zabawnej opowieści. Wiadomo, że nie da się traktować tej książki jako poradnika dotyczącego własnego biznesu, ale to pokrzepiające czytadło, które pokazuje, że zawsze, z każdej sytuacji jest jakieś wyjście, które przynieść może coś dobrego.
Autorka przekonuje czytelniczki, że każde doświadczenie czemuś służy: Eliza musiała wyjść ze swojej strefy komfortu, żeby przekonać się, ile jest warta – i że poradzi sobie z najrozmaitszymi wyzwaniami. Przy okazji nauczyła się w praktyce mnóstwa rzeczy, o których wcześniej nie miała pojęcia. Postawiona przed wielkimi komplikacjami, radziła sobie z nimi na bieżąco, dając nadzieję odbiorczyniom na znalezienie w sobie pokładów siły w nieoczekiwanych momentach. Jest tu i krzepiący obraz przyjaźni, i sporo humoru. Czyta się tę powieść bardzo dobrze, nieprzypadkowo powraca ona na rynek – jest jedną ze sztandarowych historii stworzonych przez Izabellę Frączyk i stanowi najlepszą dla niej reklamę – po takiej lekturze może tylko przybywać fanek pogodnych obyczajówek.
piątek, 6 września 2019
Izabella Frączyk: Koniec świata
Prószyński i S-ka, Warszawa 2019 (wznowienie).
Szczęśliwe wizje
Powraca na rynek książka, którą Izabella Frączyk przekonywała do siebie odbiorczynie kilka lat temu. „Koniec świata” to opowieść z humorem, romansowa, ale też wykorzystująca schematy z czytadeł dla pań. Tyle że ta autorka potrafi nawet ograne zbyt mocno motywy przedstawić w sposób, który cieszy. I tak prezentuje historię Marylki, trzydziestoletniej singielki, kobiety, która zyskuje szansę na zmiany w życiu uczuciowym. Najpierw pojawia się wizja końca świata. Według kalendarza Majów już wkrótce ludzi czeka zagłada. Społeczeństwo masowo wykupuje konserwy i przygotowuje się na katastrofę. Oznacza to, że ludzie podejmują też niepopularne wcześniej decyzje, nie mają nic do stracenia, skoro wszystko zaraz przestanie istnieć. W obliczu takich zmian i szaleństw nawet trzeźwo myśląca Marylka może się poddać. Chociaż nie ma pierwotnie takiego zamiaru, ulega znajomej sprzedawczyni i robi większe zakupy. Może też z ulgą pomyśleć o rozwiązaniu – dość radykalnym – codziennych problemów. Być może czas zbliżającego się końca świata nie jest najlepszym momentem na dokonywanie zmian w codzienności, ale Marylka ze zdziwieniem odkrywa, że na cel wziął ją Marcel, bardzo przystojny kolega z firmy. Marcel flirtuje z kobietą umiejętnie i dość szybko przekonuje ją do siebie. Nawiązuje się ciekawy romans. Tyle tylko, że mężczyzna nie zachowuje się zgodnie z powieściowymi ideałami. Sporo zmienia się po wizycie w nietypowym kurorcie. Wspólnie spędzona noc, zamiast zacieśniać więzi, wyzwala dość nieoczekiwane reakcje: Marylka zostaje sama, bo Marcel znika i nie daje znaku życia. Jednak na horyzoncie jest ktoś jeszcze, kto mógłby sprawdzić się w roli pocieszyciela.
Izabella Frączyk pisze lekko i stara się, żeby historia odwzorowywała marzenia jak największej liczby odbiorczyń, odwołuje się do wyobraźni masowej. Niekoniecznie może je zaskakiwać, skoro posługuje się czytelnymi szablonami, ale zdarza się, że wprowadza do opowieści ciekawe rozwiązania. Marylka zajmuje się pracą w branży reklamowej, kreatywność jest w jej wypadku wartością pożądaną – ale i inni kierują się niebanalnymi pomysłami. Warta uwagi jest cała przygoda nad morzem, jeden z pomysłów kobiety, która odważnie rozwija własny biznes. Tu autorka może parę razy czytelniczki zaskoczyć albo rozśmieszyć, wie też, jak rozwiązać tę historię – i przekona w ten sposób do siebie szerokie grono odbiorczyń. Udaje jej się ubarwić stereotypowe biegi akcji, niejako uszlachetnić proste czytadło. Dostarcza czytelniczkom przyjemności, a do tego pozwala kibicować bohaterce. Buduje do tego atmosferę szczęścia bez względu na związek: Marylka to kobieta świadoma własnej wartości, nie wpada w kompleksy i nie załamują jej nawet kryzysy sercowe. Może być z kimś albo się rozstawać, może dowolnie modyfikować plany na przyszłość, za każdym razem i tak nie zostanie ofiarą. Daje dobry przykład czytelniczkom, jest w pewnym sensie wzorem do naśladowania. Izabella Frączyk specjalnie w takim kierunku prowadzi opowieść, „Koniec świata” dodatkowo ma dodawać otuchy, to fabuła optymistyczna z założenia. Odbiorczynie będą usatysfakcjonowane taką historią: romansową, lekką, z przymrużeniem oka odzwierciedlającą rzeczywistość. Wiadomo, że ta autorka przeważnie nie rozczarowuje, jest i w tym wypadku twórcza i przyciągnie czytelniczki. „Koniec świata” to powieść dla kobiet, napisana prostym językiem, ale wykraczająca nieco w układaniu świata przedstawionego poza przewidywalne scenki. Jasne, że trzeba akceptować konwencję prozy kobiecej, żeby cieszyć się z takiej lektury, ale też do przypadkowych czytelniczek ta autorka nie trafia. Wznowienie powieści pozwala podtrzymywać zainteresowanie Izabellą Frączyk w oczekiwaniu na następne książki.
Szczęśliwe wizje
Powraca na rynek książka, którą Izabella Frączyk przekonywała do siebie odbiorczynie kilka lat temu. „Koniec świata” to opowieść z humorem, romansowa, ale też wykorzystująca schematy z czytadeł dla pań. Tyle że ta autorka potrafi nawet ograne zbyt mocno motywy przedstawić w sposób, który cieszy. I tak prezentuje historię Marylki, trzydziestoletniej singielki, kobiety, która zyskuje szansę na zmiany w życiu uczuciowym. Najpierw pojawia się wizja końca świata. Według kalendarza Majów już wkrótce ludzi czeka zagłada. Społeczeństwo masowo wykupuje konserwy i przygotowuje się na katastrofę. Oznacza to, że ludzie podejmują też niepopularne wcześniej decyzje, nie mają nic do stracenia, skoro wszystko zaraz przestanie istnieć. W obliczu takich zmian i szaleństw nawet trzeźwo myśląca Marylka może się poddać. Chociaż nie ma pierwotnie takiego zamiaru, ulega znajomej sprzedawczyni i robi większe zakupy. Może też z ulgą pomyśleć o rozwiązaniu – dość radykalnym – codziennych problemów. Być może czas zbliżającego się końca świata nie jest najlepszym momentem na dokonywanie zmian w codzienności, ale Marylka ze zdziwieniem odkrywa, że na cel wziął ją Marcel, bardzo przystojny kolega z firmy. Marcel flirtuje z kobietą umiejętnie i dość szybko przekonuje ją do siebie. Nawiązuje się ciekawy romans. Tyle tylko, że mężczyzna nie zachowuje się zgodnie z powieściowymi ideałami. Sporo zmienia się po wizycie w nietypowym kurorcie. Wspólnie spędzona noc, zamiast zacieśniać więzi, wyzwala dość nieoczekiwane reakcje: Marylka zostaje sama, bo Marcel znika i nie daje znaku życia. Jednak na horyzoncie jest ktoś jeszcze, kto mógłby sprawdzić się w roli pocieszyciela.
Izabella Frączyk pisze lekko i stara się, żeby historia odwzorowywała marzenia jak największej liczby odbiorczyń, odwołuje się do wyobraźni masowej. Niekoniecznie może je zaskakiwać, skoro posługuje się czytelnymi szablonami, ale zdarza się, że wprowadza do opowieści ciekawe rozwiązania. Marylka zajmuje się pracą w branży reklamowej, kreatywność jest w jej wypadku wartością pożądaną – ale i inni kierują się niebanalnymi pomysłami. Warta uwagi jest cała przygoda nad morzem, jeden z pomysłów kobiety, która odważnie rozwija własny biznes. Tu autorka może parę razy czytelniczki zaskoczyć albo rozśmieszyć, wie też, jak rozwiązać tę historię – i przekona w ten sposób do siebie szerokie grono odbiorczyń. Udaje jej się ubarwić stereotypowe biegi akcji, niejako uszlachetnić proste czytadło. Dostarcza czytelniczkom przyjemności, a do tego pozwala kibicować bohaterce. Buduje do tego atmosferę szczęścia bez względu na związek: Marylka to kobieta świadoma własnej wartości, nie wpada w kompleksy i nie załamują jej nawet kryzysy sercowe. Może być z kimś albo się rozstawać, może dowolnie modyfikować plany na przyszłość, za każdym razem i tak nie zostanie ofiarą. Daje dobry przykład czytelniczkom, jest w pewnym sensie wzorem do naśladowania. Izabella Frączyk specjalnie w takim kierunku prowadzi opowieść, „Koniec świata” dodatkowo ma dodawać otuchy, to fabuła optymistyczna z założenia. Odbiorczynie będą usatysfakcjonowane taką historią: romansową, lekką, z przymrużeniem oka odzwierciedlającą rzeczywistość. Wiadomo, że ta autorka przeważnie nie rozczarowuje, jest i w tym wypadku twórcza i przyciągnie czytelniczki. „Koniec świata” to powieść dla kobiet, napisana prostym językiem, ale wykraczająca nieco w układaniu świata przedstawionego poza przewidywalne scenki. Jasne, że trzeba akceptować konwencję prozy kobiecej, żeby cieszyć się z takiej lektury, ale też do przypadkowych czytelniczek ta autorka nie trafia. Wznowienie powieści pozwala podtrzymywać zainteresowanie Izabellą Frączyk w oczekiwaniu na następne książki.
poniedziałek, 12 sierpnia 2019
Izabella Frączyk: Kobiety z odzysku. Trudne wybory
Prószyński i S-ka, Warszawa 2019.
Partnerzy
Zuzka może żyć jak w bajce i nie przejmować się niczym. Wprawdzie teraz prowadzi świetnie prosperującą firmę, ale wystarczy jedno jej słowo, żeby stała się żoną arabskiego księcia. Na razie przeżywa romans z ukochanym Ahmedem poznanym w Egipcie. Ustaliła już zasady partnerskiej relacji, nie zamierza się poddawać zwyczajom panującym w kraju wybranka ani ulegać jego despotycznej matce. W Polsce Ahmed zachowuje się zgodnie z oczekiwaniami Zuzy, łatwo ulega i nie zamierza stawiać na swoim – ale sytuacja zmienia się, gdy umiera jego ojciec. Ahmed musi natychmiast wyruszyć do Egiptu, przejąć obowiązki związane z majątkiem i zmienić dotychczasowe przyzwyczajenia. Jeśli Zuza chce z nim być, musi przystać na nowe warunki – mało wygodne dla niej. Izabella Frączyk proponuje czytelniczkom niejedno spojrzenie na sprawy damsko-męskie. Oto Gośka, która przeżyła już trudne doświadczenie – odkrycie bigamii pierwszego męża – dowiaduje się, jak boli banalna zdrada. Wraca wcześniej do domu, zastaje ukochanego w łóżku z inną i wie już, że po raz kolejny będzie musiała sobie poukładać życie. Inni ludzie mają własne problemy, w tym i sercowe (miejscowy donżuan powinien natychmiast się ożenić, porzucić dotychczasowe życie i zająć się wypasaniem krów, które posiada rodzina jego narzeczonej) – ale ich dylematy to drobiazg przy tym, co przeżywają trzy przyjaciółki. Uwaga zogniskowana na nich powoduje, że odbiorczynie automatycznie zaczynają im kibicować – dzięki czemu z większym dystansem podejdą do własnych spraw. Doświadczenia Zuzy są bajkowe i do takiego finału mają prowadzić, ale liczy się tu też pośrednie przesłanie. Bohaterka zna swoją wartość, nie daje sobą pomiatać. Zresztą wszystkie kobiety u Izabelli Frączyk okazują się silne i skonstruowane tak, żeby brać z nich przykład. Żadna z przyjaciółek nie zamierza choćby kontynuować związku, który staje się toksyczny: przerwanie relacji, gdy przestają one spełniać oczekiwania, wydaje się tutaj oczywiste, chociaż naturalnie proste nie jest. Łatwiej przeżyć krótki i intensywny żal po stracie niż kisić się w układzie, który dostarcza wyłącznie frustracji. I w tomie „Kobiety z odzysku. Trudne wybory” autorka bardzo stara się przekazać tę prawdę odbiorczyniom. Buduje w nich pewność siebie, podsuwa dobre przykłady działania. Mężczyźni w tej historii nie mają być na stałe, „żyli długo i szczęśliwie” to mit. Autorka woli zajmować się pełną wyzwań teraźniejszością. Przedstawia prawdopodobne i nieprawdopodobne scenariusze, do których postacie się ustosunkowują. Czytelniczki dzięki temu mogą przemyśleć sobie kilka spraw i przyjrzeć się z dystansu rozmaitym sytuacjom.
„Kobiety z odzysku. Trudne wybory” to powieść, która ma przynosić czytelniczkom prostą rozrywkę. To typowe babskie pokrzepiające czytadło, obyczajówka, a w tym gatunku Izabella Frączyk jest mistrzynią. Jednak poza wytchnieniem autorce udaje się przemycić również garść porad – jawnych lub ukrytych – oraz obraz prawdziwej przyjaźni, która powinna pokonać wszelkie trudności. Kobiety są tu dla siebie wsparciem, wiedzą, jak sobie pomagać. Każda jest już po przejściach i każda rozumie, że nie da się wierzyć w miłość na zawsze. A jednak Izabella Frączyk nie odbiera nadziei czytelniczkom, pozwala im wierzyć w odwrócenie się losu i w brak rutyny. Jak to przeważnie z powieściami tej autorki bywa, i tę książkę świetnie się czyta.
Partnerzy
Zuzka może żyć jak w bajce i nie przejmować się niczym. Wprawdzie teraz prowadzi świetnie prosperującą firmę, ale wystarczy jedno jej słowo, żeby stała się żoną arabskiego księcia. Na razie przeżywa romans z ukochanym Ahmedem poznanym w Egipcie. Ustaliła już zasady partnerskiej relacji, nie zamierza się poddawać zwyczajom panującym w kraju wybranka ani ulegać jego despotycznej matce. W Polsce Ahmed zachowuje się zgodnie z oczekiwaniami Zuzy, łatwo ulega i nie zamierza stawiać na swoim – ale sytuacja zmienia się, gdy umiera jego ojciec. Ahmed musi natychmiast wyruszyć do Egiptu, przejąć obowiązki związane z majątkiem i zmienić dotychczasowe przyzwyczajenia. Jeśli Zuza chce z nim być, musi przystać na nowe warunki – mało wygodne dla niej. Izabella Frączyk proponuje czytelniczkom niejedno spojrzenie na sprawy damsko-męskie. Oto Gośka, która przeżyła już trudne doświadczenie – odkrycie bigamii pierwszego męża – dowiaduje się, jak boli banalna zdrada. Wraca wcześniej do domu, zastaje ukochanego w łóżku z inną i wie już, że po raz kolejny będzie musiała sobie poukładać życie. Inni ludzie mają własne problemy, w tym i sercowe (miejscowy donżuan powinien natychmiast się ożenić, porzucić dotychczasowe życie i zająć się wypasaniem krów, które posiada rodzina jego narzeczonej) – ale ich dylematy to drobiazg przy tym, co przeżywają trzy przyjaciółki. Uwaga zogniskowana na nich powoduje, że odbiorczynie automatycznie zaczynają im kibicować – dzięki czemu z większym dystansem podejdą do własnych spraw. Doświadczenia Zuzy są bajkowe i do takiego finału mają prowadzić, ale liczy się tu też pośrednie przesłanie. Bohaterka zna swoją wartość, nie daje sobą pomiatać. Zresztą wszystkie kobiety u Izabelli Frączyk okazują się silne i skonstruowane tak, żeby brać z nich przykład. Żadna z przyjaciółek nie zamierza choćby kontynuować związku, który staje się toksyczny: przerwanie relacji, gdy przestają one spełniać oczekiwania, wydaje się tutaj oczywiste, chociaż naturalnie proste nie jest. Łatwiej przeżyć krótki i intensywny żal po stracie niż kisić się w układzie, który dostarcza wyłącznie frustracji. I w tomie „Kobiety z odzysku. Trudne wybory” autorka bardzo stara się przekazać tę prawdę odbiorczyniom. Buduje w nich pewność siebie, podsuwa dobre przykłady działania. Mężczyźni w tej historii nie mają być na stałe, „żyli długo i szczęśliwie” to mit. Autorka woli zajmować się pełną wyzwań teraźniejszością. Przedstawia prawdopodobne i nieprawdopodobne scenariusze, do których postacie się ustosunkowują. Czytelniczki dzięki temu mogą przemyśleć sobie kilka spraw i przyjrzeć się z dystansu rozmaitym sytuacjom.
„Kobiety z odzysku. Trudne wybory” to powieść, która ma przynosić czytelniczkom prostą rozrywkę. To typowe babskie pokrzepiające czytadło, obyczajówka, a w tym gatunku Izabella Frączyk jest mistrzynią. Jednak poza wytchnieniem autorce udaje się przemycić również garść porad – jawnych lub ukrytych – oraz obraz prawdziwej przyjaźni, która powinna pokonać wszelkie trudności. Kobiety są tu dla siebie wsparciem, wiedzą, jak sobie pomagać. Każda jest już po przejściach i każda rozumie, że nie da się wierzyć w miłość na zawsze. A jednak Izabella Frączyk nie odbiera nadziei czytelniczkom, pozwala im wierzyć w odwrócenie się losu i w brak rutyny. Jak to przeważnie z powieściami tej autorki bywa, i tę książkę świetnie się czyta.
sobota, 10 sierpnia 2019
Izabella Frączyk: Kobiety z odzysku
Prószyński i S-ka, Warszawa 2019.
Siła przyjaźni
Te trzy kobiety mają mnóstwo energii. Nie tylko do radzenia sobie z własnymi przeciwnościami losu i dodawania otuchy przyjaciółkom: radością życia zarażać będą też odbiorczynie. A że przebywają na stałe w pięknej baśni – pozwalają wierzyć, że los odmieni się na lepsze i da szansę na realizowanie marzeń. Wszystko jedno: o świetnej i przynoszącej pieniądze oraz satysfakcję pracy, o ukochanym, o dziecku… Gośka, Zuza i Fela są bardzo różne, a jednak potrzebują siebie nawzajem. Gośka odkryła, że jej mąż ma inną rodzinę (a później, razem z drugą prawowitą żoną wiarołomnego, znalazły jeszcze trzecią nabraną przez poligamistę – smaczku dodaje fakt, że każdą rodzinę mężczyzna założył w innym kraju i skutecznie zwodził wszystkie partnerki). Fela przeżyła śmierć ukochanego i stratę nowo narodzonego dziecka, zapomnienia szuka zatem w pracy – na szczęście jest wziętym prawnikiem, od dziecka uczyła się zawodu, podglądając zajęcia dziadka. Z kolei Zuzka ma za sobą trudne toksyczne małżeństwo z teściową wtrącającą się w każdy aspekt życia (ze specjalnym uwzględnieniem prokreacji). Wszystkie trzy kobiety wybierają się na urlop do Egiptu, żeby przynajmniej tam na moment zapomnieć o troskach.
I, jak to zwykle w obyczajówkach bywa, bohaterki na rozdrożu – chociaż każda pogodzona ze swoją sytuacją – otwierają się na nowe miłości. Gośka swojego nowego mężczyznę poznaje w samolocie do Egiptu: Marcin wydaje się miłym facetem z klasą, na pewno nie ma skłonności do bigamii. Fela wdaje się w przygodę na jedną noc – potrzeba jej tego, żeby ostatecznie rozprawić się z przeszłością. Nie wie jeszcze, że Jacka niedługo spotka, w zupełnie niespodziewanych okolicznościach – i wtedy będzie mogła naprawdę zastanowić się nad tym, jak chce spędzić życie. Zuzka natomiast wpada w oko przystojnemu instruktorowi windsurfingu. Problem w tym, że Ahmed jest Arabem, bajecznie bogatym synem szejka i jego zaloty energicznej kobiecie nie odpowiadają. To prosta droga do szeregu przygód, nie tylko sercowych. Bo chociaż Izabela Frączyk eksponuje przede wszystkim sprawy damsko-męskie, nie zapomina o tym, co napędzi fabułę. Znajdzie miejsce na uczucia macierzyńskie, podrzucane na progach mieszkań obce dzieci, ale i na porwania w innych krajach. Umiejętnie operuje poczuciem zagrożenia: Felicja chce się wprowadzić do remontowanego właśnie domu, ale odkrywa, że podjeżdżają pod niego nieoznakowanymi samochodami przestępcy. Takich zwrotów akcji, zmieniających układ sił, jest w tej powieści trochę – i sprawiają, że lepiej czyta się o dzielnych kobietach.
Nie ulega wątpliwości, że Izabella Frączyk chce dodać czytelniczkom sił do walki o swoje prawa czy do realizowania marzeń. Przez wsparcie bohaterek pokazuje, jak zabrać się do działania – i że warto stawiać nawet na niekonwencjonalne pomysły, kiedy wszystkie racjonalne zawodzą. „Kobiety z odzysku” to lektura przynosząca sporo śmiechu i rozrywki, ale do tego też kształtująca postawy odbiorczyń: można brać przykład z bohaterek. Może niekoniecznie jeśli chodzi o wiarę w miłość na zawsze, ale już w przypadku radzenia sobie z codziennymi problemami – jak najbardziej.
Siła przyjaźni
Te trzy kobiety mają mnóstwo energii. Nie tylko do radzenia sobie z własnymi przeciwnościami losu i dodawania otuchy przyjaciółkom: radością życia zarażać będą też odbiorczynie. A że przebywają na stałe w pięknej baśni – pozwalają wierzyć, że los odmieni się na lepsze i da szansę na realizowanie marzeń. Wszystko jedno: o świetnej i przynoszącej pieniądze oraz satysfakcję pracy, o ukochanym, o dziecku… Gośka, Zuza i Fela są bardzo różne, a jednak potrzebują siebie nawzajem. Gośka odkryła, że jej mąż ma inną rodzinę (a później, razem z drugą prawowitą żoną wiarołomnego, znalazły jeszcze trzecią nabraną przez poligamistę – smaczku dodaje fakt, że każdą rodzinę mężczyzna założył w innym kraju i skutecznie zwodził wszystkie partnerki). Fela przeżyła śmierć ukochanego i stratę nowo narodzonego dziecka, zapomnienia szuka zatem w pracy – na szczęście jest wziętym prawnikiem, od dziecka uczyła się zawodu, podglądając zajęcia dziadka. Z kolei Zuzka ma za sobą trudne toksyczne małżeństwo z teściową wtrącającą się w każdy aspekt życia (ze specjalnym uwzględnieniem prokreacji). Wszystkie trzy kobiety wybierają się na urlop do Egiptu, żeby przynajmniej tam na moment zapomnieć o troskach.
I, jak to zwykle w obyczajówkach bywa, bohaterki na rozdrożu – chociaż każda pogodzona ze swoją sytuacją – otwierają się na nowe miłości. Gośka swojego nowego mężczyznę poznaje w samolocie do Egiptu: Marcin wydaje się miłym facetem z klasą, na pewno nie ma skłonności do bigamii. Fela wdaje się w przygodę na jedną noc – potrzeba jej tego, żeby ostatecznie rozprawić się z przeszłością. Nie wie jeszcze, że Jacka niedługo spotka, w zupełnie niespodziewanych okolicznościach – i wtedy będzie mogła naprawdę zastanowić się nad tym, jak chce spędzić życie. Zuzka natomiast wpada w oko przystojnemu instruktorowi windsurfingu. Problem w tym, że Ahmed jest Arabem, bajecznie bogatym synem szejka i jego zaloty energicznej kobiecie nie odpowiadają. To prosta droga do szeregu przygód, nie tylko sercowych. Bo chociaż Izabela Frączyk eksponuje przede wszystkim sprawy damsko-męskie, nie zapomina o tym, co napędzi fabułę. Znajdzie miejsce na uczucia macierzyńskie, podrzucane na progach mieszkań obce dzieci, ale i na porwania w innych krajach. Umiejętnie operuje poczuciem zagrożenia: Felicja chce się wprowadzić do remontowanego właśnie domu, ale odkrywa, że podjeżdżają pod niego nieoznakowanymi samochodami przestępcy. Takich zwrotów akcji, zmieniających układ sił, jest w tej powieści trochę – i sprawiają, że lepiej czyta się o dzielnych kobietach.
Nie ulega wątpliwości, że Izabella Frączyk chce dodać czytelniczkom sił do walki o swoje prawa czy do realizowania marzeń. Przez wsparcie bohaterek pokazuje, jak zabrać się do działania – i że warto stawiać nawet na niekonwencjonalne pomysły, kiedy wszystkie racjonalne zawodzą. „Kobiety z odzysku” to lektura przynosząca sporo śmiechu i rozrywki, ale do tego też kształtująca postawy odbiorczyń: można brać przykład z bohaterek. Może niekoniecznie jeśli chodzi o wiarę w miłość na zawsze, ale już w przypadku radzenia sobie z codziennymi problemami – jak najbardziej.
niedziela, 21 października 2018
Izabella Frączyk: Wszystko nie tak!
Prószyński i S-ka, Warszawa 2018.
Wodze fantazji
Z krytyką spotykają się często autorki kobiecych obyczajówek, które zamiast szukać nowych pomysłów i rozwiązań powielają wciąż jednakowe pomysły fabularne (choćby do znudzenia ograny schemat o ucieczce na wieś i zwolnieniu tempa życia. Męczące są te historie, w których bohaterki obowiązkowo są dziennikarkami, obowiązkowo po przejściach w związku - wiadomo, jak się zacznie i wiadomo, jak się skończy. Ale nie za dobrze jest również, gdy autorkę w ramach konwencji obyczajówki - choćby i krzepiącej, z romansem na horyzoncie - wyobraźnia poniesie za daleko. Izabella Frączyk postanowiła dodać do swojej opowieści trochę kryminału i zaplanowała... porwanie bohaterki. Porwanie nieudolne: pierwszą akcję mężczyzny, który chciałby zrobić karierę jako detektyw i potrzebuje rozgłosu w mediach (a wymyślił sobie sposób na darmową reklamę) oraz jego poczciwego brata. Ofiarą takiego to tandemu pada Ewa, kobieta niewyróżniająca się niczym szczególnym, za to tuż po sercowych przejściach. Ewa zachowała się jak naiwna nastolatka, wyruszając za swoim ukochanym w podróż do Hiszpanii - tylko po to, by tam odkryć, że wybranek ma rodzinę (piękną żonę i dzieci), do których nie zamierzał się przyznawać. Nie ma to dla akcji większego znaczenia, poza tym, że w Hiszpanii bohaterka poznaje mężczyznę, który zostanie jej przyjacielem - i miłością jej najlepszej przyjaciółki Moniki, należy więc ten rozpaczliwy początek przypisać autorce jako próbę przyciągnięcia czytelniczek do "życiowej" historii. Bo dalej będzie już nieżyciowo: pewien facet porywa Ewę (omyłkowo biorąc ją za inną kobietę) i zamyka w swoim pięknym domu. Troszczy się o więźniarkę, nie robi jej żadnej krzywdy i w zasadzie pobyt w odosobnieniu Ewa może potraktować jak nietypowe wakacje, zwłaszcza że kidnaper dba nawet o jej rozrywki. Monika staje na głowie, żeby dowiedzieć się, co się stało. A Ewa - trafia na kolejną sercową przygodę. Zakochuje się w swoim porywaczu.
Tak zaczyna się "Wszystko nie tak!" Izabelli Frączyk i trudno będzie czytelniczkom raczej uwierzyć w szczerość uczuć postaci, zwłaszcza że sama bohaterka nie jest przekonana, czy realizowanie scenariusza syndromu sztokholmskiego ma w tym wypadku sens. Tomasz wprawdzie okazuje się facetem na poziomie – ale niczym autorka nie tłumaczy namiętności, jaka między postaciami się rodzi. Na szczęście ma jeszcze w zanadrzu humor - nieodzowną karę za porwanie. I na tym może zbudować przynajmniej częściowo porozumienie z odbiorczyniami. Świetnie odmalowuje sceny, w których do wypieszczonego domu sprowadza się wiejska rodzina z całym inwentarzem – i w których zabiegi dyplomatyczne przestają mieć jakiekolwiek znaczenie. To element, dla którego warto sięgnąć po “Wszystko nie tak!”, skoro schemat romansowy zawodzi. Nie dlatego zresztą, że jest nieoryginalny, tylko - ponieważ nie ma siły przebicia, nie przekonuje, wydaje się za bardzo wymuszony, żeby cieszyć. Izabella Frączyk do tej pory dość dobrze sprawdzała się w powieściach obyczajowych, dopiero od drugiej części Śnieżnej Grani zaczęła eksperymentować z wątkami sensacyjnymi i trudno jej do tego przekonać czytelniczki. Znacznie lepiej było pozostać przy normalności, wiarygodnej (nawet jeśli baśniowej w elementach romansu). Tym razem wygrywa trochę rozbawianiem odbiorczyń i pomysłami w dziedzinie poza związkami. Nie ma sensu aż tak oddalać się od fabułek, choćby i przewidywalnych - nie na tym gatunek polega.
Wodze fantazji
Z krytyką spotykają się często autorki kobiecych obyczajówek, które zamiast szukać nowych pomysłów i rozwiązań powielają wciąż jednakowe pomysły fabularne (choćby do znudzenia ograny schemat o ucieczce na wieś i zwolnieniu tempa życia. Męczące są te historie, w których bohaterki obowiązkowo są dziennikarkami, obowiązkowo po przejściach w związku - wiadomo, jak się zacznie i wiadomo, jak się skończy. Ale nie za dobrze jest również, gdy autorkę w ramach konwencji obyczajówki - choćby i krzepiącej, z romansem na horyzoncie - wyobraźnia poniesie za daleko. Izabella Frączyk postanowiła dodać do swojej opowieści trochę kryminału i zaplanowała... porwanie bohaterki. Porwanie nieudolne: pierwszą akcję mężczyzny, który chciałby zrobić karierę jako detektyw i potrzebuje rozgłosu w mediach (a wymyślił sobie sposób na darmową reklamę) oraz jego poczciwego brata. Ofiarą takiego to tandemu pada Ewa, kobieta niewyróżniająca się niczym szczególnym, za to tuż po sercowych przejściach. Ewa zachowała się jak naiwna nastolatka, wyruszając za swoim ukochanym w podróż do Hiszpanii - tylko po to, by tam odkryć, że wybranek ma rodzinę (piękną żonę i dzieci), do których nie zamierzał się przyznawać. Nie ma to dla akcji większego znaczenia, poza tym, że w Hiszpanii bohaterka poznaje mężczyznę, który zostanie jej przyjacielem - i miłością jej najlepszej przyjaciółki Moniki, należy więc ten rozpaczliwy początek przypisać autorce jako próbę przyciągnięcia czytelniczek do "życiowej" historii. Bo dalej będzie już nieżyciowo: pewien facet porywa Ewę (omyłkowo biorąc ją za inną kobietę) i zamyka w swoim pięknym domu. Troszczy się o więźniarkę, nie robi jej żadnej krzywdy i w zasadzie pobyt w odosobnieniu Ewa może potraktować jak nietypowe wakacje, zwłaszcza że kidnaper dba nawet o jej rozrywki. Monika staje na głowie, żeby dowiedzieć się, co się stało. A Ewa - trafia na kolejną sercową przygodę. Zakochuje się w swoim porywaczu.
Tak zaczyna się "Wszystko nie tak!" Izabelli Frączyk i trudno będzie czytelniczkom raczej uwierzyć w szczerość uczuć postaci, zwłaszcza że sama bohaterka nie jest przekonana, czy realizowanie scenariusza syndromu sztokholmskiego ma w tym wypadku sens. Tomasz wprawdzie okazuje się facetem na poziomie – ale niczym autorka nie tłumaczy namiętności, jaka między postaciami się rodzi. Na szczęście ma jeszcze w zanadrzu humor - nieodzowną karę za porwanie. I na tym może zbudować przynajmniej częściowo porozumienie z odbiorczyniami. Świetnie odmalowuje sceny, w których do wypieszczonego domu sprowadza się wiejska rodzina z całym inwentarzem – i w których zabiegi dyplomatyczne przestają mieć jakiekolwiek znaczenie. To element, dla którego warto sięgnąć po “Wszystko nie tak!”, skoro schemat romansowy zawodzi. Nie dlatego zresztą, że jest nieoryginalny, tylko - ponieważ nie ma siły przebicia, nie przekonuje, wydaje się za bardzo wymuszony, żeby cieszyć. Izabella Frączyk do tej pory dość dobrze sprawdzała się w powieściach obyczajowych, dopiero od drugiej części Śnieżnej Grani zaczęła eksperymentować z wątkami sensacyjnymi i trudno jej do tego przekonać czytelniczki. Znacznie lepiej było pozostać przy normalności, wiarygodnej (nawet jeśli baśniowej w elementach romansu). Tym razem wygrywa trochę rozbawianiem odbiorczyń i pomysłami w dziedzinie poza związkami. Nie ma sensu aż tak oddalać się od fabułek, choćby i przewidywalnych - nie na tym gatunek polega.
sobota, 18 sierpnia 2018
Izabella Frączyk: Śnieżna Grań. Pół na pół
Prószyński i S-ka, Warszawa 2018.
Baśń w górach
Chociaż Izabella Frączyk wiele razy udowodniła, że potrafi realizować wytyczne bestsellerowych konwencji i podpiąć się pod każdy styl, który akurat jest modny, w drugim tomie Śnieżnej Grani mocno przesadziła, wcielając się niemal w Katarzynę Michalak. Czy zabrakło jej wyobraźni na tworzenie normalności, czy zatęskniła za nieprawdopodobnymi rozwiązaniami fabularnymi rodem z brazylijskich telenowel - dość stwierdzić, że wymknęły jej się kreacje spod kontroli, a sama fabuła zaczęła brzmieć sztucznie i źle. Każdy skok tematyczny okazuje się tu przesadzony lub podporządkowany wyłącznie emocjom, a nie realiom, jedynie w samych warunkach prowadzenia firmy gdzieś trochę prawdy można znaleźć (a to ze względu na doświadczenia autorki, o czym pisze w posłowiu). Na Śnieżną Grań zabiera autorka czytelniczki po raz drugi (i być może ostatni), w mocno uproszczonym stylu i z filmowymi chwytami. Trochę kończy się tu eldorado, już nie każda decyzja owocuje złotym deszczem, trzeba się nieco natrudzić, żeby odnieść sukces, co po pierwszym tomie już staje się przeskokiem fabularnym. Ale rzecz nie w tym. W Śnieżnej Grani uwaga odbiorczyń kierowana była na życie uczuciowe Loli Stachowiak i – w nieco mniejszym stopniu – jej brata Edka. Tutaj też autorka nie może pominąć perypetii sercowych. Przystojny biznesmen coraz bardziej sprawia, że Loli miękną nogi - ale nie próbuje zrobić żadnego kroku, żeby zacieśnić tę znajomość, przeciwko czemu Lola nie miałaby nic. Siostra owego biznesmena z kolei zawróciła już w głowie Edkowi (którego narzeczona spodziewa się dziecka). Rodzina Stachowiaków może na wielu polach połączyć się wkrótce z nowym inwestorem na Śnieżnej Grani. I kiedy wszystko dąży do baśniowej kreacji, bohaterowie przeżywają wielki szok, bo na jaw wychodzą prawdziwe motywacje. To, co wcześniej wydawało się niezakłamane, teraz staje się niby misternym i precyzyjnie przygotowywanym od dawna planem, realizowanym z zimną krwią. Na drodze do szczęścia pojawia się wiele przeszkód nie do pokonania, a informacje, jakie bohaterowie sobie wzajemnie przekazują, wstrząsną całym ich światem. Niby wszystko ok, fabuła nie będzie nudna – ale przez nadmiar wysiłków w celu urozmaicenia jej – staje się odrobinę niestrawna. Frączyk dalej potrafi pisać z fantazją, tylko tym razem zawodzi ją wyczucie sytuacji i umiejętność budowania przejrzystych charakterów.
Mimo problemów rodem z opery mydlanej, autorka tworzy dla czytelniczek ciekawy azyl: o ile zwykle bohaterki uciekają od szybkiego życia do domku na wsi, w lato i szczęście wiszące w powietrzu, o tyle na Śnieżnej Grani zawsze panuje zima, a postacie skupiają się na rozwijaniu biznesu. Co ciekawe, w rodzinnej firmie nie ma miejsca na sentymenty, dużo się wybacza, ale kiedy trzeba, kobiety potrafią podejmować odważne decyzje bez oglądania się na rodzinne koneksje. Frączyk pokazuje, że warto angażować się w nowe inicjatywy, szukać sposobów na zarabianie i na rozwijanie firmy, nie wolno za to czekać na uśmiechy losu. Tym dopinguje do działania. Jest pełna energii i kreatywna, te cechy zresztą przekazuje Loli, która nigdy się nie załamuje. Każdy z członków rodziny Stachowiaków ma jakieś problemy, nie zawsze do omawiania na forum publicznym, ale w końcu o to chodzi, żeby nie było jednostajnie. To się Izabelli Frączyk wprawdzie udaje, jednak inne powieści obyczajowe tej autorki sprawiają znacznie lepsze wrażenie niż “Pół na pół”.
Baśń w górach
Chociaż Izabella Frączyk wiele razy udowodniła, że potrafi realizować wytyczne bestsellerowych konwencji i podpiąć się pod każdy styl, który akurat jest modny, w drugim tomie Śnieżnej Grani mocno przesadziła, wcielając się niemal w Katarzynę Michalak. Czy zabrakło jej wyobraźni na tworzenie normalności, czy zatęskniła za nieprawdopodobnymi rozwiązaniami fabularnymi rodem z brazylijskich telenowel - dość stwierdzić, że wymknęły jej się kreacje spod kontroli, a sama fabuła zaczęła brzmieć sztucznie i źle. Każdy skok tematyczny okazuje się tu przesadzony lub podporządkowany wyłącznie emocjom, a nie realiom, jedynie w samych warunkach prowadzenia firmy gdzieś trochę prawdy można znaleźć (a to ze względu na doświadczenia autorki, o czym pisze w posłowiu). Na Śnieżną Grań zabiera autorka czytelniczki po raz drugi (i być może ostatni), w mocno uproszczonym stylu i z filmowymi chwytami. Trochę kończy się tu eldorado, już nie każda decyzja owocuje złotym deszczem, trzeba się nieco natrudzić, żeby odnieść sukces, co po pierwszym tomie już staje się przeskokiem fabularnym. Ale rzecz nie w tym. W Śnieżnej Grani uwaga odbiorczyń kierowana była na życie uczuciowe Loli Stachowiak i – w nieco mniejszym stopniu – jej brata Edka. Tutaj też autorka nie może pominąć perypetii sercowych. Przystojny biznesmen coraz bardziej sprawia, że Loli miękną nogi - ale nie próbuje zrobić żadnego kroku, żeby zacieśnić tę znajomość, przeciwko czemu Lola nie miałaby nic. Siostra owego biznesmena z kolei zawróciła już w głowie Edkowi (którego narzeczona spodziewa się dziecka). Rodzina Stachowiaków może na wielu polach połączyć się wkrótce z nowym inwestorem na Śnieżnej Grani. I kiedy wszystko dąży do baśniowej kreacji, bohaterowie przeżywają wielki szok, bo na jaw wychodzą prawdziwe motywacje. To, co wcześniej wydawało się niezakłamane, teraz staje się niby misternym i precyzyjnie przygotowywanym od dawna planem, realizowanym z zimną krwią. Na drodze do szczęścia pojawia się wiele przeszkód nie do pokonania, a informacje, jakie bohaterowie sobie wzajemnie przekazują, wstrząsną całym ich światem. Niby wszystko ok, fabuła nie będzie nudna – ale przez nadmiar wysiłków w celu urozmaicenia jej – staje się odrobinę niestrawna. Frączyk dalej potrafi pisać z fantazją, tylko tym razem zawodzi ją wyczucie sytuacji i umiejętność budowania przejrzystych charakterów.
Mimo problemów rodem z opery mydlanej, autorka tworzy dla czytelniczek ciekawy azyl: o ile zwykle bohaterki uciekają od szybkiego życia do domku na wsi, w lato i szczęście wiszące w powietrzu, o tyle na Śnieżnej Grani zawsze panuje zima, a postacie skupiają się na rozwijaniu biznesu. Co ciekawe, w rodzinnej firmie nie ma miejsca na sentymenty, dużo się wybacza, ale kiedy trzeba, kobiety potrafią podejmować odważne decyzje bez oglądania się na rodzinne koneksje. Frączyk pokazuje, że warto angażować się w nowe inicjatywy, szukać sposobów na zarabianie i na rozwijanie firmy, nie wolno za to czekać na uśmiechy losu. Tym dopinguje do działania. Jest pełna energii i kreatywna, te cechy zresztą przekazuje Loli, która nigdy się nie załamuje. Każdy z członków rodziny Stachowiaków ma jakieś problemy, nie zawsze do omawiania na forum publicznym, ale w końcu o to chodzi, żeby nie było jednostajnie. To się Izabelli Frączyk wprawdzie udaje, jednak inne powieści obyczajowe tej autorki sprawiają znacznie lepsze wrażenie niż “Pół na pół”.
środa, 30 maja 2018
Izabella Frączyk: Śnieżna Grań. Za stare grzechy
Prószyński i S-ka, Warszawa 2018.
Biznes rodzinny
Zwykle pensjonaty na odludziu kojarzą się z letnim odpoczynkiem, albo z pracą gospodarczą, która jest miłą odskocznią od wyścigu szczurów dla przybywających z miasta bohaterek. Poza Magdaleną Kordel i jej Uroczyskiem mało która autorka ma ochotę wymyślać akcję w zimie. Ale Izabella Frączyk niemal wymusza zimową scenerię w nowej serii zapoczątkowanej tomem "Za stare grzechy". Bohaterami cyklu Śnieżna Grań są bowiem właściciele doskonale prosperującej firmy, która obejmuje między innymi szkółkę narciarską, wypożyczalnie sprzętu, wyciągi, hotel czy małą gastronomię. Biznes kręci się doskonale, właściciele wciąż inwestują, kupują nowe tereny, otwierają kolejne wypożyczalnie, zatrudniają setki ludzi i nie muszą długo zastanawiać się nad rozbudowywaniem infrastruktury i ryzykiem. Każda, nawet duża inwestycja zwróci się w ciągu kilku tygodni i jedynym zmartwieniem może być brak czasu na odpoczynek. Eldorado nie zakłóca nawet śmierć głowy rodziny. Żona Aniela oraz trójka dorosłych dzieci dopilnuje interesu, sprawiedliwie dzieląc się obowiązkami. Najmłodsza z rodzeństwa, Nastka, jest jeszcze nastolatką i na razie sprawia trochę problemów wychowawczych, żyje przede wszystkim w wirtualnym świecie (czego nie rozumieją o kilka lat starsi), zależy jej wyłącznie na modnych ciuchach i na wyciąganiu pieniędzy od starszej siostry. Lola ma za sobą romans z księdzem, wychowuje córkę duchownego i właśnie przygotowuje się do powiedzenia dziecku prawdy o ojcu. Z kolei Edek pozostaje w niekończącym się narzeczeństwie z Agnieszką, ale nie jest obojętny na uroki innych przedstawicielek płci pięknej. Każdy ma swoje sprawy, własne troski, ale i nadzieje wiążące się z najbliższą przyszłością. Temu towarzystwu kibicuje z całych sił autorka - próbuje przychylić nieba postaciom i zapewnić im stabilizację. Dba też o to, żeby cały czas coś się działo, mimo że likwiduje problemy zaraz po tym, jak zaistnieją.
A arsenał środków rujnujących szczęście w innych okolicznościach jest tu przebogaty. Śmierć członka rodziny, groźna choroba, brak uczuć, konieczność włączenia dziecka w sprawy dorosłych, romanse, które mogą zakłócić relacje służbowe, ryzyko biznesowe: wielkie plany wymagające nakładu ogromnych środków finansowych. Poza tym rozczarowania codziennością, niewłaściwe wybory, spory wynikające z różnych celów... I to wszystko Izabella Frączyk wprowadza, żeby za moment usunąć. Wyposaża bohaterów w bardzo silne charaktery, tak, żeby poradzili sobie z kryzysami już w momencie ich zaistnienia i nie dopuszczali do siebie czarnych myśli. To cykl, który zapowiada się bardzo optymistycznie, wręcz sielankowo. Rodzinie nie brakuje pieniędzy, więc całą resztę da się przepędzić bez większego wysiłku. Czasami nawet może denerwować to wychodzenie cało z wszelkich opresji – ale mieści się to w konwencji. Powieść przeznaczona jest dla czytelniczek, które pragną cukierkowego świata z marzeń - z wielkimi romansami, ze spełnianiem każdego pragnienia i ze stabilizacją finansową (w mniejszym stopniu - uczuciową, ale coś w końcu musi przyciągać do lektury). To pocieszanka, tom krzepiący i bajkowy, tu nie może się zdarzyć nic złego, nie pozwala na to klimat opowieści. Dobrobyt bohaterów jest tym, czego potrzebują czytelniczki spragnione wytchnienia. Dzięki temu Frączyk zdobędzie dla cyklu sporo fanek. I nie ma tu znaczenia, że bardzo koloryzuje i przesładza, że podsuwa świat, który istnieć nie może - ważne jest to, że postaciom się układa. To daje nadzieję.
W ramach narracji jest Izabella Frączyk przezroczysta, a przynajmniej stara się taka być (umiłowanie do "przysłowiowych" elementów rzeczywistości powinno zostać usunięte na etapie redakcji), czasami tylko wpada w serialowe tony, gdy rozwodzi się nad strojami bohaterek. Bardzo umiejętnie - i nie pierwszy przecież raz – wykorzystuje konwencję, schemat ze sprawdzonych bestsellerowych czytadeł dla kobiet. Realizuje ów schemat jednak po swojemu, szukając oryginalności w kolorycie lokalnym czy w samych doświadczeniach życiowych postaci. Kto lubi czytadła obyczajowe - z pewnością zawiedziony nie będzie. Zapowiada się nowa przyjemna seria w sam raz na relaks.
Biznes rodzinny
Zwykle pensjonaty na odludziu kojarzą się z letnim odpoczynkiem, albo z pracą gospodarczą, która jest miłą odskocznią od wyścigu szczurów dla przybywających z miasta bohaterek. Poza Magdaleną Kordel i jej Uroczyskiem mało która autorka ma ochotę wymyślać akcję w zimie. Ale Izabella Frączyk niemal wymusza zimową scenerię w nowej serii zapoczątkowanej tomem "Za stare grzechy". Bohaterami cyklu Śnieżna Grań są bowiem właściciele doskonale prosperującej firmy, która obejmuje między innymi szkółkę narciarską, wypożyczalnie sprzętu, wyciągi, hotel czy małą gastronomię. Biznes kręci się doskonale, właściciele wciąż inwestują, kupują nowe tereny, otwierają kolejne wypożyczalnie, zatrudniają setki ludzi i nie muszą długo zastanawiać się nad rozbudowywaniem infrastruktury i ryzykiem. Każda, nawet duża inwestycja zwróci się w ciągu kilku tygodni i jedynym zmartwieniem może być brak czasu na odpoczynek. Eldorado nie zakłóca nawet śmierć głowy rodziny. Żona Aniela oraz trójka dorosłych dzieci dopilnuje interesu, sprawiedliwie dzieląc się obowiązkami. Najmłodsza z rodzeństwa, Nastka, jest jeszcze nastolatką i na razie sprawia trochę problemów wychowawczych, żyje przede wszystkim w wirtualnym świecie (czego nie rozumieją o kilka lat starsi), zależy jej wyłącznie na modnych ciuchach i na wyciąganiu pieniędzy od starszej siostry. Lola ma za sobą romans z księdzem, wychowuje córkę duchownego i właśnie przygotowuje się do powiedzenia dziecku prawdy o ojcu. Z kolei Edek pozostaje w niekończącym się narzeczeństwie z Agnieszką, ale nie jest obojętny na uroki innych przedstawicielek płci pięknej. Każdy ma swoje sprawy, własne troski, ale i nadzieje wiążące się z najbliższą przyszłością. Temu towarzystwu kibicuje z całych sił autorka - próbuje przychylić nieba postaciom i zapewnić im stabilizację. Dba też o to, żeby cały czas coś się działo, mimo że likwiduje problemy zaraz po tym, jak zaistnieją.
A arsenał środków rujnujących szczęście w innych okolicznościach jest tu przebogaty. Śmierć członka rodziny, groźna choroba, brak uczuć, konieczność włączenia dziecka w sprawy dorosłych, romanse, które mogą zakłócić relacje służbowe, ryzyko biznesowe: wielkie plany wymagające nakładu ogromnych środków finansowych. Poza tym rozczarowania codziennością, niewłaściwe wybory, spory wynikające z różnych celów... I to wszystko Izabella Frączyk wprowadza, żeby za moment usunąć. Wyposaża bohaterów w bardzo silne charaktery, tak, żeby poradzili sobie z kryzysami już w momencie ich zaistnienia i nie dopuszczali do siebie czarnych myśli. To cykl, który zapowiada się bardzo optymistycznie, wręcz sielankowo. Rodzinie nie brakuje pieniędzy, więc całą resztę da się przepędzić bez większego wysiłku. Czasami nawet może denerwować to wychodzenie cało z wszelkich opresji – ale mieści się to w konwencji. Powieść przeznaczona jest dla czytelniczek, które pragną cukierkowego świata z marzeń - z wielkimi romansami, ze spełnianiem każdego pragnienia i ze stabilizacją finansową (w mniejszym stopniu - uczuciową, ale coś w końcu musi przyciągać do lektury). To pocieszanka, tom krzepiący i bajkowy, tu nie może się zdarzyć nic złego, nie pozwala na to klimat opowieści. Dobrobyt bohaterów jest tym, czego potrzebują czytelniczki spragnione wytchnienia. Dzięki temu Frączyk zdobędzie dla cyklu sporo fanek. I nie ma tu znaczenia, że bardzo koloryzuje i przesładza, że podsuwa świat, który istnieć nie może - ważne jest to, że postaciom się układa. To daje nadzieję.
W ramach narracji jest Izabella Frączyk przezroczysta, a przynajmniej stara się taka być (umiłowanie do "przysłowiowych" elementów rzeczywistości powinno zostać usunięte na etapie redakcji), czasami tylko wpada w serialowe tony, gdy rozwodzi się nad strojami bohaterek. Bardzo umiejętnie - i nie pierwszy przecież raz – wykorzystuje konwencję, schemat ze sprawdzonych bestsellerowych czytadeł dla kobiet. Realizuje ów schemat jednak po swojemu, szukając oryginalności w kolorycie lokalnym czy w samych doświadczeniach życiowych postaci. Kto lubi czytadła obyczajowe - z pewnością zawiedziony nie będzie. Zapowiada się nowa przyjemna seria w sam raz na relaks.
czwartek, 23 listopada 2017
Izabella Frączyk: Stajnia w Pieńkach. Jedną nogą w niebie
Prószyński i S-ka, Warszawa 2017.
Rozstanie
Pierwszy tom był czytelnym sygnałem wejścia w bestsellerowy świat bohaterek czytadeł: rozstanie z mężem, zawalenie się wszelkich planów, nieoczekiwany spadek, schronienie z dala od cywilizacyjnego pośpiechu i szansa na nową miłość – Izabella Frączyk, rozpoczynając cykl Stajnia w Pieńkach, skorzystała z przetartych szlaków i poczytnych scenariuszy, a wygrała walkę o uwagę odbiorczyń dobrym stylem pisania, narracją wyrobioną w kolejnych optymistycznych obyczajówkach. Tom drugi był kwintesencją słodkości i spełniania marzeń – w Pieńkach powstało istne Eldorado dla Magdy, każda jej kolejna decyzja stawała się niemal żyłą złota, wystarczyło tylko zdobyć się na odwagę i działać bez wielkich analiz. Trzeci, i jak się okazuje, ostatni tom serii wydaje się już najbardziej wydumany – jakby autorka zmęczona schematami próbowała zaproponować coś na siłę oryginalnego i odmiennego od dotychczasowych rozwiązań ze stadniny. Musi tu rozwiązać różne problemy, od kwestii niechcianego dziecka Alicji po nowy związek Magdy. Dla odmiany zsyła na Pieńki szereg kataklizmów tak, by Magda, która wcześniej wiele od losu dostała, teraz dużo straciła – to test, czy bohaterka rzeczywiście jest tak silna, jak jej się wydawało i czy zasłużyła na bezinteresowną pomoc innych. „Jedną nogą w niebie” to zbiór pułapek i utrudnień, ale też prób dotarcia do najlepszych możliwych wyborów.
Na otwarcie tej części historii Magda ma wszystko. Były mąż ostatecznie zniknął z horyzontu i prawie się tu o nim nie wspomina. Sąsiad i kochanek ma śmiałe plany rozwijania obu biznesów. Stadnina prosperuje coraz lepiej, tak, że Magda rozgląda się za nowymi pracownikami. Bez przerwy ktoś dostarcza kolejne zwierzęta – co dla właścicielki obiektu jest szansą na zainteresowanie ofertą edukacyjną kolejnych szkół. Magda wszystko dostaje, przez moment to jeszcze kontynuacja fortuny z drugiego tomu. A gdy autorka sama zaczyna dostrzegać baśniową żyłę złota, zmienia front i postanawia bohaterkę ciężko doświadczyć. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to wpadanie ze skrajności w skrajność. I – oczywiście – przewidywalne happy endy dla poszczególnych postaci. Izabella Frączyk chce za wszelką cenę doprowadzić do sytuacji sielanki tak, żeby czytelniczki nie miały wątpliwości co do przyszłego szczęścia postaci, już poza powieściowym cyklem. Kiedy uda się już uporać ze zmartwieniami – to tak, żeby nigdy nie wróciły, ani one, ani ich echa. Fakt, że bierze się to z konwencji – ale jednak tu króluje przesada, zupełnie niepotrzebnie. Może gdyby autorka nie żegnała się już z postaciami, miałaby szansę spokojnie (i bardziej w rytmie tasiemcowego serialu obyczajowego) rozwijać opowieść i nie wpadałaby tak często w fabularne koleiny.
O ile w powieści w ramach akcji jest trochę niedociągnięć czy przypochlebiania się masowej publiczności, o tyle samą narracją Izabella Frączyk sporo wynagradza. Ta autorka pisze dobrze, ma mocną pozycję na rynku obyczajówek dla pań, nie popełnia najczęstszych błędów autorek czytadeł. Wie, jak sterować emocjami czytelniczek, umie też relacjonować zawartość poprzednich tomów tak, by nie zirytować fanek serii. „Jedną nogą w niebie” od strony warsztatowej jest książką dopracowaną – dlatego szkoda tych fabularnych uproszczeń, które przecież mają wpływ na brzmienie całości. Rozstanie ze stajnią w Pieńkach budzi chyba najwięcej wątpliwości z całej serii, ale tak bywa przy opuszczaniu raju.
Rozstanie
Pierwszy tom był czytelnym sygnałem wejścia w bestsellerowy świat bohaterek czytadeł: rozstanie z mężem, zawalenie się wszelkich planów, nieoczekiwany spadek, schronienie z dala od cywilizacyjnego pośpiechu i szansa na nową miłość – Izabella Frączyk, rozpoczynając cykl Stajnia w Pieńkach, skorzystała z przetartych szlaków i poczytnych scenariuszy, a wygrała walkę o uwagę odbiorczyń dobrym stylem pisania, narracją wyrobioną w kolejnych optymistycznych obyczajówkach. Tom drugi był kwintesencją słodkości i spełniania marzeń – w Pieńkach powstało istne Eldorado dla Magdy, każda jej kolejna decyzja stawała się niemal żyłą złota, wystarczyło tylko zdobyć się na odwagę i działać bez wielkich analiz. Trzeci, i jak się okazuje, ostatni tom serii wydaje się już najbardziej wydumany – jakby autorka zmęczona schematami próbowała zaproponować coś na siłę oryginalnego i odmiennego od dotychczasowych rozwiązań ze stadniny. Musi tu rozwiązać różne problemy, od kwestii niechcianego dziecka Alicji po nowy związek Magdy. Dla odmiany zsyła na Pieńki szereg kataklizmów tak, by Magda, która wcześniej wiele od losu dostała, teraz dużo straciła – to test, czy bohaterka rzeczywiście jest tak silna, jak jej się wydawało i czy zasłużyła na bezinteresowną pomoc innych. „Jedną nogą w niebie” to zbiór pułapek i utrudnień, ale też prób dotarcia do najlepszych możliwych wyborów.
Na otwarcie tej części historii Magda ma wszystko. Były mąż ostatecznie zniknął z horyzontu i prawie się tu o nim nie wspomina. Sąsiad i kochanek ma śmiałe plany rozwijania obu biznesów. Stadnina prosperuje coraz lepiej, tak, że Magda rozgląda się za nowymi pracownikami. Bez przerwy ktoś dostarcza kolejne zwierzęta – co dla właścicielki obiektu jest szansą na zainteresowanie ofertą edukacyjną kolejnych szkół. Magda wszystko dostaje, przez moment to jeszcze kontynuacja fortuny z drugiego tomu. A gdy autorka sama zaczyna dostrzegać baśniową żyłę złota, zmienia front i postanawia bohaterkę ciężko doświadczyć. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to wpadanie ze skrajności w skrajność. I – oczywiście – przewidywalne happy endy dla poszczególnych postaci. Izabella Frączyk chce za wszelką cenę doprowadzić do sytuacji sielanki tak, żeby czytelniczki nie miały wątpliwości co do przyszłego szczęścia postaci, już poza powieściowym cyklem. Kiedy uda się już uporać ze zmartwieniami – to tak, żeby nigdy nie wróciły, ani one, ani ich echa. Fakt, że bierze się to z konwencji – ale jednak tu króluje przesada, zupełnie niepotrzebnie. Może gdyby autorka nie żegnała się już z postaciami, miałaby szansę spokojnie (i bardziej w rytmie tasiemcowego serialu obyczajowego) rozwijać opowieść i nie wpadałaby tak często w fabularne koleiny.
O ile w powieści w ramach akcji jest trochę niedociągnięć czy przypochlebiania się masowej publiczności, o tyle samą narracją Izabella Frączyk sporo wynagradza. Ta autorka pisze dobrze, ma mocną pozycję na rynku obyczajówek dla pań, nie popełnia najczęstszych błędów autorek czytadeł. Wie, jak sterować emocjami czytelniczek, umie też relacjonować zawartość poprzednich tomów tak, by nie zirytować fanek serii. „Jedną nogą w niebie” od strony warsztatowej jest książką dopracowaną – dlatego szkoda tych fabularnych uproszczeń, które przecież mają wpływ na brzmienie całości. Rozstanie ze stajnią w Pieńkach budzi chyba najwięcej wątpliwości z całej serii, ale tak bywa przy opuszczaniu raju.
czwartek, 24 sierpnia 2017
Izabella Frączyk: Stajnia w Pieńkach. Spalone mosty
Prószyński i S-ka, Warszawa 2017.
Stabilizacja
O ile w „Koncercie cudzych życzeń” Izabella Frączyk musiała postawić na dynamiczną akcję, szereg zmian w życiu bohaterki, o tyle w „Spalonych mostach” wyraźnie zwalnia tempo, zajmuje się warstwą emocji i budowaniem nowego życia. Porządkuje codzienność bohaterki i sprawia, że wszyscy mogą się w Pieńkach poczuć jak w domu. Niewierny eksmąż ledwo tylko majaczy na horyzoncie, Magda jest już na tyle silna, żeby dać sobie radę z wyzwaniami. A tych nie brakuje. Przy okazji bohaterka przekonuje się, że za dobrymi pomysłami idą wymarzone rozwiązania. Ledwo zdecydowała się na agroturystykę i atrakcje w rodzaju hodowli strusi, a już spada jej z nieba możliwość poszerzenia przydomowego inwentarza o różne gatunki zwierząt gospodarskich. Problemy finansowe to coś, czego Magda niemal nie zaznaje. W domu wypełnionym miłością, przyjaźnią i zrozumieniem wszystko się uda, nawet najbardziej szalone plany doczekają się sensownej realizacji. Gdzieś w tle delikatnie pobrzmiewa kryminał z przeszłości, ale to nie odwróci uwagi od sielanki. „Spalone mosty” to szereg oryginalnych szczęść. Od czasu do czasu wydarzy się tu coś, co rujnuje spokój domowników, ale miło jest sprawdzać, jak kolejne plany same wcielają się w życie.
Oczywiście Magda ma swoje kłopoty, tym razem – jak na zawołanie – pojawiają się kandydaci do serca singielki z odzysku. Bohaterka zyskuje wielu adoratorów, więc musi też wsłuchać się we uczucia. Na tym będzie polegać podstawowy fabularny węzeł. Doświadczenia Magdy mogą też być wskazówką dla czytelniczek: nie zawsze marzenia spełnia się za pomocą wypchanego portfela. Wystarczy uważnie się rozejrzeć, umieć podejmować odważne decyzje i wykorzystać nadarzające się okazje. Autorka ułatwia Magdzie rozwijanie projektu: unijne dotacje to jedno, ale czasami ktoś chce po prostu oddać zwierzęta po zmarłych rodzicach. Innym wystarczy zwierzyć się ze swoich marzeń: ludzie, zwłaszcza w mniejszych społecznościach, lubią pomagać innym – trzeba im to tylko umożliwić. Frączyk odrzuca małomiasteczkowe sprzeczki i konflikty, skupia się na Magdzie, domownikach (przypadek zakochanej w więźniu Alicji) i najbliższych sąsiadach, bardziej interesują ją przypadki flirtów – zresztą dla odbiorczyń to też jeden z lepiej przyciągających motywów. W końcu stadnina w Pieńkach to oaza, ucieczka od prawdziwych kłopotów czytelniczek.
Izabella Frączyk sięga do tematu, który został już wiele razy wykorzystany i przepracowany przez kolejne bestsellerowe autorki. Wie dobrze, jakie są wyznaczniki tego subgatunku, zna oczekiwania czytelniczek. Może sobie pozwolić na realizowanie konwencji – bo nie popełnia błędów przypadkowych autorek. Tworzy baśń dla idealistek, książkę (całą serię!) krzepiącą, ciepłą i dodającą otuchy. To lekkie czytadło bez pretensji do wielkiej literatury – ale i książka, którą pokochają tłumy. Przy lekturze „Spalonych mostów” wszyscy stają się nawet nie gośćmi a domownikami – razem z bohaterami przeżywać będą kolejne wyzwania, prztyczki od losu i chwile radości. Autorka sięga tu nawet do motywu Bożego Narodzenia i przedświątecznej atmosfery, żeby zapewnić odbiorczyniom pożądany „magiczny” klimat. Jest to powieść dość krótka i raczej skupiająca się na przemyśleniach samej Magdy – ale Frączyk pisze dobrze, staje się w tym cyklu Małgorzatą Musierowicz dla pań. A takie pozycje też są na rynku potrzebne i spotykają się z uznaniem – całkiem słusznie. „Spalone mosty” to obyczajówka, która nie jest odkrywcza ani nowatorska – ale dostarcza tego, czego się od niej oczekuje. Frączyk sukcesywnie buduje sobie wierne grono czytelniczek.
Stabilizacja
O ile w „Koncercie cudzych życzeń” Izabella Frączyk musiała postawić na dynamiczną akcję, szereg zmian w życiu bohaterki, o tyle w „Spalonych mostach” wyraźnie zwalnia tempo, zajmuje się warstwą emocji i budowaniem nowego życia. Porządkuje codzienność bohaterki i sprawia, że wszyscy mogą się w Pieńkach poczuć jak w domu. Niewierny eksmąż ledwo tylko majaczy na horyzoncie, Magda jest już na tyle silna, żeby dać sobie radę z wyzwaniami. A tych nie brakuje. Przy okazji bohaterka przekonuje się, że za dobrymi pomysłami idą wymarzone rozwiązania. Ledwo zdecydowała się na agroturystykę i atrakcje w rodzaju hodowli strusi, a już spada jej z nieba możliwość poszerzenia przydomowego inwentarza o różne gatunki zwierząt gospodarskich. Problemy finansowe to coś, czego Magda niemal nie zaznaje. W domu wypełnionym miłością, przyjaźnią i zrozumieniem wszystko się uda, nawet najbardziej szalone plany doczekają się sensownej realizacji. Gdzieś w tle delikatnie pobrzmiewa kryminał z przeszłości, ale to nie odwróci uwagi od sielanki. „Spalone mosty” to szereg oryginalnych szczęść. Od czasu do czasu wydarzy się tu coś, co rujnuje spokój domowników, ale miło jest sprawdzać, jak kolejne plany same wcielają się w życie.
Oczywiście Magda ma swoje kłopoty, tym razem – jak na zawołanie – pojawiają się kandydaci do serca singielki z odzysku. Bohaterka zyskuje wielu adoratorów, więc musi też wsłuchać się we uczucia. Na tym będzie polegać podstawowy fabularny węzeł. Doświadczenia Magdy mogą też być wskazówką dla czytelniczek: nie zawsze marzenia spełnia się za pomocą wypchanego portfela. Wystarczy uważnie się rozejrzeć, umieć podejmować odważne decyzje i wykorzystać nadarzające się okazje. Autorka ułatwia Magdzie rozwijanie projektu: unijne dotacje to jedno, ale czasami ktoś chce po prostu oddać zwierzęta po zmarłych rodzicach. Innym wystarczy zwierzyć się ze swoich marzeń: ludzie, zwłaszcza w mniejszych społecznościach, lubią pomagać innym – trzeba im to tylko umożliwić. Frączyk odrzuca małomiasteczkowe sprzeczki i konflikty, skupia się na Magdzie, domownikach (przypadek zakochanej w więźniu Alicji) i najbliższych sąsiadach, bardziej interesują ją przypadki flirtów – zresztą dla odbiorczyń to też jeden z lepiej przyciągających motywów. W końcu stadnina w Pieńkach to oaza, ucieczka od prawdziwych kłopotów czytelniczek.
Izabella Frączyk sięga do tematu, który został już wiele razy wykorzystany i przepracowany przez kolejne bestsellerowe autorki. Wie dobrze, jakie są wyznaczniki tego subgatunku, zna oczekiwania czytelniczek. Może sobie pozwolić na realizowanie konwencji – bo nie popełnia błędów przypadkowych autorek. Tworzy baśń dla idealistek, książkę (całą serię!) krzepiącą, ciepłą i dodającą otuchy. To lekkie czytadło bez pretensji do wielkiej literatury – ale i książka, którą pokochają tłumy. Przy lekturze „Spalonych mostów” wszyscy stają się nawet nie gośćmi a domownikami – razem z bohaterami przeżywać będą kolejne wyzwania, prztyczki od losu i chwile radości. Autorka sięga tu nawet do motywu Bożego Narodzenia i przedświątecznej atmosfery, żeby zapewnić odbiorczyniom pożądany „magiczny” klimat. Jest to powieść dość krótka i raczej skupiająca się na przemyśleniach samej Magdy – ale Frączyk pisze dobrze, staje się w tym cyklu Małgorzatą Musierowicz dla pań. A takie pozycje też są na rynku potrzebne i spotykają się z uznaniem – całkiem słusznie. „Spalone mosty” to obyczajówka, która nie jest odkrywcza ani nowatorska – ale dostarcza tego, czego się od niej oczekuje. Frączyk sukcesywnie buduje sobie wierne grono czytelniczek.
niedziela, 26 lutego 2017
Izabella Frączyk: Koncert cudzych życzeń
Prószyński i S-ka, Warszawa 2017.
Zmiana
Do tej pory Izabella Frączyk starała się iść nieco pod prąd mód w literaturze obyczajowej dla kobiet, teraz wyraźnie zamierza podbić ten rynek i uprościć sobie zadanie. Proponuje serię Stajnia w Pieńkach, w której łączyć będzie wszystko to, co dobrze się sprzedaje – i czego spragnione są czytelniczki. Trochę naśladuje Magdalenę Kordel z jej opowieściami o Uroczysku, daje się też odnaleźć tu echa innych serii. „Koncert cudzych życzeń” w pierwszym wrażeniu to miłe i relaksujące czytadło. W drugim – umiejętne zestawianie konwencji i schematów, oczywistych od samego początku. Wtórność nadrabia autorka optymizmem i poczuciem humoru, ale to i tak składniki niemal obowiązkowe w krzepiących obyczajówkach. Tyle tylko, że Magda dość długo usiłuje walczyć o swoje małżeństwo.
Jest tu niszcząca życie rutyna, teściowa, która żąda spełniania swoich zachcianek i sprowadza na rodzinę kłopoty finansowe, niechciany spadek oznaczający kolejne kłopoty. Magda traci pracę – i trochę na przekór losowi – czuje się wreszcie gotowa na zajście w ciążę. Stopniowo odkrywa rodzinne tajemnice – chociaż była pewna, że babcia ze strony ojca nie chciała utrzymywać kontaktu z wnuczkami, zyskuje dostęp do jej listów (tu Frączyk, nieco wbrew utartym ścieżkom, rezygnuje z przytaczania ich treści, pozostawiając tylko wrażenie). Magda na parę dni wyjeżdża do odziedziczonej i zrujnowanej stadniny – i od razu wpada w wir pracy, jakiej wcześniej prawie nie znała (poza drobnymi doświadczeniami z dzieciństwa). To pozwala jej przetrwać wyzwania, jakie niesie los. Magda nie ma ani czasu, ani siły na rozpamiętywanie dawnych konfliktów i analizowanie bieżących krzywd. Zamierza wreszcie żyć po swojemu. Izabella Frączyk unika lamentów i użalania się nad zniszczonymi marzeniami, w zamian proponuje zupełnie nowe plany i możliwości, bez czasu na „żałobę” czy przejście do kolejnych życiowych ról. U Magdy ważne jest tempo zmian, czasem ekstremalne wydarzenia i szansa przejęcia dowodzenia.
„Koncert cudzych życzeń” to książka utrzymana w znanej konwencji. Bohaterka porzuca dotychczasową egzystencję, by ratować zapuszczone a znane z dzieciństwa tereny – na przekór zdrowemu rozsądkowi i bliskim, którzy zawsze wiedzą lepiej. Na takiej podstawie udało się Izabelli Frączyk zbudować całkiem udaną (choć oczywiście baśniową) historię. Jej siła leży w pozytywnym myśleniu, nadziei i umiejętności adaptowania się do każdej, nawet najtrudniejszej sytuacji. Bohaterka zamiast się zamartwiać – działa energicznie i dodaje innym otuchy i ochoty do pokonywania trudności. Przez całą akcję przewija się uśmiech, nawet wtedy, gdy robi się dramatycznie, a w echach przeszłości pojawi się kryminał. Izabella Frączyk dba o to, żeby bez przerwy coś się działo. Bardzo też stara się nie wprowadzać do tomu przesłanek, które uprzedzą bieg wydarzeń. Czytelniczki i tak domyślą się, w jakim kierunku potoczy się akcja – Frączyk nie odbiera im przyjemności śledzenia historii. A że pisze dobrze – jest już zaprawiona w obyczajówkach – unika stylistycznych zgrzytów i rozwlekłości.
To pierwsza część cyklu i ma zadatki na historię tasiemcową (i na wydawniczy hit). Trafia w gust odbiorczyń, które lubią bezpieczne fabuły niepozbawione emocjonalnych wstrząsów, ale z obowiązkowym happy endem. Autorka umie komplikować sytuacje postaci tak, żeby nie zmęczyć szeregiem wypadków, ale i żeby bez przerwy coś się działo. Pokazuje ukryte możliwości, przekonuje, że zawsze warto walczyć o swoje. „Koncert cudzych życzeń” to powieść z gatunku ciepłych obyczajówek, w których marzenia się spełniają, nawet jeśli okupione są dawką cierpienia. To krótka historia, za to wypełniona silnymi uczuciami. Izabella Frączyk dorobiła się już sporego grona fanek, a teraz zdobędzie jeszcze kolejne czytelniczki. Chociaż pomysły tu nie są oryginalne, bronią się jako całość.
Zmiana
Do tej pory Izabella Frączyk starała się iść nieco pod prąd mód w literaturze obyczajowej dla kobiet, teraz wyraźnie zamierza podbić ten rynek i uprościć sobie zadanie. Proponuje serię Stajnia w Pieńkach, w której łączyć będzie wszystko to, co dobrze się sprzedaje – i czego spragnione są czytelniczki. Trochę naśladuje Magdalenę Kordel z jej opowieściami o Uroczysku, daje się też odnaleźć tu echa innych serii. „Koncert cudzych życzeń” w pierwszym wrażeniu to miłe i relaksujące czytadło. W drugim – umiejętne zestawianie konwencji i schematów, oczywistych od samego początku. Wtórność nadrabia autorka optymizmem i poczuciem humoru, ale to i tak składniki niemal obowiązkowe w krzepiących obyczajówkach. Tyle tylko, że Magda dość długo usiłuje walczyć o swoje małżeństwo.
Jest tu niszcząca życie rutyna, teściowa, która żąda spełniania swoich zachcianek i sprowadza na rodzinę kłopoty finansowe, niechciany spadek oznaczający kolejne kłopoty. Magda traci pracę – i trochę na przekór losowi – czuje się wreszcie gotowa na zajście w ciążę. Stopniowo odkrywa rodzinne tajemnice – chociaż była pewna, że babcia ze strony ojca nie chciała utrzymywać kontaktu z wnuczkami, zyskuje dostęp do jej listów (tu Frączyk, nieco wbrew utartym ścieżkom, rezygnuje z przytaczania ich treści, pozostawiając tylko wrażenie). Magda na parę dni wyjeżdża do odziedziczonej i zrujnowanej stadniny – i od razu wpada w wir pracy, jakiej wcześniej prawie nie znała (poza drobnymi doświadczeniami z dzieciństwa). To pozwala jej przetrwać wyzwania, jakie niesie los. Magda nie ma ani czasu, ani siły na rozpamiętywanie dawnych konfliktów i analizowanie bieżących krzywd. Zamierza wreszcie żyć po swojemu. Izabella Frączyk unika lamentów i użalania się nad zniszczonymi marzeniami, w zamian proponuje zupełnie nowe plany i możliwości, bez czasu na „żałobę” czy przejście do kolejnych życiowych ról. U Magdy ważne jest tempo zmian, czasem ekstremalne wydarzenia i szansa przejęcia dowodzenia.
„Koncert cudzych życzeń” to książka utrzymana w znanej konwencji. Bohaterka porzuca dotychczasową egzystencję, by ratować zapuszczone a znane z dzieciństwa tereny – na przekór zdrowemu rozsądkowi i bliskim, którzy zawsze wiedzą lepiej. Na takiej podstawie udało się Izabelli Frączyk zbudować całkiem udaną (choć oczywiście baśniową) historię. Jej siła leży w pozytywnym myśleniu, nadziei i umiejętności adaptowania się do każdej, nawet najtrudniejszej sytuacji. Bohaterka zamiast się zamartwiać – działa energicznie i dodaje innym otuchy i ochoty do pokonywania trudności. Przez całą akcję przewija się uśmiech, nawet wtedy, gdy robi się dramatycznie, a w echach przeszłości pojawi się kryminał. Izabella Frączyk dba o to, żeby bez przerwy coś się działo. Bardzo też stara się nie wprowadzać do tomu przesłanek, które uprzedzą bieg wydarzeń. Czytelniczki i tak domyślą się, w jakim kierunku potoczy się akcja – Frączyk nie odbiera im przyjemności śledzenia historii. A że pisze dobrze – jest już zaprawiona w obyczajówkach – unika stylistycznych zgrzytów i rozwlekłości.
To pierwsza część cyklu i ma zadatki na historię tasiemcową (i na wydawniczy hit). Trafia w gust odbiorczyń, które lubią bezpieczne fabuły niepozbawione emocjonalnych wstrząsów, ale z obowiązkowym happy endem. Autorka umie komplikować sytuacje postaci tak, żeby nie zmęczyć szeregiem wypadków, ale i żeby bez przerwy coś się działo. Pokazuje ukryte możliwości, przekonuje, że zawsze warto walczyć o swoje. „Koncert cudzych życzeń” to powieść z gatunku ciepłych obyczajówek, w których marzenia się spełniają, nawet jeśli okupione są dawką cierpienia. To krótka historia, za to wypełniona silnymi uczuciami. Izabella Frączyk dorobiła się już sporego grona fanek, a teraz zdobędzie jeszcze kolejne czytelniczki. Chociaż pomysły tu nie są oryginalne, bronią się jako całość.
środa, 14 września 2016
Izabella Frączyk: Szczęście w nieszczęściu
Prószyński i S-ka, Warszawa 2016.
Prezenty
Miło jest czasem dla relaksu poczytać bajkę absolutną, historię, w której dobry los nie zawodzi i wszelkie problemy rozwiązuje niemal od razu, nie pozostawiając po nich śladu w psychice postaci ani w podejmowanych decyzjach. Miło poczytać opowieść, w której bohaterka się nie miota, tylko przyjmuje kolejne pocałunki fortuny. Zwłaszcza gdy do autorki ma się już zaufanie – i gdy narracja przepojona jest humorem. Izabella Frączyk to ta autorka, a „Szczęście w nieszczęściu” – jej najnowsza obyczajówka bajkowo-romansowa ze spełnionymi marzeniami o sielance. Kiedy Klarze wali się świat, wiadomo, że to element obowiązkowy schematu czytadeł dla pań. Każda bohaterka musi przez to przejść, żeby znaleźć swoje miejsce i nową miłość, tym razem wolną od wad. Zwykle po odkryciu niewierności partnera bohaterki powieści wyjeżdżają na odludzie – Klara też tak robi, ale w Capich Rogach ma wszystko oprócz spokoju. Na szczęście jest tu tylko na kilka dni. Na nieszczęście musi opuścić swoje mieszkanie. Czeka na nią dom odziedziczony po babci, ale Klara wzbrania się przed zamieszkaniem tam. Tyle, że nie ma wyjścia.
Kolejne elementy układanki potrzebne do uzyskania stabilizacji nadciągają same, i to falami. Ledwo bohaterka zdąży pomyśleć o potrzebie znalezienia pracy – zyskuje całkiem nieźle płatną. Musi przeprowadzić remont domu – pieniądze spadają prawie z nieba. Chce miłości – dostanie, i to w nadmiarze. Od przybytku wprawdzie głowa nie boli, ale Klarę czeka też, rzecz jasna, trochę rozczarowań. To jednak powieściowa realizacja pięknego snu, nie ma się co długo martwić. Frączyk nie zamierza zadręczać odbiorczyń dylematami bohaterki, kusi za to spełnianiem marzeń, nawet tych kompletnie w zwyczajności nierealnych. Bo i dlaczego nie?
Normalność zapewnia Zośka, energiczna i rzeczowa przyjaciółka Klary, i to przyjaciółka z prawdziwego zdarzenia. Zośka, kiedy trzeba, potrafi przejąć inicjatywę i uknuć całkiem sprytny rozbudowany plan, żeby uszczęśliwić Klarę. Zawsze działa dla jej dobra, również gdy na śmiałe wyczyny nie uzyskałaby zgody przyjaciółki. Zośka śmieje się głośno, trzaska drzwiami i bywa hałaśliwa, ale o takiej bratniej duszy można marzyć. W ogóle udały się autorce w tej powieści kreacje postaci – i to nie tylko tych z pierwszego planu. Trafia w dziesiątkę raz za razem, czy przedstawia odbiorcom włoskiego donżuana, czy miłego sąsiada, kombinatora czy lokalną złotą rączkę. Tu postacie są raczej prostolinijne, nie ma czasu ani powodu komplikować im życiorysów – ale to się sprawdza w lekturze. Klara ma w swoim otoczeniu ludzi, do których może się zgłosić z prośbą o pomoc.
Wielką zaletą sielankowej historii z wpisanym w oś fabularną obowiązkowym happy endem jest humor. Izabella Frączyk zwykle pisze pogodnie, ale tym razem decyduje się na kaskady żartów. Nieważne, czy ma na to wpływ ułatwianie bohaterce egzystencji, czy pomysł na lekko satyryczny komentarz do lubianych w kobiecej prozie motywów – ta książka skrzy się dowcipem. To dowcip sprawia, że nie przeszkadzają nikomu ani oczywiste rozwiązania, ani prezenty losu. Skoro całość toczy się pogodnie i prawie bez problemów, humor staje się znakomitym uzupełnieniem, powodem, dla którego z przyjemnością spędza się czas w domu Klary. I przyczyną dobrej lekturowej zabawy mimo spełniania wszystkich marzeń postaci.
Nie ma wielkiego problemu nawet z przyjęciem dość literackich ustaleń w części dialogów. Autorka tym razem indywidualizuje językowo postacie przez dodawanie im specyficznych wtrąceń. Tam jednak, gdzie sytuacja wymaga rzeczowych ustaleń, choćby przy odwdzięczaniu się za drobne i ogromne przysługi, bohaterowie przechodzą w rytm handlowy, wysuwają od razu gotowe propozycje rewanżu i brzmi to jak rodzaj umowy, bardziej oficjalnie, niż wskazywałby na to stopień zażyłości. A jednak jest „Szczęście w nieszczęściu” tomem, po który czytelniczki – spragnione szczęścia – będą chętnie sięgać. To rozrywka połączona z baśniowymi obietnicami, odejście od codziennych zmartwień i od rutyny – smakowita dawka humoru i ziszczonych marzeń oraz przyjemnych prezentów. W sam raz dla zmęczonych obowiązkami fanek pogodnych czytadeł o krzepiącej wymowie.
Prezenty
Miło jest czasem dla relaksu poczytać bajkę absolutną, historię, w której dobry los nie zawodzi i wszelkie problemy rozwiązuje niemal od razu, nie pozostawiając po nich śladu w psychice postaci ani w podejmowanych decyzjach. Miło poczytać opowieść, w której bohaterka się nie miota, tylko przyjmuje kolejne pocałunki fortuny. Zwłaszcza gdy do autorki ma się już zaufanie – i gdy narracja przepojona jest humorem. Izabella Frączyk to ta autorka, a „Szczęście w nieszczęściu” – jej najnowsza obyczajówka bajkowo-romansowa ze spełnionymi marzeniami o sielance. Kiedy Klarze wali się świat, wiadomo, że to element obowiązkowy schematu czytadeł dla pań. Każda bohaterka musi przez to przejść, żeby znaleźć swoje miejsce i nową miłość, tym razem wolną od wad. Zwykle po odkryciu niewierności partnera bohaterki powieści wyjeżdżają na odludzie – Klara też tak robi, ale w Capich Rogach ma wszystko oprócz spokoju. Na szczęście jest tu tylko na kilka dni. Na nieszczęście musi opuścić swoje mieszkanie. Czeka na nią dom odziedziczony po babci, ale Klara wzbrania się przed zamieszkaniem tam. Tyle, że nie ma wyjścia.
Kolejne elementy układanki potrzebne do uzyskania stabilizacji nadciągają same, i to falami. Ledwo bohaterka zdąży pomyśleć o potrzebie znalezienia pracy – zyskuje całkiem nieźle płatną. Musi przeprowadzić remont domu – pieniądze spadają prawie z nieba. Chce miłości – dostanie, i to w nadmiarze. Od przybytku wprawdzie głowa nie boli, ale Klarę czeka też, rzecz jasna, trochę rozczarowań. To jednak powieściowa realizacja pięknego snu, nie ma się co długo martwić. Frączyk nie zamierza zadręczać odbiorczyń dylematami bohaterki, kusi za to spełnianiem marzeń, nawet tych kompletnie w zwyczajności nierealnych. Bo i dlaczego nie?
Normalność zapewnia Zośka, energiczna i rzeczowa przyjaciółka Klary, i to przyjaciółka z prawdziwego zdarzenia. Zośka, kiedy trzeba, potrafi przejąć inicjatywę i uknuć całkiem sprytny rozbudowany plan, żeby uszczęśliwić Klarę. Zawsze działa dla jej dobra, również gdy na śmiałe wyczyny nie uzyskałaby zgody przyjaciółki. Zośka śmieje się głośno, trzaska drzwiami i bywa hałaśliwa, ale o takiej bratniej duszy można marzyć. W ogóle udały się autorce w tej powieści kreacje postaci – i to nie tylko tych z pierwszego planu. Trafia w dziesiątkę raz za razem, czy przedstawia odbiorcom włoskiego donżuana, czy miłego sąsiada, kombinatora czy lokalną złotą rączkę. Tu postacie są raczej prostolinijne, nie ma czasu ani powodu komplikować im życiorysów – ale to się sprawdza w lekturze. Klara ma w swoim otoczeniu ludzi, do których może się zgłosić z prośbą o pomoc.
Wielką zaletą sielankowej historii z wpisanym w oś fabularną obowiązkowym happy endem jest humor. Izabella Frączyk zwykle pisze pogodnie, ale tym razem decyduje się na kaskady żartów. Nieważne, czy ma na to wpływ ułatwianie bohaterce egzystencji, czy pomysł na lekko satyryczny komentarz do lubianych w kobiecej prozie motywów – ta książka skrzy się dowcipem. To dowcip sprawia, że nie przeszkadzają nikomu ani oczywiste rozwiązania, ani prezenty losu. Skoro całość toczy się pogodnie i prawie bez problemów, humor staje się znakomitym uzupełnieniem, powodem, dla którego z przyjemnością spędza się czas w domu Klary. I przyczyną dobrej lekturowej zabawy mimo spełniania wszystkich marzeń postaci.
Nie ma wielkiego problemu nawet z przyjęciem dość literackich ustaleń w części dialogów. Autorka tym razem indywidualizuje językowo postacie przez dodawanie im specyficznych wtrąceń. Tam jednak, gdzie sytuacja wymaga rzeczowych ustaleń, choćby przy odwdzięczaniu się za drobne i ogromne przysługi, bohaterowie przechodzą w rytm handlowy, wysuwają od razu gotowe propozycje rewanżu i brzmi to jak rodzaj umowy, bardziej oficjalnie, niż wskazywałby na to stopień zażyłości. A jednak jest „Szczęście w nieszczęściu” tomem, po który czytelniczki – spragnione szczęścia – będą chętnie sięgać. To rozrywka połączona z baśniowymi obietnicami, odejście od codziennych zmartwień i od rutyny – smakowita dawka humoru i ziszczonych marzeń oraz przyjemnych prezentów. W sam raz dla zmęczonych obowiązkami fanek pogodnych czytadeł o krzepiącej wymowie.
piątek, 8 lipca 2016
Izabella Frączyk: Do trzech razy sztuka
Prószyński i S-ka, Warszawa 2016.
Korpokariera
Przeważnie w powieściach korporacyjny kierat to punkt wyjścia do zmian i faktyczny początek historii. Izabella Frączyk próbuje tym razem zupełnie innego rozwiązania i Anię wprowadza do prężnie działającej formy, zmuszając ją do udziału w wyścigu szczurów. Po odkryciu zdrady i po brawurowej zemście na narzeczonym bohaterka dostaje pracę w korporacji farmaceutycznej. Musi wspiąć się na wyżyny intelektu i uruchomić refleks, żeby przetrwać w nieprzyjaznym środowisku. Nie na wszystkich może liczyć, a chęć wykazania się zostaje źle przyjęta przez starszych stażem pracowników. Ale Anna nie ma w naturze poddawania się. Doskonale radzi sobie w każdej sytuacji. W końcu musi znaleźć szczęście.
Izabella Frączyk lubi mocne rozwiązania, w tej powieści też po raz kolejny stawia na śmiech: bawić będzie między innymi sytuacjami w ośrodku odnowy biologicznej, ale i niestandardowymi reakcjami na zawodowe wyzwania. Bohaterka ma barwnych przyjaciół, którzy w każdej sytuacji służą pomocą, ale potrafią też rozśmieszyć do łez. Kłopoty z facetami stanowią tu przyprawę całości, a nie podstawowy temat, Frączyk znów przez zmianę proporcji wygrywa na rynku.
Bohaterka tomu „Do trzech razy sztuka” nigdy się nie załamuje, chociaż los nie zawsze jej sprzyja. Nie wiadomo, skąd czerpie siłę, kiedy bliscy zawodzą – i dlaczego tak dobrze czuje się w pracy, która wielu czytelniczkom przysporzyłaby zbyt dużo stresu – ale nie ma na co narzekać, lektura rozwija się intrygująco. Warto zwrócić uwagę na urozmaicone międzyludzkie relacje. Ania nie funkcjonuje w próżni (ani w hermetycznym kręgu), inaczej układa się jej ze współpracownikami i zwierzchnikami, inaczej z klientami, inaczej ze znajomymi i przyjaciółmi – a autorka wszystko to potrafi podkreślić. Dobrze sprawdzają się tu wszelkiego rodzaju nieporozumienia i utarczki, funduje ich bohaterce Frączyk całkiem sporo. Ale dlatego też tworzy kobietę, która wiele zniesie i nie załamie się pod ciężarem wydarzeń. „Do trzech razy sztuka” to tom, który nie zawiera treści na siłę optymistycznych, ale i nie będzie przygnębiać. Frączyk po prostu ma swój styl pisania – i to styl całkiem niezły. Jedynym mankamentem na pierwszy rzut oka widocznym w jej narracji jest wciskanie na siłę wykrzyknienia „o matko” wszystkim postaciom po kolei. „Matkowanie” rzeczywiście może rozdrażnić, bo pokazuje też brak indywidualizowania językowego bohaterów. Ale Frączyk dostarcza tylu innych powodów do czytelniczej radości i satysfakcji, że można przymknąć oko na to niedociągnięcie. W „Do trzech razy sztuka” to akcja jest ważniejsza niż język. W niej dzieje się sporo – i to w przestrzeni raczej obcej dzisiejszym obyczajówkom, więc autorka ma czym zaimponować odbiorczyniom.
Izabella Frączyk sprawdza się jako autorka zabawnych powieści obyczajowych. Nie czuje szczególnego sentymentu do swojej bohaterki, może zatem dowolnie kształtować jej losy. To podejście sprawdza się przy budowaniu różnicowanej pod względem emocji i zjawisk opowieści. Anna pozwala inaczej spojrzeć na krytykowane zwykle wybory, nie może też narzekać na brak ekstremalnych czasami przygód. Izabella Frączyk to autorka, która już pokazała, że liczy się w literaturze kobiecej i nie powiela własnych pomysłów. Na każdą jej powieść czeka się z ciekawością i niecierpliwością. Ta autorka unika pośpiechu, tworzy fabuły gęste i oryginalne, bo też nie ogląda się na mody w konkurencji.
„Do trzech razy sztuka” to przyjemne czytadło dla pań, które nie lubią ckliwych i łzawych historyjek z idealizowaną miłością na pierwszym planie, za to cenią sobie bohaterki wyraziste, przebojowe i sympatyczne równocześnie. W życiu Anny dzieje się tyle, że można by tym obdzielić kilka postaci, więc nie zabraknie odbiorczyniom wrażeń. „Do trzech razy sztuka” to obyczajówka z pazurem, inteligentna i dowcipna. Frączyk nie zawodzi swoich fanek i z pewnością zyska nowe.
Korpokariera
Przeważnie w powieściach korporacyjny kierat to punkt wyjścia do zmian i faktyczny początek historii. Izabella Frączyk próbuje tym razem zupełnie innego rozwiązania i Anię wprowadza do prężnie działającej formy, zmuszając ją do udziału w wyścigu szczurów. Po odkryciu zdrady i po brawurowej zemście na narzeczonym bohaterka dostaje pracę w korporacji farmaceutycznej. Musi wspiąć się na wyżyny intelektu i uruchomić refleks, żeby przetrwać w nieprzyjaznym środowisku. Nie na wszystkich może liczyć, a chęć wykazania się zostaje źle przyjęta przez starszych stażem pracowników. Ale Anna nie ma w naturze poddawania się. Doskonale radzi sobie w każdej sytuacji. W końcu musi znaleźć szczęście.
Izabella Frączyk lubi mocne rozwiązania, w tej powieści też po raz kolejny stawia na śmiech: bawić będzie między innymi sytuacjami w ośrodku odnowy biologicznej, ale i niestandardowymi reakcjami na zawodowe wyzwania. Bohaterka ma barwnych przyjaciół, którzy w każdej sytuacji służą pomocą, ale potrafią też rozśmieszyć do łez. Kłopoty z facetami stanowią tu przyprawę całości, a nie podstawowy temat, Frączyk znów przez zmianę proporcji wygrywa na rynku.
Bohaterka tomu „Do trzech razy sztuka” nigdy się nie załamuje, chociaż los nie zawsze jej sprzyja. Nie wiadomo, skąd czerpie siłę, kiedy bliscy zawodzą – i dlaczego tak dobrze czuje się w pracy, która wielu czytelniczkom przysporzyłaby zbyt dużo stresu – ale nie ma na co narzekać, lektura rozwija się intrygująco. Warto zwrócić uwagę na urozmaicone międzyludzkie relacje. Ania nie funkcjonuje w próżni (ani w hermetycznym kręgu), inaczej układa się jej ze współpracownikami i zwierzchnikami, inaczej z klientami, inaczej ze znajomymi i przyjaciółmi – a autorka wszystko to potrafi podkreślić. Dobrze sprawdzają się tu wszelkiego rodzaju nieporozumienia i utarczki, funduje ich bohaterce Frączyk całkiem sporo. Ale dlatego też tworzy kobietę, która wiele zniesie i nie załamie się pod ciężarem wydarzeń. „Do trzech razy sztuka” to tom, który nie zawiera treści na siłę optymistycznych, ale i nie będzie przygnębiać. Frączyk po prostu ma swój styl pisania – i to styl całkiem niezły. Jedynym mankamentem na pierwszy rzut oka widocznym w jej narracji jest wciskanie na siłę wykrzyknienia „o matko” wszystkim postaciom po kolei. „Matkowanie” rzeczywiście może rozdrażnić, bo pokazuje też brak indywidualizowania językowego bohaterów. Ale Frączyk dostarcza tylu innych powodów do czytelniczej radości i satysfakcji, że można przymknąć oko na to niedociągnięcie. W „Do trzech razy sztuka” to akcja jest ważniejsza niż język. W niej dzieje się sporo – i to w przestrzeni raczej obcej dzisiejszym obyczajówkom, więc autorka ma czym zaimponować odbiorczyniom.
Izabella Frączyk sprawdza się jako autorka zabawnych powieści obyczajowych. Nie czuje szczególnego sentymentu do swojej bohaterki, może zatem dowolnie kształtować jej losy. To podejście sprawdza się przy budowaniu różnicowanej pod względem emocji i zjawisk opowieści. Anna pozwala inaczej spojrzeć na krytykowane zwykle wybory, nie może też narzekać na brak ekstremalnych czasami przygód. Izabella Frączyk to autorka, która już pokazała, że liczy się w literaturze kobiecej i nie powiela własnych pomysłów. Na każdą jej powieść czeka się z ciekawością i niecierpliwością. Ta autorka unika pośpiechu, tworzy fabuły gęste i oryginalne, bo też nie ogląda się na mody w konkurencji.
„Do trzech razy sztuka” to przyjemne czytadło dla pań, które nie lubią ckliwych i łzawych historyjek z idealizowaną miłością na pierwszym planie, za to cenią sobie bohaterki wyraziste, przebojowe i sympatyczne równocześnie. W życiu Anny dzieje się tyle, że można by tym obdzielić kilka postaci, więc nie zabraknie odbiorczyniom wrażeń. „Do trzech razy sztuka” to obyczajówka z pazurem, inteligentna i dowcipna. Frączyk nie zawodzi swoich fanek i z pewnością zyska nowe.
sobota, 11 kwietnia 2015
Izabella Frączyk: Siostra mojej siostry
Prószyński i S-ka, Warszawa 2015.
Gwiazda
Hanka niespecjalnie nadaje się na gwiazdę mediów. Przechodzi jednak na początku tomu „Siostra mojej siostry” Izabelli Frączyk drogę odwrotną do tej, po którą tak chętnie sięgają rozmaite autorki bestsellerowych czytadeł. Hanka żyje samotnie w bieszczadzkiej wiosce, ledwo wiąże koniec z końcem i nawet nie śni o poprawie losu. To dziewczyna, która od pierwszej chwili budzi życzliwe uczucia – serdeczna, miła i gospodarna. Realizuje wizję domowej przytulności – bez względu na to, że mieszka tylko z kotem. Nie ma pojęcia, że Kaja, osoba z pierwszych stron gazet, prezenterka i celebrytka, jest jej przyrodnią siostrą. Mało tego, Hanka nie wie nawet o istnieniu Kai: nie ma telewizora. Pewnego dnia jednak Kaja przyjeżdża w Bieszczady, żeby spełnić wolę ojca. Wkrótce potem zabiera Hankę do Warszawy. Tyle że wcale nie kierują nią siostrzane uczucia.
„Siostra mojej siostry” to powieść, która od pierwszych stron zamienia rzeczywistość odbiorczyń na rzeczywistość Hanki. Ta bohaterka nie boi się wyzwań ani ciężkiej pracy – może więc realizować piękny sen Kopciuszka. Hanka poddaje się biegowi wydarzeń, stopniowo odsłania też bardziej pożądane w wielkim świecie cechy charakteru. Stanowi odwrotność okrutnych celebrytek, nie podporządkowuje się zasadom wielkiego świata. A jednocześnie zaczyna w nim działać, co jest dla niej samej niespodzianką. Kaja pozwala poznać od kuchni świat wielkich mediów. Hanka walczy o normalność i wyjście z biedy (która nie wydaje się przesadnie dokuczliwa, a przynajmniej nie jest powodem do narzekań). Przez tę historię przewinie się też obowiązkowo kilku przystojniaków. Tak, żeby ziszczająca się baśń stała się pełna: ale romansu w najprostszej wersji nie ma się tu co spodziewać.
Izabella Frączyk mnoży w swojej powieści wyzwania dla bohaterek. W przypadku Kai są to zwykłe nauczki i komiczne błędy czy wpadki. U Hanki – natłok zupełnie nowych obowiązków. Chociaż wydaje się, że według autorki najwłaściwszym zajęciem dla Hanki jest… sprzątanie. Ta bohaterka sprząta maniacko każe miejsce, w jakim się znajdzie – niezależnie od tego, czy należy to do jej obowiązków, czy tylko ma pomóc w uzyskaniu domowej atmosfery. Czasami też Hanka staje się bardzo naiwna – ogólnie jednak autorka tę postać prowadzi dosyć pewnie. Oryginalny pomysł na temat książki świetnie się tu sprawdza i jest dobrze realizowany (ale korektor „stróżkę” przepuścił…).
„Siostra mojej siostry” to obyczajówka, która wciąga. Frączyk zabiera czytelniczki do zupełnie innego świata i angażuje je w coraz to nowe zajęcia bohaterki. Do tego stopnia, że finał wiąże się z rozczarowaniem: już koniec? Tak rozwiązuje się cała historia? Izabella Frączyk dobrze wie, co robi. Za każdym razem proponuje nową opowieść i nowe okoliczności dla obyczajowych perypetii bohaterek. Za każdym razem też modyfikuje modne literackie schematy. Nie powtarza raz zastosowanych rozwiązań, dzięki czemu jej kolejne powieści przynoszą rozrywkę. To lekkie czytadła – a przecież autorka nie psuje ich przewidywalnością czy fałszami.
„Siostra mojej siostry” to jedna z bardziej udanych książek Izabelli Frączyk, powieść dla kobiet ceniących sobie dynamiczne fabuły i ciągłe zmiany w życiu bohaterek. Dla tej autorki nie ma rzeczy niemożliwych – a scenariusz z baśni przeniesiony w dzisiejsze realia okazuje się zaskakująco świeży. Tej powieści ton nadaje charakter Hanki – zwykłej i skromnej młodej kobiety, która otrzymuje od losu ogromną szansę. Izabella Frączyk sprawia, że nawet proste marzenia zyskują atrakcyjną oprawę. W tej opowieści nic nie brzmi schematycznie czy nudno: Frączyk po raz kolejny ucieszy fanki prozy obyczajowej, zapewniając im rozrywkę w dobrym stylu i sporo różnorodnych wydarzeń z dwóch różnych światów.
Gwiazda
Hanka niespecjalnie nadaje się na gwiazdę mediów. Przechodzi jednak na początku tomu „Siostra mojej siostry” Izabelli Frączyk drogę odwrotną do tej, po którą tak chętnie sięgają rozmaite autorki bestsellerowych czytadeł. Hanka żyje samotnie w bieszczadzkiej wiosce, ledwo wiąże koniec z końcem i nawet nie śni o poprawie losu. To dziewczyna, która od pierwszej chwili budzi życzliwe uczucia – serdeczna, miła i gospodarna. Realizuje wizję domowej przytulności – bez względu na to, że mieszka tylko z kotem. Nie ma pojęcia, że Kaja, osoba z pierwszych stron gazet, prezenterka i celebrytka, jest jej przyrodnią siostrą. Mało tego, Hanka nie wie nawet o istnieniu Kai: nie ma telewizora. Pewnego dnia jednak Kaja przyjeżdża w Bieszczady, żeby spełnić wolę ojca. Wkrótce potem zabiera Hankę do Warszawy. Tyle że wcale nie kierują nią siostrzane uczucia.
„Siostra mojej siostry” to powieść, która od pierwszych stron zamienia rzeczywistość odbiorczyń na rzeczywistość Hanki. Ta bohaterka nie boi się wyzwań ani ciężkiej pracy – może więc realizować piękny sen Kopciuszka. Hanka poddaje się biegowi wydarzeń, stopniowo odsłania też bardziej pożądane w wielkim świecie cechy charakteru. Stanowi odwrotność okrutnych celebrytek, nie podporządkowuje się zasadom wielkiego świata. A jednocześnie zaczyna w nim działać, co jest dla niej samej niespodzianką. Kaja pozwala poznać od kuchni świat wielkich mediów. Hanka walczy o normalność i wyjście z biedy (która nie wydaje się przesadnie dokuczliwa, a przynajmniej nie jest powodem do narzekań). Przez tę historię przewinie się też obowiązkowo kilku przystojniaków. Tak, żeby ziszczająca się baśń stała się pełna: ale romansu w najprostszej wersji nie ma się tu co spodziewać.
Izabella Frączyk mnoży w swojej powieści wyzwania dla bohaterek. W przypadku Kai są to zwykłe nauczki i komiczne błędy czy wpadki. U Hanki – natłok zupełnie nowych obowiązków. Chociaż wydaje się, że według autorki najwłaściwszym zajęciem dla Hanki jest… sprzątanie. Ta bohaterka sprząta maniacko każe miejsce, w jakim się znajdzie – niezależnie od tego, czy należy to do jej obowiązków, czy tylko ma pomóc w uzyskaniu domowej atmosfery. Czasami też Hanka staje się bardzo naiwna – ogólnie jednak autorka tę postać prowadzi dosyć pewnie. Oryginalny pomysł na temat książki świetnie się tu sprawdza i jest dobrze realizowany (ale korektor „stróżkę” przepuścił…).
„Siostra mojej siostry” to obyczajówka, która wciąga. Frączyk zabiera czytelniczki do zupełnie innego świata i angażuje je w coraz to nowe zajęcia bohaterki. Do tego stopnia, że finał wiąże się z rozczarowaniem: już koniec? Tak rozwiązuje się cała historia? Izabella Frączyk dobrze wie, co robi. Za każdym razem proponuje nową opowieść i nowe okoliczności dla obyczajowych perypetii bohaterek. Za każdym razem też modyfikuje modne literackie schematy. Nie powtarza raz zastosowanych rozwiązań, dzięki czemu jej kolejne powieści przynoszą rozrywkę. To lekkie czytadła – a przecież autorka nie psuje ich przewidywalnością czy fałszami.
„Siostra mojej siostry” to jedna z bardziej udanych książek Izabelli Frączyk, powieść dla kobiet ceniących sobie dynamiczne fabuły i ciągłe zmiany w życiu bohaterek. Dla tej autorki nie ma rzeczy niemożliwych – a scenariusz z baśni przeniesiony w dzisiejsze realia okazuje się zaskakująco świeży. Tej powieści ton nadaje charakter Hanki – zwykłej i skromnej młodej kobiety, która otrzymuje od losu ogromną szansę. Izabella Frączyk sprawia, że nawet proste marzenia zyskują atrakcyjną oprawę. W tej opowieści nic nie brzmi schematycznie czy nudno: Frączyk po raz kolejny ucieszy fanki prozy obyczajowej, zapewniając im rozrywkę w dobrym stylu i sporo różnorodnych wydarzeń z dwóch różnych światów.
sobota, 1 listopada 2014
Izabella Frączyk: Jak u siebie
Prószyński i S-ka, Warszawa 2014.
Hotel (nie)marzeń
Izabella Frączyk dba o konkrety. Swoje bohaterki umieszcza w różnych przestrzeniach i różnych sytuacjach, by przez specyficzny koloryt lokalny (uzyskiwany dzięki fachowym informacjom) związać z nimi czytelniczki. W „Jak u siebie” na warsztat bierze autorka temat jeszcze modny w literaturze rozrywkowej dla pań, to jest – urządzanie i prowadzenie hotelu-pensjonatu.
Niby zaczyna się jak zawsze: Eliza, utalentowana pielęgniarka, uwielbiana przez staruszków z domu opieki, dziedziczy po jednej z pensjonariuszek tajemniczą posiadłość oraz środki na jej remont. Spadek może przyjąć dopiero po obejrzeniu domu – jednak popełnia błąd i decyduje się przez przypadek zostać właścicielką obskurnego i ledwo prosperującego hotelu. Miejscowi gangsterzy zbierają się tu na spotkaniach „biznesowych”, prostytutki przychodzą z klientami, a personel podkrada jedzenie. Wnętrza wyglądają odstraszająco i każdy rozsądny człowiek odrzuciłby taką ofertę. Jednak Eliza potrzebuje zmiany i bierze się do pracy. Nie ma pojęcia o zarządzaniu hotelem, ma za to dobrą przyjaciółkę, która pilnuje interesów i proponuje zawsze najlepsze rozwiązania. Eliza przechodzi prawdziwą metamorfozę.
„Jak u siebie” to powieść prowadzona trochę według schematów fabularnych obyczajówek, ale Frączyk zmienia naiwne sytuacje w rzeczowe scenki. Tutaj czytelniczki przeżywać będą razem z bohaterką każdą decyzję: na co w pierwszej kolejności przeznaczyć pieniądze, jak pozbyć się niechcianej klienteli i zbudować lepszy wizerunek miejsca, jak poradzić sobie z hałaśliwymi wycieczkami integracyjnymi poważanych firm lub… z pielgrzymami. Niepostrzeżenie autorka angażuje odbiorczynie w problemy Elizy. Inaczej niż w typowych czytadłach, skupia się na pracy, a nie na sprawach prywatnych, chociaż i w tych ostatnich sporo zmienia. Wszystko oczywiście toczy się według rozwiązań z typowych pogodnych czytadeł – ale Frączyk dostarcza wielu szczegółów, o których czytelniczki nie mają pojęcia. Pokazuje od kulis, na czym polega zarządzanie hotelem – porusza tematy, na które nie ma miejsca w innych powieściach. A wszystko to z ogromnym poczuciem humoru i narracyjną swobodą. Mówiąc w skrócie, Frączyk brzmi tak, jakby przelewała na papier to, czego się nauczyła, prowadząc hotel. W ten sposób może też uwiarygodnić swoją bohaterkę, a odbiorczyniom zapewnić trochę dość egzotycznej wiedzy.
Autorka zatem poszukuje odświeżającego spojrzenia na sprawy obgadane w powieściach obyczajowych. Udaje jej się to – chociaż podczas lektury wiadomo, jak rozwinie się akcja, chociaż fabularnych zaskoczeń nie będzie, na uwagę zasługuje realizacja oklepanego pomysłu. Izabella Frączyk pisze lekko, a przy tym i przekonująco. Dobrze czuje się, kiedy może zaproponować swoim czytelniczkom coś nowego, coś, co sama dopiero i być może tylko na potrzeby książki, odkrywa. Przygody Elizy zapewniają oderwanie się od zwyczajności i rutyny, pokazują bardziej oryginalne podejście do zwykłych problemów – rozstania z partnerem czy utratę pracy. „Jak u siebie” czyta się przyjemnie. Frączyk zachęca do lektury zmysłem humoru, dystansem do wielu spraw i umiejętnością ratowania bohaterki z rozmaitych tarapatów. Nie proponuje przewodnika z prowadzenia własnego biznesu, za to weryfikuje rozmaite lekturowe marzenia. Jest przy tym dobrą gawędziarką, autorką ciepłej i nienaiwnej w temacie własnego pensjonatu historii. „Jak u siebie” to czytadło, które w swoim gatunku nie rozczarowuje – i kolejny dowód na sprawne pióro Izabelli Frączyk. To książka przynosząca wytchnienie i sporo rozrywki.
Hotel (nie)marzeń
Izabella Frączyk dba o konkrety. Swoje bohaterki umieszcza w różnych przestrzeniach i różnych sytuacjach, by przez specyficzny koloryt lokalny (uzyskiwany dzięki fachowym informacjom) związać z nimi czytelniczki. W „Jak u siebie” na warsztat bierze autorka temat jeszcze modny w literaturze rozrywkowej dla pań, to jest – urządzanie i prowadzenie hotelu-pensjonatu.
Niby zaczyna się jak zawsze: Eliza, utalentowana pielęgniarka, uwielbiana przez staruszków z domu opieki, dziedziczy po jednej z pensjonariuszek tajemniczą posiadłość oraz środki na jej remont. Spadek może przyjąć dopiero po obejrzeniu domu – jednak popełnia błąd i decyduje się przez przypadek zostać właścicielką obskurnego i ledwo prosperującego hotelu. Miejscowi gangsterzy zbierają się tu na spotkaniach „biznesowych”, prostytutki przychodzą z klientami, a personel podkrada jedzenie. Wnętrza wyglądają odstraszająco i każdy rozsądny człowiek odrzuciłby taką ofertę. Jednak Eliza potrzebuje zmiany i bierze się do pracy. Nie ma pojęcia o zarządzaniu hotelem, ma za to dobrą przyjaciółkę, która pilnuje interesów i proponuje zawsze najlepsze rozwiązania. Eliza przechodzi prawdziwą metamorfozę.
„Jak u siebie” to powieść prowadzona trochę według schematów fabularnych obyczajówek, ale Frączyk zmienia naiwne sytuacje w rzeczowe scenki. Tutaj czytelniczki przeżywać będą razem z bohaterką każdą decyzję: na co w pierwszej kolejności przeznaczyć pieniądze, jak pozbyć się niechcianej klienteli i zbudować lepszy wizerunek miejsca, jak poradzić sobie z hałaśliwymi wycieczkami integracyjnymi poważanych firm lub… z pielgrzymami. Niepostrzeżenie autorka angażuje odbiorczynie w problemy Elizy. Inaczej niż w typowych czytadłach, skupia się na pracy, a nie na sprawach prywatnych, chociaż i w tych ostatnich sporo zmienia. Wszystko oczywiście toczy się według rozwiązań z typowych pogodnych czytadeł – ale Frączyk dostarcza wielu szczegółów, o których czytelniczki nie mają pojęcia. Pokazuje od kulis, na czym polega zarządzanie hotelem – porusza tematy, na które nie ma miejsca w innych powieściach. A wszystko to z ogromnym poczuciem humoru i narracyjną swobodą. Mówiąc w skrócie, Frączyk brzmi tak, jakby przelewała na papier to, czego się nauczyła, prowadząc hotel. W ten sposób może też uwiarygodnić swoją bohaterkę, a odbiorczyniom zapewnić trochę dość egzotycznej wiedzy.
Autorka zatem poszukuje odświeżającego spojrzenia na sprawy obgadane w powieściach obyczajowych. Udaje jej się to – chociaż podczas lektury wiadomo, jak rozwinie się akcja, chociaż fabularnych zaskoczeń nie będzie, na uwagę zasługuje realizacja oklepanego pomysłu. Izabella Frączyk pisze lekko, a przy tym i przekonująco. Dobrze czuje się, kiedy może zaproponować swoim czytelniczkom coś nowego, coś, co sama dopiero i być może tylko na potrzeby książki, odkrywa. Przygody Elizy zapewniają oderwanie się od zwyczajności i rutyny, pokazują bardziej oryginalne podejście do zwykłych problemów – rozstania z partnerem czy utratę pracy. „Jak u siebie” czyta się przyjemnie. Frączyk zachęca do lektury zmysłem humoru, dystansem do wielu spraw i umiejętnością ratowania bohaterki z rozmaitych tarapatów. Nie proponuje przewodnika z prowadzenia własnego biznesu, za to weryfikuje rozmaite lekturowe marzenia. Jest przy tym dobrą gawędziarką, autorką ciepłej i nienaiwnej w temacie własnego pensjonatu historii. „Jak u siebie” to czytadło, które w swoim gatunku nie rozczarowuje – i kolejny dowód na sprawne pióro Izabelli Frączyk. To książka przynosząca wytchnienie i sporo rozrywki.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






