Marginesy, Warszawa 2026.
Ozdoby
Ta książka jest niezwykła i sięgną po nią nie tylko fani biżuterii retro, ale też wszyscy ci, którzy z nostalgii za PRL-em zrobili sobie sposób na życie. „ORNO. Historia i drugie życie PRL-owskiej biżuterii” to publikacja popularyzatorska, ale z pogranicza badań i hobby. To książka albumowa, wypełniona zdjęciami i ciekawostkami, do których zwykli czytelnicy samodzielnie raczej by nie dotarli. Ten tom zachęca do sięgania do szuflad babć i na stare strychy w poszukiwaniu skarbów, które być może przy zwyczajnym oglądaniu zostałyby odrzucone, jako mało efektowne albo wręcz niepasujące do dzisiejszych standardów.
Biżuteria z PRL-u to nie tylko cenne materiały: srebro i kamienie szlachetne. Znacznie częściej, zwłaszcza na początku – to wykorzystywanie surowców wtórnych, stal i blacha z odzysku, a do tego kamienie jubilerskie (a czasami zupełnie inne, w ogóle niepasujące do wyobrażeń o wartościowych minerałach). Z jednej strony to borykanie się z oczekiwaniami klientów liczących na odnowienie dawnych przedmiotów i przywrócenie im blasku, z drugiej – patyna, która tylko uszlachetnia elementy biżuterii. I w tym wszystkim ORNO – zapomniana niemal dzisiaj spółdzielnia, grono ludzi, którzy wykazywali się zręcznością, wyobraźnią i umiejętnością obrabiania metali za pomocą dostępnych akurat narzędzi. Tu nie ma mowy o produkcji seryjnej, wręcz przeciwnie: kolejne pomysły powielane były w niezbyt imponującej liczbie egzemplarzy, a to oznacza, że dzisiaj należą do rzadkości i ich znalezienie u bliskich w szkatułkach może być wielką niespodzianką i nagrodą jednocześnie. Co ciekawe, autorom udało się dotrzeć do jednego twórcy, którego projekty definiowały przez pewien czas jedną z linii ORNO-wskiej biżuterii – jego wspomnienia stanowią najbardziej interesującą część książki. Z kolei młodszym pokoleniom przyda się opowieść o dziełach wytwarzanych nie taśmowo, a w odpowiedzi na zapotrzebowanie rynkowe. Dzięki książce dowiemy się, kto ze znanych postaci stał się klientem ORNO – ale nie dostaniemy rejestru wszystkich klientów, zresztą to nie byłoby potrzebne.
Duża jest szansa, że taka publikacja zachęci influencerów i szafiarki do tworzenia stylizacji – ale w książce nie ma miejsca na dopasowywanie biżuterii do stroju. Za to otrzymują odbiorcy mnóstwo zdjęć prezentujących same dzieła: zwykle nie da się ani ustalić autorstwa, ani datować poszczególnych produktów, więc trzeba się będzie zadowolić ogólnikowymi danymi – za to oglądanie fotografii pozwoli na wyrobienie sobie zdania o pomysłach dawnych twórców. Jest tu mnóstwo pierścionków i broszek, ale poza nimi też między innymi bransoletki, kolie czy spinki do mankietów, są też przedmioty codziennego użytku – te w zdecydowanej mniejszości. Autorzy chcą też podsunąć odbiorcom przekonanie, że mają do czynienia z przedmiotami o dużej wartości, nawet jeśli na pierwszy rzut oka nie wyglądają jak wyjątkowo cenne klejnoty – tu liczy się stan przedmiotu, ale też jakość wykonania czy projekt wymagający mniej lub więcej pracy. Uczą, jak oceniać znalezione elementy biżuterii – i rozpoznawać ich autentyczność. I dzięki temu „ORNO” to książka dla czytelników ciekawa. Tylko w razie kolejnych wydań przydałoby się poprawić "półkułeczka", bo razi...
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PRL. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PRL. Pokaż wszystkie posty
piątek, 2 października 2026
środa, 13 czerwca 2018
Piotr Ambroziewicz: Złote lata polskiej chuliganerii 1950 - 1960
PWN, Warszawa 2018.
Poza kanonem
Nic nowego o chuliganach i bikiniarzach Piotr Ambroziewicz powiedzieć nie może, toteż i zatrzymuje się na referowaniu zjawisk charakterystycznych dla PRL-u, dla wygody ograniczając się do dekady, w której dał się zaobserwować największy rozkwit społecznego odchodzenia od konwenansów. „Złote lata polskiej chuliganerii 1950–1960” to książka, która po prostu gromadzi materiały dotyczące młodych ludzi schodzących na złą drogę – a pośrednio też tych, którzy ośmieszali się, piętnując chuliganerię w prasie lub sądowych protokołach. Jest to kolejna w serii pozycja dotycząca wybranego aspektu codzienności w PRL-u, całkiem ciekawa przede wszystkim ze względu na oryginalny temat. Bo Piotr Ambroziewicz nie ma ani ochoty na gawędziarskie i anegdotyczne opowieści, ani zapędów pisarskich, żeby odkrycia ubierać w zgrabne narracje. Śledzi materiały źródłowe i co smakowitsze a bardzo obszerne fragmenty przytacza czytelnikom w niezmienionej formie (zaznacza, że nawet ortografię i interpunkcję pozostawia bez zmian – bo i one świadczyć mogą o twórcy relacji). Dba o koloryt lokalny – sylwetka chuligana potrzebuje odpowiedniej oprawy, działać może tylko przy odwzorowywaniu rzeczywistości PRL-u. Co ciekawe, Ambroziewicz czasami odwołuje się do filmów, w których chuligani się przewijali jako temat – i odczytuje je kompletnie inaczej niż odbiorcy (przykład: „Ewa chce spać”). Dba o to, żeby czytelnicy przypadkiem nie poczuli sympatii do tej grupy społecznej. Nie zajmuje się choćby satyrycznym portretem chuligana (a temat był w swoim czasie nośny i powtarzał się u wielu twórców, także tych z górnej półki), w zasadzie z literatów najbardziej przekonuje go jako dostarczyciel informacji – Leopold Tyrmand. To pewne pójście na skróty, posłużenie się wygodnym schematem.
Skupia się Piotr Ambroziewicz na tym, po czym rozpoznać można chuligana: rejestruje elementy ubioru oraz charakterystyczne zachowania, pokazuje konflikt z władzą i społeczeństwem. Ale sprawdza też, jak obraz chuligana funkcjonował w prasie – w reportażach i artykułach zaangażowanych politycznie. Tutaj nie chodzi o czysto rodzajowe obrazki, a o wywołanie pewnego konkretnego efektu wśród czytelników. Zestawia autor co bardziej egzotyczne opisy, żeby trochę popastwić się nad ideologicznie zaprogramowanymi dziennikarzami – inne fragmenty służą mu do analizowania rzeczywistości. Odnotowuje poszczególne zachowania świadczące o zejściu na stronę chuligaństwa, ale też próby „ratowania” młodzieży przed niewłaściwymi wyborami – trzeba przyznać, że alternatywy są o wiele mniej barwne. Wizerunek chuligana jest tu mozaikowy, składany z kolejnych obficie cytowanych artykułów i książek – Ambroziewicz nie może przecież dotrzeć do przedstawicieli środowiska (a zresztą styl prowadzonej narracji na to mu nie pozwala), czerpie więc wiadomości z gotowych tekstów i nawet zbyt dużo własnych opracowań nie przedstawia. Cechą charakterystyczną tego tomu są całe bloki cytatów i powielane w nich dość stereotypowe portrety. Obowiązkowe narzekanie na „tę dzisiejszą młodzież” brzmi w tomie zadziwiająco aktualnie, a sami chuligani mogą być nawet darzeni pewnym sentymentem. Jest to publikacja ładnie gromadząca wiadomości z dawnych lat, porządkująca wiedzę na temat społecznego zjawiska. Wpisuje się w modę tomów przybliżających codzienność PRL-u, a odwołuje się do pojedynczego tematu – dzięki temu autor może dość obszernie zrelacjonować sytuację chuliganerii w jej „złotych latach”.
Poza kanonem
Nic nowego o chuliganach i bikiniarzach Piotr Ambroziewicz powiedzieć nie może, toteż i zatrzymuje się na referowaniu zjawisk charakterystycznych dla PRL-u, dla wygody ograniczając się do dekady, w której dał się zaobserwować największy rozkwit społecznego odchodzenia od konwenansów. „Złote lata polskiej chuliganerii 1950–1960” to książka, która po prostu gromadzi materiały dotyczące młodych ludzi schodzących na złą drogę – a pośrednio też tych, którzy ośmieszali się, piętnując chuliganerię w prasie lub sądowych protokołach. Jest to kolejna w serii pozycja dotycząca wybranego aspektu codzienności w PRL-u, całkiem ciekawa przede wszystkim ze względu na oryginalny temat. Bo Piotr Ambroziewicz nie ma ani ochoty na gawędziarskie i anegdotyczne opowieści, ani zapędów pisarskich, żeby odkrycia ubierać w zgrabne narracje. Śledzi materiały źródłowe i co smakowitsze a bardzo obszerne fragmenty przytacza czytelnikom w niezmienionej formie (zaznacza, że nawet ortografię i interpunkcję pozostawia bez zmian – bo i one świadczyć mogą o twórcy relacji). Dba o koloryt lokalny – sylwetka chuligana potrzebuje odpowiedniej oprawy, działać może tylko przy odwzorowywaniu rzeczywistości PRL-u. Co ciekawe, Ambroziewicz czasami odwołuje się do filmów, w których chuligani się przewijali jako temat – i odczytuje je kompletnie inaczej niż odbiorcy (przykład: „Ewa chce spać”). Dba o to, żeby czytelnicy przypadkiem nie poczuli sympatii do tej grupy społecznej. Nie zajmuje się choćby satyrycznym portretem chuligana (a temat był w swoim czasie nośny i powtarzał się u wielu twórców, także tych z górnej półki), w zasadzie z literatów najbardziej przekonuje go jako dostarczyciel informacji – Leopold Tyrmand. To pewne pójście na skróty, posłużenie się wygodnym schematem.
Skupia się Piotr Ambroziewicz na tym, po czym rozpoznać można chuligana: rejestruje elementy ubioru oraz charakterystyczne zachowania, pokazuje konflikt z władzą i społeczeństwem. Ale sprawdza też, jak obraz chuligana funkcjonował w prasie – w reportażach i artykułach zaangażowanych politycznie. Tutaj nie chodzi o czysto rodzajowe obrazki, a o wywołanie pewnego konkretnego efektu wśród czytelników. Zestawia autor co bardziej egzotyczne opisy, żeby trochę popastwić się nad ideologicznie zaprogramowanymi dziennikarzami – inne fragmenty służą mu do analizowania rzeczywistości. Odnotowuje poszczególne zachowania świadczące o zejściu na stronę chuligaństwa, ale też próby „ratowania” młodzieży przed niewłaściwymi wyborami – trzeba przyznać, że alternatywy są o wiele mniej barwne. Wizerunek chuligana jest tu mozaikowy, składany z kolejnych obficie cytowanych artykułów i książek – Ambroziewicz nie może przecież dotrzeć do przedstawicieli środowiska (a zresztą styl prowadzonej narracji na to mu nie pozwala), czerpie więc wiadomości z gotowych tekstów i nawet zbyt dużo własnych opracowań nie przedstawia. Cechą charakterystyczną tego tomu są całe bloki cytatów i powielane w nich dość stereotypowe portrety. Obowiązkowe narzekanie na „tę dzisiejszą młodzież” brzmi w tomie zadziwiająco aktualnie, a sami chuligani mogą być nawet darzeni pewnym sentymentem. Jest to publikacja ładnie gromadząca wiadomości z dawnych lat, porządkująca wiedzę na temat społecznego zjawiska. Wpisuje się w modę tomów przybliżających codzienność PRL-u, a odwołuje się do pojedynczego tematu – dzięki temu autor może dość obszernie zrelacjonować sytuację chuliganerii w jej „złotych latach”.
piątek, 16 grudnia 2016
Jerzy Eisler: Co nam zostało z tamtych lat? Dziedzictwo PRL
PWN, Warszawa 2016.
Skutki przeszłości
Książki pokazujące obyczajowość PRL-u są oznaką sentymentalnej mody i dla odbiorców przeważnie też potwierdzeniem wspomnień czy opowieści starszych pokoleń. Jerzy Eisler w ślady poppublikacji nie idzie z pełną świadomością, że naukowy dyskurs (wywody historyka) zawęża krąg czytelników. „Co nam zostało z tamtych lat. Dziedzictwo PRL” to pozycja nie dla każdego. Składa się ze szkiców i artykułów pisanych przez autora na przestrzeni trzydziestu lat (od 1985 roku) – i kilku dotąd niepublikowanych. To możliwość zapoznania się z bardzo rozbudowanymi „przypisami” do rzeczywistości. Eisler bardzo mocno pogłębia wiadomości z podręczników, wydarzenia i sytuacje istniejące w świadomości każdego Polaka, nawet w wersji szczątkowej, jako wiedza o dacie, sytuacji i konsekwencjach politycznych czy społecznych. Tutaj każdy motyw zyskuje bardzo dokładną rozpiskę. Autor sięga do nieznanych powszechnie nagrań z rozmów, do dokumentów, które potrzebują komentarza i wyciągnięcia wniosków. Nie zajmuje się potocznymi przekonaniami, sięga za to do źródeł. Nie daje wiary obiegowym opiniom, bo potrafi samodzielnie analizować materiały. Przy okazji niekiedy może zweryfikować społeczne przekonania, odwrócić sposób myślenia albo wyjaśnić sporne kwestie.
Układ tej książki to rzucenie odbiorców – nie-historyków – na głęboką wodę. Pierwsze rozdziały zaskakują rozmiarami i szczegółowością. Jerzy Eisler najpierw sprawdza znaczenie Ludowego Wojska Polskiego w PRL, a następnie – losy żołnierzy AK po wojnie. To tematy najtrudniejsze, a także pełne dat i odnotowywanych rozmów. Autor pokazuje akcje polityczne i zajmuje się tematem od środka, to jest – bez uwzględniania jego wpływu na życie zwykłych obywateli. Z czasem do tego dochodzi, już w znacznie lżejszych artykułach. Chociaż za lekkie nie można uznać motywów stalinizmu czy związków państwa z religią, zmienia się odrobinę styl dyskursu – autor pozwala sobie na większą swobodę. Zwykłych czytelników kupuje ciekawostkami – zestawia na przykład wizje Polski Stefana Wyszyńskiego i Władysława Gomółki, przedstawia transparenty i „ozdoby” ulic z racji pochodów. Raz zagląda do filmów sensacyjnych z lat 60., żeby zaprezentować obraz milicjanta na małym ekranie, to znów… porównuje encyklopedie z różnych lat, żeby sprawdzić, jak przedstawiano ważne dla PRL-u (a dziś zapomniane) postacie. W tym wypadku w ogóle zamienia się w matematyka – zamiast skupiać się na treści, zlicza linijki, ale i tak wprowadza do świadomości czytelników temat, którego nikt sam by nie ocenił.
Jerzy Eisler tłumaczy historię. Przywołuje daty i fakty, omawia je i pokazuje inne niż dziś modne oblicze PRL-u. Kieruje się do zainteresowanych po zgłębianiem tematu, prowadzi przez obrazy szerzej nieznane (lub takie, które po prostu w świadomości masowej nie przetrwały). Nie wypada z roli dziejopisa. W pierwszych tekstach dość asekuracyjnie na początku zaznacza, że nie jest ekspertem w danej kwestii (ale i tak umiejętnie przeprowadzane kwerendy dają mu możliwość rzeczowego opracowania zagadnienia). Ta publikacja będzie mieć różnych czytelników – bardziej zainteresowani polityką zwrócą uwagę na inne eseje niż poszukujący sygnałów obyczajowości, przemian kulturowych czy społecznych. Z tomu daje się również odczytać subtelne oceny współczesności – Jerzy Eisler udowadnia, że chociaż nie wszyscy pamiętają czasy PRL-u, pewne wzory zachowań lub postaw są w prostej linii dziedzictwem tamtego okresu. I dla niektórych odbiorców to może stać się najważniejszym powodem sięgnięcia po lekturę. „Co nam zostało z tamtych lat” to spojrzenie bez sentymentu, za to z naukową dociekliwością.
Skutki przeszłości
Książki pokazujące obyczajowość PRL-u są oznaką sentymentalnej mody i dla odbiorców przeważnie też potwierdzeniem wspomnień czy opowieści starszych pokoleń. Jerzy Eisler w ślady poppublikacji nie idzie z pełną świadomością, że naukowy dyskurs (wywody historyka) zawęża krąg czytelników. „Co nam zostało z tamtych lat. Dziedzictwo PRL” to pozycja nie dla każdego. Składa się ze szkiców i artykułów pisanych przez autora na przestrzeni trzydziestu lat (od 1985 roku) – i kilku dotąd niepublikowanych. To możliwość zapoznania się z bardzo rozbudowanymi „przypisami” do rzeczywistości. Eisler bardzo mocno pogłębia wiadomości z podręczników, wydarzenia i sytuacje istniejące w świadomości każdego Polaka, nawet w wersji szczątkowej, jako wiedza o dacie, sytuacji i konsekwencjach politycznych czy społecznych. Tutaj każdy motyw zyskuje bardzo dokładną rozpiskę. Autor sięga do nieznanych powszechnie nagrań z rozmów, do dokumentów, które potrzebują komentarza i wyciągnięcia wniosków. Nie zajmuje się potocznymi przekonaniami, sięga za to do źródeł. Nie daje wiary obiegowym opiniom, bo potrafi samodzielnie analizować materiały. Przy okazji niekiedy może zweryfikować społeczne przekonania, odwrócić sposób myślenia albo wyjaśnić sporne kwestie.
Układ tej książki to rzucenie odbiorców – nie-historyków – na głęboką wodę. Pierwsze rozdziały zaskakują rozmiarami i szczegółowością. Jerzy Eisler najpierw sprawdza znaczenie Ludowego Wojska Polskiego w PRL, a następnie – losy żołnierzy AK po wojnie. To tematy najtrudniejsze, a także pełne dat i odnotowywanych rozmów. Autor pokazuje akcje polityczne i zajmuje się tematem od środka, to jest – bez uwzględniania jego wpływu na życie zwykłych obywateli. Z czasem do tego dochodzi, już w znacznie lżejszych artykułach. Chociaż za lekkie nie można uznać motywów stalinizmu czy związków państwa z religią, zmienia się odrobinę styl dyskursu – autor pozwala sobie na większą swobodę. Zwykłych czytelników kupuje ciekawostkami – zestawia na przykład wizje Polski Stefana Wyszyńskiego i Władysława Gomółki, przedstawia transparenty i „ozdoby” ulic z racji pochodów. Raz zagląda do filmów sensacyjnych z lat 60., żeby zaprezentować obraz milicjanta na małym ekranie, to znów… porównuje encyklopedie z różnych lat, żeby sprawdzić, jak przedstawiano ważne dla PRL-u (a dziś zapomniane) postacie. W tym wypadku w ogóle zamienia się w matematyka – zamiast skupiać się na treści, zlicza linijki, ale i tak wprowadza do świadomości czytelników temat, którego nikt sam by nie ocenił.
Jerzy Eisler tłumaczy historię. Przywołuje daty i fakty, omawia je i pokazuje inne niż dziś modne oblicze PRL-u. Kieruje się do zainteresowanych po zgłębianiem tematu, prowadzi przez obrazy szerzej nieznane (lub takie, które po prostu w świadomości masowej nie przetrwały). Nie wypada z roli dziejopisa. W pierwszych tekstach dość asekuracyjnie na początku zaznacza, że nie jest ekspertem w danej kwestii (ale i tak umiejętnie przeprowadzane kwerendy dają mu możliwość rzeczowego opracowania zagadnienia). Ta publikacja będzie mieć różnych czytelników – bardziej zainteresowani polityką zwrócą uwagę na inne eseje niż poszukujący sygnałów obyczajowości, przemian kulturowych czy społecznych. Z tomu daje się również odczytać subtelne oceny współczesności – Jerzy Eisler udowadnia, że chociaż nie wszyscy pamiętają czasy PRL-u, pewne wzory zachowań lub postaw są w prostej linii dziedzictwem tamtego okresu. I dla niektórych odbiorców to może stać się najważniejszym powodem sięgnięcia po lekturę. „Co nam zostało z tamtych lat” to spojrzenie bez sentymentu, za to z naukową dociekliwością.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






