Iskry, Warszawa 2018.
Dwie narracje taneczne
Jan Stanisław Witkiewicz przyzwyczaił już czytelników do tego, że potrafi zajmująco opowiadać o balecie i artystach z nim związanych, bez względu na to, czy odwołuje się wyłącznie do klasycznych tekstowych narracji, czy posługuje się obrazami i zdjęciami, do których dodaje sugestywne opisy. Jego potężny tom "Malarze tańca. Ernst Oppler, Arthur Grunenberg i Ludwig Kainer" to kolejny w cyklu album poświęcony sztuce łączonej ze sztuką performatywną. Tym razem jednak właściwymi bohaterami nie są do końca tancerze, a rysownicy – ze względu na istnienie niemal wyłącznie szkiców ołówkowych, z rzadka kolorowanych, trudno tu w ogóle mówić o malarstwie. Malarskość jest jednak wpisana w tworzenie choreografii, w kostiumy i plastyczność ruchu – w ten sposób grafiki faktycznie nabierają malarskiego charakteru.
Pierwszy artysta jest tu pokazywany przez sześćdziesiąt prac (nie zawsze reprodukcji z oryginałów, czasami – z numerowanych odbitek, co skrupulatnie jest zaznaczane w podpisach), drugi przez dwadzieścia osiem, trzeci zaledwie przez cztery – ale za sprawą bliskości bohaterów portretów nie można było z niego zrezygnować. Jan Stanisław Witkiewicz przyjmuje albumowy system prezentowania prac. Duży format książki i kredowy papier także sugerują taki sposób odczytywania tomu. Na każdej rozkładówce znajduje się reprodukcja ilustracji oraz krótki opis tłumaczony również na angielski. Ryciny są datowane i odnotowuje się wszelkiego rodzaju próby lub sygnatury. W krótkiej notce Witkiewicz sięga do wiadomości na temat samych baletmistrzów i ich ról. Przedstawia albo konkretnego tancerza w związku z wybranym motywem (stosunek do bohatera i kostiumu, podejmowane decyzje), albo szczegóły dotyczące tańca: tu jest miejsce na sygnalizowanie znaczeń min, gestów i postaw. Do tego stara się autor omawiać detale dotyczące kostiumów i ozdób, rodzaju muzyki lub świateł. Czasami sięga po teorie choreografów albo po wydarzenia rzutujące na kształt baletu. Ponieważ często rysunki układają się w serie i przedstawiają kolejne sekwencje jednego występu, może dzięki temu autor wprowadzać niemal streszczenia samych historii w oparciu o zachowania tancerzy. Tłumaczy też, jak odczytywać kolejne elementy tańca. Daje zatem czytelnikom dość solidne podstawy do tego, żeby zrozumieli wymowę konkretnych dzieł, albo przynajmniej powiązali je ze znanymi fabułami. Zdarza się, że notki - zwłaszcza w przypadku sekwencji obrazków - ogranicza autor do niezbędnych danych, lub w ogóle z nich rezygnuje, kiedy już wyczerpał temat – pozwala natomiast zapoznawać się z rycinami i szkicami bez przeszkód. Z rzadka zdarza się, że dostrzega coś, na co odbiorcy większych szans nie mają (kostium wyszywany płatkami róż ma być doskonale widoczny w rysunku, ale trzeba by wielkiego samozaparcia i wyobraźni, żeby przy oglądaniu reprodukcji się z tym zgodzić. Jan Stanisław Witkiewicz próbuje odnotowywać, kiedy który twórca widział rejestrowane sceny, ale rezygnuje z danych biograficznych. Skupia się w opowieści na sztuce. Uwodzić czytelników może precyzją przy omawianiu kolejnych dzieł, a i znajomością świata baletu (chociaż przecież to żadne zaskoczenie dla tych, którzy śledzą jego publikacje). Pozwala w każdym rysunku dostrzec znaczenia powiązane z drobiazgami, na które w ogólnej wymowie tańca nie zawsze zwraca się uwagę. "Malarze tańca" to tom zaskakujący ze względu na podporządkowanie baletowi dwóch innych rodzajów sztuki, narracji, które zwykle z tańcem się nie łączą.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jan Stanisław Witkiewicz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jan Stanisław Witkiewicz. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 20 maja 2018
sobota, 13 maja 2017
Jan Stanisław Witkiewicz: Maria Krzyszkowska. Taniec był moim życiem
Iskry, Warszawa 2017.
Radość tańczenia
Jest ten album tak naprawdę wymarzonym pomysłem na utrwalenie w pamięci społeczeństwa portretu „wielkiej damy polskiego baletu”. Jan Stanisław Witkiewicz portretuje tu Marię Krzyszkowską na trzy sposoby. Jednym są fragmenty wywiadów (jednocześnie najlepsza reklama poprzednich książek tego autora, nikt nie oprze się magii wspomnień i inteligentnym dyskusjom). Fragmenty są drobne, wyimki sygnalizują życiowe zmiany. Przydają się jako autobiograficzny rys, zastępują zbiór faktów i dat – polegają przecież na osobistych interpretacjach bohaterki. Maria Krzyszkowska zwierza się z decyzji zawodowych, a czasem – bardzo rzadko – z prywatnych doświadczeń. Szanuje rozmówcę (więc i odbiorców), zachowuje klasę, nie traci przy tym na szczerości. Drugi sposób to przytaczane fragmenty z recenzji. Zdarza się, że to wyrwane z kontekstu hasła, epitety wychwalające taniec Krzyszkowskiej – ale zdarzają się i bardziej rozbudowane analizy. Prym wiedzie tu Tacjanna Wysocka, która potrafi dokładnie omówić warsztatowe rozwiązania w sposób zrozumiały dla czytelników niezaznajomionych z tematem, a przy tym dokonuje zawodowych ocen. Nie proponuje pustych komplementów, a silnie umotywowane uwagi. Dla części dzisiejszych recenzentów ten album może być przydatną szkołą pisania. Trzeci sposób prezentowania Marii Krzyszkowskiej jest w tym wypadku najważniejszy i najbardziej imponujący. Tancerka ukazywana jest na artystycznych fotografiach lub zdjęciach z przedstawień baletowych – w skomplikowanych pozach, pięknych kostiumach i w różnych etapach życia.
Jan Stanisław Witkiewicz prowadzi bowiem portretową opowieść chronologicznie. Od 1939 do 1973 roku pokazuje artystkę na scenie raz w klasycznych tanecznych figurach, raz w propozycjach bardziej awangardowych. Zdjęcia są czarno-białe i wielkoformatowe, więc odbiorcy będą mogli docenić kunszt primabaleriny, ale również przyjrzeć się aranżacjom przestrzeni czy grom światła. Krzyszkowska emanuje szczęściem, nie ma w tych kadrach chwil załamania ani – widocznego wysiłku. Jest piękno, szczęście i energia, nienaganna sylwetka i pozycje momentami przeczące prawom grawitacji. Tu układ ciała doskonale przekazuje treści, zyskuje nowe znaczenia. Widać na zdjęciach dbałość o każdy detal, nie ma przypadków. Fotografie korespondują z przytaczanymi wycinkami prasowymi – dużo łatwiej zrozumieć i zaakceptować niekończące się pasmo zachwytów, kiedy od razu otrzymuje się poglądowy obraz.
Tom „Maria Krzyszkowska. Taniec był moim życiem” to imponujące wspomnienie. Dostarcza odbiorcom zróżnicowanych narracji, które składają się w spójną całość i świetnie uzupełniają. Pokazuje, dlaczego warto zainteresować się sztuką baletową. Ma na to wpływ sam autor – Jan Stanisław Witkiewicz dobrze czuje się w prezentowaniu sylwetek baletowych artystów, co już niejeden raz udowodnił. Co ciekawe, „Maria Krzyszkowska” to publikacja niszowa – a jednak przez sposób wydania oraz opracowania może trafić nawet do przypadkowych czytelników – i całkowicie ich zachwycić. To historia bajkowa w kontekście spełniania tanecznych marzeń, chociaż w wymiarze zderzania życia z wielką historią lub małymi dramatami bywa wyzwaniem. Witkiewicz jest znawcą tematu i próbuje zarazić miłością do baletu odbiorców – z niezłym skutkiem.
Wyrosła ta książka na gruncie fascynacji sztukami performatywnymi, ale sporą rolę odgrywa w niej talent autora do wychwytywania istoty tańca. Chociaż Witkiewicz rzadko zabiera głos jako narrator, samym doborem treści prowadzi tę wyjątkową opowieść. To album przede wszystkim dla odbiorców zafascynowanych tańcem, a i kontynuacja czy uzupełnienie wywiadu-rzeki z Marią Krzyszkowską – tomu przywoływanego w tej publikacji często.
Radość tańczenia
Jest ten album tak naprawdę wymarzonym pomysłem na utrwalenie w pamięci społeczeństwa portretu „wielkiej damy polskiego baletu”. Jan Stanisław Witkiewicz portretuje tu Marię Krzyszkowską na trzy sposoby. Jednym są fragmenty wywiadów (jednocześnie najlepsza reklama poprzednich książek tego autora, nikt nie oprze się magii wspomnień i inteligentnym dyskusjom). Fragmenty są drobne, wyimki sygnalizują życiowe zmiany. Przydają się jako autobiograficzny rys, zastępują zbiór faktów i dat – polegają przecież na osobistych interpretacjach bohaterki. Maria Krzyszkowska zwierza się z decyzji zawodowych, a czasem – bardzo rzadko – z prywatnych doświadczeń. Szanuje rozmówcę (więc i odbiorców), zachowuje klasę, nie traci przy tym na szczerości. Drugi sposób to przytaczane fragmenty z recenzji. Zdarza się, że to wyrwane z kontekstu hasła, epitety wychwalające taniec Krzyszkowskiej – ale zdarzają się i bardziej rozbudowane analizy. Prym wiedzie tu Tacjanna Wysocka, która potrafi dokładnie omówić warsztatowe rozwiązania w sposób zrozumiały dla czytelników niezaznajomionych z tematem, a przy tym dokonuje zawodowych ocen. Nie proponuje pustych komplementów, a silnie umotywowane uwagi. Dla części dzisiejszych recenzentów ten album może być przydatną szkołą pisania. Trzeci sposób prezentowania Marii Krzyszkowskiej jest w tym wypadku najważniejszy i najbardziej imponujący. Tancerka ukazywana jest na artystycznych fotografiach lub zdjęciach z przedstawień baletowych – w skomplikowanych pozach, pięknych kostiumach i w różnych etapach życia.
Jan Stanisław Witkiewicz prowadzi bowiem portretową opowieść chronologicznie. Od 1939 do 1973 roku pokazuje artystkę na scenie raz w klasycznych tanecznych figurach, raz w propozycjach bardziej awangardowych. Zdjęcia są czarno-białe i wielkoformatowe, więc odbiorcy będą mogli docenić kunszt primabaleriny, ale również przyjrzeć się aranżacjom przestrzeni czy grom światła. Krzyszkowska emanuje szczęściem, nie ma w tych kadrach chwil załamania ani – widocznego wysiłku. Jest piękno, szczęście i energia, nienaganna sylwetka i pozycje momentami przeczące prawom grawitacji. Tu układ ciała doskonale przekazuje treści, zyskuje nowe znaczenia. Widać na zdjęciach dbałość o każdy detal, nie ma przypadków. Fotografie korespondują z przytaczanymi wycinkami prasowymi – dużo łatwiej zrozumieć i zaakceptować niekończące się pasmo zachwytów, kiedy od razu otrzymuje się poglądowy obraz.
Tom „Maria Krzyszkowska. Taniec był moim życiem” to imponujące wspomnienie. Dostarcza odbiorcom zróżnicowanych narracji, które składają się w spójną całość i świetnie uzupełniają. Pokazuje, dlaczego warto zainteresować się sztuką baletową. Ma na to wpływ sam autor – Jan Stanisław Witkiewicz dobrze czuje się w prezentowaniu sylwetek baletowych artystów, co już niejeden raz udowodnił. Co ciekawe, „Maria Krzyszkowska” to publikacja niszowa – a jednak przez sposób wydania oraz opracowania może trafić nawet do przypadkowych czytelników – i całkowicie ich zachwycić. To historia bajkowa w kontekście spełniania tanecznych marzeń, chociaż w wymiarze zderzania życia z wielką historią lub małymi dramatami bywa wyzwaniem. Witkiewicz jest znawcą tematu i próbuje zarazić miłością do baletu odbiorców – z niezłym skutkiem.
Wyrosła ta książka na gruncie fascynacji sztukami performatywnymi, ale sporą rolę odgrywa w niej talent autora do wychwytywania istoty tańca. Chociaż Witkiewicz rzadko zabiera głos jako narrator, samym doborem treści prowadzi tę wyjątkową opowieść. To album przede wszystkim dla odbiorców zafascynowanych tańcem, a i kontynuacja czy uzupełnienie wywiadu-rzeki z Marią Krzyszkowską – tomu przywoływanego w tej publikacji często.
poniedziałek, 24 listopada 2014
Jan Stanisław Witkiewicz: Rudolf Nurejew
Iskry, Warszawa 2014.
Taniec
Jana Stanisława Witkiewicza interesuje biografia niezwykłego tancerza, ale jeszcze bardziej charakter Rudolfa Nurejewa. Tom zatytułowany po prostu „Rudolf Nurejew” nie jest przesadnie rozbudowany, a do narracji nie wkrada się poetyka poppublikacji. Autor stara się przede wszystkim rzetelnie przedstawić oszałamiającą karierę urodzonego na Syberii artysty. Co pewien czas odwołuje się do opinii jego współpracowników, ale nie pozwala, żeby głosy z zewnątrz zdominowały opowieść.
Witkiewicz wybiera prosty język. Pisze konkretnie, a na początku tomu krótkie zdania sugerują, że nie będzie ich miejsca na rozwlekłe interpretacje czy recenzje występów. Autor chce przedstawić swojego bohatera szczerze i bez przegadania. Wie, że musi przybliżyć sylwetkę tancerza baletowego – a to znaczy, że nieznanego szerokiemu gronu odbiorców, nawet mimo ogromnej sławy. Zajmuje się zatem tym, co w egzystencji Nurejewa najważniejsze. Dość szybko z tematu biografii schodzi na pracę i pasję – zresztą nie dałoby się inaczej, bo nowatorskie podejście do tańca w pewnym momencie zaczyna definiować Rudolfa Nurejewa. Jan Stanisław Witkiewicz rezygnuje z postawy fana tańca, zafascynowanego hipnotyzującym talentem. Wybiera dystans badacza, zachwyt zastępuje rzetelnością, unika też emocjonalnych ocen. Dzięki temu Nurejew może zainteresować czytelników, którzy o balecie nie mają pojęcia. Jest to bowiem książka o wybitnym indywidualiście, człowieku, który nie bał się realizowania własnych odważnych pragnień, ale i nie oglądał się na innych. Przez jednych uwielbiany, przez innych znienawidzony, geniusz, wizjoner lub… człowiek zbyt samolubny, by mieć przyjaciół. Witkiewicz zamiast wyliczać kolejne role, stara się wynotowywać proponowane przez Nurejewa rozwiązania, nowości wprowadzane do tańca. Praca bohatera intryguje go najbardziej z uwagi na „rewolucyjne” dla baletu decyzje i postępowanie wbrew przyjętym zwyczajom. Wprowadzanie nowych mód wiąże się też z reakcjami zespołów – Witkiewicz odwołuje się przede wszystkim do odczuć partnerek Nurejewa. Najpierw przywołuje wspomnienia primabalerin, którym pomysłowy tancerz pomógł odzyskać wiarę w siebie. Z czasem jednak kapryśna natura Nurejewa bierze górę nad dobrem widowisk: bohater coraz częściej postępuje egoistycznie, co przysparza mu kolejnych wrogów. Autor unika oceniania małostkowych postępków, czytelnicy natomiast będą mogli wyrobić sobie własne zdanie na temat baletowej legendy.
Drugim tematem, jaki, obok tańca, mocno zajmuje Witkiewicza, jest życie prywatne Rudolfa Nurejewa, a dokładniej – jego seksualne podboje. I również tutaj autor tomu zachowuje narracyjną obojętność wobec prezentowanej postaci. Bujne życie erotyczne Nurejewa nie brzmi tu skandalicznie – nawet mimo informacji o chorobie i zarażaniu nią kolejnych przypadkowych partnerów. Rolą Witkiewicza nie jest tu w końcu wygłaszanie sądów, a relacjonowanie burzliwej egzystencji gwiazdy. Tej książce daleko do pomnika – tym chętniej będzie czytana.
Ze względu na beznamiętny styl narracji bardzo pomocne okazują się fotografie przedstawiające Nurejewa na scenie. To one dodają blasku opisom i najlepiej wyjaśniają słowa Witkiewicza (który bardzo rzadko odnosi się nawet do metafor recenzentów), budują też dodatkowy wizerunek artysty, na który nie ma miejsca w biografii. Dzięki zdjęciom „Rudolf Nurejew” zyskuje ostatni szlif.
„Rudolf Nurejew” to niewielka publikacja poświęcona wielkiemu artyście. Umiejętne połączenie życia i działalności twórczej Nurejewa składa się na dobrą lekturę. Istotna jest tu również umiejętność prowadzenia opowieści tak, by nie dać się ponieść łatwym ocenom. Nie przypomina ta książka typowych biografii ludzi sztuki. Z uwagi na styl oraz na „egzotyczny” temat nadaje się do zaprezentowania szerokiemu gronu odbiorców.
Taniec
Jana Stanisława Witkiewicza interesuje biografia niezwykłego tancerza, ale jeszcze bardziej charakter Rudolfa Nurejewa. Tom zatytułowany po prostu „Rudolf Nurejew” nie jest przesadnie rozbudowany, a do narracji nie wkrada się poetyka poppublikacji. Autor stara się przede wszystkim rzetelnie przedstawić oszałamiającą karierę urodzonego na Syberii artysty. Co pewien czas odwołuje się do opinii jego współpracowników, ale nie pozwala, żeby głosy z zewnątrz zdominowały opowieść.
Witkiewicz wybiera prosty język. Pisze konkretnie, a na początku tomu krótkie zdania sugerują, że nie będzie ich miejsca na rozwlekłe interpretacje czy recenzje występów. Autor chce przedstawić swojego bohatera szczerze i bez przegadania. Wie, że musi przybliżyć sylwetkę tancerza baletowego – a to znaczy, że nieznanego szerokiemu gronu odbiorców, nawet mimo ogromnej sławy. Zajmuje się zatem tym, co w egzystencji Nurejewa najważniejsze. Dość szybko z tematu biografii schodzi na pracę i pasję – zresztą nie dałoby się inaczej, bo nowatorskie podejście do tańca w pewnym momencie zaczyna definiować Rudolfa Nurejewa. Jan Stanisław Witkiewicz rezygnuje z postawy fana tańca, zafascynowanego hipnotyzującym talentem. Wybiera dystans badacza, zachwyt zastępuje rzetelnością, unika też emocjonalnych ocen. Dzięki temu Nurejew może zainteresować czytelników, którzy o balecie nie mają pojęcia. Jest to bowiem książka o wybitnym indywidualiście, człowieku, który nie bał się realizowania własnych odważnych pragnień, ale i nie oglądał się na innych. Przez jednych uwielbiany, przez innych znienawidzony, geniusz, wizjoner lub… człowiek zbyt samolubny, by mieć przyjaciół. Witkiewicz zamiast wyliczać kolejne role, stara się wynotowywać proponowane przez Nurejewa rozwiązania, nowości wprowadzane do tańca. Praca bohatera intryguje go najbardziej z uwagi na „rewolucyjne” dla baletu decyzje i postępowanie wbrew przyjętym zwyczajom. Wprowadzanie nowych mód wiąże się też z reakcjami zespołów – Witkiewicz odwołuje się przede wszystkim do odczuć partnerek Nurejewa. Najpierw przywołuje wspomnienia primabalerin, którym pomysłowy tancerz pomógł odzyskać wiarę w siebie. Z czasem jednak kapryśna natura Nurejewa bierze górę nad dobrem widowisk: bohater coraz częściej postępuje egoistycznie, co przysparza mu kolejnych wrogów. Autor unika oceniania małostkowych postępków, czytelnicy natomiast będą mogli wyrobić sobie własne zdanie na temat baletowej legendy.
Drugim tematem, jaki, obok tańca, mocno zajmuje Witkiewicza, jest życie prywatne Rudolfa Nurejewa, a dokładniej – jego seksualne podboje. I również tutaj autor tomu zachowuje narracyjną obojętność wobec prezentowanej postaci. Bujne życie erotyczne Nurejewa nie brzmi tu skandalicznie – nawet mimo informacji o chorobie i zarażaniu nią kolejnych przypadkowych partnerów. Rolą Witkiewicza nie jest tu w końcu wygłaszanie sądów, a relacjonowanie burzliwej egzystencji gwiazdy. Tej książce daleko do pomnika – tym chętniej będzie czytana.
Ze względu na beznamiętny styl narracji bardzo pomocne okazują się fotografie przedstawiające Nurejewa na scenie. To one dodają blasku opisom i najlepiej wyjaśniają słowa Witkiewicza (który bardzo rzadko odnosi się nawet do metafor recenzentów), budują też dodatkowy wizerunek artysty, na który nie ma miejsca w biografii. Dzięki zdjęciom „Rudolf Nurejew” zyskuje ostatni szlif.
„Rudolf Nurejew” to niewielka publikacja poświęcona wielkiemu artyście. Umiejętne połączenie życia i działalności twórczej Nurejewa składa się na dobrą lekturę. Istotna jest tu również umiejętność prowadzenia opowieści tak, by nie dać się ponieść łatwym ocenom. Nie przypomina ta książka typowych biografii ludzi sztuki. Z uwagi na styl oraz na „egzotyczny” temat nadaje się do zaprezentowania szerokiemu gronu odbiorców.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






