Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.
Spory
Druga książka w serii, która podbija polski rynek, pozwala zrozumieć najmłodszym „Dlaczego się kłócimy”. Sandra Grimm i Lena Ellermann postawiły na analizowanie relacji międzyludzkich, ale w tym mniej empatycznym wymiarze. Chociaż dzieci często słyszą od dorosłych, że nie powinny się kłócić, że muszą ustępować, albo że złość nie jest pożądanym uczuciem, nie da się uniknąć sporów, czasami w całkiem błahych sytuacjach. Chodzi więc o to, żeby mali odbiorcy lepiej poznali siebie i zrozumieli, skąd biorą się negatywne emocje, a także – jak sobie z nimi radzić. „Dlaczego się kłócimy” to tomik, który stanowi celną i precyzyjną analizę niektórych zachowań i to bez podziału na wiek – bo dorośli też się kłócą, tyle tylko że przeważnie o inne rzeczy niż najmłodsi. W sporach dorosłych może uczestniczyć sąd albo policja, w sporach dzieci przeważnie mediują nauczyciele albo rodzice – chociaż znacznie łatwiej jest po prostu samodzielnie dojść do porozumienia, co wcale nie jest takie trudne, kiedy zrozumie się powody niektórych postaw.
Sandra Grimm pokazuje odbiorcom, że często agresywne reakcje płynąć mogą z przemęczenia, głodu albo innych trudnych doświadczeń w ciągu dnia: jeśli ktoś przez cały czas zmagał się z hałasem, będzie bardziej przeczulony na muzyczne ćwiczenia wieczorem. To pokazuje dzieciom, że często gniew i kłótnie biorą się z zupełnie innych źródeł niż sądzi się na początku. A skoro tak – łatwiej wybaczyć i łatwiej zaproponować inne rozwiązanie, satysfakcjonujące obie zwaśnione strony. W „Dlaczego się kłócimy” będzie mowa o tym, co wolno, a czego nie wolno robić podczas kłótni – autorki wręcz zachęcają dzieci do aktywnego, fizycznego wyrzucenia z siebie złości za pomocą boksowania poduszki albo krzyku, ale w samotności, z dala od innych. Podkreślają, że nie wolno robić innym krzywdy i przypominają, jakie zachowania są niedozwolone, niezależnie od siły złości, która napędza całą sytuację. „Dlaczego się kłócimy” to książka, dzięki której o wiele łatwiej jest zrozumieć własne zachowania i która wyczula na postawy drugiego człowieka w konkretnych okolicznościach. Sandra Grimm podpowiada, jak w zabawny sposób przeprosić – co zrobić, żeby nie było to stereotypowe i często wymuszone podanie ręki na zgodę. Te narracje pokazują, jak zapobiegać kłótniom, a także – jak powinien wyglądać konflikt idealny, chociaż autorki doskonale wiedzą, że coś takiego nie istnieje. Żeby przybliżać dzieciom konkrety, a nie tylko abstrakcyjne pojęcia, wstawiają do narracji wiele drobnych scenek z kłótniami w tle – i dzięki temu mogą łatwiej nawiązywać porozumienie. Wszystko sprowadza się do samoświadomości i umiejętności przeczekania największego wyrzutu złości – i chociaż to w wykonaniu kilkulatków wydaje się wręcz niemożliwe, jest szansa, że lektura zasugeruje sposoby postępowania, które przynajmniej warto wypróbować. „Dlaczego się kłócimy” to tomik, który w ciekawy i atrakcyjny dla dzieci sposób (mnóstwo rysunków i krótkie, hasłowe komentarze) uwidacznia sedno międzyludzkich konfliktów i pomaga wypracować porozumienie. Nie jest to lektura czysto rozrywkowa – stawia się tu na wychowywanie dzieci i na podsuwanie im narzędzi do panowania nad emocjami.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
sobota, 28 lutego 2026
piątek, 27 lutego 2026
Magdalena Parys: Magik
Agora, Warszaw 2026. (wznowienie)
Niemiecki koszmar
Dwóch ich na początku ginie. Przy czym Frank występuje w charakterze zwłok rodem ze skandynawskiego kryminału, z turpistycznymi i bardzo szczegółowymi opisami masakry, jaka mogła się rozegrać w niedalekiej przeszłości, a Gerhard to już trup niczym ze zwykłej powieści detektywistycznej. Pierwszy pracował dla Stasi, drugi – jako fotoreporter, zresztą wybór zawodu wymuszał na nim zaangażowanie polityczne. I teraz czas na bardzo mozolne śledztwo, które połączy te dwa wątki, a przynajmniej zapewni rozwiązanie zagadek o proweniencji okołopolitycznej. Niemcy – a właściwie sam Berlin – w tej wersji, odmalowywanej w „Magiku” przez Magdalenę Parys, to miejsce nienapawające optymizmem, brudne, nieciekawe i skrajnie niebezpieczne, jeśli ktoś wie za dużo. Surowość krajobrazu podsycana jest co pewien czas wstawkami dotyczącymi wielkiej historii i wielkiej polityki – tu nie ma mowy o stabilizacji czy spokojnej egzystencji, wszystko bezustannie wrze – a tłem staje się obskurna opuszczona kamienica, zasiedlana na dziko. I chociaż Magdalena Parys bardzo dba o szczegółową intrygę, wielowątkową i rozbudowaną, to właśnie koloryt lokalny będzie dla czytelników najbardziej charakterystyczny – w tej powieści nie ma co szukać ukojenia czy ocieplania wizerunku bohaterów. Każdy jeden musi być twardy i bezwzględny, bo tylko tak może osiągać swoje cele.
Berlin z tła wyrasta na najważniejszego bohatera, chociaż obrazek, który Magdalena Parys przedstawia, krzepiący nie będzie. Udaje się autorce przekuć surowość wydarzeń na surowość opisów, a jednocześnie zbudować potężną opowieść zahaczającą raz o wątki rodzinne, raz o wspomnienie Niemiec schyłku XX wieku. I chociaż to obraz jednostronny – króluje tu szarość i beznadzieja – nie sposób nie docenić pisarskiego kunsztu. Magdalena Parys wie bowiem, jak zapewnić czytelnikom silne wrażenia i zachęcić ich do podążania za fabułą nie ze względu na bardzo powoli odkrywane kolejne fakty, które mogą rzucić nowe światło na przeszłość, a za sprawą ascetycznego języka i pozornie pozbawionej melodyjności narracji. Wiadomości potrzebne do rozszyfrowania wydarzeń skapują powoli – i wymagają wielkiego zaangażowania, po drodze wydarzy się jeszcze sporo drobnych dramatów, które jednak ustępują pod względem ważności podstawowym sprawom w śledztwie – autorka nie chce podsuwać czytelnikom kolejnych rozwiązań przed czasem, rezygnuje z fabuły, która byłaby w całości oparta na prowadzonych badaniach. Za to doskonale bawi się, szukając tropów w rzeczywistości i tworząc rozłożyste, dopracowane w detalach, biografie bohaterów. Jest w tym ogromne wyczulenie na szczegóły, ale drobiazgowość nie przytłacza i nie zniechęca do lektury, wręcz przeciwnie – każdy, kto pozna świat „Magika” i zaakceptuje jego pozorną beznamiętność, będzie tu mógł znaleźć sporo dla siebie. Magdalena Parys jest przekonująca nie tylko w intrydze kryminalnej, ale również w samym odzwierciedlaniu przeszłości – historii i polityki – oraz obyczajowości z dawnych czasów. Czytelnikom ma do zaoferowania całkiem dużo wiadomości zupełnie na marginesie biegu akcji – idealnie maskuje sposób informowania o zgromadzonych materiałach. Liczy się przecież tylko i wyłącznie surowe śledztwo, pozbawione ozdobników. Ta iluzja najlepiej pokazuje, jak dobra jest Magdalena Parys w tworzeniu powieści – która wymyka się schematom kryminalnym, sensacyjnym i rozwiązaniom z powieści historycznych niemal w tym samym stopniu.
Niemiecki koszmar
Dwóch ich na początku ginie. Przy czym Frank występuje w charakterze zwłok rodem ze skandynawskiego kryminału, z turpistycznymi i bardzo szczegółowymi opisami masakry, jaka mogła się rozegrać w niedalekiej przeszłości, a Gerhard to już trup niczym ze zwykłej powieści detektywistycznej. Pierwszy pracował dla Stasi, drugi – jako fotoreporter, zresztą wybór zawodu wymuszał na nim zaangażowanie polityczne. I teraz czas na bardzo mozolne śledztwo, które połączy te dwa wątki, a przynajmniej zapewni rozwiązanie zagadek o proweniencji okołopolitycznej. Niemcy – a właściwie sam Berlin – w tej wersji, odmalowywanej w „Magiku” przez Magdalenę Parys, to miejsce nienapawające optymizmem, brudne, nieciekawe i skrajnie niebezpieczne, jeśli ktoś wie za dużo. Surowość krajobrazu podsycana jest co pewien czas wstawkami dotyczącymi wielkiej historii i wielkiej polityki – tu nie ma mowy o stabilizacji czy spokojnej egzystencji, wszystko bezustannie wrze – a tłem staje się obskurna opuszczona kamienica, zasiedlana na dziko. I chociaż Magdalena Parys bardzo dba o szczegółową intrygę, wielowątkową i rozbudowaną, to właśnie koloryt lokalny będzie dla czytelników najbardziej charakterystyczny – w tej powieści nie ma co szukać ukojenia czy ocieplania wizerunku bohaterów. Każdy jeden musi być twardy i bezwzględny, bo tylko tak może osiągać swoje cele.
Berlin z tła wyrasta na najważniejszego bohatera, chociaż obrazek, który Magdalena Parys przedstawia, krzepiący nie będzie. Udaje się autorce przekuć surowość wydarzeń na surowość opisów, a jednocześnie zbudować potężną opowieść zahaczającą raz o wątki rodzinne, raz o wspomnienie Niemiec schyłku XX wieku. I chociaż to obraz jednostronny – króluje tu szarość i beznadzieja – nie sposób nie docenić pisarskiego kunsztu. Magdalena Parys wie bowiem, jak zapewnić czytelnikom silne wrażenia i zachęcić ich do podążania za fabułą nie ze względu na bardzo powoli odkrywane kolejne fakty, które mogą rzucić nowe światło na przeszłość, a za sprawą ascetycznego języka i pozornie pozbawionej melodyjności narracji. Wiadomości potrzebne do rozszyfrowania wydarzeń skapują powoli – i wymagają wielkiego zaangażowania, po drodze wydarzy się jeszcze sporo drobnych dramatów, które jednak ustępują pod względem ważności podstawowym sprawom w śledztwie – autorka nie chce podsuwać czytelnikom kolejnych rozwiązań przed czasem, rezygnuje z fabuły, która byłaby w całości oparta na prowadzonych badaniach. Za to doskonale bawi się, szukając tropów w rzeczywistości i tworząc rozłożyste, dopracowane w detalach, biografie bohaterów. Jest w tym ogromne wyczulenie na szczegóły, ale drobiazgowość nie przytłacza i nie zniechęca do lektury, wręcz przeciwnie – każdy, kto pozna świat „Magika” i zaakceptuje jego pozorną beznamiętność, będzie tu mógł znaleźć sporo dla siebie. Magdalena Parys jest przekonująca nie tylko w intrydze kryminalnej, ale również w samym odzwierciedlaniu przeszłości – historii i polityki – oraz obyczajowości z dawnych czasów. Czytelnikom ma do zaoferowania całkiem dużo wiadomości zupełnie na marginesie biegu akcji – idealnie maskuje sposób informowania o zgromadzonych materiałach. Liczy się przecież tylko i wyłącznie surowe śledztwo, pozbawione ozdobników. Ta iluzja najlepiej pokazuje, jak dobra jest Magdalena Parys w tworzeniu powieści – która wymyka się schematom kryminalnym, sensacyjnym i rozwiązaniom z powieści historycznych niemal w tym samym stopniu.
czwartek, 26 lutego 2026
Emily van Duyne: Kochając Sylvię Plath. Jak Ted Hughes wykorzystywał Sylvię za jej życia i po śmierci
Znak, Kraków 2026.
Przemoc domowa
Przez długi czas biografizowanie nie było cenioną metodą odczytywania twórczości. Co więcej: włączanie do analiz osobistych przeżyć badaczy w ogóle nie mieściło się w kanonach interpretacyjnych. Emily van Duyne nic sobie z tego jednak nie robi i w tomie „Kochając Sylvię Plath” otwarcie przyznaje się do bycia fanką poetki i jednocześnie ofiarą przemocy domowej w przeszłości – co ma pomóc w odszyfrowywaniu śladów tragedii prywatnych w literaturze. Ta publikacja ma pokazać sposoby wołania o pomoc i nauczyć odbiorców odczytywania śladów tragedii w zaciszu domowym, a także – w konsekwencji – odczarować mit samobójstwa Sylvii Plath, a właściwie zmienić postrzeganie samobójczego aktu – na efekt zaszczucia przez wiarołomnego i okrutnego męża.
Emily van Duyne sporo miejsca poświęca w tej książce sobie: swojej walce o prawdę, poszukiwaniom dotyczącym materiałów o Sylvii Plath, a także doświadczeniom, które łączą ją z poetką. Chce przedstawiać siebie jako osobę, która wręcz powinna się zająć rozczytywaniem tematu samobójstwa Plath – i zgromadzić wszystkie dostępne materiały tak, żeby ostatecznie uzyskać pewność co do swoich tez. Rejestruje nie tylko gromadzone materiały, ale także niepowodzenia w ich zdobywaniu, bo nie wszyscy chcą wracać do niewygodnego tematu, albo analizować go przez pryzmat feministycznych teorii. Emily van Duyne rezygnuje z monograficznego ujęcia, nie porządkuje ani twórczości, ani biografii Sylvii Plath – obie te dziedziny traktuje dość wybiórczo, bardziej koncentrując się na relacjach małżeńskich i na istniejących już interpretacjach w oparciu o biografie. Sporo uwagi poświęca nie tylko samej poetce, ale także jednej z kochanek jej męża, kobiecie, która również popełniła samobójstwo, zabijając wcześniej wspólne z Tedem Hughesem dziecko. Rejestruje istotę relacji małżeńskich i poetyckich – zastanawia się mniej nad tym, które z małżonków było lepsze w poezji, a bardziej nad tym, które poświęcało swoją karierę, żeby rozwijać się mogła druga strona. Dotyka zagadnień ulotnych i nie do końca możliwych do zmierzenia, nie ustaje jednak w wysiłkach, żeby udowodnić czytelnikom, że to Sylvia Plath była bardziej utalentowana i jednocześnie – że to ona więcej straciła w związku. Takie stanowisko, bez względu na przytaczane argumenty, wydaje się oczywiste ze względu na deklarowane sympatie autorki książki – to od odbiorców będzie zależało, czy zaufają kobiecie wyraźnie zafascynowanej poetką, czy też potraktują jej poszukiwania jako nieprzekonujące za sprawą zaangażowania emocjonalnego. Sylvia Plath zyskuje tu głos obrony – głos, który wzywa do uważnej lektury, sprawdzania zwłaszcza prywatnej korespondencji, ale także drobnych wzmianek w samej poezji. Emily van Duyne jest przekonana, że Sylvia Plath wołała o pomoc – ale robiła to zbyt subtelnie, nie mogąc wprost powiedzieć o własnej krzywdzie w domowym zaciszu. Jednoznacznie przedstawia Teda Hughesa jako winnego śmierci Plath – ale w tym dość obszernym tomie występuje po prostu w imieniu wszystkich kobiet, które padły ofiarą przemocy domowej i nie umiały sobie poradzić z dominującym mężem. Nie ma się co dziwić, że momentami przypadek Sylvii Plath znika – ustępuje miejsca uniwersalnej opowieści, na którą nie ma zgody. Autorka chce wyczulić społeczeństwo na przemoc domową – i sprawić, by takie scenariusze nie mogły się już powtarzać.
Przemoc domowa
Przez długi czas biografizowanie nie było cenioną metodą odczytywania twórczości. Co więcej: włączanie do analiz osobistych przeżyć badaczy w ogóle nie mieściło się w kanonach interpretacyjnych. Emily van Duyne nic sobie z tego jednak nie robi i w tomie „Kochając Sylvię Plath” otwarcie przyznaje się do bycia fanką poetki i jednocześnie ofiarą przemocy domowej w przeszłości – co ma pomóc w odszyfrowywaniu śladów tragedii prywatnych w literaturze. Ta publikacja ma pokazać sposoby wołania o pomoc i nauczyć odbiorców odczytywania śladów tragedii w zaciszu domowym, a także – w konsekwencji – odczarować mit samobójstwa Sylvii Plath, a właściwie zmienić postrzeganie samobójczego aktu – na efekt zaszczucia przez wiarołomnego i okrutnego męża.
Emily van Duyne sporo miejsca poświęca w tej książce sobie: swojej walce o prawdę, poszukiwaniom dotyczącym materiałów o Sylvii Plath, a także doświadczeniom, które łączą ją z poetką. Chce przedstawiać siebie jako osobę, która wręcz powinna się zająć rozczytywaniem tematu samobójstwa Plath – i zgromadzić wszystkie dostępne materiały tak, żeby ostatecznie uzyskać pewność co do swoich tez. Rejestruje nie tylko gromadzone materiały, ale także niepowodzenia w ich zdobywaniu, bo nie wszyscy chcą wracać do niewygodnego tematu, albo analizować go przez pryzmat feministycznych teorii. Emily van Duyne rezygnuje z monograficznego ujęcia, nie porządkuje ani twórczości, ani biografii Sylvii Plath – obie te dziedziny traktuje dość wybiórczo, bardziej koncentrując się na relacjach małżeńskich i na istniejących już interpretacjach w oparciu o biografie. Sporo uwagi poświęca nie tylko samej poetce, ale także jednej z kochanek jej męża, kobiecie, która również popełniła samobójstwo, zabijając wcześniej wspólne z Tedem Hughesem dziecko. Rejestruje istotę relacji małżeńskich i poetyckich – zastanawia się mniej nad tym, które z małżonków było lepsze w poezji, a bardziej nad tym, które poświęcało swoją karierę, żeby rozwijać się mogła druga strona. Dotyka zagadnień ulotnych i nie do końca możliwych do zmierzenia, nie ustaje jednak w wysiłkach, żeby udowodnić czytelnikom, że to Sylvia Plath była bardziej utalentowana i jednocześnie – że to ona więcej straciła w związku. Takie stanowisko, bez względu na przytaczane argumenty, wydaje się oczywiste ze względu na deklarowane sympatie autorki książki – to od odbiorców będzie zależało, czy zaufają kobiecie wyraźnie zafascynowanej poetką, czy też potraktują jej poszukiwania jako nieprzekonujące za sprawą zaangażowania emocjonalnego. Sylvia Plath zyskuje tu głos obrony – głos, który wzywa do uważnej lektury, sprawdzania zwłaszcza prywatnej korespondencji, ale także drobnych wzmianek w samej poezji. Emily van Duyne jest przekonana, że Sylvia Plath wołała o pomoc – ale robiła to zbyt subtelnie, nie mogąc wprost powiedzieć o własnej krzywdzie w domowym zaciszu. Jednoznacznie przedstawia Teda Hughesa jako winnego śmierci Plath – ale w tym dość obszernym tomie występuje po prostu w imieniu wszystkich kobiet, które padły ofiarą przemocy domowej i nie umiały sobie poradzić z dominującym mężem. Nie ma się co dziwić, że momentami przypadek Sylvii Plath znika – ustępuje miejsca uniwersalnej opowieści, na którą nie ma zgody. Autorka chce wyczulić społeczeństwo na przemoc domową – i sprawić, by takie scenariusze nie mogły się już powtarzać.
środa, 25 lutego 2026
Anna Jankowska: Ojej, zguba! O relacjach, empatii i wspieraniu innych
Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.
Poszukiwania
Bardzo dobrze sprawdzają się kolejne tomiki proponowane przez Annę Jankowską z cyklu Ojej – przede wszystkim dlatego, że nie polegają wyłącznie na linearnym czytaniu (albo – czytaniu z dzieckiem), a pozwalają maluchom na przeżycie prawdziwej przygody razem z bohaterami. Zaangażowanie wręcz wymusza się za sprawą kolejnych poleceń, które pojawiają się na każdej rozkładówce, a sama autorka wcale nie rezygnuje z tekstu, stawia raczej na klasyczne objętościowo opowiadania – i chociaż sporo tu ilustracji, to i tak do czytania będzie też dużo. A że nie na samym czytaniu rzecz się opiera, to będzie to tomik, który na dłużej zajmie kilkulatki. „Ojej, zguba! O relacjach, empatii i wspieraniu innych” to książka, w której będzie sporo emocji. Co ciekawe – nie ma tu Loli, siedmiolatki, do której należą zabawki przeżywające ważną przygodę. Uwagę czytelników przyciąga za to kot Czaruś, który właśnie zgubił swój piękny czarny brokatowy guzik. Guzik stanowił ozdobę kolekcji – był najbardziej wartościowy spośród wszystkich posiadanych przez Czarusia wartościowych przedmiotów, więc kot stara się go znaleźć. Zasięga rad, jak odzyskać coś, co się zgubiło – i otrzymuje przydatne wskazówki, między innymi tę, żeby pomyśleć nad czynnościami od ostatniego kontaktu z zagubionym przedmiotem, a potem przejść trasę, w obrębie której się działało. Oczywiście na drodze Czarusiowi staje mnóstwo postaci, bohater pomoże między innymi wiewiórce w szukaniu orzechów – to okazja do przypomnienia sobie praktycznych wskazówek. A kiedy guzik się już znajdzie, stanie się jasne, że trzeba tu jeszcze zastanowić się nad kwintesencją przyjaźni i uczuciami innych. Anna Jankowska proponuje zatem wielowymiarową czytankę dla najmłodszych. Każdy etap historyjki wieńczą pytania i polecenia kierowane do małych odbiorców. Jedne pozwalają zastanowić się nad sobą albo ocenić bohaterów, inne – prowadzą do wykonywania prostych ćwiczeń ruchowych czy oddechowych, uruchamiania wyobraźni albo do kreatywnych działań. Liczy się to, że dzieci nie muszą tylko zajmować się czytaniem albo śledzeniem czytanego tekstu, ale zostaną włączone do historii przez powtarzanie czynności bohaterów. Przytulankowych bohaterów – bo i kot, i miś są przecież pluszakami należącymi do Loli – co nie zmienia faktu, że przygody przeżywają samodzielnie. Nie zabraknie też humoru, zwłaszcza wtedy, kiedy Anna Jankowska pokaże, jak przeliczyć objętość słoika na objętość pluszowego kota.
Jest tu bardzo przyjemna strona graficzna – obrazki są niezbędne, ale nie odwracają uwagi od tekstu i zadań, przyjemne, komiksowe i przygotowane do nauki czytania – jeśli jakieś dziecko zechce poznawać litery, może zacząć od komiksowych dymków i nie zniechęci się ogromem tekstu, za to zwróci uwagę na silne emocje bohaterów. „Ojej, zguba! O relacjach, empatii i wspieraniu innych” to książka dobrze przygotowana dla maluchów, pełna niespodzianek i pokazująca, że czytanie to prawdziwa przyjemność, nie tylko samo śledzenie liter, ale przeżywanie wielkich przygód. Nawet jeśli to przygody na miarę domowych maskotek. Anna Jankowska wie, jak zaprosić dzieci do lektury – można jej zaufać i obserwować fajnie rozwijającą się serię.
Poszukiwania
Bardzo dobrze sprawdzają się kolejne tomiki proponowane przez Annę Jankowską z cyklu Ojej – przede wszystkim dlatego, że nie polegają wyłącznie na linearnym czytaniu (albo – czytaniu z dzieckiem), a pozwalają maluchom na przeżycie prawdziwej przygody razem z bohaterami. Zaangażowanie wręcz wymusza się za sprawą kolejnych poleceń, które pojawiają się na każdej rozkładówce, a sama autorka wcale nie rezygnuje z tekstu, stawia raczej na klasyczne objętościowo opowiadania – i chociaż sporo tu ilustracji, to i tak do czytania będzie też dużo. A że nie na samym czytaniu rzecz się opiera, to będzie to tomik, który na dłużej zajmie kilkulatki. „Ojej, zguba! O relacjach, empatii i wspieraniu innych” to książka, w której będzie sporo emocji. Co ciekawe – nie ma tu Loli, siedmiolatki, do której należą zabawki przeżywające ważną przygodę. Uwagę czytelników przyciąga za to kot Czaruś, który właśnie zgubił swój piękny czarny brokatowy guzik. Guzik stanowił ozdobę kolekcji – był najbardziej wartościowy spośród wszystkich posiadanych przez Czarusia wartościowych przedmiotów, więc kot stara się go znaleźć. Zasięga rad, jak odzyskać coś, co się zgubiło – i otrzymuje przydatne wskazówki, między innymi tę, żeby pomyśleć nad czynnościami od ostatniego kontaktu z zagubionym przedmiotem, a potem przejść trasę, w obrębie której się działało. Oczywiście na drodze Czarusiowi staje mnóstwo postaci, bohater pomoże między innymi wiewiórce w szukaniu orzechów – to okazja do przypomnienia sobie praktycznych wskazówek. A kiedy guzik się już znajdzie, stanie się jasne, że trzeba tu jeszcze zastanowić się nad kwintesencją przyjaźni i uczuciami innych. Anna Jankowska proponuje zatem wielowymiarową czytankę dla najmłodszych. Każdy etap historyjki wieńczą pytania i polecenia kierowane do małych odbiorców. Jedne pozwalają zastanowić się nad sobą albo ocenić bohaterów, inne – prowadzą do wykonywania prostych ćwiczeń ruchowych czy oddechowych, uruchamiania wyobraźni albo do kreatywnych działań. Liczy się to, że dzieci nie muszą tylko zajmować się czytaniem albo śledzeniem czytanego tekstu, ale zostaną włączone do historii przez powtarzanie czynności bohaterów. Przytulankowych bohaterów – bo i kot, i miś są przecież pluszakami należącymi do Loli – co nie zmienia faktu, że przygody przeżywają samodzielnie. Nie zabraknie też humoru, zwłaszcza wtedy, kiedy Anna Jankowska pokaże, jak przeliczyć objętość słoika na objętość pluszowego kota.
Jest tu bardzo przyjemna strona graficzna – obrazki są niezbędne, ale nie odwracają uwagi od tekstu i zadań, przyjemne, komiksowe i przygotowane do nauki czytania – jeśli jakieś dziecko zechce poznawać litery, może zacząć od komiksowych dymków i nie zniechęci się ogromem tekstu, za to zwróci uwagę na silne emocje bohaterów. „Ojej, zguba! O relacjach, empatii i wspieraniu innych” to książka dobrze przygotowana dla maluchów, pełna niespodzianek i pokazująca, że czytanie to prawdziwa przyjemność, nie tylko samo śledzenie liter, ale przeżywanie wielkich przygód. Nawet jeśli to przygody na miarę domowych maskotek. Anna Jankowska wie, jak zaprosić dzieci do lektury – można jej zaufać i obserwować fajnie rozwijającą się serię.
wtorek, 24 lutego 2026
Kristan Higgins: Jasna strona życia
Gorzka Czekolada, Media Rodzina, Poznań 2026.
Scenariusze
Ta opowieść już była, Lark doskonale o tym wie. Kiedy tylko równie przystojny co utalentowany (i jednocześnie – społecznie wycofany) chirurg proponuje jej bycie osobą towarzyszącą na ślubie siostry, Lark przychodzą na myśl rozmaite komedie romantyczne z „Pretty woman” na czele. Lorenzo Santini nie ma przyjaciół, bo też i nie zjednuje sobie ludzi. Jest odpychający i samolubny, a do tego kosmicznie bogaty. Ale może zapewnić Lark coś, o czym ta marzy: powrót na oddział onkologii. Chwilowo Lark została od niego odsunięta ze względu na nadmierną emocjonalność, przez którą nie mogła pracować z pacjentami potrzebującymi wsparcia i rzeczowej opieki – przeniesiona do hospicjum, traktuje to jako przeczekanie. W końcu musi zrealizować swój plan i leczyć raka – zwłaszcza że przez białaczkę straciła miłość życia. Skoro nie udało jej się ocalić ukochanego, może pomóc innym ludziom. Przynajmniej takie jest założenie. Na razie Lark potrzebuje przekonać do siebie kierownictwo na onkologii. A pieniądze też jej się przydadzą. W efekcie przyjmuje propozycję, która ma być tylko na chwilę i tylko dla uspokojenia ukochanej babci Santiniego. Kristan Higgins powtórki z szablonu nie zapewni, można więc podążać za bohaterką i przyglądać się jej przeszłości – rozbudowane retrospekcje pokazują nie tylko, czym dla niej był związek, ale też, dlaczego tak usilnie próbuje odnaleźć się na onkologii, skoro inne gałęzie medycyny pasują jej o wiele bardziej.
Sama Lark kompletnie nie pasuje do świata Lorenza – przynajmniej do tego świata, który bohater wokół siebie buduje. Santini ma bowiem gwarną rodzinę, z którą Lark błyskawicznie znajduje porozumienie – szybko przekonuje do siebie siostry lekarza i jego rodziców. Nawiązuje też kontakty, które zaważą na jej przyszłości. Na razie jednak musi grać swoją rolę i chociaż w codzienności stawia na szczerość – nie powinna nadużywać zaufania chirurga. Lark to jeden temat powieści „Jasna strona życia”, ten najbardziej krzepiący, wciągający i ciekawy. Ale Kristan Higgins nie zapomina o innych odbiorczyniach. Przygląda się relacji starszego pokolenia: Ellie, mama Lark, przeżywa właśnie wielki życiowy kryzys. W jej poukładanym świecie i szczęśliwym małżeństwie pojawiła się poważna rysa, zdrada emocjonalna, z którą Ellie musi się jakoś pogodzić. Na razie usuwa się na bok i zastanawia, co zrobić. I jest jeszcze Joy – kobieta-zagadka, uzależniona od operacji plastycznych, mająca za sobą cztery nieudane małżeństwa za to żadnej pasji. Joy zapewnia dom Lark oraz Ellie – i dopiero uczy się, jak poznawać siebie. To długa, ale satysfakcjonująca droga. I to wszystko Kristan Higgins oferuje czytelniczkom w naprawdę udanej prozie obyczajowej. Jest w „Jasnej stronie życia” sporo wzruszeń, ale też i mnóstwo humoru, który te wzruszenia równoważy. Jest bardzo przekonująca część dotycząca walki z chorobą – i postaw bliskich wobec życiowych zmian. Jest odejście od jednego schematu (na rzecz innego, ale to nie wada). „Jasna strona życia” dostarcza wytchnienia i przypomina o tym, co najlepsze w powieściach dla kobiet – o pokrzepieniu, które płynie z nieoczekiwanej strony i w trudnych chwilach pozwala mieć nadzieję na lepszą przyszłość.
Scenariusze
Ta opowieść już była, Lark doskonale o tym wie. Kiedy tylko równie przystojny co utalentowany (i jednocześnie – społecznie wycofany) chirurg proponuje jej bycie osobą towarzyszącą na ślubie siostry, Lark przychodzą na myśl rozmaite komedie romantyczne z „Pretty woman” na czele. Lorenzo Santini nie ma przyjaciół, bo też i nie zjednuje sobie ludzi. Jest odpychający i samolubny, a do tego kosmicznie bogaty. Ale może zapewnić Lark coś, o czym ta marzy: powrót na oddział onkologii. Chwilowo Lark została od niego odsunięta ze względu na nadmierną emocjonalność, przez którą nie mogła pracować z pacjentami potrzebującymi wsparcia i rzeczowej opieki – przeniesiona do hospicjum, traktuje to jako przeczekanie. W końcu musi zrealizować swój plan i leczyć raka – zwłaszcza że przez białaczkę straciła miłość życia. Skoro nie udało jej się ocalić ukochanego, może pomóc innym ludziom. Przynajmniej takie jest założenie. Na razie Lark potrzebuje przekonać do siebie kierownictwo na onkologii. A pieniądze też jej się przydadzą. W efekcie przyjmuje propozycję, która ma być tylko na chwilę i tylko dla uspokojenia ukochanej babci Santiniego. Kristan Higgins powtórki z szablonu nie zapewni, można więc podążać za bohaterką i przyglądać się jej przeszłości – rozbudowane retrospekcje pokazują nie tylko, czym dla niej był związek, ale też, dlaczego tak usilnie próbuje odnaleźć się na onkologii, skoro inne gałęzie medycyny pasują jej o wiele bardziej.
Sama Lark kompletnie nie pasuje do świata Lorenza – przynajmniej do tego świata, który bohater wokół siebie buduje. Santini ma bowiem gwarną rodzinę, z którą Lark błyskawicznie znajduje porozumienie – szybko przekonuje do siebie siostry lekarza i jego rodziców. Nawiązuje też kontakty, które zaważą na jej przyszłości. Na razie jednak musi grać swoją rolę i chociaż w codzienności stawia na szczerość – nie powinna nadużywać zaufania chirurga. Lark to jeden temat powieści „Jasna strona życia”, ten najbardziej krzepiący, wciągający i ciekawy. Ale Kristan Higgins nie zapomina o innych odbiorczyniach. Przygląda się relacji starszego pokolenia: Ellie, mama Lark, przeżywa właśnie wielki życiowy kryzys. W jej poukładanym świecie i szczęśliwym małżeństwie pojawiła się poważna rysa, zdrada emocjonalna, z którą Ellie musi się jakoś pogodzić. Na razie usuwa się na bok i zastanawia, co zrobić. I jest jeszcze Joy – kobieta-zagadka, uzależniona od operacji plastycznych, mająca za sobą cztery nieudane małżeństwa za to żadnej pasji. Joy zapewnia dom Lark oraz Ellie – i dopiero uczy się, jak poznawać siebie. To długa, ale satysfakcjonująca droga. I to wszystko Kristan Higgins oferuje czytelniczkom w naprawdę udanej prozie obyczajowej. Jest w „Jasnej stronie życia” sporo wzruszeń, ale też i mnóstwo humoru, który te wzruszenia równoważy. Jest bardzo przekonująca część dotycząca walki z chorobą – i postaw bliskich wobec życiowych zmian. Jest odejście od jednego schematu (na rzecz innego, ale to nie wada). „Jasna strona życia” dostarcza wytchnienia i przypomina o tym, co najlepsze w powieściach dla kobiet – o pokrzepieniu, które płynie z nieoczekiwanej strony i w trudnych chwilach pozwala mieć nadzieję na lepszą przyszłość.
poniedziałek, 23 lutego 2026
Rusell Kane: Pupil dla mnie
Kropka, Warszawa 2026.
Zwierzę domowe
Russell Kane kieruje się do małych odbiorców, chociaż chyba bardziej powinien zwrócić na siebie uwagę ich rodziców – jako osoba, która analizuje zachowania, wady i zalety różnych ras psów i kotów oraz podpowiada, na jakie domowe zwierzę się zdecydować. „Pupil dla mnie” to trochę książka edukacyjna, trochę ciekawostka dla małych czytelników – i tylko szkoda, że autor tak mało może napisać o nierasowych zwierzętach ze schronisk (chociaż każdy rozdział kończy się podpowiedzią, żeby sprawdzić, czy to właśnie w schronisku nie znajdzie się najlepszego przyjaciela dla siebie – a do tego autor przekonuje, dlaczego nie decydować się na najszybciej podbiegające zwierzę albo na to najbardziej opuszczone i nieufne). Russell Kane od czasu do czasu przypomina sobie, że jest komikiem i zarabia na życie stand-upami i wtedy wplata do narracji dowcipy niekoniecznie potrzebne, ale przyciągające uwagę i odrobinę odciążające tom. Bo „Pupil dla mnie” to nie lektura na jeden raz i nawet najwięksi miłośnicy zwierząt przekonają się, że trzeba będzie sobie ją rozłożyć na kilka sesji. Każda rozkładówka jest poświęcona jednej rasie (psa czy kota, pod koniec książki znajdują się jeszcze drobne akapity poświęcone chomikom, świnkom morskim, papużkom falistym, gadom oraz… owadom, bo autor cały czas wspomina swojego straszyka, którego bardzo w dzieciństwie lubił). Russell Kane o wielu rasach pisze właśnie dlatego, że przedstawicieli tych ras miał albo ma u siebie w domu i dobrze wspomina – dzięki temu wiadomości z pierwszej ręki nabierają barw i mogą trafić do przekonania odbiorcom. Jeśli ktoś marzy o rasowym psie albo kocie, dowie się, czym charakteryzują się te rasy – jeśli chodzi o wygląd, ale przede wszystkim o charakter i skłonność do zabaw z człowiekiem. Autor przygląda się kolejnym stworzeniom, podaje historię rasy (albo przynajmniej prawdopodobną historię rasy), opowiada, które zwierzęta nie poradzą sobie same w domu, a których nie należy wypuszczać do ogrodu, które lubią spędzać czas na kolanach człowieka, a które nie przekonają się do tego, żeby stać się stworzonkiem do głaskania. Co zabawne, każdej rasie wystawia metryczkę z ocenami, podając liczbowe wartości tego, czy dany zwierzak imponuje intelektem, lubi się bawić, wymaga uwagi, radzi sobie na zewnątrz i czy zachwyca – nie wiadomo, jakie kryterium stosuje przy tym ostatnim punkcie, najprawdopodobniej sięga do własnych doświadczeń i część czytelników będzie chciała z nim polemizować. Opowiada o osobowości zwierząt i o cechach, które mogą okazać się trudne w codziennym wspólnym funkcjonowaniu. Najlepiej jak potrafi przygotowuje do życia z przedstawicielem danej rasy. Oprócz zdjęcia zwierzaka na rozkładówce pojawia się też całkiem sporo rysunków, tak, żeby mali odbiorcy mogli cieszyć się oglądaniem stron.
To propozycja dla dzieci, które zainteresowane są różnicami między różnymi rasami psów i kotów i chcą się przekonać, czy faktycznie rasa ma znaczenie lub wpływ na charakter pupila. Raczej rzadziej będzie wykorzystywana do podjęcia decyzji – bardziej może funkcjonować jako ciekawostka i jako szansa na poznawanie domowych pupili. Wielkoformatowa i udana książka, która jednak skłania do czytania wybiórczego - sięgania po konkretne tematy i sprawdzania, co autor ma do powiedzenia o danej rasie.
Zwierzę domowe
Russell Kane kieruje się do małych odbiorców, chociaż chyba bardziej powinien zwrócić na siebie uwagę ich rodziców – jako osoba, która analizuje zachowania, wady i zalety różnych ras psów i kotów oraz podpowiada, na jakie domowe zwierzę się zdecydować. „Pupil dla mnie” to trochę książka edukacyjna, trochę ciekawostka dla małych czytelników – i tylko szkoda, że autor tak mało może napisać o nierasowych zwierzętach ze schronisk (chociaż każdy rozdział kończy się podpowiedzią, żeby sprawdzić, czy to właśnie w schronisku nie znajdzie się najlepszego przyjaciela dla siebie – a do tego autor przekonuje, dlaczego nie decydować się na najszybciej podbiegające zwierzę albo na to najbardziej opuszczone i nieufne). Russell Kane od czasu do czasu przypomina sobie, że jest komikiem i zarabia na życie stand-upami i wtedy wplata do narracji dowcipy niekoniecznie potrzebne, ale przyciągające uwagę i odrobinę odciążające tom. Bo „Pupil dla mnie” to nie lektura na jeden raz i nawet najwięksi miłośnicy zwierząt przekonają się, że trzeba będzie sobie ją rozłożyć na kilka sesji. Każda rozkładówka jest poświęcona jednej rasie (psa czy kota, pod koniec książki znajdują się jeszcze drobne akapity poświęcone chomikom, świnkom morskim, papużkom falistym, gadom oraz… owadom, bo autor cały czas wspomina swojego straszyka, którego bardzo w dzieciństwie lubił). Russell Kane o wielu rasach pisze właśnie dlatego, że przedstawicieli tych ras miał albo ma u siebie w domu i dobrze wspomina – dzięki temu wiadomości z pierwszej ręki nabierają barw i mogą trafić do przekonania odbiorcom. Jeśli ktoś marzy o rasowym psie albo kocie, dowie się, czym charakteryzują się te rasy – jeśli chodzi o wygląd, ale przede wszystkim o charakter i skłonność do zabaw z człowiekiem. Autor przygląda się kolejnym stworzeniom, podaje historię rasy (albo przynajmniej prawdopodobną historię rasy), opowiada, które zwierzęta nie poradzą sobie same w domu, a których nie należy wypuszczać do ogrodu, które lubią spędzać czas na kolanach człowieka, a które nie przekonają się do tego, żeby stać się stworzonkiem do głaskania. Co zabawne, każdej rasie wystawia metryczkę z ocenami, podając liczbowe wartości tego, czy dany zwierzak imponuje intelektem, lubi się bawić, wymaga uwagi, radzi sobie na zewnątrz i czy zachwyca – nie wiadomo, jakie kryterium stosuje przy tym ostatnim punkcie, najprawdopodobniej sięga do własnych doświadczeń i część czytelników będzie chciała z nim polemizować. Opowiada o osobowości zwierząt i o cechach, które mogą okazać się trudne w codziennym wspólnym funkcjonowaniu. Najlepiej jak potrafi przygotowuje do życia z przedstawicielem danej rasy. Oprócz zdjęcia zwierzaka na rozkładówce pojawia się też całkiem sporo rysunków, tak, żeby mali odbiorcy mogli cieszyć się oglądaniem stron.
To propozycja dla dzieci, które zainteresowane są różnicami między różnymi rasami psów i kotów i chcą się przekonać, czy faktycznie rasa ma znaczenie lub wpływ na charakter pupila. Raczej rzadziej będzie wykorzystywana do podjęcia decyzji – bardziej może funkcjonować jako ciekawostka i jako szansa na poznawanie domowych pupili. Wielkoformatowa i udana książka, która jednak skłania do czytania wybiórczego - sięgania po konkretne tematy i sprawdzania, co autor ma do powiedzenia o danej rasie.
niedziela, 22 lutego 2026
Yuta Takahashi: Chibineko. Niezwykła restauracja wspomnień
Rebis, Poznań 2026.
Ostatnia rozmowa
Jest w literaturze healingowej z Dalekiego Wschodu motyw, który wcale nie pasuje do racjonalnych i realistycznych opowieści, ale który dobrze się sprawdza i pozwala czytelnikom na doznanie specyficznego oczyszczenia (a czasami uświadomienia sobie pewnych prawd, zanim będzie za późno). Restauracje, gabinety lekarskie i inne przybytki usytuowane w tajemniczych miejscach, niedostępne dla niewtajemniczonych, niosą pomoc wszystkim tym, którzy nie potrafią się pogodzić z tym, co ostateczne. I tak jest z Chibineko. „Chibineko. Niezwykła restauracja wspomnień” to podzielona na kilka rozdziałów historia o ludziach, którzy nie zdążyli wyjaśnić sobie pewnych spraw, zanim jedno z nich odeszło z tego świata. Restauracja czynna tylko w godzinach porannych serwuje specjalne dania ku pamięci. Właściwie nie wiadomo, jak to się dzieje, ale zawsze dania te – nieobecne w karcie – mają związek ze zmarłymi osobami. A to nie koniec niezwykłości: para z tych dań karmi duchy, a właściwie – sprowadza i karmi. Na ostatni posiłek przybywają ci, którzy przedwcześnie odeszli, zostawili po sobie nierozwiązane problemy albo przysparzają swoją śmiercią ogromnego bólu komuś, kto tęskni i nie umie sobie poradzić z własnymi emocjami. Fakty w Chibineko są takie, że trafiony posiłek sprowadza ducha – duch zasiada do ostatniego dania i ma czas, dopóki danie jest gorące. Później zniknie i już nigdy nie wróci. Ale świadomość, że ma się tylko parę chwil, pozwala się skupić na tym, co najważniejsze.
I tak młoda kobieta, która uniknęła śmierci w wypadku samochodowym dzięki poświęceniu ze strony brata próbuje wyjaśnić sobie z nim kwestię ostatnich chwil i planów na przyszłość, z kolei dziecko – mały chłopiec – czuje, że złym słowem skrzywdził koleżankę, która bardzo mu się podobała i chciałby naprawić błąd, chociaż w rzeczywistości jest na to już za późno. Różne osoby trafiają do Chibineko i tutaj mogą przyjrzeć się przeszłości i naprawić swoje uczucia. Dyskretny kelner przynosi posiłki i chowa się gdzieś, żeby zapewnić prywatność klientom. Ci przeprowadzają najważniejsze dla siebie rozmowy – a świadkami tych rozmów stają się czytelnicy. I dzięki temu Yuta Takahashi może przekazywać podstawowe prawdy, przypominać o tym, co w życiu ważne i czego nie wolno zaniedbać. Oczywiście w prawdziwym życiu odbiorcy nie zyskają takiej szansy na tłumaczenie się albo otrzymanie przebaczenia, nie będą mogli naprostować błędów ani ukoić bólu – dlatego też lektura pokaże im, jak rozwiązywać konflikty zanim będzie za późno i jak podchodzić do ostatecznych rozstań – podrzuci właściwe interpretacje i kojące wyjaśnienia. I to może odnieść właściwy skutek, nawet jeśli fabuła jest mocno schematyczna i bardzo podobna w wielu pozycjach z tego gatunku. Takahashi nie musi tłumaczyć, o co chodzi z przekraczaniem bariery śmierci – tu nie liczy się prawdopodobieństwo, a nośnik znaczeń. Cała powieść nie rości sobie praw do bycia realistyczną, a oniryzm pozwala na wprowadzanie charakterystycznych komentarzy bez oskarżeń o infantylizm. A jednocześnie to jest literatura na tyle inna od znanej odbiorcom, że przez tę inność właśnie najbardziej kusząca. W tym wypadku pojawiają się jeszcze dodatkowo przepisy kulinarne – tak, że jeśli ktoś ma ochotę sprawdzić smaki przywabiające powieściowe duchy – może pokusić się o eksperymenty w kuchni.
Ostatnia rozmowa
Jest w literaturze healingowej z Dalekiego Wschodu motyw, który wcale nie pasuje do racjonalnych i realistycznych opowieści, ale który dobrze się sprawdza i pozwala czytelnikom na doznanie specyficznego oczyszczenia (a czasami uświadomienia sobie pewnych prawd, zanim będzie za późno). Restauracje, gabinety lekarskie i inne przybytki usytuowane w tajemniczych miejscach, niedostępne dla niewtajemniczonych, niosą pomoc wszystkim tym, którzy nie potrafią się pogodzić z tym, co ostateczne. I tak jest z Chibineko. „Chibineko. Niezwykła restauracja wspomnień” to podzielona na kilka rozdziałów historia o ludziach, którzy nie zdążyli wyjaśnić sobie pewnych spraw, zanim jedno z nich odeszło z tego świata. Restauracja czynna tylko w godzinach porannych serwuje specjalne dania ku pamięci. Właściwie nie wiadomo, jak to się dzieje, ale zawsze dania te – nieobecne w karcie – mają związek ze zmarłymi osobami. A to nie koniec niezwykłości: para z tych dań karmi duchy, a właściwie – sprowadza i karmi. Na ostatni posiłek przybywają ci, którzy przedwcześnie odeszli, zostawili po sobie nierozwiązane problemy albo przysparzają swoją śmiercią ogromnego bólu komuś, kto tęskni i nie umie sobie poradzić z własnymi emocjami. Fakty w Chibineko są takie, że trafiony posiłek sprowadza ducha – duch zasiada do ostatniego dania i ma czas, dopóki danie jest gorące. Później zniknie i już nigdy nie wróci. Ale świadomość, że ma się tylko parę chwil, pozwala się skupić na tym, co najważniejsze.
I tak młoda kobieta, która uniknęła śmierci w wypadku samochodowym dzięki poświęceniu ze strony brata próbuje wyjaśnić sobie z nim kwestię ostatnich chwil i planów na przyszłość, z kolei dziecko – mały chłopiec – czuje, że złym słowem skrzywdził koleżankę, która bardzo mu się podobała i chciałby naprawić błąd, chociaż w rzeczywistości jest na to już za późno. Różne osoby trafiają do Chibineko i tutaj mogą przyjrzeć się przeszłości i naprawić swoje uczucia. Dyskretny kelner przynosi posiłki i chowa się gdzieś, żeby zapewnić prywatność klientom. Ci przeprowadzają najważniejsze dla siebie rozmowy – a świadkami tych rozmów stają się czytelnicy. I dzięki temu Yuta Takahashi może przekazywać podstawowe prawdy, przypominać o tym, co w życiu ważne i czego nie wolno zaniedbać. Oczywiście w prawdziwym życiu odbiorcy nie zyskają takiej szansy na tłumaczenie się albo otrzymanie przebaczenia, nie będą mogli naprostować błędów ani ukoić bólu – dlatego też lektura pokaże im, jak rozwiązywać konflikty zanim będzie za późno i jak podchodzić do ostatecznych rozstań – podrzuci właściwe interpretacje i kojące wyjaśnienia. I to może odnieść właściwy skutek, nawet jeśli fabuła jest mocno schematyczna i bardzo podobna w wielu pozycjach z tego gatunku. Takahashi nie musi tłumaczyć, o co chodzi z przekraczaniem bariery śmierci – tu nie liczy się prawdopodobieństwo, a nośnik znaczeń. Cała powieść nie rości sobie praw do bycia realistyczną, a oniryzm pozwala na wprowadzanie charakterystycznych komentarzy bez oskarżeń o infantylizm. A jednocześnie to jest literatura na tyle inna od znanej odbiorcom, że przez tę inność właśnie najbardziej kusząca. W tym wypadku pojawiają się jeszcze dodatkowo przepisy kulinarne – tak, że jeśli ktoś ma ochotę sprawdzić smaki przywabiające powieściowe duchy – może pokusić się o eksperymenty w kuchni.
sobota, 21 lutego 2026
Patricia Highsmith: Carol
Noir sur Blanc, Warszawa 2026 (wznowienie).
Wybór
Ta książka funkcjonuje na rynku od dawna i razem z przemianami obyczajowymi zmienia się sposób jej odczytywania, dawniej mogła być uznawana za przełomową, odważną i kontrowersyjną, dzisiaj pozostanie w niej całkiem ładna analiza psychologiczna zauroczenia młodej kobiety starszą towarzyszką – i narodziny czegoś, co w innych okolicznościach mogłoby prowadzić do pięknej miłości. „Carol” Patricii Highsmith to całkowite odejście od kryminalnych tematów na rzecz psychologii bohaterek – i analizy środowiska. Autorka przenosi czytelników do Nowego Jorku z końca pierwszej połowy XX wieku – i wykorzystuje motyw często pojawiający się w powieściach Bildungsroman, czyli temat podróży po Stanach Zjednoczonych, pozwalającej lepiej poznać siebie. Wprawdzie akcja tej powieści nie toczy się w samochodzie, raczej w pokojach hotelowych, ale liczy się i tak nie to, co na zewnątrz, a to, co między dwiema bohaterkami.
Therese dopiero wkroczyła w dorosłość. Jest jeszcze nastolatką, nieukształtowaną, chociaż w pozornie poważnym związku z Richardem, którego jednak ciągle odsuwa od siebie. Nie spieszy się z wyznaniami miłości, niekoniecznie z powodów, które mogłaby sobie uświadamiać – na razie po prostu najbardziej zależy jej na zdobyciu pracy w teatrze. Therese pracuje w domu towarowym i czeka na moment, w którym będzie mogła udowodnić swoje talenty scenograficzne. Ale wszelkie plany przerywa pojawienie się eleganckiej damy, która zamierza kupić zabawkę. Therese jest zafascynowana klientką i błyskawicznie znajduje sposób na nawiązanie z nią kontaktu, a z biegiem czasu wychodzi na jaw, że i Carol nie ma nic przeciwko stworzeniu relacji. Relacji, która niekoniecznie będzie bazowała na równości i sprawiedliwości, ale stanowi prawdziwe wyzwanie i możliwość poznania własnych skrywanych skrzętnie uczuć. A przy okazji też testuje społeczeństwo na okoliczność związków jednopłciowych – bo przecież Therese ani Carol nie funkcjonują w próżni, upomina się o nie przeszłość, a rzeczywistość niekoniecznie sprzyja spełnianiu najskrytszych marzeń. Patricia Highsmith pokazuje, jak buduje się zauroczenie, jak z drobnych gestów i spojrzeń można stworzyć opowieść o tym, co ulotne i piękne jednocześnie. Daje swoim bohaterkom przestrzeń do poznawania siebie i rejestruje narodziny uczucia. „Carol” to powieść, w której prawdziwym bohaterem dzisiaj staje się narracja – sposób opisywania relacji dwóch kobiet, delikatnej i zakazanej, a jednak nie do powstrzymania. Highsmith wie, jak budować napięcie i jak prezentować czytelnikom kolejne etapy związku, umożliwia obserwowanie tego, co zwykle nie do wychwycenia. Pisze z czułością – i to sprawia, że ta powieść staje się uniwersalna i ponadczasowa, a przy tym będzie wyznaczać wysoką jakość w literaturze obyczajowo-psychologicznej. Ponieważ dzisiaj na rynku królują pospieszne historie bez wyczulenia na prawdę psychologiczną, warto sięgnąć po tę powieść i docenić jej kunszt.
Wybór
Ta książka funkcjonuje na rynku od dawna i razem z przemianami obyczajowymi zmienia się sposób jej odczytywania, dawniej mogła być uznawana za przełomową, odważną i kontrowersyjną, dzisiaj pozostanie w niej całkiem ładna analiza psychologiczna zauroczenia młodej kobiety starszą towarzyszką – i narodziny czegoś, co w innych okolicznościach mogłoby prowadzić do pięknej miłości. „Carol” Patricii Highsmith to całkowite odejście od kryminalnych tematów na rzecz psychologii bohaterek – i analizy środowiska. Autorka przenosi czytelników do Nowego Jorku z końca pierwszej połowy XX wieku – i wykorzystuje motyw często pojawiający się w powieściach Bildungsroman, czyli temat podróży po Stanach Zjednoczonych, pozwalającej lepiej poznać siebie. Wprawdzie akcja tej powieści nie toczy się w samochodzie, raczej w pokojach hotelowych, ale liczy się i tak nie to, co na zewnątrz, a to, co między dwiema bohaterkami.
Therese dopiero wkroczyła w dorosłość. Jest jeszcze nastolatką, nieukształtowaną, chociaż w pozornie poważnym związku z Richardem, którego jednak ciągle odsuwa od siebie. Nie spieszy się z wyznaniami miłości, niekoniecznie z powodów, które mogłaby sobie uświadamiać – na razie po prostu najbardziej zależy jej na zdobyciu pracy w teatrze. Therese pracuje w domu towarowym i czeka na moment, w którym będzie mogła udowodnić swoje talenty scenograficzne. Ale wszelkie plany przerywa pojawienie się eleganckiej damy, która zamierza kupić zabawkę. Therese jest zafascynowana klientką i błyskawicznie znajduje sposób na nawiązanie z nią kontaktu, a z biegiem czasu wychodzi na jaw, że i Carol nie ma nic przeciwko stworzeniu relacji. Relacji, która niekoniecznie będzie bazowała na równości i sprawiedliwości, ale stanowi prawdziwe wyzwanie i możliwość poznania własnych skrywanych skrzętnie uczuć. A przy okazji też testuje społeczeństwo na okoliczność związków jednopłciowych – bo przecież Therese ani Carol nie funkcjonują w próżni, upomina się o nie przeszłość, a rzeczywistość niekoniecznie sprzyja spełnianiu najskrytszych marzeń. Patricia Highsmith pokazuje, jak buduje się zauroczenie, jak z drobnych gestów i spojrzeń można stworzyć opowieść o tym, co ulotne i piękne jednocześnie. Daje swoim bohaterkom przestrzeń do poznawania siebie i rejestruje narodziny uczucia. „Carol” to powieść, w której prawdziwym bohaterem dzisiaj staje się narracja – sposób opisywania relacji dwóch kobiet, delikatnej i zakazanej, a jednak nie do powstrzymania. Highsmith wie, jak budować napięcie i jak prezentować czytelnikom kolejne etapy związku, umożliwia obserwowanie tego, co zwykle nie do wychwycenia. Pisze z czułością – i to sprawia, że ta powieść staje się uniwersalna i ponadczasowa, a przy tym będzie wyznaczać wysoką jakość w literaturze obyczajowo-psychologicznej. Ponieważ dzisiaj na rynku królują pospieszne historie bez wyczulenia na prawdę psychologiczną, warto sięgnąć po tę powieść i docenić jej kunszt.
piątek, 20 lutego 2026
Katarzyna Kozłowska: Feluś i Gucio oswajają strachy
Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.
Oswajanie strachu
Kolejny ważny temat pojawia się w cyklu dla najmłodszych. Kartonowy picture book z Felusiem i Guciem to tym razem okazja do porozmawiania o przyczynach strachu, związanych z nim reakcjach organizmu czy o radzeniu sobie z oswajaniem go. Katarzyna Kozłowska podpowiada rodzicom, jak prowadzić rozmowy z pociechami – ale kiedy sama zwraca się do dzieci, rozbija strach na części pierwsze i każdą omawia w osobnej rozkładówce. I tak dowiedzą się mali odbiorcy, że wszyscy się czasem czegoś boją, że strach wyzwalają nieznane sytuacje albo głośne krzyki, niepewność, rozstania czy ciemność. Za każdym razem jednak da się pracować nad sytuacją tak, żeby nie przerażała, a przynajmniej – żeby dało się ją oswoić i okiełznać. Każdy czynnik strachogenny ma swoje piękne strony, wystarczy tylko ze spokojem do niego podejść – w ciemności widać czasami rzeczy, których nie da się zaobserwować inaczej, kiedy zostaje się samemu w domu, można wesprzeć się zdjęciem ukochanych osób, a jeśli komuś przeszkadzają hałasy – może zatkać uszy, powinien poczuć się lepiej. Autorka cierpliwie tłumaczy, że strach jest potrzebny, bo często ostrzega przed niebezpieczeństwem albo powstrzymuje przed zrobieniem czegoś, co mogłoby się źle skończyć. Dzieci boją się wizyty u lekarza – i wtedy w oswajaniu strachu pomoże rozmowa i wyjaśnienia ze strony dorosłych. Czasami strach przybiera formę tremy – pojawia się wtedy, gdy trzeba spróbować czegoś nowego. Warto go wtedy przewalczyć, bo bardzo często prowadzi do odkrycia czegoś ciekawego i przyjemnego.
Katarzyna Kozłowska wprowadza na każdej rozkładówce drobne akapity wyjaśniające – jeśli ktoś dorosły przeczyta je dziecku, stanie się jasne, jak radzić sobie ze strachem (bywa, że komentarze same w sobie pełnią rolę pocieszenia – kiedy mowa o strachach w lekturach, autorka tłumaczy, że wszystko w bajkach przeważnie kończy się dobrze), niekiedy te wyznania pełnią też rolę wyjaśnień dla samych dorosłych, którzy mogą nie pamiętać, z jakimi strachami na co dzień mierzą się maluchy. Oczywiście nie można tu zapominać i o pracy Gucia, który co pewien czas wtrąca się ze swoimi uwagami i dopowiedzeniami – żeby dzieci zrozumiały, że nie są ze strachem same, że wszyscy odczuwają podobne emocje w różnych okolicznościach. To także metoda na uspokojenie małych odbiorców, pocieszenie i pokrzepienie, a przy tym – na wyzwolenie refleksji na temat strachu.
„Feluś i Gucio oswajają strachy” to książka ilustrowana przez Mariannę Schoett – i jak to zawsze w serii, to oglądający mogą dorobić sobie własne opowiadanie bazujące na scenkach, które widzą. Obrazki pozwalają lepiej zakorzenić doświadczenia, skojarzyć konkretne sytuacje z abstrakcyjnymi pojęciami i bardziej zapamiętać wskazówki. Sprzyjają też rozmowom z dziećmi na temat ich codziennych strachów. I chociaż ilustratorka odnosi się do tematów, które często wywołują strach, udaje jej się tworzyć obrazki tak, żeby zaintrygować dzieci, a nie żeby dodawać im powodów do zmartwień i lęków. Ten tomik pozwala nie tylko pracować z dzieckiem nad okiełznaniem jego strachu – ale też dostarcza rozrywki z ulubionymi bohaterami.
Oswajanie strachu
Kolejny ważny temat pojawia się w cyklu dla najmłodszych. Kartonowy picture book z Felusiem i Guciem to tym razem okazja do porozmawiania o przyczynach strachu, związanych z nim reakcjach organizmu czy o radzeniu sobie z oswajaniem go. Katarzyna Kozłowska podpowiada rodzicom, jak prowadzić rozmowy z pociechami – ale kiedy sama zwraca się do dzieci, rozbija strach na części pierwsze i każdą omawia w osobnej rozkładówce. I tak dowiedzą się mali odbiorcy, że wszyscy się czasem czegoś boją, że strach wyzwalają nieznane sytuacje albo głośne krzyki, niepewność, rozstania czy ciemność. Za każdym razem jednak da się pracować nad sytuacją tak, żeby nie przerażała, a przynajmniej – żeby dało się ją oswoić i okiełznać. Każdy czynnik strachogenny ma swoje piękne strony, wystarczy tylko ze spokojem do niego podejść – w ciemności widać czasami rzeczy, których nie da się zaobserwować inaczej, kiedy zostaje się samemu w domu, można wesprzeć się zdjęciem ukochanych osób, a jeśli komuś przeszkadzają hałasy – może zatkać uszy, powinien poczuć się lepiej. Autorka cierpliwie tłumaczy, że strach jest potrzebny, bo często ostrzega przed niebezpieczeństwem albo powstrzymuje przed zrobieniem czegoś, co mogłoby się źle skończyć. Dzieci boją się wizyty u lekarza – i wtedy w oswajaniu strachu pomoże rozmowa i wyjaśnienia ze strony dorosłych. Czasami strach przybiera formę tremy – pojawia się wtedy, gdy trzeba spróbować czegoś nowego. Warto go wtedy przewalczyć, bo bardzo często prowadzi do odkrycia czegoś ciekawego i przyjemnego.
Katarzyna Kozłowska wprowadza na każdej rozkładówce drobne akapity wyjaśniające – jeśli ktoś dorosły przeczyta je dziecku, stanie się jasne, jak radzić sobie ze strachem (bywa, że komentarze same w sobie pełnią rolę pocieszenia – kiedy mowa o strachach w lekturach, autorka tłumaczy, że wszystko w bajkach przeważnie kończy się dobrze), niekiedy te wyznania pełnią też rolę wyjaśnień dla samych dorosłych, którzy mogą nie pamiętać, z jakimi strachami na co dzień mierzą się maluchy. Oczywiście nie można tu zapominać i o pracy Gucia, który co pewien czas wtrąca się ze swoimi uwagami i dopowiedzeniami – żeby dzieci zrozumiały, że nie są ze strachem same, że wszyscy odczuwają podobne emocje w różnych okolicznościach. To także metoda na uspokojenie małych odbiorców, pocieszenie i pokrzepienie, a przy tym – na wyzwolenie refleksji na temat strachu.
„Feluś i Gucio oswajają strachy” to książka ilustrowana przez Mariannę Schoett – i jak to zawsze w serii, to oglądający mogą dorobić sobie własne opowiadanie bazujące na scenkach, które widzą. Obrazki pozwalają lepiej zakorzenić doświadczenia, skojarzyć konkretne sytuacje z abstrakcyjnymi pojęciami i bardziej zapamiętać wskazówki. Sprzyjają też rozmowom z dziećmi na temat ich codziennych strachów. I chociaż ilustratorka odnosi się do tematów, które często wywołują strach, udaje jej się tworzyć obrazki tak, żeby zaintrygować dzieci, a nie żeby dodawać im powodów do zmartwień i lęków. Ten tomik pozwala nie tylko pracować z dzieckiem nad okiełznaniem jego strachu – ale też dostarcza rozrywki z ulubionymi bohaterami.
czwartek, 19 lutego 2026
Lena Jones: Agata Szajba. Tajemniczy klucz
Kropka, Warszawa 2026.
Śledztwo prawdziwe
Literatura detektywistyczna dla najmłodszych ma się świetnie i naprawdę wydaje się, że trudno znaleźć w tym gatunku niszę, która pozwoli zaistnieć. A jednak Lena Jones sporo zaryzykowała i udało jej się – cykl Agata Szajba będzie dla dzieci wręcz wymarzonym cyklem kryminalno-sensacyjnym ze śledztwami w tle. Agata Szajba to dziewczynka, która zajmuje się pracą detektywistyczną na całego – w tym celu często ucieka z lekcji i naraża się na rozmaite niebezpieczeństwa, momentami wręcz z dorosłych historii. Nikt i nic jej nie zatrzyma. Po śmierci mamy dziewczynka chce zajmować się tym, co z ta mamą ją łączyło w obszarze zainteresowań – a to oznacza, że nie ma sobie równych w rozwiązywaniu zagadek detektywistycznych. Pierwsza część serii to nie tylko sposób na prezentację postaci. Lena Jones od razu wrzuca fankę kryminałów Agathy Christie i opowieści o Herkulesie Poirot w centrum dynamicznych i groźnych wydarzeń.
Z jednej strony mamy tu szkolne perypetie: Agata przyjaźni się z Liamem, głosem rozsądku i chłopakiem, który trochę tonuje chęć ładowania się w kolejne kłopoty. Obserwuje z dystansu trzy dziewczyny trzęsące szkolną społecznością – okazuje się, że jedna z nich nie pasuje do paczki, za to marzy o byciu detektywem i nieoczekiwanie znajduje wspólny język z Agatą. Ale szkolne doświadczenia liczą się tylko o tyle, o ile trzeba urwać się z lekcji i przechytrzyć nauczycieli. Ważniejsze rzeczy dzieją się w codzienności. Całym Londynem wstrząsa katastrofa ekologiczna: oto z kranów zaczyna płynąć cuchnąca i czerwona ciecz, która nie nadaje się do picia, za to ma silne właściwości trujące. Mieszkańcy muszą zmierzyć się z problemem na wielką skalę, dowożona beczkowozami woda nie wystarcza na zaspokojenie ich potrzeb – i w tę sytuację wkracza pewna firma, która proponuje oczyszczenie miasta z toksycznych alg i wybudowanie sieci wodociągowej, w założeniu niezawodnej – ale zapewniającej sobie niekoniecznie dobry dla mieszkańców monopol na dostarczanie wody pitnej.
Tylko żeby odkryć prawdziwe intencje rządzących firmą i żeby ujawnić spisek, trzeba będzie się mocno postarać. Agata odkrywa sieć korytarzy pod Londynem – a w nich, za sprawą tatuażu na ręce pewnej kobiety – ślady po mamie. Nagle walka ze złoczyńcami staje się prywatną walką dziewczynki, która została przedwcześnie osierocona. Oczywiście nikt nie traktuje Agaty poważnie i nie chce udzielać jej informacji, więc wiadomości będzie musiała zdobywać samodzielnie i sporo przy tym ryzykując. Zwłaszcza że uparcie ignoruje ostrzeżenia wysyłane przez niekoniecznie życzliwych jej ludzi. Dziewczynka wtrącona w świat dorosłych bardzo dobrze sobie radzi, nawet jeśli ci dorośli nie cofną się przed niczym i chętnie pozbawią ją życia. Lena Jones ucieka od rutyny, wybiera do swojej powieści cały szereg wstrząsających wydarzeń i układa je tak, żeby zapewniać czytelnikom stałe skoki adrenaliny. Sprawia, że dzieci zechcą czytać o przygodach Agaty – bo będą miały mnóstwo powodów do strachu, fascynacji i ciekawości. Agata Szajba to seria, która odchodzi od naiwnych łamigłówek w stronę prawdziwego ryzyka i akcji rodem z filmów sensacyjnych – i to się sprawdzi.
Śledztwo prawdziwe
Literatura detektywistyczna dla najmłodszych ma się świetnie i naprawdę wydaje się, że trudno znaleźć w tym gatunku niszę, która pozwoli zaistnieć. A jednak Lena Jones sporo zaryzykowała i udało jej się – cykl Agata Szajba będzie dla dzieci wręcz wymarzonym cyklem kryminalno-sensacyjnym ze śledztwami w tle. Agata Szajba to dziewczynka, która zajmuje się pracą detektywistyczną na całego – w tym celu często ucieka z lekcji i naraża się na rozmaite niebezpieczeństwa, momentami wręcz z dorosłych historii. Nikt i nic jej nie zatrzyma. Po śmierci mamy dziewczynka chce zajmować się tym, co z ta mamą ją łączyło w obszarze zainteresowań – a to oznacza, że nie ma sobie równych w rozwiązywaniu zagadek detektywistycznych. Pierwsza część serii to nie tylko sposób na prezentację postaci. Lena Jones od razu wrzuca fankę kryminałów Agathy Christie i opowieści o Herkulesie Poirot w centrum dynamicznych i groźnych wydarzeń.
Z jednej strony mamy tu szkolne perypetie: Agata przyjaźni się z Liamem, głosem rozsądku i chłopakiem, który trochę tonuje chęć ładowania się w kolejne kłopoty. Obserwuje z dystansu trzy dziewczyny trzęsące szkolną społecznością – okazuje się, że jedna z nich nie pasuje do paczki, za to marzy o byciu detektywem i nieoczekiwanie znajduje wspólny język z Agatą. Ale szkolne doświadczenia liczą się tylko o tyle, o ile trzeba urwać się z lekcji i przechytrzyć nauczycieli. Ważniejsze rzeczy dzieją się w codzienności. Całym Londynem wstrząsa katastrofa ekologiczna: oto z kranów zaczyna płynąć cuchnąca i czerwona ciecz, która nie nadaje się do picia, za to ma silne właściwości trujące. Mieszkańcy muszą zmierzyć się z problemem na wielką skalę, dowożona beczkowozami woda nie wystarcza na zaspokojenie ich potrzeb – i w tę sytuację wkracza pewna firma, która proponuje oczyszczenie miasta z toksycznych alg i wybudowanie sieci wodociągowej, w założeniu niezawodnej – ale zapewniającej sobie niekoniecznie dobry dla mieszkańców monopol na dostarczanie wody pitnej.
Tylko żeby odkryć prawdziwe intencje rządzących firmą i żeby ujawnić spisek, trzeba będzie się mocno postarać. Agata odkrywa sieć korytarzy pod Londynem – a w nich, za sprawą tatuażu na ręce pewnej kobiety – ślady po mamie. Nagle walka ze złoczyńcami staje się prywatną walką dziewczynki, która została przedwcześnie osierocona. Oczywiście nikt nie traktuje Agaty poważnie i nie chce udzielać jej informacji, więc wiadomości będzie musiała zdobywać samodzielnie i sporo przy tym ryzykując. Zwłaszcza że uparcie ignoruje ostrzeżenia wysyłane przez niekoniecznie życzliwych jej ludzi. Dziewczynka wtrącona w świat dorosłych bardzo dobrze sobie radzi, nawet jeśli ci dorośli nie cofną się przed niczym i chętnie pozbawią ją życia. Lena Jones ucieka od rutyny, wybiera do swojej powieści cały szereg wstrząsających wydarzeń i układa je tak, żeby zapewniać czytelnikom stałe skoki adrenaliny. Sprawia, że dzieci zechcą czytać o przygodach Agaty – bo będą miały mnóstwo powodów do strachu, fascynacji i ciekawości. Agata Szajba to seria, która odchodzi od naiwnych łamigłówek w stronę prawdziwego ryzyka i akcji rodem z filmów sensacyjnych – i to się sprawdzi.
środa, 18 lutego 2026
Ewa Wądołowska: Zaburzenia lękowe. Jak naturalnie przywrócić spokój i harmonię
Sensus, Gliwice 2026.
Bez lekarstw
Jest taki stan, w którym jeszcze nie trzeba sięgać po leki, żeby wyregulować psychiczne reakcje organizmu, ale który już wywołuje dyskomfort i uniemożliwia zwyczajne funkcjonowanie. Ewa Wądołowska przygląda się tematowi zaburzeń lękowych pod kątem łagodzenia ich pozamedycznymi sposobami. Jednak jej książka „Zaburzenia lękowe. Jak naturalnie przywrócić spokój i harmonię” to bardziej skrypt niż poradnik, próba zebrania wiadomości, które pojawiają się w publikacjach psychologicznych i które pozwalają na zrozumienie stanu – a mniej zestaw wskazówek do wcielenia w życie. Lektura zatem pomoże zrozumieć zachowania, zracjonalizuje je trochę, ale pracę nad sobą trzeba i tak będzie wykonać samodzielnie i niekoniecznie w oparciu o tę propozycję.
Jeśli chodzi o stronę praktyczną – czyli radzenie sobie z lękiem – autorka przebiega się po najbardziej znanych i charakterystycznych tematach, sprowadzając je do kilkuakapitowych komentarzy. Przywołuje metody relaksacyjne – podpowiada, że warto wykorzystać bodźce zapachowe, dźwiękowe i dotykowe, ćwiczenia oddechowe, pisanie zgodnie ze strumieniem świadomości, postawić na ruch, światło lub kontakt z naturą – za każdym razem po prostu przybliża odbiorcom, na czym może polegać terapia, którą jednak można wykorzystywać fragmentarycznie, bez większego zaangażowania. Lęk może mieć swoje źródła w niewłaściwej diecie albo w problemach ze zdrowiem – w tym wypadku warto postawić na odpowiednie przyprawy, albo włączyć do diety konkretne potrawy, które złagodzą problem, może pomóc również suplementacja – autorka wylicza witaminy i probiotyki, które nie zaszkodzą, a mogą doprowadzić do poprawienia ogólnej kondycji. Nie zabraknie rozdziału o ziołach i ich wpływie na łagodzenie stresów. Wądołowska czerpie ze swoich doświadczeń – przywołuje najbardziej charakterystyczne przyczyny stanów lękowych, sięga do odwołań socjologicznych i społecznych, żeby pokazać, jak przyczyny lęku rozkładają się w zależności od płci czy wieku. I to wszystko nie służy autodiagnozowaniu, jest po prostu zasygnalizowaniem wiedzy i praktyki – tak, żeby czytelnicy uwierzyli autorce i pozwolili się jej poprowadzić. Ewa Wądołowska nie ma daru tworzenia wciągającej narracji. Stawia na wyliczenia, teksty w kolejnych minirozdziałach przypominają raczej notatki wyciągnięte z listy lektur (kto chce zgłębić temat, dostanie bibliografię na końcu każdej części tomu). Pisze dość naiwnie i nie zaprosi czytelników do odbywania wspólnej przygody z odkrywaniem tematów okołolękowych – nie zastanawia się też nad tym, jak kwestie wyczytane w książkach specjalistycznych przyjmą zwykli czytelnicy – nie próbuje własnymi słowami opowiadać o konkretnych sytuacjach albo tematach. Lepiej czuje się w wyliczeniach, w skryptowych notatkach i w hasłowych komentarzach niż w opracowywaniu tematu. Ale ucieka od wypracowywania własnych teorii albo programów prowadzących do samoleczenia: każdy może znaleźć coś dla siebie w przywoływanych przez nią kwestiach, przetestować albo przynajmniej sprawdzić ogrom możliwości – nie znajdzie się tu typowego dla poradników zestawu rozwiązań idealnych na wszystko. To lepiej: autorka jedynie wyznacza możliwości wyboru dla tych, którzy jeszcze nie potrzebują wsparcia medycznego, a nie prowadzi ich przez terapie o niesprawdzonej skuteczności.
Bez lekarstw
Jest taki stan, w którym jeszcze nie trzeba sięgać po leki, żeby wyregulować psychiczne reakcje organizmu, ale który już wywołuje dyskomfort i uniemożliwia zwyczajne funkcjonowanie. Ewa Wądołowska przygląda się tematowi zaburzeń lękowych pod kątem łagodzenia ich pozamedycznymi sposobami. Jednak jej książka „Zaburzenia lękowe. Jak naturalnie przywrócić spokój i harmonię” to bardziej skrypt niż poradnik, próba zebrania wiadomości, które pojawiają się w publikacjach psychologicznych i które pozwalają na zrozumienie stanu – a mniej zestaw wskazówek do wcielenia w życie. Lektura zatem pomoże zrozumieć zachowania, zracjonalizuje je trochę, ale pracę nad sobą trzeba i tak będzie wykonać samodzielnie i niekoniecznie w oparciu o tę propozycję.
Jeśli chodzi o stronę praktyczną – czyli radzenie sobie z lękiem – autorka przebiega się po najbardziej znanych i charakterystycznych tematach, sprowadzając je do kilkuakapitowych komentarzy. Przywołuje metody relaksacyjne – podpowiada, że warto wykorzystać bodźce zapachowe, dźwiękowe i dotykowe, ćwiczenia oddechowe, pisanie zgodnie ze strumieniem świadomości, postawić na ruch, światło lub kontakt z naturą – za każdym razem po prostu przybliża odbiorcom, na czym może polegać terapia, którą jednak można wykorzystywać fragmentarycznie, bez większego zaangażowania. Lęk może mieć swoje źródła w niewłaściwej diecie albo w problemach ze zdrowiem – w tym wypadku warto postawić na odpowiednie przyprawy, albo włączyć do diety konkretne potrawy, które złagodzą problem, może pomóc również suplementacja – autorka wylicza witaminy i probiotyki, które nie zaszkodzą, a mogą doprowadzić do poprawienia ogólnej kondycji. Nie zabraknie rozdziału o ziołach i ich wpływie na łagodzenie stresów. Wądołowska czerpie ze swoich doświadczeń – przywołuje najbardziej charakterystyczne przyczyny stanów lękowych, sięga do odwołań socjologicznych i społecznych, żeby pokazać, jak przyczyny lęku rozkładają się w zależności od płci czy wieku. I to wszystko nie służy autodiagnozowaniu, jest po prostu zasygnalizowaniem wiedzy i praktyki – tak, żeby czytelnicy uwierzyli autorce i pozwolili się jej poprowadzić. Ewa Wądołowska nie ma daru tworzenia wciągającej narracji. Stawia na wyliczenia, teksty w kolejnych minirozdziałach przypominają raczej notatki wyciągnięte z listy lektur (kto chce zgłębić temat, dostanie bibliografię na końcu każdej części tomu). Pisze dość naiwnie i nie zaprosi czytelników do odbywania wspólnej przygody z odkrywaniem tematów okołolękowych – nie zastanawia się też nad tym, jak kwestie wyczytane w książkach specjalistycznych przyjmą zwykli czytelnicy – nie próbuje własnymi słowami opowiadać o konkretnych sytuacjach albo tematach. Lepiej czuje się w wyliczeniach, w skryptowych notatkach i w hasłowych komentarzach niż w opracowywaniu tematu. Ale ucieka od wypracowywania własnych teorii albo programów prowadzących do samoleczenia: każdy może znaleźć coś dla siebie w przywoływanych przez nią kwestiach, przetestować albo przynajmniej sprawdzić ogrom możliwości – nie znajdzie się tu typowego dla poradników zestawu rozwiązań idealnych na wszystko. To lepiej: autorka jedynie wyznacza możliwości wyboru dla tych, którzy jeszcze nie potrzebują wsparcia medycznego, a nie prowadzi ich przez terapie o niesprawdzonej skuteczności.
wtorek, 17 lutego 2026
Beccy Blake: Kurze wzgórze. Kaktus zombie atakuje
Kropka, Warszawa 2026.
Królestwo wyobraźni
W tym komiksie – a właściwie w serii komiksowej – tytuł jest bez wątpienia najlepszy. „Kurze wzgórze” to coś, co przyciąga wzrok. A ponieważ tytuł tomu to „Kaktus zombie atakuje”, młodzi odbiorcy mogą być pewni, że tu rutyny i nudy nie będzie. Dorośli mogliby bardziej sceptycznie podchodzić do lektury, ale umówmy się – Beccy Blake do dorosłych się absolutnie nie kieruje. Mamy tu kilkoro bohaterów, którzy przeżywają najbardziej fantastyczne przygody, jakie tylko da się wymyślić – Ferdek to mały wynalazca i główny napęd akcji. Kroku dotrzymują mu dzielne zwierzaki – mops Gryzia znany z puszczania bąków i kot Dzwonek, który przeważnie zajmuje się zapadaniem w drzemki. Cała ferajna doskonale się bawi, chociaż nie zawsze wszystko idzie po myśli postaci. A to kosmici przylatują, żeby pozbawić świat pieczonej fasoli, a to dom przenosi się do krainy ożywionych kaktusów – które na pewno nie mają dobrych zamiarów, a to żaba wyciągnięta ze stawu okazuje się tajemniczym władcą o wyjątkowo złośliwym charakterze. I tak za każdym razem dzieje się coś, co wywraca świat bohaterów do góry nogami, nakazuje połączyć siły i wytężyć umysł, żeby uniknąć przykrego losu. Przy okazji zawsze jest zabawnie – nie tylko sarkastyczni główni bohaterowie wymieniają się komentarzami na temat aktualnego stanu rzeczy, ale całość oceniają jeszcze dwa złośliwe ślimaki. W ogóle postaci z drugiego planu jest tu całe mnóstwo, a każda potęguje absurd i zmienia sposób postrzegania fabuły – szatkuje ją i dynamizuje, przynajmniej w oczach młodych czytelników.
„Kurze wzgórze. Kaktus zombie atakuje” to książka bardzo kolorowa. Barwy są tu nasycone, nie ma mowy o pastelowych odcieniach, wszystko uderza w odbiorców, stanowi bodźce, od których trudno się oderwać. W samych rysunkach widać wyraźnie młodzieżowy charakter kreski – bohaterowie przypominają stwory z zeszytów szkolnych, zresztą komizm wyprodukowany w ten sposób jest spotykany w wielu poradnikach dotyczących rysowania komiksów dla młodzieży. Na samym końcu książki znaleźć można poradnik, jak w prosty sposób narysować bohaterów – tak, żeby każdy, komu przypadną do gustu te przygody, mógł dodawać jeszcze własne wersje historyjek i sprawdzać się w wymyślaniu absurdalnych wydarzeń. Beccy Blake przeważnie zatrzymuje się na poziomie prostych potyczek i puszczania bąków w tle – posługuje się zatem tematami zakazanymi jeszcze parę dekad temu w twórczości dla młodych czytelników, chce przywiązać ich do siebie wizją wolności i nieskrępowanej swobody twórczej. W pewnym momencie takie zwariowane przygody mogą dzieci zaangażować – a na pewno odbiorcy podziwiać będą samą kreskę, kadry rysunkowe i brak pouczeń. Bo w tych komiksach chodzi o czystą rozrywkę – żadne lekcje zachowania czy edukacyjne tematy, liczy się zabawa na całego. Beccy Blake powraca do pierwszych wizji komiksów jako odskoczni od zwyczajności, rutyny i porządku. Przy „Kurzym wzgórzu” trzeba się jednak przygotować przede wszystkim na absurd, który zastępuje i sensy, i puenty. Sięgną po tę książkę przede wszystkim dzieci, które czytać nie lubią – a to oznacza, że Beccy Blake odniesie sukces.
Królestwo wyobraźni
W tym komiksie – a właściwie w serii komiksowej – tytuł jest bez wątpienia najlepszy. „Kurze wzgórze” to coś, co przyciąga wzrok. A ponieważ tytuł tomu to „Kaktus zombie atakuje”, młodzi odbiorcy mogą być pewni, że tu rutyny i nudy nie będzie. Dorośli mogliby bardziej sceptycznie podchodzić do lektury, ale umówmy się – Beccy Blake do dorosłych się absolutnie nie kieruje. Mamy tu kilkoro bohaterów, którzy przeżywają najbardziej fantastyczne przygody, jakie tylko da się wymyślić – Ferdek to mały wynalazca i główny napęd akcji. Kroku dotrzymują mu dzielne zwierzaki – mops Gryzia znany z puszczania bąków i kot Dzwonek, który przeważnie zajmuje się zapadaniem w drzemki. Cała ferajna doskonale się bawi, chociaż nie zawsze wszystko idzie po myśli postaci. A to kosmici przylatują, żeby pozbawić świat pieczonej fasoli, a to dom przenosi się do krainy ożywionych kaktusów – które na pewno nie mają dobrych zamiarów, a to żaba wyciągnięta ze stawu okazuje się tajemniczym władcą o wyjątkowo złośliwym charakterze. I tak za każdym razem dzieje się coś, co wywraca świat bohaterów do góry nogami, nakazuje połączyć siły i wytężyć umysł, żeby uniknąć przykrego losu. Przy okazji zawsze jest zabawnie – nie tylko sarkastyczni główni bohaterowie wymieniają się komentarzami na temat aktualnego stanu rzeczy, ale całość oceniają jeszcze dwa złośliwe ślimaki. W ogóle postaci z drugiego planu jest tu całe mnóstwo, a każda potęguje absurd i zmienia sposób postrzegania fabuły – szatkuje ją i dynamizuje, przynajmniej w oczach młodych czytelników.
„Kurze wzgórze. Kaktus zombie atakuje” to książka bardzo kolorowa. Barwy są tu nasycone, nie ma mowy o pastelowych odcieniach, wszystko uderza w odbiorców, stanowi bodźce, od których trudno się oderwać. W samych rysunkach widać wyraźnie młodzieżowy charakter kreski – bohaterowie przypominają stwory z zeszytów szkolnych, zresztą komizm wyprodukowany w ten sposób jest spotykany w wielu poradnikach dotyczących rysowania komiksów dla młodzieży. Na samym końcu książki znaleźć można poradnik, jak w prosty sposób narysować bohaterów – tak, żeby każdy, komu przypadną do gustu te przygody, mógł dodawać jeszcze własne wersje historyjek i sprawdzać się w wymyślaniu absurdalnych wydarzeń. Beccy Blake przeważnie zatrzymuje się na poziomie prostych potyczek i puszczania bąków w tle – posługuje się zatem tematami zakazanymi jeszcze parę dekad temu w twórczości dla młodych czytelników, chce przywiązać ich do siebie wizją wolności i nieskrępowanej swobody twórczej. W pewnym momencie takie zwariowane przygody mogą dzieci zaangażować – a na pewno odbiorcy podziwiać będą samą kreskę, kadry rysunkowe i brak pouczeń. Bo w tych komiksach chodzi o czystą rozrywkę – żadne lekcje zachowania czy edukacyjne tematy, liczy się zabawa na całego. Beccy Blake powraca do pierwszych wizji komiksów jako odskoczni od zwyczajności, rutyny i porządku. Przy „Kurzym wzgórzu” trzeba się jednak przygotować przede wszystkim na absurd, który zastępuje i sensy, i puenty. Sięgną po tę książkę przede wszystkim dzieci, które czytać nie lubią – a to oznacza, że Beccy Blake odniesie sukces.
poniedziałek, 16 lutego 2026
Krystyna Rożnowska: Można oszaleć. Opowieść o szpitalu psychiatrycznym w Kobierzynie
Mando, Kraków 2026.
Ochrona
Choroby psychiczne to delikatny temat, ale obecnie szerzy się świadomość z nimi związana, a sami korzystający z opieki medycznej psychiatrów nie są już wyrzucani poza nawias społeczeństwa. Jednak jeszcze sto lat temu sytuacja wyglądała zupełnie inaczej i Krystyna Rożnowska w swoim reportażu stara się to czytelnikom uświadomić. „Można oszaleć. Opowieść o szpitalu psychiatrycznym w Kobierzynie” to potężna książka, która przeprowadza od dawnych czasów, w których „Kobierzyn” był synonimem miejsca odosobnienia dla umysłowo chorych po czasy obecne – po remoncie i reorganizacji struktur oraz samego procesu leczenia. I najciekawsze są właśnie metamorfozy, które autorka odnotowuje. Kilka dekad wcześniej nie zderza się z koniecznością chronienia prywatności chorych, może z nimi rozmawiać, dowiadywać się o ich chorobach i problemach, funkcjonuje jako dziennikarka wpuszczona do szpitala – obecnie musi bardziej uważać, nie ze wszystkimi da radę porozmawiać i nie wszędzie dotrze. Ale zgromadzone wiadomości przekuwa na silną pod względem emocji opowieść. Rozmawia między innymi z pielęgniarkami, które pamiętają czasy wojny, z lekarzami, którzy muszą borykać się z chorymi zsyłanymi do nich – lub ludźmi z marginesu spychanymi do Kobierzyna z braku lepszych pomysłów. Są tu oddziały dla tych, którzy kogoś w amoku zabili, i powracający regularnie alkoholicy, są artyści i ludzie pogrążeni w depresji, schizofrenicy i ci, którzy nie zyskali zrozumienia najbliższych. W całej historii Kobierzyna czasami pojawiają się ludzie z chorobami niewyjaśnionymi – ale przecież trzeba znaleźć dla nich miejsce i wypróbować sposoby leczenia, jakoś pomóc, choćby tylko na chwilę. Krystyna Rożnowska rozmawia i z personelem medycznym, i z pacjentami, wysłuchuje historii, które wydają się czasami nieprawdopodobne, a czasami – dopracowane w najdrobniejszych szczegółach, tak starannie, że sama nie potrafi odróżnić prawdy od majaków chorych ludzi: wtedy przytacza po prostu opowieści bez większych komentarzy. Oddaje głos tym, którzy zwykle nie przebijają się do powszechnej świadomości, pokazuje szpital dla psychicznie chorych jako miejsce rozmaitych terapii – tu obok klasycznych leków czy metod, które odeszły do lamusa, pojawiają się sposoby na odwrócenie uwagi od schorzeń czy zaburzeń i próby wykorzystania energii rozpierającej niektórych pacjentów. Zdarzają się mroczne strony – niektórzy pacjenci wywołują z przeszłości sytuacje mrożące krew w żyłach – ale ani autorka, ani lekarze nie są w stanie do końca zweryfikować podawanych przez pacjentów rewelacji, należy zatem wziąć poprawkę na konfabulacje i przesadę.
Chorzy i personel medyczny są tu najważniejsi. Dopiero w drugiej kolejności autorka zajmuje się budynkami i malowniczym otoczeniem – zabytkowe dzisiaj zabudowania dostarczają estetycznych wrażeń i ułatwiają rekonwalescencję. W ramach tej narracji zmienia się postrzeganie miejsca – to już nie pogardzane przez ogół miejsce – to szpital z prawdziwego zdarzenia, umożliwiający ratunek w najbardziej delikatnych i nie do końca rozpoznanych chorobach.
Czytelnicy otrzymują tu lekturę wyjątkową, mocno zaangażowaną i wypełnioną zestawem ciekawostek, z narracją poprowadzoną fachowo i jednocześnie – z wyczuleniem na drugiego człowieka. Krystyna Rożnowska materiał do swoich reportaży zbiera przez lata, dzięki czemu może naprawdę kompleksowo potraktować temat – a także ocalać wspomnienia, które inaczej uległyby zatarciu.
Ochrona
Choroby psychiczne to delikatny temat, ale obecnie szerzy się świadomość z nimi związana, a sami korzystający z opieki medycznej psychiatrów nie są już wyrzucani poza nawias społeczeństwa. Jednak jeszcze sto lat temu sytuacja wyglądała zupełnie inaczej i Krystyna Rożnowska w swoim reportażu stara się to czytelnikom uświadomić. „Można oszaleć. Opowieść o szpitalu psychiatrycznym w Kobierzynie” to potężna książka, która przeprowadza od dawnych czasów, w których „Kobierzyn” był synonimem miejsca odosobnienia dla umysłowo chorych po czasy obecne – po remoncie i reorganizacji struktur oraz samego procesu leczenia. I najciekawsze są właśnie metamorfozy, które autorka odnotowuje. Kilka dekad wcześniej nie zderza się z koniecznością chronienia prywatności chorych, może z nimi rozmawiać, dowiadywać się o ich chorobach i problemach, funkcjonuje jako dziennikarka wpuszczona do szpitala – obecnie musi bardziej uważać, nie ze wszystkimi da radę porozmawiać i nie wszędzie dotrze. Ale zgromadzone wiadomości przekuwa na silną pod względem emocji opowieść. Rozmawia między innymi z pielęgniarkami, które pamiętają czasy wojny, z lekarzami, którzy muszą borykać się z chorymi zsyłanymi do nich – lub ludźmi z marginesu spychanymi do Kobierzyna z braku lepszych pomysłów. Są tu oddziały dla tych, którzy kogoś w amoku zabili, i powracający regularnie alkoholicy, są artyści i ludzie pogrążeni w depresji, schizofrenicy i ci, którzy nie zyskali zrozumienia najbliższych. W całej historii Kobierzyna czasami pojawiają się ludzie z chorobami niewyjaśnionymi – ale przecież trzeba znaleźć dla nich miejsce i wypróbować sposoby leczenia, jakoś pomóc, choćby tylko na chwilę. Krystyna Rożnowska rozmawia i z personelem medycznym, i z pacjentami, wysłuchuje historii, które wydają się czasami nieprawdopodobne, a czasami – dopracowane w najdrobniejszych szczegółach, tak starannie, że sama nie potrafi odróżnić prawdy od majaków chorych ludzi: wtedy przytacza po prostu opowieści bez większych komentarzy. Oddaje głos tym, którzy zwykle nie przebijają się do powszechnej świadomości, pokazuje szpital dla psychicznie chorych jako miejsce rozmaitych terapii – tu obok klasycznych leków czy metod, które odeszły do lamusa, pojawiają się sposoby na odwrócenie uwagi od schorzeń czy zaburzeń i próby wykorzystania energii rozpierającej niektórych pacjentów. Zdarzają się mroczne strony – niektórzy pacjenci wywołują z przeszłości sytuacje mrożące krew w żyłach – ale ani autorka, ani lekarze nie są w stanie do końca zweryfikować podawanych przez pacjentów rewelacji, należy zatem wziąć poprawkę na konfabulacje i przesadę.
Chorzy i personel medyczny są tu najważniejsi. Dopiero w drugiej kolejności autorka zajmuje się budynkami i malowniczym otoczeniem – zabytkowe dzisiaj zabudowania dostarczają estetycznych wrażeń i ułatwiają rekonwalescencję. W ramach tej narracji zmienia się postrzeganie miejsca – to już nie pogardzane przez ogół miejsce – to szpital z prawdziwego zdarzenia, umożliwiający ratunek w najbardziej delikatnych i nie do końca rozpoznanych chorobach.
Czytelnicy otrzymują tu lekturę wyjątkową, mocno zaangażowaną i wypełnioną zestawem ciekawostek, z narracją poprowadzoną fachowo i jednocześnie – z wyczuleniem na drugiego człowieka. Krystyna Rożnowska materiał do swoich reportaży zbiera przez lata, dzięki czemu może naprawdę kompleksowo potraktować temat – a także ocalać wspomnienia, które inaczej uległyby zatarciu.
niedziela, 15 lutego 2026
Joanna Godecka, Sylwia Stodulska-Jurczyk: Epoka singli. Jak zbudować związek w czasach scrollowania
Ringier Axel Springer, Warszawa 2026.
W parze
Różne są poradniki dotyczące miłości i związków, Joanna Godecka i Sylwia Stodulska-Jurczyk dołączają do tego zestawu z kolejną propozycją, ale zwracają baczną uwagę na zmiany społeczne i to, co dzisiaj warunkuje wchodzenie w kolejne relacje. „Epoka singli. Jak zbudować związek w czasach scrollowania” to książka, w której nadrzędnym tematem staje się dobór partnerów dzięki internetowym portalom i aplikacjom randkowym – czyli coś, co jeszcze do niedawna było przez psychologów w najlepszym razie marginalizowane, jeśli nie w ogóle pomijane. Tymczasem możliwość szybkiego wyszukiwania osób spełniających określone kryteria i możliwość dopasowywania ich do własnych oczekiwań sprawia, że ludzie mniej troszczą się o budowanie pełnego i wartościowego związku, a bardziej postrzegają potencjalną drugą połówkę jak towar, który w każdej chwili można zwrócić do sklepu – zamiast postarać się o wypracowanie stabilizacji i rozmawiać o wizjach związku. Związek w „Epoce singli” to nie tylko małżeństwo, autorki unikają kategoryzowania i wolą skupiać się na sednie kontaktów międzyludzkich a nie na powracaniu do urzędowo zatwierdzanych relacji: tu każdy znajdzie coś dla siebie.
Książka została podzielona na dwie części, w pierwszej autorki zapraszają do dyskusji kolejnych badaczy i psychologów, którzy wybrali sobie konkretne zagadnienie i wnikliwie je analizują. Do tego stopnia, że nie boją się odpowiedzi na pytanie „czego pragną kobiety” i „czego pragną mężczyźni” – wnioski z tych wywiadów mogą być dla czytelników dość zaskakujące. Za każdym razem autorki wybierają nadrzędny temat, który nadaje ton i kierunek rozmowom, po to, żeby czytelnicy mogli przejrzeć się w tych opowieściach i umieć wskazać najbardziej palące punkty do poprawienia w swoim życiu. To nie jest historia o singlach – raczej bycie singlem to problem, który warto rozwiązać: autorki uznają, że single albo zostali w poprzednich relacjach pokrzywdzeni i teraz boją się podejmowania ryzyka, albo dla wygody są sami, bo nie potrafią się dopasowywać, albo nie chcą odrzucenia, świadomi, że dzisiejszy świat jest bezlitosny w kwestii stabilności w związkach. A skoro singiel z przekonania (i to przekonania wewnętrznego, a nie płynącego z poprzednich doświadczeń) to rzadkość, lepiej skupić się na tych, którzy są singlami, ale niekoniecznie o tym marzą. Autodiagnozy nie są niezbędne, ale stanowią ciekawą socjologiczną obserwację, która może sporo czytelnikom powiedzieć o ich samych albo o ich potencjalnych partnerach. W drugiej części książki autorki stawiają na swoje rozmowy – znowu forma wywiadu pozwala lepiej przyswajać informacje i pokonywać własne uprzedzenia: pojawi się tu między innymi rozdział o nieśmiałości czy o lęku przed pierwszym krokiem, a także o stereotypach dotyczących miłości – które przeszkadzają w budowaniu wartościowej relacji. Każdy rozdział kończy się podsumowaniem najważniejszych spostrzeżeń i tez, to wygodne rozwiązanie dla leniwych i nieuważnych – w drugiej części tomu można też dostać zestawy zadań czy testy pomagające w autoanalizach. I wszystko to prowadzi do samoświadomości, a także do ewentualnej szansy na poprawienie jakości związków. Książka została przygotowana tak, żeby nie zarzucać czytelników przesadnie teoriami psychologicznymi, za to żeby zwrócić uwagę na konsekwencje aktualnego trybu życia.
W parze
Różne są poradniki dotyczące miłości i związków, Joanna Godecka i Sylwia Stodulska-Jurczyk dołączają do tego zestawu z kolejną propozycją, ale zwracają baczną uwagę na zmiany społeczne i to, co dzisiaj warunkuje wchodzenie w kolejne relacje. „Epoka singli. Jak zbudować związek w czasach scrollowania” to książka, w której nadrzędnym tematem staje się dobór partnerów dzięki internetowym portalom i aplikacjom randkowym – czyli coś, co jeszcze do niedawna było przez psychologów w najlepszym razie marginalizowane, jeśli nie w ogóle pomijane. Tymczasem możliwość szybkiego wyszukiwania osób spełniających określone kryteria i możliwość dopasowywania ich do własnych oczekiwań sprawia, że ludzie mniej troszczą się o budowanie pełnego i wartościowego związku, a bardziej postrzegają potencjalną drugą połówkę jak towar, który w każdej chwili można zwrócić do sklepu – zamiast postarać się o wypracowanie stabilizacji i rozmawiać o wizjach związku. Związek w „Epoce singli” to nie tylko małżeństwo, autorki unikają kategoryzowania i wolą skupiać się na sednie kontaktów międzyludzkich a nie na powracaniu do urzędowo zatwierdzanych relacji: tu każdy znajdzie coś dla siebie.
Książka została podzielona na dwie części, w pierwszej autorki zapraszają do dyskusji kolejnych badaczy i psychologów, którzy wybrali sobie konkretne zagadnienie i wnikliwie je analizują. Do tego stopnia, że nie boją się odpowiedzi na pytanie „czego pragną kobiety” i „czego pragną mężczyźni” – wnioski z tych wywiadów mogą być dla czytelników dość zaskakujące. Za każdym razem autorki wybierają nadrzędny temat, który nadaje ton i kierunek rozmowom, po to, żeby czytelnicy mogli przejrzeć się w tych opowieściach i umieć wskazać najbardziej palące punkty do poprawienia w swoim życiu. To nie jest historia o singlach – raczej bycie singlem to problem, który warto rozwiązać: autorki uznają, że single albo zostali w poprzednich relacjach pokrzywdzeni i teraz boją się podejmowania ryzyka, albo dla wygody są sami, bo nie potrafią się dopasowywać, albo nie chcą odrzucenia, świadomi, że dzisiejszy świat jest bezlitosny w kwestii stabilności w związkach. A skoro singiel z przekonania (i to przekonania wewnętrznego, a nie płynącego z poprzednich doświadczeń) to rzadkość, lepiej skupić się na tych, którzy są singlami, ale niekoniecznie o tym marzą. Autodiagnozy nie są niezbędne, ale stanowią ciekawą socjologiczną obserwację, która może sporo czytelnikom powiedzieć o ich samych albo o ich potencjalnych partnerach. W drugiej części książki autorki stawiają na swoje rozmowy – znowu forma wywiadu pozwala lepiej przyswajać informacje i pokonywać własne uprzedzenia: pojawi się tu między innymi rozdział o nieśmiałości czy o lęku przed pierwszym krokiem, a także o stereotypach dotyczących miłości – które przeszkadzają w budowaniu wartościowej relacji. Każdy rozdział kończy się podsumowaniem najważniejszych spostrzeżeń i tez, to wygodne rozwiązanie dla leniwych i nieuważnych – w drugiej części tomu można też dostać zestawy zadań czy testy pomagające w autoanalizach. I wszystko to prowadzi do samoświadomości, a także do ewentualnej szansy na poprawienie jakości związków. Książka została przygotowana tak, żeby nie zarzucać czytelników przesadnie teoriami psychologicznymi, za to żeby zwrócić uwagę na konsekwencje aktualnego trybu życia.
sobota, 14 lutego 2026
Edyta Świętek: Łąki kwitnące purpurą
Mando, Kraków 2026.
Zwyczajność
W serii Spacer Aleją Róż Edyty Świętek ukazuje się tom „Łąki kwitnące purpurą” i jest to druga część rozłożystej sagi zabierającej czytelników do czasów mrocznego PRL-u. Kraj powstaje z gruzów, a chociaż władze nie chcą pozwolić na wznoszenie świątyń, ludzie tworzą sobie normalność i przestrzeń do zwyczajnej egzystencji. Wprawdzie jeszcze niektórzy biją rekordy wydajności w pracy, ale inni chcą znaleźć złoty środek między życiem zawodowym i prywatnym – chcą kochać, zakładać rodziny, cieszyć się odpoczynkiem i po prostu żyć. Czasami w tej zwyczajności przeszkadzają minione czasy – niektórzy w swoich biografiach mają mroczne strony, skrzętnie ukrywane w nowym środowisku. Nowa Huta dopiero się tworzy, tu można być anonimowym, przynajmniej przez pewien czas nie ujawniać innym własnych demonów – a tych nie brakuje.
Ta saga ma wielu bohaterów i żeby połapać się w biegu akcji, autorka na początku tomu wprowadza streszczenie minionych wydarzeń. To moment, w którym czytelnicy – nawet z wykorzystaniem drzewa genealogicznego bohaterów – mogą się pogubić, jest tu całe mnóstwo wątków, relacji, komplikacji międzyludzkich i problemów do opanowania. Tak naprawdę można było niektóre informacje wplatać po prostu do narracji i w odpowiednich momentach wydobywać, znacznie łatwiej byłoby czytelnikom rozeznać się w akcji i w powiązaniach postaci, a już na pewno nie traciliby energii na streszczenie, które nie oddaje przecież ogromu emocjonalnych przeżyć. Bo kiedy Edyta Świętek przechodzi już do samej fabuły, jest w stanie zaangażować czytelników w opowieść, nawet jeśli szybko przeskakuje między bohaterami. Bardzo krótko nakreśla sytuacje – dzięki olbrzymiemu ładunkowi emocjonalnemu jest to możliwe. Mnóstwo tu związków bez przyszłości lub takich tworzonych z braku alternatywy i bez wielkiego zaangażowania, mnóstwo konsekwencji dawnych wydarzeń, ucieczek i zemst. Stopniowo odsłania autorka siłę powiązań między bohaterami – zwłaszcza ci, którzy mieli najwięcej do stracenia, teraz trzymają się razem. Cała powieść jest mocno esencjonalna, tu w zasadzie nie da się zdradzić choćby kawałka akcji bez sygnalizowania kierunków działań bohaterów – a losy postaci przeplatają się ze sobą. Autorka stara się tak poprowadzić opowieść, żeby wszyscy byli zależni od wszystkich, a ponieważ życiorys każdego nasyca silnymi w wymowie wydarzeniami, trudno się oderwać od lektury – surowej w swojej wymowie, często szarpiącej nerwy i pozbawionej idealistycznego podejścia. Edyta Świętek angażuje czytelników za sprawą trudnych ludzkich losów i pułapek, jakie szykują wrogowie. Mocne tematy przy ascetycznej realizacji – to się dobrze sprawdza, jeśli ktoś chce powieści złożonej z pozornej zwyczajności podbarwionej lekko brutalnymi wydarzeniami z tła i zupełnie pozbawionymi wzniosłości elementami romansów. Edyta Świętek takiej narracji nie mogłaby utrzymać przy historii jednej pary – ale ponieważ wtłacza w ramy książki wiele historii i wiele ludzkich losów, sprzyja jej mnogość charakterów.
Zwyczajność
W serii Spacer Aleją Róż Edyty Świętek ukazuje się tom „Łąki kwitnące purpurą” i jest to druga część rozłożystej sagi zabierającej czytelników do czasów mrocznego PRL-u. Kraj powstaje z gruzów, a chociaż władze nie chcą pozwolić na wznoszenie świątyń, ludzie tworzą sobie normalność i przestrzeń do zwyczajnej egzystencji. Wprawdzie jeszcze niektórzy biją rekordy wydajności w pracy, ale inni chcą znaleźć złoty środek między życiem zawodowym i prywatnym – chcą kochać, zakładać rodziny, cieszyć się odpoczynkiem i po prostu żyć. Czasami w tej zwyczajności przeszkadzają minione czasy – niektórzy w swoich biografiach mają mroczne strony, skrzętnie ukrywane w nowym środowisku. Nowa Huta dopiero się tworzy, tu można być anonimowym, przynajmniej przez pewien czas nie ujawniać innym własnych demonów – a tych nie brakuje.
Ta saga ma wielu bohaterów i żeby połapać się w biegu akcji, autorka na początku tomu wprowadza streszczenie minionych wydarzeń. To moment, w którym czytelnicy – nawet z wykorzystaniem drzewa genealogicznego bohaterów – mogą się pogubić, jest tu całe mnóstwo wątków, relacji, komplikacji międzyludzkich i problemów do opanowania. Tak naprawdę można było niektóre informacje wplatać po prostu do narracji i w odpowiednich momentach wydobywać, znacznie łatwiej byłoby czytelnikom rozeznać się w akcji i w powiązaniach postaci, a już na pewno nie traciliby energii na streszczenie, które nie oddaje przecież ogromu emocjonalnych przeżyć. Bo kiedy Edyta Świętek przechodzi już do samej fabuły, jest w stanie zaangażować czytelników w opowieść, nawet jeśli szybko przeskakuje między bohaterami. Bardzo krótko nakreśla sytuacje – dzięki olbrzymiemu ładunkowi emocjonalnemu jest to możliwe. Mnóstwo tu związków bez przyszłości lub takich tworzonych z braku alternatywy i bez wielkiego zaangażowania, mnóstwo konsekwencji dawnych wydarzeń, ucieczek i zemst. Stopniowo odsłania autorka siłę powiązań między bohaterami – zwłaszcza ci, którzy mieli najwięcej do stracenia, teraz trzymają się razem. Cała powieść jest mocno esencjonalna, tu w zasadzie nie da się zdradzić choćby kawałka akcji bez sygnalizowania kierunków działań bohaterów – a losy postaci przeplatają się ze sobą. Autorka stara się tak poprowadzić opowieść, żeby wszyscy byli zależni od wszystkich, a ponieważ życiorys każdego nasyca silnymi w wymowie wydarzeniami, trudno się oderwać od lektury – surowej w swojej wymowie, często szarpiącej nerwy i pozbawionej idealistycznego podejścia. Edyta Świętek angażuje czytelników za sprawą trudnych ludzkich losów i pułapek, jakie szykują wrogowie. Mocne tematy przy ascetycznej realizacji – to się dobrze sprawdza, jeśli ktoś chce powieści złożonej z pozornej zwyczajności podbarwionej lekko brutalnymi wydarzeniami z tła i zupełnie pozbawionymi wzniosłości elementami romansów. Edyta Świętek takiej narracji nie mogłaby utrzymać przy historii jednej pary – ale ponieważ wtłacza w ramy książki wiele historii i wiele ludzkich losów, sprzyja jej mnogość charakterów.
piątek, 13 lutego 2026
Sabine Bohlmann: Jutro będę dzielny
Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.
Samodzielność
Istnieje całkiem spore grono fanów – nie tylko małych odbiorców – duetu twórczego Sabine Bohlmann-Emilia Dziubak. Kolejny picture book edukacyjny dla najmłodszych – „Jutro będę dzielny” – cechuje się wspaniałymi obrazami ze świata przyrody i fabułą, która przypomina odbiorcom, że do wszystkiego trzeba dojrzeć i na wszystko przyjdzie czas. Sabine Bohlmann zabiera czytelników do codzienności ptasiej rodziny. Urocze stworzonka budują gniazdo, w którym wkrótce pojawiają się jajka. Ptasia mama cierpliwie je wysiaduje i już wkrótce może cieszyć się z potomstwa. Jedno jajko pozostaje jajkiem wyjątkowo długo, a kiedy wreszcie wykluwa się z niego pisklę, okazuje się mniej przebojowe niż rodzeństwo. Wszystkie ptaki dorastają i uczą się latać, jedynie ostatni maluch wszystkiego się boi i obiecuje rodzicom, że „jutro będzie dzielny”. Nikt nie mówi mu, że powinien się bardziej starać, nie zawstydza, stawiając za wzór starsze rodzeństwo, ani nie zauważa, że problem wziął się z późniejszego wyklucia się – mama po prostu czeka i pozwala, żeby ptaszek sam dojrzał i nabrał ochoty na wyfrunięcie z gniazda – oraz pewności siebie, która umożliwi mu wzbicie się w powietrze. Oczywiście wokół nie brakuje życzliwych, którzy dobrymi w swoim przekonaniu radami mogą doprowadzić do frustracji malucha albo jego rodziców – na szczęście ci postanawiają słuchać intuicji i zostawić sprawy własnemu biegowi. Dzięki temu ptaszek przekonuje się, że i on da sobie radę w dorosłym świecie – a kiedy już poczuje, że nadszedł moment na szybowanie w przestworzach, da mu to sporo satysfakcji.
U Sabine Bohlmann pojawia się motyw niezwykle istotny z perspektywy małych odbiorców. Każde dziecko ma jakiś obszar, w którym nie czuje się zbyt pewnie i w którym potrzebuje trochę więcej czasu niż rówieśnicy, żeby móc go tak jak oni realizować – w takim wypadku ponaglenia i wyszydzanie nie pomagają, najbardziej liczy się wyrozumiałość, cierpliwość i bezwarunkowa akceptacja. Ptasia rodzina uczy odbiorców (tych młodszych i tych starszych), że czasami wystarczy poczekać bez złośliwości – a to, co kiedyś było trudne, z czasem stanie się łatwiejsze. Wzruszająca i bardzo prosta historia o ptaszku, który bał się latać, pokazuje najmłodszym, że nie muszą na siłę pokonywać swoich lęków, a także że strach nigdy nie trwa wiecznie – za to pozwala niekiedy poczekać na odpowiedni moment. Sabine Bohlmann bez trudu trafi tą opowieścią do małych odbiorców. Z kolei Emilia Dziubak sprawia, że wszyscy fani jej ilustracji będą z zapartym tchem śledzić kolejne obrazki z korony drzewa. Tutaj przyroda gra główną rolę, precyzyjnie i bajkowo wyrysowywane liście i rozmaite elementy ptasiej codzienności uwiarygodniają opowieść w oczach najmłodszych. Dzieci dzięki takiej lekturze nabierają pewności siebie, śmiałości i fantazji, przekonują się też, że nie tylko one czasami czegoś się boją albo nie mają ochoty na robienie tego, co inni. Emilia Dziubak zaprasza do krainy fantazji bazującej na rzeczywistości – dobrze czuje się w przestrzeniach leśnych, i sprawia, że ilustrowane przez nią książki zamieniają się w wielką i fascynującą serię.
Samodzielność
Istnieje całkiem spore grono fanów – nie tylko małych odbiorców – duetu twórczego Sabine Bohlmann-Emilia Dziubak. Kolejny picture book edukacyjny dla najmłodszych – „Jutro będę dzielny” – cechuje się wspaniałymi obrazami ze świata przyrody i fabułą, która przypomina odbiorcom, że do wszystkiego trzeba dojrzeć i na wszystko przyjdzie czas. Sabine Bohlmann zabiera czytelników do codzienności ptasiej rodziny. Urocze stworzonka budują gniazdo, w którym wkrótce pojawiają się jajka. Ptasia mama cierpliwie je wysiaduje i już wkrótce może cieszyć się z potomstwa. Jedno jajko pozostaje jajkiem wyjątkowo długo, a kiedy wreszcie wykluwa się z niego pisklę, okazuje się mniej przebojowe niż rodzeństwo. Wszystkie ptaki dorastają i uczą się latać, jedynie ostatni maluch wszystkiego się boi i obiecuje rodzicom, że „jutro będzie dzielny”. Nikt nie mówi mu, że powinien się bardziej starać, nie zawstydza, stawiając za wzór starsze rodzeństwo, ani nie zauważa, że problem wziął się z późniejszego wyklucia się – mama po prostu czeka i pozwala, żeby ptaszek sam dojrzał i nabrał ochoty na wyfrunięcie z gniazda – oraz pewności siebie, która umożliwi mu wzbicie się w powietrze. Oczywiście wokół nie brakuje życzliwych, którzy dobrymi w swoim przekonaniu radami mogą doprowadzić do frustracji malucha albo jego rodziców – na szczęście ci postanawiają słuchać intuicji i zostawić sprawy własnemu biegowi. Dzięki temu ptaszek przekonuje się, że i on da sobie radę w dorosłym świecie – a kiedy już poczuje, że nadszedł moment na szybowanie w przestworzach, da mu to sporo satysfakcji.
U Sabine Bohlmann pojawia się motyw niezwykle istotny z perspektywy małych odbiorców. Każde dziecko ma jakiś obszar, w którym nie czuje się zbyt pewnie i w którym potrzebuje trochę więcej czasu niż rówieśnicy, żeby móc go tak jak oni realizować – w takim wypadku ponaglenia i wyszydzanie nie pomagają, najbardziej liczy się wyrozumiałość, cierpliwość i bezwarunkowa akceptacja. Ptasia rodzina uczy odbiorców (tych młodszych i tych starszych), że czasami wystarczy poczekać bez złośliwości – a to, co kiedyś było trudne, z czasem stanie się łatwiejsze. Wzruszająca i bardzo prosta historia o ptaszku, który bał się latać, pokazuje najmłodszym, że nie muszą na siłę pokonywać swoich lęków, a także że strach nigdy nie trwa wiecznie – za to pozwala niekiedy poczekać na odpowiedni moment. Sabine Bohlmann bez trudu trafi tą opowieścią do małych odbiorców. Z kolei Emilia Dziubak sprawia, że wszyscy fani jej ilustracji będą z zapartym tchem śledzić kolejne obrazki z korony drzewa. Tutaj przyroda gra główną rolę, precyzyjnie i bajkowo wyrysowywane liście i rozmaite elementy ptasiej codzienności uwiarygodniają opowieść w oczach najmłodszych. Dzieci dzięki takiej lekturze nabierają pewności siebie, śmiałości i fantazji, przekonują się też, że nie tylko one czasami czegoś się boją albo nie mają ochoty na robienie tego, co inni. Emilia Dziubak zaprasza do krainy fantazji bazującej na rzeczywistości – dobrze czuje się w przestrzeniach leśnych, i sprawia, że ilustrowane przez nią książki zamieniają się w wielką i fascynującą serię.
czwartek, 12 lutego 2026
Susan Napier: Miyazaki. Świat w animacji
bo.wiem, Kraków 2026.
Wyobraźnia
Wszyscy ci, którzy z wyższością podchodzą do anime, powinni sprawdzić, ile ta sztuka oferuje i jakie możliwości daje twórcom. Susan Napier przygląda się temu, co wyszło z wyobraźni najsłynniejszego artysty anime – Miyazakiego Hayao. Cały tom „Miyazaki. Świat w animacji” to książka będąca analizą dorobku – komentowaniem kolejnych produkcji i rozwiązań w zestawieniu ze znaczeniami oraz przesłaniami. Autorka tylko we wstępach do rozdziałów pozwala sobie na osobiste wstawki – powiązania z tą twórczością i zasadami odbioru – później przechodzi do rozczytywania kolejnych dzieł i do relacjonowania fabuł oraz przełomowych rozwiązań. Susan Napier koncentruje się na twórczości i całkowicie odrzuca opowiadanie o twórcy – Miyazaki funkcjonuje tu jako artysta i wizjoner, ale przemawia wyłącznie przez dokonania anime. I dzięki temu odbiorcy mogą uniknąć biografizowania w odczytywaniu filmowych odkryć.
Autorka stara się zaprezentować nie tylko przebieg fabuły, ale też cały zestaw informacji, które pomagają przy odbiorze i pozwalają właściwie ocenić przełomowość w dziedzinie anime. Kieruje się wprawdzie do odbiorców świadomych, do tych, którzy twórczość Miyazakiego znają, ale nie zaszkodzi przypomnieć im, jaki jest przebieg wydarzeń w kolejnych utworach. Analizie poddaje zwłaszcza charakterystyki bohaterek – chociaż zajmuje się również rolą wyobraźniowych wytworów i ich miejscem w kulturze popularnej oraz w tradycjach i wierzeniach. Miyazaki czerpie bowiem nie tylko ze społecznych dążeń, a Susan Napier skrupulatnie to odnotowuje. Pozwala dzięki temu czytelnikom na lepsze rozeznanie w tej twórczości, a do tego – bardziej świadomy odbiór i w konsekwencji docenienie kunsztu. Co ciekawe, nie czyta Miyazakiego przez pryzmat nagród i osiągnięć – jedyne osiągnięcia w tej narracji wiążą się z pomysłami na sztukę i na wykorzystywanie kolejnych motywów o pogłębionych znaczeniach. I niby takie przechodzenie od filmu do filmu mogłoby wypadać nieatrakcyjnie, ale autorka książki jest w stanie budować sieć nawiązań i niejako przy okazji wspominać o rozmaitych przesłaniach czy pomysłach zakodowanych w poszczególnych charakterach i scenach. I w ten sposób nie tyko przypomina czytelnikom najciekawsze i najbardziej wartościowe fragmenty dorobku bohatera tomu, ale też uwrażliwia ich na odzwierciedlane zagadnienia społeczne czy problemy środowiskowe. To, co aktualne, miesza się oczywiście z wytworami fantazji – sposobami na nieoczywiste prezentowanie poglądów i znaczeń – Susan Napier podkreśla w tomie „Świat w animacji” szeroki wachlarz możliwości wyrazu, artystycznych wyborów, które zaowocowały niezwykłymi filmami. Dokonuje dekonstrukcji dzieł po to, żeby odkryć przepis na sukces – i zaznaczyć specyfikę oglądu świata.
Ta praca – która jest popularyzatorską opowieścią – stanowi sposób na zaprezentowanie szerokiemu gronu odbiorców dorobku artysty niezwykle ważnego w rozwoju historii anime – Susan Napier chce, żeby czytelnicy wiedzieli o tym, jak kształtowała się wrażliwość twórcy, jak odzwierciedlały się w jego dziełach ważne kwestie okołospołeczne i jakie rozwiązania trafiły do anime dzięki Miyazakiemu. Starannie odnotowuje kolejne zagadnienia i tworzy strukturę pozwalającą na wygodne i pełne odczytywanie przesłań oraz znaczeń – a do tego nie zagłębia się w motywy osobiste czy relacje poza sztuką – tak, żeby nic nie przysłaniało treści przedstawianych w filmach animowanych. Kadry ze scen, które przeszły do historii, ozdabiają tę opowieść, ale są tylko drobnym dodatkiem do prezentowania wyobraźni.
Wyobraźnia
Wszyscy ci, którzy z wyższością podchodzą do anime, powinni sprawdzić, ile ta sztuka oferuje i jakie możliwości daje twórcom. Susan Napier przygląda się temu, co wyszło z wyobraźni najsłynniejszego artysty anime – Miyazakiego Hayao. Cały tom „Miyazaki. Świat w animacji” to książka będąca analizą dorobku – komentowaniem kolejnych produkcji i rozwiązań w zestawieniu ze znaczeniami oraz przesłaniami. Autorka tylko we wstępach do rozdziałów pozwala sobie na osobiste wstawki – powiązania z tą twórczością i zasadami odbioru – później przechodzi do rozczytywania kolejnych dzieł i do relacjonowania fabuł oraz przełomowych rozwiązań. Susan Napier koncentruje się na twórczości i całkowicie odrzuca opowiadanie o twórcy – Miyazaki funkcjonuje tu jako artysta i wizjoner, ale przemawia wyłącznie przez dokonania anime. I dzięki temu odbiorcy mogą uniknąć biografizowania w odczytywaniu filmowych odkryć.
Autorka stara się zaprezentować nie tylko przebieg fabuły, ale też cały zestaw informacji, które pomagają przy odbiorze i pozwalają właściwie ocenić przełomowość w dziedzinie anime. Kieruje się wprawdzie do odbiorców świadomych, do tych, którzy twórczość Miyazakiego znają, ale nie zaszkodzi przypomnieć im, jaki jest przebieg wydarzeń w kolejnych utworach. Analizie poddaje zwłaszcza charakterystyki bohaterek – chociaż zajmuje się również rolą wyobraźniowych wytworów i ich miejscem w kulturze popularnej oraz w tradycjach i wierzeniach. Miyazaki czerpie bowiem nie tylko ze społecznych dążeń, a Susan Napier skrupulatnie to odnotowuje. Pozwala dzięki temu czytelnikom na lepsze rozeznanie w tej twórczości, a do tego – bardziej świadomy odbiór i w konsekwencji docenienie kunsztu. Co ciekawe, nie czyta Miyazakiego przez pryzmat nagród i osiągnięć – jedyne osiągnięcia w tej narracji wiążą się z pomysłami na sztukę i na wykorzystywanie kolejnych motywów o pogłębionych znaczeniach. I niby takie przechodzenie od filmu do filmu mogłoby wypadać nieatrakcyjnie, ale autorka książki jest w stanie budować sieć nawiązań i niejako przy okazji wspominać o rozmaitych przesłaniach czy pomysłach zakodowanych w poszczególnych charakterach i scenach. I w ten sposób nie tyko przypomina czytelnikom najciekawsze i najbardziej wartościowe fragmenty dorobku bohatera tomu, ale też uwrażliwia ich na odzwierciedlane zagadnienia społeczne czy problemy środowiskowe. To, co aktualne, miesza się oczywiście z wytworami fantazji – sposobami na nieoczywiste prezentowanie poglądów i znaczeń – Susan Napier podkreśla w tomie „Świat w animacji” szeroki wachlarz możliwości wyrazu, artystycznych wyborów, które zaowocowały niezwykłymi filmami. Dokonuje dekonstrukcji dzieł po to, żeby odkryć przepis na sukces – i zaznaczyć specyfikę oglądu świata.
Ta praca – która jest popularyzatorską opowieścią – stanowi sposób na zaprezentowanie szerokiemu gronu odbiorców dorobku artysty niezwykle ważnego w rozwoju historii anime – Susan Napier chce, żeby czytelnicy wiedzieli o tym, jak kształtowała się wrażliwość twórcy, jak odzwierciedlały się w jego dziełach ważne kwestie okołospołeczne i jakie rozwiązania trafiły do anime dzięki Miyazakiemu. Starannie odnotowuje kolejne zagadnienia i tworzy strukturę pozwalającą na wygodne i pełne odczytywanie przesłań oraz znaczeń – a do tego nie zagłębia się w motywy osobiste czy relacje poza sztuką – tak, żeby nic nie przysłaniało treści przedstawianych w filmach animowanych. Kadry ze scen, które przeszły do historii, ozdabiają tę opowieść, ale są tylko drobnym dodatkiem do prezentowania wyobraźni.
środa, 11 lutego 2026
Bajki z uśmiechem - część druga
Druga, lutowa część Bajek z uśmiechem już jest na YT. Zapraszam do słuchania i komentowania.
https://youtu.be/QE9sXocKXUI
Czyta Janusz Góralczyk.
Muzyka Klaudia Rabiega
Teksty i montaż Izabela Mikrut
Bajki były publikowane w latach 2012-2025 na stronie www.facebook.com/bajki.iza.mikrut
https://youtu.be/QE9sXocKXUI
Czyta Janusz Góralczyk.
Muzyka Klaudia Rabiega
Teksty i montaż Izabela Mikrut
Bajki były publikowane w latach 2012-2025 na stronie www.facebook.com/bajki.iza.mikrut
Katarzyna Rzehak: Wanda Telakowska. Piękno dla wszystkich, czyli jak powstało polskie wzornictwo powojenne
Marginesy, Warszawa 2026.
Projekty
Z jednej strony – braki w zaopatrzeniu, w każdej dziedzinie. Towary zdobywane przez zwykłych obywateli spod lady, brak szans na poprawę sytuacji, kombinowanie i rzucanie się na wszystko, co pojawi się na rynku. Z drugiej – tęsknota za możliwością dokonywania estetycznych wyborów, kształtowania gustów zbiorowych i wprowadzaniem piękna do każdego domu z osobna. Katarzyna Rzehak swoją książką o Wandzie Telakowskiej przypomina dawne nadzieje i jednocześnie rozprasza mit o szarości peerelowskich dni. „Wanda Telakowska. Piękno dla wszystkich, czyli jak powstało polskie wzornictwo powojenne” to trochę opowieść wzorowana na mitach założycielskich: jest tu jedna osoba, która – sama przeciwko światu – wprowadzi nowe porządki i sprawi, że zwykli ludzie będą mogli cieszyć oko pięknymi przedmiotami codziennego użytku. Przynajmniej w założeniu. Każdy, kto na półce ma jeszcze bibeloty (zwłaszcza wyroby ceramiczne) z czasów PRL, może teraz przekonać się, jaka jest ich prawdziwa wartość. Katarzyna Rzehak śledzi tutaj dokonania Wandy Telakowskiej, ale umiejętnie nakreśla cały kontekst wydarzeń, tak, żeby czytelnicy mogli się dowiedzieć, z jakimi wyzwaniami bohaterka książki się borykała i kiedy nie udawało jej się wprowadzić w czyn zamierzeń wyjściowych. Wanda Telakowska łączy artyzm i użytkowość, sztukę i przedmioty codziennego użytku, te potrzebne w zwyczajności. Chce, żeby komplety talerzy czy drobne figurki do postawienia na półce cieszyły oko i były dostępne dla szerokiego grona odbiorców, walczy z bylejakością i zależy jej na tym, żeby odbiorcy mogli dokonywać świadomych wyborów. Działa fachowo i organizuje przestrzeń, w której funkcjonować mogą najlepsi artyści i rzemieślnicy, wie, jak ocalać dorobek ludowy, jeździ po kraju i skupuje elementy folkloru, które następnie łączy z projektami swoimi i swoich współpracowników – tak, żeby tworzyć produkty wysokiej jakości i nawiązujące do tradycji polskich. Wanda Telakowska nie daje sobie wejść na głowę. Ma silny charakter i wie, czego chce, dąży do realizowania swoich pomysłów i bardzo często po prostu stawia na swoim, bez względu na okoliczności. A to oznacza, że niekoniecznie daje się przez wszystkich lubić. Autorka podkreśla również mniej zawodowe wątki związane z Telakowską, nawiązuje do jej życia prywatnego, tropi miłości, sprawdza, jak środowisko reagowało na jej warunki fizyczne – nie jest to temat, który przydaje się do analizowania historii polskiego wzornictwa, ale pozwala ujrzeć w innym świetle bohaterkę tomu. Wanda Telakowska to bez wątpienia postać wyjątkowa i niepowtarzalna, ale bardzo często ustępuje w narracji tematowi samego wzornictwa, tworzeniu kolejnych projektów, które przetrwały próbę czasu, nawet jeśli nie mogły trafić do masowej produkcji. Jeśli ktoś interesuje się przeszłością designu, historią sztuki w wymiarze użytkowym, to biografia Wandy Telakowskiej zapewni sporo wiadomości na te tematy. W dodatku w pewnym momencie Katarzyna Rzehak będzie musiała się zatrzymać w opisywaniu pędu do spełniania marzeń – nie wszystko okaże się proste i naturalne. Wanda Telakowska to barwna osobowość w barwnych czasach – a do tego osoba niezwykle kreatywna i zdolna rozwiązywać rozmaite problemy. To postać, która zaskakuje nawet dzisiejszych czytelników.
Projekty
Z jednej strony – braki w zaopatrzeniu, w każdej dziedzinie. Towary zdobywane przez zwykłych obywateli spod lady, brak szans na poprawę sytuacji, kombinowanie i rzucanie się na wszystko, co pojawi się na rynku. Z drugiej – tęsknota za możliwością dokonywania estetycznych wyborów, kształtowania gustów zbiorowych i wprowadzaniem piękna do każdego domu z osobna. Katarzyna Rzehak swoją książką o Wandzie Telakowskiej przypomina dawne nadzieje i jednocześnie rozprasza mit o szarości peerelowskich dni. „Wanda Telakowska. Piękno dla wszystkich, czyli jak powstało polskie wzornictwo powojenne” to trochę opowieść wzorowana na mitach założycielskich: jest tu jedna osoba, która – sama przeciwko światu – wprowadzi nowe porządki i sprawi, że zwykli ludzie będą mogli cieszyć oko pięknymi przedmiotami codziennego użytku. Przynajmniej w założeniu. Każdy, kto na półce ma jeszcze bibeloty (zwłaszcza wyroby ceramiczne) z czasów PRL, może teraz przekonać się, jaka jest ich prawdziwa wartość. Katarzyna Rzehak śledzi tutaj dokonania Wandy Telakowskiej, ale umiejętnie nakreśla cały kontekst wydarzeń, tak, żeby czytelnicy mogli się dowiedzieć, z jakimi wyzwaniami bohaterka książki się borykała i kiedy nie udawało jej się wprowadzić w czyn zamierzeń wyjściowych. Wanda Telakowska łączy artyzm i użytkowość, sztukę i przedmioty codziennego użytku, te potrzebne w zwyczajności. Chce, żeby komplety talerzy czy drobne figurki do postawienia na półce cieszyły oko i były dostępne dla szerokiego grona odbiorców, walczy z bylejakością i zależy jej na tym, żeby odbiorcy mogli dokonywać świadomych wyborów. Działa fachowo i organizuje przestrzeń, w której funkcjonować mogą najlepsi artyści i rzemieślnicy, wie, jak ocalać dorobek ludowy, jeździ po kraju i skupuje elementy folkloru, które następnie łączy z projektami swoimi i swoich współpracowników – tak, żeby tworzyć produkty wysokiej jakości i nawiązujące do tradycji polskich. Wanda Telakowska nie daje sobie wejść na głowę. Ma silny charakter i wie, czego chce, dąży do realizowania swoich pomysłów i bardzo często po prostu stawia na swoim, bez względu na okoliczności. A to oznacza, że niekoniecznie daje się przez wszystkich lubić. Autorka podkreśla również mniej zawodowe wątki związane z Telakowską, nawiązuje do jej życia prywatnego, tropi miłości, sprawdza, jak środowisko reagowało na jej warunki fizyczne – nie jest to temat, który przydaje się do analizowania historii polskiego wzornictwa, ale pozwala ujrzeć w innym świetle bohaterkę tomu. Wanda Telakowska to bez wątpienia postać wyjątkowa i niepowtarzalna, ale bardzo często ustępuje w narracji tematowi samego wzornictwa, tworzeniu kolejnych projektów, które przetrwały próbę czasu, nawet jeśli nie mogły trafić do masowej produkcji. Jeśli ktoś interesuje się przeszłością designu, historią sztuki w wymiarze użytkowym, to biografia Wandy Telakowskiej zapewni sporo wiadomości na te tematy. W dodatku w pewnym momencie Katarzyna Rzehak będzie musiała się zatrzymać w opisywaniu pędu do spełniania marzeń – nie wszystko okaże się proste i naturalne. Wanda Telakowska to barwna osobowość w barwnych czasach – a do tego osoba niezwykle kreatywna i zdolna rozwiązywać rozmaite problemy. To postać, która zaskakuje nawet dzisiejszych czytelników.
wtorek, 10 lutego 2026
Giles Milton: Sprawa Stalina
Noir sur Blanc, Warszawa 2026.
Drugi plan
W „Sprawie Stalina”, publikacji historycznej o tworzeniu się sojuszu Wielkiej Trójki, Stalina – postaci bądź co bądź tytułowej – jest najmniej. Właściwie stanowi tło wydarzeń i to nie tych o charakterze politycznym a towarzyskim. Giles Milton koncentruje się na relacjach interpersonalnych, o których wielka historia milczała – po to, żeby przekonać do lektury i do zainteresowania się przeszłością tych czytelników, którzy na co dzień do książek o historii nie zaglądają. Bazuje na nieznanych szerzej dokumentach o charakterze prywatnym – na zapiskach mniej istotnych uczestników wydarzeń. Autorką części jest Kathy Harriman, córka amerykańskiego milionera, która przygotowywała się do pracy w mediach: to jej ojciec, wpływowy obywatel, z którego zdaniem Roosvelt bardzo się liczył, dostał zadanie wpłynięcia na Stalina i dopracowanie warunków sojuszu. Kathy jednak błyskawicznie stała się sensacją – atrakcyjną i barwną postacią, która przynosiła energię miejscu i fascynowała wszystkich wokół, dzięki czemu zyskała szansę dotarcia za zamknięte drzwi. Autorem innych notatek staje się Archi Clark Kerr, bliski towarzysz Churchilla, liberał i niebieski ptak, wyjątkowo ekscentryczny i bezkompromisowy biseksualista (co w całym procesie zjednywania sobie ludzi miało niemałe znaczenie). I tak Giles Milton podąża nie za Stalinem, a za Kathy i jej ojcem Averellem, a także za Kerrem i Churchillem – świadomy, że to właśnie ich spostrzeżenia umożliwią zbudowanie sensacyjnej fabuły.
Autor odnosi się tu w zasadzie do małego wycinka z historii, nie musi przedstawiać czytelnikom całego podręcznikowego kontekstu, może skupiać się na relacjach towarzyskich i na okołodyplomatycznych działaniach, ale najciekawsze wydaje mu się zderzenie kultur i to wszystko, co sprawiało, że bohaterowie opowieści otwierali się na inność. Odnotowuje kolejne zachowania sprzeczne z jakimikolwiek protokołami dyplomatycznymi, ale skuteczne – i ucieszy czytelników między innymi przedstawieniem prostego szkicu prezentującego jednego z przywódców bez bielizny. Ta książka, chociaż bazująca na faktach, napisana jest tak, żeby sprawiała wrażenie plotkarskiej i przez to fascynującej dla zwykłych czytelników – tu nie ma wielkiej polityki (a właściwie jest, ale odbiorcy widzą ją od drugiej strony, od strony dotarcia do człowieka, który ma wpływ na losy świata, ale nie może funkcjonować w oderwaniu od innych ludzi – i zanim zaufa komuś na tyle, żeby zawierać z nim polityczne sojusze, musi przekonać się, że może z nim miło spędzać czas). To ujęcie zaskakuje – „Sprawa Stalina” to nie analiza historyczna, a książka stworzona niemal jak powieść. Można tu krok po kroku prześledzić zachowania i starania prowadzące do porozumienia – bez obciążenia faktograficznymi analizami. Milton pokazuje o wiele bardziej ludzkie oblicze polityków – i chociaż wcale nie zamierza ocieplać niczyjego wizerunku, wciąż pozostaje świadomy, jak bohaterowie jego książki wpływali na losy świata – to jednak skoncentrowanie na towarzyskich działaniach zupełnie zmienia perspektywę i zapewnia czytelnikom lekturę, jakiej się nie spodziewali. „Sprawa Stalina” to wydobycie z mroku tych bardzo barwnych postaci, które nie miały siły przebicia ani możliwości zaistnienia w książkach do nauki historii – a pozostawiły po sobie ważny ślad, pozwalający lepiej zrozumieć, jak doszło do nawiązywania porozumienia między przywódcami.
Drugi plan
W „Sprawie Stalina”, publikacji historycznej o tworzeniu się sojuszu Wielkiej Trójki, Stalina – postaci bądź co bądź tytułowej – jest najmniej. Właściwie stanowi tło wydarzeń i to nie tych o charakterze politycznym a towarzyskim. Giles Milton koncentruje się na relacjach interpersonalnych, o których wielka historia milczała – po to, żeby przekonać do lektury i do zainteresowania się przeszłością tych czytelników, którzy na co dzień do książek o historii nie zaglądają. Bazuje na nieznanych szerzej dokumentach o charakterze prywatnym – na zapiskach mniej istotnych uczestników wydarzeń. Autorką części jest Kathy Harriman, córka amerykańskiego milionera, która przygotowywała się do pracy w mediach: to jej ojciec, wpływowy obywatel, z którego zdaniem Roosvelt bardzo się liczył, dostał zadanie wpłynięcia na Stalina i dopracowanie warunków sojuszu. Kathy jednak błyskawicznie stała się sensacją – atrakcyjną i barwną postacią, która przynosiła energię miejscu i fascynowała wszystkich wokół, dzięki czemu zyskała szansę dotarcia za zamknięte drzwi. Autorem innych notatek staje się Archi Clark Kerr, bliski towarzysz Churchilla, liberał i niebieski ptak, wyjątkowo ekscentryczny i bezkompromisowy biseksualista (co w całym procesie zjednywania sobie ludzi miało niemałe znaczenie). I tak Giles Milton podąża nie za Stalinem, a za Kathy i jej ojcem Averellem, a także za Kerrem i Churchillem – świadomy, że to właśnie ich spostrzeżenia umożliwią zbudowanie sensacyjnej fabuły.
Autor odnosi się tu w zasadzie do małego wycinka z historii, nie musi przedstawiać czytelnikom całego podręcznikowego kontekstu, może skupiać się na relacjach towarzyskich i na okołodyplomatycznych działaniach, ale najciekawsze wydaje mu się zderzenie kultur i to wszystko, co sprawiało, że bohaterowie opowieści otwierali się na inność. Odnotowuje kolejne zachowania sprzeczne z jakimikolwiek protokołami dyplomatycznymi, ale skuteczne – i ucieszy czytelników między innymi przedstawieniem prostego szkicu prezentującego jednego z przywódców bez bielizny. Ta książka, chociaż bazująca na faktach, napisana jest tak, żeby sprawiała wrażenie plotkarskiej i przez to fascynującej dla zwykłych czytelników – tu nie ma wielkiej polityki (a właściwie jest, ale odbiorcy widzą ją od drugiej strony, od strony dotarcia do człowieka, który ma wpływ na losy świata, ale nie może funkcjonować w oderwaniu od innych ludzi – i zanim zaufa komuś na tyle, żeby zawierać z nim polityczne sojusze, musi przekonać się, że może z nim miło spędzać czas). To ujęcie zaskakuje – „Sprawa Stalina” to nie analiza historyczna, a książka stworzona niemal jak powieść. Można tu krok po kroku prześledzić zachowania i starania prowadzące do porozumienia – bez obciążenia faktograficznymi analizami. Milton pokazuje o wiele bardziej ludzkie oblicze polityków – i chociaż wcale nie zamierza ocieplać niczyjego wizerunku, wciąż pozostaje świadomy, jak bohaterowie jego książki wpływali na losy świata – to jednak skoncentrowanie na towarzyskich działaniach zupełnie zmienia perspektywę i zapewnia czytelnikom lekturę, jakiej się nie spodziewali. „Sprawa Stalina” to wydobycie z mroku tych bardzo barwnych postaci, które nie miały siły przebicia ani możliwości zaistnienia w książkach do nauki historii – a pozostawiły po sobie ważny ślad, pozwalający lepiej zrozumieć, jak doszło do nawiązywania porozumienia między przywódcami.
poniedziałek, 9 lutego 2026
Dave Goulson: Milcząca planeta. Jak uratować owady przed zagładą
Marginesy, Warszawa 2026.
Insekty
O tym, że kiedy wyginą pszczoły, wyginą też ludzie, było już głośno przed kilkoma laty. Teraz Dave Goulson bardziej systemowo podchodzi do tematu i w książce „Milcząca planeta. Jak uratować owady przed zagładą” staje w obronie tych stworzeń, które nie cieszą się specjalnymi względami ludzi i które nie mają szansy na walkę o siebie – w starciu ze znacznie silniejszym przeciwnikiem. Goulson stara się, żeby wszyscy nie tyle pokochali owady, co zastanowili się nad ich niezwykłymi umiejętnościami albo zdolnościami przystosowawczymi, żeby sprawdzili, co potrafią najbardziej fascynujące gatunki, albo przekonali się, jak bogaty jest świat insektów, nawet jeśli trwa jego masowe wymieranie. Przekonuje, że dawniej owadów było o wiele więcej i wystarczyło przejechać samochodem kawałek drogi, żeby konieczny stał się postój i wyczyszczenie przedniej szyby z martwych insektów. Teraz ten problem jest już nieznany młodszym pokoleniom, za to ludzie zaraz staną w obliczu wielkiej katastrofy ekologicznej, w dużej części zawinionej. Goulson zatrzymuje się bowiem na tym, co staje się przyczyną masowego wymierania owadów. Jeszcze nie dotarliśmy do momentu, w którym trzeba zastępować białko zwierzęce białkiem insektów – według autora na szczęście, bo próbował różnych owadów i nie znalazł wśród nich żadnego smacznego – a już okazuje się, że ten mikroświat jest poważnie zagrożony. Jedna z przyczyn to stosowanie pestycydów i nawozów sztucznych oraz środków chwastobójczych – do tego może dojść pozorna troska o środowisko, czyli tworzenie pasów zieleni między jezdniami – to również pułapka, w której ginąć mogą kolejne zapylacze. Najpotężniejszym wrogiem owadów jest człowiek, który zapomina o tym, jak pożyteczne w jego codzienności są te niedostrzegane na co dzień stworzenia. I tak Goulson z jednej strony nawołuje do opamiętania i przypomina ludziom, jak wiele od owadów zależy – co się stanie, kiedy wyginą. Z drugiej – próbuje zafascynować czytelników i przedstawia krótkie migawki portretujące najciekawsze istoty i rozwiązania, które wprowadziła przyroda. Próbuje przekonać odbiorców do zaangażowania się w ocalanie owadów – albo wystraszyć ich wizją świata, w którym samodzielnie trzeba będzie pobierać pyłek z jednych kwiatów i nanosić je na inne, żeby móc zebrać plony. Czasami zależy mu na tym, żeby dostrzec piękno owadów – bo świetnie zdaje sobie sprawę, że kwestie etyczne nie mają tu najmniejszego znaczenia, przynajmniej nie w zagrożeniu na tak dużą skalę. Pokazuje nie tylko niszczycielską działalność człowieka w pędzie do tworzenia taniej żywności, ale też błędy związane na przykład z przenoszeniem gatunków inwazyjnych. Jednak żeby w ogóle móc zacząć mówić o trudnym losie owadów i zaprosić wszystkich do pochylenia się nad ich wymieraniem, trzeba sprawić, żeby czytelnicy te owady zauważyli. I książka „Milcząca planeta” taką właśnie publikacją się staje – to dzięki niej można się przekonać, jak bardzo liczą się insekty i jak bardzo człowiek uprzykrza im życie. To jest tom pozbawiony kaznodziejskich tonów, skrupulatnie i rzetelnie przedstawia za to aktualną sytuację oraz rozwiązania z przeszłości, które zaważyły na konieczności podjęcia działań dzisiaj. Nie odstrasza ani tematem, ani realizacją, sprawia, że odbiorcy zapadają się w lekturę i nie odłożą jej aż do końca. Jedyne, co można by było skrócić, to profetyczny rozdział – ale gra na emocjach najwyraźniej też jest autorowi potrzebna.
Insekty
O tym, że kiedy wyginą pszczoły, wyginą też ludzie, było już głośno przed kilkoma laty. Teraz Dave Goulson bardziej systemowo podchodzi do tematu i w książce „Milcząca planeta. Jak uratować owady przed zagładą” staje w obronie tych stworzeń, które nie cieszą się specjalnymi względami ludzi i które nie mają szansy na walkę o siebie – w starciu ze znacznie silniejszym przeciwnikiem. Goulson stara się, żeby wszyscy nie tyle pokochali owady, co zastanowili się nad ich niezwykłymi umiejętnościami albo zdolnościami przystosowawczymi, żeby sprawdzili, co potrafią najbardziej fascynujące gatunki, albo przekonali się, jak bogaty jest świat insektów, nawet jeśli trwa jego masowe wymieranie. Przekonuje, że dawniej owadów było o wiele więcej i wystarczyło przejechać samochodem kawałek drogi, żeby konieczny stał się postój i wyczyszczenie przedniej szyby z martwych insektów. Teraz ten problem jest już nieznany młodszym pokoleniom, za to ludzie zaraz staną w obliczu wielkiej katastrofy ekologicznej, w dużej części zawinionej. Goulson zatrzymuje się bowiem na tym, co staje się przyczyną masowego wymierania owadów. Jeszcze nie dotarliśmy do momentu, w którym trzeba zastępować białko zwierzęce białkiem insektów – według autora na szczęście, bo próbował różnych owadów i nie znalazł wśród nich żadnego smacznego – a już okazuje się, że ten mikroświat jest poważnie zagrożony. Jedna z przyczyn to stosowanie pestycydów i nawozów sztucznych oraz środków chwastobójczych – do tego może dojść pozorna troska o środowisko, czyli tworzenie pasów zieleni między jezdniami – to również pułapka, w której ginąć mogą kolejne zapylacze. Najpotężniejszym wrogiem owadów jest człowiek, który zapomina o tym, jak pożyteczne w jego codzienności są te niedostrzegane na co dzień stworzenia. I tak Goulson z jednej strony nawołuje do opamiętania i przypomina ludziom, jak wiele od owadów zależy – co się stanie, kiedy wyginą. Z drugiej – próbuje zafascynować czytelników i przedstawia krótkie migawki portretujące najciekawsze istoty i rozwiązania, które wprowadziła przyroda. Próbuje przekonać odbiorców do zaangażowania się w ocalanie owadów – albo wystraszyć ich wizją świata, w którym samodzielnie trzeba będzie pobierać pyłek z jednych kwiatów i nanosić je na inne, żeby móc zebrać plony. Czasami zależy mu na tym, żeby dostrzec piękno owadów – bo świetnie zdaje sobie sprawę, że kwestie etyczne nie mają tu najmniejszego znaczenia, przynajmniej nie w zagrożeniu na tak dużą skalę. Pokazuje nie tylko niszczycielską działalność człowieka w pędzie do tworzenia taniej żywności, ale też błędy związane na przykład z przenoszeniem gatunków inwazyjnych. Jednak żeby w ogóle móc zacząć mówić o trudnym losie owadów i zaprosić wszystkich do pochylenia się nad ich wymieraniem, trzeba sprawić, żeby czytelnicy te owady zauważyli. I książka „Milcząca planeta” taką właśnie publikacją się staje – to dzięki niej można się przekonać, jak bardzo liczą się insekty i jak bardzo człowiek uprzykrza im życie. To jest tom pozbawiony kaznodziejskich tonów, skrupulatnie i rzetelnie przedstawia za to aktualną sytuację oraz rozwiązania z przeszłości, które zaważyły na konieczności podjęcia działań dzisiaj. Nie odstrasza ani tematem, ani realizacją, sprawia, że odbiorcy zapadają się w lekturę i nie odłożą jej aż do końca. Jedyne, co można by było skrócić, to profetyczny rozdział – ale gra na emocjach najwyraźniej też jest autorowi potrzebna.
niedziela, 8 lutego 2026
Lidia Branković: Hotel dla uczuć. Zeszyt ćwiczeń
Kropka, Warszawa 2026.
Rozpoznawanie emocji
Po sukcesie publikacji „Hotel dla uczuć” przyszedł czas na wykorzystanie popularności książki i upewnienie się, że mali odbiorcy radzą sobie z nazywaniem (i odczytywaniem) podstawowych uczuć. „Hotel dla uczuć. Zeszyt ćwiczeń” to książka dla wszystkich dzieci, które chciałyby utrwalić wiadomości (i dla rodziców, którzy marzą o sprawdzaniu postępów w rozwoju swoich pociech) – a wszystko na kanwie zabawy w prowadzenie hotelu. Lidia Branković wykorzystuje tę metaforę, żeby zaprosić do wymyślonego miejsca rozmaite emocje i nadać im kształty. Ale tym razem wezmą się za to dzieci. „Hotel dla uczuć. Zeszyt ćwiczeń” to z jednej strony zabawa kreatywna, z drugiej – porządkowanie informacji. Żeby zostać dyrektorem hotelu trzeba nie tylko przygotować swój strój i paszport, ale też zaprojektować sam hotel. Później przyjdzie czas na projektowanie pierwszego pokoju. Jeśli dzieci uporają się z tym zadaniem, będzie im znacznie łatwiej poradzić sobie z pojawiającymi się tu gośćmi – chcianymi albo niekoniecznie chcianymi. Wszyscy są jednak w hotelu dla uczuć mile widziani, nikomu nie można odmówić gościny, warto zatem poznać zwyczaje i nadzieje, żeby nie zostać zaskoczonym. I tak kolejne wyzwania to na przemian odkrywanie specyfiki różnych uczuć – tych przyjemnych i tych nieprzyjemnych – a także ćwiczenia dotyczące empatii, rozpoznawania emocji, odkrywania rodzajów reakcji i wypracowywania odpowiednich mechanizmów działania. Wiele razy trzeba się będzie zastanawiać nad własnymi postawami wobec innych albo nad tym, jak określone zachowania wpływają na bliskich. „Hotel dla uczuć. Zeszyt ćwiczeń” to nie książka, którą da się wypełnić przypadkowymi bazgrołami – tu wszystko musi być zgodne z poleceniami i przemyślane, zwłaszcza że zadania wymuszają wsłuchanie się w siebie i przetrawienie wyników autoanalizy. Nie będzie tu ani klucza z właściwymi odpowiedziami, ani wskazówek podczas czytania – a to oznacza, że kiedy przyjdzie do wypełniania konturów twarzy konkretnymi minami, dzieci będą musiały zastanowić się nad najbardziej charakterystycznymi elementami mimiki.
Nie jest to zbiór klasycznych łamigłówek, czasami autorka stawia na czytanie podpowiedzi albo podsuwa tematy do refleksji – żeby zatem uporać się z tą publikacją, trzeba już czytać samodzielnie, a do tego nie bać się abstrakcyjnego myślenia. Lidia Branković stawia dzieciom poprzeczkę wysoko, ale jednocześnie może być spokojna – nie ma tu zadań ponad siły kilkulatków. Każdy, kto potrzebuje wysłuchania albo chociaż chce się przekonać, że dobrze rozumie uczucia (swoje i innych), może po tę publikację sięgnąć i spróbować swoich sił. To książka, w której można się artystycznie wyżyć, albo dać upust wyobraźni w tworzeniu postaci odpowiadających niedookreślonym emocjom – ale pozwala na ważną pracę nad sobą, najmłodsi zostają tu potraktowani poważnie i zmuszeni do działania dla samorozwoju. Lidia Branković ma pomysł, który się sprawdzi – konkretyzuje uczucia i przybliża ich istotę małym odbiorcom, radzi sobie z doborem zadań i nie nudzi dzięki zmianie rytmów w kolejnych rozkładówkach. To książka, która łączy tradycyjne zabawy z odkrywaniem siebie.
Rozpoznawanie emocji
Po sukcesie publikacji „Hotel dla uczuć” przyszedł czas na wykorzystanie popularności książki i upewnienie się, że mali odbiorcy radzą sobie z nazywaniem (i odczytywaniem) podstawowych uczuć. „Hotel dla uczuć. Zeszyt ćwiczeń” to książka dla wszystkich dzieci, które chciałyby utrwalić wiadomości (i dla rodziców, którzy marzą o sprawdzaniu postępów w rozwoju swoich pociech) – a wszystko na kanwie zabawy w prowadzenie hotelu. Lidia Branković wykorzystuje tę metaforę, żeby zaprosić do wymyślonego miejsca rozmaite emocje i nadać im kształty. Ale tym razem wezmą się za to dzieci. „Hotel dla uczuć. Zeszyt ćwiczeń” to z jednej strony zabawa kreatywna, z drugiej – porządkowanie informacji. Żeby zostać dyrektorem hotelu trzeba nie tylko przygotować swój strój i paszport, ale też zaprojektować sam hotel. Później przyjdzie czas na projektowanie pierwszego pokoju. Jeśli dzieci uporają się z tym zadaniem, będzie im znacznie łatwiej poradzić sobie z pojawiającymi się tu gośćmi – chcianymi albo niekoniecznie chcianymi. Wszyscy są jednak w hotelu dla uczuć mile widziani, nikomu nie można odmówić gościny, warto zatem poznać zwyczaje i nadzieje, żeby nie zostać zaskoczonym. I tak kolejne wyzwania to na przemian odkrywanie specyfiki różnych uczuć – tych przyjemnych i tych nieprzyjemnych – a także ćwiczenia dotyczące empatii, rozpoznawania emocji, odkrywania rodzajów reakcji i wypracowywania odpowiednich mechanizmów działania. Wiele razy trzeba się będzie zastanawiać nad własnymi postawami wobec innych albo nad tym, jak określone zachowania wpływają na bliskich. „Hotel dla uczuć. Zeszyt ćwiczeń” to nie książka, którą da się wypełnić przypadkowymi bazgrołami – tu wszystko musi być zgodne z poleceniami i przemyślane, zwłaszcza że zadania wymuszają wsłuchanie się w siebie i przetrawienie wyników autoanalizy. Nie będzie tu ani klucza z właściwymi odpowiedziami, ani wskazówek podczas czytania – a to oznacza, że kiedy przyjdzie do wypełniania konturów twarzy konkretnymi minami, dzieci będą musiały zastanowić się nad najbardziej charakterystycznymi elementami mimiki.
Nie jest to zbiór klasycznych łamigłówek, czasami autorka stawia na czytanie podpowiedzi albo podsuwa tematy do refleksji – żeby zatem uporać się z tą publikacją, trzeba już czytać samodzielnie, a do tego nie bać się abstrakcyjnego myślenia. Lidia Branković stawia dzieciom poprzeczkę wysoko, ale jednocześnie może być spokojna – nie ma tu zadań ponad siły kilkulatków. Każdy, kto potrzebuje wysłuchania albo chociaż chce się przekonać, że dobrze rozumie uczucia (swoje i innych), może po tę publikację sięgnąć i spróbować swoich sił. To książka, w której można się artystycznie wyżyć, albo dać upust wyobraźni w tworzeniu postaci odpowiadających niedookreślonym emocjom – ale pozwala na ważną pracę nad sobą, najmłodsi zostają tu potraktowani poważnie i zmuszeni do działania dla samorozwoju. Lidia Branković ma pomysł, który się sprawdzi – konkretyzuje uczucia i przybliża ich istotę małym odbiorcom, radzi sobie z doborem zadań i nie nudzi dzięki zmianie rytmów w kolejnych rozkładówkach. To książka, która łączy tradycyjne zabawy z odkrywaniem siebie.
sobota, 7 lutego 2026
Patricia Highsmith: Drżąca ręka fałszerza
Noir sur Blanc, Warszawa 2026 (wydanie II).
Dylematy pisarza
Howard nie jest pisarzem doświadczonym – wprawdzie zna się na swoim fachu, a przynajmniej usilnie pracuje nad tym, żeby móc zarabiać na życie pisaniem, ale non stop wydarza się coś, co odciąga jego uwagę od obowiązków. Powieści Howarda nie przyniosły mu ani olśniewających zarobków, ani sławy – ale zapewniły mu ciekawą propozycję pracy. Tyle tylko, że bohater powinien przynajmniej na pewien czas zmienić otoczenie. Udaje się do Tunezji, żeby tam pracować nad scenariuszem i zapomnieć o byłej żonie.
„Drżąca ręka fałszerza” to powieść Patricii Highsmith dla tych wszystkich, którzy nie lubią kryminałów opartych na tradycyjnych śledztwach, za to wolą sprawdzać, co dzieje się z bohaterami bezpośrednio zaangażowanymi w makabryczne wydarzenia. Egzotyczne miejsce dodaje barw całej historii. Howard spędza czas na czekaniu – nie potrafi na dobre wziąć się do pracy, woli bez przerwy analizować wydarzenia z przeszłości i obserwować otoczenie, a przy okazji sprawdzać, czy nie przyszła do niego poczta, zwłaszcza – wiadomość od partnerki, Iny. A ponieważ listów czy choćby pocztówek boleśnie brak – Howard zajmuje się oglądaniem wszystkiego i wyciąganiem wniosków. Szybko przekonuje się, że w Tunezji mężczyzna nie ma problemu ze znalezieniem sobie młodego przygodnego kochanka – a także, że boye hotelowi to bardzo specyficzna grupa. I to właśnie oni przysporzą najwięcej problemów.
Tak naprawdę nie wiadomo do końca, co się wydarzyło – istnieją przez bardzo długi czas przede wszystkim domysły, które po kolejnych analizach muszą zamienić się w pewność. Zatuszowanie przypadkowego morderstwa dla jednych może być fraszką i banałem, dla innych – źródłem ciągłych frustracji: wszystko zależy od kultury, podejścia i, co najważniejsze, świadomości tego, co naprawdę się stało. Howard nie może uzyskać informacji od nikogo, jest skazany na domysły i na wyrzuty sumienia. Domyśla się najgorszego – ale nikt nie pokaże mu alternatywnego rozwoju akcji raczej podsyci niepewność i rozterki. Patricia Highsmith nie dba o to, żeby pchnąć śledztwo naprzód, woli towarzyszyć postaci, która jest zdezorientowana i osamotniona – i sprawdzać, jak rozwijać się będzie podejście Howarda do całej sprawy. Coś, co mogłoby szybko znaleźć finał – i było czarne albo białe, nagle znajduje trzecie ujęcie i zyskuje mnóstwo pośrednich odcieni. Na to z pewnością czytelnicy nie są gotowi – chyba że stali czytelnicy Patricii Highsmith, ci przecież doskonale zdają sobie sprawę, że autorka zamiast rozwikłania intrygi często woli skupić się na psychologicznych następstwach owej intrygi dla postaci – i doświadcza swoich bohaterów w sposób, który w gatunku nie jest zbyt często spotykany.
„Drżąca ręka fałszerza” to książka bardzo staranna pod kątem literackiej narracji, wypełniona udanymi i celnymi opisami psychiki i zachowań bohatera wywiedzionego na manowce przez rzeczywistość i wyobraźnię. Autorka wie, jak nasycić fabułę kolorytem lokalnym, jak sprawić, żeby powieść miała uniwersalny wymiar i co zrobić, żeby zatrzymać czytelników przy dylematach głównego bohatera. Jest „Drżąca ręka fałszerza” przede wszystkim dowodem na sprawność literacką i umiejętne spostrzeżenia natury psychologicznej autorki.
Dylematy pisarza
Howard nie jest pisarzem doświadczonym – wprawdzie zna się na swoim fachu, a przynajmniej usilnie pracuje nad tym, żeby móc zarabiać na życie pisaniem, ale non stop wydarza się coś, co odciąga jego uwagę od obowiązków. Powieści Howarda nie przyniosły mu ani olśniewających zarobków, ani sławy – ale zapewniły mu ciekawą propozycję pracy. Tyle tylko, że bohater powinien przynajmniej na pewien czas zmienić otoczenie. Udaje się do Tunezji, żeby tam pracować nad scenariuszem i zapomnieć o byłej żonie.
„Drżąca ręka fałszerza” to powieść Patricii Highsmith dla tych wszystkich, którzy nie lubią kryminałów opartych na tradycyjnych śledztwach, za to wolą sprawdzać, co dzieje się z bohaterami bezpośrednio zaangażowanymi w makabryczne wydarzenia. Egzotyczne miejsce dodaje barw całej historii. Howard spędza czas na czekaniu – nie potrafi na dobre wziąć się do pracy, woli bez przerwy analizować wydarzenia z przeszłości i obserwować otoczenie, a przy okazji sprawdzać, czy nie przyszła do niego poczta, zwłaszcza – wiadomość od partnerki, Iny. A ponieważ listów czy choćby pocztówek boleśnie brak – Howard zajmuje się oglądaniem wszystkiego i wyciąganiem wniosków. Szybko przekonuje się, że w Tunezji mężczyzna nie ma problemu ze znalezieniem sobie młodego przygodnego kochanka – a także, że boye hotelowi to bardzo specyficzna grupa. I to właśnie oni przysporzą najwięcej problemów.
Tak naprawdę nie wiadomo do końca, co się wydarzyło – istnieją przez bardzo długi czas przede wszystkim domysły, które po kolejnych analizach muszą zamienić się w pewność. Zatuszowanie przypadkowego morderstwa dla jednych może być fraszką i banałem, dla innych – źródłem ciągłych frustracji: wszystko zależy od kultury, podejścia i, co najważniejsze, świadomości tego, co naprawdę się stało. Howard nie może uzyskać informacji od nikogo, jest skazany na domysły i na wyrzuty sumienia. Domyśla się najgorszego – ale nikt nie pokaże mu alternatywnego rozwoju akcji raczej podsyci niepewność i rozterki. Patricia Highsmith nie dba o to, żeby pchnąć śledztwo naprzód, woli towarzyszyć postaci, która jest zdezorientowana i osamotniona – i sprawdzać, jak rozwijać się będzie podejście Howarda do całej sprawy. Coś, co mogłoby szybko znaleźć finał – i było czarne albo białe, nagle znajduje trzecie ujęcie i zyskuje mnóstwo pośrednich odcieni. Na to z pewnością czytelnicy nie są gotowi – chyba że stali czytelnicy Patricii Highsmith, ci przecież doskonale zdają sobie sprawę, że autorka zamiast rozwikłania intrygi często woli skupić się na psychologicznych następstwach owej intrygi dla postaci – i doświadcza swoich bohaterów w sposób, który w gatunku nie jest zbyt często spotykany.
„Drżąca ręka fałszerza” to książka bardzo staranna pod kątem literackiej narracji, wypełniona udanymi i celnymi opisami psychiki i zachowań bohatera wywiedzionego na manowce przez rzeczywistość i wyobraźnię. Autorka wie, jak nasycić fabułę kolorytem lokalnym, jak sprawić, żeby powieść miała uniwersalny wymiar i co zrobić, żeby zatrzymać czytelników przy dylematach głównego bohatera. Jest „Drżąca ręka fałszerza” przede wszystkim dowodem na sprawność literacką i umiejętne spostrzeżenia natury psychologicznej autorki.
piątek, 6 lutego 2026
Yanek Świtała: Pędzę do ciebie na sygnale. Polska przez szybę karetki
Mando, WAM, Kraków 2026.
Ratowanie ludzi
Yanek, czyli Janek Świtała nie pierwszy raz zabiera głos, żeby uświadamiać społeczeństwo w kwestiach związanych ze służbą zdrowia – ale odnosi się nie tylko do wad systemu i przeciążenia publicznej opieki zdrowotnej, lecz również do zachowań samych pacjentów, którzy w pewnej części mogą ponosić odpowiedzialność za to, co się dzieje. „Pędzę do ciebie na sygnale. Polska przez szybę karetki” to lektura bezkompromisowa, pisana kolokwialnym językiem (bawi ostrzeżenie przed wulgaryzmami na okładce – ten zabieg przyjmuje się w publikacjach young adult, ale w książkach dla dorosłych nie wydaje się potrzebny: autor nie traktuje wulgaryzmów jak przecinków, ale czasami musi dać upust frustracji, albo dotrzeć do wybitnie opornych potencjalnych pacjentów i trudniej o lepszy pomysł). Na początku autor trochę oswaja czytelników z przejściami, jakie zaraz staną się ich pośrednim udziałem. Przedstawia swoich kolegów po fachu, z którymi połączyły go wyjątkowo trudne przeżycia. Bo za chwilę zacznie opowiadać o tym, czego przeciętni odbiorcy nie mają szansy poznać. Wymienia wyzwania i trudne przypadki, sytuacje, które przerastają: kiedy musi robić coś, czego nigdy wcześniej nie robił, albo kiedy nie ma czasu na wybieranie najlepszych działań, bo pacjent może zaraz umrzeć – i uruchamia się skomplikowane albo przynajmniej przerażające dla postronnych, a ratujące życie procedury. Ale im dalej w las, tym więcej problemów z samymi pacjentami albo ich roszczeniowymi bliskimi – i tu można się tylko cieszyć, że ludzie tacy jak Janek Świtała, praktycy w zawodzie ratownika medycznego, zabierają głos i naświetlają złe czy niewłaściwe reakcje. Wzywanie karetki bez powodu nie jest już tak częstym zjawiskiem jak dawniej, ale wzywanie karetki do pijanych zdarza się notorycznie – i blokuje sprzęt rzeczywiście cierpiącym. Autor stawia na wyraziste tematy – pijakom poświęca cały rozdział – ale nawet jeśli będzie powtarzał to, z czego wszyscy doskonale zdają sobie sprawę, do bezpośrednio zainteresowanych nie dotrze. Podobnie jak z rozdziałem dotyczącym rodzin patologicznych. Inaczej rzecz się ma z rodzicami dzieci potrzebujących pomocy czy nieuleczalnie chorych – tu każdy wyjazd to wielkie emocje, a do tego konieczność reagowania na nieznane. Ważny temat poruszany przez Świtałę dotyczy męskiej depresji – a zwłaszcza jej konsekwencji, jeśli ktoś w porę nie zorientuje się, że potrzebna jest pomoc medyczna. Żeby nie tylko narzekać, ale dać czytelnikom znać, że coś od nich zależy, Janek Świtała tworzy rozdział poświęcony krwi – przekonuje, dlaczego grupy krwi nie warto sobie tatuować i odnotowuje, jakich procedur brak, żeby szybciej i skuteczniej ratować życie. Jest świadomy, jakie wady ma system i pod koniec książki zatrzymuje się właśnie na tym, co wymaga naprawy w służbie zdrowia – tu solidaryzuje się w pewnym sensie z czytelnikami, ale dopiero po tym, jak pokaże im cały szereg ich niedociągnięć. Ta książka może funkcjonować jako zwykła rozrywka – będzie wtedy pokazywać dalekie od serialowych sytuacje szarpiące nerwy i wymagające olbrzymiej wytrzymałości, ale znacznie lepsza okaże się, jeśli da odbiorcom do myślenia i pozwoli na właściwe reagowanie na polecenia i zachowania zespołów ratownictwa medycznego. Świtała uświadamia czytelnikom, że i oni – nawet jeśli pozornie nie mają sobie nic do zarzucenia – mogą coś poprawić i usprawnić działania w kryzysowej sytuacji.
Ratowanie ludzi
Yanek, czyli Janek Świtała nie pierwszy raz zabiera głos, żeby uświadamiać społeczeństwo w kwestiach związanych ze służbą zdrowia – ale odnosi się nie tylko do wad systemu i przeciążenia publicznej opieki zdrowotnej, lecz również do zachowań samych pacjentów, którzy w pewnej części mogą ponosić odpowiedzialność za to, co się dzieje. „Pędzę do ciebie na sygnale. Polska przez szybę karetki” to lektura bezkompromisowa, pisana kolokwialnym językiem (bawi ostrzeżenie przed wulgaryzmami na okładce – ten zabieg przyjmuje się w publikacjach young adult, ale w książkach dla dorosłych nie wydaje się potrzebny: autor nie traktuje wulgaryzmów jak przecinków, ale czasami musi dać upust frustracji, albo dotrzeć do wybitnie opornych potencjalnych pacjentów i trudniej o lepszy pomysł). Na początku autor trochę oswaja czytelników z przejściami, jakie zaraz staną się ich pośrednim udziałem. Przedstawia swoich kolegów po fachu, z którymi połączyły go wyjątkowo trudne przeżycia. Bo za chwilę zacznie opowiadać o tym, czego przeciętni odbiorcy nie mają szansy poznać. Wymienia wyzwania i trudne przypadki, sytuacje, które przerastają: kiedy musi robić coś, czego nigdy wcześniej nie robił, albo kiedy nie ma czasu na wybieranie najlepszych działań, bo pacjent może zaraz umrzeć – i uruchamia się skomplikowane albo przynajmniej przerażające dla postronnych, a ratujące życie procedury. Ale im dalej w las, tym więcej problemów z samymi pacjentami albo ich roszczeniowymi bliskimi – i tu można się tylko cieszyć, że ludzie tacy jak Janek Świtała, praktycy w zawodzie ratownika medycznego, zabierają głos i naświetlają złe czy niewłaściwe reakcje. Wzywanie karetki bez powodu nie jest już tak częstym zjawiskiem jak dawniej, ale wzywanie karetki do pijanych zdarza się notorycznie – i blokuje sprzęt rzeczywiście cierpiącym. Autor stawia na wyraziste tematy – pijakom poświęca cały rozdział – ale nawet jeśli będzie powtarzał to, z czego wszyscy doskonale zdają sobie sprawę, do bezpośrednio zainteresowanych nie dotrze. Podobnie jak z rozdziałem dotyczącym rodzin patologicznych. Inaczej rzecz się ma z rodzicami dzieci potrzebujących pomocy czy nieuleczalnie chorych – tu każdy wyjazd to wielkie emocje, a do tego konieczność reagowania na nieznane. Ważny temat poruszany przez Świtałę dotyczy męskiej depresji – a zwłaszcza jej konsekwencji, jeśli ktoś w porę nie zorientuje się, że potrzebna jest pomoc medyczna. Żeby nie tylko narzekać, ale dać czytelnikom znać, że coś od nich zależy, Janek Świtała tworzy rozdział poświęcony krwi – przekonuje, dlaczego grupy krwi nie warto sobie tatuować i odnotowuje, jakich procedur brak, żeby szybciej i skuteczniej ratować życie. Jest świadomy, jakie wady ma system i pod koniec książki zatrzymuje się właśnie na tym, co wymaga naprawy w służbie zdrowia – tu solidaryzuje się w pewnym sensie z czytelnikami, ale dopiero po tym, jak pokaże im cały szereg ich niedociągnięć. Ta książka może funkcjonować jako zwykła rozrywka – będzie wtedy pokazywać dalekie od serialowych sytuacje szarpiące nerwy i wymagające olbrzymiej wytrzymałości, ale znacznie lepsza okaże się, jeśli da odbiorcom do myślenia i pozwoli na właściwe reagowanie na polecenia i zachowania zespołów ratownictwa medycznego. Świtała uświadamia czytelnikom, że i oni – nawet jeśli pozornie nie mają sobie nic do zarzucenia – mogą coś poprawić i usprawnić działania w kryzysowej sytuacji.
czwartek, 5 lutego 2026
Koci domek Gabi. Kociastyczne łamigłówki. Wielki zeszyt zadań
Harperkids, Warszawa 2026.
Zabawa
Gdyby ktoś miał wątpliwości, czy na rynku wydawniczym znajdzie się miejsce dla kolejnej kolorowanki gadżetowej – oczywiście że tak. „Koci domek Gabi. Kociastyczne łamigłówki. Wielki zeszyt zadań” to książka, która ucieszy małe fanki serialu i sprawi, że będą chętnie ćwiczyć małą motorykę, spędzając czas z ulubionymi postaciami i przeuroczymi kotkami. Książka została wydrukowana na kredowym papierze – po to, żeby nadać naklejkom (100 elementów dołączonych do tomiku) charakter wielorazowości i umożliwić dzieciom poprawianie błędów lub zmianę zdania, jeśli uznają, że dany motyw będzie się lepiej prezentować gdzie indziej. Ale to oznacza też, że do kolorowania warto użyć innych narzędzi niż kredki – będzie się wygodniej rozprowadzało kolor po kartkach. Kolorowania będzie tu mnóstwo i co pewien czas pojawi się takie z kluczem – z sylwetką bohaterki w odpowiednim ubarwieniu i poleceniu dla najmłodszych, żeby powielili kolory z obrazka. To wskazówka dla tych, którzy jeszcze dobrze nie radzą sobie z doborem odpowiednich narzędzi. Ale jeśli dzieci będą chciały dać upust własnej kreatywności, znajdą tu całkiem sporo konturów na kolorowym tle i już bez podpowiedzi – i wtedy mają szansę rysować po swojemu. Warto tu zaznaczyć, że sylwetki przeniesione z kreskówki są bardzo szczegółowe, o dość wysokim stopniu skomplikowania, więc też i poziom trudności będzie odpowiednio duży. To raczej nie zniechęci dzieci przed obcowaniem z ulubionymi postaciami.
Kolorowanki są wesołym i sympatycznym przerywnikiem, tak, żeby odciążyć książeczkę i odwrócić uwagę najmłodszych od wysiłku intelektualnego podejmowanego w łamigłówkach – i tu do czynienia mamy z klasyką – pojawiają się dopasowania kształtów, labirynty czy porównywanki, wszystko to, co dzieci i tak doskonale znają z różnych zestawów łamigłówek – tu do czynienia mają po prostu z ulubioną bohaterką i takim wyborem tematów czy zagadnień, żeby jak najczęściej przypominać skojarzenia z serialem. To rozwiązanie, które zapewnia zainteresowanie publiczności literackiej – ale przy okazji jest też prostym sposobem na nakłonienie dzieci do pracy, która zaowocuje przy szkolnych obowiązkach. Można się doskonale bawić z bohaterką cyklu i jej podopiecznymi, a do tego testować własną wyobraźnię, skoro znajdzie się tu i miejsce na własne prace. To sposób na zapewnienie dzieciom rozrywki i przekonanie ich do ćwiczenia umysłu, a nie tylko wyobraźni. Na zadania z naklejkami również znalazło się tutaj miejsce, ale oczywiście wszystko będzie zależało od inwencji kilkuletnich odbiorców – to oni decydują, jaki kształt ostatecznie przyjmie praca i kiedy zatrzymać poprawki.
Kolejny bohater znany z innego medium, kolejny zestaw łamigłówek i naklejek – wyróżniać się będzie przede wszystkim dla fanów cyklu. Ale właśnie do nich jest kierowany ten tomik.
Zabawa
Gdyby ktoś miał wątpliwości, czy na rynku wydawniczym znajdzie się miejsce dla kolejnej kolorowanki gadżetowej – oczywiście że tak. „Koci domek Gabi. Kociastyczne łamigłówki. Wielki zeszyt zadań” to książka, która ucieszy małe fanki serialu i sprawi, że będą chętnie ćwiczyć małą motorykę, spędzając czas z ulubionymi postaciami i przeuroczymi kotkami. Książka została wydrukowana na kredowym papierze – po to, żeby nadać naklejkom (100 elementów dołączonych do tomiku) charakter wielorazowości i umożliwić dzieciom poprawianie błędów lub zmianę zdania, jeśli uznają, że dany motyw będzie się lepiej prezentować gdzie indziej. Ale to oznacza też, że do kolorowania warto użyć innych narzędzi niż kredki – będzie się wygodniej rozprowadzało kolor po kartkach. Kolorowania będzie tu mnóstwo i co pewien czas pojawi się takie z kluczem – z sylwetką bohaterki w odpowiednim ubarwieniu i poleceniu dla najmłodszych, żeby powielili kolory z obrazka. To wskazówka dla tych, którzy jeszcze dobrze nie radzą sobie z doborem odpowiednich narzędzi. Ale jeśli dzieci będą chciały dać upust własnej kreatywności, znajdą tu całkiem sporo konturów na kolorowym tle i już bez podpowiedzi – i wtedy mają szansę rysować po swojemu. Warto tu zaznaczyć, że sylwetki przeniesione z kreskówki są bardzo szczegółowe, o dość wysokim stopniu skomplikowania, więc też i poziom trudności będzie odpowiednio duży. To raczej nie zniechęci dzieci przed obcowaniem z ulubionymi postaciami.
Kolorowanki są wesołym i sympatycznym przerywnikiem, tak, żeby odciążyć książeczkę i odwrócić uwagę najmłodszych od wysiłku intelektualnego podejmowanego w łamigłówkach – i tu do czynienia mamy z klasyką – pojawiają się dopasowania kształtów, labirynty czy porównywanki, wszystko to, co dzieci i tak doskonale znają z różnych zestawów łamigłówek – tu do czynienia mają po prostu z ulubioną bohaterką i takim wyborem tematów czy zagadnień, żeby jak najczęściej przypominać skojarzenia z serialem. To rozwiązanie, które zapewnia zainteresowanie publiczności literackiej – ale przy okazji jest też prostym sposobem na nakłonienie dzieci do pracy, która zaowocuje przy szkolnych obowiązkach. Można się doskonale bawić z bohaterką cyklu i jej podopiecznymi, a do tego testować własną wyobraźnię, skoro znajdzie się tu i miejsce na własne prace. To sposób na zapewnienie dzieciom rozrywki i przekonanie ich do ćwiczenia umysłu, a nie tylko wyobraźni. Na zadania z naklejkami również znalazło się tutaj miejsce, ale oczywiście wszystko będzie zależało od inwencji kilkuletnich odbiorców – to oni decydują, jaki kształt ostatecznie przyjmie praca i kiedy zatrzymać poprawki.
Kolejny bohater znany z innego medium, kolejny zestaw łamigłówek i naklejek – wyróżniać się będzie przede wszystkim dla fanów cyklu. Ale właśnie do nich jest kierowany ten tomik.
środa, 4 lutego 2026
Jennifer Croft: Wymieranie Ireny Rey
Pauza, Warszawa 2026.
Puszcza
Zwykle nie zauważa się tłumaczy. I Jennifer Croft – tłumaczka – przywraca im miejsce w świadomości społecznej, a robi to w pomysłowy sposób, za sprawą powieści, która przenosi odbiorców w przyszłość i cofa do alternatywnej rzeczywistości – do roku 2017 – żeby zaprezentować wydarzenia trochę kryminalne, a trochę sensacyjne i szalone, zagmatwane i koniecznie zaskakujące. Irena Rey, bohaterka tytułowa tego tomu, to uznana autorka, która walczy o Nagrodę Nobla – w zasadzie wiadomo, że jej nie dostanie, ale mogłaby, bo jej twórczość zasługuje na uznanie. Irena Rey wie też, jak zwrócić na siebie uwagę całego świata. Co pewien czas organizuje specjalne plena, zebrania tłumaczy z różnych krajów. Ma grupę oddanych translatorów, których zaprasza do domu na skraju Puszczy Białowieskiej – i pozwala pracować nad nowym tytułem równocześnie. Dzięki temu unika spoilerów i przecieków, a do tego może mieć pewność, że podbije cały świat. Tłumacze początkowo traktują się dość przedmiotowo – są narzędziami w rękach genialnej autorki. Ale kiedy Irena Rey nieoczekiwanie znika, muszą zacząć działać i samodzielnie podejmować decyzje w skrajnie nieprzyjaznym im otoczeniu – przecież puszcza może zabić, o czym przekonują się już pierwszego samotnego dnia. Odkrywanie tożsamości Ireny Rey, pozostawionych przez nią tropów oraz potencjalnych marzeń i planów, bywa dość skomplikowane, zwłaszcza kiedy tłumacze zaczynają zwracać uwagę na siebie nawzajem. Po raz pierwszy w historii zjazdów poznają swoje prawdziwe imiona i porzucają przydomki biorące się od ojczystego języka, po raz pierwszy też pozwalają sobie na większą uczuciowość i przez to odkrywają kolejne tajemnice. Między innymi – historię zniknięcia Czeskiego. Ireny Rey nie ma, ale tłumacze nie potrafią się od niej uwolnić. Pozostają pod jej wpływem nawet porzuceni i pozbawieni nadziei na powrót do starego porządku. Geniusz Ireny Rey wychodzi na światło dzienne dopiero teraz, kiedy układa codzienność swoim podwładnym z nicości. Jennifer Croft bawi się tutaj formą z wyraźną przyjemnością: narrację prowadzi tłumaczka kiedyś znana jako Hiszpańska, ale poza głównym nurtem lektury pojawiają się tu też przypisy od tłumaczki – jedyne miejsce, w których może ona dać upust swoim frustracjom albo spostrzeżeniom blokowanym normalnie przez autorkę. Dla polskich czytelników miłą niespodzianką będzie zakotwiczenie akcji w Puszczy Białowieskiej – od czasu do czasu autorka nawiązuje do polskiej polityki i do tutejszej flory i fauny, chce, żeby czytelnicy również dali się zafascynować wyjątkowym miejscem – nawet jeśli fabuła i czas akcji pozwalają jej na dowolne manipulacje kolorytem lokalnym. W zabawach formą pomagają też krótkie widokówki z różnych miejsc, opatrzone komentarzami dla zbudowania napięcia. Jennifer Croft tworzy fabułę inną niż wszystkie – pisze w sposób, w którym niemożliwe jest przewidzenie finału, nawet samo dążenie do niego stanowi wykroczenie lekturowe – tu liczy się droga, a nie cel. A ta droga jest wyjątkowa, fascynująca i migotliwa. Dla odbiorców, którzy są zmęczeni masówką, Jennifer Croft będzie wręcz wybawieniem – to autorka, której warto zaufać. Zna świat, o którym pisze, wie, jak czarować słowem i pozwala czytelnikom na ucieczkę od rzeczywistości. Nie będzie to tylko zaproszenie dla tłumaczy - a alternatywna rzeczywistość, w której odnajdą się wszyscy gotowi podjąć ryzyko i podążać za chimeryczną autorką i jej wyznawcami. A przy okazji: Kaja Gucio ładnie to przełożyła.
Puszcza
Zwykle nie zauważa się tłumaczy. I Jennifer Croft – tłumaczka – przywraca im miejsce w świadomości społecznej, a robi to w pomysłowy sposób, za sprawą powieści, która przenosi odbiorców w przyszłość i cofa do alternatywnej rzeczywistości – do roku 2017 – żeby zaprezentować wydarzenia trochę kryminalne, a trochę sensacyjne i szalone, zagmatwane i koniecznie zaskakujące. Irena Rey, bohaterka tytułowa tego tomu, to uznana autorka, która walczy o Nagrodę Nobla – w zasadzie wiadomo, że jej nie dostanie, ale mogłaby, bo jej twórczość zasługuje na uznanie. Irena Rey wie też, jak zwrócić na siebie uwagę całego świata. Co pewien czas organizuje specjalne plena, zebrania tłumaczy z różnych krajów. Ma grupę oddanych translatorów, których zaprasza do domu na skraju Puszczy Białowieskiej – i pozwala pracować nad nowym tytułem równocześnie. Dzięki temu unika spoilerów i przecieków, a do tego może mieć pewność, że podbije cały świat. Tłumacze początkowo traktują się dość przedmiotowo – są narzędziami w rękach genialnej autorki. Ale kiedy Irena Rey nieoczekiwanie znika, muszą zacząć działać i samodzielnie podejmować decyzje w skrajnie nieprzyjaznym im otoczeniu – przecież puszcza może zabić, o czym przekonują się już pierwszego samotnego dnia. Odkrywanie tożsamości Ireny Rey, pozostawionych przez nią tropów oraz potencjalnych marzeń i planów, bywa dość skomplikowane, zwłaszcza kiedy tłumacze zaczynają zwracać uwagę na siebie nawzajem. Po raz pierwszy w historii zjazdów poznają swoje prawdziwe imiona i porzucają przydomki biorące się od ojczystego języka, po raz pierwszy też pozwalają sobie na większą uczuciowość i przez to odkrywają kolejne tajemnice. Między innymi – historię zniknięcia Czeskiego. Ireny Rey nie ma, ale tłumacze nie potrafią się od niej uwolnić. Pozostają pod jej wpływem nawet porzuceni i pozbawieni nadziei na powrót do starego porządku. Geniusz Ireny Rey wychodzi na światło dzienne dopiero teraz, kiedy układa codzienność swoim podwładnym z nicości. Jennifer Croft bawi się tutaj formą z wyraźną przyjemnością: narrację prowadzi tłumaczka kiedyś znana jako Hiszpańska, ale poza głównym nurtem lektury pojawiają się tu też przypisy od tłumaczki – jedyne miejsce, w których może ona dać upust swoim frustracjom albo spostrzeżeniom blokowanym normalnie przez autorkę. Dla polskich czytelników miłą niespodzianką będzie zakotwiczenie akcji w Puszczy Białowieskiej – od czasu do czasu autorka nawiązuje do polskiej polityki i do tutejszej flory i fauny, chce, żeby czytelnicy również dali się zafascynować wyjątkowym miejscem – nawet jeśli fabuła i czas akcji pozwalają jej na dowolne manipulacje kolorytem lokalnym. W zabawach formą pomagają też krótkie widokówki z różnych miejsc, opatrzone komentarzami dla zbudowania napięcia. Jennifer Croft tworzy fabułę inną niż wszystkie – pisze w sposób, w którym niemożliwe jest przewidzenie finału, nawet samo dążenie do niego stanowi wykroczenie lekturowe – tu liczy się droga, a nie cel. A ta droga jest wyjątkowa, fascynująca i migotliwa. Dla odbiorców, którzy są zmęczeni masówką, Jennifer Croft będzie wręcz wybawieniem – to autorka, której warto zaufać. Zna świat, o którym pisze, wie, jak czarować słowem i pozwala czytelnikom na ucieczkę od rzeczywistości. Nie będzie to tylko zaproszenie dla tłumaczy - a alternatywna rzeczywistość, w której odnajdą się wszyscy gotowi podjąć ryzyko i podążać za chimeryczną autorką i jej wyznawcami. A przy okazji: Kaja Gucio ładnie to przełożyła.
wtorek, 3 lutego 2026
Joel Jessup: Test na szpiega
Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.
Przygotowanie
Joel Jessup kieruje się do wyrobionych odbiorców. „Test na szpiega” to książka wypełniona łamigłówkami i niespodziankami dla czytelników, którzy lubią wysilać mózg i stawiać przed sobą potężne wyzwania. Składa się z trzech części imitujących – przynajmniej w założeniu – przygotowanie do pracy tajnego agenta i ta nadrzędna konstrukcja stanowi świetne wyjaśnienie dla zawartości. Książka zbudowana jest z kolejnych wyzwań, szyfrów, zagadek logicznych, z zadań inspirowanych testami na inteligencję albo matematycznych łamigłówek. Nie ma w niej miejsca na przypadki czy naiwności – to tom kierowany do bardziej wyrobionych czytelników, raczej młodzieży niż dzieci – chyba że młodsi są wyjątkowo wprawieni w rozwiązywaniu zagadek i nudzą się przy klasycznych zestawach zadań. Jedyne, czego autor wymaga od czytelników, to przyjęcie konwencji – przechodzenie specyficznego kursu na szpiega.
Nie tylko same szyfry i zagadki stanowią całość książki – co pewien czas pojawiają się jeszcze drobne rozkładówki informacyjne z ciekawostkami dla zainteresowanych tematem – będzie tu między innymi Bletchley Park, ale i nawiązania do autorów powieści o agentach specjalnych, motyw szyfrów wojennych czy pierwszych komputerów, sztuczki szpiegów i specyfika pracy, a nawet – najbardziej znani przedstawiciele zawodu. Te wstawki pozwalają trochę wczuć się w klimat książki i zapewniają zaangażowanie czytelników, zachęcają ich też do bardziej wytężonej pracy przy kolejnych wyzwaniach. A tych nie zabraknie – „Test na szpiega” nie jest książką, którą da się rozwiązać w kilka chwil i która szybko się znudzi – różnorodność zadań oraz stosowanych rodzajów quizów umożliwia odbiorcom sprawdzenie swoich umiejętności – i otwiera ich na cały bogaty zbiór komplikacji i testów do rozszyfrowania. Nawet zabawa w szpiega nie wydaje się naiwna, kiedy w grę wchodzi wizyta w kasynie (i przewidywanie, na którym polu zatrzyma się kulka) – „dorosłość” tej książki wynosi ją z półki z publikacjami dla najmłodszych i kieruje w stronę młodzieży. Szpieg to już zawód, połączony ze stylem życia – i nawet gdyby liczyła się wyłącznie możliwość otworzenia wyobraźni na intrygi i pułapki, warto.
Chociaż grafiki odgrywają tu dość ważną rolę – nie tylko urozmaicają zadania – pozostają czarno-białe, żeby zapewnić odbiorcom odejście od lektur dla najmłodszych. Tak naprawdę często komputerowe zabawy służą jedynie odwracaniu uwagi albo budowaniu wiarygodności w kolejnych zadaniach, nie liczą się jako ozdobniki. Bez względu na formy i kształty – mnóstwo zadań nie potrzebuje dodatkowych upiększaczy, skoro najważniejsza staje się praca umysłowa, którą trzeba wykonać trochę poza stronami.
Tu trzeba myśleć, kombinować, zapamiętywać, kojarzyć, łączyć fakty, a czasami wykorzystywać wiedzę spoza lektury. Ale akurat rozwijanie zdolności umysłowych nie zaszkodzi nikomu. Zadania zostały przygotowane tak atrakcyjnie, że odbiorcy do klucza odpowiedzi będą zaglądać tylko po to, żeby sprawdzić, czy poprawnie przeprowadzili proces dedukcji – to kontrola umiejętności, a nie zastępowanie wysiłku intelektualnego drogą na skróty. Jest zatem „Test na szpiega” wyzwaniem, które młodzi odbiorcy mogą podjąć, żeby przekonać się, czy poradzą sobie w trudnym i wypełnionym sensacjami świecie.
Przygotowanie
Joel Jessup kieruje się do wyrobionych odbiorców. „Test na szpiega” to książka wypełniona łamigłówkami i niespodziankami dla czytelników, którzy lubią wysilać mózg i stawiać przed sobą potężne wyzwania. Składa się z trzech części imitujących – przynajmniej w założeniu – przygotowanie do pracy tajnego agenta i ta nadrzędna konstrukcja stanowi świetne wyjaśnienie dla zawartości. Książka zbudowana jest z kolejnych wyzwań, szyfrów, zagadek logicznych, z zadań inspirowanych testami na inteligencję albo matematycznych łamigłówek. Nie ma w niej miejsca na przypadki czy naiwności – to tom kierowany do bardziej wyrobionych czytelników, raczej młodzieży niż dzieci – chyba że młodsi są wyjątkowo wprawieni w rozwiązywaniu zagadek i nudzą się przy klasycznych zestawach zadań. Jedyne, czego autor wymaga od czytelników, to przyjęcie konwencji – przechodzenie specyficznego kursu na szpiega.
Nie tylko same szyfry i zagadki stanowią całość książki – co pewien czas pojawiają się jeszcze drobne rozkładówki informacyjne z ciekawostkami dla zainteresowanych tematem – będzie tu między innymi Bletchley Park, ale i nawiązania do autorów powieści o agentach specjalnych, motyw szyfrów wojennych czy pierwszych komputerów, sztuczki szpiegów i specyfika pracy, a nawet – najbardziej znani przedstawiciele zawodu. Te wstawki pozwalają trochę wczuć się w klimat książki i zapewniają zaangażowanie czytelników, zachęcają ich też do bardziej wytężonej pracy przy kolejnych wyzwaniach. A tych nie zabraknie – „Test na szpiega” nie jest książką, którą da się rozwiązać w kilka chwil i która szybko się znudzi – różnorodność zadań oraz stosowanych rodzajów quizów umożliwia odbiorcom sprawdzenie swoich umiejętności – i otwiera ich na cały bogaty zbiór komplikacji i testów do rozszyfrowania. Nawet zabawa w szpiega nie wydaje się naiwna, kiedy w grę wchodzi wizyta w kasynie (i przewidywanie, na którym polu zatrzyma się kulka) – „dorosłość” tej książki wynosi ją z półki z publikacjami dla najmłodszych i kieruje w stronę młodzieży. Szpieg to już zawód, połączony ze stylem życia – i nawet gdyby liczyła się wyłącznie możliwość otworzenia wyobraźni na intrygi i pułapki, warto.
Chociaż grafiki odgrywają tu dość ważną rolę – nie tylko urozmaicają zadania – pozostają czarno-białe, żeby zapewnić odbiorcom odejście od lektur dla najmłodszych. Tak naprawdę często komputerowe zabawy służą jedynie odwracaniu uwagi albo budowaniu wiarygodności w kolejnych zadaniach, nie liczą się jako ozdobniki. Bez względu na formy i kształty – mnóstwo zadań nie potrzebuje dodatkowych upiększaczy, skoro najważniejsza staje się praca umysłowa, którą trzeba wykonać trochę poza stronami.
Tu trzeba myśleć, kombinować, zapamiętywać, kojarzyć, łączyć fakty, a czasami wykorzystywać wiedzę spoza lektury. Ale akurat rozwijanie zdolności umysłowych nie zaszkodzi nikomu. Zadania zostały przygotowane tak atrakcyjnie, że odbiorcy do klucza odpowiedzi będą zaglądać tylko po to, żeby sprawdzić, czy poprawnie przeprowadzili proces dedukcji – to kontrola umiejętności, a nie zastępowanie wysiłku intelektualnego drogą na skróty. Jest zatem „Test na szpiega” wyzwaniem, które młodzi odbiorcy mogą podjąć, żeby przekonać się, czy poradzą sobie w trudnym i wypełnionym sensacjami świecie.
poniedziałek, 2 lutego 2026
Joana Jesus: Umiem rysować. Jeszcze więcej dinozaurów
Kropka, Warszawa 2026.
Prehistoria
Dinozaurów nigdy za wiele. Wie o tym świetnie Joana Jesus, autorka lubianych przez najmłodszych poradników do rysowania – na rynku pojawia się ponownie z uzupełnieniem serii Umiem rysować, tym razem o podtytule „Jeszcze więcej dinozaurów”. Co oznacza, że każdy maluch, który przechodzi fascynację prehistorycznymi gadami – a to zjawisko powszechne – musi do tego tomiku zajrzeć, żeby urozmaicić swoje rysunki. Trzydzieści dinozaurów, czasami o bardzo skomplikowanych nazwach (bo obok oswojonego już w świadomości publicznej ichtiozaura, tyranozaura czy brontozaura znalazły się tu między innymi archeopteryks, monolofozaur czy majazaura. Z jednej strony to zatem wskazówka, czego poszukiwać, z drugiej – podpowiedź, jak narysować to wszystko, co się znalazło i czym się fascynuje. Coś w sam raz dla małych fascynatów świata sprzed milionów lat – i dla tych, którzy nie wierzą w swoje umiejętności i talenty i potrzebują pokierowania, żeby wziąć się do pracy. A przecież umiejętność rysowania bardzo przydaje się później w sztuce pisania, jest ćwiczeniem nie do zastąpienia – warto więc do takiej aktywności dzieci nieustannie zachęcać. Maluchy wcale nie muszą czytać dziwnych i obcobrzmiących nazw (chociaż może to być wstęp do nauki poznawania liter i pierwszy krok w kierunku samodzielnego czytania, wystarczy, że rodzice wykażą się cierpliwością i będą powtarzać łamiące język nazwy na żądanie kilkulatka). Każda rozkładówka to bowiem przedstawienie trzech kroków w rysowaniu wybranego dinozaura (funkcjonującego w miniaturce na górnym marginesie, żeby odbiorcy wiedzieli, do czego dążyć i jaki efekt powinni uzyskać, a także – żeby bez konieczności czytania mogli wybrać dinozaura najlepiej pasującego do ich wyobraźniowej scenki do narysowania). Trzy kroki są bardzo proste i naiwne w duchu – końcowa wersja to przecież nie realistyczny rysunek, a komiksowe przedstawienie wybranego gatunku, dość humorystyczne, przyjemne i zachęcające do działania choćby przez uśmiechnięte miny bohaterów. Dinozaury w tym ujęciu nie są groźnymi drapieżnikami, a sympatycznymi stworami, które warto zaprosić na swoje rysunki. Tomik kończy się szybkim kursem rysowania drzewa palmowego, wulkanu i asteroidy (można zatem odtworzyć ostatnie chwile życia ulubionych stworów), a także kilkoma rozkładówkami z miejscem na wyrysowanie konkretnych bohaterów – i poćwiczenie swoich umiejętności w odpowiednim kontekście. Joana Jesus chce, żeby dzieci rysowały bez kompleksów i podpowiada, jak to zrobić – wcale nie trzeba wielkiego wysiłku, żeby odtwarzać prehistoryczne gady, te wielkie i te nieduże. To okazja dla dzieci do poszerzania kręgu zainteresowań i do ćwiczenia małej motoryki, zadanie wyjątkowo przyjemne i niekojarzące się z ciężką pracą czy wielkim wysiłkiem – wystarczy podążać za wskazówkami, albo na miejscu w książce, albo na osobnych kartkach – nie jest to zatem jednorazowa zabawa. Nawet dorośli, którzy mają ochotę coś stworzyć po godzinach, mogą wykorzystać podpowiedzi tej autorki i urozmaicić swoje gryzmoły. Ta książka poprawia humor.
Prehistoria
Dinozaurów nigdy za wiele. Wie o tym świetnie Joana Jesus, autorka lubianych przez najmłodszych poradników do rysowania – na rynku pojawia się ponownie z uzupełnieniem serii Umiem rysować, tym razem o podtytule „Jeszcze więcej dinozaurów”. Co oznacza, że każdy maluch, który przechodzi fascynację prehistorycznymi gadami – a to zjawisko powszechne – musi do tego tomiku zajrzeć, żeby urozmaicić swoje rysunki. Trzydzieści dinozaurów, czasami o bardzo skomplikowanych nazwach (bo obok oswojonego już w świadomości publicznej ichtiozaura, tyranozaura czy brontozaura znalazły się tu między innymi archeopteryks, monolofozaur czy majazaura. Z jednej strony to zatem wskazówka, czego poszukiwać, z drugiej – podpowiedź, jak narysować to wszystko, co się znalazło i czym się fascynuje. Coś w sam raz dla małych fascynatów świata sprzed milionów lat – i dla tych, którzy nie wierzą w swoje umiejętności i talenty i potrzebują pokierowania, żeby wziąć się do pracy. A przecież umiejętność rysowania bardzo przydaje się później w sztuce pisania, jest ćwiczeniem nie do zastąpienia – warto więc do takiej aktywności dzieci nieustannie zachęcać. Maluchy wcale nie muszą czytać dziwnych i obcobrzmiących nazw (chociaż może to być wstęp do nauki poznawania liter i pierwszy krok w kierunku samodzielnego czytania, wystarczy, że rodzice wykażą się cierpliwością i będą powtarzać łamiące język nazwy na żądanie kilkulatka). Każda rozkładówka to bowiem przedstawienie trzech kroków w rysowaniu wybranego dinozaura (funkcjonującego w miniaturce na górnym marginesie, żeby odbiorcy wiedzieli, do czego dążyć i jaki efekt powinni uzyskać, a także – żeby bez konieczności czytania mogli wybrać dinozaura najlepiej pasującego do ich wyobraźniowej scenki do narysowania). Trzy kroki są bardzo proste i naiwne w duchu – końcowa wersja to przecież nie realistyczny rysunek, a komiksowe przedstawienie wybranego gatunku, dość humorystyczne, przyjemne i zachęcające do działania choćby przez uśmiechnięte miny bohaterów. Dinozaury w tym ujęciu nie są groźnymi drapieżnikami, a sympatycznymi stworami, które warto zaprosić na swoje rysunki. Tomik kończy się szybkim kursem rysowania drzewa palmowego, wulkanu i asteroidy (można zatem odtworzyć ostatnie chwile życia ulubionych stworów), a także kilkoma rozkładówkami z miejscem na wyrysowanie konkretnych bohaterów – i poćwiczenie swoich umiejętności w odpowiednim kontekście. Joana Jesus chce, żeby dzieci rysowały bez kompleksów i podpowiada, jak to zrobić – wcale nie trzeba wielkiego wysiłku, żeby odtwarzać prehistoryczne gady, te wielkie i te nieduże. To okazja dla dzieci do poszerzania kręgu zainteresowań i do ćwiczenia małej motoryki, zadanie wyjątkowo przyjemne i niekojarzące się z ciężką pracą czy wielkim wysiłkiem – wystarczy podążać za wskazówkami, albo na miejscu w książce, albo na osobnych kartkach – nie jest to zatem jednorazowa zabawa. Nawet dorośli, którzy mają ochotę coś stworzyć po godzinach, mogą wykorzystać podpowiedzi tej autorki i urozmaicić swoje gryzmoły. Ta książka poprawia humor.
niedziela, 1 lutego 2026
Paulina Tondos: Grenlandia. Ulotny duch Północy
Bezdroża, Gliwice 2026.
Północ
Jest w tej książce coś magnetyzującego i niezwykłego, chociaż Paulina Tondos stara się budować narrację tak, żeby wypaść jak najbardziej uniwersalnie i w stylu trochę zbliżonym do podręcznikowego. Jednak nie ukrywa fascynacji Grenlandią, a co za tym idzie – także wie, jak przeszczepić ją odbiorcom. „Grenlandia. Ulotny duch Północy” to książka niepozorna i ukrywająca naprawdę fascynujące treści, a do tego przygotowana fachowo i z myślą nie tylko o aktualnych wydarzeniach – chociaż na aktualności trochę przypadkowo zyskuje. Autorka podchodzi do tematu ze znawstwem i kieruje się przede wszystkim chęcią udzielania odbiorcom szczegółowych wyjaśnień na temat miejsca. Zaczyna wręcz podręcznikowo od opowieści o lodowcach, ukształtowaniu terenu, położeniu geograficznym – to wszystko przyda się później, między innymi przy omawianiu tematu złóż naturalnych, tak rozpalającego politykę międzynarodową. Zresztą na tematy polityczne też znalazło się miejsce – bo autorka dba o to, żeby przedstawić historyczne i aktualne znaczenie Grenlandii, a osobny rozdział przeznacza w ogóle na omówienie, co Stany Zjednoczone chcą od Grenlandii uzyskać. To dobry pomysł, żeby uświadomić części czytelników, o co cała gra. Ale sprawy polityczne to tak naprawdę tylko margines w tej publikacji, niewielki element pozwalający poznawać specyfikę regionu i mentalność mieszkańców. Paulina Tondos chce bowiem prezentować – zgodnie z podtytułem – ulotnego ducha Północy i zabiera się do tego znakomicie. Efekty, jakie uzyskuje, olśniewają.
Jeśli ktoś ma ochotę na poznawanie lokalnych wierzeń i przekazów ludowych, tradycji oraz opowieści, które przez całe wieki zapładniały wyobraźnię lokalsów, może je tutaj znaleźć. Autorka jest świadoma, jak bardzo prezentowane przez nią fabuły odbiegają od dzisiejszych standardów wydawniczych – mnóstwo tu krwawych i przerażających sytuacji, które prowadziły do wyjaśniania nieznanego i do budowania przestróg, które zapadną w pamięć miejscowym. Dzisiaj czyta się o tych pomysłach z lekkim uśmiechem, ale Paulina Tondos uświadamia też czytelnikom, jak ważne jest ocalanie dziedzictwa kulturowego i znalezienie miejsca na utrwalenie dorobku przodków, nawet jeśli dzisiaj wydaje się on kompletnie nieprzydatny w wymiarze praktycznym. Opowieści z surowej północy ucieszą czytelników – pokażą im całą egzotykę i osobność Grenlandii, ale też wartość ocalonych historii i fabuł. Część kulturoznawcza bardzo ożywia tę książkę i staje się najważniejszym powodem, dla którego sięgać po nią mogą przypadkowi odbiorcy – Tondos ich nie rozczaruje, przyniesie im cały zestaw ciekawostek i efektów imaginacji, uporządkowany i starannie przedstawiony.
Autorka staje w opozycji wobec blogerskich wywodów i szybkich komentarzy. Dba o to, żeby przedstawić Grenlandię starannie, bez skrótów i jednocześnie bez przegadania. Udaje jej się dobrze wyważać proporcje i zamieniać lekturę w przygodę – mimo że nie rezygnuje z popularnonaukowego stylu. Jest tu bardzo gęsta narracja wypełniona ciekawostkami i anegdotami, przygotowująca do ewentualnych podróży albo do zwiększenia uwagi poświęcanej dalekim krajom. Paulina Tondos prowadzi czytelników z zacięciem i dużą wiedzą, sprawia, że chce się za nią podążać – i że lektura zamienia się w dużą przyjemność. Warto się na ten niepozorny tom zdecydować: nie mamy tu przeładowania grafikami, liczą się za to komentarze oddziałujące na wyobraźnię.
Północ
Jest w tej książce coś magnetyzującego i niezwykłego, chociaż Paulina Tondos stara się budować narrację tak, żeby wypaść jak najbardziej uniwersalnie i w stylu trochę zbliżonym do podręcznikowego. Jednak nie ukrywa fascynacji Grenlandią, a co za tym idzie – także wie, jak przeszczepić ją odbiorcom. „Grenlandia. Ulotny duch Północy” to książka niepozorna i ukrywająca naprawdę fascynujące treści, a do tego przygotowana fachowo i z myślą nie tylko o aktualnych wydarzeniach – chociaż na aktualności trochę przypadkowo zyskuje. Autorka podchodzi do tematu ze znawstwem i kieruje się przede wszystkim chęcią udzielania odbiorcom szczegółowych wyjaśnień na temat miejsca. Zaczyna wręcz podręcznikowo od opowieści o lodowcach, ukształtowaniu terenu, położeniu geograficznym – to wszystko przyda się później, między innymi przy omawianiu tematu złóż naturalnych, tak rozpalającego politykę międzynarodową. Zresztą na tematy polityczne też znalazło się miejsce – bo autorka dba o to, żeby przedstawić historyczne i aktualne znaczenie Grenlandii, a osobny rozdział przeznacza w ogóle na omówienie, co Stany Zjednoczone chcą od Grenlandii uzyskać. To dobry pomysł, żeby uświadomić części czytelników, o co cała gra. Ale sprawy polityczne to tak naprawdę tylko margines w tej publikacji, niewielki element pozwalający poznawać specyfikę regionu i mentalność mieszkańców. Paulina Tondos chce bowiem prezentować – zgodnie z podtytułem – ulotnego ducha Północy i zabiera się do tego znakomicie. Efekty, jakie uzyskuje, olśniewają.
Jeśli ktoś ma ochotę na poznawanie lokalnych wierzeń i przekazów ludowych, tradycji oraz opowieści, które przez całe wieki zapładniały wyobraźnię lokalsów, może je tutaj znaleźć. Autorka jest świadoma, jak bardzo prezentowane przez nią fabuły odbiegają od dzisiejszych standardów wydawniczych – mnóstwo tu krwawych i przerażających sytuacji, które prowadziły do wyjaśniania nieznanego i do budowania przestróg, które zapadną w pamięć miejscowym. Dzisiaj czyta się o tych pomysłach z lekkim uśmiechem, ale Paulina Tondos uświadamia też czytelnikom, jak ważne jest ocalanie dziedzictwa kulturowego i znalezienie miejsca na utrwalenie dorobku przodków, nawet jeśli dzisiaj wydaje się on kompletnie nieprzydatny w wymiarze praktycznym. Opowieści z surowej północy ucieszą czytelników – pokażą im całą egzotykę i osobność Grenlandii, ale też wartość ocalonych historii i fabuł. Część kulturoznawcza bardzo ożywia tę książkę i staje się najważniejszym powodem, dla którego sięgać po nią mogą przypadkowi odbiorcy – Tondos ich nie rozczaruje, przyniesie im cały zestaw ciekawostek i efektów imaginacji, uporządkowany i starannie przedstawiony.
Autorka staje w opozycji wobec blogerskich wywodów i szybkich komentarzy. Dba o to, żeby przedstawić Grenlandię starannie, bez skrótów i jednocześnie bez przegadania. Udaje jej się dobrze wyważać proporcje i zamieniać lekturę w przygodę – mimo że nie rezygnuje z popularnonaukowego stylu. Jest tu bardzo gęsta narracja wypełniona ciekawostkami i anegdotami, przygotowująca do ewentualnych podróży albo do zwiększenia uwagi poświęcanej dalekim krajom. Paulina Tondos prowadzi czytelników z zacięciem i dużą wiedzą, sprawia, że chce się za nią podążać – i że lektura zamienia się w dużą przyjemność. Warto się na ten niepozorny tom zdecydować: nie mamy tu przeładowania grafikami, liczą się za to komentarze oddziałujące na wyobraźnię.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)






