Sensus, Gliwice 2026.
Pamiętanie
Dr Dale E. Bredesen nie ustaje w wysiłkach, żeby przekonać czytelników do swoich racji. Do tego stopnia, że momentami ma się wrażenie, że retoryczne popisy przyćmiewają u niego dążenie do prowadzenia lekcji z higieny mózgu dla wszystkich tych, którzy boją się osłabienia funkcji poznawczych w przyszłości. „Mózg wiecznie młody” to stałe powtarzanie, że istnieje możliwość zachowania bystrego umysłu w późnym wieku – i przypominanie, że ciągle wydłuża się średnia wieku, więc warto zabrać się do ćwiczeń i działań, żeby nie zostać na stare lata z poważnym problemem.
Bredensen bazuje na społecznym lęku przed chorobą Alzheimera i demencją. Zdaje sobie sprawę, że to otoczenie najczęściej wychwytuje pierwsze objawy, ale jednocześnie wie, że problemy z mózgiem oznaczają pogorszenie jakości życia w każdym jego aspekcie. Dba zatem o to, żeby czytelnicy przyswoili sobie przekonanie, że mogą coś z tym zrobić. Wylicza cały zestaw badań, które można wykonać jeszcze zanim pojawią się niepokojące symptomy – zaskakujący może być fakt, że na te badania zaprasza młodych ludzi. Jednak najbardziej dziwić będzie głębokie przekonanie autora, że da się uniknąć schorzeń, które wywołują jeszcze w medycynie sporo pytań i wątpliwości. Bredesen wątpliwości nie ma – uważa, że każdy może zapewnić sobie wymarzoną zdrową głowę – ale to będzie wymagać bardzo dużo samozaparcia i pracy nad sobą.
Przedstawia autor czytelnikom kilka czynników, które wpływają na kondycję mózgu. Wyjaśnia, jak ważne jest znaczenie snu i unikanie przewlekłych stanów zapalnych, dlaczego trzeba zwracać uwagę na toksyny w codziennym otoczeniu (to zarówno metale ciężkie, jak i zarodniki grzybów, pleśń i mikroplastik), koncentruje się też na znaczeniu właściwej diety. Wyliczenie tych elementów zajęłoby nie więcej niż kilka akapitów, ale trzeba przecież zapełnić całą książkę i – co trudniejsze – przekonać czytelników, że autor jest ekspertem, a nie twórcą nierealnych oczekiwań i teorii budowanych na przekonaniach niepopartych źródłami. Znajduje w książce miejsce na opisywanie pracy mózgu i przedstawianie stanu badań – ale warto zaznaczyć, że posługuje się tu dość hermetycznym tonem, co sprawia, że dla części odbiorców dyskurs może być mniej zrozumiały. I właśnie dlatego sporo wysiłku wkłada w perswazję: chce wpłynąć na czytelników i nie tylko zachęcić, ale wręcz zmusić ich do zmiany szkodliwych przyzwyczajeń. Roztacza przed odbiorcami wizję szczęśliwej i satysfakcjonującej jesieni życia: zupełnie jakby choroby mózgu i układu nerwowego były jedynymi, które utrudniają cieszenie się starością. Trochę to zbyt optymistyczne podejście, ale być może dla czytelników mających w rodzinie przypadki demencji krzepiące. Szuka zatem autor przykładów – często z najbliższego otoczenia – stulatków z werwą (lub tych, którzy bliscy byli przekroczenia magicznej granicy stu lat) – to także ma motywować czytelników do pracy nad sobą. A Bredesen po prostu podsuwa sposoby na działanie. Zależy mu najbardziej na tym, żeby czytelnicy jak najszybciej zaczęli wdrażanie zmian – przekonuje, że nawet drobne kroki są lepsze niż nic. I to sprawia, że „Mózg wiecznie młody” funkcjonować będzie obok poradników dotyczących zdrowia – jako uzupełnienie teoretyczne z elementami wskazówek dla czytelników. Raczej trudno będzie ocenić przydatność porad – ale z pewnością stosowanie się do nich nie zaszkodzi nawet sceptykom.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sensus. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sensus. Pokaż wszystkie posty
piątek, 24 lipca 2026
środa, 18 lutego 2026
Ewa Wądołowska: Zaburzenia lękowe. Jak naturalnie przywrócić spokój i harmonię
Sensus, Gliwice 2026.
Bez lekarstw
Jest taki stan, w którym jeszcze nie trzeba sięgać po leki, żeby wyregulować psychiczne reakcje organizmu, ale który już wywołuje dyskomfort i uniemożliwia zwyczajne funkcjonowanie. Ewa Wądołowska przygląda się tematowi zaburzeń lękowych pod kątem łagodzenia ich pozamedycznymi sposobami. Jednak jej książka „Zaburzenia lękowe. Jak naturalnie przywrócić spokój i harmonię” to bardziej skrypt niż poradnik, próba zebrania wiadomości, które pojawiają się w publikacjach psychologicznych i które pozwalają na zrozumienie stanu – a mniej zestaw wskazówek do wcielenia w życie. Lektura zatem pomoże zrozumieć zachowania, zracjonalizuje je trochę, ale pracę nad sobą trzeba i tak będzie wykonać samodzielnie i niekoniecznie w oparciu o tę propozycję.
Jeśli chodzi o stronę praktyczną – czyli radzenie sobie z lękiem – autorka przebiega się po najbardziej znanych i charakterystycznych tematach, sprowadzając je do kilkuakapitowych komentarzy. Przywołuje metody relaksacyjne – podpowiada, że warto wykorzystać bodźce zapachowe, dźwiękowe i dotykowe, ćwiczenia oddechowe, pisanie zgodnie ze strumieniem świadomości, postawić na ruch, światło lub kontakt z naturą – za każdym razem po prostu przybliża odbiorcom, na czym może polegać terapia, którą jednak można wykorzystywać fragmentarycznie, bez większego zaangażowania. Lęk może mieć swoje źródła w niewłaściwej diecie albo w problemach ze zdrowiem – w tym wypadku warto postawić na odpowiednie przyprawy, albo włączyć do diety konkretne potrawy, które złagodzą problem, może pomóc również suplementacja – autorka wylicza witaminy i probiotyki, które nie zaszkodzą, a mogą doprowadzić do poprawienia ogólnej kondycji. Nie zabraknie rozdziału o ziołach i ich wpływie na łagodzenie stresów. Wądołowska czerpie ze swoich doświadczeń – przywołuje najbardziej charakterystyczne przyczyny stanów lękowych, sięga do odwołań socjologicznych i społecznych, żeby pokazać, jak przyczyny lęku rozkładają się w zależności od płci czy wieku. I to wszystko nie służy autodiagnozowaniu, jest po prostu zasygnalizowaniem wiedzy i praktyki – tak, żeby czytelnicy uwierzyli autorce i pozwolili się jej poprowadzić. Ewa Wądołowska nie ma daru tworzenia wciągającej narracji. Stawia na wyliczenia, teksty w kolejnych minirozdziałach przypominają raczej notatki wyciągnięte z listy lektur (kto chce zgłębić temat, dostanie bibliografię na końcu każdej części tomu). Pisze dość naiwnie i nie zaprosi czytelników do odbywania wspólnej przygody z odkrywaniem tematów okołolękowych – nie zastanawia się też nad tym, jak kwestie wyczytane w książkach specjalistycznych przyjmą zwykli czytelnicy – nie próbuje własnymi słowami opowiadać o konkretnych sytuacjach albo tematach. Lepiej czuje się w wyliczeniach, w skryptowych notatkach i w hasłowych komentarzach niż w opracowywaniu tematu. Ale ucieka od wypracowywania własnych teorii albo programów prowadzących do samoleczenia: każdy może znaleźć coś dla siebie w przywoływanych przez nią kwestiach, przetestować albo przynajmniej sprawdzić ogrom możliwości – nie znajdzie się tu typowego dla poradników zestawu rozwiązań idealnych na wszystko. To lepiej: autorka jedynie wyznacza możliwości wyboru dla tych, którzy jeszcze nie potrzebują wsparcia medycznego, a nie prowadzi ich przez terapie o niesprawdzonej skuteczności.
Bez lekarstw
Jest taki stan, w którym jeszcze nie trzeba sięgać po leki, żeby wyregulować psychiczne reakcje organizmu, ale który już wywołuje dyskomfort i uniemożliwia zwyczajne funkcjonowanie. Ewa Wądołowska przygląda się tematowi zaburzeń lękowych pod kątem łagodzenia ich pozamedycznymi sposobami. Jednak jej książka „Zaburzenia lękowe. Jak naturalnie przywrócić spokój i harmonię” to bardziej skrypt niż poradnik, próba zebrania wiadomości, które pojawiają się w publikacjach psychologicznych i które pozwalają na zrozumienie stanu – a mniej zestaw wskazówek do wcielenia w życie. Lektura zatem pomoże zrozumieć zachowania, zracjonalizuje je trochę, ale pracę nad sobą trzeba i tak będzie wykonać samodzielnie i niekoniecznie w oparciu o tę propozycję.
Jeśli chodzi o stronę praktyczną – czyli radzenie sobie z lękiem – autorka przebiega się po najbardziej znanych i charakterystycznych tematach, sprowadzając je do kilkuakapitowych komentarzy. Przywołuje metody relaksacyjne – podpowiada, że warto wykorzystać bodźce zapachowe, dźwiękowe i dotykowe, ćwiczenia oddechowe, pisanie zgodnie ze strumieniem świadomości, postawić na ruch, światło lub kontakt z naturą – za każdym razem po prostu przybliża odbiorcom, na czym może polegać terapia, którą jednak można wykorzystywać fragmentarycznie, bez większego zaangażowania. Lęk może mieć swoje źródła w niewłaściwej diecie albo w problemach ze zdrowiem – w tym wypadku warto postawić na odpowiednie przyprawy, albo włączyć do diety konkretne potrawy, które złagodzą problem, może pomóc również suplementacja – autorka wylicza witaminy i probiotyki, które nie zaszkodzą, a mogą doprowadzić do poprawienia ogólnej kondycji. Nie zabraknie rozdziału o ziołach i ich wpływie na łagodzenie stresów. Wądołowska czerpie ze swoich doświadczeń – przywołuje najbardziej charakterystyczne przyczyny stanów lękowych, sięga do odwołań socjologicznych i społecznych, żeby pokazać, jak przyczyny lęku rozkładają się w zależności od płci czy wieku. I to wszystko nie służy autodiagnozowaniu, jest po prostu zasygnalizowaniem wiedzy i praktyki – tak, żeby czytelnicy uwierzyli autorce i pozwolili się jej poprowadzić. Ewa Wądołowska nie ma daru tworzenia wciągającej narracji. Stawia na wyliczenia, teksty w kolejnych minirozdziałach przypominają raczej notatki wyciągnięte z listy lektur (kto chce zgłębić temat, dostanie bibliografię na końcu każdej części tomu). Pisze dość naiwnie i nie zaprosi czytelników do odbywania wspólnej przygody z odkrywaniem tematów okołolękowych – nie zastanawia się też nad tym, jak kwestie wyczytane w książkach specjalistycznych przyjmą zwykli czytelnicy – nie próbuje własnymi słowami opowiadać o konkretnych sytuacjach albo tematach. Lepiej czuje się w wyliczeniach, w skryptowych notatkach i w hasłowych komentarzach niż w opracowywaniu tematu. Ale ucieka od wypracowywania własnych teorii albo programów prowadzących do samoleczenia: każdy może znaleźć coś dla siebie w przywoływanych przez nią kwestiach, przetestować albo przynajmniej sprawdzić ogrom możliwości – nie znajdzie się tu typowego dla poradników zestawu rozwiązań idealnych na wszystko. To lepiej: autorka jedynie wyznacza możliwości wyboru dla tych, którzy jeszcze nie potrzebują wsparcia medycznego, a nie prowadzi ich przez terapie o niesprawdzonej skuteczności.
poniedziałek, 8 grudnia 2025
Albert Rutherford: Myśl algorytmicznie
Sensus, Helion, Gliwice 2025.
Programy
Dwie zalety ma ta książka – dwie zalety, które sprawią, że odbiorcy chętnie będą po nią sięgać. Po pierwsze tytuł, który zawiera w sobie nie tylko nakaz, ale też obietnicę, że da się go wprowadzić w czyn – wielu ludzi chciałoby myśleć algorytmicznie, nastawić się na systemowe rozwiązanie problemów. Po drugie – objętość. Cały tomik łącznie z bibliografią i przypisami to zaledwie sto stron – co oznacza, że w skondensowanej formie odbiorcy otrzymają tu mnóstwo porad i wskazówek. Albert Rutheford bowiem poważnie podchodzi do swojego zadania, tworzy poradnik, ale poradnik, który ma dla dzisiejszych czytelników sporą moc. Nie wprowadza oczywiście wiadomości nowych, ale przez zgrabne nawiązanie do programów komputerowych podpowiada, co zrobić, żeby trochę uprościć sobie codzienność. Algorytmy większości czytelników kojarzą się z komputerami – komputery to niezawodność i pewnego rodzaju mechanizacja codziennych zajęć. Autor przygląda się dokonaniom psychologów i wybiera z nich to wszystko, co pomaga w porządkowaniu świata. Tłumaczy, kiedy ludzie kierują się intuicją w podejmowaniu decyzji (i kiedy proces decyzyjny staje się najtrudniejszy przez nadmiar danych niemożliwych do porównywania czy zestawienia). Skupia się na prokrastynacji i na ruminacjach, ale naświetla też wpływ innych ludzi (lub czynników zupełnie pozbawionych sensu a wpływających na rzekomo racjonalne wybory). Ale najważniejsze jest to, że uczy tworzenia algorytmów – nie tych komputerowych, a życiowych. Rozpisuje niemal każde zadanie do wykonania na kilka prostych kroków – podpowiada czytelnikom, jak zastosować te kroki do zwyczajności. Proponuje kilka ćwiczeń do wykonania tak, żeby przyzwyczaić się do stosowania konkretnych schematów. I tyle – niczego więcej nie potrzeba. Żadnych rozbudowanych teorii (chętni i zainteresowani znajdą do nich drogę), żadnych wielkich słów i obietnic – to wszystko, co znalazło się w tej książce, daje się bezpośrednio przełożyć na życie. „Myśl algorytmicznie” to udana publikacja – niewielka, ale pełna wartościowych z perspektywy zwykłych odbiorców uwag. Autor bardzo umiejętnie łączy życiowy chaos i porządek programów komputerowych – trafia marketingowo i realizacyjnie.
Są tu krótkie rozdziały – początkowo po prostu wytyczające czytelnikom punkty do refleksji nad zwyczajowymi zachowaniami. Później jednak coraz bardziej zaczyna się liczyć praktyka – i nawet na przekonanie odbiorców do podjęcia określonych działań Rutherford znajduje odpowiednią metodę. Oczywiście trafi do przekonania tylko części publiczności literackiej, do tych ludzi, którzy potrzebują przynajmniej pozorów porządku. To dla nich cały system, banalny do zapamiętania i do wcielenia w czyn. Co ciekawe, nie ma w „Myśl algorytmicznie” przegadania ani momentów kompletnie pozbawionych znaczenia, tu wszystko jest po coś – pełni swoją funkcję, nawet jeśli na nowo odkrywa rzeczywistość dla nowych czytelników. Rutherford wie, jak wydobyć z gąszczu psychologicznych dokonań to, co istotne w procesie budowania samoświadomości. Przetwarza wybrane teorie tak, żeby pasowały do koncepcji myślenia algorytmicznego. I tym samym sprawia, że czytelnicy będą mieli wrażenie uczestniczenia w wyjątkowym odkryciu.
Programy
Dwie zalety ma ta książka – dwie zalety, które sprawią, że odbiorcy chętnie będą po nią sięgać. Po pierwsze tytuł, który zawiera w sobie nie tylko nakaz, ale też obietnicę, że da się go wprowadzić w czyn – wielu ludzi chciałoby myśleć algorytmicznie, nastawić się na systemowe rozwiązanie problemów. Po drugie – objętość. Cały tomik łącznie z bibliografią i przypisami to zaledwie sto stron – co oznacza, że w skondensowanej formie odbiorcy otrzymają tu mnóstwo porad i wskazówek. Albert Rutheford bowiem poważnie podchodzi do swojego zadania, tworzy poradnik, ale poradnik, który ma dla dzisiejszych czytelników sporą moc. Nie wprowadza oczywiście wiadomości nowych, ale przez zgrabne nawiązanie do programów komputerowych podpowiada, co zrobić, żeby trochę uprościć sobie codzienność. Algorytmy większości czytelników kojarzą się z komputerami – komputery to niezawodność i pewnego rodzaju mechanizacja codziennych zajęć. Autor przygląda się dokonaniom psychologów i wybiera z nich to wszystko, co pomaga w porządkowaniu świata. Tłumaczy, kiedy ludzie kierują się intuicją w podejmowaniu decyzji (i kiedy proces decyzyjny staje się najtrudniejszy przez nadmiar danych niemożliwych do porównywania czy zestawienia). Skupia się na prokrastynacji i na ruminacjach, ale naświetla też wpływ innych ludzi (lub czynników zupełnie pozbawionych sensu a wpływających na rzekomo racjonalne wybory). Ale najważniejsze jest to, że uczy tworzenia algorytmów – nie tych komputerowych, a życiowych. Rozpisuje niemal każde zadanie do wykonania na kilka prostych kroków – podpowiada czytelnikom, jak zastosować te kroki do zwyczajności. Proponuje kilka ćwiczeń do wykonania tak, żeby przyzwyczaić się do stosowania konkretnych schematów. I tyle – niczego więcej nie potrzeba. Żadnych rozbudowanych teorii (chętni i zainteresowani znajdą do nich drogę), żadnych wielkich słów i obietnic – to wszystko, co znalazło się w tej książce, daje się bezpośrednio przełożyć na życie. „Myśl algorytmicznie” to udana publikacja – niewielka, ale pełna wartościowych z perspektywy zwykłych odbiorców uwag. Autor bardzo umiejętnie łączy życiowy chaos i porządek programów komputerowych – trafia marketingowo i realizacyjnie.
Są tu krótkie rozdziały – początkowo po prostu wytyczające czytelnikom punkty do refleksji nad zwyczajowymi zachowaniami. Później jednak coraz bardziej zaczyna się liczyć praktyka – i nawet na przekonanie odbiorców do podjęcia określonych działań Rutherford znajduje odpowiednią metodę. Oczywiście trafi do przekonania tylko części publiczności literackiej, do tych ludzi, którzy potrzebują przynajmniej pozorów porządku. To dla nich cały system, banalny do zapamiętania i do wcielenia w czyn. Co ciekawe, nie ma w „Myśl algorytmicznie” przegadania ani momentów kompletnie pozbawionych znaczenia, tu wszystko jest po coś – pełni swoją funkcję, nawet jeśli na nowo odkrywa rzeczywistość dla nowych czytelników. Rutherford wie, jak wydobyć z gąszczu psychologicznych dokonań to, co istotne w procesie budowania samoświadomości. Przetwarza wybrane teorie tak, żeby pasowały do koncepcji myślenia algorytmicznego. I tym samym sprawia, że czytelnicy będą mieli wrażenie uczestniczenia w wyjątkowym odkryciu.
środa, 3 września 2025
Justyna Żejmo: Mózg odporny na krytykę
Sensus, Helion, Gliwice 2025.
Rady na hejt
Mnóstwo jest na rynku książek poradnikowych dotyczących samoregulacji emocji – Justyna Żejmo wpisuje się w ten nurt. Nie dość, że opracowuje schemat postępowania dla wszystkich, którzy muszą radzić sobie z nieprzychylnymi komentarzami innych, to jeszcze przekuwa opowieść w porady pop – tak, żeby trafić do szerokiego grona odbiorców. Zależy jej nie na fachowych określeniach i popularyzowaniu nauki – a na wprowadzaniu do świata czytelników zestawu narzędzi do panowania nad negatywnymi uczuciami. I teraz to, co dla jednych odbiorców będzie wielką zaletą – przystępny język, wpadający wręcz w kolokwialny styl, kompletnie oderwany od typowych poradników i książek psychologicznych – dla innych będzie największą przeszkodą w lekturze. Bo Justyna Żejmo nie prowadzi transparentnej narracji. Przede wszystkim wykorzystuje w tomie cały wachlarz metafor, momentami aż tęskni się za zwyczajnymi nazwami kory przedczołowej i ciała migdałowatego, bo dorośli ludzie niekoniecznie potrzebują antropomorfizacji do przyswajania ich znaczenia.
Autorka odwołuje się od czasu do czasu do badań psychologicznych, przedstawia zasady działania mózgu, żeby wyjaśnić odbiorcom, dlaczego przejmują się negatywnymi komentarzami i dlaczego krytyka może kogoś zniszczyć. Jednak nie to jest najważniejsze w jej książce, a zbiór pytań i uwag, które należy sobie przyswoić, żeby umieć radzić sobie ze stresem i lękiem przed byciem ocenianym. Justyna Żejmo proponuje szereg ćwiczeń prowadzących do zmiany nastawienia – a na marginesie wyjaśnia czytelnikom, dlaczego ważna jest praca nad tym podejściem. Stara się przy tym być dowcipna i barwna – co nie wydaje się specjalnie potrzebne (ani istotne): jeśli ktoś chce czytać tę książkę i działać w kierunku poprawy sytuacji, skoncentruje się na sednie przekazów – jeśli ktoś zastanawia się nad koncepcją i planem proponowanym przez autorkę – będzie się trochę męczyć z przedzieraniem się przez mrugnięcia okiem do czytelników. Nie zabraknie tu oczywiście przykładowych scenek z gabinetu psychologa – na szczęście nie jest ich zbyt dużo (za to wszystkie kończą się płaczem klientek i idealnym zrozumieniem przekazu, co oczywiście prowadzi do wprowadzania pozytywnych zmian). Żeby trafić do odbiorców, Justyna Żejmo wybiera często akronimy, wie, że chwytliwe nazwy zapadną odbiorcom w pamięć i pozwolą na łatwiejsze powracanie do notatek z lektury.
„Mózg odporny na krytykę” to książka, która koncentruje się na wypracowaniu odruchów radzenia sobie z hejtem i ocenami (a także – na odejściu od samego oceniania). W idealnym świecie taka lektura rozwiązałaby wiele problemów odbiorców – jednak ponieważ tych, którzy się zastosują do podawanych wskazówek, nie będzie wielu, motyw stresu związanego z negatywnymi opiniami nie zniknie. A jednak warto przyjrzeć się rozwiązaniom i podpowiedziom podsuwanym w tej publikacji – żeby zastanowić się nad podejściem do rzeczywistości i do innych, żeby być może wypracować sobie pewne mechanizmy obronne i żeby umieć funkcjonować w świecie, w którym każde działanie wystawiane jest na taksujące spojrzenia ludzi.
Rady na hejt
Mnóstwo jest na rynku książek poradnikowych dotyczących samoregulacji emocji – Justyna Żejmo wpisuje się w ten nurt. Nie dość, że opracowuje schemat postępowania dla wszystkich, którzy muszą radzić sobie z nieprzychylnymi komentarzami innych, to jeszcze przekuwa opowieść w porady pop – tak, żeby trafić do szerokiego grona odbiorców. Zależy jej nie na fachowych określeniach i popularyzowaniu nauki – a na wprowadzaniu do świata czytelników zestawu narzędzi do panowania nad negatywnymi uczuciami. I teraz to, co dla jednych odbiorców będzie wielką zaletą – przystępny język, wpadający wręcz w kolokwialny styl, kompletnie oderwany od typowych poradników i książek psychologicznych – dla innych będzie największą przeszkodą w lekturze. Bo Justyna Żejmo nie prowadzi transparentnej narracji. Przede wszystkim wykorzystuje w tomie cały wachlarz metafor, momentami aż tęskni się za zwyczajnymi nazwami kory przedczołowej i ciała migdałowatego, bo dorośli ludzie niekoniecznie potrzebują antropomorfizacji do przyswajania ich znaczenia.
Autorka odwołuje się od czasu do czasu do badań psychologicznych, przedstawia zasady działania mózgu, żeby wyjaśnić odbiorcom, dlaczego przejmują się negatywnymi komentarzami i dlaczego krytyka może kogoś zniszczyć. Jednak nie to jest najważniejsze w jej książce, a zbiór pytań i uwag, które należy sobie przyswoić, żeby umieć radzić sobie ze stresem i lękiem przed byciem ocenianym. Justyna Żejmo proponuje szereg ćwiczeń prowadzących do zmiany nastawienia – a na marginesie wyjaśnia czytelnikom, dlaczego ważna jest praca nad tym podejściem. Stara się przy tym być dowcipna i barwna – co nie wydaje się specjalnie potrzebne (ani istotne): jeśli ktoś chce czytać tę książkę i działać w kierunku poprawy sytuacji, skoncentruje się na sednie przekazów – jeśli ktoś zastanawia się nad koncepcją i planem proponowanym przez autorkę – będzie się trochę męczyć z przedzieraniem się przez mrugnięcia okiem do czytelników. Nie zabraknie tu oczywiście przykładowych scenek z gabinetu psychologa – na szczęście nie jest ich zbyt dużo (za to wszystkie kończą się płaczem klientek i idealnym zrozumieniem przekazu, co oczywiście prowadzi do wprowadzania pozytywnych zmian). Żeby trafić do odbiorców, Justyna Żejmo wybiera często akronimy, wie, że chwytliwe nazwy zapadną odbiorcom w pamięć i pozwolą na łatwiejsze powracanie do notatek z lektury.
„Mózg odporny na krytykę” to książka, która koncentruje się na wypracowaniu odruchów radzenia sobie z hejtem i ocenami (a także – na odejściu od samego oceniania). W idealnym świecie taka lektura rozwiązałaby wiele problemów odbiorców – jednak ponieważ tych, którzy się zastosują do podawanych wskazówek, nie będzie wielu, motyw stresu związanego z negatywnymi opiniami nie zniknie. A jednak warto przyjrzeć się rozwiązaniom i podpowiedziom podsuwanym w tej publikacji – żeby zastanowić się nad podejściem do rzeczywistości i do innych, żeby być może wypracować sobie pewne mechanizmy obronne i żeby umieć funkcjonować w świecie, w którym każde działanie wystawiane jest na taksujące spojrzenia ludzi.
czwartek, 21 sierpnia 2025
Peter Hollins: Lepsza wersja mózgu. Sekret osiągania pełnego potencjału i realizacji najtrudniejszych celów
Sensus, Helion, Gliwice 2025.
Przyswajanie wiedzy
Peter Hollins nie będzie odbiorców zamęczał hermetycznym językiem albo budowaniem podręcznikowych rozdziałów. Stawia na popularyzowanie wiadomości i na lekki styl, który trafi do szerokiego grona odbiorców, a przy tym dostarczy kilku przydatnych informacji – do przełożenia na samorozwój. „Lepsza wersja mózgu” to książka niewielka, kierowana do odbiorców nastawionych na doskonalenie siebie. Wszyscy, którzy chcieliby lepiej wykorzystywać potencjał swojego mózgu, tu znajdą wskazówki i podpowiedzi dotyczące codziennych zachowań i treningów – tak, by łatwo było lekturę potraktować jak przewodnik w pracy nad sobą. Peter Hollins rezygnuje i z przepisywania książek dla fachowców – chociaż wiadomo, że mózg to temat trudny i nawet specjaliści mieliby problem, żeby zwięźle przedstawić wiedzę na jego temat – autor skupia się na wybranych aspektach, które bezpośrednio przekładają się na pracę nad nawykami czy umiejętnościami. Odrzuca jednak też rytm kioskowych poradników i skryptów: tutaj nie ma skondensowanych zestawów działań, planów do wdrożenia w życie – wnioski trzeba wyciągać samodzielnie i wybierać odpowiednie dla siebie podpowiedzi.
Peter Hollins chce, żeby odbiorcy zaufali mu w kwestii opowiadania o mózgu, dlatego też stara się przybliżać zdobycze nauki i przetrawiać je dla szerokiej publiczności. Jest mu to potrzebne dla uzasadnień: „Lepsza wersja mózgu” nie bazuje przecież na jakiejś ogólnej wiedzy posiadanej przez społeczeństwo: trzeba przygotować grunt pod odpowiednie uwagi. A ponieważ tom obiecuje sukces – „Sekret osiągania pełnego potencjału i realizacji najtrudniejszych celów” – głosi podtytuł – nie ma zbyt dużo czasu na teoretyzowanie. Hollins opowie w wielkim skrócie o mózgu i o neuroprzekaźnikach, podkreśli też znaczenie flory jelitowej w jakości zdobywania wiedzy, przywoła również czynniki, które sprzyjają uczeniu się – znajdzie się tu zatem wyliczenie powtarzanych do znudzenia składników dobrego uczenia się. Autor doradzi, jak pokonywać rozpraszacze uwagi i jak zmusić się do pracy wtedy, kiedy nie ma się ochoty na wysiłek umysłowy. Sprawdza, kiedy osiągnie się najlepsze efekty podczas wkuwania wiadomości: inaczej przygotowuje się do egzaminu w krótkim czasie, inaczej – kiedy ma się zamiar osiągnąć długofalowe efekty.
Jest w tej narracji rodzaj obietnicy dla czytelników: każdy, kto pojmie istotę funkcjonowania mózgu, będzie mógł odebrać swoją nagrodę: poprawić zdolność zapamiętywania i kojarzenia faktów, co przełoży się na dalsze osiągnięcia w każdej możliwej dziedzinie. Oczywiście od pracy odbiorców zależeć będą efekty – ale według Petera Hollinsa nie trzeba zbyt dużo, żeby móc cieszyć się sukcesami.
Nie jest to publikacja, która ma faktycznie poszerzać zasób wiadomości o pracy mózgu – Peter Hollins nastawia się na czytelników, którzy szukają drogi do rozwoju i tak też traktuje temat. „Lepsza wersja mózgu” przynosi zatem zestaw podsumowań: praktyczną porcję ciekawostek i wskazówek prowadzących do samodoskonalenia. Jest to publikacja, którą czyta się łatwo: informacje podane zostały przystępnie i tak, by zachęcić odbiorców do śledzenia wywodu. Peter Hollins na żadnym etapie komentowania pracy mózgu nie odstraszy czytelników – kto zechce mu zaufać, przypomni sobie, co najbardziej się liczy przy procesie zdobywania wiedzy.
Przyswajanie wiedzy
Peter Hollins nie będzie odbiorców zamęczał hermetycznym językiem albo budowaniem podręcznikowych rozdziałów. Stawia na popularyzowanie wiadomości i na lekki styl, który trafi do szerokiego grona odbiorców, a przy tym dostarczy kilku przydatnych informacji – do przełożenia na samorozwój. „Lepsza wersja mózgu” to książka niewielka, kierowana do odbiorców nastawionych na doskonalenie siebie. Wszyscy, którzy chcieliby lepiej wykorzystywać potencjał swojego mózgu, tu znajdą wskazówki i podpowiedzi dotyczące codziennych zachowań i treningów – tak, by łatwo było lekturę potraktować jak przewodnik w pracy nad sobą. Peter Hollins rezygnuje i z przepisywania książek dla fachowców – chociaż wiadomo, że mózg to temat trudny i nawet specjaliści mieliby problem, żeby zwięźle przedstawić wiedzę na jego temat – autor skupia się na wybranych aspektach, które bezpośrednio przekładają się na pracę nad nawykami czy umiejętnościami. Odrzuca jednak też rytm kioskowych poradników i skryptów: tutaj nie ma skondensowanych zestawów działań, planów do wdrożenia w życie – wnioski trzeba wyciągać samodzielnie i wybierać odpowiednie dla siebie podpowiedzi.
Peter Hollins chce, żeby odbiorcy zaufali mu w kwestii opowiadania o mózgu, dlatego też stara się przybliżać zdobycze nauki i przetrawiać je dla szerokiej publiczności. Jest mu to potrzebne dla uzasadnień: „Lepsza wersja mózgu” nie bazuje przecież na jakiejś ogólnej wiedzy posiadanej przez społeczeństwo: trzeba przygotować grunt pod odpowiednie uwagi. A ponieważ tom obiecuje sukces – „Sekret osiągania pełnego potencjału i realizacji najtrudniejszych celów” – głosi podtytuł – nie ma zbyt dużo czasu na teoretyzowanie. Hollins opowie w wielkim skrócie o mózgu i o neuroprzekaźnikach, podkreśli też znaczenie flory jelitowej w jakości zdobywania wiedzy, przywoła również czynniki, które sprzyjają uczeniu się – znajdzie się tu zatem wyliczenie powtarzanych do znudzenia składników dobrego uczenia się. Autor doradzi, jak pokonywać rozpraszacze uwagi i jak zmusić się do pracy wtedy, kiedy nie ma się ochoty na wysiłek umysłowy. Sprawdza, kiedy osiągnie się najlepsze efekty podczas wkuwania wiadomości: inaczej przygotowuje się do egzaminu w krótkim czasie, inaczej – kiedy ma się zamiar osiągnąć długofalowe efekty.
Jest w tej narracji rodzaj obietnicy dla czytelników: każdy, kto pojmie istotę funkcjonowania mózgu, będzie mógł odebrać swoją nagrodę: poprawić zdolność zapamiętywania i kojarzenia faktów, co przełoży się na dalsze osiągnięcia w każdej możliwej dziedzinie. Oczywiście od pracy odbiorców zależeć będą efekty – ale według Petera Hollinsa nie trzeba zbyt dużo, żeby móc cieszyć się sukcesami.
Nie jest to publikacja, która ma faktycznie poszerzać zasób wiadomości o pracy mózgu – Peter Hollins nastawia się na czytelników, którzy szukają drogi do rozwoju i tak też traktuje temat. „Lepsza wersja mózgu” przynosi zatem zestaw podsumowań: praktyczną porcję ciekawostek i wskazówek prowadzących do samodoskonalenia. Jest to publikacja, którą czyta się łatwo: informacje podane zostały przystępnie i tak, by zachęcić odbiorców do śledzenia wywodu. Peter Hollins na żadnym etapie komentowania pracy mózgu nie odstraszy czytelników – kto zechce mu zaufać, przypomni sobie, co najbardziej się liczy przy procesie zdobywania wiedzy.
sobota, 2 sierpnia 2025
Karolina Pudło, Aleksandra Pęcak: TUS skrojony na miarę
Sensus, Helion, Gliwice 2025.
Grupa
Trening Umiejętności Społecznych – TUS – to rodzaj spotkań, podczas których uczestnicy mogą ćwiczyć reguły życia w społeczeństwie, praktykować w grupie te zachowania, które zwykle sprawiają im problem i wyzwalają sporo stresu. Nieprzypadkowo moda na TUS wkracza na rynek wydawnictw poradnikowych niemal równolegle z obfitością publikacji o ADHD i autyzmie – grupy ludzi neuroatypowych najczęściej potrzebować będą wsparcia w postaci warsztatów lub spotkań w ramach TUS właśnie. Tymczasem coraz częściej z TUS korzystać muszą dzieci i młodzież bez dodatkowych diagnoz, ze zwykłymi problemami w gronie rówieśników – w dodatku wyzwolonymi z różnych powodów. Karolina Pudło i Aleksandra Pęcak chcą przygotować odbiorców na prowadzenie takich kursów – pracę przede wszystkim z młodymi uczestnikami (ale nie tylko z nimi) i działania prowadzące do rzeczywistego poprawienia kompetencji społecznych. Nie jest to zbyt rozbudowana książka, ale nakierowana na praktyczne wskazówki – w rozbudowanym wprowadzeniu autorki tłumaczą, czym jest TUS i jak to zorganizować, jak powinna wyglądać liczebność grupy, kto ma ją prowadzić i czy z pomocą czy bez – a także według jakich scenariuszy. Skrótowo omawiają oczekiwane i pożądane skutki oraz efekty uboczne – zjawiska, które da się zaobserwować podczas zajęć, ale które nie należą do specjalnie wypracowywanych. Co ważne, od początku autorki akcentują, że w ramach TUS trzeba będzie dostosowywać scenariusze każdorazowo do potrzeb i do możliwości grupy – coś, co wydawać by się mogło oczywiste, tutaj zyskuje całe opracowanie. Wiedzą też, że grupy nie tworzą się same i że energia w obrębie takiej grupy będzie wpływać dwukierunkowo na uczestników – dlatego też podpowiadają, jak dobierać uczestników w oparciu o ich deficyty i potrzeby oraz potencjał. Tu łatwo zamknąć się w schematach, dlatego też przydadzą się odpowiednie komentarze przygotowujące na pracę w niedalekiej przyszłości. Żeby wybrać uczestników do treningu, trzeba porozmawiać z ich rodzicami (TUS w tym wypadku dotyczy najmłodszych) i poobserwować głównych zainteresowanych w działaniu – Pudło i Pęcak sugerują, jak to zrobić systemowo. Na TUS najczęściej kieruje uczestników szkolny psycholog – w związku z tym autorki wprowadzają też motyw rozmów z rodzicami i testowanie ich oczekiwań i reakcji.
W przypadku Treningu Umiejętności Społecznych nie sprawdzi się pójście na żywioł i improwizowanie: tu istotnym elementem stają się zasady i możliwości monitorowania postępów – do tego trzeba zaangażować uczestników i ułatwić im funkcjonowanie na nieznanych zajęciach. Autorki zajmują się przedstawianiem znaczenia poszczególnych etapów kursu, podają też przykładowe zabawy i gry, które mogą pomóc w otwarciu uczestników. Kończą swoje opowieści analizą przypadków – co również może funkcjonować jako inspiracja dla czytelników. „TUS skrojony na miarę” to opowieść o tym, jak podejść do konstruowania Treningu Umiejętności Społecznych, żeby był on satysfakcjonujący dla uczestników i dla prowadzących – żeby wykorzystywał potencjał dzieci i młodzieży i żeby naprawiał ich braki czy błędy. Bardzo dobrze wyważają autorki proporcje między przykładami, tabelkami do wypełniania oraz częścią teoretyczną – podsuwają czytelnikom niezbędne wiadomości, prowadzą przez cały system, a do tego wprowadzają drobne tekstowe ilustracje: metody sprawdzone w działaniu. Uprzedzają co do możliwych wyzwań i chcą, żeby Trening Umiejętności Społecznych zawsze był jak najpełniejszym wykorzystaniem możliwości oraz szans.
Grupa
Trening Umiejętności Społecznych – TUS – to rodzaj spotkań, podczas których uczestnicy mogą ćwiczyć reguły życia w społeczeństwie, praktykować w grupie te zachowania, które zwykle sprawiają im problem i wyzwalają sporo stresu. Nieprzypadkowo moda na TUS wkracza na rynek wydawnictw poradnikowych niemal równolegle z obfitością publikacji o ADHD i autyzmie – grupy ludzi neuroatypowych najczęściej potrzebować będą wsparcia w postaci warsztatów lub spotkań w ramach TUS właśnie. Tymczasem coraz częściej z TUS korzystać muszą dzieci i młodzież bez dodatkowych diagnoz, ze zwykłymi problemami w gronie rówieśników – w dodatku wyzwolonymi z różnych powodów. Karolina Pudło i Aleksandra Pęcak chcą przygotować odbiorców na prowadzenie takich kursów – pracę przede wszystkim z młodymi uczestnikami (ale nie tylko z nimi) i działania prowadzące do rzeczywistego poprawienia kompetencji społecznych. Nie jest to zbyt rozbudowana książka, ale nakierowana na praktyczne wskazówki – w rozbudowanym wprowadzeniu autorki tłumaczą, czym jest TUS i jak to zorganizować, jak powinna wyglądać liczebność grupy, kto ma ją prowadzić i czy z pomocą czy bez – a także według jakich scenariuszy. Skrótowo omawiają oczekiwane i pożądane skutki oraz efekty uboczne – zjawiska, które da się zaobserwować podczas zajęć, ale które nie należą do specjalnie wypracowywanych. Co ważne, od początku autorki akcentują, że w ramach TUS trzeba będzie dostosowywać scenariusze każdorazowo do potrzeb i do możliwości grupy – coś, co wydawać by się mogło oczywiste, tutaj zyskuje całe opracowanie. Wiedzą też, że grupy nie tworzą się same i że energia w obrębie takiej grupy będzie wpływać dwukierunkowo na uczestników – dlatego też podpowiadają, jak dobierać uczestników w oparciu o ich deficyty i potrzeby oraz potencjał. Tu łatwo zamknąć się w schematach, dlatego też przydadzą się odpowiednie komentarze przygotowujące na pracę w niedalekiej przyszłości. Żeby wybrać uczestników do treningu, trzeba porozmawiać z ich rodzicami (TUS w tym wypadku dotyczy najmłodszych) i poobserwować głównych zainteresowanych w działaniu – Pudło i Pęcak sugerują, jak to zrobić systemowo. Na TUS najczęściej kieruje uczestników szkolny psycholog – w związku z tym autorki wprowadzają też motyw rozmów z rodzicami i testowanie ich oczekiwań i reakcji.
W przypadku Treningu Umiejętności Społecznych nie sprawdzi się pójście na żywioł i improwizowanie: tu istotnym elementem stają się zasady i możliwości monitorowania postępów – do tego trzeba zaangażować uczestników i ułatwić im funkcjonowanie na nieznanych zajęciach. Autorki zajmują się przedstawianiem znaczenia poszczególnych etapów kursu, podają też przykładowe zabawy i gry, które mogą pomóc w otwarciu uczestników. Kończą swoje opowieści analizą przypadków – co również może funkcjonować jako inspiracja dla czytelników. „TUS skrojony na miarę” to opowieść o tym, jak podejść do konstruowania Treningu Umiejętności Społecznych, żeby był on satysfakcjonujący dla uczestników i dla prowadzących – żeby wykorzystywał potencjał dzieci i młodzieży i żeby naprawiał ich braki czy błędy. Bardzo dobrze wyważają autorki proporcje między przykładami, tabelkami do wypełniania oraz częścią teoretyczną – podsuwają czytelnikom niezbędne wiadomości, prowadzą przez cały system, a do tego wprowadzają drobne tekstowe ilustracje: metody sprawdzone w działaniu. Uprzedzają co do możliwych wyzwań i chcą, żeby Trening Umiejętności Społecznych zawsze był jak najpełniejszym wykorzystaniem możliwości oraz szans.
czwartek, 17 lipca 2025
Ellie Middleton: Żyj bez maski!
Sensus, Gliwice 2025.
Stracone pokolenie
Ellie Middleton przeprowadza czytelników przez to, co dzisiaj wydaje się w oczach wielu modne i niepotrzebnie rozdmuchiwane. Jest osobą neuroatypową, autyzm i ADHD to jej codzienność. Do tego sama twierdzi, że wygląda normalnie, przez co wielu rozmówcom jest trudno uwierzyć w jej dylematy i wyzwania. „Żyj bez maski” to próba uporządkowania doznań jej i jej podobnych ludzi: zestaw zjawisk oraz sytuacji, z którymi borykają się neuroróżnorodni. Autorka szczególną uwagę poświęca „straconemu pokoleniu”: ludziom, którzy dzisiaj są dorośli i nie zostali w dzieciństwie zdiagnozowani. Pokazuje, jak stereotypy przeszkodziły w otrzymaniu właściwej oceny rzeczywistości, a także – co oznacza autyzm lub ADHD w codziennym życiu. I tu uwaga: dla niej neuroodmienność to niepełnosprawność – nawet jeśli autorka tłumaczy się z językowych wyborów i przekonuje do wyrozumiałości w różnych kwestiach (ulegających płynnym lub szybkim przemianom), ten punkt będzie mógł podzielić czytelników. Istnienie osób wysokofunkcjonujących i tych nieradzących sobie z codziennymi czynnościami odsuwa do lamusa, uznaje, że po prostu niektórzy mogą nauczyć się, jak się maskować. I z tym właśnie chce zerwać. „Żyj bez maski” to książka, która ma pozwolić na bycie sobą w każdej sytuacji – zwłaszcza w kontaktach interpersonalnych. Autorka przypomina o tym, jak autystycy są piętnowani na przykład za „niewłaściwy” zdaniem wielu tembr głosu czy za skłonność od przesadnego analizowania wszystkiego. Tymczasem dla nich relacje z innymi ludźmi wiążą się z ciągłym dopasowywaniem się i komplikacjami, których „zwyczajni” nie znają. Przy ADHD niemożność skupienia się na jednym zadaniu wyzwala mnóstwo krytyki – i owszem, w wielu wypadkach da się wypracować odpowiednie postawy – wszystkie jednak będą sztuczne i energochłonne. Ellie Middleton pokazuje, co trzeba zrobić, żeby rzeczywistość stała się bardziej przyjazna dla autystyków i ADHD-owców, zarówno jeśli chodzi o imprezy, jak i o miejsca pracy – i jednocześnie stara się obalać stereotypy czy złudne przekonania. Wie, że zrozumienie jest potrzebne neuroróżnorodnej części społeczeństwa i namawia do wytrwałości w tłumaczeniu swoich postaw. Żeby je tłumaczyć, trzeba je dobrze poznać i zrozumieć, dlatego też autorka rozkłada na czynniki pierwsze swoje doświadczenia i buduje z nich zestaw podpowiedzi. „Żyj bez maski” staje się zatem bardzo ciekawą analizą dwóch wybranych – z racji własnych doświadczeń – odmian neuroatypowości. Ważne jest to, że autorka pomaga się uporać z głośnym dzisiaj twierdzeniem, że dawniej nie było tylu autystyków, teraz to zjawisko jest modne i każdy sobie coś takiego u siebie wynajduje – podaje zestaw pytań, które wiążą się z niewygodami bycia osobą neuroatypową i każe się zastanowić, czy na pewno zwyczajni ludzie zdecydowaliby się na borykanie się z tym każdego dnia do końca życia w imię mody. Przypomina, że to brak systemu diagnostycznego i posługiwanie się kliszami sprawiło, że dzisiaj wielu dorosłych dopiero dowiaduje się, dlaczego przez całe życie było im w społeczeństwie niewygodnie. „Żyj bez maski” to książka, którą mogą przeczytać osoby z neuroatypowością, ale też te uznawane za zwyczajne – żeby móc uwrażliwić się na występujące w społeczeństwie schematy i doświadczenia innych. Odmienność to nie piętno – to po prostu inne, a nie gorsze, odbieranie świata. Bardzo udana jest to publikacja.
Stracone pokolenie
Ellie Middleton przeprowadza czytelników przez to, co dzisiaj wydaje się w oczach wielu modne i niepotrzebnie rozdmuchiwane. Jest osobą neuroatypową, autyzm i ADHD to jej codzienność. Do tego sama twierdzi, że wygląda normalnie, przez co wielu rozmówcom jest trudno uwierzyć w jej dylematy i wyzwania. „Żyj bez maski” to próba uporządkowania doznań jej i jej podobnych ludzi: zestaw zjawisk oraz sytuacji, z którymi borykają się neuroróżnorodni. Autorka szczególną uwagę poświęca „straconemu pokoleniu”: ludziom, którzy dzisiaj są dorośli i nie zostali w dzieciństwie zdiagnozowani. Pokazuje, jak stereotypy przeszkodziły w otrzymaniu właściwej oceny rzeczywistości, a także – co oznacza autyzm lub ADHD w codziennym życiu. I tu uwaga: dla niej neuroodmienność to niepełnosprawność – nawet jeśli autorka tłumaczy się z językowych wyborów i przekonuje do wyrozumiałości w różnych kwestiach (ulegających płynnym lub szybkim przemianom), ten punkt będzie mógł podzielić czytelników. Istnienie osób wysokofunkcjonujących i tych nieradzących sobie z codziennymi czynnościami odsuwa do lamusa, uznaje, że po prostu niektórzy mogą nauczyć się, jak się maskować. I z tym właśnie chce zerwać. „Żyj bez maski” to książka, która ma pozwolić na bycie sobą w każdej sytuacji – zwłaszcza w kontaktach interpersonalnych. Autorka przypomina o tym, jak autystycy są piętnowani na przykład za „niewłaściwy” zdaniem wielu tembr głosu czy za skłonność od przesadnego analizowania wszystkiego. Tymczasem dla nich relacje z innymi ludźmi wiążą się z ciągłym dopasowywaniem się i komplikacjami, których „zwyczajni” nie znają. Przy ADHD niemożność skupienia się na jednym zadaniu wyzwala mnóstwo krytyki – i owszem, w wielu wypadkach da się wypracować odpowiednie postawy – wszystkie jednak będą sztuczne i energochłonne. Ellie Middleton pokazuje, co trzeba zrobić, żeby rzeczywistość stała się bardziej przyjazna dla autystyków i ADHD-owców, zarówno jeśli chodzi o imprezy, jak i o miejsca pracy – i jednocześnie stara się obalać stereotypy czy złudne przekonania. Wie, że zrozumienie jest potrzebne neuroróżnorodnej części społeczeństwa i namawia do wytrwałości w tłumaczeniu swoich postaw. Żeby je tłumaczyć, trzeba je dobrze poznać i zrozumieć, dlatego też autorka rozkłada na czynniki pierwsze swoje doświadczenia i buduje z nich zestaw podpowiedzi. „Żyj bez maski” staje się zatem bardzo ciekawą analizą dwóch wybranych – z racji własnych doświadczeń – odmian neuroatypowości. Ważne jest to, że autorka pomaga się uporać z głośnym dzisiaj twierdzeniem, że dawniej nie było tylu autystyków, teraz to zjawisko jest modne i każdy sobie coś takiego u siebie wynajduje – podaje zestaw pytań, które wiążą się z niewygodami bycia osobą neuroatypową i każe się zastanowić, czy na pewno zwyczajni ludzie zdecydowaliby się na borykanie się z tym każdego dnia do końca życia w imię mody. Przypomina, że to brak systemu diagnostycznego i posługiwanie się kliszami sprawiło, że dzisiaj wielu dorosłych dopiero dowiaduje się, dlaczego przez całe życie było im w społeczeństwie niewygodnie. „Żyj bez maski” to książka, którą mogą przeczytać osoby z neuroatypowością, ale też te uznawane za zwyczajne – żeby móc uwrażliwić się na występujące w społeczeństwie schematy i doświadczenia innych. Odmienność to nie piętno – to po prostu inne, a nie gorsze, odbieranie świata. Bardzo udana jest to publikacja.
środa, 9 lipca 2025
Michael Easter: Umysł w stanie niedosytu
Sensus, Gliwice 2025.
Przyzwyczajenia
Żyjemy w świecie pokus. Już nie tylko alkohol i narkotyki mogą zmienić postrzeganie rzeczywistości; urządzenia elektroniczne również stają się czynnikiem zagrożenia (tym gorszym, że nie da się ich uniknąć w dzisiejszej codzienności). Jeśli dołożyć do tego maszyny hazardowe czy uprawiany nałogowo i przez to niebezpieczny dla zdrowia sport – wiadomo, że bardzo łatwo można wpaść w pułapkę. I o tym, jak działa mózg wystawiany na podobne bodźce opowiada Michael Easter w książce „Umysł w stanie niedosytu”. To publikacja dla wszystkich tych, którzy lubią wiedzieć, co dzieje się z człowiekiem, który daje się wciągnąć w pułapki zastawiane choćby przez producentów gier. Jednocześnie to przestroga: wszystko jest zaprojektowane tak, żeby nie można się było oprzeć: przynajmniej dopóki twórcy nie zaczną wdrażać całych systemów etycznych do swoich dzieł. Jednak Michael Easter chce zrozumieć mechanizmy i sytuacje, na jakie narażeni są zwykli zjadacze chleba. Podąża zatem do świątyni hazardu, która jest niedostępna dla użytkowników – do centrum badań nad uzależnieniami. I tam, bez ryzyka, może przyglądać się reakcjom człowieka na wyzwania. Opowiada między innymi o tym, jakie elementy gier czy maszyn wpływają na to, że umysł chce ich więcej, co sprawia, że ludzie nie rezygnują z uczestniczenia w takich rozrywkach i podejmują działania ze świadomością, że mogą mieć one wymiar destrukcyjny.
Z jednej strony autor dość długo i szczegółowo analizuje pętlę niedosytu – żeby uzmysłowić odbiorcom, czym karmi się mózg spragniony wygranych (i jak człowiek potrafi przekuwać porażki w zalety). Z drugiej – trochę obala mity z dawnych lat, między innymi o tym, że każdy, kto spróbuje narkotyku, wciągnie się w poczet uzależnionych i wejdzie na drogę bez możliwości powrotu. Bardziej interesują go psychologiczne metody wabienia użytkowników niż chemiczne wpływanie na mózg – więc uzależnienia behawioralne zajmują więcej miejsca. „Umysł w stanie niedosytu” to lektura dla wszystkich zainteresowanych mechanizmami związanymi z nałogiem. Autor rezygnuje z podawania rad na wyjście z uzależnienia – zdaje sobie sprawę, że do każdego trafić mogą inne argumenty (i też z tego, że w wielu wypadkach argumenty w ogóle nie mają szans działania), wie jednak, że jeśli zainteresuje czytelników tematem i jego rozpracowaniem popularnonaukowym, to jest szansa, że każdy poszuka sobie swojej drogi w oparciu o zdobyte właśnie wiadomości.
Wśród wielu książek dotyczących uzależnienia i wychodzenia z nałogu, ta koncentruje się na pułapkach zastawianych na człowieka – i na funkcjonowaniu mózgu w obliczu wyzwania. Pokazuje, co nauka jest w stanie dzisiaj wyjaśnić, a co pozostaje tajemnicą nie tylko dla uzależnionych. „Umysł w stanie niedosytu” to książka bardzo ciekawa – publikacja popularnonaukowa dla wszystkich tych, którzy szukają wyjaśnień związanych z możliwością panowania nad własnymi reakcjami. Michael Easter przypomina, jak łatwo przyzwyczaić mózg do pewnych zachowań i reakcji – i ta lektura może funkcjonować jako przestroga dla czytelników.
Przyzwyczajenia
Żyjemy w świecie pokus. Już nie tylko alkohol i narkotyki mogą zmienić postrzeganie rzeczywistości; urządzenia elektroniczne również stają się czynnikiem zagrożenia (tym gorszym, że nie da się ich uniknąć w dzisiejszej codzienności). Jeśli dołożyć do tego maszyny hazardowe czy uprawiany nałogowo i przez to niebezpieczny dla zdrowia sport – wiadomo, że bardzo łatwo można wpaść w pułapkę. I o tym, jak działa mózg wystawiany na podobne bodźce opowiada Michael Easter w książce „Umysł w stanie niedosytu”. To publikacja dla wszystkich tych, którzy lubią wiedzieć, co dzieje się z człowiekiem, który daje się wciągnąć w pułapki zastawiane choćby przez producentów gier. Jednocześnie to przestroga: wszystko jest zaprojektowane tak, żeby nie można się było oprzeć: przynajmniej dopóki twórcy nie zaczną wdrażać całych systemów etycznych do swoich dzieł. Jednak Michael Easter chce zrozumieć mechanizmy i sytuacje, na jakie narażeni są zwykli zjadacze chleba. Podąża zatem do świątyni hazardu, która jest niedostępna dla użytkowników – do centrum badań nad uzależnieniami. I tam, bez ryzyka, może przyglądać się reakcjom człowieka na wyzwania. Opowiada między innymi o tym, jakie elementy gier czy maszyn wpływają na to, że umysł chce ich więcej, co sprawia, że ludzie nie rezygnują z uczestniczenia w takich rozrywkach i podejmują działania ze świadomością, że mogą mieć one wymiar destrukcyjny.
Z jednej strony autor dość długo i szczegółowo analizuje pętlę niedosytu – żeby uzmysłowić odbiorcom, czym karmi się mózg spragniony wygranych (i jak człowiek potrafi przekuwać porażki w zalety). Z drugiej – trochę obala mity z dawnych lat, między innymi o tym, że każdy, kto spróbuje narkotyku, wciągnie się w poczet uzależnionych i wejdzie na drogę bez możliwości powrotu. Bardziej interesują go psychologiczne metody wabienia użytkowników niż chemiczne wpływanie na mózg – więc uzależnienia behawioralne zajmują więcej miejsca. „Umysł w stanie niedosytu” to lektura dla wszystkich zainteresowanych mechanizmami związanymi z nałogiem. Autor rezygnuje z podawania rad na wyjście z uzależnienia – zdaje sobie sprawę, że do każdego trafić mogą inne argumenty (i też z tego, że w wielu wypadkach argumenty w ogóle nie mają szans działania), wie jednak, że jeśli zainteresuje czytelników tematem i jego rozpracowaniem popularnonaukowym, to jest szansa, że każdy poszuka sobie swojej drogi w oparciu o zdobyte właśnie wiadomości.
Wśród wielu książek dotyczących uzależnienia i wychodzenia z nałogu, ta koncentruje się na pułapkach zastawianych na człowieka – i na funkcjonowaniu mózgu w obliczu wyzwania. Pokazuje, co nauka jest w stanie dzisiaj wyjaśnić, a co pozostaje tajemnicą nie tylko dla uzależnionych. „Umysł w stanie niedosytu” to książka bardzo ciekawa – publikacja popularnonaukowa dla wszystkich tych, którzy szukają wyjaśnień związanych z możliwością panowania nad własnymi reakcjami. Michael Easter przypomina, jak łatwo przyzwyczaić mózg do pewnych zachowań i reakcji – i ta lektura może funkcjonować jako przestroga dla czytelników.
czwartek, 12 sierpnia 2021
Joanna Derda, Marta Pawłowska: Jedzenie emocjonalne i inne podjadania
Sensus, Helion S.A., Gliwice 2021.
Odchudzanie
Ta książka jest objętościowo może niepozorna, jednak przyda się wszystkim tym, którzy poszukują sposobu na schudnięcie albo próbują zrozumieć, dlaczego przybierają na wadze i sięgają po określone rodzaje potraw w chwilach stresu. Joanna Derda i Marta Pawłowska tworzą książkę wyjaśniającą charakterystyczne mechanizmy związane z wyborami żywieniowymi. Zajmują się rozwiewaniem mitów, wskazywaniem pułapek. Odpowiadają na pytanie, jak wygląda dieta cud, czy detoksy i głodówki mają sens, a także - jak nabrać energii do zwykłego funkcjonowania. Co ważne: tutaj otyłość traktowana jest jako choroba i mimo mód na akceptowanie swojego ciała w każdym kształcie, autorki podkreślają, że nadwaga prowadzi do problemów zdrowotnych, może też być bardzo wygodną wymówką. Zachęcają jednoznacznie do zmian, a jeśli ktoś potrzebuje wskazówek, jak zacząć - będzie mógł je tu znaleźć. Pomagają w odróżnieniu głodu, apetytu i zachcianek jedzeniowych, podpowiadają, jak bez wielkich wyrzeczeń ograniczać desery (nie ma to może zbyt wiele wspólnego z ideą zero waste, ale w tym wypadku gra toczy się o zdrowie i szybko sprawdzalne efekty związane z przemianami ciała). Pojawia się tu kwestia jedzenia pod wpływem stresu, podjadania, zaspokajania głodu, który nie zdążył zaistnieć, przyzwyczajeń i uzależnień. Przypominają autorki o tym, jak producenci wysoko przetworzonej żywności przywiązują do siebie konsumentów - i dlaczego nie zawsze warto wierzyć sklepom ze zdrową żywnością. Czytelnicy zapewne wiedzą, z jakich powodów sięgają po przekąski - jednak jeśli tego sobie do tej pory nie uświadomili, dowiedzą się wszystkiego o psychologicznych aspektach sięgania po jedzenie. Derda i Pawłowska odwołują się między innymi do kwestii "terroru" jedzeniowego, nie zgadzają się na to, żeby odbiorcy ulegali pokusom albo modom na zdrowe żywienie - najpierw trzeba edukować społeczeństwo pod tym względem, pokazywać, co oznaczają kolejne trendy. Zestawiają dawne zachowania i dzisiejsze podejście do jedzenia, przypominają o źródłach tradycji. Bywa, że podsuwają prawdy niewygodne: podkreślają, że osoby z dużą - zagrażającą zdrowiu - nadwagą najczęściej widziane są z torbami pełnymi przekąsek i w trakcie jedzenia. Zwracają uwagę na oczywistości, których czasami łatwo jest nie dostrzegać. Podkreślają rolę reklam, ale nie zapominają też o zmianach w przemyśle żywieniowym, mogą wytłumaczyć, dlaczego coś, co nigdy nie było uznawane za specjalnie szkodliwe, teraz zalicza się do niezdrowych produktów. Zachowują dystans do tematu jedzenia, zdają sobie sprawę z tego, że co pewien czas rynkiem wstrząsają rewelacje ze strony uczonych - i nie mogą być one traktowane jak dogmaty. Całość wieńczy przedstawienie charakterów i typów ludzi, którzy mogą sabotować podejście do zmian w przyzwyczajeniach żywieniowych - to przestroga i jednocześnie podpowiedź, jak zachowywać się w obliczu buntowników. Wszystko po to, żeby wychować świadomych czytelników - tu liczy się efekt, edukowanie społeczeństwa. "Jedzenie emocjonalne i inne podjadania" to książka wartościowa - skondensowana i rzeczowa. Oczywiście nie wszystkim będą się podobać radykalne czasem stwierdzenia, ale trudno odmówić autorkom racji.
Odchudzanie
Ta książka jest objętościowo może niepozorna, jednak przyda się wszystkim tym, którzy poszukują sposobu na schudnięcie albo próbują zrozumieć, dlaczego przybierają na wadze i sięgają po określone rodzaje potraw w chwilach stresu. Joanna Derda i Marta Pawłowska tworzą książkę wyjaśniającą charakterystyczne mechanizmy związane z wyborami żywieniowymi. Zajmują się rozwiewaniem mitów, wskazywaniem pułapek. Odpowiadają na pytanie, jak wygląda dieta cud, czy detoksy i głodówki mają sens, a także - jak nabrać energii do zwykłego funkcjonowania. Co ważne: tutaj otyłość traktowana jest jako choroba i mimo mód na akceptowanie swojego ciała w każdym kształcie, autorki podkreślają, że nadwaga prowadzi do problemów zdrowotnych, może też być bardzo wygodną wymówką. Zachęcają jednoznacznie do zmian, a jeśli ktoś potrzebuje wskazówek, jak zacząć - będzie mógł je tu znaleźć. Pomagają w odróżnieniu głodu, apetytu i zachcianek jedzeniowych, podpowiadają, jak bez wielkich wyrzeczeń ograniczać desery (nie ma to może zbyt wiele wspólnego z ideą zero waste, ale w tym wypadku gra toczy się o zdrowie i szybko sprawdzalne efekty związane z przemianami ciała). Pojawia się tu kwestia jedzenia pod wpływem stresu, podjadania, zaspokajania głodu, który nie zdążył zaistnieć, przyzwyczajeń i uzależnień. Przypominają autorki o tym, jak producenci wysoko przetworzonej żywności przywiązują do siebie konsumentów - i dlaczego nie zawsze warto wierzyć sklepom ze zdrową żywnością. Czytelnicy zapewne wiedzą, z jakich powodów sięgają po przekąski - jednak jeśli tego sobie do tej pory nie uświadomili, dowiedzą się wszystkiego o psychologicznych aspektach sięgania po jedzenie. Derda i Pawłowska odwołują się między innymi do kwestii "terroru" jedzeniowego, nie zgadzają się na to, żeby odbiorcy ulegali pokusom albo modom na zdrowe żywienie - najpierw trzeba edukować społeczeństwo pod tym względem, pokazywać, co oznaczają kolejne trendy. Zestawiają dawne zachowania i dzisiejsze podejście do jedzenia, przypominają o źródłach tradycji. Bywa, że podsuwają prawdy niewygodne: podkreślają, że osoby z dużą - zagrażającą zdrowiu - nadwagą najczęściej widziane są z torbami pełnymi przekąsek i w trakcie jedzenia. Zwracają uwagę na oczywistości, których czasami łatwo jest nie dostrzegać. Podkreślają rolę reklam, ale nie zapominają też o zmianach w przemyśle żywieniowym, mogą wytłumaczyć, dlaczego coś, co nigdy nie było uznawane za specjalnie szkodliwe, teraz zalicza się do niezdrowych produktów. Zachowują dystans do tematu jedzenia, zdają sobie sprawę z tego, że co pewien czas rynkiem wstrząsają rewelacje ze strony uczonych - i nie mogą być one traktowane jak dogmaty. Całość wieńczy przedstawienie charakterów i typów ludzi, którzy mogą sabotować podejście do zmian w przyzwyczajeniach żywieniowych - to przestroga i jednocześnie podpowiedź, jak zachowywać się w obliczu buntowników. Wszystko po to, żeby wychować świadomych czytelników - tu liczy się efekt, edukowanie społeczeństwa. "Jedzenie emocjonalne i inne podjadania" to książka wartościowa - skondensowana i rzeczowa. Oczywiście nie wszystkim będą się podobać radykalne czasem stwierdzenia, ale trudno odmówić autorkom racji.
wtorek, 8 czerwca 2021
Monika Kotlarek: Borderline, czyli jedną nogą nad przepaścią
Sensus / Helion, Gliwice 2021.
Zagubienie
Chociaż Monika Kotlarek podejmuje ważny (i głośny) temat i decyduje się na zaprezentowanie poradnika dla osób zmagających się z osobowością typu borderline, nie udaje jej się uporządkować wiadomości tak, by szerzyć wiedzę. A to dlatego, że nie może się zdecydować, czy zaoferować zeszyt ćwiczeń, czy poprowadzić sesję terapeutyczną, czy może w ogóle opisać po prostu to, co dzieje się, kiedy ma się do czynienia z tego typu problemem. Mało tego: podobne rozedrganie widać w planowaniu grup odbiorców. Autorka nie wie, czy kierować się do wszystkich i cierpliwie tłumaczyć istotę zachowań niektórych ludzi w społeczeństwie, czy podjąć dialog z chorym i realizować się w roli terapeuty, czy też może dodawać otuchy bliskim chorych i zachęcać ich, żeby mimo trudów nie rezygnowali ze wspólnej relacji. W efekcie panuej w tym drobnym tomie chaos i nie pomaga nawet wyciąganie na wierzch szkieletu, czyli konstrukcji książki. Autorka mnoży śródtytuły, niemal każdy akapit może się tu stać podrozdziałem, ale piętrowy spis treści niekoniecznie pomoże w nawigacji. Chęć powiedzenia wszystkiego naraz się tu nie sprawdza.
"Borderline, czyli jedną nogą nad przepaścią" to próba błyskawicznego wyjaśnienia widocznych oznak choroby. Monika Kotlarek dąży do tego, żeby czytelnicy nauczyli się panować nad swoimi emocjami i reakcjami. W tym celu sięga po rozmaite sztuczki, przekonuje do zasadności obserwowania siebie i notowania punktów zapalnych, sprawdzania uczuć i oceniania ich - proponuje zatem zabiegi tyle rozsądne z perspektywy z zewnątrz, co mało realne (emocje nie są przecież efektem refleksji, więc refleksje nie pomogą zbytnio w ich uporządkowaniu). Może to podziałać jako sposób na odwrócenie uwagi - dopóki chorym nie znudzi się prowadzenie zapisków. Autorka przypomina o rozmaitych technikach relaksacyjnych, ćwiczeniach oddechowych, a nawet o modlitwie. Podsuwa zadania do wykonania w momencie spodziewanego wybuchu albo kryzysu - i wydaje się, że w ogóle nie zastanawia się nad istotą borderline, albo ocenia ją powierzchownie.
Charakterystyczny w tej książce jest ton. Monika Kotlarek pisze tak, jakby mówiła do swoich pacjentów. Znów: z wykorzystaniem wiedzy, ale bez umiejętności usystematyzowania jej. Do wielu wątków będzie zatem w różnych momentach tomu wracać, często zastrzega się, że coś wymaga interwencji lekarza, a już niestrawne stają się wstawki w rodzaju "jak już wspomniałam", bo pokazują brak pewności siebie (która powinna cechować fachowca, żeby odbiorcy mogli jej zaufać). Trafi tomem autorka do mało wymagających odbiorców, ale to właśnie dla nich powinna się postarać o wyraźne rozgraniczanie wiadomości, ćwiczeń i porad terapeutycznych. W "Borderline" wszystko pojawia się równocześnie, a to ani nie wpłynie pozytywnie na zrozumienie problemu, ani na zapamiętywanie wskazówek.
Zagubienie
Chociaż Monika Kotlarek podejmuje ważny (i głośny) temat i decyduje się na zaprezentowanie poradnika dla osób zmagających się z osobowością typu borderline, nie udaje jej się uporządkować wiadomości tak, by szerzyć wiedzę. A to dlatego, że nie może się zdecydować, czy zaoferować zeszyt ćwiczeń, czy poprowadzić sesję terapeutyczną, czy może w ogóle opisać po prostu to, co dzieje się, kiedy ma się do czynienia z tego typu problemem. Mało tego: podobne rozedrganie widać w planowaniu grup odbiorców. Autorka nie wie, czy kierować się do wszystkich i cierpliwie tłumaczyć istotę zachowań niektórych ludzi w społeczeństwie, czy podjąć dialog z chorym i realizować się w roli terapeuty, czy też może dodawać otuchy bliskim chorych i zachęcać ich, żeby mimo trudów nie rezygnowali ze wspólnej relacji. W efekcie panuej w tym drobnym tomie chaos i nie pomaga nawet wyciąganie na wierzch szkieletu, czyli konstrukcji książki. Autorka mnoży śródtytuły, niemal każdy akapit może się tu stać podrozdziałem, ale piętrowy spis treści niekoniecznie pomoże w nawigacji. Chęć powiedzenia wszystkiego naraz się tu nie sprawdza.
"Borderline, czyli jedną nogą nad przepaścią" to próba błyskawicznego wyjaśnienia widocznych oznak choroby. Monika Kotlarek dąży do tego, żeby czytelnicy nauczyli się panować nad swoimi emocjami i reakcjami. W tym celu sięga po rozmaite sztuczki, przekonuje do zasadności obserwowania siebie i notowania punktów zapalnych, sprawdzania uczuć i oceniania ich - proponuje zatem zabiegi tyle rozsądne z perspektywy z zewnątrz, co mało realne (emocje nie są przecież efektem refleksji, więc refleksje nie pomogą zbytnio w ich uporządkowaniu). Może to podziałać jako sposób na odwrócenie uwagi - dopóki chorym nie znudzi się prowadzenie zapisków. Autorka przypomina o rozmaitych technikach relaksacyjnych, ćwiczeniach oddechowych, a nawet o modlitwie. Podsuwa zadania do wykonania w momencie spodziewanego wybuchu albo kryzysu - i wydaje się, że w ogóle nie zastanawia się nad istotą borderline, albo ocenia ją powierzchownie.
Charakterystyczny w tej książce jest ton. Monika Kotlarek pisze tak, jakby mówiła do swoich pacjentów. Znów: z wykorzystaniem wiedzy, ale bez umiejętności usystematyzowania jej. Do wielu wątków będzie zatem w różnych momentach tomu wracać, często zastrzega się, że coś wymaga interwencji lekarza, a już niestrawne stają się wstawki w rodzaju "jak już wspomniałam", bo pokazują brak pewności siebie (która powinna cechować fachowca, żeby odbiorcy mogli jej zaufać). Trafi tomem autorka do mało wymagających odbiorców, ale to właśnie dla nich powinna się postarać o wyraźne rozgraniczanie wiadomości, ćwiczeń i porad terapeutycznych. W "Borderline" wszystko pojawia się równocześnie, a to ani nie wpłynie pozytywnie na zrozumienie problemu, ani na zapamiętywanie wskazówek.
czwartek, 25 marca 2021
Jarosław Gibas: Psychopata w pracy, w rodzinie i wśród znajomych. Instrukcja obsługi
Onepress, Sensus, Gliwice 2021.
Ratunek
Jest to książka, która przydać się może każdemu, kto ma do czynienia z psychopatami w swoim otoczeniu. Jarosław Gibas tłumaczy, czym charakteryzuje się osobowość psychopatyczna oraz - jak się wystrzegać pułapek zastawianych przez psychopatów. Psychopatą może być partner w związku, ale też szef, ktoś, kto pozostaje w bliskiej relacji z potencjalną ofiarą i nie pozwoli jej uciec. Po lekturze tej książki będzie jednak inaczej: "Psychopata w pracy, w rodzinie i wśród znajomych. Instrukcja obsługi" to publikacja rzeczowa i zbliżona do poradnika, psychologiczna, ale nastawiona na praktyczne zastosowanie. Jarosław Gibas pozwala w niej na poznanie charakterystycznych zabiegów, chwytów i zachowań wymierzonych w słabszych.
Najpierw - bardzo precyzyjna definicja. "Psychopata" to obraz, który nie pozostawia wątpliwości. Autor zaczyna zresztą od tego, że od psychopaty należy uciekać (kto tego nie zrobi, po latach stwierdza, że to była najwłaściwsza strategia). Jednak książka na tym się nie skończy, Jarosław Gibas daje czytelnikom narzędzia umożliwiające wprowadzanie potrzebnych zmian. Rozpracowuje wroga - psychopatę - i naświetla kolejne jego sztuczki, żeby dla czytelników stało się jasne, czego należy się wystrzegać i jak nie dać się wciągnąć w sieć manipulacji. Psychopata nie jest typem człowieka, którego da się naprawić - on nie uczy się na błędach, nie przejmie się również uczuciami ofiar, bez względu na rodzaj relacji, w jakich z nimi pozostaje. Będzie powtarzał swoje zabiegi, dopóki nie osiągnie celu - zniszczenia kogoś. Czasami to cel długofalowy, więc trudniej przejrzeć wybrane strategie - ale z podpowiedziami od Jarosława Gibasa będzie to możliwe. Wojna z psychopatą polega na mnóstwie szczegółów - dlatego też autor postanawia rozpracowywać po kolei charakterystyczne postawy. Naświetla najczęściej stosowane chwyty psychopatów, ulubione zagrywki, z których - teoretycznie - nie ma dobrego wyjścia. Opisuje to, co przeraża - bo jest zadziwiająco bliskie niektórym kontaktom. Ale nie opisuje tego Jarosław Gibas po to, żeby popisać się zmysłem obserwacji czy znajomością psychiki psychopatów - a po to, żeby uzbroić odbiorców w niezbędną wiedzę. Wpływa na wyobraźnię czytelników, prezentując odpowiednie reakcje na zakusy psychopatów. Pisze o tym, co na pewno nie zadziała, a będzie jedynie realizacją scenariusza psychopaty, by później, gdy wydaje się, że już nie ma dobrego wyjścia, przedstawić naprawdę genialne rozwiązania. Nie chodzi o to, żeby uczyć się na pamięć odzywek, które można wykorzystać - autor sugeruje, jak postępować, daje wskazówki odpowiednich reakcji. To ma szansę się sprawdzić - i jednocześnie pozwoli zdemaskować psychopatę we własnym otoczeniu. Takie działanie przyniesie sporo korzyści, znacznie więcej niż psychiczny spokój. Jarosław Gibas uprzedza, że wojna może być długa i trudna - jednak z pewnością jej finał bardziej usatysfakcjonuje odbiorców książki.
"Psychopata" to książka bardzo dobrze przygotowana. Jarosław Gibas nie zamierza tworzyć tekstu bez oparcia w rzeczywistości. Stawia na konkrety i na opis rzetelny. Unika przegadania i komentarzy, które nikomu by się nie przydały - interesuje go praktyczny aspekt relacji. Rzeczywiście podsuwa czytelnikom "instrukcję obsługi" postępowania z psychopatami - nie tylko przestrogi oferuje, wiedzę z tego tomu warto sobie przyswoić.
Ratunek
Jest to książka, która przydać się może każdemu, kto ma do czynienia z psychopatami w swoim otoczeniu. Jarosław Gibas tłumaczy, czym charakteryzuje się osobowość psychopatyczna oraz - jak się wystrzegać pułapek zastawianych przez psychopatów. Psychopatą może być partner w związku, ale też szef, ktoś, kto pozostaje w bliskiej relacji z potencjalną ofiarą i nie pozwoli jej uciec. Po lekturze tej książki będzie jednak inaczej: "Psychopata w pracy, w rodzinie i wśród znajomych. Instrukcja obsługi" to publikacja rzeczowa i zbliżona do poradnika, psychologiczna, ale nastawiona na praktyczne zastosowanie. Jarosław Gibas pozwala w niej na poznanie charakterystycznych zabiegów, chwytów i zachowań wymierzonych w słabszych.
Najpierw - bardzo precyzyjna definicja. "Psychopata" to obraz, który nie pozostawia wątpliwości. Autor zaczyna zresztą od tego, że od psychopaty należy uciekać (kto tego nie zrobi, po latach stwierdza, że to była najwłaściwsza strategia). Jednak książka na tym się nie skończy, Jarosław Gibas daje czytelnikom narzędzia umożliwiające wprowadzanie potrzebnych zmian. Rozpracowuje wroga - psychopatę - i naświetla kolejne jego sztuczki, żeby dla czytelników stało się jasne, czego należy się wystrzegać i jak nie dać się wciągnąć w sieć manipulacji. Psychopata nie jest typem człowieka, którego da się naprawić - on nie uczy się na błędach, nie przejmie się również uczuciami ofiar, bez względu na rodzaj relacji, w jakich z nimi pozostaje. Będzie powtarzał swoje zabiegi, dopóki nie osiągnie celu - zniszczenia kogoś. Czasami to cel długofalowy, więc trudniej przejrzeć wybrane strategie - ale z podpowiedziami od Jarosława Gibasa będzie to możliwe. Wojna z psychopatą polega na mnóstwie szczegółów - dlatego też autor postanawia rozpracowywać po kolei charakterystyczne postawy. Naświetla najczęściej stosowane chwyty psychopatów, ulubione zagrywki, z których - teoretycznie - nie ma dobrego wyjścia. Opisuje to, co przeraża - bo jest zadziwiająco bliskie niektórym kontaktom. Ale nie opisuje tego Jarosław Gibas po to, żeby popisać się zmysłem obserwacji czy znajomością psychiki psychopatów - a po to, żeby uzbroić odbiorców w niezbędną wiedzę. Wpływa na wyobraźnię czytelników, prezentując odpowiednie reakcje na zakusy psychopatów. Pisze o tym, co na pewno nie zadziała, a będzie jedynie realizacją scenariusza psychopaty, by później, gdy wydaje się, że już nie ma dobrego wyjścia, przedstawić naprawdę genialne rozwiązania. Nie chodzi o to, żeby uczyć się na pamięć odzywek, które można wykorzystać - autor sugeruje, jak postępować, daje wskazówki odpowiednich reakcji. To ma szansę się sprawdzić - i jednocześnie pozwoli zdemaskować psychopatę we własnym otoczeniu. Takie działanie przyniesie sporo korzyści, znacznie więcej niż psychiczny spokój. Jarosław Gibas uprzedza, że wojna może być długa i trudna - jednak z pewnością jej finał bardziej usatysfakcjonuje odbiorców książki.
"Psychopata" to książka bardzo dobrze przygotowana. Jarosław Gibas nie zamierza tworzyć tekstu bez oparcia w rzeczywistości. Stawia na konkrety i na opis rzetelny. Unika przegadania i komentarzy, które nikomu by się nie przydały - interesuje go praktyczny aspekt relacji. Rzeczywiście podsuwa czytelnikom "instrukcję obsługi" postępowania z psychopatami - nie tylko przestrogi oferuje, wiedzę z tego tomu warto sobie przyswoić.
niedziela, 21 marca 2021
Scott H. Young: Zostań ultrasamoukiem
Sensus, Onepress, Gliwice 2021.
Poszerzanie kompetencji
Brzmi to trochę jak z filmów s-f, ale Scott H. Young twierdzi, że jego metoda ma sens i że sam ją wielokrotnie przetestował, zdobywając wiadomości z różnych dziedzin, a nawet udowadniając (sobie i innym), że w oparciu o nagrania z wybranej uczelni jest w stanie zaliczyć studia o wiele mniejszym kosztem niż gdyby był prawdziwym studentem. Bez względu na to, czy uda mu się przekonać do siebie czytelników - w czasach pandemii i lockdownów "Zostań ultrasamoukiem" może zamienić się w inspirację do działania. Autor zresztą przedstawia przeznaczenie takiego stylu uczenia się: pozwala to i na poszerzanie kompetencji (jeśli ktoś boi się, że padnie ofiarą redukcji etatów w pracy, może postawić na zdobycie umiejętności, które zamienią go w pracownika bezcennego dla firmy, warunkiem jest właściwe odczytanie rynku), i na satysfakcję własną. Może stać się sposobem na życie - chociaż jeśli ktoś oczekuje wskazówek na szybkie i bezbolesne zdobywanie wiedzy z różnych dziedzin, srodze się rozczaruje.
Wszystko zaczyna się od budowania kompetencji językowych. Scott H. Young przekonuje się, że jest możliwe nauczenie się języka w bardzo krótkim czasie: wystarczy zapomnieć o uniwersalnym angielskim i posługiwać się wyłącznie mową "tubylców". Da się takie lekcje połączyć ze zwiedzaniem różnych krajów świata: kto ma sporo czasu i trochę pieniędzy, może podróżować, kto z różnych powodów zostaje w domu - skorzysta z dobrodziejstw internetu i aplikacji umożliwiających kontakt z native speakerami. Co więcej: Young przekonuje, że można nauczyć się mandaryńskiego na poziomie komunikatywnym, ale można też... zgłębić jeden z wymierających języków świata w ciągu krótkiego wykładu-spotkania. Już samo sprawdzanie tej tezy stanie się dla odbiorców wielką przygodą. Tymczasem autor sugeruje, że zabawa w zgłębianie wiedzy z obcych sobie dziedzin może prowadzić do zmian w życiu: podaje jako przykład muzyka, który postanowił nauczyć się wystąpień publicznych i przez sukces w tej dziedzinie całkowicie przebudował swoje CV. Mobilizujących do pracy przykładów jest wiele, jednak Scott H. Young nie pozostawia wątpliwości: zawsze stoi za sukcesami ciężka praca, niejednokrotnie powiązana z frustracjami. Tu działa się samodzielnie, bez jednego nauczyciela czy bez odgórnej kontroli. Jednak są sposoby na to, by nie dać się pokonać.
"Zostań ultrasamoukiem" to nie tylko zestaw motywujących przykładów ludzi, którym powiodło się w życiu za sprawą umiejętności uczenia się. Scott H. Young postanawia podzielić się swoimi obserwacjami z czytelnikami. Proponuje im całą serię rzetelnie przygotowanych i bardzo rzeczowych wskazówek dotyczących postaw oraz wyborów w obrębie dowolnej dziedziny wiedzy. Wskazuje, jak sprawdzać przydatność nowej umiejętności, ile czasu poświęcić na takie testowanie, jak zabrać się do pracy i jak walczyć z prokrastynacją. Ma sporo porad, z których nawet niewielka część może zrewolucjonizować proces uczenia się u odbiorców. Jest to książka, po którą warto sięgnąć, jeśli chce się osiągać wielkie rzeczy i potrzebuje tylko wsparcia na początku drogi. Naprawdę dobrze przygotował Young temat, znajdzie się sporo osób, które zechcą sprawdzić, na czym polega bycie ultrasamoukiem - z wielkimi korzyściami dla siebie.
Poszerzanie kompetencji
Brzmi to trochę jak z filmów s-f, ale Scott H. Young twierdzi, że jego metoda ma sens i że sam ją wielokrotnie przetestował, zdobywając wiadomości z różnych dziedzin, a nawet udowadniając (sobie i innym), że w oparciu o nagrania z wybranej uczelni jest w stanie zaliczyć studia o wiele mniejszym kosztem niż gdyby był prawdziwym studentem. Bez względu na to, czy uda mu się przekonać do siebie czytelników - w czasach pandemii i lockdownów "Zostań ultrasamoukiem" może zamienić się w inspirację do działania. Autor zresztą przedstawia przeznaczenie takiego stylu uczenia się: pozwala to i na poszerzanie kompetencji (jeśli ktoś boi się, że padnie ofiarą redukcji etatów w pracy, może postawić na zdobycie umiejętności, które zamienią go w pracownika bezcennego dla firmy, warunkiem jest właściwe odczytanie rynku), i na satysfakcję własną. Może stać się sposobem na życie - chociaż jeśli ktoś oczekuje wskazówek na szybkie i bezbolesne zdobywanie wiedzy z różnych dziedzin, srodze się rozczaruje.
Wszystko zaczyna się od budowania kompetencji językowych. Scott H. Young przekonuje się, że jest możliwe nauczenie się języka w bardzo krótkim czasie: wystarczy zapomnieć o uniwersalnym angielskim i posługiwać się wyłącznie mową "tubylców". Da się takie lekcje połączyć ze zwiedzaniem różnych krajów świata: kto ma sporo czasu i trochę pieniędzy, może podróżować, kto z różnych powodów zostaje w domu - skorzysta z dobrodziejstw internetu i aplikacji umożliwiających kontakt z native speakerami. Co więcej: Young przekonuje, że można nauczyć się mandaryńskiego na poziomie komunikatywnym, ale można też... zgłębić jeden z wymierających języków świata w ciągu krótkiego wykładu-spotkania. Już samo sprawdzanie tej tezy stanie się dla odbiorców wielką przygodą. Tymczasem autor sugeruje, że zabawa w zgłębianie wiedzy z obcych sobie dziedzin może prowadzić do zmian w życiu: podaje jako przykład muzyka, który postanowił nauczyć się wystąpień publicznych i przez sukces w tej dziedzinie całkowicie przebudował swoje CV. Mobilizujących do pracy przykładów jest wiele, jednak Scott H. Young nie pozostawia wątpliwości: zawsze stoi za sukcesami ciężka praca, niejednokrotnie powiązana z frustracjami. Tu działa się samodzielnie, bez jednego nauczyciela czy bez odgórnej kontroli. Jednak są sposoby na to, by nie dać się pokonać.
"Zostań ultrasamoukiem" to nie tylko zestaw motywujących przykładów ludzi, którym powiodło się w życiu za sprawą umiejętności uczenia się. Scott H. Young postanawia podzielić się swoimi obserwacjami z czytelnikami. Proponuje im całą serię rzetelnie przygotowanych i bardzo rzeczowych wskazówek dotyczących postaw oraz wyborów w obrębie dowolnej dziedziny wiedzy. Wskazuje, jak sprawdzać przydatność nowej umiejętności, ile czasu poświęcić na takie testowanie, jak zabrać się do pracy i jak walczyć z prokrastynacją. Ma sporo porad, z których nawet niewielka część może zrewolucjonizować proces uczenia się u odbiorców. Jest to książka, po którą warto sięgnąć, jeśli chce się osiągać wielkie rzeczy i potrzebuje tylko wsparcia na początku drogi. Naprawdę dobrze przygotował Young temat, znajdzie się sporo osób, które zechcą sprawdzić, na czym polega bycie ultrasamoukiem - z wielkimi korzyściami dla siebie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






