* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Helion. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Helion. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 14 lipca 2026

Liam Shaw: Zdradliwy cud. Co nas czeka, gdy antybiotyki przestaną działać

Helion, Gliwice 2026.

Mikrowalka

Oczywiście że na rynku wydawniczym pojawiały się już rozmaite reportaże medyczne i opowieści o wynalazkach, które zrewolucjonizowały świat – w tym o pomysłach na ratowanie życia w najbardziej ekstremalnych przypadkach. Istnieje wiele narracji przedstawiających czytelnikom momenty przełomowe, istotne nie tylko z perspektywy jednego człowieka – zyskującego szansę na dalsze życie – ale z perspektywy całej ludzkości, której dana choroba nie będzie już dziesiątkować. I na tak przygotowany rynek – wciąż chłonny ciekawostek medycznych – wchodzi Liam Shaw z książką „Zdradliwy cud. Co nas czeka, gdy antybiotyki przestaną działać”, popularnonaukową publikacją o sporym stopniu fachowości i dość szczegółowym komentarzu dotyczącym świata mikrobów.

Shaw przedstawia źródła antybiotyków – chociaż w tytule akcentuje się przyszłość (i to przyszłość o dość katastroficznym wymiarze), dużo miejsca poświęca autor na omawianie sposobu wynajdowania antybiotyków i na odkrycia, które zrewolucjonizowały świat medycyny. Opowiada o penicylinie i następstwach jej odkrycia, w tym o próbach wytworzenia jej na masową skalę. Wyjaśnia wyścigi firm farmaceutycznych – i pokazuje, jak bardzo chęć wzbogacenia się mogła wpłynąć na podejmowanie niekoniecznie dobrych decyzji. Penicylina to antybiotyk z grzyba – ale ważnym odkryciem stało się też badanie gleby i znajdowanie w niej organizmów, które radziły sobie z bakteriami – tym antybiotykom „z ziemi” też autor się przygląda pod kątem przystosowania ich do walki z chorobami – to zestaw eksperymentów i pomysłów na to, jak wykryć pożądane działanie i jak je następnie wykorzystać. Trafia w tej opowieści Shaw na momenty, w których natura zaskakuje badaczy, przedstawiając im na przykład niewyobrażalne dla nich struktury cząsteczek. I to wszystko sprawia, że „Zdradliwy cud” to książka, która bardzo wciąga. Tak naprawdę temat antybiotykoodporności funkcjonuje zawsze na marginesie i trochę po to, żeby obalić pokutujący w społeczeństwach mit o tym, że zażywanie antybiotyków sprawia, że bakterie przyzwyczajają się do nich i przestają być skuteczne – to zupełnie nie tak i prawdziwe rozwiązanie zagadki podaje Liam Shaw w swojej książce. Oporność to jeden z tematów, które wyzwalają kolejne pytania i troskę o rozwój medycyny – tu dobrze to widać. I to właśnie w tym motywie pojawia się zapowiedź kierunku zarysowanego w tytule – czyli „co nas czeka, gdy antybiotyki przestaną działać”. Liam Shaw nie będzie się bawić w przewidywanie przyszłości, może za to zasugerować potencjalne scenariusze – bardziej liczy się dla niego to, co było – bo bez takiej świadomości trudno w ogóle zastanawiać się nad rozwojem medycyny i nad udziałem w tym antybiotyków.

Jest to książka wypełniona szczegółowymi informacjami, Shaw nie sięga tylko i wyłącznie do historycznych wiadomości, ale też analizuje sens odkryć i pracy badawczej – tak, żeby uświadamiać czytelnikom, co zawdzięczają kolejnym odkrywcom. Nie zabraknie tu oczywiście tematu szczepionek – sposobów na okiełznanie groźnych chorób.

Nie ma w tej lekturze uproszczeń, nie ma podsumowań dla mniej cierpliwych czytelników – wnioski wysnuwa się samodzielnie i widać w książce bardzo duże zaufanie co do inteligencji czytelników. Z pozoru dość hermetyczny – a w rzeczywistości po prostu wypełniony specjalistycznymi terminami, ale wcale nie nieprzystępny – tom pozwala docenić pracę całych pokoleń badaczy dążących do okiełznania zagrażających życiu człowieka bakterii. I to w „Zdradliwym cudzie” docenią czytelnicy.

piątek, 10 lipca 2026

Anupreeta Das: Bill Gates. Wizja. Władza. Pieniądze. O wpływach, biznesie i tym, co niejawne

Helion, Gliwice 2026.

Nerd

Bill Gates to jedna z tych postaci, które rozpalają wyobraźnię ludzi na całym świecie i przynoszą szereg pytań o bogactwo, decyzje biznesowe i… budowanie własnego wizerunku. Anupreeta Das postanawia odrobinę przybliżyć czytelnikom jego dokonania czy zachowania – świadoma tego, że nie do końca może napisać o wszystkim po swojemu, powinna uważać na słowa i poszukać sposobu na prezentację bohatera tomu – sposobu innego niż powszechnie przyjęte na rynku wydawniczym mody. Wydawać by się mogło, że biografia Billa Gatesa prosi się o komentarz z mitem założycielskim, można by przyjąć perspektywę Microsoftu i przedstawić superbohatera, twórcę występującego samotnie przeciwko światu i podejmującego kontrowersyjne, przełomowe decyzje, żeby w efekcie odnieść olśniewający sukces. Ale Das wybiera zupełnie inne podejście, ze zwiększonym dystansem i wyprane z sensacyjności – co da się łatwo wytłumaczyć. Nie tworzy też biografii fabularyzowanej czy pop – do przyjemnej lektury. Co więcej, ma się wrażenie, że w ogóle rezygnuje z trendów biograficznych, a chce jedynie uchwycić specyfikę Gatesa – w oddaleniu od całych partii jego życia.

Co ją zatem interesuje? Na pewno stworzenie Microsoftu. Na pewno – w ramach ocieplania wizerunku czy przedstawiania czytelnikom „ludzkiej” wersji nerda – kwestia relacji z żoną. Na pewno – co znów mieści się w tematyce finansowej podgrzewającej zainteresowanie masowej publiczności – motyw fundacji i dzielenia się bogactwem. I na pewno kontekst, w jakim funkcjonuje Bill Gates od początku swojej działalności w informatyce – zarówno twórczy jak i osobisty. „Bill Gates. Wizja. Władza. Pieniądze. O wpływach, biznesie i tym, co niejawne” to tom wymykający się schematom – zapewne ku zadowoleniu wszystkich zmęczonych trendami na rynku wydawniczym. Uwagę czytelników chce sobie autorka zapewnić odrobinę nawiązaniem do kontrowersji w codzienności Gatesa – do niewyjaśnionych zbyt szczegółowo sytuacji i znajomości i do rozstania z żoną. Temat ten wrzuca na początek, bo jest to wabik dla odbiorców potrzebujących sensacyjności. Jednak później będzie o wiele bardziej spokojnie. Przede wszystkim Anupreeta Das zajmuje się wizerunkiem nerda i ogólnie – charakterystyką nerda jako takiego. Pokazuje całą kulturę bycia programistą, pracy w garażu i osiągania światowych sukcesów dzięki pomysłowości i odwadze – pisze przy tym nie tylko o Gatesie, ukazując szerzej zjawisko socjologiczne. Rozprawianie się z wizją nerda pozwala zasugerować te elementy wizerunku Billa Gatesa, które niekoniecznie pasują do charakterystyki jednego z najbogatszych ludzi na świecie bez negatywnych ocen czy narażania się na pretensje i zarzuty. Z drugiej strony kładzie autorka nacisk na same pieniądze – i tu Bill Gates schodzi na drugi plan, o wiele bardziej liczy się to, co jest w stanie zrobić ze swoim majątkiem. Bardzo mocno pochyla się Das nad działaniami fundacji, nad podziałem obowiązków – jakie tematy wybiera (była już) żona Gatesa, jakie on sam, a jak wygląda trend w przekazywaniu sporej sumy na fundacje w świecie miliarderów. I chociaż bez wątpienia Anupreeta Das ma materiały do stworzenia sensacyjnej książki, rezygnuje z takiego podejścia. Woli rzetelne opowieści, drobiazgowe tam, gdzie zwykle nie ma czasu na rozwijanie informacji. Pisze szczegółowo, bez fabularyzowania i bez narracyjnego rozmachu – nie chce, żeby cokolwiek odwracało uwagę od właściwej tematyki książki. Jest to więc bardzo zaskakująca publikacja, której warto się uważniej przyjrzeć.

wtorek, 26 maja 2026

Lisa Kaltenegger: Nowe Ziemie. Poszukiwanie życia w kosmosie

Helion, Gliwice 2026.

Życie

To wciąż temat, który wydaje się niedostępny – i tak odległy, że wręcz trudny do wyobrażenia przez zwykłych odbiorców. Lisa Kaltenegger zajmuje się jednak przybliżaniem kwestii eksplorowania kosmosu pod kątem znajdowania tam różnych form życia. O ile planety z Układu Słonecznego są już w pewien sposób przez czytelników oswojone, o tyle poszukiwanie nowych Ziem może rozbudzać wyobraźnię dorosłych i fascynować. „Nowe Ziemie” to książka pokazująca, jak odkrycia astronomów kształtują wizję wszechświata – i jak bardzo trudno jest choćby snuć przypuszczenia na temat obcych organizmów żywych w kosmosie.

Jest to książka, której autorka świetnie zdaje sobie sprawę z ogromu wiedzy do przekazania czytelnikom we w miarę przystępny sposób. Posługuje się zatem obrazowymi porównaniami (które, przy okazji, stają się też okazją do wprowadzania drobnych żartów: jeśli chce się sprawdzać wielkość Ziemi z ziarenka pieprzu w stosunku do średnicy Słońca – warto wybrać ziarenka pieprzu w odpowiednim kolorze) i dba o to, żeby nie karmić odbiorców suchymi danymi bez interpretacji. Dzięki temu przez całą narrację czytelnicy pamiętają, że komuś zależy na dotarciu do ich wyobraźni i – że nie muszą samodzielnie przedzierać się przez zestawy fachowych danych. Kaltenegger cieszy się z możliwości tłumaczenia czytelnikom tego, czym się zajmuje – i co odkrywają jej koledzy po fachu. Dokłada do tego całkiem sporo osobistych wątków, dzieli się scenkami i sytuacjami, które nie mają większego znaczenia w narracji o odkrywaniu innych Ziem – a jednak ubarwiają tę opowieść i zatrzymują przy niej czytelników. Czasami autorka pozwala snuć wyobrażenia na temat koloru nieba lub zjawisk pogodowych na różnych planetach – nawet (a może zwłaszcza) tych nieznanych, zestawia to z badaniami planet z Układu Słonecznego – wszystko po to, żeby uświadomić czytelnikom, że świat, który znają, nie może nawet w promilu przybliżać tego, co kryje wszechświat.

Poszukiwanie życia w najdalszych zakątkach kosmosu wiąże się między innymi z dowiadywaniem się, gdzie znajdują się egzoplanety i wypracowywaniem metod ich odkrywania – bo przecież i to zjawisko nienależące do oczywistych zabiegów. Kiedy już uda się wskazać prawdopodobną orbitę ciała niebieskiego krążącego wśród jakiejś gwiazdy, będzie czas na mozolne odtwarzanie potencjalnych warunków panujących na nim. Do tego dochodzą odległości między poszczególnymi planetami w kosmosie – znów wykraczające ponad możliwości poznania ludzkiego. I tak Kaltenegger balansuje cały czas między tym, co odkrywają badacze i tym, co wyobrażają sobie czytelnicy – na styku tych dwóch przestrzeni tworzy książkę, którą czyta się jak powieść. Udana narracja i zestaw widowiskowych pomysłów, a do tego poczucie humoru autorki – to składa się na literacki sukces. Publikacja popularyzatorska sprawdza się doskonale, jest niezwykłym prezentem dla odbiorców, którzy śledzą temat eksploracji kosmosu lub... sięgają do beletrystyki – powieści fantasy przedstawiających życie na innych planetach – bo i tutaj można znaleźć inspirację i podstawowe błędy między fantazjami a rzeczywistością. Jest to książka sycąca i bardzo z perspektywy czytelników atrakcyjna, wyjątkowo trafna, jeśli chodzi o sposób przekazywania wiedzy.

czwartek, 21 maja 2026

Kinga Sroka-Gieparda: Marketing przyszłości. Co zrobić, by sztuczna inteligencja była dla ciebie zawodowym wsparciem a nie zagrożeniem

Onepress, Gliwice 2026.

Oswajanie

Sztuczna inteligencja to między innymi narzędzie dla tych wszystkich, którzy chcą sobie ułatwić codzienne zawodowe obowiązki. Umiejętność promptowania staje się w błyskawicznym tempie wręcz wymogiem, żeby nie dać się wyprzedzić konkurencji. Jak na razie podstawowym atutem w korzystaniu z AI okazuje się skrócenie czasu przeznaczonego na tworzenie treści marketingowych i automatyzacja co bardziej niewygodnych zajęć w rodzaju odpowiadania na reklamacje lub wątpliwości klientów. AI pozwala na stworzenie botów zapewniających kontakt z odbiorcami 24 godziny na dobę. Może też ułatwić kampanie w social mediach. Ale żeby do tego dojść, trzeba trochę odwagi w sięganiu po to, co nowe – i dlatego na rynku pojawiają się krótkie, wręcz brykowe, poradniki. „Marketing przyszłości. Co zrobić, by sztuczna inteligencja była dla ciebie zawodowym wsparciem a nie zagrożeniem” to książka, w której Kinga Sroka-Gieparda dokonuje podsumowań dostępnych aktualnie na rynku narzędzi bazujących na sztucznej inteligencji – świadoma, że część z nich może się szybko zdezaktualizować i wówczas książka zostanie po prostu komentarzem i znakiem czasów.

Dla tych wszystkich, którzy trochę gubią się w możliwościach AI – w tym najbardziej podstawowym zakresie – autorka ma zestaw wygodnych wyliczeń i podsumowań. „Marketing przyszłości” to nie książka, którą da się czytać dla rozrywki, tu liczą się dane i spostrzeżenia, a także – podpowiedzi zawodowe. Kolejne rozdziały w tym tomie porządkują narzędzia AI pod kątem ich potencjalnych zastosowań: są modele do generowania treści, modele konwersacyjne, modele wykorzystywane przez informatyków do tworzenia kodów, modele, które tworzą grafiki – i dzięki temu także użytkownikom łatwiej będzie nawigować po książce i od razu dotrzeć do właściwych obszarów sztucznej inteligencji, od razu do tych najbardziej przydatnych elementów i sprawdzić, które z nich – już w ramach zawężonych możliwości – najlepiej odpowiedzą na potrzeby. Podrozdziały w poszczególnych częściach to po prostu rodzaj skrótowej prezentacji możliwości danego narzędzia – wyliczenia cech charakterystycznych, rodzajów zastosowania w marketingu czy „morału dla marketerów”. Każdy rozdział kończy się dwudziestoma przykładowymi promptami dla marketerów – wykorzystującymi konkretny model. I o ile autorka nawołuje na początku do tworzenia jak najbardziej szczegółowych i konkretnych promptów, o tyle w swoich podpowiedziach kieruje się jednak użytecznością, a co za tym idzie – wysokim stopniem uogólnienia, tak, że czytelnicy, którzy faktycznie zechcą się posiłkować tymi wskazówkami, będą musieli i tak dopracować polecenia. Wydaje się też, że nie do końca kreatywnie podchodzi autorka do możliwości zapewnianych przez AI w pracy marketerów – bo najważniejsze punkty do wykorzystania to zwykle posty na media społecznościowe oraz szablony do rozmów z klientami. Ciekawym dodatkiem do książki są zestereotypizowane rozmowy z fachowcami w wybranych dziedzinach – to pokazanie, jak AI już działa na rynku marketingu i jak może zadziałać w najbliższej przyszłości.

Zachęca zatem Kinga Sroka-Gieparda do wykorzystywania nowych możliwości, jakie pojawiają się w zawodzie marketera – i prowadzi czytelników przez potrzebne im podstawy bez zbędnych komentarzy i dodatków. Zależy jej na dotarciu przede wszystkim do odbiorców, którzy nie potrafią samodzielnie wybrać sobie narzędzi do skutecznego działania.

środa, 13 maja 2026

Dawid Lewandowski: Pokaż światu swoją twórczość. Przewodnik po budowaniu marki osobistej w social mediach

Onepress, Gliwice 2026.

Wizerunek

To nie jest tak, że Dawid Lewandowski da czytelnikom magiczny przepis na zbudowanie strategii promocyjnej w mediach społecznościowych. Ale uświadomi, dlaczego własny wizerunek – marka osobista – jest tak istotny i dlaczego lepiej samemu stworzyć narrację niż pozwolić ją snuć innym. „Pokaż światu swoją twórczość. Przewodnik po budowaniu marki osobistej w social mediach” to książka niewielka, skondensowana i wypełniona ogólnymi uwagami, które porządkują trochę wiadomości o funkcjonowaniu w SM, ale nie przyniosą gotowej odpowiedzi na pytanie, jak budować zasięgi. Lewandowski zatrzymuje się za to na kwestii, co zrobić, żeby się wyróżnić – nie koncentruje się na kupowaniu obserwujących ani na monetyzowaniu treści, a na tworzeniu spójnego i interesującego dla odbiorców wizerunku w mediach społecznościowych. To ten pierwszy krok, który wielu twórców przerasta. Jest w tej książce też mowa o możliwościach tworzenia dzięki sztucznej inteligencji – i Dawid Lewandowski przed pułapkami korzystania z AI przestrzega – wyjaśnia, jak traktować to narzędzie, żeby nie popełniać błędów i dlaczego autentyczność jest największą wartością.

Kieruje się ten autor do twórców z różnych branż kreatywnych, nie chce nikogo wyróżniać, dba o to, żeby z poradnika mogli korzystać pisarze, malarze czy muzycy a nawet rękodzielnicy – wszyscy, którzy chcą działać w obszarze SM i wykorzystywać je jako narzędzie autopromocji. Przy okazji może zatem autor obalać mity dotyczące nachalnej reklamy albo uczyć odbiorców, jak znaleźć dla siebie miejsce i ograniczyć wyrzuty sumienia płynące z konieczności walki o uwagę. Żeby pokazać się w internecie, nie wystarczy mieć coś do powiedzenia: każdy, kto tworzy rzeczy wartościowe, może zderzyć się ze ścianą: brakiem reakcji czy niewielkimi zasięgami. I Dawid Lewandowski podpowiada metody, które mogą zadziałać, żeby podnieść wskaźniki i zapewnić sobie odzew wśród potencjalnych konsumentów, klientów czy fanów. Nie obiecuje złotych gór, wie, że zmiany wymagać będą działań i cierpliwości, a także czasu – ale uczy czytelników, co zrobić, żeby zmienić swoje sieciowe przyzwyczajenia. I to może być bardzo skuteczne, jeśli faktycznie odbiorcy tej książki uważnie przestudiują porady i zastosują się do nich. Co ciekawe, autor decyduje się na wprowadzanie dwóch ćwiczeń po każdym rozdziale – niby niewiele, a jednak wymaga to zaangażowania i uważności w pracy, a w konsekwencji doprowadzi do zmiany postrzegania samych SM. Jest to dobry sposób na ruszenie z miejsca i na zbudowanie sobie nowej strategii działania. Warto zastanowić się zwłaszcza nad kwestiami, które podważają obiegowe opinie – Dawid Lewandowski może pokazać odbiorcom nowe perspektywy i zmusić ich do kreatywnego wykorzystywania social mediów jako narzędzia autopromocji.

Jest to książka objętościowo niewielka i bazująca na próbie wytłumaczenia czytelnikom, jakie podejście w stosunku do mediów społecznościowych powinni przyjąć, jeśli muszą z różnych powodów traktować je jako płaszczyznę autoprezentacji czy reklamy – dopiero gruntowne poznanie takich założeń pozwoli na czerpanie korzyści z budowanej konsekwentnie marki osobistej. „Pokaż światu swoją twórczość” to książka przeprowadzająca przez podstawy zmiany w myśleniu o SM.

niedziela, 3 maja 2026

Theodore P. Snow, Don Brownlee: Szósty pierwiastek. Podróż przez wszechświat śladem atomu, z którego powstaliśmy

Helion, Gliwice 2026.

Kosmos węgla

Z dala od oczywistości, z dala od spłycanych motywów, za to z koncentracją i wyczuleniem na to, co niedostępne zwykle dla zwykłych odbiorców – „Szósty pierwiastek. Podróż przez wszechświat śladem atomu, z którego powstaliśmy” to książka popularnonaukowa w stylu, który docenią poszukiwacze ambitniejszej literatury. Theodore P. Snow i Don Brownlee zajmują się tutaj przybliżaniem czytelnikom roli węgla we wszechświecie – bez nudy i rutyny, bez powtarzania obiegowych zagadnień. Na początku opowiadają trochę o chemii węgla – o budowie atomu, o właściwościach, dzięki którym ten właśnie pierwiastek doczekał się „własnej” gałęzi nauki – chemii organicznej. Ale bardzo jednak ciągnie ich w kosmos – do wszechświata. Węgla szukają w budowie kolejnych planet i innych ciał niebieskich, w galaktykach i w życiu (zarówno na Ziemi jak i poza nią). Tak naprawdę te najbardziej przyziemne – najbliższe człowiekowi – tematy spychają daleko za podróże kosmiczne – o węglu jako paliwie, jako pierwiastkowi współtworzącemu między innymi stal czy plastik – będzie jeszcze mowa, ale w jednym zaledwie rozdziale, być może mniej istotnym z perspektywy kosmosu, za to bardzo – z perspektywy czytelników. Węgiel pojawia się tu w rozdziale o diamentach (i to może być wabik dla części publiczności literackiej), ale autorów najbardziej przyciąga on na tym podstawowym poziomie – jako pierwiastek. To zachwycające, ile wiadomości potrafią wyciągnąć z tematu węgla i jak dobrze węgiel sprawdza się jako bohater lektury – popularnonaukowa książka przynosi nie tylko szereg ciekawostek, ale też bardzo precyzyjnych wyjaśnień. Czytelnicy spotkają się tu z tabelami i schematami zaawansowanymi, można je prześledzić jako dodatek do lektury, można pominąć, jeśli nie chce się zagłębiać w detale w aż tak dużym stopniu – liczy się jednak konkret, esencjonalna narracja z podawaniem wielu informacji, jakich odbiorcy nawet by się nie spodziewali. Węgiel staje się tu przedmiotem rozbudowanych analiz naukowych i dzięki temu ujęciu okaże się jasne, dlaczego bez niego nie można wyobrazić sobie życia.

„Szósty pierwiastek” to książka przygotowana dla czytelników łaknących wiedzy i dla tych, którym wcale nie przeszkadza brak stylistyki pop czy bombardowania czytelników zwrotami bezpośrednio do nich. Autorzy dobrze wiedzą, jaki efekt chcą osiągnąć – zależy im na popularyzowaniu wiedzy, ale nie wszelkimi środkami i nie za wszelką cenę: zwracają się do czytelników świadomych i poważnych, do tych, którzy nie potrzebują bodźców zatrzymujących ich przy lekturze. Tu nie będzie fajerwerków tematycznych, a rzetelna wiedza przekazywana w bardzo przystępny sposób – i to z pewnością docenią czytelnicy poszukujący wysokiej jakości książek popularnonaukowych. „Szósty pierwiastek” to przygoda skoncentrowana na węglu – wykorzystująca zdobycze nauki i przedstawiająca je tak, żeby odbiorców jak najbardziej zanurzyć w świecie prawdziwej wiedzy. I nawet jeśli przedstawiane tu wiadomości niekoniecznie przydadzą się w codziennej egzystencji, warto się w nie zagłębiać i sprawdzać, jakim torem toczą się badania dotyczące życia w różnych jego aspektach – węgiel to temat, który przyciągnie.

czwartek, 9 kwietnia 2026

Perry Carpenter: FAIK. Sztuczna inteligencja w służbie fałszywej rzeczywistości. Jak przetrwać w epoce cyfrowych oszustw

Helion, Gliwice 2026.

Obrona

Sztuczna inteligencja to morze możliwości, a jednocześnie – mnóstwo zagrożeń, na jakie użytkownicy internetu jeszcze nie są przygotowani – i które będą przeważnie wyprzedzać szanse na obronę przeciętnego internauty. Perry Carpenter postanawia zatem uczulić czytelników na sztuczki i techniki pozwalające kreować fałszywe informacje, żeby w ten sposób zapewnić im przynajmniej pierwszy stopień ochrony przed atakami i manipulacją. I, jak często bywa w przypadku książek o AI, i tutaj mniej będzie technicznych informacji, a więcej odwoływania się do emocji i przeczuć odbiorców. Perry Carpenter każdy rozdział rozpoczyna od krótkiej fabularyzowanej historyjki, w której bohaterowie padają ofiarą cyberprzestępstwa – albo w ostatniej chwili zagrożenia unikają. To okazja do przypomnienia czytelnikom najczęściej stosowanych mechanizmów, a także do wyczulenia ich na sztuczki. Autor woli raczej wyliczać poszczególne rodzaje zagrożeń niż poddawać je długiej analizie – wie, że przez rozbudowaną teorię zwykli czytelnicy mogliby nie chcieć przebrnąć. Proponuje zatem zestaw narzędzi, które mają być przydatne w rozszyfrowywaniu internetowych nadużyć. Fake newsy czy pishing to wybrane zagadnienia, które pojawiają się tu wcale nie na pierwszym planie a jako jedne z wielu rodzajów zagrań, na które warto w sieci dzisiaj uważać. „FAIK. Sztuczna inteligencja w służbie fałszywej rzeczywistości. Jak przetrwać w epoce cyfrowych oszustw” nie jest jednak tylko i wyłącznie poradnikiem czy szczepionką na fałszywe wiadomości w sieci. Czytelnicy wyciągną z tej książki o wiele więcej, pod warunkiem, że zaufają autorowi i – że potrenują uważność dzięki wskazówkom pojawiającym się na końcu tomu. Może to być trudne – wymaga bowiem czasu i sporej energii, jednak Carpenter przekonuje, że wypracowanie sobie pewnych odruchów zaowocuje szybko lepszym orientowaniem się w ewentualnych manipulacjach i oszustwach.

Nie trzeba wiele, żeby zyskać dostęp do cennych danych – tu liczy się również psychologia, obok świadomości informatycznych chwytów. Ale w erze AI możliwości przestępców stają się o wiele większe – bo wspomagane przez dostępne powszechnie narzędzia. Nawet jeśli twórcy LLM-ów starają się wyposażyć je w umiejętność odsiewania potencjalnie niebezpiecznych treści, Carpenter pokazuje, jak łatwo jest obejść system i uzyskać potrzebne dane bez szczególnego wysiłku. Przypomina odbiorcom, że przestępcy będą korzystać z takich furtek i nie zawahają się przed nieetycznym wykorzystywaniem sztucznej inteligencji. Dlatego też warto wypracować w sobie nieufność do wiralowych treści czy materiałów, które stoją w sprzeczności z wartościami głoszonymi przez konkretne osoby: deepfake nie jest dzisiaj niczym niezwykłym, a może błyskawicznie wprowadzić w błąd szerokie rzesze odbiorców.

Co ciekawe, do napisania książki Perry Carpenter wykorzystuje sztuczną inteligencję: pokazuje, jak to narzędzie funkcjonuje i jak ułatwia pracę – tłumacząc jednocześnie, dlaczego nie można wierzyć we wszystkie treści przez nie tworzone. Ten autor próbuje nauczyć czytelników, że AI ma wiele twarzy i że warto korzystać z niej rozumnie, bez strachu, ale też bez nadmiernego zaufania. I to wszystko pojawia się w książce, która pozwala szerokiemu gronu czytelników lepiej poznać możliwości AI, a jednocześnie – jedynie zarysowuje tematy, które zasługują na pogłębienie. Tu nie ma czasu na rozbudowane analizy – najpierw trzeba zaprezentować odbiorcom podstawy. I to Perry Carpenter robi.

środa, 25 marca 2026

Overthinking. Jak radzić sobie z nadmiernym myśleniem. Inteligencja emocjonalna

Onepress, Gliwice 2026.

Pułapki

Przesadne rozpamiętywanie minionych wydarzeń lub najbardziej stresujących sytuacji nie służy samorozwojowi ani zdrowiu psychicznemu, istnieje więc już cały szereg ćwiczeń, które pozwalają wyjść z pułapki nadmiernego myślenia i przywrócić normalność. Malutka książka spod szyldu „Harvard Business Review” ma uświadamiać czytelnikom, że stresory spotykać będą w pracy (zwłaszcza w pracy w korporacji) na każdym kroku, ale nie powinno to być hamulcem w ich działaniach. „Overthinking. Jak radzić sobie z nadmiernym myśleniem” to kolejna bardzo udana publikacja, która zyska wielu zwolenników z racji skondensowania i niewielkich rozmiarów. Zamiast rozbudowanych psychologicznych analiz autorzy skupiają się bowiem na dostarczaniu odbiorcom – pierwotnie czytelnikom czasopism – esencję wiadomości i pozwalają zmierzyć się z problemami dzięki konkretnym zadaniom. Tym razem odbiorcy mają do czynienia z artykułami publikowanymi na stronie miesięcznika – albo z opracowaniami na podstawie tych artykułów. Kolejni autorzy przyglądają się najbardziej popularnym schematom związanym z nadmiernym myśleniem i podsuwają gotowe, sprawdzone rozwiązania, które wystarczy wcielić w życie, żeby móc poprawić jakość codziennej pracy. Łączą overthinking najczęściej ze stresem – tłumaczą, jaką przeszkodą w wykonywaniu obowiązków może być perfekcjonizm, pokazują, kiedy overthinking blokuje działania, zajmują się także kwestią podejmowania decyzji i jej następstw. I to może być dla czytelników przełomowe odkrycie: nie liczy się bowiem sam moment podejmowania decyzji, a to, co zrobi się później z jej konsekwencjami – co oznacza, że nie warto zwlekać czy rozważać w nieskończoność potencjalnych scenariuszy, a wybrać jeden z nich i sprawić, żeby wszystko poszło jak najlepiej. Sporo tu oczywistości (zamartwianie się dawnymi błędami do niczego nie doprowadzi), trochę powiązań między przeszłością i przyszłością – tak, żeby odbiorcy zauważyli, że dawne porażki to nie wszystko i naprawdę nie ma sensu poświęcać im zbyt dużo uwagi. Oczywiście nie jest łatwo zrezygnować z niszczących nawyków i wyzwolić się ze schematów, dlatego w tych artykułach nacisk kładzie się na uświadomienie odbiorcom sytuacji, w jakiej się znaleźli – i podsunięcie zestawu mechanizmów obronnych. Każdy, kto zaakceptuje przedstawioną strategię, będzie musiał wykonać pracę nad sobą – ale zyska podstawy i przekonanie, że warto podjąć wysiłek, żeby polepszyć pracę. Rozdziały w tym niewielkim tomie to powiedzenie tego, co najważniejsze, bez ozdobników i retoryki, liczy się skuteczność i tempo działań, a nie literackość – łatwo przyswaja się te teksty także dlatego, że napisane są niemal jak wystąpienia motywacyjne dla czytelników, prosto i rzeczowo. Wszyscy ci, którzy nie mają ochoty przedzierać się przez rozdmuchane poradniki z zakresu samorozwoju, tu zyskają wiedzę w pigułce – podpowiedź w sam raz do błyskawicznego zastosowania. „Overthinking” to książka, która odpowiada na charakterystyczny społeczny problem – ale nastawiona jest na życie zawodowe i na poprawianie produktywności.

niedziela, 22 marca 2026

Jak sobie radzić z trudnymi ludźmi? Inteligencja emocjonalna

Onepress, Gliwice 2026.

Relacje

Niewielka to książka, ale sygnowana przez „Harvard Business Review”, co oznacza, że materiały w niej zawarte będą faktycznie przydatne i wysokiej jakości. Wybrano kilka artykułów, które pierwotnie pojawiły się w tym miesięczniku – i ułożono je w sposób, który zapewnia dostęp do najważniejszych informacji w skondensowanej formie. O ile tomy pokonferencyjne są przeważnie napuszone objętościowo i przegadane za sprawą konieczności powtarzania w artykułach naukowych tych samych wiadomości we wprowadzeniach czy podsumowaniach, o tyle w tym wypadku autorzy od razu przechodzą do sedna i pokazują czytelnikom, jak wygląda odpowiedź na postawione w tytule pytanie. „Jak radzić sobie z trudnymi ludźmi? Inteligencja emocjonalna” to zestaw artykułów, które naświetlają sytuację w pracy w korporacji – ale da się istniejące tu wskazówki rozszerzyć na inne obszary działalności i międzyludzkich kontaktów. Każdy artykuł ma innego autora (powtarza się tylko Amy Gallo), każdy dotyczy zagadnienia ważnego i wartościowego z perspektywy zwyczajnych czytelników, niekoniecznie uwikłanych w toksyczne relacje – ale świadomych ich istnienia w różnych okolicznościach. Ponieważ nie ma tu miejsca na teoretyzowanie, liczy się stworzenie zbioru przydatnych podpowiedzi, książka może zostać bardzo skondensowana – stanowi rodzaj bryku w relacjach międzyludzkich i ułatwia reagowanie, przynajmniej w wersji modelowej – w okolicznościach, w których zwykle traci się umiejętności skutecznego działania.

I tak Mark Gerzon podpowie, jak rozwiązywać konflikty – nauczy czytelników oceniania temperatury sporu i w zależności od wyniku – odpowiedniego reagowania. Holly Weeks skupi się na stresujących rozmowach, tak, żeby uświadomić czytelnikom, kiedy nie mają szans na porozumienie i co powinni zrobić, jeśli zależy im na konkretnych efektach (tu wprawdzie porusza się po delikatnym terenie, a nie istnieją formułki, które nie brzmiałyby sztucznie w normalnych rozmowach, jednak warto zwrócić uwagę na jej propozycje, żeby poprawić jakość komunikacji i jednocześnie nie łamać reguł rządzących nią w firmie). Dalsza część książki to już konkretyzowanie rodzajów trudnych współpracowników (lub szefów): jedni mogą wprowadzać chaos, wszystko uważając za najpilniejsze, inni stosują pasywną agresję, jeszcze inni wprowadzają niepotrzebny stres albo zachowują się niezgodnie z regułami życia społecznego; na sam koniec wprowadzony zostaje temat nielubianego szefa.

Autorzy sięgają po opracowania psychologiczne, ale wydobywają ich esencję, żeby odbiorcom w krótkiej formie przedstawić najważniejsze odkrycia i przesłania. Muszą postawić na praktyczne umiejętności – i uruchomić w czytelnikach schematy reakcji w stresujących chwilach. Podpowiadają, kiedy odpuścić, a kiedy zdecydować się na radykalne kroki – wszystko w imię zachowania dobrej kondycji psychicznej. Wiadomo, że modelowe przykłady mocno różnią się od zwyczajnego życia, ale w tych artykułach poszukać można inspiracji i podpowiedzi, które dopiero po lekturze wydają się być oczywiste. „Jak radzić sobie z trudnymi ludźmi” to publikacja niewielka objętościowo, za to niezmiernie ważna i przydatna w codziennym życiu zawodowym oraz prywatnym – pokazuje najczęściej spotykane problemy i sposoby zaradzenia im bez otoczki zbędnej dla potrzebujących błyskawicznej pomocy.

niedziela, 1 lutego 2026

Paulina Tondos: Grenlandia. Ulotny duch Północy

Bezdroża, Gliwice 2026.

Północ

Jest w tej książce coś magnetyzującego i niezwykłego, chociaż Paulina Tondos stara się budować narrację tak, żeby wypaść jak najbardziej uniwersalnie i w stylu trochę zbliżonym do podręcznikowego. Jednak nie ukrywa fascynacji Grenlandią, a co za tym idzie – także wie, jak przeszczepić ją odbiorcom. „Grenlandia. Ulotny duch Północy” to książka niepozorna i ukrywająca naprawdę fascynujące treści, a do tego przygotowana fachowo i z myślą nie tylko o aktualnych wydarzeniach – chociaż na aktualności trochę przypadkowo zyskuje. Autorka podchodzi do tematu ze znawstwem i kieruje się przede wszystkim chęcią udzielania odbiorcom szczegółowych wyjaśnień na temat miejsca. Zaczyna wręcz podręcznikowo od opowieści o lodowcach, ukształtowaniu terenu, położeniu geograficznym – to wszystko przyda się później, między innymi przy omawianiu tematu złóż naturalnych, tak rozpalającego politykę międzynarodową. Zresztą na tematy polityczne też znalazło się miejsce – bo autorka dba o to, żeby przedstawić historyczne i aktualne znaczenie Grenlandii, a osobny rozdział przeznacza w ogóle na omówienie, co Stany Zjednoczone chcą od Grenlandii uzyskać. To dobry pomysł, żeby uświadomić części czytelników, o co cała gra. Ale sprawy polityczne to tak naprawdę tylko margines w tej publikacji, niewielki element pozwalający poznawać specyfikę regionu i mentalność mieszkańców. Paulina Tondos chce bowiem prezentować – zgodnie z podtytułem – ulotnego ducha Północy i zabiera się do tego znakomicie. Efekty, jakie uzyskuje, olśniewają.

Jeśli ktoś ma ochotę na poznawanie lokalnych wierzeń i przekazów ludowych, tradycji oraz opowieści, które przez całe wieki zapładniały wyobraźnię lokalsów, może je tutaj znaleźć. Autorka jest świadoma, jak bardzo prezentowane przez nią fabuły odbiegają od dzisiejszych standardów wydawniczych – mnóstwo tu krwawych i przerażających sytuacji, które prowadziły do wyjaśniania nieznanego i do budowania przestróg, które zapadną w pamięć miejscowym. Dzisiaj czyta się o tych pomysłach z lekkim uśmiechem, ale Paulina Tondos uświadamia też czytelnikom, jak ważne jest ocalanie dziedzictwa kulturowego i znalezienie miejsca na utrwalenie dorobku przodków, nawet jeśli dzisiaj wydaje się on kompletnie nieprzydatny w wymiarze praktycznym. Opowieści z surowej północy ucieszą czytelników – pokażą im całą egzotykę i osobność Grenlandii, ale też wartość ocalonych historii i fabuł. Część kulturoznawcza bardzo ożywia tę książkę i staje się najważniejszym powodem, dla którego sięgać po nią mogą przypadkowi odbiorcy – Tondos ich nie rozczaruje, przyniesie im cały zestaw ciekawostek i efektów imaginacji, uporządkowany i starannie przedstawiony.

Autorka staje w opozycji wobec blogerskich wywodów i szybkich komentarzy. Dba o to, żeby przedstawić Grenlandię starannie, bez skrótów i jednocześnie bez przegadania. Udaje jej się dobrze wyważać proporcje i zamieniać lekturę w przygodę – mimo że nie rezygnuje z popularnonaukowego stylu. Jest tu bardzo gęsta narracja wypełniona ciekawostkami i anegdotami, przygotowująca do ewentualnych podróży albo do zwiększenia uwagi poświęcanej dalekim krajom. Paulina Tondos prowadzi czytelników z zacięciem i dużą wiedzą, sprawia, że chce się za nią podążać – i że lektura zamienia się w dużą przyjemność. Warto się na ten niepozorny tom zdecydować: nie mamy tu przeładowania grafikami, liczą się za to komentarze oddziałujące na wyobraźnię.

wtorek, 27 stycznia 2026

Reinhold Messner: Pod wiatr. O czerpaniu siły z przeciwności losu

Bezdroża, Gliwice 2026.

Samotnik

Każdy, kto choć trochę interesuje się himalaizmem, o Reinholdzie Messnerze musiał słyszeć. Teraz wspinacz powraca jako autor książki „Pod wiatr. O czerpaniu siły z przeciwności losu”, dość obszernego tomu w dużej części złożonego z cytatów i fragmentów już istniejących publikacji pojawiających się na przestrzeni ostatniego półwiecza. Messner nie jest postacią, która walczyłaby o przychylność kogokolwiek, dał się poznać jako człowiek zbuntowany i w pojedynkę walczący z całym światem – a to oczywiście nie przysporzyło mu przyjaciół ani zwolenników wśród obserwujących środowisko alpinistyczne. Reinhold Messner sam w górach doznał kontuzji, która uniemożliwiła mu dalsze bicie rekordów czy osiąganie sukcesów na dotychczasową skalę – co ciekawe, wydaje się po lekturze, że owa kontuzja (utrata kilku palców u nóg i opuszków w palcach u rąk) zamieniła się w potężny kompleks. Powraca w tomie parokrotnie i w nieoczekiwanych momentach. Ale w ogóle Messner pisze tę książkę, żeby rozliczyć się z wrogami, pokazać, że wygrał i żeby przypomnieć zwłaszcza młodszemu pokoleniu, że miał rację w głośnej sprawie związanej z tragedią na Nanga Parbat, podczas której stracił brata (a później musiał się tłumaczyć z własnego zachowania, na które wprawdzie nie było świadków, ale wieść o rzekomym porzuceniu słabszego partnera wycieczki rozniosła się szeroko). Na pewno nie ociepla tą publikacją swojego wizerunku – pozostaje sobą, jest agresywny i bezlitosny w stosunku do przeciwników, a między wierszami widać, że rozpaczliwie potrzebuje akceptacji. Messner nie zdobywa zaufania: ani kiedy jest eurodeputowanym, ani kiedy wyznacza trudne przejścia w górach, ani kiedy walczy o popularyzowanie himalaizmu, ani nawet wtedy, kiedy chce kupić zamek, odrestaurować go i otworzyć w nim muzeum. Po prostu: to zbyt silny charakter, nie potrafi się podporządkować ani przemilczeć pewnych spraw – i to widać również w tym tomie.

Reinhold Messner zbiera zatem w jednym miejscu wszystko to, co cechuje Reinholda Messnera i pozwala czytelnikom wyciągać samodzielne wnioski na temat swojej przeszłości, relacji z dziennikarzami i kolegami po fachu oraz z ewentualnymi kibicami. Zwykle wprowadza odbiorców w kontekst, a następnie przechodzi do cytowania całych stron dawnych materiałów – dzięki temu czytelnicy otrzymają pierwotną wersję dokumentów i nie będą się zastanawiać, czy autor nie przeinacza wydarzeń. Co najmniej kilka autobiograficznych książek dałoby się wykroić z tego tekstu, ale Reinhold Messner najwyraźniej nie ma zacięcia literackiego (w tym wypadku tłumaczenie też nie zawsze cieszy – „siedząc na kamieniu, mój wzrok krążył ponad…”, pojawi się tu trochę zgrzytów i trochę niezręczności nie tylko stylistycznych). Stara się przekonać czytelników do swoich racji i pokazać im, jak wyglądała burzliwa przeszłość. Ma satysfakcję z odzyskania dobrego imienia po latach, ale nie oszczędza odbiorcom wiadomości o tym, jak wyglądały lata potyczek z mediami. Pokazuje, jak był traktowany przez środowisko wspinaczy wysokogórskich – i nie ulega wątpliwości, że sam sobie starannie na to traktowanie zapracował. Jest „Pod wiatr” inną lekturą niż te przeważnie spotykane w ramach literatury górskiej i (auto)biografii wspinaczy. Inną – to znaczy nie wpisuje się w schemat i zapewnia czytelnikom wrażenia odbiegające daleko od tych standardowych.

niedziela, 11 stycznia 2026

Beata i Paweł Pomykalscy: Po szychcie. Życie w cieniu przemysłu. Opowieść o Górnym Śląsku

Bezdroża, Helion, Gliwice 2026.

Poznawanie

Żeby zrozumieć, trzeba najpierw poznać. Dowiedzieć się czegoś o tym, co obce, może odstraszające innością albo niezwykłe z ogólnej perspektywy. I z tego – banalnego przecież – założenia wychodzą Beata i Paweł Pomykalscy, tworząc książkę „Po szychcie. Życie w cieniu przemysłu. Opowieść o Górnym Śląsku”. Świadomi są ograniczeń terytorialno-nomenklaturowych, ale nie jest ich celem pakowanie się w lokalne animozje, raczej – przedstawienie obrazu śląskiej codzienności tak, żeby zrozumieli ją ludzie z innych części kraju. O co chodzi z tym Śląskiem – próbują wytłumaczyć, ale też sami zrozumieć. W tym celu posiłkują się opowieściami swoich dziadków oraz znajomych, którzy chcą podzielić się wspomnieniami, zbierają ciekawostki, fakty i kulturowe obrazy. Zbierają pospiesznie i pobieżnie – na pogłębianie wiedzy przyjdzie jeszcze czas, na razie trzeba uchwycić istotę, zaprosić ludzi do poznawania tajemniczego. „Po szychcie” to opowieść o tym, jak kopalnia wyznacza życie małych społeczności. Autorzy nie tylko przyglądają się pracy pod ziemią (i analizują sytuacje, które mogą doprowadzić do wypadków, nawet przy zachowaniu najwyższych standardów bezpieczeństwa, odwołują się przy tym do przeszłości, żeby zestawiać pracę dawniej i obecnie), ale też informują odbiorców, jak kształtuje ona egzystencję całych rodzin. Bo przecież górnictwo to nie tylko orkiestry budzące osiedla czwartego grudnia (kiedyś normalność, dzisiaj coraz częściej po prostu atrakcja turystyczna) – ale też zestaw zachowań, przyzwyczajeń i trosk. Problem w tym, że większość kraju postrzega ten zawód jako roszczeniowy i niezasługujący na dodatkowe przywileje (społeczna zazdrość zaczęła się w czasach PRL-u i jej źródła Pomykalscy wychwytują) – w tej książce można znaleźć próbę odpowiedzi na pytanie, jaka jest cena udogodnień.

Opowiadają Pomykalscy o tym, jak tworzyło się środowisko przemysłowe na Górnym Śląsku i co zostało z niego dzisiaj. Jak werbowano ludzi do pracy i jaki pomysł na siebie znalazły lokalne zakłady, kiedy nadszedł czas masowego zamykania kopalń i hut. Rozmawiają z ludźmi, którzy stymulują kulturę i życie społeczne w regionie, ale – bardzo wybiórczo. Tak samo zresztą robią, kiedy oprowadzają po atrakcjach Górnego Śląska – wymieniają zaledwie kilka miejsc i kilka miast zasługujących na uwagę, pospiesznie, bez poszerzania analiz i wprowadzania do świadomości czytelników czegoś więcej. Na więcej przyjdzie czas – najpierw trzeba Śląskiem zaintrygować, zachęcić do jego odkrywania i nie przestraszyć (albo – zlikwidować barierę strachu). Co ważne, autorzy nie walczą tu o miłość czytelników. Starają się postawić na obiektywne obrazki, czasem wręcz surowe, z rzadka odwołują się do konkretnych ludzi i ich marzeń – o wiele bardziej inspirujące są dla nich pejzaże i przemiany kulturowe będące następstwem odnalezienia się w industrialnym regionie. Odchodzą od typowych narracji, ale nie od typowych scenek – wyrastają na stereotypach, których wcale nie trzeba obalać czy weryfikować, wystarczy zarejestrować ich istnienie, żeby uzyskać przekonujące oblicze Górnego Śląska. To zdecydowanie opowieść dla ludzi z zewnątrz, ci, którzy Górny Śląsk odkrywają codziennie, nie znajdą tu nic nowego dla siebie. Ale mogą przynajmniej sprawdzić, jak funkcjonuje ta przestrzeń w ludziach zdystansowanych od sentymentów i przyzwyczajeń.

środa, 24 grudnia 2025

Jake Knapp, John Zeratsky: Klik! Twórz to, czego ludzie naprawdę pragną

Onepress, Gliwice 2025.

Wyróżnianie się

Jake Knapp i John Zeratsky pracowali między innymi przy Gmailu czy YouTube, mają też na koncie rozwijanie start-upów i mogą własnym doświadczeniem podzielić się teraz z tymi czytelnikami, którzy po prostu muszą zaistnieć na rynku ze swoimi produktami, a nie mają pojęcia, jak to zrobić najefektywniej. Z pomocą przychodzi im teraz poradnik „Klik! Twórz to, czego ludzie naprawdę pragną”. To książka bardzo dopasowana do dzisiejszych czasów i reguł rynkowych – nie tylko pozwala nauczyć się dobrych odruchów w prowadzeniu marketingowych akcji, ale też wyćwiczyć je i wprowadzić w nawyk. Jest tu cały program przygotowania do zmian, rozpisany… na dwa dni. Wystarczy dostosować się do wskazówek autorów, żeby wypracować sensowne zasady funkcjonowania firmy i zdeklasować konkurencję. Wszystko bazuje na świadomości, że można nie tylko podejmować wyzwanie i grać według reguł konkurentów, ale znacznie lepsze rozwiązanie to wypracować własne zasady, w których ma się gwarantowany sukces. Słowem – autorzy nie koncentrują się na rywalizacji, a na przechytrzeniu konkurencji.

Skupiają się tu mocno na działaniu i na praktycznych aspektach lekcji. Tłumaczą, ile czasu poświęcić na jakie działania, kiedy przerwać ćwiczenie albo kiedy zdecydować się na wdrożenie wypracowanych pomysłów. Rozwiewają wątpliwości – bo po lekturze to właśnie odbiorcy przejmą rolę przewodników po całym systemie i będą musieli odpowiadać na pytania swoich podwładnych czy moderować ich dyskusje. „Klik” i na to ma odpowiednie wyjaśnienia, autorzy faktycznie zajęli się kompleksowo przygotowaniem czytelników do poprawiania sytuacji firmy na rynku. Jest to niewielki poradnik, ale bardzo esencjonalny. Co ważne, autorzy rzadko odwołują się do przykładów, ale kiedy już się na nie decydują, to sprawiają, że opowieść jeszcze lepiej zapada w pamięć i przy okazji jeszcze lepiej przekona odbiorców do sprawdzania trafności i skuteczności porad.

„Klik” to poradnik przejrzysty i niewymagający długich przygotowań – wystarczy wpoić sobie zaledwie kilka zasad i wskazówek, żeby móc modyfikować dotychczasowe przyzwyczajenia w świecie sprzedaży. „Klik” wyróżnia się na rynku za sprawą wyrazistości i głębokiego przekonania autorów co do skuteczności uwag. Łatwo będzie przetestować podpowiedzi i wprowadzić dobre praktyki do codziennych działań w firmie – nie wymaga to zbyt wielkiego poświęcenia, za to bez wątpienia warto spróbować. Właściwe ocenianie konkurencji, pomysły na serwetkach, karty do wypełniania pojedynczymi zdaniami – to wszystko bardzo porządkuje oczekiwania i dążenia, co prowadzi do lepszego definiowania celów a także do polepszenia osiągnięć. „Klik” to książka cenna, na pewno przydatna dla wszystkich, którzy pracują nad poprawianiem widzialności swojej firmy i chcą wybić się na rynku. Cały system przygotowany przez autorów nie wydaje się ani skomplikowany, ani szczególnie wymagający, w związku z czym odbiorcy mogą poczuć się usatysfakcjonowani i szybko przetestować porady.

niedziela, 14 grudnia 2025

Joshua Winn: Mała księga egzoplanet

Helion, Gliwice 2025.

We wszechświecie

Kolejną znakomitą książkę popularnonaukową z zakresu astronomii przynosi czytelnikom Helion – Joshua Winn, który zajmuje się badaniem egzoplanet, przybliża odbiorcom to mocno egzotyczne, ale równie ciekawe zjawisko i sprawia, że inaczej będzie się spoglądać wieczorem w rozgwieżdżone niebo. Autor nie tylko zajmuje się opowiadaniem o tym, czym charakteryzują się egzoplanety, jak wyglądają, gdzie się pojawiają i – czy są na nich warunki do życia. Równie często wybiera prezentowanie odbiorcom swojego warsztatu, to jest – wszystkich ciekawostek pozwalających na badanie egzoplanet, czyli planet spoza Układu Słonecznego. I o ile odbiorcy przeważnie uczyli się kolejności ośmiu lub dziewięciu planet, teraz zostaną zderzeni z wiadomością o olbrzymich liczbach podobnych ciał niebieskich w kosmosie – i o samych radościach ich odkrywania. Przez narrację przebija pytanie, czy na innych planetach w innych układach może rozwinąć się życie – ale tym autor nie będzie się zajmował, bo jego uwagę przyciągną same egzoplanety. Są tu gorące jowisze i planety puszyste, są planety, które mają właściwości niczym z filmów sci-fi, są też takie, które rodzą same pytania. Każda planeta to niespodzianka – a odkrywanie ich wiąże się z wielkim wyzwaniem, jako że ich istnienie zwykle zagłusza gwiazda, wokół której krążą (autor nakreśla też jako ciekawostkę zagadnienie ewentualnych planet krążących wokół czarnych dziur).

Pasjonatów obserwowania nieba ta książka zachwyci, podobnie zresztą jak szerokie grono odbiorców – bo Joshua Winn opowiada wszystko od podstaw absolutnych. Owszem, nie można mieć wstrętu do fizyki czy matematyki, jeśli chce się z przyjemnością śledzić kolejne wywody – ale jeśli ktoś uważał na lekcjach w szkole, to w zupełności wystarczy, żeby teraz nie uciekał od tomu z krzykiem. Autor swoich czytelników traktuje bardzo poważnie, ale wie doskonale, że różnie u nich z pamięcią i koncentracją, dlatego bardzo cierpliwie i krok po kroku pokazuje kolejne etapy odkrywania tajników kosmosu, kiedy trzeba (na przykład w kolejnych rozdziałach), przypomina odpowiednie terminy i definicje, a często też zapowiada, co znajdzie się w dalszej części tomu, żeby ułatwić nawigację tym bardziej niecierpliwym. Warto jednak dać się poprowadzić – Joshua Winn robi to z dużym wyczuciem. Narracja w jego wykonaniu jest jak powieść sensacyjna, w której odbiorcy zaczną się cieszyć każdą kolejną odkrytą planetą. Autor nie ukrywa warsztatu badawczego – tłumaczy, jak uczeni zdobywają informacje i na jakie błędy czy niespodzianki są narażeni. Odwołuje się i do historii astronomii, i do teraźniejszości, akcentując rozwój nauki i samych narzędzi. Sprawia, że dla czytelników ta podróż będzie wyjątkowa i wypełniona danymi, jakich nigdzie indziej by nie znaleźli. Nagle zwykłe spoglądanie w niebo zamieni się w wielką przygodę – ze świadomością, że kryje nie tylko mnóstwo gwiazd, ale całe układy z planetami (czasem – krążącymi wokół dwóch „słońc”). To rozbudza wyobraźnię i może części czytelników wskazać nieoczekiwanie nowe pasje czy gałęzie nauki, którymi warto się zainteresować. To książka popularyzatorska napisana z wielką pasją i pomysłem – ani przez moment nie nudzi, ani przez moment nie pozostawia czytelników z pytaniami bez odpowiedzi – i warto to docenić.

poniedziałek, 8 grudnia 2025

Albert Rutherford: Myśl algorytmicznie

Sensus, Helion, Gliwice 2025.

Programy

Dwie zalety ma ta książka – dwie zalety, które sprawią, że odbiorcy chętnie będą po nią sięgać. Po pierwsze tytuł, który zawiera w sobie nie tylko nakaz, ale też obietnicę, że da się go wprowadzić w czyn – wielu ludzi chciałoby myśleć algorytmicznie, nastawić się na systemowe rozwiązanie problemów. Po drugie – objętość. Cały tomik łącznie z bibliografią i przypisami to zaledwie sto stron – co oznacza, że w skondensowanej formie odbiorcy otrzymają tu mnóstwo porad i wskazówek. Albert Rutheford bowiem poważnie podchodzi do swojego zadania, tworzy poradnik, ale poradnik, który ma dla dzisiejszych czytelników sporą moc. Nie wprowadza oczywiście wiadomości nowych, ale przez zgrabne nawiązanie do programów komputerowych podpowiada, co zrobić, żeby trochę uprościć sobie codzienność. Algorytmy większości czytelników kojarzą się z komputerami – komputery to niezawodność i pewnego rodzaju mechanizacja codziennych zajęć. Autor przygląda się dokonaniom psychologów i wybiera z nich to wszystko, co pomaga w porządkowaniu świata. Tłumaczy, kiedy ludzie kierują się intuicją w podejmowaniu decyzji (i kiedy proces decyzyjny staje się najtrudniejszy przez nadmiar danych niemożliwych do porównywania czy zestawienia). Skupia się na prokrastynacji i na ruminacjach, ale naświetla też wpływ innych ludzi (lub czynników zupełnie pozbawionych sensu a wpływających na rzekomo racjonalne wybory). Ale najważniejsze jest to, że uczy tworzenia algorytmów – nie tych komputerowych, a życiowych. Rozpisuje niemal każde zadanie do wykonania na kilka prostych kroków – podpowiada czytelnikom, jak zastosować te kroki do zwyczajności. Proponuje kilka ćwiczeń do wykonania tak, żeby przyzwyczaić się do stosowania konkretnych schematów. I tyle – niczego więcej nie potrzeba. Żadnych rozbudowanych teorii (chętni i zainteresowani znajdą do nich drogę), żadnych wielkich słów i obietnic – to wszystko, co znalazło się w tej książce, daje się bezpośrednio przełożyć na życie. „Myśl algorytmicznie” to udana publikacja – niewielka, ale pełna wartościowych z perspektywy zwykłych odbiorców uwag. Autor bardzo umiejętnie łączy życiowy chaos i porządek programów komputerowych – trafia marketingowo i realizacyjnie.

Są tu krótkie rozdziały – początkowo po prostu wytyczające czytelnikom punkty do refleksji nad zwyczajowymi zachowaniami. Później jednak coraz bardziej zaczyna się liczyć praktyka – i nawet na przekonanie odbiorców do podjęcia określonych działań Rutherford znajduje odpowiednią metodę. Oczywiście trafi do przekonania tylko części publiczności literackiej, do tych ludzi, którzy potrzebują przynajmniej pozorów porządku. To dla nich cały system, banalny do zapamiętania i do wcielenia w czyn. Co ciekawe, nie ma w „Myśl algorytmicznie” przegadania ani momentów kompletnie pozbawionych znaczenia, tu wszystko jest po coś – pełni swoją funkcję, nawet jeśli na nowo odkrywa rzeczywistość dla nowych czytelników. Rutherford wie, jak wydobyć z gąszczu psychologicznych dokonań to, co istotne w procesie budowania samoświadomości. Przetwarza wybrane teorie tak, żeby pasowały do koncepcji myślenia algorytmicznego. I tym samym sprawia, że czytelnicy będą mieli wrażenie uczestniczenia w wyjątkowym odkryciu.

niedziela, 30 listopada 2025

David DuChemin: Światło. Przestrzeń. Czas. Eseje o sztuce fotografii

Helion, Gliwice 2025.

Motywacja

„Światło. Przestrzeń. Czas. Eseje o sztuce fotografii” to niewielka objętościowo książka, która jednak wszystkim chcącym bawić się w robienie zdjęć podsunie kilka ważnych tropów. David DuChemin zawsze w swoich publikacjach dotyczących fotografowania przechodził od techniki w stronę refleksji na temat samego procesu – nie inaczej jest tym razem, chociaż w najnowszej książce w ogóle nie przejmuje się danymi technicznymi. Co więcej: przekonuje czytelników, dlaczego kierowanie się nimi nie ma zupełnie sensu nawet przy próbach odtwarzania kadrów. Kolejne jego propozycje – zdjęciowe i tekstowe – mają zachęcać odbiorców do samodzielności i do poszukiwania własnej artystycznej drogi. Ma to swoje dobre strony: nowicjusze nie zostaną przytłoczeni nadmiarem wskazówek, a ci, którzy chcą próbować swoich sił w ambitnej fotografii, nie będą się uczyć na pamięć do niczego nieprowadzącej specyfikacji. DuChemin funkcjonuje w świecie fotografii jako przewodnik, ale tym razem bierze na siebie bardziej rolę motywatora. Jak zawsze dzieli się z odbiorcami swoimi zdjęciami – jest ich w tej niewielkiej książce mnóstwo, ale wszystkie koncentrują się na temacie dzikich zwierząt. I o ile do niedawna DuChemin mógł inspirować i przekonywać, że każdy da radę robić zdjęcia podobne do jego prac (nawet jeśli byłoby to sporym nadużyciem), o tyle teraz już pokazuje jedynie, ile da się wykrzesać z nieodległej obecności dzikich zwierząt. Sugeruje, jak bawić się kadrami, światłem oraz kompozycją, chociaż zwykli czytelnicy z takich akurat zdjęć niekoniecznie będą mieli inspirację – chyba że wybierają się na fotograficzne safari i potrzebują wskazówek, jak działać z dziką przyrodą przed obiektywem. Znacznie ważniejsze zatem z perspektywy zwykłych czytelników stają się eseje o fotografowaniu. I chociaż DuChemin przeszedł już długą drogę w poszukiwaniu własnych tematów, kieruje się do absolutnie wszystkich odbiorców – wszystkich, którzy chcą sięgnąć po aparat i uwiecznić na nim dostrzeżony obraz. W kolejnych tematyzowanych esejach koncentruje się na poszczególnych zagadnieniach ważnych w procesie twórczym: interesuje się między innymi rolą ćwiczeń, ale też zachętą do podjęcia działania (jedyny błąd, jaki można popełnić, to nie fotografować – przekonuje). Podpowiada, gdzie szukać inspiracji, jak doskonalić pomysły i dlaczego w ogóle to robić. Namawia do aktywności: nabywania doświadczenia i szlifowania warsztatu. I nie ma znaczenia, jakie parametry się wybierze (czy – jakie podpowiada sam aparat). Ważne jest poszukiwanie własnego artystycznego wyrazu. DuChemin wie, jak pokonać niemoc twórczą i co zrobić, kiedy nic nie wychodzi – dzięki temu jego książki o fotografii nadają się dla wszystkich twórców, niezależnie od używanych przez nich narzędzi: poszukiwanie „natchnienia” dotyczy w takim samym stopniu fotografów co pisarzy, malarzy lub muzyków. Da się bez większego wysiłku przenieść wskazówki dotyczące kreatywności na kolejne sfery sztuki. Dzięki temu też DuChemin może zyskiwać sławę nie tylko jako autor poradników fotograficznych, ale jako twórca zachęcający do działania w każdej dziedzinie. A ponieważ unika raczej zbyt hermetycznych dla początkujących określeń – może przekonać absolutnie wszystkich początkujących artystów do pracy.

piątek, 17 października 2025

Paisley Hope: Serce na wodzy

Editio Red, Helion, Gliwice 2025.

Ranczo

W polskich powieściach erotycznych narracja staje się elementem dalszoplanowym. W zachodnich powieściach erotycznych narracja to jeden z najważniejszych elementów historii – trzeba maksymalnie urealnić charaktery, żeby pozwolić im na realizowanie schematów. Bo największą wadą zachodnich powieści erotycznych z maksymalnie dopracowaną narracją staje się powtarzalność fabularna. Paisley Hope spokojnie mogła pobierać lekcje u Lucy Score – albo u całego szeregu autorek spod szyldu young adult – „Serce na wodzy”, pierwszy tom cyklu Ranczo Srebrzyste Sosny to książka będąca niemal przeniesieniem pomysłów Lucy Score, tyle tylko, że bez elementów sensacyjno-kryminalnych. Co tu oryginalnego? W zasadzie nic – narracja prowadzona jest na przemian przez CeCe i Nasha. Ona wraca w rodzinne strony po nieudanym związku – rozstaniu z mężczyzną, który nie nadaje się na życiowego partnera i który traktował ją jedynie jako zdobycz niewartą nawet wierności. On to lokalny przystojniak, który wszystkich może ratować z opresji, wszystkim pomaga i jest wszędzie. Oboje mają się ku sobie, co wiadomo od dawna – tyle że walczą z uczuciem, nawet gdyby o sobie śnili, nie pozwolą sobie na słabość i ujawnienie pragnień. A jeśli już pozwolą (przecież w końcu muszą pozwolić), to tylko na chwilę i tylko na sam seks. Oczywiście dla wszystkich wokół oni są parą idealną i tworzą związek, chociaż sami jeszcze tego nie dostrzegli. CeCe i Nash muszą zrozumieć, że są dla siebie stworzeni, odważyć się na bycie razem i nie bać się odrzucenia. Zanim to do nich dotrze, będą się po prostu dobrze razem bawić, chociaż od czasu do czasu zdarzy się coś, co uniemożliwi im porozumienie. Żeby nie było zbyt słodko.

W takim razie dlaczego czytać? Dla rozrywki i przyjemności śledzenia narracji. W tym gatunku przewidywalność jest wpisana w rozwiązania fabularne, nawet jeśli Paisley Hope nie chce z jakiegoś powodu porzucić sprawdzonych i wygodnych kolein, nie zmęczy czytelniczek brakiem pomysłów na rozwój akcji. Wynagrodzi im to metodą przedstawiania wydarzeń i delikatnym humorem. Rzecz jasna oferuje też dość rozbudowane sceny seksu – w końcu świadoma jest, że tego odbiorczynie w dzisiejszych romansach i erotykach będą poszukiwać. Nie sili się na wymyślne rozwiązania i w tej dziedzinie, nie zaskoczy nikogo fakt, że wybranek jest hojnie obdarowany przez naturę i niezmordowany w zapewnianiu erotycznej satysfakcji kobiecie swoich marzeń. To wszystko tematy sprawdzone i nie dziwne – dziwne by było, gdyby autorka zamiast eksplozji pożądania zaoferowała zwyczajność.

„Serce na wodzy” to powieść starannie dopracowana, przyjemna w realizacji, nawet jeśli wtórna w każdym zakresie. Da się ją czytać bez zażenowania i poczucia straconego czasu. Jest to historia dla wszystkich marzycielek, które liczą na znalezienie bratniej duszy i pokonanie wszelkich kłopotów bez wysiłku, a także – wierzą w łóżkowe dopasowanie od pierwszej sekundy. Ale też naiwność fabularna i charakterologiczna nie przeszkadza w dobrej realizacji.

poniedziałek, 22 września 2025

Robert C. Martin: My, programiści. Kronika koderów od Ady do AI

Helion, Gliwice 2025.

Kod

Ta opowieść ocala spory kawał historii informatyki i myśli informatycznej i zaspokaja ciekawość czytelników, którzy poza pracą na komputerach zastanawiają się, jaka droga prowadziła do ich stworzenia. „My, programiści. Kronika koderów od Ady do AI” to publikacja, którą czyta się jak dobrą powieść – i która prezentuje rozwój programowania od autorów pierwszych programów komputerowych po lata dwudzieste XXI wieku. Chociaż w centrum tej historii są ludzie, to maszyny odgrywają tu równie ważną rolę – nie liczą się same pomysły na przekazywanie komputerom danych, ale także możliwości technologiczne zmieniające się dynamicznie. Za relację bierze się Robert C. Martin, znany jako Wujek Bob (Uncle Bob) – gawędziarsko i fachowo prowadzi odbiorców przez kolejne kroki milowe w programowaniu. A że sam ma we własnej biografii zetknięcia z rozmaitymi kodami (częściowo z powodów zawodowych, częściowo z ciekawości) – najlepiej może przedstawiać odbiorcom historię odkryć.

„My, programiści” to książka wyjątkowa pod różnymi względami. Pierwsza, główna część zawiera przegląd programistów i kontekstu ich działań, co oznacza, że autor analizuje możliwości technologiczne, opowiada o najbardziej prymitywnych komputerach i przemianach, które pozwalały je udoskonalać – a od tego pokazuje, jakie programy mogły powstawać na takich sprzętach. Zestawia to z biografiami najważniejszych koderów – czasami obala legendy, jak w przypadku Ady Lovelace, czasami zajmuje się biografią jak przy Thomasie Kurtzu, czasami sięga po osobiste komentarze – jak przy Judith Allen. Prezentuje najważniejszych programistów z ich marzeniami i nadziejami, z możliwościami technicznymi i… charakterami. Nie ma tu nudnych biograficznych notek, są postacie z krwi i kości, niekoniecznie podporządkowujące się społecznym zasadom. Autor jest wyczulony na anegdoty i na humor, zresztą od czasu do czasu sam zaskakuje czytelników ironią i bezpośrednimi uwagami. Radzi sobie z prowadzeniem opowieści bez problemu – wie, co zrobić, żeby była ona zajmująca nawet dla przypadkowych czytelników (chociaż ci będą raczej pomijać wstawki związane z samymi charakterami kodów). Tu nie da się nudzić, historia informatyki jest przełożona na zestaw przypadków i pomysłów ludzi, którzy bawią się swoją pracą. Autor układa to chronologicznie, żeby jednocześnie pokazać rozwój informatyki i programowania – i żeby zwrócić uwagę czytelników na fakt, jak rozwijały się same komputery – od pierwszych maszyn liczących (i koncepcji, które nigdy nie doczekały się realizacji przez twórców, a zostały odtworzone z projektów po wielu dekadach) aż po dzisiejsze smartfony i smartwatche. Druga część książki to już analiza wydarzeń z perspektywy samego autora – od lat 50. XX wieku po dzisiejsze czasy. Robert C. Martin opowiada tu o własnych komputerowych wtajemniczeniach i doświadczeniach, wpuszcza czytelników do swojego życia głębiej niż można by się spodziewać po geeku. Pozwala na obserwowanie biegu wydarzeń z innej perspektywy i daje szansę na emocjonalne podejście do tematu. To, co wcześniej tylko zarysowywał od czasu do czasu, teraz funkcjonuje jako prywatny przewodnik.

„My, programiści” to lektura wymarzona dla wszystkich, którzy chcą przyjrzeć się historii komputerów, informatyki i programowania – i dla tych, którzy próbują zrozumieć, dlaczego jest obecnie tak dużo języków programowania i czym się różnią. Robert C. Martin robi bardzo dużo dla popularyzowania wiedzy o historii informatyki. A jednocześnie podsuwa odbiorcom książkę, która nadaje się do czytania z wielką przyjemnością.

środa, 17 września 2025

Vaclav Smil: Wynalazek i innowacja. Krótka historia sukcesu i porażki

Helion, Gliwice 2025.

Obserwacje

Vaclav Smil w potężnym tomie „Wynalazek i innowacja. Krótka historia sukcesu i porażki” stosuje konsekwentny trójpodział formy – spojrzenie na przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Dodatkowo autor wprowadza jeszcze ramy tematyczne – żeby nie wpaść w całe tomy wyliczeń pomysłów ludzkości na upraszczanie sobie życia. Decyduje się na kilka zagadnień, które bardzo szczegółowo rozpracowuje. Rezygnuje przy tym z modnej dzisiaj reportażowej formy, stawia na faktografię – i to dobrze się w tym wypadku sprawdza, pozwala bowiem na uchwycenie niuansów i treści, które inaczej nie mogłyby trafić do tak skonstruowanej opowieści.

Smil wynalazki dzieli na trzy grupy: najpierw postanawia przyjrzeć się tym odkryciom, które zachwyciły ludzkość, a z czasem ujawniły swoją mroczną stronę i stały się mocno niepożądanym elementem. Później sprawdza, co z wynalazkami, które były obiecujące, a jednak nie sprawdziły się w społeczeństwach – po to, żeby na finał nakreślić wizje potrzebnych i pożądanych pomysłów. Za każdym razem decyduje się na trzy wyraziste przykłady (odbiorcy, którzy urodzili się w poprzednim stuleciu, nie będą mieć większych problemów z rozszyfrowaniem oczekiwań społecznych i echa, jakie zostało wywołane przez konkretne wynalazki) – i komentuje je od strony praktycznej, ale też teoretycznej – przedstawiając całą istotę funkcjonowania. Wreszcie na zakończenie próbuje tonować oczekiwania odbiorców wobec kolejnych potencjalnych przełomów, zjawisk i wynalazków, analizuje presję i możliwości technologiczne oraz wytycza ścieżki dla tych, którzy chcieliby zaistnieć w księgach patentowych.

Ujęte w tomie wynalazki mają wymiar globalny, odbiły się szerokim echem w świadomości ludzi i pozostawiły sporo pytań lub niedopowiedzeń. Autor zajmuje się między innymi paliwami (benzyna ołowiowa, która stała się jednym z gigantycznych rozczarowań), środkami owadobójczymi, które miały negatywny wpływ na zdrowie ludzi oraz przyczyną dziury ozonowej, czyli freonami (ci, którzy żyli w latach 90. XX wieku z pewnością pamiętają medialne nawoływania dotyczące konieczności troski o planetę, a związane właśnie z powiększającą się dziurą ozonową: dzisiaj to temat niemal martwy w mediach). Wśród wynalazków, które nie spełniły pokładanych w nich oczekiwań, znajdują się sterowce (co działa na wyobraźnię) i pasażerskie samoloty poruszające się z prędkością ponaddźwiękową – do zestawu możliwych podróży dochodzi jeszcze temat energii jądrowej.

A skoro autor widzi już, co się nie sprawdziło i w jaki sposób zniknęło z powszechnej świadomości, może puścić wodze fantazji (w zakresie ograniczonym przez krytycyzm i faktyczne potrzeby społeczeństw) i zdecydować się na wyznaczanie potrzeb oraz metod ich zaspokajania. I tutaj naświetli odbiorcom nie tylko istotę wynalazków, ale i drogę do nich. „Wynalazek i innowacja” to nie książka do szybkiego przekartkowania – trzeba się zagłębiać w rozbudowane wyjaśnienia i śledzić proces myślowy autora, trzeba też poświęcić trochę czasu na odkrywanie jego dróg – ale z pewnością warto. Można tu postawić na przyziemne oceny, realizm i konkrety – a przy okazji przyjrzeć się sposobom na wyjście ze schematów i na wprowadzanie marzeń do rzeczywistości.

środa, 3 września 2025

Justyna Żejmo: Mózg odporny na krytykę

Sensus, Helion, Gliwice 2025.

Rady na hejt

Mnóstwo jest na rynku książek poradnikowych dotyczących samoregulacji emocji – Justyna Żejmo wpisuje się w ten nurt. Nie dość, że opracowuje schemat postępowania dla wszystkich, którzy muszą radzić sobie z nieprzychylnymi komentarzami innych, to jeszcze przekuwa opowieść w porady pop – tak, żeby trafić do szerokiego grona odbiorców. Zależy jej nie na fachowych określeniach i popularyzowaniu nauki – a na wprowadzaniu do świata czytelników zestawu narzędzi do panowania nad negatywnymi uczuciami. I teraz to, co dla jednych odbiorców będzie wielką zaletą – przystępny język, wpadający wręcz w kolokwialny styl, kompletnie oderwany od typowych poradników i książek psychologicznych – dla innych będzie największą przeszkodą w lekturze. Bo Justyna Żejmo nie prowadzi transparentnej narracji. Przede wszystkim wykorzystuje w tomie cały wachlarz metafor, momentami aż tęskni się za zwyczajnymi nazwami kory przedczołowej i ciała migdałowatego, bo dorośli ludzie niekoniecznie potrzebują antropomorfizacji do przyswajania ich znaczenia.

Autorka odwołuje się od czasu do czasu do badań psychologicznych, przedstawia zasady działania mózgu, żeby wyjaśnić odbiorcom, dlaczego przejmują się negatywnymi komentarzami i dlaczego krytyka może kogoś zniszczyć. Jednak nie to jest najważniejsze w jej książce, a zbiór pytań i uwag, które należy sobie przyswoić, żeby umieć radzić sobie ze stresem i lękiem przed byciem ocenianym. Justyna Żejmo proponuje szereg ćwiczeń prowadzących do zmiany nastawienia – a na marginesie wyjaśnia czytelnikom, dlaczego ważna jest praca nad tym podejściem. Stara się przy tym być dowcipna i barwna – co nie wydaje się specjalnie potrzebne (ani istotne): jeśli ktoś chce czytać tę książkę i działać w kierunku poprawy sytuacji, skoncentruje się na sednie przekazów – jeśli ktoś zastanawia się nad koncepcją i planem proponowanym przez autorkę – będzie się trochę męczyć z przedzieraniem się przez mrugnięcia okiem do czytelników. Nie zabraknie tu oczywiście przykładowych scenek z gabinetu psychologa – na szczęście nie jest ich zbyt dużo (za to wszystkie kończą się płaczem klientek i idealnym zrozumieniem przekazu, co oczywiście prowadzi do wprowadzania pozytywnych zmian). Żeby trafić do odbiorców, Justyna Żejmo wybiera często akronimy, wie, że chwytliwe nazwy zapadną odbiorcom w pamięć i pozwolą na łatwiejsze powracanie do notatek z lektury.

„Mózg odporny na krytykę” to książka, która koncentruje się na wypracowaniu odruchów radzenia sobie z hejtem i ocenami (a także – na odejściu od samego oceniania). W idealnym świecie taka lektura rozwiązałaby wiele problemów odbiorców – jednak ponieważ tych, którzy się zastosują do podawanych wskazówek, nie będzie wielu, motyw stresu związanego z negatywnymi opiniami nie zniknie. A jednak warto przyjrzeć się rozwiązaniom i podpowiedziom podsuwanym w tej publikacji – żeby zastanowić się nad podejściem do rzeczywistości i do innych, żeby być może wypracować sobie pewne mechanizmy obronne i żeby umieć funkcjonować w świecie, w którym każde działanie wystawiane jest na taksujące spojrzenia ludzi.