Gorzka Czekolada, Media Rodzina, Poznań 2026.
Literatura
Lucy Score celuje w romansowych trylogiach, w których temat seksu zostaje potraktowany z humorem a liczne stereotypy i powtarzalne rozwiązania scenariuszowe przestają razić dzięki lekkiemu podejściu do pożądania. U Lucy Score zawsze na finał jest bajkowe „i żyli długo i szczęśliwie”, a ponieważ bohaterowie zaangażowani w romans prowadzą narrację na przemian, nie ma mowy o pomyłce. Dodatkowo są zarysowani już we wcześniejszej części, tak, żeby czytelniczki mogły się zawczasu przygotować na kibicowanie kolejnej parze. Po „Nowym rozdziale w Story Lake” nie było wątpliwości, że kolejny opisany związek będzie historią Zoey – znerwicowanej agentki literackiej Hazel – oraz Gage’a, jednego z trzech braci Bishop – maksymalnie przystojnych i hojnie obdarowanych przez naturę. Nie liczy się to, co oczywiste: płomienny romans i pożądanie bijące ze stron, a sposób prowadzenia narracji. Bo Lucy Score bawi się sytuacjami i scenkami, sprawiając, że do jej rozbudowanych książek czytelniczki po prostu będą chciały wracać.
Zoey nie chce związków, natomiast nie ma nic przeciwko niezobowiązującym przygodom na jedną noc. Ma to przyczynę głęboko w jej kompleksach płynących bezpośrednio z niezdiagnozowanego ADHD. Kobieta jest uosobieniem chaosu. Gage z kolei szuka stałości i nie ma zamiaru wdawać się w żadne przygody – to mężczyzna, który wie, jak postępować i nie interesuje się tanimi podrywami. Enemies to lovers w wersji małomiasteczkowej rozpoczyna się znowu małym trzęsieniem ziemi – bo Zoey wpada pod furgonetkę prowadzoną przez Gage’a – ale jest tu również od samego początku mnóstwo humorystycznych motywów. Cechą charakterystyczną dla Lucy Score jest tworzenie wyjątkowych wydarzeń składających się na charakterystykę miejsca. W Story Lake przybyszy terroryzuje orzeł (który ma na imię Gąsior), a rozmaici mieszkańcy mają jasno określone i komiczne wady. Przeważnie rozstrzygają wszystko, co dotyczy miasteczka, przez głosowanie, a jeśli nie zgadzają się z czyimś zdaniem – korzystają z możliwości obrzucenia go pieczonymi ziemniakami. Dzieje się tu zatem mnóstwo nie tylko między głównymi bohaterami, ale też w tle. I to na wielu poziomach w tle: ZOey przecież wciąż jest zaangażowana w promocję książki Hazel, z kolei bracia Bishop i ich jeżdżąca na wózku siostra żyją jeszcze sprawą z przeszłości – wydarzeniem, które skończyło się niepełnosprawnością Laury i śmiercią jej męża. Wszystko po to, żeby odwlekanie łóżkowych przygód (i naiwność płomiennego romansu) można było rozwlec w czasie, a czytelnicy się nie nudzili podczas lektury.
Prawdziwą siłą w narracjach Lucy Score jest bezpruderyjność połączona z żartem. Tu dialogi często są pikantne, sceny pozwalające przyspieszyć odrobinę dążenie bohaterów ku sobie – wręcz nieprawdopodobne, ale zwykle komiczne. Dzięki temu czytelniczki nie otrzymują romansu na poważnie, mogą za to bawić się damsko-męskimi przepychankami i frywolnością. Jest tu naprawdę dużo scenek napisanych dla śmiechu – i pozwalających na rozrywkę. To właśnie dzięki tym pomysłom Lucy Score stale rozbudowuje sobie grono wiernych fanek – to one sprawiają, że powieści nie tylko z trylogii o Story Lake są takie wyjątkowe, chociaż od początku wiadomo, co się w nich wydarzy. Tu można otwarcie mówić rzeczy, które normalnie się tabuizuje i wprowadzać żarty seksualne na poziomie – a nie pornograficzne. Warto sprawdzić, co dzieje się w Story Lake.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą erotyczne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą erotyczne. Pokaż wszystkie posty
sobota, 1 sierpnia 2026
wtorek, 7 kwietnia 2026
Penelope Ward: Muza rockmana
Editio Red, Gliwice 2026.
Trasa
To jest taki klasyczny erotyk oparty na schemacie z bad boyem i pozornie niewinną młodą kobietą – i żeby trochę tę niewinność osłabić, nie tracąc kontrastu, Penelope Ward decyduje się wyposażyć bohaterkę tomu „Muza rockmana” w mocno traumatyczne doświadczenia. Zresztą drugie odstępstwo od kolein scenariuszowych bazuje na różnicy wieku – on ma trzydzieści osiem lat, ona – dwadzieścia dwa. Wszystko pokazuje, że Emily i Tristan razem być nie powinni. I jednocześnie nie ma wątpliwości, że będą, niezależnie od przeszkód, jakie autorka postawi im na drodze. Po „Muzę rockmana” sięgną tylko i wyłącznie adresatki tego typu powieści, wszystko jest tu jasne już przy tytule. Opowieść prowadzą bohaterowie na zmianę, tak, żeby czytelniczki mogły odkryć punkt widzenia niedostępny drugiej stronie romansu – a także żeby mogły kibicować obojgu, niezależnie od celów i aktualnie deklarowanych pragnień. Emily z początku nawet nie jest fanką zespołu, z którym wyjedzie w trasę: dostaje pracę, ponieważ przypadkowo trafia na casting i rozmawia z głównym wokalistą, nie mając pojęcia o jego sławie. Tristanowi podoba się fakt, że ktoś nie traktuje go jak boga – a myśli o Emily zaprzątają jego umysł do tego stopnia, że w tej trasie zrezygnuje nawet z usług grouppies, jakich mnóstwo od zawsze kręci się przy zespole. Jest jeszcze kwestia skrywanych mrocznych sekretów – obie strony je mają, bo przecież szanse na zepsucie związku muszą być identyczne.
Penelope Ward wie dobrze, że czytelniczki, które czekają na erotyk, potrzebują nie tylko odważnych scen seksu, ale też obietnicy baśniowego „długo i szczęśliwie”, skupia się więc na tym, żeby bohaterowie mogli wzajemnie dać sobie również zrozumienie i wsparcie w najtrudniejszych chwilach. Wprawdzie wychodzi od zabawy – ponieważ Emily pracuje jako dziewczyna na posyłki w zespole, Tristan wymyśla coraz bardziej krępujące zakupy, których potrzebuje bardzo pilnie – jednak dość szybko wychodzi na jaw, że oboje pragną siebie i walczą z tym uczuciem. I to właśnie odróżnia zachodnie erotyki od rodzimych – w zagranicznych historiach pojawia się jeszcze cała otoczka psychologiczna, uzasadniająca odpychanie i pożądanie na przemian. Tu autorka przede wszystkim dba o to, żeby swoich bohaterów ze sobą zetknąć i zmusić do wyznań, reszta przyjdzie sama – i o ile łatwo będzie odbiorczyniom uwierzyć w trawiące ich pragnienie, o tyle już towarzysząca mu miłość staje się elementem nie do końca uzasadnionym, istniejącym wyłącznie w odpowiedzi na zapotrzebowanie rynkowe. Ale problemem tej publikacji nie będzie nawiązywanie do przewidywalnych schematów, a poważne błędy stylistyczne w tłumaczeniu – przepuszczone w redakcji. Bohaterowie między innymi „przeczyszczają gardło”, takich niespodzianek w narracji będzie całkiem sporo. Przyćmiewają one fakt, że w scenach łóżkowych wychodzi na jaw niedostatek odpowiednich językowych fraz, przez co pojawia się niepotrzebna wulgarność czy dosłowność. Oczywiście po tego typu książki sięga się nie dla literackich przeżyć – jednak warto by zadbać o poprawność stylistyczną i usunąć językowe niezręczności.
Trasa
To jest taki klasyczny erotyk oparty na schemacie z bad boyem i pozornie niewinną młodą kobietą – i żeby trochę tę niewinność osłabić, nie tracąc kontrastu, Penelope Ward decyduje się wyposażyć bohaterkę tomu „Muza rockmana” w mocno traumatyczne doświadczenia. Zresztą drugie odstępstwo od kolein scenariuszowych bazuje na różnicy wieku – on ma trzydzieści osiem lat, ona – dwadzieścia dwa. Wszystko pokazuje, że Emily i Tristan razem być nie powinni. I jednocześnie nie ma wątpliwości, że będą, niezależnie od przeszkód, jakie autorka postawi im na drodze. Po „Muzę rockmana” sięgną tylko i wyłącznie adresatki tego typu powieści, wszystko jest tu jasne już przy tytule. Opowieść prowadzą bohaterowie na zmianę, tak, żeby czytelniczki mogły odkryć punkt widzenia niedostępny drugiej stronie romansu – a także żeby mogły kibicować obojgu, niezależnie od celów i aktualnie deklarowanych pragnień. Emily z początku nawet nie jest fanką zespołu, z którym wyjedzie w trasę: dostaje pracę, ponieważ przypadkowo trafia na casting i rozmawia z głównym wokalistą, nie mając pojęcia o jego sławie. Tristanowi podoba się fakt, że ktoś nie traktuje go jak boga – a myśli o Emily zaprzątają jego umysł do tego stopnia, że w tej trasie zrezygnuje nawet z usług grouppies, jakich mnóstwo od zawsze kręci się przy zespole. Jest jeszcze kwestia skrywanych mrocznych sekretów – obie strony je mają, bo przecież szanse na zepsucie związku muszą być identyczne.
Penelope Ward wie dobrze, że czytelniczki, które czekają na erotyk, potrzebują nie tylko odważnych scen seksu, ale też obietnicy baśniowego „długo i szczęśliwie”, skupia się więc na tym, żeby bohaterowie mogli wzajemnie dać sobie również zrozumienie i wsparcie w najtrudniejszych chwilach. Wprawdzie wychodzi od zabawy – ponieważ Emily pracuje jako dziewczyna na posyłki w zespole, Tristan wymyśla coraz bardziej krępujące zakupy, których potrzebuje bardzo pilnie – jednak dość szybko wychodzi na jaw, że oboje pragną siebie i walczą z tym uczuciem. I to właśnie odróżnia zachodnie erotyki od rodzimych – w zagranicznych historiach pojawia się jeszcze cała otoczka psychologiczna, uzasadniająca odpychanie i pożądanie na przemian. Tu autorka przede wszystkim dba o to, żeby swoich bohaterów ze sobą zetknąć i zmusić do wyznań, reszta przyjdzie sama – i o ile łatwo będzie odbiorczyniom uwierzyć w trawiące ich pragnienie, o tyle już towarzysząca mu miłość staje się elementem nie do końca uzasadnionym, istniejącym wyłącznie w odpowiedzi na zapotrzebowanie rynkowe. Ale problemem tej publikacji nie będzie nawiązywanie do przewidywalnych schematów, a poważne błędy stylistyczne w tłumaczeniu – przepuszczone w redakcji. Bohaterowie między innymi „przeczyszczają gardło”, takich niespodzianek w narracji będzie całkiem sporo. Przyćmiewają one fakt, że w scenach łóżkowych wychodzi na jaw niedostatek odpowiednich językowych fraz, przez co pojawia się niepotrzebna wulgarność czy dosłowność. Oczywiście po tego typu książki sięga się nie dla literackich przeżyć – jednak warto by zadbać o poprawność stylistyczną i usunąć językowe niezręczności.
niedziela, 9 listopada 2025
Weronika Jaczewska: Rzym na chwilę
Wydawnictwo Ale, Warszawa 2025.
Rozwiązanie problemów
To jest naprawdę cudowne w romansach, że ten wyjątkowo przystojny, wyjątkowo bogaty i wyjątkowo wyrozumiały mężczyzna zawsze jest wolny, samotny i nie szuka związków, dzięki czemu można mu niemal od razu wskoczyć do łóżka. To jest naprawdę cudowne w romansach, że ona – pokaleczona, porzucona przez partnera, zdradzona, zrozpaczona i wyłączona z życia na długo, może przyjąć stereotypowo męski punkt widzenia i liczyć tylko i wyłącznie na seks i dobrą zabawę – a dzięki temu znaleźć miłość na całe życie. Weronika Jaczewska dobrze zna mechanizmy romansów oraz powieści erotycznych i pozwala swoim bohaterom na spełnianie marzeń w tym zakresie, w konwencjonalnej fabule, która idealistkom przecież się i tak spodoba.
Ona to Victoria. Pretensjonalne imię nadali jej rodzice dla przełamania codziennej szarzyzny, więcej wyjaśnień nie ma, wprawdzie równie dobrze mogłaby być Anką, ale już Szekspir pisał o znaczeniu nazwy. W tym wypadku Victoria musi się sprawdzić w wielkim świecie, a przynajmniej poza granicami kraju. Z Polski wyrzuca ją na przymusową trzymiesięczną rezydencję we Włoszech szefowa i jednocześnie przyjaciółka: w końcu autorka poczytnych romansów, która przez sytuację osobistą straciła wenę, musi ją jakoś odzyskać, najlepiej u boku gorącego Włocha. Gorący Włoch trafia się niemal od razu, młody, zdolny i ambitny perkusista, który mieszka w sąsiedztwie, idealnie wpasowuje się w obraz przystojniaka na przelotny flirt. A dalej to już wiadomo: od seksu do seksu, z małymi przerwami na poznawanie własnych traum i kręgów znajomych. Trzeba przyznać, że Weronika Jaczewska lawiruje nieźle w tych zakresach, zapomina tylko o tym, że bohaterka coś powinna w przerwach od łóżkowych wyczynów pisać – ale z motywu powieści czyni w zasadzie ramę kompozycyjną, więc da się przeżyć. I tak ważniejsze jest przecież budowanie relacji z kimś, kto do tej relacji pozornie w ogóle się nie nadaje.
„Rzym na chwilę” to książka dla tych czytelniczek, którym niestraszne są koleiny scenariuszowe. Gorącokrwisty Włoch z wielkim – powiedzmy, że talentem – nie jest kobieciarzem, ale biegłym w sztuce uwodzenia kochankiem na stałe. Victoria wie, jak podgrzewać zmysły i atmosferę w sypialni. W grę wchodzą jeszcze wielkie pieniądze i niedowartościowani rodzice (z obu stron), żeby nie było zbyt słodko. Rozrywkowa powieść na szybko daje się nawet polubić – za lekkość mimo naiwnych rozwiązań fabularnych i za opisy fantazji erotycznych, od których nie trzeba z zażenowaniem odwracać wzroku. Świadomość, z jakim gatunkiem ma się tu do czynienia, pozwala przejść przez infantylne elementy fabuły – w końcu to opowieść o wielkiej, przypadkowo znalezionej miłości, która rozwiąże absolutnie wszystkie problemy. Spełnienie marzeń czytelniczek pozbawionych szans na podobne przeżycia w swojej codzienności. Tym Weronika Jaczewska może do siebie przekonywać.
Rozwiązanie problemów
To jest naprawdę cudowne w romansach, że ten wyjątkowo przystojny, wyjątkowo bogaty i wyjątkowo wyrozumiały mężczyzna zawsze jest wolny, samotny i nie szuka związków, dzięki czemu można mu niemal od razu wskoczyć do łóżka. To jest naprawdę cudowne w romansach, że ona – pokaleczona, porzucona przez partnera, zdradzona, zrozpaczona i wyłączona z życia na długo, może przyjąć stereotypowo męski punkt widzenia i liczyć tylko i wyłącznie na seks i dobrą zabawę – a dzięki temu znaleźć miłość na całe życie. Weronika Jaczewska dobrze zna mechanizmy romansów oraz powieści erotycznych i pozwala swoim bohaterom na spełnianie marzeń w tym zakresie, w konwencjonalnej fabule, która idealistkom przecież się i tak spodoba.
Ona to Victoria. Pretensjonalne imię nadali jej rodzice dla przełamania codziennej szarzyzny, więcej wyjaśnień nie ma, wprawdzie równie dobrze mogłaby być Anką, ale już Szekspir pisał o znaczeniu nazwy. W tym wypadku Victoria musi się sprawdzić w wielkim świecie, a przynajmniej poza granicami kraju. Z Polski wyrzuca ją na przymusową trzymiesięczną rezydencję we Włoszech szefowa i jednocześnie przyjaciółka: w końcu autorka poczytnych romansów, która przez sytuację osobistą straciła wenę, musi ją jakoś odzyskać, najlepiej u boku gorącego Włocha. Gorący Włoch trafia się niemal od razu, młody, zdolny i ambitny perkusista, który mieszka w sąsiedztwie, idealnie wpasowuje się w obraz przystojniaka na przelotny flirt. A dalej to już wiadomo: od seksu do seksu, z małymi przerwami na poznawanie własnych traum i kręgów znajomych. Trzeba przyznać, że Weronika Jaczewska lawiruje nieźle w tych zakresach, zapomina tylko o tym, że bohaterka coś powinna w przerwach od łóżkowych wyczynów pisać – ale z motywu powieści czyni w zasadzie ramę kompozycyjną, więc da się przeżyć. I tak ważniejsze jest przecież budowanie relacji z kimś, kto do tej relacji pozornie w ogóle się nie nadaje.
„Rzym na chwilę” to książka dla tych czytelniczek, którym niestraszne są koleiny scenariuszowe. Gorącokrwisty Włoch z wielkim – powiedzmy, że talentem – nie jest kobieciarzem, ale biegłym w sztuce uwodzenia kochankiem na stałe. Victoria wie, jak podgrzewać zmysły i atmosferę w sypialni. W grę wchodzą jeszcze wielkie pieniądze i niedowartościowani rodzice (z obu stron), żeby nie było zbyt słodko. Rozrywkowa powieść na szybko daje się nawet polubić – za lekkość mimo naiwnych rozwiązań fabularnych i za opisy fantazji erotycznych, od których nie trzeba z zażenowaniem odwracać wzroku. Świadomość, z jakim gatunkiem ma się tu do czynienia, pozwala przejść przez infantylne elementy fabuły – w końcu to opowieść o wielkiej, przypadkowo znalezionej miłości, która rozwiąże absolutnie wszystkie problemy. Spełnienie marzeń czytelniczek pozbawionych szans na podobne przeżycia w swojej codzienności. Tym Weronika Jaczewska może do siebie przekonywać.
piątek, 17 października 2025
Paisley Hope: Serce na wodzy
Editio Red, Helion, Gliwice 2025.
Ranczo
W polskich powieściach erotycznych narracja staje się elementem dalszoplanowym. W zachodnich powieściach erotycznych narracja to jeden z najważniejszych elementów historii – trzeba maksymalnie urealnić charaktery, żeby pozwolić im na realizowanie schematów. Bo największą wadą zachodnich powieści erotycznych z maksymalnie dopracowaną narracją staje się powtarzalność fabularna. Paisley Hope spokojnie mogła pobierać lekcje u Lucy Score – albo u całego szeregu autorek spod szyldu young adult – „Serce na wodzy”, pierwszy tom cyklu Ranczo Srebrzyste Sosny to książka będąca niemal przeniesieniem pomysłów Lucy Score, tyle tylko, że bez elementów sensacyjno-kryminalnych. Co tu oryginalnego? W zasadzie nic – narracja prowadzona jest na przemian przez CeCe i Nasha. Ona wraca w rodzinne strony po nieudanym związku – rozstaniu z mężczyzną, który nie nadaje się na życiowego partnera i który traktował ją jedynie jako zdobycz niewartą nawet wierności. On to lokalny przystojniak, który wszystkich może ratować z opresji, wszystkim pomaga i jest wszędzie. Oboje mają się ku sobie, co wiadomo od dawna – tyle że walczą z uczuciem, nawet gdyby o sobie śnili, nie pozwolą sobie na słabość i ujawnienie pragnień. A jeśli już pozwolą (przecież w końcu muszą pozwolić), to tylko na chwilę i tylko na sam seks. Oczywiście dla wszystkich wokół oni są parą idealną i tworzą związek, chociaż sami jeszcze tego nie dostrzegli. CeCe i Nash muszą zrozumieć, że są dla siebie stworzeni, odważyć się na bycie razem i nie bać się odrzucenia. Zanim to do nich dotrze, będą się po prostu dobrze razem bawić, chociaż od czasu do czasu zdarzy się coś, co uniemożliwi im porozumienie. Żeby nie było zbyt słodko.
W takim razie dlaczego czytać? Dla rozrywki i przyjemności śledzenia narracji. W tym gatunku przewidywalność jest wpisana w rozwiązania fabularne, nawet jeśli Paisley Hope nie chce z jakiegoś powodu porzucić sprawdzonych i wygodnych kolein, nie zmęczy czytelniczek brakiem pomysłów na rozwój akcji. Wynagrodzi im to metodą przedstawiania wydarzeń i delikatnym humorem. Rzecz jasna oferuje też dość rozbudowane sceny seksu – w końcu świadoma jest, że tego odbiorczynie w dzisiejszych romansach i erotykach będą poszukiwać. Nie sili się na wymyślne rozwiązania i w tej dziedzinie, nie zaskoczy nikogo fakt, że wybranek jest hojnie obdarowany przez naturę i niezmordowany w zapewnianiu erotycznej satysfakcji kobiecie swoich marzeń. To wszystko tematy sprawdzone i nie dziwne – dziwne by było, gdyby autorka zamiast eksplozji pożądania zaoferowała zwyczajność.
„Serce na wodzy” to powieść starannie dopracowana, przyjemna w realizacji, nawet jeśli wtórna w każdym zakresie. Da się ją czytać bez zażenowania i poczucia straconego czasu. Jest to historia dla wszystkich marzycielek, które liczą na znalezienie bratniej duszy i pokonanie wszelkich kłopotów bez wysiłku, a także – wierzą w łóżkowe dopasowanie od pierwszej sekundy. Ale też naiwność fabularna i charakterologiczna nie przeszkadza w dobrej realizacji.
Ranczo
W polskich powieściach erotycznych narracja staje się elementem dalszoplanowym. W zachodnich powieściach erotycznych narracja to jeden z najważniejszych elementów historii – trzeba maksymalnie urealnić charaktery, żeby pozwolić im na realizowanie schematów. Bo największą wadą zachodnich powieści erotycznych z maksymalnie dopracowaną narracją staje się powtarzalność fabularna. Paisley Hope spokojnie mogła pobierać lekcje u Lucy Score – albo u całego szeregu autorek spod szyldu young adult – „Serce na wodzy”, pierwszy tom cyklu Ranczo Srebrzyste Sosny to książka będąca niemal przeniesieniem pomysłów Lucy Score, tyle tylko, że bez elementów sensacyjno-kryminalnych. Co tu oryginalnego? W zasadzie nic – narracja prowadzona jest na przemian przez CeCe i Nasha. Ona wraca w rodzinne strony po nieudanym związku – rozstaniu z mężczyzną, który nie nadaje się na życiowego partnera i który traktował ją jedynie jako zdobycz niewartą nawet wierności. On to lokalny przystojniak, który wszystkich może ratować z opresji, wszystkim pomaga i jest wszędzie. Oboje mają się ku sobie, co wiadomo od dawna – tyle że walczą z uczuciem, nawet gdyby o sobie śnili, nie pozwolą sobie na słabość i ujawnienie pragnień. A jeśli już pozwolą (przecież w końcu muszą pozwolić), to tylko na chwilę i tylko na sam seks. Oczywiście dla wszystkich wokół oni są parą idealną i tworzą związek, chociaż sami jeszcze tego nie dostrzegli. CeCe i Nash muszą zrozumieć, że są dla siebie stworzeni, odważyć się na bycie razem i nie bać się odrzucenia. Zanim to do nich dotrze, będą się po prostu dobrze razem bawić, chociaż od czasu do czasu zdarzy się coś, co uniemożliwi im porozumienie. Żeby nie było zbyt słodko.
W takim razie dlaczego czytać? Dla rozrywki i przyjemności śledzenia narracji. W tym gatunku przewidywalność jest wpisana w rozwiązania fabularne, nawet jeśli Paisley Hope nie chce z jakiegoś powodu porzucić sprawdzonych i wygodnych kolein, nie zmęczy czytelniczek brakiem pomysłów na rozwój akcji. Wynagrodzi im to metodą przedstawiania wydarzeń i delikatnym humorem. Rzecz jasna oferuje też dość rozbudowane sceny seksu – w końcu świadoma jest, że tego odbiorczynie w dzisiejszych romansach i erotykach będą poszukiwać. Nie sili się na wymyślne rozwiązania i w tej dziedzinie, nie zaskoczy nikogo fakt, że wybranek jest hojnie obdarowany przez naturę i niezmordowany w zapewnianiu erotycznej satysfakcji kobiecie swoich marzeń. To wszystko tematy sprawdzone i nie dziwne – dziwne by było, gdyby autorka zamiast eksplozji pożądania zaoferowała zwyczajność.
„Serce na wodzy” to powieść starannie dopracowana, przyjemna w realizacji, nawet jeśli wtórna w każdym zakresie. Da się ją czytać bez zażenowania i poczucia straconego czasu. Jest to historia dla wszystkich marzycielek, które liczą na znalezienie bratniej duszy i pokonanie wszelkich kłopotów bez wysiłku, a także – wierzą w łóżkowe dopasowanie od pierwszej sekundy. Ale też naiwność fabularna i charakterologiczna nie przeszkadza w dobrej realizacji.
poniedziałek, 15 września 2025
Gillian Anderson: Pragnę
Marginesy, Warszawa 2025.
Fantazje
Wiele już pojawiło się na rynku książek o kobiecej seksualności i pomagających w odkrywaniu siebie przez płeć piękną. „Pragnę” to publikacja daleka od porad seksuologów – to zestaw zwierzeń odpowiednio skomponowanych i zaprezentowanych bez zbędnych komentarzy. Anonimowe panie w odpowiedzi na apel aktorki Gillian Anderson zdecydowały się podzielić własnymi fantazjami łóżkowymi, tymi do realizacji i tymi, które nigdy się nie ziszczą.
Jedyne wiadomości, jakie czytelniczki uzyskają o autorkach listów, płyną z prostych ankiet – można poznać rasę lub narodowość, podejście do religii, stan cywilny, orientację seksualną i liczbę posiadanych dzieci. Czasami niektóre uczestniczki ankiet chcą podzielić się informacjami o wieku czy doświadczeniu – ale wprowadzają to już do własnych wyznań. Na końcu każdego listu pojawia się stopka – maksymalnie dwuwersowy zestaw lakonicznych danych. Dzięki anonimowości uczestniczki mogą zwierzyć się z najbardziej skrywanych pragnień, nawet tych, których same się czasami wstydzą – bywa, że czują obowiązek, żeby się usprawiedliwić przed prezentowanymi treściami. Oczywiście w książce nie ma fantazji wiążących się z łamaniem prawa – a te dotyczące niebezpiecznych praktyk zyskują odpowiednie wprowadzenie. Autorki listów czasami tylko chcą, żeby fantazje udało się zrealizować – częściej piszą, że to tylko wyobrażenia, które nie wiadomo skąd się wzięły.
Gillian Anderson dzieli wybrane wyznania w zależności od tematu – żałuje, że nie może zaprezentować wszystkich nadesłanych opowieści. Decyduje się na zaprezentowanie jak największej liczby maksymalnie różniących się od siebie fantazji, żeby uświadomić czytelniczkom, że każda potrzebuje czegoś innego i żadna nie powinna się wstydzić swoich pragnień. Wyznania są tak różne, jak różne są ich autorki. Jedne to dwuzdaniowe komentarze pozbawione narracyjnych ciągot, inne – to rozbudowane literacko opowieści. Gillian Anderson wie, że wiele kobiet mocno przeżywało opisywanie swoich pomysłów. Zapewniła im bezpieczną przestrzeń do podzielenia się własnymi odczuciami i marzeniami. Nie ma tu reguły co do przeżywanych emocji – niektóre autorki listów podchodzą do siebie samych z czułością, inne wolą pewien stopień wulgarności, jedne decydują się na dystans, jakby tak mogły uprzedzić negatywne oceny, inne przez lata rozwijają fantazję, która sprawiła im najwięcej radości. Zdarza się, że osoby queerowe fantazjują o klasycznym damsko-męskim waniliowym seksie, a szczęśliwe żony i matki marzą o związku z kobietą – w tej sferze dozwolone jest wszystko.
„Pragnę” to książka, którą część odbiorców może potraktować jak pornosensację (chociaż nie pojawiają się tu realne wydarzenia), ale znacznie bardziej liczy się możliwość oddania głosu kobietom, pokazanie, że są istotami seksualnymi i ich potrzeby i łóżkowe fantazje niekoniecznie wpisują się w schematy czy oczekiwania. Gillian Anderson chce odbiorczyniom zapewnić możliwość poznawania własnych potrzeb i ciał, cieszenia się seksualnością i eksperymentowania lub rozwijania wyobraźni – bez oceniania i bez lęku przed wyśmianiem. Sama Gillian Anderson funkcjonuje tu tylko we wprowadzeniach do kolejnych rozdziałów tematycznych - chociaż zamieszcza w tomie również własny list, anonimowo. Przekonuje odbiorczynie, że do tego głosu można się przyłączyć.
Fantazje
Wiele już pojawiło się na rynku książek o kobiecej seksualności i pomagających w odkrywaniu siebie przez płeć piękną. „Pragnę” to publikacja daleka od porad seksuologów – to zestaw zwierzeń odpowiednio skomponowanych i zaprezentowanych bez zbędnych komentarzy. Anonimowe panie w odpowiedzi na apel aktorki Gillian Anderson zdecydowały się podzielić własnymi fantazjami łóżkowymi, tymi do realizacji i tymi, które nigdy się nie ziszczą.
Jedyne wiadomości, jakie czytelniczki uzyskają o autorkach listów, płyną z prostych ankiet – można poznać rasę lub narodowość, podejście do religii, stan cywilny, orientację seksualną i liczbę posiadanych dzieci. Czasami niektóre uczestniczki ankiet chcą podzielić się informacjami o wieku czy doświadczeniu – ale wprowadzają to już do własnych wyznań. Na końcu każdego listu pojawia się stopka – maksymalnie dwuwersowy zestaw lakonicznych danych. Dzięki anonimowości uczestniczki mogą zwierzyć się z najbardziej skrywanych pragnień, nawet tych, których same się czasami wstydzą – bywa, że czują obowiązek, żeby się usprawiedliwić przed prezentowanymi treściami. Oczywiście w książce nie ma fantazji wiążących się z łamaniem prawa – a te dotyczące niebezpiecznych praktyk zyskują odpowiednie wprowadzenie. Autorki listów czasami tylko chcą, żeby fantazje udało się zrealizować – częściej piszą, że to tylko wyobrażenia, które nie wiadomo skąd się wzięły.
Gillian Anderson dzieli wybrane wyznania w zależności od tematu – żałuje, że nie może zaprezentować wszystkich nadesłanych opowieści. Decyduje się na zaprezentowanie jak największej liczby maksymalnie różniących się od siebie fantazji, żeby uświadomić czytelniczkom, że każda potrzebuje czegoś innego i żadna nie powinna się wstydzić swoich pragnień. Wyznania są tak różne, jak różne są ich autorki. Jedne to dwuzdaniowe komentarze pozbawione narracyjnych ciągot, inne – to rozbudowane literacko opowieści. Gillian Anderson wie, że wiele kobiet mocno przeżywało opisywanie swoich pomysłów. Zapewniła im bezpieczną przestrzeń do podzielenia się własnymi odczuciami i marzeniami. Nie ma tu reguły co do przeżywanych emocji – niektóre autorki listów podchodzą do siebie samych z czułością, inne wolą pewien stopień wulgarności, jedne decydują się na dystans, jakby tak mogły uprzedzić negatywne oceny, inne przez lata rozwijają fantazję, która sprawiła im najwięcej radości. Zdarza się, że osoby queerowe fantazjują o klasycznym damsko-męskim waniliowym seksie, a szczęśliwe żony i matki marzą o związku z kobietą – w tej sferze dozwolone jest wszystko.
„Pragnę” to książka, którą część odbiorców może potraktować jak pornosensację (chociaż nie pojawiają się tu realne wydarzenia), ale znacznie bardziej liczy się możliwość oddania głosu kobietom, pokazanie, że są istotami seksualnymi i ich potrzeby i łóżkowe fantazje niekoniecznie wpisują się w schematy czy oczekiwania. Gillian Anderson chce odbiorczyniom zapewnić możliwość poznawania własnych potrzeb i ciał, cieszenia się seksualnością i eksperymentowania lub rozwijania wyobraźni – bez oceniania i bez lęku przed wyśmianiem. Sama Gillian Anderson funkcjonuje tu tylko we wprowadzeniach do kolejnych rozdziałów tematycznych - chociaż zamieszcza w tomie również własny list, anonimowo. Przekonuje odbiorczynie, że do tego głosu można się przyłączyć.
piątek, 30 maja 2025
Lena M. Bielska: Bitterful
Ale, Warszawa 2025.
Żar
Powieści erotyczne charakteryzują się jednym, powtarzalnym kształtem narracji, prowadzonej przez parę głównych bohaterów na przemian. To oczywiście najprostszy sposób na zaprezentowanie argumentów i uczuć – i na odsłonięcie najbardziej skrywanych przemyśleń. Dla odbiorczyń to szansa na dotarcie do źródeł potencjalnych konfliktów jeszcze zanim dotrą do nich bohaterowie. A dotrą na pewno, bo poza płomiennym seksem trzeba jeszcze odrobiny komplikacji, żeby zapracować na „długo i szczęśliwie”. Lena M. Bielska nie rezygnuje ze sprawdzonych metod, „Bitterful” to opowieść dokładnie na tym schemacie rozpinana.
Autorka stawia w tej powieści na kwestię podległości w seksie i na większą niż zwyczajowo przyjmowana różnicę wieku między bohaterami (chociaż i tak jest ostrożna w swoich rachunkach: piętnaście lat starszy mężczyzna to nie bariera nie do przejścia). Ana ma dwadzieścia trzy lata i dopiero zaczyna wchodzić w dorosłość: do tej pory zachowywała się raczej jak zbuntowana i zdystansowana od świata nastolatka. Właśnie została zdradzona i straciła jednocześnie chłopaka i najlepszą przyjaciółkę – nic dziwnego, że marzy o zmianie środowiska. Bjarne z kolei to przyjaciel jej wujka. Bjarne próbuje się wydostać z nieudanego małżeństwa i nie stracić przy tym odziedziczonego po rodzicach majątku w postaci firm, które kocha i prowadzi zgodnie z zamysłem twórców. Bjarne jest wycofany i mrukliwy, wygląda jak Wiking, tak zresztą traktuje go Ana, rozmiłowana w tym typie urody. Bohaterka ma wspomóc mężczyznę w prowadzeniu kont społecznościowych jego firm. Zna się na tym i jest w tym świetna – tu nie trzeba doświadczenia a kreatywności. Oczywiście między tym dwojgiem wybucha najpierw gwałtowne pożądanie, później miłość – co do tego w ogóle nie ma wątpliwości, po to przecież Lena M. Bielska tę historię opowiada. W tle jest niezgoda bliskich Any na taki związek (pikanterii ma dodać fakt, że to sama Ana nie mogła zaakceptować znacznie młodszej żony wujka). Autorka pozwala swoim bohaterom na odkrywanie wzajemnych łóżkowych upodobań i przeprowadza od ostrego seksu (tu potrzebne jest nawet hasło bezpieczeństwa, żeby można się było bawić bez ograniczeń) do czułości i romantyzmu (co dziwne, nie da się tego w „Bitterful” łączyć, albo pożądanie bez miłości, albo miłość bez spełniania wzajemnych fantazji spoza waniliowego seksu). Autorka ucieka do świata, który jest pozbawiony problemów finansowych (wujek Any to jeden z najbogatszych ludzi w ogóle, przynajmniej tak kobieta go postrzega, zabezpieczona przez niego na przyszłość), więc można wypracowywać tu zupełnie inne kłopoty, które mogą się stać przeszkodą na drodze do szczęścia. Trochę pułapek musi się przecież wydarzyć, żeby Ana wykazała się rozsądkiem i żeby Bjarne wyszedł ze swojej skorupy. Wszystko razem jest jednoznaczne i przewidywalne – ale też nie dla zaskoczeń po ten gatunek będą odbiorczynie sięgać. Wszystko rozgrywa się w romantycznej scenerii: na pustkowiu, pod zorzą polarną, z dala od imprez i pokus, które mogłyby zaburzyć widmo związku w przyszłości. Ale sceny seksu Lena M. Bielska rozpisuje tak, żeby odbiorczynie nie czuły się zawiedzione.
Żar
Powieści erotyczne charakteryzują się jednym, powtarzalnym kształtem narracji, prowadzonej przez parę głównych bohaterów na przemian. To oczywiście najprostszy sposób na zaprezentowanie argumentów i uczuć – i na odsłonięcie najbardziej skrywanych przemyśleń. Dla odbiorczyń to szansa na dotarcie do źródeł potencjalnych konfliktów jeszcze zanim dotrą do nich bohaterowie. A dotrą na pewno, bo poza płomiennym seksem trzeba jeszcze odrobiny komplikacji, żeby zapracować na „długo i szczęśliwie”. Lena M. Bielska nie rezygnuje ze sprawdzonych metod, „Bitterful” to opowieść dokładnie na tym schemacie rozpinana.
Autorka stawia w tej powieści na kwestię podległości w seksie i na większą niż zwyczajowo przyjmowana różnicę wieku między bohaterami (chociaż i tak jest ostrożna w swoich rachunkach: piętnaście lat starszy mężczyzna to nie bariera nie do przejścia). Ana ma dwadzieścia trzy lata i dopiero zaczyna wchodzić w dorosłość: do tej pory zachowywała się raczej jak zbuntowana i zdystansowana od świata nastolatka. Właśnie została zdradzona i straciła jednocześnie chłopaka i najlepszą przyjaciółkę – nic dziwnego, że marzy o zmianie środowiska. Bjarne z kolei to przyjaciel jej wujka. Bjarne próbuje się wydostać z nieudanego małżeństwa i nie stracić przy tym odziedziczonego po rodzicach majątku w postaci firm, które kocha i prowadzi zgodnie z zamysłem twórców. Bjarne jest wycofany i mrukliwy, wygląda jak Wiking, tak zresztą traktuje go Ana, rozmiłowana w tym typie urody. Bohaterka ma wspomóc mężczyznę w prowadzeniu kont społecznościowych jego firm. Zna się na tym i jest w tym świetna – tu nie trzeba doświadczenia a kreatywności. Oczywiście między tym dwojgiem wybucha najpierw gwałtowne pożądanie, później miłość – co do tego w ogóle nie ma wątpliwości, po to przecież Lena M. Bielska tę historię opowiada. W tle jest niezgoda bliskich Any na taki związek (pikanterii ma dodać fakt, że to sama Ana nie mogła zaakceptować znacznie młodszej żony wujka). Autorka pozwala swoim bohaterom na odkrywanie wzajemnych łóżkowych upodobań i przeprowadza od ostrego seksu (tu potrzebne jest nawet hasło bezpieczeństwa, żeby można się było bawić bez ograniczeń) do czułości i romantyzmu (co dziwne, nie da się tego w „Bitterful” łączyć, albo pożądanie bez miłości, albo miłość bez spełniania wzajemnych fantazji spoza waniliowego seksu). Autorka ucieka do świata, który jest pozbawiony problemów finansowych (wujek Any to jeden z najbogatszych ludzi w ogóle, przynajmniej tak kobieta go postrzega, zabezpieczona przez niego na przyszłość), więc można wypracowywać tu zupełnie inne kłopoty, które mogą się stać przeszkodą na drodze do szczęścia. Trochę pułapek musi się przecież wydarzyć, żeby Ana wykazała się rozsądkiem i żeby Bjarne wyszedł ze swojej skorupy. Wszystko razem jest jednoznaczne i przewidywalne – ale też nie dla zaskoczeń po ten gatunek będą odbiorczynie sięgać. Wszystko rozgrywa się w romantycznej scenerii: na pustkowiu, pod zorzą polarną, z dala od imprez i pokus, które mogłyby zaburzyć widmo związku w przyszłości. Ale sceny seksu Lena M. Bielska rozpisuje tak, żeby odbiorczynie nie czuły się zawiedzione.
poniedziałek, 31 marca 2025
K. Bromberg: Poza zasięgiem
Luna, Warszawa 2025.
Tempo
W romansach i powieściach erotycznych spoza rynku young adult liczy się przesada. Zawsze wszystko musi być doprowadzone do ekstremalnych wartości, zupełnie jakby silne emocje nie mogły wybuchać w zwyczajnych okolicznościach. I K. Bromberg ten schemat realizuje w książce „Poza zasięgiem”. Wprowadza czytelniczki w świat maksymalnie odległy od ich stereotypowych zainteresowań, przede wszystkim po to, żeby uruchomić wizję prawdziwego faceta, kierowcy Formuły 1. Tu wytrzymują tylko najwięksi twardziele. A Riggs ma podwójny powód, żeby zasłużyć na uznanie: wprawdzie do tej pory jeździł o klasę niżej, teraz będzie mógł zastąpić jednego z kierowców Formuły 1: nieszczęśliwy wypadek na torze wyeliminował świetnego zawodnika i do tego wymusił błyskawiczną zmianę. Riggs oczywiście walczy nie tylko na torze ze sobą – bije się też z własnymi demonami. Stracił ojca właśnie w wypadku na torze wyścigowym – teraz sam ma ścigać się właśnie w tym miejscu, które, dziwnym trafem, nie zostało jeszcze przebudowane. Z jednej strony Riggs, facet po przejściach i z problemami. Z drugiej strony piękna Camilla, córka szefa. Camilla nie zamierzała wiązać życia z Formułą 1, zwłaszcza że złe wspomnienia z byłym ukochanym wyzwalają do tej pory strach i kłopoty w relacjach łóżkowych. Jednak ciężko choremu ojcu się nie odmawia: nie pozostaje kobiecie nic innego jak wdrożyć się do nowych obowiązków, przygotowywać na objęcie dowodzenia.
Tak naprawdę niezależnie od tego, co K. Bromberg wymyśli dla postaci, liczy się tylko scenariusz pozwalający bohaterom związać się ze sobą – i to na poważnie, bo nie wiadomo dlaczego w powieściach erotycznych seks musi prowadzić do zbudowania prawdziwego i trwałego związku. Więc i tutaj Camilla i Riggs czują do siebie przyciąganie, ale bardzo ostrożnie się do siebie odnoszą, nie chcą niczego zepsuć ani stracić. Całkiem długo będą musiały czytelniczki czekać na sceny łóżkowe (zresztą – zachowawcze), w zamian mogą bawić się opisami pożądania i zbliżania się tego, co nieuchronne. Temat wyjściowy – lęki i traumy z przeszłości – schodzi na dalszy plan, przynajmniej ten u Riggsa, bo problemy Camilli mają związek z erotycznymi doświadczeniami, nie da się zatem o nich zapomnieć. K. Bromberg rezygnuje z rozbudowywania fabuły (ogranicza ją tylko do dwóch postaci i najbliższych z ich orbit, narrację prowadzą na zmianę główni bohaterowie romansu), ale nie odrzuca dokładnej narracji, stara się tworzyć powieść obyczajową, w której znajdzie miejsce na nakreślanie tła działań – tak, żeby jednokierunkowość wysiłków nie była zbyt rażąca.
Jest „Poza zasięgiem” książką, w której temat Formuły 1 to jedynie wstęp do przygody – nie będzie mieć znaczenia, kiedy tylko rozkręci się relacja między dwojgiem bohaterów. Dlatego też czytelniczki, które nie znają powieści K. Bromberg, mogą być spokojne – nic nie odciągnie ich uwagi od namiętności i tworzenia się więzi między postaciami.
Tempo
W romansach i powieściach erotycznych spoza rynku young adult liczy się przesada. Zawsze wszystko musi być doprowadzone do ekstremalnych wartości, zupełnie jakby silne emocje nie mogły wybuchać w zwyczajnych okolicznościach. I K. Bromberg ten schemat realizuje w książce „Poza zasięgiem”. Wprowadza czytelniczki w świat maksymalnie odległy od ich stereotypowych zainteresowań, przede wszystkim po to, żeby uruchomić wizję prawdziwego faceta, kierowcy Formuły 1. Tu wytrzymują tylko najwięksi twardziele. A Riggs ma podwójny powód, żeby zasłużyć na uznanie: wprawdzie do tej pory jeździł o klasę niżej, teraz będzie mógł zastąpić jednego z kierowców Formuły 1: nieszczęśliwy wypadek na torze wyeliminował świetnego zawodnika i do tego wymusił błyskawiczną zmianę. Riggs oczywiście walczy nie tylko na torze ze sobą – bije się też z własnymi demonami. Stracił ojca właśnie w wypadku na torze wyścigowym – teraz sam ma ścigać się właśnie w tym miejscu, które, dziwnym trafem, nie zostało jeszcze przebudowane. Z jednej strony Riggs, facet po przejściach i z problemami. Z drugiej strony piękna Camilla, córka szefa. Camilla nie zamierzała wiązać życia z Formułą 1, zwłaszcza że złe wspomnienia z byłym ukochanym wyzwalają do tej pory strach i kłopoty w relacjach łóżkowych. Jednak ciężko choremu ojcu się nie odmawia: nie pozostaje kobiecie nic innego jak wdrożyć się do nowych obowiązków, przygotowywać na objęcie dowodzenia.
Tak naprawdę niezależnie od tego, co K. Bromberg wymyśli dla postaci, liczy się tylko scenariusz pozwalający bohaterom związać się ze sobą – i to na poważnie, bo nie wiadomo dlaczego w powieściach erotycznych seks musi prowadzić do zbudowania prawdziwego i trwałego związku. Więc i tutaj Camilla i Riggs czują do siebie przyciąganie, ale bardzo ostrożnie się do siebie odnoszą, nie chcą niczego zepsuć ani stracić. Całkiem długo będą musiały czytelniczki czekać na sceny łóżkowe (zresztą – zachowawcze), w zamian mogą bawić się opisami pożądania i zbliżania się tego, co nieuchronne. Temat wyjściowy – lęki i traumy z przeszłości – schodzi na dalszy plan, przynajmniej ten u Riggsa, bo problemy Camilli mają związek z erotycznymi doświadczeniami, nie da się zatem o nich zapomnieć. K. Bromberg rezygnuje z rozbudowywania fabuły (ogranicza ją tylko do dwóch postaci i najbliższych z ich orbit, narrację prowadzą na zmianę główni bohaterowie romansu), ale nie odrzuca dokładnej narracji, stara się tworzyć powieść obyczajową, w której znajdzie miejsce na nakreślanie tła działań – tak, żeby jednokierunkowość wysiłków nie była zbyt rażąca.
Jest „Poza zasięgiem” książką, w której temat Formuły 1 to jedynie wstęp do przygody – nie będzie mieć znaczenia, kiedy tylko rozkręci się relacja między dwojgiem bohaterów. Dlatego też czytelniczki, które nie znają powieści K. Bromberg, mogą być spokojne – nic nie odciągnie ich uwagi od namiętności i tworzenia się więzi między postaciami.
piątek, 17 stycznia 2025
Lucy Score: Tylko nie ty
Gorzka Czekolada, Media Rodzina, Poznań 2024.
Powrót
Remi to kobieta, która bez przerwy wpada w tarapaty. Wszędzie jej pełno i dla najbliższych zawsze była utrapieniem bardziej niż radością, przynajmniej tak o sobie sądzi. W dorosłości jednak Remi radzi sobie całkiem dobrze – jako Alessandra Ballard maluje, wykorzystując swoje zdolności do synestezji. Zarabia tak, że może bez trudu spełniać swoje marzenia. Ale idealne życie Remi kończy się w jednej chwili – kiedy ta naraża się pewnemu mężczyźnie. Żarty się kończą, Remi musi wrócić na wyspę, na której się wychowała. Tylko tu może czuć się bezpieczna. Tylko tu jest Brick – sąsiad, który zawsze był obiektem westchnień Remi, przynajmniej dopóki nie ożenił się z jej najlepszą przyjaciółką. Brick zawsze przychodził z pomocą krnąbrnej sąsiadce, teraz nie będzie inaczej.
Lucy Score najczęściej tworzy powieści romansowe w oparciu o strukturę kryminalną lub sensacyjną. Tym razem nie rezygnuje z tego, co się sprawdza. Trudne wydarzenia podsycają namiętność, a tej nie brakuje – kiedy dawni niedoszli kochankowie mogą do siebie wrócić, każda okazja do podgrzania atmosfery wydaje się dobra. A najlepsza jest ta, która pozwala sobie uświadomić, jak ważna jest druga osoba. Na razie zatem Brick stara się nie stracić głowy dla Remi – a Remi trzyma go na dystans. Jednak mężczyzna dostrzega drobne sygnały zwiastujące kłopoty i postanawia dowiedzieć się, co działo się z Remi, kiedy zniknęła z wyspy – dlaczego teraz się boi, nie może malować i przybywa do domu ze złamaną ręką, udając, że wszystko jest w porządku. Remi z kolei żywi w sobie urazę za dawne krzywdy, nie zamierza wybaczać Brickowi – ale i tak szuka jego towarzystwa. Nie ma wątpliwości, że ci dwoje są dla siebie stworzeni i z nikim innym nie będzie im tak dobrze, jak ze sobą. Tu Lucy Score wątpliwości nie pozostawia. Bo i tak liczy się dla niej coś innego.
Ważnym składnikiem historii romansowych Lucy Score są sceny seksu – i tym razem jest ich bardzo dużo – ale też trudno się dziwić, przy gorącokrwistych bohaterach pozbawionych rozrywek na odciętej od świata wyspie zimą. Tyle że sceny seksu w tym wypadku służą autorce do odczarowania mitu Greya i jemu podobnych. Ważnym tematem łóżkowym staje się tu (nienazwany) spanking: Remi uwielbia dostawać klapsy (a tak się szczęśliwie składa, że Bricka podnieca ich wymierzanie) – to dla postaci znakomita gra wstępna, ale dla samej autorki coś więcej. W pozornie beztroskim rozrywkowym erotyku „Tylko nie ty” pojawia się motyw przemocy domowej (na drugim planie). Remi obserwuje, co dzieje się z kobietą, która nie potrafi sprzeciwić się mężowi-tyranowi i to rodzi w niej wątpliwości na temat własnych seksualnych upodobań. Autorka chce dokładnie podkreślić różnicę między zabawami erotycznymi akceptowanymi przez obie strony a znęcaniem się. Owszem, dałoby się to wyłożyć przy mniejszej liczbie zbliżeń, ale najwyraźniej Lucy Score chce podkreślić, że klapsy w łóżku to nie przypadek czy jednorazowa fantazja, a droga do spełnienia dla Remi i Bricka – i że nie można ich pomylić z przemocą domową i działalnością damskich bokserów.
Co ważne, nawet jeśli scen łóżkowych jest w tej książce mnóstwo, to nie one są motorem pisarskich działań Lucy Score: ta autorka bardzo precyzyjnie odmalowuje codzienność bohaterów, zajmuje się ich otoczeniem i charakterami, szuka wielu spraw wokół Remi i Bricka: portretuje na przykład siostrę Remi przechodzącą małżeński kryzys czy despotyczną matkę – komendantkę policji na wyspie. Jest tu mnóstwo ciekawych wątków, które przysłonięte zostają coraz bardziej ognistym związkiem Remi i Bricka.
Powrót
Remi to kobieta, która bez przerwy wpada w tarapaty. Wszędzie jej pełno i dla najbliższych zawsze była utrapieniem bardziej niż radością, przynajmniej tak o sobie sądzi. W dorosłości jednak Remi radzi sobie całkiem dobrze – jako Alessandra Ballard maluje, wykorzystując swoje zdolności do synestezji. Zarabia tak, że może bez trudu spełniać swoje marzenia. Ale idealne życie Remi kończy się w jednej chwili – kiedy ta naraża się pewnemu mężczyźnie. Żarty się kończą, Remi musi wrócić na wyspę, na której się wychowała. Tylko tu może czuć się bezpieczna. Tylko tu jest Brick – sąsiad, który zawsze był obiektem westchnień Remi, przynajmniej dopóki nie ożenił się z jej najlepszą przyjaciółką. Brick zawsze przychodził z pomocą krnąbrnej sąsiadce, teraz nie będzie inaczej.
Lucy Score najczęściej tworzy powieści romansowe w oparciu o strukturę kryminalną lub sensacyjną. Tym razem nie rezygnuje z tego, co się sprawdza. Trudne wydarzenia podsycają namiętność, a tej nie brakuje – kiedy dawni niedoszli kochankowie mogą do siebie wrócić, każda okazja do podgrzania atmosfery wydaje się dobra. A najlepsza jest ta, która pozwala sobie uświadomić, jak ważna jest druga osoba. Na razie zatem Brick stara się nie stracić głowy dla Remi – a Remi trzyma go na dystans. Jednak mężczyzna dostrzega drobne sygnały zwiastujące kłopoty i postanawia dowiedzieć się, co działo się z Remi, kiedy zniknęła z wyspy – dlaczego teraz się boi, nie może malować i przybywa do domu ze złamaną ręką, udając, że wszystko jest w porządku. Remi z kolei żywi w sobie urazę za dawne krzywdy, nie zamierza wybaczać Brickowi – ale i tak szuka jego towarzystwa. Nie ma wątpliwości, że ci dwoje są dla siebie stworzeni i z nikim innym nie będzie im tak dobrze, jak ze sobą. Tu Lucy Score wątpliwości nie pozostawia. Bo i tak liczy się dla niej coś innego.
Ważnym składnikiem historii romansowych Lucy Score są sceny seksu – i tym razem jest ich bardzo dużo – ale też trudno się dziwić, przy gorącokrwistych bohaterach pozbawionych rozrywek na odciętej od świata wyspie zimą. Tyle że sceny seksu w tym wypadku służą autorce do odczarowania mitu Greya i jemu podobnych. Ważnym tematem łóżkowym staje się tu (nienazwany) spanking: Remi uwielbia dostawać klapsy (a tak się szczęśliwie składa, że Bricka podnieca ich wymierzanie) – to dla postaci znakomita gra wstępna, ale dla samej autorki coś więcej. W pozornie beztroskim rozrywkowym erotyku „Tylko nie ty” pojawia się motyw przemocy domowej (na drugim planie). Remi obserwuje, co dzieje się z kobietą, która nie potrafi sprzeciwić się mężowi-tyranowi i to rodzi w niej wątpliwości na temat własnych seksualnych upodobań. Autorka chce dokładnie podkreślić różnicę między zabawami erotycznymi akceptowanymi przez obie strony a znęcaniem się. Owszem, dałoby się to wyłożyć przy mniejszej liczbie zbliżeń, ale najwyraźniej Lucy Score chce podkreślić, że klapsy w łóżku to nie przypadek czy jednorazowa fantazja, a droga do spełnienia dla Remi i Bricka – i że nie można ich pomylić z przemocą domową i działalnością damskich bokserów.
Co ważne, nawet jeśli scen łóżkowych jest w tej książce mnóstwo, to nie one są motorem pisarskich działań Lucy Score: ta autorka bardzo precyzyjnie odmalowuje codzienność bohaterów, zajmuje się ich otoczeniem i charakterami, szuka wielu spraw wokół Remi i Bricka: portretuje na przykład siostrę Remi przechodzącą małżeński kryzys czy despotyczną matkę – komendantkę policji na wyspie. Jest tu mnóstwo ciekawych wątków, które przysłonięte zostają coraz bardziej ognistym związkiem Remi i Bricka.
piątek, 30 sierpnia 2024
Susan V. Peacock: Miasto demonów
HarperCollins, Warszawa 2024.
Stalking
Susan V. Peacock chce podbijać rynek thrillerów erotycznych odwagą w kreowaniu scen seksu, tyle że niechcący ujawnia z całą mocą coś, co od dawna spędza sen z powiek wszystkim: brak sensownego języka do opisywania aktów płciowych. W efekcie penis w jednej scenie może być tylko zamiennie drągiem albo berłem, a „kakaowe oczko” nie doczekało się lepszego synonimu. Biorąc pod uwagę fakt, że sceny seksu stanowią dla autorki znacznie ważniejszą kwestię niż dylematy śledzonej przez anonimowego fana modelki – to może zmęczyć. Susan V. Peacock rzuca wyzwanie waniliowemu seksowi – nie interesują jej grzeczne miłosne uniesienia, stawia na przełamywanie zasad i barier – szuka wyzwań dla swojej bohaterki. Wprawdzie Samantha podkochuje się w przystojnym fotografie i marzy o tym, żeby ten dla niej porzucił swoje zasady, ale później, gdy puszczają hamulce, bohaterka może eksperymentować do woli, aż znajdzie zaspokojenie w dość nietypowej relacji. Autorka sięga i po seks w parach jednopłciowych, i po trójkąty. Opisuje sceny seksu oralnego, analnego, elementy BDSM i spankingu, w zasadzie próbuje każdemu z odbiorców zafundować coś poza standardowymi zbliżeniami bohaterów. Angażuje się w to do tego stopnia, że intryga thrillerowa schodzi na dalszy plan.
A w ramach intrygi thrillerowej Susan V. Peacock zajmuje się kulisami sesji fotograficznych. Jest tu Samantha – modelka, która pracuje profesjonalnie (jednak ma swoje marzenia i pragnienia i tego sama przed sobą nie ukrywa), jest Matteo – fotograf, który nie miesza pracy i życia prywatnego. Jest też Jeremy, najlepszy przyjaciel gej, który nadaje się idealnie do tego, żeby porozmawiać z nim o seksowności poznawanych facetów. I jest Peter, informatyk, który może się przydać, kiedy trzeba namierzyć stalkera. Każdy z bohaterów może uwikłać się w inny rodzaj relacji, każdy jest autorce potrzebny do uruchamiania erotycznych napięć. Bo Susan V. Peacock nie do końca martwi się zagrożeniem życia bohaterki: owszem, buduje dzięki temu atmosferę strachu i niepewności, ale to nie wiąże się z wyszukanymi śledztwami albo z pogłębianiem rysów psychologicznych postaci. Chodzi jedynie o impuls do szukania ratunku albo wpadania w pułapki z innymi ludźmi. Autorka myli tropy – podsuwa czytelnikom rozwiązania, które nie mają przełożenia na rzeczywistość, chce, żeby nie byli pewni co do prawdziwych intencji poszczególnych postaci.
Wiadomo, że po „Miasto demonów” sięgną ci czytelnicy, którzy szukają odważnej erotyki i silnych wrażeń – a nie literackości. I oni mogą się ucieszyć odejściem od typowych romansów, w których seks oralny jest dla autorów największą perwersją. Susan V. Peacock testuje na razie, ile może na polskim rynku wydawniczym zdziałać. Decyduje się na prozę bezkompromisową, taką, która podważa własny sens istnienia, ma stać się atrakcją i rozrywką a nie opowieścią jako taką.
Stalking
Susan V. Peacock chce podbijać rynek thrillerów erotycznych odwagą w kreowaniu scen seksu, tyle że niechcący ujawnia z całą mocą coś, co od dawna spędza sen z powiek wszystkim: brak sensownego języka do opisywania aktów płciowych. W efekcie penis w jednej scenie może być tylko zamiennie drągiem albo berłem, a „kakaowe oczko” nie doczekało się lepszego synonimu. Biorąc pod uwagę fakt, że sceny seksu stanowią dla autorki znacznie ważniejszą kwestię niż dylematy śledzonej przez anonimowego fana modelki – to może zmęczyć. Susan V. Peacock rzuca wyzwanie waniliowemu seksowi – nie interesują jej grzeczne miłosne uniesienia, stawia na przełamywanie zasad i barier – szuka wyzwań dla swojej bohaterki. Wprawdzie Samantha podkochuje się w przystojnym fotografie i marzy o tym, żeby ten dla niej porzucił swoje zasady, ale później, gdy puszczają hamulce, bohaterka może eksperymentować do woli, aż znajdzie zaspokojenie w dość nietypowej relacji. Autorka sięga i po seks w parach jednopłciowych, i po trójkąty. Opisuje sceny seksu oralnego, analnego, elementy BDSM i spankingu, w zasadzie próbuje każdemu z odbiorców zafundować coś poza standardowymi zbliżeniami bohaterów. Angażuje się w to do tego stopnia, że intryga thrillerowa schodzi na dalszy plan.
A w ramach intrygi thrillerowej Susan V. Peacock zajmuje się kulisami sesji fotograficznych. Jest tu Samantha – modelka, która pracuje profesjonalnie (jednak ma swoje marzenia i pragnienia i tego sama przed sobą nie ukrywa), jest Matteo – fotograf, który nie miesza pracy i życia prywatnego. Jest też Jeremy, najlepszy przyjaciel gej, który nadaje się idealnie do tego, żeby porozmawiać z nim o seksowności poznawanych facetów. I jest Peter, informatyk, który może się przydać, kiedy trzeba namierzyć stalkera. Każdy z bohaterów może uwikłać się w inny rodzaj relacji, każdy jest autorce potrzebny do uruchamiania erotycznych napięć. Bo Susan V. Peacock nie do końca martwi się zagrożeniem życia bohaterki: owszem, buduje dzięki temu atmosferę strachu i niepewności, ale to nie wiąże się z wyszukanymi śledztwami albo z pogłębianiem rysów psychologicznych postaci. Chodzi jedynie o impuls do szukania ratunku albo wpadania w pułapki z innymi ludźmi. Autorka myli tropy – podsuwa czytelnikom rozwiązania, które nie mają przełożenia na rzeczywistość, chce, żeby nie byli pewni co do prawdziwych intencji poszczególnych postaci.
Wiadomo, że po „Miasto demonów” sięgną ci czytelnicy, którzy szukają odważnej erotyki i silnych wrażeń – a nie literackości. I oni mogą się ucieszyć odejściem od typowych romansów, w których seks oralny jest dla autorów największą perwersją. Susan V. Peacock testuje na razie, ile może na polskim rynku wydawniczym zdziałać. Decyduje się na prozę bezkompromisową, taką, która podważa własny sens istnienia, ma stać się atrakcją i rozrywką a nie opowieścią jako taką.
niedziela, 3 marca 2024
Agnieszka Lingas-Łoniewska: Armin
Luna, Warszawa 2024.
Zapomnienie
To druga część perypetii braci bliźniaków, Milana i Armina – więc raczej przypadkowe czytelniczki po nią nie sięgną. Co Agnieszka Lingas-Łoniewska ma do powiedzenia w sferze powieści erotycznych sprawdzą natomiast te, które życzą jak najlepiej „grzecznemu” bratu. „Armin” to powieść prosta i nieodbiegająca od schematów – a autorka wyraźnie boryka się z deficytami w dziedzinie stosunków damsko-męskich – w obszarze języka polskiego. Ale omija niektóre mielizny i przynajmniej nie zamienia relacji w karykaturę. Jest tu Natalia – bystra i niedająca się poskromić pani prawnik, kobieta, która w życiu prywatnym ma sporo problemów za sprawą chorej psychicznie matki i ojczyma-oprawcy. Natalia potrzebuje ucieczki od codzienności i dlatego przydaje jej się zaproszenie do ekskluzywnego klubu, klubu, w którym nie uprawia się seksu, ale można zrealizować rozmaite fantazje. Natalia jest najlepszą przyjaciółką Wiktorii – bohaterki romansu z pierwszego tomu. Teraz Wiktoria ma stać się szczęśliwą żoną Milana (ech, to przekonanie autorek powieści romantycznych, że na końcu płomiennego romansu musi czekać ślub), a Natalia szuka zapomnienia z tajemniczym nieznajomym w klubie. Owszem, przekomarza się też z Arminem, ale przeszkadza jej spokój i opanowanie mężczyzny – nie uważa go za obiekt wart uważniejszej obserwacji. Do czasu, bo sam Armin też nie pozostaje niewrażliwy na wdzięki Natalii i coraz bardziej chce bliższego poznania.
Chociaż oczywiście w powieściowym świecie i Natalia, i Armin mają swoje zajęcia i zawody – nie będzie to przesadnie uwypuklane w książce, Agnieszka Lingas-Łoniewska o wiele chętniej odnosi się do ich zachowań po godzinach – wtedy, kiedy mogą w maskach (klub wymaga anonimowości) realizować swoje pragnienia i… łamać zasady. Od czasu do czasu autorka przypomina sobie, że trzeba jeszcze sportretować bohaterów poza sypialnią i jej zamiennikami – ale wówczas nie poświęca zbyt wiele uwagi na rejestrowanie wydarzeń, liczy się wyłącznie tęsknota i oczekiwanie na spotkanie. Jednokierunkowość wysiłków sprawia, że trudno tu będzie zaangażować się w świat powieściowy – ale też w prostym erotyku niekoniecznie o to chodzi (tu z kolei poprzeczkę wysoko ustawiły zagraniczne autorki cykli young adults, rozwijające równie dobrze wątki seksualne jak i obyczajowe). Przeprowadza zatem Agnieszka Lingas-Łoniewska czytelniczki od seksu do seksu, rezygnując z psychologicznych pogłębień czy choćby uzasadnień niektórych postanowień. Co ciekawe, decyduje się też na rozwijanie wielkiej miłości – nie zamierza skupiać się wyłącznie na erotycznym spełnieniu, dokłada do tego szereg uczuć i rezygnuje z ich uzasadniania. Czytelniczkom spragnionym opisów zbliżeń i tak to powinno wystarczyć. „Armin” to powieść o niezbyt rozbudowanej intrydze, w dodatku od początku oczywistej dla odbiorczyń – i tylko tajemniczej dla bohaterki. Niewymagający erotyk jest jednak sprawnie napisany, jako literatura dla mas wystarczy. Z pewnością te panie, które nie szukają fabuł, a wyłącznie silnych emocji, będą mogły w tej książce znaleźć coś dla siebie.
Zapomnienie
To druga część perypetii braci bliźniaków, Milana i Armina – więc raczej przypadkowe czytelniczki po nią nie sięgną. Co Agnieszka Lingas-Łoniewska ma do powiedzenia w sferze powieści erotycznych sprawdzą natomiast te, które życzą jak najlepiej „grzecznemu” bratu. „Armin” to powieść prosta i nieodbiegająca od schematów – a autorka wyraźnie boryka się z deficytami w dziedzinie stosunków damsko-męskich – w obszarze języka polskiego. Ale omija niektóre mielizny i przynajmniej nie zamienia relacji w karykaturę. Jest tu Natalia – bystra i niedająca się poskromić pani prawnik, kobieta, która w życiu prywatnym ma sporo problemów za sprawą chorej psychicznie matki i ojczyma-oprawcy. Natalia potrzebuje ucieczki od codzienności i dlatego przydaje jej się zaproszenie do ekskluzywnego klubu, klubu, w którym nie uprawia się seksu, ale można zrealizować rozmaite fantazje. Natalia jest najlepszą przyjaciółką Wiktorii – bohaterki romansu z pierwszego tomu. Teraz Wiktoria ma stać się szczęśliwą żoną Milana (ech, to przekonanie autorek powieści romantycznych, że na końcu płomiennego romansu musi czekać ślub), a Natalia szuka zapomnienia z tajemniczym nieznajomym w klubie. Owszem, przekomarza się też z Arminem, ale przeszkadza jej spokój i opanowanie mężczyzny – nie uważa go za obiekt wart uważniejszej obserwacji. Do czasu, bo sam Armin też nie pozostaje niewrażliwy na wdzięki Natalii i coraz bardziej chce bliższego poznania.
Chociaż oczywiście w powieściowym świecie i Natalia, i Armin mają swoje zajęcia i zawody – nie będzie to przesadnie uwypuklane w książce, Agnieszka Lingas-Łoniewska o wiele chętniej odnosi się do ich zachowań po godzinach – wtedy, kiedy mogą w maskach (klub wymaga anonimowości) realizować swoje pragnienia i… łamać zasady. Od czasu do czasu autorka przypomina sobie, że trzeba jeszcze sportretować bohaterów poza sypialnią i jej zamiennikami – ale wówczas nie poświęca zbyt wiele uwagi na rejestrowanie wydarzeń, liczy się wyłącznie tęsknota i oczekiwanie na spotkanie. Jednokierunkowość wysiłków sprawia, że trudno tu będzie zaangażować się w świat powieściowy – ale też w prostym erotyku niekoniecznie o to chodzi (tu z kolei poprzeczkę wysoko ustawiły zagraniczne autorki cykli young adults, rozwijające równie dobrze wątki seksualne jak i obyczajowe). Przeprowadza zatem Agnieszka Lingas-Łoniewska czytelniczki od seksu do seksu, rezygnując z psychologicznych pogłębień czy choćby uzasadnień niektórych postanowień. Co ciekawe, decyduje się też na rozwijanie wielkiej miłości – nie zamierza skupiać się wyłącznie na erotycznym spełnieniu, dokłada do tego szereg uczuć i rezygnuje z ich uzasadniania. Czytelniczkom spragnionym opisów zbliżeń i tak to powinno wystarczyć. „Armin” to powieść o niezbyt rozbudowanej intrydze, w dodatku od początku oczywistej dla odbiorczyń – i tylko tajemniczej dla bohaterki. Niewymagający erotyk jest jednak sprawnie napisany, jako literatura dla mas wystarczy. Z pewnością te panie, które nie szukają fabuł, a wyłącznie silnych emocji, będą mogły w tej książce znaleźć coś dla siebie.
środa, 21 lutego 2024
Parker S. Huntington: Podłe kłamstwa
Luna, Warszawa 2024.
Pragnienie zemsty
Parker S. Huntington tworzy powieść erotyczną, którą wydawnictwo opatruje ostrzeżeniem, że zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia i wątki, które "mogą być trudne w odbiorze" - jednak "Podłe kłamstwa" to powieść dość łagodna w swoim brzmieniu, są już na rynku całe serie powieści young adult z większą dawką erotyki i bardziej brutalnymi treściami - można zatem tę (obszerną jak na erotyk) książkę czytać po prostu jak historię obyczajową z wątkami sensacyjnymi. Narrację prowadzą na zmianę Emery i Nash - znają się od dawna, ciągle na siebie wpadają, ich rodziny powiązane są biznesami, a oni sami... przez przypadek się ze sobą przespali, ale niczego od siebie nie chcą. Zresztą dzieli ich dziesięć lat - Emery dopiero wkracza w dorosłość, a Nash jest już wziętym biznesmenem, chociaż wciąż pamięta o biedzie, z jakiej wyszedł. Kiedy rozkręca się akcja książki, to Emery jest biedna - nie tyka funduszu powierniczego, żeby nie uzależnić się od despotycznej matki. Swoje zarobki przeznacza na coś, czego postronni nie zrozumieją - sama śpi kątem w szafie w remontowanym hotelu i prawie nie je. Z kolei Nash otwiera kolejne luksusowe hotele - zatrudnia firmę, w której pracuje Emery. Płaci i wymaga, ale w życiu kieruje się chęcią zemsty. Zamierza zniszczyć rodzinę Emery - bo ta przyczyniła się do śmierci jego ojca. Długo nie dojdzie do odpowiednich wyjaśnień - bo autorka musi zbudować całą otoczkę pożądania bohaterów.
Emery i Nash mają się ku sobie, nawet jeśli sami nie zdają sobie z tego sprawy. Przede wszystkim utrzymują kontakt - jako anonimowi przyjaciele w aplikacji umożliwiającej im również cyberseks. Wymieniają się poglądami, znajdują uśmiech i odprężenie w rozmowach niezależnie od codziennych trudów. Łączy ich przeszłość - ale też szereg przypadków, które jednoznacznie prowadzić mogą do łóżkowych namiętności. Ale w tym Parker S. Huntington jest dość oszczędna, nie sprawia, że bohaterowie rzucają się na siebie przy każdej możliwej okazji, więcej fantazjują niż rzeczywiście się spotykają w celach erotycznych - znacznie więcej miejsca przeznacza autorka na budowanie intrygi. I tutaj wybiera zagadnienie, które pasuje bardziej do erotyków niż do powieści sensacyjnych: stawia na (potencjalny na razie) romans z milionerem, pławienie się w luksusie i zapomnienie o codziennych troskach - i kontrastuje to natychmiast z dumą prowadzącą do wielu wyrzeczeń, z uporem uniemożliwiającym realizację marzeń i z szukaniem słabych punktów drugiej strony. Co ciekawe, dokładnie takie wojny, jak między Emery i Nashem, toczą się w powieściach young adult - z takim samym skutkiem, więc "Podłe kłamstwa" wcale nie kojarzą się z dorosłymi romansami. Przeszkadza w tym odejście od realizmu na rzecz fantazji w obrębie bogactwa i problemów ludzi z wyższych sfer. Za to udała się autorce realizacja. Pisze książkę tak, jakby tworzyła powieść obyczajową, ubiera swoją bohaterkę w nietypowe reakcje na stres - Emery ukojenia szuka w nieznanych powszechnie słowach, które powtarza pod nosem. Trochę idzie momentami w stronę filmowości, kiedy każe bohaterom wykorzystywać burzę do eksponowania uczuć - zupełnie jakby wyładowania atmosferyczne wiązały się z jakimś fetyszem.
Samej warstwy erotycznej nie ma zbyt wiele - więc jeśli ktoś liczy na zbliżenia co kilka stron, może go lektura nie usatysfakcjonować. Na szczęście Parker S. Huntington nie popada w tym temacie w przesadę, rezygnuje z kiczu na rzecz siły uczucia - bardziej to romans niż erotyk.
Pragnienie zemsty
Parker S. Huntington tworzy powieść erotyczną, którą wydawnictwo opatruje ostrzeżeniem, że zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia i wątki, które "mogą być trudne w odbiorze" - jednak "Podłe kłamstwa" to powieść dość łagodna w swoim brzmieniu, są już na rynku całe serie powieści young adult z większą dawką erotyki i bardziej brutalnymi treściami - można zatem tę (obszerną jak na erotyk) książkę czytać po prostu jak historię obyczajową z wątkami sensacyjnymi. Narrację prowadzą na zmianę Emery i Nash - znają się od dawna, ciągle na siebie wpadają, ich rodziny powiązane są biznesami, a oni sami... przez przypadek się ze sobą przespali, ale niczego od siebie nie chcą. Zresztą dzieli ich dziesięć lat - Emery dopiero wkracza w dorosłość, a Nash jest już wziętym biznesmenem, chociaż wciąż pamięta o biedzie, z jakiej wyszedł. Kiedy rozkręca się akcja książki, to Emery jest biedna - nie tyka funduszu powierniczego, żeby nie uzależnić się od despotycznej matki. Swoje zarobki przeznacza na coś, czego postronni nie zrozumieją - sama śpi kątem w szafie w remontowanym hotelu i prawie nie je. Z kolei Nash otwiera kolejne luksusowe hotele - zatrudnia firmę, w której pracuje Emery. Płaci i wymaga, ale w życiu kieruje się chęcią zemsty. Zamierza zniszczyć rodzinę Emery - bo ta przyczyniła się do śmierci jego ojca. Długo nie dojdzie do odpowiednich wyjaśnień - bo autorka musi zbudować całą otoczkę pożądania bohaterów.
Emery i Nash mają się ku sobie, nawet jeśli sami nie zdają sobie z tego sprawy. Przede wszystkim utrzymują kontakt - jako anonimowi przyjaciele w aplikacji umożliwiającej im również cyberseks. Wymieniają się poglądami, znajdują uśmiech i odprężenie w rozmowach niezależnie od codziennych trudów. Łączy ich przeszłość - ale też szereg przypadków, które jednoznacznie prowadzić mogą do łóżkowych namiętności. Ale w tym Parker S. Huntington jest dość oszczędna, nie sprawia, że bohaterowie rzucają się na siebie przy każdej możliwej okazji, więcej fantazjują niż rzeczywiście się spotykają w celach erotycznych - znacznie więcej miejsca przeznacza autorka na budowanie intrygi. I tutaj wybiera zagadnienie, które pasuje bardziej do erotyków niż do powieści sensacyjnych: stawia na (potencjalny na razie) romans z milionerem, pławienie się w luksusie i zapomnienie o codziennych troskach - i kontrastuje to natychmiast z dumą prowadzącą do wielu wyrzeczeń, z uporem uniemożliwiającym realizację marzeń i z szukaniem słabych punktów drugiej strony. Co ciekawe, dokładnie takie wojny, jak między Emery i Nashem, toczą się w powieściach young adult - z takim samym skutkiem, więc "Podłe kłamstwa" wcale nie kojarzą się z dorosłymi romansami. Przeszkadza w tym odejście od realizmu na rzecz fantazji w obrębie bogactwa i problemów ludzi z wyższych sfer. Za to udała się autorce realizacja. Pisze książkę tak, jakby tworzyła powieść obyczajową, ubiera swoją bohaterkę w nietypowe reakcje na stres - Emery ukojenia szuka w nieznanych powszechnie słowach, które powtarza pod nosem. Trochę idzie momentami w stronę filmowości, kiedy każe bohaterom wykorzystywać burzę do eksponowania uczuć - zupełnie jakby wyładowania atmosferyczne wiązały się z jakimś fetyszem.
Samej warstwy erotycznej nie ma zbyt wiele - więc jeśli ktoś liczy na zbliżenia co kilka stron, może go lektura nie usatysfakcjonować. Na szczęście Parker S. Huntington nie popada w tym temacie w przesadę, rezygnuje z kiczu na rzecz siły uczucia - bardziej to romans niż erotyk.
czwartek, 25 stycznia 2024
Lucy Score: To, co skrywamy przed światem
Media Rodzina, Poznań 2023.
Powtórka
Kiedy Knox znalazł szczęście z Naomi, przyszła kolej na jego brata. Nash to komendant policji w Knockemout – postanowił służyć miejscowemu społeczeństwu i walczyć ze złem. Tyle że na jego wizerunku superbohatera kładzie się cieniem trauma: niedawno Nash został postrzelony, omal nie zginął. Rany w ciele się goją, gorzej z tymi w umyśle – a przecież Knox i Nash nie zostali wychowani tak, żeby szukać profesjonalnej pomocy. W związku z tym Nash zmaga się z atakami paniki i zastanawia nad tym, czy nie przyjdzie mu zmienić zawodu. Tu męskie wsparcie nie pomoże – Knox i Lucian to wspaniali przyjaciele, ale nie zrozumieją, jak otarcie się o śmierć zmienia człowieka, nawet jeśli sami wielokrotnie brali udział w mordobiciach lub poważniejszych akcjach interwencyjnych. Nash musi znaleźć sposób na powrót do normalności. Ocalić go może Lina Solavita. Kobieta niezależna, piękna i odważna. Właśnie sprowadza się do sąsiedniego mieszkania – ma w tym swój cel, o którym nie mówi (w końcu detektywi nie zdradzają swoich tajemnic) i oczywiście wpada w rytm Knockemout. Lina okazuje się ratunkiem: stopniowo oddala wszelkie lęki Nasha i sprawia, że ten powraca do żywych w każdym aspekcie (z tym seksualnym na czele: w obecności Liny czuje, że nie musi się bać impotencji, chociaż i takie myśli go wcześniej nachodziły w samotności).
Dwie narracje przeplatają się ze sobą i zamieniają w opowieść już znaną. Lucy Score wykorzystuje coś, co już się sprawdziło: ten sam układ akcentów w fabule sprawia, że czytelniczki będą czekać na dwa wstrząsy: jeden wywołany wewnętrznymi lękami bohaterów, drugi – spowodowany zagrożeniem z zewnątrz. Oba mogłyby prowadzić do rozpadu przypadkowego związku, ale tutaj o przypadkowości przecież mowy być nie może, Nash i Lina powinni być razem i widzą to wszyscy, chociaż główni bohaterowie jeszcze sobie tego faktu nie uświadamiają. Autorka trochę odwleka moment początkowego odnajdowania szczęścia w byciu razem, żeby zapewnić odbiorczyniom odrobinę niepewności, ale posługuje się wyrazistym i sprawdzonym już schematem. W tle powraca do postaci, które podbiły serca czytających: Naomi i Waylay ubarwiają bardzo historię, pojawia się też więcej osób, które już zaistniały w światku Knockemout – można „To, co skrywamy przed światem” czytać jako samodzielny tom, ale każdy zechce sprawdzić, co połączyło Knoxa i Naomi, że teraz przygotowują się oni do ślubu. Lucy Score stawia na płomienne uczucie bez przerwy wystawiane na poważne próby – ale bawi się też odchodzeniem od sentymentów: ani Nash, ani Lisa nie są gotowi na trwały związek, wydaje im się, że bezpieczniej i wygodniej jest pozostać na uboczu. To się oczywiście nie sprawdzi.
Ważnym elementem tego tomu stają się sceny erotyczne – i to przedstawiane w najdrobniejszych szczegółach. Czasami nawet kiedy bohaterowie muszą sobie coś powiedzieć, a robią to w trakcie gry wstępnej, informacje przetykane są wiadomościami na temat ich zmysłów, dotyku ciał i reakcji – tu nie ma żadnej przestrzeni na domysły i może czasami wręcz szkoda. Lucy Score wie, że czytelniczki chcą płomiennych uczuć – ale bardzo zajmuje się sferą erotyki. Oczywiście nie zabraknie tu rozwiązań rodem z filmów pornograficznych, ale to akurat tłumaczy się samą konwencją. „To, co skrywamy przed światem” pozwala na powrót do Knockemout – motyw kryminalny pojawiający się w tle ma dodać pikanterii i zmienić nudę małego miasteczka w ekscytującą przygodę. To się autorce udaje do tego stopnia, że można jej spokojnie wybaczać fabularne naiwności. I może szkoda odrobinę, że autorce zabrakło fantazji na zrezygnowanie z konwencjonalnego życiorysu postaci już po finale - ale wyjaśnia się to odpowiedzią na potrzeby większości czytelniczek.
Powtórka
Kiedy Knox znalazł szczęście z Naomi, przyszła kolej na jego brata. Nash to komendant policji w Knockemout – postanowił służyć miejscowemu społeczeństwu i walczyć ze złem. Tyle że na jego wizerunku superbohatera kładzie się cieniem trauma: niedawno Nash został postrzelony, omal nie zginął. Rany w ciele się goją, gorzej z tymi w umyśle – a przecież Knox i Nash nie zostali wychowani tak, żeby szukać profesjonalnej pomocy. W związku z tym Nash zmaga się z atakami paniki i zastanawia nad tym, czy nie przyjdzie mu zmienić zawodu. Tu męskie wsparcie nie pomoże – Knox i Lucian to wspaniali przyjaciele, ale nie zrozumieją, jak otarcie się o śmierć zmienia człowieka, nawet jeśli sami wielokrotnie brali udział w mordobiciach lub poważniejszych akcjach interwencyjnych. Nash musi znaleźć sposób na powrót do normalności. Ocalić go może Lina Solavita. Kobieta niezależna, piękna i odważna. Właśnie sprowadza się do sąsiedniego mieszkania – ma w tym swój cel, o którym nie mówi (w końcu detektywi nie zdradzają swoich tajemnic) i oczywiście wpada w rytm Knockemout. Lina okazuje się ratunkiem: stopniowo oddala wszelkie lęki Nasha i sprawia, że ten powraca do żywych w każdym aspekcie (z tym seksualnym na czele: w obecności Liny czuje, że nie musi się bać impotencji, chociaż i takie myśli go wcześniej nachodziły w samotności).
Dwie narracje przeplatają się ze sobą i zamieniają w opowieść już znaną. Lucy Score wykorzystuje coś, co już się sprawdziło: ten sam układ akcentów w fabule sprawia, że czytelniczki będą czekać na dwa wstrząsy: jeden wywołany wewnętrznymi lękami bohaterów, drugi – spowodowany zagrożeniem z zewnątrz. Oba mogłyby prowadzić do rozpadu przypadkowego związku, ale tutaj o przypadkowości przecież mowy być nie może, Nash i Lina powinni być razem i widzą to wszyscy, chociaż główni bohaterowie jeszcze sobie tego faktu nie uświadamiają. Autorka trochę odwleka moment początkowego odnajdowania szczęścia w byciu razem, żeby zapewnić odbiorczyniom odrobinę niepewności, ale posługuje się wyrazistym i sprawdzonym już schematem. W tle powraca do postaci, które podbiły serca czytających: Naomi i Waylay ubarwiają bardzo historię, pojawia się też więcej osób, które już zaistniały w światku Knockemout – można „To, co skrywamy przed światem” czytać jako samodzielny tom, ale każdy zechce sprawdzić, co połączyło Knoxa i Naomi, że teraz przygotowują się oni do ślubu. Lucy Score stawia na płomienne uczucie bez przerwy wystawiane na poważne próby – ale bawi się też odchodzeniem od sentymentów: ani Nash, ani Lisa nie są gotowi na trwały związek, wydaje im się, że bezpieczniej i wygodniej jest pozostać na uboczu. To się oczywiście nie sprawdzi.
Ważnym elementem tego tomu stają się sceny erotyczne – i to przedstawiane w najdrobniejszych szczegółach. Czasami nawet kiedy bohaterowie muszą sobie coś powiedzieć, a robią to w trakcie gry wstępnej, informacje przetykane są wiadomościami na temat ich zmysłów, dotyku ciał i reakcji – tu nie ma żadnej przestrzeni na domysły i może czasami wręcz szkoda. Lucy Score wie, że czytelniczki chcą płomiennych uczuć – ale bardzo zajmuje się sferą erotyki. Oczywiście nie zabraknie tu rozwiązań rodem z filmów pornograficznych, ale to akurat tłumaczy się samą konwencją. „To, co skrywamy przed światem” pozwala na powrót do Knockemout – motyw kryminalny pojawiający się w tle ma dodać pikanterii i zmienić nudę małego miasteczka w ekscytującą przygodę. To się autorce udaje do tego stopnia, że można jej spokojnie wybaczać fabularne naiwności. I może szkoda odrobinę, że autorce zabrakło fantazji na zrezygnowanie z konwencjonalnego życiorysu postaci już po finale - ale wyjaśnia się to odpowiedzią na potrzeby większości czytelniczek.
środa, 15 lutego 2023
Alexa Lavenda: Amerykański sen
Lipstick Books, Warszawa 2021.
Pożądanie
Szkoda, że polski rynek nie potrafi wydać autorki powieści erotycznych w stylu na przykład Tammary Webber: przy zachodnim rynku nawet w wersji YA nasze historie pobrzmiewają blado i stereotypowo. "Amerykański sen", kolejna część cyklu Kontynenty przyjemności, nie rozbudza zainteresowania gatunkiem, mało tego - nie pokazuje nawet jego potencjału. Ponownie przygląda się autorka Patrycji i Maxowi - poprzednio rozdzieliła tę parę i wydawało się, że nie będzie już powrotu do relacji, która pobrzmiewała jak z bajki. Teraz Patrycja sprawdza się w programie "Master Cook", a Max dociera do niej i próbuje odzyskać uwagę kobiety. Ponieważ między tą dwójką iskrzy, wiadomo, że sednem tomu będzie ich kolejne łóżkowe zbliżenie. I tu zaczyna się problem.
Najpierw: w topornym podrywie. Patrycja nie chce mieć nic wspólnego z Maxem, który przecież ją zranił. Jednak mężczyzna nie przyjmuje tego do wiadomości i na każde kolejne "nie" kobiety reaguje zwiększonymi staraniami. Mało tego: kiedy słyszy "nie", nie przerywa nawet coraz bardziej zaawansowanych pieszczot. Z niewiadomych względów autorka próbuje wszczepić czytelnikom przekonanie, że płeć piękna nie wie, czego chce i że można ignorować protesty pań. Na pewno tym nie zaskarbi sobie zaufania czytelniczek - nawet jeśli i tak prowadzi do zbliżenia Patrycji i Maxa. Dalej: problem w samym seksie. Chociaż Alexa Lavenda pisze powieść erotyczną, kompletnie nie wie, jak zafascynować tematem czytelniczki. Jej opisy scen łóżkowych są banalne, pozbawione wyobraźni i powtarzalne. Niekoniecznie takich rozwiązań chcą odbiorcy, którzy sięgają po literaturę erotyczną i już nawet nie chodzi o dość ubogie słownictwo (a powtarzanie słowa "majteczki" i "bycia mokrą" jest u tej autorki obowiązkowym etapem gry wstępnej). Scena, która ma stać się sednem tomu, należy do płaskich - i rozczarowujących. Jednak niczego więcej nie można się spodziewać, ponieważ Alexa Lavenda bardzo upraszcza także fabułę i narrację, czyli te dwa powieściowe elementy, które przekonują do Tammary Webber w erotycznych młodzieżówkach. Scenariusz jak z taniego filmu sensacyjnego niewiele wnosi: jest przewidywalny i nie może wzbudzić żywszych uczuć. Opisy przygotowywane pospiesznie - i tylko po to, żeby bohaterowie mogli się ze sobą przespać - nie przyciągają uwagi nawet na chwilę. Nad psychiką postaci autorka wcale się nie zastanawia, ale to już najmniejszy problem.
Alexa Lavenda nie ma tu wiele do zaoferowania. Nawet fakt, że wysyła swoją bohaterkę na kolejne kontynenty nie ma żadnego znaczenia w budowaniu akcji. "Amerykański sen" to propozycja, o której najlepiej jest natychmiast zapomnieć. Jeśli autorka będzie dalej produkować książki, a nie zastanawiać się nad ich treścią, jeśli nie będzie ćwiczyć przedstawiania relacji międzyludzkich - nie uda jej się przekonać do siebie szerokiego grona czytelników.
Pożądanie
Szkoda, że polski rynek nie potrafi wydać autorki powieści erotycznych w stylu na przykład Tammary Webber: przy zachodnim rynku nawet w wersji YA nasze historie pobrzmiewają blado i stereotypowo. "Amerykański sen", kolejna część cyklu Kontynenty przyjemności, nie rozbudza zainteresowania gatunkiem, mało tego - nie pokazuje nawet jego potencjału. Ponownie przygląda się autorka Patrycji i Maxowi - poprzednio rozdzieliła tę parę i wydawało się, że nie będzie już powrotu do relacji, która pobrzmiewała jak z bajki. Teraz Patrycja sprawdza się w programie "Master Cook", a Max dociera do niej i próbuje odzyskać uwagę kobiety. Ponieważ między tą dwójką iskrzy, wiadomo, że sednem tomu będzie ich kolejne łóżkowe zbliżenie. I tu zaczyna się problem.
Najpierw: w topornym podrywie. Patrycja nie chce mieć nic wspólnego z Maxem, który przecież ją zranił. Jednak mężczyzna nie przyjmuje tego do wiadomości i na każde kolejne "nie" kobiety reaguje zwiększonymi staraniami. Mało tego: kiedy słyszy "nie", nie przerywa nawet coraz bardziej zaawansowanych pieszczot. Z niewiadomych względów autorka próbuje wszczepić czytelnikom przekonanie, że płeć piękna nie wie, czego chce i że można ignorować protesty pań. Na pewno tym nie zaskarbi sobie zaufania czytelniczek - nawet jeśli i tak prowadzi do zbliżenia Patrycji i Maxa. Dalej: problem w samym seksie. Chociaż Alexa Lavenda pisze powieść erotyczną, kompletnie nie wie, jak zafascynować tematem czytelniczki. Jej opisy scen łóżkowych są banalne, pozbawione wyobraźni i powtarzalne. Niekoniecznie takich rozwiązań chcą odbiorcy, którzy sięgają po literaturę erotyczną i już nawet nie chodzi o dość ubogie słownictwo (a powtarzanie słowa "majteczki" i "bycia mokrą" jest u tej autorki obowiązkowym etapem gry wstępnej). Scena, która ma stać się sednem tomu, należy do płaskich - i rozczarowujących. Jednak niczego więcej nie można się spodziewać, ponieważ Alexa Lavenda bardzo upraszcza także fabułę i narrację, czyli te dwa powieściowe elementy, które przekonują do Tammary Webber w erotycznych młodzieżówkach. Scenariusz jak z taniego filmu sensacyjnego niewiele wnosi: jest przewidywalny i nie może wzbudzić żywszych uczuć. Opisy przygotowywane pospiesznie - i tylko po to, żeby bohaterowie mogli się ze sobą przespać - nie przyciągają uwagi nawet na chwilę. Nad psychiką postaci autorka wcale się nie zastanawia, ale to już najmniejszy problem.
Alexa Lavenda nie ma tu wiele do zaoferowania. Nawet fakt, że wysyła swoją bohaterkę na kolejne kontynenty nie ma żadnego znaczenia w budowaniu akcji. "Amerykański sen" to propozycja, o której najlepiej jest natychmiast zapomnieć. Jeśli autorka będzie dalej produkować książki, a nie zastanawiać się nad ich treścią, jeśli nie będzie ćwiczyć przedstawiania relacji międzyludzkich - nie uda jej się przekonać do siebie szerokiego grona czytelników.
piątek, 25 lutego 2022
Marta Krajewska: Pragnę więcej
Lipstick Books, Warszawa 2022.
Tajemnice ciała
Wreszcie literatura erotyczna, która nie zmęczy, a przekona do gatunku. Wreszcie coś ładnego narracyjnie zamiast pokracznych opisów zbliżeń. Marta Krajewska może być z siebie dumna, stworzyła bowiem świat, do którego przekona czytelników bez trudu. "Pragnę więcej" to opowieść z zamierzchłej przeszłości, albo z rzeczywistości alternatywnej: przedstawieni tu Słowianie nie tworzą żadnego państwa, żyją we własnym gronie, w Wilczej Dolinie, nie szukają szczęścia poza znanymi sobie terenami. Oddają cześć swoim bogom, w rozwiązywaniu problemów pomaga im opiekun, a w skrajnych przypadkach można udać się po pomoc do wiedźm (chociaż nie wszyscy to popierają). W tym świecie małżeństwa najczęściej są aranżowane, a młodzi słuchają starszych - i to w różnych sferach codzienności. Akcja "Pragnę więcej" rozpinana jest na kanwie z lokalnych świąt i uroczystości członków niewielkiej społeczności - bo tak najłatwiej jest zarysować ważne wydarzenia w egzystencji kolejnych postaci.
Marta Krajewska podąża za dwiema kobietami. Jaruna właśnie zostaje wprowadzona w dorosłość. Nie jest do końca pewna siebie: jej związki z mamunami podkreślają wszyscy, którzy akurat mają ochotę na złośliwości pod adresem dziewczyny. To potęguje kompleksy i sprawia, że Jaruna nigdzie nie czuje się do końca dobrze. Sułka z kolei postanawia odkrywać uciechy cielesne - wbrew ostrzeżeniom ze strony najbliższych, rzuca się w wir przyjemności, szuka przygód w ramionach wciąż innych mężczyzn. Jaruna w pewnym momencie traci ukochanego przez zadawniony spór między przedstawicielami starszego pokolenia: musi wyjść za swojego przyjaciela z dawnych lat, obecnie - ukochanego jej najlepszej przyjaciółki. Nie ma na to ochoty, ale nie da rady sprzeciwić się woli starszych, musi zrealizować narzucony jej scenariusz. Sułka, gdy zachodzi w ciążę, przekonuje się, że romans z żonatym nie był dobrym pomysłem - i dowiaduje się, kto kochał ją naprawdę. Obie kobiety są sobie potrzebne, ale przez długi czas ich drogi się nie skrzyżują, każda musi samodzielnie stawiać czoła kolejnym problemom.
Z jednej strony jest tu egzotyka płynąca z obyczajowości, idealnie przez Martę Krajewską oddawanej. Autorka stawia na przekonujące i malownicze obrazki rodzajowe, scenki, które zaangażują czytelników i pozwolą im na zrozumienie mechanizmów rządzących wykreowanym światem. Jest tu ciekawie, dużo się dzieje, a do tego nie ma się wrażenia, że to wymuszone przestoje między kolejnymi opisami erotycznych podbojów. Świat pradawnych Słowian kusi i uwodzi - tu liczy się rytm natury i ciężka praca, a do tego - możliwość zabawy, kiedy nadchodzi święto. Tym wątkiem autorka spore grono czytelników do siebie przekona. Z drugiej strony - stawia na uczucia i emocje zrozumiałe bez względu na kontekst i uniwersalne. Są tu i zdrady, i wielkie tęsknoty, miłości i przywiązanie budowane powoli. Do tego autorka dodaje kwestię autoerotyzmu i poznawania własnych potrzeb: jedna z kobiet ma problem z osiągnięciem spełnienia i nie wie, jak się tego nauczyć. Co ciekawe, przejście w świat prasłowiańskich wierzeń umożliwia autorce rezygnację z kolokwializmów i dosłowności: ucieczka w omówienia bardzo dobrze robi opowieści i samej narracji. "Pragnę więcej" to książka starannie dopracowana - zachwyca na różnych płaszczyznach i cieszy czytelników udanymi pomysłami.
Tajemnice ciała
Wreszcie literatura erotyczna, która nie zmęczy, a przekona do gatunku. Wreszcie coś ładnego narracyjnie zamiast pokracznych opisów zbliżeń. Marta Krajewska może być z siebie dumna, stworzyła bowiem świat, do którego przekona czytelników bez trudu. "Pragnę więcej" to opowieść z zamierzchłej przeszłości, albo z rzeczywistości alternatywnej: przedstawieni tu Słowianie nie tworzą żadnego państwa, żyją we własnym gronie, w Wilczej Dolinie, nie szukają szczęścia poza znanymi sobie terenami. Oddają cześć swoim bogom, w rozwiązywaniu problemów pomaga im opiekun, a w skrajnych przypadkach można udać się po pomoc do wiedźm (chociaż nie wszyscy to popierają). W tym świecie małżeństwa najczęściej są aranżowane, a młodzi słuchają starszych - i to w różnych sferach codzienności. Akcja "Pragnę więcej" rozpinana jest na kanwie z lokalnych świąt i uroczystości członków niewielkiej społeczności - bo tak najłatwiej jest zarysować ważne wydarzenia w egzystencji kolejnych postaci.
Marta Krajewska podąża za dwiema kobietami. Jaruna właśnie zostaje wprowadzona w dorosłość. Nie jest do końca pewna siebie: jej związki z mamunami podkreślają wszyscy, którzy akurat mają ochotę na złośliwości pod adresem dziewczyny. To potęguje kompleksy i sprawia, że Jaruna nigdzie nie czuje się do końca dobrze. Sułka z kolei postanawia odkrywać uciechy cielesne - wbrew ostrzeżeniom ze strony najbliższych, rzuca się w wir przyjemności, szuka przygód w ramionach wciąż innych mężczyzn. Jaruna w pewnym momencie traci ukochanego przez zadawniony spór między przedstawicielami starszego pokolenia: musi wyjść za swojego przyjaciela z dawnych lat, obecnie - ukochanego jej najlepszej przyjaciółki. Nie ma na to ochoty, ale nie da rady sprzeciwić się woli starszych, musi zrealizować narzucony jej scenariusz. Sułka, gdy zachodzi w ciążę, przekonuje się, że romans z żonatym nie był dobrym pomysłem - i dowiaduje się, kto kochał ją naprawdę. Obie kobiety są sobie potrzebne, ale przez długi czas ich drogi się nie skrzyżują, każda musi samodzielnie stawiać czoła kolejnym problemom.
Z jednej strony jest tu egzotyka płynąca z obyczajowości, idealnie przez Martę Krajewską oddawanej. Autorka stawia na przekonujące i malownicze obrazki rodzajowe, scenki, które zaangażują czytelników i pozwolą im na zrozumienie mechanizmów rządzących wykreowanym światem. Jest tu ciekawie, dużo się dzieje, a do tego nie ma się wrażenia, że to wymuszone przestoje między kolejnymi opisami erotycznych podbojów. Świat pradawnych Słowian kusi i uwodzi - tu liczy się rytm natury i ciężka praca, a do tego - możliwość zabawy, kiedy nadchodzi święto. Tym wątkiem autorka spore grono czytelników do siebie przekona. Z drugiej strony - stawia na uczucia i emocje zrozumiałe bez względu na kontekst i uniwersalne. Są tu i zdrady, i wielkie tęsknoty, miłości i przywiązanie budowane powoli. Do tego autorka dodaje kwestię autoerotyzmu i poznawania własnych potrzeb: jedna z kobiet ma problem z osiągnięciem spełnienia i nie wie, jak się tego nauczyć. Co ciekawe, przejście w świat prasłowiańskich wierzeń umożliwia autorce rezygnację z kolokwializmów i dosłowności: ucieczka w omówienia bardzo dobrze robi opowieści i samej narracji. "Pragnę więcej" to książka starannie dopracowana - zachwyca na różnych płaszczyznach i cieszy czytelników udanymi pomysłami.
środa, 16 lutego 2022
Mika Modrzyńska: Styczniowa letnia noc
Media Rodzina, Poznań 2022.
Urok wolności
Mika Modrzyńska pożeniła chick lit z literaturą erotyczną - "Styczniowa letnia noc" to lekkie babskie czytadło dla szerokiego grona młodych czytelniczek. Akcja zaczyna się w punkcie, który wydaje się wręcz obowiązkowy w powieściach obyczajowych z ostatnich lat: oto Zuza przekonuje się, że jej narzeczony wcale nie zamierza dzielić z nią życia. Co więcej - na myśl o zbliżającym się ślubie wpada w panikę i rozstaje się z ukochaną przy świadkach. Zuza wie już, że na Mikołaja nie będzie mogła liczyć. Automatycznie więc postanawia coś w swoim życiu zmienić - żeby pogodzić się z sytuacją, przyjmuje zaproszenie najlepszej przyjaciółki, Oli - na Nową Zelandię. Udaje się tam nie tylko po to, by lizać rany po nieudanym związku. Zuza przekonuje się, że do tej pory była bardzo zachowawcza i rezygnowała z wielu przyjemności tylko dla własnej wygody. Teraz nie ma już nic do stracenia: facet jej nie rzuci, rozstał się z nią w najbrzydszy możliwy sposób - pora zatem wprowadzić zmiany. Nowa Zelandia jest idealnym miejscem do tego, by zaszaleć. A ponieważ Zuza trafia tam na sylwestra - to kolejny powód do spróbowania czegoś innego. Okazja nadarza się błyskawicznie, bo w Nowej Zelandii Zuzę wita Simon. Mężczyzna o ciele boga, seksowny i idealny na chwilę zapomnienia. Simon to chodzący ideał: niczego nie wymaga, stanowi przeciwieństwo Mikołaja, nie można się z nim nudzić i, co najważniejsze, uwodzi Zuzę bardzo umiejętnie. I chociaż wszyscy wokół ostrzegają kobietę, że jej wybranek to rasowy uwodziciel i człowiek, który podrywa wszystkie kobiety, a związek rozpadł mu się przez skłonność do zdrad - Zuza nie zamierza się tym przejmować. Chce korzystać z życia i decyduje się na relację niezobowiązującą, opierającą się przede wszystkim na seksie.
W zasadzie Zuza dzieli się niemal wyłącznie emocjami związanymi z bliskością Simona. Mika Modrzyńska nie stara się przesadnie komplikować akcji: pozwala bohaterce na znalezienie pracy w Nowej Zelandii (opieka nad dziećmi) i na prowadzenie bujnego życia towarzyskiego (spotkania z dawno niewidzianą przyjaciółką i grupą jej znajomych należą do obowiązkowych zagadnień i przerywników w scenach zbliżeń). Co ciekawe, Mika Modrzyńska nie chce, żeby jej bohaterka uzależniła się od kolejnego faceta: Simon ma być tylko klinem na nieszczęśliwą miłość, to Zuza ma nadawać ton relacji i dyktować warunki. Kobieta nie przyjmuje do wiadomości, że otoczenie może oceniać Simona mylnie - zakłada, że znajomi mają rację, sama siebie chroni zatem przed odrzuceniem za sprawą licznych zastrzeżeń i uciekania od zauroczenia. Autorka nie szuka zaskoczeń, chyba że za takie uznać rezygnację z wielkiej miłości: próbuje uciekać od uczuć na rzecz podkreślania zabawy fizyczną bliskością. Jednak w pewnym momencie musi wrócić do bezpiecznych kolein i postawić na rozwiązania, które nie rozczarują odbiorczyń. "Styczniowa letnia noc" to prosta historia ze sporą dawką erotyzmu.
Urok wolności
Mika Modrzyńska pożeniła chick lit z literaturą erotyczną - "Styczniowa letnia noc" to lekkie babskie czytadło dla szerokiego grona młodych czytelniczek. Akcja zaczyna się w punkcie, który wydaje się wręcz obowiązkowy w powieściach obyczajowych z ostatnich lat: oto Zuza przekonuje się, że jej narzeczony wcale nie zamierza dzielić z nią życia. Co więcej - na myśl o zbliżającym się ślubie wpada w panikę i rozstaje się z ukochaną przy świadkach. Zuza wie już, że na Mikołaja nie będzie mogła liczyć. Automatycznie więc postanawia coś w swoim życiu zmienić - żeby pogodzić się z sytuacją, przyjmuje zaproszenie najlepszej przyjaciółki, Oli - na Nową Zelandię. Udaje się tam nie tylko po to, by lizać rany po nieudanym związku. Zuza przekonuje się, że do tej pory była bardzo zachowawcza i rezygnowała z wielu przyjemności tylko dla własnej wygody. Teraz nie ma już nic do stracenia: facet jej nie rzuci, rozstał się z nią w najbrzydszy możliwy sposób - pora zatem wprowadzić zmiany. Nowa Zelandia jest idealnym miejscem do tego, by zaszaleć. A ponieważ Zuza trafia tam na sylwestra - to kolejny powód do spróbowania czegoś innego. Okazja nadarza się błyskawicznie, bo w Nowej Zelandii Zuzę wita Simon. Mężczyzna o ciele boga, seksowny i idealny na chwilę zapomnienia. Simon to chodzący ideał: niczego nie wymaga, stanowi przeciwieństwo Mikołaja, nie można się z nim nudzić i, co najważniejsze, uwodzi Zuzę bardzo umiejętnie. I chociaż wszyscy wokół ostrzegają kobietę, że jej wybranek to rasowy uwodziciel i człowiek, który podrywa wszystkie kobiety, a związek rozpadł mu się przez skłonność do zdrad - Zuza nie zamierza się tym przejmować. Chce korzystać z życia i decyduje się na relację niezobowiązującą, opierającą się przede wszystkim na seksie.
W zasadzie Zuza dzieli się niemal wyłącznie emocjami związanymi z bliskością Simona. Mika Modrzyńska nie stara się przesadnie komplikować akcji: pozwala bohaterce na znalezienie pracy w Nowej Zelandii (opieka nad dziećmi) i na prowadzenie bujnego życia towarzyskiego (spotkania z dawno niewidzianą przyjaciółką i grupą jej znajomych należą do obowiązkowych zagadnień i przerywników w scenach zbliżeń). Co ciekawe, Mika Modrzyńska nie chce, żeby jej bohaterka uzależniła się od kolejnego faceta: Simon ma być tylko klinem na nieszczęśliwą miłość, to Zuza ma nadawać ton relacji i dyktować warunki. Kobieta nie przyjmuje do wiadomości, że otoczenie może oceniać Simona mylnie - zakłada, że znajomi mają rację, sama siebie chroni zatem przed odrzuceniem za sprawą licznych zastrzeżeń i uciekania od zauroczenia. Autorka nie szuka zaskoczeń, chyba że za takie uznać rezygnację z wielkiej miłości: próbuje uciekać od uczuć na rzecz podkreślania zabawy fizyczną bliskością. Jednak w pewnym momencie musi wrócić do bezpiecznych kolein i postawić na rozwiązania, które nie rozczarują odbiorczyń. "Styczniowa letnia noc" to prosta historia ze sporą dawką erotyzmu.
środa, 4 sierpnia 2021
Gorące sekrety. Niegrzeczne opowieści
Lipstick Books, Warszawa 2021.
Zmysły
Ponieważ panuje wciąż moda na powieści erotyczne, a Lipstick Books traktuje zbiory opowiadań o tej tematyce jako szansę na prezentację "swoich" autorek, pojawia się na rynku kolejny zestaw krótkich historii pokazujących wyobraźnię w dziedzinie budzenia zmysłów bohaterek. "Gorące sekrety. Niegrzeczne opowieści" to tom dla odbiorczyń, które niespecjalnie lubią czytać dłuższe teksty, za to lubią szybko przechodzić do najważniejszego - czyli do miłosnego spełnienia bohaterek. I po raz kolejny staje się jasne, że te autorki, które sprawdziły się w literaturze obyczajowej i osiągnęły sukces na rynku w gatunkach innych niż erotyka, radzą sobie świetnie z warsztatem literackim i pomysłami, a te, które wprowadziły się do świadomości czytelniczek wyłącznie jako autorki powieści erotycznych niespecjalnie mają czym zachwycać. Katarzyna Berenika Miszczuk sięga po tło typowe dla babskich czytadeł: jej bohaterka chce założyć pensjonat, w którym będzie proponować rozmaite ziołowe specyfiki. Wdaje się w romans z księgowym, którego nawet nie podejrzewała o pozaziemskie moce. Przechodzi z obyczajowości w stronę fantastyki, ale nie będzie to nikomu przeszkadzało, bo wcześniej potrafi nabudować całą otoczkę relacji między bohaterami. Widać, że ma wprawę w tworzeniu opowieści rozmaitych - i umie przyciągnąć czytelniczki do siebie. Zupełnie inaczej zachowuje się K. A. Figaro. Koncentruje się bowiem na erotycznym spełnieniu bez przedstawienia czytelniczkom postaci; pozwala swojej bohaterce na szaloną eskapadę z seksualnym pożądaniem w roli głównej. Tyle tylko, że chociaż szuka różnych sposobów na zaakcentowanie kobiecego spełnienia (i przy okazji testuje parę ostrzejszych fantazji), nie ma pomysłu na klimat opowieści. Wprowadza woltę gatunkową, która niekoniecznie przypadnie do gustu czytelniczkom. Jagna Rolska, do niedawna znana z fantastyki, później przechodząca w temat powieści erotycznych, teraz eksperymentuje z podróżą w przeszłość - zależy jej na odwzorowaniu dawnych dziejów i obyczajów. Tu erotyka wydaje się sprawą drugorzędną. Maya Frost próbuje narracji z perspektywy mężczyzny (co w przypadku powieści erotycznych jest dość ryzykownym zabiegiem, nic dziwnego, że w pewnym momencie przechodzi na dialogi). Zadanie ułatwia sobie przejściem do tajnego klubu, w którym można realizować wszystkie seksualne fantazje. Anna Kasiuk stara się zabrzmieć zupełnie zwyczajnie. Wykorzystuje potencjał tkwiący w stereotypowym niemal motywie - pracownik fizyczny, którego bohaterka dostrzega, dysponuje idealnym, wymarzonym ciałem i może pomóc w realizowaniu co bardziej szalonych w kontekście nudnej codzienności pomysłów. Agnieszka Rusin także usiłuje wymyślić męskie rozmowy o seksie (i niespecjalnie do tego przekonuje), wysyła swoich bohaterów na wakacje, żeby tam mogli oddawać się rozkoszom bez przejmowania się konwenansami. Przechodzi na kobiecą stronę przy kreowaniu przebiegu akcji. Zuzanna Arczyńska tymczasem woli postawić na ars amandi i umożliwić swoim bohaterom ciągłe spotkania.
W tym wszystkim widać jedno: kiedy chodzi o przedstawienie erotycznych fantazji, brakuje odpowiednich określeń, które nie brzmiałyby ani przesadnie fachowo, ani naiwnie. Autorki w sporej części są tak przejęte, że mają zaprezentować seks na wizji, że zapominają o kontekstach i o brzmieniu całych historii.
Zmysły
Ponieważ panuje wciąż moda na powieści erotyczne, a Lipstick Books traktuje zbiory opowiadań o tej tematyce jako szansę na prezentację "swoich" autorek, pojawia się na rynku kolejny zestaw krótkich historii pokazujących wyobraźnię w dziedzinie budzenia zmysłów bohaterek. "Gorące sekrety. Niegrzeczne opowieści" to tom dla odbiorczyń, które niespecjalnie lubią czytać dłuższe teksty, za to lubią szybko przechodzić do najważniejszego - czyli do miłosnego spełnienia bohaterek. I po raz kolejny staje się jasne, że te autorki, które sprawdziły się w literaturze obyczajowej i osiągnęły sukces na rynku w gatunkach innych niż erotyka, radzą sobie świetnie z warsztatem literackim i pomysłami, a te, które wprowadziły się do świadomości czytelniczek wyłącznie jako autorki powieści erotycznych niespecjalnie mają czym zachwycać. Katarzyna Berenika Miszczuk sięga po tło typowe dla babskich czytadeł: jej bohaterka chce założyć pensjonat, w którym będzie proponować rozmaite ziołowe specyfiki. Wdaje się w romans z księgowym, którego nawet nie podejrzewała o pozaziemskie moce. Przechodzi z obyczajowości w stronę fantastyki, ale nie będzie to nikomu przeszkadzało, bo wcześniej potrafi nabudować całą otoczkę relacji między bohaterami. Widać, że ma wprawę w tworzeniu opowieści rozmaitych - i umie przyciągnąć czytelniczki do siebie. Zupełnie inaczej zachowuje się K. A. Figaro. Koncentruje się bowiem na erotycznym spełnieniu bez przedstawienia czytelniczkom postaci; pozwala swojej bohaterce na szaloną eskapadę z seksualnym pożądaniem w roli głównej. Tyle tylko, że chociaż szuka różnych sposobów na zaakcentowanie kobiecego spełnienia (i przy okazji testuje parę ostrzejszych fantazji), nie ma pomysłu na klimat opowieści. Wprowadza woltę gatunkową, która niekoniecznie przypadnie do gustu czytelniczkom. Jagna Rolska, do niedawna znana z fantastyki, później przechodząca w temat powieści erotycznych, teraz eksperymentuje z podróżą w przeszłość - zależy jej na odwzorowaniu dawnych dziejów i obyczajów. Tu erotyka wydaje się sprawą drugorzędną. Maya Frost próbuje narracji z perspektywy mężczyzny (co w przypadku powieści erotycznych jest dość ryzykownym zabiegiem, nic dziwnego, że w pewnym momencie przechodzi na dialogi). Zadanie ułatwia sobie przejściem do tajnego klubu, w którym można realizować wszystkie seksualne fantazje. Anna Kasiuk stara się zabrzmieć zupełnie zwyczajnie. Wykorzystuje potencjał tkwiący w stereotypowym niemal motywie - pracownik fizyczny, którego bohaterka dostrzega, dysponuje idealnym, wymarzonym ciałem i może pomóc w realizowaniu co bardziej szalonych w kontekście nudnej codzienności pomysłów. Agnieszka Rusin także usiłuje wymyślić męskie rozmowy o seksie (i niespecjalnie do tego przekonuje), wysyła swoich bohaterów na wakacje, żeby tam mogli oddawać się rozkoszom bez przejmowania się konwenansami. Przechodzi na kobiecą stronę przy kreowaniu przebiegu akcji. Zuzanna Arczyńska tymczasem woli postawić na ars amandi i umożliwić swoim bohaterom ciągłe spotkania.
W tym wszystkim widać jedno: kiedy chodzi o przedstawienie erotycznych fantazji, brakuje odpowiednich określeń, które nie brzmiałyby ani przesadnie fachowo, ani naiwnie. Autorki w sporej części są tak przejęte, że mają zaprezentować seks na wizji, że zapominają o kontekstach i o brzmieniu całych historii.
wtorek, 27 lipca 2021
Izabella Frączyk, Jagna Rolska: Powrót milionera
Prószyński i S-ka, Warszawa 2021.
Kariera
Danka Popiołek to zwykła kobieta, która stała się bohaterką niezwykłej historii, na własnej skórze sprawdziła, na czym polegały losy Kopciuszka. Jako bohaterka powieści erotycznej miała też szansę rozsmakować się w różnych doświadczeniach łóżkowych. Jednak pornografia do literatury obyczajowej pasuje mniej niż sprzedawanie marzeń, dlatego też w "Powrocie milionera" Danka Popiołek ma wreszcie szansę na znalezienie prawdziwej miłości i na zakończenie wielkiej i nie zawsze satysfakcjonującej przygody. Kobieta przekonała się już, że nie wszystkim mężczyznom zależy na jej prawdziwym ja. Co więcej: historia Danki stała się kanwą scenariusza filmowego i teraz bohaterka ma zagrać siebie w wielkiej produkcji nastawionej na zysk, za to z ekipą pozbawioną skrupułów. Nie zabraknie tu scen sensacyjnych (z niewiadomych względów tam, gdzie chodzi o wielkie uczucia i namiętności, do głosu dochodzą też gwałtowne emocje oraz prawdziwe niebezpieczeństwa). Danka czeka na swojego ukochanego, Emila (czyli od pierwszego tomu coś się już zmieniło). Emil nie może do niej dotrzeć, na razie się ukrywa, bo stał się celem dla płatnego mordercy. Bogacz (bo przecież wymarzony ukochany powinien zapewnić byt wybrance) musi przez pewien czas udawać zwykłego mieszkańca blokowiska (i to sceny, które mogą rozbawić czytelniczki). Z kolei Danka, która zadbała o siebie i zmieniła styl życia, jest ponętna dla wielu samców. Uruchamia w nich najniższe instynkty i niejeden raz wpada przez to w tarapaty. Chociaż marzy o jednym mężczyźnie, staje się obiektem westchnień wielu, niekoniecznie przyjmujących do świadomości odmowę.
Ale chociaż wydawałoby się, że Danka zyska wreszcie upragniony spokój i odnajdzie swoje szczęście, ktoś próbuje jej zaszkodzić. W filmie kobieta powinna przytyć do roli, czyli wrócić do ciała sprzed metamorfozy. Danka bardzo się tego boi - nie traktuje wyzwania jako okazji do kolejnego zwycięstwa, wydaje jej się, że przestanie być atrakcyjna i zadowolona z siebie. Nie wie, jak wyplątać się z niewygodnych ustaleń - najważniejsze jest jednak, że sama nie poradzi sobie z problemami. Potrzebuje potężnego wsparcia - na szczęście ma kilka zaufanych osób w pobliżu.
Izabella Frączyk i Jagna Rolska próbują tym razem naprawdę pożegnać się z bohaterką i jej otoczeniem, dlatego też szukają wyjaśnień dotyczących przyszłości kolejnych postaci. Czytelniczki dowiedzą się między innymi, jak mogą potoczyć się losy Pakpao, Tajki biegłej w sztuce miłosnej. Oczywiście, ponieważ "Powrót milionera" jest powieścią erotyczną, nie zabraknie tu scen łóżkowych. Autorki próbują różnych konfiguracji i różnych rodzajów seksu, każdy z bohaterów ma inne upodobania. Same sceny miłosne są raczej krótkie, w dodatku nie prowadzą do nich długie wstępy - Frączyk i Rolska traktują to jako ubarwienie historii, w której mogą dać się ponieść fantazjom. Tu nie liczy się prawdopodobieństwo, a obfitość silnych wrażeń - tak tworzy się książki dla szerokiego grona niezbyt wymagających odbiorczyń. Izabella Frączyk i Jagna Rolska pojęły specyfikę gatunku i podporządkowały się jej z wymyślną fabułą. Będą bawić - może niezbyt ambitnie, ale przynajmniej ta powieść nie odrzuca banałami.
Kariera
Danka Popiołek to zwykła kobieta, która stała się bohaterką niezwykłej historii, na własnej skórze sprawdziła, na czym polegały losy Kopciuszka. Jako bohaterka powieści erotycznej miała też szansę rozsmakować się w różnych doświadczeniach łóżkowych. Jednak pornografia do literatury obyczajowej pasuje mniej niż sprzedawanie marzeń, dlatego też w "Powrocie milionera" Danka Popiołek ma wreszcie szansę na znalezienie prawdziwej miłości i na zakończenie wielkiej i nie zawsze satysfakcjonującej przygody. Kobieta przekonała się już, że nie wszystkim mężczyznom zależy na jej prawdziwym ja. Co więcej: historia Danki stała się kanwą scenariusza filmowego i teraz bohaterka ma zagrać siebie w wielkiej produkcji nastawionej na zysk, za to z ekipą pozbawioną skrupułów. Nie zabraknie tu scen sensacyjnych (z niewiadomych względów tam, gdzie chodzi o wielkie uczucia i namiętności, do głosu dochodzą też gwałtowne emocje oraz prawdziwe niebezpieczeństwa). Danka czeka na swojego ukochanego, Emila (czyli od pierwszego tomu coś się już zmieniło). Emil nie może do niej dotrzeć, na razie się ukrywa, bo stał się celem dla płatnego mordercy. Bogacz (bo przecież wymarzony ukochany powinien zapewnić byt wybrance) musi przez pewien czas udawać zwykłego mieszkańca blokowiska (i to sceny, które mogą rozbawić czytelniczki). Z kolei Danka, która zadbała o siebie i zmieniła styl życia, jest ponętna dla wielu samców. Uruchamia w nich najniższe instynkty i niejeden raz wpada przez to w tarapaty. Chociaż marzy o jednym mężczyźnie, staje się obiektem westchnień wielu, niekoniecznie przyjmujących do świadomości odmowę.
Ale chociaż wydawałoby się, że Danka zyska wreszcie upragniony spokój i odnajdzie swoje szczęście, ktoś próbuje jej zaszkodzić. W filmie kobieta powinna przytyć do roli, czyli wrócić do ciała sprzed metamorfozy. Danka bardzo się tego boi - nie traktuje wyzwania jako okazji do kolejnego zwycięstwa, wydaje jej się, że przestanie być atrakcyjna i zadowolona z siebie. Nie wie, jak wyplątać się z niewygodnych ustaleń - najważniejsze jest jednak, że sama nie poradzi sobie z problemami. Potrzebuje potężnego wsparcia - na szczęście ma kilka zaufanych osób w pobliżu.
Izabella Frączyk i Jagna Rolska próbują tym razem naprawdę pożegnać się z bohaterką i jej otoczeniem, dlatego też szukają wyjaśnień dotyczących przyszłości kolejnych postaci. Czytelniczki dowiedzą się między innymi, jak mogą potoczyć się losy Pakpao, Tajki biegłej w sztuce miłosnej. Oczywiście, ponieważ "Powrót milionera" jest powieścią erotyczną, nie zabraknie tu scen łóżkowych. Autorki próbują różnych konfiguracji i różnych rodzajów seksu, każdy z bohaterów ma inne upodobania. Same sceny miłosne są raczej krótkie, w dodatku nie prowadzą do nich długie wstępy - Frączyk i Rolska traktują to jako ubarwienie historii, w której mogą dać się ponieść fantazjom. Tu nie liczy się prawdopodobieństwo, a obfitość silnych wrażeń - tak tworzy się książki dla szerokiego grona niezbyt wymagających odbiorczyń. Izabella Frączyk i Jagna Rolska pojęły specyfikę gatunku i podporządkowały się jej z wymyślną fabułą. Będą bawić - może niezbyt ambitnie, ale przynajmniej ta powieść nie odrzuca banałami.
wtorek, 1 czerwca 2021
Alessio Puleo: Nieskończone bicie serca
Muza SA, Warszawa 2021.
Śledztwo komórek
Ta powieść na początku nie zapowiada w żaden sposób dramatycznych wydarzeń, które będą się pojawiać w ramach coraz dziwniejszej i coraz mniej prawdopodobnej relacji. Alessio Puleo odrobił lekcję z poczytnych młodzieżówek, uważnie prześledził pisarstwo Johna Greena i postanowił zafundować młodym czytelnikom prawdziwą moc wrażeń, chociaż po pierwszych rozdziałach wydaje się, że bliżej mu będzie do tego, co tworzy Guillaume Musso. Szuka jednak ten autor sensacji - i to w coraz potężniejszych bodźcach. Wszystko robi tak, żeby czytelnikom zapewnić serię wstrząsów i materiału do przemyśleń. Rzecz dotyczy tematu ważnego społecznie - i w związku z tym sporo będzie można autorowi wybaczyć. Alessio Puleo postanawia poruszyć kwestię wykorzystywania organów po śmierci człowieka - oraz nielegalny handel narządami. To pierwsze może przekonać część czytelników, by wyrazili zgodę na wykorzystanie swoich organów po śmierci, to drugie - uświadomi, że nie można pomagać za wszelką cenę, bo to oznacza czasem potężną krzywdę najbiedniejszych. "Nieskończone bicie serca" to książka, która rozwija się w dwóch kierunkach. Bohaterką i narratorką jest tutaj Ylenie - dziewczyna, która cierpi po stracie ukochanego. Aleks zginął w wypadku drogowym i szczegóły tego wypadku autor nieco bagatelizuje - wprowadza jako ciekawostkę na marginesie, nie robi z nich przestrogi dla odbiorców. Co więcej: tu bohaterki też nie zawsze przestrzegają przepisów ruchu drogowego, zupełnie jakby nie istniała ponura przeszłość. Ylenie cierpi, ale jednocześnie wie, że to była dla niej szansa: otrzymała serce Aleksa (i znowu czytelnicy nie dowiedzą się, co działo się z dziewczyną i skąd nagle tak poważna operacja: Ylenie razem z Aleksem snuła plany na przyszłość, w tych szczątkowych komentarzach, które bohaterka przedstawia, nie ma zbyt wielu danych ani możliwości zrozumienia powagi sytuacji). Pojawia się też Giorgia: dziewczyna wyzwolona i ciesząca się życiem beztroskim. Ma powody do radości: niedawno z powodu przeszczepu rogówek odzyskała wzrok. To Giorgia jest katalizatorem wydarzeń w powieści. Odnajduje Ylenie - potrzebuje wiedzy na temat Aleksa. Od czasu przeszczepu cierpi bowiem na koszmarne wizje, w których niewyobrażalne krzywdy spotykają nieznanego jej nastolatka. Wszystko wskazuje na to, że dawcą rogówek był Aleks - a to oznacza, że w jego życiu wydarzyło się coś, co wyzwala męczarnie nawet w ramach pamięci komórkowej. Oczywiście autor modyfikuje tu ten motyw, wykorzystuje go jako katalizator fabuły, potrzebne mu takie rozwiązanie do snucia intrygi, a nie do prawdopodobieństwa. Młodzi czytelnicy wybaczą mu z racji nastawienia na silne emocje.
Sama kwestia nielegalnego handlu narządami nie zajmie czytelników tak bardzo jak wątek erotyczny. To próba wpasowania się w dzisiejszy rynek powieściowy: autor postanawia jednak podejść do tematu odważniej. Pożądanie narasta między Ylenie i Giorgią - te bohaterki idą ze sobą do łóżka, zresztą Giorgii wszystko jedno, kto znajdzie się z nią w odpowiednim miejscu i czasie - pokazuje innym, co znaczy wolność i swoboda obyczajowa. Wprawdzie prowadzi to do dalszych problemów, ale tu już autor nie musi się zastanawiać nad konsekwencjami.
Jest "Nieskończone bicie serca" książką dość dziwną. Niektóre wątki pozostają tylko naszkicowane, nie rozwijają się, zupełnie jakby autor o nich zapomniał, inne jawią się jako kompletnie nieprawdopodobne czy nieżyciowe. Jedno, co uzyskuje Puelo, to silne emocje - i tym kupi sobie odbiorców.
Śledztwo komórek
Ta powieść na początku nie zapowiada w żaden sposób dramatycznych wydarzeń, które będą się pojawiać w ramach coraz dziwniejszej i coraz mniej prawdopodobnej relacji. Alessio Puleo odrobił lekcję z poczytnych młodzieżówek, uważnie prześledził pisarstwo Johna Greena i postanowił zafundować młodym czytelnikom prawdziwą moc wrażeń, chociaż po pierwszych rozdziałach wydaje się, że bliżej mu będzie do tego, co tworzy Guillaume Musso. Szuka jednak ten autor sensacji - i to w coraz potężniejszych bodźcach. Wszystko robi tak, żeby czytelnikom zapewnić serię wstrząsów i materiału do przemyśleń. Rzecz dotyczy tematu ważnego społecznie - i w związku z tym sporo będzie można autorowi wybaczyć. Alessio Puleo postanawia poruszyć kwestię wykorzystywania organów po śmierci człowieka - oraz nielegalny handel narządami. To pierwsze może przekonać część czytelników, by wyrazili zgodę na wykorzystanie swoich organów po śmierci, to drugie - uświadomi, że nie można pomagać za wszelką cenę, bo to oznacza czasem potężną krzywdę najbiedniejszych. "Nieskończone bicie serca" to książka, która rozwija się w dwóch kierunkach. Bohaterką i narratorką jest tutaj Ylenie - dziewczyna, która cierpi po stracie ukochanego. Aleks zginął w wypadku drogowym i szczegóły tego wypadku autor nieco bagatelizuje - wprowadza jako ciekawostkę na marginesie, nie robi z nich przestrogi dla odbiorców. Co więcej: tu bohaterki też nie zawsze przestrzegają przepisów ruchu drogowego, zupełnie jakby nie istniała ponura przeszłość. Ylenie cierpi, ale jednocześnie wie, że to była dla niej szansa: otrzymała serce Aleksa (i znowu czytelnicy nie dowiedzą się, co działo się z dziewczyną i skąd nagle tak poważna operacja: Ylenie razem z Aleksem snuła plany na przyszłość, w tych szczątkowych komentarzach, które bohaterka przedstawia, nie ma zbyt wielu danych ani możliwości zrozumienia powagi sytuacji). Pojawia się też Giorgia: dziewczyna wyzwolona i ciesząca się życiem beztroskim. Ma powody do radości: niedawno z powodu przeszczepu rogówek odzyskała wzrok. To Giorgia jest katalizatorem wydarzeń w powieści. Odnajduje Ylenie - potrzebuje wiedzy na temat Aleksa. Od czasu przeszczepu cierpi bowiem na koszmarne wizje, w których niewyobrażalne krzywdy spotykają nieznanego jej nastolatka. Wszystko wskazuje na to, że dawcą rogówek był Aleks - a to oznacza, że w jego życiu wydarzyło się coś, co wyzwala męczarnie nawet w ramach pamięci komórkowej. Oczywiście autor modyfikuje tu ten motyw, wykorzystuje go jako katalizator fabuły, potrzebne mu takie rozwiązanie do snucia intrygi, a nie do prawdopodobieństwa. Młodzi czytelnicy wybaczą mu z racji nastawienia na silne emocje.
Sama kwestia nielegalnego handlu narządami nie zajmie czytelników tak bardzo jak wątek erotyczny. To próba wpasowania się w dzisiejszy rynek powieściowy: autor postanawia jednak podejść do tematu odważniej. Pożądanie narasta między Ylenie i Giorgią - te bohaterki idą ze sobą do łóżka, zresztą Giorgii wszystko jedno, kto znajdzie się z nią w odpowiednim miejscu i czasie - pokazuje innym, co znaczy wolność i swoboda obyczajowa. Wprawdzie prowadzi to do dalszych problemów, ale tu już autor nie musi się zastanawiać nad konsekwencjami.
Jest "Nieskończone bicie serca" książką dość dziwną. Niektóre wątki pozostają tylko naszkicowane, nie rozwijają się, zupełnie jakby autor o nich zapomniał, inne jawią się jako kompletnie nieprawdopodobne czy nieżyciowe. Jedno, co uzyskuje Puelo, to silne emocje - i tym kupi sobie odbiorców.
sobota, 15 maja 2021
Kathinka Engel: Czekaj na mnie. Tutaj
Prószyński i S-ka, Warszawa 2021.
Przeciwieństwa
Kathinka Engel odrobiła lekcję z gatunków powieści młodzieżowych i w drugiej części trylogii, w tomie "Czekaj na mnie. Tutaj", może czytelników mocno zaskoczyć. Nie rozwojem fabuły: tu niespodzianek nie będzie. Wiadomo, że dwoje bohaterów znajduje drogę do siebie, poznaje się i doświadcza seksualnego spełnienia, wiadomo, że w drodze do szczęśliwego związku czeka ich mnóstwo przeszkód. Jednak w drugiej części, przedstawiającej Zeldę - przyjaciółkę Tamsin - oraz Malika, współlokatora Rhysa - mniej jest naiwności niż w pierwszej historii, więcej za to ciekawych urozmaiceń w ramach scenariusza. Jedyne, co polskich odbiorców nie musi przekonywać, to postawa rodziców Zeldy i uległość dziewczyny polegająca na uzależnieniu finansowym. Autorka zabiera młodzież do świata wyższych sfer. Rodzice Zeldy są bajecznie bogaci i używają pieniędzy jako środka przymusu. Swoją córkę przygotowują do zawarcia odpowiedniego małżeństwa, a dziewczyna bierze udział w cotygodniowych uroczystych kolacjach, podczas których znosi zaloty kolejnych potencjalnych kandydatów na męża. Z tej okazji zgadza się Zelda również na przebieranki: nosi perukę, żeby ukryć różowe włosy, ubiera się w sukienki zamówione przez matkę. Zaciska zęby, ale robi to, czego rodzice od niej oczekują. W weekendy bawi się w aktorkę, w tygodniu może być sobą. Podwójne życie jej nie przeszkadza - ale kiedy poznaje Malika, a poznaje go dość dobrze podczas pierwszego wspólnego weekendowego wypadu z przyjaciółmi, przekonuje się, że tak nie da się egzystować na dłuższą metę. Z kolei Malik to chłopak po przejściach - tak jak Rhys, i on spędził trochę czasu w więzieniu. Dyskryminowany ze względu na kolor skóry, nauczył się ignorować zaczepki innych. Nie chce po raz kolejny popełnić błędu, zależy mu na rodzinie (zwłaszcza na młodszym rodzeństwie). Do tego Malik chce wykorzystać szansę na karierę - dostał pracę w kuchni i chociaż znosi tam liczne upokorzenia, może potraktować ją jako okazję do wykazania się i nauczenia się czegoś. Uwielbia gotować, uwodzi też Zeldę swoją wizją romantycznej kolacji.
Chociaż zatem zestaw problemów wypada w standardowych miejscach i wydaje się bardzo przewidywalny za sprawą podkreślanej inności: rodzice Zeldy są rasistami, rodzice Malika nie wierzą, że związek ich syna z białą dziewczyną ma jakąkolwiek przyszłość - Kathinka Engel prowadzi tę fabułę bardzo atrakcyjnie. Upraszcza sobie zadanie, bo bohaterowie grają w grę związaną ze szczerymi wyznaniami, poznają się zatem dość szybko i do tego czują wzajemne pożądanie od razu - jednak nie będzie to przeszkadzało czytelnikom w dobrej zabawie. "Czekaj na mnie. Tutaj" jest czytadłem, które spełnia swoją rolę, pasuje do wymogów rynku, a do tego zaprasza odbiorców do świata pełnego przeszkód obcych im samym w takim stężeniu. Liczy się jednak motyw wielkiej miłości, azylu w ramionach ukochanej osoby i możliwości odbudowania normalnego życia przy kimś, kto bezwarunkowo akceptuje i rozumie wszelkie problemy. Udała się ta książka autorce, więc jeśli ktoś szuka powieści erotycznej z zakresu YA, może bez wahania po tę opowieść sięgnąć. Autorka znajduje tu nawet miejsce na pokazanie "inności": wpisuje się przepięknie w dyskusję na temat LGBT i bezsensownych obaw dotyczących homoseksualizmu. Oswaja czytelników z różnymi postawami - i nie w tonie sensacji. Kathinka Engel jak na razie rozwija się z tomu na tom - tym bardziej czytelnicy będą czekać na trzecią część historii.
Przeciwieństwa
Kathinka Engel odrobiła lekcję z gatunków powieści młodzieżowych i w drugiej części trylogii, w tomie "Czekaj na mnie. Tutaj", może czytelników mocno zaskoczyć. Nie rozwojem fabuły: tu niespodzianek nie będzie. Wiadomo, że dwoje bohaterów znajduje drogę do siebie, poznaje się i doświadcza seksualnego spełnienia, wiadomo, że w drodze do szczęśliwego związku czeka ich mnóstwo przeszkód. Jednak w drugiej części, przedstawiającej Zeldę - przyjaciółkę Tamsin - oraz Malika, współlokatora Rhysa - mniej jest naiwności niż w pierwszej historii, więcej za to ciekawych urozmaiceń w ramach scenariusza. Jedyne, co polskich odbiorców nie musi przekonywać, to postawa rodziców Zeldy i uległość dziewczyny polegająca na uzależnieniu finansowym. Autorka zabiera młodzież do świata wyższych sfer. Rodzice Zeldy są bajecznie bogaci i używają pieniędzy jako środka przymusu. Swoją córkę przygotowują do zawarcia odpowiedniego małżeństwa, a dziewczyna bierze udział w cotygodniowych uroczystych kolacjach, podczas których znosi zaloty kolejnych potencjalnych kandydatów na męża. Z tej okazji zgadza się Zelda również na przebieranki: nosi perukę, żeby ukryć różowe włosy, ubiera się w sukienki zamówione przez matkę. Zaciska zęby, ale robi to, czego rodzice od niej oczekują. W weekendy bawi się w aktorkę, w tygodniu może być sobą. Podwójne życie jej nie przeszkadza - ale kiedy poznaje Malika, a poznaje go dość dobrze podczas pierwszego wspólnego weekendowego wypadu z przyjaciółmi, przekonuje się, że tak nie da się egzystować na dłuższą metę. Z kolei Malik to chłopak po przejściach - tak jak Rhys, i on spędził trochę czasu w więzieniu. Dyskryminowany ze względu na kolor skóry, nauczył się ignorować zaczepki innych. Nie chce po raz kolejny popełnić błędu, zależy mu na rodzinie (zwłaszcza na młodszym rodzeństwie). Do tego Malik chce wykorzystać szansę na karierę - dostał pracę w kuchni i chociaż znosi tam liczne upokorzenia, może potraktować ją jako okazję do wykazania się i nauczenia się czegoś. Uwielbia gotować, uwodzi też Zeldę swoją wizją romantycznej kolacji.
Chociaż zatem zestaw problemów wypada w standardowych miejscach i wydaje się bardzo przewidywalny za sprawą podkreślanej inności: rodzice Zeldy są rasistami, rodzice Malika nie wierzą, że związek ich syna z białą dziewczyną ma jakąkolwiek przyszłość - Kathinka Engel prowadzi tę fabułę bardzo atrakcyjnie. Upraszcza sobie zadanie, bo bohaterowie grają w grę związaną ze szczerymi wyznaniami, poznają się zatem dość szybko i do tego czują wzajemne pożądanie od razu - jednak nie będzie to przeszkadzało czytelnikom w dobrej zabawie. "Czekaj na mnie. Tutaj" jest czytadłem, które spełnia swoją rolę, pasuje do wymogów rynku, a do tego zaprasza odbiorców do świata pełnego przeszkód obcych im samym w takim stężeniu. Liczy się jednak motyw wielkiej miłości, azylu w ramionach ukochanej osoby i możliwości odbudowania normalnego życia przy kimś, kto bezwarunkowo akceptuje i rozumie wszelkie problemy. Udała się ta książka autorce, więc jeśli ktoś szuka powieści erotycznej z zakresu YA, może bez wahania po tę opowieść sięgnąć. Autorka znajduje tu nawet miejsce na pokazanie "inności": wpisuje się przepięknie w dyskusję na temat LGBT i bezsensownych obaw dotyczących homoseksualizmu. Oswaja czytelników z różnymi postawami - i nie w tonie sensacji. Kathinka Engel jak na razie rozwija się z tomu na tom - tym bardziej czytelnicy będą czekać na trzecią część historii.
czwartek, 25 lutego 2021
Kathinka Engel: Znajdź mnie teraz
Prószyński i S-ka, Warszawa 2021.
Wsparcie
Kathinka Engel wybiera drogę bardzo typową dla literatury erotycznej YA: korzysta ze sprawdzonych schematów i nie komplikuje przesadnie sytuacji bohaterów. Rezygnuje nawet z komplikowania ich psychologicznych portretów: każde ma swoje traumy i złe wspomnienia nakazujące odejście z rodzinnego domu. Rhys ostatnich kilka lat spędził w więzieniu – nie zrobił nic złego, ale zetknął się tam z prześladowcami, którzy będą go męczyć również na wolności. Teraz chłopak wraca do świata, uczy się w nim funkcjonować. Dostaje szansę dzięki Amy, pracownicy społecznej, która zawsze wierzy w swoich podopiecznych. Podejmuje pracę w kawiarni, dostaje mieszkanie, które dzielić może z Malikiem – również byłym więźniem, bardzo dobrze rokującym. Najważniejsze jest jednak to, że spotyka na swojej drodze Tamsin. Tamsin to młoda idealistka. Po śmierci ukochanego dziadka Tamsin postanawia wyrwać się z domu. Nie zamierza realizować marzeń rodziców: jej przyszły narzeczony ją zdradził, jednak to nie dociera do starszego pokolenia, Tamsin jako jedyna wie, że tu nie ma nic do naprawiania: trzeba odrzucić sentymenty. Przeprowadza się najdalej, jak tylko może. Ma zresztą plan: chce zostać studentką literatury, chce pić kawę i czytać. W tym planie nie ma miejsca na wiarołomnych mężczyzn.
Wszystko przebiega zatem według schematu. Oto ona po przejściach, skłócona z bliskimi, zdana tylko na siebie i rozcarowana miłością. On – typ niegrzecznego chłopca, dobrego w głębi duszy, ale ulegającego porywom emocji. Są sobie potrzebni, muszą dać sobie wzajemnie wsparcie i doprowadzić do tego, że rozwiążą problemy. Obowiązkowym składnikiem takiej mieszanki jest też pożądanie. I tu Kathinka Engel idzie trochę na skróty: bardzo szybko doprowadza do tego, że bohaterowie chcą się ze sobą przespać, nie pracują nad relacją, konsumują związek zanim jeszcze naprawdę się poznają. Autorka jest trochę niecierpliwa, ale potrzebuje takiego rozwiązania, żeby później wytłumaczyć walkę o bycie razem. Rhys szuka małej siostry: nie chce powiedzieć, co stało się w jego młodości w rodzinnym domu, nie ma jednak zaufania do ojczyma. Liczy na to, że uda mu się odnaleźć dziecko zanim będzie za późno. Gniew wzbudza w nim również więzienna przeszłość, gdy odzywa się nieproszona. Tamsin tymczasem próbuje rozwiązać swoje problemy z rodzicami: jednak ci nie dopuszczają do świadomości biegu wydarzeń, który sprawił, że córka uciekła na koniec kraju.
Na drodze do szczęścia Tamsin i Rhysa stoi zatem mnóstwo spraw. Bohaterowie na przemian będą przeżywać dylematy, w których nie mają szans sobie pomóc: szukają rozwiązań na własną rękę, co nie zawsze okazuje się dobre. Udowadniają sobie jednak, jak bardzo się kochają. Wiadomo, że przejście przez takie komplikacje wzmocni parę – można zatem wybaczyć autorce uproszczenia, które stosuje w fabule. „Znajdź mnie teraz” to książka, która w warstwie narracyjnej tak samo jak w fabule nie jest odkrywcza. Autorka pisze prosto (chociaż nie tak, by odrzucić książkę po kilku stronach). Przeplata wyznania Rhysa i Tamsin, pokazuje ich perspektywy na przemian, chce, żeby odbiorcy mieli pełny ogląd sytuacji. Scenariusz jest przewidywalny – łatwo się domyślić, jak rozpisze autorka akcję. A jednak udaje jej się zaangażować czytelników.
Wsparcie
Kathinka Engel wybiera drogę bardzo typową dla literatury erotycznej YA: korzysta ze sprawdzonych schematów i nie komplikuje przesadnie sytuacji bohaterów. Rezygnuje nawet z komplikowania ich psychologicznych portretów: każde ma swoje traumy i złe wspomnienia nakazujące odejście z rodzinnego domu. Rhys ostatnich kilka lat spędził w więzieniu – nie zrobił nic złego, ale zetknął się tam z prześladowcami, którzy będą go męczyć również na wolności. Teraz chłopak wraca do świata, uczy się w nim funkcjonować. Dostaje szansę dzięki Amy, pracownicy społecznej, która zawsze wierzy w swoich podopiecznych. Podejmuje pracę w kawiarni, dostaje mieszkanie, które dzielić może z Malikiem – również byłym więźniem, bardzo dobrze rokującym. Najważniejsze jest jednak to, że spotyka na swojej drodze Tamsin. Tamsin to młoda idealistka. Po śmierci ukochanego dziadka Tamsin postanawia wyrwać się z domu. Nie zamierza realizować marzeń rodziców: jej przyszły narzeczony ją zdradził, jednak to nie dociera do starszego pokolenia, Tamsin jako jedyna wie, że tu nie ma nic do naprawiania: trzeba odrzucić sentymenty. Przeprowadza się najdalej, jak tylko może. Ma zresztą plan: chce zostać studentką literatury, chce pić kawę i czytać. W tym planie nie ma miejsca na wiarołomnych mężczyzn.
Wszystko przebiega zatem według schematu. Oto ona po przejściach, skłócona z bliskimi, zdana tylko na siebie i rozcarowana miłością. On – typ niegrzecznego chłopca, dobrego w głębi duszy, ale ulegającego porywom emocji. Są sobie potrzebni, muszą dać sobie wzajemnie wsparcie i doprowadzić do tego, że rozwiążą problemy. Obowiązkowym składnikiem takiej mieszanki jest też pożądanie. I tu Kathinka Engel idzie trochę na skróty: bardzo szybko doprowadza do tego, że bohaterowie chcą się ze sobą przespać, nie pracują nad relacją, konsumują związek zanim jeszcze naprawdę się poznają. Autorka jest trochę niecierpliwa, ale potrzebuje takiego rozwiązania, żeby później wytłumaczyć walkę o bycie razem. Rhys szuka małej siostry: nie chce powiedzieć, co stało się w jego młodości w rodzinnym domu, nie ma jednak zaufania do ojczyma. Liczy na to, że uda mu się odnaleźć dziecko zanim będzie za późno. Gniew wzbudza w nim również więzienna przeszłość, gdy odzywa się nieproszona. Tamsin tymczasem próbuje rozwiązać swoje problemy z rodzicami: jednak ci nie dopuszczają do świadomości biegu wydarzeń, który sprawił, że córka uciekła na koniec kraju.
Na drodze do szczęścia Tamsin i Rhysa stoi zatem mnóstwo spraw. Bohaterowie na przemian będą przeżywać dylematy, w których nie mają szans sobie pomóc: szukają rozwiązań na własną rękę, co nie zawsze okazuje się dobre. Udowadniają sobie jednak, jak bardzo się kochają. Wiadomo, że przejście przez takie komplikacje wzmocni parę – można zatem wybaczyć autorce uproszczenia, które stosuje w fabule. „Znajdź mnie teraz” to książka, która w warstwie narracyjnej tak samo jak w fabule nie jest odkrywcza. Autorka pisze prosto (chociaż nie tak, by odrzucić książkę po kilku stronach). Przeplata wyznania Rhysa i Tamsin, pokazuje ich perspektywy na przemian, chce, żeby odbiorcy mieli pełny ogląd sytuacji. Scenariusz jest przewidywalny – łatwo się domyślić, jak rozpisze autorka akcję. A jednak udaje jej się zaangażować czytelników.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






