* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Prószyński i S-ka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Prószyński i S-ka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 20 stycznia 2025

Olga Rudnicka: Płacz i płać

Prószyński i S-ka, Warszawa 2024.

Ofiary

Świetna jest Olga Rudnicka i w charakterach, i w intrygach, a to połączenie, które wystarczy do stworzenia rozrywkowego kryminału. I w „Płacz i płać” autorka po raz kolejny udowadnia, że nie dla niej schematy oraz bezpieczne scenki. Tu bohaterka ma budzić złość, ale nie zyskuje przeciwwagi w postaci pozytywnego rywala, trzeba ją zaakceptować i polubić ze wszystkimi wadami, zwłaszcza że Jagoda pewne zalety ma. Jest świetna w pracy – wie, jak działa firma i czego trzeba, żeby odnieść sukces na rynku. Inna rzecz, że własną karierę prowadzi po trupach – i to sprawia, że jej własny zespół sprzeniewierza się przeciwko niej. Jagoda w pracy za plecami jest nazywana Suczą – ale nie ma o tym pojęcia, zresztą nawet gdyby miała, to by się tym nie przejęła. Jako Sucz przejmuje się wyłącznie wynikami. A te ma wyjątkowo dobre. Tylko że skoro nie liczy się z ludźmi, ci postanawiają pozbyć się toksycznej zwierzchniczki. I opracowują plan, w wyniku którego skończą ze swoim problemem raz na zawsze.

„Płacz i płać” rozpoczyna się jednak sceną, do której Jagoda zupełnie nie pasuje: bohaterka, której nagle zawalił się świat, ląduje na garnuszku u mamy – a tu zachowuje się jak typowy menel. Olga Rudnicka obrazowo portretuje upadek kobiety, która przeważnie dbała o własny wizerunek – tyle że im dalej w lekturze, tym bardziej niewiarygodny staje się jej początek. Bo przecież Jagoda nigdy nie pozwoliłaby sobie na tego typu słabości – nawet gdyby przeżywała aktualnie szok związany z zachowaniem pracowników. Jagoda wyleciała z hukiem z pracy – ale z rodzinnego domu chce się jej pozbyć jej własna matka. I tak bohaterka ląduje u starej ciotki. Starej – i złośliwej, jak ona sama. Przedstawicielki różnych pokoleń są sobie bardzo bliskie, między innymi przez cięty język i brak sentymentów. Ale to ciotka uświadamia Jagodzie ważną prawdę: trzeba być uprzejmym dla ludzi. Zapewnia jej mieszkanie (co prawda w miejscu, które dalekie jest od warszawskich luksusów), zapewnia pracę (tu szybko wyjdzie na jaw, jak dobra jest Jagoda we wszystkim, za co się weźmie) i wsparcie lokalnej społeczności (a że w tym celu trzeba trochę nakłamać na temat rozwoju intelektualnego… cel uświęca środki). Jagoda zaczyna wszystko w nowym miejscu i z czystą kartą – równolegle toczy się śledztwo w sprawie spisku za jej plecami. A czytelnicy otrzymują jeszcze podgląd wydarzeń, które doprowadziły do takiego rozwoju wypadków.

Olga Rudnicka żongluje tu czasami, stawia na krótkie i wyraziste scenki, które wiele mówią o relacjach w pracy i o motywacjach postaci, bezbłędnie przeskakuje między rzeczywistościami i przeszłością oraz teraźniejszością, a do tego jest w stanie jeszcze ciągle żartować. Ostry, kąśliwy humor bardzo pasuje do sylwetek, które zaprezentowała – tu nie ma miejsca na życzliwość i litość, nawet bliskie sobie bohaterki potrafią sobie porządnie dogryzać i właśnie wtedy czują się najbardziej rozumiane. „Płacz i płać” to kryminał wymykający się schematom, momentami może nawet niewygodny, pokazujący trudne prawdy o ludziach niekoniecznie sympatycznych, za to realizujących własne zamierzenia bez oglądania się na innych. I to dobrze się tutaj sprawdza.

czwartek, 25 kwietnia 2024

Olga Rudnicka: Na psa urok, ości śledzia

Prószyński i S-ka, Warszawa 2024.

Czary na wsi

Tekla Nuszka to postać, której kolejne przygody po prostu muszą się pojawić – niezależnie od przeszkód zewnętrznych. Czas akcji powieści „Na psa urok, ości śledzia” przypada na wybuch pandemii, jednak Olga Rudnicka poza wstępem do tego tematu nie nawiązuje – celowo. W końcu w życiu Tekli dzieje się wystarczająco dużo, żeby zaangażować czytelników, nie trzeba do tego jeszcze tworzyć analiz zjawiska, które wstrząsnęło światem. Bohaterka oskarżana przez różne strony o uprawianie magii i sprowadzanie pecha ma wiele powodów do zastanawiania się nad swoimi domniemanymi talentami. Tekla Nuszka z pewnością kłopoty przyciąga – i może nimi obdzielić innych. Pytanie tylko, czy to wada, czy właśnie nieoczekiwana zaleta. W tobie „Na psa urok, ości śledzia” Olga Rudnicka prezentuje kolejne atrakcyjne ze względu na komizm doświadczenia Tekli. Kobieta jedzie do rodziców i zabiera ze sobą przyszłą teściową, Izę. Matka Michała jest wyzwolona i pełna pomysłów – od których włos się jeży. Jest też kobietą, która bez wahania wprowadza w życie najbardziej szalone idee. Niedawno owdowiała – co okazuje się wyjątkowym szczęściem. Gdyby wiarołomny małżonek pozostał na świecie i doprowadził do rozwodu, Iza odczułaby to finansowo. Musiałaby też – chcąc nie chcąc – obserwować szczęście mężczyzny z potencjalną i niedoszłą synową, z którą ten się związał, nie bacząc na własną żonę. Teraz jednak Iza rozkwita – jako wdowa – i może podzielić się swoją radością z innymi paniami. Ta bohaterka jest wyjątkowo energetyczna, nie da się jej nie polubić i nie da się jej nie słuchać. Łatwo zjednuje sobie znajome, co nie bez znaczenia w kompletnie nowym środowisku. Tekla nie wie nawet, co powstanie z mieszanki – jej bogobojnej matki i wyzwolonej Izy. Zwłaszcza że kobiety są żywo zainteresowane wiedzą na temat mocy świec. Chętnie wysłuchują pogadanek na temat tego, jak kolor świecy łączy się z intencją, w jakiej zostaje ona zapalona – i wcielają w czyn kolejne wskazówki, tworząc także rymowane pseudozaklęcia. Prym w zgromadzeniu wiedzie Iza – wspomagana przez Teklę, która przecież nie ma jak się przebić z racjonalizmem w obliczu spragnionych magii i bezradnych w swoich rzeczywistościach mieszkanek wsi. Na nic rzeczowe argumenty, kiedy w grę wchodzą emocje – i to potężne emocje. Przecież każda z kobiet ma jakieś problemy w swoim małżeństwie – i żadna nie widzi rozwiązania. A wystarczy zapalić świecę, rzucić zaklęcie…

Myliłby się jednak ten, kto sądzi, że Olga Rudnicka zamierza przekonywać do magii. Chociaż przez olbrzymią część niewielkiej w końcu powieści wydaje się, że tworzy humorystyczną obyczajówkę z satyrą na wiarę w zabobony, finałem rozwieje wszelkie wątpliwości. Jest tu niespodzianka dla czytelników, piękna fabularna wolta, która uświadomi odbiorcom, dlaczego po książki tej autorki zawsze warto sięgać. Mnóstwo wyrazistych charakterów, damskich postaci, które w sprzyjających warunkach zamieniają się w harpie albo w anioły. Walka o weteryniarza, sposoby na księdza, poskramianie pijaków i wiele wydarzeń, które w zwykłych warunkach mogłyby się stać czyimś prywatnym końcem świata, ale w obliczu zbiorowości bledną jako problemy a zamieniają się w czystą rozrywkę. Olga Rudnicka wie, jak poprowadzić akcję, żeby zaintrygować – ale też żeby powiedzieć odbiorcom coś ważnego o nich samych.

poniedziałek, 13 listopada 2023

Olga Rudnicka: Między młotem a imadłem

Prószyński i S-ka, Warszawa 2023.

Telefony

Matylda Dominiczak kiedyś była zahukaną i nieśmiałą bibliotekarką ze słowotokiem w chwilach stresu. Obecnie to pani detektyw, która działa niekonwencjonalnie i radzi sobie tam, gdzie polegli specjaliści. Matylda nie boi się szemranych kontaktów (a może się boi, ale nie daje tego po sobie poznać, w końcu jeśli nie może odmawiać gangsterom, to stara się przynajmniej działać tak, żeby nie dać im powodów do irytacji), a głos i głosik w jej głowie pełnią rolę zgryźliwych komentatorów rzeczywistości i interlokutorów w chwilach, w których nie można porozmawiać z nikim realnym. Takich chwil zdarza się sporo - na przykład kiedy Matylda zostaje dostarczona do swojego zleceniodawcy w trumnie i przysypana ziemią. Nie wie, czy uda jej się przeżyć albo wydostać - ale na pewno nie zawiedzie oczekiwań pokładanych w niej przez świadków wydarzenia. W całym rozgardiaszu nie robi tylko jednego: nie wykonuje żadnego telefonu do męża, który z trudem przyjął do wiadomości, że żona mogła zaginąć. Roman to człowiek, który nie sprawdza się w codziennym życiu. Ale Matyldzie brakuje czasu na to, by pochylić się nad własnym małżeństwem i domem. Rezolutną córką może się zająć babcia, bo bohaterka ma szereg pilnych zleceń łączących się ze sobą lub wykluczających się nawzajem. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze przystojny facet, obok którego żadna kobieta nie przejdzie obojętnie: Ksawery Grom.

Olga Rudnicka dobrze czuje się przy wyrazistych postaciach, które działają impulsywnie i uniemożliwiają planowanie rozważnych akcji. Sukces odniosły kiedyś Natalie, teraz to Matylda Dominiczak działa na wyobraźnię czytelników - i jest to postać, której wiele się wybacza. Matylda jest roztrzepana i chaotyczna, zwykle nie potrafi planować, wydaje się tez, że nie przewiduje konsekwencji impulsywnych działań. A przecież wie, jak błyskawicznie wcielić w życie śmiały plan wywiedzenia w pole przestępców i obejść przepisy, których nie wolno jej łamać. Z jednej strony bohaterka nie chce narażać się prawu, z drugiej - musi uważać na bezwzględnych gangsterów, którzy mili bywają tylko do czasu (a i to nie wszyscy). A trzeba jeszcze zbierać informacje i rozwiązywać zagadki kryminalne. Wszyscy, którzy trafiają na Matyldę, stają się jej cieniem, tłem działań - nie mają szans wybić się na pierwszy plan. W "Między młotem a imadłem" eksbibliotekarka dalej zajmuje się sprawą czterech zaginionych kobiet. Zajmuje się nią z wielkim poświęceniem, obejmującym między innymi poważne zmiany image'u - ale przecież cel uświęca środki i co do tego nikt nie ma wątpliwości. Co ciekawe, rozbudowuje się też zespół oddanych Matyldzie pracowników: już nie tylko emerytowany komisarz policji budzący obrzydzenie swoimi nawykami, ale też między innymi dawna szefowa z agencji detektywistycznej. Autorka zresztą dość dobrze bawi się, odtwarzając animozje wśród policjantów (albo, alternatywnie, gangsterów), chaotyczny świat, w którym Matylda tym lepiej się odnajduje. Sporo rozrywki przynosi ten kryminał - i jeśli ktoś nie natknął się wcześniej na przygody Matyldy Dominiczak, z pewnością będzie chciał nadrobić zaległości.

środa, 5 kwietnia 2023

Olga Rudnicka: Wadliwy klient

Prószyński i S-ka, Warszawa 2023.

Łańcuszek

Matylda Dominiczak otrzymuje kolejne zlecenie i jako dobrze spisująca się pani detektyw zyskuje szansę współpracy z prawnikiem. Przekonuje się też, że ktoś, kto ją zatrudnia, otrzymał zlecenie z góry i w efekcie Matylda znowu spotka się z nielubianym Wujkiem, przedstawicielem szemranego półświatka. Wujek jest wpływowy i potrafi udawać uprzejmego, ale nie można mu ufać. Eksbibliotekarka nudzić się nie będzie. Musi przejść wielką metamorfozę i udawać kogoś zupełnie innego - chociaż noszenie peruk i okularów zerówek to dla Matyldy Dominiczak nie pierwszyzna, to jednak zabiegi, jakim musi się poddać, żeby zostać fikcyjną partnerką Artura Dębskiego odkrywają przed nią nieoczekiwane rejony. Salony piękności to salony tortur, a kobiety, które spotykały się z Dębskim - i których dotyczy śledztwo - wyglądały identycznie. Wręcz chorobliwie chude, idealnie wydepilowane brunetki to standard, jakiemu Matylda nie dorówna, choćby nie wiadomo jak się starała. Postanawia zatem wkraść się w łaski Dębskiego inaczej, bardziej na swoich zasadach. Do tego jak zwykle śledztwo prowadzi niekonwencjonalnie i może dzięki temu zyskać dobre wyniki. Aż za dobre.

"Wadliwy klient" to propozycja,w której Olga Rudnicka wygładza i prostuje wszelkie niedoskonałości dotyczące zabawnej bohaterki. Matylda Dominiczak dalej przeżywa kłótnie głosów w swojej głowie, zwłaszcza gdy rozważa jakiś wyjątkowo trudny temat - ironiczne podszepty podświadomości sprawiają, że kobieta podejmuje dialog sama ze sobą, ale dzięki temu autorka może rozbawiać czytelników. Ten motyw został starannie dopracowany i już nie sprawia wrażenia, jakby autorka za wszelką cenę próbowała przekazać jakieś dane odbiorcom. Życie rodzinne Matyldy modyfikuje non stop obecność przedstawicieli różnych służb: bohaterka nie może działać sama, nawet jeśli to na niej spoczywa cały ciężar zdobywania informacji. Autorka rozkręca tu wątek obyczajowy z wyczuciem, nie chce postępować stereotypowo, pozostawia odbiorców w niepewności co do dalszych losów małżeństwa i co do wyborów Matyldy Dominiczak. Nie brakuje Oldze Rudnickiej ciekawych pomysłów na urozmaicanie życia postaciom: przejażdżki w trumnie do zakładu pogrzebowego nie należą do rzadkości, a intrygi daje się rozpisywać matematycznie, żeby wszystko się zgadzało. Matylda nie boi się wyzwań. Musi działać niekonwencjonalnie, żeby docierać do wiadomości, jakie doprowadzą ją do rozwiązania zagadki. Artur Dębski zachowuje się co najmniej dziwnie i nie jest to wpływ ekspresji Matyldy, która każdego potrafi zaskoczyć tempem przemian i działań - oraz umiejętnością improwizowania w najtrudniejszych sytuacjach. Jest "Wadliwy klient" powieścią zabawną i ciekawą, intryga rozwijana jest atrakcyjnie z perspektywy fanów kryminałów, ale i tych odbiorców, którzy za powieściami kryminalnymi z przymrużeniem oka nie przepadają. Olga Rudnicka nie zawodzi, wciąga czytelników w opowieść i zapewnia sobie publiczność na kolejną książkę. Matylda Dominiczak to postać, która przyciągnie różne grupy czytelników, a Olga Rudnicka przy okazji jej przygód przypomina, że warto walczyć o realizację swoich marzeń. Bohaterka, która nigdy się nie poddaje, nie zatrzymuje się też we własnym życiu: jeśli coś jej się nie podoba, dąży do zmian, dzięki czemu nieustannie może próbować być szczęśliwa. I to ważne przesłanie z rozrywkowej historii.

piątek, 3 marca 2023

Mirka Jaworska: Syndrom czerwonej hulajnogi

Prószyński i S-ka, Warszawa 2013.

Tłumaczenie świata

„Syndrom czerwonej hulajnogi” można zaklasyfikować albo jako opowieść rodzica o dziecku (to charakterystyczny odłam literatury wspomnieniowej), albo jako opowieść o codzienności z chorobą – chociaż tutaj choroba nie dotyczy narratorki, jest więc oglądana z zewnątrz. Mirka Jaworska wychowuje z partnerem troje dzieci: ich wspólna pociecha „inaczej rozumie świat”. Michał to dziecko autystyczne. Matka nie traktuje tej przypadłości jako choroby, za to stara się stawiać diagnozy, szukając szczegółowych informacji, a przede wszystkim dąży do zrozumienia Michała i jego sposobu postrzegania rzeczywistości. Książka jest zapisem walki o normalność – aż do pełnoletności Michała.

Jaworska drobiazgowo analizuje wszelkie nieprawidłowości w rozwoju dziecka, a jednocześnie stara się objawy choroby ująć tak, by wytłumaczyć je otoczeniu. Chce szukać zrozumienia, usprawiedliwiać rozmaite gesty, przez obcych ludzi odbierane jako wyraz złego wychowania – a nade wszystko próbuje czytelnikom udowodnić, że jako matka nie popełniła błędów wychowawczych, o które jest posądzana. Przedstawia zatem całe szeregi scenek niewygodnych – gdy jej dziecko bije się z kolegami w przedszkolu czy szkole – i gdy inni rodzice nie chcą, by Michał przebywał z ich maluchami. Autorka tłumaczy postępowanie Michała i przekonująco argumentuje, ale do końca nie zamierza zastanawiać się nad odczuciami innych rodziców. Chciałaby, żeby cały świat akceptował Michała, ale ma się wrażenie, że dziwi ją i denerwuje powierzchowny brak akceptacji, który od drugiej strony stanowi zwykłą troskę o bezbronnych najbliższych. Takie małe konflikty i próby obrony zajmują sporą część tomu. Czasami trudno nie przyznać racji autorce, innym razem to właśnie jej postawy budzą zastrzeżenia. Ale przecież w opowieści matki zmuszonej do ciągłej walki trudno o obiektywizm.

Życie Michała toczy się wokół codziennych wyzwań, niekiedy też wiąże się z dramatycznymi potyczkami. To matka wie więcej niż niektórzy lekarze o autyzmie i związanych z nim kłopotach. Ale ma ona też materiał do porównań: pamięta z dzieciństwa zachowania siostry, zbliżone do autystycznych postaw. Łatwiej jej zatem dotrzeć do sedna problemów Michała. Autorka proponuje też ciekawe z punktu widzenia czytelników interpretacje konkretnych zachowań. Każdy, kto ma w swoim otoczeniu dotknięte autyzmem dziecko, może zatem porównywać wnioski, lub przynajmniej z innej perspektywy oceniać sytuacje. Michał postępuje niezgodnie z oczekiwaniami otoczenia nie przez złośliwość czy braki w wychowaniu, ale ze względu na inny sposób odbierania bodźców z zewnątrz. Wiele wyjaśnień Mirki Jaworskiej może pomóc rodzicom autystyka – a społeczeństwu uświadomić, że nie zawsze warto wygłaszać pochopne sądy.

Zdarza się, że uwagę od podstawowego tematu odwraca narracja. Jaworska pisze tak, jakby opowiadała. Lubi zmieniać szyk wyrazów, przesuwając czasowniki na koniec zdania, nie stroni od potocyzmów wplatanych w tekst nagle. Bez przerwy stosuje wykrzyknienia i pytania retoryczne, zwłaszcza te pierwsze wywołują wrażenie krzyku i momentami męczą, wbrew intencjom autorki. W ów nienaturalny styl da się jednak szybko wpaść: zwłaszcza że książka nie ma dostarczać rozrywki, a informować o życiu z autystycznym dzieckiem. W całej historii pojawia się również głos dorosłego Michała, a nawet element nadający całemu tekstowi dramatyzmu. „Syndrom czerwonej hulajnogi” musi trafić do zainteresowanych autyzmem – ale jeśli po tę książkę sięgnie zwykły odbiorca, również powinien wyczytać z niej kilka ważnych prawd.

wtorek, 25 października 2022

Magda Fres: Mama, smoczek!

Prószyński i S-ka, Warszawa 2012.

Świat – dziecko

Na nic deklarowanie feministycznych poglądów, poza kilkoma przypomnieniami, że ta filozofia życiowa najbardziej jej odpowiada, Małgosia nie robi nic, by przekonać czytelniczki, że nie zmieniła się w stereotypową mamuśkę. Nie zamierza – jak jej znajome – rozmawiać tylko o zupkach i kupkach. Ale kiedy na świat przychodzi Rumpel, Małgosia nawet nie zauważa swojej błyskawicznej przemiany w mamuśkę. Kupki stają się nadrzędnym tematem, bąki puszczane przez dziecko śmieszą jego matkę, maluch jest oczywiście najmądrzejszy, najzdolniejszy i najważniejszy. Każda jego umiejętność zasługuje na Nobla, a dla Małgosi świat przestaje się liczyć.

Magda Fres w tomie „Mama, smoczek!” solidaryzuje się z matkami. W zasadzie wszystkimi, które niedawno urodziły i tak jak bohaterka książki – zawęziły świat do jednej małej istoty. Znajdą tu coś dla siebie matki, które uwielbiają rozprawiać o kupkach i wyrzynających się zębach, oraz te, które już zastanawiają się, jak pokierować życiem dziecka. Małgosia co jakiś czas przypomina czytelniczkom, że jest mądra (bo pisze pracę doktorską), a to zobowiązuje do zastanowienia się nad skomplikowanymi sprawami. Na przykład – czym karmić dziecko, jak uniknąć chemii w jedzeniu, jak wychować malucha, jak usypiać, jakie kosmetyki stosować, jak sprzątać w domu… Nie zamienia się „Mama, smoczek” w poradnik dla młodych mam – Fres dostrzega za to czające się wszędzie problemy, a jej Małgosia daje upust licznym frustracjom. Rumpel właściwie uniemożliwia jakąkolwiek refleksję na pozadziecięce tematy.

Rok trwa ta opowieść utrzymana w formie dziennika spisywanego przez Małgosię na wyraźne polecenie promotorki. Rok, w którym każda wolna chwila – wolna od opieki nad dzieckiem i zabawy z nim – przeznaczona jest na opisywanie zachowań tego dziecka i decyzji z nim związanych. To zdecydowanie lektura dla młodych matek, ewentualnie dla pań, które dzieci rozczulają jak innych małe zwierzęta. Trzeba podzielać zachwyty bohaterki i mieć za sobą jej dylematy wychowawczo-decyzyjne, żeby cieszyć się książką bez zastrzeżeń. I trzeba też nastawić się na to, że poza kwestię Rumpla Małgosia nie ma zamiaru wychodzić.

Magda Fres podejmuje w książce tematy ważne z punktu widzenia matek (a i opiekunek) najmłodszych. Zwraca uwagę na zagadnienia, nad którymi odbiorczynie same powinny się zastanawiać, pokazuje, że wychowanie dziecka do prostych nie należy – zwłaszcza kiedy chce się pociesze zapewnić jak najlepsze warunki rozwoju. Dziennik młodej matki obfituje w przetestowane sposoby zaradzania drobnym problemom, ale jest też pełen informacji oczekujących na sprawdzenie, innych możliwych rozwiązań. Autorka wie, że forma dziennika nie wymusza na niej konstruowania tekstu według powieściowych wzorców, nie dba zatem o punkty kulminacyjne czy wątki, które przyciągną odbiorców spoza grupy docelowej. Tu liczy się tylko dziecko. Magda Fres nawiązuje w ten sposób do rozmaitych zwierzeń świeżo upieczonych matek, które próbują ironicznie spojrzeć na swoje sukcesy i porażki w nowej roli. Tyle że u Fres ironii nie ma, zastępuje ją próba ukazania codzienności. Zupełnie zwyczajnego życia z zupełnie zwyczajnym dzieckiem, traktowanym jak ósmy cud świata. „Mama, smoczek” podsyca stereotyp młodych mam wpatrzonych w dzieci i oddanych im bez reszty – ale to literatura specyficzna, nieprzeznaczona dla szerokiego grona czytelników, więc też rządząca się swoimi prawami.

środa, 21 września 2022

Kasia Bulicz-Kasprzak: Cała prawda

Prószyński i S-ka, Warszawa 2022.

Propozycja

Kasi Bulicz-Kasprzak udało się przełamać schemat powieści dla pań i wprowadzić w historiach sercowych wreszcie nowy motyw. "Cała prawda" to obszerna obyczajówka, która usatysfakcjonuje czytelniczki i zapewni im sporo wrażeń, a do tego trochę śmiechu. Zamiast porywów namiętności pojawia się tu bowiem starannie spisana umowa, a zamiast zauroczenia - złośliwość. Punktem startu jest śmierć ojca. Mężczyzna pozostawił po sobie dwie byłe żony (które raczej się ze sobą nie dogadują, mimo starań jednej z nich) oraz cztery córki. Felicja robi wszystko jak należy, Daria przeżywa wciąż bunt, co objawia się ekscentrycznym sposobem bycia (kojarzonym z wolnością), Cecylia jest pulchna i naiwna, a Hanna - Hanna jako jedyna kocha ziemię. I jako jedyna postanowiła, że nie wyprowadzi się z rodzinnej Halinówki. Po rozwodzie rodziców została z ojcem i teraz liczy na to, że przypadną jej w spadku tereny, bez których nie wyobraża sobie życia. Przypadkiem dowiaduje się, że ojciec w testamencie zapisał warunek, według którego Halinówka stanie się własnością córki, która jako pierwsza wyjdzie za mąż. Hanna i tak planuje ślub z Bartoszem, jednak kiedy wszystko jest już dopięte na ostatni guzik, w drzwiach pojawia się Felicja i oznajmia, że jest z tymże Bartoszem w ciąży.

"Cała prawda" to zestaw damsko-męskich komplikacji różnego autoramentu, a Kasia Bulicz-Kasprzak obdziela bohaterki nie tylko silnymi charakterami, ale również umiejętnością reagowania w sytuacjach kryzysowych niekonwencjonalnie. Uwagę przyciąga zwłaszcza Hanna - jako główna bohaterka tomu i autorka najbardziej szalonego pomysłu. "Mała Sokołowska" wie, co należy zrobić, żeby nie stracić szansy na ułożenie sobie życia po swojemu - a cena nie gra tu roli. Co ciekawe, człowiek, który do końca był śmiertelnym wrogiem ojca Hanny, również wyznaje zasadę nieokazywania emocji i podejmuje niebezpieczną grę. Świadomość ironii sytuacji sprawia, że bohaterowie uciekają od zaangażowania emocjonalnego w stronę intryg i rywalizacji. I dzięki temu w fabule naprawdę zaczyna iskrzyć. Autorka rozpracowuje tu różne tematy z romansów i obyczajówek, ale zapewnia im oryginalną oprawę. Jeśli zdrada - to z kłamstwami w tle, jeśli rozstania - to nie do końca, jeśli przyjaźnie - to z nieuświadamianymi seksualnymi podtekstami. Za każdym razem, kiedy na horyzoncie pojawia się nowa postać, wiadomo, że coś się pokomplikuje i pozmienia w układzie sił. Na problemy z nastolatkami są zupełnie inne rozwiązania niż na problemy z kobietami dojrzałymi, a Kasia Bulicz-Kasprzak przemyca tę wiedzę w opowieści. Pozwala tym samym czytelniczkom przyjrzeć się sobie, dowiedzieć się czegoś o własnych dążeniach i o reakcjach na rozczarowania. Wprowadza mnóstwo pokus i możliwości wejścia w nowe związki - bez względu na stopień poranienia przez innych ludzi. Nie zamyka opowieści do przeżyć trzech osób, pozwala im na konfrontowanie wrażeń i uświadamianie sobie, że zmiany mogą następować niespodziewanie i na przekór wszystkim scenariuszom.

Jest "Cała prawda" powieścią dość zabawną, chociaż inspiracja do działania i sama decyzja płynąca z zawodu bliskimi zabawne nie są - jednak Kasia Bulicz-Kasprzak rezygnuje z tonów psychologicznych i ponurych, żeby zapewnić czytelniczkom rozrywkę. Funduje emocjonalną huśtawkę i bardzo rozbudowaną akcję, a do tego - starannie poprowadzoną narrację. Umożliwia odbiorczyniom dobrą zabawę nie tylko przy śledzeniu wydarzeń, ale też samych charakterów postaci. Inspiruje i otwiera nowe możliwości. A to wszystko w oderwaniu od fabuł, które już mogły się odbiorczyniom przejeść.

wtorek, 26 lipca 2022

Katarzyna Ryrych: Czarna Walizka. Dalej niż daleko

Prószyński i S-ka, Warszawa 2022.

Przeprowadzki

Drugi tom sagi Czarna Walizka można spokojnie czytać w oderwaniu od pierwszego, bo chociaż Katarzyna Ryrych na początku nie sili się na prezentowanie znanych fanom bohaterów, sprawia, że błyskawicznie staną się bliscy także tym przypadkowym odbiorcom. "Dalej niż daleko" to historia, w której autorka podprowadza aż do czasów drugiej wojny światowej: niby jest w stanie zaangażować w losy bohaterów, ale już wiadomo, że na horyzoncie majaczy zło w najczystszej postaci - i trudniej uwierzyć w plany, jakie snują ludzie z kart powieści. Ten zresztą mechanizm jest do znudzenia wykorzystywany przez twórców sag historycznych: zupełnie jakby druga wojna światowa była jedynym możliwym czynnikiem przekreślającym najbardziej nawet śmiałe pomysły. W "Dalej niż daleko" na początku pojawia się motyw opętania: Maria, żona Mikołaja, rzekomo zwraca się ku Bogu: w praktyce zaczyna słyszeć głos Gabriela i z nim rozmawia, porzucając ziemskie sprawy. Nie opiekuje się dzieckiem, zresztą wszyscy boją się o Ewelinkę: nie chcą, żeby udzieliło się jej obłąkanie matki. Sam Mikołaj być może by się poddał, gdyby nie Ewelina. Kochanka daje mu nadzieję na normalność i zwyczajne życie. Żona trafia w końcu do zakładu dla psychicznie chorych - to najlepsze dla niej miejsce. Konstanty zyskuje możliwość ułożenia sobie egzystencji po swojemu. Chociaż nie może poślubić ukochanej (ani rozstać się z chorą), ma cichą zgodę bliskich na niekonwencjonalne rozwiązanie. Szczęścia szuka przy boku mądrej i wrażliwej partnerki. Ale to zaledwie jedna rodzina, którą Katarzyna Ryrych portretuje - w innej wysyła kogoś za ocean do pracy, żeby móc powiązać losy pozornie przypadkowych postaci w nieoczekiwanych momentach. Równie ważni są tu przedstawiciele starszego pokolenia. Każdy ma swoje punkty oparcia i każdy potrzebuje towarzystwa, żeby zachować zdrowe zmysły w coraz bardziej skomplikowanym świecie. Od czasu do czasu Katarzyna Ryrych przypomina o Ewelince - najmłodszej bohaterce historii, która w końcu będzie chciała także znaleźć swoje miejsce na ziemi. Tymczasem los miota ludzi po świecie i sprawia, że wszelkie nadzieje mogą błyskawicznie ulec zniszczeniu. Bohaterowie muszą dostosowywać się do panujących warunków i często rezygnować z marzeń - ale też uczą się, jak znajdować pocieszenie w drobnych sprawach, uciekają od zmartwień i od nadmiernego strachu.

Katarzyna Ryrych wykorzystuje tu niewielkie wątki kryminalne, stawia też mocno na obyczajowość i na minioną obyczajowość - na zwyczaje czy zasady, które obecnie wydają się mocno przebrzmiałe i niekoniecznie nadawałyby się do wprowadzenia w życie. Może tak zrobić dzięki temu, że wybiera uniwersalne uczucia - zrozumiałe bez względu na czasy. Dzięki temu buduje więź z bohaterami i przekonuje do nich. Wykorzystuje przy tym dość ascetyczną stylistykę w narracji: często sięga po urywane frazy, zupełnie jakby zapominała o czasownikach w komentarzach - albo jakby przez te pozorne braki chciała podkreślać refleksje bohaterów. Sprawia to w lekturze dość dziwne wrażenie, chociaż w pewnym momencie czytelnicy przyzwyczają się do szarpanych uwag i przestaną się nimi przejmować. Tu i tak najbardziej przyciągające mają być wydarzenia - szarpiące nerwy postaci i stwarzające liczne problemy w codzienności. Katarzyna Ryrych radzi sobie z tym tematem, a dzięki unikaniu przesady w opisach - zyskuje szansę na pokazanie świata z międzywojnia bez szczegółowych kwerend.

piątek, 8 kwietnia 2022

Olga Rudnicka: Zgiń, przepadnij. Zezowate szczęście Tekli

Prószyński i S-ka, Warszawa 2022.

Odpędzanie pecha

Tekla to kolejna bohaterka, która może przyciągnąć odbiorczynie - fanki komediowych powieści kryminalnych. Podobnie jak Matylda Dominiczak, będzie wyzwalać ciekawość: czytelniczki zapewne zaczną czekać na kolejny tom jej przygód. Olga Rudnicka zapewnia bowiem przy tej bohaterce sporo śmiechu i nietypowych wyzwań - bawi się motywem pecha i przesądów, w tle umieszczając intrygę kryminalną. Krwawiec - mężczyzna, który zajmuje się usuwaniem zwłok bez śladów - pewnego dnia zostaje znaleziony w bagażniku samochodu Tekli, do tego - martwy. Tekla wie, że przyciąga nieszczęścia: wmawiają jej to matka i spora część dalszej rodziny. Nic dziwnego, że chwilowo bohaterka zamierza przenieść się do domu kuzynki, Dominiki. Dominika ma wyjechać za granicę, przyda jej się ktoś do opieki nad mieszkaniem. Na razie Dominika wysłuchuje opowieści o pechu - i sama wplątuje się w zestaw dziwnych wydarzeń, które prowadzą prosto na komisariat. Odprawianie rytuałów magicznych na starym cmentarzu to jedna z wielu atrakcji, które Tekla zafunduje swojej powiernicy i odbiorczyniom - a zegar śmierci może wykończyć połowę komisariatu. Nawet ksiądz proboszcz ma tu coś do powiedzenia na temat przyczyn kolejnych niepowodzeń w okolicy. Nic dziwnego, że Tekla chce się ukryć w większym mieście - i oderwać od tych, którzy znają ją i jej historię.

"Zgiń, przepadnij. Zezowate szczęście Tekli" to książka, która spodoba się przede wszystkim odbiorczyniom ceniącym sobie śmiech. Wprawdzie na dalszym planie rozgrywają się mroczne sprawy, a niezbyt lotne umysłowo osiłki z otoczenia szefa bandy giną jeden za drugim - jednak to Tekla przyciąga niekonwencjonalnymi pomysłami. Działa, żeby odpędzić pecha - korzysta z pomocy wróżki, próbuje odprawiać rozmaite pseudoczary, sięga po ludowe sposoby na zaklinanie szczęścia: to jeden z czynników rozbawiających odbiorczynie. Bohaterka dynamicznie relacjonuje swoje doświadczenia, nie traci ducha mimo kolejnych niepowodzeń. Olga Rudnicka uruchamia cały zestaw przesądów, które wciela w codzienność bohaterki - jednocześnie kpi sobie z nich i ociepla wizerunek bohaterki odrzuconej przez konserwatywne społeczeństwo. Tekla znajduje oparcie w kuzynce - może zatem działać i wcielać w życie najbardziej szalone plany, nie musi poddawać się presji otoczenia. W dobrym towarzystwie nawet wizja pecha nie przeraża. Olga Rudnicka funduje zatem postaciom sporo wyzwań - bawi się symbolami i przerabia rozwiązania zalecane przez mądrość ludową tak, by można je było wykorzystać do budzenia śmiechu. Tekla i Dominika przekonują do siebie dzięki dystansowi do pecha, autorka rozbija skostniałe przekonania i buduje na tym historię ze śmiałymi rozwiązaniami. Mniej skupia się na przeprowadzaniu śledztwa: policjanci muszą nie tylko gromadzić informacje na temat wydarzeń dotyczących śmierci Krwawca, ale też - okiełznać dwie żywiołowe kobiety przekonane o mocy przyciągania nieszczęść jednej z nich. Zamiast gromadzenia danych jest tu zatem nacisk na charakterystykę, motyw obyczajowy rozwijany znacznie bardziej niż kryminalny. Drobna to powieść, ale nastawiona na wywoływanie śmiechu.

niedziela, 3 kwietnia 2022

Artur Andrus, Wojciech Zimiński: A koń w galopie nie śpiewa

Prószyński i S-ka, Warszawa 2022.

Absurd śledztwa

Artur Andrus i Wojciech Zimiński wkraczają w świat powieści kryminalnych przefiltrowanych przez absurd. Na pewno ci, którzy lubią podążać za śledczymi krok w krok i czerpią radość z niekończących się przesłuchań świadków będą rozczarowani - za to czytelnicy, którzy cenią sobie nonsens i satyryczne pomysły, mogą parę razy się zachwycić. "A koń w galopie nie śpiewa" to rozrywka nietypowa. Fakt, że bohater znajduje w ogrodzie botanicznym zwłoki kobiety, do niczego nie zobowiązuje. Śledztwo zaczyna zataczać coraz szersze kręgi i już wkrótce zmienia się cel poszukiwań. Nie na intrydze skupiają się autorzy, a na zupełnie pobocznych charakterystykach postaci, które brawurowo wkraczają do opowieści i mocno zaciemniają jej kierunek. W zasadzie chodzi tu najbardziej o popis i o wykorzystanie drobiazgów satyrycznych, które nie zmieściłyby się nigdzie indziej. Bogata galeria postaci służy do testowania komicznych rozwiązań: to dowcipy różnego rodzaju, nie tylko dla wyczulonych na ironię czytelników. Streszczanie fabuły nic by tu nie dało: nie bieg wydarzeń angażuje czytelników, a kolejne sposoby wywoływania śmiechu. Oczywiście - nie wszystkie przekonają każdego odbiorcę, za to pewne jest, że podążający śladem Kazimierza Kortunia będą wybuchać śmiechem w różnych miejscach tomu. Artur Andrus i Wojciech Zimiński połączyli siły - i stworzyli książkę, która wymyka się wszelkim schematom. Gdzieś pobrzmiewają echa angielskich kryminałów, ale kryminał schodzi tu na daleki plan. Nie można w tej powieści pominąć żadnego zdania - bo nigdy nie wiadomo, w którym momencie autorzy zdecydują się na popisy żartami. Może na tym ucierpieć rozkład akcentów w tomie - trudno raczej o zaangażowanie czytelników w detektywistyczną przygodę, jeśli co chwilę odwraca się ich uwagę w kierunku śmiechu. Przed przystąpieniem do lektury trzeba po prostu uwzględnić, że tu najważniejszy jest śmiech połączony z absurdem, więc - często odległy od obiegowych żartów. "A koń w galopie nie śpiewa" to historia, która wypełniona jest satyrycznymi drobiazgami. Mniej autorzy zajmują się brzmieniem całości i budowaniem większych relacji, bardziej - szlifowaniem jednozdaniowych komentarzy, które wzbudzą zawiść innych satyryków. Czytelnicy będą musieli na początku przekonać się do mniej znanego trybu przedstawiania wydarzeń: to nie jest styl znany ze zwykłych kryminałów czy komedii kryminalnych - Andrus i Zimiński uciekają od inspiracji oraz od podpowiedzi z warsztatów kreatywnego pisania, stawiając na czystą zabawę. Zatem czytelnicy, którzy szukają standardowych historii: zbrodnia - śledztwo - rozwiązanie zagadki - nie znajdą tu realizacji odpowiedniej dla siebie. Ta proza jest mozaikowa i nietypowa w swojej konstrukcji, stanowi wypadkową poczucia humoru dwóch satyryków i rodzaj literackiego eksperymentu. Nie da się tu nawet powiedzieć, które pomysły sprawdzają się najlepiej: te najbardziej komiczne rozwiązania czerpią z różnych sposobów wywoływania śmiechu. Można zatem czytać, odkrywać kolejne dowcipy i cieszyć się ich jakością - a mniej przejmować się samym przebiegiem akcji i komplikacjami w warstwie opisowej.

czwartek, 31 marca 2022

Agnieszka Osiecka: Czekając na człowieka. Dziennik ciąży i narodzin

Prószyński i S-ka, Warszawa 2022.

Zmiany

Jest to tomik niewielki i stworzony z jednej strony po to, żeby znaleźć szansę na tematyczną publikację uzupełniającą twórczość Agnieszki Osieckiej, a z drugiej strony - żeby przyciągnąć nowych czytelników. "Czekając na człowieka. Dziennik ciąży i narodzin" to relacja tworzona z prywatnych zapisków i z listów (często do Janusza Minkiewicza, co może odbiorców zaskoczyć: Daniel Passent zajmuje tu miejsce marginalne, chociaż sam też zyskuje głos w pewnym momencie). Agnieszka Osiecka jest przekonana, że urodzi syna - wszyscy zresztą jej to powtarzają, opierając się na przekonaniu, że dziewczynka odbiera mamie urodę. Bywają motywy kontrowersyjne: Osiecka, która zamawia sobie w barze wódkę z sokiem i złości się na krytykę od przypadkowych świadków - tymi wrażeniami dzieli się na piśmie. W notatniku pisze też drobne listy do córki, fragmenty takich zapisków przeplatają się z wyznaniami do innych odbiorców (i czasami powtarzają niektóre spostrzeżenia, co nie będzie jednak przeszkodą w lekturze). To nie tyle dziennik ciąży, co "dziennik" z czasów ciąży - bo Agnieszka Osiecka swojego stanu przesadnie nie celebruje. Raczej dziwi się temu, że rośnie jej brzuch i że ma w sobie małego człowieka. Nastawia się jednak na obserwację otoczenia i na wyciąganie wniosków na temat ludzi, z którymi się spotyka. Daleka jest od rozczulania się i szukania porozumienia z istotą, którą ma powołać do życia. Koncentruje się na pracy, na tworzeniu i na relacjach ze znajomymi. Wyjeżdża do lubianych przez siebie miejsc albo przeżywa dylematy związane z pisaniem. Dowiaduje się, że nie może wystawić spektaklu z pieśniami Okudżawy, bo na Okudżawę nałożona została cenzura - próbuje przekonać siły decyzyjne, że to absurdalny zabieg, jednak mimo wysiłków nie udaje jej się przebić przez mur niewiedzy (sytuacja zresztą okazuje się bardzo aktualna). Agnieszka Osiecka zwierza się z tego, z kim się widziała i nad czym pracuje, co wprawia ją w złość i co budzi radość (ale to ostatnie - rzadko). Stawia na kulturę i na rozmowy bogate w przemyślenia na temat sztuki. Unika górnolotności i rozczuleń, znacznie chętniej posiłkuje się rozmaitymi żartami sytuacyjnymi i drobiazgami z codzienności. Jest tu - jak zwykle u Osieckiej - mnóstwo celnych spostrzeżeń, fraz, które zapadają w pamięć i stanowią puenty do poczynionych obserwacji. Jest też - z konieczności - fragmentaryczność charakterystyczna dla zapisków dziennikowych: wcale nie wprowadza to chaosu w lekturze. Osiecka po prostu dzieli się z czytelnikami swoją zwyczajnością - a ta zwyczajność wypada mocno egzotycznie w oczach odbiorców. "Czekając na człowieka" to zatem zapiski użytkowe, które jednak skrzą się od poetyckiej wrażliwości i wyobraźni - czyta się je z ciekawością, bo nawet jeśli Agnieszka Osiecka nie stara się wyjaśniać wszystkich spraw od początku do końca, to potrafi celnymi komentarzami wstrzelić odbiorców w sens i przesłania opowieści. "Czekając na człowieka" to lektura wyjątkowa - wydaje się niepozornym dodatkiem do pism zebranych Agnieszki Osieckiej - ale wystarczy do tomu sięgnąć, żeby przekonać się o jego wartości.

niedziela, 20 marca 2022

Krzysztof Daukszewicz: Nie widziałem jeszcze, jak płaczesz. Wiersze wszystkie

Prószyński i S-ka, Warszawa 2022.

Refleksje

Krzysztof Daukszewicz od lat rozśmiesza - przede wszystkim za sprawą satyry politycznej i zaangażowanej, chociaż w ostatnich latach dał się poznać fanom także dzięki menelikom - opowieściom o panach nadużywających tanich trunków. Do zastanowienia skłania publiczność całymi seriami trafnych ballad. Ale "Nie widziałem jeszcze, jak płaczesz. Wiersze wszystkie" to prawdziwa niespodzianka dla czytelników - zestaw utworów lirycznych, których celem nie jest śmiech a zaduma, a w formie króluje biały wiersz zamiast rymów. Tomik, jak informuje autor, powstawał przez cztery dekady i jest to prawdziwy pokaz szacunku do słowa. Krzysztof Daukszewicz koncentruje się tu na uczuciach i tych wyznaniach, które chciałoby się przedstawić bliskiej osobie, stawia na formy krótkie i skondensowane, ujmuje w utworach tęsknotę i pragnienia. Z części daje się wyczytać bezradność podczas sporów, z części - brak możliwości istnienia bez drugiej osoby. Są tu wyznania wzruszające i zdradzające najskrytsze myśli, są podsumowania i oceny własnych zachowań, pełne krytycyzmu, są odwołania do wydarzeń, które wstrząsnęły światem i nie mogły pozostać bez echa. Krzysztof Daukszewicz prezentuje lirykę wysokiej próby. Wykorzystuje dar do wydobywania esencji z wydarzeń i przeżyć - i to w "Nie widziałem jeszcze, jak płaczesz" będzie ważnym składnikiem. Odbiorcy szybko przekonają się, że każdy utwór zapewnia osobną porcję cennych przemyśleń i przynosi wskazówki co do tego, co w życiu jest najważniejsze. Krzysztof Daukszewicz nie poucza i nie przekonuje, że posiadł wiedzę na temat dobrego funkcjonowania z drugim człowiekiem - raczej dzieli się tym, co sam przeżył i to w formie odkryć-zaskoczeń. Tym przekona do siebie czytelników błyskawicznie - i nawet jeśli (chociaż trudno w to uwierzyć) jest ktoś, kto nie zna autora jako satyryka, bardzo szybko się do niego przekona. Fani kabaretowi z kolei poznają zupełnie inne oblicze satyryka - to lektura nieoczekiwana i przez to jeszcze bardziej wartościowa. Krzysztof Daukszewicz pokazuje, że zwyczajne życie może zamienić się w poezję - wystarczy wyczulić się na puenty obecne w rozmowach, umieć uchwycić kwintesencję codziennych rozmów i spostrzeżeń. Może odbiorców nauczyć uważności i zaprosić do lepszego poznawania siebie przez pryzmat kogoś bliskiego. Autor proponuje czytelnikom książkę, która nie może być kierowana tylko do fanów poezji: żeby sięgnąć po taką lekturę, trzeba być zainteresowanym sednem bycia z kimś, próbą określania najskrytszych uczuć bez odwoływania się do wielkich słów - tylko za sprawą standardowych (z pozoru) obrazków rodzajowych. Krzysztof Daukszewicz staje się przewodnikiem po uczuciach - i podsuwa odbiorcom lekturę bardzo intymną.

"Nie widziałem jeszcze, jak płaczesz" to książka, która wypełniona jest nie tylko zachwytami lirycznymi, ale też - pięknymi grafikami Joanny Milewicz. Baśniowe ilustracje dostarczają kolejnej porcji przemyśleń na temat relacji międzyludzkich - ale nie tylko. To właściwie druga, pełnowartościowa narracja, wypełniona mocnymi kolorami i zdecydowanie kreślonymi sylwetkami.

środa, 9 marca 2022

Ian Stewart: Po co nam matematyka?

Prószyński i S-ka, Warszawa 2022.

Potęga

Ian Stewart rysuje wykresy ze świnkami i odwraca sympatyczne zwierzęta. Prezentuje dinozaury i szyfruje wiadomości. Przygląda się zdjęciom rentgenowskim i kotu podobnemu do guacamole. Przygotowuje fotografie. A to wszystko, żeby spopularyzować matematykę - na poziomie znacznie przekraczającym programy szkolne. I żeby przekonać odbiorców do tej dziedziny wiedzy. "Po co nam matematyka" to kolejna publikacja Stewarta pokazująca, jak często rozwiązania matematyczne mogłyby ułatwić codzienne zadania - i nad jakimi kwestiami głowią się największe umysły ścisłe. Matematyka sama w sobie nie służy do obliczeń, nie teraz, kiedy kasy podają wszystkie wartości bez konieczności wskazywania reszty i kiedy moc obliczeniową komputerów wykorzystuje się do tworzenia coraz bardziej wymyślnych technologii. Matematyka zatem to nie banalne równania i zadania tekstowe - to przygoda, która pojawia się w różnych aspektach codzienności. I o ile nikogo nie zdziwi fakt, że pomoże we wskazaniu liczby płytek potrzebnych do wyłożenia podłogi (nawet w okrągłym pomieszczeniu), o tyle już matematyka w planowaniu przeszczepów nerek zaskoczy niejednego. Ale Ian Stewart przyzwyczaił czytelników do nietypowych przykładów i bardzo obrazowych sytuacji. Wykorzystuje je, żeby zaintrygować i przyciągnąć do opowieści o królowej nauk. Dzięki temu może swobodnie prowadzić narrację związaną z odkryciami i problemami do rozwiązania - a przy okazji uświadamiać czytelnikom, że matematyka to znacznie więcej niż liczby.

Dzieli autor ten tom na części tematyzowane i sięgające do różnych dziedzin spoza matematycznego świata. Przygląda się i bezzałogowym samochodom, i lodowcom, wyszukuje zagadnienia, które przyciągną - na zasadzie rozbudzanej ciekawości - dorosłych, którzy lubią dowiadywać się czegoś nowego. Choć trudne to do wyobrażenia, o najtrudniejszych kwestiach pisze z humorem: świadomy, że lekki styl pomoże przyswoić sobie dowody i opracowania wzorów. Nie ma tu miejsca na pełne wykłady, książka ma charakter popularyzatorski - a jednak trzeba będzie mocno się nad nią skupiać, żeby nadążać za komentarzami Stewarta. Widać, że ten autor uwielbia matematykę i świetnie ją rozumie, a do tego satysfakcję sprawia mu dzielenie się z odbiorcami co ciekawszymi zagadnieniami z tej dziedziny. "Po co nam matematyka" to książka, która wcale nie przekonuje, że warto uczyć się przedmiotów ścisłych. Ona udowadnia, że bez matematyki nie można się obejść w medycynie, polityce i w kosmosie, w fabryce produkującej sprężyny i przy wymyślaniu obrazu widzianego oczami lecącego smoka. Matematyka jest wszędzie - i wszędzie może fascynować. Fakt, że autor przedstawia skomplikowane wzory i większości masowych odbiorców odechce się kombinować z szyframi już na pierwszym poziomie utajniania treści - ale jeśli ktoś pasjonuje się tematem, a ponadto trafił już na publikacje Iana Stewarta - z pewnością i tutaj pozwoli się porwać do świata liczb i wzorów. Jest to książka trudna, owszem, ale bardzo satysfakcjonująca i w przystępny sposób prezentująca najtrudniejsze kwestie związane z matematycznymi odkryciami.

poniedziałek, 28 lutego 2022

Krzysztof Daukszewicz: Jak płynie wódeczka na wsi i w miasteczkach

Prószyński i S-ka, Warszawa 2022.

Okiem kierowników

Krzysztof Daukszewicz jako pierwszy dostrzegł kreatywność i poczucie humoru przedstawicieli marginesu i anegdotami z życia meneli dzieli się nie od dzisiaj. "Jak płynie wódeczka na wsi i w miasteczkach" to zbiór prawie wszystkich menelików - czyli nie lada gratka dla fanów ciętych ripost i zaskakujących scenek z życia wziętych. Prawie nie ma tu za to polityki i satyry, która łatwo przeminie. Menele są ponadczasowi - i zapewniają rozrywkę dzięki sympatycznemu ujęciu. Tutaj nie ma mowy o żebraniu na tani alkohol - monety wręczane są zwykle jako nagroda za puenty (o czym najbardziej zainteresowani często nie mają pojęcia). Krzysztof Daukszewicz dzieli się historiami swoich spotkań z menelami - ale zbiera też opowieści od innych satyryków, a później, między innymi dzięki Arturowi Andrusowi, zbiera też opowieści od fanów. Uzupełnia meneliki z życia wzięte dowcipami o menelach (zresztą część menelików zaczyna już przechodzić w świat żartów, są za dobre, żeby poprzestać na pojedynczych anegdotach), a do całości dokłada swoje limeryki i nagrobki - pisane dla relaksu, a czasem też dla odreagowania.

"Jak płynie wódeczka na wsi i w miasteczkach" to znakomity dowód na pomysłowość mężczyzn i kobiet nadużywających tanich win. Te anegdoty bazują niejednokrotnie na zaskoczeniu świadków i uczestników wydarzeń: okazuje się, że wzgardzani menele potrafią posługiwać się intertekstualnymi skojarzeniami, czerpać ze skarbnicy cytatów albo przez naiwne spojrzenie na rzeczywistość oceniać towarzyszy w sposób, który nie przyszedłby do głowy zawodowemu satyrykowi. Menele wspinają się na szczyty dowcipu, kiedy chcą zdobyć pieniądze na alkohol - to nie ulega wątpliwości. Zdarza im się jednak unosić honorem, zmieniać spodziewane reakcje, urozmaicać schematy. Mają czas na filozofowanie, mają też własne poglądy na różne sprawy - i tymi poglądami podzielą się z wiernymi słuchaczami. Nie robią tego jednak dla poklasku - raczej nawet nie spodziewają się ratyfikacji, a już na pewno nie utrwalenia w literaturze.

Krzysztof Daukszewicz opisuje wydarzenia zwięźle i radzi sobie z przedstawianiem puent bez zarzutu: wydobywa cały komizm sytuacji, wie, jak przekonać odbiorców do świata, który jest im obcy. Budzi nawet sympatię do przedstawicieli marginesu - przynajmniej do tych, którym procenty nie zniszczyły doszczętnie mózgu ani wyobraźni. Nie jest to drobna książka - widać w porównaniu do pierwszych wydań, jak rozrasta się zestaw opowieści o menelach i ich standardowych zainteresowaniach. Różne mechanizmy komizmotwórcze uaktywniają się w tych anegdotach - ale zderzenie oczekiwań i niechęci społecznej do meneli oraz ich reakcje wypełnione humorem i trafnymi ocenami rzeczywistości - zaskakująco trzeźwymi - składa się na wielki sukces zbiorku. Krzysztof Daukszewicz sam doskonale się bawi, obserwując meneli w ich naturalnym środowisku - udowadnia odbiorcom, że warto być wyczulonym na otoczenie. Prezentuje cały wachlarz charakterów, bogatą galerię postaci - które przecież zamieniają się w wyjątkowego przedstawiciela stereotypowo postrzeganej grupy. Zyskuje dzięki temu uznanie szerokich grup czytelników.

czwartek, 17 lutego 2022

Stephane Garnier: Żyć jak Mały Książę

Prószyński i S-ka, Warszawa 2022.

Radość życia

Stephane Garnier wybrał sobie już na wstępie sposób przyciągnięcia czytelniczek do poradnika dotyczącego samorozwoju. "Żyć jak Mały Książę" to podążanie za klasyczną historią (która, notabene, ostatnio na rynku w wielu komentarzach dała o sobie znać). "Mały Książę" jest uniwersalny - i sam w sobie stanowi wskazówkę co do tego, jak cieszyć się każdą chwilą i jak zachować umiejętność dziecięcego obserwowania świata. Jednak jeśli ktoś potrzebuje wskazówek bardziej czytelnych i materiału do przemyślenia - może spokojnie wykorzystać podpowiedzi Garniera.

Autor stawia na zwięzłość i jednoczesne rozrzedzanie poleceń. Wprowadza krótkie rozdziały, do których czytelniczki próbuje przyciągnąć za pomocą osobistych wyznań - sięga do swoich doświadczeń po to, żeby autobiograficznymi motywami zaprosić do lektury i do udziału w opowieści. Buduje sobie więź z odbiorczyniami - sugeruje im, że każdy ma swoje słabości i że nie zawsze porady będą skuteczne - ale zawsze warto walczyć o ich wcielanie w życie. Przewodnikiem po tej publikacji ma być Mały Książę, którego złote myśli i wskazówki powracają w formie cytatów, ale i nawiązań do książki. Autor przypomina też odbiorczyniom, czego sam się z "Małego Księcia" nauczył - i nie robi tego w celu rozreklamowania pozycji, która reklamy nie potrzebuje, a po to, by wskazać płaszczyznę porozumienia. Wybiera scenki niemal oczywiste - i interpretuje je (bez poszukiwania wywrotowych koncepcji: dodaje po prostu omówienia). Jest tu całkiem sporo motywów oczywistych, przekonujących - bo też i nienadających się do zakwestionowania. Garnier rezygnuje z przesadnej erudycyjności czy z hermetycznych komentarzy - zależy mu na tym, żeby dotrzeć do szerokiego grona odbiorczyń. Zestawia ten autor postrzeganie rzeczywistości przez dorosłych i przez dzieci i pokazuje zalety różnych podejść. Chce, żeby czytelniczki jak najwięcej z dziecka w sobie ocaliły - naświetla metody i zachowania, które teoretycznie są dziecinnie proste, ale w praktyce - trzeba o ich znaczeniu przypomnieć.

Jest to trochę tomik motywacyjny, wypełniony zwrotami do czytelników - i wyjaśnieniami wszędzie tam, gdzie mogłyby się pojawić wątpliwości. Trudno po "Żyć jak Mały Książę" oczekiwać wywrotowych tez i podpowiedzi, które należałoby dokładnie przeanalizować. Wszystko ma przychodzić bez większego wysiłku, ma się dać wprowadzić w życie niemal natychmiast - a nawiązanie do lubianej lektury pomaga w przekonywaniu nieprzekonanych. Autor chętnie sięga po pytania retoryczne i po wykrzyknienia, zależy mu na tym, żeby nasycić tekst energią i perswazjami, utrzymywać czytelniczki w świadomości, że łatwo da się zaradzić problemom. O ile "Mały Książę" to opowieść wielopoziomowa i uniwersalna, nie znudzi się czytelnikom, o tyle "Żyć jak Mały Książę" to jedynie przypis motywacyjno-coachingowy, zestaw wskazówek dla tych odbiorczyń, które potrzebują omówienia oczywistości. Kto obserwuje rynek poradników motywacyjnych, wie, że trzeba pomysłu, żeby się wybić i zwrócić na siebie uwagę. Garnier pomysł ma i konsekwentnie go realizuje.

czwartek, 13 stycznia 2022

Steven Rowley: Gujcio

Prószyński i S-ka, Warszawa 2021.

Rodzina

Jest to książka, która na długo zapada w pamięć i jednocześnie rozśmiesza, wzrusza i irytuje – Steven Rowley nieźle namiesza na rynku wydawniczym i udowadnia, że można odrzucić schematyczne scenariusze i posługiwać się ironią, żeby zachwycić odbiorców. „Gujcio” to powieść niezwykła, historia poświęcona przeżywaniu żałoby na różnych poziomach. Patrick to zdeklarowany gej, który uciekł od świata i popularności po śmierci swojego ukochanego. Mieszka w miejscu, do którego trudno przypadkowo trafić, unika show-biznesu i rezygnuje ze swojego poprzedniego życia. Nie chce nawet siadać za kierownicą samochodu, bo jego partner stracił życie na skutek wypadku. Wszystko zmienia się, gdy brat prosi go o pomoc w opiece nad dwójką maluchów. Dzieci właśnie straciły matkę (a szwagierka Patricka, Sara, była też jego przyjaciółką), a sam Greg musi udać się na odwyk od leków. Liczy na to, że podczas wakacji Patrick zajmie się dziećmi – i, siłą rzeczy, przeprowadzi je też przez proces żałoby. Oczywiście sam motyw podjęcia się opieki nad kilkulatkami przez kogoś, kto nigdy nie miał do czynienia z dziećmi, jest komiczny w założeniu – ale Steven Rowley unika łatwych rozwiązań, także w sferze fabularnej. Stawia na kąśliwy dowcip i unikanie sentymentów – chce, żeby odbiorcy zastanowili się nad sytuacją przedstawianą w tomie, ale też, żeby mogli się zrelaksować mimo motywu śmierci najbliższych. Patrick nie ma pojęcia o wychowywaniu dzieci. Proponuje im drinki (bezalkoholowe), rzuca tytułami filmów, których maluchy nie mają szans znać. Traktuje swoich bratanków jak osoby dorosłe, a jednocześnie jest bardzo wyczulony na ich potrzeby i dziwactwa (nie protestuje, kiedy dziewczynka potrzebuje nowego kostiumu kąpielowego, albo gdy po trzęsieniu ziemi oboje chodzą wszędzie w kaskach). Bez przerwy w rozmowach miażdży dzieci ironią, ale tłumaczy też wszystko, o co zostanie zapytany. Między innymi poświęca sporo energii na przekonanie dzieci, że mogą być, kim chcą, mogą decydować o sobie i nie powinny dać sobie wmówić, że mają realizować cudze scenariusze. Nie ukrywa swojej orientacji, zresztą nazywany jest przez dzieci gujciem – wujciem gejem – ale ten temat nie dominuje. Chodzi tu o mądrą życiową lekcję. Patrick z pozoru jest wobec bratanków szorstki, traktuje ich jak zło konieczne – a jednak jego działaniami kieruje czułość. Owszem, skrzętnie skrywana – ale ważna. Zwykle to codzienność – nowe dla Patricka wyzwania – kierują narracją. Od czasu do czasu jednak pojawia się jeszcze motyw przeżywania żałoby. Dzieci muszą nauczyć się, jak ocalić we wspomnieniach mamę, jak zapanować nad tęsknotą nad nią. Patrick przy odkrywaniu dla nich prawd o kruchości życia przepracowuje automatycznie także własną żałobę – podsycaną faktem, że jako homoseksualista został przez rodzinę ukochanego odrzucony i niedopuszczony do oficjalnych pożegnań. Beztroski gujcio okazuje się fantastycznym opiekunem, który musi stoczyć niejedną walkę o dzieci. Staje się wsparciem dla rodzeństwa: brat na odwyku nie ma wpływu na okoliczności zewnętrzne, które zaburzą jego poczucie bezpieczeństwa, siostra próbuje stoczyć walkę o bratanków, a kierują nią motywy, które trzeba dopiero odkryć – by móc zapobiec katastrofie. Co ważne: tu kreacje dzieci nie są męczące. Nawet wada wymowy chłopca nie przeszkadza, nie infantylizuje tekstu.

Jest tu bardzo dużo żartów dobrej jakości i bardzo dużo krzepiących obrazów. „Gujcio” to książka, która może zmienić czytelników – i jeśli przymknie się oko na kilka niedoskonałości w redakcji (kiedy to łóżko w tajemniczy sposób przenosi się do sypialni, bo korekta nie zwróciła uwagi na to, że podmiotem domyślnym nie jest koc), można w pełni cieszyć się lekturą. Tu liczy się wyjątkowy pomysł – i ironiczna realizacja. Steven Rowley wcale nie walczy o prawa dla mniejszości seksualnych, takie wnioski czytelnicy powinni sobie wysnuć sami i zyskają bardzo ważne podstawy – dostęp do uczuć samego zainteresowanego tematem. „Gujcio” to powieść wyjątkowa pod każdym względem – a każdy znajdzie tu inny zestaw wartości i tematów wartych uwagi.

poniedziałek, 10 stycznia 2022

Jessica Pan: Ekstra rok z życia introwertyczki

Prószyński i S-ka, Warszawa 2021.

Recepta na szczęście

Jessica Pan trafi do tej części populacji, która próbuje stronić od innych, ucieka od imprez i gwaru, nie potrafi nawiązywać nowych znajomości i najlepiej czuje się we własnym towarzystwie. Jest introwertyczką ze skłonnościami do przesady w tym zakresie. Dziwi ją umiejętność budowania głębszych relacji, brylowanie wśród innych czy ładowanie akumulatorów w grupie. Sama autorka najchętniej ukryłaby się przed światem - ewentualnie w towarzystwie męża (który, notabene, nie ma problemu z zachowaniami ekstrawertycznymi). Wie, że nie da się tak funkcjonować na dłuższą metę: jakkolwiek groźnie by to nie brzmiało, człowiek jest zwierzęciem stadnym, więc trzeba przełamać introwertyzm i przekonać się do współdziałania. To niezbędny warunek rozwoju. Jessica Pan o tym wie - i w pewnym momencie postanawia sprawdzić, czy uda się jej nauczyć zachowań ekstrawertycznych. Stawia przed sobą wyzwania, które czytelników-introwertyków momentami będą przerażać. Między innymi uczy się, jak prowadzić rozmowy, żeby nie poprzestawać na płytkiej wymianie uprzejmości (zmorze introwertyków), szuka przyjaciółek i wybiera się w podróż w nieznane. Próbuje zagadywać współpasażerów w podróży czy gości w restauracjach, chodzi na zajęcia z improwizacji, a nawet... występuje na scenie ze swoim stand-upem. Robi rzeczy, od których wcześniej uciekała i których się bała - celowo przełamuje kolejne lęki, żeby dowiedzieć się czegoś o sobie i żeby wypracować pożądane reakcje. Swoje doświadczenia relacjonuje w tomie "Ekstra rok z życia introwertyczki".

Jessica Pan zamienia się tu w duszę towarzystwa, autoironicznie nastawioną do rzeczywistości. Potrafi przyznać się do słabości - i dzięki temu przekona do siebie wielu odbiorców. Znacznie częściej jednak przekuwa porażki na powody do śmiechu dla czytelników. Sama żartuje niemal bez przerwy, podkreśla nonsensy i ekstremalne dla siebie przeżycia. Rejestruje rozmowy, które prowadziły donikąd, własne wyobrażenia o swoim zachowaniu, emocje i lęki. Dzieli się z odbiorcami zestawem komplikacji, opowiada o trudnościach w realizacji planów. Jest bardzo świadoma tego, jak budować teksty, żeby puenta trafiła do czytelników: gwarantuje dobrą zabawę i przy okazji zestaw refleksji na temat przeprowadzanych koniecznych zmian. Z wielu doświadczeń autorka wyciąga lekcje na przyszłość, dowiaduje się sporo na temat tego, jak traktować innych ludzi. Przekonuje się też, że czasami mimo starań będzie potrzebowała ucieczki od ludzi. Nauczy się jednak również wielu cennych postaw, które zapewnią jej ciekawe znajomości.

Często poza przebiegiem doświadczeń społecznych autorka przytacza jeszcze powody, dla których wybiera dla siebie skomplikowane wyzwania. Nie chodzi tylko o sprawdzenie, czy ekstrawertykom jest w życiu łatwiej - czasami nawiązywanie nowych znajomości to zwiększanie szansy na spełnienie marzeń. Jessica Pan dowiaduje się sporo o sobie i o innych, daje nadzieję introwertykom - którzy być może zechcą pójść w jej ślady, a przynajmniej zastanowią się nad własnymi wyborami życiowymi. Rozbawia, ale też podpowiada, jak coś u siebie zmienić.

niedziela, 2 stycznia 2022

Agata Komosa-Styczeń: Taterniczki. Miejsce kobiet jest na szczycie

Prószyński i S-ka, Warszawa 2021.

Wspinaczka

Literatura górska bardzo nie lubi narzucanych dodatkowych tez - rządzi się swoimi prawami i próby włączenia jej w inny nurt zazwyczaj kończą się fiaskiem. "Taterniczki. Miejsce kobiet jest na szczycie" to książka, w której Agata Komosa-Styczeń chce przyjmować pozycję feministki - i dziwi się, że spora część potencjalnych rozmówczyń nie chce dzielić się przeżyciami, a te, które zgodziły się na wywiad, niekoniecznie zamierzają potwierdzać, że zdobywanie szczytów to sport zdominowany przez mężczyzn. Widać to po rozmiarach przytaczanych cytatów - jeśli któraś z taterniczek zgadza się z feministycznymi uwagami autorki, zyskuje sporo miejsca na podzielenie się własnymi obserwacjami. Jeśli jednak rozmówczyni nie zamierza narzekać na płeć przeciwną i podkreślać nierówności w górach - jej obecność zostanie po prostu odnotowana w kilku typowych uwagach. I tak większość czytelników, którzy feministyczne tony postanowią zignorować i skupić się na ciekawej opowieści o paniach w polskich Tatrach ubawi się najbardziej określeniem "wspinaczka", które autorka stosuje jako synonim taterniczki, zapominając, że to słowo ma swoje - inne - znaczenie.

Agata Komosa-Styczeń postanawia zaprezentować szerokiemu gronu odbiorców - wykorzystując boom na literaturę górską i reportaże związane ze wspinaniem się - kobiety, które wsławiły się chodzeniem po Tatrach, a swój zestaw szkiców biograficznych chce zacząć w jak najbardziej zamierzchłej przeszłości: żeby, w miarę możliwości, odnotować jak najwięcej nazwisk. Sprawdza, jak początkowo były traktowane kobiety w górach, jakie stroje musiały nosić i jak przebijały się do "męskiego" sportu. Nie brakuje scen dramatycznych i... romansowych. Agata Komosa-Styczeń przywołuje panie, które wsławiły się czymś więcej niż "tylko" wytyczaniem nowych dróg w Tatrach. Zdarza się, że wprowadza kogoś do swojego zestawu nazwisk tylko dlatego, że uznaje, że tak powinna - dlatego do tomu trafiła (wprawdzie w migawce, ale zawsze) Wanda Rutkiewicz. Tym taterniczkom, z którymi mogła porozmawiać, zadaje podobne pytania - dotyczące na przykład życia towarzyskiego w górach, ale i stosunku mężczyzn do pań na szlakach. Sprawdza, co powstrzymywało bohaterki przed biciem kolejnych rekordów: dlaczego w pewnym momencie rezygnowały ze wspinania się i jak godziły pasję z innymi, bardziej przyziemnymi obowiązkami.

Nie ma tu wysokich gór, ale ryzyko i zagrożenia są takie same jak w himalajskich narracjach. Pojawia się nieustanne przekraczanie granic, testowanie własnych możliwości oraz poszukiwanie miejsca dla siebie. Agata Komosa-Styczeń próbuje uporządkować zestaw nazwisk, które w historii Tatr powinny się koniecznie pojawić - daje też odbiorcom szansę na przypomnienie sobie wielkich sław i historii taternictwa. "Taterniczki. Miejsce kobiet jest na szczycie" to pełna emocji charakterystycznych dla literatury górskiej książka, która spodoba się fanom reportaży i biografii dotyczących tego sportu ekstremalnego. I niezależnie od powtarzania niektórych zagadnień w różnych konfiguracjach - Agata Komosa-Styczeń dostarczy czytelnikom ciekawej lektury.

czwartek, 30 grudnia 2021

Natalia Sander: Kociolandia

Prószyński i S-ka, Warszawa 2021.

Wsparcie

"Kociolandia" nie jest typową bajką: nie będzie tu przenoszenia się do krainy z wyobraźni, ze standardowych fabuł z literatury czwartej pozostaje tu jedynie przyjaźń ze zwierzęcą bohaterką, Kicią. Kicia jest bardzo potrzebna czteroletniej rezolutnej Natalce: objaśnia bowiem rzeczywistość i pozwala przepędzić troski. Kicia pełni rolę, jaką u każdego malucha przejmuje przeważnie ukochana przytulanka. To powiernica i źródło dobrych rad. Ułatwia oczekiwanie na wiecznie zajętą mamę i sprawia, że wszystko wydaje się prostsze. Kicia jest przedstawicielką świata, do którego odbiorcy wstępu nie dostaną. Natalia Sander nie zabiera bowiem nikogo do Kociolandii - pozostawia ją jako idyllę, miejsce niedostępne, ale możliwe do odwiedzenia za sprawą fantazji. Natalka zdaje sobie sprawę, że zabawa jest najważniejsza i że to naprawdę ciężka praca. Czasami zajmuje się prezentowaniem codzienności w Kociolandii (w tym świecie wszystko stoi na głowie - sprawdza się tu to, co niedostępne w codzienności bohaterki). Częściej jednak Natalka dzieli się swoimi zmartwieniami z Kicią i zyskuje nowe spojrzenie na swoje dylematy. Bywa, że dziewczynkę denerwują sprawy charakterystyczne dla kilkulatków - na przykład zachowanie Nowego w przedszkolu (przedszkolanka bagatelizuje sprawę, chociaż Natalka rozsądnie zwraca się do niej z poczuciem krzywdy). Zwykle jednak dziecko obserwuje mamę i przejmuje od niej nastroje: trapi się przez to albo brakiem pieniędzy na nowe mieszkanie, albo korkami na drodze. Styka się ze złem (przez wiadomości o złodziejach płynące z radia) i ze śmiercią czy chorobami (za sprawą członków rodziny). To wszystko trzeba koniecznie przegadać z Kicią - żeby dowiedzieć się, o co właściwie chodzi i czy czterolatki powinny zaprzątać sobie głowy takimi tematami. Natalia Sander wie, że nie da się uchronić najmłodszych przed konkretnymi zagadnieniami, wszechobecnymi dzisiaj. Dlatego zamiast udawać, że problemy nie istnieją, postanawia rzucić na nie nowe światło, przeanalizować je z perspektywy dziecka. Podpowiada małym odbiorcom, jak radzić sobie z wyzwaniami i daje im narzędzia do pokonywania zmartwień.

W narracji "Kociolandia" jest prosta i naiwna - bo też i inna być nie może, skoro opowieść prowadzi czterolatka. Krótkie rozdziały są tu wypełnione zdrobnieniami (pieniążki i mieszkanko powtarzają się na tyle często, że mogą zirytować najbardziej cierpliwych czytelników, ale pokazują też dorosłym, że nie warto "dziubdziać" do najmłodszych). Natalka może rozśmieszyć, kiedy używa poważnie brzmiących słów, których znaczenia nie rozumie - i wstawia je wszędzie, gdzie tylko uzna za stosowne. W "Kociolandii" nie chodzi jednak o imponowanie stylem - autorka chce trafić do najmłodszych i to jej się bez trudu uda, nawet ciężar poszczególnych tematów nie zepsuje efektu. Najważniejsze przesłanie z "Kociolandii" to pewność, że na każdy kłopot znajdzie się jakaś metoda. Autorka sprawia, że odbiorcy oswoją się z wieloma tematami - nawet jeśli rodzice nie potrafią ich rzeczowo wyjaśnić. "Kociolandia" nie jest do końca książką rozrywkową, to raczej wskazówka dotycząca rozmów o sprawach najważniejszych.

czwartek, 9 grudnia 2021

Olga Rudnicka: Dwie lewe ręce

Prószyński i S-ka, Warszawa 2021.

Śledztwo podwójne

Ponieważ Matylda Dominiczak otwiera własną agencję detektywistyczną, tematów Oldze Rudnickiej nie brakuje. Była bibliotekarka musi wyremontować biuro (które już jest w opłakanym stanie, a po próbach pomocy ze strony Romana może rozpaść się całkiem), ale nie ma kiedy się za to zabrać - otrzymuje bowiem poważne zlecenie. Salomea Gwint, czyli była szefowa Matyldy, staje się jej klientką. Zleca śledzenie swojego byłego męża, męża, z którym kontakt straciła piętnaście lat wcześniej. Nie zamierza zdradzać pani detektyw swoich motywacji. Płaci i wymaga wyłącznie odpowiedzi na swoje pytania. Ale Matylda działa niekonwencjonalnie - zresztą gdyby postępowała według schematów, nie udałoby się jej dowiedzieć niczego na temat obiektu: przebywa on w małej miejscowości, w której wszyscy się znają i nie istnieje możliwość, żeby ktoś z zewnątrz mógł niezauważony prowadzić obserwacje. Matylda ostaje zakwaterowana na plebanii - i ten wątek z biegiem czasu trochę słabnie, przestaje mieć znaczenie, bo przykrywają go znacznie ciekawsze sprawy. Matylda Dominiczak odkrywa, że nie jest jedyną osobą, którą interesuje Ernest Korcz. Znajduje sposób nie tylko na wskazanie konkurencji, ale i na przekonanie kolegi po fachu do współpracy. Chociaż zleceniodawcy muszą pozostać w cieniu, Matylda i Hubert działają w wielkiej zgodzie - i dzięki połączeniu sił mają większe szanse na odkrycie biegu wydarzeń. Matylda ma dostęp do interesujących gadżetów szpiegowskich - ale zdobycze techniki to nie wszystko, bohaterka wykorzystuje własną bystrość do tego, żeby dotrzeć do ludzi i od nich zdobywać najcenniejsze wiadomości. Potrafi wcielać się w różne role i dostosowywać do rozmówców, jest świetnym psychologiem - radzi sobie z miejscowymi bez większego trudu. A to sprawia, że śledztwo staje się ciekawsze. Bohaterka nie musi w nieskończoność analizować informacji, wystarczy, że uruchamia swoje monologi i wpada na błyskotliwe teorie.

Czytelnicy obserwują poczynania Matyldy i Huberta, ale co jakiś czas autorka wprowadza drobne przebitki na działania Salomei Gwint - tak, żeby zasugerować, że klientka nie jest szczera i że Matylda może znaleźć się w niebezpieczeństwie. Wystarczające, żeby wzbudzać niepokój i ciekawość migawki z zachowań zleceniodawczyni to jeden ze sposobów na odejście od "gadanego" śledztwa. Owszem, najwięcej wniosków bohaterka wyciąga w rozmowach, ale żeby zdobyć potrzebne informacje, musi działać - i wykazywać się przy tym wielką kreatywnością, bo inaczej nie uda jej się dokonać żadnych odkryć. Jakby tego było mało, autorka zajmuje się także prywatną relacją małżeńską Matyldy. Dziecko znika tym razem z pola widzenia - pozostaje sama bohaterka z wiecznie nieobecnym duchem mężem. Roman jednak zaczyna odrywać się od komputera: podejrzewa żonę o romans, chce bardziej uczestniczyć w jej codzienności, albo doprowadzić do sytuacji, która była dla niego wygodna dawniej, kiedy Matylda Dominiczak pracowała w bibliotece. Daje się wyczuć coraz mniejszy sentyment autorki do tej postaci: Roman traci kolejne punkty w oczach czytelników i samej Matyldy - nie zabraknie jednak scen komicznych z jego udziałem. I to wabik dla odbiorców, którzy w kryminałach czekają też na wątki obyczajowe.