Czytelnik, Warszawa 2026.
Dziennik z przeżycia
Takich dzienników już się dzisiaj nie pisze. A ten też nie powstał dzisiaj, a dekadę temu. Tomasz Jastrun w „Roku Szczura” dzieli się z czytelnikami swoim doświadczeniem dotyczącym depresji i nieudanej próby samobójczej, a później – metod na powrót do normalności. Niewielki w gruncie rzeczy tom jest wstrząsającym studium bezradności i najtrudniejszych chwil. Jastrun opowiada o chorobie i związanych z nią zmaganiach z rzeczywistością od środka, z pełną szczerością i bez upiększeń. Prowadzi dziennik, którego nie cenzuruje. Pisze książki i spotyka się z odbiorcami, dzieli się swoimi przemyśleniami na temat depresji jako takiej, ale w tej publikacji przedstawia własne odczucia przetykane codziennością. Tomasz Jastrun – wzorem wielkich literatów z minionych epok – rejestruje odwiedziny ważnych gości, sprawdza, co dzieje się w kraju (szczególną irytację wywołują w nim prawicowe rządy), pisze o telefonach od znajomych i o pomysłach dzieci, a także o książce, którą przygotowuje (bez nadziei na dofinansowanie po tym, jak zmienia się dyrektor jednej z instytucji kultury). Miesza w dzienniku życie zawodowe, prywatne i uczestnictwo w świecie jako takim. I nad tym wszystkim stopniowo rozsnuwa się widmo depresji, na początku bez autodiagnoz i nazywania problemu. Jastrun daje się owładnąć negatywnym myślom, przestaje czerpać satysfakcję z egzystencji, dziwi się, że udaje mu się oddać na czas zamówione teksty – ale wszystko, co dzieje się wokół, przygniata go coraz bardziej i doprowadza do targnięcia się na własne życie. Autor fabularyzuje własną śmierć, pisze wiersz pożegnalny i łyka tabletki – ale publikacja w mediach społecznościowych nie pozostaje bez echa i znajomym udaje się zdążyć z pomocą. Stąd bierze się środkowa część książki, o pobycie w szpitalu. Tu Tomasz Jastrun zastanawia się nad znaczeniem ratowania samobójców, ale o wiele bardziej interesuje go wszystko, co na zewnątrz niego – stąd ciągłe obserwacje, prezentowanie kolejnych pacjentów przewijających się przez szpitalne korytarze, ich absurdalnych często zachowań i symbolicznych wręcz gestów – wszystko staje się tu tworzywem niemal literackim i odciąga myśli od chęci odejścia ze świata. Nawet jeśli w pobliżu pojawiają się inni odratowani, Jastrun tym razem dąży do wyleczenia się, do opanowania wewnętrznego mroku. Rozumie istotę choroby, wie, że przeplata się ona przez jego drzewo genealogiczne i szuka dla siebie ratunku. Po wyjściu ze szpitala odbywa dramatyczne walki – wie doskonale, jak blisko mu do poddania się czarnym myślom, czuje czającą się w pobliżu depresję – i nie chce wracać do tego, co już ledwo przetrwał. Podejmuje decyzje odważne, żeby tylko naprawić swój mózg. A jednocześnie przez cały czas jest bardzo wyczulony na literackość, na sztukę i na potencjał intelektualny czy twórczy kolejnych wydarzeń. Częstuje czytelników codziennością w wymiarze mikro – i buduje narrację, której dzisiaj na rynku się już nie spotyka. Dziennik klasyczny w duchu i mocno aktualny w treści sprawia, że odbiorcy mogą inaczej spojrzeć na dylematy twórców i zastanowić się nad udrękami ludzi cierpiących na depresję.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziennik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziennik. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 23 marca 2026
środa, 7 stycznia 2026
Nie zapomnij nakarmić gołębi. Dziennik z Gazy
Znak, Kraków 2025.
Rozpacz
Nie wiadomo, kim jest ten autor. Chce zachować anonimowość raczej nie dlatego, że to temat ma zwracać na siebie uwagę. Może wstydzi się własnych uczuć, z którymi dzień po dniu rozprawia się na kartach prowadzonego terapeutycznie dziennika, a może wcześniej, w świecie sprzed konfliktu zbrojnego, był kimś zupełnie innym. Jego przeszłość nie ma znaczenia, jego przyszłość jest wielką niewiadomą, zostaje teraźniejszość. A ta bywa trudna albo… jeszcze trudniejsza. Autor mieszkał w „mieście Gaza” (co jakiś czas to określenie pojawia się jak refren, a przecież akcja mogłaby toczyć się w wielu miejscach i z niewielkimi tylko zmianami odnoszącymi się do kulturowych naleciałości), ale za sprawą ewakuacji został zmuszony do wojennej tułaczki. Nie wiadomo, gdzie przebywa – udał się do miejsca, w którym ludzie chcieli przyjąć jego, siostrę i dwa koty. Ma pieniądze – to ważne w wojennej zawierusze, odpada przynajmniej jeden problem związany z walką o przetrwanie. Oszczędności wprawdzie topnieją i co jakiś czas wyzwalają pytanie o uczciwość sprzedawców (którzy windują ceny niemiłosiernie, autor co pewien czas poucza ich, co do nieetyczności takiego zachowania, ale nikt się tym specjalnie nie przejmuje), ale można nie tylko znaleźć pokój na wyłączność z siostrą (podczas gdy w innych miejscach całe rodziny gnieżdżą się w każdym wolnym zakamarku), a też… ratować bezdomne i opuszczone koty. Autor stara się czynić dobro – w tym maleńkim zakresie. Sprowadza do domu kolejne chore kocie biedactwa i szuka dla nich opieki weterynaryjnej oraz lekarstw. Ten aspekt swoich działań podkreśla mocno, zupełnie jakby potrzebował potwierdzenia, że mimo wrogości na zewnątrz – sam jest dobrym człowiekiem. Być może dba w ten sposób o równowagę – bardzo często podkreśla swój strach, bywa, że nie radzi sobie z dramatami we własnej głowie, chociaż na depresję raczej nie cierpi.
Ale cała kreacja jego – autora – nie ma większego znaczenia w obliczu tego, co pokazuje w swoim dzienniku. A pokazuje codzienność cywila w kraju ogarniętym wojną. Zajmuje się więc żegnaniem kolejnych przyjaciół i znajomych (każdemu z tych, którzy umarli, wystawia inną laurkę, żeby upamiętnić ich jako wyjątkowych i żeby jeszcze bardziej podkreślać okrucieństwo wojny, której przypadkowymi ofiarami są najlepsi. Opowiada o własnych sposobach na przetrwanie – kiedy godzinami chodzi po ulicach i sprawdza, czy gdzieś coś da się zdobyć. Rejestruje zachowania ludzi goszczących rodziny z terenów ogarniętych ewakuacją, podkreśla dobroć i sympatyczne gesty, ale odnotowuje też na przykład, jak wojna wpływa na zachowania i reakcje dzieci. Od czasu do czasu sięga do poezji lub piosenek, szuka pokrzepienia w tekstach literackich – ale to dość niewielka rekompensata za utratę normalności. Zadaje sobie autor pytanie, kiedy to się skończy – przeważnie nastawia się na niewielkie odcinki czasu, snuje proste marzenia, co będzie robić, kiedy wróci normalność – tyle że upragniony spokój nie nadchodzi.
I to zestawianie nadziei na normalność z wojenną tułaczką może być dla czytelników najbardziej wstrząsające. W tej książce widać, jak łatwo można stracić to, co najcenniejsze, pielęgnowane i oczywiste. I że może to spotkać wszystkich. Dlatego „Nie zapomnij nakarmić gołębi. Dziennik z Gazy” odbije się szerokim echem w świecie czytelniczym. Opowieści o wojennym bohaterstwie było już mnóstwo – tu liczy się próba przetrwania mimo wszystko i nadzieja, która nie gaśnie.
Wzruszenia mieszczą się w prostych słowach, a niepewność jutra każe inaczej spojrzeć na wygody i plany. „Nie zapomnij nakarmić gołębi” to książka, która pokazuje wpływ wojny na zwyczajność – to zaproszenie do świata, do którego wcale nie chce się wchodzić, ale wejść trzeba, żeby zrozumieć, przemyśleć i nie dopuścić do podobnych sytuacji. Dla autora to wołanie o pomoc. Dla czytelników – mimo wszystko – szansa.
Rozpacz
Nie wiadomo, kim jest ten autor. Chce zachować anonimowość raczej nie dlatego, że to temat ma zwracać na siebie uwagę. Może wstydzi się własnych uczuć, z którymi dzień po dniu rozprawia się na kartach prowadzonego terapeutycznie dziennika, a może wcześniej, w świecie sprzed konfliktu zbrojnego, był kimś zupełnie innym. Jego przeszłość nie ma znaczenia, jego przyszłość jest wielką niewiadomą, zostaje teraźniejszość. A ta bywa trudna albo… jeszcze trudniejsza. Autor mieszkał w „mieście Gaza” (co jakiś czas to określenie pojawia się jak refren, a przecież akcja mogłaby toczyć się w wielu miejscach i z niewielkimi tylko zmianami odnoszącymi się do kulturowych naleciałości), ale za sprawą ewakuacji został zmuszony do wojennej tułaczki. Nie wiadomo, gdzie przebywa – udał się do miejsca, w którym ludzie chcieli przyjąć jego, siostrę i dwa koty. Ma pieniądze – to ważne w wojennej zawierusze, odpada przynajmniej jeden problem związany z walką o przetrwanie. Oszczędności wprawdzie topnieją i co jakiś czas wyzwalają pytanie o uczciwość sprzedawców (którzy windują ceny niemiłosiernie, autor co pewien czas poucza ich, co do nieetyczności takiego zachowania, ale nikt się tym specjalnie nie przejmuje), ale można nie tylko znaleźć pokój na wyłączność z siostrą (podczas gdy w innych miejscach całe rodziny gnieżdżą się w każdym wolnym zakamarku), a też… ratować bezdomne i opuszczone koty. Autor stara się czynić dobro – w tym maleńkim zakresie. Sprowadza do domu kolejne chore kocie biedactwa i szuka dla nich opieki weterynaryjnej oraz lekarstw. Ten aspekt swoich działań podkreśla mocno, zupełnie jakby potrzebował potwierdzenia, że mimo wrogości na zewnątrz – sam jest dobrym człowiekiem. Być może dba w ten sposób o równowagę – bardzo często podkreśla swój strach, bywa, że nie radzi sobie z dramatami we własnej głowie, chociaż na depresję raczej nie cierpi.
Ale cała kreacja jego – autora – nie ma większego znaczenia w obliczu tego, co pokazuje w swoim dzienniku. A pokazuje codzienność cywila w kraju ogarniętym wojną. Zajmuje się więc żegnaniem kolejnych przyjaciół i znajomych (każdemu z tych, którzy umarli, wystawia inną laurkę, żeby upamiętnić ich jako wyjątkowych i żeby jeszcze bardziej podkreślać okrucieństwo wojny, której przypadkowymi ofiarami są najlepsi. Opowiada o własnych sposobach na przetrwanie – kiedy godzinami chodzi po ulicach i sprawdza, czy gdzieś coś da się zdobyć. Rejestruje zachowania ludzi goszczących rodziny z terenów ogarniętych ewakuacją, podkreśla dobroć i sympatyczne gesty, ale odnotowuje też na przykład, jak wojna wpływa na zachowania i reakcje dzieci. Od czasu do czasu sięga do poezji lub piosenek, szuka pokrzepienia w tekstach literackich – ale to dość niewielka rekompensata za utratę normalności. Zadaje sobie autor pytanie, kiedy to się skończy – przeważnie nastawia się na niewielkie odcinki czasu, snuje proste marzenia, co będzie robić, kiedy wróci normalność – tyle że upragniony spokój nie nadchodzi.
I to zestawianie nadziei na normalność z wojenną tułaczką może być dla czytelników najbardziej wstrząsające. W tej książce widać, jak łatwo można stracić to, co najcenniejsze, pielęgnowane i oczywiste. I że może to spotkać wszystkich. Dlatego „Nie zapomnij nakarmić gołębi. Dziennik z Gazy” odbije się szerokim echem w świecie czytelniczym. Opowieści o wojennym bohaterstwie było już mnóstwo – tu liczy się próba przetrwania mimo wszystko i nadzieja, która nie gaśnie.
Wzruszenia mieszczą się w prostych słowach, a niepewność jutra każe inaczej spojrzeć na wygody i plany. „Nie zapomnij nakarmić gołębi” to książka, która pokazuje wpływ wojny na zwyczajność – to zaproszenie do świata, do którego wcale nie chce się wchodzić, ale wejść trzeba, żeby zrozumieć, przemyśleć i nie dopuścić do podobnych sytuacji. Dla autora to wołanie o pomoc. Dla czytelników – mimo wszystko – szansa.
poniedziałek, 21 lipca 2025
Stanley Tucci: Co zjadłem przez rok (i o czym wtedy myślałem)
Marginesy, Warszawa 2025.
Dziennik potraw
Stanley Tucci mógłby wiele opowiadać o filmach, rolach czy wyzwaniach zawodowych, ale o wiele ważniejsze są dla niego kwestie kulinarne. „Co zjadłem przez rok (i o czym wtedy myślałem)” to próba wprowadzenia odbiorców do zwyczajnego życia zakorzenionego mocno we włoskiej kulturze. Codzienne notatki prowadzone z godną podziwu regularnością składają się na opowieść o ulubionych potrawach (królują tu wszelkiego rodzaju makarony z różnymi sosami, im bardziej prostymi, tym lepiej) i o rodzinie autora: bliscy w końcu też coś jedzą. Czasami chodzi tu o przygotowywane wspólnie posiłki albo spełnianie kulinarnych – niewyszukanych – próśb potomstwa, innym razem rozkoszowanie się jedzeniem z partnerką, wreszcie – wyjścia na miasto i odkrywanie kolejnych knajp połączone z ocenianiem ich oferty. Czasami zabiera autor czytelników ze sobą na targ i wymienia całe listy produktów, których potrzebuje (albo które go skusiły), innym razem dzieli się sprawdzonymi przepisami, żeby również odbiorcy mogli sprawdzić, czym się delektował. Przemyca od czasu do czasu swoje jedzeniowe tradycje i przyzwyczajenia, a także przekonania dotyczące spożywania posiłków.
Jest w tej książce dużo szczerości: dla autora nie ma nic gorszego niż źle przyrządzona potrawa – jeśli czymś się rozczaruje, da temu upust na kartach książki. Niekiedy zdarza mu się też powątpiewać w rzeczywiste plany dużo młodszej od siebie żony (ale ten wątek nie doczeka się jednoznacznego rozwiązania). Bywa, że choroby dzieci niszczą rutynę – wtedy trzeba przekładać plany albo improwizować. Wizyty przyjaciół zawsze wiążą się ze spotkaniami przy stole, nie ma lepszej okazji do radości jedzenia. „Co zjadłem przez rok” to nie jest typowa książka kucharska ani typowa książka o jedzeniu, nie jest to też zwyczajny dziennik, raczej – dziennik jedzenia. Czytelnicy dowiedzą się, co dzieje się z autorem poza planami zdjęciowymi, co przeżywa, albo na co ma ochotę. Stanley Tucci nie zamierza kreować siebie – jest naturalny w swoich wyznaniach dotyczących jedzenia, zdarza mu się zdradzać przejawy złego humoru, narzekać albo krytykować nieudane posiłki: jedzenie staje się centrum jego życia, na pewno nie będzie tu rozpatrywania kwestii zawodowych ani dzielenia się refleksjami pozakulinarnymi: jedzenie jest najważniejsze, wpływa na nastrój i na zdrowie, istotne jest to, żeby wybierać je świadomie i odpowiedzialnie. A kiedy nie ma wyjścia i trzeba zadowolić się nijakim cateringiem na planie zdjęciowym? Wtedy warto poszukać alternatywy albo stworzyć sobie przestrzeń na comfort food w innych warunkach. Stanley Tucci przypomina, że warto zwolnić w codziennym pędzie i zastanowić się nad drobnymi przyjemnościami. Zapewnia odbiorcom ciekawą lekturę i pozwala na cieszenie się ulubionymi smakami. Daje się poznać od innej strony (chociaż na rynku funkcjonuje już przecież jego książka z przepisami) – dzieli się swoim hobby czy też przepisem na udane, satysfakcjonujące życie. „Co zjadłem przez rok” to książka, która dostarcza rozrywki i pokazuje, jak czerpać radość z drobiazgów – albo jak wytworzyć sobie przestrzeń na realizowanie własnych pasji.
Dziennik potraw
Stanley Tucci mógłby wiele opowiadać o filmach, rolach czy wyzwaniach zawodowych, ale o wiele ważniejsze są dla niego kwestie kulinarne. „Co zjadłem przez rok (i o czym wtedy myślałem)” to próba wprowadzenia odbiorców do zwyczajnego życia zakorzenionego mocno we włoskiej kulturze. Codzienne notatki prowadzone z godną podziwu regularnością składają się na opowieść o ulubionych potrawach (królują tu wszelkiego rodzaju makarony z różnymi sosami, im bardziej prostymi, tym lepiej) i o rodzinie autora: bliscy w końcu też coś jedzą. Czasami chodzi tu o przygotowywane wspólnie posiłki albo spełnianie kulinarnych – niewyszukanych – próśb potomstwa, innym razem rozkoszowanie się jedzeniem z partnerką, wreszcie – wyjścia na miasto i odkrywanie kolejnych knajp połączone z ocenianiem ich oferty. Czasami zabiera autor czytelników ze sobą na targ i wymienia całe listy produktów, których potrzebuje (albo które go skusiły), innym razem dzieli się sprawdzonymi przepisami, żeby również odbiorcy mogli sprawdzić, czym się delektował. Przemyca od czasu do czasu swoje jedzeniowe tradycje i przyzwyczajenia, a także przekonania dotyczące spożywania posiłków.
Jest w tej książce dużo szczerości: dla autora nie ma nic gorszego niż źle przyrządzona potrawa – jeśli czymś się rozczaruje, da temu upust na kartach książki. Niekiedy zdarza mu się też powątpiewać w rzeczywiste plany dużo młodszej od siebie żony (ale ten wątek nie doczeka się jednoznacznego rozwiązania). Bywa, że choroby dzieci niszczą rutynę – wtedy trzeba przekładać plany albo improwizować. Wizyty przyjaciół zawsze wiążą się ze spotkaniami przy stole, nie ma lepszej okazji do radości jedzenia. „Co zjadłem przez rok” to nie jest typowa książka kucharska ani typowa książka o jedzeniu, nie jest to też zwyczajny dziennik, raczej – dziennik jedzenia. Czytelnicy dowiedzą się, co dzieje się z autorem poza planami zdjęciowymi, co przeżywa, albo na co ma ochotę. Stanley Tucci nie zamierza kreować siebie – jest naturalny w swoich wyznaniach dotyczących jedzenia, zdarza mu się zdradzać przejawy złego humoru, narzekać albo krytykować nieudane posiłki: jedzenie staje się centrum jego życia, na pewno nie będzie tu rozpatrywania kwestii zawodowych ani dzielenia się refleksjami pozakulinarnymi: jedzenie jest najważniejsze, wpływa na nastrój i na zdrowie, istotne jest to, żeby wybierać je świadomie i odpowiedzialnie. A kiedy nie ma wyjścia i trzeba zadowolić się nijakim cateringiem na planie zdjęciowym? Wtedy warto poszukać alternatywy albo stworzyć sobie przestrzeń na comfort food w innych warunkach. Stanley Tucci przypomina, że warto zwolnić w codziennym pędzie i zastanowić się nad drobnymi przyjemnościami. Zapewnia odbiorcom ciekawą lekturę i pozwala na cieszenie się ulubionymi smakami. Daje się poznać od innej strony (chociaż na rynku funkcjonuje już przecież jego książka z przepisami) – dzieli się swoim hobby czy też przepisem na udane, satysfakcjonujące życie. „Co zjadłem przez rok” to książka, która dostarcza rozrywki i pokazuje, jak czerpać radość z drobiazgów – albo jak wytworzyć sobie przestrzeń na realizowanie własnych pasji.
czwartek, 4 lipca 2024
Stanisław Karolewski: Sekrety antykwariusza. Czy w raju pachnie kurzem?
Biblioteka Analiz, Warszawa 2024.
Skarby
Każda praca, która wymaga stałego kontaktu z obcymi ludźmi, zmusza do wypracowania sobie odpowiednich mechanizmów obronnych. Dla Stanisława Karolewskiego metodą odreagowania stają się codzienne zapiski i dziennikowe zwierzenia – tu może dać upust sarkazmowi i uświadomić innym, z czym mierzy się na co dzień. „Sekrety antykwariusza. Czy w raju pachnie kurzem” to jednocześnie sposób na radzenie sobie z pandemią i na uporządkowanie wskazówek dla adeptów zawodu. Nawet jeśli ktoś pasjonuje się starociami – meblami, książkami, ozdobami, fotografiami i całym zestawem bibelotów, które znaleźć można w wielu mieszkaniach „po babci”, nie musi to oznaczać, że poradzi sobie jako antykwariusz. Stanisław Karolewski wręcz to wiele razy odradza, przedstawiając wyzwania, z jakimi sam się boryka. Zabiera wszystkich do Szarlatana – i tworzy przy okazji bardzo dobrą reklamę wrocławskiego antykwariatu. Opowiada o tym, co trafia na półki i do magazynów, jak się to zdobywa i jak się sprzedaje, jak prowadzi się social media i jak wchodzi w interakcje z klientami. Opowiada o niektórych przybywających do antykwariatu i o tych, którzy próbują się pozbyć odziedziczonych przedmiotów albo chcą zarobić na handlu antykami kompletnie bez wiedzy i przygotowania. Wyjaśnia, jak zirytować antykwariusza i co może zmęczyć – ale też co daje największą satysfakcję i nie pozwala choćby pomyśleć o innym zawodzie.
Dziennikowe zapiski nie mają ujednoliconej formy. Czasami autor stawia na dłuższe opisy i wynurzenia, innym razem rejestruje tylko błyskawiczne dialogi, które rujnują wiarę w inteligencję społeczeństwa: zwłaszcza wtedy, gdy ktoś musi dodatkowo zapytać o wypisane gdzieś informacje. Nic dziwnego, że karty dziennika wypełnione są ironią. Bywa zresztą, że nie warto komentować wyjątkowo głupich uwag i zachowań. Ale autorowi zależy też na edukowaniu społeczeństwa – i to nie tylko tej cząstki, która zechce kontynuować pracę w antykwariatach. Pokazuje, jakie postawy są nie do przyjęcia, jakie szkodzą przedmiotom gromadzonym przez antykwariuszy, co wiąże się z dodatkową pracą i co nie jest mile widziane, bez względu na prezentowany stopień uprzejmości. Z codzienności składają się te historie – są prawdziwe i często komiczne, chociaż zdarza się też, że podszyte w pełni zrozumiałą goryczą. Autor nie przymila się tu do czytelników, stawia za to na szczerość – wie, że albo w ten sposób zdobędzie publiczność, albo przynajmniej zachowa zdrowe zmysły (co prawdopodobnie sam by zanegował, jako że autoironia to jego chleb powszedni).
„Sekrety antykwariusza. Czy w raju pachnie kurzem” to przygoda dla odbiorców. Możliwość przekonania się, jak wyglądają działania z dala od wielkich korporacji i gwarancji stabilnego zatrudnienia. Ale też możliwość przekonania się, jak to jest łączyć pracę i pasję, być szczęśliwym dzięki obranej drodze. Z tego u Karolewskiego można czerpać. Zresztą zanim skończy się książka, odbiorcy będą już czuć się mocno związani i z autorem, i z jego żoną Agnieszką, i z prowadzącą antykwariat ofiarnie Martą. Wtajemniczenie w skarby jest tu bowiem bardzo osobiste.
Skarby
Każda praca, która wymaga stałego kontaktu z obcymi ludźmi, zmusza do wypracowania sobie odpowiednich mechanizmów obronnych. Dla Stanisława Karolewskiego metodą odreagowania stają się codzienne zapiski i dziennikowe zwierzenia – tu może dać upust sarkazmowi i uświadomić innym, z czym mierzy się na co dzień. „Sekrety antykwariusza. Czy w raju pachnie kurzem” to jednocześnie sposób na radzenie sobie z pandemią i na uporządkowanie wskazówek dla adeptów zawodu. Nawet jeśli ktoś pasjonuje się starociami – meblami, książkami, ozdobami, fotografiami i całym zestawem bibelotów, które znaleźć można w wielu mieszkaniach „po babci”, nie musi to oznaczać, że poradzi sobie jako antykwariusz. Stanisław Karolewski wręcz to wiele razy odradza, przedstawiając wyzwania, z jakimi sam się boryka. Zabiera wszystkich do Szarlatana – i tworzy przy okazji bardzo dobrą reklamę wrocławskiego antykwariatu. Opowiada o tym, co trafia na półki i do magazynów, jak się to zdobywa i jak się sprzedaje, jak prowadzi się social media i jak wchodzi w interakcje z klientami. Opowiada o niektórych przybywających do antykwariatu i o tych, którzy próbują się pozbyć odziedziczonych przedmiotów albo chcą zarobić na handlu antykami kompletnie bez wiedzy i przygotowania. Wyjaśnia, jak zirytować antykwariusza i co może zmęczyć – ale też co daje największą satysfakcję i nie pozwala choćby pomyśleć o innym zawodzie.
Dziennikowe zapiski nie mają ujednoliconej formy. Czasami autor stawia na dłuższe opisy i wynurzenia, innym razem rejestruje tylko błyskawiczne dialogi, które rujnują wiarę w inteligencję społeczeństwa: zwłaszcza wtedy, gdy ktoś musi dodatkowo zapytać o wypisane gdzieś informacje. Nic dziwnego, że karty dziennika wypełnione są ironią. Bywa zresztą, że nie warto komentować wyjątkowo głupich uwag i zachowań. Ale autorowi zależy też na edukowaniu społeczeństwa – i to nie tylko tej cząstki, która zechce kontynuować pracę w antykwariatach. Pokazuje, jakie postawy są nie do przyjęcia, jakie szkodzą przedmiotom gromadzonym przez antykwariuszy, co wiąże się z dodatkową pracą i co nie jest mile widziane, bez względu na prezentowany stopień uprzejmości. Z codzienności składają się te historie – są prawdziwe i często komiczne, chociaż zdarza się też, że podszyte w pełni zrozumiałą goryczą. Autor nie przymila się tu do czytelników, stawia za to na szczerość – wie, że albo w ten sposób zdobędzie publiczność, albo przynajmniej zachowa zdrowe zmysły (co prawdopodobnie sam by zanegował, jako że autoironia to jego chleb powszedni).
„Sekrety antykwariusza. Czy w raju pachnie kurzem” to przygoda dla odbiorców. Możliwość przekonania się, jak wyglądają działania z dala od wielkich korporacji i gwarancji stabilnego zatrudnienia. Ale też możliwość przekonania się, jak to jest łączyć pracę i pasję, być szczęśliwym dzięki obranej drodze. Z tego u Karolewskiego można czerpać. Zresztą zanim skończy się książka, odbiorcy będą już czuć się mocno związani i z autorem, i z jego żoną Agnieszką, i z prowadzącą antykwariat ofiarnie Martą. Wtajemniczenie w skarby jest tu bowiem bardzo osobiste.
sobota, 9 kwietnia 2022
Philippe Lançon: Strzęp
Noir sur Blanc, Warszawa 2022.
Nowe życie
Philippe Lançon przeprowadza odbiorców przez najtrudniejsze życiowe doświadczenie. Przeżył zamach w redakcji „Charlie Hebdo”, chociaż został w nim ciężko ranny. „Strzęp” to relacja z dochodzenia do zdrowia i do równowagi psychicznej – próba opowiedzenia o traumatycznym doświadczeniu i o jego konsekwencjach. Autor stawia na bardzo rozbudowany dziennik, który automatycznie może stać się terapeutycznym zestawem przemyśleń, a odbiorcom uświadomi, jakie zmiany zaszły w życiu felietonisty po zamachu. To przede wszystkim opowieść o niekończących się operacjach i o ograniczeniach ciała. Najpierw Philippe Lançon przybliża czytelnikom wydarzenia – z własnej perspektywy. Chociaż nie do końca może wszystkie odtworzyć, korzysta z zachowanych wiadomości wysyłanych do znajomych oraz z pamięci swoich bliskich: ci mogą dodać komentarze i szczegóły, które zniknęły z pamięci autora. Na tej podstawie Philippe Lançon tworzy najbardziej wstrząsające sceny. Pozwala odbiorcom zrozumieć, co sam przeżywał i w jakim stanie się znalazł. Nie rozpamiętuje tego zbyt długo: potrzebuje raczej nakreślenia sytuacji dla czytelników – tak, by zrozumiałe stały się późniejsze walki o normalność. Interesuje go tylko jego własne spojrzenie, co wiąże się z dziennikiem rekonwalescencji. Szuka w pierwszych scenach drobiazgów, które połączą go z czytelnikami: opowiada o tym, jak spędzał czas, nie przypuszczając, że zbliża się moment, który może być dla niego tym ostatnim, dzieli się przemyśleniami głębokimi i dotyczącymi analiz polityki międzynarodowej – a obok nich pokazuje kompletnie nieznaczące detale z codzienności. Odtwarza w pamięci rzeczy ulotne i zbędne do zrozumienia całości przekazu – a jednak wstrząsające przez swoją zwyczajność i świadomość dalszych wydarzeń.
Bardzo drobiazgowo analizuje też autor pierwsze chwile po zamachu, próby skontaktowania się z bliskimi i chęć zrozumienia, co naprawdę się stało. Tu posiłkuje się dziennikiem brata, zapisami śledczych i mailami: wie, że jego pamięć najbardziej może zafałszować sytuację. Później przechodzi już do szpitalnych przejść. Funduje czytelnikom zestaw wstrząsających obrazów i urazów, opowiada o lekarzach, którzy robili wszystko, co w ich mocy, żeby zapewnić mu możliwość powrotu do zwyczajnego życia i o pielęgniarkach wspierających w najtrudniejszych momentach. Dzieli się naturalistycznymi obrazami, rozczarowaniami, które pojawiają się, gdy wszystko miało już zmierzać ku lepszemu, uciążliwościami płynącymi z trudno gojących się ran. Staje się – mimo woli – ekspertem w dziedzinie chirurgii plastycznej, dowiaduje się rzeczy, o których nie miał pojęcia – i przedstawia je odbiorcom. To proza nastawiona na detale, bez wielkich słów i filozoficznych poszukiwań sensu. Philippe Lançon woli konkrety, nawet te najbardziej przyziemne i bolesne. Nie narzeka na swój los, za to bezustannie się dziwi: szereg operacji, jakie przechodzi, to dla niego punkt wyjścia do stworzenia narracji przejmującej i przerażającej momentami. Nie chodzi jednak o epatowanie bólem i o budzenie współczucia: autor dzięki dziennikowi próbuje odzyskać siebie samego – i tym chce przekonywać do siebie czytelników.
Nowe życie
Philippe Lançon przeprowadza odbiorców przez najtrudniejsze życiowe doświadczenie. Przeżył zamach w redakcji „Charlie Hebdo”, chociaż został w nim ciężko ranny. „Strzęp” to relacja z dochodzenia do zdrowia i do równowagi psychicznej – próba opowiedzenia o traumatycznym doświadczeniu i o jego konsekwencjach. Autor stawia na bardzo rozbudowany dziennik, który automatycznie może stać się terapeutycznym zestawem przemyśleń, a odbiorcom uświadomi, jakie zmiany zaszły w życiu felietonisty po zamachu. To przede wszystkim opowieść o niekończących się operacjach i o ograniczeniach ciała. Najpierw Philippe Lançon przybliża czytelnikom wydarzenia – z własnej perspektywy. Chociaż nie do końca może wszystkie odtworzyć, korzysta z zachowanych wiadomości wysyłanych do znajomych oraz z pamięci swoich bliskich: ci mogą dodać komentarze i szczegóły, które zniknęły z pamięci autora. Na tej podstawie Philippe Lançon tworzy najbardziej wstrząsające sceny. Pozwala odbiorcom zrozumieć, co sam przeżywał i w jakim stanie się znalazł. Nie rozpamiętuje tego zbyt długo: potrzebuje raczej nakreślenia sytuacji dla czytelników – tak, by zrozumiałe stały się późniejsze walki o normalność. Interesuje go tylko jego własne spojrzenie, co wiąże się z dziennikiem rekonwalescencji. Szuka w pierwszych scenach drobiazgów, które połączą go z czytelnikami: opowiada o tym, jak spędzał czas, nie przypuszczając, że zbliża się moment, który może być dla niego tym ostatnim, dzieli się przemyśleniami głębokimi i dotyczącymi analiz polityki międzynarodowej – a obok nich pokazuje kompletnie nieznaczące detale z codzienności. Odtwarza w pamięci rzeczy ulotne i zbędne do zrozumienia całości przekazu – a jednak wstrząsające przez swoją zwyczajność i świadomość dalszych wydarzeń.
Bardzo drobiazgowo analizuje też autor pierwsze chwile po zamachu, próby skontaktowania się z bliskimi i chęć zrozumienia, co naprawdę się stało. Tu posiłkuje się dziennikiem brata, zapisami śledczych i mailami: wie, że jego pamięć najbardziej może zafałszować sytuację. Później przechodzi już do szpitalnych przejść. Funduje czytelnikom zestaw wstrząsających obrazów i urazów, opowiada o lekarzach, którzy robili wszystko, co w ich mocy, żeby zapewnić mu możliwość powrotu do zwyczajnego życia i o pielęgniarkach wspierających w najtrudniejszych momentach. Dzieli się naturalistycznymi obrazami, rozczarowaniami, które pojawiają się, gdy wszystko miało już zmierzać ku lepszemu, uciążliwościami płynącymi z trudno gojących się ran. Staje się – mimo woli – ekspertem w dziedzinie chirurgii plastycznej, dowiaduje się rzeczy, o których nie miał pojęcia – i przedstawia je odbiorcom. To proza nastawiona na detale, bez wielkich słów i filozoficznych poszukiwań sensu. Philippe Lançon woli konkrety, nawet te najbardziej przyziemne i bolesne. Nie narzeka na swój los, za to bezustannie się dziwi: szereg operacji, jakie przechodzi, to dla niego punkt wyjścia do stworzenia narracji przejmującej i przerażającej momentami. Nie chodzi jednak o epatowanie bólem i o budzenie współczucia: autor dzięki dziennikowi próbuje odzyskać siebie samego – i tym chce przekonywać do siebie czytelników.
czwartek, 31 marca 2022
Agnieszka Osiecka: Czekając na człowieka. Dziennik ciąży i narodzin
Prószyński i S-ka, Warszawa 2022.
Zmiany
Jest to tomik niewielki i stworzony z jednej strony po to, żeby znaleźć szansę na tematyczną publikację uzupełniającą twórczość Agnieszki Osieckiej, a z drugiej strony - żeby przyciągnąć nowych czytelników. "Czekając na człowieka. Dziennik ciąży i narodzin" to relacja tworzona z prywatnych zapisków i z listów (często do Janusza Minkiewicza, co może odbiorców zaskoczyć: Daniel Passent zajmuje tu miejsce marginalne, chociaż sam też zyskuje głos w pewnym momencie). Agnieszka Osiecka jest przekonana, że urodzi syna - wszyscy zresztą jej to powtarzają, opierając się na przekonaniu, że dziewczynka odbiera mamie urodę. Bywają motywy kontrowersyjne: Osiecka, która zamawia sobie w barze wódkę z sokiem i złości się na krytykę od przypadkowych świadków - tymi wrażeniami dzieli się na piśmie. W notatniku pisze też drobne listy do córki, fragmenty takich zapisków przeplatają się z wyznaniami do innych odbiorców (i czasami powtarzają niektóre spostrzeżenia, co nie będzie jednak przeszkodą w lekturze). To nie tyle dziennik ciąży, co "dziennik" z czasów ciąży - bo Agnieszka Osiecka swojego stanu przesadnie nie celebruje. Raczej dziwi się temu, że rośnie jej brzuch i że ma w sobie małego człowieka. Nastawia się jednak na obserwację otoczenia i na wyciąganie wniosków na temat ludzi, z którymi się spotyka. Daleka jest od rozczulania się i szukania porozumienia z istotą, którą ma powołać do życia. Koncentruje się na pracy, na tworzeniu i na relacjach ze znajomymi. Wyjeżdża do lubianych przez siebie miejsc albo przeżywa dylematy związane z pisaniem. Dowiaduje się, że nie może wystawić spektaklu z pieśniami Okudżawy, bo na Okudżawę nałożona została cenzura - próbuje przekonać siły decyzyjne, że to absurdalny zabieg, jednak mimo wysiłków nie udaje jej się przebić przez mur niewiedzy (sytuacja zresztą okazuje się bardzo aktualna). Agnieszka Osiecka zwierza się z tego, z kim się widziała i nad czym pracuje, co wprawia ją w złość i co budzi radość (ale to ostatnie - rzadko). Stawia na kulturę i na rozmowy bogate w przemyślenia na temat sztuki. Unika górnolotności i rozczuleń, znacznie chętniej posiłkuje się rozmaitymi żartami sytuacyjnymi i drobiazgami z codzienności. Jest tu - jak zwykle u Osieckiej - mnóstwo celnych spostrzeżeń, fraz, które zapadają w pamięć i stanowią puenty do poczynionych obserwacji. Jest też - z konieczności - fragmentaryczność charakterystyczna dla zapisków dziennikowych: wcale nie wprowadza to chaosu w lekturze. Osiecka po prostu dzieli się z czytelnikami swoją zwyczajnością - a ta zwyczajność wypada mocno egzotycznie w oczach odbiorców. "Czekając na człowieka" to zatem zapiski użytkowe, które jednak skrzą się od poetyckiej wrażliwości i wyobraźni - czyta się je z ciekawością, bo nawet jeśli Agnieszka Osiecka nie stara się wyjaśniać wszystkich spraw od początku do końca, to potrafi celnymi komentarzami wstrzelić odbiorców w sens i przesłania opowieści. "Czekając na człowieka" to lektura wyjątkowa - wydaje się niepozornym dodatkiem do pism zebranych Agnieszki Osieckiej - ale wystarczy do tomu sięgnąć, żeby przekonać się o jego wartości.
Zmiany
Jest to tomik niewielki i stworzony z jednej strony po to, żeby znaleźć szansę na tematyczną publikację uzupełniającą twórczość Agnieszki Osieckiej, a z drugiej strony - żeby przyciągnąć nowych czytelników. "Czekając na człowieka. Dziennik ciąży i narodzin" to relacja tworzona z prywatnych zapisków i z listów (często do Janusza Minkiewicza, co może odbiorców zaskoczyć: Daniel Passent zajmuje tu miejsce marginalne, chociaż sam też zyskuje głos w pewnym momencie). Agnieszka Osiecka jest przekonana, że urodzi syna - wszyscy zresztą jej to powtarzają, opierając się na przekonaniu, że dziewczynka odbiera mamie urodę. Bywają motywy kontrowersyjne: Osiecka, która zamawia sobie w barze wódkę z sokiem i złości się na krytykę od przypadkowych świadków - tymi wrażeniami dzieli się na piśmie. W notatniku pisze też drobne listy do córki, fragmenty takich zapisków przeplatają się z wyznaniami do innych odbiorców (i czasami powtarzają niektóre spostrzeżenia, co nie będzie jednak przeszkodą w lekturze). To nie tyle dziennik ciąży, co "dziennik" z czasów ciąży - bo Agnieszka Osiecka swojego stanu przesadnie nie celebruje. Raczej dziwi się temu, że rośnie jej brzuch i że ma w sobie małego człowieka. Nastawia się jednak na obserwację otoczenia i na wyciąganie wniosków na temat ludzi, z którymi się spotyka. Daleka jest od rozczulania się i szukania porozumienia z istotą, którą ma powołać do życia. Koncentruje się na pracy, na tworzeniu i na relacjach ze znajomymi. Wyjeżdża do lubianych przez siebie miejsc albo przeżywa dylematy związane z pisaniem. Dowiaduje się, że nie może wystawić spektaklu z pieśniami Okudżawy, bo na Okudżawę nałożona została cenzura - próbuje przekonać siły decyzyjne, że to absurdalny zabieg, jednak mimo wysiłków nie udaje jej się przebić przez mur niewiedzy (sytuacja zresztą okazuje się bardzo aktualna). Agnieszka Osiecka zwierza się z tego, z kim się widziała i nad czym pracuje, co wprawia ją w złość i co budzi radość (ale to ostatnie - rzadko). Stawia na kulturę i na rozmowy bogate w przemyślenia na temat sztuki. Unika górnolotności i rozczuleń, znacznie chętniej posiłkuje się rozmaitymi żartami sytuacyjnymi i drobiazgami z codzienności. Jest tu - jak zwykle u Osieckiej - mnóstwo celnych spostrzeżeń, fraz, które zapadają w pamięć i stanowią puenty do poczynionych obserwacji. Jest też - z konieczności - fragmentaryczność charakterystyczna dla zapisków dziennikowych: wcale nie wprowadza to chaosu w lekturze. Osiecka po prostu dzieli się z czytelnikami swoją zwyczajnością - a ta zwyczajność wypada mocno egzotycznie w oczach odbiorców. "Czekając na człowieka" to zatem zapiski użytkowe, które jednak skrzą się od poetyckiej wrażliwości i wyobraźni - czyta się je z ciekawością, bo nawet jeśli Agnieszka Osiecka nie stara się wyjaśniać wszystkich spraw od początku do końca, to potrafi celnymi komentarzami wstrzelić odbiorców w sens i przesłania opowieści. "Czekając na człowieka" to lektura wyjątkowa - wydaje się niepozornym dodatkiem do pism zebranych Agnieszki Osieckiej - ale wystarczy do tomu sięgnąć, żeby przekonać się o jego wartości.
sobota, 1 stycznia 2022
Marcin Król: Pakuję walizkę
Iskry, Warszawa 2021.
Pandemiczny dziennik
Książka Marcina Króla "Pakuję walizkę" stworzona została z potrzeby chwili i chęci wyrażenia buntu - a może nawet podpowiadania odbiorcom, że bunt jest najlepszym sposobem sprzeciwiania się rządzącym. Autor decyduje się na prowadzenie regularnych zapisków (tytuł tomu pochodzi od eseju, który otwiera całość): dziennikowe uwagi zyskują w miarę stały kształt i rytm, tak, by pozwalały uporządkować doznania i przemyślenia. Autor nie przebiera w słowach, otwarcie pisze o tym, co go boli i irytuje w polityce i życiu społecznym. Wskazuje winnych takiego stanu rzeczy. Nie pozwala sobie na półtony czy przemilczenia: ostro krytykuje władzę i przypomina, jakie cechy i wartości są potrzebne, kiedy ktoś chce działać na rzecz innych. "Pakuję walizkę" to książka oparta na rozgoryczeniu. Autor zdaje sobie sprawę, że może być już za późno na wprowadzanie potrzebnych zmian: dlatego też sili się jeszcze na diagnozę, po którą będzie można sięgać, by pojąć rodzaj popełnionych błędów. Postanawia sobie Marcin Król kończyć każdy diariuszowy wpis lekturą polecaną - i tu raz sięga po teksty filozoficzne, raz po znane powszechnie lektury, czasami proponowana książka może być komentarzem rozwijającym zawartą w notatce myśl. Żeby ułatwić sobie wyszukiwanie tematów, część zapisków otwiera wyliczaniem jednej pożądanej cechy (której w życiu publicznym bardzo brakuje). Rozwija spostrzeżenie w zaledwie kilku akapitach, nie przesadza z konstruowaniem olbrzymich wywodów, woli tworzyć teksty skondensowane i czytelne dla odbiorców. Sprawnie operuje retoryką, stara się wciągnąć czytelników do rozważań na temat tego, co dzieje się z krajem - taki punkt wyjścia daje mu możliwość opowiadania bardziej uniwersalnego, dotyczącego charakterów i sytuacji. Marcin Król bardzo dba o to, żeby pokazać czytelnikom, jak dobrze orientuje się w mechanizmach funkcjonowania władzy - i w samych ocenach sfery publicznej. Przestrzega i poucza, napomina i analizuje. Ponieważ przez cały czas inspiracją staje się dla niego polska rzeczywistość z czasu pandemii, najlepiej tę książkę czytać teraz: jednak mimo dziennych dat tom nie zestarzeje się zbyt łatwo, ze względu na wysoki poziom uniwersalności spostrzeżeń.
Marcin Król pisze ostro, przynajmniej - dopóki daje się ponieść silnym emocjom. Stopniowo wygasza te reakcje, ton służy mu na początku do znalezienia wspólnego języka z odbiorcami. Kiedy zyska wiernych czytelników, nie będzie już musiał uciekać się do prostych chwytów, żeby przyciągnąć uwagę. W swoim dzienniku z czasów pandemii rezygnuje z omawiania życia prywatnego: zajmuje się wyłącznie sprawami rządzenia i nadużywania władzy. Swoje zarzuty najpierw konkretnie adresuje, później - przestaje mieć potrzebę wskazywania palcem odpowiedzialnych za niepożądany stan rzeczy, zresztą - ma pewność, że odbiorcy wiedzą, o kim myśli. Zapewnia czytelnikom lekcję z wychowania społecznego, chce przekonać do refleksji i do krytycznego osądzania tego, co się dzieje.
Pandemiczny dziennik
Książka Marcina Króla "Pakuję walizkę" stworzona została z potrzeby chwili i chęci wyrażenia buntu - a może nawet podpowiadania odbiorcom, że bunt jest najlepszym sposobem sprzeciwiania się rządzącym. Autor decyduje się na prowadzenie regularnych zapisków (tytuł tomu pochodzi od eseju, który otwiera całość): dziennikowe uwagi zyskują w miarę stały kształt i rytm, tak, by pozwalały uporządkować doznania i przemyślenia. Autor nie przebiera w słowach, otwarcie pisze o tym, co go boli i irytuje w polityce i życiu społecznym. Wskazuje winnych takiego stanu rzeczy. Nie pozwala sobie na półtony czy przemilczenia: ostro krytykuje władzę i przypomina, jakie cechy i wartości są potrzebne, kiedy ktoś chce działać na rzecz innych. "Pakuję walizkę" to książka oparta na rozgoryczeniu. Autor zdaje sobie sprawę, że może być już za późno na wprowadzanie potrzebnych zmian: dlatego też sili się jeszcze na diagnozę, po którą będzie można sięgać, by pojąć rodzaj popełnionych błędów. Postanawia sobie Marcin Król kończyć każdy diariuszowy wpis lekturą polecaną - i tu raz sięga po teksty filozoficzne, raz po znane powszechnie lektury, czasami proponowana książka może być komentarzem rozwijającym zawartą w notatce myśl. Żeby ułatwić sobie wyszukiwanie tematów, część zapisków otwiera wyliczaniem jednej pożądanej cechy (której w życiu publicznym bardzo brakuje). Rozwija spostrzeżenie w zaledwie kilku akapitach, nie przesadza z konstruowaniem olbrzymich wywodów, woli tworzyć teksty skondensowane i czytelne dla odbiorców. Sprawnie operuje retoryką, stara się wciągnąć czytelników do rozważań na temat tego, co dzieje się z krajem - taki punkt wyjścia daje mu możliwość opowiadania bardziej uniwersalnego, dotyczącego charakterów i sytuacji. Marcin Król bardzo dba o to, żeby pokazać czytelnikom, jak dobrze orientuje się w mechanizmach funkcjonowania władzy - i w samych ocenach sfery publicznej. Przestrzega i poucza, napomina i analizuje. Ponieważ przez cały czas inspiracją staje się dla niego polska rzeczywistość z czasu pandemii, najlepiej tę książkę czytać teraz: jednak mimo dziennych dat tom nie zestarzeje się zbyt łatwo, ze względu na wysoki poziom uniwersalności spostrzeżeń.
Marcin Król pisze ostro, przynajmniej - dopóki daje się ponieść silnym emocjom. Stopniowo wygasza te reakcje, ton służy mu na początku do znalezienia wspólnego języka z odbiorcami. Kiedy zyska wiernych czytelników, nie będzie już musiał uciekać się do prostych chwytów, żeby przyciągnąć uwagę. W swoim dzienniku z czasów pandemii rezygnuje z omawiania życia prywatnego: zajmuje się wyłącznie sprawami rządzenia i nadużywania władzy. Swoje zarzuty najpierw konkretnie adresuje, później - przestaje mieć potrzebę wskazywania palcem odpowiedzialnych za niepożądany stan rzeczy, zresztą - ma pewność, że odbiorcy wiedzą, o kim myśli. Zapewnia czytelnikom lekcję z wychowania społecznego, chce przekonać do refleksji i do krytycznego osądzania tego, co się dzieje.
wtorek, 10 listopada 2020
Sándor Márai: Dziennik 1977-1989
Czytelnik, Warszawa 2020.
Odchodzenie
Różni się ta książka od wielu dzienników literatów i to wcale nie ramami czasowymi, bo fakt publikowania zapisków diariuszowych wiele lat po śmierci ich autora nie należał do rzadkości także i u nas. Jednak Sándor Márai w swoim „Dzienniku 1977-1989” powoli żegna się z życiem. Na początku jeszcze ma ochotę działać twórczo, rejestruje publikacje i tendencje rynkowe, komentuje wybrane książki lub przeczytane słowa. Odnosi się do zjawisk z życia kulturalnego i nie tylko – funkcjonuje energicznie i z całą przenikliwością. Z czasem zapał do angażowania się w sprawy zawodowe gaśnie – a równolegle zaczynają się pojawiać pierwsze doniesienia o chorobach i zgonach bliskich. W końcu pisarz traci wszystkich, na których mu zależało – sam uznaje, że nie ma po co żyć i że pora wcielić w czyn plan, który miał przygotowany i który sygnalizował od dawna. „Dziennik” zamienia się zatem w testament i w wytłumaczenie działania, którego nie można nazwać pochopnym. Sándor Márai swoje dzieło prowadzi do końca, tak, by czytelnicy zrozumieli wybory. Widać, że codzienne zapiski nie są dla niego przykrym obowiązkiem – to świadomie tworzone komentarze, dalekie od pospiesznych notatek. Sándor Márai między innymi przypomina, jak wygląda jego twórczy dzień – ale też pozwala nakreślić obszary zainteresowań czy fakty z pozaliterackiego życia, które przemówiły do niego najsilniej. Nie reklamuje własnych dzieł, za to przygląda się dziełom innych – i często gorzko je ocenia. Ambicje zawodowe biorą górę, zawsze dzieje się coś, co warto skomentować – choćby i na kartach dziennika. Autor rezygnuje z notatek dla pamięci, nie są mu one potrzebne – znacznie lepiej czuje się w filozoficznych choć krótkich komentarzach. Pisze rzeczowo. Podobnie zachowuje się, kiedy zajmują go sprawy domowe. I tu piąty tom „Dziennika” oznaczać będzie szereg rozstań. Autor musi pogodzić się z odchodzeniem najbliższych – i tylko trochę przygotowuje go na to poważna choroba żony. Najpierw zastanawia się nad tym, ile czasu będzie musiał spędzić jako jej opiekun – bo obowiązki przy chorej pochłaniają mnóstwo czasu i energii – z czasem jednak przestaje o tym myśleć, liczy się tylko samopoczucie i możliwości coraz słabszej kobiety. To właśnie choroba żony nastraja go najbardziej pesymistycznie i pcha ku niewesołym planom. Sándor Márai nie zamierza się skarżyć i poświęcać – wie jednak, że w pewnym momencie nie będzie już mógł sobie poradzić z rzeczywistością. I na ten moment ma przygotowany plan.
Jest zatem „Dziennik 1977-1989” lekturą wstrząsającą, to tom, który prowadzi do refleksji na temat samotności i starzenia się – więc uderza w jedne z większych społecznych lęków (a przy tym wydarzeń niemal nieuchronnych w każdej rodzinie). Sándor Márai potrafi je przekuć na wielką literaturę – żegna się z czytelnikami i podsuwa im ważne informacje o schyłkowym etapie życia. Przez to też może wywoływać tak mocne wrażenia.
Odchodzenie
Różni się ta książka od wielu dzienników literatów i to wcale nie ramami czasowymi, bo fakt publikowania zapisków diariuszowych wiele lat po śmierci ich autora nie należał do rzadkości także i u nas. Jednak Sándor Márai w swoim „Dzienniku 1977-1989” powoli żegna się z życiem. Na początku jeszcze ma ochotę działać twórczo, rejestruje publikacje i tendencje rynkowe, komentuje wybrane książki lub przeczytane słowa. Odnosi się do zjawisk z życia kulturalnego i nie tylko – funkcjonuje energicznie i z całą przenikliwością. Z czasem zapał do angażowania się w sprawy zawodowe gaśnie – a równolegle zaczynają się pojawiać pierwsze doniesienia o chorobach i zgonach bliskich. W końcu pisarz traci wszystkich, na których mu zależało – sam uznaje, że nie ma po co żyć i że pora wcielić w czyn plan, który miał przygotowany i który sygnalizował od dawna. „Dziennik” zamienia się zatem w testament i w wytłumaczenie działania, którego nie można nazwać pochopnym. Sándor Márai swoje dzieło prowadzi do końca, tak, by czytelnicy zrozumieli wybory. Widać, że codzienne zapiski nie są dla niego przykrym obowiązkiem – to świadomie tworzone komentarze, dalekie od pospiesznych notatek. Sándor Márai między innymi przypomina, jak wygląda jego twórczy dzień – ale też pozwala nakreślić obszary zainteresowań czy fakty z pozaliterackiego życia, które przemówiły do niego najsilniej. Nie reklamuje własnych dzieł, za to przygląda się dziełom innych – i często gorzko je ocenia. Ambicje zawodowe biorą górę, zawsze dzieje się coś, co warto skomentować – choćby i na kartach dziennika. Autor rezygnuje z notatek dla pamięci, nie są mu one potrzebne – znacznie lepiej czuje się w filozoficznych choć krótkich komentarzach. Pisze rzeczowo. Podobnie zachowuje się, kiedy zajmują go sprawy domowe. I tu piąty tom „Dziennika” oznaczać będzie szereg rozstań. Autor musi pogodzić się z odchodzeniem najbliższych – i tylko trochę przygotowuje go na to poważna choroba żony. Najpierw zastanawia się nad tym, ile czasu będzie musiał spędzić jako jej opiekun – bo obowiązki przy chorej pochłaniają mnóstwo czasu i energii – z czasem jednak przestaje o tym myśleć, liczy się tylko samopoczucie i możliwości coraz słabszej kobiety. To właśnie choroba żony nastraja go najbardziej pesymistycznie i pcha ku niewesołym planom. Sándor Márai nie zamierza się skarżyć i poświęcać – wie jednak, że w pewnym momencie nie będzie już mógł sobie poradzić z rzeczywistością. I na ten moment ma przygotowany plan.
Jest zatem „Dziennik 1977-1989” lekturą wstrząsającą, to tom, który prowadzi do refleksji na temat samotności i starzenia się – więc uderza w jedne z większych społecznych lęków (a przy tym wydarzeń niemal nieuchronnych w każdej rodzinie). Sándor Márai potrafi je przekuć na wielką literaturę – żegna się z czytelnikami i podsuwa im ważne informacje o schyłkowym etapie życia. Przez to też może wywoływać tak mocne wrażenia.
piątek, 25 września 2020
Krzysztof Varga: Dziennik hipopotama
Iskry, Warszawa 2020.
Władza
Krzysztof Varga tworzy dziennik z prawdziwego zdarzenia. Nie proste zapiski ku pamięci, nie notatki z codzienności – ale faktyczny zestaw przemyśleń i komentarzy literata, który uważnie obserwuje to, co dzieje się „w branży”, w polityce i w zwykłym życiu. Kończy się ten dziennik z początkami lockdownu, ale nie jest rozwleczony w czasie, autor znajduje całkiem dużo tematów do przeanalizowania na piśmie – i do tekstowych zabaw. Varga jest w pierwszej kolejności ironistą, który nie przepuści żadnej okazji do wyśmiewania tego, co utrudnia funkcjonowanie. Zabiera czytelników do swojego świata – do przestrzeni czerpiącej z popkultury, ale zapewniającej azyl przed zalewem głupoty. Varga chodzi na spotkania literackie, widuje się – towarzysko – ze znanymi postaciami świata filmu. Ale nie próbuje promować siebie czy chwalić się koneksjami. Woli stać się komentatorem codzienności. Tematów do kolejnych wpisów dziennikowych szuka w doniesieniach medialnych i w ciekawostkach, w anegdotach i w tym, co drażni. Odnosi się do mechanizmów rządzących życiem literackim (bo Varga jeszcze w życie literackie wierzy, przynajmniej usilnie stara się je ocalać), naświetla podstawowe pułapki, w jakie mogą wpadać koledzy po fachu. Interesują go media – w takim samym stopniu jak polityka i religia. Na każdy z tematów ma sporo do powiedzenia i nigdy swoimi przemyśleniami nie męczy. Czasami tylko zaczyna rytmizować prozę, uciekać do stylizowania i do zabaw formalnych – żeby tylko nie zostać posądzonym o nadmierne przejmowanie się komplikacjami. Może gdzieś delikatnie przypomnieć o swojej twórczości, ale może też naigrawać się z nagłaśnianych za wszelką cenę pseudoliteratów albo wydarzeń, które w historii literatury raczej się nie zapiszą. Odnotowuje przemianę książki w produkt – i ubolewa nad tym, ale nie w tonie martyrologiczno-jękliwym, raczej – jako satyryk. Od czasu do czasu rzuca czytelnikom ochłap – coś z własnego życia, niekoniecznie rozwijane czy przesadnie eksponowane – ot, w formie przypomnienia, że to dziennik, literatura najbardziej osobista. Bywa, że jakiś bodziec z otoczenia pozwala odbyć podróż w przeszłość, do historii literatury albo do faktów z życia sław, jednak Varga ucieka od stylistyki plotki. Nie ogranicza się do literatury – chodzi na premiery filmowe, podróżuje, recenzuje, podtrzymuje kontakty towarzyskie, ale też – zaznacza, jeśli ktoś z bliskich ma problemy. Potrafi znienacka przeskoczyć na temat głośnych spraw w kościele – albo… do piłki nożnej. Nie boi się mocnych słów. Przez to, że jest świadomy wartości swojej prozy, może zafundować czytelnikom lekturę świetną – „Dziennik hipopotama” to książka, którą w pewnym momencie chce się przepisywać po kawałku, żeby ocalić ciekawe spostrzeżenia albo zaznaczać coś, co poprawi humor. Sporo tu prowokacji, ale też – fantazja autora nie pozwalana tworzenie tekstu obojętnego i wolnego od drapieżności. Varga pokazuje, że forma diariusza może się na rynku sprawdzić nawet dzisiaj – i jednocześnie testuje modę na zwierzenia, ale też ją podważa – przez wybierane kierunki komentarzy.
Władza
Krzysztof Varga tworzy dziennik z prawdziwego zdarzenia. Nie proste zapiski ku pamięci, nie notatki z codzienności – ale faktyczny zestaw przemyśleń i komentarzy literata, który uważnie obserwuje to, co dzieje się „w branży”, w polityce i w zwykłym życiu. Kończy się ten dziennik z początkami lockdownu, ale nie jest rozwleczony w czasie, autor znajduje całkiem dużo tematów do przeanalizowania na piśmie – i do tekstowych zabaw. Varga jest w pierwszej kolejności ironistą, który nie przepuści żadnej okazji do wyśmiewania tego, co utrudnia funkcjonowanie. Zabiera czytelników do swojego świata – do przestrzeni czerpiącej z popkultury, ale zapewniającej azyl przed zalewem głupoty. Varga chodzi na spotkania literackie, widuje się – towarzysko – ze znanymi postaciami świata filmu. Ale nie próbuje promować siebie czy chwalić się koneksjami. Woli stać się komentatorem codzienności. Tematów do kolejnych wpisów dziennikowych szuka w doniesieniach medialnych i w ciekawostkach, w anegdotach i w tym, co drażni. Odnosi się do mechanizmów rządzących życiem literackim (bo Varga jeszcze w życie literackie wierzy, przynajmniej usilnie stara się je ocalać), naświetla podstawowe pułapki, w jakie mogą wpadać koledzy po fachu. Interesują go media – w takim samym stopniu jak polityka i religia. Na każdy z tematów ma sporo do powiedzenia i nigdy swoimi przemyśleniami nie męczy. Czasami tylko zaczyna rytmizować prozę, uciekać do stylizowania i do zabaw formalnych – żeby tylko nie zostać posądzonym o nadmierne przejmowanie się komplikacjami. Może gdzieś delikatnie przypomnieć o swojej twórczości, ale może też naigrawać się z nagłaśnianych za wszelką cenę pseudoliteratów albo wydarzeń, które w historii literatury raczej się nie zapiszą. Odnotowuje przemianę książki w produkt – i ubolewa nad tym, ale nie w tonie martyrologiczno-jękliwym, raczej – jako satyryk. Od czasu do czasu rzuca czytelnikom ochłap – coś z własnego życia, niekoniecznie rozwijane czy przesadnie eksponowane – ot, w formie przypomnienia, że to dziennik, literatura najbardziej osobista. Bywa, że jakiś bodziec z otoczenia pozwala odbyć podróż w przeszłość, do historii literatury albo do faktów z życia sław, jednak Varga ucieka od stylistyki plotki. Nie ogranicza się do literatury – chodzi na premiery filmowe, podróżuje, recenzuje, podtrzymuje kontakty towarzyskie, ale też – zaznacza, jeśli ktoś z bliskich ma problemy. Potrafi znienacka przeskoczyć na temat głośnych spraw w kościele – albo… do piłki nożnej. Nie boi się mocnych słów. Przez to, że jest świadomy wartości swojej prozy, może zafundować czytelnikom lekturę świetną – „Dziennik hipopotama” to książka, którą w pewnym momencie chce się przepisywać po kawałku, żeby ocalić ciekawe spostrzeżenia albo zaznaczać coś, co poprawi humor. Sporo tu prowokacji, ale też – fantazja autora nie pozwalana tworzenie tekstu obojętnego i wolnego od drapieżności. Varga pokazuje, że forma diariusza może się na rynku sprawdzić nawet dzisiaj – i jednocześnie testuje modę na zwierzenia, ale też ją podważa – przez wybierane kierunki komentarzy.
piątek, 10 stycznia 2020
Anda Rottenberg: Lista. Dziennik 2005
Krytyka Polityczna, Warszawa 2019.
Po ujawnieniu
Sprawdzanie listy Wildsteina stało się w pewnych kręgach i w pewnym momencie historycznym niemal obowiązkiem, każdy próbował odnaleźć nazwisko swoje i znajomych, żeby przekonać się, kto był tajnym współpracownikiem, a kto – poszkodowanym. Zaspokajanie ciekawości wiązało się też z rozmaitymi przewartościowaniami. Anda Rottenberg publikuje swoje zapiski z pierwszej połowy 2005 roku – od chwili ujawnienia listy nazwisk po dokument stwierdzający jej status. Na początku bardzo angażuje się w sytuację, temat listy powraca w rozmowach ze znajomymi i w rozważaniach, staje się elementem zastępczym – przykrywa wszystkie inne doniesienia medialne i troski dnia codziennego. Autorka niby zdaje sobie z tego sprawę, a jednak dołącza do zawirowań wokół listy i pokazuje odbiorcom, jak wyglądało całe zjawisko socjologiczne z perspektywy tych, który mnie było wszystko jedno. Bo młodsi natychmiast zareagowali szeregiem żartów, wykazując się kompletnym niezrozumieniem tła wydarzeń. Anda Rottenberg z listy sobie nie drwi – natomiast pokazuje odbiorcom, jak kształtowała się dyktowana nią codzienność. Zajmuje ją to przez kilkanaście dni, początkowe zapiski odnoszą się do listy i do reakcji na nią, prezentują konkretne dialogi i oczekiwania. Z czasem temat przycicha – pojawiać się będzie jak refren w różnych sytuacjach, zwłaszcza wtedy, gdy polityka wkracza do kultury i utrudnia działalność artystyczną albo popularyzowanie sztuki. Tu Anda Rottenberg pozostaje sobą: zjadliwą komentatorką codzienności, wydarzeń, których nie da się oderwać od życia artystycznego.
„Lista. Dziennik 2005” to zaledwie mały wyimek zapisków tej autorki – możliwość przyjrzenia się z bliska problemom płynącym z małego polskiego piekiełka przy organizacji wystaw czy pracy dziennikarskiej. Anda Rottenberg krytykuje posunięcia rządu, nie milczy, kiedy dostrzega absurdy polityki. Na kartach dziennika zapisuje własne dylematy i ironiczne spostrzeżenia, prowadzi czytelników przez wyzwania w swojej pracy i cofa się do przeszłości, kiedy potrzebuje lepiej naświetlić konkretne wydarzenia. Chce, żeby rzeczywistość komentowała się sama, więc pokazuje odbiorcom wyraziste sytuacje. Odnotowuje rozmowy i przebieg spotkań – nie tych towarzyskich, a tych, podczas których zapadają ważne decyzje bądź wymienia się istotnymi poglądami. W tym wszystkim „Lista” jest tomem bardzo literackim. W odróżnieniu od warsztatowych diariuszy pisarzy, Anda Rottenberg nie potrzebuje ani notatek dla pamięci, ani literackich rozbiegówek: jej codzienne notatki są w zasadzie gotowymi felietonami, tekstami, w które każdy chce się zagłębiać, żeby poznawać punkt widzenia autorki. Erudycyjne i przesycone odwołaniami do świata sztuki teksty nie należą do hermetycznych, więc czerpać z nich może szerokie grono czytelników. Anda Rottenberg to autorka, która dziennikiem potrafi mocno przyciągnąć – i pokazać odbiorcom niebezpieczeństwa płynące z mieszania polityki i sztuki. „Lista. Dziennik 2005” to lektura boleśnie krótka – ledwo można wkroczyć w rzeczywistość filtrowaną przez zdystansowaną autorkę, a już trzeba ten tom kończyć. To jednak lektura warta ocalenia i rozpowszechniania – nawet jeśli kogoś nie zainteresuje temat (rama kompozycyjna całości, przecież nie jedyne zagadnienie), z pewnością zachwyci się warsztatem.
Anda Rott
Po ujawnieniu
Sprawdzanie listy Wildsteina stało się w pewnych kręgach i w pewnym momencie historycznym niemal obowiązkiem, każdy próbował odnaleźć nazwisko swoje i znajomych, żeby przekonać się, kto był tajnym współpracownikiem, a kto – poszkodowanym. Zaspokajanie ciekawości wiązało się też z rozmaitymi przewartościowaniami. Anda Rottenberg publikuje swoje zapiski z pierwszej połowy 2005 roku – od chwili ujawnienia listy nazwisk po dokument stwierdzający jej status. Na początku bardzo angażuje się w sytuację, temat listy powraca w rozmowach ze znajomymi i w rozważaniach, staje się elementem zastępczym – przykrywa wszystkie inne doniesienia medialne i troski dnia codziennego. Autorka niby zdaje sobie z tego sprawę, a jednak dołącza do zawirowań wokół listy i pokazuje odbiorcom, jak wyglądało całe zjawisko socjologiczne z perspektywy tych, który mnie było wszystko jedno. Bo młodsi natychmiast zareagowali szeregiem żartów, wykazując się kompletnym niezrozumieniem tła wydarzeń. Anda Rottenberg z listy sobie nie drwi – natomiast pokazuje odbiorcom, jak kształtowała się dyktowana nią codzienność. Zajmuje ją to przez kilkanaście dni, początkowe zapiski odnoszą się do listy i do reakcji na nią, prezentują konkretne dialogi i oczekiwania. Z czasem temat przycicha – pojawiać się będzie jak refren w różnych sytuacjach, zwłaszcza wtedy, gdy polityka wkracza do kultury i utrudnia działalność artystyczną albo popularyzowanie sztuki. Tu Anda Rottenberg pozostaje sobą: zjadliwą komentatorką codzienności, wydarzeń, których nie da się oderwać od życia artystycznego.
„Lista. Dziennik 2005” to zaledwie mały wyimek zapisków tej autorki – możliwość przyjrzenia się z bliska problemom płynącym z małego polskiego piekiełka przy organizacji wystaw czy pracy dziennikarskiej. Anda Rottenberg krytykuje posunięcia rządu, nie milczy, kiedy dostrzega absurdy polityki. Na kartach dziennika zapisuje własne dylematy i ironiczne spostrzeżenia, prowadzi czytelników przez wyzwania w swojej pracy i cofa się do przeszłości, kiedy potrzebuje lepiej naświetlić konkretne wydarzenia. Chce, żeby rzeczywistość komentowała się sama, więc pokazuje odbiorcom wyraziste sytuacje. Odnotowuje rozmowy i przebieg spotkań – nie tych towarzyskich, a tych, podczas których zapadają ważne decyzje bądź wymienia się istotnymi poglądami. W tym wszystkim „Lista” jest tomem bardzo literackim. W odróżnieniu od warsztatowych diariuszy pisarzy, Anda Rottenberg nie potrzebuje ani notatek dla pamięci, ani literackich rozbiegówek: jej codzienne notatki są w zasadzie gotowymi felietonami, tekstami, w które każdy chce się zagłębiać, żeby poznawać punkt widzenia autorki. Erudycyjne i przesycone odwołaniami do świata sztuki teksty nie należą do hermetycznych, więc czerpać z nich może szerokie grono czytelników. Anda Rottenberg to autorka, która dziennikiem potrafi mocno przyciągnąć – i pokazać odbiorcom niebezpieczeństwa płynące z mieszania polityki i sztuki. „Lista. Dziennik 2005” to lektura boleśnie krótka – ledwo można wkroczyć w rzeczywistość filtrowaną przez zdystansowaną autorkę, a już trzeba ten tom kończyć. To jednak lektura warta ocalenia i rozpowszechniania – nawet jeśli kogoś nie zainteresuje temat (rama kompozycyjna całości, przecież nie jedyne zagadnienie), z pewnością zachwyci się warsztatem.
Anda Rott
piątek, 27 grudnia 2019
Józef Baran: Stan miłosny... przerywany
PIW, Warszawa 2019.
Poetyckie dylematy
Józef Baran swój dziennik prowadził inaczej niż wielu literatów. W tomie „Stan miłosny... przerywany” mierzy się z większą narracją, w codziennych notatkach zwierza się sobie i czytelnikom (bo o publikacji wyraźnie myśli) z przepraw z rzeczywistością. Na początku najbardziej ekscytują go sprawy okołoliterackie. Bierze udział w licznych spotkaniach z czytelnikami oraz z innymi twórcami, podsumowuje sobie na kartach diariusza, kogo warto obserwować, kto zachował się niezgodnie z oczekiwaniami, a kto nie ma dystansu do swojej twórczości. Komentuje dla siebie tomiki innych twórców i wprowadza ich – autorów – charakterystyki, wszystko w tonie towarzysko-plotkarskim. Dużo miejsca poświęca również własnej twórczości. Kiedy pisze, skupia się na samym akcie tworzenia, literatura to misterium. Dzieli się z czytelnikami pomysłami na wiersze i samymi gotowymi już wersami, do tego dokłada drobne analizy czy wyjaśnienia. Skrzętnie odnotowuje też, gdy ktoś zajmuje się jego twórczością – widać, że to dla niego ważne i że się tym bardzo przejmuje. Autotematyzm zabiera sporo miejsca w tych codziennych zapiskach i właściwie do pewnego momentu przykrywa zwyczajne życie. Przebijają go jedynie od czasu do czasu wzmianki – a to o chorobach i dolegliwościach żony, a to o wizytach znajomych. Józef Baran zamyka się w poezji, dla poezji żyje i tylko poezją się przejmuje, można odnieść wrażenie na początku lektury, że nic innego dla niego się nie liczy – zupełnie jakby autor kreował się na klasyków i próbował uzasadnić swoje miejsce w literaturze. W pewnym momencie pojawia się jednak spory problem: psuje się jego zdrowie i w końcu Józef Baran ląduje w szpitalu. Przechodzi gehennę ze służbą zdrowia – coś, co zdecydowanie sprowadza go z poetyckiego Parnasu na ziemię – i zaczyna zajmować się analizowaniem ciała, a nie ducha. Opowiada o kolejnych doświadczeniach związanych z badaniami, zabiegami i operacjami i przez to paradoksalnie staje się bliższy zwykłym czytelnikom, tym, którym obce są uniesienia poetyckie i natchnienia – teraz dopiero okazuje się autorem, który trafi do mas. „Stan miłosny przerywany” to opowieść twórcy, który musi zrezygnować z tego, co najbardziej kocha, bo zaprząta go proza życia. Jednak tę próbę tom wytrzymuje od strony literackiej, Józef Baran nie przestaje czytelników intrygować albo wzruszać. O ile na początku jest nieco egzaltowany albo bardzo naiwny (te postawy często charakteryzujące poetów tutaj niemal się wzmacniają wzajemnie), o tyle z czasem dowiaduje się, co ma znaczenie i jakie pułapki niesie codzienność. „Stan miłosny przerywany” jest książką szczerą i pełną ważnych spostrzeżeń autora, pozwala na bliższe poznanie nie tylko samego Józefa Barana, ale i procesu tworzenia – daje szansę na przyglądanie się warsztatowym rozwiązaniom, ale też – „życiu kulturalnemu”, otoczce, która towarzyszy twórcom. Dzienniki artystów zawsze wiążą się z silnymi przeżyciami, Józef Baran takich dostarczy wiele – i przy okazji może przekonać odbiorców do swojej poezji.
Poetyckie dylematy
Józef Baran swój dziennik prowadził inaczej niż wielu literatów. W tomie „Stan miłosny... przerywany” mierzy się z większą narracją, w codziennych notatkach zwierza się sobie i czytelnikom (bo o publikacji wyraźnie myśli) z przepraw z rzeczywistością. Na początku najbardziej ekscytują go sprawy okołoliterackie. Bierze udział w licznych spotkaniach z czytelnikami oraz z innymi twórcami, podsumowuje sobie na kartach diariusza, kogo warto obserwować, kto zachował się niezgodnie z oczekiwaniami, a kto nie ma dystansu do swojej twórczości. Komentuje dla siebie tomiki innych twórców i wprowadza ich – autorów – charakterystyki, wszystko w tonie towarzysko-plotkarskim. Dużo miejsca poświęca również własnej twórczości. Kiedy pisze, skupia się na samym akcie tworzenia, literatura to misterium. Dzieli się z czytelnikami pomysłami na wiersze i samymi gotowymi już wersami, do tego dokłada drobne analizy czy wyjaśnienia. Skrzętnie odnotowuje też, gdy ktoś zajmuje się jego twórczością – widać, że to dla niego ważne i że się tym bardzo przejmuje. Autotematyzm zabiera sporo miejsca w tych codziennych zapiskach i właściwie do pewnego momentu przykrywa zwyczajne życie. Przebijają go jedynie od czasu do czasu wzmianki – a to o chorobach i dolegliwościach żony, a to o wizytach znajomych. Józef Baran zamyka się w poezji, dla poezji żyje i tylko poezją się przejmuje, można odnieść wrażenie na początku lektury, że nic innego dla niego się nie liczy – zupełnie jakby autor kreował się na klasyków i próbował uzasadnić swoje miejsce w literaturze. W pewnym momencie pojawia się jednak spory problem: psuje się jego zdrowie i w końcu Józef Baran ląduje w szpitalu. Przechodzi gehennę ze służbą zdrowia – coś, co zdecydowanie sprowadza go z poetyckiego Parnasu na ziemię – i zaczyna zajmować się analizowaniem ciała, a nie ducha. Opowiada o kolejnych doświadczeniach związanych z badaniami, zabiegami i operacjami i przez to paradoksalnie staje się bliższy zwykłym czytelnikom, tym, którym obce są uniesienia poetyckie i natchnienia – teraz dopiero okazuje się autorem, który trafi do mas. „Stan miłosny przerywany” to opowieść twórcy, który musi zrezygnować z tego, co najbardziej kocha, bo zaprząta go proza życia. Jednak tę próbę tom wytrzymuje od strony literackiej, Józef Baran nie przestaje czytelników intrygować albo wzruszać. O ile na początku jest nieco egzaltowany albo bardzo naiwny (te postawy często charakteryzujące poetów tutaj niemal się wzmacniają wzajemnie), o tyle z czasem dowiaduje się, co ma znaczenie i jakie pułapki niesie codzienność. „Stan miłosny przerywany” jest książką szczerą i pełną ważnych spostrzeżeń autora, pozwala na bliższe poznanie nie tylko samego Józefa Barana, ale i procesu tworzenia – daje szansę na przyglądanie się warsztatowym rozwiązaniom, ale też – „życiu kulturalnemu”, otoczce, która towarzyszy twórcom. Dzienniki artystów zawsze wiążą się z silnymi przeżyciami, Józef Baran takich dostarczy wiele – i przy okazji może przekonać odbiorców do swojej poezji.
środa, 6 marca 2019
Atanazy Raczyński: Dziennik. Tom I
Wydawnictwo UAM, Poznań 2019.
Życie w zapiskach
Kochliwy był Atanazy Raczyński - z lektury jego dziennika płynie szereg obyczajowych obserwacji i podgląd mechanizmu plotki. Oto bohater, młody arystokrata, który zdecydował się prowadzić dziennik dla samego siebie (i właściwie niechcący zawarł w nim interesujący obraz epoki), uważnie obserwuje otoczenie. Zapiskami zabija nudę, ale też rozprawia się z własną burzą uczuć. Na kartach dziennika dzieli się spostrzeżeniami dotyczącymi najbliższego otoczenia, ocenia panie, zwierza się ze zmysłowych podniet - chociaż nie relacjonuje wydarzeń z alkowy, dość śmiało analizuje sytuacje damsko-męskie. Na papierze podsumowuje sobie krążące plotki, szuka małych sensacji. A kiedy romans zakończy się nie po jego myśli - utyskuje na zbyt łatwe panie. Przez długi czas zajmuje się wyłącznie codziennością, później przechodzi na kwestie dyplomacji i politykę także w skali międzynarodowej. Relacjonuje sytuację wojsk, opowiada o decyzjach na wysokim szczeblu, prezentuje sytuację w Europie i rozważa sensowność konkretnych poczynań władców. Jeszcze później odkrywa radość podróżowania - i tutaj przede wszystkim cieszy go możliwość zwiedzania i dzielenia się zachwytami oraz wiedzą na stronach swojego dziennika. Zapisuje, co i w jakim kraju zobaczył, skupia się na rozwiązaniach architektonicznych, w nieskończoność potrafi omawiać zabytki (fragmenty tych wywodów zostały z tomu usunięte - czytelnicy otrzymują bardzo obszerny wybór z diariusza, z zaznaczeniem, że w całości i w oryginalnych językach zostanie ten dziennik niebawem wydany w wersji cyfrowej). Atanazy Raczyński zdąży się też ożenić, porzucony przez zagraniczną kochankę - sprawdzić, jak ciąża wpływa na charakter i zachowania łagodnej dotąd kobiety, doczekać się potomstwa... miana z beztroskiego młodzieńca na świadomego obywatela następować tu będzie stopniowo i dla czytelników właściwie niezauważalnie. Na początku tomu autor wykorzystuje również jako materię tekstową listy otrzymywane od bliskich, dość dokładnie przedstawia swojego brata Edwarda i komentuje jego wybory. Jest w dzienniku szczery, nawet jeśli inni nie będą podzielać jego opinii. Można zatem dzięki lekturze wyrobić sobie całkiem interesującą wizję autora - któremu nieobce były rozmaite wygody i uciechy życia.
Osobnym tematem stają się tutaj ilustracje. Atanazy Raczyński, gdy chce utrwalić zaobserwowaną scenkę, widok, postać czy dzieło z muzeum, bardzo sprawnie tworzy wymowne i precyzyjne szkice. Wiele tu przykładów jego zdolności i umiejętności w tym kierunku, a sam dziennik zyskuje przez to jeszcze na intensywności. Autor na różne sposoby daje wyraz swojej spostrzegawczości. W dzienniku nie tylko dba o detale przedstawianych sytuacji i historii, ale również o kształt samej relacji. Chociaż zastrzega się, że prowadzi go tylko dla siebie, część wiadomości “szyfruje”, prowadząc notatki w różnych językach. Dzięki temu nie rzucają się w oczy zwłaszcza kontrowersyjne dla postronnych wyznania. Czasami autor wraca do swoich zapisków i wtedy dopowiada coś, uzupełnia lub wyjaśnia w swoistych przypisach (a orientowanie się w świecie, w którym się obraca, ułatwiają jeszcze przypisy redakcyjne). “Dziennik. Tom I” to kilkaset stron opowieści obyczajowych i społecznych (z rzadka – politycznych). Starannie prowadzone relacje z codzienności i przeżyć nie tylko prywatnych są do dzisiaj żywe. Atanazy Raczyński proponuje czytelnikom lekturę atrakcyjną - mimo że o prawie dwa wieki oddaloną w czasie. Tom został pięknie wydany – z kolorowymi półprzezroczystymi stronami z kolejnym rokiem, z kredowymi wkładkami do co bardziej udanych rysunków autora. Przez wzgląd na silnie akcentowaną obyczajowość może się podobać nie tylko literaturoznawcom.
Życie w zapiskach
Kochliwy był Atanazy Raczyński - z lektury jego dziennika płynie szereg obyczajowych obserwacji i podgląd mechanizmu plotki. Oto bohater, młody arystokrata, który zdecydował się prowadzić dziennik dla samego siebie (i właściwie niechcący zawarł w nim interesujący obraz epoki), uważnie obserwuje otoczenie. Zapiskami zabija nudę, ale też rozprawia się z własną burzą uczuć. Na kartach dziennika dzieli się spostrzeżeniami dotyczącymi najbliższego otoczenia, ocenia panie, zwierza się ze zmysłowych podniet - chociaż nie relacjonuje wydarzeń z alkowy, dość śmiało analizuje sytuacje damsko-męskie. Na papierze podsumowuje sobie krążące plotki, szuka małych sensacji. A kiedy romans zakończy się nie po jego myśli - utyskuje na zbyt łatwe panie. Przez długi czas zajmuje się wyłącznie codziennością, później przechodzi na kwestie dyplomacji i politykę także w skali międzynarodowej. Relacjonuje sytuację wojsk, opowiada o decyzjach na wysokim szczeblu, prezentuje sytuację w Europie i rozważa sensowność konkretnych poczynań władców. Jeszcze później odkrywa radość podróżowania - i tutaj przede wszystkim cieszy go możliwość zwiedzania i dzielenia się zachwytami oraz wiedzą na stronach swojego dziennika. Zapisuje, co i w jakim kraju zobaczył, skupia się na rozwiązaniach architektonicznych, w nieskończoność potrafi omawiać zabytki (fragmenty tych wywodów zostały z tomu usunięte - czytelnicy otrzymują bardzo obszerny wybór z diariusza, z zaznaczeniem, że w całości i w oryginalnych językach zostanie ten dziennik niebawem wydany w wersji cyfrowej). Atanazy Raczyński zdąży się też ożenić, porzucony przez zagraniczną kochankę - sprawdzić, jak ciąża wpływa na charakter i zachowania łagodnej dotąd kobiety, doczekać się potomstwa... miana z beztroskiego młodzieńca na świadomego obywatela następować tu będzie stopniowo i dla czytelników właściwie niezauważalnie. Na początku tomu autor wykorzystuje również jako materię tekstową listy otrzymywane od bliskich, dość dokładnie przedstawia swojego brata Edwarda i komentuje jego wybory. Jest w dzienniku szczery, nawet jeśli inni nie będą podzielać jego opinii. Można zatem dzięki lekturze wyrobić sobie całkiem interesującą wizję autora - któremu nieobce były rozmaite wygody i uciechy życia.
Osobnym tematem stają się tutaj ilustracje. Atanazy Raczyński, gdy chce utrwalić zaobserwowaną scenkę, widok, postać czy dzieło z muzeum, bardzo sprawnie tworzy wymowne i precyzyjne szkice. Wiele tu przykładów jego zdolności i umiejętności w tym kierunku, a sam dziennik zyskuje przez to jeszcze na intensywności. Autor na różne sposoby daje wyraz swojej spostrzegawczości. W dzienniku nie tylko dba o detale przedstawianych sytuacji i historii, ale również o kształt samej relacji. Chociaż zastrzega się, że prowadzi go tylko dla siebie, część wiadomości “szyfruje”, prowadząc notatki w różnych językach. Dzięki temu nie rzucają się w oczy zwłaszcza kontrowersyjne dla postronnych wyznania. Czasami autor wraca do swoich zapisków i wtedy dopowiada coś, uzupełnia lub wyjaśnia w swoistych przypisach (a orientowanie się w świecie, w którym się obraca, ułatwiają jeszcze przypisy redakcyjne). “Dziennik. Tom I” to kilkaset stron opowieści obyczajowych i społecznych (z rzadka – politycznych). Starannie prowadzone relacje z codzienności i przeżyć nie tylko prywatnych są do dzisiaj żywe. Atanazy Raczyński proponuje czytelnikom lekturę atrakcyjną - mimo że o prawie dwa wieki oddaloną w czasie. Tom został pięknie wydany – z kolorowymi półprzezroczystymi stronami z kolejnym rokiem, z kredowymi wkładkami do co bardziej udanych rysunków autora. Przez wzgląd na silnie akcentowaną obyczajowość może się podobać nie tylko literaturoznawcom.
czwartek, 22 marca 2018
Jeffrey Archer: Dzienniki więzienne
Rebis, Poznań 2018.
Zza krat
Jeffrey Archer to pisarz, który – skazany na cztery lata więzienia – za kratami zaczął prowadzić dziennik i przedstawia czytelnikom bardzo obszerną relację z pobytu w kilku zakładach karnych. Jego więzienne zwierzenia charakteryzują się dużym stopniem szczegółowości oraz nastawieniem na opowiadanie historii innych ludzi. Własnym przypadkiem długo się nie zajmuje – o wiele bardziej interesują go przyczyny wyroków innych osadzonych. Przekazuje zasłyszane fakty, indywidualne historie raz powiązane z resocjalizacją, to znów – prowadzące do dalszych przestępstw, tyle że już za kratami. Archer bardzo starannie odnotowuje rozkład codziennych zajęć, długo analizuje rodzaje posiłków, przedstawia też i sam testuje „rozrywki” dla więźniów. Co pewien czas przypomina czytelnikom, że więzienie nie ma nic wspólnego z wypoczynkiem czy sielanką – przytacza wówczas jedno lub dwa przykre wydarzenia, które są nieodłączną częścią kary fundowaną przez innych skazanych lub personel więzienia. Przede wszystkim jednak odkrywa świat, którego większość czytelników nie zna i nawet nie potrafi objąć wyobraźnią. Rzeczowo, bez stylistycznych popisów, za to z nutą ironii i złośliwości.
Forma dziennika pisanego, kiedy jest możliwość, oznacza, że autor nie może zaplanować sobie rozkładu akcentów czy punktów kulminacyjnych. Czasami nadaje opowieściom dramaturgii przez dzielenie zdobytych anegdot lub bardziej rozbudowanych obserwacji na części – puentę przekłada wówczas na później, oddala wyjaśnienie lub rozwiązanie zagadki. Tak manifestuje świadomość pisarskiego warsztatu i wykorzystuje możliwości oferowane przez formę. Charakterystyczne dla Archera jest podejście do tematu więzienia i więźniów z dystansem. Wprawdzie autor zbiera informacje o skazanych i portretuje każdego, z kim się zetknie, ale w obszernych charakterystykach nie ma współczucia, jest wyłącznie ciekawość (i świadomość ciekawości odbiorców). Archer bardzo lubi kontrasty, które biorą się choćby z zestawienia postawy pełnej spokoju czy sympatii do świata – z uzasadnieniem wyroku pobicia czy morderstwa). Im bardziej życzliwy jest skazany za ciężkie przestępstwo – tym lepiej dla opowieści, mimo że z czasem i ten chwyt traci na sile.
Osobnym motywem stale przez autora poszukiwanym są przestępstwa w samym więzieniu. Tu obowiązuje swoista hierarchia, da się załatwić niemal wszystko. Sporo miejsca poświęca pisarz kwestii przemycania za kraty narkotyków, tematowi czarnego rynku i rozmaitym sposobom uprzyjemniania sobie czasu odosobnienia. Pokazuje, jak komunikują się ze sobą więźniowie i na jakie wykroczenia się decydują. Nie osądza, raczej pozostaje na uboczu, trochę tylko zafascynowany tym, czego może się dowiedzieć. Zdarza się, że Jeffrey Archer nie wierzy w konkretne odkrycia lub komentuje szczególnie wyraziste przypadki w zderzeniu z wyobraźnią pisarza. Widać wówczas najlepiej, że doświadczenie traktuje jak potencjalny temat do tworzenia. „Dzienniki więzienne” to publikacja bardzo rozbudowana, stanowiąca coś w rodzaju notatek dla pamięci, ale i autoterapii. Archer prowadzi je nie tylko dla zabicia czasu – szuka sposobu utrwalenia tego, czego się dowiedział, w jak najbardziej wiarygodnym kształcie. Ponieważ jest to publikacja przeładowana faktami, konkretami, historiami jednostek – czyta się ją dość trudno. Warto jednak przyjrzeć się, jak Archer traktuje swoją sytuację i jakie drogi pisarskie wybiera. Proponuje czytelnikom ważne obserwacje, a czasami i anegdoty zza krat – siła jego pozycji tkwi w odkrywaniu nieznanego.
Zza krat
Jeffrey Archer to pisarz, który – skazany na cztery lata więzienia – za kratami zaczął prowadzić dziennik i przedstawia czytelnikom bardzo obszerną relację z pobytu w kilku zakładach karnych. Jego więzienne zwierzenia charakteryzują się dużym stopniem szczegółowości oraz nastawieniem na opowiadanie historii innych ludzi. Własnym przypadkiem długo się nie zajmuje – o wiele bardziej interesują go przyczyny wyroków innych osadzonych. Przekazuje zasłyszane fakty, indywidualne historie raz powiązane z resocjalizacją, to znów – prowadzące do dalszych przestępstw, tyle że już za kratami. Archer bardzo starannie odnotowuje rozkład codziennych zajęć, długo analizuje rodzaje posiłków, przedstawia też i sam testuje „rozrywki” dla więźniów. Co pewien czas przypomina czytelnikom, że więzienie nie ma nic wspólnego z wypoczynkiem czy sielanką – przytacza wówczas jedno lub dwa przykre wydarzenia, które są nieodłączną częścią kary fundowaną przez innych skazanych lub personel więzienia. Przede wszystkim jednak odkrywa świat, którego większość czytelników nie zna i nawet nie potrafi objąć wyobraźnią. Rzeczowo, bez stylistycznych popisów, za to z nutą ironii i złośliwości.
Forma dziennika pisanego, kiedy jest możliwość, oznacza, że autor nie może zaplanować sobie rozkładu akcentów czy punktów kulminacyjnych. Czasami nadaje opowieściom dramaturgii przez dzielenie zdobytych anegdot lub bardziej rozbudowanych obserwacji na części – puentę przekłada wówczas na później, oddala wyjaśnienie lub rozwiązanie zagadki. Tak manifestuje świadomość pisarskiego warsztatu i wykorzystuje możliwości oferowane przez formę. Charakterystyczne dla Archera jest podejście do tematu więzienia i więźniów z dystansem. Wprawdzie autor zbiera informacje o skazanych i portretuje każdego, z kim się zetknie, ale w obszernych charakterystykach nie ma współczucia, jest wyłącznie ciekawość (i świadomość ciekawości odbiorców). Archer bardzo lubi kontrasty, które biorą się choćby z zestawienia postawy pełnej spokoju czy sympatii do świata – z uzasadnieniem wyroku pobicia czy morderstwa). Im bardziej życzliwy jest skazany za ciężkie przestępstwo – tym lepiej dla opowieści, mimo że z czasem i ten chwyt traci na sile.
Osobnym motywem stale przez autora poszukiwanym są przestępstwa w samym więzieniu. Tu obowiązuje swoista hierarchia, da się załatwić niemal wszystko. Sporo miejsca poświęca pisarz kwestii przemycania za kraty narkotyków, tematowi czarnego rynku i rozmaitym sposobom uprzyjemniania sobie czasu odosobnienia. Pokazuje, jak komunikują się ze sobą więźniowie i na jakie wykroczenia się decydują. Nie osądza, raczej pozostaje na uboczu, trochę tylko zafascynowany tym, czego może się dowiedzieć. Zdarza się, że Jeffrey Archer nie wierzy w konkretne odkrycia lub komentuje szczególnie wyraziste przypadki w zderzeniu z wyobraźnią pisarza. Widać wówczas najlepiej, że doświadczenie traktuje jak potencjalny temat do tworzenia. „Dzienniki więzienne” to publikacja bardzo rozbudowana, stanowiąca coś w rodzaju notatek dla pamięci, ale i autoterapii. Archer prowadzi je nie tylko dla zabicia czasu – szuka sposobu utrwalenia tego, czego się dowiedział, w jak najbardziej wiarygodnym kształcie. Ponieważ jest to publikacja przeładowana faktami, konkretami, historiami jednostek – czyta się ją dość trudno. Warto jednak przyjrzeć się, jak Archer traktuje swoją sytuację i jakie drogi pisarskie wybiera. Proponuje czytelnikom ważne obserwacje, a czasami i anegdoty zza krat – siła jego pozycji tkwi w odkrywaniu nieznanego.
sobota, 17 marca 2018
Agnieszka Osiecka: Dzienniki 1954-1955
Prószyński i S-ka, Warszawa 2018.
Pierwsza
Agnieszka Osiecka w swoich dziennikach może zastanawiać się nad własnymi wyborami i relacjami z innymi ludźmi. Zaczyna zarysowywać kierunki artystycznych dróg – chociaż tym razem często podkreśla żal, że nie potrafi malować. Zapełnia zeszyty naiwnymi szkicami, które są tu potem przedstawiane w formie zdjęć. Ale obok rysunkowych i bardzo naiwnych próbek pojawiają się też zalążki twórczości lirycznej. Osiecka próbuje swoich sił w tłumaczeniach, liczy sylaby, kreśli i zmienia wersy – pokazuje odbiorcom, jak mozolna jest praca tłumacza i jak niewiele wspólnego ma z natchnieniem i wiarą w talent. Sama nie komentuje raczej tych doświadczeń: wystarczającym dowodem komplikacji są ślady zmian, ewentualnie jeszcze dopiski po latach. Zdarza się też autorce – jak wielu młodym kobietom – przepisywać całe utwory, którymi się fascynuje, i to w oryginale. Zdarza się, że cytaty ciągną się przez kilka stron, a Osiecka na nowo odkrywa dla siebie choćby Gałczyńskiego. Kiedy przytacza utwory w obcych językach ma to jeszcze inne znaczenie: Agnieszka Osiecka dawniej przechodziła na francuski, angielski lub rosyjski, żeby ukryć przed rówieśniczkami najintymniejsze kwestie – teraz po prostu upaja się poezją. Czytelnicy oczywiście otrzymują przekłady w przypisach (można się zastanawiać, czy ma sens powtarzanie całych utworów, ale to szansa do poprawiania błędów popełnianych przez Osiecką, a w przypadku zapisów cyrylicą – podania transkrypcji).
Osobnym i kto wie, czy nie najważniejszym tematem stają się tym razem chłopcy. Agnieszka Osiecka bez przerwy zakochuje się i tęskni, przerzuca się od jednego kolegi do drugiego, w każdym dostrzega jakieś atuty, które mogłyby być podstawą do flirtu czy zauroczenia. Czasami zresztą sama woli flirt od głębszych uczuć, stara się nie traktować poważnie przelotnych związków, potrafi iść z chłopcem do łóżka i widzieć w tym własne wyrachowanie. Ją samą ta niestałość uczuciowa momentami niepokoi – szuka zatem wytłumaczenia dla takich postaw, a częściowo też i usprawiedliwienia. Nie przeszkadza jej to w kolejnych podbojach. Równocześnie komentarze stają się nieco bardziej precyzyjne, dojrzalsze niż w poprzednich „podlotkowych” dziennikach. Osiecka zaczyna też traktować miłość jako tworzywo. Na razie – do drobnych spostrzeżeń, uwag wystarczających zaledwie na tytuł lub myśl do utworu, który jeszcze nie powstanie – ale to już pierwsze sygnały dalszej twórczej drogi. Czytelnicy otrzymują pierwsze nieśmiałe wprawki do piosenek i obserwować mogą szlifowanie umiejętności.
Na początku obszernego tomu (obejmującego przecież tylko lata 1954 i 1955) uderza grom przypisów. Karolina Felberg-Sendecka zamierza wyręczać czytelników w intertekstualnych poszukiwaniach. Przytacza zatem bardzo rozbudowane cytaty z innych partii już wydanych dzienników Osieckiej, ze „Szpetnych czterdziestoletnich” lub z książki poświęconej Agnieszce Osieckiej – złożonej z wywiadów z bliskimi jej osobami. W ten sposób redaktorka wprawdzie dopowiada sprawy, które mogłyby umknąć odbiorcom, ale też trochę odbiera im przyjemność samodzielnych odkryć, nie mówiąc już o tym, że rozbija opowieści samej Osieckiej i utrudnia wstrzelenie się w tekst. „Dzienniki 1954–1955” w odróżnieniu od juweniliów to pierwszy krok w stronę poznawania świadomej autorki i kobiety, która nie potrafiła żyć bez miłości i łaknęła towarzystwa płci przeciwnej.
Pierwsza
Agnieszka Osiecka w swoich dziennikach może zastanawiać się nad własnymi wyborami i relacjami z innymi ludźmi. Zaczyna zarysowywać kierunki artystycznych dróg – chociaż tym razem często podkreśla żal, że nie potrafi malować. Zapełnia zeszyty naiwnymi szkicami, które są tu potem przedstawiane w formie zdjęć. Ale obok rysunkowych i bardzo naiwnych próbek pojawiają się też zalążki twórczości lirycznej. Osiecka próbuje swoich sił w tłumaczeniach, liczy sylaby, kreśli i zmienia wersy – pokazuje odbiorcom, jak mozolna jest praca tłumacza i jak niewiele wspólnego ma z natchnieniem i wiarą w talent. Sama nie komentuje raczej tych doświadczeń: wystarczającym dowodem komplikacji są ślady zmian, ewentualnie jeszcze dopiski po latach. Zdarza się też autorce – jak wielu młodym kobietom – przepisywać całe utwory, którymi się fascynuje, i to w oryginale. Zdarza się, że cytaty ciągną się przez kilka stron, a Osiecka na nowo odkrywa dla siebie choćby Gałczyńskiego. Kiedy przytacza utwory w obcych językach ma to jeszcze inne znaczenie: Agnieszka Osiecka dawniej przechodziła na francuski, angielski lub rosyjski, żeby ukryć przed rówieśniczkami najintymniejsze kwestie – teraz po prostu upaja się poezją. Czytelnicy oczywiście otrzymują przekłady w przypisach (można się zastanawiać, czy ma sens powtarzanie całych utworów, ale to szansa do poprawiania błędów popełnianych przez Osiecką, a w przypadku zapisów cyrylicą – podania transkrypcji).
Osobnym i kto wie, czy nie najważniejszym tematem stają się tym razem chłopcy. Agnieszka Osiecka bez przerwy zakochuje się i tęskni, przerzuca się od jednego kolegi do drugiego, w każdym dostrzega jakieś atuty, które mogłyby być podstawą do flirtu czy zauroczenia. Czasami zresztą sama woli flirt od głębszych uczuć, stara się nie traktować poważnie przelotnych związków, potrafi iść z chłopcem do łóżka i widzieć w tym własne wyrachowanie. Ją samą ta niestałość uczuciowa momentami niepokoi – szuka zatem wytłumaczenia dla takich postaw, a częściowo też i usprawiedliwienia. Nie przeszkadza jej to w kolejnych podbojach. Równocześnie komentarze stają się nieco bardziej precyzyjne, dojrzalsze niż w poprzednich „podlotkowych” dziennikach. Osiecka zaczyna też traktować miłość jako tworzywo. Na razie – do drobnych spostrzeżeń, uwag wystarczających zaledwie na tytuł lub myśl do utworu, który jeszcze nie powstanie – ale to już pierwsze sygnały dalszej twórczej drogi. Czytelnicy otrzymują pierwsze nieśmiałe wprawki do piosenek i obserwować mogą szlifowanie umiejętności.
Na początku obszernego tomu (obejmującego przecież tylko lata 1954 i 1955) uderza grom przypisów. Karolina Felberg-Sendecka zamierza wyręczać czytelników w intertekstualnych poszukiwaniach. Przytacza zatem bardzo rozbudowane cytaty z innych partii już wydanych dzienników Osieckiej, ze „Szpetnych czterdziestoletnich” lub z książki poświęconej Agnieszce Osieckiej – złożonej z wywiadów z bliskimi jej osobami. W ten sposób redaktorka wprawdzie dopowiada sprawy, które mogłyby umknąć odbiorcom, ale też trochę odbiera im przyjemność samodzielnych odkryć, nie mówiąc już o tym, że rozbija opowieści samej Osieckiej i utrudnia wstrzelenie się w tekst. „Dzienniki 1954–1955” w odróżnieniu od juweniliów to pierwszy krok w stronę poznawania świadomej autorki i kobiety, która nie potrafiła żyć bez miłości i łaknęła towarzystwa płci przeciwnej.
czwartek, 21 grudnia 2017
Krystyna Janda: Dziennik 2003-2004
Prószyński i S-ka, Warszawa 2017.
Więź z widzami
Tym razem Krystyna Janda czyta ze swoimi odbiorcami złote myśli różnych filozofów – ale pomijając ich biogramy, rzadko odnosi się do narzuconego w ten sposób tematu. Raczej cytuje, by szybko przejść do własnych spraw. „Dziennik 2003–2004” wydaje się bardziej pospieszny i mniej osobisty, aktorka nie zajmuje się już tak skrupulatnie przedstawianiem domowników i sytuacji domowych – po pierwsze nie musi, bo wszystko zdążyła już opowiedzieć, po drugie dzieci dorastają i nie dostarczają już tylu powodów do śmiechu przenikliwymi wypowiedziami, a w dodatku zaczynają czytać książki matki, pojawia się więc nieuchronnie pytanie o prywatność. Po trzecie – nie da się przez cały czas prowadzić egzystencji bujnej i bogatej w towarzyskie relacje, czasami trzeba odpocząć i pod względem nowinek ten tom jest w pewnym stopniu odpoczynkiem. Oczywiście aktorka wciąż zajmuje się teatrem i graniem w filmach, relacjonuje pobyty w różnych miejscach ze swoimi spektaklami, a pod koniec tomu przedstawia też konflikt, w wyniku którego opuszcza teatr, przygotowuje się do ról i rozważa motywacje granych postaci – ale po pierwszym tomie dziennika ma się wrażenie, że wszystko to robi z mniejszym impetem, jakby z przyzwyczajenia i dla podtrzymania kontaktu, a nie z rzeczywistej potrzeby dzielenia się swoim życiem.
Pisze w pewnym momencie Krystyna Janda tym, jak to tonuje swoje wypowiedzi, jak stara się myśleć, czy nikogo nimi nie urazi, czy nie będzie przesadnie kłuć w oczy szczęściem lub zadręczać dylematami – może właśnie ta autorefleksja, która może pojawić się pod wpływem interaktywnego charakteru dziennika, wpłynęła na ochłodzenie tonu wynurzeń. Faktem jest, że tu Janda staje się bardziej ostrożna, mniej impulsywna, więc i budzi mniejsze emocje. W dalszym ciągu potrafi rozśmieszać – lubi opowiadać zasłyszane kawały i umieszcza je często na końcu dziennych notek zamiast puent, wyczulona jest również na żarty sytuacyjne i gdy spotka ją coś śmiesznego – nie omieszka o tym wspomnieć. Stara się jednak, by tego rodzaju drobiazgi nie zdominowały opowieści. Już wie, że sympatii poza publicznością teatralną nadmiernym zadowoleniem nie wzbudzi. Ucierpią na tym trochę fani, pozbawieni nagle dostępu do sporej części refleksji – ale oni i tak wytrwają, a Krystyna Janda chce szukać odbiorców dalej, zaintrygować kogoś na tyle, by stał się widzem, by zechciał sprawdzić, o co w teatrze chodzi.
Znów potężny tom dziennikowych zapisków wcześniej dostępnych w internecie proponuje Krystyna Janda i jej czytelnicy świadomi, co nastąpi później, czytać będą tę publikację inaczej niż w momencie powstawania poszczególnych wpisów. Ale książka jest ciekawa jako świadectwo teatralnej codzienności, nie tylko z uwagi na znaną powszechnie autorkę. Janda potrafi dobrze pisać, wpuszcza też czytelników do swojej prywatności (w kontrolowanym stopniu). Przedstawia nawet szereg zdjęć (ze względu na niską rozdzielczość pojawiają się one w książce jako miniaturki, ale to dobrze, bo nie odwracają uwagi od gęstego tekstu, a też pozwalają szybko się zorientować, do czego Janda akurat się odnosi. Przez te zapiski Krystyna Janda staje się bliska czytelnikom, buduje z nimi więź i niemal zaprasza do odwiedzania teatrów. Może świadomie kreować wizerunek.
Więź z widzami
Tym razem Krystyna Janda czyta ze swoimi odbiorcami złote myśli różnych filozofów – ale pomijając ich biogramy, rzadko odnosi się do narzuconego w ten sposób tematu. Raczej cytuje, by szybko przejść do własnych spraw. „Dziennik 2003–2004” wydaje się bardziej pospieszny i mniej osobisty, aktorka nie zajmuje się już tak skrupulatnie przedstawianiem domowników i sytuacji domowych – po pierwsze nie musi, bo wszystko zdążyła już opowiedzieć, po drugie dzieci dorastają i nie dostarczają już tylu powodów do śmiechu przenikliwymi wypowiedziami, a w dodatku zaczynają czytać książki matki, pojawia się więc nieuchronnie pytanie o prywatność. Po trzecie – nie da się przez cały czas prowadzić egzystencji bujnej i bogatej w towarzyskie relacje, czasami trzeba odpocząć i pod względem nowinek ten tom jest w pewnym stopniu odpoczynkiem. Oczywiście aktorka wciąż zajmuje się teatrem i graniem w filmach, relacjonuje pobyty w różnych miejscach ze swoimi spektaklami, a pod koniec tomu przedstawia też konflikt, w wyniku którego opuszcza teatr, przygotowuje się do ról i rozważa motywacje granych postaci – ale po pierwszym tomie dziennika ma się wrażenie, że wszystko to robi z mniejszym impetem, jakby z przyzwyczajenia i dla podtrzymania kontaktu, a nie z rzeczywistej potrzeby dzielenia się swoim życiem.
Pisze w pewnym momencie Krystyna Janda tym, jak to tonuje swoje wypowiedzi, jak stara się myśleć, czy nikogo nimi nie urazi, czy nie będzie przesadnie kłuć w oczy szczęściem lub zadręczać dylematami – może właśnie ta autorefleksja, która może pojawić się pod wpływem interaktywnego charakteru dziennika, wpłynęła na ochłodzenie tonu wynurzeń. Faktem jest, że tu Janda staje się bardziej ostrożna, mniej impulsywna, więc i budzi mniejsze emocje. W dalszym ciągu potrafi rozśmieszać – lubi opowiadać zasłyszane kawały i umieszcza je często na końcu dziennych notek zamiast puent, wyczulona jest również na żarty sytuacyjne i gdy spotka ją coś śmiesznego – nie omieszka o tym wspomnieć. Stara się jednak, by tego rodzaju drobiazgi nie zdominowały opowieści. Już wie, że sympatii poza publicznością teatralną nadmiernym zadowoleniem nie wzbudzi. Ucierpią na tym trochę fani, pozbawieni nagle dostępu do sporej części refleksji – ale oni i tak wytrwają, a Krystyna Janda chce szukać odbiorców dalej, zaintrygować kogoś na tyle, by stał się widzem, by zechciał sprawdzić, o co w teatrze chodzi.
Znów potężny tom dziennikowych zapisków wcześniej dostępnych w internecie proponuje Krystyna Janda i jej czytelnicy świadomi, co nastąpi później, czytać będą tę publikację inaczej niż w momencie powstawania poszczególnych wpisów. Ale książka jest ciekawa jako świadectwo teatralnej codzienności, nie tylko z uwagi na znaną powszechnie autorkę. Janda potrafi dobrze pisać, wpuszcza też czytelników do swojej prywatności (w kontrolowanym stopniu). Przedstawia nawet szereg zdjęć (ze względu na niską rozdzielczość pojawiają się one w książce jako miniaturki, ale to dobrze, bo nie odwracają uwagi od gęstego tekstu, a też pozwalają szybko się zorientować, do czego Janda akurat się odnosi. Przez te zapiski Krystyna Janda staje się bliska czytelnikom, buduje z nimi więź i niemal zaprasza do odwiedzania teatrów. Może świadomie kreować wizerunek.
czwartek, 19 października 2017
Marek Hłasko: Listy i pamiętnik
Iskry, Warszawa 2017.
Nowe listy
O ile wiadomo było, że Agnieszka Osiecka wcześnie zaczęła pisać dzienniki, o tyle dziecięce memuary Marka Hłaski były na rynku wydawniczym pewną sensacją. Teraz już odbiorcy zostali oswojeni z faktem, że ten autor wcześnie chwycił za pióro i przelewał myśli na papier – ze sporą dojrzałością, dziecięcą wrażliwością i humorem. Dziś to Iskry dbają o to, by spuścizna literacka i dokumenty Marka Hłaski ujrzały światło dzienne. Ukazuje się dość skromny objętościowo tomik będący uzupełnieniem wcześniej wydanego pamiętnika nastolatka. „Listy i pamiętnik” to zbiorek odnalezionych a nieznanych wcześniej listów małego Marka do matki i do ojczyma. Okazały się te dokumenty na tyle ważne, że należało je zaprezentować szerokiemu gronu odbiorców – a to ze względu na fakt, że zmieniają postrzeganie domowych relacji. Do niedawna zwykło się uważać, że Marek Hłasko cenił wyłącznie swoją matkę, a z ojczymem pozostawał na wojennej stopie. Udostępnione czytelnikom odkryte listy pokazują, że i ojczyma traktował z pełną serdecznością, a zwykłe konflikty nie przekreślały spokoju w domu. Młody Marek Hłasko do rodziców pisze zawsze, gdy potrzebuje kontaktu (a nie tylko wsparcia finansowego!). Przesyca swoją korespondencję zapewnieniami o miłości, wypełnia listy czułościami, momentami wpada wręcz w liryzm czy egzaltowaną przesadę – zrozumiałą u dziecka. Przy naiwności treści wykazuje się Hłasko olbrzymią dbałością o formę i cały tomik „Listy i pamiętnik” potraktować można jak pierwsze literackie wprawki. Autor dba o swój warsztat, wielokrotnie siebie czyta – z myślą o odbiorcach – cyzeluje frazy i rozbudowuje spostrzeżenia. Stara się poszerzać słownictwo, nie boi się ujawniania uczuć. Kreatywny jest zwłaszcza w zapewnieniach o miłości do matki. Przyznaje się do reakcji, jakich zwykle chłopcy uzewnętrzniać nie chcą. Poetyka listów rzeczywiście bardzo się zmienia, gdy autor pisze do ojczyma – tu widoczna jest serdeczność, ale w wersji bardziej szorstkiej, męskiej, bez łzawego rozmazania i tkliwości. A przecież autorem tych wynurzeń jest to samo dziecko. Już ze względu na świadome konstruowanie tekstu przez wzgląd na jego adresata warto się przyjrzeć temu tomikowi i prześledzić błahe wprawdzie jeszcze doznania małego Marka – ale już jako wprawki literackie prezentowane. Trzeci ton zapewnia pamiętnik, a zwłaszcza spotkania i rozstania z Alą. Tu Marek Hłasko pisze jeszcze inaczej – czytelnicy mogą sobie porównać rodzaje dyskursu i docenić sprawność pisarską nastolatka jeszcze w oderwaniu od wielkiej literatury. Ta publikacja ma charakter uzupełniający i swoją rolę spełnia bez zarzutu – to dodatek dla tych, którzy twórczością marka Hłaski się interesują i chcą odkrywać ślady świadomości autora nawet w juweniliach.
Bywa, że Marek Hłasko popisuje się typowym dla nastolatków humorem, potrafi zaskoczyć celną obserwacją lub ironicznym komentarzem. Sporo tu pojedynczych zdań, które przykuwają uwagę i nawet wyrwane z kontekstu będą funkcjonować jako znak narodzin pisarza. „Listy i pamiętnik” nie są absolutnie lekturą obowiązkową dla tych, którzy Hłaskę uwielbiają – ale znajdzie się spora grupa odbiorców, w tym miłośników juweniliów, którzy uznają publikację za ważną. Powraca tu po raz kolejny prośba o udostępnianie nieznanych listów Marka Hłaski – wszystko po to, by móc odtworzyć w miarę pełne archiwum. Marek Hłasko dzięki takim pozycjom daje się wciąż na nowo odczytywać – buduje się jego życiorys i rozwiązują przynajmniej niektóre zagadki.
Nowe listy
O ile wiadomo było, że Agnieszka Osiecka wcześnie zaczęła pisać dzienniki, o tyle dziecięce memuary Marka Hłaski były na rynku wydawniczym pewną sensacją. Teraz już odbiorcy zostali oswojeni z faktem, że ten autor wcześnie chwycił za pióro i przelewał myśli na papier – ze sporą dojrzałością, dziecięcą wrażliwością i humorem. Dziś to Iskry dbają o to, by spuścizna literacka i dokumenty Marka Hłaski ujrzały światło dzienne. Ukazuje się dość skromny objętościowo tomik będący uzupełnieniem wcześniej wydanego pamiętnika nastolatka. „Listy i pamiętnik” to zbiorek odnalezionych a nieznanych wcześniej listów małego Marka do matki i do ojczyma. Okazały się te dokumenty na tyle ważne, że należało je zaprezentować szerokiemu gronu odbiorców – a to ze względu na fakt, że zmieniają postrzeganie domowych relacji. Do niedawna zwykło się uważać, że Marek Hłasko cenił wyłącznie swoją matkę, a z ojczymem pozostawał na wojennej stopie. Udostępnione czytelnikom odkryte listy pokazują, że i ojczyma traktował z pełną serdecznością, a zwykłe konflikty nie przekreślały spokoju w domu. Młody Marek Hłasko do rodziców pisze zawsze, gdy potrzebuje kontaktu (a nie tylko wsparcia finansowego!). Przesyca swoją korespondencję zapewnieniami o miłości, wypełnia listy czułościami, momentami wpada wręcz w liryzm czy egzaltowaną przesadę – zrozumiałą u dziecka. Przy naiwności treści wykazuje się Hłasko olbrzymią dbałością o formę i cały tomik „Listy i pamiętnik” potraktować można jak pierwsze literackie wprawki. Autor dba o swój warsztat, wielokrotnie siebie czyta – z myślą o odbiorcach – cyzeluje frazy i rozbudowuje spostrzeżenia. Stara się poszerzać słownictwo, nie boi się ujawniania uczuć. Kreatywny jest zwłaszcza w zapewnieniach o miłości do matki. Przyznaje się do reakcji, jakich zwykle chłopcy uzewnętrzniać nie chcą. Poetyka listów rzeczywiście bardzo się zmienia, gdy autor pisze do ojczyma – tu widoczna jest serdeczność, ale w wersji bardziej szorstkiej, męskiej, bez łzawego rozmazania i tkliwości. A przecież autorem tych wynurzeń jest to samo dziecko. Już ze względu na świadome konstruowanie tekstu przez wzgląd na jego adresata warto się przyjrzeć temu tomikowi i prześledzić błahe wprawdzie jeszcze doznania małego Marka – ale już jako wprawki literackie prezentowane. Trzeci ton zapewnia pamiętnik, a zwłaszcza spotkania i rozstania z Alą. Tu Marek Hłasko pisze jeszcze inaczej – czytelnicy mogą sobie porównać rodzaje dyskursu i docenić sprawność pisarską nastolatka jeszcze w oderwaniu od wielkiej literatury. Ta publikacja ma charakter uzupełniający i swoją rolę spełnia bez zarzutu – to dodatek dla tych, którzy twórczością marka Hłaski się interesują i chcą odkrywać ślady świadomości autora nawet w juweniliach.
Bywa, że Marek Hłasko popisuje się typowym dla nastolatków humorem, potrafi zaskoczyć celną obserwacją lub ironicznym komentarzem. Sporo tu pojedynczych zdań, które przykuwają uwagę i nawet wyrwane z kontekstu będą funkcjonować jako znak narodzin pisarza. „Listy i pamiętnik” nie są absolutnie lekturą obowiązkową dla tych, którzy Hłaskę uwielbiają – ale znajdzie się spora grupa odbiorców, w tym miłośników juweniliów, którzy uznają publikację za ważną. Powraca tu po raz kolejny prośba o udostępnianie nieznanych listów Marka Hłaski – wszystko po to, by móc odtworzyć w miarę pełne archiwum. Marek Hłasko dzięki takim pozycjom daje się wciąż na nowo odczytywać – buduje się jego życiorys i rozwiązują przynajmniej niektóre zagadki.
piątek, 1 września 2017
Anna Alboth: Rodzina bez granic w Ameryce Środkowej
Agora, Warszawa 2017.
Podróż z dzieckiem
Dwójka malutkich dzieci i niekoniecznie bezpieczne w powszechnej opinii szlaki po krajach Ameryki Środkowej. Anna Alboth opowiada o podróżowaniu z maluchami samochododomem. Chce przekonać innych do takiego spędzania czasu i spełniania dorosłych marzeń, rozwiać wątpliwości i zaprezentować sposób na przygodę życia. Bez względu na to, czy kilkulatki zapamiętają cokolwiek z tych doświadczeń, autorka przekonuje, że warto zabierać dzieci w dalekie i egzotyczne podróże.
Anna Alboth jest blogerką podróżniczą, wraz z mężem Thomasem kolekcjonuje wrażenia z dalekich wypraw i ozdabia je licznymi zdjęciami, a także zestawem porad. Przedstawia kolejne etapy podróży: na własne córki spogląda równie często jak na zmieniające się krajobrazy. Sprawdza, jak podróżowanie wpływa na dzieci: odnotowuje między innymi ich otwartość czy drobne radości, ale też reakcje miejscowych na „egzotycznych” podróżników z maluchami. Dzieci pomagają wybrnąć z kłopotliwych sytuacji, przełamują lody, pomagają w nawiązywaniu kontaktu. Są idealnymi towarzyszami podróży, a nie przeszkodą – przynajmniej w sielskiej wersji przez autorkę proponowanej. Nadają się i do couchsurfingu, i to biwaków w dziczy, jeśli przestrzega się kilku prostych zasad. Anna Alboth nie zamierza – co podkreśla – kreować swoich córek na aniołki. Po prostu nie akcentuje przesadnie drobnych kłopotów i nie poddaje się kaprysom. Wie, jak ważne jest przestrzeganie stałych pór snu czy posiłków, zna zabawy, które może zaproponować maluchom, gdy dostrzeże pierwsze objawy zmęczenia. Szuka sposobów, by przekazać dzieciom wiedzę o przemierzanym kraju: uczy podstawowych zwrotów, przywołuje popularne w danym języku imiona po to, by córki mogły w praktyce sprawdzić te dane. Chociaż są jeszcze malutkie, czują się przez to ważne w podróży. Autorka podpowiada, jak unikać przykrości i na co zwraca uwagę. Poza kwestią dzieci najważniejszą w „Rodzinie bez granic”, opowiada o sposobach na podróżowanie. Tłumaczy między innymi, jak przerobić samochód na pomieszczenie do spania dla całej rodziny. To porady wynikające z praktyki, tym cenniejsze, że przetestowane. Trochę miejsca poświęca autorka bezpieczeństwu, odrobinę – historii. Przedstawia nowych znajomych i wyzwania, z jakimi się mierzyła. Od czasu do czasu pojawiają się też anegdoty z tras. Anna Alboth prowadzi typową dzisiaj relację podróżniczą – prostą, szybką i osobistą, pozbawioną literackich zachwytów czy kopiowania danych z przewodników. Daje szansę tym, którzy chcieliby ruszyć w jej ślady i nie boją się podróżowania z małymi dziećmi. Dramaturgii tej książce dodaje samo życie, autorka nie sili się na szukanie urozmaiceń. Jedynym odejściem od swoistego dziennika podróży są tutaj krótkie wyliczenia – w punktach – porad dla podróżujących z dziećmi. W ten sposób tom zamienia się w przydatną lekturę dla obieżyświatów.
„Rodzina bez granic w Ameryce Środkowej” to książka krótka pod względem tekstowym, za to mocno rozbudowana w warstwie graficznej. Relację przecinają dziesiątki zdjęć – nawet nie fotografii artystycznych, a dokumentalnych, za to zawsze barwnych i egzotycznych. Na wielu zdjęciach są dzieci autorki, co zaczyna przypominać typowe albumy z wakacji. Anna Alboth chce dzielić się z odbiorcami swoimi przeżyciami i przemyśleniami na temat podróżowania z małymi dziećmi. To publikacja dla odbiorców, którym nie wystarcza śledzenie blogów podróżniczych – którzy chcieliby też bardziej klasycznej formy opowiadania o swoich doświadczeniach globtroterskich. Na pytanie, czy warto zabierać dzieci na dalekie podróże, autorka ma tylko jedną odpowiedź.
Podróż z dzieckiem
Dwójka malutkich dzieci i niekoniecznie bezpieczne w powszechnej opinii szlaki po krajach Ameryki Środkowej. Anna Alboth opowiada o podróżowaniu z maluchami samochododomem. Chce przekonać innych do takiego spędzania czasu i spełniania dorosłych marzeń, rozwiać wątpliwości i zaprezentować sposób na przygodę życia. Bez względu na to, czy kilkulatki zapamiętają cokolwiek z tych doświadczeń, autorka przekonuje, że warto zabierać dzieci w dalekie i egzotyczne podróże.
Anna Alboth jest blogerką podróżniczą, wraz z mężem Thomasem kolekcjonuje wrażenia z dalekich wypraw i ozdabia je licznymi zdjęciami, a także zestawem porad. Przedstawia kolejne etapy podróży: na własne córki spogląda równie często jak na zmieniające się krajobrazy. Sprawdza, jak podróżowanie wpływa na dzieci: odnotowuje między innymi ich otwartość czy drobne radości, ale też reakcje miejscowych na „egzotycznych” podróżników z maluchami. Dzieci pomagają wybrnąć z kłopotliwych sytuacji, przełamują lody, pomagają w nawiązywaniu kontaktu. Są idealnymi towarzyszami podróży, a nie przeszkodą – przynajmniej w sielskiej wersji przez autorkę proponowanej. Nadają się i do couchsurfingu, i to biwaków w dziczy, jeśli przestrzega się kilku prostych zasad. Anna Alboth nie zamierza – co podkreśla – kreować swoich córek na aniołki. Po prostu nie akcentuje przesadnie drobnych kłopotów i nie poddaje się kaprysom. Wie, jak ważne jest przestrzeganie stałych pór snu czy posiłków, zna zabawy, które może zaproponować maluchom, gdy dostrzeże pierwsze objawy zmęczenia. Szuka sposobów, by przekazać dzieciom wiedzę o przemierzanym kraju: uczy podstawowych zwrotów, przywołuje popularne w danym języku imiona po to, by córki mogły w praktyce sprawdzić te dane. Chociaż są jeszcze malutkie, czują się przez to ważne w podróży. Autorka podpowiada, jak unikać przykrości i na co zwraca uwagę. Poza kwestią dzieci najważniejszą w „Rodzinie bez granic”, opowiada o sposobach na podróżowanie. Tłumaczy między innymi, jak przerobić samochód na pomieszczenie do spania dla całej rodziny. To porady wynikające z praktyki, tym cenniejsze, że przetestowane. Trochę miejsca poświęca autorka bezpieczeństwu, odrobinę – historii. Przedstawia nowych znajomych i wyzwania, z jakimi się mierzyła. Od czasu do czasu pojawiają się też anegdoty z tras. Anna Alboth prowadzi typową dzisiaj relację podróżniczą – prostą, szybką i osobistą, pozbawioną literackich zachwytów czy kopiowania danych z przewodników. Daje szansę tym, którzy chcieliby ruszyć w jej ślady i nie boją się podróżowania z małymi dziećmi. Dramaturgii tej książce dodaje samo życie, autorka nie sili się na szukanie urozmaiceń. Jedynym odejściem od swoistego dziennika podróży są tutaj krótkie wyliczenia – w punktach – porad dla podróżujących z dziećmi. W ten sposób tom zamienia się w przydatną lekturę dla obieżyświatów.
„Rodzina bez granic w Ameryce Środkowej” to książka krótka pod względem tekstowym, za to mocno rozbudowana w warstwie graficznej. Relację przecinają dziesiątki zdjęć – nawet nie fotografii artystycznych, a dokumentalnych, za to zawsze barwnych i egzotycznych. Na wielu zdjęciach są dzieci autorki, co zaczyna przypominać typowe albumy z wakacji. Anna Alboth chce dzielić się z odbiorcami swoimi przeżyciami i przemyśleniami na temat podróżowania z małymi dziećmi. To publikacja dla odbiorców, którym nie wystarcza śledzenie blogów podróżniczych – którzy chcieliby też bardziej klasycznej formy opowiadania o swoich doświadczeniach globtroterskich. Na pytanie, czy warto zabierać dzieci na dalekie podróże, autorka ma tylko jedną odpowiedź.
sobota, 5 sierpnia 2017
Agnieszka Osiecka: Dzienniki 1953
Prószyński i S-ka, Warszawa 2017.
Poznawanie siebie
Agnieszka Osiecka jako nastolatka jest w swoich dziennikach – jak każda nastolatka zresztą – rozbrajająco szczera, a przy tym bardzo naiwna. W 1953 roku studiuje dziennikarstwo, ma siedemnaście lat i w takim samym stopniu przeżywa własne nadzieje na wielką miłość, co kłótnie rodziców. Wszystko dokładnie odnotowuje – łącznie z błahymi konfliktami w gronie kolegów. Zwierza się dziennikowi z sympatii i antypatii, szuka dla siebie najlepszych rozwiązań. Jeszcze nie wie, że będzie pisać – ale w dzienniku stara się szlifować styl, sama sobie wyśmiewa nieudane metafory. Zwraca baczną uwagę na ludzi – to ludzie i związane z nimi emocje wiodą tu prym. Od czasu do czasu jest też mowa o teatrze. Agnieszka Osiecka chodzi na te przedstawienia, na które uda się zdobyć bilety, co nie zawsze jest łatwym zadaniem. Jednak kiedy już obejrzy sztukę, stara się bardzo dokładnie zanotować jej treść. Szuka lektur, które pogłębią jej wiedzę w tym zakresie i pracuje nad sobą. Dodatkowo uczy tych kolegów, którzy mają trudności z przyswajaniem faktów. Pod koniec tej części dzienników mocno przeżywa wyrzucenie z ZMP. Bo tym razem świat polityki i nastrojów społecznych wkracza do zapisków coraz odważniej – Osiecka zajmuje się nie tylko własnymi przemyśleniami i rozważaniami o chłopcach, czasami analizuje też to, co dzieje się wokół. Na razie jeszcze są to komentarze dość infantylne, ale nie sposób odmówić im wartości. Zdarza się też młodej Agnieszce Osieckiej popaść w zadumę i zacząć filozofować na kartach dziennika. Najskrytsze przeżycia bohaterka zapisuje w obcych językach (po niemiecku albo po francusku), żeby notatki były trudniejsze do rozszyfrowania przez niepożądanych czy przypadkowych odbiorców. Autorka pozostaje również wrażliwa na poezję, wprowadza do zapisków cytaty (także w oryginale). Mnóstwo czasu i energii poświęca sprawom obyczajowym, to wynurzenia na temat relacji w grupie czy zachowań.
Tomy „dzienników” (starannie zaznaczane) przerywa tu brudnopis – zeszyt pełen dialogów prowadzonych na zajęciach, zresztą czasami do zapisków wkraczają również notatki czy skrypty. Osiecka traktuje diariusz jako możliwość kształtowania pisarskiego stylu, ale też jak powiernika, sposób na uporządkowanie wrażeń. Po pewnym czasie wraca do swoich uwag, czyta, wprowadza osobne komentarze, podkreślenia i poprawki – w pełnej edycji „Dzienników” rozmaite edytorskie zabiegi są odpowiednio zaznaczane dla odbiorców, redaktorka znalazła sposób na unikanie czy zminimalizowanie chaosu. Nie bagatelizuje drobiazgów: klamry, strzałki, podkreślenia, pamiątki w postaci zasuszonych zapisanych liśći – wszystko się tu pojawia. Co ciekawsze strony funkcjonują jako dodatkowy graficzny ozdobnik, podobnie jak zdjęcia z czasów dotyczących tomu dziennika.
Czytelnicy otrzymują również zestaw przypisowych komentarzy, na początku bardzo rozbudowanych – przy prezentowaniu kolejnych postaci redaktorka tomu odwołuje się do opinii Osieckiej z innych publikacji, rozszerza więc zakres notatek i ułatwia zadanie odbiorcom. Bywa, że niepotrzebnie po raz kolejny wprowadza biogramy z poprzednich tomów, chociaż być może zakłada, że do „Dzienników 1953” zajrzą nie tylko fani Osieckiej, ale i ciekawi obyczajowości epoki. „Dzienniki 1953” to powolne dojrzewanie Agnieszki Osieckiej do świadomego tworzenia – ale i odkrywanie samej siebie, własnej wrażliwości, uczuć oraz tęsknot. To publikacja, w której równie wiele jak z tekstu, wyczytać można między wierszami. Pozwala lepiej poznać Agnieszkę Osiecką, stanowi uzupełnienie jej biografii, tym cenniejsze, że nieformalne.
Poznawanie siebie
Agnieszka Osiecka jako nastolatka jest w swoich dziennikach – jak każda nastolatka zresztą – rozbrajająco szczera, a przy tym bardzo naiwna. W 1953 roku studiuje dziennikarstwo, ma siedemnaście lat i w takim samym stopniu przeżywa własne nadzieje na wielką miłość, co kłótnie rodziców. Wszystko dokładnie odnotowuje – łącznie z błahymi konfliktami w gronie kolegów. Zwierza się dziennikowi z sympatii i antypatii, szuka dla siebie najlepszych rozwiązań. Jeszcze nie wie, że będzie pisać – ale w dzienniku stara się szlifować styl, sama sobie wyśmiewa nieudane metafory. Zwraca baczną uwagę na ludzi – to ludzie i związane z nimi emocje wiodą tu prym. Od czasu do czasu jest też mowa o teatrze. Agnieszka Osiecka chodzi na te przedstawienia, na które uda się zdobyć bilety, co nie zawsze jest łatwym zadaniem. Jednak kiedy już obejrzy sztukę, stara się bardzo dokładnie zanotować jej treść. Szuka lektur, które pogłębią jej wiedzę w tym zakresie i pracuje nad sobą. Dodatkowo uczy tych kolegów, którzy mają trudności z przyswajaniem faktów. Pod koniec tej części dzienników mocno przeżywa wyrzucenie z ZMP. Bo tym razem świat polityki i nastrojów społecznych wkracza do zapisków coraz odważniej – Osiecka zajmuje się nie tylko własnymi przemyśleniami i rozważaniami o chłopcach, czasami analizuje też to, co dzieje się wokół. Na razie jeszcze są to komentarze dość infantylne, ale nie sposób odmówić im wartości. Zdarza się też młodej Agnieszce Osieckiej popaść w zadumę i zacząć filozofować na kartach dziennika. Najskrytsze przeżycia bohaterka zapisuje w obcych językach (po niemiecku albo po francusku), żeby notatki były trudniejsze do rozszyfrowania przez niepożądanych czy przypadkowych odbiorców. Autorka pozostaje również wrażliwa na poezję, wprowadza do zapisków cytaty (także w oryginale). Mnóstwo czasu i energii poświęca sprawom obyczajowym, to wynurzenia na temat relacji w grupie czy zachowań.
Tomy „dzienników” (starannie zaznaczane) przerywa tu brudnopis – zeszyt pełen dialogów prowadzonych na zajęciach, zresztą czasami do zapisków wkraczają również notatki czy skrypty. Osiecka traktuje diariusz jako możliwość kształtowania pisarskiego stylu, ale też jak powiernika, sposób na uporządkowanie wrażeń. Po pewnym czasie wraca do swoich uwag, czyta, wprowadza osobne komentarze, podkreślenia i poprawki – w pełnej edycji „Dzienników” rozmaite edytorskie zabiegi są odpowiednio zaznaczane dla odbiorców, redaktorka znalazła sposób na unikanie czy zminimalizowanie chaosu. Nie bagatelizuje drobiazgów: klamry, strzałki, podkreślenia, pamiątki w postaci zasuszonych zapisanych liśći – wszystko się tu pojawia. Co ciekawsze strony funkcjonują jako dodatkowy graficzny ozdobnik, podobnie jak zdjęcia z czasów dotyczących tomu dziennika.
Czytelnicy otrzymują również zestaw przypisowych komentarzy, na początku bardzo rozbudowanych – przy prezentowaniu kolejnych postaci redaktorka tomu odwołuje się do opinii Osieckiej z innych publikacji, rozszerza więc zakres notatek i ułatwia zadanie odbiorcom. Bywa, że niepotrzebnie po raz kolejny wprowadza biogramy z poprzednich tomów, chociaż być może zakłada, że do „Dzienników 1953” zajrzą nie tylko fani Osieckiej, ale i ciekawi obyczajowości epoki. „Dzienniki 1953” to powolne dojrzewanie Agnieszki Osieckiej do świadomego tworzenia – ale i odkrywanie samej siebie, własnej wrażliwości, uczuć oraz tęsknot. To publikacja, w której równie wiele jak z tekstu, wyczytać można między wierszami. Pozwala lepiej poznać Agnieszkę Osiecką, stanowi uzupełnienie jej biografii, tym cenniejsze, że nieformalne.
sobota, 15 lipca 2017
Sándor Márai: Dziennik 1949-1956
Czytelnik, Warszawa 2017.
Życie na obczyźnie
Sándor Márai to autor, którego dzienniki czyta się znakomicie ze względu na wpisane w notatki nastawienie na czytelnika. Drugi – z zaplanowanych pięciu – wybór zapisków obejmuje czas od 1949 do 1956 roku i jest między innymi opowieścią o losie na emigracji. Twórca zajmuje się codziennością, ale w większej części przefiltrowaną przez myśl humanistyczną. To znaczy, że stosunkowo rzadko odnotowywać będzie własne spotkania czy wyjścia (za to rejestruje odrobinę szkolnych doświadczeń syna i jego uwag na temat życia w obcym kraju). Sándor Márai skupia się natomiast na rozwoju kulturalnym: od czasu do czasu odwołuje się do własnej twórczości, dodaje drobne przypisy do wierszy i powieści. Sporo miejsca poświęca swoim lekturom, rejestruje celne spostrzeżenia na temat czytania jako takiego. Wyjście od takiego wzbogacania wyobraźni prowadzi autora do refleksji filozoficznych. Zwłaszcza przemijanie wydaje mu się kuszącym zagadnieniem – do egzystencjalnych westchnień często skłaniają go rocznice. Nigdy nie zapomina o dwóch datach: urodzinach matki i śmierci syna. Tych nie opatruje komentarzami, po prostu zaznacza w kalendarzu. Zresztą daty dzienne pojawiają się tutaj rzadko – nie są zbyt potrzebne w refleksjach natury ogólnej i tylko rozbijałyby wywód – jako przejścia między zagadnieniami wystarczą rozdzielane dodatkową interlinią akapity – to czytelny sygnał do zmiany motywu. Sándor Márai dzieli się z odbiorcami tym, co według niego wartościowe i warte zachowania. Potrafi snuć rozważania, wywodząc je z drobiazgów. Uczy spokoju i pogodzenia się z losem.
Dziennik został opracowany tak, by był wygodny w lekturze dla zwykłych czytelników. Nie ma tu rozbudowanych i szczegółowych przypisów ani czynników, które odwracałyby uwagę od rytmu przemyśleń. Odbiorcom rzadko kiedy potrzebny będzie kontekst zapisków. Sam autor odnotowuje w dzienniku ważne wydarzenia społeczne i polityczne, pokazuje też, jak organizuje sobie życie w obcym kraju (na początku przedstawia Włochy, potem też Amerykę). Wspomina o rodzinie i samopoczuciu, ale z reguły zaprzątają go sprawy ważniejsze niż jednostkowe doświadczenia. W dzienniku nie zajmuje się błahostkami, każdemu tematowi nadaje odpowiednią rangę. Do tego bardzo pasuje rytm przemyślanych, pełnowartościowych akapitów. Tutaj nie będzie chaosu myśli ani przypadkowości w notatkach, spora w tym rola wyboru, zapewne – ale też Sándor Márai nie pisze dziennika dla uporządkowania wydarzeń z codzienności – a dla opracowania refleksji. W ciągu kilku lat nie zmienia diametralnie poglądów, pokazuje za to, jak płynie życie – i jak emigracją wewnętrzną zwalczać troski życia w obcym kraju.
Jest to lektura nie tylko dla fanów pisarza czy – gatunku. Sporo w książce myśli o charakterze aforystycznym, cytatów, które chce się zachować w pamięci, bo trafnie określają podejmowany temat. Sándor Márai w dzienniku daje się również poznać jako twórca świadomy. Diariusz może mu służyć do ćwiczenia warsztatu, do wprawek literackich. Takie podejście przenosi się potem na odbiór – autor potrafi do siebie przekonać samym spojrzeniem na otoczenie. Inaczej niż w przypadku wielu dzienników, tutaj nie spotyka się urywanych fraz, niedokończonych pomysłów czy niedopracowania. Wybór (bez zaznaczania redaktorskich ingerencji – to nie jest potrzebne zwykłym odbiorcom) sporo ułatwia – pozwala rzeczywiście zaakcentować to, co warte uwagi. Przy tym nie zaburza konwencji – w pojedynczych akapitach autor może sobie snuć rozważania zgodne z aktualnym stanem ducha czy przeżyciami, bez ograniczeń. A jednak wybiera precyzję i skondensowane zapiski, dzieląc się z czytelnikami – od początku zaplanowanymi – celnymi frazami.
Życie na obczyźnie
Sándor Márai to autor, którego dzienniki czyta się znakomicie ze względu na wpisane w notatki nastawienie na czytelnika. Drugi – z zaplanowanych pięciu – wybór zapisków obejmuje czas od 1949 do 1956 roku i jest między innymi opowieścią o losie na emigracji. Twórca zajmuje się codziennością, ale w większej części przefiltrowaną przez myśl humanistyczną. To znaczy, że stosunkowo rzadko odnotowywać będzie własne spotkania czy wyjścia (za to rejestruje odrobinę szkolnych doświadczeń syna i jego uwag na temat życia w obcym kraju). Sándor Márai skupia się natomiast na rozwoju kulturalnym: od czasu do czasu odwołuje się do własnej twórczości, dodaje drobne przypisy do wierszy i powieści. Sporo miejsca poświęca swoim lekturom, rejestruje celne spostrzeżenia na temat czytania jako takiego. Wyjście od takiego wzbogacania wyobraźni prowadzi autora do refleksji filozoficznych. Zwłaszcza przemijanie wydaje mu się kuszącym zagadnieniem – do egzystencjalnych westchnień często skłaniają go rocznice. Nigdy nie zapomina o dwóch datach: urodzinach matki i śmierci syna. Tych nie opatruje komentarzami, po prostu zaznacza w kalendarzu. Zresztą daty dzienne pojawiają się tutaj rzadko – nie są zbyt potrzebne w refleksjach natury ogólnej i tylko rozbijałyby wywód – jako przejścia między zagadnieniami wystarczą rozdzielane dodatkową interlinią akapity – to czytelny sygnał do zmiany motywu. Sándor Márai dzieli się z odbiorcami tym, co według niego wartościowe i warte zachowania. Potrafi snuć rozważania, wywodząc je z drobiazgów. Uczy spokoju i pogodzenia się z losem.
Dziennik został opracowany tak, by był wygodny w lekturze dla zwykłych czytelników. Nie ma tu rozbudowanych i szczegółowych przypisów ani czynników, które odwracałyby uwagę od rytmu przemyśleń. Odbiorcom rzadko kiedy potrzebny będzie kontekst zapisków. Sam autor odnotowuje w dzienniku ważne wydarzenia społeczne i polityczne, pokazuje też, jak organizuje sobie życie w obcym kraju (na początku przedstawia Włochy, potem też Amerykę). Wspomina o rodzinie i samopoczuciu, ale z reguły zaprzątają go sprawy ważniejsze niż jednostkowe doświadczenia. W dzienniku nie zajmuje się błahostkami, każdemu tematowi nadaje odpowiednią rangę. Do tego bardzo pasuje rytm przemyślanych, pełnowartościowych akapitów. Tutaj nie będzie chaosu myśli ani przypadkowości w notatkach, spora w tym rola wyboru, zapewne – ale też Sándor Márai nie pisze dziennika dla uporządkowania wydarzeń z codzienności – a dla opracowania refleksji. W ciągu kilku lat nie zmienia diametralnie poglądów, pokazuje za to, jak płynie życie – i jak emigracją wewnętrzną zwalczać troski życia w obcym kraju.
Jest to lektura nie tylko dla fanów pisarza czy – gatunku. Sporo w książce myśli o charakterze aforystycznym, cytatów, które chce się zachować w pamięci, bo trafnie określają podejmowany temat. Sándor Márai w dzienniku daje się również poznać jako twórca świadomy. Diariusz może mu służyć do ćwiczenia warsztatu, do wprawek literackich. Takie podejście przenosi się potem na odbiór – autor potrafi do siebie przekonać samym spojrzeniem na otoczenie. Inaczej niż w przypadku wielu dzienników, tutaj nie spotyka się urywanych fraz, niedokończonych pomysłów czy niedopracowania. Wybór (bez zaznaczania redaktorskich ingerencji – to nie jest potrzebne zwykłym odbiorcom) sporo ułatwia – pozwala rzeczywiście zaakcentować to, co warte uwagi. Przy tym nie zaburza konwencji – w pojedynczych akapitach autor może sobie snuć rozważania zgodne z aktualnym stanem ducha czy przeżyciami, bez ograniczeń. A jednak wybiera precyzję i skondensowane zapiski, dzieląc się z czytelnikami – od początku zaplanowanymi – celnymi frazami.
czwartek, 18 maja 2017
Krystyna Janda: Dziennik 2000-2002
Prószyński i S-ka, Warszawa 2017.
Zwierzenia na stronie
Dziennik Krystyny Jandy we fragmentach był już prezentowany czytelnikom tradycyjnych książek, w całości funkcjonował jako blog, osobisty dodatek do strony internetowej. I ta właśnie zmiana gatunku z klasycznego diariusza na formę bardziej interaktywną bardzo wpłynęła na jego kształt. Teraz, po latach, można te zapiski czytać jako pewną zamkniętą całość –w której odbiorcy mają mocno ugruntowaną pozycję. Funkcjonują jako element niezbędny w codziennych relacjach, punkt odniesienia i świadkowie radości czy kryzysów. To z myślą o swoich czytelnikach Krystyna Janda sięga po ambitne lektury lub… domowe przepisy kulinarne. Potrzebuje reakcji, świadomości, że ktoś z nią jest – i kibicuje z drugiej strony komputera. To odzwierciedla się w samych tekstach i sprawia, że blog Krystyny Jandy wypada oryginalnie, jeśli zestawiać go z klasycznymi dziennikami.
Aktorka narzuca sobie imponującą pisarską dyscyplinę. Najpierw „czyta” z odbiorcami żywoty świętych – w oparciu o kolejne imieniny, później przerzuca się na myśli filozofów. Imiona to punkt wyjścia także do snucia teatralnych anegdot – nasuwają skojarzenia z konkretnymi postaciami, które Janda bez wahania do wspomnień wprowadza. Ale równie ważną część codziennych zapisków zajmuje jej zwykła egzystencja. Aktorka przytacza pomysły synów, opowiada o mamie i o cioci, od czasu do czasu też i o ironicznie nastawionym mężu. Zaprasza czytelników do swojego domu, dzieli się przemyśleniami, udziela rad lub o nie pyta, szybko budując przyjacielskie relacje. Zresztą sama zauważa, że czytelnicy stają się jej bliscy – nawet jako anonimowa grupa. Fani dzięki dziennikowi wiedzą, jak Krystyna Janda spędza czas wolny, dokąd lubi wyjeżdżać i jak odpoczywa. Blog jako miejsce wymiany doświadczeń zaspokaja i ciekawość widzów. Bardzo dużo miejsca zajmuje tutaj teatr, Janda jako aktorka opowiada o przygotowaniach do konkretnych ról, o reakcjach publiczności i o miejscach, do których ze spektaklami jeździ. Jako reżyser – o zmaganiach z tekstem i pomysłach na ujęcia. To dziennik z lat 2000-2002, więc własna scena jest w sferze zbyt odważnych marzeń, ale co jakiś czas powraca. Janda przedstawia za to swoje zawodowe zachwyty i zmartwienia, podkreśla chwile, w których trudno jej wygrać z tremą – i triumfy, w które aż nie chce wierzyć. Sprawia, że odbiorcy żyją jej nadziejami i mocno angażują się w opowieści. Widać to zwłaszcza wtedy, gdy czyta się zapiski jako gotową książkę, a nie notki na blogu na bieżąco.
Tom jest imponujący pod względem objętości. Warto przy tym zaznaczyć, że nie ma tu sztucznego rozdmuchiwania tekstu. Janda dla swoich czytelników robi zdjęcia – tu pojawiają się one jako miniaturki, prawie znaczki pocztowe – na tyle, by pokazać, do czego odnosi się w zapiskach aktorka, ale już bez możliwości analizowania szczegółów. To odejście od najbardziej typowych dzisiaj tendencji w publikacjach autobiograficznych – prawdopodobnie bierze się ze zbyt niskiej rozdzielczości zdjęć. Nie stanowi zbytniej przeszkody w lekturze. Inaczej jest z fatalną korektą (czy może jej brakiem): przydałoby się zwrócić większą uwagę zwłaszcza na miejsca stawiania przecinków, bo te najwyraźniej rządzą się w tomie swoimi prawami. Rzecz jasna czytelnikom wystarczy możliwość zagłębiania się w wyznania Krystyny Jandy – nie będą mieli zastrzeżeń do dziennika przygotowanego w takiej formie. Chociaż wyrósł z bloga, tom łatwo się nie zestarzeje – te zapiski nabierają charakteru uniwersalnego, wciąż zapewniają żywe reakcje i zaspokajają ciekawość. Janda potrafi atrakcyjnie pisać.
Zwierzenia na stronie
Dziennik Krystyny Jandy we fragmentach był już prezentowany czytelnikom tradycyjnych książek, w całości funkcjonował jako blog, osobisty dodatek do strony internetowej. I ta właśnie zmiana gatunku z klasycznego diariusza na formę bardziej interaktywną bardzo wpłynęła na jego kształt. Teraz, po latach, można te zapiski czytać jako pewną zamkniętą całość –w której odbiorcy mają mocno ugruntowaną pozycję. Funkcjonują jako element niezbędny w codziennych relacjach, punkt odniesienia i świadkowie radości czy kryzysów. To z myślą o swoich czytelnikach Krystyna Janda sięga po ambitne lektury lub… domowe przepisy kulinarne. Potrzebuje reakcji, świadomości, że ktoś z nią jest – i kibicuje z drugiej strony komputera. To odzwierciedla się w samych tekstach i sprawia, że blog Krystyny Jandy wypada oryginalnie, jeśli zestawiać go z klasycznymi dziennikami.
Aktorka narzuca sobie imponującą pisarską dyscyplinę. Najpierw „czyta” z odbiorcami żywoty świętych – w oparciu o kolejne imieniny, później przerzuca się na myśli filozofów. Imiona to punkt wyjścia także do snucia teatralnych anegdot – nasuwają skojarzenia z konkretnymi postaciami, które Janda bez wahania do wspomnień wprowadza. Ale równie ważną część codziennych zapisków zajmuje jej zwykła egzystencja. Aktorka przytacza pomysły synów, opowiada o mamie i o cioci, od czasu do czasu też i o ironicznie nastawionym mężu. Zaprasza czytelników do swojego domu, dzieli się przemyśleniami, udziela rad lub o nie pyta, szybko budując przyjacielskie relacje. Zresztą sama zauważa, że czytelnicy stają się jej bliscy – nawet jako anonimowa grupa. Fani dzięki dziennikowi wiedzą, jak Krystyna Janda spędza czas wolny, dokąd lubi wyjeżdżać i jak odpoczywa. Blog jako miejsce wymiany doświadczeń zaspokaja i ciekawość widzów. Bardzo dużo miejsca zajmuje tutaj teatr, Janda jako aktorka opowiada o przygotowaniach do konkretnych ról, o reakcjach publiczności i o miejscach, do których ze spektaklami jeździ. Jako reżyser – o zmaganiach z tekstem i pomysłach na ujęcia. To dziennik z lat 2000-2002, więc własna scena jest w sferze zbyt odważnych marzeń, ale co jakiś czas powraca. Janda przedstawia za to swoje zawodowe zachwyty i zmartwienia, podkreśla chwile, w których trudno jej wygrać z tremą – i triumfy, w które aż nie chce wierzyć. Sprawia, że odbiorcy żyją jej nadziejami i mocno angażują się w opowieści. Widać to zwłaszcza wtedy, gdy czyta się zapiski jako gotową książkę, a nie notki na blogu na bieżąco.
Tom jest imponujący pod względem objętości. Warto przy tym zaznaczyć, że nie ma tu sztucznego rozdmuchiwania tekstu. Janda dla swoich czytelników robi zdjęcia – tu pojawiają się one jako miniaturki, prawie znaczki pocztowe – na tyle, by pokazać, do czego odnosi się w zapiskach aktorka, ale już bez możliwości analizowania szczegółów. To odejście od najbardziej typowych dzisiaj tendencji w publikacjach autobiograficznych – prawdopodobnie bierze się ze zbyt niskiej rozdzielczości zdjęć. Nie stanowi zbytniej przeszkody w lekturze. Inaczej jest z fatalną korektą (czy może jej brakiem): przydałoby się zwrócić większą uwagę zwłaszcza na miejsca stawiania przecinków, bo te najwyraźniej rządzą się w tomie swoimi prawami. Rzecz jasna czytelnikom wystarczy możliwość zagłębiania się w wyznania Krystyny Jandy – nie będą mieli zastrzeżeń do dziennika przygotowanego w takiej formie. Chociaż wyrósł z bloga, tom łatwo się nie zestarzeje – te zapiski nabierają charakteru uniwersalnego, wciąż zapewniają żywe reakcje i zaspokajają ciekawość. Janda potrafi atrakcyjnie pisać.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






