Noir sur Blanc, Warszawa 2026.
Na nowo
Ante Tomić tworzy dzisiejszą wersję Szwejka, z całym absurdem i doskonałym wyczuciem klimatu zapomnianych wiosek. Smilijevo to wieś na dwa tysiące mieszkańców, a w tej wsi niewiele się dzieje, chyba że akurat odbywają się manewry wojskowe, bo cień wojny gdzieś od czasu do czasu się przewija. Głównie jednak czas spędza się w sklepie, na dyskotece, względnie w konfesjonale. Czas płynie leniwie, wszystko przybiera kształty sielanki, chyba że akurat wybuchnie jakiś konflikt między miejscowymi – to przecież jest na porządku dziennym. Silne charaktery muszą co jakiś czas się ścierać. A poza tym wszystko jak w piramidzie potrzeb – zaspokajanie najbardziej podstawowych prowadzi często do komicznych dla postronnych konfrontacji. A Ante Tomić nie boi się w tym wszystkim wykorzystywania ironii w tekście. I w efekcie opowiada, ale pozwala czytelnikom dotrzeć samodzielnie do sedna i pobawić się nieoczekiwanymi puentami ukrytymi w szybkich dialogach i zgryźliwych komentarzach.
Ludzie w Smilijevie są prości, ale nie znaczy to, że zrezygnują z rozważań okołofilozoficznych (czy silikonowe piersi są wbrew Pismu Świętemu), grają w szachy z dziwnymi zasadami i piją piwo w sklepie, bo tam jest dużo taniej. Od czasu do czasu przeżywają rozterki bardzo przyziemne, co nakłania ich do kolejnych refleksji, innym razem zaglądają do życia innym i komentują je bez skrępowania. Wiedzą, jakie są reguły gry: tu wszyscy interesują się wszystkimi, a że każdy ma w zanadrzu trupy w szafie, warto wiedzieć, czego się spodziewać po sąsiadach.
Bez przerwy Ante Tomić łamie tabu. Dzięki bohaterom-prostaczkom może sobie pozwolić na zagrania, które normalnie wykluczyłaby mu poprawność polityczna. Dzięki bohaterom-prostaczkom może dawać poczucie wyższości czytelnikom. Toczy się tutaj wielka gra, w której wygrają tylko ci, którzy żyją po swojemu i nie poddają się żadnym narzucanym odgórnie porządkom. Ante Tomić w tle wprowadza drobne i wielkie historie miłosne, a także dylematy związane z czyimś nałogiem. Obnaża bezsens wojskowego drylu – a właściwie obnażają go sami (nie)zainteresowani. Relacjonuje codzienność we wsi, koncentrując się na charakterach ludzi i na ich nieprzewidywalnych dla odbiorców z zewnątrz zachowaniach – dzięki temu wprowadzaniu barwnej galerii postaci ani przez moment nie będzie nudził. Tu nikt nie czeka na akcję w klasycznym stylu: Tomić jest świetny jako portrecista i karykaturzysta – i to w zasadzie mogłoby wystarczyć w lekturze. Każdy kolejny akapit jest błyskotliwym komentarzem na temat przywar i słabości ludzkich, każdy przynosi sporo śmiechu podszytego jednak refleksją na temat kondycji ludzkości ogólnie – i to tak naprawdę powód do sięgania po „Czymże jest mężczyzna bez wąsów”.
Jest to powieść, która nie jest powieścią, a krzywym zwierciadłem, sowizdrzalskim w dodatku, jest formą, która drwi sobie z form i prezentacją, która obnaża absurdy schematów. Ante Tomić po raz kolejny pokazuje, że ma dar przerabiania celnych obserwacji na żarty literackie. Najśmieszniejsze jest to, że nikt się nie obrazi, a przecież wielu mogłoby się rozpoznać w tych przerysowywanych obrazkach rodzajowych. Smilijevo to miejsce, które ucieka od powagi po to, żeby przedstawiać rzeczy, jakich ludzie o sobie nie chcieliby usłyszeć.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Noir sur Blanc. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Noir sur Blanc. Pokaż wszystkie posty
sobota, 27 czerwca 2026
środa, 10 czerwca 2026
Sławomir Mrożek: Opowiadania zebrane. Tom 2
Noir sur Blanc, Warszawa 2026.
Klasyka
Sławomira Mrożka nie trzeba przedstawiać zwłaszcza świadomym czytelnikom starszych pokoleń: nie ma co ukrywać, jeśli po „Opowiadania zebrane” sięgnie ktoś urodzony już w XXI wieku, nie doceni ogromu aluzji i pomysłów zakodowanych w gęstych tekstach. Dzisiaj w małych formach o wiele częściej stawia się na hiperrealizm niż na absurd – a już satyra walcząca jest dla sporej grupy czytelników nie do pomyślenia. Tymczasem Mrożek wybrzmiewa najlepiej właśnie wtedy, kiedy zestawia się go z kontekstem społecznym, kulturowym i obyczajowym. Wydanie Noir sur Blanc, chociaż fantastycznie uzupełnia biblioteczki, nie jest jednak wydaniem krytycznym – i trudno się dziwić, raczej nierealne byłoby skomentowanie w przypisach wszystkich zabaw i odniesień z kolejnych historii. Trzeba zatem czytać te teksty ze świadomością czasów, w jakich powstawały, a także narodowych kompleksów – może i skrzętnie ukrywanych, ale jednak wciąż tlących się pod powierzchnią.
Ta książka cieszy. Przede wszystkim jest prezentacją opowiadań kanonicznych, wyjątkowych i mnóstwo mówiących o rzeczywistości. Mrożek odwołuje się tu do poczucia niższości rodaków i do sposobów na manifestowanie – mimo wszystko – własnych racji. Opowiada o dążeniach zrozumiałych dzisiaj i o tych, które już przebrzmiały – pokazuje, jak bardzo rozmijać się może rzeczywistość z nadziejami – i jak wiele frustracji to wywołuje. Z drugiej strony Mrożek jest tym autorem, który dostrzega i piętnuje wady uniwersalne, wyśmiewa bezlitośnie to wszystko, co przeszkadza w realizowaniu marzeń. To twórca wyczulony na charaktery i absurdy codzienności – i przenosił te obserwacje na opowiadania. Za każdym razem wprowadza czytelników do absurdalnego świata, często niemożliwego do przeniesienia w realistyczne ramy – ale chodzi właśnie o to, co rozgrywa się w płaszczyźnie międzyludzkiej, bez względu na otoczenie.
„Opowiadania zebrane. Tom 2” to książka nie dla wszystkich. Chociaż powinno się wręcz nakłaniać czytelników do sięgnięcia po taką lekturę i traktowania Mrożka jak dobra narodowego – trudno będzie przekonać szerokie grono odbiorców, że to prawdziwy skarb. Zatem – kto wie, czego się spodziewać, z radością przyjmie fakt istnienia tej książki na rynku. Kto nie ma pojęcia o Mrożku – nawet jeśli nadrobi braki lekturowe, może nie rozpoznać pozaliterackich kwestii. To rzecz jasna naturalne w przypadku dzieł zaangażowanych – a jednak boli fakt, że taki artysta przechodzi powoli w zapomnienie. Tym lepiej, że za sprawą zbierania dzieł da się o nim jeszcze przypomnieć – i być może wzbudzić jakąś dyskusję.
Sławomir Mrożek to twórca, o którym powinno się wciąż mówić. Pozostaje mieć nadzieję, że powróci jeszcze moda na jego utwory – a społeczne dyskusje pozwolą na ponowne odczytywanie ukrytych treści. Na pewno edycja opowiadań zebranych przyczyni się do lepszego poznawania kanonu literatury polskiej. Części odbiorców jednak pokaże też, jak bardzo zestarzało się coś, co kiedyś było nadzwyczaj aktualne.
Same opowiadania – bez względu na ich przesłania – są kwintesencją ironicznego stylu, wypełnione frazami, które wywołają tęsknotę za dawnym stylem pisania, starannością i wielowymiarowymi obserwacjami. I choćby z tego powodu należy po ten tom sięgnąć.
Klasyka
Sławomira Mrożka nie trzeba przedstawiać zwłaszcza świadomym czytelnikom starszych pokoleń: nie ma co ukrywać, jeśli po „Opowiadania zebrane” sięgnie ktoś urodzony już w XXI wieku, nie doceni ogromu aluzji i pomysłów zakodowanych w gęstych tekstach. Dzisiaj w małych formach o wiele częściej stawia się na hiperrealizm niż na absurd – a już satyra walcząca jest dla sporej grupy czytelników nie do pomyślenia. Tymczasem Mrożek wybrzmiewa najlepiej właśnie wtedy, kiedy zestawia się go z kontekstem społecznym, kulturowym i obyczajowym. Wydanie Noir sur Blanc, chociaż fantastycznie uzupełnia biblioteczki, nie jest jednak wydaniem krytycznym – i trudno się dziwić, raczej nierealne byłoby skomentowanie w przypisach wszystkich zabaw i odniesień z kolejnych historii. Trzeba zatem czytać te teksty ze świadomością czasów, w jakich powstawały, a także narodowych kompleksów – może i skrzętnie ukrywanych, ale jednak wciąż tlących się pod powierzchnią.
Ta książka cieszy. Przede wszystkim jest prezentacją opowiadań kanonicznych, wyjątkowych i mnóstwo mówiących o rzeczywistości. Mrożek odwołuje się tu do poczucia niższości rodaków i do sposobów na manifestowanie – mimo wszystko – własnych racji. Opowiada o dążeniach zrozumiałych dzisiaj i o tych, które już przebrzmiały – pokazuje, jak bardzo rozmijać się może rzeczywistość z nadziejami – i jak wiele frustracji to wywołuje. Z drugiej strony Mrożek jest tym autorem, który dostrzega i piętnuje wady uniwersalne, wyśmiewa bezlitośnie to wszystko, co przeszkadza w realizowaniu marzeń. To twórca wyczulony na charaktery i absurdy codzienności – i przenosił te obserwacje na opowiadania. Za każdym razem wprowadza czytelników do absurdalnego świata, często niemożliwego do przeniesienia w realistyczne ramy – ale chodzi właśnie o to, co rozgrywa się w płaszczyźnie międzyludzkiej, bez względu na otoczenie.
„Opowiadania zebrane. Tom 2” to książka nie dla wszystkich. Chociaż powinno się wręcz nakłaniać czytelników do sięgnięcia po taką lekturę i traktowania Mrożka jak dobra narodowego – trudno będzie przekonać szerokie grono odbiorców, że to prawdziwy skarb. Zatem – kto wie, czego się spodziewać, z radością przyjmie fakt istnienia tej książki na rynku. Kto nie ma pojęcia o Mrożku – nawet jeśli nadrobi braki lekturowe, może nie rozpoznać pozaliterackich kwestii. To rzecz jasna naturalne w przypadku dzieł zaangażowanych – a jednak boli fakt, że taki artysta przechodzi powoli w zapomnienie. Tym lepiej, że za sprawą zbierania dzieł da się o nim jeszcze przypomnieć – i być może wzbudzić jakąś dyskusję.
Sławomir Mrożek to twórca, o którym powinno się wciąż mówić. Pozostaje mieć nadzieję, że powróci jeszcze moda na jego utwory – a społeczne dyskusje pozwolą na ponowne odczytywanie ukrytych treści. Na pewno edycja opowiadań zebranych przyczyni się do lepszego poznawania kanonu literatury polskiej. Części odbiorców jednak pokaże też, jak bardzo zestarzało się coś, co kiedyś było nadzwyczaj aktualne.
Same opowiadania – bez względu na ich przesłania – są kwintesencją ironicznego stylu, wypełnione frazami, które wywołają tęsknotę za dawnym stylem pisania, starannością i wielowymiarowymi obserwacjami. I choćby z tego powodu należy po ten tom sięgnąć.
sobota, 21 lutego 2026
Patricia Highsmith: Carol
Noir sur Blanc, Warszawa 2026 (wznowienie).
Wybór
Ta książka funkcjonuje na rynku od dawna i razem z przemianami obyczajowymi zmienia się sposób jej odczytywania, dawniej mogła być uznawana za przełomową, odważną i kontrowersyjną, dzisiaj pozostanie w niej całkiem ładna analiza psychologiczna zauroczenia młodej kobiety starszą towarzyszką – i narodziny czegoś, co w innych okolicznościach mogłoby prowadzić do pięknej miłości. „Carol” Patricii Highsmith to całkowite odejście od kryminalnych tematów na rzecz psychologii bohaterek – i analizy środowiska. Autorka przenosi czytelników do Nowego Jorku z końca pierwszej połowy XX wieku – i wykorzystuje motyw często pojawiający się w powieściach Bildungsroman, czyli temat podróży po Stanach Zjednoczonych, pozwalającej lepiej poznać siebie. Wprawdzie akcja tej powieści nie toczy się w samochodzie, raczej w pokojach hotelowych, ale liczy się i tak nie to, co na zewnątrz, a to, co między dwiema bohaterkami.
Therese dopiero wkroczyła w dorosłość. Jest jeszcze nastolatką, nieukształtowaną, chociaż w pozornie poważnym związku z Richardem, którego jednak ciągle odsuwa od siebie. Nie spieszy się z wyznaniami miłości, niekoniecznie z powodów, które mogłaby sobie uświadamiać – na razie po prostu najbardziej zależy jej na zdobyciu pracy w teatrze. Therese pracuje w domu towarowym i czeka na moment, w którym będzie mogła udowodnić swoje talenty scenograficzne. Ale wszelkie plany przerywa pojawienie się eleganckiej damy, która zamierza kupić zabawkę. Therese jest zafascynowana klientką i błyskawicznie znajduje sposób na nawiązanie z nią kontaktu, a z biegiem czasu wychodzi na jaw, że i Carol nie ma nic przeciwko stworzeniu relacji. Relacji, która niekoniecznie będzie bazowała na równości i sprawiedliwości, ale stanowi prawdziwe wyzwanie i możliwość poznania własnych skrywanych skrzętnie uczuć. A przy okazji też testuje społeczeństwo na okoliczność związków jednopłciowych – bo przecież Therese ani Carol nie funkcjonują w próżni, upomina się o nie przeszłość, a rzeczywistość niekoniecznie sprzyja spełnianiu najskrytszych marzeń. Patricia Highsmith pokazuje, jak buduje się zauroczenie, jak z drobnych gestów i spojrzeń można stworzyć opowieść o tym, co ulotne i piękne jednocześnie. Daje swoim bohaterkom przestrzeń do poznawania siebie i rejestruje narodziny uczucia. „Carol” to powieść, w której prawdziwym bohaterem dzisiaj staje się narracja – sposób opisywania relacji dwóch kobiet, delikatnej i zakazanej, a jednak nie do powstrzymania. Highsmith wie, jak budować napięcie i jak prezentować czytelnikom kolejne etapy związku, umożliwia obserwowanie tego, co zwykle nie do wychwycenia. Pisze z czułością – i to sprawia, że ta powieść staje się uniwersalna i ponadczasowa, a przy tym będzie wyznaczać wysoką jakość w literaturze obyczajowo-psychologicznej. Ponieważ dzisiaj na rynku królują pospieszne historie bez wyczulenia na prawdę psychologiczną, warto sięgnąć po tę powieść i docenić jej kunszt.
Wybór
Ta książka funkcjonuje na rynku od dawna i razem z przemianami obyczajowymi zmienia się sposób jej odczytywania, dawniej mogła być uznawana za przełomową, odważną i kontrowersyjną, dzisiaj pozostanie w niej całkiem ładna analiza psychologiczna zauroczenia młodej kobiety starszą towarzyszką – i narodziny czegoś, co w innych okolicznościach mogłoby prowadzić do pięknej miłości. „Carol” Patricii Highsmith to całkowite odejście od kryminalnych tematów na rzecz psychologii bohaterek – i analizy środowiska. Autorka przenosi czytelników do Nowego Jorku z końca pierwszej połowy XX wieku – i wykorzystuje motyw często pojawiający się w powieściach Bildungsroman, czyli temat podróży po Stanach Zjednoczonych, pozwalającej lepiej poznać siebie. Wprawdzie akcja tej powieści nie toczy się w samochodzie, raczej w pokojach hotelowych, ale liczy się i tak nie to, co na zewnątrz, a to, co między dwiema bohaterkami.
Therese dopiero wkroczyła w dorosłość. Jest jeszcze nastolatką, nieukształtowaną, chociaż w pozornie poważnym związku z Richardem, którego jednak ciągle odsuwa od siebie. Nie spieszy się z wyznaniami miłości, niekoniecznie z powodów, które mogłaby sobie uświadamiać – na razie po prostu najbardziej zależy jej na zdobyciu pracy w teatrze. Therese pracuje w domu towarowym i czeka na moment, w którym będzie mogła udowodnić swoje talenty scenograficzne. Ale wszelkie plany przerywa pojawienie się eleganckiej damy, która zamierza kupić zabawkę. Therese jest zafascynowana klientką i błyskawicznie znajduje sposób na nawiązanie z nią kontaktu, a z biegiem czasu wychodzi na jaw, że i Carol nie ma nic przeciwko stworzeniu relacji. Relacji, która niekoniecznie będzie bazowała na równości i sprawiedliwości, ale stanowi prawdziwe wyzwanie i możliwość poznania własnych skrywanych skrzętnie uczuć. A przy okazji też testuje społeczeństwo na okoliczność związków jednopłciowych – bo przecież Therese ani Carol nie funkcjonują w próżni, upomina się o nie przeszłość, a rzeczywistość niekoniecznie sprzyja spełnianiu najskrytszych marzeń. Patricia Highsmith pokazuje, jak buduje się zauroczenie, jak z drobnych gestów i spojrzeń można stworzyć opowieść o tym, co ulotne i piękne jednocześnie. Daje swoim bohaterkom przestrzeń do poznawania siebie i rejestruje narodziny uczucia. „Carol” to powieść, w której prawdziwym bohaterem dzisiaj staje się narracja – sposób opisywania relacji dwóch kobiet, delikatnej i zakazanej, a jednak nie do powstrzymania. Highsmith wie, jak budować napięcie i jak prezentować czytelnikom kolejne etapy związku, umożliwia obserwowanie tego, co zwykle nie do wychwycenia. Pisze z czułością – i to sprawia, że ta powieść staje się uniwersalna i ponadczasowa, a przy tym będzie wyznaczać wysoką jakość w literaturze obyczajowo-psychologicznej. Ponieważ dzisiaj na rynku królują pospieszne historie bez wyczulenia na prawdę psychologiczną, warto sięgnąć po tę powieść i docenić jej kunszt.
wtorek, 10 lutego 2026
Giles Milton: Sprawa Stalina
Noir sur Blanc, Warszawa 2026.
Drugi plan
W „Sprawie Stalina”, publikacji historycznej o tworzeniu się sojuszu Wielkiej Trójki, Stalina – postaci bądź co bądź tytułowej – jest najmniej. Właściwie stanowi tło wydarzeń i to nie tych o charakterze politycznym a towarzyskim. Giles Milton koncentruje się na relacjach interpersonalnych, o których wielka historia milczała – po to, żeby przekonać do lektury i do zainteresowania się przeszłością tych czytelników, którzy na co dzień do książek o historii nie zaglądają. Bazuje na nieznanych szerzej dokumentach o charakterze prywatnym – na zapiskach mniej istotnych uczestników wydarzeń. Autorką części jest Kathy Harriman, córka amerykańskiego milionera, która przygotowywała się do pracy w mediach: to jej ojciec, wpływowy obywatel, z którego zdaniem Roosvelt bardzo się liczył, dostał zadanie wpłynięcia na Stalina i dopracowanie warunków sojuszu. Kathy jednak błyskawicznie stała się sensacją – atrakcyjną i barwną postacią, która przynosiła energię miejscu i fascynowała wszystkich wokół, dzięki czemu zyskała szansę dotarcia za zamknięte drzwi. Autorem innych notatek staje się Archi Clark Kerr, bliski towarzysz Churchilla, liberał i niebieski ptak, wyjątkowo ekscentryczny i bezkompromisowy biseksualista (co w całym procesie zjednywania sobie ludzi miało niemałe znaczenie). I tak Giles Milton podąża nie za Stalinem, a za Kathy i jej ojcem Averellem, a także za Kerrem i Churchillem – świadomy, że to właśnie ich spostrzeżenia umożliwią zbudowanie sensacyjnej fabuły.
Autor odnosi się tu w zasadzie do małego wycinka z historii, nie musi przedstawiać czytelnikom całego podręcznikowego kontekstu, może skupiać się na relacjach towarzyskich i na okołodyplomatycznych działaniach, ale najciekawsze wydaje mu się zderzenie kultur i to wszystko, co sprawiało, że bohaterowie opowieści otwierali się na inność. Odnotowuje kolejne zachowania sprzeczne z jakimikolwiek protokołami dyplomatycznymi, ale skuteczne – i ucieszy czytelników między innymi przedstawieniem prostego szkicu prezentującego jednego z przywódców bez bielizny. Ta książka, chociaż bazująca na faktach, napisana jest tak, żeby sprawiała wrażenie plotkarskiej i przez to fascynującej dla zwykłych czytelników – tu nie ma wielkiej polityki (a właściwie jest, ale odbiorcy widzą ją od drugiej strony, od strony dotarcia do człowieka, który ma wpływ na losy świata, ale nie może funkcjonować w oderwaniu od innych ludzi – i zanim zaufa komuś na tyle, żeby zawierać z nim polityczne sojusze, musi przekonać się, że może z nim miło spędzać czas). To ujęcie zaskakuje – „Sprawa Stalina” to nie analiza historyczna, a książka stworzona niemal jak powieść. Można tu krok po kroku prześledzić zachowania i starania prowadzące do porozumienia – bez obciążenia faktograficznymi analizami. Milton pokazuje o wiele bardziej ludzkie oblicze polityków – i chociaż wcale nie zamierza ocieplać niczyjego wizerunku, wciąż pozostaje świadomy, jak bohaterowie jego książki wpływali na losy świata – to jednak skoncentrowanie na towarzyskich działaniach zupełnie zmienia perspektywę i zapewnia czytelnikom lekturę, jakiej się nie spodziewali. „Sprawa Stalina” to wydobycie z mroku tych bardzo barwnych postaci, które nie miały siły przebicia ani możliwości zaistnienia w książkach do nauki historii – a pozostawiły po sobie ważny ślad, pozwalający lepiej zrozumieć, jak doszło do nawiązywania porozumienia między przywódcami.
Drugi plan
W „Sprawie Stalina”, publikacji historycznej o tworzeniu się sojuszu Wielkiej Trójki, Stalina – postaci bądź co bądź tytułowej – jest najmniej. Właściwie stanowi tło wydarzeń i to nie tych o charakterze politycznym a towarzyskim. Giles Milton koncentruje się na relacjach interpersonalnych, o których wielka historia milczała – po to, żeby przekonać do lektury i do zainteresowania się przeszłością tych czytelników, którzy na co dzień do książek o historii nie zaglądają. Bazuje na nieznanych szerzej dokumentach o charakterze prywatnym – na zapiskach mniej istotnych uczestników wydarzeń. Autorką części jest Kathy Harriman, córka amerykańskiego milionera, która przygotowywała się do pracy w mediach: to jej ojciec, wpływowy obywatel, z którego zdaniem Roosvelt bardzo się liczył, dostał zadanie wpłynięcia na Stalina i dopracowanie warunków sojuszu. Kathy jednak błyskawicznie stała się sensacją – atrakcyjną i barwną postacią, która przynosiła energię miejscu i fascynowała wszystkich wokół, dzięki czemu zyskała szansę dotarcia za zamknięte drzwi. Autorem innych notatek staje się Archi Clark Kerr, bliski towarzysz Churchilla, liberał i niebieski ptak, wyjątkowo ekscentryczny i bezkompromisowy biseksualista (co w całym procesie zjednywania sobie ludzi miało niemałe znaczenie). I tak Giles Milton podąża nie za Stalinem, a za Kathy i jej ojcem Averellem, a także za Kerrem i Churchillem – świadomy, że to właśnie ich spostrzeżenia umożliwią zbudowanie sensacyjnej fabuły.
Autor odnosi się tu w zasadzie do małego wycinka z historii, nie musi przedstawiać czytelnikom całego podręcznikowego kontekstu, może skupiać się na relacjach towarzyskich i na okołodyplomatycznych działaniach, ale najciekawsze wydaje mu się zderzenie kultur i to wszystko, co sprawiało, że bohaterowie opowieści otwierali się na inność. Odnotowuje kolejne zachowania sprzeczne z jakimikolwiek protokołami dyplomatycznymi, ale skuteczne – i ucieszy czytelników między innymi przedstawieniem prostego szkicu prezentującego jednego z przywódców bez bielizny. Ta książka, chociaż bazująca na faktach, napisana jest tak, żeby sprawiała wrażenie plotkarskiej i przez to fascynującej dla zwykłych czytelników – tu nie ma wielkiej polityki (a właściwie jest, ale odbiorcy widzą ją od drugiej strony, od strony dotarcia do człowieka, który ma wpływ na losy świata, ale nie może funkcjonować w oderwaniu od innych ludzi – i zanim zaufa komuś na tyle, żeby zawierać z nim polityczne sojusze, musi przekonać się, że może z nim miło spędzać czas). To ujęcie zaskakuje – „Sprawa Stalina” to nie analiza historyczna, a książka stworzona niemal jak powieść. Można tu krok po kroku prześledzić zachowania i starania prowadzące do porozumienia – bez obciążenia faktograficznymi analizami. Milton pokazuje o wiele bardziej ludzkie oblicze polityków – i chociaż wcale nie zamierza ocieplać niczyjego wizerunku, wciąż pozostaje świadomy, jak bohaterowie jego książki wpływali na losy świata – to jednak skoncentrowanie na towarzyskich działaniach zupełnie zmienia perspektywę i zapewnia czytelnikom lekturę, jakiej się nie spodziewali. „Sprawa Stalina” to wydobycie z mroku tych bardzo barwnych postaci, które nie miały siły przebicia ani możliwości zaistnienia w książkach do nauki historii – a pozostawiły po sobie ważny ślad, pozwalający lepiej zrozumieć, jak doszło do nawiązywania porozumienia między przywódcami.
sobota, 7 lutego 2026
Patricia Highsmith: Drżąca ręka fałszerza
Noir sur Blanc, Warszawa 2026 (wydanie II).
Dylematy pisarza
Howard nie jest pisarzem doświadczonym – wprawdzie zna się na swoim fachu, a przynajmniej usilnie pracuje nad tym, żeby móc zarabiać na życie pisaniem, ale non stop wydarza się coś, co odciąga jego uwagę od obowiązków. Powieści Howarda nie przyniosły mu ani olśniewających zarobków, ani sławy – ale zapewniły mu ciekawą propozycję pracy. Tyle tylko, że bohater powinien przynajmniej na pewien czas zmienić otoczenie. Udaje się do Tunezji, żeby tam pracować nad scenariuszem i zapomnieć o byłej żonie.
„Drżąca ręka fałszerza” to powieść Patricii Highsmith dla tych wszystkich, którzy nie lubią kryminałów opartych na tradycyjnych śledztwach, za to wolą sprawdzać, co dzieje się z bohaterami bezpośrednio zaangażowanymi w makabryczne wydarzenia. Egzotyczne miejsce dodaje barw całej historii. Howard spędza czas na czekaniu – nie potrafi na dobre wziąć się do pracy, woli bez przerwy analizować wydarzenia z przeszłości i obserwować otoczenie, a przy okazji sprawdzać, czy nie przyszła do niego poczta, zwłaszcza – wiadomość od partnerki, Iny. A ponieważ listów czy choćby pocztówek boleśnie brak – Howard zajmuje się oglądaniem wszystkiego i wyciąganiem wniosków. Szybko przekonuje się, że w Tunezji mężczyzna nie ma problemu ze znalezieniem sobie młodego przygodnego kochanka – a także, że boye hotelowi to bardzo specyficzna grupa. I to właśnie oni przysporzą najwięcej problemów.
Tak naprawdę nie wiadomo do końca, co się wydarzyło – istnieją przez bardzo długi czas przede wszystkim domysły, które po kolejnych analizach muszą zamienić się w pewność. Zatuszowanie przypadkowego morderstwa dla jednych może być fraszką i banałem, dla innych – źródłem ciągłych frustracji: wszystko zależy od kultury, podejścia i, co najważniejsze, świadomości tego, co naprawdę się stało. Howard nie może uzyskać informacji od nikogo, jest skazany na domysły i na wyrzuty sumienia. Domyśla się najgorszego – ale nikt nie pokaże mu alternatywnego rozwoju akcji raczej podsyci niepewność i rozterki. Patricia Highsmith nie dba o to, żeby pchnąć śledztwo naprzód, woli towarzyszyć postaci, która jest zdezorientowana i osamotniona – i sprawdzać, jak rozwijać się będzie podejście Howarda do całej sprawy. Coś, co mogłoby szybko znaleźć finał – i było czarne albo białe, nagle znajduje trzecie ujęcie i zyskuje mnóstwo pośrednich odcieni. Na to z pewnością czytelnicy nie są gotowi – chyba że stali czytelnicy Patricii Highsmith, ci przecież doskonale zdają sobie sprawę, że autorka zamiast rozwikłania intrygi często woli skupić się na psychologicznych następstwach owej intrygi dla postaci – i doświadcza swoich bohaterów w sposób, który w gatunku nie jest zbyt często spotykany.
„Drżąca ręka fałszerza” to książka bardzo staranna pod kątem literackiej narracji, wypełniona udanymi i celnymi opisami psychiki i zachowań bohatera wywiedzionego na manowce przez rzeczywistość i wyobraźnię. Autorka wie, jak nasycić fabułę kolorytem lokalnym, jak sprawić, żeby powieść miała uniwersalny wymiar i co zrobić, żeby zatrzymać czytelników przy dylematach głównego bohatera. Jest „Drżąca ręka fałszerza” przede wszystkim dowodem na sprawność literacką i umiejętne spostrzeżenia natury psychologicznej autorki.
Dylematy pisarza
Howard nie jest pisarzem doświadczonym – wprawdzie zna się na swoim fachu, a przynajmniej usilnie pracuje nad tym, żeby móc zarabiać na życie pisaniem, ale non stop wydarza się coś, co odciąga jego uwagę od obowiązków. Powieści Howarda nie przyniosły mu ani olśniewających zarobków, ani sławy – ale zapewniły mu ciekawą propozycję pracy. Tyle tylko, że bohater powinien przynajmniej na pewien czas zmienić otoczenie. Udaje się do Tunezji, żeby tam pracować nad scenariuszem i zapomnieć o byłej żonie.
„Drżąca ręka fałszerza” to powieść Patricii Highsmith dla tych wszystkich, którzy nie lubią kryminałów opartych na tradycyjnych śledztwach, za to wolą sprawdzać, co dzieje się z bohaterami bezpośrednio zaangażowanymi w makabryczne wydarzenia. Egzotyczne miejsce dodaje barw całej historii. Howard spędza czas na czekaniu – nie potrafi na dobre wziąć się do pracy, woli bez przerwy analizować wydarzenia z przeszłości i obserwować otoczenie, a przy okazji sprawdzać, czy nie przyszła do niego poczta, zwłaszcza – wiadomość od partnerki, Iny. A ponieważ listów czy choćby pocztówek boleśnie brak – Howard zajmuje się oglądaniem wszystkiego i wyciąganiem wniosków. Szybko przekonuje się, że w Tunezji mężczyzna nie ma problemu ze znalezieniem sobie młodego przygodnego kochanka – a także, że boye hotelowi to bardzo specyficzna grupa. I to właśnie oni przysporzą najwięcej problemów.
Tak naprawdę nie wiadomo do końca, co się wydarzyło – istnieją przez bardzo długi czas przede wszystkim domysły, które po kolejnych analizach muszą zamienić się w pewność. Zatuszowanie przypadkowego morderstwa dla jednych może być fraszką i banałem, dla innych – źródłem ciągłych frustracji: wszystko zależy od kultury, podejścia i, co najważniejsze, świadomości tego, co naprawdę się stało. Howard nie może uzyskać informacji od nikogo, jest skazany na domysły i na wyrzuty sumienia. Domyśla się najgorszego – ale nikt nie pokaże mu alternatywnego rozwoju akcji raczej podsyci niepewność i rozterki. Patricia Highsmith nie dba o to, żeby pchnąć śledztwo naprzód, woli towarzyszyć postaci, która jest zdezorientowana i osamotniona – i sprawdzać, jak rozwijać się będzie podejście Howarda do całej sprawy. Coś, co mogłoby szybko znaleźć finał – i było czarne albo białe, nagle znajduje trzecie ujęcie i zyskuje mnóstwo pośrednich odcieni. Na to z pewnością czytelnicy nie są gotowi – chyba że stali czytelnicy Patricii Highsmith, ci przecież doskonale zdają sobie sprawę, że autorka zamiast rozwikłania intrygi często woli skupić się na psychologicznych następstwach owej intrygi dla postaci – i doświadcza swoich bohaterów w sposób, który w gatunku nie jest zbyt często spotykany.
„Drżąca ręka fałszerza” to książka bardzo staranna pod kątem literackiej narracji, wypełniona udanymi i celnymi opisami psychiki i zachowań bohatera wywiedzionego na manowce przez rzeczywistość i wyobraźnię. Autorka wie, jak nasycić fabułę kolorytem lokalnym, jak sprawić, żeby powieść miała uniwersalny wymiar i co zrobić, żeby zatrzymać czytelników przy dylematach głównego bohatera. Jest „Drżąca ręka fałszerza” przede wszystkim dowodem na sprawność literacką i umiejętne spostrzeżenia natury psychologicznej autorki.
poniedziałek, 24 listopada 2025
Umberto Eco: Wyspa dnia poprzedniego
Noir sur Blanc, Warszawa 2025.
Podróż
Szukanie nici fabularnej w tej książce jest możliwe, ale mija się z celem – Umberto Eco bowiem koncentruje się o wiele bardziej na pastiszowej formie i grze z czytelnikami niż na treści przekazywanej za sprawą przygód Roberta, szlachcica z Piemontu. Owszem, istnieje tu oś, która pozwala powracać z meandrów pomysłowości i zabaw literackich, trzyma całość w ryzach i mimo wszystko nie pozwala się od lektury oderwać, a jednak sama przyjemność czytania byłaby tu wystarczającym wabikiem na dzisiejszych, co bardziej ambitnych czytelników. „Wyspa dnia poprzedniego” to książka, która powraca aktualnie na rynek i może cieszyć kolejnych odkrywców tęskniących za rozwiązaniami z Defoe rodem – zwodzi, udaje i niewątpliwie bardzo cieszy. Autor popisuje się tutaj umiejętnościami warsztatowymi, zmysłem ironii oraz obserwacji, a także znakomitym wyczuciem pastiszu, który nadaje ton całości.
Bo niby trzeba wytłumaczyć, jak to się stało, że Robert po utracie przytomności w warunkach zagrożenia życia trafia na opuszczony statek – gotowy jednak do zamieszkania – a stamtąd kieruje się na przedziwną wyspę oferującą niecodzienne atrakcje, ale tak naprawdę każde tłumaczenie jest tu tylko płótnem do tworzenia kolejnych hiperbolizowanych relacji kształtujących niemal materialny, kwiecisty styl. To, co w streszczeniach zajmowałoby kilka słów, tu może zamienić się w kilkustronicową impresję, która – wbrew nieekonomiczności – przykuwa uwagę czytelników jeszcze bardziej i nakłania do odkrywania kolejnych zabiegów literackich. Umberto Eco przenosi odbiorców do XVII wieku, chociaż wcale nie musi nakreślać granic epoki. Stawia na inność w stylistyce, na rodzaj opowieści, który fascynuje i jednocześnie bardzo odróżnia się od współczesnych lektur. Staje się autor prestidigitatorem – jego kuglarskie umiejętności budzą zachwyt, bo są naprawdę mistrzowskie. Kolejne frazy będące przecież stylizacją, nie trącą fałszem – są precyzyjne mimo rozłożystości i celne pod kątem opisywania przestrzeni powieściowej. Nawet najbardziej niewiarygodne przygody w takiej oprawie zyskują swoje prawdopodobieństwo – i to zjawisko niecodziennie spotykane w literaturze obecnie. Co ciekawe, chociaż narracja wzorowana jest na archaicznych już schematach, książka nie sprawia wrażenia przebrzmiałej. Na pierwszy rzut oka można wyczuć jej inspiracje i nawiązania. Awanturniczość i filozoficzne rozważania też nie pasują do dwudziestowiecznych kolein scenariuszowych – a jednak tu wszystko się zgadza, nie da się przyłapać autora na obniżeniu jakości czy na próbie zmęczenia czytelników. Melodyjność tej powieści – doskonale w tłumaczeniu uchwycona – jest jej olbrzymim atutem, jednym z wielu. Ważną rolę w tworzeniu narracji odgrywa również ironia wysokiej próby, Umberto Eco nadzwyczaj chętnie wystawia swojego bohatera na rozmaite przeciwności losu, byle tylko trochę go ośmieszyć albo podrwić sobie z typowej sytuacji, w jakiej Robert się znajdzie za sprawą podążania za oczywistymi tropami. W tę historię wpada się od pierwszych stron i nawet widoczne zabiegi pozwalające na budzenie ciekawości odbiorców nie są w stanie zepsuć radości czytania – są po prostu jednym z czynników akcentujących konwencję, wprowadzających w inny tryb prowadzenia historii.
Umberto Eco pokazuje mistrzowską klasę. Proponuje powieść, która bez wątpienia zostanie z czytelnikami na długo i pozwoli im na przeżywanie literatury w najczystszej postaci – to nie jest tom, po który sięga się dla fabuły lub filozoficznych odkryć, to nie jest tom, w którym buduje się archetyp bohatera – to książka, w której chodzi o popis literacki w najlepszej i skondensowanej wersji. I dla odbiorców takie rozwiązanie może okazać się dzisiaj egzotyczne, ale przez to jeszcze bardziej kuszące i niezwykłe. Co ciekawe, to jest proza, która zwraca się ku samej sobie, sama staje się bohaterką opowieści, naśladuje prozę innego gatunku – a jednocześnie okazuje się bardzo zmysłowa i urealniająca najbardziej nierealne przygody.
Podróż
Szukanie nici fabularnej w tej książce jest możliwe, ale mija się z celem – Umberto Eco bowiem koncentruje się o wiele bardziej na pastiszowej formie i grze z czytelnikami niż na treści przekazywanej za sprawą przygód Roberta, szlachcica z Piemontu. Owszem, istnieje tu oś, która pozwala powracać z meandrów pomysłowości i zabaw literackich, trzyma całość w ryzach i mimo wszystko nie pozwala się od lektury oderwać, a jednak sama przyjemność czytania byłaby tu wystarczającym wabikiem na dzisiejszych, co bardziej ambitnych czytelników. „Wyspa dnia poprzedniego” to książka, która powraca aktualnie na rynek i może cieszyć kolejnych odkrywców tęskniących za rozwiązaniami z Defoe rodem – zwodzi, udaje i niewątpliwie bardzo cieszy. Autor popisuje się tutaj umiejętnościami warsztatowymi, zmysłem ironii oraz obserwacji, a także znakomitym wyczuciem pastiszu, który nadaje ton całości.
Bo niby trzeba wytłumaczyć, jak to się stało, że Robert po utracie przytomności w warunkach zagrożenia życia trafia na opuszczony statek – gotowy jednak do zamieszkania – a stamtąd kieruje się na przedziwną wyspę oferującą niecodzienne atrakcje, ale tak naprawdę każde tłumaczenie jest tu tylko płótnem do tworzenia kolejnych hiperbolizowanych relacji kształtujących niemal materialny, kwiecisty styl. To, co w streszczeniach zajmowałoby kilka słów, tu może zamienić się w kilkustronicową impresję, która – wbrew nieekonomiczności – przykuwa uwagę czytelników jeszcze bardziej i nakłania do odkrywania kolejnych zabiegów literackich. Umberto Eco przenosi odbiorców do XVII wieku, chociaż wcale nie musi nakreślać granic epoki. Stawia na inność w stylistyce, na rodzaj opowieści, który fascynuje i jednocześnie bardzo odróżnia się od współczesnych lektur. Staje się autor prestidigitatorem – jego kuglarskie umiejętności budzą zachwyt, bo są naprawdę mistrzowskie. Kolejne frazy będące przecież stylizacją, nie trącą fałszem – są precyzyjne mimo rozłożystości i celne pod kątem opisywania przestrzeni powieściowej. Nawet najbardziej niewiarygodne przygody w takiej oprawie zyskują swoje prawdopodobieństwo – i to zjawisko niecodziennie spotykane w literaturze obecnie. Co ciekawe, chociaż narracja wzorowana jest na archaicznych już schematach, książka nie sprawia wrażenia przebrzmiałej. Na pierwszy rzut oka można wyczuć jej inspiracje i nawiązania. Awanturniczość i filozoficzne rozważania też nie pasują do dwudziestowiecznych kolein scenariuszowych – a jednak tu wszystko się zgadza, nie da się przyłapać autora na obniżeniu jakości czy na próbie zmęczenia czytelników. Melodyjność tej powieści – doskonale w tłumaczeniu uchwycona – jest jej olbrzymim atutem, jednym z wielu. Ważną rolę w tworzeniu narracji odgrywa również ironia wysokiej próby, Umberto Eco nadzwyczaj chętnie wystawia swojego bohatera na rozmaite przeciwności losu, byle tylko trochę go ośmieszyć albo podrwić sobie z typowej sytuacji, w jakiej Robert się znajdzie za sprawą podążania za oczywistymi tropami. W tę historię wpada się od pierwszych stron i nawet widoczne zabiegi pozwalające na budzenie ciekawości odbiorców nie są w stanie zepsuć radości czytania – są po prostu jednym z czynników akcentujących konwencję, wprowadzających w inny tryb prowadzenia historii.
Umberto Eco pokazuje mistrzowską klasę. Proponuje powieść, która bez wątpienia zostanie z czytelnikami na długo i pozwoli im na przeżywanie literatury w najczystszej postaci – to nie jest tom, po który sięga się dla fabuły lub filozoficznych odkryć, to nie jest tom, w którym buduje się archetyp bohatera – to książka, w której chodzi o popis literacki w najlepszej i skondensowanej wersji. I dla odbiorców takie rozwiązanie może okazać się dzisiaj egzotyczne, ale przez to jeszcze bardziej kuszące i niezwykłe. Co ciekawe, to jest proza, która zwraca się ku samej sobie, sama staje się bohaterką opowieści, naśladuje prozę innego gatunku – a jednocześnie okazuje się bardzo zmysłowa i urealniająca najbardziej nierealne przygody.
czwartek, 20 listopada 2025
Umberto Eco: Rozważania niepoważne
Noir sur Blanc, Warszawa 2025.
Na marginesie
Nie jest to zaskakujący przypadek, nie jest jednostkowy ani dziwny: oto wybitny twórca, znudzony podczas konferencji czy spotkań, wymyśla sobie intelektualną rozrywkę dostarczającą czystej radości. Zjawisko dość powszechne, chociaż nie każda twórczość z marginesów dotrze do świadomości szerokiego grona odbiorców. W przypadku „Rozważań niepoważnych” (spora część tych tekstów pojawiła się na polskim rynku w innej publikacji ponad dwie dekady temu) liczy się nie tylko zestaw humorystycznych streszczeń i zabaw, ale też popis translatorski. Książka, którą czytelnicy otrzymują, przyda się zwłaszcza amatorom filozofii – wszyscy ci, którzy z filozofią nie mieli wcześniej do czynienia, powinni zacząć od końca, to jest od wyjaśnień Tomasza Stawiszyńskiego. Tomasz Stawiszyński bowiem przygotowuje krótkie i celne omówienia dotyczące poszczególnych – pojawiających się w tomie – postaci, tak, żeby czytelnicy zyskali kontekst żartu i mogli go właściwie docenić.
„Rozważania niepoważne” to zestaw rymowanek poświęconych najpierw filozofom, później też wielkim pisarzom. W rymowankach liczy się przede wszystkim dystans, zebranie najważniejszych tez lub osiągnięć i przepuszczenie ich przez filtr ironii, tak, żeby łatwiej zapadały w pamięć czytelnikom. Nieprzypadkowo z tego zbiorku – jak głosi wprowadzenie autora – niektórzy uczyli się do egzaminów z filozofii. Można i tak, ale żeby czerpać przyjemność z zabaw literackich, trzeba najpierw zagłębić się w przesłania i znaczenia i wiedzieć, z czego śmieje się autor. Dopiero wtedy da się odkrywać źródła dowcipu – i go docenić. Umberto Eco niczego tu nie musi osiągać, na pewno dałoby się bardziej skondensować frazy, znaleźć celniejsze omówienia albo przywołać jeszcze bardziej czytelne dla ogółu odnośniki – ale nie o to chodzi. Chodzi o to, żeby zamienić znane – interesującym się filozofią – motywy w literacki żart. Czy ten żart wytrzyma proces przekładu to już inna kwestia – i ocenią to sami czytelnicy, kiedy zostaną zaskoczeni wybranymi frazami. Zapewne nie wszystkie ich olśnią czy zachwycą, ale znajdzie się parę wyjątkowych. „Rozważania niepoważne” przeplatane są jeszcze ilustracjami – znów rysunki satyryczne dotyczące filozofii wymagają znajomości tematu, choćby pobieżnej, ale pokazują też potencjał komizmotwórczy tkwiący w tym właśnie zakresie tematycznym. Umberto Eco funduje swoim czytelnikom skrócony przegląd odkryć i fascynacji, a przy okazji pokazuje, jak można zabijać czas intelektualnymi rozrywkami.
„Rozważania niepoważne” to także książka dla tych wszystkich, którzy potrzebują przewodnika po filozofii na szybko – chcą się zorientować, o co chodziło jakim myślicielom – i wtedy nie będzie się w ogóle szukać żartów ani śladów zabaw, a jedynie strzępków informacji do wynotowania i zapamiętania. Umberto Eco zdaje sobie sprawę, że można na różne sposoby tę akurat książkę odbierać – i sam we wstępie to czytelnikom przekazuje. Dzieli się wytworami, które miały być efemeryczne i wydane w niewielkim nakładzie, ale za sprawą zainteresowania szerokiego grona odbiorców rozrosły się i stanowią teraz ciekawy dodatek do twórczości.
Na marginesie
Nie jest to zaskakujący przypadek, nie jest jednostkowy ani dziwny: oto wybitny twórca, znudzony podczas konferencji czy spotkań, wymyśla sobie intelektualną rozrywkę dostarczającą czystej radości. Zjawisko dość powszechne, chociaż nie każda twórczość z marginesów dotrze do świadomości szerokiego grona odbiorców. W przypadku „Rozważań niepoważnych” (spora część tych tekstów pojawiła się na polskim rynku w innej publikacji ponad dwie dekady temu) liczy się nie tylko zestaw humorystycznych streszczeń i zabaw, ale też popis translatorski. Książka, którą czytelnicy otrzymują, przyda się zwłaszcza amatorom filozofii – wszyscy ci, którzy z filozofią nie mieli wcześniej do czynienia, powinni zacząć od końca, to jest od wyjaśnień Tomasza Stawiszyńskiego. Tomasz Stawiszyński bowiem przygotowuje krótkie i celne omówienia dotyczące poszczególnych – pojawiających się w tomie – postaci, tak, żeby czytelnicy zyskali kontekst żartu i mogli go właściwie docenić.
„Rozważania niepoważne” to zestaw rymowanek poświęconych najpierw filozofom, później też wielkim pisarzom. W rymowankach liczy się przede wszystkim dystans, zebranie najważniejszych tez lub osiągnięć i przepuszczenie ich przez filtr ironii, tak, żeby łatwiej zapadały w pamięć czytelnikom. Nieprzypadkowo z tego zbiorku – jak głosi wprowadzenie autora – niektórzy uczyli się do egzaminów z filozofii. Można i tak, ale żeby czerpać przyjemność z zabaw literackich, trzeba najpierw zagłębić się w przesłania i znaczenia i wiedzieć, z czego śmieje się autor. Dopiero wtedy da się odkrywać źródła dowcipu – i go docenić. Umberto Eco niczego tu nie musi osiągać, na pewno dałoby się bardziej skondensować frazy, znaleźć celniejsze omówienia albo przywołać jeszcze bardziej czytelne dla ogółu odnośniki – ale nie o to chodzi. Chodzi o to, żeby zamienić znane – interesującym się filozofią – motywy w literacki żart. Czy ten żart wytrzyma proces przekładu to już inna kwestia – i ocenią to sami czytelnicy, kiedy zostaną zaskoczeni wybranymi frazami. Zapewne nie wszystkie ich olśnią czy zachwycą, ale znajdzie się parę wyjątkowych. „Rozważania niepoważne” przeplatane są jeszcze ilustracjami – znów rysunki satyryczne dotyczące filozofii wymagają znajomości tematu, choćby pobieżnej, ale pokazują też potencjał komizmotwórczy tkwiący w tym właśnie zakresie tematycznym. Umberto Eco funduje swoim czytelnikom skrócony przegląd odkryć i fascynacji, a przy okazji pokazuje, jak można zabijać czas intelektualnymi rozrywkami.
„Rozważania niepoważne” to także książka dla tych wszystkich, którzy potrzebują przewodnika po filozofii na szybko – chcą się zorientować, o co chodziło jakim myślicielom – i wtedy nie będzie się w ogóle szukać żartów ani śladów zabaw, a jedynie strzępków informacji do wynotowania i zapamiętania. Umberto Eco zdaje sobie sprawę, że można na różne sposoby tę akurat książkę odbierać – i sam we wstępie to czytelnikom przekazuje. Dzieli się wytworami, które miały być efemeryczne i wydane w niewielkim nakładzie, ale za sprawą zainteresowania szerokiego grona odbiorców rozrosły się i stanowią teraz ciekawy dodatek do twórczości.
wtorek, 16 września 2025
Ante Tomić: Dzieci Świętej Małgorzaty
Noir sur Blanc, Warszawa 2025.
Święto
„Cud w Dolinie Poskoków” był bardziej szaloną historią. „Dzieci Świętej Małgorzaty” wydają się odrobinę zachowawcze, przynajmniej za sprawą lekkiego ograniczenia dawki absurdu. Ante Tomić tym razem stara się uporządkować rzeczywistość swoich bohaterów, a wychodzi mu jak zwykle, czyli – bez tabu i z nieubłaganą wewnętrzną logiką pasującą tylko i wyłącznie do prezentowanego świata. W tej przestrzeni odnaleźć się mogą wyłącznie bohaterowie – ci, którzy zaakceptują reguły funkcjonowania i nie będą się już niczemu dziwić. I dlatego ktoś, kto trafił przypadkiem do dalmatyńskiego miasteczka (chociaż wcale nie miał takiego zamiaru, a już na pewno – nie miał wpływu na miejsce swojego lądowania), może przez chwilę się dziwić. Jeśli dojdzie do tego bariera językowa i kulturowa… trzeba być przygotowanym na zestaw szoków. Selim nawet się nie spodziewa, co przyniesie mu najbliższy czas. Zostanie wciągnięty w wir wydarzeń, a później już sam będzie prowokować udział w kolejnych – w końcu impreza to prawdziwe święto dla miejscowych, a i ludzie spoza okolicy przybywają, żeby dzięki wstawiennictwu Świętej Małgorzaty doczekać się wreszcie upragnionego potomstwa. Wszystkich trzeba nakarmić, elementy uroczystości – wytrenować. Na moment zapomnieć o urazach i wrogach, zjednoczyć się we wspólnym celu. Jeśli się uda, da się przez parę dni nie myśleć o przyziemnych sprawach i troskach. Jeśli się nie uda… cóż, zwykle coś się musi nie udać. Najważniejsze jest, żeby uroczystość się udała: orkiestra ma zagrać bez fałszu, jedzenie nie musi smakować, wystarczy, że nie zatruje, a niesnaski na chwilę trzeba będzie odsunąć na dalszy plan.
Ante Tomić bardzo ładnie bawi się absurdami, wprowadza motywy komiczne i zachęca odbiorców do odkrywania świata, o którym nie mieliby pojęcia – bo nie dostaliby się do małej społeczności, w której wszyscy wiedzą o wszystkich i funkcjonują według własnego zegara. Temat imigrantów, polityki międzynarodowej i otwarcia na inność miesza się tu ze sprawami rodzinnymi, zarabianiem na życie, miłością i posłuszeństwem wobec starszych. I tak najlepiej wypadnie osioł, który ryczy zawsze wtedy, kiedy jakaś szczęśliwa para przystąpi do realizowania łóżkowych pragnień. I nigdy się nie myli. Może być większym autorytetem niż ksiądz proboszcz – który zresztą nie zachowuje się zgodnie z oczekiwaniami.
Jest to książka radosna na pierwszy rzut oka, chociaż podskórnie prowadzi autor opowieść o lękach i niespełnionych nadziejach. Pozwala swoim bohaterom na dowolne wygłupy – ale wykorzystuje ich, żeby uświadomić odbiorcom kruchość życia i bezsens codziennych konfliktów. Narracja toczy się tu zgrabnie i przerywana jest autotematycznymi zapowiedziami, liczy się nastawienie na cel i droga do niego. Na wielu postaciach Tomić zatrzyma uwagę odbiorców, wielu bohaterom zapewni reflektor do naświetlania jednostkowych nadziei – wszystko po to, żeby czytelnicy mogli się przejrzeć w krzywym zwierciadle i powiedzieć, że to na pewno nie o nich. I bardzo się przy tym pomylić.
Święto
„Cud w Dolinie Poskoków” był bardziej szaloną historią. „Dzieci Świętej Małgorzaty” wydają się odrobinę zachowawcze, przynajmniej za sprawą lekkiego ograniczenia dawki absurdu. Ante Tomić tym razem stara się uporządkować rzeczywistość swoich bohaterów, a wychodzi mu jak zwykle, czyli – bez tabu i z nieubłaganą wewnętrzną logiką pasującą tylko i wyłącznie do prezentowanego świata. W tej przestrzeni odnaleźć się mogą wyłącznie bohaterowie – ci, którzy zaakceptują reguły funkcjonowania i nie będą się już niczemu dziwić. I dlatego ktoś, kto trafił przypadkiem do dalmatyńskiego miasteczka (chociaż wcale nie miał takiego zamiaru, a już na pewno – nie miał wpływu na miejsce swojego lądowania), może przez chwilę się dziwić. Jeśli dojdzie do tego bariera językowa i kulturowa… trzeba być przygotowanym na zestaw szoków. Selim nawet się nie spodziewa, co przyniesie mu najbliższy czas. Zostanie wciągnięty w wir wydarzeń, a później już sam będzie prowokować udział w kolejnych – w końcu impreza to prawdziwe święto dla miejscowych, a i ludzie spoza okolicy przybywają, żeby dzięki wstawiennictwu Świętej Małgorzaty doczekać się wreszcie upragnionego potomstwa. Wszystkich trzeba nakarmić, elementy uroczystości – wytrenować. Na moment zapomnieć o urazach i wrogach, zjednoczyć się we wspólnym celu. Jeśli się uda, da się przez parę dni nie myśleć o przyziemnych sprawach i troskach. Jeśli się nie uda… cóż, zwykle coś się musi nie udać. Najważniejsze jest, żeby uroczystość się udała: orkiestra ma zagrać bez fałszu, jedzenie nie musi smakować, wystarczy, że nie zatruje, a niesnaski na chwilę trzeba będzie odsunąć na dalszy plan.
Ante Tomić bardzo ładnie bawi się absurdami, wprowadza motywy komiczne i zachęca odbiorców do odkrywania świata, o którym nie mieliby pojęcia – bo nie dostaliby się do małej społeczności, w której wszyscy wiedzą o wszystkich i funkcjonują według własnego zegara. Temat imigrantów, polityki międzynarodowej i otwarcia na inność miesza się tu ze sprawami rodzinnymi, zarabianiem na życie, miłością i posłuszeństwem wobec starszych. I tak najlepiej wypadnie osioł, który ryczy zawsze wtedy, kiedy jakaś szczęśliwa para przystąpi do realizowania łóżkowych pragnień. I nigdy się nie myli. Może być większym autorytetem niż ksiądz proboszcz – który zresztą nie zachowuje się zgodnie z oczekiwaniami.
Jest to książka radosna na pierwszy rzut oka, chociaż podskórnie prowadzi autor opowieść o lękach i niespełnionych nadziejach. Pozwala swoim bohaterom na dowolne wygłupy – ale wykorzystuje ich, żeby uświadomić odbiorcom kruchość życia i bezsens codziennych konfliktów. Narracja toczy się tu zgrabnie i przerywana jest autotematycznymi zapowiedziami, liczy się nastawienie na cel i droga do niego. Na wielu postaciach Tomić zatrzyma uwagę odbiorców, wielu bohaterom zapewni reflektor do naświetlania jednostkowych nadziei – wszystko po to, żeby czytelnicy mogli się przejrzeć w krzywym zwierciadle i powiedzieć, że to na pewno nie o nich. I bardzo się przy tym pomylić.
piątek, 4 lipca 2025
Patricia Highsmith: Krzyk sowy
Noir sur Blanc, Warszawa 2025.
Obserwacje
Bardzo pogłębione portrety psychologiczne proponuje Patricia Highsmith w swoich powieściach sensacyjno-kryminalnych. Do momentu, w którym bohaterowie tracą nad sobą kontrolę – bo później już wszystko zaczyna się walić i nikt nie będzie w stanie powstrzymać kataklizmu. W „Krzyku sowy” ten schemat się powtarza, ale schematów fabularnych próżno by szukać – znowu autorka – mistrzyni suspensu – wybiera nieprzewidywalność w rozkładzie akcentów powieściowych. Autorka wręcz zmusza czytelników do podążania za bohaterami po to, żeby ci musieli być świadkami tragedii, jaka za chwilę się rozegra. Z takiego układu nie może wyjść nic dobrego.
Na początku uwaga czytelników koncentruje się na trzech postaciach: na miejsce akcji prowadzi wszystkich Robert. Mężczyzna ma ugruntowaną pozycję zawodową, wydaje się być stateczny i zwyczajny. Ma jednak pewną słabość: uwielbia zakradać się pod dom Jenny i obserwować młodą kobietę przy codziennych rutynowych czynnościach. Jako podglądacz nie zamierza w żaden sposób wykorzystywać sytuacji, wystarcza mu patrzenie na Jenny – taki zupełnie niewinny voyueryzm, który wzbudzi oczywisty niepokój wszystkich, otwiera tę powieść. Robert wie, że powinien zrezygnować ze swojej słabości – warto by było, żeby przestał podjeżdżać pod dom Jenny i porzucił proceder podglądania jej zanim ktoś się zorientuje. Do tego jednak dojść nie może. Najpierw narzeczony Jenny, Greg, nabiera podejrzeń i postanawia rozprawić się z natrętem, później sama kobieta nawiązuje znajomość. I od tej pory układ sił nie będzie już taki sam. Nieoczekiwanie Jenny zakochuje się w Robercie (który nie jest w stanie odwzajemnić uczucia), a Greg szaleje z zazdrości. Patricia Highsmith coraz bardziej komplikuje losy postaci, zmusza je do weryfikowania swoich kodeksów i postaw – żeby tylko sprawdzić, jak zachowają się w sytuacji ekstremalnej. A ponieważ nie da się sprawić, żeby wszyscy byli zadowoleni jednocześnie – wykluczają to sprzeczne priorytety bohaterów – cierpienie będzie nieuniknione.
Tym razem w podglądactwie autorka nie widzi niczego złego ani przykrego, zresztą z chwilą poznania obiektu obserwacji Robert traci zainteresowanie dla takich praktyk. Za to przewartościowania w relacji damsko-męskiej wprost proszą się o zdecydowaną reakcję. I autorka decyduje się na rozwiązania dość radykalne – wyjaśniane już przez afekt – chociaż niekoniecznie oczywiste. Prowadzi czytelników przez wydarzenia tak, żeby mieli większą wiedzę niż bohaterowie – nikt nie uwierzy człowiekowi rozdzielającemu narzeczonych, że nie miał w tym swojego celu ani własnych pragnień – a przecież to, co wydaje się najbardziej logiczne, jest jednocześnie najmniej prawdziwe. Odbiorcy podążać mogą za śledczymi albo za samymi postaciami – znają ich motywacje i sposoby działania, nie wiedzą za to, jak zostanie rozwiązane śledztwo. „Krzyk sowy” to wytchnienie od wszystkich jednowymiarowych kryminałów z akcją prowadzoną po sznurku – tu psychologiczne pułapki nie pozwalają na zyskanie pewności i odpowiedzi na pojawiające się w toku śledztwa pytania.
Obserwacje
Bardzo pogłębione portrety psychologiczne proponuje Patricia Highsmith w swoich powieściach sensacyjno-kryminalnych. Do momentu, w którym bohaterowie tracą nad sobą kontrolę – bo później już wszystko zaczyna się walić i nikt nie będzie w stanie powstrzymać kataklizmu. W „Krzyku sowy” ten schemat się powtarza, ale schematów fabularnych próżno by szukać – znowu autorka – mistrzyni suspensu – wybiera nieprzewidywalność w rozkładzie akcentów powieściowych. Autorka wręcz zmusza czytelników do podążania za bohaterami po to, żeby ci musieli być świadkami tragedii, jaka za chwilę się rozegra. Z takiego układu nie może wyjść nic dobrego.
Na początku uwaga czytelników koncentruje się na trzech postaciach: na miejsce akcji prowadzi wszystkich Robert. Mężczyzna ma ugruntowaną pozycję zawodową, wydaje się być stateczny i zwyczajny. Ma jednak pewną słabość: uwielbia zakradać się pod dom Jenny i obserwować młodą kobietę przy codziennych rutynowych czynnościach. Jako podglądacz nie zamierza w żaden sposób wykorzystywać sytuacji, wystarcza mu patrzenie na Jenny – taki zupełnie niewinny voyueryzm, który wzbudzi oczywisty niepokój wszystkich, otwiera tę powieść. Robert wie, że powinien zrezygnować ze swojej słabości – warto by było, żeby przestał podjeżdżać pod dom Jenny i porzucił proceder podglądania jej zanim ktoś się zorientuje. Do tego jednak dojść nie może. Najpierw narzeczony Jenny, Greg, nabiera podejrzeń i postanawia rozprawić się z natrętem, później sama kobieta nawiązuje znajomość. I od tej pory układ sił nie będzie już taki sam. Nieoczekiwanie Jenny zakochuje się w Robercie (który nie jest w stanie odwzajemnić uczucia), a Greg szaleje z zazdrości. Patricia Highsmith coraz bardziej komplikuje losy postaci, zmusza je do weryfikowania swoich kodeksów i postaw – żeby tylko sprawdzić, jak zachowają się w sytuacji ekstremalnej. A ponieważ nie da się sprawić, żeby wszyscy byli zadowoleni jednocześnie – wykluczają to sprzeczne priorytety bohaterów – cierpienie będzie nieuniknione.
Tym razem w podglądactwie autorka nie widzi niczego złego ani przykrego, zresztą z chwilą poznania obiektu obserwacji Robert traci zainteresowanie dla takich praktyk. Za to przewartościowania w relacji damsko-męskiej wprost proszą się o zdecydowaną reakcję. I autorka decyduje się na rozwiązania dość radykalne – wyjaśniane już przez afekt – chociaż niekoniecznie oczywiste. Prowadzi czytelników przez wydarzenia tak, żeby mieli większą wiedzę niż bohaterowie – nikt nie uwierzy człowiekowi rozdzielającemu narzeczonych, że nie miał w tym swojego celu ani własnych pragnień – a przecież to, co wydaje się najbardziej logiczne, jest jednocześnie najmniej prawdziwe. Odbiorcy podążać mogą za śledczymi albo za samymi postaciami – znają ich motywacje i sposoby działania, nie wiedzą za to, jak zostanie rozwiązane śledztwo. „Krzyk sowy” to wytchnienie od wszystkich jednowymiarowych kryminałów z akcją prowadzoną po sznurku – tu psychologiczne pułapki nie pozwalają na zyskanie pewności i odpowiedzi na pojawiające się w toku śledztwa pytania.
niedziela, 15 czerwca 2025
Patricia Highsmith: Słodka choroba
Noir sur Blanc, Warszawa 2025.
Stalking
Z tej miłości nic dobrego wyniknąć nie może, nawet jeśli David pozornie ma jak najlepsze intencje. W końcu kocha Annabellę, jest przekonany, że mógłby jej zapewnić wszystko, o czym marzy. Przygotowuje nawet dom na przybycie ukochanej, bo ma pewność, że ta odejdzie od męża i będzie wieść szczęśliwe życie z Davidem. Przecież musi. Inaczej nie będzie szczęśliwa. David pisze pełne uczucia listy i namawia ukochaną do porzucenia dotychczasowych – chwilowych – rozwiązań. Jego miłość będzie miłością aż po grób, Annabella nie może w to wątpić. David żarliwie wyznaje miłość kobiecie swojego życia. Ta dość łagodnie i subtelnie sugeruje mu, że nie zamierza realizować jego planów. Nie chce zrazić mężczyzny ani go zranić, dlatego też nie jest w stanie odmówić wprost. Jej zabiegi prowadzące do załagodzenia sytuacji tylko utwierdzają Davida w przekonaniu, że warto zawalczyć o świetlaną przyszłość. W „Słodkiej chorobie” Patricia Highsmith odmalowuje obraz, który dzisiaj ma już swoją nazwę i który wiąże się z koniecznością interwencji sądowej – tu jeszcze motyw stalkingu nie jest rozpoznany ani powszechnie znany. A szkoda, bo w fabule prowadzi do katastrofy: nieodwzajemnione uczucie w końcu zamienia się w zawiść, a ta wiąże się z gwałtownymi reakcjami. Nieszczęśliwy wypadek na zawsze zmieni rozkład sił i pozycję Davida – chociaż i tak Annabella nie będzie umiała rozprawić się z niechcianym wielbicielem.
Patricia Highsmith stawia na kryminał, który obecnie może być odczytywany raczej jako thriller. Zajmuje się tworzeniem wyrazistego portretu psychologicznego: interesuje ją każdy krok Davida i każda podejmowana przez niego decyzja, wszystko jedno czy wynikająca z chorego zapatrzenia w Annabelle, czy pozwalająca na scharakteryzowanie bohatera w innych okolicznościach. Autorka jest bardzo drobiazgowa, psychika postaci interesuje ją o wiele bardziej niż oś fabularna, szczegółami zarzuca czytelników i przez to też spowalnia narrację. Ale właśnie dzięki takiemu zabiegowi jest w stanie wniknąć w głąb umysłu szaleńca zachowującego pozory normalności – Annabella widzi tylko listy, czytelnicy dostrzegą zbliżające się zagrożenie – chociaż atmosfera strachu nie zapowiada rozwoju wydarzeń. Highsmith stawia na wyjątkowo mocną prozę. Jeśli odbiorcy przyzwyczaili się do kryminału jako gatunku niemalże użytkowego, tu sprawdzą, jak to jest próbować zrozumieć bohatera, który wymyka się jednoznacznym ocenom (bo przez długi czas David może być postrzegany jako zwyczajny zakochany nieszczęśliwie mężczyzna). Później z kolei przybliża czytelników do akcji tak bardzo, że trudno byłoby o dalsze zmniejszanie dystansu. W efekcie proponuje lekturę niewygodną i stawiającą trudne pytania, pokazującą konieczność wytyczania granic i stanowiącą ostrzeżenie. Dzisiaj czyta się tę powieść jako nieco archaiczną – w końcu akcja przenosi odbiorców do II połowy XX wieku, a bohaterów ogranicza sposób wychowania – jednak i tak autorka mnóstwo mówi o ludziach i wie, jak wyzwalać w czytelnikach najsilniejsze emocje. „Słodka choroba” to wyzwanie, w którym nie ma wygranych – poza miłośnikami gęstej prozy i starannie obmyślonej pod kątem psychologicznym opowieści.
Stalking
Z tej miłości nic dobrego wyniknąć nie może, nawet jeśli David pozornie ma jak najlepsze intencje. W końcu kocha Annabellę, jest przekonany, że mógłby jej zapewnić wszystko, o czym marzy. Przygotowuje nawet dom na przybycie ukochanej, bo ma pewność, że ta odejdzie od męża i będzie wieść szczęśliwe życie z Davidem. Przecież musi. Inaczej nie będzie szczęśliwa. David pisze pełne uczucia listy i namawia ukochaną do porzucenia dotychczasowych – chwilowych – rozwiązań. Jego miłość będzie miłością aż po grób, Annabella nie może w to wątpić. David żarliwie wyznaje miłość kobiecie swojego życia. Ta dość łagodnie i subtelnie sugeruje mu, że nie zamierza realizować jego planów. Nie chce zrazić mężczyzny ani go zranić, dlatego też nie jest w stanie odmówić wprost. Jej zabiegi prowadzące do załagodzenia sytuacji tylko utwierdzają Davida w przekonaniu, że warto zawalczyć o świetlaną przyszłość. W „Słodkiej chorobie” Patricia Highsmith odmalowuje obraz, który dzisiaj ma już swoją nazwę i który wiąże się z koniecznością interwencji sądowej – tu jeszcze motyw stalkingu nie jest rozpoznany ani powszechnie znany. A szkoda, bo w fabule prowadzi do katastrofy: nieodwzajemnione uczucie w końcu zamienia się w zawiść, a ta wiąże się z gwałtownymi reakcjami. Nieszczęśliwy wypadek na zawsze zmieni rozkład sił i pozycję Davida – chociaż i tak Annabella nie będzie umiała rozprawić się z niechcianym wielbicielem.
Patricia Highsmith stawia na kryminał, który obecnie może być odczytywany raczej jako thriller. Zajmuje się tworzeniem wyrazistego portretu psychologicznego: interesuje ją każdy krok Davida i każda podejmowana przez niego decyzja, wszystko jedno czy wynikająca z chorego zapatrzenia w Annabelle, czy pozwalająca na scharakteryzowanie bohatera w innych okolicznościach. Autorka jest bardzo drobiazgowa, psychika postaci interesuje ją o wiele bardziej niż oś fabularna, szczegółami zarzuca czytelników i przez to też spowalnia narrację. Ale właśnie dzięki takiemu zabiegowi jest w stanie wniknąć w głąb umysłu szaleńca zachowującego pozory normalności – Annabella widzi tylko listy, czytelnicy dostrzegą zbliżające się zagrożenie – chociaż atmosfera strachu nie zapowiada rozwoju wydarzeń. Highsmith stawia na wyjątkowo mocną prozę. Jeśli odbiorcy przyzwyczaili się do kryminału jako gatunku niemalże użytkowego, tu sprawdzą, jak to jest próbować zrozumieć bohatera, który wymyka się jednoznacznym ocenom (bo przez długi czas David może być postrzegany jako zwyczajny zakochany nieszczęśliwie mężczyzna). Później z kolei przybliża czytelników do akcji tak bardzo, że trudno byłoby o dalsze zmniejszanie dystansu. W efekcie proponuje lekturę niewygodną i stawiającą trudne pytania, pokazującą konieczność wytyczania granic i stanowiącą ostrzeżenie. Dzisiaj czyta się tę powieść jako nieco archaiczną – w końcu akcja przenosi odbiorców do II połowy XX wieku, a bohaterów ogranicza sposób wychowania – jednak i tak autorka mnóstwo mówi o ludziach i wie, jak wyzwalać w czytelnikach najsilniejsze emocje. „Słodka choroba” to wyzwanie, w którym nie ma wygranych – poza miłośnikami gęstej prozy i starannie obmyślonej pod kątem psychologicznym opowieści.
poniedziałek, 10 marca 2025
Hubert Klimko-Dobrzaniecki: Tu i tam
Noir sur Blanc, Warszawa 2025.
Zapiski
Impulsem do sięgania po wspomnienia, przeżycia, refleksje i doświadczenia są w wypadku „Tu i tam” cykliczne felietony do „Odry”: Hubert Klimko-Dobrzaniecki na brak tematów narzekać nie może. Odbiorcy mogliby co najwyżej narzekać na ograniczenie dotyczące liczby znaków – ale też niekoniecznie, bo krótkie formy wymuszają stosowanie wyrazistych puent. Teksty ocalone teraz w wyborze „Tu i tam” mogą przetrwać i cieszyć czytelników przez kolejne lata. Datowane (dzięki czemu można szybciej zorientować się w kontekście, ale przecież autor odwołuje się do czasów, które także jego odbiorcy kojarzą z własnych doświadczeń – tyle tylko, że przedstawia je przez pryzmat wyjątkowych skojarzeń. Raz covidowa codzienność będzie łączyć czytelników, raz – porównywanie jakości życia w Austrii czy na Islandii. Hubert Klimko-Dobrzaniecki wszędzie układa sobie egzystencję na własnych zasadach, ale nie jest zamknięty na kulturowe i społeczne odmienności. Zestawia odkrycia i komiczne czasem sceny, zmuszając czytelników do zastanowienia się nad wyborami. Od metafizycznych komentarzy ucieka w stronę przyziemności, znacznie lepiej czuje się tam, gdzie humor ściąga do na ziemię. Nie zamierza w nieskończoność rozpatrywać kwestii ważnych dla pisarzy – a jednak wprowadza elementy życia twórców – pojawia się na nieudanych spotkaniach autorskich, korzysta ze stypendiów twórczych i satyrycznie naświetla środowisko kolegów po fachu. Jest w tym dystans i brak zadęcia, dzięki czemu autor przekona do siebie szerokie grono czytelników. Nie pisze o tym, jak to jest być pisarzem – pisze o tym, jak to jest być człowiekiem, który szuka swojego miejsca na świecie. To się sprawdza. Nie musi autor felietonami reagować na bieżące sprawy, równie dobrze może zastanowić się nad własną przeszłością i przedstawić to, co odkrył we wspomnieniach – tyle że z ironicznym komentarzem. Co ciekawe: Klimko-Dobrzaniecki nie szuka tutaj wsparcia ani wspólnoty poglądów, nie interesuje go pisanie pod publiczkę: wie, że wiele razy będzie w opozycji wobec czytelników, ale nie zamierza w związku z tym cenzurować własnych opinii. Stawia na mocne komentarze i na jasny przekaz. Pisze prostymi zdaniami, zupełnie jakby odrzucał wizerunek pisarza. Rygorystyczne formy zapewniają mu precyzję myślenia i pisania – tu nie ma przypadkowych opowieści, wszystko da się skondensować. Ważne stają się same pomysły uchwycone i oprawione.
Uprawia Klimko-Dobrzaniecki czasami publicystykę, czasami – autobiografię, czasami stawia na opowiadania albo na trening wyobraźni. Nie ma znaczenia, kiedy decyduje się na prawdę, a kiedy ubarwia rzeczywistość lub ją kreuje – liczy się efekt, a ten jest olśniewający. Drobiazgi zebrane w tym tomie, ocalone przed zapomnieniem, warte są poświęconego im czasu. To miniatury trafne i wartościowe, jednocześnie zapewniające rozrywkę i refleksję. Ale co do tego każdy, kto śledzi twórczość Huberta Klimko-Dobrzanieckiego, ma pewność, zanim w ogóle przystąpi do lektury. Jest to literacka uczta, podbarwiona mocno śmiechem na wielu poziomach. Najważniejsze, że autor odmalowuje obrazy dokładnie i wie, do jakich efektów chce dojść. Jakby mało było odbiorcom wrażeń lekturowych, pojawiają się w książce jeszcze ilustracje stworzone przez autora – i tu już Klimko-Dobrzaniecki trochę irytuje, bo jednak ile talentów można mieć.
Zapiski
Impulsem do sięgania po wspomnienia, przeżycia, refleksje i doświadczenia są w wypadku „Tu i tam” cykliczne felietony do „Odry”: Hubert Klimko-Dobrzaniecki na brak tematów narzekać nie może. Odbiorcy mogliby co najwyżej narzekać na ograniczenie dotyczące liczby znaków – ale też niekoniecznie, bo krótkie formy wymuszają stosowanie wyrazistych puent. Teksty ocalone teraz w wyborze „Tu i tam” mogą przetrwać i cieszyć czytelników przez kolejne lata. Datowane (dzięki czemu można szybciej zorientować się w kontekście, ale przecież autor odwołuje się do czasów, które także jego odbiorcy kojarzą z własnych doświadczeń – tyle tylko, że przedstawia je przez pryzmat wyjątkowych skojarzeń. Raz covidowa codzienność będzie łączyć czytelników, raz – porównywanie jakości życia w Austrii czy na Islandii. Hubert Klimko-Dobrzaniecki wszędzie układa sobie egzystencję na własnych zasadach, ale nie jest zamknięty na kulturowe i społeczne odmienności. Zestawia odkrycia i komiczne czasem sceny, zmuszając czytelników do zastanowienia się nad wyborami. Od metafizycznych komentarzy ucieka w stronę przyziemności, znacznie lepiej czuje się tam, gdzie humor ściąga do na ziemię. Nie zamierza w nieskończoność rozpatrywać kwestii ważnych dla pisarzy – a jednak wprowadza elementy życia twórców – pojawia się na nieudanych spotkaniach autorskich, korzysta ze stypendiów twórczych i satyrycznie naświetla środowisko kolegów po fachu. Jest w tym dystans i brak zadęcia, dzięki czemu autor przekona do siebie szerokie grono czytelników. Nie pisze o tym, jak to jest być pisarzem – pisze o tym, jak to jest być człowiekiem, który szuka swojego miejsca na świecie. To się sprawdza. Nie musi autor felietonami reagować na bieżące sprawy, równie dobrze może zastanowić się nad własną przeszłością i przedstawić to, co odkrył we wspomnieniach – tyle że z ironicznym komentarzem. Co ciekawe: Klimko-Dobrzaniecki nie szuka tutaj wsparcia ani wspólnoty poglądów, nie interesuje go pisanie pod publiczkę: wie, że wiele razy będzie w opozycji wobec czytelników, ale nie zamierza w związku z tym cenzurować własnych opinii. Stawia na mocne komentarze i na jasny przekaz. Pisze prostymi zdaniami, zupełnie jakby odrzucał wizerunek pisarza. Rygorystyczne formy zapewniają mu precyzję myślenia i pisania – tu nie ma przypadkowych opowieści, wszystko da się skondensować. Ważne stają się same pomysły uchwycone i oprawione.
Uprawia Klimko-Dobrzaniecki czasami publicystykę, czasami – autobiografię, czasami stawia na opowiadania albo na trening wyobraźni. Nie ma znaczenia, kiedy decyduje się na prawdę, a kiedy ubarwia rzeczywistość lub ją kreuje – liczy się efekt, a ten jest olśniewający. Drobiazgi zebrane w tym tomie, ocalone przed zapomnieniem, warte są poświęconego im czasu. To miniatury trafne i wartościowe, jednocześnie zapewniające rozrywkę i refleksję. Ale co do tego każdy, kto śledzi twórczość Huberta Klimko-Dobrzanieckiego, ma pewność, zanim w ogóle przystąpi do lektury. Jest to literacka uczta, podbarwiona mocno śmiechem na wielu poziomach. Najważniejsze, że autor odmalowuje obrazy dokładnie i wie, do jakich efektów chce dojść. Jakby mało było odbiorcom wrażeń lekturowych, pojawiają się w książce jeszcze ilustracje stworzone przez autora – i tu już Klimko-Dobrzaniecki trochę irytuje, bo jednak ile talentów można mieć.
niedziela, 8 grudnia 2024
Stanisław Jerzy Lec: Fraszki
Noir sur Blanc, Kraków 2024.
Skróty
Stanisław Jerzy Lec jest kojarzony przez szerokie grono odbiorców przede wszystkim za sprawą myśli nieuczesanych – aforyzmów, które w najbardziej lapidarny sposób ujmowały prawdy o życiu, człowieku i świecie. Jednak niewielu pamięta, że Lec próbował też swoich sił we fraszkach – i Noir sur Blanc wypuszcza na rynek uzupełnienie jego twórczości w postaci tomiku z fraszkami właśnie. I od razu staje się jasne, dlaczego nie jest to zbiorek, który zapadł w pamięć kolejnym pokoleniom. Lec, który w wymyślaniu paradoksów i celnych uwag na temat otoczenia osiągnął mistrzostwo, kiedy rymuje, nie zachwyca tak bardzo. W zasadzie lektura fraszek polegać będzie przede wszystkim na wyłuskiwaniu z formy tych spostrzeżeń, które w ograniczonej do tekstowego minimum formie cieszą najbardziej – czyli na wychwytywaniu tego, co działa bez oprawy z rymów. Faktycznie nie zawsze Lec może imponować współbrzmieniami – zdarzają mu się rymy wymuszone albo niekoniecznie podkreślające przesłania utworów. Jednak wciąż liczy się lapidarność i trafność uwag.
„Fraszki” to tomik, który jest znakomitym uzupełnieniem biblioteczek – i uświadamia czytelnikom, że Stanisław Jerzy Lec sięgał po różne formy wyrazu, żeby utrwalać codzienne olśnienia. Te teksty nie potrzebują komentarzy i przypisów – chociaż zdarza się, że do ich zrozumienia przyda się świadomość kontekstu. Lec, który w aforyzmach stawiał bardziej na uniwersalność i na czytelność nawiązań, we fraszkach czasami odnosi się do spraw aktualnych, niekoniecznie dzisiaj zawsze oczywistych dla odbiorców. Szuka rymów – widać, że pracuje nad warsztatem zwłaszcza we współbrzmieniach niedokładnych, nie zwraca jednak uwagi na to, jak owe rymy (albo w ogóle pozycja słowa w wersie) wpływają na komizm. Bo też i nie stara się być śmieszny, raczej – usiłuje zaskakiwać czytelników i wprowadzać do ich świadomości nowe skojarzenia.
Nie da się tu uniknąć porównań do myśli nieuczesanych – zresztą fanów twórczości Leca fraszki przecież nie zdziwią. W tej publikacji pojawiają się bardzo często pomysły warte oszlifowania, inspirujące i wyjątkowe – ale niekoniecznie pasujące do formy. Można dzięki temu sprawdzić, jak gatunek wpływa na sposób odbioru, jak go kształtuje i jak modyfikuje coś, co czeka na swoje właściwe ujęcie. Bez względu na genologiczne pułapki i wyzwania Stanisław Jerzy Lec udowadnia tutaj, jak bardzo precyzyjnie można uchwycić rzeczywistość i jak największe tajemnice świata wpasowują się w kilka fraz. Uczy dyscypliny myślowej i skrótu. I znowu – wydawnictwo proponuje tomik, którego nie da się przeczytać szybko i bez refleksji. Chociaż Stanisław Jerzy Lec może bawić i rozśmieszać, równie często zachęca do zastanowienia się nad kondycją człowieka i nad jego miejscem we wszechświecie, nad dylematami, polityką i relacjami z innymi. Mówi ważne rzeczy w niepoważnej formie.
Skróty
Stanisław Jerzy Lec jest kojarzony przez szerokie grono odbiorców przede wszystkim za sprawą myśli nieuczesanych – aforyzmów, które w najbardziej lapidarny sposób ujmowały prawdy o życiu, człowieku i świecie. Jednak niewielu pamięta, że Lec próbował też swoich sił we fraszkach – i Noir sur Blanc wypuszcza na rynek uzupełnienie jego twórczości w postaci tomiku z fraszkami właśnie. I od razu staje się jasne, dlaczego nie jest to zbiorek, który zapadł w pamięć kolejnym pokoleniom. Lec, który w wymyślaniu paradoksów i celnych uwag na temat otoczenia osiągnął mistrzostwo, kiedy rymuje, nie zachwyca tak bardzo. W zasadzie lektura fraszek polegać będzie przede wszystkim na wyłuskiwaniu z formy tych spostrzeżeń, które w ograniczonej do tekstowego minimum formie cieszą najbardziej – czyli na wychwytywaniu tego, co działa bez oprawy z rymów. Faktycznie nie zawsze Lec może imponować współbrzmieniami – zdarzają mu się rymy wymuszone albo niekoniecznie podkreślające przesłania utworów. Jednak wciąż liczy się lapidarność i trafność uwag.
„Fraszki” to tomik, który jest znakomitym uzupełnieniem biblioteczek – i uświadamia czytelnikom, że Stanisław Jerzy Lec sięgał po różne formy wyrazu, żeby utrwalać codzienne olśnienia. Te teksty nie potrzebują komentarzy i przypisów – chociaż zdarza się, że do ich zrozumienia przyda się świadomość kontekstu. Lec, który w aforyzmach stawiał bardziej na uniwersalność i na czytelność nawiązań, we fraszkach czasami odnosi się do spraw aktualnych, niekoniecznie dzisiaj zawsze oczywistych dla odbiorców. Szuka rymów – widać, że pracuje nad warsztatem zwłaszcza we współbrzmieniach niedokładnych, nie zwraca jednak uwagi na to, jak owe rymy (albo w ogóle pozycja słowa w wersie) wpływają na komizm. Bo też i nie stara się być śmieszny, raczej – usiłuje zaskakiwać czytelników i wprowadzać do ich świadomości nowe skojarzenia.
Nie da się tu uniknąć porównań do myśli nieuczesanych – zresztą fanów twórczości Leca fraszki przecież nie zdziwią. W tej publikacji pojawiają się bardzo często pomysły warte oszlifowania, inspirujące i wyjątkowe – ale niekoniecznie pasujące do formy. Można dzięki temu sprawdzić, jak gatunek wpływa na sposób odbioru, jak go kształtuje i jak modyfikuje coś, co czeka na swoje właściwe ujęcie. Bez względu na genologiczne pułapki i wyzwania Stanisław Jerzy Lec udowadnia tutaj, jak bardzo precyzyjnie można uchwycić rzeczywistość i jak największe tajemnice świata wpasowują się w kilka fraz. Uczy dyscypliny myślowej i skrótu. I znowu – wydawnictwo proponuje tomik, którego nie da się przeczytać szybko i bez refleksji. Chociaż Stanisław Jerzy Lec może bawić i rozśmieszać, równie często zachęca do zastanowienia się nad kondycją człowieka i nad jego miejscem we wszechświecie, nad dylematami, polityką i relacjami z innymi. Mówi ważne rzeczy w niepoważnej formie.
czwartek, 5 grudnia 2024
Sławomir Mrożek: Trzy tragedie i karnawał
Noir sur Blanc, Kraków 2024.
Świętowanie
Dla tych wszystkich, którzy lubią porządek w biblioteczce i nie chcieli czekać na wznowienie dramatów zebranych Sławomira Mrożka wydawnictwo przygotowuje niespodziankę: „Trzy tragedie i karnawał” to bowiem okazja na przywołanie w wersji książkowej tekstu opublikowanego w czasopiśmie – razem z „manuskryptem” (ów manuskrypt to jednak nie do końca ręcznie pisany tekst, a wydruk komputerowy z naniesionymi ręcznie poprawkami, tak, żeby czytelnicy mogli prześledzić sobie zmiany wprowadzane przez autora, a co za tym idzie – żeby odkrywali ewolucję dramatu). „Karnawał” to historia cofająca czytelników do czasów Adama i Ewy, których odwiedza też Lilith, pierwsza żona Adama siejąca spory ferment w towarzyskich relacjach. Ale w tym świecie znalazło się na przykład miejsce i dla… Prometeusza. Jedno jest pewne: u zarania dziejów nawet karnawał musi wypaść wyjątkowo. A gdy do działania weźmie się Szatan, który przecież wykazuje się sprytem i inteligencją, żeby zrealizować własne potrzeby… zaczyna się prawdziwy popis. Popis ironii, popis spostrzegawczości i kreatywności w funkcjonowaniu całego towarzystwa. Sławomir Mrożek w „Karnawale” nie sięga po proste dowcipy i skojarzenia – proponuje gęsty i filozoficzny dramat, w którym wszystko jest możliwe, a jednocześnie – który rządzi się nieubłaganą logiką. I to czytelników z pewnością skusi. A żeby zaostrzyć apetyty wydawnictwo proponuje wcześniej trzy inne teksty: „Ambasadora”, czyli królestwo absurdu w wersji politycznej – ambasador, który nie chce się poddać, chociaż nie istnieje już jego pracodawca, zdolny jest dla podtrzymania wygodnego dla siebie stanu rzeczy iść na przeróżne ustępstwa wobec obcego kraju. Ale sam też może dyktować warunki tym, którzy chcieliby go usunąć ze stanowiska. W „Krawcu” bohater zastanawia się nad możliwością dopasowania klienta do odzieży, co prowadzi do triumfu purenonsensu w wykonaniu Mrożka (rzecz jasna i w tym tekście można dopatrywać się licznych aluzji do pozaliterackiej rzeczywistości). „Kontrakt” to skupienie się na najważniejszych ludzkich pragnieniach i potrzebach – mężczyzna, który ma nadzieję na rychłe rozstanie się ze światem, znajduje potencjalnego mordercę i zawiera z nim umowę. Nie zna dnia ani godziny, momentu, w którym straci życie. I właśnie przez niepewność i ciągłe zagrożenie zaczyna mu z powrotem na tym życiu zależeć. Mrożek prezentuje się tutaj jako autor czterech skrajnie różnych tekstów – wszystkie jednak cechują się trafnością obserwacji. Ten autor nie tylko wyczuwa absurd i potrafi posługiwać się ironią, nie tylko wie, jak przykuć uwagę teatralnego widza, któremu serwuje cały koktajl emocji i skrajności – ale też zna ludzkie przywary i umiejętnie je eksponuje. „Trzy tragedie i karnawał” to esencja Mrożka – książka, która zapewni sporo śmiechu, ale też dużo refleksji. Co ciekawe, większość najważniejszych kwestii zawiera się w dialogach, nie w inscenizacji (ale autor nie rezygnuje ze wskazówek scenograficznych), więc lektura nie odbierze czytelnikom radości z odkrywania kolejnych prawd objawionych. Mrożek dostrzega i wyśmiewa – ale nigdy nachalnie, unika mówienia oczywistości i prezentowania stereotypów – warto sięgnąć po ten spory tom, żeby przekonać się, jakie odcienie zyskuje tu mówienie o człowieku i jego kondycji.
Świętowanie
Dla tych wszystkich, którzy lubią porządek w biblioteczce i nie chcieli czekać na wznowienie dramatów zebranych Sławomira Mrożka wydawnictwo przygotowuje niespodziankę: „Trzy tragedie i karnawał” to bowiem okazja na przywołanie w wersji książkowej tekstu opublikowanego w czasopiśmie – razem z „manuskryptem” (ów manuskrypt to jednak nie do końca ręcznie pisany tekst, a wydruk komputerowy z naniesionymi ręcznie poprawkami, tak, żeby czytelnicy mogli prześledzić sobie zmiany wprowadzane przez autora, a co za tym idzie – żeby odkrywali ewolucję dramatu). „Karnawał” to historia cofająca czytelników do czasów Adama i Ewy, których odwiedza też Lilith, pierwsza żona Adama siejąca spory ferment w towarzyskich relacjach. Ale w tym świecie znalazło się na przykład miejsce i dla… Prometeusza. Jedno jest pewne: u zarania dziejów nawet karnawał musi wypaść wyjątkowo. A gdy do działania weźmie się Szatan, który przecież wykazuje się sprytem i inteligencją, żeby zrealizować własne potrzeby… zaczyna się prawdziwy popis. Popis ironii, popis spostrzegawczości i kreatywności w funkcjonowaniu całego towarzystwa. Sławomir Mrożek w „Karnawale” nie sięga po proste dowcipy i skojarzenia – proponuje gęsty i filozoficzny dramat, w którym wszystko jest możliwe, a jednocześnie – który rządzi się nieubłaganą logiką. I to czytelników z pewnością skusi. A żeby zaostrzyć apetyty wydawnictwo proponuje wcześniej trzy inne teksty: „Ambasadora”, czyli królestwo absurdu w wersji politycznej – ambasador, który nie chce się poddać, chociaż nie istnieje już jego pracodawca, zdolny jest dla podtrzymania wygodnego dla siebie stanu rzeczy iść na przeróżne ustępstwa wobec obcego kraju. Ale sam też może dyktować warunki tym, którzy chcieliby go usunąć ze stanowiska. W „Krawcu” bohater zastanawia się nad możliwością dopasowania klienta do odzieży, co prowadzi do triumfu purenonsensu w wykonaniu Mrożka (rzecz jasna i w tym tekście można dopatrywać się licznych aluzji do pozaliterackiej rzeczywistości). „Kontrakt” to skupienie się na najważniejszych ludzkich pragnieniach i potrzebach – mężczyzna, który ma nadzieję na rychłe rozstanie się ze światem, znajduje potencjalnego mordercę i zawiera z nim umowę. Nie zna dnia ani godziny, momentu, w którym straci życie. I właśnie przez niepewność i ciągłe zagrożenie zaczyna mu z powrotem na tym życiu zależeć. Mrożek prezentuje się tutaj jako autor czterech skrajnie różnych tekstów – wszystkie jednak cechują się trafnością obserwacji. Ten autor nie tylko wyczuwa absurd i potrafi posługiwać się ironią, nie tylko wie, jak przykuć uwagę teatralnego widza, któremu serwuje cały koktajl emocji i skrajności – ale też zna ludzkie przywary i umiejętnie je eksponuje. „Trzy tragedie i karnawał” to esencja Mrożka – książka, która zapewni sporo śmiechu, ale też dużo refleksji. Co ciekawe, większość najważniejszych kwestii zawiera się w dialogach, nie w inscenizacji (ale autor nie rezygnuje ze wskazówek scenograficznych), więc lektura nie odbierze czytelnikom radości z odkrywania kolejnych prawd objawionych. Mrożek dostrzega i wyśmiewa – ale nigdy nachalnie, unika mówienia oczywistości i prezentowania stereotypów – warto sięgnąć po ten spory tom, żeby przekonać się, jakie odcienie zyskuje tu mówienie o człowieku i jego kondycji.
piątek, 29 listopada 2024
Léopold Chauveau: Królik, królewna i marmolada
Noir sur Blanc, Kraków 2024.
Sposób na miłość
Léopold Chauveau to klasyk, który został zapomniany i teraz jest przywracany zbiorowej świadomości dzięki znakomitym – i pięknie wydawanym publikacjom, które trafią do przekonania młodszym i starszym pokoleniom. To urok dawnych opowieści: nie ma w nich infantylizmu charakterystycznego dla dzisiejszych rozwiązań i trendów, jest za to uniwersalność, która pozwala na przetrwanie narracji. „Królik, królewna i marmolada” to historia zabawna, funkcjonująca na prawach baśni i przyzwyczajająca młodych czytelników do tego, że baśnie są obok nich. Klamrę kompozycyjną zapewnia tu scenka rozgrywająca się między Heniem i jego tatą. Heniowi bardzo zależy na opowieści o marmoladzie (co ma związek z jego posiłkiem, rzecz oczywista – ale przecież żadne dziecko nie chciałoby bajki o śniadaniu czy kolacji, bo taki motyw wypadałby blado i nudno): prosi zatem tatę o bajkę. A tata marmoladę włącza do wielkiej narracji, w której udział wezmą chodaki w roli środka transportu – i Królik, chłopiec, który z każdym kolejnym rokiem życia maleje zamiast rosnąć. Kiedy Królik może zmieścić się do chodaka taty, wybiera się w wielką podróż. Na wodzie pomaga między innymi Kaczce i jej dzieciom – ale najważniejszym spotkaniem będzie to z Królewną. Królewna ma zostać żoną olbrzyma – żeby dorównać mu wzrostem, będzie karmiona specjalną marmoladą. W ten sposób urośnie do odpowiednich rozmiarów i będzie mogła wziąć udział w ceremonii zaślubin. Ale król Karakot, szczęśliwy przyszły pan młody (co ciekawe, normalnego wzrostu, tylko ludziom wielkości Królika wydaje się potężny) wcale nie musi mieć dobrych zamiarów. To postać, od której lepiej uciekać. I tu przydadzą się nawiązane w podróży znajomości, ale też… same chodaki taty. Autor rozwija fabułę tak, żeby poszczególne wątki mogły się ze sobą w nieoczekiwanych momentach splatać, czym pokazuje odbiorcom głębię historii – i zamienia ją w wielką przygodę. Jest tu wszystko, czego w dobrych narracjach trzeba, zwłaszcza wielkie emocje i humor, który sprawia, że znacznie łatwiej jest przyjmować wszelkiego rodzaju pułapki i zagrożenia. Tych nie brakuje – ale kiedy jest się niewielkiego wzrostu, zmienia się perspektywa i rodzaje niebezpieczeństw, o czym Chauveau nie zapomina. I dzięki temu może uwiarygodnić świat, który prezentuje. To z kolei sprawia, że rzeczywiście przeniesienie tej historii do międzypokoleniowych lektur jest możliwe bez większego wysiłku: Chauveau ucieszy i dzieci, i ich rodziców. Proponuje klasyczną książkę (z zabawnymi swoimi ilustracjami – prostymi szkicami oddziałującymi silnie na wyobraźnię). Także w warstwie graficznej uwidacznia się dowcip, dyskretny i subtelny, a jednak stale obecny – Chauveau wcale nie musi bez przerwy dowcipkować, za to jest w stanie utrzymywać uwagę czytelników przez całą historię i zapraszać ich do wymyślonej przez siebie krainy. Jeśli faktycznie inspiracją do powstania bajki miała być marmolada – to autor pokazuje, jak potraktować temat przewodni, żeby nie wpaść w oczywistości i schematy. Dla czytelników w każdym wieku ma coś ciekawego i odkrywczego – świetnie, że wydawnictwo przypomina książki tego autora i faktycznie, tak jak zapowiada Grzegorz Kasdepke we wstępie – czytelnicy szybko zostaną fanami tego twórcy. Warto.
Sposób na miłość
Léopold Chauveau to klasyk, który został zapomniany i teraz jest przywracany zbiorowej świadomości dzięki znakomitym – i pięknie wydawanym publikacjom, które trafią do przekonania młodszym i starszym pokoleniom. To urok dawnych opowieści: nie ma w nich infantylizmu charakterystycznego dla dzisiejszych rozwiązań i trendów, jest za to uniwersalność, która pozwala na przetrwanie narracji. „Królik, królewna i marmolada” to historia zabawna, funkcjonująca na prawach baśni i przyzwyczajająca młodych czytelników do tego, że baśnie są obok nich. Klamrę kompozycyjną zapewnia tu scenka rozgrywająca się między Heniem i jego tatą. Heniowi bardzo zależy na opowieści o marmoladzie (co ma związek z jego posiłkiem, rzecz oczywista – ale przecież żadne dziecko nie chciałoby bajki o śniadaniu czy kolacji, bo taki motyw wypadałby blado i nudno): prosi zatem tatę o bajkę. A tata marmoladę włącza do wielkiej narracji, w której udział wezmą chodaki w roli środka transportu – i Królik, chłopiec, który z każdym kolejnym rokiem życia maleje zamiast rosnąć. Kiedy Królik może zmieścić się do chodaka taty, wybiera się w wielką podróż. Na wodzie pomaga między innymi Kaczce i jej dzieciom – ale najważniejszym spotkaniem będzie to z Królewną. Królewna ma zostać żoną olbrzyma – żeby dorównać mu wzrostem, będzie karmiona specjalną marmoladą. W ten sposób urośnie do odpowiednich rozmiarów i będzie mogła wziąć udział w ceremonii zaślubin. Ale król Karakot, szczęśliwy przyszły pan młody (co ciekawe, normalnego wzrostu, tylko ludziom wielkości Królika wydaje się potężny) wcale nie musi mieć dobrych zamiarów. To postać, od której lepiej uciekać. I tu przydadzą się nawiązane w podróży znajomości, ale też… same chodaki taty. Autor rozwija fabułę tak, żeby poszczególne wątki mogły się ze sobą w nieoczekiwanych momentach splatać, czym pokazuje odbiorcom głębię historii – i zamienia ją w wielką przygodę. Jest tu wszystko, czego w dobrych narracjach trzeba, zwłaszcza wielkie emocje i humor, który sprawia, że znacznie łatwiej jest przyjmować wszelkiego rodzaju pułapki i zagrożenia. Tych nie brakuje – ale kiedy jest się niewielkiego wzrostu, zmienia się perspektywa i rodzaje niebezpieczeństw, o czym Chauveau nie zapomina. I dzięki temu może uwiarygodnić świat, który prezentuje. To z kolei sprawia, że rzeczywiście przeniesienie tej historii do międzypokoleniowych lektur jest możliwe bez większego wysiłku: Chauveau ucieszy i dzieci, i ich rodziców. Proponuje klasyczną książkę (z zabawnymi swoimi ilustracjami – prostymi szkicami oddziałującymi silnie na wyobraźnię). Także w warstwie graficznej uwidacznia się dowcip, dyskretny i subtelny, a jednak stale obecny – Chauveau wcale nie musi bez przerwy dowcipkować, za to jest w stanie utrzymywać uwagę czytelników przez całą historię i zapraszać ich do wymyślonej przez siebie krainy. Jeśli faktycznie inspiracją do powstania bajki miała być marmolada – to autor pokazuje, jak potraktować temat przewodni, żeby nie wpaść w oczywistości i schematy. Dla czytelników w każdym wieku ma coś ciekawego i odkrywczego – świetnie, że wydawnictwo przypomina książki tego autora i faktycznie, tak jak zapowiada Grzegorz Kasdepke we wstępie – czytelnicy szybko zostaną fanami tego twórcy. Warto.
sobota, 8 czerwca 2024
Sławomir Mrożek: Baltazar
Noir sur Blanc, Warszawa 2024 (wznowienie).
Życiorys
„Baltazar” był książką terapeutyczną. Pisaną przez Sławomira Mrożka w ramach treningu pamięci – po udarze mózgu i jego konsekwencji – afazji – funkcjonował jako ćwiczenie i sposób na powrót do sprawności nie tylko pisarskiej. Sławomir Mrożek zresztą o powodach stworzenia tej książki w niej napisał – żeby uciąć wszelkie domysły i nadać kierunek interpretacjom. Teraz „Baltazar” wraca na rynek – nie ma szans się zestarzeć, także po dwóch dekadach – dotyczy bowiem wyimka z życiorysu, zamyka się z chwilą wyruszenia autora na emigrację – i obejmuje jedynie wybrane aspekty egzystencji. Daje się odczytywać jednak nie tylko jako zbiór wiadomości na temat pisarza, przefiltrowanych przez jego wrażliwość i podejście do tworzenia – ale także jako nowy akt kreacji. Autor odziera tu tekst z ozdobników, unika sterowania rzeczywistością. Stawia na rzetelne komentarze, ale jednocześnie posługuje się polszczyzną dzisiaj niemodną wręcz i zapominaną, staranną i literacką na wskroś. „Baltazar” staje się zwierzeniem – ale zwierzeniem połączonym z celnymi obserwacjami. Mrożek ma tutaj za zadanie ćwiczyć pamięć – przywołuje zatem kolejne doświadczenia, zarejestrowane i przemyślane – dzieli się z czytelnikami dość wieloma szczegółami ze swojego życia, a do tego również uzupełnieniami do tego, co się wydarzyło. Jest przewodnikiem po własnym życiorysie – tyle że nie skupia się na tym, co najbardziej intryguje zwykle fanów twórczości. Bardzo rzadko przenosi uwagę czytelników na swoje opowiadania albo sztuki teatralne, a przeważnie nie stają się one podmiotem analiz – powracają we wzmiankach, z reguły ze względu na pozaliterackie powody, inspiracje i skojarzenia. Narodziny Mrożka-autora są przesycone ironią i oswajane śmiechem – ale z reguły w „Baltazarze” nie ma miejsca na drwiny i na sterowanie odbiorcami. Autor stawia tym razem na rzetelność – co mogło zaskakiwać badaczy jego twórczości. Mrożek, który nie zasłania się maską przesady i śmiechu to ktoś zupełnie obcy, ktoś, kogo trzeba na nowo się nauczyć. Zadania nie ułatwia fakt nastawienia na realizm – „Baltazar” ma być odbiciem rzeczywistości, próbą utrwalenia doświadczeń. To lektura trochę niewygodna – z jednej strony jest tu zestaw przeżyć i punktów z życiorysu, z drugiej – działa tu silnie na interpretację świadomość aktu twórczego, czy raczej – przyczyny aktu twórczego. „Baltazar” budzi też nadzieję – pokazuje powrót do normalności, ćwiczenie umysłu, które prowadzi do odzyskania sprawności pisarskiej – to coś, co ma wielkie znaczenie dla autora, ale i dla miłośników jego twórczości. Powrót Mrożka do siebie samego, obserwowany po latach – to wciąż silna propozycja wydawnicza. „Baltazar” w nowej wersji pozwala na uzupełnienie biblioteczki, na przypomnienie o twórcy, który na przypominanie w pełni zasługuje. Zmieniają się konteksty odczytań, ale „Baltazar” w sednie pozostaje taki sam, to zmagania ze sobą, wyzwanie z konieczności. Sławomir Mrożek poza detalami z własnego życia, karmi czytelników jeszcze uwagami natury ogólnej, pozwala wyciągać wnioski na temat swojego światopoglądu lub podejścia do niektórych spraw – nie musi tu dokładnie odtwarzać całego życia, wystarczy, że przywołuje sugestywne momenty i sceny ważne dla późniejszych decyzji. A opisuje je w sposób, któremu daleko do infantylizmu czy wprawek pisarskich dla treningu. „Baltazar” – niezależnie od przyciągającej uwagę interpretatorów i znaczącej według nich zmiany imienia wyizolowanej ze snu – to książka, która przedstawia fakty (w sferze dosłownej) i drogę do zdrowienia (w narracji).
Życiorys
„Baltazar” był książką terapeutyczną. Pisaną przez Sławomira Mrożka w ramach treningu pamięci – po udarze mózgu i jego konsekwencji – afazji – funkcjonował jako ćwiczenie i sposób na powrót do sprawności nie tylko pisarskiej. Sławomir Mrożek zresztą o powodach stworzenia tej książki w niej napisał – żeby uciąć wszelkie domysły i nadać kierunek interpretacjom. Teraz „Baltazar” wraca na rynek – nie ma szans się zestarzeć, także po dwóch dekadach – dotyczy bowiem wyimka z życiorysu, zamyka się z chwilą wyruszenia autora na emigrację – i obejmuje jedynie wybrane aspekty egzystencji. Daje się odczytywać jednak nie tylko jako zbiór wiadomości na temat pisarza, przefiltrowanych przez jego wrażliwość i podejście do tworzenia – ale także jako nowy akt kreacji. Autor odziera tu tekst z ozdobników, unika sterowania rzeczywistością. Stawia na rzetelne komentarze, ale jednocześnie posługuje się polszczyzną dzisiaj niemodną wręcz i zapominaną, staranną i literacką na wskroś. „Baltazar” staje się zwierzeniem – ale zwierzeniem połączonym z celnymi obserwacjami. Mrożek ma tutaj za zadanie ćwiczyć pamięć – przywołuje zatem kolejne doświadczenia, zarejestrowane i przemyślane – dzieli się z czytelnikami dość wieloma szczegółami ze swojego życia, a do tego również uzupełnieniami do tego, co się wydarzyło. Jest przewodnikiem po własnym życiorysie – tyle że nie skupia się na tym, co najbardziej intryguje zwykle fanów twórczości. Bardzo rzadko przenosi uwagę czytelników na swoje opowiadania albo sztuki teatralne, a przeważnie nie stają się one podmiotem analiz – powracają we wzmiankach, z reguły ze względu na pozaliterackie powody, inspiracje i skojarzenia. Narodziny Mrożka-autora są przesycone ironią i oswajane śmiechem – ale z reguły w „Baltazarze” nie ma miejsca na drwiny i na sterowanie odbiorcami. Autor stawia tym razem na rzetelność – co mogło zaskakiwać badaczy jego twórczości. Mrożek, który nie zasłania się maską przesady i śmiechu to ktoś zupełnie obcy, ktoś, kogo trzeba na nowo się nauczyć. Zadania nie ułatwia fakt nastawienia na realizm – „Baltazar” ma być odbiciem rzeczywistości, próbą utrwalenia doświadczeń. To lektura trochę niewygodna – z jednej strony jest tu zestaw przeżyć i punktów z życiorysu, z drugiej – działa tu silnie na interpretację świadomość aktu twórczego, czy raczej – przyczyny aktu twórczego. „Baltazar” budzi też nadzieję – pokazuje powrót do normalności, ćwiczenie umysłu, które prowadzi do odzyskania sprawności pisarskiej – to coś, co ma wielkie znaczenie dla autora, ale i dla miłośników jego twórczości. Powrót Mrożka do siebie samego, obserwowany po latach – to wciąż silna propozycja wydawnicza. „Baltazar” w nowej wersji pozwala na uzupełnienie biblioteczki, na przypomnienie o twórcy, który na przypominanie w pełni zasługuje. Zmieniają się konteksty odczytań, ale „Baltazar” w sednie pozostaje taki sam, to zmagania ze sobą, wyzwanie z konieczności. Sławomir Mrożek poza detalami z własnego życia, karmi czytelników jeszcze uwagami natury ogólnej, pozwala wyciągać wnioski na temat swojego światopoglądu lub podejścia do niektórych spraw – nie musi tu dokładnie odtwarzać całego życia, wystarczy, że przywołuje sugestywne momenty i sceny ważne dla późniejszych decyzji. A opisuje je w sposób, któremu daleko do infantylizmu czy wprawek pisarskich dla treningu. „Baltazar” – niezależnie od przyciągającej uwagę interpretatorów i znaczącej według nich zmiany imienia wyizolowanej ze snu – to książka, która przedstawia fakty (w sferze dosłownej) i drogę do zdrowienia (w narracji).
piątek, 17 maja 2024
Ante Tomić: Cud w Dolinie Poskoków
Noir sur Blanc, Warszawa 2024.
Poszukiwania
Egzystencja w domu pozbawionym kobiety nie jest prosta, wiedzą o tym Poskokowie. Kiedy zmarła Zora, żona Jozy, osierociła czterech dorosłych synów – wszystko zaczęło się sypać. Nawet jeśli w rodzinie nie było zgody, to matka rządziła i sterowała wszystkim, zapewniała wikt i opierunek. Teraz pięciu rosłych Poskoków musi żywić się mamałygą (z różnymi dodatkami, żeby nie było nudno – w końcu każdy posiłek jest eksperymentem kulinarnym), ubierać się w nieumiejętnie wyprane ubrania i toczyć ze sobą boje o wszystko. Ale nikt nie zgłasza pretensji o źle wykonywane prace domowe – żeby nie stać się za nie przypadkiem odpowiedzialnym. Taki stan rzeczy mógłby trwać już zawsze, ale Poskokowie nie są głupi (przynajmniej nie do końca, bo tak ogólnie to raczej są, ale cechują się pewną dozą życiowego sprytu). Jeśli uda się znaleźć żonę najstarszemu z synów, wszystko się zmieni: kobieta zaprowadzi porządki, przywróci ład i zadba o wszystko, o co Poskokowie zadbać nie potrafią. Co jednak zrobić, jeśli panowie nie mają pojęcia o damsko-męskich sprawach i zwyczajnie nie wiedzą, jak podrywać płeć przeciwną, a z kolei kobiety nie zapuszczają się do Doliny Poskoków, bo nie mają po co? Ante Tomić jest między innymi satyrykiem i jako satyryk bardzo mocno wyczulony jest na absurdy i komizm sytuacyjny. Proponuje książkę, która bez trudu przenika przez granice – wypełnioną dowcipami mocnymi, ostrymi i podważającymi realizm – polskim czytelnikom skojarzy się najbardziej z czeskim poczuciem humoru, ale jest w tym większa kąśliwość i nastawienie na rubaszne obserwacje pozbawione wulgarności. „Cud w Dolinie Poskoków to powieść, w której każdy kolejny akapit dostarcza powodów do radości – zwłaszcza gdy zapomni się o empatii. Zresztą chociaż Poskokowie na swój przewrotny sposób dają się lubić, to współczucia nie budzą – oni wiedzą, jak poradzić sobie w świecie, w którym rządzą twarde zasady. Może zatem Ante Tomić dowolnie doświadczać bohaterów, może szykować im kolejne pułapki, rozczarowania, klęski i potyczki – ku uciesze odbiorców, oderwanych na moment od codzienności. Jest to powieść, która przenosi do innego świata, zrywa z istniejącymi regułami życia społecznego, za to buduje nowe-stare ustalenia oparte na surowości i prawie silniejszego. Tu nie ma miejsca na sentymenty, a kiedy już pojawi się miłość, przybierze niespodziewane kształty. Do tego „Cud w Dolinie Poskoków” jest powieścią o świetnym rytmie, imponującą narracyjnym rozmachem. Na bazie oryginalnych pomysłów (wykorzystujących przecież odwieczne mocne tematy) autor tka gawędziarską relację, anegdotyczną i dygresyjną, a przecież bardzo spójną, rytmiczną i zwartą. Jest tu wszystko, czego chciałoby się od wybitnej prozy – a rozrywka, którą Ante Tomić dostarcza, to miły dodatek do całości. Idealnie skomponowana książka jest jednocześnie nawiązaniem do klasyki w formie, kolejne rozdziały mają rozbudowane tytuły (to mikrostreszczenia zawartości, rozbudzające ciekawość i apetyty czytelników). Tu pięści idą w ruch znacznie częściej niż mózgi – ale w samej prozie to nie przeszkadza, bo intelektualna uczta to coś, czego można się po publikacji spodziewać. Ante Tomić zakotwicza wprawdzie tekst w bałkańskich realiach, przemierza Chorwację – ale nie ma to większego znaczenia, małość i małostkowość ludzi nie zna granic i charakterologiczne portrety (oczywiście wyostrzane prawami satyry) imponują celnością.
Poszukiwania
Egzystencja w domu pozbawionym kobiety nie jest prosta, wiedzą o tym Poskokowie. Kiedy zmarła Zora, żona Jozy, osierociła czterech dorosłych synów – wszystko zaczęło się sypać. Nawet jeśli w rodzinie nie było zgody, to matka rządziła i sterowała wszystkim, zapewniała wikt i opierunek. Teraz pięciu rosłych Poskoków musi żywić się mamałygą (z różnymi dodatkami, żeby nie było nudno – w końcu każdy posiłek jest eksperymentem kulinarnym), ubierać się w nieumiejętnie wyprane ubrania i toczyć ze sobą boje o wszystko. Ale nikt nie zgłasza pretensji o źle wykonywane prace domowe – żeby nie stać się za nie przypadkiem odpowiedzialnym. Taki stan rzeczy mógłby trwać już zawsze, ale Poskokowie nie są głupi (przynajmniej nie do końca, bo tak ogólnie to raczej są, ale cechują się pewną dozą życiowego sprytu). Jeśli uda się znaleźć żonę najstarszemu z synów, wszystko się zmieni: kobieta zaprowadzi porządki, przywróci ład i zadba o wszystko, o co Poskokowie zadbać nie potrafią. Co jednak zrobić, jeśli panowie nie mają pojęcia o damsko-męskich sprawach i zwyczajnie nie wiedzą, jak podrywać płeć przeciwną, a z kolei kobiety nie zapuszczają się do Doliny Poskoków, bo nie mają po co? Ante Tomić jest między innymi satyrykiem i jako satyryk bardzo mocno wyczulony jest na absurdy i komizm sytuacyjny. Proponuje książkę, która bez trudu przenika przez granice – wypełnioną dowcipami mocnymi, ostrymi i podważającymi realizm – polskim czytelnikom skojarzy się najbardziej z czeskim poczuciem humoru, ale jest w tym większa kąśliwość i nastawienie na rubaszne obserwacje pozbawione wulgarności. „Cud w Dolinie Poskoków to powieść, w której każdy kolejny akapit dostarcza powodów do radości – zwłaszcza gdy zapomni się o empatii. Zresztą chociaż Poskokowie na swój przewrotny sposób dają się lubić, to współczucia nie budzą – oni wiedzą, jak poradzić sobie w świecie, w którym rządzą twarde zasady. Może zatem Ante Tomić dowolnie doświadczać bohaterów, może szykować im kolejne pułapki, rozczarowania, klęski i potyczki – ku uciesze odbiorców, oderwanych na moment od codzienności. Jest to powieść, która przenosi do innego świata, zrywa z istniejącymi regułami życia społecznego, za to buduje nowe-stare ustalenia oparte na surowości i prawie silniejszego. Tu nie ma miejsca na sentymenty, a kiedy już pojawi się miłość, przybierze niespodziewane kształty. Do tego „Cud w Dolinie Poskoków” jest powieścią o świetnym rytmie, imponującą narracyjnym rozmachem. Na bazie oryginalnych pomysłów (wykorzystujących przecież odwieczne mocne tematy) autor tka gawędziarską relację, anegdotyczną i dygresyjną, a przecież bardzo spójną, rytmiczną i zwartą. Jest tu wszystko, czego chciałoby się od wybitnej prozy – a rozrywka, którą Ante Tomić dostarcza, to miły dodatek do całości. Idealnie skomponowana książka jest jednocześnie nawiązaniem do klasyki w formie, kolejne rozdziały mają rozbudowane tytuły (to mikrostreszczenia zawartości, rozbudzające ciekawość i apetyty czytelników). Tu pięści idą w ruch znacznie częściej niż mózgi – ale w samej prozie to nie przeszkadza, bo intelektualna uczta to coś, czego można się po publikacji spodziewać. Ante Tomić zakotwicza wprawdzie tekst w bałkańskich realiach, przemierza Chorwację – ale nie ma to większego znaczenia, małość i małostkowość ludzi nie zna granic i charakterologiczne portrety (oczywiście wyostrzane prawami satyry) imponują celnością.
piątek, 3 maja 2024
Darko Cvijetić: Winda Schindlera
Noir sur Blanc, Warszawa 2024.
Dwa poziomy
Dwa wieżowce w Prijedorze, dwa sposoby lektury. Jeden – właściwy dzisiaj, ten z kluczem, wypełniony aluzjami do pozaliterackiej rzeczywistości i do okrucieństwa wojny. Drugi – uniwersalny, ten, który przetrwa kolejne dekady – który pokazuje specyfikę ludzkich charakterów w kompletnym oderwaniu od realiów znanych odbiorcom. „Winda Schindlera” to książka, która objętościowo przypomina raczej tomik poezji – zresztą autor jako poeta bardzo dba o to, by kolejne słowa niosły ze sobą znaczenia, żeby każde zdanie mogło wstrząsnąć czytelnikami. I tak się zresztą dzieje – drobne rozdziały, ich kolejne wersy, trzeba smakować powoli, żeby dostrzec zakodowane w nich treści i, co ważniejsze, emocje. I tak, Darko Cvijetić przeprowadza przez trudną historię, a w zasadzie jej konsekwencje w wielokulturowej codzienności. Dwa wieżowce to jak dwa światy, w których ścierają się doświadczenia, poglądy i rozczarowania mieszkańców. Wojna zmusza ludzi do porzucenia naturalnych zachowań: nagle zamiast dążyć do porozumienia, chce się zniszczyć drugiego człowieka, wykorzystać jego słabości i wyprzedzić w nienawiści. A przecież nie trzeba zbrojnych konfliktów, żeby urządzić sobie prawdziwe piekło. Autor zagląda do różnych mieszkań po to, żeby prześledzić przeżycia ich mieszkańców, a każda biografia mogłaby się spokojnie stać tematem całej książki – tu czytelnicy otrzymują życiorysy w wersji maksymalnie skondensowanej, bez upiększeń, ale też bez naturalizmu (przynajmniej wtedy, kiedy da się z niego zrezygnować): ot, wzmianki, które pozwalają na szybko wskazać lub zidentyfikować bohaterów. W ten sposób – zupełnie niespodziewanie – okazuje się, że każdy nosi w sobie wielkie dramaty i nie ma co liczyć na pomoc – to sprawia, że charaktery twardnieją i jeszcze trudniej o wyrozumiałość w sytuacjach granicznych. Ściany wielkich budynków widziały potężne tragedie – ale zamykają je w swoich ramach, nie pozwalają na wypuszczenie ich w świat, pozostawiają w hermetycznej codzienności.
Niezależnie od tego, co dzieje się w rzeczywistości historycznej, Darko Cvijetić rejestruje międzyludzkie relacje i robi to nadzwyczaj trafnie. Przekonuje czytelników do zachowań i do postaw, jakie prezentują bohaterowie – liczni i niepoznani do końca przez odbiorców (nie ma czasu ani możliwości na wiwisekcje czy choćby prezentowanie refleksji, liczą się reakcje i wydarzenia, zresztą postaci jest tu tak dużo, że trudno byłoby za każdą podążać, a większość nie decyduje się na filozoficzne analizowanie rzeczywistości). Zamiast fabuły jest tu splot drobnych intryg i spraw ważnych dla każdego z osobna – tylko w niektórych tematach bohaterowie muszą się spotkać, nawet jeśli woleliby tego uniknąć. Autor ucieka od oczywistości – nie ma tutaj schematów, które same siebie tłumaczą i wskazują jedyną możliwą drogę, każdy wątek trzeba prześledzić do końca, bo też i bohaterowie nie należą do przewidywalnych czy zwyczajnych – mimo że to zwykli ludzie z blokowiska.
Bohaterem książki staje się też narracja. Rytm tej prozy hipnotyzuje: krótkie i precyzyjne zdania, nastawienie na siłę przekazu, tempo i ciągłe zmiany obserwowanych obiektów – powracające jak refren sytuacje, do których co pewien czas autor dodaje nowe szczegóły. „Winda Schindlera” to książka budowana świadomie i dokładnie, wypełniona sugestywnymi obrazami, które składają się na wielowymiarowy portret. I w tym wszystkim odwołania do tematów wojny czy nienawiści między narodami słabnie, przygniatany przez ogromne współczucie, jakie po prostu musi pojawić się w lekturze u odbiorców. Darko Cvijetić to prestidigitator, w maleńkich tekstach wznosi cały świat, przestrzeń istotną nie tylko dla postaci.
Dwa poziomy
Dwa wieżowce w Prijedorze, dwa sposoby lektury. Jeden – właściwy dzisiaj, ten z kluczem, wypełniony aluzjami do pozaliterackiej rzeczywistości i do okrucieństwa wojny. Drugi – uniwersalny, ten, który przetrwa kolejne dekady – który pokazuje specyfikę ludzkich charakterów w kompletnym oderwaniu od realiów znanych odbiorcom. „Winda Schindlera” to książka, która objętościowo przypomina raczej tomik poezji – zresztą autor jako poeta bardzo dba o to, by kolejne słowa niosły ze sobą znaczenia, żeby każde zdanie mogło wstrząsnąć czytelnikami. I tak się zresztą dzieje – drobne rozdziały, ich kolejne wersy, trzeba smakować powoli, żeby dostrzec zakodowane w nich treści i, co ważniejsze, emocje. I tak, Darko Cvijetić przeprowadza przez trudną historię, a w zasadzie jej konsekwencje w wielokulturowej codzienności. Dwa wieżowce to jak dwa światy, w których ścierają się doświadczenia, poglądy i rozczarowania mieszkańców. Wojna zmusza ludzi do porzucenia naturalnych zachowań: nagle zamiast dążyć do porozumienia, chce się zniszczyć drugiego człowieka, wykorzystać jego słabości i wyprzedzić w nienawiści. A przecież nie trzeba zbrojnych konfliktów, żeby urządzić sobie prawdziwe piekło. Autor zagląda do różnych mieszkań po to, żeby prześledzić przeżycia ich mieszkańców, a każda biografia mogłaby się spokojnie stać tematem całej książki – tu czytelnicy otrzymują życiorysy w wersji maksymalnie skondensowanej, bez upiększeń, ale też bez naturalizmu (przynajmniej wtedy, kiedy da się z niego zrezygnować): ot, wzmianki, które pozwalają na szybko wskazać lub zidentyfikować bohaterów. W ten sposób – zupełnie niespodziewanie – okazuje się, że każdy nosi w sobie wielkie dramaty i nie ma co liczyć na pomoc – to sprawia, że charaktery twardnieją i jeszcze trudniej o wyrozumiałość w sytuacjach granicznych. Ściany wielkich budynków widziały potężne tragedie – ale zamykają je w swoich ramach, nie pozwalają na wypuszczenie ich w świat, pozostawiają w hermetycznej codzienności.
Niezależnie od tego, co dzieje się w rzeczywistości historycznej, Darko Cvijetić rejestruje międzyludzkie relacje i robi to nadzwyczaj trafnie. Przekonuje czytelników do zachowań i do postaw, jakie prezentują bohaterowie – liczni i niepoznani do końca przez odbiorców (nie ma czasu ani możliwości na wiwisekcje czy choćby prezentowanie refleksji, liczą się reakcje i wydarzenia, zresztą postaci jest tu tak dużo, że trudno byłoby za każdą podążać, a większość nie decyduje się na filozoficzne analizowanie rzeczywistości). Zamiast fabuły jest tu splot drobnych intryg i spraw ważnych dla każdego z osobna – tylko w niektórych tematach bohaterowie muszą się spotkać, nawet jeśli woleliby tego uniknąć. Autor ucieka od oczywistości – nie ma tutaj schematów, które same siebie tłumaczą i wskazują jedyną możliwą drogę, każdy wątek trzeba prześledzić do końca, bo też i bohaterowie nie należą do przewidywalnych czy zwyczajnych – mimo że to zwykli ludzie z blokowiska.
Bohaterem książki staje się też narracja. Rytm tej prozy hipnotyzuje: krótkie i precyzyjne zdania, nastawienie na siłę przekazu, tempo i ciągłe zmiany obserwowanych obiektów – powracające jak refren sytuacje, do których co pewien czas autor dodaje nowe szczegóły. „Winda Schindlera” to książka budowana świadomie i dokładnie, wypełniona sugestywnymi obrazami, które składają się na wielowymiarowy portret. I w tym wszystkim odwołania do tematów wojny czy nienawiści między narodami słabnie, przygniatany przez ogromne współczucie, jakie po prostu musi pojawić się w lekturze u odbiorców. Darko Cvijetić to prestidigitator, w maleńkich tekstach wznosi cały świat, przestrzeń istotną nie tylko dla postaci.
poniedziałek, 28 sierpnia 2023
Sławomir Mrożek: Zagadki bytu
Noir sur Blanc, Warszawa 2023.
Meandry wyobraźni
Sławomir Mrożek w każdym opowiadaniu wyczarowywał przed czytelnikami inny świat - absurdalny i wypełniony niezwykłymi sytuacjami. Niektóre historie rozciągają się na wiele stron, inne pozwalają jedynie zajrzeć do rzeczywistości postaci na kilka akapitów. Ale u Mrożka ważne jest zawsze puentowanie scenek - każda opowieść jest po coś, każda przynosi nieoczekiwane lub zaskakujące rozwiązanie. Dzięki temu kolejne wybory małych form nie mogą się nudzić odbiorcom. "Zagadki bytu" to hołd składany oniryczności, tutaj sporo da się przenieść bezpośrednio z atmosfery snu, w którym nic nie dziwi. Będzie tu zatem i polowanie na śniegusy, i grupowe spadanie, pojawią się duchy i pytania bez odpowiedzi. Będą charakterystyczne dla snów tematy i konsekwencje śnienia. Jeśli już przekracza się granicę jawy - to przeważnie po to, żeby zasygnalizować przejście z onirycznych rojeń. Temat snów i śnienia pozwala Mrożkowi na uruchamianie fantazji - i wciąganie czytelników w specyficzną grę.
Każde opowiadanie to miniatura prowadząca do wyrazistej puenty: liczą się tu spostrzeżenia satyryczne lub filozoficzne - zwykle jednak budzące śmiech (albo refleksję, której następstwem będzie rozbawienie czytelnika): nie chodzi o czysty komizm, a o wskazanie odbiorcom jakiejś prawdy o nich samych. Sławomir Mrożek doskonale się bawi przy wypracowywaniu kolejnych płaszczyzn funkcjonowania bohaterów. Niewielka jest ta książka, ale bardzo skondensowana - nawet jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że każde opowiadanie oddzielone jest od kolejnego rysunkiem satyrycznym Mrożka: i tu także widać minimalizm sprzyjający komizmowi. To efekt precyzji myślowej, autorowi udaje się przekazywać samą esencję.
Bohaterowie u Mrożka podporządkowują się rozmaitym nonsensom - nie mają wyjścia, nie znają innej rzeczywistości, a nawet jeśli z innej akurat przybyli - muszą zaakceptować zasady panujące w tej nowej, bo do starej nie ma powrotu. Wszyscy lokalsi świetnie się odnajdują w wykreowanej przestrzeni, tym większe wydaje się zagubienie tego, kto stał się gościem mimo woli. Mrożek odwzorowuje właściwie prawdopodobne reakcje czytelników wrzuconych w nowy dla siebie (i niemożliwy do uzyskania w realnym życiu) kontekst - i to sprawia, że opowiadaniami przekonuje do siebie nawet mimo sporej dawki absurdu. Nie ma u niego rzeczy niemożliwych, zwłaszcza kiedy dobrze uzasadnia reakcje i charaktery prezentowanych osób. "Zagadki bytu" to świetna lektura rozrywkowa - pozbawiona przypadkowych rozwiązań, dokładna w detalach i budowana na wielkiej wyobraźni. Nie ma tu popisów dla literackości - jest za to mnóstwo ekwilibrystyki pozwalającej na stworzenie idealnego nonsensu. Ta książka zachwyca - wcale nie dlatego, że odkrywa nieznane opowiadania Mrożka: zupełnie nie, te teksty funkcjonują często w świadomości czytelników. Jednak pozwala przypomnieć sobie o najlepszych cechach pisarstwa Sławomira Mrożka. Pięknie wydana publikacja przynosi sporo śmiechu - to najlepszy sposób na relaks, ale relaks niewykluczający zastanowienia. Bo opowiadania Mrożka zostają z odbiorcami na długo, dają się stopniowo odkrywać i przesączają ważne treści mimochodem.
Meandry wyobraźni
Sławomir Mrożek w każdym opowiadaniu wyczarowywał przed czytelnikami inny świat - absurdalny i wypełniony niezwykłymi sytuacjami. Niektóre historie rozciągają się na wiele stron, inne pozwalają jedynie zajrzeć do rzeczywistości postaci na kilka akapitów. Ale u Mrożka ważne jest zawsze puentowanie scenek - każda opowieść jest po coś, każda przynosi nieoczekiwane lub zaskakujące rozwiązanie. Dzięki temu kolejne wybory małych form nie mogą się nudzić odbiorcom. "Zagadki bytu" to hołd składany oniryczności, tutaj sporo da się przenieść bezpośrednio z atmosfery snu, w którym nic nie dziwi. Będzie tu zatem i polowanie na śniegusy, i grupowe spadanie, pojawią się duchy i pytania bez odpowiedzi. Będą charakterystyczne dla snów tematy i konsekwencje śnienia. Jeśli już przekracza się granicę jawy - to przeważnie po to, żeby zasygnalizować przejście z onirycznych rojeń. Temat snów i śnienia pozwala Mrożkowi na uruchamianie fantazji - i wciąganie czytelników w specyficzną grę.
Każde opowiadanie to miniatura prowadząca do wyrazistej puenty: liczą się tu spostrzeżenia satyryczne lub filozoficzne - zwykle jednak budzące śmiech (albo refleksję, której następstwem będzie rozbawienie czytelnika): nie chodzi o czysty komizm, a o wskazanie odbiorcom jakiejś prawdy o nich samych. Sławomir Mrożek doskonale się bawi przy wypracowywaniu kolejnych płaszczyzn funkcjonowania bohaterów. Niewielka jest ta książka, ale bardzo skondensowana - nawet jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że każde opowiadanie oddzielone jest od kolejnego rysunkiem satyrycznym Mrożka: i tu także widać minimalizm sprzyjający komizmowi. To efekt precyzji myślowej, autorowi udaje się przekazywać samą esencję.
Bohaterowie u Mrożka podporządkowują się rozmaitym nonsensom - nie mają wyjścia, nie znają innej rzeczywistości, a nawet jeśli z innej akurat przybyli - muszą zaakceptować zasady panujące w tej nowej, bo do starej nie ma powrotu. Wszyscy lokalsi świetnie się odnajdują w wykreowanej przestrzeni, tym większe wydaje się zagubienie tego, kto stał się gościem mimo woli. Mrożek odwzorowuje właściwie prawdopodobne reakcje czytelników wrzuconych w nowy dla siebie (i niemożliwy do uzyskania w realnym życiu) kontekst - i to sprawia, że opowiadaniami przekonuje do siebie nawet mimo sporej dawki absurdu. Nie ma u niego rzeczy niemożliwych, zwłaszcza kiedy dobrze uzasadnia reakcje i charaktery prezentowanych osób. "Zagadki bytu" to świetna lektura rozrywkowa - pozbawiona przypadkowych rozwiązań, dokładna w detalach i budowana na wielkiej wyobraźni. Nie ma tu popisów dla literackości - jest za to mnóstwo ekwilibrystyki pozwalającej na stworzenie idealnego nonsensu. Ta książka zachwyca - wcale nie dlatego, że odkrywa nieznane opowiadania Mrożka: zupełnie nie, te teksty funkcjonują często w świadomości czytelników. Jednak pozwala przypomnieć sobie o najlepszych cechach pisarstwa Sławomira Mrożka. Pięknie wydana publikacja przynosi sporo śmiechu - to najlepszy sposób na relaks, ale relaks niewykluczający zastanowienia. Bo opowiadania Mrożka zostają z odbiorcami na długo, dają się stopniowo odkrywać i przesączają ważne treści mimochodem.
piątek, 18 sierpnia 2023
Sylvain Tesson: Lato z Rimbaudem
Noir sur Blanc, Warszawa 2023.
Galop
Nie jest to zwyczajne odczytywanie poezji Rimbauda, nie jest to też - jak zapowiada blurb i wstęp do tomu - wyprawa śladami poety, chociaż inspiracją według Sylvaina Tessona ma być pandemiczna niespieszna podróż trasą pieszej ucieczki Arthura Rimbauda z 1870 roku. To nie ma żadnego znaczenia, bo już po pierwszych akapitach motyw drogi i prowadzenia akcji według miejsc autor porzuca, a może - nigdy takiej osi do prowadzenia historii nie potrzebował. Na szczęście zatem nie zamienia się "Lato z Rimbaudem" w kolejny efekt covidowej nudy. Jest to pełne energii i pasji odczytywanie poezji i życiorysu, zaplątane i wypełnione osobistymi refleksjami (także na tematy aktualne). Rimbaud staje się autorowi tak bliski, że wręcz nie do oczytania - nie będzie tu zatem prób analizowania poszczególnych tekstów, raczej wyłuskiwanie detali, które świadczyć mogą o wyjątkowości i odwadze twórczej. Tesson wybiera z literatury elementy, które najbardziej go pociągają i wokół nich buduje swoją ekstatyczną narrację, a pozwolić sobie może absolutnie na wszystko: zamiast akademickich komentarzy proponuje eskapadę, zamiast żmudnych interpretacji - szalony galop wypełniony pozornym chaosem i fascynacjami. Mnóstwo tu wykrzyknień i osobistych uwag, wiele nastrojów i zmieniających się pod wpływem nieznanych odbiorcom czynników refleksji. Ale jest w tym jedno, co zwycięża: prawda odbioru. Autor pokazuje, jak czytać Rimbauda i jak go przeżywać - w szale, bez ograniczeń, impulsywnie i emocjonalnie. Żyje poezją, oddycha nią i jednocześnie nie przestaje być wobec niej krytyczny, co tylko na początku może wydawać się absurdalne i sprzeczne. Jest tu wolność, jest radość czytania w pełni znaczenia tego zwrotu - trudno sobie wyobrazić lepsze zaproszenie do lektury. Rimbaud pasjonuje, ale też wprawia w zdumienie, tyle tylko, że nie wszystko trzeba natychmiast pojmować - można sięgać do innych tekstów i zestawiać je ze sobą w dowolny sposób, można też wykorzystywać wiadomości z historii literatury i rozszyfrowywać interteksty. Sylvain Tesson porywa. W nieskrępowanej i wartkiej relacji zaprasza do gry z Rimbaudem, ale robi to tak, że sam wysuwa się na pierwszy plan i staje się twórcą ciekawszym niż ten, który go zainspirował. Proponuje czytelnikom bardzo krótkie eseje, wręcz miniatury o dużym ładunku artystycznym - a że tworzy w sposób niewymuszony, błyskawicznie ściągnie na siebie uwagę. Jest autorem, który wie doskonale, jaki efekt chce uzyskać - czytelnikom zaimponuje nie tylko ironicznym podejściem do materii (i do siebie samego), ale też przenikliwością spojrzenia w komentarzach na temat codzienności. Jest tu wszystko - w dekonstrukcyjnym i starannie zaplanowanym nieładzie. Tesson nie zamierza wyręczać czytelników w pracy, a jednocześnie nie chce rezygnować z możliwości podzielenia się własnymi odkryciami. Fascynację zamienia w literaturę najwyższej próby. "Lato z Rimbaudem" to książka nie tylko dla literaturoznawców i dla fanów twórczości poety - może się nią zachwycić każdy, kto czeka na oryginalne i odkrywcze poprowadzenie przez lekturę.
Galop
Nie jest to zwyczajne odczytywanie poezji Rimbauda, nie jest to też - jak zapowiada blurb i wstęp do tomu - wyprawa śladami poety, chociaż inspiracją według Sylvaina Tessona ma być pandemiczna niespieszna podróż trasą pieszej ucieczki Arthura Rimbauda z 1870 roku. To nie ma żadnego znaczenia, bo już po pierwszych akapitach motyw drogi i prowadzenia akcji według miejsc autor porzuca, a może - nigdy takiej osi do prowadzenia historii nie potrzebował. Na szczęście zatem nie zamienia się "Lato z Rimbaudem" w kolejny efekt covidowej nudy. Jest to pełne energii i pasji odczytywanie poezji i życiorysu, zaplątane i wypełnione osobistymi refleksjami (także na tematy aktualne). Rimbaud staje się autorowi tak bliski, że wręcz nie do oczytania - nie będzie tu zatem prób analizowania poszczególnych tekstów, raczej wyłuskiwanie detali, które świadczyć mogą o wyjątkowości i odwadze twórczej. Tesson wybiera z literatury elementy, które najbardziej go pociągają i wokół nich buduje swoją ekstatyczną narrację, a pozwolić sobie może absolutnie na wszystko: zamiast akademickich komentarzy proponuje eskapadę, zamiast żmudnych interpretacji - szalony galop wypełniony pozornym chaosem i fascynacjami. Mnóstwo tu wykrzyknień i osobistych uwag, wiele nastrojów i zmieniających się pod wpływem nieznanych odbiorcom czynników refleksji. Ale jest w tym jedno, co zwycięża: prawda odbioru. Autor pokazuje, jak czytać Rimbauda i jak go przeżywać - w szale, bez ograniczeń, impulsywnie i emocjonalnie. Żyje poezją, oddycha nią i jednocześnie nie przestaje być wobec niej krytyczny, co tylko na początku może wydawać się absurdalne i sprzeczne. Jest tu wolność, jest radość czytania w pełni znaczenia tego zwrotu - trudno sobie wyobrazić lepsze zaproszenie do lektury. Rimbaud pasjonuje, ale też wprawia w zdumienie, tyle tylko, że nie wszystko trzeba natychmiast pojmować - można sięgać do innych tekstów i zestawiać je ze sobą w dowolny sposób, można też wykorzystywać wiadomości z historii literatury i rozszyfrowywać interteksty. Sylvain Tesson porywa. W nieskrępowanej i wartkiej relacji zaprasza do gry z Rimbaudem, ale robi to tak, że sam wysuwa się na pierwszy plan i staje się twórcą ciekawszym niż ten, który go zainspirował. Proponuje czytelnikom bardzo krótkie eseje, wręcz miniatury o dużym ładunku artystycznym - a że tworzy w sposób niewymuszony, błyskawicznie ściągnie na siebie uwagę. Jest autorem, który wie doskonale, jaki efekt chce uzyskać - czytelnikom zaimponuje nie tylko ironicznym podejściem do materii (i do siebie samego), ale też przenikliwością spojrzenia w komentarzach na temat codzienności. Jest tu wszystko - w dekonstrukcyjnym i starannie zaplanowanym nieładzie. Tesson nie zamierza wyręczać czytelników w pracy, a jednocześnie nie chce rezygnować z możliwości podzielenia się własnymi odkryciami. Fascynację zamienia w literaturę najwyższej próby. "Lato z Rimbaudem" to książka nie tylko dla literaturoznawców i dla fanów twórczości poety - może się nią zachwycić każdy, kto czeka na oryginalne i odkrywcze poprowadzenie przez lekturę.
niedziela, 16 października 2022
Sławomir Mrożek: Miłość na Krymie
Noir sur Blanc, Warszawa 2022.
Złudzenia
"Miłość na Krymie. Komedia tragiczna w trzech aktach" to tekst, który Sławomir Mrożek przygotował z rozmachem, nie tylko żeby pokazać zabawę intertekstualnymi skojarzeniami, ale też żeby rozsadzać absurdem konwencje teatralne. Już na wstępie autorzy adaptacji spotkają się z kategorycznymi nakazami i zakazami dotyczącymi zmian scenograficznych: Mrożek jako autor chce zatrzymać absolutnie każdy pomysł, który wymaga monumentalnej sceny i realistycznej scenografii - do tego, żeby przedstawić historię, którą dałoby się zmieścić przy jednym stoliku. "Miłość na Krymie" to zatem wyzwanie - dzisiaj. Mrożek oczywiście proponuje tu trzy obrazy sytuacji w Rosji, dokonuje ważnych społecznie podsumowań i analiz politycznych, pod płaszczykiem towarzyskiego spotkania. Wprowadza bohaterów, którzy nie będą krytykować niczego wprost - za to świetnie zdają sobie sprawę z ograniczeń płynących z zewnątrz. Próbują realizować własne pragnienia i podążać za najprostszymi popędami, jednak ich sytuację ciągle pogarsza fakt, że nie mogą w pełni stanowić o sobie. Sławomir Mrożek niespiesznie rozwija akcję. Zmusza bohaterów do wplatania w dialogi ocen dotyczących polityki, kiedy tylko uznaje, że dosłowność lepiej się sprawdzi. Nie chce uśpić czujności czytelników, żąda od nich stałego skupienia na wydarzeniach, ale bardziej na pułapkach codzienności. Wydaje się przez to, że bohaterowie są mocno zdystansowani od odbiorców, zwłaszcza obecnie - ale przecież "Miłość na Krymie" wcale się nie starzeje, w dalszym ciągu funkcjonuje jako precyzyjny komentarz do pewnego rodzaju rządów.
Ale ataki wymierzone we władze Sławomir Mrożek przeplata nawiązaniami do wielkich dramatopisarzy rosyjskich. Wprowadza albo cytaty, albo parafrazy, albo nawiązania do tytułów i do charakterystycznych wątków. Sprawia, że odbiorcy w pewnym momencie będą wręcz musieli zamienić się w dziennikarzy śledczych lub detektywów i wskazywać kolejne inspiracje. Zabawy literackie zdominują w którejś chwili lekturę, przekierują uwagę odbiorców na klasykę literatury i na treści przemycane przez twórców, sposoby ominięcia cenzury lub trafienia do odbiorców przez satyrę. Mrożek buduje opowieść o rozłożystej konstrukcji - szuka sposobów na wypełnienie scen nie tylko publicystycznymi (mimo że ponadczasowymi) treściami. Zresztą już wewnętrzna dynamika tej sztuki sprawia, że odbiorcy będą odkrywać w niej rozmaite przesłania - Mrożek stara się zróżnicować kolejne partie tekstu i za każdym razem zapewniać czytelnikom innego rodzaju łamigłówkę. Stawia diagnozy rosyjskiemu społeczeństwu, zastanawia się nad mentalnością, która nie pozwala na przejście do cywilizowanego świata i wytyka błędy. Ale przy tym wszystkim zajmuje się też tworzeniem literatury wysokiej klasy. "Miłość na Krymie" to sztuka obszerna i wielowymiarowa, aktualna mimo upływu czasu - ale jednocześnie dość ciężka dla tych, którzy spodziewaliby się prostych chwytów opartych na absurdzie i komizmie sytuacyjnym.
Złudzenia
"Miłość na Krymie. Komedia tragiczna w trzech aktach" to tekst, który Sławomir Mrożek przygotował z rozmachem, nie tylko żeby pokazać zabawę intertekstualnymi skojarzeniami, ale też żeby rozsadzać absurdem konwencje teatralne. Już na wstępie autorzy adaptacji spotkają się z kategorycznymi nakazami i zakazami dotyczącymi zmian scenograficznych: Mrożek jako autor chce zatrzymać absolutnie każdy pomysł, który wymaga monumentalnej sceny i realistycznej scenografii - do tego, żeby przedstawić historię, którą dałoby się zmieścić przy jednym stoliku. "Miłość na Krymie" to zatem wyzwanie - dzisiaj. Mrożek oczywiście proponuje tu trzy obrazy sytuacji w Rosji, dokonuje ważnych społecznie podsumowań i analiz politycznych, pod płaszczykiem towarzyskiego spotkania. Wprowadza bohaterów, którzy nie będą krytykować niczego wprost - za to świetnie zdają sobie sprawę z ograniczeń płynących z zewnątrz. Próbują realizować własne pragnienia i podążać za najprostszymi popędami, jednak ich sytuację ciągle pogarsza fakt, że nie mogą w pełni stanowić o sobie. Sławomir Mrożek niespiesznie rozwija akcję. Zmusza bohaterów do wplatania w dialogi ocen dotyczących polityki, kiedy tylko uznaje, że dosłowność lepiej się sprawdzi. Nie chce uśpić czujności czytelników, żąda od nich stałego skupienia na wydarzeniach, ale bardziej na pułapkach codzienności. Wydaje się przez to, że bohaterowie są mocno zdystansowani od odbiorców, zwłaszcza obecnie - ale przecież "Miłość na Krymie" wcale się nie starzeje, w dalszym ciągu funkcjonuje jako precyzyjny komentarz do pewnego rodzaju rządów.
Ale ataki wymierzone we władze Sławomir Mrożek przeplata nawiązaniami do wielkich dramatopisarzy rosyjskich. Wprowadza albo cytaty, albo parafrazy, albo nawiązania do tytułów i do charakterystycznych wątków. Sprawia, że odbiorcy w pewnym momencie będą wręcz musieli zamienić się w dziennikarzy śledczych lub detektywów i wskazywać kolejne inspiracje. Zabawy literackie zdominują w którejś chwili lekturę, przekierują uwagę odbiorców na klasykę literatury i na treści przemycane przez twórców, sposoby ominięcia cenzury lub trafienia do odbiorców przez satyrę. Mrożek buduje opowieść o rozłożystej konstrukcji - szuka sposobów na wypełnienie scen nie tylko publicystycznymi (mimo że ponadczasowymi) treściami. Zresztą już wewnętrzna dynamika tej sztuki sprawia, że odbiorcy będą odkrywać w niej rozmaite przesłania - Mrożek stara się zróżnicować kolejne partie tekstu i za każdym razem zapewniać czytelnikom innego rodzaju łamigłówkę. Stawia diagnozy rosyjskiemu społeczeństwu, zastanawia się nad mentalnością, która nie pozwala na przejście do cywilizowanego świata i wytyka błędy. Ale przy tym wszystkim zajmuje się też tworzeniem literatury wysokiej klasy. "Miłość na Krymie" to sztuka obszerna i wielowymiarowa, aktualna mimo upływu czasu - ale jednocześnie dość ciężka dla tych, którzy spodziewaliby się prostych chwytów opartych na absurdzie i komizmie sytuacyjnym.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






