Rebis, Poznań 2026.
Wina
James Patterson należy do tych twórców – czy też fabrykantów – odsądzanych od czci i wiary przez wielu fanów kryminałów i powieści sensacyjnych. A to za sprawą umiejętności błyskawicznego tworzenia fabuł nadających się na książki z dynamiczną akcją. To za sprawą jego kreatywności pojawiały się na rynku wydawniczym książki sygnowane jego nazwiskiem – a współtworzone przez mniej popularnych literatów. Ale Patterson nie chce do końca znikać z oczu czytelnikom, wchodzi też w duety, dzięki którym zyskuje rozgłos i podtrzymuje uwagę. Przepis na sukces kryje się tym razem w kolejnym (po raz trzeci we wspólnej powieści) tomie stworzonym wespół z Billem Clintonem. „Pierwszy dżentelmen” to książka, której akcja toczy się w pobliżu najwyższych stanowisk w państwie – i pokazuje kulisy władzy. A to zawsze zwykłych czytelników będzie kusiło.
Madeline Parson Wright pełni funkcję prezydenta Stanów Zjednoczonych. Cole Wright jest „pierwszym dżentelmenem”: mężem Maddy, który nie ma żadnego wpływu na losy państwa. Ale jest też na świeczniku z innego powodu – pojawiają się zarzuty, że Cole Wright dopuścił się morderstwa na cheerleaderce. Wprawdzie zbrodnia miała być popełniona dawno temu, jednak sprawiedliwość ciągle nie została wymierzona. Jakby tego było mało, ginie też pewien dziennikarz śledczy, wyjątkowo dociekliwy i niedający się uciszyć ani zastraszyć – i również tutaj tropy prowadzą do Cole’a. Przekonana o jego winie jest przede wszystkim ukochana Garretta i jego partnerka w śledztwach. I ona zamierza doprowadzić do tego, żeby skazać Cole’a – nie przejmuje się wyzwaniami ani faktem, że najwyraźniej małżonek głowy państwa jest specjalnie chroniony i może mieć zapewnioną najlepszą możliwą opiekę prawną. Brea nie spocznie, dopóki Cole nie trafi za kratki. Tak przynajmniej sądzi. Bo rzeczywistość może wcale nie wyglądać tak, jak się wydaje na początku.
Mamy tu zatem dwie pary: Cole i Maddy to ta poukładana, profesjonalna i uważająca na każdy krok. Wszystkie spojrzenia są tu wyważone i nie da się nawet iść pobiegać bez asysty i dokładnego planu sporządzonego przez ochronę. Małżonkowie wspierają się i dostarczają opinii publicznej dowodów na wzajemne przywiązanie. Nie ma tu miejsca na nic poza protokołem. Garrett i Brea to z kolei związek charakteryzowany w retrospekcjach – za to bardzo dynamiczny. Nie zabraknie tu brawury i wielkich emocji, a także uczucia, które pcha do najtrudniejszych decyzji. Tak naprawdę to nie pierwszy dżentelmen pozostaje w centrum uwagi czytelników, a Garrett – i sprawy, którymi się zajmuje. Tu autorzy przedstawiają śledztwo w sprawie zamordowanej cheerleaderki i w sprawie zaginionej młodej studentki, badają wydarzenia sprzed lat i dążą do odkrycia prawdy, tu też dzieje się mnóstwo w powieściowym „tu i teraz” – wydarzenia z przeszłości pokazywane w retrospekcjach na bieżąco są tak skonstruowane, żeby przyciągały uwagę.
Konstrukcja to jedno, drugą rzeczą dość istotną w tej książce jest rozmiar rozdziałów. Wypełnianie treścią kolejnych punktów scenariusza sprawia, że autorzy fundują czytelnikom bardzo zwięzłe, skondensowane i pozbawione zbędnych informacji partie książki – tu każdy rozdział składa się z kilku akapitów, jakby trzeba było tylko zaznaczyć, co się wydarzy – i przejść do dalszych elementów wyliczenia. To z pewnością inna forma niż taka, do której przyzwyczajeni są fani gatunku. „Pierwszy dżentelmen” to zatem opowieść tworzona tak, żeby skupić się na wydarzeniach, a nie na opisach.
tu-czytam
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
czwartek, 6 sierpnia 2026
środa, 5 sierpnia 2026
Oliver Hilmes: Berlin 1936. Szesnaście dni sierpnia
Znak, Kraków 2026.
Igrzyska
Dwa tygodnie i dwa dni – to czas, w którym Oliver Hilmes skupia się na Berlinie z 1936 roku. Pierwsze szesnaście dni sierpnia oznaczają sporo wyzwań oraz tematów do obserwacji nie tylko społecznych i politycznych – trwają właśnie igrzyska olimpijskie, a to arena do przedstawiania zmian i nastrojów oraz – niedalekiej przyszłości. Czytelnicy tej książki wiedzą już, jakich sygnałów wypatrywać i czemu się dziwić – Hilmes stara się pokazywać bohaterów zwykłych wydarzeń bez narzucania im tego, co jeszcze zrobią i czym zapiszą się w historii. Nie przestrzega, nie straszy – prowadzi reportaż. Ale groza wydarzeń czai się w tym, co niedopowiedziane. Chociaż autor znajduje też kilka punktów szokujących z dzisiejszej perspektywy i w oderwaniu od wizji drugiej wojny światowej za trzy lata. To, co dzieje się na stadionach, to jeden z ważniejszych punktów analiz – w końcu igrzyska olimpijskie mają skupiać uwagę i dostarczać rozrywki. To tu mogą też wyjść na jaw uprzedzenia – czy na tle narodowościowym, czy – rasowym. Zaczyna się robić nieprzyjemnie, ale to sygnały, które można jeszcze bagatelizować, nawet kosztem gorszego samopoczucia jednostek. Oliver Hilmes w ten sposób oczywiście nie popiera szerzenia nienawiści, ale uświadamia czytelnikom, do czego może prowadzić bagatelizowanie pojedynczych zachowań. Zabiera odbiorców do knajp i lokali rozrywkowych, sprawdza, czy bezpiecznie mogli się czuć w Berlinie ludzie różnych wyznań oraz – różnych orientacji seksualnych. Pomiędzy tymi obserwacjami zajmuje się postawami Hitlera oglądającego igrzyska – wprowadza też parę innych postaci doskonale później przez historię kojarzonych – na razie w wersji „wypoczynkowej”. Chociaż zaczyna się mobilizacja wojskowa, a Hitler kieruje w stronę państw europejskich drobne prowokacje, rządy nie decydują się na radykalne działania – nie dają się sprowokować, albo może nie wierzą, że są świadkami prawdziwego, rosnącego w siłę zagrożenia.
Są tutaj ludzie, którzy złamali prawo, są też ci, bez których igrzyska nie mogłyby przebiegać normalnie – autor odnotowuje ich obecność i rolę pokazuje czytelnikom, kiedy łamane są kolejne granice: niepostrzeżenie, na marginesie zwykłych działań. Politykę przeplata ze zwyczajnym życiem i bezlitośnie rujnuje przekonania wszystkich tych, którzy wierzą w spokój i wspólne cele. Sport schodzi na dalszy plan, podobnie jak nocne rozrywki – a przecież tych Berlin lat 30. nie skąpi. Robi się coraz groźniej.
Jakby na przekór atmosferze płynącej nie tylko z opisów, ale też z wiedzy czytelników – bo autor nie zamierza wybiegać w przyszłość zbyt daleko – element normalności mają wprowadzać prognozy pogody podawane na początku rozdziałów czy zdjęcia, które przedstawiają zwyczajność w momencie przełomu. Ale takie wstawki równoważą obecność zaleceń wewnątrzpartyjnych – wyjaśnień, jak tuszować sprawy, które mogłyby jednak wzburzyć opinię społeczną. „Berlin 1936” to książka spora objętościowo, ale napisana bardzo lekko, wręcz kontrastująco z przesłaniem. Rozpisanie wydarzeń na kolejne dni pokazuje, jak lawinowo zmieniały się nastroje – i jak nabudowywane były sytuacje, które miały wielki wpływ na późniejsze działania. Łatwo jest omamić społeczeństwo, sprawić, że przestanie dostrzegać coś, co ma przed oczami. I to przerażająca konkluzja, która płynie z tej lektury. Oliver Hilmes nie chce, żeby czytelnicy rozgościli się w jego dziele – woli za to przypominać i przestrzegać, pokazując bardzo mały i pozornie nieznaczący (a w rzeczywistości kipiący od znaczeń) wycinek przeszłości.
Igrzyska
Dwa tygodnie i dwa dni – to czas, w którym Oliver Hilmes skupia się na Berlinie z 1936 roku. Pierwsze szesnaście dni sierpnia oznaczają sporo wyzwań oraz tematów do obserwacji nie tylko społecznych i politycznych – trwają właśnie igrzyska olimpijskie, a to arena do przedstawiania zmian i nastrojów oraz – niedalekiej przyszłości. Czytelnicy tej książki wiedzą już, jakich sygnałów wypatrywać i czemu się dziwić – Hilmes stara się pokazywać bohaterów zwykłych wydarzeń bez narzucania im tego, co jeszcze zrobią i czym zapiszą się w historii. Nie przestrzega, nie straszy – prowadzi reportaż. Ale groza wydarzeń czai się w tym, co niedopowiedziane. Chociaż autor znajduje też kilka punktów szokujących z dzisiejszej perspektywy i w oderwaniu od wizji drugiej wojny światowej za trzy lata. To, co dzieje się na stadionach, to jeden z ważniejszych punktów analiz – w końcu igrzyska olimpijskie mają skupiać uwagę i dostarczać rozrywki. To tu mogą też wyjść na jaw uprzedzenia – czy na tle narodowościowym, czy – rasowym. Zaczyna się robić nieprzyjemnie, ale to sygnały, które można jeszcze bagatelizować, nawet kosztem gorszego samopoczucia jednostek. Oliver Hilmes w ten sposób oczywiście nie popiera szerzenia nienawiści, ale uświadamia czytelnikom, do czego może prowadzić bagatelizowanie pojedynczych zachowań. Zabiera odbiorców do knajp i lokali rozrywkowych, sprawdza, czy bezpiecznie mogli się czuć w Berlinie ludzie różnych wyznań oraz – różnych orientacji seksualnych. Pomiędzy tymi obserwacjami zajmuje się postawami Hitlera oglądającego igrzyska – wprowadza też parę innych postaci doskonale później przez historię kojarzonych – na razie w wersji „wypoczynkowej”. Chociaż zaczyna się mobilizacja wojskowa, a Hitler kieruje w stronę państw europejskich drobne prowokacje, rządy nie decydują się na radykalne działania – nie dają się sprowokować, albo może nie wierzą, że są świadkami prawdziwego, rosnącego w siłę zagrożenia.
Są tutaj ludzie, którzy złamali prawo, są też ci, bez których igrzyska nie mogłyby przebiegać normalnie – autor odnotowuje ich obecność i rolę pokazuje czytelnikom, kiedy łamane są kolejne granice: niepostrzeżenie, na marginesie zwykłych działań. Politykę przeplata ze zwyczajnym życiem i bezlitośnie rujnuje przekonania wszystkich tych, którzy wierzą w spokój i wspólne cele. Sport schodzi na dalszy plan, podobnie jak nocne rozrywki – a przecież tych Berlin lat 30. nie skąpi. Robi się coraz groźniej.
Jakby na przekór atmosferze płynącej nie tylko z opisów, ale też z wiedzy czytelników – bo autor nie zamierza wybiegać w przyszłość zbyt daleko – element normalności mają wprowadzać prognozy pogody podawane na początku rozdziałów czy zdjęcia, które przedstawiają zwyczajność w momencie przełomu. Ale takie wstawki równoważą obecność zaleceń wewnątrzpartyjnych – wyjaśnień, jak tuszować sprawy, które mogłyby jednak wzburzyć opinię społeczną. „Berlin 1936” to książka spora objętościowo, ale napisana bardzo lekko, wręcz kontrastująco z przesłaniem. Rozpisanie wydarzeń na kolejne dni pokazuje, jak lawinowo zmieniały się nastroje – i jak nabudowywane były sytuacje, które miały wielki wpływ na późniejsze działania. Łatwo jest omamić społeczeństwo, sprawić, że przestanie dostrzegać coś, co ma przed oczami. I to przerażająca konkluzja, która płynie z tej lektury. Oliver Hilmes nie chce, żeby czytelnicy rozgościli się w jego dziele – woli za to przypominać i przestrzegać, pokazując bardzo mały i pozornie nieznaczący (a w rzeczywistości kipiący od znaczeń) wycinek przeszłości.
wtorek, 4 sierpnia 2026
Anna Brook-Mitchell: Kto by się spodziewał?
Gorzka Czekolada, Media Rodzina, Poznań 2026.
Empatia
Barri to kobieta, która ma problemy z odnalezieniem się w społeczeństwie. Wygląda jak ktoś z niezdiagnozowanym spektrum, ale Anna Brook-Mitchell podkreśla tylko jeden aspekt jej wyobcowania: Barri nie chce mieć dzieci. I nie jest to decyzja, która podlega jakimkolwiek dyskusjom, nie płynie z mód ani z decyzji innych. Barri rozstała się z mężem, ale niechęć do posiadania potomstwa to bardziej przyczyna niż skutek – problem w tym, że społeczeństwo uznaje, że kobiety po prostu muszą być matkami i nie mogą wybierać innej drogi. Barri widzi rozmaite niesprawiedliwości: jako nauczycielka, przeważnie dostaje dyżury za koleżanki, które sytuacja zmusza do zaopiekowania się potomstwem, sama nie ma za to prawa do zwolnień w ostatniej chwili. Nic dziwnego, że Barri ma coraz bardziej dosyć – i wpada na szatański plan. Jeśli będzie udawać ciążę, kupi sobie dziewięć miesięcy wolności – a później wyjedzie na zawsze. Nie ma kogo żałować, za nikim nie będzie tęsknić, za oszczędzi i zbuduje nowe życie gdzie indziej. Od razu wszystko zaczyna się układać: Barri szybko załatwia sobie fałszywe zaświadczenie lekarskie – od nowej sąsiadki. Kupuje kolekcję coraz większych brzuchów i nadaje im imiona. Sprawdza w aplikacji, jakiej wielkości byłoby jej dziecko w kolejnych tygodniach ciąży. Tak Brook-Mitchell otwiera książkę „Kto by się spodziewał?”, zabawną i pozbawioną schematów powieść dla kobiet, które odważą się żyć po swojemu w świecie pełnym stereotypów. Toczy się tu kilka równoległych historii – relacje Barri z siostrą i byłym mężem, nowe przyjaźnie pojawiające się w szkole, a do tego specyficzne zachowanie najbardziej krnąbrnego (i jednocześnie bardzo inteligentnego) ucznia. Więź z sąsiadką, jedyną wtajemniczoną w sekret o fałszywej ciąży. Jest tu szereg wydarzeń komicznych albo tych z gatunku śmiech przez łzy – dzieje się bardzo dużo i często może prowadzić do zdemaskowania kobiety. Barri uczy się nowych zachowań, ale ponieważ sama wstrzeliła się w rolę, której do tej pory nie chciała przyjąć, teraz powinna wpasować się w nią i reagować zgodnie z oczekiwaniami wspierającego (w ogromnej części) otoczenia. Nie wolno jej porzucić obranej drogi – a to znaczy, że musi się pilnować na każdym kroku. A przecież mogłaby też skorzystać z okazji, że niczym się nie martwi – i zająć się własnym życiem uczuciowym. Wolność od kłopotów na dziewięć miesięcy to automatycznie wpadanie w zupełnie inne tarapaty – i to będzie odbiorców książki najbardziej cieszyć. Anna Brook-Mitchell znajduje bardzo wiele wątków, które przyciągną czytelników i które uświadomią im, jak silnie zakorzenione w społeczeństwie są stereotypy na temat przyszłych matek (czy, szerzej, kobiet, które mają nimi zostać). W „Kto by się spodziewał” znajdzie się mnóstwo wątków spoza typowych obyczajówek – i z tego powodu książka spotka się z uznaniem nie tylko tych czytelniczek, które są zmęczone wprost wyrażanymi oczekiwaniami związanymi z chęcią posiadania potomstwa. Barri nie widzi siebie w takiej roli – a skoro przyjmuje ją jako przykrywkę dla planów – przekonuje się, jak zmienia to podejście bliskich. I to najważniejsza lekcja, jaką autorka funduje pod pozorami czystej rozrywki.
Empatia
Barri to kobieta, która ma problemy z odnalezieniem się w społeczeństwie. Wygląda jak ktoś z niezdiagnozowanym spektrum, ale Anna Brook-Mitchell podkreśla tylko jeden aspekt jej wyobcowania: Barri nie chce mieć dzieci. I nie jest to decyzja, która podlega jakimkolwiek dyskusjom, nie płynie z mód ani z decyzji innych. Barri rozstała się z mężem, ale niechęć do posiadania potomstwa to bardziej przyczyna niż skutek – problem w tym, że społeczeństwo uznaje, że kobiety po prostu muszą być matkami i nie mogą wybierać innej drogi. Barri widzi rozmaite niesprawiedliwości: jako nauczycielka, przeważnie dostaje dyżury za koleżanki, które sytuacja zmusza do zaopiekowania się potomstwem, sama nie ma za to prawa do zwolnień w ostatniej chwili. Nic dziwnego, że Barri ma coraz bardziej dosyć – i wpada na szatański plan. Jeśli będzie udawać ciążę, kupi sobie dziewięć miesięcy wolności – a później wyjedzie na zawsze. Nie ma kogo żałować, za nikim nie będzie tęsknić, za oszczędzi i zbuduje nowe życie gdzie indziej. Od razu wszystko zaczyna się układać: Barri szybko załatwia sobie fałszywe zaświadczenie lekarskie – od nowej sąsiadki. Kupuje kolekcję coraz większych brzuchów i nadaje im imiona. Sprawdza w aplikacji, jakiej wielkości byłoby jej dziecko w kolejnych tygodniach ciąży. Tak Brook-Mitchell otwiera książkę „Kto by się spodziewał?”, zabawną i pozbawioną schematów powieść dla kobiet, które odważą się żyć po swojemu w świecie pełnym stereotypów. Toczy się tu kilka równoległych historii – relacje Barri z siostrą i byłym mężem, nowe przyjaźnie pojawiające się w szkole, a do tego specyficzne zachowanie najbardziej krnąbrnego (i jednocześnie bardzo inteligentnego) ucznia. Więź z sąsiadką, jedyną wtajemniczoną w sekret o fałszywej ciąży. Jest tu szereg wydarzeń komicznych albo tych z gatunku śmiech przez łzy – dzieje się bardzo dużo i często może prowadzić do zdemaskowania kobiety. Barri uczy się nowych zachowań, ale ponieważ sama wstrzeliła się w rolę, której do tej pory nie chciała przyjąć, teraz powinna wpasować się w nią i reagować zgodnie z oczekiwaniami wspierającego (w ogromnej części) otoczenia. Nie wolno jej porzucić obranej drogi – a to znaczy, że musi się pilnować na każdym kroku. A przecież mogłaby też skorzystać z okazji, że niczym się nie martwi – i zająć się własnym życiem uczuciowym. Wolność od kłopotów na dziewięć miesięcy to automatycznie wpadanie w zupełnie inne tarapaty – i to będzie odbiorców książki najbardziej cieszyć. Anna Brook-Mitchell znajduje bardzo wiele wątków, które przyciągną czytelników i które uświadomią im, jak silnie zakorzenione w społeczeństwie są stereotypy na temat przyszłych matek (czy, szerzej, kobiet, które mają nimi zostać). W „Kto by się spodziewał” znajdzie się mnóstwo wątków spoza typowych obyczajówek – i z tego powodu książka spotka się z uznaniem nie tylko tych czytelniczek, które są zmęczone wprost wyrażanymi oczekiwaniami związanymi z chęcią posiadania potomstwa. Barri nie widzi siebie w takiej roli – a skoro przyjmuje ją jako przykrywkę dla planów – przekonuje się, jak zmienia to podejście bliskich. I to najważniejsza lekcja, jaką autorka funduje pod pozorami czystej rozrywki.
poniedziałek, 3 sierpnia 2026
Hiro Kamigaki & IC4Design: Detektyw Pierre w labirycie. Sprawa zaginionej piramidy
Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.
Poszukiwania
Powraca Detektyw Pierre, mistrz labiryntów i jednocześnie bohater, który uświadamia odbiorcom, że wyszukiwanki to nie tylko propozycja dla najmłodszych odbiorców. Wielkoformatowe obrazkowe książki z serii Detektyw Pierre w labiryncie to przygoda porównywalna do gry komputerowej i wyzwanie o wysokim stopniu trudności. Tym razem gra toczy się o Piramidę Mętliku – artefakt, który znajduje się na szczycie Czerwonej Piramidy. Żeby do niej dotrzeć, trzeba pokonać Dolinę Labiryntu. A to wcale nie takie proste. Każda rozkładówka w tej książce – przygotowanej przez Hiro Kamigaki i IC4Design to cały zestaw zagadek. Kilkanaście rozkładówek oznacza olśniewające propozycje graficzne – coś, co zachwyci wszystkich oglądających – których będzie być może więcej niż użytkowników tej książki. A to z powodu komplikacji olbrzymich rysunków. Nawet z kluczem podpowiedzi nie będzie wcale tak łatwo – chociaż samo przejście labiryntów nie wydaje się aż tak trudne. Rzecz w tym, że przejście od startu do celu to dopiero początek zabawy. Każda rozkładówka ma na dolnym marginesie jednoakapitowy komentarz, dzięki czemu odbiorcy dowiedzą się, na czym polega ich misja i zdobędą trochę narracji do działania. Ale na tym samym marginesie znajdują się dalsze polecenia, już mniej związane z przechodzeniem misji. Dodatkowe wyzwania to okazja do popisania się spostrzegawczością i do spędzenia nad stronami jeszcze więcej czasu. Szczegóły na ilustracjach są naprawdę misterne – to już sytuacje, w których mówimy o kilkumilimetrowych postaciach w olbrzymich przestrzeniach. Na pierwszy rzut oka to natłok detali, ale w urzekających sceneriach – dopiero uważne studiowanie kolejnych obszarów pojedynczej rozkładówki będzie się wiązało z prawdziwym odbiorem tej książki. Poza dodatkowymi wyzwaniami czytelnicy mają tu jeszcze rozmaite nagrody, skarby i inne obiekty. Muszą też podejmować decyzje dotyczące jakości wybieranych tras (i tego, czy danego bohatera albo zwierzę da się bez trudu wyminąć). Trzeba też wykazywać się umiejętnością oceny danych przedmiotów – pod kątem ich przydatności do przechodzenia trasy.
Za każdym razem odbiorcy będą bardzo dobrze zmotywowani do podjęcia wysiłku – ale warto zaznaczyć, że nie przejdą tego tomu zbyt szybko (a tylko wykonanie zadań z jednej rozkładówki umożliwia przejście dalej i tych zasad nikt nie będzie kwestionować, najzwyczajniej w świecie po to, żeby nie psuć sobie zabawy). Są tu – znów na dolnym marginesie – elementy graficzne uatrakcyjniające lekturę, wprowadzające element prawdziwości do prezentowanego świata. Uniwersum Pierre’a zasługuje na ogromną uwagę – to propozycja dla starszych użytkowników i dla tych, którzy potrafią budować własne narracje na podstawie dostępnych reguł gry. Poszukiwanie potrzebnych składników czy wyróżnień to zachęta do uważnego śledzenia obrazków – a to z kolei prowadzi do odkrywania niespodzianek zamieszczonych na rozkładówkach przez zespół. Liczy się tu spostrzegawczość i zdolność koncentracji, ale też możliwość zaimponowania książką obrazkową dorosłym odbiorcom. Ta seria nie zawodzi – przygotowana w najdrobniejszych szczegółach (bo właśnie o te szczegóły najbardziej chodzi w odbiorze), zachwyca jakością i pomysłami. Pokazuje, że gatunki do niedawna zarezerwowane dla dzieci, można wykorzystywać również w propozycjach dla starszych odbiorców – bez infantylizowania czy straty jakości.
Poszukiwania
Powraca Detektyw Pierre, mistrz labiryntów i jednocześnie bohater, który uświadamia odbiorcom, że wyszukiwanki to nie tylko propozycja dla najmłodszych odbiorców. Wielkoformatowe obrazkowe książki z serii Detektyw Pierre w labiryncie to przygoda porównywalna do gry komputerowej i wyzwanie o wysokim stopniu trudności. Tym razem gra toczy się o Piramidę Mętliku – artefakt, który znajduje się na szczycie Czerwonej Piramidy. Żeby do niej dotrzeć, trzeba pokonać Dolinę Labiryntu. A to wcale nie takie proste. Każda rozkładówka w tej książce – przygotowanej przez Hiro Kamigaki i IC4Design to cały zestaw zagadek. Kilkanaście rozkładówek oznacza olśniewające propozycje graficzne – coś, co zachwyci wszystkich oglądających – których będzie być może więcej niż użytkowników tej książki. A to z powodu komplikacji olbrzymich rysunków. Nawet z kluczem podpowiedzi nie będzie wcale tak łatwo – chociaż samo przejście labiryntów nie wydaje się aż tak trudne. Rzecz w tym, że przejście od startu do celu to dopiero początek zabawy. Każda rozkładówka ma na dolnym marginesie jednoakapitowy komentarz, dzięki czemu odbiorcy dowiedzą się, na czym polega ich misja i zdobędą trochę narracji do działania. Ale na tym samym marginesie znajdują się dalsze polecenia, już mniej związane z przechodzeniem misji. Dodatkowe wyzwania to okazja do popisania się spostrzegawczością i do spędzenia nad stronami jeszcze więcej czasu. Szczegóły na ilustracjach są naprawdę misterne – to już sytuacje, w których mówimy o kilkumilimetrowych postaciach w olbrzymich przestrzeniach. Na pierwszy rzut oka to natłok detali, ale w urzekających sceneriach – dopiero uważne studiowanie kolejnych obszarów pojedynczej rozkładówki będzie się wiązało z prawdziwym odbiorem tej książki. Poza dodatkowymi wyzwaniami czytelnicy mają tu jeszcze rozmaite nagrody, skarby i inne obiekty. Muszą też podejmować decyzje dotyczące jakości wybieranych tras (i tego, czy danego bohatera albo zwierzę da się bez trudu wyminąć). Trzeba też wykazywać się umiejętnością oceny danych przedmiotów – pod kątem ich przydatności do przechodzenia trasy.
Za każdym razem odbiorcy będą bardzo dobrze zmotywowani do podjęcia wysiłku – ale warto zaznaczyć, że nie przejdą tego tomu zbyt szybko (a tylko wykonanie zadań z jednej rozkładówki umożliwia przejście dalej i tych zasad nikt nie będzie kwestionować, najzwyczajniej w świecie po to, żeby nie psuć sobie zabawy). Są tu – znów na dolnym marginesie – elementy graficzne uatrakcyjniające lekturę, wprowadzające element prawdziwości do prezentowanego świata. Uniwersum Pierre’a zasługuje na ogromną uwagę – to propozycja dla starszych użytkowników i dla tych, którzy potrafią budować własne narracje na podstawie dostępnych reguł gry. Poszukiwanie potrzebnych składników czy wyróżnień to zachęta do uważnego śledzenia obrazków – a to z kolei prowadzi do odkrywania niespodzianek zamieszczonych na rozkładówkach przez zespół. Liczy się tu spostrzegawczość i zdolność koncentracji, ale też możliwość zaimponowania książką obrazkową dorosłym odbiorcom. Ta seria nie zawodzi – przygotowana w najdrobniejszych szczegółach (bo właśnie o te szczegóły najbardziej chodzi w odbiorze), zachwyca jakością i pomysłami. Pokazuje, że gatunki do niedawna zarezerwowane dla dzieci, można wykorzystywać również w propozycjach dla starszych odbiorców – bez infantylizowania czy straty jakości.
niedziela, 2 sierpnia 2026
Marek Maruszczak: Głupie robaki i inne takie Polski. Przewodnik świadomego obserwatora
Znak, Kraków 2026.
Co obrzydza
Marek Maruszczak najpierw wyrobił sobie markę w internecie, a później podbił rynek tradycyjnych publikacji – pojawia się właśnie trzeci poradnik dotyczący tym razem nie zwierząt i nie ptaków, a „robaków i innych takich” – czyli ślimaków, owadów, robaków faktycznych, pająków i innych stworzeń, na widok których człowiek może wydawać okrzyk obrzydzenia albo uciekać jak najdalej – a które inny człowiek chce obejrzeć z bliska i warto byłoby wiedzieć, czy zostanie za nadmierną ciekawość ukąszony, czy też niewiele mu grozi. „Głupie robaki i inne takie Polski”, czyli, jak głosi podtytuł, „Przewodnik świadomego obserwatora” to trochę okazja, żeby dowiedzieć się, co możemy spotkać w ogródku, w domu, na spacerze albo przy oknie – a bardzo – żeby się pośmiać. Bo Marek Maruszczak na szczęście nie rezygnuje ze swojego zgryźliwego stylu i z nadużywania ironii wszędzie tam, gdzie da się humorystycznie skomentować obiekt obserwacji. Długość poszczególnych artykułów dostosowana jest do potencjalnego stopnia zainteresowania odbiorców owadem, robakiem albo innymi – i trochę zestawem ciekawostek na jego temat. Można się tu dowiedzieć, jak rozpoznać dane stworzenie, czym się charakteryzuje i jakie ma znaczenie dla ekosystemu albo dla gospodarstwa domowego. Co ciekawe, samych owadów jest tu właściwie niezbyt wiele – autor koncentruje się na tych najbardziej popularnych lub najbardziej przerażających, kiedy zalęgną się w domach – nie zmusza Marek Maruszczak do biegania po krzakach i wypatrywania w chaszczach insektów – na razie do tego ewentualnie przygotowuje. Tłumaczy odbiorcom, co muszą zrobić, żeby owady nie czmychały im sprzed obiektywu i żeby nie dać się użreć w miarę możliwości. Każdy bohater tej książki ma tu zestaw ciekawostek zaprezentowany jak dawniej zwierzęta i ptaki – bez względu na stopień „obrzydliwości”, nie ma rezygnowania z przedstawiania niektórych faktów – liczy się komizm, nawet jeśli potrzebny do niego będzie humor niższych lotów. I tu właśnie przydaje się zamiłowanie Maruszczaka do ironii – bo ona podnosi jakość żartów i sprawia, że nie mamy do czynienia wyłącznie z prostymi skojarzeniami. Rzadko kto umie tak dobrze przekładać język nauki na zabawę – i do tego akcentować coś, co zawsze zadziwia, czyli tendencje do komplikowania onomastyki wśród entomologów. Maruszczak kieruje się do wszystkich zainteresowanych mikroświatami – ale niekoniecznie do mocno zaawansowanych w obserwowaniu owadów – ci mogą wręcz być rozczarowani, że nie znalazło się tu miejsce na tysiące kolejnych gatunków, niekoniecznie pchających się drzwiami i oknami do domu.
Jest to książka bardzo kolorowa, Nastia Juriewicz pojawia się nie tylko jako ilustratorka zmuszana do przyglądania się insektom w treści notek, ale też jako autorka barwnych ilustracji prezentujących kolejnych bohaterów. To okazja do uświadomienia czytelnikom, czego nie zobaczą, co zobaczą, jeśli się bardzo postarają, albo co widzą zbyt często. Oczywiście jest tu też metryczka z charakterystycznym „widziałem drania” do odznaczenia na stronie i z odpowiedzią na najbardziej interesujący czytelników temat – czyli „czy może mnie użreć”. Zdarza się, że może zrobić znacznie gorsze rzeczy.
Jest to bardzo miłe dopełnienie serii, coś co spodoba się czytelnikom pragnącym ambitnej rozrywki – spora dawka lektury, której nie da się pochłonąć za jednym zamachem – coś w sam raz, żeby odkrywać to po kawałku i cieszyć się kolejnymi komicznymi opisami.
Co obrzydza
Marek Maruszczak najpierw wyrobił sobie markę w internecie, a później podbił rynek tradycyjnych publikacji – pojawia się właśnie trzeci poradnik dotyczący tym razem nie zwierząt i nie ptaków, a „robaków i innych takich” – czyli ślimaków, owadów, robaków faktycznych, pająków i innych stworzeń, na widok których człowiek może wydawać okrzyk obrzydzenia albo uciekać jak najdalej – a które inny człowiek chce obejrzeć z bliska i warto byłoby wiedzieć, czy zostanie za nadmierną ciekawość ukąszony, czy też niewiele mu grozi. „Głupie robaki i inne takie Polski”, czyli, jak głosi podtytuł, „Przewodnik świadomego obserwatora” to trochę okazja, żeby dowiedzieć się, co możemy spotkać w ogródku, w domu, na spacerze albo przy oknie – a bardzo – żeby się pośmiać. Bo Marek Maruszczak na szczęście nie rezygnuje ze swojego zgryźliwego stylu i z nadużywania ironii wszędzie tam, gdzie da się humorystycznie skomentować obiekt obserwacji. Długość poszczególnych artykułów dostosowana jest do potencjalnego stopnia zainteresowania odbiorców owadem, robakiem albo innymi – i trochę zestawem ciekawostek na jego temat. Można się tu dowiedzieć, jak rozpoznać dane stworzenie, czym się charakteryzuje i jakie ma znaczenie dla ekosystemu albo dla gospodarstwa domowego. Co ciekawe, samych owadów jest tu właściwie niezbyt wiele – autor koncentruje się na tych najbardziej popularnych lub najbardziej przerażających, kiedy zalęgną się w domach – nie zmusza Marek Maruszczak do biegania po krzakach i wypatrywania w chaszczach insektów – na razie do tego ewentualnie przygotowuje. Tłumaczy odbiorcom, co muszą zrobić, żeby owady nie czmychały im sprzed obiektywu i żeby nie dać się użreć w miarę możliwości. Każdy bohater tej książki ma tu zestaw ciekawostek zaprezentowany jak dawniej zwierzęta i ptaki – bez względu na stopień „obrzydliwości”, nie ma rezygnowania z przedstawiania niektórych faktów – liczy się komizm, nawet jeśli potrzebny do niego będzie humor niższych lotów. I tu właśnie przydaje się zamiłowanie Maruszczaka do ironii – bo ona podnosi jakość żartów i sprawia, że nie mamy do czynienia wyłącznie z prostymi skojarzeniami. Rzadko kto umie tak dobrze przekładać język nauki na zabawę – i do tego akcentować coś, co zawsze zadziwia, czyli tendencje do komplikowania onomastyki wśród entomologów. Maruszczak kieruje się do wszystkich zainteresowanych mikroświatami – ale niekoniecznie do mocno zaawansowanych w obserwowaniu owadów – ci mogą wręcz być rozczarowani, że nie znalazło się tu miejsce na tysiące kolejnych gatunków, niekoniecznie pchających się drzwiami i oknami do domu.
Jest to książka bardzo kolorowa, Nastia Juriewicz pojawia się nie tylko jako ilustratorka zmuszana do przyglądania się insektom w treści notek, ale też jako autorka barwnych ilustracji prezentujących kolejnych bohaterów. To okazja do uświadomienia czytelnikom, czego nie zobaczą, co zobaczą, jeśli się bardzo postarają, albo co widzą zbyt często. Oczywiście jest tu też metryczka z charakterystycznym „widziałem drania” do odznaczenia na stronie i z odpowiedzią na najbardziej interesujący czytelników temat – czyli „czy może mnie użreć”. Zdarza się, że może zrobić znacznie gorsze rzeczy.
Jest to bardzo miłe dopełnienie serii, coś co spodoba się czytelnikom pragnącym ambitnej rozrywki – spora dawka lektury, której nie da się pochłonąć za jednym zamachem – coś w sam raz, żeby odkrywać to po kawałku i cieszyć się kolejnymi komicznymi opisami.
sobota, 1 sierpnia 2026
Lucy Score: Dawne błędy w Story Lake
Gorzka Czekolada, Media Rodzina, Poznań 2026.
Literatura
Lucy Score celuje w romansowych trylogiach, w których temat seksu zostaje potraktowany z humorem a liczne stereotypy i powtarzalne rozwiązania scenariuszowe przestają razić dzięki lekkiemu podejściu do pożądania. U Lucy Score zawsze na finał jest bajkowe „i żyli długo i szczęśliwie”, a ponieważ bohaterowie zaangażowani w romans prowadzą narrację na przemian, nie ma mowy o pomyłce. Dodatkowo są zarysowani już we wcześniejszej części, tak, żeby czytelniczki mogły się zawczasu przygotować na kibicowanie kolejnej parze. Po „Nowym rozdziale w Story Lake” nie było wątpliwości, że kolejny opisany związek będzie historią Zoey – znerwicowanej agentki literackiej Hazel – oraz Gage’a, jednego z trzech braci Bishop – maksymalnie przystojnych i hojnie obdarowanych przez naturę. Nie liczy się to, co oczywiste: płomienny romans i pożądanie bijące ze stron, a sposób prowadzenia narracji. Bo Lucy Score bawi się sytuacjami i scenkami, sprawiając, że do jej rozbudowanych książek czytelniczki po prostu będą chciały wracać.
Zoey nie chce związków, natomiast nie ma nic przeciwko niezobowiązującym przygodom na jedną noc. Ma to przyczynę głęboko w jej kompleksach płynących bezpośrednio z niezdiagnozowanego ADHD. Kobieta jest uosobieniem chaosu. Gage z kolei szuka stałości i nie ma zamiaru wdawać się w żadne przygody – to mężczyzna, który wie, jak postępować i nie interesuje się tanimi podrywami. Enemies to lovers w wersji małomiasteczkowej rozpoczyna się znowu małym trzęsieniem ziemi – bo Zoey wpada pod furgonetkę prowadzoną przez Gage’a – ale jest tu również od samego początku mnóstwo humorystycznych motywów. Cechą charakterystyczną dla Lucy Score jest tworzenie wyjątkowych wydarzeń składających się na charakterystykę miejsca. W Story Lake przybyszy terroryzuje orzeł (który ma na imię Gąsior), a rozmaici mieszkańcy mają jasno określone i komiczne wady. Przeważnie rozstrzygają wszystko, co dotyczy miasteczka, przez głosowanie, a jeśli nie zgadzają się z czyimś zdaniem – korzystają z możliwości obrzucenia go pieczonymi ziemniakami. Dzieje się tu zatem mnóstwo nie tylko między głównymi bohaterami, ale też w tle. I to na wielu poziomach w tle: ZOey przecież wciąż jest zaangażowana w promocję książki Hazel, z kolei bracia Bishop i ich jeżdżąca na wózku siostra żyją jeszcze sprawą z przeszłości – wydarzeniem, które skończyło się niepełnosprawnością Laury i śmiercią jej męża. Wszystko po to, żeby odwlekanie łóżkowych przygód (i naiwność płomiennego romansu) można było rozwlec w czasie, a czytelnicy się nie nudzili podczas lektury.
Prawdziwą siłą w narracjach Lucy Score jest bezpruderyjność połączona z żartem. Tu dialogi często są pikantne, sceny pozwalające przyspieszyć odrobinę dążenie bohaterów ku sobie – wręcz nieprawdopodobne, ale zwykle komiczne. Dzięki temu czytelniczki nie otrzymują romansu na poważnie, mogą za to bawić się damsko-męskimi przepychankami i frywolnością. Jest tu naprawdę dużo scenek napisanych dla śmiechu – i pozwalających na rozrywkę. To właśnie dzięki tym pomysłom Lucy Score stale rozbudowuje sobie grono wiernych fanek – to one sprawiają, że powieści nie tylko z trylogii o Story Lake są takie wyjątkowe, chociaż od początku wiadomo, co się w nich wydarzy. Tu można otwarcie mówić rzeczy, które normalnie się tabuizuje i wprowadzać żarty seksualne na poziomie – a nie pornograficzne. Warto sprawdzić, co dzieje się w Story Lake.
Literatura
Lucy Score celuje w romansowych trylogiach, w których temat seksu zostaje potraktowany z humorem a liczne stereotypy i powtarzalne rozwiązania scenariuszowe przestają razić dzięki lekkiemu podejściu do pożądania. U Lucy Score zawsze na finał jest bajkowe „i żyli długo i szczęśliwie”, a ponieważ bohaterowie zaangażowani w romans prowadzą narrację na przemian, nie ma mowy o pomyłce. Dodatkowo są zarysowani już we wcześniejszej części, tak, żeby czytelniczki mogły się zawczasu przygotować na kibicowanie kolejnej parze. Po „Nowym rozdziale w Story Lake” nie było wątpliwości, że kolejny opisany związek będzie historią Zoey – znerwicowanej agentki literackiej Hazel – oraz Gage’a, jednego z trzech braci Bishop – maksymalnie przystojnych i hojnie obdarowanych przez naturę. Nie liczy się to, co oczywiste: płomienny romans i pożądanie bijące ze stron, a sposób prowadzenia narracji. Bo Lucy Score bawi się sytuacjami i scenkami, sprawiając, że do jej rozbudowanych książek czytelniczki po prostu będą chciały wracać.
Zoey nie chce związków, natomiast nie ma nic przeciwko niezobowiązującym przygodom na jedną noc. Ma to przyczynę głęboko w jej kompleksach płynących bezpośrednio z niezdiagnozowanego ADHD. Kobieta jest uosobieniem chaosu. Gage z kolei szuka stałości i nie ma zamiaru wdawać się w żadne przygody – to mężczyzna, który wie, jak postępować i nie interesuje się tanimi podrywami. Enemies to lovers w wersji małomiasteczkowej rozpoczyna się znowu małym trzęsieniem ziemi – bo Zoey wpada pod furgonetkę prowadzoną przez Gage’a – ale jest tu również od samego początku mnóstwo humorystycznych motywów. Cechą charakterystyczną dla Lucy Score jest tworzenie wyjątkowych wydarzeń składających się na charakterystykę miejsca. W Story Lake przybyszy terroryzuje orzeł (który ma na imię Gąsior), a rozmaici mieszkańcy mają jasno określone i komiczne wady. Przeważnie rozstrzygają wszystko, co dotyczy miasteczka, przez głosowanie, a jeśli nie zgadzają się z czyimś zdaniem – korzystają z możliwości obrzucenia go pieczonymi ziemniakami. Dzieje się tu zatem mnóstwo nie tylko między głównymi bohaterami, ale też w tle. I to na wielu poziomach w tle: ZOey przecież wciąż jest zaangażowana w promocję książki Hazel, z kolei bracia Bishop i ich jeżdżąca na wózku siostra żyją jeszcze sprawą z przeszłości – wydarzeniem, które skończyło się niepełnosprawnością Laury i śmiercią jej męża. Wszystko po to, żeby odwlekanie łóżkowych przygód (i naiwność płomiennego romansu) można było rozwlec w czasie, a czytelnicy się nie nudzili podczas lektury.
Prawdziwą siłą w narracjach Lucy Score jest bezpruderyjność połączona z żartem. Tu dialogi często są pikantne, sceny pozwalające przyspieszyć odrobinę dążenie bohaterów ku sobie – wręcz nieprawdopodobne, ale zwykle komiczne. Dzięki temu czytelniczki nie otrzymują romansu na poważnie, mogą za to bawić się damsko-męskimi przepychankami i frywolnością. Jest tu naprawdę dużo scenek napisanych dla śmiechu – i pozwalających na rozrywkę. To właśnie dzięki tym pomysłom Lucy Score stale rozbudowuje sobie grono wiernych fanek – to one sprawiają, że powieści nie tylko z trylogii o Story Lake są takie wyjątkowe, chociaż od początku wiadomo, co się w nich wydarzy. Tu można otwarcie mówić rzeczy, które normalnie się tabuizuje i wprowadzać żarty seksualne na poziomie – a nie pornograficzne. Warto sprawdzić, co dzieje się w Story Lake.
piątek, 31 lipca 2026
Marisa Meltzer: It girl. Historia Jane Birkin
Marginesy, Warszawa 2026.
Przyjazd
Marisa Meltzer przyznaje, że najbardziej interesuje ją wszystko, co francuskie. I z tego frankofilskiego punktu wyjścia dociera do pomysłu na biografię Jane Birkin, a właściwie nie tyle na biografię jako rejestr wydarzeń z życia znanej postaci co na zestaw ciekawostek i anegdot składających się na wyjątkowy portret. Jane Birkin jest interesująca wtedy, kiedy sama kreuje rzeczywistość wokół siebie, kiedy buduje własną legendę i kiedy szuka pomysłu na siebie – przekonując otoczenie, że wcale nie udaje. „It girl. Historia Jane Birkin” to zatem książka dla fanów artystki, ale też dla wszystkich zainteresowanych różnymi aspektami funkcjonowania jej w kontekście społeczno-obyczajowym i na pograniczu dwóch kultur. Jane Birkin jako Brytyjka – czy bardziej precyzyjnie, Angielka – w zasadzie nie byłaby interesująca. Ale połączenie autokreacji z możliwościami, jakie zapewnia Francja to już coś innego – i na tym właśnie koncentruje się Marisa Meltzer, kiedy chce zaskoczyć czytelników przenikliwym i intrygującym wizerunkiem.
Interesuje ją Jane Birkin jako ikona mody i stylu – bez względu na historię, jaką po sobie postawiła. Nie przez przypadek startuje ta opowieść od modelu torebki nazwanej „birkin” – przez długi czas autorka podąża z swoją bohaterką, odnotowując koszyki, które ta nosi (i ich zawartość). Zdarza się komentowanie strojów, w tym tych najbardziej wyzywających czy odważnych – fryzury i makijażu na różnych etapach życia. To sposób Meltzer na prezentowanie metamorfoz u Birkin. O uwagę czytelników walczy też Meltzer za sprawą relacji towarzyskich i życia uczuciowego Jane. Bohaterka jest tu obserwowana w kolejnych małżeństwach, szuka się typowego dla niej schematu w poszukiwaniu partnera – Birkin nie potrafi żyć jako singielka, musi zawsze przebywać w pobliżu kogoś silniejszego, a to oznacza, że chociaż sama traktowana jest jako ikona, w życiu prywatnym nie potrafi zdobyć się na odwagę decydowania o sobie. Kontrapunktem dla tego wizerunku stają się wszelkiego rodzaju odejścia od rutyny i od powszechnie przyjętych zasad prowadzenia domu. Jet tu Jane Birkin imprezowiczka, której rytm dobowy daleki jest od zwyczajów matek. Ale jest też kobieta, w której córki mogą znaleźć oparcie. Marisa Meltzer czasami odwołuje się do pracy twórczej – tym chętniej, im bardziej powiązana jest ona z kolejnymi mężczyznami w życiu Birkin – częściej jednak szuka przepisu na Birkin w jej życiu osobistym i relacji z najbliższymi. To intymny portret pozbawiony szablonowości i wpasowywania się w panujące zwyczaje – Jane Birkin została tu uchwycona jako postać wyjątkowa i odważna, wolna od jakichkolwiek ograniczeń. Jest ta książka ciekawie napisana, tak, żeby czytelnicy mogli wypracować sobie wizerunek Jane Birkin daleki od encyklopedycznych notatek i suchych, schematycznych biograficznych treści. To książka, która tętni życiem, kipi od emocji i pozwala zaprzyjaźnić się z bohaterką. Nie da się oderwać od tego tomu – tu najbardziej liczy się możliwość podglądania Jane Birkin w jej życiowych wyborach i decyzjach niekoniecznie popularnych, za to bronionych do końca. „It girl” to także pokazanie czytelnikom, że można stworzyć nieszablonową opowieść o ikonie.
Przyjazd
Marisa Meltzer przyznaje, że najbardziej interesuje ją wszystko, co francuskie. I z tego frankofilskiego punktu wyjścia dociera do pomysłu na biografię Jane Birkin, a właściwie nie tyle na biografię jako rejestr wydarzeń z życia znanej postaci co na zestaw ciekawostek i anegdot składających się na wyjątkowy portret. Jane Birkin jest interesująca wtedy, kiedy sama kreuje rzeczywistość wokół siebie, kiedy buduje własną legendę i kiedy szuka pomysłu na siebie – przekonując otoczenie, że wcale nie udaje. „It girl. Historia Jane Birkin” to zatem książka dla fanów artystki, ale też dla wszystkich zainteresowanych różnymi aspektami funkcjonowania jej w kontekście społeczno-obyczajowym i na pograniczu dwóch kultur. Jane Birkin jako Brytyjka – czy bardziej precyzyjnie, Angielka – w zasadzie nie byłaby interesująca. Ale połączenie autokreacji z możliwościami, jakie zapewnia Francja to już coś innego – i na tym właśnie koncentruje się Marisa Meltzer, kiedy chce zaskoczyć czytelników przenikliwym i intrygującym wizerunkiem.
Interesuje ją Jane Birkin jako ikona mody i stylu – bez względu na historię, jaką po sobie postawiła. Nie przez przypadek startuje ta opowieść od modelu torebki nazwanej „birkin” – przez długi czas autorka podąża z swoją bohaterką, odnotowując koszyki, które ta nosi (i ich zawartość). Zdarza się komentowanie strojów, w tym tych najbardziej wyzywających czy odważnych – fryzury i makijażu na różnych etapach życia. To sposób Meltzer na prezentowanie metamorfoz u Birkin. O uwagę czytelników walczy też Meltzer za sprawą relacji towarzyskich i życia uczuciowego Jane. Bohaterka jest tu obserwowana w kolejnych małżeństwach, szuka się typowego dla niej schematu w poszukiwaniu partnera – Birkin nie potrafi żyć jako singielka, musi zawsze przebywać w pobliżu kogoś silniejszego, a to oznacza, że chociaż sama traktowana jest jako ikona, w życiu prywatnym nie potrafi zdobyć się na odwagę decydowania o sobie. Kontrapunktem dla tego wizerunku stają się wszelkiego rodzaju odejścia od rutyny i od powszechnie przyjętych zasad prowadzenia domu. Jet tu Jane Birkin imprezowiczka, której rytm dobowy daleki jest od zwyczajów matek. Ale jest też kobieta, w której córki mogą znaleźć oparcie. Marisa Meltzer czasami odwołuje się do pracy twórczej – tym chętniej, im bardziej powiązana jest ona z kolejnymi mężczyznami w życiu Birkin – częściej jednak szuka przepisu na Birkin w jej życiu osobistym i relacji z najbliższymi. To intymny portret pozbawiony szablonowości i wpasowywania się w panujące zwyczaje – Jane Birkin została tu uchwycona jako postać wyjątkowa i odważna, wolna od jakichkolwiek ograniczeń. Jest ta książka ciekawie napisana, tak, żeby czytelnicy mogli wypracować sobie wizerunek Jane Birkin daleki od encyklopedycznych notatek i suchych, schematycznych biograficznych treści. To książka, która tętni życiem, kipi od emocji i pozwala zaprzyjaźnić się z bohaterką. Nie da się oderwać od tego tomu – tu najbardziej liczy się możliwość podglądania Jane Birkin w jej życiowych wyborach i decyzjach niekoniecznie popularnych, za to bronionych do końca. „It girl” to także pokazanie czytelnikom, że można stworzyć nieszablonową opowieść o ikonie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






