* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

niedziela, 20 września 2026

Bora Chung: Łowcy bólu

Znak, Kraków 2026.

Rany

Powieść psychologiczna wyrastająca na kanwie kryminału może czytelników szokować – ale może też pokazać im, jakie ślady – nie tylko na ciele – pozostawia przemoc w różnych wydaniach. „Łowcy bólu” to książka, w której Bora Chung zatrzymuje się na temacie niewygody – tej najbardziej drażniącej i prowadzącej do powstawania blizn także w umysłach bohaterów. Nie boi się też sięgania po zagadnienia, które wciąż jeszcze nie należą do oswojonych czy rozczytanych w literaturze rozrywkowej. „Łowcy bólu” to zestaw problemów w skali przerastającej wyobrażenia odbiorców. To też zetknięcie się z kulturą, w której nieco inaczej patrzy się na poświęcenie i zestaw wyzwań. Autorka prowadzi akcję dość nietypowo i wskazuje na to już sam rozkład rozdziałów – prowadzonych wokół obszarów, do których dociera ból. Ale to nie fizyczny ból zyskuje tu najwięcej miejsca – i przestrzeni do analiz – a ten w głowach postaci. I owszem, czasem wiąże się on z bliznami na ciele – ale przeważnie jest wynikiem bardziej złożonych procesów. Jednak ból nadaje rytm fabule.

Organizacja religijna, która przekonuje swoich członków do cierpienia w imię wyższych celów (a tak naprawdę – w celu ułatwienia rządzenia jej członkami) stosuje wszelkie dostępne metody, żeby spotęgować fizyczne odczuwanie bólu. Idealny w tym celu okazuje się niedawno wynaleziony lek – w krótkiej perspektywie uśmierza on ból, ale kiedy przestaje działać, dyskomfort powraca w spotęgowanej wersji. W strukturach tej organizacji pojawia się ktoś, kto chce wymierzyć sprawiedliwość, a może ukrócić działania władz – i wykorzystuje do tego rozwiązania radykalne. Jedno jest pewne, bólu nie zabraknie. I na takim tle rysuje autorka wizję związku, który nie doszedłby do skutku, gdyby nie dramatyczne wydarzenia. Ale odchodzi od klasycznych schematów, żeby zaproponować czytelnikom coś bardziej zaskakującego i automatycznie – wolnego od oczywistych skojarzeń.

Ta proza ma wywoływać niepokój – treściami, nie formą. Dominika Chybowska-Jang przekłada tekst tak, żeby wypadał przezroczyście, żeby nie odciągać uwagi odbiorców od przesłań. Silna zmysłowość rządzi lekturą – odwołuje się i do cierpienia, i do interpersonalnych relacji. Psychologia bólu zyskuje tu mocno urozmaicane oblicza. Autorka wprowadza coraz to nowe zaskakujące z perspektywy czytelników zagadnienia w miarę rozwoju opowieści – dba o to, żeby nie zabrakło materiału do przemyśleń i – do niezgody na prezentowaną tu rzeczywistość. Ale Bora Chung nie boi się szokowania – ma do zaoferowania sporo, a odbiorcy uwierzą jej bez większych zastrzeżeń. I nawet przekonanie, że nie jest to opowieść realistyczna, a dystopijna baśń, nie przeszkodzi w przyswajaniu wiadomości. To książka, w której akcja ustępuje czasami wrażeniom – bardziej liczą się w niej przemycane niemal mimochodem poglądy oraz ostrzeżenia, a także – możliwość wprowadzania bohaterów spoza tradycyjnego uniwersum, zwyczajnych dzisiaj, ale nie do pomyślenia kilka dekad temu. Bora Chung łamie zasady – i robi to z wyjątkowym wyczuciem.

sobota, 19 września 2026

Jamie Smart: Looshkin. Psoty, śmieszki i inne heheszki

Egmont, Warszawa 2026.

Barwny chaos

Szaleństwo proponuje Jamie Smart w drugiej części przygód Looshkina, niebieskiego kota, który rozstawia wszystkich po kątach. „Psoty, śmieszki i inne heheszki” to publikacja, która przypadnie do gustu młodym czytelnikom – i przypomni, że komiksy zawsze były źródłem rozrywki, bez względu na to, jakie role próbuje im się przypisywać w różnych momentach historii. Looshkin to kot, który wie, co znaczy być nieposkromionym i robić wszystko, na co ma się ochotę. Beztroska i śmiech rządzą tą książką i sprawiają, że dzieci mogą wybierać taką pozycję jako metodę na dobrą zabawę. Looshkin łamie zasady (albo się nimi nie przejmuje), jest czystą ekspresją i energią, niezależnie od tego, co akurat wymyśli.

Każda historia zajmuje kilka stron – a książka została podzielona na części odpowiadające dniom tygodnia. To rodzaj bajkowego eksperymentu: liczy się, ile dziwnych rzeczy wymyślił Looshkin w kolejnych dniach, każda opowieść to wyimek z jednego dnia, po kilka historii składa się na każdy dzień. To zapewnia nie tylko dynamikę publikacji, ale też rodzaj powiązania fabularnego w wielkim popisie. Jamie Smart zdobył popularność jako autor „Królika kontra Małpy”, teraz może zatem zrobić wszystko – i nic go nie powstrzyma. To najlepszy wabik dla odbiorców. Krótkie historie to szansa na uruchomienie absurdalnego humoru i nonsensownych drobnych fabuł. Ten bohater ma nieograniczoną wyobraźnię – ale też wydarzenia, w jakich uczestniczy, nie pozwalają na nic innego.

Co ciekawe, Jamie Smart wybiera kadry pozbawione tematów wiodących, zarzuca obrazki detalami i wybuchowymi scenkami, czasem trudno jest w ogóle wydobyć na pierwszy rzut oka przesłanie z kolejnego rysunku – to trochę nawiązanie do japońskich kreskówek, a trochę – do gryzmołów z zeszytów szkolnych. Nie ma w tych opowieściach miejsca na morały ani na pouczenia, chodzi wyłącznie o to, żeby zapewnić rozrywkę na różnych poziomach. W fabułach minirozdziałów Looshkin jawi się jako ten, który może wszystko – i wobec którego nie ma żadnych oczekiwań. Bohaterowie kreśleni są tutaj niedbale, jakby nie liczyli się w ramach kolejnych opowieści – niezależnie od tego, z którego planu komiksowego pochodzą. Trzeba więc będzie wysiłku i uwagi, żeby dowiedzieć się, czego dotyczy akcja – i tak samo jeśli chodzi o puenty. Jamie Smart kieruje się własnym poczuciem humoru oraz przekonaniem, jakimi kwestiami trafi do małych odbiorców – czasami zdarzają mu się żarty bardziej hermetyczne lub zatupane przez inne rozwiązania prowadzące do finału.

Looshkin to bohater, który z jednej strony nie wymaga od czytelników wiedzy albo zaangażowania emocjonalnego, z drugiej – ma towarzyszyć im w chwilach wytchnienia. To komiks, który bazuje na modzie, a jednocześnie nie zestarzeje się – chyba że zmieni się poczucie humoru i młodszych odbiorców. Burza i chaos w zamkniętych całostkach.

piątek, 18 września 2026

The Depression Project. Poznaj język depresji. Jak pokonywać bariery komunikacyjne, by zapewnić osobom z depresją poczucie bezpieczeństwa i zrozumienia

Rebis, Poznań 2026.

Szyfr

Książka stworzona z doświadczeń, które zostały zebrane w ramach The Depression Project jest podręcznym poradnikiem dla tych wszystkich, którzy potrzebują natychmiastowego wsparcia, reakcji i pomocy w procesie komunikowania się z osobą cierpiącą na depresję – w najbardziej podstawowych komunikatach. Nie ma tu ani pogłębionych teorii, ani rozpracowywania choroby, ani nawet sposobów działania (wiadomo, że trzeba zgłosić się po profesjonalną pomoc psychiatryczną – i nie robić nic na własną rękę). Twórcy tej książki koncentrują się na barierach w porozumieniu i na błędach, jakie można popełnić przy interpretowaniu komunikatów. I tyle. Podpierają się w tym uwagami samych chorych – tych, którzy uczestniczą w projekcie i zdecydowali się na podzielenie się własnymi spostrzeżeniami, żeby budować platformę porozumienia. To wystarczy, bo też książka jest pierwszym krokiem do utworzenia trwałej więzi.

Tomik kierowany jest do dwóch grup czytelników – jedna grupa to sami chorzy, którzy akurat chcą dowiedzieć się, dlaczego tak trudno im przebić się do świadomości społeczeństwa, albo – w wymiarze mikro – dlaczego ktoś z zewnątrz niewłaściwie odczytuje ich intencje. Druga grupa to osoby, których bliscy cierpią na depresję – i tu już znaczenie książki jest znacznie większe, bo też i ludziom niezaangażowanym bezpośrednio w proces mierzenia się z pułapkami własnego umysłu trudniej czasem zrozumieć pewne kwestie i punkty sporne. Duża część książki to przekładanie z języka choroby na język zdrowych ludzi znaczeń i przesłań – odbiorcy dowiadują się, o co chodzi choremu, który mówi, że jest zmęczony, który prosi, żeby dać mu spokój, który odmawia jedzenia, twierdzi, że ma co robić, albo który dzieli się zaskakującą dla wielu informacją, że ma dobry dzień. Autorzy książki zbierają wyjaśnienia samych chorych oraz autoanalizy, przedstawienie prawdziwych sensów, niewidocznych przy powierzchownym odbiorze. Są tu też rozdziały poświęcone sygnałom alarmowym – na przykład motywom, które mogą sugerować myśli samobójcze chorego – wtedy nie ma czasu na rozważania i dyplomację, reagować trzeba jak najszybciej, ale – reagować z sensem. Są rozdziały poświęcone mimice i barierom komunikacyjnym. Liczy się to, żeby jak najlepiej zrozumieć chorego, dowiedzieć się, czym naprawdę jest wygłaszany przez niego komunikat – jakie treści ze sobą niesie. Bo choroba wypacza postrzeganie rzeczywistości. „Poznaj język depresji” to książka, która przekonuje czytelników, że w przypadku kontaktu z chorym nie można bazować na intuicji, trzeba natomiast wypracować sobie określone reakcje – i kierować się fachowymi komentarzami. Dzięki temu będzie można uniknąć rozmaitych konfliktów czy frustracji (zarówno po stronie chorego jak i – jego otoczenia).

„Poznaj język depresji” to nie jest lektura do poduszki, to książka skoncentrowana na budowaniu porozumienia i na udzielaniu praktycznych porad, można się zastanawiać, czy potrzeba aż tak rozbudowanych przykładów – ale to wsparcie dla chorych, którzy poczują się lepiej zrozumiani i będą mogli sami starać się wyjaśniać pewne sprawy swoim bliskim.

czwartek, 17 września 2026

Victor Nordahl: Dzikie Łapy 3. Sekrety miasta

Egmont, Świat Komiksu, Warszawa 2026.

Wolność

Wielowymiarowy jest ten komiks i chociaż Victor Nordahl w tle cały czas mówi o ochronie dzikich zwierząt i o ekologii, to jednak przemyca także informacje z zupełnie innych dziedzin – za to ważne dla dorastających czytelników, szukających własnej tożsamości. W „Sekretach miasta”, trzecim tomie serii Dzikie Łapy, Lukas i Trym próbują znaleźć mamę małego łosia. Podejmują ogromne ryzyko, zbliżając się do siedzib ludzkich – wiadomo, że ludzie to nic dobrego, już samo wspomnienie fermy powinno bohaterów powstrzymać, ale chęć pomocy nieznajomemu (i niemówiącemu w ich języku) młodemu jest silniejsza. Okazuje się zresztą, że nie wszyscy ludzie są źli: ugryziony przez lisa mężczyzna nie żywi złych uczuć i nie szuka zemsty, a w napotkanej zagrodzie znajdują się – obok zwierząt gospodarskich – także te dzikie, ratowane od złego losu. Ale Lukas i Trym nie muszą znać prawdziwych intencji ludzi – najlepiej by było, gdyby uwierzyli wilkowi, ludzie to zło, którego trzeba po prostu unikać. Lukas marzy o tym, że uda mu się spotkać z mamą i siostrą, które wcześniej uciekły z fermy. Trym wie doskonale, jak mógł wyglądać scenariusz, którego przyjacielowi nie zdradzi. Przecież jest tyle ważniejszych spraw, a nawet… zwierzeń. Pomiędzy ucieczkami i pościgami znajdzie się czas na refleksję o sobie – zwierzęta nie są przecież pozbawione uczuć, mało tego – bywają bardziej emocjonalne niż ludzie. Cała historia ma kilka odnóg, zresztą to prawo serii – można budować rozłożystą opowieść i koncentrować się tylko na wyimkach. Dzięki temu autor buduje sobie publiczność literacką i sprawia, że młodzi odbiorcy chętnie wrócą do jego opowieści. Nie jest to komiks tylko i wyłącznie rozrywkowy, liczy się tutaj chęć przekazania ważnych prawd o przyrodzie, środowisku naturalnym i roli człowieka w tym wszystkim.

Victor Nordahl jednoznacznie opowiada się po stronie dzikich stworzeń. Ludzie w komiksie porozumiewają się w sposób absolutnie niezrozumiały dla bohaterów i dla czytelników (w komiksowych dymkach pojawiają się tylko nieprzekładalne na słowa gryzmoły i esy-floresy). Z kolei zwierzęta mogą dojść do porozumienia bez względu na gatunek, jaki reprezentują – a to sprawia, że znajdą sojuszników wśród rozmaitych czworonogów. Jest to komiks wypełniony silnymi emocjami – słowa pełnią tu rolę drugorzędną, warto zaznaczyć, że tylko w razie wyższej konieczności pojawiają się komiksowe dymki, a teksty w nich są sprowadzone do krótkich haseł – zupełnie jakby autor chciał całkiem odrzucić słowną narrację na rzecz obrazów, znacznie bardziej wymownych. „Sekrety miasta” to mnóstwo wyrazistych kadrów, starannie kreślonych uczuć i wzruszających czasem scen. To komiks dobrze przemyślany pod kątem zawartości kadrów – można będzie się tu cieszyć stroną graficzną – obok oczywistych przesłań. Victor Nordahl to autor, któremu warto zaufać – ma do powiedzenia coś, co przyciągnie młodych odbiorców i co sprawi, że zaufają mu bez zastrzeżeń.

środa, 16 września 2026

Liz Hoggard: Jak być szczęśliwym

Rebis, Poznań 2026 (wznowienie).

Szczęście

Ta książka wraca na rynek – i nic dziwnego, Liz Hoggard bowiem święcie wierzy w to, że da się nauczyć bycia szczęśliwym i wprowadzić w swoje życie zmiany, które doprowadzą do poprawy komfortu codzienności i w efekcie przyniosą zwiększone poczucie szczęśliwości. A jeśli to tylko kwestia ćwiczeń – warto pokierować odbiorcami tak, żeby zmienili nawyki i poprawili jakość życia. Z jednej strony – autorka wie, że uczy się ludzi, żeby wychodzili z kryzysu. Ale jeśli mogą robić coś więcej dla siebie – to dlaczego nie. „Jak być szczęśliwym” to kompleksowy poradnik, w którym znajduje się mnóstwo podpowiedzi z różnych obszarów.

Najważniejsza wiadomość – wielokrotnie powtarzana – dotyczy mitu o związku szczęśliwości z majątkiem – autorka wie, że pieniądze szczęścia nie dają i o tym przypomina bez wahania. Nawet jeśli zastrzyk finansowy na chwilę podniesie radość z życia, to szybko poziom szczęśliwości spadnie. Co bardziej zaskakujące – ciężka choroba nie sprawia, że ludzie są mniej szczęśliwi niż wcześniej, organizm szybko wyrównuje sobie emocje i zapewnia stabilność i równowagę. Skoro szczęście da się zmierzyć – i skoro konkretne działania zwiększają jego poziom – to zadanie odbiorców wydaje się oczywiste: należy wdrożyć te działania, o których wiadomo, że są skuteczne. I w tym ma pomóc poradnik „Jak być szczęśliwym”. Autorka przygląda się obszarom naturalnym dla funkcjonowania czytelników, sprawdza, jakie znaczenie ma praca (i współpracownicy, atmosfera w miejscu pracy to czynnik bardzo istotny w budowaniu poczucia szczęśliwości, nawet bardziej niż same zarobki), a jakie – związki. Pyta o szczęście, które daje rodzina i seks. Przypomina o roli lokalnej społeczności i o poczuciu bycia przydatnym dla społeczeństwa. Analizuje jedzenie – dieta pełni ważną rolę w budowaniu szczęścia i w książce pojawią się nawet przepisy do wykorzystania. Czasami trzeba zdecydować się na urlop, a czasami wystarczy… poćwiczyć uśmiech. Szczęście to także ruch – i Liz Hoggard pisze o znaczeniu gimnastyki, niekoniecznie w jakiejś bardzo skomplikowanej czy wyczynowej formie. Dla odważnych jest też temat duchowości czy religijności – nie wszyscy odbiorcy mogą zaakceptować tę część bez zastrzeżeń, ale nie ulega wątpliwości, że jasno określone cele czy sensy pomagają. To ma być zestaw porad do zastosowania od razu, niewymagających wielkich przygotowań.

Liz Hoggard bardzo dba o to, żeby czytelnicy jej książki mieli gotowe rozwiązania na wszystkie problemy i dylematy. Ale nie poprzestaje na tym: proponuje jeszcze szereg kwestionariuszy i testów, które pozwolą na dokonanie autoanaliz i przyjęcie odpowiedniej postawy. Dzięki błyskawicznym quizom czytelnicy łatwiej zorientują się, czy mogą skorzystać ze wskazówki – czy powinni zdecydować się na inny obszar życia wymagający ulepszeń. Trochę może to rozbijać rytm narracji, ale książka jest nastawiona na praktyczny poradnik, więc i tak czyta się ją z przerwami. Liz Hoggard stworzyła bardzo esencjonalny poradnik, warto zatem jej zaufać i przyjrzeć się książce.

wtorek, 15 września 2026

Sándor Márai: Patrol na Zachodzie

Czytelnik, Warszawa 2026.

Podróż

Każda wyprawa zmienia człowieka. Sándor Márai postanawia zatem potraktować ją jako źródło literackiej inspiracji i zaproponować swoim czytelnikom szereg przeżyć oraz spostrzeżeń związanych z poznawaniem miejsc, kultur i specyfiki społeczeństw (ale nie narodowości). Doświadczenia płynące z dość szybkiego przecież – bo związanego z podróżą a nie przeprowadzką - zmieniania miejsc pobytu dają się przerobić na niezwykle trafny i ponadczasowy filozoficzny reportaż. Sándor Márai jest tak samo uważnym obserwatorem w podróży jak i w tworzeniu literatury – a teraz pozwala czytelnikom podążać za sobą i budować sieć skojarzeń w oparciu o obserwacje. „Patrol na Zachodzie” to wyprawa z 1935 roku – jej celem są stolice państw uznawanych przez Węgrów (i nie tylko) za kwintesencję postępu i nowoczesności. Sándor Márai trafia do Paryża i do Londynu, a odbiorcom tego tomu pozwala wręcz podróżować ze sobą. Ma oczy szeroko otwarte i rejestruje kolejne zaskoczenia albo wrażenia. Nie zamierza – co ważne – przepisywać przewodników, nie interesuje go zwiedzanie czy wyprawa o charakterze turystycznym. Owszem, świetnie zdaje sobie sprawę z miejsc, które odwiedzić po prostu należy, a jednak pojawiają się one we wzmiankach bardziej niż jako sedno komentarzy. Márai jest wyczulony na ludzi, którzy go mijają, na rozpoznane już trasy, na odczucia i możliwości. Jest tym podróżnikiem, który ucieka od banałów, stara się zajrzeć pod powierzchnię, żeby znaleźć coś intrygującego i zaskakującego z perspektywy czytelników. A jednoczenie kolejne odkrycia prowadzą do ważnych i cennych refleksji na temat kondycji ludzkości. Co ciekawe, Márai często rezygnuje w tych przemyśleniach z tu i teraz na rzecz uniwersalności – dba o to, żeby zmiana miejsca i otoczenia pozwoliła mu na wyciąganie daleko idących wniosków na temat miejscowych. Nie wywyższa się przy tym – ale też nie stawia na piedestale ludzi innych narodowości, nie to jest jego zadaniem. „Patrol na Zachodzie” to książka, która dzisiaj stanowić może popis literacko-reportażowy. Nadaje się na przeciwwagę dla pospiesznie tworzonych wspomnień z wypraw – tu liczy się każdy drobiazg, który da się zamienić na istotę rzeczy w ocenie porządku świata. Ta książka objętościowo na pierwszy rzut oka może się wydawać niepozorna, ale mieści się w niej mnóstwo tematów wartych ocalenia i fraz, które nieodmiennie do tego autora przyciągają. Sándor Márai nie zamierza być dla czytelników przewodnikiem ani kompanem w podróży – chyba że ktoś chce odbyć akurat podróż mentalną, wymagającą uważności i solidnej dawki wiedzy. To lektura ambitna i mocno wyróżniająca się na rynku wydawniczym. Sándor Márai znany jest bardziej ze swojej prozy – jednak i tu charakterystyczny styl sklasyczniałego już twórcy jest wyrazisty i ciekawy. „Patrol na Zachodzie” to książka, w której droga do celu jest nawet ważniejsza niż sam cel – a autor pokazuje, jak można przeżywać zmianę miejsca pobytu, żeby trafić nawet do kolejnych pokoleń.

poniedziałek, 14 września 2026

Morris, Pearce, Léturgie: Lucky Luke. Oklahoma Jim

Egmont, Świat Komiksu, Warszawa 2026.

Szkoła

J. Léturgie i Pearce stworzyli scenariusz, Morris i Pearce – rysunki do kolejnego tomu przygód Lucky Luke’a – tym razem z czasów, kiedy jeszcze nie nazywał się Lucky Luke. Dziki Zachód rządzi się swoimi prawami i tak naprawdę nie da się dopasować rzeczywistości spoza westernów do jego realiów, przynajmniej do czasu. Bo Old Timer próbuje – opiekun Lucky Luke’a przybywa z nim do jednej z mieścin i postanawia oddać go pod opiekę miejscowej nauczycielki. Jest w tym nieprzejednany, bo ktoś musi wiedzieć, jak napisać poprawnie jego nazwisko na nagrobku – inwestuje zatem w przyszłość i nie zamierza się przejmować tym, że najwyraźniej Kid ma inne plany. Lucky Luke powinien zdobyć wykształcenie – na razie jednak w szkole uczy się, jak przechytrzyć nauczycielkę i jeszcze na tym zarobić. W dodatku nie podoba mu się, że miałby być jedynym uczniem, skazanym na siedzenie w ławce, kiedy wszyscy inni świetnie się bawią, na przykład w wymierzanie sprawiedliwości. Old Timer planuje w tym czasie grać w karty. I Mushroom City byłoby miejscem idealnie spokojnym, gdyby nie fakt, że pewnego dnia pojawia się tutaj Oklahoma Jim – wyjątkowo sprytny rzezimieszek, który uczy dzieci strzelania, rozdaje im rewolwery i pod ich osłoną napada na niczego niespodziewających się obywateli. Okazja do przedstawienia fragmentu dzieciństwa Lucky Luke’a to też szansa na pierwsze spotkanie z Daltonami – i opowiedzenie o tym, dlaczego stali się oni przestępcami, których samotny kowboj przez całe życie ściga. „Oklahoma Jim” to komiks, który spodoba się fanom klasyki i który pokazuje rozwiązania znane z „późniejszych” (pod względem czasu akcji) komiksów.

Autorzy nie odchodzą od stylu znanego z klasycznych komiksów, starają się go podtrzymywać, ale mocno ułatwiają sobie zadanie tym, że bohaterowie zostali przeniesieni do czasów młodości i mogą mieć nieco inne rysy twarzy. Popisują się też w wielu miejscach humorem charakterystycznym dla przygód Lucky Luke’a, czyli takim bazującym na wieloznacznościach i prezentowanym na różnych poziomach (w tym – zrozumiałym najbardziej dla dorosłych). W samych kadrach dominuje ruch, widać tu nie tylko komiksowość, ale też chęć tworzenia rozbudowanej przestrzeni. Autorzy nie upraszczają nadmiernie obrazków, wiedzą doskonale, że dla odbiorców ważne było także prezentowanie całego uniwersum, nie tylko gadających głów. A że Dziki Zachód to temat niezwykle wdzięczny w prezentowaniu w komiksie – wykorzystują to na literacko-rysunkowy popis.

Lucky Luke to bohater klasyczny, ceniony ze względu na dowcip i realizowanie stereotypów, postać budząca zawsze sympatię kolejnych pokoleń. Z nim nie można się nudzić – więc warto wejść w świat Dzikiego Zachodu i oglądać go z perspektywy Jolly Jumpera oraz jego wiernego jeźdźca. „Oklahoma Jim” to retrospekcja, powrót do przeszłości i do początków – nie rozbija dorosłych narracji, ale nie męczy infantylizowaniem dzieciństwa znanego bohatera. Jest tu dużo powodów do śmiechu.