Mando, Kraków 2026.
Formuła
W cyklu Tajemnice panny Underhay pojawia się kolejna książka, „Zbrodnia w rezydencji” i Helena Dixon dwoi się i troi, żeby swoim czytelnikom zapewnić rozrywkę w starym stylu. To kryminał, w którym liczą się konwenanse i społeczne umowy, a nie szczerość jako taka, chociaż główna bohaterka, Kitty Underhay, odrobinę się z tych schematów wyłamuje. Kitty zresztą ma w życiu szczęście do zbrodni – dopiero co udało się rozwiązać jedną zagadkę, a już czai się kolejna. I to w miejscu, w którym bohaterka ma odpocząć od morderstw. Helena Dixon przenosi akcję do lat 30. XX wieku i do wyższych sfer – takich, w których nie można sobie pozwolić na przypadek w relacjach towarzyskich. I Kitty jest świadoma wszelkich ograniczeń płynących właśnie z zasad grzeczności i obowiązków wobec krewnych. Chce jednak poznać rodzinę ojca, a kiedy przychodzi oficjalne zaproszenie – to jest ono poprzedzone entuzjastyczną zachętą ze strony kuzynki. Dlatego też Kitty ostatecznie decyduje się na wyprawę, nawet jeśli oznacza to, że musi zabrać ze sobą pokojówkę (nie liczy się, że nie jest jej potrzebna: sytuacja wymaga, żeby panna nie podróżowała samotnie). Alice ma głowę na karku i dojście do służby – z racji swojego zawodu – a to oznacza, że będzie mogła zyskać informacje, które inaczej Kitty by ominęły.
Jest jeszcze kapitan Matt Bryant. Tylko przyjaciel, zresztą – sporo od Kitty starszy. A jednak – towarzysz kolejnych kryminalnych zagadek, mężczyzna, który ma swój urok i który dba o bezpieczeństwo Kitty bardziej niż gdyby była zwyczajną znajomą. Taki dyskretny ślad potencjalnego romansu na horyzoncie dobrze zrobi czytelnikom, którzy w pewnym momencie mogą być znużeni fabułą. Bo oto Kitty pojawia się w domu wujostwa i trafia na pierwsze zwłoki, chwilę później ginie niania – kobieta, której nikt nie życzył źle, a do tego znikają tajne dokumenty trzymane w sejfie. I na tym nie koniec zbrodni. Najgorsze, że jeśli nie uda się schwytać mordercy, ktoś jeszcze może stracić życie, a wiele wskazuje na to, że zbrodniarz pozostaje w bliskim kręgu domowników, jeśli nie rekrutuje się spośród nich. I tak autorka każe swojej bohaterce uważnie obserwować i wyciągać wnioski, a o beztroskiej zabawie nie może być mowy – chyba że Kitty akurat znajdzie chwilę na esencjonalne rozmowy z Mattem. Dobrze mieć zaufanego człowieka wśród śledczych, gorzej, jeśli ten zaufany człowiek posługuje się takimi samymi stereotypami jak wszyscy inni.
„Zbrodnia w rezydencji” to kryminał retro, urzekający czytelników prostotą w konstrukcji świata przedstawionego i w samym prowadzeniu opowieści. Nie ma tu ani nadmiernego budowania grozy, ani wygładzania przestępstw, liczy się dobra zabawa odbiorców nastawionych na prostą i ciekawą detektywistyczną lekturę. Zwłaszcza ci, którzy nie przepadają za nadmiernie realistycznymi historiami, tu mogą cieszyć się ze śledzenia akcji.
tu-czytam
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
poniedziałek, 11 maja 2026
niedziela, 10 maja 2026
Karolina Lewestam: Szmaty
Czarne, Wołowiec 2026.
Snucie historii
Karolina Lewestam ma dar opowiadania tak, że zwyczajne rzeczy zamieniają się w absolutnie niezwyczajne i „Szmaty” są kolejnym na to dowodem. Opowieść z autobiograficznymi wątkami, pełna ciekawych ocen i analiz nie tyle pokolenia matek i ciotek, co ogólnie – kolejnych generacji kobiet wkraczających już w wiek poważny – urzeka sposobem przedstawiania. Tu zwyczajność zamienia się w niezwykłość, a niezwykłość – w malowanie słowami. A może raczej wyszywanie tworzenie patchworku z doświadczeń, które stały się już albo dopiero się staną udziałem kolejnych przedstawicielek płci pięknej. Bo ciuchy to coś dla mężczyzn absolutnie nieinteresującego, tylko kobiety mogą siedzieć w sklepach z odzieżą używaną i ze sterty szmat wyciągać kolejne skarby – warte ocalenia, albo takie dla kogoś. Co prawda ten ktoś może się wzdragać i nie chcieć nosić rzeczy z drugiego obiegu, ale to żadna przeszkoda dla matek i ciotek. One po prostu potrzebują bycia razem, poczucia wspólnoty płynącego z polowania na okazje i na wyjątkowe ciuchy. Szmaty to substytut dawnych spotkań przy darciu pierza, opowieści z czasów przed internetem. Tylko tak można ruszyć się z domu i zająć nie tyle wyszukiwaniem okazji, co budowaniem więzi społecznych. Wszystkie bohaterki polowania wiedzą coś o życiu i to, co wiedzą, chciałyby przekazać młodszemu pokoleniu – zawsze bardzo opornemu na przestrogi i porady starszych. A jednak od szmat nie ma ucieczki i choćby nie wiadomo jak się bronić, kiedyś przyjdzie moment, że kupa szmat wciągnie – zacznie się objawiać w sposobie myślenia i mówienia, a nawet – o zgrozo – polowania na okazje na przecenach.
Karolina Lewestam zaczyna od prześmiewczego obrazka, w którym matka i ciotki dokonują swoistych czarów nad kłębowiskiem starych ubrań. Ale z gąszczu rytuałów zaobserwowanych tam, gdzie jest wolność od obowiązków – wyłania się przepis na życie i na odkrywanie siebie. Autorka, która nie chce uczestniczyć w tym kręgu, przekonuje się, że kolejne odruchy i działania ma niemal wszczepione w tożsamość, nie umie ich porzucić, nawet jeśli stanowią dla niej obiekt żartów i drwin. Szmaty są bezlitosne – szmaty to życie. I właśnie do życia stopniowo Karolina Lewestam będzie przechodzić, zabierając czytelników ze sobą w krąg opowieści słodko-gorzkiej, boleśnie prawdziwej, ale jednocześnie zaczarowanej słowami, więc trochę złagodzonej. Szmaty nie mają końca, istnieje tylko pokoleniowa sztafeta – więc zamiast walczyć z przeznaczeniem, trzeba się podporządkować. I tak zdarzy się to, na co wcale się nie czeka.
Jest to niewielki tomik, ale bardzo skondensowany. Wypełniony spostrzeżeniami prawdziwymi i przekonującymi (a często przejmującymi przez swoją prawdziwość), a jednak stworzony tak, że odkrywa się tu nie tyle fakty, co sposób ich postrzegania – i to prawdziwa wartość książki. Karolina Lewestam pisze o czymś, co wiele kobiet zna z własnego doświadczenia (a już na pewno z obserwacji innych), ale znajduje na to nową metodę – i tym przekona do siebie czytelniczki. „Szmaty” to piękne mierzenie się z tym, co nieuchronne i zwyczajne – tyle że w niezwyczajnej wersji.
Snucie historii
Karolina Lewestam ma dar opowiadania tak, że zwyczajne rzeczy zamieniają się w absolutnie niezwyczajne i „Szmaty” są kolejnym na to dowodem. Opowieść z autobiograficznymi wątkami, pełna ciekawych ocen i analiz nie tyle pokolenia matek i ciotek, co ogólnie – kolejnych generacji kobiet wkraczających już w wiek poważny – urzeka sposobem przedstawiania. Tu zwyczajność zamienia się w niezwykłość, a niezwykłość – w malowanie słowami. A może raczej wyszywanie tworzenie patchworku z doświadczeń, które stały się już albo dopiero się staną udziałem kolejnych przedstawicielek płci pięknej. Bo ciuchy to coś dla mężczyzn absolutnie nieinteresującego, tylko kobiety mogą siedzieć w sklepach z odzieżą używaną i ze sterty szmat wyciągać kolejne skarby – warte ocalenia, albo takie dla kogoś. Co prawda ten ktoś może się wzdragać i nie chcieć nosić rzeczy z drugiego obiegu, ale to żadna przeszkoda dla matek i ciotek. One po prostu potrzebują bycia razem, poczucia wspólnoty płynącego z polowania na okazje i na wyjątkowe ciuchy. Szmaty to substytut dawnych spotkań przy darciu pierza, opowieści z czasów przed internetem. Tylko tak można ruszyć się z domu i zająć nie tyle wyszukiwaniem okazji, co budowaniem więzi społecznych. Wszystkie bohaterki polowania wiedzą coś o życiu i to, co wiedzą, chciałyby przekazać młodszemu pokoleniu – zawsze bardzo opornemu na przestrogi i porady starszych. A jednak od szmat nie ma ucieczki i choćby nie wiadomo jak się bronić, kiedyś przyjdzie moment, że kupa szmat wciągnie – zacznie się objawiać w sposobie myślenia i mówienia, a nawet – o zgrozo – polowania na okazje na przecenach.
Karolina Lewestam zaczyna od prześmiewczego obrazka, w którym matka i ciotki dokonują swoistych czarów nad kłębowiskiem starych ubrań. Ale z gąszczu rytuałów zaobserwowanych tam, gdzie jest wolność od obowiązków – wyłania się przepis na życie i na odkrywanie siebie. Autorka, która nie chce uczestniczyć w tym kręgu, przekonuje się, że kolejne odruchy i działania ma niemal wszczepione w tożsamość, nie umie ich porzucić, nawet jeśli stanowią dla niej obiekt żartów i drwin. Szmaty są bezlitosne – szmaty to życie. I właśnie do życia stopniowo Karolina Lewestam będzie przechodzić, zabierając czytelników ze sobą w krąg opowieści słodko-gorzkiej, boleśnie prawdziwej, ale jednocześnie zaczarowanej słowami, więc trochę złagodzonej. Szmaty nie mają końca, istnieje tylko pokoleniowa sztafeta – więc zamiast walczyć z przeznaczeniem, trzeba się podporządkować. I tak zdarzy się to, na co wcale się nie czeka.
Jest to niewielki tomik, ale bardzo skondensowany. Wypełniony spostrzeżeniami prawdziwymi i przekonującymi (a często przejmującymi przez swoją prawdziwość), a jednak stworzony tak, że odkrywa się tu nie tyle fakty, co sposób ich postrzegania – i to prawdziwa wartość książki. Karolina Lewestam pisze o czymś, co wiele kobiet zna z własnego doświadczenia (a już na pewno z obserwacji innych), ale znajduje na to nową metodę – i tym przekona do siebie czytelniczki. „Szmaty” to piękne mierzenie się z tym, co nieuchronne i zwyczajne – tyle że w niezwyczajnej wersji.
sobota, 9 maja 2026
Jarosław Szczyżowski: Nocny łowca
Znak, Kraków 2026.
Tajemnica z podań
Nocny łowca jako stwór, który zamieszkuje górskie odludzia to bohater opowieści snutych przeważnie przy ogniskach czy w gronie znajomych, kiedy trzeba zabić czas. Ale nocny łowca jako seryjny morderca, który pozostawia przy swoich ofiarach charakterystyczny znak – i który powraca po dwóch dekadach – to już przepis na prawdziwy lęk. Najpierw jest rok 2006 i grupa młodych ludzi pełnych nadziei na przyszłość, radosnych, uznających – całkiem słusznie – że świat tylko na nich czeka. I nagle ginie młoda kobieta, a zakochany w niej bez pamięci rówieśnik staje się głównym podejrzanym. Z tym nieszczęściem trzeba się jakoś nauczyć żyć, skoro świat nie zatrzymuje się w miejscu. I oto jesień 2026 roku – na tereny naznaczone dawnym dramatem przybywają ci, którzy kiedyś stanowili trzon przyjacielskiej grupy. I znowu zaczynają się tajemnicze śmierci w Górach Suchych, a skojarzenia i doświadczenia wiodą w przeszłość, do trudnych wspomnień. Pytanie, czy nocny łowca to wytwór zbiorowej wyobraźni, czy też komuś bardzo zależy na tym, żeby upodobnić się do istoty rodem z koszmarów – bo jest to najlepszy sposób na zamaskowanie swoich czynów. Jarosław Szczyżowski stawia na kryminał w wersji thrillerowej i mrocznej, wykorzystuje strach jako siłę napędową fabuły i pozwala czytelnikom na snucie własnych przypuszczeń na podstawie przemycanych śladów wierzeń. Powrót do tego, co pierwotne, ma przynosić lęk – nie bez powodu. Chodzi o mylenie tropów i maskowanie właściwych intencji, a także o bazowanie na odwrocie od racjonalnego myślenia – tylko tak da się popełnić zbrodnię doskonałą, przynajmniej w zamierzeniu. Po latach od jednego dramatu zaczyna się kolejny, tylko tym razem ofiar jest więcej. Atmosfera zagrożenia i pozorny brak związku między zabójstwami sprawia, że nikt nie może czuć się bezpieczny – dlatego właśnie trzeba jak najszybciej rozwiązać zagadkę. Jarosław Szczyżowski to autor, który lubi trzymać czytelników w niepewności i to samo funduje swoim bohaterom. „Nocny łowca” to opowieść budowana na odludziu – w oparciu o wyobraźnię podpowiadającą zawsze najgorsze scenariusze. Tyle że tu koszmary zamieniają się w rzeczywistość, a morderca okazuje się bezkarny.
Jest to mroczny thrillerokryminał, tom, w którym strach odgrywa rolę znacznie większą niż sceny zbrodni – Jarosław Szczyżowski wykorzystuje też odrobinę motyw gór jako miejsca, w którym wszystko może się zdarzyć. „Nocny łowca” to zestaw zagadek dla odważnych i nawiązanie do klasyki w formie i treści – nie będzie tu ani brawurowych nowatorskich rozwiązań, ani wyjątkowych wątków, liczą się za to dość mocno relacje w grupie znajomych – i fakt, jak bardzo te relacje wpływają na sposób postrzegania rzeczywistości. Szczyżowski to autor, który tworzy po prostu dobrą powieść rozrywkową – bez grama „wygodnych” dla odbiorców przyjemności. To rozwiązanie może się sprawdzić zwłaszcza gdy ktoś upodobał sobie literaturę mroczną i nawiązującą do schematów czy lokalnych opowieści.
Tajemnica z podań
Nocny łowca jako stwór, który zamieszkuje górskie odludzia to bohater opowieści snutych przeważnie przy ogniskach czy w gronie znajomych, kiedy trzeba zabić czas. Ale nocny łowca jako seryjny morderca, który pozostawia przy swoich ofiarach charakterystyczny znak – i który powraca po dwóch dekadach – to już przepis na prawdziwy lęk. Najpierw jest rok 2006 i grupa młodych ludzi pełnych nadziei na przyszłość, radosnych, uznających – całkiem słusznie – że świat tylko na nich czeka. I nagle ginie młoda kobieta, a zakochany w niej bez pamięci rówieśnik staje się głównym podejrzanym. Z tym nieszczęściem trzeba się jakoś nauczyć żyć, skoro świat nie zatrzymuje się w miejscu. I oto jesień 2026 roku – na tereny naznaczone dawnym dramatem przybywają ci, którzy kiedyś stanowili trzon przyjacielskiej grupy. I znowu zaczynają się tajemnicze śmierci w Górach Suchych, a skojarzenia i doświadczenia wiodą w przeszłość, do trudnych wspomnień. Pytanie, czy nocny łowca to wytwór zbiorowej wyobraźni, czy też komuś bardzo zależy na tym, żeby upodobnić się do istoty rodem z koszmarów – bo jest to najlepszy sposób na zamaskowanie swoich czynów. Jarosław Szczyżowski stawia na kryminał w wersji thrillerowej i mrocznej, wykorzystuje strach jako siłę napędową fabuły i pozwala czytelnikom na snucie własnych przypuszczeń na podstawie przemycanych śladów wierzeń. Powrót do tego, co pierwotne, ma przynosić lęk – nie bez powodu. Chodzi o mylenie tropów i maskowanie właściwych intencji, a także o bazowanie na odwrocie od racjonalnego myślenia – tylko tak da się popełnić zbrodnię doskonałą, przynajmniej w zamierzeniu. Po latach od jednego dramatu zaczyna się kolejny, tylko tym razem ofiar jest więcej. Atmosfera zagrożenia i pozorny brak związku między zabójstwami sprawia, że nikt nie może czuć się bezpieczny – dlatego właśnie trzeba jak najszybciej rozwiązać zagadkę. Jarosław Szczyżowski to autor, który lubi trzymać czytelników w niepewności i to samo funduje swoim bohaterom. „Nocny łowca” to opowieść budowana na odludziu – w oparciu o wyobraźnię podpowiadającą zawsze najgorsze scenariusze. Tyle że tu koszmary zamieniają się w rzeczywistość, a morderca okazuje się bezkarny.
Jest to mroczny thrillerokryminał, tom, w którym strach odgrywa rolę znacznie większą niż sceny zbrodni – Jarosław Szczyżowski wykorzystuje też odrobinę motyw gór jako miejsca, w którym wszystko może się zdarzyć. „Nocny łowca” to zestaw zagadek dla odważnych i nawiązanie do klasyki w formie i treści – nie będzie tu ani brawurowych nowatorskich rozwiązań, ani wyjątkowych wątków, liczą się za to dość mocno relacje w grupie znajomych – i fakt, jak bardzo te relacje wpływają na sposób postrzegania rzeczywistości. Szczyżowski to autor, który tworzy po prostu dobrą powieść rozrywkową – bez grama „wygodnych” dla odbiorców przyjemności. To rozwiązanie może się sprawdzić zwłaszcza gdy ktoś upodobał sobie literaturę mroczną i nawiązującą do schematów czy lokalnych opowieści.
piątek, 8 maja 2026
Andy Griffiths: Kraina zaginionych rzeczy. Misja przygoda
Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.
Wyprawa
Oni dwaj siedzą sobie w ich klubie i nic się nie dzieje. Mogliby wyruszyć na poszukiwanie przygód, ale akurat zgubili fartowną króliczą łapkę, więc woleliby się nie ruszać z miejsca. Ale nie ma obaw, przygoda i tak ich odnajdzie, podobnie jak królicza łapka i jak pirat królik bez jednej łapki. I jak książka wypełniona wątkami do wykorzystania. Zresztą – tu może się pojawić absolutnie wszystko. Na rynek wkracza przebojem nowa seria, w której Andy Griffiths popisuje się wyobraźnią nieskrępowaną żadnymi konwenansami, a Bill Hope dodaje do tego satyryczne ilustracje i prowadzi niemal drugą opowieść, tyle że zamkniętą w rysunkach. „Kraina zaginionych rzeczy. Misja przygoda” to pierwsza publikacja w serii, która ma szansę podbić serca najmłodszych fanów absurdu.
Narracja jest zwrotem do „tego drugiego”, do wyprawowego partnera, któremu autor przypomina, czego wspólnie udało się dokonać – i już sam ten zabieg zwraca uwagę na tekst. Na tekst, który w książce sprowadzony jest do niezbędnego minimum, bo ideą tej powieści komiksowej jest przedstawianie czytelnikom wydarzeń w dwóch nurtach – słownym i obrazkowym. Bill Hope celuje w obrazkach satyrycznych, szczególnie dobrze czuje się w prezentowaniu ciekawej mimiki postaci, ale wszystkich fanów serii o domku na drzewie uderzać będzie zmiana skali w rysowaniu – tu ilustrator nie bazgrze i nie tworzy pospiesznych czy pobieżnych scenek, dba o każdy detal i proponuje wielowymiarowe obrazki, z których da się całkiem sporo wyczytać. Bill Hope wydaje się dobrze rozumieć humor Griffithsa i uzupełniać go na swój – wyjątkowy – sposób. W efekcie chociaż w tej opowieści sensu jest tyle samo co w domkach na drzewie – ogląda się ten tom zupełnie inaczej. W Krainie zaginionych rzeczy zdarzyć się może absolutnie wszystko, nie ma żadnych ograniczeń, chociaż autor dba o to, żeby pewne motywy powracały – i żeby złożyły się na zamkniętą historię, jakiej poszukują dwaj łowcy przygód. Na planie pojawiają się coraz bardziej abstrakcyjni bohaterowie, w tym rozmaite czarne charaktery – chodzi o to, żeby dzieci nie nudziły się podczas czytania. Andy Griffiths nie boi się wychodzenia poza schematy, tym się bawi i tym zaprasza do książki maluchy. Stawia na ciągłe zaskakiwanie odbiorców i na fundowanie bohaterom (więc – w tym sobie) efektownych i wyzwalających różne uczucia przygód. Doświadczenia z tej książki nikogo nie będą pouczać, nie staną się wzorem ani nawet nie znajdą odniesienia do rzeczywistości pozaliterackiej – tu chodzi wyłącznie o czystą zabawę i to najbardziej może urzec czytelników stale „naprawianych” przez kolejne książki. Rozrywka też jest wartością – i o tym Griffiths pamięta. Na szczęście, bo może dzięki temu pokazać czytelnikom, jak ważne jest korzystanie z wyobraźni w codziennym życiu. Jeśli ta książka ma czegokolwiek uczyć, to właśnie tej swobody twórczej, nieskrępowania w generowaniu kolejnych przygód – i humoru pozbawionego walki. Jest to początek serii, którą warto będzie obserwować na rynku.
Wyprawa
Oni dwaj siedzą sobie w ich klubie i nic się nie dzieje. Mogliby wyruszyć na poszukiwanie przygód, ale akurat zgubili fartowną króliczą łapkę, więc woleliby się nie ruszać z miejsca. Ale nie ma obaw, przygoda i tak ich odnajdzie, podobnie jak królicza łapka i jak pirat królik bez jednej łapki. I jak książka wypełniona wątkami do wykorzystania. Zresztą – tu może się pojawić absolutnie wszystko. Na rynek wkracza przebojem nowa seria, w której Andy Griffiths popisuje się wyobraźnią nieskrępowaną żadnymi konwenansami, a Bill Hope dodaje do tego satyryczne ilustracje i prowadzi niemal drugą opowieść, tyle że zamkniętą w rysunkach. „Kraina zaginionych rzeczy. Misja przygoda” to pierwsza publikacja w serii, która ma szansę podbić serca najmłodszych fanów absurdu.
Narracja jest zwrotem do „tego drugiego”, do wyprawowego partnera, któremu autor przypomina, czego wspólnie udało się dokonać – i już sam ten zabieg zwraca uwagę na tekst. Na tekst, który w książce sprowadzony jest do niezbędnego minimum, bo ideą tej powieści komiksowej jest przedstawianie czytelnikom wydarzeń w dwóch nurtach – słownym i obrazkowym. Bill Hope celuje w obrazkach satyrycznych, szczególnie dobrze czuje się w prezentowaniu ciekawej mimiki postaci, ale wszystkich fanów serii o domku na drzewie uderzać będzie zmiana skali w rysowaniu – tu ilustrator nie bazgrze i nie tworzy pospiesznych czy pobieżnych scenek, dba o każdy detal i proponuje wielowymiarowe obrazki, z których da się całkiem sporo wyczytać. Bill Hope wydaje się dobrze rozumieć humor Griffithsa i uzupełniać go na swój – wyjątkowy – sposób. W efekcie chociaż w tej opowieści sensu jest tyle samo co w domkach na drzewie – ogląda się ten tom zupełnie inaczej. W Krainie zaginionych rzeczy zdarzyć się może absolutnie wszystko, nie ma żadnych ograniczeń, chociaż autor dba o to, żeby pewne motywy powracały – i żeby złożyły się na zamkniętą historię, jakiej poszukują dwaj łowcy przygód. Na planie pojawiają się coraz bardziej abstrakcyjni bohaterowie, w tym rozmaite czarne charaktery – chodzi o to, żeby dzieci nie nudziły się podczas czytania. Andy Griffiths nie boi się wychodzenia poza schematy, tym się bawi i tym zaprasza do książki maluchy. Stawia na ciągłe zaskakiwanie odbiorców i na fundowanie bohaterom (więc – w tym sobie) efektownych i wyzwalających różne uczucia przygód. Doświadczenia z tej książki nikogo nie będą pouczać, nie staną się wzorem ani nawet nie znajdą odniesienia do rzeczywistości pozaliterackiej – tu chodzi wyłącznie o czystą zabawę i to najbardziej może urzec czytelników stale „naprawianych” przez kolejne książki. Rozrywka też jest wartością – i o tym Griffiths pamięta. Na szczęście, bo może dzięki temu pokazać czytelnikom, jak ważne jest korzystanie z wyobraźni w codziennym życiu. Jeśli ta książka ma czegokolwiek uczyć, to właśnie tej swobody twórczej, nieskrępowania w generowaniu kolejnych przygód – i humoru pozbawionego walki. Jest to początek serii, którą warto będzie obserwować na rynku.
czwartek, 7 maja 2026
K. N. Haner: Tajemnice, które nas niszczą
Ale, Warszawa 2026.
Po latach
Wejście w dorosłość nie udało się bohaterom tej powieści. Love jako nastolatka skrycie podkochiwała się w swoim przyjacielu z dzieciństwa, Brandonie. Wiedziała, że nie ma szans na związek z nim, zwłaszcza kiedy zdarzyło się coś, co cieniem położyło się na jej późniejszych doświadczeniach. Brandon tymczasem zniszczył swoje życie przez wydarzenie, do którego by nie doszło, gdyby nie był świadkiem źródła traumy Love. Właśnie zakończył odsiadywanie ośmioletniego wyroku – może wrócić do normalności, chociaż nic nie ma. Love tymczasem wraca w rodzinne strony na pogrzeb mamy. I tak przecinają się drogi dwóch osób, które kiedyś były sobie bardzo bliskie.
K. N. Haner pisze książkę z pogranicza erotyku i romansu, opowieść, w której wszystko od pierwszych stron jest oczywiste (a to, co niedopowiedziane, łatwo daje się domyślić) – a jednak wprowadza tu jeden motyw, który przyda się bardzo czytelniczkom masowym, tym, które zwykle nie sięgają po pogłębiane analizy psychologiczne i poprzestają na prostej rozrywce. Kiedy relacja między Love a jej narzeczonym zaczyna się psuć, mężczyzna wykazuje pierwsze oznaki agresji i dominacji. Nie walczy o ukochaną kobietę, walczy o władzę – i to wszystkimi dostępnymi środkami. Na szczęście tę sytuację obserwuje z pewnego dystansu przełożona Love i to ona jest w stanie otworzyć bohaterce oczy na to, co się dzieje – i bardzo dobrze, że wcześnie uświadamia Love, przed czym należy uciekać. Bardzo dobrze nie tyle dla fabuły – bo w tej autorka wyraźnie potrzebowała powodu zmiany wektora sympatii – a dla odbiorczyń, które po tę literaturę sięgają dla rozrywki. Żeby nie było zbyt różowo, K. N. Haner w swoim obrazku bad boya, który najpierw zamordował, a teraz uzależnia się od narkotyków, nie ma hamulca: najgorsze jest to, że bohaterka wierzy, że dla niej Brandon się zmieni. Zwłaszcza – że odstawi narkotyki i będzie po problemie. Jednak ten temat jest społecznie znacznie bardziej uświadamiany niż przemoc psychiczna, więc można go potraktować po prostu jako wątek włączony do dosmaczenia akcji.
Jest tu banalna fabuła. Przewidywalność w uczuciach. Jest jednokierunkowość dla wszystkich czytelna. Ale jednak K. N. Haner pisze lepiej niż spora część autorek erotyków z rodzimego rynku. Pracuje nad narracją, stara się, żeby w jej książce było coś więcej niż intryga miłosna – i przekonuje do siebie czytelniczki właśnie w tym obszarze. Mierzy się ze stereotypami dotyczącymi literatury rozrywkowej dla mas i sama kilka z nich podtrzymuje, ale też wykorzystuje całkiem sensownie gatunek, żeby z przestrogą dotrzeć do grona, które po psychologiczne poradniki nie sięgnie. „Tajemnice, które nas niszczą” to powieść, która nie chce wspinać się na wyższe półki księgarskie – ale w swojej dziedzinie jest zupełnie wystarczająca. Zwłaszcza jeśli ktoś poszukuje nie prostego dążenia od jednego do drugiego łóżkowego spotkania, a obserwowania, jak buduje się relacja bazująca na trudnych doświadczeniach z przeszłości.
Po latach
Wejście w dorosłość nie udało się bohaterom tej powieści. Love jako nastolatka skrycie podkochiwała się w swoim przyjacielu z dzieciństwa, Brandonie. Wiedziała, że nie ma szans na związek z nim, zwłaszcza kiedy zdarzyło się coś, co cieniem położyło się na jej późniejszych doświadczeniach. Brandon tymczasem zniszczył swoje życie przez wydarzenie, do którego by nie doszło, gdyby nie był świadkiem źródła traumy Love. Właśnie zakończył odsiadywanie ośmioletniego wyroku – może wrócić do normalności, chociaż nic nie ma. Love tymczasem wraca w rodzinne strony na pogrzeb mamy. I tak przecinają się drogi dwóch osób, które kiedyś były sobie bardzo bliskie.
K. N. Haner pisze książkę z pogranicza erotyku i romansu, opowieść, w której wszystko od pierwszych stron jest oczywiste (a to, co niedopowiedziane, łatwo daje się domyślić) – a jednak wprowadza tu jeden motyw, który przyda się bardzo czytelniczkom masowym, tym, które zwykle nie sięgają po pogłębiane analizy psychologiczne i poprzestają na prostej rozrywce. Kiedy relacja między Love a jej narzeczonym zaczyna się psuć, mężczyzna wykazuje pierwsze oznaki agresji i dominacji. Nie walczy o ukochaną kobietę, walczy o władzę – i to wszystkimi dostępnymi środkami. Na szczęście tę sytuację obserwuje z pewnego dystansu przełożona Love i to ona jest w stanie otworzyć bohaterce oczy na to, co się dzieje – i bardzo dobrze, że wcześnie uświadamia Love, przed czym należy uciekać. Bardzo dobrze nie tyle dla fabuły – bo w tej autorka wyraźnie potrzebowała powodu zmiany wektora sympatii – a dla odbiorczyń, które po tę literaturę sięgają dla rozrywki. Żeby nie było zbyt różowo, K. N. Haner w swoim obrazku bad boya, który najpierw zamordował, a teraz uzależnia się od narkotyków, nie ma hamulca: najgorsze jest to, że bohaterka wierzy, że dla niej Brandon się zmieni. Zwłaszcza – że odstawi narkotyki i będzie po problemie. Jednak ten temat jest społecznie znacznie bardziej uświadamiany niż przemoc psychiczna, więc można go potraktować po prostu jako wątek włączony do dosmaczenia akcji.
Jest tu banalna fabuła. Przewidywalność w uczuciach. Jest jednokierunkowość dla wszystkich czytelna. Ale jednak K. N. Haner pisze lepiej niż spora część autorek erotyków z rodzimego rynku. Pracuje nad narracją, stara się, żeby w jej książce było coś więcej niż intryga miłosna – i przekonuje do siebie czytelniczki właśnie w tym obszarze. Mierzy się ze stereotypami dotyczącymi literatury rozrywkowej dla mas i sama kilka z nich podtrzymuje, ale też wykorzystuje całkiem sensownie gatunek, żeby z przestrogą dotrzeć do grona, które po psychologiczne poradniki nie sięgnie. „Tajemnice, które nas niszczą” to powieść, która nie chce wspinać się na wyższe półki księgarskie – ale w swojej dziedzinie jest zupełnie wystarczająca. Zwłaszcza jeśli ktoś poszukuje nie prostego dążenia od jednego do drugiego łóżkowego spotkania, a obserwowania, jak buduje się relacja bazująca na trudnych doświadczeniach z przeszłości.
środa, 6 maja 2026
Zofia Stanecka: Basia i zagadki wszechświata. Supermoce zwierząt
Harperkids, Warszawa 2026.
Przyroda
Niektóre zwierzęta mają gorszy PR od innych, przynajmniej z ludzkiej perspektywy. A już w ogóle obecność owadów, pająków czy nietoperzy wydaje się wręcz niemożliwa w historyjkach dla najmłodszych – i Basia właśnie to zmienia. Zofia Stanecka w podcyklu Basia i zagadki wszechświata sięga po sprytną sztuczkę, żeby przekonać maluchy do obserwowania malutkich stworzeń – i przy tym dbania o przyrodę. Basia spędza czas w ogródku u dziadka – i mogą ją irytować pajęczyny albo mrówki wchodzące na koc (a wieczorem – wydające dziwne piski nietoperze). Na szczęście dziadek rozsnuwa przed nią opowieść o supermocach w świecie zwierząt. I tak pająk mógłby – w odpowiedniej skali – stworzyć sieć, która złapie babcię idącą do toalety w nocy, a mrówki są jak Pippi Langstrumpf, podniosłyby konia (gdyby go miały). To sprawia, że mała Basia zupełnie inaczej patrzy na otoczenie – uczy się, jak doceniać różne zwierzęta. Oczywiście do ogrodu dziadka nie zawędrują inne ciekawe stworzenia, więc autorka wykorzystuje swoiste posłowie, miejsce w serii na eksponowanie ciekawostek bez naruszania głównego nurtu narracji. To, co Basia przeżywa, jest ciekawe dla niej – ze względu na bezpośrednie doświadczenia, a dla odbiorców ze względu na podobieństwo przeżyć i ich prawdziwość. Natomiast cały zestaw dodatków zajmuje tu drugą część książki: supermoce zwierząt domowych, pływających, albo biegających wyjaśniają kolejni członkowie rodziny. Wygląda to tak, że na górnym marginesie pojawia się drobny akapit – komentarz określonego członka rodziny (znajomego czytelników serii), a później seria akapitów (oczywiście dodawanych do intrygujących ilustracji) – o rozmaitych ciekawych wyczynach w świecie zwierząt, także tych egzotycznych. Basia dzięki temu może jawić się jako postać, która przedstawia odbiorcom świat (chociaż sama przy okazji go dopiero poznaje), a maluchy dzięki lubianej bohaterce, do której mają zaufanie, zyskają szansę na zapamiętanie atrakcyjnych wiadomości.
„Basia i zagadki wszechświata. Supermoce zwierząt” to kolejna publikacja wykorzystująca zainteresowanie cyklem o sześcioletniej rezolutnej dziewczynce – nawet jeśli na co dzień mała bohaterka nie sprawia wrażenia, jakby chciała dowiadywać się wszystkiego, to jednak z zainteresowaniem wysłuchuje opowieści dorosłych – i stara się zapamiętać co bardziej barwne z nich. Dzięki temu stale poszerza swoje umiejętności i stan wiedzy, a mali odbiorcy mogą brać z niej przykład. Tu ilustratorka, Marianna Oklejak, ma trochę więcej pracy niż w podstawowej serii – bo nie tylko świat Basi musi odbiorcom pokazać, ale też cały wachlarz rozmaitych stworzeń. Na to jednak nikt nie będzie narzekał, bo Marianna Oklejak z wyzwaniami radzi sobie znakomicie.
Humor Basi i jej prawdziwość sprawiają, że dzieci chętnie sięgać będą po kolejne propozycje sygnowane przez obecność tej bohaterki – i mogą przez to dowiadywać się czegoś o świecie. Zofia Stanecka wie doskonale, jak wykorzystywać popularność serii i jak ją rozbudowywać, żeby nie stracić zaufania czytelników i ich rodziców. Wychowała już przecież na swoich książkach pełne pokolenie.
Przyroda
Niektóre zwierzęta mają gorszy PR od innych, przynajmniej z ludzkiej perspektywy. A już w ogóle obecność owadów, pająków czy nietoperzy wydaje się wręcz niemożliwa w historyjkach dla najmłodszych – i Basia właśnie to zmienia. Zofia Stanecka w podcyklu Basia i zagadki wszechświata sięga po sprytną sztuczkę, żeby przekonać maluchy do obserwowania malutkich stworzeń – i przy tym dbania o przyrodę. Basia spędza czas w ogródku u dziadka – i mogą ją irytować pajęczyny albo mrówki wchodzące na koc (a wieczorem – wydające dziwne piski nietoperze). Na szczęście dziadek rozsnuwa przed nią opowieść o supermocach w świecie zwierząt. I tak pająk mógłby – w odpowiedniej skali – stworzyć sieć, która złapie babcię idącą do toalety w nocy, a mrówki są jak Pippi Langstrumpf, podniosłyby konia (gdyby go miały). To sprawia, że mała Basia zupełnie inaczej patrzy na otoczenie – uczy się, jak doceniać różne zwierzęta. Oczywiście do ogrodu dziadka nie zawędrują inne ciekawe stworzenia, więc autorka wykorzystuje swoiste posłowie, miejsce w serii na eksponowanie ciekawostek bez naruszania głównego nurtu narracji. To, co Basia przeżywa, jest ciekawe dla niej – ze względu na bezpośrednie doświadczenia, a dla odbiorców ze względu na podobieństwo przeżyć i ich prawdziwość. Natomiast cały zestaw dodatków zajmuje tu drugą część książki: supermoce zwierząt domowych, pływających, albo biegających wyjaśniają kolejni członkowie rodziny. Wygląda to tak, że na górnym marginesie pojawia się drobny akapit – komentarz określonego członka rodziny (znajomego czytelników serii), a później seria akapitów (oczywiście dodawanych do intrygujących ilustracji) – o rozmaitych ciekawych wyczynach w świecie zwierząt, także tych egzotycznych. Basia dzięki temu może jawić się jako postać, która przedstawia odbiorcom świat (chociaż sama przy okazji go dopiero poznaje), a maluchy dzięki lubianej bohaterce, do której mają zaufanie, zyskają szansę na zapamiętanie atrakcyjnych wiadomości.
„Basia i zagadki wszechświata. Supermoce zwierząt” to kolejna publikacja wykorzystująca zainteresowanie cyklem o sześcioletniej rezolutnej dziewczynce – nawet jeśli na co dzień mała bohaterka nie sprawia wrażenia, jakby chciała dowiadywać się wszystkiego, to jednak z zainteresowaniem wysłuchuje opowieści dorosłych – i stara się zapamiętać co bardziej barwne z nich. Dzięki temu stale poszerza swoje umiejętności i stan wiedzy, a mali odbiorcy mogą brać z niej przykład. Tu ilustratorka, Marianna Oklejak, ma trochę więcej pracy niż w podstawowej serii – bo nie tylko świat Basi musi odbiorcom pokazać, ale też cały wachlarz rozmaitych stworzeń. Na to jednak nikt nie będzie narzekał, bo Marianna Oklejak z wyzwaniami radzi sobie znakomicie.
Humor Basi i jej prawdziwość sprawiają, że dzieci chętnie sięgać będą po kolejne propozycje sygnowane przez obecność tej bohaterki – i mogą przez to dowiadywać się czegoś o świecie. Zofia Stanecka wie doskonale, jak wykorzystywać popularność serii i jak ją rozbudowywać, żeby nie stracić zaufania czytelników i ich rodziców. Wychowała już przecież na swoich książkach pełne pokolenie.
wtorek, 5 maja 2026
Phoebe Hoban: Basquiat. Życie i dziedzictwo legendy sztuki
Rebis, Poznań 2026.
Buntownik
Ta książka robi wrażenie jako wnikliwa i ciekawa analiza życia i twórczości artysty próbującego wymykać się schematom (i jednocześnie podbudowującego liczne stereotypy swoimi zachowaniami). Jean-Michel Basquiat – funkcjonujący tu jako nie tylko obiekt badań, ale i źródło fascynacji, żył krótko, jednak pozostawił po sobie nie tylko liczne prace i wspomnienia u największych artystów – ale też szereg życiowych komplikacji. Phoebe Hoban sukcesywnie je rozplątuje, wyjaśniając czytelnikom, na czym polegał fenomen Basquiata w życiu i w sztuce. Buduje bardzo obszerną książkę, w której nawet szczeniackim wybrykom nadaje odpowiednie znaczenie i wymiar – przez interpretację sytuacji z życia młodego buntowniczego artysty może ułożyć jego portret niepozbawiony sentymentu. Czytelnicy i tak wyrobią sobie własne zdanie – bo Basquiat jako artysta niepokorny nie daje się zamknąć w żadnych ramach. Co ciekawe, są tu zdjęcia z albumu rodzinnego, ale nie ma reprodukcji – mówienie o sztuce w tym wypadku musi ustąpić życiorysowym fragmentom.
Kolejni przyjaciele i znajomi twórcy, po których wspomnienia sięga Hoban, dzielą się własnymi doświadczeniami oraz obserwacjami – wiele z nich będzie się powtarzać i składać na portret ekscentryka, który w drogich garniturach poplamionych farbą nosi zwitki pieniędzy i rozdaje je będącym akurat w potrzebie przyjaciołom. Ale zza tych działań wyłania się też obraz człowieka uzależnionego od narkotyków i poszukującego wrażeń w ramionach kolejnych kobiet – to także element osobowości Basquiata. Nie ulega wątpliwości, że młodzieńcze wybryki i wykroczenia poza powszechnie przyjęte standardy składać się będą na element autoprezentacji – mamy tu do czynienia z artystą, który zrozumiał, że skoro świat postrzega go jako geniusza sztuki, to daje mu automatycznie pozwolenie na odejście od norm czy to społecznych, czy kulturowych. Basquiat pozbawiony talentu byłby po prostu nieznośnym wyrzutkiem społecznym – jednak w wersji natchnionego artysty jawi się jako wybitny człowiek. I Phoebe Hoban zdaje się wydobywać ten kontrast w swojej książce. Dba o to, żeby nie zabrakło czytelnikom informacji o towarzyskich relacjach i łamaniu reguł – przy tym wszystkim sztuka musi zejść na dalszy plan, przynajmniej na chwilę. To bardziej biografia twórcy niż analiza jego dokonań artystycznych, ale przez poważne pochylenie się nad niepoważną egzystencją Phoebe Hoban może zwrócić uwagę na sztukę samą w sobie. To się właśnie dzieje w tym sporym tomie. Co ciekawe, mimo stałego odciągania uwagi przez codzienność artysty, autorka tomu jest w stanie nakreślić jego prace w kontekście – pokazać czytelnikom, jakie kierunki w sztuce mogły Basquiata ukształtować i co miało największy wpływ na jego twórczość. Dzięki temu czytelnicy zyskają szerszą perspektywę i będą umieli umieścić dzieła w pewnej przestrzeni. Jest „Basquiat. Życie i dziedzictwo legendy sztuki” książką starannie przygotowaną – zresztą Phoebe Hoban nie może sobie pozwolić na pobieżne traktowanie wybranych wątków, bo naraziłaby się wówczas na krytykę za poszukiwanie sensacji. Spokojna analiza wydarzeń i przedstawianie ich z różnych ujęć – między innymi dzięki świadectwom bliskich – zapewnia jej znacznie więcej możliwości. I te wykorzystuje.
Buntownik
Ta książka robi wrażenie jako wnikliwa i ciekawa analiza życia i twórczości artysty próbującego wymykać się schematom (i jednocześnie podbudowującego liczne stereotypy swoimi zachowaniami). Jean-Michel Basquiat – funkcjonujący tu jako nie tylko obiekt badań, ale i źródło fascynacji, żył krótko, jednak pozostawił po sobie nie tylko liczne prace i wspomnienia u największych artystów – ale też szereg życiowych komplikacji. Phoebe Hoban sukcesywnie je rozplątuje, wyjaśniając czytelnikom, na czym polegał fenomen Basquiata w życiu i w sztuce. Buduje bardzo obszerną książkę, w której nawet szczeniackim wybrykom nadaje odpowiednie znaczenie i wymiar – przez interpretację sytuacji z życia młodego buntowniczego artysty może ułożyć jego portret niepozbawiony sentymentu. Czytelnicy i tak wyrobią sobie własne zdanie – bo Basquiat jako artysta niepokorny nie daje się zamknąć w żadnych ramach. Co ciekawe, są tu zdjęcia z albumu rodzinnego, ale nie ma reprodukcji – mówienie o sztuce w tym wypadku musi ustąpić życiorysowym fragmentom.
Kolejni przyjaciele i znajomi twórcy, po których wspomnienia sięga Hoban, dzielą się własnymi doświadczeniami oraz obserwacjami – wiele z nich będzie się powtarzać i składać na portret ekscentryka, który w drogich garniturach poplamionych farbą nosi zwitki pieniędzy i rozdaje je będącym akurat w potrzebie przyjaciołom. Ale zza tych działań wyłania się też obraz człowieka uzależnionego od narkotyków i poszukującego wrażeń w ramionach kolejnych kobiet – to także element osobowości Basquiata. Nie ulega wątpliwości, że młodzieńcze wybryki i wykroczenia poza powszechnie przyjęte standardy składać się będą na element autoprezentacji – mamy tu do czynienia z artystą, który zrozumiał, że skoro świat postrzega go jako geniusza sztuki, to daje mu automatycznie pozwolenie na odejście od norm czy to społecznych, czy kulturowych. Basquiat pozbawiony talentu byłby po prostu nieznośnym wyrzutkiem społecznym – jednak w wersji natchnionego artysty jawi się jako wybitny człowiek. I Phoebe Hoban zdaje się wydobywać ten kontrast w swojej książce. Dba o to, żeby nie zabrakło czytelnikom informacji o towarzyskich relacjach i łamaniu reguł – przy tym wszystkim sztuka musi zejść na dalszy plan, przynajmniej na chwilę. To bardziej biografia twórcy niż analiza jego dokonań artystycznych, ale przez poważne pochylenie się nad niepoważną egzystencją Phoebe Hoban może zwrócić uwagę na sztukę samą w sobie. To się właśnie dzieje w tym sporym tomie. Co ciekawe, mimo stałego odciągania uwagi przez codzienność artysty, autorka tomu jest w stanie nakreślić jego prace w kontekście – pokazać czytelnikom, jakie kierunki w sztuce mogły Basquiata ukształtować i co miało największy wpływ na jego twórczość. Dzięki temu czytelnicy zyskają szerszą perspektywę i będą umieli umieścić dzieła w pewnej przestrzeni. Jest „Basquiat. Życie i dziedzictwo legendy sztuki” książką starannie przygotowaną – zresztą Phoebe Hoban nie może sobie pozwolić na pobieżne traktowanie wybranych wątków, bo naraziłaby się wówczas na krytykę za poszukiwanie sensacji. Spokojna analiza wydarzeń i przedstawianie ich z różnych ujęć – między innymi dzięki świadectwom bliskich – zapewnia jej znacznie więcej możliwości. I te wykorzystuje.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






