Kropka, Warszawa 2026.
Misja
Odkąd kapibary odkryły, jak łatwo wyjść z zagrody w zoo (ludzie dla wygody nie zamykają przejścia technicznego), zmieniło się ich życie. Teraz nocami organizują szalone eskapady, a w dzień odsypiają, podsycając przez to przekonanie o tych gryzoniach jako o wielkich leniach. „Kapibary. Operacja Flaming” to druga książka, którą Matthäus Bär proponuje najmłodszym czytelnikom i fanom literatury przygodowej. W zasadzie to nie wszystkie kapibary ze stada mają zamiar brykać, kiedy nikt nie widzi. Tylko Tristan, Emmy i Raul, już połączeni za sprawą poprzedniego odkrycia, organizują wyprawy. Teraz jednak mają ważny powód: okazuje się, że z jednego z sąsiednich wybiegów zniknęły wszystkie flamingi. Dwadzieścia ptaków o czerwonych piórach nie mogło przecież rozpłynąć się w powietrzu. Ponieważ ich nieobecność odkryły tylko kapibary i nikogo innego to nie dziwi, Tristan i kompani muszą zacząć działać. Pod warunkiem, że uda im się połączyć fakty.
W tej części spore znaczenie odegrają zebry oraz pewien niezbyt sympatyczny urson. Do tego pandka ruda przez pomyłkę wzięta za groźnego lisa i rapujące ibisy. Trzeba sporo sprytu, żeby poradzić sobie z wyzwaniami i kolejnymi zadaniami. Bo nie wiadomo, czy da się nauczyć ursona latać, a przyda się też pomoc nowej znajomej, zalewającej się łzami z powodu szeregu pomyłek i braku akceptacji. Przede wszystkim jednak – flamingi. Najwyraźniej potrzebują wsparcia, a do tego stracą potomstwo, jeśli za chwilę nie dojdzie do zdecydowanych działań. Na szczęście kapibary są bardzo pomysłowe i nie wahają się przed podjęciem sporego nawet ryzyka. To oznacza, że dzieci będą miały przed sobą szereg silnych wrażeń i historię opowiedzianą z dużą dozą humoru.
Po raz kolejny autor uczy czytelników, że warto kierować się odwagą i pomagać słabszym. Kapibary nie zawsze wiedzą, co zrobić, czasami odpowiedzi pojawiają się nieoczekiwanie i w wyniku konkretnych zachowań, celuje w tym zwłaszcza Tristan, który nie rozważa w nieskończoność tego, co powinien zrobić – tylko rusza do czynu. Inne kapibary mogą brać z niego przykład – ale tak naprawdę to przykład nie tylko dla kapibar, a dla małych odbiorców – to oni muszą dowiedzieć się, że warto czasami kierować się w życiu instynktem, a czasem – impulsem. To stąd bierze się odwaga, która prowadzi do wielkich czynów – i to tu zaczynają się największe przygody.
„Kapibary. Operacja Flaming” to książka przygodowa w starym stylu – ale bazująca na tym, co dzisiaj modne i chwytliwe w literaturze czwartej. Autor stawia na wygodne do czytania rozdziały-całostki, w każdym z nich dzieje się mnóstwo – i każdy prowadzi do ważnej z perspektywy czytelników puenty. Matthäus Bär wcale nie chce co chwilę pouczać czytelników, podsuwa im sporo dobrej zabawy – i to, co sprawdzi się najlepiej, gdy trzeba przekonać najmłodszych do książek jako źródła rozrywki – ciekawość dalszego ciągu. Kapibary mają wyraziste charaktery i potrafią zjednać sobie małych fanów. Nie są idealne, zdarza im się kłócić czy popełniać błędy – ale kiedy działają w drużynie, osiągają naprawdę sporo. Na przykład – uratują flamingi, których zniknięcia nikt inny nie zauważył. Anika Voigt dodaje do tej historii barwne i bardzo miłe w wyrazie ilustracje – tak, żeby do przygód kapibar wszyscy chcieli zaglądać jak najczęściej.
tu-czytam
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
czwartek, 13 sierpnia 2026
środa, 12 sierpnia 2026
Catherine Bell: Jane Austen. Miłość, która stała się literaturą
Marginesy, Warszawa 2026.
Życie literaturą
Jane Austen stworzyła historie, które nie poddały się upływowi czasu – wciąż w „Dumie i uprzedzeniu” czy „Rozważnej i romantycznej” zaczytują się kolejne pokolenia idealistek – i bez względu na przebrzmiałe motywy społeczne, siła emocji sprawia, że odbiorczynie tę autorkę wciąż cenią. Pojawia się teraz na rynku książka „Jane Austen. Miłość, która stała się literaturą” – powieść biografizowana autorstwa Catherine Bell, wykorzystująca fragmenty książek Jane Austen.
Autorka tomu wykorzystuje modę na literaturę biograficzno-obyczajową, w której sięga się po wybrane wątki z życiorysów i rozwija w fabułę. Jane Austen też może stać się bohaterką przyciągającą rzesze fanek, zwłaszcza tych, które są ciekawe, na ile doświadczenia życiowe przekładać się mogą na literaturę. W tej książce jest wątek miłosny – i to niejeden, bo w grę wchodzą też między innymi doświadczenia siostry Jane. Jane Austen może pisać o wielkiej miłości, albo portretować intrygujących mężczyzn – nawet wtedy (a może zwłaszcza wtedy), kiedy w jej egzystencji nie dzieje się nic wartego uwagi. Potrafi tworzyć sceny, które trafiają do wyobraźni i przekonania czytelniczek – nawet tych znajomych, które uczestniczą po prostu w głośnym czytaniu. Ale Jane Austen z przeszłości – ta walcząca o swoje miejsce na rynku literatury – to Jane Austen niepewna siebie. Nie wie jeszcze, jak wielki sukces odniesie. Czeka na ruch wydawców, którzy mieli podjąć się wydania jednej z historii – mimo podpisanej umowy jednak nic się nie dzieje. To z kolei sprawia, że bohaterka nie może przystąpić do pisania innych książek. Dylematy Jane Austen są znane wszystkim twórcom – i stanowią tło do wydarzeń obyczajowych. I Jane, i jej siostra, borykają się tu z wielką stratą, z rozczarowaniami i z brakiem możliwości realizowania marzeń – a to sprawia, że proza życia mocno wpływa na ich nastroje. Catherine Bell przygląda się temu, a jeśli znajdzie się relacja, którą będzie można bardziej rozwinąć ku uciesze odbiorczyń, może skupić na niej uwagę. Jane Austen to nie tylko autorka, której się kibicuje, ale też kobieta poszukująca prawdziwej miłości – i kto wie, czy ta druga rola nie będzie dla czytelniczek jeszcze bardziej atrakcyjna.
Rzadko się jednak zdarza, żeby w powieściach obyczajowych i romansowych bazujących na prawdziwych losach wykorzystywać fragmenty oryginalnej prozy. Dla Catherine Bell to zabieg naturalny – wplata do swojej książki strony pisane przez bohaterkę, być może dzięki temu łatwiej będzie jej uprawdopodobnić postać i zachęcić czytelników do sięgania po klasykę literatury. „Jane Austen. Miłość, która stała się literaturą” to opowieść o tym, jak mógł wyglądać drobny wyimek z życia dorosłej i rozmarzonej Jane Austen – próba pokazania, że nie zawsze droga do spełniania marzeń jest łatwa i przyjemna, ale jeśli chce się coś robić w życiu, to zawsze warto poświęcić wszystkie siły na realizację pragnienia. Co ciekawe – i powraca czasami w książce – dla Jane Austen możliwość pisania to jednocześnie możliwość decydowania o sobie. Droga do samodzielności przez literaturę – w czasach, w których kobiety miały po prostu dobrze wychodzić za mąż – to motyw, który dzisiejszym odbiorczyniom niekoniecznie przyjdzie do głowy.
Życie literaturą
Jane Austen stworzyła historie, które nie poddały się upływowi czasu – wciąż w „Dumie i uprzedzeniu” czy „Rozważnej i romantycznej” zaczytują się kolejne pokolenia idealistek – i bez względu na przebrzmiałe motywy społeczne, siła emocji sprawia, że odbiorczynie tę autorkę wciąż cenią. Pojawia się teraz na rynku książka „Jane Austen. Miłość, która stała się literaturą” – powieść biografizowana autorstwa Catherine Bell, wykorzystująca fragmenty książek Jane Austen.
Autorka tomu wykorzystuje modę na literaturę biograficzno-obyczajową, w której sięga się po wybrane wątki z życiorysów i rozwija w fabułę. Jane Austen też może stać się bohaterką przyciągającą rzesze fanek, zwłaszcza tych, które są ciekawe, na ile doświadczenia życiowe przekładać się mogą na literaturę. W tej książce jest wątek miłosny – i to niejeden, bo w grę wchodzą też między innymi doświadczenia siostry Jane. Jane Austen może pisać o wielkiej miłości, albo portretować intrygujących mężczyzn – nawet wtedy (a może zwłaszcza wtedy), kiedy w jej egzystencji nie dzieje się nic wartego uwagi. Potrafi tworzyć sceny, które trafiają do wyobraźni i przekonania czytelniczek – nawet tych znajomych, które uczestniczą po prostu w głośnym czytaniu. Ale Jane Austen z przeszłości – ta walcząca o swoje miejsce na rynku literatury – to Jane Austen niepewna siebie. Nie wie jeszcze, jak wielki sukces odniesie. Czeka na ruch wydawców, którzy mieli podjąć się wydania jednej z historii – mimo podpisanej umowy jednak nic się nie dzieje. To z kolei sprawia, że bohaterka nie może przystąpić do pisania innych książek. Dylematy Jane Austen są znane wszystkim twórcom – i stanowią tło do wydarzeń obyczajowych. I Jane, i jej siostra, borykają się tu z wielką stratą, z rozczarowaniami i z brakiem możliwości realizowania marzeń – a to sprawia, że proza życia mocno wpływa na ich nastroje. Catherine Bell przygląda się temu, a jeśli znajdzie się relacja, którą będzie można bardziej rozwinąć ku uciesze odbiorczyń, może skupić na niej uwagę. Jane Austen to nie tylko autorka, której się kibicuje, ale też kobieta poszukująca prawdziwej miłości – i kto wie, czy ta druga rola nie będzie dla czytelniczek jeszcze bardziej atrakcyjna.
Rzadko się jednak zdarza, żeby w powieściach obyczajowych i romansowych bazujących na prawdziwych losach wykorzystywać fragmenty oryginalnej prozy. Dla Catherine Bell to zabieg naturalny – wplata do swojej książki strony pisane przez bohaterkę, być może dzięki temu łatwiej będzie jej uprawdopodobnić postać i zachęcić czytelników do sięgania po klasykę literatury. „Jane Austen. Miłość, która stała się literaturą” to opowieść o tym, jak mógł wyglądać drobny wyimek z życia dorosłej i rozmarzonej Jane Austen – próba pokazania, że nie zawsze droga do spełniania marzeń jest łatwa i przyjemna, ale jeśli chce się coś robić w życiu, to zawsze warto poświęcić wszystkie siły na realizację pragnienia. Co ciekawe – i powraca czasami w książce – dla Jane Austen możliwość pisania to jednocześnie możliwość decydowania o sobie. Droga do samodzielności przez literaturę – w czasach, w których kobiety miały po prostu dobrze wychodzić za mąż – to motyw, który dzisiejszym odbiorczyniom niekoniecznie przyjdzie do głowy.
wtorek, 11 sierpnia 2026
Magdalena Kordel: Jeszcze jedno lato
Znak, Kraków 2026.
Szarość
Lilianna jeszcze nigdy nie była naprawdę szczęśliwa. No, może raz, kiedy od przyjaciółki dostała piękną czerwoną sukienkę i mogła się poczuć wyjątkowo. Ta sukienka spoczywa głęboko na dnie kufra, starannie ukryta przed ludzkim wzrokiem – nie tylko dlatego, żeby nikt nie rozszyfrował tajemnicy starszej już kobiety, ale też dlatego, że minął jej czas. Teraz już nie ma o kogo zawalczyć, nie ma komu podobać się w niezwykłym stroju. Lilianna wybrała szarość, a właściwie została na nią skazana. Najpierw przez matkę, która nie nauczyła swojej pociechy wiary w siebie, za to tłamsiła ją na każdym kroku, później przez córkę – równie okrutną i pozbawioną empatii. Teraz Lilianna boleśnie uświadamia sobie, że zmarnowała życie, nie ma rodziny, a na córkę nie może liczyć. Wprawdzie istnieją przyjaciółki – bardzo szczęśliwe w domu spokojnej starości prowadzonym tak, że większość czytelników zacznie szukać podobnego miejsca dla siebie na przyszłość – ale to nie to samo. Lilianna chciałaby być komuś potrzebna. Tyle że standardowe rozwiązania powielane do tej pory w obyczajówkach to za mało. I dlatego kobieta decyduje się na radykalne działanie. Po raz pierwszy wybierze kolor, ale wcale nie dlatego, żeby zacząć nowe życie.
Magdalena Kordel w książce „Jeszcze jedno lato” stawia na to, co najlepiej potrafi, tworzy prostą i krótką powieść o olbrzymim ładunku emocjonalnym. Bohaterka – kobieta, której brutalnie odebrano marzenia – nie ma już wyjścia. Jest na tyle inteligentna, żeby rozumieć swoje położenie i na tyle zmęczona, żeby podjąć kroki, jakich nikt by się po starszej pani nie spodziewał. Ta powieść to wołanie o pomoc dla tych najmniej zauważanych, którzy noszą w sobie przykre historie i nie mogą się nimi z nikim podzielić. Co ważne, Magdalena Kordel pokazuje, w którym momencie następują życiowe przełomy i zmiany – i jakie konsekwencje mogą mieć. Ale przypomina też odbiorczyniom, że każda chwila jest doskonała na zmiany i na odcięcie się od dotychczasowego więzienia: trzeba tylko zdecydować się na wysiłek i odwagę, a przede wszystkim dać sobie szansę. Lilianna nie pasuje do wydarzeń, które mają się tu rozegrać, ale Magdalena Kordel przez długi czas w lekturze jest w stanie budzić niepokój i pokazywać dążenie do ostateczności – właśnie po to, żeby wstrząsnąć czytelnikami i przypomnieć im, jakich sygnałów przeoczyć nie wolno.
I mimo bardzo trudnego tematu, autorce udaje się wprowadzić to, za co kochają ją czytelniczki: poczucie humoru i niesienie pokrzepienia wszystkim. „Jeszcze jedno lato” to kolejna książka o tym, że na wszystko znajdzie się sposób, nawet jeśli ten sposób wymagać będzie sporego nakładu pracy – a jedna decyzja z pewnością pociągnie za sobą następne. Nie da się powiedzieć, że „Jeszcze jedno lato” to powieść wakacyjna – to książka na zawsze, książka, która ma przestrzegać i wyczulać na ukrywane skrzętnie problemy, a tym pozbawionym nadziei sugerować, że są dalej potrzebni – tylko niekoniecznie tym, na których zwracają uwagę. „Jeszcze jedno lato” przełamuje konwencję „babskiego czytadła” wybieranego tylko i wyłącznie dla rozrywki – autorce udaje się tu przemycić bardzo ważną kwestię.
Szarość
Lilianna jeszcze nigdy nie była naprawdę szczęśliwa. No, może raz, kiedy od przyjaciółki dostała piękną czerwoną sukienkę i mogła się poczuć wyjątkowo. Ta sukienka spoczywa głęboko na dnie kufra, starannie ukryta przed ludzkim wzrokiem – nie tylko dlatego, żeby nikt nie rozszyfrował tajemnicy starszej już kobiety, ale też dlatego, że minął jej czas. Teraz już nie ma o kogo zawalczyć, nie ma komu podobać się w niezwykłym stroju. Lilianna wybrała szarość, a właściwie została na nią skazana. Najpierw przez matkę, która nie nauczyła swojej pociechy wiary w siebie, za to tłamsiła ją na każdym kroku, później przez córkę – równie okrutną i pozbawioną empatii. Teraz Lilianna boleśnie uświadamia sobie, że zmarnowała życie, nie ma rodziny, a na córkę nie może liczyć. Wprawdzie istnieją przyjaciółki – bardzo szczęśliwe w domu spokojnej starości prowadzonym tak, że większość czytelników zacznie szukać podobnego miejsca dla siebie na przyszłość – ale to nie to samo. Lilianna chciałaby być komuś potrzebna. Tyle że standardowe rozwiązania powielane do tej pory w obyczajówkach to za mało. I dlatego kobieta decyduje się na radykalne działanie. Po raz pierwszy wybierze kolor, ale wcale nie dlatego, żeby zacząć nowe życie.
Magdalena Kordel w książce „Jeszcze jedno lato” stawia na to, co najlepiej potrafi, tworzy prostą i krótką powieść o olbrzymim ładunku emocjonalnym. Bohaterka – kobieta, której brutalnie odebrano marzenia – nie ma już wyjścia. Jest na tyle inteligentna, żeby rozumieć swoje położenie i na tyle zmęczona, żeby podjąć kroki, jakich nikt by się po starszej pani nie spodziewał. Ta powieść to wołanie o pomoc dla tych najmniej zauważanych, którzy noszą w sobie przykre historie i nie mogą się nimi z nikim podzielić. Co ważne, Magdalena Kordel pokazuje, w którym momencie następują życiowe przełomy i zmiany – i jakie konsekwencje mogą mieć. Ale przypomina też odbiorczyniom, że każda chwila jest doskonała na zmiany i na odcięcie się od dotychczasowego więzienia: trzeba tylko zdecydować się na wysiłek i odwagę, a przede wszystkim dać sobie szansę. Lilianna nie pasuje do wydarzeń, które mają się tu rozegrać, ale Magdalena Kordel przez długi czas w lekturze jest w stanie budzić niepokój i pokazywać dążenie do ostateczności – właśnie po to, żeby wstrząsnąć czytelnikami i przypomnieć im, jakich sygnałów przeoczyć nie wolno.
I mimo bardzo trudnego tematu, autorce udaje się wprowadzić to, za co kochają ją czytelniczki: poczucie humoru i niesienie pokrzepienia wszystkim. „Jeszcze jedno lato” to kolejna książka o tym, że na wszystko znajdzie się sposób, nawet jeśli ten sposób wymagać będzie sporego nakładu pracy – a jedna decyzja z pewnością pociągnie za sobą następne. Nie da się powiedzieć, że „Jeszcze jedno lato” to powieść wakacyjna – to książka na zawsze, książka, która ma przestrzegać i wyczulać na ukrywane skrzętnie problemy, a tym pozbawionym nadziei sugerować, że są dalej potrzebni – tylko niekoniecznie tym, na których zwracają uwagę. „Jeszcze jedno lato” przełamuje konwencję „babskiego czytadła” wybieranego tylko i wyłącznie dla rozrywki – autorce udaje się tu przemycić bardzo ważną kwestię.
poniedziałek, 10 sierpnia 2026
Jerzy Strzelczyk: Mity, podania i wierzenia dawnych Słowian
Rebis, Poznań 2026.
Bez bóstw
W pewnym momencie – trochę jako kontrapunkt dla mitologii nordyckiej i celtyckiej długo nieobecnych w szkołach, a przywracanych do łask obok mitów greckich i rzymskich – zaczęto pytać o mitologię Słowiańszczyzny i o bóstwa czy wierzenia, które powstawały na terenach Europy środkowej i wschodniej. I szybko pojawił się problem dotyczący niezbyt dużej liczby zachowanych przekazów, za to sporej liczby kreatorów i twórców, którzy postanowili lukę w wiedzy wypełnić domysłami oraz bajaniami. Kiedy już odbiorcy przekonali się, że faktycznie Słowianie swoje bóstwa mieli, a część ich przekonań przetrwała w pozornie niewinnych dzisiejszych zwyczajach albo zachowanych jeszcze tradycjach – kiedy zdążyli się oswoić z myślą o istnieniu ludowej wyobraźni z czasów bez pisanych źródeł – zaczęła się moda na mity słowiańskie przedstawiane czytelnikom w wersji pop. I teraz Jerzy Strzelczyk próbuje wszystko uporządkować, zebrać i uświadomić czytelnikom, co naprawdę funkcjonowało w świadomości zbiorowej, a co było tylko wymysłem na potrzeby dzisiejszych konsumentów treści. „Mity, podania i wierzenia dawnych Słowian” to książka przygotowana jak leksykon. Poszczególne zagadnienia zostały tu opracowane w formie krótkich artykułów hasłowych i uporządkowane alfabetycznie. Na początku jednak autor bardzo szczegółowo wyjaśnia, z jakich źródeł będzie korzystać przy tworzeniu pracy i dlaczego odrzuca pewne spostrzeżenia – to ważne, bo zależy mu na jakości, a nie tylko na popularyzowaniu wiadomości. W swojej książce koncentruje się na realnych i wyimaginowanych postaciach – bohaterach, którzy funkcjonowali w samych podaniach albo w mitotwórczej sferze, przyczyniając się do zachowania jakiejś legendy. Prezentuje też hasłowo wydarzenia lub zwyczaje, elementy obrzędów albo miejsca, w których zostały znalezione na przykład figurki używane podczas obrzędów. Przy bóstwach najczęściej posługuje się określeniem „rzekome”, żeby zaznaczyć, kiedy nie uda się znaleźć potwierdzenia w skąpych materiałach źródłowych.
Z jednej strony mamy tu zatem legendarnych władców i rzekome bóstwa – oraz czasami istoty, które spotykamy w dzisiejszych bajkach – z drugiej cały zestaw faktów i wyników badań. Autor koncentruje się bowiem na konkretach w rodzaju odkryć archeologicznych, miejsc i prawdziwych władców – to przybliża czytelnikom w oparciu o opracowania, ale stara się wydobyć esencję wiadomości, tak, żeby czytelnicy nie musieli decydować, które informacje są najistotniejsze. Nie ma tutaj miejsca na snucie fabuł i narracji, nie do tego ten leksykon służy – tu liczy się zgromadzenie wszystkiego, co może rzucić nowe światło na wiedzę dotyczącą wierzeń praSłowian. To się autorowi bardzo dobrze udaje i jedynym jego problemem wydaje się tutaj konieczność ograniczania materiału badawczego – albo zawężania go pod kątem geograficznym. Ta książka będzie cenna dla wszystkich tych, którym nie wystarczają przetworzone legendy i podania w stylu pop, którzy chcieliby czystej wiedzy i punktów odniesienia. Jerzy Strzelczyk zgrabnie przeprowadza czytelników przez świat słowiańskich wierzeń z czasów przedchrześcijańskich – i sprawia, że mitologia słowiańska zaczyna się jawić jako pełna niespodzianek i ciekawostek.
Bez bóstw
W pewnym momencie – trochę jako kontrapunkt dla mitologii nordyckiej i celtyckiej długo nieobecnych w szkołach, a przywracanych do łask obok mitów greckich i rzymskich – zaczęto pytać o mitologię Słowiańszczyzny i o bóstwa czy wierzenia, które powstawały na terenach Europy środkowej i wschodniej. I szybko pojawił się problem dotyczący niezbyt dużej liczby zachowanych przekazów, za to sporej liczby kreatorów i twórców, którzy postanowili lukę w wiedzy wypełnić domysłami oraz bajaniami. Kiedy już odbiorcy przekonali się, że faktycznie Słowianie swoje bóstwa mieli, a część ich przekonań przetrwała w pozornie niewinnych dzisiejszych zwyczajach albo zachowanych jeszcze tradycjach – kiedy zdążyli się oswoić z myślą o istnieniu ludowej wyobraźni z czasów bez pisanych źródeł – zaczęła się moda na mity słowiańskie przedstawiane czytelnikom w wersji pop. I teraz Jerzy Strzelczyk próbuje wszystko uporządkować, zebrać i uświadomić czytelnikom, co naprawdę funkcjonowało w świadomości zbiorowej, a co było tylko wymysłem na potrzeby dzisiejszych konsumentów treści. „Mity, podania i wierzenia dawnych Słowian” to książka przygotowana jak leksykon. Poszczególne zagadnienia zostały tu opracowane w formie krótkich artykułów hasłowych i uporządkowane alfabetycznie. Na początku jednak autor bardzo szczegółowo wyjaśnia, z jakich źródeł będzie korzystać przy tworzeniu pracy i dlaczego odrzuca pewne spostrzeżenia – to ważne, bo zależy mu na jakości, a nie tylko na popularyzowaniu wiadomości. W swojej książce koncentruje się na realnych i wyimaginowanych postaciach – bohaterach, którzy funkcjonowali w samych podaniach albo w mitotwórczej sferze, przyczyniając się do zachowania jakiejś legendy. Prezentuje też hasłowo wydarzenia lub zwyczaje, elementy obrzędów albo miejsca, w których zostały znalezione na przykład figurki używane podczas obrzędów. Przy bóstwach najczęściej posługuje się określeniem „rzekome”, żeby zaznaczyć, kiedy nie uda się znaleźć potwierdzenia w skąpych materiałach źródłowych.
Z jednej strony mamy tu zatem legendarnych władców i rzekome bóstwa – oraz czasami istoty, które spotykamy w dzisiejszych bajkach – z drugiej cały zestaw faktów i wyników badań. Autor koncentruje się bowiem na konkretach w rodzaju odkryć archeologicznych, miejsc i prawdziwych władców – to przybliża czytelnikom w oparciu o opracowania, ale stara się wydobyć esencję wiadomości, tak, żeby czytelnicy nie musieli decydować, które informacje są najistotniejsze. Nie ma tutaj miejsca na snucie fabuł i narracji, nie do tego ten leksykon służy – tu liczy się zgromadzenie wszystkiego, co może rzucić nowe światło na wiedzę dotyczącą wierzeń praSłowian. To się autorowi bardzo dobrze udaje i jedynym jego problemem wydaje się tutaj konieczność ograniczania materiału badawczego – albo zawężania go pod kątem geograficznym. Ta książka będzie cenna dla wszystkich tych, którym nie wystarczają przetworzone legendy i podania w stylu pop, którzy chcieliby czystej wiedzy i punktów odniesienia. Jerzy Strzelczyk zgrabnie przeprowadza czytelników przez świat słowiańskich wierzeń z czasów przedchrześcijańskich – i sprawia, że mitologia słowiańska zaczyna się jawić jako pełna niespodzianek i ciekawostek.
BAJKI Z UŚMIECHEM - część 8
czyta Władysław Sikora:
bajki z uśmiechem - część 8
pełna playlista dostępna pod adresem https://www.youtube.com/playlist?list=PLHiGmkjXf7dAsh4N1ZS_TsB87gNsMPzf5
bajki z uśmiechem - część 8
pełna playlista dostępna pod adresem https://www.youtube.com/playlist?list=PLHiGmkjXf7dAsh4N1ZS_TsB87gNsMPzf5
niedziela, 9 sierpnia 2026
Kelsey McKinney: Tylko nie mów nikomu. Dlaczego lubimy plotkować
Mando, Kraków 2026.
Kultura plotki
Pisze Kelsey McKinney książkę ważną i wartościową, chociaż część odbiorców może się zastanowić nad tym tytułem ze względu na temat, który sugeruje błahostkę czy coś niewartego uwagi. „Tylko nie mów nikomu. Dlaczego lubimy plotkować” to jednak publikacja cenna ze względów kulturoznawczych i społecznych, a do tego – świetnie napisana, w sposób, który pokaże czytelnikom wiele niedostrzeganych na co dzień aspektów plotki jako takiej. Dla autorki zajmowanie się plotkami – pod kątem popularnonaukowym – to jednocześnie szansa na znalezienie swojego miejsca w społeczności: doświadczeniami osobistymi dzieli się od czasu do czasu, nie są one jednak niezbędne w lekturze. Podtrzymują ją za to i uświadamiają czytelnikom, jak dobrze autorka radzi sobie w tej tematyce także pod względem praktycznym. Dla McKinney plotka to nic złego, wprost przeciwnie – to informacja, która buduje więzi społeczne, a w skrajnych przypadkach może być wykorzystywana do ratowania życia. Plotka pozwala dziewczynom chronić się nawzajem przed zakusami seryjnych podrywaczy, daje szansę na wymierzenie sprawiedliwości w wymiarze mikro bez popełniania samosądów i dostarcza dreszczyku emocji – zwłaszcza kiedy wypuszczona w odpowiednim kształcie wraca z identycznymi jak u autora akcentami. Plotka to nie tylko sposób na zabicie czasu – to szansa na rozbudowywanie znajomości i na swoisty barterowy handel między zainteresowanymi stronami. Plotka niekoniecznie musi krzywdzić – dla tej autorki wręcz nie ma wad. I dlatego jej spojrzenie może być bardzo cenne. Autorka bada plotkę z różnych perspektyw i wykorzystuje też materiały zbierane do podkastu, stale rozszerza swoje pojmowanie plotki i przekonuje do tego odbiorców. Plotka w tym ujęciu oznacza też umiejętność opowiadania bazującej na emocjach historii – McKinney zwierza się między innymi z prób nauczenia chataGPT tworzenia plotek, lub przerabiania danych na poetykę plotki. I w tym wszystkim przywraca w świadomości naukowej miejsce zjawiska istniejącego od zawsze, a jednak zwykle bagatelizowanego. Dla czytelników może to być spotkanie odświeżające i inspirujące jednocześnie. Wydaje się, że w tomie „Tylko nie mów nikomu” nie ma miejsca na strukturalistyczne podejście, narracja ma być jak najbardziej zbliżona do samej poetyki plotki – świeża, atrakcyjna i wciągająca. Ponieważ autorka nie chce dostrzegać negatywnych elementów plotkowania jako takiego, a koncentruje się na tym, co dobrego plotka robi w społeczeństwie, przyniesie odbiorcom nowe podejście. Nie zabraknie w tej opowieści plotek w popkulturze i w opracowaniach naukowych, a także plotek w utworach przenikających do zbiorowej świadomości. Wydaje się, że nikt tak dobrze nie wytropi sedna plotek jak McKinney – dlatego warto sięgnąć po tę książkę i pochylić się nad szeptanymi tajemnicami czy uczuciami zaklętymi w opowieści. Będzie tu okazja, żeby przenieść się do wydarzeń pozornie błahych a budujących świat kultury popularnej z szerokich mediów, będzie też okazja, żeby zastanowić się nad tym, jak plotkę postrzegali artyści – ale nade wszystko McKinney zaprasza do refleksji i do pracy nad jakością przekazywanych historii. W plotkach liczą się inni – ale niekoniecznie w sposób, do którego odbiorcy są przyzwyczajeni.
Kultura plotki
Pisze Kelsey McKinney książkę ważną i wartościową, chociaż część odbiorców może się zastanowić nad tym tytułem ze względu na temat, który sugeruje błahostkę czy coś niewartego uwagi. „Tylko nie mów nikomu. Dlaczego lubimy plotkować” to jednak publikacja cenna ze względów kulturoznawczych i społecznych, a do tego – świetnie napisana, w sposób, który pokaże czytelnikom wiele niedostrzeganych na co dzień aspektów plotki jako takiej. Dla autorki zajmowanie się plotkami – pod kątem popularnonaukowym – to jednocześnie szansa na znalezienie swojego miejsca w społeczności: doświadczeniami osobistymi dzieli się od czasu do czasu, nie są one jednak niezbędne w lekturze. Podtrzymują ją za to i uświadamiają czytelnikom, jak dobrze autorka radzi sobie w tej tematyce także pod względem praktycznym. Dla McKinney plotka to nic złego, wprost przeciwnie – to informacja, która buduje więzi społeczne, a w skrajnych przypadkach może być wykorzystywana do ratowania życia. Plotka pozwala dziewczynom chronić się nawzajem przed zakusami seryjnych podrywaczy, daje szansę na wymierzenie sprawiedliwości w wymiarze mikro bez popełniania samosądów i dostarcza dreszczyku emocji – zwłaszcza kiedy wypuszczona w odpowiednim kształcie wraca z identycznymi jak u autora akcentami. Plotka to nie tylko sposób na zabicie czasu – to szansa na rozbudowywanie znajomości i na swoisty barterowy handel między zainteresowanymi stronami. Plotka niekoniecznie musi krzywdzić – dla tej autorki wręcz nie ma wad. I dlatego jej spojrzenie może być bardzo cenne. Autorka bada plotkę z różnych perspektyw i wykorzystuje też materiały zbierane do podkastu, stale rozszerza swoje pojmowanie plotki i przekonuje do tego odbiorców. Plotka w tym ujęciu oznacza też umiejętność opowiadania bazującej na emocjach historii – McKinney zwierza się między innymi z prób nauczenia chataGPT tworzenia plotek, lub przerabiania danych na poetykę plotki. I w tym wszystkim przywraca w świadomości naukowej miejsce zjawiska istniejącego od zawsze, a jednak zwykle bagatelizowanego. Dla czytelników może to być spotkanie odświeżające i inspirujące jednocześnie. Wydaje się, że w tomie „Tylko nie mów nikomu” nie ma miejsca na strukturalistyczne podejście, narracja ma być jak najbardziej zbliżona do samej poetyki plotki – świeża, atrakcyjna i wciągająca. Ponieważ autorka nie chce dostrzegać negatywnych elementów plotkowania jako takiego, a koncentruje się na tym, co dobrego plotka robi w społeczeństwie, przyniesie odbiorcom nowe podejście. Nie zabraknie w tej opowieści plotek w popkulturze i w opracowaniach naukowych, a także plotek w utworach przenikających do zbiorowej świadomości. Wydaje się, że nikt tak dobrze nie wytropi sedna plotek jak McKinney – dlatego warto sięgnąć po tę książkę i pochylić się nad szeptanymi tajemnicami czy uczuciami zaklętymi w opowieści. Będzie tu okazja, żeby przenieść się do wydarzeń pozornie błahych a budujących świat kultury popularnej z szerokich mediów, będzie też okazja, żeby zastanowić się nad tym, jak plotkę postrzegali artyści – ale nade wszystko McKinney zaprasza do refleksji i do pracy nad jakością przekazywanych historii. W plotkach liczą się inni – ale niekoniecznie w sposób, do którego odbiorcy są przyzwyczajeni.
sobota, 8 sierpnia 2026
Olga Rudnicka: Nie odpuszczę ci aż do śmierci
Prószyński i S-ka, Warszawa 2026.
Związek z teściową
Nie mam pojęcia, co chciało uzyskać wydawnictwo, kiedy najnowszą książkę Olgi Rudnickiej zaklasyfikowało jako „komedię obyczajową”. Nie dajcie się zwieść, to raczej ostra satyra psychologiczna i nie da się jej czytać dla wytchnienia, raczej dla przerysowanych okrucieństw, jakich można zaznać ze strony innych ludzi. Bohaterką, przeciwko której zwiera się szyki, jest Elwira Kurzajka: trzydziestoletnia zakochana kobieta, która robi karierę i planuje założenie rodziny. Elwira jest bardzo zakochana w Adamie Śmietanie, niedługo wyjdzie za niego za mąż – i ignoruje ostrzeżenie ze strony przyszłej szwagierki, zwłaszcza że nie ma pojęcia, czego naprawdę ono dotyczy. Adam to mąż idealny. Gotuje, sprząta, pierze… to znaczy prawie. Organizuje to wszystko, a właściwie prosi mamę, żeby wykonała za niego znienawidzone prace domowe. Elwira o niczym nie musi wiedzieć, za to dla mamy to żaden problem: po pierwsze kocha syna, a po drugie czynności gospodarskie ma w małym palcu, a do tego jest mistrzynią organizacji. Ważne, żeby nie zostawiała śladów swojej obecności, bo to mogłoby Elwirę przestraszyć albo, co gorsza, wybić z przekonania, że jej wybranek to ideał. „Mamusia” traktuje jednak obecność synowej jak wyzwanie i okazję do prowadzenia wojen podjazdowych. Jest wyjątkowo pomysłowa w zatruwaniu Elwirze życia, bo liczy na to, że synowa się podda i załamie. Nie wie jednak, na kogo trafiła.
I o ile motywy obyczajowe Olga Rudnicka w kryminałach rozwijała fantastycznie, o tyle w przypadku komedii obyczajowej coś ją blokuje. Najpierw akcja długo rozgrywa się wokół stołów, jest statyczna do bólu i mało widowiskowa, cały komizm ma się kryć w nietransparentnej narracji i w rozwiązaniach formalnych, a nie w fabule. Zupełnie jakby cały śmiech krył się w sposobach prezentacji bohaterów – nigdzie więcej nie ma na niego miejsca, zwłaszcza że rozwój akcji i kierunek fabuły nie pozostawiają miejsca na komediową radość. Rudnicka rejestruje rozpad małżeństwa – rozpad powodowany przez toksyczną teściową. I nie ma tu znaczenia, że bohaterowie częściowo zapracowują sobie na taki los, liczy się właściwie tylko równia pochyła. Autorka sięga po satyrę, ale jest to satyra niszcząca, bazująca na stracie a nie na budowaniu. To utrudnia relaks, a wręcz go uniemożliwia. Sprawia też, że powieści brakuje lekkości – zupełnie jakby autorka bała się mniej przerobionego gatunku. Co zabawne: gdyby ta książka nie była sygnowana jako „komedia kryminalna”, bardziej przekonywałaby do siebie odbiorców, zwłaszcza w połączeniu z nazwiskiem autorki – przecież Olga Rudnicka udowodniła, że pisać z uśmiechem potrafi.
Jest to powieść szybka i taka, w której nie ma miejsca na zbyt wiele wątków pobocznych, jednokierunkowa i pozbawiona pokrzepienia – może stanowić przestrogę i przypomnienie dla czytelników, że zawsze warto dobrze przemyśleć życiowe decyzje, a czasami wręcz – przeczekać moment zauroczenia i wzajemnej fascynacji, żeby nauczyć się razem budować życie. To wielkie wyzwanie – chociaż lekturowo to niewielka objętościowo książka. Olga Rudnicka jeszcze przypomni sobie, jak potrafi pisać, żeby porwać szerokie grono czytelników. Na razie trochę eksperymentuje.
Związek z teściową
Nie mam pojęcia, co chciało uzyskać wydawnictwo, kiedy najnowszą książkę Olgi Rudnickiej zaklasyfikowało jako „komedię obyczajową”. Nie dajcie się zwieść, to raczej ostra satyra psychologiczna i nie da się jej czytać dla wytchnienia, raczej dla przerysowanych okrucieństw, jakich można zaznać ze strony innych ludzi. Bohaterką, przeciwko której zwiera się szyki, jest Elwira Kurzajka: trzydziestoletnia zakochana kobieta, która robi karierę i planuje założenie rodziny. Elwira jest bardzo zakochana w Adamie Śmietanie, niedługo wyjdzie za niego za mąż – i ignoruje ostrzeżenie ze strony przyszłej szwagierki, zwłaszcza że nie ma pojęcia, czego naprawdę ono dotyczy. Adam to mąż idealny. Gotuje, sprząta, pierze… to znaczy prawie. Organizuje to wszystko, a właściwie prosi mamę, żeby wykonała za niego znienawidzone prace domowe. Elwira o niczym nie musi wiedzieć, za to dla mamy to żaden problem: po pierwsze kocha syna, a po drugie czynności gospodarskie ma w małym palcu, a do tego jest mistrzynią organizacji. Ważne, żeby nie zostawiała śladów swojej obecności, bo to mogłoby Elwirę przestraszyć albo, co gorsza, wybić z przekonania, że jej wybranek to ideał. „Mamusia” traktuje jednak obecność synowej jak wyzwanie i okazję do prowadzenia wojen podjazdowych. Jest wyjątkowo pomysłowa w zatruwaniu Elwirze życia, bo liczy na to, że synowa się podda i załamie. Nie wie jednak, na kogo trafiła.
I o ile motywy obyczajowe Olga Rudnicka w kryminałach rozwijała fantastycznie, o tyle w przypadku komedii obyczajowej coś ją blokuje. Najpierw akcja długo rozgrywa się wokół stołów, jest statyczna do bólu i mało widowiskowa, cały komizm ma się kryć w nietransparentnej narracji i w rozwiązaniach formalnych, a nie w fabule. Zupełnie jakby cały śmiech krył się w sposobach prezentacji bohaterów – nigdzie więcej nie ma na niego miejsca, zwłaszcza że rozwój akcji i kierunek fabuły nie pozostawiają miejsca na komediową radość. Rudnicka rejestruje rozpad małżeństwa – rozpad powodowany przez toksyczną teściową. I nie ma tu znaczenia, że bohaterowie częściowo zapracowują sobie na taki los, liczy się właściwie tylko równia pochyła. Autorka sięga po satyrę, ale jest to satyra niszcząca, bazująca na stracie a nie na budowaniu. To utrudnia relaks, a wręcz go uniemożliwia. Sprawia też, że powieści brakuje lekkości – zupełnie jakby autorka bała się mniej przerobionego gatunku. Co zabawne: gdyby ta książka nie była sygnowana jako „komedia kryminalna”, bardziej przekonywałaby do siebie odbiorców, zwłaszcza w połączeniu z nazwiskiem autorki – przecież Olga Rudnicka udowodniła, że pisać z uśmiechem potrafi.
Jest to powieść szybka i taka, w której nie ma miejsca na zbyt wiele wątków pobocznych, jednokierunkowa i pozbawiona pokrzepienia – może stanowić przestrogę i przypomnienie dla czytelników, że zawsze warto dobrze przemyśleć życiowe decyzje, a czasami wręcz – przeczekać moment zauroczenia i wzajemnej fascynacji, żeby nauczyć się razem budować życie. To wielkie wyzwanie – chociaż lekturowo to niewielka objętościowo książka. Olga Rudnicka jeszcze przypomni sobie, jak potrafi pisać, żeby porwać szerokie grono czytelników. Na razie trochę eksperymentuje.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






