Marginesy, Warszawa 2026.
Ozdoby
Ta książka jest niezwykła i sięgną po nią nie tylko fani biżuterii retro, ale też wszyscy ci, którzy z nostalgii za PRL-em zrobili sobie sposób na życie. „ORNO. Historia i drugie życie PRL-owskiej biżuterii” to publikacja popularyzatorska, ale z pogranicza badań i hobby. To książka albumowa, wypełniona zdjęciami i ciekawostkami, do których zwykli czytelnicy samodzielnie raczej by nie dotarli. Ten tom zachęca do sięgania do szuflad babć i na stare strychy w poszukiwaniu skarbów, które być może przy zwyczajnym oglądaniu zostałyby odrzucone, jako mało efektowne albo wręcz niepasujące do dzisiejszych standardów.
Biżuteria z PRL-u to nie tylko cenne materiały: srebro i kamienie szlachetne. Znacznie częściej, zwłaszcza na początku – to wykorzystywanie surowców wtórnych, stal i blacha z odzysku, a do tego kamienie jubilerskie (a czasami zupełnie inne, w ogóle niepasujące do wyobrażeń o wartościowych minerałach). Z jednej strony to borykanie się z oczekiwaniami klientów liczących na odnowienie dawnych przedmiotów i przywrócenie im blasku, z drugiej – patyna, która tylko uszlachetnia elementy biżuterii. I w tym wszystkim ORNO – zapomniana niemal dzisiaj spółdzielnia, grono ludzi, którzy wykazywali się zręcznością, wyobraźnią i umiejętnością obrabiania metali za pomocą dostępnych akurat narzędzi. Tu nie ma mowy o produkcji seryjnej, wręcz przeciwnie: kolejne pomysły powielane były w niezbyt imponującej liczbie egzemplarzy, a to oznacza, że dzisiaj należą do rzadkości i ich znalezienie u bliskich w szkatułkach może być wielką niespodzianką i nagrodą jednocześnie. Co ciekawe, autorom udało się dotrzeć do jednego twórcy, którego projekty definiowały przez pewien czas jedną z linii ORNO-wskiej biżuterii – jego wspomnienia stanowią najbardziej interesującą część książki. Z kolei młodszym pokoleniom przyda się opowieść o dziełach wytwarzanych nie taśmowo, a w odpowiedzi na zapotrzebowanie rynkowe. Dzięki książce dowiemy się, kto ze znanych postaci stał się klientem ORNO – ale nie dostaniemy rejestru wszystkich klientów, zresztą to nie byłoby potrzebne.
Duża jest szansa, że taka publikacja zachęci influencerów i szafiarki do tworzenia stylizacji – ale w książce nie ma miejsca na dopasowywanie biżuterii do stroju. Za to otrzymują odbiorcy mnóstwo zdjęć prezentujących same dzieła: zwykle nie da się ani ustalić autorstwa, ani datować poszczególnych produktów, więc trzeba się będzie zadowolić ogólnikowymi danymi – za to oglądanie fotografii pozwoli na wyrobienie sobie zdania o pomysłach dawnych twórców. Jest tu mnóstwo pierścionków i broszek, ale poza nimi też między innymi bransoletki, kolie czy spinki do mankietów, są też przedmioty codziennego użytku – te w zdecydowanej mniejszości. Autorzy chcą też podsunąć odbiorcom przekonanie, że mają do czynienia z przedmiotami o dużej wartości, nawet jeśli na pierwszy rzut oka nie wyglądają jak wyjątkowo cenne klejnoty – tu liczy się stan przedmiotu, ale też jakość wykonania czy projekt wymagający mniej lub więcej pracy. Uczą, jak oceniać znalezione elementy biżuterii – i rozpoznawać ich autentyczność. I dzięki temu „ORNO” to książka dla czytelników ciekawa. Tylko w razie kolejnych wydań przydałoby się poprawić "półkułeczka", bo razi...
tu-czytam
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
piątek, 2 października 2026
czwartek, 1 października 2026
Andy Griffiths: Misja Przygoda. Stwór masłoorzechowy
Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.
Spadanie
Drugi tom serii Misja Przygoda to opowieść zakręcona, zwariowana i wypełniona dziwnymi wydarzeniami, które w zasadzie zdarzyć się nie mogą, ale bohaterom – dwóm niekoniecznie poważnym ludziom, których głowy zastępują na ilustracjach kartonowe pudełka – przytrafiają się notorycznie. Tym razem ciekawość rozbudza miejsce, które powinno pozostać daleko od zainteresowań, zwłaszcza że nie wiadomo o nim nic. Wielka dziura w ziemi przyciąga, a bohaterowie zastanawiają się nad tym, jak zbadać jej głębokość (można na przykład wrzucić kamień i odliczać, tylko co kamień na to?), a później już w ogóle się nie zastanawiają, bo są zajęci spadaniem. W końcu stwór masłoorzechowy (wyglądający jak ogromna gruda masła orzechowego, tylko z wielką paszczą i jeszcze większym apetytem) nie może mieszkać w normalnym miejscu. A z kolei na dnie kilku kolejnych dziur musi być coś atrakcyjnego, żeby przyciągnąć czytelników do tomu. „Stwór masłoorzechowy” to druga opowieść duetu Andy Griffiths i Bill Hope – ten pierwszy daje odbiorcom dynamiczną opowieść, w której spotyka się znanych już bohaterów – i całe mnóstwo nowych dziwnych postaci. Ten drugi zajmuje się ilustracjami, dzięki którym całość nabiera charakteru i komizmu jeszcze większego niż przy tradycyjnej narracji.
Bo siłą serii Misja Przygoda – tak samo jak w przypadku Domku na drzewie – są dowcipne scenki i absurd, który zamienia się w śmiech. Tu niezwykle groźne doświadczenia kończą się zawsze dobrze, chociaż często trzeba się napocić, żeby otrzymać pożądany efekt. Nic w tym świecie nie jest oczywiste: Andy Griffiths tylko bazuje na znanej odbiorcom rzeczywistości, ale bardzo chętnie ją ubarwia, modyfikuje albo wręcz odwraca, żeby zafundować dziwne przeżycia i ekstremalne zjawiska. Tu podróż do wnętrza Ziemi nie wiąże się z wielkim ryzykiem, a podczas długotrwałego spadania da się zabijać czas organizacją pikniku – i wszystko bardzo pasuje do akcji. W związku z tym całość fascynuje młodych odbiorców, wciąga ich przez brak pouczeń i przez odejście od rutyny. Andy Griffiths pokazuje, na czym polega moc wyobraźni – jest idealnym twórcą do tego: przypomina dzieciom, że wszystko może się wydarzyć, jeśli tylko odrzuci się sztuczne ograniczenia. Przy takich książkach wszystkie gry komputerowe, kreskówki czy filmy wydają się uproszczone i pozbawione tempa – a to oznacza, że autor może przekonać do czytania tych, którzy powinni do takiej rozrywki przekonać się w pierwszej kolejności. „Stwór masłoorzechowy” jest tylko z pozoru książką pozbawioną sensu: w istocie jej sensem jest dostarczenie radości najmłodszym czytelnikom, a więc – promowanie czytelnictwa przez zabawę. I dlatego ta publikacja zasługuje na uwagę i na uznanie. Wiadomo, że z Lepkimi Rączkami i dwoma bohaterami prowadzącymi opowieść jeszcze się spotkamy – to postacie, które się tak łatwo nie znudzą, zwłaszcza jeśli jednym z ich zadań jest pokazywanie czytelnikom, że książki to nie nuda i powtarzalność.
Spadanie
Drugi tom serii Misja Przygoda to opowieść zakręcona, zwariowana i wypełniona dziwnymi wydarzeniami, które w zasadzie zdarzyć się nie mogą, ale bohaterom – dwóm niekoniecznie poważnym ludziom, których głowy zastępują na ilustracjach kartonowe pudełka – przytrafiają się notorycznie. Tym razem ciekawość rozbudza miejsce, które powinno pozostać daleko od zainteresowań, zwłaszcza że nie wiadomo o nim nic. Wielka dziura w ziemi przyciąga, a bohaterowie zastanawiają się nad tym, jak zbadać jej głębokość (można na przykład wrzucić kamień i odliczać, tylko co kamień na to?), a później już w ogóle się nie zastanawiają, bo są zajęci spadaniem. W końcu stwór masłoorzechowy (wyglądający jak ogromna gruda masła orzechowego, tylko z wielką paszczą i jeszcze większym apetytem) nie może mieszkać w normalnym miejscu. A z kolei na dnie kilku kolejnych dziur musi być coś atrakcyjnego, żeby przyciągnąć czytelników do tomu. „Stwór masłoorzechowy” to druga opowieść duetu Andy Griffiths i Bill Hope – ten pierwszy daje odbiorcom dynamiczną opowieść, w której spotyka się znanych już bohaterów – i całe mnóstwo nowych dziwnych postaci. Ten drugi zajmuje się ilustracjami, dzięki którym całość nabiera charakteru i komizmu jeszcze większego niż przy tradycyjnej narracji.
Bo siłą serii Misja Przygoda – tak samo jak w przypadku Domku na drzewie – są dowcipne scenki i absurd, który zamienia się w śmiech. Tu niezwykle groźne doświadczenia kończą się zawsze dobrze, chociaż często trzeba się napocić, żeby otrzymać pożądany efekt. Nic w tym świecie nie jest oczywiste: Andy Griffiths tylko bazuje na znanej odbiorcom rzeczywistości, ale bardzo chętnie ją ubarwia, modyfikuje albo wręcz odwraca, żeby zafundować dziwne przeżycia i ekstremalne zjawiska. Tu podróż do wnętrza Ziemi nie wiąże się z wielkim ryzykiem, a podczas długotrwałego spadania da się zabijać czas organizacją pikniku – i wszystko bardzo pasuje do akcji. W związku z tym całość fascynuje młodych odbiorców, wciąga ich przez brak pouczeń i przez odejście od rutyny. Andy Griffiths pokazuje, na czym polega moc wyobraźni – jest idealnym twórcą do tego: przypomina dzieciom, że wszystko może się wydarzyć, jeśli tylko odrzuci się sztuczne ograniczenia. Przy takich książkach wszystkie gry komputerowe, kreskówki czy filmy wydają się uproszczone i pozbawione tempa – a to oznacza, że autor może przekonać do czytania tych, którzy powinni do takiej rozrywki przekonać się w pierwszej kolejności. „Stwór masłoorzechowy” jest tylko z pozoru książką pozbawioną sensu: w istocie jej sensem jest dostarczenie radości najmłodszym czytelnikom, a więc – promowanie czytelnictwa przez zabawę. I dlatego ta publikacja zasługuje na uwagę i na uznanie. Wiadomo, że z Lepkimi Rączkami i dwoma bohaterami prowadzącymi opowieść jeszcze się spotkamy – to postacie, które się tak łatwo nie znudzą, zwłaszcza jeśli jednym z ich zadań jest pokazywanie czytelnikom, że książki to nie nuda i powtarzalność.
środa, 30 września 2026
Leor Zmigrod: Mózg w pułapce ideologii. Skąd się bierze radykalne myślenie?
bo.wiem, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2026.
Dualizm
Radykalne myślenie w erze internetu wydaje się wręcz znakiem czasów. Leor Zmigrod próbuje scharakteryzować je z różnych perspektyw, przede wszystkim dzięki analizom pracy samego mózgu – i jego fizjologii. Wiele wniosków wyciąga z przeprowadzanych badań, ale niekoniecznie chce prezentować czytelnikom matematyczne wyniki, raczej – już same przetrawione, przepracowane efekty eksperymentów. Cechą charakterystyczną książki „Mózg w pułapce ideologii. Skąd się bierze radykalne myślenie” jest dość hermetyczny język – co ciekawe, autorka nie stawia na popularyzatorską stronę prezentowania wiedzy, woli komentarze dla bardziej zaawansowanych czytelników. A przecież temat ten powinien dotrzeć do jak najszerszej grupy odbiorców – choćby ze względu na ochronę przed radykalnym myśleniem. Dla Zmigrod czarno-białe widzenie świata i ciągłe podziały to raczej okazja do naukowego zadziwienia niż do szukania szczepionek. Nie ma tu narracyjnej płynności, narracja może stać się barierą dla czytelników, którzy poszukują po prostu ciekawego doświadczenia i zbioru refleksji. Tu liczy się wiedza – nauka w stanie czystym. Odbiorcy w zasadzie nie mają wyboru, muszą podążać za autorką, która nie ogląda się na spóźnialskich i mniej uważnych.
Skupia się Leor Zmigrod na schematach. Najbardziej interesujące dla niej stają się zachowania, które – w warunkach kontrolowanych i w doświadczeniach psychologicznych wypadają w sposób przewidywalny, a w prawdziwym życiu zamieniają się w oczywiste wybory i jednokierunkowe reakcje. Nie zamierza demonizować ideologii, raczej zastanawia się nad tym, co kieruje ludźmi, którzy bez wahania poświęcają się pomysłom niekoniecznie logicznym lub bezpiecznym. Sprawdza, ile w tym faktycznych procesów myślowych, a ile odruchów, co kryje się za wyborami, które mogą prowadzić do radykalizacji. Bardzo często posiłkuje się przy tym opisywaniem laboratoryjnych metod dążących do odkrywania specyfiki ideologii albo usztywnionego myślenia. Zasady sięgania po schematy poznawcze nie muszą być przecież oczywiste dla czytelników, zresztą – samo uleganie wpływom wymyka się czasem logice. A jednak autorka pokazuje, dlaczego i w jakich okolicznościach można przewidzieć zachowania ludzi.
„Mózg w pułapce ideologii” to nie jest publikacja, która ma przestrzegać czy chronić – to książka, która przywołuje same mechanizmy, bez oceniania postaw. Autorka świetnie zdaje sobie sprawę z ludzkich słabości i to nie je traktuje jako temat swojej publikacji. Czytelnicy prawdopodobnie spodziewaliby się zupełnie innej opowieści niż ta, którą serwuje Zmigrod, ale to tylko pokazuje, jak potrzebne jest dyskutowanie o ideologiach i o podziałach w społeczeństwie. Chociaż wciąż mało jest tego rodzaju dyskursu w codzienności, książka niesie ważne refleksje i przygotowuje czytelników na zmierzenie się z konsekwencjami szeroko zakrojonych akcji prowadzących do konfliktowania ludzi. Zmigrod mówi jedno: wszyscy mają skłonność do poruszania się utartymi ścieżkami i do wybierania tego, co wydaje się wygodne, logiczne i oswojone, a więc bezpieczne – i w związku z tym trzeba poświęcić więcej energii, żeby odkryć sensy nienarzucające się w pierwszym odbiorze. Jest to publikacja naświetlająca temat ideologii od innej niż zwykle strony – i dlatego nie odstraszy czytelników doborem zagadnień.
Dualizm
Radykalne myślenie w erze internetu wydaje się wręcz znakiem czasów. Leor Zmigrod próbuje scharakteryzować je z różnych perspektyw, przede wszystkim dzięki analizom pracy samego mózgu – i jego fizjologii. Wiele wniosków wyciąga z przeprowadzanych badań, ale niekoniecznie chce prezentować czytelnikom matematyczne wyniki, raczej – już same przetrawione, przepracowane efekty eksperymentów. Cechą charakterystyczną książki „Mózg w pułapce ideologii. Skąd się bierze radykalne myślenie” jest dość hermetyczny język – co ciekawe, autorka nie stawia na popularyzatorską stronę prezentowania wiedzy, woli komentarze dla bardziej zaawansowanych czytelników. A przecież temat ten powinien dotrzeć do jak najszerszej grupy odbiorców – choćby ze względu na ochronę przed radykalnym myśleniem. Dla Zmigrod czarno-białe widzenie świata i ciągłe podziały to raczej okazja do naukowego zadziwienia niż do szukania szczepionek. Nie ma tu narracyjnej płynności, narracja może stać się barierą dla czytelników, którzy poszukują po prostu ciekawego doświadczenia i zbioru refleksji. Tu liczy się wiedza – nauka w stanie czystym. Odbiorcy w zasadzie nie mają wyboru, muszą podążać za autorką, która nie ogląda się na spóźnialskich i mniej uważnych.
Skupia się Leor Zmigrod na schematach. Najbardziej interesujące dla niej stają się zachowania, które – w warunkach kontrolowanych i w doświadczeniach psychologicznych wypadają w sposób przewidywalny, a w prawdziwym życiu zamieniają się w oczywiste wybory i jednokierunkowe reakcje. Nie zamierza demonizować ideologii, raczej zastanawia się nad tym, co kieruje ludźmi, którzy bez wahania poświęcają się pomysłom niekoniecznie logicznym lub bezpiecznym. Sprawdza, ile w tym faktycznych procesów myślowych, a ile odruchów, co kryje się za wyborami, które mogą prowadzić do radykalizacji. Bardzo często posiłkuje się przy tym opisywaniem laboratoryjnych metod dążących do odkrywania specyfiki ideologii albo usztywnionego myślenia. Zasady sięgania po schematy poznawcze nie muszą być przecież oczywiste dla czytelników, zresztą – samo uleganie wpływom wymyka się czasem logice. A jednak autorka pokazuje, dlaczego i w jakich okolicznościach można przewidzieć zachowania ludzi.
„Mózg w pułapce ideologii” to nie jest publikacja, która ma przestrzegać czy chronić – to książka, która przywołuje same mechanizmy, bez oceniania postaw. Autorka świetnie zdaje sobie sprawę z ludzkich słabości i to nie je traktuje jako temat swojej publikacji. Czytelnicy prawdopodobnie spodziewaliby się zupełnie innej opowieści niż ta, którą serwuje Zmigrod, ale to tylko pokazuje, jak potrzebne jest dyskutowanie o ideologiach i o podziałach w społeczeństwie. Chociaż wciąż mało jest tego rodzaju dyskursu w codzienności, książka niesie ważne refleksje i przygotowuje czytelników na zmierzenie się z konsekwencjami szeroko zakrojonych akcji prowadzących do konfliktowania ludzi. Zmigrod mówi jedno: wszyscy mają skłonność do poruszania się utartymi ścieżkami i do wybierania tego, co wydaje się wygodne, logiczne i oswojone, a więc bezpieczne – i w związku z tym trzeba poświęcić więcej energii, żeby odkryć sensy nienarzucające się w pierwszym odbiorze. Jest to publikacja naświetlająca temat ideologii od innej niż zwykle strony – i dlatego nie odstraszy czytelników doborem zagadnień.
wtorek, 29 września 2026
Joanna Jagiełło: Plażowy rabuś
Harperkids, Warszawa 2026.
Kradzież
W literaturze czwartej ogromnym powodzeniem cieszą się powieści detektywistyczne – i to nie jest moda nowa ani chwilowy trend. Powieści przygodowe bardzo często niosły w sobie pierwiastek śledztw lub tropienia groźnych przestępców, dzieci rozwiązywały zagadki albo bagatelizowane przez dorosłych, albo nie do rozwiązania bez (nieoficjalnego przecież) udziału młodych bohaterów. Nie zmienia się to, chociaż książki przygodowe coraz częściej ulegają uproszczeniom narracyjnym i skupiają się już nie na budowaniu prawdziwości, a na przedstawianiu samej przygody – esencji śledztwa. W ten sposób nie tylko uczy się odbiorców logicznego myślenia, ale też podsuwa się im ciekawe fabuły, które przyciągają, a nie męczą – wiadomo, że obecnie dzieci wybierają raczej krótsze narracje i historie, przy których nie muszą się zbyt długo skupiać.
Ale „Plażowy rabuś” Joanny Jagiełło – autorki, która niejeden raz już udowodniła, że potrafi budować intrygi kryminalne dla różnych wiekowo grup odbiorców – to książka, która właśnie powinna mieć trochę bardziej rozbudowaną narrację. Pojawia się na trzecim poziomie serii Czytam sobie, więc składa się już bardziej z tekstu niż z ilustracji (chociaż Marta Krzywicka robi, co może, żeby dzieciom podobała się ta opowieść od strony wizualnej). Co więcej: w tekście będzie całkiem dużo wyrazów, których znaczenie trzeba sprawdzić w słowniku na końcu (i to, co zabawne, twórcy tych przypisów wiedzą, że trzeba wyjaśnić, czym są „manele” i „zwiady”, ale już „donut” jest czymś oczywistym). W „Plażowym rabusiu” dzieci spędzają miłe wakacje w miejscowości na plaży. Nie mogą ujawnić, w jakim dokładnie miejscu, żeby nie przybyło tam mnóstwo turystów, ale i bez tej wiadomości odbiorcy uznają za pewnik prawdziwość historii. Na plaży jest bardzo miło, ale najwyraźniej grasuje tam złodziej – ludziom giną cenne przedmioty pozostawione na moment bez opieki. Sprawca wydaje się być nieuchwytny, nikt nawet nie wie, jak on wygląda – a ratownik mówi bohaterom, że cenna będzie każda informacja o jego tożsamości. To znaczy, że trzeba będzie zastawić pułapkę – i to bez informowania rodziców o całym wydarzeniu, bo przecież – i to się nie zmienia od lat – dorośli na pewno udaremniliby próbę wykrycia złodzieja. Cenne przedmioty trafiają zatem do pieluchy, której nikt na pewno nie ruszy, a na wabia dzieci podkładają portfel z zabawkowymi pieniędzmi. Potem już wystarczy uważnie obserwować i potwierdzić podejrzenia. Joanna Jagiełło pokazuje odbiorcom przygodę, w której młodzi bohaterowie odgrywają najważniejsze role – bez nich nic by się nie udało. Schwytanie złodzieja, który uprzykrzał pobyt wszystkim w tej miejscowości to wielki wyczyn – i sprawia, że odbiorcy będą chcieli śledzić tę historię, czytać o przygodach postaci i kibicować im. Nie zauważą w związku z tym, że wykonują pracę polegającą na ćwiczeniu czytania – o to przecież w tej lekturze naprawdę chodzi. „Plażowy rabuś” to książka, w której liczą się silne emocje i szansa na podsycanie ciekawości czytelników. To książka, która przypomina też, że czytanie jest przyjemne – i że sięga się po lektury dla rozrywki. Takie podejście bardzo cieszy, Joanna Jagiełło pokazuje najmłodszym, że przygody czają się na każdym kroku.
Kradzież
W literaturze czwartej ogromnym powodzeniem cieszą się powieści detektywistyczne – i to nie jest moda nowa ani chwilowy trend. Powieści przygodowe bardzo często niosły w sobie pierwiastek śledztw lub tropienia groźnych przestępców, dzieci rozwiązywały zagadki albo bagatelizowane przez dorosłych, albo nie do rozwiązania bez (nieoficjalnego przecież) udziału młodych bohaterów. Nie zmienia się to, chociaż książki przygodowe coraz częściej ulegają uproszczeniom narracyjnym i skupiają się już nie na budowaniu prawdziwości, a na przedstawianiu samej przygody – esencji śledztwa. W ten sposób nie tylko uczy się odbiorców logicznego myślenia, ale też podsuwa się im ciekawe fabuły, które przyciągają, a nie męczą – wiadomo, że obecnie dzieci wybierają raczej krótsze narracje i historie, przy których nie muszą się zbyt długo skupiać.
Ale „Plażowy rabuś” Joanny Jagiełło – autorki, która niejeden raz już udowodniła, że potrafi budować intrygi kryminalne dla różnych wiekowo grup odbiorców – to książka, która właśnie powinna mieć trochę bardziej rozbudowaną narrację. Pojawia się na trzecim poziomie serii Czytam sobie, więc składa się już bardziej z tekstu niż z ilustracji (chociaż Marta Krzywicka robi, co może, żeby dzieciom podobała się ta opowieść od strony wizualnej). Co więcej: w tekście będzie całkiem dużo wyrazów, których znaczenie trzeba sprawdzić w słowniku na końcu (i to, co zabawne, twórcy tych przypisów wiedzą, że trzeba wyjaśnić, czym są „manele” i „zwiady”, ale już „donut” jest czymś oczywistym). W „Plażowym rabusiu” dzieci spędzają miłe wakacje w miejscowości na plaży. Nie mogą ujawnić, w jakim dokładnie miejscu, żeby nie przybyło tam mnóstwo turystów, ale i bez tej wiadomości odbiorcy uznają za pewnik prawdziwość historii. Na plaży jest bardzo miło, ale najwyraźniej grasuje tam złodziej – ludziom giną cenne przedmioty pozostawione na moment bez opieki. Sprawca wydaje się być nieuchwytny, nikt nawet nie wie, jak on wygląda – a ratownik mówi bohaterom, że cenna będzie każda informacja o jego tożsamości. To znaczy, że trzeba będzie zastawić pułapkę – i to bez informowania rodziców o całym wydarzeniu, bo przecież – i to się nie zmienia od lat – dorośli na pewno udaremniliby próbę wykrycia złodzieja. Cenne przedmioty trafiają zatem do pieluchy, której nikt na pewno nie ruszy, a na wabia dzieci podkładają portfel z zabawkowymi pieniędzmi. Potem już wystarczy uważnie obserwować i potwierdzić podejrzenia. Joanna Jagiełło pokazuje odbiorcom przygodę, w której młodzi bohaterowie odgrywają najważniejsze role – bez nich nic by się nie udało. Schwytanie złodzieja, który uprzykrzał pobyt wszystkim w tej miejscowości to wielki wyczyn – i sprawia, że odbiorcy będą chcieli śledzić tę historię, czytać o przygodach postaci i kibicować im. Nie zauważą w związku z tym, że wykonują pracę polegającą na ćwiczeniu czytania – o to przecież w tej lekturze naprawdę chodzi. „Plażowy rabuś” to książka, w której liczą się silne emocje i szansa na podsycanie ciekawości czytelników. To książka, która przypomina też, że czytanie jest przyjemne – i że sięga się po lektury dla rozrywki. Takie podejście bardzo cieszy, Joanna Jagiełło pokazuje najmłodszym, że przygody czają się na każdym kroku.
poniedziałek, 28 września 2026
Aleksandra Wysocka: Rok raka. Moja onkohistoria. Podróż bez planu, mapy i przewodnika
Ringier Axel Springer, Warszawa 2026.
Przeżywanie
Aleksandrę Wysocką da się polubić. To autorka, która nie daje sobie w kaszę dmuchać, a chociaż twierdzi, że na szpitalnych korytarzach sama nie nawiązywałaby kontaktów z innymi pacjentami, tylko odcinała się za pomocą słuchawek i książek – ma spore grono przyjaciółek i w trakcie choroby zdobywa nowe. „Rok raka” to jej osobista ale pozbawiona martyrologii opowieść o przeżyciach, które wiązały się z diagnozą i leczeniem najpierw raka piersi, a później innych zmian nowotworowych wykrywanych w trakcie badań. To opowieść o zmianach i o poświęceniach, ale kompletnie wolna od stereotypowych przemyśleń: autorka jasno podkreśla, że nie będzie szukała w sobie wdzięczności za chorobę ani – wielkich czynów, które musi w zamian za wyleczenie zaoferować światu. Proponuje za to książkę, która być może poprawi komuś w kryzysowej sytuacji humor, albo nastawi na rodzaj walki, która go czeka.
Czterdziestopięcioletnia kobieta – szczęśliwa żona i mama, która, zgodnie z dzisiejszymi trendami, nie da się zamknąć w domu, pracuje, cieszy się życiem, kocha podróżowanie (a wręcz nie potrafi bez niego istnieć ani wypoczywać), ma przyjaciół i uprawia sport regularnie – nagle staje przed wyzwaniem, jakiego się nie spodziewała. Na szczęście zmiana w piersi jest maleńka i błyskawicznie wykryta, nawet nie będzie chemii – to coś do usunięcia i szybkiego zapomnienia. Tak wygląda rzeczywistość na początku – i pozwala się trochę oswoić z niechcianą sytuacją. Aleksandra Wysocka przyznaje, że gdzieś tam musiała się wykrzyczeć i wypłakać, ale dość szybko nastawiła się na wyleczenie. Ogromną rolę odgrywał w tym… czarny humor, o który już na wstępie prosiła przyjaciółki i męża – a zapiski z wspierających rozmów w babskim gronie mogą wyzwolić uśmiech także u czytelników. Tyle że leczenie onkologiczne nigdy nie daje się do końca przewidzieć – po drodze wydarzy się jeszcze mnóstwo mniej lub bardziej przykrych niespodzianek i kolejnych wyzwań, przed którymi trzeba się będzie ratować pozytywnym myśleniem i wsparciem bliskich. Wysocka zdaje relację z zachowań swoich – i swoich bliskich. Nie ukrywa chwil, w których była nieszczęśliwa, zła albo potwornie zmęczona, ale też pokazuje, jak mimo trudnego i przedłużającego się leczenia próbowała wywalczyć momenty cenne dla siebie – realizowała marzenia lub wybierała się w podróże (podczas których wynikały kolejne wyzwania związane z koniecznością szukania lokalnych chirurgów).
I to wszystko pisze po to, żeby dodać otuchy czytelnikom znajdującym się w podobnej sytuacji. Tym, którzy chorych onkologicznie mają w swoim najbliższym otoczeniu, podpowiada, jak się zachowywać: co robić, a czego absolutnie nie oczekują od nich choćby w poczekalniach szpitalnych. Uświadamia, jak czasami wygląda walka z systemem (i przypomina, że sama miała wielkie szczęście, trafiając na odpowiednich ludzi w służbie zdrowia). Nie zamierza moralizować, chociaż raz pojawia się wzmianka o losie kolegi, który wybrał drogę alternatywną. Przypomina, ile znaczy nastawienie. Ale jeśli po ten tom sięgnie ktoś, kto nie był do tej pory przekonany do regularnych badań i do poddawania się leczeniu, prawdopodobnie pozostanie przy swoich ocenach sytuacji. Bo ta opowieść pokazuje, że łatwo nie będzie – chociaż da się przeżyć. Aleksandra Wysocka opowiada o zmianie myślenia, które w niej zaszła – i tłumaczy czytelnikom cały proces. Przydaje się jako przewodnik, ale też – nie oszukuje, że wszystko pójdzie gładko. I właśnie dlatego ludzie mogą jej uwierzyć.
Przeżywanie
Aleksandrę Wysocką da się polubić. To autorka, która nie daje sobie w kaszę dmuchać, a chociaż twierdzi, że na szpitalnych korytarzach sama nie nawiązywałaby kontaktów z innymi pacjentami, tylko odcinała się za pomocą słuchawek i książek – ma spore grono przyjaciółek i w trakcie choroby zdobywa nowe. „Rok raka” to jej osobista ale pozbawiona martyrologii opowieść o przeżyciach, które wiązały się z diagnozą i leczeniem najpierw raka piersi, a później innych zmian nowotworowych wykrywanych w trakcie badań. To opowieść o zmianach i o poświęceniach, ale kompletnie wolna od stereotypowych przemyśleń: autorka jasno podkreśla, że nie będzie szukała w sobie wdzięczności za chorobę ani – wielkich czynów, które musi w zamian za wyleczenie zaoferować światu. Proponuje za to książkę, która być może poprawi komuś w kryzysowej sytuacji humor, albo nastawi na rodzaj walki, która go czeka.
Czterdziestopięcioletnia kobieta – szczęśliwa żona i mama, która, zgodnie z dzisiejszymi trendami, nie da się zamknąć w domu, pracuje, cieszy się życiem, kocha podróżowanie (a wręcz nie potrafi bez niego istnieć ani wypoczywać), ma przyjaciół i uprawia sport regularnie – nagle staje przed wyzwaniem, jakiego się nie spodziewała. Na szczęście zmiana w piersi jest maleńka i błyskawicznie wykryta, nawet nie będzie chemii – to coś do usunięcia i szybkiego zapomnienia. Tak wygląda rzeczywistość na początku – i pozwala się trochę oswoić z niechcianą sytuacją. Aleksandra Wysocka przyznaje, że gdzieś tam musiała się wykrzyczeć i wypłakać, ale dość szybko nastawiła się na wyleczenie. Ogromną rolę odgrywał w tym… czarny humor, o który już na wstępie prosiła przyjaciółki i męża – a zapiski z wspierających rozmów w babskim gronie mogą wyzwolić uśmiech także u czytelników. Tyle że leczenie onkologiczne nigdy nie daje się do końca przewidzieć – po drodze wydarzy się jeszcze mnóstwo mniej lub bardziej przykrych niespodzianek i kolejnych wyzwań, przed którymi trzeba się będzie ratować pozytywnym myśleniem i wsparciem bliskich. Wysocka zdaje relację z zachowań swoich – i swoich bliskich. Nie ukrywa chwil, w których była nieszczęśliwa, zła albo potwornie zmęczona, ale też pokazuje, jak mimo trudnego i przedłużającego się leczenia próbowała wywalczyć momenty cenne dla siebie – realizowała marzenia lub wybierała się w podróże (podczas których wynikały kolejne wyzwania związane z koniecznością szukania lokalnych chirurgów).
I to wszystko pisze po to, żeby dodać otuchy czytelnikom znajdującym się w podobnej sytuacji. Tym, którzy chorych onkologicznie mają w swoim najbliższym otoczeniu, podpowiada, jak się zachowywać: co robić, a czego absolutnie nie oczekują od nich choćby w poczekalniach szpitalnych. Uświadamia, jak czasami wygląda walka z systemem (i przypomina, że sama miała wielkie szczęście, trafiając na odpowiednich ludzi w służbie zdrowia). Nie zamierza moralizować, chociaż raz pojawia się wzmianka o losie kolegi, który wybrał drogę alternatywną. Przypomina, ile znaczy nastawienie. Ale jeśli po ten tom sięgnie ktoś, kto nie był do tej pory przekonany do regularnych badań i do poddawania się leczeniu, prawdopodobnie pozostanie przy swoich ocenach sytuacji. Bo ta opowieść pokazuje, że łatwo nie będzie – chociaż da się przeżyć. Aleksandra Wysocka opowiada o zmianie myślenia, które w niej zaszła – i tłumaczy czytelnikom cały proces. Przydaje się jako przewodnik, ale też – nie oszukuje, że wszystko pójdzie gładko. I właśnie dlatego ludzie mogą jej uwierzyć.
niedziela, 27 września 2026
Riina i Sami Kaarla: Muminki. Psoty Małej Mi
Harperkids, Warszawa 2026.
Przygody
To jest absolutnie najlepszy sposób na przekonanie najmłodszych do czytania. I nie chodzi nawet o powrót do klasyki – bo wiadomo, że pewne historie się nie zestarzeją i będą kolejnym pokoleniom działać silnie na wyobraźnię – a o zestaw emocji niepotrzebnie przez wielu wydawców ucinanych w dzisiaj tworzonych historiach. Tomik „Muminki. Psoty Małej Mi” to nie jest rodzimy zbiorek – składa się z dwóch bajek na bazie historii Tove Jansson, stworzonych przez duet Riina i Sami Kaarla, a w polskiej wersji -przez Zofię Stanecką, czyli autorkę znaną, uznaną i cenioną nie tylko przez najmłodszych, ale też ich rodziców.
Dwie opowieści – dzięki pierwszej odbiorcy dowiedzą się, skąd wzięła się Mała Mi w domu Muminków. To wizyta Mimbli, która przyprowadza mnóstwo małych Mimbli – po zmroku ta gromadka trafia do domu Muminków i wywraca go do góry nogami. Wszędzie robi się pełno maluchów, które robią chaos, przewracają przedmioty, znajdują dla nich nowe zastosowania. W efekcie zwyczajni mieszkańcy domu Muminków mogą tylko obserwować tornado przetaczające się przez kolejne pokoje – tu nie ma sposobu na okiełznanie dzikiego stada, a przecież małe Mimble chcą się tylko bawić. W końcu Mimbla zbiera gromadkę i rusza w drogę powrotną. Ale przy takiej liczbie dzieci bardzo łatwo kogoś przeoczyć… Druga historyjka dotyczy już obecności Małej Mi w gronie Muminków. Dolinę Muminków opanowuje upał, a to oznacza, że można spać w hamaku na zewnątrz i sadzić egzotyczne rośliny. Ale kto może wpaść na pomysł, że zwierzętom w zoo należy się wolność? Otwarcie klatek sprawia, że dzikie stworzenia wdzierają się w codzienność doskonale znanych i bardzo łagodnych bohaterów – ale dopasowują się do tego klimatu, nie robią nikomu krzywdy, za to cieszą się z wolności. I tu Muminki spotyka niespodziewana przygoda, która jeszcze bardziej przybliża je do tropików.
„Muminki. Psoty Małej Mi” to książeczka na drugim poziomie serii Czytam sobie – bardzo przyjemna i wciągająca. Drugi poziom serii to trochę więcej tekstu, kilka linijek na stronie i dzielenie na sylaby wybranych wyrazów. Co ciekawe, ilustracje są tu bardzo dopasowane do propozycji Tove Jansson, zresztą w przypadku Muminków – autoryzowanych bohaterów – nie może być inaczej. Jednak Riina i Sami Kaarla decydują się na zwiększenie szczegółowości obrazków, chodzi o to, żeby na dłużej zatrzymać dzieci, żeby pozwolić im na oglądanie ilustracji i wyszukiwanie ciekawych detali. To propozycja, która dba o to, żeby dzieci, które ćwiczą czytanie, dostawały od razu nagrodę za wysiłek intelektualny – żeby mogły powrócić do dawnego stylu śledzenia opowiastek czytanych przez innych. Ten tomik – dzięki temu, że zawiera aż dwie historyjki – może dzieciom wydawać się bardziej gęsty, bardziej atrakcyjny i automatycznie łatwiejszy do przyswojenia – można przecież podzielić lekturę na dwie części i stopniowo poznawać doświadczenia Muminków. To bohaterowie, którzy nie zawodzą i którzy zawsze będą z dziećmi. Zofia Stanecka bardzo dobrze przedstawia tę opowieść – po raz kolejny udowadnia, że w pisaniu dla dzieci właściwie nie ma sobie równych.
Przygody
To jest absolutnie najlepszy sposób na przekonanie najmłodszych do czytania. I nie chodzi nawet o powrót do klasyki – bo wiadomo, że pewne historie się nie zestarzeją i będą kolejnym pokoleniom działać silnie na wyobraźnię – a o zestaw emocji niepotrzebnie przez wielu wydawców ucinanych w dzisiaj tworzonych historiach. Tomik „Muminki. Psoty Małej Mi” to nie jest rodzimy zbiorek – składa się z dwóch bajek na bazie historii Tove Jansson, stworzonych przez duet Riina i Sami Kaarla, a w polskiej wersji -przez Zofię Stanecką, czyli autorkę znaną, uznaną i cenioną nie tylko przez najmłodszych, ale też ich rodziców.
Dwie opowieści – dzięki pierwszej odbiorcy dowiedzą się, skąd wzięła się Mała Mi w domu Muminków. To wizyta Mimbli, która przyprowadza mnóstwo małych Mimbli – po zmroku ta gromadka trafia do domu Muminków i wywraca go do góry nogami. Wszędzie robi się pełno maluchów, które robią chaos, przewracają przedmioty, znajdują dla nich nowe zastosowania. W efekcie zwyczajni mieszkańcy domu Muminków mogą tylko obserwować tornado przetaczające się przez kolejne pokoje – tu nie ma sposobu na okiełznanie dzikiego stada, a przecież małe Mimble chcą się tylko bawić. W końcu Mimbla zbiera gromadkę i rusza w drogę powrotną. Ale przy takiej liczbie dzieci bardzo łatwo kogoś przeoczyć… Druga historyjka dotyczy już obecności Małej Mi w gronie Muminków. Dolinę Muminków opanowuje upał, a to oznacza, że można spać w hamaku na zewnątrz i sadzić egzotyczne rośliny. Ale kto może wpaść na pomysł, że zwierzętom w zoo należy się wolność? Otwarcie klatek sprawia, że dzikie stworzenia wdzierają się w codzienność doskonale znanych i bardzo łagodnych bohaterów – ale dopasowują się do tego klimatu, nie robią nikomu krzywdy, za to cieszą się z wolności. I tu Muminki spotyka niespodziewana przygoda, która jeszcze bardziej przybliża je do tropików.
„Muminki. Psoty Małej Mi” to książeczka na drugim poziomie serii Czytam sobie – bardzo przyjemna i wciągająca. Drugi poziom serii to trochę więcej tekstu, kilka linijek na stronie i dzielenie na sylaby wybranych wyrazów. Co ciekawe, ilustracje są tu bardzo dopasowane do propozycji Tove Jansson, zresztą w przypadku Muminków – autoryzowanych bohaterów – nie może być inaczej. Jednak Riina i Sami Kaarla decydują się na zwiększenie szczegółowości obrazków, chodzi o to, żeby na dłużej zatrzymać dzieci, żeby pozwolić im na oglądanie ilustracji i wyszukiwanie ciekawych detali. To propozycja, która dba o to, żeby dzieci, które ćwiczą czytanie, dostawały od razu nagrodę za wysiłek intelektualny – żeby mogły powrócić do dawnego stylu śledzenia opowiastek czytanych przez innych. Ten tomik – dzięki temu, że zawiera aż dwie historyjki – może dzieciom wydawać się bardziej gęsty, bardziej atrakcyjny i automatycznie łatwiejszy do przyswojenia – można przecież podzielić lekturę na dwie części i stopniowo poznawać doświadczenia Muminków. To bohaterowie, którzy nie zawodzą i którzy zawsze będą z dziećmi. Zofia Stanecka bardzo dobrze przedstawia tę opowieść – po raz kolejny udowadnia, że w pisaniu dla dzieci właściwie nie ma sobie równych.
sobota, 26 września 2026
Borysław Czyżak: Gruppa. Buntownicy sztuki
Marginesy, Warszawa 2026.
Sztuka
Sześciu artystów, którzy działali jako Gruppa i dali się poznać w latach 80. jako utalentowani i bezkompromisowi twórcy przedstawia teraz Borysław Czyżak w rozbudowanej i bardzo ciekawej dla szerokiego grona odbiorców książce „Gruppa. Buntownicy sztuki”. To kolejna publikacja popularyzatorska z zakresu historii sztuki i kolejna książka Borysława Czyżaka. To, co dawniej funkcjonowało jako zestaw ciekawostek i wzmianek, teraz doczekało się porządnego opracowania. Dwa rozwiązania narracyjne autor chętnie stosuje, z jednej strony – wybiera relację odnoszącą się do Gruppy jako całości, do ruchów i działań, które pozwoliły na uformowanie się tego środowiska artystycznego. Z drugiej strony jednak decyduje się na przedstawienie dorobku i dokonań poszczególnych członków Gruppy z osobna – każdemu z twórców poświęca osobny i rozbudowany rozdział, w którym nie tylko pokazuje dorobek, ale też ścieżki kariery i wybory artystyczne. Tu autor dodaje trochę reportażowości, bo przekazuje czytelnikom także scenki i sytuacje, które były jego udziałem – albo proste, wtrąceniowe relacje z wypraw do poszczególnych artystów.
„Gruppa” to książka, w której sztuka stale przeplata się z rzeczywistością społeczną i polityczną – i tu daje o sobie znać wyczulenie Czyżaka na przemiany w odbiorze – wiele informacji mogłoby umknąć zwłaszcza młodszym pokoleniom, gdyby autor nie zdecydował się na szereg komentarzy i uwag pozwalających wychwycić związki malarstwa i szeroko pojętej publicystyki. To znaczy: odbiorcy nie będą musieli się domyślać znaczeń i przesłań, nie będą też zajmować się samodzielnym interpretowaniem obrazów, bo Czyżak wszystkie potrzebne wiadomości podsunie i przedstawi w bardzo lekkiej formie. Ta lekka forma trochę kontrastuje z pogłębianiem wiadomości i interpretacji. Kiedy Borysław Czyżak wprowadza do narracji informację o istnieniu jakiegoś dzieła, jest w stanie nie tylko opisać to wszystko, co odbiorcy samodzielnie mogą zaobserwować, ale też – przedstawić zestaw sensów. A to sprawia, że na sztukę patrzy się automatycznie inaczej: więcej tu możliwości i więcej znaków, nie mówiąc już o tym, że więcej sposobności do zapamiętania dzieła i autora. Czyżak czasami w swoich interpretacjach idzie daleko, ale nie narzuca swoich ocen czytelnikom, co najwyżej sugeruje, że rozmawiał z autorami na temat swoich odczytań – i nie spotkał się z protestami.
Zresztą odbiorcy sami będą mogli porównać wrażenia (i przyjrzeć się sensowności komentarzy Czyżaka) – bo książka wypełniona jest barwnymi reprodukcjami dobrej jakości. To doskonały sposób na zapoznanie się z tematem i wciągnięcie w historię Gruppy tych, którzy nie mieli pojęcia o takiej formacji, albo na przypomnienie o Gruppie w najbardziej kolorowej postaci. To książka, w której historia sztuki staje się żywa i atrakcyjna dla czytelników – mimo przemian społecznych i mimo zmian w samych decyzjach artystycznych. Czyżak wie, jak przyciągnąć czytelników i też – jak opisywać przeszłość malarzy bez budowania im pomników niestrawnych z perspektyw odbiorców. Warto zwrócić uwagę na tę publikację – nawet jeśli nie dla samych nazwisk, to z powodu dobrej narracji popularyzatorskiej.
Sztuka
Sześciu artystów, którzy działali jako Gruppa i dali się poznać w latach 80. jako utalentowani i bezkompromisowi twórcy przedstawia teraz Borysław Czyżak w rozbudowanej i bardzo ciekawej dla szerokiego grona odbiorców książce „Gruppa. Buntownicy sztuki”. To kolejna publikacja popularyzatorska z zakresu historii sztuki i kolejna książka Borysława Czyżaka. To, co dawniej funkcjonowało jako zestaw ciekawostek i wzmianek, teraz doczekało się porządnego opracowania. Dwa rozwiązania narracyjne autor chętnie stosuje, z jednej strony – wybiera relację odnoszącą się do Gruppy jako całości, do ruchów i działań, które pozwoliły na uformowanie się tego środowiska artystycznego. Z drugiej strony jednak decyduje się na przedstawienie dorobku i dokonań poszczególnych członków Gruppy z osobna – każdemu z twórców poświęca osobny i rozbudowany rozdział, w którym nie tylko pokazuje dorobek, ale też ścieżki kariery i wybory artystyczne. Tu autor dodaje trochę reportażowości, bo przekazuje czytelnikom także scenki i sytuacje, które były jego udziałem – albo proste, wtrąceniowe relacje z wypraw do poszczególnych artystów.
„Gruppa” to książka, w której sztuka stale przeplata się z rzeczywistością społeczną i polityczną – i tu daje o sobie znać wyczulenie Czyżaka na przemiany w odbiorze – wiele informacji mogłoby umknąć zwłaszcza młodszym pokoleniom, gdyby autor nie zdecydował się na szereg komentarzy i uwag pozwalających wychwycić związki malarstwa i szeroko pojętej publicystyki. To znaczy: odbiorcy nie będą musieli się domyślać znaczeń i przesłań, nie będą też zajmować się samodzielnym interpretowaniem obrazów, bo Czyżak wszystkie potrzebne wiadomości podsunie i przedstawi w bardzo lekkiej formie. Ta lekka forma trochę kontrastuje z pogłębianiem wiadomości i interpretacji. Kiedy Borysław Czyżak wprowadza do narracji informację o istnieniu jakiegoś dzieła, jest w stanie nie tylko opisać to wszystko, co odbiorcy samodzielnie mogą zaobserwować, ale też – przedstawić zestaw sensów. A to sprawia, że na sztukę patrzy się automatycznie inaczej: więcej tu możliwości i więcej znaków, nie mówiąc już o tym, że więcej sposobności do zapamiętania dzieła i autora. Czyżak czasami w swoich interpretacjach idzie daleko, ale nie narzuca swoich ocen czytelnikom, co najwyżej sugeruje, że rozmawiał z autorami na temat swoich odczytań – i nie spotkał się z protestami.
Zresztą odbiorcy sami będą mogli porównać wrażenia (i przyjrzeć się sensowności komentarzy Czyżaka) – bo książka wypełniona jest barwnymi reprodukcjami dobrej jakości. To doskonały sposób na zapoznanie się z tematem i wciągnięcie w historię Gruppy tych, którzy nie mieli pojęcia o takiej formacji, albo na przypomnienie o Gruppie w najbardziej kolorowej postaci. To książka, w której historia sztuki staje się żywa i atrakcyjna dla czytelników – mimo przemian społecznych i mimo zmian w samych decyzjach artystycznych. Czyżak wie, jak przyciągnąć czytelników i też – jak opisywać przeszłość malarzy bez budowania im pomników niestrawnych z perspektyw odbiorców. Warto zwrócić uwagę na tę publikację – nawet jeśli nie dla samych nazwisk, to z powodu dobrej narracji popularyzatorskiej.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






