* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

piątek, 16 października 2026

Marta Orzeszyna: Paryż. Lata 20., lata 30. Taniec na wulkanie

Rebis, Poznań 2026.

Atmosfera

Marta Orzeszyna fascynuje się Paryżem i z tej fascynacji tworzy monumentalną narrację o tym, co działo się w stolicy Francji w dwudziestoleciu międzywojennym. „Paryż. Lata 20., lata 30. Taniec na wulkanie” to książka pełna faktów, ciekawostek, anegdot i odczytań. To tom bazujący na obyczajowości i sztuce, na tym, co zarejestrowane i co ukryte w źródłach. Na tym, co kształtowało genius loci i co wpływało na odmienność Paryża. Mniej liczy się tu polityka, o wiele bardziej – relacje międzyludzkie, artystyczne przyjaźnie, powiązania i inspiracje. Tu wojna przeplata się z modą, a malarstwo ze sportem.

Marta Orzeszyna starannie gromadzi informacje, które może udokumentować odpowiednimi cytatami – stara się nie zamęczać odbiorców kolażem z wypowiedzi innych, ale od czasu do czasu potrzebuje ich dla uchwycenia kolorytu lokalnego. Proponuje rozdziały tematyczne, żeby choć trochę uporządkować sytuację zastaną. Odkrywa więc Paryż stopniowo i po kawałku, w zależności od dyscypliny, rodzaju działania czy zasięgu. Przygląda się i sztuce, i wynalazkom, przemianom obyczajowym i mikroskali w kontaktach interpersonalnych. Sprawdza uważnie strefy wpływów i zależności, żeby przedstawiać czytelnikom już gotowe analizy. Za każdym razem szuka nowatorstwa i kierunków metamorfoz. Bada znaczenie symboli i gestów, odnosząc je do wielkiej polityki i historii, które muszą wpłynąć na losy jednostek. Paryż w jej ujęciu to przede wszystkim Paryż ludzi wybitnych, którzy wcale nie muszą sobie jeszcze zdawać sprawy z własnego znaczenia dla przyszłych pokoleń – tu będzie liczyć się pomysł na siebie i z rzadka uznanie współczesnych. Marta Orzeszyna wie doskonale, komu się powiodło i kto trafił do świadomości potomnych. Interesują ją zatem czasami tylko drobne wzmianki o kolejnych postaciach charakterystycznych dla pejzażu Paryża dwudziestolecia międzywojennego. Tak naprawdę na pierwszym planie stawia ludzi, dopiero w drugim ujęciu sięga po dodatkowe konteksty, plany związane z miejscami czy rozwojem miasta. Paryż to artyści i uczeni – a z drugiej strony to historia. Wydaje się zwłaszcza w pierwszych rozdziałach, że Marta Orzeszyna będzie pisać kolejną książkę historyczną, tyle że tematyzowaną – tak bardzo bazuje na tym, co się wydarzyło. Dopiero kiedy wyjaśni już kontekst związany z przeszłością, może przejść do tego, co najbardziej kształtuje myślenie mas o Paryżu. Na uwagę zasługuje przede wszystkim jej uwikłanie w zależności. Przy czytaniu tej książki nie ma się wrażenia śledzenia biografii – tu o wiele bardziej wartościowe stają się kontakty i reakcje. Nagle wychodzi na jaw, że artyści potrzebują odbicia – natychmiastowych reakcji innych. I dzięki tej książce dużo zależności można rozpracować – Marta Orzeszyna bezbłędnie wyciąga to, co miało znaczenie dla dalszej kariery i rozwoju artystycznego, przypomina, że nie da się w pojedynkę działać w niektórych dziedzinach. Zaprasza do poznawania Paryża z różnych perspektyw i dzieli się własną pasją. Proponuje książkę bardzo rozbudowaną, wypełnioną ciekawostkami, danymi i przemyśleniami – nie zabraknie tu konkretów, co usatysfakcjonuje wszystkich poszukujących ambitnej literatury.

BAJKI Z UŚMIECHEM - część 10

Dziesiąta część Bajek z uśmiechem miała premierę 10 października. Czyta Wiktor Niedzicki

https://youtu.be/erJxQVjvlRU

czwartek, 15 października 2026

Zofia Stanecka: List z planety Nuda

Harperkids, Warszawa 2026.

Obietnica

Nie wszystkie dzieci przeżywają w wakacje swoje wielkie przygody z dala od domu. Kuba na przykład wyjechać nie może, bo mama i tata pracują – z chłopcem może zostawać jedynie wujek. Wujek jest fajny, ale jednak to dorosły. Ale… i dorosły może wpaść na ciekawy pomysł. Wujek wręcza Kubie papeterię. Na ozdobnej kartce Kuba pisze do koleżanki list z kosmosu nudy. Gaba mieszka na Warmii i na nudę czasu nie ma – u niej bez przerwy coś się dzieje. Zwłaszcza w lecie – kiedy można biegać po lesie, odkrywać strumienie i pluskać się w wodzie (to wydaje się tym bardziej kuszące, że w mieście trwa upalny lipiec, którego Kuba ma serdecznie dosyć). A gdyby tak połączyć siły? W końcu Gaba bardzo chętnie spędzałaby czas ze swoim kumplem, który aktualnie się nudzi.

Zofia Stanecka tworzy historyjkę na pierwszym poziomie serii Czytam sobie i wie, że to zetknięcie z książkami będzie dla maluchów decydujące: jeśli ćwiczenie składania liter nie okaże się zbyt żmudne i męczące, najmłodsi dość szybko mogą się przekonać do czytania jako źródła rozrywki. A jeśli tak – nigdy w życiu nie będą się nudzić. Ale zamiast to tłumaczyć, autorka woli to pokazać. Decyduje się na przedstawienie ogromu nudy bez „dobrych rad” ze strony dorosłych: Kubą po prostu nie ma się kto zająć a to oznacza, że wszystkie działania będzie musiał wypracować sobie sam. Wymiana listów to dobry plan – chociaż nieco staroświecki, dzisiaj raczej maluchy nie bawią się w epistolografię, a już szukanie eleganckiej papeterii brzmi jak zajęcie prababć. A jednak „List z planety Nuda” pokazuje, ile może się zmienić po próbie nawiązania kontaktu. Co ważne, Kuba nie będzie krytykowany za swoje skargi: wolno mu czuć się źle z powodu marnowania wakacji – tyle tylko, że w jego otoczeniu nie istnieje dobre rozwiązanie sprawy. Zofia Stanecka nie wprowadza jeszcze przepisu na rozrywkowe wakacje – podaje jednak możliwość, która otwiera się przed chłopcem – a to rozbudzenie wyobraźni odbiorców. Liczy się to wszystko, co może się zdarzyć w niedalekiej przyszłości.

Co ciekawe, chociaż na pierwszym poziomie serii unika się dwuznaków i głosek nosowych, Zofia Stanecka przemyca „ii” w słowie „Warmii”. Szuka też oczywiście synonimów, które pozwolą jej prowadzić narrację w sposób zrozumiały dla dzieci, wciągający i pozbawiony mielizn leksykalnych. Najbardziej cieszy użycie kolokwialnego „wbijaj” jako zaproszenia – nie będzie to język niezrozumiały dla odbiorców, spodobać się może zatem początkującym czytelnikom, tym, którzy być może nie wierzą, że w książkach dozwolone są takie formy. „List z planety Nuda” to książka ładnie zilustrowana przez Aleksandrę Krzanowską – chociaż są tu komputerowe grafiki, to jednak całość przywodzi na myśl dawne książki dla najmłodszych, propozycje klasyczne i wakacyjne.

środa, 14 października 2026

Oliver Kannapin, Stephen R. Covey: 4 skuteczne strategie zarządzania. Pewna droga do sukcesu w nowych realiach

Rebis, Poznań 2026.

Sukces

To jest trochę tak, że autorzy tej książki tak mocno zaangażowali się w metafory żeglarskie, że wolą je niż konkrety – być może w ten sposób zwrócą na siebie uwagę menadżerów i dyrektorów, wszystkich tych, od których zależy sukces finansowy firmy. Zwykłym czytelnikom to rozwiązanie może się wydać oratorskim popisem bez większych powodów. Bo kiedy już Oliver Kannapin i Stephen R. Covey (firmujący książkę swoim nazwiskiem) zdecydują się na przyglądanie się samym strategiom zarządzania, kiedy zejdą z jachtów i nie myślą o bezkresie mórz i oceanów, stają się bardziej konkretni i wyraziści, a przynajmniej – bardziej sensownie piszą o tym, co należy zrobić, żeby ocalić firmę przed kryzysem i żeby postawić na rentowne rozwiązania. „4 skuteczne strategie zarządzania. Pewna droga do sukcesu w nowych realiach” to tomik, który jest poradnikiem – praktyczną lekturą dla wszystkich z kadry zarządzającej. Ma uświadomić im, jakie rozwiązania są najlepsze, sprawdzone i niezawodne w kryzysowych sytuacjach – i ma przyzwyczaić do proponowanych form za sprawą szeregu ćwiczeń do wykonania.

Jak w wielu tego typu poradnikach, pojawiają się tu wstawki motywacyjne – przykłady dające nadzieję na pozytywne zmiany. Dla odbiorców to szansa na spojrzenie na siebie i działania firmy na świeżo – bez dotychczasowych obciążeń i przekonań. Żeby jeszcze ułatwić korzystanie z tego tomu, książka została podzielona na maleńkie porcje wiedzy. Funkcjonują tu bardzo czytelne wyliczenia, pogrubione i wypunktowane wskazówki i niezwykle krótkie omówienia konkretnych porad – tak, żeby czytelnicy utrwalili sobie prezentowaną metodę i żeby nie mieli wątpliwości, jak wprowadzić ją w życie. Praktyka to to, na co autorzy kładą nacisk – nic dziwnego, chodzi przecież o wejście na drogę do sukcesu. I, oczywiście, jak w każdym poradniku biznesowym, jest tu cała strategia – zestaw kierunków działania, które należy jak najszybciej wdrożyć, bo tylko tak można zapewnić sobie spokój. Owe strategie zostały rozpisane w kolejnych rozdziałach szczegółowo i znów w punktach – szkielet publikacji jest bardzo czytelny i nie pozostawia wątpliwości w kwestii kierunku działań. Liczy się tu odpowiednie podejście, ale też uprzedzanie ewentualnych wątpliwości czytelników – tak, żeby już bez żadnych uprzedzeń mogli przystąpić do poprawiania kondycji firmy w strukturach zarządzających. Tak naprawdę nie będzie w tej książce rozwiązań rewolucyjnych, to raczej bazowanie na treściach, z których zainteresowani świetnie zdają sobie sprawę – ale często zdarza się tak, że najtrudniej dostrzec oczywistości lub błędy w ramach poszczególnych działań – tu uwaga ogniskuje się na sednie informacji, tomik został przygotowany tak, żeby eksponować wartościowe i potrzebne firmie kroki. Dzięki temu łatwo będzie nie tylko poprawić skuteczność zarządzania w obliczu kryzysu, ale też uniknąć poważnych problemów. Jest to publikacja przystosowana do szybkiego wdrażania zmian, do modyfikowania dotychczasowych przyzwyczajeń i schematów – tak, żeby odbiorcom łatwo było nie tylko przyznać autorom rację, ale też – wypróbować podpowiedzi. To książka, która sugeruje, że niewiele trzeba, żeby zrobiło się lepiej.

wtorek, 13 października 2026

Meghan Quinn: Dwa magiczne słowa

Editio Red, Gliwice 2026.

Z czasem

To jest historia, jakich wiele, ale aż dziwne, że w dobie poprawności wszelakiej przeszedł jej początek. Może nie wszyscy decydują się na podporządkowanie nierealnym czasem oczekiwaniom i postanawiają tworzyć historie nieco bardziej u zarania przekonujące. Eli Hornsby to gwiazda drużyny hokeja, chłopak, który nie zamierza tworzyć związków ani nawet głębszych relacji z płcią przeciwną, nie interesuje się ustatkowaniem, a jedynie dobrą zabawą. Penny podoba mu się od dawna – ale to młodsza siostra jego najlepszego przyjaciela, wszystko wskazuje na to, że ten układ nie powinien mieć miejsca. A jednak w dniu swoich urodzin Eli skwapliwie podlewa alkoholem młodszą koleżankę (i wysłuchuje cierpliwie jej zastrzeżeń i odmów co do spędzenia wspólnej nocy). Kiedy już Penny jest pijana, to ona ma przejąć inicjatywę i trafić do łóżka chłopaka. W czasach, w których tak wielką uwagę zwraca się na znaczenie zgody obu stron – to rozwiązanie trochę dziwi. Ale tylko trochę, bo Meghan Quinn szybko szykuje poważne konsekwencje dla obojga. Po upojnej nocy (w trakcie której oboje wiele razy przekonują się, że są dla siebie w łóżku wręcz stworzeni) Penny i Eli nie utrzymują ze sobą kontaktu do momentu, w którym dziewczyna orientuje się, że jest w ciąży. To oznacza, że Eli powinien się do niej wprowadzić i pomagać jej we wszystkim. I tak zaczyna się komediowy charakter historii, jakich wiele (albo jakie płyną ze zwykłych błędów).

Na początku Eli i Penny nie umieją się dogadać, wstydzą się swojej obecności i rozmaitych wad. Z czasem otwierają się na siebie nawzajem i przekonują, że mogą sobie poradzić z wyzwaniem. I tu autorka próbuje się odegrać na wszystkich beztroskich facetach, którzy w chwili kryzysu uciekają. Eli uciekać nie ma zamiaru i spadają na niego wszystkie możliwe humory Penny oraz jej plany prowadzące do postawienia na swoim. Bohater będzie się borykać z rozmaitymi kryzysami, a z czasem przekona się, że hormony u ciężarnej kobiety to broń masowego rażenia. Penny nie zna umiaru, a jako poszkodowana w tej sytuacji – nie zamierza oszczędzać partnera. W końcu i tak nie będzie z nich pary, przynajmniej oboje tak twierdzą. Ale wiadomo, że książka, w której scenariusz przechodzi w powieść erotyczną, nie może w tej dziedzinie zaskakiwać.

Na początku Meghan Quinn jest nawet powściągliwa: chociaż od wspólnej nocy wszystko się zaczyna (nawet mimo że bohater w przeszłości przejawiał zainteresowanie piękną Penny), to dopiero seks przy wzajemnym porozumieniu i przy znajomości swoich wad ma znaczenie. Autorka stawia na wyjątkowe potrzeby kobiety ciężarnej – i każe swoim bohaterom uprawiać seks kilka razy dziennie. W pewnym momencie już na nic innego nie mają czasu, a Quinn rezygnuje z pozostałych tematów. Wie dobrze, że jej czytelniczki oczekiwać będą pikantnych scenek – i te im zapewnia. „Dwa magiczne słowa” to powieść, która nie zaskoczy kierunkiem rozwoju akcji, czasami będzie rozśmieszać, ale poza tym wydaje się dość sztampowa i zbyt jednokierunkowa, żeby można było w pełni zaufać bohaterom.

poniedziałek, 12 października 2026

Kathrin Tordasi: Jeżynowy lis

Kropka, Warszawa 2026.

Magia

Z reguły w powieściach dla dzieci i młodzieży młodzi bohaterowie funkcjonują w oderwaniu od ich dorosłych opiekunów – rozłąka z rodzicami czy krewnymi to pierwszy krok do przygody. Ale u Kathrin Tordasi jest inaczej – tu można sobie pozwolić na wspólną podróż międzypokoleniową. Chociaż i tak mama Portii wyjeżdża na konferencję naukową – to ukłon w stronę klasyki. Przeskok o pokolenie sprawia, że na scenę wkraczają – ponownie – Olivia, czyli Jeżyna i Viola, czyli Róża. Dwie przyjaciółki zdają sobie sprawę z obecności świata Zmiennokształtnych i same angażują się w burzliwe wydarzenia. Nie muszą o nic pytać, to one lepiej rozumieją zasady, których Portia dopiero się uczy. I to one ruszają z pomocą, gdy sytuacja robi się poważna i niebezpieczna.

W tomie „Jeżynowy Lis” przyjaciel Portii, Ben, trafia do jej domu i od razu buduje atmosferę grozy: nic nie pamięta, nie wie, jak się tu znalazł, nie ma pojęcia, co właściwie się stało i co doprowadziło go do obecnego stanu. A do tego w kieszeni ma nietypową mapę z odciskiem łapy i klucz (oczywiście bez pojęcia, do czego to klucz). Portia szybko przekonuje się, że sama tej zagadki nie rozwiąże: tu potrzebna będzie potężna magia. A Jeżyna i Róża najlepiej wiedzą, że nie ma na co czekać i trzeba działać – tylko w niekonwencjonalny sposób. Tak rozpoczyna się kolejna wyprawa, tym razem – ratunkowa, bo przecież trzeba ocalić Bena – a przy okazji rozwiązać parę innych zagadek. I nawet niepotrzebne byłyby atrybuty przygody, mapa i klucz, bo jedna z ważniejszych zagadek rozgrywa się w głowie Portii. Dziewczynka przekonała się już po jednej przemianie, jak dobrze czuje się w ciele wilka – metamorfoza uświadomiła jej, że od takich zjawisk łatwo się uzależnić. Ale wilczość nosi w sobie: Portia tęskni za nieskrępowaną wolnością, za możliwością oddalenia się od dobrze znanego ludzkiego świata i za czymś jeszcze. Nie jest w stanie na razie tego sprecyzować, ale czuje, że gdyby przyszło jej przemierzać świat w wilczej wersji, nie żałowałaby. I to zjawisko nie do końca bezpieczne – bo nie do końca zrozumiane – początek problemów tożsamościowych. Trzeba będzie znaleźć odpowiedź na pewne pytania, żeby pojąć, co się właściwie dzieje i kiedy należałoby interweniować. I fakt, na razie ważniejszy jest Ben: to jemu grozi poważniejsze niebezpieczeństwo niż przechodzenie między środowiskami – ale przy okazji Portia może też znaleźć wyjaśnienia własnych poważnych dylematów.

Obecność starszego pokolenia w misji wypełnionej zagadkami i zagrożeniami wcale nie gwarantuje spokoju i bezpieczeństwa – wprost przeciwnie, może się tak zdarzyć, że jedna z przyjaciółek stanie się przyczyną poważnego zmartwienia całej ekipy ratunkowej. Kathrin Tordasi wie dobrze, ile znaczy temat przyjaźni w literaturze czwartej – i celowo go eksponuje, bawiąc się przy okazji motywami magicznymi. Klasyczna powieść drogi w tym wypadku zamienia się w zestaw łamigłówek i detektywistycznych zadań, a to coś dla małych fanów magii w powieściach.

niedziela, 11 października 2026

Rafał Witek: Janek pływa jak ryba

Harperkids, Warszawa 2026.

Lekcja

Drugi poziom serii Czytam sobie to już większe wyzwanie dla małych odbiorców – ćwiczący rozpoznawanie liter powinni teraz przejść dalej i nauczyć się sylabizowania, przy okazji – bo dalej głównym zadaniem jest trenowanie płynnego czytania na większych rozmiarowo tekstach. W tym celu Rafał Witek przygotowuje literackie wyzwanie, historię z życia wziętą o tym, że warto pokonywać swoje lęki, bo to może prowadzić do sympatycznych przygód i uznania otoczenia. Janek na razie nie wchodzi do wody. Kiedy spędza wakacje nad hotelowym basenem, wie doskonale, że pływanie to nie dla niego. Ale już kiedy w zoo przekonuje się, że nawet hipopotamy opanowały tę sztukę, postanawia, że nauczy się pływać. O pomoc prosi starszą siostrę, Elizkę. Elizka nie ma oporów – wie, co zrobić, żeby przekonać brata, że pływanie to przyjemność. Wspólne lekcje na basenie to zestaw ciekawych zabaw bez żadnej presji. I to szybko zostaje nagrodzone: Janek pływa już znakomicie, a po wakacjach dowiaduje się, że jego klasa zamiast lekcji wychowania fizycznego będzie chodzić na basen, na ten basen, na którym Janek uczył się pływać. Teraz to on jest mistrzem w gronie rówieśników i w razie potrzeby może przyjść z pomocą, zupełnie jak wcześniej Elizka.

„Janek pływa jak ryba” to książka, która zachęca do spędzania czasu w wodzie, chociaż nie taki jest cel jej stworzenia. Rafał Witek buduje tu opowieść, która zaangażuje czytelników i sprawi, że nie zauważą przedzierania się przez coraz większe partie tekstu – do niedawna jeszcze to obrazki dominowały na stronach, teraz również jest dużo ilustracji w wykonaniu Joanny Rusinek – więc celnych i przyciągających wzrok – ale najbardziej liczy się rytm akcji. Chłopiec, który nie potrafi pływać i właściwie boi się wody (chociaż motyw strachu nie jest aż tak bardzo podkreślany), sam musi podjąć decyzję o tym, że chciałby zacząć się uczyć. Same lekcje schodzą na dalszy plan, bohater ani nie zakrztusi się wodą, ani nie przestraszy się zapachu chloru, nie ma powodu do podkarmiania lęków.

Rafał Witek ma wprawę w pisaniu według wytycznych serii – i nawet nie stworzy zbyt wielu pułapek dla maluchów. Jedną na pewno będzie „mieć pietra” zamiast bać się – archaizm pasuje do wymogów związanych z unikaniem dwuznaków czy liter ze znakami diakrytycznymi, innym – progres zamiast postępu. Ale to tylko trzy punkty (pietra mają różne postacie), da się zatem jakoś przetrwać, chociaż nie wiadomo, czy kilkulatki nie potkną się na tym w narracji. „Janek pływa jak ryba” to propozycja wartościowa – nie tylko przyzwyczaja do czytania dla przyjemności (i z ciekawości), ale też przypomina, że warto próbować swoich sił w różnych sportach.