Marginesy, Warszawa 2026.
Insekty
O tym, że kiedy wyginą pszczoły, wyginą też ludzie, było już głośno przed kilkoma laty. Teraz Dave Goulson bardziej systemowo podchodzi do tematu i w książce „Milcząca planeta. Jak uratować owady przed zagładą” staje w obronie tych stworzeń, które nie cieszą się specjalnymi względami ludzi i które nie mają szansy na walkę o siebie – w starciu ze znacznie silniejszym przeciwnikiem. Goulson stara się, żeby wszyscy nie tyle pokochali owady, co zastanowili się nad ich niezwykłymi umiejętnościami albo zdolnościami przystosowawczymi, żeby sprawdzili, co potrafią najbardziej fascynujące gatunki, albo przekonali się, jak bogaty jest świat insektów, nawet jeśli trwa jego masowe wymieranie. Przekonuje, że dawniej owadów było o wiele więcej i wystarczyło przejechać samochodem kawałek drogi, żeby konieczny stał się postój i wyczyszczenie przedniej szyby z martwych insektów. Teraz ten problem jest już nieznany młodszym pokoleniom, za to ludzie zaraz staną w obliczu wielkiej katastrofy ekologicznej, w dużej części zawinionej. Goulson zatrzymuje się bowiem na tym, co staje się przyczyną masowego wymierania owadów. Jeszcze nie dotarliśmy do momentu, w którym trzeba zastępować białko zwierzęce białkiem insektów – według autora na szczęście, bo próbował różnych owadów i nie znalazł wśród nich żadnego smacznego – a już okazuje się, że ten mikroświat jest poważnie zagrożony. Jedna z przyczyn to stosowanie pestycydów i nawozów sztucznych oraz środków chwastobójczych – do tego może dojść pozorna troska o środowisko, czyli tworzenie pasów zieleni między jezdniami – to również pułapka, w której ginąć mogą kolejne zapylacze. Najpotężniejszym wrogiem owadów jest człowiek, który zapomina o tym, jak pożyteczne w jego codzienności są te niedostrzegane na co dzień stworzenia. I tak Goulson z jednej strony nawołuje do opamiętania i przypomina ludziom, jak wiele od owadów zależy – co się stanie, kiedy wyginą. Z drugiej – próbuje zafascynować czytelników i przedstawia krótkie migawki portretujące najciekawsze istoty i rozwiązania, które wprowadziła przyroda. Próbuje przekonać odbiorców do zaangażowania się w ocalanie owadów – albo wystraszyć ich wizją świata, w którym samodzielnie trzeba będzie pobierać pyłek z jednych kwiatów i nanosić je na inne, żeby móc zebrać plony. Czasami zależy mu na tym, żeby dostrzec piękno owadów – bo świetnie zdaje sobie sprawę, że kwestie etyczne nie mają tu najmniejszego znaczenia, przynajmniej nie w zagrożeniu na tak dużą skalę. Pokazuje nie tylko niszczycielską działalność człowieka w pędzie do tworzenia taniej żywności, ale też błędy związane na przykład z przenoszeniem gatunków inwazyjnych. Jednak żeby w ogóle móc zacząć mówić o trudnym losie owadów i zaprosić wszystkich do pochylenia się nad ich wymieraniem, trzeba sprawić, żeby czytelnicy te owady zauważyli. I książka „Milcząca planeta” taką właśnie publikacją się staje – to dzięki niej można się przekonać, jak bardzo liczą się insekty i jak bardzo człowiek uprzykrza im życie. To jest tom pozbawiony kaznodziejskich tonów, skrupulatnie i rzetelnie przedstawia za to aktualną sytuację oraz rozwiązania z przeszłości, które zaważyły na konieczności podjęcia działań dzisiaj. Nie odstrasza ani tematem, ani realizacją, sprawia, że odbiorcy zapadają się w lekturę i nie odłożą jej aż do końca. Jedyne, co można by było skrócić, to profetyczny rozdział – ale gra na emocjach najwyraźniej też jest autorowi potrzebna.
tu-czytam
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
poniedziałek, 9 lutego 2026
niedziela, 8 lutego 2026
Lidia Branković: Hotel dla uczuć. Zeszyt ćwiczeń
Kropka, Warszawa 2026.
Rozpoznawanie emocji
Po sukcesie publikacji „Hotel dla uczuć” przyszedł czas na wykorzystanie popularności książki i upewnienie się, że mali odbiorcy radzą sobie z nazywaniem (i odczytywaniem) podstawowych uczuć. „Hotel dla uczuć. Zeszyt ćwiczeń” to książka dla wszystkich dzieci, które chciałyby utrwalić wiadomości (i dla rodziców, którzy marzą o sprawdzaniu postępów w rozwoju swoich pociech) – a wszystko na kanwie zabawy w prowadzenie hotelu. Lidia Branković wykorzystuje tę metaforę, żeby zaprosić do wymyślonego miejsca rozmaite emocje i nadać im kształty. Ale tym razem wezmą się za to dzieci. „Hotel dla uczuć. Zeszyt ćwiczeń” to z jednej strony zabawa kreatywna, z drugiej – porządkowanie informacji. Żeby zostać dyrektorem hotelu trzeba nie tylko przygotować swój strój i paszport, ale też zaprojektować sam hotel. Później przyjdzie czas na projektowanie pierwszego pokoju. Jeśli dzieci uporają się z tym zadaniem, będzie im znacznie łatwiej poradzić sobie z pojawiającymi się tu gośćmi – chcianymi albo niekoniecznie chcianymi. Wszyscy są jednak w hotelu dla uczuć mile widziani, nikomu nie można odmówić gościny, warto zatem poznać zwyczaje i nadzieje, żeby nie zostać zaskoczonym. I tak kolejne wyzwania to na przemian odkrywanie specyfiki różnych uczuć – tych przyjemnych i tych nieprzyjemnych – a także ćwiczenia dotyczące empatii, rozpoznawania emocji, odkrywania rodzajów reakcji i wypracowywania odpowiednich mechanizmów działania. Wiele razy trzeba się będzie zastanawiać nad własnymi postawami wobec innych albo nad tym, jak określone zachowania wpływają na bliskich. „Hotel dla uczuć. Zeszyt ćwiczeń” to nie książka, którą da się wypełnić przypadkowymi bazgrołami – tu wszystko musi być zgodne z poleceniami i przemyślane, zwłaszcza że zadania wymuszają wsłuchanie się w siebie i przetrawienie wyników autoanalizy. Nie będzie tu ani klucza z właściwymi odpowiedziami, ani wskazówek podczas czytania – a to oznacza, że kiedy przyjdzie do wypełniania konturów twarzy konkretnymi minami, dzieci będą musiały zastanowić się nad najbardziej charakterystycznymi elementami mimiki.
Nie jest to zbiór klasycznych łamigłówek, czasami autorka stawia na czytanie podpowiedzi albo podsuwa tematy do refleksji – żeby zatem uporać się z tą publikacją, trzeba już czytać samodzielnie, a do tego nie bać się abstrakcyjnego myślenia. Lidia Branković stawia dzieciom poprzeczkę wysoko, ale jednocześnie może być spokojna – nie ma tu zadań ponad siły kilkulatków. Każdy, kto potrzebuje wysłuchania albo chociaż chce się przekonać, że dobrze rozumie uczucia (swoje i innych), może po tę publikację sięgnąć i spróbować swoich sił. To książka, w której można się artystycznie wyżyć, albo dać upust wyobraźni w tworzeniu postaci odpowiadających niedookreślonym emocjom – ale pozwala na ważną pracę nad sobą, najmłodsi zostają tu potraktowani poważnie i zmuszeni do działania dla samorozwoju. Lidia Branković ma pomysł, który się sprawdzi – konkretyzuje uczucia i przybliża ich istotę małym odbiorcom, radzi sobie z doborem zadań i nie nudzi dzięki zmianie rytmów w kolejnych rozkładówkach. To książka, która łączy tradycyjne zabawy z odkrywaniem siebie.
Rozpoznawanie emocji
Po sukcesie publikacji „Hotel dla uczuć” przyszedł czas na wykorzystanie popularności książki i upewnienie się, że mali odbiorcy radzą sobie z nazywaniem (i odczytywaniem) podstawowych uczuć. „Hotel dla uczuć. Zeszyt ćwiczeń” to książka dla wszystkich dzieci, które chciałyby utrwalić wiadomości (i dla rodziców, którzy marzą o sprawdzaniu postępów w rozwoju swoich pociech) – a wszystko na kanwie zabawy w prowadzenie hotelu. Lidia Branković wykorzystuje tę metaforę, żeby zaprosić do wymyślonego miejsca rozmaite emocje i nadać im kształty. Ale tym razem wezmą się za to dzieci. „Hotel dla uczuć. Zeszyt ćwiczeń” to z jednej strony zabawa kreatywna, z drugiej – porządkowanie informacji. Żeby zostać dyrektorem hotelu trzeba nie tylko przygotować swój strój i paszport, ale też zaprojektować sam hotel. Później przyjdzie czas na projektowanie pierwszego pokoju. Jeśli dzieci uporają się z tym zadaniem, będzie im znacznie łatwiej poradzić sobie z pojawiającymi się tu gośćmi – chcianymi albo niekoniecznie chcianymi. Wszyscy są jednak w hotelu dla uczuć mile widziani, nikomu nie można odmówić gościny, warto zatem poznać zwyczaje i nadzieje, żeby nie zostać zaskoczonym. I tak kolejne wyzwania to na przemian odkrywanie specyfiki różnych uczuć – tych przyjemnych i tych nieprzyjemnych – a także ćwiczenia dotyczące empatii, rozpoznawania emocji, odkrywania rodzajów reakcji i wypracowywania odpowiednich mechanizmów działania. Wiele razy trzeba się będzie zastanawiać nad własnymi postawami wobec innych albo nad tym, jak określone zachowania wpływają na bliskich. „Hotel dla uczuć. Zeszyt ćwiczeń” to nie książka, którą da się wypełnić przypadkowymi bazgrołami – tu wszystko musi być zgodne z poleceniami i przemyślane, zwłaszcza że zadania wymuszają wsłuchanie się w siebie i przetrawienie wyników autoanalizy. Nie będzie tu ani klucza z właściwymi odpowiedziami, ani wskazówek podczas czytania – a to oznacza, że kiedy przyjdzie do wypełniania konturów twarzy konkretnymi minami, dzieci będą musiały zastanowić się nad najbardziej charakterystycznymi elementami mimiki.
Nie jest to zbiór klasycznych łamigłówek, czasami autorka stawia na czytanie podpowiedzi albo podsuwa tematy do refleksji – żeby zatem uporać się z tą publikacją, trzeba już czytać samodzielnie, a do tego nie bać się abstrakcyjnego myślenia. Lidia Branković stawia dzieciom poprzeczkę wysoko, ale jednocześnie może być spokojna – nie ma tu zadań ponad siły kilkulatków. Każdy, kto potrzebuje wysłuchania albo chociaż chce się przekonać, że dobrze rozumie uczucia (swoje i innych), może po tę publikację sięgnąć i spróbować swoich sił. To książka, w której można się artystycznie wyżyć, albo dać upust wyobraźni w tworzeniu postaci odpowiadających niedookreślonym emocjom – ale pozwala na ważną pracę nad sobą, najmłodsi zostają tu potraktowani poważnie i zmuszeni do działania dla samorozwoju. Lidia Branković ma pomysł, który się sprawdzi – konkretyzuje uczucia i przybliża ich istotę małym odbiorcom, radzi sobie z doborem zadań i nie nudzi dzięki zmianie rytmów w kolejnych rozkładówkach. To książka, która łączy tradycyjne zabawy z odkrywaniem siebie.
sobota, 7 lutego 2026
Patricia Highsmith: Drżąca ręka fałszerza
Noir sur Blanc, Warszawa 2026 (wydanie II).
Dylematy pisarza
Howard nie jest pisarzem doświadczonym – wprawdzie zna się na swoim fachu, a przynajmniej usilnie pracuje nad tym, żeby móc zarabiać na życie pisaniem, ale non stop wydarza się coś, co odciąga jego uwagę od obowiązków. Powieści Howarda nie przyniosły mu ani olśniewających zarobków, ani sławy – ale zapewniły mu ciekawą propozycję pracy. Tyle tylko, że bohater powinien przynajmniej na pewien czas zmienić otoczenie. Udaje się do Tunezji, żeby tam pracować nad scenariuszem i zapomnieć o byłej żonie.
„Drżąca ręka fałszerza” to powieść Patricii Highsmith dla tych wszystkich, którzy nie lubią kryminałów opartych na tradycyjnych śledztwach, za to wolą sprawdzać, co dzieje się z bohaterami bezpośrednio zaangażowanymi w makabryczne wydarzenia. Egzotyczne miejsce dodaje barw całej historii. Howard spędza czas na czekaniu – nie potrafi na dobre wziąć się do pracy, woli bez przerwy analizować wydarzenia z przeszłości i obserwować otoczenie, a przy okazji sprawdzać, czy nie przyszła do niego poczta, zwłaszcza – wiadomość od partnerki, Iny. A ponieważ listów czy choćby pocztówek boleśnie brak – Howard zajmuje się oglądaniem wszystkiego i wyciąganiem wniosków. Szybko przekonuje się, że w Tunezji mężczyzna nie ma problemu ze znalezieniem sobie młodego przygodnego kochanka – a także, że boye hotelowi to bardzo specyficzna grupa. I to właśnie oni przysporzą najwięcej problemów.
Tak naprawdę nie wiadomo do końca, co się wydarzyło – istnieją przez bardzo długi czas przede wszystkim domysły, które po kolejnych analizach muszą zamienić się w pewność. Zatuszowanie przypadkowego morderstwa dla jednych może być fraszką i banałem, dla innych – źródłem ciągłych frustracji: wszystko zależy od kultury, podejścia i, co najważniejsze, świadomości tego, co naprawdę się stało. Howard nie może uzyskać informacji od nikogo, jest skazany na domysły i na wyrzuty sumienia. Domyśla się najgorszego – ale nikt nie pokaże mu alternatywnego rozwoju akcji raczej podsyci niepewność i rozterki. Patricia Highsmith nie dba o to, żeby pchnąć śledztwo naprzód, woli towarzyszyć postaci, która jest zdezorientowana i osamotniona – i sprawdzać, jak rozwijać się będzie podejście Howarda do całej sprawy. Coś, co mogłoby szybko znaleźć finał – i było czarne albo białe, nagle znajduje trzecie ujęcie i zyskuje mnóstwo pośrednich odcieni. Na to z pewnością czytelnicy nie są gotowi – chyba że stali czytelnicy Patricii Highsmith, ci przecież doskonale zdają sobie sprawę, że autorka zamiast rozwikłania intrygi często woli skupić się na psychologicznych następstwach owej intrygi dla postaci – i doświadcza swoich bohaterów w sposób, który w gatunku nie jest zbyt często spotykany.
„Drżąca ręka fałszerza” to książka bardzo staranna pod kątem literackiej narracji, wypełniona udanymi i celnymi opisami psychiki i zachowań bohatera wywiedzionego na manowce przez rzeczywistość i wyobraźnię. Autorka wie, jak nasycić fabułę kolorytem lokalnym, jak sprawić, żeby powieść miała uniwersalny wymiar i co zrobić, żeby zatrzymać czytelników przy dylematach głównego bohatera. Jest „Drżąca ręka fałszerza” przede wszystkim dowodem na sprawność literacką i umiejętne spostrzeżenia natury psychologicznej autorki.
Dylematy pisarza
Howard nie jest pisarzem doświadczonym – wprawdzie zna się na swoim fachu, a przynajmniej usilnie pracuje nad tym, żeby móc zarabiać na życie pisaniem, ale non stop wydarza się coś, co odciąga jego uwagę od obowiązków. Powieści Howarda nie przyniosły mu ani olśniewających zarobków, ani sławy – ale zapewniły mu ciekawą propozycję pracy. Tyle tylko, że bohater powinien przynajmniej na pewien czas zmienić otoczenie. Udaje się do Tunezji, żeby tam pracować nad scenariuszem i zapomnieć o byłej żonie.
„Drżąca ręka fałszerza” to powieść Patricii Highsmith dla tych wszystkich, którzy nie lubią kryminałów opartych na tradycyjnych śledztwach, za to wolą sprawdzać, co dzieje się z bohaterami bezpośrednio zaangażowanymi w makabryczne wydarzenia. Egzotyczne miejsce dodaje barw całej historii. Howard spędza czas na czekaniu – nie potrafi na dobre wziąć się do pracy, woli bez przerwy analizować wydarzenia z przeszłości i obserwować otoczenie, a przy okazji sprawdzać, czy nie przyszła do niego poczta, zwłaszcza – wiadomość od partnerki, Iny. A ponieważ listów czy choćby pocztówek boleśnie brak – Howard zajmuje się oglądaniem wszystkiego i wyciąganiem wniosków. Szybko przekonuje się, że w Tunezji mężczyzna nie ma problemu ze znalezieniem sobie młodego przygodnego kochanka – a także, że boye hotelowi to bardzo specyficzna grupa. I to właśnie oni przysporzą najwięcej problemów.
Tak naprawdę nie wiadomo do końca, co się wydarzyło – istnieją przez bardzo długi czas przede wszystkim domysły, które po kolejnych analizach muszą zamienić się w pewność. Zatuszowanie przypadkowego morderstwa dla jednych może być fraszką i banałem, dla innych – źródłem ciągłych frustracji: wszystko zależy od kultury, podejścia i, co najważniejsze, świadomości tego, co naprawdę się stało. Howard nie może uzyskać informacji od nikogo, jest skazany na domysły i na wyrzuty sumienia. Domyśla się najgorszego – ale nikt nie pokaże mu alternatywnego rozwoju akcji raczej podsyci niepewność i rozterki. Patricia Highsmith nie dba o to, żeby pchnąć śledztwo naprzód, woli towarzyszyć postaci, która jest zdezorientowana i osamotniona – i sprawdzać, jak rozwijać się będzie podejście Howarda do całej sprawy. Coś, co mogłoby szybko znaleźć finał – i było czarne albo białe, nagle znajduje trzecie ujęcie i zyskuje mnóstwo pośrednich odcieni. Na to z pewnością czytelnicy nie są gotowi – chyba że stali czytelnicy Patricii Highsmith, ci przecież doskonale zdają sobie sprawę, że autorka zamiast rozwikłania intrygi często woli skupić się na psychologicznych następstwach owej intrygi dla postaci – i doświadcza swoich bohaterów w sposób, który w gatunku nie jest zbyt często spotykany.
„Drżąca ręka fałszerza” to książka bardzo staranna pod kątem literackiej narracji, wypełniona udanymi i celnymi opisami psychiki i zachowań bohatera wywiedzionego na manowce przez rzeczywistość i wyobraźnię. Autorka wie, jak nasycić fabułę kolorytem lokalnym, jak sprawić, żeby powieść miała uniwersalny wymiar i co zrobić, żeby zatrzymać czytelników przy dylematach głównego bohatera. Jest „Drżąca ręka fałszerza” przede wszystkim dowodem na sprawność literacką i umiejętne spostrzeżenia natury psychologicznej autorki.
piątek, 6 lutego 2026
Yanek Świtała: Pędzę do ciebie na sygnale. Polska przez szybę karetki
Mando, WAM, Kraków 2026.
Ratowanie ludzi
Yanek, czyli Janek Świtała nie pierwszy raz zabiera głos, żeby uświadamiać społeczeństwo w kwestiach związanych ze służbą zdrowia – ale odnosi się nie tylko do wad systemu i przeciążenia publicznej opieki zdrowotnej, lecz również do zachowań samych pacjentów, którzy w pewnej części mogą ponosić odpowiedzialność za to, co się dzieje. „Pędzę do ciebie na sygnale. Polska przez szybę karetki” to lektura bezkompromisowa, pisana kolokwialnym językiem (bawi ostrzeżenie przed wulgaryzmami na okładce – ten zabieg przyjmuje się w publikacjach young adult, ale w książkach dla dorosłych nie wydaje się potrzebny: autor nie traktuje wulgaryzmów jak przecinków, ale czasami musi dać upust frustracji, albo dotrzeć do wybitnie opornych potencjalnych pacjentów i trudniej o lepszy pomysł). Na początku autor trochę oswaja czytelników z przejściami, jakie zaraz staną się ich pośrednim udziałem. Przedstawia swoich kolegów po fachu, z którymi połączyły go wyjątkowo trudne przeżycia. Bo za chwilę zacznie opowiadać o tym, czego przeciętni odbiorcy nie mają szansy poznać. Wymienia wyzwania i trudne przypadki, sytuacje, które przerastają: kiedy musi robić coś, czego nigdy wcześniej nie robił, albo kiedy nie ma czasu na wybieranie najlepszych działań, bo pacjent może zaraz umrzeć – i uruchamia się skomplikowane albo przynajmniej przerażające dla postronnych, a ratujące życie procedury. Ale im dalej w las, tym więcej problemów z samymi pacjentami albo ich roszczeniowymi bliskimi – i tu można się tylko cieszyć, że ludzie tacy jak Janek Świtała, praktycy w zawodzie ratownika medycznego, zabierają głos i naświetlają złe czy niewłaściwe reakcje. Wzywanie karetki bez powodu nie jest już tak częstym zjawiskiem jak dawniej, ale wzywanie karetki do pijanych zdarza się notorycznie – i blokuje sprzęt rzeczywiście cierpiącym. Autor stawia na wyraziste tematy – pijakom poświęca cały rozdział – ale nawet jeśli będzie powtarzał to, z czego wszyscy doskonale zdają sobie sprawę, do bezpośrednio zainteresowanych nie dotrze. Podobnie jak z rozdziałem dotyczącym rodzin patologicznych. Inaczej rzecz się ma z rodzicami dzieci potrzebujących pomocy czy nieuleczalnie chorych – tu każdy wyjazd to wielkie emocje, a do tego konieczność reagowania na nieznane. Ważny temat poruszany przez Świtałę dotyczy męskiej depresji – a zwłaszcza jej konsekwencji, jeśli ktoś w porę nie zorientuje się, że potrzebna jest pomoc medyczna. Żeby nie tylko narzekać, ale dać czytelnikom znać, że coś od nich zależy, Janek Świtała tworzy rozdział poświęcony krwi – przekonuje, dlaczego grupy krwi nie warto sobie tatuować i odnotowuje, jakich procedur brak, żeby szybciej i skuteczniej ratować życie. Jest świadomy, jakie wady ma system i pod koniec książki zatrzymuje się właśnie na tym, co wymaga naprawy w służbie zdrowia – tu solidaryzuje się w pewnym sensie z czytelnikami, ale dopiero po tym, jak pokaże im cały szereg ich niedociągnięć. Ta książka może funkcjonować jako zwykła rozrywka – będzie wtedy pokazywać dalekie od serialowych sytuacje szarpiące nerwy i wymagające olbrzymiej wytrzymałości, ale znacznie lepsza okaże się, jeśli da odbiorcom do myślenia i pozwoli na właściwe reagowanie na polecenia i zachowania zespołów ratownictwa medycznego. Świtała uświadamia czytelnikom, że i oni – nawet jeśli pozornie nie mają sobie nic do zarzucenia – mogą coś poprawić i usprawnić działania w kryzysowej sytuacji.
Ratowanie ludzi
Yanek, czyli Janek Świtała nie pierwszy raz zabiera głos, żeby uświadamiać społeczeństwo w kwestiach związanych ze służbą zdrowia – ale odnosi się nie tylko do wad systemu i przeciążenia publicznej opieki zdrowotnej, lecz również do zachowań samych pacjentów, którzy w pewnej części mogą ponosić odpowiedzialność za to, co się dzieje. „Pędzę do ciebie na sygnale. Polska przez szybę karetki” to lektura bezkompromisowa, pisana kolokwialnym językiem (bawi ostrzeżenie przed wulgaryzmami na okładce – ten zabieg przyjmuje się w publikacjach young adult, ale w książkach dla dorosłych nie wydaje się potrzebny: autor nie traktuje wulgaryzmów jak przecinków, ale czasami musi dać upust frustracji, albo dotrzeć do wybitnie opornych potencjalnych pacjentów i trudniej o lepszy pomysł). Na początku autor trochę oswaja czytelników z przejściami, jakie zaraz staną się ich pośrednim udziałem. Przedstawia swoich kolegów po fachu, z którymi połączyły go wyjątkowo trudne przeżycia. Bo za chwilę zacznie opowiadać o tym, czego przeciętni odbiorcy nie mają szansy poznać. Wymienia wyzwania i trudne przypadki, sytuacje, które przerastają: kiedy musi robić coś, czego nigdy wcześniej nie robił, albo kiedy nie ma czasu na wybieranie najlepszych działań, bo pacjent może zaraz umrzeć – i uruchamia się skomplikowane albo przynajmniej przerażające dla postronnych, a ratujące życie procedury. Ale im dalej w las, tym więcej problemów z samymi pacjentami albo ich roszczeniowymi bliskimi – i tu można się tylko cieszyć, że ludzie tacy jak Janek Świtała, praktycy w zawodzie ratownika medycznego, zabierają głos i naświetlają złe czy niewłaściwe reakcje. Wzywanie karetki bez powodu nie jest już tak częstym zjawiskiem jak dawniej, ale wzywanie karetki do pijanych zdarza się notorycznie – i blokuje sprzęt rzeczywiście cierpiącym. Autor stawia na wyraziste tematy – pijakom poświęca cały rozdział – ale nawet jeśli będzie powtarzał to, z czego wszyscy doskonale zdają sobie sprawę, do bezpośrednio zainteresowanych nie dotrze. Podobnie jak z rozdziałem dotyczącym rodzin patologicznych. Inaczej rzecz się ma z rodzicami dzieci potrzebujących pomocy czy nieuleczalnie chorych – tu każdy wyjazd to wielkie emocje, a do tego konieczność reagowania na nieznane. Ważny temat poruszany przez Świtałę dotyczy męskiej depresji – a zwłaszcza jej konsekwencji, jeśli ktoś w porę nie zorientuje się, że potrzebna jest pomoc medyczna. Żeby nie tylko narzekać, ale dać czytelnikom znać, że coś od nich zależy, Janek Świtała tworzy rozdział poświęcony krwi – przekonuje, dlaczego grupy krwi nie warto sobie tatuować i odnotowuje, jakich procedur brak, żeby szybciej i skuteczniej ratować życie. Jest świadomy, jakie wady ma system i pod koniec książki zatrzymuje się właśnie na tym, co wymaga naprawy w służbie zdrowia – tu solidaryzuje się w pewnym sensie z czytelnikami, ale dopiero po tym, jak pokaże im cały szereg ich niedociągnięć. Ta książka może funkcjonować jako zwykła rozrywka – będzie wtedy pokazywać dalekie od serialowych sytuacje szarpiące nerwy i wymagające olbrzymiej wytrzymałości, ale znacznie lepsza okaże się, jeśli da odbiorcom do myślenia i pozwoli na właściwe reagowanie na polecenia i zachowania zespołów ratownictwa medycznego. Świtała uświadamia czytelnikom, że i oni – nawet jeśli pozornie nie mają sobie nic do zarzucenia – mogą coś poprawić i usprawnić działania w kryzysowej sytuacji.
czwartek, 5 lutego 2026
Koci domek Gabi. Kociastyczne łamigłówki. Wielki zeszyt zadań
Harperkids, Warszawa 2026.
Zabawa
Gdyby ktoś miał wątpliwości, czy na rynku wydawniczym znajdzie się miejsce dla kolejnej kolorowanki gadżetowej – oczywiście że tak. „Koci domek Gabi. Kociastyczne łamigłówki. Wielki zeszyt zadań” to książka, która ucieszy małe fanki serialu i sprawi, że będą chętnie ćwiczyć małą motorykę, spędzając czas z ulubionymi postaciami i przeuroczymi kotkami. Książka została wydrukowana na kredowym papierze – po to, żeby nadać naklejkom (100 elementów dołączonych do tomiku) charakter wielorazowości i umożliwić dzieciom poprawianie błędów lub zmianę zdania, jeśli uznają, że dany motyw będzie się lepiej prezentować gdzie indziej. Ale to oznacza też, że do kolorowania warto użyć innych narzędzi niż kredki – będzie się wygodniej rozprowadzało kolor po kartkach. Kolorowania będzie tu mnóstwo i co pewien czas pojawi się takie z kluczem – z sylwetką bohaterki w odpowiednim ubarwieniu i poleceniu dla najmłodszych, żeby powielili kolory z obrazka. To wskazówka dla tych, którzy jeszcze dobrze nie radzą sobie z doborem odpowiednich narzędzi. Ale jeśli dzieci będą chciały dać upust własnej kreatywności, znajdą tu całkiem sporo konturów na kolorowym tle i już bez podpowiedzi – i wtedy mają szansę rysować po swojemu. Warto tu zaznaczyć, że sylwetki przeniesione z kreskówki są bardzo szczegółowe, o dość wysokim stopniu skomplikowania, więc też i poziom trudności będzie odpowiednio duży. To raczej nie zniechęci dzieci przed obcowaniem z ulubionymi postaciami.
Kolorowanki są wesołym i sympatycznym przerywnikiem, tak, żeby odciążyć książeczkę i odwrócić uwagę najmłodszych od wysiłku intelektualnego podejmowanego w łamigłówkach – i tu do czynienia mamy z klasyką – pojawiają się dopasowania kształtów, labirynty czy porównywanki, wszystko to, co dzieci i tak doskonale znają z różnych zestawów łamigłówek – tu do czynienia mają po prostu z ulubioną bohaterką i takim wyborem tematów czy zagadnień, żeby jak najczęściej przypominać skojarzenia z serialem. To rozwiązanie, które zapewnia zainteresowanie publiczności literackiej – ale przy okazji jest też prostym sposobem na nakłonienie dzieci do pracy, która zaowocuje przy szkolnych obowiązkach. Można się doskonale bawić z bohaterką cyklu i jej podopiecznymi, a do tego testować własną wyobraźnię, skoro znajdzie się tu i miejsce na własne prace. To sposób na zapewnienie dzieciom rozrywki i przekonanie ich do ćwiczenia umysłu, a nie tylko wyobraźni. Na zadania z naklejkami również znalazło się tutaj miejsce, ale oczywiście wszystko będzie zależało od inwencji kilkuletnich odbiorców – to oni decydują, jaki kształt ostatecznie przyjmie praca i kiedy zatrzymać poprawki.
Kolejny bohater znany z innego medium, kolejny zestaw łamigłówek i naklejek – wyróżniać się będzie przede wszystkim dla fanów cyklu. Ale właśnie do nich jest kierowany ten tomik.
Zabawa
Gdyby ktoś miał wątpliwości, czy na rynku wydawniczym znajdzie się miejsce dla kolejnej kolorowanki gadżetowej – oczywiście że tak. „Koci domek Gabi. Kociastyczne łamigłówki. Wielki zeszyt zadań” to książka, która ucieszy małe fanki serialu i sprawi, że będą chętnie ćwiczyć małą motorykę, spędzając czas z ulubionymi postaciami i przeuroczymi kotkami. Książka została wydrukowana na kredowym papierze – po to, żeby nadać naklejkom (100 elementów dołączonych do tomiku) charakter wielorazowości i umożliwić dzieciom poprawianie błędów lub zmianę zdania, jeśli uznają, że dany motyw będzie się lepiej prezentować gdzie indziej. Ale to oznacza też, że do kolorowania warto użyć innych narzędzi niż kredki – będzie się wygodniej rozprowadzało kolor po kartkach. Kolorowania będzie tu mnóstwo i co pewien czas pojawi się takie z kluczem – z sylwetką bohaterki w odpowiednim ubarwieniu i poleceniu dla najmłodszych, żeby powielili kolory z obrazka. To wskazówka dla tych, którzy jeszcze dobrze nie radzą sobie z doborem odpowiednich narzędzi. Ale jeśli dzieci będą chciały dać upust własnej kreatywności, znajdą tu całkiem sporo konturów na kolorowym tle i już bez podpowiedzi – i wtedy mają szansę rysować po swojemu. Warto tu zaznaczyć, że sylwetki przeniesione z kreskówki są bardzo szczegółowe, o dość wysokim stopniu skomplikowania, więc też i poziom trudności będzie odpowiednio duży. To raczej nie zniechęci dzieci przed obcowaniem z ulubionymi postaciami.
Kolorowanki są wesołym i sympatycznym przerywnikiem, tak, żeby odciążyć książeczkę i odwrócić uwagę najmłodszych od wysiłku intelektualnego podejmowanego w łamigłówkach – i tu do czynienia mamy z klasyką – pojawiają się dopasowania kształtów, labirynty czy porównywanki, wszystko to, co dzieci i tak doskonale znają z różnych zestawów łamigłówek – tu do czynienia mają po prostu z ulubioną bohaterką i takim wyborem tematów czy zagadnień, żeby jak najczęściej przypominać skojarzenia z serialem. To rozwiązanie, które zapewnia zainteresowanie publiczności literackiej – ale przy okazji jest też prostym sposobem na nakłonienie dzieci do pracy, która zaowocuje przy szkolnych obowiązkach. Można się doskonale bawić z bohaterką cyklu i jej podopiecznymi, a do tego testować własną wyobraźnię, skoro znajdzie się tu i miejsce na własne prace. To sposób na zapewnienie dzieciom rozrywki i przekonanie ich do ćwiczenia umysłu, a nie tylko wyobraźni. Na zadania z naklejkami również znalazło się tutaj miejsce, ale oczywiście wszystko będzie zależało od inwencji kilkuletnich odbiorców – to oni decydują, jaki kształt ostatecznie przyjmie praca i kiedy zatrzymać poprawki.
Kolejny bohater znany z innego medium, kolejny zestaw łamigłówek i naklejek – wyróżniać się będzie przede wszystkim dla fanów cyklu. Ale właśnie do nich jest kierowany ten tomik.
środa, 4 lutego 2026
Jennifer Croft: Wymieranie Ireny Rey
Pauza, Warszawa 2026.
Puszcza
Zwykle nie zauważa się tłumaczy. I Jennifer Croft – tłumaczka – przywraca im miejsce w świadomości społecznej, a robi to w pomysłowy sposób, za sprawą powieści, która przenosi odbiorców w przyszłość i cofa do alternatywnej rzeczywistości – do roku 2017 – żeby zaprezentować wydarzenia trochę kryminalne, a trochę sensacyjne i szalone, zagmatwane i koniecznie zaskakujące. Irena Rey, bohaterka tytułowa tego tomu, to uznana autorka, która walczy o Nagrodę Nobla – w zasadzie wiadomo, że jej nie dostanie, ale mogłaby, bo jej twórczość zasługuje na uznanie. Irena Rey wie też, jak zwrócić na siebie uwagę całego świata. Co pewien czas organizuje specjalne plena, zebrania tłumaczy z różnych krajów. Ma grupę oddanych translatorów, których zaprasza do domu na skraju Puszczy Białowieskiej – i pozwala pracować nad nowym tytułem równocześnie. Dzięki temu unika spoilerów i przecieków, a do tego może mieć pewność, że podbije cały świat. Tłumacze początkowo traktują się dość przedmiotowo – są narzędziami w rękach genialnej autorki. Ale kiedy Irena Rey nieoczekiwanie znika, muszą zacząć działać i samodzielnie podejmować decyzje w skrajnie nieprzyjaznym im otoczeniu – przecież puszcza może zabić, o czym przekonują się już pierwszego samotnego dnia. Odkrywanie tożsamości Ireny Rey, pozostawionych przez nią tropów oraz potencjalnych marzeń i planów, bywa dość skomplikowane, zwłaszcza kiedy tłumacze zaczynają zwracać uwagę na siebie nawzajem. Po raz pierwszy w historii zjazdów poznają swoje prawdziwe imiona i porzucają przydomki biorące się od ojczystego języka, po raz pierwszy też pozwalają sobie na większą uczuciowość i przez to odkrywają kolejne tajemnice. Między innymi – historię zniknięcia Czeskiego. Ireny Rey nie ma, ale tłumacze nie potrafią się od niej uwolnić. Pozostają pod jej wpływem nawet porzuceni i pozbawieni nadziei na powrót do starego porządku. Geniusz Ireny Rey wychodzi na światło dzienne dopiero teraz, kiedy układa codzienność swoim podwładnym z nicości. Jennifer Croft bawi się tutaj formą z wyraźną przyjemnością: narrację prowadzi tłumaczka kiedyś znana jako Hiszpańska, ale poza głównym nurtem lektury pojawiają się tu też przypisy od tłumaczki – jedyne miejsce, w których może ona dać upust swoim frustracjom albo spostrzeżeniom blokowanym normalnie przez autorkę. Dla polskich czytelników miłą niespodzianką będzie zakotwiczenie akcji w Puszczy Białowieskiej – od czasu do czasu autorka nawiązuje do polskiej polityki i do tutejszej flory i fauny, chce, żeby czytelnicy również dali się zafascynować wyjątkowym miejscem – nawet jeśli fabuła i czas akcji pozwalają jej na dowolne manipulacje kolorytem lokalnym. W zabawach formą pomagają też krótkie widokówki z różnych miejsc, opatrzone komentarzami dla zbudowania napięcia. Jennifer Croft tworzy fabułę inną niż wszystkie – pisze w sposób, w którym niemożliwe jest przewidzenie finału, nawet samo dążenie do niego stanowi wykroczenie lekturowe – tu liczy się droga, a nie cel. A ta droga jest wyjątkowa, fascynująca i migotliwa. Dla odbiorców, którzy są zmęczeni masówką, Jennifer Croft będzie wręcz wybawieniem – to autorka, której warto zaufać. Zna świat, o którym pisze, wie, jak czarować słowem i pozwala czytelnikom na ucieczkę od rzeczywistości. Nie będzie to tylko zaproszenie dla tłumaczy - a alternatywna rzeczywistość, w której odnajdą się wszyscy gotowi podjąć ryzyko i podążać za chimeryczną autorką i jej wyznawcami. A przy okazji: Kaja Gucio ładnie to przełożyła.
Puszcza
Zwykle nie zauważa się tłumaczy. I Jennifer Croft – tłumaczka – przywraca im miejsce w świadomości społecznej, a robi to w pomysłowy sposób, za sprawą powieści, która przenosi odbiorców w przyszłość i cofa do alternatywnej rzeczywistości – do roku 2017 – żeby zaprezentować wydarzenia trochę kryminalne, a trochę sensacyjne i szalone, zagmatwane i koniecznie zaskakujące. Irena Rey, bohaterka tytułowa tego tomu, to uznana autorka, która walczy o Nagrodę Nobla – w zasadzie wiadomo, że jej nie dostanie, ale mogłaby, bo jej twórczość zasługuje na uznanie. Irena Rey wie też, jak zwrócić na siebie uwagę całego świata. Co pewien czas organizuje specjalne plena, zebrania tłumaczy z różnych krajów. Ma grupę oddanych translatorów, których zaprasza do domu na skraju Puszczy Białowieskiej – i pozwala pracować nad nowym tytułem równocześnie. Dzięki temu unika spoilerów i przecieków, a do tego może mieć pewność, że podbije cały świat. Tłumacze początkowo traktują się dość przedmiotowo – są narzędziami w rękach genialnej autorki. Ale kiedy Irena Rey nieoczekiwanie znika, muszą zacząć działać i samodzielnie podejmować decyzje w skrajnie nieprzyjaznym im otoczeniu – przecież puszcza może zabić, o czym przekonują się już pierwszego samotnego dnia. Odkrywanie tożsamości Ireny Rey, pozostawionych przez nią tropów oraz potencjalnych marzeń i planów, bywa dość skomplikowane, zwłaszcza kiedy tłumacze zaczynają zwracać uwagę na siebie nawzajem. Po raz pierwszy w historii zjazdów poznają swoje prawdziwe imiona i porzucają przydomki biorące się od ojczystego języka, po raz pierwszy też pozwalają sobie na większą uczuciowość i przez to odkrywają kolejne tajemnice. Między innymi – historię zniknięcia Czeskiego. Ireny Rey nie ma, ale tłumacze nie potrafią się od niej uwolnić. Pozostają pod jej wpływem nawet porzuceni i pozbawieni nadziei na powrót do starego porządku. Geniusz Ireny Rey wychodzi na światło dzienne dopiero teraz, kiedy układa codzienność swoim podwładnym z nicości. Jennifer Croft bawi się tutaj formą z wyraźną przyjemnością: narrację prowadzi tłumaczka kiedyś znana jako Hiszpańska, ale poza głównym nurtem lektury pojawiają się tu też przypisy od tłumaczki – jedyne miejsce, w których może ona dać upust swoim frustracjom albo spostrzeżeniom blokowanym normalnie przez autorkę. Dla polskich czytelników miłą niespodzianką będzie zakotwiczenie akcji w Puszczy Białowieskiej – od czasu do czasu autorka nawiązuje do polskiej polityki i do tutejszej flory i fauny, chce, żeby czytelnicy również dali się zafascynować wyjątkowym miejscem – nawet jeśli fabuła i czas akcji pozwalają jej na dowolne manipulacje kolorytem lokalnym. W zabawach formą pomagają też krótkie widokówki z różnych miejsc, opatrzone komentarzami dla zbudowania napięcia. Jennifer Croft tworzy fabułę inną niż wszystkie – pisze w sposób, w którym niemożliwe jest przewidzenie finału, nawet samo dążenie do niego stanowi wykroczenie lekturowe – tu liczy się droga, a nie cel. A ta droga jest wyjątkowa, fascynująca i migotliwa. Dla odbiorców, którzy są zmęczeni masówką, Jennifer Croft będzie wręcz wybawieniem – to autorka, której warto zaufać. Zna świat, o którym pisze, wie, jak czarować słowem i pozwala czytelnikom na ucieczkę od rzeczywistości. Nie będzie to tylko zaproszenie dla tłumaczy - a alternatywna rzeczywistość, w której odnajdą się wszyscy gotowi podjąć ryzyko i podążać za chimeryczną autorką i jej wyznawcami. A przy okazji: Kaja Gucio ładnie to przełożyła.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)






