Strona główna || O autorce || O tu-czytam || Bajki || Bajkowe portfolio                       

wtorek, 29 września 2020

Alberto Angela: Jeden dzień w starożytnym Rzymie. Życie powszednie, sekrety, ciekawostki

Czytelnik, Warszawa 2020.

Podglądanie

Raczej rzadko istnieje szansa na to, żeby odbiorcy, którzy nie interesują się starożytnością, z własnej woli postanowili zgłębiać temat i sprawdzać, jak dawniej żyli ludzie. Alberto Angela bierze się zatem za popularyzowanie zagadnienia – życia i codzienności w starożytnym Rzymie. Przedstawia wiadomości z pomysłem i liczy na to, że uda mu się zaintrygować szerokie grono czytelników. Może to zrobić dzięki podejściu do tematu – i dzięki umiejętnościom narracyjnym. Wybiera motyw podróży w dawne czasy – i jednocześnie oprowadzania odbiorców po świecie, który jest im obcy. Zależy mu na tym, żeby przedstawić to, co publiczność świetnie zna z własnego doświadczenia – tyle tylko, że przed wiekami mogło mieć zupełnie inny kształt i kontekst. Wymyśla sobie zatem świetny sposób na prezentację: zamienia się w przewodnika. Przewodnika kompletnego, takiego, który wytłumaczy, jak starożytni zaspokajali podstawowe potrzeby, w jakich pomieszczeniach przebywali, jakimi narzędziami się posługiwali. Udaje, że obserwuje Rzymian – opowiada, co robią, jak wyglądają, w co się ubrali, co ich akurat zaprząta. Przedstawia kolejne anonimowe sylwetki – komentuje ich wygląd i zamiary ze szczegółami wykraczającymi poza wiedzę i chęci przeciętnego narratora z powieści obyczajowych – tu przecież nie chodzi o to, żeby czytelnicy domyślali się dalszego ciągu, tylko – żeby otrzymali jak najwięcej wiadomości. Nie próbuje natomiast zasypywać odbiorców danymi oderwanymi od rzeczywistości. Siłą jego książki ma być połączenie wyobraźni i fachowej wiedzy – wszystko przedstawione kreatywnie. W efekcie jedynym problemem takiego okołoskansenowego zwiedzania staje się obojętność prezentowanych postaci. Oto bowiem autor zamienia się w przewodnika, oprowadza wycieczkę – wszystko jedno, czy w muzeum, czy po mieście – na swojej drodze spotyka ludzi, którzy są częścią jego doskonale przygotowanej opowieści. Ale z tymi ludźmi w żaden sposób nie można nawiązać kontaktu: nie da się uzyskać bezpośrednio od nich żadnych wyjaśnień, odpowiedzi, czy choćby prostego pozdrowienia. Z rzadka zabierają głos, jeśli już – to raczej bez możliwości podjęcia dialogu z wyimaginowanym obserwatorem. I to trudniej już zaakceptować, jeśli wszystko pozostałe jest bardzo przekonujące. Alberto Angela tego jednego nie jest w stanie doszlifować – bo zamieniłby skansenową wizytę w bajkę, co wykluczałoby wartość popularnonaukową.

Książka może budzić ciekawość i zapraszać do odkrywania przeszłości nie od strony wielkich bitew, konfliktów i władców – a przez pryzmat zwyczajności. Stanowi zatem dopowiedzenie do programów szkolnych i wiadomości z podręczników. Można ją czytać dla przyjemności albo z chęci dowiedzenia się czegoś o zwykłych ludziach oddalonych w czasie. Autor wykorzystuje naturalne skłonności do podglądania tego, co dzieje się u innych – na tym buduje opowieść. Z wielkim sukcesem.

poniedziałek, 28 września 2020

Jolanta Sowińska-Gogacz, Błażej Torański: Mały Oświęcim. Dziecięcy obóz w Łodzi

Prószyński i S-ka, Warszawa 2020.

Małe dramaty

Te małe historie składają się na wielki dramat, o którym przez długi czas historia milczała – jeśli do świadomości społeczeństwa przebijały się stopniowo wiadomości o tym, co działo się na przykład w Oświęcimiu, nikt nie zastanawiał się nad krzywdą dzieci. W „Medalionach” Zofia Nałkowska pokazała, jak dzieci bawią się w palenie Żydów, później pojawiały się od czasu do czasu informacje o eksperymentach medycznych przeprowadzanych na najmłodszych. Ale nikt nie opracowywał tematu tak jak Jolanta Sowińska-Gogacz i Błażej Torański, którzy proponują odbiorcom książkę „Mały Oświęcim. Dziecięcy obóz w Łodzi” - publikację przybliżającą, co działo się z najmłodszymi za drutami obozów. Tematy – w zasadzie zbliżone do tych z „dorosłych” relacji – zostają zestawione na zasadzie mozaiki: trudno, żeby dzieci, które przeżyły piekło, budowały całe złożone opowieści o tym, co przeszły. Raczej bezpośredni świadkowie wydarzeń odpowiadają na zadawane pytania – lub autorzy sięgają do dokumentów i wydobywają z nich to, co akurat potrzebne do przeanalizowania motywu. I tak nie zabraknie tu danych dotyczących rodzajów podawanych dzieciom posiłków, kar, albo działań medycznych na ludzkich królikach doświadczalnych. Gdzieś powracają kwestie związane z dzieciństwem – przełamane przez okrucieństwo oprawców.

Sowińska-Gogacz i Torański nie starają się tworzyć na siłę literackiej opowieści. Wynika to z kilku powodów: najważniejszy jest taki, że nie dadzą rady przebić autobiograficznych wyznań, które na rynku są obecne od dekad, więc nawet nie próbują. Poza tym trudno byłoby z osobna komentować każdą wypowiedź na ten sam temat – zwłaszcza że są do siebie podobne i ich funkcją staje się potwierdzanie wersji wydarzeń, a nie wprowadzanie nowych informacji. Jednozdaniowe wyznania składane razem mają większą siłę rażenia, przynajmniej kiedy chodzi o losy dzieci. Autorzy zajmują się odkrywaniem kłamstw i deszyfrowaniem zachowań tych, którzy się nad nieletnimi więźniami obozu znęcali, pytają też o możliwość nawiązania kontaktu z bliskimi czy uzyskiwania od nich pomocy. Dowiadują się, jak dzieci trafiały do obozu w Łodzi i co je tam czekało. Nie uderzają w tony martyrologiczne – temat sam w sobie jest już wystarczająco straszny, zwłaszcza w połączeniu ze świadomością, że dotyczy tych, którzy nie dają rady się obronić. Dzieci w obozie niekoniecznie mają tendencje do rozstrząsania swojej sytuacji: raczej próbują przeżyć za wszelką cenę. Przez lata, już jako dorośli, mogli sobie poukładać doświadczenia z przeszłości, jednak autorzy dążą do tego, żeby uzyskać od rozmówców informacje nieprzefiltrowane przez interpretacje.

Trudna książka, trudny temat, ale za sprawą tendencji na rynku wydawniczym mocno już wyeksploatowany – o ile dziecięcych obozów autorzy przeważnie nie opisywali, o tyle natłok wspomnień z obozów grozi znieczuleniem czytelników na ten motyw.

niedziela, 27 września 2020

Corien van Zweden: Cycki. Czuła biografia piersi

Wydawnictwo Kobiece, Białystok 2020.

Mowa pożegnalna

To jest książka, która na pewno przyciągnie wzrok i wzbudzi zainteresowanie odbiorców. Chociaż – twórcy przygotowujący okładkę niekoniecznie przejęli się treścią tomu, w którym różowy piętnuje się jako kolor związany z kobiecością. „Cycki. Czuła biografia piersi” Corien van Zweden to momentami ogólna, a momentami bardzo prywatna relacja dotycząca biustów. Impulsem do jej stworzenia stała się mastektomia: autorka najpierw przeszła operację ocalającą pierś, po kilku latach jednak rak wrócił i ratunkiem miała być już amputacja. Zresztą – Corien van Zweden zdążyła przejść drogę, którą opisuje: przez piersi jako część ciała ważną w erotyzmie i kuszeniu, przez macierzyństwo i karmienie potomstwa – aż do powrotu do łóżkowych igraszek. Tyle że kiedy jej pierś zaatakował nowotwór, zmieniło się postrzeganie własnego ciała: autorka przestała traktować tę część ciała z dotychczasową czułością. A ponieważ zebrało jej się całkiem sporo przemyśleń i doświadczeń związanych z „cyckami” – postanowiła przelać je na papier, w całkiem dobry zresztą sposób. Jedno, co można by z tej książki wyeliminować, to powtórzenia tematyczne – kilka razy autorka mówi o tym, że karmiła dzieci do czternastego miesiąca życia, wiele razy też powtarza, jak czuła się po odkryciu guzka. Do pewnych informacji – także tych zdobytych na potrzeby tomu – powraca z uporem, chociaż zdążyły się one już czytelnikom utrwalić. „Cycki” jednak mają działać również na emocje odbiorców – a w tym atmosfera zwierzenia bardzo pomaga.

Autorka traktuje pożegnanie swojej piersi dość reportażowo. Wykorzystuje znajomości z lekarzami i chirurgami, zadaje im wiele pytań, sprawdzając, czy wybrała najlepszą dla siebie drogę. Opowiada, co czeka kobiety, które muszą poddać się mastektomii – sporo miejsca zajmuje tu motyw rekonstrukcji piersi. W przypadku operacji ratującej życie można się zastanawiać, czy chirurgia plastyczna jest sposobem na przetrwanie trudnego czasu – Corien van Zweden postanawia bowiem zająć się tematem od mniej oczywistej strony i pokazać własny punkt widzenia oraz decyzje. Interesuje ją, jak reaguje sztuczna pierś na bodźce dotykowe i czy bardziej pomaga czy przeszkadza w zaakceptowaniu własnego stanu. Wprowadza kompletnie nieoczywiste dla szerokiego grona odbiorców kwestie – na przykład dotyczące zastępczych sutków. Kiedy jednak omawia rolę piersi w seksie i w intymności – temat podejmuje z innej perspektywy: przedstawia między innymi historię implantów i zastanawia się nad tym, jakie są ich wady. Rozmawia z kobietami, które sporo przeszły – i z tymi, które pozwalają uporać się ze stratą. Zbiera różne historie, chociaż za bazę przyjmuje tę swoją, którą najlepiej zna i rozumie. „Cycki” to książka, w której można się zatracić – pean na cześć kobiecych piersi, ale też przestroga. Corien van Zweden nie dostarcza prostej lektury, dba o to, żeby uświadamiać czytelniczki, jak kolejne zagadnienia funkcjonują w holenderskiej rzeczywistości (czasami może też wprowadzać porównania z innymi krajami). Zdarza się – chociaż rzadko – że trochę autorka filozofuje na temat piersi i ich znaczenia dla psychiki kobiety. Nie zamierza jednak w żaden sposób utrwalać przekonania, że biust ma definiować płeć piękną. Tę książkę można traktować jako inspirację lub pocieszenie, jako opowieść o temacie z jednej strony do przesady wykorzystywanym w popkulturze dla przyciągania uwagi, a z drugiej – wręcz tabuizowanym w procesie wychowywania. „Cycki” to książka, którą warto przeczytać.

Justyna Bednarek: Basik Grysik i wrony

Wydawnictwo Literackie, Kraków 2020.
.
Życie.
.
Basik Grysik Kapelusik to bohaterka, którą poznają czytelnicy bardzo szybko – i której bardzo długo towarzyszą, chociaż cała książka, poetycki picture book dla dzieci i dorosłych zajmuje niewiele stron. Justyna Bednarek i Ela Wasiuczyńska stworzyły tutaj dzieło, które na długo zapada w pamięć i nadaje się do przedstawiania zarówno najmłodszym, jak i ich rodzicom – na takich samych zasadach. „Basik Grysik i wrony” to tomik, który cieszy i wzrusza – i który zasługuje na liczne nagrody, a na pewno – na obecność w biblioteczkach maluchów. To publikacja udana już w samych założeniach – a znakomita realizacja jeszcze podkreśla trafność pomysłu. .
.
Mała dziewczynka, która przychodzi na świat, połączona jest ze swoją mamą pępowiną. Ale już wkrótce odbiorcy tomiku przekonają się, że niewidzialne nitki łączą ludzi i tworzą całą sieć relacji. Każdy może wytworzyć dowolną liczbę połączeń – i nawet jeśli nie dostrzega zależności i roli innych – książka najlepiej mu wytłumaczy, dlaczego nie da się żyć w całkowitej izolacji. Justyna Bednarek tworzy bardzo prostą historię: oto na świat przychodzi Basik Grysik, dziecko, które fascynuje się wronami (zresztą, z wzajemnością). Basik Grysik dorasta, zresztą jako bardzo wrażliwa osóbka – a w którymś momencie ktoś potknie się o rozsnuwaną przez nią nitkę. Tak splotą się losy dorosłego już Basika Grysika i pewnego miłego chłopca. Stąd blisko do przyjścia na świat kolejnego dziecka, które będzie rozplatać własne nitki. Niby nic, a jednak – zawiera się w tym cała tajemnica istnienia, nadaje się to zatem do odpowiadania na liczne pytania maluchów. Kilkulatki odczytają z tej książki inne rzeczy niż dorośli – a to oznacza, że udało się autorkom dokonać rzeczy rzadkiej w literaturze czwartej. .
.
Basik Grysik nie dokonuje wielkich czynów, żyje jak najbardziej zwyczajnie, mogłoby się w ogóle wydawać, że nie ma tu żadnego zagadnienia, które przyciągnie kilkulatki do lektury – a jednak tajemnica istnienia zamieniona w bajkę sprawdza się idealnie. Wrony jako tajemniczy refren, nitki – jako metafora relacji międzyludzkich – to wszystko razem rozbudza ciekawość. Justyna Bednarek unika dosłownych wyjaśnień oraz męczącego dydaktyzmu. Ela Wasiuczyńska z kolei dopowiada to, czego nie można wyrazić słowami – wprowadza aurę baśniowości. Zarówno tekst jak i ilustracje mogą się podobać różnym grupom odbiorców. Ta opowieść wydaje się magiczna nawet ze względu na kolorystykę. Wszystko doskonale się ze sobą łączy. Pozostaje mieć nadzieję, żeby tak wyglądały w większości publikacje przeznaczone na rynek dla dzieci. .
.
Uczy ta książka wrażliwości, wyzwala pytania, budzi ciekawość. Przypomina, jak ważni są inni ludzie – i pozwala bez zagłębiania się w niepotrzebne komplikacje wyjaśniać dzieciom, dlaczego niektórzy chcą się ze sobą wiązać, a także – dlaczego na świat przychodzą maluchy. Jest to prosta i piękna opowieść o życiu..
.

sobota, 26 września 2020

Bartłomiej Kuraś: Niech to szlak. Kronika śmierci w górach

Agora, Warszawa 2020.

Umiejętności

Agora mocno rozwija swoją półkę z literaturą górską – w odpowiedzi na zainteresowanie rynku. Dzięki temu powstają tomy reportażowe, które dobrze się czyta – co skieruje uwagę na literaturę górską także tych czytelników, którzy nie mają zamiaru zdobywać szczytów, a o wybitnych himalaistach czy alpinistach usłyszeli przypadkiem w mediach. Do grona opowiadaczy prawdziwych historii z gór dołącza Bartłomiej Kuraś, który sięga po opowieści mrożące krew w żyłach (i rozbudzające wyobraźnię) z ostatnich lat. Wydawać by się mogło, że po tomie Michała Jagiełły – wznawianym, jak do tej pory, ośmiokrotnie – nikt nie pokusi się o stworzenie kolejnej narracji dotyczącej śmiertelnych wypadków. Jednak Kuraś mniej zajmuje się śmiercią jako taką, bardziej – jej okolicznościami i rodzajami przypadków czy zachowań, które w górach mogą skończyć się tragicznie. Odnosi się do wydarzeń nagłaśnianych w mediach – znajdą się w książce między innymi komentarze dotyczące koni, które wożą turystów nad Morskie Oko, znajdzie się – szczątkowo – motyw lawiny, która porwała grupę licealistów z Tychów. Pojawią się przestrogi związane z tymi, którzy na najtrudniejsze szlaki wychodzą bez przygotowania i w przypadkowych strojach. Ale będą też mniej oczywiste sytuacje, sprawy przykre i przygnębiające – jak zamordowanie przez turystów młodego niedźwiadka. I takie kwestie Kuraś naświetla, żeby bezustannie przypominać ewentualnym turystom, że w górach są tylko gośćmi. Nie brakuje zresztą w tomie motywu pandemii – i wpływu lockdownu na przyrodę. Chociaż branża turystyczna poniosła duże straty, brak turystów okazał się zbawienny dla środowiska – i ta sytuacja sprawiła, że wraca się do dyskusji nad ograniczeniami wyjść w góry. To wszystko autor przedstawia w zgrabnych, krótkich lecz esencjonalnych rozdziałach. Wie, jak przykuć uwagę odbiorców, co im zaproponować, żeby nie chcieli odłożyć książki. Czasami rozśmiesza, czasami uczy pokory. Ta publikacja pokazuje życie w górach – z uwzględnieniem pomysłów turystów. Śmierć w górach może nastąpić wszędzie, nie tylko na szlakach, ale i – na przykład – w jaskiniach – to okazja do opowiedzenia czytelnikom czegoś nowego. Znajdzie się motyw TOPR-u czy lawin – ale Bartłomiej Kuraś nie zamierza przepisywać już istniejących książek. Sam gromadzi materiały, opracowuje je z pomysłem i dzieli się fascynacją. Zresztą – już sam tytuł, „Niech to szlak”, zdradza, że pojawia się na rynku książka nieprzypadkowa, dobrze obmyślona i interesująca z różnych perspektyw. Nadaje się na uzupełnienie serii biografii i autobiografii wspinaczy – stanowi mocną pozycję wśród publikacji z literatury sportowej oraz górskiej – ale stworzona została tak, żeby trafić do szerokiego grona odbiorców. Nie będzie zatem Kuraś popisywać się specjalistycznym słownictwem, nie będzie też krok po kroku śledzić wypraw. Wie ten autor, co chce osiągnąć – i dzięki temu może również z pewnością siebie prowadzić przez meandry górskich ścieżek czytelników. Pozostaje mieć nadzieję, że będzie co pewien czas wracać do tematyki i dodawać kolejne opowieści o górach.

piątek, 25 września 2020

Krzysztof Varga: Dziennik hipopotama

Iskry, Warszawa 2020.

Władza

Krzysztof Varga tworzy dziennik z prawdziwego zdarzenia. Nie proste zapiski ku pamięci, nie notatki z codzienności – ale faktyczny zestaw przemyśleń i komentarzy literata, który uważnie obserwuje to, co dzieje się „w branży”, w polityce i w zwykłym życiu. Kończy się ten dziennik z początkami lockdownu, ale nie jest rozwleczony w czasie, autor znajduje całkiem dużo tematów do przeanalizowania na piśmie – i do tekstowych zabaw. Varga jest w pierwszej kolejności ironistą, który nie przepuści żadnej okazji do wyśmiewania tego, co utrudnia funkcjonowanie. Zabiera czytelników do swojego świata – do przestrzeni czerpiącej z popkultury, ale zapewniającej azyl przed zalewem głupoty. Varga chodzi na spotkania literackie, widuje się – towarzysko – ze znanymi postaciami świata filmu. Ale nie próbuje promować siebie czy chwalić się koneksjami. Woli stać się komentatorem codzienności. Tematów do kolejnych wpisów dziennikowych szuka w doniesieniach medialnych i w ciekawostkach, w anegdotach i w tym, co drażni. Odnosi się do mechanizmów rządzących życiem literackim (bo Varga jeszcze w życie literackie wierzy, przynajmniej usilnie stara się je ocalać), naświetla podstawowe pułapki, w jakie mogą wpadać koledzy po fachu. Interesują go media – w takim samym stopniu jak polityka i religia. Na każdy z tematów ma sporo do powiedzenia i nigdy swoimi przemyśleniami nie męczy. Czasami tylko zaczyna rytmizować prozę, uciekać do stylizowania i do zabaw formalnych – żeby tylko nie zostać posądzonym o nadmierne przejmowanie się komplikacjami. Może gdzieś delikatnie przypomnieć o swojej twórczości, ale może też naigrawać się z nagłaśnianych za wszelką cenę pseudoliteratów albo wydarzeń, które w historii literatury raczej się nie zapiszą. Odnotowuje przemianę książki w produkt – i ubolewa nad tym, ale nie w tonie martyrologiczno-jękliwym, raczej – jako satyryk. Od czasu do czasu rzuca czytelnikom ochłap – coś z własnego życia, niekoniecznie rozwijane czy przesadnie eksponowane – ot, w formie przypomnienia, że to dziennik, literatura najbardziej osobista. Bywa, że jakiś bodziec z otoczenia pozwala odbyć podróż w przeszłość, do historii literatury albo do faktów z życia sław, jednak Varga ucieka od stylistyki plotki. Nie ogranicza się do literatury – chodzi na premiery filmowe, podróżuje, recenzuje, podtrzymuje kontakty towarzyskie, ale też – zaznacza, jeśli ktoś z bliskich ma problemy. Potrafi znienacka przeskoczyć na temat głośnych spraw w kościele – albo… do piłki nożnej. Nie boi się mocnych słów. Przez to, że jest świadomy wartości swojej prozy, może zafundować czytelnikom lekturę świetną – „Dziennik hipopotama” to książka, którą w pewnym momencie chce się przepisywać po kawałku, żeby ocalić ciekawe spostrzeżenia albo zaznaczać coś, co poprawi humor. Sporo tu prowokacji, ale też – fantazja autora nie pozwalana tworzenie tekstu obojętnego i wolnego od drapieżności. Varga pokazuje, że forma diariusza może się na rynku sprawdzić nawet dzisiaj – i jednocześnie testuje modę na zwierzenia, ale też ją podważa – przez wybierane kierunki komentarzy.

czwartek, 24 września 2020

Małgorzata Gutowska-Adamczyk: Osiedle Sielanka. Nieznajoma

Prószyński i S-ka, Warszawa 2020.

Słoiki

Każdy z kompleksem prowincji chce mieszkać w Warszawie – każdemu wydaje się, że to spełnienie marzeń i droga do wybitności czy do wielkiej kariery. Stąd bierze się zresztą problem akcentowany przez Małgorzatę Gutowską-Adamczyk w cyklu Osiedle Sielanka. Pierwsza część, „Nieznajoma”, wprowadza odbiorców do willowej dzielnicy na obrzeżach Warszawy. To tutaj Marian Jakubek sprawdza się jako biznesmen i deweloper. Zabudowuje on spokojne miejsce kolejnymi blokami. Niby ma zgodę wyłącznie na trzypiętrowe budynki, jednak kto ma pieniądze – ten ma władzę, a do tego – Jakubek wie, jak kombinować i zdobywać pozwolenia na to, co zabronione. W związku z tym już niedługo każdy skrawek miejsca zostanie zabudowany wieżowcami i zniknie oaza zieleni, z której dumni są mieszkańcy. Lokatorzy mieszkań w nowych blokach dziwią się, że traktowani są przez miejscowych jako imigranci.

Małgorzata Gutowska-Adamczyk wchodzi na osiedle i przedstawia kolejne – często starsze lub w średnim wieku - „prawowite mieszkanki Sielanki”. Kobiety lubią wtrącać się w cudze sprawy, a nadarza się okazja dzięki temu, że na osiedlu pojawia się Ala. Młoda dziewczyna, której – o czym osiedlowe plotkary jeszcze na szczęście nie wiedzą – teściem jest Marian Jakubek, zwraca na siebie uwagę ekstrawagancką fryzurą (nikt tu nie miał do tej pory dredów, a dla bohaterki to wyraz buntu płynącego wprost z bezradności: Ala chce być zauważona i potraktowana poważnie, dlatego zachowuje się jak rozkapryszone dziecko). Kobiecie z nowych bloków nie jest łatwo w nieprzyjaznym środowisku: nawet jeśli wydaje się, że niektóre sąsiadki spojrzą na nią przychylnie, wszystko weryfikują pierwsze zajęcia jogi. Jest tu również gwiazda telewizyjna: aktorka, która wyszła za czwartego na liście najbogatszych Polaków i dodatkowo robi karierę medialną – i ona próbuje odnaleźć się w nowej przestrzeni.

Autorka w tej powieści posługuje się stereotypami w odmalowywaniu charakterów postaci. Przede wszystkim stawia na ostre obrazki rodzajowe – nie ma litości dla zacofanych, konserwatywnych i bezmyślnych. Jeśli ktoś kieruje się w życiu tylko pieniędzmi, a za nic ma zdanie innych czy ochronę środowiska – zostanie tu potraktowany dość brutalnie, zepchnięty na margines opowieści lub obśmiany w narracji. Ale też Małgorzata Gutowska-Adamczyk wyraźnie chce zwrócić uwagę małych społeczności na fakt, że mogą walczyć o swoje prawa, nie muszą czekać biernie na rozwój wydarzeń, a później żałować, że nie podjęły żadnych działań, kiedy był na to czas. Problem agresywnej deweloperki miesza się tutaj ze zwykłymi ludzkimi słabościami. Każdego z bohaterów autorka próbuje dookreślać przez otoczenie, w jakim funkcjonuje – liczy na to, że znajdą się środki wyjaśniające pewne postawy. Jednak zdarza się i tak, że w „Nieznajomej” dużo będzie spotkań towarzyskich, pozornie jałowych rozmów. Ta powieść oparta jest na dialogach – inaczej niż w przypadku tomów historycznych, autorka relacjonuje wydarzenia dość szybko i koncentruje się na mało znaczących kwestiach. Nadaje przez to lekkości książce, ale też trochę ją upraszcza.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com