Znak, Kraków 2026.
Spotkanie
W restauracji spotykają się oboje. Oboje zamawiają dokładnie ten sam zestaw. Przypominają sobie, że się znają: on kiedyś był jej nauczycielem. Oboje są raczej samotni i raczej introwertyczni i wcale nie muszą dążyć do natychmiastowego znalezienia drugiej połówki, wystarcza im taki pozornie powierzchowny kontakt, dla postronnych nie do zauważenia, a dla nich samych – będący wszystkim. Bardzo długo nic z tym nie zrobią, zadowalać się będą tylko i wyłącznie przelotnymi spotkaniami w restauracji. Nawet rachunek sprawiedliwie płacą – nie wykorzystują ani jednej nitki, która przywiązywałaby ich do siebie. A jednak przyzwyczajają się do towarzystwa i do obecności, gdy coś lub ktoś przełamie tę rutynę, jest im gorzej. „Dziwna pogoda w Tokio” to książka, która wywraca do góry nogami wszystkie aktualne mody na opowieści romansowe. Hiromi Kawakami przygląda się swoim bohaterom – wręcz biernym w kształtowaniu wspólnej relacji. I czeka. Czeka cierpliwie, chociaż nie wiadomo, czy będzie na co.
Ona ma ponad trzydzieści lat, on jest od niej o drugie tyle starszy. Ona nie może przypomnieć sobie jego nazwiska, więc zwraca się do niego Sensei, jemu to odpowiada. Zresztą szkolnych przyzwyczajeń nie pozbędzie się tak łatwo i bardzo chętnie przy każdej okazji będzie korygował jej stan wiedzy. Ale nie o fetysze tu chodzi, a Hiromi Kawakami, gdyby mógł, całkiem odarłby tę powieść z seksualności, skupiając się tylko i wyłącznie na kontaktach emocjonalnych. Podąża za bohaterami i uczy się od nich cierpliwości. Ta cierpliwość przyda się także czytelnikom – bo „Dziwna pogoda w Tokio” to kolejna propozycja wyciszająca i kojąca, nietypowa, bo oderwana od przejrzystych schematów. Nie będzie tu wprawdzie onirycznych kontaktów z istotami z zaświatów, ale zamiast tego pozostanie skupienie na ulotnej więzi między postaciami. Tu trzeba ostrożności i spokoju, żeby nie zniszczyć tego, co dla bohaterów cenne i niezwykłe. I jednocześnie – trzeba niespiesznej lektury, pozwalającej na zrozumienie sedna. Ta książka wycisza i koi, ale zupełnie inaczej, niż przywykli do tego zachodni czytelnicy. Skupienie się na pozornie nieistotnych wydarzeniach stanowiących mikrokosmos bohaterów to prosta droga do lepszego poznawania siebie i do wyciszenia się. A przecież autor celowo rezygnuje z wymyślnej fabuły, sprowadza bohaterów do pozbawionego adrenaliny tu i teraz. Oboje są zbyt dojrzali na przelotny flirt i zbyt ostrożni, żeby wikłać się w romans, nie chcą, ale przecież też nie muszą rezygnować z niczego, żeby tworzyć nowe zasady w związku. Co ciekawe, przy nastawieniu na uważność nie ma tu podkreślania literackości – Hiromi Kawakami stara się pisać jak najbardziej normalnie, bez fajerwerków, żeby przedstawić coś niezwykłego, co ostrożnie rodzi się między postaciami. „Dziwna pogoda w Tokio” to właśnie sposób na zatrzymanie się i na sprawdzenie kodeksu wartości, na przetestowanie jakości relacji w dzisiejszym świecie. Jest to książka, którą łatwo przeoczyć – a jednak korzystanie z niej to nie tylko lektura rozrywkowa, a autoterapia, szansa na wyhamowanie w codziennym pędzie.
tu-czytam
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
piątek, 3 kwietnia 2026
czwartek, 2 kwietnia 2026
Krystian Machnik: Ostatni ludzie Czarnobyla
Notatnik Reportera.
Odwiedziny
Krystian Machnik opowiada o swojej trwającej kilka lat przygodzie z samosiołami tak, że trudno się od książki „Ostatni ludzie Czarnobyla” oderwać. Nie tylko dlatego, że autor zaspokaja ciekawość i zabiera czytelników w rejony, w które prawdopodobnie sami nigdy by się nie zapuścili, ale dlatego, że łączy osobiste przeżycia z sytuacją, która wpłynęła na całe pokolenie. Reportaż dotyczący samosiołów wzrusza i wstrząśnie czytelnikami nie jeden raz, a do tego – dostarczy sporo materiału do przemyśleń.
Wszystko zaczyna się w strefie skażonej, tam, gdzie nie mogą już mieszkać ani żyć ludzie, a krótkie przebywanie jest obwarowane wieloma zastrzeżeniami. Machnik jako miłośnik urbexu wybiera się do Prypeci i Czarnobyla, żeby porobić zdjęcia w opuszczonych budynkach. Szybko przekonuje się, że w pobliżu miejsca katastrofy mieszkają ludzie – najczęściej staruszkowie, którzy po wysiedleniu wrócili „na swoje”, nie potrafiąc ułożyć sobie życia gdzie indziej albo – w wyniku układów z rodzinami. Pierwszą babuszkę przypadkowo – razem z innymi zwiedzającymi zonę – ratuje przed udarem cieplnym. I tak stopniowo przekonuje się, że znacznie ważniejsze od ruin są ludzkie historie. Staje się przyszywanym wnuczkiem babuszek w zonie i coraz częściej odwiedza je, żeby zawieźć pomoc, ale i żeby spędzić z nimi trochę czasu. Babuszki karmią go na miejscu, poją bimbrem (Machnik temu zagadnieniu poświęca cały rozdział, nie zamierza udawać, że takich sytuacji nie było) i dzięki odwiedzinom chłopców z Polski czują się komuś potrzebne – zyskują sens istnienia i powód do świętowania. Z kolei sam Krystian Machnik przekonuje się kilka razy, że nawet kiedy rozwiązuje swoje problemy i zmartwienia w Polsce, wsparcie – choćby tylko telefoniczne – babuszek jest nieocenione. Zaprzyjaźnia się z kolejnymi samosiołami, martwi się o nich, troszczy i wysłuchuje indywidualnych historii – wyjątkowych, jak wszyscy, którzy wrócili do skażonej strefy. Jednocześnie opowiada o tym, jak zachować zdrowie, jak uchronić się przed promieniowaniem, jakie środki ostrożności przedsięwziąć, żeby nie skrócić sobie życia. Przedstawia opowieść o katastrofie w Czarnobylu już bez cenzury i lęku przed skandalem, pokazuje, na co byli narażeni ludzie mieszkający najbliżej. Włącza do książki szereg czarno-białych fotografii i krótkich wywiadów – rozmów z samosiołami. Ocala ich historie, a w efekcie tworzy też ich upamiętnienie na kartach tomu – wielu z nich już nie żyje, ale ostatnie lata spędzili w poczuciu, że ktoś się o nich troszczy i komuś na nich zależy. I tak Krystian Machnik doprowadza odbiorców aż do tematu wojny, która zmienia zasady dostawania się na teren zony. Pokazuje autor, czego nie uda się już uratować, co przekreślił konflikt zbrojny – i jak w takich warunkach radzą sobie samosioły. I chociaż czasami autor powtarza niektóre wstrząsające wiadomości, jakby nie chciał ich pominąć, a nie wierzył, że czytelnikom zapadły już w pamięć, chociaż zdarza mu się na jednej wypowiedzi zbudować kilka różnych miejsc w historii – to i tak ta książka jest wyjątkowa. Warto po nią sięgnąć i warto wysłuchać tych, o których świat nie wiedział (albo nie chciał wiedzieć).
Odwiedziny
Krystian Machnik opowiada o swojej trwającej kilka lat przygodzie z samosiołami tak, że trudno się od książki „Ostatni ludzie Czarnobyla” oderwać. Nie tylko dlatego, że autor zaspokaja ciekawość i zabiera czytelników w rejony, w które prawdopodobnie sami nigdy by się nie zapuścili, ale dlatego, że łączy osobiste przeżycia z sytuacją, która wpłynęła na całe pokolenie. Reportaż dotyczący samosiołów wzrusza i wstrząśnie czytelnikami nie jeden raz, a do tego – dostarczy sporo materiału do przemyśleń.
Wszystko zaczyna się w strefie skażonej, tam, gdzie nie mogą już mieszkać ani żyć ludzie, a krótkie przebywanie jest obwarowane wieloma zastrzeżeniami. Machnik jako miłośnik urbexu wybiera się do Prypeci i Czarnobyla, żeby porobić zdjęcia w opuszczonych budynkach. Szybko przekonuje się, że w pobliżu miejsca katastrofy mieszkają ludzie – najczęściej staruszkowie, którzy po wysiedleniu wrócili „na swoje”, nie potrafiąc ułożyć sobie życia gdzie indziej albo – w wyniku układów z rodzinami. Pierwszą babuszkę przypadkowo – razem z innymi zwiedzającymi zonę – ratuje przed udarem cieplnym. I tak stopniowo przekonuje się, że znacznie ważniejsze od ruin są ludzkie historie. Staje się przyszywanym wnuczkiem babuszek w zonie i coraz częściej odwiedza je, żeby zawieźć pomoc, ale i żeby spędzić z nimi trochę czasu. Babuszki karmią go na miejscu, poją bimbrem (Machnik temu zagadnieniu poświęca cały rozdział, nie zamierza udawać, że takich sytuacji nie było) i dzięki odwiedzinom chłopców z Polski czują się komuś potrzebne – zyskują sens istnienia i powód do świętowania. Z kolei sam Krystian Machnik przekonuje się kilka razy, że nawet kiedy rozwiązuje swoje problemy i zmartwienia w Polsce, wsparcie – choćby tylko telefoniczne – babuszek jest nieocenione. Zaprzyjaźnia się z kolejnymi samosiołami, martwi się o nich, troszczy i wysłuchuje indywidualnych historii – wyjątkowych, jak wszyscy, którzy wrócili do skażonej strefy. Jednocześnie opowiada o tym, jak zachować zdrowie, jak uchronić się przed promieniowaniem, jakie środki ostrożności przedsięwziąć, żeby nie skrócić sobie życia. Przedstawia opowieść o katastrofie w Czarnobylu już bez cenzury i lęku przed skandalem, pokazuje, na co byli narażeni ludzie mieszkający najbliżej. Włącza do książki szereg czarno-białych fotografii i krótkich wywiadów – rozmów z samosiołami. Ocala ich historie, a w efekcie tworzy też ich upamiętnienie na kartach tomu – wielu z nich już nie żyje, ale ostatnie lata spędzili w poczuciu, że ktoś się o nich troszczy i komuś na nich zależy. I tak Krystian Machnik doprowadza odbiorców aż do tematu wojny, która zmienia zasady dostawania się na teren zony. Pokazuje autor, czego nie uda się już uratować, co przekreślił konflikt zbrojny – i jak w takich warunkach radzą sobie samosioły. I chociaż czasami autor powtarza niektóre wstrząsające wiadomości, jakby nie chciał ich pominąć, a nie wierzył, że czytelnikom zapadły już w pamięć, chociaż zdarza mu się na jednej wypowiedzi zbudować kilka różnych miejsc w historii – to i tak ta książka jest wyjątkowa. Warto po nią sięgnąć i warto wysłuchać tych, o których świat nie wiedział (albo nie chciał wiedzieć).
środa, 1 kwietnia 2026
Johan Klungel: Zwierzaki cwaniaki. Jak to jest być krewetką, szklaną żabą czy mrówkojadem
Harperkids, Warszawa 2026.
Superbohaterowie
Większość książek dla maluchów ogranicza się do zestawu najbardziej rozpoznawalnych zwierząt. Przedstawiciele świata fauny są reprezentowani przez stworzenia swojskie i egzotyczne – ale takie, które dziecko szybko nauczy się kojarzyć. Johan Klungel w swojej edukacyjnej propozycji dla najmłodszych przełamuje ten schemat i wybiera pomysł, który zauroczy zwłaszcza maluchy z dużą wyobraźnią. „Zwierzaki cwaniaki. Jak to jest być krewetką, szklaną żabą czy mrówkojadem” to picture book, w którym odbiorcy mają się przekonać dokładnie o tym, co widnieje w podtytule. A autor uzyskuje to całkiem intrygująco.
Każda rozkładówka to jedno zwierzę – od wielkich i groźnych po malutkie i trudne do nazwania nawet przez dorosłych. Każde zwierzę to wielkoformatowy obrazek z podpisem (jedna strona) i zestaw obrazków oraz komiksowych dymków porozrzucanych na pozostałej części rozkładówki. I teraz dzieci poznają dziwne zwierzę: aksolotla, barciaka większego czy niesporczaka, obejrzą go sobie na obrazku, a potem dowiedzą się, jaką supermoc ma wybrane zwierzę – i co ludzie musieliby umieć, żeby dysponować podobną. Ciekawostki zwierzęce przekute na ludzkie umiejętności (albo właśnie nieumiejętności) to kwintesencja tej opowieści. Owszem, przewijają się tu czasami drobne informacje o samym zwierzęciu, jego dokonaniach i osiągnięciach – ale to niewiele w zestawieniu z wyliczeniami „cwaniakowatości”, jakiej ludzie nie osiągną, nawet gdyby bardzo chcieli. I ten sposób prezentowania zwierząt jest najlepszy – po pierwsze: wiadomości bardzo łatwo zapadają w pamięć, zabieg mnemotechniczny – odwołanie się do wyobraźni i przedstawienie sytuacji w przełożeniu na ludzkie możliwości – to coś, co sprzyja budowaniu sieci skojarzeń. Po drugie – książka jest bardzo zabawna, na pewno bardziej z perspektywy dzieci niż dorosłych (ogniste bąki jednego z bohaterów książki robią wrażenie). Po trzecie – nawet te dzieci, którym z czytaniem nie po drodze, dadzą się skusić dzięki niezwykłemu doborowi bohaterów i dzięki odpowiedniemu eksponowaniu „niepokornych” treści. „Zwierzaki cwaniaki” to książka, która obliczona jest na wzbudzenie zainteresowania maluchów – ale ma im pokazać, że czytanie to przyjemność i rozrywka, nawet jeśli wiąże się ze zdobywaniem wiedzy. To się bardzo dobrze udaje. Komiksowe rysunki przyciągają wzrok i oddalają naiwność, najmłodsi mogą poczuć się tu młodzieżowo – same zwierzęta też pochodzą spoza wyeksploatowanego do granic możliwości kanonu. Liczy się humor, dobra zabawa i poznawanie największych zagadek świata. Johan Klungel umiejętnie eksponuje co ciekawsze tematy, zajmuje się przedstawianiem przyrody z dystansem i tak, żeby zaintrygować małych odbiorców. Nie zmęczy nikogo, bo tekst sprowadzony jest do kilku podpisów – chmurek na rozkładówkach. Za to wiele razy będzie wyzwalać pytanie, jak to w ogóle możliwe i podziw dla niezmierzonej wyobraźni samej natury, która jest w stanie wyprodukować takie istoty. Dobrze by było, gdyby ten autor przedstawiał w taki sposób kolejne niezwykłe gatunki.
Superbohaterowie
Większość książek dla maluchów ogranicza się do zestawu najbardziej rozpoznawalnych zwierząt. Przedstawiciele świata fauny są reprezentowani przez stworzenia swojskie i egzotyczne – ale takie, które dziecko szybko nauczy się kojarzyć. Johan Klungel w swojej edukacyjnej propozycji dla najmłodszych przełamuje ten schemat i wybiera pomysł, który zauroczy zwłaszcza maluchy z dużą wyobraźnią. „Zwierzaki cwaniaki. Jak to jest być krewetką, szklaną żabą czy mrówkojadem” to picture book, w którym odbiorcy mają się przekonać dokładnie o tym, co widnieje w podtytule. A autor uzyskuje to całkiem intrygująco.
Każda rozkładówka to jedno zwierzę – od wielkich i groźnych po malutkie i trudne do nazwania nawet przez dorosłych. Każde zwierzę to wielkoformatowy obrazek z podpisem (jedna strona) i zestaw obrazków oraz komiksowych dymków porozrzucanych na pozostałej części rozkładówki. I teraz dzieci poznają dziwne zwierzę: aksolotla, barciaka większego czy niesporczaka, obejrzą go sobie na obrazku, a potem dowiedzą się, jaką supermoc ma wybrane zwierzę – i co ludzie musieliby umieć, żeby dysponować podobną. Ciekawostki zwierzęce przekute na ludzkie umiejętności (albo właśnie nieumiejętności) to kwintesencja tej opowieści. Owszem, przewijają się tu czasami drobne informacje o samym zwierzęciu, jego dokonaniach i osiągnięciach – ale to niewiele w zestawieniu z wyliczeniami „cwaniakowatości”, jakiej ludzie nie osiągną, nawet gdyby bardzo chcieli. I ten sposób prezentowania zwierząt jest najlepszy – po pierwsze: wiadomości bardzo łatwo zapadają w pamięć, zabieg mnemotechniczny – odwołanie się do wyobraźni i przedstawienie sytuacji w przełożeniu na ludzkie możliwości – to coś, co sprzyja budowaniu sieci skojarzeń. Po drugie – książka jest bardzo zabawna, na pewno bardziej z perspektywy dzieci niż dorosłych (ogniste bąki jednego z bohaterów książki robią wrażenie). Po trzecie – nawet te dzieci, którym z czytaniem nie po drodze, dadzą się skusić dzięki niezwykłemu doborowi bohaterów i dzięki odpowiedniemu eksponowaniu „niepokornych” treści. „Zwierzaki cwaniaki” to książka, która obliczona jest na wzbudzenie zainteresowania maluchów – ale ma im pokazać, że czytanie to przyjemność i rozrywka, nawet jeśli wiąże się ze zdobywaniem wiedzy. To się bardzo dobrze udaje. Komiksowe rysunki przyciągają wzrok i oddalają naiwność, najmłodsi mogą poczuć się tu młodzieżowo – same zwierzęta też pochodzą spoza wyeksploatowanego do granic możliwości kanonu. Liczy się humor, dobra zabawa i poznawanie największych zagadek świata. Johan Klungel umiejętnie eksponuje co ciekawsze tematy, zajmuje się przedstawianiem przyrody z dystansem i tak, żeby zaintrygować małych odbiorców. Nie zmęczy nikogo, bo tekst sprowadzony jest do kilku podpisów – chmurek na rozkładówkach. Za to wiele razy będzie wyzwalać pytanie, jak to w ogóle możliwe i podziw dla niezmierzonej wyobraźni samej natury, która jest w stanie wyprodukować takie istoty. Dobrze by było, gdyby ten autor przedstawiał w taki sposób kolejne niezwykłe gatunki.
wtorek, 31 marca 2026
Anna Arno: Do pana kieruję moje milczenie
Znak, Kraków 2026.
Spotkania
Dla Anny Arno świat jest pełen słów. Te słowa mogą budować atmosferę i kontekst wydarzeń oraz niewydarzeń. Mogą stanowić wystarczający powód dla sięgnięcia do historii i opowiadania jej z innej perspektywy, dociekliwie, trochę plotkarsko, ale przede wszystkim – z zestawem pytań, na które nie znajdzie się odpowiedzi. „Do pana kieruję moje milczenie” to tom esejów poświęconych wielkim nazwiskom – i sytuacjom, które nie zostały dostatecznie wyeksponowane czy przeanalizowane, a czasami – które w ogóle nie zaistniały. Anna Arno przeprowadza czytelników przez gąszcz zbiegów okoliczności, wydarzeń nieoczywistych lub boleśnie dosłownych, uniemożliwia rozszyfrowywanie prawdy w obliczu potencjału literackiego i historycznoliterackiego. Zajmuje się przeglądaniem życiorysów przez lupę – tylko po to, żeby wyłuskiwać z nich to, co niedopowiedziane – i żeby sugerować czytelnikom alternatywną wersję narracji. Nieważne, czy bazującej wyłącznie na faktach, czy karmiącej się domysłami i nieistniejącymi dowodami. Liczy się siła rażenia kolejnych indywidualnych historii, sieć powiązań, która mówi wiele o wszystkich połączonych nią bohaterach – a jednocześnie nie mówi nic, bo każdy z tych bohaterów ma swoją własną opowieść, snuje relację w oderwaniu od tego, co chce widzieć Anna Arno. „Do pana kieruję moje milczenie” to książka, w której drobiazgowe analizy przeplatają się z poetyckim sposobem patrzenia na rzeczywistość oraz nierzeczywistość. Anna Arno z drobiazgów tworzy całe sceny, buduje historie spotkań i relacji, znajomości i nieznajomości – a wszystko po to, żeby uwieść czytelników, żeby wprowadzić ich w grę, która nie ma jednego rozwiązania i która wymusza skupienie oraz wyczulenie na prawdę. Kolejne scenki równie wiele mówią o ich historycznych bohaterach, co o samej autorce, dla której konkretne wydarzenia przybierają dużą rangę. Ten tom nie ma na celu uzupełniania biografii czy dziejopisarstwa – on jest po to, żeby odbiorcy mogli poczęstować się samymi historiami, gęstymi od znaczeń i przypadków. Sama autorka może dzięki temu dzielić się poglądami i podejściem do spraw uniwersalnych, wykorzystuje istniejących kiedyś ludzi do tworzenia literackich obrazków, nie zawsze zdradzających swoje cele w pierwszym odbiorze. Wszystko jest tutaj ulotne – chociaż i tak bazuje na tym, co rzeczowe i przyziemne. Być może autorka szuka przepisu na historyczne powtórzenia i inspiracje, być może zależy jej na zaszczepieniu czytelnikom w świadomości sieci powiązań, od której naprawdę dużo zależy – ale nie będzie tu żadnych jednoznacznych wyjaśnień ani podpowiedzi. Będą twórcy (i nie tylko), obserwowani z dystansu, zamienieni w obiekty analiz i ocen. Będą ludzie w chwilach kryzysów i przełomów, w chwilach, w których mogą udowodnić swoją wrażliwość i system wartości i w chwilach, które zmuszą ich do weryfikowania postaw. „Do pana kieruję moje milczenie” to zapiski wrażeń i trudnych zachwytów, próby zaakcentowania tego, co nieważne w perspektywie czasu, za to niezwykle istotne w jednym momencie. Anna Arno chce pytań, niepokojów i testowania znajomości. W końcu to ona podważa istotę międzyludzkich więzi - w mikroskali.
Spotkania
Dla Anny Arno świat jest pełen słów. Te słowa mogą budować atmosferę i kontekst wydarzeń oraz niewydarzeń. Mogą stanowić wystarczający powód dla sięgnięcia do historii i opowiadania jej z innej perspektywy, dociekliwie, trochę plotkarsko, ale przede wszystkim – z zestawem pytań, na które nie znajdzie się odpowiedzi. „Do pana kieruję moje milczenie” to tom esejów poświęconych wielkim nazwiskom – i sytuacjom, które nie zostały dostatecznie wyeksponowane czy przeanalizowane, a czasami – które w ogóle nie zaistniały. Anna Arno przeprowadza czytelników przez gąszcz zbiegów okoliczności, wydarzeń nieoczywistych lub boleśnie dosłownych, uniemożliwia rozszyfrowywanie prawdy w obliczu potencjału literackiego i historycznoliterackiego. Zajmuje się przeglądaniem życiorysów przez lupę – tylko po to, żeby wyłuskiwać z nich to, co niedopowiedziane – i żeby sugerować czytelnikom alternatywną wersję narracji. Nieważne, czy bazującej wyłącznie na faktach, czy karmiącej się domysłami i nieistniejącymi dowodami. Liczy się siła rażenia kolejnych indywidualnych historii, sieć powiązań, która mówi wiele o wszystkich połączonych nią bohaterach – a jednocześnie nie mówi nic, bo każdy z tych bohaterów ma swoją własną opowieść, snuje relację w oderwaniu od tego, co chce widzieć Anna Arno. „Do pana kieruję moje milczenie” to książka, w której drobiazgowe analizy przeplatają się z poetyckim sposobem patrzenia na rzeczywistość oraz nierzeczywistość. Anna Arno z drobiazgów tworzy całe sceny, buduje historie spotkań i relacji, znajomości i nieznajomości – a wszystko po to, żeby uwieść czytelników, żeby wprowadzić ich w grę, która nie ma jednego rozwiązania i która wymusza skupienie oraz wyczulenie na prawdę. Kolejne scenki równie wiele mówią o ich historycznych bohaterach, co o samej autorce, dla której konkretne wydarzenia przybierają dużą rangę. Ten tom nie ma na celu uzupełniania biografii czy dziejopisarstwa – on jest po to, żeby odbiorcy mogli poczęstować się samymi historiami, gęstymi od znaczeń i przypadków. Sama autorka może dzięki temu dzielić się poglądami i podejściem do spraw uniwersalnych, wykorzystuje istniejących kiedyś ludzi do tworzenia literackich obrazków, nie zawsze zdradzających swoje cele w pierwszym odbiorze. Wszystko jest tutaj ulotne – chociaż i tak bazuje na tym, co rzeczowe i przyziemne. Być może autorka szuka przepisu na historyczne powtórzenia i inspiracje, być może zależy jej na zaszczepieniu czytelnikom w świadomości sieci powiązań, od której naprawdę dużo zależy – ale nie będzie tu żadnych jednoznacznych wyjaśnień ani podpowiedzi. Będą twórcy (i nie tylko), obserwowani z dystansu, zamienieni w obiekty analiz i ocen. Będą ludzie w chwilach kryzysów i przełomów, w chwilach, w których mogą udowodnić swoją wrażliwość i system wartości i w chwilach, które zmuszą ich do weryfikowania postaw. „Do pana kieruję moje milczenie” to zapiski wrażeń i trudnych zachwytów, próby zaakcentowania tego, co nieważne w perspektywie czasu, za to niezwykle istotne w jednym momencie. Anna Arno chce pytań, niepokojów i testowania znajomości. W końcu to ona podważa istotę międzyludzkich więzi - w mikroskali.
poniedziałek, 30 marca 2026
Rafał Witek: Doktor Ola
Harperkids, Warszawa 2026.
Ciężka praca
Na pierwszym poziomie serii Czytam sobie pojawiło się urozmaicenie – Czytam sobie sylabami – w narracji poszczególne zgłoski są zaznaczane kontrastującymi kolorami, tak, żeby dzieciom łatwiej było ewentualnie objąć wzrokiem i czytać mniejsze zbitki literowe – i żeby łatwiej przyzwyczaiły się do dzielenia wyrazów na sylaby, zresztą na różne sposoby można ten motyw wykorzystywać, w zależności od potrzeb. Książeczka „Doktor Ola” przygotowana przez Rafała Witka i z ilustracjami Ewy Poklewskiej-Koziełło to publikacja szczególnie trafiająca w gust najmłodszych. Autor proponuje tu bowiem opowieść o zabawie, która zamienia się w wielką pracę – przynajmniej dopóki odbiorcy nie mają pojęcia, że bohaterka jest tak naprawdę jedną z nich, małą dziewczynką, która musi jakoś wypełnić czas.
Doktor Ola ma mnóstwo do zrobienia. Przychodzą do niej rozmaici pacjenci, od tych zwyczajnych i ludzkich – Janek spadł z roweru i nabił sobie guza – po groźne drapieżniki (pomocy potrzebuje na przykład tygrys, o czym informuje zaniepokojona zebra). Ani na moment bohaterka nie może się zatrzymać, nie teraz, skoro tyle stworzeń wokół cierpi, a dla wszystkich trzeba mieć lekarstwo i dobre słowo. Doktor Ola pracuje zatem uważnie i szybko, rozwiązuje niekończące się problemy i przy okazji podpowiada dzieciom chcącym iść w jej ślady, jakie możliwości mają.
Na pierwszym poziomie serii Czytam sobie dzieci nie dostaną wyrazów z dwuznakami czy ze zmiękczeniami, co oznacza dla autorów karkołomne czasami wyszukiwanie synonimów nieznanych odbiorcom tylko po to, żeby utrzymać się w ryzach cyklu. Stąd też obecność wyrazów znacznie dłuższych niż te standardowo kojarzone z czytankami dla najmłodszych, a czasami – dziwne nieco zastępniki. W tym wypadku telefon „drynda” (nie może dzwonić, przez zakazany dwuznak, a przecież wydawałoby się to bardziej na miejscu, nawet jeśli dzieci jeszcze nie wiedzą, jak czyta się dwuznaki – poznałyby całe słowo i skojarzyły z tym, co słyszą na co dzień), a na pigułki w gabinecie jest gablota a nie szafka czy szuflada. Będzie tu dużo balsamów (bo nie można przepisać maści) czy eukaliptus – ale to już mniejsze wyzwania niż zderzanie dzieci z synonimami, które nie wydają im się oczywiste. Liczy się dynamika i dobra zabawa bohaterki, a co za tym idzie – także odbiorców. Doktor Ola nie ma czasu na nudę i przekonuje do swoich rozrywek czytelników. Każdy, kto śledzi tekstowe wyjaśnienia, może odpocząć przy obrazkach – Ewa Poklewska-Koziełło proponuje tu dynamiczne scenki, które uwiarygodniają przeżycia Oli i jej pacjentów. Jest to książeczka, która zachęca do czytania zwłaszcza te dzieci, które same bawią się we właścicieli gabinetów lekarskich – nawiązanie do standardowej zabawy najmłodszych sprawdzi się jako lekturowy wabik.
Ciężka praca
Na pierwszym poziomie serii Czytam sobie pojawiło się urozmaicenie – Czytam sobie sylabami – w narracji poszczególne zgłoski są zaznaczane kontrastującymi kolorami, tak, żeby dzieciom łatwiej było ewentualnie objąć wzrokiem i czytać mniejsze zbitki literowe – i żeby łatwiej przyzwyczaiły się do dzielenia wyrazów na sylaby, zresztą na różne sposoby można ten motyw wykorzystywać, w zależności od potrzeb. Książeczka „Doktor Ola” przygotowana przez Rafała Witka i z ilustracjami Ewy Poklewskiej-Koziełło to publikacja szczególnie trafiająca w gust najmłodszych. Autor proponuje tu bowiem opowieść o zabawie, która zamienia się w wielką pracę – przynajmniej dopóki odbiorcy nie mają pojęcia, że bohaterka jest tak naprawdę jedną z nich, małą dziewczynką, która musi jakoś wypełnić czas.
Doktor Ola ma mnóstwo do zrobienia. Przychodzą do niej rozmaici pacjenci, od tych zwyczajnych i ludzkich – Janek spadł z roweru i nabił sobie guza – po groźne drapieżniki (pomocy potrzebuje na przykład tygrys, o czym informuje zaniepokojona zebra). Ani na moment bohaterka nie może się zatrzymać, nie teraz, skoro tyle stworzeń wokół cierpi, a dla wszystkich trzeba mieć lekarstwo i dobre słowo. Doktor Ola pracuje zatem uważnie i szybko, rozwiązuje niekończące się problemy i przy okazji podpowiada dzieciom chcącym iść w jej ślady, jakie możliwości mają.
Na pierwszym poziomie serii Czytam sobie dzieci nie dostaną wyrazów z dwuznakami czy ze zmiękczeniami, co oznacza dla autorów karkołomne czasami wyszukiwanie synonimów nieznanych odbiorcom tylko po to, żeby utrzymać się w ryzach cyklu. Stąd też obecność wyrazów znacznie dłuższych niż te standardowo kojarzone z czytankami dla najmłodszych, a czasami – dziwne nieco zastępniki. W tym wypadku telefon „drynda” (nie może dzwonić, przez zakazany dwuznak, a przecież wydawałoby się to bardziej na miejscu, nawet jeśli dzieci jeszcze nie wiedzą, jak czyta się dwuznaki – poznałyby całe słowo i skojarzyły z tym, co słyszą na co dzień), a na pigułki w gabinecie jest gablota a nie szafka czy szuflada. Będzie tu dużo balsamów (bo nie można przepisać maści) czy eukaliptus – ale to już mniejsze wyzwania niż zderzanie dzieci z synonimami, które nie wydają im się oczywiste. Liczy się dynamika i dobra zabawa bohaterki, a co za tym idzie – także odbiorców. Doktor Ola nie ma czasu na nudę i przekonuje do swoich rozrywek czytelników. Każdy, kto śledzi tekstowe wyjaśnienia, może odpocząć przy obrazkach – Ewa Poklewska-Koziełło proponuje tu dynamiczne scenki, które uwiarygodniają przeżycia Oli i jej pacjentów. Jest to książeczka, która zachęca do czytania zwłaszcza te dzieci, które same bawią się we właścicieli gabinetów lekarskich – nawiązanie do standardowej zabawy najmłodszych sprawdzi się jako lekturowy wabik.
niedziela, 29 marca 2026
Nazywam dźwięki. Na wsi
Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.
Hałasy
Kolejny tomik – malutki i kartonowy – ma zaangażować najmłodszych i przekonać ich do uważnego wsłuchiwania się w otoczenie oraz naśladowania dźwięków. Takie zadanie pozwoli nie tylko rozwijać umiejętność mówienia, ale też ucieszy najmłodszych. „Nazywam dźwięki. Na wsi” to kwadratowa książeczka – o wielu stronach. Tym razem jednak poza onomatopejami pojawią się jeszcze inne zagadki, zaskakujące małych odbiorców. Sprawdzony system powtarza się i tutaj: na jednej części rozkładówki pojawia się pytanie, jak robi wybrane zwierzę albo przedmiot. Druga część rozkładówki to miejsce na obrazek – Adam Święcki dba o to, żeby ilustracje przykuwały wzrok i były atrakcyjne dla najmłodszych, a jednocześnie żeby nastrajały ich pozytywnie do korzystania z książki. Obok konkretnego przedmiotu czy zwierzęcia mamy tekstowy odpowiednik wydawanego przez bohatera dźwięku. To oznacza, że jeśli dzieci od razu nie skojarzą, kogo lub czego dotyczy pytanie, mogą zorientować się dzięki obrazkom, o co chodzi – i być może odpowiedzieć na zadane pytanie jeszcze przed rodzicami.
Cały tomik bazuje na zabawie, która często pojawia się podczas wspólnego czytania i ogólniej – poznawania świata przez najmłodszych. Rodzice maluchów, które dopiero zaczynają mówić, często wykorzystują system pytań i odpowiedzi onomatopeicznych, żeby zachęcić najmłodszych do wysiłku i do budowania skojarzeń, także tych dźwiękowych. Rodzice zwykle zadają pytania, dzieci udzielają odpowiedzi – nic więcej nie potrzeba, żeby miło spędzać razem czas. I z tego założenia wychodzą twórcy tej książeczki, po prostu wstrzeliwując się w standardową i wszystkim znaną zabawę. Mamy w tej części zwierzęta ze wsi – krowy, kozy, owce, świnki, pisklęta – ale zdarzy się też dzięcioł, zając czy żaba. Dodatkowo – traktor i kosiarka czy grabie. Dzieci mogą być zaskoczone pytaniem, jak robi jabłko, albo co robią one same, kiedy ugryzie je komar – na szczęście nie trzeba się zbyt długo zastanawiać, bo odpowiedź pojawia się błyskawicznie. Do tomiku zawitały też dwie bohaterki, które niekoniecznie wydają dźwięki, ale z czymś się kojarzą i z pewnością nie zostaną przez dzieci pominięte.
Kolorowe obrazki i przyjemne dla oka barwne tła, bohaterowie, którzy wywołują uśmiech, proste zagadki, które wymuszają interaktywność w odbiorze – i przekonają dzieci, że czytanie to duża przyjemność i sporo zabawy z najbliższymi. „Nazywam dźwięki. Na wsi” to drugi tomik w udanej i bardzo sensownej serii dla najmłodszych dzieci – przygotowanie na rozpoznawanie świata i materiał do wspólnej zabawy. Przy takim tomiku aż chce się działać – wsłuchiwać się w otoczenie i następnie powtarzać wydawane przez poszczególne jego elementy dźwięki. To sporo uciechy i jednocześnie sposób na uczenie dziecka sztuki mówienia. I chociaż w tę grę można grać zawsze i bez materiałów, to z publikacją rodzice nie będą musieli się wysilać i myśleć o kolejnych pytaniach.
Hałasy
Kolejny tomik – malutki i kartonowy – ma zaangażować najmłodszych i przekonać ich do uważnego wsłuchiwania się w otoczenie oraz naśladowania dźwięków. Takie zadanie pozwoli nie tylko rozwijać umiejętność mówienia, ale też ucieszy najmłodszych. „Nazywam dźwięki. Na wsi” to kwadratowa książeczka – o wielu stronach. Tym razem jednak poza onomatopejami pojawią się jeszcze inne zagadki, zaskakujące małych odbiorców. Sprawdzony system powtarza się i tutaj: na jednej części rozkładówki pojawia się pytanie, jak robi wybrane zwierzę albo przedmiot. Druga część rozkładówki to miejsce na obrazek – Adam Święcki dba o to, żeby ilustracje przykuwały wzrok i były atrakcyjne dla najmłodszych, a jednocześnie żeby nastrajały ich pozytywnie do korzystania z książki. Obok konkretnego przedmiotu czy zwierzęcia mamy tekstowy odpowiednik wydawanego przez bohatera dźwięku. To oznacza, że jeśli dzieci od razu nie skojarzą, kogo lub czego dotyczy pytanie, mogą zorientować się dzięki obrazkom, o co chodzi – i być może odpowiedzieć na zadane pytanie jeszcze przed rodzicami.
Cały tomik bazuje na zabawie, która często pojawia się podczas wspólnego czytania i ogólniej – poznawania świata przez najmłodszych. Rodzice maluchów, które dopiero zaczynają mówić, często wykorzystują system pytań i odpowiedzi onomatopeicznych, żeby zachęcić najmłodszych do wysiłku i do budowania skojarzeń, także tych dźwiękowych. Rodzice zwykle zadają pytania, dzieci udzielają odpowiedzi – nic więcej nie potrzeba, żeby miło spędzać razem czas. I z tego założenia wychodzą twórcy tej książeczki, po prostu wstrzeliwując się w standardową i wszystkim znaną zabawę. Mamy w tej części zwierzęta ze wsi – krowy, kozy, owce, świnki, pisklęta – ale zdarzy się też dzięcioł, zając czy żaba. Dodatkowo – traktor i kosiarka czy grabie. Dzieci mogą być zaskoczone pytaniem, jak robi jabłko, albo co robią one same, kiedy ugryzie je komar – na szczęście nie trzeba się zbyt długo zastanawiać, bo odpowiedź pojawia się błyskawicznie. Do tomiku zawitały też dwie bohaterki, które niekoniecznie wydają dźwięki, ale z czymś się kojarzą i z pewnością nie zostaną przez dzieci pominięte.
Kolorowe obrazki i przyjemne dla oka barwne tła, bohaterowie, którzy wywołują uśmiech, proste zagadki, które wymuszają interaktywność w odbiorze – i przekonają dzieci, że czytanie to duża przyjemność i sporo zabawy z najbliższymi. „Nazywam dźwięki. Na wsi” to drugi tomik w udanej i bardzo sensownej serii dla najmłodszych dzieci – przygotowanie na rozpoznawanie świata i materiał do wspólnej zabawy. Przy takim tomiku aż chce się działać – wsłuchiwać się w otoczenie i następnie powtarzać wydawane przez poszczególne jego elementy dźwięki. To sporo uciechy i jednocześnie sposób na uczenie dziecka sztuki mówienia. I chociaż w tę grę można grać zawsze i bez materiałów, to z publikacją rodzice nie będą musieli się wysilać i myśleć o kolejnych pytaniach.
Koci domek Gabi. Rysuję i ścieram
Harperkids, Warszawa 2026.
Łamigłówki na nowo
Duży zeszyt ze sztywnymi i śliskimi kartkami to zapowiedź kolejnej zabawy związanej z kreatywnymi działaniami najmłodszych, pod szyldem znanych z kreskówek postaci. Tym razem towarzyszyć maluchom będą bohaterki Kociego domku Gabi. Do tomiku został dołączony specjalny marker, pisak z gąbką na czubku – tak, żeby nie trzeba było szukać odpowiednich narzędzi, a można było od razu przystąpić do zabawy, i to zabawy recyklingowej – związanej z możliwością wielokrotnego poprawiania raz podjętych decyzji. „Koci domek Gabi. Rysuję i ścieram” to kontynuacja sprawdzonej już na rynku serii zeszytów ćwiczeń – nie będzie zatem żadnych zaskoczeń co do treści, liczy się po prostu możliwość powiązania klasycznych łamigłówek z modnymi aktualnie bohaterami. Każda strona to osobne zadanie dla najmłodszych. Zadania czasami wymagają pisania – więc kierowane są do dzieci, które znają litery (albo właśnie próbują je poznać, będą miały motywację do nauki i trenowania umiejętności), często jednak zostały wybrane tak, żeby pozwalały dzieciom ćwiczyć sprawność motoryczną i logiczne myślenie jednocześnie. Pojawi się tu labirynt (żeby pomóc Pandusiowi dotrzeć do Gabi w celu przytulenia się, więc motywacja jest duża), wyszukiwanka czy kocie sudoku, będzie całkiem sporo motywów opartych na testach na inteligencję. Czasami trzeba uzupełnić wzór, innym razem łączyć cienie z właściwymi kształtami. Ale zdarzają się i prawdziwie kreatywne wyzwania, kiedy trzeba będzie coś napisać albo narysować bez wzoru. Żeby odbiorcy mogli sprawdzić swoje odpowiedzi, pojawia się tu klucz – ale będzie on zbędny, skoro można za każdym razem poprawiać swoje odpowiedzi.
Książka jest bardzo kolorowa – nie ma tu zadań w rodzaju pokoloruj obrazek, więc żeby dzieci nie poczuły rozczarowania tym faktem, nie ma w ogóle białych płaszczyzn. Każda rozkładówka to feeria barw, mocnych i nasyconych. Wszystko po to, żeby przyciągnąć do pracy i zaprosić do uzupełniania tomiku – nie dziwi też wtedy wybór pisaka, czarny marker bardzo się przyda, żeby coś zaznaczyć wyraźnie. Książka jest oczywiście reklamą serii Koci domek Gabi, w związku z tym od czasu do czasu na stronach pojawiają się drobne informacje na temat świata bohaterki i jej kotów – tak, żeby przyciągnąć fanów i żeby zapewnić im możliwość przebywania z postaciami znanymi z kreskówki. To zabieg standardowy dla całej serii i nikogo nie będzie zaskakiwał – tu chodzi przecież wyłącznie o zamaskowanie tradycyjnych zabaw przez nawiązania do lubianych bohaterów. Ten tomik jest zatem zapowiedzią miłych chwil, a dla dzieci też szansą na samorozwój. Każdy może wybrać sobie ćwiczenia z ulubionymi bajkowymi motywami – albo po prostu ignorować reklamę cyklu i postawić zwyczajnie na zabawę.
Łamigłówki na nowo
Duży zeszyt ze sztywnymi i śliskimi kartkami to zapowiedź kolejnej zabawy związanej z kreatywnymi działaniami najmłodszych, pod szyldem znanych z kreskówek postaci. Tym razem towarzyszyć maluchom będą bohaterki Kociego domku Gabi. Do tomiku został dołączony specjalny marker, pisak z gąbką na czubku – tak, żeby nie trzeba było szukać odpowiednich narzędzi, a można było od razu przystąpić do zabawy, i to zabawy recyklingowej – związanej z możliwością wielokrotnego poprawiania raz podjętych decyzji. „Koci domek Gabi. Rysuję i ścieram” to kontynuacja sprawdzonej już na rynku serii zeszytów ćwiczeń – nie będzie zatem żadnych zaskoczeń co do treści, liczy się po prostu możliwość powiązania klasycznych łamigłówek z modnymi aktualnie bohaterami. Każda strona to osobne zadanie dla najmłodszych. Zadania czasami wymagają pisania – więc kierowane są do dzieci, które znają litery (albo właśnie próbują je poznać, będą miały motywację do nauki i trenowania umiejętności), często jednak zostały wybrane tak, żeby pozwalały dzieciom ćwiczyć sprawność motoryczną i logiczne myślenie jednocześnie. Pojawi się tu labirynt (żeby pomóc Pandusiowi dotrzeć do Gabi w celu przytulenia się, więc motywacja jest duża), wyszukiwanka czy kocie sudoku, będzie całkiem sporo motywów opartych na testach na inteligencję. Czasami trzeba uzupełnić wzór, innym razem łączyć cienie z właściwymi kształtami. Ale zdarzają się i prawdziwie kreatywne wyzwania, kiedy trzeba będzie coś napisać albo narysować bez wzoru. Żeby odbiorcy mogli sprawdzić swoje odpowiedzi, pojawia się tu klucz – ale będzie on zbędny, skoro można za każdym razem poprawiać swoje odpowiedzi.
Książka jest bardzo kolorowa – nie ma tu zadań w rodzaju pokoloruj obrazek, więc żeby dzieci nie poczuły rozczarowania tym faktem, nie ma w ogóle białych płaszczyzn. Każda rozkładówka to feeria barw, mocnych i nasyconych. Wszystko po to, żeby przyciągnąć do pracy i zaprosić do uzupełniania tomiku – nie dziwi też wtedy wybór pisaka, czarny marker bardzo się przyda, żeby coś zaznaczyć wyraźnie. Książka jest oczywiście reklamą serii Koci domek Gabi, w związku z tym od czasu do czasu na stronach pojawiają się drobne informacje na temat świata bohaterki i jej kotów – tak, żeby przyciągnąć fanów i żeby zapewnić im możliwość przebywania z postaciami znanymi z kreskówki. To zabieg standardowy dla całej serii i nikogo nie będzie zaskakiwał – tu chodzi przecież wyłącznie o zamaskowanie tradycyjnych zabaw przez nawiązania do lubianych bohaterów. Ten tomik jest zatem zapowiedzią miłych chwil, a dla dzieci też szansą na samorozwój. Każdy może wybrać sobie ćwiczenia z ulubionymi bajkowymi motywami – albo po prostu ignorować reklamę cyklu i postawić zwyczajnie na zabawę.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)






