* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

sobota, 28 lutego 2026

Sandra Grimm: Dlaczego się kłócimy?

Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.

Spory

Druga książka w serii, która podbija polski rynek, pozwala zrozumieć najmłodszym „Dlaczego się kłócimy”. Sandra Grimm i Lena Ellermann postawiły na analizowanie relacji międzyludzkich, ale w tym mniej empatycznym wymiarze. Chociaż dzieci często słyszą od dorosłych, że nie powinny się kłócić, że muszą ustępować, albo że złość nie jest pożądanym uczuciem, nie da się uniknąć sporów, czasami w całkiem błahych sytuacjach. Chodzi więc o to, żeby mali odbiorcy lepiej poznali siebie i zrozumieli, skąd biorą się negatywne emocje, a także – jak sobie z nimi radzić. „Dlaczego się kłócimy” to tomik, który stanowi celną i precyzyjną analizę niektórych zachowań i to bez podziału na wiek – bo dorośli też się kłócą, tyle tylko że przeważnie o inne rzeczy niż najmłodsi. W sporach dorosłych może uczestniczyć sąd albo policja, w sporach dzieci przeważnie mediują nauczyciele albo rodzice – chociaż znacznie łatwiej jest po prostu samodzielnie dojść do porozumienia, co wcale nie jest takie trudne, kiedy zrozumie się powody niektórych postaw.

Sandra Grimm pokazuje odbiorcom, że często agresywne reakcje płynąć mogą z przemęczenia, głodu albo innych trudnych doświadczeń w ciągu dnia: jeśli ktoś przez cały czas zmagał się z hałasem, będzie bardziej przeczulony na muzyczne ćwiczenia wieczorem. To pokazuje dzieciom, że często gniew i kłótnie biorą się z zupełnie innych źródeł niż sądzi się na początku. A skoro tak – łatwiej wybaczyć i łatwiej zaproponować inne rozwiązanie, satysfakcjonujące obie zwaśnione strony. W „Dlaczego się kłócimy” będzie mowa o tym, co wolno, a czego nie wolno robić podczas kłótni – autorki wręcz zachęcają dzieci do aktywnego, fizycznego wyrzucenia z siebie złości za pomocą boksowania poduszki albo krzyku, ale w samotności, z dala od innych. Podkreślają, że nie wolno robić innym krzywdy i przypominają, jakie zachowania są niedozwolone, niezależnie od siły złości, która napędza całą sytuację. „Dlaczego się kłócimy” to książka, dzięki której o wiele łatwiej jest zrozumieć własne zachowania i która wyczula na postawy drugiego człowieka w konkretnych okolicznościach. Sandra Grimm podpowiada, jak w zabawny sposób przeprosić – co zrobić, żeby nie było to stereotypowe i często wymuszone podanie ręki na zgodę. Te narracje pokazują, jak zapobiegać kłótniom, a także – jak powinien wyglądać konflikt idealny, chociaż autorki doskonale wiedzą, że coś takiego nie istnieje. Żeby przybliżać dzieciom konkrety, a nie tylko abstrakcyjne pojęcia, wstawiają do narracji wiele drobnych scenek z kłótniami w tle – i dzięki temu mogą łatwiej nawiązywać porozumienie. Wszystko sprowadza się do samoświadomości i umiejętności przeczekania największego wyrzutu złości – i chociaż to w wykonaniu kilkulatków wydaje się wręcz niemożliwe, jest szansa, że lektura zasugeruje sposoby postępowania, które przynajmniej warto wypróbować. „Dlaczego się kłócimy” to tomik, który w ciekawy i atrakcyjny dla dzieci sposób (mnóstwo rysunków i krótkie, hasłowe komentarze) uwidacznia sedno międzyludzkich konfliktów i pomaga wypracować porozumienie. Nie jest to lektura czysto rozrywkowa – stawia się tu na wychowywanie dzieci i na podsuwanie im narzędzi do panowania nad emocjami.

piątek, 27 lutego 2026

Magdalena Parys: Magik

Agora, Warszaw 2026. (wznowienie)

Niemiecki koszmar

Dwóch ich na początku ginie. Przy czym Frank występuje w charakterze zwłok rodem ze skandynawskiego kryminału, z turpistycznymi i bardzo szczegółowymi opisami masakry, jaka mogła się rozegrać w niedalekiej przeszłości, a Gerhard to już trup niczym ze zwykłej powieści detektywistycznej. Pierwszy pracował dla Stasi, drugi – jako fotoreporter, zresztą wybór zawodu wymuszał na nim zaangażowanie polityczne. I teraz czas na bardzo mozolne śledztwo, które połączy te dwa wątki, a przynajmniej zapewni rozwiązanie zagadek o proweniencji okołopolitycznej. Niemcy – a właściwie sam Berlin – w tej wersji, odmalowywanej w „Magiku” przez Magdalenę Parys, to miejsce nienapawające optymizmem, brudne, nieciekawe i skrajnie niebezpieczne, jeśli ktoś wie za dużo. Surowość krajobrazu podsycana jest co pewien czas wstawkami dotyczącymi wielkiej historii i wielkiej polityki – tu nie ma mowy o stabilizacji czy spokojnej egzystencji, wszystko bezustannie wrze – a tłem staje się obskurna opuszczona kamienica, zasiedlana na dziko. I chociaż Magdalena Parys bardzo dba o szczegółową intrygę, wielowątkową i rozbudowaną, to właśnie koloryt lokalny będzie dla czytelników najbardziej charakterystyczny – w tej powieści nie ma co szukać ukojenia czy ocieplania wizerunku bohaterów. Każdy jeden musi być twardy i bezwzględny, bo tylko tak może osiągać swoje cele.

Berlin z tła wyrasta na najważniejszego bohatera, chociaż obrazek, który Magdalena Parys przedstawia, krzepiący nie będzie. Udaje się autorce przekuć surowość wydarzeń na surowość opisów, a jednocześnie zbudować potężną opowieść zahaczającą raz o wątki rodzinne, raz o wspomnienie Niemiec schyłku XX wieku. I chociaż to obraz jednostronny – króluje tu szarość i beznadzieja – nie sposób nie docenić pisarskiego kunsztu. Magdalena Parys wie bowiem, jak zapewnić czytelnikom silne wrażenia i zachęcić ich do podążania za fabułą nie ze względu na bardzo powoli odkrywane kolejne fakty, które mogą rzucić nowe światło na przeszłość, a za sprawą ascetycznego języka i pozornie pozbawionej melodyjności narracji. Wiadomości potrzebne do rozszyfrowania wydarzeń skapują powoli – i wymagają wielkiego zaangażowania, po drodze wydarzy się jeszcze sporo drobnych dramatów, które jednak ustępują pod względem ważności podstawowym sprawom w śledztwie – autorka nie chce podsuwać czytelnikom kolejnych rozwiązań przed czasem, rezygnuje z fabuły, która byłaby w całości oparta na prowadzonych badaniach. Za to doskonale bawi się, szukając tropów w rzeczywistości i tworząc rozłożyste, dopracowane w detalach, biografie bohaterów. Jest w tym ogromne wyczulenie na szczegóły, ale drobiazgowość nie przytłacza i nie zniechęca do lektury, wręcz przeciwnie – każdy, kto pozna świat „Magika” i zaakceptuje jego pozorną beznamiętność, będzie tu mógł znaleźć sporo dla siebie. Magdalena Parys jest przekonująca nie tylko w intrydze kryminalnej, ale również w samym odzwierciedlaniu przeszłości – historii i polityki – oraz obyczajowości z dawnych czasów. Czytelnikom ma do zaoferowania całkiem dużo wiadomości zupełnie na marginesie biegu akcji – idealnie maskuje sposób informowania o zgromadzonych materiałach. Liczy się przecież tylko i wyłącznie surowe śledztwo, pozbawione ozdobników. Ta iluzja najlepiej pokazuje, jak dobra jest Magdalena Parys w tworzeniu powieści – która wymyka się schematom kryminalnym, sensacyjnym i rozwiązaniom z powieści historycznych niemal w tym samym stopniu.

czwartek, 26 lutego 2026

Emily van Duyne: Kochając Sylvię Plath. Jak Ted Hughes wykorzystywał Sylvię za jej życia i po śmierci

Znak, Kraków 2026.

Przemoc domowa

Przez długi czas biografizowanie nie było cenioną metodą odczytywania twórczości. Co więcej: włączanie do analiz osobistych przeżyć badaczy w ogóle nie mieściło się w kanonach interpretacyjnych. Emily van Duyne nic sobie z tego jednak nie robi i w tomie „Kochając Sylvię Plath” otwarcie przyznaje się do bycia fanką poetki i jednocześnie ofiarą przemocy domowej w przeszłości – co ma pomóc w odszyfrowywaniu śladów tragedii prywatnych w literaturze. Ta publikacja ma pokazać sposoby wołania o pomoc i nauczyć odbiorców odczytywania śladów tragedii w zaciszu domowym, a także – w konsekwencji – odczarować mit samobójstwa Sylvii Plath, a właściwie zmienić postrzeganie samobójczego aktu – na efekt zaszczucia przez wiarołomnego i okrutnego męża.

Emily van Duyne sporo miejsca poświęca w tej książce sobie: swojej walce o prawdę, poszukiwaniom dotyczącym materiałów o Sylvii Plath, a także doświadczeniom, które łączą ją z poetką. Chce przedstawiać siebie jako osobę, która wręcz powinna się zająć rozczytywaniem tematu samobójstwa Plath – i zgromadzić wszystkie dostępne materiały tak, żeby ostatecznie uzyskać pewność co do swoich tez. Rejestruje nie tylko gromadzone materiały, ale także niepowodzenia w ich zdobywaniu, bo nie wszyscy chcą wracać do niewygodnego tematu, albo analizować go przez pryzmat feministycznych teorii. Emily van Duyne rezygnuje z monograficznego ujęcia, nie porządkuje ani twórczości, ani biografii Sylvii Plath – obie te dziedziny traktuje dość wybiórczo, bardziej koncentrując się na relacjach małżeńskich i na istniejących już interpretacjach w oparciu o biografie. Sporo uwagi poświęca nie tylko samej poetce, ale także jednej z kochanek jej męża, kobiecie, która również popełniła samobójstwo, zabijając wcześniej wspólne z Tedem Hughesem dziecko. Rejestruje istotę relacji małżeńskich i poetyckich – zastanawia się mniej nad tym, które z małżonków było lepsze w poezji, a bardziej nad tym, które poświęcało swoją karierę, żeby rozwijać się mogła druga strona. Dotyka zagadnień ulotnych i nie do końca możliwych do zmierzenia, nie ustaje jednak w wysiłkach, żeby udowodnić czytelnikom, że to Sylvia Plath była bardziej utalentowana i jednocześnie – że to ona więcej straciła w związku. Takie stanowisko, bez względu na przytaczane argumenty, wydaje się oczywiste ze względu na deklarowane sympatie autorki książki – to od odbiorców będzie zależało, czy zaufają kobiecie wyraźnie zafascynowanej poetką, czy też potraktują jej poszukiwania jako nieprzekonujące za sprawą zaangażowania emocjonalnego. Sylvia Plath zyskuje tu głos obrony – głos, który wzywa do uważnej lektury, sprawdzania zwłaszcza prywatnej korespondencji, ale także drobnych wzmianek w samej poezji. Emily van Duyne jest przekonana, że Sylvia Plath wołała o pomoc – ale robiła to zbyt subtelnie, nie mogąc wprost powiedzieć o własnej krzywdzie w domowym zaciszu. Jednoznacznie przedstawia Teda Hughesa jako winnego śmierci Plath – ale w tym dość obszernym tomie występuje po prostu w imieniu wszystkich kobiet, które padły ofiarą przemocy domowej i nie umiały sobie poradzić z dominującym mężem. Nie ma się co dziwić, że momentami przypadek Sylvii Plath znika – ustępuje miejsca uniwersalnej opowieści, na którą nie ma zgody. Autorka chce wyczulić społeczeństwo na przemoc domową – i sprawić, by takie scenariusze nie mogły się już powtarzać.

środa, 25 lutego 2026

Anna Jankowska: Ojej, zguba! O relacjach, empatii i wspieraniu innych

Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.

Poszukiwania

Bardzo dobrze sprawdzają się kolejne tomiki proponowane przez Annę Jankowską z cyklu Ojej – przede wszystkim dlatego, że nie polegają wyłącznie na linearnym czytaniu (albo – czytaniu z dzieckiem), a pozwalają maluchom na przeżycie prawdziwej przygody razem z bohaterami. Zaangażowanie wręcz wymusza się za sprawą kolejnych poleceń, które pojawiają się na każdej rozkładówce, a sama autorka wcale nie rezygnuje z tekstu, stawia raczej na klasyczne objętościowo opowiadania – i chociaż sporo tu ilustracji, to i tak do czytania będzie też dużo. A że nie na samym czytaniu rzecz się opiera, to będzie to tomik, który na dłużej zajmie kilkulatki. „Ojej, zguba! O relacjach, empatii i wspieraniu innych” to książka, w której będzie sporo emocji. Co ciekawe – nie ma tu Loli, siedmiolatki, do której należą zabawki przeżywające ważną przygodę. Uwagę czytelników przyciąga za to kot Czaruś, który właśnie zgubił swój piękny czarny brokatowy guzik. Guzik stanowił ozdobę kolekcji – był najbardziej wartościowy spośród wszystkich posiadanych przez Czarusia wartościowych przedmiotów, więc kot stara się go znaleźć. Zasięga rad, jak odzyskać coś, co się zgubiło – i otrzymuje przydatne wskazówki, między innymi tę, żeby pomyśleć nad czynnościami od ostatniego kontaktu z zagubionym przedmiotem, a potem przejść trasę, w obrębie której się działało. Oczywiście na drodze Czarusiowi staje mnóstwo postaci, bohater pomoże między innymi wiewiórce w szukaniu orzechów – to okazja do przypomnienia sobie praktycznych wskazówek. A kiedy guzik się już znajdzie, stanie się jasne, że trzeba tu jeszcze zastanowić się nad kwintesencją przyjaźni i uczuciami innych. Anna Jankowska proponuje zatem wielowymiarową czytankę dla najmłodszych. Każdy etap historyjki wieńczą pytania i polecenia kierowane do małych odbiorców. Jedne pozwalają zastanowić się nad sobą albo ocenić bohaterów, inne – prowadzą do wykonywania prostych ćwiczeń ruchowych czy oddechowych, uruchamiania wyobraźni albo do kreatywnych działań. Liczy się to, że dzieci nie muszą tylko zajmować się czytaniem albo śledzeniem czytanego tekstu, ale zostaną włączone do historii przez powtarzanie czynności bohaterów. Przytulankowych bohaterów – bo i kot, i miś są przecież pluszakami należącymi do Loli – co nie zmienia faktu, że przygody przeżywają samodzielnie. Nie zabraknie też humoru, zwłaszcza wtedy, kiedy Anna Jankowska pokaże, jak przeliczyć objętość słoika na objętość pluszowego kota.

Jest tu bardzo przyjemna strona graficzna – obrazki są niezbędne, ale nie odwracają uwagi od tekstu i zadań, przyjemne, komiksowe i przygotowane do nauki czytania – jeśli jakieś dziecko zechce poznawać litery, może zacząć od komiksowych dymków i nie zniechęci się ogromem tekstu, za to zwróci uwagę na silne emocje bohaterów. „Ojej, zguba! O relacjach, empatii i wspieraniu innych” to książka dobrze przygotowana dla maluchów, pełna niespodzianek i pokazująca, że czytanie to prawdziwa przyjemność, nie tylko samo śledzenie liter, ale przeżywanie wielkich przygód. Nawet jeśli to przygody na miarę domowych maskotek. Anna Jankowska wie, jak zaprosić dzieci do lektury – można jej zaufać i obserwować fajnie rozwijającą się serię.

wtorek, 24 lutego 2026

Kristan Higgins: Jasna strona życia

Gorzka Czekolada, Media Rodzina, Poznań 2026.

Scenariusze

Ta opowieść już była, Lark doskonale o tym wie. Kiedy tylko równie przystojny co utalentowany (i jednocześnie – społecznie wycofany) chirurg proponuje jej bycie osobą towarzyszącą na ślubie siostry, Lark przychodzą na myśl rozmaite komedie romantyczne z „Pretty woman” na czele. Lorenzo Santini nie ma przyjaciół, bo też i nie zjednuje sobie ludzi. Jest odpychający i samolubny, a do tego kosmicznie bogaty. Ale może zapewnić Lark coś, o czym ta marzy: powrót na oddział onkologii. Chwilowo Lark została od niego odsunięta ze względu na nadmierną emocjonalność, przez którą nie mogła pracować z pacjentami potrzebującymi wsparcia i rzeczowej opieki – przeniesiona do hospicjum, traktuje to jako przeczekanie. W końcu musi zrealizować swój plan i leczyć raka – zwłaszcza że przez białaczkę straciła miłość życia. Skoro nie udało jej się ocalić ukochanego, może pomóc innym ludziom. Przynajmniej takie jest założenie. Na razie Lark potrzebuje przekonać do siebie kierownictwo na onkologii. A pieniądze też jej się przydadzą. W efekcie przyjmuje propozycję, która ma być tylko na chwilę i tylko dla uspokojenia ukochanej babci Santiniego. Kristan Higgins powtórki z szablonu nie zapewni, można więc podążać za bohaterką i przyglądać się jej przeszłości – rozbudowane retrospekcje pokazują nie tylko, czym dla niej był związek, ale też, dlaczego tak usilnie próbuje odnaleźć się na onkologii, skoro inne gałęzie medycyny pasują jej o wiele bardziej.

Sama Lark kompletnie nie pasuje do świata Lorenza – przynajmniej do tego świata, który bohater wokół siebie buduje. Santini ma bowiem gwarną rodzinę, z którą Lark błyskawicznie znajduje porozumienie – szybko przekonuje do siebie siostry lekarza i jego rodziców. Nawiązuje też kontakty, które zaważą na jej przyszłości. Na razie jednak musi grać swoją rolę i chociaż w codzienności stawia na szczerość – nie powinna nadużywać zaufania chirurga. Lark to jeden temat powieści „Jasna strona życia”, ten najbardziej krzepiący, wciągający i ciekawy. Ale Kristan Higgins nie zapomina o innych odbiorczyniach. Przygląda się relacji starszego pokolenia: Ellie, mama Lark, przeżywa właśnie wielki życiowy kryzys. W jej poukładanym świecie i szczęśliwym małżeństwie pojawiła się poważna rysa, zdrada emocjonalna, z którą Ellie musi się jakoś pogodzić. Na razie usuwa się na bok i zastanawia, co zrobić. I jest jeszcze Joy – kobieta-zagadka, uzależniona od operacji plastycznych, mająca za sobą cztery nieudane małżeństwa za to żadnej pasji. Joy zapewnia dom Lark oraz Ellie – i dopiero uczy się, jak poznawać siebie. To długa, ale satysfakcjonująca droga. I to wszystko Kristan Higgins oferuje czytelniczkom w naprawdę udanej prozie obyczajowej. Jest w „Jasnej stronie życia” sporo wzruszeń, ale też i mnóstwo humoru, który te wzruszenia równoważy. Jest bardzo przekonująca część dotycząca walki z chorobą – i postaw bliskich wobec życiowych zmian. Jest odejście od jednego schematu (na rzecz innego, ale to nie wada). „Jasna strona życia” dostarcza wytchnienia i przypomina o tym, co najlepsze w powieściach dla kobiet – o pokrzepieniu, które płynie z nieoczekiwanej strony i w trudnych chwilach pozwala mieć nadzieję na lepszą przyszłość.

poniedziałek, 23 lutego 2026

Rusell Kane: Pupil dla mnie

Kropka, Warszawa 2026.

Zwierzę domowe

Russell Kane kieruje się do małych odbiorców, chociaż chyba bardziej powinien zwrócić na siebie uwagę ich rodziców – jako osoba, która analizuje zachowania, wady i zalety różnych ras psów i kotów oraz podpowiada, na jakie domowe zwierzę się zdecydować. „Pupil dla mnie” to trochę książka edukacyjna, trochę ciekawostka dla małych czytelników – i tylko szkoda, że autor tak mało może napisać o nierasowych zwierzętach ze schronisk (chociaż każdy rozdział kończy się podpowiedzią, żeby sprawdzić, czy to właśnie w schronisku nie znajdzie się najlepszego przyjaciela dla siebie – a do tego autor przekonuje, dlaczego nie decydować się na najszybciej podbiegające zwierzę albo na to najbardziej opuszczone i nieufne). Russell Kane od czasu do czasu przypomina sobie, że jest komikiem i zarabia na życie stand-upami i wtedy wplata do narracji dowcipy niekoniecznie potrzebne, ale przyciągające uwagę i odrobinę odciążające tom. Bo „Pupil dla mnie” to nie lektura na jeden raz i nawet najwięksi miłośnicy zwierząt przekonają się, że trzeba będzie sobie ją rozłożyć na kilka sesji. Każda rozkładówka jest poświęcona jednej rasie (psa czy kota, pod koniec książki znajdują się jeszcze drobne akapity poświęcone chomikom, świnkom morskim, papużkom falistym, gadom oraz… owadom, bo autor cały czas wspomina swojego straszyka, którego bardzo w dzieciństwie lubił). Russell Kane o wielu rasach pisze właśnie dlatego, że przedstawicieli tych ras miał albo ma u siebie w domu i dobrze wspomina – dzięki temu wiadomości z pierwszej ręki nabierają barw i mogą trafić do przekonania odbiorcom. Jeśli ktoś marzy o rasowym psie albo kocie, dowie się, czym charakteryzują się te rasy – jeśli chodzi o wygląd, ale przede wszystkim o charakter i skłonność do zabaw z człowiekiem. Autor przygląda się kolejnym stworzeniom, podaje historię rasy (albo przynajmniej prawdopodobną historię rasy), opowiada, które zwierzęta nie poradzą sobie same w domu, a których nie należy wypuszczać do ogrodu, które lubią spędzać czas na kolanach człowieka, a które nie przekonają się do tego, żeby stać się stworzonkiem do głaskania. Co zabawne, każdej rasie wystawia metryczkę z ocenami, podając liczbowe wartości tego, czy dany zwierzak imponuje intelektem, lubi się bawić, wymaga uwagi, radzi sobie na zewnątrz i czy zachwyca – nie wiadomo, jakie kryterium stosuje przy tym ostatnim punkcie, najprawdopodobniej sięga do własnych doświadczeń i część czytelników będzie chciała z nim polemizować. Opowiada o osobowości zwierząt i o cechach, które mogą okazać się trudne w codziennym wspólnym funkcjonowaniu. Najlepiej jak potrafi przygotowuje do życia z przedstawicielem danej rasy. Oprócz zdjęcia zwierzaka na rozkładówce pojawia się też całkiem sporo rysunków, tak, żeby mali odbiorcy mogli cieszyć się oglądaniem stron.

To propozycja dla dzieci, które zainteresowane są różnicami między różnymi rasami psów i kotów i chcą się przekonać, czy faktycznie rasa ma znaczenie lub wpływ na charakter pupila. Raczej rzadziej będzie wykorzystywana do podjęcia decyzji – bardziej może funkcjonować jako ciekawostka i jako szansa na poznawanie domowych pupili. Wielkoformatowa i udana książka, która jednak skłania do czytania wybiórczego - sięgania po konkretne tematy i sprawdzania, co autor ma do powiedzenia o danej rasie.

niedziela, 22 lutego 2026

Yuta Takahashi: Chibineko. Niezwykła restauracja wspomnień

Rebis, Poznań 2026.

Ostatnia rozmowa

Jest w literaturze healingowej z Dalekiego Wschodu motyw, który wcale nie pasuje do racjonalnych i realistycznych opowieści, ale który dobrze się sprawdza i pozwala czytelnikom na doznanie specyficznego oczyszczenia (a czasami uświadomienia sobie pewnych prawd, zanim będzie za późno). Restauracje, gabinety lekarskie i inne przybytki usytuowane w tajemniczych miejscach, niedostępne dla niewtajemniczonych, niosą pomoc wszystkim tym, którzy nie potrafią się pogodzić z tym, co ostateczne. I tak jest z Chibineko. „Chibineko. Niezwykła restauracja wspomnień” to podzielona na kilka rozdziałów historia o ludziach, którzy nie zdążyli wyjaśnić sobie pewnych spraw, zanim jedno z nich odeszło z tego świata. Restauracja czynna tylko w godzinach porannych serwuje specjalne dania ku pamięci. Właściwie nie wiadomo, jak to się dzieje, ale zawsze dania te – nieobecne w karcie – mają związek ze zmarłymi osobami. A to nie koniec niezwykłości: para z tych dań karmi duchy, a właściwie – sprowadza i karmi. Na ostatni posiłek przybywają ci, którzy przedwcześnie odeszli, zostawili po sobie nierozwiązane problemy albo przysparzają swoją śmiercią ogromnego bólu komuś, kto tęskni i nie umie sobie poradzić z własnymi emocjami. Fakty w Chibineko są takie, że trafiony posiłek sprowadza ducha – duch zasiada do ostatniego dania i ma czas, dopóki danie jest gorące. Później zniknie i już nigdy nie wróci. Ale świadomość, że ma się tylko parę chwil, pozwala się skupić na tym, co najważniejsze.

I tak młoda kobieta, która uniknęła śmierci w wypadku samochodowym dzięki poświęceniu ze strony brata próbuje wyjaśnić sobie z nim kwestię ostatnich chwil i planów na przyszłość, z kolei dziecko – mały chłopiec – czuje, że złym słowem skrzywdził koleżankę, która bardzo mu się podobała i chciałby naprawić błąd, chociaż w rzeczywistości jest na to już za późno. Różne osoby trafiają do Chibineko i tutaj mogą przyjrzeć się przeszłości i naprawić swoje uczucia. Dyskretny kelner przynosi posiłki i chowa się gdzieś, żeby zapewnić prywatność klientom. Ci przeprowadzają najważniejsze dla siebie rozmowy – a świadkami tych rozmów stają się czytelnicy. I dzięki temu Yuta Takahashi może przekazywać podstawowe prawdy, przypominać o tym, co w życiu ważne i czego nie wolno zaniedbać. Oczywiście w prawdziwym życiu odbiorcy nie zyskają takiej szansy na tłumaczenie się albo otrzymanie przebaczenia, nie będą mogli naprostować błędów ani ukoić bólu – dlatego też lektura pokaże im, jak rozwiązywać konflikty zanim będzie za późno i jak podchodzić do ostatecznych rozstań – podrzuci właściwe interpretacje i kojące wyjaśnienia. I to może odnieść właściwy skutek, nawet jeśli fabuła jest mocno schematyczna i bardzo podobna w wielu pozycjach z tego gatunku. Takahashi nie musi tłumaczyć, o co chodzi z przekraczaniem bariery śmierci – tu nie liczy się prawdopodobieństwo, a nośnik znaczeń. Cała powieść nie rości sobie praw do bycia realistyczną, a oniryzm pozwala na wprowadzanie charakterystycznych komentarzy bez oskarżeń o infantylizm. A jednocześnie to jest literatura na tyle inna od znanej odbiorcom, że przez tę inność właśnie najbardziej kusząca. W tym wypadku pojawiają się jeszcze dodatkowo przepisy kulinarne – tak, że jeśli ktoś ma ochotę sprawdzić smaki przywabiające powieściowe duchy – może pokusić się o eksperymenty w kuchni.