Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.
Przygotowanie
Joel Jessup kieruje się do wyrobionych odbiorców. „Test na szpiega” to książka wypełniona łamigłówkami i niespodziankami dla czytelników, którzy lubią wysilać mózg i stawiać przed sobą potężne wyzwania. Składa się z trzech części imitujących – przynajmniej w założeniu – przygotowanie do pracy tajnego agenta i ta nadrzędna konstrukcja stanowi świetne wyjaśnienie dla zawartości. Książka zbudowana jest z kolejnych wyzwań, szyfrów, zagadek logicznych, z zadań inspirowanych testami na inteligencję albo matematycznych łamigłówek. Nie ma w niej miejsca na przypadki czy naiwności – to tom kierowany do bardziej wyrobionych czytelników, raczej młodzieży niż dzieci – chyba że młodsi są wyjątkowo wprawieni w rozwiązywaniu zagadek i nudzą się przy klasycznych zestawach zadań. Jedyne, czego autor wymaga od czytelników, to przyjęcie konwencji – przechodzenie specyficznego kursu na szpiega.
Nie tylko same szyfry i zagadki stanowią całość książki – co pewien czas pojawiają się jeszcze drobne rozkładówki informacyjne z ciekawostkami dla zainteresowanych tematem – będzie tu między innymi Bletchley Park, ale i nawiązania do autorów powieści o agentach specjalnych, motyw szyfrów wojennych czy pierwszych komputerów, sztuczki szpiegów i specyfika pracy, a nawet – najbardziej znani przedstawiciele zawodu. Te wstawki pozwalają trochę wczuć się w klimat książki i zapewniają zaangażowanie czytelników, zachęcają ich też do bardziej wytężonej pracy przy kolejnych wyzwaniach. A tych nie zabraknie – „Test na szpiega” nie jest książką, którą da się rozwiązać w kilka chwil i która szybko się znudzi – różnorodność zadań oraz stosowanych rodzajów quizów umożliwia odbiorcom sprawdzenie swoich umiejętności – i otwiera ich na cały bogaty zbiór komplikacji i testów do rozszyfrowania. Nawet zabawa w szpiega nie wydaje się naiwna, kiedy w grę wchodzi wizyta w kasynie (i przewidywanie, na którym polu zatrzyma się kulka) – „dorosłość” tej książki wynosi ją z półki z publikacjami dla najmłodszych i kieruje w stronę młodzieży. Szpieg to już zawód, połączony ze stylem życia – i nawet gdyby liczyła się wyłącznie możliwość otworzenia wyobraźni na intrygi i pułapki, warto.
Chociaż grafiki odgrywają tu dość ważną rolę – nie tylko urozmaicają zadania – pozostają czarno-białe, żeby zapewnić odbiorcom odejście od lektur dla najmłodszych. Tak naprawdę często komputerowe zabawy służą jedynie odwracaniu uwagi albo budowaniu wiarygodności w kolejnych zadaniach, nie liczą się jako ozdobniki. Bez względu na formy i kształty – mnóstwo zadań nie potrzebuje dodatkowych upiększaczy, skoro najważniejsza staje się praca umysłowa, którą trzeba wykonać trochę poza stronami.
Tu trzeba myśleć, kombinować, zapamiętywać, kojarzyć, łączyć fakty, a czasami wykorzystywać wiedzę spoza lektury. Ale akurat rozwijanie zdolności umysłowych nie zaszkodzi nikomu. Zadania zostały przygotowane tak atrakcyjnie, że odbiorcy do klucza odpowiedzi będą zaglądać tylko po to, żeby sprawdzić, czy poprawnie przeprowadzili proces dedukcji – to kontrola umiejętności, a nie zastępowanie wysiłku intelektualnego drogą na skróty. Jest zatem „Test na szpiega” wyzwaniem, które młodzi odbiorcy mogą podjąć, żeby przekonać się, czy poradzą sobie w trudnym i wypełnionym sensacjami świecie.
tu-czytam
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
wtorek, 3 lutego 2026
poniedziałek, 2 lutego 2026
Joana Jesus: Umiem rysować. Jeszcze więcej dinozaurów
Kropka, Warszawa 2026.
Prehistoria
Dinozaurów nigdy za wiele. Wie o tym świetnie Joana Jesus, autorka lubianych przez najmłodszych poradników do rysowania – na rynku pojawia się ponownie z uzupełnieniem serii Umiem rysować, tym razem o podtytule „Jeszcze więcej dinozaurów”. Co oznacza, że każdy maluch, który przechodzi fascynację prehistorycznymi gadami – a to zjawisko powszechne – musi do tego tomiku zajrzeć, żeby urozmaicić swoje rysunki. Trzydzieści dinozaurów, czasami o bardzo skomplikowanych nazwach (bo obok oswojonego już w świadomości publicznej ichtiozaura, tyranozaura czy brontozaura znalazły się tu między innymi archeopteryks, monolofozaur czy majazaura. Z jednej strony to zatem wskazówka, czego poszukiwać, z drugiej – podpowiedź, jak narysować to wszystko, co się znalazło i czym się fascynuje. Coś w sam raz dla małych fascynatów świata sprzed milionów lat – i dla tych, którzy nie wierzą w swoje umiejętności i talenty i potrzebują pokierowania, żeby wziąć się do pracy. A przecież umiejętność rysowania bardzo przydaje się później w sztuce pisania, jest ćwiczeniem nie do zastąpienia – warto więc do takiej aktywności dzieci nieustannie zachęcać. Maluchy wcale nie muszą czytać dziwnych i obcobrzmiących nazw (chociaż może to być wstęp do nauki poznawania liter i pierwszy krok w kierunku samodzielnego czytania, wystarczy, że rodzice wykażą się cierpliwością i będą powtarzać łamiące język nazwy na żądanie kilkulatka). Każda rozkładówka to bowiem przedstawienie trzech kroków w rysowaniu wybranego dinozaura (funkcjonującego w miniaturce na górnym marginesie, żeby odbiorcy wiedzieli, do czego dążyć i jaki efekt powinni uzyskać, a także – żeby bez konieczności czytania mogli wybrać dinozaura najlepiej pasującego do ich wyobraźniowej scenki do narysowania). Trzy kroki są bardzo proste i naiwne w duchu – końcowa wersja to przecież nie realistyczny rysunek, a komiksowe przedstawienie wybranego gatunku, dość humorystyczne, przyjemne i zachęcające do działania choćby przez uśmiechnięte miny bohaterów. Dinozaury w tym ujęciu nie są groźnymi drapieżnikami, a sympatycznymi stworami, które warto zaprosić na swoje rysunki. Tomik kończy się szybkim kursem rysowania drzewa palmowego, wulkanu i asteroidy (można zatem odtworzyć ostatnie chwile życia ulubionych stworów), a także kilkoma rozkładówkami z miejscem na wyrysowanie konkretnych bohaterów – i poćwiczenie swoich umiejętności w odpowiednim kontekście. Joana Jesus chce, żeby dzieci rysowały bez kompleksów i podpowiada, jak to zrobić – wcale nie trzeba wielkiego wysiłku, żeby odtwarzać prehistoryczne gady, te wielkie i te nieduże. To okazja dla dzieci do poszerzania kręgu zainteresowań i do ćwiczenia małej motoryki, zadanie wyjątkowo przyjemne i niekojarzące się z ciężką pracą czy wielkim wysiłkiem – wystarczy podążać za wskazówkami, albo na miejscu w książce, albo na osobnych kartkach – nie jest to zatem jednorazowa zabawa. Nawet dorośli, którzy mają ochotę coś stworzyć po godzinach, mogą wykorzystać podpowiedzi tej autorki i urozmaicić swoje gryzmoły. Ta książka poprawia humor.
Prehistoria
Dinozaurów nigdy za wiele. Wie o tym świetnie Joana Jesus, autorka lubianych przez najmłodszych poradników do rysowania – na rynku pojawia się ponownie z uzupełnieniem serii Umiem rysować, tym razem o podtytule „Jeszcze więcej dinozaurów”. Co oznacza, że każdy maluch, który przechodzi fascynację prehistorycznymi gadami – a to zjawisko powszechne – musi do tego tomiku zajrzeć, żeby urozmaicić swoje rysunki. Trzydzieści dinozaurów, czasami o bardzo skomplikowanych nazwach (bo obok oswojonego już w świadomości publicznej ichtiozaura, tyranozaura czy brontozaura znalazły się tu między innymi archeopteryks, monolofozaur czy majazaura. Z jednej strony to zatem wskazówka, czego poszukiwać, z drugiej – podpowiedź, jak narysować to wszystko, co się znalazło i czym się fascynuje. Coś w sam raz dla małych fascynatów świata sprzed milionów lat – i dla tych, którzy nie wierzą w swoje umiejętności i talenty i potrzebują pokierowania, żeby wziąć się do pracy. A przecież umiejętność rysowania bardzo przydaje się później w sztuce pisania, jest ćwiczeniem nie do zastąpienia – warto więc do takiej aktywności dzieci nieustannie zachęcać. Maluchy wcale nie muszą czytać dziwnych i obcobrzmiących nazw (chociaż może to być wstęp do nauki poznawania liter i pierwszy krok w kierunku samodzielnego czytania, wystarczy, że rodzice wykażą się cierpliwością i będą powtarzać łamiące język nazwy na żądanie kilkulatka). Każda rozkładówka to bowiem przedstawienie trzech kroków w rysowaniu wybranego dinozaura (funkcjonującego w miniaturce na górnym marginesie, żeby odbiorcy wiedzieli, do czego dążyć i jaki efekt powinni uzyskać, a także – żeby bez konieczności czytania mogli wybrać dinozaura najlepiej pasującego do ich wyobraźniowej scenki do narysowania). Trzy kroki są bardzo proste i naiwne w duchu – końcowa wersja to przecież nie realistyczny rysunek, a komiksowe przedstawienie wybranego gatunku, dość humorystyczne, przyjemne i zachęcające do działania choćby przez uśmiechnięte miny bohaterów. Dinozaury w tym ujęciu nie są groźnymi drapieżnikami, a sympatycznymi stworami, które warto zaprosić na swoje rysunki. Tomik kończy się szybkim kursem rysowania drzewa palmowego, wulkanu i asteroidy (można zatem odtworzyć ostatnie chwile życia ulubionych stworów), a także kilkoma rozkładówkami z miejscem na wyrysowanie konkretnych bohaterów – i poćwiczenie swoich umiejętności w odpowiednim kontekście. Joana Jesus chce, żeby dzieci rysowały bez kompleksów i podpowiada, jak to zrobić – wcale nie trzeba wielkiego wysiłku, żeby odtwarzać prehistoryczne gady, te wielkie i te nieduże. To okazja dla dzieci do poszerzania kręgu zainteresowań i do ćwiczenia małej motoryki, zadanie wyjątkowo przyjemne i niekojarzące się z ciężką pracą czy wielkim wysiłkiem – wystarczy podążać za wskazówkami, albo na miejscu w książce, albo na osobnych kartkach – nie jest to zatem jednorazowa zabawa. Nawet dorośli, którzy mają ochotę coś stworzyć po godzinach, mogą wykorzystać podpowiedzi tej autorki i urozmaicić swoje gryzmoły. Ta książka poprawia humor.
niedziela, 1 lutego 2026
Paulina Tondos: Grenlandia. Ulotny duch Północy
Bezdroża, Gliwice 2026.
Północ
Jest w tej książce coś magnetyzującego i niezwykłego, chociaż Paulina Tondos stara się budować narrację tak, żeby wypaść jak najbardziej uniwersalnie i w stylu trochę zbliżonym do podręcznikowego. Jednak nie ukrywa fascynacji Grenlandią, a co za tym idzie – także wie, jak przeszczepić ją odbiorcom. „Grenlandia. Ulotny duch Północy” to książka niepozorna i ukrywająca naprawdę fascynujące treści, a do tego przygotowana fachowo i z myślą nie tylko o aktualnych wydarzeniach – chociaż na aktualności trochę przypadkowo zyskuje. Autorka podchodzi do tematu ze znawstwem i kieruje się przede wszystkim chęcią udzielania odbiorcom szczegółowych wyjaśnień na temat miejsca. Zaczyna wręcz podręcznikowo od opowieści o lodowcach, ukształtowaniu terenu, położeniu geograficznym – to wszystko przyda się później, między innymi przy omawianiu tematu złóż naturalnych, tak rozpalającego politykę międzynarodową. Zresztą na tematy polityczne też znalazło się miejsce – bo autorka dba o to, żeby przedstawić historyczne i aktualne znaczenie Grenlandii, a osobny rozdział przeznacza w ogóle na omówienie, co Stany Zjednoczone chcą od Grenlandii uzyskać. To dobry pomysł, żeby uświadomić części czytelników, o co cała gra. Ale sprawy polityczne to tak naprawdę tylko margines w tej publikacji, niewielki element pozwalający poznawać specyfikę regionu i mentalność mieszkańców. Paulina Tondos chce bowiem prezentować – zgodnie z podtytułem – ulotnego ducha Północy i zabiera się do tego znakomicie. Efekty, jakie uzyskuje, olśniewają.
Jeśli ktoś ma ochotę na poznawanie lokalnych wierzeń i przekazów ludowych, tradycji oraz opowieści, które przez całe wieki zapładniały wyobraźnię lokalsów, może je tutaj znaleźć. Autorka jest świadoma, jak bardzo prezentowane przez nią fabuły odbiegają od dzisiejszych standardów wydawniczych – mnóstwo tu krwawych i przerażających sytuacji, które prowadziły do wyjaśniania nieznanego i do budowania przestróg, które zapadną w pamięć miejscowym. Dzisiaj czyta się o tych pomysłach z lekkim uśmiechem, ale Paulina Tondos uświadamia też czytelnikom, jak ważne jest ocalanie dziedzictwa kulturowego i znalezienie miejsca na utrwalenie dorobku przodków, nawet jeśli dzisiaj wydaje się on kompletnie nieprzydatny w wymiarze praktycznym. Opowieści z surowej północy ucieszą czytelników – pokażą im całą egzotykę i osobność Grenlandii, ale też wartość ocalonych historii i fabuł. Część kulturoznawcza bardzo ożywia tę książkę i staje się najważniejszym powodem, dla którego sięgać po nią mogą przypadkowi odbiorcy – Tondos ich nie rozczaruje, przyniesie im cały zestaw ciekawostek i efektów imaginacji, uporządkowany i starannie przedstawiony.
Autorka staje w opozycji wobec blogerskich wywodów i szybkich komentarzy. Dba o to, żeby przedstawić Grenlandię starannie, bez skrótów i jednocześnie bez przegadania. Udaje jej się dobrze wyważać proporcje i zamieniać lekturę w przygodę – mimo że nie rezygnuje z popularnonaukowego stylu. Jest tu bardzo gęsta narracja wypełniona ciekawostkami i anegdotami, przygotowująca do ewentualnych podróży albo do zwiększenia uwagi poświęcanej dalekim krajom. Paulina Tondos prowadzi czytelników z zacięciem i dużą wiedzą, sprawia, że chce się za nią podążać – i że lektura zamienia się w dużą przyjemność. Warto się na ten niepozorny tom zdecydować: nie mamy tu przeładowania grafikami, liczą się za to komentarze oddziałujące na wyobraźnię.
Północ
Jest w tej książce coś magnetyzującego i niezwykłego, chociaż Paulina Tondos stara się budować narrację tak, żeby wypaść jak najbardziej uniwersalnie i w stylu trochę zbliżonym do podręcznikowego. Jednak nie ukrywa fascynacji Grenlandią, a co za tym idzie – także wie, jak przeszczepić ją odbiorcom. „Grenlandia. Ulotny duch Północy” to książka niepozorna i ukrywająca naprawdę fascynujące treści, a do tego przygotowana fachowo i z myślą nie tylko o aktualnych wydarzeniach – chociaż na aktualności trochę przypadkowo zyskuje. Autorka podchodzi do tematu ze znawstwem i kieruje się przede wszystkim chęcią udzielania odbiorcom szczegółowych wyjaśnień na temat miejsca. Zaczyna wręcz podręcznikowo od opowieści o lodowcach, ukształtowaniu terenu, położeniu geograficznym – to wszystko przyda się później, między innymi przy omawianiu tematu złóż naturalnych, tak rozpalającego politykę międzynarodową. Zresztą na tematy polityczne też znalazło się miejsce – bo autorka dba o to, żeby przedstawić historyczne i aktualne znaczenie Grenlandii, a osobny rozdział przeznacza w ogóle na omówienie, co Stany Zjednoczone chcą od Grenlandii uzyskać. To dobry pomysł, żeby uświadomić części czytelników, o co cała gra. Ale sprawy polityczne to tak naprawdę tylko margines w tej publikacji, niewielki element pozwalający poznawać specyfikę regionu i mentalność mieszkańców. Paulina Tondos chce bowiem prezentować – zgodnie z podtytułem – ulotnego ducha Północy i zabiera się do tego znakomicie. Efekty, jakie uzyskuje, olśniewają.
Jeśli ktoś ma ochotę na poznawanie lokalnych wierzeń i przekazów ludowych, tradycji oraz opowieści, które przez całe wieki zapładniały wyobraźnię lokalsów, może je tutaj znaleźć. Autorka jest świadoma, jak bardzo prezentowane przez nią fabuły odbiegają od dzisiejszych standardów wydawniczych – mnóstwo tu krwawych i przerażających sytuacji, które prowadziły do wyjaśniania nieznanego i do budowania przestróg, które zapadną w pamięć miejscowym. Dzisiaj czyta się o tych pomysłach z lekkim uśmiechem, ale Paulina Tondos uświadamia też czytelnikom, jak ważne jest ocalanie dziedzictwa kulturowego i znalezienie miejsca na utrwalenie dorobku przodków, nawet jeśli dzisiaj wydaje się on kompletnie nieprzydatny w wymiarze praktycznym. Opowieści z surowej północy ucieszą czytelników – pokażą im całą egzotykę i osobność Grenlandii, ale też wartość ocalonych historii i fabuł. Część kulturoznawcza bardzo ożywia tę książkę i staje się najważniejszym powodem, dla którego sięgać po nią mogą przypadkowi odbiorcy – Tondos ich nie rozczaruje, przyniesie im cały zestaw ciekawostek i efektów imaginacji, uporządkowany i starannie przedstawiony.
Autorka staje w opozycji wobec blogerskich wywodów i szybkich komentarzy. Dba o to, żeby przedstawić Grenlandię starannie, bez skrótów i jednocześnie bez przegadania. Udaje jej się dobrze wyważać proporcje i zamieniać lekturę w przygodę – mimo że nie rezygnuje z popularnonaukowego stylu. Jest tu bardzo gęsta narracja wypełniona ciekawostkami i anegdotami, przygotowująca do ewentualnych podróży albo do zwiększenia uwagi poświęcanej dalekim krajom. Paulina Tondos prowadzi czytelników z zacięciem i dużą wiedzą, sprawia, że chce się za nią podążać – i że lektura zamienia się w dużą przyjemność. Warto się na ten niepozorny tom zdecydować: nie mamy tu przeładowania grafikami, liczą się za to komentarze oddziałujące na wyobraźnię.
sobota, 31 stycznia 2026
Sandra Grimm: Skąd się biorą uczucia?
Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.
Lekcja z reakcjami
Sandra Grimm i Lena Ellermann nastawiają się na typową książkę edukacyjną dla najmłodszych – odwołują się do świata abstrakcyjnych dla dzieci pojęć, uczuć, żeby rozpisać je, rozbić na części pierwsze i wytłumaczyć, z jakimi reakcjami czy odruchami mogą się wiązać. „Skąd się biorą uczucia?” to mniej opowieść o genezie uczuć, a bardziej – o konsekwencjach dla relacji międzyludzkich. Sandra Grimm jest autorką tekstu, ale ten tekst nie mógłby w tym wypadku istnieć bez obrazków – wyjaśnień i skojarzeń, które łatwiej trafią do przekonania dzieciom. Małgorzata Słabicka-Turpeinen zajmuje się tłumaczeniem tej książki i ma bardzo ważne zadanie – bo często w wyjaśnianiu uczuć pomagać mają szeregi synonimów albo powiązanych równie abstrakcyjnych haseł. Oczywiście wszystko stanie się czytelne po lekturze, przećwiczeniu sytuacji i sprawdzeniu na własnej skórze, z czym wiążą się poszczególne uczucia, ale tomik – niezbyt obszerny, za to bardzo kolorowy – ma stać się pierwszym przewodnikiem po tym świecie i ma pozwolić odkrywać najmłodszym, dlaczego zachowują się w określony sposób w konkretnych sytuacjach. Samopoznanie jest dobrym krokiem w kierunku poprawiania i umacniania więzi społecznych, więc tomik „Skąd się biorą uczucia” można wykorzystywać nie tylko podczas domowych lektur, ale także podczas pracy z grupami maluchów.
Bywa trudno: i trudno bywa zwłaszcza wtedy, kiedy autorka podsuwa zestawy abstrakcyjnych dla dzieci pojęć. Na szczęście na tym nie poprzestaje, daje po prostu narzędzie do nazywania swoich stanów i reakcji – dzięki temu dzieci będą mogły precyzyjniej nazywać uczucia i rozwijać w sobie empatię. Autorka przedstawia kolejne motywy z szerokim kontekstem – otwarcie mówi o tym, kiedy może zrobić się nieprzyjemnie (i przed czym taka reakcja uchroni), a kiedy zyskuje się nieoczekiwanie dużo siły, co zrobić, gdy robi się smutno i jakiego pocieszenia (oraz w jaki sposób) szukać. Zaznajamia dzieci z wstydem, wstrętem, złością czy strachem i za każdym razem dokładnie prezentuje najbardziej charakterystyczne powiązania. Uświadamia dzieciom, czego robić absolutnie nie wolno (i co zniszczy więzi z innymi), albo – jak warto zareagować w kryzysowej sytuacji. Pokazuje też, że jedna sytuacja może wyzwolić różnorodne reakcje – i nie ma w tym niczego dziwnego.
Są tu rozkładówki wypełnione ciekawostkami (na przykład ta poświęcona uczuciom zwierząt) i rozkładówki, które są budowane na bazie zadań dla najmłodszych – trzeba będzie sprawdzić swoje siły w nazywaniu uczuć innych, oceniać po obrazkach stan emocjonalny bohaterów, dopasowywać komentarze do rysunków, autorka pozwala na samorozwój, prowadzi do lepszego zrozumienia siebie, odsuwa samooskarżanie i próby brania na siebie powodów złego humoru innych. Każda rozkładówka to osobne zagadnienie, przy czym jego wiodący temat pojawia się w zadawanym w charakterze tytułu pytaniu. Wiele razy dzieci będą się musiały zastanowić nad własnymi emocjami albo postawić w roli bohaterów – chodzi o to, żeby poćwiczyły mówienie o uczuciach, także własnych – i nastroiły się na pracę nad sobą. „Skąd się biorą uczucia” to książka starannie przygotowana z myślą o najmłodszych, prowadząca do minimalizowania konfliktów oraz niepożądanych zachowań – w ten sposób, żeby dzieci same zrozumiały, czego nie powinny robić i mówić, a co jest wskazane.
Lekcja z reakcjami
Sandra Grimm i Lena Ellermann nastawiają się na typową książkę edukacyjną dla najmłodszych – odwołują się do świata abstrakcyjnych dla dzieci pojęć, uczuć, żeby rozpisać je, rozbić na części pierwsze i wytłumaczyć, z jakimi reakcjami czy odruchami mogą się wiązać. „Skąd się biorą uczucia?” to mniej opowieść o genezie uczuć, a bardziej – o konsekwencjach dla relacji międzyludzkich. Sandra Grimm jest autorką tekstu, ale ten tekst nie mógłby w tym wypadku istnieć bez obrazków – wyjaśnień i skojarzeń, które łatwiej trafią do przekonania dzieciom. Małgorzata Słabicka-Turpeinen zajmuje się tłumaczeniem tej książki i ma bardzo ważne zadanie – bo często w wyjaśnianiu uczuć pomagać mają szeregi synonimów albo powiązanych równie abstrakcyjnych haseł. Oczywiście wszystko stanie się czytelne po lekturze, przećwiczeniu sytuacji i sprawdzeniu na własnej skórze, z czym wiążą się poszczególne uczucia, ale tomik – niezbyt obszerny, za to bardzo kolorowy – ma stać się pierwszym przewodnikiem po tym świecie i ma pozwolić odkrywać najmłodszym, dlaczego zachowują się w określony sposób w konkretnych sytuacjach. Samopoznanie jest dobrym krokiem w kierunku poprawiania i umacniania więzi społecznych, więc tomik „Skąd się biorą uczucia” można wykorzystywać nie tylko podczas domowych lektur, ale także podczas pracy z grupami maluchów.
Bywa trudno: i trudno bywa zwłaszcza wtedy, kiedy autorka podsuwa zestawy abstrakcyjnych dla dzieci pojęć. Na szczęście na tym nie poprzestaje, daje po prostu narzędzie do nazywania swoich stanów i reakcji – dzięki temu dzieci będą mogły precyzyjniej nazywać uczucia i rozwijać w sobie empatię. Autorka przedstawia kolejne motywy z szerokim kontekstem – otwarcie mówi o tym, kiedy może zrobić się nieprzyjemnie (i przed czym taka reakcja uchroni), a kiedy zyskuje się nieoczekiwanie dużo siły, co zrobić, gdy robi się smutno i jakiego pocieszenia (oraz w jaki sposób) szukać. Zaznajamia dzieci z wstydem, wstrętem, złością czy strachem i za każdym razem dokładnie prezentuje najbardziej charakterystyczne powiązania. Uświadamia dzieciom, czego robić absolutnie nie wolno (i co zniszczy więzi z innymi), albo – jak warto zareagować w kryzysowej sytuacji. Pokazuje też, że jedna sytuacja może wyzwolić różnorodne reakcje – i nie ma w tym niczego dziwnego.
Są tu rozkładówki wypełnione ciekawostkami (na przykład ta poświęcona uczuciom zwierząt) i rozkładówki, które są budowane na bazie zadań dla najmłodszych – trzeba będzie sprawdzić swoje siły w nazywaniu uczuć innych, oceniać po obrazkach stan emocjonalny bohaterów, dopasowywać komentarze do rysunków, autorka pozwala na samorozwój, prowadzi do lepszego zrozumienia siebie, odsuwa samooskarżanie i próby brania na siebie powodów złego humoru innych. Każda rozkładówka to osobne zagadnienie, przy czym jego wiodący temat pojawia się w zadawanym w charakterze tytułu pytaniu. Wiele razy dzieci będą się musiały zastanowić nad własnymi emocjami albo postawić w roli bohaterów – chodzi o to, żeby poćwiczyły mówienie o uczuciach, także własnych – i nastroiły się na pracę nad sobą. „Skąd się biorą uczucia” to książka starannie przygotowana z myślą o najmłodszych, prowadząca do minimalizowania konfliktów oraz niepożądanych zachowań – w ten sposób, żeby dzieci same zrozumiały, czego nie powinny robić i mówić, a co jest wskazane.
piątek, 30 stycznia 2026
Alasdair Beckett-King: Awantura na morzu
Kropka, Warszawa 2026.
Los kapitana
Bardzo ważna jest ta historia w procesie rozwoju Montgomery’ego Bonbona, czyli detektywa, który dziwnym trafem pojawia się wszędzie tam, gdzie jest Bonnie Montgomery (chociaż nigdy równocześnie) i ma strój wyglądający jak przebranie ze sklepu ze śmiesznymi rzeczami. Nikt jednak nie jest w stanie odkryć prawdziwej tożsamości słynnego detektywa, nawet jego mama nie ma pojęcia, kim naprawdę ów przenikliwy bohater jest. Bonnie wprawdzie pojawia się wszędzie tam, gdzie w grę wchodzą najpoważniejsze zbrodnie, ale ma swojego wiernego towarzysza, dziadka Banksa. Dziadek Banks zna swoją rolę: do detektywa zwraca się słowami „mój stary” (do Bonnie – „kochanie”) i dyskretnie pilnuje bezpieczeństwa. Notuje wprawdzie także rozmaite wykroczenia Bonbona, ale nie czyni z tego użytku. Liczy się to, że jest i że można na nim polegać – a kiedy śledztwo utknie w martwym punkcie, wie, jak pchnąć sprawę do przodu. Od czasu swojego debiutu Bonnie doczekała się jeszcze prawdziwej przyjaciółki – Dana również wie, jak zachowywać się w towarzystwie detektywa, a do tego jest jego ogromną fanką. Tym razem każde wsparcie się przyda, bo zwłoki, które pojawiają się na statku w tomie „Awantura na morzu” są wyjątkowo ruchliwe i nieprzewidywalne. A przecież zaczyna się tak niewinnie: pierwszy raz Bonnie i Dana mogą pomagać mamie Bonnie. Liz Montgomery jest odpowiedzialna za przygotowanie pokazu fajerwerków podczas uroczystych obchodów Nocy Kapitana Grimma – tylko że zamiast rozłożonego w czasie delektowania się widowiskiem ze sztucznych ogni, wszyscy zgromadzeni otrzymują jeden wielki wybuch i chaos. Bonnie – jako Bonbon – musi rozwiązać zagadkę, żeby ocalić dobre imię rodzicielki. Zanim jednak uda się jej dojść do właściwych wniosków, okazuje się, że nie obyło się bez ofiar – kapitan nie daje znaku życia. I tak zaczyna się kolejne rozłożyste śledztwo wypełnione dowcipami i metamorfozami, ale również wizytami w niezwykłych przybytkach. Bonnie może liczyć na swoich wspólników, tym razem jednak jej priorytetem jest ocalenie mamy – jednej z głównych podejrzanych w sprawie śmierci kapitana. Zbiera zatem wszelkie możliwe dowody, analizuje sytuacje i łączy fakty w sposób niezwykle przenikliwy – czytelnicy będą musieli się bardzo wysilić, żeby nadążyć za jej tokiem myślenia. Do tego Alasdair Beckett-King chętnie odwołuje się do żartów słownych i do motywów niekoniecznie kojarzonych przez dzieci, będzie więc stawiać wysoko poprzeczkę małym czytelnikom. Ale dzieci, które lubią powieści detektywistyczne i sensacyjne jednocześnie, tu znajdą wiele dla siebie – choćby z tego względu, że Beckett-King unika infantylności w konstruowaniu akcji. Jedyny „naiwny” motyw u niego to przekonywanie czytelników, że nikt nie rozpozna w wielkim detektywie małej dziewczynki w zabawnym przebraniu. Ale na tym polega konstrukcja świata przedstawionego – i konwencja, którą wszyscy czytający ten cykl akceptują bez zastrzeżeń. Montgomery Bonbon musi odnieść kolejny sukces, na który starannie sobie zapracuje – tu nie ma taryfy ulgowej ani uproszczeń w śledztwie, a skoro rzecz dotyczy morderstwa, trzeba porządnie wysilić szare komórki. Alasdair Becket-King nie zamierza wyręczać czytelników w myśleniu, zachęca za to do przeżycia wielkiej przygody.
Los kapitana
Bardzo ważna jest ta historia w procesie rozwoju Montgomery’ego Bonbona, czyli detektywa, który dziwnym trafem pojawia się wszędzie tam, gdzie jest Bonnie Montgomery (chociaż nigdy równocześnie) i ma strój wyglądający jak przebranie ze sklepu ze śmiesznymi rzeczami. Nikt jednak nie jest w stanie odkryć prawdziwej tożsamości słynnego detektywa, nawet jego mama nie ma pojęcia, kim naprawdę ów przenikliwy bohater jest. Bonnie wprawdzie pojawia się wszędzie tam, gdzie w grę wchodzą najpoważniejsze zbrodnie, ale ma swojego wiernego towarzysza, dziadka Banksa. Dziadek Banks zna swoją rolę: do detektywa zwraca się słowami „mój stary” (do Bonnie – „kochanie”) i dyskretnie pilnuje bezpieczeństwa. Notuje wprawdzie także rozmaite wykroczenia Bonbona, ale nie czyni z tego użytku. Liczy się to, że jest i że można na nim polegać – a kiedy śledztwo utknie w martwym punkcie, wie, jak pchnąć sprawę do przodu. Od czasu swojego debiutu Bonnie doczekała się jeszcze prawdziwej przyjaciółki – Dana również wie, jak zachowywać się w towarzystwie detektywa, a do tego jest jego ogromną fanką. Tym razem każde wsparcie się przyda, bo zwłoki, które pojawiają się na statku w tomie „Awantura na morzu” są wyjątkowo ruchliwe i nieprzewidywalne. A przecież zaczyna się tak niewinnie: pierwszy raz Bonnie i Dana mogą pomagać mamie Bonnie. Liz Montgomery jest odpowiedzialna za przygotowanie pokazu fajerwerków podczas uroczystych obchodów Nocy Kapitana Grimma – tylko że zamiast rozłożonego w czasie delektowania się widowiskiem ze sztucznych ogni, wszyscy zgromadzeni otrzymują jeden wielki wybuch i chaos. Bonnie – jako Bonbon – musi rozwiązać zagadkę, żeby ocalić dobre imię rodzicielki. Zanim jednak uda się jej dojść do właściwych wniosków, okazuje się, że nie obyło się bez ofiar – kapitan nie daje znaku życia. I tak zaczyna się kolejne rozłożyste śledztwo wypełnione dowcipami i metamorfozami, ale również wizytami w niezwykłych przybytkach. Bonnie może liczyć na swoich wspólników, tym razem jednak jej priorytetem jest ocalenie mamy – jednej z głównych podejrzanych w sprawie śmierci kapitana. Zbiera zatem wszelkie możliwe dowody, analizuje sytuacje i łączy fakty w sposób niezwykle przenikliwy – czytelnicy będą musieli się bardzo wysilić, żeby nadążyć za jej tokiem myślenia. Do tego Alasdair Beckett-King chętnie odwołuje się do żartów słownych i do motywów niekoniecznie kojarzonych przez dzieci, będzie więc stawiać wysoko poprzeczkę małym czytelnikom. Ale dzieci, które lubią powieści detektywistyczne i sensacyjne jednocześnie, tu znajdą wiele dla siebie – choćby z tego względu, że Beckett-King unika infantylności w konstruowaniu akcji. Jedyny „naiwny” motyw u niego to przekonywanie czytelników, że nikt nie rozpozna w wielkim detektywie małej dziewczynki w zabawnym przebraniu. Ale na tym polega konstrukcja świata przedstawionego – i konwencja, którą wszyscy czytający ten cykl akceptują bez zastrzeżeń. Montgomery Bonbon musi odnieść kolejny sukces, na który starannie sobie zapracuje – tu nie ma taryfy ulgowej ani uproszczeń w śledztwie, a skoro rzecz dotyczy morderstwa, trzeba porządnie wysilić szare komórki. Alasdair Becket-King nie zamierza wyręczać czytelników w myśleniu, zachęca za to do przeżycia wielkiej przygody.
czwartek, 29 stycznia 2026
Merijn van de Laar: Śpij jak jaskiniowiec. I wyśpij się dzięki mądrości sprzed wieków
Marginesy, Warszawa 2025.
Dobry sen
Sporo już mitów narosło wokół conocnego odpoczynku – wielu autorów mierzyło się z tematem, chcąc zapewnić czytelnikom jak najbardziej satysfakcjonujący sen. Merijn van de Laar wie doskonale, o czym pisze, kiedy relacjonuje odbiorcom problemy ze snem – sam borykał się z tym zagadnieniem, poznał je w praktyce i nawet było to dla niego przez chwilę powodem do wstydu: oto człowiek, który pomaga innym w wysypianiu się, nie znajduje rady na własne dolegliwości. Dlatego też do tematu podchodzi trochę inaczej – sprawdza, czy rzeczywiście człowiek potrzebuje ośmiu godzin snu, czy nocne wybudzanie się jest czymś złym i czy istnieje obraz dobrego snu, czy może to wszystko jest majakiem złożonym z oczekiwań i niedookreślonych nadziei. Wprawdzie nie ma dokładnych przekazów dotyczących snu człowieka pierwotnego – można się jedynie domyślać, jakiej jakości był jego wypoczynek – ale już z badań wynika jasno, że w legowiskach znajdowały się zioła chroniące przed insektami, a same „łóżka” zmieniały się wraz z kolejnymi odkryciami istotnymi w historii rozwoju ludzkości. Człowiek pierwotny na pewno nie sprawdzał w nocy, która godzina. I oczywiście nie miał też zmartwień związanych z niebieskim światłem z ekranów – ale autor tej książki jest przekonany, że to niekoniecznie zło największego kalibru, zwłaszcza że jemu na bezsenność pomogło właśnie zasypianie przy telewizorze.
Autora interesują najbardziej te aspekty zachowań i codziennych przyzwyczajeń, które będą prowadzić do poprawy jakości snu (i które pomogą zmniejszyć stres związany z zasypianiem przy świadomości, że może się to skończyć fiaskiem). Zachęca do działań czasami sprzecznych z funkcjonującymi powszechnie poradami (jeśli ktoś przewraca się tylko z boku na bok i nie może zasnąć, powinien skrócić swoje przebywanie w łóżku), testuje wpływ chorób czy używek na sen – ale najgorliwiej przywraca świadomość normalności nieakceptowanych dzisiaj reakcji. Uważa, że nie ma nic złego w wybudzaniu się nocą – nie powinno się tym martwić, ani tym bardziej stresować – bo to jedynie utrudni ponowne zaśnięcie. Próbuje przekonać czytelników do „świadomego” śnienia: jeśli ci przeżywają w nocy swoje koszmary, są sposoby na przygotowanie mózgu do odpowiedniej reakcji i wybicie się ze złego snu. Opowiada o rytmie biologicznym i o uwarunkowaniach poszczególnych grup odbiorców – jedni lubią działać nocami, inni są najbardziej aktywni o świcie. Granice da się przesuwać, trzeba jednak poświęcić na to trochę czasu i energii.
Sen w tej książce to sen bez leków, co najwyżej z zatyczkami do uszu – sen, który ma płynąć naturalnie z podstawowych potrzeb człowieka. Sen, który nie powinien wywoływać niepokoju, sen, nad którym warto popracować. Ważne, że autor nie zamierza odwoływać się do chorób związanych z zaburzeniami snu – to, co omawia, dotyczy po prostu zwykłych wieczornych kryzysów i nie wymaga interwencji lekarza – ale jeśli proste porady nie przynoszą efektu albo istnieje podejrzenie, że zaburzenia snu mają głębsze podłoże, trzeba skonsultować się ze specjalistą. „Śpij jak jaskiniowiec” to książka dla czytelników, którzy lubią dowiadywać się czegoś nowego (tu: poznawać ciekawostki związane ze spaniem), ewentualnie porządkować sobie powszechne przekonania.
Dobry sen
Sporo już mitów narosło wokół conocnego odpoczynku – wielu autorów mierzyło się z tematem, chcąc zapewnić czytelnikom jak najbardziej satysfakcjonujący sen. Merijn van de Laar wie doskonale, o czym pisze, kiedy relacjonuje odbiorcom problemy ze snem – sam borykał się z tym zagadnieniem, poznał je w praktyce i nawet było to dla niego przez chwilę powodem do wstydu: oto człowiek, który pomaga innym w wysypianiu się, nie znajduje rady na własne dolegliwości. Dlatego też do tematu podchodzi trochę inaczej – sprawdza, czy rzeczywiście człowiek potrzebuje ośmiu godzin snu, czy nocne wybudzanie się jest czymś złym i czy istnieje obraz dobrego snu, czy może to wszystko jest majakiem złożonym z oczekiwań i niedookreślonych nadziei. Wprawdzie nie ma dokładnych przekazów dotyczących snu człowieka pierwotnego – można się jedynie domyślać, jakiej jakości był jego wypoczynek – ale już z badań wynika jasno, że w legowiskach znajdowały się zioła chroniące przed insektami, a same „łóżka” zmieniały się wraz z kolejnymi odkryciami istotnymi w historii rozwoju ludzkości. Człowiek pierwotny na pewno nie sprawdzał w nocy, która godzina. I oczywiście nie miał też zmartwień związanych z niebieskim światłem z ekranów – ale autor tej książki jest przekonany, że to niekoniecznie zło największego kalibru, zwłaszcza że jemu na bezsenność pomogło właśnie zasypianie przy telewizorze.
Autora interesują najbardziej te aspekty zachowań i codziennych przyzwyczajeń, które będą prowadzić do poprawy jakości snu (i które pomogą zmniejszyć stres związany z zasypianiem przy świadomości, że może się to skończyć fiaskiem). Zachęca do działań czasami sprzecznych z funkcjonującymi powszechnie poradami (jeśli ktoś przewraca się tylko z boku na bok i nie może zasnąć, powinien skrócić swoje przebywanie w łóżku), testuje wpływ chorób czy używek na sen – ale najgorliwiej przywraca świadomość normalności nieakceptowanych dzisiaj reakcji. Uważa, że nie ma nic złego w wybudzaniu się nocą – nie powinno się tym martwić, ani tym bardziej stresować – bo to jedynie utrudni ponowne zaśnięcie. Próbuje przekonać czytelników do „świadomego” śnienia: jeśli ci przeżywają w nocy swoje koszmary, są sposoby na przygotowanie mózgu do odpowiedniej reakcji i wybicie się ze złego snu. Opowiada o rytmie biologicznym i o uwarunkowaniach poszczególnych grup odbiorców – jedni lubią działać nocami, inni są najbardziej aktywni o świcie. Granice da się przesuwać, trzeba jednak poświęcić na to trochę czasu i energii.
Sen w tej książce to sen bez leków, co najwyżej z zatyczkami do uszu – sen, który ma płynąć naturalnie z podstawowych potrzeb człowieka. Sen, który nie powinien wywoływać niepokoju, sen, nad którym warto popracować. Ważne, że autor nie zamierza odwoływać się do chorób związanych z zaburzeniami snu – to, co omawia, dotyczy po prostu zwykłych wieczornych kryzysów i nie wymaga interwencji lekarza – ale jeśli proste porady nie przynoszą efektu albo istnieje podejrzenie, że zaburzenia snu mają głębsze podłoże, trzeba skonsultować się ze specjalistą. „Śpij jak jaskiniowiec” to książka dla czytelników, którzy lubią dowiadywać się czegoś nowego (tu: poznawać ciekawostki związane ze spaniem), ewentualnie porządkować sobie powszechne przekonania.
środa, 28 stycznia 2026
Nazywam dźwięki. Moje ciało
Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.
Onomatopeje
Pierwsze zabawy z dziećmi polegają często na wydawaniu i naśladowaniu charakterystycznych dla otoczenia dźwięków – jeszcze zanim najmłodsi nauczą się nazywać elementy otaczającego ich świata, mogą już posługiwać się prostymi hasłami bazującymi na onomatopejach. I z tego założenia wyszło wydawnictwo Nasza Księgarnia, proponując maleńki i uroczy kartonowy tomik „Nazywam dźwięki. Moje ciało” z ilustracjami Marianny Schoett, autorki kojarzonej z seriami dla kilkulatków i grami wydawanymi w Naszej Księgarni.
Rzuca się w pierwszej kolejności w oczy kształt publikacji: malutka kwadratowa kartonowa książka z zaokrąglonymi obowiązkowo rogami ma większą niż zwykle objętość, wydaje się wręcz ogromna – rzadko zdarza się w tomikach kartonowych, żeby dzieci do dyspozycji miały aż 33 „kartki”. Być może też stąd bierze się niewielki rozmiar – żeby książka nie była za ciężka dla najmłodszych użytkowników (i przez to – żeby nie stała się dla dzieci niebezpieczna). Na każdej lewej części rozkładówki pojawia się pytanie w charakterystycznym komiksowym dymku – oznacza to, że rolę narratorów i jednocześnie pytających mogą podjąć tu rodzice czytający swoim pociechom i nawiązujący z nimi dialog w ramach bajki. Ale książeczka wysyła odbiorców w rejony nieco bardziej abstrakcyjne, tylko raz zwraca się tu bezpośrednio do dzieci („jak robisz, kiedy jest ci zimno”, zwykle bohaterami i adresatami pytań są rozmaite przedmioty, stany, zachowania lub części ciała. Oczywiście najbardziej lubiany przez maluchy stanie się natychmiast rysunek z pytaniem „jak robi pupa” i psotną dziewczynką, która puszcza bąka, ale można się dowiedzieć „jak robi zdarte kolano”, „jak robi śmiech” albo „jak robią nożyczki obcinające paznokcie”. Czasami onomatopeje są oczywiste – jak w przypadku płaczu albo łaskotek, a czasami zaskakujące – przy du-du serca albo przy katarze. Prawa strona rozkładówki to już miejsce na pełnowymiarowy obrazek, przeważnie z dziecięcym bohaterem w akcji – i dopisek w postaci onomatopeicznych skojarzeń. Dzieci mogą zatem albo reagować na pytania zadawane przez rodziców, albo słuchać ich wersji dźwięków. Z pewnością taka zabawa nie skończy się szybko i nie będzie jednorazowym doświadczeniem. Warto zwrócić też uwagę na fakt, że bohaterowie są tu przeważnie roześmiani i szczęśliwi, a to udzielać się będzie odbiorcom, co wszystkich nastroi do lektury pozytywnie. Nie ma tu jednego bohatera wiodącego, więc dzieci będą się koncentrować przede wszystkim na dźwiękach i na odwołaniach do własnych spostrzeżeń oraz przeżyć. Ponieważ Marianna Schoett odnosi się do ich codzienności, łatwo będzie trafić do przekonania maluchom.
Ta publikacja tylko z pozoru wydaje się infantylna – w praktyce pozwala dzieciom na obserwowanie rzeczywistości i wyciąganie wniosków, na zapamiętywanie odczuć i reakcji, na kojarzenie faktów. To tomik edukacyjny, chociaż dla najmłodszych i tak stanie się ulubionym źródłem rozrywki. Świetna propozycja pozwalająca uczyć dzieci skojarzeń dźwiękowych (i automatycznie poszerzać ich możliwości porozumiewania się), a do tego bardzo ładnie przygotowana, estetyczna i przyjemna w odbiorze.
Onomatopeje
Pierwsze zabawy z dziećmi polegają często na wydawaniu i naśladowaniu charakterystycznych dla otoczenia dźwięków – jeszcze zanim najmłodsi nauczą się nazywać elementy otaczającego ich świata, mogą już posługiwać się prostymi hasłami bazującymi na onomatopejach. I z tego założenia wyszło wydawnictwo Nasza Księgarnia, proponując maleńki i uroczy kartonowy tomik „Nazywam dźwięki. Moje ciało” z ilustracjami Marianny Schoett, autorki kojarzonej z seriami dla kilkulatków i grami wydawanymi w Naszej Księgarni.
Rzuca się w pierwszej kolejności w oczy kształt publikacji: malutka kwadratowa kartonowa książka z zaokrąglonymi obowiązkowo rogami ma większą niż zwykle objętość, wydaje się wręcz ogromna – rzadko zdarza się w tomikach kartonowych, żeby dzieci do dyspozycji miały aż 33 „kartki”. Być może też stąd bierze się niewielki rozmiar – żeby książka nie była za ciężka dla najmłodszych użytkowników (i przez to – żeby nie stała się dla dzieci niebezpieczna). Na każdej lewej części rozkładówki pojawia się pytanie w charakterystycznym komiksowym dymku – oznacza to, że rolę narratorów i jednocześnie pytających mogą podjąć tu rodzice czytający swoim pociechom i nawiązujący z nimi dialog w ramach bajki. Ale książeczka wysyła odbiorców w rejony nieco bardziej abstrakcyjne, tylko raz zwraca się tu bezpośrednio do dzieci („jak robisz, kiedy jest ci zimno”, zwykle bohaterami i adresatami pytań są rozmaite przedmioty, stany, zachowania lub części ciała. Oczywiście najbardziej lubiany przez maluchy stanie się natychmiast rysunek z pytaniem „jak robi pupa” i psotną dziewczynką, która puszcza bąka, ale można się dowiedzieć „jak robi zdarte kolano”, „jak robi śmiech” albo „jak robią nożyczki obcinające paznokcie”. Czasami onomatopeje są oczywiste – jak w przypadku płaczu albo łaskotek, a czasami zaskakujące – przy du-du serca albo przy katarze. Prawa strona rozkładówki to już miejsce na pełnowymiarowy obrazek, przeważnie z dziecięcym bohaterem w akcji – i dopisek w postaci onomatopeicznych skojarzeń. Dzieci mogą zatem albo reagować na pytania zadawane przez rodziców, albo słuchać ich wersji dźwięków. Z pewnością taka zabawa nie skończy się szybko i nie będzie jednorazowym doświadczeniem. Warto zwrócić też uwagę na fakt, że bohaterowie są tu przeważnie roześmiani i szczęśliwi, a to udzielać się będzie odbiorcom, co wszystkich nastroi do lektury pozytywnie. Nie ma tu jednego bohatera wiodącego, więc dzieci będą się koncentrować przede wszystkim na dźwiękach i na odwołaniach do własnych spostrzeżeń oraz przeżyć. Ponieważ Marianna Schoett odnosi się do ich codzienności, łatwo będzie trafić do przekonania maluchom.
Ta publikacja tylko z pozoru wydaje się infantylna – w praktyce pozwala dzieciom na obserwowanie rzeczywistości i wyciąganie wniosków, na zapamiętywanie odczuć i reakcji, na kojarzenie faktów. To tomik edukacyjny, chociaż dla najmłodszych i tak stanie się ulubionym źródłem rozrywki. Świetna propozycja pozwalająca uczyć dzieci skojarzeń dźwiękowych (i automatycznie poszerzać ich możliwości porozumiewania się), a do tego bardzo ładnie przygotowana, estetyczna i przyjemna w odbiorze.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)






