Rebis, Poznań 2026.
Sukces
To jest trochę tak, że autorzy tej książki tak mocno zaangażowali się w metafory żeglarskie, że wolą je niż konkrety – być może w ten sposób zwrócą na siebie uwagę menadżerów i dyrektorów, wszystkich tych, od których zależy sukces finansowy firmy. Zwykłym czytelnikom to rozwiązanie może się wydać oratorskim popisem bez większych powodów. Bo kiedy już Oliver Kannapin i Stephen R. Covey (firmujący książkę swoim nazwiskiem) zdecydują się na przyglądanie się samym strategiom zarządzania, kiedy zejdą z jachtów i nie myślą o bezkresie mórz i oceanów, stają się bardziej konkretni i wyraziści, a przynajmniej – bardziej sensownie piszą o tym, co należy zrobić, żeby ocalić firmę przed kryzysem i żeby postawić na rentowne rozwiązania. „4 skuteczne strategie zarządzania. Pewna droga do sukcesu w nowych realiach” to tomik, który jest poradnikiem – praktyczną lekturą dla wszystkich z kadry zarządzającej. Ma uświadomić im, jakie rozwiązania są najlepsze, sprawdzone i niezawodne w kryzysowych sytuacjach – i ma przyzwyczaić do proponowanych form za sprawą szeregu ćwiczeń do wykonania.
Jak w wielu tego typu poradnikach, pojawiają się tu wstawki motywacyjne – przykłady dające nadzieję na pozytywne zmiany. Dla odbiorców to szansa na spojrzenie na siebie i działania firmy na świeżo – bez dotychczasowych obciążeń i przekonań. Żeby jeszcze ułatwić korzystanie z tego tomu, książka została podzielona na maleńkie porcje wiedzy. Funkcjonują tu bardzo czytelne wyliczenia, pogrubione i wypunktowane wskazówki i niezwykle krótkie omówienia konkretnych porad – tak, żeby czytelnicy utrwalili sobie prezentowaną metodę i żeby nie mieli wątpliwości, jak wprowadzić ją w życie. Praktyka to to, na co autorzy kładą nacisk – nic dziwnego, chodzi przecież o wejście na drogę do sukcesu. I, oczywiście, jak w każdym poradniku biznesowym, jest tu cała strategia – zestaw kierunków działania, które należy jak najszybciej wdrożyć, bo tylko tak można zapewnić sobie spokój. Owe strategie zostały rozpisane w kolejnych rozdziałach szczegółowo i znów w punktach – szkielet publikacji jest bardzo czytelny i nie pozostawia wątpliwości w kwestii kierunku działań. Liczy się tu odpowiednie podejście, ale też uprzedzanie ewentualnych wątpliwości czytelników – tak, żeby już bez żadnych uprzedzeń mogli przystąpić do poprawiania kondycji firmy w strukturach zarządzających. Tak naprawdę nie będzie w tej książce rozwiązań rewolucyjnych, to raczej bazowanie na treściach, z których zainteresowani świetnie zdają sobie sprawę – ale często zdarza się tak, że najtrudniej dostrzec oczywistości lub błędy w ramach poszczególnych działań – tu uwaga ogniskuje się na sednie informacji, tomik został przygotowany tak, żeby eksponować wartościowe i potrzebne firmie kroki. Dzięki temu łatwo będzie nie tylko poprawić skuteczność zarządzania w obliczu kryzysu, ale też uniknąć poważnych problemów. Jest to publikacja przystosowana do szybkiego wdrażania zmian, do modyfikowania dotychczasowych przyzwyczajeń i schematów – tak, żeby odbiorcom łatwo było nie tylko przyznać autorom rację, ale też – wypróbować podpowiedzi. To książka, która sugeruje, że niewiele trzeba, żeby zrobiło się lepiej.
tu-czytam
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
środa, 14 października 2026
wtorek, 13 października 2026
Meghan Quinn: Dwa magiczne słowa
Editio Red, Gliwice 2026.
Z czasem
To jest historia, jakich wiele, ale aż dziwne, że w dobie poprawności wszelakiej przeszedł jej początek. Może nie wszyscy decydują się na podporządkowanie nierealnym czasem oczekiwaniom i postanawiają tworzyć historie nieco bardziej u zarania przekonujące. Eli Hornsby to gwiazda drużyny hokeja, chłopak, który nie zamierza tworzyć związków ani nawet głębszych relacji z płcią przeciwną, nie interesuje się ustatkowaniem, a jedynie dobrą zabawą. Penny podoba mu się od dawna – ale to młodsza siostra jego najlepszego przyjaciela, wszystko wskazuje na to, że ten układ nie powinien mieć miejsca. A jednak w dniu swoich urodzin Eli skwapliwie podlewa alkoholem młodszą koleżankę (i wysłuchuje cierpliwie jej zastrzeżeń i odmów co do spędzenia wspólnej nocy). Kiedy już Penny jest pijana, to ona ma przejąć inicjatywę i trafić do łóżka chłopaka. W czasach, w których tak wielką uwagę zwraca się na znaczenie zgody obu stron – to rozwiązanie trochę dziwi. Ale tylko trochę, bo Meghan Quinn szybko szykuje poważne konsekwencje dla obojga. Po upojnej nocy (w trakcie której oboje wiele razy przekonują się, że są dla siebie w łóżku wręcz stworzeni) Penny i Eli nie utrzymują ze sobą kontaktu do momentu, w którym dziewczyna orientuje się, że jest w ciąży. To oznacza, że Eli powinien się do niej wprowadzić i pomagać jej we wszystkim. I tak zaczyna się komediowy charakter historii, jakich wiele (albo jakie płyną ze zwykłych błędów).
Na początku Eli i Penny nie umieją się dogadać, wstydzą się swojej obecności i rozmaitych wad. Z czasem otwierają się na siebie nawzajem i przekonują, że mogą sobie poradzić z wyzwaniem. I tu autorka próbuje się odegrać na wszystkich beztroskich facetach, którzy w chwili kryzysu uciekają. Eli uciekać nie ma zamiaru i spadają na niego wszystkie możliwe humory Penny oraz jej plany prowadzące do postawienia na swoim. Bohater będzie się borykać z rozmaitymi kryzysami, a z czasem przekona się, że hormony u ciężarnej kobiety to broń masowego rażenia. Penny nie zna umiaru, a jako poszkodowana w tej sytuacji – nie zamierza oszczędzać partnera. W końcu i tak nie będzie z nich pary, przynajmniej oboje tak twierdzą. Ale wiadomo, że książka, w której scenariusz przechodzi w powieść erotyczną, nie może w tej dziedzinie zaskakiwać.
Na początku Meghan Quinn jest nawet powściągliwa: chociaż od wspólnej nocy wszystko się zaczyna (nawet mimo że bohater w przeszłości przejawiał zainteresowanie piękną Penny), to dopiero seks przy wzajemnym porozumieniu i przy znajomości swoich wad ma znaczenie. Autorka stawia na wyjątkowe potrzeby kobiety ciężarnej – i każe swoim bohaterom uprawiać seks kilka razy dziennie. W pewnym momencie już na nic innego nie mają czasu, a Quinn rezygnuje z pozostałych tematów. Wie dobrze, że jej czytelniczki oczekiwać będą pikantnych scenek – i te im zapewnia. „Dwa magiczne słowa” to powieść, która nie zaskoczy kierunkiem rozwoju akcji, czasami będzie rozśmieszać, ale poza tym wydaje się dość sztampowa i zbyt jednokierunkowa, żeby można było w pełni zaufać bohaterom.
Z czasem
To jest historia, jakich wiele, ale aż dziwne, że w dobie poprawności wszelakiej przeszedł jej początek. Może nie wszyscy decydują się na podporządkowanie nierealnym czasem oczekiwaniom i postanawiają tworzyć historie nieco bardziej u zarania przekonujące. Eli Hornsby to gwiazda drużyny hokeja, chłopak, który nie zamierza tworzyć związków ani nawet głębszych relacji z płcią przeciwną, nie interesuje się ustatkowaniem, a jedynie dobrą zabawą. Penny podoba mu się od dawna – ale to młodsza siostra jego najlepszego przyjaciela, wszystko wskazuje na to, że ten układ nie powinien mieć miejsca. A jednak w dniu swoich urodzin Eli skwapliwie podlewa alkoholem młodszą koleżankę (i wysłuchuje cierpliwie jej zastrzeżeń i odmów co do spędzenia wspólnej nocy). Kiedy już Penny jest pijana, to ona ma przejąć inicjatywę i trafić do łóżka chłopaka. W czasach, w których tak wielką uwagę zwraca się na znaczenie zgody obu stron – to rozwiązanie trochę dziwi. Ale tylko trochę, bo Meghan Quinn szybko szykuje poważne konsekwencje dla obojga. Po upojnej nocy (w trakcie której oboje wiele razy przekonują się, że są dla siebie w łóżku wręcz stworzeni) Penny i Eli nie utrzymują ze sobą kontaktu do momentu, w którym dziewczyna orientuje się, że jest w ciąży. To oznacza, że Eli powinien się do niej wprowadzić i pomagać jej we wszystkim. I tak zaczyna się komediowy charakter historii, jakich wiele (albo jakie płyną ze zwykłych błędów).
Na początku Eli i Penny nie umieją się dogadać, wstydzą się swojej obecności i rozmaitych wad. Z czasem otwierają się na siebie nawzajem i przekonują, że mogą sobie poradzić z wyzwaniem. I tu autorka próbuje się odegrać na wszystkich beztroskich facetach, którzy w chwili kryzysu uciekają. Eli uciekać nie ma zamiaru i spadają na niego wszystkie możliwe humory Penny oraz jej plany prowadzące do postawienia na swoim. Bohater będzie się borykać z rozmaitymi kryzysami, a z czasem przekona się, że hormony u ciężarnej kobiety to broń masowego rażenia. Penny nie zna umiaru, a jako poszkodowana w tej sytuacji – nie zamierza oszczędzać partnera. W końcu i tak nie będzie z nich pary, przynajmniej oboje tak twierdzą. Ale wiadomo, że książka, w której scenariusz przechodzi w powieść erotyczną, nie może w tej dziedzinie zaskakiwać.
Na początku Meghan Quinn jest nawet powściągliwa: chociaż od wspólnej nocy wszystko się zaczyna (nawet mimo że bohater w przeszłości przejawiał zainteresowanie piękną Penny), to dopiero seks przy wzajemnym porozumieniu i przy znajomości swoich wad ma znaczenie. Autorka stawia na wyjątkowe potrzeby kobiety ciężarnej – i każe swoim bohaterom uprawiać seks kilka razy dziennie. W pewnym momencie już na nic innego nie mają czasu, a Quinn rezygnuje z pozostałych tematów. Wie dobrze, że jej czytelniczki oczekiwać będą pikantnych scenek – i te im zapewnia. „Dwa magiczne słowa” to powieść, która nie zaskoczy kierunkiem rozwoju akcji, czasami będzie rozśmieszać, ale poza tym wydaje się dość sztampowa i zbyt jednokierunkowa, żeby można było w pełni zaufać bohaterom.
poniedziałek, 12 października 2026
Kathrin Tordasi: Jeżynowy lis
Kropka, Warszawa 2026.
Magia
Z reguły w powieściach dla dzieci i młodzieży młodzi bohaterowie funkcjonują w oderwaniu od ich dorosłych opiekunów – rozłąka z rodzicami czy krewnymi to pierwszy krok do przygody. Ale u Kathrin Tordasi jest inaczej – tu można sobie pozwolić na wspólną podróż międzypokoleniową. Chociaż i tak mama Portii wyjeżdża na konferencję naukową – to ukłon w stronę klasyki. Przeskok o pokolenie sprawia, że na scenę wkraczają – ponownie – Olivia, czyli Jeżyna i Viola, czyli Róża. Dwie przyjaciółki zdają sobie sprawę z obecności świata Zmiennokształtnych i same angażują się w burzliwe wydarzenia. Nie muszą o nic pytać, to one lepiej rozumieją zasady, których Portia dopiero się uczy. I to one ruszają z pomocą, gdy sytuacja robi się poważna i niebezpieczna.
W tomie „Jeżynowy Lis” przyjaciel Portii, Ben, trafia do jej domu i od razu buduje atmosferę grozy: nic nie pamięta, nie wie, jak się tu znalazł, nie ma pojęcia, co właściwie się stało i co doprowadziło go do obecnego stanu. A do tego w kieszeni ma nietypową mapę z odciskiem łapy i klucz (oczywiście bez pojęcia, do czego to klucz). Portia szybko przekonuje się, że sama tej zagadki nie rozwiąże: tu potrzebna będzie potężna magia. A Jeżyna i Róża najlepiej wiedzą, że nie ma na co czekać i trzeba działać – tylko w niekonwencjonalny sposób. Tak rozpoczyna się kolejna wyprawa, tym razem – ratunkowa, bo przecież trzeba ocalić Bena – a przy okazji rozwiązać parę innych zagadek. I nawet niepotrzebne byłyby atrybuty przygody, mapa i klucz, bo jedna z ważniejszych zagadek rozgrywa się w głowie Portii. Dziewczynka przekonała się już po jednej przemianie, jak dobrze czuje się w ciele wilka – metamorfoza uświadomiła jej, że od takich zjawisk łatwo się uzależnić. Ale wilczość nosi w sobie: Portia tęskni za nieskrępowaną wolnością, za możliwością oddalenia się od dobrze znanego ludzkiego świata i za czymś jeszcze. Nie jest w stanie na razie tego sprecyzować, ale czuje, że gdyby przyszło jej przemierzać świat w wilczej wersji, nie żałowałaby. I to zjawisko nie do końca bezpieczne – bo nie do końca zrozumiane – początek problemów tożsamościowych. Trzeba będzie znaleźć odpowiedź na pewne pytania, żeby pojąć, co się właściwie dzieje i kiedy należałoby interweniować. I fakt, na razie ważniejszy jest Ben: to jemu grozi poważniejsze niebezpieczeństwo niż przechodzenie między środowiskami – ale przy okazji Portia może też znaleźć wyjaśnienia własnych poważnych dylematów.
Obecność starszego pokolenia w misji wypełnionej zagadkami i zagrożeniami wcale nie gwarantuje spokoju i bezpieczeństwa – wprost przeciwnie, może się tak zdarzyć, że jedna z przyjaciółek stanie się przyczyną poważnego zmartwienia całej ekipy ratunkowej. Kathrin Tordasi wie dobrze, ile znaczy temat przyjaźni w literaturze czwartej – i celowo go eksponuje, bawiąc się przy okazji motywami magicznymi. Klasyczna powieść drogi w tym wypadku zamienia się w zestaw łamigłówek i detektywistycznych zadań, a to coś dla małych fanów magii w powieściach.
Magia
Z reguły w powieściach dla dzieci i młodzieży młodzi bohaterowie funkcjonują w oderwaniu od ich dorosłych opiekunów – rozłąka z rodzicami czy krewnymi to pierwszy krok do przygody. Ale u Kathrin Tordasi jest inaczej – tu można sobie pozwolić na wspólną podróż międzypokoleniową. Chociaż i tak mama Portii wyjeżdża na konferencję naukową – to ukłon w stronę klasyki. Przeskok o pokolenie sprawia, że na scenę wkraczają – ponownie – Olivia, czyli Jeżyna i Viola, czyli Róża. Dwie przyjaciółki zdają sobie sprawę z obecności świata Zmiennokształtnych i same angażują się w burzliwe wydarzenia. Nie muszą o nic pytać, to one lepiej rozumieją zasady, których Portia dopiero się uczy. I to one ruszają z pomocą, gdy sytuacja robi się poważna i niebezpieczna.
W tomie „Jeżynowy Lis” przyjaciel Portii, Ben, trafia do jej domu i od razu buduje atmosferę grozy: nic nie pamięta, nie wie, jak się tu znalazł, nie ma pojęcia, co właściwie się stało i co doprowadziło go do obecnego stanu. A do tego w kieszeni ma nietypową mapę z odciskiem łapy i klucz (oczywiście bez pojęcia, do czego to klucz). Portia szybko przekonuje się, że sama tej zagadki nie rozwiąże: tu potrzebna będzie potężna magia. A Jeżyna i Róża najlepiej wiedzą, że nie ma na co czekać i trzeba działać – tylko w niekonwencjonalny sposób. Tak rozpoczyna się kolejna wyprawa, tym razem – ratunkowa, bo przecież trzeba ocalić Bena – a przy okazji rozwiązać parę innych zagadek. I nawet niepotrzebne byłyby atrybuty przygody, mapa i klucz, bo jedna z ważniejszych zagadek rozgrywa się w głowie Portii. Dziewczynka przekonała się już po jednej przemianie, jak dobrze czuje się w ciele wilka – metamorfoza uświadomiła jej, że od takich zjawisk łatwo się uzależnić. Ale wilczość nosi w sobie: Portia tęskni za nieskrępowaną wolnością, za możliwością oddalenia się od dobrze znanego ludzkiego świata i za czymś jeszcze. Nie jest w stanie na razie tego sprecyzować, ale czuje, że gdyby przyszło jej przemierzać świat w wilczej wersji, nie żałowałaby. I to zjawisko nie do końca bezpieczne – bo nie do końca zrozumiane – początek problemów tożsamościowych. Trzeba będzie znaleźć odpowiedź na pewne pytania, żeby pojąć, co się właściwie dzieje i kiedy należałoby interweniować. I fakt, na razie ważniejszy jest Ben: to jemu grozi poważniejsze niebezpieczeństwo niż przechodzenie między środowiskami – ale przy okazji Portia może też znaleźć wyjaśnienia własnych poważnych dylematów.
Obecność starszego pokolenia w misji wypełnionej zagadkami i zagrożeniami wcale nie gwarantuje spokoju i bezpieczeństwa – wprost przeciwnie, może się tak zdarzyć, że jedna z przyjaciółek stanie się przyczyną poważnego zmartwienia całej ekipy ratunkowej. Kathrin Tordasi wie dobrze, ile znaczy temat przyjaźni w literaturze czwartej – i celowo go eksponuje, bawiąc się przy okazji motywami magicznymi. Klasyczna powieść drogi w tym wypadku zamienia się w zestaw łamigłówek i detektywistycznych zadań, a to coś dla małych fanów magii w powieściach.
niedziela, 11 października 2026
Rafał Witek: Janek pływa jak ryba
Harperkids, Warszawa 2026.
Lekcja
Drugi poziom serii Czytam sobie to już większe wyzwanie dla małych odbiorców – ćwiczący rozpoznawanie liter powinni teraz przejść dalej i nauczyć się sylabizowania, przy okazji – bo dalej głównym zadaniem jest trenowanie płynnego czytania na większych rozmiarowo tekstach. W tym celu Rafał Witek przygotowuje literackie wyzwanie, historię z życia wziętą o tym, że warto pokonywać swoje lęki, bo to może prowadzić do sympatycznych przygód i uznania otoczenia. Janek na razie nie wchodzi do wody. Kiedy spędza wakacje nad hotelowym basenem, wie doskonale, że pływanie to nie dla niego. Ale już kiedy w zoo przekonuje się, że nawet hipopotamy opanowały tę sztukę, postanawia, że nauczy się pływać. O pomoc prosi starszą siostrę, Elizkę. Elizka nie ma oporów – wie, co zrobić, żeby przekonać brata, że pływanie to przyjemność. Wspólne lekcje na basenie to zestaw ciekawych zabaw bez żadnej presji. I to szybko zostaje nagrodzone: Janek pływa już znakomicie, a po wakacjach dowiaduje się, że jego klasa zamiast lekcji wychowania fizycznego będzie chodzić na basen, na ten basen, na którym Janek uczył się pływać. Teraz to on jest mistrzem w gronie rówieśników i w razie potrzeby może przyjść z pomocą, zupełnie jak wcześniej Elizka.
„Janek pływa jak ryba” to książka, która zachęca do spędzania czasu w wodzie, chociaż nie taki jest cel jej stworzenia. Rafał Witek buduje tu opowieść, która zaangażuje czytelników i sprawi, że nie zauważą przedzierania się przez coraz większe partie tekstu – do niedawna jeszcze to obrazki dominowały na stronach, teraz również jest dużo ilustracji w wykonaniu Joanny Rusinek – więc celnych i przyciągających wzrok – ale najbardziej liczy się rytm akcji. Chłopiec, który nie potrafi pływać i właściwie boi się wody (chociaż motyw strachu nie jest aż tak bardzo podkreślany), sam musi podjąć decyzję o tym, że chciałby zacząć się uczyć. Same lekcje schodzą na dalszy plan, bohater ani nie zakrztusi się wodą, ani nie przestraszy się zapachu chloru, nie ma powodu do podkarmiania lęków.
Rafał Witek ma wprawę w pisaniu według wytycznych serii – i nawet nie stworzy zbyt wielu pułapek dla maluchów. Jedną na pewno będzie „mieć pietra” zamiast bać się – archaizm pasuje do wymogów związanych z unikaniem dwuznaków czy liter ze znakami diakrytycznymi, innym – progres zamiast postępu. Ale to tylko trzy punkty (pietra mają różne postacie), da się zatem jakoś przetrwać, chociaż nie wiadomo, czy kilkulatki nie potkną się na tym w narracji. „Janek pływa jak ryba” to propozycja wartościowa – nie tylko przyzwyczaja do czytania dla przyjemności (i z ciekawości), ale też przypomina, że warto próbować swoich sił w różnych sportach.
Lekcja
Drugi poziom serii Czytam sobie to już większe wyzwanie dla małych odbiorców – ćwiczący rozpoznawanie liter powinni teraz przejść dalej i nauczyć się sylabizowania, przy okazji – bo dalej głównym zadaniem jest trenowanie płynnego czytania na większych rozmiarowo tekstach. W tym celu Rafał Witek przygotowuje literackie wyzwanie, historię z życia wziętą o tym, że warto pokonywać swoje lęki, bo to może prowadzić do sympatycznych przygód i uznania otoczenia. Janek na razie nie wchodzi do wody. Kiedy spędza wakacje nad hotelowym basenem, wie doskonale, że pływanie to nie dla niego. Ale już kiedy w zoo przekonuje się, że nawet hipopotamy opanowały tę sztukę, postanawia, że nauczy się pływać. O pomoc prosi starszą siostrę, Elizkę. Elizka nie ma oporów – wie, co zrobić, żeby przekonać brata, że pływanie to przyjemność. Wspólne lekcje na basenie to zestaw ciekawych zabaw bez żadnej presji. I to szybko zostaje nagrodzone: Janek pływa już znakomicie, a po wakacjach dowiaduje się, że jego klasa zamiast lekcji wychowania fizycznego będzie chodzić na basen, na ten basen, na którym Janek uczył się pływać. Teraz to on jest mistrzem w gronie rówieśników i w razie potrzeby może przyjść z pomocą, zupełnie jak wcześniej Elizka.
„Janek pływa jak ryba” to książka, która zachęca do spędzania czasu w wodzie, chociaż nie taki jest cel jej stworzenia. Rafał Witek buduje tu opowieść, która zaangażuje czytelników i sprawi, że nie zauważą przedzierania się przez coraz większe partie tekstu – do niedawna jeszcze to obrazki dominowały na stronach, teraz również jest dużo ilustracji w wykonaniu Joanny Rusinek – więc celnych i przyciągających wzrok – ale najbardziej liczy się rytm akcji. Chłopiec, który nie potrafi pływać i właściwie boi się wody (chociaż motyw strachu nie jest aż tak bardzo podkreślany), sam musi podjąć decyzję o tym, że chciałby zacząć się uczyć. Same lekcje schodzą na dalszy plan, bohater ani nie zakrztusi się wodą, ani nie przestraszy się zapachu chloru, nie ma powodu do podkarmiania lęków.
Rafał Witek ma wprawę w pisaniu według wytycznych serii – i nawet nie stworzy zbyt wielu pułapek dla maluchów. Jedną na pewno będzie „mieć pietra” zamiast bać się – archaizm pasuje do wymogów związanych z unikaniem dwuznaków czy liter ze znakami diakrytycznymi, innym – progres zamiast postępu. Ale to tylko trzy punkty (pietra mają różne postacie), da się zatem jakoś przetrwać, chociaż nie wiadomo, czy kilkulatki nie potkną się na tym w narracji. „Janek pływa jak ryba” to propozycja wartościowa – nie tylko przyzwyczaja do czytania dla przyjemności (i z ciekawości), ale też przypomina, że warto próbować swoich sił w różnych sportach.
sobota, 10 października 2026
Alberto Angela: Miłość i seks w starożytnym Rzymie
Czytelnik, Warszawa 2026.
Obserwacje
Alberto Angela wie, że odbiorcom trzeba przedstawiać historie, żeby chcieli się zaangażować w lekturę. Dzięki temu w kolejnym tomie z serii Dzień w starożytnym Rzymie” może zabrać czytelników na wyprawę – długą obserwację, podczas której wydarzy się sporo. A że uwaga ogniskuje się na uczuciach i romansach, znajdzie tego autor naprawdę dużo. Na podstawie dokumentów i opracowań dotyczących zamierzchłej przeszłości stara się odtworzyć nie tylko to, co dało się udowodnić, ale też to, co pozostaje w sferze przypuszczeń i domysłów. Bazuje przecież na delikatnej warstwie uczuć i emocji – często trudno uchwytnych nawet dla bezpośrednio zaangażowanych. A jednak przy odrobinie wyobraźni i sporej dozie talentu literackiego udaje mu się zapewnić sobie uznanie odbiorców. „Miłość i seks w starożytnym Rzymie” to książka, w której już sam tytuł przyciąga i budzi zainteresowanie ewentualnych podglądaczy. Alberto Angela chce rozwiewać wątpliwości i przekładać dawne obyczaje na dzisiejsze podejście.
Zajmie się autor tematem pocałunków – ich znaczenia i bohaterów uczestniczących w tym rodzaju czułości. Pyta o partnerów seksualnych, o ewentualnych kochanków i o miejscach, w których można się umawiać na schadzki. Pisze o zdradach, ale też o pozycjach seksualnych czy zabawkach erotycznych, o ochronie przed niechcianą ciążą i o chorobach wenerycznych. A do tego zastanawia się nad podejściem społeczeństwa do przejawów czułości. Przedstawia drogę do ślubu i zasady randkowania. Co ciekawe, temat prostytucji schodzi tu na dalszy plan – pojawia się, bo też jest powiązany z kwestiami erotyzmu.
I tak naprawdę liczy się tu zestaw tematycznych niespodzianek, porządkowanych przez pryzmat wycieczki. Czytelnicy dowiedzą się czegoś nie tylko na tematy związane z miłością w różnych jej przejawach – liczyć się tu będzie też umiejętność zatrzymania uwagi na wybranych wątkach, dodatkach pozwalających na lepszą orientację w kulturze starożytnego Rzymu. Alberto Angela w ten sposób uświadamia odbiorcom, jak dużą wiedzę w zakresie życia codziennego w starożytnym Rzymie posiadł – i jak ładnie potrafi tę wiedzę przedstawić. Bo wielkim atutem książki jest jej język: gęsta narracja, która jednak wcale nie odwraca uwagi od treści. Alberto Angela faktycznie pozwala swoim czytelnikom na zwiedzanie starożytności i na lepsze zrozumienie tego, co działo się między zwykłymi ludźmi. Takie ujęcie pomaga w przyswajaniu sobie wiadomości i prowadzi do rozbudzenia zainteresowania – trafi Angela do szerokiego grona czytelników bez większego trudu i nie tylko za sprawą wyboru tematu. Angażuje w temat, bo przedstawia go pomysłowo i jak najbardziej zwyczajnie. Stara się odpowiadać na pytania, jakie mogą podczas lektury się pojawić. Nawet kiedy sięga po cytaty – to obecność materiałów źródłowych nie psuje wrażenia podglądania codzienności, a to z kolei przekłada się na wyjątkową opowieść. Ta publikacja ucieszy nie tylko poszukiwaczy ciekawostek z dziedziny romantycznych uniesień i erotyki – tu liczy się ogólne spojrzenie na sprawy międzyludzkie przy dobrym zrozumieniu kontekstu.
Alberto Angela należy do tych autorów, którzy przekonują do siebie szerokie grono czytelników szybko i na długo. To autor, który wie, jak pisać – przedstawia wydarzenia w sposób niezwykle plastyczny i udaje mu się zgromadzić imponujący zestaw wiadomości.
Obserwacje
Alberto Angela wie, że odbiorcom trzeba przedstawiać historie, żeby chcieli się zaangażować w lekturę. Dzięki temu w kolejnym tomie z serii Dzień w starożytnym Rzymie” może zabrać czytelników na wyprawę – długą obserwację, podczas której wydarzy się sporo. A że uwaga ogniskuje się na uczuciach i romansach, znajdzie tego autor naprawdę dużo. Na podstawie dokumentów i opracowań dotyczących zamierzchłej przeszłości stara się odtworzyć nie tylko to, co dało się udowodnić, ale też to, co pozostaje w sferze przypuszczeń i domysłów. Bazuje przecież na delikatnej warstwie uczuć i emocji – często trudno uchwytnych nawet dla bezpośrednio zaangażowanych. A jednak przy odrobinie wyobraźni i sporej dozie talentu literackiego udaje mu się zapewnić sobie uznanie odbiorców. „Miłość i seks w starożytnym Rzymie” to książka, w której już sam tytuł przyciąga i budzi zainteresowanie ewentualnych podglądaczy. Alberto Angela chce rozwiewać wątpliwości i przekładać dawne obyczaje na dzisiejsze podejście.
Zajmie się autor tematem pocałunków – ich znaczenia i bohaterów uczestniczących w tym rodzaju czułości. Pyta o partnerów seksualnych, o ewentualnych kochanków i o miejscach, w których można się umawiać na schadzki. Pisze o zdradach, ale też o pozycjach seksualnych czy zabawkach erotycznych, o ochronie przed niechcianą ciążą i o chorobach wenerycznych. A do tego zastanawia się nad podejściem społeczeństwa do przejawów czułości. Przedstawia drogę do ślubu i zasady randkowania. Co ciekawe, temat prostytucji schodzi tu na dalszy plan – pojawia się, bo też jest powiązany z kwestiami erotyzmu.
I tak naprawdę liczy się tu zestaw tematycznych niespodzianek, porządkowanych przez pryzmat wycieczki. Czytelnicy dowiedzą się czegoś nie tylko na tematy związane z miłością w różnych jej przejawach – liczyć się tu będzie też umiejętność zatrzymania uwagi na wybranych wątkach, dodatkach pozwalających na lepszą orientację w kulturze starożytnego Rzymu. Alberto Angela w ten sposób uświadamia odbiorcom, jak dużą wiedzę w zakresie życia codziennego w starożytnym Rzymie posiadł – i jak ładnie potrafi tę wiedzę przedstawić. Bo wielkim atutem książki jest jej język: gęsta narracja, która jednak wcale nie odwraca uwagi od treści. Alberto Angela faktycznie pozwala swoim czytelnikom na zwiedzanie starożytności i na lepsze zrozumienie tego, co działo się między zwykłymi ludźmi. Takie ujęcie pomaga w przyswajaniu sobie wiadomości i prowadzi do rozbudzenia zainteresowania – trafi Angela do szerokiego grona czytelników bez większego trudu i nie tylko za sprawą wyboru tematu. Angażuje w temat, bo przedstawia go pomysłowo i jak najbardziej zwyczajnie. Stara się odpowiadać na pytania, jakie mogą podczas lektury się pojawić. Nawet kiedy sięga po cytaty – to obecność materiałów źródłowych nie psuje wrażenia podglądania codzienności, a to z kolei przekłada się na wyjątkową opowieść. Ta publikacja ucieszy nie tylko poszukiwaczy ciekawostek z dziedziny romantycznych uniesień i erotyki – tu liczy się ogólne spojrzenie na sprawy międzyludzkie przy dobrym zrozumieniu kontekstu.
Alberto Angela należy do tych autorów, którzy przekonują do siebie szerokie grono czytelników szybko i na długo. To autor, który wie, jak pisać – przedstawia wydarzenia w sposób niezwykle plastyczny i udaje mu się zgromadzić imponujący zestaw wiadomości.
piątek, 9 października 2026
Muminki. Miłe scenki do wyklejania i poczytania
Harperkids, Warszawa 2026.
Tworzenie domu
Ten format już się sprawdził – w wyciszających kolorowankach dla dzieci. Teraz wydawnictwo proponuje rozrywkę tym, którzy nie przepadają za kolorowaniem, za to chcieliby tworzyć własne obrazki w ramach historii doskonale znanych. „Muminki. Miłe scenki do wyklejania i poczytania” to tomik przygotowany dla fanów naklejek. Każda scenka ma tu swój zestaw naklejek – więc nie będzie obaw, że użyje się nie takich, jak trzeba. Za to ich rozmieszczenie na kolejnych stronach to już kwestia uznania odbiorców.
Każda rozkładówka w tej książce to akapit tekstu przedstawiający dom Muminków – albo inną przestrzeń z Doliny Muminków. Główną rolę odgrywają tu bohaterowie świetnie znani z historii Tove Jansson. Dzięki opisom odbiorcy mogą szybko zorientować się, o kim mowa, czym się wyróżnia, albo jaką rolę w świecie Muminków spełnia – to przypomnienie prostych opisów, raczej bez nawiązywania do konkretnych fabuł. Nie chodzi tu przecież o test pamięci, a o zaproszenie do zabawy (która ma wszelkie szanse, by przerodzić się w lekturę). Druga strona zajęta jest przez rysunek na kredowym papierze (więc nic nie będzie zapraszało do kolorowania, kolory są już na swoich miejscach). Na tym rysunku pojawia się bohater znany z Muminków – i opisywany w tekście – w swoim naturalnym środowisku i żywiole. Uzupełnić trzeba jego otoczenie: na łąkę wprowadzić kwiatki, na plażę – muszle, a do zimowego obrazka – mnóstwo śnieżek. I teraz tak: w książce pojawia się klucz odpowiedzi, można się nim kierować, żeby stworzyć obrazek według propozycji autorów. Jest to rozwiązanie może mało satysfakcjonujące, ale dla odbiorców będące wskazówką, że da się rozmieścić wszystkie naklejkowe elementy w sposób estetyczny i bez większego trudu. O wiele zabawniejsze będzie jednak kierowanie się własnymi pomysłami i wykorzystywanie klucza tylko jako sugestii, a nie jedynego prawdziwego rozwiązania. Dla małych odbiorców z pewnością ważniejsze będzie kompletowanie obrazka według swoich potrzeb – i może nawet wykraczanie poza rysunkową logikę. To tworzenie, tyle że bez talentu do rysowania – z gotowych półproduktów.
„Muminki. Miłe scenki do wyklejania i poczytania” to książeczka, która w naturalny sposób uspokaja. Zachęca do zabawy, ale może być wykorzystywana również do nauki czytania: wtedy akapity opisowe będą traktowane jako źródło czytanek do rozpoznawania liter. Muminki to zawsze dobra propozycja dla najmłodszych, wiadomo, że tych bohaterów dzieci darzą szczególną sympatią. Tym razem nie trzeba specjalnego wysiłku, żeby cieszyć się uzupełnianiem książki – dla dzieci atrakcją będzie z pewnością możliwość komponowania obrazków dzięki zestawowi naklejek. To bardzo dobre i uniwersalne rozwiązanie, a także okazja do powrotu do klasycznych zabaw. Książka pokazuje, jak wykorzystać potencjał serii – i zachęcić najmłodszych do szukania propozycji ze swoimi ulubionymi bajkowymi postaciami.
Tworzenie domu
Ten format już się sprawdził – w wyciszających kolorowankach dla dzieci. Teraz wydawnictwo proponuje rozrywkę tym, którzy nie przepadają za kolorowaniem, za to chcieliby tworzyć własne obrazki w ramach historii doskonale znanych. „Muminki. Miłe scenki do wyklejania i poczytania” to tomik przygotowany dla fanów naklejek. Każda scenka ma tu swój zestaw naklejek – więc nie będzie obaw, że użyje się nie takich, jak trzeba. Za to ich rozmieszczenie na kolejnych stronach to już kwestia uznania odbiorców.
Każda rozkładówka w tej książce to akapit tekstu przedstawiający dom Muminków – albo inną przestrzeń z Doliny Muminków. Główną rolę odgrywają tu bohaterowie świetnie znani z historii Tove Jansson. Dzięki opisom odbiorcy mogą szybko zorientować się, o kim mowa, czym się wyróżnia, albo jaką rolę w świecie Muminków spełnia – to przypomnienie prostych opisów, raczej bez nawiązywania do konkretnych fabuł. Nie chodzi tu przecież o test pamięci, a o zaproszenie do zabawy (która ma wszelkie szanse, by przerodzić się w lekturę). Druga strona zajęta jest przez rysunek na kredowym papierze (więc nic nie będzie zapraszało do kolorowania, kolory są już na swoich miejscach). Na tym rysunku pojawia się bohater znany z Muminków – i opisywany w tekście – w swoim naturalnym środowisku i żywiole. Uzupełnić trzeba jego otoczenie: na łąkę wprowadzić kwiatki, na plażę – muszle, a do zimowego obrazka – mnóstwo śnieżek. I teraz tak: w książce pojawia się klucz odpowiedzi, można się nim kierować, żeby stworzyć obrazek według propozycji autorów. Jest to rozwiązanie może mało satysfakcjonujące, ale dla odbiorców będące wskazówką, że da się rozmieścić wszystkie naklejkowe elementy w sposób estetyczny i bez większego trudu. O wiele zabawniejsze będzie jednak kierowanie się własnymi pomysłami i wykorzystywanie klucza tylko jako sugestii, a nie jedynego prawdziwego rozwiązania. Dla małych odbiorców z pewnością ważniejsze będzie kompletowanie obrazka według swoich potrzeb – i może nawet wykraczanie poza rysunkową logikę. To tworzenie, tyle że bez talentu do rysowania – z gotowych półproduktów.
„Muminki. Miłe scenki do wyklejania i poczytania” to książeczka, która w naturalny sposób uspokaja. Zachęca do zabawy, ale może być wykorzystywana również do nauki czytania: wtedy akapity opisowe będą traktowane jako źródło czytanek do rozpoznawania liter. Muminki to zawsze dobra propozycja dla najmłodszych, wiadomo, że tych bohaterów dzieci darzą szczególną sympatią. Tym razem nie trzeba specjalnego wysiłku, żeby cieszyć się uzupełnianiem książki – dla dzieci atrakcją będzie z pewnością możliwość komponowania obrazków dzięki zestawowi naklejek. To bardzo dobre i uniwersalne rozwiązanie, a także okazja do powrotu do klasycznych zabaw. Książka pokazuje, jak wykorzystać potencjał serii – i zachęcić najmłodszych do szukania propozycji ze swoimi ulubionymi bajkowymi postaciami.
czwartek, 8 października 2026
Matthew Desmond: Bieda w Ameryce
Marginesy, Warszawa 2026.
Nierówności
W pewnym momencie Matthew Desmond przyznaje się do tego, że jego rozmówcy nie biorą na poważnie głoszonych przez niego teorii i rozwiązań, które propaguje. Właściwie trudno się dziwić – tego rodzaju pomysły już w przeszłości bywały i nie bez powodu zostają odrzucone: ktoś, kto za cel życia obrał sobie wzbogacenie się, niekoniecznie ma ochotę dzielić się efektami swojej ciężkiej pracy z tymi, którzy nie zamierzają przesadnie się wysilać i liczą tylko i wyłącznie na pomoc państwa. Z drugiej strony społeczeństwo amerykańskie zostało mocno spolaryzowane – tu pojawia się temat ubóstwa, z którego mimo wysiłków nie da się wyjść. Matthew Desmond pokazuje sytuacje, z których być może czytelnicy nie zdają sobie sprawy – przekreślające szansę na lepsze życie. Autor działa jak idealista: wydaje mu się, że przeniesienie biednych z ubogich dzielnic i wymieszanie ich z ludźmi, którzy osiągnęli sukces, choćby przez możliwość zostania sąsiadami, to remedium na problemy. Przekonuje czytelników, że już sam fakt ograniczenia strachu o przyszłość dzieci (które będą uczęszczać do lepszej szkoły) przyczyni się do podwyższenia jakości życia. Tyle tylko, że nie bierze pod uwagę różnic w charakterach ludzi. To, co proponuje, może się sprawdzić w wypadku części społeczeństwa – ale dla innej części nie będzie miało żadnego znaczenia. „Bieda w Ameryce” to zatem tom, który otwiera dyskusję, zaprasza do refleksji nad kondycją ludzi i nad pomysłami, jak poprawić ich status społeczny i majątkowy, za to strzela w płot niektórymi rozwiązaniami. Matthew Desmond mógł się zatrzymać na etapie przedstawiania problemu – bo go bez wątpienia dostrzega i potrafi uchwycić – a nie wchodzić w analizy ewentualnych reakcji (czy to ze strony państwa, czy – oddolnie, na poziomie poszczególnych rodzin).
Przerywa ta książka opowieść o amerykańskim śnie: owszem, znajduje się tu miejsce dla tych, którzy zdobyli majątek i którzy mogą teraz cieszyć się spokojem i prestiżem – ale jest też wielu ludzi skazanych na ubóstwo i wręcz zepchniętych do stereotypowego zbioru za sprawą przepisów czy zasad życia społecznego. Desmond na to się nie zgadza, głośno mówi o problemach i o pułapkach, zabiera głos w imieniu tych, których nikt nie będzie chciał wysłuchać. Do tego stopnia staje się orędownikiem biednych, że nie stara się dostrzec drugiej strony medalu. To do czytelników będą należały rozstrzygnięcia i oceny przedstawionego stanu rzeczy. Faktycznie książka – dopóki nie jest orędziem do narodu – wypada dość mocno. Później, kiedy autor przestaje ukrywać obiektywizm i wyraźnie zaznacza swoje stanowisko, trochę przestaje przekonywać do siebie czytelników. A gdyby dał im wolną rękę i pozwolił samodzielnie wyciągać wnioski – zamiast narzucać własne odkrycia – być może znalazłby znacznie więcej zwolenników i przekonałby nieprzekonanych. „Bieda w Ameryce” to książka, która zwraca uwagę na zagadnienie spoza przekonań powszechnych, bazuje na silnych emocjach i na sytuacjach niekoniecznie sprawiedliwych – to wszystko sprawi, że do tomu zajrzy więcej czytelników. Ale w momencie, w którym zamienia się w agitację, pozostawia tych czytelników z poczuciem, że oto ktoś stara się ugrać coś według własnych zasad, a niekoniecznie zadbać o długofalowe rozwiązanie istotnego problemu.
Nierówności
W pewnym momencie Matthew Desmond przyznaje się do tego, że jego rozmówcy nie biorą na poważnie głoszonych przez niego teorii i rozwiązań, które propaguje. Właściwie trudno się dziwić – tego rodzaju pomysły już w przeszłości bywały i nie bez powodu zostają odrzucone: ktoś, kto za cel życia obrał sobie wzbogacenie się, niekoniecznie ma ochotę dzielić się efektami swojej ciężkiej pracy z tymi, którzy nie zamierzają przesadnie się wysilać i liczą tylko i wyłącznie na pomoc państwa. Z drugiej strony społeczeństwo amerykańskie zostało mocno spolaryzowane – tu pojawia się temat ubóstwa, z którego mimo wysiłków nie da się wyjść. Matthew Desmond pokazuje sytuacje, z których być może czytelnicy nie zdają sobie sprawy – przekreślające szansę na lepsze życie. Autor działa jak idealista: wydaje mu się, że przeniesienie biednych z ubogich dzielnic i wymieszanie ich z ludźmi, którzy osiągnęli sukces, choćby przez możliwość zostania sąsiadami, to remedium na problemy. Przekonuje czytelników, że już sam fakt ograniczenia strachu o przyszłość dzieci (które będą uczęszczać do lepszej szkoły) przyczyni się do podwyższenia jakości życia. Tyle tylko, że nie bierze pod uwagę różnic w charakterach ludzi. To, co proponuje, może się sprawdzić w wypadku części społeczeństwa – ale dla innej części nie będzie miało żadnego znaczenia. „Bieda w Ameryce” to zatem tom, który otwiera dyskusję, zaprasza do refleksji nad kondycją ludzi i nad pomysłami, jak poprawić ich status społeczny i majątkowy, za to strzela w płot niektórymi rozwiązaniami. Matthew Desmond mógł się zatrzymać na etapie przedstawiania problemu – bo go bez wątpienia dostrzega i potrafi uchwycić – a nie wchodzić w analizy ewentualnych reakcji (czy to ze strony państwa, czy – oddolnie, na poziomie poszczególnych rodzin).
Przerywa ta książka opowieść o amerykańskim śnie: owszem, znajduje się tu miejsce dla tych, którzy zdobyli majątek i którzy mogą teraz cieszyć się spokojem i prestiżem – ale jest też wielu ludzi skazanych na ubóstwo i wręcz zepchniętych do stereotypowego zbioru za sprawą przepisów czy zasad życia społecznego. Desmond na to się nie zgadza, głośno mówi o problemach i o pułapkach, zabiera głos w imieniu tych, których nikt nie będzie chciał wysłuchać. Do tego stopnia staje się orędownikiem biednych, że nie stara się dostrzec drugiej strony medalu. To do czytelników będą należały rozstrzygnięcia i oceny przedstawionego stanu rzeczy. Faktycznie książka – dopóki nie jest orędziem do narodu – wypada dość mocno. Później, kiedy autor przestaje ukrywać obiektywizm i wyraźnie zaznacza swoje stanowisko, trochę przestaje przekonywać do siebie czytelników. A gdyby dał im wolną rękę i pozwolił samodzielnie wyciągać wnioski – zamiast narzucać własne odkrycia – być może znalazłby znacznie więcej zwolenników i przekonałby nieprzekonanych. „Bieda w Ameryce” to książka, która zwraca uwagę na zagadnienie spoza przekonań powszechnych, bazuje na silnych emocjach i na sytuacjach niekoniecznie sprawiedliwych – to wszystko sprawi, że do tomu zajrzy więcej czytelników. Ale w momencie, w którym zamienia się w agitację, pozostawia tych czytelników z poczuciem, że oto ktoś stara się ugrać coś według własnych zasad, a niekoniecznie zadbać o długofalowe rozwiązanie istotnego problemu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






