* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

sobota, 2 maja 2026

Joanna Szczerbaty: Panie kocie, jak żyć? Przewodnik po równowadze, odpoczynku i codziennych przyjemnościach

Mando, Kraków 2026.

Wskazówki

Koty łagodzą obyczaje – i to zjawisko, które Joanna Szczerbaty zaobserwowała nie tylko w codzienności, ale i w internetowych dyskusjach. Podbudowana tym faktem postanawia stworzyć dla odbiorców popporadnik psychologiczny, żeby przekonać ich do wdrożenia w życie pewnych zachowań i zasad, które nie zdziwiłyby domowego czworonoga. „Panie kocie, jak żyć. Przewodnik po równowadze, odpoczynku i codziennych przyjemnościach” to sposób na opowiedzenie o tym, co trudne do przyswojenia – bez moralizatorskich tonów i bez poczucia wyższości, przynajmniej tego ludzkiego, bo kotom wolno znacznie więcej.

I dlatego w tej książce każdy rozdział poświęcony jest osobnemu zagadnieniu przeszkadzającemu w osiągnięciu życiowego flow, w dwóch perspektywach – w wersji kota i psychologa. I to, co mówi kot, niby jest tylko wstępem, ale tak naprawdę pokazuje odbiorcom, jakie postawy warto wcielić w swoją codzienność – i jakie korzyści można wtedy osiągnąć. Narracja kota lepiej zapada w pamięć, wprowadza motyw humorystyczny i przekona czytelników do zmian. Oczywiście książka kierowana jest do tych odbiorców, którzy nie mają czasu na przedzieranie się przez wypełnione teoriami poradniki psychologiczne, tu wszystko sprowadza się do wersji pop, jest mocno skondensowane i mocno upraszczane, a do tego pozbawione niepotrzebnych wykładów – liczy się obserwowanie domowego pupila. To zwierzak ma stać się lekarzem i przewodnikiem jednocześnie. Kot zyskuje głos i bez przerwy się dziwi – dziwi się temu, co odbiorcy robią (i czego po tych działaniach oczekują). Piętnuje postawy, które nie prowadzą do relaksu, pyta o sens pielęgnowania uraz czy chowania w sobie gniewu latami. Kot zestawia ludzkie dziwactwa z tym, co w analogicznej sytuacji zrobi przedstawiciel jego gatunku – i próbuje wytłumaczyć, jak porada powinna zmienić się w rzeczywistość. Komentarz psychologa jest za to nacechowany krytyką i to zaskakujące, ale po narracji kota znacznie łatwiej jest przejść nad tym do porządku dziennego – psycholog bowiem będzie dobijał się do sumienia odbiorcy i postawi na cierpliwe, ale też dość natarczywe przypominanie, co trzeba zrobić, żeby było lepiej. Naśladowanie kota – w reakcjach i postawach wobec świata – to dobry pomysł. Może się spodobać odbiorcom i może się przydać – kiedy człowiek mierzy się z zadaniami niekoniecznie ponad siły, ale na pewno frustrującymi. Oczywiście że autorka tomu może bazować na odkryciach psychologów i na wynikach badań – ale nie musi nimi czytelników zasypywać i zamęczać, koncentruje się nad koniecznymi do wprowadzenia zmianami. Zależy jej na skuteczności, a tę osiągnie dzięki połączeniu sił – kota i perswazji.

W wersji kota wszystko okazuje się oczywiste i proste: w dodatku sam mechanizm może się czytelnikom przydać w trudniejszych chwilach – liczy się szansa na przeprowadzenie obserwacji i na naśladowaniu kota w postawie wobec rzeczywistości. Może na początku nie będzie to proste, ale autorka przekonuje, że warto praktykować te zalecenia – można dzięki nim zachować zdrowe zmysły.

piątek, 1 maja 2026

Dagmara Budzbon-Szymańska: Klątwa skarbu Inków

Harperkids, Warszawa 2026.

Zamkowy skarb

W dwóch różnych światach toczy się narracja tej krótkiej powieści. Dagmara Budzbon-Szymańska chce zachęcić najmłodszych do wzmożonego wysiłku i ćwiczenia umiejętności czytania – w cyklu Czytam, bo lubię dostarcza dzieciom historii jednocześnie ambitnej, przygodowej (nawiązującej do klasyki) i zachęcającej do poznawania przeszłości najbliższego otoczenia. „Klątwa skarbu Inków” to zapowiedź wyzwań dla wszystkich, którzy znajdą się w odpowiednim miejscu i czasie. Najwygodniej tego typu szereg wydarzeń przenieść na wakacje – to idealny moment, żeby porzucić szkolne obowiązki i dać się ponieść przypadkowi.

Odbiorcy towarzyszyć tu będą Robertowi i Stefie. Dwoje dzieci podróżuje z rodzicami do średniowiecznego zamku Dunajec – to właśnie tu Stefa ma znaleźć odpowiednie tematy do fotografowania, a Robert – Robert chce trochę poleniuchować i może pograć na telefonie. Nie wie jeszcze, że nie będzie miał na to czasu, bo rzeczywistość – zwłaszcza ta rodem z legend – wciągnie go bardziej, niż można by się spodziewać. Na zamku najprawdopodobniej coś straszy – a do tego wieść niesie, że właśnie w tym miejscu znalazły się skarby wywiezione przez Inków, kiedy ci musieli uciekać ze swoich rodzinnych stron. Dlaczego Inkowie mieliby trafić akurat na zamek Dunajec – nie ma większego znaczenia, a jednak i tego się bohaterowie dowiedzą – wystarczy kojarzyć fakty i znaleźć dobrego informatora, który nie zdradzi byle komu sekretów, jakie ma w zanadrzu. Liczy się więc wyjątkowo trudna zagadka do rozwiązania. I konieczność znalezienia sposobu na uzyskanie odrobiny wolności: przecież żadni rodzice nie zgodzą się na to, żeby ich pociechy, nawet jeśli odkryły właśnie nić porozumienia, same zwiedzały nocą tereny wokół średniowiecznej budowli. W tym wszystkim istnieje jeszcze jeden stereotyp, który można wykorzystać, żeby spłoszyć rozmaitych amatorów skarbów. Każdy zamek powinien mieć swoje duchy, obowiązkowo. A skoro tak – wystarczy odpowiednio spreparować odgłosy, żeby wprowadzić chaos w szeregach poszukiwaczy skarbów.

„Klątwa skarbu Inków” to powieść, w której autorka sama trochę utrudnia sobie zadanie – towarzystwo rodziców i aspekt edukacyjny to coś, co zawsze dociąża narrację. To, co najlepsze w historiach dla dzieci i młodzieży, dzieje się zawsze w tajemnicy i z daleka od opiekunów, a tym bardziej – od edukacyjnych opowieści. Ciekawość odbiorców mają rozbudzać wstawki z dalekiej przeszłości – te, które zasugerują czytelnikom, że jest o co walczyć i że skarb wiąże się nie tylko z bogactwem (ewentualnym), ale i z ogromnymi emocjami – wprawdzie na większą część odbiorców wizja materialna wpłynie o wiele bardziej niż duchowa, ale autorka nie wyklucza żadnej grupy i szuka różnych metod na przyciągnięcie do lektury. Dostarcza czytelnikom wakacyjnej historii, która zasugeruje, że czasami przygoda czai się za rogiem i nie trzeba będzie wiele wyobraźni, żeby dać się jej ponieść. Nie jest to zbyt skomplikowana historia, ale na tyle ambitna, żeby odbiorcy nie mieli wrażenia, że zostali potraktowani pobłażliwie.

czwartek, 30 kwietnia 2026

Matthäus Bär: Kapibary na gigancie

Kropka, Warszawa 2026.

Wolność

Skoro jest moda na kapibary, trzeba wykorzystywać kapibary, w każdej możliwej sytuacji. Matthäus Bär wie o tym bardzo dobrze i dlatego zabiera małych czytelników do ogrodu zoologicznego, w którym po godzinach odwiedzin dzieją się prawdziwe przygody. „Kapibary na gigancie” to historia klasyczna w budowie – wypełniona wielkimi dramatami i zaskoczeniami, a także pewną dozą filozoficznej refleksji nad codziennością i ograniczeniami. Bohaterami są trzy sympatyczne gryzonie – Emmy, Tristan i Raul – chociaż w zagrodzie jest więcej kapibar, z czego niektóre potrafią na przykład udawać własne zwłoki, to na tej trójce będzie się skupiać uwaga odbiorców – a to dlatego, że tylko Emmy, Tristan i Raul zastanawiają się, co jest za niezamykaną (jak się okazuje) bramką do ich zagrody. Pierwsze wyjście do wielkiego świata jest tylko obwąchaniem możliwości – ale każde następne już prowadzi do przekraczania kolejnych granic. I kapibary wiedzą doskonale, że nie wolno im zniknąć na stałe: gdyby tak było, ich towarzysze zostaliby zamknięci, a one same prawdopodobnie szybko schwytane. Wolność należy smakować z rozwagą. Oznacza to, że każdej nocy kapibary mogą się wymykać z pomieszczenia, ale przed świtem powinny do niego grzecznie wrócić i udawać, że cały czas tam były. Odpocząć mogą później – przecież nikogo nie zdziwi, że te łagodne gryzonie czas spędzają na leniuchowaniu.

Autor prowadzi historię poszatkowaną przez kolejne wyjścia – i za każdym razem znajduje nowy temat do działania dla kapibar. Raz bohaterowie postanawiają świętować swoje urodziny, to znowu prowadzą handel wymienny, żeby uzyskać to, na czym im zależy, odwiedzają innych mieszkańców zoo i wyjaśniają im, że za klatkami jest wolność – w tej książce nazywana morzem możliwości. I właśnie morze możliwości staje się podstawowym punktem zapalnym. Bo nie wszystkim pasuje, że kapibary odkryły inny świat – niektórym mogą nabruździć w planach i w relacjach. Co prawda wybór głównych przeciwników kapibar to coś, z czym ich fani mogą się nie zgadzać, ale tym ciekawiej wybrzmiewa cała opowieść. „Kapibary na gigancie” to powieść przygodowa o tym, że warto mierzyć się ze swoimi lękami i że warto rozbudzać w sobie ciekawość i zawsze chcieć więcej. Bohaterowie udowadniają to na każdym kroku i sprawiają, że dzieci mogą uwierzyć w siebie i zapragną poznawać świat ze wszystkimi jego niespodziankami. Stawianie czoła niebezpieczeństwom – w tym wymiarze – oznacza faktycznie często prawdziwe zagrożenia. A jednak kapibary odkrywają, co daje im siłę i co pozwala doprowadzić sprawy do końca. Jest to powieść bogato ilustrowana, Anika Voigt pilnuje, żeby te najbardziej malownicze motywy zyskały tu odpowiednią oprawę (chociaż bawi się też bardziej humorystycznymi elementami, bo jedną ze stron zdobią bobki bohaterów). W efekcie tę książę nie tylko czyta się z zainteresowaniem, ale też ogląda z prawdziwą przyjemnością. Kapibary to wdzięczne bohaterki opowieści – nie pierwszy raz pojawiają się w literaturze czwartej i pozostaje mieć nadzieję, że te akurat osobniki jeszcze czegoś w swoim zoo dokonają.

środa, 29 kwietnia 2026

Marek Szymaniak: Młócka. Reportaże o pracy przyszłości

Czarne, Wołowiec 2026.

Robotyzacja

Co z tym postępem? To powód do zmartwień, czy wręcz przeciwnie – szansa na uwolnienie się od najbardziej żmudnych zadań? Marek Szymaniak w tomie „Młócka. Reportaże o pracy przyszłości” tak naprawdę znacznie częściej patrzy w przeszłość i pyta o opinię tych wszystkich, którzy mogli przedtem twierdzić, że sztuczna inteligencja i nowe technologie sprawią, że ich zawody z rynku pracy znikną. Nie ma tu wyjątkowo skomplikowanych i przyszłościowych zawodów – bo trudno za takie uznać pracę influencera – a zagrożenia wypychające z rynku pracowników polegają na zupełnie czymś innym niż zastąpienie ludzi maszynami. W kolejnych rozdziałach autor przygląda się różnym zawodom i zmianom, jakie w życie ich reprezentantów wniosły rozwiązania informatyczne czy techniczne. I tak grupa, która kojarzona była z wolnością i swobodą, zostaje spacyfikowana – przez kolejne czujniki i kontrolery. Z kolei ludzie pracujący fizycznie i narażeni na poważne kontuzje lub wypadki doceniają możliwość zrzucenia najcięższych elementów pracy na roboty. Jedni cieszą się z ulepszeń, jakie przynosi sztuczna inteligencja w codzienności, inni na nie narzekają. „Młócka” pokazuje i szanse, i problemy – a także perspektywy samych zainteresowanych.

Czytelnicy z tej książki będą mogli dowiedzieć się paru rzeczy o dzisiejszym rynku pracy i przekonają się, że niektóre rozwiązania mogą być dla nich wręcz wymarzone. Jeśli tylko nie boją się zmian i potrafią dostosować, skorzystają na nowinkach. Rzeczywistość pokazuje, że nie ma się czego bać: zamiast masowych zwolnień jest więcej czasu wolnego dla siebie i rodziny (przy takich samych zarobkach skrócony tydzień pracy), mniej komplikacji czy zdrowotnych perturbacji, a więcej udogodnień. Przynajmniej w części zawodów. Bo niektórzy – zwłaszcza przedstawiciele branży artystycznej – muszą jasno się określić i zastanowić, jak ma wyglądać ich narzędzie pracy. Chociaż Marek Szymaniak rozmawia z ludźmi i dowiaduje się, jak wygląda rzeczywistość z perspektywy tych bezpośrednio zainteresowanych, nie zadaje pytań dotyczących dalekiej przyszłości – nie zastanawia się nad tym, jakie zmiany społeczne i mentalne może przynieść opieranie się na sztucznej inteligencji czy zawierzenie maszynom. I oczywiście futurystyczne i apokaliptyczne scenariusze istnieją w powieściach – ale teraz rzeczywistość dogania marzenia, a wiąże się jednak z nieuchronnymi zmianami. Tyle że Marek Szymaniak nie jest filozofem i nie zamierza się nad tym pochylać. Wystarcza mu relacjonowanie tego, czego dowiedział się od pracowników. Jedni uczą się błyskawicznie i wykorzystują postęp technologiczny, żeby ułatwić sobie życie, inni zachłysnęli się możliwościami, a dzisiaj zastanawiają się nad ceną takich przemian – dla czytelników będzie to cenna wiadomość, okazja do pochylenia się nad jakością pracy i zawodami przyszłości. Nie warto uciekać przed technologią – ale warto nauczyć się, jak mądrze z niej korzystać. A ponieważ regulacje prawne w tej kwestii są wciąż w powijakach, to dzisiejsze pokolenie będzie je dopiero tworzyć, żeby usprawnić działania następców. „Młócka” to książka bardzo ciekawa – pokazuje bowiem moment przemiany.

wtorek, 28 kwietnia 2026

Kathrin Tordasi: Jeżynowy lis. Tajemnica Krańca Świata

Kropka, Warszawa 2026.

Cienie

W zasadzie po co tworzyć nowe historie fantasy, skoro przeszłość jest pełna legend i wierzeń, które idealnie nadadzą się do wypełnienia ludzkiej ciekawości? Kathrin Tordasi jest zafascynowana walijskimi opowieściami ludowymi i na ich kanwie snuje własne historie, sięgając czasem po bohaterów, którzy w zbiorowej świadomości mają swoje stałe miejsce – lub powracają tylko po to, żeby zasygnalizować istnienie niewytłumaczalnego w świecie fantazji. „Jeżynowy lis. Tajemnica Krańca Świata” to powieść, w której – jak często w tym gatunku – trzeba przemierzać drogę i ścierać się z wrogami pozornie nieistotnymi, bo ze świata magii, a jednocześnie – poznawać siebie. Tu nawet wstęp wypada klasycznie: Portia to dziewczynka, której wakacyjne plany musiały ulec zmianie. Ben – chłopiec, który zostaje zmuszony do dotrzymywania towarzystwa nowo przybyłej. I tyle – to wystarcza, bo nie ma w okolicy rówieśników Portii, a tajemnica z początku szybko scementuje znajomość.

Wszystko zaczyna się od Jeżynowego lisa, od przybysza, który zwraca na siebie uwagę Portii i w nocy przybywa po coś, co dziewczynka może pomóc mu zdobyć. Jeżynowy lis nie zamierza zastanawiać się nad konsekwencjami – on ma do wypełnienia pewną misję. A ponieważ Portia jest tu nowa, nie do końca zdaje sobie sprawę, że nie powinna ślepo ufać zwierzęciu, zwłaszcza jeśli to zwierzę jest magiczne i piękne. Jeżynowy lis nie zawsze jest lisem. Ale nie ostrzega przed tym, co stanie się, kiedy dziewczynka zostawi otwartą furtkę do świata cieni. I to moment, który zmienia wszystko. Oczywiście realny świat przestaje się wtedy liczyć – Portia nie po to trafia pod opiekę ciotek, żeby musiała przejmować się opinią mamy na temat nocnych eskapad i narażania się na niebezpieczeństwa, Ben ma dobre serce, więc nie jest w stanie zostawić bez pomocy kogoś, kto cierpi. A już odkrycie bramy do świata magii staje się dla obojga zrealizowaniem najpiękniejszych snów. I – jak to zwykle w powieściach fantasy bywa – także drogą do najpoważniejszego zagrożenia.

Kathrin Tordasi pisze książkę, w której można się rozsmakować. Powoli otwiera przed odbiorcami wstęp do krainy, która nie będzie gościnna – chce, żeby dzieci przyzwyczaiły się do kolejnych wyzwań i pułapek, a później już po prostu musiały się mierzyć z niebezpieczeństwami i wyzwaniami – tu cała misja staje się odpowiedzią na pierwszy, nieprzemyślany, ale płynący z nieświadomości uczynek. Portia nie wie jeszcze, że jej wakacje zamienią się w największą przygodę, klasyczną w duchu, wypełnioną kolejnymi pułapkami i potyczkami. W świecie magii ochrona małych bohaterów niekoniecznie będzie przez kogokolwiek realizowana – kto tu wkroczył, najwyraźniej jest odpowiednio sprytny, żeby poradzić sobie z komplikacjami. I Kathrin Tordasi na klasycznym szkielecie wznosi swoją opowieść, mocno inspirowaną walijskimi klimatami – tu liczy się atmosfera w połączeniu z zestawem brawurowych wydarzeń. To dobrze zrealizowana powieść, w której wciąż wydaje się, że autorka porusza się po utartych szlakach – żeby za moment zaskakiwać odkrywczością i pomysłami.

poniedziałek, 27 kwietnia 2026

Robert Konecki, Mateusz Kowalski, rozmawia Szymon Żyśko: Nowa męskość. Intymne rozmowy o tym, czego potrzebują mężczyźni

Mando, Kraków 2026.

Spotkanie

Chociaż ta książka z pewnością wymagała od autorów całkiem sporego emocjonalnego wkładu, czytelnikom będzie się wydawać, że napisała się sama, podczas jednego weekendowego wypadu. Robert Konecki i Mateusz Kowalski to twórcy podkastu Tutaj Podcast – ich właśnie na wywnętrzanie się na temat mężczyzny dzisiaj zaprasza Szymon Żyśko. Trzej panowie jadą na odludzie, tak, żeby nic ich nie rozpraszało. Wynajmują chatkę na uboczu – to zachęca do pochylenia się nad rolą mężczyzny w obecnym świecie i nad konsekwencjami przemian społecznych i obyczajowych. Czytelnicy o kontekście rozmów dowiedzą się ze wstępów – Żyśko za każdym razem ochoczo dzieli się przemyśleniami na temat otoczki dialogów, zupełnie jakby część wyznań nie mogła zaistnieć bez takiej wiedzy przekazanej odbiorcom. Rozmowy mają swój szkielet, chociaż czytelnicy się o nim akurat nie dowiedzą – Szymon Żyśko moderuje tę rozmowę, ale czasami pozwala na swobodną wymianę myśli lub monolog w miejsce, które mogłoby jeszcze zostać skomentowane. Sam uczestniczy w rozmowie – dokłada własne obserwacje – czytelnikom w ten sposób daje sygnał, że książka ma otworzyć na dialog. „Nowa męskość. Intymne rozmowy o tym, czego potrzebują mężczyźni” to próba scharakteryzowania płci przez pryzmat kulturowych naleciałości oraz stereotypów – i opowieść uwzględniająca różne punkty widzenia czy wybory życiowe. Nie ma tu typowych ról – tradycyjnie przypisywanych mężczyznom. Istnieje tylko zestaw wyznań – a może autokreacji?

Kiedy rozmówcy wypowiadają się na tematy bliskie im samym, trudno oprzeć się wrażeniu, że próbują automatycznie znaleźć uzasadnienie dla takich treści – zupełnie niepotrzebnie, bo przecież nikt ich nie osądza ani nikt nie daje im odczuć, że to, co wygłaszają, nie należy do zbyt popularnych postaw. Mogą być sobą, a jednak momentami uciekają przed oceną. Pewnym problemem staje się tu jednostronność sądów: dwaj twórcy podkastu mają już wypracowane porozumienie, z kolei moderator tej rozmowy chce, żeby wszyscy czuli się w niej wygodnie, przynajmniej przez dłuższy czas – nikt nie przedstawi kontrowersyjnej opinii, nikt nie przywoła innego obrazu świata, zupełnie jakby istniała tylko jedna, ugładzona wersja. I w tym czegoś odbiorcom może brakować – bo nie ma inspiracji płynącej z różnicy poglądów, nie ma starć ani szukania siebie w tym wszystkim. Autorzy książki nie chcą budować kolejnych stereotypów – wydaje się, że wręcz boją się zaszufladkowania, stąd swoiste rozmycie w ocenach. Świat w ich ujęciu może być dla czytelników atrakcyjny – pytanie tylko, czy będzie prawdziwy.

O tym, co znaczy być mężczyzną dzisiaj, dyskutują trzej faceci, którzy nie muszą sobie udowadniać własnej męskości i którzy w przeszłości mieli różne doświadczenia życiowe prowadzące ich do obecnego stanu. Brak stereotypów, które w przewrotny sposób porządkowałyby ich opowieść, oznacza automatycznie rozproszenie wątków, ślizganie się po powierzchni bardzo wielu tematów. I o ile jest to zjawisko częste w przypadku rozmów popularyzatorskich z psychologami, o tyle rzadko spotyka się to rozwiązanie w przypadku zwykłych ludzi: niekoniecznie zbyt szeroko rozpoznawanych.

niedziela, 26 kwietnia 2026

Arttu Unkari: Tataman i eksplodująca kupa

Kropka, Warszawa 2026.

Sedesowe śledztwo

Pani minister edukacji wylatuje w kosmos. Sytuacja jest o tyle niezręczna, że wylatuje podczas wizyty w toalecie, a dokładniej – podczas siedzenia na sedesie. Nikt się nią specjalnie nie przejmuje, bo też kolejne wydarzenia przyćmiewają jej przygodę. Ale wszystko zaczyna się właśnie w takim, mało reprezentacyjnym miejscu i wokół takiego miejsca będzie oscylować przez całą książkę, bo ataki okołoterrorystyczne będą koncentrowały się właśnie na zawartości sedesów. Skatologiczny humor to to, czym Arttu Unkari chętnie się posługuje – świadomy tego, co w literaturze czwartej na pewno się sprawdzi. I fakt, nie przełamuje w ten sposób już żadnych granic – to wszystko było, liczy się zatem jego pomysł na wartką akcję i na kreacje bohaterów. Proponuje małym czytelnikom książkę w założeniu śmieszną i bazującą z jednej strony na fekalnych skojarzeniach, a z drugiej – na nawiązaniach do powieści detektywistycznych. Przy okazji dzieci, które do tej pory nie znały słowa „balasek”, będą miały sporo okazji do utrwalenia go sobie. Niezależnie od kontekstu – Unkari wykorzystuje motyw, który od zawsze funkcjonuje w powieściach detektywistycznych: ci, którzy powinni być odpowiedzialni za śledztwo, kompletnie sobie z nim nie radzą i trzeba wsparcia ze strony amatorów, którzy błyskawicznie powiążą fakty i odpowiedzą na ważne pytania. Tutaj konkurencja jest poważna, bo głównym detektywem powinien być Tataman, czyli superbohater, tata Olgi – tymczasem to Olga ma większe szanse na dotarcie do prawdy. Olga nie waha się przed przeciwstawieniem tacie – za nic ma jego renomę i jego starania. Wie doskonale, że musi wziąć sprawę w swoje ręce, jeśli chce zwycięstwa – czyli ocalenia między innymi wszystkich dzieciaków ze szkolnej stołówki.

Akcja rozgrywa się dość szybko i przez cały czas jest próbą odpowiedzi na pytanie, kto stoi za zamachami – skąd eksplodująca kupa i gdzie uderzy kolejny atak. Wszystko jest podporządkowane śmiechowi – chodzi o to, żeby rozbawiać małych odbiorców i żeby przekonywać ich do czytania dla rozrywki, nie ma tu wymówek – akcja jest na tyle „bulwersująca” z perspektywy potencjalnych dorosłych malkontentów, że aż się prosi o lekturę. Zresztą w tomiku „Tataman i eksplodująca kupa” nie zabraknie niespodzianki w postaci zgryźliwej komentatorki – sfrustrowana staruszka pojawia się co pewien czas i wtrąca swoje trzy grosze do narracji, ocenia (przeważnie negatywnie) i wyraża wzburzenie w związku z prezentowanymi treściami. To wyprzedzenie ewentualnych zarzutów krytyków – chociaż dzisiaj raczej nikt nie powinien czuć się zdumiony ani urażony takimi treściami – to normalny sposób na przyciąganie dzieci do lektury. Ilustracjami zajmuje się tu Kai Vaalio – i są one mocno komiksowe i młodzieżowe w duchu, przerysowane i humorystyczne, trochę przypominają zbuntowane komiksy z końcówki XX wieku, bardzo pasują do „wywrotowych” pozornie treści. Jest to książka z gatunku tych, które dorosłych zniechęcą, ale dzieci mogą przekonać do czytania – zwłaszcza że nie ma tu żadnych pouczających zagadnień.