Kropka, Warszawa 2026.
Poszukiwania
Kolejna rozłożysta seria szykuje się dla fanów powieści fantasy z nutą gotyku – Victor Dixen proponuje cykl Agencja Perdido, którego pierwszy tom, „Droga przez mrok”, może rzeczywiście skusić młodych czytelników. To historia Lucy, nastolatki, która jeszcze przez moment ma szansę żyć życiem zwykłej dziewczyny, w ramach młodzieżowego buntu mówić do swojej mamy po imieniu i zżymać się na słodkie przezwiska rzucane w kontrze przez rodzicielkę. Bo pewnego dnia mama znika bez śladu i Lucy wie, że stało się coś dziwnego. Na rok trafia pod opiekę okropnej ciotki – to punkt wyjścia znany jeszcze z baśni, po prostu trzeba wytrącić bohatera ze strefy komfortu, żeby mógł wziąć się do działania i dowiedzieć się, kim właściwie jest, a także – co kryje się za nagłym zniknięciem. Od początku wiadomo, że na taryfę ulgową nie ma co liczyć: nowa opiekunka zmusza Lucy do dokonywania drobnych kradzieży w pociągach, a to wstęp do sporych kłopotów, albo... życiowej szansy. Lucy bowiem w pewnym momencie trafia na istoty, które mogą jej sporo powiedzieć o rodzicach, a także o niej samej. A to już oferta nie do pogardzenia. I tak Lucy stopniowo dowiaduje się czegoś o swoich nieznanych do tej pory umiejętnościach i wrodzonych talentach – a dzięki sojuszniczce – niezwykłej staruszce Ricie Perdido może rozwijać je i dążyć do poznawania swojej tożsamości. Nie będzie to droga prosta: mnóstwo tu stworów, które tylko czekają na potknięcie przybysza z innego świata, mnóstwo zagrożeń i bardzo dużo adrenaliny. Akcja budowana jest w tym tomie na bazie szybkich ucieczek i unikania pułapek, mniej na bezpośrednich starciach – ale zdarza się i tak, że trzeba będzie coś poświęcić, żeby zapewnić szansę na ratunek dla bliskich. I to rzecz nie do pogardzenia, bo Victor Dixen przymierza się do powieści drogi pożenionej z historiami o młodzieżowych akademiach – z każdego z tych modnych w pewnym momencie gatunków bierze coś, co pozwoli wykreować nietypową przestrzeń i funduje czytelnikom zestaw silnych emocji. To się sprawdza dzięki sprawnej narracji – tu nie ma wymuszonych opisów czy kombinacji, które nie przekonają czytelników. A ponieważ autor przez cały czas umiejętnie operuje mrocznymi klimatami, przyciągnie szeroką rzeszę młodych odbiorców – którzy nie przepadają za ugrzecznionymi czy umoralniającymi opowiastkami. W Agencji Perdido na grzeczność nie ma miejsca, tu liczy się spryt i tempo działania, a także odwaga momentami zamieniająca się w brawurę – skoro przeciwnik walczy wszystkimi dostępnymi środkami, nie ma powodu, żeby podporządkowywać się jego regułom. „Droga przez mrok” to pierwsza powieść, która z pewnością zbuduje autorowi grono wiernych czytelników – podsuwa tematy „inne”, wykorzystuje bardzo kreatywnie składniki znane z rozmaitych historii – a jednak składa je w oryginalną całość. Jest to książka, która rozbudzi ciekawość i sprawi, że odbiorcy zechcą pozostać w uniwersum Agencji Perdido na dłużej – nie zmęczą się tym pierwszym tomem, a będą wypatrywać kolejnych propozycji.
tu-czytam
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
środa, 27 maja 2026
wtorek, 26 maja 2026
Lisa Kaltenegger: Nowe Ziemie. Poszukiwanie życia w kosmosie
Helion, Gliwice 2026.
Życie
To wciąż temat, który wydaje się niedostępny – i tak odległy, że wręcz trudny do wyobrażenia przez zwykłych odbiorców. Lisa Kaltenegger zajmuje się jednak przybliżaniem kwestii eksplorowania kosmosu pod kątem znajdowania tam różnych form życia. O ile planety z Układu Słonecznego są już w pewien sposób przez czytelników oswojone, o tyle poszukiwanie nowych Ziem może rozbudzać wyobraźnię dorosłych i fascynować. „Nowe Ziemie” to książka pokazująca, jak odkrycia astronomów kształtują wizję wszechświata – i jak bardzo trudno jest choćby snuć przypuszczenia na temat obcych organizmów żywych w kosmosie.
Jest to książka, której autorka świetnie zdaje sobie sprawę z ogromu wiedzy do przekazania czytelnikom we w miarę przystępny sposób. Posługuje się zatem obrazowymi porównaniami (które, przy okazji, stają się też okazją do wprowadzania drobnych żartów: jeśli chce się sprawdzać wielkość Ziemi z ziarenka pieprzu w stosunku do średnicy Słońca – warto wybrać ziarenka pieprzu w odpowiednim kolorze) i dba o to, żeby nie karmić odbiorców suchymi danymi bez interpretacji. Dzięki temu przez całą narrację czytelnicy pamiętają, że komuś zależy na dotarciu do ich wyobraźni i – że nie muszą samodzielnie przedzierać się przez zestawy fachowych danych. Kaltenegger cieszy się z możliwości tłumaczenia czytelnikom tego, czym się zajmuje – i co odkrywają jej koledzy po fachu. Dokłada do tego całkiem sporo osobistych wątków, dzieli się scenkami i sytuacjami, które nie mają większego znaczenia w narracji o odkrywaniu innych Ziem – a jednak ubarwiają tę opowieść i zatrzymują przy niej czytelników. Czasami autorka pozwala snuć wyobrażenia na temat koloru nieba lub zjawisk pogodowych na różnych planetach – nawet (a może zwłaszcza) tych nieznanych, zestawia to z badaniami planet z Układu Słonecznego – wszystko po to, żeby uświadomić czytelnikom, że świat, który znają, nie może nawet w promilu przybliżać tego, co kryje wszechświat.
Poszukiwanie życia w najdalszych zakątkach kosmosu wiąże się między innymi z dowiadywaniem się, gdzie znajdują się egzoplanety i wypracowywaniem metod ich odkrywania – bo przecież i to zjawisko nienależące do oczywistych zabiegów. Kiedy już uda się wskazać prawdopodobną orbitę ciała niebieskiego krążącego wśród jakiejś gwiazdy, będzie czas na mozolne odtwarzanie potencjalnych warunków panujących na nim. Do tego dochodzą odległości między poszczególnymi planetami w kosmosie – znów wykraczające ponad możliwości poznania ludzkiego. I tak Kaltenegger balansuje cały czas między tym, co odkrywają badacze i tym, co wyobrażają sobie czytelnicy – na styku tych dwóch przestrzeni tworzy książkę, którą czyta się jak powieść. Udana narracja i zestaw widowiskowych pomysłów, a do tego poczucie humoru autorki – to składa się na literacki sukces. Publikacja popularyzatorska sprawdza się doskonale, jest niezwykłym prezentem dla odbiorców, którzy śledzą temat eksploracji kosmosu lub... sięgają do beletrystyki – powieści fantasy przedstawiających życie na innych planetach – bo i tutaj można znaleźć inspirację i podstawowe błędy między fantazjami a rzeczywistością. Jest to książka sycąca i bardzo z perspektywy czytelników atrakcyjna, wyjątkowo trafna, jeśli chodzi o sposób przekazywania wiedzy.
Życie
To wciąż temat, który wydaje się niedostępny – i tak odległy, że wręcz trudny do wyobrażenia przez zwykłych odbiorców. Lisa Kaltenegger zajmuje się jednak przybliżaniem kwestii eksplorowania kosmosu pod kątem znajdowania tam różnych form życia. O ile planety z Układu Słonecznego są już w pewien sposób przez czytelników oswojone, o tyle poszukiwanie nowych Ziem może rozbudzać wyobraźnię dorosłych i fascynować. „Nowe Ziemie” to książka pokazująca, jak odkrycia astronomów kształtują wizję wszechświata – i jak bardzo trudno jest choćby snuć przypuszczenia na temat obcych organizmów żywych w kosmosie.
Jest to książka, której autorka świetnie zdaje sobie sprawę z ogromu wiedzy do przekazania czytelnikom we w miarę przystępny sposób. Posługuje się zatem obrazowymi porównaniami (które, przy okazji, stają się też okazją do wprowadzania drobnych żartów: jeśli chce się sprawdzać wielkość Ziemi z ziarenka pieprzu w stosunku do średnicy Słońca – warto wybrać ziarenka pieprzu w odpowiednim kolorze) i dba o to, żeby nie karmić odbiorców suchymi danymi bez interpretacji. Dzięki temu przez całą narrację czytelnicy pamiętają, że komuś zależy na dotarciu do ich wyobraźni i – że nie muszą samodzielnie przedzierać się przez zestawy fachowych danych. Kaltenegger cieszy się z możliwości tłumaczenia czytelnikom tego, czym się zajmuje – i co odkrywają jej koledzy po fachu. Dokłada do tego całkiem sporo osobistych wątków, dzieli się scenkami i sytuacjami, które nie mają większego znaczenia w narracji o odkrywaniu innych Ziem – a jednak ubarwiają tę opowieść i zatrzymują przy niej czytelników. Czasami autorka pozwala snuć wyobrażenia na temat koloru nieba lub zjawisk pogodowych na różnych planetach – nawet (a może zwłaszcza) tych nieznanych, zestawia to z badaniami planet z Układu Słonecznego – wszystko po to, żeby uświadomić czytelnikom, że świat, który znają, nie może nawet w promilu przybliżać tego, co kryje wszechświat.
Poszukiwanie życia w najdalszych zakątkach kosmosu wiąże się między innymi z dowiadywaniem się, gdzie znajdują się egzoplanety i wypracowywaniem metod ich odkrywania – bo przecież i to zjawisko nienależące do oczywistych zabiegów. Kiedy już uda się wskazać prawdopodobną orbitę ciała niebieskiego krążącego wśród jakiejś gwiazdy, będzie czas na mozolne odtwarzanie potencjalnych warunków panujących na nim. Do tego dochodzą odległości między poszczególnymi planetami w kosmosie – znów wykraczające ponad możliwości poznania ludzkiego. I tak Kaltenegger balansuje cały czas między tym, co odkrywają badacze i tym, co wyobrażają sobie czytelnicy – na styku tych dwóch przestrzeni tworzy książkę, którą czyta się jak powieść. Udana narracja i zestaw widowiskowych pomysłów, a do tego poczucie humoru autorki – to składa się na literacki sukces. Publikacja popularyzatorska sprawdza się doskonale, jest niezwykłym prezentem dla odbiorców, którzy śledzą temat eksploracji kosmosu lub... sięgają do beletrystyki – powieści fantasy przedstawiających życie na innych planetach – bo i tutaj można znaleźć inspirację i podstawowe błędy między fantazjami a rzeczywistością. Jest to książka sycąca i bardzo z perspektywy czytelników atrakcyjna, wyjątkowo trafna, jeśli chodzi o sposób przekazywania wiedzy.
poniedziałek, 25 maja 2026
Lego świat. Zabawy z naklejkami. Zwierzęta
Harperkids, Warszawa 2026.
Układanki
Budowanie z klocków to jedno, ale budowanie z naklejek w kształcie klocków to kolejny wymiar zabawy, który ma zachęcić małych odbiorców do ćwiczenia motoryki i koncentracji – i do przejścia w świat klasycznych rozrywek. „Lego świat. Zabawy z naklejkami. Zwierzęta” to nie tylko propozycje budowania kolejnych stworzeń – czasem tych bardzo egzotycznych – z posiadanych klocków. To również zeszyt ćwiczeń, który może być przez dzieci uzupełniany naklejkami dołączonymi do książki. W efekcie jeśli jakiś maluch jest już zmęczony tradycyjnymi łamigłówkami, tu może zyskać nowe wyzwania. Na kolejnych stronach znajdują się zadania – ale nie tylko. W ramkach zaznaczanych jako „czy wiesz, że” dzieci poznają ciekawostki o zwierzętach. W żarówkowych „pomysłach lego” pojawią się podpowiedzi, jak budować z klocków bez wykorzystywania instrukcji – i co zrobić, żeby uzyskać pożądane kształty. To podpowiedź dla wszystkich, którzy jeszcze nie przekonali się do samodzielnego tworzenia z klocków i konstruowania rezultatów swojej wyobraźni. Pojawiają się tu strony wypełnione informacjami i ciekawie zaprezentowanymi faktami ze świata zwierząt, albo zadania dla najmłodszych. I te zadania można podzielić na klasyczne łamigłówki (w których czasem do wykorzystania są naklejki) i na kreatywne wyzwania związane z uzupełnianiem obrazków według własnych potrzeb. Tu trzeba będzie wykazać się wyobraźnią i artystycznym zmysłem – i właśnie w tej sferze dzieci będą mogły budować z naklejkowych klocków, co im się zamarzy (w zależności od rodzaju podpowiedzi). I tak najmłodsi będą dawać upust swoim talentom – i pomysłom. Ale oprócz zabawy w obrębie samej książki, będą mogli też sięgnąć po zestawy klocków i wykorzystać je zgodnie z prezentowanymi co jakiś czas podpowiedziami, jak złożyć z posiadanych elementów konkretne zwierzę. To prawdziwe wyzwanie – i szansa na poszerzenie zabaw, a przy okazji też test umiejętności.
Wiele zwierząt pojawia się w tej książce w formie zdjęć z gotowych układanek – to coś dla dzieci, które nie mają pomysłu, jak wykorzystać przypadkowe klocki, żeby zamienić dom w menażerię. Uważne oglądanie obrazków sprawi, że przetestują w swoich warunkach możliwości złożenia wybranego zwierzęcia – a to dopiero początek rozrywek. Układanie klocków w oparciu o posiadane zasoby a nie przez instrukcje – to zajęcie, które było dzieciom znane od dawna. A jednak warto najmłodszym przypominać, że w takim tworzeniu nie ma żadnych limitów i czasem wystarczy tylko trochę się zastanowić, a można będzie ułożyć z klocków cały świat.
Na uwagę w tej książce zasługuje zwłaszcza różnorodność zadań – raz wychodzą poza książkę, raz wymagają skorzystania z naklejek, to znowu nawiązują do tradycyjnych rozrywek – chodzi o to, żeby najmłodszym nie nudziło się sięganie do tomiku jako źródła inspiracji i żeby nauczyły się kreatywnie wykorzystywać swój potencjał.
Układanki
Budowanie z klocków to jedno, ale budowanie z naklejek w kształcie klocków to kolejny wymiar zabawy, który ma zachęcić małych odbiorców do ćwiczenia motoryki i koncentracji – i do przejścia w świat klasycznych rozrywek. „Lego świat. Zabawy z naklejkami. Zwierzęta” to nie tylko propozycje budowania kolejnych stworzeń – czasem tych bardzo egzotycznych – z posiadanych klocków. To również zeszyt ćwiczeń, który może być przez dzieci uzupełniany naklejkami dołączonymi do książki. W efekcie jeśli jakiś maluch jest już zmęczony tradycyjnymi łamigłówkami, tu może zyskać nowe wyzwania. Na kolejnych stronach znajdują się zadania – ale nie tylko. W ramkach zaznaczanych jako „czy wiesz, że” dzieci poznają ciekawostki o zwierzętach. W żarówkowych „pomysłach lego” pojawią się podpowiedzi, jak budować z klocków bez wykorzystywania instrukcji – i co zrobić, żeby uzyskać pożądane kształty. To podpowiedź dla wszystkich, którzy jeszcze nie przekonali się do samodzielnego tworzenia z klocków i konstruowania rezultatów swojej wyobraźni. Pojawiają się tu strony wypełnione informacjami i ciekawie zaprezentowanymi faktami ze świata zwierząt, albo zadania dla najmłodszych. I te zadania można podzielić na klasyczne łamigłówki (w których czasem do wykorzystania są naklejki) i na kreatywne wyzwania związane z uzupełnianiem obrazków według własnych potrzeb. Tu trzeba będzie wykazać się wyobraźnią i artystycznym zmysłem – i właśnie w tej sferze dzieci będą mogły budować z naklejkowych klocków, co im się zamarzy (w zależności od rodzaju podpowiedzi). I tak najmłodsi będą dawać upust swoim talentom – i pomysłom. Ale oprócz zabawy w obrębie samej książki, będą mogli też sięgnąć po zestawy klocków i wykorzystać je zgodnie z prezentowanymi co jakiś czas podpowiedziami, jak złożyć z posiadanych elementów konkretne zwierzę. To prawdziwe wyzwanie – i szansa na poszerzenie zabaw, a przy okazji też test umiejętności.
Wiele zwierząt pojawia się w tej książce w formie zdjęć z gotowych układanek – to coś dla dzieci, które nie mają pomysłu, jak wykorzystać przypadkowe klocki, żeby zamienić dom w menażerię. Uważne oglądanie obrazków sprawi, że przetestują w swoich warunkach możliwości złożenia wybranego zwierzęcia – a to dopiero początek rozrywek. Układanie klocków w oparciu o posiadane zasoby a nie przez instrukcje – to zajęcie, które było dzieciom znane od dawna. A jednak warto najmłodszym przypominać, że w takim tworzeniu nie ma żadnych limitów i czasem wystarczy tylko trochę się zastanowić, a można będzie ułożyć z klocków cały świat.
Na uwagę w tej książce zasługuje zwłaszcza różnorodność zadań – raz wychodzą poza książkę, raz wymagają skorzystania z naklejek, to znowu nawiązują do tradycyjnych rozrywek – chodzi o to, żeby najmłodszym nie nudziło się sięganie do tomiku jako źródła inspiracji i żeby nauczyły się kreatywnie wykorzystywać swój potencjał.
niedziela, 24 maja 2026
Jessie Inchauspé: Ciążowa rewolucja
Marginesy, Warszawa 2026.
Co najlepsze
Jessie Inchauspé dała się odbiorcom poznać jako autorka, która najpierw wnikliwie sprawdza informacje, żeby potem przekazać jak najpełniejszy ich zestaw zainteresowanym czytelnikom. Po „Glukozowej rewolucji”, która szturmem podbiła rynek poradników, pojawia się „Ciążowa rewolucja” – siłą rzeczy kierowana do mniejszej grupy odbiorczyń, za to równie szczegółowo prezentująca temat niezbędnych podczas ciąży składników oraz ich wpływu na rozwój płodu.
Autorka w narracji bardzo dba o to, żeby nie urazić ciężarnych i nie wprowadzać w ich myśli poczucia winy. Rezygnuje z nacisku na rzecz swobody wyboru: często powtarza, że nie trzeba się restrykcyjnie trzymać jej zaleceń, bo już zrobienie jednego kroku w kierunku lepszego odżywiania się w ciąży może być sukcesem. Żeby jeszcze bardziej zdjąć odpowiedzialność z przyszłych mam, przedstawia własną historię i swoją rodzicielkę, która w trakcie ciąży odżywiała się w sposób niezachęcający do naśladowania – i nie pozostawiło to przesadnie złych skutków w egzystencji córki. Ale oczywiście jeśli ktoś zechce zapewnić swojemu dziecku wszystko, co najlepsze, tu znajdzie szereg wskazówek i, co ważniejsze, wyjaśnień. Bo autorka dba o to, żeby czytelniczki nie musiały się zastanawiać nad sensownością obco brzmiących składników – cały rozdział poświęca na przykład cholinie, o której być może sporo ciężarnych w ogóle nie słyszy. Żeby zyskać na wiarygodności, zestawia własne doświadczenia ciążowe z tym, co może spotkać odbiorczynie – pokazuje im, jak wybory żywieniowe działają w kolejnych trymestrach i kiedy można pofolgować zachciankom, a dać sobie spokój z przestrzeganiem diet. Jessie Inchauspé przez rezygnowanie z kategoryczności i nastawienie na wyrozumiałość znajdzie wśród odbiorczyń wiele zwolenniczek. Zwłaszcza że zależy jej na dogłębnym analizowaniu tematów i na przytaczaniu aktualnego stanu badań – jeśli coś nie zostało zbadane pod kątem wpływu na ciążę, zaznacza to wyraźnie, żeby uniknąć wątpliwości. Dla czytelniczek może być jej książka zestawem przydatnych podpowiedzi, ale też ratunkiem: autorka wyjaśnia na przykład, dlaczego w ciąży warto ograniczyć spożywanie cukru i po co potrzebne jest białko – zadziwiające okazuje się tu rzadkie nawiązywanie do warzyw, chociaż i to sama Jessie Inchauspé będzie objaśniać. Liczy się jednak wyczulenie na potrzeby kobiet w ciąży i przygotowanie dla nich całej strategii działania. Można z niej korzystać wybiórczo, można zdecydować się na testowanie pojedynczych uwag, ale można też dać się pokierować autorce i zdjąć z siebie konieczność prowadzenia dalszych poszukiwań. Jakby tego było mało, książka kończy się zestawem przepisów na potrawy, które nie tylko są smaczne, ale jeszcze wypełnią zapotrzebowanie ciężarnych na określone składniki – tak, żeby nie trzeba było zbyt daleko szukać podpowiedzi kulinarnych. Ale Jessie Inchauspé na pewno nie będzie chować się za przepisami i za prostymi wypełniaczami objętości w tomie – liczy się dla niej rzetelne przekazywanie zdobytych wiadomości i dostarczanie czytelniczkom szeregu przydatnych informacji pozwalających na zachowanie zdrowia i kondycji przez cały czas trwania ciąży.
Co najlepsze
Jessie Inchauspé dała się odbiorcom poznać jako autorka, która najpierw wnikliwie sprawdza informacje, żeby potem przekazać jak najpełniejszy ich zestaw zainteresowanym czytelnikom. Po „Glukozowej rewolucji”, która szturmem podbiła rynek poradników, pojawia się „Ciążowa rewolucja” – siłą rzeczy kierowana do mniejszej grupy odbiorczyń, za to równie szczegółowo prezentująca temat niezbędnych podczas ciąży składników oraz ich wpływu na rozwój płodu.
Autorka w narracji bardzo dba o to, żeby nie urazić ciężarnych i nie wprowadzać w ich myśli poczucia winy. Rezygnuje z nacisku na rzecz swobody wyboru: często powtarza, że nie trzeba się restrykcyjnie trzymać jej zaleceń, bo już zrobienie jednego kroku w kierunku lepszego odżywiania się w ciąży może być sukcesem. Żeby jeszcze bardziej zdjąć odpowiedzialność z przyszłych mam, przedstawia własną historię i swoją rodzicielkę, która w trakcie ciąży odżywiała się w sposób niezachęcający do naśladowania – i nie pozostawiło to przesadnie złych skutków w egzystencji córki. Ale oczywiście jeśli ktoś zechce zapewnić swojemu dziecku wszystko, co najlepsze, tu znajdzie szereg wskazówek i, co ważniejsze, wyjaśnień. Bo autorka dba o to, żeby czytelniczki nie musiały się zastanawiać nad sensownością obco brzmiących składników – cały rozdział poświęca na przykład cholinie, o której być może sporo ciężarnych w ogóle nie słyszy. Żeby zyskać na wiarygodności, zestawia własne doświadczenia ciążowe z tym, co może spotkać odbiorczynie – pokazuje im, jak wybory żywieniowe działają w kolejnych trymestrach i kiedy można pofolgować zachciankom, a dać sobie spokój z przestrzeganiem diet. Jessie Inchauspé przez rezygnowanie z kategoryczności i nastawienie na wyrozumiałość znajdzie wśród odbiorczyń wiele zwolenniczek. Zwłaszcza że zależy jej na dogłębnym analizowaniu tematów i na przytaczaniu aktualnego stanu badań – jeśli coś nie zostało zbadane pod kątem wpływu na ciążę, zaznacza to wyraźnie, żeby uniknąć wątpliwości. Dla czytelniczek może być jej książka zestawem przydatnych podpowiedzi, ale też ratunkiem: autorka wyjaśnia na przykład, dlaczego w ciąży warto ograniczyć spożywanie cukru i po co potrzebne jest białko – zadziwiające okazuje się tu rzadkie nawiązywanie do warzyw, chociaż i to sama Jessie Inchauspé będzie objaśniać. Liczy się jednak wyczulenie na potrzeby kobiet w ciąży i przygotowanie dla nich całej strategii działania. Można z niej korzystać wybiórczo, można zdecydować się na testowanie pojedynczych uwag, ale można też dać się pokierować autorce i zdjąć z siebie konieczność prowadzenia dalszych poszukiwań. Jakby tego było mało, książka kończy się zestawem przepisów na potrawy, które nie tylko są smaczne, ale jeszcze wypełnią zapotrzebowanie ciężarnych na określone składniki – tak, żeby nie trzeba było zbyt daleko szukać podpowiedzi kulinarnych. Ale Jessie Inchauspé na pewno nie będzie chować się za przepisami i za prostymi wypełniaczami objętości w tomie – liczy się dla niej rzetelne przekazywanie zdobytych wiadomości i dostarczanie czytelniczkom szeregu przydatnych informacji pozwalających na zachowanie zdrowia i kondycji przez cały czas trwania ciąży.
sobota, 23 maja 2026
Slavenka Drakulić: O czym nie mówimy
Biblioteka Słów, Warszawa 2026.
Rozstania
Ta książka boli. Nie będzie wygodną lekturą czytaną do poduszki dla rozrywki, pozostawi po sobie bardzo wyraźne ślady. Odwołuje się bowiem do charakterystycznych lęków społecznych i do sytuacji, które mogą spotkać każdego czytelnika. Chociaż Slavenka Drakulić w „O czym nie mówimy” proponuje zbiór opowiadań, to jednak wydaje się wręcz, że postawiła na migawki wspomnieniowe – jest tak bardzo przekonująca, szczera i brutalna w realizmie. Niemal każda historia jest tu analizą jakiegoś rodzaju cierpienia, traumy czy żałoby – czasem to odchodzenie kogoś cierpiącego na chorobę nowotworową, czasem przygnębiająca szpitalna rzeczywistość podczas pandemii, ból tych, którzy muszą uporać się z rozstaniem albo pożegnać kogoś bliskiego, a czasami po prostu – śmierć miłości w związku lub rozczarowania płynące z oddalania się od siebie. Pojawi się także jako refrenowy temat – starość, wypełniona przykrymi drobiazgami, jedne są bardziej uciążliwe dla otoczenia, inne -dla osoby, która traci swoje dotychczasowe zdolności i przestaje ufać własnemu ciało. Czyli Slavenka Drakulić wcale nie odchodzi daleko od życia i normalności, rejestruje te zjawiska z codzienności, które przynoszą najwięcej rozczarowań i bólu – owszem, możliwego do opanowania i z perspektywy całego życia nie zawsze istotnego, a jednak uporczywego w danym momencie. Ta autorka właśnie takie momenty łapie, pozwala im się rozwinąć w wypełnioną emocjami drobną historię – i pozostawia z tym czytelników, zmuszonych do analizowania własnego stanu uczuciowego.
„O czym nie mówimy” to książka, która wyzwoli silne emocje – ma do tego podstawy. Autorka wyjątkowo celnie szkicuje sytuacje i charaktery, a także odczucia postaci – w efekcie przeżycia z kart opowiadań stają się wręcz namacalne dla odbiorców. Dobrze, jeśli ktoś nie mierzył się z podobnymi wyzwaniami we własnym otoczeniu – dostanie po prostu podgląd tego, co byłoby, gdyby zrealizować czarne scenariusze (prawdopodobne i naturalne). Części odbiorców wspólnota doświadczeń może przypaść do gustu, ale nie ulega wątpliwości, że jest to lektura wymagająca – i wymuszająca na czytelnikach maksymalne skupienie. Nie ma tu fabuł, na których by się można było zatrzymać, rzeczywistość odarta z wyobraźni przestaje być przedmiotem analiz – liczą się wyłącznie odczucia, które nie należą do najprostszych. I chociaż w określonych sytuacjach każdy reaguje po swojemu, Slavenka Drakulić wybiera te motywy, przy których wręcz nie ma miejsca na oryginalne odruchy. Bazuje na stanach czytelnikom doskonale znanych i przez to wiele razy będzie wręcz odsuwać uwagę od literackości na rzecz oceny trafności spostrzeżeń. „O czym nie mówimy” to książka wyjątkowa, która przypadnie do gustu także czytelnikom stroniącym na co dzień od małych form literackich. Jest to popis – ale popis obserwacji umiejętnie przekuwanych na tekst i empatii w jednym. To publikacja, która nie pozostawia nikogo obojętnym – ale ponieważ tak mocno będzie poruszać, warto dawkować ją ostrożnie i przemierzać świat prezentowany przez autorkę z dużą dozą refleksji na temat własnych obaw.
Rozstania
Ta książka boli. Nie będzie wygodną lekturą czytaną do poduszki dla rozrywki, pozostawi po sobie bardzo wyraźne ślady. Odwołuje się bowiem do charakterystycznych lęków społecznych i do sytuacji, które mogą spotkać każdego czytelnika. Chociaż Slavenka Drakulić w „O czym nie mówimy” proponuje zbiór opowiadań, to jednak wydaje się wręcz, że postawiła na migawki wspomnieniowe – jest tak bardzo przekonująca, szczera i brutalna w realizmie. Niemal każda historia jest tu analizą jakiegoś rodzaju cierpienia, traumy czy żałoby – czasem to odchodzenie kogoś cierpiącego na chorobę nowotworową, czasem przygnębiająca szpitalna rzeczywistość podczas pandemii, ból tych, którzy muszą uporać się z rozstaniem albo pożegnać kogoś bliskiego, a czasami po prostu – śmierć miłości w związku lub rozczarowania płynące z oddalania się od siebie. Pojawi się także jako refrenowy temat – starość, wypełniona przykrymi drobiazgami, jedne są bardziej uciążliwe dla otoczenia, inne -dla osoby, która traci swoje dotychczasowe zdolności i przestaje ufać własnemu ciało. Czyli Slavenka Drakulić wcale nie odchodzi daleko od życia i normalności, rejestruje te zjawiska z codzienności, które przynoszą najwięcej rozczarowań i bólu – owszem, możliwego do opanowania i z perspektywy całego życia nie zawsze istotnego, a jednak uporczywego w danym momencie. Ta autorka właśnie takie momenty łapie, pozwala im się rozwinąć w wypełnioną emocjami drobną historię – i pozostawia z tym czytelników, zmuszonych do analizowania własnego stanu uczuciowego.
„O czym nie mówimy” to książka, która wyzwoli silne emocje – ma do tego podstawy. Autorka wyjątkowo celnie szkicuje sytuacje i charaktery, a także odczucia postaci – w efekcie przeżycia z kart opowiadań stają się wręcz namacalne dla odbiorców. Dobrze, jeśli ktoś nie mierzył się z podobnymi wyzwaniami we własnym otoczeniu – dostanie po prostu podgląd tego, co byłoby, gdyby zrealizować czarne scenariusze (prawdopodobne i naturalne). Części odbiorców wspólnota doświadczeń może przypaść do gustu, ale nie ulega wątpliwości, że jest to lektura wymagająca – i wymuszająca na czytelnikach maksymalne skupienie. Nie ma tu fabuł, na których by się można było zatrzymać, rzeczywistość odarta z wyobraźni przestaje być przedmiotem analiz – liczą się wyłącznie odczucia, które nie należą do najprostszych. I chociaż w określonych sytuacjach każdy reaguje po swojemu, Slavenka Drakulić wybiera te motywy, przy których wręcz nie ma miejsca na oryginalne odruchy. Bazuje na stanach czytelnikom doskonale znanych i przez to wiele razy będzie wręcz odsuwać uwagę od literackości na rzecz oceny trafności spostrzeżeń. „O czym nie mówimy” to książka wyjątkowa, która przypadnie do gustu także czytelnikom stroniącym na co dzień od małych form literackich. Jest to popis – ale popis obserwacji umiejętnie przekuwanych na tekst i empatii w jednym. To publikacja, która nie pozostawia nikogo obojętnym – ale ponieważ tak mocno będzie poruszać, warto dawkować ją ostrożnie i przemierzać świat prezentowany przez autorkę z dużą dozą refleksji na temat własnych obaw.
piątek, 22 maja 2026
Hanne Gjerde: Nasz nauczyciel robot
Kropka, Warszawa 2026.
Pułapka
Świetnie, że do książek dla dzieci wkraczają coraz odważniej tematy związane z AI, postępem technologicznym i wyzwaniami najbliższej przyszłości – to dobry sposób na przekonanie najmłodszych do czytania, a przy okazji na przemycanie kwestii etycznych, które będą musiały zostać uregulowane. „Nasz nauczyciel robot” to opowieść trochę kryminalna, trochę detektywistyczna. Hanne Gjerde zajmuje się tu tekstem, Thea Jacobsen dodaje wyraziste ilustracje w młodzieżowym duchu. Ale najbardziej liczy się fabuła i sposób przedstawiania dzieciom problemów.
Do jednej klasy chodzą Tone i Matteo. Tone to dziewczyna trochę wycofana, stale szukająca swojego miejsca, pozostająca z dala od najpopularniejszych dzieciaków. Na zachowanie Tone wpływ ma też fakt, że jej rodzice się rozwiedli – niedawno. Bohaterka nie potrafi się pogodzić z tym faktem, ma nadzieję, że uda się jeszcze skleić rodzinę – tymczasem mama chwali się w mediach społecznościowych zdjęciem ze swoją nową miłością. Nic dziwnego, że Tone czuje się zagubiona. Na szczęście trwa przy niej Matteo, wierny przyjaciel. Dzieci mają swoją ulubioną nauczycielkę, która potrafi dyplomatycznie rozwiązywać problemy i z empatią podchodzi do każdego ucznia. Tylko że pewnego dnia nauczycielka znika, a w jej miejsce pojawia się Pan AI – humanoidalny robot, który ma z klasy zrobić najlepszych uczniów na świecie. Bez obaw – Pan AI nie może stosować niedozwolonych środków, ma wgrany cały kodeks etyczny, działa według algorytmów i tak, żeby nie pominąć żadnej okazji do poprawienia wyników. Rozdaje uczniom specjalne elektroniczne bransoletki monitorujące skupienie przy rozwiązywaniu zadań, przeczesuje informacje z sieci (i dane wpisywane przez uczniów do ich komputerów), żeby uzyskać o nich jak najpełniejsze informacje, a do tego nie rozumie, jakimi wyborami kierują się ludzie przy zwykłym funkcjonowaniu: obce są mu kłamstwa czy ukrywanie wiadomości zdobytych w niekoniecznie akceptowalny sposób. Dzieci przekonują się, że lekcje odtąd będą wyglądały zupełnie inaczej. Pan AI z kolei może się czegoś od młodzieży nauczyć. Ale prawdziwa tajemnica tkwi gdzie indziej: nauczycielka zniknęła bez pożegnania i podobno realizuje marzenie o podróży dookoła świata. Ale w materiałach przedstawianych uczniom coś wydaje się niespójne...
Hanne Gjerde dostarcza czytelnikom powieść bardzo dynamiczną i ciekawą ze względu na odejście od schematów fabularnych – a dzięki temu, że może bez trudu wygrać walkę o uwagę młodych odbiorców, przestrzeń książki wykorzystuje też na przemycanie ostrzeżeń i uwag na temat zachłystywania się nowymi technologiami. Roboty nie znają uczuć, nie rozumieją subtelnych zachowań, wszystko jest dla nich zero-jedynkowe, zupełnie inaczej niż dla dzieci. I to sami uczniowie przekonują się, w jaki sposób łamane są prawa człowieka – pod przykrywką dążenia do ogromnego sukcesu. I „Nasz nauczyciel robot” to książka, w której padają bardzo ważne pytania na temat wolności człowieka czy granic, jakie należałoby postawić bezdusznym maszynom. Jest to historia wielowymiarowa – pojawiają się tu wątki z różnych dziedzin (między innymi pytanie o tożsamość seksualną bohaterki, pierwsze przyjaźnie budowane nieśmiało i na przekór okolicznościom, a także – ograniczenia ludzkich mózgów w obliczu nastawionego na sukces AI). Mnóstwo tu wydarzeń, które nakłonią odbiorców do refleksji – i oby fakt, że ta książka świetnie nadaje się na szkolną lekturę albo materiał do opracowywania na szkolnych kółkach bibliotecznych nie zabił jej potencjału. Warto, żeby i dzieci, i dorośli zapoznali się z tą publikacją.
Pułapka
Świetnie, że do książek dla dzieci wkraczają coraz odważniej tematy związane z AI, postępem technologicznym i wyzwaniami najbliższej przyszłości – to dobry sposób na przekonanie najmłodszych do czytania, a przy okazji na przemycanie kwestii etycznych, które będą musiały zostać uregulowane. „Nasz nauczyciel robot” to opowieść trochę kryminalna, trochę detektywistyczna. Hanne Gjerde zajmuje się tu tekstem, Thea Jacobsen dodaje wyraziste ilustracje w młodzieżowym duchu. Ale najbardziej liczy się fabuła i sposób przedstawiania dzieciom problemów.
Do jednej klasy chodzą Tone i Matteo. Tone to dziewczyna trochę wycofana, stale szukająca swojego miejsca, pozostająca z dala od najpopularniejszych dzieciaków. Na zachowanie Tone wpływ ma też fakt, że jej rodzice się rozwiedli – niedawno. Bohaterka nie potrafi się pogodzić z tym faktem, ma nadzieję, że uda się jeszcze skleić rodzinę – tymczasem mama chwali się w mediach społecznościowych zdjęciem ze swoją nową miłością. Nic dziwnego, że Tone czuje się zagubiona. Na szczęście trwa przy niej Matteo, wierny przyjaciel. Dzieci mają swoją ulubioną nauczycielkę, która potrafi dyplomatycznie rozwiązywać problemy i z empatią podchodzi do każdego ucznia. Tylko że pewnego dnia nauczycielka znika, a w jej miejsce pojawia się Pan AI – humanoidalny robot, który ma z klasy zrobić najlepszych uczniów na świecie. Bez obaw – Pan AI nie może stosować niedozwolonych środków, ma wgrany cały kodeks etyczny, działa według algorytmów i tak, żeby nie pominąć żadnej okazji do poprawienia wyników. Rozdaje uczniom specjalne elektroniczne bransoletki monitorujące skupienie przy rozwiązywaniu zadań, przeczesuje informacje z sieci (i dane wpisywane przez uczniów do ich komputerów), żeby uzyskać o nich jak najpełniejsze informacje, a do tego nie rozumie, jakimi wyborami kierują się ludzie przy zwykłym funkcjonowaniu: obce są mu kłamstwa czy ukrywanie wiadomości zdobytych w niekoniecznie akceptowalny sposób. Dzieci przekonują się, że lekcje odtąd będą wyglądały zupełnie inaczej. Pan AI z kolei może się czegoś od młodzieży nauczyć. Ale prawdziwa tajemnica tkwi gdzie indziej: nauczycielka zniknęła bez pożegnania i podobno realizuje marzenie o podróży dookoła świata. Ale w materiałach przedstawianych uczniom coś wydaje się niespójne...
Hanne Gjerde dostarcza czytelnikom powieść bardzo dynamiczną i ciekawą ze względu na odejście od schematów fabularnych – a dzięki temu, że może bez trudu wygrać walkę o uwagę młodych odbiorców, przestrzeń książki wykorzystuje też na przemycanie ostrzeżeń i uwag na temat zachłystywania się nowymi technologiami. Roboty nie znają uczuć, nie rozumieją subtelnych zachowań, wszystko jest dla nich zero-jedynkowe, zupełnie inaczej niż dla dzieci. I to sami uczniowie przekonują się, w jaki sposób łamane są prawa człowieka – pod przykrywką dążenia do ogromnego sukcesu. I „Nasz nauczyciel robot” to książka, w której padają bardzo ważne pytania na temat wolności człowieka czy granic, jakie należałoby postawić bezdusznym maszynom. Jest to historia wielowymiarowa – pojawiają się tu wątki z różnych dziedzin (między innymi pytanie o tożsamość seksualną bohaterki, pierwsze przyjaźnie budowane nieśmiało i na przekór okolicznościom, a także – ograniczenia ludzkich mózgów w obliczu nastawionego na sukces AI). Mnóstwo tu wydarzeń, które nakłonią odbiorców do refleksji – i oby fakt, że ta książka świetnie nadaje się na szkolną lekturę albo materiał do opracowywania na szkolnych kółkach bibliotecznych nie zabił jej potencjału. Warto, żeby i dzieci, i dorośli zapoznali się z tą publikacją.
czwartek, 21 maja 2026
Kinga Sroka-Gieparda: Marketing przyszłości. Co zrobić, by sztuczna inteligencja była dla ciebie zawodowym wsparciem a nie zagrożeniem
Onepress, Gliwice 2026.
Oswajanie
Sztuczna inteligencja to między innymi narzędzie dla tych wszystkich, którzy chcą sobie ułatwić codzienne zawodowe obowiązki. Umiejętność promptowania staje się w błyskawicznym tempie wręcz wymogiem, żeby nie dać się wyprzedzić konkurencji. Jak na razie podstawowym atutem w korzystaniu z AI okazuje się skrócenie czasu przeznaczonego na tworzenie treści marketingowych i automatyzacja co bardziej niewygodnych zajęć w rodzaju odpowiadania na reklamacje lub wątpliwości klientów. AI pozwala na stworzenie botów zapewniających kontakt z odbiorcami 24 godziny na dobę. Może też ułatwić kampanie w social mediach. Ale żeby do tego dojść, trzeba trochę odwagi w sięganiu po to, co nowe – i dlatego na rynku pojawiają się krótkie, wręcz brykowe, poradniki. „Marketing przyszłości. Co zrobić, by sztuczna inteligencja była dla ciebie zawodowym wsparciem a nie zagrożeniem” to książka, w której Kinga Sroka-Gieparda dokonuje podsumowań dostępnych aktualnie na rynku narzędzi bazujących na sztucznej inteligencji – świadoma, że część z nich może się szybko zdezaktualizować i wówczas książka zostanie po prostu komentarzem i znakiem czasów.
Dla tych wszystkich, którzy trochę gubią się w możliwościach AI – w tym najbardziej podstawowym zakresie – autorka ma zestaw wygodnych wyliczeń i podsumowań. „Marketing przyszłości” to nie książka, którą da się czytać dla rozrywki, tu liczą się dane i spostrzeżenia, a także – podpowiedzi zawodowe. Kolejne rozdziały w tym tomie porządkują narzędzia AI pod kątem ich potencjalnych zastosowań: są modele do generowania treści, modele konwersacyjne, modele wykorzystywane przez informatyków do tworzenia kodów, modele, które tworzą grafiki – i dzięki temu także użytkownikom łatwiej będzie nawigować po książce i od razu dotrzeć do właściwych obszarów sztucznej inteligencji, od razu do tych najbardziej przydatnych elementów i sprawdzić, które z nich – już w ramach zawężonych możliwości – najlepiej odpowiedzą na potrzeby. Podrozdziały w poszczególnych częściach to po prostu rodzaj skrótowej prezentacji możliwości danego narzędzia – wyliczenia cech charakterystycznych, rodzajów zastosowania w marketingu czy „morału dla marketerów”. Każdy rozdział kończy się dwudziestoma przykładowymi promptami dla marketerów – wykorzystującymi konkretny model. I o ile autorka nawołuje na początku do tworzenia jak najbardziej szczegółowych i konkretnych promptów, o tyle w swoich podpowiedziach kieruje się jednak użytecznością, a co za tym idzie – wysokim stopniem uogólnienia, tak, że czytelnicy, którzy faktycznie zechcą się posiłkować tymi wskazówkami, będą musieli i tak dopracować polecenia. Wydaje się też, że nie do końca kreatywnie podchodzi autorka do możliwości zapewnianych przez AI w pracy marketerów – bo najważniejsze punkty do wykorzystania to zwykle posty na media społecznościowe oraz szablony do rozmów z klientami. Ciekawym dodatkiem do książki są zestereotypizowane rozmowy z fachowcami w wybranych dziedzinach – to pokazanie, jak AI już działa na rynku marketingu i jak może zadziałać w najbliższej przyszłości.
Zachęca zatem Kinga Sroka-Gieparda do wykorzystywania nowych możliwości, jakie pojawiają się w zawodzie marketera – i prowadzi czytelników przez potrzebne im podstawy bez zbędnych komentarzy i dodatków. Zależy jej na dotarciu przede wszystkim do odbiorców, którzy nie potrafią samodzielnie wybrać sobie narzędzi do skutecznego działania.
Oswajanie
Sztuczna inteligencja to między innymi narzędzie dla tych wszystkich, którzy chcą sobie ułatwić codzienne zawodowe obowiązki. Umiejętność promptowania staje się w błyskawicznym tempie wręcz wymogiem, żeby nie dać się wyprzedzić konkurencji. Jak na razie podstawowym atutem w korzystaniu z AI okazuje się skrócenie czasu przeznaczonego na tworzenie treści marketingowych i automatyzacja co bardziej niewygodnych zajęć w rodzaju odpowiadania na reklamacje lub wątpliwości klientów. AI pozwala na stworzenie botów zapewniających kontakt z odbiorcami 24 godziny na dobę. Może też ułatwić kampanie w social mediach. Ale żeby do tego dojść, trzeba trochę odwagi w sięganiu po to, co nowe – i dlatego na rynku pojawiają się krótkie, wręcz brykowe, poradniki. „Marketing przyszłości. Co zrobić, by sztuczna inteligencja była dla ciebie zawodowym wsparciem a nie zagrożeniem” to książka, w której Kinga Sroka-Gieparda dokonuje podsumowań dostępnych aktualnie na rynku narzędzi bazujących na sztucznej inteligencji – świadoma, że część z nich może się szybko zdezaktualizować i wówczas książka zostanie po prostu komentarzem i znakiem czasów.
Dla tych wszystkich, którzy trochę gubią się w możliwościach AI – w tym najbardziej podstawowym zakresie – autorka ma zestaw wygodnych wyliczeń i podsumowań. „Marketing przyszłości” to nie książka, którą da się czytać dla rozrywki, tu liczą się dane i spostrzeżenia, a także – podpowiedzi zawodowe. Kolejne rozdziały w tym tomie porządkują narzędzia AI pod kątem ich potencjalnych zastosowań: są modele do generowania treści, modele konwersacyjne, modele wykorzystywane przez informatyków do tworzenia kodów, modele, które tworzą grafiki – i dzięki temu także użytkownikom łatwiej będzie nawigować po książce i od razu dotrzeć do właściwych obszarów sztucznej inteligencji, od razu do tych najbardziej przydatnych elementów i sprawdzić, które z nich – już w ramach zawężonych możliwości – najlepiej odpowiedzą na potrzeby. Podrozdziały w poszczególnych częściach to po prostu rodzaj skrótowej prezentacji możliwości danego narzędzia – wyliczenia cech charakterystycznych, rodzajów zastosowania w marketingu czy „morału dla marketerów”. Każdy rozdział kończy się dwudziestoma przykładowymi promptami dla marketerów – wykorzystującymi konkretny model. I o ile autorka nawołuje na początku do tworzenia jak najbardziej szczegółowych i konkretnych promptów, o tyle w swoich podpowiedziach kieruje się jednak użytecznością, a co za tym idzie – wysokim stopniem uogólnienia, tak, że czytelnicy, którzy faktycznie zechcą się posiłkować tymi wskazówkami, będą musieli i tak dopracować polecenia. Wydaje się też, że nie do końca kreatywnie podchodzi autorka do możliwości zapewnianych przez AI w pracy marketerów – bo najważniejsze punkty do wykorzystania to zwykle posty na media społecznościowe oraz szablony do rozmów z klientami. Ciekawym dodatkiem do książki są zestereotypizowane rozmowy z fachowcami w wybranych dziedzinach – to pokazanie, jak AI już działa na rynku marketingu i jak może zadziałać w najbliższej przyszłości.
Zachęca zatem Kinga Sroka-Gieparda do wykorzystywania nowych możliwości, jakie pojawiają się w zawodzie marketera – i prowadzi czytelników przez potrzebne im podstawy bez zbędnych komentarzy i dodatków. Zależy jej na dotarciu przede wszystkim do odbiorców, którzy nie potrafią samodzielnie wybrać sobie narzędzi do skutecznego działania.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






