Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.
Wyprawa
Wyszukiwanek na rynku jest już mnóstwo i trzeba dobrego pomysłu, żeby się wyróżnić. Dlatego seria W Misiowym Lesie tak bardzo zwraca na siebie uwagę najmłodszych. Przede wszystkim to połączenie wyszukiwanki i rymowanek dla dzieci. Wielka ilustracja na dwie strony pojawia się co drugą rozkładówkę. Tu znajduje się wierszyk – ogólnikowe przedstawienie tego, co można robić w wybranym zakątku Misiowego Lasu. Rodzaj oswojenia dzieci z przestrzenią i przygotowania na kolejne wyzwanie. Do tego – wyliczanka z miejscami do zaznaczenia. Wyliczanka obejmuje motywy, które trzeba znaleźć na ilustracji – jest ich mnóstwo, jeśli wziąć pod uwagę fakt, że obrazki są bardzo gęste i wcale nie tak łatwo wydobyć konkretne rzeczy. Te wyszukiwankowe rozkładówki są przeplatane klasycznymi bajkami. I tu pojawiają się rymowanki bardziej rzeczowe, dotyczące przebywania w jakimś miejscu z Misiowego Lasu – i działają jak typowe „jak to działa”: bohaterowie dowiedzą się na przykład, co robi się w piekarni, szkole czy w szpitalu – oczywiście w tych w misiowej wersji, ale i tak może to być zaproszenie odbiorców do świata bohaterów i zachęta do wspólnego spędzania czasu.
Rachel Piercey pisze tu teksty (przekłada je Maciejka Mazan i z pewnością nie jest to proste, żeby oddać ducha oryginału i jednocześnie trzymać się sylabotoniku, zwłaszcza wtedy, kiedy nie można się schować za konkretnymi działaniami postaci). Freya Hartas zajmuje się stroną graficzną i pewne jest, że niejeden raz czytelników zaskoczy. Przede wszystkim nawiązaniami do klasyki. Ta książka ma spory format i już tym zwraca uwagę. Ale o wiele bardziej przykuwają wzrok tradycyjne w duchu obrazki – tu liczy się zaproszenie najmłodszych do świata sprzed co najmniej kilku dekad – tyle że dostosowanego do dzisiejszych wymogów rynkowych. Widać to zwłaszcza na seriach drobnych rysunków prezentujących przebieg wydarzeń w konkretnych miejscach – pod kolejnymi adresami w Misiowym Lesie. Tam, gdzie nie trzeba popisów ilustratorskich i przesycania ilustracji detalami, liczy się efekt – a ten jest olśniewający. Dzieci, które dzisiaj przyzwyczajone są do grafik komputerowych i maksymalnie upraszczanych za sprawą książeczek licencyjnych form – tu otrzymają rysunki, którym trzeba się uważnie przyglądać, żeby wychwycić wszystkie ich zalety. Z kolei na wyszukiwankowych stronach roi się od miniaturowych scenek, bohaterów i ciekawostek – tu dzieci nie będą się skupiać tylko i wyłącznie na wypełnianiu zadań, ale też na wychwytywaniu niespodzianek, jakie ilustratorka wprowadziła do świata Misiowego Lasu.
Jest tu zatem coś dla miłośników tradycji – i coś dla fanów dzisiejszych rozrywek. Dzieci nie poprzestaną na wypełnianiu zadań, otrzymają teksty, które zakorzenią je w Misiowym Lesie, sprawią, że świat z bajki stanie się bardziej prawdziwy i wręcz namacalny. Te maluchy, które nie przepadają za wyszukiwankami, mogą skoncentrować się wyłącznie na opisach świata przedstawionego – i towarzyszyć bohaterom w ich zwykłych czynnościach. Dla każdego coś miłego – ale przecież Misiowy Las nikogo nie może zniechęcić ani odstraszyć.
tu-czytam
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
piątek, 10 kwietnia 2026
czwartek, 9 kwietnia 2026
Perry Carpenter: FAIK. Sztuczna inteligencja w służbie fałszywej rzeczywistości. Jak przetrwać w epoce cyfrowych oszustw
Helion, Gliwice 2026.
Obrona
Sztuczna inteligencja to morze możliwości, a jednocześnie – mnóstwo zagrożeń, na jakie użytkownicy internetu jeszcze nie są przygotowani – i które będą przeważnie wyprzedzać szanse na obronę przeciętnego internauty. Perry Carpenter postanawia zatem uczulić czytelników na sztuczki i techniki pozwalające kreować fałszywe informacje, żeby w ten sposób zapewnić im przynajmniej pierwszy stopień ochrony przed atakami i manipulacją. I, jak często bywa w przypadku książek o AI, i tutaj mniej będzie technicznych informacji, a więcej odwoływania się do emocji i przeczuć odbiorców. Perry Carpenter każdy rozdział rozpoczyna od krótkiej fabularyzowanej historyjki, w której bohaterowie padają ofiarą cyberprzestępstwa – albo w ostatniej chwili zagrożenia unikają. To okazja do przypomnienia czytelnikom najczęściej stosowanych mechanizmów, a także do wyczulenia ich na sztuczki. Autor woli raczej wyliczać poszczególne rodzaje zagrożeń niż poddawać je długiej analizie – wie, że przez rozbudowaną teorię zwykli czytelnicy mogliby nie chcieć przebrnąć. Proponuje zatem zestaw narzędzi, które mają być przydatne w rozszyfrowywaniu internetowych nadużyć. Fake newsy czy pishing to wybrane zagadnienia, które pojawiają się tu wcale nie na pierwszym planie a jako jedne z wielu rodzajów zagrań, na które warto w sieci dzisiaj uważać. „FAIK. Sztuczna inteligencja w służbie fałszywej rzeczywistości. Jak przetrwać w epoce cyfrowych oszustw” nie jest jednak tylko i wyłącznie poradnikiem czy szczepionką na fałszywe wiadomości w sieci. Czytelnicy wyciągną z tej książki o wiele więcej, pod warunkiem, że zaufają autorowi i – że potrenują uważność dzięki wskazówkom pojawiającym się na końcu tomu. Może to być trudne – wymaga bowiem czasu i sporej energii, jednak Carpenter przekonuje, że wypracowanie sobie pewnych odruchów zaowocuje szybko lepszym orientowaniem się w ewentualnych manipulacjach i oszustwach.
Nie trzeba wiele, żeby zyskać dostęp do cennych danych – tu liczy się również psychologia, obok świadomości informatycznych chwytów. Ale w erze AI możliwości przestępców stają się o wiele większe – bo wspomagane przez dostępne powszechnie narzędzia. Nawet jeśli twórcy LLM-ów starają się wyposażyć je w umiejętność odsiewania potencjalnie niebezpiecznych treści, Carpenter pokazuje, jak łatwo jest obejść system i uzyskać potrzebne dane bez szczególnego wysiłku. Przypomina odbiorcom, że przestępcy będą korzystać z takich furtek i nie zawahają się przed nieetycznym wykorzystywaniem sztucznej inteligencji. Dlatego też warto wypracować w sobie nieufność do wiralowych treści czy materiałów, które stoją w sprzeczności z wartościami głoszonymi przez konkretne osoby: deepfake nie jest dzisiaj niczym niezwykłym, a może błyskawicznie wprowadzić w błąd szerokie rzesze odbiorców.
Co ciekawe, do napisania książki Perry Carpenter wykorzystuje sztuczną inteligencję: pokazuje, jak to narzędzie funkcjonuje i jak ułatwia pracę – tłumacząc jednocześnie, dlaczego nie można wierzyć we wszystkie treści przez nie tworzone. Ten autor próbuje nauczyć czytelników, że AI ma wiele twarzy i że warto korzystać z niej rozumnie, bez strachu, ale też bez nadmiernego zaufania. I to wszystko pojawia się w książce, która pozwala szerokiemu gronu czytelników lepiej poznać możliwości AI, a jednocześnie – jedynie zarysowuje tematy, które zasługują na pogłębienie. Tu nie ma czasu na rozbudowane analizy – najpierw trzeba zaprezentować odbiorcom podstawy. I to Perry Carpenter robi.
Obrona
Sztuczna inteligencja to morze możliwości, a jednocześnie – mnóstwo zagrożeń, na jakie użytkownicy internetu jeszcze nie są przygotowani – i które będą przeważnie wyprzedzać szanse na obronę przeciętnego internauty. Perry Carpenter postanawia zatem uczulić czytelników na sztuczki i techniki pozwalające kreować fałszywe informacje, żeby w ten sposób zapewnić im przynajmniej pierwszy stopień ochrony przed atakami i manipulacją. I, jak często bywa w przypadku książek o AI, i tutaj mniej będzie technicznych informacji, a więcej odwoływania się do emocji i przeczuć odbiorców. Perry Carpenter każdy rozdział rozpoczyna od krótkiej fabularyzowanej historyjki, w której bohaterowie padają ofiarą cyberprzestępstwa – albo w ostatniej chwili zagrożenia unikają. To okazja do przypomnienia czytelnikom najczęściej stosowanych mechanizmów, a także do wyczulenia ich na sztuczki. Autor woli raczej wyliczać poszczególne rodzaje zagrożeń niż poddawać je długiej analizie – wie, że przez rozbudowaną teorię zwykli czytelnicy mogliby nie chcieć przebrnąć. Proponuje zatem zestaw narzędzi, które mają być przydatne w rozszyfrowywaniu internetowych nadużyć. Fake newsy czy pishing to wybrane zagadnienia, które pojawiają się tu wcale nie na pierwszym planie a jako jedne z wielu rodzajów zagrań, na które warto w sieci dzisiaj uważać. „FAIK. Sztuczna inteligencja w służbie fałszywej rzeczywistości. Jak przetrwać w epoce cyfrowych oszustw” nie jest jednak tylko i wyłącznie poradnikiem czy szczepionką na fałszywe wiadomości w sieci. Czytelnicy wyciągną z tej książki o wiele więcej, pod warunkiem, że zaufają autorowi i – że potrenują uważność dzięki wskazówkom pojawiającym się na końcu tomu. Może to być trudne – wymaga bowiem czasu i sporej energii, jednak Carpenter przekonuje, że wypracowanie sobie pewnych odruchów zaowocuje szybko lepszym orientowaniem się w ewentualnych manipulacjach i oszustwach.
Nie trzeba wiele, żeby zyskać dostęp do cennych danych – tu liczy się również psychologia, obok świadomości informatycznych chwytów. Ale w erze AI możliwości przestępców stają się o wiele większe – bo wspomagane przez dostępne powszechnie narzędzia. Nawet jeśli twórcy LLM-ów starają się wyposażyć je w umiejętność odsiewania potencjalnie niebezpiecznych treści, Carpenter pokazuje, jak łatwo jest obejść system i uzyskać potrzebne dane bez szczególnego wysiłku. Przypomina odbiorcom, że przestępcy będą korzystać z takich furtek i nie zawahają się przed nieetycznym wykorzystywaniem sztucznej inteligencji. Dlatego też warto wypracować w sobie nieufność do wiralowych treści czy materiałów, które stoją w sprzeczności z wartościami głoszonymi przez konkretne osoby: deepfake nie jest dzisiaj niczym niezwykłym, a może błyskawicznie wprowadzić w błąd szerokie rzesze odbiorców.
Co ciekawe, do napisania książki Perry Carpenter wykorzystuje sztuczną inteligencję: pokazuje, jak to narzędzie funkcjonuje i jak ułatwia pracę – tłumacząc jednocześnie, dlaczego nie można wierzyć we wszystkie treści przez nie tworzone. Ten autor próbuje nauczyć czytelników, że AI ma wiele twarzy i że warto korzystać z niej rozumnie, bez strachu, ale też bez nadmiernego zaufania. I to wszystko pojawia się w książce, która pozwala szerokiemu gronu czytelników lepiej poznać możliwości AI, a jednocześnie – jedynie zarysowuje tematy, które zasługują na pogłębienie. Tu nie ma czasu na rozbudowane analizy – najpierw trzeba zaprezentować odbiorcom podstawy. I to Perry Carpenter robi.
środa, 8 kwietnia 2026
Lynette Noni: Dwoje nad przepaścią
Must Read, Media Rodzina, Poznań 2026.
Survival
Lynette Noni na nowy poziom wznosi historię spod znaku „zabili go i uciekł”, ale nikt nie będzie mieć jej tego za złe, bo oferuje czytelnikom całą gamę silnych – naprawdę silnych – uczuć, które pokażą jednoznacznie, co w życiu jest naprawdę ważne. „Dwoje nad przepaścią” to książka young adult, w której tytuł nie jest przenośnią a bolesną dosłownością. To zaskakująca historia miłosna wypełniona adrenaliną do granic możliwości – i pozwalająca bohaterom na lepsze poznawanie siebie i uporanie się z traumami. Wprawdzie teraźniejszość w australijskim parku narodowym nie brzmi jak sielanka, a jednak nie zostawia żadnych śladów w bohaterach. Ot, zwykłe zmęczenie, ból mięśni to jedyne niedogodności, z którymi borykają się młodzi ludzie, którzy przeprawiali się przez kaniony, spadali ze stromizn, nurkowali w jaskiniach bez wiedzy, czy uda im się wydostać albo przechodzili przez spróchniały most przerzucony nad przepaścią. Codzienność dla tych, którzy borykają się z niezaleczonymi problemami psychicznymi. Lynette Noni przesadza – ale ta przesada wychodzi na dobre fabule, w której może się zdarzyć absolutnie wszystko. Bo Charlie cierpi – pół roku wcześniej jej mama zginęła w wypadku. Od tej pory dziewczyna musi uczyć się każdego dnia żyć na nowo. W dodatku jej najlepsza przyjaciółka, która pokonała już raz białaczkę, może wrócić do swojej walki. Ale to właśnie ta przyjaciółka zgłasza się do reality show, w którym może spędzić cztery dni w survivalowej trasie z ukochanym aktorem. Zander to ten aktor. On musi naprawić swój wizerunek w oczach publiczności – inaczej straci szansę na rolę w filmie i wszystko, czego do tej pory się w Hollywood dorobił. Miał wprawdzie swoje powody, żeby zrobić to, co zrobił, ale nie może ich nikomu przedstawić bez naruszania prywatności swojego najlepszego do tej pory przyjaciela. Zander i Charlie to para, która ma wyruszyć na survivalową wyprawę. Oboje wiedzą, że w Australii wszystko będzie chciało ich zabić – ale są też świadomi, że opiekę nad nimi sprawować będzie specjalista od szkoły przetrwania, więc nie może stać się im krzywda, w dodatku będą przez cały czas pod ostrzałem kamer. Tyle w teorii. Bo w australijskim buszu naprawdę wiele rzeczy może pójść nie tak.
I Lynette Noni doskonale wie o tym, że silne przeżycia zaowocują równie silnymi emocjami. Zmusza bohaterów do porzucenia masek i do dogadania się – ale już wkrótce doświadczenia z wyprawy zamienią się w prawdziwą walkę o życie – i staną się najlepszym motywem do ujawnienia prawdziwych uczuć. Bohaterowie będą przeżywać najbardziej przerażające przygody, zdani na własne siły i kaprysy przyrody. I w tym wszystkim autorka pozwoli im na najważniejsze rozmowy. Jest to książka, która trzyma w napięciu i rozbudza ciekawość – ale nie przez przesadę, która kipi z kolejnych wydarzeń, a za sprawą pomysłowości autorki i wyobraźni, która zabierze czytelników do innego niż zwykle świata. Tu dzieje się mnóstwo, a rzeczywistość przyćmiewa sprawy psychiki – które też znajdą swoje miejsce. Jest to powieść, którą dobrze się czyta dzięki udanej narracji, ale też i dzięki odpowiednio rozłożonym akcentom. Tu nie można się nudzić i nawet jeśli coś w sferze uczuć okaże się oczywiste – to akcja to zamaskuje.
Survival
Lynette Noni na nowy poziom wznosi historię spod znaku „zabili go i uciekł”, ale nikt nie będzie mieć jej tego za złe, bo oferuje czytelnikom całą gamę silnych – naprawdę silnych – uczuć, które pokażą jednoznacznie, co w życiu jest naprawdę ważne. „Dwoje nad przepaścią” to książka young adult, w której tytuł nie jest przenośnią a bolesną dosłownością. To zaskakująca historia miłosna wypełniona adrenaliną do granic możliwości – i pozwalająca bohaterom na lepsze poznawanie siebie i uporanie się z traumami. Wprawdzie teraźniejszość w australijskim parku narodowym nie brzmi jak sielanka, a jednak nie zostawia żadnych śladów w bohaterach. Ot, zwykłe zmęczenie, ból mięśni to jedyne niedogodności, z którymi borykają się młodzi ludzie, którzy przeprawiali się przez kaniony, spadali ze stromizn, nurkowali w jaskiniach bez wiedzy, czy uda im się wydostać albo przechodzili przez spróchniały most przerzucony nad przepaścią. Codzienność dla tych, którzy borykają się z niezaleczonymi problemami psychicznymi. Lynette Noni przesadza – ale ta przesada wychodzi na dobre fabule, w której może się zdarzyć absolutnie wszystko. Bo Charlie cierpi – pół roku wcześniej jej mama zginęła w wypadku. Od tej pory dziewczyna musi uczyć się każdego dnia żyć na nowo. W dodatku jej najlepsza przyjaciółka, która pokonała już raz białaczkę, może wrócić do swojej walki. Ale to właśnie ta przyjaciółka zgłasza się do reality show, w którym może spędzić cztery dni w survivalowej trasie z ukochanym aktorem. Zander to ten aktor. On musi naprawić swój wizerunek w oczach publiczności – inaczej straci szansę na rolę w filmie i wszystko, czego do tej pory się w Hollywood dorobił. Miał wprawdzie swoje powody, żeby zrobić to, co zrobił, ale nie może ich nikomu przedstawić bez naruszania prywatności swojego najlepszego do tej pory przyjaciela. Zander i Charlie to para, która ma wyruszyć na survivalową wyprawę. Oboje wiedzą, że w Australii wszystko będzie chciało ich zabić – ale są też świadomi, że opiekę nad nimi sprawować będzie specjalista od szkoły przetrwania, więc nie może stać się im krzywda, w dodatku będą przez cały czas pod ostrzałem kamer. Tyle w teorii. Bo w australijskim buszu naprawdę wiele rzeczy może pójść nie tak.
I Lynette Noni doskonale wie o tym, że silne przeżycia zaowocują równie silnymi emocjami. Zmusza bohaterów do porzucenia masek i do dogadania się – ale już wkrótce doświadczenia z wyprawy zamienią się w prawdziwą walkę o życie – i staną się najlepszym motywem do ujawnienia prawdziwych uczuć. Bohaterowie będą przeżywać najbardziej przerażające przygody, zdani na własne siły i kaprysy przyrody. I w tym wszystkim autorka pozwoli im na najważniejsze rozmowy. Jest to książka, która trzyma w napięciu i rozbudza ciekawość – ale nie przez przesadę, która kipi z kolejnych wydarzeń, a za sprawą pomysłowości autorki i wyobraźni, która zabierze czytelników do innego niż zwykle świata. Tu dzieje się mnóstwo, a rzeczywistość przyćmiewa sprawy psychiki – które też znajdą swoje miejsce. Jest to powieść, którą dobrze się czyta dzięki udanej narracji, ale też i dzięki odpowiednio rozłożonym akcentom. Tu nie można się nudzić i nawet jeśli coś w sferze uczuć okaże się oczywiste – to akcja to zamaskuje.
wtorek, 7 kwietnia 2026
Penelope Ward: Muza rockmana
Editio Red, Gliwice 2026.
Trasa
To jest taki klasyczny erotyk oparty na schemacie z bad boyem i pozornie niewinną młodą kobietą – i żeby trochę tę niewinność osłabić, nie tracąc kontrastu, Penelope Ward decyduje się wyposażyć bohaterkę tomu „Muza rockmana” w mocno traumatyczne doświadczenia. Zresztą drugie odstępstwo od kolein scenariuszowych bazuje na różnicy wieku – on ma trzydzieści osiem lat, ona – dwadzieścia dwa. Wszystko pokazuje, że Emily i Tristan razem być nie powinni. I jednocześnie nie ma wątpliwości, że będą, niezależnie od przeszkód, jakie autorka postawi im na drodze. Po „Muzę rockmana” sięgną tylko i wyłącznie adresatki tego typu powieści, wszystko jest tu jasne już przy tytule. Opowieść prowadzą bohaterowie na zmianę, tak, żeby czytelniczki mogły odkryć punkt widzenia niedostępny drugiej stronie romansu – a także żeby mogły kibicować obojgu, niezależnie od celów i aktualnie deklarowanych pragnień. Emily z początku nawet nie jest fanką zespołu, z którym wyjedzie w trasę: dostaje pracę, ponieważ przypadkowo trafia na casting i rozmawia z głównym wokalistą, nie mając pojęcia o jego sławie. Tristanowi podoba się fakt, że ktoś nie traktuje go jak boga – a myśli o Emily zaprzątają jego umysł do tego stopnia, że w tej trasie zrezygnuje nawet z usług grouppies, jakich mnóstwo od zawsze kręci się przy zespole. Jest jeszcze kwestia skrywanych mrocznych sekretów – obie strony je mają, bo przecież szanse na zepsucie związku muszą być identyczne.
Penelope Ward wie dobrze, że czytelniczki, które czekają na erotyk, potrzebują nie tylko odważnych scen seksu, ale też obietnicy baśniowego „długo i szczęśliwie”, skupia się więc na tym, żeby bohaterowie mogli wzajemnie dać sobie również zrozumienie i wsparcie w najtrudniejszych chwilach. Wprawdzie wychodzi od zabawy – ponieważ Emily pracuje jako dziewczyna na posyłki w zespole, Tristan wymyśla coraz bardziej krępujące zakupy, których potrzebuje bardzo pilnie – jednak dość szybko wychodzi na jaw, że oboje pragną siebie i walczą z tym uczuciem. I to właśnie odróżnia zachodnie erotyki od rodzimych – w zagranicznych historiach pojawia się jeszcze cała otoczka psychologiczna, uzasadniająca odpychanie i pożądanie na przemian. Tu autorka przede wszystkim dba o to, żeby swoich bohaterów ze sobą zetknąć i zmusić do wyznań, reszta przyjdzie sama – i o ile łatwo będzie odbiorczyniom uwierzyć w trawiące ich pragnienie, o tyle już towarzysząca mu miłość staje się elementem nie do końca uzasadnionym, istniejącym wyłącznie w odpowiedzi na zapotrzebowanie rynkowe. Ale problemem tej publikacji nie będzie nawiązywanie do przewidywalnych schematów, a poważne błędy stylistyczne w tłumaczeniu – przepuszczone w redakcji. Bohaterowie między innymi „przeczyszczają gardło”, takich niespodzianek w narracji będzie całkiem sporo. Przyćmiewają one fakt, że w scenach łóżkowych wychodzi na jaw niedostatek odpowiednich językowych fraz, przez co pojawia się niepotrzebna wulgarność czy dosłowność. Oczywiście po tego typu książki sięga się nie dla literackich przeżyć – jednak warto by zadbać o poprawność stylistyczną i usunąć językowe niezręczności.
Trasa
To jest taki klasyczny erotyk oparty na schemacie z bad boyem i pozornie niewinną młodą kobietą – i żeby trochę tę niewinność osłabić, nie tracąc kontrastu, Penelope Ward decyduje się wyposażyć bohaterkę tomu „Muza rockmana” w mocno traumatyczne doświadczenia. Zresztą drugie odstępstwo od kolein scenariuszowych bazuje na różnicy wieku – on ma trzydzieści osiem lat, ona – dwadzieścia dwa. Wszystko pokazuje, że Emily i Tristan razem być nie powinni. I jednocześnie nie ma wątpliwości, że będą, niezależnie od przeszkód, jakie autorka postawi im na drodze. Po „Muzę rockmana” sięgną tylko i wyłącznie adresatki tego typu powieści, wszystko jest tu jasne już przy tytule. Opowieść prowadzą bohaterowie na zmianę, tak, żeby czytelniczki mogły odkryć punkt widzenia niedostępny drugiej stronie romansu – a także żeby mogły kibicować obojgu, niezależnie od celów i aktualnie deklarowanych pragnień. Emily z początku nawet nie jest fanką zespołu, z którym wyjedzie w trasę: dostaje pracę, ponieważ przypadkowo trafia na casting i rozmawia z głównym wokalistą, nie mając pojęcia o jego sławie. Tristanowi podoba się fakt, że ktoś nie traktuje go jak boga – a myśli o Emily zaprzątają jego umysł do tego stopnia, że w tej trasie zrezygnuje nawet z usług grouppies, jakich mnóstwo od zawsze kręci się przy zespole. Jest jeszcze kwestia skrywanych mrocznych sekretów – obie strony je mają, bo przecież szanse na zepsucie związku muszą być identyczne.
Penelope Ward wie dobrze, że czytelniczki, które czekają na erotyk, potrzebują nie tylko odważnych scen seksu, ale też obietnicy baśniowego „długo i szczęśliwie”, skupia się więc na tym, żeby bohaterowie mogli wzajemnie dać sobie również zrozumienie i wsparcie w najtrudniejszych chwilach. Wprawdzie wychodzi od zabawy – ponieważ Emily pracuje jako dziewczyna na posyłki w zespole, Tristan wymyśla coraz bardziej krępujące zakupy, których potrzebuje bardzo pilnie – jednak dość szybko wychodzi na jaw, że oboje pragną siebie i walczą z tym uczuciem. I to właśnie odróżnia zachodnie erotyki od rodzimych – w zagranicznych historiach pojawia się jeszcze cała otoczka psychologiczna, uzasadniająca odpychanie i pożądanie na przemian. Tu autorka przede wszystkim dba o to, żeby swoich bohaterów ze sobą zetknąć i zmusić do wyznań, reszta przyjdzie sama – i o ile łatwo będzie odbiorczyniom uwierzyć w trawiące ich pragnienie, o tyle już towarzysząca mu miłość staje się elementem nie do końca uzasadnionym, istniejącym wyłącznie w odpowiedzi na zapotrzebowanie rynkowe. Ale problemem tej publikacji nie będzie nawiązywanie do przewidywalnych schematów, a poważne błędy stylistyczne w tłumaczeniu – przepuszczone w redakcji. Bohaterowie między innymi „przeczyszczają gardło”, takich niespodzianek w narracji będzie całkiem sporo. Przyćmiewają one fakt, że w scenach łóżkowych wychodzi na jaw niedostatek odpowiednich językowych fraz, przez co pojawia się niepotrzebna wulgarność czy dosłowność. Oczywiście po tego typu książki sięga się nie dla literackich przeżyć – jednak warto by zadbać o poprawność stylistyczną i usunąć językowe niezręczności.
poniedziałek, 6 kwietnia 2026
Bluey. Wielkie podwórko. Wesoła kolorowanka
Harperkids, Warszawa 2026.
Historie
Wydawać by się mogło, że klasyczne kolorowanki odchodzą do lamusa – jednak nic bardziej mylnego, wystarczy dobry pomysł i przygotowanie, żeby dzieci mogły się cieszyć podejściem do tworzenia i obcować ze swoimi ulubionymi bajkowymi bohaterami. „Bluey. Wielkie podwórko. Wesoła kolorowanka” to właśnie wykorzystanie klasycznej rozrywki w gadżetowej formie – duża kolorowanka, która przypomni dzieciom o ulubionych bohaterkach, niebieskich psach, i która pozwoli na trenowanie sztuki opowiadania.
Jest to kolorowanka, w której bardzo rzadko pojawiają się teksty – pojedyncze zdania przypominają o świecie Bluey i przydają się wtedy, kiedy trzeba zbudować płaszczyznę porozumienia z odbiorcami albo zasugerować im konieczność powrotu do kreskówkowych lub książkowych przygód. Czasami funkcjonują też jako podpisy pod obrazkami-portretami. Zwykle jednak nie ma mowy o kontekstach i o wyjaśnianiu tego, co dzieje się na rysunku – dzieci muszą same to odkryć i prawdopodobnie swoimi odkryciami będą chciały się podzielić z dorosłymi. A to oznacza, że tę kolorowankę da się spokojnie wykorzystywać jako zestaw zadań do trenowania umiejętności prowadzenia narracji. Zwłaszcza że obrazki są bardzo dynamiczne, na wielu nie mamy do czynienia z prostymi kształtami i nieruchomymi formami, ciągle coś się dzieje, ktoś gdzieś biegnie, ktoś został uchwycony w trakcie konkretnego zajęcia i jako obiekt obserwacji z ukrycia sprawdza się całkiem nieźle. W tej kolorowance akcja jest ważna – i nie ma znaczenia, że finalnie dzieci i tak otrzymają statyczny rysunek – liczy się zaakcentowany w konturach ruch. Same kontury również zostały wykorzystane tak, żeby podsycić dynamikę książki: przede wszystkim linie mają kilka grubości, a to oznacza, że można w ten sposób sugerować albo wagę motywów, albo – rodzaj sposobu kolorowania (na przykład – warto zastanowić się, gdzie rozważyć cieniowanie lub zróżnicowane odcienie).
Książka to typowa kolorowanka a nie publikacja, która ma na celu produkcję obrazków na lodówkę – to oznacza, że jest zapełniona dwustronnie, warto zatem przemyśleć dobór narzędzi tak, żeby nie zniszczyć kolejnych rysunków podczas pracy nad jednym – dobrym wyborem będą tutaj klasyczne kredki – a farby i flamastry można zostawić sobie na inny raz.
To książeczka dla najmłodszych, która na długo ich zajmie – dość obszerna, dostarczy sporo wyzwań i pozwoli cieszyć się tworzeniem w towarzystwie ulubionych kreskówkowych postaci. Najmłodsi będą mogli poczuć satysfakcję z kreowania świata Bluey – który to świat z pozoru nie cechuje się wysokim stopniem skomplikowania. A jednak podczas kolorowania obrazków może wyjść na jaw, że pozory mylą i najprostsze w telewizji okazuje się najtrudniejsze po przeniesieniu na kartkę papieru. Jest to tomik dla małych dzieci, dla fanów Blue i jej towarzyszy – i dla tych wszystkich, którzy chcą się rozerwać, wykorzystując klasyczne zabawy.
Historie
Wydawać by się mogło, że klasyczne kolorowanki odchodzą do lamusa – jednak nic bardziej mylnego, wystarczy dobry pomysł i przygotowanie, żeby dzieci mogły się cieszyć podejściem do tworzenia i obcować ze swoimi ulubionymi bajkowymi bohaterami. „Bluey. Wielkie podwórko. Wesoła kolorowanka” to właśnie wykorzystanie klasycznej rozrywki w gadżetowej formie – duża kolorowanka, która przypomni dzieciom o ulubionych bohaterkach, niebieskich psach, i która pozwoli na trenowanie sztuki opowiadania.
Jest to kolorowanka, w której bardzo rzadko pojawiają się teksty – pojedyncze zdania przypominają o świecie Bluey i przydają się wtedy, kiedy trzeba zbudować płaszczyznę porozumienia z odbiorcami albo zasugerować im konieczność powrotu do kreskówkowych lub książkowych przygód. Czasami funkcjonują też jako podpisy pod obrazkami-portretami. Zwykle jednak nie ma mowy o kontekstach i o wyjaśnianiu tego, co dzieje się na rysunku – dzieci muszą same to odkryć i prawdopodobnie swoimi odkryciami będą chciały się podzielić z dorosłymi. A to oznacza, że tę kolorowankę da się spokojnie wykorzystywać jako zestaw zadań do trenowania umiejętności prowadzenia narracji. Zwłaszcza że obrazki są bardzo dynamiczne, na wielu nie mamy do czynienia z prostymi kształtami i nieruchomymi formami, ciągle coś się dzieje, ktoś gdzieś biegnie, ktoś został uchwycony w trakcie konkretnego zajęcia i jako obiekt obserwacji z ukrycia sprawdza się całkiem nieźle. W tej kolorowance akcja jest ważna – i nie ma znaczenia, że finalnie dzieci i tak otrzymają statyczny rysunek – liczy się zaakcentowany w konturach ruch. Same kontury również zostały wykorzystane tak, żeby podsycić dynamikę książki: przede wszystkim linie mają kilka grubości, a to oznacza, że można w ten sposób sugerować albo wagę motywów, albo – rodzaj sposobu kolorowania (na przykład – warto zastanowić się, gdzie rozważyć cieniowanie lub zróżnicowane odcienie).
Książka to typowa kolorowanka a nie publikacja, która ma na celu produkcję obrazków na lodówkę – to oznacza, że jest zapełniona dwustronnie, warto zatem przemyśleć dobór narzędzi tak, żeby nie zniszczyć kolejnych rysunków podczas pracy nad jednym – dobrym wyborem będą tutaj klasyczne kredki – a farby i flamastry można zostawić sobie na inny raz.
To książeczka dla najmłodszych, która na długo ich zajmie – dość obszerna, dostarczy sporo wyzwań i pozwoli cieszyć się tworzeniem w towarzystwie ulubionych kreskówkowych postaci. Najmłodsi będą mogli poczuć satysfakcję z kreowania świata Bluey – który to świat z pozoru nie cechuje się wysokim stopniem skomplikowania. A jednak podczas kolorowania obrazków może wyjść na jaw, że pozory mylą i najprostsze w telewizji okazuje się najtrudniejsze po przeniesieniu na kartkę papieru. Jest to tomik dla małych dzieci, dla fanów Blue i jej towarzyszy – i dla tych wszystkich, którzy chcą się rozerwać, wykorzystując klasyczne zabawy.
Justyna Bednarek: Skarb na budowie
Harperkids, Warszawa 2026.
Niespodzianka
Naprawdę jest po co czytać, jeśli na końcu historii znajduje się prawdziwy skarb. Justyna Bednarek doskonale wie o tym, że nawet najmłodsi, jeśli nie będą mieli dobrej motywacji do działania, zniechęcą się lekturą przedwcześnie – a właśnie dla kilkulatków opowieści do ćwiczenia czytania powinny być przygotowywane z największą starannością, żeby zbudować sobie pokolenie, które nie stroni od takiej formy rozrywki. Na szczęście jest Justyna Bednarek – i jej historie, nieco zwariowane, wesołe i ciekawe dla wszystkich kilkulatków. „Skarb na budowie” to książeczka na pierwszym poziomie serii Czytam sobie – czyli tam, gdzie jeszcze dominują ilustracje (tu przygotowane przez Magdę Kozieł-Nowak), a tekst zajmuje najwyżej trzy wersy na stronie. Justyna Bednarek jednak układa tu całą relację o przygodzie z budowy. Mamy tu antropomorfizowane maszyny z budowy – koparkę Werę, której towarzyszy walec Ignacy. Ma to znaczenie, bo ci dwoje są wybitni w swoim fachu i poradzą sobie z każdym wyzwaniem, bez względu na to, czy pojawi się operator koparki (ale pojawić się musi, inaczej skarb nie byłby skarbem). Pan Wojtek, operator koparki, czuwa nad pracami. I to on jest świadkiem odkrycia: koparka trafia na kufer zakopany w ziemi. Kufer jest ogromny, a jego zawartość… A, to już niespodzianka. Mali odbiorcy będą niecierpliwie czekać na rozwiązanie zagadki (na możliwość zajrzenia do kufra) i zajęci tym oczekiwaniem, nie zorientują się nawet, że ćwiczą poznawanie liter.
Zawsze największym problemem na pierwszym poziomie serii Czytam sobie jest ograniczanie formy. Nie wolno tu stosować dwuznaków ani zmiękczeń czy znaków diakrytycznych, a to oznacza, że autorzy będą się nieźle gimnastykować, żeby napisać wszystko w miarę naturalnie. A i tak wychodzą przez to niepotrzebne czasami powtórzenia (skoro mężczyzna jest zadumany, to wiadomo, że duma, można byłoby wykorzystać słowo „myśli”, gdyby nie ograniczenie formalne). Co ciekawe, słowem dozwolonym okazało się „weekend”. Na szczęście pierwszy poziom cyklu to tylko czytanki uzupełniające rozmaite ćwiczenia, więc dzieci będą rozwijać słownictwo za sprawą mniej stosowanych synonimów i trudnych czasami do przeliterowania długich słów – nie zrobi im to krzywdy, chociaż zadziwi niejednego dorosłego. „Skarb na budowie” to publikacja, która rozbudza ciekawość i wyobraźnię. Obrazki są tu tworzone na tle papieru milimetrowego i już samo to sprawia, że automatycznie zyskują charakterystyczny i intrygujący kształt. Odbiorcy zajmą się za to śledzeniem min bohaterów i uczestniczeniem w wydarzeniach przedstawianych na obrazkach – można się tu mocno zaangażować w czytanie. I o to chodzi: o wciągającą akcję, o niespodziankę i o radość w historyjce – więcej nie trzeba, żeby najmłodsi przekonali się, że czytanie może być przyjemne i że pozwoli odkrywać tajemnice samodzielnie, a to przyniesie sporo satysfakcji.
Niespodzianka
Naprawdę jest po co czytać, jeśli na końcu historii znajduje się prawdziwy skarb. Justyna Bednarek doskonale wie o tym, że nawet najmłodsi, jeśli nie będą mieli dobrej motywacji do działania, zniechęcą się lekturą przedwcześnie – a właśnie dla kilkulatków opowieści do ćwiczenia czytania powinny być przygotowywane z największą starannością, żeby zbudować sobie pokolenie, które nie stroni od takiej formy rozrywki. Na szczęście jest Justyna Bednarek – i jej historie, nieco zwariowane, wesołe i ciekawe dla wszystkich kilkulatków. „Skarb na budowie” to książeczka na pierwszym poziomie serii Czytam sobie – czyli tam, gdzie jeszcze dominują ilustracje (tu przygotowane przez Magdę Kozieł-Nowak), a tekst zajmuje najwyżej trzy wersy na stronie. Justyna Bednarek jednak układa tu całą relację o przygodzie z budowy. Mamy tu antropomorfizowane maszyny z budowy – koparkę Werę, której towarzyszy walec Ignacy. Ma to znaczenie, bo ci dwoje są wybitni w swoim fachu i poradzą sobie z każdym wyzwaniem, bez względu na to, czy pojawi się operator koparki (ale pojawić się musi, inaczej skarb nie byłby skarbem). Pan Wojtek, operator koparki, czuwa nad pracami. I to on jest świadkiem odkrycia: koparka trafia na kufer zakopany w ziemi. Kufer jest ogromny, a jego zawartość… A, to już niespodzianka. Mali odbiorcy będą niecierpliwie czekać na rozwiązanie zagadki (na możliwość zajrzenia do kufra) i zajęci tym oczekiwaniem, nie zorientują się nawet, że ćwiczą poznawanie liter.
Zawsze największym problemem na pierwszym poziomie serii Czytam sobie jest ograniczanie formy. Nie wolno tu stosować dwuznaków ani zmiękczeń czy znaków diakrytycznych, a to oznacza, że autorzy będą się nieźle gimnastykować, żeby napisać wszystko w miarę naturalnie. A i tak wychodzą przez to niepotrzebne czasami powtórzenia (skoro mężczyzna jest zadumany, to wiadomo, że duma, można byłoby wykorzystać słowo „myśli”, gdyby nie ograniczenie formalne). Co ciekawe, słowem dozwolonym okazało się „weekend”. Na szczęście pierwszy poziom cyklu to tylko czytanki uzupełniające rozmaite ćwiczenia, więc dzieci będą rozwijać słownictwo za sprawą mniej stosowanych synonimów i trudnych czasami do przeliterowania długich słów – nie zrobi im to krzywdy, chociaż zadziwi niejednego dorosłego. „Skarb na budowie” to publikacja, która rozbudza ciekawość i wyobraźnię. Obrazki są tu tworzone na tle papieru milimetrowego i już samo to sprawia, że automatycznie zyskują charakterystyczny i intrygujący kształt. Odbiorcy zajmą się za to śledzeniem min bohaterów i uczestniczeniem w wydarzeniach przedstawianych na obrazkach – można się tu mocno zaangażować w czytanie. I o to chodzi: o wciągającą akcję, o niespodziankę i o radość w historyjce – więcej nie trzeba, żeby najmłodsi przekonali się, że czytanie może być przyjemne i że pozwoli odkrywać tajemnice samodzielnie, a to przyniesie sporo satysfakcji.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)






