Strona główna || O autorce || O tu-czytam || Bajki || Bajkowe portfolio                       

środa, 3 marca 2021

Maria Ulatowska, Jacek Skowroński: Co komu pisane

Prószyński i S-ka, Warszawa 2021.

Plan

Jedno tylko w tej książce budzi wątpliwości: brak dookreślenia gatunkowego, w związku z tym część czytelników uwierzy w możliwość rozrywkowego rozwoju akcji i będzie zaskoczona, a druga część uzna, że zbyt długo musi czekać na warstwę thrillerową. „Co komu pisane” pobrzmiewa bowiem przez długi czas jak obyczajówka pożeniona z komedią kryminalną (albo kryminałem, ale na tyle lekkim, że niewyzwalającym lęku) i gdy do tego tonu odbiorcy się przyzwyczają, Maria Ulatowska i Jacek Skowroński proponują przewrót akcji i brzmienia. Sygnałem, że temat może mieć drugie dno i być bardziej poważny niż się wydaje, okazuje się profesja bohatera. Tomasz Bocianowski jest lekarzem ginekologiem, który w swojej przeszłości lekarskiej ma między innymi aborcje. To nie wszystkim się podoba, zwłaszcza gdy pojawiają się w jego gabinecie klientki, które nie kwalifikują się do takich działań. Teraz jednak Tomasz Bocianowski mieszka sobie spokojnie w małej miejscowości pod Warszawą i nie zastanawia się nad ewentualnymi konsekwencjami dawnych czynów. Zapewnia za to azyl Jance, niespełna pięćdziesięcioletniej pisarce, która przybywa w poszukiwaniu schronienia. Janka pomaga w prowadzeniu domu, nie wtrąca się w prywatne sprawy pisarza, żyje tuż obok, a jednak w jakiś sposób zapewnia wsparcie psychiczne. Przydaje się, nawet jeżeli jest obcą osobą. Dla Ulatowskiej i Skowrońskiego to dobry punkt wyjścia do wymyślania intrygi.

W życiu Tomasza Bocianowskiego zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Przede wszystkim: ktoś (w narracji i w rozmowach bohaterów przedstawiany raczej naiwnie jako KTOŚ) próbuje go zastraszyć. Pojawiają się kolejne złowrogie motywy, którym towarzyszy satyryczna piosenka – wykorzystywana jako chichot złośliwego klauna. Janka próbuje prowadzić własne śledztwo, a przy okazji nawiązuje bardzo przydatne kontakty z miejscowymi menelami: ma powody, żeby podejrzewać, że nie są oni tymi, za których się podają, ale to tylko jeden z tropów. Na razie trzeba się dowiedzieć, kto grozi Tomaszowi i dlaczego. Żeby wzbogacić wiedzę czytelników, autorzy sięgają do życiorysów kobiet, które zawiodły się na Tomaszu jako partnerze lub lekarzu, prezentują sylwetki pań dołączających do grona rozczarowanych – w ten sposób zyskują przecież poszerzenie kręgu podejrzanych. Bo na początku trzeba jednak odbiorcom przypominać, że to jest kryminał, a nie powieść obyczajowa – narracja sprawia takie wrażenie, jakby życie Tomasza miało kierować się w stronę jednoznacznej sielanki, a poszczególne wypadki po drodze wiązały się wyłącznie z chęcią urozmaicenia codzienności. To prowadzi do rozchwiania genologicznego. Niedokładnie sprecyzowane zostały na początku cele – i później odbija się to na sposobie prowadzenia historii.

„Co komu pisane” to książka tworzona jak prosty kryminał. Swoje drugie dno ujawni dopiero wtedy, gdy będzie trochę za późno na zmianę gatunku. Jest w tej książce umiłowanie do szczegółów, jest szukanie opisów zwyczajnego codziennego zachowania. Maria Ulatowska i Jacek Skowroński porządkują rzeczywistość bohaterów, sprawiają, że wszystko ma wypadać jak najbardziej wiarygodnie – i dlatego nie trafiają z motywacjami postaci, nie udaje im się uzasadnić postępowania, które nadaje ton całości. Poza jednym rozczarowaniem – całkiem niezła lektura rozrywkowa.

wtorek, 2 marca 2021

Lise Herzog: Rysowanie dla przyjemności. Krok po kroku dla dorosłych i dzieci

Feeria, Łódź 2021.

Z ołówkiem

"Rysowanie dla przyjemności. Krok po kroku dla dorosłych i dzieci" to książka, która pozwoli uwierzyć we własne siły wszystkim pragnącym poszerzać swoje umiejętności plastyczne. Po obowiązkowym wprowadzeniu (bardzo skondensowanym i skrótowym - w jego ramach odbiorcy dowiedzą się między innymi, jakich narzędzi używać i jak powiązać stosowane "techniki" z upragnionym efektem. Nie ma zbyt wielu porad - liczy się przecież jak najszybsza możliwość przejścia do tworzenia własnych obrazków. "Rysowanie dla przyjemności" nastawione jest na satysfakcję odbiorców, w związku z tym Lise Herzog będzie po prostu pokazywać krok po kroku etapy tworzenia konkretnych ilustracji. Rysunek podzielony na części zwykle zajmuje sporo miejsca, tu jednak wszystko zostało rozmieszczone na stronach tak, by udało się zmieścić kilka propozycji (ujęć jednego tematu) obok siebie: liczy się na spostrzegawczość i inteligencję rysujących. Dzięki takiemu rozwiązaniu - i odpowiedniemu zmniejszaniu przykładów - zmieści się tu imponująca kolekcja propozycji.

Standardowo wychodzi się od prostych - ale nie od podstawowych - figur. Owszem, przeważnie głowy dorabia się przez dorysowanie okręgu, ale kształtowi plamy "wyjściowej" trzeba się przyjrzeć. Lise Herzog liczy na to, że każdy da sobie radę z uchwyceniem proporcji, nieprzypadkowo jedna z nielicznych rad teoretycznych, jakich udziela, dotyczy przyglądania się i obserwowania tego, co chce się narysować. Wyjście od nieregularnej plamy pozwala trochę przyspieszyć proces tworzenia: każdy obrazek, nawet z gatunku bardziej skomplikowanych (zwierzęta w ruchu, koń - uznawany za najtrudniejszy motyw dla amatorów w rysowaniu) zostaje podzielony na zaledwie kilka etapów, przy czym nie ma gwałtownego przeskoku jakościowego między przedostatnim i ostatnim krokiem. Wystarczy podążać za wskazówkami i wytrwale ćwiczyć - to umożliwi realizowanie artystycznych wizji w zadowalającym odbiorców zakresie. Nieprzypadkowo autorka zaczyna podpowiedzi od prezentowania sposobów na rysowanie zwierząt. Później przechodzi do rysowania postaci w ruchu, twarzy i karykatur, do rysowania elementów przyrody (drzewa, kwiaty, pejzaże). Uczy perspektywy, pisze o tym, jak prowadzić linie pomocnicze - i po co. Wnioski wyciąga się ze zwyczajnego obserwowania modelowych rysunków. Do tego autorka dodaje krótkie, jednozdaniowe najczęściej objaśnienia albo wskazówki techniczne. Dzięki temu może rozwijać wachlarz podpowiedzi, zachęcać do samodzielnych poszukiwań i do eksperymentowania w ramach ilustracji.

Została ta książka przygotowana tak, żeby dać odbiorcom podstawy rysowania, zachęcić ich do tworzenia. Jeśli odbiorcy zostaną odpowiednio ośmieleni - a ta publikacja pozwoli im uwierzyć we własne siły - przejdą solidny trening rysunkowy. Nauczą się oceniać proporcje i kształty, przenosić na papier to, co widzą. Nawet jeśli ów trening polegałby na zwyczajnym przerysowywaniu tego, co na kartkach - przyniesie efekty. Trzeba tu zaznaczyć, że Lise Herzog potrafi zainspirować i zachęcić do działania: pokazuje odbiorcom, że jedynie parę ruchów ołówka dzieli ich od olśniewających i przekonujących ilustracji: zaprasza do tworzenia, wie, że łatwo złapać bakcyla i wciągnąć się w taki rodzaj rozrywki. Dorośli mogą dzięki "Rysowaniu dla przyjemności" zrealizować własne marzenia o artystycznych produkcjach, dzieci - jeśli zaczną od takiej lektury - z pewnością jeszcze szybciej osiągną mistrzostwo i nigdy nie będą narzekać na brak inspiracji.

poniedziałek, 1 marca 2021

Genki Kawamura: A gdyby tak ze świata zniknęły koty?

Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Bo.wiem, Kraków 2021.

Pakt z diabłem

Refleksyjna i smutna jest ta krótka powieść - i pozwala zastanowić się nad tym, co w życiu najważniejsze. Genki Kawamura podąża za modą na kocie historie, przypominając odbiorcom, że rozstania mogą być piękne. "A gdyby tak ze świata zniknęły koty" to książka, o której długo się pamięta. Wszystko przenosi się do sfery metafizycznej, kiedy w życie trzydziestoletniego listonosza wkracza diabeł. Diabeł zyskuje przydomek Aloha (ze względu na swoje modowe wybory), z wyglądu przypomina do złudzenia swojego podopiecznego. I, jak to diabły w literaturze mają w zwyczaju, oferuje pewien układ. Bohater książki ma w najbliższym czasie umrzeć z powodu guza mózgu. Zyska jednak dzień za każdą rzecz, którą zdecyduje się usunąć ze świata. To ciekawy układ: umożliwia odwleczenie ostateczności, a do tego wpasowuje się w tendencje minimalistyczne. W końcu bez wielu przedmiotów można się obejść, chociaż ludzie przyzwyczajeni do wygody nie zastanawiają się nad tym. Jednak to diabeł ma wybierać rzeczy do unicestwienia: bohater ma co najwyżej prawo się nie zgodzić. Każda kolejna strata to dla niego krok do samopoznania albo przyjrzenia się własnej przeszłości.

Najpierw diabeł zabiera ludzkości telefony. Później filmy. A to dopiero początek. Genki Kawamura przedstawia mężczyznę, który nie ma już nic do stracenia. Żył samotnie - pierwszy zyskany dzień daje mu szansę na kontakt z dawną dziewczyną: to okazja do naprawienia błędów i do zrozumienia, dlaczego doszło do rozstania. Listonosz obecnie przeżywa żałobę po matce, nie potrafi i nie chce dogadać się z ojcem, opiekuje się jedynie kotem Kapustkiem - zachowuje się tak, jakby nie potrzebował bliskości innych (a kota kompletnie nie rozumie i zawsze źle interpretuje jego miauknięcia). Powinien przed odejściem pojąć, co od siebie odsuwał. Jego doświadczenia są przykre, jednak w pewien sposób też oczyszczające: Kawamura przypomina czytelnikom, dlaczego nie wolno ulegać podszeptom złości. Ucieka od moralizowania, ale chce, żeby odbiorcy sami doszli do wniosku, co bohater zrobił nie tak.

Nie ma w tej książce głębokiego analizowania globalnych konsekwencji diabelskich działań: jeśli znikają ze świata telefony, bohater ogląda w komunikacji miejskiej zrelaksowanych ludzi zajętych książkami czy słuchaniem muzyki - ale później już nie ma miejsca na przedstawianie zmian, liczy się wyłącznie życie bohatera, który zaczyna poznawać siebie i dowiadywać się, co robił źle. Odwleczenie śmierci to też droga do naprawiania błędów: to wiadomo, czytelnicy nie będą zaskoczeni kierunkiem fabuły - ale w książce chodzi także o autorefleksję, a Genki Kawamura sprytnie podprowadza czytelników pod zagadnienie uporządkowania relacji z najbliższymi. Wywołuje sporo wzruszeń, ma w zanadrzu sprytne sztuczki: wie, jak w prosty sposób zmusić do działania i do refleksji. Filozofuje, ale robi to podczas snucia zabawnej w podstawowej warstwie narracji. "A gdyby tak ze świata zniknęły koty" to niewielka powieść przesycona silnymi emocjami, ważna i wciągająca niekoniecznie za sprawą kierunku fabuły czy kreacji bohaterów. Tu Genki Kawamura wydaje się miejscami naiwny, ale wygrywa dzięki temu, że zapewnia czytelnikom wstrząsy.

niedziela, 28 lutego 2021

Natalia de Barbaro: Czuła przewodniczka. Kobieca droga do siebie

Agora, Warszawa 2021.

Refleksje

Z jednej strony Natalia de Barbaro inspiruje się Olgą Tokarczuk i sygnalizuje to nawet w tytule swojej książki (co znajduje wyjaśnienie w samej relacji). Z drugiej – przejawia daleko idącą naiwność, kiedy długo analizuje sny lub przeczucia. „Czuła przewodniczka. Kobieca droga do siebie” ma jednak znaczenie zwłaszcza dla tych odbiorczyń, które muszą zawalczyć o siebie i zastanowić się nad własnymi, do tej pory ignorowanymi potrzebami. Ta książka przedstawia kilka charakterystycznych typów osobowości lub zachowań: Natalia de Barbaro opisuje między innymi Potulną, Królową Śniegu i Męczennicę (później uzupełnia jeszcze te portrety, ale nie ma zamiaru wyczerpywać galerii osobowości, więc nie każda odbiorczyni się tu odnajdzie). Wyjaśnia, z czym wiążą się takie sposoby funkcjonowania i jakie problemy najczęściej mają przedstawicielki tych typów. Zwraca szczególną uwagę na podporządkowywanie się innym, nie chce, żeby czytelniczki poświęcały coś w imię oceniania przez innych. Próbuje znaleźć autoterapie, podpowiada, by pielęgnować wewnętrzne niemowlę, kiedy jest się osobą wysoko wrażliwą, a także – żeby nauczyć się wyłapywać własne potrzeby i realizować je niezależnie od ról społecznych albo przekonań bliskich. Podaje w zasadzie to wszystko, co można wyczytać w niemal każdym poradniku dotyczącym samorozwoju, tylko że tutaj – dokłada jeszcze szereg swoich interpretacji i przekonań.

Składa się „Czuła przewodniczka” w dużej części z autobiograficznych wyznań oraz „rozkmin” i w pewnym momencie co bardziej sceptycznie nastawione do lektury odbiorczynie mogłyby nawet przyklasnąć nauczycielowi, który wpisał autorce w ramach życzeń, żeby mniej filozofowała – zwłaszcza że owe „filozofie” nie mają wiele wspólnego z pragmatyzmem. Odwołuje się Natalia de Barbaro do ulubionych scen z filmów lub książek, szuka inspiracji, ale też obserwuje najbliższe otoczenie, sprawdza, co mają do zaoferowania (niestety) sny i przeczucia. Bardzo dużo miejsca im poświęca: kiedy już wpadnie na jakiś trop, uznaje, że będzie on bardziej przekonujący niż rzetelne fakty – i omawia go obszernie. Przeczuciem lub wizją załatwia sobie temat przyszłego adoptowanego dziecka, szuka przepływów energii i rozmaitych sposobów na rozbudzenie własnej uczuciowości lub wrażliwości. Niby pozwala spędzić trochę czasu ze sobą – na zastanawianiu się nad osobistymi wyborami i postawami – jednak dużo tu przegadania, a niezwykle mało konkretów. Spodoba się „Czuła przewodniczka” czytelniczkom, które potrzebują prostego wsparcia i pozbawionych naukowej analizy uwag. Tu można się zastanawiać nad tym, co autorkę spotkało (albo co tworzy na potrzeby wywodu), ale nie będzie to refleksja powiązana z zakorzenieniem w nauce. Liczą się wyłącznie przeczucia, wrażliwość i otwarcie na doznania zmysłowe. Niektórym to wystarczy i wówczas nawet naiwność narracji nie będzie przeszkodą. Natalia de Barbaro nie ma jak stać się autorytetem – a chociaż sama dość rozpaczliwie poszukuje autorytetów wśród psychologów i artystów, na takiej pozycji się stawia w lekturze. Kto jej uwierzy – zyska tu trochę wskazówek do poprawy jakości życia „duchowego”. Kto nie uwierzy – będzie szukać gdzie indziej.

Cécile Jugle i Jack Guichard: Jajko

Harperkids, Warszawa 2021.

Eksperymenty

Część z doświadczeń, które proponują Cécile Jugle i Jack Guichard przyda się najmłodszym w późniejszych podbojach kulinarnych: warto przecież wiedzieć, jak się gotuje jajko na miękko a jak na twardo, co oznaczają napisy na skorupkach i jak sprawdzić, czy jajko jest świeże (oraz - skąd wiadomo, które jest surowe, a które ugotowane). Takie "sztuczki" na dorosłych nie wywarłyby żadnego wrażenia, jednak dla dzieci mają niemal prestidigitatorski charakter. "Jajko", tomik wydany w serii Akademia Mądrego Dziecka, pozwala na poznawanie podobnych ciekawostek związanych z kurzymi jajami - i automatycznie umożliwia dzieciom przekonanie się, jak wiele nauki czai się wokół i przydaje się w codziennym życiu. Autorzy wybrali dziesięć zagadnień, które warto opracować i które zachwycą dzieci. Jest to publikacja, która także dorosłym pokaże, jak w prosty sposób zachęcać do nauki i przedstawiać proste zjawiska najmłodszym: motyw z oddzielaniem żółtka od białka za pomocą butelki, wciągania obranego jajka do butelki czy pozbawiania jajka skorupki za sprawą octu to odrobina magii w codzienności: maluchom na pewno spodobają się takie sztuczki. Zwłaszcza kiedy pozwoli się kilkulatkom przeprowadzać takie eksperymenty własnoręcznie. Wzbudzi to zainteresowanie nauką i uświadomi, że wiele praw fizyki ma przełożenie na tego typu zjawiska. Jeśli ktoś zatem chce dostarczać dzieciom zabaw rozwojowych i edukacyjnych - po "Jajko" sięgnąć musi.

Najmłodsi nie tylko dowiedzą się, co oznacza zachowanie jajka w misce z wodą. Nauczą się przygotowywać własny majonez, a także przeprowadzą doświadczenie z wytrzymałością skorupki. To wszystko nie wymaga ani czasu, ani wielkich nakładów finansowych (próby ze świeżością jajek można przecież przeprowadzić na przykład przed przyrządzeniem posiłku), a rozbudzi ciekawość najmłodszych. Książka jest wypełniona obrazkami - każda rozkładówka to wielkoformatowy rysunek i szereg podpisów oraz komentarzy do niego, chodzi między innymi o to, żeby odpowiednio dawkować wiadomości i nie zarzucać maluchów zbyt dużą liczbą informacji naraz, ponadto taki rytm charakterystyczny jest dla publikacji edukacyjnych dzisiaj i najłatwiej przez dzieci przyswajalny. Dodatkowo pomysł na rozdrabniane komentarze wiąże się też z humorem, stale obecnym w tomiku. Autorzy decydują się na komiksowe dymki, które zawierają wypowiedzi jajek - w ten sposób mogą rozbawić dzieci i zachęcić je do czytania, a także przekonać je do sięgania po lektury jako pomysł na rozrywkę. Tu liczą się przede wszystkim zaskoczenia - jest ich całkiem sporo jak na niewielką książeczkę. Jajko jako przedmiot zainteresowania dobrze się sprawdza: można niemal natychmiast wcielić w życie zdobyte wiadomości, można zachować je w pamięci i wykorzystywać także w późniejszym wieku. To propozycja edukacyjna, chociaż dostarcza sporo zabawy. Autorzy tak poprowadzili opowieść, że dzieci poczują się usatysfakcjonowane i docenione przez zdobytą wiedzę. Wsparciem dla małych czytelników są też drobne podsumowania: każda rozkładówka zwieńczona jest komentarzem dotyczącym przedstawionego doświadczenia (autorzy przypominają, gdzie wykorzystywane są te same prawa fizyki, a także gratulują dziecku nowej umiejętności). To motywuje i zachęca do pilnego śledzenia publikacji z tej serii. "Jajko" szybko stanie się ulubioną pozycją wielu maluchów.

sobota, 27 lutego 2021

Sally Rooney: Rozmowy z przyjaciółmi

W.A.B., Warszawa 2021.

Relacja

Nawet jeśli "Normalnymi ludźmi" kogoś Sally Rooney do siebie nie przekonała, tomem "Rozmowy z przyjaciółmi" może bezwarunkowo zachwycić. Przede wszystkim dzięki odrzuceniu standardowych scenariuszy. Już sam fakt wyboru na bohaterki dwóch kobiet, byłych partnerek, a obecnie przyjaciółek, budzi zainteresowanie: to relacja, którą powinno się wyjaśnić, dla czytelników mocno zagadkowa i niespodziewana. Frances i Bobbi zajmują się poezją, występują na slamach, prowadzą życie artystyczne i zachwycają się poezją. Wybierają ekstrawagancję - po to, żeby odnaleźć swoje miejsce. Nie lubią szufladek i schematów. Jeszcze odbiorcy nie zdążą się przyzwyczaić do takiego trybu życia i do charakterystyk młodych buntowniczek, a już w ich uporządkowanej na swój sposób egzystencji pojawiają się pierwsze zapowiedzi zmian. O młodych artystkach reportaż chce przygotować dziennikarka, Melissa. Frances i Bobbi wkraczają do świata, którego do tej pory nie znały, przynajmniej nie na taką skalę. Wprawdzie przyzwyczajone do publiczności, jednak - nie do sławy, przyjaciółki trafiają do domu Melissy i poznają jej męża, aktora o fascynującym ciele. Melissa gromadzi materiały, subtelnie przeprowadza wywiady, robi zdjęcia portretowe i artystyczne, pozwala bohaterkom uwierzyć w siebie. Bobbi jest nią zafascynowana: wciąż myśli o nowej znajomej i próbuje odgadnąć jej motywacje. Frances jednak nie poddaje się temu uczuciu: ona zwraca uwagę na Nicka i angażuje się w relację z nim. Wie, że Nick nie opuści żony, wie też, że romans nie może wyjść na jaw, bo to zbyt dużo by skomplikowało. Nawet Bobbi nie powinna się dowiedzieć o tym, co połączyło Frances i Nicka - zresztą brzmi to zbyt niewiarygodnie, żeby było prawdziwe.

Na tym polega wielki urok tej historii. Wprawdzie autorka pochyla się nad tanim romansem - rzeczywistością do przewidzenia i bez zaskoczeń - jednak dla czytelników pasjonujące może być zagłębianie się w psychikę i motywacje postaci. Frances przyjmuje to, co przynosi jej życie, Nick nie lubi analizować rzeczywistości - zmuszana jest jednak do tego przez Bobbi, która gdzieś między wierszami przedstawia własne uczucia związane z Melissą. Sally Rooney rezygnuje z budzenia ciekawości, jak potoczą się losy kochanków - intryguje ją jednak to, jak zmieni się rozkład sił w czworokącie, kiedy prawda wyjdzie na jaw. Dzięki temu może odbiorcom sporo powiedzieć o bohaterkach, nakreślić dramat emocjonalny i wyzwania, jakie stawiają przed sobą dorośli ludzie. W "Rozmowach z przyjaciółmi" bohaterowie nie mają względem siebie żadnych oczekiwań - a przynajmniej nie ujawniają takich, uciekają od planów i jednoznacznych ocen. A jednak ich uczucia są dla odbiorców w pełni zrozumiałe, nie budzą wątpliwości - bo też i budowane są na najsilniejszych emocjach. Warstwa emocjonalna w połączeniu z oryginalną fabułą - to powody, dla których warto sięgnąć po "Rozmowy z przyjaciółmi".

GRA: Plus minus. Nauka liczenia

Nasza Księgarnia, Warszawa 2021. (gra)

Matematyka na wesoło

Najlepiej zachęcić dzieci do ćwiczenia potrzebnych w życiu umiejętności nie przez żmudne odrabianie zadań domowych, a przez zabawę: wówczas każdy wysiłek umysłowy będzie przyjemnością. A jeśli w dodatku sprawi to, że maluchy będą spędzały więcej czasu z rodzicami – zyskają całe rodziny. Marcin Dudek wychodzi naprzeciw tym, którzy boją się liczenia. Prosta gra „karciana” zatytułowana „Plus minus. Nauka liczenia” to propozycja ćwiczeń matematycznych dla najmłodszych – i przy okazji szansa na urozmaicanie zwykłych szkolnych równań. Rodzice zostaną tu raczej moderatorami gry, ale jeśli zechcą, mogą wymyślać kolejne zasady i zmieniać same rozgrywki tak, żeby dostarczyć pociechom więcej emocji. Marcin Dudek oczywiście proponuje kilka wariantów rozdań i „gier” przy wykorzystaniu zamieszczonych w pudełku kart – ale nie są to jedyne sposoby wykorzystania talii.

Zawartość pudełka można podzielić na trzy części. Są tu karty „dodawania”, karty „odejmowania” oraz karty „celów”: wszystkie opisane na dolnym pasku, żeby można było w razie potrzeby szybko je pogrupować lub rozpoznać. Karty dodawania i odejmowania mają w centralnym punkcie dużą (w sensie rozmiaru) liczbę z zakresu 1-10, a u góry podane działanie, które trzeba wykonać na tej liczbie oraz wartość liczby, którą trzeba będzie dodać lub odjąć. Pojedyncza karta jest zatem równaniem bez rozwiązania – i jednocześnie odpowiedzią, której mogą udzielić dzieci, rodzajem liczmana. Całość zaczyna nabierać barw dopiero przy kartach celów: tu trzeba wskazywać działania, które doprowadzą do wyniku większego lub mniejszego od 5, działania, które dadzą jako wynik liczbę parzystą albo nieparzystą, albo – w których pojawiają się konkretne cyfry. To zestaw, który można wykorzystywać na wiele sposobów i proponować za każdym razem inną grę – dzięki temu dzieci się nie znudzą wykonywaniem ciągle tych samych ćwiczeń, a będą doskonalić matematyczne umiejętności w podstawowym zakresie.

Strona graficzna ma tutaj znacznie mniejsze znaczenie, chociaż karty ozdabia Joanna Kłos: talia wygląda poważnie a nie dziecięco, co może przekonać maluchy do uczestniczenia w zabawie – i na pewno nie będzie nikogo rozpraszać nadmiarem bodźców. Do tego liczy się też przygotowanie kart tak, żeby imitowały te do dorosłych gier: to jeszcze bardziej uprzyjemni zadanie dzieciom. „Plus minus. Nauka liczenia” to zatem narzędzie, które można wykorzystać, żeby ułatwić maluchowi wkroczenie w szkolne obowiązki. Matematyka z takim pomysłem przestaje być groźna – dzieci nie mogą zniechęcić się do pracy, skoro kojarzy się ona z rozrywką i z czasem spędzanym z rodzicami. Wyzwania matematyczne w niewielkim zakresie (dodawanie i odejmowanie do dziesięciu) sprawiają, że najmłodsi dobrze wyćwiczą umiejętności arytmetyczne i później nie będą mieć problemów z rozwiązywaniem coraz bardziej skomplikowanych równań. Rzadko się zdarza, że dzieci zachęcane są do matematyki przez zabawę – więc każda taka inicjatywa zasługuje na uwagę i rozreklamowanie. Tu otwarta forma gry – możliwość uzupełniania jej o kolejne rodzaje rozgrywek – to prosta droga do oswojenia z liczbami.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com