Marginesy, Warszawa 2026.
Przyjazd
Marisa Meltzer przyznaje, że najbardziej interesuje ją wszystko, co francuskie. I z tego frankofilskiego punktu wyjścia dociera do pomysłu na biografię Jane Birkin, a właściwie nie tyle na biografię jako rejestr wydarzeń z życia znanej postaci co na zestaw ciekawostek i anegdot składających się na wyjątkowy portret. Jane Birkin jest interesująca wtedy, kiedy sama kreuje rzeczywistość wokół siebie, kiedy buduje własną legendę i kiedy szuka pomysłu na siebie – przekonując otoczenie, że wcale nie udaje. „It girl. Historia Jane Birkin” to zatem książka dla fanów artystki, ale też dla wszystkich zainteresowanych różnymi aspektami funkcjonowania jej w kontekście społeczno-obyczajowym i na pograniczu dwóch kultur. Jane Birkin jako Brytyjka – czy bardziej precyzyjnie, Angielka – w zasadzie nie byłaby interesująca. Ale połączenie autokreacji z możliwościami, jakie zapewnia Francja to już coś innego – i na tym właśnie koncentruje się Marisa Meltzer, kiedy chce zaskoczyć czytelników przenikliwym i intrygującym wizerunkiem.
Interesuje ją Jane Birkin jako ikona mody i stylu – bez względu na historię, jaką po sobie postawiła. Nie przez przypadek startuje ta opowieść od modelu torebki nazwanej „birkin” – przez długi czas autorka podąża z swoją bohaterką, odnotowując koszyki, które ta nosi (i ich zawartość). Zdarza się komentowanie strojów, w tym tych najbardziej wyzywających czy odważnych – fryzury i makijażu na różnych etapach życia. To sposób Meltzer na prezentowanie metamorfoz u Birkin. O uwagę czytelników walczy też Meltzer za sprawą relacji towarzyskich i życia uczuciowego Jane. Bohaterka jest tu obserwowana w kolejnych małżeństwach, szuka się typowego dla niej schematu w poszukiwaniu partnera – Birkin nie potrafi żyć jako singielka, musi zawsze przebywać w pobliżu kogoś silniejszego, a to oznacza, że chociaż sama traktowana jest jako ikona, w życiu prywatnym nie potrafi zdobyć się na odwagę decydowania o sobie. Kontrapunktem dla tego wizerunku stają się wszelkiego rodzaju odejścia od rutyny i od powszechnie przyjętych zasad prowadzenia domu. Jet tu Jane Birkin imprezowiczka, której rytm dobowy daleki jest od zwyczajów matek. Ale jest też kobieta, w której córki mogą znaleźć oparcie. Marisa Meltzer czasami odwołuje się do pracy twórczej – tym chętniej, im bardziej powiązana jest ona z kolejnymi mężczyznami w życiu Birkin – częściej jednak szuka przepisu na Birkin w jej życiu osobistym i relacji z najbliższymi. To intymny portret pozbawiony szablonowości i wpasowywania się w panujące zwyczaje – Jane Birkin została tu uchwycona jako postać wyjątkowa i odważna, wolna od jakichkolwiek ograniczeń. Jest ta książka ciekawie napisana, tak, żeby czytelnicy mogli wypracować sobie wizerunek Jane Birkin daleki od encyklopedycznych notatek i suchych, schematycznych biograficznych treści. To książka, która tętni życiem, kipi od emocji i pozwala zaprzyjaźnić się z bohaterką. Nie da się oderwać od tego tomu – tu najbardziej liczy się możliwość podglądania Jane Birkin w jej życiowych wyborach i decyzjach niekoniecznie popularnych, za to bronionych do końca. „It girl” to także pokazanie czytelnikom, że można stworzyć nieszablonową opowieść o ikonie.
tu-czytam
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
piątek, 31 lipca 2026
czwartek, 30 lipca 2026
Agnieszka Krawczyk: W cztery strony szczęścia
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2026.
Vintage
Nie ma szczęścia bez konieczności walki o własne marzenia, nie ma szans na spełnienie, kiedy realizuje się wyłącznie oczekiwania innych. W Klubie Dobrych Przyjaciół to właśnie Agnieszka Krawczyk próbuje czytelniczkom przekazać. Pierwszy tom nowej serii – „W cztery strony szczęścia” to propozycja dla wszystkich, którzy lubią odchodzenie od rutyny na rzecz znalezienia własnego miejsca na świecie. Akcja toczy się tu w Krakowie i można tę książkę potraktować wręcz jako przewodnik po klimatycznych miejscach cenionych przez bohaterów. Nie może być inaczej, skoro dwaj bracia – Marcel i Nikodem – prowadzą podkast o mrocznych i tajemniczych zakątkach Krakowa. Realizują się w ten sposób, biorą udział w konkursach dla internetowych twórców i mogą znajdować czas na własne pasje – na przykład prowadzenie sklepu ze starymi płytami. Jeden z braci jest odludkiem i introwertykiem, niespecjalnie chce zmieniać się dla kogokolwiek – i może właśnie dlatego wciąż jest sam. Sytuacja jednak zmienia się, gdy musi zacząć działać w obronie własnych pomysłów – i dla dobra bliskich. Agnieszka Krawczyk w zasadzie od razu wstrzela czytelników w sedno wydarzeń: rozpoczyna się od małego trzęsienia ziemi, bo lokalny hotelarz, u którego bracia kręcili odcinek o nawiedzonych miejscach, na początku cieszył się z rozgłosu, a później zaczął grozić pozwem i zniszczeniem podkastu. Z pieniaczami trzeba działać ostrożnie, a jednocześnie nie wolno dopuścić do eskalacji żądań. Na szczęście w pobliżu czuwa pani Jola, bibliotekarka, która niejedno wiedziała i często służy pomocą przy gromadzeniu ciekawostek o Krakowie. To ona zna Sandrę, znakomitą prawniczkę, która w podobnych sytuacjach nie traci głowy – wie, jak działać, żeby nie doprowadzić do najgorszego. Sandra z kolei przyjaźni się z Niną – kobietą po dramatycznym rozstaniu z niewiernym partnerem. Piątka bohaterów będzie działać razem – i to twórczo. Trzeba bowiem wymyślić konkursowe nagranie, a do tego może się przydać tajemnicza szkatułka z pierścionkiem znaleziona na targu staroci. Nikodem i Marcel chcieliby przedstawić śledztwo w jak najbardziej intrygujący dla swoich odbiorców sposób – ale nie ulega wątpliwości, że mają na głowach zupełnie inne tematy.
„W cztery strony szczęścia” to kilka historii splecionych w jedną. Agnieszka Krawczyk wprawdzie sięga tu po nowe media i zainteresowania, których do tej pory w obyczajówkach raczej nie można było znaleźć, ale w gruncie rzeczy pozostaje bardzo staroświecka, zagląda do miejsc, które wcale nie kojarzą się z postępem i codziennym pośpiechem, raczej – pozwalają odetchnąć i obudzić tęsknotę za przeszłością. Doskonale czuje się w sklepach z odzieżą używaną i w bibliotece, przekonuje swoich czytelników, żeby docenili zarówno urok starych książek i ubrań w świetnym gatunku, jak i miejsc przynoszących wytchnienie. Dzięki temu może wprowadzać do egzystencji bohaterów dość burzliwe sytuacje. To jest książka o poszukiwaniu szczęścia i o odzyskiwaniu równowagi duchowej czy uczuciowej dzięki odpowiedniemu towarzystwu i zajęciom, które wymuszają kreatywność. Sporo w niej informacji o krakowskich zaułkach, a autorka zadbała o to, żeby czytelnicy mieli komu kibicować. Jest w tej powieści miejsce na oddech, jest też zestaw życiowych dramatów, które prowadzą w nieoczekiwanych kierunkach – jak zwykle Agnieszka Krawczyk dostarcza odbiorcom wielu urozmaiconych wrażeń.
Vintage
Nie ma szczęścia bez konieczności walki o własne marzenia, nie ma szans na spełnienie, kiedy realizuje się wyłącznie oczekiwania innych. W Klubie Dobrych Przyjaciół to właśnie Agnieszka Krawczyk próbuje czytelniczkom przekazać. Pierwszy tom nowej serii – „W cztery strony szczęścia” to propozycja dla wszystkich, którzy lubią odchodzenie od rutyny na rzecz znalezienia własnego miejsca na świecie. Akcja toczy się tu w Krakowie i można tę książkę potraktować wręcz jako przewodnik po klimatycznych miejscach cenionych przez bohaterów. Nie może być inaczej, skoro dwaj bracia – Marcel i Nikodem – prowadzą podkast o mrocznych i tajemniczych zakątkach Krakowa. Realizują się w ten sposób, biorą udział w konkursach dla internetowych twórców i mogą znajdować czas na własne pasje – na przykład prowadzenie sklepu ze starymi płytami. Jeden z braci jest odludkiem i introwertykiem, niespecjalnie chce zmieniać się dla kogokolwiek – i może właśnie dlatego wciąż jest sam. Sytuacja jednak zmienia się, gdy musi zacząć działać w obronie własnych pomysłów – i dla dobra bliskich. Agnieszka Krawczyk w zasadzie od razu wstrzela czytelników w sedno wydarzeń: rozpoczyna się od małego trzęsienia ziemi, bo lokalny hotelarz, u którego bracia kręcili odcinek o nawiedzonych miejscach, na początku cieszył się z rozgłosu, a później zaczął grozić pozwem i zniszczeniem podkastu. Z pieniaczami trzeba działać ostrożnie, a jednocześnie nie wolno dopuścić do eskalacji żądań. Na szczęście w pobliżu czuwa pani Jola, bibliotekarka, która niejedno wiedziała i często służy pomocą przy gromadzeniu ciekawostek o Krakowie. To ona zna Sandrę, znakomitą prawniczkę, która w podobnych sytuacjach nie traci głowy – wie, jak działać, żeby nie doprowadzić do najgorszego. Sandra z kolei przyjaźni się z Niną – kobietą po dramatycznym rozstaniu z niewiernym partnerem. Piątka bohaterów będzie działać razem – i to twórczo. Trzeba bowiem wymyślić konkursowe nagranie, a do tego może się przydać tajemnicza szkatułka z pierścionkiem znaleziona na targu staroci. Nikodem i Marcel chcieliby przedstawić śledztwo w jak najbardziej intrygujący dla swoich odbiorców sposób – ale nie ulega wątpliwości, że mają na głowach zupełnie inne tematy.
„W cztery strony szczęścia” to kilka historii splecionych w jedną. Agnieszka Krawczyk wprawdzie sięga tu po nowe media i zainteresowania, których do tej pory w obyczajówkach raczej nie można było znaleźć, ale w gruncie rzeczy pozostaje bardzo staroświecka, zagląda do miejsc, które wcale nie kojarzą się z postępem i codziennym pośpiechem, raczej – pozwalają odetchnąć i obudzić tęsknotę za przeszłością. Doskonale czuje się w sklepach z odzieżą używaną i w bibliotece, przekonuje swoich czytelników, żeby docenili zarówno urok starych książek i ubrań w świetnym gatunku, jak i miejsc przynoszących wytchnienie. Dzięki temu może wprowadzać do egzystencji bohaterów dość burzliwe sytuacje. To jest książka o poszukiwaniu szczęścia i o odzyskiwaniu równowagi duchowej czy uczuciowej dzięki odpowiedniemu towarzystwu i zajęciom, które wymuszają kreatywność. Sporo w niej informacji o krakowskich zaułkach, a autorka zadbała o to, żeby czytelnicy mieli komu kibicować. Jest w tej powieści miejsce na oddech, jest też zestaw życiowych dramatów, które prowadzą w nieoczekiwanych kierunkach – jak zwykle Agnieszka Krawczyk dostarcza odbiorcom wielu urozmaiconych wrażeń.
środa, 29 lipca 2026
Łukasz Modelski: Paprykarz z prodiża. Dzieciństwo w kuchni PRL
Mando, Kraków 2026.
Smaki
Akurat „Paprykarza z prodiża” raczej nikt z dorastających w PRL-u kojarzyć nie będzie, ale aliteracja w tytule ma po prostu przyciągać uwagę wszystkich poszukujących ciekawych smaków – lub tych, którzy kierują się sentymentem do minionych czasów. Łukasz Modelski tworzy esej, który – przesycony fotografiami z przeszłości – ma pokazywać nie tylko kulinarne przyzwyczajenia Polaków z drugiej połowy XX wieku, ale też zestaw możliwości i ograniczeń, z jakimi mierzyli się wszyscy. Łukasz Modelski przeprowadza czytelników przez różne posiłki (i różne okoliczności ich spożywania). Sprawdza między innymi, co zapamiętały dzieci z przysmaków, które mogły kupić za niewielkie kieszonkowe, ale interesuje go też między innymi, jak świętowano, co można było znaleźć w barach mlecznych, które fragmenty znanych filmów wiązały się z satyrycznym odzwierciedleniem rzeczywistości, jak rozwiązywało się problemy z brakami na rynku, a nawet – co pojawiało się w książkach kucharskich. Przez tematy przechodzi płynnie, prezentując kolejne odkrycia i przystanki w dążeniu do przypominania smaków. Prodiż pojawia się przede wszystkim jako narzędzie do pieczenia ciast, ale zyskuje też nietypowe porównania – i kojarzy się z rodzinnymi spotkaniami. Nawet opakowania kolejnych produktów spożywczych mają tu znaczenie i przynoszą konkretne wspomnienia. W zasadzie każdy z tych tematów, które autor porusza, nadawałyby się na duży, rozbudowany rozdział pracy popularnonaukowej – ale tak naprawdę Modelskiemu zależy raczej przede wszystkim na nawiązaniu porozumienia z odbiorcami. To książka bazująca na sentymentach i na wspólnocie doświadczeń – wielu odbiorców znajdzie tutaj swoje ulubione smaki i motywy, wielu zastanowi się, dlaczego nie pojawiło się coś dla nich istotnego – albo powraca tylko na marginesie. Bo wybór siłą rzeczy musi być subiektywny, przynajmniej w niektórych zagadnieniach. Łukasz Modelski stara się do tematu jedzenia podchodzić kompleksowo. Interesują go oryginalne smaki, produkty, które w mrokach dziejów zniknęły, „dziwne” pomysły i odkrycia i cała kultura przygotowywania posiłków. Przypomina, czym delektowali się kiedyś najmłodsi – i co kompletnie im obrzydło na przykład przez szkolne stołówki. Naświetla też rozbieżności między posiłkami przygotowywanymi w domu i tymi samymi daniami, które można było kupić. To wszystko dla odbiorców, którzy w PRL się wychowywali – albo dla tych, którzy chcieliby zrozumieć starsze pokolenie i pojąć sens niektórych przynajmniej ich wspomnień.
Jest to książka wielowymiarowa, znajdą się w niej ciekawostki w rodzaju maszyny do sprawdzania jajek – ale to przede wszystkim opowieść o ludziach, którzy musieli stawiać czoło licznym wyzwaniom. Od czasu do czasu konkretne danie lub napój staje się punktem wyjścia do rozmaitych gier, zabaw czy spotkań – i to również autor odnotowuje, w efekcie uzyskując książkę wypełnioną ciekawostkami społecznymi i obyczajowymi. Jest to publikacja, obok której dzieci PRL-u nie przejdą obojętnie – i właśnie w tym celu stworzona. Autor nie będzie bowiem dążył do skompletowania wszystkich smaków PRL-u – ale znajduje ich naprawdę dużo i równie dużo odniesień pozakulinarnych dla nich ma w zanadrzu. Przypomni czytelnikom parę tematów, które z pewnością zasługują na ocalenie i na opowiadanie o nich młodszym pokoleniom.
Smaki
Akurat „Paprykarza z prodiża” raczej nikt z dorastających w PRL-u kojarzyć nie będzie, ale aliteracja w tytule ma po prostu przyciągać uwagę wszystkich poszukujących ciekawych smaków – lub tych, którzy kierują się sentymentem do minionych czasów. Łukasz Modelski tworzy esej, który – przesycony fotografiami z przeszłości – ma pokazywać nie tylko kulinarne przyzwyczajenia Polaków z drugiej połowy XX wieku, ale też zestaw możliwości i ograniczeń, z jakimi mierzyli się wszyscy. Łukasz Modelski przeprowadza czytelników przez różne posiłki (i różne okoliczności ich spożywania). Sprawdza między innymi, co zapamiętały dzieci z przysmaków, które mogły kupić za niewielkie kieszonkowe, ale interesuje go też między innymi, jak świętowano, co można było znaleźć w barach mlecznych, które fragmenty znanych filmów wiązały się z satyrycznym odzwierciedleniem rzeczywistości, jak rozwiązywało się problemy z brakami na rynku, a nawet – co pojawiało się w książkach kucharskich. Przez tematy przechodzi płynnie, prezentując kolejne odkrycia i przystanki w dążeniu do przypominania smaków. Prodiż pojawia się przede wszystkim jako narzędzie do pieczenia ciast, ale zyskuje też nietypowe porównania – i kojarzy się z rodzinnymi spotkaniami. Nawet opakowania kolejnych produktów spożywczych mają tu znaczenie i przynoszą konkretne wspomnienia. W zasadzie każdy z tych tematów, które autor porusza, nadawałyby się na duży, rozbudowany rozdział pracy popularnonaukowej – ale tak naprawdę Modelskiemu zależy raczej przede wszystkim na nawiązaniu porozumienia z odbiorcami. To książka bazująca na sentymentach i na wspólnocie doświadczeń – wielu odbiorców znajdzie tutaj swoje ulubione smaki i motywy, wielu zastanowi się, dlaczego nie pojawiło się coś dla nich istotnego – albo powraca tylko na marginesie. Bo wybór siłą rzeczy musi być subiektywny, przynajmniej w niektórych zagadnieniach. Łukasz Modelski stara się do tematu jedzenia podchodzić kompleksowo. Interesują go oryginalne smaki, produkty, które w mrokach dziejów zniknęły, „dziwne” pomysły i odkrycia i cała kultura przygotowywania posiłków. Przypomina, czym delektowali się kiedyś najmłodsi – i co kompletnie im obrzydło na przykład przez szkolne stołówki. Naświetla też rozbieżności między posiłkami przygotowywanymi w domu i tymi samymi daniami, które można było kupić. To wszystko dla odbiorców, którzy w PRL się wychowywali – albo dla tych, którzy chcieliby zrozumieć starsze pokolenie i pojąć sens niektórych przynajmniej ich wspomnień.
Jest to książka wielowymiarowa, znajdą się w niej ciekawostki w rodzaju maszyny do sprawdzania jajek – ale to przede wszystkim opowieść o ludziach, którzy musieli stawiać czoło licznym wyzwaniom. Od czasu do czasu konkretne danie lub napój staje się punktem wyjścia do rozmaitych gier, zabaw czy spotkań – i to również autor odnotowuje, w efekcie uzyskując książkę wypełnioną ciekawostkami społecznymi i obyczajowymi. Jest to publikacja, obok której dzieci PRL-u nie przejdą obojętnie – i właśnie w tym celu stworzona. Autor nie będzie bowiem dążył do skompletowania wszystkich smaków PRL-u – ale znajduje ich naprawdę dużo i równie dużo odniesień pozakulinarnych dla nich ma w zanadrzu. Przypomni czytelnikom parę tematów, które z pewnością zasługują na ocalenie i na opowiadanie o nich młodszym pokoleniom.
wtorek, 28 lipca 2026
Fredrik Backman: Moi przyjaciele
Marginesy, Warszawa 2026.
Młodość
Tu nie ma dobrych scenariuszy. Louisa za moment się o tym dowie. Dziewczyna niedługo skończy osiemnaście lat i wie już, że życie nie układa się tak, jakby się chciało. Straciła najlepszą przyjaciółkę i jedyną osobę, która dodawała jej sił w walce z całym światem. Teraz została jej tylko sztuka. Louisa musi znaleźć na wystawie pewien obraz: dzieło sztuki, które towarzyszyło jej w najtrudniejszych chwilach. Louisa ma jego reprodukcję na pocztówce – i wydaje jej się, że rozumie ten obraz jak nikt inny. Zakrada się zatem do miejsca, w którym będzie mogła poznać wszystkie detale, niedostrzegalne w maleńkiej kopii. Oczywiście że wpada przy tym w tarapaty. Ale dzięki temu pozna pewnego bezdomnego, który naświetli jej właściwe podejście do sztuki i pozwoli zrozumieć, co w życiu naprawdę się liczy. Louisa to dziewczyna, która przyciąga kłopoty. Podobnie jak grupa nastolatków dwie dekady wcześniej. Trzech chłopaków potrzebuje siebie nawzajem. Joar próbuje chronić siebie i mamę przed wiecznie pijanym i awanturującym się ojcem. Ted chciałby ocalić wszystkich, zwłaszcza tych, dzięki którym nie czuje się tak bardzo wyobcowany. A artysta… artysta potrzebuje ochrony przed sobą samym – dopóki nie zrozumie, co daje mu wytchnienie, będzie ciągle w niebezpieczeństwie, jakie przynosi mu własna głowa. Do tych trzech chłopaków w pewnym momencie dołącza Ali – równie jak oni pogubiona nastolatka, która potrafi się bić i stale wpada w kłopoty. Louisa szybko się dowie, że na jej drodze stanął artysta. Ale żeby poznać historię obrazu, przyjaźni i nastolatków sprzed dwudziestu lat, potrzebuje towarzystwa Teda – najbardziej oddanego artyście człowieka. To z Tedem wyrusza w podróż pozornie bez celu, a dla zabicia czasu wypytuje go o szczegóły z dawnych przygód. Dzięki temu najlepiej zrozumie obraz – który i tak zna doskonale. A do tego wciągnie się w opowieści i w doświadczenia nieznanych jej dotąd ludzi.
Ale Fredrik Backman nie zamierza mamić czytelników wizją sielskiej młodości. Ta młodość, bez względu na to, którego z przyjaciół dotyczy, jest pełna trudów i wyzwań. Oczywiście zdarzają się lekkie momenty, w których atmosferę rozładowuje puszczenie bąka i śmiech tak głośny, że słychać go nawet pod wodą. Ale znacznie częściej proza życia przytłacza, a rzeczywistość zmusza do podejmowania bardzo skomplikowanych decyzji. Z jednej strony jest tu odkrywanie tego, co w młodości najpiękniejsze. Pojawiają się wyjątkowo silne uczucia i radości przyćmiewające wszystko – a obok tego strach, z którym nie można sobie poradzić i z którego nie da się zwierzyć nawet najbliższym. Przyjaciołom jednak nie trzeba wiele tłumaczyć: sami widzą najlepiej i odpowiednio – w miarę własnych możliwości – reagują. Autor wypełnia tom kolejnymi dramatami, o których wiedzą tylko nieliczni. A Louisa przeżywa wszystko na nowo, zupełnie jakby była nie tylko biernym słuchaczem historii z przeszłości, a bezpośrednim świadkiem wydarzeń. „Moi przyjaciele” to powieść, w której Fredrik Backman po raz kolejny udowadnia, jak dobrze rozumie siłę fabuł – wplata do książki wiele historii, które w takim samym stopniu będą chwytać odbiorców za serce i uświadamiać im, że pewne emocje się nie zmieniają mimo upływu czasu. Jest to książka, w której teraźniejszość konkuruje pod względem przeżyć z przeszłością – i na pewno pozostawi w czytelnikach ślad.
Młodość
Tu nie ma dobrych scenariuszy. Louisa za moment się o tym dowie. Dziewczyna niedługo skończy osiemnaście lat i wie już, że życie nie układa się tak, jakby się chciało. Straciła najlepszą przyjaciółkę i jedyną osobę, która dodawała jej sił w walce z całym światem. Teraz została jej tylko sztuka. Louisa musi znaleźć na wystawie pewien obraz: dzieło sztuki, które towarzyszyło jej w najtrudniejszych chwilach. Louisa ma jego reprodukcję na pocztówce – i wydaje jej się, że rozumie ten obraz jak nikt inny. Zakrada się zatem do miejsca, w którym będzie mogła poznać wszystkie detale, niedostrzegalne w maleńkiej kopii. Oczywiście że wpada przy tym w tarapaty. Ale dzięki temu pozna pewnego bezdomnego, który naświetli jej właściwe podejście do sztuki i pozwoli zrozumieć, co w życiu naprawdę się liczy. Louisa to dziewczyna, która przyciąga kłopoty. Podobnie jak grupa nastolatków dwie dekady wcześniej. Trzech chłopaków potrzebuje siebie nawzajem. Joar próbuje chronić siebie i mamę przed wiecznie pijanym i awanturującym się ojcem. Ted chciałby ocalić wszystkich, zwłaszcza tych, dzięki którym nie czuje się tak bardzo wyobcowany. A artysta… artysta potrzebuje ochrony przed sobą samym – dopóki nie zrozumie, co daje mu wytchnienie, będzie ciągle w niebezpieczeństwie, jakie przynosi mu własna głowa. Do tych trzech chłopaków w pewnym momencie dołącza Ali – równie jak oni pogubiona nastolatka, która potrafi się bić i stale wpada w kłopoty. Louisa szybko się dowie, że na jej drodze stanął artysta. Ale żeby poznać historię obrazu, przyjaźni i nastolatków sprzed dwudziestu lat, potrzebuje towarzystwa Teda – najbardziej oddanego artyście człowieka. To z Tedem wyrusza w podróż pozornie bez celu, a dla zabicia czasu wypytuje go o szczegóły z dawnych przygód. Dzięki temu najlepiej zrozumie obraz – który i tak zna doskonale. A do tego wciągnie się w opowieści i w doświadczenia nieznanych jej dotąd ludzi.
Ale Fredrik Backman nie zamierza mamić czytelników wizją sielskiej młodości. Ta młodość, bez względu na to, którego z przyjaciół dotyczy, jest pełna trudów i wyzwań. Oczywiście zdarzają się lekkie momenty, w których atmosferę rozładowuje puszczenie bąka i śmiech tak głośny, że słychać go nawet pod wodą. Ale znacznie częściej proza życia przytłacza, a rzeczywistość zmusza do podejmowania bardzo skomplikowanych decyzji. Z jednej strony jest tu odkrywanie tego, co w młodości najpiękniejsze. Pojawiają się wyjątkowo silne uczucia i radości przyćmiewające wszystko – a obok tego strach, z którym nie można sobie poradzić i z którego nie da się zwierzyć nawet najbliższym. Przyjaciołom jednak nie trzeba wiele tłumaczyć: sami widzą najlepiej i odpowiednio – w miarę własnych możliwości – reagują. Autor wypełnia tom kolejnymi dramatami, o których wiedzą tylko nieliczni. A Louisa przeżywa wszystko na nowo, zupełnie jakby była nie tylko biernym słuchaczem historii z przeszłości, a bezpośrednim świadkiem wydarzeń. „Moi przyjaciele” to powieść, w której Fredrik Backman po raz kolejny udowadnia, jak dobrze rozumie siłę fabuł – wplata do książki wiele historii, które w takim samym stopniu będą chwytać odbiorców za serce i uświadamiać im, że pewne emocje się nie zmieniają mimo upływu czasu. Jest to książka, w której teraźniejszość konkuruje pod względem przeżyć z przeszłością – i na pewno pozostawi w czytelnikach ślad.
poniedziałek, 27 lipca 2026
Agata Matraś: Mamo, tato, mów do mnie. Mój dzień
Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.
Rozmowy
Pojawia się w Naszej Księgarni kolejna seria picture booków, która cieszyć się będzie dużym powodzeniem wśród dzieci i ich rodziców. Mamo, tato, mów do mnie to zachęta do wspólnych zabaw nad książką – oglądania stron i komentowania tego, co dzieje się na ilustracjach. Tyle że tym razem to dorośli mają przy wieczornej lekturze opowiadać dzieciom, co zaobserwowali na obrazkach. Postępy najmłodszych mogą kontrolować, wciągając ich w zabawy i w rozmowy na temat lubianych bohaterów. Agata Matraś w tomie „Mój dzień” otwierającym tę serię wyjaśnia użytkownikom, czego się od nich oczekuje – ale jeśli dorośli zajmowali się już lekturą wspólnie ze swoimi pociechami, nie powinni mieć większych problemów z wyzwaniem. Gdyby stało się inaczej, mogą korzystać z podpowiedzi na marginesach – co nazywać, czego szukać, na co zwracać uwagę i właściwie co z tym wszystkim robić.
Pierwsza rozkładówka to przyjrzenie się bohaterom, prezentacja ich i przestrzeni, w jaką teraz zostaną wrzuceni odbiorcy. Tym razem mamy do czynienia z wielopokoleniową rodziną. Mama, tata, dziadek, troje dzieci i trzy łobuzersko nastawione koty – zapewniają w domu gwar i ruch, a do tego mnóstwo zadań do prześledzenia. Jedna z rozkładówek przedstawia rodzinny dom w przekroju i z nazwaniem kolejnych pomieszczeń – można więc od razu się rozgościć i poczuć swojsko. Później już autorka zabiera czytelników do poszczególnych pomieszczeń (a czasami wysyła do zupełnie innych, pozadomowych przestrzeni gęsto zaludnianych). Będzie tu wiele kolorów i wiele tematów do zaobserwowania, Agata Matraś posługuje się też bardzo chętnie humorem – i zwłaszcza tu przydadzą jej się psotne koty, żeby ucieszyć małych odbiorców.
Każda rozkładówka zyskuje też tekstowe wprowadzenie. Dorośli – narratorzy – będą mieli zatem podpowiedź dotyczącą akcji i kierunku opowiadania. W drobnym tekście znajdą wskazówki na temat czasu czy rodzajów działań w domu – i to punkt wyjścia, który w zupełności wystarczy do samodzielnego omawiania postaw różnych domowników. Dzieci oczywiście mogą się włączyć do komentowania wydarzeń lub do zadawania pytań dotyczących kolejnych zaobserwowanych czynności. Da się też wykorzystywać rozkładówki po prostu jako wyszukiwanki dla najmłodszych – zadania do wykonania, kiedy znudzi się już przedstawianie obrazków słowami.
Kartonowy picture book kusi swojskością – czyli nawiązaniami do sytuacji, które dzieci znać będą z własnego doświadczenia i z własnego otoczenia. Ale jest też wypełniony dodatkowymi atrakcyjnymi motywami – zwłaszcza obecność zwierząt w domu nie pozwoli przejść obojętnie nad książką. W tej rodzinie dzieje się dużo, nawet jeśli chodzi tylko o codzienną rutynę. Agata Matraś wie, jak przyciągnąć dzieci do tej książki. A ponieważ tym razem praca kilkulatków została sprytnie zamaskowana, znacznie łatwiej może pójść przekonywanie maluchów, żeby zaangażowały się z rodzicami w oglądanie kolejnych stron. Kolorowy chaos i prawdziwość (chociaż bajkowa) to czynniki przykuwające wzrok – warto tu podkreślić, że nie jest to dom idealnie uporządkowany, wszędzie widać ślady tego, że ktoś tam mieszka – i chociaż bałagan można czasami zrzucić na koty, nie da się ukryć, że w dziecięcym pokoju zabawki znajdują się w każdym wolnym miejscu. I wynajdowanie takich smaczków powinno spodobać się najmłodszym odbiorcom.
Rozmowy
Pojawia się w Naszej Księgarni kolejna seria picture booków, która cieszyć się będzie dużym powodzeniem wśród dzieci i ich rodziców. Mamo, tato, mów do mnie to zachęta do wspólnych zabaw nad książką – oglądania stron i komentowania tego, co dzieje się na ilustracjach. Tyle że tym razem to dorośli mają przy wieczornej lekturze opowiadać dzieciom, co zaobserwowali na obrazkach. Postępy najmłodszych mogą kontrolować, wciągając ich w zabawy i w rozmowy na temat lubianych bohaterów. Agata Matraś w tomie „Mój dzień” otwierającym tę serię wyjaśnia użytkownikom, czego się od nich oczekuje – ale jeśli dorośli zajmowali się już lekturą wspólnie ze swoimi pociechami, nie powinni mieć większych problemów z wyzwaniem. Gdyby stało się inaczej, mogą korzystać z podpowiedzi na marginesach – co nazywać, czego szukać, na co zwracać uwagę i właściwie co z tym wszystkim robić.
Pierwsza rozkładówka to przyjrzenie się bohaterom, prezentacja ich i przestrzeni, w jaką teraz zostaną wrzuceni odbiorcy. Tym razem mamy do czynienia z wielopokoleniową rodziną. Mama, tata, dziadek, troje dzieci i trzy łobuzersko nastawione koty – zapewniają w domu gwar i ruch, a do tego mnóstwo zadań do prześledzenia. Jedna z rozkładówek przedstawia rodzinny dom w przekroju i z nazwaniem kolejnych pomieszczeń – można więc od razu się rozgościć i poczuć swojsko. Później już autorka zabiera czytelników do poszczególnych pomieszczeń (a czasami wysyła do zupełnie innych, pozadomowych przestrzeni gęsto zaludnianych). Będzie tu wiele kolorów i wiele tematów do zaobserwowania, Agata Matraś posługuje się też bardzo chętnie humorem – i zwłaszcza tu przydadzą jej się psotne koty, żeby ucieszyć małych odbiorców.
Każda rozkładówka zyskuje też tekstowe wprowadzenie. Dorośli – narratorzy – będą mieli zatem podpowiedź dotyczącą akcji i kierunku opowiadania. W drobnym tekście znajdą wskazówki na temat czasu czy rodzajów działań w domu – i to punkt wyjścia, który w zupełności wystarczy do samodzielnego omawiania postaw różnych domowników. Dzieci oczywiście mogą się włączyć do komentowania wydarzeń lub do zadawania pytań dotyczących kolejnych zaobserwowanych czynności. Da się też wykorzystywać rozkładówki po prostu jako wyszukiwanki dla najmłodszych – zadania do wykonania, kiedy znudzi się już przedstawianie obrazków słowami.
Kartonowy picture book kusi swojskością – czyli nawiązaniami do sytuacji, które dzieci znać będą z własnego doświadczenia i z własnego otoczenia. Ale jest też wypełniony dodatkowymi atrakcyjnymi motywami – zwłaszcza obecność zwierząt w domu nie pozwoli przejść obojętnie nad książką. W tej rodzinie dzieje się dużo, nawet jeśli chodzi tylko o codzienną rutynę. Agata Matraś wie, jak przyciągnąć dzieci do tej książki. A ponieważ tym razem praca kilkulatków została sprytnie zamaskowana, znacznie łatwiej może pójść przekonywanie maluchów, żeby zaangażowały się z rodzicami w oglądanie kolejnych stron. Kolorowy chaos i prawdziwość (chociaż bajkowa) to czynniki przykuwające wzrok – warto tu podkreślić, że nie jest to dom idealnie uporządkowany, wszędzie widać ślady tego, że ktoś tam mieszka – i chociaż bałagan można czasami zrzucić na koty, nie da się ukryć, że w dziecięcym pokoju zabawki znajdują się w każdym wolnym miejscu. I wynajdowanie takich smaczków powinno spodobać się najmłodszym odbiorcom.
niedziela, 26 lipca 2026
Arvind Narayanan, Sayash Kapoor: Sztuczna inteligencja. Złudne obietnice, realne możliwości
bo.wiem, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2026.
Pułapki
Na rynku zaroiło się od publikacji przedstawiających sztuczną inteligencję – dla różnych grup odbiorców. Ci posługujący się AI w konkretnych zadaniach w pracy otrzymują już wręcz specjalistyczne poradniki pozwalające na rozeznanie w przydatnych narzędziach, z kolei szukający ciekawostek i zasad działania czy zastosowań będą mogli skorzystać z popularnonaukowych książek przedstawiających sztuczną inteligencję bez angażowania się w kwestie informatyki, algorytmów czy mocy obliczeniowej komputerów. W tomie „Sztuczna inteligencja. Złudne obietnice, realne możliwości” Arvind Narayanan i Sayash Kapoor decydują się wręcz na spersonifikowanie algorytmu – to algorytm coś robi, podstawy od strony programistów nie mają dla odbiorców tej książki żadnego znaczenia. Wystarczy, że o czymś decyduje algorytm – to uproszczenie, które jest potrzebne, żeby móc w ogóle zastosować szeroką perspektywę i odnieść się do działalności sztucznej inteligencji bez zagłębiania się w jakąkolwiek dziedzinę, w której już zostaje na dużą skalę wykorzystywana. Co ciekawe, chociaż autorzy deklarują obiektywizm badawczy, nietrudno się zorientować, że ich książka staje się raczej przestrogą przed nadmiernym zaufaniem wytworom AI. Nie będzie tu bezpośredniego zniechęcania ani siania paniki, ale „Sztuczna inteligencja” to tom w najlepszym razie sceptyczny wobec postępu informatycznego. Autorzy wiedzą świetnie, że nie ma powrotu z tej drogi – i świat bez AI już nie da rady funkcjonować – ale w związku z tym wolą zachęcać czytelników do krytycznego podejścia zamiast ślepej wiary w efekty. Stawiają na naświetlanie wad i pułapek predykcyjnej i generatywnej AI i liczą na to, że uda im się zaszczepić w czytelnikach co najmniej niechęć do nadużywania sztucznej inteligencji w różnych dziedzinach życia.
Oznacza to, że będą się koncentrować przede wszystkim na sytuacjach, w których AI popełnia błędy (nie przyglądając się tu roli człowieka): podkreślają momenty wykorzystywania sztucznej inteligencji do szerzenia dezinformacji i do wyciągania fałszywych wniosków. Podkreślają, jak niebezpieczne jest przywiązywanie się do pracy na AI i w ilu dziedzinach da się wpaść w maliny z powodu nadmiernego zaufania algorytmom. Podsuwają od czasu do czasu podpowiedzi, jak uniknąć takich problemów – kiedy i gdzie da się zrezygnować, żeby nie paść ewentualnie ofiarą działań niezidentyfikowanych algorytmów. Brakuje jednak przeciwwagi, skoncentrowania się dla odmiany na tym, co AI robi dobrze i gdzie jest wręcz pożądana. Przy lekturze tak wielu mankamentów można faktycznie zacząć wątpić w kierunek działań informatyków – a przecież nie do końca o to chodzi. Na pewno książka „Sztuczna inteligencja” jest przestrogą i pokazaniem, że czasami zdrowy krytycyzm jest potrzebny – ale nie uczy czytelników tego, kiedy na sceptyczne podejście postawić – i dlaczego. Można się będzie z lektury dowiedzieć, kiedy AI zawiodła – i jakie z tego wyciągnąć wnioski na przyszłość. A taka lekcja okaże się również bardzo cenna dla tych, którzy krytycznie podchodzą do tematu. Wydaje się, że autorzy tej książki chcieli po prostu postawić tamę euforii związanej z wykorzystywaniem sztucznej inteligencji w różnych dziedzinach i gałęziach nauki oraz działalności człowieka. Ten potężny tom staje się też rejestrem pomyłek na drodze do dzisiejszego stanu wiedzy – więc można go traktować jako przegląd wyzwań stawianych przed uczonymi.
Pułapki
Na rynku zaroiło się od publikacji przedstawiających sztuczną inteligencję – dla różnych grup odbiorców. Ci posługujący się AI w konkretnych zadaniach w pracy otrzymują już wręcz specjalistyczne poradniki pozwalające na rozeznanie w przydatnych narzędziach, z kolei szukający ciekawostek i zasad działania czy zastosowań będą mogli skorzystać z popularnonaukowych książek przedstawiających sztuczną inteligencję bez angażowania się w kwestie informatyki, algorytmów czy mocy obliczeniowej komputerów. W tomie „Sztuczna inteligencja. Złudne obietnice, realne możliwości” Arvind Narayanan i Sayash Kapoor decydują się wręcz na spersonifikowanie algorytmu – to algorytm coś robi, podstawy od strony programistów nie mają dla odbiorców tej książki żadnego znaczenia. Wystarczy, że o czymś decyduje algorytm – to uproszczenie, które jest potrzebne, żeby móc w ogóle zastosować szeroką perspektywę i odnieść się do działalności sztucznej inteligencji bez zagłębiania się w jakąkolwiek dziedzinę, w której już zostaje na dużą skalę wykorzystywana. Co ciekawe, chociaż autorzy deklarują obiektywizm badawczy, nietrudno się zorientować, że ich książka staje się raczej przestrogą przed nadmiernym zaufaniem wytworom AI. Nie będzie tu bezpośredniego zniechęcania ani siania paniki, ale „Sztuczna inteligencja” to tom w najlepszym razie sceptyczny wobec postępu informatycznego. Autorzy wiedzą świetnie, że nie ma powrotu z tej drogi – i świat bez AI już nie da rady funkcjonować – ale w związku z tym wolą zachęcać czytelników do krytycznego podejścia zamiast ślepej wiary w efekty. Stawiają na naświetlanie wad i pułapek predykcyjnej i generatywnej AI i liczą na to, że uda im się zaszczepić w czytelnikach co najmniej niechęć do nadużywania sztucznej inteligencji w różnych dziedzinach życia.
Oznacza to, że będą się koncentrować przede wszystkim na sytuacjach, w których AI popełnia błędy (nie przyglądając się tu roli człowieka): podkreślają momenty wykorzystywania sztucznej inteligencji do szerzenia dezinformacji i do wyciągania fałszywych wniosków. Podkreślają, jak niebezpieczne jest przywiązywanie się do pracy na AI i w ilu dziedzinach da się wpaść w maliny z powodu nadmiernego zaufania algorytmom. Podsuwają od czasu do czasu podpowiedzi, jak uniknąć takich problemów – kiedy i gdzie da się zrezygnować, żeby nie paść ewentualnie ofiarą działań niezidentyfikowanych algorytmów. Brakuje jednak przeciwwagi, skoncentrowania się dla odmiany na tym, co AI robi dobrze i gdzie jest wręcz pożądana. Przy lekturze tak wielu mankamentów można faktycznie zacząć wątpić w kierunek działań informatyków – a przecież nie do końca o to chodzi. Na pewno książka „Sztuczna inteligencja” jest przestrogą i pokazaniem, że czasami zdrowy krytycyzm jest potrzebny – ale nie uczy czytelników tego, kiedy na sceptyczne podejście postawić – i dlaczego. Można się będzie z lektury dowiedzieć, kiedy AI zawiodła – i jakie z tego wyciągnąć wnioski na przyszłość. A taka lekcja okaże się również bardzo cenna dla tych, którzy krytycznie podchodzą do tematu. Wydaje się, że autorzy tej książki chcieli po prostu postawić tamę euforii związanej z wykorzystywaniem sztucznej inteligencji w różnych dziedzinach i gałęziach nauki oraz działalności człowieka. Ten potężny tom staje się też rejestrem pomyłek na drodze do dzisiejszego stanu wiedzy – więc można go traktować jako przegląd wyzwań stawianych przed uczonymi.
sobota, 25 lipca 2026
Alicja Krzanik: Wielokropek i przyjaciele. Opowieści o interpunkcji dla najmłodszych
Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.
Interpunkcja
To oczywiste, że skoro wydawcy i rodzice naciskają na obecność na rynku literatury czwartej przede wszystkim publikacji edukacyjnych, dawne bajki pozwalające na przeżycie wielu urozmaiconych emocji zamieniają się w inaczej napisane podręczniki. „Wielokropek i przyjaciele” Alicji Krzanik to próba urozmaicenia słownikowych wyjaśnień dotyczących interpunkcji za sprawą Wielokropka – bohatera przybywającego nie wiadomo skąd na pewną planetę, łudząco podobną do Ziemi. Wielokropek pozostaje tajemnicą: nikt nie wie, kim naprawdę jest i czego szuka – wystarczy, że chodzi i przygląda się codzienności oraz przeznaczeniu kolejnych znaków interpunkcyjnych. Alicja Krzanik decyduje się na krótkie czytanki wzbogacane o drobne piosenki na temat znaków interpunkcyjnych i zasad ich stosowania. W piosenkach dąży do uchwycenia sedna przesłań – tak, żeby łatwiej było zapamiętać, kiedy dany znak się przydaje – co naturalnie sprawia, że te piosenki nie wypadają zbyt bajkowo czy intrygująco z perspektywy dzieci wciąż zmuszanych do sięgania po mnemotechniczne sztuczki. Znacznie ciekawiej w roli pomocy naukowych wypadają już krótkie czytanki – bo nie opowiadania. Powiązane są postacią Wielokropka, który odwiedza kolejnych bohaterów i obserwuje ich podczas pracy. Oznacza to, że w każdej z czytanek pojawia się nadreprezentacja danego znaku interpunkcyjnego w formie wpisanych w fabułę przykładów. Problem w tym, że Alicja Krzanik nie dba o to, żeby w tych historyjkach działo się cokolwiek poza prezentowaniem znaków – więc nawet jeśli coś zaczyna się ciekawie i mogłoby się rozwinąć w sposób, który zaintryguje – to wygra raczej chęć uczenia dzieci interpunkcji. I to jest właśnie największy mankament związany z realizowaniem rynkowych wytycznych – zapomnienie o zabawie czy absurdzie na rzecz nauki zawsze, nawet podczas czytania – wydawałoby się – bajkowej publikacji.
„Wielokropek i przyjaciele” to książka, która od razu przyciągnie dziecięce spojrzenia za sprawą obrazków Macieja Szymanowicza – ten ilustrator bardzo dobrze rozumie zarówno absurd, jak i abstrakcyjne myślenie charakterystyczne dla bajkowych bohaterów. Do tego bez trudu wyzwala uśmiech – sprawiając, że chce się sięgać po książki z jego pracami. Wielokropek w ujęciu Szymanowicza wygląda trochę jak mrówka a trochę jak gąsienica, zachęci dzieci do zadawania pytań i do dziwienia się postaciom. Pytanie tylko, czy samo wskazywanie zastosowań – nadrzędne w tekście – stanie się czynnikiem wystarczającym do tego, żeby maluchy chciały czytać z własnej woli. „Wielokropek i przyjaciele” to książka, która ma podtytuł „Opowieści o interpunkcji dla najmłodszych” – i nieprzypadkowo to właśnie ten podtytuł zajmuje centralne miejsce na okładce. Trochę za dużo tu tendencji do wplatania teorii w przygody bohaterów. Jeśli to bohaterowie w dialogach wyjaśniają sobie nawzajem zasady stosowania znaków interpunkcyjnych – odrobinę tylko oswajając słownikowe teorie – to automatycznie dzieciom trudniej będzie skoncentrować się na czytaniu i na przyswajaniu wiadomości. Dobrze, że książka zawiera też zadania dla małych odbiorców – będzie to sposób na wytchnienie od ciągłej nauki i odczytywania kolejnych informacji. W dążeniu do pożenienia rozrywkowych książek z publikacjami czysto edukacyjnymi łatwo zgubić proporcje – należy bardzo na to uważać. Jednak kiedy dzieci potrzebują akurat edukacyjnego wsparcia dotyczącego interpunkcji – mogą po tę książkę sięgać bez obaw.
Interpunkcja
To oczywiste, że skoro wydawcy i rodzice naciskają na obecność na rynku literatury czwartej przede wszystkim publikacji edukacyjnych, dawne bajki pozwalające na przeżycie wielu urozmaiconych emocji zamieniają się w inaczej napisane podręczniki. „Wielokropek i przyjaciele” Alicji Krzanik to próba urozmaicenia słownikowych wyjaśnień dotyczących interpunkcji za sprawą Wielokropka – bohatera przybywającego nie wiadomo skąd na pewną planetę, łudząco podobną do Ziemi. Wielokropek pozostaje tajemnicą: nikt nie wie, kim naprawdę jest i czego szuka – wystarczy, że chodzi i przygląda się codzienności oraz przeznaczeniu kolejnych znaków interpunkcyjnych. Alicja Krzanik decyduje się na krótkie czytanki wzbogacane o drobne piosenki na temat znaków interpunkcyjnych i zasad ich stosowania. W piosenkach dąży do uchwycenia sedna przesłań – tak, żeby łatwiej było zapamiętać, kiedy dany znak się przydaje – co naturalnie sprawia, że te piosenki nie wypadają zbyt bajkowo czy intrygująco z perspektywy dzieci wciąż zmuszanych do sięgania po mnemotechniczne sztuczki. Znacznie ciekawiej w roli pomocy naukowych wypadają już krótkie czytanki – bo nie opowiadania. Powiązane są postacią Wielokropka, który odwiedza kolejnych bohaterów i obserwuje ich podczas pracy. Oznacza to, że w każdej z czytanek pojawia się nadreprezentacja danego znaku interpunkcyjnego w formie wpisanych w fabułę przykładów. Problem w tym, że Alicja Krzanik nie dba o to, żeby w tych historyjkach działo się cokolwiek poza prezentowaniem znaków – więc nawet jeśli coś zaczyna się ciekawie i mogłoby się rozwinąć w sposób, który zaintryguje – to wygra raczej chęć uczenia dzieci interpunkcji. I to jest właśnie największy mankament związany z realizowaniem rynkowych wytycznych – zapomnienie o zabawie czy absurdzie na rzecz nauki zawsze, nawet podczas czytania – wydawałoby się – bajkowej publikacji.
„Wielokropek i przyjaciele” to książka, która od razu przyciągnie dziecięce spojrzenia za sprawą obrazków Macieja Szymanowicza – ten ilustrator bardzo dobrze rozumie zarówno absurd, jak i abstrakcyjne myślenie charakterystyczne dla bajkowych bohaterów. Do tego bez trudu wyzwala uśmiech – sprawiając, że chce się sięgać po książki z jego pracami. Wielokropek w ujęciu Szymanowicza wygląda trochę jak mrówka a trochę jak gąsienica, zachęci dzieci do zadawania pytań i do dziwienia się postaciom. Pytanie tylko, czy samo wskazywanie zastosowań – nadrzędne w tekście – stanie się czynnikiem wystarczającym do tego, żeby maluchy chciały czytać z własnej woli. „Wielokropek i przyjaciele” to książka, która ma podtytuł „Opowieści o interpunkcji dla najmłodszych” – i nieprzypadkowo to właśnie ten podtytuł zajmuje centralne miejsce na okładce. Trochę za dużo tu tendencji do wplatania teorii w przygody bohaterów. Jeśli to bohaterowie w dialogach wyjaśniają sobie nawzajem zasady stosowania znaków interpunkcyjnych – odrobinę tylko oswajając słownikowe teorie – to automatycznie dzieciom trudniej będzie skoncentrować się na czytaniu i na przyswajaniu wiadomości. Dobrze, że książka zawiera też zadania dla małych odbiorców – będzie to sposób na wytchnienie od ciągłej nauki i odczytywania kolejnych informacji. W dążeniu do pożenienia rozrywkowych książek z publikacjami czysto edukacyjnymi łatwo zgubić proporcje – należy bardzo na to uważać. Jednak kiedy dzieci potrzebują akurat edukacyjnego wsparcia dotyczącego interpunkcji – mogą po tę książkę sięgać bez obaw.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






