Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.
Poszukiwania
Bardzo dobrze sprawdzają się kolejne tomiki proponowane przez Annę Jankowską z cyklu Ojej – przede wszystkim dlatego, że nie polegają wyłącznie na linearnym czytaniu (albo – czytaniu z dzieckiem), a pozwalają maluchom na przeżycie prawdziwej przygody razem z bohaterami. Zaangażowanie wręcz wymusza się za sprawą kolejnych poleceń, które pojawiają się na każdej rozkładówce, a sama autorka wcale nie rezygnuje z tekstu, stawia raczej na klasyczne objętościowo opowiadania – i chociaż sporo tu ilustracji, to i tak do czytania będzie też dużo. A że nie na samym czytaniu rzecz się opiera, to będzie to tomik, który na dłużej zajmie kilkulatki. „Ojej, zguba! O relacjach, empatii i wspieraniu innych” to książka, w której będzie sporo emocji. Co ciekawe – nie ma tu Loli, siedmiolatki, do której należą zabawki przeżywające ważną przygodę. Uwagę czytelników przyciąga za to kot Czaruś, który właśnie zgubił swój piękny czarny brokatowy guzik. Guzik stanowił ozdobę kolekcji – był najbardziej wartościowy spośród wszystkich posiadanych przez Czarusia wartościowych przedmiotów, więc kot stara się go znaleźć. Zasięga rad, jak odzyskać coś, co się zgubiło – i otrzymuje przydatne wskazówki, między innymi tę, żeby pomyśleć nad czynnościami od ostatniego kontaktu z zagubionym przedmiotem, a potem przejść trasę, w obrębie której się działało. Oczywiście na drodze Czarusiowi staje mnóstwo postaci, bohater pomoże między innymi wiewiórce w szukaniu orzechów – to okazja do przypomnienia sobie praktycznych wskazówek. A kiedy guzik się już znajdzie, stanie się jasne, że trzeba tu jeszcze zastanowić się nad kwintesencją przyjaźni i uczuciami innych. Anna Jankowska proponuje zatem wielowymiarową czytankę dla najmłodszych. Każdy etap historyjki wieńczą pytania i polecenia kierowane do małych odbiorców. Jedne pozwalają zastanowić się nad sobą albo ocenić bohaterów, inne – prowadzą do wykonywania prostych ćwiczeń ruchowych czy oddechowych, uruchamiania wyobraźni albo do kreatywnych działań. Liczy się to, że dzieci nie muszą tylko zajmować się czytaniem albo śledzeniem czytanego tekstu, ale zostaną włączone do historii przez powtarzanie czynności bohaterów. Przytulankowych bohaterów – bo i kot, i miś są przecież pluszakami należącymi do Loli – co nie zmienia faktu, że przygody przeżywają samodzielnie. Nie zabraknie też humoru, zwłaszcza wtedy, kiedy Anna Jankowska pokaże, jak przeliczyć objętość słoika na objętość pluszowego kota.
Jest tu bardzo przyjemna strona graficzna – obrazki są niezbędne, ale nie odwracają uwagi od tekstu i zadań, przyjemne, komiksowe i przygotowane do nauki czytania – jeśli jakieś dziecko zechce poznawać litery, może zacząć od komiksowych dymków i nie zniechęci się ogromem tekstu, za to zwróci uwagę na silne emocje bohaterów. „Ojej, zguba! O relacjach, empatii i wspieraniu innych” to książka dobrze przygotowana dla maluchów, pełna niespodzianek i pokazująca, że czytanie to prawdziwa przyjemność, nie tylko samo śledzenie liter, ale przeżywanie wielkich przygód. Nawet jeśli to przygody na miarę domowych maskotek. Anna Jankowska wie, jak zaprosić dzieci do lektury – można jej zaufać i obserwować fajnie rozwijającą się serię.
tu-czytam
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
środa, 25 lutego 2026
wtorek, 24 lutego 2026
Kristan Higgins: Jasna strona życia
Gorzka Czekolada, Media Rodzina, Poznań 2026.
Scenariusze
Ta opowieść już była, Lark doskonale o tym wie. Kiedy tylko równie przystojny co utalentowany (i jednocześnie – społecznie wycofany) chirurg proponuje jej bycie osobą towarzyszącą na ślubie siostry, Lark przychodzą na myśl rozmaite komedie romantyczne z „Pretty woman” na czele. Lorenzo Santini nie ma przyjaciół, bo też i nie zjednuje sobie ludzi. Jest odpychający i samolubny, a do tego kosmicznie bogaty. Ale może zapewnić Lark coś, o czym ta marzy: powrót na oddział onkologii. Chwilowo Lark została od niego odsunięta ze względu na nadmierną emocjonalność, przez którą nie mogła pracować z pacjentami potrzebującymi wsparcia i rzeczowej opieki – przeniesiona do hospicjum, traktuje to jako przeczekanie. W końcu musi zrealizować swój plan i leczyć raka – zwłaszcza że przez białaczkę straciła miłość życia. Skoro nie udało jej się ocalić ukochanego, może pomóc innym ludziom. Przynajmniej takie jest założenie. Na razie Lark potrzebuje przekonać do siebie kierownictwo na onkologii. A pieniądze też jej się przydadzą. W efekcie przyjmuje propozycję, która ma być tylko na chwilę i tylko dla uspokojenia ukochanej babci Santiniego. Kristan Higgins powtórki z szablonu nie zapewni, można więc podążać za bohaterką i przyglądać się jej przeszłości – rozbudowane retrospekcje pokazują nie tylko, czym dla niej był związek, ale też, dlaczego tak usilnie próbuje odnaleźć się na onkologii, skoro inne gałęzie medycyny pasują jej o wiele bardziej.
Sama Lark kompletnie nie pasuje do świata Lorenza – przynajmniej do tego świata, który bohater wokół siebie buduje. Santini ma bowiem gwarną rodzinę, z którą Lark błyskawicznie znajduje porozumienie – szybko przekonuje do siebie siostry lekarza i jego rodziców. Nawiązuje też kontakty, które zaważą na jej przyszłości. Na razie jednak musi grać swoją rolę i chociaż w codzienności stawia na szczerość – nie powinna nadużywać zaufania chirurga. Lark to jeden temat powieści „Jasna strona życia”, ten najbardziej krzepiący, wciągający i ciekawy. Ale Kristan Higgins nie zapomina o innych odbiorczyniach. Przygląda się relacji starszego pokolenia: Ellie, mama Lark, przeżywa właśnie wielki życiowy kryzys. W jej poukładanym świecie i szczęśliwym małżeństwie pojawiła się poważna rysa, zdrada emocjonalna, z którą Ellie musi się jakoś pogodzić. Na razie usuwa się na bok i zastanawia, co zrobić. I jest jeszcze Joy – kobieta-zagadka, uzależniona od operacji plastycznych, mająca za sobą cztery nieudane małżeństwa za to żadnej pasji. Joy zapewnia dom Lark oraz Ellie – i dopiero uczy się, jak poznawać siebie. To długa, ale satysfakcjonująca droga. I to wszystko Kristan Higgins oferuje czytelniczkom w naprawdę udanej prozie obyczajowej. Jest w „Jasnej stronie życia” sporo wzruszeń, ale też i mnóstwo humoru, który te wzruszenia równoważy. Jest bardzo przekonująca część dotycząca walki z chorobą – i postaw bliskich wobec życiowych zmian. Jest odejście od jednego schematu (na rzecz innego, ale to nie wada). „Jasna strona życia” dostarcza wytchnienia i przypomina o tym, co najlepsze w powieściach dla kobiet – o pokrzepieniu, które płynie z nieoczekiwanej strony i w trudnych chwilach pozwala mieć nadzieję na lepszą przyszłość.
Scenariusze
Ta opowieść już była, Lark doskonale o tym wie. Kiedy tylko równie przystojny co utalentowany (i jednocześnie – społecznie wycofany) chirurg proponuje jej bycie osobą towarzyszącą na ślubie siostry, Lark przychodzą na myśl rozmaite komedie romantyczne z „Pretty woman” na czele. Lorenzo Santini nie ma przyjaciół, bo też i nie zjednuje sobie ludzi. Jest odpychający i samolubny, a do tego kosmicznie bogaty. Ale może zapewnić Lark coś, o czym ta marzy: powrót na oddział onkologii. Chwilowo Lark została od niego odsunięta ze względu na nadmierną emocjonalność, przez którą nie mogła pracować z pacjentami potrzebującymi wsparcia i rzeczowej opieki – przeniesiona do hospicjum, traktuje to jako przeczekanie. W końcu musi zrealizować swój plan i leczyć raka – zwłaszcza że przez białaczkę straciła miłość życia. Skoro nie udało jej się ocalić ukochanego, może pomóc innym ludziom. Przynajmniej takie jest założenie. Na razie Lark potrzebuje przekonać do siebie kierownictwo na onkologii. A pieniądze też jej się przydadzą. W efekcie przyjmuje propozycję, która ma być tylko na chwilę i tylko dla uspokojenia ukochanej babci Santiniego. Kristan Higgins powtórki z szablonu nie zapewni, można więc podążać za bohaterką i przyglądać się jej przeszłości – rozbudowane retrospekcje pokazują nie tylko, czym dla niej był związek, ale też, dlaczego tak usilnie próbuje odnaleźć się na onkologii, skoro inne gałęzie medycyny pasują jej o wiele bardziej.
Sama Lark kompletnie nie pasuje do świata Lorenza – przynajmniej do tego świata, który bohater wokół siebie buduje. Santini ma bowiem gwarną rodzinę, z którą Lark błyskawicznie znajduje porozumienie – szybko przekonuje do siebie siostry lekarza i jego rodziców. Nawiązuje też kontakty, które zaważą na jej przyszłości. Na razie jednak musi grać swoją rolę i chociaż w codzienności stawia na szczerość – nie powinna nadużywać zaufania chirurga. Lark to jeden temat powieści „Jasna strona życia”, ten najbardziej krzepiący, wciągający i ciekawy. Ale Kristan Higgins nie zapomina o innych odbiorczyniach. Przygląda się relacji starszego pokolenia: Ellie, mama Lark, przeżywa właśnie wielki życiowy kryzys. W jej poukładanym świecie i szczęśliwym małżeństwie pojawiła się poważna rysa, zdrada emocjonalna, z którą Ellie musi się jakoś pogodzić. Na razie usuwa się na bok i zastanawia, co zrobić. I jest jeszcze Joy – kobieta-zagadka, uzależniona od operacji plastycznych, mająca za sobą cztery nieudane małżeństwa za to żadnej pasji. Joy zapewnia dom Lark oraz Ellie – i dopiero uczy się, jak poznawać siebie. To długa, ale satysfakcjonująca droga. I to wszystko Kristan Higgins oferuje czytelniczkom w naprawdę udanej prozie obyczajowej. Jest w „Jasnej stronie życia” sporo wzruszeń, ale też i mnóstwo humoru, który te wzruszenia równoważy. Jest bardzo przekonująca część dotycząca walki z chorobą – i postaw bliskich wobec życiowych zmian. Jest odejście od jednego schematu (na rzecz innego, ale to nie wada). „Jasna strona życia” dostarcza wytchnienia i przypomina o tym, co najlepsze w powieściach dla kobiet – o pokrzepieniu, które płynie z nieoczekiwanej strony i w trudnych chwilach pozwala mieć nadzieję na lepszą przyszłość.
poniedziałek, 23 lutego 2026
Rusell Kane: Pupil dla mnie
Kropka, Warszawa 2026.
Zwierzę domowe
Russell Kane kieruje się do małych odbiorców, chociaż chyba bardziej powinien zwrócić na siebie uwagę ich rodziców – jako osoba, która analizuje zachowania, wady i zalety różnych ras psów i kotów oraz podpowiada, na jakie domowe zwierzę się zdecydować. „Pupil dla mnie” to trochę książka edukacyjna, trochę ciekawostka dla małych czytelników – i tylko szkoda, że autor tak mało może napisać o nierasowych zwierzętach ze schronisk (chociaż każdy rozdział kończy się podpowiedzią, żeby sprawdzić, czy to właśnie w schronisku nie znajdzie się najlepszego przyjaciela dla siebie – a do tego autor przekonuje, dlaczego nie decydować się na najszybciej podbiegające zwierzę albo na to najbardziej opuszczone i nieufne). Russell Kane od czasu do czasu przypomina sobie, że jest komikiem i zarabia na życie stand-upami i wtedy wplata do narracji dowcipy niekoniecznie potrzebne, ale przyciągające uwagę i odrobinę odciążające tom. Bo „Pupil dla mnie” to nie lektura na jeden raz i nawet najwięksi miłośnicy zwierząt przekonają się, że trzeba będzie sobie ją rozłożyć na kilka sesji. Każda rozkładówka jest poświęcona jednej rasie (psa czy kota, pod koniec książki znajdują się jeszcze drobne akapity poświęcone chomikom, świnkom morskim, papużkom falistym, gadom oraz… owadom, bo autor cały czas wspomina swojego straszyka, którego bardzo w dzieciństwie lubił). Russell Kane o wielu rasach pisze właśnie dlatego, że przedstawicieli tych ras miał albo ma u siebie w domu i dobrze wspomina – dzięki temu wiadomości z pierwszej ręki nabierają barw i mogą trafić do przekonania odbiorcom. Jeśli ktoś marzy o rasowym psie albo kocie, dowie się, czym charakteryzują się te rasy – jeśli chodzi o wygląd, ale przede wszystkim o charakter i skłonność do zabaw z człowiekiem. Autor przygląda się kolejnym stworzeniom, podaje historię rasy (albo przynajmniej prawdopodobną historię rasy), opowiada, które zwierzęta nie poradzą sobie same w domu, a których nie należy wypuszczać do ogrodu, które lubią spędzać czas na kolanach człowieka, a które nie przekonają się do tego, żeby stać się stworzonkiem do głaskania. Co zabawne, każdej rasie wystawia metryczkę z ocenami, podając liczbowe wartości tego, czy dany zwierzak imponuje intelektem, lubi się bawić, wymaga uwagi, radzi sobie na zewnątrz i czy zachwyca – nie wiadomo, jakie kryterium stosuje przy tym ostatnim punkcie, najprawdopodobniej sięga do własnych doświadczeń i część czytelników będzie chciała z nim polemizować. Opowiada o osobowości zwierząt i o cechach, które mogą okazać się trudne w codziennym wspólnym funkcjonowaniu. Najlepiej jak potrafi przygotowuje do życia z przedstawicielem danej rasy. Oprócz zdjęcia zwierzaka na rozkładówce pojawia się też całkiem sporo rysunków, tak, żeby mali odbiorcy mogli cieszyć się oglądaniem stron.
To propozycja dla dzieci, które zainteresowane są różnicami między różnymi rasami psów i kotów i chcą się przekonać, czy faktycznie rasa ma znaczenie lub wpływ na charakter pupila. Raczej rzadziej będzie wykorzystywana do podjęcia decyzji – bardziej może funkcjonować jako ciekawostka i jako szansa na poznawanie domowych pupili. Wielkoformatowa i udana książka, która jednak skłania do czytania wybiórczego - sięgania po konkretne tematy i sprawdzania, co autor ma do powiedzenia o danej rasie.
Zwierzę domowe
Russell Kane kieruje się do małych odbiorców, chociaż chyba bardziej powinien zwrócić na siebie uwagę ich rodziców – jako osoba, która analizuje zachowania, wady i zalety różnych ras psów i kotów oraz podpowiada, na jakie domowe zwierzę się zdecydować. „Pupil dla mnie” to trochę książka edukacyjna, trochę ciekawostka dla małych czytelników – i tylko szkoda, że autor tak mało może napisać o nierasowych zwierzętach ze schronisk (chociaż każdy rozdział kończy się podpowiedzią, żeby sprawdzić, czy to właśnie w schronisku nie znajdzie się najlepszego przyjaciela dla siebie – a do tego autor przekonuje, dlaczego nie decydować się na najszybciej podbiegające zwierzę albo na to najbardziej opuszczone i nieufne). Russell Kane od czasu do czasu przypomina sobie, że jest komikiem i zarabia na życie stand-upami i wtedy wplata do narracji dowcipy niekoniecznie potrzebne, ale przyciągające uwagę i odrobinę odciążające tom. Bo „Pupil dla mnie” to nie lektura na jeden raz i nawet najwięksi miłośnicy zwierząt przekonają się, że trzeba będzie sobie ją rozłożyć na kilka sesji. Każda rozkładówka jest poświęcona jednej rasie (psa czy kota, pod koniec książki znajdują się jeszcze drobne akapity poświęcone chomikom, świnkom morskim, papużkom falistym, gadom oraz… owadom, bo autor cały czas wspomina swojego straszyka, którego bardzo w dzieciństwie lubił). Russell Kane o wielu rasach pisze właśnie dlatego, że przedstawicieli tych ras miał albo ma u siebie w domu i dobrze wspomina – dzięki temu wiadomości z pierwszej ręki nabierają barw i mogą trafić do przekonania odbiorcom. Jeśli ktoś marzy o rasowym psie albo kocie, dowie się, czym charakteryzują się te rasy – jeśli chodzi o wygląd, ale przede wszystkim o charakter i skłonność do zabaw z człowiekiem. Autor przygląda się kolejnym stworzeniom, podaje historię rasy (albo przynajmniej prawdopodobną historię rasy), opowiada, które zwierzęta nie poradzą sobie same w domu, a których nie należy wypuszczać do ogrodu, które lubią spędzać czas na kolanach człowieka, a które nie przekonają się do tego, żeby stać się stworzonkiem do głaskania. Co zabawne, każdej rasie wystawia metryczkę z ocenami, podając liczbowe wartości tego, czy dany zwierzak imponuje intelektem, lubi się bawić, wymaga uwagi, radzi sobie na zewnątrz i czy zachwyca – nie wiadomo, jakie kryterium stosuje przy tym ostatnim punkcie, najprawdopodobniej sięga do własnych doświadczeń i część czytelników będzie chciała z nim polemizować. Opowiada o osobowości zwierząt i o cechach, które mogą okazać się trudne w codziennym wspólnym funkcjonowaniu. Najlepiej jak potrafi przygotowuje do życia z przedstawicielem danej rasy. Oprócz zdjęcia zwierzaka na rozkładówce pojawia się też całkiem sporo rysunków, tak, żeby mali odbiorcy mogli cieszyć się oglądaniem stron.
To propozycja dla dzieci, które zainteresowane są różnicami między różnymi rasami psów i kotów i chcą się przekonać, czy faktycznie rasa ma znaczenie lub wpływ na charakter pupila. Raczej rzadziej będzie wykorzystywana do podjęcia decyzji – bardziej może funkcjonować jako ciekawostka i jako szansa na poznawanie domowych pupili. Wielkoformatowa i udana książka, która jednak skłania do czytania wybiórczego - sięgania po konkretne tematy i sprawdzania, co autor ma do powiedzenia o danej rasie.
niedziela, 22 lutego 2026
Yuta Takahashi: Chibineko. Niezwykła restauracja wspomnień
Rebis, Poznań 2026.
Ostatnia rozmowa
Jest w literaturze healingowej z Dalekiego Wschodu motyw, który wcale nie pasuje do racjonalnych i realistycznych opowieści, ale który dobrze się sprawdza i pozwala czytelnikom na doznanie specyficznego oczyszczenia (a czasami uświadomienia sobie pewnych prawd, zanim będzie za późno). Restauracje, gabinety lekarskie i inne przybytki usytuowane w tajemniczych miejscach, niedostępne dla niewtajemniczonych, niosą pomoc wszystkim tym, którzy nie potrafią się pogodzić z tym, co ostateczne. I tak jest z Chibineko. „Chibineko. Niezwykła restauracja wspomnień” to podzielona na kilka rozdziałów historia o ludziach, którzy nie zdążyli wyjaśnić sobie pewnych spraw, zanim jedno z nich odeszło z tego świata. Restauracja czynna tylko w godzinach porannych serwuje specjalne dania ku pamięci. Właściwie nie wiadomo, jak to się dzieje, ale zawsze dania te – nieobecne w karcie – mają związek ze zmarłymi osobami. A to nie koniec niezwykłości: para z tych dań karmi duchy, a właściwie – sprowadza i karmi. Na ostatni posiłek przybywają ci, którzy przedwcześnie odeszli, zostawili po sobie nierozwiązane problemy albo przysparzają swoją śmiercią ogromnego bólu komuś, kto tęskni i nie umie sobie poradzić z własnymi emocjami. Fakty w Chibineko są takie, że trafiony posiłek sprowadza ducha – duch zasiada do ostatniego dania i ma czas, dopóki danie jest gorące. Później zniknie i już nigdy nie wróci. Ale świadomość, że ma się tylko parę chwil, pozwala się skupić na tym, co najważniejsze.
I tak młoda kobieta, która uniknęła śmierci w wypadku samochodowym dzięki poświęceniu ze strony brata próbuje wyjaśnić sobie z nim kwestię ostatnich chwil i planów na przyszłość, z kolei dziecko – mały chłopiec – czuje, że złym słowem skrzywdził koleżankę, która bardzo mu się podobała i chciałby naprawić błąd, chociaż w rzeczywistości jest na to już za późno. Różne osoby trafiają do Chibineko i tutaj mogą przyjrzeć się przeszłości i naprawić swoje uczucia. Dyskretny kelner przynosi posiłki i chowa się gdzieś, żeby zapewnić prywatność klientom. Ci przeprowadzają najważniejsze dla siebie rozmowy – a świadkami tych rozmów stają się czytelnicy. I dzięki temu Yuta Takahashi może przekazywać podstawowe prawdy, przypominać o tym, co w życiu ważne i czego nie wolno zaniedbać. Oczywiście w prawdziwym życiu odbiorcy nie zyskają takiej szansy na tłumaczenie się albo otrzymanie przebaczenia, nie będą mogli naprostować błędów ani ukoić bólu – dlatego też lektura pokaże im, jak rozwiązywać konflikty zanim będzie za późno i jak podchodzić do ostatecznych rozstań – podrzuci właściwe interpretacje i kojące wyjaśnienia. I to może odnieść właściwy skutek, nawet jeśli fabuła jest mocno schematyczna i bardzo podobna w wielu pozycjach z tego gatunku. Takahashi nie musi tłumaczyć, o co chodzi z przekraczaniem bariery śmierci – tu nie liczy się prawdopodobieństwo, a nośnik znaczeń. Cała powieść nie rości sobie praw do bycia realistyczną, a oniryzm pozwala na wprowadzanie charakterystycznych komentarzy bez oskarżeń o infantylizm. A jednocześnie to jest literatura na tyle inna od znanej odbiorcom, że przez tę inność właśnie najbardziej kusząca. W tym wypadku pojawiają się jeszcze dodatkowo przepisy kulinarne – tak, że jeśli ktoś ma ochotę sprawdzić smaki przywabiające powieściowe duchy – może pokusić się o eksperymenty w kuchni.
Ostatnia rozmowa
Jest w literaturze healingowej z Dalekiego Wschodu motyw, który wcale nie pasuje do racjonalnych i realistycznych opowieści, ale który dobrze się sprawdza i pozwala czytelnikom na doznanie specyficznego oczyszczenia (a czasami uświadomienia sobie pewnych prawd, zanim będzie za późno). Restauracje, gabinety lekarskie i inne przybytki usytuowane w tajemniczych miejscach, niedostępne dla niewtajemniczonych, niosą pomoc wszystkim tym, którzy nie potrafią się pogodzić z tym, co ostateczne. I tak jest z Chibineko. „Chibineko. Niezwykła restauracja wspomnień” to podzielona na kilka rozdziałów historia o ludziach, którzy nie zdążyli wyjaśnić sobie pewnych spraw, zanim jedno z nich odeszło z tego świata. Restauracja czynna tylko w godzinach porannych serwuje specjalne dania ku pamięci. Właściwie nie wiadomo, jak to się dzieje, ale zawsze dania te – nieobecne w karcie – mają związek ze zmarłymi osobami. A to nie koniec niezwykłości: para z tych dań karmi duchy, a właściwie – sprowadza i karmi. Na ostatni posiłek przybywają ci, którzy przedwcześnie odeszli, zostawili po sobie nierozwiązane problemy albo przysparzają swoją śmiercią ogromnego bólu komuś, kto tęskni i nie umie sobie poradzić z własnymi emocjami. Fakty w Chibineko są takie, że trafiony posiłek sprowadza ducha – duch zasiada do ostatniego dania i ma czas, dopóki danie jest gorące. Później zniknie i już nigdy nie wróci. Ale świadomość, że ma się tylko parę chwil, pozwala się skupić na tym, co najważniejsze.
I tak młoda kobieta, która uniknęła śmierci w wypadku samochodowym dzięki poświęceniu ze strony brata próbuje wyjaśnić sobie z nim kwestię ostatnich chwil i planów na przyszłość, z kolei dziecko – mały chłopiec – czuje, że złym słowem skrzywdził koleżankę, która bardzo mu się podobała i chciałby naprawić błąd, chociaż w rzeczywistości jest na to już za późno. Różne osoby trafiają do Chibineko i tutaj mogą przyjrzeć się przeszłości i naprawić swoje uczucia. Dyskretny kelner przynosi posiłki i chowa się gdzieś, żeby zapewnić prywatność klientom. Ci przeprowadzają najważniejsze dla siebie rozmowy – a świadkami tych rozmów stają się czytelnicy. I dzięki temu Yuta Takahashi może przekazywać podstawowe prawdy, przypominać o tym, co w życiu ważne i czego nie wolno zaniedbać. Oczywiście w prawdziwym życiu odbiorcy nie zyskają takiej szansy na tłumaczenie się albo otrzymanie przebaczenia, nie będą mogli naprostować błędów ani ukoić bólu – dlatego też lektura pokaże im, jak rozwiązywać konflikty zanim będzie za późno i jak podchodzić do ostatecznych rozstań – podrzuci właściwe interpretacje i kojące wyjaśnienia. I to może odnieść właściwy skutek, nawet jeśli fabuła jest mocno schematyczna i bardzo podobna w wielu pozycjach z tego gatunku. Takahashi nie musi tłumaczyć, o co chodzi z przekraczaniem bariery śmierci – tu nie liczy się prawdopodobieństwo, a nośnik znaczeń. Cała powieść nie rości sobie praw do bycia realistyczną, a oniryzm pozwala na wprowadzanie charakterystycznych komentarzy bez oskarżeń o infantylizm. A jednocześnie to jest literatura na tyle inna od znanej odbiorcom, że przez tę inność właśnie najbardziej kusząca. W tym wypadku pojawiają się jeszcze dodatkowo przepisy kulinarne – tak, że jeśli ktoś ma ochotę sprawdzić smaki przywabiające powieściowe duchy – może pokusić się o eksperymenty w kuchni.
sobota, 21 lutego 2026
Patricia Highsmith: Carol
Noir sur Blanc, Warszawa 2026 (wznowienie).
Wybór
Ta książka funkcjonuje na rynku od dawna i razem z przemianami obyczajowymi zmienia się sposób jej odczytywania, dawniej mogła być uznawana za przełomową, odważną i kontrowersyjną, dzisiaj pozostanie w niej całkiem ładna analiza psychologiczna zauroczenia młodej kobiety starszą towarzyszką – i narodziny czegoś, co w innych okolicznościach mogłoby prowadzić do pięknej miłości. „Carol” Patricii Highsmith to całkowite odejście od kryminalnych tematów na rzecz psychologii bohaterek – i analizy środowiska. Autorka przenosi czytelników do Nowego Jorku z końca pierwszej połowy XX wieku – i wykorzystuje motyw często pojawiający się w powieściach Bildungsroman, czyli temat podróży po Stanach Zjednoczonych, pozwalającej lepiej poznać siebie. Wprawdzie akcja tej powieści nie toczy się w samochodzie, raczej w pokojach hotelowych, ale liczy się i tak nie to, co na zewnątrz, a to, co między dwiema bohaterkami.
Therese dopiero wkroczyła w dorosłość. Jest jeszcze nastolatką, nieukształtowaną, chociaż w pozornie poważnym związku z Richardem, którego jednak ciągle odsuwa od siebie. Nie spieszy się z wyznaniami miłości, niekoniecznie z powodów, które mogłaby sobie uświadamiać – na razie po prostu najbardziej zależy jej na zdobyciu pracy w teatrze. Therese pracuje w domu towarowym i czeka na moment, w którym będzie mogła udowodnić swoje talenty scenograficzne. Ale wszelkie plany przerywa pojawienie się eleganckiej damy, która zamierza kupić zabawkę. Therese jest zafascynowana klientką i błyskawicznie znajduje sposób na nawiązanie z nią kontaktu, a z biegiem czasu wychodzi na jaw, że i Carol nie ma nic przeciwko stworzeniu relacji. Relacji, która niekoniecznie będzie bazowała na równości i sprawiedliwości, ale stanowi prawdziwe wyzwanie i możliwość poznania własnych skrywanych skrzętnie uczuć. A przy okazji też testuje społeczeństwo na okoliczność związków jednopłciowych – bo przecież Therese ani Carol nie funkcjonują w próżni, upomina się o nie przeszłość, a rzeczywistość niekoniecznie sprzyja spełnianiu najskrytszych marzeń. Patricia Highsmith pokazuje, jak buduje się zauroczenie, jak z drobnych gestów i spojrzeń można stworzyć opowieść o tym, co ulotne i piękne jednocześnie. Daje swoim bohaterkom przestrzeń do poznawania siebie i rejestruje narodziny uczucia. „Carol” to powieść, w której prawdziwym bohaterem dzisiaj staje się narracja – sposób opisywania relacji dwóch kobiet, delikatnej i zakazanej, a jednak nie do powstrzymania. Highsmith wie, jak budować napięcie i jak prezentować czytelnikom kolejne etapy związku, umożliwia obserwowanie tego, co zwykle nie do wychwycenia. Pisze z czułością – i to sprawia, że ta powieść staje się uniwersalna i ponadczasowa, a przy tym będzie wyznaczać wysoką jakość w literaturze obyczajowo-psychologicznej. Ponieważ dzisiaj na rynku królują pospieszne historie bez wyczulenia na prawdę psychologiczną, warto sięgnąć po tę powieść i docenić jej kunszt.
Wybór
Ta książka funkcjonuje na rynku od dawna i razem z przemianami obyczajowymi zmienia się sposób jej odczytywania, dawniej mogła być uznawana za przełomową, odważną i kontrowersyjną, dzisiaj pozostanie w niej całkiem ładna analiza psychologiczna zauroczenia młodej kobiety starszą towarzyszką – i narodziny czegoś, co w innych okolicznościach mogłoby prowadzić do pięknej miłości. „Carol” Patricii Highsmith to całkowite odejście od kryminalnych tematów na rzecz psychologii bohaterek – i analizy środowiska. Autorka przenosi czytelników do Nowego Jorku z końca pierwszej połowy XX wieku – i wykorzystuje motyw często pojawiający się w powieściach Bildungsroman, czyli temat podróży po Stanach Zjednoczonych, pozwalającej lepiej poznać siebie. Wprawdzie akcja tej powieści nie toczy się w samochodzie, raczej w pokojach hotelowych, ale liczy się i tak nie to, co na zewnątrz, a to, co między dwiema bohaterkami.
Therese dopiero wkroczyła w dorosłość. Jest jeszcze nastolatką, nieukształtowaną, chociaż w pozornie poważnym związku z Richardem, którego jednak ciągle odsuwa od siebie. Nie spieszy się z wyznaniami miłości, niekoniecznie z powodów, które mogłaby sobie uświadamiać – na razie po prostu najbardziej zależy jej na zdobyciu pracy w teatrze. Therese pracuje w domu towarowym i czeka na moment, w którym będzie mogła udowodnić swoje talenty scenograficzne. Ale wszelkie plany przerywa pojawienie się eleganckiej damy, która zamierza kupić zabawkę. Therese jest zafascynowana klientką i błyskawicznie znajduje sposób na nawiązanie z nią kontaktu, a z biegiem czasu wychodzi na jaw, że i Carol nie ma nic przeciwko stworzeniu relacji. Relacji, która niekoniecznie będzie bazowała na równości i sprawiedliwości, ale stanowi prawdziwe wyzwanie i możliwość poznania własnych skrywanych skrzętnie uczuć. A przy okazji też testuje społeczeństwo na okoliczność związków jednopłciowych – bo przecież Therese ani Carol nie funkcjonują w próżni, upomina się o nie przeszłość, a rzeczywistość niekoniecznie sprzyja spełnianiu najskrytszych marzeń. Patricia Highsmith pokazuje, jak buduje się zauroczenie, jak z drobnych gestów i spojrzeń można stworzyć opowieść o tym, co ulotne i piękne jednocześnie. Daje swoim bohaterkom przestrzeń do poznawania siebie i rejestruje narodziny uczucia. „Carol” to powieść, w której prawdziwym bohaterem dzisiaj staje się narracja – sposób opisywania relacji dwóch kobiet, delikatnej i zakazanej, a jednak nie do powstrzymania. Highsmith wie, jak budować napięcie i jak prezentować czytelnikom kolejne etapy związku, umożliwia obserwowanie tego, co zwykle nie do wychwycenia. Pisze z czułością – i to sprawia, że ta powieść staje się uniwersalna i ponadczasowa, a przy tym będzie wyznaczać wysoką jakość w literaturze obyczajowo-psychologicznej. Ponieważ dzisiaj na rynku królują pospieszne historie bez wyczulenia na prawdę psychologiczną, warto sięgnąć po tę powieść i docenić jej kunszt.
piątek, 20 lutego 2026
Katarzyna Kozłowska: Feluś i Gucio oswajają strachy
Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.
Oswajanie strachu
Kolejny ważny temat pojawia się w cyklu dla najmłodszych. Kartonowy picture book z Felusiem i Guciem to tym razem okazja do porozmawiania o przyczynach strachu, związanych z nim reakcjach organizmu czy o radzeniu sobie z oswajaniem go. Katarzyna Kozłowska podpowiada rodzicom, jak prowadzić rozmowy z pociechami – ale kiedy sama zwraca się do dzieci, rozbija strach na części pierwsze i każdą omawia w osobnej rozkładówce. I tak dowiedzą się mali odbiorcy, że wszyscy się czasem czegoś boją, że strach wyzwalają nieznane sytuacje albo głośne krzyki, niepewność, rozstania czy ciemność. Za każdym razem jednak da się pracować nad sytuacją tak, żeby nie przerażała, a przynajmniej – żeby dało się ją oswoić i okiełznać. Każdy czynnik strachogenny ma swoje piękne strony, wystarczy tylko ze spokojem do niego podejść – w ciemności widać czasami rzeczy, których nie da się zaobserwować inaczej, kiedy zostaje się samemu w domu, można wesprzeć się zdjęciem ukochanych osób, a jeśli komuś przeszkadzają hałasy – może zatkać uszy, powinien poczuć się lepiej. Autorka cierpliwie tłumaczy, że strach jest potrzebny, bo często ostrzega przed niebezpieczeństwem albo powstrzymuje przed zrobieniem czegoś, co mogłoby się źle skończyć. Dzieci boją się wizyty u lekarza – i wtedy w oswajaniu strachu pomoże rozmowa i wyjaśnienia ze strony dorosłych. Czasami strach przybiera formę tremy – pojawia się wtedy, gdy trzeba spróbować czegoś nowego. Warto go wtedy przewalczyć, bo bardzo często prowadzi do odkrycia czegoś ciekawego i przyjemnego.
Katarzyna Kozłowska wprowadza na każdej rozkładówce drobne akapity wyjaśniające – jeśli ktoś dorosły przeczyta je dziecku, stanie się jasne, jak radzić sobie ze strachem (bywa, że komentarze same w sobie pełnią rolę pocieszenia – kiedy mowa o strachach w lekturach, autorka tłumaczy, że wszystko w bajkach przeważnie kończy się dobrze), niekiedy te wyznania pełnią też rolę wyjaśnień dla samych dorosłych, którzy mogą nie pamiętać, z jakimi strachami na co dzień mierzą się maluchy. Oczywiście nie można tu zapominać i o pracy Gucia, który co pewien czas wtrąca się ze swoimi uwagami i dopowiedzeniami – żeby dzieci zrozumiały, że nie są ze strachem same, że wszyscy odczuwają podobne emocje w różnych okolicznościach. To także metoda na uspokojenie małych odbiorców, pocieszenie i pokrzepienie, a przy tym – na wyzwolenie refleksji na temat strachu.
„Feluś i Gucio oswajają strachy” to książka ilustrowana przez Mariannę Schoett – i jak to zawsze w serii, to oglądający mogą dorobić sobie własne opowiadanie bazujące na scenkach, które widzą. Obrazki pozwalają lepiej zakorzenić doświadczenia, skojarzyć konkretne sytuacje z abstrakcyjnymi pojęciami i bardziej zapamiętać wskazówki. Sprzyjają też rozmowom z dziećmi na temat ich codziennych strachów. I chociaż ilustratorka odnosi się do tematów, które często wywołują strach, udaje jej się tworzyć obrazki tak, żeby zaintrygować dzieci, a nie żeby dodawać im powodów do zmartwień i lęków. Ten tomik pozwala nie tylko pracować z dzieckiem nad okiełznaniem jego strachu – ale też dostarcza rozrywki z ulubionymi bohaterami.
Oswajanie strachu
Kolejny ważny temat pojawia się w cyklu dla najmłodszych. Kartonowy picture book z Felusiem i Guciem to tym razem okazja do porozmawiania o przyczynach strachu, związanych z nim reakcjach organizmu czy o radzeniu sobie z oswajaniem go. Katarzyna Kozłowska podpowiada rodzicom, jak prowadzić rozmowy z pociechami – ale kiedy sama zwraca się do dzieci, rozbija strach na części pierwsze i każdą omawia w osobnej rozkładówce. I tak dowiedzą się mali odbiorcy, że wszyscy się czasem czegoś boją, że strach wyzwalają nieznane sytuacje albo głośne krzyki, niepewność, rozstania czy ciemność. Za każdym razem jednak da się pracować nad sytuacją tak, żeby nie przerażała, a przynajmniej – żeby dało się ją oswoić i okiełznać. Każdy czynnik strachogenny ma swoje piękne strony, wystarczy tylko ze spokojem do niego podejść – w ciemności widać czasami rzeczy, których nie da się zaobserwować inaczej, kiedy zostaje się samemu w domu, można wesprzeć się zdjęciem ukochanych osób, a jeśli komuś przeszkadzają hałasy – może zatkać uszy, powinien poczuć się lepiej. Autorka cierpliwie tłumaczy, że strach jest potrzebny, bo często ostrzega przed niebezpieczeństwem albo powstrzymuje przed zrobieniem czegoś, co mogłoby się źle skończyć. Dzieci boją się wizyty u lekarza – i wtedy w oswajaniu strachu pomoże rozmowa i wyjaśnienia ze strony dorosłych. Czasami strach przybiera formę tremy – pojawia się wtedy, gdy trzeba spróbować czegoś nowego. Warto go wtedy przewalczyć, bo bardzo często prowadzi do odkrycia czegoś ciekawego i przyjemnego.
Katarzyna Kozłowska wprowadza na każdej rozkładówce drobne akapity wyjaśniające – jeśli ktoś dorosły przeczyta je dziecku, stanie się jasne, jak radzić sobie ze strachem (bywa, że komentarze same w sobie pełnią rolę pocieszenia – kiedy mowa o strachach w lekturach, autorka tłumaczy, że wszystko w bajkach przeważnie kończy się dobrze), niekiedy te wyznania pełnią też rolę wyjaśnień dla samych dorosłych, którzy mogą nie pamiętać, z jakimi strachami na co dzień mierzą się maluchy. Oczywiście nie można tu zapominać i o pracy Gucia, który co pewien czas wtrąca się ze swoimi uwagami i dopowiedzeniami – żeby dzieci zrozumiały, że nie są ze strachem same, że wszyscy odczuwają podobne emocje w różnych okolicznościach. To także metoda na uspokojenie małych odbiorców, pocieszenie i pokrzepienie, a przy tym – na wyzwolenie refleksji na temat strachu.
„Feluś i Gucio oswajają strachy” to książka ilustrowana przez Mariannę Schoett – i jak to zawsze w serii, to oglądający mogą dorobić sobie własne opowiadanie bazujące na scenkach, które widzą. Obrazki pozwalają lepiej zakorzenić doświadczenia, skojarzyć konkretne sytuacje z abstrakcyjnymi pojęciami i bardziej zapamiętać wskazówki. Sprzyjają też rozmowom z dziećmi na temat ich codziennych strachów. I chociaż ilustratorka odnosi się do tematów, które często wywołują strach, udaje jej się tworzyć obrazki tak, żeby zaintrygować dzieci, a nie żeby dodawać im powodów do zmartwień i lęków. Ten tomik pozwala nie tylko pracować z dzieckiem nad okiełznaniem jego strachu – ale też dostarcza rozrywki z ulubionymi bohaterami.
czwartek, 19 lutego 2026
Lena Jones: Agata Szajba. Tajemniczy klucz
Kropka, Warszawa 2026.
Śledztwo prawdziwe
Literatura detektywistyczna dla najmłodszych ma się świetnie i naprawdę wydaje się, że trudno znaleźć w tym gatunku niszę, która pozwoli zaistnieć. A jednak Lena Jones sporo zaryzykowała i udało jej się – cykl Agata Szajba będzie dla dzieci wręcz wymarzonym cyklem kryminalno-sensacyjnym ze śledztwami w tle. Agata Szajba to dziewczynka, która zajmuje się pracą detektywistyczną na całego – w tym celu często ucieka z lekcji i naraża się na rozmaite niebezpieczeństwa, momentami wręcz z dorosłych historii. Nikt i nic jej nie zatrzyma. Po śmierci mamy dziewczynka chce zajmować się tym, co z ta mamą ją łączyło w obszarze zainteresowań – a to oznacza, że nie ma sobie równych w rozwiązywaniu zagadek detektywistycznych. Pierwsza część serii to nie tylko sposób na prezentację postaci. Lena Jones od razu wrzuca fankę kryminałów Agathy Christie i opowieści o Herkulesie Poirot w centrum dynamicznych i groźnych wydarzeń.
Z jednej strony mamy tu szkolne perypetie: Agata przyjaźni się z Liamem, głosem rozsądku i chłopakiem, który trochę tonuje chęć ładowania się w kolejne kłopoty. Obserwuje z dystansu trzy dziewczyny trzęsące szkolną społecznością – okazuje się, że jedna z nich nie pasuje do paczki, za to marzy o byciu detektywem i nieoczekiwanie znajduje wspólny język z Agatą. Ale szkolne doświadczenia liczą się tylko o tyle, o ile trzeba urwać się z lekcji i przechytrzyć nauczycieli. Ważniejsze rzeczy dzieją się w codzienności. Całym Londynem wstrząsa katastrofa ekologiczna: oto z kranów zaczyna płynąć cuchnąca i czerwona ciecz, która nie nadaje się do picia, za to ma silne właściwości trujące. Mieszkańcy muszą zmierzyć się z problemem na wielką skalę, dowożona beczkowozami woda nie wystarcza na zaspokojenie ich potrzeb – i w tę sytuację wkracza pewna firma, która proponuje oczyszczenie miasta z toksycznych alg i wybudowanie sieci wodociągowej, w założeniu niezawodnej – ale zapewniającej sobie niekoniecznie dobry dla mieszkańców monopol na dostarczanie wody pitnej.
Tylko żeby odkryć prawdziwe intencje rządzących firmą i żeby ujawnić spisek, trzeba będzie się mocno postarać. Agata odkrywa sieć korytarzy pod Londynem – a w nich, za sprawą tatuażu na ręce pewnej kobiety – ślady po mamie. Nagle walka ze złoczyńcami staje się prywatną walką dziewczynki, która została przedwcześnie osierocona. Oczywiście nikt nie traktuje Agaty poważnie i nie chce udzielać jej informacji, więc wiadomości będzie musiała zdobywać samodzielnie i sporo przy tym ryzykując. Zwłaszcza że uparcie ignoruje ostrzeżenia wysyłane przez niekoniecznie życzliwych jej ludzi. Dziewczynka wtrącona w świat dorosłych bardzo dobrze sobie radzi, nawet jeśli ci dorośli nie cofną się przed niczym i chętnie pozbawią ją życia. Lena Jones ucieka od rutyny, wybiera do swojej powieści cały szereg wstrząsających wydarzeń i układa je tak, żeby zapewniać czytelnikom stałe skoki adrenaliny. Sprawia, że dzieci zechcą czytać o przygodach Agaty – bo będą miały mnóstwo powodów do strachu, fascynacji i ciekawości. Agata Szajba to seria, która odchodzi od naiwnych łamigłówek w stronę prawdziwego ryzyka i akcji rodem z filmów sensacyjnych – i to się sprawdzi.
Śledztwo prawdziwe
Literatura detektywistyczna dla najmłodszych ma się świetnie i naprawdę wydaje się, że trudno znaleźć w tym gatunku niszę, która pozwoli zaistnieć. A jednak Lena Jones sporo zaryzykowała i udało jej się – cykl Agata Szajba będzie dla dzieci wręcz wymarzonym cyklem kryminalno-sensacyjnym ze śledztwami w tle. Agata Szajba to dziewczynka, która zajmuje się pracą detektywistyczną na całego – w tym celu często ucieka z lekcji i naraża się na rozmaite niebezpieczeństwa, momentami wręcz z dorosłych historii. Nikt i nic jej nie zatrzyma. Po śmierci mamy dziewczynka chce zajmować się tym, co z ta mamą ją łączyło w obszarze zainteresowań – a to oznacza, że nie ma sobie równych w rozwiązywaniu zagadek detektywistycznych. Pierwsza część serii to nie tylko sposób na prezentację postaci. Lena Jones od razu wrzuca fankę kryminałów Agathy Christie i opowieści o Herkulesie Poirot w centrum dynamicznych i groźnych wydarzeń.
Z jednej strony mamy tu szkolne perypetie: Agata przyjaźni się z Liamem, głosem rozsądku i chłopakiem, który trochę tonuje chęć ładowania się w kolejne kłopoty. Obserwuje z dystansu trzy dziewczyny trzęsące szkolną społecznością – okazuje się, że jedna z nich nie pasuje do paczki, za to marzy o byciu detektywem i nieoczekiwanie znajduje wspólny język z Agatą. Ale szkolne doświadczenia liczą się tylko o tyle, o ile trzeba urwać się z lekcji i przechytrzyć nauczycieli. Ważniejsze rzeczy dzieją się w codzienności. Całym Londynem wstrząsa katastrofa ekologiczna: oto z kranów zaczyna płynąć cuchnąca i czerwona ciecz, która nie nadaje się do picia, za to ma silne właściwości trujące. Mieszkańcy muszą zmierzyć się z problemem na wielką skalę, dowożona beczkowozami woda nie wystarcza na zaspokojenie ich potrzeb – i w tę sytuację wkracza pewna firma, która proponuje oczyszczenie miasta z toksycznych alg i wybudowanie sieci wodociągowej, w założeniu niezawodnej – ale zapewniającej sobie niekoniecznie dobry dla mieszkańców monopol na dostarczanie wody pitnej.
Tylko żeby odkryć prawdziwe intencje rządzących firmą i żeby ujawnić spisek, trzeba będzie się mocno postarać. Agata odkrywa sieć korytarzy pod Londynem – a w nich, za sprawą tatuażu na ręce pewnej kobiety – ślady po mamie. Nagle walka ze złoczyńcami staje się prywatną walką dziewczynki, która została przedwcześnie osierocona. Oczywiście nikt nie traktuje Agaty poważnie i nie chce udzielać jej informacji, więc wiadomości będzie musiała zdobywać samodzielnie i sporo przy tym ryzykując. Zwłaszcza że uparcie ignoruje ostrzeżenia wysyłane przez niekoniecznie życzliwych jej ludzi. Dziewczynka wtrącona w świat dorosłych bardzo dobrze sobie radzi, nawet jeśli ci dorośli nie cofną się przed niczym i chętnie pozbawią ją życia. Lena Jones ucieka od rutyny, wybiera do swojej powieści cały szereg wstrząsających wydarzeń i układa je tak, żeby zapewniać czytelnikom stałe skoki adrenaliny. Sprawia, że dzieci zechcą czytać o przygodach Agaty – bo będą miały mnóstwo powodów do strachu, fascynacji i ciekawości. Agata Szajba to seria, która odchodzi od naiwnych łamigłówek w stronę prawdziwego ryzyka i akcji rodem z filmów sensacyjnych – i to się sprawdzi.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)






