Strona główna || O autorce || O tu-czytam || Bajki || Bajkowe portfolio                       

środa, 19 lutego 2020

Barry Lopez: Arktyczne marzenia

Marginesy, Warszawa 2020.

Kraina lodu

Barry Lopez pokazuje, czym dzisiaj mogą być książki podróżnicze – i pozwala na odbycie niezwykłej podróży. „Arktyczne marzenia” to tom opasły, a poświęcony w całości opowieści o wyprawie na północ. Autor poznaje piękno surowych krajobrazów i spotyka różne zwierzęta, przekonuje się, jak to jest żyć w arktycznym klimacie i próbuje odpowiedzieć sobie na pytanie, co takiego najbardziej przyciąga do tego miejsca. Całe „Arktyczne marzenia” są relacją z niekończącego się zachwytu. To publikacja wartościowa i utrzymana w starym stylu – w klimacie narracji daje się wyczuć fascynację opowieściami prawdziwych podróżników. Barry Lopez odchodzi od stylistyki pop i od rozwiązań proponowanych przez blogerów-turystów. Jego książka to przede wszystkim drobiazgowa analiza zastanego – przekaz budowany w oparciu o synestezyjne wrażenia. Chce Lopez oddać całą potęgę przyrody, umożliwić czytelnikom odkrywanie tego, co dla nich niedostępne. Jednocześnie zamierza stworzyć kompendium wiedzy na temat arktycznych terenów, stąd też niemal podręcznikowe wywody – pełne danych, ale też przefiltrowane przez osobiste spostrzeżenia. „Arktyczne marzenia” to książka będąca efektem realizowania prawdziwej pasji – widać to w każdym jej punkcie. Czytelnicy przyzwyczajeni do skrótowych i pobieżnych lektur będą tutaj zaskoczeni jakością relacji, umiejętnością wychwytywania niuansów i nieustającymi zauroczeniami to naturą, to pejzażami. Na początku „Arktycznych marzeń” prawie w ogóle nie ma miejsca dla ludzi. Autor przyzwyczaja czytelników najpierw do widoków – omawia precyzyjnie to, co zobaczyć mogą przyjezdni – chce, żeby odbiorcy sami mogli przejąć rolę odkrywców i poczuć się jak prawdziwi podróżnicy. Opowiada i o klimacie, i o przestrzeni. Całkowicie przy tym rozwiewa stereotypowe wyobrażenia o tundrze czy o monotonii krajobrazów – tutaj dzieje się dużo i gdyby nie wprawny przewodnik, nie wiadomo byłoby, co najpierw podziwiać. Stara się Barry Lopez systematyzować wiedzę. Jeśli opowiada o spotykanych w pobliskich wodach humbakach, zaczyna od relacji o polowaniach na wieloryby, tak, żeby nakreślić czytelnikom cały kontekst wydarzeń (i tematów). Przyzwyczaja do „nietypowych” zjawisk na niebie, przygląda się kolejnym gatunkom zwierząt i omawia ich istnienie w działaniach miejscowych. Do tego od czasu do czasu sięga w głąb historii, zajmuje się komentowaniem zwyczajów Eskimosów, pozwala odbiorcom na poznawanie lokalnej kultury. Takie podejście umożliwia stworzenie lektury pełnej i wartościowej. Barry Lopez nie tylko proponuje czytelnikom sprawozdanie z własnej przygody życia i dzielenie się fascynacją. Może tworzyć monografię regionu, zbiera informacje dotyczące historii i funkcjonowania społeczeństw, zestawia to wszystko z pięknem natury. Nie traktuje publikacji jako manifestu – chociaż wiadomo, że jeśli nie zahamuje się destrukcyjnych działań człowieka, wspaniała kraina może ulec całkowitemu zniszczeniu - „Arktyczne marzenia” to tom, który pozwala zrozumieć, dlaczego należy zatroszczyć się o środowisko. Jest też pełną prezentacją uroków dalekiej Północy.

wtorek, 18 lutego 2020

Leszek Cichy, Krzysztof Wielicki, Jacek Żakowski: Rozmowy o Evereście

Agora, Warszawa 2020.

Radość wspinania

Agora sukcesywnie rozbudowuje swoją półkę z literaturą górską, wykorzystując boom na informacje pochodzące ze środowiska himalaistów. Moda na lektury dotyczące zdobywania szczytów sprawia, że można też przybliżać odbiorcom książki, które dawniej należały do niszowych wydawnictw i nie mogły przebić się do szerokiego grona odbiorców. Drugie życie otrzymuje właśnie zestaw wywiadów, które Jacek Żakowski przeprowadził z Krzysztofem Wielickim i Leszkiem Cichym (razem i osobno) tuż po zdobyciu przez nich Everestu. „Rozmowy o Evereście” to niewielka w gruncie rzeczy pozycja – niewielka pod względem objętościowym, bo emocji dostarcza sporo, w sam raz dla tych czytelników, którzy jeszcze po literaturę górską nie sięgali i chcieliby się przekonać, co takiego kusi w tym gatunku. Żakowski zaprasza do siebie wspinaczy – próbuje być pierwszym, który wysłucha ich relacji, ale przez rozmaite zbiegi okoliczności część rozmów musi przesunąć na czas po licznych spotkaniach z publicznością – i sam wie, że przez to sporo stracił, bo i Cichy, i Wielicki nie mieli już ochoty powtarzać po raz kolejny wszystkich detali z wyprawy. Nie ulega jednak wątpliwości, że trafia w zapotrzebowanie rynku (cóż z tego, że po dekadach) i przekonuje do siebie, chociaż znacznie częściej niż wywiad-rzekę wspinacze proponują odbiorcom indywidualne wyznania albo opowieści przygotowane dzięki współpracy z ghostwriterami. Żakowski chce się dowiedzieć przede wszystkim, jak wyglądało wychodzenie na szczyt – wypytuje o doświadczenia z drogi, o początki wspinaczki u obu panów, o ekwipunek i o walkę z chorobą wysokościową. Pozwala na mierzenie się z lękami lub wyzwaniami, rejestruje kolejne przygody i nawet anegdoty z wyprawy na szczyt. „Rozmowy o Evereście” dzięki systemowi przypisów wyjaśniających żargon wspinaczy będą lekturą przystępną nawet dla przypadkowych odbiorców – nadaje się ten tom na wprowadzenie do nowej czytelniczej pasji.

Leszek Cichy i Krzysztof Wielicki są w stanie nakreślić obraz możliwości poszczególnych uczestników wyprawy i wytłumaczyć, dlaczego to właśnie oni mogli wejść na szczyt. Rozwiewają wątpliwości w kwestii przygotowywania obozów i łączności radiowej z bazą. Czasami przedstawiają kolegów po fachu, niezaangażowanych bezpośrednio w wyprawę na Everest, wspominają między innymi Wandę Rutkiewicz. Zdarza się też, że napomykają o swoich rodzinach – bliscy, którzy zostają w domach, przeżywają wspinaczkę zupełnie inaczej niż sami himalaiści.

„Rozmowy o Evereście” to tom wartki i wypełniony ciekawostkami, właściwie wypada jako esencja wspinaczki – nie ma w nim miejsca na rozważania filozoficzne i teoretyzowanie, Wielicki i Cichy koncentrują się na jednej wyprawie, którą mogą szczegółowo opisać – ale pokazują też odbiorcom, jak wyglądała ich droga do wybrania takiego akurat sportu. To lektura atrakcyjna dla czytelników, pełna niespodzianek i budząca zainteresowanie literaturą górską.

poniedziałek, 17 lutego 2020

Marta Grzywacz: Nasza pani z Ravensbrück

W.A.B., Warszawa 2020.

Inny odcień zła

Johanna Langefeld kojarzona była jako jedna z organizatorek obozu w Ravensbrück, co automatycznie szeregowało ją po stronie oprawców. Jednak w procesie obozowych katów zabrakło jej po stronie oskarżonych. Wkrótce w świat poszła plotka o tym, że w ucieczce z więzienia pomogły jej... więźniarki. A to skłoniło Martę Grzywacz do prześledzenia całej historii organizacji obozu i do zadawania pytań o możliwość wytworzenia się podobnej więzi między ofiarami i nadzorczynią. „Nasza pani z Ravensbrück” to książka, w której odbiorcy po raz kolejny będą mogli przyjrzeć się kwestii obozów koncentracyjnych podczas drugiej wojny światowej – tym razem z nastawieniem na odnotowywanie szczegółów z biografii Langefeld. Tych wprawdzie nie ma zbyt wiele i autorka musi nadrabiać w narracji omawianiem samej specyfiki Ravensbrück, ale wychodzi jej to całkiem nieźle. Marta Grzywacz niemal każdy rozdział rozpoczyna od przeglądu akt Johanny Langefeld, czyta jej zeznania lub oskarżenia w nią wymierzone, sprawdza, jak bohaterka tomu postrzegała siebie i swoją rolę – i jak była oceniana z zewnątrz. Następnie rejestruje kolejne wydarzenia – od początku istnienia obozu przez jego funkcjonowanie, z uwzględnieniem wybranych trudnych motywów (wielkie wrażenie robią zwłaszcza opisy eksperymentów medycznych na „królikach” - kobietach kierowanych na operacje). W tych partiach opowieści zdarza jej się porzucić na moment obraz Johanny Langefeld, nie zawsze może odnotować istnienie tej postaci i funkcjonowanie w obozowej codzienności – kiedy zatem liczą się dane spoza biografii, może Marta Grzywacz na pewien czas odłożyć opowiadanie o charakterze i życiowych wyborach. Johanna Langefeld jest postacią, która odróżniała się od innych nadzorczyń – nie dała się poznać jako fanka okrucieństwa. Nie upajała się poczuciem władzy ani możliwością zadawania bólu, nie cieszyło jej wymierzanie kar, zresztą w tej dziedzinie dała się poznać jako osoba niezwykle sprawiedliwa i wręcz łagodna w porównaniu do innych obozowych katów. W końcu wychodzi na jaw, że do obozu Langefeld trafiła właściwie przez przypadek, nieświadoma rodzaju pracy, do jakiej się kieruje – i ze stanowiska próbowała zrezygnować, co uniemożliwili jej przełożeni. W samym obozie jednak bohaterka książki nie pozwalała sobie na okrucieństwo wobec więźniarek, co potwierdzają kolejne wspomnienia. Marta Grzywacz wypytuje o Langefeld kobiety, które pozostawały pod jej władzą, zbiera opinie i komentarze: choćby krótkie wzmianki, rzucające nowe światło na późniejszą sytuację jak rodem z filmu sensacyjnego. Udowadnia tym samym autorka, że nie można wszystkich mierzyć jedną miarą – istnieli ludzie wymykający się stereotypom i zaprzeczający powszechnym obrazkom. „Nasza pani z Ravensbrück” to publikacja, która o obozie koncentracyjnym opowiada w mniej przewidywalny sposób, obok standardowych informacji, które mogły się już czytelnikom znudzić, dochodzą tu ciekawostki biograficzno-charakterologiczne.

niedziela, 16 lutego 2020

Raynor Winn: Słone ścieżki

Marginesy, Warszawa 2020.

Włóczęga

Raynor Winn straciła dach nad głową, ale nie zdążyła się tym przejąć. Dom zajęli komornicy – to efekt fiaska, jakie poniósł przyjaciel Motha rozkręcający własny biznes. Biznes trzeba było zamknąć, właściciel narobił długów, których spłacanie spadło na jego najlepszego przyjaciela, męża Raynor. W krótkim czasie Raynor i Moth stracili oszczędności oraz miejsce do spania. Nie mogąc liczyć na pomoc dzieci, postanowili wybrać nietypowe rozwiązanie. Sytuacja, w którą wplątał się Moth i tak nie angażuje maksymalnie emocji i chęci do działania. Sprawa jest o wiele bardziej poważna, niż mogłoby się wydawać. Oto bowiem mężczyzna kilka lat wcześniej uległ wypadkowi, którego skutki odczuwa aż do dziś. I właśnie teraz lekarze odważyli się postawić diagnozę, która oznacza rychłe rozstanie na zawsze. Moth cierpi na schorzenie, które w kilka miesięcy powinno zniszczyć jego organizm – fakt, że przez parę lat nie stało się nic złego (nie licząc pogarszającego się stanu zdrowia), nie jest czynnikiem pocieszającym. Jest z nim coraz gorzej: nie może funkcjonować bez leków przeciwbólowych, a od tego przestaje umieć zwyczajnie chodzić. To nie jest najlepszy moment na wyruszenie na wędrówkę wzdłuż wybrzeża Wielkiej Brytanii, ale takie właśnie rozwiązanie proponuje Raynor jako alternatywę wobec bezdomności. Małżonkowie kupują niewielkie i lekkie śpiwory, mały namiot i pakują cały swój skromny dobytek, by stanąć na szlaku. Przez pierwsze dni wędrówka nie idzie zgodnie z planem, nie da się realizować założonych drobnych celów – nie w obliczu choroby i braku wprawy. A jednak Raynor i Moth wciągają się w maszerowanie. „Słone ścieżki” to opowieść o codziennych wyzwaniach i trudach wyprawy.

Jest to książka oparta na faktach i z tego też powodu brakuje w niej wewnętrznej dramaturgii. Najpierw odbiorcy będą się zastanawiać, jak też Moth da sobie radę z postępującą chorobą (i zaleceniami lekarzy, by unikać wysiłku), w warunkach, które złamałyby niejednego zdrowego młodzieńca – wkrótce jednak stanie się jasne, że wyprawa ma właściwości uzdrawiające, w niewiadomy sposób pozwala na odzyskiwanie sił i zatrzymuje schorzenie przynajmniej na tyle, by móc maszerować dalej. Raynor i Moth robią wszystko, by wykończyć swoje organizmy. Nocują w przypadkowych miejscach, jedzą najtańsze jedzenie (ile można się żywić kluskami z supermarketu?), mokną, przemarzają, nie mogą nigdy naprawdę odpocząć. Raynor podkreśla dodatkowo „komizm” płynący z załatwiania swoich potrzeb fizjologicznych podczas gdy właściciele psów wychodzą z czworonogami na spacery. To niewiele, żeby zaangażować czytelników – autorka oferuje im powieść drogi, która naprawdę powieścią nie jest. Brakuje tutaj opracowania dramaturgicznego, nastawienia na fabułę, a nie tylko na wewnętrzne przeżycia bohaterów. Raynor i Moth to kolejna para, która udaje się na szlak, żeby rozwiązać swoje problemy - „Słone ścieżki” to lektura bardziej zbliżająca się do poradników z dziedziny samorozwoju niż do beletrystyki.

Pierwsze słowa. Jedzenie

Egmont, Warszawa 2020.

Lekcja posiłków

Bardzo sprawdził się format tej kartonowej publikacji dla najmłodszych, więc nie dziwi, że wydawnictwo proponuje kolejne książeczki w serii. „Jedzenie” to szansa na interaktywną zabawę. Strony w tomiku są bardzo grube – a to dlatego, że wprowadzone są w nich elementy do przesuwania i przechylania. Wystarczy dotknąć palcem specjalnie przygotowanego okrągłego otworu – i przesunąć go odrobinę, by zmieniła się ilustracja. W ten sposób dzieci odkrywają tajemnice zakodowane w „Jedzeniu” i mogą dostarczać bohaterom innego rodzaju pożywienia. Jabłko na okładce po wykonaniu odpowiedniego ruchu zamienia się w połówkę jabłka – tego rodzaju niespodzianki spotyka się znacznie częściej. Kiedy na przykład bohater je obiad, na talerzu może mieć frytki albo warzywa – po przekręceniu koła. Da się też tak ustawić obrazek, żeby wyrównać proporcje, nie ma jednego określonego „dobrego” ustawienia. To też okazja do rozmawiania z maluchami na temat zdrowego żywienia. Interaktywne zabawy zajmują zawsze prawą stronę rozkładówki. Po lewej z kolei pojawiają się mniejsze obrazki-wyliczanki. Z tej części dzieci poznają nowe dla siebie nazwy – albo znajdą tu składniki posiłków, które już znają. To propozycja dla niejadków i dla tych, którzy zawsze mają apetyt: książka inspiruje, zachęca do przyglądania się kolejnym śniadaniom czy obiadom – a przy tym umożliwia wychowywanie w zgodzie z ideami zdrowych diet. „Jedzenie” pod kątem narracyjnym nie jest zbyt skomplikowane. To picture book i książka przygotowana tak, by dało się ją traktować jako zabawkę. Dzieci będą ją przeglądać razem z rodzicami – a to sprzyja budowaniu własnych narracji. Dorośli mogą prezentować potrawy, przypominać dzieciom, co lubią jeść, zachęcać do próbowania nowych smaków i do poszukiwania tego, co na co dzień znajduje się na talerzach. Poza tym, co najmłodsi zawsze lubią najbardziej – słodyczami czy frytkami – znajdzie się tu przecież mnóstwo dań wartych uwagi. Rozbudzanie ciekawości jest tu nawet lepsze niż rozbudzanie apetytów, „Jedzenie” to tomik, który uczy odbiorców świadomych wyborów dietetycznych. Przyjęta konwencja – wymienianie nazw (i odpowiadających im obrazków) umożliwia zabawy w zapamiętywanie albo wskazywanie określonych potraw. Wzrok przyciągają ładne kolory. Narracja polega na zadawaniu pojedynczych pytań – kierowanych do dzieci. Te pytania mogą zostać rozwinięte przez dorosłych – chociaż tomik ukazuje się w serii Pierwsze słowa, może posłużyć dość długo – przy pomysłowym wykorzystywaniu.

Trzeba rozwijać zdolności manualne, żeby zobaczyć jak bohater zjada banana albo wypija mleko z butelki. Czasami jednak są tu mniej spektakularne efekty – jak w przypadku cukierków: te nie znikają, zyskują za to kolorowe (hipnotyzujące) ruszające się wzorki. Fakt, że zmieniają się obrazki, sprawia, że najmłodsi chętniej zaglądać będą do tomiku: to w końcu coś niezwykłego, niepodobnego do normalnych lektur.

sobota, 15 lutego 2020

Anna Kasiuk: Obok ciebie

Czwarta Strona, Poznań 2020.

Wymówka

Izabela to bohaterka powieści obyczajowej przechodzącej w erotyczną ku rozczarowaniu odbiorczyń – bo same akty seksualne opisywane przez autorkę czasami co kilka stron byłyby może i do zniesienia (zwłaszcza kiedy bohaterka przestaje ciągle wypinać tyłek), ale już motywacje postaci stanowią kompletny absurd i jako takie nie dają się zaakceptować. „Obok ciebie” to historia bardzo prosta i niekoniecznie dobrze umotywowana. Izabela jest przykładną żoną i matką trójki dzieci. Dla rodziny zrobi wszystko – na przykład poświęciła swoją karierę baletnicy. Zamieniła swoje hobby i pasję na ciepło domowego ogniska i do tej pory wcale tego nie żałowała. Realizuje się jako pielęgniarka na oddziale paliatywnym (jak się okazuje, w ten sposób oswaja swój strach przed śmiercią i przemijaniem), jest żoną znakomitego chirurga. W jej idealnym i uporządkowanym życiu nie ma miejsca na wyzwania. Dopiero w momencie, w którym dowiaduje się, że ma mięśniaka macicy, wszystko się zmienia. Izabela wpada w dziwny trans, w tym miejscu jest nie do zaakceptowania przez czytelniczki: wszyscy (to jest: najlepsi lekarze i świadomi znaczenia badania bliscy) mówią jej, że mięśniak nie zagraża jej życiu, nie jest nawet konieczna interwencja chirurgiczna, wystarczy obserwować, czy mięśniak rośnie (a nie rośnie, co okazuje się podczas kolejnych badań, zbyt częstych jak na konieczność w zaistniałej sytuacji. Dla Izabeli jednak to zdrada ze strony własnego organizmu i źródło wielkiej traumy zamieniającej się w psychozę. Kobieta próbuje ukarać swoje ciało za to, że odważyło się zachorować mimo profilaktyki. I w związku z tym... rzuca się w wir romansów. Najpierw wpada w ramiona barmana z pobliskiej knajpy, później daje się uwieść partnerowi w szkole tańca. W zasadzie pozbywa się zahamowań i oddaje się każdemu i w każdych okolicznościach, nie dba o wygodę czy o higienę psychiczną, nie interesuje się przyszłością ani tym, że jej postępowanie może wyjść na jaw w każdej chwili (jakoś nie wychodzi, a kochający mąż niczego nie podejrzewa). Izabela robi wszystko, na co ma ochotę, bez zastanawiania się nad konsekwencjami. Ta metamorfoza w ogóle nie pasuje do kreacji bohaterki, nie ma psychicznego uzasadnienia dla podobnych rozwiązań, tymczasem Anna Kasiuk zdaje się tym wcale nie przejmować. Skupia się wyłącznie na opisywaniu kolejnych stosunków i fantazji Izabeli (która w pewnym momencie chciałaby nawet spróbować seksu grupowego). Czytelniczkom trzeba jednak czegoś więcej niż pornograficznych opisów nie najlepszej przecież jakości. Kolejne decyzje, jakie podejmuje bohaterka, nie rzutują na jej codzienność, nie wiążą się z żadnymi wyzwaniami ani dylematami moralnymi, liczy się wyłącznie możliwość spełnienia – przeplatana na okrągło opowiadaniem o mięśniaku (który nie zasługuje na tak wiele uwagi). Anna Kasiuk nie wymyśliła motywacji potrzebnej do uprawdopodobnienia postaci, zatrzymała się na poziomie realizacji prostych seksualnych marzeń – i w ten sposób zaoferowała odbiorczyniom nawet nie powieść erotyczną co – pornograficzną. Zabrakło jej umiejętności budowania charakterów, bo samo snucie relacji nie jest takie złe.

piątek, 14 lutego 2020

Laura Kneidl: Tylko bądź przy mnie. Powieść

Jaguar, Warszawa 2020.

Tęsknota

Sage bardzo chciałaby być z Lucą. Wie, że są sobie pisani, zresztą uczucie, jakie ich połączyło, należało do tych niepowtarzalnych. Dziewczyna jednak podjęła decyzję o rozstaniu – ze względu na szantaż emocjonalny, jaki stosował wobec niej ojczym. Tym razem ucieczka da niewiele: Sage wciąż przebywa w gronie znajomych Luki, przyjaźni się też z jego siostrą – nie ma szans na oddalenie, które umożliwiłoby uciszenie zmysłów. Jakby tego było mało, bohaterka nie może znaleźć mieszkania i wciąż pozostaje na łasce rodzeństwa. A jeśli już przebywa w jednym domu z Lucą, w końcu zacznie z nim rozmawiać – ukochany doprowadzi natomiast do koniecznych wyjaśnień. „Tylko bądź przy mnie” to druga część historii z „Jednak mnie kochaj” - powieść dla młodzieży, obyczajowo-erotyczna (w stylu modnych ostatnio czytadeł zalewających rynek). Laura Kneidl wie jednak, że żeby odróżnić się od innych autorek sentymentalnych historii o wielkiej miłości, musi zrobić coś nieoczekiwanego. I dla niej ratunkiem przed zagrzebaniem w tonie podobnych książek staje się motyw przemocy domowej. Sage to ofiara molestowania seksualnego i mobbingu. Jako dziecko doświadczyła przemocy (również seksualnej) ze strony ojczyma – nie potrafiła o tym nikomu powiedzieć. Wydarzenia z domu rodzinnego sprawiły, że zdecydowała się na studia jak najdalej od mamy, siostry i ojczyma-policjanta, w nadziei, że odległość uchroni ją przed dalszymi kontaktami z agresorem. Tyle tylko, że ojczym się nie oddaje. Potrafi wywierać presję również z oddalenia – to kwestia czasu, kiedy znajdzie Sage i zmusi do realizowania swoich chorych fantazji. Dopóki ta sprawa pozostanie nierozwiązana, bohaterka nie będzie mogła znaleźć spokoju ani ułożyć sobie życia, nawet mimo uczęszczania na terapię.

Jeden wątek, który Laura Kneidl musi rozwijać, to opowieść o Sage i Luce. Wielka miłość, w której nie może być miejsca na sekrety i przemilczenia – kiedy bohaterowie nauczą się rozmawiać o swoich traumach, docenią wsparcie płynące z bliskości drugiego człowieka. W tej dziedzinie nie dzieje się nic zaskakującego, autorka posługuje się schematami czytelnymi dla wszystkich, zresztą dla happy endu czyta się takie opowieści. Drugi wątek to kwestia przyjaźni – Sage otrzymuje pomoc ze strony innych młodych ludzi, wszyscy wydają się wyczuleni na krzywdę i w razie czego służą choćby swoją obecnością. Obrazy wzajemnego zaufania i ratunku w każdej chwili są krzepiące. Trzeci wątek, najsilniej przez autorkę eksponowany – to już motyw znęcania się i poszukiwania fachowej pomocy. Sage jest przewodniczką dla odbiorczyń: musi im pokazać, że milczenie i uleganie agresorowi nie doprowadzi do niczego dobrego, nasili jedynie listę żądań. Wskazuje drogę postępowania i przygotowuje na jej radykalność: wiadomo, że po ujawnieniu skrywanej przez lata historii wszystko się zmieni – i to nie tylko w życiu bohaterki – ale na taki krok trzeba się zdobyć, choćby po to, żeby chronić innych i zyskać spokój ducha. Jest „Tylko bądź przy mnie” obyczajówką nastawioną na rozrywkę młodzieży, ale też – ma podsuwać podpowiedzi dotyczące kierunku działania. Sprawdzi się w roli nietypowego poradnika, ale zapewni też trochę wrażeń idealistkom.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com