* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com

poniedziałek, 26 lutego 2024

Hanna Cygler: Największy skarb

Luna, Warszawa 2024.

Pościg przez Afrykę

Joy Makeba urodziła się w Afryce i doskonale zna bolączki społeczeństwa: wszystkie jego słabe strony. Bardzo chciałaby zostać dziennikarką, teraz pracuje jako stażystka w jednej z lokalnych gazet. Wykonuje najtrudniejsze zadania w nadziei na to, że zostanie dostrzeżona i doceniona. Czeka ją nie lada wyzwanie: zostaje wysłana do centrum burzliwych wydarzeń. W jednej z wiosek zginęła dwójka małych dzieci. Joy wie doskonale, że kilkulatki często są w tym rejonie porywane – i niemal niemożliwe staje się ich uratowanie. Postanawia jednak – w ramach zbierania materiałów do reportażu – przeprowadzić śledztwo. Liczy na mały cud: zdaje sobie sprawę z tego, że lokalna policja nie zrobi nic, żeby ocalić dzieci – tym mocniej angażuje się w amatorskie poszukiwania. Joy w wyprawie ma towarzyszyć Natan, znajomy z Polski – sympatyczny i przystojny człowiek, którego niedawno poznała. Tyle tylko, że na umówione spotkanie Natan nie przybywa sam – towarzyszy mu kobieta, która najprawdopodobniej jest poszukiwana jako porywaczka pewnej księżniczki. Melinda jednak daje się lubić i staje się intrygującą towarzyszką podróży – nawet jeśli przekreśla nadzieje Joy na romantyczne sam na sam z Natanem.

Hanna Cygler „Największym skarbem” pokazuje, że umie odkrywać Afrykę. Nie zajmuje się przesadnie opisami otoczenia, a w mentalności ludzi wyszukuje motywy, które są uniwersalne – zrozumiałe pod każdą szerokością geograficzną. A jednak udaje jej się stworzyć powieść tętniącą Afryką, egzotyczną w warstwie plastycznej narracji i ciekawą w intrydze. Stawia na silne emocje i realne zagrożenia, nawet jeśli czasami strach podszeptuje scenariusze gorsze niż te zrealizowane. Przy tym pisze lekko – nie ma tu zgrzytów w przedstawianiu wydarzeń, a uwaga odbiorców koncentruje się przede wszystkim na dwóch sprawach: kwestii porwanych maluchów i tożsamości współpodróżniczki. Joy Makeba to postać, która budzi sympatię – zwłaszcza że potrafi przyznać się do najskrytszych uczuć i do pomyłek lub poszukiwań w kwestiach sercowych. Chociaż zaangażowana i pełna dobrej woli, trafia na ludzi, którzy będą wobec niej bezwzględni i którzy wykorzystają jej naiwność. Ale Hanna Cygler nie poprzestaje na tym – wplata w opowieść kolejne, dalszoplanowe a ważne społecznie motywy, między innymi zagadnienie przemocy domowej i brak wyjścia dla afrykańskich ofiar. Odnosi się do ludzkich słabości i w nieoczekiwanych momentach uruchamia je, tak, żeby ubarwić historię – i tak przecież ciekawą i wciągającą. Hanna Cygler wie, jak opisywać rzeczywistość – nie tylko potrafi budować kryminalny szkielet opowieści i realizować go w sprawnej narracji – może też zwracać uwagę odbiorców na charaktery i ludzkie dramaty w wymiarze mikro. A to oznacza, że w zalewie pisanych na kolanie historii z jednym wątkiem – i śledztwem toczącym się przez całą książkę – proponuje coś odświeżającego i dynamicznego, wypełnionego treściami i rozbudzającego ciekawość czytelników. Tu wprawdzie można próbować przewidzieć finał poszukiwań (w obu nurtach), ale autorka zapewnia czytelnikom coś więcej niż tylko rozwiązanie zagadki – podsuwa im szereg niespodzianek związanych z obyczajowością lokalsów. „Największy skarb” to powieść dobrze napisana, klimatyczna i gęsta od wydarzeń. W sam raz dla tych odbiorców, którzy szukają kryminalnej alternatywy wobec skandynawskich thrillerów. Warto po tę powieść sięgnąć.

niedziela, 25 lutego 2024

Poznajmy dinozaury. Stegozaur

Harperkids, Warszawa 2024.

Z dawnych czasów

W serii Poznajmy dinozaury maluchy, które pasjonują się prehistorycznymi gadami mogą pobawić się lekturą. Pobawić się, bo książeczki nie tylko przynoszą im garść ciekawostek, ale również ruchome elementy kolejnych rozkładówek – co zmienia wygląd obrazków, uzupełnia je lub modyfikuje, dostarczając radości kilkulatkom. „Stegozaur” to kolejna propozycja w cyklu – ciągle głodny bohater będzie mógł dzieci rozśmieszyć, raczej nie przerazi nikogo – chociaż ma rozmiary autobusu, w ilustracjach wydaje się bardzo sympatycznym stworzeniem, uśmiechniętym i bajkowym – a przez to, że ciągle zatrzymuje się na posiłki, rozbawi najmłodszych. Jest w tym tomiku zaledwie kilka kartonowych stron (większą część objętości zajmują sztuczki pozwalające na ruszanie częścią obrazków) – ale to przecież tomik przeznaczony dla najmłodszych dzieci, więc nie będzie z tym problemu. Zabawkowa książeczka dostarcza wiadomości na temat stegozaura. Co ciekawe, bohater prezentowany jest w czasie teraźniejszym, ale w przypisach (dopowiedzeniach poza narracją) pojawiają się już wiadomości w czasie przeszłym – dzieci zatem obserwują jednego, konkretnego bohatera, który przewija się przez tomik tu i teraz, ale mogą też dowiedzieć się czegoś o jego gatunku – stworzeniach, których już nie spotkają.

Wiadomości jest zaledwie kilka i dzieci albo samodzielnie je przeczytają, albo wysłuchają w wykonaniu rodziców czy starszego rodzeństwa – mogą też same poćwiczyć wymawianie nazwy stegozaur (z podziałem na sylaby, żeby łatwiej było łączyć głoski) – to jeden z aspektów edukacyjnych tomiku. Ilustracje zostały tu przygotowane tak, żeby budzić uśmiech i żeby kojarzyły się dzieciom przyjemnie i bajkowo, nie ma zatem odchodzenia od jasnych i optymistycznych kolorów, a bohaterowie mają komiksowe miny (bohaterowie, bo poza tytułowym stegozaurem znajdują się tu jeszcze inne gady, a także mnóstwo ważek). Komiksowe oczy i uśmiechy (przeważnie, bo marsowe miny, jeśli się pojawiają, to tak karykaturalne, że też wzbudzą radość) zachęcają do wertowania tomiku. Ruchome elementy z kolei usprawniają motorykę dziecka – nie zawsze przesuwają się tak samo, trzeba będzie podążać za wskazówkami (za każdym razem pojawiają się strzałki wskazujące kierunek). Ciekawość będzie tu kierować dziećmi – zechcą sprawdzić, co kryje się na obrazkach i jaka zawartość ujawni się po przesunięciu wskazanej części strony – to prosta droga do zabawy tomikiem i traktowania go jak gadżetu. Najlepszy dowcip pojawia się w przypadku machania ogonem – to nie tylko odgłosy, jakie wydaje zdenerwowany dinozaur, odstraszający przeciwników, ale i jeden z bohaterów, który nagle wygląda zza drzewa, zaniepokojony hałasem – to przekona dzieci do uważnego korzystania z książeczki i przekona je, że warto sprawdzać wszystkie pomysły autorów.

„Stegozaur” to prosta propozycja dla najmłodszych. Może posłużyć jako narzędzie do nauki liter (tekstu nie ma tu zbyt wiele), może też funkcjonować jako zabawka. To coś dla dzieci, które pasjonują się dinozaurami – uzupełnienie wiadomości, biblioteczki i kolekcji domowych gadów – przypomnienie, że książki przynoszą sporo zabawy. Bardzo udana propozycja dla maluchów i przygotowanie do czytania dla przyjemności.

sobota, 24 lutego 2024

Dariusz Puzyrkiewicz: Biblia webwritingu. Jak pisać teksty w czasach, gdy sztuczna inteligencja robi to szybciej i nikt ich nie czyta, bo wszyscy wolą wideo

Onepress, Gliwice 2024.

Sprzedaż słów

Bardzo dobre otwarcie zapewnia sobie Dariusz Puzyrkiewicz – w książce „Biblia webwritingu. Jak pisać teksty w czasach, gdy sztuczna inteligencja robi to szybciej i nikt ich nie czyta, bo wszyscy wolą wideo” – w zasadzie już samym tytułem. I nic dziwnego, w końcu kreuje się na specjalistę od copywritingu i tworzenia „klikalnych” tekstów sprzedażowych: wie, co zrobić, żeby przyciągnąć uwagę internautów i tą wiedzą chętnie się dzieli. A ChatGPT stanowi przede wszystkim bodziec do działania: w końcu żeby nie dać się zdystansować sztucznej inteligencji, warto poprawić swój warsztat. Puzyrkiewicz zaznacza, że nie jest polonistą i nie będzie uczyć poprawnego pisania (ech, te stereotypy na temat warsztatu, jaki zdobywają studenci filologii polskiej…), za to nauczy pisania skutecznego – i faktycznie swoją obietnicę realizuje. W „Biblii webwritingu” stawia na praktyczne porady i wskazówki, które dadzą się od razu przekuć na działanie. I chociaż autor kieruje się w tej publikacji do odbiorców, którzy chcą nauczyć się copywritingu z przeznaczeniem do internetu – to jednak może przyciągnąć też publiczność z przeciwnego bieguna – czyli ludzi, którzy chcieliby się znieczulić na sztuczki stosowane przez twórców reklam internetowych. Bo to, co da się wyczuć – mechanizmy, na które najczęściej nabierają się internauci – tu zyskuje całą oprawę. „Jak to jest zrobione” – to jeden z aspektów przygotowywania do webwritingu i jeśli tylko potrafi się wykorzystywać wnioski z lektury po swojemu, można znieczulić się na zabiegi marketingowe z sieci czy zagrania telemarketerów – a to niebagatelna sprawa zwłaszcza w obecnych czasach.

To tekst bardzo strukturalny, jego szkielet mieści się w podsumowaniach rozdziałów – to skrypty i ściągi, hasłowe, ograniczone do niezbędnego minimum, tak, żeby czytelnicy powtórzyli sobie i utrwalili zdobyte wiadomości. Dariusz Puzyrkiewicz rzeczywiście stawia na przejrzystość i uporządkowanie wywodu, posługując się czasem – dyskretnie – chwytami, które proponuje. Odczarowuje clickbaity – zwraca uwagę na elementy, które zwyczajnie są skuteczne w zalewie internetowych wiadomości i które warto wykorzystywać – nie będzie to oznaczało nadprodukcji kolejnych pustych artykułów, bo jednak autor przekonuje, że należy wypełniać je treścią. I cierpliwie tłumaczy różnicę między podawaniem informacji a budowaniem opowieści. Storytelling w jego wykonaniu urzeka – i jednocześnie kusi. Puzyrkiewicz wydobywa bowiem esencję z poradników kreatywnego pisania (chociaż od tego się odżegnuje, nie chce, żeby czytelnicy jego książki tworzyli powieści, a teksty użytkowe) i pokazuje, na czym polega przyciąganie uwagi odbiorców. Wskazuje różnice między udzielaniem odpowiedzi na pytania wyzwalane w potencjalnych klientach – a zaangażowaniem ich w historię, której się nie spodziewali. Odrzuca wszelkie klasyczne podziały dotyczące konstruowania małych form, interesuje go wyłącznie skuteczność – i wie, jak ten cel uzyskać. Traktuje swoich czytelników poważnie – to jest zapewnia im wartościowe porady (i tylko kilka przykładów, które utwierdzą odbiorców w przekonaniu, że dobrze zrozumieli, o co w tym wszystkim chodzi). Nie napowietrza tekstu: książka jest skondensowana i dopracowana w szczegółach, zaledwie kilka akapitów można by potraktować jako zbędne, gdyby nie pełniły akurat funkcji fatycznej. I tak Dariusz Puzyrkiewicz zyskuje dodatkowo miejsce na autoreklamę: odsyła do swoich kursów i innych publikacji na zasadzie przypisu dla chętnych – nie trzeba z tego korzystać, chyba że kogoś wyjątkowo zainteresował temat.

Mnóstwo jest na rynku kursów dotyczących warsztatu pisarskiego. Jednak jeśli chodzi o e-marketing – autorzy mniej koncentrują się na jego tekstowym wymiarze. Puzyrkiewicz wypełnia lukę, zaprasza do tworzenia tekstów użytkowych, często przewrotnie i z oryginalnym podejściem, świadomy prokrastynacyjnych wymówek i lęków. Może spokojnie dzielić się wiedzą i nie drżeć przed ChatGPT. Może dostarczać czytelnikom rozrywki w poradniku, nie psując przy tym jego przemyślanej struktury i przydatności. I chociaż kieruje się do copywriterów nastawionych na internetowe teksty sprzedażowe, przyda się naprawdę wszystkim piszącym.

piątek, 23 lutego 2024

Bing! Ciuchcia do toalety. Zabawy i zadania z naklejkami

Harperkids, Warszawa 2024.

Motywacja

O korzystaniu z nocnika było już mnóstwo publikacji dla najmłodszych – nic lepiej nie dopinguje do podjęcia pewnych działań niż ulubiony bohater, który jest na tyle dorosły, żeby zrezygnować z używania pieluchy i nie zapewniać przy tym otoczeniu mokrych katastrof (chociaż takie od czasu do czasu nawet takiemu bohaterowi przydarzyć się mogą, zwłaszcza na początku – to pocieszenie znajduje się w odpowiednim wyjaśnieniu). „Ciuchcia do toalety” to kolejna książeczka pozwalająca dzieciom na zmianę przyzwyczajeń – ale za sprawą bajkowego ulubionego bohatera, królika Binga, pouczająca lektura może zmienić się w zabawę. A właściwie – zmieni się na pewno, bo to bardziej zeszyt ćwiczeń niż tradycyjna czytanka. Picture book wyposażony jest w zestaw naklejek (i to wielu naklejek) oraz tablicę do zdobywania kolejnych sprawności i zaznaczania postępów w działaniu – za każde odpowiednio wykonane zadanie będzie można przykleić w wyznaczonym do tego miejscu gwiazdkę, co na pewno przekona dzieci do pracy nad sobą. Do tego dochodzą pomysły na interaktywność: dzieci między innymi mają razem z bohaterem ćwiczyć wkładanie i zdejmowanie majtek (czasem przedstawianych jako „gatki” dla starszych) – i w rzeczywistości, i przez przesuwanie palcem po stronie, co urozmaici zadanie. Po przekonaniu, do czego służy nocnik czy muszla klozetowa pokazuje się tu najmłodszym także kolejne obowiązkowe czynności: spłukiwanie wody i mycie rąk po każdym skorzystaniu z toalety – najlepiej wyjaśnić do od razu, żeby uniknąć konieczności dodatkowego tłumaczenia później. Oczywiście każdą aktywność się tu nagradza – a tablica postępów pozwala na utrwalenie wiadomości i kontrolowanie, czy dziecko ma już odpowiednią teoretyczną wiedzę. Każdy będzie chciał naśladować ulubionego bohatera, Bing zaprasza do wspólnej zabawy – a ponieważ motyw tabuizowany wśród starszych dla maluchów nie jest niczym dziwnym (co najwyżej komicznym) – chętnie będą sprawdzać, jak postać z kreskówki radzi sobie z toaletowymi wyzwaniami. „Ciuchcia do toalety” to picture book, w którym obrazki trzeba uzupełniać samodzielnie. Za każdym razem na stronie pojawia się polecenie dla dziecka (to polecenie przy okazji jest też wprowadzeniem do bajkowego świata – przypomina na przykład o upodobaniach lub zwyczajach bohaterów) i rodzaj aktywności, którą należy razem z Bingiem (albo jego przytulanką) poćwiczyć. Każda strona to osobny temat, ale nie ma tu wyłącznie obrazków do uzupełniania, pojawiają się też gry logiczne – na przykład labirynty (żeby znaleźć drogę do WC). To sprawi, że dzieci będą się bawić przy odbiorze tej książeczki i chłonąć prezentowane treści. Wszystko utrzymane zostało w lekkim tonie – zresztą trudno wyobrazić sobie inne rozwiązanie, jeśli chce się doprowadzić do odpowiedniego celu. Bing lepiej niż dorośli przekona odbiorców do zrezygnowania z pieluch – wspomoże zatem rodziców w wychowawczych staraniach. Prosty zestaw zadań w połączeniu z praktycznymi wskazówkami i uwagami to coś, co docenią zwłaszcza rodzice – wsparcie Binga przyda się bardzo. I nie trzeba wielkich uzasadnień: wystarczy obietnica zachowywania się jak starsze dzieci albo jak bajkowy bohater, który wszystkich przedstawianych czynności zdążył się już nauczyć.

czwartek, 22 lutego 2024

Erica Dhawan: Cyfrowa mowa ciała

Znak, Kraków 2022.

E-savoir-vivre

Na pewno po tę książkę sięgnąć powinni wszyscy ci, którzy pracują w korporacjach i ci, którzy mają obowiązek komunikowania się w swoich firmach za pomocą internetu lub telefonów. Erica Dhawan nie zajmuje się bowiem tym, co wielokrotnie przedstawione – czyli komunikacją bezpośrednią, a tym, co nowe na rynku i jeszcze nie do końca zbadane, a co wzmocniła i rozwinęła pandemia. „Cyfrowa mowa ciała” to poradnik – przecieranie szlaków w temacie wiadomości wysyłanych za pośrednictwem komunikatorów, maili czy smsów. Erica Dhawan zwraca uwagę na istnienie cyfrowych tubylców i cyfrowych emigrantów – pokazując, skąd biorą się nieporozumienia i punkty sporne w przeniesionych do internetu rozmowach – i tłumaczy, jak unikać problemów i poprawić czytelność wysyłanych wiadomości. Co ciekawe, jej refleksje udowadniają, że cyfrowa mowa ciała nie jest do końca oczywista i intuicyjna i trzeba brać tu pod uwagę całkiem sporo różnych czynników: wiek i płeć rozmówców, rodzaj wybranego medium, a także… interpunkcję stosowaną w zupełnie nowy sposób. Erica Dhawan dąży do poprawienia relacji w zespole, kieruje się do liderów i do pracowników niższych szczebli, przedstawia przyczyny nieporozumień i potencjalne źródła konfliktów – wszystko po to, żeby uświadomić czytelnikom, jak bardzo zmienił się zestaw środków ekspresji w związku z przejściem na pracę zdalną. Sporo miejsca poświęca autorka używanym w komunikacji wykrzyknikom (ich brak wcale nie oznacza przejrzystości i spokoju – może być odbierany jako pretensja nadawcy, ale może też jednoznacznie wskazać na płeć osoby wysyłającej wiadomość. Tu już nie chodzi o znajomość reguł gramatycznych i interpunkcyjnych – umiejętność poprawnego pisania musi jeszcze iść w parze ze znajomością nowej netykiety, zasadami, które do tej pory funkcjonowały bardziej w niepisanej sferze). Rozwiewa wątpliwości w kwestii używania emotek nawet w wiadomościach do wyższych rangą pracowników i do szefostwa, wprowadza też czytelne zasady co do akronimów. Nie będzie tu analizowania, jak rozpocząć wiadomość – za to Erica Dhawan skupi się na tym, jak nie urazić adresatów, jak kreować swój wizerunek (w przypadku korespondencji służbowej wolnej od osobistych wynurzeń), jak czytać między wierszami i jak upewniać się, że zostało się dobrze zrozumianym. „Cyfrowa mowa ciała” to również przegląd błędów, jakie można przypadkiem popełnić (i zapłacić za to wysoką cenę) – więc autorka zajmuje się różnymi aspektami komunikacji cyfrowej. Ważne jest tu rozróżnianie mediów i lekcja, jak wybierać najbardziej odpowiednie środki komunikacji, bo przecież nie dla wszystkich jest to oczywiste. Nie wdaje się w psychologiczne zawiłości pozwalające określić oczekiwania nadawców i odbiorców – ale odczytuje wyłącznie to, co można wydobyć z lakonicznych komunikatów przesyłanych przez internet. Naświetla różnice pokoleniowe – zdarza się, że młodsi ludzie nie potrafią przyjąć informacji przekazywanej przez telefon stacjonarny – to również znak przemian, które autorka dostrzega i które opisuje, żeby ułatwić odbiorcom wzajemne zrozumienie. Jest „Cyfrowa mowa ciała” ciekawym poradnikiem, wprawdzie z pewnością – mimo objętości – niewyczerpującym tematu, ale pokazującym obszar wart dokładniejszego przeanalizowania.

Jest to książka bardzo interesująca z uwagi na odkrywanie wiadomości, które części odbiorców wydadzą się oczywiste, a dla drugiej części będą zupełnie nienaturalne. „Cyfrowa mowa ciała. Jak skutecznie komunikować się w cyfrowym świecie” to poradnik, bez którego trudno się obejść w czasach popandemicznych, kiedy część firm przeniosła się do internetu, a sporo pracowników mogło przejść na pracę zdalną.

środa, 21 lutego 2024

Parker S. Huntington: Podłe kłamstwa

Luna, Warszawa 2024.

Pragnienie zemsty

Parker S. Huntington tworzy powieść erotyczną, którą wydawnictwo opatruje ostrzeżeniem, że zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia i wątki, które "mogą być trudne w odbiorze" - jednak "Podłe kłamstwa" to powieść dość łagodna w swoim brzmieniu, są już na rynku całe serie powieści young adult z większą dawką erotyki i bardziej brutalnymi treściami - można zatem tę (obszerną jak na erotyk) książkę czytać po prostu jak historię obyczajową z wątkami sensacyjnymi. Narrację prowadzą na zmianę Emery i Nash - znają się od dawna, ciągle na siebie wpadają, ich rodziny powiązane są biznesami, a oni sami... przez przypadek się ze sobą przespali, ale niczego od siebie nie chcą. Zresztą dzieli ich dziesięć lat - Emery dopiero wkracza w dorosłość, a Nash jest już wziętym biznesmenem, chociaż wciąż pamięta o biedzie, z jakiej wyszedł. Kiedy rozkręca się akcja książki, to Emery jest biedna - nie tyka funduszu powierniczego, żeby nie uzależnić się od despotycznej matki. Swoje zarobki przeznacza na coś, czego postronni nie zrozumieją - sama śpi kątem w szafie w remontowanym hotelu i prawie nie je. Z kolei Nash otwiera kolejne luksusowe hotele - zatrudnia firmę, w której pracuje Emery. Płaci i wymaga, ale w życiu kieruje się chęcią zemsty. Zamierza zniszczyć rodzinę Emery - bo ta przyczyniła się do śmierci jego ojca. Długo nie dojdzie do odpowiednich wyjaśnień - bo autorka musi zbudować całą otoczkę pożądania bohaterów.

Emery i Nash mają się ku sobie, nawet jeśli sami nie zdają sobie z tego sprawy. Przede wszystkim utrzymują kontakt - jako anonimowi przyjaciele w aplikacji umożliwiającej im również cyberseks. Wymieniają się poglądami, znajdują uśmiech i odprężenie w rozmowach niezależnie od codziennych trudów. Łączy ich przeszłość - ale też szereg przypadków, które jednoznacznie prowadzić mogą do łóżkowych namiętności. Ale w tym Parker S. Huntington jest dość oszczędna, nie sprawia, że bohaterowie rzucają się na siebie przy każdej możliwej okazji, więcej fantazjują niż rzeczywiście się spotykają w celach erotycznych - znacznie więcej miejsca przeznacza autorka na budowanie intrygi. I tutaj wybiera zagadnienie, które pasuje bardziej do erotyków niż do powieści sensacyjnych: stawia na (potencjalny na razie) romans z milionerem, pławienie się w luksusie i zapomnienie o codziennych troskach - i kontrastuje to natychmiast z dumą prowadzącą do wielu wyrzeczeń, z uporem uniemożliwiającym realizację marzeń i z szukaniem słabych punktów drugiej strony. Co ciekawe, dokładnie takie wojny, jak między Emery i Nashem, toczą się w powieściach young adult - z takim samym skutkiem, więc "Podłe kłamstwa" wcale nie kojarzą się z dorosłymi romansami. Przeszkadza w tym odejście od realizmu na rzecz fantazji w obrębie bogactwa i problemów ludzi z wyższych sfer. Za to udała się autorce realizacja. Pisze książkę tak, jakby tworzyła powieść obyczajową, ubiera swoją bohaterkę w nietypowe reakcje na stres - Emery ukojenia szuka w nieznanych powszechnie słowach, które powtarza pod nosem. Trochę idzie momentami w stronę filmowości, kiedy każe bohaterom wykorzystywać burzę do eksponowania uczuć - zupełnie jakby wyładowania atmosferyczne wiązały się z jakimś fetyszem.

Samej warstwy erotycznej nie ma zbyt wiele - więc jeśli ktoś liczy na zbliżenia co kilka stron, może go lektura nie usatysfakcjonować. Na szczęście Parker S. Huntington nie popada w tym temacie w przesadę, rezygnuje z kiczu na rzecz siły uczucia - bardziej to romans niż erotyk.

wtorek, 20 lutego 2024

Richard Osman: Czwartkowy Klub Zbrodni

Agora, Warszawa 2023.

Spotkania

Jest takie miejsce, w którym seniorzy cieszyć się urokami życia, towarzystwem i przyrodą, a przy tym nie nudzić się w żadnym momencie. Coopers Chase to osiedle stworzone specjalnie dla starszych osób, tak, by miały one zapewnioną potrzebną opiekę, ale mogły też jak najdłużej cieszyć się swobodą. Owszem, ci, którzy wymagają już nadzoru medycznego, trafiają do odpowiednich placówek – jednak samo Coopers Chase przypomina ekskluzywny ośrodek wakacyjny. A to oznacza, że można tu spokojnie realizować własne plany i rozwijać zainteresowania. Tak też robi czworo emerytów – dziarskich i niekoniecznie stanowiących wzory do naśladowania. Tak naprawdę bohaterowie tomu „Czwartkowy Klub Zbrodni” Richarda Osmana składają się niemal z samych wad – ale z racji wieku sporo im się wybacza i do tego nikt nie ośmieli się nawet zwrócić im uwagi. Na pewno nie pani posterunkowa, która pojawia się w okolicy, żeby przeprowadzić pogadankę z zasad bezpieczeństwa dla seniorów. Seniorzy doskonale wiedzą, przed czym mają się ustrzec, nie interesuje ich standardowy zestaw przestróg. Oni chcą słuchać o zbrodniach, a jeszcze lepiej – włączać się w istniejące (ale minione) śledztwa. Chociaż gdyby zdarzyło się jakieś w ich okolicy, nie pogardzą atrakcją. A już na pewno znajdą sposób, żeby przekonać policjantkę do podzielenia się informacjami. W końcu to niemal rasowi śledczy – co z tego, że amatorzy.

„Czwartkowy Klub Zbrodni” Richarda Osmana to powieść, w której śledztwo (albo ich zestaw) jest ważne, ale niekoniecznie dominujące. Autor stawia na rozwiązywanie zagadek i zdobywanie przez emerytów kolejnych informacji nie wyłącznie na drodze dedukcji, ale i dynamicznych działań. Trzeba dowiedzieć się, kto stoi za zbrodniami – zwłaszcza tymi rozgrywającymi się w najbliższym otoczeniu, bo przecież wiadomo, że nikt tak dobrze nie zajmie się tematem jak bezpośrednio zainteresowani. Osman ucieka od standardowych śledztw – działań policyjnych, które polegają na zbieraniu detali z miejsca zbrodni. Woli dynamiczną akcję, która zahacza o gromadzenie wiadomości. A do tego dodaje też szereg charakterów barwnych i nietuzinkowych. I na tym tak naprawdę chce opierać swoją książkę. Bo „Czwartkowy Klub Zbrodni” to przede wszystkim książka stworzona dla rozrywki tych, którzy nie odnajdują się w mrocznych kryminałach lub thrillerach. Tu nawet śmierć musi być podana lekko i ze sporą dozą humoru oswajającego z trudną sytuacją. Żeby to osiągnąć, autor stawia na dość stereotypowy zabieg: ubiera w śledztwo amatorów, którzy w dodatku są w stanie swoimi zachowaniami zdominować akcję. Wiadomo, że emerytom wolno znacznie więcej: wszyscy czują przed nimi respekt, wolą im nie podpadać. Seniorzy każdego przegadają i znajdą sposób na zdobycie potrzebnych danych w każdych okolicznościach. Kiedy czegoś potrzebują, stają się bezwzględni i nie ma na nich mocnych. Bardzo szybko przekona się o tym każdy, kto próbuje stanąć z nimi w szranki. Richard Osman celowo wprowadza scenki obyczajowe z osiedla dla seniorów – dzięki temu może od razu rozśmieszać czytelników i wprowadzać ich w odpowiedni klimat kryminału na wesoło. Oczywiście poleganie na stereotypach wiąże się ze sporym ryzykiem: część odbiorców będzie odporna na ten rodzaj dowcipu, który w tomie się pojawia, część uzna, że nie ma sensu rozwadniać śledztwa na brawurową akcję w wykonaniu staruszków, a część – że przecież wszystko już było i amatorzy-detektywi w podeszłym wieku nie należą do rzadkości w literaturze rozrywkowej. Jednak Richard Osman i tak funduje trochę dobrej zabawy czytelnikom.

Richard Osman: Czwartkowy Klub Zbrodni, Agora, Warszawa 2023.