Marginesy, Warszawa 2026.
Ucieczka
Zwykle ten motyw jest wykorzystywany w powieściach Bildungsroman: wielki przejazd przez całe Stany Zjednoczone, bohaterowie skazani na swoją obecność w zamkniętej i ciasnej przestrzeni samochodu, konieczność prowadzenia rozmów i dogłębnego poznawania siebie nawzajem, radzenie sobie z kolejnymi wyzwaniami w rodzaju utraty pieniędzy – to wszystko pozwala wydobyć najgorsze i najbardziej szczere cechy. Nic dziwnego, że autorzy tak chętnie wysyłają swoje postacie w podróż życia. Ale u Hannah Deitch mimo wszystko jest inaczej. „Zabójczy potencjał” rozpoczyna się bowiem od kryminału – a wyprawa to nie próba poznania siebie i świata przed wejściem w dorosłość, a ucieczka przed odpowiedzialnością za to, czego się nie zrobiło.
Przynajmniej dla Evie Gordon. Evie nie wyszło w życiu. To kobieta, która na życie zarabia przygotowywaniem do szkolnych testów. Pracuje jako korepetytorka, ale wcale nie zanosiło się na to, kiedy sama była uczennicą a potem studentką. Życie jednak zweryfikowało jej umiejętności radzenia sobie z wyzwaniami – teraz Evie po prostu walczy o to, żeby przetrwać. I nawet jeśli lubi dawanie lekcji, zajęcie nie przynosi jej prestiżu. Evie czuje się czasami jak służąca – uczy dzieci z bogatych domów, w dodatku – w wykwintnych wnętrzach posiadłości ich rodziców. I pewnego dnia przekonuje się, że lepiej byłoby, gdyby nie należała do sumiennych i odpowiedzialnych. Gdyby Evie nie pojawiła się w pracy, o wszystkim dowiedziałaby się z wiadomości. Niestety – przybyła zgodnie z planem i teraz to jej twarz widnieje we wszystkich serwisach informacyjnych. Evie trafia bowiem na zwłoki swoich pracodawców, a także na kobietę uwięzioną w ukrytym pomieszczeniu w ich domu. Ogłusza swoją uczennicę i ucieka – przekonana, że właśnie pozbawiła życia dziewczynę, a zostanie osądzona, jakby była winna całej zbrodni. Razem z nią ucieka kobieta, która nie mówi – być może w wyniku przeżytej właśnie traumy. Tak zaczyna się „Zabójczy potencjał”, a później autorka przez długi czas czerpie po prostu bezpośrednio ze schematów fabularnych powieści o dojrzewaniu. Chociaż jej bohaterki dojrzewać już nie muszą, mogą odkryć siebie nawzajem i spróbować rozwiązać zagadkę podwójnej (a może już potrójnej) śmierci. Nie powinny zostawiać po sobie śladów cyfrowych, o ich miejscu pobytu świadczyć będą nie tylko dokumenty, ale i karty bankomatowe – a ponieważ policja nie próżnuje i angażuje dziennikarzy do rozpowszechniania wiadomości o poszukiwanych morderczyniach, już niedługo wszyscy będą znali twarz Evie i jej nieoczekiwanej partnerki. Evie jest przekonana, że żeby wrócić do normalnego życia, musi odkryć tożsamość prawdziwego mordercy. A to nie takie proste, kiedy musi wciąż uciekać.
Jest „Zabójczy potencjał” powieścią sensacyjną, w której instynkty biorą górę nad zdrowym rozsądkiem. Jest tu mnóstwo rozwiązań, które wydają się przerysowane, a jednak działają – a to za sprawą silnych emocji kreślonych przez Deitch z dużym zaangażowaniem. Opowieść o poznawaniu siebie i drugiego człowieka jest pełna niespodzianek i na długo zatrzyma czytelników. „Zabójczy potencjał” jest książką, która próbuje wymykać się schematom fabularnym i gatunkowym – a jednocześnie wykorzystuje te motywy, które da się przystosować do nowej rzeczywistości.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marginesy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marginesy. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 10 września 2026
niedziela, 6 września 2026
Daniel Wyszogrodzki: Sycyliada
Marginesy, Warszawa 2026.
Z oddali
Wprawdzie to Polacco snuje opowieść, ale ta książka – podobnie jak książki w niej samej – może mieć tylko jednego bohatera. I tę rolę wypełnia Gaja. Kobieta z przeszłości, postać, która kiedyś pozostawała blisko – ale nie za blisko – Polacco i która nigdy nie stała się jego ziszczoną miłością. Gaja to uczucie platoniczne, nawet wtedy, gdy staje się obiektem seksualnych fantazji. Gaja nie może być przyziemna: to obiekt westchnień, niedościgły ideał, mocno zresztą przesadzony: tylko Polacco chce dostrzegać jej pozbawiony wad charakter. W efekcie informacje dotyczące jej błędów, pomyłek i problemów stają się kością niezgody – ale bohatera tylko utwierdzają w przekonaniu, że Gaja musi pozostać pomnikiem. „Sycyliada” to książka, w której liczy się tylko i wyłącznie dialog. Nie ma tu akcji, chyba że za taką uznać spotkania, spacery i wspólne posiłki. Ten autor sam sobie wystawia recenzję, wplatając do dialogów najbardziej prawdopodobną ocenę własnej prozy. Ucieka od fabuł, a może po prostu nie potrafi ich tworzyć, choć bardzo by chciał – nie ma miejsca na budowanie dynamizmu. Tu czas płynie inaczej, a bohaterowie chcą się temu rytmowi podporządkować. Czytelnicy za to nie będą mieli wyjścia – dla nich czas się zatrzymuje całkowicie i nie ruszy, dopóki nie wypełni się historia Polacco i Gai, historia niezrealizowana. Gaja przybywa na Sycylię, Polacco ją odbiera i oferuje wypoczynek, miejsce do refleksji i rozrywki w postaci spożywania posiłków, picia wina i zachwycania się krajobrazami. Dopiero z czasem ujawni nieco bardziej mroczne strony mieszkania poza „normalnym” rytmem: Polacco już wrósł w miejscowy krajobraz, już nie robi na nim wrażenia obecność mafii-rodziny. Dla Gai to ciągle jeszcze egzotyka, w dodatku egzotyka, która – kiedy stanie się namacalna – bywa groźna. Ale nawet chwilowe konflikty czy lęki nie zmienią faktu, że „Sycyliada” rozgrywa się w słowach. Jakby tego było mało, Daniel Wyszogrodzki ucieka od prawdopodobieństwa dialogów. Rozmowy tutaj są wręcz książkowe, pozbawione słuchu do dialogów – i to przeszkadza tylko wtedy, kiedy nie zaakceptuje się pomysłu autora na powieść. A pomysł polega na zakorzenieniu w tekście, na zatrzymaniu uwagi czytelników na płaszczyźnie języka – tu nic się nie wydarzy, a skoro tak, można obserwować, jak kształtuje się relacja, kiedy odważy się ją nazywać. W pewnym momencie w „Sycyliadzie” opowieści zaczynają dotyczyć wstrząsających wydarzeń, ale zapośredniczenie nie wyzwoli silnych uczuć. To powieść o słuchaniu siebie, czasami o tęsknotach i marzeniach, których nie da się wprowadzić w życie bez pomocy drugiego człowieka. To relacja, która ma pozostawiać czytelników w fazie niepewności i rozedrgania, czasami – niezgody na rzeczywistość. Pokazuje, co dzieje się, kiedy ktoś zanadto uwierzy we własną kreację świata i ocenę innych ludzi – to przecież kwintesencja pogoni za nadzieją bez chęci jej urzeczywistnienia. „Sycyliada” nie będzie pozować na wakacyjną i lekką powieść – to proza środka, w której liczy się myśl – dużo bardziej od akcji.
Z oddali
Wprawdzie to Polacco snuje opowieść, ale ta książka – podobnie jak książki w niej samej – może mieć tylko jednego bohatera. I tę rolę wypełnia Gaja. Kobieta z przeszłości, postać, która kiedyś pozostawała blisko – ale nie za blisko – Polacco i która nigdy nie stała się jego ziszczoną miłością. Gaja to uczucie platoniczne, nawet wtedy, gdy staje się obiektem seksualnych fantazji. Gaja nie może być przyziemna: to obiekt westchnień, niedościgły ideał, mocno zresztą przesadzony: tylko Polacco chce dostrzegać jej pozbawiony wad charakter. W efekcie informacje dotyczące jej błędów, pomyłek i problemów stają się kością niezgody – ale bohatera tylko utwierdzają w przekonaniu, że Gaja musi pozostać pomnikiem. „Sycyliada” to książka, w której liczy się tylko i wyłącznie dialog. Nie ma tu akcji, chyba że za taką uznać spotkania, spacery i wspólne posiłki. Ten autor sam sobie wystawia recenzję, wplatając do dialogów najbardziej prawdopodobną ocenę własnej prozy. Ucieka od fabuł, a może po prostu nie potrafi ich tworzyć, choć bardzo by chciał – nie ma miejsca na budowanie dynamizmu. Tu czas płynie inaczej, a bohaterowie chcą się temu rytmowi podporządkować. Czytelnicy za to nie będą mieli wyjścia – dla nich czas się zatrzymuje całkowicie i nie ruszy, dopóki nie wypełni się historia Polacco i Gai, historia niezrealizowana. Gaja przybywa na Sycylię, Polacco ją odbiera i oferuje wypoczynek, miejsce do refleksji i rozrywki w postaci spożywania posiłków, picia wina i zachwycania się krajobrazami. Dopiero z czasem ujawni nieco bardziej mroczne strony mieszkania poza „normalnym” rytmem: Polacco już wrósł w miejscowy krajobraz, już nie robi na nim wrażenia obecność mafii-rodziny. Dla Gai to ciągle jeszcze egzotyka, w dodatku egzotyka, która – kiedy stanie się namacalna – bywa groźna. Ale nawet chwilowe konflikty czy lęki nie zmienią faktu, że „Sycyliada” rozgrywa się w słowach. Jakby tego było mało, Daniel Wyszogrodzki ucieka od prawdopodobieństwa dialogów. Rozmowy tutaj są wręcz książkowe, pozbawione słuchu do dialogów – i to przeszkadza tylko wtedy, kiedy nie zaakceptuje się pomysłu autora na powieść. A pomysł polega na zakorzenieniu w tekście, na zatrzymaniu uwagi czytelników na płaszczyźnie języka – tu nic się nie wydarzy, a skoro tak, można obserwować, jak kształtuje się relacja, kiedy odważy się ją nazywać. W pewnym momencie w „Sycyliadzie” opowieści zaczynają dotyczyć wstrząsających wydarzeń, ale zapośredniczenie nie wyzwoli silnych uczuć. To powieść o słuchaniu siebie, czasami o tęsknotach i marzeniach, których nie da się wprowadzić w życie bez pomocy drugiego człowieka. To relacja, która ma pozostawiać czytelników w fazie niepewności i rozedrgania, czasami – niezgody na rzeczywistość. Pokazuje, co dzieje się, kiedy ktoś zanadto uwierzy we własną kreację świata i ocenę innych ludzi – to przecież kwintesencja pogoni za nadzieją bez chęci jej urzeczywistnienia. „Sycyliada” nie będzie pozować na wakacyjną i lekką powieść – to proza środka, w której liczy się myśl – dużo bardziej od akcji.
środa, 2 września 2026
Sylvie Aprile, Maryla Laurent, Elżbieta Łątka-Likh, Monika Salmon-Siama, Janine Ponty: Polki w polu. Nieznana historia polskich chłopek we Francji
Marginesy, Warszawa 2026.
Wsparcie
Ogromny sukces rynkowy „Chłopek” sprawił, że pojawiły się kolejne tomy pokazujące losy przedstawicielek przeważnie pogardzanych albo odrzucanych grup społecznych. Były „Ziemianki” i „Służące” – ale jeśli odbiorcy zastanawiali się chociaż przez chwilę, skąd można czerpać wiadomości na temat egzystencji robotnic z poprzednich wieków, teraz przekonają się, że zachowały się wartościowe dokumenty. „Polki w polu. Nieznana historia polskich chłopek we Francji” to właśnie przedstawienie źródeł z odpowiednim opracowaniem i dodatkowym komentarzem. Nie będzie tu fabuły ani reportażu, odbiorcy zyskają za to wgląd w materiały do przeanalizowania – i kilka tekstów krytycznych, opracowań dotyczących epistolografii.
Autorki kolejnych esejów przyglądają się temu, co widoczne na pierwszy rzut oka i temu, co trzeba wiedzieć, żeby móc pojąć codzienne komplikacje chłopek-imigrantek. Przedstawiają naukowe spojrzenie na to, co było codziennością odważnych przodkiń. Zależy im na punktowaniu problemów i na uwypuklaniu trudności, które niejednego by przerosły. Zanim jednak czytelnicy otrzymają dostęp do bezpośrednich zwierzeń, zostaną przygotowani na co ważniejsze tematy, żeby na pewno nie przeoczyli konkretnych kwestii. A liczą się tu różne sprawy – nawet same powitania czy wprowadzenia do listów. Wprawdzie autorki tomu precyzyjnie odpowiadają na pytania pojawiające się przy lekturze listów i skrupulatnie odtwarzają historię, ale to nie one będą prawdziwymi bohaterkami książki.
Na początku lat 30. XX wieku polskie robotnice trafiały do Francji, żeby tam pracować w polu. Zajmowała się nimi – od strony organizacyjnej – Julia Lachowicz-Duval, to do niej adresowane są listy z tego tomu. Julia Lachowicz-Duval interweniuje zawsze wtedy, kiedy pojawiają się konflikty lub problemy finansowe, kiedy zdrowie nie pozwala na realizowanie zadań albo kiedy pracodawcy nadużywają stanowiska i uprzykrzają życie chłopkom. Czasami może pomóc w znalezieniu innego miejsca pracy albo w sprowadzeniu jakiegoś członka rodziny do Francji. Poradzi sobie z dokumentacją i z mniejszymi lub większymi dramatami. Chłopki uwielbiają swoją dobrodziejkę, traktują ją jak matkę i powiernicę, zwłaszcza wtedy, kiedy tęsknią za bliskimi albo nie radzą sobie z sytuacją.
Te listy są naiwne i pisane w infantylny sposób – pełne błędów, skrótów myślowych i niespodzianek. Czasami trzeba trochę się wysilić, żeby zrozumieć przesłania lub zakodowane tu treści, czasami wystarczy korzystać z przypisów. Ale bez wątpienia to właśnie owe listy są trzonem książki – i to one najbardziej przyciągają i rozbudzają ciekawość odbiorców. Opracowania krytyczne to tylko dodatek, z pewnością robią mniejsze wrażenie niż listy gromadzące „tu i teraz”. Tom „Polki w polu” pokazuje, z jakimi dylematami borykały się robotnice i jak rozwiązywały problemy, jakie miały obowiązki i kiedy były bliskie poddania się. Z jednej strony jest tu bezlitośnie kaleczony język polski – z drugiej kobiety musiały się dogadywać po francusku ze swoimi chlebodawcami. I to wszystko sprawia, że „Polki w polu” to nie zwyczajny zestaw korespondencji a świadectwo wielkich wyzwań i wielkich przełomów. To praca, która zyskuje bardzo osobisty wymiar, to borykanie się z rozmaitymi strachami i przeszkodami. Jest w tym wszystkim miejsce na sprawy indywidualne, ale i na wyciąganie bardziej ogólnych wniosków. I, co ciekawe, ten zbiór dokumentów i opracowań nie ustępuje w niczym książkom bazującym na listach – jest równie ciekawy i równie mocny w swojej wymowie.
Wsparcie
Ogromny sukces rynkowy „Chłopek” sprawił, że pojawiły się kolejne tomy pokazujące losy przedstawicielek przeważnie pogardzanych albo odrzucanych grup społecznych. Były „Ziemianki” i „Służące” – ale jeśli odbiorcy zastanawiali się chociaż przez chwilę, skąd można czerpać wiadomości na temat egzystencji robotnic z poprzednich wieków, teraz przekonają się, że zachowały się wartościowe dokumenty. „Polki w polu. Nieznana historia polskich chłopek we Francji” to właśnie przedstawienie źródeł z odpowiednim opracowaniem i dodatkowym komentarzem. Nie będzie tu fabuły ani reportażu, odbiorcy zyskają za to wgląd w materiały do przeanalizowania – i kilka tekstów krytycznych, opracowań dotyczących epistolografii.
Autorki kolejnych esejów przyglądają się temu, co widoczne na pierwszy rzut oka i temu, co trzeba wiedzieć, żeby móc pojąć codzienne komplikacje chłopek-imigrantek. Przedstawiają naukowe spojrzenie na to, co było codziennością odważnych przodkiń. Zależy im na punktowaniu problemów i na uwypuklaniu trudności, które niejednego by przerosły. Zanim jednak czytelnicy otrzymają dostęp do bezpośrednich zwierzeń, zostaną przygotowani na co ważniejsze tematy, żeby na pewno nie przeoczyli konkretnych kwestii. A liczą się tu różne sprawy – nawet same powitania czy wprowadzenia do listów. Wprawdzie autorki tomu precyzyjnie odpowiadają na pytania pojawiające się przy lekturze listów i skrupulatnie odtwarzają historię, ale to nie one będą prawdziwymi bohaterkami książki.
Na początku lat 30. XX wieku polskie robotnice trafiały do Francji, żeby tam pracować w polu. Zajmowała się nimi – od strony organizacyjnej – Julia Lachowicz-Duval, to do niej adresowane są listy z tego tomu. Julia Lachowicz-Duval interweniuje zawsze wtedy, kiedy pojawiają się konflikty lub problemy finansowe, kiedy zdrowie nie pozwala na realizowanie zadań albo kiedy pracodawcy nadużywają stanowiska i uprzykrzają życie chłopkom. Czasami może pomóc w znalezieniu innego miejsca pracy albo w sprowadzeniu jakiegoś członka rodziny do Francji. Poradzi sobie z dokumentacją i z mniejszymi lub większymi dramatami. Chłopki uwielbiają swoją dobrodziejkę, traktują ją jak matkę i powiernicę, zwłaszcza wtedy, kiedy tęsknią za bliskimi albo nie radzą sobie z sytuacją.
Te listy są naiwne i pisane w infantylny sposób – pełne błędów, skrótów myślowych i niespodzianek. Czasami trzeba trochę się wysilić, żeby zrozumieć przesłania lub zakodowane tu treści, czasami wystarczy korzystać z przypisów. Ale bez wątpienia to właśnie owe listy są trzonem książki – i to one najbardziej przyciągają i rozbudzają ciekawość odbiorców. Opracowania krytyczne to tylko dodatek, z pewnością robią mniejsze wrażenie niż listy gromadzące „tu i teraz”. Tom „Polki w polu” pokazuje, z jakimi dylematami borykały się robotnice i jak rozwiązywały problemy, jakie miały obowiązki i kiedy były bliskie poddania się. Z jednej strony jest tu bezlitośnie kaleczony język polski – z drugiej kobiety musiały się dogadywać po francusku ze swoimi chlebodawcami. I to wszystko sprawia, że „Polki w polu” to nie zwyczajny zestaw korespondencji a świadectwo wielkich wyzwań i wielkich przełomów. To praca, która zyskuje bardzo osobisty wymiar, to borykanie się z rozmaitymi strachami i przeszkodami. Jest w tym wszystkim miejsce na sprawy indywidualne, ale i na wyciąganie bardziej ogólnych wniosków. I, co ciekawe, ten zbiór dokumentów i opracowań nie ustępuje w niczym książkom bazującym na listach – jest równie ciekawy i równie mocny w swojej wymowie.
środa, 12 sierpnia 2026
Catherine Bell: Jane Austen. Miłość, która stała się literaturą
Marginesy, Warszawa 2026.
Życie literaturą
Jane Austen stworzyła historie, które nie poddały się upływowi czasu – wciąż w „Dumie i uprzedzeniu” czy „Rozważnej i romantycznej” zaczytują się kolejne pokolenia idealistek – i bez względu na przebrzmiałe motywy społeczne, siła emocji sprawia, że odbiorczynie tę autorkę wciąż cenią. Pojawia się teraz na rynku książka „Jane Austen. Miłość, która stała się literaturą” – powieść biografizowana autorstwa Catherine Bell, wykorzystująca fragmenty książek Jane Austen.
Autorka tomu wykorzystuje modę na literaturę biograficzno-obyczajową, w której sięga się po wybrane wątki z życiorysów i rozwija w fabułę. Jane Austen też może stać się bohaterką przyciągającą rzesze fanek, zwłaszcza tych, które są ciekawe, na ile doświadczenia życiowe przekładać się mogą na literaturę. W tej książce jest wątek miłosny – i to niejeden, bo w grę wchodzą też między innymi doświadczenia siostry Jane. Jane Austen może pisać o wielkiej miłości, albo portretować intrygujących mężczyzn – nawet wtedy (a może zwłaszcza wtedy), kiedy w jej egzystencji nie dzieje się nic wartego uwagi. Potrafi tworzyć sceny, które trafiają do wyobraźni i przekonania czytelniczek – nawet tych znajomych, które uczestniczą po prostu w głośnym czytaniu. Ale Jane Austen z przeszłości – ta walcząca o swoje miejsce na rynku literatury – to Jane Austen niepewna siebie. Nie wie jeszcze, jak wielki sukces odniesie. Czeka na ruch wydawców, którzy mieli podjąć się wydania jednej z historii – mimo podpisanej umowy jednak nic się nie dzieje. To z kolei sprawia, że bohaterka nie może przystąpić do pisania innych książek. Dylematy Jane Austen są znane wszystkim twórcom – i stanowią tło do wydarzeń obyczajowych. I Jane, i jej siostra, borykają się tu z wielką stratą, z rozczarowaniami i z brakiem możliwości realizowania marzeń – a to sprawia, że proza życia mocno wpływa na ich nastroje. Catherine Bell przygląda się temu, a jeśli znajdzie się relacja, którą będzie można bardziej rozwinąć ku uciesze odbiorczyń, może skupić na niej uwagę. Jane Austen to nie tylko autorka, której się kibicuje, ale też kobieta poszukująca prawdziwej miłości – i kto wie, czy ta druga rola nie będzie dla czytelniczek jeszcze bardziej atrakcyjna.
Rzadko się jednak zdarza, żeby w powieściach obyczajowych i romansowych bazujących na prawdziwych losach wykorzystywać fragmenty oryginalnej prozy. Dla Catherine Bell to zabieg naturalny – wplata do swojej książki strony pisane przez bohaterkę, być może dzięki temu łatwiej będzie jej uprawdopodobnić postać i zachęcić czytelników do sięgania po klasykę literatury. „Jane Austen. Miłość, która stała się literaturą” to opowieść o tym, jak mógł wyglądać drobny wyimek z życia dorosłej i rozmarzonej Jane Austen – próba pokazania, że nie zawsze droga do spełniania marzeń jest łatwa i przyjemna, ale jeśli chce się coś robić w życiu, to zawsze warto poświęcić wszystkie siły na realizację pragnienia. Co ciekawe – i powraca czasami w książce – dla Jane Austen możliwość pisania to jednocześnie możliwość decydowania o sobie. Droga do samodzielności przez literaturę – w czasach, w których kobiety miały po prostu dobrze wychodzić za mąż – to motyw, który dzisiejszym odbiorczyniom niekoniecznie przyjdzie do głowy.
Życie literaturą
Jane Austen stworzyła historie, które nie poddały się upływowi czasu – wciąż w „Dumie i uprzedzeniu” czy „Rozważnej i romantycznej” zaczytują się kolejne pokolenia idealistek – i bez względu na przebrzmiałe motywy społeczne, siła emocji sprawia, że odbiorczynie tę autorkę wciąż cenią. Pojawia się teraz na rynku książka „Jane Austen. Miłość, która stała się literaturą” – powieść biografizowana autorstwa Catherine Bell, wykorzystująca fragmenty książek Jane Austen.
Autorka tomu wykorzystuje modę na literaturę biograficzno-obyczajową, w której sięga się po wybrane wątki z życiorysów i rozwija w fabułę. Jane Austen też może stać się bohaterką przyciągającą rzesze fanek, zwłaszcza tych, które są ciekawe, na ile doświadczenia życiowe przekładać się mogą na literaturę. W tej książce jest wątek miłosny – i to niejeden, bo w grę wchodzą też między innymi doświadczenia siostry Jane. Jane Austen może pisać o wielkiej miłości, albo portretować intrygujących mężczyzn – nawet wtedy (a może zwłaszcza wtedy), kiedy w jej egzystencji nie dzieje się nic wartego uwagi. Potrafi tworzyć sceny, które trafiają do wyobraźni i przekonania czytelniczek – nawet tych znajomych, które uczestniczą po prostu w głośnym czytaniu. Ale Jane Austen z przeszłości – ta walcząca o swoje miejsce na rynku literatury – to Jane Austen niepewna siebie. Nie wie jeszcze, jak wielki sukces odniesie. Czeka na ruch wydawców, którzy mieli podjąć się wydania jednej z historii – mimo podpisanej umowy jednak nic się nie dzieje. To z kolei sprawia, że bohaterka nie może przystąpić do pisania innych książek. Dylematy Jane Austen są znane wszystkim twórcom – i stanowią tło do wydarzeń obyczajowych. I Jane, i jej siostra, borykają się tu z wielką stratą, z rozczarowaniami i z brakiem możliwości realizowania marzeń – a to sprawia, że proza życia mocno wpływa na ich nastroje. Catherine Bell przygląda się temu, a jeśli znajdzie się relacja, którą będzie można bardziej rozwinąć ku uciesze odbiorczyń, może skupić na niej uwagę. Jane Austen to nie tylko autorka, której się kibicuje, ale też kobieta poszukująca prawdziwej miłości – i kto wie, czy ta druga rola nie będzie dla czytelniczek jeszcze bardziej atrakcyjna.
Rzadko się jednak zdarza, żeby w powieściach obyczajowych i romansowych bazujących na prawdziwych losach wykorzystywać fragmenty oryginalnej prozy. Dla Catherine Bell to zabieg naturalny – wplata do swojej książki strony pisane przez bohaterkę, być może dzięki temu łatwiej będzie jej uprawdopodobnić postać i zachęcić czytelników do sięgania po klasykę literatury. „Jane Austen. Miłość, która stała się literaturą” to opowieść o tym, jak mógł wyglądać drobny wyimek z życia dorosłej i rozmarzonej Jane Austen – próba pokazania, że nie zawsze droga do spełniania marzeń jest łatwa i przyjemna, ale jeśli chce się coś robić w życiu, to zawsze warto poświęcić wszystkie siły na realizację pragnienia. Co ciekawe – i powraca czasami w książce – dla Jane Austen możliwość pisania to jednocześnie możliwość decydowania o sobie. Droga do samodzielności przez literaturę – w czasach, w których kobiety miały po prostu dobrze wychodzić za mąż – to motyw, który dzisiejszym odbiorczyniom niekoniecznie przyjdzie do głowy.
piątek, 31 lipca 2026
Marisa Meltzer: It girl. Historia Jane Birkin
Marginesy, Warszawa 2026.
Przyjazd
Marisa Meltzer przyznaje, że najbardziej interesuje ją wszystko, co francuskie. I z tego frankofilskiego punktu wyjścia dociera do pomysłu na biografię Jane Birkin, a właściwie nie tyle na biografię jako rejestr wydarzeń z życia znanej postaci co na zestaw ciekawostek i anegdot składających się na wyjątkowy portret. Jane Birkin jest interesująca wtedy, kiedy sama kreuje rzeczywistość wokół siebie, kiedy buduje własną legendę i kiedy szuka pomysłu na siebie – przekonując otoczenie, że wcale nie udaje. „It girl. Historia Jane Birkin” to zatem książka dla fanów artystki, ale też dla wszystkich zainteresowanych różnymi aspektami funkcjonowania jej w kontekście społeczno-obyczajowym i na pograniczu dwóch kultur. Jane Birkin jako Brytyjka – czy bardziej precyzyjnie, Angielka – w zasadzie nie byłaby interesująca. Ale połączenie autokreacji z możliwościami, jakie zapewnia Francja to już coś innego – i na tym właśnie koncentruje się Marisa Meltzer, kiedy chce zaskoczyć czytelników przenikliwym i intrygującym wizerunkiem.
Interesuje ją Jane Birkin jako ikona mody i stylu – bez względu na historię, jaką po sobie postawiła. Nie przez przypadek startuje ta opowieść od modelu torebki nazwanej „birkin” – przez długi czas autorka podąża z swoją bohaterką, odnotowując koszyki, które ta nosi (i ich zawartość). Zdarza się komentowanie strojów, w tym tych najbardziej wyzywających czy odważnych – fryzury i makijażu na różnych etapach życia. To sposób Meltzer na prezentowanie metamorfoz u Birkin. O uwagę czytelników walczy też Meltzer za sprawą relacji towarzyskich i życia uczuciowego Jane. Bohaterka jest tu obserwowana w kolejnych małżeństwach, szuka się typowego dla niej schematu w poszukiwaniu partnera – Birkin nie potrafi żyć jako singielka, musi zawsze przebywać w pobliżu kogoś silniejszego, a to oznacza, że chociaż sama traktowana jest jako ikona, w życiu prywatnym nie potrafi zdobyć się na odwagę decydowania o sobie. Kontrapunktem dla tego wizerunku stają się wszelkiego rodzaju odejścia od rutyny i od powszechnie przyjętych zasad prowadzenia domu. Jet tu Jane Birkin imprezowiczka, której rytm dobowy daleki jest od zwyczajów matek. Ale jest też kobieta, w której córki mogą znaleźć oparcie. Marisa Meltzer czasami odwołuje się do pracy twórczej – tym chętniej, im bardziej powiązana jest ona z kolejnymi mężczyznami w życiu Birkin – częściej jednak szuka przepisu na Birkin w jej życiu osobistym i relacji z najbliższymi. To intymny portret pozbawiony szablonowości i wpasowywania się w panujące zwyczaje – Jane Birkin została tu uchwycona jako postać wyjątkowa i odważna, wolna od jakichkolwiek ograniczeń. Jest ta książka ciekawie napisana, tak, żeby czytelnicy mogli wypracować sobie wizerunek Jane Birkin daleki od encyklopedycznych notatek i suchych, schematycznych biograficznych treści. To książka, która tętni życiem, kipi od emocji i pozwala zaprzyjaźnić się z bohaterką. Nie da się oderwać od tego tomu – tu najbardziej liczy się możliwość podglądania Jane Birkin w jej życiowych wyborach i decyzjach niekoniecznie popularnych, za to bronionych do końca. „It girl” to także pokazanie czytelnikom, że można stworzyć nieszablonową opowieść o ikonie.
Przyjazd
Marisa Meltzer przyznaje, że najbardziej interesuje ją wszystko, co francuskie. I z tego frankofilskiego punktu wyjścia dociera do pomysłu na biografię Jane Birkin, a właściwie nie tyle na biografię jako rejestr wydarzeń z życia znanej postaci co na zestaw ciekawostek i anegdot składających się na wyjątkowy portret. Jane Birkin jest interesująca wtedy, kiedy sama kreuje rzeczywistość wokół siebie, kiedy buduje własną legendę i kiedy szuka pomysłu na siebie – przekonując otoczenie, że wcale nie udaje. „It girl. Historia Jane Birkin” to zatem książka dla fanów artystki, ale też dla wszystkich zainteresowanych różnymi aspektami funkcjonowania jej w kontekście społeczno-obyczajowym i na pograniczu dwóch kultur. Jane Birkin jako Brytyjka – czy bardziej precyzyjnie, Angielka – w zasadzie nie byłaby interesująca. Ale połączenie autokreacji z możliwościami, jakie zapewnia Francja to już coś innego – i na tym właśnie koncentruje się Marisa Meltzer, kiedy chce zaskoczyć czytelników przenikliwym i intrygującym wizerunkiem.
Interesuje ją Jane Birkin jako ikona mody i stylu – bez względu na historię, jaką po sobie postawiła. Nie przez przypadek startuje ta opowieść od modelu torebki nazwanej „birkin” – przez długi czas autorka podąża z swoją bohaterką, odnotowując koszyki, które ta nosi (i ich zawartość). Zdarza się komentowanie strojów, w tym tych najbardziej wyzywających czy odważnych – fryzury i makijażu na różnych etapach życia. To sposób Meltzer na prezentowanie metamorfoz u Birkin. O uwagę czytelników walczy też Meltzer za sprawą relacji towarzyskich i życia uczuciowego Jane. Bohaterka jest tu obserwowana w kolejnych małżeństwach, szuka się typowego dla niej schematu w poszukiwaniu partnera – Birkin nie potrafi żyć jako singielka, musi zawsze przebywać w pobliżu kogoś silniejszego, a to oznacza, że chociaż sama traktowana jest jako ikona, w życiu prywatnym nie potrafi zdobyć się na odwagę decydowania o sobie. Kontrapunktem dla tego wizerunku stają się wszelkiego rodzaju odejścia od rutyny i od powszechnie przyjętych zasad prowadzenia domu. Jet tu Jane Birkin imprezowiczka, której rytm dobowy daleki jest od zwyczajów matek. Ale jest też kobieta, w której córki mogą znaleźć oparcie. Marisa Meltzer czasami odwołuje się do pracy twórczej – tym chętniej, im bardziej powiązana jest ona z kolejnymi mężczyznami w życiu Birkin – częściej jednak szuka przepisu na Birkin w jej życiu osobistym i relacji z najbliższymi. To intymny portret pozbawiony szablonowości i wpasowywania się w panujące zwyczaje – Jane Birkin została tu uchwycona jako postać wyjątkowa i odważna, wolna od jakichkolwiek ograniczeń. Jest ta książka ciekawie napisana, tak, żeby czytelnicy mogli wypracować sobie wizerunek Jane Birkin daleki od encyklopedycznych notatek i suchych, schematycznych biograficznych treści. To książka, która tętni życiem, kipi od emocji i pozwala zaprzyjaźnić się z bohaterką. Nie da się oderwać od tego tomu – tu najbardziej liczy się możliwość podglądania Jane Birkin w jej życiowych wyborach i decyzjach niekoniecznie popularnych, za to bronionych do końca. „It girl” to także pokazanie czytelnikom, że można stworzyć nieszablonową opowieść o ikonie.
wtorek, 28 lipca 2026
Fredrik Backman: Moi przyjaciele
Marginesy, Warszawa 2026.
Młodość
Tu nie ma dobrych scenariuszy. Louisa za moment się o tym dowie. Dziewczyna niedługo skończy osiemnaście lat i wie już, że życie nie układa się tak, jakby się chciało. Straciła najlepszą przyjaciółkę i jedyną osobę, która dodawała jej sił w walce z całym światem. Teraz została jej tylko sztuka. Louisa musi znaleźć na wystawie pewien obraz: dzieło sztuki, które towarzyszyło jej w najtrudniejszych chwilach. Louisa ma jego reprodukcję na pocztówce – i wydaje jej się, że rozumie ten obraz jak nikt inny. Zakrada się zatem do miejsca, w którym będzie mogła poznać wszystkie detale, niedostrzegalne w maleńkiej kopii. Oczywiście że wpada przy tym w tarapaty. Ale dzięki temu pozna pewnego bezdomnego, który naświetli jej właściwe podejście do sztuki i pozwoli zrozumieć, co w życiu naprawdę się liczy. Louisa to dziewczyna, która przyciąga kłopoty. Podobnie jak grupa nastolatków dwie dekady wcześniej. Trzech chłopaków potrzebuje siebie nawzajem. Joar próbuje chronić siebie i mamę przed wiecznie pijanym i awanturującym się ojcem. Ted chciałby ocalić wszystkich, zwłaszcza tych, dzięki którym nie czuje się tak bardzo wyobcowany. A artysta… artysta potrzebuje ochrony przed sobą samym – dopóki nie zrozumie, co daje mu wytchnienie, będzie ciągle w niebezpieczeństwie, jakie przynosi mu własna głowa. Do tych trzech chłopaków w pewnym momencie dołącza Ali – równie jak oni pogubiona nastolatka, która potrafi się bić i stale wpada w kłopoty. Louisa szybko się dowie, że na jej drodze stanął artysta. Ale żeby poznać historię obrazu, przyjaźni i nastolatków sprzed dwudziestu lat, potrzebuje towarzystwa Teda – najbardziej oddanego artyście człowieka. To z Tedem wyrusza w podróż pozornie bez celu, a dla zabicia czasu wypytuje go o szczegóły z dawnych przygód. Dzięki temu najlepiej zrozumie obraz – który i tak zna doskonale. A do tego wciągnie się w opowieści i w doświadczenia nieznanych jej dotąd ludzi.
Ale Fredrik Backman nie zamierza mamić czytelników wizją sielskiej młodości. Ta młodość, bez względu na to, którego z przyjaciół dotyczy, jest pełna trudów i wyzwań. Oczywiście zdarzają się lekkie momenty, w których atmosferę rozładowuje puszczenie bąka i śmiech tak głośny, że słychać go nawet pod wodą. Ale znacznie częściej proza życia przytłacza, a rzeczywistość zmusza do podejmowania bardzo skomplikowanych decyzji. Z jednej strony jest tu odkrywanie tego, co w młodości najpiękniejsze. Pojawiają się wyjątkowo silne uczucia i radości przyćmiewające wszystko – a obok tego strach, z którym nie można sobie poradzić i z którego nie da się zwierzyć nawet najbliższym. Przyjaciołom jednak nie trzeba wiele tłumaczyć: sami widzą najlepiej i odpowiednio – w miarę własnych możliwości – reagują. Autor wypełnia tom kolejnymi dramatami, o których wiedzą tylko nieliczni. A Louisa przeżywa wszystko na nowo, zupełnie jakby była nie tylko biernym słuchaczem historii z przeszłości, a bezpośrednim świadkiem wydarzeń. „Moi przyjaciele” to powieść, w której Fredrik Backman po raz kolejny udowadnia, jak dobrze rozumie siłę fabuł – wplata do książki wiele historii, które w takim samym stopniu będą chwytać odbiorców za serce i uświadamiać im, że pewne emocje się nie zmieniają mimo upływu czasu. Jest to książka, w której teraźniejszość konkuruje pod względem przeżyć z przeszłością – i na pewno pozostawi w czytelnikach ślad.
Młodość
Tu nie ma dobrych scenariuszy. Louisa za moment się o tym dowie. Dziewczyna niedługo skończy osiemnaście lat i wie już, że życie nie układa się tak, jakby się chciało. Straciła najlepszą przyjaciółkę i jedyną osobę, która dodawała jej sił w walce z całym światem. Teraz została jej tylko sztuka. Louisa musi znaleźć na wystawie pewien obraz: dzieło sztuki, które towarzyszyło jej w najtrudniejszych chwilach. Louisa ma jego reprodukcję na pocztówce – i wydaje jej się, że rozumie ten obraz jak nikt inny. Zakrada się zatem do miejsca, w którym będzie mogła poznać wszystkie detale, niedostrzegalne w maleńkiej kopii. Oczywiście że wpada przy tym w tarapaty. Ale dzięki temu pozna pewnego bezdomnego, który naświetli jej właściwe podejście do sztuki i pozwoli zrozumieć, co w życiu naprawdę się liczy. Louisa to dziewczyna, która przyciąga kłopoty. Podobnie jak grupa nastolatków dwie dekady wcześniej. Trzech chłopaków potrzebuje siebie nawzajem. Joar próbuje chronić siebie i mamę przed wiecznie pijanym i awanturującym się ojcem. Ted chciałby ocalić wszystkich, zwłaszcza tych, dzięki którym nie czuje się tak bardzo wyobcowany. A artysta… artysta potrzebuje ochrony przed sobą samym – dopóki nie zrozumie, co daje mu wytchnienie, będzie ciągle w niebezpieczeństwie, jakie przynosi mu własna głowa. Do tych trzech chłopaków w pewnym momencie dołącza Ali – równie jak oni pogubiona nastolatka, która potrafi się bić i stale wpada w kłopoty. Louisa szybko się dowie, że na jej drodze stanął artysta. Ale żeby poznać historię obrazu, przyjaźni i nastolatków sprzed dwudziestu lat, potrzebuje towarzystwa Teda – najbardziej oddanego artyście człowieka. To z Tedem wyrusza w podróż pozornie bez celu, a dla zabicia czasu wypytuje go o szczegóły z dawnych przygód. Dzięki temu najlepiej zrozumie obraz – który i tak zna doskonale. A do tego wciągnie się w opowieści i w doświadczenia nieznanych jej dotąd ludzi.
Ale Fredrik Backman nie zamierza mamić czytelników wizją sielskiej młodości. Ta młodość, bez względu na to, którego z przyjaciół dotyczy, jest pełna trudów i wyzwań. Oczywiście zdarzają się lekkie momenty, w których atmosferę rozładowuje puszczenie bąka i śmiech tak głośny, że słychać go nawet pod wodą. Ale znacznie częściej proza życia przytłacza, a rzeczywistość zmusza do podejmowania bardzo skomplikowanych decyzji. Z jednej strony jest tu odkrywanie tego, co w młodości najpiękniejsze. Pojawiają się wyjątkowo silne uczucia i radości przyćmiewające wszystko – a obok tego strach, z którym nie można sobie poradzić i z którego nie da się zwierzyć nawet najbliższym. Przyjaciołom jednak nie trzeba wiele tłumaczyć: sami widzą najlepiej i odpowiednio – w miarę własnych możliwości – reagują. Autor wypełnia tom kolejnymi dramatami, o których wiedzą tylko nieliczni. A Louisa przeżywa wszystko na nowo, zupełnie jakby była nie tylko biernym słuchaczem historii z przeszłości, a bezpośrednim świadkiem wydarzeń. „Moi przyjaciele” to powieść, w której Fredrik Backman po raz kolejny udowadnia, jak dobrze rozumie siłę fabuł – wplata do książki wiele historii, które w takim samym stopniu będą chwytać odbiorców za serce i uświadamiać im, że pewne emocje się nie zmieniają mimo upływu czasu. Jest to książka, w której teraźniejszość konkuruje pod względem przeżyć z przeszłością – i na pewno pozostawi w czytelnikach ślad.
sobota, 18 lipca 2026
Małgorzata Czyńska: Pisz do mnie na Łódź! Życie kulturalne i towarzyskie w tymczasowej stolicy
Marginesy, Warszawa 2026.
Schronienie
Jak to możliwe, że po drugiej wojnie światowej to Łódź stała się kolebką kultury i schronieniem dla powracających z tułaczki artystów? Małgorzata Czyńska z tym zagadnieniem rozprawia się nawet dość szybko – liczy się dla niej możliwość przekonania czytelników, że faktycznie życie kulturalne w tym miejscu kwitło. Ale zaczyna książkę od scen przedstawiających wyzwolenie, od traktowania żołnierzy i – budzenia nadziei na niedaleką przyszłość. „Pisz do mnie na Łódź! Życie kulturalne i towarzyskie w tymczasowej stolicy” to publikacja pokazująca odbiorcom organizację codzienności od strony artystów – czy to gwiazd estrady i kabaretu, czy aktorów lub pisarzy. Po drugiej wojnie światowej Warszawa jest kompletnie zniszczona – trzeba ją jak najszybciej odgruzować i odbudować, a to oznacza, że nie ma za bardzo miejsca na tworzenie – ani publiczności, która zdecyduje się na poświęcanie czasu, żeby wspierać artystów. Kraków błyskawicznie się zapełnia – zaludnia się tymi, którzy uciekali w poszukiwaniu normalności. Tymczasem Łódź w wyniku działań wojennych straciła mnóstwo mieszkańców, ma zatem wiele mieszkań dla poszukujących schronienia – mieszkania są ogromne, wielopokojowe, tak, że do przybywających można dokwaterowywać kolejnych lokatorów – każdy znajdzie swój kąt. Ponieważ pojawiają się tu prawdziwe sławy, ściągają za sobą znajomych i przyjaciół – i bardzo szybko organizują kolejne sceny teatralne. Znajduje się zatem i lokal mieszkalny, i praca dla chcących wrócić do normalnego rytmu życia.
I Małgorzata Czyńska przygląda się działaniom, wykorzystuje komentarze i zwierzenia, zapiski gwiazd – szczęśliwych, że mogą robić to, co kochają. Pokazuje muzyków, którzy szukają kolegów po fachu na ulicy, żeby zorganizować jak najszybciej próby orkiestry. Pokazuje budowanie uniwersytetu, żeby jak najszybciej załatać problem z brakiem szkoły wyższej. Pokazuje też domy dla pisarzy – skupiska sprzyjające pracy twórczej. Pokazuje wydawnictwo i czasopisma, które się tu tworzyły. Ale przede wszystkim pokazuje zapał do pracy, chęć do przywrócenia normalności jak najszybciej. Oczywiście zgromadzenie w jednym miejscu wielkich talentów pozwala na obejrzenie z różnych perspektyw charakterów i życia towarzyskiego – i to też w tomie „Pisz do mnie na Łódź” ma duże znaczenie: niektórzy potrafią w miarę szybko zorganizować sobie wszystko, co potrzebne, dla innych proszenie się o garnki stanowi raczej powód do wstydu lub ujmę na honorze – a przecież pewnych zachowań nie da się odrzucić, przynajmniej na początku. Łódź zmienia swoje oblicze: nie jest już skupiskiem fabryk, raczej – terenem działań artystycznych. Przynajmniej do czasu, kiedy twórcy zdecydują się ruszyć dalej i poszukać szczęścia gdzie indziej.
W „Pisz do mnie na Łódź” znalazło się sporo materiałów graficznych trochę pomagających zrozumieć atmosferę miejsca i wyjątkowość czasów. To publikacja, która dość szybko wprowadzi czytelników w temat Łodzi jako kolebki życia kulturalnego po wojnie – i zaprosi do samodzielnych poszukiwań kolejnych ciekawostek czy anegdot. Małgorzata Czyńska zwraca uwagę na fakt, który często może umykać badaczom skoncentrowanym na Warszawie i Krakowie jako ośrodkach twórczych – uzupełnia zatem lukę na rynku wydawniczym o zestaw danych dotyczących artystów.
Schronienie
Jak to możliwe, że po drugiej wojnie światowej to Łódź stała się kolebką kultury i schronieniem dla powracających z tułaczki artystów? Małgorzata Czyńska z tym zagadnieniem rozprawia się nawet dość szybko – liczy się dla niej możliwość przekonania czytelników, że faktycznie życie kulturalne w tym miejscu kwitło. Ale zaczyna książkę od scen przedstawiających wyzwolenie, od traktowania żołnierzy i – budzenia nadziei na niedaleką przyszłość. „Pisz do mnie na Łódź! Życie kulturalne i towarzyskie w tymczasowej stolicy” to publikacja pokazująca odbiorcom organizację codzienności od strony artystów – czy to gwiazd estrady i kabaretu, czy aktorów lub pisarzy. Po drugiej wojnie światowej Warszawa jest kompletnie zniszczona – trzeba ją jak najszybciej odgruzować i odbudować, a to oznacza, że nie ma za bardzo miejsca na tworzenie – ani publiczności, która zdecyduje się na poświęcanie czasu, żeby wspierać artystów. Kraków błyskawicznie się zapełnia – zaludnia się tymi, którzy uciekali w poszukiwaniu normalności. Tymczasem Łódź w wyniku działań wojennych straciła mnóstwo mieszkańców, ma zatem wiele mieszkań dla poszukujących schronienia – mieszkania są ogromne, wielopokojowe, tak, że do przybywających można dokwaterowywać kolejnych lokatorów – każdy znajdzie swój kąt. Ponieważ pojawiają się tu prawdziwe sławy, ściągają za sobą znajomych i przyjaciół – i bardzo szybko organizują kolejne sceny teatralne. Znajduje się zatem i lokal mieszkalny, i praca dla chcących wrócić do normalnego rytmu życia.
I Małgorzata Czyńska przygląda się działaniom, wykorzystuje komentarze i zwierzenia, zapiski gwiazd – szczęśliwych, że mogą robić to, co kochają. Pokazuje muzyków, którzy szukają kolegów po fachu na ulicy, żeby zorganizować jak najszybciej próby orkiestry. Pokazuje budowanie uniwersytetu, żeby jak najszybciej załatać problem z brakiem szkoły wyższej. Pokazuje też domy dla pisarzy – skupiska sprzyjające pracy twórczej. Pokazuje wydawnictwo i czasopisma, które się tu tworzyły. Ale przede wszystkim pokazuje zapał do pracy, chęć do przywrócenia normalności jak najszybciej. Oczywiście zgromadzenie w jednym miejscu wielkich talentów pozwala na obejrzenie z różnych perspektyw charakterów i życia towarzyskiego – i to też w tomie „Pisz do mnie na Łódź” ma duże znaczenie: niektórzy potrafią w miarę szybko zorganizować sobie wszystko, co potrzebne, dla innych proszenie się o garnki stanowi raczej powód do wstydu lub ujmę na honorze – a przecież pewnych zachowań nie da się odrzucić, przynajmniej na początku. Łódź zmienia swoje oblicze: nie jest już skupiskiem fabryk, raczej – terenem działań artystycznych. Przynajmniej do czasu, kiedy twórcy zdecydują się ruszyć dalej i poszukać szczęścia gdzie indziej.
W „Pisz do mnie na Łódź” znalazło się sporo materiałów graficznych trochę pomagających zrozumieć atmosferę miejsca i wyjątkowość czasów. To publikacja, która dość szybko wprowadzi czytelników w temat Łodzi jako kolebki życia kulturalnego po wojnie – i zaprosi do samodzielnych poszukiwań kolejnych ciekawostek czy anegdot. Małgorzata Czyńska zwraca uwagę na fakt, który często może umykać badaczom skoncentrowanym na Warszawie i Krakowie jako ośrodkach twórczych – uzupełnia zatem lukę na rynku wydawniczym o zestaw danych dotyczących artystów.
niedziela, 12 lipca 2026
Anna Rudnicka-Litwinek: Mistrz Prusz. Więcej niż jedno życie
Marginesy, Warszawa 2026.
Bez granic
Tadeusz Pruszkowski – artysta malarz, który był pierwszym rektorem ASP, praktycznie nie istnieje dzisiaj w szerokiej świadomości odbiorców, dlatego Anna Rudnicka-Litwinek postanawia przywrócić go do społecznej wyobraźni, zwłaszcza że to postać zdecydowanie nietuzinkowa. „Mistrz Prusz. Więcej niż jedno życie” to książka biograficzna przygotowana z dużą starannością i szczegółowością, zwłaszcza jeśli chodzi o tematy związane z odbiorem sztuki. Sam tytuł sugeruje już olbrzymi wachlarz zainteresowań i zajęć Tadeusza Pruszkowskiego, a do tego – postawę autorki, która bez wahania przystaje na uznanie tytułu mistrzowskiego dla bohatera książki. Jednak „Mistrz Prusz” to na szczęście nie publikacja pisana na kolanach, autorka bez czołobitności oddaje hołd wybitnej postaci i przekonuje czytelników, że w tej biografii znajdzie się mnóstwo niespodzianek.
Anna Rudnicka-Litwinek zwykle zajmuje się postaciami związanymi z historią lotnictwa – i swoje zainteresowania jest w stanie przemycić także tutaj, bo Tadeusz Pruszkowski pasjonuje się lataniem i próbuje swoich sił także w tej dziedzinie. Podniebne doświadczenia zapewniają mu wiele przygód oraz cennych znajomości – w pewnym momencie nawet staje się bohater tomu inspiracją dla innych chcących spełnić marzenie o unoszeniu się w powietrzu. Zanim jednak dojdzie do tego tematu, autorka musi przybliżyć sylwetkę Mistrza Prusza i zająć się pokazywaniem czytelnikom, jak ten artysta zapisał się w historii sztuki.
Nie ma w tej książce zbytniego rozpisywania się na tematy prywatne, dopóki te tematy prywatne nie zahaczają o sztukę. Anna Rudnicka-Litwinek za to bardzo dba o to, żeby odbiorcy zrozumieli sztukę Pruszkowskiego i żeby nauczyli się, jak ją odczytywać. Co oznacza, że w książce pojawi się mnóstwo reprodukcji i analiz tego, co widać na poszczególnych dziełach. I co ciekawe – autorka nie prowadzi narracji oczywistej, raczej przedstawia czytelnikom wiadomości, których ci mieć nie mogą – między innymi zwraca uwagę na tożsamość modelek, albo na nietypowe symbole z jakiegoś powodu umieszczone na płótnie. Pokazuje obrazy z uwagi na ich przesłania, a nie ze względu na tłumaczenie jakości artystycznej prac. Tadeusz Pruszkowski może być zatem odczytywany przez pryzmat jego dzieł malarskich – i to wydaje się być całkiem dobrą metodą na poznawanie zarówno postaci jak i tworzonej przez niego sztuki. Sporo miejsca poświęca też Anna Rudnicka-Litwinek na opisywanie wpływu, jaki Prusz miał na młodsze pokolenia artystów, na jego umiejętność wychwytywania osób najbardziej utalentowanych i prowadzenie rozmów z tymi, którzy wielkiej kariery w malarstwie zrobić nie mogą. Jest tu właśnie ten Mistrz Prusz akcentowany w tytule, przewodnik po potencjalnej sławie w przyszłości. Autorka w tym tomie chętnie sięga po zapiski i dokumenty – i z wielkim upodobaniem przytacza wielkie bloki cytatów. Nie przetwarza sama spostrzeżeń, które czerpać można ze źródeł, woli za to posługiwać się oryginalnymi treściami, żeby uświadamiać czytelnikom trochę kontekst i podejście współczesnych Pruszowi. Wydawać by się mogło, że tego typu rozłożyste fragmenty odciążają autorów – jednak tu mamy do czynienia z inną sytuacją, Anna Rudnicka-Litwinek nie szuka w wielkich cytatach sposobu na uniknięcie samodzielnego pisania, ma do opowiedzenia bardzo dużo, a objętość tej książki jednoznacznie wskazuje na fakt, jak poważnie podeszła do zadania. Tadeusz Pruszkowski w tej wersji pozwala na przegląd dokonań w ramach sztuki – i na wybrane elementy życiorysu. To książka nie tylko dla fanów historii sztuki.
Bez granic
Tadeusz Pruszkowski – artysta malarz, który był pierwszym rektorem ASP, praktycznie nie istnieje dzisiaj w szerokiej świadomości odbiorców, dlatego Anna Rudnicka-Litwinek postanawia przywrócić go do społecznej wyobraźni, zwłaszcza że to postać zdecydowanie nietuzinkowa. „Mistrz Prusz. Więcej niż jedno życie” to książka biograficzna przygotowana z dużą starannością i szczegółowością, zwłaszcza jeśli chodzi o tematy związane z odbiorem sztuki. Sam tytuł sugeruje już olbrzymi wachlarz zainteresowań i zajęć Tadeusza Pruszkowskiego, a do tego – postawę autorki, która bez wahania przystaje na uznanie tytułu mistrzowskiego dla bohatera książki. Jednak „Mistrz Prusz” to na szczęście nie publikacja pisana na kolanach, autorka bez czołobitności oddaje hołd wybitnej postaci i przekonuje czytelników, że w tej biografii znajdzie się mnóstwo niespodzianek.
Anna Rudnicka-Litwinek zwykle zajmuje się postaciami związanymi z historią lotnictwa – i swoje zainteresowania jest w stanie przemycić także tutaj, bo Tadeusz Pruszkowski pasjonuje się lataniem i próbuje swoich sił także w tej dziedzinie. Podniebne doświadczenia zapewniają mu wiele przygód oraz cennych znajomości – w pewnym momencie nawet staje się bohater tomu inspiracją dla innych chcących spełnić marzenie o unoszeniu się w powietrzu. Zanim jednak dojdzie do tego tematu, autorka musi przybliżyć sylwetkę Mistrza Prusza i zająć się pokazywaniem czytelnikom, jak ten artysta zapisał się w historii sztuki.
Nie ma w tej książce zbytniego rozpisywania się na tematy prywatne, dopóki te tematy prywatne nie zahaczają o sztukę. Anna Rudnicka-Litwinek za to bardzo dba o to, żeby odbiorcy zrozumieli sztukę Pruszkowskiego i żeby nauczyli się, jak ją odczytywać. Co oznacza, że w książce pojawi się mnóstwo reprodukcji i analiz tego, co widać na poszczególnych dziełach. I co ciekawe – autorka nie prowadzi narracji oczywistej, raczej przedstawia czytelnikom wiadomości, których ci mieć nie mogą – między innymi zwraca uwagę na tożsamość modelek, albo na nietypowe symbole z jakiegoś powodu umieszczone na płótnie. Pokazuje obrazy z uwagi na ich przesłania, a nie ze względu na tłumaczenie jakości artystycznej prac. Tadeusz Pruszkowski może być zatem odczytywany przez pryzmat jego dzieł malarskich – i to wydaje się być całkiem dobrą metodą na poznawanie zarówno postaci jak i tworzonej przez niego sztuki. Sporo miejsca poświęca też Anna Rudnicka-Litwinek na opisywanie wpływu, jaki Prusz miał na młodsze pokolenia artystów, na jego umiejętność wychwytywania osób najbardziej utalentowanych i prowadzenie rozmów z tymi, którzy wielkiej kariery w malarstwie zrobić nie mogą. Jest tu właśnie ten Mistrz Prusz akcentowany w tytule, przewodnik po potencjalnej sławie w przyszłości. Autorka w tym tomie chętnie sięga po zapiski i dokumenty – i z wielkim upodobaniem przytacza wielkie bloki cytatów. Nie przetwarza sama spostrzeżeń, które czerpać można ze źródeł, woli za to posługiwać się oryginalnymi treściami, żeby uświadamiać czytelnikom trochę kontekst i podejście współczesnych Pruszowi. Wydawać by się mogło, że tego typu rozłożyste fragmenty odciążają autorów – jednak tu mamy do czynienia z inną sytuacją, Anna Rudnicka-Litwinek nie szuka w wielkich cytatach sposobu na uniknięcie samodzielnego pisania, ma do opowiedzenia bardzo dużo, a objętość tej książki jednoznacznie wskazuje na fakt, jak poważnie podeszła do zadania. Tadeusz Pruszkowski w tej wersji pozwala na przegląd dokonań w ramach sztuki – i na wybrane elementy życiorysu. To książka nie tylko dla fanów historii sztuki.
niedziela, 21 czerwca 2026
Sylwia Trojanowska: Król tanga
Marginesy, Warszawa 2026.
Na nowo
Tadeusz Miller wraz z żoną, ukochaną Luną, po wojnie przybywa do Szczecina. Tu próbuje założyć dom: chociaż wszystkiego brakuje i są problemy z przydziałami mieszkań, a wieczorami nie można wychodzić na ulice, bo wszędzie grasują bandy, normalność jest potrzebna. Małżonkowie starają się więc stworzyć rodzinę i być dla siebie wsparciem. A ponieważ stabilizację zapewnia też praca, Tadeusz Miller chce wrócić do tego, co wychodzi mu najlepiej – czyli do śpiewania. Udaje mu się znaleźć pracę w lokalnej rozgłośni radiowej, ale nie przy mikrofonie. Do tego jeszcze długa droga i tę właśnie drogę – drogę na szczyt – Sylwia Trojanowska przedstawia. „Król tanga” to obyczajowa historia bazująca na faktach – autorka dość dokładnie przeanalizowała biografię tego artysty, a ze swoich poszukiwań i rozwiązań tłumaczy się w rozłożystym posłowiu (znajdą się tu nie tylko adresy bibliograficzne, ale też wyjaśnienia konkretnych motywów, zaznaczanie prawdopodobieństwa wydarzeń lub bazowania na dokumentach, a nawet – cały zestaw zdjęć, kilka z rodzinnego albumu Tadeusza Millera, trochę ze spektaklu jemu poświęconego, a trochę – ze zdjęć syna, który w książce też się pojawi).
Sylwia Trojanowska koncentruje się na relacji Tadeusza i Luny i w zasadzie ta opowieść jej by wystarczyła, jednak dla dobra relacji – i dla możliwości popisania się warsztatem – wprowadza tu dalszoplanowych bohaterów, którzy wprowadzają trochę różnorodnych emocji do tła historii. Nie liczy się kompletnie koloryt lokalny: poza zagrożeniami płynącymi z obecności bandytów na wieczornych ulicach raczej trudno będzie wskazać konkretne miejsca. Autorka o wiele bardziej woli zajmować się przeżyciami bohaterów niż opisami przyrody – ku uciesze czytelniczek szukających u niej opowieści o wielkiej małżeńskiej miłości. Tadeusz Miller jako artysta występujący publicznie jest narażony na kolejne awanse i flirty ze strony fanek, co autorka zaznacza w powieści – prezentując od razu postawy jego żony. Miłość do Luny objawia się na kilka różnych sposobów, jednym z nich staje się możliwość przemycenia uczuć do wykonywanych piosenek. Miller dba o to, żeby nie dawać swojej ukochanej powodów do zazdrości i żeby w odpowiednim momencie reagować na jej humory, z kolei Luna potrafi opiekować się zagubionym artystą, a nawet zadbać o jego interesy zawodowe – to ona w pewnym momencie prowadzi negocjacje i przygotowuje męża do wyjścia na scenę, dopinguje go i komplementuje nawet wtedy, gdy nie wszystko idzie idealnie. I Sylwia Trojanowska doskonale się bawi, przedstawiając relację tych dwojga. Przypomina przy okazji sylwetkę bohatera nieco dzisiaj usuwanego w cień. Wprowadza drobne cytaty z piosenek i chociaż w ten sposób nie nauczy odróżniać Millera od Fogga, to jednak może wzbudzić zainteresowanie powojennymi szlagierami.
Jest to powieść niespieszna i pozbawiona burzliwych wydarzeń, toczy się powolnym rytmem, ale dla czytelników będzie dobrą odskocznią od tego, co nieprzyjemne czy stresujące. Sylwia Trojanowska pisze tak, żeby dać wytchnienie, przypomnieć o artyście i żeby przekonać czytelników, że prawdziwe uczucia nie składają się z wielkich słów a z małych gestów
Na nowo
Tadeusz Miller wraz z żoną, ukochaną Luną, po wojnie przybywa do Szczecina. Tu próbuje założyć dom: chociaż wszystkiego brakuje i są problemy z przydziałami mieszkań, a wieczorami nie można wychodzić na ulice, bo wszędzie grasują bandy, normalność jest potrzebna. Małżonkowie starają się więc stworzyć rodzinę i być dla siebie wsparciem. A ponieważ stabilizację zapewnia też praca, Tadeusz Miller chce wrócić do tego, co wychodzi mu najlepiej – czyli do śpiewania. Udaje mu się znaleźć pracę w lokalnej rozgłośni radiowej, ale nie przy mikrofonie. Do tego jeszcze długa droga i tę właśnie drogę – drogę na szczyt – Sylwia Trojanowska przedstawia. „Król tanga” to obyczajowa historia bazująca na faktach – autorka dość dokładnie przeanalizowała biografię tego artysty, a ze swoich poszukiwań i rozwiązań tłumaczy się w rozłożystym posłowiu (znajdą się tu nie tylko adresy bibliograficzne, ale też wyjaśnienia konkretnych motywów, zaznaczanie prawdopodobieństwa wydarzeń lub bazowania na dokumentach, a nawet – cały zestaw zdjęć, kilka z rodzinnego albumu Tadeusza Millera, trochę ze spektaklu jemu poświęconego, a trochę – ze zdjęć syna, który w książce też się pojawi).
Sylwia Trojanowska koncentruje się na relacji Tadeusza i Luny i w zasadzie ta opowieść jej by wystarczyła, jednak dla dobra relacji – i dla możliwości popisania się warsztatem – wprowadza tu dalszoplanowych bohaterów, którzy wprowadzają trochę różnorodnych emocji do tła historii. Nie liczy się kompletnie koloryt lokalny: poza zagrożeniami płynącymi z obecności bandytów na wieczornych ulicach raczej trudno będzie wskazać konkretne miejsca. Autorka o wiele bardziej woli zajmować się przeżyciami bohaterów niż opisami przyrody – ku uciesze czytelniczek szukających u niej opowieści o wielkiej małżeńskiej miłości. Tadeusz Miller jako artysta występujący publicznie jest narażony na kolejne awanse i flirty ze strony fanek, co autorka zaznacza w powieści – prezentując od razu postawy jego żony. Miłość do Luny objawia się na kilka różnych sposobów, jednym z nich staje się możliwość przemycenia uczuć do wykonywanych piosenek. Miller dba o to, żeby nie dawać swojej ukochanej powodów do zazdrości i żeby w odpowiednim momencie reagować na jej humory, z kolei Luna potrafi opiekować się zagubionym artystą, a nawet zadbać o jego interesy zawodowe – to ona w pewnym momencie prowadzi negocjacje i przygotowuje męża do wyjścia na scenę, dopinguje go i komplementuje nawet wtedy, gdy nie wszystko idzie idealnie. I Sylwia Trojanowska doskonale się bawi, przedstawiając relację tych dwojga. Przypomina przy okazji sylwetkę bohatera nieco dzisiaj usuwanego w cień. Wprowadza drobne cytaty z piosenek i chociaż w ten sposób nie nauczy odróżniać Millera od Fogga, to jednak może wzbudzić zainteresowanie powojennymi szlagierami.
Jest to powieść niespieszna i pozbawiona burzliwych wydarzeń, toczy się powolnym rytmem, ale dla czytelników będzie dobrą odskocznią od tego, co nieprzyjemne czy stresujące. Sylwia Trojanowska pisze tak, żeby dać wytchnienie, przypomnieć o artyście i żeby przekonać czytelników, że prawdziwe uczucia nie składają się z wielkich słów a z małych gestów
niedziela, 24 maja 2026
Jessie Inchauspé: Ciążowa rewolucja
Marginesy, Warszawa 2026.
Co najlepsze
Jessie Inchauspé dała się odbiorcom poznać jako autorka, która najpierw wnikliwie sprawdza informacje, żeby potem przekazać jak najpełniejszy ich zestaw zainteresowanym czytelnikom. Po „Glukozowej rewolucji”, która szturmem podbiła rynek poradników, pojawia się „Ciążowa rewolucja” – siłą rzeczy kierowana do mniejszej grupy odbiorczyń, za to równie szczegółowo prezentująca temat niezbędnych podczas ciąży składników oraz ich wpływu na rozwój płodu.
Autorka w narracji bardzo dba o to, żeby nie urazić ciężarnych i nie wprowadzać w ich myśli poczucia winy. Rezygnuje z nacisku na rzecz swobody wyboru: często powtarza, że nie trzeba się restrykcyjnie trzymać jej zaleceń, bo już zrobienie jednego kroku w kierunku lepszego odżywiania się w ciąży może być sukcesem. Żeby jeszcze bardziej zdjąć odpowiedzialność z przyszłych mam, przedstawia własną historię i swoją rodzicielkę, która w trakcie ciąży odżywiała się w sposób niezachęcający do naśladowania – i nie pozostawiło to przesadnie złych skutków w egzystencji córki. Ale oczywiście jeśli ktoś zechce zapewnić swojemu dziecku wszystko, co najlepsze, tu znajdzie szereg wskazówek i, co ważniejsze, wyjaśnień. Bo autorka dba o to, żeby czytelniczki nie musiały się zastanawiać nad sensownością obco brzmiących składników – cały rozdział poświęca na przykład cholinie, o której być może sporo ciężarnych w ogóle nie słyszy. Żeby zyskać na wiarygodności, zestawia własne doświadczenia ciążowe z tym, co może spotkać odbiorczynie – pokazuje im, jak wybory żywieniowe działają w kolejnych trymestrach i kiedy można pofolgować zachciankom, a dać sobie spokój z przestrzeganiem diet. Jessie Inchauspé przez rezygnowanie z kategoryczności i nastawienie na wyrozumiałość znajdzie wśród odbiorczyń wiele zwolenniczek. Zwłaszcza że zależy jej na dogłębnym analizowaniu tematów i na przytaczaniu aktualnego stanu badań – jeśli coś nie zostało zbadane pod kątem wpływu na ciążę, zaznacza to wyraźnie, żeby uniknąć wątpliwości. Dla czytelniczek może być jej książka zestawem przydatnych podpowiedzi, ale też ratunkiem: autorka wyjaśnia na przykład, dlaczego w ciąży warto ograniczyć spożywanie cukru i po co potrzebne jest białko – zadziwiające okazuje się tu rzadkie nawiązywanie do warzyw, chociaż i to sama Jessie Inchauspé będzie objaśniać. Liczy się jednak wyczulenie na potrzeby kobiet w ciąży i przygotowanie dla nich całej strategii działania. Można z niej korzystać wybiórczo, można zdecydować się na testowanie pojedynczych uwag, ale można też dać się pokierować autorce i zdjąć z siebie konieczność prowadzenia dalszych poszukiwań. Jakby tego było mało, książka kończy się zestawem przepisów na potrawy, które nie tylko są smaczne, ale jeszcze wypełnią zapotrzebowanie ciężarnych na określone składniki – tak, żeby nie trzeba było zbyt daleko szukać podpowiedzi kulinarnych. Ale Jessie Inchauspé na pewno nie będzie chować się za przepisami i za prostymi wypełniaczami objętości w tomie – liczy się dla niej rzetelne przekazywanie zdobytych wiadomości i dostarczanie czytelniczkom szeregu przydatnych informacji pozwalających na zachowanie zdrowia i kondycji przez cały czas trwania ciąży.
Co najlepsze
Jessie Inchauspé dała się odbiorcom poznać jako autorka, która najpierw wnikliwie sprawdza informacje, żeby potem przekazać jak najpełniejszy ich zestaw zainteresowanym czytelnikom. Po „Glukozowej rewolucji”, która szturmem podbiła rynek poradników, pojawia się „Ciążowa rewolucja” – siłą rzeczy kierowana do mniejszej grupy odbiorczyń, za to równie szczegółowo prezentująca temat niezbędnych podczas ciąży składników oraz ich wpływu na rozwój płodu.
Autorka w narracji bardzo dba o to, żeby nie urazić ciężarnych i nie wprowadzać w ich myśli poczucia winy. Rezygnuje z nacisku na rzecz swobody wyboru: często powtarza, że nie trzeba się restrykcyjnie trzymać jej zaleceń, bo już zrobienie jednego kroku w kierunku lepszego odżywiania się w ciąży może być sukcesem. Żeby jeszcze bardziej zdjąć odpowiedzialność z przyszłych mam, przedstawia własną historię i swoją rodzicielkę, która w trakcie ciąży odżywiała się w sposób niezachęcający do naśladowania – i nie pozostawiło to przesadnie złych skutków w egzystencji córki. Ale oczywiście jeśli ktoś zechce zapewnić swojemu dziecku wszystko, co najlepsze, tu znajdzie szereg wskazówek i, co ważniejsze, wyjaśnień. Bo autorka dba o to, żeby czytelniczki nie musiały się zastanawiać nad sensownością obco brzmiących składników – cały rozdział poświęca na przykład cholinie, o której być może sporo ciężarnych w ogóle nie słyszy. Żeby zyskać na wiarygodności, zestawia własne doświadczenia ciążowe z tym, co może spotkać odbiorczynie – pokazuje im, jak wybory żywieniowe działają w kolejnych trymestrach i kiedy można pofolgować zachciankom, a dać sobie spokój z przestrzeganiem diet. Jessie Inchauspé przez rezygnowanie z kategoryczności i nastawienie na wyrozumiałość znajdzie wśród odbiorczyń wiele zwolenniczek. Zwłaszcza że zależy jej na dogłębnym analizowaniu tematów i na przytaczaniu aktualnego stanu badań – jeśli coś nie zostało zbadane pod kątem wpływu na ciążę, zaznacza to wyraźnie, żeby uniknąć wątpliwości. Dla czytelniczek może być jej książka zestawem przydatnych podpowiedzi, ale też ratunkiem: autorka wyjaśnia na przykład, dlaczego w ciąży warto ograniczyć spożywanie cukru i po co potrzebne jest białko – zadziwiające okazuje się tu rzadkie nawiązywanie do warzyw, chociaż i to sama Jessie Inchauspé będzie objaśniać. Liczy się jednak wyczulenie na potrzeby kobiet w ciąży i przygotowanie dla nich całej strategii działania. Można z niej korzystać wybiórczo, można zdecydować się na testowanie pojedynczych uwag, ale można też dać się pokierować autorce i zdjąć z siebie konieczność prowadzenia dalszych poszukiwań. Jakby tego było mało, książka kończy się zestawem przepisów na potrawy, które nie tylko są smaczne, ale jeszcze wypełnią zapotrzebowanie ciężarnych na określone składniki – tak, żeby nie trzeba było zbyt daleko szukać podpowiedzi kulinarnych. Ale Jessie Inchauspé na pewno nie będzie chować się za przepisami i za prostymi wypełniaczami objętości w tomie – liczy się dla niej rzetelne przekazywanie zdobytych wiadomości i dostarczanie czytelniczkom szeregu przydatnych informacji pozwalających na zachowanie zdrowia i kondycji przez cały czas trwania ciąży.
sobota, 25 kwietnia 2026
Lars Saabye Christensen: Beatlesi
Marginesy, Warszawa 2026.
Muzyka
Ta powieść jest już klasyką – i bardzo mocno wybrzmiewa jej inność, to znaczy nawiązanie do prawdziwości lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku. Lars Saabye Christensen przygląda się dorastaniu i wchodzeniu w dorosłość czterech chłopaków z Oslo. Nastolatki są oczywiście wpatrzone w Beatlesów – nawet początkowo nadają sobie pseudonimy od członków zespołu, a w planach na przyszłość mają też założenie bandu muzycznego. Muszą tylko uprosić rodziców o niezbędne instrumenty i o możliwość zapuszczania włosów. Świat z tomu „Beatlesi” mocno różni się od tego, co znają dzisiejsi czytelnicy – więc jeśli ktoś ma ochotę na sprawdzenie, jak wyglądała codzienność drugiej połowy XX wieku, może potraktować tę książkę jak przewodnik.
To Kim prowadzi historię, to z jego perspektywy czytelnicy obserwują perypetie nastolatków w Bildungsroman. Każde wydarzenie urasta tu do rangi wielkiego tematu, każdy rozdział nawiązuje do jakiegoś albumu lub utworu Beatlesów – to sprawia, że tę książkę wręcz słychać, jej rytm daje się poczuć. Czytelnicy, którzy tak jak bohaterowie są fanami Wielkiej Czwórki mogą poczuć się usatysfakcjonowani – doświadczenia pokoleniowe, które ukształtowały bohaterów, są bowiem przejrzyste i przekonujące. Dla odbiorców będzie to prawdziwie mocne przeżycie – zetknięcie się ze światem, który pamiętają, a który odszedł już do lamusa. I tak autor zajmuje się przedstawianiem pierwszych miłości i pierwszych rozczarowań, kształtowania się systemów wartości, wiary lub sceptycyzmu w tej kwestii. Bohaterowie jeszcze od czasu do czasu dają się wciągnąć w szkolne perypetie i w rozmaite mniej lub bardziej poważne niesnaski. Do tego – nie brakuje wśród ich rówieśników bezsensownych ryzykantów. A to oznacza, że nasi bohaterowie przekonają się niekoniecznie na własnej skórze, czym grozi nieprzestrzeganie zasad wprowadzonych przez starsze pokolenie. Są tu ludzie, którzy prawie doprowadzili do autodestrukcji, są tacy, którzy zaskakują decyzjami – kompletnie pozbawieni wyobraźni i niemyślący o konsekwencjach. Widać tu też nietypowy dla dzisiejszych czasów zestaw relacji dzieci – rodzice – kompletnie inny system wychowawczy i zbiór wyzwań. „Beatlesi” to książka, która dzisiaj wyjątkowo trafnie portretuje dawne czasy i poprzednie pokolenia – zupełnie na marginesie, bo przecież chodzi tu o prezentowanie wkraczania w dorosłość (na początku rzeczywistość nie ma zbyt wielkiego znaczenia, ale z czasem pojawia się coraz więcej odniesień do świata spoza zamkniętej przestrzeni bohaterów), a nie o rejestrowanie efemerycznych przejawów realizmu lat 60. I 70. Chociaż powieść sprawia wrażenie monumentalnej, jest spora jak na dzisiejsze standardy, to i tak napisana została bardzo lekko, więc lektura przebiegać będzie dość szybko. Co więcej, Christensen wyborem tematów i sposobem ich realizowania sprawia wrażenie, jakby wszystkie wydarzenia były czytelnikom doskonale znane i naturalnie płynęły z pierwszych obserwacji i zjawisk. I to może zaskakiwać najbardziej – chociaż autor faktycznie zbiera wydarzenia jednostkowe i niepopularne, to jednak przez sposób ich prezentacji daje czytelnikom przekonanie, że uczestniczą w czymś świetnie sobie znanym. To przekonująca historia wypełniona detalami – i te detale jednocześnie przyciągają do świata bohaterów i czynią go najbardziej prawdziwym, a ponadto tworzą niepowtarzalny koloryt lokalny.
Muzyka
Ta powieść jest już klasyką – i bardzo mocno wybrzmiewa jej inność, to znaczy nawiązanie do prawdziwości lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku. Lars Saabye Christensen przygląda się dorastaniu i wchodzeniu w dorosłość czterech chłopaków z Oslo. Nastolatki są oczywiście wpatrzone w Beatlesów – nawet początkowo nadają sobie pseudonimy od członków zespołu, a w planach na przyszłość mają też założenie bandu muzycznego. Muszą tylko uprosić rodziców o niezbędne instrumenty i o możliwość zapuszczania włosów. Świat z tomu „Beatlesi” mocno różni się od tego, co znają dzisiejsi czytelnicy – więc jeśli ktoś ma ochotę na sprawdzenie, jak wyglądała codzienność drugiej połowy XX wieku, może potraktować tę książkę jak przewodnik.
To Kim prowadzi historię, to z jego perspektywy czytelnicy obserwują perypetie nastolatków w Bildungsroman. Każde wydarzenie urasta tu do rangi wielkiego tematu, każdy rozdział nawiązuje do jakiegoś albumu lub utworu Beatlesów – to sprawia, że tę książkę wręcz słychać, jej rytm daje się poczuć. Czytelnicy, którzy tak jak bohaterowie są fanami Wielkiej Czwórki mogą poczuć się usatysfakcjonowani – doświadczenia pokoleniowe, które ukształtowały bohaterów, są bowiem przejrzyste i przekonujące. Dla odbiorców będzie to prawdziwie mocne przeżycie – zetknięcie się ze światem, który pamiętają, a który odszedł już do lamusa. I tak autor zajmuje się przedstawianiem pierwszych miłości i pierwszych rozczarowań, kształtowania się systemów wartości, wiary lub sceptycyzmu w tej kwestii. Bohaterowie jeszcze od czasu do czasu dają się wciągnąć w szkolne perypetie i w rozmaite mniej lub bardziej poważne niesnaski. Do tego – nie brakuje wśród ich rówieśników bezsensownych ryzykantów. A to oznacza, że nasi bohaterowie przekonają się niekoniecznie na własnej skórze, czym grozi nieprzestrzeganie zasad wprowadzonych przez starsze pokolenie. Są tu ludzie, którzy prawie doprowadzili do autodestrukcji, są tacy, którzy zaskakują decyzjami – kompletnie pozbawieni wyobraźni i niemyślący o konsekwencjach. Widać tu też nietypowy dla dzisiejszych czasów zestaw relacji dzieci – rodzice – kompletnie inny system wychowawczy i zbiór wyzwań. „Beatlesi” to książka, która dzisiaj wyjątkowo trafnie portretuje dawne czasy i poprzednie pokolenia – zupełnie na marginesie, bo przecież chodzi tu o prezentowanie wkraczania w dorosłość (na początku rzeczywistość nie ma zbyt wielkiego znaczenia, ale z czasem pojawia się coraz więcej odniesień do świata spoza zamkniętej przestrzeni bohaterów), a nie o rejestrowanie efemerycznych przejawów realizmu lat 60. I 70. Chociaż powieść sprawia wrażenie monumentalnej, jest spora jak na dzisiejsze standardy, to i tak napisana została bardzo lekko, więc lektura przebiegać będzie dość szybko. Co więcej, Christensen wyborem tematów i sposobem ich realizowania sprawia wrażenie, jakby wszystkie wydarzenia były czytelnikom doskonale znane i naturalnie płynęły z pierwszych obserwacji i zjawisk. I to może zaskakiwać najbardziej – chociaż autor faktycznie zbiera wydarzenia jednostkowe i niepopularne, to jednak przez sposób ich prezentacji daje czytelnikom przekonanie, że uczestniczą w czymś świetnie sobie znanym. To przekonująca historia wypełniona detalami – i te detale jednocześnie przyciągają do świata bohaterów i czynią go najbardziej prawdziwym, a ponadto tworzą niepowtarzalny koloryt lokalny.
czwartek, 16 kwietnia 2026
Susanne Lieder: Agatha Christie. Narodziny królowej kryminału
Marginesy, Warszawa 2026.
Przed karierą
Panuje obecnie moda na beletryzowane biografie, czy też powieści obyczajowe oparte na wątkach biograficznych – z perspektywy czytelników to jeszcze jedna okazja do spotkania z ulubionymi twórcami, dla autorów – szansa na zaistnienie na rynku z gotową fabułą, w której wystarczy tylko dostrzec rozkład napięcia, żeby powieść pisała się sama. Do grona autorek bazujących na życiorysach dołącza teraz Susanne Lieder, która w powieści „Agatha Christie. Narodziny królowej kryminału” próbuje pokazać młodą kobietę marzącą o szczęśliwej miłości – i mimochodem pragnącą napisać książkę. Agatha jest tu uchwycona w dwóch momentach życia – kiedy rozpacza po śmierci matki, a jako pocieszenie ma swoją córkę i siostrę – oraz jako kobieta wkraczająca w dorosłość, jeszcze pod opieką rodzicielki.
Susanne Lieder najbardziej interesuje spotkanie z Archiem. To mężczyzna bardzo dziwny, mający liczne – widoczne na pierwszy rzut oka – wady, ale jednocześnie na tyle charyzmatyczny, żeby odciągnąć Agathę od trwającego w nieskończoność narzeczeństwa. Zresztą młoda bohaterka nie ma jeszcze pojęcia o tym, jak powinna wyglądać prawdziwa miłość – chce wyjść za mąż, a jeszcze bardziej chce stać się heroiną romansu, przeżyć coś, o czym czyta się tylko w książkach. Z otaczającymi ją potencjalnymi absztyfikantami nie ma na to szans, nic więc dziwnego, że chimeryczny Archie wydaje jej się najlepszym wyborem. Czas pokaże, czy miała rację. W życie pełne nadziei wkracza wojna i małżonkowie tuż po ślubie rozdzielają się na dość długo – na tyle, żeby Agatha nauczyła się żyć samotnie, a Archie nie dostosował do rodzinnego tempa. I w tym wszystkim pojawia się iskierka nadziei na poprawę losu – pisanie jako szansa na oderwanie się od trudnej codzienności. Agatha wymyśla postać detektywa, Herkulesa Poirot, a kiedy już udaje jej się scharakteryzować ekscentrycznego Belga, pozostawia go samemu sobie – obserwuje tylko, gdy ten rozwiązuje zagadki. Po pierwszej książce przyjdzie kolej na następne, początkująca autorka chce jednak podróżować i poznawać świat, a jednocześnie wie, że pisanie książek to męka – musi wciąż szukać nowych pomysłów i tworzyć rzeczy, które nie zawsze dadzą się przekuć w historie. Susanne Lieder niby czerpała z biografii, ale w wielu miejscach bazuje wyłącznie na własnej wyobraźni, woli Agathę nieznaną i jeszcze w jakimś sensie wolną (przynajmniej od sławy), wizją zwyczajności, która wymyka się schematycznym scenariuszom, dzieli się z czytelnikami. „Agatha Christie. Narodziny królowej kryminału” to powieść obyczajowa z wątkiem romansowym, dość pobieżnie zresztą zarysowanym – bo raz, że czytelnikom trudno będzie uwierzyć w wielką miłość, a dwa – autorka porzuca na przykład bez domknięcia wątek rozstania z poprzednim narzeczonym. Jest to jednak również powieść pisana dla wytchnienia, nie po to, żeby dostarczać czytelnikom wiadomości na temat znanej autorki kryminałów. „Agatha Christie. Narodziny królowej kryminału” to portret, jakiego nikt się nie spodziewa – książka, w której liczą się silne uczucia zamiast analiz źródeł natchnienia. I to najlepsze, co Susanne Lieder mogła zrobić – bo nie będzie dzięki temu zamęczać fanów Christie informacjami, które ci doskonale znają.
Przed karierą
Panuje obecnie moda na beletryzowane biografie, czy też powieści obyczajowe oparte na wątkach biograficznych – z perspektywy czytelników to jeszcze jedna okazja do spotkania z ulubionymi twórcami, dla autorów – szansa na zaistnienie na rynku z gotową fabułą, w której wystarczy tylko dostrzec rozkład napięcia, żeby powieść pisała się sama. Do grona autorek bazujących na życiorysach dołącza teraz Susanne Lieder, która w powieści „Agatha Christie. Narodziny królowej kryminału” próbuje pokazać młodą kobietę marzącą o szczęśliwej miłości – i mimochodem pragnącą napisać książkę. Agatha jest tu uchwycona w dwóch momentach życia – kiedy rozpacza po śmierci matki, a jako pocieszenie ma swoją córkę i siostrę – oraz jako kobieta wkraczająca w dorosłość, jeszcze pod opieką rodzicielki.
Susanne Lieder najbardziej interesuje spotkanie z Archiem. To mężczyzna bardzo dziwny, mający liczne – widoczne na pierwszy rzut oka – wady, ale jednocześnie na tyle charyzmatyczny, żeby odciągnąć Agathę od trwającego w nieskończoność narzeczeństwa. Zresztą młoda bohaterka nie ma jeszcze pojęcia o tym, jak powinna wyglądać prawdziwa miłość – chce wyjść za mąż, a jeszcze bardziej chce stać się heroiną romansu, przeżyć coś, o czym czyta się tylko w książkach. Z otaczającymi ją potencjalnymi absztyfikantami nie ma na to szans, nic więc dziwnego, że chimeryczny Archie wydaje jej się najlepszym wyborem. Czas pokaże, czy miała rację. W życie pełne nadziei wkracza wojna i małżonkowie tuż po ślubie rozdzielają się na dość długo – na tyle, żeby Agatha nauczyła się żyć samotnie, a Archie nie dostosował do rodzinnego tempa. I w tym wszystkim pojawia się iskierka nadziei na poprawę losu – pisanie jako szansa na oderwanie się od trudnej codzienności. Agatha wymyśla postać detektywa, Herkulesa Poirot, a kiedy już udaje jej się scharakteryzować ekscentrycznego Belga, pozostawia go samemu sobie – obserwuje tylko, gdy ten rozwiązuje zagadki. Po pierwszej książce przyjdzie kolej na następne, początkująca autorka chce jednak podróżować i poznawać świat, a jednocześnie wie, że pisanie książek to męka – musi wciąż szukać nowych pomysłów i tworzyć rzeczy, które nie zawsze dadzą się przekuć w historie. Susanne Lieder niby czerpała z biografii, ale w wielu miejscach bazuje wyłącznie na własnej wyobraźni, woli Agathę nieznaną i jeszcze w jakimś sensie wolną (przynajmniej od sławy), wizją zwyczajności, która wymyka się schematycznym scenariuszom, dzieli się z czytelnikami. „Agatha Christie. Narodziny królowej kryminału” to powieść obyczajowa z wątkiem romansowym, dość pobieżnie zresztą zarysowanym – bo raz, że czytelnikom trudno będzie uwierzyć w wielką miłość, a dwa – autorka porzuca na przykład bez domknięcia wątek rozstania z poprzednim narzeczonym. Jest to jednak również powieść pisana dla wytchnienia, nie po to, żeby dostarczać czytelnikom wiadomości na temat znanej autorki kryminałów. „Agatha Christie. Narodziny królowej kryminału” to portret, jakiego nikt się nie spodziewa – książka, w której liczą się silne uczucia zamiast analiz źródeł natchnienia. I to najlepsze, co Susanne Lieder mogła zrobić – bo nie będzie dzięki temu zamęczać fanów Christie informacjami, które ci doskonale znają.
niedziela, 5 kwietnia 2026
Lucy Maud Montgomery: Emily ze Srebrnego Nowiu
Marginesy, Warszawa 2026.
Literatura
Lucy Maud Montgomery już dawno została w literaturze czwartej zdeklasowana za sprawą przemian obyczajowych i starzejących się powieściowych rozwiązań – a jednak wciąż starsze pokolenie z sentymentem wracać będzie do lektur swojego dzieciństwa. Anna Bańkowska po opowieści o rudowłosej dziewczynce wzięła się za przypomnienie innej, mniej kojarzonej powszechnie bohaterki – „Emily ze Srebrnego Nowiu” to powieść, w której autotematyzm odgrywa ważną rolę. Powtarza się kilka wątków, w tym wizja szkolnych upokorzeń czy roli fantazji w życiu dziewczynki wchodzącej dopiero w wiek nastoletni – ale Emily zdecydowanie ma więcej swobody i może skupić się na tym, co dla niej najistotniejsze w życiu. Emily osierocona przez ojczulka znajduje ukojenie w pisaniu – a ponieważ papier jest trudno dostępny, swoje myśli przelewa na stare kwity, starannie ukrywane przed surową ciotką. Pisanie listów to jeden ze sposobów na opowiedzenie, co się w życiu Emily dzieje – ale też i metoda wyciszenia silnych emocji. Emily z czasem przekonuje się coraz bardziej, że chciałaby zostać powieściopisarką albo poetką – a otoczenie wie, że nie ma sensu jej od tego odwodzić. I, jak w przypadku Ani, tak i tutaj dojrzewanie wiąże się z dostrzeganiem wcześniejszych egzaltowanych zwrotów i fraz – ale Emily to nie przeszkadza. Uczy się pisania przez ciągły trening – zarówno w ramach tworzenia, jak i w sztuce epistolografii. W zasadzie jedynym motywem funkcjonującym w tłumaczeniu jako sygnał młodego wieku autorki listów stają się coraz rzadsze błędy ortograficzne – zabieg prosty i umożliwiający sygnalizowanie naiwności w momencie, w którym listy przejmują właściwą część narracji.
W życiu Emily dzieje się wiele, a kobiety, które małą bohaterkę otaczają, przypominają jej stale o rozmaitych sztuczkach płci pięknej pozwalających postawić na swoim. Lucy Maud Montgomery odsłania w ten sposób zabiegi prowadzące do właściwego przejęcia władzy w codzienności i jest to jeden z tych tematów, które najprawdopodobniej nie pasowały do wizji lektur właściwych dla najmłodszych. Autorka puszcza oko do starszych odbiorczyń – dzieciom za to proponuje szereg wyzwań związanych raz z interpersonalnymi potyczkami (Emily przekonuje się między innymi, że fałszywa przyjaźń nie jest czymś, co należy pielęgnować, za to od prawdziwej przyjaciółki wytrzymuje się nawet najdziwniejsze obelgi), raz ze sporą adrenaliną (kiedy Emily omal nie traci życia). Jest w tej powieści zatem nie tylko umiłowanie do słów, ale też sporo dynamicznych wydarzeń. Dzisiejszych odbiorców zaskoczy na pewno motyw topienia kociąt (temat, którego nie ukrywa się przed małymi bohaterami) czy relacje między dziećmi i dorosłymi: tu Emily może wygrać dzięki swojej dumie, uporowi i wewnętrznej sile, ale są sprawy, w których nie ma szans na przekonanie opiekunki. Surowa i wymagająca, a wręcz despotyczna ciotka ma przeciwwagę w postaci siostry kochającej Emily od początku – wszystko po to, żeby uświadomić odbiorcom, jak różne podejścia do wychowania i do obowiązków mają dorośli w zależności od charakterów. Lucy Maud Montgomery proponuje tu gęstą i rozmarzoną książkę – a Anna Bańkowska o niej przypomina.
Literatura
Lucy Maud Montgomery już dawno została w literaturze czwartej zdeklasowana za sprawą przemian obyczajowych i starzejących się powieściowych rozwiązań – a jednak wciąż starsze pokolenie z sentymentem wracać będzie do lektur swojego dzieciństwa. Anna Bańkowska po opowieści o rudowłosej dziewczynce wzięła się za przypomnienie innej, mniej kojarzonej powszechnie bohaterki – „Emily ze Srebrnego Nowiu” to powieść, w której autotematyzm odgrywa ważną rolę. Powtarza się kilka wątków, w tym wizja szkolnych upokorzeń czy roli fantazji w życiu dziewczynki wchodzącej dopiero w wiek nastoletni – ale Emily zdecydowanie ma więcej swobody i może skupić się na tym, co dla niej najistotniejsze w życiu. Emily osierocona przez ojczulka znajduje ukojenie w pisaniu – a ponieważ papier jest trudno dostępny, swoje myśli przelewa na stare kwity, starannie ukrywane przed surową ciotką. Pisanie listów to jeden ze sposobów na opowiedzenie, co się w życiu Emily dzieje – ale też i metoda wyciszenia silnych emocji. Emily z czasem przekonuje się coraz bardziej, że chciałaby zostać powieściopisarką albo poetką – a otoczenie wie, że nie ma sensu jej od tego odwodzić. I, jak w przypadku Ani, tak i tutaj dojrzewanie wiąże się z dostrzeganiem wcześniejszych egzaltowanych zwrotów i fraz – ale Emily to nie przeszkadza. Uczy się pisania przez ciągły trening – zarówno w ramach tworzenia, jak i w sztuce epistolografii. W zasadzie jedynym motywem funkcjonującym w tłumaczeniu jako sygnał młodego wieku autorki listów stają się coraz rzadsze błędy ortograficzne – zabieg prosty i umożliwiający sygnalizowanie naiwności w momencie, w którym listy przejmują właściwą część narracji.
W życiu Emily dzieje się wiele, a kobiety, które małą bohaterkę otaczają, przypominają jej stale o rozmaitych sztuczkach płci pięknej pozwalających postawić na swoim. Lucy Maud Montgomery odsłania w ten sposób zabiegi prowadzące do właściwego przejęcia władzy w codzienności i jest to jeden z tych tematów, które najprawdopodobniej nie pasowały do wizji lektur właściwych dla najmłodszych. Autorka puszcza oko do starszych odbiorczyń – dzieciom za to proponuje szereg wyzwań związanych raz z interpersonalnymi potyczkami (Emily przekonuje się między innymi, że fałszywa przyjaźń nie jest czymś, co należy pielęgnować, za to od prawdziwej przyjaciółki wytrzymuje się nawet najdziwniejsze obelgi), raz ze sporą adrenaliną (kiedy Emily omal nie traci życia). Jest w tej powieści zatem nie tylko umiłowanie do słów, ale też sporo dynamicznych wydarzeń. Dzisiejszych odbiorców zaskoczy na pewno motyw topienia kociąt (temat, którego nie ukrywa się przed małymi bohaterami) czy relacje między dziećmi i dorosłymi: tu Emily może wygrać dzięki swojej dumie, uporowi i wewnętrznej sile, ale są sprawy, w których nie ma szans na przekonanie opiekunki. Surowa i wymagająca, a wręcz despotyczna ciotka ma przeciwwagę w postaci siostry kochającej Emily od początku – wszystko po to, żeby uświadomić odbiorcom, jak różne podejścia do wychowania i do obowiązków mają dorośli w zależności od charakterów. Lucy Maud Montgomery proponuje tu gęstą i rozmarzoną książkę – a Anna Bańkowska o niej przypomina.
środa, 4 marca 2026
Kamil Sipowicz: Kora i inne zwierzęta
Marginesy, Warszawa 2026.
Kojące Roztocze
„Kora i inne zwierzęta” to zestaw zapisków Kamila Sipowicza – a główną rolę w tych zapiskach odgrywają czworonożni przyjaciele i zwierzęta „przechodnie” – te, które krążą między domami i spędzają czas u rodzin, które sobie wybrały. Od czasu do czasu przewija się przez ten zwierzyniec Ola – już chora, ale wciąż troskliwie zajmująca się wszystkimi mieszkańcami domu. Dla Kory Kamil Sipowicz przygotowuje sok z brzozy albo z pokrzyw, wie, które rośliny mają dobry wpływ na zdrowie i skwapliwie korzysta z dobrodziejstw natury. Jednocześnie tworzy prawdziwą reklamę Roztocza – przedstawia miejsce ze wszystkimi jego zaletami i dziwactwami. Wprowadza do narracji przyjaciół i sąsiadów, nawet tych, którzy nie wsławili się zbyt dobrym podejściem do zwierząt – ale każdy znajdzie tu swój kąt. Kora szczególnie chce się opiekować tymi stworzeniami, które potrzebują pomocy, ale ma też swoich ulubieńców, między innymi Ramonę, która we wspomnieniach Sipowicza zajmuje sporo miejsca.
Roztocze w ujęciu Kamila Sipowicza praktycznie nie ma wad – to miejsce, które staje się ostoją, rajem, a przynajmniej odskocznią od codziennych zmartwień. Tu do rangi zmartwienia urasta to, że psy „zewnętrzne” weszły do domu albo wskoczyły na kanapę, chociaż im nie wolno – oczywiście że w tle przewija się poważna choroba, a do tego nie wszyscy ludzie spełniają pokładane w nich nadzieje. Ale znienacka można tu otrzymać bardzo cenną lekcję filozofii i poznać inne spojrzenie na świat. Na Roztoczu jest dobrze, wygodnie i gościnnie, nikogo nie dziwi, że można tu zapomnieć o stresach. „Kora i inne zwierzęta” to właśnie publikacja stresy oddalająca – Kamil Sipowicz skupia się na prezentowaniu kolejnych pomysłów domowych pupili. Czasami zabiera czytelników na wycieczkę – opowiada, jak Kora przemycała Ramonę w torbie podróżnej, żeby uniknąć problemów biurokratycznych (i co się działo, kiedy przewoziła psa ze wszystkimi koniecznymi dokumentami oficjalnie). Wplata anegdoty i wspomnienia, dzieli się z czytelnikami cząstką życia z Korą, ale nienachalnie. Nie zależy mu na uzyskiwaniu tanich wzruszeń, woli za to zająć się tym, co atrakcyjne, ale znacznie mniej przygnębiające. Przesuwa Korę do tła, tak, żeby jej obecność – dyskretna i krzepiąca – stała się dla czytelników oczywistością. Krótkie rozdziały to tematyczne opowieści, dla autora – związane ze zwyczajnymi dniami i z tematami bez większego znaczenia w globalnej skali, za to budującymi niepowtarzalną atmosferę. Jest tych rozdziałów sporo, tak, żeby czytelnicy mogli się odnaleźć w tym świecie, żeby zdążyli poczuć klimat i polubić się z bohaterami. To opowieść o kochaniu zwierząt – i o ludzkiej tęsknocie. Próba powrotu do wspólnych czasów, zatrzymania w drobnych i z pozoru nieważnych wspomnieniach codzienności. Od czasu do czasu Kamil Sipowicz zamienia się jeszcze w przewodnika, przedstawia wybrane elementy przeszłości albo sztuki – żeby pokazać odbiorcom różne oblicza Roztocza i żeby zaproponować im niezwykłą, indywidualizowaną podróż. Do tego zdjęcia i kolaże – tym razem już z Korą i zwierzętami. I tak ten tom może stać się dla czytelników azylem na długo.
Kojące Roztocze
„Kora i inne zwierzęta” to zestaw zapisków Kamila Sipowicza – a główną rolę w tych zapiskach odgrywają czworonożni przyjaciele i zwierzęta „przechodnie” – te, które krążą między domami i spędzają czas u rodzin, które sobie wybrały. Od czasu do czasu przewija się przez ten zwierzyniec Ola – już chora, ale wciąż troskliwie zajmująca się wszystkimi mieszkańcami domu. Dla Kory Kamil Sipowicz przygotowuje sok z brzozy albo z pokrzyw, wie, które rośliny mają dobry wpływ na zdrowie i skwapliwie korzysta z dobrodziejstw natury. Jednocześnie tworzy prawdziwą reklamę Roztocza – przedstawia miejsce ze wszystkimi jego zaletami i dziwactwami. Wprowadza do narracji przyjaciół i sąsiadów, nawet tych, którzy nie wsławili się zbyt dobrym podejściem do zwierząt – ale każdy znajdzie tu swój kąt. Kora szczególnie chce się opiekować tymi stworzeniami, które potrzebują pomocy, ale ma też swoich ulubieńców, między innymi Ramonę, która we wspomnieniach Sipowicza zajmuje sporo miejsca.
Roztocze w ujęciu Kamila Sipowicza praktycznie nie ma wad – to miejsce, które staje się ostoją, rajem, a przynajmniej odskocznią od codziennych zmartwień. Tu do rangi zmartwienia urasta to, że psy „zewnętrzne” weszły do domu albo wskoczyły na kanapę, chociaż im nie wolno – oczywiście że w tle przewija się poważna choroba, a do tego nie wszyscy ludzie spełniają pokładane w nich nadzieje. Ale znienacka można tu otrzymać bardzo cenną lekcję filozofii i poznać inne spojrzenie na świat. Na Roztoczu jest dobrze, wygodnie i gościnnie, nikogo nie dziwi, że można tu zapomnieć o stresach. „Kora i inne zwierzęta” to właśnie publikacja stresy oddalająca – Kamil Sipowicz skupia się na prezentowaniu kolejnych pomysłów domowych pupili. Czasami zabiera czytelników na wycieczkę – opowiada, jak Kora przemycała Ramonę w torbie podróżnej, żeby uniknąć problemów biurokratycznych (i co się działo, kiedy przewoziła psa ze wszystkimi koniecznymi dokumentami oficjalnie). Wplata anegdoty i wspomnienia, dzieli się z czytelnikami cząstką życia z Korą, ale nienachalnie. Nie zależy mu na uzyskiwaniu tanich wzruszeń, woli za to zająć się tym, co atrakcyjne, ale znacznie mniej przygnębiające. Przesuwa Korę do tła, tak, żeby jej obecność – dyskretna i krzepiąca – stała się dla czytelników oczywistością. Krótkie rozdziały to tematyczne opowieści, dla autora – związane ze zwyczajnymi dniami i z tematami bez większego znaczenia w globalnej skali, za to budującymi niepowtarzalną atmosferę. Jest tych rozdziałów sporo, tak, żeby czytelnicy mogli się odnaleźć w tym świecie, żeby zdążyli poczuć klimat i polubić się z bohaterami. To opowieść o kochaniu zwierząt – i o ludzkiej tęsknocie. Próba powrotu do wspólnych czasów, zatrzymania w drobnych i z pozoru nieważnych wspomnieniach codzienności. Od czasu do czasu Kamil Sipowicz zamienia się jeszcze w przewodnika, przedstawia wybrane elementy przeszłości albo sztuki – żeby pokazać odbiorcom różne oblicza Roztocza i żeby zaproponować im niezwykłą, indywidualizowaną podróż. Do tego zdjęcia i kolaże – tym razem już z Korą i zwierzętami. I tak ten tom może stać się dla czytelników azylem na długo.
środa, 11 lutego 2026
Katarzyna Rzehak: Wanda Telakowska. Piękno dla wszystkich, czyli jak powstało polskie wzornictwo powojenne
Marginesy, Warszawa 2026.
Projekty
Z jednej strony – braki w zaopatrzeniu, w każdej dziedzinie. Towary zdobywane przez zwykłych obywateli spod lady, brak szans na poprawę sytuacji, kombinowanie i rzucanie się na wszystko, co pojawi się na rynku. Z drugiej – tęsknota za możliwością dokonywania estetycznych wyborów, kształtowania gustów zbiorowych i wprowadzaniem piękna do każdego domu z osobna. Katarzyna Rzehak swoją książką o Wandzie Telakowskiej przypomina dawne nadzieje i jednocześnie rozprasza mit o szarości peerelowskich dni. „Wanda Telakowska. Piękno dla wszystkich, czyli jak powstało polskie wzornictwo powojenne” to trochę opowieść wzorowana na mitach założycielskich: jest tu jedna osoba, która – sama przeciwko światu – wprowadzi nowe porządki i sprawi, że zwykli ludzie będą mogli cieszyć oko pięknymi przedmiotami codziennego użytku. Przynajmniej w założeniu. Każdy, kto na półce ma jeszcze bibeloty (zwłaszcza wyroby ceramiczne) z czasów PRL, może teraz przekonać się, jaka jest ich prawdziwa wartość. Katarzyna Rzehak śledzi tutaj dokonania Wandy Telakowskiej, ale umiejętnie nakreśla cały kontekst wydarzeń, tak, żeby czytelnicy mogli się dowiedzieć, z jakimi wyzwaniami bohaterka książki się borykała i kiedy nie udawało jej się wprowadzić w czyn zamierzeń wyjściowych. Wanda Telakowska łączy artyzm i użytkowość, sztukę i przedmioty codziennego użytku, te potrzebne w zwyczajności. Chce, żeby komplety talerzy czy drobne figurki do postawienia na półce cieszyły oko i były dostępne dla szerokiego grona odbiorców, walczy z bylejakością i zależy jej na tym, żeby odbiorcy mogli dokonywać świadomych wyborów. Działa fachowo i organizuje przestrzeń, w której funkcjonować mogą najlepsi artyści i rzemieślnicy, wie, jak ocalać dorobek ludowy, jeździ po kraju i skupuje elementy folkloru, które następnie łączy z projektami swoimi i swoich współpracowników – tak, żeby tworzyć produkty wysokiej jakości i nawiązujące do tradycji polskich. Wanda Telakowska nie daje sobie wejść na głowę. Ma silny charakter i wie, czego chce, dąży do realizowania swoich pomysłów i bardzo często po prostu stawia na swoim, bez względu na okoliczności. A to oznacza, że niekoniecznie daje się przez wszystkich lubić. Autorka podkreśla również mniej zawodowe wątki związane z Telakowską, nawiązuje do jej życia prywatnego, tropi miłości, sprawdza, jak środowisko reagowało na jej warunki fizyczne – nie jest to temat, który przydaje się do analizowania historii polskiego wzornictwa, ale pozwala ujrzeć w innym świetle bohaterkę tomu. Wanda Telakowska to bez wątpienia postać wyjątkowa i niepowtarzalna, ale bardzo często ustępuje w narracji tematowi samego wzornictwa, tworzeniu kolejnych projektów, które przetrwały próbę czasu, nawet jeśli nie mogły trafić do masowej produkcji. Jeśli ktoś interesuje się przeszłością designu, historią sztuki w wymiarze użytkowym, to biografia Wandy Telakowskiej zapewni sporo wiadomości na te tematy. W dodatku w pewnym momencie Katarzyna Rzehak będzie musiała się zatrzymać w opisywaniu pędu do spełniania marzeń – nie wszystko okaże się proste i naturalne. Wanda Telakowska to barwna osobowość w barwnych czasach – a do tego osoba niezwykle kreatywna i zdolna rozwiązywać rozmaite problemy. To postać, która zaskakuje nawet dzisiejszych czytelników.
Projekty
Z jednej strony – braki w zaopatrzeniu, w każdej dziedzinie. Towary zdobywane przez zwykłych obywateli spod lady, brak szans na poprawę sytuacji, kombinowanie i rzucanie się na wszystko, co pojawi się na rynku. Z drugiej – tęsknota za możliwością dokonywania estetycznych wyborów, kształtowania gustów zbiorowych i wprowadzaniem piękna do każdego domu z osobna. Katarzyna Rzehak swoją książką o Wandzie Telakowskiej przypomina dawne nadzieje i jednocześnie rozprasza mit o szarości peerelowskich dni. „Wanda Telakowska. Piękno dla wszystkich, czyli jak powstało polskie wzornictwo powojenne” to trochę opowieść wzorowana na mitach założycielskich: jest tu jedna osoba, która – sama przeciwko światu – wprowadzi nowe porządki i sprawi, że zwykli ludzie będą mogli cieszyć oko pięknymi przedmiotami codziennego użytku. Przynajmniej w założeniu. Każdy, kto na półce ma jeszcze bibeloty (zwłaszcza wyroby ceramiczne) z czasów PRL, może teraz przekonać się, jaka jest ich prawdziwa wartość. Katarzyna Rzehak śledzi tutaj dokonania Wandy Telakowskiej, ale umiejętnie nakreśla cały kontekst wydarzeń, tak, żeby czytelnicy mogli się dowiedzieć, z jakimi wyzwaniami bohaterka książki się borykała i kiedy nie udawało jej się wprowadzić w czyn zamierzeń wyjściowych. Wanda Telakowska łączy artyzm i użytkowość, sztukę i przedmioty codziennego użytku, te potrzebne w zwyczajności. Chce, żeby komplety talerzy czy drobne figurki do postawienia na półce cieszyły oko i były dostępne dla szerokiego grona odbiorców, walczy z bylejakością i zależy jej na tym, żeby odbiorcy mogli dokonywać świadomych wyborów. Działa fachowo i organizuje przestrzeń, w której funkcjonować mogą najlepsi artyści i rzemieślnicy, wie, jak ocalać dorobek ludowy, jeździ po kraju i skupuje elementy folkloru, które następnie łączy z projektami swoimi i swoich współpracowników – tak, żeby tworzyć produkty wysokiej jakości i nawiązujące do tradycji polskich. Wanda Telakowska nie daje sobie wejść na głowę. Ma silny charakter i wie, czego chce, dąży do realizowania swoich pomysłów i bardzo często po prostu stawia na swoim, bez względu na okoliczności. A to oznacza, że niekoniecznie daje się przez wszystkich lubić. Autorka podkreśla również mniej zawodowe wątki związane z Telakowską, nawiązuje do jej życia prywatnego, tropi miłości, sprawdza, jak środowisko reagowało na jej warunki fizyczne – nie jest to temat, który przydaje się do analizowania historii polskiego wzornictwa, ale pozwala ujrzeć w innym świetle bohaterkę tomu. Wanda Telakowska to bez wątpienia postać wyjątkowa i niepowtarzalna, ale bardzo często ustępuje w narracji tematowi samego wzornictwa, tworzeniu kolejnych projektów, które przetrwały próbę czasu, nawet jeśli nie mogły trafić do masowej produkcji. Jeśli ktoś interesuje się przeszłością designu, historią sztuki w wymiarze użytkowym, to biografia Wandy Telakowskiej zapewni sporo wiadomości na te tematy. W dodatku w pewnym momencie Katarzyna Rzehak będzie musiała się zatrzymać w opisywaniu pędu do spełniania marzeń – nie wszystko okaże się proste i naturalne. Wanda Telakowska to barwna osobowość w barwnych czasach – a do tego osoba niezwykle kreatywna i zdolna rozwiązywać rozmaite problemy. To postać, która zaskakuje nawet dzisiejszych czytelników.
poniedziałek, 9 lutego 2026
Dave Goulson: Milcząca planeta. Jak uratować owady przed zagładą
Marginesy, Warszawa 2026.
Insekty
O tym, że kiedy wyginą pszczoły, wyginą też ludzie, było już głośno przed kilkoma laty. Teraz Dave Goulson bardziej systemowo podchodzi do tematu i w książce „Milcząca planeta. Jak uratować owady przed zagładą” staje w obronie tych stworzeń, które nie cieszą się specjalnymi względami ludzi i które nie mają szansy na walkę o siebie – w starciu ze znacznie silniejszym przeciwnikiem. Goulson stara się, żeby wszyscy nie tyle pokochali owady, co zastanowili się nad ich niezwykłymi umiejętnościami albo zdolnościami przystosowawczymi, żeby sprawdzili, co potrafią najbardziej fascynujące gatunki, albo przekonali się, jak bogaty jest świat insektów, nawet jeśli trwa jego masowe wymieranie. Przekonuje, że dawniej owadów było o wiele więcej i wystarczyło przejechać samochodem kawałek drogi, żeby konieczny stał się postój i wyczyszczenie przedniej szyby z martwych insektów. Teraz ten problem jest już nieznany młodszym pokoleniom, za to ludzie zaraz staną w obliczu wielkiej katastrofy ekologicznej, w dużej części zawinionej. Goulson zatrzymuje się bowiem na tym, co staje się przyczyną masowego wymierania owadów. Jeszcze nie dotarliśmy do momentu, w którym trzeba zastępować białko zwierzęce białkiem insektów – według autora na szczęście, bo próbował różnych owadów i nie znalazł wśród nich żadnego smacznego – a już okazuje się, że ten mikroświat jest poważnie zagrożony. Jedna z przyczyn to stosowanie pestycydów i nawozów sztucznych oraz środków chwastobójczych – do tego może dojść pozorna troska o środowisko, czyli tworzenie pasów zieleni między jezdniami – to również pułapka, w której ginąć mogą kolejne zapylacze. Najpotężniejszym wrogiem owadów jest człowiek, który zapomina o tym, jak pożyteczne w jego codzienności są te niedostrzegane na co dzień stworzenia. I tak Goulson z jednej strony nawołuje do opamiętania i przypomina ludziom, jak wiele od owadów zależy – co się stanie, kiedy wyginą. Z drugiej – próbuje zafascynować czytelników i przedstawia krótkie migawki portretujące najciekawsze istoty i rozwiązania, które wprowadziła przyroda. Próbuje przekonać odbiorców do zaangażowania się w ocalanie owadów – albo wystraszyć ich wizją świata, w którym samodzielnie trzeba będzie pobierać pyłek z jednych kwiatów i nanosić je na inne, żeby móc zebrać plony. Czasami zależy mu na tym, żeby dostrzec piękno owadów – bo świetnie zdaje sobie sprawę, że kwestie etyczne nie mają tu najmniejszego znaczenia, przynajmniej nie w zagrożeniu na tak dużą skalę. Pokazuje nie tylko niszczycielską działalność człowieka w pędzie do tworzenia taniej żywności, ale też błędy związane na przykład z przenoszeniem gatunków inwazyjnych. Jednak żeby w ogóle móc zacząć mówić o trudnym losie owadów i zaprosić wszystkich do pochylenia się nad ich wymieraniem, trzeba sprawić, żeby czytelnicy te owady zauważyli. I książka „Milcząca planeta” taką właśnie publikacją się staje – to dzięki niej można się przekonać, jak bardzo liczą się insekty i jak bardzo człowiek uprzykrza im życie. To jest tom pozbawiony kaznodziejskich tonów, skrupulatnie i rzetelnie przedstawia za to aktualną sytuację oraz rozwiązania z przeszłości, które zaważyły na konieczności podjęcia działań dzisiaj. Nie odstrasza ani tematem, ani realizacją, sprawia, że odbiorcy zapadają się w lekturę i nie odłożą jej aż do końca. Jedyne, co można by było skrócić, to profetyczny rozdział – ale gra na emocjach najwyraźniej też jest autorowi potrzebna.
Insekty
O tym, że kiedy wyginą pszczoły, wyginą też ludzie, było już głośno przed kilkoma laty. Teraz Dave Goulson bardziej systemowo podchodzi do tematu i w książce „Milcząca planeta. Jak uratować owady przed zagładą” staje w obronie tych stworzeń, które nie cieszą się specjalnymi względami ludzi i które nie mają szansy na walkę o siebie – w starciu ze znacznie silniejszym przeciwnikiem. Goulson stara się, żeby wszyscy nie tyle pokochali owady, co zastanowili się nad ich niezwykłymi umiejętnościami albo zdolnościami przystosowawczymi, żeby sprawdzili, co potrafią najbardziej fascynujące gatunki, albo przekonali się, jak bogaty jest świat insektów, nawet jeśli trwa jego masowe wymieranie. Przekonuje, że dawniej owadów było o wiele więcej i wystarczyło przejechać samochodem kawałek drogi, żeby konieczny stał się postój i wyczyszczenie przedniej szyby z martwych insektów. Teraz ten problem jest już nieznany młodszym pokoleniom, za to ludzie zaraz staną w obliczu wielkiej katastrofy ekologicznej, w dużej części zawinionej. Goulson zatrzymuje się bowiem na tym, co staje się przyczyną masowego wymierania owadów. Jeszcze nie dotarliśmy do momentu, w którym trzeba zastępować białko zwierzęce białkiem insektów – według autora na szczęście, bo próbował różnych owadów i nie znalazł wśród nich żadnego smacznego – a już okazuje się, że ten mikroświat jest poważnie zagrożony. Jedna z przyczyn to stosowanie pestycydów i nawozów sztucznych oraz środków chwastobójczych – do tego może dojść pozorna troska o środowisko, czyli tworzenie pasów zieleni między jezdniami – to również pułapka, w której ginąć mogą kolejne zapylacze. Najpotężniejszym wrogiem owadów jest człowiek, który zapomina o tym, jak pożyteczne w jego codzienności są te niedostrzegane na co dzień stworzenia. I tak Goulson z jednej strony nawołuje do opamiętania i przypomina ludziom, jak wiele od owadów zależy – co się stanie, kiedy wyginą. Z drugiej – próbuje zafascynować czytelników i przedstawia krótkie migawki portretujące najciekawsze istoty i rozwiązania, które wprowadziła przyroda. Próbuje przekonać odbiorców do zaangażowania się w ocalanie owadów – albo wystraszyć ich wizją świata, w którym samodzielnie trzeba będzie pobierać pyłek z jednych kwiatów i nanosić je na inne, żeby móc zebrać plony. Czasami zależy mu na tym, żeby dostrzec piękno owadów – bo świetnie zdaje sobie sprawę, że kwestie etyczne nie mają tu najmniejszego znaczenia, przynajmniej nie w zagrożeniu na tak dużą skalę. Pokazuje nie tylko niszczycielską działalność człowieka w pędzie do tworzenia taniej żywności, ale też błędy związane na przykład z przenoszeniem gatunków inwazyjnych. Jednak żeby w ogóle móc zacząć mówić o trudnym losie owadów i zaprosić wszystkich do pochylenia się nad ich wymieraniem, trzeba sprawić, żeby czytelnicy te owady zauważyli. I książka „Milcząca planeta” taką właśnie publikacją się staje – to dzięki niej można się przekonać, jak bardzo liczą się insekty i jak bardzo człowiek uprzykrza im życie. To jest tom pozbawiony kaznodziejskich tonów, skrupulatnie i rzetelnie przedstawia za to aktualną sytuację oraz rozwiązania z przeszłości, które zaważyły na konieczności podjęcia działań dzisiaj. Nie odstrasza ani tematem, ani realizacją, sprawia, że odbiorcy zapadają się w lekturę i nie odłożą jej aż do końca. Jedyne, co można by było skrócić, to profetyczny rozdział – ale gra na emocjach najwyraźniej też jest autorowi potrzebna.
czwartek, 29 stycznia 2026
Merijn van de Laar: Śpij jak jaskiniowiec. I wyśpij się dzięki mądrości sprzed wieków
Marginesy, Warszawa 2025.
Dobry sen
Sporo już mitów narosło wokół conocnego odpoczynku – wielu autorów mierzyło się z tematem, chcąc zapewnić czytelnikom jak najbardziej satysfakcjonujący sen. Merijn van de Laar wie doskonale, o czym pisze, kiedy relacjonuje odbiorcom problemy ze snem – sam borykał się z tym zagadnieniem, poznał je w praktyce i nawet było to dla niego przez chwilę powodem do wstydu: oto człowiek, który pomaga innym w wysypianiu się, nie znajduje rady na własne dolegliwości. Dlatego też do tematu podchodzi trochę inaczej – sprawdza, czy rzeczywiście człowiek potrzebuje ośmiu godzin snu, czy nocne wybudzanie się jest czymś złym i czy istnieje obraz dobrego snu, czy może to wszystko jest majakiem złożonym z oczekiwań i niedookreślonych nadziei. Wprawdzie nie ma dokładnych przekazów dotyczących snu człowieka pierwotnego – można się jedynie domyślać, jakiej jakości był jego wypoczynek – ale już z badań wynika jasno, że w legowiskach znajdowały się zioła chroniące przed insektami, a same „łóżka” zmieniały się wraz z kolejnymi odkryciami istotnymi w historii rozwoju ludzkości. Człowiek pierwotny na pewno nie sprawdzał w nocy, która godzina. I oczywiście nie miał też zmartwień związanych z niebieskim światłem z ekranów – ale autor tej książki jest przekonany, że to niekoniecznie zło największego kalibru, zwłaszcza że jemu na bezsenność pomogło właśnie zasypianie przy telewizorze.
Autora interesują najbardziej te aspekty zachowań i codziennych przyzwyczajeń, które będą prowadzić do poprawy jakości snu (i które pomogą zmniejszyć stres związany z zasypianiem przy świadomości, że może się to skończyć fiaskiem). Zachęca do działań czasami sprzecznych z funkcjonującymi powszechnie poradami (jeśli ktoś przewraca się tylko z boku na bok i nie może zasnąć, powinien skrócić swoje przebywanie w łóżku), testuje wpływ chorób czy używek na sen – ale najgorliwiej przywraca świadomość normalności nieakceptowanych dzisiaj reakcji. Uważa, że nie ma nic złego w wybudzaniu się nocą – nie powinno się tym martwić, ani tym bardziej stresować – bo to jedynie utrudni ponowne zaśnięcie. Próbuje przekonać czytelników do „świadomego” śnienia: jeśli ci przeżywają w nocy swoje koszmary, są sposoby na przygotowanie mózgu do odpowiedniej reakcji i wybicie się ze złego snu. Opowiada o rytmie biologicznym i o uwarunkowaniach poszczególnych grup odbiorców – jedni lubią działać nocami, inni są najbardziej aktywni o świcie. Granice da się przesuwać, trzeba jednak poświęcić na to trochę czasu i energii.
Sen w tej książce to sen bez leków, co najwyżej z zatyczkami do uszu – sen, który ma płynąć naturalnie z podstawowych potrzeb człowieka. Sen, który nie powinien wywoływać niepokoju, sen, nad którym warto popracować. Ważne, że autor nie zamierza odwoływać się do chorób związanych z zaburzeniami snu – to, co omawia, dotyczy po prostu zwykłych wieczornych kryzysów i nie wymaga interwencji lekarza – ale jeśli proste porady nie przynoszą efektu albo istnieje podejrzenie, że zaburzenia snu mają głębsze podłoże, trzeba skonsultować się ze specjalistą. „Śpij jak jaskiniowiec” to książka dla czytelników, którzy lubią dowiadywać się czegoś nowego (tu: poznawać ciekawostki związane ze spaniem), ewentualnie porządkować sobie powszechne przekonania.
Dobry sen
Sporo już mitów narosło wokół conocnego odpoczynku – wielu autorów mierzyło się z tematem, chcąc zapewnić czytelnikom jak najbardziej satysfakcjonujący sen. Merijn van de Laar wie doskonale, o czym pisze, kiedy relacjonuje odbiorcom problemy ze snem – sam borykał się z tym zagadnieniem, poznał je w praktyce i nawet było to dla niego przez chwilę powodem do wstydu: oto człowiek, który pomaga innym w wysypianiu się, nie znajduje rady na własne dolegliwości. Dlatego też do tematu podchodzi trochę inaczej – sprawdza, czy rzeczywiście człowiek potrzebuje ośmiu godzin snu, czy nocne wybudzanie się jest czymś złym i czy istnieje obraz dobrego snu, czy może to wszystko jest majakiem złożonym z oczekiwań i niedookreślonych nadziei. Wprawdzie nie ma dokładnych przekazów dotyczących snu człowieka pierwotnego – można się jedynie domyślać, jakiej jakości był jego wypoczynek – ale już z badań wynika jasno, że w legowiskach znajdowały się zioła chroniące przed insektami, a same „łóżka” zmieniały się wraz z kolejnymi odkryciami istotnymi w historii rozwoju ludzkości. Człowiek pierwotny na pewno nie sprawdzał w nocy, która godzina. I oczywiście nie miał też zmartwień związanych z niebieskim światłem z ekranów – ale autor tej książki jest przekonany, że to niekoniecznie zło największego kalibru, zwłaszcza że jemu na bezsenność pomogło właśnie zasypianie przy telewizorze.
Autora interesują najbardziej te aspekty zachowań i codziennych przyzwyczajeń, które będą prowadzić do poprawy jakości snu (i które pomogą zmniejszyć stres związany z zasypianiem przy świadomości, że może się to skończyć fiaskiem). Zachęca do działań czasami sprzecznych z funkcjonującymi powszechnie poradami (jeśli ktoś przewraca się tylko z boku na bok i nie może zasnąć, powinien skrócić swoje przebywanie w łóżku), testuje wpływ chorób czy używek na sen – ale najgorliwiej przywraca świadomość normalności nieakceptowanych dzisiaj reakcji. Uważa, że nie ma nic złego w wybudzaniu się nocą – nie powinno się tym martwić, ani tym bardziej stresować – bo to jedynie utrudni ponowne zaśnięcie. Próbuje przekonać czytelników do „świadomego” śnienia: jeśli ci przeżywają w nocy swoje koszmary, są sposoby na przygotowanie mózgu do odpowiedniej reakcji i wybicie się ze złego snu. Opowiada o rytmie biologicznym i o uwarunkowaniach poszczególnych grup odbiorców – jedni lubią działać nocami, inni są najbardziej aktywni o świcie. Granice da się przesuwać, trzeba jednak poświęcić na to trochę czasu i energii.
Sen w tej książce to sen bez leków, co najwyżej z zatyczkami do uszu – sen, który ma płynąć naturalnie z podstawowych potrzeb człowieka. Sen, który nie powinien wywoływać niepokoju, sen, nad którym warto popracować. Ważne, że autor nie zamierza odwoływać się do chorób związanych z zaburzeniami snu – to, co omawia, dotyczy po prostu zwykłych wieczornych kryzysów i nie wymaga interwencji lekarza – ale jeśli proste porady nie przynoszą efektu albo istnieje podejrzenie, że zaburzenia snu mają głębsze podłoże, trzeba skonsultować się ze specjalistą. „Śpij jak jaskiniowiec” to książka dla czytelników, którzy lubią dowiadywać się czegoś nowego (tu: poznawać ciekawostki związane ze spaniem), ewentualnie porządkować sobie powszechne przekonania.
wtorek, 6 stycznia 2026
Marcel Woźniak: Pospieszalscy. Rodzina
Marginesy, Warszawa 2025.
Dźwięki
Ta książka jest barwnym chaosem – tak najłatwiej opisać próbę uchwycenia istoty rodziny Pospieszalskich, nawet jeśli tylko kilku z nich najbardziej pomaga autorowi – Marcelowi Woźniakowi – w rejestrowaniu kroniki rodu. Przy ogromie ciekawych osobowości trudno byłoby tworzyć pełnowymiarową historię rodziny, dlatego też autor decyduje się bezpiecznie na przemieszczanie się między kolejnymi anegdotami i wspomnieniami. Prowadzi rozmowy z kolejnymi Pospieszalskimi, wysłuchuje ich refleksji, zwierzeń i przemyśleń, czasami zaznacza ważne lub przełomowe punkty w egzystencji rodziny , dopełnia całość ogromem zdjęć rodzinnych – i książka się kończy. Gdyby Marcel Wożniak chciał zaprezentować każdego ze swoich bohaterów tak, jak na to zasługują, musiałby stworzyć nie tom, a cały szereg tomów, pokaźną serię, która zdawałaby się nie mieć końca. A i wtedy nie jest powiedziane, że udałoby mu się zarejestrować wszystko.
„Pospieszalscy. Rodzina” to tom, którego tytuł mówi absolutnie wszystko, co potrzebne przed lekturą. Z inicjatywy trzech braci – którzy niekoniecznie zgadzają się na łączenie ich nazwiska z politycznymi deklaracjami kolejnego z rodu – Marcel Woźniak przystępuje do pracy mającej zaprezentować czytelnikom początki i drogi twórcze rodziny. Najpierw przyszli rodzice – para, która mieszka przy kościele i nie jest zbyt majętna (za to utalentowana artystycznie). Przyszli rodzice planują wielodzietny dom – chcieliby, chociaż do dyspozycji mają tylko (albo aż) dwa pokoje, sprowadzić na świat dwanaścioro dzieci – na wzór dwunastu apostołów. Poprzestają na dziewiątce, ale nawet to dzisiaj może wydawać się szokujące. Autor opowiada o regułach panujących w domu i o sposobach na wychowywanie potomstwa, ale bez przerwy odnosi się też do społecznego i miejskiego kontekstu – do Częstochowy z jej rozśpiewanymi pielgrzymkami i religijnością. Dziewięcioro dzieci, chociaż każde z nich od początku wyrasta na indywidualność, często rozrabia i dokazuje razem, ale tym, co naprawdę zaczyna spajać braci i siostry, staje się muzyka. Pospieszalscy sięgają po kolejne instrumenty i grają razem. Szkoły muzyczne pozwalają im rozwijać pasje i nabywać umiejętności (oraz – nawiązywać znajomości), a do tego – porządkują talenty. Wreszcie drugie (w książce) pokolenie Pospieszalskich wchodzi na rynek muzyczny. Mnóstwo tu sław, którym akompaniują (albo z którymi tworzą), mnóstwo… zaskakujących zastępstw przygotowywanych błyskawicznie tylko po to, żeby nie trzeba było odwoływać imprez. Pospieszalscy bez trudu przełączają się między kolejnymi instrumentami, a muzyka sprawia im wyraźną radość. Równolegle pojawiają się opowieści o innych muzykujących rodzinach. Wreszcie na świat przychodzi kolejna generacja Pospieszalskich. Ci już nie mieszkają razem, nie widują się codziennie, ale tak samo jak starsze pokolenie – kochają muzykę i kształcą się w tym kierunku, choćby po to, żeby podczas rodzinnych spotkań móc dołączyć do wspólnego grania. I tu Marcel Woźniak trochę zmienia rytm narracji, bo nareszcie ma wyraźne granice między bohaterami i może traktować ich z osobna, nawet jeśli jedno nazwisko powraca i łączy. Osobnym tematem są projekty zespołowe, rodzinne kolędowanie albo wielopokoleniowe sceniczne występy.
Marcel Woźniak na okiełznanie chaosu ma nietypową metodę. W pierwszej części książki przeskakuje od anegdoty do anegdoty, buduje przeszłość z zestawu zwykle przyjemnych wspomnień i przekomarzań, a na samych dokonaniach muzycznych nie skupia się zbyt mocno, bo też i bohaterowie niekoniecznie prowadzą dokładne zapiski co do obecności na scenie rozrywkowej. Młodsi, traktowani pojedynczo, mają szansę na zyskanie głosu i przedstawianie siebie odbiorcom – nie przytłacza tu tak poczucie wspólnoty. Pospieszalscy to zjawisko – i nawet jeśli Marcel Woźniak dotyka tylko czubka góry lodowej, to i tak daje chociaż minimalny podgląd tego, co ta rodzina znaczy na scenie.
Dźwięki
Ta książka jest barwnym chaosem – tak najłatwiej opisać próbę uchwycenia istoty rodziny Pospieszalskich, nawet jeśli tylko kilku z nich najbardziej pomaga autorowi – Marcelowi Woźniakowi – w rejestrowaniu kroniki rodu. Przy ogromie ciekawych osobowości trudno byłoby tworzyć pełnowymiarową historię rodziny, dlatego też autor decyduje się bezpiecznie na przemieszczanie się między kolejnymi anegdotami i wspomnieniami. Prowadzi rozmowy z kolejnymi Pospieszalskimi, wysłuchuje ich refleksji, zwierzeń i przemyśleń, czasami zaznacza ważne lub przełomowe punkty w egzystencji rodziny , dopełnia całość ogromem zdjęć rodzinnych – i książka się kończy. Gdyby Marcel Wożniak chciał zaprezentować każdego ze swoich bohaterów tak, jak na to zasługują, musiałby stworzyć nie tom, a cały szereg tomów, pokaźną serię, która zdawałaby się nie mieć końca. A i wtedy nie jest powiedziane, że udałoby mu się zarejestrować wszystko.
„Pospieszalscy. Rodzina” to tom, którego tytuł mówi absolutnie wszystko, co potrzebne przed lekturą. Z inicjatywy trzech braci – którzy niekoniecznie zgadzają się na łączenie ich nazwiska z politycznymi deklaracjami kolejnego z rodu – Marcel Woźniak przystępuje do pracy mającej zaprezentować czytelnikom początki i drogi twórcze rodziny. Najpierw przyszli rodzice – para, która mieszka przy kościele i nie jest zbyt majętna (za to utalentowana artystycznie). Przyszli rodzice planują wielodzietny dom – chcieliby, chociaż do dyspozycji mają tylko (albo aż) dwa pokoje, sprowadzić na świat dwanaścioro dzieci – na wzór dwunastu apostołów. Poprzestają na dziewiątce, ale nawet to dzisiaj może wydawać się szokujące. Autor opowiada o regułach panujących w domu i o sposobach na wychowywanie potomstwa, ale bez przerwy odnosi się też do społecznego i miejskiego kontekstu – do Częstochowy z jej rozśpiewanymi pielgrzymkami i religijnością. Dziewięcioro dzieci, chociaż każde z nich od początku wyrasta na indywidualność, często rozrabia i dokazuje razem, ale tym, co naprawdę zaczyna spajać braci i siostry, staje się muzyka. Pospieszalscy sięgają po kolejne instrumenty i grają razem. Szkoły muzyczne pozwalają im rozwijać pasje i nabywać umiejętności (oraz – nawiązywać znajomości), a do tego – porządkują talenty. Wreszcie drugie (w książce) pokolenie Pospieszalskich wchodzi na rynek muzyczny. Mnóstwo tu sław, którym akompaniują (albo z którymi tworzą), mnóstwo… zaskakujących zastępstw przygotowywanych błyskawicznie tylko po to, żeby nie trzeba było odwoływać imprez. Pospieszalscy bez trudu przełączają się między kolejnymi instrumentami, a muzyka sprawia im wyraźną radość. Równolegle pojawiają się opowieści o innych muzykujących rodzinach. Wreszcie na świat przychodzi kolejna generacja Pospieszalskich. Ci już nie mieszkają razem, nie widują się codziennie, ale tak samo jak starsze pokolenie – kochają muzykę i kształcą się w tym kierunku, choćby po to, żeby podczas rodzinnych spotkań móc dołączyć do wspólnego grania. I tu Marcel Woźniak trochę zmienia rytm narracji, bo nareszcie ma wyraźne granice między bohaterami i może traktować ich z osobna, nawet jeśli jedno nazwisko powraca i łączy. Osobnym tematem są projekty zespołowe, rodzinne kolędowanie albo wielopokoleniowe sceniczne występy.
Marcel Woźniak na okiełznanie chaosu ma nietypową metodę. W pierwszej części książki przeskakuje od anegdoty do anegdoty, buduje przeszłość z zestawu zwykle przyjemnych wspomnień i przekomarzań, a na samych dokonaniach muzycznych nie skupia się zbyt mocno, bo też i bohaterowie niekoniecznie prowadzą dokładne zapiski co do obecności na scenie rozrywkowej. Młodsi, traktowani pojedynczo, mają szansę na zyskanie głosu i przedstawianie siebie odbiorcom – nie przytłacza tu tak poczucie wspólnoty. Pospieszalscy to zjawisko – i nawet jeśli Marcel Woźniak dotyka tylko czubka góry lodowej, to i tak daje chociaż minimalny podgląd tego, co ta rodzina znaczy na scenie.
piątek, 2 stycznia 2026
Katy Hessel: Sztuka twórczego życia. 366 inspiracji od artystek i artystów, by żyć kreatywnie każdego dnia
Marginesy, Warszawa 2025.
Obcowanie ze sztuką
Katy Hessel próbuje zainspirować czytelników do zainteresowania się sztuką i zachęcić ich do świadomego poznawania kolejnych dzieł. „Sztuka twórczego życia” to rodzaj kreatywnego poradnika rozpisanego na 366 dni – jeśli odbiorcy nie chcą zbyt dużo czasu poświęcać na lekturę, wystarczy im pięć minut dziennie, żeby wprowadzić potrzebne zmiany do swoich przyzwyczajeń. „Sztuka twórczego życia” odpowiada na pytanie, po co interesować się dziełami sztuki i aktywnie uczestniczyć w kulturze, a także pokazuje, jak to robić i podsuwa sporo nazwisk. Autorka układa cały program dla odbiorców. Każdy miesiąc ma jeden nadrzędny temat, co trochę pozwala zachować dyscyplinę pisania i uniknąć barier w tworzeniu samej publikacji, ale nie zawsze narzuca się podczas lektury. Hasło przewodnie przypomina o konieczności skupienia się na dziełach – i na sposobach przeżywania.
Każdy dzień roku konstrukcyjnie wygląda podobnie. Najpierw cytat wyjęty z wypowiedzi wybranej artystki (bo częściej na kobiety Katy Hessel zwraca uwagę). Nie zawsze to cytaty w formie aforyzmów, czasem po prostu refleksje dotyczące twórczości albo podejścia do tworzenia, wyznania i komentarze do rzeczywistości – ale o wymiarze uniwersalnym. Ponieważ autorka sięga najczęściej po nazwiska mniej znane (chociaż robi wyjątki, prawdopodobnie w momentach, w których brakuje jej już inspirującej zachęty do działania i kończy się paleta postaci-wzorów), dodaje krótkie notki biograficzne o każdym twórcy – i tu nie pomija nikogo, jest to zabieg przydatny zwłaszcza wtedy, kiedy z książki korzysta się nielinearnie. Podaje własny komentarz do wybranych treści. I kończy ów komentarz specjalnym zadaniem, wyzwaniem dla czytelników. Wyzwanie przeważnie polega na przyjrzeniu się narzędziom albo technikom twórczym, na przeanalizowaniu dzieła, na zatrzymaniu się na chwilę na samym procesie odbioru. To jednocześnie sposób na wzbogacenie własnej świadomości o kolejne obrazy czy rzeźby, nazwiska i biografie – ale też szansa na nauczenie się jak podchodzić do artystycznych wizji. Z tej książki czytelnicy mogą się wiele dowiedzieć – i na pewno zaczną zwracać większą uwagę na twórczość wokół nich. Sam zestaw poleceń pokazuje jednoznacznie, że lepiej tę książkę czytać w sposób zalecany przez autorkę – traktować ją jako drogowskaz na każdy dzień, inaczej w pewnym momencie zacznie nużyć. Za to jeśli będzie się podążać za podpowiedziami autorki, można zyskać rozeznanie w galerii współczesnych artystów. Poznawanie dzieł za pomocą reprodukcji jest tu możliwe, przynajmniej w kilku wypadkach – pojawiają się czarno-białe zdjęcia, które być może zachęcą czytelników do dalszych poszukiwań wiadomości.
Katy Hessel nie namawia odbiorców do samodzielnego tworzenia – raczej pozwala zrozumieć tych, którzy sztukę tworzą – jeśli więc ktoś potrzebuje wsparcia w pokonywaniu blokad twórczych, będzie musiał sięgnąć po inne kreatywne poradniki. Ale każdy, kto chce zmienić coś w swoim życiu i potrzebuje inspiracji oraz zachęty do działania, a jednocześnie nie zamierza zbyt wiele poświęcać, może się tu odnaleźć.
Obcowanie ze sztuką
Katy Hessel próbuje zainspirować czytelników do zainteresowania się sztuką i zachęcić ich do świadomego poznawania kolejnych dzieł. „Sztuka twórczego życia” to rodzaj kreatywnego poradnika rozpisanego na 366 dni – jeśli odbiorcy nie chcą zbyt dużo czasu poświęcać na lekturę, wystarczy im pięć minut dziennie, żeby wprowadzić potrzebne zmiany do swoich przyzwyczajeń. „Sztuka twórczego życia” odpowiada na pytanie, po co interesować się dziełami sztuki i aktywnie uczestniczyć w kulturze, a także pokazuje, jak to robić i podsuwa sporo nazwisk. Autorka układa cały program dla odbiorców. Każdy miesiąc ma jeden nadrzędny temat, co trochę pozwala zachować dyscyplinę pisania i uniknąć barier w tworzeniu samej publikacji, ale nie zawsze narzuca się podczas lektury. Hasło przewodnie przypomina o konieczności skupienia się na dziełach – i na sposobach przeżywania.
Każdy dzień roku konstrukcyjnie wygląda podobnie. Najpierw cytat wyjęty z wypowiedzi wybranej artystki (bo częściej na kobiety Katy Hessel zwraca uwagę). Nie zawsze to cytaty w formie aforyzmów, czasem po prostu refleksje dotyczące twórczości albo podejścia do tworzenia, wyznania i komentarze do rzeczywistości – ale o wymiarze uniwersalnym. Ponieważ autorka sięga najczęściej po nazwiska mniej znane (chociaż robi wyjątki, prawdopodobnie w momentach, w których brakuje jej już inspirującej zachęty do działania i kończy się paleta postaci-wzorów), dodaje krótkie notki biograficzne o każdym twórcy – i tu nie pomija nikogo, jest to zabieg przydatny zwłaszcza wtedy, kiedy z książki korzysta się nielinearnie. Podaje własny komentarz do wybranych treści. I kończy ów komentarz specjalnym zadaniem, wyzwaniem dla czytelników. Wyzwanie przeważnie polega na przyjrzeniu się narzędziom albo technikom twórczym, na przeanalizowaniu dzieła, na zatrzymaniu się na chwilę na samym procesie odbioru. To jednocześnie sposób na wzbogacenie własnej świadomości o kolejne obrazy czy rzeźby, nazwiska i biografie – ale też szansa na nauczenie się jak podchodzić do artystycznych wizji. Z tej książki czytelnicy mogą się wiele dowiedzieć – i na pewno zaczną zwracać większą uwagę na twórczość wokół nich. Sam zestaw poleceń pokazuje jednoznacznie, że lepiej tę książkę czytać w sposób zalecany przez autorkę – traktować ją jako drogowskaz na każdy dzień, inaczej w pewnym momencie zacznie nużyć. Za to jeśli będzie się podążać za podpowiedziami autorki, można zyskać rozeznanie w galerii współczesnych artystów. Poznawanie dzieł za pomocą reprodukcji jest tu możliwe, przynajmniej w kilku wypadkach – pojawiają się czarno-białe zdjęcia, które być może zachęcą czytelników do dalszych poszukiwań wiadomości.
Katy Hessel nie namawia odbiorców do samodzielnego tworzenia – raczej pozwala zrozumieć tych, którzy sztukę tworzą – jeśli więc ktoś potrzebuje wsparcia w pokonywaniu blokad twórczych, będzie musiał sięgnąć po inne kreatywne poradniki. Ale każdy, kto chce zmienić coś w swoim życiu i potrzebuje inspiracji oraz zachęty do działania, a jednocześnie nie zamierza zbyt wiele poświęcać, może się tu odnaleźć.
środa, 31 grudnia 2025
Sachiyo Harada: Wielka księga kuchni japońskiej. Poznaj, zorientuj się i do dzieła!
Marginesy, Warszawa 2025.
Smaki
Tytuł nie kłamie. „Wielka księga kuchni japońskiej” to naprawdę wielka księga – o wielkim formacie, ciężka i wypełniona nie artystycznymi zdjęciami potraw, a grafikami, schematycznymi komputerowymi uproszczeniami pokazującymi skład potraw (w wersji mocno umownej). Autorka nie zajmuje się najwyraźniej opracowywaniem dań w wersji do fotografii kulinarnych (chociaż pracowała między innymi jako stylistka żywności), nie to jest najważniejsze – a przybliżanie czytelnikom możliwości, jakie daje kuchnia japońska. I o ile w standardowych książkach kucharskich podstawy przeważnie ludzie pomijają, o tyle tu bez podstaw tylko rodowici Azjaci mogliby sobie poradzić z kolejnymi przepisami – nie dość, że nie da się pominąć rozbudowanego wstępu, to jeszcze będzie się do niego często wracać (dobrze, że tom ma wszytą zakładkę, łatwiej przeskakiwać między stronami). To nie tylko otwarcie na nowe smaki, ale też przedstawienie prostych instrukcji: jak wyfiletować rybę albo wyluzować kurczaka – wskazówki, które przydadzą się w każdej kuchni. Makarony, sosy, przyprawy, ryż, proste elementy późniejszych potraw tu znajdują swoje omówienie i to dokładne, tak, żeby czytelnicy nie mieli wątpliwości, jak postępować ze składnikami, ale też… ze sztućcami czy miskami. Autorka między innymi tłumaczy, co zrobić, żeby nie przypaliły się drewniane patyczki do szaszłyków albo – jak płukać ryż. Wskazówek jest mnóstwo i nie da się bez nich obejść. Sama zasadnicza część kulinarna dzieli się nie w sposób znany z europejskich rozwiązań, a ze względu na sposób przyrządzania – w zależności czy coś jest gotowane na parze, smażone w głębokim tłuszczu, w misce albo stanowi deser.
Ciekawy jest też obraz przepisów. Gotowe danie czytelnicy znajdą w wersji graficznej, poszczególne – co ciekawsze – składniki także. Ale w skład poszczególnych przepisów wchodzi wyjaśnienie nazwy (żeby czytelnicy wiedzieli, na co się porywają – japońskie hasła w tytułach przepisów niekoniecznie coś powiedzą laikom) i jej pochodzenie, czas wykonania (z uwzględnieniem poszczególnych etapów gotowania), ciekawostkę związaną z daniem, niezbędne przybory (bo oczywiście trzeba będzie doposażyć kuchnię), wskazówki dotyczące działań podczas gotowania czy warianty potrawy. To wszystko jeszcze zanim odbiorcy przystąpią do realizowania przepisu – bo jeśli nie uda im się znaleźć wszystkich składników, czasami można będzie je zastąpić i wtedy autorka podpowiada, czym, żeby uzyskać jak najlepszy efekt. Sam przepis jest podzielony na punkty i to bardzo szczegółowe zwłaszcza w procesie wykonania, można docenić, że autorka nie pomija żadnego etapu, nawet najbardziej oczywistego. Pamięta o tym, że jej odbiorcy mogą niekoniecznie specjalizować się w kuchni japońskiej – więc tom, chociaż bardzo zaawansowany w smakach, sprawdzi się dla tych, którzy chcą popróbować czegoś nowego dla siebie. Tu zyskają świetny przewodnik kulinarny, dowiedzą się nie tylko, jakie są typowe dla Japonii smaki, ale też – jak wygląda cały proces przygotowywania potraw. „Wielka księga kuchni japońskiej” to publikacja, którą warto mieć w swoich zasobach, jeśli chce się eksperymentować i testować inne rozwiązania.
Smaki
Tytuł nie kłamie. „Wielka księga kuchni japońskiej” to naprawdę wielka księga – o wielkim formacie, ciężka i wypełniona nie artystycznymi zdjęciami potraw, a grafikami, schematycznymi komputerowymi uproszczeniami pokazującymi skład potraw (w wersji mocno umownej). Autorka nie zajmuje się najwyraźniej opracowywaniem dań w wersji do fotografii kulinarnych (chociaż pracowała między innymi jako stylistka żywności), nie to jest najważniejsze – a przybliżanie czytelnikom możliwości, jakie daje kuchnia japońska. I o ile w standardowych książkach kucharskich podstawy przeważnie ludzie pomijają, o tyle tu bez podstaw tylko rodowici Azjaci mogliby sobie poradzić z kolejnymi przepisami – nie dość, że nie da się pominąć rozbudowanego wstępu, to jeszcze będzie się do niego często wracać (dobrze, że tom ma wszytą zakładkę, łatwiej przeskakiwać między stronami). To nie tylko otwarcie na nowe smaki, ale też przedstawienie prostych instrukcji: jak wyfiletować rybę albo wyluzować kurczaka – wskazówki, które przydadzą się w każdej kuchni. Makarony, sosy, przyprawy, ryż, proste elementy późniejszych potraw tu znajdują swoje omówienie i to dokładne, tak, żeby czytelnicy nie mieli wątpliwości, jak postępować ze składnikami, ale też… ze sztućcami czy miskami. Autorka między innymi tłumaczy, co zrobić, żeby nie przypaliły się drewniane patyczki do szaszłyków albo – jak płukać ryż. Wskazówek jest mnóstwo i nie da się bez nich obejść. Sama zasadnicza część kulinarna dzieli się nie w sposób znany z europejskich rozwiązań, a ze względu na sposób przyrządzania – w zależności czy coś jest gotowane na parze, smażone w głębokim tłuszczu, w misce albo stanowi deser.
Ciekawy jest też obraz przepisów. Gotowe danie czytelnicy znajdą w wersji graficznej, poszczególne – co ciekawsze – składniki także. Ale w skład poszczególnych przepisów wchodzi wyjaśnienie nazwy (żeby czytelnicy wiedzieli, na co się porywają – japońskie hasła w tytułach przepisów niekoniecznie coś powiedzą laikom) i jej pochodzenie, czas wykonania (z uwzględnieniem poszczególnych etapów gotowania), ciekawostkę związaną z daniem, niezbędne przybory (bo oczywiście trzeba będzie doposażyć kuchnię), wskazówki dotyczące działań podczas gotowania czy warianty potrawy. To wszystko jeszcze zanim odbiorcy przystąpią do realizowania przepisu – bo jeśli nie uda im się znaleźć wszystkich składników, czasami można będzie je zastąpić i wtedy autorka podpowiada, czym, żeby uzyskać jak najlepszy efekt. Sam przepis jest podzielony na punkty i to bardzo szczegółowe zwłaszcza w procesie wykonania, można docenić, że autorka nie pomija żadnego etapu, nawet najbardziej oczywistego. Pamięta o tym, że jej odbiorcy mogą niekoniecznie specjalizować się w kuchni japońskiej – więc tom, chociaż bardzo zaawansowany w smakach, sprawdzi się dla tych, którzy chcą popróbować czegoś nowego dla siebie. Tu zyskają świetny przewodnik kulinarny, dowiedzą się nie tylko, jakie są typowe dla Japonii smaki, ale też – jak wygląda cały proces przygotowywania potraw. „Wielka księga kuchni japońskiej” to publikacja, którą warto mieć w swoich zasobach, jeśli chce się eksperymentować i testować inne rozwiązania.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






