Marginesy, Warszawa 2026.
Ucieczka
Zwykle ten motyw jest wykorzystywany w powieściach Bildungsroman: wielki przejazd przez całe Stany Zjednoczone, bohaterowie skazani na swoją obecność w zamkniętej i ciasnej przestrzeni samochodu, konieczność prowadzenia rozmów i dogłębnego poznawania siebie nawzajem, radzenie sobie z kolejnymi wyzwaniami w rodzaju utraty pieniędzy – to wszystko pozwala wydobyć najgorsze i najbardziej szczere cechy. Nic dziwnego, że autorzy tak chętnie wysyłają swoje postacie w podróż życia. Ale u Hannah Deitch mimo wszystko jest inaczej. „Zabójczy potencjał” rozpoczyna się bowiem od kryminału – a wyprawa to nie próba poznania siebie i świata przed wejściem w dorosłość, a ucieczka przed odpowiedzialnością za to, czego się nie zrobiło.
Przynajmniej dla Evie Gordon. Evie nie wyszło w życiu. To kobieta, która na życie zarabia przygotowywaniem do szkolnych testów. Pracuje jako korepetytorka, ale wcale nie zanosiło się na to, kiedy sama była uczennicą a potem studentką. Życie jednak zweryfikowało jej umiejętności radzenia sobie z wyzwaniami – teraz Evie po prostu walczy o to, żeby przetrwać. I nawet jeśli lubi dawanie lekcji, zajęcie nie przynosi jej prestiżu. Evie czuje się czasami jak służąca – uczy dzieci z bogatych domów, w dodatku – w wykwintnych wnętrzach posiadłości ich rodziców. I pewnego dnia przekonuje się, że lepiej byłoby, gdyby nie należała do sumiennych i odpowiedzialnych. Gdyby Evie nie pojawiła się w pracy, o wszystkim dowiedziałaby się z wiadomości. Niestety – przybyła zgodnie z planem i teraz to jej twarz widnieje we wszystkich serwisach informacyjnych. Evie trafia bowiem na zwłoki swoich pracodawców, a także na kobietę uwięzioną w ukrytym pomieszczeniu w ich domu. Ogłusza swoją uczennicę i ucieka – przekonana, że właśnie pozbawiła życia dziewczynę, a zostanie osądzona, jakby była winna całej zbrodni. Razem z nią ucieka kobieta, która nie mówi – być może w wyniku przeżytej właśnie traumy. Tak zaczyna się „Zabójczy potencjał”, a później autorka przez długi czas czerpie po prostu bezpośrednio ze schematów fabularnych powieści o dojrzewaniu. Chociaż jej bohaterki dojrzewać już nie muszą, mogą odkryć siebie nawzajem i spróbować rozwiązać zagadkę podwójnej (a może już potrójnej) śmierci. Nie powinny zostawiać po sobie śladów cyfrowych, o ich miejscu pobytu świadczyć będą nie tylko dokumenty, ale i karty bankomatowe – a ponieważ policja nie próżnuje i angażuje dziennikarzy do rozpowszechniania wiadomości o poszukiwanych morderczyniach, już niedługo wszyscy będą znali twarz Evie i jej nieoczekiwanej partnerki. Evie jest przekonana, że żeby wrócić do normalnego życia, musi odkryć tożsamość prawdziwego mordercy. A to nie takie proste, kiedy musi wciąż uciekać.
Jest „Zabójczy potencjał” powieścią sensacyjną, w której instynkty biorą górę nad zdrowym rozsądkiem. Jest tu mnóstwo rozwiązań, które wydają się przerysowane, a jednak działają – a to za sprawą silnych emocji kreślonych przez Deitch z dużym zaangażowaniem. Opowieść o poznawaniu siebie i drugiego człowieka jest pełna niespodzianek i na długo zatrzyma czytelników. „Zabójczy potencjał” jest książką, która próbuje wymykać się schematom fabularnym i gatunkowym – a jednocześnie wykorzystuje te motywy, które da się przystosować do nowej rzeczywistości.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminał. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminał. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 10 września 2026
środa, 19 sierpnia 2026
Sławek Gortych: Schronisko, które zostało zapomniane
W.A.B., Warszawa 2026.
Mur tajemnic
Każdy, kto czyta kryminały, prędzej czy później trafi na nazwisko Sławka Gortycha – i najlepiej, żeby samodzielnie wyrobił sobie opinię na temat autora, który przebojem wdarł się na rynek wydawniczy, a teraz odpowiada na oczekiwania czytelników. „Schronisko, które zostało zapomniane” to czwarty tom w cyklu karkonoskim – a to oznacza, że sprawdza się sposób prowadzenia intryg według tego autora. W tej książce Gortych decyduje się na aż trzy przestrzenie czasowe, tak, żeby przyciągnąć czytelników z różnych tematycznych kręgów kryminalnych. Znajdzie się tu coś dla fanów kryminałów retro i wojennych – autor przenosi do 1944 roku, żeby zasygnalizować relacje interpersonalne w skrajnie niesprzyjających warunkach: tu o życiu i nieżyciu zdecydować mogą różnice klas, narodowości albo uczuć. Liczą się silne emocje, a bliskość broni prowadzi do dramatycznych splotów akcji. 1944 rok to także konferencja – Niemcy w ukrytym przed światem hotelu debatują nad dalszymi działaniami. O ich planach nikt nie może się dowiedzieć. Sławek Gortych nie poprzestaje na zagadnieniach okołopolitycznych – zresztą w ten sposób nie przyciągnąłby zbyt wielu odbiorców do opowieści. Za to już wizja chorej z zazdrości kobiety, która chciałaby zyskać względy u niemieckiego żołnierza… to już czynnik, który zapewni uwagę czytelników na długo. Następny przeskok to zmiana na lata 90. XX wieku. I tutaj Sławek Gortych posługuje się pewnikiem – przedstawia bowiem grupę młodych ludzi, dla których schronisko to doskonałe miejsce do realizowania niekoniecznie mądrych planów. Rozrywki wybierane dla zabicia czasu nie zawsze są mądre – a kiedy w grę wchodzi chęć zaimponowania rówieśnikom, pojawia się dodatkowy impuls nakazujący podejmować ryzyko. I jest jeszcze współczesność – rok 2008. Tutaj historyk i przewodnik Jacek Węglorz mierzy się z konsekwencjami błędów młodości i z własną psychiką. Ewidentnie nie może poradzić sobie z czymś, co wydarzyło się dawniej – ale próbuje przekonać innych co do swojej niewinności. To doskonały materiał do popisu dla Tomka Wilczura – ten pisarz w Karkonoszach nie miał zamiaru zbierać informacji do nowej książki, a jednak wszyscy go o to posądzają i ułatwiają mu research. Wilczur może zatem wykorzystać swoją pozycję do niesienia pomocy.
Chociaż jest w tej książce zestaw chwytów bardzo typowych przy budowaniu intryg kryminalnych, Sławek Gortych w końcu wciąga w opowieść – udaje mu się to za sprawą rysowanych mocno charakterów. Stara się ten autor różnicować wydarzenia w zależności od czasów, w których zaistniały – chociaż niespecjalnie dba o czasowy koloryt lokalny, wszystko kryje się w zachowaniach ludzi – a miejsce akcji, karkonoskie szlaki, to coś stałego, niezmiennego bez względu na zmieniające się dekady. Na początku ma się wrażenie, że Sławek Gortych nadużywa przymiotników – kiedy pisze, to wpada w pewien rytm, co sprawia, że narracja nie jest przezroczysta (za to jest gortychowa) i trzeba chwili, żeby wstrzelić się w ten sposób przedstawiania świata, ale kiedy już wciągnie się w intrygę, będzie łatwiej.
Mur tajemnic
Każdy, kto czyta kryminały, prędzej czy później trafi na nazwisko Sławka Gortycha – i najlepiej, żeby samodzielnie wyrobił sobie opinię na temat autora, który przebojem wdarł się na rynek wydawniczy, a teraz odpowiada na oczekiwania czytelników. „Schronisko, które zostało zapomniane” to czwarty tom w cyklu karkonoskim – a to oznacza, że sprawdza się sposób prowadzenia intryg według tego autora. W tej książce Gortych decyduje się na aż trzy przestrzenie czasowe, tak, żeby przyciągnąć czytelników z różnych tematycznych kręgów kryminalnych. Znajdzie się tu coś dla fanów kryminałów retro i wojennych – autor przenosi do 1944 roku, żeby zasygnalizować relacje interpersonalne w skrajnie niesprzyjających warunkach: tu o życiu i nieżyciu zdecydować mogą różnice klas, narodowości albo uczuć. Liczą się silne emocje, a bliskość broni prowadzi do dramatycznych splotów akcji. 1944 rok to także konferencja – Niemcy w ukrytym przed światem hotelu debatują nad dalszymi działaniami. O ich planach nikt nie może się dowiedzieć. Sławek Gortych nie poprzestaje na zagadnieniach okołopolitycznych – zresztą w ten sposób nie przyciągnąłby zbyt wielu odbiorców do opowieści. Za to już wizja chorej z zazdrości kobiety, która chciałaby zyskać względy u niemieckiego żołnierza… to już czynnik, który zapewni uwagę czytelników na długo. Następny przeskok to zmiana na lata 90. XX wieku. I tutaj Sławek Gortych posługuje się pewnikiem – przedstawia bowiem grupę młodych ludzi, dla których schronisko to doskonałe miejsce do realizowania niekoniecznie mądrych planów. Rozrywki wybierane dla zabicia czasu nie zawsze są mądre – a kiedy w grę wchodzi chęć zaimponowania rówieśnikom, pojawia się dodatkowy impuls nakazujący podejmować ryzyko. I jest jeszcze współczesność – rok 2008. Tutaj historyk i przewodnik Jacek Węglorz mierzy się z konsekwencjami błędów młodości i z własną psychiką. Ewidentnie nie może poradzić sobie z czymś, co wydarzyło się dawniej – ale próbuje przekonać innych co do swojej niewinności. To doskonały materiał do popisu dla Tomka Wilczura – ten pisarz w Karkonoszach nie miał zamiaru zbierać informacji do nowej książki, a jednak wszyscy go o to posądzają i ułatwiają mu research. Wilczur może zatem wykorzystać swoją pozycję do niesienia pomocy.
Chociaż jest w tej książce zestaw chwytów bardzo typowych przy budowaniu intryg kryminalnych, Sławek Gortych w końcu wciąga w opowieść – udaje mu się to za sprawą rysowanych mocno charakterów. Stara się ten autor różnicować wydarzenia w zależności od czasów, w których zaistniały – chociaż niespecjalnie dba o czasowy koloryt lokalny, wszystko kryje się w zachowaniach ludzi – a miejsce akcji, karkonoskie szlaki, to coś stałego, niezmiennego bez względu na zmieniające się dekady. Na początku ma się wrażenie, że Sławek Gortych nadużywa przymiotników – kiedy pisze, to wpada w pewien rytm, co sprawia, że narracja nie jest przezroczysta (za to jest gortychowa) i trzeba chwili, żeby wstrzelić się w ten sposób przedstawiania świata, ale kiedy już wciągnie się w intrygę, będzie łatwiej.
poniedziałek, 17 sierpnia 2026
Michał Ritter: Cztery pory zbrodni. Lato
Media Rodzina, Poznań 2026.
Fani
Drugi tom cyklu Cztery pory zbrodni – czyli kolejne spotkanie z Hubertem Rajcherem – to gratka dla czytelników ceniących sobie dodatkowe kryminalne informacje. Autor ukrywający się pod pseudonimem Michał Ritter uprzedza wprawdzie, że rezygnuje z podawania wiadomości, które mogłyby zostać wykorzystane w złych celach, ale i tak dzieli się z odbiorcami całkiem dużą dozą ciekawostek. I to z różnych sfer. Znajdą tu coś dla siebie fani militariów – bo jeśli w kadrze pojawi się pistolet, to Ritter zatrzyma opowieść i przedstawi całą historię tego konkretnego egzemplarza. Fani sztuk walki będą usatysfakcjonowani, bo Ritter w starciach i potyczkach bezpośrednich znowu zatrzymuje wydarzenia, żeby zarejestrować i przeanalizować każdy, najdrobniejszy gest przeciwnika – wyposaża w ten sposób czytelników w wiadomości, które pozwolą im wyciągać wnioski na temat reakcji bohatera (i które dadzą im większą świadomość całej aranżacji walki). Wreszcie ucieszą się ci, których interesują kwestie wojskowe, bo Ritter przedstawia proces rekrutacji do GROM-u, a przynajmniej wycinek tego procesu – w jego ramach również rozegra się kilka mrożących krew w żyłach spraw, co oznacza, że odbiorcy zyskają kolejną płaszczyznę dramatów.
Ale Rajcher nie funkcjonuje wyłącznie w rzeczywistości ludzi do zadań specjalnych. Owszem, zna jednostki wybitne w swoim fachu i wie, do kogo się zwrócić, kiedy sytuacja będzie wymagała radykalnych środków, na tym to przecież polega: chociaż Rajcher to samotnik, w pojedynkę mierzący się z niesprawiedliwościami tego świata, musi mieć wsparcie. I tu spotyka się z podobnymi sobie. Dla powieści jednak ważne jest, żeby dotyczyła świata realistycznego i bliższego zwykłym odbiorcom – w związku z tym najważniejsza intryga osnuta jest na temacie śmierci celebryty, a właściwie jednego z kilku sławnych ludzi. Znany piosenkarz ginie w tajemniczych okolicznościach. Wiele wskazuje na to, że trzeba będzie schwytać seryjnego mordercę, a przynajmniej – zrozumieć mechanizm działania zbrodniarza.
„Cztery pory zbrodni. Lato” to książka gęsta od intryg i pomysłów kryminalnych. Do tego autor dodaje oczywisty wabik na odbiorców – jak świat światem cieszący szerokie grono czytelników, także spoza fanów kryminałów – czyli osobiste relacje Rajchera. Jest tu komisarz Anna Zaspa, kobieta radząca sobie z trudną rzeczywistością i samotnie wychowująca nastoletnią córkę – nie ulega wątpliwości, że ona i Rajcher mają się ku sobie, jednak przeszłość głównego bohatera sprawia, że ten nie chce się angażować w życie rodzinne. Rajcher nie jest tylko maszyną do radzenia sobie z przestępcami – to Ritter podkreśla, świadomy reguł gatunku. Jest to książka obszerna i wypełniona rozmaitymi doświadczeniami czy przygodami, pisana ze znawstwem – Ritter chce tu funkcjonować nie tylko jako twórca, który doskonale opanował warsztat, ale też jako ten, który przeprowadził dokładny research wykraczający poza typowe zbieranie danych. I to zapewni mu wierne grono czytelników – potrzeba w końcu na rynku rodzimego superbohatera, człowieka, którego nie da się ani łatwo pokonać, ani oszukać przez grę pozorów. Jest ta książka kryminałem dla wszystkich ceniących sobie literaturę jako źródło rozrywki.
Fani
Drugi tom cyklu Cztery pory zbrodni – czyli kolejne spotkanie z Hubertem Rajcherem – to gratka dla czytelników ceniących sobie dodatkowe kryminalne informacje. Autor ukrywający się pod pseudonimem Michał Ritter uprzedza wprawdzie, że rezygnuje z podawania wiadomości, które mogłyby zostać wykorzystane w złych celach, ale i tak dzieli się z odbiorcami całkiem dużą dozą ciekawostek. I to z różnych sfer. Znajdą tu coś dla siebie fani militariów – bo jeśli w kadrze pojawi się pistolet, to Ritter zatrzyma opowieść i przedstawi całą historię tego konkretnego egzemplarza. Fani sztuk walki będą usatysfakcjonowani, bo Ritter w starciach i potyczkach bezpośrednich znowu zatrzymuje wydarzenia, żeby zarejestrować i przeanalizować każdy, najdrobniejszy gest przeciwnika – wyposaża w ten sposób czytelników w wiadomości, które pozwolą im wyciągać wnioski na temat reakcji bohatera (i które dadzą im większą świadomość całej aranżacji walki). Wreszcie ucieszą się ci, których interesują kwestie wojskowe, bo Ritter przedstawia proces rekrutacji do GROM-u, a przynajmniej wycinek tego procesu – w jego ramach również rozegra się kilka mrożących krew w żyłach spraw, co oznacza, że odbiorcy zyskają kolejną płaszczyznę dramatów.
Ale Rajcher nie funkcjonuje wyłącznie w rzeczywistości ludzi do zadań specjalnych. Owszem, zna jednostki wybitne w swoim fachu i wie, do kogo się zwrócić, kiedy sytuacja będzie wymagała radykalnych środków, na tym to przecież polega: chociaż Rajcher to samotnik, w pojedynkę mierzący się z niesprawiedliwościami tego świata, musi mieć wsparcie. I tu spotyka się z podobnymi sobie. Dla powieści jednak ważne jest, żeby dotyczyła świata realistycznego i bliższego zwykłym odbiorcom – w związku z tym najważniejsza intryga osnuta jest na temacie śmierci celebryty, a właściwie jednego z kilku sławnych ludzi. Znany piosenkarz ginie w tajemniczych okolicznościach. Wiele wskazuje na to, że trzeba będzie schwytać seryjnego mordercę, a przynajmniej – zrozumieć mechanizm działania zbrodniarza.
„Cztery pory zbrodni. Lato” to książka gęsta od intryg i pomysłów kryminalnych. Do tego autor dodaje oczywisty wabik na odbiorców – jak świat światem cieszący szerokie grono czytelników, także spoza fanów kryminałów – czyli osobiste relacje Rajchera. Jest tu komisarz Anna Zaspa, kobieta radząca sobie z trudną rzeczywistością i samotnie wychowująca nastoletnią córkę – nie ulega wątpliwości, że ona i Rajcher mają się ku sobie, jednak przeszłość głównego bohatera sprawia, że ten nie chce się angażować w życie rodzinne. Rajcher nie jest tylko maszyną do radzenia sobie z przestępcami – to Ritter podkreśla, świadomy reguł gatunku. Jest to książka obszerna i wypełniona rozmaitymi doświadczeniami czy przygodami, pisana ze znawstwem – Ritter chce tu funkcjonować nie tylko jako twórca, który doskonale opanował warsztat, ale też jako ten, który przeprowadził dokładny research wykraczający poza typowe zbieranie danych. I to zapewni mu wierne grono czytelników – potrzeba w końcu na rynku rodzimego superbohatera, człowieka, którego nie da się ani łatwo pokonać, ani oszukać przez grę pozorów. Jest ta książka kryminałem dla wszystkich ceniących sobie literaturę jako źródło rozrywki.
czwartek, 6 sierpnia 2026
Bill Clinton, James Patterson: Pierwszy dżentelmen
Rebis, Poznań 2026.
Wina
James Patterson należy do tych twórców – czy też fabrykantów – odsądzanych od czci i wiary przez wielu fanów kryminałów i powieści sensacyjnych. A to za sprawą umiejętności błyskawicznego tworzenia fabuł nadających się na książki z dynamiczną akcją. To za sprawą jego kreatywności pojawiały się na rynku wydawniczym książki sygnowane jego nazwiskiem – a współtworzone przez mniej popularnych literatów. Ale Patterson nie chce do końca znikać z oczu czytelnikom, wchodzi też w duety, dzięki którym zyskuje rozgłos i podtrzymuje uwagę. Przepis na sukces kryje się tym razem w kolejnym (po raz trzeci we wspólnej powieści) tomie stworzonym wespół z Billem Clintonem. „Pierwszy dżentelmen” to książka, której akcja toczy się w pobliżu najwyższych stanowisk w państwie – i pokazuje kulisy władzy. A to zawsze zwykłych czytelników będzie kusiło.
Madeline Parson Wright pełni funkcję prezydenta Stanów Zjednoczonych. Cole Wright jest „pierwszym dżentelmenem”: mężem Maddy, który nie ma żadnego wpływu na losy państwa. Ale jest też na świeczniku z innego powodu – pojawiają się zarzuty, że Cole Wright dopuścił się morderstwa na cheerleaderce. Wprawdzie zbrodnia miała być popełniona dawno temu, jednak sprawiedliwość ciągle nie została wymierzona. Jakby tego było mało, ginie też pewien dziennikarz śledczy, wyjątkowo dociekliwy i niedający się uciszyć ani zastraszyć – i również tutaj tropy prowadzą do Cole’a. Przekonana o jego winie jest przede wszystkim ukochana Garretta i jego partnerka w śledztwach. I ona zamierza doprowadzić do tego, żeby skazać Cole’a – nie przejmuje się wyzwaniami ani faktem, że najwyraźniej małżonek głowy państwa jest specjalnie chroniony i może mieć zapewnioną najlepszą możliwą opiekę prawną. Brea nie spocznie, dopóki Cole nie trafi za kratki. Tak przynajmniej sądzi. Bo rzeczywistość może wcale nie wyglądać tak, jak się wydaje na początku. Mamy tu zatem dwie pary: Cole i Maddy to ta poukładana, profesjonalna i uważająca na każdy krok. Wszystkie spojrzenia są tu wyważone i nie da się nawet iść pobiegać bez asysty i dokładnego planu sporządzonego przez ochronę. Małżonkowie wspierają się i dostarczają opinii publicznej dowodów na wzajemne przywiązanie. Nie ma tu miejsca na nic poza protokołem. Garrett i Brea to z kolei związek charakteryzowany w retrospekcjach – za to bardzo dynamiczny. Nie zabraknie tu brawury i wielkich emocji, a także uczucia, które pcha do najtrudniejszych decyzji. Tak naprawdę to nie pierwszy dżentelmen pozostaje w centrum uwagi czytelników, a Garrett – i sprawy, którymi się zajmuje. Tu autorzy przedstawiają śledztwo w sprawie zamordowanej cheerleaderki i w sprawie zaginionej młodej studentki, badają wydarzenia sprzed lat i dążą do odkrycia prawdy, tu też dzieje się mnóstwo w powieściowym „tu i teraz” – wydarzenia z przeszłości pokazywane w retrospekcjach na bieżąco są tak skonstruowane, żeby przyciągały uwagę. Konstrukcja to jedno, drugą rzeczą dość istotną w tej książce jest rozmiar rozdziałów. Wypełnianie treścią kolejnych punktów scenariusza sprawia, że autorzy fundują czytelnikom bardzo zwięzłe, skondensowane i pozbawione zbędnych informacji partie książki – tu każdy rozdział składa się z kilku akapitów, jakby trzeba było tylko zaznaczyć, co się wydarzy – i przejść do dalszych elementów wyliczenia. To z pewnością inna forma niż taka, do której przyzwyczajeni są fani gatunku. „Pierwszy dżentelmen” to zatem opowieść tworzona tak, żeby skupić się na wydarzeniach, a nie na opisach.
Wina
James Patterson należy do tych twórców – czy też fabrykantów – odsądzanych od czci i wiary przez wielu fanów kryminałów i powieści sensacyjnych. A to za sprawą umiejętności błyskawicznego tworzenia fabuł nadających się na książki z dynamiczną akcją. To za sprawą jego kreatywności pojawiały się na rynku wydawniczym książki sygnowane jego nazwiskiem – a współtworzone przez mniej popularnych literatów. Ale Patterson nie chce do końca znikać z oczu czytelnikom, wchodzi też w duety, dzięki którym zyskuje rozgłos i podtrzymuje uwagę. Przepis na sukces kryje się tym razem w kolejnym (po raz trzeci we wspólnej powieści) tomie stworzonym wespół z Billem Clintonem. „Pierwszy dżentelmen” to książka, której akcja toczy się w pobliżu najwyższych stanowisk w państwie – i pokazuje kulisy władzy. A to zawsze zwykłych czytelników będzie kusiło.
Madeline Parson Wright pełni funkcję prezydenta Stanów Zjednoczonych. Cole Wright jest „pierwszym dżentelmenem”: mężem Maddy, który nie ma żadnego wpływu na losy państwa. Ale jest też na świeczniku z innego powodu – pojawiają się zarzuty, że Cole Wright dopuścił się morderstwa na cheerleaderce. Wprawdzie zbrodnia miała być popełniona dawno temu, jednak sprawiedliwość ciągle nie została wymierzona. Jakby tego było mało, ginie też pewien dziennikarz śledczy, wyjątkowo dociekliwy i niedający się uciszyć ani zastraszyć – i również tutaj tropy prowadzą do Cole’a. Przekonana o jego winie jest przede wszystkim ukochana Garretta i jego partnerka w śledztwach. I ona zamierza doprowadzić do tego, żeby skazać Cole’a – nie przejmuje się wyzwaniami ani faktem, że najwyraźniej małżonek głowy państwa jest specjalnie chroniony i może mieć zapewnioną najlepszą możliwą opiekę prawną. Brea nie spocznie, dopóki Cole nie trafi za kratki. Tak przynajmniej sądzi. Bo rzeczywistość może wcale nie wyglądać tak, jak się wydaje na początku. Mamy tu zatem dwie pary: Cole i Maddy to ta poukładana, profesjonalna i uważająca na każdy krok. Wszystkie spojrzenia są tu wyważone i nie da się nawet iść pobiegać bez asysty i dokładnego planu sporządzonego przez ochronę. Małżonkowie wspierają się i dostarczają opinii publicznej dowodów na wzajemne przywiązanie. Nie ma tu miejsca na nic poza protokołem. Garrett i Brea to z kolei związek charakteryzowany w retrospekcjach – za to bardzo dynamiczny. Nie zabraknie tu brawury i wielkich emocji, a także uczucia, które pcha do najtrudniejszych decyzji. Tak naprawdę to nie pierwszy dżentelmen pozostaje w centrum uwagi czytelników, a Garrett – i sprawy, którymi się zajmuje. Tu autorzy przedstawiają śledztwo w sprawie zamordowanej cheerleaderki i w sprawie zaginionej młodej studentki, badają wydarzenia sprzed lat i dążą do odkrycia prawdy, tu też dzieje się mnóstwo w powieściowym „tu i teraz” – wydarzenia z przeszłości pokazywane w retrospekcjach na bieżąco są tak skonstruowane, żeby przyciągały uwagę. Konstrukcja to jedno, drugą rzeczą dość istotną w tej książce jest rozmiar rozdziałów. Wypełnianie treścią kolejnych punktów scenariusza sprawia, że autorzy fundują czytelnikom bardzo zwięzłe, skondensowane i pozbawione zbędnych informacji partie książki – tu każdy rozdział składa się z kilku akapitów, jakby trzeba było tylko zaznaczyć, co się wydarzy – i przejść do dalszych elementów wyliczenia. To z pewnością inna forma niż taka, do której przyzwyczajeni są fani gatunku. „Pierwszy dżentelmen” to zatem opowieść tworzona tak, żeby skupić się na wydarzeniach, a nie na opisach.
środa, 22 lipca 2026
Merryn Allingham: Morderstwo w bibliotece
Mando, Kraków 2026.
Książka
Jest w tej serii – tworzonej przez różnych autorów – tęsknota za dawnymi czasami i dawną obyczajowością. Kryminalna zagadka Flory Steel to cykl dla fanów dość łagodnych w tonie powieści kryminalno-sensacyjnych przenoszących odbiorców w czasie do połowy XX wieku. To właśnie wtedy działa młoda i przedsiębiorcza, a do tego niezwykle bystra i odważna kobieta. Flora nie daje się nabrać, odrzuca najbardziej oczywiste teorie i próbuje na własną rękę odkryć prawdę. Początek w tej powieści jest bardzo dramatyczny. Zbliża się festiwal kryminału, zjazd, na którym pojawią się różni pisarze – reprezentanci gatunku oraz czytelnicy, którzy bez kryminałów nie wyobrażają sobie relaksu z książką. Problem w tym, że kiedy Flora wchodzi do furgonetki – objazdowej biblioteki – zastaje Maud, miejscową i bardzo oddaną bibliotekarkę, martwą. Co gorsza, nad nią, z zakrwawionym wielkim tomem w rękach, stoi dawny przyjaciel Flory. Dla śledczych sytuacja jest oczywista: morderca został przyłapany na miejscu zbrodni, nie zdążył nawet ukryć narzędzia wykorzystanego jako broń. Flora nie może uwierzyć w winę Lowella – zna go od dawna i wierzy w niewinność, nawet jeśli fakty wskazują na coś innego. Postanawia więc zaangażować się w śledztwo nie tylko ze względu na dreszczyk emocji, jaki zawsze z tym się wiąże, ale też z uwagi na znajomość, chociaż przez lata niepielęgnowaną – to jednak ważną.
W tle rozgrywa się impreza zrzeszająca fanów zagadek kryminalnych – ale rzeczywistość wychodzi naprzeciwko oczekiwaniom. Coraz więcej nieszczęśliwych wypadków psuje nerwy uczestnikom. Flora musi zatroszczyć się nie tylko o dobro imprezy, ale też o własne emocje – zwłaszcza że jednym z poturbowanych okazuje się jej narzeczony. Światek pisarzy wcale nie okazuje się tak spójny i przyjazny, jak mogłoby się wydawać. Zazdrość i chęć wypromowania siebie to czynniki, które mogą sporo zmienić w relacjach. Tu dzieje się dużo, do tego stopnia, że Flora nie ma nawet zbyt dużo czasu na pielęgnowanie życia prywatnego. A to przecież dość ważna sytuacja: zbliża się ślub. Merryn Allingham znajduje miejsce na rozwijanie i tej kwestii – kwestii postępowego jak na czasy związku. Flora wprawdzie nie daje swojemu narzeczonemu powodów do impulsywnych reakcji, ale ma wolną rękę w podejmowaniu decyzji i nie musi się przejmować konwenansami – nawet jeśli otoczenie źle radzi sobie z jej wyborami, ona wierzy, że mężczyzna, którego zamierza poślubić, poradzi sobie z kontrowersyjnymi sytuacjami. I to jest bardzo krzepiąca, a jednocześnie dość nietypowa postawa.
„Morderstwo w bibliotece” to książka rozrywkowa. Pokazuje zestaw działań dalekich od sielankowości – i rzetelną, spokojną pracę śledczą w wykonaniu samodzielnej kobiety, która kieruje się nie tylko przeczuciami, ale i własnymi emocjami – i świetnie na tym wychodzi. Merryn Allingham dba o spójność wydarzeń i o trafność opisów w samej narracji, proponuje czytelnikom powieść staranną i nawet jeśli trochę naiwną w porównaniu do modnych reprezentacji gatunku – to i tak ciekawą dla poszukujących szybkiej i nieskomplikowanej, a jednocześnie dobrze dopracowanej lektury kryminalnej w stylu retro. „Morderstwo w bibliotece” trochę zahacza o autotematyzm i pokazuje, że wszędzie mogą czaić się tematy do wykorzystania jako inspiracje w twórczości kryminalnej.
Książka
Jest w tej serii – tworzonej przez różnych autorów – tęsknota za dawnymi czasami i dawną obyczajowością. Kryminalna zagadka Flory Steel to cykl dla fanów dość łagodnych w tonie powieści kryminalno-sensacyjnych przenoszących odbiorców w czasie do połowy XX wieku. To właśnie wtedy działa młoda i przedsiębiorcza, a do tego niezwykle bystra i odważna kobieta. Flora nie daje się nabrać, odrzuca najbardziej oczywiste teorie i próbuje na własną rękę odkryć prawdę. Początek w tej powieści jest bardzo dramatyczny. Zbliża się festiwal kryminału, zjazd, na którym pojawią się różni pisarze – reprezentanci gatunku oraz czytelnicy, którzy bez kryminałów nie wyobrażają sobie relaksu z książką. Problem w tym, że kiedy Flora wchodzi do furgonetki – objazdowej biblioteki – zastaje Maud, miejscową i bardzo oddaną bibliotekarkę, martwą. Co gorsza, nad nią, z zakrwawionym wielkim tomem w rękach, stoi dawny przyjaciel Flory. Dla śledczych sytuacja jest oczywista: morderca został przyłapany na miejscu zbrodni, nie zdążył nawet ukryć narzędzia wykorzystanego jako broń. Flora nie może uwierzyć w winę Lowella – zna go od dawna i wierzy w niewinność, nawet jeśli fakty wskazują na coś innego. Postanawia więc zaangażować się w śledztwo nie tylko ze względu na dreszczyk emocji, jaki zawsze z tym się wiąże, ale też z uwagi na znajomość, chociaż przez lata niepielęgnowaną – to jednak ważną.
W tle rozgrywa się impreza zrzeszająca fanów zagadek kryminalnych – ale rzeczywistość wychodzi naprzeciwko oczekiwaniom. Coraz więcej nieszczęśliwych wypadków psuje nerwy uczestnikom. Flora musi zatroszczyć się nie tylko o dobro imprezy, ale też o własne emocje – zwłaszcza że jednym z poturbowanych okazuje się jej narzeczony. Światek pisarzy wcale nie okazuje się tak spójny i przyjazny, jak mogłoby się wydawać. Zazdrość i chęć wypromowania siebie to czynniki, które mogą sporo zmienić w relacjach. Tu dzieje się dużo, do tego stopnia, że Flora nie ma nawet zbyt dużo czasu na pielęgnowanie życia prywatnego. A to przecież dość ważna sytuacja: zbliża się ślub. Merryn Allingham znajduje miejsce na rozwijanie i tej kwestii – kwestii postępowego jak na czasy związku. Flora wprawdzie nie daje swojemu narzeczonemu powodów do impulsywnych reakcji, ale ma wolną rękę w podejmowaniu decyzji i nie musi się przejmować konwenansami – nawet jeśli otoczenie źle radzi sobie z jej wyborami, ona wierzy, że mężczyzna, którego zamierza poślubić, poradzi sobie z kontrowersyjnymi sytuacjami. I to jest bardzo krzepiąca, a jednocześnie dość nietypowa postawa.
„Morderstwo w bibliotece” to książka rozrywkowa. Pokazuje zestaw działań dalekich od sielankowości – i rzetelną, spokojną pracę śledczą w wykonaniu samodzielnej kobiety, która kieruje się nie tylko przeczuciami, ale i własnymi emocjami – i świetnie na tym wychodzi. Merryn Allingham dba o spójność wydarzeń i o trafność opisów w samej narracji, proponuje czytelnikom powieść staranną i nawet jeśli trochę naiwną w porównaniu do modnych reprezentacji gatunku – to i tak ciekawą dla poszukujących szybkiej i nieskomplikowanej, a jednocześnie dobrze dopracowanej lektury kryminalnej w stylu retro. „Morderstwo w bibliotece” trochę zahacza o autotematyzm i pokazuje, że wszędzie mogą czaić się tematy do wykorzystania jako inspiracje w twórczości kryminalnej.
wtorek, 16 czerwca 2026
Sarah Pekkanen: Dom ze szkła
Gorzka Czekolada, Media Rodzina, Poznań 2026.
Ostrza
Sądowa rzeczniczka interesu dziecka – tym właśnie na co dzień zajmuje się Stella Hudson i jest w swojej pracy znakomita. Przenikliwa, bystra, spostrzegawcza i odważna – zależy jej na tym, żeby wskazać to, co dla maluchów po traumie będzie najlepsze – musi zatem poznawać wszystkie aspekty ich życia i potencjalnej przyszłości. Stella do pracy dodaje wątek osobisty: wciąż mierzy się ze stratą matki, z osieroceniem i własną bezradnością. Chociaż obecnie to ona dyktuje warunki, ciężką pracą rekompensuje sobie niemożliwość ukojenia siebie-dziecka. Kiedy niesie lepszą przyszłość swoim klientom, tak naprawdę walczy o siebie samą, nawet jeśli tego sobie nie uświadamia. Stella jest bardzo dobra w swojej pracy. Nie pomija żadnego szczegółu, wie, jak rozmawiać z ludźmi, wychwytuje ich kłamstwa bez namysłu, a do tego nie boi się stosować prowokacji, kiedy w inny sposób nie da się zdobyć wiadomości. I tak Stella pewnego dnia trafia do domu, w którym nie ma szkła. Jest tu mała dziewczynka, Rose, która po tragicznej śmierci niani straciła umiejętność mówienia. Rose opiekują się matka i ojciec – oboje pragnący rozwodu, jako że śmierć niani poprzedzona została zdradą – oraz babcia. Wszyscy deklarują, że chcą dla Rose jak najlepiej. Tylko że w tym domu coś jest mocno nie w porządku. Mała Rose wciąż zbiera odłamki szkła, które mogłaby świetnie wykorzystać jako broń, czyta książki o seryjnych mordercach (starannie ukrywane w niewinnych okładkach) i swoimi zachowaniami budzi lęk otoczenia. Skoro nie mówi – nie można wydobyć z niej żadnych informacji. A bardzo łatwo o pomyłkę.
Sarah Pekkanen tworzy kryminał bardzo gęsty i bardzo ładnie mylący tropy. Proponuje odbiorcom historię, w której prawdziwe śledztwo toczy się swoim trybem, ale kompletnie nie ma znaczenia dla Stelli – ona tylko wykonuje swoją pracę i musi zdobyć informacje, które pozwolą jej napisać opinię i polecić konkretnego opiekuna dla Rose. Ale Stella w pracy jest drobiazgowa bardziej niż niejeden detektyw, wyciąga wnioski na bazie pojedynczych spostrzeżeń i łatwo rozszyfrowuje gry, jakie wobec niej stosują pozornie życzliwi domownicy. Z jednej strony jest więc szukanie winnego i rozwiązywanie zagadki – bo tylko tak będzie można ocenić sytuację i nie doprowadzić do kolejnych zbrodni, z drugiej strony – gra pozorów i udawanie. Autorka dba o to, żeby czytelnicy nie nudzili się podczas lektury: chociaż kolejne analizy Stelli budują właściwie intrygę, to liczą się również wątki okołoobyczajowe. Zwłaszcza – doświadczenia samej bohaterki, która odkrywa, kim jest i kto wprowadził ją w dorosłość. To nie ma bezpośredniego przełożenia na śledztwo, za to ogromnie przydaje się jako wyjaśnienie motywacji zawziętości bohaterki. „Dom ze szkła” to jednak w podstawowej płaszczyźnie historia o grze – o pozorach stwarzanych po to, żeby przeforsować własny scenariusz i wypracować linię obrony. Jest to książka, w którą się wsiąka – dla tych, którzy cenią misternie konstruowane plany i intrygi, dla tych, którzy lubią, kiedy historia skręca z realizmu w stronę starannie kreowanej fikcji. „Dom ze szkła” to opowieść bardzo dobrze przygotowana i Sarah Pekkanen z pewnością zdobędzie dzięki niej w Polsce wierne grono czytelników.
Ostrza
Sądowa rzeczniczka interesu dziecka – tym właśnie na co dzień zajmuje się Stella Hudson i jest w swojej pracy znakomita. Przenikliwa, bystra, spostrzegawcza i odważna – zależy jej na tym, żeby wskazać to, co dla maluchów po traumie będzie najlepsze – musi zatem poznawać wszystkie aspekty ich życia i potencjalnej przyszłości. Stella do pracy dodaje wątek osobisty: wciąż mierzy się ze stratą matki, z osieroceniem i własną bezradnością. Chociaż obecnie to ona dyktuje warunki, ciężką pracą rekompensuje sobie niemożliwość ukojenia siebie-dziecka. Kiedy niesie lepszą przyszłość swoim klientom, tak naprawdę walczy o siebie samą, nawet jeśli tego sobie nie uświadamia. Stella jest bardzo dobra w swojej pracy. Nie pomija żadnego szczegółu, wie, jak rozmawiać z ludźmi, wychwytuje ich kłamstwa bez namysłu, a do tego nie boi się stosować prowokacji, kiedy w inny sposób nie da się zdobyć wiadomości. I tak Stella pewnego dnia trafia do domu, w którym nie ma szkła. Jest tu mała dziewczynka, Rose, która po tragicznej śmierci niani straciła umiejętność mówienia. Rose opiekują się matka i ojciec – oboje pragnący rozwodu, jako że śmierć niani poprzedzona została zdradą – oraz babcia. Wszyscy deklarują, że chcą dla Rose jak najlepiej. Tylko że w tym domu coś jest mocno nie w porządku. Mała Rose wciąż zbiera odłamki szkła, które mogłaby świetnie wykorzystać jako broń, czyta książki o seryjnych mordercach (starannie ukrywane w niewinnych okładkach) i swoimi zachowaniami budzi lęk otoczenia. Skoro nie mówi – nie można wydobyć z niej żadnych informacji. A bardzo łatwo o pomyłkę.
Sarah Pekkanen tworzy kryminał bardzo gęsty i bardzo ładnie mylący tropy. Proponuje odbiorcom historię, w której prawdziwe śledztwo toczy się swoim trybem, ale kompletnie nie ma znaczenia dla Stelli – ona tylko wykonuje swoją pracę i musi zdobyć informacje, które pozwolą jej napisać opinię i polecić konkretnego opiekuna dla Rose. Ale Stella w pracy jest drobiazgowa bardziej niż niejeden detektyw, wyciąga wnioski na bazie pojedynczych spostrzeżeń i łatwo rozszyfrowuje gry, jakie wobec niej stosują pozornie życzliwi domownicy. Z jednej strony jest więc szukanie winnego i rozwiązywanie zagadki – bo tylko tak będzie można ocenić sytuację i nie doprowadzić do kolejnych zbrodni, z drugiej strony – gra pozorów i udawanie. Autorka dba o to, żeby czytelnicy nie nudzili się podczas lektury: chociaż kolejne analizy Stelli budują właściwie intrygę, to liczą się również wątki okołoobyczajowe. Zwłaszcza – doświadczenia samej bohaterki, która odkrywa, kim jest i kto wprowadził ją w dorosłość. To nie ma bezpośredniego przełożenia na śledztwo, za to ogromnie przydaje się jako wyjaśnienie motywacji zawziętości bohaterki. „Dom ze szkła” to jednak w podstawowej płaszczyźnie historia o grze – o pozorach stwarzanych po to, żeby przeforsować własny scenariusz i wypracować linię obrony. Jest to książka, w którą się wsiąka – dla tych, którzy cenią misternie konstruowane plany i intrygi, dla tych, którzy lubią, kiedy historia skręca z realizmu w stronę starannie kreowanej fikcji. „Dom ze szkła” to opowieść bardzo dobrze przygotowana i Sarah Pekkanen z pewnością zdobędzie dzięki niej w Polsce wierne grono czytelników.
niedziela, 31 maja 2026
Marta Matyszczak: Jeśli dziś sobota, to mamy morderstwo
W.A.B., Warszawa 2026.
Wakacje za karę
Marta Matyszczak wyspecjalizowała się w cosy crime i jeśli ktoś szuka kryminałów z przymrużeniem oka, a jednocześnie wielowymiarowych i niebanalnych, powinien jak najszybciej sięgnąć po książki tej autorki. Teraz zadanie zostaje ułatwione: „Jeśli dziś sobota, to mamy morderstwo” to początek współpracy z wydawnictwem W.A.B. – do tej pory książki Marty Matyszczak (trzy serie powieści kryminalnych i kryminalno-komediowych) ukazywały się nakładem wydawnictwa Dolnośląskie. Teraz Marta Matyszczak da się poznać szerszej publiczności za sprawą – choćby – obecności w sieciowych wielkich księgarniach. A z pewnością ta autorka na rozgłos zasługuje. Niezależnie od sposobu promowania nowego cyklu – każdy, kto lubi gatunek, a zobaczy „Jeśli dziś sobota, to mamy morderstwo”, powinien po ten tom sięgnąć bez wahania.
Marta Matyszczak potrafi pisać powieści gęste i pełne wielobarwnych postaci, nie inaczej jest i tym razem. Na początek zaznajomi odbiorców z czwórką wykolejeńców – a właściwie młodych ludzi, którym powinęła się noga. Dobrzy w gruncie rzeczy bohaterowie za drobne wykroczenia muszą odpokutować, ale kara dla nich wcale nie oznacza początku demoralizacji i końca świata. Podczas rozprawy pani sędzia – zmęczona swoimi rutynowymi obowiązkami – decyduje o wysłaniu czworga nietuzinkowych bohaterów nad polskie morze, do pałacu w Sasinie. Senior Luxury Paradise Residence organizuje tam właśnie trzytygodniowy sezon rehabilitacyjny dla swoich pacjentów, ludzi w podeszłym wieku. Trzeba się będzie opiekować emerytami, zapewniać im rozrywki i dbać o ich komfort i bezpieczeństwo. Lepiej przyjąć taką ofertę – nie brzmi to najgorzej, zwłaszcza dla osób, które do tej pory problemów z prawem nie miewały. Najpierw zatem odbiorcy poznają kolorowe szczegóły z biografii młodocianych przestępców po to, żeby ich z miejsca polubić. Później otrzymają równie zabawny przegląd pensjonariuszy – ci pokazują, że wiek nie ma znaczenia i nawet niedogodności związane ze stanem zdrowia nie muszą być ograniczeniem. I wtedy na horyzoncie pojawia się Gertruda Florek – śledcza, która marzy o przejściu na emeryturę, słynie z ciętego języka (nie stroni od wulgaryzmów, ale na prośbę terapeuty stara się je ograniczać, przynajmniej w pisanym na potrzeby terapii pamiętniku) i nie patyczkuje się ani z przestępcami, ani ze swoimi podwładnymi. Marta Matyszczak żongluje tymi charakterami i językami bohaterów bez problemu i błyskawicznie wtrąca odbiorców w gwarne (ale nie chaotyczne) środowisko.
Pierwsze morderstwo pojawia się stosunkowo szybko, ktoś leży pod latarnią morską – trzeba zatem rozwiązać zagadkę, która jeszcze niekoniecznie wybrzmiewa jako kryminalna. Ale oczywiście – zgodnie z wymogami gatunku – tajemnica prowadzi do działań niekoniecznie zgodnych z prawem. To dopiero punkt wyjścia w książce, w której zdarzy się mnóstwo.
Ta powieść wciąga – to mało powiedziane. Marta Matyszczak przenosi swoich czytelników do nadmorskich rezydencji, pozwala pozwiedzać piękne tereny nieskażone jeszcze turystycznymi patologiami. W tle przedstawia odbiorcom motyw elektrowni atomowej, która ma zostać zbudowana w pobliżu – a to tylko jeden ze społecznych wątków poruszanych w tomie. Pojawi się tu sporo silnych emocji (w tym – sercowych dylematów), dużo autotematyzmu (autorka wprowadza nawet jako dalekoplanową postać siebie – pisarkę Martę ze sfatygowanym plecaczkiem), kilka kwestii społecznych i, jak to zawsze u Marty Matyszczak – wyczulenie na krzywdę zwierząt. Karmelek to kolejny zwierzak z prywatnej menażerii autorki, który brawurowo wkracza na strony powieści, a zachęta do przygarniania bezdomnych lub niechcianych czworonogów przekona czytelników. Jest to książka rozrywkowa, książka, która rozśmiesza i dostarcza wzruszeń. Nie ulega wątpliwości, że każdy, kto po nią sięgnie, będzie czekać na kolejną część Wakacji z mordercą.
Wakacje za karę
Marta Matyszczak wyspecjalizowała się w cosy crime i jeśli ktoś szuka kryminałów z przymrużeniem oka, a jednocześnie wielowymiarowych i niebanalnych, powinien jak najszybciej sięgnąć po książki tej autorki. Teraz zadanie zostaje ułatwione: „Jeśli dziś sobota, to mamy morderstwo” to początek współpracy z wydawnictwem W.A.B. – do tej pory książki Marty Matyszczak (trzy serie powieści kryminalnych i kryminalno-komediowych) ukazywały się nakładem wydawnictwa Dolnośląskie. Teraz Marta Matyszczak da się poznać szerszej publiczności za sprawą – choćby – obecności w sieciowych wielkich księgarniach. A z pewnością ta autorka na rozgłos zasługuje. Niezależnie od sposobu promowania nowego cyklu – każdy, kto lubi gatunek, a zobaczy „Jeśli dziś sobota, to mamy morderstwo”, powinien po ten tom sięgnąć bez wahania.
Marta Matyszczak potrafi pisać powieści gęste i pełne wielobarwnych postaci, nie inaczej jest i tym razem. Na początek zaznajomi odbiorców z czwórką wykolejeńców – a właściwie młodych ludzi, którym powinęła się noga. Dobrzy w gruncie rzeczy bohaterowie za drobne wykroczenia muszą odpokutować, ale kara dla nich wcale nie oznacza początku demoralizacji i końca świata. Podczas rozprawy pani sędzia – zmęczona swoimi rutynowymi obowiązkami – decyduje o wysłaniu czworga nietuzinkowych bohaterów nad polskie morze, do pałacu w Sasinie. Senior Luxury Paradise Residence organizuje tam właśnie trzytygodniowy sezon rehabilitacyjny dla swoich pacjentów, ludzi w podeszłym wieku. Trzeba się będzie opiekować emerytami, zapewniać im rozrywki i dbać o ich komfort i bezpieczeństwo. Lepiej przyjąć taką ofertę – nie brzmi to najgorzej, zwłaszcza dla osób, które do tej pory problemów z prawem nie miewały. Najpierw zatem odbiorcy poznają kolorowe szczegóły z biografii młodocianych przestępców po to, żeby ich z miejsca polubić. Później otrzymają równie zabawny przegląd pensjonariuszy – ci pokazują, że wiek nie ma znaczenia i nawet niedogodności związane ze stanem zdrowia nie muszą być ograniczeniem. I wtedy na horyzoncie pojawia się Gertruda Florek – śledcza, która marzy o przejściu na emeryturę, słynie z ciętego języka (nie stroni od wulgaryzmów, ale na prośbę terapeuty stara się je ograniczać, przynajmniej w pisanym na potrzeby terapii pamiętniku) i nie patyczkuje się ani z przestępcami, ani ze swoimi podwładnymi. Marta Matyszczak żongluje tymi charakterami i językami bohaterów bez problemu i błyskawicznie wtrąca odbiorców w gwarne (ale nie chaotyczne) środowisko.
Pierwsze morderstwo pojawia się stosunkowo szybko, ktoś leży pod latarnią morską – trzeba zatem rozwiązać zagadkę, która jeszcze niekoniecznie wybrzmiewa jako kryminalna. Ale oczywiście – zgodnie z wymogami gatunku – tajemnica prowadzi do działań niekoniecznie zgodnych z prawem. To dopiero punkt wyjścia w książce, w której zdarzy się mnóstwo.
Ta powieść wciąga – to mało powiedziane. Marta Matyszczak przenosi swoich czytelników do nadmorskich rezydencji, pozwala pozwiedzać piękne tereny nieskażone jeszcze turystycznymi patologiami. W tle przedstawia odbiorcom motyw elektrowni atomowej, która ma zostać zbudowana w pobliżu – a to tylko jeden ze społecznych wątków poruszanych w tomie. Pojawi się tu sporo silnych emocji (w tym – sercowych dylematów), dużo autotematyzmu (autorka wprowadza nawet jako dalekoplanową postać siebie – pisarkę Martę ze sfatygowanym plecaczkiem), kilka kwestii społecznych i, jak to zawsze u Marty Matyszczak – wyczulenie na krzywdę zwierząt. Karmelek to kolejny zwierzak z prywatnej menażerii autorki, który brawurowo wkracza na strony powieści, a zachęta do przygarniania bezdomnych lub niechcianych czworonogów przekona czytelników. Jest to książka rozrywkowa, książka, która rozśmiesza i dostarcza wzruszeń. Nie ulega wątpliwości, że każdy, kto po nią sięgnie, będzie czekać na kolejną część Wakacji z mordercą.
poniedziałek, 11 maja 2026
Helena Dixon: Zbrodnia w rezydencji
Mando, Kraków 2026.
Formuła
W cyklu Tajemnice panny Underhay pojawia się kolejna książka, „Zbrodnia w rezydencji” i Helena Dixon dwoi się i troi, żeby swoim czytelnikom zapewnić rozrywkę w starym stylu. To kryminał, w którym liczą się konwenanse i społeczne umowy, a nie szczerość jako taka, chociaż główna bohaterka, Kitty Underhay, odrobinę się z tych schematów wyłamuje. Kitty zresztą ma w życiu szczęście do zbrodni – dopiero co udało się rozwiązać jedną zagadkę, a już czai się kolejna. I to w miejscu, w którym bohaterka ma odpocząć od morderstw. Helena Dixon przenosi akcję do lat 30. XX wieku i do wyższych sfer – takich, w których nie można sobie pozwolić na przypadek w relacjach towarzyskich. I Kitty jest świadoma wszelkich ograniczeń płynących właśnie z zasad grzeczności i obowiązków wobec krewnych. Chce jednak poznać rodzinę ojca, a kiedy przychodzi oficjalne zaproszenie – to jest ono poprzedzone entuzjastyczną zachętą ze strony kuzynki. Dlatego też Kitty ostatecznie decyduje się na wyprawę, nawet jeśli oznacza to, że musi zabrać ze sobą pokojówkę (nie liczy się, że nie jest jej potrzebna: sytuacja wymaga, żeby panna nie podróżowała samotnie). Alice ma głowę na karku i dojście do służby – z racji swojego zawodu – a to oznacza, że będzie mogła zyskać informacje, które inaczej Kitty by ominęły. Jest jeszcze kapitan Matt Bryant. Tylko przyjaciel, zresztą – sporo od Kitty starszy. A jednak – towarzysz kolejnych kryminalnych zagadek, mężczyzna, który ma swój urok i który dba o bezpieczeństwo Kitty bardziej niż gdyby była zwyczajną znajomą. Taki dyskretny ślad potencjalnego romansu na horyzoncie dobrze zrobi czytelnikom, którzy w pewnym momencie mogą być znużeni fabułą. Bo oto Kitty pojawia się w domu wujostwa i trafia na pierwsze zwłoki, chwilę później ginie niania – kobieta, której nikt nie życzył źle, a do tego znikają tajne dokumenty trzymane w sejfie. I na tym nie koniec zbrodni. Najgorsze, że jeśli nie uda się schwytać mordercy, ktoś jeszcze może stracić życie, a wiele wskazuje na to, że zbrodniarz pozostaje w bliskim kręgu domowników, jeśli nie rekrutuje się spośród nich. I tak autorka każe swojej bohaterce uważnie obserwować i wyciągać wnioski, a o beztroskiej zabawie nie może być mowy – chyba że Kitty akurat znajdzie chwilę na esencjonalne rozmowy z Mattem. Dobrze mieć zaufanego człowieka wśród śledczych, gorzej, jeśli ten zaufany człowiek posługuje się takimi samymi stereotypami jak wszyscy inni.
„Zbrodnia w rezydencji” to kryminał retro, urzekający czytelników prostotą w konstrukcji świata przedstawionego i w samym prowadzeniu opowieści. Nie ma tu ani nadmiernego budowania grozy, ani wygładzania przestępstw, liczy się dobra zabawa odbiorców nastawionych na prostą i ciekawą detektywistyczną lekturę. Zwłaszcza ci, którzy nie przepadają za nadmiernie realistycznymi historiami, tu mogą cieszyć się ze śledzenia akcji.
Formuła
W cyklu Tajemnice panny Underhay pojawia się kolejna książka, „Zbrodnia w rezydencji” i Helena Dixon dwoi się i troi, żeby swoim czytelnikom zapewnić rozrywkę w starym stylu. To kryminał, w którym liczą się konwenanse i społeczne umowy, a nie szczerość jako taka, chociaż główna bohaterka, Kitty Underhay, odrobinę się z tych schematów wyłamuje. Kitty zresztą ma w życiu szczęście do zbrodni – dopiero co udało się rozwiązać jedną zagadkę, a już czai się kolejna. I to w miejscu, w którym bohaterka ma odpocząć od morderstw. Helena Dixon przenosi akcję do lat 30. XX wieku i do wyższych sfer – takich, w których nie można sobie pozwolić na przypadek w relacjach towarzyskich. I Kitty jest świadoma wszelkich ograniczeń płynących właśnie z zasad grzeczności i obowiązków wobec krewnych. Chce jednak poznać rodzinę ojca, a kiedy przychodzi oficjalne zaproszenie – to jest ono poprzedzone entuzjastyczną zachętą ze strony kuzynki. Dlatego też Kitty ostatecznie decyduje się na wyprawę, nawet jeśli oznacza to, że musi zabrać ze sobą pokojówkę (nie liczy się, że nie jest jej potrzebna: sytuacja wymaga, żeby panna nie podróżowała samotnie). Alice ma głowę na karku i dojście do służby – z racji swojego zawodu – a to oznacza, że będzie mogła zyskać informacje, które inaczej Kitty by ominęły. Jest jeszcze kapitan Matt Bryant. Tylko przyjaciel, zresztą – sporo od Kitty starszy. A jednak – towarzysz kolejnych kryminalnych zagadek, mężczyzna, który ma swój urok i który dba o bezpieczeństwo Kitty bardziej niż gdyby była zwyczajną znajomą. Taki dyskretny ślad potencjalnego romansu na horyzoncie dobrze zrobi czytelnikom, którzy w pewnym momencie mogą być znużeni fabułą. Bo oto Kitty pojawia się w domu wujostwa i trafia na pierwsze zwłoki, chwilę później ginie niania – kobieta, której nikt nie życzył źle, a do tego znikają tajne dokumenty trzymane w sejfie. I na tym nie koniec zbrodni. Najgorsze, że jeśli nie uda się schwytać mordercy, ktoś jeszcze może stracić życie, a wiele wskazuje na to, że zbrodniarz pozostaje w bliskim kręgu domowników, jeśli nie rekrutuje się spośród nich. I tak autorka każe swojej bohaterce uważnie obserwować i wyciągać wnioski, a o beztroskiej zabawie nie może być mowy – chyba że Kitty akurat znajdzie chwilę na esencjonalne rozmowy z Mattem. Dobrze mieć zaufanego człowieka wśród śledczych, gorzej, jeśli ten zaufany człowiek posługuje się takimi samymi stereotypami jak wszyscy inni.
„Zbrodnia w rezydencji” to kryminał retro, urzekający czytelników prostotą w konstrukcji świata przedstawionego i w samym prowadzeniu opowieści. Nie ma tu ani nadmiernego budowania grozy, ani wygładzania przestępstw, liczy się dobra zabawa odbiorców nastawionych na prostą i ciekawą detektywistyczną lekturę. Zwłaszcza ci, którzy nie przepadają za nadmiernie realistycznymi historiami, tu mogą cieszyć się ze śledzenia akcji.
sobota, 9 maja 2026
Jarosław Szczyżowski: Nocny łowca
Znak, Kraków 2026.
Tajemnica z podań
Nocny łowca jako stwór, który zamieszkuje górskie odludzia to bohater opowieści snutych przeważnie przy ogniskach czy w gronie znajomych, kiedy trzeba zabić czas. Ale nocny łowca jako seryjny morderca, który pozostawia przy swoich ofiarach charakterystyczny znak – i który powraca po dwóch dekadach – to już przepis na prawdziwy lęk. Najpierw jest rok 2006 i grupa młodych ludzi pełnych nadziei na przyszłość, radosnych, uznających – całkiem słusznie – że świat tylko na nich czeka. I nagle ginie młoda kobieta, a zakochany w niej bez pamięci rówieśnik staje się głównym podejrzanym. Z tym nieszczęściem trzeba się jakoś nauczyć żyć, skoro świat nie zatrzymuje się w miejscu. I oto jesień 2026 roku – na tereny naznaczone dawnym dramatem przybywają ci, którzy kiedyś stanowili trzon przyjacielskiej grupy. I znowu zaczynają się tajemnicze śmierci w Górach Suchych, a skojarzenia i doświadczenia wiodą w przeszłość, do trudnych wspomnień. Pytanie, czy nocny łowca to wytwór zbiorowej wyobraźni, czy też komuś bardzo zależy na tym, żeby upodobnić się do istoty rodem z koszmarów – bo jest to najlepszy sposób na zamaskowanie swoich czynów. Jarosław Szczyżowski stawia na kryminał w wersji thrillerowej i mrocznej, wykorzystuje strach jako siłę napędową fabuły i pozwala czytelnikom na snucie własnych przypuszczeń na podstawie przemycanych śladów wierzeń. Powrót do tego, co pierwotne, ma przynosić lęk – nie bez powodu. Chodzi o mylenie tropów i maskowanie właściwych intencji, a także o bazowanie na odwrocie od racjonalnego myślenia – tylko tak da się popełnić zbrodnię doskonałą, przynajmniej w zamierzeniu. Po latach od jednego dramatu zaczyna się kolejny, tylko tym razem ofiar jest więcej. Atmosfera zagrożenia i pozorny brak związku między zabójstwami sprawia, że nikt nie może czuć się bezpieczny – dlatego właśnie trzeba jak najszybciej rozwiązać zagadkę. Jarosław Szczyżowski to autor, który lubi trzymać czytelników w niepewności i to samo funduje swoim bohaterom. „Nocny łowca” to opowieść budowana na odludziu – w oparciu o wyobraźnię podpowiadającą zawsze najgorsze scenariusze. Tyle że tu koszmary zamieniają się w rzeczywistość, a morderca okazuje się bezkarny.
Jest to mroczny thrillerokryminał, tom, w którym strach odgrywa rolę znacznie większą niż sceny zbrodni – Jarosław Szczyżowski wykorzystuje też odrobinę motyw gór jako miejsca, w którym wszystko może się zdarzyć. „Nocny łowca” to zestaw zagadek dla odważnych i nawiązanie do klasyki w formie i treści – nie będzie tu ani brawurowych nowatorskich rozwiązań, ani wyjątkowych wątków, liczą się za to dość mocno relacje w grupie znajomych – i fakt, jak bardzo te relacje wpływają na sposób postrzegania rzeczywistości. Szczyżowski to autor, który tworzy po prostu dobrą powieść rozrywkową – bez grama „wygodnych” dla odbiorców przyjemności. To rozwiązanie może się sprawdzić zwłaszcza gdy ktoś upodobał sobie literaturę mroczną i nawiązującą do schematów czy lokalnych opowieści.
Tajemnica z podań
Nocny łowca jako stwór, który zamieszkuje górskie odludzia to bohater opowieści snutych przeważnie przy ogniskach czy w gronie znajomych, kiedy trzeba zabić czas. Ale nocny łowca jako seryjny morderca, który pozostawia przy swoich ofiarach charakterystyczny znak – i który powraca po dwóch dekadach – to już przepis na prawdziwy lęk. Najpierw jest rok 2006 i grupa młodych ludzi pełnych nadziei na przyszłość, radosnych, uznających – całkiem słusznie – że świat tylko na nich czeka. I nagle ginie młoda kobieta, a zakochany w niej bez pamięci rówieśnik staje się głównym podejrzanym. Z tym nieszczęściem trzeba się jakoś nauczyć żyć, skoro świat nie zatrzymuje się w miejscu. I oto jesień 2026 roku – na tereny naznaczone dawnym dramatem przybywają ci, którzy kiedyś stanowili trzon przyjacielskiej grupy. I znowu zaczynają się tajemnicze śmierci w Górach Suchych, a skojarzenia i doświadczenia wiodą w przeszłość, do trudnych wspomnień. Pytanie, czy nocny łowca to wytwór zbiorowej wyobraźni, czy też komuś bardzo zależy na tym, żeby upodobnić się do istoty rodem z koszmarów – bo jest to najlepszy sposób na zamaskowanie swoich czynów. Jarosław Szczyżowski stawia na kryminał w wersji thrillerowej i mrocznej, wykorzystuje strach jako siłę napędową fabuły i pozwala czytelnikom na snucie własnych przypuszczeń na podstawie przemycanych śladów wierzeń. Powrót do tego, co pierwotne, ma przynosić lęk – nie bez powodu. Chodzi o mylenie tropów i maskowanie właściwych intencji, a także o bazowanie na odwrocie od racjonalnego myślenia – tylko tak da się popełnić zbrodnię doskonałą, przynajmniej w zamierzeniu. Po latach od jednego dramatu zaczyna się kolejny, tylko tym razem ofiar jest więcej. Atmosfera zagrożenia i pozorny brak związku między zabójstwami sprawia, że nikt nie może czuć się bezpieczny – dlatego właśnie trzeba jak najszybciej rozwiązać zagadkę. Jarosław Szczyżowski to autor, który lubi trzymać czytelników w niepewności i to samo funduje swoim bohaterom. „Nocny łowca” to opowieść budowana na odludziu – w oparciu o wyobraźnię podpowiadającą zawsze najgorsze scenariusze. Tyle że tu koszmary zamieniają się w rzeczywistość, a morderca okazuje się bezkarny.
Jest to mroczny thrillerokryminał, tom, w którym strach odgrywa rolę znacznie większą niż sceny zbrodni – Jarosław Szczyżowski wykorzystuje też odrobinę motyw gór jako miejsca, w którym wszystko może się zdarzyć. „Nocny łowca” to zestaw zagadek dla odważnych i nawiązanie do klasyki w formie i treści – nie będzie tu ani brawurowych nowatorskich rozwiązań, ani wyjątkowych wątków, liczą się za to dość mocno relacje w grupie znajomych – i fakt, jak bardzo te relacje wpływają na sposób postrzegania rzeczywistości. Szczyżowski to autor, który tworzy po prostu dobrą powieść rozrywkową – bez grama „wygodnych” dla odbiorców przyjemności. To rozwiązanie może się sprawdzić zwłaszcza gdy ktoś upodobał sobie literaturę mroczną i nawiązującą do schematów czy lokalnych opowieści.
piątek, 6 marca 2026
Magdalena Parys: Floren
Agora, Warszawa 2026.
Sterowanie
Każdą kolejną częścią Trylogii berlińskiej Magdalena Parys budowała sobie inne grono czytelników – fanów różnych gatunków. Teraz kieruje się do odbiorców rozmiłowanych w sci-fi i w lekko futurystycznych wizjach apokalipsy. Jak zwykle wychodzi od historycznych faktów, odwołuje się do tematów, które mogą do dzisiaj budzić odruchowy sprzeciw – ale spycha je tym razem na margines. Rezygnuje z przeszłości odwzorowywanej w codzienności postaci, tak samo jak odrzuca Berlin – tym razem miasto jako takie nie jest potrzebne, sceneria najbardziej dramatycznych wydarzeń nie musi być umiejscowiona konkretnie, nawet jeśli w pewnym momencie zamienia się wręcz w szyfr rodem z gry komputerowej. Oczywiście adresuje autorka wydarzenia. Ale to, co najbardziej istotne, teraz, przechodzi w sferę umysłu, kontrolowania człowieka za pomocą algorytmów i uzależnienia od programów i kodów. Czynnikiem spajającym tę opowieść z pierwszymi założeniami relacji z „Magika” stają się żydowskie dzieci, zwłaszcza dziewczynka, która nie zdążyła dorosnąć. Z „Księciem” z kolei punktem wspólnym jest rabowanie dzieł sztuki. Ale najbardziej wiąże czytelników z cyklem postać Dagmary Bosch i jej ukochanego Paula Chagalla. O ile do tej pory życie prywatne bohaterów schodziło na dalszy plan ze względu na konieczność prowadzenia śledztwa, o tyle teraz okazuje się niezwykle istotnym elementem opowieści, zwłaszcza że kolejne sensacyjne wydarzenia nadszarpnęły zaufanie w związku i rodzą pytania o łączenie obowiązków i prywatności w najbliższym czasie. Nie da się na dłuższą metę wytrzymać napięcia i lęku o bliską osobę – ale przecież specyfika działań Chagalla i samej Dagmary nie pozwala na lenistwo ani na wycofanie się z życia zawodowego. I to Magdalena Parys nakreśla w sposób, który nie pozostawia czytelnikom wątpliwości: muszą się zaangażować w sprawy bohaterów w stopniu większym niż do tej pory. Dwudziesty pierwszy wiek w całej krasie, często bardziej zaawansowany technologicznie niż dostępne przeciętnemu odbiorcy pomysły – to niespodzianka, Magdalena Parys może nieraz zaskoczyć swoim podejściem do możliwości informatycznych i robotycznych. Narracja w tej książce automatycznie staje się o wiele mniej surowa niż na początku całej historii, duże znaczenie ma tu wejście w świat uczuciowy postaci. „Floren” najlepiej ze wszystkich tomów trylogii pokazuje, jak Magdalena Parys potrafi konstruować wielowątkową fabułę i jak umie zaangażować czytelników w sprawy wykreowanych przez siebie bohaterów. To książka, która może spokojnie prowadzić do zbudowania nowego, odrębnego grona fanów – ma największy potencjał na przyciągnięcie rzeczywiście szerokiego grona czytelników. Siłą tomu „Floren” staje się tajemnica w starym stylu, powiązana z detektywistycznym wręcz poszukiwaniem. Autorka wykorzystuje tutaj schematy z najlepszych powieści szpiegowskich, wiąże je z futurystycznymi rozwiązaniami i sporo mówi o psychice postaci, których nie zamieniła przecież w roboty – chociaż które nadludzkimi umiejętnościami mogą budzić przerażenie i podziw. „Floren” to zamknięcie, które pozostawi niedosyt – bo pokaże, ile jeszcze autorka mogłaby zdziałać z tak wykreowanym uniwersum.
Sterowanie
Każdą kolejną częścią Trylogii berlińskiej Magdalena Parys budowała sobie inne grono czytelników – fanów różnych gatunków. Teraz kieruje się do odbiorców rozmiłowanych w sci-fi i w lekko futurystycznych wizjach apokalipsy. Jak zwykle wychodzi od historycznych faktów, odwołuje się do tematów, które mogą do dzisiaj budzić odruchowy sprzeciw – ale spycha je tym razem na margines. Rezygnuje z przeszłości odwzorowywanej w codzienności postaci, tak samo jak odrzuca Berlin – tym razem miasto jako takie nie jest potrzebne, sceneria najbardziej dramatycznych wydarzeń nie musi być umiejscowiona konkretnie, nawet jeśli w pewnym momencie zamienia się wręcz w szyfr rodem z gry komputerowej. Oczywiście adresuje autorka wydarzenia. Ale to, co najbardziej istotne, teraz, przechodzi w sferę umysłu, kontrolowania człowieka za pomocą algorytmów i uzależnienia od programów i kodów. Czynnikiem spajającym tę opowieść z pierwszymi założeniami relacji z „Magika” stają się żydowskie dzieci, zwłaszcza dziewczynka, która nie zdążyła dorosnąć. Z „Księciem” z kolei punktem wspólnym jest rabowanie dzieł sztuki. Ale najbardziej wiąże czytelników z cyklem postać Dagmary Bosch i jej ukochanego Paula Chagalla. O ile do tej pory życie prywatne bohaterów schodziło na dalszy plan ze względu na konieczność prowadzenia śledztwa, o tyle teraz okazuje się niezwykle istotnym elementem opowieści, zwłaszcza że kolejne sensacyjne wydarzenia nadszarpnęły zaufanie w związku i rodzą pytania o łączenie obowiązków i prywatności w najbliższym czasie. Nie da się na dłuższą metę wytrzymać napięcia i lęku o bliską osobę – ale przecież specyfika działań Chagalla i samej Dagmary nie pozwala na lenistwo ani na wycofanie się z życia zawodowego. I to Magdalena Parys nakreśla w sposób, który nie pozostawia czytelnikom wątpliwości: muszą się zaangażować w sprawy bohaterów w stopniu większym niż do tej pory. Dwudziesty pierwszy wiek w całej krasie, często bardziej zaawansowany technologicznie niż dostępne przeciętnemu odbiorcy pomysły – to niespodzianka, Magdalena Parys może nieraz zaskoczyć swoim podejściem do możliwości informatycznych i robotycznych. Narracja w tej książce automatycznie staje się o wiele mniej surowa niż na początku całej historii, duże znaczenie ma tu wejście w świat uczuciowy postaci. „Floren” najlepiej ze wszystkich tomów trylogii pokazuje, jak Magdalena Parys potrafi konstruować wielowątkową fabułę i jak umie zaangażować czytelników w sprawy wykreowanych przez siebie bohaterów. To książka, która może spokojnie prowadzić do zbudowania nowego, odrębnego grona fanów – ma największy potencjał na przyciągnięcie rzeczywiście szerokiego grona czytelników. Siłą tomu „Floren” staje się tajemnica w starym stylu, powiązana z detektywistycznym wręcz poszukiwaniem. Autorka wykorzystuje tutaj schematy z najlepszych powieści szpiegowskich, wiąże je z futurystycznymi rozwiązaniami i sporo mówi o psychice postaci, których nie zamieniła przecież w roboty – chociaż które nadludzkimi umiejętnościami mogą budzić przerażenie i podziw. „Floren” to zamknięcie, które pozostawi niedosyt – bo pokaże, ile jeszcze autorka mogłaby zdziałać z tak wykreowanym uniwersum.
poniedziałek, 2 marca 2026
Magdalena Parys: Książę
Agora, Warszawa 2026 (wznowienie).
Armia
Magdalena Parys bierze pod lupę mało znane wydarzenie historyczne i na jego podstawie osnuwa całą historię ze znanymi już z „Magika” bohaterami. Ale w „Księciu” trochę mniej koncentruje się na otoczeniu, a bardziej na samych charakterach postaci. Na pierwszy plan wysuwa Dagmarę, energiczną dziennikarkę, która nie boi się wyzwań. Dagmara ma zdobywać informacje na temat, który szczególnie intryguje jej kochanka – jednak nie zamierza się dzielić odkryciami, ani komplikacjami w śledztwie. A tych nie zabraknie – kobieta będzie musiała się wykazać wyjątkowym sprytem i przy okazji wielką odwagą, żeby się czegoś dowiedzieć.
Jeśli motywem przewodnim w ramach turpistycznych opisów w „Magiku” był krawat, to w „Księciu” stają się nim skrzydła – ponownie mamy do czynienia z okaleczonymi zwłokami, a to, co oprawca robi z ciałami, ma świadczyć o wyjątkowym kunszcie. Tu rzecz rozgrywa się w środowisku księży, a sami zabici mają sporo wspólnych cech. Kolekcja martwych Jezusów pozwala na snucie refleksji o działaniach psychopatycznych morderców - a jednak i tak coś ją przyćmiewa. Magdalena Parys powraca co pewien czas do cichego dramatu, ofiar i ich bezradności. A i tak to, co dzieje się w podskórnym nurcie polityki narodowej niepokoi bardziej. W „Księciu” temat historyczny zahacza o drugą wojnę światową, a właściwie o jej następstwa – oto pojawia się tajne zgromadzenie, które ma skupiać potencjalnych obrońców Niemiec. Zgromadzenie jest nielegalne i sprzeczne z polityką międzynarodową, jego istnienie musi zatem być utrzymane w sekrecie. Trudno o to, kiedy bezpośrednio zaangażowani są przekonani o swoich racjach.
W tomie „Książę” Magdalena Parys rezygnuje z obrazów obskurnego Berlina na rzecz sztuki, która przewija się w tle. Odwołuje się do dzieł, które zniknęły w niewyjaśnionych okolicznościach podczas drugiej wojny światowej i nie wróciły do prawowitych właścicieli. Widać to też w samej narracji, bo istnieje wyraźne przejście estetyczne: autorka stawia mniej na kontekst wydarzeń, pejzaże miejskie nie mają już znaczenia, liczą się za to prywatne domy i miejsca spotkań – a za tą decyzją idzie kolejna, tym razem łącząca się z większym nastawieniem na sedno międzyludzkich relacji. Oczywiście nie będzie tu miejsca na sielanki i na budowanie pewnej przyszłości, ale powiązania między postaciami mogą nieraz zaskoczyć czytelników. Mnóstwo tu wyzwań wiążących się jednak nie z organizacją codzienności, a z łączeniem prowadzonych śledztw z pozorną zwyczajnością. „Książę” to powieść bardziej skondensowana niż „Magik”, ale i w niej Magdalena Parys nie chce ulec pokusie prowadzenia linearnego śledztwa. O wiele bardziej bawi ją budowanie sieci powiązań między przeszłością, teraźniejszością i życiem bohaterów. Jest to kryminał historyczny bazujący jeszcze bardziej na decyzjach politycznych i na zawirowaniach w najwyższych sferach. To coś dla koneserów gatunku – i tych, którzy nie boją się okrucieństwa ani epatowania grozą w sensacyjnej fabule.
Armia
Magdalena Parys bierze pod lupę mało znane wydarzenie historyczne i na jego podstawie osnuwa całą historię ze znanymi już z „Magika” bohaterami. Ale w „Księciu” trochę mniej koncentruje się na otoczeniu, a bardziej na samych charakterach postaci. Na pierwszy plan wysuwa Dagmarę, energiczną dziennikarkę, która nie boi się wyzwań. Dagmara ma zdobywać informacje na temat, który szczególnie intryguje jej kochanka – jednak nie zamierza się dzielić odkryciami, ani komplikacjami w śledztwie. A tych nie zabraknie – kobieta będzie musiała się wykazać wyjątkowym sprytem i przy okazji wielką odwagą, żeby się czegoś dowiedzieć.
Jeśli motywem przewodnim w ramach turpistycznych opisów w „Magiku” był krawat, to w „Księciu” stają się nim skrzydła – ponownie mamy do czynienia z okaleczonymi zwłokami, a to, co oprawca robi z ciałami, ma świadczyć o wyjątkowym kunszcie. Tu rzecz rozgrywa się w środowisku księży, a sami zabici mają sporo wspólnych cech. Kolekcja martwych Jezusów pozwala na snucie refleksji o działaniach psychopatycznych morderców - a jednak i tak coś ją przyćmiewa. Magdalena Parys powraca co pewien czas do cichego dramatu, ofiar i ich bezradności. A i tak to, co dzieje się w podskórnym nurcie polityki narodowej niepokoi bardziej. W „Księciu” temat historyczny zahacza o drugą wojnę światową, a właściwie o jej następstwa – oto pojawia się tajne zgromadzenie, które ma skupiać potencjalnych obrońców Niemiec. Zgromadzenie jest nielegalne i sprzeczne z polityką międzynarodową, jego istnienie musi zatem być utrzymane w sekrecie. Trudno o to, kiedy bezpośrednio zaangażowani są przekonani o swoich racjach.
W tomie „Książę” Magdalena Parys rezygnuje z obrazów obskurnego Berlina na rzecz sztuki, która przewija się w tle. Odwołuje się do dzieł, które zniknęły w niewyjaśnionych okolicznościach podczas drugiej wojny światowej i nie wróciły do prawowitych właścicieli. Widać to też w samej narracji, bo istnieje wyraźne przejście estetyczne: autorka stawia mniej na kontekst wydarzeń, pejzaże miejskie nie mają już znaczenia, liczą się za to prywatne domy i miejsca spotkań – a za tą decyzją idzie kolejna, tym razem łącząca się z większym nastawieniem na sedno międzyludzkich relacji. Oczywiście nie będzie tu miejsca na sielanki i na budowanie pewnej przyszłości, ale powiązania między postaciami mogą nieraz zaskoczyć czytelników. Mnóstwo tu wyzwań wiążących się jednak nie z organizacją codzienności, a z łączeniem prowadzonych śledztw z pozorną zwyczajnością. „Książę” to powieść bardziej skondensowana niż „Magik”, ale i w niej Magdalena Parys nie chce ulec pokusie prowadzenia linearnego śledztwa. O wiele bardziej bawi ją budowanie sieci powiązań między przeszłością, teraźniejszością i życiem bohaterów. Jest to kryminał historyczny bazujący jeszcze bardziej na decyzjach politycznych i na zawirowaniach w najwyższych sferach. To coś dla koneserów gatunku – i tych, którzy nie boją się okrucieństwa ani epatowania grozą w sensacyjnej fabule.
piątek, 27 lutego 2026
Magdalena Parys: Magik
Agora, Warszaw 2026. (wznowienie)
Niemiecki koszmar
Dwóch ich na początku ginie. Przy czym Frank występuje w charakterze zwłok rodem ze skandynawskiego kryminału, z turpistycznymi i bardzo szczegółowymi opisami masakry, jaka mogła się rozegrać w niedalekiej przeszłości, a Gerhard to już trup niczym ze zwykłej powieści detektywistycznej. Pierwszy pracował dla Stasi, drugi – jako fotoreporter, zresztą wybór zawodu wymuszał na nim zaangażowanie polityczne. I teraz czas na bardzo mozolne śledztwo, które połączy te dwa wątki, a przynajmniej zapewni rozwiązanie zagadek o proweniencji okołopolitycznej. Niemcy – a właściwie sam Berlin – w tej wersji, odmalowywanej w „Magiku” przez Magdalenę Parys, to miejsce nienapawające optymizmem, brudne, nieciekawe i skrajnie niebezpieczne, jeśli ktoś wie za dużo. Surowość krajobrazu podsycana jest co pewien czas wstawkami dotyczącymi wielkiej historii i wielkiej polityki – tu nie ma mowy o stabilizacji czy spokojnej egzystencji, wszystko bezustannie wrze – a tłem staje się obskurna opuszczona kamienica, zasiedlana na dziko. I chociaż Magdalena Parys bardzo dba o szczegółową intrygę, wielowątkową i rozbudowaną, to właśnie koloryt lokalny będzie dla czytelników najbardziej charakterystyczny – w tej powieści nie ma co szukać ukojenia czy ocieplania wizerunku bohaterów. Każdy jeden musi być twardy i bezwzględny, bo tylko tak może osiągać swoje cele.
Berlin z tła wyrasta na najważniejszego bohatera, chociaż obrazek, który Magdalena Parys przedstawia, krzepiący nie będzie. Udaje się autorce przekuć surowość wydarzeń na surowość opisów, a jednocześnie zbudować potężną opowieść zahaczającą raz o wątki rodzinne, raz o wspomnienie Niemiec schyłku XX wieku. I chociaż to obraz jednostronny – króluje tu szarość i beznadzieja – nie sposób nie docenić pisarskiego kunsztu. Magdalena Parys wie bowiem, jak zapewnić czytelnikom silne wrażenia i zachęcić ich do podążania za fabułą nie ze względu na bardzo powoli odkrywane kolejne fakty, które mogą rzucić nowe światło na przeszłość, a za sprawą ascetycznego języka i pozornie pozbawionej melodyjności narracji. Wiadomości potrzebne do rozszyfrowania wydarzeń skapują powoli – i wymagają wielkiego zaangażowania, po drodze wydarzy się jeszcze sporo drobnych dramatów, które jednak ustępują pod względem ważności podstawowym sprawom w śledztwie – autorka nie chce podsuwać czytelnikom kolejnych rozwiązań przed czasem, rezygnuje z fabuły, która byłaby w całości oparta na prowadzonych badaniach. Za to doskonale bawi się, szukając tropów w rzeczywistości i tworząc rozłożyste, dopracowane w detalach, biografie bohaterów. Jest w tym ogromne wyczulenie na szczegóły, ale drobiazgowość nie przytłacza i nie zniechęca do lektury, wręcz przeciwnie – każdy, kto pozna świat „Magika” i zaakceptuje jego pozorną beznamiętność, będzie tu mógł znaleźć sporo dla siebie. Magdalena Parys jest przekonująca nie tylko w intrydze kryminalnej, ale również w samym odzwierciedlaniu przeszłości – historii i polityki – oraz obyczajowości z dawnych czasów. Czytelnikom ma do zaoferowania całkiem dużo wiadomości zupełnie na marginesie biegu akcji – idealnie maskuje sposób informowania o zgromadzonych materiałach. Liczy się przecież tylko i wyłącznie surowe śledztwo, pozbawione ozdobników. Ta iluzja najlepiej pokazuje, jak dobra jest Magdalena Parys w tworzeniu powieści – która wymyka się schematom kryminalnym, sensacyjnym i rozwiązaniom z powieści historycznych niemal w tym samym stopniu.
Niemiecki koszmar
Dwóch ich na początku ginie. Przy czym Frank występuje w charakterze zwłok rodem ze skandynawskiego kryminału, z turpistycznymi i bardzo szczegółowymi opisami masakry, jaka mogła się rozegrać w niedalekiej przeszłości, a Gerhard to już trup niczym ze zwykłej powieści detektywistycznej. Pierwszy pracował dla Stasi, drugi – jako fotoreporter, zresztą wybór zawodu wymuszał na nim zaangażowanie polityczne. I teraz czas na bardzo mozolne śledztwo, które połączy te dwa wątki, a przynajmniej zapewni rozwiązanie zagadek o proweniencji okołopolitycznej. Niemcy – a właściwie sam Berlin – w tej wersji, odmalowywanej w „Magiku” przez Magdalenę Parys, to miejsce nienapawające optymizmem, brudne, nieciekawe i skrajnie niebezpieczne, jeśli ktoś wie za dużo. Surowość krajobrazu podsycana jest co pewien czas wstawkami dotyczącymi wielkiej historii i wielkiej polityki – tu nie ma mowy o stabilizacji czy spokojnej egzystencji, wszystko bezustannie wrze – a tłem staje się obskurna opuszczona kamienica, zasiedlana na dziko. I chociaż Magdalena Parys bardzo dba o szczegółową intrygę, wielowątkową i rozbudowaną, to właśnie koloryt lokalny będzie dla czytelników najbardziej charakterystyczny – w tej powieści nie ma co szukać ukojenia czy ocieplania wizerunku bohaterów. Każdy jeden musi być twardy i bezwzględny, bo tylko tak może osiągać swoje cele.
Berlin z tła wyrasta na najważniejszego bohatera, chociaż obrazek, który Magdalena Parys przedstawia, krzepiący nie będzie. Udaje się autorce przekuć surowość wydarzeń na surowość opisów, a jednocześnie zbudować potężną opowieść zahaczającą raz o wątki rodzinne, raz o wspomnienie Niemiec schyłku XX wieku. I chociaż to obraz jednostronny – króluje tu szarość i beznadzieja – nie sposób nie docenić pisarskiego kunsztu. Magdalena Parys wie bowiem, jak zapewnić czytelnikom silne wrażenia i zachęcić ich do podążania za fabułą nie ze względu na bardzo powoli odkrywane kolejne fakty, które mogą rzucić nowe światło na przeszłość, a za sprawą ascetycznego języka i pozornie pozbawionej melodyjności narracji. Wiadomości potrzebne do rozszyfrowania wydarzeń skapują powoli – i wymagają wielkiego zaangażowania, po drodze wydarzy się jeszcze sporo drobnych dramatów, które jednak ustępują pod względem ważności podstawowym sprawom w śledztwie – autorka nie chce podsuwać czytelnikom kolejnych rozwiązań przed czasem, rezygnuje z fabuły, która byłaby w całości oparta na prowadzonych badaniach. Za to doskonale bawi się, szukając tropów w rzeczywistości i tworząc rozłożyste, dopracowane w detalach, biografie bohaterów. Jest w tym ogromne wyczulenie na szczegóły, ale drobiazgowość nie przytłacza i nie zniechęca do lektury, wręcz przeciwnie – każdy, kto pozna świat „Magika” i zaakceptuje jego pozorną beznamiętność, będzie tu mógł znaleźć sporo dla siebie. Magdalena Parys jest przekonująca nie tylko w intrydze kryminalnej, ale również w samym odzwierciedlaniu przeszłości – historii i polityki – oraz obyczajowości z dawnych czasów. Czytelnikom ma do zaoferowania całkiem dużo wiadomości zupełnie na marginesie biegu akcji – idealnie maskuje sposób informowania o zgromadzonych materiałach. Liczy się przecież tylko i wyłącznie surowe śledztwo, pozbawione ozdobników. Ta iluzja najlepiej pokazuje, jak dobra jest Magdalena Parys w tworzeniu powieści – która wymyka się schematom kryminalnym, sensacyjnym i rozwiązaniom z powieści historycznych niemal w tym samym stopniu.
czwartek, 19 lutego 2026
Lena Jones: Agata Szajba. Tajemniczy klucz
Kropka, Warszawa 2026.
Śledztwo prawdziwe
Literatura detektywistyczna dla najmłodszych ma się świetnie i naprawdę wydaje się, że trudno znaleźć w tym gatunku niszę, która pozwoli zaistnieć. A jednak Lena Jones sporo zaryzykowała i udało jej się – cykl Agata Szajba będzie dla dzieci wręcz wymarzonym cyklem kryminalno-sensacyjnym ze śledztwami w tle. Agata Szajba to dziewczynka, która zajmuje się pracą detektywistyczną na całego – w tym celu często ucieka z lekcji i naraża się na rozmaite niebezpieczeństwa, momentami wręcz z dorosłych historii. Nikt i nic jej nie zatrzyma. Po śmierci mamy dziewczynka chce zajmować się tym, co z ta mamą ją łączyło w obszarze zainteresowań – a to oznacza, że nie ma sobie równych w rozwiązywaniu zagadek detektywistycznych. Pierwsza część serii to nie tylko sposób na prezentację postaci. Lena Jones od razu wrzuca fankę kryminałów Agathy Christie i opowieści o Herkulesie Poirot w centrum dynamicznych i groźnych wydarzeń.
Z jednej strony mamy tu szkolne perypetie: Agata przyjaźni się z Liamem, głosem rozsądku i chłopakiem, który trochę tonuje chęć ładowania się w kolejne kłopoty. Obserwuje z dystansu trzy dziewczyny trzęsące szkolną społecznością – okazuje się, że jedna z nich nie pasuje do paczki, za to marzy o byciu detektywem i nieoczekiwanie znajduje wspólny język z Agatą. Ale szkolne doświadczenia liczą się tylko o tyle, o ile trzeba urwać się z lekcji i przechytrzyć nauczycieli. Ważniejsze rzeczy dzieją się w codzienności. Całym Londynem wstrząsa katastrofa ekologiczna: oto z kranów zaczyna płynąć cuchnąca i czerwona ciecz, która nie nadaje się do picia, za to ma silne właściwości trujące. Mieszkańcy muszą zmierzyć się z problemem na wielką skalę, dowożona beczkowozami woda nie wystarcza na zaspokojenie ich potrzeb – i w tę sytuację wkracza pewna firma, która proponuje oczyszczenie miasta z toksycznych alg i wybudowanie sieci wodociągowej, w założeniu niezawodnej – ale zapewniającej sobie niekoniecznie dobry dla mieszkańców monopol na dostarczanie wody pitnej.
Tylko żeby odkryć prawdziwe intencje rządzących firmą i żeby ujawnić spisek, trzeba będzie się mocno postarać. Agata odkrywa sieć korytarzy pod Londynem – a w nich, za sprawą tatuażu na ręce pewnej kobiety – ślady po mamie. Nagle walka ze złoczyńcami staje się prywatną walką dziewczynki, która została przedwcześnie osierocona. Oczywiście nikt nie traktuje Agaty poważnie i nie chce udzielać jej informacji, więc wiadomości będzie musiała zdobywać samodzielnie i sporo przy tym ryzykując. Zwłaszcza że uparcie ignoruje ostrzeżenia wysyłane przez niekoniecznie życzliwych jej ludzi. Dziewczynka wtrącona w świat dorosłych bardzo dobrze sobie radzi, nawet jeśli ci dorośli nie cofną się przed niczym i chętnie pozbawią ją życia. Lena Jones ucieka od rutyny, wybiera do swojej powieści cały szereg wstrząsających wydarzeń i układa je tak, żeby zapewniać czytelnikom stałe skoki adrenaliny. Sprawia, że dzieci zechcą czytać o przygodach Agaty – bo będą miały mnóstwo powodów do strachu, fascynacji i ciekawości. Agata Szajba to seria, która odchodzi od naiwnych łamigłówek w stronę prawdziwego ryzyka i akcji rodem z filmów sensacyjnych – i to się sprawdzi.
Śledztwo prawdziwe
Literatura detektywistyczna dla najmłodszych ma się świetnie i naprawdę wydaje się, że trudno znaleźć w tym gatunku niszę, która pozwoli zaistnieć. A jednak Lena Jones sporo zaryzykowała i udało jej się – cykl Agata Szajba będzie dla dzieci wręcz wymarzonym cyklem kryminalno-sensacyjnym ze śledztwami w tle. Agata Szajba to dziewczynka, która zajmuje się pracą detektywistyczną na całego – w tym celu często ucieka z lekcji i naraża się na rozmaite niebezpieczeństwa, momentami wręcz z dorosłych historii. Nikt i nic jej nie zatrzyma. Po śmierci mamy dziewczynka chce zajmować się tym, co z ta mamą ją łączyło w obszarze zainteresowań – a to oznacza, że nie ma sobie równych w rozwiązywaniu zagadek detektywistycznych. Pierwsza część serii to nie tylko sposób na prezentację postaci. Lena Jones od razu wrzuca fankę kryminałów Agathy Christie i opowieści o Herkulesie Poirot w centrum dynamicznych i groźnych wydarzeń.
Z jednej strony mamy tu szkolne perypetie: Agata przyjaźni się z Liamem, głosem rozsądku i chłopakiem, który trochę tonuje chęć ładowania się w kolejne kłopoty. Obserwuje z dystansu trzy dziewczyny trzęsące szkolną społecznością – okazuje się, że jedna z nich nie pasuje do paczki, za to marzy o byciu detektywem i nieoczekiwanie znajduje wspólny język z Agatą. Ale szkolne doświadczenia liczą się tylko o tyle, o ile trzeba urwać się z lekcji i przechytrzyć nauczycieli. Ważniejsze rzeczy dzieją się w codzienności. Całym Londynem wstrząsa katastrofa ekologiczna: oto z kranów zaczyna płynąć cuchnąca i czerwona ciecz, która nie nadaje się do picia, za to ma silne właściwości trujące. Mieszkańcy muszą zmierzyć się z problemem na wielką skalę, dowożona beczkowozami woda nie wystarcza na zaspokojenie ich potrzeb – i w tę sytuację wkracza pewna firma, która proponuje oczyszczenie miasta z toksycznych alg i wybudowanie sieci wodociągowej, w założeniu niezawodnej – ale zapewniającej sobie niekoniecznie dobry dla mieszkańców monopol na dostarczanie wody pitnej.
Tylko żeby odkryć prawdziwe intencje rządzących firmą i żeby ujawnić spisek, trzeba będzie się mocno postarać. Agata odkrywa sieć korytarzy pod Londynem – a w nich, za sprawą tatuażu na ręce pewnej kobiety – ślady po mamie. Nagle walka ze złoczyńcami staje się prywatną walką dziewczynki, która została przedwcześnie osierocona. Oczywiście nikt nie traktuje Agaty poważnie i nie chce udzielać jej informacji, więc wiadomości będzie musiała zdobywać samodzielnie i sporo przy tym ryzykując. Zwłaszcza że uparcie ignoruje ostrzeżenia wysyłane przez niekoniecznie życzliwych jej ludzi. Dziewczynka wtrącona w świat dorosłych bardzo dobrze sobie radzi, nawet jeśli ci dorośli nie cofną się przed niczym i chętnie pozbawią ją życia. Lena Jones ucieka od rutyny, wybiera do swojej powieści cały szereg wstrząsających wydarzeń i układa je tak, żeby zapewniać czytelnikom stałe skoki adrenaliny. Sprawia, że dzieci zechcą czytać o przygodach Agaty – bo będą miały mnóstwo powodów do strachu, fascynacji i ciekawości. Agata Szajba to seria, która odchodzi od naiwnych łamigłówek w stronę prawdziwego ryzyka i akcji rodem z filmów sensacyjnych – i to się sprawdzi.
sobota, 7 lutego 2026
Patricia Highsmith: Drżąca ręka fałszerza
Noir sur Blanc, Warszawa 2026 (wydanie II).
Dylematy pisarza
Howard nie jest pisarzem doświadczonym – wprawdzie zna się na swoim fachu, a przynajmniej usilnie pracuje nad tym, żeby móc zarabiać na życie pisaniem, ale non stop wydarza się coś, co odciąga jego uwagę od obowiązków. Powieści Howarda nie przyniosły mu ani olśniewających zarobków, ani sławy – ale zapewniły mu ciekawą propozycję pracy. Tyle tylko, że bohater powinien przynajmniej na pewien czas zmienić otoczenie. Udaje się do Tunezji, żeby tam pracować nad scenariuszem i zapomnieć o byłej żonie.
„Drżąca ręka fałszerza” to powieść Patricii Highsmith dla tych wszystkich, którzy nie lubią kryminałów opartych na tradycyjnych śledztwach, za to wolą sprawdzać, co dzieje się z bohaterami bezpośrednio zaangażowanymi w makabryczne wydarzenia. Egzotyczne miejsce dodaje barw całej historii. Howard spędza czas na czekaniu – nie potrafi na dobre wziąć się do pracy, woli bez przerwy analizować wydarzenia z przeszłości i obserwować otoczenie, a przy okazji sprawdzać, czy nie przyszła do niego poczta, zwłaszcza – wiadomość od partnerki, Iny. A ponieważ listów czy choćby pocztówek boleśnie brak – Howard zajmuje się oglądaniem wszystkiego i wyciąganiem wniosków. Szybko przekonuje się, że w Tunezji mężczyzna nie ma problemu ze znalezieniem sobie młodego przygodnego kochanka – a także, że boye hotelowi to bardzo specyficzna grupa. I to właśnie oni przysporzą najwięcej problemów.
Tak naprawdę nie wiadomo do końca, co się wydarzyło – istnieją przez bardzo długi czas przede wszystkim domysły, które po kolejnych analizach muszą zamienić się w pewność. Zatuszowanie przypadkowego morderstwa dla jednych może być fraszką i banałem, dla innych – źródłem ciągłych frustracji: wszystko zależy od kultury, podejścia i, co najważniejsze, świadomości tego, co naprawdę się stało. Howard nie może uzyskać informacji od nikogo, jest skazany na domysły i na wyrzuty sumienia. Domyśla się najgorszego – ale nikt nie pokaże mu alternatywnego rozwoju akcji raczej podsyci niepewność i rozterki. Patricia Highsmith nie dba o to, żeby pchnąć śledztwo naprzód, woli towarzyszyć postaci, która jest zdezorientowana i osamotniona – i sprawdzać, jak rozwijać się będzie podejście Howarda do całej sprawy. Coś, co mogłoby szybko znaleźć finał – i było czarne albo białe, nagle znajduje trzecie ujęcie i zyskuje mnóstwo pośrednich odcieni. Na to z pewnością czytelnicy nie są gotowi – chyba że stali czytelnicy Patricii Highsmith, ci przecież doskonale zdają sobie sprawę, że autorka zamiast rozwikłania intrygi często woli skupić się na psychologicznych następstwach owej intrygi dla postaci – i doświadcza swoich bohaterów w sposób, który w gatunku nie jest zbyt często spotykany.
„Drżąca ręka fałszerza” to książka bardzo staranna pod kątem literackiej narracji, wypełniona udanymi i celnymi opisami psychiki i zachowań bohatera wywiedzionego na manowce przez rzeczywistość i wyobraźnię. Autorka wie, jak nasycić fabułę kolorytem lokalnym, jak sprawić, żeby powieść miała uniwersalny wymiar i co zrobić, żeby zatrzymać czytelników przy dylematach głównego bohatera. Jest „Drżąca ręka fałszerza” przede wszystkim dowodem na sprawność literacką i umiejętne spostrzeżenia natury psychologicznej autorki.
Dylematy pisarza
Howard nie jest pisarzem doświadczonym – wprawdzie zna się na swoim fachu, a przynajmniej usilnie pracuje nad tym, żeby móc zarabiać na życie pisaniem, ale non stop wydarza się coś, co odciąga jego uwagę od obowiązków. Powieści Howarda nie przyniosły mu ani olśniewających zarobków, ani sławy – ale zapewniły mu ciekawą propozycję pracy. Tyle tylko, że bohater powinien przynajmniej na pewien czas zmienić otoczenie. Udaje się do Tunezji, żeby tam pracować nad scenariuszem i zapomnieć o byłej żonie.
„Drżąca ręka fałszerza” to powieść Patricii Highsmith dla tych wszystkich, którzy nie lubią kryminałów opartych na tradycyjnych śledztwach, za to wolą sprawdzać, co dzieje się z bohaterami bezpośrednio zaangażowanymi w makabryczne wydarzenia. Egzotyczne miejsce dodaje barw całej historii. Howard spędza czas na czekaniu – nie potrafi na dobre wziąć się do pracy, woli bez przerwy analizować wydarzenia z przeszłości i obserwować otoczenie, a przy okazji sprawdzać, czy nie przyszła do niego poczta, zwłaszcza – wiadomość od partnerki, Iny. A ponieważ listów czy choćby pocztówek boleśnie brak – Howard zajmuje się oglądaniem wszystkiego i wyciąganiem wniosków. Szybko przekonuje się, że w Tunezji mężczyzna nie ma problemu ze znalezieniem sobie młodego przygodnego kochanka – a także, że boye hotelowi to bardzo specyficzna grupa. I to właśnie oni przysporzą najwięcej problemów.
Tak naprawdę nie wiadomo do końca, co się wydarzyło – istnieją przez bardzo długi czas przede wszystkim domysły, które po kolejnych analizach muszą zamienić się w pewność. Zatuszowanie przypadkowego morderstwa dla jednych może być fraszką i banałem, dla innych – źródłem ciągłych frustracji: wszystko zależy od kultury, podejścia i, co najważniejsze, świadomości tego, co naprawdę się stało. Howard nie może uzyskać informacji od nikogo, jest skazany na domysły i na wyrzuty sumienia. Domyśla się najgorszego – ale nikt nie pokaże mu alternatywnego rozwoju akcji raczej podsyci niepewność i rozterki. Patricia Highsmith nie dba o to, żeby pchnąć śledztwo naprzód, woli towarzyszyć postaci, która jest zdezorientowana i osamotniona – i sprawdzać, jak rozwijać się będzie podejście Howarda do całej sprawy. Coś, co mogłoby szybko znaleźć finał – i było czarne albo białe, nagle znajduje trzecie ujęcie i zyskuje mnóstwo pośrednich odcieni. Na to z pewnością czytelnicy nie są gotowi – chyba że stali czytelnicy Patricii Highsmith, ci przecież doskonale zdają sobie sprawę, że autorka zamiast rozwikłania intrygi często woli skupić się na psychologicznych następstwach owej intrygi dla postaci – i doświadcza swoich bohaterów w sposób, który w gatunku nie jest zbyt często spotykany.
„Drżąca ręka fałszerza” to książka bardzo staranna pod kątem literackiej narracji, wypełniona udanymi i celnymi opisami psychiki i zachowań bohatera wywiedzionego na manowce przez rzeczywistość i wyobraźnię. Autorka wie, jak nasycić fabułę kolorytem lokalnym, jak sprawić, żeby powieść miała uniwersalny wymiar i co zrobić, żeby zatrzymać czytelników przy dylematach głównego bohatera. Jest „Drżąca ręka fałszerza” przede wszystkim dowodem na sprawność literacką i umiejętne spostrzeżenia natury psychologicznej autorki.
piątek, 9 stycznia 2026
Olga Rudnicka: Jedną nogą w grobie
Prószyński i S-ka, Warszawa 2025.
Zapłata
To, że ta książka na okładce ma napis „komedia obyczajowa”, to raczej niedopatrzenie, powinna być „kryminalna”, jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że przez większą część historii Wiesiek jest nieboszczykiem, a bliskie mu osoby otrzymują w paczkach kolejne części jego ciała. No chyba że odbiorcy skoncentrują się raczej na fakcie, że kochanka Wieśka zaszła w ciążę i tym samym dojrzała do decyzji o ustabilizowaniu związku, córka próbuje sobie ułożyć życie z kobietą, która uczy ją panowania nad gniewem, żona ma problem z alkoholem (kiedy go nie ma), a syn… Cóż, syn to zakała rodziny, nawet takiej dysfunkcyjnej. I to właśnie od syna zaczynają się kłopoty.
Olga Rudnicka jak zawsze bawi się schematami i wykorzystuje komediowy potencjał tkwiący w kryminalnych wydarzeniach. Tu odejścia od kryminału nie ma – chociaż wizja sąsiedzkiego wsparcia i rodzącej się nieoczekiwanie przyjaźni może pokrzepić, nawet jeśli główną (nie)zainteresowaną drażni. Małgorzata przekonuje się, że w jej domu pojawia się coraz więcej ludzi – nie tylko korzystają z jej gościnności, wyjadając zapasy, ale nawet wprowadzają się do wolnych pokoi, a wszystko po to, żeby znaleźć ochronę przed bandziorami albo uzyskać pomoc – a może tej pomocy udzielić, skoro nikt nie wie, co naprawdę się dzieje. Nawet sam motyw żądania okupu staje się punktem wyjścia do komicznych scen – chociaż na początku co najmniej jednej postaci do śmiechu nie będzie.
„Jedną nogą w grobie” to powieść dla tych wszystkich czytelników, których męczą tradycyjne i schematyczne śledztwa oraz sceny przemocy dla samej przemocy. U Olgi Rudnickiej przemocy nie brakuje – ale ma swój wyraźny cel. Do tego dochodzi szybka akcja wypełniona nieoczekiwanymi rozwiązaniami. Nawet jeśli sytuacja z zaginionym mężem i kochankiem miałaby budzić troskę lub litość, wszystko zmienia się w obliczu reakcji rodziny. Uwaga czytelników i bohaterów przenosi się jednak z pytania, co się stało, na pytanie, co zrobić z kawałkami Wiesława, niekoniecznie potrzebnymi w zwyczajnych domach. To spore urozmaicenie w opowieści i metoda na przyciągnięcie odbiorców. Jak zawsze u Olgi Rudnickiej – dzieje się tu szybko i dużo, a wewnętrzne głosy postaci pozwalają na wprowadzanie autoironii. Trzy przestrzenie i co najmniej dwa razy tyle indywidualnych historii to przepis na radość odbiorców. Bo Olga Rudnicka pisze dla rozrywki, wie, jak przekonać do siebie czytelników i ma im sporo do zaoferowania – nawet jeśli wprowadza bohaterów na jeden raz. Książki kryminalne cieszą się stałym powodzeniem na rynku, ale osobnym gatunkiem są powieści kryminalne oparte na komedii – tu jak na komedię kryminału jest więcej niż można by się spodziewać – ale przydaje się on do budowania odstępstw od schematów. Nietypowe reakcje w odpowiedzi na żądanie szantażystów to dobry punkt wyjścia dla tych odbiorców, którzy szukają odskoczni od rutyny. Olga Rudnicka jest niepowtarzalna.
Zapłata
To, że ta książka na okładce ma napis „komedia obyczajowa”, to raczej niedopatrzenie, powinna być „kryminalna”, jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że przez większą część historii Wiesiek jest nieboszczykiem, a bliskie mu osoby otrzymują w paczkach kolejne części jego ciała. No chyba że odbiorcy skoncentrują się raczej na fakcie, że kochanka Wieśka zaszła w ciążę i tym samym dojrzała do decyzji o ustabilizowaniu związku, córka próbuje sobie ułożyć życie z kobietą, która uczy ją panowania nad gniewem, żona ma problem z alkoholem (kiedy go nie ma), a syn… Cóż, syn to zakała rodziny, nawet takiej dysfunkcyjnej. I to właśnie od syna zaczynają się kłopoty.
Olga Rudnicka jak zawsze bawi się schematami i wykorzystuje komediowy potencjał tkwiący w kryminalnych wydarzeniach. Tu odejścia od kryminału nie ma – chociaż wizja sąsiedzkiego wsparcia i rodzącej się nieoczekiwanie przyjaźni może pokrzepić, nawet jeśli główną (nie)zainteresowaną drażni. Małgorzata przekonuje się, że w jej domu pojawia się coraz więcej ludzi – nie tylko korzystają z jej gościnności, wyjadając zapasy, ale nawet wprowadzają się do wolnych pokoi, a wszystko po to, żeby znaleźć ochronę przed bandziorami albo uzyskać pomoc – a może tej pomocy udzielić, skoro nikt nie wie, co naprawdę się dzieje. Nawet sam motyw żądania okupu staje się punktem wyjścia do komicznych scen – chociaż na początku co najmniej jednej postaci do śmiechu nie będzie.
„Jedną nogą w grobie” to powieść dla tych wszystkich czytelników, których męczą tradycyjne i schematyczne śledztwa oraz sceny przemocy dla samej przemocy. U Olgi Rudnickiej przemocy nie brakuje – ale ma swój wyraźny cel. Do tego dochodzi szybka akcja wypełniona nieoczekiwanymi rozwiązaniami. Nawet jeśli sytuacja z zaginionym mężem i kochankiem miałaby budzić troskę lub litość, wszystko zmienia się w obliczu reakcji rodziny. Uwaga czytelników i bohaterów przenosi się jednak z pytania, co się stało, na pytanie, co zrobić z kawałkami Wiesława, niekoniecznie potrzebnymi w zwyczajnych domach. To spore urozmaicenie w opowieści i metoda na przyciągnięcie odbiorców. Jak zawsze u Olgi Rudnickiej – dzieje się tu szybko i dużo, a wewnętrzne głosy postaci pozwalają na wprowadzanie autoironii. Trzy przestrzenie i co najmniej dwa razy tyle indywidualnych historii to przepis na radość odbiorców. Bo Olga Rudnicka pisze dla rozrywki, wie, jak przekonać do siebie czytelników i ma im sporo do zaoferowania – nawet jeśli wprowadza bohaterów na jeden raz. Książki kryminalne cieszą się stałym powodzeniem na rynku, ale osobnym gatunkiem są powieści kryminalne oparte na komedii – tu jak na komedię kryminału jest więcej niż można by się spodziewać – ale przydaje się on do budowania odstępstw od schematów. Nietypowe reakcje w odpowiedzi na żądanie szantażystów to dobry punkt wyjścia dla tych odbiorców, którzy szukają odskoczni od rutyny. Olga Rudnicka jest niepowtarzalna.
czwartek, 8 stycznia 2026
Iwona Banach: Instytut
Dragon, Bielsko-Biała 2025.
Głosy
To jest fantastyczne, jak Iwona Banach wykorzystuje możliwości narracyjne w tej książce – i jak przełamuje to, co czytelnikom powieści rozrywkowych doskonale znane, czyli przeplatanie trzecioosobowej narracji wątkami pierwszoosobowymi i wyznaniami bohaterów. „Instytut” to jednocześnie odejście od komedii kryminalnych, z których ta autorka słynie – w kierunku bardzo mocnego thrillera dla koneserów gatunku. W małej miejscowości w czasach PRL-u znajdował się instytut – ponury budynek przeznaczony dla porzuconych niepełnosprawnych dzieci. W rzeczywistości instytut służył różnym, o wiele bardziej mrocznym celom, wśród których pojawiały się również i te przynoszące krzywdę młodym ludziom. Ale o tym autorka opowie w odpowiednim czasie. Na razie rejestruje wydarzenia, które rozgrywają się w okolicy już w czasach obecnych – i chaos w głowie jednej z bohaterek. I ten chaos w głowie przyciąga jak magnes nawet czytelników stroniących od thrillerów – bo Iwona Banach wykorzystała tu nietypowe rozwiązanie.
Katarzyna jest uważana za dziecko niespełna rozumu – a może byłaby tak uważana, gdyby ktoś zwracał na nią uwagę. Dziecko wychowywane surowo przez okrutną babkę cierpi na wiele rozmaitych chorób, w tym na padaczkę – i najprawdopodobniej na schizofrenię. Owszem, są kolorowe cukierki „na znikanie” kolejnych tożsamości, ale głosy w głowie walczą o to, żeby nie zniknąć i nie rozpłynąć się w nicość – chcą przetrwać, a jedyną nadzieją na przetrwanie jest współpraca. Głosy nie widzą się wzajemnie, mogą tylko w nieskończoność dyskutować i wyciągać wnioski na tematy rozmaite. Nie ma wśród nich samej Katarzyny – pojawia się za to chłopiec o czterech twarzach, stara doświadczona czarownica czy drobna dziewczynka, kilkulatka potrafiąca mdleć na zawołanie. Każde z tych bohaterów, nawet jeśli posiadają wspólne ciało, ma coś do powiedzenia w kwestii egzystencji Katarzyny i jej smutnych doświadczeń. To dziecko nie ma szans na wyjście z choroby czy choćby poznanie serdeczności ze strony bliskich – przez babkę jest traktowane jako zło i wciąż odpychane. Ale innego świata nie zna, musi się przystosować. W małym miasteczku giną dwie kobiety – a policja zastanawia się, czy ma do czynienia z seryjnym mordercą i czy te zbrodnie coś łączy. Różne nitki prowadzą do instytutu, a jeśli chce się zaprowadzić porządek w do tej pory spokojnym miejscu, należy rozwiązać zagadkę, której korzenie sięgają daleko w przeszłość. Żeby poznać tajemnice instytutu, trzeba znaleźć ludzi, którzy będą w stanie opowiedzieć o tym, co działo się za jego murami. A to wszystko nie będzie zbyt proste. I teraz Iwona Banach standardową opowieść ze śledztwem i tropieniem ważnych dla intrygi wątków zamienia w literacką przygodę za sprawą sposobu opisywania rzeczywistości. Nie ma dla swoich bohaterów azylu ani wsparcia, nie ma też parasola ochronnego dla najmłodszych – trzeba pamiętać, że w „Instytucie” najwięcej złego spotka tych, którzy sami nie potrafią się obronić i również będzie to wymowne.
Iwona Banach udowadnia, że potrafi pisać poważnie i budzić grozę idealnie skonstruowaną fabułą. Prowadzi opisy surowe i klimatyczne jednocześnie, daje odbiorcom szansę na zestaw silnych przeżyć – ma pomysł na powieść inną niż kryminalne komedie czy wygodne śledztwa.
Głosy
To jest fantastyczne, jak Iwona Banach wykorzystuje możliwości narracyjne w tej książce – i jak przełamuje to, co czytelnikom powieści rozrywkowych doskonale znane, czyli przeplatanie trzecioosobowej narracji wątkami pierwszoosobowymi i wyznaniami bohaterów. „Instytut” to jednocześnie odejście od komedii kryminalnych, z których ta autorka słynie – w kierunku bardzo mocnego thrillera dla koneserów gatunku. W małej miejscowości w czasach PRL-u znajdował się instytut – ponury budynek przeznaczony dla porzuconych niepełnosprawnych dzieci. W rzeczywistości instytut służył różnym, o wiele bardziej mrocznym celom, wśród których pojawiały się również i te przynoszące krzywdę młodym ludziom. Ale o tym autorka opowie w odpowiednim czasie. Na razie rejestruje wydarzenia, które rozgrywają się w okolicy już w czasach obecnych – i chaos w głowie jednej z bohaterek. I ten chaos w głowie przyciąga jak magnes nawet czytelników stroniących od thrillerów – bo Iwona Banach wykorzystała tu nietypowe rozwiązanie.
Katarzyna jest uważana za dziecko niespełna rozumu – a może byłaby tak uważana, gdyby ktoś zwracał na nią uwagę. Dziecko wychowywane surowo przez okrutną babkę cierpi na wiele rozmaitych chorób, w tym na padaczkę – i najprawdopodobniej na schizofrenię. Owszem, są kolorowe cukierki „na znikanie” kolejnych tożsamości, ale głosy w głowie walczą o to, żeby nie zniknąć i nie rozpłynąć się w nicość – chcą przetrwać, a jedyną nadzieją na przetrwanie jest współpraca. Głosy nie widzą się wzajemnie, mogą tylko w nieskończoność dyskutować i wyciągać wnioski na tematy rozmaite. Nie ma wśród nich samej Katarzyny – pojawia się za to chłopiec o czterech twarzach, stara doświadczona czarownica czy drobna dziewczynka, kilkulatka potrafiąca mdleć na zawołanie. Każde z tych bohaterów, nawet jeśli posiadają wspólne ciało, ma coś do powiedzenia w kwestii egzystencji Katarzyny i jej smutnych doświadczeń. To dziecko nie ma szans na wyjście z choroby czy choćby poznanie serdeczności ze strony bliskich – przez babkę jest traktowane jako zło i wciąż odpychane. Ale innego świata nie zna, musi się przystosować. W małym miasteczku giną dwie kobiety – a policja zastanawia się, czy ma do czynienia z seryjnym mordercą i czy te zbrodnie coś łączy. Różne nitki prowadzą do instytutu, a jeśli chce się zaprowadzić porządek w do tej pory spokojnym miejscu, należy rozwiązać zagadkę, której korzenie sięgają daleko w przeszłość. Żeby poznać tajemnice instytutu, trzeba znaleźć ludzi, którzy będą w stanie opowiedzieć o tym, co działo się za jego murami. A to wszystko nie będzie zbyt proste. I teraz Iwona Banach standardową opowieść ze śledztwem i tropieniem ważnych dla intrygi wątków zamienia w literacką przygodę za sprawą sposobu opisywania rzeczywistości. Nie ma dla swoich bohaterów azylu ani wsparcia, nie ma też parasola ochronnego dla najmłodszych – trzeba pamiętać, że w „Instytucie” najwięcej złego spotka tych, którzy sami nie potrafią się obronić i również będzie to wymowne.
Iwona Banach udowadnia, że potrafi pisać poważnie i budzić grozę idealnie skonstruowaną fabułą. Prowadzi opisy surowe i klimatyczne jednocześnie, daje odbiorcom szansę na zestaw silnych przeżyć – ma pomysł na powieść inną niż kryminalne komedie czy wygodne śledztwa.
sobota, 15 listopada 2025
Michał Ritter: Cztery pory zbrodni. Wiosna
Media Rodzina, Poznań 2025.
Komandos
Michał Ritter to na polskim rynku kryminalnym nazwisko nowe, ale nie mamy do czynienia z debiutem tylko z pseudonimem „wielokrotnie nagradzanego autora”. Parę tropów w notce biograficznej się pojawia, więc jeśli czytelnicy będą mieli ochotę przeprowadzić proces dedukcji i porównać dane oraz styl pisania – rozszyfrują z pewnością twórcę. Cała reszta skupi się na zapoczątkowanym właśnie cyklu powieściowym wysokiej klasy rozrywkowej. Polska odpowiedź na Jacka Reachera to mnóstwo bezpośrednich zagrożeń życia, sporo sprytu, wielka trauma z nieodległej przeszłości, twardziel, który pozornie nie kieruje się sentymentami i spostrzegawczość pozwalająca wychwycić najdrobniejsze przesłanki dotyczące zamiarów przestępców. Hubert Rajcher nie może siedzieć spokojnie w miejscu. Wprawdzie pozornie wycofał się z czynnej służby, ale jako były GROM-owiec nie ma problemu ze znalezieniem zajęcia. Teraz pomaga komisarz Annie Zaspie. Działa w ukryciu i samotnie – bo żeby zdobyć potrzebne wiadomości, musi przeniknąć do środowiska, które jest wyjątkowo nieufne wobec nowych. Bezdomni także mają swoje hierarchie i relacje, nie są przesadnie gościnni i potrafią być niebezpieczni. Tymczasem Rajcher musi się dowiedzieć, co kryje się za tajemniczymi zgonami dziewczyn z rozbitych lub patologicznych rodzin. Kolejne nastolatki giną w niewyjaśnionych okolicznościach, ale w końcu rzecz dotyka córki biznesmena i wtedy już nie można dłużej czekać. Anna Zaspa sama ma nastoletnią córkę – nic więc dziwnego, że mocno angażuje się w bieg wydarzeń. Ale to nie ona będzie skupiać na sobie uwagę czytelników, tylko superbohater Rajcher.
Rajcher potrafi wszystko. Jest uważnym obserwatorem i w każdym starciu – czy to z naszprycowanymi oprychami, czy z groźnymi cynglami – poradzi sobie bez pomocy. Przyjmuje na siebie ataki kilku wrogów jednocześnie, a dzieje się to za sprawą świetnej znajomości sztuk walki oraz umiejętności odczytywania intencji. To wszystko, co wie Rajcher, będą też wiedzieć czytelnicy, bo autor nie szczędzi im detali walk – rozpisuje na najdrobniejsze gesty i spojrzenia każdą akcję, wyjaśnia, co i dlaczego robi bohater – i jaki efekt dzięki temu uzyskuje. To jak oglądanie walki w zwolnionym tempie i z komentarzem eksperta. Zresztą każde wyjęcie broni przez któregokolwiek z bohaterów oznaczać będzie dla odbiorców krótki wykład na temat tejże broni – i tego konkretnego egzemplarza czy stopnia jego wysłużenia. Robi autor wiele, żeby czytelnicy uwierzyli, że w doświadczeniu Rajchera nie ma przypadkowości ani magii – wszystko jest starannie wypracowane i uzasadnione. Tak wielka przenikliwość narratora – chociaż zrozumiała w przypadku kreacji bohatera – będzie momentami aż męcząca, chociaż nie ulega wątpliwości, że z prowadzeniem narracji autor sobie radzi. „Cztery pory zbrodni. Wiosna” to powieść gęsta i pełna ciekawych wydarzeń, autor nie tylko prowadzi tu główny wątek dotyczący śledztwa w sprawie śmierci dziewczyn – musi się jednocześnie koncentrować także na relacjach między Zaspą i Rajcherem – pokaleczonymi przez życie ludźmi, którzy potrafią oddawać się pracy. Buduje dalszoplanowe charaktery z wprawą i pomysłem, funduje czytelnikom mnóstwo silnych emocji i co pewien czas dodaje kolejną nitkę w śledztwie. Narracja w tej powieści jest bardzo drobiazgowa, ale ponieważ mnóstwo tu jednocześnie silnych – wybuchowych wręcz – wydarzeń, nikt nie będzie się nią na dłuższą metę męczyć. I wiadomo już, że Hubert Rajcher wyrasta na bohatera, któremu trudno będzie dorównać.
Komandos
Michał Ritter to na polskim rynku kryminalnym nazwisko nowe, ale nie mamy do czynienia z debiutem tylko z pseudonimem „wielokrotnie nagradzanego autora”. Parę tropów w notce biograficznej się pojawia, więc jeśli czytelnicy będą mieli ochotę przeprowadzić proces dedukcji i porównać dane oraz styl pisania – rozszyfrują z pewnością twórcę. Cała reszta skupi się na zapoczątkowanym właśnie cyklu powieściowym wysokiej klasy rozrywkowej. Polska odpowiedź na Jacka Reachera to mnóstwo bezpośrednich zagrożeń życia, sporo sprytu, wielka trauma z nieodległej przeszłości, twardziel, który pozornie nie kieruje się sentymentami i spostrzegawczość pozwalająca wychwycić najdrobniejsze przesłanki dotyczące zamiarów przestępców. Hubert Rajcher nie może siedzieć spokojnie w miejscu. Wprawdzie pozornie wycofał się z czynnej służby, ale jako były GROM-owiec nie ma problemu ze znalezieniem zajęcia. Teraz pomaga komisarz Annie Zaspie. Działa w ukryciu i samotnie – bo żeby zdobyć potrzebne wiadomości, musi przeniknąć do środowiska, które jest wyjątkowo nieufne wobec nowych. Bezdomni także mają swoje hierarchie i relacje, nie są przesadnie gościnni i potrafią być niebezpieczni. Tymczasem Rajcher musi się dowiedzieć, co kryje się za tajemniczymi zgonami dziewczyn z rozbitych lub patologicznych rodzin. Kolejne nastolatki giną w niewyjaśnionych okolicznościach, ale w końcu rzecz dotyka córki biznesmena i wtedy już nie można dłużej czekać. Anna Zaspa sama ma nastoletnią córkę – nic więc dziwnego, że mocno angażuje się w bieg wydarzeń. Ale to nie ona będzie skupiać na sobie uwagę czytelników, tylko superbohater Rajcher.
Rajcher potrafi wszystko. Jest uważnym obserwatorem i w każdym starciu – czy to z naszprycowanymi oprychami, czy z groźnymi cynglami – poradzi sobie bez pomocy. Przyjmuje na siebie ataki kilku wrogów jednocześnie, a dzieje się to za sprawą świetnej znajomości sztuk walki oraz umiejętności odczytywania intencji. To wszystko, co wie Rajcher, będą też wiedzieć czytelnicy, bo autor nie szczędzi im detali walk – rozpisuje na najdrobniejsze gesty i spojrzenia każdą akcję, wyjaśnia, co i dlaczego robi bohater – i jaki efekt dzięki temu uzyskuje. To jak oglądanie walki w zwolnionym tempie i z komentarzem eksperta. Zresztą każde wyjęcie broni przez któregokolwiek z bohaterów oznaczać będzie dla odbiorców krótki wykład na temat tejże broni – i tego konkretnego egzemplarza czy stopnia jego wysłużenia. Robi autor wiele, żeby czytelnicy uwierzyli, że w doświadczeniu Rajchera nie ma przypadkowości ani magii – wszystko jest starannie wypracowane i uzasadnione. Tak wielka przenikliwość narratora – chociaż zrozumiała w przypadku kreacji bohatera – będzie momentami aż męcząca, chociaż nie ulega wątpliwości, że z prowadzeniem narracji autor sobie radzi. „Cztery pory zbrodni. Wiosna” to powieść gęsta i pełna ciekawych wydarzeń, autor nie tylko prowadzi tu główny wątek dotyczący śledztwa w sprawie śmierci dziewczyn – musi się jednocześnie koncentrować także na relacjach między Zaspą i Rajcherem – pokaleczonymi przez życie ludźmi, którzy potrafią oddawać się pracy. Buduje dalszoplanowe charaktery z wprawą i pomysłem, funduje czytelnikom mnóstwo silnych emocji i co pewien czas dodaje kolejną nitkę w śledztwie. Narracja w tej powieści jest bardzo drobiazgowa, ale ponieważ mnóstwo tu jednocześnie silnych – wybuchowych wręcz – wydarzeń, nikt nie będzie się nią na dłuższą metę męczyć. I wiadomo już, że Hubert Rajcher wyrasta na bohatera, któremu trudno będzie dorównać.
wtorek, 11 listopada 2025
Holly Jackson: Nie całkiem martwa
Must Read, Media Rodzina, Poznań 2025.
Misja
Holly Jackson wie, jak budować napięcie w powieściach sensacyjno-thrillerowych. Nie pierwszy raz na rynku wydawniczym ukazuje się książka, której dramatyczne początki tkwią w obchodach Halloween – dla kogoś świętowanie może zamienić się w koszmar. Ale ta autorka stawia na misję. Oto Jet, młoda kobieta, która została podczas imprezy zaatakowana kilkoma ciosami w tył czaszki, dowiaduje się, że ma bardzo określony termin własnej śmierci: albo zdecyduje się na operację i najprawdopodobniej umrze na stole operacyjnym, albo da sobie jeszcze tydzień życia i zabije ją tętniak, który powstanie w konsekwencji uderzenia. Jet wbrew naciskom ze strony matki postanawia wykorzystać czas, który jej pozostał – i odkryć, kto postanowił pozbawić ją życia. Rzuca się w szaleńczy pościg za (już za chwilę) mordercą, a ponieważ i tak za chwilę umrze, nie ma nic do stracenia i może zrobić absolutnie wszystko. W tym absolutnie wszystkim trochę się Holly Jackson zapomina, bo obdarza swoją bohaterkę niemal supermocami, sprawia, że Jet może dokonywać fizycznych wyczynów na miarę kaskadera – chociaż stopniowo ciało zaczyna jej odmawiać posłuszeństwa. Można jednak przymknąć oko na brak drobnych niedogodności po ciosie zainkasowanym w czaszkę, jeśli akcja rozwija się tak, jak to proponuje autorka.
„Nie całkiem martwa” to niby powieść z dnem kryminalnym: chodzi w końcu o to, żeby wykryć mordercę, a przy okazji powynajdować też rozmaite niesnaski w rodzinie – ale autorka prowadzi ją tak, żeby na plan pierwszy wyszedł niepozorny bohater, chłopak z sąsiedztwa, Billy. Billy jest wrażliwy (nawet za bardzo), delikatny i bojaźliwy. Nikogo by nie skrzywdził, nigdy nie złamałby prawa. Podkochuje się wprawdzie beznadziejnie w Jet, ale na pewno nie zrobi nic, żeby przyjaciółka zwróciła na niego uwagę. I to właśnie ten słodki mały Billy wzywa pomoc, a później przez cały tydzień towarzyszy Jet w jej dążeniu do odkrycia prawdy. Dojrzewa, mężnieje i staje się opoką. Obserwowanie tej postaci stanowi największą przyjemność śledzenia akcji w „Nie całkiem martwej” – i właśnie dla tego rozwoju można wybaczyć scenariuszowe uproszczenia. Dzieje się tu naprawdę dużo, nie wystarczy prześledzić obraz z kamer, to dopiero początek śledztwa i punkt wyjścia do długiego śledztwa – ale wszystkie metody z tradycyjnych kryminałów (choćby włos na miejscu zbrodni) biorą w łeb, tu trzeba ruchu, działania, energii i zdecydowania wszędzie tam, gdzie trzeba się wedrzeć siłą lub podstępem po konieczne informacje. Jet nic już nie przywróci do życia, co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Ale przez tydzień może się wydarzyć jeszcze bardzo dużo i Holly Jackson to właśnie odbiorcom oferuje.
Najlepiej w tej książce wypada gra na emocjach odbiorców: bohaterka, która jest świadoma swojego bliskiego kresu, może pożegnać się z bliskimi i wyznać im to, co powinni usłyszeć. Zyskuje samoświadomość, której nie miałaby w przypadku zwyczajnej codzienności. Wreszcie poznaje zakres własnych możliwości w dziedzinie dążenia do odkrycia prawdy. „Nie całkiem martwa” to książka, która cechuje się udaną narracją (i sprawnym tłumaczeniem). Jest tu wiele sensacyjności, ale równie wiele silnych uczuć – i poza początkowym przymusowym uzasadnieniem uwolnienia bohaterki (przez skrócenie czasu pozostałego do śmierci) nie razi naiwnością.
Misja
Holly Jackson wie, jak budować napięcie w powieściach sensacyjno-thrillerowych. Nie pierwszy raz na rynku wydawniczym ukazuje się książka, której dramatyczne początki tkwią w obchodach Halloween – dla kogoś świętowanie może zamienić się w koszmar. Ale ta autorka stawia na misję. Oto Jet, młoda kobieta, która została podczas imprezy zaatakowana kilkoma ciosami w tył czaszki, dowiaduje się, że ma bardzo określony termin własnej śmierci: albo zdecyduje się na operację i najprawdopodobniej umrze na stole operacyjnym, albo da sobie jeszcze tydzień życia i zabije ją tętniak, który powstanie w konsekwencji uderzenia. Jet wbrew naciskom ze strony matki postanawia wykorzystać czas, który jej pozostał – i odkryć, kto postanowił pozbawić ją życia. Rzuca się w szaleńczy pościg za (już za chwilę) mordercą, a ponieważ i tak za chwilę umrze, nie ma nic do stracenia i może zrobić absolutnie wszystko. W tym absolutnie wszystkim trochę się Holly Jackson zapomina, bo obdarza swoją bohaterkę niemal supermocami, sprawia, że Jet może dokonywać fizycznych wyczynów na miarę kaskadera – chociaż stopniowo ciało zaczyna jej odmawiać posłuszeństwa. Można jednak przymknąć oko na brak drobnych niedogodności po ciosie zainkasowanym w czaszkę, jeśli akcja rozwija się tak, jak to proponuje autorka.
„Nie całkiem martwa” to niby powieść z dnem kryminalnym: chodzi w końcu o to, żeby wykryć mordercę, a przy okazji powynajdować też rozmaite niesnaski w rodzinie – ale autorka prowadzi ją tak, żeby na plan pierwszy wyszedł niepozorny bohater, chłopak z sąsiedztwa, Billy. Billy jest wrażliwy (nawet za bardzo), delikatny i bojaźliwy. Nikogo by nie skrzywdził, nigdy nie złamałby prawa. Podkochuje się wprawdzie beznadziejnie w Jet, ale na pewno nie zrobi nic, żeby przyjaciółka zwróciła na niego uwagę. I to właśnie ten słodki mały Billy wzywa pomoc, a później przez cały tydzień towarzyszy Jet w jej dążeniu do odkrycia prawdy. Dojrzewa, mężnieje i staje się opoką. Obserwowanie tej postaci stanowi największą przyjemność śledzenia akcji w „Nie całkiem martwej” – i właśnie dla tego rozwoju można wybaczyć scenariuszowe uproszczenia. Dzieje się tu naprawdę dużo, nie wystarczy prześledzić obraz z kamer, to dopiero początek śledztwa i punkt wyjścia do długiego śledztwa – ale wszystkie metody z tradycyjnych kryminałów (choćby włos na miejscu zbrodni) biorą w łeb, tu trzeba ruchu, działania, energii i zdecydowania wszędzie tam, gdzie trzeba się wedrzeć siłą lub podstępem po konieczne informacje. Jet nic już nie przywróci do życia, co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Ale przez tydzień może się wydarzyć jeszcze bardzo dużo i Holly Jackson to właśnie odbiorcom oferuje.
Najlepiej w tej książce wypada gra na emocjach odbiorców: bohaterka, która jest świadoma swojego bliskiego kresu, może pożegnać się z bliskimi i wyznać im to, co powinni usłyszeć. Zyskuje samoświadomość, której nie miałaby w przypadku zwyczajnej codzienności. Wreszcie poznaje zakres własnych możliwości w dziedzinie dążenia do odkrycia prawdy. „Nie całkiem martwa” to książka, która cechuje się udaną narracją (i sprawnym tłumaczeniem). Jest tu wiele sensacyjności, ale równie wiele silnych uczuć – i poza początkowym przymusowym uzasadnieniem uwolnienia bohaterki (przez skrócenie czasu pozostałego do śmierci) nie razi naiwnością.
niedziela, 28 września 2025
Aneta Jadowska: Sekret prawie byłego męża
SQN, Warszawa 2025.
Pułapka
Agata Bunc jest pisarką, która potrzebuje w swoim życiu zmiany. Od ośmiu lat nie może się rozwieść z mężem – ten robi problemy i celowo utrudnia rozstanie. Nie zamierza ratować małżeństwa, ma już zresztą od pewnego czasu nową partnerkę – ale przez złośliwość komplikuje Agacie życie. Na szczęście dużo się ostatnio zmieniło: Agata zamieszkała w domu Uklejów razem z dwiema przyjaciółkami, również pisarkami. Trzy Gracje wspierają się i pomagają sobie we wszystkim, od przepędzania kryzysów twórczych po pilnowanie posiłków. Rozumieją się świetnie i pokazują, co oznacza przyjaźń. Są silne dzięki temu, że przebywają razem – a to oznacza, że kiedy przyjdzie im się zmierzyć z kolejnym wyzwaniem, poradzą sobie nie tylko z amatorskim śledztwem. Może nawet nie tak amatorskim: trzy Gracje radzą sobie z budowaniem intryg lepiej niż niejeden śledczy – procentuje doświadczenie w tworzeniu kryminałów. W związku z tym również w odkrywaniu motywów działań przestępczych są dobre i tu przyda się ich pomysłowość.
Bo wszystko wskazuje na to, że ktoś próbuje wrobić Agatę Bunc w morderstwo. Jej prawie były małżonek umiera blisko domu Uklejów. W takim wypadku najbardziej podejrzana jest najbliższa rodzina – czyli Agata, która na chwilę znika z oczu przyjaciółkom. U progu upragnionego rozwodu wprawdzie nie ma motywu – jednak wygodniccy prokuratorzy mogą być innego zdania. Zaczyna się mozolne gromadzenie dowodów i próby odkrycia tożsamości mordercy. „Sekret prawie byłego męża” to mnóstwo kwestii obyczajowych w powiązaniu z rozwijającym się śledztwem. Z perspektywy czytelników najważniejsze może być budowanie azylu – trzy kobiety mogą ułożyć sobie życie z dala od oceniających je oczu, mogą pozwalać sobie na dziwactwa i nietuzinkowe rozwiązania, zapewniają sobie wzajemnie wsparcie i troszczą się o siebie. To niezawodny magnes na odbiorczynie – mimo toczącego się śledztwa, mimo zagrożenia, bo w końcu Agatę ktoś próbuje wrobić w morderstwo – jest tu schronienie, azyl przed okrutną rzeczywistością. Jest to propozycja dla czytelników, którzy nie przepadają za epatowaniem złem – nie lubią brutalności i koszmarów na jawie. Aneta Jadowska wie, co zrobić, żeby przyciągnąć uwagę i żeby zatrzymać przy sobie nie tylko fanów kryminałów.
Jest to powieść, która gwarantuje pozostanie czytelników przy serii. Bardzo liczy się w niej klimat i możliwość prezentowania narracyjnych talentów autorki, intryga, która schodzi na dalszy plan, nie zawodzi. Przyjemne charaktery, sporo pobocznych wątków i wygoda – która sprawia, że w tej książce można się rozgościć – to atuty drugiej części serii. Gdzieś w tle przewijają się dylematy pisarskie – nie da się inaczej, skoro w jednym miejscu zamieszkały aż trzy pisarki – więc Aneta Jadowska zapewnia sobie szereg pytań podczas spotkań autorskich. Jednak sporo rzeczy też wyjaśnia i podpowiada tym, którzy chcą zabawić się w tworzenie kryminałów.
Pułapka
Agata Bunc jest pisarką, która potrzebuje w swoim życiu zmiany. Od ośmiu lat nie może się rozwieść z mężem – ten robi problemy i celowo utrudnia rozstanie. Nie zamierza ratować małżeństwa, ma już zresztą od pewnego czasu nową partnerkę – ale przez złośliwość komplikuje Agacie życie. Na szczęście dużo się ostatnio zmieniło: Agata zamieszkała w domu Uklejów razem z dwiema przyjaciółkami, również pisarkami. Trzy Gracje wspierają się i pomagają sobie we wszystkim, od przepędzania kryzysów twórczych po pilnowanie posiłków. Rozumieją się świetnie i pokazują, co oznacza przyjaźń. Są silne dzięki temu, że przebywają razem – a to oznacza, że kiedy przyjdzie im się zmierzyć z kolejnym wyzwaniem, poradzą sobie nie tylko z amatorskim śledztwem. Może nawet nie tak amatorskim: trzy Gracje radzą sobie z budowaniem intryg lepiej niż niejeden śledczy – procentuje doświadczenie w tworzeniu kryminałów. W związku z tym również w odkrywaniu motywów działań przestępczych są dobre i tu przyda się ich pomysłowość.
Bo wszystko wskazuje na to, że ktoś próbuje wrobić Agatę Bunc w morderstwo. Jej prawie były małżonek umiera blisko domu Uklejów. W takim wypadku najbardziej podejrzana jest najbliższa rodzina – czyli Agata, która na chwilę znika z oczu przyjaciółkom. U progu upragnionego rozwodu wprawdzie nie ma motywu – jednak wygodniccy prokuratorzy mogą być innego zdania. Zaczyna się mozolne gromadzenie dowodów i próby odkrycia tożsamości mordercy. „Sekret prawie byłego męża” to mnóstwo kwestii obyczajowych w powiązaniu z rozwijającym się śledztwem. Z perspektywy czytelników najważniejsze może być budowanie azylu – trzy kobiety mogą ułożyć sobie życie z dala od oceniających je oczu, mogą pozwalać sobie na dziwactwa i nietuzinkowe rozwiązania, zapewniają sobie wzajemnie wsparcie i troszczą się o siebie. To niezawodny magnes na odbiorczynie – mimo toczącego się śledztwa, mimo zagrożenia, bo w końcu Agatę ktoś próbuje wrobić w morderstwo – jest tu schronienie, azyl przed okrutną rzeczywistością. Jest to propozycja dla czytelników, którzy nie przepadają za epatowaniem złem – nie lubią brutalności i koszmarów na jawie. Aneta Jadowska wie, co zrobić, żeby przyciągnąć uwagę i żeby zatrzymać przy sobie nie tylko fanów kryminałów.
Jest to powieść, która gwarantuje pozostanie czytelników przy serii. Bardzo liczy się w niej klimat i możliwość prezentowania narracyjnych talentów autorki, intryga, która schodzi na dalszy plan, nie zawodzi. Przyjemne charaktery, sporo pobocznych wątków i wygoda – która sprawia, że w tej książce można się rozgościć – to atuty drugiej części serii. Gdzieś w tle przewijają się dylematy pisarskie – nie da się inaczej, skoro w jednym miejscu zamieszkały aż trzy pisarki – więc Aneta Jadowska zapewnia sobie szereg pytań podczas spotkań autorskich. Jednak sporo rzeczy też wyjaśnia i podpowiada tym, którzy chcą zabawić się w tworzenie kryminałów.
sobota, 9 sierpnia 2025
Marta Matyszczak: Świadek śmierci nad Śniardwami
Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2025.
Wróżenie nad zwłokami
„Świadek śmierci nad Śniardwami” to kolejna książka Marty Matyszczak w serii Kryminał z pazurem – a ponieważ zakończył się już cykl Kryminał pod psem, Gucio głos zyskuje tutaj w ramach niespodzianki dla fanów łagodniejszych kryminałów. Oczywiście prym wiedzie kotka Burbur, która zawsze znajdzie sobie odpowiednio ukryte miejsce na ostrzenie pazurów – czyli tworzenie pamiętnikowych zapisków. Zwierzęta są zresztą najlepszymi śledczymi – wszędzie wejdą, wysłuchają zwierzeń, których nie przedstawiłoby się człowiekowi, a do tego mają instynkt pozwalający na właściwą ocenę sytuacji. Nie tak jak ich ułomni ludzie lub niewolnicy. Tym razem tłem wydarzeń są andrzejki – na imprezę zjeżdżają się między innymi dwie pary bohaterów – Rozalia Ginter, weterynarka przez przypadek wplątana w szereg wydarzeń kryminalnych oraz jej mąż policjant – Paweł, a także Szymon Solański wraz z nie tak dawno poślubioną Różą, czyli dwójka licencjonowanych detektywów. Ale zamiast uczestniczyć w zabawach (chociaż Róża próbuje wróżyć sobie z wosku), trzeba będzie się zająć zwłokami. Sprawy aktualne – jak zawsze u Marty Matyszczak – wiążą się z tajemnicą z przeszłości. Trzech przyjaciół z dzieciństwa rozdziela druga wojna światowa. Konsekwencje decyzji podejmowanych pod wpływem wielkich emocji mogą ciągnąć się przez całe pokolenia – i dawny dworzec pruski może stać się przez to areną wielkich pojedynków z różnych czasów.
Marta Matyszczak nawiązuje w tej powieści do sytuacji opisanych w pierwszych powieściach cyklu Kryminał z pazurem – powraca do tematów, które nie zostały do końca wyjaśnione, albo które miały tak wielki ładunek emocjonalny, że cały czas czekają na rozwiązanie, rozwija też wątki, które do niedawna stanowiły tylko tło. Co ciekawe, mimo niesprzyjającej pogody i niekoniecznie sympatycznych okoliczności, autorka przez długi czas nie sięga do mroku. Kiedy ponura przeszłość bohaterów zaczyna dochodzić do głosu, zmienia mocno klimat książki – i tymi zabiegami przekonać do siebie może nie tylko fanów cosy crime, ale i wyznawców skandynawskich klimatów.
Nie zabraknie tu humoru. Nie może być inaczej, skoro narrację co pewien czas prowadzą kotka Burbur – słusznie przekonana o własnej wielkości – oraz pies Gucio. Nie jest to zabieg infantylny, bardzo dobrze się tu sprawdza, zwłaszcza że opowieść zagęszcza się z każdą chwilą. „Świadek śmierci nad Śniardwami” to książka, którą znakomicie się czyta – a Marta Matyszczak mistrzowsko splata wątki, prowadząc odbiorców przez wydarzenia aktualne i minione z wielką wprawą. Nie ma tu powtarzalnych zabiegów, nie ma możliwości przewidywania tożsamości morderców – a sama fabuła bardzo odbiega od zwykłych liniowych śledztw. To sprawia, że Kryminał z pazurem wyrasta na jeden z ważniejszych cykli kryminalnych dla fanów literatury rozrywkowej. Ta książka nie nudzi się do ostatniej strony, a pozostawia czytelników z oczekiwaniem na kolejną część. Burbur przecież nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa, a losy Pawła i Rozalii komplikują się tak bardzo, że rozbudzą ciekawość wszystkich, nie tylko fanów serii.
Wróżenie nad zwłokami
„Świadek śmierci nad Śniardwami” to kolejna książka Marty Matyszczak w serii Kryminał z pazurem – a ponieważ zakończył się już cykl Kryminał pod psem, Gucio głos zyskuje tutaj w ramach niespodzianki dla fanów łagodniejszych kryminałów. Oczywiście prym wiedzie kotka Burbur, która zawsze znajdzie sobie odpowiednio ukryte miejsce na ostrzenie pazurów – czyli tworzenie pamiętnikowych zapisków. Zwierzęta są zresztą najlepszymi śledczymi – wszędzie wejdą, wysłuchają zwierzeń, których nie przedstawiłoby się człowiekowi, a do tego mają instynkt pozwalający na właściwą ocenę sytuacji. Nie tak jak ich ułomni ludzie lub niewolnicy. Tym razem tłem wydarzeń są andrzejki – na imprezę zjeżdżają się między innymi dwie pary bohaterów – Rozalia Ginter, weterynarka przez przypadek wplątana w szereg wydarzeń kryminalnych oraz jej mąż policjant – Paweł, a także Szymon Solański wraz z nie tak dawno poślubioną Różą, czyli dwójka licencjonowanych detektywów. Ale zamiast uczestniczyć w zabawach (chociaż Róża próbuje wróżyć sobie z wosku), trzeba będzie się zająć zwłokami. Sprawy aktualne – jak zawsze u Marty Matyszczak – wiążą się z tajemnicą z przeszłości. Trzech przyjaciół z dzieciństwa rozdziela druga wojna światowa. Konsekwencje decyzji podejmowanych pod wpływem wielkich emocji mogą ciągnąć się przez całe pokolenia – i dawny dworzec pruski może stać się przez to areną wielkich pojedynków z różnych czasów.
Marta Matyszczak nawiązuje w tej powieści do sytuacji opisanych w pierwszych powieściach cyklu Kryminał z pazurem – powraca do tematów, które nie zostały do końca wyjaśnione, albo które miały tak wielki ładunek emocjonalny, że cały czas czekają na rozwiązanie, rozwija też wątki, które do niedawna stanowiły tylko tło. Co ciekawe, mimo niesprzyjającej pogody i niekoniecznie sympatycznych okoliczności, autorka przez długi czas nie sięga do mroku. Kiedy ponura przeszłość bohaterów zaczyna dochodzić do głosu, zmienia mocno klimat książki – i tymi zabiegami przekonać do siebie może nie tylko fanów cosy crime, ale i wyznawców skandynawskich klimatów.
Nie zabraknie tu humoru. Nie może być inaczej, skoro narrację co pewien czas prowadzą kotka Burbur – słusznie przekonana o własnej wielkości – oraz pies Gucio. Nie jest to zabieg infantylny, bardzo dobrze się tu sprawdza, zwłaszcza że opowieść zagęszcza się z każdą chwilą. „Świadek śmierci nad Śniardwami” to książka, którą znakomicie się czyta – a Marta Matyszczak mistrzowsko splata wątki, prowadząc odbiorców przez wydarzenia aktualne i minione z wielką wprawą. Nie ma tu powtarzalnych zabiegów, nie ma możliwości przewidywania tożsamości morderców – a sama fabuła bardzo odbiega od zwykłych liniowych śledztw. To sprawia, że Kryminał z pazurem wyrasta na jeden z ważniejszych cykli kryminalnych dla fanów literatury rozrywkowej. Ta książka nie nudzi się do ostatniej strony, a pozostawia czytelników z oczekiwaniem na kolejną część. Burbur przecież nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa, a losy Pawła i Rozalii komplikują się tak bardzo, że rozbudzą ciekawość wszystkich, nie tylko fanów serii.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






