* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Znak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Znak. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 11 sierpnia 2026

Magdalena Kordel: Jeszcze jedno lato

Znak, Kraków 2026.

Szarość

Lilianna jeszcze nigdy nie była naprawdę szczęśliwa. No, może raz, kiedy od przyjaciółki dostała piękną czerwoną sukienkę i mogła się poczuć wyjątkowo. Ta sukienka spoczywa głęboko na dnie kufra, starannie ukryta przed ludzkim wzrokiem – nie tylko dlatego, żeby nikt nie rozszyfrował tajemnicy starszej już kobiety, ale też dlatego, że minął jej czas. Teraz już nie ma o kogo zawalczyć, nie ma komu podobać się w niezwykłym stroju. Lilianna wybrała szarość, a właściwie została na nią skazana. Najpierw przez matkę, która nie nauczyła swojej pociechy wiary w siebie, za to tłamsiła ją na każdym kroku, później przez córkę – równie okrutną i pozbawioną empatii. Teraz Lilianna boleśnie uświadamia sobie, że zmarnowała życie, nie ma rodziny, a na córkę nie może liczyć. Wprawdzie istnieją przyjaciółki – bardzo szczęśliwe w domu spokojnej starości prowadzonym tak, że większość czytelników zacznie szukać podobnego miejsca dla siebie na przyszłość – ale to nie to samo. Lilianna chciałaby być komuś potrzebna. Tyle że standardowe rozwiązania powielane do tej pory w obyczajówkach to za mało. I dlatego kobieta decyduje się na radykalne działanie. Po raz pierwszy wybierze kolor, ale wcale nie dlatego, żeby zacząć nowe życie.

Magdalena Kordel w książce „Jeszcze jedno lato” stawia na to, co najlepiej potrafi, tworzy prostą i krótką powieść o olbrzymim ładunku emocjonalnym. Bohaterka – kobieta, której brutalnie odebrano marzenia – nie ma już wyjścia. Jest na tyle inteligentna, żeby rozumieć swoje położenie i na tyle zmęczona, żeby podjąć kroki, jakich nikt by się po starszej pani nie spodziewał. Ta powieść to wołanie o pomoc dla tych najmniej zauważanych, którzy noszą w sobie przykre historie i nie mogą się nimi z nikim podzielić. Co ważne, Magdalena Kordel pokazuje, w którym momencie następują życiowe przełomy i zmiany – i jakie konsekwencje mogą mieć. Ale przypomina też odbiorczyniom, że każda chwila jest doskonała na zmiany i na odcięcie się od dotychczasowego więzienia: trzeba tylko zdecydować się na wysiłek i odwagę, a przede wszystkim dać sobie szansę. Lilianna nie pasuje do wydarzeń, które mają się tu rozegrać, ale Magdalena Kordel przez długi czas w lekturze jest w stanie budzić niepokój i pokazywać dążenie do ostateczności – właśnie po to, żeby wstrząsnąć czytelnikami i przypomnieć im, jakich sygnałów przeoczyć nie wolno.

I mimo bardzo trudnego tematu, autorce udaje się wprowadzić to, za co kochają ją czytelniczki: poczucie humoru i niesienie pokrzepienia wszystkim. „Jeszcze jedno lato” to kolejna książka o tym, że na wszystko znajdzie się sposób, nawet jeśli ten sposób wymagać będzie sporego nakładu pracy – a jedna decyzja z pewnością pociągnie za sobą następne. Nie da się powiedzieć, że „Jeszcze jedno lato” to powieść wakacyjna – to książka na zawsze, książka, która ma przestrzegać i wyczulać na ukrywane skrzętnie problemy, a tym pozbawionym nadziei sugerować, że są dalej potrzebni – tylko niekoniecznie tym, na których zwracają uwagę. „Jeszcze jedno lato” przełamuje konwencję „babskiego czytadła” wybieranego tylko i wyłącznie dla rozrywki – autorce udaje się tu przemycić bardzo ważną kwestię.

środa, 5 sierpnia 2026

Oliver Hilmes: Berlin 1936. Szesnaście dni sierpnia

Znak, Kraków 2026.

Igrzyska

Dwa tygodnie i dwa dni – to czas, w którym Oliver Hilmes skupia się na Berlinie z 1936 roku. Pierwsze szesnaście dni sierpnia oznaczają sporo wyzwań oraz tematów do obserwacji nie tylko społecznych i politycznych – trwają właśnie igrzyska olimpijskie, a to arena do przedstawiania zmian i nastrojów oraz – niedalekiej przyszłości. Czytelnicy tej książki wiedzą już, jakich sygnałów wypatrywać i czemu się dziwić – Hilmes stara się pokazywać bohaterów zwykłych wydarzeń bez narzucania im tego, co jeszcze zrobią i czym zapiszą się w historii. Nie przestrzega, nie straszy – prowadzi reportaż. Ale groza wydarzeń czai się w tym, co niedopowiedziane. Chociaż autor znajduje też kilka punktów szokujących z dzisiejszej perspektywy i w oderwaniu od wizji drugiej wojny światowej za trzy lata. To, co dzieje się na stadionach, to jeden z ważniejszych punktów analiz – w końcu igrzyska olimpijskie mają skupiać uwagę i dostarczać rozrywki. To tu mogą też wyjść na jaw uprzedzenia – czy na tle narodowościowym, czy – rasowym. Zaczyna się robić nieprzyjemnie, ale to sygnały, które można jeszcze bagatelizować, nawet kosztem gorszego samopoczucia jednostek. Oliver Hilmes w ten sposób oczywiście nie popiera szerzenia nienawiści, ale uświadamia czytelnikom, do czego może prowadzić bagatelizowanie pojedynczych zachowań. Zabiera odbiorców do knajp i lokali rozrywkowych, sprawdza, czy bezpiecznie mogli się czuć w Berlinie ludzie różnych wyznań oraz – różnych orientacji seksualnych. Pomiędzy tymi obserwacjami zajmuje się postawami Hitlera oglądającego igrzyska – wprowadza też parę innych postaci doskonale później przez historię kojarzonych – na razie w wersji „wypoczynkowej”. Chociaż zaczyna się mobilizacja wojskowa, a Hitler kieruje w stronę państw europejskich drobne prowokacje, rządy nie decydują się na radykalne działania – nie dają się sprowokować, albo może nie wierzą, że są świadkami prawdziwego, rosnącego w siłę zagrożenia.

Są tutaj ludzie, którzy złamali prawo, są też ci, bez których igrzyska nie mogłyby przebiegać normalnie – autor odnotowuje ich obecność i rolę pokazuje czytelnikom, kiedy łamane są kolejne granice: niepostrzeżenie, na marginesie zwykłych działań. Politykę przeplata ze zwyczajnym życiem i bezlitośnie rujnuje przekonania wszystkich tych, którzy wierzą w spokój i wspólne cele. Sport schodzi na dalszy plan, podobnie jak nocne rozrywki – a przecież tych Berlin lat 30. nie skąpi. Robi się coraz groźniej.

Jakby na przekór atmosferze płynącej nie tylko z opisów, ale też z wiedzy czytelników – bo autor nie zamierza wybiegać w przyszłość zbyt daleko – element normalności mają wprowadzać prognozy pogody podawane na początku rozdziałów czy zdjęcia, które przedstawiają zwyczajność w momencie przełomu. Ale takie wstawki równoważą obecność zaleceń wewnątrzpartyjnych – wyjaśnień, jak tuszować sprawy, które mogłyby jednak wzburzyć opinię społeczną. „Berlin 1936” to książka spora objętościowo, ale napisana bardzo lekko, wręcz kontrastująco z przesłaniem. Rozpisanie wydarzeń na kolejne dni pokazuje, jak lawinowo zmieniały się nastroje – i jak nabudowywane były sytuacje, które miały wielki wpływ na późniejsze działania. Łatwo jest omamić społeczeństwo, sprawić, że przestanie dostrzegać coś, co ma przed oczami. I to przerażająca konkluzja, która płynie z tej lektury. Oliver Hilmes nie chce, żeby czytelnicy rozgościli się w jego dziele – woli za to przypominać i przestrzegać, pokazując bardzo mały i pozornie nieznaczący (a w rzeczywistości kipiący od znaczeń) wycinek przeszłości.

niedziela, 2 sierpnia 2026

Marek Maruszczak: Głupie robaki i inne takie Polski. Przewodnik świadomego obserwatora

Znak, Kraków 2026.

Co obrzydza

Marek Maruszczak najpierw wyrobił sobie markę w internecie, a później podbił rynek tradycyjnych publikacji – pojawia się właśnie trzeci poradnik dotyczący tym razem nie zwierząt i nie ptaków, a „robaków i innych takich” – czyli ślimaków, owadów, robaków faktycznych, pająków i innych stworzeń, na widok których człowiek może wydawać okrzyk obrzydzenia albo uciekać jak najdalej – a które inny człowiek chce obejrzeć z bliska i warto byłoby wiedzieć, czy zostanie za nadmierną ciekawość ukąszony, czy też niewiele mu grozi. „Głupie robaki i inne takie Polski”, czyli, jak głosi podtytuł, „Przewodnik świadomego obserwatora” to trochę okazja, żeby dowiedzieć się, co możemy spotkać w ogródku, w domu, na spacerze albo przy oknie – a bardzo – żeby się pośmiać. Bo Marek Maruszczak na szczęście nie rezygnuje ze swojego zgryźliwego stylu i z nadużywania ironii wszędzie tam, gdzie da się humorystycznie skomentować obiekt obserwacji. Długość poszczególnych artykułów dostosowana jest do potencjalnego stopnia zainteresowania odbiorców owadem, robakiem albo innymi – i trochę zestawem ciekawostek na jego temat. Można się tu dowiedzieć, jak rozpoznać dane stworzenie, czym się charakteryzuje i jakie ma znaczenie dla ekosystemu albo dla gospodarstwa domowego. Co ciekawe, samych owadów jest tu właściwie niezbyt wiele – autor koncentruje się na tych najbardziej popularnych lub najbardziej przerażających, kiedy zalęgną się w domach – nie zmusza Marek Maruszczak do biegania po krzakach i wypatrywania w chaszczach insektów – na razie do tego ewentualnie przygotowuje. Tłumaczy odbiorcom, co muszą zrobić, żeby owady nie czmychały im sprzed obiektywu i żeby nie dać się użreć w miarę możliwości. Każdy bohater tej książki ma tu zestaw ciekawostek zaprezentowany jak dawniej zwierzęta i ptaki – bez względu na stopień „obrzydliwości”, nie ma rezygnowania z przedstawiania niektórych faktów – liczy się komizm, nawet jeśli potrzebny do niego będzie humor niższych lotów. I tu właśnie przydaje się zamiłowanie Maruszczaka do ironii – bo ona podnosi jakość żartów i sprawia, że nie mamy do czynienia wyłącznie z prostymi skojarzeniami. Rzadko kto umie tak dobrze przekładać język nauki na zabawę – i do tego akcentować coś, co zawsze zadziwia, czyli tendencje do komplikowania onomastyki wśród entomologów. Maruszczak kieruje się do wszystkich zainteresowanych mikroświatami – ale niekoniecznie do mocno zaawansowanych w obserwowaniu owadów – ci mogą wręcz być rozczarowani, że nie znalazło się tu miejsce na tysiące kolejnych gatunków, niekoniecznie pchających się drzwiami i oknami do domu.

Jest to książka bardzo kolorowa, Nastia Juriewicz pojawia się nie tylko jako ilustratorka zmuszana do przyglądania się insektom w treści notek, ale też jako autorka barwnych ilustracji prezentujących kolejnych bohaterów. To okazja do uświadomienia czytelnikom, czego nie zobaczą, co zobaczą, jeśli się bardzo postarają, albo co widzą zbyt często. Oczywiście jest tu też metryczka z charakterystycznym „widziałem drania” do odznaczenia na stronie i z odpowiedzią na najbardziej interesujący czytelników temat – czyli „czy może mnie użreć”. Zdarza się, że może zrobić znacznie gorsze rzeczy.

Jest to bardzo miłe dopełnienie serii, coś co spodoba się czytelnikom pragnącym ambitnej rozrywki – spora dawka lektury, której nie da się pochłonąć za jednym zamachem – coś w sam raz, żeby odkrywać to po kawałku i cieszyć się kolejnymi komicznymi opisami.

czwartek, 25 czerwca 2026

Masud Husain: Outsiderzy. Czego pacjenci neurologa nauczyli go o mózgu

Znak, Kraków 2026.

Inna rzeczywistość

Jest to jedna z tych książek, które będą fascynować i przerażać jednocześnie – fascynować ze względu na możliwość znalezienia rozwiązania problemów chorych, przeciwko którym obróciły się ich własne mózgi, a przerażać – z uwagi na wciąż niezbadane kwestie dotyczące świata neurologii. Masud Husain w tomie „Outsiderzy. Czego pacjenci neurologa nauczyli go o mózgu” może czytelnikom zapewnić świetną rozrywkę i jednocześnie pokazać, jak bardzo zmienia się rzeczywistość, gdy jakaś część mózgu przestaje działać tak, jak powinna. Pozwala na podglądanie relacji z pacjentami (oczywiście historie zostały przygotowane tak, żeby nie zdradzać wrażliwych danych, a jednocześnie – żeby wciągały jak dobra opowieść), zapewnia dostęp do części ciekawostek ze świata neurologii, a do tego dzieli się najbardziej nietypowymi przypadkami, z jakimi miał do czynienia. Ta książka została przygotowana jak reportaż lub zestaw relacji z codzienności światowej sławy neurologa. Autor wprowadza siedem różnych historii – siedem rozdziałów, z których każdy poświęcony jest innej przypadłości i każdy może się wiązać ze społecznymi obawami (i, co za tym idzie, ostracyzmem dotykającym chorych). Chodzi nie tylko o to, żeby szerzyć wiadomości na temat mózgu, ale też o to, żeby przygotować społeczeństwo na reakcje – jeśli ktoś zauważy wśród swoich bliskich nietypowe zachowania.

Pojawiają się tutaj zjawiska bardziej i mniej kojarzone. Ktoś ma problemy z zapamiętywaniem, ktoś inny nagle robi się nerwowy, nadmiernie pobudzony albo wręcz agresywny dla otoczenia. Ktoś, kto kiedyś był duszą towarzystwa, popada w apatię, z kolei ktoś inny własnego męża traktuje jak przelotnego kochanka. Nawet jeśli niektóre przypadłości wydawałyby się na pierwszy rzut oka zabawne czy sensacyjne, kompletnie rujnują zwyczajne życie – i to najczęściej rodziny, współmałżonkowie lub dzieci zauważają potęgę problemu i szukają pomocy u specjalistów. To oni muszą przekonać chorych – przeważnie przekonanych, że nic złego się nie dzieje – że warto byłoby zasięgnąć opinii lekarza. I kiedy już uda im się zwalczyć początkowy opór i strach przed społecznym napiętnowaniem – trafiają do gabinetu. Masud Husain przygląda się konkretnym działaniom i na ich podstawie zleca dodatkowe badania, czasami wyglądające na niepotrzebne i banalne zadania dla kilkulatków (do takich należeć może prośba o przekreślenie wszystkich dostrzeżonych poziomych linii albo – o stworzenie schematycznego rysunku przedstawiającego zwierzę). Z takich zjawisk buduje sobie wstępne diagnozy, które później potwierdza. Czytelnicy otrzymują zatem opowieść niemal detektywistyczną, widzą, jak wygląda część – ta najbardziej medialna część – pracy neurologa i z jakimi wyzwaniami musi się mierzyć. Przy okazji też dowiadują się trochę o samych pacjentach – o ich wątpliwościach i lękach. To cenna lektura – nie tylko dlatego, że otwiera odbiorców na tematy, z jakimi rzadko mogą mieć do czynienia, ale również dlatego, że często nieznane są przyczyny występowania chorób mózgu – warto więc być przygotowanym na wystąpienie nietypowych zachowań w bliskim otoczeniu. Masud Husain nie nudzi, potrafi bardzo atrakcyjnie przedstawiać swoje odkrycia i sprawi, że z pewnością spora część czytelników polubi tę książkę. Przystępny język i umiejętność wydobywania silnych emocji z przedstawianych wydarzeń to dodatkowe atuty.

środa, 20 maja 2026

Karen Russell: Antidotum

Znak, Kraków 2026.

Sekrety

Ta opowieść rozpina się na kanwie wydarzeń politycznych i wielkich przyrodniczych katastrof, a jednak kiedy Karen Russell przemierza swoje wyobraźniowe rejony, nie zamęcza czytelników publicystyką, sporo wyjaśnień przeszło do posłowia, bo inaczej czytelnicy uznaliby, że większość książki to wytwór fantazji. Tymczasem ma ona konkretne zakotwiczenie w czasie i miejscu – ale to detal pozbawiony znaczenia z perspektywy wielu czytelników. I tak Karen Russell tworzy książkę, która najsilniej działa jako umiejętnie poprowadzona fikcja. Antidotum to pustynna wiedźma. Jej rolą jest przechowywanie sekretów okolicznych mieszkańców. Wiedźma przejmuje tajemnice i sprawia, że ci, którzy się jej zwierzyli, czują się lżej. Sama bohaterka wcale nie musi przejmować się wagą skojarzeń i wyznań – działa jak medium, a po sesji nie pamięta szczegółów opowieści. Sekrety nie są jej oddawane na zawsze – właściciele w każdej chwili mogą się po nie zgłosić i wtedy, kiedy będą już gotowi na uzupełnienie własnej tożsamości, włożyć w odpowiednie miejsce na traumatyczne wspomnienia – tyle że po czasie już pozbawione przytłaczającej mocy. Kobieta, która snuje opowieść, a przybrała imię Antidotum, uczyła się, jak być wiedźmą – teraz może swoje umiejętności przekazać dalej, przygotowując od zawodu Dell, młodą koszykarkę. W zasadzie Dell sama potrzebuje wsparcia psychologicznego, ale kiedy dowiaduje się, że może odciążyć innych, dąży do tego, żeby przełamać opory Antidotum przed mentorstwem. I wszystko toczyłoby się zgodnie z planem, przerywane ewentualnie konkretnymi opowieściami – gdyby nie natura. Zbliżająca się burza piaskowa niszczy wszystkie sekrety powierzone Antidotum. Nikt z postronnych o tym nie wie i nie może się dowiedzieć – to zachwiałoby układem sił, a wiedźma mogłaby się znaleźć w poważnym niebezpieczeństwie.

To jest powieść w klasycznym stylu, taka, która zaskakuje przenikliwością i kombinacjami w ramach samej konstrukcji. Autorka nie pozwala sobie na błędy ani na uproszczenia, prowadzi czytelników przez to, co tajemnicze, ale czasem też groźne lub wstydliwe. Odwzorowuje mentalność ludzi zmuszonych do radzenia sobie z zadaniami ponad siły – i sprawdza, jak obecność wiedźmy wpływa na ich wybory. Kiedy autorka nie meandruje między życiorysami dwóch najważniejszych bohaterek, przedstawia dalszoplanowych bohaterów – tych, bez których nie byłoby napięcia emocjonalnego. Dokłada odbiorcom jeszcze cały szereg informacji na temat kontekstu społecznego, politycznego czy pogodowego – i to wszystko pozwala spotęgować grozę sytuacji. Niecodzienny pomysł pozwala uwolnić się ze schematów – tu nikt nie znajdzie scenariuszy fabularnych ani myślowych kolein, Karen Russell funduje za to czytelnikom mnóstwo wrażeń za sprawą kibicowania wybranym postaciom. Nie ma tu jednoznacznych ocen i decyzji, w których wszystko układa się samo, nie ma zawierzenia, że ludzie odruchowo wybiorą najlepszą dla siebie drogę – autorka wie, że to mit, posługuje się zatem inną wersją uosobienia kodeksu wartości. Zmusza bohaterów do weryfikowania poglądów i do sprawdzania, czy w sytuacjach granicznych ich postawy ulegną metamorfozie. W tę powieść wpada się od razu – i nie trzeba znać wszystkich szczegółów dotyczących konstrukcji świata, liczy się dokładne prowadzenie pomysłu przez autorkę świadomą roli polifonicznej narracji.

sobota, 9 maja 2026

Jarosław Szczyżowski: Nocny łowca

Znak, Kraków 2026.

Tajemnica z podań

Nocny łowca jako stwór, który zamieszkuje górskie odludzia to bohater opowieści snutych przeważnie przy ogniskach czy w gronie znajomych, kiedy trzeba zabić czas. Ale nocny łowca jako seryjny morderca, który pozostawia przy swoich ofiarach charakterystyczny znak – i który powraca po dwóch dekadach – to już przepis na prawdziwy lęk. Najpierw jest rok 2006 i grupa młodych ludzi pełnych nadziei na przyszłość, radosnych, uznających – całkiem słusznie – że świat tylko na nich czeka. I nagle ginie młoda kobieta, a zakochany w niej bez pamięci rówieśnik staje się głównym podejrzanym. Z tym nieszczęściem trzeba się jakoś nauczyć żyć, skoro świat nie zatrzymuje się w miejscu. I oto jesień 2026 roku – na tereny naznaczone dawnym dramatem przybywają ci, którzy kiedyś stanowili trzon przyjacielskiej grupy. I znowu zaczynają się tajemnicze śmierci w Górach Suchych, a skojarzenia i doświadczenia wiodą w przeszłość, do trudnych wspomnień. Pytanie, czy nocny łowca to wytwór zbiorowej wyobraźni, czy też komuś bardzo zależy na tym, żeby upodobnić się do istoty rodem z koszmarów – bo jest to najlepszy sposób na zamaskowanie swoich czynów. Jarosław Szczyżowski stawia na kryminał w wersji thrillerowej i mrocznej, wykorzystuje strach jako siłę napędową fabuły i pozwala czytelnikom na snucie własnych przypuszczeń na podstawie przemycanych śladów wierzeń. Powrót do tego, co pierwotne, ma przynosić lęk – nie bez powodu. Chodzi o mylenie tropów i maskowanie właściwych intencji, a także o bazowanie na odwrocie od racjonalnego myślenia – tylko tak da się popełnić zbrodnię doskonałą, przynajmniej w zamierzeniu. Po latach od jednego dramatu zaczyna się kolejny, tylko tym razem ofiar jest więcej. Atmosfera zagrożenia i pozorny brak związku między zabójstwami sprawia, że nikt nie może czuć się bezpieczny – dlatego właśnie trzeba jak najszybciej rozwiązać zagadkę. Jarosław Szczyżowski to autor, który lubi trzymać czytelników w niepewności i to samo funduje swoim bohaterom. „Nocny łowca” to opowieść budowana na odludziu – w oparciu o wyobraźnię podpowiadającą zawsze najgorsze scenariusze. Tyle że tu koszmary zamieniają się w rzeczywistość, a morderca okazuje się bezkarny.

Jest to mroczny thrillerokryminał, tom, w którym strach odgrywa rolę znacznie większą niż sceny zbrodni – Jarosław Szczyżowski wykorzystuje też odrobinę motyw gór jako miejsca, w którym wszystko może się zdarzyć. „Nocny łowca” to zestaw zagadek dla odważnych i nawiązanie do klasyki w formie i treści – nie będzie tu ani brawurowych nowatorskich rozwiązań, ani wyjątkowych wątków, liczą się za to dość mocno relacje w grupie znajomych – i fakt, jak bardzo te relacje wpływają na sposób postrzegania rzeczywistości. Szczyżowski to autor, który tworzy po prostu dobrą powieść rozrywkową – bez grama „wygodnych” dla odbiorców przyjemności. To rozwiązanie może się sprawdzić zwłaszcza gdy ktoś upodobał sobie literaturę mroczną i nawiązującą do schematów czy lokalnych opowieści.

środa, 22 kwietnia 2026

Nikki Erlick: Pola Makowe

Znak, Kraków 2026.

Ulga

Ci, którzy zmierzyli się ze śmiercią kogoś bliskiego, mogą poradzić sobie z żałobą samodzielnie albo skorzystać z profesjonalnej – chociaż eksperymentalnej – pomocy. Pola Makowe to miejsce, które powstało po to, żeby dawać nadzieję na normalność wszystkim niepotrafiącym pogodzić się ze stratą. Tylko śmierć kogoś naprawdę bliskiego ma otworzyć drogę do leczenia – pod warunkiem, że zespół badaczy zatwierdzi podanie. Chociaż nawet jeśli ktoś spełnia warunki, nie oznacza to automatycznie zakwalifikowania do miejsca w Polach Makowych. Niektórzy zatem zmierzają tu, żeby podjąć kurację, inni – żeby przekonać zespół uczonych, że popełnili błąd i powinni zaprosić do grona śpiących ich właśnie. Bo Pola Makowe to miejsce, w którym za pomocą śpiączki farmakologicznej i odpowiednio dobranego zestawu leków wyprowadza się cierpiących ze stanu, do jakiego doprowadziła ich rzeczywistość i zbyt słaba na przeżycia psychika. Sen w zasadzie byłby pozbawiony wad, gdyby nie jeden haczyk: co czwarty pacjent po przebudzeniu pozostaje odcięty od swoich wcześniejszych uczuć, zapomina, kim był dla niego zmarły – i ile dla niego znaczył. A mimo to nie brakuje chętnych, którzy w Polach Makowych upatrują jedynej nadziei dla siebie. Nikki Erlick tworzy powieść, która na długo pozostanie z czytelnikami i sprawi, że zechcą oni zastanowić się nad własnym kodeksem wartości i nad metodami radzenia sobie z najtrudniejszymi kwestiami. „Pola Makowe” to książka rozrywkowa, a jednak diametralnie różna od tego, co pojawia się na rynku – bo Erlick nie zamierza się inspirować popularnymi czytadłami. Na szczęście – dzięki temu może zaproponować czytelnikom coś odkrywczego i ważnego jednocześnie. Jest to powieść drogi. Powieść, w której ekstremalne zjawiska pogodowe zmuszają bohaterów do podjęcia podróży przez pół kraju, żeby dotrzeć na miejsce ratunku. Nieznajomi zamknięci w ciasnym samochodzie rozmawiają, zwierzają się sobie z najtrudniejszych przeżyć i poznają inny punkt widzenia w kwestiach, które ich samych przytłoczyły. W tle rozgrywa się jednocześnie motyw samej kliniki – jej przyszłości i rozwoju oraz samego powstania. Dziennikarze i internauci szukają tu sensacji, starają się przekonać swoich czytelników, że sen jako lekarstwo na żałobę to coś złego i niebezpiecznego, tworzą kolejne artykuły. Z kolei przeciwwagą dla nich będzie przytaczanie podań, w których należy uzasadnić, że komuś należy się miejsce w Polach Makowych – te pokazują, jak bardzo potrzebna ludziom obietnica skrócenia cierpień i przywrócenia normalności. Autorka przedstawia bliżej kilkoro bohaterów – potencjalnych pacjentów – i uświadamia, jak różne są drogi do straty i wybory po niej, pozwala na zaprzyjaźnienie się z bohaterami i kibicowanie im. I to nic, że nie zaskoczy w fabule. Prawdziwa siła tej powieści tkwi w przemyśleniach, które zostaną z bohaterami. Różne punkty widzenia – ujmowane także dzięki różnym scenariuszom – prowadzą do wniosków, które będą dla czytelników czasem oczywiste, a czasem odkrywcze – co oznacza, że podczas lektury każdy stawiać sobie będzie pytania na temat własnych wyborów, a po przeczytaniu książki i po zakończeniu historii – zastanawiać się nad prawdziwymi życiowymi drogami. „Pola Makowe” to książka bardzo udana – w sam raz dla wszystkich fanów powieści psychologicznych i jednocześnie dla miłośników nietypowych rozwiązań fabularnych.

piątek, 3 kwietnia 2026

Hiromi Kawakami: Dziwna pogoda w Tokio

Znak, Kraków 2026.

Spotkanie

W restauracji spotykają się oboje. Oboje zamawiają dokładnie ten sam zestaw. Przypominają sobie, że się znają: on kiedyś był jej nauczycielem. Oboje są raczej samotni i raczej introwertyczni i wcale nie muszą dążyć do natychmiastowego znalezienia drugiej połówki, wystarcza im taki pozornie powierzchowny kontakt, dla postronnych nie do zauważenia, a dla nich samych – będący wszystkim. Bardzo długo nic z tym nie zrobią, zadowalać się będą tylko i wyłącznie przelotnymi spotkaniami w restauracji. Nawet rachunek sprawiedliwie płacą – nie wykorzystują ani jednej nitki, która przywiązywałaby ich do siebie. A jednak przyzwyczajają się do towarzystwa i do obecności, gdy coś lub ktoś przełamie tę rutynę, jest im gorzej. „Dziwna pogoda w Tokio” to książka, która wywraca do góry nogami wszystkie aktualne mody na opowieści romansowe. Hiromi Kawakami przygląda się swoim bohaterom – wręcz biernym w kształtowaniu wspólnej relacji. I czeka. Czeka cierpliwie, chociaż nie wiadomo, czy będzie na co. Ona ma ponad trzydzieści lat, on jest od niej o drugie tyle starszy. Ona nie może przypomnieć sobie jego nazwiska, więc zwraca się do niego Sensei, jemu to odpowiada. Zresztą szkolnych przyzwyczajeń nie pozbędzie się tak łatwo i bardzo chętnie przy każdej okazji będzie korygował jej stan wiedzy. Ale nie o fetysze tu chodzi, a Hiromi Kawakami, gdyby mógł, całkiem odarłby tę powieść z seksualności, skupiając się tylko i wyłącznie na kontaktach emocjonalnych. Podąża za bohaterami i uczy się od nich cierpliwości. Ta cierpliwość przyda się także czytelnikom – bo „Dziwna pogoda w Tokio” to kolejna propozycja wyciszająca i kojąca, nietypowa, bo oderwana od przejrzystych schematów. Nie będzie tu wprawdzie onirycznych kontaktów z istotami z zaświatów, ale zamiast tego pozostanie skupienie na ulotnej więzi między postaciami. Tu trzeba ostrożności i spokoju, żeby nie zniszczyć tego, co dla bohaterów cenne i niezwykłe. I jednocześnie – trzeba niespiesznej lektury, pozwalającej na zrozumienie sedna. Ta książka wycisza i koi, ale zupełnie inaczej, niż przywykli do tego zachodni czytelnicy. Skupienie się na pozornie nieistotnych wydarzeniach stanowiących mikrokosmos bohaterów to prosta droga do lepszego poznawania siebie i do wyciszenia się. A przecież autor celowo rezygnuje z wymyślnej fabuły, sprowadza bohaterów do pozbawionego adrenaliny tu i teraz. Oboje są zbyt dojrzali na przelotny flirt i zbyt ostrożni, żeby wikłać się w romans, nie chcą, ale przecież też nie muszą rezygnować z niczego, żeby tworzyć nowe zasady w związku. Co ciekawe, przy nastawieniu na uważność nie ma tu podkreślania literackości – Hiromi Kawakami stara się pisać jak najbardziej normalnie, bez fajerwerków, żeby przedstawić coś niezwykłego, co ostrożnie rodzi się między postaciami. „Dziwna pogoda w Tokio” to właśnie sposób na zatrzymanie się i na sprawdzenie kodeksu wartości, na przetestowanie jakości relacji w dzisiejszym świecie. Jest to książka, którą łatwo przeoczyć – a jednak korzystanie z niej to nie tylko lektura rozrywkowa, a autoterapia, szansa na wyhamowanie w codziennym pędzie.

wtorek, 31 marca 2026

Anna Arno: Do pana kieruję moje milczenie

Znak, Kraków 2026.

Spotkania

Dla Anny Arno świat jest pełen słów. Te słowa mogą budować atmosferę i kontekst wydarzeń oraz niewydarzeń. Mogą stanowić wystarczający powód dla sięgnięcia do historii i opowiadania jej z innej perspektywy, dociekliwie, trochę plotkarsko, ale przede wszystkim – z zestawem pytań, na które nie znajdzie się odpowiedzi. „Do pana kieruję moje milczenie” to tom esejów poświęconych wielkim nazwiskom – i sytuacjom, które nie zostały dostatecznie wyeksponowane czy przeanalizowane, a czasami – które w ogóle nie zaistniały. Anna Arno przeprowadza czytelników przez gąszcz zbiegów okoliczności, wydarzeń nieoczywistych lub boleśnie dosłownych, uniemożliwia rozszyfrowywanie prawdy w obliczu potencjału literackiego i historycznoliterackiego. Zajmuje się przeglądaniem życiorysów przez lupę – tylko po to, żeby wyłuskiwać z nich to, co niedopowiedziane – i żeby sugerować czytelnikom alternatywną wersję narracji. Nieważne, czy bazującej wyłącznie na faktach, czy karmiącej się domysłami i nieistniejącymi dowodami. Liczy się siła rażenia kolejnych indywidualnych historii, sieć powiązań, która mówi wiele o wszystkich połączonych nią bohaterach – a jednocześnie nie mówi nic, bo każdy z tych bohaterów ma swoją własną opowieść, snuje relację w oderwaniu od tego, co chce widzieć Anna Arno. „Do pana kieruję moje milczenie” to książka, w której drobiazgowe analizy przeplatają się z poetyckim sposobem patrzenia na rzeczywistość oraz nierzeczywistość. Anna Arno z drobiazgów tworzy całe sceny, buduje historie spotkań i relacji, znajomości i nieznajomości – a wszystko po to, żeby uwieść czytelników, żeby wprowadzić ich w grę, która nie ma jednego rozwiązania i która wymusza skupienie oraz wyczulenie na prawdę. Kolejne scenki równie wiele mówią o ich historycznych bohaterach, co o samej autorce, dla której konkretne wydarzenia przybierają dużą rangę. Ten tom nie ma na celu uzupełniania biografii czy dziejopisarstwa – on jest po to, żeby odbiorcy mogli poczęstować się samymi historiami, gęstymi od znaczeń i przypadków. Sama autorka może dzięki temu dzielić się poglądami i podejściem do spraw uniwersalnych, wykorzystuje istniejących kiedyś ludzi do tworzenia literackich obrazków, nie zawsze zdradzających swoje cele w pierwszym odbiorze. Wszystko jest tutaj ulotne – chociaż i tak bazuje na tym, co rzeczowe i przyziemne. Być może autorka szuka przepisu na historyczne powtórzenia i inspiracje, być może zależy jej na zaszczepieniu czytelnikom w świadomości sieci powiązań, od której naprawdę dużo zależy – ale nie będzie tu żadnych jednoznacznych wyjaśnień ani podpowiedzi. Będą twórcy (i nie tylko), obserwowani z dystansu, zamienieni w obiekty analiz i ocen. Będą ludzie w chwilach kryzysów i przełomów, w chwilach, w których mogą udowodnić swoją wrażliwość i system wartości i w chwilach, które zmuszą ich do weryfikowania postaw. „Do pana kieruję moje milczenie” to zapiski wrażeń i trudnych zachwytów, próby zaakcentowania tego, co nieważne w perspektywie czasu, za to niezwykle istotne w jednym momencie. Anna Arno chce pytań, niepokojów i testowania znajomości. W końcu to ona podważa istotę międzyludzkich więzi - w mikroskali.

poniedziałek, 16 marca 2026

Paulina Młynarska, Dorota Wellman: Afterparty

Znak, Kraków 2026.

Z perspektywy

Dwie dziennikarki, które świetnie się dogadywały w pracy. Dwie przyjaciółki, które uwielbiają ze sobą rozmawiać. W dobie mody na publikacje dialogowe – dlaczego nie? „Afterparty” Pauliny Młynarskiej i Doroty Wellman to książka o nieustającym poszukiwaniu siebie w zmieniającym się świecie. Publikacja, która trochę jest autobiografią, trochę – forum i prezentacją poglądów, trochę autopromocją, a trochę po prostu spotkaniem. Przygotowana w wersji pop, z mnóstwem zdjęć ze wspólnej specjalnej sesji, z kolorowymi podsumowaniami, ramkami i ciekawostkami, z miejscem na własne uwagi – ale ta forma tylko maskuje sporo poważnych treści. Paulina Młynarska i Dorota Wellman nie bawią się bowiem w plotki i banalne zagadnienia, za to przerzucają się ciekawymi spostrzeżeniami na temat dzisiejszych mediów, funkcjonowania w przebodźcowanym świecie i zachowaniu dobrej kondycji przez długi czas. Doświadczone przez życie, bogate w przemyślenia i własne przykłady, wprowadzają do opowieści mnóstwo osobistych wątków – po to, żeby wytyczyć czytelniczkom drogę. Kierują się zwłaszcza do pań, które młodość mają już za sobą (albo do tych, które panicznie boją się zestarzeć), pokazując, jak wiele atutów daje metryka. Podpowiadają, jak cieszyć się życiem i radzić sobie z wyzwaniami. A przede wszystkim zarażają dystansem do siebie, poczuciem humoru, które zawsze pozwoli przetrwać kryzys.

Będzie tu trochę o ciele (akceptacji siebie lub walki z wyglądem), o związkach, o wykształceniu, o pracy w mediach, o przemijaniu, o przeprowadzkach, o jodze, o życiu w zgodzie ze sobą i o bezustannych poszukiwaniach. Będzie o charakterach każdej z rozmówczyń i o ich wizji domowości, o partnerach i o samotności. Będzie – o wszystkim. Bo chociaż tematy wiodące się tu pojawiają, to przecież nie da się okiełznać szczerej rozmowy dwóch indywidualności nadających na podobnych falach. Przeplatają się tu różne historie, mniej lub bardziej odbiorcom – fanom tego duetu – znane. Pojawiają się sposoby na radzenie sobie z przytłaczającą czasem codziennością i wskazówki dla tych, którzy chcieliby zmienić środowisko. Odrobina kulis pracy w stresujących warunkach, bezwzględność mediów. Ale obie autorki wrócą też do czasów, kiedy tworzyły wspólny program telewizyjny i decydowały o tym, co może się w nim znaleźć – z perspektywy oceniają swoje decyzje, wspominają najdziwniejsze sytuacje i dzielą się z czytelnikami konkretnymi wspomnieniami. To wszystko sprawia, że odbiorcy mają wrażenie wejścia w zamknięty, ale nie niedostępny świat: mogą zostać wtajemniczeni w to, co najbardziej angażuje lub inspiruje obie autorki. Mogą podejmować polemikę albo przyswajać sobie ich spojrzenie na rzeczywistość. Mogą wreszcie lepiej poznawać bohaterki kojarzone nie tylko z telewizji. Jest w „Afterparty” radość ze spotkania, jest chęć dzielenia się ważnymi przemyśleniami, jest rozmowa, która nie potrzebuje moderacji – bo potoczy się w kierunku, jaki akurat będzie potrzebny. I nawet jeśli czytelnicy chcieliby pogłębić konkretne zagadnienie, nie będą mieli z tym problemu – autorki zainspirują ich co do kierunku poszukiwań i zagadnień zasługujących na komentarz. „Afterparty” to książka o zrozumieniu siebie i o tym, co dzięki temu można zaoferować światu. Kolorowa, rozgadana i niepowtarzalna.

czwartek, 26 lutego 2026

Emily van Duyne: Kochając Sylvię Plath. Jak Ted Hughes wykorzystywał Sylvię za jej życia i po śmierci

Znak, Kraków 2026.

Przemoc domowa

Przez długi czas biografizowanie nie było cenioną metodą odczytywania twórczości. Co więcej: włączanie do analiz osobistych przeżyć badaczy w ogóle nie mieściło się w kanonach interpretacyjnych. Emily van Duyne nic sobie z tego jednak nie robi i w tomie „Kochając Sylvię Plath” otwarcie przyznaje się do bycia fanką poetki i jednocześnie ofiarą przemocy domowej w przeszłości – co ma pomóc w odszyfrowywaniu śladów tragedii prywatnych w literaturze. Ta publikacja ma pokazać sposoby wołania o pomoc i nauczyć odbiorców odczytywania śladów tragedii w zaciszu domowym, a także – w konsekwencji – odczarować mit samobójstwa Sylvii Plath, a właściwie zmienić postrzeganie samobójczego aktu – na efekt zaszczucia przez wiarołomnego i okrutnego męża.

Emily van Duyne sporo miejsca poświęca w tej książce sobie: swojej walce o prawdę, poszukiwaniom dotyczącym materiałów o Sylvii Plath, a także doświadczeniom, które łączą ją z poetką. Chce przedstawiać siebie jako osobę, która wręcz powinna się zająć rozczytywaniem tematu samobójstwa Plath – i zgromadzić wszystkie dostępne materiały tak, żeby ostatecznie uzyskać pewność co do swoich tez. Rejestruje nie tylko gromadzone materiały, ale także niepowodzenia w ich zdobywaniu, bo nie wszyscy chcą wracać do niewygodnego tematu, albo analizować go przez pryzmat feministycznych teorii. Emily van Duyne rezygnuje z monograficznego ujęcia, nie porządkuje ani twórczości, ani biografii Sylvii Plath – obie te dziedziny traktuje dość wybiórczo, bardziej koncentrując się na relacjach małżeńskich i na istniejących już interpretacjach w oparciu o biografie. Sporo uwagi poświęca nie tylko samej poetce, ale także jednej z kochanek jej męża, kobiecie, która również popełniła samobójstwo, zabijając wcześniej wspólne z Tedem Hughesem dziecko. Rejestruje istotę relacji małżeńskich i poetyckich – zastanawia się mniej nad tym, które z małżonków było lepsze w poezji, a bardziej nad tym, które poświęcało swoją karierę, żeby rozwijać się mogła druga strona. Dotyka zagadnień ulotnych i nie do końca możliwych do zmierzenia, nie ustaje jednak w wysiłkach, żeby udowodnić czytelnikom, że to Sylvia Plath była bardziej utalentowana i jednocześnie – że to ona więcej straciła w związku. Takie stanowisko, bez względu na przytaczane argumenty, wydaje się oczywiste ze względu na deklarowane sympatie autorki książki – to od odbiorców będzie zależało, czy zaufają kobiecie wyraźnie zafascynowanej poetką, czy też potraktują jej poszukiwania jako nieprzekonujące za sprawą zaangażowania emocjonalnego. Sylvia Plath zyskuje tu głos obrony – głos, który wzywa do uważnej lektury, sprawdzania zwłaszcza prywatnej korespondencji, ale także drobnych wzmianek w samej poezji. Emily van Duyne jest przekonana, że Sylvia Plath wołała o pomoc – ale robiła to zbyt subtelnie, nie mogąc wprost powiedzieć o własnej krzywdzie w domowym zaciszu. Jednoznacznie przedstawia Teda Hughesa jako winnego śmierci Plath – ale w tym dość obszernym tomie występuje po prostu w imieniu wszystkich kobiet, które padły ofiarą przemocy domowej i nie umiały sobie poradzić z dominującym mężem. Nie ma się co dziwić, że momentami przypadek Sylvii Plath znika – ustępuje miejsca uniwersalnej opowieści, na którą nie ma zgody. Autorka chce wyczulić społeczeństwo na przemoc domową – i sprawić, by takie scenariusze nie mogły się już powtarzać.

środa, 7 stycznia 2026

Nie zapomnij nakarmić gołębi. Dziennik z Gazy

Znak, Kraków 2025.

Rozpacz

Nie wiadomo, kim jest ten autor. Chce zachować anonimowość raczej nie dlatego, że to temat ma zwracać na siebie uwagę. Może wstydzi się własnych uczuć, z którymi dzień po dniu rozprawia się na kartach prowadzonego terapeutycznie dziennika, a może wcześniej, w świecie sprzed konfliktu zbrojnego, był kimś zupełnie innym. Jego przeszłość nie ma znaczenia, jego przyszłość jest wielką niewiadomą, zostaje teraźniejszość. A ta bywa trudna albo… jeszcze trudniejsza. Autor mieszkał w „mieście Gaza” (co jakiś czas to określenie pojawia się jak refren, a przecież akcja mogłaby toczyć się w wielu miejscach i z niewielkimi tylko zmianami odnoszącymi się do kulturowych naleciałości), ale za sprawą ewakuacji został zmuszony do wojennej tułaczki. Nie wiadomo, gdzie przebywa – udał się do miejsca, w którym ludzie chcieli przyjąć jego, siostrę i dwa koty. Ma pieniądze – to ważne w wojennej zawierusze, odpada przynajmniej jeden problem związany z walką o przetrwanie. Oszczędności wprawdzie topnieją i co jakiś czas wyzwalają pytanie o uczciwość sprzedawców (którzy windują ceny niemiłosiernie, autor co pewien czas poucza ich, co do nieetyczności takiego zachowania, ale nikt się tym specjalnie nie przejmuje), ale można nie tylko znaleźć pokój na wyłączność z siostrą (podczas gdy w innych miejscach całe rodziny gnieżdżą się w każdym wolnym zakamarku), a też… ratować bezdomne i opuszczone koty. Autor stara się czynić dobro – w tym maleńkim zakresie. Sprowadza do domu kolejne chore kocie biedactwa i szuka dla nich opieki weterynaryjnej oraz lekarstw. Ten aspekt swoich działań podkreśla mocno, zupełnie jakby potrzebował potwierdzenia, że mimo wrogości na zewnątrz – sam jest dobrym człowiekiem. Być może dba w ten sposób o równowagę – bardzo często podkreśla swój strach, bywa, że nie radzi sobie z dramatami we własnej głowie, chociaż na depresję raczej nie cierpi.

Ale cała kreacja jego – autora – nie ma większego znaczenia w obliczu tego, co pokazuje w swoim dzienniku. A pokazuje codzienność cywila w kraju ogarniętym wojną. Zajmuje się więc żegnaniem kolejnych przyjaciół i znajomych (każdemu z tych, którzy umarli, wystawia inną laurkę, żeby upamiętnić ich jako wyjątkowych i żeby jeszcze bardziej podkreślać okrucieństwo wojny, której przypadkowymi ofiarami są najlepsi. Opowiada o własnych sposobach na przetrwanie – kiedy godzinami chodzi po ulicach i sprawdza, czy gdzieś coś da się zdobyć. Rejestruje zachowania ludzi goszczących rodziny z terenów ogarniętych ewakuacją, podkreśla dobroć i sympatyczne gesty, ale odnotowuje też na przykład, jak wojna wpływa na zachowania i reakcje dzieci. Od czasu do czasu sięga do poezji lub piosenek, szuka pokrzepienia w tekstach literackich – ale to dość niewielka rekompensata za utratę normalności. Zadaje sobie autor pytanie, kiedy to się skończy – przeważnie nastawia się na niewielkie odcinki czasu, snuje proste marzenia, co będzie robić, kiedy wróci normalność – tyle że upragniony spokój nie nadchodzi.

I to zestawianie nadziei na normalność z wojenną tułaczką może być dla czytelników najbardziej wstrząsające. W tej książce widać, jak łatwo można stracić to, co najcenniejsze, pielęgnowane i oczywiste. I że może to spotkać wszystkich. Dlatego „Nie zapomnij nakarmić gołębi. Dziennik z Gazy” odbije się szerokim echem w świecie czytelniczym. Opowieści o wojennym bohaterstwie było już mnóstwo – tu liczy się próba przetrwania mimo wszystko i nadzieja, która nie gaśnie.

Wzruszenia mieszczą się w prostych słowach, a niepewność jutra każe inaczej spojrzeć na wygody i plany. „Nie zapomnij nakarmić gołębi” to książka, która pokazuje wpływ wojny na zwyczajność – to zaproszenie do świata, do którego wcale nie chce się wchodzić, ale wejść trzeba, żeby zrozumieć, przemyśleć i nie dopuścić do podobnych sytuacji. Dla autora to wołanie o pomoc. Dla czytelników – mimo wszystko – szansa.

czwartek, 4 grudnia 2025

Katarzyna Zyskowska: Mrok jest po naszej stronie

Znak, Kraków 2025.

Przejście

Już za moment w górach może rozegrać się tragedia. Wszystko zostało starannie zaplanowane i nieuchronnie się zbliża, dla Hanny nie ma już nadziei – pytanie tylko, czy ona sama będzie chciała dalej funkcjonować. Przeszła w końcu tak wiele, a teraz podsumowuje swoje życie w pamiętniku dla córki. Nie spędziła z nią zbyt dużo czasu, nie mogła zbudować głębszej relacji – a to wszystko przez wybory życiowe i nacisk wielkiej historii. Bo akcja tomu „Mrok jest po naszej stronie” zaczyna się w 1938 roku i Katarzyna Zyskowska nie pozostawia nikomu złudzeń: będzie mieszać w losach bohaterów sprawami politycznymi i społecznymi. Szczególnie mocno zaprzątają ją kwestie polsko-żydowskich relacji. Oto pewnego dnia Hanna, która szuka pomysłu na siebie (chciałaby pisać, ale nie ma odwagi pokazać swoich tekstów najbardziej wpływowym redaktorom), staje się przypadkowym świadkiem ataku na młodego prawnika. Arie zaatakowany przez sporą grupę nie ma szans na to, by się obronić – ma szczęście, bo młoda kobieta nie daje się zastraszyć, rozpędza napastników i pilnuje, żeby Arie trafił od szpitala. To wydarzenie sporo w jej życiu zmienia – na początku przyspiesza szansę na spełnienie marzenia o pisaniu. Ale sprawia też, że silne zauroczenie nie daje o sobie zapomnieć. Hanna nie kalkuluje, nie zastanawia się nad tym, czy jakakolwiek przyszłość może ją czekać u boku młodego Żyda – na razie zresztą nie ma odwagi na to, by zrealizować najbardziej śmiałe pragnienia. Z kolei Arie nie potrafi wyrzucić z myśli uroczej kobiety – jego rozpala pożądanie. I w tę zmysłowość, która przy sprzyjających okolicznościach natychmiast przerodziłaby się w płomienny romans, przerywają nastroje antysemickie. Katarzyna Zyskowska wchodzi na niebezpieczny literacko grunt, ale kompletnie nie przejmuje się polityką – potrafi odnotować jej znaczenie dla postaci, za to ucieka od oceniania i komentowania, wnioski pozostawia czytelnikom. Sama koncentruje się przede wszystkim na dwustronnej relacji, na uczuciach, które nie zawsze mogą być ujawnione. Hanna i Arie – już jako Lew – będą na siebie wpadać w różnych momentach historii i komplikacje związane ze społecznymi przemianami uwarunkują ich postawy. Nie będzie tu zbyt wiele miejsca na szczęście – autorka za to mocno komplikuje sytuacje, chociaż zawęża opowieść do dwójki ludzi. „Mrok jest po naszej stronie” to powieść, która wiele razy będzie skręcać w nieoczekiwanych dla odbiorców kierunkach po to, żeby ukazać beznadziejność sytuacji czy ogrom różnorodnych uczuć, jakie żywią do siebie bohaterowie. Tam, gdzie większość twórców postawiłaby na „żyli długo i szczęśliwie”, opowieść dopiero się zaczyna – i do baśniowego finału jej bardzo daleko. Katarzyna Zyskowska bardzo umiejętnie wykorzystuje tematykę wojny i społecznych przemian, nie moralizuje i nie zmusza czytelników do analizowania historii. Wszystko staje się tu zrozumiałe w oparciu o przeżycia postaci, a Zyskowska buduje ich świat z dwóch życiorysów, podbarwiając je kolorytem lokalnym. Zwraca uwagę swoich odbiorców nie na przeszłość – nie na podręcznikową historię, tylko na charaktery i komplikacje w godzinie próby. I to się doskonale sprawdza.

środa, 3 grudnia 2025

Magdalena Kordel: Wzgórze Aniołów

Znak, Kraków 2025.

Ratunek

Dla takich powieści miejsce przed świętami zawsze się znajdzie. „Wzgórze Aniołów” Magdaleny Kordel potrafi jednak momentami wstrząsnąć czytelniczkami, nie jest to wyłącznie sentymentalna obyczajówka z dobrymi duszami na pierwszym planie. Ale spełnianie marzeń musi znaleźć tu swoje miejsce. Tak jest w przypadku Anieli: kobieta kilkadziesiąt lat czekała na kontakt z ukochanym – miłość sprzed lat, niemożliwa do zrealizowania, wyznaczyła termin kontaktu, granicę, po której wszystko musi się wyjaśnić. I chociaż Aniela miała już nawet ochotę rozstać się ze światem, postanowiła uporządkować swoje sprawy i doprowadzić do finału tę najważniejszą – chce zawalczyć o prawdziwe uczucie. A ponieważ zmiany w jej życiu wiążą się też z przeprowadzką, chwilowo trafia do Loli, najlepszej przyjaciółki prowadzącej niezwykle gościnny pub. Lola to ekscentryczka, która widzi więcej niż inni – i zawsze potrafi przyjść z dyskretną pomocą. Oczywiście obie panie muszą sobie długo (jak na możliwości powieści – bardzo długo) poplotkować, dzięki czemu czytelniczki uzyskają w miarę pełny ogląd postaci, sytuacji i wzajemnych zależności. Ale Aniela dostanie do wypełnienia nie tylko swoją misję. Przede wszystkim potrzebna jest doraźna pomoc dla Jagody, ofiary przemocy domowej – i jej synka. Maltretowana przez męża kobieta nie zamierza zgłaszać sprawy na policję, wszyscy starają się ją chronić, żeby nie straciła kontaktu z dzieckiem – ale ten stan rzeczy nie może trwać długo, zwłaszcza jeśli oprawca znęca się też nad maluchem i to w sposób, który przyprawiać może o szok. U Loli przebywa także dawny zakapior, a obecnie złota rączka, mężczyzna, który niejedno w życiu widział i który teraz może zrobić użytek z życiowej mądrości. Jest tu i młoda dziewczyna, która schronienie znajduje w ramionach odwiecznego przyjaciela – a że starsze panie potrafią odróżnić prawdziwą miłość od mrzonek, mogą postarać się być aniołami dla innych.

„Wzgórze Aniołów” to ciepła opowieść, rozłożona na kilka przyspieszonych miesięcy – akcja toczy się tu leniwym rytmem, ale wystarczająco intensywnie, żeby czytelniczki nie straciły ochoty na śledzenie jej. Wiele wątków łączy się w jednym punkcie: trzeba czynić dobro i trzeba pomagać innym, zwłaszcza tym najbardziej zagubionym. I tak wszystko rozwiąże się w grudniu, bo to czas cudów – wtedy spełnią się najbardziej śmiałe marzenia. Niektórym wprawdzie trzeba będzie pomóc, ale autorka sprawi, żeby nikt nie był poszkodowany w wymianie przysług. Na dalekim planie widnieje wielka trauma z zamierzchłej przeszłości, a to wszystko żeby pokazać odbiorczyniom, jak różne są motywacje ludzi i jak łatwo zniszczyć sobie życie przez złe wybory. Magdalena Kordel nie zamierza pouczać, chce, żeby sprawy pozostawione własnemu biegowi same znalazły właściwe tempo. Czytelniczkom oferuje ciepło i wsparcie, serdeczność w narracji i sporo niespodzianek. Ale ta autorka wie doskonale, jak budować literackie azyle, nie jest to dla niej żadne wyzwanie – liczy się efekt. A tu zamiast standardowej grudniowej historyjki odbiorczynie otrzymają wielowymiarową relację o spełnianiu marzeń – i to niekoniecznie własnych.

czwartek, 30 października 2025

Tomasz Stawiszyński: Ćwiczenia z dysonansu

Znak, Kraków 2025.

Zmiany

Jest Tomasz Stawiszyński człowiekiem nastawionym na rejestrowanie zmian czy choćby przesłanek do przyszłych zmian – tych, które już wkrótce przekształcą obraz egzystencji całych społeczeństw. Dostrzega subtelne zjawiska, które zapowiadają zaledwie – ale tylko najuważniejszym obserwatorom – nieuniknione. Rejestruje wydarzenia, które mogą mieć olbrzymie znaczenie, nawet jeśli chwilowo nie wydają się zbyt groźne. I zdaje sobie sprawę, że tylko jednostki biją na alarm, jeśli zauważają przekraczanie norm etycznych albo naruszanie granic drugiego człowieka, sam się do nich zalicza, chociaż tego akurat nie podkreśla. Chodzi o to, żeby sugerować czytelnikom bliskość wielkich tematów i zachęcać ich do samodzielnych krytycznych obserwacji. Tomasz Stawiszyński zresztą zachowuje się całkiem sprytnie: raz odnosi się do spraw z mediów społecznościowych, raz – do wielkiej międzynarodowej polityki. Miesza znaczenia i rangi wydarzeń, żeby czytelnicy nie wiedzieli, czego się spodziewać po kolejnym tekście. To nie jest efemeryczny zestaw błahych felietonów, a znacząca seria, teraz, dla wygody odbiorców i nadania trwałości drobiazgom, zamieniona w książkę.

Określony rozmiar tekstów wymusza na autorze dyscyplinę myślową i przy okazji także podkreślanie puent czy obserwacji. Stawiszyński czasami uderza w kasandryczne tony, czasami oprowadza odbiorców jak przewodnik, a czasami po prostu się bawi – ale bez względu na sposób prowadzenia mikrorelacji dba o to, żeby czymś swoją widownię zaskoczyć albo żeby zmusić do refleksji nad zjawiskiem dopiero co oglądanym. Bierze pod lupę wszystko, co może zaintrygować jego czytelników, ale dba też o różnorodność źródeł inspiracji. Czasami będzie zatem wybierał opowieść o życiu i twórczości, czasami – kwestie etyczne albo społeczne. Odnosi się do spraw wielkich, które upycha w felietonowych formach, a niekiedy przygląda się najmniejszym ziarenkom wiadomości, które rozszerza do rozmiaru przystępnego dla odbiorców. Tematyczny misz-masz spojony zostaje charakterystycznym rytmem relacji. Spojrzenie Stawiszyńskiego nie prześlizguje się przez rzeczywistość, raczej co chwilę utyka w innym miejscu i doprowadza do wyciągania kolejnych wniosków. Stawiszyński zaprasza także czytelników do udziału w tej – niełatwej przecież – zabawie. Podsuwa im tropy i przekazuje własne spostrzeżenia, które w zwieńczeniach felietonów przerabia na podsumowania przeważnie niezbyt kojące. Bo jednak łatwiej wydobyć na światło dzienne to, co może zamienić się w zaskoczenie – zwłaszcza jeśli na początku nie wydaje się zbyt groźne ani nawet podejrzane.

Niby są to teksty przesiąknięte spojrzeniem filozoficznym, a przecież wymuszają uczestnictwo (choćby tylko bierne) w dzisiejszym świecie, kulturze i społecznościach. Pozbawione oczywistości, kuszą czytelników rozwiązaniami odkrywczymi i wskazywaniem tego, co kompletnie wymyka się poznaniu. Kilkadziesiąt felietonów pisanych regularnie do rubryki w „Tygodniku Powszechnym” zamieniło się teraz w znakomitą książkę. Problem w tym, że nawet zamiana wielu małych form w jedną dużą nie pozwoli na przyspieszenie lekturowe: tej pozycji po prostu nie da się czytać szybko. Autor bowiem szykuje na czytelników wiele pułapek i spowalniaczy, punktów, które skutecznie wytrącą z procesu czytania i zamienią go w czas na myślenie o właśnie przyswojonej ciekawostce.

niedziela, 5 października 2025

Yael van der Wouden: W dobrych rękach

Znak, Kraków 2025.

Wybór

Ta książka przenosi do lat 60., ale tylko w sferze obyczajowej, otoczenie nie ma dla bohaterów żadnego znaczenia, a Yael van der Wouden nie będzie precyzyjnie odtwarzać kontekstu – ułatwia sobie zadanie, a czytelnikom koncentrację na tym, co najważniejsze, dzięki azylowi. Miejscem akcji jest dom na odludziu. Holenderska prowincja to schronienie dla Isabel, samotnej bohaterki, która od zawsze była „dziwna”. Isabel mieszka w domu, który formalnie nie należy do niej – ale tu porządkuje sobie rzeczywistość i tu czuje się bezpiecznie. Nie ma potrzeby wychodzenia do ludzi, interakcje społeczne ją męczą i irytują – bohaterka spędza czas samotnie i jest jej z tym dobrze. Isabel wychowywała się w rodzinie o mocno konserwatywnych poglądach: matka nigdy nie pogodziła się z życiowymi wyborami syna – i nawet po jej śmierci pewne uprzedzenia pozostały i funkcjonują niejako w atmosferze domu, chociaż wydaje się to nielogiczne. Isabel przesiąknięta pewnymi przekonaniami, będzie miała utrudnione zadanie, gdy jej codzienność się zmieni.

Isabel nie potrzebuje zmian, nawet – boi się ich i celowo wyklucza z własnej codzienności. Ale pewnego dnia Louis – jeden z braci – przyprowadza do domu swoją kolejną narzeczoną. Eva nie ma gdzie mieszkać i przez jakiś czas będzie musiała zatrzymać się u Isabel, bez względu na opinię na ten temat tej ostatniej. Isabel nie ma tu nic do powiedzenia, nawet jeśli będzie chciała zrobić wszystko, żeby pozbyć się niechcianego gościa albo zniechęcić Evę do ekspansywnego trybu życia. Bo Eva nie boi się niczego, nie zamyka się na ludzi, jest ekstrawertyczna i głośna, stanowi przeciwieństwo Isabel i potrafi bardzo ją zirytować. Eva ufa ludziom, inaczej niż Isabel, która podejrzewa każdego o wykradanie cennych przedmiotów codziennego użytku. Napięcie między kobietami staje się nie do zniesienia i wtedy Yael van der Wouden przygotowuje dla czytelników dwa wielkie zwroty akcji. Pierwszy można przewidzieć – autorka zapowiada go drobiazgami i subtelnymi akcentami w kierunku rozwoju fabuły. Tu jednak liczy się nie efekt zaskoczenia a jakość prozy, sposób opisywania tego, co kilka dekad później robi już znacznie mniejsze wrażenie. Skandal rozpisany na detale będzie dla czytelników prawdziwą przyjemnością poznawczą – nie chodzi tu o relację między kobietami przymusowo zamkniętymi w jednym domu, a o metodę przedstawiania kolejnych wydarzeń, gestów i interpretacji. W tym prawdziwa siła powieści „W dobrych rękach”. Z kolei drugi przełom wypada bardziej sensacyjnie i ma urozmaicić historię – nadać jej kierunek i sens tak, żeby całość nie wybrzmiewała tylko i wyłącznie jako studium kontaktów interpersonalnych.

Yael van der Wouden stara się nie przeoczyć żadnego szczegółu, kontrastuje swoje bohaterki i przedstawia ich indywidualne historie, żeby w pewnym momencie zacząć pisać z nich jedną opowieść. Wie, czym zaintrygować czytelników – i chociaż rezygnuje z tła (obyczajowość funkcjonuje tu niemal wyłącznie w głowach postaci), jest przekonująca w ładunku emocjonalnym.

niedziela, 21 września 2025

Zbigniew Rokita: Aglo. Banką po Śląsku

Znak, Kraków 2025.

Przystanki

Tu nie trzeba kasować biletu. Zbigniew Rokita decyduje się na wyprawę tramwajem przez kilka śląskich miast – zabiera ze sobą czytelników i spotykanych po drodze rozmówców, żeby po raz kolejny przyjrzeć się śląskości jako takiej – pod wszelkimi podziałami i przepychankami politycznymi, w najbardziej przyziemnym zakresie, w normalnym życiu. Widzi to, co zwykle odrzucane jako nieistotne, zachwyca się tym, co zwyczajne i w tym szuka alternatywy dla cepeliady i ocalania tradycji na pokaz. Odjeżdża Rokita od stereotypowego mówienia o Śląsku, szuka nowego języka, który będzie w stanie uchwycić już nie krzywdę przodków, a mikroświat, w jakim mają się odnaleźć kolejne pokolenia. Owszem, przeszłość, także ta bolesna, powraca tu co pewien czas, musi zresztą, skoro dalej kształtuje mentalność części lokalsów. Ale wielu ludzi jest już zmęczonych odwieczną martyrologią i przepychankami na linii Śląsk-Polska, tym Rokita proponuje śląskość gościnną w inny sposób, już bez opowiadania się po którejkolwiek ze stron. Mała ojczyzna nie wymaga wielkich słów, potrzebuje za to refleksji – i tę Rokita zapewni.

„Aglo. Banką po Śląsku” to książka złożona z obrazów i scenek. Autor wychodzi tu od portretowania Erwina Sówki – w reportażowy sposób, bez większych wzruszeń i nadziei bez pokrycia – ale jeśli chce budować nową wizję regionu, musi znaleźć dla niego nowe mity. I znajduje, bez większego trudu. Weryfikuje też mity dotychczasowe, wybiera się w tym celu pod ziemię, opowiada o kopalni jako centrum śląskiego wszechświata, czyta z pomników, wydziera się na stadionach - im niższej ligi, tym lepiej. Co pewien czas powraca do historii, ale bardziej po to, żeby wytłumaczyć odbiorcom, skąd biorą się dawne urazy i podziały – gdzie mają swoje źródło nieporozumienia i konflikty. Znajomych wypytuje o to, jak było w ich rodzinach – i czasami trafia na tropy historii magicznych, które zarysowuje w jednozdaniowych puentach. Refrenem okazują się tramwaje: podróże kompletnie nieinstagramowe, pozbawione oczywistego piękna nadają rytm książce, wyznaczają aktualne zasady opowieści. Bywa trudno. Niektórzy dalej chcą i potrzebują wylewać swoje żale, szukają do tego słuchaczy – niezależnie od prób tworzenia nowych, gościnnych przestrzeni. Śląsk jednego wymiaru mieć nie będzie, Rokita bardziej szuka rozmycia dualizmów, wprowadzenia nowych kolorów do dyskursu do niedawna opieranego na czerni i bieli. Mniej tu zresztą czytania, więcej słuchania ludzi, którzy pielęgnują w sobie doświadczenia poprzednich pokoleń – Rokita jest ich tubą, roznosi na kraj to, co indywidualne i niepasujące do systemów.

I paradoksalnie najsłabszym elementem książki staje się to, co dla szerokiego grona widzów teatralnych jest największą siłą tego autora: fragmenty sztuk teatralnych. Zrozumiałe jest, że pewne aforystyczne lub po prostu trafne obserwacje Zbigniew Rokita chce ocalać i prezentować szerzej, że formy doskonałej nie musi już poprawiać ani modyfikować, że nie ma sensu tworzenie autoplagiatów i przeżuwanie raz przetrawionego – ale do tej akurat opowieści cytaty ze spektakli niewiele wnoszą.

środa, 16 lipca 2025

Magdalena Kordel: Szczęściary

Znak, Kraków 2025.

Wsparcie

Cudowna i wakacyjna jest ta powieść Magdaleny Kordel: szybka, na krótkie wieczory albo wyjazd. A przy tym przypomina o zjawisku, które zafascynowało kiedyś czytelniczki. To Magdalena Kordel zaszczepiła w świadomości szerokich grup odbiorczyń Malownicze – miejsce będące literackim azylem. I teraz do Malowniczego wraca. Tu, w odróżnieniu od pobliskiego Kłodzka, powódź nie poczyniła żadnych spustoszeń, życie toczy się w swoim spokojnym rytmie i każdy, absolutnie każdy, kto potrzebuje schronienia, może liczyć na pomoc. A przecież one zawsze były we cztery: Zyta, Miłka, Pola i Łucja przyjaźnią się od piaskownicy i wspierają się niezależnie od okoliczności. Mają grupę do dzielenia się najważniejszymi informacjami, wiedzą o sobie wszystko… może poza tymi faktami, o których wstyd mówić. W dorosłości czasem zdarzają się takie zjawiska. Nagle okazuje się, że każda z kobiet boryka się z jakimś zmartwieniem. Pola jest przepracowana i zastanawia się nad zachowaniem opiekunki do dzieci. Zyta prowadzi świetnie prosperującą firmę – ale przekonuje się, że ukochana babcia wymaga pomocy. Miłce wydaje się, że funkcjonuje w stabilnym związku, jednak rzeczywistość nie przystaje do przekonań. A Łucja przechodzi najbardziej oczywisty etap w życiu bohaterek obyczajówek: właśnie straciła pracę i załamuje się w samotności, piekąc ciasta. Otwarcie pracowni tortów od zawsze było jej marzeniem, jednak nie pomagała w tym toksyczna rodzicielka. „Szczęściary” zatem mają sporo do przepracowania – ale skoro działają wspólnie, może im się udać.

Magdalena Kordel wprowadza czytelniczki do świata kojącego i wypełnionego gotowymi do niesienia pomocy kobietami. Dalszoplanowi bohaterowie, którzy nie zostaną wciągnięci w żadne romanse, również doskonale się tu sprawdzają. Wykazują się i poczuciem humoru, i kreatywnością w podejściu do problemów. Wszystko okazuje się prostsze do opanowania, kiedy w pobliżu czuwają dobre dusze – wyrozumiałe i wrażliwe. Autorka podrzuca tu temat osoby starszej, wymagającej już towarzystwa i opieki w codzienności – babcia Zyty wie, jak zawołać o pomoc, chociaż wcale nie chciałaby się do tego przyznawać. Stereotypowe scenariusze romansowe, kiedy funkcjonują na dalszym planie, zyskują nowe szanse na życiowe wybory. Autorka bazuje na zwykłej – opatrzonej już w literaturze obyczajowej – serii doświadczeń, a jednak dzięki wewnętrznej serdeczności w narracji może przekonywać do siebie czytelniczki. Początek nowego życia może być bardzo dramatyczny – ale zawsze niesie w sobie obietnicę sukcesu, trzeba ją tylko dostrzec. I do tego przydają się właśnie przyjaciółki – świadome wad, ale jednocześnie pełne optymizmu, funkcjonujące jak jeden organizm. Magdalena Kordel skupia się tym razem właśnie na tym rodzaju relacji, podkreśla wyjątkową więź między kobietami – i rolę tej więzi w pokonywaniu codziennych wyzwań. „Szczęściary” to książka, która przynosi wszystko to, co czytelniczki u Magdaleny Kordel uwielbiają – ale w przyspieszonym tempie. Jest tu wiele wątków, ale mocny optymizm wynagradza wszelkie nieprzyjemne sytuacje, jakie stają się udziałem bohaterek. „Szczęściary” na rozdrożu raczej nie są pewne swojego szczęścia, ale siła, jaką dają sobie nawzajem, to coś wyjątkowego i wspaniałego także dla czytelniczek.

piątek, 20 czerwca 2025

Paweł Pieniążek: Wojna w moim domu. Kiedy konflikt staje się codziennością

Znak, Kraków 2025.

Strata

Wojna to coś, co brzmi tak absurdalnie, że na pewno nie ma prawa się wydarzyć. Nie w cywilizowanym świecie, nie w XXI wieku, nie… A jednak – wydarza się i rujnuje nadzieje i marzenia wielu. Paweł Pieniążek postanawia sprawdzić, jak wygląda egzystencja ludzi zaskoczonych przez wojnę. Spotyka się z ludźmi – na konkretnych ulicach, w konkretnych miejscach. Poznaje ich nazwiska i sąsiadów. Dowiaduje się sporo o członkach rodzin: szybko zyskuje orientację, kto powinien być traktowany na specjalnych warunkach, a kto poradzi sobie w każdych okolicznościach. Relacjonuje wielkie traumy i drobne niedogodności – odnotowuje codzienność. Tu nie ma jednego przepisu na szczęście, tak samo jak i na radzenie sobie z losem. Jedni są bardziej zaradni, inni mniej, jedni bardziej się boją, inni każdego dnia ryzykują. Wojna też przybiera różne oblicza – w zależności od miejsca, wymaga innych postaw i wymusza inne poświęcenia. Ludzie próbują zarabiać, zdobywać jedzenie, chronić swoich bliskich albo po prostu przetrwać, znajdują sposoby na ominięcie kolejnych pułapek i na zwykłe zmartwienia. Jeśli nie są przygotowani do życia w ogarniętym wojną kraju, muszą nauczyć się na nowo funkcjonować – wszystko, co znali do tej pory, traci na znaczeniu i przestaje być wyznacznikiem sukcesu. „Wojna w moim domu” to książka, która została złożona z bardzo drobnych rozdziałów. Paweł Pieniążek posługuje się tutaj mikroobrazkami, nie podaje pełnowymiarowych opowieści – raczej zderza czytelników z tym, czego się dowiedział, co zobaczył i co zarejestrował. Robi to szybko – żeby uchwycić mocne wrażenia, zaszokować albo uświadomić odbiorcom grozę sytuacji. Być może nie uda się zbudować całej opowieści – podążać za bohaterem do życiowej puenty. Być może trzeba będzie przeskoczyć do innej postaci i skoncentrować się na innych wyzwaniach – to wojna dyktuje warunki. I tak autor towarzyszy wybranym rozmówcom przez całe lata, co jeszcze bardziej podkreśla koszmar wojny. Skrótowość i lakoniczność pasują do tematu – kiedy walczy się każdego dnia o życie, nie ma czasu na filozoficzne dysputy i na zastanawianie się nad sensem konfliktów zbrojnych. Dlatego też nie będzie Paweł Pieniążek pytał o wojnę jako abstrakcję – interesuje go za to podejście postaci do nowej rzeczywistości, kompletnie niegościnnej. Dobre rozwiązania tu nie istnieją, trzeba cieszyć się z drobiazgów – które w czasie pokoju nie byłyby nawet warte uwagi. „Wojna w moim domu” to książka, która toczy się bardzo szybko – a jednak nie da się jej błyskawicznie przejść. Paweł Pieniążek wyciąga z konfliktów to, co najbardziej dotkliwe dla zwykłych ludzi – i przez ich pryzmat jest w stanie nakreślić całą dynamikę wojny jako takiej. Chociaż skupia się na konkretnych miejscach, z jego wojennych notatek wyłaniają się treści uniwersalne. I tym przekona do siebie spore grono czytelników.

czwartek, 5 czerwca 2025

Naomi Watts: Już się nie boję! Wszystko, czego nie mówią nam o menopauzie

Znak, Kraków 2025.

Głos kobiet

Naomi Watts chce, żeby kobiety nie musiały bać się menopauzy, żeby nie szukały na oślep przyczyn zmian, które zaobserwują we własnych organizmach i żeby odbiorczynie nauczyły się, jak rozmawiać z lekarzami, którzy ten temat zwykle bagatelizują. „Już się nie boję” to osobista i pełna humoru opowieść – relacja, w której wyznania aktorki mieszają się z reportażowymi scenkami i rozmowami ze specjalistami. Wszystko ma prowadzić do uświadamiania społeczeństwa: i Naomi Watts robi tu świetną robotę. Jej książkę czyta się z prawdziwą przyjemnością – przypomina to rozmowę z przyjaciółką albo lekki zestaw wskazówek na kryzysowe chwile.

Przede wszystkim autorka protestuje przeciwko językowym naleciałościom, nie chce, żeby menopauza kojarzyła się kobietom ze wstydem czy ograniczeniami. To nie „przekwitanie”, to potężny kawał życia, którym można się cieszyć. Jednak sprawy nazewnictwa szybko schodzą na dalszy plan, kiedy Naomi Watts zaczyna przechodzić do swojej drogi poznawania menopauzy. Autorka dość szybko weszła w ten czas – w dodatku stało się to, kiedy planowała zajście w ciążę – więc wiązało się ze sporą traumą. Lekarze, którzy nie dostrzegli wcześniej rozmaitych objawach sygnałów nadchodzącej menopauzy wydają się prezentować dość typową postawę – dlatego też Naomi Watts wyczula kobiety na to, o czym rozmawiać i czego domagać się od medyków. Podpowiada, jakie wyzwania czekają na odbiorczynie, kiedy te wejdą w odpowiedni wiek – i dyskomfortu w jakich obszarach mogą się spodziewać. Nie ma dla niej tematów tabu, równie ważne jest cieszenie się satysfakcjonującym życiem seksualnym, jak i wygląd włosów – a przecież menopauza może przejawiać się różnie. Ważne jest, żeby nie tylko uświadomić czytelniczki, z czym będą się borykać, ale też – żeby pokazać, że mogą uzyskać pomoc i nie muszą szukać na oślep powodów kolejnych komplikacji zdrowotnych. Menopauza objawia się na wiele sposobów i u każdej z kobiet będzie wyglądać nieco inaczej – tym cenniejszy jest szereg rozmów, jakie autorka przeprowadza z przyjaciółkami, znajomymi lub specjalistkami z zakresu medycyny. Wiadomości, które uzyskuje, przekuwa na wartką i dynamiczną, pełną uśmiechu i serdeczności opowieść. To lektura empatyczna i wartościowa. Prowadzenie osobistej narracji nie przytłumia wprowadzanych tu wiadomości. Informacji jest mnóstwo i wcale nie trzeba głęboko kopać, żeby je znaleźć – autorka przygotowuje wręcz poradnikowe dane, żeby łatwiej było zorientować się w prezentowanych treściach. A przecież tę publikację można czytać po prostu dla satysfakcji i przyjemności – jest dobrze napisana (wiadomo, że doskonale sprawdziła się ghostwriterka, która nadała kształt opowieściom) i trafi nie tylko do grupy docelowej. Odbiorczynie chcące dowiedzieć się czegoś o menopauzie mają tu mnóstwo wiadomości. Te, które zwyczajnie pragną poczytać o walce o zdrowie i spokój – także znajdą coś dla siebie. To publikacja wartościowa, cenna i otwierająca nowy nurt w literaturze „zdrowotnej”: przyzwyczaja do myśli o menopauzie, pokazuje, jak ten czas może wyglądać u różnych kobiet – i oswaja z koniecznością szukania pomocy w różnych sferach. To lepsze niż przestrogi i porady ekspertów – zwyczajna książka stworzona przez zwyczajną kobietę – o zwyczajnym zjawisku. Tyle że z nadzwyczajną warstwą tekstową.