Sensus, Gliwice 2026.
Pamiętanie
Dr Dale E. Bredesen nie ustaje w wysiłkach, żeby przekonać czytelników do swoich racji. Do tego stopnia, że momentami ma się wrażenie, że retoryczne popisy przyćmiewają u niego dążenie do prowadzenia lekcji z higieny mózgu dla wszystkich tych, którzy boją się osłabienia funkcji poznawczych w przyszłości. „Mózg wiecznie młody” to stałe powtarzanie, że istnieje możliwość zachowania bystrego umysłu w późnym wieku – i przypominanie, że ciągle wydłuża się średnia wieku, więc warto zabrać się do ćwiczeń i działań, żeby nie zostać na stare lata z poważnym problemem.
Bredensen bazuje na społecznym lęku przed chorobą Alzheimera i demencją. Zdaje sobie sprawę, że to otoczenie najczęściej wychwytuje pierwsze objawy, ale jednocześnie wie, że problemy z mózgiem oznaczają pogorszenie jakości życia w każdym jego aspekcie. Dba zatem o to, żeby czytelnicy przyswoili sobie przekonanie, że mogą coś z tym zrobić. Wylicza cały zestaw badań, które można wykonać jeszcze zanim pojawią się niepokojące symptomy – zaskakujący może być fakt, że na te badania zaprasza młodych ludzi. Jednak najbardziej dziwić będzie głębokie przekonanie autora, że da się uniknąć schorzeń, które wywołują jeszcze w medycynie sporo pytań i wątpliwości. Bredesen wątpliwości nie ma – uważa, że każdy może zapewnić sobie wymarzoną zdrową głowę – ale to będzie wymagać bardzo dużo samozaparcia i pracy nad sobą.
Przedstawia autor czytelnikom kilka czynników, które wpływają na kondycję mózgu. Wyjaśnia, jak ważne jest znaczenie snu i unikanie przewlekłych stanów zapalnych, dlaczego trzeba zwracać uwagę na toksyny w codziennym otoczeniu (to zarówno metale ciężkie, jak i zarodniki grzybów, pleśń i mikroplastik), koncentruje się też na znaczeniu właściwej diety. Wyliczenie tych elementów zajęłoby nie więcej niż kilka akapitów, ale trzeba przecież zapełnić całą książkę i – co trudniejsze – przekonać czytelników, że autor jest ekspertem, a nie twórcą nierealnych oczekiwań i teorii budowanych na przekonaniach niepopartych źródłami. Znajduje w książce miejsce na opisywanie pracy mózgu i przedstawianie stanu badań – ale warto zaznaczyć, że posługuje się tu dość hermetycznym tonem, co sprawia, że dla części odbiorców dyskurs może być mniej zrozumiały. I właśnie dlatego sporo wysiłku wkłada w perswazję: chce wpłynąć na czytelników i nie tylko zachęcić, ale wręcz zmusić ich do zmiany szkodliwych przyzwyczajeń. Roztacza przed odbiorcami wizję szczęśliwej i satysfakcjonującej jesieni życia: zupełnie jakby choroby mózgu i układu nerwowego były jedynymi, które utrudniają cieszenie się starością. Trochę to zbyt optymistyczne podejście, ale być może dla czytelników mających w rodzinie przypadki demencji krzepiące. Szuka zatem autor przykładów – często z najbliższego otoczenia – stulatków z werwą (lub tych, którzy bliscy byli przekroczenia magicznej granicy stu lat) – to także ma motywować czytelników do pracy nad sobą. A Bredesen po prostu podsuwa sposoby na działanie. Zależy mu najbardziej na tym, żeby czytelnicy jak najszybciej zaczęli wdrażanie zmian – przekonuje, że nawet drobne kroki są lepsze niż nic. I to sprawia, że „Mózg wiecznie młody” funkcjonować będzie obok poradników dotyczących zdrowia – jako uzupełnienie teoretyczne z elementami wskazówek dla czytelników. Raczej trudno będzie ocenić przydatność porad – ale z pewnością stosowanie się do nich nie zaszkodzi nawet sceptykom.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą medyczne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą medyczne. Pokaż wszystkie posty
piątek, 24 lipca 2026
wtorek, 14 lipca 2026
Liam Shaw: Zdradliwy cud. Co nas czeka, gdy antybiotyki przestaną działać
Helion, Gliwice 2026.
Mikrowalka
Oczywiście że na rynku wydawniczym pojawiały się już rozmaite reportaże medyczne i opowieści o wynalazkach, które zrewolucjonizowały świat – w tym o pomysłach na ratowanie życia w najbardziej ekstremalnych przypadkach. Istnieje wiele narracji przedstawiających czytelnikom momenty przełomowe, istotne nie tylko z perspektywy jednego człowieka – zyskującego szansę na dalsze życie – ale z perspektywy całej ludzkości, której dana choroba nie będzie już dziesiątkować. I na tak przygotowany rynek – wciąż chłonny ciekawostek medycznych – wchodzi Liam Shaw z książką „Zdradliwy cud. Co nas czeka, gdy antybiotyki przestaną działać”, popularnonaukową publikacją o sporym stopniu fachowości i dość szczegółowym komentarzu dotyczącym świata mikrobów.
Shaw przedstawia źródła antybiotyków – chociaż w tytule akcentuje się przyszłość (i to przyszłość o dość katastroficznym wymiarze), dużo miejsca poświęca autor na omawianie sposobu wynajdowania antybiotyków i na odkrycia, które zrewolucjonizowały świat medycyny. Opowiada o penicylinie i następstwach jej odkrycia, w tym o próbach wytworzenia jej na masową skalę. Wyjaśnia wyścigi firm farmaceutycznych – i pokazuje, jak bardzo chęć wzbogacenia się mogła wpłynąć na podejmowanie niekoniecznie dobrych decyzji. Penicylina to antybiotyk z grzyba – ale ważnym odkryciem stało się też badanie gleby i znajdowanie w niej organizmów, które radziły sobie z bakteriami – tym antybiotykom „z ziemi” też autor się przygląda pod kątem przystosowania ich do walki z chorobami – to zestaw eksperymentów i pomysłów na to, jak wykryć pożądane działanie i jak je następnie wykorzystać. Trafia w tej opowieści Shaw na momenty, w których natura zaskakuje badaczy, przedstawiając im na przykład niewyobrażalne dla nich struktury cząsteczek. I to wszystko sprawia, że „Zdradliwy cud” to książka, która bardzo wciąga. Tak naprawdę temat antybiotykoodporności funkcjonuje zawsze na marginesie i trochę po to, żeby obalić pokutujący w społeczeństwach mit o tym, że zażywanie antybiotyków sprawia, że bakterie przyzwyczajają się do nich i przestają być skuteczne – to zupełnie nie tak i prawdziwe rozwiązanie zagadki podaje Liam Shaw w swojej książce. Oporność to jeden z tematów, które wyzwalają kolejne pytania i troskę o rozwój medycyny – tu dobrze to widać. I to właśnie w tym motywie pojawia się zapowiedź kierunku zarysowanego w tytule – czyli „co nas czeka, gdy antybiotyki przestaną działać”. Liam Shaw nie będzie się bawić w przewidywanie przyszłości, może za to zasugerować potencjalne scenariusze – bardziej liczy się dla niego to, co było – bo bez takiej świadomości trudno w ogóle zastanawiać się nad rozwojem medycyny i nad udziałem w tym antybiotyków.
Jest to książka wypełniona szczegółowymi informacjami, Shaw nie sięga tylko i wyłącznie do historycznych wiadomości, ale też analizuje sens odkryć i pracy badawczej – tak, żeby uświadamiać czytelnikom, co zawdzięczają kolejnym odkrywcom. Nie zabraknie tu oczywiście tematu szczepionek – sposobów na okiełznanie groźnych chorób.
Nie ma w tej lekturze uproszczeń, nie ma podsumowań dla mniej cierpliwych czytelników – wnioski wysnuwa się samodzielnie i widać w książce bardzo duże zaufanie co do inteligencji czytelników. Z pozoru dość hermetyczny – a w rzeczywistości po prostu wypełniony specjalistycznymi terminami, ale wcale nie nieprzystępny – tom pozwala docenić pracę całych pokoleń badaczy dążących do okiełznania zagrażających życiu człowieka bakterii. I to w „Zdradliwym cudzie” docenią czytelnicy.
Mikrowalka
Oczywiście że na rynku wydawniczym pojawiały się już rozmaite reportaże medyczne i opowieści o wynalazkach, które zrewolucjonizowały świat – w tym o pomysłach na ratowanie życia w najbardziej ekstremalnych przypadkach. Istnieje wiele narracji przedstawiających czytelnikom momenty przełomowe, istotne nie tylko z perspektywy jednego człowieka – zyskującego szansę na dalsze życie – ale z perspektywy całej ludzkości, której dana choroba nie będzie już dziesiątkować. I na tak przygotowany rynek – wciąż chłonny ciekawostek medycznych – wchodzi Liam Shaw z książką „Zdradliwy cud. Co nas czeka, gdy antybiotyki przestaną działać”, popularnonaukową publikacją o sporym stopniu fachowości i dość szczegółowym komentarzu dotyczącym świata mikrobów.
Shaw przedstawia źródła antybiotyków – chociaż w tytule akcentuje się przyszłość (i to przyszłość o dość katastroficznym wymiarze), dużo miejsca poświęca autor na omawianie sposobu wynajdowania antybiotyków i na odkrycia, które zrewolucjonizowały świat medycyny. Opowiada o penicylinie i następstwach jej odkrycia, w tym o próbach wytworzenia jej na masową skalę. Wyjaśnia wyścigi firm farmaceutycznych – i pokazuje, jak bardzo chęć wzbogacenia się mogła wpłynąć na podejmowanie niekoniecznie dobrych decyzji. Penicylina to antybiotyk z grzyba – ale ważnym odkryciem stało się też badanie gleby i znajdowanie w niej organizmów, które radziły sobie z bakteriami – tym antybiotykom „z ziemi” też autor się przygląda pod kątem przystosowania ich do walki z chorobami – to zestaw eksperymentów i pomysłów na to, jak wykryć pożądane działanie i jak je następnie wykorzystać. Trafia w tej opowieści Shaw na momenty, w których natura zaskakuje badaczy, przedstawiając im na przykład niewyobrażalne dla nich struktury cząsteczek. I to wszystko sprawia, że „Zdradliwy cud” to książka, która bardzo wciąga. Tak naprawdę temat antybiotykoodporności funkcjonuje zawsze na marginesie i trochę po to, żeby obalić pokutujący w społeczeństwach mit o tym, że zażywanie antybiotyków sprawia, że bakterie przyzwyczajają się do nich i przestają być skuteczne – to zupełnie nie tak i prawdziwe rozwiązanie zagadki podaje Liam Shaw w swojej książce. Oporność to jeden z tematów, które wyzwalają kolejne pytania i troskę o rozwój medycyny – tu dobrze to widać. I to właśnie w tym motywie pojawia się zapowiedź kierunku zarysowanego w tytule – czyli „co nas czeka, gdy antybiotyki przestaną działać”. Liam Shaw nie będzie się bawić w przewidywanie przyszłości, może za to zasugerować potencjalne scenariusze – bardziej liczy się dla niego to, co było – bo bez takiej świadomości trudno w ogóle zastanawiać się nad rozwojem medycyny i nad udziałem w tym antybiotyków.
Jest to książka wypełniona szczegółowymi informacjami, Shaw nie sięga tylko i wyłącznie do historycznych wiadomości, ale też analizuje sens odkryć i pracy badawczej – tak, żeby uświadamiać czytelnikom, co zawdzięczają kolejnym odkrywcom. Nie zabraknie tu oczywiście tematu szczepionek – sposobów na okiełznanie groźnych chorób.
Nie ma w tej lekturze uproszczeń, nie ma podsumowań dla mniej cierpliwych czytelników – wnioski wysnuwa się samodzielnie i widać w książce bardzo duże zaufanie co do inteligencji czytelników. Z pozoru dość hermetyczny – a w rzeczywistości po prostu wypełniony specjalistycznymi terminami, ale wcale nie nieprzystępny – tom pozwala docenić pracę całych pokoleń badaczy dążących do okiełznania zagrażających życiu człowieka bakterii. I to w „Zdradliwym cudzie” docenią czytelnicy.
czwartek, 25 czerwca 2026
Masud Husain: Outsiderzy. Czego pacjenci neurologa nauczyli go o mózgu
Znak, Kraków 2026.
Inna rzeczywistość
Jest to jedna z tych książek, które będą fascynować i przerażać jednocześnie – fascynować ze względu na możliwość znalezienia rozwiązania problemów chorych, przeciwko którym obróciły się ich własne mózgi, a przerażać – z uwagi na wciąż niezbadane kwestie dotyczące świata neurologii. Masud Husain w tomie „Outsiderzy. Czego pacjenci neurologa nauczyli go o mózgu” może czytelnikom zapewnić świetną rozrywkę i jednocześnie pokazać, jak bardzo zmienia się rzeczywistość, gdy jakaś część mózgu przestaje działać tak, jak powinna. Pozwala na podglądanie relacji z pacjentami (oczywiście historie zostały przygotowane tak, żeby nie zdradzać wrażliwych danych, a jednocześnie – żeby wciągały jak dobra opowieść), zapewnia dostęp do części ciekawostek ze świata neurologii, a do tego dzieli się najbardziej nietypowymi przypadkami, z jakimi miał do czynienia. Ta książka została przygotowana jak reportaż lub zestaw relacji z codzienności światowej sławy neurologa. Autor wprowadza siedem różnych historii – siedem rozdziałów, z których każdy poświęcony jest innej przypadłości i każdy może się wiązać ze społecznymi obawami (i, co za tym idzie, ostracyzmem dotykającym chorych). Chodzi nie tylko o to, żeby szerzyć wiadomości na temat mózgu, ale też o to, żeby przygotować społeczeństwo na reakcje – jeśli ktoś zauważy wśród swoich bliskich nietypowe zachowania.
Pojawiają się tutaj zjawiska bardziej i mniej kojarzone. Ktoś ma problemy z zapamiętywaniem, ktoś inny nagle robi się nerwowy, nadmiernie pobudzony albo wręcz agresywny dla otoczenia. Ktoś, kto kiedyś był duszą towarzystwa, popada w apatię, z kolei ktoś inny własnego męża traktuje jak przelotnego kochanka. Nawet jeśli niektóre przypadłości wydawałyby się na pierwszy rzut oka zabawne czy sensacyjne, kompletnie rujnują zwyczajne życie – i to najczęściej rodziny, współmałżonkowie lub dzieci zauważają potęgę problemu i szukają pomocy u specjalistów. To oni muszą przekonać chorych – przeważnie przekonanych, że nic złego się nie dzieje – że warto byłoby zasięgnąć opinii lekarza. I kiedy już uda im się zwalczyć początkowy opór i strach przed społecznym napiętnowaniem – trafiają do gabinetu. Masud Husain przygląda się konkretnym działaniom i na ich podstawie zleca dodatkowe badania, czasami wyglądające na niepotrzebne i banalne zadania dla kilkulatków (do takich należeć może prośba o przekreślenie wszystkich dostrzeżonych poziomych linii albo – o stworzenie schematycznego rysunku przedstawiającego zwierzę). Z takich zjawisk buduje sobie wstępne diagnozy, które później potwierdza. Czytelnicy otrzymują zatem opowieść niemal detektywistyczną, widzą, jak wygląda część – ta najbardziej medialna część – pracy neurologa i z jakimi wyzwaniami musi się mierzyć. Przy okazji też dowiadują się trochę o samych pacjentach – o ich wątpliwościach i lękach. To cenna lektura – nie tylko dlatego, że otwiera odbiorców na tematy, z jakimi rzadko mogą mieć do czynienia, ale również dlatego, że często nieznane są przyczyny występowania chorób mózgu – warto więc być przygotowanym na wystąpienie nietypowych zachowań w bliskim otoczeniu. Masud Husain nie nudzi, potrafi bardzo atrakcyjnie przedstawiać swoje odkrycia i sprawi, że z pewnością spora część czytelników polubi tę książkę. Przystępny język i umiejętność wydobywania silnych emocji z przedstawianych wydarzeń to dodatkowe atuty.
Inna rzeczywistość
Jest to jedna z tych książek, które będą fascynować i przerażać jednocześnie – fascynować ze względu na możliwość znalezienia rozwiązania problemów chorych, przeciwko którym obróciły się ich własne mózgi, a przerażać – z uwagi na wciąż niezbadane kwestie dotyczące świata neurologii. Masud Husain w tomie „Outsiderzy. Czego pacjenci neurologa nauczyli go o mózgu” może czytelnikom zapewnić świetną rozrywkę i jednocześnie pokazać, jak bardzo zmienia się rzeczywistość, gdy jakaś część mózgu przestaje działać tak, jak powinna. Pozwala na podglądanie relacji z pacjentami (oczywiście historie zostały przygotowane tak, żeby nie zdradzać wrażliwych danych, a jednocześnie – żeby wciągały jak dobra opowieść), zapewnia dostęp do części ciekawostek ze świata neurologii, a do tego dzieli się najbardziej nietypowymi przypadkami, z jakimi miał do czynienia. Ta książka została przygotowana jak reportaż lub zestaw relacji z codzienności światowej sławy neurologa. Autor wprowadza siedem różnych historii – siedem rozdziałów, z których każdy poświęcony jest innej przypadłości i każdy może się wiązać ze społecznymi obawami (i, co za tym idzie, ostracyzmem dotykającym chorych). Chodzi nie tylko o to, żeby szerzyć wiadomości na temat mózgu, ale też o to, żeby przygotować społeczeństwo na reakcje – jeśli ktoś zauważy wśród swoich bliskich nietypowe zachowania.
Pojawiają się tutaj zjawiska bardziej i mniej kojarzone. Ktoś ma problemy z zapamiętywaniem, ktoś inny nagle robi się nerwowy, nadmiernie pobudzony albo wręcz agresywny dla otoczenia. Ktoś, kto kiedyś był duszą towarzystwa, popada w apatię, z kolei ktoś inny własnego męża traktuje jak przelotnego kochanka. Nawet jeśli niektóre przypadłości wydawałyby się na pierwszy rzut oka zabawne czy sensacyjne, kompletnie rujnują zwyczajne życie – i to najczęściej rodziny, współmałżonkowie lub dzieci zauważają potęgę problemu i szukają pomocy u specjalistów. To oni muszą przekonać chorych – przeważnie przekonanych, że nic złego się nie dzieje – że warto byłoby zasięgnąć opinii lekarza. I kiedy już uda im się zwalczyć początkowy opór i strach przed społecznym napiętnowaniem – trafiają do gabinetu. Masud Husain przygląda się konkretnym działaniom i na ich podstawie zleca dodatkowe badania, czasami wyglądające na niepotrzebne i banalne zadania dla kilkulatków (do takich należeć może prośba o przekreślenie wszystkich dostrzeżonych poziomych linii albo – o stworzenie schematycznego rysunku przedstawiającego zwierzę). Z takich zjawisk buduje sobie wstępne diagnozy, które później potwierdza. Czytelnicy otrzymują zatem opowieść niemal detektywistyczną, widzą, jak wygląda część – ta najbardziej medialna część – pracy neurologa i z jakimi wyzwaniami musi się mierzyć. Przy okazji też dowiadują się trochę o samych pacjentach – o ich wątpliwościach i lękach. To cenna lektura – nie tylko dlatego, że otwiera odbiorców na tematy, z jakimi rzadko mogą mieć do czynienia, ale również dlatego, że często nieznane są przyczyny występowania chorób mózgu – warto więc być przygotowanym na wystąpienie nietypowych zachowań w bliskim otoczeniu. Masud Husain nie nudzi, potrafi bardzo atrakcyjnie przedstawiać swoje odkrycia i sprawi, że z pewnością spora część czytelników polubi tę książkę. Przystępny język i umiejętność wydobywania silnych emocji z przedstawianych wydarzeń to dodatkowe atuty.
niedziela, 12 kwietnia 2026
Dr Monika Łukasiewicz, Jagna Kaczanowska: Teraz ja! Ginekolożka z psycholożką o menopauzie
Agora, Warszawa 2026.
Bez tabu
Menopauza przestała być tematem skrzętnie ukrywanym, a w związku z tym faktem coraz częściej wchodzi do literatury poradnikowej i książek o zdrowiu. To zagadnienie, które warto przedstawiać z każdej możliwej strony, żeby oswoić kobiety ze zmianami przyzwyczajeń oraz z możliwościami, przed jakimi staną, kiedy będą mierzyć się z charakterystycznymi objawami. Menopauza to zmiany w ciele, ale też w myśleniu czy podejściu do życia – i rolą kolejnych publikacji jest omawianie tych zmian w tonie szansy, tak, żeby zredukować lęk i niedogodności. I tak na rynku pojawia się książka, którą zdecydowanie warto włączyć do swojego zestawu poradników i podpowiedzi – „Teraz ja! Ginekolożka z psycholożką o menopauzie”. Tom stworzony przez Jagnę Kaczanowską oraz Monikę Łukasiewicz całościowo prezentuje temat menopauzy i pozwala czytelniczkom na wypracowanie schematów działań w zależności od potrzeb.
Publikacja została przygotowana w lekkim, popularyzatorskim i trochę konfesyjnym tonie – chodzi tu o to, żeby przekonać czytelniczki do nadejścia ważnego i nieuchronnego – ale nie strasznego – etapu życia i żeby podsunąć im zbiór gotowych podpowiedzi. Autorki przyglądają się dostępnym środkom farmakologicznym czy kuracjom hormonalnym (przy okazji oddalając obawy przed takim wyjściem: tłumaczą, skąd bierze się niechęć do przyjmowania hormonów i jednocześnie podpowiadają, co zrobić, żeby taka kuracja była w stu procentach bezpieczna), opowiadają o charakterystycznych reakcjach ciała, o nowych dla odbiorczyń odczuciach, które może nie są groźne, ale z pewnością uprzykrzają codzienne funkcjonowanie. Opowiadają o tym, jak w dalszym ciągu czerpać radość i satysfakcję z seksu – bo przecież menopauza nie oznacza końca tego aspektu – i o tym, jak zmienia się mózg kobiety. Przyglądają się zmianom wagi oraz potrzebom organizmu. Ale przede wszystkim tłumaczą, że menopauza to nie dramat – i wystarczy odpowiednio się przygotować, działać zgodnie z planem i wykorzystywać dostępne dzisiaj metody łagodzenia objawów, żeby zachować normalność. Dzielą się z czytelniczkami własnymi doświadczeniami, co może nie tylko funkcjonować jako przykład, ale też jako rodzaj pokrzepienia – bo oto dwie kobiety wyposażone w sporą wiedzę mogą mimo wszystko borykać się z pewnymi niedogodnościami i szukać na nie sposobów: skutecznie.
Te wiadomości, które są bardziej skomplikowane, czyli wymagają większego skupienia czytelniczek, pojawiają się wyodrębnione w ramkach (tu znajdą się między innymi specjalistyczne terminy medyczne) – wyrzucone z głównego nurtu narracji nie będą odciągały uwagi, łatwiej też do nich trafić. Do tego autorki przywołują motywacyjne opowieści: w kolejnym rodzaju ramek, czyli znowu poza podstawowym nurtem, będzie miejsce na opowieści o kobietach, które spełniały swoje marzenia bez względu na metrykę – i dokonywały rzeczy wielkich po przekroczeniu „magicznej” granicy. To zachęca do działania i przypomina, że zawsze warto dążyć do robienia czegoś, co się kocha. W podstawowej opowieści z kolei rozpracowują tajniki menopauzy tak, żeby odbiorczynie mogły pozbyć się wątpliwości i żeby zweryfikowały swój stan wiedzy. Czytelniczki mogą potraktować tę książkę jak relację przyjaciółek – nieco bardziej doświadczonych i przecierających szlaki – tak, żeby uniknąć niespodzianek i żeby poradzić sobie z wyzwaniem, jakie niesie życie. Bardzo dobrze przygotowana została ta książka, ale jej prawdziwa wartość kryje się także w samym sposobie przedstawiania zgromadzonych informacji – na lekko i bez przykrości.
Bez tabu
Menopauza przestała być tematem skrzętnie ukrywanym, a w związku z tym faktem coraz częściej wchodzi do literatury poradnikowej i książek o zdrowiu. To zagadnienie, które warto przedstawiać z każdej możliwej strony, żeby oswoić kobiety ze zmianami przyzwyczajeń oraz z możliwościami, przed jakimi staną, kiedy będą mierzyć się z charakterystycznymi objawami. Menopauza to zmiany w ciele, ale też w myśleniu czy podejściu do życia – i rolą kolejnych publikacji jest omawianie tych zmian w tonie szansy, tak, żeby zredukować lęk i niedogodności. I tak na rynku pojawia się książka, którą zdecydowanie warto włączyć do swojego zestawu poradników i podpowiedzi – „Teraz ja! Ginekolożka z psycholożką o menopauzie”. Tom stworzony przez Jagnę Kaczanowską oraz Monikę Łukasiewicz całościowo prezentuje temat menopauzy i pozwala czytelniczkom na wypracowanie schematów działań w zależności od potrzeb.
Publikacja została przygotowana w lekkim, popularyzatorskim i trochę konfesyjnym tonie – chodzi tu o to, żeby przekonać czytelniczki do nadejścia ważnego i nieuchronnego – ale nie strasznego – etapu życia i żeby podsunąć im zbiór gotowych podpowiedzi. Autorki przyglądają się dostępnym środkom farmakologicznym czy kuracjom hormonalnym (przy okazji oddalając obawy przed takim wyjściem: tłumaczą, skąd bierze się niechęć do przyjmowania hormonów i jednocześnie podpowiadają, co zrobić, żeby taka kuracja była w stu procentach bezpieczna), opowiadają o charakterystycznych reakcjach ciała, o nowych dla odbiorczyń odczuciach, które może nie są groźne, ale z pewnością uprzykrzają codzienne funkcjonowanie. Opowiadają o tym, jak w dalszym ciągu czerpać radość i satysfakcję z seksu – bo przecież menopauza nie oznacza końca tego aspektu – i o tym, jak zmienia się mózg kobiety. Przyglądają się zmianom wagi oraz potrzebom organizmu. Ale przede wszystkim tłumaczą, że menopauza to nie dramat – i wystarczy odpowiednio się przygotować, działać zgodnie z planem i wykorzystywać dostępne dzisiaj metody łagodzenia objawów, żeby zachować normalność. Dzielą się z czytelniczkami własnymi doświadczeniami, co może nie tylko funkcjonować jako przykład, ale też jako rodzaj pokrzepienia – bo oto dwie kobiety wyposażone w sporą wiedzę mogą mimo wszystko borykać się z pewnymi niedogodnościami i szukać na nie sposobów: skutecznie.
Te wiadomości, które są bardziej skomplikowane, czyli wymagają większego skupienia czytelniczek, pojawiają się wyodrębnione w ramkach (tu znajdą się między innymi specjalistyczne terminy medyczne) – wyrzucone z głównego nurtu narracji nie będą odciągały uwagi, łatwiej też do nich trafić. Do tego autorki przywołują motywacyjne opowieści: w kolejnym rodzaju ramek, czyli znowu poza podstawowym nurtem, będzie miejsce na opowieści o kobietach, które spełniały swoje marzenia bez względu na metrykę – i dokonywały rzeczy wielkich po przekroczeniu „magicznej” granicy. To zachęca do działania i przypomina, że zawsze warto dążyć do robienia czegoś, co się kocha. W podstawowej opowieści z kolei rozpracowują tajniki menopauzy tak, żeby odbiorczynie mogły pozbyć się wątpliwości i żeby zweryfikowały swój stan wiedzy. Czytelniczki mogą potraktować tę książkę jak relację przyjaciółek – nieco bardziej doświadczonych i przecierających szlaki – tak, żeby uniknąć niespodzianek i żeby poradzić sobie z wyzwaniem, jakie niesie życie. Bardzo dobrze przygotowana została ta książka, ale jej prawdziwa wartość kryje się także w samym sposobie przedstawiania zgromadzonych informacji – na lekko i bez przykrości.
niedziela, 19 stycznia 2025
Siddhartha Mukherjee: Pieśń komórek. Nowa epoka medycyny
Czarne, Wołowiec 2024.
Życie najmniejsze
Każdy, kto chciałby się dowiedzieć czegoś o podstawach szukania leków na nowotwory (ale nie tylko), a także o samym ciele człowieka, musi potraktować ten potężny tom jako lekturę obowiązkową. Siddhartha Mukherjee jest lekarzem, zajmuje się pacjentami onkologicznymi, ale interesuje się też popularyzowaniem wiedzy i pozwala czytelnikom zajrzeć w głąb tajników biologii – oraz historii i ewolucji nauki. „Pieśń komórek. Nowa epoka medycyny” to publikacja atrakcyjna z różnych powodów dla naprawdę sporej grupy czytelników. Nie znaczy to, że jest banalnym reportażem czy zestawem ciekawostek: to książka dla tych odbiorców, którzy lubią rozumieć – i chcą dowiedzieć się czegoś o postępach w medycynie. Co ważne, autor o odkryciach i pomysłach pisze, przyjmując szeroką perspektywę. Interesują go nie tylko komórki jako takie – i nie tylko ich znaczenie dla różnych narządów w ciele człowieka (czy w konsekwencji dla ogólnego zdrowia pacjenta), ale też cały zestaw olśnieni uczonych. Sięga do domowej roboty mikroskopów, pierwszych urządzeń pozwalających na obserwowanie świata komórek – i do opisywania eksperymentów, które pozwalały na pogłębienie stanu wiedzy (a czasami na zmiany w przyjętych metodach leczenia). Kluczowe jest nie tylko obserwowanie charakterystycznych zjawisk – ale również ich wnikliwa analiza. Wiedza na temat komórek ciągle się poszerza i pozwala na wprowadzanie coraz odważniejszych – ale i skuteczniejszych – terapii. Dzięki temu można wykorzystywać komórki macierzyste do leczenia, dokonywać przeszczepu szpiku albo leczyć cukrzycę. Wiele rozmaitych schorzeń dawniej niebezpiecznych nagle okazuje się nie tak bardzo groźnych – w dodatku świadomość tego, co mogą komórki, prowadzi jeszcze do wdrażania terapii genowej – coraz bardziej wnikają uczeni w głąb organizmu i coraz więcej sekretów poznają.
A autor tego tomu dzieli się z czytelnikami wiedzą w wersji spopularyzowanej – nie męczy hermetycznym językiem, ale jest bardzo szczegółowy. Żeby jeszcze bardziej przyciągnąć odbiorców do lektury, stawia na przemycanie od czasu do czasu dalszoplanowych informacji ze swojego prywatnego życia: wspomina o relacji z ojcem i o chorobie, o sytuacji w czasie pandemii i o Indiach. Do tego dołożyć należy jego zachwyt nad zdobyczami medycyny i nad dziełami badaczy – staje się przez to najlepszym przewodnikiem po świecie komórek. Obserwowanie komórek prowadzi z jednej strony do poznawania coraz drobniejszych składników ludzkiego ciała – a z drugiej jest wstępem do zastanowienia się nad działaniem różnych organów. Nie jest to zatem książka poświęcona tylko i wyłącznie komórkom – prowadzi czytelników do ważnych rozwiązań z medycyny i biologii, ale ujmuje również aspekty historyczne czy naukowe (zwłaszcza osiągnięcia uczonych starających się rozwiązywać problemy płynące z obecności chorób w codziennej egzystencji). Jest to obszerny tom o przejrzystej konstrukcji, napisany tak, żeby wciągał nawet kompletnych laików w temacie. Przypadnie do gustu także tym, którzy zastanawiają się nad dzisiejszymi metodami leczenia i próbami znalezienia remedium na choroby cywilizacyjne. Autor jest w stanie wprowadzić czytelników do świata, do którego w normalnych warunkach nie mieliby wstępu – udziela wartościowych informacji, ale wie też, w jaki sposób je oprawić, żeby przykuwały uwagę i nie pozwalały na odłożenie książki. To publikacja dla zmęczonych opowieściami reportażowymi o medycynie z przeszłości.
Życie najmniejsze
Każdy, kto chciałby się dowiedzieć czegoś o podstawach szukania leków na nowotwory (ale nie tylko), a także o samym ciele człowieka, musi potraktować ten potężny tom jako lekturę obowiązkową. Siddhartha Mukherjee jest lekarzem, zajmuje się pacjentami onkologicznymi, ale interesuje się też popularyzowaniem wiedzy i pozwala czytelnikom zajrzeć w głąb tajników biologii – oraz historii i ewolucji nauki. „Pieśń komórek. Nowa epoka medycyny” to publikacja atrakcyjna z różnych powodów dla naprawdę sporej grupy czytelników. Nie znaczy to, że jest banalnym reportażem czy zestawem ciekawostek: to książka dla tych odbiorców, którzy lubią rozumieć – i chcą dowiedzieć się czegoś o postępach w medycynie. Co ważne, autor o odkryciach i pomysłach pisze, przyjmując szeroką perspektywę. Interesują go nie tylko komórki jako takie – i nie tylko ich znaczenie dla różnych narządów w ciele człowieka (czy w konsekwencji dla ogólnego zdrowia pacjenta), ale też cały zestaw olśnieni uczonych. Sięga do domowej roboty mikroskopów, pierwszych urządzeń pozwalających na obserwowanie świata komórek – i do opisywania eksperymentów, które pozwalały na pogłębienie stanu wiedzy (a czasami na zmiany w przyjętych metodach leczenia). Kluczowe jest nie tylko obserwowanie charakterystycznych zjawisk – ale również ich wnikliwa analiza. Wiedza na temat komórek ciągle się poszerza i pozwala na wprowadzanie coraz odważniejszych – ale i skuteczniejszych – terapii. Dzięki temu można wykorzystywać komórki macierzyste do leczenia, dokonywać przeszczepu szpiku albo leczyć cukrzycę. Wiele rozmaitych schorzeń dawniej niebezpiecznych nagle okazuje się nie tak bardzo groźnych – w dodatku świadomość tego, co mogą komórki, prowadzi jeszcze do wdrażania terapii genowej – coraz bardziej wnikają uczeni w głąb organizmu i coraz więcej sekretów poznają.
A autor tego tomu dzieli się z czytelnikami wiedzą w wersji spopularyzowanej – nie męczy hermetycznym językiem, ale jest bardzo szczegółowy. Żeby jeszcze bardziej przyciągnąć odbiorców do lektury, stawia na przemycanie od czasu do czasu dalszoplanowych informacji ze swojego prywatnego życia: wspomina o relacji z ojcem i o chorobie, o sytuacji w czasie pandemii i o Indiach. Do tego dołożyć należy jego zachwyt nad zdobyczami medycyny i nad dziełami badaczy – staje się przez to najlepszym przewodnikiem po świecie komórek. Obserwowanie komórek prowadzi z jednej strony do poznawania coraz drobniejszych składników ludzkiego ciała – a z drugiej jest wstępem do zastanowienia się nad działaniem różnych organów. Nie jest to zatem książka poświęcona tylko i wyłącznie komórkom – prowadzi czytelników do ważnych rozwiązań z medycyny i biologii, ale ujmuje również aspekty historyczne czy naukowe (zwłaszcza osiągnięcia uczonych starających się rozwiązywać problemy płynące z obecności chorób w codziennej egzystencji). Jest to obszerny tom o przejrzystej konstrukcji, napisany tak, żeby wciągał nawet kompletnych laików w temacie. Przypadnie do gustu także tym, którzy zastanawiają się nad dzisiejszymi metodami leczenia i próbami znalezienia remedium na choroby cywilizacyjne. Autor jest w stanie wprowadzić czytelników do świata, do którego w normalnych warunkach nie mieliby wstępu – udziela wartościowych informacji, ale wie też, w jaki sposób je oprawić, żeby przykuwały uwagę i nie pozwalały na odłożenie książki. To publikacja dla zmęczonych opowieściami reportażowymi o medycynie z przeszłości.
piątek, 21 czerwca 2024
Leah Hazard: Macica. Opowieść o naszym pierwszym domu
Czarne, Wołowiec 2024.
Zachwyt
Leah Hazard informacje o macicy gromadzi w wyniku zainteresowań związanych z własnym ciałem, ale także z racji zawodowych – jako położna chce wiedzieć jak najwięcej o narządzie, w którym zaczyna się życie. Jako popularyzatorka nauki z kolei dba o to, żeby jej zachwyt podzielali wszyscy czytelnicy. I tak tom „Macica. Opowieść o naszym pierwszym domu” to nie tylko uzupełnianie luk na rynku wydawniczym, ale również – a może przede wszystkim – wyraz emocji, które towarzyszą kolejnym odkryciom. Autorka chce, żeby jej zachwyt udzielał się czytelnikom, a że nie szczędzi drobiazgowych opisów, budzi też zainteresowanie anatomią. Celem jej wywodów nie jest płciowość jako taka, a „osoby z macicami”, a nawet same macice, tak po prostu. Bo podobnych opracowań, mimo wciąż rozwijającego się rynku wydawniczego związanego z popularyzowaniem medycyny, wciąż jest za mało. Leah Hazard przekonuje się zresztą, że za każdym razem, gdy chce znaleźć macicę w dyskursie publicznym – na przykład na wystawach związanych z cielesnością – okazuje się ona skrzętnie ukrywana, nieciekawa, a wręcz wstydliwa. I to autorka próbuje zmienić, przypominając czytelnikom, jak wiele od tego narządu zależy. Przeprowadza odbiorców przez kolejne tematy związane z macicą, wychodzi od kwestii menstruacji i zaraz potem przechodzi do ciąży, bo to temat, który wyzwolić może największe zainteresowanie odbiorców. Tu zresztą także może najłatwiej udowodnić, że macica to narząd zasługujący w pełni na wszystkie zachwyty – argumenty pojawią się same. Naturalną koleją rzeczy pojawia się też poród i cesarskie cięcia, przeszczepy i operacje, choroby i przypadłości, które pojawiają się, gdy macica zaczyna się starzeć. Są tu operacje usunięcia macicy, ale są też tematy historyczne i futurystyczne. Historyczne przypominają, jak lekarze łączyli kiedyś rzekome schorzenia macicy z problemami psychicznymi kobiet (realnymi lub wydumanymi), co do futuryzmu: pojawiają się wizje sztucznych macic, bioworków, w których mogą rozwijać się płody.
W tych obrazach autorka stara się być bardzo precyzyjna i bardzo dokładna, czasami wręcz zarzuca odbiorców tematami czy szczegółami z kolejnych zagadnień, potrafi podkreślać to, co ważne albo dzielić się z czytelnikami własnymi obserwacjami i fascynacjami. Nie ustaje w dzieleniu się wiadomościami, jednak pozwala sobie także na ujawnianie swojego podejścia. W ten sposób sugeruje, co ją najbardziej przyciąga do zagadnienia macicy w ujęciu całościowym – liczą się nie tylko aspekty biologiczne, ale też w dużej części kulturowe – macica funkcjonuje na różnych płaszczyznach i tu zyskuje prawdziwy pomnik. Wydaje się, że autorka chce odczarować temat macicy, ale nie jest pewna, czy odbiorcy są na to całkowicie gotowi – a jednocześnie próbuje w książce, sporej rozmiarami monografii, zmieścić jak najpełniejszy obraz macicy. Warto dać autorce szansę, sprawdzić, jak ona postrzega kwestie biologiczne i kulturowe – i być może wypracować sobie nowy obszar do poznawania. „Macica. Opowieść o naszym pierwszym domu” to książka wyjątkowa ze względu na połączenie obiektywnych opisów badawczych i emocjonalnego podejścia. Autorka wie, jak odbiorców zarażać pasją, próbuje to robić z dobrym skutkiem. Umożliwia czytelnikom poznawanie tematów mniej wygodnych może, ale w dalszym ciągu fascynujących.
Zachwyt
Leah Hazard informacje o macicy gromadzi w wyniku zainteresowań związanych z własnym ciałem, ale także z racji zawodowych – jako położna chce wiedzieć jak najwięcej o narządzie, w którym zaczyna się życie. Jako popularyzatorka nauki z kolei dba o to, żeby jej zachwyt podzielali wszyscy czytelnicy. I tak tom „Macica. Opowieść o naszym pierwszym domu” to nie tylko uzupełnianie luk na rynku wydawniczym, ale również – a może przede wszystkim – wyraz emocji, które towarzyszą kolejnym odkryciom. Autorka chce, żeby jej zachwyt udzielał się czytelnikom, a że nie szczędzi drobiazgowych opisów, budzi też zainteresowanie anatomią. Celem jej wywodów nie jest płciowość jako taka, a „osoby z macicami”, a nawet same macice, tak po prostu. Bo podobnych opracowań, mimo wciąż rozwijającego się rynku wydawniczego związanego z popularyzowaniem medycyny, wciąż jest za mało. Leah Hazard przekonuje się zresztą, że za każdym razem, gdy chce znaleźć macicę w dyskursie publicznym – na przykład na wystawach związanych z cielesnością – okazuje się ona skrzętnie ukrywana, nieciekawa, a wręcz wstydliwa. I to autorka próbuje zmienić, przypominając czytelnikom, jak wiele od tego narządu zależy. Przeprowadza odbiorców przez kolejne tematy związane z macicą, wychodzi od kwestii menstruacji i zaraz potem przechodzi do ciąży, bo to temat, który wyzwolić może największe zainteresowanie odbiorców. Tu zresztą także może najłatwiej udowodnić, że macica to narząd zasługujący w pełni na wszystkie zachwyty – argumenty pojawią się same. Naturalną koleją rzeczy pojawia się też poród i cesarskie cięcia, przeszczepy i operacje, choroby i przypadłości, które pojawiają się, gdy macica zaczyna się starzeć. Są tu operacje usunięcia macicy, ale są też tematy historyczne i futurystyczne. Historyczne przypominają, jak lekarze łączyli kiedyś rzekome schorzenia macicy z problemami psychicznymi kobiet (realnymi lub wydumanymi), co do futuryzmu: pojawiają się wizje sztucznych macic, bioworków, w których mogą rozwijać się płody.
W tych obrazach autorka stara się być bardzo precyzyjna i bardzo dokładna, czasami wręcz zarzuca odbiorców tematami czy szczegółami z kolejnych zagadnień, potrafi podkreślać to, co ważne albo dzielić się z czytelnikami własnymi obserwacjami i fascynacjami. Nie ustaje w dzieleniu się wiadomościami, jednak pozwala sobie także na ujawnianie swojego podejścia. W ten sposób sugeruje, co ją najbardziej przyciąga do zagadnienia macicy w ujęciu całościowym – liczą się nie tylko aspekty biologiczne, ale też w dużej części kulturowe – macica funkcjonuje na różnych płaszczyznach i tu zyskuje prawdziwy pomnik. Wydaje się, że autorka chce odczarować temat macicy, ale nie jest pewna, czy odbiorcy są na to całkowicie gotowi – a jednocześnie próbuje w książce, sporej rozmiarami monografii, zmieścić jak najpełniejszy obraz macicy. Warto dać autorce szansę, sprawdzić, jak ona postrzega kwestie biologiczne i kulturowe – i być może wypracować sobie nowy obszar do poznawania. „Macica. Opowieść o naszym pierwszym domu” to książka wyjątkowa ze względu na połączenie obiektywnych opisów badawczych i emocjonalnego podejścia. Autorka wie, jak odbiorców zarażać pasją, próbuje to robić z dobrym skutkiem. Umożliwia czytelnikom poznawanie tematów mniej wygodnych może, ale w dalszym ciągu fascynujących.
czwartek, 28 marca 2024
Robert Whitaker: Zmącony obraz. Leki psychotropowe i epidemia chorób psychicznych w Ameryce
Czarne, Wołowiec 2024.
Recepta na szczęście
Ta książka ma już kilkanaście lat, a jednak wciąż cieszy się sporym powodzeniem odbiorców – w czasach, gdy ludzie szukają magicznych pigułek na wszystko, Robert Whitaker postanawia oddalić przekonanie, że można kupić sobie dobry nastrój i przestrzega przed koncernami farmaceutycznymi. „Zmącony obraz. Leki psychotropowe i epidemia chorób psychicznych w Ameryce” to rozbudowana książka o cechach reportażu medycznego i literatury popularyzatorskiej – która ma przyczynić się do refleksji nad związkiem między złą kondycją psychiczną a zażywanymi środkami na uspokojenie czy dobry humor. Kampanie medialne dzisiaj przypominają, że wiele osób z najbliższego otoczenia może cierpieć na depresję – nie ma nic wstydliwego w szukaniu fachowej pomocy i w traktowaniu chorób psychicznych jak „zwykłych” schorzeń, z którymi każdy udaje się do lekarza. Przypominają też, że depresja ma wiele twarzy i niekoniecznie da się wywnioskować z zachowań lub miny, że ktoś potrzebuje wsparcia. Tymczasem Robert Whitaker sprawdza, co dzieje się po drugiej stronie – kiedy ludzie udają się do lekarzy po pomoc, a w efekcie rujnują zdrowie swoje lub najbliższych – bo psychotropy będą musieli brać do końca życia, a związki chemiczne zniszczą im mózg.
Autor wykazuje szokujący związek między zażywaniem leków przepisywanych przez psychiatrów a pogarszaniem się stanu zdrowia społeczeństwa – i nie ma to wyłącznie wymiaru materialnego, chociaż przechodzenie na rentę z powodu przewlekłej choroby psychicznej jest czynnikiem obciążającym budżet państwa. Whitaker między innymi rozwiązuje zagadkę, dlaczego „kiedyś nie było” tylu chorych i tylu chorób psychicznych – sprawdza, czego konsekwencją mogło być rozpowszechnienie się tych schorzeń na wielką skalę – do tego stopnia, że mówienie o epidemii nie jest nadużyciem. Przytacza przerażające scenariusze – przypadki kolejnych pacjentów, którzy niekoniecznie zostali przez postęp medyczny uzdrowieni, raczej – skazani na cierpienia i na nieuleczalne przypadłości, o jakich wcześniej nawet nie myśleli. Okazuje się, że w wielu wypadkach stosowanie farmakoterapii na drobne niedogodności zamienia się w trwający latami koszmar – bo organizm uzależnia się od leków i nie pozwala na powrót do zwyczajności. Na koniec zostawia sobie Robert Whitaker prawdziwą katastrofę: opowiada o tym, co leki psychotropowe zrobiły dzieciom. Przywołuje obrazy najmłodszych, których zachowania wymagałyby jedynie skorygowania – i które po dopasowaniu do odpowiednich kategorii związanych z chorobami umysłu zostały zniszczone przez leki. Jednoznacznie Witaker krytykuje lekarzy przepisujących psychotropy, przestrzega przed ich stosowaniem, prezentuje wymowne obrazki ludzi, którzy wbrew zaleceniom medyków postanowili przerwać leczenie – i dopiero po odstawieniu środków przepisywanych przez lekarzy mogli odzyskiwać zdrowie, zszargane także przez samą medycynę. Temat jest bardzo delikatny, a autor stara się bardzo precyzyjnie go prześledzić – nie chce, żeby odbiorcy nabrali wątpliwości co do jego intencji i woli, żeby wszyscy samodzielnie wyciągali wnioski (które jednoznacznie sugeruje). „Zmącony obraz” to książka mocna i szokująca, wypełniona nie tylko obrazami z życia ofiar medyków – ale też wyjaśnieniami naukowymi, dotyczącymi działania tabletek czy mechanizmu uzależnienia. Jest tu mnóstwo wiadomości, podawanych tak, by każdy mógł zastanowić się nad decyzjami dotyczącymi leczenia – owszem, wygodnie jest oddalić troski za pomocą magicznej pigułki – ale cena, jaką przychodzi za to zapłacić, może być zbyt wysoka.
Recepta na szczęście
Ta książka ma już kilkanaście lat, a jednak wciąż cieszy się sporym powodzeniem odbiorców – w czasach, gdy ludzie szukają magicznych pigułek na wszystko, Robert Whitaker postanawia oddalić przekonanie, że można kupić sobie dobry nastrój i przestrzega przed koncernami farmaceutycznymi. „Zmącony obraz. Leki psychotropowe i epidemia chorób psychicznych w Ameryce” to rozbudowana książka o cechach reportażu medycznego i literatury popularyzatorskiej – która ma przyczynić się do refleksji nad związkiem między złą kondycją psychiczną a zażywanymi środkami na uspokojenie czy dobry humor. Kampanie medialne dzisiaj przypominają, że wiele osób z najbliższego otoczenia może cierpieć na depresję – nie ma nic wstydliwego w szukaniu fachowej pomocy i w traktowaniu chorób psychicznych jak „zwykłych” schorzeń, z którymi każdy udaje się do lekarza. Przypominają też, że depresja ma wiele twarzy i niekoniecznie da się wywnioskować z zachowań lub miny, że ktoś potrzebuje wsparcia. Tymczasem Robert Whitaker sprawdza, co dzieje się po drugiej stronie – kiedy ludzie udają się do lekarzy po pomoc, a w efekcie rujnują zdrowie swoje lub najbliższych – bo psychotropy będą musieli brać do końca życia, a związki chemiczne zniszczą im mózg.
Autor wykazuje szokujący związek między zażywaniem leków przepisywanych przez psychiatrów a pogarszaniem się stanu zdrowia społeczeństwa – i nie ma to wyłącznie wymiaru materialnego, chociaż przechodzenie na rentę z powodu przewlekłej choroby psychicznej jest czynnikiem obciążającym budżet państwa. Whitaker między innymi rozwiązuje zagadkę, dlaczego „kiedyś nie było” tylu chorych i tylu chorób psychicznych – sprawdza, czego konsekwencją mogło być rozpowszechnienie się tych schorzeń na wielką skalę – do tego stopnia, że mówienie o epidemii nie jest nadużyciem. Przytacza przerażające scenariusze – przypadki kolejnych pacjentów, którzy niekoniecznie zostali przez postęp medyczny uzdrowieni, raczej – skazani na cierpienia i na nieuleczalne przypadłości, o jakich wcześniej nawet nie myśleli. Okazuje się, że w wielu wypadkach stosowanie farmakoterapii na drobne niedogodności zamienia się w trwający latami koszmar – bo organizm uzależnia się od leków i nie pozwala na powrót do zwyczajności. Na koniec zostawia sobie Robert Whitaker prawdziwą katastrofę: opowiada o tym, co leki psychotropowe zrobiły dzieciom. Przywołuje obrazy najmłodszych, których zachowania wymagałyby jedynie skorygowania – i które po dopasowaniu do odpowiednich kategorii związanych z chorobami umysłu zostały zniszczone przez leki. Jednoznacznie Witaker krytykuje lekarzy przepisujących psychotropy, przestrzega przed ich stosowaniem, prezentuje wymowne obrazki ludzi, którzy wbrew zaleceniom medyków postanowili przerwać leczenie – i dopiero po odstawieniu środków przepisywanych przez lekarzy mogli odzyskiwać zdrowie, zszargane także przez samą medycynę. Temat jest bardzo delikatny, a autor stara się bardzo precyzyjnie go prześledzić – nie chce, żeby odbiorcy nabrali wątpliwości co do jego intencji i woli, żeby wszyscy samodzielnie wyciągali wnioski (które jednoznacznie sugeruje). „Zmącony obraz” to książka mocna i szokująca, wypełniona nie tylko obrazami z życia ofiar medyków – ale też wyjaśnieniami naukowymi, dotyczącymi działania tabletek czy mechanizmu uzależnienia. Jest tu mnóstwo wiadomości, podawanych tak, by każdy mógł zastanowić się nad decyzjami dotyczącymi leczenia – owszem, wygodnie jest oddalić troski za pomocą magicznej pigułki – ale cena, jaką przychodzi za to zapłacić, może być zbyt wysoka.
czwartek, 21 grudnia 2023
Sohom Das: W głowie mordercy
Czarna Owca, Warszawa 2023.
Żądza krwi
Przeważnie społeczeństwo, kiedy dowiaduje się o zbrodniach, zwłaszcza tych w najbliższym otoczeniu (albo dotyczących najsłabszych i bezbronnych), domaga się sprawiedliwości - co oznacza przeważnie żądzę krwi. Tymczasem Sohom Das, który pracuje jako psychiatra sądowy, a przeszedł różne ścieżki w systemie sprawiedliwości, pokazuje temat od drugiej strony - od strony chorych psychicznie przestępców. "W głowie mordercy" to zbiór opowieści o najbardziej interesujących z perspektywy autora - i odbiorców - przypadkach zbrodni popełnianych na skutek chorób psychicznych. W takim wypadku, chociaż współczucie dla ofiar i ich rodzin jest niepodważalne, zmienia się trochę postrzeganie samych morderców. Sohom Das próbuje pokazać, że odpowiednie diagnozy i wdrożenie leczenia pozwoliłyby zapobiec przynajmniej części tragedii.
"W głowie mordercy" to książka psychologiczna budowana na bazie reportażu, wykorzystująca cieszące się ostatnio na rynku sporym powodzeniem schematy: kolejne rozdziały są tematyzowane i ukazują różne sytuacje przez pryzmat zabójców. Sohom Das klasyfikuje ich za sprawą nie popełnianych czynów a chorób - żeby czytelnicy zrozumieli, że nie zawsze powody zbrodni są racjonalne i uzasadnione, zdarza się, że płyną z kłamstw, jakimi karmi człowieka jego chory mózg. Oczywiście nie stanowi to żadnego usprawiedliwienia - ale może zmienić decyzję wymiaru sprawiedliwości: sądy zamiast skazywać morderców na długoletnie więzienie, wskazują drogę leczenia (co w efekcie powinno wykluczać prawdopodobieństwo zbrodni w przyszłości). Nie zawsze działa świat idealny, zdarza się, że mechanizmy sądowe się nie sprawdzają, chory nie zamierza podejmować leczenia albo psychiatra sądowy nie zostaje brany pod uwagę przy wydawaniu wyroku - i takie przypadki Sohom Das będzie przedstawiać. Głównie skupi się jednak na związkach chorób psychicznych i ich potencjału w zbrodniach.
Autor prezentuje sprawy, w które był zaangażowany - może dzięki temu dzielić się z czytelnikami także swoimi refleksjami i uwagami, może łączyć ze sobą różne sprawy i nawiązywać do wcześniejszych opowieści - nie szatkuje przez to narracji rozdziałami, a sprawia, że książka stanowi wygodną w lekturze całość. Nie stroni również od prywatnych zagadnień - znajduje miejsce na przedstawienie swoich bliskich i na zderzanie własnych przeżyć z doświadczeniami morderców. Jakby tego było mało, w pewnym momencie ujawnia swoją fascynację stand-upem i drogę do oswajania się ze sceną - to tylko margines opowieści, ale bardzo ważny, bo sam Sohom Das wiąże go z umiejętnościami przydatnymi na sali sądowej. Zresztą od początku książki czytelnicy będą się mogli zorientować, że dla autora ważne jest robienie show: sposób komentowania niektórych faktów, ironiczne uwagi w nawiasach i sformułowania dalekie od bezosobowych popularnonaukowych opisów wybijają z hermetycznego świata. Tu specjalista zamienia się w satyryka i nadaje lekkość najtrudniejszym historiom. Dzięki temu znacznie łatwiej jest śledzić kryminalne historie i zagrożenia wprowadzane w kolejnych rozdziałach. Dobrze prowadzona jest ta książka: Sohom Das zdaje sobie sprawę, jakiego rodzaju narracji oczekują od niego czytelnicy i znajduje sposób na zrelacjonowanie najtrudniejszych tematów w przystępny sposób.
Żądza krwi
Przeważnie społeczeństwo, kiedy dowiaduje się o zbrodniach, zwłaszcza tych w najbliższym otoczeniu (albo dotyczących najsłabszych i bezbronnych), domaga się sprawiedliwości - co oznacza przeważnie żądzę krwi. Tymczasem Sohom Das, który pracuje jako psychiatra sądowy, a przeszedł różne ścieżki w systemie sprawiedliwości, pokazuje temat od drugiej strony - od strony chorych psychicznie przestępców. "W głowie mordercy" to zbiór opowieści o najbardziej interesujących z perspektywy autora - i odbiorców - przypadkach zbrodni popełnianych na skutek chorób psychicznych. W takim wypadku, chociaż współczucie dla ofiar i ich rodzin jest niepodważalne, zmienia się trochę postrzeganie samych morderców. Sohom Das próbuje pokazać, że odpowiednie diagnozy i wdrożenie leczenia pozwoliłyby zapobiec przynajmniej części tragedii.
"W głowie mordercy" to książka psychologiczna budowana na bazie reportażu, wykorzystująca cieszące się ostatnio na rynku sporym powodzeniem schematy: kolejne rozdziały są tematyzowane i ukazują różne sytuacje przez pryzmat zabójców. Sohom Das klasyfikuje ich za sprawą nie popełnianych czynów a chorób - żeby czytelnicy zrozumieli, że nie zawsze powody zbrodni są racjonalne i uzasadnione, zdarza się, że płyną z kłamstw, jakimi karmi człowieka jego chory mózg. Oczywiście nie stanowi to żadnego usprawiedliwienia - ale może zmienić decyzję wymiaru sprawiedliwości: sądy zamiast skazywać morderców na długoletnie więzienie, wskazują drogę leczenia (co w efekcie powinno wykluczać prawdopodobieństwo zbrodni w przyszłości). Nie zawsze działa świat idealny, zdarza się, że mechanizmy sądowe się nie sprawdzają, chory nie zamierza podejmować leczenia albo psychiatra sądowy nie zostaje brany pod uwagę przy wydawaniu wyroku - i takie przypadki Sohom Das będzie przedstawiać. Głównie skupi się jednak na związkach chorób psychicznych i ich potencjału w zbrodniach.
Autor prezentuje sprawy, w które był zaangażowany - może dzięki temu dzielić się z czytelnikami także swoimi refleksjami i uwagami, może łączyć ze sobą różne sprawy i nawiązywać do wcześniejszych opowieści - nie szatkuje przez to narracji rozdziałami, a sprawia, że książka stanowi wygodną w lekturze całość. Nie stroni również od prywatnych zagadnień - znajduje miejsce na przedstawienie swoich bliskich i na zderzanie własnych przeżyć z doświadczeniami morderców. Jakby tego było mało, w pewnym momencie ujawnia swoją fascynację stand-upem i drogę do oswajania się ze sceną - to tylko margines opowieści, ale bardzo ważny, bo sam Sohom Das wiąże go z umiejętnościami przydatnymi na sali sądowej. Zresztą od początku książki czytelnicy będą się mogli zorientować, że dla autora ważne jest robienie show: sposób komentowania niektórych faktów, ironiczne uwagi w nawiasach i sformułowania dalekie od bezosobowych popularnonaukowych opisów wybijają z hermetycznego świata. Tu specjalista zamienia się w satyryka i nadaje lekkość najtrudniejszym historiom. Dzięki temu znacznie łatwiej jest śledzić kryminalne historie i zagrożenia wprowadzane w kolejnych rozdziałach. Dobrze prowadzona jest ta książka: Sohom Das zdaje sobie sprawę, jakiego rodzaju narracji oczekują od niego czytelnicy i znajduje sposób na zrelacjonowanie najtrudniejszych tematów w przystępny sposób.
wtorek, 6 czerwca 2023
Sara Manning Peskin: Zbuntowany mózg
Rebis, Poznań 2023.
Pojedyncze komórki
Sara Manning Peskin to autorka, która zajmuje się neurologią - nie tylko prowadzi praktykę lekarską, ale potrafi też popularyzować wiedzę z tej dziedziny. Dzięki niej "Zbuntowany mózg" będzie się czytać niemal jak książkę sensacyjną - a przecież to jedynie przegląd kilku przypadków, sytuacji, w których o pozornym szaleństwie lub chorobach psychicznych ludzi decydowały drobiazgi: minimalna mutacja w kodzie DNA czy cząsteczka, która pojawiła się w mózgu i niekoniecznie zachowywała zgodnie ze swoim przeznaczeniem. "Zbuntowany mózg" to opowieść o tym, jak niewiele dzieli każdego człowieka od ekstremalnej choroby, niekoniecznie dzisiaj już zbadanej i znanej lekarzom. Pojawiają się tutaj dziedziczne schorzenia, które odbiorcy z pewnością już kojarzą - choroba Alzheimera, choroba Creutzfeldta-Jacoba - ale i takie, które zadziwiają, jak umysł, który pozostaje zamknięty w świecie oglądanego serialu i nieprzyswajający bodźców z rzeczywistości, przypadki, które dopiero przyczynią się do nowych odkryć w dziedzinie medycyny. Mnóstwo tu oczywiście dramatycznej walki o przetrwanie - czasami w działaniu tych bezpośrednio zagrożonych, innym razem w akcjach podejmowanych przez najbliższych, którzy siłą rzeczy zamieniają się w ekspertów od nietypowych zachowań.
Autorka wybiera styl, który jest już na rynku literatury chorobowej i popularnonaukowych reportaży medycznych znany. Każdy rozdział to analiza jednego przypadku, szerzej - jednego tematu, który zostaje opisany przez pryzmat chorej osoby, ale też samych odkryć w dziedzinie medycyny. Sara Manning Peskin stara się, żeby odbiorcy zaangażowali się w sprawy jej bohaterów - pokazuje ich zwyczajność, nadzieje i marzenia, by po chwili doprowadzić do przełomu i nakreślić zmianę egzystencji, zwykle - bardzo radykalną. Później chodzi już o spostrzeżenia medyków, którzy są w stanie wykorzystać posiadaną wiedzę albo wysnuć wnioski na temat obserwowanych wypadków. Liczy się tutaj działanie pojedynczych komórek, które w mózgu zaczynają się buntować i zachowywać niezgodnie z pierwotnymi założeniami. Czasami autorka cofa się w czasie, żeby pojąć, jak doszło do ważnych odkryć, przedstawia - poza chorymi - lekarzy i uczonych, dzięki którym wiadomo, jak leczyć i to jest etap równie ciekawy jak samo kibicowanie chorym w drodze do normalności.
Przyglądanie się cudzemu nieszczęściu łączy się tutaj bezpośrednio z zaspokajaniem ciekawości: im dziwniejsza sytuacja, im większe wyzwanie dla medyków i badaczy, tym lepiej dla lektury. Sara Manning Peskin sprawia, że kolejne opowieści jawią się jak dobra literatura. Przy okazji przybliża odbiorcom informacje na temat mózgu - przywołuje kolejne odkrycia, nie tylko finalne rozwiązania, ale też drogę do nich. Będzie budzić w czytelnikach grozę i zainteresowanie: część chorób mózgu to schorzenia, którymi można się zarazić, część jest dziedziczna, a przyczyna części nie została jeszcze wyjaśniona. Chociaż zatem niektórzy po prześledzeniu historii medycznych w rodzinie, wśród przodków, mogą przebadać się i poznać prawdopodobieństwo wystąpienia groźnej choroby w przyszłości, niektóre pozostaną niewiadomą jeszcze przez jakiś czas. "Zbuntowany mózg" to książka niewielka, chciałoby się, żeby opowieści było znacznie więcej. Sara Manning Peskin wie, jak zaintrygować i zaprosić do swojej codzienności przez niezwykłość.
Pojedyncze komórki
Sara Manning Peskin to autorka, która zajmuje się neurologią - nie tylko prowadzi praktykę lekarską, ale potrafi też popularyzować wiedzę z tej dziedziny. Dzięki niej "Zbuntowany mózg" będzie się czytać niemal jak książkę sensacyjną - a przecież to jedynie przegląd kilku przypadków, sytuacji, w których o pozornym szaleństwie lub chorobach psychicznych ludzi decydowały drobiazgi: minimalna mutacja w kodzie DNA czy cząsteczka, która pojawiła się w mózgu i niekoniecznie zachowywała zgodnie ze swoim przeznaczeniem. "Zbuntowany mózg" to opowieść o tym, jak niewiele dzieli każdego człowieka od ekstremalnej choroby, niekoniecznie dzisiaj już zbadanej i znanej lekarzom. Pojawiają się tutaj dziedziczne schorzenia, które odbiorcy z pewnością już kojarzą - choroba Alzheimera, choroba Creutzfeldta-Jacoba - ale i takie, które zadziwiają, jak umysł, który pozostaje zamknięty w świecie oglądanego serialu i nieprzyswajający bodźców z rzeczywistości, przypadki, które dopiero przyczynią się do nowych odkryć w dziedzinie medycyny. Mnóstwo tu oczywiście dramatycznej walki o przetrwanie - czasami w działaniu tych bezpośrednio zagrożonych, innym razem w akcjach podejmowanych przez najbliższych, którzy siłą rzeczy zamieniają się w ekspertów od nietypowych zachowań.
Autorka wybiera styl, który jest już na rynku literatury chorobowej i popularnonaukowych reportaży medycznych znany. Każdy rozdział to analiza jednego przypadku, szerzej - jednego tematu, który zostaje opisany przez pryzmat chorej osoby, ale też samych odkryć w dziedzinie medycyny. Sara Manning Peskin stara się, żeby odbiorcy zaangażowali się w sprawy jej bohaterów - pokazuje ich zwyczajność, nadzieje i marzenia, by po chwili doprowadzić do przełomu i nakreślić zmianę egzystencji, zwykle - bardzo radykalną. Później chodzi już o spostrzeżenia medyków, którzy są w stanie wykorzystać posiadaną wiedzę albo wysnuć wnioski na temat obserwowanych wypadków. Liczy się tutaj działanie pojedynczych komórek, które w mózgu zaczynają się buntować i zachowywać niezgodnie z pierwotnymi założeniami. Czasami autorka cofa się w czasie, żeby pojąć, jak doszło do ważnych odkryć, przedstawia - poza chorymi - lekarzy i uczonych, dzięki którym wiadomo, jak leczyć i to jest etap równie ciekawy jak samo kibicowanie chorym w drodze do normalności.
Przyglądanie się cudzemu nieszczęściu łączy się tutaj bezpośrednio z zaspokajaniem ciekawości: im dziwniejsza sytuacja, im większe wyzwanie dla medyków i badaczy, tym lepiej dla lektury. Sara Manning Peskin sprawia, że kolejne opowieści jawią się jak dobra literatura. Przy okazji przybliża odbiorcom informacje na temat mózgu - przywołuje kolejne odkrycia, nie tylko finalne rozwiązania, ale też drogę do nich. Będzie budzić w czytelnikach grozę i zainteresowanie: część chorób mózgu to schorzenia, którymi można się zarazić, część jest dziedziczna, a przyczyna części nie została jeszcze wyjaśniona. Chociaż zatem niektórzy po prześledzeniu historii medycznych w rodzinie, wśród przodków, mogą przebadać się i poznać prawdopodobieństwo wystąpienia groźnej choroby w przyszłości, niektóre pozostaną niewiadomą jeszcze przez jakiś czas. "Zbuntowany mózg" to książka niewielka, chciałoby się, żeby opowieści było znacznie więcej. Sara Manning Peskin wie, jak zaintrygować i zaprosić do swojej codzienności przez niezwykłość.
piątek, 31 marca 2023
Justyna Dżbik-Kluge, Jarosław Sowizdraniuk: Ratownik. Nie jestem bogiem
Marginesy, Warszawa 2023.
Cena życia
Chociaż to z ratownikami medycznymi stykają się najszybciej ci, którzy wzywają pogotowie, zawód ten jest wciąż słabo znany i niedoceniany przez społeczeństwo. Justyna Dżbik-Kluge stara się ten stan rzeczy zmienić za sprawą rozmów z Jarosławem Sowizdraniukiem. "Ratownik. Nie jestem bogiem" to wywiad rzeka i zestaw wspomnień jednocześnie. Dżbik-Kluge zabiera głos tylko od czasu do czasu, przeważnie pozwala mówić swojemu bohaterowi - i wypytuje o rozmaite fakty czy przeżycia z codzienności ratowników medycznych. Umożliwia dzięki temu odbiorcom poznanie tego zawodu i wzbudzenie szacunku do ludzi, którzy codziennie ratują komuś życie.
Jarosław Sowizdraniuk dzieli się anegdotami z wyjazdów do pacjentów. Przedstawia historie brzmiące momentami wręcz nieprawdopodobnie, czasami komiczne, a czasami dające do myślenia. W wielu przypadkach chodzi o to, by uświadomić odbiorcom, że nieuzasadnione wezwanie karetki oznaczać może śmierć kogoś, do kogo nie zdąży się z pomocą na czas. Niekiedy (zwłaszcza gdy akcja zakończy się powodzeniem) można przekuć opowieść w przygodę, w coś, co rozbawi czytelników. Mnóstwo tu takich scenek. Ale Sowizdraniuk może też przyjrzeć się z bliska rozmaitym dramatom i patologiom, sprawdzić, jaki pomysł ma państwo na bezdomnych i dlaczego ratownicy nie mogą być remedium na ludzką samotność. Dzieli się autor nie tylko informacjami o tym, jak powinny wyglądać zadania ratownika: może wytłumaczyć, jak ratować życie zanim przybędzie karetka (i takie informacje jako dodatek do książki tu funkcjonują), ale zdradza też własne patenty na pracę. Opowiada o tym, jak podchodził do chorych psychicznie wymagających hospitalizacji i jak zjednywał sobie ich zaufanie. Przedstawia historie samobójców i tych, którzy zachowują zimną krew w najbardziej niewiarygodnych sytuacjach. Nie ma tu miejsca na zbyt długie komentowanie standardowych przypadków: liczą się skrajności, bo też i one są najbardziej medialne i najbardziej przyciągną czytelników. Jarosław Sowizdraniuk ma sporo do opowiedzenia: z części historii zdaje relacje w drobnych rozmowach składających się na tę książkę, innym razem decyduje się na samodzielne opisywanie wydarzeń i analizowanie ich pod kątem komplikacji w pracy ratowników. Jarosław Sowizdraniuk nie wybiela ratowników: zwraca uwagę na to, jak można naginać zasady i przedstawia sytuacje, z którymi spotkał się sam lub które rozpalały opinię publiczną.
Osobny temat stanowi covid i działania ratowników w czasie pandemii. Tu znalazło się miejsce na opowiadanie o kolejkach do szpitali i spędzaniu z chorymi kilku godzin na podjeździe w karetkach. Z perspektywy ludzi, którzy muszą narażać życie swoje i swoich bliskich w imię czyjejś źle pojętej wolności sytuacja wygląda inaczej niż w części mediów. I dzięki temu, że w "Ratowniku" głos zyskuje przedstawiciel branży medycznej, do części ludzi może to trafić. Emocjonalna i pełna silnych wrażeń historia zamienia się w wielką lekturową przygodę. Książka została sprawnie napisana, z odpowiednio skrótowymi relacjami i komentarzami, które zapadają w pamięć. Granie na uczuciach odbiorców jest tu wyraźne, ale trudno o inny rodzaj narracji, gdy trzeba uzyskać określone efekty. Jarosław Sowizdraniuk, chociaż zawód ratownika medycznego porzucił (ale nie wyklucza powrotu), z dystansu podkreśla jego bolączki i problemy, bezbłędnie wskazuje konieczności zmian. Daje czytelnikom sporo do myślenia i sprawia, że z większym szacunkiem będzie się podchodzić do tych, od których zależy życie.
Cena życia
Chociaż to z ratownikami medycznymi stykają się najszybciej ci, którzy wzywają pogotowie, zawód ten jest wciąż słabo znany i niedoceniany przez społeczeństwo. Justyna Dżbik-Kluge stara się ten stan rzeczy zmienić za sprawą rozmów z Jarosławem Sowizdraniukiem. "Ratownik. Nie jestem bogiem" to wywiad rzeka i zestaw wspomnień jednocześnie. Dżbik-Kluge zabiera głos tylko od czasu do czasu, przeważnie pozwala mówić swojemu bohaterowi - i wypytuje o rozmaite fakty czy przeżycia z codzienności ratowników medycznych. Umożliwia dzięki temu odbiorcom poznanie tego zawodu i wzbudzenie szacunku do ludzi, którzy codziennie ratują komuś życie.
Jarosław Sowizdraniuk dzieli się anegdotami z wyjazdów do pacjentów. Przedstawia historie brzmiące momentami wręcz nieprawdopodobnie, czasami komiczne, a czasami dające do myślenia. W wielu przypadkach chodzi o to, by uświadomić odbiorcom, że nieuzasadnione wezwanie karetki oznaczać może śmierć kogoś, do kogo nie zdąży się z pomocą na czas. Niekiedy (zwłaszcza gdy akcja zakończy się powodzeniem) można przekuć opowieść w przygodę, w coś, co rozbawi czytelników. Mnóstwo tu takich scenek. Ale Sowizdraniuk może też przyjrzeć się z bliska rozmaitym dramatom i patologiom, sprawdzić, jaki pomysł ma państwo na bezdomnych i dlaczego ratownicy nie mogą być remedium na ludzką samotność. Dzieli się autor nie tylko informacjami o tym, jak powinny wyglądać zadania ratownika: może wytłumaczyć, jak ratować życie zanim przybędzie karetka (i takie informacje jako dodatek do książki tu funkcjonują), ale zdradza też własne patenty na pracę. Opowiada o tym, jak podchodził do chorych psychicznie wymagających hospitalizacji i jak zjednywał sobie ich zaufanie. Przedstawia historie samobójców i tych, którzy zachowują zimną krew w najbardziej niewiarygodnych sytuacjach. Nie ma tu miejsca na zbyt długie komentowanie standardowych przypadków: liczą się skrajności, bo też i one są najbardziej medialne i najbardziej przyciągną czytelników. Jarosław Sowizdraniuk ma sporo do opowiedzenia: z części historii zdaje relacje w drobnych rozmowach składających się na tę książkę, innym razem decyduje się na samodzielne opisywanie wydarzeń i analizowanie ich pod kątem komplikacji w pracy ratowników. Jarosław Sowizdraniuk nie wybiela ratowników: zwraca uwagę na to, jak można naginać zasady i przedstawia sytuacje, z którymi spotkał się sam lub które rozpalały opinię publiczną.
Osobny temat stanowi covid i działania ratowników w czasie pandemii. Tu znalazło się miejsce na opowiadanie o kolejkach do szpitali i spędzaniu z chorymi kilku godzin na podjeździe w karetkach. Z perspektywy ludzi, którzy muszą narażać życie swoje i swoich bliskich w imię czyjejś źle pojętej wolności sytuacja wygląda inaczej niż w części mediów. I dzięki temu, że w "Ratowniku" głos zyskuje przedstawiciel branży medycznej, do części ludzi może to trafić. Emocjonalna i pełna silnych wrażeń historia zamienia się w wielką lekturową przygodę. Książka została sprawnie napisana, z odpowiednio skrótowymi relacjami i komentarzami, które zapadają w pamięć. Granie na uczuciach odbiorców jest tu wyraźne, ale trudno o inny rodzaj narracji, gdy trzeba uzyskać określone efekty. Jarosław Sowizdraniuk, chociaż zawód ratownika medycznego porzucił (ale nie wyklucza powrotu), z dystansu podkreśla jego bolączki i problemy, bezbłędnie wskazuje konieczności zmian. Daje czytelnikom sporo do myślenia i sprawia, że z większym szacunkiem będzie się podchodzić do tych, od których zależy życie.
sobota, 26 listopada 2022
David Isaacs: Szczepienia. Odkrycia medyczne, które zmieniły świat
bo.wiem, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2022.
Odkrycia
Kolejny pasjonujący reportaż historyczno-medyczny ukazuje się w serii #nauka Wydawnictwa Uniwersytetu Jagiellońskiego w imprincie bo.wiem: "Szczepienia. Odkrycia medyczne, które zmieniły świat" to tom bardzo na czasie - w sam raz dla tych wszystkich, którzy zastanawiają się, jak wyglądają badania nad szczepionkami i czy na pewno korzystanie ze szczepionek na choroby, o których nie jest dzisiaj głośno, należy do bezpiecznych. Cichą wojnę wypowiada David Isaacs ruchom antyszczepionkowym, które rozbudowały się po wybuchu pandemii - i bezlitośnie szachuje wszystkich tych, którzy należą do sceptyków. Bo chociaż w historii zdarzały się wypadki, że szczepienia kończyły się tragicznie dla niewielkiego odsetka osób, to i tak dzięki odkryciom medycznym udało się uratować ludzkość. Dzisiaj niebezpieczeństwo powrotu którejś ze starych groźnych chorób rośnie wraz z liczbą osób nie zgadzających się na szczepienia swoich dzieci - i ten mechanizm Isaacs parę razy w tomie naświetla.
Ale nie o publicystyczne i retoryczne popisy tutaj chodzi, tylko o informowanie czytelników, jak wyglądała historia szczepionek. Sięga autor do przeszłości, żeby sprawdzić, jak badacze odkrywali lekarstwa na śmiertelne choroby. Niektóre rozwiązania mogą dzisiaj budzić grozę albo obrzydzenie (do najbardziej ekstremalnych należy korzystanie z krost chorych, żeby wyprodukować szczepionkę), inne - refleksję nad kreatywnością uczonych. Na pewno nie da się tu nudzić, bo każde kolejne wyzwanie chorobowe wiąże się z zestawem nietypowych działań prowadzących do znalezienia antidotum. Trwa wyścig z naturą: wirusy zwykle wyprzedzają człowieka, ale da się osiągnąć sukces nawet w sytuacjach, które wydają się przegrane. David Isaacs omawia szczepionki pod kątem kolejnych epidemii, przygląda się działaniom lekarzy i badaczy, odnotowuje też społeczne reakcje oraz wszelkiego rodzaju pomyłki czy niefortunne zbiegi okoliczności. Prowadzi do tego, żeby czytelnicy mogli zrozumieć, jak działają szczepionki - i żeby poznali historię ich tworzenia oraz wpływ na całe społeczeństwa. Pokazuje, jak szczepienia wyhamowywały epidemie i jak zapobiegały katastrofom na światową skalę, jakim wybawieniem stawały się dla ludzi i jak trafiały do zestawu obowiązkowych działań, którym należy poddawać wszystkie dzieci. Jednak nie prowadzi tu taniej propagandy: dba o to, żeby dostarczać czytelnikom informacje, zajmuje się prezentowaniem ciekawostek medycznych w formie reportażu. Dynamizuje opowieść tak, żeby czytelnicy mieli wrażenie uczestniczenia w akcji, podsuwa też mnóstwo anegdotycznych sytuacji. Umożliwia zaangażowanie się w temat - i nie pomija motywu skutków ubocznych. Przedstawia też największe porażki medycyny, szczepionki, które nie sprostały pokładanym w nich nadziejom - bo i takie karty w historii badań się znajdują. "Szczepionki" to tom obszerny i pogłębiający zagadnienie - ale nie jest napisany językiem hermetycznym czy niedostępnym dla szerokiego grona odbiorców. Każdy znajdzie tu dla siebie interesujące fakty i ciekawostki, którym warto się przyjrzeć. Jak zwykle w serii #nauka dane łączą się z atrakcyjną formą opowieści, wciągającą i pełną konkretów. David Isaacs oswaja odbiorców z tematem szczepień na przestrzeni dekad, dba o stronę faktograficzną, ale i o samą narrację - sprawia, że czytelnicy będą chcieli zaglądać do kolejnych tomów z serii #nauka i zaczną doceniać potencjał naukowych ciekawostek.
Odkrycia
Kolejny pasjonujący reportaż historyczno-medyczny ukazuje się w serii #nauka Wydawnictwa Uniwersytetu Jagiellońskiego w imprincie bo.wiem: "Szczepienia. Odkrycia medyczne, które zmieniły świat" to tom bardzo na czasie - w sam raz dla tych wszystkich, którzy zastanawiają się, jak wyglądają badania nad szczepionkami i czy na pewno korzystanie ze szczepionek na choroby, o których nie jest dzisiaj głośno, należy do bezpiecznych. Cichą wojnę wypowiada David Isaacs ruchom antyszczepionkowym, które rozbudowały się po wybuchu pandemii - i bezlitośnie szachuje wszystkich tych, którzy należą do sceptyków. Bo chociaż w historii zdarzały się wypadki, że szczepienia kończyły się tragicznie dla niewielkiego odsetka osób, to i tak dzięki odkryciom medycznym udało się uratować ludzkość. Dzisiaj niebezpieczeństwo powrotu którejś ze starych groźnych chorób rośnie wraz z liczbą osób nie zgadzających się na szczepienia swoich dzieci - i ten mechanizm Isaacs parę razy w tomie naświetla.
Ale nie o publicystyczne i retoryczne popisy tutaj chodzi, tylko o informowanie czytelników, jak wyglądała historia szczepionek. Sięga autor do przeszłości, żeby sprawdzić, jak badacze odkrywali lekarstwa na śmiertelne choroby. Niektóre rozwiązania mogą dzisiaj budzić grozę albo obrzydzenie (do najbardziej ekstremalnych należy korzystanie z krost chorych, żeby wyprodukować szczepionkę), inne - refleksję nad kreatywnością uczonych. Na pewno nie da się tu nudzić, bo każde kolejne wyzwanie chorobowe wiąże się z zestawem nietypowych działań prowadzących do znalezienia antidotum. Trwa wyścig z naturą: wirusy zwykle wyprzedzają człowieka, ale da się osiągnąć sukces nawet w sytuacjach, które wydają się przegrane. David Isaacs omawia szczepionki pod kątem kolejnych epidemii, przygląda się działaniom lekarzy i badaczy, odnotowuje też społeczne reakcje oraz wszelkiego rodzaju pomyłki czy niefortunne zbiegi okoliczności. Prowadzi do tego, żeby czytelnicy mogli zrozumieć, jak działają szczepionki - i żeby poznali historię ich tworzenia oraz wpływ na całe społeczeństwa. Pokazuje, jak szczepienia wyhamowywały epidemie i jak zapobiegały katastrofom na światową skalę, jakim wybawieniem stawały się dla ludzi i jak trafiały do zestawu obowiązkowych działań, którym należy poddawać wszystkie dzieci. Jednak nie prowadzi tu taniej propagandy: dba o to, żeby dostarczać czytelnikom informacje, zajmuje się prezentowaniem ciekawostek medycznych w formie reportażu. Dynamizuje opowieść tak, żeby czytelnicy mieli wrażenie uczestniczenia w akcji, podsuwa też mnóstwo anegdotycznych sytuacji. Umożliwia zaangażowanie się w temat - i nie pomija motywu skutków ubocznych. Przedstawia też największe porażki medycyny, szczepionki, które nie sprostały pokładanym w nich nadziejom - bo i takie karty w historii badań się znajdują. "Szczepionki" to tom obszerny i pogłębiający zagadnienie - ale nie jest napisany językiem hermetycznym czy niedostępnym dla szerokiego grona odbiorców. Każdy znajdzie tu dla siebie interesujące fakty i ciekawostki, którym warto się przyjrzeć. Jak zwykle w serii #nauka dane łączą się z atrakcyjną formą opowieści, wciągającą i pełną konkretów. David Isaacs oswaja odbiorców z tematem szczepień na przestrzeni dekad, dba o stronę faktograficzną, ale i o samą narrację - sprawia, że czytelnicy będą chcieli zaglądać do kolejnych tomów z serii #nauka i zaczną doceniać potencjał naukowych ciekawostek.
wtorek, 6 lipca 2021
Jurgen Thorwald: Pacjenci
Marginesy, Warszawa 2021.
Operacje
Jest to książka ogromnych rozmiarów, przygotowana jak reportaż – z tropieniem pomysłów medyków. Chociaż Jurgen Thorwald deklaruje, że zajmować się będzie tylko pacjentami – bo lekarzom poświęcał swoje poprzednie książki – to jednak nie udaje mu się zatrzymywać wyłącznie na tych, którzy są bezradni i potrzebują ratunku ze strony medyków. Prawdziwymi bohaterami są bowiem ci, którzy nie boją się eksperymentować i wyciągają wnioski z detali. Czasem mają przeciwko sobie opinię publiczną: ludzie nie chcą, żeby lekarze podejmowali się operacji, skoro kolejni chorzy umierają. Padają potężne oskarżenia o próby uzyskania chwały kosztem innych albo – o niewrażliwość wobec cierpiących. Społeczeństwa boją się nieznanego – a lekarze często nie mają innego wyjścia, jak tylko podjąć ryzyko. Niektórzy mogą ćwiczyć na zwierzętach, inni – bezpośrednio na ludziach. Ale też są chorzy wybitnie zdeterminowani, żeby coś w swoim życiu zmienić – mają dość bólu i ograniczeń i są gotowi poddać się każdej, nawet najbardziej eksperymentalnej operacji. Jurgen Thorwald kieruje się tematami. Wybiera kolejne narządy i prowadzi opowieść przez pryzmat tego, co stanowiło przełomy w przygotowywaniu operacji. Najważniejsze okazuje się przeszczepienie serca, zanim to jednak nastąpi, pojawi się wiele wyzwań. Autor chce między innymi pokazywać, jak dochodziło się do konkretnych wniosków, jakie sygnały sprawiały, że medycy decydowali się na radykalne działania – i jak pierwsze sukcesy sprawiały, że można było przezwyciężyć nieuleczalne schorzenia. Zdarzały się i porażki, więc opowieść nie przybiera tendencyjnego kierunku i cały czas trzyma w napięciu. Autor wyszukuje co ciekawsze przypadki, podaje informacje na temat tożsamości pacjentów – równie wiele uwagi poświęca jednak ich lekarzom.
Stawia na reportażową opowieść. Prezentuje kolejnych bohaterów, oddaje im głos. Przedstawia bardzo dużo wiadomości medycznych, tak, żeby odbiorcy przekonali się, jak skomplikowane działania były potrzebne, żeby ocalić chorych. Obok tego wprowadza również komentarze na temat samych pacjentów, ich rodzin lub marzeń modyfikowanych przez chorobę. Sprawia, że chociaż relacja dotyczy zamierzchłej przeszłości, przeżywa się ją bardzo mocno i wręcz kibicuje lekarzom, żeby udało im się utrzymać przy życiu. Pozostaje bardzo blisko bohaterów tomu, odnotowuje ich prywatne lęki i zderza z możliwościami albo ograniczeniami lekarzy. Pochyla się nad ludźmi, którzy zdecydowali się podjąć ryzyko – i dzięki którym następowały kolejne przełomy w medycynie – pacjenci zdeterminowani i gotowi na każdy scenariusz mają tu specjalne miejsce. Co ciekawe, w tomie można też odnaleźć ślady zbiorowych wierzeń bardzo odległych od prawdy i utrudniających działania specjalistów – jednak to nie znak zacofania a zjawisko charakterystyczne dla każdych czasów (dość wspomnieć obecne ruchy antyszczepionkowe). Tom „Pacjenci” przeznaczony jest dla odbiorców bardzo dociekliwych, tych, którzy nie tylko są zainteresowani historią medycyny, ale i samymi cichymi bohaterami przemian.
Operacje
Jest to książka ogromnych rozmiarów, przygotowana jak reportaż – z tropieniem pomysłów medyków. Chociaż Jurgen Thorwald deklaruje, że zajmować się będzie tylko pacjentami – bo lekarzom poświęcał swoje poprzednie książki – to jednak nie udaje mu się zatrzymywać wyłącznie na tych, którzy są bezradni i potrzebują ratunku ze strony medyków. Prawdziwymi bohaterami są bowiem ci, którzy nie boją się eksperymentować i wyciągają wnioski z detali. Czasem mają przeciwko sobie opinię publiczną: ludzie nie chcą, żeby lekarze podejmowali się operacji, skoro kolejni chorzy umierają. Padają potężne oskarżenia o próby uzyskania chwały kosztem innych albo – o niewrażliwość wobec cierpiących. Społeczeństwa boją się nieznanego – a lekarze często nie mają innego wyjścia, jak tylko podjąć ryzyko. Niektórzy mogą ćwiczyć na zwierzętach, inni – bezpośrednio na ludziach. Ale też są chorzy wybitnie zdeterminowani, żeby coś w swoim życiu zmienić – mają dość bólu i ograniczeń i są gotowi poddać się każdej, nawet najbardziej eksperymentalnej operacji. Jurgen Thorwald kieruje się tematami. Wybiera kolejne narządy i prowadzi opowieść przez pryzmat tego, co stanowiło przełomy w przygotowywaniu operacji. Najważniejsze okazuje się przeszczepienie serca, zanim to jednak nastąpi, pojawi się wiele wyzwań. Autor chce między innymi pokazywać, jak dochodziło się do konkretnych wniosków, jakie sygnały sprawiały, że medycy decydowali się na radykalne działania – i jak pierwsze sukcesy sprawiały, że można było przezwyciężyć nieuleczalne schorzenia. Zdarzały się i porażki, więc opowieść nie przybiera tendencyjnego kierunku i cały czas trzyma w napięciu. Autor wyszukuje co ciekawsze przypadki, podaje informacje na temat tożsamości pacjentów – równie wiele uwagi poświęca jednak ich lekarzom.
Stawia na reportażową opowieść. Prezentuje kolejnych bohaterów, oddaje im głos. Przedstawia bardzo dużo wiadomości medycznych, tak, żeby odbiorcy przekonali się, jak skomplikowane działania były potrzebne, żeby ocalić chorych. Obok tego wprowadza również komentarze na temat samych pacjentów, ich rodzin lub marzeń modyfikowanych przez chorobę. Sprawia, że chociaż relacja dotyczy zamierzchłej przeszłości, przeżywa się ją bardzo mocno i wręcz kibicuje lekarzom, żeby udało im się utrzymać przy życiu. Pozostaje bardzo blisko bohaterów tomu, odnotowuje ich prywatne lęki i zderza z możliwościami albo ograniczeniami lekarzy. Pochyla się nad ludźmi, którzy zdecydowali się podjąć ryzyko – i dzięki którym następowały kolejne przełomy w medycynie – pacjenci zdeterminowani i gotowi na każdy scenariusz mają tu specjalne miejsce. Co ciekawe, w tomie można też odnaleźć ślady zbiorowych wierzeń bardzo odległych od prawdy i utrudniających działania specjalistów – jednak to nie znak zacofania a zjawisko charakterystyczne dla każdych czasów (dość wspomnieć obecne ruchy antyszczepionkowe). Tom „Pacjenci” przeznaczony jest dla odbiorców bardzo dociekliwych, tych, którzy nie tylko są zainteresowani historią medycyny, ale i samymi cichymi bohaterami przemian.
poniedziałek, 21 czerwca 2021
Anna Bartosik: Na ratunek, czyli medycyna dawniej i dziś
Nasza Księgarnia, Warszawa 2021.
Wśród lekarzy
Wydaje się, że pandemia sprawiła, że wzrosło zainteresowanie tematami medycyny i historii medycyny, także na rynku literatury dla dzieci. „Na ratunek, czyli medycyna dawniej i dziś” Anny Bartosik to ciekawy i wypełniony wiadomościami picture book, w którym autorka skupia się na zdobyczach nauki i na tym, co w przeszłości zaowocowało ważnymi odkryciami. Autorka wybrała ciekawy rytm przedstawiania danych, tak, żeby nie znudzić małych odbiorców, a nawet – przyciągnąć do książki ich rodziców. Dzieli tom na wyraziste części, przeprowadza od najbardziej ogólnych wiadomości do coraz bardziej zaawansowanych, więc dzieci mogą dopasowywać sposób lektury do własnych możliwości. Najpierw autorka opowiada, czym w ogóle są choroby i jak ludzie próbowali się z nimi uporać na przestrzeni wieków. Wybiera tylko najważniejsze informacje, dba raczej o płynność narracji niż o przesycenie jej podręcznikowymi faktami. Dalej opowiada między innymi o sekcjach zwłok (w celu poznawania ciała) i o przysiędze Hipokratesa, tłumaczy, jak zbudowane jest ludzkie ciało (pojawi się tu i szkielet, i zestaw narządów wewnętrznych). Pisze o pracy mózgu, sposobach uśmierzania bólu i o chirurgii, przedstawia rosnące możliwości medycyny – na przykład przeszczepy serca, zajmuje się też znaczeniem krwi i podziałami ze względu na grupy krwi, przechodzi następnie do chorób zakaźnych (i tu znajdzie się strona na ostatnią pandemię oraz wyjaśnienia co do szczepionek – trudno oprzeć się wrażeniu, że to tekst kierowany do antyszczepionkowców i próba dotarcia do nawet najbardziej opornych w temacie szczepionek ludzi).
Chociaż porusza Anna Bartosik mnóstwo tematów, książka nie przytłacza. Ma dość spory format, ale lekkości nadaje jej strona graficzna. Asia Gwis zajęła się tu tworzeniem ilustracji. Te pełnią różnorakie funkcje. Czasami pomagają w utrwalaniu wiadomości, sprzyjają zapamiętywaniu albo w ogóle przedstawiają to, o czym Anna Bartosik pisze – żeby czytelnikom łatwiej było pojąć niektóre informacje. Innym razem obrazki przenoszą czytelników w przeszłość, pokazują im, że bohaterowie opowieści pochodzą z innych czasów (co widać po strojach i fryzurach). Ponadto „Na ratunek” to szereg ilustracji humorystycznych – Asia Gwis próbuje dowcipem zachęcić dzieci do lektury, sprawić, że będą chciały odkrywać kolejne sekrety i sprawdzać, dlaczego bohaterowie na rysunkach zachowywali się tak a nie inaczej. Obrazków jest tu mnóstwo, czasami odciągają uwagę od tekstu – ale sprawiają też, że tom nie wypada zbyt poważnie. Popularnonaukowa książka staje się niemal picture bookiem, jest bardzo przyjemna i ciekawa. Przyspieszony przegląd dokonań medycyny to coś w sam raz dla dzieci, które lubią wiedzieć. Dla dociekliwych maluchów, zadających kolejne pytania, zainteresowanych tematami lekarskimi, czasem – dla małych pacjentów, którzy mogą przyjrzeć się różnym zagadnieniom związanym ze zdrowiem. Bardzo dobrze przemyślana i bardzo dobrze zrealizowana jest ta propozycja – warto podsunąć ją dzieciom.
Wśród lekarzy
Wydaje się, że pandemia sprawiła, że wzrosło zainteresowanie tematami medycyny i historii medycyny, także na rynku literatury dla dzieci. „Na ratunek, czyli medycyna dawniej i dziś” Anny Bartosik to ciekawy i wypełniony wiadomościami picture book, w którym autorka skupia się na zdobyczach nauki i na tym, co w przeszłości zaowocowało ważnymi odkryciami. Autorka wybrała ciekawy rytm przedstawiania danych, tak, żeby nie znudzić małych odbiorców, a nawet – przyciągnąć do książki ich rodziców. Dzieli tom na wyraziste części, przeprowadza od najbardziej ogólnych wiadomości do coraz bardziej zaawansowanych, więc dzieci mogą dopasowywać sposób lektury do własnych możliwości. Najpierw autorka opowiada, czym w ogóle są choroby i jak ludzie próbowali się z nimi uporać na przestrzeni wieków. Wybiera tylko najważniejsze informacje, dba raczej o płynność narracji niż o przesycenie jej podręcznikowymi faktami. Dalej opowiada między innymi o sekcjach zwłok (w celu poznawania ciała) i o przysiędze Hipokratesa, tłumaczy, jak zbudowane jest ludzkie ciało (pojawi się tu i szkielet, i zestaw narządów wewnętrznych). Pisze o pracy mózgu, sposobach uśmierzania bólu i o chirurgii, przedstawia rosnące możliwości medycyny – na przykład przeszczepy serca, zajmuje się też znaczeniem krwi i podziałami ze względu na grupy krwi, przechodzi następnie do chorób zakaźnych (i tu znajdzie się strona na ostatnią pandemię oraz wyjaśnienia co do szczepionek – trudno oprzeć się wrażeniu, że to tekst kierowany do antyszczepionkowców i próba dotarcia do nawet najbardziej opornych w temacie szczepionek ludzi).
Chociaż porusza Anna Bartosik mnóstwo tematów, książka nie przytłacza. Ma dość spory format, ale lekkości nadaje jej strona graficzna. Asia Gwis zajęła się tu tworzeniem ilustracji. Te pełnią różnorakie funkcje. Czasami pomagają w utrwalaniu wiadomości, sprzyjają zapamiętywaniu albo w ogóle przedstawiają to, o czym Anna Bartosik pisze – żeby czytelnikom łatwiej było pojąć niektóre informacje. Innym razem obrazki przenoszą czytelników w przeszłość, pokazują im, że bohaterowie opowieści pochodzą z innych czasów (co widać po strojach i fryzurach). Ponadto „Na ratunek” to szereg ilustracji humorystycznych – Asia Gwis próbuje dowcipem zachęcić dzieci do lektury, sprawić, że będą chciały odkrywać kolejne sekrety i sprawdzać, dlaczego bohaterowie na rysunkach zachowywali się tak a nie inaczej. Obrazków jest tu mnóstwo, czasami odciągają uwagę od tekstu – ale sprawiają też, że tom nie wypada zbyt poważnie. Popularnonaukowa książka staje się niemal picture bookiem, jest bardzo przyjemna i ciekawa. Przyspieszony przegląd dokonań medycyny to coś w sam raz dla dzieci, które lubią wiedzieć. Dla dociekliwych maluchów, zadających kolejne pytania, zainteresowanych tematami lekarskimi, czasem – dla małych pacjentów, którzy mogą przyjrzeć się różnym zagadnieniom związanym ze zdrowiem. Bardzo dobrze przemyślana i bardzo dobrze zrealizowana jest ta propozycja – warto podsunąć ją dzieciom.
piątek, 18 czerwca 2021
Nina Brochmann, Ellen Stokken Dahl: Dziewczyńskie sprawy. Przewodnik po dojrzewaniu
Czarna Owca, Warszawa 2021.
Świadomość ciała
Chociaż dostęp do wiedzy jest dzisiaj znacznie łatwiejszy niż dawniej, a wiadomości na temat dojrzewania nie są czymś wstydliwym, dobrze, że pojawiają się takie publikacje. „Dziewczyńskie sprawy” to wielki objętościowo tom przygotowany przez dwie lekarki i kierowany do odbiorczyń, które właśnie wkraczają w wiek dojrzewania i mają mnóstwo pytań na temat zmian w swoim ciele. Pojawiają się tu jednak również sprawy, które do niedawna nie występowały w żadnych lekturach o dojrzewaniu: między innymi kwestia transpłciowości, opowieści o roli i wyglądzie hymenu czy refleksje na temat masturbacji. Autorki – Nina Brochmann i Ellen Stokken Dahl koncentrują się na tym, co może zaintrygować nastolatki. Opowiadają i o miesiączce, i o pierwszych pocałunkach (podpowiadając proste rozwiązania, które pozwolą popełniać mniej gaf i odrobinę przygotują odbiorczynie na to, co je czeka). Znajdują też miejsce na przedstawienie rozmaitych akcji społecznych (choćby związanych z wykluczeniem menstruacyjnym). Uczą rozumienia własnego ciała przez dokładne wyjaśnianie kształtu i roli kolejnych narządów, dają wskazówki dotyczące aplikowania tamponów i kubeczków menstruacyjnych, piszą o rosnących piersiach i o tym, jak odpowiednio dobrać rozmiar biustonosza. Zajmują się też światem emocji i hormonów. Zapewniają wprowadzenie do inicjacji seksualnej – chociaż zaznaczają też, że ich odbiorczynie ten moment mają jeszcze przed sobą, w dłuższej perspektywie. Chodzi jednak o to, żeby dziewczynki wiedziały, czego się spodziewać i żeby podeszły do odkrywania własnego ciała świadomie. Nieprzypadkowo autorki wyczulają je na kwestie zgody i niezgody na seks (podpowiadają też, że czasem łatwiej zapytać o pozwolenie niż czekać na sprzeciw), sprawiają, że po lekturze odbiorczynie będą wiedziały, jak uniknąć niechcianych kontaktów.
Sporo tematów pojawia się w szczątkowej formie, żeby jak najwięcej ich w tomie zmieścić. Autorki między innymi przypominają, że usuwanie zbędnego owłosienia to dzisiaj kwestia wyboru, zachęcają do sprawdzenia, kiedy odbiorczyniom będzie wygodniej, uznając, że depilacja to moda, która już przeszła. Nawiązują do stereotypów w wychowaniu (dziewczynkom wolno okazywać smutek, ale nie złość, chłopcom wręcz przeciwnie, co owocuje problemami w dorosłym życiu) i do wyciskania pryszczy. Wprowadzają rady dotyczące nagich fotek (zamiast przestróg, których i tak odbiorczynie mogłyby nie posłuchać, działając impulsywnie, przypominają najbardziej prawdopodobne scenariusze, na które nigdy nastolatki nie są gotowe). Żeby podkreślić tematy i przesłania, Magnhild Winsnes w ilustracjach stawia na to, co nie miało wstępu do lektur (zwłaszcza kierowanych do dzieci): pokazuje zakrwawioną bieliznę i podpaski, różne kształty zewnętrznych narządów płciowych oraz twarze dziewczyn przeżywających orgazm. Tematów tabu tu nie ma i nawet jeśli konserwatywnym dorosłym byłoby trudno taką książkę zaakceptować – jest przygotowana tak, żeby jak najlepiej przygotować młode odbiorczynie do tego, co je czeka.
Nie ma tu pruderii, nie ma udawania. Dziewczynki dowiedzą się czegoś o wydzielinie z pochwy i o zmianach w psychice – powinny otrzymać taką lekturę, żeby mogły zrozumieć, kiedy szukać pomocy (i w jaki sposób, co nie dla wszystkich jest oczywiste). „Dziewczyńskie sprawy” to książka istotna i potrzebna na rynku.
Świadomość ciała
Chociaż dostęp do wiedzy jest dzisiaj znacznie łatwiejszy niż dawniej, a wiadomości na temat dojrzewania nie są czymś wstydliwym, dobrze, że pojawiają się takie publikacje. „Dziewczyńskie sprawy” to wielki objętościowo tom przygotowany przez dwie lekarki i kierowany do odbiorczyń, które właśnie wkraczają w wiek dojrzewania i mają mnóstwo pytań na temat zmian w swoim ciele. Pojawiają się tu jednak również sprawy, które do niedawna nie występowały w żadnych lekturach o dojrzewaniu: między innymi kwestia transpłciowości, opowieści o roli i wyglądzie hymenu czy refleksje na temat masturbacji. Autorki – Nina Brochmann i Ellen Stokken Dahl koncentrują się na tym, co może zaintrygować nastolatki. Opowiadają i o miesiączce, i o pierwszych pocałunkach (podpowiadając proste rozwiązania, które pozwolą popełniać mniej gaf i odrobinę przygotują odbiorczynie na to, co je czeka). Znajdują też miejsce na przedstawienie rozmaitych akcji społecznych (choćby związanych z wykluczeniem menstruacyjnym). Uczą rozumienia własnego ciała przez dokładne wyjaśnianie kształtu i roli kolejnych narządów, dają wskazówki dotyczące aplikowania tamponów i kubeczków menstruacyjnych, piszą o rosnących piersiach i o tym, jak odpowiednio dobrać rozmiar biustonosza. Zajmują się też światem emocji i hormonów. Zapewniają wprowadzenie do inicjacji seksualnej – chociaż zaznaczają też, że ich odbiorczynie ten moment mają jeszcze przed sobą, w dłuższej perspektywie. Chodzi jednak o to, żeby dziewczynki wiedziały, czego się spodziewać i żeby podeszły do odkrywania własnego ciała świadomie. Nieprzypadkowo autorki wyczulają je na kwestie zgody i niezgody na seks (podpowiadają też, że czasem łatwiej zapytać o pozwolenie niż czekać na sprzeciw), sprawiają, że po lekturze odbiorczynie będą wiedziały, jak uniknąć niechcianych kontaktów.
Sporo tematów pojawia się w szczątkowej formie, żeby jak najwięcej ich w tomie zmieścić. Autorki między innymi przypominają, że usuwanie zbędnego owłosienia to dzisiaj kwestia wyboru, zachęcają do sprawdzenia, kiedy odbiorczyniom będzie wygodniej, uznając, że depilacja to moda, która już przeszła. Nawiązują do stereotypów w wychowaniu (dziewczynkom wolno okazywać smutek, ale nie złość, chłopcom wręcz przeciwnie, co owocuje problemami w dorosłym życiu) i do wyciskania pryszczy. Wprowadzają rady dotyczące nagich fotek (zamiast przestróg, których i tak odbiorczynie mogłyby nie posłuchać, działając impulsywnie, przypominają najbardziej prawdopodobne scenariusze, na które nigdy nastolatki nie są gotowe). Żeby podkreślić tematy i przesłania, Magnhild Winsnes w ilustracjach stawia na to, co nie miało wstępu do lektur (zwłaszcza kierowanych do dzieci): pokazuje zakrwawioną bieliznę i podpaski, różne kształty zewnętrznych narządów płciowych oraz twarze dziewczyn przeżywających orgazm. Tematów tabu tu nie ma i nawet jeśli konserwatywnym dorosłym byłoby trudno taką książkę zaakceptować – jest przygotowana tak, żeby jak najlepiej przygotować młode odbiorczynie do tego, co je czeka.
Nie ma tu pruderii, nie ma udawania. Dziewczynki dowiedzą się czegoś o wydzielinie z pochwy i o zmianach w psychice – powinny otrzymać taką lekturę, żeby mogły zrozumieć, kiedy szukać pomocy (i w jaki sposób, co nie dla wszystkich jest oczywiste). „Dziewczyńskie sprawy” to książka istotna i potrzebna na rynku.
sobota, 30 stycznia 2021
Marta Szarejko: Seksuolożki. Nowe rozmowy
Znak, Kraków 2020.
Kobiece problemy
Zakres tematów, jakie porusza Marta Szarejko (oraz jej rozmówczynie) jest ogromny. Drugi tom "Seksuolożek" - czyli "Nowe rozmowy" to zestaw wyjaśnień dotyczących między innymi chorób oraz doświadczeń, które odbierają ochotę na seks lub nie pozwalają czerpać z niego radości, o roli depresji lub zaburzeń osobowości w sypialni, o tym jak żyć z HIV (i dlaczego warto się pod tym kątem przebadać). Pojawiają się tu także tematy związane z dzieciństwem: obok wykorzystywania seksualnego najmłodszych także kwestia przyczyn bólu sromu u małych dziewczynek, podejścia rodziców do sytuacji, w której nakryją (nawet kilkuletnie) dziecko na masturbowaniu się. Znajdzie się miejsce na opowieść o hormonach i o wpływie traum na życie seksualne kobiet. Kobiety na pierwszym planie - co oznacza potężną lekcję akceptacji własnego ciała oraz oswajania z rozmaitymi schorzeniami, które utrudniają bądź uniemożliwiają udane współżycie. Marta Szarejko dociera do specjalistek łączących w swojej pracy różne podejścia - od strony lekarskiej albo psychologicznej, szuka ciekawostek, a czasami zyskuje wiadomości, które ją samą zaskakują. "Seksuolożki. Nowe rozmowy" to książka ważna i potrzebna - kierowana do kobiet i przez kobiety tworzona. A jednym z efektów jej oddziaływania ma być oswojenie z językiem, którym mówi się o kobiecych narządach płciowych i o tabuizowanych do niedawna elementach anatomii. Co ciekawe, część rozmówczyń boi się, że efektem zmian w programie nauczania będzie pogłębiający się tylko problem - tym usilniej zatem dążą do wyjaśniania, rozwiewania wątpliwości i zwracania uwagi na to, co powinno odbiorczynie zaniepokoić lub przynajmniej zastanowić.
"Seksuolożki. Nowe rozmowy" to książka, która urzeka jakością wywiadów. Marta Szarejko wychodzi od kwestii, które mogą intrygować zwyczajne odbiorczynie - pozwala nie tylko na zaprezentowanie wachlarza umiejętności oraz zakresu przeprowadzanych badań swoim interlokutorkom - ale wciela się w czytelniczki, które potrzebują wsparcia lub fachowej porady. Pyta, szuka rozwiązań lub wyzwań i dowiaduje się coraz więcej. Jej siłą jest profesjonalizacja. Nie proponuje czytelniczkom tematów banalnych, wielokrotnie w publikacjach pop przedstawionych i powszechnie znanych. Wręcz przeciwnie: zanurza się w opowieściach wymagających, sprawia, że czytelniczki sporo się z tej książki dowiedzą (albo przynajmniej zyskają podpowiedź, jakich informacji szukać dalej i o jakie wypytywać fachowców). Nie ma tu systemu plotek i wskazywania wyłącznie przykładów z gabinetów: bohaterki tomu bardzo chętnie dzielą się odkryciami i przemyśleniami, sprawiając, że kobiece sprawy wybrzmiewają fascynująco. To książka, którą można przeczytać z ciekawości albo dla informacji, można szukać w niej podpowiedzi dla siebie lub wsparcia w mówieniu o kobiecych przypadłościach. "Seksuolożki. Nowe rozmowy" to także publikacja przekonująca odbiorczynie, że każda z nich może czerpać radość z seksu - a jeśli tego nie robi, powinna poszukać pomocy u specjalistów.
Kobiece problemy
Zakres tematów, jakie porusza Marta Szarejko (oraz jej rozmówczynie) jest ogromny. Drugi tom "Seksuolożek" - czyli "Nowe rozmowy" to zestaw wyjaśnień dotyczących między innymi chorób oraz doświadczeń, które odbierają ochotę na seks lub nie pozwalają czerpać z niego radości, o roli depresji lub zaburzeń osobowości w sypialni, o tym jak żyć z HIV (i dlaczego warto się pod tym kątem przebadać). Pojawiają się tu także tematy związane z dzieciństwem: obok wykorzystywania seksualnego najmłodszych także kwestia przyczyn bólu sromu u małych dziewczynek, podejścia rodziców do sytuacji, w której nakryją (nawet kilkuletnie) dziecko na masturbowaniu się. Znajdzie się miejsce na opowieść o hormonach i o wpływie traum na życie seksualne kobiet. Kobiety na pierwszym planie - co oznacza potężną lekcję akceptacji własnego ciała oraz oswajania z rozmaitymi schorzeniami, które utrudniają bądź uniemożliwiają udane współżycie. Marta Szarejko dociera do specjalistek łączących w swojej pracy różne podejścia - od strony lekarskiej albo psychologicznej, szuka ciekawostek, a czasami zyskuje wiadomości, które ją samą zaskakują. "Seksuolożki. Nowe rozmowy" to książka ważna i potrzebna - kierowana do kobiet i przez kobiety tworzona. A jednym z efektów jej oddziaływania ma być oswojenie z językiem, którym mówi się o kobiecych narządach płciowych i o tabuizowanych do niedawna elementach anatomii. Co ciekawe, część rozmówczyń boi się, że efektem zmian w programie nauczania będzie pogłębiający się tylko problem - tym usilniej zatem dążą do wyjaśniania, rozwiewania wątpliwości i zwracania uwagi na to, co powinno odbiorczynie zaniepokoić lub przynajmniej zastanowić.
"Seksuolożki. Nowe rozmowy" to książka, która urzeka jakością wywiadów. Marta Szarejko wychodzi od kwestii, które mogą intrygować zwyczajne odbiorczynie - pozwala nie tylko na zaprezentowanie wachlarza umiejętności oraz zakresu przeprowadzanych badań swoim interlokutorkom - ale wciela się w czytelniczki, które potrzebują wsparcia lub fachowej porady. Pyta, szuka rozwiązań lub wyzwań i dowiaduje się coraz więcej. Jej siłą jest profesjonalizacja. Nie proponuje czytelniczkom tematów banalnych, wielokrotnie w publikacjach pop przedstawionych i powszechnie znanych. Wręcz przeciwnie: zanurza się w opowieściach wymagających, sprawia, że czytelniczki sporo się z tej książki dowiedzą (albo przynajmniej zyskają podpowiedź, jakich informacji szukać dalej i o jakie wypytywać fachowców). Nie ma tu systemu plotek i wskazywania wyłącznie przykładów z gabinetów: bohaterki tomu bardzo chętnie dzielą się odkryciami i przemyśleniami, sprawiając, że kobiece sprawy wybrzmiewają fascynująco. To książka, którą można przeczytać z ciekawości albo dla informacji, można szukać w niej podpowiedzi dla siebie lub wsparcia w mówieniu o kobiecych przypadłościach. "Seksuolożki. Nowe rozmowy" to także publikacja przekonująca odbiorczynie, że każda z nich może czerpać radość z seksu - a jeśli tego nie robi, powinna poszukać pomocy u specjalistów.
piątek, 8 stycznia 2021
Ałbena Grabowska: Doktor Bogumił
Marginesy, Warszawa 2020.
Leczenie
Wielką popularnością cieszą się ostatnio reportaże medyczne oraz opowieści z historii medycyny, uświadamiające czytelnikom, że mogą mówić o prawdziwym szczęściu: lekarze dzisiaj nie kwestionują konieczności zachowywania higieny i wiedzą, jak uśmierzać ból, istnieją szczepionki, które pozwalają uniknąć poważnych zagrożeń. Uczeni odkrywają sposoby ratowania do niedawna nieuleczalnie chorych. W takim kontekście można ze spokojem zagłębiać się w temat horrorów pseudomedycznych z całkiem niedalekiej przeszłości. Na rynku jest już kilka pozycji, które pokazują historię medycyny i drogę dojścia do stanu dzisiejszego, ale Ałbena Grabowska postanowiła wybrać inny motyw. Zamienia przeszłość w powieść obyczajową (a nawet - początek powieściowej serii, bardzo gęstej i bardzo obiecującej). "Doktor Bogumił" to ogromna książka opatrzona etykietą "Uczniowie Hippokratesa": Ałbena Grabowska popisuje się tu nie tylko umiejętnością tworzenia obyczajowych fabuł, ale też znajomością historii medycyny, którą zgrabnie wplata do książki. Bohaterem jest tutaj Bogumił Korczyński. W 1850 roku trafia on do szpitala: chce zostać ginekologiem. Problemy kobiece interesują go nie tylko ze względów zawodowych. Bogumił bardzo chciałby pomóc żonie, która ma kłopot z wydawaniem na świat kolejnych dzieci. Ze względu na zbyt małą miednicę (jak podejrzewa bohater), kobieta bardzo cierpi i kiedy wydaje na świat potomstwo, omal nie traci życia. Bogumił szuka sposobu, by jej pomóc: podejrzewa, że można wykonać pewne cięcie, żeby uniknąć bólu i zagrożenia (zarówno życia matki, jak i dziecka), wie też, że parę lat wcześniej pewien dentysta eksperymentował z eterem, żeby uśmierzać ból cierpiących. Co prawda nie doczekał się powszechnego uznania, a nawet zmarł w potępieniu - jednak wyznaczył następnym temat do poszukiwań i dał nadzieję, że nie zawsze chorzy będą skazani na ból.
Teraz Bogumił mógłby poprzestać na zwykłej pracy w szpitalu, ale jemu zależy na zbieraniu informacji. Wybiera się na operacje pokazowe, chce uczestniczyć w wykładach najznamienitszych profesorów. Prosi o rekomendację znajomych i przyswaja sobie rozmaite informacje, które pozwolą mu na zadawanie pytań bez narażania się na wyproszenie z sali. Bogumił przez swoje działania podważa to, co przyjęte w medycynie: jednak jest przekonany, że jego propozycje pozwolą ulepszyć opiekę zdrowotną. Myśli logicznie i znajduje luki w rozumowaniu autorytetów, jednak sam też potrzebuje wsparcia i wiedzy lepszych od siebie, żeby ciągle się rozwijać. Powody osobiste sprawiają, że ma największą motywację. Nie zatrzyma się, póki nie osiągnie swojego celu. Żeby jego działania były dla czytelników zrozumiałe, Bogumił zostaje też zaprezentowany w warunkach domowych: jako mężczyzna, który kocha żonę i jej pragnie, ale jednocześnie chce ochronić przed kolejnymi komplikacjami przy ewentualnych ciążach. Niby istnieje coś, czego nazwy bohater woli nie wymawiać, a co pozwala chronić przed zapłodnieniem kobiety, jednak na użycie tego nie pozwala ani religia, ani niedostępność przedmiotu. I impas trwa.
Ałbena Grabowska wprowadza tu sporo motywów z historii medycyny. Chociaż nie jest to jej podstawowym celem, wprowadza wiele scenek związanych z medycznymi i pseudomedycznymi działaniami, pokazuje, jak dochodziło do pewnych odkryć, albo - jak wyglądały konkretne operacje. Bardzo szczegółowe opisy odróżniają tę powieść od standardowych obyczajówek, sprawiają też jednak, że jest to pozycja ciekawsza i bardziej oryginalna. Udało się autorce zaintrygować czytelników i dostarczyć im ambitnej i wartościowej lektury rozrywkowej.
Leczenie
Wielką popularnością cieszą się ostatnio reportaże medyczne oraz opowieści z historii medycyny, uświadamiające czytelnikom, że mogą mówić o prawdziwym szczęściu: lekarze dzisiaj nie kwestionują konieczności zachowywania higieny i wiedzą, jak uśmierzać ból, istnieją szczepionki, które pozwalają uniknąć poważnych zagrożeń. Uczeni odkrywają sposoby ratowania do niedawna nieuleczalnie chorych. W takim kontekście można ze spokojem zagłębiać się w temat horrorów pseudomedycznych z całkiem niedalekiej przeszłości. Na rynku jest już kilka pozycji, które pokazują historię medycyny i drogę dojścia do stanu dzisiejszego, ale Ałbena Grabowska postanowiła wybrać inny motyw. Zamienia przeszłość w powieść obyczajową (a nawet - początek powieściowej serii, bardzo gęstej i bardzo obiecującej). "Doktor Bogumił" to ogromna książka opatrzona etykietą "Uczniowie Hippokratesa": Ałbena Grabowska popisuje się tu nie tylko umiejętnością tworzenia obyczajowych fabuł, ale też znajomością historii medycyny, którą zgrabnie wplata do książki. Bohaterem jest tutaj Bogumił Korczyński. W 1850 roku trafia on do szpitala: chce zostać ginekologiem. Problemy kobiece interesują go nie tylko ze względów zawodowych. Bogumił bardzo chciałby pomóc żonie, która ma kłopot z wydawaniem na świat kolejnych dzieci. Ze względu na zbyt małą miednicę (jak podejrzewa bohater), kobieta bardzo cierpi i kiedy wydaje na świat potomstwo, omal nie traci życia. Bogumił szuka sposobu, by jej pomóc: podejrzewa, że można wykonać pewne cięcie, żeby uniknąć bólu i zagrożenia (zarówno życia matki, jak i dziecka), wie też, że parę lat wcześniej pewien dentysta eksperymentował z eterem, żeby uśmierzać ból cierpiących. Co prawda nie doczekał się powszechnego uznania, a nawet zmarł w potępieniu - jednak wyznaczył następnym temat do poszukiwań i dał nadzieję, że nie zawsze chorzy będą skazani na ból.
Teraz Bogumił mógłby poprzestać na zwykłej pracy w szpitalu, ale jemu zależy na zbieraniu informacji. Wybiera się na operacje pokazowe, chce uczestniczyć w wykładach najznamienitszych profesorów. Prosi o rekomendację znajomych i przyswaja sobie rozmaite informacje, które pozwolą mu na zadawanie pytań bez narażania się na wyproszenie z sali. Bogumił przez swoje działania podważa to, co przyjęte w medycynie: jednak jest przekonany, że jego propozycje pozwolą ulepszyć opiekę zdrowotną. Myśli logicznie i znajduje luki w rozumowaniu autorytetów, jednak sam też potrzebuje wsparcia i wiedzy lepszych od siebie, żeby ciągle się rozwijać. Powody osobiste sprawiają, że ma największą motywację. Nie zatrzyma się, póki nie osiągnie swojego celu. Żeby jego działania były dla czytelników zrozumiałe, Bogumił zostaje też zaprezentowany w warunkach domowych: jako mężczyzna, który kocha żonę i jej pragnie, ale jednocześnie chce ochronić przed kolejnymi komplikacjami przy ewentualnych ciążach. Niby istnieje coś, czego nazwy bohater woli nie wymawiać, a co pozwala chronić przed zapłodnieniem kobiety, jednak na użycie tego nie pozwala ani religia, ani niedostępność przedmiotu. I impas trwa.
Ałbena Grabowska wprowadza tu sporo motywów z historii medycyny. Chociaż nie jest to jej podstawowym celem, wprowadza wiele scenek związanych z medycznymi i pseudomedycznymi działaniami, pokazuje, jak dochodziło do pewnych odkryć, albo - jak wyglądały konkretne operacje. Bardzo szczegółowe opisy odróżniają tę powieść od standardowych obyczajówek, sprawiają też jednak, że jest to pozycja ciekawsza i bardziej oryginalna. Udało się autorce zaintrygować czytelników i dostarczyć im ambitnej i wartościowej lektury rozrywkowej.
czwartek, 3 grudnia 2020
Tomasz Rezydent: Niewidzialny front
Rebis, Poznań 2020.
Przewodnik
Dla tych, którzy mają dość medialnej papki i przepychanek z niewierzącymi w koronawirusa tworzone są reportażowe wyznania lekarzy walczących z pandemią. Zaczynają powoli wchodzić na rynek pierwsze publikacje – na razie zatrzymujące się w pierwszym lockdownie, a związane najczęściej z przygotowaniami do wielkiego wyzwania w kraju i z uczeniem się warunków pandemii. Tomasz Rezydent, lekarz rezydent drugiego roku interny, który wybiera pseudonim sobie, ale zamaskowuje też nazwy miast, których dotyczy relacja, przedstawia sytuację ze szpitala jednoimiennego w czasie, gdy jeszcze nie było tak dramatycznie jak obecnie. Jego „Niewidzialny front” to bardzo osobista, ale też pełna ciekawostek lektura dla zainteresowanych sytuacją wśród medyków.
Są w tej książce punkty standardowe: czekanie na „pacjenta zero”, strach przed pierwszym wyjściem do takiego chorego, ćwiczenia w zakładaniu skafandrów chroniących przed wirusem, trudne rozmowy z bliskimi, których najczęściej wysyła się do rodziny, żeby nie przywlec im czegoś przypadkiem, zabiegi dekontaminacyjne i próby przystosowania szpitali do pacjentów „covidowych”. Ale u Rezydenta jest też coś innego: opowieść o tych, którzy cierpią bez sensu, bo nie mogą w porę otrzymać pomocy. Autor pokazuje sytuacje, w których medyków ogarnia panika – kiedy nie chcą nawet przeprowadzić prawidłowego wywiadu przez telefon, a spychają „podejrzanego” pacjenta do szpitala jednoimiennego, chociaż mogliby na miejscu udzielić mu pomocy. Omawia też sytuacje dramatyczne i zupełnie przeciwne – kiedy to lekarze dogadują się między jednostkami, gdzie umieścić chorego. Znikają podziały na pediatrię, chirurgię czy ginekologię, wszyscy muszą pracować w nowym systemie. Rezydenta interesuje działalność zakaźników – we własnym otoczeniu ma przykłady niezbyt budujące. Tymczasem chorych nie ubywa, ubywa za to sprzętu i środków ochrony.
Tomasz Rezydent prowadzi dziennik. Dokładne notatki mają przydać się mu do planowanej pracy naukowej, rejestruje też dane na potrzeby ewentualnych statystyk. Najbardziej kusi go jednak zapisywanie tego, co się dzieje. Każdy dzienny wpis rozpoczyna od suchego komunikatu na temat ostatnio zmarłego pacjenta, później szczegółowo przedstawia wybrane przypadki – nie zawsze związane z koronawirusem (chociaż najczęściej właśnie te). Tłumaczy, dlaczego to groźna choroba, przygotowuje na wyzwania i na komplikacje. Cierpliwie wyjaśnia zagrożenia, o których wiadomo – i przyznaje, że jeszcze sporo pracy, żeby zrozumieć covid-19. Przedstawia jednak kolejne działania, zespoły, które nie ustają w wysiłkach, żeby nieść pomoc (a czasem nawet decydują się na odbycie kwarantanny w miejscu pracy). „Niewidzialny front” to książka o cichych bohaterach – ale też o reakcjach społeczeństwa na nieznane. Tomasz Rezydent pokazuje zagrożenie, pokazuje też walkę lekarzy często oskarżanych o opieszałość czy brak chęci niesienia pomocy. Przygotowuje książkę szalenie potrzebną na rynku – trudną przez ogrom rozstań i wyzwań, ale bardzo ciekawą. Nie chodzi tu o budzenie strachu, bardziej – o uświadamianie społeczeństwa. Najważniejsze jest jednak komentowanie na bieżąco pandemii – okiem medyka.
Przewodnik
Dla tych, którzy mają dość medialnej papki i przepychanek z niewierzącymi w koronawirusa tworzone są reportażowe wyznania lekarzy walczących z pandemią. Zaczynają powoli wchodzić na rynek pierwsze publikacje – na razie zatrzymujące się w pierwszym lockdownie, a związane najczęściej z przygotowaniami do wielkiego wyzwania w kraju i z uczeniem się warunków pandemii. Tomasz Rezydent, lekarz rezydent drugiego roku interny, który wybiera pseudonim sobie, ale zamaskowuje też nazwy miast, których dotyczy relacja, przedstawia sytuację ze szpitala jednoimiennego w czasie, gdy jeszcze nie było tak dramatycznie jak obecnie. Jego „Niewidzialny front” to bardzo osobista, ale też pełna ciekawostek lektura dla zainteresowanych sytuacją wśród medyków.
Są w tej książce punkty standardowe: czekanie na „pacjenta zero”, strach przed pierwszym wyjściem do takiego chorego, ćwiczenia w zakładaniu skafandrów chroniących przed wirusem, trudne rozmowy z bliskimi, których najczęściej wysyła się do rodziny, żeby nie przywlec im czegoś przypadkiem, zabiegi dekontaminacyjne i próby przystosowania szpitali do pacjentów „covidowych”. Ale u Rezydenta jest też coś innego: opowieść o tych, którzy cierpią bez sensu, bo nie mogą w porę otrzymać pomocy. Autor pokazuje sytuacje, w których medyków ogarnia panika – kiedy nie chcą nawet przeprowadzić prawidłowego wywiadu przez telefon, a spychają „podejrzanego” pacjenta do szpitala jednoimiennego, chociaż mogliby na miejscu udzielić mu pomocy. Omawia też sytuacje dramatyczne i zupełnie przeciwne – kiedy to lekarze dogadują się między jednostkami, gdzie umieścić chorego. Znikają podziały na pediatrię, chirurgię czy ginekologię, wszyscy muszą pracować w nowym systemie. Rezydenta interesuje działalność zakaźników – we własnym otoczeniu ma przykłady niezbyt budujące. Tymczasem chorych nie ubywa, ubywa za to sprzętu i środków ochrony.
Tomasz Rezydent prowadzi dziennik. Dokładne notatki mają przydać się mu do planowanej pracy naukowej, rejestruje też dane na potrzeby ewentualnych statystyk. Najbardziej kusi go jednak zapisywanie tego, co się dzieje. Każdy dzienny wpis rozpoczyna od suchego komunikatu na temat ostatnio zmarłego pacjenta, później szczegółowo przedstawia wybrane przypadki – nie zawsze związane z koronawirusem (chociaż najczęściej właśnie te). Tłumaczy, dlaczego to groźna choroba, przygotowuje na wyzwania i na komplikacje. Cierpliwie wyjaśnia zagrożenia, o których wiadomo – i przyznaje, że jeszcze sporo pracy, żeby zrozumieć covid-19. Przedstawia jednak kolejne działania, zespoły, które nie ustają w wysiłkach, żeby nieść pomoc (a czasem nawet decydują się na odbycie kwarantanny w miejscu pracy). „Niewidzialny front” to książka o cichych bohaterach – ale też o reakcjach społeczeństwa na nieznane. Tomasz Rezydent pokazuje zagrożenie, pokazuje też walkę lekarzy często oskarżanych o opieszałość czy brak chęci niesienia pomocy. Przygotowuje książkę szalenie potrzebną na rynku – trudną przez ogrom rozstań i wyzwań, ale bardzo ciekawą. Nie chodzi tu o budzenie strachu, bardziej – o uświadamianie społeczeństwa. Najważniejsze jest jednak komentowanie na bieżąco pandemii – okiem medyka.
czwartek, 26 listopada 2020
Agnieszka Sztyler-Turovsky: Oddział zakaźny. Historie bez cenzury
SQN, Kraków 2020.
Apel
Agnieszka Sztyler-Turovsky dociera do lekarzy, pielęgniarek i ratowników medycznych, którzy mierzą się z sytuacją, na jaką nie byli przygotowani. „Oddział zakaźny. Historie bez cenzury” to nie tylko zwierzenia zakaźników, ale i tych, którzy szybko musieli się nauczyć nowych procedur i wdrożyć je w życie. To opowieści tych, którzy nie mają czasu na śledzenie medialnych doniesień w sprawie COVID-19 i branie udziału w idiotycznych sporach wywoływanych przez „niewierzących” w koronawirusa, bo na co dzień mają aż za wiele przypadków śmiertelnych – nawet kiedy nic wcześniej nie wskazywało na zbliżający się koniec. Dociera autorka też do lekarzy, których wypowiedzi zostały zmanipulowane i wykorzystywane przez zwolenników teorii spiskowych. Najczęściej jednak trafia do ludzi, którzy przekazują w mniej lub bardziej żołnierskich słowach to, że należy nosić maseczki, przestrzegać zasady dystansu społecznego i nie narażać siebie i innych, kiedy ma się jakiekolwiek podejrzenia co do swojego złego stanu zdrowia.
Często w opowieściach pojawia się motyw pacjenta zero w Polsce – rzecz dotyczy pierwszego lockdownu i uczenia się pandemii przez medyków. Pojawiają się w książce lekarze, którzy dostali nakaz pracy w szpitalu jednoimiennym i ci, których placówka zostaje właśnie w taki szpital przekształcona. Ale pojawiają się również ci, którzy muszą zadbać o to, żeby nie narażać innych chorych na kontakt z niebezpiecznym wirusem. Lekarze są świadomi, że wiele planowanych zabiegów nie może dojść do skutku, co więcej: nawet ich bliscy czasami nie mogą otrzymać potrzebnej pomocy, chociaż przed pandemią nie byłoby z tym najmniejszego problemu. Jednak koronawirus jest groźny i nic do tej pory nie przygotowało na tak ogromną walkę. Opowiadają medycy, jak uczyli się zakładać kombinezony z filmików od włoskich kolegów, opowiadają o brakach w zaopatrzeniu. Jedni zajmują się komentowaniem działań rządu, inni wręcz przeciwnie – skupiają się wyłącznie na doświadczeniach z najbliższego otoczenia. Nie wszyscy silą się na uprzejmość, są i tacy, którzy w ostrym języku dają upust codziennym emocjom. Bohaterowie tego tomu opowiadają o postawach rodzin, współpracowników i sąsiadów i autorka stawia w tym wypadku raczej na historie krzepiące: nawet jeśli gdzieś były problemy z zaakceptowaniem ryzyka, wszystko kończyło się wielkim porozumieniem i wsparciem. Źle jest zawsze gdzie indziej – pod tym względem próbuje Sztyler-Turovsky stworzyć książkową utopię. Jednak takie obrazki są potrzebne zwłaszcza innym przedstawicielom służby zdrowia, przede wszystkim tym, którzy tracą już siły i nadzieję na wsparcie z zewnątrz.
„Oddział zakaźny. Historie bez cenzury” to nie miejsce na wymienianie „bezobjawowych” pacjentów. Tu pacjenci mogą stracić życie w ciągu pół godziny od wystąpienia problemów z oddychaniem, tu lekarze i pielęgniarki pomagają odchodzącym połączyć się telefonicznie z rodzinami, by mogli się chociaż w ten sposób pożegnać. Tu panuje wielka partyzantka: brakuje wszystkiego i wciąż trzeba kombinować, żeby przetrwać. A medialne doniesienia? Nikt nie zwraca na nie uwagi. Szkoda czasu.
Apel
Agnieszka Sztyler-Turovsky dociera do lekarzy, pielęgniarek i ratowników medycznych, którzy mierzą się z sytuacją, na jaką nie byli przygotowani. „Oddział zakaźny. Historie bez cenzury” to nie tylko zwierzenia zakaźników, ale i tych, którzy szybko musieli się nauczyć nowych procedur i wdrożyć je w życie. To opowieści tych, którzy nie mają czasu na śledzenie medialnych doniesień w sprawie COVID-19 i branie udziału w idiotycznych sporach wywoływanych przez „niewierzących” w koronawirusa, bo na co dzień mają aż za wiele przypadków śmiertelnych – nawet kiedy nic wcześniej nie wskazywało na zbliżający się koniec. Dociera autorka też do lekarzy, których wypowiedzi zostały zmanipulowane i wykorzystywane przez zwolenników teorii spiskowych. Najczęściej jednak trafia do ludzi, którzy przekazują w mniej lub bardziej żołnierskich słowach to, że należy nosić maseczki, przestrzegać zasady dystansu społecznego i nie narażać siebie i innych, kiedy ma się jakiekolwiek podejrzenia co do swojego złego stanu zdrowia.
Często w opowieściach pojawia się motyw pacjenta zero w Polsce – rzecz dotyczy pierwszego lockdownu i uczenia się pandemii przez medyków. Pojawiają się w książce lekarze, którzy dostali nakaz pracy w szpitalu jednoimiennym i ci, których placówka zostaje właśnie w taki szpital przekształcona. Ale pojawiają się również ci, którzy muszą zadbać o to, żeby nie narażać innych chorych na kontakt z niebezpiecznym wirusem. Lekarze są świadomi, że wiele planowanych zabiegów nie może dojść do skutku, co więcej: nawet ich bliscy czasami nie mogą otrzymać potrzebnej pomocy, chociaż przed pandemią nie byłoby z tym najmniejszego problemu. Jednak koronawirus jest groźny i nic do tej pory nie przygotowało na tak ogromną walkę. Opowiadają medycy, jak uczyli się zakładać kombinezony z filmików od włoskich kolegów, opowiadają o brakach w zaopatrzeniu. Jedni zajmują się komentowaniem działań rządu, inni wręcz przeciwnie – skupiają się wyłącznie na doświadczeniach z najbliższego otoczenia. Nie wszyscy silą się na uprzejmość, są i tacy, którzy w ostrym języku dają upust codziennym emocjom. Bohaterowie tego tomu opowiadają o postawach rodzin, współpracowników i sąsiadów i autorka stawia w tym wypadku raczej na historie krzepiące: nawet jeśli gdzieś były problemy z zaakceptowaniem ryzyka, wszystko kończyło się wielkim porozumieniem i wsparciem. Źle jest zawsze gdzie indziej – pod tym względem próbuje Sztyler-Turovsky stworzyć książkową utopię. Jednak takie obrazki są potrzebne zwłaszcza innym przedstawicielom służby zdrowia, przede wszystkim tym, którzy tracą już siły i nadzieję na wsparcie z zewnątrz.
„Oddział zakaźny. Historie bez cenzury” to nie miejsce na wymienianie „bezobjawowych” pacjentów. Tu pacjenci mogą stracić życie w ciągu pół godziny od wystąpienia problemów z oddychaniem, tu lekarze i pielęgniarki pomagają odchodzącym połączyć się telefonicznie z rodzinami, by mogli się chociaż w ten sposób pożegnać. Tu panuje wielka partyzantka: brakuje wszystkiego i wciąż trzeba kombinować, żeby przetrwać. A medialne doniesienia? Nikt nie zwraca na nie uwagi. Szkoda czasu.
czwartek, 12 listopada 2020
James Wynbrandt: Bolesna historia stomatologii
Marginesy, Warszawa 2020.
W ustach
Oto kolejny reportaż medyczny będący przeglądem historycznych ciekawostek, anegdot i scenek przerażających. James Wynbrandt wie, że z perspektywy dzisiejszych czasów, supersterylnych narzędzi i gabinetów niemal z kosmicznymi technologiami leczenie zębów nie przeraża. Dlatego może spokojnie karmić czytelników opowieściami jak z największych koszmarów. Przegląd historii medycyny w jego wykonaniu to zbieranie kuriozów z gabinetów i działań balwierzy, szarlatanów oraz tych wszystkich, którzy próbowali zająć się leczeniem czy usuwaniem zębów, żeby ulżyć znękanym pacjentom. „Bolesna historia stomatologii” to jedna z tych książek, które nie przyniosą koniecznych do zapamiętania informacji, ale dostarczą rozrywki połączonej z ulgą, że te czasy już minęły. James Wynbrandt dość szczegółowo śledzi dokonania ludzkości w zakresie działań medycznych w obrębie jamy ustnej. Sprawdza, kiedy zęby próbowano leczyć i w jaki sposób, jak wyglądało usuwanie tych bolących, jak szarlatani usiłowali powiązać stan zębów z konkretnymi organami w ludzkim ciele. Interesują go stosowane narzędzia i techniki działań, ale też – oszustwa, które napędzały klientów pseudodentystom (podstawiony aktor i odpowiednie sztuczki sprawiały, że można było szybko i łatwo zarobić na czyimś cierpieniu). Opowiada o tym, do którego momentu w przeszłości pacjenci dentystów leżeli na podłodze, kiedy wprowadzono krzesła i fotele w gabinetach, ale też – jak zmieniało się podejście do leczenia zębów. Umożliwia sprawdzenie, jak dbano o higienę jamy ustnej, czym czyściło się zęby i kiedy ludzkość zaczęła używać wykałaczek.
Osobną kwestię stanowią działania szkodliwe i niebezpieczne – gdy lekarze zachłystują się nowymi odkryciami medycyny i nie znają jeszcze długofalowych skutków stosowania wybranych kuracji. Pokazuje zatem autor, kiedy dentyści szkodzili nie tylko pacjentom, ale i sobie – i w jaki sposób. Odnotowuje substancje, które nie powinny mieć kontaktu z ludzkim ciałem, a które trafiały do plomb. Przedstawia szereg problemów, komplikacji lub zwykłych pomyłek, które zamiast zmniejszyć cierpienie, jeszcze je podsycały. W historii stomatologii nie ma miejsca na wytchnienie. James Wyndbrandt wybiera co ciekawsze pomysły i układa z nich zgrabną reporterską opowieść. Trochę bawi się tematem, trochę stara się uświadomić czytelnikom, że mogą mówić o ogromnym szczęściu. Bazuje ten autor na ciekawości czytelników, przynosi im zestaw danych, których ci samodzielnie nie mogliby odkryć. „Bolesna historia stomatologii” to książka, która zawiera mnóstwo ciekawostek, w dodatku dobranych tak, żeby budziły radość czytelników – nawet mimo współczucia dla leczonych w przeszłości. Jest to tom obszerny i szczegółowo prezentujący kolejne potknięcia w drodze do tworzenia współczesnej stomatologii – zwłaszcza dla czytelników ciekawych świata. James Wynbrandt wpisuje się tą publikacją w opowieści z historii medycyny, trafia zatem w rynkowe zapotrzebowanie i może być spokojny o zasięg książki. Nie zamierza wyłącznie rozśmieszać czytelników niebanalnymi sposobami leczenia i usuwania zębów – chce też, żeby odbiorcy zorientowali się w skomplikowanej sytuacji balwierzy czy dentystów sprzed zaistnienia tej gałęzi medycyny.
W ustach
Oto kolejny reportaż medyczny będący przeglądem historycznych ciekawostek, anegdot i scenek przerażających. James Wynbrandt wie, że z perspektywy dzisiejszych czasów, supersterylnych narzędzi i gabinetów niemal z kosmicznymi technologiami leczenie zębów nie przeraża. Dlatego może spokojnie karmić czytelników opowieściami jak z największych koszmarów. Przegląd historii medycyny w jego wykonaniu to zbieranie kuriozów z gabinetów i działań balwierzy, szarlatanów oraz tych wszystkich, którzy próbowali zająć się leczeniem czy usuwaniem zębów, żeby ulżyć znękanym pacjentom. „Bolesna historia stomatologii” to jedna z tych książek, które nie przyniosą koniecznych do zapamiętania informacji, ale dostarczą rozrywki połączonej z ulgą, że te czasy już minęły. James Wynbrandt dość szczegółowo śledzi dokonania ludzkości w zakresie działań medycznych w obrębie jamy ustnej. Sprawdza, kiedy zęby próbowano leczyć i w jaki sposób, jak wyglądało usuwanie tych bolących, jak szarlatani usiłowali powiązać stan zębów z konkretnymi organami w ludzkim ciele. Interesują go stosowane narzędzia i techniki działań, ale też – oszustwa, które napędzały klientów pseudodentystom (podstawiony aktor i odpowiednie sztuczki sprawiały, że można było szybko i łatwo zarobić na czyimś cierpieniu). Opowiada o tym, do którego momentu w przeszłości pacjenci dentystów leżeli na podłodze, kiedy wprowadzono krzesła i fotele w gabinetach, ale też – jak zmieniało się podejście do leczenia zębów. Umożliwia sprawdzenie, jak dbano o higienę jamy ustnej, czym czyściło się zęby i kiedy ludzkość zaczęła używać wykałaczek.
Osobną kwestię stanowią działania szkodliwe i niebezpieczne – gdy lekarze zachłystują się nowymi odkryciami medycyny i nie znają jeszcze długofalowych skutków stosowania wybranych kuracji. Pokazuje zatem autor, kiedy dentyści szkodzili nie tylko pacjentom, ale i sobie – i w jaki sposób. Odnotowuje substancje, które nie powinny mieć kontaktu z ludzkim ciałem, a które trafiały do plomb. Przedstawia szereg problemów, komplikacji lub zwykłych pomyłek, które zamiast zmniejszyć cierpienie, jeszcze je podsycały. W historii stomatologii nie ma miejsca na wytchnienie. James Wyndbrandt wybiera co ciekawsze pomysły i układa z nich zgrabną reporterską opowieść. Trochę bawi się tematem, trochę stara się uświadomić czytelnikom, że mogą mówić o ogromnym szczęściu. Bazuje ten autor na ciekawości czytelników, przynosi im zestaw danych, których ci samodzielnie nie mogliby odkryć. „Bolesna historia stomatologii” to książka, która zawiera mnóstwo ciekawostek, w dodatku dobranych tak, żeby budziły radość czytelników – nawet mimo współczucia dla leczonych w przeszłości. Jest to tom obszerny i szczegółowo prezentujący kolejne potknięcia w drodze do tworzenia współczesnej stomatologii – zwłaszcza dla czytelników ciekawych świata. James Wynbrandt wpisuje się tą publikacją w opowieści z historii medycyny, trafia zatem w rynkowe zapotrzebowanie i może być spokojny o zasięg książki. Nie zamierza wyłącznie rozśmieszać czytelników niebanalnymi sposobami leczenia i usuwania zębów – chce też, żeby odbiorcy zorientowali się w skomplikowanej sytuacji balwierzy czy dentystów sprzed zaistnienia tej gałęzi medycyny.
wtorek, 3 listopada 2020
Thomas Morris: Tajemnica eksplodujących zębów oraz inne ciekawostki z historii medycyny
Prószyński i S-ka, Warszawa 2020.
Przypadki
Thomas Morris trafił na kilka kuriozalnych z dzisiejszej perspektywy opisów przypadków, z którymi borykali się medycy w XIX wieku. Dostrzegł w nich potencjał komiczny w sam raz dla dzisiejszych czytelników. Tak powstała książka „Tajemnica eksplodujących zębów oraz inne ciekawostki z historii medycyny”, tom momentami dla ludzi o mocnych nerwach – przede wszystkim jednak dla tych, którzy chcą się pośmiać i zdziwić ludzką wyobraźnią albo jej brakiem. Autor zestawia fragmenty relacji pozostawionych przez medyków, opatruje je własnym ironicznym komentarzem (z tendencji do żartowania tłumaczy się we wstępie, ale wcale nie musiałby się tak zastrzegać: i tak podczas lektury wiele razy czytelnicy przyznają mu rację i sami wygłaszaliby podobne opinie na wieść o najdziwniejszych zadaniach, z jakimi mierzyli się lekarze przed wiekami). „Tajemnica eksplodujących zębów” to bowiem zestawienie przypadłości będących najczęściej efektami nieszczęśliwych wypadków albo nieuwagi – i chociaż poszkodowanym nie mogło być do śmiechu (nie mówiąc o tym, że czasami nie przeżywali), odbiorcy nie będą mogli się powstrzymać przed atakami radości.
Bardzo często problem pojawia się w momencie pojawienia się ciała obcego w ciele ludzkim. Znajdą się tu historie połykaczy noży i chłopca, w którego krtani uwięzła gęsia krtań (wykorzystywana jako zabawka). Znajdą się ludzie, którym lekarze musieli usuwać dziwne przedmioty ze „wstydliwych miejsc” - i przeważnie nie chcieli udzielać wyjaśnień na temat wejścia w zbyt bliski kontakt z daną rzeczą (co ciekawe, najczęściej zresztą podejrzenia o ostre erotyczne zabawy nie znajdują potwierdzenia w rzeczywistości, a historie przedstawiane przez samych medyków brzmią aż niewiarygodnie). Znajdą się motywy niemożliwe do rozwiązania. „Tajemnica eksplodujących zębów” to także opowieść o nietypowych i pozbawionych sensu nie tylko z dzisiejszej perspektywy medycznej kuracji (chociaż żeby nie pozostawiać czytelników w absolutnie dobrych humorach autor przypomina, w jakie szarlatańskie praktyki wierzy się dzisiaj choćby w kontekście niekonwencjonalnego „leczenia” raka). Zdarza się też, że lekarz musi przywołać całą swoją wiedzę, nie tylko medyczną, żeby uratować pacjenta, który wpadł w tarapaty wykraczające poza wiadomości medyczne. Ktoś oddał mocz do butelki z mieszanką, która uniemożliwiła wyciągnięcie penisa z naczynia, ktoś przewrócił się i nadział na kosę, ktoś inny funkcjonował z patykiem w sercu. Wiele historii brzmi nieprawdopodobnie, ale pokazuje też, że ludzie są niebywale kreatywni, jeśli chodzi o nieumyślne robienie sobie krzywdy. Lekarze, którzy chcieli zachować swoje doświadczenia dla potomnych, starali się jak najpełniej opisywać wydarzenia i efekty leczenia. Z kolei Morris wybiera co smakowitsze cytaty (smakowite nie znaczy jednak, że pozwalające na jedzenie podczas lektury) i dodaje do nich własne opinie. W komentarzach zamienia się w ironistę, próbuje naśladować tok myślenia zwykłego czytelnika i wyrażać jego poglądy na kolejne sprawy. W efekcie lektura robi się podwójnie śmieszna. „Tajemnica eksplodujących zębów” to książka przedziwna.
Przypadki
Thomas Morris trafił na kilka kuriozalnych z dzisiejszej perspektywy opisów przypadków, z którymi borykali się medycy w XIX wieku. Dostrzegł w nich potencjał komiczny w sam raz dla dzisiejszych czytelników. Tak powstała książka „Tajemnica eksplodujących zębów oraz inne ciekawostki z historii medycyny”, tom momentami dla ludzi o mocnych nerwach – przede wszystkim jednak dla tych, którzy chcą się pośmiać i zdziwić ludzką wyobraźnią albo jej brakiem. Autor zestawia fragmenty relacji pozostawionych przez medyków, opatruje je własnym ironicznym komentarzem (z tendencji do żartowania tłumaczy się we wstępie, ale wcale nie musiałby się tak zastrzegać: i tak podczas lektury wiele razy czytelnicy przyznają mu rację i sami wygłaszaliby podobne opinie na wieść o najdziwniejszych zadaniach, z jakimi mierzyli się lekarze przed wiekami). „Tajemnica eksplodujących zębów” to bowiem zestawienie przypadłości będących najczęściej efektami nieszczęśliwych wypadków albo nieuwagi – i chociaż poszkodowanym nie mogło być do śmiechu (nie mówiąc o tym, że czasami nie przeżywali), odbiorcy nie będą mogli się powstrzymać przed atakami radości.
Bardzo często problem pojawia się w momencie pojawienia się ciała obcego w ciele ludzkim. Znajdą się tu historie połykaczy noży i chłopca, w którego krtani uwięzła gęsia krtań (wykorzystywana jako zabawka). Znajdą się ludzie, którym lekarze musieli usuwać dziwne przedmioty ze „wstydliwych miejsc” - i przeważnie nie chcieli udzielać wyjaśnień na temat wejścia w zbyt bliski kontakt z daną rzeczą (co ciekawe, najczęściej zresztą podejrzenia o ostre erotyczne zabawy nie znajdują potwierdzenia w rzeczywistości, a historie przedstawiane przez samych medyków brzmią aż niewiarygodnie). Znajdą się motywy niemożliwe do rozwiązania. „Tajemnica eksplodujących zębów” to także opowieść o nietypowych i pozbawionych sensu nie tylko z dzisiejszej perspektywy medycznej kuracji (chociaż żeby nie pozostawiać czytelników w absolutnie dobrych humorach autor przypomina, w jakie szarlatańskie praktyki wierzy się dzisiaj choćby w kontekście niekonwencjonalnego „leczenia” raka). Zdarza się też, że lekarz musi przywołać całą swoją wiedzę, nie tylko medyczną, żeby uratować pacjenta, który wpadł w tarapaty wykraczające poza wiadomości medyczne. Ktoś oddał mocz do butelki z mieszanką, która uniemożliwiła wyciągnięcie penisa z naczynia, ktoś przewrócił się i nadział na kosę, ktoś inny funkcjonował z patykiem w sercu. Wiele historii brzmi nieprawdopodobnie, ale pokazuje też, że ludzie są niebywale kreatywni, jeśli chodzi o nieumyślne robienie sobie krzywdy. Lekarze, którzy chcieli zachować swoje doświadczenia dla potomnych, starali się jak najpełniej opisywać wydarzenia i efekty leczenia. Z kolei Morris wybiera co smakowitsze cytaty (smakowite nie znaczy jednak, że pozwalające na jedzenie podczas lektury) i dodaje do nich własne opinie. W komentarzach zamienia się w ironistę, próbuje naśladować tok myślenia zwykłego czytelnika i wyrażać jego poglądy na kolejne sprawy. W efekcie lektura robi się podwójnie śmieszna. „Tajemnica eksplodujących zębów” to książka przedziwna.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






