Iskry, Warszawa 2026.
Wspomnienia
Z pewnością nie jest to książka dla wszystkich, chociaż dla wszystkich być powinna – ale jeśli ktoś nie interesuje się historią ani polityką, nie znajdzie nic dla siebie w rozpisanej na głosy opowieści o przemianie ustrojowej. „Pożegnanie z Polską Ludową. Rozmowy o schyłku PRL i narodzinach III RP” to potężny tom, w którym kilkunastu rozmówców – ludzi ze sceny politycznej oraz analityków wydarzeń – wspomina swoje obserwacje, osobiste doświadczenia oraz przemyślenia na temat tego, co działo się w końcówce XX wieku.
Paweł Dybicz prowadzi rozmowy tak, żeby czytelnicy mogli samodzielnie dokonywać porównań między poszczególnymi wyznaniami. Sam przyznaje na początku, że stara się zadawać w miarę podobne pytania, sięgać do konkretnych momentów zawsze – i w ten sposób daje odbiorcom szansę na zbudowanie wielowymiarowej opowieści. Liczy się tu jednostkowe podejście do tego, co ważne (albo co nabrało pozorów ważności, chociaż w wymiarze politycznym niekoniecznie istotne było) – i próba zrozumienia nie tylko nastrojów wśród ludzi związanych z rządzeniem, ale i wpływu poszczególnych działań i momentów na społeczeństwo.
Co ciekawe, ta książka nie służy udzielaniu wyjaśnień. To przypis do historii – ale przypis, który polega raczej na dopowiedzeniach emocjonalno-refleksyjnych niż na precyzyjnych i fachowych analizach – to znaczy, owszem, rozmówcy Dybicza mogą wykazać się ogromną wiedzą i wyjaśniać pewne sprawy czytelnikom, jednak znacznie częściej stawiają na opowieści prywatne, na to, co nie miało szans trafić do szkolnych podręczników i do kronik historycznych. Tu wreszcie pojawia się miejsce na zaangażowane wspomnienia i na odejście od oficjalnych tonów. Nie ma potrzeby prowadzenia autokreacji, bo szczerość staje się największym atutem. I Paweł Dybicz doskonale wie, jak uruchomić ją w rozmówcach – szuka w wywiadach możliwości przedstawienia czytelnikom innej perspektywy wydarzeń. Sięga do momentów przełomowych i do sytuacji, które zapisały się w historii kraju – punktów nie do pominięcia w procesie opowiadania o kształcie państwa. Ale nie interesują go już reinterpretacje – w zamian przynosi czytelnikom rodzaj nowości, wyznania, które niekoniecznie kiedyś wiązano by z tym zestawem wydarzeń. Rozmówcy wybierają różne drogi – zwykle starają się przemycić w swoich opowieściach elementy wiedzy politologicznej, ale dalecy są od pouczania czy wskazywania jedynej słusznej drogi oceny sytuacji – a to sprawia, że książka Pawła Dybicza zaczyna funkcjonować jako bardzo atrakcyjna lektura dla wtajemniczonych. To trochę wspomnienia w pigułce – książka, która stanie na półce obok wielkich memuarów historyczno-politycznych, którymi Iskry sukcesywnie zapełniają rynek. Tu nie ma czasu na przedzieranie się przez kwestie nieistotne, forma wywiadu wymusza zwięzłość i nawiązywanie do przemyśleń oraz przeżyć. I taka historia staje się dla odbiorców znowu żywa i wyjątkowa w swoim wymiarze. „Pożegnanie z Polską Ludową” to tom, który odnosi się do wycinka przeszłości, niewielkiego, ale bardzo znaczącego – i zapewnia bogatej galerii rozmówców możliwość pochylenia się nad indywidualną oceną przeszłości.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wywiady. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wywiady. Pokaż wszystkie posty
sobota, 4 lipca 2026
czwartek, 28 maja 2026
Beata Biały: Kobiece gadanie 2
Rebis, Poznań 2026.
Emocje 2
Beata Biały po sukcesie książki o emocjach kobiet – podsuwa czytelnikom drugą część, „Kobiece gadanie 2”. Idea pozostaje bez zmian: na tapet bierze się jedną emocję: złość, strach, wstyd, ale też dążenie do perfekcjonizmu, ambicję, bunt czy bezsilność. Każdy temat jest dopasowany do bohaterki rozmowy, do osoby, która akurat teraz – albo przez całe życie – mierzy się z konkretnymi wyzwaniami. Dzięki temu mają już zestaw konkretnych przykładów oraz przemyśleń, którymi mogą się podzielić z odbiorcami. Nie jest to wychodzenie ze strefy komfortu, raczej pozostawanie w obszarze zapewniającym wygodę – ale nikt nie będzie miał tego rozmówczyniom za złe, w końcu nie chodzi tu o przekraczanie swoich granic, a o dzielenie się intymnymi wręcz doświadczeniami. „Kobiece gadanie 2” to rozmowy, w których odbiorcy są wtrącani bezpośrednio w świat bohaterek, muszą poradzić sobie z czasem hermetycznymi zagadnieniami. Emocje pozbawione są granic – zrozumiałe w szerokim zakresie. Jednak już ich kontekst nie musi być dla wszystkich oczywisty, a nikt nie będzie przybliżać zestawu wydarzeń nieuświadomionym. Krótkie notki biograficzne zamieszczane są po wywiadach – i pozwalają zorientować się lepiej w dokonaniach kolejnych interlokutorek. Nie ma klucza, według którego Beata Biały wybiera kobiety do swoich rozmów: znalazły się tu i te rozpoznawalne od razu, jak Jolanta Kwaśniewska, Ewa Bem, Katarzyna Żak, Sylwia Chutnik, Agata Młynarska czy Lidia Popiel, i te, które wydają się trochę mniej medialne (ale nie są przez to wcale mniej ważne): Joanna Kryńska, Dorota Soszyńska czy Aleksandra Gajewska – popularne w konkretnych środowiskach.
Każda z kobiet zostaje nakłoniona do zwierzeń, często takich, które nie przebiłyby się do internetowych mediów. Nie ma tu idealnego świata z samorozwiązującymi się problemami, nie ma taryfy ulgowej bez względu na osobiste oczekiwania, preferencje czy nawet możliwości. Każda z pań toczy walkę z czymś – i mierzy się z tym całkowicie samotnie. A Beata Biały wyciąga na rozmowy szczere, pełne pasji, a do tego krzepiące mimo wszystko – bo nawet jeśli komuś wali się dotychczasowe życie, znajduje drogę, która pozwoli na odzyskanie radości życia czy przynajmniej odrobinę ulgi. Raczej rzadko trafiają się tu plotki czy anegdoty z codzienności. Beata Biały stawia na rozmowy dogłębne, czasem bolesne, czasem – wymuszające na czytelnikach sporą dozę empatii. Liczy się tu możliwość poznawania drugiej osoby od strony jej najskrytszych przemyśleń. Za każdym razem autorka dostosowuje rytm do rozmówczyni, stara się pozwolić jej na podzielenie się własnymi spostrzeżeniami – i nawet powtarzalne życiowe doświadczenia w rodzaju choroby czy radzenia sobie z wyzwaniami codzienności wypadają dzięki temu indywidualnie. Jest to publikacja, po którą z pewnością sięgną zainteresowani nietypowymi lekturami – to zupełnie nieznane oblicze tych wszystkich kobiet, które dały się poznać jako wybitne w swoich dziedzinach, a teraz pozwalają sobie na szczerość i ciche wyznania. Beata Biały wie, jak wydobyć z nich najczulsze tematy – i tym przekona do siebie czytelników. To książka stworzona bez pośpiechu, a przez to też tak wyjątkowa.
Emocje 2
Beata Biały po sukcesie książki o emocjach kobiet – podsuwa czytelnikom drugą część, „Kobiece gadanie 2”. Idea pozostaje bez zmian: na tapet bierze się jedną emocję: złość, strach, wstyd, ale też dążenie do perfekcjonizmu, ambicję, bunt czy bezsilność. Każdy temat jest dopasowany do bohaterki rozmowy, do osoby, która akurat teraz – albo przez całe życie – mierzy się z konkretnymi wyzwaniami. Dzięki temu mają już zestaw konkretnych przykładów oraz przemyśleń, którymi mogą się podzielić z odbiorcami. Nie jest to wychodzenie ze strefy komfortu, raczej pozostawanie w obszarze zapewniającym wygodę – ale nikt nie będzie miał tego rozmówczyniom za złe, w końcu nie chodzi tu o przekraczanie swoich granic, a o dzielenie się intymnymi wręcz doświadczeniami. „Kobiece gadanie 2” to rozmowy, w których odbiorcy są wtrącani bezpośrednio w świat bohaterek, muszą poradzić sobie z czasem hermetycznymi zagadnieniami. Emocje pozbawione są granic – zrozumiałe w szerokim zakresie. Jednak już ich kontekst nie musi być dla wszystkich oczywisty, a nikt nie będzie przybliżać zestawu wydarzeń nieuświadomionym. Krótkie notki biograficzne zamieszczane są po wywiadach – i pozwalają zorientować się lepiej w dokonaniach kolejnych interlokutorek. Nie ma klucza, według którego Beata Biały wybiera kobiety do swoich rozmów: znalazły się tu i te rozpoznawalne od razu, jak Jolanta Kwaśniewska, Ewa Bem, Katarzyna Żak, Sylwia Chutnik, Agata Młynarska czy Lidia Popiel, i te, które wydają się trochę mniej medialne (ale nie są przez to wcale mniej ważne): Joanna Kryńska, Dorota Soszyńska czy Aleksandra Gajewska – popularne w konkretnych środowiskach.
Każda z kobiet zostaje nakłoniona do zwierzeń, często takich, które nie przebiłyby się do internetowych mediów. Nie ma tu idealnego świata z samorozwiązującymi się problemami, nie ma taryfy ulgowej bez względu na osobiste oczekiwania, preferencje czy nawet możliwości. Każda z pań toczy walkę z czymś – i mierzy się z tym całkowicie samotnie. A Beata Biały wyciąga na rozmowy szczere, pełne pasji, a do tego krzepiące mimo wszystko – bo nawet jeśli komuś wali się dotychczasowe życie, znajduje drogę, która pozwoli na odzyskanie radości życia czy przynajmniej odrobinę ulgi. Raczej rzadko trafiają się tu plotki czy anegdoty z codzienności. Beata Biały stawia na rozmowy dogłębne, czasem bolesne, czasem – wymuszające na czytelnikach sporą dozę empatii. Liczy się tu możliwość poznawania drugiej osoby od strony jej najskrytszych przemyśleń. Za każdym razem autorka dostosowuje rytm do rozmówczyni, stara się pozwolić jej na podzielenie się własnymi spostrzeżeniami – i nawet powtarzalne życiowe doświadczenia w rodzaju choroby czy radzenia sobie z wyzwaniami codzienności wypadają dzięki temu indywidualnie. Jest to publikacja, po którą z pewnością sięgną zainteresowani nietypowymi lekturami – to zupełnie nieznane oblicze tych wszystkich kobiet, które dały się poznać jako wybitne w swoich dziedzinach, a teraz pozwalają sobie na szczerość i ciche wyznania. Beata Biały wie, jak wydobyć z nich najczulsze tematy – i tym przekona do siebie czytelników. To książka stworzona bez pośpiechu, a przez to też tak wyjątkowa.
poniedziałek, 27 kwietnia 2026
Robert Konecki, Mateusz Kowalski, rozmawia Szymon Żyśko: Nowa męskość. Intymne rozmowy o tym, czego potrzebują mężczyźni
Mando, Kraków 2026.
Spotkanie
Chociaż ta książka z pewnością wymagała od autorów całkiem sporego emocjonalnego wkładu, czytelnikom będzie się wydawać, że napisała się sama, podczas jednego weekendowego wypadu. Robert Konecki i Mateusz Kowalski to twórcy podkastu Tutaj Podcast – ich właśnie na wywnętrzanie się na temat mężczyzny dzisiaj zaprasza Szymon Żyśko. Trzej panowie jadą na odludzie, tak, żeby nic ich nie rozpraszało. Wynajmują chatkę na uboczu – to zachęca do pochylenia się nad rolą mężczyzny w obecnym świecie i nad konsekwencjami przemian społecznych i obyczajowych. Czytelnicy o kontekście rozmów dowiedzą się ze wstępów – Żyśko za każdym razem ochoczo dzieli się przemyśleniami na temat otoczki dialogów, zupełnie jakby część wyznań nie mogła zaistnieć bez takiej wiedzy przekazanej odbiorcom. Rozmowy mają swój szkielet, chociaż czytelnicy się o nim akurat nie dowiedzą – Szymon Żyśko moderuje tę rozmowę, ale czasami pozwala na swobodną wymianę myśli lub monolog w miejsce, które mogłoby jeszcze zostać skomentowane. Sam uczestniczy w rozmowie – dokłada własne obserwacje – czytelnikom w ten sposób daje sygnał, że książka ma otworzyć na dialog. „Nowa męskość. Intymne rozmowy o tym, czego potrzebują mężczyźni” to próba scharakteryzowania płci przez pryzmat kulturowych naleciałości oraz stereotypów – i opowieść uwzględniająca różne punkty widzenia czy wybory życiowe. Nie ma tu typowych ról – tradycyjnie przypisywanych mężczyznom. Istnieje tylko zestaw wyznań – a może autokreacji?
Kiedy rozmówcy wypowiadają się na tematy bliskie im samym, trudno oprzeć się wrażeniu, że próbują automatycznie znaleźć uzasadnienie dla takich treści – zupełnie niepotrzebnie, bo przecież nikt ich nie osądza ani nikt nie daje im odczuć, że to, co wygłaszają, nie należy do zbyt popularnych postaw. Mogą być sobą, a jednak momentami uciekają przed oceną. Pewnym problemem staje się tu jednostronność sądów: dwaj twórcy podkastu mają już wypracowane porozumienie, z kolei moderator tej rozmowy chce, żeby wszyscy czuli się w niej wygodnie, przynajmniej przez dłuższy czas – nikt nie przedstawi kontrowersyjnej opinii, nikt nie przywoła innego obrazu świata, zupełnie jakby istniała tylko jedna, ugładzona wersja. I w tym czegoś odbiorcom może brakować – bo nie ma inspiracji płynącej z różnicy poglądów, nie ma starć ani szukania siebie w tym wszystkim. Autorzy książki nie chcą budować kolejnych stereotypów – wydaje się, że wręcz boją się zaszufladkowania, stąd swoiste rozmycie w ocenach. Świat w ich ujęciu może być dla czytelników atrakcyjny – pytanie tylko, czy będzie prawdziwy.
O tym, co znaczy być mężczyzną dzisiaj, dyskutują trzej faceci, którzy nie muszą sobie udowadniać własnej męskości i którzy w przeszłości mieli różne doświadczenia życiowe prowadzące ich do obecnego stanu. Brak stereotypów, które w przewrotny sposób porządkowałyby ich opowieść, oznacza automatycznie rozproszenie wątków, ślizganie się po powierzchni bardzo wielu tematów. I o ile jest to zjawisko częste w przypadku rozmów popularyzatorskich z psychologami, o tyle rzadko spotyka się to rozwiązanie w przypadku zwykłych ludzi: niekoniecznie zbyt szeroko rozpoznawanych.
Spotkanie
Chociaż ta książka z pewnością wymagała od autorów całkiem sporego emocjonalnego wkładu, czytelnikom będzie się wydawać, że napisała się sama, podczas jednego weekendowego wypadu. Robert Konecki i Mateusz Kowalski to twórcy podkastu Tutaj Podcast – ich właśnie na wywnętrzanie się na temat mężczyzny dzisiaj zaprasza Szymon Żyśko. Trzej panowie jadą na odludzie, tak, żeby nic ich nie rozpraszało. Wynajmują chatkę na uboczu – to zachęca do pochylenia się nad rolą mężczyzny w obecnym świecie i nad konsekwencjami przemian społecznych i obyczajowych. Czytelnicy o kontekście rozmów dowiedzą się ze wstępów – Żyśko za każdym razem ochoczo dzieli się przemyśleniami na temat otoczki dialogów, zupełnie jakby część wyznań nie mogła zaistnieć bez takiej wiedzy przekazanej odbiorcom. Rozmowy mają swój szkielet, chociaż czytelnicy się o nim akurat nie dowiedzą – Szymon Żyśko moderuje tę rozmowę, ale czasami pozwala na swobodną wymianę myśli lub monolog w miejsce, które mogłoby jeszcze zostać skomentowane. Sam uczestniczy w rozmowie – dokłada własne obserwacje – czytelnikom w ten sposób daje sygnał, że książka ma otworzyć na dialog. „Nowa męskość. Intymne rozmowy o tym, czego potrzebują mężczyźni” to próba scharakteryzowania płci przez pryzmat kulturowych naleciałości oraz stereotypów – i opowieść uwzględniająca różne punkty widzenia czy wybory życiowe. Nie ma tu typowych ról – tradycyjnie przypisywanych mężczyznom. Istnieje tylko zestaw wyznań – a może autokreacji?
Kiedy rozmówcy wypowiadają się na tematy bliskie im samym, trudno oprzeć się wrażeniu, że próbują automatycznie znaleźć uzasadnienie dla takich treści – zupełnie niepotrzebnie, bo przecież nikt ich nie osądza ani nikt nie daje im odczuć, że to, co wygłaszają, nie należy do zbyt popularnych postaw. Mogą być sobą, a jednak momentami uciekają przed oceną. Pewnym problemem staje się tu jednostronność sądów: dwaj twórcy podkastu mają już wypracowane porozumienie, z kolei moderator tej rozmowy chce, żeby wszyscy czuli się w niej wygodnie, przynajmniej przez dłuższy czas – nikt nie przedstawi kontrowersyjnej opinii, nikt nie przywoła innego obrazu świata, zupełnie jakby istniała tylko jedna, ugładzona wersja. I w tym czegoś odbiorcom może brakować – bo nie ma inspiracji płynącej z różnicy poglądów, nie ma starć ani szukania siebie w tym wszystkim. Autorzy książki nie chcą budować kolejnych stereotypów – wydaje się, że wręcz boją się zaszufladkowania, stąd swoiste rozmycie w ocenach. Świat w ich ujęciu może być dla czytelników atrakcyjny – pytanie tylko, czy będzie prawdziwy.
O tym, co znaczy być mężczyzną dzisiaj, dyskutują trzej faceci, którzy nie muszą sobie udowadniać własnej męskości i którzy w przeszłości mieli różne doświadczenia życiowe prowadzące ich do obecnego stanu. Brak stereotypów, które w przewrotny sposób porządkowałyby ich opowieść, oznacza automatycznie rozproszenie wątków, ślizganie się po powierzchni bardzo wielu tematów. I o ile jest to zjawisko częste w przypadku rozmów popularyzatorskich z psychologami, o tyle rzadko spotyka się to rozwiązanie w przypadku zwykłych ludzi: niekoniecznie zbyt szeroko rozpoznawanych.
poniedziałek, 16 marca 2026
Paulina Młynarska, Dorota Wellman: Afterparty
Znak, Kraków 2026.
Z perspektywy
Dwie dziennikarki, które świetnie się dogadywały w pracy. Dwie przyjaciółki, które uwielbiają ze sobą rozmawiać. W dobie mody na publikacje dialogowe – dlaczego nie? „Afterparty” Pauliny Młynarskiej i Doroty Wellman to książka o nieustającym poszukiwaniu siebie w zmieniającym się świecie. Publikacja, która trochę jest autobiografią, trochę – forum i prezentacją poglądów, trochę autopromocją, a trochę po prostu spotkaniem. Przygotowana w wersji pop, z mnóstwem zdjęć ze wspólnej specjalnej sesji, z kolorowymi podsumowaniami, ramkami i ciekawostkami, z miejscem na własne uwagi – ale ta forma tylko maskuje sporo poważnych treści. Paulina Młynarska i Dorota Wellman nie bawią się bowiem w plotki i banalne zagadnienia, za to przerzucają się ciekawymi spostrzeżeniami na temat dzisiejszych mediów, funkcjonowania w przebodźcowanym świecie i zachowaniu dobrej kondycji przez długi czas. Doświadczone przez życie, bogate w przemyślenia i własne przykłady, wprowadzają do opowieści mnóstwo osobistych wątków – po to, żeby wytyczyć czytelniczkom drogę. Kierują się zwłaszcza do pań, które młodość mają już za sobą (albo do tych, które panicznie boją się zestarzeć), pokazując, jak wiele atutów daje metryka. Podpowiadają, jak cieszyć się życiem i radzić sobie z wyzwaniami. A przede wszystkim zarażają dystansem do siebie, poczuciem humoru, które zawsze pozwoli przetrwać kryzys.
Będzie tu trochę o ciele (akceptacji siebie lub walki z wyglądem), o związkach, o wykształceniu, o pracy w mediach, o przemijaniu, o przeprowadzkach, o jodze, o życiu w zgodzie ze sobą i o bezustannych poszukiwaniach. Będzie o charakterach każdej z rozmówczyń i o ich wizji domowości, o partnerach i o samotności. Będzie – o wszystkim. Bo chociaż tematy wiodące się tu pojawiają, to przecież nie da się okiełznać szczerej rozmowy dwóch indywidualności nadających na podobnych falach. Przeplatają się tu różne historie, mniej lub bardziej odbiorcom – fanom tego duetu – znane. Pojawiają się sposoby na radzenie sobie z przytłaczającą czasem codziennością i wskazówki dla tych, którzy chcieliby zmienić środowisko. Odrobina kulis pracy w stresujących warunkach, bezwzględność mediów. Ale obie autorki wrócą też do czasów, kiedy tworzyły wspólny program telewizyjny i decydowały o tym, co może się w nim znaleźć – z perspektywy oceniają swoje decyzje, wspominają najdziwniejsze sytuacje i dzielą się z czytelnikami konkretnymi wspomnieniami. To wszystko sprawia, że odbiorcy mają wrażenie wejścia w zamknięty, ale nie niedostępny świat: mogą zostać wtajemniczeni w to, co najbardziej angażuje lub inspiruje obie autorki. Mogą podejmować polemikę albo przyswajać sobie ich spojrzenie na rzeczywistość. Mogą wreszcie lepiej poznawać bohaterki kojarzone nie tylko z telewizji. Jest w „Afterparty” radość ze spotkania, jest chęć dzielenia się ważnymi przemyśleniami, jest rozmowa, która nie potrzebuje moderacji – bo potoczy się w kierunku, jaki akurat będzie potrzebny. I nawet jeśli czytelnicy chcieliby pogłębić konkretne zagadnienie, nie będą mieli z tym problemu – autorki zainspirują ich co do kierunku poszukiwań i zagadnień zasługujących na komentarz. „Afterparty” to książka o zrozumieniu siebie i o tym, co dzięki temu można zaoferować światu. Kolorowa, rozgadana i niepowtarzalna.
Z perspektywy
Dwie dziennikarki, które świetnie się dogadywały w pracy. Dwie przyjaciółki, które uwielbiają ze sobą rozmawiać. W dobie mody na publikacje dialogowe – dlaczego nie? „Afterparty” Pauliny Młynarskiej i Doroty Wellman to książka o nieustającym poszukiwaniu siebie w zmieniającym się świecie. Publikacja, która trochę jest autobiografią, trochę – forum i prezentacją poglądów, trochę autopromocją, a trochę po prostu spotkaniem. Przygotowana w wersji pop, z mnóstwem zdjęć ze wspólnej specjalnej sesji, z kolorowymi podsumowaniami, ramkami i ciekawostkami, z miejscem na własne uwagi – ale ta forma tylko maskuje sporo poważnych treści. Paulina Młynarska i Dorota Wellman nie bawią się bowiem w plotki i banalne zagadnienia, za to przerzucają się ciekawymi spostrzeżeniami na temat dzisiejszych mediów, funkcjonowania w przebodźcowanym świecie i zachowaniu dobrej kondycji przez długi czas. Doświadczone przez życie, bogate w przemyślenia i własne przykłady, wprowadzają do opowieści mnóstwo osobistych wątków – po to, żeby wytyczyć czytelniczkom drogę. Kierują się zwłaszcza do pań, które młodość mają już za sobą (albo do tych, które panicznie boją się zestarzeć), pokazując, jak wiele atutów daje metryka. Podpowiadają, jak cieszyć się życiem i radzić sobie z wyzwaniami. A przede wszystkim zarażają dystansem do siebie, poczuciem humoru, które zawsze pozwoli przetrwać kryzys.
Będzie tu trochę o ciele (akceptacji siebie lub walki z wyglądem), o związkach, o wykształceniu, o pracy w mediach, o przemijaniu, o przeprowadzkach, o jodze, o życiu w zgodzie ze sobą i o bezustannych poszukiwaniach. Będzie o charakterach każdej z rozmówczyń i o ich wizji domowości, o partnerach i o samotności. Będzie – o wszystkim. Bo chociaż tematy wiodące się tu pojawiają, to przecież nie da się okiełznać szczerej rozmowy dwóch indywidualności nadających na podobnych falach. Przeplatają się tu różne historie, mniej lub bardziej odbiorcom – fanom tego duetu – znane. Pojawiają się sposoby na radzenie sobie z przytłaczającą czasem codziennością i wskazówki dla tych, którzy chcieliby zmienić środowisko. Odrobina kulis pracy w stresujących warunkach, bezwzględność mediów. Ale obie autorki wrócą też do czasów, kiedy tworzyły wspólny program telewizyjny i decydowały o tym, co może się w nim znaleźć – z perspektywy oceniają swoje decyzje, wspominają najdziwniejsze sytuacje i dzielą się z czytelnikami konkretnymi wspomnieniami. To wszystko sprawia, że odbiorcy mają wrażenie wejścia w zamknięty, ale nie niedostępny świat: mogą zostać wtajemniczeni w to, co najbardziej angażuje lub inspiruje obie autorki. Mogą podejmować polemikę albo przyswajać sobie ich spojrzenie na rzeczywistość. Mogą wreszcie lepiej poznawać bohaterki kojarzone nie tylko z telewizji. Jest w „Afterparty” radość ze spotkania, jest chęć dzielenia się ważnymi przemyśleniami, jest rozmowa, która nie potrzebuje moderacji – bo potoczy się w kierunku, jaki akurat będzie potrzebny. I nawet jeśli czytelnicy chcieliby pogłębić konkretne zagadnienie, nie będą mieli z tym problemu – autorki zainspirują ich co do kierunku poszukiwań i zagadnień zasługujących na komentarz. „Afterparty” to książka o zrozumieniu siebie i o tym, co dzięki temu można zaoferować światu. Kolorowa, rozgadana i niepowtarzalna.
piątek, 13 marca 2026
Mark Brzezinski, Olga Leonowicz w rozmowie z Anną Pamułą: Partnerstwo
Agora, Warszawa 2026.
Związek
Prawdopodobnie mało kto wyobraża sobie, jak wygląda praca ambasadora, tym bardziej – ambasadora USA w Polsce. I Mark Brzezinski też o wszystkim otwarcie opowiadać nie będzie, raczej dyplomatycznie poprześlizguje się przez kolejne zagadnienia, ale zrobi to przynajmniej z humorem i interesująco dla szerokiego grona odbiorców, dla tych, którzy nie chcą się wikłać w sprawy polityczne ani poznawać kulis spraw między państwami. Anna Pamuła rozmawia z parą funkcjonującą w niesformalizowanym związku, bo Mark Brzezinski do rozmowy zaprasza też Olgę Leonowicz, swoją partnerkę – trochę dla ocieplania wizerunku, a trochę, żeby pokazać różne aspekty bycia ambasadorem. „Partnerstwo” to książka wypełniona interesującymi fotograficznymi portretami i trochę przedstawiająca wyzwania, z jakimi muszą się mierzyć dyplomaci.
Oczywiście nie na wszystkie pytania będzie bohater tomu odpowiadać oględnie: jest po prostu bardziej wylewny w jednych tematach, a inne nie pojawią się w książce, żeby nie pozostawiać czytelników w przekonaniu, że o czymś mówić nie wolno. A skoro nie da się zbyt wiele powiedzieć o części działań, Mark Brzezinski akcentuje te, które należały do wybieranych przez niego strategii: tłumaczy między innymi, dlaczego pojawił się z flagą mniejszości seksualnych – angażował się w kwestie równości płci czy walkę o prawa osób z niepełnosprawnościami. Zwraca uwagę na różnice w mentalności między Polakami i Amerykanami, opowiada też o współpracy z przedstawicielami różnych rządów – i różnych stron politycznych. Próbuje wyjść z cienia ojca – Anna Pamuła przyznaje, że dla jej pokolenia ten ojciec nie jest już postacią charakterystyczną czy istotną, ale starsi z pewnością będą wciąż dokonywać porównań. Zresztą nie da się inaczej, bo i sam Mark Brzezinski bardzo często zastanawia się nad prawdopodobnymi reakcjami rodzica. O mamie wypowiada się znacznie bardziej serdecznie – wciąż stara się podkreślać znaczenie bliskich w codziennych wyzwaniach, także tych zawodowych, ale jednocześnie bardzo chroni prywatność i o osobistej przeszłości nie opowiada, koncentrując się na Oldze. Olga Leonowicz funkcjonuje tu jako kobieta, która nie zamierza pozostawać w cieniu partnera, rozwija własną karierę i najbardziej zastanawia się nad prawami kobiet w Polsce – czy nad (nie)obecnością płci pięknej w dyplomacji. To ona będzie zwracać uwagę na małżonków ambasadorów – ludzi bezustannie ocenianych i prowadzących własne działania na rzecz wspierania partnera bez wynagrodzenia czy podstawowych świadczeń, to ona będzie podkreślać wyzwania, jakie czekają na osobę, która zdecyduje się funkcjonować w kulisach polityki. W „Partnerstwie” Olga Leonowicz sprawia wrażenie, jakby zawsze wiedziała, jakich wyznań się od niej oczekuje – i konsekwentnie je wprowadzała do opowieści. Ale może też podzielić się z czytelnikami wieloma wartościowymi spostrzeżeniami na temat obecności kobiet w życiu publicznym. Może stanowić wzór dla wielu – nauczyć jednocześnie przebojowości, wrażliwości i obecności na własnych warunkach, zupełnie jak w wywiadzie.
Jest to książka autoprezentacyjna, co do tego nie ma wątpliwości – ale stworzona została tak, żeby zapewnić czytelnikom trochę wzruszeń i trochę materiału do przemyśleń. To, co pod powierzchnią, jest równie ważne jak to, co wielokrotnie powtarzane. „Partnerstwo” to nie tylko kreacja, ale też ujawnienie – w granicach możliwości – przepisu na współczesny, nietradycyjny związek.
Związek
Prawdopodobnie mało kto wyobraża sobie, jak wygląda praca ambasadora, tym bardziej – ambasadora USA w Polsce. I Mark Brzezinski też o wszystkim otwarcie opowiadać nie będzie, raczej dyplomatycznie poprześlizguje się przez kolejne zagadnienia, ale zrobi to przynajmniej z humorem i interesująco dla szerokiego grona odbiorców, dla tych, którzy nie chcą się wikłać w sprawy polityczne ani poznawać kulis spraw między państwami. Anna Pamuła rozmawia z parą funkcjonującą w niesformalizowanym związku, bo Mark Brzezinski do rozmowy zaprasza też Olgę Leonowicz, swoją partnerkę – trochę dla ocieplania wizerunku, a trochę, żeby pokazać różne aspekty bycia ambasadorem. „Partnerstwo” to książka wypełniona interesującymi fotograficznymi portretami i trochę przedstawiająca wyzwania, z jakimi muszą się mierzyć dyplomaci.
Oczywiście nie na wszystkie pytania będzie bohater tomu odpowiadać oględnie: jest po prostu bardziej wylewny w jednych tematach, a inne nie pojawią się w książce, żeby nie pozostawiać czytelników w przekonaniu, że o czymś mówić nie wolno. A skoro nie da się zbyt wiele powiedzieć o części działań, Mark Brzezinski akcentuje te, które należały do wybieranych przez niego strategii: tłumaczy między innymi, dlaczego pojawił się z flagą mniejszości seksualnych – angażował się w kwestie równości płci czy walkę o prawa osób z niepełnosprawnościami. Zwraca uwagę na różnice w mentalności między Polakami i Amerykanami, opowiada też o współpracy z przedstawicielami różnych rządów – i różnych stron politycznych. Próbuje wyjść z cienia ojca – Anna Pamuła przyznaje, że dla jej pokolenia ten ojciec nie jest już postacią charakterystyczną czy istotną, ale starsi z pewnością będą wciąż dokonywać porównań. Zresztą nie da się inaczej, bo i sam Mark Brzezinski bardzo często zastanawia się nad prawdopodobnymi reakcjami rodzica. O mamie wypowiada się znacznie bardziej serdecznie – wciąż stara się podkreślać znaczenie bliskich w codziennych wyzwaniach, także tych zawodowych, ale jednocześnie bardzo chroni prywatność i o osobistej przeszłości nie opowiada, koncentrując się na Oldze. Olga Leonowicz funkcjonuje tu jako kobieta, która nie zamierza pozostawać w cieniu partnera, rozwija własną karierę i najbardziej zastanawia się nad prawami kobiet w Polsce – czy nad (nie)obecnością płci pięknej w dyplomacji. To ona będzie zwracać uwagę na małżonków ambasadorów – ludzi bezustannie ocenianych i prowadzących własne działania na rzecz wspierania partnera bez wynagrodzenia czy podstawowych świadczeń, to ona będzie podkreślać wyzwania, jakie czekają na osobę, która zdecyduje się funkcjonować w kulisach polityki. W „Partnerstwie” Olga Leonowicz sprawia wrażenie, jakby zawsze wiedziała, jakich wyznań się od niej oczekuje – i konsekwentnie je wprowadzała do opowieści. Ale może też podzielić się z czytelnikami wieloma wartościowymi spostrzeżeniami na temat obecności kobiet w życiu publicznym. Może stanowić wzór dla wielu – nauczyć jednocześnie przebojowości, wrażliwości i obecności na własnych warunkach, zupełnie jak w wywiadzie.
Jest to książka autoprezentacyjna, co do tego nie ma wątpliwości – ale stworzona została tak, żeby zapewnić czytelnikom trochę wzruszeń i trochę materiału do przemyśleń. To, co pod powierzchnią, jest równie ważne jak to, co wielokrotnie powtarzane. „Partnerstwo” to nie tylko kreacja, ale też ujawnienie – w granicach możliwości – przepisu na współczesny, nietradycyjny związek.
wtorek, 4 listopada 2025
Beata Biały: Męskie gadanie 2
Rebis, Poznań 2025.
Uczucia
Dwie publikacje już funkcjonują na rynku, Beata Biały dokłada do nich kolejną – drugą część „Męskiego gadania”, czyli kilkanaście rozmów ze znanymi postaciami ze świata filmu, teatru, sportu, medycyny, dziennikarstwa, muzyki itd. To rozmowy niekoniecznie biograficzne – nie dążą do odkrywania mało znanych szczegółów z życia bohaterów – chociaż czasami do tego mimochodem prowadzą. Sednem jest tutaj dotarcie do najskrytszych uczuć, emocji i przemyśleń, do których nie ma czasu się przyznawać w zwykłych gazetowych czy internetowych wywiadach. Beata Biały stawia na rozmowy, które porządkuje sobie według sobie tylko znanego klucza.
Każdemu z rozmówców odgórnie przypisuje jakąś emocję lub temat wiodący – z jednym będzie dyskutować o strachu przed przemijaniem, z innym o spełnieniu, z kolejnym bohaterem o poczuciu bezpieczeństwa, ponadto pojawią się tutaj gniew, pokora, zachwyt, sens życia, czułość, odpowiedzialność czy bunt. Nie wszystkim te narzucone kategorie pasują – niektórzy próbują wymykać się schematom, inni będą się im bez słowa sprzeciwu podporządkowywać, bo dostrzegą we własnych doświadczeniach coś, co należałoby przeanalizować i wydobyć na światło dzienne, żeby przestało budzić niepokój. Beata Biały jest dobra w nakłanianiu do zwierzeń, konfesyjny charakter książki to coś, czym przyciągnie czytelników. Każdy z rozmówców odwołuje się do swoich doświadczeń, niekoniecznie od razu znanych szerokiemu gronu czytelników – ale bez względu na biograficzne przeżycia, liczy się tu szczerość uczuć i sytuacje, które generowane są przez konkretny bieg wydarzeń. Autorka pokazuje czytelnikom, że można zanurzyć się w głąb siebie i poszukiwać tam odpowiedzi na ważne pytania – tłumaczy też, że takie odkrycia mogą doprowadzić do pogodzenia się z samymi sobą. Chce nauczyć odbiorców, że da się dotrzeć do sedna, do głębi siebie – wystarczy dłużej się zastanowić. Ta książka nakłania do refleksji nad sobą – i pokazuje, jak istotne jest rozmawianie o najskrytszych odczuciach. To oczyszcza i prowadzi do budowania własnej tożsamości. Kształtuje kodeks moralny i umożliwia wyjaśnienia niektórych reakcji czy zachowań.
„Męskie gadanie 2” to książka, która nie będzie zaskakiwać formą. Beata Biały przygotowuje sobie zestawy pytań odpowiadające wybranym emocjom, a także cytaty – aforyzmy czy skrzydlate myśli dotyczące konkretnych odczuć – żeby w odpowiednich momentach je przywołać i nadać bieg rozmowie. Wprawdzie wystarczyłoby oprzeć się na tym, co udaje jej się wyciągnąć z rozmówców, ale jeśli potrzebuje nadać rytm opowieści albo odrobinę nakierować w odpowiednią stronę, czerpie z tego typu pomocy. Każdy rozdział poprzedza jeszcze krótkim wprowadzeniem na temat poruszanych zaraz kwestii, tak, żeby czytelnicy zdążyli się odpowiednio nastroić i być może przywołać własne skojarzenia związane z zagadnieniem, które zaraz zostanie poddane dogłębnym analizom. Ponieważ jest w tej publikacji docieranie do uczuć znanych postaci, nie ma mowy o nudzie. Nawet forma – uciekająca od atmosfery skandalu czy sensacyjności – nie przeje się czytelnikom tak łatwo. Tu liczy się bowiem szczerość i zatrzymanie się nad ważnymi dla każdego kwestiami.
Uczucia
Dwie publikacje już funkcjonują na rynku, Beata Biały dokłada do nich kolejną – drugą część „Męskiego gadania”, czyli kilkanaście rozmów ze znanymi postaciami ze świata filmu, teatru, sportu, medycyny, dziennikarstwa, muzyki itd. To rozmowy niekoniecznie biograficzne – nie dążą do odkrywania mało znanych szczegółów z życia bohaterów – chociaż czasami do tego mimochodem prowadzą. Sednem jest tutaj dotarcie do najskrytszych uczuć, emocji i przemyśleń, do których nie ma czasu się przyznawać w zwykłych gazetowych czy internetowych wywiadach. Beata Biały stawia na rozmowy, które porządkuje sobie według sobie tylko znanego klucza.
Każdemu z rozmówców odgórnie przypisuje jakąś emocję lub temat wiodący – z jednym będzie dyskutować o strachu przed przemijaniem, z innym o spełnieniu, z kolejnym bohaterem o poczuciu bezpieczeństwa, ponadto pojawią się tutaj gniew, pokora, zachwyt, sens życia, czułość, odpowiedzialność czy bunt. Nie wszystkim te narzucone kategorie pasują – niektórzy próbują wymykać się schematom, inni będą się im bez słowa sprzeciwu podporządkowywać, bo dostrzegą we własnych doświadczeniach coś, co należałoby przeanalizować i wydobyć na światło dzienne, żeby przestało budzić niepokój. Beata Biały jest dobra w nakłanianiu do zwierzeń, konfesyjny charakter książki to coś, czym przyciągnie czytelników. Każdy z rozmówców odwołuje się do swoich doświadczeń, niekoniecznie od razu znanych szerokiemu gronu czytelników – ale bez względu na biograficzne przeżycia, liczy się tu szczerość uczuć i sytuacje, które generowane są przez konkretny bieg wydarzeń. Autorka pokazuje czytelnikom, że można zanurzyć się w głąb siebie i poszukiwać tam odpowiedzi na ważne pytania – tłumaczy też, że takie odkrycia mogą doprowadzić do pogodzenia się z samymi sobą. Chce nauczyć odbiorców, że da się dotrzeć do sedna, do głębi siebie – wystarczy dłużej się zastanowić. Ta książka nakłania do refleksji nad sobą – i pokazuje, jak istotne jest rozmawianie o najskrytszych odczuciach. To oczyszcza i prowadzi do budowania własnej tożsamości. Kształtuje kodeks moralny i umożliwia wyjaśnienia niektórych reakcji czy zachowań.
„Męskie gadanie 2” to książka, która nie będzie zaskakiwać formą. Beata Biały przygotowuje sobie zestawy pytań odpowiadające wybranym emocjom, a także cytaty – aforyzmy czy skrzydlate myśli dotyczące konkretnych odczuć – żeby w odpowiednich momentach je przywołać i nadać bieg rozmowie. Wprawdzie wystarczyłoby oprzeć się na tym, co udaje jej się wyciągnąć z rozmówców, ale jeśli potrzebuje nadać rytm opowieści albo odrobinę nakierować w odpowiednią stronę, czerpie z tego typu pomocy. Każdy rozdział poprzedza jeszcze krótkim wprowadzeniem na temat poruszanych zaraz kwestii, tak, żeby czytelnicy zdążyli się odpowiednio nastroić i być może przywołać własne skojarzenia związane z zagadnieniem, które zaraz zostanie poddane dogłębnym analizom. Ponieważ jest w tej publikacji docieranie do uczuć znanych postaci, nie ma mowy o nudzie. Nawet forma – uciekająca od atmosfery skandalu czy sensacyjności – nie przeje się czytelnikom tak łatwo. Tu liczy się bowiem szczerość i zatrzymanie się nad ważnymi dla każdego kwestiami.
poniedziałek, 14 lipca 2025
Jacek Antczak, Hanna Krall: Reporterka
Marginesy, Warszawa 2025 (wznowienie).
Kulisy
Ta książka na rynek wraca, nie jest absolutną nowością, a wywiad, który został w niej zamieszczony, nigdy nie powstał w takiej formie. Jacek Antczak świadomy tego, że Hanna Krall nie daje się namówić na wywiad rzekę i nie chce długo zwierzać się ze swoich spraw dziennikarzom, postanowił wykonać literacki kolaż, pozbierać co ciekawsze i co bardziej osobiste wyznania i połączyć je w jeden wyrazisty ciąg rozmów. Tak powstaje „Reporterka” – rodzaj przedstawienia się autorki, której nazwisko kojarzą wszyscy. Takie rozwiązanie ma swoje zalety: pozwala w miarę szybko prześledzić osobiste opowieści i co bardziej konfesyjne komentarze. Jednak czasem pozostawia uczucie niedosytu, pokazuje, w jakim kierunku mogły potoczyć się jeszcze rozmowy – wtedy nie pozostaje nic innego jak przeprowadzenie kwerendy i znalezienie odpowiednich cytatów dla sprawdzenia, czy z rozmowy nie umknęło coś jeszcze. „Reporterka” to jednak książka bardzo sycąca i – co ciekawe – łącząca trzy wielkie zagadnienia. Po pierwsze to Hanna Krall, która jednak twierdzi, że nie przepada za mówieniem o sobie – trzeba zatem podstępu, żeby znaleźć drogę do osobistych wynurzeń. Po drugie – to sam reportaż i tworzenie go. Hanna Krall znacznie chętniej niż o sobie, mówi o swojej pracy i o tajnikach warsztatu. Sporo się można dowiedzieć dzięki tej lekturze o tym, jak powstawały najsłynniejsze teksty – a to pomaga również młodym dziennikarzom poszukującym własnej drogi. Po trzecie Hanna Krall koncentruje się na innych ludziach, na tych, którzy mieli na nią wpływ, ale też na tych spotkanych na reporterskiej drodze.
Pierwsza część książki – bardziej obszerna, można by rzec, że podstawowa, to wywiad zlepiany z innych wywiadów. Druga część złożona została z komentarzy innych na temat Hanny Krall – to cytaty z przedmów i artykułów, wypowiedzi znanych ludzi pióra, repliki i komentarze odnoszące się do osoby. Jacek Antczak stara się, żeby to właśnie Hanna Krall pozostała w centrum zainteresowania, bez względu na to, jak ważne i wartościowe są jej dzieła. Dość zabawnie wypada to, że bohaterka tomu chętnie wchodzi w polemiki z rozmówcami, krytykuje ich albo coś im zarzuca: jeśli weźmie się pod uwagę, że tu autorzy pytań są w zasadzie anonimowi, można się zastanawiać, jak daleko trzeba się posunąć w uprawdopodobnieniu kontekstu wywiadu, żeby czytelnicy zapomnieli o patchworkowej formie. Ale to nie znaczy, że zlepek jest widoczny – Antczak starannie maskuje szwy, pozwala na pozostawanie z bohaterką książki, wysłuchiwanie jej przemyśleń i skojarzeń bez zastanawiania się nad kształtem całego wywiadu i nad kontekstem powstawania. To Hanna Krall w pigułce, dla wygodnych i leniwych – i dla tych, którzy chcą rozpocząć przygodę z poznawaniem zaplecza reporterskiego. Wraca na rynek ta książka – bo to najlepszy i najszybszy sposób na poznawanie Hanny Krall.
Kulisy
Ta książka na rynek wraca, nie jest absolutną nowością, a wywiad, który został w niej zamieszczony, nigdy nie powstał w takiej formie. Jacek Antczak świadomy tego, że Hanna Krall nie daje się namówić na wywiad rzekę i nie chce długo zwierzać się ze swoich spraw dziennikarzom, postanowił wykonać literacki kolaż, pozbierać co ciekawsze i co bardziej osobiste wyznania i połączyć je w jeden wyrazisty ciąg rozmów. Tak powstaje „Reporterka” – rodzaj przedstawienia się autorki, której nazwisko kojarzą wszyscy. Takie rozwiązanie ma swoje zalety: pozwala w miarę szybko prześledzić osobiste opowieści i co bardziej konfesyjne komentarze. Jednak czasem pozostawia uczucie niedosytu, pokazuje, w jakim kierunku mogły potoczyć się jeszcze rozmowy – wtedy nie pozostaje nic innego jak przeprowadzenie kwerendy i znalezienie odpowiednich cytatów dla sprawdzenia, czy z rozmowy nie umknęło coś jeszcze. „Reporterka” to jednak książka bardzo sycąca i – co ciekawe – łącząca trzy wielkie zagadnienia. Po pierwsze to Hanna Krall, która jednak twierdzi, że nie przepada za mówieniem o sobie – trzeba zatem podstępu, żeby znaleźć drogę do osobistych wynurzeń. Po drugie – to sam reportaż i tworzenie go. Hanna Krall znacznie chętniej niż o sobie, mówi o swojej pracy i o tajnikach warsztatu. Sporo się można dowiedzieć dzięki tej lekturze o tym, jak powstawały najsłynniejsze teksty – a to pomaga również młodym dziennikarzom poszukującym własnej drogi. Po trzecie Hanna Krall koncentruje się na innych ludziach, na tych, którzy mieli na nią wpływ, ale też na tych spotkanych na reporterskiej drodze.
Pierwsza część książki – bardziej obszerna, można by rzec, że podstawowa, to wywiad zlepiany z innych wywiadów. Druga część złożona została z komentarzy innych na temat Hanny Krall – to cytaty z przedmów i artykułów, wypowiedzi znanych ludzi pióra, repliki i komentarze odnoszące się do osoby. Jacek Antczak stara się, żeby to właśnie Hanna Krall pozostała w centrum zainteresowania, bez względu na to, jak ważne i wartościowe są jej dzieła. Dość zabawnie wypada to, że bohaterka tomu chętnie wchodzi w polemiki z rozmówcami, krytykuje ich albo coś im zarzuca: jeśli weźmie się pod uwagę, że tu autorzy pytań są w zasadzie anonimowi, można się zastanawiać, jak daleko trzeba się posunąć w uprawdopodobnieniu kontekstu wywiadu, żeby czytelnicy zapomnieli o patchworkowej formie. Ale to nie znaczy, że zlepek jest widoczny – Antczak starannie maskuje szwy, pozwala na pozostawanie z bohaterką książki, wysłuchiwanie jej przemyśleń i skojarzeń bez zastanawiania się nad kształtem całego wywiadu i nad kontekstem powstawania. To Hanna Krall w pigułce, dla wygodnych i leniwych – i dla tych, którzy chcą rozpocząć przygodę z poznawaniem zaplecza reporterskiego. Wraca na rynek ta książka – bo to najlepszy i najszybszy sposób na poznawanie Hanny Krall.
wtorek, 8 lipca 2025
Aga Kozak, Paweł Goźliński: Sztuka męskości, czyli jak nie być chu*em
Agora, Warszawa 2025.
Bez empatii
Ta seria – zapoczątkowana „Sztuką obsługi penisa” – rozwija się prężnie i cieszy się na rynku sporym uznaniem. Nic dziwnego: wykorzystuje modę na psychologiczne rozmowy, wywiady ze specjalistami – które to wywiady dzięki przystępnej formie trafiają do szerokiego grona odbiorców. Ale w pewnym momencie trzeba było podsycić jakoś zainteresowanie kolejnymi tytułami. I tak powstała „Sztuka męskości, czyli jak nie być chu*em”. Ocenzurowane zostało tylko określenie w tytule, w środku to trochę motyw przewodni w rozmowach. Aga Kozak i Paweł Goźliński zapraszają do rozmów mężczyzn z różnych sfer i przestrzeni, przedstawicieli różnych zawodów (jest wśród nich nawet pastor, ale i wykładowcy akademiccy, którym bycie chu*em nie mieściło się być może i w światopoglądzie, a na pewno w dyskursie). Zaczerpnięcie frazy z języka ulicy nikomu nie przeszkadza – szkicuje po prostu oczywisty dla wszystkich portret psychologiczny. Prowadzi bezpośrednio do rozmów o tym, jak być mężczyzną w dzisiejszym świecie – i jak nie popełniać błędów charakterystycznych jeszcze w poprzednim pokoleniu. Każdy z rozmówców ma na ten temat swoje przemyślenia – czy to osobiste, czy związane z wykonywaną pracą. Może podzielić się zatem wskazówkami i wyzwaniami – bo przecież tytułowym organem nie chce być żaden ze współczesnych mężczyzn. Albo przynajmniej nie powinien chcieć. Wzorzec negatywny funkcjonuje tu zatem jako wyłącznie hipotetyczna struktura. A wszystko prowadzi do informacji, czego oczekuje się dzisiaj od płci brzydszej.
Tak luźny temat pozwala na szeroki zakres zagadnień, festiwal luźnych skojarzeń i ciekawostek. Nie ma tu miejsca na tworzenie uporządkowanych struktur, wszystko zależy od nastroju i od przemyśleń odbiorców. Dzięki temu odbiorcy mogą przypadkiem trafić na satysfakcjonujące spostrzeżenia – albo właśnie sprawdzać po kolei, co do zaoferowania ma każdy wywiad. Nie trzeba tej publikacji traktować jak poradnika, można cieszyć się lekturą i odkryciami płynącymi ze spotkań. „Sztuka męskości” to wyzwanie – to także próba wykreślenia z rzeczywistości rozwiązań powszechnie nieakceptowanych czy groźnych. W tej publikacji troje rozmówców dzieli się ze sobą uwagami i kontekstami, znajduje sposób na wyrażanie siebie w odniesieniu do norm społecznych.
Jest to publikacja cenna i przystępna. To lektura absolutnie dla wszystkich (bo chu*em, według wypracowanych instrukcji, może być każdy, niezależnie od płci – i tu zaczyna się robić ciekawie; tak samo jak każdy może chcieć się takiego osobnika wystrzegać). Liczy się obraz dzisiejszego mężczyzny – funkcjonującego w obecnej rzeczywistości. Nie mają znaczenia obciążenia kulturowe czy społeczne, nie mają znaczenia też aspekty psychologiczne i cechy jednostki. W sztuce męskości najważniejsza jest dzisiaj samoświadomość – tylko ona pozwoli na uniknięcie błędów. I to będzie istotna lekcja dla odbiorców – w tych rozmowach uda się naświetlić parę kwestii, bez których trudno by się dzisiaj obyć.
Bez empatii
Ta seria – zapoczątkowana „Sztuką obsługi penisa” – rozwija się prężnie i cieszy się na rynku sporym uznaniem. Nic dziwnego: wykorzystuje modę na psychologiczne rozmowy, wywiady ze specjalistami – które to wywiady dzięki przystępnej formie trafiają do szerokiego grona odbiorców. Ale w pewnym momencie trzeba było podsycić jakoś zainteresowanie kolejnymi tytułami. I tak powstała „Sztuka męskości, czyli jak nie być chu*em”. Ocenzurowane zostało tylko określenie w tytule, w środku to trochę motyw przewodni w rozmowach. Aga Kozak i Paweł Goźliński zapraszają do rozmów mężczyzn z różnych sfer i przestrzeni, przedstawicieli różnych zawodów (jest wśród nich nawet pastor, ale i wykładowcy akademiccy, którym bycie chu*em nie mieściło się być może i w światopoglądzie, a na pewno w dyskursie). Zaczerpnięcie frazy z języka ulicy nikomu nie przeszkadza – szkicuje po prostu oczywisty dla wszystkich portret psychologiczny. Prowadzi bezpośrednio do rozmów o tym, jak być mężczyzną w dzisiejszym świecie – i jak nie popełniać błędów charakterystycznych jeszcze w poprzednim pokoleniu. Każdy z rozmówców ma na ten temat swoje przemyślenia – czy to osobiste, czy związane z wykonywaną pracą. Może podzielić się zatem wskazówkami i wyzwaniami – bo przecież tytułowym organem nie chce być żaden ze współczesnych mężczyzn. Albo przynajmniej nie powinien chcieć. Wzorzec negatywny funkcjonuje tu zatem jako wyłącznie hipotetyczna struktura. A wszystko prowadzi do informacji, czego oczekuje się dzisiaj od płci brzydszej.
Tak luźny temat pozwala na szeroki zakres zagadnień, festiwal luźnych skojarzeń i ciekawostek. Nie ma tu miejsca na tworzenie uporządkowanych struktur, wszystko zależy od nastroju i od przemyśleń odbiorców. Dzięki temu odbiorcy mogą przypadkiem trafić na satysfakcjonujące spostrzeżenia – albo właśnie sprawdzać po kolei, co do zaoferowania ma każdy wywiad. Nie trzeba tej publikacji traktować jak poradnika, można cieszyć się lekturą i odkryciami płynącymi ze spotkań. „Sztuka męskości” to wyzwanie – to także próba wykreślenia z rzeczywistości rozwiązań powszechnie nieakceptowanych czy groźnych. W tej publikacji troje rozmówców dzieli się ze sobą uwagami i kontekstami, znajduje sposób na wyrażanie siebie w odniesieniu do norm społecznych.
Jest to publikacja cenna i przystępna. To lektura absolutnie dla wszystkich (bo chu*em, według wypracowanych instrukcji, może być każdy, niezależnie od płci – i tu zaczyna się robić ciekawie; tak samo jak każdy może chcieć się takiego osobnika wystrzegać). Liczy się obraz dzisiejszego mężczyzny – funkcjonującego w obecnej rzeczywistości. Nie mają znaczenia obciążenia kulturowe czy społeczne, nie mają znaczenia też aspekty psychologiczne i cechy jednostki. W sztuce męskości najważniejsza jest dzisiaj samoświadomość – tylko ona pozwoli na uniknięcie błędów. I to będzie istotna lekcja dla odbiorców – w tych rozmowach uda się naświetlić parę kwestii, bez których trudno by się dzisiaj obyć.
poniedziałek, 23 czerwca 2025
Sylwia Sitkowska, Katarzyna Troszczyńska: Kobiety, które pragną zmiany
Rebis, Poznań 2025.
Nowości
Sylwia Sitkowska i Katarzyna Troszczyńska nie odkrywają Ameryki, kiedy stwierdzają, że jedne kobiety są niechętne zmianom i raczej torpedują je w codziennym życiu, a inne wręcz przeciwnie – rzucają się bez wahania na wszystko, co nowe, żeby tylko uciec od stagnacji i wygody. Na szczęście po takim oczywistym otwarciu obie autorki bardziej zajmują się sytuacjami, w których zmiana wydaje się niezbędna – niż polaryzowanym podejściem do zmian jako takich. I książka zaczyna się toczyć w kierunku, który czytelników nie zaskoczy, ale który być może podsunie rozwiązania najczęściej spotykanych problemów.
Dieta, związek, przyjaźń, pieniądze i ewentualnie przeprowadzka (tu kojarzona z paleniem za sobą mostów) – to motywy, które najbardziej pasują do tematu zmiany. Jeśli dodać do tego jeszcze walkę z lękiem torpedującym wszelkie zamiary – pojawi się spis treści z książki „Kobiety, które pragną zmiany”. Autorki wybierają formę przystępną dla szerokiego grona odbiorców, to znaczy – rozmowę, dość swobodną, opartą na skojarzeniach i opisach, mniej na wyliczeniach (te trafiają do wyodrębnionych graficznie partii książki i stanowią rodzaj skryptowego podsumowania). Co ważne: obie autorki nie starają się wymyślać nowych metod na radzenie sobie ze zmianami – oswajanie stresu przed nieznanym czy pokonywanie barier w umysłach. Czytelniczki mają skorzystać na zestawianiu tego, co sprawdzone i co od dawna wiadome: wcale nie ma tu odkrywczych środków – jedynie porządkowanie tego, co udało się wynotować. Sitkowska i Troszczyńska wypełniają model kolejnych opartych na rozmowach poradników w cyklu – rezygnują też z podawania zbyt oczywistych przykładów: wiadomo, że każdą sytuację da się zaprezentować w modelowej scence, jednak forma przyjęta w tej książce nie wymaga takich rozwiązań: wystarczy, że każda z rozmówczyń od czasu do czasu napomknie o rozwiązywanym przez siebie przypadku albo o problemach znajomych – sprawdza się to o wiele lepiej i jest przekonujące z perspektywy odbiorców.
Zmiany mają być pożądane, ale żeby nie pozostawiły zgliszcz, trzeba się do nich przygotować. Kobiety, które rzucają się w nowe sytuacje impulsywnie, powinny nauczyć się analizować rzeczywistość i zastanawiać się nad przyszłością. Z kolei te bardziej lękliwe muszą dowiedzieć się, że zmiana to szansa na coś lepszego – nawet z porażek da się wyciągać wnioski na przyszłość. Zmiana to szansa: na lepszy związek, na lepszą pracę, na lepsze zarobki, na lepsze życie. Ta lektura funkcjonować może dla części czytelniczek jak impuls do działania, a przynajmniej pierwszy krok w kierunku zmian, tych w większym wymiarze. Nikt tutaj nie skupia się na drobnych kwestiach, które nie mają większego wpływu na jakość egzystencji – za to sprawy ważne i niosące ze sobą spore ryzyko, wymagają odpowiedniego nastawienia. Sylwia Sitkowska i Katarzyna Troszczyńska dobrze zdają sobie sprawę z tego, co gnębi ich czytelniczki – i odnoszą się do tych kwestii z wyczuciem. Jeśli ktoś potrzebuje poradnika, który jednak nie będzie przytłaczać nadmiernym psychologizowaniem – nie będzie się kojarzyć z podręcznikami i z narzucaniem pewnych rozwiązań – może tu się odnaleźć.
Nowości
Sylwia Sitkowska i Katarzyna Troszczyńska nie odkrywają Ameryki, kiedy stwierdzają, że jedne kobiety są niechętne zmianom i raczej torpedują je w codziennym życiu, a inne wręcz przeciwnie – rzucają się bez wahania na wszystko, co nowe, żeby tylko uciec od stagnacji i wygody. Na szczęście po takim oczywistym otwarciu obie autorki bardziej zajmują się sytuacjami, w których zmiana wydaje się niezbędna – niż polaryzowanym podejściem do zmian jako takich. I książka zaczyna się toczyć w kierunku, który czytelników nie zaskoczy, ale który być może podsunie rozwiązania najczęściej spotykanych problemów.
Dieta, związek, przyjaźń, pieniądze i ewentualnie przeprowadzka (tu kojarzona z paleniem za sobą mostów) – to motywy, które najbardziej pasują do tematu zmiany. Jeśli dodać do tego jeszcze walkę z lękiem torpedującym wszelkie zamiary – pojawi się spis treści z książki „Kobiety, które pragną zmiany”. Autorki wybierają formę przystępną dla szerokiego grona odbiorców, to znaczy – rozmowę, dość swobodną, opartą na skojarzeniach i opisach, mniej na wyliczeniach (te trafiają do wyodrębnionych graficznie partii książki i stanowią rodzaj skryptowego podsumowania). Co ważne: obie autorki nie starają się wymyślać nowych metod na radzenie sobie ze zmianami – oswajanie stresu przed nieznanym czy pokonywanie barier w umysłach. Czytelniczki mają skorzystać na zestawianiu tego, co sprawdzone i co od dawna wiadome: wcale nie ma tu odkrywczych środków – jedynie porządkowanie tego, co udało się wynotować. Sitkowska i Troszczyńska wypełniają model kolejnych opartych na rozmowach poradników w cyklu – rezygnują też z podawania zbyt oczywistych przykładów: wiadomo, że każdą sytuację da się zaprezentować w modelowej scence, jednak forma przyjęta w tej książce nie wymaga takich rozwiązań: wystarczy, że każda z rozmówczyń od czasu do czasu napomknie o rozwiązywanym przez siebie przypadku albo o problemach znajomych – sprawdza się to o wiele lepiej i jest przekonujące z perspektywy odbiorców.
Zmiany mają być pożądane, ale żeby nie pozostawiły zgliszcz, trzeba się do nich przygotować. Kobiety, które rzucają się w nowe sytuacje impulsywnie, powinny nauczyć się analizować rzeczywistość i zastanawiać się nad przyszłością. Z kolei te bardziej lękliwe muszą dowiedzieć się, że zmiana to szansa na coś lepszego – nawet z porażek da się wyciągać wnioski na przyszłość. Zmiana to szansa: na lepszy związek, na lepszą pracę, na lepsze zarobki, na lepsze życie. Ta lektura funkcjonować może dla części czytelniczek jak impuls do działania, a przynajmniej pierwszy krok w kierunku zmian, tych w większym wymiarze. Nikt tutaj nie skupia się na drobnych kwestiach, które nie mają większego wpływu na jakość egzystencji – za to sprawy ważne i niosące ze sobą spore ryzyko, wymagają odpowiedniego nastawienia. Sylwia Sitkowska i Katarzyna Troszczyńska dobrze zdają sobie sprawę z tego, co gnębi ich czytelniczki – i odnoszą się do tych kwestii z wyczuciem. Jeśli ktoś potrzebuje poradnika, który jednak nie będzie przytłaczać nadmiernym psychologizowaniem – nie będzie się kojarzyć z podręcznikami i z narzucaniem pewnych rozwiązań – może tu się odnaleźć.
piątek, 6 czerwca 2025
Radziwiłł. Aleksander Kaczorowski rozmawia z Maciejem Radziwiłłem
Iskry, Warszawa 2025.
Przodkowie
W pewnym momencie fraza „opowiem panu później” zaczyna być dość natrętnym refrenem: a chciałoby się poznawać historie, które przedstawia Maciej Radziwiłł już, natychmiast. Przede wszystkim dlatego, że mało kto jest dzisiaj w stanie przedstawiać losy swoich przodków do XV wieku. Poza tym – bo autor żyje tym, o czym opowiada. Prezentuje anegdoty rodzinne i wspomnienia, ale też elementy historii, która toczyła się obok tej podręcznikowej. Skupia się na ludziach i dzięki temu sprawia, że można się w tomie „Radziwiłł” zatopić. Maciej Radziwiłł wie, jak ocalać pamięć przodków. Pasjonuje się tym, co minione, ale stawia też na rozwój kultury. Gromadzi pamiątki po przodkach, kolekcjonuje przedmioty wysokiej wartości lub te codziennego użytku, które jednak z czasem nabierają znaczenia. Ale o swoich decyzjach dotyczących zakupów cennych dzieł lub pozostałości po Radziwiłłach opowie dopiero pod koniec rozłożystej rozmowy, najpierw przeprowadzi czytelników przez bogatą i atrakcyjną wizję rodu, za którego przyczyną dzisiaj mógłby być tytułowany księciem.
Portrety przodków to jedno. Inna rzecz to zachowanie i ocalenie drobiazgów, które pokazywały charakter ludzi albo relacje między nimi. I Maciej Radziwiłł zbiera nie tylko fizyczne i namacalne pamiątki, zajmuje się też kolekcjonowaniem wspomnień. W tomie „Radziwiłł” pojawi się część barwnych opowieści, dowodów na zwyczajność możnych. To wywiad przesycony prywatnością. Chociaż autor nie naświetla żadnych skandali, próbuje przedstawić przodków w jak najlepszym świetle (z rzadka ktoś wyłamuje się ze schematu, większość jednak docenia znaczenie rodziny i wielkość nazwiska), dba o to, żeby odbiorców (i rozmówcy) nie znudzić. Sięga po smaczki i ciekawostki, anegdotyczne historie i dykteryjki, które ukazują ludzkie oblicze przeszłości. Nie ma znaczenia, kto był zamieszany w wielką politykę, a kto zrezygnował ze splendoru na rzecz pozornej zwyczajności – tu o postaciach sprzed wieków mówi się tak, jakby były osobami z rodzinnych zjazdów. I właśnie ta serdeczność w odniesieniu do przodków sprawia, że Maciej Radziwiłł zjedna sobie czytelników błyskawicznie. Nie trzeba interesować się historią, żeby z wypiekami na twarzy czytać o przeszłości w takim ujęciu. Autor wie, jak wydobyć z dziejów to, co najbardziej atrakcyjne, ciekawe i wartościowe z perspektywy zwykłego odbiorcy. Nie zamierza chwalić się tytułem czy przeszłością, ale udowadnia, że można się tym pasjonować, czerpać radość z odkrywania kolejnych wątków rodowych. Przekazywane z pokolenia na pokolenie opowieści nie zaginą – mogą być starannie pielęgnowane i zachowywane. Maciej Radziwiłł tłumaczy między innymi, jak wśród Radziwiłłów bywało z małżeństwami wewnątrz rodu, znacznie bardziej jednak interesują go przodkowie jako tacy – o każdym jest w stanie coś interesującego opowiedzieć. O sobie też trochę mówi - jednak nie brzmi to jak przechwałki czy budowanie pomnikowego życiorysu, raczej - jedna z wielu ciekawostek w historii rodu. Drzewo genealogiczne Radziwiłłów rozciąga się tu na kilka rozkładówek, a losy rodu stanowią materiał nie na powieść, a na całą sagę. Gawędziarski styl i lekkość w prowadzeniu narracji sprawiają, że taką lekturą nikt nie poczuje się rozczarowany. To świetny pomysł na prezentację i na uświadomienie czytelnikom, że są jeszcze domy, w których pielęgnuje się tradycję i historię.
Przodkowie
W pewnym momencie fraza „opowiem panu później” zaczyna być dość natrętnym refrenem: a chciałoby się poznawać historie, które przedstawia Maciej Radziwiłł już, natychmiast. Przede wszystkim dlatego, że mało kto jest dzisiaj w stanie przedstawiać losy swoich przodków do XV wieku. Poza tym – bo autor żyje tym, o czym opowiada. Prezentuje anegdoty rodzinne i wspomnienia, ale też elementy historii, która toczyła się obok tej podręcznikowej. Skupia się na ludziach i dzięki temu sprawia, że można się w tomie „Radziwiłł” zatopić. Maciej Radziwiłł wie, jak ocalać pamięć przodków. Pasjonuje się tym, co minione, ale stawia też na rozwój kultury. Gromadzi pamiątki po przodkach, kolekcjonuje przedmioty wysokiej wartości lub te codziennego użytku, które jednak z czasem nabierają znaczenia. Ale o swoich decyzjach dotyczących zakupów cennych dzieł lub pozostałości po Radziwiłłach opowie dopiero pod koniec rozłożystej rozmowy, najpierw przeprowadzi czytelników przez bogatą i atrakcyjną wizję rodu, za którego przyczyną dzisiaj mógłby być tytułowany księciem.
Portrety przodków to jedno. Inna rzecz to zachowanie i ocalenie drobiazgów, które pokazywały charakter ludzi albo relacje między nimi. I Maciej Radziwiłł zbiera nie tylko fizyczne i namacalne pamiątki, zajmuje się też kolekcjonowaniem wspomnień. W tomie „Radziwiłł” pojawi się część barwnych opowieści, dowodów na zwyczajność możnych. To wywiad przesycony prywatnością. Chociaż autor nie naświetla żadnych skandali, próbuje przedstawić przodków w jak najlepszym świetle (z rzadka ktoś wyłamuje się ze schematu, większość jednak docenia znaczenie rodziny i wielkość nazwiska), dba o to, żeby odbiorców (i rozmówcy) nie znudzić. Sięga po smaczki i ciekawostki, anegdotyczne historie i dykteryjki, które ukazują ludzkie oblicze przeszłości. Nie ma znaczenia, kto był zamieszany w wielką politykę, a kto zrezygnował ze splendoru na rzecz pozornej zwyczajności – tu o postaciach sprzed wieków mówi się tak, jakby były osobami z rodzinnych zjazdów. I właśnie ta serdeczność w odniesieniu do przodków sprawia, że Maciej Radziwiłł zjedna sobie czytelników błyskawicznie. Nie trzeba interesować się historią, żeby z wypiekami na twarzy czytać o przeszłości w takim ujęciu. Autor wie, jak wydobyć z dziejów to, co najbardziej atrakcyjne, ciekawe i wartościowe z perspektywy zwykłego odbiorcy. Nie zamierza chwalić się tytułem czy przeszłością, ale udowadnia, że można się tym pasjonować, czerpać radość z odkrywania kolejnych wątków rodowych. Przekazywane z pokolenia na pokolenie opowieści nie zaginą – mogą być starannie pielęgnowane i zachowywane. Maciej Radziwiłł tłumaczy między innymi, jak wśród Radziwiłłów bywało z małżeństwami wewnątrz rodu, znacznie bardziej jednak interesują go przodkowie jako tacy – o każdym jest w stanie coś interesującego opowiedzieć. O sobie też trochę mówi - jednak nie brzmi to jak przechwałki czy budowanie pomnikowego życiorysu, raczej - jedna z wielu ciekawostek w historii rodu. Drzewo genealogiczne Radziwiłłów rozciąga się tu na kilka rozkładówek, a losy rodu stanowią materiał nie na powieść, a na całą sagę. Gawędziarski styl i lekkość w prowadzeniu narracji sprawiają, że taką lekturą nikt nie poczuje się rozczarowany. To świetny pomysł na prezentację i na uświadomienie czytelnikom, że są jeszcze domy, w których pielęgnuje się tradycję i historię.
poniedziałek, 26 maja 2025
Robert Kostro w rozmowie z Rafałem Zarembą: Państwowiec w muzeum
Iskry, Warszawa 2025.
Wizja przeszłości
Z przeplatania się historii i polityki Robert Kostro zdaje sobie sprawę doskonale. Nie ma złudzeń, że jedna dziedzina bez drugiej nie istnieje. Sam po zmianie opcji politycznej zostaje usunięty ze stanowiska dyrektora Muzeum Historii Polski – instytucji, którą zakładał, którą kierował i z którą był mocno związany. I wydaje się, że ta książka powstała właśnie po to, żeby mógł się poskarżyć. Składa się z dwóch części – w pierwszej Robert Kostro opowiada o tym, jak przebiegało jego zwolnienie, ale też jak tworzyło się muzeum i jak się kształtowała jego wizja. Prezentuje swoje pomysły i rozwiązania, ale też spotkania z politykami, którzy mogli decydować o części spraw. Dba o to, żeby wykreować się w oczach szerokiej publiczności na człowieka, który Muzeum Historii Polski żyje i który poświęca wszystko dla pracy. Jednocześnie jest pełen żalu i goryczy, jednoznacznie naświetla moment rozstania ze stanowiskiem: opisuje możliwości, jakie otrzymał – i własną postawę wobec owych możliwości. Nie ma tu miejsca na żadne biograficzne wstawki: nie liczy się nic poza polityczną otoczką zwolnienia. Piotr Zaremba zresztą nie prowadzi rozmowy, raczej pozwala się swojemu interlokutorowi wygadać, zaprezentować wszystko, na co ma ochotę. Prosi jedynie o doprecyzowanie, żeby czytelnicy nie zapomnieli o jego istnieniu i żeby nadać całości formę wywiadu. Sytuacja odrobinę zmienia się w drugiej połowie tomu. Tutaj nie ma już miejsca na rozpamiętywanie wciąż tej samej sytuacji, za to podkreśla się wizję Muzeum Historii Polski – w odniesieniu do istniejących placówek o podobnej tematyce (ale z różnych stron politycznych). Robert Kostro zajmuje się między innymi kwestią ograniczenia tematycznego: gdyby Muzeum Historii Polski zamienić na Muzeum Polski, nie udałoby się skomponować sensownych wystaw ani gromadzić eksponatów – brak klucza uniemożliwiłby prowadzenie instytucji. Ale dalej Piotr Zaremba zajmuje się już pytaniem o kolejne momenty historyczne. Pozwala rozmówcy przedstawiać poglądy na kolejne wydarzenia z odległej i bliskiej przeszłości – sprawdza nie tylko, co Robert Kostro sądzi o różnych punktach historii, jak je interpretuje i jak przekłada się to na zbiory Muzeum Historii Polski. To tu naprawdę Kostro może przedstawiać swoje rozwiązania i forsowane przez siebie kwestie. Świadomy, że każda ekspozycja wymaga pomysłu, wewnętrznej narracji i nawet przy największym budynku – wiąże się z ograniczeniami, tu zyskuje szansę, żeby wybronić się ze swoją wizją i przekonać do niej czytelników. To tu może się chwalić osiągnięciami i wykorzystywaniem nowych form prezentacji eksponatów. Traktuje też wywiad jako możliwość edukowania społeczeństwa: zwraca uwagę na wydarzenia istotne z jego perspektywy. I tu też nie ma polemiki, Piotr Zaremba wysłuchuje opowieści i wytycza kolejne tematy.
Przedstawia się Robert Kostro jako państwowiec i konserwatysta. I z tą świadomością trzeba sięgać po książkę „Państwowiec w muzeum”. To opowieść, której nie da się traktować ani jako monografii, ani jako prezentacji Muzeum Historii Polski – liczą się kwestie indywidualne, znacznie bardziej niż te publiczne.
Wizja przeszłości
Z przeplatania się historii i polityki Robert Kostro zdaje sobie sprawę doskonale. Nie ma złudzeń, że jedna dziedzina bez drugiej nie istnieje. Sam po zmianie opcji politycznej zostaje usunięty ze stanowiska dyrektora Muzeum Historii Polski – instytucji, którą zakładał, którą kierował i z którą był mocno związany. I wydaje się, że ta książka powstała właśnie po to, żeby mógł się poskarżyć. Składa się z dwóch części – w pierwszej Robert Kostro opowiada o tym, jak przebiegało jego zwolnienie, ale też jak tworzyło się muzeum i jak się kształtowała jego wizja. Prezentuje swoje pomysły i rozwiązania, ale też spotkania z politykami, którzy mogli decydować o części spraw. Dba o to, żeby wykreować się w oczach szerokiej publiczności na człowieka, który Muzeum Historii Polski żyje i który poświęca wszystko dla pracy. Jednocześnie jest pełen żalu i goryczy, jednoznacznie naświetla moment rozstania ze stanowiskiem: opisuje możliwości, jakie otrzymał – i własną postawę wobec owych możliwości. Nie ma tu miejsca na żadne biograficzne wstawki: nie liczy się nic poza polityczną otoczką zwolnienia. Piotr Zaremba zresztą nie prowadzi rozmowy, raczej pozwala się swojemu interlokutorowi wygadać, zaprezentować wszystko, na co ma ochotę. Prosi jedynie o doprecyzowanie, żeby czytelnicy nie zapomnieli o jego istnieniu i żeby nadać całości formę wywiadu. Sytuacja odrobinę zmienia się w drugiej połowie tomu. Tutaj nie ma już miejsca na rozpamiętywanie wciąż tej samej sytuacji, za to podkreśla się wizję Muzeum Historii Polski – w odniesieniu do istniejących placówek o podobnej tematyce (ale z różnych stron politycznych). Robert Kostro zajmuje się między innymi kwestią ograniczenia tematycznego: gdyby Muzeum Historii Polski zamienić na Muzeum Polski, nie udałoby się skomponować sensownych wystaw ani gromadzić eksponatów – brak klucza uniemożliwiłby prowadzenie instytucji. Ale dalej Piotr Zaremba zajmuje się już pytaniem o kolejne momenty historyczne. Pozwala rozmówcy przedstawiać poglądy na kolejne wydarzenia z odległej i bliskiej przeszłości – sprawdza nie tylko, co Robert Kostro sądzi o różnych punktach historii, jak je interpretuje i jak przekłada się to na zbiory Muzeum Historii Polski. To tu naprawdę Kostro może przedstawiać swoje rozwiązania i forsowane przez siebie kwestie. Świadomy, że każda ekspozycja wymaga pomysłu, wewnętrznej narracji i nawet przy największym budynku – wiąże się z ograniczeniami, tu zyskuje szansę, żeby wybronić się ze swoją wizją i przekonać do niej czytelników. To tu może się chwalić osiągnięciami i wykorzystywaniem nowych form prezentacji eksponatów. Traktuje też wywiad jako możliwość edukowania społeczeństwa: zwraca uwagę na wydarzenia istotne z jego perspektywy. I tu też nie ma polemiki, Piotr Zaremba wysłuchuje opowieści i wytycza kolejne tematy.
Przedstawia się Robert Kostro jako państwowiec i konserwatysta. I z tą świadomością trzeba sięgać po książkę „Państwowiec w muzeum”. To opowieść, której nie da się traktować ani jako monografii, ani jako prezentacji Muzeum Historii Polski – liczą się kwestie indywidualne, znacznie bardziej niż te publiczne.
środa, 18 grudnia 2024
Beata Biały: Męskie gadanie
Rebis, Poznań 2024.
Siła emocji
Beata Biały decyduje się na szereg rozmów z mężczyznami – zaprasza kilkunastu kojarzonych (przez różne pokolenia) ze sceny, estrady, filmu, scen muzycznych, ale też i środowiska pisarskiego i sportowego – i zadaje im trudne pytania. Trudne – bo dotyczące emocji powiązanych z nimi samymi, z ich życiem prywatnym i historiami, które niekoniecznie mogły ujrzeć światło dzienne do tej pory. Chodzi o to, żeby przekonać czytelników, że mężczyźni też mogą odczuwać cały wachlarz emocji, że wzruszenia, płacz, lęk, smutek i bezsilność, które nie są z nimi stereotypowo kojarzone, bez przerwy im się przydarzają. Rozmówcy Beaty Biały decydują się na szczere opowieści – czasami sięgają w głąb siebie, żeby podzielić się z innymi własnymi odkryciami, innym razem sami wydają się zaskoczeni wiadomościami, do których dotarli w ramach wiwisekcji. Poznają siebie albo o tym procesie poznawania mówią, nie rezygnują z otwartości i z autoanaliz na oczach czytelników. Czasami wymaga to nawiązania do atmosfery z domu rodzinnego lub z codziennego życia z bliskimi, innym razem jest efektem pracy nad sobą podczas terapii – bo dzisiejsi mężczyźni korzystają z pomocy psychoterapeutów i nie wstydzą się tego, nawet jeśli dorastali w środowisku, które psychologów z definicji odrzucało.
„Męskie gadanie” to zestaw rozmów, których nie da się potraktować jak biograficznych – wzmianki na temat ról czy dokonań życiowych, na temat tego, co dzieje się w zawodowym i osobistym życiu stanowią niewielką część relacji. Znacznie więcej dzieje się w przestrzeni trudnej do uchwycenia – w tym, co odczuwalne, indywidualne i efemeryczne. Czasami rozmówcom Beaty Biały pomaga nawiązanie do konkretnej sytuacji – wiele razy jednak dzielą się oni po prostu efektami pracy nad sobą, dzięki czemu też wskazują czytelnikom dostępne drogi w rozwiązywaniu problemów. Niektórzy faktycznie przeszli w swoim życiu coś, co wymusiło na nich wizytę u specjalisty, inni mają po prostu refleksyjny nastrój albo są w stanie powiązać własne przeżycia z doświadczeniami ogółu – i udzielić rad. Są tu mężczyźni uznawani za twardzieli i ci, którzy starannie budują swój wizerunek, zastanawiając się nad treściami, jakie chcą przekazywać. Beata Biały dąży do uzyskania odpowiedzi na pytanie, z jakimi emocjami jest im najtrudniej, co wyrzuca ich ze strefy komfortu – ale faktycznie przyzwyczaja – zarówno rozmówców jak i czytelników – do myśli, że niekoniecznie płeć zmuszać będzie do zatrzymywania w sobie silnych przeżyć – nawet jeśli przez całe dekady sądziło się inaczej. Ten cykl rozmów to bardziej uzupełnienie książek psychologicznych i sprawdzenie, jak do tematu podchodzą osoby rozpoznawalne – Beata Biały zachęca do autoanaliz, ale też do doceniania każdej emocji, z jaką przychodzi się mierzyć. Przekonuje, że nikt nie jest wolny od wzburzeń i wzruszeń – a to prowadzi do zrównywania społeczeństwa. Pojawia się tu zestaw silnych wyznań – na szczerości autorka buduje kolejne spotkania. Chce, żeby odbiorcy dowiedzieli się, że można przyznawać się do słabości – i nie jest to powód do społecznego wykluczenia.
Siła emocji
Beata Biały decyduje się na szereg rozmów z mężczyznami – zaprasza kilkunastu kojarzonych (przez różne pokolenia) ze sceny, estrady, filmu, scen muzycznych, ale też i środowiska pisarskiego i sportowego – i zadaje im trudne pytania. Trudne – bo dotyczące emocji powiązanych z nimi samymi, z ich życiem prywatnym i historiami, które niekoniecznie mogły ujrzeć światło dzienne do tej pory. Chodzi o to, żeby przekonać czytelników, że mężczyźni też mogą odczuwać cały wachlarz emocji, że wzruszenia, płacz, lęk, smutek i bezsilność, które nie są z nimi stereotypowo kojarzone, bez przerwy im się przydarzają. Rozmówcy Beaty Biały decydują się na szczere opowieści – czasami sięgają w głąb siebie, żeby podzielić się z innymi własnymi odkryciami, innym razem sami wydają się zaskoczeni wiadomościami, do których dotarli w ramach wiwisekcji. Poznają siebie albo o tym procesie poznawania mówią, nie rezygnują z otwartości i z autoanaliz na oczach czytelników. Czasami wymaga to nawiązania do atmosfery z domu rodzinnego lub z codziennego życia z bliskimi, innym razem jest efektem pracy nad sobą podczas terapii – bo dzisiejsi mężczyźni korzystają z pomocy psychoterapeutów i nie wstydzą się tego, nawet jeśli dorastali w środowisku, które psychologów z definicji odrzucało.
„Męskie gadanie” to zestaw rozmów, których nie da się potraktować jak biograficznych – wzmianki na temat ról czy dokonań życiowych, na temat tego, co dzieje się w zawodowym i osobistym życiu stanowią niewielką część relacji. Znacznie więcej dzieje się w przestrzeni trudnej do uchwycenia – w tym, co odczuwalne, indywidualne i efemeryczne. Czasami rozmówcom Beaty Biały pomaga nawiązanie do konkretnej sytuacji – wiele razy jednak dzielą się oni po prostu efektami pracy nad sobą, dzięki czemu też wskazują czytelnikom dostępne drogi w rozwiązywaniu problemów. Niektórzy faktycznie przeszli w swoim życiu coś, co wymusiło na nich wizytę u specjalisty, inni mają po prostu refleksyjny nastrój albo są w stanie powiązać własne przeżycia z doświadczeniami ogółu – i udzielić rad. Są tu mężczyźni uznawani za twardzieli i ci, którzy starannie budują swój wizerunek, zastanawiając się nad treściami, jakie chcą przekazywać. Beata Biały dąży do uzyskania odpowiedzi na pytanie, z jakimi emocjami jest im najtrudniej, co wyrzuca ich ze strefy komfortu – ale faktycznie przyzwyczaja – zarówno rozmówców jak i czytelników – do myśli, że niekoniecznie płeć zmuszać będzie do zatrzymywania w sobie silnych przeżyć – nawet jeśli przez całe dekady sądziło się inaczej. Ten cykl rozmów to bardziej uzupełnienie książek psychologicznych i sprawdzenie, jak do tematu podchodzą osoby rozpoznawalne – Beata Biały zachęca do autoanaliz, ale też do doceniania każdej emocji, z jaką przychodzi się mierzyć. Przekonuje, że nikt nie jest wolny od wzburzeń i wzruszeń – a to prowadzi do zrównywania społeczeństwa. Pojawia się tu zestaw silnych wyznań – na szczerości autorka buduje kolejne spotkania. Chce, żeby odbiorcy dowiedzieli się, że można przyznawać się do słabości – i nie jest to powód do społecznego wykluczenia.
wtorek, 3 grudnia 2024
Jacek Szczerba: Humor zza kulis. Rozmowy o poczuciu humoru w środowisku nie tylko aktorskim
Iskry, Warszawa 2024.
Anegdoty
W wywiadach z ludźmi sceny wszyscy odbiorcy zwykle czekają na ciekawostki, historyjki zza kulis, dowcipy i anegdoty – smaczki, których zwykły widz nie ma szans poznać w momencie, gdy się rozgrywają, ale które przechodzą często do legendy. Jacek Szczerba postanawia tylko na tych opowieściach się skoncentrować. Jego „Humor zza kulis. Rozmowy o poczuciu humoru w środowisku nie tylko aktorskim” to prezent dla wszystkich czytelników, którzy lubią się śmiać i cenią sobie celne riposty czy reakcje na nieoczekiwane wydarzenia. Książka ukazuje się pod szyldem Biblioteki Stańczyka – nawiązując do najlepszych satyrycznych tradycji Iskier – i fani tego cyklu nie tylko z sentymentu sięgną po publikację Szczerby.
Autor przeprowadza rozmowy z ludźmi sceny, estrady i telewizji – i nie dzieli się z czytelnikami ani kluczem doboru rozmówców, ani okolicznościami powstania (zresztą sam przyznaje, że rozmowy przeprowadzał w ciągu kilku lat i stara się jedynie w drobnych przypisach zaznaczać istotne zmiany lub wydarzenia z egzystencji swoich rozmówców. Nie ma znaczenia kolejność, nie ma znaczenia dorobek – i tak odbiorcy będą ten tom chłonąć i nie przepuszczą żadnej okazji do śmiechu. Jedno pytanie autor stara się powtarzać regularnie: czy poczucie humoru interlokutor ma po którymś z rodziców. Takie otwarcie pozwala na błyskawiczne wejście w świat śmiechu najbliższego artystom – później już można odwoływać się albo do scenicznych żartów i gotowania partnerów na deskach teatrów, albo do garderób i popisów humoru tylko dla nielicznego grona, albo – w części przypadków – do sztuki opowiadania dowcipów, bo niektórzy w tym celują. Jacek Szczerba stara się dowiedzieć, co wybierają jego rozmówcy i ku jakim działaniom w zakresie rozśmieszania innych się skłaniają. Sięga po anegdoty już sklasyczniałe, ale bardzo często poznaje różne aspekty bycia zabawnym czy kojarzonym z komediami. Chociaż wielu bohaterów anegdot nie mógłby już przepytać, udaje mu się wpleść wspomnienia o nich w rozmowy – dzięki czemu zyskuje wielopoziomowe obrazy humoru. Przy okazji może też przypomnieć, że nie zawsze humoryści dobrze się starzeją – pojawiają się tu nazwiska z zaznaczeniem, że kiedyś były ważne dla satyry. Nie da się uciec od polityki i czasami (a w jednym przypadku w ogromnym natężeniu) będą powracać aspekty pozakomiczne – jednak wielu rozmówców wybiera to, co ponadczasowe i zamiast narzekać na władze (z którejkolwiek strony), koncentruje się na zabawie i rozśmieszaniu. Zdarza się, że autorzy prześcigają się wręcz w dowcipach mocnych i niespecjalnie możliwych do opowiadania w szerszym gronie – i takie będą bardzo odbiorców cieszyć. Pojawią się tu dowcipy wielopiętrowe i opowieści z dziedziny humoru sytuacyjnego, takie, które trudno byłoby przerobić na żart. Na szczęście nigdy nie zawodzi wyczucie puenty: nie ma tu kawałów nieudanych, spalonych czy źle opowiedzianych, wszystko broni się w druku. A Jacek Szczerba tworzy książkę, która umili jesienne i zimowe wieczory wszystkim fanom śmiechu. Ta publikacja zapewnia rozrywkę nawet najbardziej wymagającym czytelnikom – odwołuje się do tego, co najbardziej poszukiwane i cenione we wspomnieniach ludzi parających się satyrą na różnych poziomach. To także świetna szansa na przypomnienie Biblioteki Stańczyka – serii, która wprowadziła na rynek mnóstwo cennych zbiorków satyrycznych.
Anegdoty
W wywiadach z ludźmi sceny wszyscy odbiorcy zwykle czekają na ciekawostki, historyjki zza kulis, dowcipy i anegdoty – smaczki, których zwykły widz nie ma szans poznać w momencie, gdy się rozgrywają, ale które przechodzą często do legendy. Jacek Szczerba postanawia tylko na tych opowieściach się skoncentrować. Jego „Humor zza kulis. Rozmowy o poczuciu humoru w środowisku nie tylko aktorskim” to prezent dla wszystkich czytelników, którzy lubią się śmiać i cenią sobie celne riposty czy reakcje na nieoczekiwane wydarzenia. Książka ukazuje się pod szyldem Biblioteki Stańczyka – nawiązując do najlepszych satyrycznych tradycji Iskier – i fani tego cyklu nie tylko z sentymentu sięgną po publikację Szczerby.
Autor przeprowadza rozmowy z ludźmi sceny, estrady i telewizji – i nie dzieli się z czytelnikami ani kluczem doboru rozmówców, ani okolicznościami powstania (zresztą sam przyznaje, że rozmowy przeprowadzał w ciągu kilku lat i stara się jedynie w drobnych przypisach zaznaczać istotne zmiany lub wydarzenia z egzystencji swoich rozmówców. Nie ma znaczenia kolejność, nie ma znaczenia dorobek – i tak odbiorcy będą ten tom chłonąć i nie przepuszczą żadnej okazji do śmiechu. Jedno pytanie autor stara się powtarzać regularnie: czy poczucie humoru interlokutor ma po którymś z rodziców. Takie otwarcie pozwala na błyskawiczne wejście w świat śmiechu najbliższego artystom – później już można odwoływać się albo do scenicznych żartów i gotowania partnerów na deskach teatrów, albo do garderób i popisów humoru tylko dla nielicznego grona, albo – w części przypadków – do sztuki opowiadania dowcipów, bo niektórzy w tym celują. Jacek Szczerba stara się dowiedzieć, co wybierają jego rozmówcy i ku jakim działaniom w zakresie rozśmieszania innych się skłaniają. Sięga po anegdoty już sklasyczniałe, ale bardzo często poznaje różne aspekty bycia zabawnym czy kojarzonym z komediami. Chociaż wielu bohaterów anegdot nie mógłby już przepytać, udaje mu się wpleść wspomnienia o nich w rozmowy – dzięki czemu zyskuje wielopoziomowe obrazy humoru. Przy okazji może też przypomnieć, że nie zawsze humoryści dobrze się starzeją – pojawiają się tu nazwiska z zaznaczeniem, że kiedyś były ważne dla satyry. Nie da się uciec od polityki i czasami (a w jednym przypadku w ogromnym natężeniu) będą powracać aspekty pozakomiczne – jednak wielu rozmówców wybiera to, co ponadczasowe i zamiast narzekać na władze (z którejkolwiek strony), koncentruje się na zabawie i rozśmieszaniu. Zdarza się, że autorzy prześcigają się wręcz w dowcipach mocnych i niespecjalnie możliwych do opowiadania w szerszym gronie – i takie będą bardzo odbiorców cieszyć. Pojawią się tu dowcipy wielopiętrowe i opowieści z dziedziny humoru sytuacyjnego, takie, które trudno byłoby przerobić na żart. Na szczęście nigdy nie zawodzi wyczucie puenty: nie ma tu kawałów nieudanych, spalonych czy źle opowiedzianych, wszystko broni się w druku. A Jacek Szczerba tworzy książkę, która umili jesienne i zimowe wieczory wszystkim fanom śmiechu. Ta publikacja zapewnia rozrywkę nawet najbardziej wymagającym czytelnikom – odwołuje się do tego, co najbardziej poszukiwane i cenione we wspomnieniach ludzi parających się satyrą na różnych poziomach. To także świetna szansa na przypomnienie Biblioteki Stańczyka – serii, która wprowadziła na rynek mnóstwo cennych zbiorków satyrycznych.
piątek, 15 listopada 2024
Michał Lew-Starowicz, Beata Biały: SpełniONy. Czego pragną mężczyźni
Rebis, Poznań 2024.
Z jego perspektywy
Dobrze się rozmawiało Beacie Biały z Michałem Lwem-Starowiczem przy przeprowadzaniu wywiadów do książki „SpełniONA”, naturalną konsekwencją więc stało się wypuszczenie na rynek drugiej części, poświęconej mężczyznom. „SpełniONy. Czego pragną mężczyźni” to rozmowy dotyczące życia seksualnego, związków, zdrowia i trochę mechanizmów psychologicznych – prowadzących do budowania relacji. Tyle że o ile w pierwszej części Beata Biały mogła przyjmować kobiecą perspektywę i konfrontować zdobyte informacje z własnymi doświadczeniami, tutaj musi improwizować i dopytywać. Nie ma to większego znaczenia w lekturze – zwłaszcza że widać wyraźnie, że autorom dobrze prowadzi się dialog i wymienia ciekawostkami. I nawet powtórzenie żartu o tym, że pragnienia mężczyzn dadzą się zamknąć w jednym zdaniu (lub w jednym słowie) nie przeszkadza, skoro „SpełniONy” staje się rozbudowaną i ciekawą książką rozjaśniającą trochę specyfikę męsko-damskich (rzadziej męsko-męskich) relacji.
Beata Biały zadaje pytania, w których czasem nawiązuje do teorii psychologicznych, czasem do obiegowych żartów, innym razem do wymyślonych scenek – żeby unikać abstrakcji i żeby jak najtrafniej konkretyzować problemy. Decyduje się na analizowanie niemal każdego aspektu okołołóżkowej egzystencji mężczyzn – nie ma tu pytań i wątpliwości naiwnych czy niewartych refleksji. Dzięki temu odbiorcy w różnym wieku znajdą tu odpowiedzi na wiele wątpliwości. Przez takie podejście oczywiście trudno byłoby drążyć tematy – rozmowy są raczej szybkie i rzeczowe, żeby w tomie zmieściło się jak najwięcej zagadnień nurtujących czytelników – ale to nikomu nie będzie przeszkadzać, chodzi przecież o popularyzowanie wiedzy i obalanie mitów, a nie o tworzenie kompendium wiedzy na temat męskiej seksualności. I tylko można się zastanawiać, czy więcej ta książka da panom czy ich partnerkom – które chciałyby zyskać klucz do zrozumienia swoich ukochanych. Tu – przynajmniej w pewnym zakresie – poczują się swobodniej i lepiej zrozumieją, co dzieje się w umysłach ich kochanków. Książka może stanowić pomost w budowaniu wzajemnego zrozumienia i wyrozumiałości dla pewnych zagadnień.
Nie jest to tom odkrywczy, bo też i nie takie jest jego zadanie. Liczy się przedstawianie stanu wiedzy na temat męskiej psychiki oraz seksualności i przyglądanie się charakterystycznym zjawiskom nie tylko w sypialni. Nastawienie na zrozumienie męskiego świata to prosta droga na unikanie konfliktów i sporów – więc warto sięgnąć po tę publikację i wnikliwie ją przestudiować. Przyjęta forma rozmowy nadaje całości lekkość, tom trafi zatem do szerokiego grona odbiorców i pozwoli na wypracowanie płaszczyzny porozumienia. Swobodne dialogi, czasem ozdabiane żartami i scenkami z życia wziętymi to nagroda dla tych, którzy szukają lektury a niekoniecznie poradnika. I chociaż na rynku sporo jest już publikacji dotyczących kobiecego i męskiego podejścia do związków – każda kolejna może wnieść coś ważnego i pozwolić na likwidowanie barier między płciami. Zwłaszcza kiedy jest przygotowana tak dobrze jak ta rozmowa. „SpełniONy” i „SpełniONA” tworzą oryginalną i ważną na rynku wydawniczym całość, pomagają lepiej zrozumieć drugą stronę (i z dystansem spojrzeć także na własne wady).
Z jego perspektywy
Dobrze się rozmawiało Beacie Biały z Michałem Lwem-Starowiczem przy przeprowadzaniu wywiadów do książki „SpełniONA”, naturalną konsekwencją więc stało się wypuszczenie na rynek drugiej części, poświęconej mężczyznom. „SpełniONy. Czego pragną mężczyźni” to rozmowy dotyczące życia seksualnego, związków, zdrowia i trochę mechanizmów psychologicznych – prowadzących do budowania relacji. Tyle że o ile w pierwszej części Beata Biały mogła przyjmować kobiecą perspektywę i konfrontować zdobyte informacje z własnymi doświadczeniami, tutaj musi improwizować i dopytywać. Nie ma to większego znaczenia w lekturze – zwłaszcza że widać wyraźnie, że autorom dobrze prowadzi się dialog i wymienia ciekawostkami. I nawet powtórzenie żartu o tym, że pragnienia mężczyzn dadzą się zamknąć w jednym zdaniu (lub w jednym słowie) nie przeszkadza, skoro „SpełniONy” staje się rozbudowaną i ciekawą książką rozjaśniającą trochę specyfikę męsko-damskich (rzadziej męsko-męskich) relacji.
Beata Biały zadaje pytania, w których czasem nawiązuje do teorii psychologicznych, czasem do obiegowych żartów, innym razem do wymyślonych scenek – żeby unikać abstrakcji i żeby jak najtrafniej konkretyzować problemy. Decyduje się na analizowanie niemal każdego aspektu okołołóżkowej egzystencji mężczyzn – nie ma tu pytań i wątpliwości naiwnych czy niewartych refleksji. Dzięki temu odbiorcy w różnym wieku znajdą tu odpowiedzi na wiele wątpliwości. Przez takie podejście oczywiście trudno byłoby drążyć tematy – rozmowy są raczej szybkie i rzeczowe, żeby w tomie zmieściło się jak najwięcej zagadnień nurtujących czytelników – ale to nikomu nie będzie przeszkadzać, chodzi przecież o popularyzowanie wiedzy i obalanie mitów, a nie o tworzenie kompendium wiedzy na temat męskiej seksualności. I tylko można się zastanawiać, czy więcej ta książka da panom czy ich partnerkom – które chciałyby zyskać klucz do zrozumienia swoich ukochanych. Tu – przynajmniej w pewnym zakresie – poczują się swobodniej i lepiej zrozumieją, co dzieje się w umysłach ich kochanków. Książka może stanowić pomost w budowaniu wzajemnego zrozumienia i wyrozumiałości dla pewnych zagadnień.
Nie jest to tom odkrywczy, bo też i nie takie jest jego zadanie. Liczy się przedstawianie stanu wiedzy na temat męskiej psychiki oraz seksualności i przyglądanie się charakterystycznym zjawiskom nie tylko w sypialni. Nastawienie na zrozumienie męskiego świata to prosta droga na unikanie konfliktów i sporów – więc warto sięgnąć po tę publikację i wnikliwie ją przestudiować. Przyjęta forma rozmowy nadaje całości lekkość, tom trafi zatem do szerokiego grona odbiorców i pozwoli na wypracowanie płaszczyzny porozumienia. Swobodne dialogi, czasem ozdabiane żartami i scenkami z życia wziętymi to nagroda dla tych, którzy szukają lektury a niekoniecznie poradnika. I chociaż na rynku sporo jest już publikacji dotyczących kobiecego i męskiego podejścia do związków – każda kolejna może wnieść coś ważnego i pozwolić na likwidowanie barier między płciami. Zwłaszcza kiedy jest przygotowana tak dobrze jak ta rozmowa. „SpełniONy” i „SpełniONA” tworzą oryginalną i ważną na rynku wydawniczym całość, pomagają lepiej zrozumieć drugą stronę (i z dystansem spojrzeć także na własne wady).
wtorek, 17 września 2024
Agnieszka Jucewicz, Magdalena Kicińska: Dom w butelce. Rozmowy z dorosłymi dziećmi alkoholików
Agora, Warszawa 2024.
Wyznania
Jest ta książka dokładnie tym, co głosi podtytuł. "Dom w butelce. Rozmowy z dorosłymi dziećmi alkoholików" to nie zestaw porad czy wskazówek dla DDA - a zwyczajnych wywiadów, zwierzeń i refleksji osób połączonych wspólnym przykrym życiowym doświadczeniem. Wypowiadają się tu jednak nie tylko dorosłe dzieci alkoholików, ale też ludzie, których rodzeństwo wpadło w nałóg i niszczyło swoim zachowaniem rodzinę. Agnieszka Jucewicz i Magdalena Kicińska są empatyczne (często zresztą same wprowadzają elementy własnych doświadczeń) i delikatne, cierpliwe i pełne wyrozumiałości. Pozwalają rozmówcom na wytyczanie kierunków przemyśleń, nie naciskają na konkretne wyznania, otwierają pole dla rozmaitych emocji - oczyszczających, ale też i trudnych. Wysłuchują historii domowych - rozczarowań, złości, ale i przyspieszonego kursu radzenia sobie w każdej sytuacji. Dorosłe dzieci alkoholików przypominają sobie rozmaite upokorzenia i konieczność kombinowania, udawania w dzieciństwie przed znajomymi czy nauczycielami, krycia pijących rodziców. Przypominają sobie też własne rozczarowania i żale, to, co trzeba było przepracować samodzielnie (albo po latach na terapii). Stopniowo uczą się funkcjonować w społeczeństwie, które nie zapewniło im wsparcia wtedy, kiedy było ono najbardziej potrzebne. Bo bycie dzieckiem alkoholika to także ogromna presja ze strony bliskich: część rozmówców miała za zadanie wpływać na ojca albo matkę, żeby ograniczyć ich picie - część samodzielnie próbowała pokonać pokusy rodziców przez wylewanie lub chowanie zapasów alkoholu, awantury i spory. Część do tej pory nie pozbyła się odpowiedzialności, część wie już, że nie uda się uratować najbliższych - i odcięła się od toksycznego środowiska, oczywiście nie bez wyrzutów sumienia. I "Dom w butelce" to zestaw problemów, o których głośno się nie mówi i nie pamięta w kontekście uzależnionych. Zwykle to właśnie tym, których dotyczy nałóg, poświęca się najwięcej uwagi - ale Agnieszka Jucewicz i Magdalena Kicińska pokazują, że niesłusznie, że na większą pomoc zasługują pokrzywdzeni w takich domach.
Rozmowy są okazją do uwydatnienia emocji i uczuć, które do tej pory mogły zostać ukrywane przed światem jako te niewłaściwe czy niepotrzebne. Zyskują głos ci, którzy nie przyciągali uwagi - to oni przeżywają największe zmiany i najbardziej potrzebują wsparcia, które potrafią wykorzystać, w odróżnieniu od uzależnionego starszego pokolenia. Za każdym przypadkiem alkoholizmu - bez względu na to, czy to rodzina patologiczna, czy wysokofunkcjonująca, kryje się dramat bliskich i o tym "Dom w butelce" stale przypomina. To zestaw opowieści ludzkich, prywatnych i intymnych - podobnych do siebie, chociaż różnych (rozmówcy różnią się płcią, wiekiem, doświadczeniem życiowym i samym środowiskiem, a także zestawem decyzji, które podejmowali w związku z nałogiem rodziców). Autorki wpuszczają czytelników w świat bardzo osobisty, wypełniony przykrościami i nadzieją na lepsze życie układane według własnych potrzeb już po rozpoznaniu problemu. I można sięgnąć po tę lekturę nie dla podglądania życia innych, a żeby przekonać się, jak wielkie spustoszenie sieje nałóg w egzystencji członków rodziny - i być może znaleźć w tomie echa własnych doświadczeń, a potem poszukać profesjonalnej pomocy.
Wyznania
Jest ta książka dokładnie tym, co głosi podtytuł. "Dom w butelce. Rozmowy z dorosłymi dziećmi alkoholików" to nie zestaw porad czy wskazówek dla DDA - a zwyczajnych wywiadów, zwierzeń i refleksji osób połączonych wspólnym przykrym życiowym doświadczeniem. Wypowiadają się tu jednak nie tylko dorosłe dzieci alkoholików, ale też ludzie, których rodzeństwo wpadło w nałóg i niszczyło swoim zachowaniem rodzinę. Agnieszka Jucewicz i Magdalena Kicińska są empatyczne (często zresztą same wprowadzają elementy własnych doświadczeń) i delikatne, cierpliwe i pełne wyrozumiałości. Pozwalają rozmówcom na wytyczanie kierunków przemyśleń, nie naciskają na konkretne wyznania, otwierają pole dla rozmaitych emocji - oczyszczających, ale też i trudnych. Wysłuchują historii domowych - rozczarowań, złości, ale i przyspieszonego kursu radzenia sobie w każdej sytuacji. Dorosłe dzieci alkoholików przypominają sobie rozmaite upokorzenia i konieczność kombinowania, udawania w dzieciństwie przed znajomymi czy nauczycielami, krycia pijących rodziców. Przypominają sobie też własne rozczarowania i żale, to, co trzeba było przepracować samodzielnie (albo po latach na terapii). Stopniowo uczą się funkcjonować w społeczeństwie, które nie zapewniło im wsparcia wtedy, kiedy było ono najbardziej potrzebne. Bo bycie dzieckiem alkoholika to także ogromna presja ze strony bliskich: część rozmówców miała za zadanie wpływać na ojca albo matkę, żeby ograniczyć ich picie - część samodzielnie próbowała pokonać pokusy rodziców przez wylewanie lub chowanie zapasów alkoholu, awantury i spory. Część do tej pory nie pozbyła się odpowiedzialności, część wie już, że nie uda się uratować najbliższych - i odcięła się od toksycznego środowiska, oczywiście nie bez wyrzutów sumienia. I "Dom w butelce" to zestaw problemów, o których głośno się nie mówi i nie pamięta w kontekście uzależnionych. Zwykle to właśnie tym, których dotyczy nałóg, poświęca się najwięcej uwagi - ale Agnieszka Jucewicz i Magdalena Kicińska pokazują, że niesłusznie, że na większą pomoc zasługują pokrzywdzeni w takich domach.
Rozmowy są okazją do uwydatnienia emocji i uczuć, które do tej pory mogły zostać ukrywane przed światem jako te niewłaściwe czy niepotrzebne. Zyskują głos ci, którzy nie przyciągali uwagi - to oni przeżywają największe zmiany i najbardziej potrzebują wsparcia, które potrafią wykorzystać, w odróżnieniu od uzależnionego starszego pokolenia. Za każdym przypadkiem alkoholizmu - bez względu na to, czy to rodzina patologiczna, czy wysokofunkcjonująca, kryje się dramat bliskich i o tym "Dom w butelce" stale przypomina. To zestaw opowieści ludzkich, prywatnych i intymnych - podobnych do siebie, chociaż różnych (rozmówcy różnią się płcią, wiekiem, doświadczeniem życiowym i samym środowiskiem, a także zestawem decyzji, które podejmowali w związku z nałogiem rodziców). Autorki wpuszczają czytelników w świat bardzo osobisty, wypełniony przykrościami i nadzieją na lepsze życie układane według własnych potrzeb już po rozpoznaniu problemu. I można sięgnąć po tę lekturę nie dla podglądania życia innych, a żeby przekonać się, jak wielkie spustoszenie sieje nałóg w egzystencji członków rodziny - i być może znaleźć w tomie echa własnych doświadczeń, a potem poszukać profesjonalnej pomocy.
czwartek, 11 kwietnia 2024
Andrzej Szwan w rozmowie z Wiktorem Krajewskim: Lulla La Polaca
Znak, Kraków 2024.
Bez granic
Jest to książka, którą można czytać jako pochwałę wolności i radości życia według własnych zasad. Andrzej Szwan – szerszej publiczności znany jako drag queen Lulla La Polaca – opowiada o swoich doświadczeniach i drodze na scenę. W mainstreamowych lekturach jeszcze do niedawna próżno byłoby szukać podobnej publikacji – ale Andrzej Szwan uświadamia czytelnikom, jak bardzo tego typu rozmowy są potrzebne i ważne. Sam funkcjonuje tu nie tyle jako osoba przedstawiająca środowisko drag queens w Polsce – ale jako najstarsza drag queen. Andrzej Szwan to zwierzę sceniczne, gra w spektaklu, udziela się medialnie, bierze nawet udział w rozbieranej sesji zdjęciowej – i w tym wszystkim nigdy nie traci naturalności. Nie zastanawia się na przykład nad zaimkami – kiedy ma ochotę, albo kiedy czuje się mężczyzną, mówi o sobie w rodzaju męskim. Kiedy przeobraża się w Lullę – natychmiast przechodzi na żeńską narrację, a dzieje się to czasem nawet w obrębie jednego zdania. I nikomu to raczej przeszkadzać nie będzie, co więcej – ma swój urok i pokazuje bardziej swobodę i lekkość bohatera książki niż jakiekolwiek manifestacje. Bo ani Andrzej Szwan, ani Lulla La Polaca nie walczą o prawo do istnienia – po prostu istnieją, czy się to komuś będzie podobało, czy też nie.
Ale scena to naprawdę marginalna część wywodu. Owszem, można się dowiedzieć, jak dużo czasu zabiera charakteryzacja, czy – kto podpowiedział bohaterowi tomu sztuczki przydające się na estradzie – jednak rzecz nie dotyczy samych metamorfoz, a zwyczajności egzystencji dwoistej postaci. Szwan – umiejętnie podpytywany przez Wiktora Krajewskiego – zagłębia się we własną przeszłość. Opowiada o byciu gejem w czasach PRL-u i o pierwszych przebierankach, o kolegach, którym też podobały się damskie fatałaszki i o… lekcji chodzenia na obcasach. O tym wszystkim, co po latach zwieńczyło wyjście na scenę i przedstawienie się światu jako drag queen. Nic dziwnego, że analiza środowiska dragu w Polsce czy możliwości czekające na chętnych na publiczne metamorfozy bledną w obliczu szczerości autora w konfesyjnych wręcz wyznaniach. Będzie tu pikantnie (wiele razy Andrzej Szwan wspomina mężczyzn, z którymi, jak to eufemistycznie określa, się „kotłował”, czasem wzdycha za dawnymi miłościami, innym razem zastanawia się, dlaczego związek nie miał szans przetrwać), będzie kolorowo i ciekawie. Bez pruderii, bez udawania – nawet na mniej wygodne pytania Andrzej Szwan jest w stanie odpowiedzieć, a to coś, co bardzo przydaje się w tej akurat lekturze. W końcu książka trafić może nie tylko do zainteresowanych dragiem, ale też do przypadkowych czytelników – i nawet ci nie powinni być zawiedzeni. Otrzymują bowiem sporą dawkę wiadomości z pierwszej ręki – o obyczajowości i o życiu po swojemu. Lulla La Polaca to w końcu kwintesencja koloru, zjawisko nieskrępowane konwenansami – ba, takie, które nie pozwoli się w żaden sposób ograniczać. I na tym polega wielka siła tej publikacji. Nawet jeśli odbiorcy nie mają pojęcia o najstarszej drag queen, nawet jeśli nie interesowali się do tej pory tematem, Andrzej Szwan zaspokoi ich ciekawość co do własnego prywatnego życia. Udowodni, że można mimo zewnętrznych ograniczeń i trudności cieszyć się istnieniem i wykorzystywać każdą chwilę. Hedonizm, który płynie z tych opowieści, jest zaraźliwy – dzięki czemu łatwo będzie polubić bohatera tomu i zrozumieć jego motywacje.
Bez granic
Jest to książka, którą można czytać jako pochwałę wolności i radości życia według własnych zasad. Andrzej Szwan – szerszej publiczności znany jako drag queen Lulla La Polaca – opowiada o swoich doświadczeniach i drodze na scenę. W mainstreamowych lekturach jeszcze do niedawna próżno byłoby szukać podobnej publikacji – ale Andrzej Szwan uświadamia czytelnikom, jak bardzo tego typu rozmowy są potrzebne i ważne. Sam funkcjonuje tu nie tyle jako osoba przedstawiająca środowisko drag queens w Polsce – ale jako najstarsza drag queen. Andrzej Szwan to zwierzę sceniczne, gra w spektaklu, udziela się medialnie, bierze nawet udział w rozbieranej sesji zdjęciowej – i w tym wszystkim nigdy nie traci naturalności. Nie zastanawia się na przykład nad zaimkami – kiedy ma ochotę, albo kiedy czuje się mężczyzną, mówi o sobie w rodzaju męskim. Kiedy przeobraża się w Lullę – natychmiast przechodzi na żeńską narrację, a dzieje się to czasem nawet w obrębie jednego zdania. I nikomu to raczej przeszkadzać nie będzie, co więcej – ma swój urok i pokazuje bardziej swobodę i lekkość bohatera książki niż jakiekolwiek manifestacje. Bo ani Andrzej Szwan, ani Lulla La Polaca nie walczą o prawo do istnienia – po prostu istnieją, czy się to komuś będzie podobało, czy też nie.
Ale scena to naprawdę marginalna część wywodu. Owszem, można się dowiedzieć, jak dużo czasu zabiera charakteryzacja, czy – kto podpowiedział bohaterowi tomu sztuczki przydające się na estradzie – jednak rzecz nie dotyczy samych metamorfoz, a zwyczajności egzystencji dwoistej postaci. Szwan – umiejętnie podpytywany przez Wiktora Krajewskiego – zagłębia się we własną przeszłość. Opowiada o byciu gejem w czasach PRL-u i o pierwszych przebierankach, o kolegach, którym też podobały się damskie fatałaszki i o… lekcji chodzenia na obcasach. O tym wszystkim, co po latach zwieńczyło wyjście na scenę i przedstawienie się światu jako drag queen. Nic dziwnego, że analiza środowiska dragu w Polsce czy możliwości czekające na chętnych na publiczne metamorfozy bledną w obliczu szczerości autora w konfesyjnych wręcz wyznaniach. Będzie tu pikantnie (wiele razy Andrzej Szwan wspomina mężczyzn, z którymi, jak to eufemistycznie określa, się „kotłował”, czasem wzdycha za dawnymi miłościami, innym razem zastanawia się, dlaczego związek nie miał szans przetrwać), będzie kolorowo i ciekawie. Bez pruderii, bez udawania – nawet na mniej wygodne pytania Andrzej Szwan jest w stanie odpowiedzieć, a to coś, co bardzo przydaje się w tej akurat lekturze. W końcu książka trafić może nie tylko do zainteresowanych dragiem, ale też do przypadkowych czytelników – i nawet ci nie powinni być zawiedzeni. Otrzymują bowiem sporą dawkę wiadomości z pierwszej ręki – o obyczajowości i o życiu po swojemu. Lulla La Polaca to w końcu kwintesencja koloru, zjawisko nieskrępowane konwenansami – ba, takie, które nie pozwoli się w żaden sposób ograniczać. I na tym polega wielka siła tej publikacji. Nawet jeśli odbiorcy nie mają pojęcia o najstarszej drag queen, nawet jeśli nie interesowali się do tej pory tematem, Andrzej Szwan zaspokoi ich ciekawość co do własnego prywatnego życia. Udowodni, że można mimo zewnętrznych ograniczeń i trudności cieszyć się istnieniem i wykorzystywać każdą chwilę. Hedonizm, który płynie z tych opowieści, jest zaraźliwy – dzięki czemu łatwo będzie polubić bohatera tomu i zrozumieć jego motywacje.
czwartek, 29 lutego 2024
Jacek Górecki: Michaś. Wywiad rzeka z Michałem Urbaniakiem
Marginesy, Warszawa 2024.
Wyznania
Bardzo dobrze, że Jacek Górecki nie zamierza tworzyć pełnej (auto)biografii Michała Urbaniaka i nie chce konkurować z istniejącą już publikacją o życiu i twórczości muzyka, a podąża swoją drogą i stawia na luźne rozmowy o wszystkim. Dzięki temu może oszczędzić czytelnikom schematów (a sobie weryfikowania danych), ale zyskuje też wartką i pełną ciekawostek opowieść artysty – konfesyjną i wielowymiarową, z różnymi tematami, które niekoniecznie trzeba wyjaśniać od podstaw. „Michaś. Wywiad rzeka z Michałem Urbaniakiem” to książka ciekawa i cenna dla wszystkich, którzy uwielbiają jazz – i bohatera. Oczywiście jest tu spory materiał zdjęciowy, a poszczególne rozmowy oddzielane są od siebie okładkami płyt – całkiem ładnie się to komponuje i pozwala na płynne przechodzenie do kolejnych spotkań. Michał Urbaniak prezentuje tutaj nie tylko swoją drogę na scenę, ale również muzyczne przyjaźnie i inspiracje, rodzinę (w tym kolejne żony) i twórcze poszukiwania. W rozmówcy ma słuchacza, który jest w stanie – kiedy trzeba – doprecyzować przedstawiane informacje, ale znacznie częściej ukrywa się w cieniu i tylko dopytuje, żeby nie zamknąć przedwcześnie intrygującego wątku. Pozwala Jacek Górecki Michałowi Urbaniakowi na prezentowanie swoich poglądów, nawet tych kontrowersyjnych (chwila polityki – to tylko kilka akapitów, później już do przerobionego tematu powrotu nie będzie), a także na przedstawianie rozczarowań (między innymi związanych z niewyedukowanymi dziennikarzami). Są tu fascynacje nowinkami technicznymi i walka o ciekawe brzmienia – są wyjaśnienia dotyczące zbędnych nut i informacje o tym, jak wyglądały próby muzyków wokół Urbaniaka skupionych na różnych etapach kariery. Pojawiają się też płytowe perypetie, przykrości i żale związane z nieuczciwymi wydawnictwami. Ale to wszystko roztapia się pod wpływem prawdziwej pasji – zamiłowania do muzyki i zachwytu nad nieskrępowanym tworzeniem. Michał Urbaniak dzieli się z czytelnikami fascynacją, która nie słabnie – to uczucie, jakie poznało dziecko, upierające się, że chce, żeby kupić mu saksofon – po latach uzewnętrznia się w radości z muzykowania z największymi sławami. Oczywiście Michał Urbaniak o swoich mistrzach nie zapomni, ale też wyjaśnia, dlaczego niektóre pomysły musiały poczekać. Opowiada i o życiu i karierze w Ameryce, i o domowych scenkach, jednak wydaje się, że to właśnie motyw muzyki nadaje rytm całej opowieści. „Michaś” to książka cenna jako uzupełnienie wiadomości o Urbaniaku, ciekawostka i zestaw prywatnych wyznań – nie ma tutaj korygowania i dyskutowania, nie ma upierania się przy swoim: to bohater tomu ma głos i to on może dowolnie interpretować wydarzenia. Sprawia to, że czuje się swobodniej i może automatycznie więcej na parę tematów powiedzieć. Zapewnia więc czytelnikom poczucie familiarności i bliskości – a sobie możliwość podzielenia się pasją. Dziecięca radość tworzenia – to coś, co tę publikację definiuje. Nie ma sensu precyzyjne budowanie faktografii, skoro najbardziej esencjonalne są przemyślenia na temat jazzu – każdy odbiorca książki szybko się o tym przekona. Michał Urbaniak pozwala na przeżywanie razem z nim energetycznych i cieszących odkryć – przez tę książkę przewija się mnóstwo instrumentów i mnóstwo dźwięków, w zasadzie nie da się śledzić tekstu bez słuchania muzyki. I ta synestezyjność obecna już w samej strukturze wywiadu jest tu najcenniejsza.
Wyznania
Bardzo dobrze, że Jacek Górecki nie zamierza tworzyć pełnej (auto)biografii Michała Urbaniaka i nie chce konkurować z istniejącą już publikacją o życiu i twórczości muzyka, a podąża swoją drogą i stawia na luźne rozmowy o wszystkim. Dzięki temu może oszczędzić czytelnikom schematów (a sobie weryfikowania danych), ale zyskuje też wartką i pełną ciekawostek opowieść artysty – konfesyjną i wielowymiarową, z różnymi tematami, które niekoniecznie trzeba wyjaśniać od podstaw. „Michaś. Wywiad rzeka z Michałem Urbaniakiem” to książka ciekawa i cenna dla wszystkich, którzy uwielbiają jazz – i bohatera. Oczywiście jest tu spory materiał zdjęciowy, a poszczególne rozmowy oddzielane są od siebie okładkami płyt – całkiem ładnie się to komponuje i pozwala na płynne przechodzenie do kolejnych spotkań. Michał Urbaniak prezentuje tutaj nie tylko swoją drogę na scenę, ale również muzyczne przyjaźnie i inspiracje, rodzinę (w tym kolejne żony) i twórcze poszukiwania. W rozmówcy ma słuchacza, który jest w stanie – kiedy trzeba – doprecyzować przedstawiane informacje, ale znacznie częściej ukrywa się w cieniu i tylko dopytuje, żeby nie zamknąć przedwcześnie intrygującego wątku. Pozwala Jacek Górecki Michałowi Urbaniakowi na prezentowanie swoich poglądów, nawet tych kontrowersyjnych (chwila polityki – to tylko kilka akapitów, później już do przerobionego tematu powrotu nie będzie), a także na przedstawianie rozczarowań (między innymi związanych z niewyedukowanymi dziennikarzami). Są tu fascynacje nowinkami technicznymi i walka o ciekawe brzmienia – są wyjaśnienia dotyczące zbędnych nut i informacje o tym, jak wyglądały próby muzyków wokół Urbaniaka skupionych na różnych etapach kariery. Pojawiają się też płytowe perypetie, przykrości i żale związane z nieuczciwymi wydawnictwami. Ale to wszystko roztapia się pod wpływem prawdziwej pasji – zamiłowania do muzyki i zachwytu nad nieskrępowanym tworzeniem. Michał Urbaniak dzieli się z czytelnikami fascynacją, która nie słabnie – to uczucie, jakie poznało dziecko, upierające się, że chce, żeby kupić mu saksofon – po latach uzewnętrznia się w radości z muzykowania z największymi sławami. Oczywiście Michał Urbaniak o swoich mistrzach nie zapomni, ale też wyjaśnia, dlaczego niektóre pomysły musiały poczekać. Opowiada i o życiu i karierze w Ameryce, i o domowych scenkach, jednak wydaje się, że to właśnie motyw muzyki nadaje rytm całej opowieści. „Michaś” to książka cenna jako uzupełnienie wiadomości o Urbaniaku, ciekawostka i zestaw prywatnych wyznań – nie ma tutaj korygowania i dyskutowania, nie ma upierania się przy swoim: to bohater tomu ma głos i to on może dowolnie interpretować wydarzenia. Sprawia to, że czuje się swobodniej i może automatycznie więcej na parę tematów powiedzieć. Zapewnia więc czytelnikom poczucie familiarności i bliskości – a sobie możliwość podzielenia się pasją. Dziecięca radość tworzenia – to coś, co tę publikację definiuje. Nie ma sensu precyzyjne budowanie faktografii, skoro najbardziej esencjonalne są przemyślenia na temat jazzu – każdy odbiorca książki szybko się o tym przekona. Michał Urbaniak pozwala na przeżywanie razem z nim energetycznych i cieszących odkryć – przez tę książkę przewija się mnóstwo instrumentów i mnóstwo dźwięków, w zasadzie nie da się śledzić tekstu bez słuchania muzyki. I ta synestezyjność obecna już w samej strukturze wywiadu jest tu najcenniejsza.
sobota, 3 lutego 2024
Andrzej Gryżewski, Przemysław Pilarski: Sztuka obsługi penisa 2
Agora, Warszawa 2024.
Wyjaśnienia
„Sztuka obsługi penisa” wywołała poruszenie na rynku – nie dlatego, że brakowało do tej pory rozmów z seksuologami, bardziej ze względu na „obiecujący” – zdaniem wielu – tytuł. Na rynku ukazuje się właśnie „Sztuka obsługi penisa 2”, dalsza część rozmów Andrzeja Gryżewskiego i Przemysława Pilarskiego, tym razem połączona z… obrazkową instrukcją obsługi, czyli tym, czego w pierwszym tomie odbiorcom zabrakło. Oczywiście znajduje się tu uzasadnienie takiej decyzji, ale nie ulega wątpliwości, że to „Sztuka obsługi penisa 2” będzie chętniej kupowanym poradnikiem – nie tylko z uwagi na wyjaśnienia dotyczące męskości. Autorzy zamierzają walczyć z penisocentryzmem – ponownie przyglądają się kultowi męskości i stereotypom, ale teraz bardziej interesują ich przemiany obyczajowe i łóżkowe rewolucje. Wyłuskują trendy w związkach i relacjach otwartych, sprawdzają zagadnienia, które wciąż są dla czytelników nowe. Będzie tu zatem i chemseks, czyli wrażenia wzmacniane przez substancje odurzające, i cyberseks (kamerki jako pornografia na życzenie), i swingersi. Autorzy zastanowią się nad tym, jak otwieranie związku wpływa na jego kondycję i kiedy staje się pułapką, a kiedy możliwością naprawienia relacji. Uczą, jak mądrze podejmować decyzje i nie szkodzić sobie ani innym. Do tego rejestrują konkretne problemy, z jakimi ludzie zgłaszają się do seksuologów czy terapeutów – żeby uczulić na pewne sytuacje odbiorców. Sporo miejsca poświęcają w tej książce mężczyznom, którzy nienawidzą kobiet – zastanawiają się nad źródłami takich zachowań i ich konsekwencjami w społeczeństwie, a to z kolei ma ustrzec panie przed wchodzeniem w niebezpieczne związki. Nie zabraknie tu opowieści o homoseksualności – skoro autorzy zajmują się mężczyznami, to nie mogą przecież wykluczać tych, którzy wolą w swoim łóżku innych mężczyzn. Znalazł się w książce nawet rozdział poświęcony księżom – nieprzypadkowo, tutaj zmieściło się sporo informacji związanych z tłumieniem własnych potrzeb i negowaniem popędu seksualnego.
Z humorem i zaangażowaniem opowiadają o seksualności z męskiego punktu widzenia. Andrzej Gryżewski i Przemysław Pilarski swobodnie czują się w tej rozmowie i mogą dzielić się nie tylko doświadczeniami i osobistymi przemyśleniami, ale też skojarzeniami filmowymi czy serialowymi – dzięki czemu ułatwią odbiorcom rozmowę o własnych potrzebach. Pomagają parom w lepszym zrozumieniu drugiej strony, czasami naświetlają perspektywy, dają nadzieję tam, gdzie bez wsparcia można by było zabłądzić. Nie chcą kultu macho ani utwierdzania w przekonaniu o walce płci, nie interesują ich nierówności: chodzi o to, żeby wszyscy mogli cieszyć się satysfakcjonującym seksem i nauczyli się być z drugą osobą. A jeśli ktoś po „Sztukę obsługi penisa 2” sięgnie dla poradnika – znajdzie tu zestaw ilustracji z opisami (czasem – przefiltrowanymi przez dowcip, jak wtedy, gdy trzeba poetyckie nazwy pozycji przełożyć na bardziej przyziemny język). Ta książka nie tylko wiele spraw wyjaśnia – ale umożliwia też przeprowadzenie rozmowy, kiedy trzeba będzie ustalić coś w związku. Jest ciekawa i napisana tak, żeby jak najszersze grono odbiorców mogło z niej skorzystać – bez względu na orientację seksualną, upodobania erotyczne czy płeć. Jeśli „Sztuka obsługi penisa” zwracała na siebie uwagę tytułem, to „Sztuka obsługi penisa 2” stanie się bestsellerem ze względu na zawartość.
Wyjaśnienia
„Sztuka obsługi penisa” wywołała poruszenie na rynku – nie dlatego, że brakowało do tej pory rozmów z seksuologami, bardziej ze względu na „obiecujący” – zdaniem wielu – tytuł. Na rynku ukazuje się właśnie „Sztuka obsługi penisa 2”, dalsza część rozmów Andrzeja Gryżewskiego i Przemysława Pilarskiego, tym razem połączona z… obrazkową instrukcją obsługi, czyli tym, czego w pierwszym tomie odbiorcom zabrakło. Oczywiście znajduje się tu uzasadnienie takiej decyzji, ale nie ulega wątpliwości, że to „Sztuka obsługi penisa 2” będzie chętniej kupowanym poradnikiem – nie tylko z uwagi na wyjaśnienia dotyczące męskości. Autorzy zamierzają walczyć z penisocentryzmem – ponownie przyglądają się kultowi męskości i stereotypom, ale teraz bardziej interesują ich przemiany obyczajowe i łóżkowe rewolucje. Wyłuskują trendy w związkach i relacjach otwartych, sprawdzają zagadnienia, które wciąż są dla czytelników nowe. Będzie tu zatem i chemseks, czyli wrażenia wzmacniane przez substancje odurzające, i cyberseks (kamerki jako pornografia na życzenie), i swingersi. Autorzy zastanowią się nad tym, jak otwieranie związku wpływa na jego kondycję i kiedy staje się pułapką, a kiedy możliwością naprawienia relacji. Uczą, jak mądrze podejmować decyzje i nie szkodzić sobie ani innym. Do tego rejestrują konkretne problemy, z jakimi ludzie zgłaszają się do seksuologów czy terapeutów – żeby uczulić na pewne sytuacje odbiorców. Sporo miejsca poświęcają w tej książce mężczyznom, którzy nienawidzą kobiet – zastanawiają się nad źródłami takich zachowań i ich konsekwencjami w społeczeństwie, a to z kolei ma ustrzec panie przed wchodzeniem w niebezpieczne związki. Nie zabraknie tu opowieści o homoseksualności – skoro autorzy zajmują się mężczyznami, to nie mogą przecież wykluczać tych, którzy wolą w swoim łóżku innych mężczyzn. Znalazł się w książce nawet rozdział poświęcony księżom – nieprzypadkowo, tutaj zmieściło się sporo informacji związanych z tłumieniem własnych potrzeb i negowaniem popędu seksualnego.
Z humorem i zaangażowaniem opowiadają o seksualności z męskiego punktu widzenia. Andrzej Gryżewski i Przemysław Pilarski swobodnie czują się w tej rozmowie i mogą dzielić się nie tylko doświadczeniami i osobistymi przemyśleniami, ale też skojarzeniami filmowymi czy serialowymi – dzięki czemu ułatwią odbiorcom rozmowę o własnych potrzebach. Pomagają parom w lepszym zrozumieniu drugiej strony, czasami naświetlają perspektywy, dają nadzieję tam, gdzie bez wsparcia można by było zabłądzić. Nie chcą kultu macho ani utwierdzania w przekonaniu o walce płci, nie interesują ich nierówności: chodzi o to, żeby wszyscy mogli cieszyć się satysfakcjonującym seksem i nauczyli się być z drugą osobą. A jeśli ktoś po „Sztukę obsługi penisa 2” sięgnie dla poradnika – znajdzie tu zestaw ilustracji z opisami (czasem – przefiltrowanymi przez dowcip, jak wtedy, gdy trzeba poetyckie nazwy pozycji przełożyć na bardziej przyziemny język). Ta książka nie tylko wiele spraw wyjaśnia – ale umożliwia też przeprowadzenie rozmowy, kiedy trzeba będzie ustalić coś w związku. Jest ciekawa i napisana tak, żeby jak najszersze grono odbiorców mogło z niej skorzystać – bez względu na orientację seksualną, upodobania erotyczne czy płeć. Jeśli „Sztuka obsługi penisa” zwracała na siebie uwagę tytułem, to „Sztuka obsługi penisa 2” stanie się bestsellerem ze względu na zawartość.
sobota, 27 stycznia 2024
Robert Kowalczyk, Dawid Krawczyk, Agata Stola: Sztuka bycia razem
Agora, Warszawa 2023.
Nastroje w domu
Robert Kowalczyk i Agata Stola, przepytywani przez Dawida Krawczyka, opowiadają o tym, jak utrzymać związek. „Sztuka bycia razem” to poradnik publikowany w tej samej serii co „Sztuka obsługi penisa” – dotyczy jednak bardziej sfery emocji i relacji z drugą osobą niż skupiania się na ciele. Autorzy przyjęli perspektywę rozmawiania o tym, z czym stykają się na co dzień w poradniach – i wśród znajomych. Opowiadają o najczęstszych błędach prowadzących do zaburzeń w komunikacji międzyludzkiej, ale też o zagrożeniach, jakie płyną z dzisiejszych nie tylko internetowych pokus. Przeprowadzają przez temat otwartych związków i sekskamerki – pokazują, co może tu być wyzwoleniem, a co początkiem kłopotów w relacji, tak, żeby odbiorcy przygotowali się na ewentualne komplikacje. Zastanawiają się nad znaczeniem pornografii, nad fantazjami seksualnymi (kiedy realizować, a kiedy pozostawić w bezpiecznej sferze własnego umysłu) i nad masturbacją – to również może stać się źródłem niepokojów u partnera – wyjaśniają zatem, kiedy uzależnienia okazują się niebezpieczne. Jednego nie zapewnią: przepisu na udany związek. To każdy musi wypracować sobie sam. Jednak rozbudowane rozmowy pozwalają odbiorcom na przyjrzenie się konkretnym relacjom i potencjalnym kryzysom. To droga do lekcji o tym, jak mówić o swoich potrzebach i kiedy akcentować własne upodobania, a kiedy skupić się na drugiej osobie. Autorzy zastanawiają się nad najczęstszymi powodami kłótni, kiedy do związku wkrada się rutyna, ale starają się też odrzucić patriarchalny sposób patrzenia na świat – sugerują czytelnikom, że stereotypy są niebezpieczne i psują relacje. W tej książce pojawi się też temat zdrady, ale może on być zaskakujący z perspektywy wielu odbiorców – niekoniecznie takich definicji czy omówień się spodziewali.
Taką książkę, chociaż forma zachęca do pobieżnego przejrzenia, warto czytać uważnie i sprawdzać kolejne informacje przemycane w rozmowach. Sporo tu wskazówek oraz uwag, które można przenieść bezpośrednio na własną codzienność – bez względu na statut czy rodzaj relacji. Ta lektura jest nie tylko socjologicznym studium: uświadamia odbiorcom, jak dzisiaj zmieniają się perspektywy par i jak obecnie konstruuje się związki, ale wytycza też pułapki i drogi do budowania jak najpełniejszych kontaktów interpersonalnych. Niemal każdy rozdział tematycznie jest strzałem w dziesiątkę – przyciągnie sporą grupę czytelników i zafunduje im zestaw refleksji nad sobą i nad bliskimi. Nie ma tu bezpośrednio wprowadzanych porad, nie ma moralizowania – każdy może ułożyć sobie życie według własnego uznania, ważne jest tylko to, żeby nie krzywdzić przy tym siebie i innych ludzi. Lektura może być zatem bardzo wartościowa – z przytaczanych opowieści da się bez większego wysiłku wyłuskiwać wskazówki dotyczące relacji z partnerem. Jeśli ktoś chciałby skryptu z poradami – musi poszukać innej książki. Jeśli jednak komuś zależy nie tylko na podpowiedziach subtelnie przygotowywanych, ale też na ciekawej i wartkiej lekturze, po „Sztukę bycia razem” sięgnąć musi. Ta książka sprawdzi się nie tylko wtedy, kiedy trzeba zażegnać kryzys, albo zrozumieć popełniane raz za razem błędy, by ustrzec się ich w przyszłości – to również barwna opowieść o nas samych i o tym, jak szukamy szczęścia w innych (dając im coś w zamian, albo… rezygnując z wzajemności). Bardzo udana publikacja, która nie przynosi oczywistych rozwiązań.
Nastroje w domu
Robert Kowalczyk i Agata Stola, przepytywani przez Dawida Krawczyka, opowiadają o tym, jak utrzymać związek. „Sztuka bycia razem” to poradnik publikowany w tej samej serii co „Sztuka obsługi penisa” – dotyczy jednak bardziej sfery emocji i relacji z drugą osobą niż skupiania się na ciele. Autorzy przyjęli perspektywę rozmawiania o tym, z czym stykają się na co dzień w poradniach – i wśród znajomych. Opowiadają o najczęstszych błędach prowadzących do zaburzeń w komunikacji międzyludzkiej, ale też o zagrożeniach, jakie płyną z dzisiejszych nie tylko internetowych pokus. Przeprowadzają przez temat otwartych związków i sekskamerki – pokazują, co może tu być wyzwoleniem, a co początkiem kłopotów w relacji, tak, żeby odbiorcy przygotowali się na ewentualne komplikacje. Zastanawiają się nad znaczeniem pornografii, nad fantazjami seksualnymi (kiedy realizować, a kiedy pozostawić w bezpiecznej sferze własnego umysłu) i nad masturbacją – to również może stać się źródłem niepokojów u partnera – wyjaśniają zatem, kiedy uzależnienia okazują się niebezpieczne. Jednego nie zapewnią: przepisu na udany związek. To każdy musi wypracować sobie sam. Jednak rozbudowane rozmowy pozwalają odbiorcom na przyjrzenie się konkretnym relacjom i potencjalnym kryzysom. To droga do lekcji o tym, jak mówić o swoich potrzebach i kiedy akcentować własne upodobania, a kiedy skupić się na drugiej osobie. Autorzy zastanawiają się nad najczęstszymi powodami kłótni, kiedy do związku wkrada się rutyna, ale starają się też odrzucić patriarchalny sposób patrzenia na świat – sugerują czytelnikom, że stereotypy są niebezpieczne i psują relacje. W tej książce pojawi się też temat zdrady, ale może on być zaskakujący z perspektywy wielu odbiorców – niekoniecznie takich definicji czy omówień się spodziewali.
Taką książkę, chociaż forma zachęca do pobieżnego przejrzenia, warto czytać uważnie i sprawdzać kolejne informacje przemycane w rozmowach. Sporo tu wskazówek oraz uwag, które można przenieść bezpośrednio na własną codzienność – bez względu na statut czy rodzaj relacji. Ta lektura jest nie tylko socjologicznym studium: uświadamia odbiorcom, jak dzisiaj zmieniają się perspektywy par i jak obecnie konstruuje się związki, ale wytycza też pułapki i drogi do budowania jak najpełniejszych kontaktów interpersonalnych. Niemal każdy rozdział tematycznie jest strzałem w dziesiątkę – przyciągnie sporą grupę czytelników i zafunduje im zestaw refleksji nad sobą i nad bliskimi. Nie ma tu bezpośrednio wprowadzanych porad, nie ma moralizowania – każdy może ułożyć sobie życie według własnego uznania, ważne jest tylko to, żeby nie krzywdzić przy tym siebie i innych ludzi. Lektura może być zatem bardzo wartościowa – z przytaczanych opowieści da się bez większego wysiłku wyłuskiwać wskazówki dotyczące relacji z partnerem. Jeśli ktoś chciałby skryptu z poradami – musi poszukać innej książki. Jeśli jednak komuś zależy nie tylko na podpowiedziach subtelnie przygotowywanych, ale też na ciekawej i wartkiej lekturze, po „Sztukę bycia razem” sięgnąć musi. Ta książka sprawdzi się nie tylko wtedy, kiedy trzeba zażegnać kryzys, albo zrozumieć popełniane raz za razem błędy, by ustrzec się ich w przyszłości – to również barwna opowieść o nas samych i o tym, jak szukamy szczęścia w innych (dając im coś w zamian, albo… rezygnując z wzajemności). Bardzo udana publikacja, która nie przynosi oczywistych rozwiązań.
piątek, 24 listopada 2023
Bralczyk o sobie. W rozmowie z Pawłem Goźlińskim i Karoliną Oponowicz
Agora, Warszawa 2023.
Słowa o życiu
Wywiad-rzeka z profesorem Jerzym Bralczykiem to kreacja - co do tego nie ma żadnych wątpliwości, bo i nie pozostawia ich sam bohater tomu, który na początku przyznaje, że nie będzie przedstawiał pewnych obszarów swojego życia. Ta rozłożona w czasie rozmowa ma troje moderatorów: Paweł Goźliński i Karolina Oponowicz mogą nadawać kierunek dyskusjom w tym samym stopniu co Jerzy Bralczyk - co widać w kolejnych partiach tomu. "Bralczyk o sobie" to publikacja obszerna i bardzo ciekawa - jednak trudno byłoby z niej wyłuskać wiele szczegółów biograficznych: zawsze kiedy pojawia się możliwość wkroczenia głębiej w egzystencję bohatera tomu - sam obiekt zainteresowania zgrabnie skręca w kierunku ciekawostek bardziej ogólnych, rysowania kontekstu społecznego albo doświadczeń środowiska. Dzięki temu unika zbyt osobistych wyznań, dzieli się z czytelnikami tylko niewielką częścią życiorysu - przedstawia fakty, których ujawnienie nie zapewni zainteresowania brukowców. Jest to zatem opowieść z klasą, zajmująca, a przy tym wolna od sensacyjności. Nie oznacza to, że Jerzy Bralczyk całkowicie rezygnuje z prezentowania swoich wad: wspomina i o słabościach, i o błędach czy życiowych zawirowaniach, wprowadza czytelników w swoje różnorodne - nie tylko związane z odkryciami językowymi - doświadczenia. Obowiązkowe części każdego biograficznego wywiadu-rzeki również i tu się znajdują: coś o dzieciństwie, coś o wyborach życiowej drogi, coś o domu i rodzinie - im dalej w życiu, tym więcej ostrożności i powściągliwości, co w pełni zrozumiałe. Profesor nie funkcjonuje tu jako celebryta, ale i tak dobrze się bawi, myląc tropy i wprowadzając kolejne dygresje do rozmowy. Dygresje zamieniają się w rozbudowane wspomnienia z zakresu lekcji historii albo z obserwacji z konkretnych momentów w przeszłości, sam Bralczyk bardzo chętnie wdaje się w niekończące się dywagacje, nie chce analizować własnego życia i podejmowanych decyzji - lepiej mu się funkcjonuje w roli komentatora rzeczywistości i tym razem - nie tej językowej. Przedstawia wydarzenia lub zapamiętane scenki z własnej perspektywy, więc zapewnia czytelnikom swój wizerunek - tyle że zapośredniczony. Nietypowe ujęcie pozwala cieszyć się lekturą nie ze względu na dostęp do danych biograficznych - a z uwagi na te właśnie, pozornie poboczne, komentarze. "Bralczyk o sobie" to książka niezwykła. Niby wpisuje się w nurt wywiadów-rzek zastępujących rzetelne i szczegółowe opracowania życiorysowe, niby stanowi rodzaj autopromocji i sposób dotarcia do fanów - a jednak nie o to w niej chodzi. Znacznie bardziej liczy się tutaj intelektualne spotkanie, możliwość porównania wspomnień lub opinii. I w tym kontekście tytuł zmienia się na bardzo ironiczny - Bralczyk woli mówić o wszystkim, tylko nie o sobie. A przecież czasami zdarzają mu się momenty szczerości, spostrzeżenia, które go dobrze definiują, nawet jeśli nie w pełni pozwalają odtworzyć biografię. Ta rozmowa to coś w sam raz dla czytelników znudzonych schematycznymi wywiadami-rzekami, Bralczyk zaskakuje i rozbawia, a czasami przekonuje też do rozmyślań nad własnymi wyborami. Prezentuje przez pryzmat siebie całkiem spory kawałek obyczajowości. I przyciąga - zwłaszcza kąśliwym humorem.
Słowa o życiu
Wywiad-rzeka z profesorem Jerzym Bralczykiem to kreacja - co do tego nie ma żadnych wątpliwości, bo i nie pozostawia ich sam bohater tomu, który na początku przyznaje, że nie będzie przedstawiał pewnych obszarów swojego życia. Ta rozłożona w czasie rozmowa ma troje moderatorów: Paweł Goźliński i Karolina Oponowicz mogą nadawać kierunek dyskusjom w tym samym stopniu co Jerzy Bralczyk - co widać w kolejnych partiach tomu. "Bralczyk o sobie" to publikacja obszerna i bardzo ciekawa - jednak trudno byłoby z niej wyłuskać wiele szczegółów biograficznych: zawsze kiedy pojawia się możliwość wkroczenia głębiej w egzystencję bohatera tomu - sam obiekt zainteresowania zgrabnie skręca w kierunku ciekawostek bardziej ogólnych, rysowania kontekstu społecznego albo doświadczeń środowiska. Dzięki temu unika zbyt osobistych wyznań, dzieli się z czytelnikami tylko niewielką częścią życiorysu - przedstawia fakty, których ujawnienie nie zapewni zainteresowania brukowców. Jest to zatem opowieść z klasą, zajmująca, a przy tym wolna od sensacyjności. Nie oznacza to, że Jerzy Bralczyk całkowicie rezygnuje z prezentowania swoich wad: wspomina i o słabościach, i o błędach czy życiowych zawirowaniach, wprowadza czytelników w swoje różnorodne - nie tylko związane z odkryciami językowymi - doświadczenia. Obowiązkowe części każdego biograficznego wywiadu-rzeki również i tu się znajdują: coś o dzieciństwie, coś o wyborach życiowej drogi, coś o domu i rodzinie - im dalej w życiu, tym więcej ostrożności i powściągliwości, co w pełni zrozumiałe. Profesor nie funkcjonuje tu jako celebryta, ale i tak dobrze się bawi, myląc tropy i wprowadzając kolejne dygresje do rozmowy. Dygresje zamieniają się w rozbudowane wspomnienia z zakresu lekcji historii albo z obserwacji z konkretnych momentów w przeszłości, sam Bralczyk bardzo chętnie wdaje się w niekończące się dywagacje, nie chce analizować własnego życia i podejmowanych decyzji - lepiej mu się funkcjonuje w roli komentatora rzeczywistości i tym razem - nie tej językowej. Przedstawia wydarzenia lub zapamiętane scenki z własnej perspektywy, więc zapewnia czytelnikom swój wizerunek - tyle że zapośredniczony. Nietypowe ujęcie pozwala cieszyć się lekturą nie ze względu na dostęp do danych biograficznych - a z uwagi na te właśnie, pozornie poboczne, komentarze. "Bralczyk o sobie" to książka niezwykła. Niby wpisuje się w nurt wywiadów-rzek zastępujących rzetelne i szczegółowe opracowania życiorysowe, niby stanowi rodzaj autopromocji i sposób dotarcia do fanów - a jednak nie o to w niej chodzi. Znacznie bardziej liczy się tutaj intelektualne spotkanie, możliwość porównania wspomnień lub opinii. I w tym kontekście tytuł zmienia się na bardzo ironiczny - Bralczyk woli mówić o wszystkim, tylko nie o sobie. A przecież czasami zdarzają mu się momenty szczerości, spostrzeżenia, które go dobrze definiują, nawet jeśli nie w pełni pozwalają odtworzyć biografię. Ta rozmowa to coś w sam raz dla czytelników znudzonych schematycznymi wywiadami-rzekami, Bralczyk zaskakuje i rozbawia, a czasami przekonuje też do rozmyślań nad własnymi wyborami. Prezentuje przez pryzmat siebie całkiem spory kawałek obyczajowości. I przyciąga - zwłaszcza kąśliwym humorem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






