Kropka, Warszawa 2026.
Wolność
Skoro jest moda na kapibary, trzeba wykorzystywać kapibary, w każdej możliwej sytuacji. Matthäus Bär wie o tym bardzo dobrze i dlatego zabiera małych czytelników do ogrodu zoologicznego, w którym po godzinach odwiedzin dzieją się prawdziwe przygody. „Kapibary na gigancie” to historia klasyczna w budowie – wypełniona wielkimi dramatami i zaskoczeniami, a także pewną dozą filozoficznej refleksji nad codziennością i ograniczeniami. Bohaterami są trzy sympatyczne gryzonie – Emmy, Tristan i Raul – chociaż w zagrodzie jest więcej kapibar, z czego niektóre potrafią na przykład udawać własne zwłoki, to na tej trójce będzie się skupiać uwaga odbiorców – a to dlatego, że tylko Emmy, Tristan i Raul zastanawiają się, co jest za niezamykaną (jak się okazuje) bramką do ich zagrody. Pierwsze wyjście do wielkiego świata jest tylko obwąchaniem możliwości – ale każde następne już prowadzi do przekraczania kolejnych granic. I kapibary wiedzą doskonale, że nie wolno im zniknąć na stałe: gdyby tak było, ich towarzysze zostaliby zamknięci, a one same prawdopodobnie szybko schwytane. Wolność należy smakować z rozwagą. Oznacza to, że każdej nocy kapibary mogą się wymykać z pomieszczenia, ale przed świtem powinny do niego grzecznie wrócić i udawać, że cały czas tam były. Odpocząć mogą później – przecież nikogo nie zdziwi, że te łagodne gryzonie czas spędzają na leniuchowaniu.
Autor prowadzi historię poszatkowaną przez kolejne wyjścia – i za każdym razem znajduje nowy temat do działania dla kapibar. Raz bohaterowie postanawiają świętować swoje urodziny, to znowu prowadzą handel wymienny, żeby uzyskać to, na czym im zależy, odwiedzają innych mieszkańców zoo i wyjaśniają im, że za klatkami jest wolność – w tej książce nazywana morzem możliwości. I właśnie morze możliwości staje się podstawowym punktem zapalnym. Bo nie wszystkim pasuje, że kapibary odkryły inny świat – niektórym mogą nabruździć w planach i w relacjach. Co prawda wybór głównych przeciwników kapibar to coś, z czym ich fani mogą się nie zgadzać, ale tym ciekawiej wybrzmiewa cała opowieść. „Kapibary na gigancie” to powieść przygodowa o tym, że warto mierzyć się ze swoimi lękami i że warto rozbudzać w sobie ciekawość i zawsze chcieć więcej. Bohaterowie udowadniają to na każdym kroku i sprawiają, że dzieci mogą uwierzyć w siebie i zapragną poznawać świat ze wszystkimi jego niespodziankami. Stawianie czoła niebezpieczeństwom – w tym wymiarze – oznacza faktycznie często prawdziwe zagrożenia. A jednak kapibary odkrywają, co daje im siłę i co pozwala doprowadzić sprawy do końca. Jest to powieść bogato ilustrowana, Anika Voigt pilnuje, żeby te najbardziej malownicze motywy zyskały tu odpowiednią oprawę (chociaż bawi się też bardziej humorystycznymi elementami, bo jedną ze stron zdobią bobki bohaterów). W efekcie tę książę nie tylko czyta się z zainteresowaniem, ale też ogląda z prawdziwą przyjemnością. Kapibary to wdzięczne bohaterki opowieści – nie pierwszy raz pojawiają się w literaturze czwartej i pozostaje mieć nadzieję, że te akurat osobniki jeszcze czegoś w swoim zoo dokonają.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
czwartek, 30 kwietnia 2026
środa, 29 kwietnia 2026
Marek Szymaniak: Młócka. Reportaże o pracy przyszłości
Czarne, Wołowiec 2026.
Robotyzacja
Co z tym postępem? To powód do zmartwień, czy wręcz przeciwnie – szansa na uwolnienie się od najbardziej żmudnych zadań? Marek Szymaniak w tomie „Młócka. Reportaże o pracy przyszłości” tak naprawdę znacznie częściej patrzy w przeszłość i pyta o opinię tych wszystkich, którzy mogli przedtem twierdzić, że sztuczna inteligencja i nowe technologie sprawią, że ich zawody z rynku pracy znikną. Nie ma tu wyjątkowo skomplikowanych i przyszłościowych zawodów – bo trudno za takie uznać pracę influencera – a zagrożenia wypychające z rynku pracowników polegają na zupełnie czymś innym niż zastąpienie ludzi maszynami. W kolejnych rozdziałach autor przygląda się różnym zawodom i zmianom, jakie w życie ich reprezentantów wniosły rozwiązania informatyczne czy techniczne. I tak grupa, która kojarzona była z wolnością i swobodą, zostaje spacyfikowana – przez kolejne czujniki i kontrolery. Z kolei ludzie pracujący fizycznie i narażeni na poważne kontuzje lub wypadki doceniają możliwość zrzucenia najcięższych elementów pracy na roboty. Jedni cieszą się z ulepszeń, jakie przynosi sztuczna inteligencja w codzienności, inni na nie narzekają. „Młócka” pokazuje i szanse, i problemy – a także perspektywy samych zainteresowanych.
Czytelnicy z tej książki będą mogli dowiedzieć się paru rzeczy o dzisiejszym rynku pracy i przekonają się, że niektóre rozwiązania mogą być dla nich wręcz wymarzone. Jeśli tylko nie boją się zmian i potrafią dostosować, skorzystają na nowinkach. Rzeczywistość pokazuje, że nie ma się czego bać: zamiast masowych zwolnień jest więcej czasu wolnego dla siebie i rodziny (przy takich samych zarobkach skrócony tydzień pracy), mniej komplikacji czy zdrowotnych perturbacji, a więcej udogodnień. Przynajmniej w części zawodów. Bo niektórzy – zwłaszcza przedstawiciele branży artystycznej – muszą jasno się określić i zastanowić, jak ma wyglądać ich narzędzie pracy. Chociaż Marek Szymaniak rozmawia z ludźmi i dowiaduje się, jak wygląda rzeczywistość z perspektywy tych bezpośrednio zainteresowanych, nie zadaje pytań dotyczących dalekiej przyszłości – nie zastanawia się nad tym, jakie zmiany społeczne i mentalne może przynieść opieranie się na sztucznej inteligencji czy zawierzenie maszynom. I oczywiście futurystyczne i apokaliptyczne scenariusze istnieją w powieściach – ale teraz rzeczywistość dogania marzenia, a wiąże się jednak z nieuchronnymi zmianami. Tyle że Marek Szymaniak nie jest filozofem i nie zamierza się nad tym pochylać. Wystarcza mu relacjonowanie tego, czego dowiedział się od pracowników. Jedni uczą się błyskawicznie i wykorzystują postęp technologiczny, żeby ułatwić sobie życie, inni zachłysnęli się możliwościami, a dzisiaj zastanawiają się nad ceną takich przemian – dla czytelników będzie to cenna wiadomość, okazja do pochylenia się nad jakością pracy i zawodami przyszłości. Nie warto uciekać przed technologią – ale warto nauczyć się, jak mądrze z niej korzystać. A ponieważ regulacje prawne w tej kwestii są wciąż w powijakach, to dzisiejsze pokolenie będzie je dopiero tworzyć, żeby usprawnić działania następców. „Młócka” to książka bardzo ciekawa – pokazuje bowiem moment przemiany.
Robotyzacja
Co z tym postępem? To powód do zmartwień, czy wręcz przeciwnie – szansa na uwolnienie się od najbardziej żmudnych zadań? Marek Szymaniak w tomie „Młócka. Reportaże o pracy przyszłości” tak naprawdę znacznie częściej patrzy w przeszłość i pyta o opinię tych wszystkich, którzy mogli przedtem twierdzić, że sztuczna inteligencja i nowe technologie sprawią, że ich zawody z rynku pracy znikną. Nie ma tu wyjątkowo skomplikowanych i przyszłościowych zawodów – bo trudno za takie uznać pracę influencera – a zagrożenia wypychające z rynku pracowników polegają na zupełnie czymś innym niż zastąpienie ludzi maszynami. W kolejnych rozdziałach autor przygląda się różnym zawodom i zmianom, jakie w życie ich reprezentantów wniosły rozwiązania informatyczne czy techniczne. I tak grupa, która kojarzona była z wolnością i swobodą, zostaje spacyfikowana – przez kolejne czujniki i kontrolery. Z kolei ludzie pracujący fizycznie i narażeni na poważne kontuzje lub wypadki doceniają możliwość zrzucenia najcięższych elementów pracy na roboty. Jedni cieszą się z ulepszeń, jakie przynosi sztuczna inteligencja w codzienności, inni na nie narzekają. „Młócka” pokazuje i szanse, i problemy – a także perspektywy samych zainteresowanych.
Czytelnicy z tej książki będą mogli dowiedzieć się paru rzeczy o dzisiejszym rynku pracy i przekonają się, że niektóre rozwiązania mogą być dla nich wręcz wymarzone. Jeśli tylko nie boją się zmian i potrafią dostosować, skorzystają na nowinkach. Rzeczywistość pokazuje, że nie ma się czego bać: zamiast masowych zwolnień jest więcej czasu wolnego dla siebie i rodziny (przy takich samych zarobkach skrócony tydzień pracy), mniej komplikacji czy zdrowotnych perturbacji, a więcej udogodnień. Przynajmniej w części zawodów. Bo niektórzy – zwłaszcza przedstawiciele branży artystycznej – muszą jasno się określić i zastanowić, jak ma wyglądać ich narzędzie pracy. Chociaż Marek Szymaniak rozmawia z ludźmi i dowiaduje się, jak wygląda rzeczywistość z perspektywy tych bezpośrednio zainteresowanych, nie zadaje pytań dotyczących dalekiej przyszłości – nie zastanawia się nad tym, jakie zmiany społeczne i mentalne może przynieść opieranie się na sztucznej inteligencji czy zawierzenie maszynom. I oczywiście futurystyczne i apokaliptyczne scenariusze istnieją w powieściach – ale teraz rzeczywistość dogania marzenia, a wiąże się jednak z nieuchronnymi zmianami. Tyle że Marek Szymaniak nie jest filozofem i nie zamierza się nad tym pochylać. Wystarcza mu relacjonowanie tego, czego dowiedział się od pracowników. Jedni uczą się błyskawicznie i wykorzystują postęp technologiczny, żeby ułatwić sobie życie, inni zachłysnęli się możliwościami, a dzisiaj zastanawiają się nad ceną takich przemian – dla czytelników będzie to cenna wiadomość, okazja do pochylenia się nad jakością pracy i zawodami przyszłości. Nie warto uciekać przed technologią – ale warto nauczyć się, jak mądrze z niej korzystać. A ponieważ regulacje prawne w tej kwestii są wciąż w powijakach, to dzisiejsze pokolenie będzie je dopiero tworzyć, żeby usprawnić działania następców. „Młócka” to książka bardzo ciekawa – pokazuje bowiem moment przemiany.
wtorek, 28 kwietnia 2026
Kathrin Tordasi: Jeżynowy lis. Tajemnica Krańca Świata
Kropka, Warszawa 2026.
Cienie
W zasadzie po co tworzyć nowe historie fantasy, skoro przeszłość jest pełna legend i wierzeń, które idealnie nadadzą się do wypełnienia ludzkiej ciekawości? Kathrin Tordasi jest zafascynowana walijskimi opowieściami ludowymi i na ich kanwie snuje własne historie, sięgając czasem po bohaterów, którzy w zbiorowej świadomości mają swoje stałe miejsce – lub powracają tylko po to, żeby zasygnalizować istnienie niewytłumaczalnego w świecie fantazji. „Jeżynowy lis. Tajemnica Krańca Świata” to powieść, w której – jak często w tym gatunku – trzeba przemierzać drogę i ścierać się z wrogami pozornie nieistotnymi, bo ze świata magii, a jednocześnie – poznawać siebie. Tu nawet wstęp wypada klasycznie: Portia to dziewczynka, której wakacyjne plany musiały ulec zmianie. Ben – chłopiec, który zostaje zmuszony do dotrzymywania towarzystwa nowo przybyłej. I tyle – to wystarcza, bo nie ma w okolicy rówieśników Portii, a tajemnica z początku szybko scementuje znajomość.
Wszystko zaczyna się od Jeżynowego lisa, od przybysza, który zwraca na siebie uwagę Portii i w nocy przybywa po coś, co dziewczynka może pomóc mu zdobyć. Jeżynowy lis nie zamierza zastanawiać się nad konsekwencjami – on ma do wypełnienia pewną misję. A ponieważ Portia jest tu nowa, nie do końca zdaje sobie sprawę, że nie powinna ślepo ufać zwierzęciu, zwłaszcza jeśli to zwierzę jest magiczne i piękne. Jeżynowy lis nie zawsze jest lisem. Ale nie ostrzega przed tym, co stanie się, kiedy dziewczynka zostawi otwartą furtkę do świata cieni. I to moment, który zmienia wszystko. Oczywiście realny świat przestaje się wtedy liczyć – Portia nie po to trafia pod opiekę ciotek, żeby musiała przejmować się opinią mamy na temat nocnych eskapad i narażania się na niebezpieczeństwa, Ben ma dobre serce, więc nie jest w stanie zostawić bez pomocy kogoś, kto cierpi. A już odkrycie bramy do świata magii staje się dla obojga zrealizowaniem najpiękniejszych snów. I – jak to zwykle w powieściach fantasy bywa – także drogą do najpoważniejszego zagrożenia.
Kathrin Tordasi pisze książkę, w której można się rozsmakować. Powoli otwiera przed odbiorcami wstęp do krainy, która nie będzie gościnna – chce, żeby dzieci przyzwyczaiły się do kolejnych wyzwań i pułapek, a później już po prostu musiały się mierzyć z niebezpieczeństwami i wyzwaniami – tu cała misja staje się odpowiedzią na pierwszy, nieprzemyślany, ale płynący z nieświadomości uczynek. Portia nie wie jeszcze, że jej wakacje zamienią się w największą przygodę, klasyczną w duchu, wypełnioną kolejnymi pułapkami i potyczkami. W świecie magii ochrona małych bohaterów niekoniecznie będzie przez kogokolwiek realizowana – kto tu wkroczył, najwyraźniej jest odpowiednio sprytny, żeby poradzić sobie z komplikacjami. I Kathrin Tordasi na klasycznym szkielecie wznosi swoją opowieść, mocno inspirowaną walijskimi klimatami – tu liczy się atmosfera w połączeniu z zestawem brawurowych wydarzeń. To dobrze zrealizowana powieść, w której wciąż wydaje się, że autorka porusza się po utartych szlakach – żeby za moment zaskakiwać odkrywczością i pomysłami.
Cienie
W zasadzie po co tworzyć nowe historie fantasy, skoro przeszłość jest pełna legend i wierzeń, które idealnie nadadzą się do wypełnienia ludzkiej ciekawości? Kathrin Tordasi jest zafascynowana walijskimi opowieściami ludowymi i na ich kanwie snuje własne historie, sięgając czasem po bohaterów, którzy w zbiorowej świadomości mają swoje stałe miejsce – lub powracają tylko po to, żeby zasygnalizować istnienie niewytłumaczalnego w świecie fantazji. „Jeżynowy lis. Tajemnica Krańca Świata” to powieść, w której – jak często w tym gatunku – trzeba przemierzać drogę i ścierać się z wrogami pozornie nieistotnymi, bo ze świata magii, a jednocześnie – poznawać siebie. Tu nawet wstęp wypada klasycznie: Portia to dziewczynka, której wakacyjne plany musiały ulec zmianie. Ben – chłopiec, który zostaje zmuszony do dotrzymywania towarzystwa nowo przybyłej. I tyle – to wystarcza, bo nie ma w okolicy rówieśników Portii, a tajemnica z początku szybko scementuje znajomość.
Wszystko zaczyna się od Jeżynowego lisa, od przybysza, który zwraca na siebie uwagę Portii i w nocy przybywa po coś, co dziewczynka może pomóc mu zdobyć. Jeżynowy lis nie zamierza zastanawiać się nad konsekwencjami – on ma do wypełnienia pewną misję. A ponieważ Portia jest tu nowa, nie do końca zdaje sobie sprawę, że nie powinna ślepo ufać zwierzęciu, zwłaszcza jeśli to zwierzę jest magiczne i piękne. Jeżynowy lis nie zawsze jest lisem. Ale nie ostrzega przed tym, co stanie się, kiedy dziewczynka zostawi otwartą furtkę do świata cieni. I to moment, który zmienia wszystko. Oczywiście realny świat przestaje się wtedy liczyć – Portia nie po to trafia pod opiekę ciotek, żeby musiała przejmować się opinią mamy na temat nocnych eskapad i narażania się na niebezpieczeństwa, Ben ma dobre serce, więc nie jest w stanie zostawić bez pomocy kogoś, kto cierpi. A już odkrycie bramy do świata magii staje się dla obojga zrealizowaniem najpiękniejszych snów. I – jak to zwykle w powieściach fantasy bywa – także drogą do najpoważniejszego zagrożenia.
Kathrin Tordasi pisze książkę, w której można się rozsmakować. Powoli otwiera przed odbiorcami wstęp do krainy, która nie będzie gościnna – chce, żeby dzieci przyzwyczaiły się do kolejnych wyzwań i pułapek, a później już po prostu musiały się mierzyć z niebezpieczeństwami i wyzwaniami – tu cała misja staje się odpowiedzią na pierwszy, nieprzemyślany, ale płynący z nieświadomości uczynek. Portia nie wie jeszcze, że jej wakacje zamienią się w największą przygodę, klasyczną w duchu, wypełnioną kolejnymi pułapkami i potyczkami. W świecie magii ochrona małych bohaterów niekoniecznie będzie przez kogokolwiek realizowana – kto tu wkroczył, najwyraźniej jest odpowiednio sprytny, żeby poradzić sobie z komplikacjami. I Kathrin Tordasi na klasycznym szkielecie wznosi swoją opowieść, mocno inspirowaną walijskimi klimatami – tu liczy się atmosfera w połączeniu z zestawem brawurowych wydarzeń. To dobrze zrealizowana powieść, w której wciąż wydaje się, że autorka porusza się po utartych szlakach – żeby za moment zaskakiwać odkrywczością i pomysłami.
poniedziałek, 27 kwietnia 2026
Robert Konecki, Mateusz Kowalski, rozmawia Szymon Żyśko: Nowa męskość. Intymne rozmowy o tym, czego potrzebują mężczyźni
Mando, Kraków 2026.
Spotkanie
Chociaż ta książka z pewnością wymagała od autorów całkiem sporego emocjonalnego wkładu, czytelnikom będzie się wydawać, że napisała się sama, podczas jednego weekendowego wypadu. Robert Konecki i Mateusz Kowalski to twórcy podkastu Tutaj Podcast – ich właśnie na wywnętrzanie się na temat mężczyzny dzisiaj zaprasza Szymon Żyśko. Trzej panowie jadą na odludzie, tak, żeby nic ich nie rozpraszało. Wynajmują chatkę na uboczu – to zachęca do pochylenia się nad rolą mężczyzny w obecnym świecie i nad konsekwencjami przemian społecznych i obyczajowych. Czytelnicy o kontekście rozmów dowiedzą się ze wstępów – Żyśko za każdym razem ochoczo dzieli się przemyśleniami na temat otoczki dialogów, zupełnie jakby część wyznań nie mogła zaistnieć bez takiej wiedzy przekazanej odbiorcom. Rozmowy mają swój szkielet, chociaż czytelnicy się o nim akurat nie dowiedzą – Szymon Żyśko moderuje tę rozmowę, ale czasami pozwala na swobodną wymianę myśli lub monolog w miejsce, które mogłoby jeszcze zostać skomentowane. Sam uczestniczy w rozmowie – dokłada własne obserwacje – czytelnikom w ten sposób daje sygnał, że książka ma otworzyć na dialog. „Nowa męskość. Intymne rozmowy o tym, czego potrzebują mężczyźni” to próba scharakteryzowania płci przez pryzmat kulturowych naleciałości oraz stereotypów – i opowieść uwzględniająca różne punkty widzenia czy wybory życiowe. Nie ma tu typowych ról – tradycyjnie przypisywanych mężczyznom. Istnieje tylko zestaw wyznań – a może autokreacji?
Kiedy rozmówcy wypowiadają się na tematy bliskie im samym, trudno oprzeć się wrażeniu, że próbują automatycznie znaleźć uzasadnienie dla takich treści – zupełnie niepotrzebnie, bo przecież nikt ich nie osądza ani nikt nie daje im odczuć, że to, co wygłaszają, nie należy do zbyt popularnych postaw. Mogą być sobą, a jednak momentami uciekają przed oceną. Pewnym problemem staje się tu jednostronność sądów: dwaj twórcy podkastu mają już wypracowane porozumienie, z kolei moderator tej rozmowy chce, żeby wszyscy czuli się w niej wygodnie, przynajmniej przez dłuższy czas – nikt nie przedstawi kontrowersyjnej opinii, nikt nie przywoła innego obrazu świata, zupełnie jakby istniała tylko jedna, ugładzona wersja. I w tym czegoś odbiorcom może brakować – bo nie ma inspiracji płynącej z różnicy poglądów, nie ma starć ani szukania siebie w tym wszystkim. Autorzy książki nie chcą budować kolejnych stereotypów – wydaje się, że wręcz boją się zaszufladkowania, stąd swoiste rozmycie w ocenach. Świat w ich ujęciu może być dla czytelników atrakcyjny – pytanie tylko, czy będzie prawdziwy.
O tym, co znaczy być mężczyzną dzisiaj, dyskutują trzej faceci, którzy nie muszą sobie udowadniać własnej męskości i którzy w przeszłości mieli różne doświadczenia życiowe prowadzące ich do obecnego stanu. Brak stereotypów, które w przewrotny sposób porządkowałyby ich opowieść, oznacza automatycznie rozproszenie wątków, ślizganie się po powierzchni bardzo wielu tematów. I o ile jest to zjawisko częste w przypadku rozmów popularyzatorskich z psychologami, o tyle rzadko spotyka się to rozwiązanie w przypadku zwykłych ludzi: niekoniecznie zbyt szeroko rozpoznawanych.
Spotkanie
Chociaż ta książka z pewnością wymagała od autorów całkiem sporego emocjonalnego wkładu, czytelnikom będzie się wydawać, że napisała się sama, podczas jednego weekendowego wypadu. Robert Konecki i Mateusz Kowalski to twórcy podkastu Tutaj Podcast – ich właśnie na wywnętrzanie się na temat mężczyzny dzisiaj zaprasza Szymon Żyśko. Trzej panowie jadą na odludzie, tak, żeby nic ich nie rozpraszało. Wynajmują chatkę na uboczu – to zachęca do pochylenia się nad rolą mężczyzny w obecnym świecie i nad konsekwencjami przemian społecznych i obyczajowych. Czytelnicy o kontekście rozmów dowiedzą się ze wstępów – Żyśko za każdym razem ochoczo dzieli się przemyśleniami na temat otoczki dialogów, zupełnie jakby część wyznań nie mogła zaistnieć bez takiej wiedzy przekazanej odbiorcom. Rozmowy mają swój szkielet, chociaż czytelnicy się o nim akurat nie dowiedzą – Szymon Żyśko moderuje tę rozmowę, ale czasami pozwala na swobodną wymianę myśli lub monolog w miejsce, które mogłoby jeszcze zostać skomentowane. Sam uczestniczy w rozmowie – dokłada własne obserwacje – czytelnikom w ten sposób daje sygnał, że książka ma otworzyć na dialog. „Nowa męskość. Intymne rozmowy o tym, czego potrzebują mężczyźni” to próba scharakteryzowania płci przez pryzmat kulturowych naleciałości oraz stereotypów – i opowieść uwzględniająca różne punkty widzenia czy wybory życiowe. Nie ma tu typowych ról – tradycyjnie przypisywanych mężczyznom. Istnieje tylko zestaw wyznań – a może autokreacji?
Kiedy rozmówcy wypowiadają się na tematy bliskie im samym, trudno oprzeć się wrażeniu, że próbują automatycznie znaleźć uzasadnienie dla takich treści – zupełnie niepotrzebnie, bo przecież nikt ich nie osądza ani nikt nie daje im odczuć, że to, co wygłaszają, nie należy do zbyt popularnych postaw. Mogą być sobą, a jednak momentami uciekają przed oceną. Pewnym problemem staje się tu jednostronność sądów: dwaj twórcy podkastu mają już wypracowane porozumienie, z kolei moderator tej rozmowy chce, żeby wszyscy czuli się w niej wygodnie, przynajmniej przez dłuższy czas – nikt nie przedstawi kontrowersyjnej opinii, nikt nie przywoła innego obrazu świata, zupełnie jakby istniała tylko jedna, ugładzona wersja. I w tym czegoś odbiorcom może brakować – bo nie ma inspiracji płynącej z różnicy poglądów, nie ma starć ani szukania siebie w tym wszystkim. Autorzy książki nie chcą budować kolejnych stereotypów – wydaje się, że wręcz boją się zaszufladkowania, stąd swoiste rozmycie w ocenach. Świat w ich ujęciu może być dla czytelników atrakcyjny – pytanie tylko, czy będzie prawdziwy.
O tym, co znaczy być mężczyzną dzisiaj, dyskutują trzej faceci, którzy nie muszą sobie udowadniać własnej męskości i którzy w przeszłości mieli różne doświadczenia życiowe prowadzące ich do obecnego stanu. Brak stereotypów, które w przewrotny sposób porządkowałyby ich opowieść, oznacza automatycznie rozproszenie wątków, ślizganie się po powierzchni bardzo wielu tematów. I o ile jest to zjawisko częste w przypadku rozmów popularyzatorskich z psychologami, o tyle rzadko spotyka się to rozwiązanie w przypadku zwykłych ludzi: niekoniecznie zbyt szeroko rozpoznawanych.
niedziela, 26 kwietnia 2026
Arttu Unkari: Tataman i eksplodująca kupa
Kropka, Warszawa 2026.
Sedesowe śledztwo
Pani minister edukacji wylatuje w kosmos. Sytuacja jest o tyle niezręczna, że wylatuje podczas wizyty w toalecie, a dokładniej – podczas siedzenia na sedesie. Nikt się nią specjalnie nie przejmuje, bo też kolejne wydarzenia przyćmiewają jej przygodę. Ale wszystko zaczyna się właśnie w takim, mało reprezentacyjnym miejscu i wokół takiego miejsca będzie oscylować przez całą książkę, bo ataki okołoterrorystyczne będą koncentrowały się właśnie na zawartości sedesów. Skatologiczny humor to to, czym Arttu Unkari chętnie się posługuje – świadomy tego, co w literaturze czwartej na pewno się sprawdzi. I fakt, nie przełamuje w ten sposób już żadnych granic – to wszystko było, liczy się zatem jego pomysł na wartką akcję i na kreacje bohaterów. Proponuje małym czytelnikom książkę w założeniu śmieszną i bazującą z jednej strony na fekalnych skojarzeniach, a z drugiej – na nawiązaniach do powieści detektywistycznych. Przy okazji dzieci, które do tej pory nie znały słowa „balasek”, będą miały sporo okazji do utrwalenia go sobie. Niezależnie od kontekstu – Unkari wykorzystuje motyw, który od zawsze funkcjonuje w powieściach detektywistycznych: ci, którzy powinni być odpowiedzialni za śledztwo, kompletnie sobie z nim nie radzą i trzeba wsparcia ze strony amatorów, którzy błyskawicznie powiążą fakty i odpowiedzą na ważne pytania. Tutaj konkurencja jest poważna, bo głównym detektywem powinien być Tataman, czyli superbohater, tata Olgi – tymczasem to Olga ma większe szanse na dotarcie do prawdy. Olga nie waha się przed przeciwstawieniem tacie – za nic ma jego renomę i jego starania. Wie doskonale, że musi wziąć sprawę w swoje ręce, jeśli chce zwycięstwa – czyli ocalenia między innymi wszystkich dzieciaków ze szkolnej stołówki.
Akcja rozgrywa się dość szybko i przez cały czas jest próbą odpowiedzi na pytanie, kto stoi za zamachami – skąd eksplodująca kupa i gdzie uderzy kolejny atak. Wszystko jest podporządkowane śmiechowi – chodzi o to, żeby rozbawiać małych odbiorców i żeby przekonywać ich do czytania dla rozrywki, nie ma tu wymówek – akcja jest na tyle „bulwersująca” z perspektywy potencjalnych dorosłych malkontentów, że aż się prosi o lekturę. Zresztą w tomiku „Tataman i eksplodująca kupa” nie zabraknie niespodzianki w postaci zgryźliwej komentatorki – sfrustrowana staruszka pojawia się co pewien czas i wtrąca swoje trzy grosze do narracji, ocenia (przeważnie negatywnie) i wyraża wzburzenie w związku z prezentowanymi treściami. To wyprzedzenie ewentualnych zarzutów krytyków – chociaż dzisiaj raczej nikt nie powinien czuć się zdumiony ani urażony takimi treściami – to normalny sposób na przyciąganie dzieci do lektury. Ilustracjami zajmuje się tu Kai Vaalio – i są one mocno komiksowe i młodzieżowe w duchu, przerysowane i humorystyczne, trochę przypominają zbuntowane komiksy z końcówki XX wieku, bardzo pasują do „wywrotowych” pozornie treści. Jest to książka z gatunku tych, które dorosłych zniechęcą, ale dzieci mogą przekonać do czytania – zwłaszcza że nie ma tu żadnych pouczających zagadnień.
Sedesowe śledztwo
Pani minister edukacji wylatuje w kosmos. Sytuacja jest o tyle niezręczna, że wylatuje podczas wizyty w toalecie, a dokładniej – podczas siedzenia na sedesie. Nikt się nią specjalnie nie przejmuje, bo też kolejne wydarzenia przyćmiewają jej przygodę. Ale wszystko zaczyna się właśnie w takim, mało reprezentacyjnym miejscu i wokół takiego miejsca będzie oscylować przez całą książkę, bo ataki okołoterrorystyczne będą koncentrowały się właśnie na zawartości sedesów. Skatologiczny humor to to, czym Arttu Unkari chętnie się posługuje – świadomy tego, co w literaturze czwartej na pewno się sprawdzi. I fakt, nie przełamuje w ten sposób już żadnych granic – to wszystko było, liczy się zatem jego pomysł na wartką akcję i na kreacje bohaterów. Proponuje małym czytelnikom książkę w założeniu śmieszną i bazującą z jednej strony na fekalnych skojarzeniach, a z drugiej – na nawiązaniach do powieści detektywistycznych. Przy okazji dzieci, które do tej pory nie znały słowa „balasek”, będą miały sporo okazji do utrwalenia go sobie. Niezależnie od kontekstu – Unkari wykorzystuje motyw, który od zawsze funkcjonuje w powieściach detektywistycznych: ci, którzy powinni być odpowiedzialni za śledztwo, kompletnie sobie z nim nie radzą i trzeba wsparcia ze strony amatorów, którzy błyskawicznie powiążą fakty i odpowiedzą na ważne pytania. Tutaj konkurencja jest poważna, bo głównym detektywem powinien być Tataman, czyli superbohater, tata Olgi – tymczasem to Olga ma większe szanse na dotarcie do prawdy. Olga nie waha się przed przeciwstawieniem tacie – za nic ma jego renomę i jego starania. Wie doskonale, że musi wziąć sprawę w swoje ręce, jeśli chce zwycięstwa – czyli ocalenia między innymi wszystkich dzieciaków ze szkolnej stołówki.
Akcja rozgrywa się dość szybko i przez cały czas jest próbą odpowiedzi na pytanie, kto stoi za zamachami – skąd eksplodująca kupa i gdzie uderzy kolejny atak. Wszystko jest podporządkowane śmiechowi – chodzi o to, żeby rozbawiać małych odbiorców i żeby przekonywać ich do czytania dla rozrywki, nie ma tu wymówek – akcja jest na tyle „bulwersująca” z perspektywy potencjalnych dorosłych malkontentów, że aż się prosi o lekturę. Zresztą w tomiku „Tataman i eksplodująca kupa” nie zabraknie niespodzianki w postaci zgryźliwej komentatorki – sfrustrowana staruszka pojawia się co pewien czas i wtrąca swoje trzy grosze do narracji, ocenia (przeważnie negatywnie) i wyraża wzburzenie w związku z prezentowanymi treściami. To wyprzedzenie ewentualnych zarzutów krytyków – chociaż dzisiaj raczej nikt nie powinien czuć się zdumiony ani urażony takimi treściami – to normalny sposób na przyciąganie dzieci do lektury. Ilustracjami zajmuje się tu Kai Vaalio – i są one mocno komiksowe i młodzieżowe w duchu, przerysowane i humorystyczne, trochę przypominają zbuntowane komiksy z końcówki XX wieku, bardzo pasują do „wywrotowych” pozornie treści. Jest to książka z gatunku tych, które dorosłych zniechęcą, ale dzieci mogą przekonać do czytania – zwłaszcza że nie ma tu żadnych pouczających zagadnień.
sobota, 25 kwietnia 2026
Lars Saabye Christensen: Beatlesi
Marginesy, Warszawa 2026.
Muzyka
Ta powieść jest już klasyką – i bardzo mocno wybrzmiewa jej inność, to znaczy nawiązanie do prawdziwości lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku. Lars Saabye Christensen przygląda się dorastaniu i wchodzeniu w dorosłość czterech chłopaków z Oslo. Nastolatki są oczywiście wpatrzone w Beatlesów – nawet początkowo nadają sobie pseudonimy od członków zespołu, a w planach na przyszłość mają też założenie bandu muzycznego. Muszą tylko uprosić rodziców o niezbędne instrumenty i o możliwość zapuszczania włosów. Świat z tomu „Beatlesi” mocno różni się od tego, co znają dzisiejsi czytelnicy – więc jeśli ktoś ma ochotę na sprawdzenie, jak wyglądała codzienność drugiej połowy XX wieku, może potraktować tę książkę jak przewodnik.
To Kim prowadzi historię, to z jego perspektywy czytelnicy obserwują perypetie nastolatków w Bildungsroman. Każde wydarzenie urasta tu do rangi wielkiego tematu, każdy rozdział nawiązuje do jakiegoś albumu lub utworu Beatlesów – to sprawia, że tę książkę wręcz słychać, jej rytm daje się poczuć. Czytelnicy, którzy tak jak bohaterowie są fanami Wielkiej Czwórki mogą poczuć się usatysfakcjonowani – doświadczenia pokoleniowe, które ukształtowały bohaterów, są bowiem przejrzyste i przekonujące. Dla odbiorców będzie to prawdziwie mocne przeżycie – zetknięcie się ze światem, który pamiętają, a który odszedł już do lamusa. I tak autor zajmuje się przedstawianiem pierwszych miłości i pierwszych rozczarowań, kształtowania się systemów wartości, wiary lub sceptycyzmu w tej kwestii. Bohaterowie jeszcze od czasu do czasu dają się wciągnąć w szkolne perypetie i w rozmaite mniej lub bardziej poważne niesnaski. Do tego – nie brakuje wśród ich rówieśników bezsensownych ryzykantów. A to oznacza, że nasi bohaterowie przekonają się niekoniecznie na własnej skórze, czym grozi nieprzestrzeganie zasad wprowadzonych przez starsze pokolenie. Są tu ludzie, którzy prawie doprowadzili do autodestrukcji, są tacy, którzy zaskakują decyzjami – kompletnie pozbawieni wyobraźni i niemyślący o konsekwencjach. Widać tu też nietypowy dla dzisiejszych czasów zestaw relacji dzieci – rodzice – kompletnie inny system wychowawczy i zbiór wyzwań. „Beatlesi” to książka, która dzisiaj wyjątkowo trafnie portretuje dawne czasy i poprzednie pokolenia – zupełnie na marginesie, bo przecież chodzi tu o prezentowanie wkraczania w dorosłość (na początku rzeczywistość nie ma zbyt wielkiego znaczenia, ale z czasem pojawia się coraz więcej odniesień do świata spoza zamkniętej przestrzeni bohaterów), a nie o rejestrowanie efemerycznych przejawów realizmu lat 60. I 70. Chociaż powieść sprawia wrażenie monumentalnej, jest spora jak na dzisiejsze standardy, to i tak napisana została bardzo lekko, więc lektura przebiegać będzie dość szybko. Co więcej, Christensen wyborem tematów i sposobem ich realizowania sprawia wrażenie, jakby wszystkie wydarzenia były czytelnikom doskonale znane i naturalnie płynęły z pierwszych obserwacji i zjawisk. I to może zaskakiwać najbardziej – chociaż autor faktycznie zbiera wydarzenia jednostkowe i niepopularne, to jednak przez sposób ich prezentacji daje czytelnikom przekonanie, że uczestniczą w czymś świetnie sobie znanym. To przekonująca historia wypełniona detalami – i te detale jednocześnie przyciągają do świata bohaterów i czynią go najbardziej prawdziwym, a ponadto tworzą niepowtarzalny koloryt lokalny.
Muzyka
Ta powieść jest już klasyką – i bardzo mocno wybrzmiewa jej inność, to znaczy nawiązanie do prawdziwości lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku. Lars Saabye Christensen przygląda się dorastaniu i wchodzeniu w dorosłość czterech chłopaków z Oslo. Nastolatki są oczywiście wpatrzone w Beatlesów – nawet początkowo nadają sobie pseudonimy od członków zespołu, a w planach na przyszłość mają też założenie bandu muzycznego. Muszą tylko uprosić rodziców o niezbędne instrumenty i o możliwość zapuszczania włosów. Świat z tomu „Beatlesi” mocno różni się od tego, co znają dzisiejsi czytelnicy – więc jeśli ktoś ma ochotę na sprawdzenie, jak wyglądała codzienność drugiej połowy XX wieku, może potraktować tę książkę jak przewodnik.
To Kim prowadzi historię, to z jego perspektywy czytelnicy obserwują perypetie nastolatków w Bildungsroman. Każde wydarzenie urasta tu do rangi wielkiego tematu, każdy rozdział nawiązuje do jakiegoś albumu lub utworu Beatlesów – to sprawia, że tę książkę wręcz słychać, jej rytm daje się poczuć. Czytelnicy, którzy tak jak bohaterowie są fanami Wielkiej Czwórki mogą poczuć się usatysfakcjonowani – doświadczenia pokoleniowe, które ukształtowały bohaterów, są bowiem przejrzyste i przekonujące. Dla odbiorców będzie to prawdziwie mocne przeżycie – zetknięcie się ze światem, który pamiętają, a który odszedł już do lamusa. I tak autor zajmuje się przedstawianiem pierwszych miłości i pierwszych rozczarowań, kształtowania się systemów wartości, wiary lub sceptycyzmu w tej kwestii. Bohaterowie jeszcze od czasu do czasu dają się wciągnąć w szkolne perypetie i w rozmaite mniej lub bardziej poważne niesnaski. Do tego – nie brakuje wśród ich rówieśników bezsensownych ryzykantów. A to oznacza, że nasi bohaterowie przekonają się niekoniecznie na własnej skórze, czym grozi nieprzestrzeganie zasad wprowadzonych przez starsze pokolenie. Są tu ludzie, którzy prawie doprowadzili do autodestrukcji, są tacy, którzy zaskakują decyzjami – kompletnie pozbawieni wyobraźni i niemyślący o konsekwencjach. Widać tu też nietypowy dla dzisiejszych czasów zestaw relacji dzieci – rodzice – kompletnie inny system wychowawczy i zbiór wyzwań. „Beatlesi” to książka, która dzisiaj wyjątkowo trafnie portretuje dawne czasy i poprzednie pokolenia – zupełnie na marginesie, bo przecież chodzi tu o prezentowanie wkraczania w dorosłość (na początku rzeczywistość nie ma zbyt wielkiego znaczenia, ale z czasem pojawia się coraz więcej odniesień do świata spoza zamkniętej przestrzeni bohaterów), a nie o rejestrowanie efemerycznych przejawów realizmu lat 60. I 70. Chociaż powieść sprawia wrażenie monumentalnej, jest spora jak na dzisiejsze standardy, to i tak napisana została bardzo lekko, więc lektura przebiegać będzie dość szybko. Co więcej, Christensen wyborem tematów i sposobem ich realizowania sprawia wrażenie, jakby wszystkie wydarzenia były czytelnikom doskonale znane i naturalnie płynęły z pierwszych obserwacji i zjawisk. I to może zaskakiwać najbardziej – chociaż autor faktycznie zbiera wydarzenia jednostkowe i niepopularne, to jednak przez sposób ich prezentacji daje czytelnikom przekonanie, że uczestniczą w czymś świetnie sobie znanym. To przekonująca historia wypełniona detalami – i te detale jednocześnie przyciągają do świata bohaterów i czynią go najbardziej prawdziwym, a ponadto tworzą niepowtarzalny koloryt lokalny.
piątek, 24 kwietnia 2026
Paulina Nachman: Najbardziej zakręcone labirynty
Nasza Księgarnia, Warszawa 2026
Drogi
Paulina Nachman dołącza do autorów łamigłówek opartych na labiryntach – jej „Najbardziej zakręcone labirynty” to książka, która dostarcza dzieciom rozrywki i zachęca je do trenowania małej motoryki (przez wyznaczanie tras) oraz uważności (przez śledzenie kolejnych torów). Przygotowuje autorka mnóstwo zagadek i zadań, w których bohaterów poznaje się tylko na jeden raz – i tylko po to, żeby pomóc im przejść trudną drogę bezpiecznie do celu. Niczego więcej nie potrzeba – wystarczy wiedzieć, jak funkcjonują labirynty i jak się to rozwiązuje. Autorka bawi się kształtami – proponuje labirynty wpisane w okrąg albo takie prostokątne, dopasowane wielkością do strony, więc spore z perspektywy najmłodszych. Czasami stawia na nieforemne kształty, a czasami w ogóle rezygnuje z granic i udaje, że odbiorcy zostali wtrąceni po prostu w jeden z fragmentów mocno rozbudowanego świata. Niektóre labirynty będą wykorzystywały naturę – kluczenie między drzewami albo meandrowanie razem z rzeką to wyzwanie dla dzieci. Autorki nic nie ogranicza, co oznacza, że raz wyśle odbiorców w kosmos, raz zmusi ich do przechodzenia między kaktusami, a raz – między śpiącymi meduzami i wielorybami. Bawi się doskonale i sprawia, że do labiryntów bez trudu przekonają się najmłodsi. Gdyby mieli jakiekolwiek wątpliwości, mogą sprawdzić rozwiązania na końcu książki – ale znacznie lepiej będzie próbować do skutku i przechodzić kolejne trasy samodzielnie. To rozwija nie tylko umiejętności, ale też wyobraźnię. Paulina Nachman wie doskonale, że w labiryntach nie trzeba nic więcej niż zaznaczenie startu i mety, ale decyduje się od czasu do czasu na dodawanie krótkich jednozdaniowych komentarzy – poleceń albo przestróg po to, żeby dzieci zorientowały się, jakie w danym labiryncie są zagrożenia, albo kto potrzebuje pomocy (i jakiego rodzaju).
Kolejne obrazki są tu bardzo przyjemne – mnóstwo zwierząt, mnóstwo schodów i drabin, ale też wyzwania rodem z wyobraźni, umożliwiające wręcz tworzenie własnych historii na bazie stworzonych mapek. Dla dzieci będzie to okazja do wymyślania bajek – i ruszania na pomoc ich bohaterom. „Najbardziej zakręcone labirynty” to książka, która wcale nie ma być oryginalna – wykorzystuje modę na klasyczną rozrywkę – ale może stać się popisem twórczym autorki i próbą zachęcenia dzieci do sięgania po zabawy z dala od komputera. Jest tu całe mnóstwo propozycji i każdy znajdzie odpowiednie dla siebie wyzwania, tak, żeby się nie znudzić i nie zmęczyć, a dobrze bawić. Labirynty to zabawa ponadczasowa i lubiana przez wielkie grono maluchów – w związku z tym ta książka na rynku bez trudu znajdzie swoje miejsce. Dzieci przekonają się błyskawicznie, że warto zaufać tej autorce i bawić się w kolejnych korytarzach i schematach. Jest tu bardzo kolorowo i przyjemnie dla oka, ilustracje zostały wykonane tak, żeby nie odciągać uwagi od samych zadań, ale też żeby można je było podziwiać.
Drogi
Paulina Nachman dołącza do autorów łamigłówek opartych na labiryntach – jej „Najbardziej zakręcone labirynty” to książka, która dostarcza dzieciom rozrywki i zachęca je do trenowania małej motoryki (przez wyznaczanie tras) oraz uważności (przez śledzenie kolejnych torów). Przygotowuje autorka mnóstwo zagadek i zadań, w których bohaterów poznaje się tylko na jeden raz – i tylko po to, żeby pomóc im przejść trudną drogę bezpiecznie do celu. Niczego więcej nie potrzeba – wystarczy wiedzieć, jak funkcjonują labirynty i jak się to rozwiązuje. Autorka bawi się kształtami – proponuje labirynty wpisane w okrąg albo takie prostokątne, dopasowane wielkością do strony, więc spore z perspektywy najmłodszych. Czasami stawia na nieforemne kształty, a czasami w ogóle rezygnuje z granic i udaje, że odbiorcy zostali wtrąceni po prostu w jeden z fragmentów mocno rozbudowanego świata. Niektóre labirynty będą wykorzystywały naturę – kluczenie między drzewami albo meandrowanie razem z rzeką to wyzwanie dla dzieci. Autorki nic nie ogranicza, co oznacza, że raz wyśle odbiorców w kosmos, raz zmusi ich do przechodzenia między kaktusami, a raz – między śpiącymi meduzami i wielorybami. Bawi się doskonale i sprawia, że do labiryntów bez trudu przekonają się najmłodsi. Gdyby mieli jakiekolwiek wątpliwości, mogą sprawdzić rozwiązania na końcu książki – ale znacznie lepiej będzie próbować do skutku i przechodzić kolejne trasy samodzielnie. To rozwija nie tylko umiejętności, ale też wyobraźnię. Paulina Nachman wie doskonale, że w labiryntach nie trzeba nic więcej niż zaznaczenie startu i mety, ale decyduje się od czasu do czasu na dodawanie krótkich jednozdaniowych komentarzy – poleceń albo przestróg po to, żeby dzieci zorientowały się, jakie w danym labiryncie są zagrożenia, albo kto potrzebuje pomocy (i jakiego rodzaju).
Kolejne obrazki są tu bardzo przyjemne – mnóstwo zwierząt, mnóstwo schodów i drabin, ale też wyzwania rodem z wyobraźni, umożliwiające wręcz tworzenie własnych historii na bazie stworzonych mapek. Dla dzieci będzie to okazja do wymyślania bajek – i ruszania na pomoc ich bohaterom. „Najbardziej zakręcone labirynty” to książka, która wcale nie ma być oryginalna – wykorzystuje modę na klasyczną rozrywkę – ale może stać się popisem twórczym autorki i próbą zachęcenia dzieci do sięgania po zabawy z dala od komputera. Jest tu całe mnóstwo propozycji i każdy znajdzie odpowiednie dla siebie wyzwania, tak, żeby się nie znudzić i nie zmęczyć, a dobrze bawić. Labirynty to zabawa ponadczasowa i lubiana przez wielkie grono maluchów – w związku z tym ta książka na rynku bez trudu znajdzie swoje miejsce. Dzieci przekonają się błyskawicznie, że warto zaufać tej autorce i bawić się w kolejnych korytarzach i schematach. Jest tu bardzo kolorowo i przyjemnie dla oka, ilustracje zostały wykonane tak, żeby nie odciągać uwagi od samych zadań, ale też żeby można je było podziwiać.
czwartek, 23 kwietnia 2026
Huub Buijssen: Depresja. Poradnik dla przyjaciół i rodziny
Mando, Kraków 2026.
Mrok
Huub Buijssen świetnie zdaje sobie sprawę z tego, że depresja staje się chorobą cywilizacyjną i coraz bardziej rozpowszechnioną – a ponieważ rośnie świadomość społeczna, ludzie chcą się dowiedzieć na przykład, jak pomóc swoim cierpiącym bliskim – albo jak zachowywać się w obliczu kogoś, kto ma diagnozę, leczy się, a przecież nie może rezygnować z kontaktu z innymi. I chociaż na rynku sporo jest publikacji psychologicznych ujmujących zagadnienie depresji z perspektywy naukowej lub popularnonaukowej, Buijssen wybiera inną drogę – decyduje się na przedstawianie porad i wskazówek dla ludzi, którzy potrzebują wsparcia po to, żeby zapewnić takie wsparcie chorym.
„Depresja. Poradnik dla przyjaciół i rodziny” to zatem książka wolna od typowych zagrań psychologów piszących publikacje dla masowych odbiorców – skoncentrowana jest na niesieniu pomocy. Co ciekawe, czytelnicy zostaną na początku ostrzeżeni, że tematy kolejnych rozdziałów mogą wywoływać przygnębienie lub chwilowy spadek nastroju – i że warto mieć to na uwadze podczas lektury. Ponieważ bliscy cierpiących na depresję są już i tak narażeni na niekoniecznie krzepiące sytuacje, z pewnością potrzebują takiego wsparcia – wstęp uświadamia im, że nie zostaną sami z problemem. Co ciekawe, Huub Buijssen zajmuje się przede wszystkim tym, co odbiorcy dostrzegają. Podsuwa zestaw sygnałów alarmowych – wydarzeń i zachowań, które pokazują, że należy udać się po pomoc do specjalisty. Analizuje sytuacje jednoznaczne, ale też te, w których trzeba mieć już konkretną wiedzę, żeby właściwie ocenić postawy innych. Ma w tym dużą wprawę – książka napisana jest prostym językiem, ale wypełniona sensownymi uwagami, takimi, które bezpośrednio przekładają się na codzienność odbiorców. Autor w ogóle zakłada, że nie pisze dla samych chorych, a dla ich rodzin, domowników i przyjaciół – tych wszystkich, którzy mogą (a czasem muszą) interweniować w razie kryzysu i biorą na siebie sporo przez opiekę nad chorym – wymagającym wyjątkowej troski i uwagi. Wspiera ich bardzo i podsuwa zestaw narzędzi przydatnych w zwykłym funkcjonowaniu. Dzięki temu też pozwala zrozumieć, czym jest depresja, jak się objawia i do czego prowadzi. Autor dba o przejrzystość – nie tylko w ramach porad dla czytelników, ale też za sprawą samych wyjaśnień. Jeśli zatem ktoś potrzebuje błyskawicznego i celnego wprowadzenia w temat depresji, a nie zależy mu na medycznych objaśnieniach i skomplikowanych terminach, to tu odnajdzie się najlepiej.
Wiadomo, że nie da się depresji wyleczyć na własną rękę, ale rozróżnienie między chandrą a poważną chorobą też jest niezwykle istotne i trzeba w tym praktyki oraz uważności. Buijssen staje się bardzo dobrym przewodnikiem – nie potrzebuje nikomu udowadniać swoich kompetencji, ale bardzo dobrze radzi sobie z udzielaniem wyjaśnień. Zajmuje się tym, co najistotniejsze z perspektywy zwykłych czytelników – tych, którzy szukają tu podpowiedzi albo wsparcia, lub po prostu potrzebują się nauczyć funkcjonowania w nowej dla siebie rzeczywistości. Huub Buijssen sprawia, że łatwo mu zaufać – a to przekłada się potem na satysfakcjonującą lekturę.
Mrok
Huub Buijssen świetnie zdaje sobie sprawę z tego, że depresja staje się chorobą cywilizacyjną i coraz bardziej rozpowszechnioną – a ponieważ rośnie świadomość społeczna, ludzie chcą się dowiedzieć na przykład, jak pomóc swoim cierpiącym bliskim – albo jak zachowywać się w obliczu kogoś, kto ma diagnozę, leczy się, a przecież nie może rezygnować z kontaktu z innymi. I chociaż na rynku sporo jest publikacji psychologicznych ujmujących zagadnienie depresji z perspektywy naukowej lub popularnonaukowej, Buijssen wybiera inną drogę – decyduje się na przedstawianie porad i wskazówek dla ludzi, którzy potrzebują wsparcia po to, żeby zapewnić takie wsparcie chorym.
„Depresja. Poradnik dla przyjaciół i rodziny” to zatem książka wolna od typowych zagrań psychologów piszących publikacje dla masowych odbiorców – skoncentrowana jest na niesieniu pomocy. Co ciekawe, czytelnicy zostaną na początku ostrzeżeni, że tematy kolejnych rozdziałów mogą wywoływać przygnębienie lub chwilowy spadek nastroju – i że warto mieć to na uwadze podczas lektury. Ponieważ bliscy cierpiących na depresję są już i tak narażeni na niekoniecznie krzepiące sytuacje, z pewnością potrzebują takiego wsparcia – wstęp uświadamia im, że nie zostaną sami z problemem. Co ciekawe, Huub Buijssen zajmuje się przede wszystkim tym, co odbiorcy dostrzegają. Podsuwa zestaw sygnałów alarmowych – wydarzeń i zachowań, które pokazują, że należy udać się po pomoc do specjalisty. Analizuje sytuacje jednoznaczne, ale też te, w których trzeba mieć już konkretną wiedzę, żeby właściwie ocenić postawy innych. Ma w tym dużą wprawę – książka napisana jest prostym językiem, ale wypełniona sensownymi uwagami, takimi, które bezpośrednio przekładają się na codzienność odbiorców. Autor w ogóle zakłada, że nie pisze dla samych chorych, a dla ich rodzin, domowników i przyjaciół – tych wszystkich, którzy mogą (a czasem muszą) interweniować w razie kryzysu i biorą na siebie sporo przez opiekę nad chorym – wymagającym wyjątkowej troski i uwagi. Wspiera ich bardzo i podsuwa zestaw narzędzi przydatnych w zwykłym funkcjonowaniu. Dzięki temu też pozwala zrozumieć, czym jest depresja, jak się objawia i do czego prowadzi. Autor dba o przejrzystość – nie tylko w ramach porad dla czytelników, ale też za sprawą samych wyjaśnień. Jeśli zatem ktoś potrzebuje błyskawicznego i celnego wprowadzenia w temat depresji, a nie zależy mu na medycznych objaśnieniach i skomplikowanych terminach, to tu odnajdzie się najlepiej.
Wiadomo, że nie da się depresji wyleczyć na własną rękę, ale rozróżnienie między chandrą a poważną chorobą też jest niezwykle istotne i trzeba w tym praktyki oraz uważności. Buijssen staje się bardzo dobrym przewodnikiem – nie potrzebuje nikomu udowadniać swoich kompetencji, ale bardzo dobrze radzi sobie z udzielaniem wyjaśnień. Zajmuje się tym, co najistotniejsze z perspektywy zwykłych czytelników – tych, którzy szukają tu podpowiedzi albo wsparcia, lub po prostu potrzebują się nauczyć funkcjonowania w nowej dla siebie rzeczywistości. Huub Buijssen sprawia, że łatwo mu zaufać – a to przekłada się potem na satysfakcjonującą lekturę.
środa, 22 kwietnia 2026
Nikki Erlick: Pola Makowe
Znak, Kraków 2026.
Ulga
Ci, którzy zmierzyli się ze śmiercią kogoś bliskiego, mogą poradzić sobie z żałobą samodzielnie albo skorzystać z profesjonalnej – chociaż eksperymentalnej – pomocy. Pola Makowe to miejsce, które powstało po to, żeby dawać nadzieję na normalność wszystkim niepotrafiącym pogodzić się ze stratą. Tylko śmierć kogoś naprawdę bliskiego ma otworzyć drogę do leczenia – pod warunkiem, że zespół badaczy zatwierdzi podanie. Chociaż nawet jeśli ktoś spełnia warunki, nie oznacza to automatycznie zakwalifikowania do miejsca w Polach Makowych. Niektórzy zatem zmierzają tu, żeby podjąć kurację, inni – żeby przekonać zespół uczonych, że popełnili błąd i powinni zaprosić do grona śpiących ich właśnie. Bo Pola Makowe to miejsce, w którym za pomocą śpiączki farmakologicznej i odpowiednio dobranego zestawu leków wyprowadza się cierpiących ze stanu, do jakiego doprowadziła ich rzeczywistość i zbyt słaba na przeżycia psychika. Sen w zasadzie byłby pozbawiony wad, gdyby nie jeden haczyk: co czwarty pacjent po przebudzeniu pozostaje odcięty od swoich wcześniejszych uczuć, zapomina, kim był dla niego zmarły – i ile dla niego znaczył. A mimo to nie brakuje chętnych, którzy w Polach Makowych upatrują jedynej nadziei dla siebie. Nikki Erlick tworzy powieść, która na długo pozostanie z czytelnikami i sprawi, że zechcą oni zastanowić się nad własnym kodeksem wartości i nad metodami radzenia sobie z najtrudniejszymi kwestiami. „Pola Makowe” to książka rozrywkowa, a jednak diametralnie różna od tego, co pojawia się na rynku – bo Erlick nie zamierza się inspirować popularnymi czytadłami. Na szczęście – dzięki temu może zaproponować czytelnikom coś odkrywczego i ważnego jednocześnie. Jest to powieść drogi. Powieść, w której ekstremalne zjawiska pogodowe zmuszają bohaterów do podjęcia podróży przez pół kraju, żeby dotrzeć na miejsce ratunku. Nieznajomi zamknięci w ciasnym samochodzie rozmawiają, zwierzają się sobie z najtrudniejszych przeżyć i poznają inny punkt widzenia w kwestiach, które ich samych przytłoczyły. W tle rozgrywa się jednocześnie motyw samej kliniki – jej przyszłości i rozwoju oraz samego powstania. Dziennikarze i internauci szukają tu sensacji, starają się przekonać swoich czytelników, że sen jako lekarstwo na żałobę to coś złego i niebezpiecznego, tworzą kolejne artykuły. Z kolei przeciwwagą dla nich będzie przytaczanie podań, w których należy uzasadnić, że komuś należy się miejsce w Polach Makowych – te pokazują, jak bardzo potrzebna ludziom obietnica skrócenia cierpień i przywrócenia normalności. Autorka przedstawia bliżej kilkoro bohaterów – potencjalnych pacjentów – i uświadamia, jak różne są drogi do straty i wybory po niej, pozwala na zaprzyjaźnienie się z bohaterami i kibicowanie im. I to nic, że nie zaskoczy w fabule. Prawdziwa siła tej powieści tkwi w przemyśleniach, które zostaną z bohaterami. Różne punkty widzenia – ujmowane także dzięki różnym scenariuszom – prowadzą do wniosków, które będą dla czytelników czasem oczywiste, a czasem odkrywcze – co oznacza, że podczas lektury każdy stawiać sobie będzie pytania na temat własnych wyborów, a po przeczytaniu książki i po zakończeniu historii – zastanawiać się nad prawdziwymi życiowymi drogami. „Pola Makowe” to książka bardzo udana – w sam raz dla wszystkich fanów powieści psychologicznych i jednocześnie dla miłośników nietypowych rozwiązań fabularnych.
Ulga
Ci, którzy zmierzyli się ze śmiercią kogoś bliskiego, mogą poradzić sobie z żałobą samodzielnie albo skorzystać z profesjonalnej – chociaż eksperymentalnej – pomocy. Pola Makowe to miejsce, które powstało po to, żeby dawać nadzieję na normalność wszystkim niepotrafiącym pogodzić się ze stratą. Tylko śmierć kogoś naprawdę bliskiego ma otworzyć drogę do leczenia – pod warunkiem, że zespół badaczy zatwierdzi podanie. Chociaż nawet jeśli ktoś spełnia warunki, nie oznacza to automatycznie zakwalifikowania do miejsca w Polach Makowych. Niektórzy zatem zmierzają tu, żeby podjąć kurację, inni – żeby przekonać zespół uczonych, że popełnili błąd i powinni zaprosić do grona śpiących ich właśnie. Bo Pola Makowe to miejsce, w którym za pomocą śpiączki farmakologicznej i odpowiednio dobranego zestawu leków wyprowadza się cierpiących ze stanu, do jakiego doprowadziła ich rzeczywistość i zbyt słaba na przeżycia psychika. Sen w zasadzie byłby pozbawiony wad, gdyby nie jeden haczyk: co czwarty pacjent po przebudzeniu pozostaje odcięty od swoich wcześniejszych uczuć, zapomina, kim był dla niego zmarły – i ile dla niego znaczył. A mimo to nie brakuje chętnych, którzy w Polach Makowych upatrują jedynej nadziei dla siebie. Nikki Erlick tworzy powieść, która na długo pozostanie z czytelnikami i sprawi, że zechcą oni zastanowić się nad własnym kodeksem wartości i nad metodami radzenia sobie z najtrudniejszymi kwestiami. „Pola Makowe” to książka rozrywkowa, a jednak diametralnie różna od tego, co pojawia się na rynku – bo Erlick nie zamierza się inspirować popularnymi czytadłami. Na szczęście – dzięki temu może zaproponować czytelnikom coś odkrywczego i ważnego jednocześnie. Jest to powieść drogi. Powieść, w której ekstremalne zjawiska pogodowe zmuszają bohaterów do podjęcia podróży przez pół kraju, żeby dotrzeć na miejsce ratunku. Nieznajomi zamknięci w ciasnym samochodzie rozmawiają, zwierzają się sobie z najtrudniejszych przeżyć i poznają inny punkt widzenia w kwestiach, które ich samych przytłoczyły. W tle rozgrywa się jednocześnie motyw samej kliniki – jej przyszłości i rozwoju oraz samego powstania. Dziennikarze i internauci szukają tu sensacji, starają się przekonać swoich czytelników, że sen jako lekarstwo na żałobę to coś złego i niebezpiecznego, tworzą kolejne artykuły. Z kolei przeciwwagą dla nich będzie przytaczanie podań, w których należy uzasadnić, że komuś należy się miejsce w Polach Makowych – te pokazują, jak bardzo potrzebna ludziom obietnica skrócenia cierpień i przywrócenia normalności. Autorka przedstawia bliżej kilkoro bohaterów – potencjalnych pacjentów – i uświadamia, jak różne są drogi do straty i wybory po niej, pozwala na zaprzyjaźnienie się z bohaterami i kibicowanie im. I to nic, że nie zaskoczy w fabule. Prawdziwa siła tej powieści tkwi w przemyśleniach, które zostaną z bohaterami. Różne punkty widzenia – ujmowane także dzięki różnym scenariuszom – prowadzą do wniosków, które będą dla czytelników czasem oczywiste, a czasem odkrywcze – co oznacza, że podczas lektury każdy stawiać sobie będzie pytania na temat własnych wyborów, a po przeczytaniu książki i po zakończeniu historii – zastanawiać się nad prawdziwymi życiowymi drogami. „Pola Makowe” to książka bardzo udana – w sam raz dla wszystkich fanów powieści psychologicznych i jednocześnie dla miłośników nietypowych rozwiązań fabularnych.
wtorek, 21 kwietnia 2026
Anna Mietelska: Królisia Isia uczy się dzielić
Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.
Zabawki
Co z tymi rodzicami? Nigdy nie umieją się zdecydować na jedną opinię i bardzo mieszają w dziecięcym świecie. Na przykład każą się dzielić zabawkami, zupełnie jakby nie rozumieli, że nie każdą zabawkę chce się wręczać nieznajomemu – na szczęście mama Królisi Isi opanowała do perfekcji to rozróżnienie i w dodatku jest w stanie przekazać to swojej pociesze. Odbiorcy nie będą mieli problemu z wyciągnięciem wniosków z tej lektury. „Królisia Isia uczy się dzielić” to kolejny tomik przygód małej bohaterki, która przeżywa wszystko tak jak mali odbiorcy – i dzięki swoim tradycyjnym przygodom i doświadczeniom może wprowadzać rozmaite wyjaśnienia. Anna Mietelska wybiera klasyczny styl narracji, bogato ilustrowane opowiadanie zamiast picture booka. I scenki, które dzieci doskonale znają – zrozumieją i przyswoją bez wahania.
Najpierw Królisia Isia jest nieufna wobec innego dziecka w piaskownicy – niby mogłaby skorzystać z jego zabawek, ale wtedy musiałaby podzielić się swoimi, a nie do końca czuje się na to gotowa. Pierwszym krokiem jest zatem przekonanie małej bohaterki, że dzielenie się w takich okolicznościach ma sens i może wzbogacić zabawę – a także poznać towarzyszy tych zabaw, tak, żeby nie spędzać czasu samotnie. Ale to, że trzeba się dzielić podczas wspólnych zajęć, nie oznacza, że należy bez refleksji oddawać najcenniejsze dla siebie przedmioty – i Królisia Isia dowiaduje się, że wcale nie musi pożyczać na dłużej najukochańszej maskotki. Szukanie kompromisów to także sztuka, którą udaje się autorce przemycić w prostej przecież historyjce dla dzieci. Nie zawsze trzeba odrzucać wszystkie propozycje, które na pierwszy rzut oka wydają się niewygodne czy nie do przyjęcia – można spotkać się w połowie drogi i wymyślić rozwiązanie satysfakcjonujące wszystkich. To sposób na poszerzanie horyzontów i na budowanie nowych znajomości, bardzo praktyczny i jednocześnie mało irytujący dla najmłodszych – nie będzie tu ogromnych zmian, a jedynie urozmaicenia zwykłych zachowań czy czynności. „Królisia Isia uczy się dzielić” nie jest zatem lekturą mocno moralizatorską i pedagogiczną w swoim wydźwięku – liczy się tu faktycznie pochylenie się nad przeżyciami małej bohaterki i zrozumienie jej uczuć w sytuacjach, które znają ze swojej codzienności małe dzieci. Królisia Isia – zwykle naiwna i wycofana – to bohaterka, która daje się lubić, nie jest zbyt irytująca z charakteru – uda się do jej osobowości dopasować sporej liczbie odbiorców. Dodatkowym atutem książki – obok sensownie poprowadzonej narracji i sympatii dla postaci – stają się obrazki. Anna Mietelska proponuje dzieciom w obrazkach przekonująco przedstawione przygody Isi – da się potraktować tę książeczkę jako ciekawą lekturę (także do samodzielnego czytania przez maluchy), ale można się z niej sporo dowiedzieć i przede wszystkim zbudować poczucie pewności siebie w kontaktach społecznych. Anna Mietelska pokazała już – nie pierwszy raz – że dobrze rozumie świat dzieci i że dobrze czuje się w historiach klasycznych w duchu, a jednocześnie pozbawionych stereotypowych i powtarzanych do znudzenia rozwiązań.
Zabawki
Co z tymi rodzicami? Nigdy nie umieją się zdecydować na jedną opinię i bardzo mieszają w dziecięcym świecie. Na przykład każą się dzielić zabawkami, zupełnie jakby nie rozumieli, że nie każdą zabawkę chce się wręczać nieznajomemu – na szczęście mama Królisi Isi opanowała do perfekcji to rozróżnienie i w dodatku jest w stanie przekazać to swojej pociesze. Odbiorcy nie będą mieli problemu z wyciągnięciem wniosków z tej lektury. „Królisia Isia uczy się dzielić” to kolejny tomik przygód małej bohaterki, która przeżywa wszystko tak jak mali odbiorcy – i dzięki swoim tradycyjnym przygodom i doświadczeniom może wprowadzać rozmaite wyjaśnienia. Anna Mietelska wybiera klasyczny styl narracji, bogato ilustrowane opowiadanie zamiast picture booka. I scenki, które dzieci doskonale znają – zrozumieją i przyswoją bez wahania.
Najpierw Królisia Isia jest nieufna wobec innego dziecka w piaskownicy – niby mogłaby skorzystać z jego zabawek, ale wtedy musiałaby podzielić się swoimi, a nie do końca czuje się na to gotowa. Pierwszym krokiem jest zatem przekonanie małej bohaterki, że dzielenie się w takich okolicznościach ma sens i może wzbogacić zabawę – a także poznać towarzyszy tych zabaw, tak, żeby nie spędzać czasu samotnie. Ale to, że trzeba się dzielić podczas wspólnych zajęć, nie oznacza, że należy bez refleksji oddawać najcenniejsze dla siebie przedmioty – i Królisia Isia dowiaduje się, że wcale nie musi pożyczać na dłużej najukochańszej maskotki. Szukanie kompromisów to także sztuka, którą udaje się autorce przemycić w prostej przecież historyjce dla dzieci. Nie zawsze trzeba odrzucać wszystkie propozycje, które na pierwszy rzut oka wydają się niewygodne czy nie do przyjęcia – można spotkać się w połowie drogi i wymyślić rozwiązanie satysfakcjonujące wszystkich. To sposób na poszerzanie horyzontów i na budowanie nowych znajomości, bardzo praktyczny i jednocześnie mało irytujący dla najmłodszych – nie będzie tu ogromnych zmian, a jedynie urozmaicenia zwykłych zachowań czy czynności. „Królisia Isia uczy się dzielić” nie jest zatem lekturą mocno moralizatorską i pedagogiczną w swoim wydźwięku – liczy się tu faktycznie pochylenie się nad przeżyciami małej bohaterki i zrozumienie jej uczuć w sytuacjach, które znają ze swojej codzienności małe dzieci. Królisia Isia – zwykle naiwna i wycofana – to bohaterka, która daje się lubić, nie jest zbyt irytująca z charakteru – uda się do jej osobowości dopasować sporej liczbie odbiorców. Dodatkowym atutem książki – obok sensownie poprowadzonej narracji i sympatii dla postaci – stają się obrazki. Anna Mietelska proponuje dzieciom w obrazkach przekonująco przedstawione przygody Isi – da się potraktować tę książeczkę jako ciekawą lekturę (także do samodzielnego czytania przez maluchy), ale można się z niej sporo dowiedzieć i przede wszystkim zbudować poczucie pewności siebie w kontaktach społecznych. Anna Mietelska pokazała już – nie pierwszy raz – że dobrze rozumie świat dzieci i że dobrze czuje się w historiach klasycznych w duchu, a jednocześnie pozbawionych stereotypowych i powtarzanych do znudzenia rozwiązań.
niedziela, 19 kwietnia 2026
Marcin Minor: Minorki, czyli małe, mniejsze i najmniejsze zwierzęta świata
Kropka, Warszawa 2026.
Maleństwa
Wielka książka o małych stworzonkach – Marcin Minor to ilustrator, który bierze się za przedstawianie dzieciom „minorków”, czyli tych najmniejszych istot ze świata zwierząt – i prezentuje je w formie ciekawostek oraz wielkoformatowych obrazków. Tworzy picture booka edukacyjnego w stylu, który wszyscy doskonale znają – ale ma dla „Minorków” sporo czułości. A poza tym próbuje przybliżyć dzieciom nie tylko malutkie stworzenia, ale też kontekst – środowisko, w jakim żyją na co dzień. Bardzo często zdarza się na ilustracjach dłoń człowieka – tak, żeby odbiorcy mieli porównanie, zyskali pojęcie, o jakich rozmiarach mówi autor. Bo owszem, można wziąć sobie linijkę i sprawdzać podawane liczby, ale znacznie ciekawiej wypada zestawianie minorków z palcami – to od razu pokazuje, że nie wszystkie zwierzęta można by było łatwo znaleźć w ich naturalnym środowisku. Autor przygląda się kolejnym stworzeniom i trafia do różnych punktów na mapie świata – minorki kryją się absolutnie wszędzie i zaskakują rozwiązaniami natury. Są okazją do przyjrzenia się bogactwu fauny i zachwycenia się pomysłowością biologii. Niewielkie rozmiary nie zawsze oznaczają bezbronność, w dodatku niektóre z minorków mogą zyskiwać niecodzienne supermoce, nie do osiągnięcia dla człowieka. Marcin Minor na tego rodzaju ciekawostkach się skupia, przygląda się właśnie temu, co niezwykłe – dodatkowo, poza rozmiarami. Ale żeby nie poprzestać na konkretnych gatunkach, przytacza też na kolejnych rozkładówkach stworzenia z ich świata – ale już nie z ich rozmiarów. Stąd rozmaite drapieżniki pokazywane albo w odpowiednim pomniejszeniu, które zapewnia perspektywa, albo w nieoczekiwanych ujęciach – tak, żeby nie przytłaczały głównych bohaterów rozkładówek. Przy nich nie będzie dodatkowych informacji i ciekawostek – jedynie nazwa i nazwa łacińska (zresztą podawanie nazw łacińskich to dość częsta tutaj praktyka, autor na przykład przy owadach z menu jednego z minorków nie przejmuje się w ogóle polskimi odpowiednikami nazw, pozostawia tylko łacińskie – dzieciom polskie nazwy nie byłyby potrzebne, liczą się po prostu obrazki.
Jest w tym niesłabnący zachwyt nad przyrodą, jest podziw dla kolejnych stworzeń, które mimo niewielkich rozmiarów świetnie radzą sobie w swoim środowisku. Marcin Minor wzorem wielu autorów edukacyjnych picture booków zaprasza dzieci do odkrywania świata egzotycznego i niedostępnego na pierwszy rzut oka. Może w ten sposób rozbudzić ich ciekawość. „Minorki” to książka, którą chce się czytać i odkrywać samodzielnie, bo każdy akapit pod obrazkiem może stać się źródłem nieznanych wcześniej wiadomości wartych zapamiętania.
„Minorki” to jednak książka, która przede wszystkim zachwyca warstwą graficzną – Marcin Minor stworzył sobie artystyczny popis, wizytówkę, którą może się chwalić. Przekona do siebie i dzieci, i dorosłych, a że robi to w sposób modny dzisiaj na rynku – nie ma znaczenia. Najważniejsze, że znalazł sposób, jak przedstawić dzieciom najmniejsze zwierzęta.
Maleństwa
Wielka książka o małych stworzonkach – Marcin Minor to ilustrator, który bierze się za przedstawianie dzieciom „minorków”, czyli tych najmniejszych istot ze świata zwierząt – i prezentuje je w formie ciekawostek oraz wielkoformatowych obrazków. Tworzy picture booka edukacyjnego w stylu, który wszyscy doskonale znają – ale ma dla „Minorków” sporo czułości. A poza tym próbuje przybliżyć dzieciom nie tylko malutkie stworzenia, ale też kontekst – środowisko, w jakim żyją na co dzień. Bardzo często zdarza się na ilustracjach dłoń człowieka – tak, żeby odbiorcy mieli porównanie, zyskali pojęcie, o jakich rozmiarach mówi autor. Bo owszem, można wziąć sobie linijkę i sprawdzać podawane liczby, ale znacznie ciekawiej wypada zestawianie minorków z palcami – to od razu pokazuje, że nie wszystkie zwierzęta można by było łatwo znaleźć w ich naturalnym środowisku. Autor przygląda się kolejnym stworzeniom i trafia do różnych punktów na mapie świata – minorki kryją się absolutnie wszędzie i zaskakują rozwiązaniami natury. Są okazją do przyjrzenia się bogactwu fauny i zachwycenia się pomysłowością biologii. Niewielkie rozmiary nie zawsze oznaczają bezbronność, w dodatku niektóre z minorków mogą zyskiwać niecodzienne supermoce, nie do osiągnięcia dla człowieka. Marcin Minor na tego rodzaju ciekawostkach się skupia, przygląda się właśnie temu, co niezwykłe – dodatkowo, poza rozmiarami. Ale żeby nie poprzestać na konkretnych gatunkach, przytacza też na kolejnych rozkładówkach stworzenia z ich świata – ale już nie z ich rozmiarów. Stąd rozmaite drapieżniki pokazywane albo w odpowiednim pomniejszeniu, które zapewnia perspektywa, albo w nieoczekiwanych ujęciach – tak, żeby nie przytłaczały głównych bohaterów rozkładówek. Przy nich nie będzie dodatkowych informacji i ciekawostek – jedynie nazwa i nazwa łacińska (zresztą podawanie nazw łacińskich to dość częsta tutaj praktyka, autor na przykład przy owadach z menu jednego z minorków nie przejmuje się w ogóle polskimi odpowiednikami nazw, pozostawia tylko łacińskie – dzieciom polskie nazwy nie byłyby potrzebne, liczą się po prostu obrazki.
Jest w tym niesłabnący zachwyt nad przyrodą, jest podziw dla kolejnych stworzeń, które mimo niewielkich rozmiarów świetnie radzą sobie w swoim środowisku. Marcin Minor wzorem wielu autorów edukacyjnych picture booków zaprasza dzieci do odkrywania świata egzotycznego i niedostępnego na pierwszy rzut oka. Może w ten sposób rozbudzić ich ciekawość. „Minorki” to książka, którą chce się czytać i odkrywać samodzielnie, bo każdy akapit pod obrazkiem może stać się źródłem nieznanych wcześniej wiadomości wartych zapamiętania.
„Minorki” to jednak książka, która przede wszystkim zachwyca warstwą graficzną – Marcin Minor stworzył sobie artystyczny popis, wizytówkę, którą może się chwalić. Przekona do siebie i dzieci, i dorosłych, a że robi to w sposób modny dzisiaj na rynku – nie ma znaczenia. Najważniejsze, że znalazł sposób, jak przedstawić dzieciom najmniejsze zwierzęta.
sobota, 18 kwietnia 2026
Jeanette Winterson: Po co ci szczęście, jeśli możesz być normalna?
Czarne, Wołowiec 2026.
Osobowość
To jest książka z pozoru niewielka, ale mocno skondensowana i ważna dla wszystkich tych, którzy chcą funkcjonować na własnych zasadach i walczyć o siebie. Jeanette Winterson przeprowadza czytelników przez swoje wspomnienia w rodzinie zastępczej i odkrywanie seksualności – i dzieli się najbardziej intymnym pejzażem rzeczywistości jej najbliższej. „Po co ci szczęście, jeśli możesz być normalna” to publikacja przesycona silnymi emocjami, ale też stworzona tak, żeby zapisać się w historii literatury, ze względu na znakomitą warstwę narracyjną. Jeanette Winterson przez długi czas nie rozumie postaw swojej przybranej matki: rejestruje jej kolejne dziwactwa i zachowania, które uniemożliwiają zwyczajne życie. Dopatruje się w kolejnych decyzjach i działaniach tematów, które mogą zaszokować szerokie grono odbiorców – ale eksponuje podobne problemy przede wszystkim po to, żeby zyskać dla siebie obronę czy usprawiedliwienie dla tego, co przecież usprawiedliwienia nie potrzebuje. Bo Jeanette Winterson czuje się przez długi czas niewystarczająca, a później jeszcze i winna – dlatego, że zdecydowała się podążać za głosem serca i wydobyła na światło dzienne swój homoseksualizm jako tworzywo literackie oraz jako materiał do publicznych rozważań. W tej książce Jeanette Winterson walczy w obronie miłości – nie ma znaczenia, jakiej. Liczy się ogólna idea, miłość prawdziwa, szczera i wolna od zakazów – ta, która uszczęśliwia i uskrzydla. Żeby taką perspektywę zyskać, autorka musiała przejść kilka rozczarowań i pokonać kilka pułapek – a dziewczyny, w których się zakochiwała na początku, uczyły ją, czego powinna chcieć od życia i czego może uzyskać.
„Po co ci szczęście, jeśli możesz być normalna” to zderzenie dwóch światów – jednego zacofanego, wypełnionego lękami i frustracjami, z ograniczeniami i zakazami dla innych – oraz drugiego, wolnego, umożliwiającego realizowanie własnych pragnień bez krzywdzenia innych i prowadzącego do spełnienia i satysfakcji. Jeanette Winterson, żeby być sobą, musi przeciwstawić się „pani Winterson” – i temat ten bardzo długo będzie jej towarzyszył. Ale czytelnicy nie muszą się martwić: autorka jest w stanie swoje perypetie – wybiórcze, bo przecież nie analizuje każdego kroku w życiu – przedstawić w sposób, który zachwyca. Widać tu ogromne wyczulenie na słowo i na jakość fraz, a dbałość o język przekłada się bezpośrednio na przyjemność czytelniczą. Jeanette Winterson spore grono czytelników zyskuje dzięki szczerości wyznań i dzięki tematowi – ale jakość tej prozy ma także duże znaczenie. Autorka koncentruje się tu na wyłapywaniu drobnych scenek o dużym znaczeniu – wyrazistych i przekonujących, jeśli chodzi o przesłania – dobrze Winterson puentuje kolejne spostrzeżenia. Z jednej strony daje dostęp do świata, w którym się wychowywała, z drugiej – otwiera czytelników na uczucia, nawet te niepopularne w pewnych środowiskach. „Po co ci szczęście, jeśli możesz być normalna” to książka ważna i wyjątkowa, prowadząca czytelników przez meandry ludzkich losów i wzajemnych relacji. Wrażliwość autorki łączy się tu z jej talentem literackim – i zapewnia wybuchową mieszankę. To naprawdę publikacja, od której trudno się będzie czytelnikom oderwać – a kibicowanie Jeanette Winterson w realizowaniu jej potrzeb i marzeń stanie się nieodłączną częścią lektury.
Osobowość
To jest książka z pozoru niewielka, ale mocno skondensowana i ważna dla wszystkich tych, którzy chcą funkcjonować na własnych zasadach i walczyć o siebie. Jeanette Winterson przeprowadza czytelników przez swoje wspomnienia w rodzinie zastępczej i odkrywanie seksualności – i dzieli się najbardziej intymnym pejzażem rzeczywistości jej najbliższej. „Po co ci szczęście, jeśli możesz być normalna” to publikacja przesycona silnymi emocjami, ale też stworzona tak, żeby zapisać się w historii literatury, ze względu na znakomitą warstwę narracyjną. Jeanette Winterson przez długi czas nie rozumie postaw swojej przybranej matki: rejestruje jej kolejne dziwactwa i zachowania, które uniemożliwiają zwyczajne życie. Dopatruje się w kolejnych decyzjach i działaniach tematów, które mogą zaszokować szerokie grono odbiorców – ale eksponuje podobne problemy przede wszystkim po to, żeby zyskać dla siebie obronę czy usprawiedliwienie dla tego, co przecież usprawiedliwienia nie potrzebuje. Bo Jeanette Winterson czuje się przez długi czas niewystarczająca, a później jeszcze i winna – dlatego, że zdecydowała się podążać za głosem serca i wydobyła na światło dzienne swój homoseksualizm jako tworzywo literackie oraz jako materiał do publicznych rozważań. W tej książce Jeanette Winterson walczy w obronie miłości – nie ma znaczenia, jakiej. Liczy się ogólna idea, miłość prawdziwa, szczera i wolna od zakazów – ta, która uszczęśliwia i uskrzydla. Żeby taką perspektywę zyskać, autorka musiała przejść kilka rozczarowań i pokonać kilka pułapek – a dziewczyny, w których się zakochiwała na początku, uczyły ją, czego powinna chcieć od życia i czego może uzyskać.
„Po co ci szczęście, jeśli możesz być normalna” to zderzenie dwóch światów – jednego zacofanego, wypełnionego lękami i frustracjami, z ograniczeniami i zakazami dla innych – oraz drugiego, wolnego, umożliwiającego realizowanie własnych pragnień bez krzywdzenia innych i prowadzącego do spełnienia i satysfakcji. Jeanette Winterson, żeby być sobą, musi przeciwstawić się „pani Winterson” – i temat ten bardzo długo będzie jej towarzyszył. Ale czytelnicy nie muszą się martwić: autorka jest w stanie swoje perypetie – wybiórcze, bo przecież nie analizuje każdego kroku w życiu – przedstawić w sposób, który zachwyca. Widać tu ogromne wyczulenie na słowo i na jakość fraz, a dbałość o język przekłada się bezpośrednio na przyjemność czytelniczą. Jeanette Winterson spore grono czytelników zyskuje dzięki szczerości wyznań i dzięki tematowi – ale jakość tej prozy ma także duże znaczenie. Autorka koncentruje się tu na wyłapywaniu drobnych scenek o dużym znaczeniu – wyrazistych i przekonujących, jeśli chodzi o przesłania – dobrze Winterson puentuje kolejne spostrzeżenia. Z jednej strony daje dostęp do świata, w którym się wychowywała, z drugiej – otwiera czytelników na uczucia, nawet te niepopularne w pewnych środowiskach. „Po co ci szczęście, jeśli możesz być normalna” to książka ważna i wyjątkowa, prowadząca czytelników przez meandry ludzkich losów i wzajemnych relacji. Wrażliwość autorki łączy się tu z jej talentem literackim – i zapewnia wybuchową mieszankę. To naprawdę publikacja, od której trudno się będzie czytelnikom oderwać – a kibicowanie Jeanette Winterson w realizowaniu jej potrzeb i marzeń stanie się nieodłączną częścią lektury.
piątek, 17 kwietnia 2026
Jane Wilsher: Encyklopedia rzeczy, które się mylą
Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.
Podpowiedzi
To książka, która może się dzieciom przydać – wcale nie dlatego, że mylą im się pojęcia prezentowane w kolejnych rozdziałach, a dlatego, żeby rozwijać słownictwo i zasób wiadomości – poszerzać wiedzę, a do tego – dobrze się bawić podczas czytania. Bo „Encyklopedia rzeczy, które się mylą” to pokazywanie świata z innej niż zwykle perspektywy. Jane Wilsher stawia na edukacyjną publikację, w której mnóstwo jest danych i ciekawostek zestawionych na bazie podobnych nazw albo podobnych kręgów znaczeniowych – można nauczyć się, jak odróżnić niebo od atmosfery albo Księżyc od księżyca – niektóre rozróżnienia bywają pozorne, jak w przypadku Słońca i gwiazdy, inne – kłopotliwe czasem nawet dla dorosłych (meteor i meteoryt – a to tylko przykłady z pierwszej części książki). Każda strona to osobne zagadnienie – para wyrazów, które mogą budzić wątpliwości albo ciekawość (co pewien czas rytm książki przyspiesza i zamiast pary wyrazów zyskujemy kilka par na odpowiednio podzielonej przestrzeni strony). Nie chodzi tylko o podawanie pojęć – w wersji uproszczonej, tak, żeby dzieci mogły je zrozumieć i przeanalizować – ale także o przywoływanie rozmaitych ciekawostek, które mogą zachęcić najmłodszych do samodzielnego badania świata i do gromadzenia wiedzy. To oznacza, że poza tytułowymi hasłami rozpracowane zostają jeszcze inne – powiązane z nimi – kwestie, tak, żeby przyciągnąć niezdecydowanych do danego tematu. To może spodobać się dzieciom, które lubią odkrywać świat – wyznaczenie kręgów do kolejnego rozczytywania oznacza kolejne przygody lekturowe. Rzecz jasna jest to książka bogato ilustrowana – teksty to hasła w odpowiednich ramkach, wyglądające bardziej jak podpisy pod rysunkami niż jak klasyczna narracja. I to się sprawdzi, zresztą obecnie stanowi to standard w publikacjach dla najmłodszych – przynajmniej w tych edukacyjnych publikacjach. To także pozostawia miejsce na kolejne drobne ciekawostki – zdania porozrzucane po stronach. Dzięki temu nie tylko fakty będą łatwiej zapadać w pamięć dzieciom, ale też – nikogo nie zniechęci ogrom pracy do wykonania.
Jak w każdej książce dla najmłodszych pretendującej do miana encyklopedii, tak i tutaj mamy do czynienia z charakterystycznym podziałem tematycznym. Autorka wychodzi od kosmosu, żeby następnie przeanalizować pojęcia z zakresu nauki, transportu czy świata, ekologii, roślin, zwierząt, czynności charakterystycznych dla codzienności człowieka, jedzenia, ciała, historii i technologii, nie zabraknie też miejsca na różności. Każde zagadnienie mieści w sobie od kilku do kilkunastu stron, tak, żeby nie zamęczyć dzieci nadmiarem danych i żeby nie zniechęcać ich do nauki – liczy się w końcu dobra zabawa i szereg olśnień. I takie właśnie olśnienia Jane Wilsher wprowadza. Nie jest to książka, która zmusza do dogłębnego analizowania kolejnych treści – raczej zestaw wiadomości atrakcyjnych i inspirujących. Dzieciom znacznie łatwiej będzie zapamiętywać treści przez ich poszatkowanie, podzielenie na maleńkie porcje – i przez zestawienia z podobnymi zagadnieniami. Ale najważniejsze jest to, że dostarczy rozrywki i rozbudzi ciekawość świata. To dobra inspiracja i zachęta do odkrywania świata – i jednocześnie zaproszenie do świata nauki jako do sposobu na przyjemne spędzanie czasu.
Podpowiedzi
To książka, która może się dzieciom przydać – wcale nie dlatego, że mylą im się pojęcia prezentowane w kolejnych rozdziałach, a dlatego, żeby rozwijać słownictwo i zasób wiadomości – poszerzać wiedzę, a do tego – dobrze się bawić podczas czytania. Bo „Encyklopedia rzeczy, które się mylą” to pokazywanie świata z innej niż zwykle perspektywy. Jane Wilsher stawia na edukacyjną publikację, w której mnóstwo jest danych i ciekawostek zestawionych na bazie podobnych nazw albo podobnych kręgów znaczeniowych – można nauczyć się, jak odróżnić niebo od atmosfery albo Księżyc od księżyca – niektóre rozróżnienia bywają pozorne, jak w przypadku Słońca i gwiazdy, inne – kłopotliwe czasem nawet dla dorosłych (meteor i meteoryt – a to tylko przykłady z pierwszej części książki). Każda strona to osobne zagadnienie – para wyrazów, które mogą budzić wątpliwości albo ciekawość (co pewien czas rytm książki przyspiesza i zamiast pary wyrazów zyskujemy kilka par na odpowiednio podzielonej przestrzeni strony). Nie chodzi tylko o podawanie pojęć – w wersji uproszczonej, tak, żeby dzieci mogły je zrozumieć i przeanalizować – ale także o przywoływanie rozmaitych ciekawostek, które mogą zachęcić najmłodszych do samodzielnego badania świata i do gromadzenia wiedzy. To oznacza, że poza tytułowymi hasłami rozpracowane zostają jeszcze inne – powiązane z nimi – kwestie, tak, żeby przyciągnąć niezdecydowanych do danego tematu. To może spodobać się dzieciom, które lubią odkrywać świat – wyznaczenie kręgów do kolejnego rozczytywania oznacza kolejne przygody lekturowe. Rzecz jasna jest to książka bogato ilustrowana – teksty to hasła w odpowiednich ramkach, wyglądające bardziej jak podpisy pod rysunkami niż jak klasyczna narracja. I to się sprawdzi, zresztą obecnie stanowi to standard w publikacjach dla najmłodszych – przynajmniej w tych edukacyjnych publikacjach. To także pozostawia miejsce na kolejne drobne ciekawostki – zdania porozrzucane po stronach. Dzięki temu nie tylko fakty będą łatwiej zapadać w pamięć dzieciom, ale też – nikogo nie zniechęci ogrom pracy do wykonania.
Jak w każdej książce dla najmłodszych pretendującej do miana encyklopedii, tak i tutaj mamy do czynienia z charakterystycznym podziałem tematycznym. Autorka wychodzi od kosmosu, żeby następnie przeanalizować pojęcia z zakresu nauki, transportu czy świata, ekologii, roślin, zwierząt, czynności charakterystycznych dla codzienności człowieka, jedzenia, ciała, historii i technologii, nie zabraknie też miejsca na różności. Każde zagadnienie mieści w sobie od kilku do kilkunastu stron, tak, żeby nie zamęczyć dzieci nadmiarem danych i żeby nie zniechęcać ich do nauki – liczy się w końcu dobra zabawa i szereg olśnień. I takie właśnie olśnienia Jane Wilsher wprowadza. Nie jest to książka, która zmusza do dogłębnego analizowania kolejnych treści – raczej zestaw wiadomości atrakcyjnych i inspirujących. Dzieciom znacznie łatwiej będzie zapamiętywać treści przez ich poszatkowanie, podzielenie na maleńkie porcje – i przez zestawienia z podobnymi zagadnieniami. Ale najważniejsze jest to, że dostarczy rozrywki i rozbudzi ciekawość świata. To dobra inspiracja i zachęta do odkrywania świata – i jednocześnie zaproszenie do świata nauki jako do sposobu na przyjemne spędzanie czasu.
czwartek, 16 kwietnia 2026
Susanne Lieder: Agatha Christie. Narodziny królowej kryminału
Marginesy, Warszawa 2026.
Przed karierą
Panuje obecnie moda na beletryzowane biografie, czy też powieści obyczajowe oparte na wątkach biograficznych – z perspektywy czytelników to jeszcze jedna okazja do spotkania z ulubionymi twórcami, dla autorów – szansa na zaistnienie na rynku z gotową fabułą, w której wystarczy tylko dostrzec rozkład napięcia, żeby powieść pisała się sama. Do grona autorek bazujących na życiorysach dołącza teraz Susanne Lieder, która w powieści „Agatha Christie. Narodziny królowej kryminału” próbuje pokazać młodą kobietę marzącą o szczęśliwej miłości – i mimochodem pragnącą napisać książkę. Agatha jest tu uchwycona w dwóch momentach życia – kiedy rozpacza po śmierci matki, a jako pocieszenie ma swoją córkę i siostrę – oraz jako kobieta wkraczająca w dorosłość, jeszcze pod opieką rodzicielki.
Susanne Lieder najbardziej interesuje spotkanie z Archiem. To mężczyzna bardzo dziwny, mający liczne – widoczne na pierwszy rzut oka – wady, ale jednocześnie na tyle charyzmatyczny, żeby odciągnąć Agathę od trwającego w nieskończoność narzeczeństwa. Zresztą młoda bohaterka nie ma jeszcze pojęcia o tym, jak powinna wyglądać prawdziwa miłość – chce wyjść za mąż, a jeszcze bardziej chce stać się heroiną romansu, przeżyć coś, o czym czyta się tylko w książkach. Z otaczającymi ją potencjalnymi absztyfikantami nie ma na to szans, nic więc dziwnego, że chimeryczny Archie wydaje jej się najlepszym wyborem. Czas pokaże, czy miała rację. W życie pełne nadziei wkracza wojna i małżonkowie tuż po ślubie rozdzielają się na dość długo – na tyle, żeby Agatha nauczyła się żyć samotnie, a Archie nie dostosował do rodzinnego tempa. I w tym wszystkim pojawia się iskierka nadziei na poprawę losu – pisanie jako szansa na oderwanie się od trudnej codzienności. Agatha wymyśla postać detektywa, Herkulesa Poirot, a kiedy już udaje jej się scharakteryzować ekscentrycznego Belga, pozostawia go samemu sobie – obserwuje tylko, gdy ten rozwiązuje zagadki. Po pierwszej książce przyjdzie kolej na następne, początkująca autorka chce jednak podróżować i poznawać świat, a jednocześnie wie, że pisanie książek to męka – musi wciąż szukać nowych pomysłów i tworzyć rzeczy, które nie zawsze dadzą się przekuć w historie. Susanne Lieder niby czerpała z biografii, ale w wielu miejscach bazuje wyłącznie na własnej wyobraźni, woli Agathę nieznaną i jeszcze w jakimś sensie wolną (przynajmniej od sławy), wizją zwyczajności, która wymyka się schematycznym scenariuszom, dzieli się z czytelnikami. „Agatha Christie. Narodziny królowej kryminału” to powieść obyczajowa z wątkiem romansowym, dość pobieżnie zresztą zarysowanym – bo raz, że czytelnikom trudno będzie uwierzyć w wielką miłość, a dwa – autorka porzuca na przykład bez domknięcia wątek rozstania z poprzednim narzeczonym. Jest to jednak również powieść pisana dla wytchnienia, nie po to, żeby dostarczać czytelnikom wiadomości na temat znanej autorki kryminałów. „Agatha Christie. Narodziny królowej kryminału” to portret, jakiego nikt się nie spodziewa – książka, w której liczą się silne uczucia zamiast analiz źródeł natchnienia. I to najlepsze, co Susanne Lieder mogła zrobić – bo nie będzie dzięki temu zamęczać fanów Christie informacjami, które ci doskonale znają.
Przed karierą
Panuje obecnie moda na beletryzowane biografie, czy też powieści obyczajowe oparte na wątkach biograficznych – z perspektywy czytelników to jeszcze jedna okazja do spotkania z ulubionymi twórcami, dla autorów – szansa na zaistnienie na rynku z gotową fabułą, w której wystarczy tylko dostrzec rozkład napięcia, żeby powieść pisała się sama. Do grona autorek bazujących na życiorysach dołącza teraz Susanne Lieder, która w powieści „Agatha Christie. Narodziny królowej kryminału” próbuje pokazać młodą kobietę marzącą o szczęśliwej miłości – i mimochodem pragnącą napisać książkę. Agatha jest tu uchwycona w dwóch momentach życia – kiedy rozpacza po śmierci matki, a jako pocieszenie ma swoją córkę i siostrę – oraz jako kobieta wkraczająca w dorosłość, jeszcze pod opieką rodzicielki.
Susanne Lieder najbardziej interesuje spotkanie z Archiem. To mężczyzna bardzo dziwny, mający liczne – widoczne na pierwszy rzut oka – wady, ale jednocześnie na tyle charyzmatyczny, żeby odciągnąć Agathę od trwającego w nieskończoność narzeczeństwa. Zresztą młoda bohaterka nie ma jeszcze pojęcia o tym, jak powinna wyglądać prawdziwa miłość – chce wyjść za mąż, a jeszcze bardziej chce stać się heroiną romansu, przeżyć coś, o czym czyta się tylko w książkach. Z otaczającymi ją potencjalnymi absztyfikantami nie ma na to szans, nic więc dziwnego, że chimeryczny Archie wydaje jej się najlepszym wyborem. Czas pokaże, czy miała rację. W życie pełne nadziei wkracza wojna i małżonkowie tuż po ślubie rozdzielają się na dość długo – na tyle, żeby Agatha nauczyła się żyć samotnie, a Archie nie dostosował do rodzinnego tempa. I w tym wszystkim pojawia się iskierka nadziei na poprawę losu – pisanie jako szansa na oderwanie się od trudnej codzienności. Agatha wymyśla postać detektywa, Herkulesa Poirot, a kiedy już udaje jej się scharakteryzować ekscentrycznego Belga, pozostawia go samemu sobie – obserwuje tylko, gdy ten rozwiązuje zagadki. Po pierwszej książce przyjdzie kolej na następne, początkująca autorka chce jednak podróżować i poznawać świat, a jednocześnie wie, że pisanie książek to męka – musi wciąż szukać nowych pomysłów i tworzyć rzeczy, które nie zawsze dadzą się przekuć w historie. Susanne Lieder niby czerpała z biografii, ale w wielu miejscach bazuje wyłącznie na własnej wyobraźni, woli Agathę nieznaną i jeszcze w jakimś sensie wolną (przynajmniej od sławy), wizją zwyczajności, która wymyka się schematycznym scenariuszom, dzieli się z czytelnikami. „Agatha Christie. Narodziny królowej kryminału” to powieść obyczajowa z wątkiem romansowym, dość pobieżnie zresztą zarysowanym – bo raz, że czytelnikom trudno będzie uwierzyć w wielką miłość, a dwa – autorka porzuca na przykład bez domknięcia wątek rozstania z poprzednim narzeczonym. Jest to jednak również powieść pisana dla wytchnienia, nie po to, żeby dostarczać czytelnikom wiadomości na temat znanej autorki kryminałów. „Agatha Christie. Narodziny królowej kryminału” to portret, jakiego nikt się nie spodziewa – książka, w której liczą się silne uczucia zamiast analiz źródeł natchnienia. I to najlepsze, co Susanne Lieder mogła zrobić – bo nie będzie dzięki temu zamęczać fanów Christie informacjami, które ci doskonale znają.
środa, 15 kwietnia 2026
Jeff Kinney: Dziennik Cwaniaczka. Pan Porażka
Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.
Urodziny
To zadziwiające, kiedy bohaterowie z literatury czwartej, w założeniu będący z młodymi czytelnikami zaledwie parę chwil, utrzymują się na rynku przez całe dekady. Dwudziestolecie Cwaniaczka to dobry moment, żeby przyjrzeć się kwestii urodzinowych przyjęć – Jeff Kinney ułatwia sobie tym razem zadanie, ogniskując fabułę wokół jednego zasadniczego tematu i zmusza swojego bohatera do przyglądania się różnym przepisom na katastrofę. A ponieważ Greg, gdyby tylko mógł, chętnie zasugerowałby swoim gościom, co sprawiłoby mu prawdziwą przyjemność – ale nie ma na to szans, bo nie pozwala mu na to rzeczywistość i kontrola mamy – nie ustaje w wysiłkach, żeby osiągnąć swój cel okrężnymi drogami. „Pan Porażka” to książka, w której najpierw bohater przygląda się różnym przyjęciom urodzinowym ze swojego dzieciństwa, po to, żeby później przekonać się, że o jego prawdziwych urodzinach mama zapomniała – pochłonięta przygotowaniami do konkursu na ciasto. W erze internetu takie zachowanie nie pozostaje bez kary, anonimowe mamy z forum tropią tę, która ośmieliła się tak skrzywdzić swoją pociechę, a mama Grega, targana wyrzutami sumienia, chce sprawić najlepsze przyjęcie pod słońcem – po czasie.
I tak Greg zajęty jest kombinowaniem, jak zdobyć wyjątkowo rzadką kartę (spieniężenie jej natychmiast rozwiąże jego problemy finansowe, a nie wzbudzi podejrzeń wśród gości urodzinowych), a w międzyczasie snuje retrospekcje o kolejnych porażkach i wpadkach z przyjęć we wcześniejszych latach. Podpowiada odbiorcom nawet, jak wraz z przyjacielem korzystał z przyjęć urodzinowych, na które nie był zaproszony – wszystko po to, żeby bawić. Bo Dziennik Cwaniaczka to seria, która stworzona została dla śmiechu i jest serią gagów podporządkowanych pewnym kluczowym hasłom. Czyta się ją bardzo dobrze dzięki przeplataniu wyznań komiksowymi rysunkami, a także za sprawą akcentów zdaniowych wyznaczanych w rytmie tekstu. To jedna z tych publikacji, które może i nie nauczą dzieci zbyt wiele, za to zapewnią im rozrywkę, jakiej mali odbiorcy potrzebują – i pokażą, że książki można czytać dla przyjemności, relaksu i rozrywki. Chociaż i dorośli, i wydawnictwa często o tym zapominają, Greg – na szczęście – ma się świetnie i może pozwalać na zabijanie czasu i na oderwanie się od rutyny za sprawą szeregu katastrof, które spotykają go w każdej chwili. A ponieważ Jeff Kinney nie odchodzi zbyt daleko od realizmu – jedynie mocno go przerysowuje – śmiech, jakiego dostarcza małym czytelnikom, będzie wiązał się z sytuacjami powszechnie znanymi. W ten sposób Jeff Kinney może spokojnie wykorzystywać stereotypy i sięgać po inspiracje wszędzie tam, gdzie inni autorzy nie widzieliby potencjału twórczego. A sam Greg – chociaż przedstawia się jako nieudacznik i przegryw – radzi sobie całkiem nieźle, biorąc pod uwagę warunki funkcjonowania. „Pan Porażka” to książka stworzona dla śmiechu i ten śmiech odbiorcom będzie przynosić – a przy okazji pozwoli bez napięcia podchodzić do imprez urodzinowych. Przecież zawsze mogło być gorzej.
Urodziny
To zadziwiające, kiedy bohaterowie z literatury czwartej, w założeniu będący z młodymi czytelnikami zaledwie parę chwil, utrzymują się na rynku przez całe dekady. Dwudziestolecie Cwaniaczka to dobry moment, żeby przyjrzeć się kwestii urodzinowych przyjęć – Jeff Kinney ułatwia sobie tym razem zadanie, ogniskując fabułę wokół jednego zasadniczego tematu i zmusza swojego bohatera do przyglądania się różnym przepisom na katastrofę. A ponieważ Greg, gdyby tylko mógł, chętnie zasugerowałby swoim gościom, co sprawiłoby mu prawdziwą przyjemność – ale nie ma na to szans, bo nie pozwala mu na to rzeczywistość i kontrola mamy – nie ustaje w wysiłkach, żeby osiągnąć swój cel okrężnymi drogami. „Pan Porażka” to książka, w której najpierw bohater przygląda się różnym przyjęciom urodzinowym ze swojego dzieciństwa, po to, żeby później przekonać się, że o jego prawdziwych urodzinach mama zapomniała – pochłonięta przygotowaniami do konkursu na ciasto. W erze internetu takie zachowanie nie pozostaje bez kary, anonimowe mamy z forum tropią tę, która ośmieliła się tak skrzywdzić swoją pociechę, a mama Grega, targana wyrzutami sumienia, chce sprawić najlepsze przyjęcie pod słońcem – po czasie.
I tak Greg zajęty jest kombinowaniem, jak zdobyć wyjątkowo rzadką kartę (spieniężenie jej natychmiast rozwiąże jego problemy finansowe, a nie wzbudzi podejrzeń wśród gości urodzinowych), a w międzyczasie snuje retrospekcje o kolejnych porażkach i wpadkach z przyjęć we wcześniejszych latach. Podpowiada odbiorcom nawet, jak wraz z przyjacielem korzystał z przyjęć urodzinowych, na które nie był zaproszony – wszystko po to, żeby bawić. Bo Dziennik Cwaniaczka to seria, która stworzona została dla śmiechu i jest serią gagów podporządkowanych pewnym kluczowym hasłom. Czyta się ją bardzo dobrze dzięki przeplataniu wyznań komiksowymi rysunkami, a także za sprawą akcentów zdaniowych wyznaczanych w rytmie tekstu. To jedna z tych publikacji, które może i nie nauczą dzieci zbyt wiele, za to zapewnią im rozrywkę, jakiej mali odbiorcy potrzebują – i pokażą, że książki można czytać dla przyjemności, relaksu i rozrywki. Chociaż i dorośli, i wydawnictwa często o tym zapominają, Greg – na szczęście – ma się świetnie i może pozwalać na zabijanie czasu i na oderwanie się od rutyny za sprawą szeregu katastrof, które spotykają go w każdej chwili. A ponieważ Jeff Kinney nie odchodzi zbyt daleko od realizmu – jedynie mocno go przerysowuje – śmiech, jakiego dostarcza małym czytelnikom, będzie wiązał się z sytuacjami powszechnie znanymi. W ten sposób Jeff Kinney może spokojnie wykorzystywać stereotypy i sięgać po inspiracje wszędzie tam, gdzie inni autorzy nie widzieliby potencjału twórczego. A sam Greg – chociaż przedstawia się jako nieudacznik i przegryw – radzi sobie całkiem nieźle, biorąc pod uwagę warunki funkcjonowania. „Pan Porażka” to książka stworzona dla śmiechu i ten śmiech odbiorcom będzie przynosić – a przy okazji pozwoli bez napięcia podchodzić do imprez urodzinowych. Przecież zawsze mogło być gorzej.
wtorek, 14 kwietnia 2026
Gérard Morel: Trucicielki. Kronika kobiecych zbrodni od antyku po współczesność
Mando, Kraków 2026.
Zbrodnie w kuchni
Gérard Morel doskonale wie, że na wyobraźnię ludzi bardzo mocno działa zagrożenie, które jest najbliżej. Dlatego też chce opowiedzieć przeszłość przez pryzmat trucicielek – kobiet niedocenianych i sięgających po ostateczne rozwiązania swoich problemów, albo intrygantek wiedzących doskonale, czego brakuje im do uzyskania władzy. „Trucicielki. Kronika kobiecych zbrodni od antyku po współczesność” to jednak nie gotowy przepis na kryminał, a rejestr wydarzeń i biografii. Autor opowiada tu przeszłość na nowo, ale koncentruje się na tych postaciach, które często były ignorowane lub odsuwane na dalszy plan zanim dopuściły się zbrodni, a później – marginalizowane ze względu na to, żeby nie inspirować kolejnych morderstw. Zanim to jednak nastąpi, proponuje czytelnikom uważne przyjrzenie się powodom, dla których trucie przypisywane było przede wszystkim kobietom: to zbrodnia, która wydaje się najbardziej perfidna, wykorzystuje bowiem zaufanie ofiary i nie daje jej szans na obronę. Jednocześnie pasuje do tradycyjnej roli kobiety – i do jej stereotypowych akcesoriów. Przez długi czas to faktycznie dobre wyjaśnienie – jednak ta opowieść kończy się w końcówce XX wieku, więc w momencie, gdy kobiety nie są już tak zależne od mężczyzn i tak bezbronne. Autor od czasu do czasu stara się też przypominać, że dzisiaj sięganie po dawne środki nie ma zbyt wiele sensu: możliwości wykrycia trucizny w organizmie są znacznie większe niż kiedyś i pozwolą wskazać winnych znacznie szybciej.
I mając do dyspozycji tak bogaty materiał, Morel nie ulega pokusie stworzenia fabularnej opowieści. Koncentruje się za to na przytaczaniu faktów i unikaniu jakichkolwiek komentarzy. Zależy mu na tym, żeby czytelnicy poznali dobrze bohaterki – dlatego też umieszcza ich zbrodnicze działania w o wiele szerszym kontekście, prowadzi przez trudne doświadczenia życiowe i relacje z bliskimi, żeby naświetlić bezradność czy brak szans na inne rozwiązania. Próbuje też zaznaczać, kiedy pojawiły się pierwsze przejawy buntu wobec codzienności i jakie działania zostały przez otoczenie zignorowane. Kiedy już dojdzie do opisywania tego momentu życiorysu, w którym rysuje się początek zbrodni, ma pewność, że czytelnicy zdążyli dobrze zaznajomić się z bohaterką i rozumieją jej motywy – a przynajmniej widzą kontekst na tyle jasno, żeby nie dziwić się podejmowanym decyzjom. Od tej pory może już zajmować się przede wszystkim metodami trucia – chociaż nie zawsze jest to możliwe. Nie będzie oczywiście podawać przepisów na śmiercionośne mikstury ani przesadnie analizować kolejnych działań, za to dba o wychwycenie i naświetlenie momentów ważnych z perspektywy samej zbrodni. Nie zawsze da się to zrobić – jeśli coś zaginęło w mrokach dziejów, autor nie będzie żmudnie odtwarzać wiadomości, woli po prostu nie precyzować scenek. Cała książka to bardziej podręcznikowe opisy niż próby fabularyzowania albo budowania sensacyjności, nie ma w tym rzucania się na literackość obrazów ani na potencjał kryminalny – to czyste informacje, po prostu opisywanie przeszłości w inny niż zazwyczaj przyjęte sposób. „Trucicielki” to opowieść dla czytelników, którzy potrzebują wiadomości lub przypisów do mniej znanych postaci – a nie emocji.
Zbrodnie w kuchni
Gérard Morel doskonale wie, że na wyobraźnię ludzi bardzo mocno działa zagrożenie, które jest najbliżej. Dlatego też chce opowiedzieć przeszłość przez pryzmat trucicielek – kobiet niedocenianych i sięgających po ostateczne rozwiązania swoich problemów, albo intrygantek wiedzących doskonale, czego brakuje im do uzyskania władzy. „Trucicielki. Kronika kobiecych zbrodni od antyku po współczesność” to jednak nie gotowy przepis na kryminał, a rejestr wydarzeń i biografii. Autor opowiada tu przeszłość na nowo, ale koncentruje się na tych postaciach, które często były ignorowane lub odsuwane na dalszy plan zanim dopuściły się zbrodni, a później – marginalizowane ze względu na to, żeby nie inspirować kolejnych morderstw. Zanim to jednak nastąpi, proponuje czytelnikom uważne przyjrzenie się powodom, dla których trucie przypisywane było przede wszystkim kobietom: to zbrodnia, która wydaje się najbardziej perfidna, wykorzystuje bowiem zaufanie ofiary i nie daje jej szans na obronę. Jednocześnie pasuje do tradycyjnej roli kobiety – i do jej stereotypowych akcesoriów. Przez długi czas to faktycznie dobre wyjaśnienie – jednak ta opowieść kończy się w końcówce XX wieku, więc w momencie, gdy kobiety nie są już tak zależne od mężczyzn i tak bezbronne. Autor od czasu do czasu stara się też przypominać, że dzisiaj sięganie po dawne środki nie ma zbyt wiele sensu: możliwości wykrycia trucizny w organizmie są znacznie większe niż kiedyś i pozwolą wskazać winnych znacznie szybciej.
I mając do dyspozycji tak bogaty materiał, Morel nie ulega pokusie stworzenia fabularnej opowieści. Koncentruje się za to na przytaczaniu faktów i unikaniu jakichkolwiek komentarzy. Zależy mu na tym, żeby czytelnicy poznali dobrze bohaterki – dlatego też umieszcza ich zbrodnicze działania w o wiele szerszym kontekście, prowadzi przez trudne doświadczenia życiowe i relacje z bliskimi, żeby naświetlić bezradność czy brak szans na inne rozwiązania. Próbuje też zaznaczać, kiedy pojawiły się pierwsze przejawy buntu wobec codzienności i jakie działania zostały przez otoczenie zignorowane. Kiedy już dojdzie do opisywania tego momentu życiorysu, w którym rysuje się początek zbrodni, ma pewność, że czytelnicy zdążyli dobrze zaznajomić się z bohaterką i rozumieją jej motywy – a przynajmniej widzą kontekst na tyle jasno, żeby nie dziwić się podejmowanym decyzjom. Od tej pory może już zajmować się przede wszystkim metodami trucia – chociaż nie zawsze jest to możliwe. Nie będzie oczywiście podawać przepisów na śmiercionośne mikstury ani przesadnie analizować kolejnych działań, za to dba o wychwycenie i naświetlenie momentów ważnych z perspektywy samej zbrodni. Nie zawsze da się to zrobić – jeśli coś zaginęło w mrokach dziejów, autor nie będzie żmudnie odtwarzać wiadomości, woli po prostu nie precyzować scenek. Cała książka to bardziej podręcznikowe opisy niż próby fabularyzowania albo budowania sensacyjności, nie ma w tym rzucania się na literackość obrazów ani na potencjał kryminalny – to czyste informacje, po prostu opisywanie przeszłości w inny niż zazwyczaj przyjęte sposób. „Trucicielki” to opowieść dla czytelników, którzy potrzebują wiadomości lub przypisów do mniej znanych postaci – a nie emocji.
poniedziałek, 13 kwietnia 2026
Zofia Stanecka: Basia i jedzenie
Harperkids, Warszawa 2026.
Na talerzu
Dzieci sporo słyszą o zdrowym odżywianiu się i o wartościowych posiłkach. To temat, którego nie ukrywa się przed najmłodszymi, trochę dlatego, żeby odrobinę nakierować ich kulinarne wybory (chociaż żadna perswazja nie doprowadzi do tego, żeby maluchy z własnej woli wybierały owoce i warzywa zamiast słodyczy czy wysoko przetworzonych przekąsek albo fast foodów). Świadomość sprawi jednak, że trochę łatwiej będzie rodzicom – uzasadniać kolejne posiłki i odmowy. „Basia i jedzenie” to książka, w której uwaga wszystkich zogniskowana jest na posiłki i tematy jedzeniowe w codziennym życiu. Basia przekonuje się, jak różne są motywacje podejmowanych decyzji i – co ważniejsze – dlaczego warto testować nowe smaki, a nie odrzucać z góry i bez próbowania propozycji dorosłych.
W dzisiejszych czasach każde dziecko może wybierać inną dietę – jedne ze względu na alergie, inne – przez wybory i przekonania rodziców. Dlatego też piramida żywieniowa powinna znaleźć się w świadomości każdego, nawet kilkulatka – to najprostszy sposób na uniknięcie problemów ze zdrowiem w przyszłości, a obecnie – na wprowadzanie potrzebnych zmian. Basia uważnie sprawdza, co jedzą jej koledzy i rodzina, powtarza też zasłyszane informacje, chociaż niekoniecznie udaje jej się dobrze zapamiętać rozmaite mądrości – i to okazja do ich skorygowania i do rozbawienia czytelników. Zofia Stanecka pozostaje jednak realistką: wie, że niektóre dzieci prezentują wybiórczość pokarmową i trzeba im dać czas na oswojenie się z innymi niż akceptowane posiłkami. Do tego jest w stanie pomóc też rodzicom – wesprzeć ich w dyskusjach z małymi niejadkami. Mama Basi nie zamierza gotować dla każdego członka rodziny oddzielnie, niezależnie od tego, jakich argumentów dzieci będą używać, żeby postawić na swoim – nie chodzi przecież o to, żeby ktoś zamęczył się w kuchni tylko dlatego, że ktoś ma ochotę na inne niż proponowane wszystkim danie. Ponieważ jednak w kręgu bliskich znajomych i przyjaciół Basi znajdują się dzieci z różnych stron świata, to może być dobra okazja do spróbowania specjałów z innych kuchni – dzieci poznają nowe smaki, a przy okazji przekonują się, że jedzenie – nawet powszechnie znane – może smakować zupełnie inaczej z nowymi, bardziej egzotycznymi składnikami. Małych łasuchów łatwo będzie przekonać do próbowania dziwnych potraw – ale większość dzieci raczej stroni od eksperymentów. I tu z pomocą przyjdzie Basia, która po prostu lubi jeść – a swoimi wrażeniami chętnie dzieli się z kilkuletnimi odbiorcami. „Basia i jedzenie” to książka, która przyda się w domach – Zofia Stanecka bazuje na rzeczywistych obserwacjach i rozwija temat tak, żeby z każdą stroną przynosić czytelnikom coś zaskakującego, a jednocześnie nieodbiegającego od najważniejszego zagadnienia. To publikacja, na którą trzeba zwrócić uwagę – Basia po raz kolejny przydaje się jako postać, która wytłumaczy pewne sprawy i przekona dzieci do tego, co mówią im (albo powinni mówić) rodzice. Zofia Stanecka po raz kolejny bardzo dobrze dostrzega problem – i podsuwa dobre lekturowe rozwiązanie. Przyzwyczaja dzieci do codziennego funkcjonowania, a do tego dostarcza im ciekawej lektury przydatnej również dla dorosłych.
Na talerzu
Dzieci sporo słyszą o zdrowym odżywianiu się i o wartościowych posiłkach. To temat, którego nie ukrywa się przed najmłodszymi, trochę dlatego, żeby odrobinę nakierować ich kulinarne wybory (chociaż żadna perswazja nie doprowadzi do tego, żeby maluchy z własnej woli wybierały owoce i warzywa zamiast słodyczy czy wysoko przetworzonych przekąsek albo fast foodów). Świadomość sprawi jednak, że trochę łatwiej będzie rodzicom – uzasadniać kolejne posiłki i odmowy. „Basia i jedzenie” to książka, w której uwaga wszystkich zogniskowana jest na posiłki i tematy jedzeniowe w codziennym życiu. Basia przekonuje się, jak różne są motywacje podejmowanych decyzji i – co ważniejsze – dlaczego warto testować nowe smaki, a nie odrzucać z góry i bez próbowania propozycji dorosłych.
W dzisiejszych czasach każde dziecko może wybierać inną dietę – jedne ze względu na alergie, inne – przez wybory i przekonania rodziców. Dlatego też piramida żywieniowa powinna znaleźć się w świadomości każdego, nawet kilkulatka – to najprostszy sposób na uniknięcie problemów ze zdrowiem w przyszłości, a obecnie – na wprowadzanie potrzebnych zmian. Basia uważnie sprawdza, co jedzą jej koledzy i rodzina, powtarza też zasłyszane informacje, chociaż niekoniecznie udaje jej się dobrze zapamiętać rozmaite mądrości – i to okazja do ich skorygowania i do rozbawienia czytelników. Zofia Stanecka pozostaje jednak realistką: wie, że niektóre dzieci prezentują wybiórczość pokarmową i trzeba im dać czas na oswojenie się z innymi niż akceptowane posiłkami. Do tego jest w stanie pomóc też rodzicom – wesprzeć ich w dyskusjach z małymi niejadkami. Mama Basi nie zamierza gotować dla każdego członka rodziny oddzielnie, niezależnie od tego, jakich argumentów dzieci będą używać, żeby postawić na swoim – nie chodzi przecież o to, żeby ktoś zamęczył się w kuchni tylko dlatego, że ktoś ma ochotę na inne niż proponowane wszystkim danie. Ponieważ jednak w kręgu bliskich znajomych i przyjaciół Basi znajdują się dzieci z różnych stron świata, to może być dobra okazja do spróbowania specjałów z innych kuchni – dzieci poznają nowe smaki, a przy okazji przekonują się, że jedzenie – nawet powszechnie znane – może smakować zupełnie inaczej z nowymi, bardziej egzotycznymi składnikami. Małych łasuchów łatwo będzie przekonać do próbowania dziwnych potraw – ale większość dzieci raczej stroni od eksperymentów. I tu z pomocą przyjdzie Basia, która po prostu lubi jeść – a swoimi wrażeniami chętnie dzieli się z kilkuletnimi odbiorcami. „Basia i jedzenie” to książka, która przyda się w domach – Zofia Stanecka bazuje na rzeczywistych obserwacjach i rozwija temat tak, żeby z każdą stroną przynosić czytelnikom coś zaskakującego, a jednocześnie nieodbiegającego od najważniejszego zagadnienia. To publikacja, na którą trzeba zwrócić uwagę – Basia po raz kolejny przydaje się jako postać, która wytłumaczy pewne sprawy i przekona dzieci do tego, co mówią im (albo powinni mówić) rodzice. Zofia Stanecka po raz kolejny bardzo dobrze dostrzega problem – i podsuwa dobre lekturowe rozwiązanie. Przyzwyczaja dzieci do codziennego funkcjonowania, a do tego dostarcza im ciekawej lektury przydatnej również dla dorosłych.
niedziela, 12 kwietnia 2026
Dr Monika Łukasiewicz, Jagna Kaczanowska: Teraz ja! Ginekolożka z psycholożką o menopauzie
Agora, Warszawa 2026.
Bez tabu
Menopauza przestała być tematem skrzętnie ukrywanym, a w związku z tym faktem coraz częściej wchodzi do literatury poradnikowej i książek o zdrowiu. To zagadnienie, które warto przedstawiać z każdej możliwej strony, żeby oswoić kobiety ze zmianami przyzwyczajeń oraz z możliwościami, przed jakimi staną, kiedy będą mierzyć się z charakterystycznymi objawami. Menopauza to zmiany w ciele, ale też w myśleniu czy podejściu do życia – i rolą kolejnych publikacji jest omawianie tych zmian w tonie szansy, tak, żeby zredukować lęk i niedogodności. I tak na rynku pojawia się książka, którą zdecydowanie warto włączyć do swojego zestawu poradników i podpowiedzi – „Teraz ja! Ginekolożka z psycholożką o menopauzie”. Tom stworzony przez Jagnę Kaczanowską oraz Monikę Łukasiewicz całościowo prezentuje temat menopauzy i pozwala czytelniczkom na wypracowanie schematów działań w zależności od potrzeb.
Publikacja została przygotowana w lekkim, popularyzatorskim i trochę konfesyjnym tonie – chodzi tu o to, żeby przekonać czytelniczki do nadejścia ważnego i nieuchronnego – ale nie strasznego – etapu życia i żeby podsunąć im zbiór gotowych podpowiedzi. Autorki przyglądają się dostępnym środkom farmakologicznym czy kuracjom hormonalnym (przy okazji oddalając obawy przed takim wyjściem: tłumaczą, skąd bierze się niechęć do przyjmowania hormonów i jednocześnie podpowiadają, co zrobić, żeby taka kuracja była w stu procentach bezpieczna), opowiadają o charakterystycznych reakcjach ciała, o nowych dla odbiorczyń odczuciach, które może nie są groźne, ale z pewnością uprzykrzają codzienne funkcjonowanie. Opowiadają o tym, jak w dalszym ciągu czerpać radość i satysfakcję z seksu – bo przecież menopauza nie oznacza końca tego aspektu – i o tym, jak zmienia się mózg kobiety. Przyglądają się zmianom wagi oraz potrzebom organizmu. Ale przede wszystkim tłumaczą, że menopauza to nie dramat – i wystarczy odpowiednio się przygotować, działać zgodnie z planem i wykorzystywać dostępne dzisiaj metody łagodzenia objawów, żeby zachować normalność. Dzielą się z czytelniczkami własnymi doświadczeniami, co może nie tylko funkcjonować jako przykład, ale też jako rodzaj pokrzepienia – bo oto dwie kobiety wyposażone w sporą wiedzę mogą mimo wszystko borykać się z pewnymi niedogodnościami i szukać na nie sposobów: skutecznie.
Te wiadomości, które są bardziej skomplikowane, czyli wymagają większego skupienia czytelniczek, pojawiają się wyodrębnione w ramkach (tu znajdą się między innymi specjalistyczne terminy medyczne) – wyrzucone z głównego nurtu narracji nie będą odciągały uwagi, łatwiej też do nich trafić. Do tego autorki przywołują motywacyjne opowieści: w kolejnym rodzaju ramek, czyli znowu poza podstawowym nurtem, będzie miejsce na opowieści o kobietach, które spełniały swoje marzenia bez względu na metrykę – i dokonywały rzeczy wielkich po przekroczeniu „magicznej” granicy. To zachęca do działania i przypomina, że zawsze warto dążyć do robienia czegoś, co się kocha. W podstawowej opowieści z kolei rozpracowują tajniki menopauzy tak, żeby odbiorczynie mogły pozbyć się wątpliwości i żeby zweryfikowały swój stan wiedzy. Czytelniczki mogą potraktować tę książkę jak relację przyjaciółek – nieco bardziej doświadczonych i przecierających szlaki – tak, żeby uniknąć niespodzianek i żeby poradzić sobie z wyzwaniem, jakie niesie życie. Bardzo dobrze przygotowana została ta książka, ale jej prawdziwa wartość kryje się także w samym sposobie przedstawiania zgromadzonych informacji – na lekko i bez przykrości.
Bez tabu
Menopauza przestała być tematem skrzętnie ukrywanym, a w związku z tym faktem coraz częściej wchodzi do literatury poradnikowej i książek o zdrowiu. To zagadnienie, które warto przedstawiać z każdej możliwej strony, żeby oswoić kobiety ze zmianami przyzwyczajeń oraz z możliwościami, przed jakimi staną, kiedy będą mierzyć się z charakterystycznymi objawami. Menopauza to zmiany w ciele, ale też w myśleniu czy podejściu do życia – i rolą kolejnych publikacji jest omawianie tych zmian w tonie szansy, tak, żeby zredukować lęk i niedogodności. I tak na rynku pojawia się książka, którą zdecydowanie warto włączyć do swojego zestawu poradników i podpowiedzi – „Teraz ja! Ginekolożka z psycholożką o menopauzie”. Tom stworzony przez Jagnę Kaczanowską oraz Monikę Łukasiewicz całościowo prezentuje temat menopauzy i pozwala czytelniczkom na wypracowanie schematów działań w zależności od potrzeb.
Publikacja została przygotowana w lekkim, popularyzatorskim i trochę konfesyjnym tonie – chodzi tu o to, żeby przekonać czytelniczki do nadejścia ważnego i nieuchronnego – ale nie strasznego – etapu życia i żeby podsunąć im zbiór gotowych podpowiedzi. Autorki przyglądają się dostępnym środkom farmakologicznym czy kuracjom hormonalnym (przy okazji oddalając obawy przed takim wyjściem: tłumaczą, skąd bierze się niechęć do przyjmowania hormonów i jednocześnie podpowiadają, co zrobić, żeby taka kuracja była w stu procentach bezpieczna), opowiadają o charakterystycznych reakcjach ciała, o nowych dla odbiorczyń odczuciach, które może nie są groźne, ale z pewnością uprzykrzają codzienne funkcjonowanie. Opowiadają o tym, jak w dalszym ciągu czerpać radość i satysfakcję z seksu – bo przecież menopauza nie oznacza końca tego aspektu – i o tym, jak zmienia się mózg kobiety. Przyglądają się zmianom wagi oraz potrzebom organizmu. Ale przede wszystkim tłumaczą, że menopauza to nie dramat – i wystarczy odpowiednio się przygotować, działać zgodnie z planem i wykorzystywać dostępne dzisiaj metody łagodzenia objawów, żeby zachować normalność. Dzielą się z czytelniczkami własnymi doświadczeniami, co może nie tylko funkcjonować jako przykład, ale też jako rodzaj pokrzepienia – bo oto dwie kobiety wyposażone w sporą wiedzę mogą mimo wszystko borykać się z pewnymi niedogodnościami i szukać na nie sposobów: skutecznie.
Te wiadomości, które są bardziej skomplikowane, czyli wymagają większego skupienia czytelniczek, pojawiają się wyodrębnione w ramkach (tu znajdą się między innymi specjalistyczne terminy medyczne) – wyrzucone z głównego nurtu narracji nie będą odciągały uwagi, łatwiej też do nich trafić. Do tego autorki przywołują motywacyjne opowieści: w kolejnym rodzaju ramek, czyli znowu poza podstawowym nurtem, będzie miejsce na opowieści o kobietach, które spełniały swoje marzenia bez względu na metrykę – i dokonywały rzeczy wielkich po przekroczeniu „magicznej” granicy. To zachęca do działania i przypomina, że zawsze warto dążyć do robienia czegoś, co się kocha. W podstawowej opowieści z kolei rozpracowują tajniki menopauzy tak, żeby odbiorczynie mogły pozbyć się wątpliwości i żeby zweryfikowały swój stan wiedzy. Czytelniczki mogą potraktować tę książkę jak relację przyjaciółek – nieco bardziej doświadczonych i przecierających szlaki – tak, żeby uniknąć niespodzianek i żeby poradzić sobie z wyzwaniem, jakie niesie życie. Bardzo dobrze przygotowana została ta książka, ale jej prawdziwa wartość kryje się także w samym sposobie przedstawiania zgromadzonych informacji – na lekko i bez przykrości.
sobota, 11 kwietnia 2026
Britannica. Nowa encyklopedia dla dzieci w opracowaniu Christophera Lloyda
Kropka, Warszawa 2026.
Wszystko
To klasa sama w sobie i marka, której przedstawiać nikomu nie trzeba. To dowód, że dzieci mogą czytać encyklopedię i świetnie się przy tym bawić. I książka, która nie zestarzeje się wcale, będzie przez długi czas dorastać z dziećmi. Imponująca publikacja, która waży prawie dwa kilogramy (ta informacja znalazła się w blurbie – i bardzo dobrze, bo będzie to jedno z pierwszych pytań samych zainteresowanych) przynosi młodym odbiorcom całe mnóstwo ciekawostek posegregowanych na kilka dziedzin i zagadnień. Znalazło się tu osiem obszernych rozdziałów i na początku wydaje się, że autorzy skoncentrują się wyłącznie na Ziemi w kosmosie. Wyjście od tematu wszechświata nie dziwi – to dość częsty wybór w przypadku publikacji edukacyjnych dla najmłodszych. Tu oswojenie dzieci z odkryciami kosmicznymi ma na celu rozbudzenie w nich naukowej ciekawości i dociekliwości. Kiedy już wszystko, co odległe, stanie się jasne, przyjdzie czas na przyjrzenie się samej Ziemi. Punkt wyjścia to Wielki Wybuch, przedstawienie dzieciom tego, co mogą zobaczyć i czego nie mogą zobaczyć na niebie. Jednak obok wytworów natury będą tu też efekty pracy człowieka, między innymi rakiety, sondy kosmiczne i loty w kosmos – wszystko dla małych fanów eksplorowania wszechświata. Z kolei rozdział o Ziemi to okazja do sprawdzenia budowy planety, ale też do opowiedzenia o elementach ekologii (paliwa kopalne, pogoda i zmiany klimatyczne) czy historii o ukształtowaniu terenu. Rozdział „Materia” odnosi – bez nazywania tego – do fizyki i trochę chemii – i ten rozdział jeszcze przed konkretnymi lekcjami w szkole da dzieciom dobre pojęcie o podstawach funkcjonowania świata. To wiadomości, które przydadzą się w bardzo różnych okolicznościach, a do tego pozwolą na prowadzenie własnych obserwacji. Dwa kolejne rozdziały to „Życie” i „Ludzie” – analizy dotyczące między innymi roślinności czy życia pod wodą, ciała człowieka i kultury. Historia została podzielona na dwie części, pierwsza odnosi się do starożytności i średniowiecza w różnych kulturach i różnych częściach świata, druga – to czasy nowożytne i współczesne, uwzględnia ona nie tylko wielkie konflikty, ale też wielkie przełomy czy prawa człowieka i ich rozwój. Na sam koniec autorzy zostawili sobie temat „Dziś i jutro” – niezwykle szerokie zagadnienie, w którym mieszczą się i rozmaite wynalazki, i bolączki dzisiejszych czasów, a także – przyszłość cywilizacji.
W poszczególnych rozdziałach i ich częściach tekst zostaje podzielony na łatwo przyswajalne akapity – powtarzają się niektóre motywy, na przykład „Wiadome niewiadome” czy „Faktastycznie”, notki biograficzne albo wyliczenia – można tym tropem podążać, żeby nie nudzić się podziałem tematycznym, ale bardziej chodzi o urozmaicanie procesu lektury. Każdy motyw zyskuje tu imponujące ilustracje – wpływające na umiejętność zapamiętywania danych i jednocześnie będące ozdobą książki. Ta encyklopedia nie ma nic wspólnego z nudnymi hasłowymi dziełami – to prawdziwa przygoda, w której dostarczanie dzieciom wiadomości łączy się z rozrywką. Chętni mogą sprawdzić swoją pamięć dzięki quizom na końcu rozdziałów – ale trzeba będzie nie lada skupienia, żeby odpowiedzieć prawidłowo na wszystkie pytania, więc dzieci raczej zaczną od szukania odpowiedzi na kolejnych stronach. Do tego drobne wywiady czy wypowiedzi specjalistów z różnych dziedzin – to element, który może zachęcić najmłodszych do wyboru konkretnej drogi zawodowej.
„Britannica. Nowa encyklopedia dla dzieci w opracowaniu Christophera Lloyda” to dzieło imponujące nie tylko objętością – przede wszystkim przygotowaniem i opracowaniem tematów, wyborem ciekawostek – bo przecież mimo encyklopedycznych inspiracji nie da się wyczerpująco omówić każdego zagadnienia, nie chodzi o zamęczenie odbiorców, a o zaintrygowanie ich i o przekonanie, że nauka jest ciekawa. To zadziała doskonale – można mieć pewność, że dzieci, wyjątkowo zainteresowane jakimś tematem, będą chciały dalej pogłębiać wiedzę. Ta książka zaspokaja podstawową ciekawość. I wcale nie trzeba jej czytać od deski do deski, wystarczy korzystać z niej jak ze zbioru wyjaśnień i odpowiedzi na najdziwniejsze pytania. Oczywiście ta książka bije na głowę rozmaite edukacyjne publikacje – ale nie da się jej traktować jak zwykłego zbioru ciekawostek. To próba uchwycenia jak największej ilości tematów i wątków, porządkowanie ulotnego i podsuwanie najmłodszym zagadnień do poznawania. Encyklopedia, która cieszy – to właśnie otrzymają mali odbiorcy i długo nie będą chcieli się z tą książką rozstać.
Wszystko
To klasa sama w sobie i marka, której przedstawiać nikomu nie trzeba. To dowód, że dzieci mogą czytać encyklopedię i świetnie się przy tym bawić. I książka, która nie zestarzeje się wcale, będzie przez długi czas dorastać z dziećmi. Imponująca publikacja, która waży prawie dwa kilogramy (ta informacja znalazła się w blurbie – i bardzo dobrze, bo będzie to jedno z pierwszych pytań samych zainteresowanych) przynosi młodym odbiorcom całe mnóstwo ciekawostek posegregowanych na kilka dziedzin i zagadnień. Znalazło się tu osiem obszernych rozdziałów i na początku wydaje się, że autorzy skoncentrują się wyłącznie na Ziemi w kosmosie. Wyjście od tematu wszechświata nie dziwi – to dość częsty wybór w przypadku publikacji edukacyjnych dla najmłodszych. Tu oswojenie dzieci z odkryciami kosmicznymi ma na celu rozbudzenie w nich naukowej ciekawości i dociekliwości. Kiedy już wszystko, co odległe, stanie się jasne, przyjdzie czas na przyjrzenie się samej Ziemi. Punkt wyjścia to Wielki Wybuch, przedstawienie dzieciom tego, co mogą zobaczyć i czego nie mogą zobaczyć na niebie. Jednak obok wytworów natury będą tu też efekty pracy człowieka, między innymi rakiety, sondy kosmiczne i loty w kosmos – wszystko dla małych fanów eksplorowania wszechświata. Z kolei rozdział o Ziemi to okazja do sprawdzenia budowy planety, ale też do opowiedzenia o elementach ekologii (paliwa kopalne, pogoda i zmiany klimatyczne) czy historii o ukształtowaniu terenu. Rozdział „Materia” odnosi – bez nazywania tego – do fizyki i trochę chemii – i ten rozdział jeszcze przed konkretnymi lekcjami w szkole da dzieciom dobre pojęcie o podstawach funkcjonowania świata. To wiadomości, które przydadzą się w bardzo różnych okolicznościach, a do tego pozwolą na prowadzenie własnych obserwacji. Dwa kolejne rozdziały to „Życie” i „Ludzie” – analizy dotyczące między innymi roślinności czy życia pod wodą, ciała człowieka i kultury. Historia została podzielona na dwie części, pierwsza odnosi się do starożytności i średniowiecza w różnych kulturach i różnych częściach świata, druga – to czasy nowożytne i współczesne, uwzględnia ona nie tylko wielkie konflikty, ale też wielkie przełomy czy prawa człowieka i ich rozwój. Na sam koniec autorzy zostawili sobie temat „Dziś i jutro” – niezwykle szerokie zagadnienie, w którym mieszczą się i rozmaite wynalazki, i bolączki dzisiejszych czasów, a także – przyszłość cywilizacji.
W poszczególnych rozdziałach i ich częściach tekst zostaje podzielony na łatwo przyswajalne akapity – powtarzają się niektóre motywy, na przykład „Wiadome niewiadome” czy „Faktastycznie”, notki biograficzne albo wyliczenia – można tym tropem podążać, żeby nie nudzić się podziałem tematycznym, ale bardziej chodzi o urozmaicanie procesu lektury. Każdy motyw zyskuje tu imponujące ilustracje – wpływające na umiejętność zapamiętywania danych i jednocześnie będące ozdobą książki. Ta encyklopedia nie ma nic wspólnego z nudnymi hasłowymi dziełami – to prawdziwa przygoda, w której dostarczanie dzieciom wiadomości łączy się z rozrywką. Chętni mogą sprawdzić swoją pamięć dzięki quizom na końcu rozdziałów – ale trzeba będzie nie lada skupienia, żeby odpowiedzieć prawidłowo na wszystkie pytania, więc dzieci raczej zaczną od szukania odpowiedzi na kolejnych stronach. Do tego drobne wywiady czy wypowiedzi specjalistów z różnych dziedzin – to element, który może zachęcić najmłodszych do wyboru konkretnej drogi zawodowej.
„Britannica. Nowa encyklopedia dla dzieci w opracowaniu Christophera Lloyda” to dzieło imponujące nie tylko objętością – przede wszystkim przygotowaniem i opracowaniem tematów, wyborem ciekawostek – bo przecież mimo encyklopedycznych inspiracji nie da się wyczerpująco omówić każdego zagadnienia, nie chodzi o zamęczenie odbiorców, a o zaintrygowanie ich i o przekonanie, że nauka jest ciekawa. To zadziała doskonale – można mieć pewność, że dzieci, wyjątkowo zainteresowane jakimś tematem, będą chciały dalej pogłębiać wiedzę. Ta książka zaspokaja podstawową ciekawość. I wcale nie trzeba jej czytać od deski do deski, wystarczy korzystać z niej jak ze zbioru wyjaśnień i odpowiedzi na najdziwniejsze pytania. Oczywiście ta książka bije na głowę rozmaite edukacyjne publikacje – ale nie da się jej traktować jak zwykłego zbioru ciekawostek. To próba uchwycenia jak największej ilości tematów i wątków, porządkowanie ulotnego i podsuwanie najmłodszym zagadnień do poznawania. Encyklopedia, która cieszy – to właśnie otrzymają mali odbiorcy i długo nie będą chcieli się z tą książką rozstać.
piątek, 10 kwietnia 2026
Rachel Piercey: Co się dzieje w misiowym miasteczku
Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.
Wyprawa
Wyszukiwanek na rynku jest już mnóstwo i trzeba dobrego pomysłu, żeby się wyróżnić. Dlatego seria W Misiowym Lesie tak bardzo zwraca na siebie uwagę najmłodszych. Przede wszystkim to połączenie wyszukiwanki i rymowanek dla dzieci. Wielka ilustracja na dwie strony pojawia się co drugą rozkładówkę. Tu znajduje się wierszyk – ogólnikowe przedstawienie tego, co można robić w wybranym zakątku Misiowego Lasu. Rodzaj oswojenia dzieci z przestrzenią i przygotowania na kolejne wyzwanie. Do tego – wyliczanka z miejscami do zaznaczenia. Wyliczanka obejmuje motywy, które trzeba znaleźć na ilustracji – jest ich mnóstwo, jeśli wziąć pod uwagę fakt, że obrazki są bardzo gęste i wcale nie tak łatwo wydobyć konkretne rzeczy. Te wyszukiwankowe rozkładówki są przeplatane klasycznymi bajkami. I tu pojawiają się rymowanki bardziej rzeczowe, dotyczące przebywania w jakimś miejscu z Misiowego Lasu – i działają jak typowe „jak to działa”: bohaterowie dowiedzą się na przykład, co robi się w piekarni, szkole czy w szpitalu – oczywiście w tych w misiowej wersji, ale i tak może to być zaproszenie odbiorców do świata bohaterów i zachęta do wspólnego spędzania czasu.
Rachel Piercey pisze tu teksty (przekłada je Maciejka Mazan i z pewnością nie jest to proste, żeby oddać ducha oryginału i jednocześnie trzymać się sylabotoniku, zwłaszcza wtedy, kiedy nie można się schować za konkretnymi działaniami postaci). Freya Hartas zajmuje się stroną graficzną i pewne jest, że niejeden raz czytelników zaskoczy. Przede wszystkim nawiązaniami do klasyki. Ta książka ma spory format i już tym zwraca uwagę. Ale o wiele bardziej przykuwają wzrok tradycyjne w duchu obrazki – tu liczy się zaproszenie najmłodszych do świata sprzed co najmniej kilku dekad – tyle że dostosowanego do dzisiejszych wymogów rynkowych. Widać to zwłaszcza na seriach drobnych rysunków prezentujących przebieg wydarzeń w konkretnych miejscach – pod kolejnymi adresami w Misiowym Lesie. Tam, gdzie nie trzeba popisów ilustratorskich i przesycania ilustracji detalami, liczy się efekt – a ten jest olśniewający. Dzieci, które dzisiaj przyzwyczajone są do grafik komputerowych i maksymalnie upraszczanych za sprawą książeczek licencyjnych form – tu otrzymają rysunki, którym trzeba się uważnie przyglądać, żeby wychwycić wszystkie ich zalety. Z kolei na wyszukiwankowych stronach roi się od miniaturowych scenek, bohaterów i ciekawostek – tu dzieci nie będą się skupiać tylko i wyłącznie na wypełnianiu zadań, ale też na wychwytywaniu niespodzianek, jakie ilustratorka wprowadziła do świata Misiowego Lasu.
Jest tu zatem coś dla miłośników tradycji – i coś dla fanów dzisiejszych rozrywek. Dzieci nie poprzestaną na wypełnianiu zadań, otrzymają teksty, które zakorzenią je w Misiowym Lesie, sprawią, że świat z bajki stanie się bardziej prawdziwy i wręcz namacalny. Te maluchy, które nie przepadają za wyszukiwankami, mogą skoncentrować się wyłącznie na opisach świata przedstawionego – i towarzyszyć bohaterom w ich zwykłych czynnościach. Dla każdego coś miłego – ale przecież Misiowy Las nikogo nie może zniechęcić ani odstraszyć.
Wyprawa
Wyszukiwanek na rynku jest już mnóstwo i trzeba dobrego pomysłu, żeby się wyróżnić. Dlatego seria W Misiowym Lesie tak bardzo zwraca na siebie uwagę najmłodszych. Przede wszystkim to połączenie wyszukiwanki i rymowanek dla dzieci. Wielka ilustracja na dwie strony pojawia się co drugą rozkładówkę. Tu znajduje się wierszyk – ogólnikowe przedstawienie tego, co można robić w wybranym zakątku Misiowego Lasu. Rodzaj oswojenia dzieci z przestrzenią i przygotowania na kolejne wyzwanie. Do tego – wyliczanka z miejscami do zaznaczenia. Wyliczanka obejmuje motywy, które trzeba znaleźć na ilustracji – jest ich mnóstwo, jeśli wziąć pod uwagę fakt, że obrazki są bardzo gęste i wcale nie tak łatwo wydobyć konkretne rzeczy. Te wyszukiwankowe rozkładówki są przeplatane klasycznymi bajkami. I tu pojawiają się rymowanki bardziej rzeczowe, dotyczące przebywania w jakimś miejscu z Misiowego Lasu – i działają jak typowe „jak to działa”: bohaterowie dowiedzą się na przykład, co robi się w piekarni, szkole czy w szpitalu – oczywiście w tych w misiowej wersji, ale i tak może to być zaproszenie odbiorców do świata bohaterów i zachęta do wspólnego spędzania czasu.
Rachel Piercey pisze tu teksty (przekłada je Maciejka Mazan i z pewnością nie jest to proste, żeby oddać ducha oryginału i jednocześnie trzymać się sylabotoniku, zwłaszcza wtedy, kiedy nie można się schować za konkretnymi działaniami postaci). Freya Hartas zajmuje się stroną graficzną i pewne jest, że niejeden raz czytelników zaskoczy. Przede wszystkim nawiązaniami do klasyki. Ta książka ma spory format i już tym zwraca uwagę. Ale o wiele bardziej przykuwają wzrok tradycyjne w duchu obrazki – tu liczy się zaproszenie najmłodszych do świata sprzed co najmniej kilku dekad – tyle że dostosowanego do dzisiejszych wymogów rynkowych. Widać to zwłaszcza na seriach drobnych rysunków prezentujących przebieg wydarzeń w konkretnych miejscach – pod kolejnymi adresami w Misiowym Lesie. Tam, gdzie nie trzeba popisów ilustratorskich i przesycania ilustracji detalami, liczy się efekt – a ten jest olśniewający. Dzieci, które dzisiaj przyzwyczajone są do grafik komputerowych i maksymalnie upraszczanych za sprawą książeczek licencyjnych form – tu otrzymają rysunki, którym trzeba się uważnie przyglądać, żeby wychwycić wszystkie ich zalety. Z kolei na wyszukiwankowych stronach roi się od miniaturowych scenek, bohaterów i ciekawostek – tu dzieci nie będą się skupiać tylko i wyłącznie na wypełnianiu zadań, ale też na wychwytywaniu niespodzianek, jakie ilustratorka wprowadziła do świata Misiowego Lasu.
Jest tu zatem coś dla miłośników tradycji – i coś dla fanów dzisiejszych rozrywek. Dzieci nie poprzestaną na wypełnianiu zadań, otrzymają teksty, które zakorzenią je w Misiowym Lesie, sprawią, że świat z bajki stanie się bardziej prawdziwy i wręcz namacalny. Te maluchy, które nie przepadają za wyszukiwankami, mogą skoncentrować się wyłącznie na opisach świata przedstawionego – i towarzyszyć bohaterom w ich zwykłych czynnościach. Dla każdego coś miłego – ale przecież Misiowy Las nikogo nie może zniechęcić ani odstraszyć.
czwartek, 9 kwietnia 2026
Perry Carpenter: FAIK. Sztuczna inteligencja w służbie fałszywej rzeczywistości. Jak przetrwać w epoce cyfrowych oszustw
Helion, Gliwice 2026.
Obrona
Sztuczna inteligencja to morze możliwości, a jednocześnie – mnóstwo zagrożeń, na jakie użytkownicy internetu jeszcze nie są przygotowani – i które będą przeważnie wyprzedzać szanse na obronę przeciętnego internauty. Perry Carpenter postanawia zatem uczulić czytelników na sztuczki i techniki pozwalające kreować fałszywe informacje, żeby w ten sposób zapewnić im przynajmniej pierwszy stopień ochrony przed atakami i manipulacją. I, jak często bywa w przypadku książek o AI, i tutaj mniej będzie technicznych informacji, a więcej odwoływania się do emocji i przeczuć odbiorców. Perry Carpenter każdy rozdział rozpoczyna od krótkiej fabularyzowanej historyjki, w której bohaterowie padają ofiarą cyberprzestępstwa – albo w ostatniej chwili zagrożenia unikają. To okazja do przypomnienia czytelnikom najczęściej stosowanych mechanizmów, a także do wyczulenia ich na sztuczki. Autor woli raczej wyliczać poszczególne rodzaje zagrożeń niż poddawać je długiej analizie – wie, że przez rozbudowaną teorię zwykli czytelnicy mogliby nie chcieć przebrnąć. Proponuje zatem zestaw narzędzi, które mają być przydatne w rozszyfrowywaniu internetowych nadużyć. Fake newsy czy pishing to wybrane zagadnienia, które pojawiają się tu wcale nie na pierwszym planie a jako jedne z wielu rodzajów zagrań, na które warto w sieci dzisiaj uważać. „FAIK. Sztuczna inteligencja w służbie fałszywej rzeczywistości. Jak przetrwać w epoce cyfrowych oszustw” nie jest jednak tylko i wyłącznie poradnikiem czy szczepionką na fałszywe wiadomości w sieci. Czytelnicy wyciągną z tej książki o wiele więcej, pod warunkiem, że zaufają autorowi i – że potrenują uważność dzięki wskazówkom pojawiającym się na końcu tomu. Może to być trudne – wymaga bowiem czasu i sporej energii, jednak Carpenter przekonuje, że wypracowanie sobie pewnych odruchów zaowocuje szybko lepszym orientowaniem się w ewentualnych manipulacjach i oszustwach.
Nie trzeba wiele, żeby zyskać dostęp do cennych danych – tu liczy się również psychologia, obok świadomości informatycznych chwytów. Ale w erze AI możliwości przestępców stają się o wiele większe – bo wspomagane przez dostępne powszechnie narzędzia. Nawet jeśli twórcy LLM-ów starają się wyposażyć je w umiejętność odsiewania potencjalnie niebezpiecznych treści, Carpenter pokazuje, jak łatwo jest obejść system i uzyskać potrzebne dane bez szczególnego wysiłku. Przypomina odbiorcom, że przestępcy będą korzystać z takich furtek i nie zawahają się przed nieetycznym wykorzystywaniem sztucznej inteligencji. Dlatego też warto wypracować w sobie nieufność do wiralowych treści czy materiałów, które stoją w sprzeczności z wartościami głoszonymi przez konkretne osoby: deepfake nie jest dzisiaj niczym niezwykłym, a może błyskawicznie wprowadzić w błąd szerokie rzesze odbiorców.
Co ciekawe, do napisania książki Perry Carpenter wykorzystuje sztuczną inteligencję: pokazuje, jak to narzędzie funkcjonuje i jak ułatwia pracę – tłumacząc jednocześnie, dlaczego nie można wierzyć we wszystkie treści przez nie tworzone. Ten autor próbuje nauczyć czytelników, że AI ma wiele twarzy i że warto korzystać z niej rozumnie, bez strachu, ale też bez nadmiernego zaufania. I to wszystko pojawia się w książce, która pozwala szerokiemu gronu czytelników lepiej poznać możliwości AI, a jednocześnie – jedynie zarysowuje tematy, które zasługują na pogłębienie. Tu nie ma czasu na rozbudowane analizy – najpierw trzeba zaprezentować odbiorcom podstawy. I to Perry Carpenter robi.
Obrona
Sztuczna inteligencja to morze możliwości, a jednocześnie – mnóstwo zagrożeń, na jakie użytkownicy internetu jeszcze nie są przygotowani – i które będą przeważnie wyprzedzać szanse na obronę przeciętnego internauty. Perry Carpenter postanawia zatem uczulić czytelników na sztuczki i techniki pozwalające kreować fałszywe informacje, żeby w ten sposób zapewnić im przynajmniej pierwszy stopień ochrony przed atakami i manipulacją. I, jak często bywa w przypadku książek o AI, i tutaj mniej będzie technicznych informacji, a więcej odwoływania się do emocji i przeczuć odbiorców. Perry Carpenter każdy rozdział rozpoczyna od krótkiej fabularyzowanej historyjki, w której bohaterowie padają ofiarą cyberprzestępstwa – albo w ostatniej chwili zagrożenia unikają. To okazja do przypomnienia czytelnikom najczęściej stosowanych mechanizmów, a także do wyczulenia ich na sztuczki. Autor woli raczej wyliczać poszczególne rodzaje zagrożeń niż poddawać je długiej analizie – wie, że przez rozbudowaną teorię zwykli czytelnicy mogliby nie chcieć przebrnąć. Proponuje zatem zestaw narzędzi, które mają być przydatne w rozszyfrowywaniu internetowych nadużyć. Fake newsy czy pishing to wybrane zagadnienia, które pojawiają się tu wcale nie na pierwszym planie a jako jedne z wielu rodzajów zagrań, na które warto w sieci dzisiaj uważać. „FAIK. Sztuczna inteligencja w służbie fałszywej rzeczywistości. Jak przetrwać w epoce cyfrowych oszustw” nie jest jednak tylko i wyłącznie poradnikiem czy szczepionką na fałszywe wiadomości w sieci. Czytelnicy wyciągną z tej książki o wiele więcej, pod warunkiem, że zaufają autorowi i – że potrenują uważność dzięki wskazówkom pojawiającym się na końcu tomu. Może to być trudne – wymaga bowiem czasu i sporej energii, jednak Carpenter przekonuje, że wypracowanie sobie pewnych odruchów zaowocuje szybko lepszym orientowaniem się w ewentualnych manipulacjach i oszustwach.
Nie trzeba wiele, żeby zyskać dostęp do cennych danych – tu liczy się również psychologia, obok świadomości informatycznych chwytów. Ale w erze AI możliwości przestępców stają się o wiele większe – bo wspomagane przez dostępne powszechnie narzędzia. Nawet jeśli twórcy LLM-ów starają się wyposażyć je w umiejętność odsiewania potencjalnie niebezpiecznych treści, Carpenter pokazuje, jak łatwo jest obejść system i uzyskać potrzebne dane bez szczególnego wysiłku. Przypomina odbiorcom, że przestępcy będą korzystać z takich furtek i nie zawahają się przed nieetycznym wykorzystywaniem sztucznej inteligencji. Dlatego też warto wypracować w sobie nieufność do wiralowych treści czy materiałów, które stoją w sprzeczności z wartościami głoszonymi przez konkretne osoby: deepfake nie jest dzisiaj niczym niezwykłym, a może błyskawicznie wprowadzić w błąd szerokie rzesze odbiorców.
Co ciekawe, do napisania książki Perry Carpenter wykorzystuje sztuczną inteligencję: pokazuje, jak to narzędzie funkcjonuje i jak ułatwia pracę – tłumacząc jednocześnie, dlaczego nie można wierzyć we wszystkie treści przez nie tworzone. Ten autor próbuje nauczyć czytelników, że AI ma wiele twarzy i że warto korzystać z niej rozumnie, bez strachu, ale też bez nadmiernego zaufania. I to wszystko pojawia się w książce, która pozwala szerokiemu gronu czytelników lepiej poznać możliwości AI, a jednocześnie – jedynie zarysowuje tematy, które zasługują na pogłębienie. Tu nie ma czasu na rozbudowane analizy – najpierw trzeba zaprezentować odbiorcom podstawy. I to Perry Carpenter robi.
środa, 8 kwietnia 2026
Lynette Noni: Dwoje nad przepaścią
Must Read, Media Rodzina, Poznań 2026.
Survival
Lynette Noni na nowy poziom wznosi historię spod znaku „zabili go i uciekł”, ale nikt nie będzie mieć jej tego za złe, bo oferuje czytelnikom całą gamę silnych – naprawdę silnych – uczuć, które pokażą jednoznacznie, co w życiu jest naprawdę ważne. „Dwoje nad przepaścią” to książka young adult, w której tytuł nie jest przenośnią a bolesną dosłownością. To zaskakująca historia miłosna wypełniona adrenaliną do granic możliwości – i pozwalająca bohaterom na lepsze poznawanie siebie i uporanie się z traumami. Wprawdzie teraźniejszość w australijskim parku narodowym nie brzmi jak sielanka, a jednak nie zostawia żadnych śladów w bohaterach. Ot, zwykłe zmęczenie, ból mięśni to jedyne niedogodności, z którymi borykają się młodzi ludzie, którzy przeprawiali się przez kaniony, spadali ze stromizn, nurkowali w jaskiniach bez wiedzy, czy uda im się wydostać albo przechodzili przez spróchniały most przerzucony nad przepaścią. Codzienność dla tych, którzy borykają się z niezaleczonymi problemami psychicznymi. Lynette Noni przesadza – ale ta przesada wychodzi na dobre fabule, w której może się zdarzyć absolutnie wszystko. Bo Charlie cierpi – pół roku wcześniej jej mama zginęła w wypadku. Od tej pory dziewczyna musi uczyć się każdego dnia żyć na nowo. W dodatku jej najlepsza przyjaciółka, która pokonała już raz białaczkę, może wrócić do swojej walki. Ale to właśnie ta przyjaciółka zgłasza się do reality show, w którym może spędzić cztery dni w survivalowej trasie z ukochanym aktorem. Zander to ten aktor. On musi naprawić swój wizerunek w oczach publiczności – inaczej straci szansę na rolę w filmie i wszystko, czego do tej pory się w Hollywood dorobił. Miał wprawdzie swoje powody, żeby zrobić to, co zrobił, ale nie może ich nikomu przedstawić bez naruszania prywatności swojego najlepszego do tej pory przyjaciela. Zander i Charlie to para, która ma wyruszyć na survivalową wyprawę. Oboje wiedzą, że w Australii wszystko będzie chciało ich zabić – ale są też świadomi, że opiekę nad nimi sprawować będzie specjalista od szkoły przetrwania, więc nie może stać się im krzywda, w dodatku będą przez cały czas pod ostrzałem kamer. Tyle w teorii. Bo w australijskim buszu naprawdę wiele rzeczy może pójść nie tak.
I Lynette Noni doskonale wie o tym, że silne przeżycia zaowocują równie silnymi emocjami. Zmusza bohaterów do porzucenia masek i do dogadania się – ale już wkrótce doświadczenia z wyprawy zamienią się w prawdziwą walkę o życie – i staną się najlepszym motywem do ujawnienia prawdziwych uczuć. Bohaterowie będą przeżywać najbardziej przerażające przygody, zdani na własne siły i kaprysy przyrody. I w tym wszystkim autorka pozwoli im na najważniejsze rozmowy. Jest to książka, która trzyma w napięciu i rozbudza ciekawość – ale nie przez przesadę, która kipi z kolejnych wydarzeń, a za sprawą pomysłowości autorki i wyobraźni, która zabierze czytelników do innego niż zwykle świata. Tu dzieje się mnóstwo, a rzeczywistość przyćmiewa sprawy psychiki – które też znajdą swoje miejsce. Jest to powieść, którą dobrze się czyta dzięki udanej narracji, ale też i dzięki odpowiednio rozłożonym akcentom. Tu nie można się nudzić i nawet jeśli coś w sferze uczuć okaże się oczywiste – to akcja to zamaskuje.
Survival
Lynette Noni na nowy poziom wznosi historię spod znaku „zabili go i uciekł”, ale nikt nie będzie mieć jej tego za złe, bo oferuje czytelnikom całą gamę silnych – naprawdę silnych – uczuć, które pokażą jednoznacznie, co w życiu jest naprawdę ważne. „Dwoje nad przepaścią” to książka young adult, w której tytuł nie jest przenośnią a bolesną dosłownością. To zaskakująca historia miłosna wypełniona adrenaliną do granic możliwości – i pozwalająca bohaterom na lepsze poznawanie siebie i uporanie się z traumami. Wprawdzie teraźniejszość w australijskim parku narodowym nie brzmi jak sielanka, a jednak nie zostawia żadnych śladów w bohaterach. Ot, zwykłe zmęczenie, ból mięśni to jedyne niedogodności, z którymi borykają się młodzi ludzie, którzy przeprawiali się przez kaniony, spadali ze stromizn, nurkowali w jaskiniach bez wiedzy, czy uda im się wydostać albo przechodzili przez spróchniały most przerzucony nad przepaścią. Codzienność dla tych, którzy borykają się z niezaleczonymi problemami psychicznymi. Lynette Noni przesadza – ale ta przesada wychodzi na dobre fabule, w której może się zdarzyć absolutnie wszystko. Bo Charlie cierpi – pół roku wcześniej jej mama zginęła w wypadku. Od tej pory dziewczyna musi uczyć się każdego dnia żyć na nowo. W dodatku jej najlepsza przyjaciółka, która pokonała już raz białaczkę, może wrócić do swojej walki. Ale to właśnie ta przyjaciółka zgłasza się do reality show, w którym może spędzić cztery dni w survivalowej trasie z ukochanym aktorem. Zander to ten aktor. On musi naprawić swój wizerunek w oczach publiczności – inaczej straci szansę na rolę w filmie i wszystko, czego do tej pory się w Hollywood dorobił. Miał wprawdzie swoje powody, żeby zrobić to, co zrobił, ale nie może ich nikomu przedstawić bez naruszania prywatności swojego najlepszego do tej pory przyjaciela. Zander i Charlie to para, która ma wyruszyć na survivalową wyprawę. Oboje wiedzą, że w Australii wszystko będzie chciało ich zabić – ale są też świadomi, że opiekę nad nimi sprawować będzie specjalista od szkoły przetrwania, więc nie może stać się im krzywda, w dodatku będą przez cały czas pod ostrzałem kamer. Tyle w teorii. Bo w australijskim buszu naprawdę wiele rzeczy może pójść nie tak.
I Lynette Noni doskonale wie o tym, że silne przeżycia zaowocują równie silnymi emocjami. Zmusza bohaterów do porzucenia masek i do dogadania się – ale już wkrótce doświadczenia z wyprawy zamienią się w prawdziwą walkę o życie – i staną się najlepszym motywem do ujawnienia prawdziwych uczuć. Bohaterowie będą przeżywać najbardziej przerażające przygody, zdani na własne siły i kaprysy przyrody. I w tym wszystkim autorka pozwoli im na najważniejsze rozmowy. Jest to książka, która trzyma w napięciu i rozbudza ciekawość – ale nie przez przesadę, która kipi z kolejnych wydarzeń, a za sprawą pomysłowości autorki i wyobraźni, która zabierze czytelników do innego niż zwykle świata. Tu dzieje się mnóstwo, a rzeczywistość przyćmiewa sprawy psychiki – które też znajdą swoje miejsce. Jest to powieść, którą dobrze się czyta dzięki udanej narracji, ale też i dzięki odpowiednio rozłożonym akcentom. Tu nie można się nudzić i nawet jeśli coś w sferze uczuć okaże się oczywiste – to akcja to zamaskuje.
wtorek, 7 kwietnia 2026
Penelope Ward: Muza rockmana
Editio Red, Gliwice 2026.
Trasa
To jest taki klasyczny erotyk oparty na schemacie z bad boyem i pozornie niewinną młodą kobietą – i żeby trochę tę niewinność osłabić, nie tracąc kontrastu, Penelope Ward decyduje się wyposażyć bohaterkę tomu „Muza rockmana” w mocno traumatyczne doświadczenia. Zresztą drugie odstępstwo od kolein scenariuszowych bazuje na różnicy wieku – on ma trzydzieści osiem lat, ona – dwadzieścia dwa. Wszystko pokazuje, że Emily i Tristan razem być nie powinni. I jednocześnie nie ma wątpliwości, że będą, niezależnie od przeszkód, jakie autorka postawi im na drodze. Po „Muzę rockmana” sięgną tylko i wyłącznie adresatki tego typu powieści, wszystko jest tu jasne już przy tytule. Opowieść prowadzą bohaterowie na zmianę, tak, żeby czytelniczki mogły odkryć punkt widzenia niedostępny drugiej stronie romansu – a także żeby mogły kibicować obojgu, niezależnie od celów i aktualnie deklarowanych pragnień. Emily z początku nawet nie jest fanką zespołu, z którym wyjedzie w trasę: dostaje pracę, ponieważ przypadkowo trafia na casting i rozmawia z głównym wokalistą, nie mając pojęcia o jego sławie. Tristanowi podoba się fakt, że ktoś nie traktuje go jak boga – a myśli o Emily zaprzątają jego umysł do tego stopnia, że w tej trasie zrezygnuje nawet z usług grouppies, jakich mnóstwo od zawsze kręci się przy zespole. Jest jeszcze kwestia skrywanych mrocznych sekretów – obie strony je mają, bo przecież szanse na zepsucie związku muszą być identyczne.
Penelope Ward wie dobrze, że czytelniczki, które czekają na erotyk, potrzebują nie tylko odważnych scen seksu, ale też obietnicy baśniowego „długo i szczęśliwie”, skupia się więc na tym, żeby bohaterowie mogli wzajemnie dać sobie również zrozumienie i wsparcie w najtrudniejszych chwilach. Wprawdzie wychodzi od zabawy – ponieważ Emily pracuje jako dziewczyna na posyłki w zespole, Tristan wymyśla coraz bardziej krępujące zakupy, których potrzebuje bardzo pilnie – jednak dość szybko wychodzi na jaw, że oboje pragną siebie i walczą z tym uczuciem. I to właśnie odróżnia zachodnie erotyki od rodzimych – w zagranicznych historiach pojawia się jeszcze cała otoczka psychologiczna, uzasadniająca odpychanie i pożądanie na przemian. Tu autorka przede wszystkim dba o to, żeby swoich bohaterów ze sobą zetknąć i zmusić do wyznań, reszta przyjdzie sama – i o ile łatwo będzie odbiorczyniom uwierzyć w trawiące ich pragnienie, o tyle już towarzysząca mu miłość staje się elementem nie do końca uzasadnionym, istniejącym wyłącznie w odpowiedzi na zapotrzebowanie rynkowe. Ale problemem tej publikacji nie będzie nawiązywanie do przewidywalnych schematów, a poważne błędy stylistyczne w tłumaczeniu – przepuszczone w redakcji. Bohaterowie między innymi „przeczyszczają gardło”, takich niespodzianek w narracji będzie całkiem sporo. Przyćmiewają one fakt, że w scenach łóżkowych wychodzi na jaw niedostatek odpowiednich językowych fraz, przez co pojawia się niepotrzebna wulgarność czy dosłowność. Oczywiście po tego typu książki sięga się nie dla literackich przeżyć – jednak warto by zadbać o poprawność stylistyczną i usunąć językowe niezręczności.
Trasa
To jest taki klasyczny erotyk oparty na schemacie z bad boyem i pozornie niewinną młodą kobietą – i żeby trochę tę niewinność osłabić, nie tracąc kontrastu, Penelope Ward decyduje się wyposażyć bohaterkę tomu „Muza rockmana” w mocno traumatyczne doświadczenia. Zresztą drugie odstępstwo od kolein scenariuszowych bazuje na różnicy wieku – on ma trzydzieści osiem lat, ona – dwadzieścia dwa. Wszystko pokazuje, że Emily i Tristan razem być nie powinni. I jednocześnie nie ma wątpliwości, że będą, niezależnie od przeszkód, jakie autorka postawi im na drodze. Po „Muzę rockmana” sięgną tylko i wyłącznie adresatki tego typu powieści, wszystko jest tu jasne już przy tytule. Opowieść prowadzą bohaterowie na zmianę, tak, żeby czytelniczki mogły odkryć punkt widzenia niedostępny drugiej stronie romansu – a także żeby mogły kibicować obojgu, niezależnie od celów i aktualnie deklarowanych pragnień. Emily z początku nawet nie jest fanką zespołu, z którym wyjedzie w trasę: dostaje pracę, ponieważ przypadkowo trafia na casting i rozmawia z głównym wokalistą, nie mając pojęcia o jego sławie. Tristanowi podoba się fakt, że ktoś nie traktuje go jak boga – a myśli o Emily zaprzątają jego umysł do tego stopnia, że w tej trasie zrezygnuje nawet z usług grouppies, jakich mnóstwo od zawsze kręci się przy zespole. Jest jeszcze kwestia skrywanych mrocznych sekretów – obie strony je mają, bo przecież szanse na zepsucie związku muszą być identyczne.
Penelope Ward wie dobrze, że czytelniczki, które czekają na erotyk, potrzebują nie tylko odważnych scen seksu, ale też obietnicy baśniowego „długo i szczęśliwie”, skupia się więc na tym, żeby bohaterowie mogli wzajemnie dać sobie również zrozumienie i wsparcie w najtrudniejszych chwilach. Wprawdzie wychodzi od zabawy – ponieważ Emily pracuje jako dziewczyna na posyłki w zespole, Tristan wymyśla coraz bardziej krępujące zakupy, których potrzebuje bardzo pilnie – jednak dość szybko wychodzi na jaw, że oboje pragną siebie i walczą z tym uczuciem. I to właśnie odróżnia zachodnie erotyki od rodzimych – w zagranicznych historiach pojawia się jeszcze cała otoczka psychologiczna, uzasadniająca odpychanie i pożądanie na przemian. Tu autorka przede wszystkim dba o to, żeby swoich bohaterów ze sobą zetknąć i zmusić do wyznań, reszta przyjdzie sama – i o ile łatwo będzie odbiorczyniom uwierzyć w trawiące ich pragnienie, o tyle już towarzysząca mu miłość staje się elementem nie do końca uzasadnionym, istniejącym wyłącznie w odpowiedzi na zapotrzebowanie rynkowe. Ale problemem tej publikacji nie będzie nawiązywanie do przewidywalnych schematów, a poważne błędy stylistyczne w tłumaczeniu – przepuszczone w redakcji. Bohaterowie między innymi „przeczyszczają gardło”, takich niespodzianek w narracji będzie całkiem sporo. Przyćmiewają one fakt, że w scenach łóżkowych wychodzi na jaw niedostatek odpowiednich językowych fraz, przez co pojawia się niepotrzebna wulgarność czy dosłowność. Oczywiście po tego typu książki sięga się nie dla literackich przeżyć – jednak warto by zadbać o poprawność stylistyczną i usunąć językowe niezręczności.
poniedziałek, 6 kwietnia 2026
Bluey. Wielkie podwórko. Wesoła kolorowanka
Harperkids, Warszawa 2026.
Historie
Wydawać by się mogło, że klasyczne kolorowanki odchodzą do lamusa – jednak nic bardziej mylnego, wystarczy dobry pomysł i przygotowanie, żeby dzieci mogły się cieszyć podejściem do tworzenia i obcować ze swoimi ulubionymi bajkowymi bohaterami. „Bluey. Wielkie podwórko. Wesoła kolorowanka” to właśnie wykorzystanie klasycznej rozrywki w gadżetowej formie – duża kolorowanka, która przypomni dzieciom o ulubionych bohaterkach, niebieskich psach, i która pozwoli na trenowanie sztuki opowiadania.
Jest to kolorowanka, w której bardzo rzadko pojawiają się teksty – pojedyncze zdania przypominają o świecie Bluey i przydają się wtedy, kiedy trzeba zbudować płaszczyznę porozumienia z odbiorcami albo zasugerować im konieczność powrotu do kreskówkowych lub książkowych przygód. Czasami funkcjonują też jako podpisy pod obrazkami-portretami. Zwykle jednak nie ma mowy o kontekstach i o wyjaśnianiu tego, co dzieje się na rysunku – dzieci muszą same to odkryć i prawdopodobnie swoimi odkryciami będą chciały się podzielić z dorosłymi. A to oznacza, że tę kolorowankę da się spokojnie wykorzystywać jako zestaw zadań do trenowania umiejętności prowadzenia narracji. Zwłaszcza że obrazki są bardzo dynamiczne, na wielu nie mamy do czynienia z prostymi kształtami i nieruchomymi formami, ciągle coś się dzieje, ktoś gdzieś biegnie, ktoś został uchwycony w trakcie konkretnego zajęcia i jako obiekt obserwacji z ukrycia sprawdza się całkiem nieźle. W tej kolorowance akcja jest ważna – i nie ma znaczenia, że finalnie dzieci i tak otrzymają statyczny rysunek – liczy się zaakcentowany w konturach ruch. Same kontury również zostały wykorzystane tak, żeby podsycić dynamikę książki: przede wszystkim linie mają kilka grubości, a to oznacza, że można w ten sposób sugerować albo wagę motywów, albo – rodzaj sposobu kolorowania (na przykład – warto zastanowić się, gdzie rozważyć cieniowanie lub zróżnicowane odcienie).
Książka to typowa kolorowanka a nie publikacja, która ma na celu produkcję obrazków na lodówkę – to oznacza, że jest zapełniona dwustronnie, warto zatem przemyśleć dobór narzędzi tak, żeby nie zniszczyć kolejnych rysunków podczas pracy nad jednym – dobrym wyborem będą tutaj klasyczne kredki – a farby i flamastry można zostawić sobie na inny raz.
To książeczka dla najmłodszych, która na długo ich zajmie – dość obszerna, dostarczy sporo wyzwań i pozwoli cieszyć się tworzeniem w towarzystwie ulubionych kreskówkowych postaci. Najmłodsi będą mogli poczuć satysfakcję z kreowania świata Bluey – który to świat z pozoru nie cechuje się wysokim stopniem skomplikowania. A jednak podczas kolorowania obrazków może wyjść na jaw, że pozory mylą i najprostsze w telewizji okazuje się najtrudniejsze po przeniesieniu na kartkę papieru. Jest to tomik dla małych dzieci, dla fanów Blue i jej towarzyszy – i dla tych wszystkich, którzy chcą się rozerwać, wykorzystując klasyczne zabawy.
Historie
Wydawać by się mogło, że klasyczne kolorowanki odchodzą do lamusa – jednak nic bardziej mylnego, wystarczy dobry pomysł i przygotowanie, żeby dzieci mogły się cieszyć podejściem do tworzenia i obcować ze swoimi ulubionymi bajkowymi bohaterami. „Bluey. Wielkie podwórko. Wesoła kolorowanka” to właśnie wykorzystanie klasycznej rozrywki w gadżetowej formie – duża kolorowanka, która przypomni dzieciom o ulubionych bohaterkach, niebieskich psach, i która pozwoli na trenowanie sztuki opowiadania.
Jest to kolorowanka, w której bardzo rzadko pojawiają się teksty – pojedyncze zdania przypominają o świecie Bluey i przydają się wtedy, kiedy trzeba zbudować płaszczyznę porozumienia z odbiorcami albo zasugerować im konieczność powrotu do kreskówkowych lub książkowych przygód. Czasami funkcjonują też jako podpisy pod obrazkami-portretami. Zwykle jednak nie ma mowy o kontekstach i o wyjaśnianiu tego, co dzieje się na rysunku – dzieci muszą same to odkryć i prawdopodobnie swoimi odkryciami będą chciały się podzielić z dorosłymi. A to oznacza, że tę kolorowankę da się spokojnie wykorzystywać jako zestaw zadań do trenowania umiejętności prowadzenia narracji. Zwłaszcza że obrazki są bardzo dynamiczne, na wielu nie mamy do czynienia z prostymi kształtami i nieruchomymi formami, ciągle coś się dzieje, ktoś gdzieś biegnie, ktoś został uchwycony w trakcie konkretnego zajęcia i jako obiekt obserwacji z ukrycia sprawdza się całkiem nieźle. W tej kolorowance akcja jest ważna – i nie ma znaczenia, że finalnie dzieci i tak otrzymają statyczny rysunek – liczy się zaakcentowany w konturach ruch. Same kontury również zostały wykorzystane tak, żeby podsycić dynamikę książki: przede wszystkim linie mają kilka grubości, a to oznacza, że można w ten sposób sugerować albo wagę motywów, albo – rodzaj sposobu kolorowania (na przykład – warto zastanowić się, gdzie rozważyć cieniowanie lub zróżnicowane odcienie).
Książka to typowa kolorowanka a nie publikacja, która ma na celu produkcję obrazków na lodówkę – to oznacza, że jest zapełniona dwustronnie, warto zatem przemyśleć dobór narzędzi tak, żeby nie zniszczyć kolejnych rysunków podczas pracy nad jednym – dobrym wyborem będą tutaj klasyczne kredki – a farby i flamastry można zostawić sobie na inny raz.
To książeczka dla najmłodszych, która na długo ich zajmie – dość obszerna, dostarczy sporo wyzwań i pozwoli cieszyć się tworzeniem w towarzystwie ulubionych kreskówkowych postaci. Najmłodsi będą mogli poczuć satysfakcję z kreowania świata Bluey – który to świat z pozoru nie cechuje się wysokim stopniem skomplikowania. A jednak podczas kolorowania obrazków może wyjść na jaw, że pozory mylą i najprostsze w telewizji okazuje się najtrudniejsze po przeniesieniu na kartkę papieru. Jest to tomik dla małych dzieci, dla fanów Blue i jej towarzyszy – i dla tych wszystkich, którzy chcą się rozerwać, wykorzystując klasyczne zabawy.
Justyna Bednarek: Skarb na budowie
Harperkids, Warszawa 2026.
Niespodzianka
Naprawdę jest po co czytać, jeśli na końcu historii znajduje się prawdziwy skarb. Justyna Bednarek doskonale wie o tym, że nawet najmłodsi, jeśli nie będą mieli dobrej motywacji do działania, zniechęcą się lekturą przedwcześnie – a właśnie dla kilkulatków opowieści do ćwiczenia czytania powinny być przygotowywane z największą starannością, żeby zbudować sobie pokolenie, które nie stroni od takiej formy rozrywki. Na szczęście jest Justyna Bednarek – i jej historie, nieco zwariowane, wesołe i ciekawe dla wszystkich kilkulatków. „Skarb na budowie” to książeczka na pierwszym poziomie serii Czytam sobie – czyli tam, gdzie jeszcze dominują ilustracje (tu przygotowane przez Magdę Kozieł-Nowak), a tekst zajmuje najwyżej trzy wersy na stronie. Justyna Bednarek jednak układa tu całą relację o przygodzie z budowy. Mamy tu antropomorfizowane maszyny z budowy – koparkę Werę, której towarzyszy walec Ignacy. Ma to znaczenie, bo ci dwoje są wybitni w swoim fachu i poradzą sobie z każdym wyzwaniem, bez względu na to, czy pojawi się operator koparki (ale pojawić się musi, inaczej skarb nie byłby skarbem). Pan Wojtek, operator koparki, czuwa nad pracami. I to on jest świadkiem odkrycia: koparka trafia na kufer zakopany w ziemi. Kufer jest ogromny, a jego zawartość… A, to już niespodzianka. Mali odbiorcy będą niecierpliwie czekać na rozwiązanie zagadki (na możliwość zajrzenia do kufra) i zajęci tym oczekiwaniem, nie zorientują się nawet, że ćwiczą poznawanie liter.
Zawsze największym problemem na pierwszym poziomie serii Czytam sobie jest ograniczanie formy. Nie wolno tu stosować dwuznaków ani zmiękczeń czy znaków diakrytycznych, a to oznacza, że autorzy będą się nieźle gimnastykować, żeby napisać wszystko w miarę naturalnie. A i tak wychodzą przez to niepotrzebne czasami powtórzenia (skoro mężczyzna jest zadumany, to wiadomo, że duma, można byłoby wykorzystać słowo „myśli”, gdyby nie ograniczenie formalne). Co ciekawe, słowem dozwolonym okazało się „weekend”. Na szczęście pierwszy poziom cyklu to tylko czytanki uzupełniające rozmaite ćwiczenia, więc dzieci będą rozwijać słownictwo za sprawą mniej stosowanych synonimów i trudnych czasami do przeliterowania długich słów – nie zrobi im to krzywdy, chociaż zadziwi niejednego dorosłego. „Skarb na budowie” to publikacja, która rozbudza ciekawość i wyobraźnię. Obrazki są tu tworzone na tle papieru milimetrowego i już samo to sprawia, że automatycznie zyskują charakterystyczny i intrygujący kształt. Odbiorcy zajmą się za to śledzeniem min bohaterów i uczestniczeniem w wydarzeniach przedstawianych na obrazkach – można się tu mocno zaangażować w czytanie. I o to chodzi: o wciągającą akcję, o niespodziankę i o radość w historyjce – więcej nie trzeba, żeby najmłodsi przekonali się, że czytanie może być przyjemne i że pozwoli odkrywać tajemnice samodzielnie, a to przyniesie sporo satysfakcji.
Niespodzianka
Naprawdę jest po co czytać, jeśli na końcu historii znajduje się prawdziwy skarb. Justyna Bednarek doskonale wie o tym, że nawet najmłodsi, jeśli nie będą mieli dobrej motywacji do działania, zniechęcą się lekturą przedwcześnie – a właśnie dla kilkulatków opowieści do ćwiczenia czytania powinny być przygotowywane z największą starannością, żeby zbudować sobie pokolenie, które nie stroni od takiej formy rozrywki. Na szczęście jest Justyna Bednarek – i jej historie, nieco zwariowane, wesołe i ciekawe dla wszystkich kilkulatków. „Skarb na budowie” to książeczka na pierwszym poziomie serii Czytam sobie – czyli tam, gdzie jeszcze dominują ilustracje (tu przygotowane przez Magdę Kozieł-Nowak), a tekst zajmuje najwyżej trzy wersy na stronie. Justyna Bednarek jednak układa tu całą relację o przygodzie z budowy. Mamy tu antropomorfizowane maszyny z budowy – koparkę Werę, której towarzyszy walec Ignacy. Ma to znaczenie, bo ci dwoje są wybitni w swoim fachu i poradzą sobie z każdym wyzwaniem, bez względu na to, czy pojawi się operator koparki (ale pojawić się musi, inaczej skarb nie byłby skarbem). Pan Wojtek, operator koparki, czuwa nad pracami. I to on jest świadkiem odkrycia: koparka trafia na kufer zakopany w ziemi. Kufer jest ogromny, a jego zawartość… A, to już niespodzianka. Mali odbiorcy będą niecierpliwie czekać na rozwiązanie zagadki (na możliwość zajrzenia do kufra) i zajęci tym oczekiwaniem, nie zorientują się nawet, że ćwiczą poznawanie liter.
Zawsze największym problemem na pierwszym poziomie serii Czytam sobie jest ograniczanie formy. Nie wolno tu stosować dwuznaków ani zmiękczeń czy znaków diakrytycznych, a to oznacza, że autorzy będą się nieźle gimnastykować, żeby napisać wszystko w miarę naturalnie. A i tak wychodzą przez to niepotrzebne czasami powtórzenia (skoro mężczyzna jest zadumany, to wiadomo, że duma, można byłoby wykorzystać słowo „myśli”, gdyby nie ograniczenie formalne). Co ciekawe, słowem dozwolonym okazało się „weekend”. Na szczęście pierwszy poziom cyklu to tylko czytanki uzupełniające rozmaite ćwiczenia, więc dzieci będą rozwijać słownictwo za sprawą mniej stosowanych synonimów i trudnych czasami do przeliterowania długich słów – nie zrobi im to krzywdy, chociaż zadziwi niejednego dorosłego. „Skarb na budowie” to publikacja, która rozbudza ciekawość i wyobraźnię. Obrazki są tu tworzone na tle papieru milimetrowego i już samo to sprawia, że automatycznie zyskują charakterystyczny i intrygujący kształt. Odbiorcy zajmą się za to śledzeniem min bohaterów i uczestniczeniem w wydarzeniach przedstawianych na obrazkach – można się tu mocno zaangażować w czytanie. I o to chodzi: o wciągającą akcję, o niespodziankę i o radość w historyjce – więcej nie trzeba, żeby najmłodsi przekonali się, że czytanie może być przyjemne i że pozwoli odkrywać tajemnice samodzielnie, a to przyniesie sporo satysfakcji.
niedziela, 5 kwietnia 2026
Lucy Maud Montgomery: Emily ze Srebrnego Nowiu
Marginesy, Warszawa 2026.
Literatura
Lucy Maud Montgomery już dawno została w literaturze czwartej zdeklasowana za sprawą przemian obyczajowych i starzejących się powieściowych rozwiązań – a jednak wciąż starsze pokolenie z sentymentem wracać będzie do lektur swojego dzieciństwa. Anna Bańkowska po opowieści o rudowłosej dziewczynce wzięła się za przypomnienie innej, mniej kojarzonej powszechnie bohaterki – „Emily ze Srebrnego Nowiu” to powieść, w której autotematyzm odgrywa ważną rolę. Powtarza się kilka wątków, w tym wizja szkolnych upokorzeń czy roli fantazji w życiu dziewczynki wchodzącej dopiero w wiek nastoletni – ale Emily zdecydowanie ma więcej swobody i może skupić się na tym, co dla niej najistotniejsze w życiu. Emily osierocona przez ojczulka znajduje ukojenie w pisaniu – a ponieważ papier jest trudno dostępny, swoje myśli przelewa na stare kwity, starannie ukrywane przed surową ciotką. Pisanie listów to jeden ze sposobów na opowiedzenie, co się w życiu Emily dzieje – ale też i metoda wyciszenia silnych emocji. Emily z czasem przekonuje się coraz bardziej, że chciałaby zostać powieściopisarką albo poetką – a otoczenie wie, że nie ma sensu jej od tego odwodzić. I, jak w przypadku Ani, tak i tutaj dojrzewanie wiąże się z dostrzeganiem wcześniejszych egzaltowanych zwrotów i fraz – ale Emily to nie przeszkadza. Uczy się pisania przez ciągły trening – zarówno w ramach tworzenia, jak i w sztuce epistolografii. W zasadzie jedynym motywem funkcjonującym w tłumaczeniu jako sygnał młodego wieku autorki listów stają się coraz rzadsze błędy ortograficzne – zabieg prosty i umożliwiający sygnalizowanie naiwności w momencie, w którym listy przejmują właściwą część narracji.
W życiu Emily dzieje się wiele, a kobiety, które małą bohaterkę otaczają, przypominają jej stale o rozmaitych sztuczkach płci pięknej pozwalających postawić na swoim. Lucy Maud Montgomery odsłania w ten sposób zabiegi prowadzące do właściwego przejęcia władzy w codzienności i jest to jeden z tych tematów, które najprawdopodobniej nie pasowały do wizji lektur właściwych dla najmłodszych. Autorka puszcza oko do starszych odbiorczyń – dzieciom za to proponuje szereg wyzwań związanych raz z interpersonalnymi potyczkami (Emily przekonuje się między innymi, że fałszywa przyjaźń nie jest czymś, co należy pielęgnować, za to od prawdziwej przyjaciółki wytrzymuje się nawet najdziwniejsze obelgi), raz ze sporą adrenaliną (kiedy Emily omal nie traci życia). Jest w tej powieści zatem nie tylko umiłowanie do słów, ale też sporo dynamicznych wydarzeń. Dzisiejszych odbiorców zaskoczy na pewno motyw topienia kociąt (temat, którego nie ukrywa się przed małymi bohaterami) czy relacje między dziećmi i dorosłymi: tu Emily może wygrać dzięki swojej dumie, uporowi i wewnętrznej sile, ale są sprawy, w których nie ma szans na przekonanie opiekunki. Surowa i wymagająca, a wręcz despotyczna ciotka ma przeciwwagę w postaci siostry kochającej Emily od początku – wszystko po to, żeby uświadomić odbiorcom, jak różne podejścia do wychowania i do obowiązków mają dorośli w zależności od charakterów. Lucy Maud Montgomery proponuje tu gęstą i rozmarzoną książkę – a Anna Bańkowska o niej przypomina.
Literatura
Lucy Maud Montgomery już dawno została w literaturze czwartej zdeklasowana za sprawą przemian obyczajowych i starzejących się powieściowych rozwiązań – a jednak wciąż starsze pokolenie z sentymentem wracać będzie do lektur swojego dzieciństwa. Anna Bańkowska po opowieści o rudowłosej dziewczynce wzięła się za przypomnienie innej, mniej kojarzonej powszechnie bohaterki – „Emily ze Srebrnego Nowiu” to powieść, w której autotematyzm odgrywa ważną rolę. Powtarza się kilka wątków, w tym wizja szkolnych upokorzeń czy roli fantazji w życiu dziewczynki wchodzącej dopiero w wiek nastoletni – ale Emily zdecydowanie ma więcej swobody i może skupić się na tym, co dla niej najistotniejsze w życiu. Emily osierocona przez ojczulka znajduje ukojenie w pisaniu – a ponieważ papier jest trudno dostępny, swoje myśli przelewa na stare kwity, starannie ukrywane przed surową ciotką. Pisanie listów to jeden ze sposobów na opowiedzenie, co się w życiu Emily dzieje – ale też i metoda wyciszenia silnych emocji. Emily z czasem przekonuje się coraz bardziej, że chciałaby zostać powieściopisarką albo poetką – a otoczenie wie, że nie ma sensu jej od tego odwodzić. I, jak w przypadku Ani, tak i tutaj dojrzewanie wiąże się z dostrzeganiem wcześniejszych egzaltowanych zwrotów i fraz – ale Emily to nie przeszkadza. Uczy się pisania przez ciągły trening – zarówno w ramach tworzenia, jak i w sztuce epistolografii. W zasadzie jedynym motywem funkcjonującym w tłumaczeniu jako sygnał młodego wieku autorki listów stają się coraz rzadsze błędy ortograficzne – zabieg prosty i umożliwiający sygnalizowanie naiwności w momencie, w którym listy przejmują właściwą część narracji.
W życiu Emily dzieje się wiele, a kobiety, które małą bohaterkę otaczają, przypominają jej stale o rozmaitych sztuczkach płci pięknej pozwalających postawić na swoim. Lucy Maud Montgomery odsłania w ten sposób zabiegi prowadzące do właściwego przejęcia władzy w codzienności i jest to jeden z tych tematów, które najprawdopodobniej nie pasowały do wizji lektur właściwych dla najmłodszych. Autorka puszcza oko do starszych odbiorczyń – dzieciom za to proponuje szereg wyzwań związanych raz z interpersonalnymi potyczkami (Emily przekonuje się między innymi, że fałszywa przyjaźń nie jest czymś, co należy pielęgnować, za to od prawdziwej przyjaciółki wytrzymuje się nawet najdziwniejsze obelgi), raz ze sporą adrenaliną (kiedy Emily omal nie traci życia). Jest w tej powieści zatem nie tylko umiłowanie do słów, ale też sporo dynamicznych wydarzeń. Dzisiejszych odbiorców zaskoczy na pewno motyw topienia kociąt (temat, którego nie ukrywa się przed małymi bohaterami) czy relacje między dziećmi i dorosłymi: tu Emily może wygrać dzięki swojej dumie, uporowi i wewnętrznej sile, ale są sprawy, w których nie ma szans na przekonanie opiekunki. Surowa i wymagająca, a wręcz despotyczna ciotka ma przeciwwagę w postaci siostry kochającej Emily od początku – wszystko po to, żeby uświadomić odbiorcom, jak różne podejścia do wychowania i do obowiązków mają dorośli w zależności od charakterów. Lucy Maud Montgomery proponuje tu gęstą i rozmarzoną książkę – a Anna Bańkowska o niej przypomina.
Joanna Jagiełło: Wynalazek pana B.
Harperkids, Warszawa 2026.
Odkrywanie świata
Czytanie nie musi być nudne. Z tego założenia wychodzą kolejni autorzy w serii Czytam sobie, cyklu, który pomaga najmłodszym oswoić się z literami i przekonać, że książka to przyjemność i źródło rozrywki oraz wiedzy. Joanna Jagiełło z tomikiem „Wynalazek pana B.” znajduje się na drugim poziomie cyklu – co oznacza, że ma do dyspozycji trochę więcej miejsca na tekst, ale wciąż nie może korzystać z dwuznaków czy zmiękczeń (wolno jej za to używać zdań złożonych). Dla historii, którą wybiera, nie ma to znaczenia – bo i tak kontekst wymaga stosowania pojęć i terminów w dużej części nieznanych najmłodszym. Odkrywanie tej książki będzie zatem nie tylko spotkaniem z niezwykłą biografią (a właściwie jej literacką przeróbką, bo autorka dość swobodnie żongluje motywami z przeszłości i przyznaje się do tego), ale też przygodą lekturową w prawdziwym znaczeniu tego sformułowania.
William chce poznawać świat. W szkole niekoniecznie spotyka się ze zrozumieniem rówieśników – zamiast bawić się z nimi, woli obserwować przyrodę i prowadzić notatki na temat tego, jakie zwierzęta zobaczył. Wyprawy do odległych krajów przyniosły mu satysfakcję, jednak pozbawiły też towarzyszki życia, co autorka kwituje jednym zdaniem (nie wyjaśniając dzieciom przyczyn rozstania, zdaje sobie sprawę, że wątki miłosne są tym, co najmniej interesuje kilkulatki). I stopniowo William dociera do pomysłu, żeby zbadać stworzenia żyjące w oceanie. Żeby tego dokonać, musi jednak przezwyciężyć rozmaite ograniczenia techniczne. I dopiero wtedy będzie mógł zrobić właściwy użytek ze swojego talentu.
„Wynalazek pana B.” to książka, która ma w sobie materiał na wielką wyobraźniową przygodę. Tekst wprawdzie został skondensowany i sprowadzony do niewielkiej objętościowo narracji, ale działa na fantazję najmłodszych i przekona ich, że warto sięgać po książki. Tu liczy się rozmach, otwarcie się na cały świat, możliwości, które tkwią w każdym, niezależnie od jego codziennych dokonań – ważne są marzenia i chęć ich spełniania. William pokazuje dzieciom, że mogą osiągnąć bardzo wiele, często na przekór wszystkim. A że przy okazji trzeba będzie się przedrzeć przez językowe mielizny, trudne – bo niesłyszane na co dzień – słowa? Trudno, tak w czytankach też bywa, a z czasem będzie już tylko łatwiej. Joanna Jagiełło może przekonać do siebie zwłaszcza dzieci zainteresowane podwodnymi widokami, poszerza słownictwo i stawia najmłodszym spore wyzwania – ale nie zniechęci do czytania właśnie dzięki temu, że wybrała odpowiedni temat, jest w stanie przyćmić nim ewentualny wysiłek poznawczy. Dzieci dzięki tomikowi z drugiego poziomu serii Czytam sobie przekonają się, jak ważne jest podążanie za własnymi pragnieniami – a bohater książki zabierze je do miejsc, których maluchy nawet sobie nie wyobrażały.
Odkrywanie świata
Czytanie nie musi być nudne. Z tego założenia wychodzą kolejni autorzy w serii Czytam sobie, cyklu, który pomaga najmłodszym oswoić się z literami i przekonać, że książka to przyjemność i źródło rozrywki oraz wiedzy. Joanna Jagiełło z tomikiem „Wynalazek pana B.” znajduje się na drugim poziomie cyklu – co oznacza, że ma do dyspozycji trochę więcej miejsca na tekst, ale wciąż nie może korzystać z dwuznaków czy zmiękczeń (wolno jej za to używać zdań złożonych). Dla historii, którą wybiera, nie ma to znaczenia – bo i tak kontekst wymaga stosowania pojęć i terminów w dużej części nieznanych najmłodszym. Odkrywanie tej książki będzie zatem nie tylko spotkaniem z niezwykłą biografią (a właściwie jej literacką przeróbką, bo autorka dość swobodnie żongluje motywami z przeszłości i przyznaje się do tego), ale też przygodą lekturową w prawdziwym znaczeniu tego sformułowania.
William chce poznawać świat. W szkole niekoniecznie spotyka się ze zrozumieniem rówieśników – zamiast bawić się z nimi, woli obserwować przyrodę i prowadzić notatki na temat tego, jakie zwierzęta zobaczył. Wyprawy do odległych krajów przyniosły mu satysfakcję, jednak pozbawiły też towarzyszki życia, co autorka kwituje jednym zdaniem (nie wyjaśniając dzieciom przyczyn rozstania, zdaje sobie sprawę, że wątki miłosne są tym, co najmniej interesuje kilkulatki). I stopniowo William dociera do pomysłu, żeby zbadać stworzenia żyjące w oceanie. Żeby tego dokonać, musi jednak przezwyciężyć rozmaite ograniczenia techniczne. I dopiero wtedy będzie mógł zrobić właściwy użytek ze swojego talentu.
„Wynalazek pana B.” to książka, która ma w sobie materiał na wielką wyobraźniową przygodę. Tekst wprawdzie został skondensowany i sprowadzony do niewielkiej objętościowo narracji, ale działa na fantazję najmłodszych i przekona ich, że warto sięgać po książki. Tu liczy się rozmach, otwarcie się na cały świat, możliwości, które tkwią w każdym, niezależnie od jego codziennych dokonań – ważne są marzenia i chęć ich spełniania. William pokazuje dzieciom, że mogą osiągnąć bardzo wiele, często na przekór wszystkim. A że przy okazji trzeba będzie się przedrzeć przez językowe mielizny, trudne – bo niesłyszane na co dzień – słowa? Trudno, tak w czytankach też bywa, a z czasem będzie już tylko łatwiej. Joanna Jagiełło może przekonać do siebie zwłaszcza dzieci zainteresowane podwodnymi widokami, poszerza słownictwo i stawia najmłodszym spore wyzwania – ale nie zniechęci do czytania właśnie dzięki temu, że wybrała odpowiedni temat, jest w stanie przyćmić nim ewentualny wysiłek poznawczy. Dzieci dzięki tomikowi z drugiego poziomu serii Czytam sobie przekonają się, jak ważne jest podążanie za własnymi pragnieniami – a bohater książki zabierze je do miejsc, których maluchy nawet sobie nie wyobrażały.
sobota, 4 kwietnia 2026
Marta Górna: Pacuła. Najsłynniejsza Polka na świecie
Agora, Warszawa 2026.
Kariera
Marta Górna doskonale wie, że podtytułem swojej biografii poświęconej Joannie Pacule mogłaby wywołać wstrząs. „Pacuła. Najsłynniejsza Polka na świecie” to bowiem opowieść o bohaterce dzisiaj już trochę zapomnianej przez młodsze pokolenia – i kobiecie, która bardziej kojarzona mogła być w USA niż w Polsce. A jednak Pacuła to uosobienie snu o sławie, marzeń o karierze w Hollywood – i, czego fani z reguły nie chcą dostrzec, całe mnóstwo ciężkiej pracy czy grania w filmach klasy B, żeby tylko nie stracić kontaktu z branżą filmową. Joanna Pacuła podjęła decyzję o postawieniu na zagraniczną karierę – i po dekadach wciąż mogła uczestniczyć w kolejnych zdjęciach. Jednocześnie to postać, o której milkną znajomi. I taki obraz właśnie Marta Górna w swojej książce buduje.
Na rynku wydawniczym dzisiaj bardzo często pojawiają się biografie aktorów pisane w stylu pop – szybkie i będące raczej skrótową prezentacją czy przypomnieniem o obecności niż rzetelną pracą nad zrekonstruowaniem życiorysu. Joanna Pacuła nie współpracuje przy pisaniu tej książki, podobnie zresztą jak większość z jej otoczenia – Marta Górna jest zatem skazana na samodzielne poszukiwania informacji. Szuka tych informacji w wywiadach prasowych i w samych filmach – a czasami prosi o wypowiedź zagraniczną gwiazdę. I dzięki temu zyskuje olśniewający efekt, książka „Pacuła” jest wyjątkowa, w niczym nie przypomina popbiografii złożonych z patchworkowych wspomnień i cytatów – to opowieść ciekawa i rekonstruowana z drobiazgów, a przez to przenikliwa i barwna jednocześnie. Marta Górna nie ma się za czym schować – zamiast gotowych anegdot ma pytania i domysły, zamiast szeregu wspomnień – własną opinię na temat oglądanych filmów, konfrontowaną z recenzjami. I wychodzi na jaw, że autorka dobrze potrafi wyciągać wnioski z tego, co widzi na ekranie – dzieli się z czytelnikami własnymi uwagami i robi to bardzo przekonująco, zestawia odczucia z opiniami recenzentów – wszystko po to, żeby wydobyć filmowy obraz Joanny Pacuły. Zadaje pytania, na które przez lata szuka odpowiedzi, a cały ten proces gromadzenia informacji sprawia, że książka nie może wypaść szablonowo. Autorka odrzuca tutaj typowe rozwiązania tak częste w podobnych książkach – przerzuca na przykład na koniec tomu opowieści o dzieciństwie i początkach Joanny Pacuły jako aktorki, niespecjalnie też tropi sensacje i doniesienia związane z jej życiem prywatnym – koncentruje się na tym, co dotyczyło kariery filmowej i dobrze na tym wychodzi. Tworzy bowiem gęstą i ciekawie napisaną biografię filmową, wypełnioną danymi i faktami, za to pozbawioną pustosłowia. Nie musi uwodzić czytelników tanimi chwytami, wystarczy, że traktuje ich jako sojuszników w poszukiwaniach i w rekonstruowaniu wiadomości. „Pacuła. Najsłynniejsza Polka na świecie” to książka apetyczna i atrakcyjna nawet dla tych czytelników, którzy kariery Pacuły nie muszą pamiętać – to publikacja, która wzbudzi zainteresowanie gwiazdą i która przypomni, że na rynku wydawniczym znajdzie się miejsce dla naprawdę dobrze napisanych biografii, bez względu na to, ile sław odmówiło komentarza albo ocenzurowało swoje wypowiedzi w procesie autoryzacji.
Kariera
Marta Górna doskonale wie, że podtytułem swojej biografii poświęconej Joannie Pacule mogłaby wywołać wstrząs. „Pacuła. Najsłynniejsza Polka na świecie” to bowiem opowieść o bohaterce dzisiaj już trochę zapomnianej przez młodsze pokolenia – i kobiecie, która bardziej kojarzona mogła być w USA niż w Polsce. A jednak Pacuła to uosobienie snu o sławie, marzeń o karierze w Hollywood – i, czego fani z reguły nie chcą dostrzec, całe mnóstwo ciężkiej pracy czy grania w filmach klasy B, żeby tylko nie stracić kontaktu z branżą filmową. Joanna Pacuła podjęła decyzję o postawieniu na zagraniczną karierę – i po dekadach wciąż mogła uczestniczyć w kolejnych zdjęciach. Jednocześnie to postać, o której milkną znajomi. I taki obraz właśnie Marta Górna w swojej książce buduje.
Na rynku wydawniczym dzisiaj bardzo często pojawiają się biografie aktorów pisane w stylu pop – szybkie i będące raczej skrótową prezentacją czy przypomnieniem o obecności niż rzetelną pracą nad zrekonstruowaniem życiorysu. Joanna Pacuła nie współpracuje przy pisaniu tej książki, podobnie zresztą jak większość z jej otoczenia – Marta Górna jest zatem skazana na samodzielne poszukiwania informacji. Szuka tych informacji w wywiadach prasowych i w samych filmach – a czasami prosi o wypowiedź zagraniczną gwiazdę. I dzięki temu zyskuje olśniewający efekt, książka „Pacuła” jest wyjątkowa, w niczym nie przypomina popbiografii złożonych z patchworkowych wspomnień i cytatów – to opowieść ciekawa i rekonstruowana z drobiazgów, a przez to przenikliwa i barwna jednocześnie. Marta Górna nie ma się za czym schować – zamiast gotowych anegdot ma pytania i domysły, zamiast szeregu wspomnień – własną opinię na temat oglądanych filmów, konfrontowaną z recenzjami. I wychodzi na jaw, że autorka dobrze potrafi wyciągać wnioski z tego, co widzi na ekranie – dzieli się z czytelnikami własnymi uwagami i robi to bardzo przekonująco, zestawia odczucia z opiniami recenzentów – wszystko po to, żeby wydobyć filmowy obraz Joanny Pacuły. Zadaje pytania, na które przez lata szuka odpowiedzi, a cały ten proces gromadzenia informacji sprawia, że książka nie może wypaść szablonowo. Autorka odrzuca tutaj typowe rozwiązania tak częste w podobnych książkach – przerzuca na przykład na koniec tomu opowieści o dzieciństwie i początkach Joanny Pacuły jako aktorki, niespecjalnie też tropi sensacje i doniesienia związane z jej życiem prywatnym – koncentruje się na tym, co dotyczyło kariery filmowej i dobrze na tym wychodzi. Tworzy bowiem gęstą i ciekawie napisaną biografię filmową, wypełnioną danymi i faktami, za to pozbawioną pustosłowia. Nie musi uwodzić czytelników tanimi chwytami, wystarczy, że traktuje ich jako sojuszników w poszukiwaniach i w rekonstruowaniu wiadomości. „Pacuła. Najsłynniejsza Polka na świecie” to książka apetyczna i atrakcyjna nawet dla tych czytelników, którzy kariery Pacuły nie muszą pamiętać – to publikacja, która wzbudzi zainteresowanie gwiazdą i która przypomni, że na rynku wydawniczym znajdzie się miejsce dla naprawdę dobrze napisanych biografii, bez względu na to, ile sław odmówiło komentarza albo ocenzurowało swoje wypowiedzi w procesie autoryzacji.
piątek, 3 kwietnia 2026
Hiromi Kawakami: Dziwna pogoda w Tokio
Znak, Kraków 2026.
Spotkanie
W restauracji spotykają się oboje. Oboje zamawiają dokładnie ten sam zestaw. Przypominają sobie, że się znają: on kiedyś był jej nauczycielem. Oboje są raczej samotni i raczej introwertyczni i wcale nie muszą dążyć do natychmiastowego znalezienia drugiej połówki, wystarcza im taki pozornie powierzchowny kontakt, dla postronnych nie do zauważenia, a dla nich samych – będący wszystkim. Bardzo długo nic z tym nie zrobią, zadowalać się będą tylko i wyłącznie przelotnymi spotkaniami w restauracji. Nawet rachunek sprawiedliwie płacą – nie wykorzystują ani jednej nitki, która przywiązywałaby ich do siebie. A jednak przyzwyczajają się do towarzystwa i do obecności, gdy coś lub ktoś przełamie tę rutynę, jest im gorzej. „Dziwna pogoda w Tokio” to książka, która wywraca do góry nogami wszystkie aktualne mody na opowieści romansowe. Hiromi Kawakami przygląda się swoim bohaterom – wręcz biernym w kształtowaniu wspólnej relacji. I czeka. Czeka cierpliwie, chociaż nie wiadomo, czy będzie na co. Ona ma ponad trzydzieści lat, on jest od niej o drugie tyle starszy. Ona nie może przypomnieć sobie jego nazwiska, więc zwraca się do niego Sensei, jemu to odpowiada. Zresztą szkolnych przyzwyczajeń nie pozbędzie się tak łatwo i bardzo chętnie przy każdej okazji będzie korygował jej stan wiedzy. Ale nie o fetysze tu chodzi, a Hiromi Kawakami, gdyby mógł, całkiem odarłby tę powieść z seksualności, skupiając się tylko i wyłącznie na kontaktach emocjonalnych. Podąża za bohaterami i uczy się od nich cierpliwości. Ta cierpliwość przyda się także czytelnikom – bo „Dziwna pogoda w Tokio” to kolejna propozycja wyciszająca i kojąca, nietypowa, bo oderwana od przejrzystych schematów. Nie będzie tu wprawdzie onirycznych kontaktów z istotami z zaświatów, ale zamiast tego pozostanie skupienie na ulotnej więzi między postaciami. Tu trzeba ostrożności i spokoju, żeby nie zniszczyć tego, co dla bohaterów cenne i niezwykłe. I jednocześnie – trzeba niespiesznej lektury, pozwalającej na zrozumienie sedna. Ta książka wycisza i koi, ale zupełnie inaczej, niż przywykli do tego zachodni czytelnicy. Skupienie się na pozornie nieistotnych wydarzeniach stanowiących mikrokosmos bohaterów to prosta droga do lepszego poznawania siebie i do wyciszenia się. A przecież autor celowo rezygnuje z wymyślnej fabuły, sprowadza bohaterów do pozbawionego adrenaliny tu i teraz. Oboje są zbyt dojrzali na przelotny flirt i zbyt ostrożni, żeby wikłać się w romans, nie chcą, ale przecież też nie muszą rezygnować z niczego, żeby tworzyć nowe zasady w związku. Co ciekawe, przy nastawieniu na uważność nie ma tu podkreślania literackości – Hiromi Kawakami stara się pisać jak najbardziej normalnie, bez fajerwerków, żeby przedstawić coś niezwykłego, co ostrożnie rodzi się między postaciami. „Dziwna pogoda w Tokio” to właśnie sposób na zatrzymanie się i na sprawdzenie kodeksu wartości, na przetestowanie jakości relacji w dzisiejszym świecie. Jest to książka, którą łatwo przeoczyć – a jednak korzystanie z niej to nie tylko lektura rozrywkowa, a autoterapia, szansa na wyhamowanie w codziennym pędzie.
Spotkanie
W restauracji spotykają się oboje. Oboje zamawiają dokładnie ten sam zestaw. Przypominają sobie, że się znają: on kiedyś był jej nauczycielem. Oboje są raczej samotni i raczej introwertyczni i wcale nie muszą dążyć do natychmiastowego znalezienia drugiej połówki, wystarcza im taki pozornie powierzchowny kontakt, dla postronnych nie do zauważenia, a dla nich samych – będący wszystkim. Bardzo długo nic z tym nie zrobią, zadowalać się będą tylko i wyłącznie przelotnymi spotkaniami w restauracji. Nawet rachunek sprawiedliwie płacą – nie wykorzystują ani jednej nitki, która przywiązywałaby ich do siebie. A jednak przyzwyczajają się do towarzystwa i do obecności, gdy coś lub ktoś przełamie tę rutynę, jest im gorzej. „Dziwna pogoda w Tokio” to książka, która wywraca do góry nogami wszystkie aktualne mody na opowieści romansowe. Hiromi Kawakami przygląda się swoim bohaterom – wręcz biernym w kształtowaniu wspólnej relacji. I czeka. Czeka cierpliwie, chociaż nie wiadomo, czy będzie na co. Ona ma ponad trzydzieści lat, on jest od niej o drugie tyle starszy. Ona nie może przypomnieć sobie jego nazwiska, więc zwraca się do niego Sensei, jemu to odpowiada. Zresztą szkolnych przyzwyczajeń nie pozbędzie się tak łatwo i bardzo chętnie przy każdej okazji będzie korygował jej stan wiedzy. Ale nie o fetysze tu chodzi, a Hiromi Kawakami, gdyby mógł, całkiem odarłby tę powieść z seksualności, skupiając się tylko i wyłącznie na kontaktach emocjonalnych. Podąża za bohaterami i uczy się od nich cierpliwości. Ta cierpliwość przyda się także czytelnikom – bo „Dziwna pogoda w Tokio” to kolejna propozycja wyciszająca i kojąca, nietypowa, bo oderwana od przejrzystych schematów. Nie będzie tu wprawdzie onirycznych kontaktów z istotami z zaświatów, ale zamiast tego pozostanie skupienie na ulotnej więzi między postaciami. Tu trzeba ostrożności i spokoju, żeby nie zniszczyć tego, co dla bohaterów cenne i niezwykłe. I jednocześnie – trzeba niespiesznej lektury, pozwalającej na zrozumienie sedna. Ta książka wycisza i koi, ale zupełnie inaczej, niż przywykli do tego zachodni czytelnicy. Skupienie się na pozornie nieistotnych wydarzeniach stanowiących mikrokosmos bohaterów to prosta droga do lepszego poznawania siebie i do wyciszenia się. A przecież autor celowo rezygnuje z wymyślnej fabuły, sprowadza bohaterów do pozbawionego adrenaliny tu i teraz. Oboje są zbyt dojrzali na przelotny flirt i zbyt ostrożni, żeby wikłać się w romans, nie chcą, ale przecież też nie muszą rezygnować z niczego, żeby tworzyć nowe zasady w związku. Co ciekawe, przy nastawieniu na uważność nie ma tu podkreślania literackości – Hiromi Kawakami stara się pisać jak najbardziej normalnie, bez fajerwerków, żeby przedstawić coś niezwykłego, co ostrożnie rodzi się między postaciami. „Dziwna pogoda w Tokio” to właśnie sposób na zatrzymanie się i na sprawdzenie kodeksu wartości, na przetestowanie jakości relacji w dzisiejszym świecie. Jest to książka, którą łatwo przeoczyć – a jednak korzystanie z niej to nie tylko lektura rozrywkowa, a autoterapia, szansa na wyhamowanie w codziennym pędzie.
czwartek, 2 kwietnia 2026
Krystian Machnik: Ostatni ludzie Czarnobyla
Notatnik Reportera.
Odwiedziny
Krystian Machnik opowiada o swojej trwającej kilka lat przygodzie z samosiołami tak, że trudno się od książki „Ostatni ludzie Czarnobyla” oderwać. Nie tylko dlatego, że autor zaspokaja ciekawość i zabiera czytelników w rejony, w które prawdopodobnie sami nigdy by się nie zapuścili, ale dlatego, że łączy osobiste przeżycia z sytuacją, która wpłynęła na całe pokolenie. Reportaż dotyczący samosiołów wzrusza i wstrząśnie czytelnikami nie jeden raz, a do tego – dostarczy sporo materiału do przemyśleń.
Wszystko zaczyna się w strefie skażonej, tam, gdzie nie mogą już mieszkać ani żyć ludzie, a krótkie przebywanie jest obwarowane wieloma zastrzeżeniami. Machnik jako miłośnik urbexu wybiera się do Prypeci i Czarnobyla, żeby porobić zdjęcia w opuszczonych budynkach. Szybko przekonuje się, że w pobliżu miejsca katastrofy mieszkają ludzie – najczęściej staruszkowie, którzy po wysiedleniu wrócili „na swoje”, nie potrafiąc ułożyć sobie życia gdzie indziej albo – w wyniku układów z rodzinami. Pierwszą babuszkę przypadkowo – razem z innymi zwiedzającymi zonę – ratuje przed udarem cieplnym. I tak stopniowo przekonuje się, że znacznie ważniejsze od ruin są ludzkie historie. Staje się przyszywanym wnuczkiem babuszek w zonie i coraz częściej odwiedza je, żeby zawieźć pomoc, ale i żeby spędzić z nimi trochę czasu. Babuszki karmią go na miejscu, poją bimbrem (Machnik temu zagadnieniu poświęca cały rozdział, nie zamierza udawać, że takich sytuacji nie było) i dzięki odwiedzinom chłopców z Polski czują się komuś potrzebne – zyskują sens istnienia i powód do świętowania. Z kolei sam Krystian Machnik przekonuje się kilka razy, że nawet kiedy rozwiązuje swoje problemy i zmartwienia w Polsce, wsparcie – choćby tylko telefoniczne – babuszek jest nieocenione. Zaprzyjaźnia się z kolejnymi samosiołami, martwi się o nich, troszczy i wysłuchuje indywidualnych historii – wyjątkowych, jak wszyscy, którzy wrócili do skażonej strefy. Jednocześnie opowiada o tym, jak zachować zdrowie, jak uchronić się przed promieniowaniem, jakie środki ostrożności przedsięwziąć, żeby nie skrócić sobie życia. Przedstawia opowieść o katastrofie w Czarnobylu już bez cenzury i lęku przed skandalem, pokazuje, na co byli narażeni ludzie mieszkający najbliżej. Włącza do książki szereg czarno-białych fotografii i krótkich wywiadów – rozmów z samosiołami. Ocala ich historie, a w efekcie tworzy też ich upamiętnienie na kartach tomu – wielu z nich już nie żyje, ale ostatnie lata spędzili w poczuciu, że ktoś się o nich troszczy i komuś na nich zależy. I tak Krystian Machnik doprowadza odbiorców aż do tematu wojny, która zmienia zasady dostawania się na teren zony. Pokazuje autor, czego nie uda się już uratować, co przekreślił konflikt zbrojny – i jak w takich warunkach radzą sobie samosioły. I chociaż czasami autor powtarza niektóre wstrząsające wiadomości, jakby nie chciał ich pominąć, a nie wierzył, że czytelnikom zapadły już w pamięć, chociaż zdarza mu się na jednej wypowiedzi zbudować kilka różnych miejsc w historii – to i tak ta książka jest wyjątkowa. Warto po nią sięgnąć i warto wysłuchać tych, o których świat nie wiedział (albo nie chciał wiedzieć).
Odwiedziny
Krystian Machnik opowiada o swojej trwającej kilka lat przygodzie z samosiołami tak, że trudno się od książki „Ostatni ludzie Czarnobyla” oderwać. Nie tylko dlatego, że autor zaspokaja ciekawość i zabiera czytelników w rejony, w które prawdopodobnie sami nigdy by się nie zapuścili, ale dlatego, że łączy osobiste przeżycia z sytuacją, która wpłynęła na całe pokolenie. Reportaż dotyczący samosiołów wzrusza i wstrząśnie czytelnikami nie jeden raz, a do tego – dostarczy sporo materiału do przemyśleń.
Wszystko zaczyna się w strefie skażonej, tam, gdzie nie mogą już mieszkać ani żyć ludzie, a krótkie przebywanie jest obwarowane wieloma zastrzeżeniami. Machnik jako miłośnik urbexu wybiera się do Prypeci i Czarnobyla, żeby porobić zdjęcia w opuszczonych budynkach. Szybko przekonuje się, że w pobliżu miejsca katastrofy mieszkają ludzie – najczęściej staruszkowie, którzy po wysiedleniu wrócili „na swoje”, nie potrafiąc ułożyć sobie życia gdzie indziej albo – w wyniku układów z rodzinami. Pierwszą babuszkę przypadkowo – razem z innymi zwiedzającymi zonę – ratuje przed udarem cieplnym. I tak stopniowo przekonuje się, że znacznie ważniejsze od ruin są ludzkie historie. Staje się przyszywanym wnuczkiem babuszek w zonie i coraz częściej odwiedza je, żeby zawieźć pomoc, ale i żeby spędzić z nimi trochę czasu. Babuszki karmią go na miejscu, poją bimbrem (Machnik temu zagadnieniu poświęca cały rozdział, nie zamierza udawać, że takich sytuacji nie było) i dzięki odwiedzinom chłopców z Polski czują się komuś potrzebne – zyskują sens istnienia i powód do świętowania. Z kolei sam Krystian Machnik przekonuje się kilka razy, że nawet kiedy rozwiązuje swoje problemy i zmartwienia w Polsce, wsparcie – choćby tylko telefoniczne – babuszek jest nieocenione. Zaprzyjaźnia się z kolejnymi samosiołami, martwi się o nich, troszczy i wysłuchuje indywidualnych historii – wyjątkowych, jak wszyscy, którzy wrócili do skażonej strefy. Jednocześnie opowiada o tym, jak zachować zdrowie, jak uchronić się przed promieniowaniem, jakie środki ostrożności przedsięwziąć, żeby nie skrócić sobie życia. Przedstawia opowieść o katastrofie w Czarnobylu już bez cenzury i lęku przed skandalem, pokazuje, na co byli narażeni ludzie mieszkający najbliżej. Włącza do książki szereg czarno-białych fotografii i krótkich wywiadów – rozmów z samosiołami. Ocala ich historie, a w efekcie tworzy też ich upamiętnienie na kartach tomu – wielu z nich już nie żyje, ale ostatnie lata spędzili w poczuciu, że ktoś się o nich troszczy i komuś na nich zależy. I tak Krystian Machnik doprowadza odbiorców aż do tematu wojny, która zmienia zasady dostawania się na teren zony. Pokazuje autor, czego nie uda się już uratować, co przekreślił konflikt zbrojny – i jak w takich warunkach radzą sobie samosioły. I chociaż czasami autor powtarza niektóre wstrząsające wiadomości, jakby nie chciał ich pominąć, a nie wierzył, że czytelnikom zapadły już w pamięć, chociaż zdarza mu się na jednej wypowiedzi zbudować kilka różnych miejsc w historii – to i tak ta książka jest wyjątkowa. Warto po nią sięgnąć i warto wysłuchać tych, o których świat nie wiedział (albo nie chciał wiedzieć).
środa, 1 kwietnia 2026
Johan Klungel: Zwierzaki cwaniaki. Jak to jest być krewetką, szklaną żabą czy mrówkojadem
Harperkids, Warszawa 2026.
Superbohaterowie
Większość książek dla maluchów ogranicza się do zestawu najbardziej rozpoznawalnych zwierząt. Przedstawiciele świata fauny są reprezentowani przez stworzenia swojskie i egzotyczne – ale takie, które dziecko szybko nauczy się kojarzyć. Johan Klungel w swojej edukacyjnej propozycji dla najmłodszych przełamuje ten schemat i wybiera pomysł, który zauroczy zwłaszcza maluchy z dużą wyobraźnią. „Zwierzaki cwaniaki. Jak to jest być krewetką, szklaną żabą czy mrówkojadem” to picture book, w którym odbiorcy mają się przekonać dokładnie o tym, co widnieje w podtytule. A autor uzyskuje to całkiem intrygująco.
Każda rozkładówka to jedno zwierzę – od wielkich i groźnych po malutkie i trudne do nazwania nawet przez dorosłych. Każde zwierzę to wielkoformatowy obrazek z podpisem (jedna strona) i zestaw obrazków oraz komiksowych dymków porozrzucanych na pozostałej części rozkładówki. I teraz dzieci poznają dziwne zwierzę: aksolotla, barciaka większego czy niesporczaka, obejrzą go sobie na obrazku, a potem dowiedzą się, jaką supermoc ma wybrane zwierzę – i co ludzie musieliby umieć, żeby dysponować podobną. Ciekawostki zwierzęce przekute na ludzkie umiejętności (albo właśnie nieumiejętności) to kwintesencja tej opowieści. Owszem, przewijają się tu czasami drobne informacje o samym zwierzęciu, jego dokonaniach i osiągnięciach – ale to niewiele w zestawieniu z wyliczeniami „cwaniakowatości”, jakiej ludzie nie osiągną, nawet gdyby bardzo chcieli. I ten sposób prezentowania zwierząt jest najlepszy – po pierwsze: wiadomości bardzo łatwo zapadają w pamięć, zabieg mnemotechniczny – odwołanie się do wyobraźni i przedstawienie sytuacji w przełożeniu na ludzkie możliwości – to coś, co sprzyja budowaniu sieci skojarzeń. Po drugie – książka jest bardzo zabawna, na pewno bardziej z perspektywy dzieci niż dorosłych (ogniste bąki jednego z bohaterów książki robią wrażenie). Po trzecie – nawet te dzieci, którym z czytaniem nie po drodze, dadzą się skusić dzięki niezwykłemu doborowi bohaterów i dzięki odpowiedniemu eksponowaniu „niepokornych” treści. „Zwierzaki cwaniaki” to książka, która obliczona jest na wzbudzenie zainteresowania maluchów – ale ma im pokazać, że czytanie to przyjemność i rozrywka, nawet jeśli wiąże się ze zdobywaniem wiedzy. To się bardzo dobrze udaje. Komiksowe rysunki przyciągają wzrok i oddalają naiwność, najmłodsi mogą poczuć się tu młodzieżowo – same zwierzęta też pochodzą spoza wyeksploatowanego do granic możliwości kanonu. Liczy się humor, dobra zabawa i poznawanie największych zagadek świata. Johan Klungel umiejętnie eksponuje co ciekawsze tematy, zajmuje się przedstawianiem przyrody z dystansem i tak, żeby zaintrygować małych odbiorców. Nie zmęczy nikogo, bo tekst sprowadzony jest do kilku podpisów – chmurek na rozkładówkach. Za to wiele razy będzie wyzwalać pytanie, jak to w ogóle możliwe i podziw dla niezmierzonej wyobraźni samej natury, która jest w stanie wyprodukować takie istoty. Dobrze by było, gdyby ten autor przedstawiał w taki sposób kolejne niezwykłe gatunki.
Superbohaterowie
Większość książek dla maluchów ogranicza się do zestawu najbardziej rozpoznawalnych zwierząt. Przedstawiciele świata fauny są reprezentowani przez stworzenia swojskie i egzotyczne – ale takie, które dziecko szybko nauczy się kojarzyć. Johan Klungel w swojej edukacyjnej propozycji dla najmłodszych przełamuje ten schemat i wybiera pomysł, który zauroczy zwłaszcza maluchy z dużą wyobraźnią. „Zwierzaki cwaniaki. Jak to jest być krewetką, szklaną żabą czy mrówkojadem” to picture book, w którym odbiorcy mają się przekonać dokładnie o tym, co widnieje w podtytule. A autor uzyskuje to całkiem intrygująco.
Każda rozkładówka to jedno zwierzę – od wielkich i groźnych po malutkie i trudne do nazwania nawet przez dorosłych. Każde zwierzę to wielkoformatowy obrazek z podpisem (jedna strona) i zestaw obrazków oraz komiksowych dymków porozrzucanych na pozostałej części rozkładówki. I teraz dzieci poznają dziwne zwierzę: aksolotla, barciaka większego czy niesporczaka, obejrzą go sobie na obrazku, a potem dowiedzą się, jaką supermoc ma wybrane zwierzę – i co ludzie musieliby umieć, żeby dysponować podobną. Ciekawostki zwierzęce przekute na ludzkie umiejętności (albo właśnie nieumiejętności) to kwintesencja tej opowieści. Owszem, przewijają się tu czasami drobne informacje o samym zwierzęciu, jego dokonaniach i osiągnięciach – ale to niewiele w zestawieniu z wyliczeniami „cwaniakowatości”, jakiej ludzie nie osiągną, nawet gdyby bardzo chcieli. I ten sposób prezentowania zwierząt jest najlepszy – po pierwsze: wiadomości bardzo łatwo zapadają w pamięć, zabieg mnemotechniczny – odwołanie się do wyobraźni i przedstawienie sytuacji w przełożeniu na ludzkie możliwości – to coś, co sprzyja budowaniu sieci skojarzeń. Po drugie – książka jest bardzo zabawna, na pewno bardziej z perspektywy dzieci niż dorosłych (ogniste bąki jednego z bohaterów książki robią wrażenie). Po trzecie – nawet te dzieci, którym z czytaniem nie po drodze, dadzą się skusić dzięki niezwykłemu doborowi bohaterów i dzięki odpowiedniemu eksponowaniu „niepokornych” treści. „Zwierzaki cwaniaki” to książka, która obliczona jest na wzbudzenie zainteresowania maluchów – ale ma im pokazać, że czytanie to przyjemność i rozrywka, nawet jeśli wiąże się ze zdobywaniem wiedzy. To się bardzo dobrze udaje. Komiksowe rysunki przyciągają wzrok i oddalają naiwność, najmłodsi mogą poczuć się tu młodzieżowo – same zwierzęta też pochodzą spoza wyeksploatowanego do granic możliwości kanonu. Liczy się humor, dobra zabawa i poznawanie największych zagadek świata. Johan Klungel umiejętnie eksponuje co ciekawsze tematy, zajmuje się przedstawianiem przyrody z dystansem i tak, żeby zaintrygować małych odbiorców. Nie zmęczy nikogo, bo tekst sprowadzony jest do kilku podpisów – chmurek na rozkładówkach. Za to wiele razy będzie wyzwalać pytanie, jak to w ogóle możliwe i podziw dla niezmierzonej wyobraźni samej natury, która jest w stanie wyprodukować takie istoty. Dobrze by było, gdyby ten autor przedstawiał w taki sposób kolejne niezwykłe gatunki.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






