Harperkids, Warszawa 2026.
Obietnica
Nie wszystkie dzieci przeżywają w wakacje swoje wielkie przygody z dala od domu. Kuba na przykład wyjechać nie może, bo mama i tata pracują – z chłopcem może zostawać jedynie wujek. Wujek jest fajny, ale jednak to dorosły. Ale… i dorosły może wpaść na ciekawy pomysł. Wujek wręcza Kubie papeterię. Na ozdobnej kartce Kuba pisze do koleżanki list z kosmosu nudy. Gaba mieszka na Warmii i na nudę czasu nie ma – u niej bez przerwy coś się dzieje. Zwłaszcza w lecie – kiedy można biegać po lesie, odkrywać strumienie i pluskać się w wodzie (to wydaje się tym bardziej kuszące, że w mieście trwa upalny lipiec, którego Kuba ma serdecznie dosyć). A gdyby tak połączyć siły? W końcu Gaba bardzo chętnie spędzałaby czas ze swoim kumplem, który aktualnie się nudzi.
Zofia Stanecka tworzy historyjkę na pierwszym poziomie serii Czytam sobie i wie, że to zetknięcie z książkami będzie dla maluchów decydujące: jeśli ćwiczenie składania liter nie okaże się zbyt żmudne i męczące, najmłodsi dość szybko mogą się przekonać do czytania jako źródła rozrywki. A jeśli tak – nigdy w życiu nie będą się nudzić. Ale zamiast to tłumaczyć, autorka woli to pokazać. Decyduje się na przedstawienie ogromu nudy bez „dobrych rad” ze strony dorosłych: Kubą po prostu nie ma się kto zająć a to oznacza, że wszystkie działania będzie musiał wypracować sobie sam. Wymiana listów to dobry plan – chociaż nieco staroświecki, dzisiaj raczej maluchy nie bawią się w epistolografię, a już szukanie eleganckiej papeterii brzmi jak zajęcie prababć. A jednak „List z planety Nuda” pokazuje, ile może się zmienić po próbie nawiązania kontaktu. Co ważne, Kuba nie będzie krytykowany za swoje skargi: wolno mu czuć się źle z powodu marnowania wakacji – tyle tylko, że w jego otoczeniu nie istnieje dobre rozwiązanie sprawy. Zofia Stanecka nie wprowadza jeszcze przepisu na rozrywkowe wakacje – podaje jednak możliwość, która otwiera się przed chłopcem – a to rozbudzenie wyobraźni odbiorców. Liczy się to wszystko, co może się zdarzyć w niedalekiej przyszłości.
Co ciekawe, chociaż na pierwszym poziomie serii unika się dwuznaków i głosek nosowych, Zofia Stanecka przemyca „ii” w słowie „Warmii”. Szuka też oczywiście synonimów, które pozwolą jej prowadzić narrację w sposób zrozumiały dla dzieci, wciągający i pozbawiony mielizn leksykalnych. Najbardziej cieszy użycie kolokwialnego „wbijaj” jako zaproszenia – nie będzie to język niezrozumiały dla odbiorców, spodobać się może zatem początkującym czytelnikom, tym, którzy być może nie wierzą, że w książkach dozwolone są takie formy. „List z planety Nuda” to książka ładnie zilustrowana przez Aleksandrę Krzanowską – chociaż są tu komputerowe grafiki, to jednak całość przywodzi na myśl dawne książki dla najmłodszych, propozycje klasyczne i wakacyjne.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czytam sobie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czytam sobie. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 15 października 2026
niedziela, 11 października 2026
Rafał Witek: Janek pływa jak ryba
Harperkids, Warszawa 2026.
Lekcja
Drugi poziom serii Czytam sobie to już większe wyzwanie dla małych odbiorców – ćwiczący rozpoznawanie liter powinni teraz przejść dalej i nauczyć się sylabizowania, przy okazji – bo dalej głównym zadaniem jest trenowanie płynnego czytania na większych rozmiarowo tekstach. W tym celu Rafał Witek przygotowuje literackie wyzwanie, historię z życia wziętą o tym, że warto pokonywać swoje lęki, bo to może prowadzić do sympatycznych przygód i uznania otoczenia. Janek na razie nie wchodzi do wody. Kiedy spędza wakacje nad hotelowym basenem, wie doskonale, że pływanie to nie dla niego. Ale już kiedy w zoo przekonuje się, że nawet hipopotamy opanowały tę sztukę, postanawia, że nauczy się pływać. O pomoc prosi starszą siostrę, Elizkę. Elizka nie ma oporów – wie, co zrobić, żeby przekonać brata, że pływanie to przyjemność. Wspólne lekcje na basenie to zestaw ciekawych zabaw bez żadnej presji. I to szybko zostaje nagrodzone: Janek pływa już znakomicie, a po wakacjach dowiaduje się, że jego klasa zamiast lekcji wychowania fizycznego będzie chodzić na basen, na ten basen, na którym Janek uczył się pływać. Teraz to on jest mistrzem w gronie rówieśników i w razie potrzeby może przyjść z pomocą, zupełnie jak wcześniej Elizka.
„Janek pływa jak ryba” to książka, która zachęca do spędzania czasu w wodzie, chociaż nie taki jest cel jej stworzenia. Rafał Witek buduje tu opowieść, która zaangażuje czytelników i sprawi, że nie zauważą przedzierania się przez coraz większe partie tekstu – do niedawna jeszcze to obrazki dominowały na stronach, teraz również jest dużo ilustracji w wykonaniu Joanny Rusinek – więc celnych i przyciągających wzrok – ale najbardziej liczy się rytm akcji. Chłopiec, który nie potrafi pływać i właściwie boi się wody (chociaż motyw strachu nie jest aż tak bardzo podkreślany), sam musi podjąć decyzję o tym, że chciałby zacząć się uczyć. Same lekcje schodzą na dalszy plan, bohater ani nie zakrztusi się wodą, ani nie przestraszy się zapachu chloru, nie ma powodu do podkarmiania lęków.
Rafał Witek ma wprawę w pisaniu według wytycznych serii – i nawet nie stworzy zbyt wielu pułapek dla maluchów. Jedną na pewno będzie „mieć pietra” zamiast bać się – archaizm pasuje do wymogów związanych z unikaniem dwuznaków czy liter ze znakami diakrytycznymi, innym – progres zamiast postępu. Ale to tylko trzy punkty (pietra mają różne postacie), da się zatem jakoś przetrwać, chociaż nie wiadomo, czy kilkulatki nie potkną się na tym w narracji. „Janek pływa jak ryba” to propozycja wartościowa – nie tylko przyzwyczaja do czytania dla przyjemności (i z ciekawości), ale też przypomina, że warto próbować swoich sił w różnych sportach.
Lekcja
Drugi poziom serii Czytam sobie to już większe wyzwanie dla małych odbiorców – ćwiczący rozpoznawanie liter powinni teraz przejść dalej i nauczyć się sylabizowania, przy okazji – bo dalej głównym zadaniem jest trenowanie płynnego czytania na większych rozmiarowo tekstach. W tym celu Rafał Witek przygotowuje literackie wyzwanie, historię z życia wziętą o tym, że warto pokonywać swoje lęki, bo to może prowadzić do sympatycznych przygód i uznania otoczenia. Janek na razie nie wchodzi do wody. Kiedy spędza wakacje nad hotelowym basenem, wie doskonale, że pływanie to nie dla niego. Ale już kiedy w zoo przekonuje się, że nawet hipopotamy opanowały tę sztukę, postanawia, że nauczy się pływać. O pomoc prosi starszą siostrę, Elizkę. Elizka nie ma oporów – wie, co zrobić, żeby przekonać brata, że pływanie to przyjemność. Wspólne lekcje na basenie to zestaw ciekawych zabaw bez żadnej presji. I to szybko zostaje nagrodzone: Janek pływa już znakomicie, a po wakacjach dowiaduje się, że jego klasa zamiast lekcji wychowania fizycznego będzie chodzić na basen, na ten basen, na którym Janek uczył się pływać. Teraz to on jest mistrzem w gronie rówieśników i w razie potrzeby może przyjść z pomocą, zupełnie jak wcześniej Elizka.
„Janek pływa jak ryba” to książka, która zachęca do spędzania czasu w wodzie, chociaż nie taki jest cel jej stworzenia. Rafał Witek buduje tu opowieść, która zaangażuje czytelników i sprawi, że nie zauważą przedzierania się przez coraz większe partie tekstu – do niedawna jeszcze to obrazki dominowały na stronach, teraz również jest dużo ilustracji w wykonaniu Joanny Rusinek – więc celnych i przyciągających wzrok – ale najbardziej liczy się rytm akcji. Chłopiec, który nie potrafi pływać i właściwie boi się wody (chociaż motyw strachu nie jest aż tak bardzo podkreślany), sam musi podjąć decyzję o tym, że chciałby zacząć się uczyć. Same lekcje schodzą na dalszy plan, bohater ani nie zakrztusi się wodą, ani nie przestraszy się zapachu chloru, nie ma powodu do podkarmiania lęków.
Rafał Witek ma wprawę w pisaniu według wytycznych serii – i nawet nie stworzy zbyt wielu pułapek dla maluchów. Jedną na pewno będzie „mieć pietra” zamiast bać się – archaizm pasuje do wymogów związanych z unikaniem dwuznaków czy liter ze znakami diakrytycznymi, innym – progres zamiast postępu. Ale to tylko trzy punkty (pietra mają różne postacie), da się zatem jakoś przetrwać, chociaż nie wiadomo, czy kilkulatki nie potkną się na tym w narracji. „Janek pływa jak ryba” to propozycja wartościowa – nie tylko przyzwyczaja do czytania dla przyjemności (i z ciekawości), ale też przypomina, że warto próbować swoich sił w różnych sportach.
wtorek, 29 września 2026
Joanna Jagiełło: Plażowy rabuś
Harperkids, Warszawa 2026.
Kradzież
W literaturze czwartej ogromnym powodzeniem cieszą się powieści detektywistyczne – i to nie jest moda nowa ani chwilowy trend. Powieści przygodowe bardzo często niosły w sobie pierwiastek śledztw lub tropienia groźnych przestępców, dzieci rozwiązywały zagadki albo bagatelizowane przez dorosłych, albo nie do rozwiązania bez (nieoficjalnego przecież) udziału młodych bohaterów. Nie zmienia się to, chociaż książki przygodowe coraz częściej ulegają uproszczeniom narracyjnym i skupiają się już nie na budowaniu prawdziwości, a na przedstawianiu samej przygody – esencji śledztwa. W ten sposób nie tylko uczy się odbiorców logicznego myślenia, ale też podsuwa się im ciekawe fabuły, które przyciągają, a nie męczą – wiadomo, że obecnie dzieci wybierają raczej krótsze narracje i historie, przy których nie muszą się zbyt długo skupiać.
Ale „Plażowy rabuś” Joanny Jagiełło – autorki, która niejeden raz już udowodniła, że potrafi budować intrygi kryminalne dla różnych wiekowo grup odbiorców – to książka, która właśnie powinna mieć trochę bardziej rozbudowaną narrację. Pojawia się na trzecim poziomie serii Czytam sobie, więc składa się już bardziej z tekstu niż z ilustracji (chociaż Marta Krzywicka robi, co może, żeby dzieciom podobała się ta opowieść od strony wizualnej). Co więcej: w tekście będzie całkiem dużo wyrazów, których znaczenie trzeba sprawdzić w słowniku na końcu (i to, co zabawne, twórcy tych przypisów wiedzą, że trzeba wyjaśnić, czym są „manele” i „zwiady”, ale już „donut” jest czymś oczywistym). W „Plażowym rabusiu” dzieci spędzają miłe wakacje w miejscowości na plaży. Nie mogą ujawnić, w jakim dokładnie miejscu, żeby nie przybyło tam mnóstwo turystów, ale i bez tej wiadomości odbiorcy uznają za pewnik prawdziwość historii. Na plaży jest bardzo miło, ale najwyraźniej grasuje tam złodziej – ludziom giną cenne przedmioty pozostawione na moment bez opieki. Sprawca wydaje się być nieuchwytny, nikt nawet nie wie, jak on wygląda – a ratownik mówi bohaterom, że cenna będzie każda informacja o jego tożsamości. To znaczy, że trzeba będzie zastawić pułapkę – i to bez informowania rodziców o całym wydarzeniu, bo przecież – i to się nie zmienia od lat – dorośli na pewno udaremniliby próbę wykrycia złodzieja. Cenne przedmioty trafiają zatem do pieluchy, której nikt na pewno nie ruszy, a na wabia dzieci podkładają portfel z zabawkowymi pieniędzmi. Potem już wystarczy uważnie obserwować i potwierdzić podejrzenia. Joanna Jagiełło pokazuje odbiorcom przygodę, w której młodzi bohaterowie odgrywają najważniejsze role – bez nich nic by się nie udało. Schwytanie złodzieja, który uprzykrzał pobyt wszystkim w tej miejscowości to wielki wyczyn – i sprawia, że odbiorcy będą chcieli śledzić tę historię, czytać o przygodach postaci i kibicować im. Nie zauważą w związku z tym, że wykonują pracę polegającą na ćwiczeniu czytania – o to przecież w tej lekturze naprawdę chodzi. „Plażowy rabuś” to książka, w której liczą się silne emocje i szansa na podsycanie ciekawości czytelników. To książka, która przypomina też, że czytanie jest przyjemne – i że sięga się po lektury dla rozrywki. Takie podejście bardzo cieszy, Joanna Jagiełło pokazuje najmłodszym, że przygody czają się na każdym kroku.
Kradzież
W literaturze czwartej ogromnym powodzeniem cieszą się powieści detektywistyczne – i to nie jest moda nowa ani chwilowy trend. Powieści przygodowe bardzo często niosły w sobie pierwiastek śledztw lub tropienia groźnych przestępców, dzieci rozwiązywały zagadki albo bagatelizowane przez dorosłych, albo nie do rozwiązania bez (nieoficjalnego przecież) udziału młodych bohaterów. Nie zmienia się to, chociaż książki przygodowe coraz częściej ulegają uproszczeniom narracyjnym i skupiają się już nie na budowaniu prawdziwości, a na przedstawianiu samej przygody – esencji śledztwa. W ten sposób nie tylko uczy się odbiorców logicznego myślenia, ale też podsuwa się im ciekawe fabuły, które przyciągają, a nie męczą – wiadomo, że obecnie dzieci wybierają raczej krótsze narracje i historie, przy których nie muszą się zbyt długo skupiać.
Ale „Plażowy rabuś” Joanny Jagiełło – autorki, która niejeden raz już udowodniła, że potrafi budować intrygi kryminalne dla różnych wiekowo grup odbiorców – to książka, która właśnie powinna mieć trochę bardziej rozbudowaną narrację. Pojawia się na trzecim poziomie serii Czytam sobie, więc składa się już bardziej z tekstu niż z ilustracji (chociaż Marta Krzywicka robi, co może, żeby dzieciom podobała się ta opowieść od strony wizualnej). Co więcej: w tekście będzie całkiem dużo wyrazów, których znaczenie trzeba sprawdzić w słowniku na końcu (i to, co zabawne, twórcy tych przypisów wiedzą, że trzeba wyjaśnić, czym są „manele” i „zwiady”, ale już „donut” jest czymś oczywistym). W „Plażowym rabusiu” dzieci spędzają miłe wakacje w miejscowości na plaży. Nie mogą ujawnić, w jakim dokładnie miejscu, żeby nie przybyło tam mnóstwo turystów, ale i bez tej wiadomości odbiorcy uznają za pewnik prawdziwość historii. Na plaży jest bardzo miło, ale najwyraźniej grasuje tam złodziej – ludziom giną cenne przedmioty pozostawione na moment bez opieki. Sprawca wydaje się być nieuchwytny, nikt nawet nie wie, jak on wygląda – a ratownik mówi bohaterom, że cenna będzie każda informacja o jego tożsamości. To znaczy, że trzeba będzie zastawić pułapkę – i to bez informowania rodziców o całym wydarzeniu, bo przecież – i to się nie zmienia od lat – dorośli na pewno udaremniliby próbę wykrycia złodzieja. Cenne przedmioty trafiają zatem do pieluchy, której nikt na pewno nie ruszy, a na wabia dzieci podkładają portfel z zabawkowymi pieniędzmi. Potem już wystarczy uważnie obserwować i potwierdzić podejrzenia. Joanna Jagiełło pokazuje odbiorcom przygodę, w której młodzi bohaterowie odgrywają najważniejsze role – bez nich nic by się nie udało. Schwytanie złodzieja, który uprzykrzał pobyt wszystkim w tej miejscowości to wielki wyczyn – i sprawia, że odbiorcy będą chcieli śledzić tę historię, czytać o przygodach postaci i kibicować im. Nie zauważą w związku z tym, że wykonują pracę polegającą na ćwiczeniu czytania – o to przecież w tej lekturze naprawdę chodzi. „Plażowy rabuś” to książka, w której liczą się silne emocje i szansa na podsycanie ciekawości czytelników. To książka, która przypomina też, że czytanie jest przyjemne – i że sięga się po lektury dla rozrywki. Takie podejście bardzo cieszy, Joanna Jagiełło pokazuje najmłodszym, że przygody czają się na każdym kroku.
niedziela, 27 września 2026
Riina i Sami Kaarla: Muminki. Psoty Małej Mi
Harperkids, Warszawa 2026.
Przygody
To jest absolutnie najlepszy sposób na przekonanie najmłodszych do czytania. I nie chodzi nawet o powrót do klasyki – bo wiadomo, że pewne historie się nie zestarzeją i będą kolejnym pokoleniom działać silnie na wyobraźnię – a o zestaw emocji niepotrzebnie przez wielu wydawców ucinanych w dzisiaj tworzonych historiach. Tomik „Muminki. Psoty Małej Mi” to nie jest rodzimy zbiorek – składa się z dwóch bajek na bazie historii Tove Jansson, stworzonych przez duet Riina i Sami Kaarla, a w polskiej wersji -przez Zofię Stanecką, czyli autorkę znaną, uznaną i cenioną nie tylko przez najmłodszych, ale też ich rodziców.
Dwie opowieści – dzięki pierwszej odbiorcy dowiedzą się, skąd wzięła się Mała Mi w domu Muminków. To wizyta Mimbli, która przyprowadza mnóstwo małych Mimbli – po zmroku ta gromadka trafia do domu Muminków i wywraca go do góry nogami. Wszędzie robi się pełno maluchów, które robią chaos, przewracają przedmioty, znajdują dla nich nowe zastosowania. W efekcie zwyczajni mieszkańcy domu Muminków mogą tylko obserwować tornado przetaczające się przez kolejne pokoje – tu nie ma sposobu na okiełznanie dzikiego stada, a przecież małe Mimble chcą się tylko bawić. W końcu Mimbla zbiera gromadkę i rusza w drogę powrotną. Ale przy takiej liczbie dzieci bardzo łatwo kogoś przeoczyć… Druga historyjka dotyczy już obecności Małej Mi w gronie Muminków. Dolinę Muminków opanowuje upał, a to oznacza, że można spać w hamaku na zewnątrz i sadzić egzotyczne rośliny. Ale kto może wpaść na pomysł, że zwierzętom w zoo należy się wolność? Otwarcie klatek sprawia, że dzikie stworzenia wdzierają się w codzienność doskonale znanych i bardzo łagodnych bohaterów – ale dopasowują się do tego klimatu, nie robią nikomu krzywdy, za to cieszą się z wolności. I tu Muminki spotyka niespodziewana przygoda, która jeszcze bardziej przybliża je do tropików.
„Muminki. Psoty Małej Mi” to książeczka na drugim poziomie serii Czytam sobie – bardzo przyjemna i wciągająca. Drugi poziom serii to trochę więcej tekstu, kilka linijek na stronie i dzielenie na sylaby wybranych wyrazów. Co ciekawe, ilustracje są tu bardzo dopasowane do propozycji Tove Jansson, zresztą w przypadku Muminków – autoryzowanych bohaterów – nie może być inaczej. Jednak Riina i Sami Kaarla decydują się na zwiększenie szczegółowości obrazków, chodzi o to, żeby na dłużej zatrzymać dzieci, żeby pozwolić im na oglądanie ilustracji i wyszukiwanie ciekawych detali. To propozycja, która dba o to, żeby dzieci, które ćwiczą czytanie, dostawały od razu nagrodę za wysiłek intelektualny – żeby mogły powrócić do dawnego stylu śledzenia opowiastek czytanych przez innych. Ten tomik – dzięki temu, że zawiera aż dwie historyjki – może dzieciom wydawać się bardziej gęsty, bardziej atrakcyjny i automatycznie łatwiejszy do przyswojenia – można przecież podzielić lekturę na dwie części i stopniowo poznawać doświadczenia Muminków. To bohaterowie, którzy nie zawodzą i którzy zawsze będą z dziećmi. Zofia Stanecka bardzo dobrze przedstawia tę opowieść – po raz kolejny udowadnia, że w pisaniu dla dzieci właściwie nie ma sobie równych.
Przygody
To jest absolutnie najlepszy sposób na przekonanie najmłodszych do czytania. I nie chodzi nawet o powrót do klasyki – bo wiadomo, że pewne historie się nie zestarzeją i będą kolejnym pokoleniom działać silnie na wyobraźnię – a o zestaw emocji niepotrzebnie przez wielu wydawców ucinanych w dzisiaj tworzonych historiach. Tomik „Muminki. Psoty Małej Mi” to nie jest rodzimy zbiorek – składa się z dwóch bajek na bazie historii Tove Jansson, stworzonych przez duet Riina i Sami Kaarla, a w polskiej wersji -przez Zofię Stanecką, czyli autorkę znaną, uznaną i cenioną nie tylko przez najmłodszych, ale też ich rodziców.
Dwie opowieści – dzięki pierwszej odbiorcy dowiedzą się, skąd wzięła się Mała Mi w domu Muminków. To wizyta Mimbli, która przyprowadza mnóstwo małych Mimbli – po zmroku ta gromadka trafia do domu Muminków i wywraca go do góry nogami. Wszędzie robi się pełno maluchów, które robią chaos, przewracają przedmioty, znajdują dla nich nowe zastosowania. W efekcie zwyczajni mieszkańcy domu Muminków mogą tylko obserwować tornado przetaczające się przez kolejne pokoje – tu nie ma sposobu na okiełznanie dzikiego stada, a przecież małe Mimble chcą się tylko bawić. W końcu Mimbla zbiera gromadkę i rusza w drogę powrotną. Ale przy takiej liczbie dzieci bardzo łatwo kogoś przeoczyć… Druga historyjka dotyczy już obecności Małej Mi w gronie Muminków. Dolinę Muminków opanowuje upał, a to oznacza, że można spać w hamaku na zewnątrz i sadzić egzotyczne rośliny. Ale kto może wpaść na pomysł, że zwierzętom w zoo należy się wolność? Otwarcie klatek sprawia, że dzikie stworzenia wdzierają się w codzienność doskonale znanych i bardzo łagodnych bohaterów – ale dopasowują się do tego klimatu, nie robią nikomu krzywdy, za to cieszą się z wolności. I tu Muminki spotyka niespodziewana przygoda, która jeszcze bardziej przybliża je do tropików.
„Muminki. Psoty Małej Mi” to książeczka na drugim poziomie serii Czytam sobie – bardzo przyjemna i wciągająca. Drugi poziom serii to trochę więcej tekstu, kilka linijek na stronie i dzielenie na sylaby wybranych wyrazów. Co ciekawe, ilustracje są tu bardzo dopasowane do propozycji Tove Jansson, zresztą w przypadku Muminków – autoryzowanych bohaterów – nie może być inaczej. Jednak Riina i Sami Kaarla decydują się na zwiększenie szczegółowości obrazków, chodzi o to, żeby na dłużej zatrzymać dzieci, żeby pozwolić im na oglądanie ilustracji i wyszukiwanie ciekawych detali. To propozycja, która dba o to, żeby dzieci, które ćwiczą czytanie, dostawały od razu nagrodę za wysiłek intelektualny – żeby mogły powrócić do dawnego stylu śledzenia opowiastek czytanych przez innych. Ten tomik – dzięki temu, że zawiera aż dwie historyjki – może dzieciom wydawać się bardziej gęsty, bardziej atrakcyjny i automatycznie łatwiejszy do przyswojenia – można przecież podzielić lekturę na dwie części i stopniowo poznawać doświadczenia Muminków. To bohaterowie, którzy nie zawodzą i którzy zawsze będą z dziećmi. Zofia Stanecka bardzo dobrze przedstawia tę opowieść – po raz kolejny udowadnia, że w pisaniu dla dzieci właściwie nie ma sobie równych.
poniedziałek, 6 kwietnia 2026
Justyna Bednarek: Skarb na budowie
Harperkids, Warszawa 2026.
Niespodzianka
Naprawdę jest po co czytać, jeśli na końcu historii znajduje się prawdziwy skarb. Justyna Bednarek doskonale wie o tym, że nawet najmłodsi, jeśli nie będą mieli dobrej motywacji do działania, zniechęcą się lekturą przedwcześnie – a właśnie dla kilkulatków opowieści do ćwiczenia czytania powinny być przygotowywane z największą starannością, żeby zbudować sobie pokolenie, które nie stroni od takiej formy rozrywki. Na szczęście jest Justyna Bednarek – i jej historie, nieco zwariowane, wesołe i ciekawe dla wszystkich kilkulatków. „Skarb na budowie” to książeczka na pierwszym poziomie serii Czytam sobie – czyli tam, gdzie jeszcze dominują ilustracje (tu przygotowane przez Magdę Kozieł-Nowak), a tekst zajmuje najwyżej trzy wersy na stronie. Justyna Bednarek jednak układa tu całą relację o przygodzie z budowy. Mamy tu antropomorfizowane maszyny z budowy – koparkę Werę, której towarzyszy walec Ignacy. Ma to znaczenie, bo ci dwoje są wybitni w swoim fachu i poradzą sobie z każdym wyzwaniem, bez względu na to, czy pojawi się operator koparki (ale pojawić się musi, inaczej skarb nie byłby skarbem). Pan Wojtek, operator koparki, czuwa nad pracami. I to on jest świadkiem odkrycia: koparka trafia na kufer zakopany w ziemi. Kufer jest ogromny, a jego zawartość… A, to już niespodzianka. Mali odbiorcy będą niecierpliwie czekać na rozwiązanie zagadki (na możliwość zajrzenia do kufra) i zajęci tym oczekiwaniem, nie zorientują się nawet, że ćwiczą poznawanie liter.
Zawsze największym problemem na pierwszym poziomie serii Czytam sobie jest ograniczanie formy. Nie wolno tu stosować dwuznaków ani zmiękczeń czy znaków diakrytycznych, a to oznacza, że autorzy będą się nieźle gimnastykować, żeby napisać wszystko w miarę naturalnie. A i tak wychodzą przez to niepotrzebne czasami powtórzenia (skoro mężczyzna jest zadumany, to wiadomo, że duma, można byłoby wykorzystać słowo „myśli”, gdyby nie ograniczenie formalne). Co ciekawe, słowem dozwolonym okazało się „weekend”. Na szczęście pierwszy poziom cyklu to tylko czytanki uzupełniające rozmaite ćwiczenia, więc dzieci będą rozwijać słownictwo za sprawą mniej stosowanych synonimów i trudnych czasami do przeliterowania długich słów – nie zrobi im to krzywdy, chociaż zadziwi niejednego dorosłego. „Skarb na budowie” to publikacja, która rozbudza ciekawość i wyobraźnię. Obrazki są tu tworzone na tle papieru milimetrowego i już samo to sprawia, że automatycznie zyskują charakterystyczny i intrygujący kształt. Odbiorcy zajmą się za to śledzeniem min bohaterów i uczestniczeniem w wydarzeniach przedstawianych na obrazkach – można się tu mocno zaangażować w czytanie. I o to chodzi: o wciągającą akcję, o niespodziankę i o radość w historyjce – więcej nie trzeba, żeby najmłodsi przekonali się, że czytanie może być przyjemne i że pozwoli odkrywać tajemnice samodzielnie, a to przyniesie sporo satysfakcji.
Niespodzianka
Naprawdę jest po co czytać, jeśli na końcu historii znajduje się prawdziwy skarb. Justyna Bednarek doskonale wie o tym, że nawet najmłodsi, jeśli nie będą mieli dobrej motywacji do działania, zniechęcą się lekturą przedwcześnie – a właśnie dla kilkulatków opowieści do ćwiczenia czytania powinny być przygotowywane z największą starannością, żeby zbudować sobie pokolenie, które nie stroni od takiej formy rozrywki. Na szczęście jest Justyna Bednarek – i jej historie, nieco zwariowane, wesołe i ciekawe dla wszystkich kilkulatków. „Skarb na budowie” to książeczka na pierwszym poziomie serii Czytam sobie – czyli tam, gdzie jeszcze dominują ilustracje (tu przygotowane przez Magdę Kozieł-Nowak), a tekst zajmuje najwyżej trzy wersy na stronie. Justyna Bednarek jednak układa tu całą relację o przygodzie z budowy. Mamy tu antropomorfizowane maszyny z budowy – koparkę Werę, której towarzyszy walec Ignacy. Ma to znaczenie, bo ci dwoje są wybitni w swoim fachu i poradzą sobie z każdym wyzwaniem, bez względu na to, czy pojawi się operator koparki (ale pojawić się musi, inaczej skarb nie byłby skarbem). Pan Wojtek, operator koparki, czuwa nad pracami. I to on jest świadkiem odkrycia: koparka trafia na kufer zakopany w ziemi. Kufer jest ogromny, a jego zawartość… A, to już niespodzianka. Mali odbiorcy będą niecierpliwie czekać na rozwiązanie zagadki (na możliwość zajrzenia do kufra) i zajęci tym oczekiwaniem, nie zorientują się nawet, że ćwiczą poznawanie liter.
Zawsze największym problemem na pierwszym poziomie serii Czytam sobie jest ograniczanie formy. Nie wolno tu stosować dwuznaków ani zmiękczeń czy znaków diakrytycznych, a to oznacza, że autorzy będą się nieźle gimnastykować, żeby napisać wszystko w miarę naturalnie. A i tak wychodzą przez to niepotrzebne czasami powtórzenia (skoro mężczyzna jest zadumany, to wiadomo, że duma, można byłoby wykorzystać słowo „myśli”, gdyby nie ograniczenie formalne). Co ciekawe, słowem dozwolonym okazało się „weekend”. Na szczęście pierwszy poziom cyklu to tylko czytanki uzupełniające rozmaite ćwiczenia, więc dzieci będą rozwijać słownictwo za sprawą mniej stosowanych synonimów i trudnych czasami do przeliterowania długich słów – nie zrobi im to krzywdy, chociaż zadziwi niejednego dorosłego. „Skarb na budowie” to publikacja, która rozbudza ciekawość i wyobraźnię. Obrazki są tu tworzone na tle papieru milimetrowego i już samo to sprawia, że automatycznie zyskują charakterystyczny i intrygujący kształt. Odbiorcy zajmą się za to śledzeniem min bohaterów i uczestniczeniem w wydarzeniach przedstawianych na obrazkach – można się tu mocno zaangażować w czytanie. I o to chodzi: o wciągającą akcję, o niespodziankę i o radość w historyjce – więcej nie trzeba, żeby najmłodsi przekonali się, że czytanie może być przyjemne i że pozwoli odkrywać tajemnice samodzielnie, a to przyniesie sporo satysfakcji.
niedziela, 5 kwietnia 2026
Joanna Jagiełło: Wynalazek pana B.
Harperkids, Warszawa 2026.
Odkrywanie świata
Czytanie nie musi być nudne. Z tego założenia wychodzą kolejni autorzy w serii Czytam sobie, cyklu, który pomaga najmłodszym oswoić się z literami i przekonać, że książka to przyjemność i źródło rozrywki oraz wiedzy. Joanna Jagiełło z tomikiem „Wynalazek pana B.” znajduje się na drugim poziomie cyklu – co oznacza, że ma do dyspozycji trochę więcej miejsca na tekst, ale wciąż nie może korzystać z dwuznaków czy zmiękczeń (wolno jej za to używać zdań złożonych). Dla historii, którą wybiera, nie ma to znaczenia – bo i tak kontekst wymaga stosowania pojęć i terminów w dużej części nieznanych najmłodszym. Odkrywanie tej książki będzie zatem nie tylko spotkaniem z niezwykłą biografią (a właściwie jej literacką przeróbką, bo autorka dość swobodnie żongluje motywami z przeszłości i przyznaje się do tego), ale też przygodą lekturową w prawdziwym znaczeniu tego sformułowania.
William chce poznawać świat. W szkole niekoniecznie spotyka się ze zrozumieniem rówieśników – zamiast bawić się z nimi, woli obserwować przyrodę i prowadzić notatki na temat tego, jakie zwierzęta zobaczył. Wyprawy do odległych krajów przyniosły mu satysfakcję, jednak pozbawiły też towarzyszki życia, co autorka kwituje jednym zdaniem (nie wyjaśniając dzieciom przyczyn rozstania, zdaje sobie sprawę, że wątki miłosne są tym, co najmniej interesuje kilkulatki). I stopniowo William dociera do pomysłu, żeby zbadać stworzenia żyjące w oceanie. Żeby tego dokonać, musi jednak przezwyciężyć rozmaite ograniczenia techniczne. I dopiero wtedy będzie mógł zrobić właściwy użytek ze swojego talentu.
„Wynalazek pana B.” to książka, która ma w sobie materiał na wielką wyobraźniową przygodę. Tekst wprawdzie został skondensowany i sprowadzony do niewielkiej objętościowo narracji, ale działa na fantazję najmłodszych i przekona ich, że warto sięgać po książki. Tu liczy się rozmach, otwarcie się na cały świat, możliwości, które tkwią w każdym, niezależnie od jego codziennych dokonań – ważne są marzenia i chęć ich spełniania. William pokazuje dzieciom, że mogą osiągnąć bardzo wiele, często na przekór wszystkim. A że przy okazji trzeba będzie się przedrzeć przez językowe mielizny, trudne – bo niesłyszane na co dzień – słowa? Trudno, tak w czytankach też bywa, a z czasem będzie już tylko łatwiej. Joanna Jagiełło może przekonać do siebie zwłaszcza dzieci zainteresowane podwodnymi widokami, poszerza słownictwo i stawia najmłodszym spore wyzwania – ale nie zniechęci do czytania właśnie dzięki temu, że wybrała odpowiedni temat, jest w stanie przyćmić nim ewentualny wysiłek poznawczy. Dzieci dzięki tomikowi z drugiego poziomu serii Czytam sobie przekonają się, jak ważne jest podążanie za własnymi pragnieniami – a bohater książki zabierze je do miejsc, których maluchy nawet sobie nie wyobrażały.
Odkrywanie świata
Czytanie nie musi być nudne. Z tego założenia wychodzą kolejni autorzy w serii Czytam sobie, cyklu, który pomaga najmłodszym oswoić się z literami i przekonać, że książka to przyjemność i źródło rozrywki oraz wiedzy. Joanna Jagiełło z tomikiem „Wynalazek pana B.” znajduje się na drugim poziomie cyklu – co oznacza, że ma do dyspozycji trochę więcej miejsca na tekst, ale wciąż nie może korzystać z dwuznaków czy zmiękczeń (wolno jej za to używać zdań złożonych). Dla historii, którą wybiera, nie ma to znaczenia – bo i tak kontekst wymaga stosowania pojęć i terminów w dużej części nieznanych najmłodszym. Odkrywanie tej książki będzie zatem nie tylko spotkaniem z niezwykłą biografią (a właściwie jej literacką przeróbką, bo autorka dość swobodnie żongluje motywami z przeszłości i przyznaje się do tego), ale też przygodą lekturową w prawdziwym znaczeniu tego sformułowania.
William chce poznawać świat. W szkole niekoniecznie spotyka się ze zrozumieniem rówieśników – zamiast bawić się z nimi, woli obserwować przyrodę i prowadzić notatki na temat tego, jakie zwierzęta zobaczył. Wyprawy do odległych krajów przyniosły mu satysfakcję, jednak pozbawiły też towarzyszki życia, co autorka kwituje jednym zdaniem (nie wyjaśniając dzieciom przyczyn rozstania, zdaje sobie sprawę, że wątki miłosne są tym, co najmniej interesuje kilkulatki). I stopniowo William dociera do pomysłu, żeby zbadać stworzenia żyjące w oceanie. Żeby tego dokonać, musi jednak przezwyciężyć rozmaite ograniczenia techniczne. I dopiero wtedy będzie mógł zrobić właściwy użytek ze swojego talentu.
„Wynalazek pana B.” to książka, która ma w sobie materiał na wielką wyobraźniową przygodę. Tekst wprawdzie został skondensowany i sprowadzony do niewielkiej objętościowo narracji, ale działa na fantazję najmłodszych i przekona ich, że warto sięgać po książki. Tu liczy się rozmach, otwarcie się na cały świat, możliwości, które tkwią w każdym, niezależnie od jego codziennych dokonań – ważne są marzenia i chęć ich spełniania. William pokazuje dzieciom, że mogą osiągnąć bardzo wiele, często na przekór wszystkim. A że przy okazji trzeba będzie się przedrzeć przez językowe mielizny, trudne – bo niesłyszane na co dzień – słowa? Trudno, tak w czytankach też bywa, a z czasem będzie już tylko łatwiej. Joanna Jagiełło może przekonać do siebie zwłaszcza dzieci zainteresowane podwodnymi widokami, poszerza słownictwo i stawia najmłodszym spore wyzwania – ale nie zniechęci do czytania właśnie dzięki temu, że wybrała odpowiedni temat, jest w stanie przyćmić nim ewentualny wysiłek poznawczy. Dzieci dzięki tomikowi z drugiego poziomu serii Czytam sobie przekonają się, jak ważne jest podążanie za własnymi pragnieniami – a bohater książki zabierze je do miejsc, których maluchy nawet sobie nie wyobrażały.
środa, 10 września 2025
Marcin Baran: Awantura w śmietniku
Harperkids, Warszawa 2025.
Segregowanie śmieci
Temat, który został już na wiele sposobów zrealizowany, powraca w małym tomiku Marcina Barana, „Awantura w śmietniku”. To książeczka na pierwszym poziomie cyklu Czytam sobie – ale z pewną modyfikacją, Czytam sobie sylabami. Zasady są takie jak wcześniej na pierwszym poziomie w całej serii – czyli brak dwuznaków i znaków diakrytycznych, proste zdania i niewielka liczba słów. Co oznacza, że dzieci będą się męczyć z „kwaterowali” zamiast „mieszkali” – naprawdę pułapki płynące z sięgania po słownik synonimów bywają zabójcze dla wygody małych czytelników, a przecież czytelnicy ci dopiero uczą się czytać, poznają litery, więc nie powinno się ich zniechęcać nienaturalnymi sformułowaniami. Pozostałe opisy są już mocno uproszczone, nawet jeśli dzieje się coś, co wymagałoby zwiększenia ładunku emocjonalnego. Fabuła należy do bardzo prostych: oto Drut, Butelka, Ogryzek, Kartka i parę innych postaci przebywa razem w jednym kuble – co nie przysparza nikomu radości. Bohaterowie kłócą się i mają się nawzajem dość, każdy każdemu przeszkadza – rozwiązanie okazuje się jednak bardzo proste: osobne pojemniki na śmieci. Trudno pisać o segregowaniu śmieci, kiedy nie można użyć słowa śmieci, ale z tym Marcin Baran sobie radzi. Rytm narracji jest dość dziwny i nienaturalny – ale i tak po tomik sięgać będą dzieci, które samodzielnie jeszcze płynnie nie czytają, więc przypominanie ćwiczeń do czytania na czas z lat 90. nie odbierze przyjemności poznawania historyjki. „Awantura w śmietniku” to wyzwanie. Ale… pojawia się tu coś, co może uprzyjemnić dzieciom pracę.
Nieprzypadkowo poza tagiem „eko” widać na okładce przy nazwie serii modyfikację: przy czytaniu sylabami znacznie łatwiej będzie maluchom wypowiadać kolejne słowa (i przy okazji nauczą się, jak prawidłowo dzielić wyrazy – to dodatkowy atut). W tekście następujące po sobie sylaby są zaznaczane odmiennym kolorem, dzięki czemu można porcjować słowa, dzielić je na drobniejsze i łatwiejsze do przyswojenia fragmenty – a to oznacza, że nie będą już straszyć długie słowa (powyginany dorosłemu nie sprawi problemu, ale dziecku, które uczy się czytać – już tak, nie jest to jednak wyzwanie tego rodzaju co nieużywany synonim). Trzeba też pamiętać, że nie ma tu zbyt dużo tekstu – na każdej stronie to maksymalnie dwa wersy dużym drukiem. Justyna Frąckiewicz wypełnia resztę stron ilustracjami, wprowadzając do świadomości dzieci konieczność segregowania odpadków. „Awantura w śmietniku” to niewielka publikacja, która ma pomagać dzieciom w poznawaniu liter – i we wdrożeniu się w czytanie dla przyjemności. Szerzy wiedzę o konieczności segregowania śmieci (tak, żeby już od pierwszych lat życia wiedzieć, dlaczego jest to zadanie ważne) i lekko bawi (bo obecność skonfliktowanych śmieci wcale nie kojarzy się z nadmierną powagą). Da się tę książeczkę wykorzystywać jako pomoc w lekcjach czytania – jeden z pierwszych sposobów na zetknięcie maluchów z samodzielnymi lekturami.
Segregowanie śmieci
Temat, który został już na wiele sposobów zrealizowany, powraca w małym tomiku Marcina Barana, „Awantura w śmietniku”. To książeczka na pierwszym poziomie cyklu Czytam sobie – ale z pewną modyfikacją, Czytam sobie sylabami. Zasady są takie jak wcześniej na pierwszym poziomie w całej serii – czyli brak dwuznaków i znaków diakrytycznych, proste zdania i niewielka liczba słów. Co oznacza, że dzieci będą się męczyć z „kwaterowali” zamiast „mieszkali” – naprawdę pułapki płynące z sięgania po słownik synonimów bywają zabójcze dla wygody małych czytelników, a przecież czytelnicy ci dopiero uczą się czytać, poznają litery, więc nie powinno się ich zniechęcać nienaturalnymi sformułowaniami. Pozostałe opisy są już mocno uproszczone, nawet jeśli dzieje się coś, co wymagałoby zwiększenia ładunku emocjonalnego. Fabuła należy do bardzo prostych: oto Drut, Butelka, Ogryzek, Kartka i parę innych postaci przebywa razem w jednym kuble – co nie przysparza nikomu radości. Bohaterowie kłócą się i mają się nawzajem dość, każdy każdemu przeszkadza – rozwiązanie okazuje się jednak bardzo proste: osobne pojemniki na śmieci. Trudno pisać o segregowaniu śmieci, kiedy nie można użyć słowa śmieci, ale z tym Marcin Baran sobie radzi. Rytm narracji jest dość dziwny i nienaturalny – ale i tak po tomik sięgać będą dzieci, które samodzielnie jeszcze płynnie nie czytają, więc przypominanie ćwiczeń do czytania na czas z lat 90. nie odbierze przyjemności poznawania historyjki. „Awantura w śmietniku” to wyzwanie. Ale… pojawia się tu coś, co może uprzyjemnić dzieciom pracę.
Nieprzypadkowo poza tagiem „eko” widać na okładce przy nazwie serii modyfikację: przy czytaniu sylabami znacznie łatwiej będzie maluchom wypowiadać kolejne słowa (i przy okazji nauczą się, jak prawidłowo dzielić wyrazy – to dodatkowy atut). W tekście następujące po sobie sylaby są zaznaczane odmiennym kolorem, dzięki czemu można porcjować słowa, dzielić je na drobniejsze i łatwiejsze do przyswojenia fragmenty – a to oznacza, że nie będą już straszyć długie słowa (powyginany dorosłemu nie sprawi problemu, ale dziecku, które uczy się czytać – już tak, nie jest to jednak wyzwanie tego rodzaju co nieużywany synonim). Trzeba też pamiętać, że nie ma tu zbyt dużo tekstu – na każdej stronie to maksymalnie dwa wersy dużym drukiem. Justyna Frąckiewicz wypełnia resztę stron ilustracjami, wprowadzając do świadomości dzieci konieczność segregowania odpadków. „Awantura w śmietniku” to niewielka publikacja, która ma pomagać dzieciom w poznawaniu liter – i we wdrożeniu się w czytanie dla przyjemności. Szerzy wiedzę o konieczności segregowania śmieci (tak, żeby już od pierwszych lat życia wiedzieć, dlaczego jest to zadanie ważne) i lekko bawi (bo obecność skonfliktowanych śmieci wcale nie kojarzy się z nadmierną powagą). Da się tę książeczkę wykorzystywać jako pomoc w lekcjach czytania – jeden z pierwszych sposobów na zetknięcie maluchów z samodzielnymi lekturami.
wtorek, 2 września 2025
Riina i Sami Kaarla, Zofia Stanecka: Muminki. Oto Mała Mi
Harperkids, Warszawa 2025.
Majsterkowanie
Niezwykły jest to tomik w serii Czytam sobie (na drugim poziomie). Przede wszystkim dlatego, że to nie polska propozycja – przygotowana na polskie warunki przez Zofię Stanecką (tekst oryginalny oraz ilustracje: Riina i Sami Kaarla) na bazie opowieści Tove Jansson. Oczywiście Muminków nigdy za wiele, więc ucieszy maluchy fakt, że mogą ćwiczyć czytanie na przygodach ulubionych bohaterów. Druga niespodzianka dotyczy faktu, że w jednej książeczce odbiorcy otrzymają aż dwie samodzielne historie. „Muminki. Oto Mała Mi” to dwie przygody, które łączą aspiracje warsztatowe Muminka. Ten bohater, chociaż średnio radzi sobie z narzędziami, próbuje stworzyć coś od zera – bo aktualnie jest mu to potrzebne, żeby zrobić prezent innym.
W części „Całkiem własny domek Muminka” bohater – cierpliwy przeważnie – ma dosyć wybryków Małej Mi. Nie może spać, bo przyjaciółka ciągle hałasuje i bryka. Rodzice nie zwracają uwagi na skargi – przecież zapewniają Małej Mi dach nad głową, żeby odciążyć trochę mamę Mimblę. Poza tym Mała Mi jest wszędzie tam, gdzie coś się dzieje i na pewno nie zrezygnowałaby z okazji do hecy. Muminek postanawia więc wziąć sprawy w swoje ręce i zbudować własny dom. Ale to nie jest takie proste, jak mogłoby się wydawać – wszystko po kolei stanowi wyzwanie, a efekty niekoniecznie odpowiadają wyobrażeniom. Muminek mierzy się najpierw z koniecznością zbudowania fundamentów, później z wycięciem okien. Krzywe podłogi mogą dla niektórych okazać się zaletą. Z kolei w części „Awantura z piratami” Muminki na plaży znajdują wrak okrętu i – rozbitków. Mogą sprawdzić, jakie skarby kryją się na pokładzie, ale to Muminek wpada na pomysł, jak pomóc przybyszom w powrocie do domu. Zanim to nastąpi, będzie można przeżyć prawdziwą przygodę. Z Muminkami nie można się nudzić – i tu będzie się to potwierdzać. Dzieci, które ćwiczą umiejętność czytania, będą zapominać o wysiłku wkładanym w lekturę – śledzenie doświadczeń małych trolli ucieszy każdego i zredukuje poczucie znużenia umysłowymi wyzwaniami. Zofia Stanecka wie, jak pisać dla najmłodszych – omija pułapki związane z wymogami serii (jedynie zdrobnienie „słonko”, które musi się pojawić, żeby nie wykorzystywać „ń” trochę razi – przydałoby się zmodyfikować zasady serii tak, żeby stawiać jednak na prostotę i unikanie zbędnych zdrobnień), zajmuje się przedstawianiem akcji. Dzieciom może się spodobać ten tomik – jest przyjemnie kolorowy i zawiera ilustracje, które kojarzą się ze światem doskonale znanym nie tylko najmłodszym. Muminki zyskują kolejne rzesze fanów – nie może być inaczej, skoro po takiej lekturze wszystkie dzieci je pokochają. Seria Czytam sobie otwiera się na nowe możliwości – i jest to bardzo udana próba, która ucieszy dzieci i ich rodziców. Z takimi pomocami łatwiej będzie wdrożyć naukę czytania – a do tomiku maluchy zechcą często wracać.
Majsterkowanie
Niezwykły jest to tomik w serii Czytam sobie (na drugim poziomie). Przede wszystkim dlatego, że to nie polska propozycja – przygotowana na polskie warunki przez Zofię Stanecką (tekst oryginalny oraz ilustracje: Riina i Sami Kaarla) na bazie opowieści Tove Jansson. Oczywiście Muminków nigdy za wiele, więc ucieszy maluchy fakt, że mogą ćwiczyć czytanie na przygodach ulubionych bohaterów. Druga niespodzianka dotyczy faktu, że w jednej książeczce odbiorcy otrzymają aż dwie samodzielne historie. „Muminki. Oto Mała Mi” to dwie przygody, które łączą aspiracje warsztatowe Muminka. Ten bohater, chociaż średnio radzi sobie z narzędziami, próbuje stworzyć coś od zera – bo aktualnie jest mu to potrzebne, żeby zrobić prezent innym.
W części „Całkiem własny domek Muminka” bohater – cierpliwy przeważnie – ma dosyć wybryków Małej Mi. Nie może spać, bo przyjaciółka ciągle hałasuje i bryka. Rodzice nie zwracają uwagi na skargi – przecież zapewniają Małej Mi dach nad głową, żeby odciążyć trochę mamę Mimblę. Poza tym Mała Mi jest wszędzie tam, gdzie coś się dzieje i na pewno nie zrezygnowałaby z okazji do hecy. Muminek postanawia więc wziąć sprawy w swoje ręce i zbudować własny dom. Ale to nie jest takie proste, jak mogłoby się wydawać – wszystko po kolei stanowi wyzwanie, a efekty niekoniecznie odpowiadają wyobrażeniom. Muminek mierzy się najpierw z koniecznością zbudowania fundamentów, później z wycięciem okien. Krzywe podłogi mogą dla niektórych okazać się zaletą. Z kolei w części „Awantura z piratami” Muminki na plaży znajdują wrak okrętu i – rozbitków. Mogą sprawdzić, jakie skarby kryją się na pokładzie, ale to Muminek wpada na pomysł, jak pomóc przybyszom w powrocie do domu. Zanim to nastąpi, będzie można przeżyć prawdziwą przygodę. Z Muminkami nie można się nudzić – i tu będzie się to potwierdzać. Dzieci, które ćwiczą umiejętność czytania, będą zapominać o wysiłku wkładanym w lekturę – śledzenie doświadczeń małych trolli ucieszy każdego i zredukuje poczucie znużenia umysłowymi wyzwaniami. Zofia Stanecka wie, jak pisać dla najmłodszych – omija pułapki związane z wymogami serii (jedynie zdrobnienie „słonko”, które musi się pojawić, żeby nie wykorzystywać „ń” trochę razi – przydałoby się zmodyfikować zasady serii tak, żeby stawiać jednak na prostotę i unikanie zbędnych zdrobnień), zajmuje się przedstawianiem akcji. Dzieciom może się spodobać ten tomik – jest przyjemnie kolorowy i zawiera ilustracje, które kojarzą się ze światem doskonale znanym nie tylko najmłodszym. Muminki zyskują kolejne rzesze fanów – nie może być inaczej, skoro po takiej lekturze wszystkie dzieci je pokochają. Seria Czytam sobie otwiera się na nowe możliwości – i jest to bardzo udana próba, która ucieszy dzieci i ich rodziców. Z takimi pomocami łatwiej będzie wdrożyć naukę czytania – a do tomiku maluchy zechcą często wracać.
piątek, 29 sierpnia 2025
Marcin Baran: Detektyw Sowa na tropie
Harperkids, Warszawa 2025.
Śledztwo
Czasami wymogi formalne w serii Czytam sobie są ograniczeniem dla twórców – i obnażają słabość niektórych założeń cyklu. Na drugim poziomie cyklu dzieci wciąż nie mogą jeszcze poznawać dwuznaków czy zmiękczeń, a to oznacza, że w ruch idą słowniki synonimów. Co z kolei przekłada się na mniej czytelny przekaz. Jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że seria przeznaczona jest dla dzieci, które uczą się czytać – więc rozpoznawanie i składanie liter jeszcze czasami może im sprawiać problemy – staje się jasne, że „23 podstawowe głoski oraz h” będą utrudnieniem w pracy. Najmłodsi bowiem nie tylko będą się musieli mierzyć ze skomplikowanymi słowami, nieużywanymi na co dzień, ale też – z dość nienaturalnym rytmem książki. I można bronić niektórych publikacji – że liczy się stawianie wysoko poprzeczki maluchom, albo że chodzi o to, żeby nie zgadywać dalszego ciągu a faktycznie go czytać – ale w ten sposób oddala się wizja czytania dla przyjemności. A przecież to powinno być jedno z ważnych przesłań przekazywanych kilkulatkom: po książki sięga się nie z przymusu i dla nauki, ale przede wszystkim dla rozrywki. Marcin Baran ma pomysł na kryminał dziecięcy – to prawdziwe wyzwanie, jeśli na jednej stronie może zmieścić maksymalnie trzy wersy dużym drukiem. Bohaterowie to sowa Zofia i jej pomocnik, padalec Wypluwka. Dostają oni do rozwiązania zagadki płynące bezpośrednio z natury – trzeba tu trochę się skoncentrować i co nieco wiedzieć, żeby poradzić sobie z zadaniem. Zagadki bazują na zjawiskach przyrodniczych i naprawdę nie potrzeba tu wielkiego śledztwa, żeby móc je wyjaśniać – Marcin Baran nie zajmuje się jedną, najważniejszą – a rejestruje kilka spraw, żeby zilustrować dokonania bohaterów i upewnić odbiorców w przekonaniu, że oto mają do czynienia z prawdziwymi detektywami. Zdarza się, że posługuje się wyobraźnią i abstrakcyjnymi pomysłami – jak w przypadku dramaturga Sowoklesa, któremu wyparowuje jeden z aktów dramatu – to raczej humor dla dorosłych, trzeba znać kontekst, żeby móc się ucieszyć z żartu, dzieciom niekoniecznie takie rozwiązanie przypadnie do gustu. Co do trudności w tekście… Obok siebie pojawiają się na przykład ekwipunek, suwmiarka i teleobiektyw, potem są wykwintne kilimy i penetrowanie teatru. Można docenić zabawę brzmieniami w lekko łysawej etoli lisa – ale czy to jest temat, który zaintryguje maluchy? Wysoki poziom trudności w połączeniu ze słowami, które nie są obecne w codziennych rozmowach to naprawdę duże wyzwanie dla najmłodszych – warto o tym pamiętać. Pytanie, co by się stało, gdyby zamiast rezygnacji z dwuznaków zrezygnowano z nieużywanych lub archaicznych sorfmułowań. Przygody sowy i padalca ilustruje Tomek Kozłowski, który tym razem najchętniej ukrywałby się w ciemnym otoczeniu. Faktem jest, że dzieci dzięki takim wyzwaniom nauczą się czytać szybciej i lepiej, ale istnieje też ryzyko, że nie zechcą wracać do książek.
Śledztwo
Czasami wymogi formalne w serii Czytam sobie są ograniczeniem dla twórców – i obnażają słabość niektórych założeń cyklu. Na drugim poziomie cyklu dzieci wciąż nie mogą jeszcze poznawać dwuznaków czy zmiękczeń, a to oznacza, że w ruch idą słowniki synonimów. Co z kolei przekłada się na mniej czytelny przekaz. Jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że seria przeznaczona jest dla dzieci, które uczą się czytać – więc rozpoznawanie i składanie liter jeszcze czasami może im sprawiać problemy – staje się jasne, że „23 podstawowe głoski oraz h” będą utrudnieniem w pracy. Najmłodsi bowiem nie tylko będą się musieli mierzyć ze skomplikowanymi słowami, nieużywanymi na co dzień, ale też – z dość nienaturalnym rytmem książki. I można bronić niektórych publikacji – że liczy się stawianie wysoko poprzeczki maluchom, albo że chodzi o to, żeby nie zgadywać dalszego ciągu a faktycznie go czytać – ale w ten sposób oddala się wizja czytania dla przyjemności. A przecież to powinno być jedno z ważnych przesłań przekazywanych kilkulatkom: po książki sięga się nie z przymusu i dla nauki, ale przede wszystkim dla rozrywki. Marcin Baran ma pomysł na kryminał dziecięcy – to prawdziwe wyzwanie, jeśli na jednej stronie może zmieścić maksymalnie trzy wersy dużym drukiem. Bohaterowie to sowa Zofia i jej pomocnik, padalec Wypluwka. Dostają oni do rozwiązania zagadki płynące bezpośrednio z natury – trzeba tu trochę się skoncentrować i co nieco wiedzieć, żeby poradzić sobie z zadaniem. Zagadki bazują na zjawiskach przyrodniczych i naprawdę nie potrzeba tu wielkiego śledztwa, żeby móc je wyjaśniać – Marcin Baran nie zajmuje się jedną, najważniejszą – a rejestruje kilka spraw, żeby zilustrować dokonania bohaterów i upewnić odbiorców w przekonaniu, że oto mają do czynienia z prawdziwymi detektywami. Zdarza się, że posługuje się wyobraźnią i abstrakcyjnymi pomysłami – jak w przypadku dramaturga Sowoklesa, któremu wyparowuje jeden z aktów dramatu – to raczej humor dla dorosłych, trzeba znać kontekst, żeby móc się ucieszyć z żartu, dzieciom niekoniecznie takie rozwiązanie przypadnie do gustu. Co do trudności w tekście… Obok siebie pojawiają się na przykład ekwipunek, suwmiarka i teleobiektyw, potem są wykwintne kilimy i penetrowanie teatru. Można docenić zabawę brzmieniami w lekko łysawej etoli lisa – ale czy to jest temat, który zaintryguje maluchy? Wysoki poziom trudności w połączeniu ze słowami, które nie są obecne w codziennych rozmowach to naprawdę duże wyzwanie dla najmłodszych – warto o tym pamiętać. Pytanie, co by się stało, gdyby zamiast rezygnacji z dwuznaków zrezygnowano z nieużywanych lub archaicznych sorfmułowań. Przygody sowy i padalca ilustruje Tomek Kozłowski, który tym razem najchętniej ukrywałby się w ciemnym otoczeniu. Faktem jest, że dzieci dzięki takim wyzwaniom nauczą się czytać szybciej i lepiej, ale istnieje też ryzyko, że nie zechcą wracać do książek.
niedziela, 24 sierpnia 2025
Justyna Bednarek: Wypadek na stacji metra
Harperkids, Warszawa 2025.
Emocje
Na pierwszym poziomie serii Czytam sobie opowiadania dla najmłodszych – poznających dopiero litery – składają się w założeniu z jak najprostszych słów (bez dwuznaków) – i z zaledwie maksymalnie dwustu wyrazów. Oznacza to, że na każdej stronie pojawią się jeden albo dwa wersy tekstu, a emocje trzeba będzie zaznaczać znakami interpunkcyjnymi. Ale myliłby się ten, kto by uważał, że w takich warunkach nie da się stworzyć historii wciągającej i pełnej akcji. Justyna Bednarek wyzwań się nie boi i proponuje najmłodszym odbiorcom „Wypadek na stacji metra”, krótką historię o tym, jak dzięki czujności pani weterynarz (i motorniczego metra, który jednak niewiele może zrobić) ktoś ocaleje. Prowadzenie metra to bardzo przyjemna sprawa, można się delektować kawą – ale łatwo też o tragedię: rozpędzonej maszyny nie da się od razu wyhamować, trzeba zatem przez cały czas obserwować otoczenie. Justyna Bednarek zabiera dzieci do miejsca, które nie wszyscy znają i przedstawia środek transportu dla niektórych jeszcze mocno egzotyczny. Emocje rozbudza za sprawą bohatera zamieszania – kundelka, który podchodzi do krawędzi peronu. Autorka funduje najmłodszym trochę grozy, będzie można zastanawiać się, czy sympatyczny zwierzak ocaleje. Taki zestaw silnych uczuć sprawi, że najmłodsi zechcą czytać tę książkę i ćwiczyć poznawanie liter. Żeby dorośli mogli kontrolować postępy dzieci, do książki dołączony został zestaw naklejek, a na skrzydełku pojawiają się pytania dotyczące znajomości treści. Jak zawsze w cyklu, odbiorcy mają na marginesach opowieści podawane wyrazy rozpisane na litery – nie są to najbardziej skomplikowane, raczej przypadkowo wybrane słowa – tak, żeby poćwiczyć od czasu do czasu.
Diana Karpowicz zajmuje się stroną graficzną – ma tu ważną rolę do odegrania, bo tomiki z pierwszego poziomu serii są picture bookami. Ilustratorka decyduje się na proste kształty i grę kolorami, żeby zaintrygować maluchy, ale też żeby nie odciągać ich uwagi nadmiernie od pracy. Wybiera rysunki nieprzesycone detalami, dając szansę także tym przebodźcowanym dzieciom, które muszą się bardziej napracować nad utrzymaniem koncentracji – ale unika infantylizmu w kresce. Jest to publikacja dobrze przygotowana. Nadaje się dla dzieci, które zaczęły uczyć się czytania – i które teraz powinny jak najwięcej ćwiczyć. Nie otrzymają one naiwnej czytanki, a pełnowartościową opowieść z dużym ładunkiem emocji. „Wypadek na stacji metra” to książeczka, przy której nie trzeba będzie zapraszać do czytania małych fanów sensacji – tu zdarzy się dużo, więc odbiorcy powinni być usatysfakcjonowani. Ta książka wręcz zachęca, żeby po nią sięgnąć – daje szansę podejrzenia niezwykłej sytuacji i sprawdzenia, kto może być prawdziwym bohaterem w dzisiejszych czasach. To opowiastka do przeżywania – a nie tylko do ćwiczenia rozpoznawania liter.
Emocje
Na pierwszym poziomie serii Czytam sobie opowiadania dla najmłodszych – poznających dopiero litery – składają się w założeniu z jak najprostszych słów (bez dwuznaków) – i z zaledwie maksymalnie dwustu wyrazów. Oznacza to, że na każdej stronie pojawią się jeden albo dwa wersy tekstu, a emocje trzeba będzie zaznaczać znakami interpunkcyjnymi. Ale myliłby się ten, kto by uważał, że w takich warunkach nie da się stworzyć historii wciągającej i pełnej akcji. Justyna Bednarek wyzwań się nie boi i proponuje najmłodszym odbiorcom „Wypadek na stacji metra”, krótką historię o tym, jak dzięki czujności pani weterynarz (i motorniczego metra, który jednak niewiele może zrobić) ktoś ocaleje. Prowadzenie metra to bardzo przyjemna sprawa, można się delektować kawą – ale łatwo też o tragedię: rozpędzonej maszyny nie da się od razu wyhamować, trzeba zatem przez cały czas obserwować otoczenie. Justyna Bednarek zabiera dzieci do miejsca, które nie wszyscy znają i przedstawia środek transportu dla niektórych jeszcze mocno egzotyczny. Emocje rozbudza za sprawą bohatera zamieszania – kundelka, który podchodzi do krawędzi peronu. Autorka funduje najmłodszym trochę grozy, będzie można zastanawiać się, czy sympatyczny zwierzak ocaleje. Taki zestaw silnych uczuć sprawi, że najmłodsi zechcą czytać tę książkę i ćwiczyć poznawanie liter. Żeby dorośli mogli kontrolować postępy dzieci, do książki dołączony został zestaw naklejek, a na skrzydełku pojawiają się pytania dotyczące znajomości treści. Jak zawsze w cyklu, odbiorcy mają na marginesach opowieści podawane wyrazy rozpisane na litery – nie są to najbardziej skomplikowane, raczej przypadkowo wybrane słowa – tak, żeby poćwiczyć od czasu do czasu.
Diana Karpowicz zajmuje się stroną graficzną – ma tu ważną rolę do odegrania, bo tomiki z pierwszego poziomu serii są picture bookami. Ilustratorka decyduje się na proste kształty i grę kolorami, żeby zaintrygować maluchy, ale też żeby nie odciągać ich uwagi nadmiernie od pracy. Wybiera rysunki nieprzesycone detalami, dając szansę także tym przebodźcowanym dzieciom, które muszą się bardziej napracować nad utrzymaniem koncentracji – ale unika infantylizmu w kresce. Jest to publikacja dobrze przygotowana. Nadaje się dla dzieci, które zaczęły uczyć się czytania – i które teraz powinny jak najwięcej ćwiczyć. Nie otrzymają one naiwnej czytanki, a pełnowartościową opowieść z dużym ładunkiem emocji. „Wypadek na stacji metra” to książeczka, przy której nie trzeba będzie zapraszać do czytania małych fanów sensacji – tu zdarzy się dużo, więc odbiorcy powinni być usatysfakcjonowani. Ta książka wręcz zachęca, żeby po nią sięgnąć – daje szansę podejrzenia niezwykłej sytuacji i sprawdzenia, kto może być prawdziwym bohaterem w dzisiejszych czasach. To opowiastka do przeżywania – a nie tylko do ćwiczenia rozpoznawania liter.
piątek, 22 sierpnia 2025
Joanna Jagiełło: Karetka mojego taty
Harperkids, Warszawa 2025.
Czas
Praca ratowników medycznych nie należy do najłatwiejszych, a do tego wiąże się z wieloma wyrzeczeniami i problemami. Przekonuje się o tym Antek: jego tata wprawdzie jeździ karetką (nawet na sygnale), ale ciągle nie ma go w domu i nawet kiedy Antek bardzo chciałby zaprosić go na szkolne uroczystości – tata przeważnie ma dyżury, których nie może odwołać. To przeszkadza też mamie, która w końcu żąda wyprowadzki – Joanna Jagiełło nie oszczędza małych czytelników, ale dzięki temu może ich do tomiku w serii Czytam sobie przekonać. „Karetka mojego taty”, książka na trzecim poziomie serii, obfituje w emocjonujące wydarzenia. Antek raz może przyjrzeć się zajęciom taty z bliska – kiedy mama musi wyjechać, a tata ma dyżur – chłopiec trafia do bazy i obserwuje wszystko, co jest codziennością taty, przynajmniej od kulis. Nie może wyruszyć na ratunek potrzebującym, ale zadaje mnóstwo pytań i dowiaduje się z tego, co robić, żeby uratować komuś życie. Stara się jak najwięcej zapamiętać: między innymi numer telefonu, pod który trzeba dzwonić, żeby wezwać pomoc. A ponieważ udzielenie pomocy nie kończy się na wybraniu numeru, Antek wbija sobie w głowę wiedzę na temat układania kogoś na boku, sprawdzania oddechu czy… używania defibrylatora. Może być dumny z taty – co nie zmienia faktu, że nie może liczyć na jego obecność i wsparcie.
Ale samo opisywanie elementów pracy ratownika medycznego to za mało, żeby przyciągnąć dzieci, które ćwiczą sztukę czytania. Dlatego też Joanna Jagiełło koncentruje się na rozpadzie życia rodzinnego – pokazuje odbiorcom, że czasami nawet oczywiste wyrzeczenia prowadzą do konfliktów. Antek nie ma pretensji do mamy, że tata się wyprowadził: i tak nie ma go ciągle w domu. Sam zaczyna też to boleśnie odczuwać – zwłaszcza że zbliża się ważny mecz drużyny Jastrzębi, a wszyscy zawodnicy mogą liczyć na obecność ojców, a niektórzy – obojga rodziców. Antek daje z siebie wszystko, jednak nawet kiedy strzela decydującego gola, dopinguje go tylko mama. Jednak prawdziwy sprawdzian umiejętności chłopca – i relacji rodzinnych – nastąpi. Joanna Jagiełło dba o to, żeby dużo się tu działo: zaangażuje dzieci na różnych płaszczyznach, a trochę przy okazji nauczy je, jak reagować podczas nieprzewidzianych sytuacji. Podczas wypadków trzeba wiedzieć, co robić – i zachować zimną krew, nie ma tu znaczenia wiek, nawet młodzi ludzie mogą wydawać polecenia starszym, jeśli tylko nauczyli się, jak udzielać pomocy.
„Karetka mojego taty” to książka, która ma się przydać dzieciom ćwiczącym sztukę czytania – ale warto ją podsunąć wszystkim maluchom, bo mieszczą się tu praktyczne wskazówki i komentarze dotyczące działań w prawdziwym życiu. Przy okazji autorka może uświadomić też czytelnikom, że trzeba zawsze brać pod uwagę zajęcia czy możliwości drugiej osoby – nie zawsze da się dostosować do oczekiwań. Jest „Karetka mojego taty” również okazją do poznania paru nowych trudnych słówek – i to można też wziąć pod uwagę: podczas lektury pojawią się słowa oznaczone gwiazdką i wyjaśnione na końcu tomiku. To bardzo udana propozycja dla najmłodszych.
Czas
Praca ratowników medycznych nie należy do najłatwiejszych, a do tego wiąże się z wieloma wyrzeczeniami i problemami. Przekonuje się o tym Antek: jego tata wprawdzie jeździ karetką (nawet na sygnale), ale ciągle nie ma go w domu i nawet kiedy Antek bardzo chciałby zaprosić go na szkolne uroczystości – tata przeważnie ma dyżury, których nie może odwołać. To przeszkadza też mamie, która w końcu żąda wyprowadzki – Joanna Jagiełło nie oszczędza małych czytelników, ale dzięki temu może ich do tomiku w serii Czytam sobie przekonać. „Karetka mojego taty”, książka na trzecim poziomie serii, obfituje w emocjonujące wydarzenia. Antek raz może przyjrzeć się zajęciom taty z bliska – kiedy mama musi wyjechać, a tata ma dyżur – chłopiec trafia do bazy i obserwuje wszystko, co jest codziennością taty, przynajmniej od kulis. Nie może wyruszyć na ratunek potrzebującym, ale zadaje mnóstwo pytań i dowiaduje się z tego, co robić, żeby uratować komuś życie. Stara się jak najwięcej zapamiętać: między innymi numer telefonu, pod który trzeba dzwonić, żeby wezwać pomoc. A ponieważ udzielenie pomocy nie kończy się na wybraniu numeru, Antek wbija sobie w głowę wiedzę na temat układania kogoś na boku, sprawdzania oddechu czy… używania defibrylatora. Może być dumny z taty – co nie zmienia faktu, że nie może liczyć na jego obecność i wsparcie.
Ale samo opisywanie elementów pracy ratownika medycznego to za mało, żeby przyciągnąć dzieci, które ćwiczą sztukę czytania. Dlatego też Joanna Jagiełło koncentruje się na rozpadzie życia rodzinnego – pokazuje odbiorcom, że czasami nawet oczywiste wyrzeczenia prowadzą do konfliktów. Antek nie ma pretensji do mamy, że tata się wyprowadził: i tak nie ma go ciągle w domu. Sam zaczyna też to boleśnie odczuwać – zwłaszcza że zbliża się ważny mecz drużyny Jastrzębi, a wszyscy zawodnicy mogą liczyć na obecność ojców, a niektórzy – obojga rodziców. Antek daje z siebie wszystko, jednak nawet kiedy strzela decydującego gola, dopinguje go tylko mama. Jednak prawdziwy sprawdzian umiejętności chłopca – i relacji rodzinnych – nastąpi. Joanna Jagiełło dba o to, żeby dużo się tu działo: zaangażuje dzieci na różnych płaszczyznach, a trochę przy okazji nauczy je, jak reagować podczas nieprzewidzianych sytuacji. Podczas wypadków trzeba wiedzieć, co robić – i zachować zimną krew, nie ma tu znaczenia wiek, nawet młodzi ludzie mogą wydawać polecenia starszym, jeśli tylko nauczyli się, jak udzielać pomocy.
„Karetka mojego taty” to książka, która ma się przydać dzieciom ćwiczącym sztukę czytania – ale warto ją podsunąć wszystkim maluchom, bo mieszczą się tu praktyczne wskazówki i komentarze dotyczące działań w prawdziwym życiu. Przy okazji autorka może uświadomić też czytelnikom, że trzeba zawsze brać pod uwagę zajęcia czy możliwości drugiej osoby – nie zawsze da się dostosować do oczekiwań. Jest „Karetka mojego taty” również okazją do poznania paru nowych trudnych słówek – i to można też wziąć pod uwagę: podczas lektury pojawią się słowa oznaczone gwiazdką i wyjaśnione na końcu tomiku. To bardzo udana propozycja dla najmłodszych.
wtorek, 20 maja 2025
Justyna Bednarek: Zjawa na zamku w Łajsku Dolnym
Harperkids, Warszawa 2025.
Emocje
Dobrą zachętę do czytania dla najmłodszych proponuje Justyna Bednarek. „Zjawa na zamku w Łajsku Dolnym” to krótka, ale dynamiczna i wypełniona niezwykłymi (chociaż realistycznymi) wydarzeniami książeczka na pierwszym poziomie serii Czytam sobie. Ten poziom charakteryzuje się absolutnym brakiem dwuznaków – i rygorystyczność w tym zakresie już wiele razy wyprowadzała kolejnych autorów na mielizny, bo w poszukiwaniu słów bez „niebezpiecznych” dla maluchów „sz” „cz” albo „ch” prowadzi oczywiście do sięgania po synonimy. Problem w tym, że owe synonimy często są mniej przez dzieci kojarzone i automatycznie przez to trudniejsze do przeczytania niż wyrazy powszechnie spotykane, za to z groźnymi dwuznakami. Warto byłoby trochę zastanowić się nad tą strategią – bo faktycznie często utrudnia tekst zamiast go upraszczać.
Najmłodsi, ci, którzy dopiero poznają litery i mają ćwiczyć czytanie, otrzymują potężną już serię tomików, spośród których mogą wybrać najbardziej atrakcyjne dla siebie gatunki i tematy. Justyna Bednarek ma wielką szansę na zdobycie popularności wśród małych odbiorców – oto bowiem decyduje się na historię o duchach, przynajmniej w założeniu, bo prawdziwego ducha tu nie będzie i zupełnie nie ma się czego bać – ale wabik, i to potężny, istnieje. Duch robi wszystkim mieszkańcom psikusy – pewnego bohatera nawet klepie w pupę, co bardzo rozśmieszy czytelników. Ale tak dłużej być nie może, trzeba sobie poradzić z problemem i w tym celu bohaterowie konstruują pułapkę. A właściwie – zjawołapkę. I chociaż Justyna Bednarek prowadzi narrację dynamiczną i interesującą, jeden zwrot budzi wątpliwości: czy naprawdę dzieci, które dopiero zaczynają swoją przygodę z czytaniem, poradzą sobie ze stroną, na której bohaterowie zainstalowali zjawołapkę? To może być wyzwanie zniechęcające do lektury – zwłaszcza że kiedy na marginesach pojawiają się literowane słowa, nie ma tam aż tak skomplikowanych.
Na szczęście w pozostałej części tomiku takich wyzwań już nie ma, czyta się to całkiem dobrze (pod koniec znajduje się – rzecz jasna – zestaw naklejek i pytań kontrolnych), ogląda się również znakomicie dzięki dobrym ilustracjom. Autorka bajki stawia na nieoczekiwaną puentę, nikt nie da rady przed czasem domyślić się finału, a to, kim faktycznie była zjawa, zaskoczy każdego – i rozśmieszy przy okazji. Jest to tomik niewielki, za to wypełniony akcją tak, że dzieci nie będą chciały się od lektury oderwać. Uda się je przekonać, że warto czytać książki i że to bardzo przyjemna rozrywka, która w dodatku nie tylko mówi coś ciekawego o świecie, ale też może rozśmieszyć. To jedna z lepszych pozycji w serii Czytam sobie – na pierwszym poziomie cyklu. Warto podsunąć ją dzieciom – dzięki temu polubią czytanie i nie zauważą wysiłku wkładanego w ćwiczenie go.
Emocje
Dobrą zachętę do czytania dla najmłodszych proponuje Justyna Bednarek. „Zjawa na zamku w Łajsku Dolnym” to krótka, ale dynamiczna i wypełniona niezwykłymi (chociaż realistycznymi) wydarzeniami książeczka na pierwszym poziomie serii Czytam sobie. Ten poziom charakteryzuje się absolutnym brakiem dwuznaków – i rygorystyczność w tym zakresie już wiele razy wyprowadzała kolejnych autorów na mielizny, bo w poszukiwaniu słów bez „niebezpiecznych” dla maluchów „sz” „cz” albo „ch” prowadzi oczywiście do sięgania po synonimy. Problem w tym, że owe synonimy często są mniej przez dzieci kojarzone i automatycznie przez to trudniejsze do przeczytania niż wyrazy powszechnie spotykane, za to z groźnymi dwuznakami. Warto byłoby trochę zastanowić się nad tą strategią – bo faktycznie często utrudnia tekst zamiast go upraszczać.
Najmłodsi, ci, którzy dopiero poznają litery i mają ćwiczyć czytanie, otrzymują potężną już serię tomików, spośród których mogą wybrać najbardziej atrakcyjne dla siebie gatunki i tematy. Justyna Bednarek ma wielką szansę na zdobycie popularności wśród małych odbiorców – oto bowiem decyduje się na historię o duchach, przynajmniej w założeniu, bo prawdziwego ducha tu nie będzie i zupełnie nie ma się czego bać – ale wabik, i to potężny, istnieje. Duch robi wszystkim mieszkańcom psikusy – pewnego bohatera nawet klepie w pupę, co bardzo rozśmieszy czytelników. Ale tak dłużej być nie może, trzeba sobie poradzić z problemem i w tym celu bohaterowie konstruują pułapkę. A właściwie – zjawołapkę. I chociaż Justyna Bednarek prowadzi narrację dynamiczną i interesującą, jeden zwrot budzi wątpliwości: czy naprawdę dzieci, które dopiero zaczynają swoją przygodę z czytaniem, poradzą sobie ze stroną, na której bohaterowie zainstalowali zjawołapkę? To może być wyzwanie zniechęcające do lektury – zwłaszcza że kiedy na marginesach pojawiają się literowane słowa, nie ma tam aż tak skomplikowanych.
Na szczęście w pozostałej części tomiku takich wyzwań już nie ma, czyta się to całkiem dobrze (pod koniec znajduje się – rzecz jasna – zestaw naklejek i pytań kontrolnych), ogląda się również znakomicie dzięki dobrym ilustracjom. Autorka bajki stawia na nieoczekiwaną puentę, nikt nie da rady przed czasem domyślić się finału, a to, kim faktycznie była zjawa, zaskoczy każdego – i rozśmieszy przy okazji. Jest to tomik niewielki, za to wypełniony akcją tak, że dzieci nie będą chciały się od lektury oderwać. Uda się je przekonać, że warto czytać książki i że to bardzo przyjemna rozrywka, która w dodatku nie tylko mówi coś ciekawego o świecie, ale też może rozśmieszyć. To jedna z lepszych pozycji w serii Czytam sobie – na pierwszym poziomie cyklu. Warto podsunąć ją dzieciom – dzięki temu polubią czytanie i nie zauważą wysiłku wkładanego w ćwiczenie go.
wtorek, 13 maja 2025
Rafał Witek: Karate z bratem
Harperkids, Warszawa 2025.
Zawody
Trudno wytrzymać w domu, w którym są dorastający chłopcy – braci, Igora i Oskara, trudno uciszyć czy uspokoić. Całymi dniami hałasują, albo próbują walczyć ze sobą – i to nasuwa ich tacie doskonały pomysł: treningi karate. To najlepsze miejsce do rozładowania energii i do uspokojenia atmosfery w domu. Igor oraz Oskar mają brać udział w zajęciach – i są przekonani, że karate polega na walce. Tymczasem sensei, którego spotykają na sali gimnastycznej, nie wygląda jak osiłek. Chłopcy jeszcze nie wiedzą, że w karate wcale nie siła ciosów ma największe znaczenie. Jednak szybko się uczą i wkrótce wyjadą na zawody – razem z nową koleżanką, poznaną też na treningach.
Karate to nie tylko metoda uspokojenia rozbrykanych dzieciaków – uczy dyscypliny i pozwala na wyciszenie emocji. Zapewnia ciekawe zajęcie i wymusza pewne zmiany w codzienności. Karate może też być świetną przygodą dla dzieci – więc regularne treningi wydają się rozwiązaniem idealnym dla wszystkich: także dla rodziców, którzy wreszcie mogą poskromić temperament swoich pociech. A Igor i Oskar wcale nie narzekają – nawet jeśli przybędzie im obowiązków, to przybędzie też w ich egzystencji ciekawych wydarzeń, które w dodatku mogą ze sobą dzielić.
Na drugim poziomie serii Czytam sobie dzieci otrzymują nieco dłuższe teksty do trenowania umiejętności rozpoznawania liter. Rafał Witek proponuje historyjkę realistyczną i interesującą także z tego względu – doświadczenie bohaterów będzie można powtórzyć w zwykłym świecie, jeśli ktoś nie ma pomysłu, jak poradzić sobie z kłócącymi się ciągle dziećmi, tu otrzymuje wskazówkę. Odbiorcy, którzy uczą się czytać, z kolei dowiadują się, jakie pozalekcyjne zajęcia mogą być dla nich odpowiednie. Karate jako wyzwanie i sposób na życie sprawdza się doskonale. Rafał Witek prowadzi opowieść tak, żeby cały czas utrzymywać zainteresowanie odbiorców: dzieci będą chciały wiedzieć, co stanie się na zawodach, albo – do czego karate doprowadzi braci. Jest to publikacja w sam raz dla wszystkich, którzy potrzebują znaleźć ujście dla rozsadzającej ich energii i niekoniecznie są przekonani do czytania. „Chłopięca” historyjka umożliwia przyjemne wkroczenie w świat lektur – Rafał Witek ma wprawę w tworzeniu lektur dla najmłodszych i ani przez chwilę nie nudzi dzieci. Wymyśla rozwiązania atrakcyjne dla nich – i zachęcające do czytania. Umiejętność składania liter w wyrazy przy takiej fabule nie jest już wyczerpującym zajęciem. Warto zwrócić uwagę na fakt, że ciągle jest to picture book – tylko z trochę bardziej obszernym tekstem – dalej to tomik przede wszystkim do oglądania. Najmłodsi, którzy będą sięgać po taką propozycję, przekonają się, że książki rozbudzają ciekawość i przynoszą pożywkę dla wyobraźni. Rafał Witek ma dobry pomysł – i „Karate z bratem” przyda się w wielu domach do ćwiczenia czytania.
Zawody
Trudno wytrzymać w domu, w którym są dorastający chłopcy – braci, Igora i Oskara, trudno uciszyć czy uspokoić. Całymi dniami hałasują, albo próbują walczyć ze sobą – i to nasuwa ich tacie doskonały pomysł: treningi karate. To najlepsze miejsce do rozładowania energii i do uspokojenia atmosfery w domu. Igor oraz Oskar mają brać udział w zajęciach – i są przekonani, że karate polega na walce. Tymczasem sensei, którego spotykają na sali gimnastycznej, nie wygląda jak osiłek. Chłopcy jeszcze nie wiedzą, że w karate wcale nie siła ciosów ma największe znaczenie. Jednak szybko się uczą i wkrótce wyjadą na zawody – razem z nową koleżanką, poznaną też na treningach.
Karate to nie tylko metoda uspokojenia rozbrykanych dzieciaków – uczy dyscypliny i pozwala na wyciszenie emocji. Zapewnia ciekawe zajęcie i wymusza pewne zmiany w codzienności. Karate może też być świetną przygodą dla dzieci – więc regularne treningi wydają się rozwiązaniem idealnym dla wszystkich: także dla rodziców, którzy wreszcie mogą poskromić temperament swoich pociech. A Igor i Oskar wcale nie narzekają – nawet jeśli przybędzie im obowiązków, to przybędzie też w ich egzystencji ciekawych wydarzeń, które w dodatku mogą ze sobą dzielić.
Na drugim poziomie serii Czytam sobie dzieci otrzymują nieco dłuższe teksty do trenowania umiejętności rozpoznawania liter. Rafał Witek proponuje historyjkę realistyczną i interesującą także z tego względu – doświadczenie bohaterów będzie można powtórzyć w zwykłym świecie, jeśli ktoś nie ma pomysłu, jak poradzić sobie z kłócącymi się ciągle dziećmi, tu otrzymuje wskazówkę. Odbiorcy, którzy uczą się czytać, z kolei dowiadują się, jakie pozalekcyjne zajęcia mogą być dla nich odpowiednie. Karate jako wyzwanie i sposób na życie sprawdza się doskonale. Rafał Witek prowadzi opowieść tak, żeby cały czas utrzymywać zainteresowanie odbiorców: dzieci będą chciały wiedzieć, co stanie się na zawodach, albo – do czego karate doprowadzi braci. Jest to publikacja w sam raz dla wszystkich, którzy potrzebują znaleźć ujście dla rozsadzającej ich energii i niekoniecznie są przekonani do czytania. „Chłopięca” historyjka umożliwia przyjemne wkroczenie w świat lektur – Rafał Witek ma wprawę w tworzeniu lektur dla najmłodszych i ani przez chwilę nie nudzi dzieci. Wymyśla rozwiązania atrakcyjne dla nich – i zachęcające do czytania. Umiejętność składania liter w wyrazy przy takiej fabule nie jest już wyczerpującym zajęciem. Warto zwrócić uwagę na fakt, że ciągle jest to picture book – tylko z trochę bardziej obszernym tekstem – dalej to tomik przede wszystkim do oglądania. Najmłodsi, którzy będą sięgać po taką propozycję, przekonają się, że książki rozbudzają ciekawość i przynoszą pożywkę dla wyobraźni. Rafał Witek ma dobry pomysł – i „Karate z bratem” przyda się w wielu domach do ćwiczenia czytania.
wtorek, 8 kwietnia 2025
Katarzyna Majgier: Stadnina Rozstaje
Harperkids, Warszawa 2025.
Sztuczki
Na trzecim poziomie serii Czytam sobie pojawia się książka, która uświadamia dzieciom, że nie warto kłamać, żeby zdobywać przyjaciół. Katarzyna Majgier odwołuje się do mody na tematy końskie – stajnie, stadniny i możliwość odbywania lekcji konnej jazdy to coś, co nieodmiennie kusi małe dziewczynki – z akcentem na małe, bo te spore będą miały w przyszłości problem, żeby zostać zawodowymi dżokejkami. Hania jest nieduża i trochę nijaka, przynajmniej we własnym przekonaniu. Bohaterka nie ma specjalnych umiejętności ani talentów, nie za bardzo wie, jak przyciągać do siebie ludzi i jak utrzymywać przyjaźnie. Pozostaje w cieniu przyjaciółki, Mii – tylko że kiedy z zagranicy przeprowadza się tu Lily, Mia natychmiast znajduje z nią wspólny język. Lily kocha konie – a Mia dobrze czuje się wśród ogromnych zwierząt. To wystarczy, żeby odsunąć się od nudnej Hani.
Katarzyna Majgier pod przykrywką czytanki do ćwiczenia rozpoznawania liter i wyrazów tworzy tu prawdziwy dramat kilkulatek – sprawia, że dzieci, zwłaszcza te wykluczane ze swoich grup rówieśniczych, będą śledzić doświadczenia Hani i sprawdzać, jak poradziła sobie z największym wyzwaniem. Hania traci pozycję w grupie i przestaje cieszyć się z towarzystwa Mii. Nie ma jej czym zaimponować, nie pokona nowej koleżanki – na szczęście rzeczywistość przychodzi jej z pomocą. Dziewczynka ma się razem z rodzicami przeprowadzić na wieś. Chociaż początkowo Hania nie do końca chce zmieniać środowisko, szkołę i znajomych, szybko dowiaduje się, że to szansa, której potrzebowała. W nowym miejscu jest doceniana i szybko zyskuje dobre koleżanki. W dodatku może jeździć konno: w pobliżu znajduje się stadnina, a jej właściciel jest przyjacielem taty Hani. Trudno o lepszy sposób na realizację marzeń – w zasadzie rozwiązania przychodzą same, zanim jeszcze bohaterka doprowadzi się do stanu, z którego nie umiałaby wyjść. Hania szybko przekonuje się, że nie trzeba udawać kogoś innego, żeby zyskać akceptację – prawdziwa przyjaźń znajdzie się i tak, a na fałszywe nie warto tracić czasu. Ale to nie Hania dostanie nauczkę za zmyślanie – bo też i motyw porzucanych koleżanek musi zostać rozwiązany. W „Stadninie Rozstaje” wiele spraw rozstrzyga się mimochodem, bez specjalnego wysiłku ze strony małej bohaterki – ale lekcje, które dostaje, są cenne także dla czytelników. Mali odbiorcy mają silną motywację, żeby sprawdzać, jak potoczą się losy Hani i jak ułożą jej relacje z innymi – bo postać, która testuje trochę siłę prawdziwej przyjaźni i wnioski ze swoich doświadczeń przekazuje odbiorcom. Katarzyna Majgier prowadzi narrację tak, żeby przyciągnąć odbiorczynie spragnione końskich tematów, ale też, żeby zaintrygować dzieci, dla których ważne stają się sprawy więzi w społeczności i metody rozwiązywania drobnych konfliktów czy niesnasek wśród rówieśników. Jest „Stadnina Rozstaje” niewielkim tomikiem, który ma pozwolić dzieciom ćwiczyć czytanie – ale wciąga ze względu na fabułę i poruszane kwestie.
Sztuczki
Na trzecim poziomie serii Czytam sobie pojawia się książka, która uświadamia dzieciom, że nie warto kłamać, żeby zdobywać przyjaciół. Katarzyna Majgier odwołuje się do mody na tematy końskie – stajnie, stadniny i możliwość odbywania lekcji konnej jazdy to coś, co nieodmiennie kusi małe dziewczynki – z akcentem na małe, bo te spore będą miały w przyszłości problem, żeby zostać zawodowymi dżokejkami. Hania jest nieduża i trochę nijaka, przynajmniej we własnym przekonaniu. Bohaterka nie ma specjalnych umiejętności ani talentów, nie za bardzo wie, jak przyciągać do siebie ludzi i jak utrzymywać przyjaźnie. Pozostaje w cieniu przyjaciółki, Mii – tylko że kiedy z zagranicy przeprowadza się tu Lily, Mia natychmiast znajduje z nią wspólny język. Lily kocha konie – a Mia dobrze czuje się wśród ogromnych zwierząt. To wystarczy, żeby odsunąć się od nudnej Hani.
Katarzyna Majgier pod przykrywką czytanki do ćwiczenia rozpoznawania liter i wyrazów tworzy tu prawdziwy dramat kilkulatek – sprawia, że dzieci, zwłaszcza te wykluczane ze swoich grup rówieśniczych, będą śledzić doświadczenia Hani i sprawdzać, jak poradziła sobie z największym wyzwaniem. Hania traci pozycję w grupie i przestaje cieszyć się z towarzystwa Mii. Nie ma jej czym zaimponować, nie pokona nowej koleżanki – na szczęście rzeczywistość przychodzi jej z pomocą. Dziewczynka ma się razem z rodzicami przeprowadzić na wieś. Chociaż początkowo Hania nie do końca chce zmieniać środowisko, szkołę i znajomych, szybko dowiaduje się, że to szansa, której potrzebowała. W nowym miejscu jest doceniana i szybko zyskuje dobre koleżanki. W dodatku może jeździć konno: w pobliżu znajduje się stadnina, a jej właściciel jest przyjacielem taty Hani. Trudno o lepszy sposób na realizację marzeń – w zasadzie rozwiązania przychodzą same, zanim jeszcze bohaterka doprowadzi się do stanu, z którego nie umiałaby wyjść. Hania szybko przekonuje się, że nie trzeba udawać kogoś innego, żeby zyskać akceptację – prawdziwa przyjaźń znajdzie się i tak, a na fałszywe nie warto tracić czasu. Ale to nie Hania dostanie nauczkę za zmyślanie – bo też i motyw porzucanych koleżanek musi zostać rozwiązany. W „Stadninie Rozstaje” wiele spraw rozstrzyga się mimochodem, bez specjalnego wysiłku ze strony małej bohaterki – ale lekcje, które dostaje, są cenne także dla czytelników. Mali odbiorcy mają silną motywację, żeby sprawdzać, jak potoczą się losy Hani i jak ułożą jej relacje z innymi – bo postać, która testuje trochę siłę prawdziwej przyjaźni i wnioski ze swoich doświadczeń przekazuje odbiorcom. Katarzyna Majgier prowadzi narrację tak, żeby przyciągnąć odbiorczynie spragnione końskich tematów, ale też, żeby zaintrygować dzieci, dla których ważne stają się sprawy więzi w społeczności i metody rozwiązywania drobnych konfliktów czy niesnasek wśród rówieśników. Jest „Stadnina Rozstaje” niewielkim tomikiem, który ma pozwolić dzieciom ćwiczyć czytanie – ale wciąga ze względu na fabułę i poruszane kwestie.
sobota, 14 września 2024
Zofia Stanecka: Wieliczka, czyli przygoda w kopalni
Harperkids, Warszawa 2024.
Pilna pomoc
Żeby przekonać dzieci do tego, że książki mogą służyć rozrywce, należy przedstawiać najmłodszym ciekawe i barwne historie, które rozśmieszą, zaintrygują, rozbudzą wyobraźnię i pokażą światy, do których w normalnych warunkach nie ma się dostępu. Zofia Stanecka świetnie o tym wie, zatem w tomiku „Wieliczka, czyli przygoda w kopalni” sięga po wydarzenia niezwykłe. To trzeci poziom serii Czytam sobie, więc trzeba nie tylko zaprosić dzieci do dłuższej lektury, ale jeszcze zafundować im wielką przygodę połączoną z poznawaniem nowych słów (rozszyfrowywanie znaczeń odbywa się dzięki słowniczkowi, który znajduje się na końcu książki, tak najmłodsi uczą się korzystania z przypisów). Wszystko zaczyna się w chwili, gdy Klucha, nauczyciel, zabiera swoją klasę na wycieczkę do Wieliczki. Smartfon, Bryła i ich koleżanka (istota ludzka identyfikująca się jako dziewczyna) Blaszka tam przeżywają najwięcej. Spotykają bowiem skrzata Czesława i jego przyjaciela wodnika Ano, którzy muszą zorganizować ekspedycję ratunkową. Pojawia się tu bowiem ktoś – może wygląda jak jednorożec, ale nie wiadomo do końca, widać jedynie, że jest bardzo, ale to bardzo chory i bez pomocy wkrótce rozstanie się ze światem. Dzieci razem z baśniowymi stworkami muszą zatem przemierzać podziemne korytarze i wymyślić, jak podróżować w czasie. „Wieliczka, czyli przygoda w kopalni” to historyjka bazująca na fantazji. Nie ma tu rzeczywistych zmartwień, problem jest wzięty z pozarealnej sfery – ale nie przeszkadza to w zaangażowaniu się w historię. Odbiorcy szybko zaczną kibicować młodym ludziom z książki, zwłaszcza że bohaterowie do idealnych nie należą – to zwyczajne dzieciaki, które czasami się kłócą, mają swoje ksywy i niekoniecznie lubią chodzić do szkoły – łatwo się z nimi identyfikować. Z kolei baśniowy świat wprowadza dużą dawkę humoru, Zofia Stanecka wybiera tutaj wiele czynników rozweselających odbiorców, bo też i dzięki temu ma szansę na przyciągnięcie uwagi dzieci. „Wieliczka, czyli przygoda w kopalni” to pełnowartościowa i pełnowymiarowa historia. Dzieje się tu sporo i szybko, nie ma zbyt dużo miejsca na planowanie, trzeba od razu działać – czas jest ważny. Z kolei motyw podróży w czasie wyzwala szereg pytań, które odbiorcy mogą sobie zadawać i dzięki temu pozostać przy lekturze. Zofia Stanecka bardzo dobrze czuje się w każdej przestrzeni, którą kreuje – jest świadoma tego, czego oczekują od niej najmłodsi, którzy dalej jeszcze muszą ćwiczyć sztukę poznawania liter i sięgać po książki dla treningu. Urozmaica im ten trening – zaprasza do wspólnego przeżywania historii. A przecież jest autorką, którą dzieci mogą znać już z wcześniejszych serii i „młodszych” bohaterów – to autorka sprawdzona i świetnie przyjmowana przez czytelników. Trzeci poziom cyklu Czytam sobie to bardzo udana propozycja dla wszystkich, którzy nie chcą nudzić się przy książkach – takie historie powinny być podsuwane najmłodszym właśnie po to, żeby zareklamować im książki i nie zniechęcać do czytania. A trzeba tu jeszcze wspomnieć o młodzieżowych i zabawnych ilustracjach Kasi Kołodziej, która również błyskawicznie zyska aprobatę małych odbiorców.
Pilna pomoc
Żeby przekonać dzieci do tego, że książki mogą służyć rozrywce, należy przedstawiać najmłodszym ciekawe i barwne historie, które rozśmieszą, zaintrygują, rozbudzą wyobraźnię i pokażą światy, do których w normalnych warunkach nie ma się dostępu. Zofia Stanecka świetnie o tym wie, zatem w tomiku „Wieliczka, czyli przygoda w kopalni” sięga po wydarzenia niezwykłe. To trzeci poziom serii Czytam sobie, więc trzeba nie tylko zaprosić dzieci do dłuższej lektury, ale jeszcze zafundować im wielką przygodę połączoną z poznawaniem nowych słów (rozszyfrowywanie znaczeń odbywa się dzięki słowniczkowi, który znajduje się na końcu książki, tak najmłodsi uczą się korzystania z przypisów). Wszystko zaczyna się w chwili, gdy Klucha, nauczyciel, zabiera swoją klasę na wycieczkę do Wieliczki. Smartfon, Bryła i ich koleżanka (istota ludzka identyfikująca się jako dziewczyna) Blaszka tam przeżywają najwięcej. Spotykają bowiem skrzata Czesława i jego przyjaciela wodnika Ano, którzy muszą zorganizować ekspedycję ratunkową. Pojawia się tu bowiem ktoś – może wygląda jak jednorożec, ale nie wiadomo do końca, widać jedynie, że jest bardzo, ale to bardzo chory i bez pomocy wkrótce rozstanie się ze światem. Dzieci razem z baśniowymi stworkami muszą zatem przemierzać podziemne korytarze i wymyślić, jak podróżować w czasie. „Wieliczka, czyli przygoda w kopalni” to historyjka bazująca na fantazji. Nie ma tu rzeczywistych zmartwień, problem jest wzięty z pozarealnej sfery – ale nie przeszkadza to w zaangażowaniu się w historię. Odbiorcy szybko zaczną kibicować młodym ludziom z książki, zwłaszcza że bohaterowie do idealnych nie należą – to zwyczajne dzieciaki, które czasami się kłócą, mają swoje ksywy i niekoniecznie lubią chodzić do szkoły – łatwo się z nimi identyfikować. Z kolei baśniowy świat wprowadza dużą dawkę humoru, Zofia Stanecka wybiera tutaj wiele czynników rozweselających odbiorców, bo też i dzięki temu ma szansę na przyciągnięcie uwagi dzieci. „Wieliczka, czyli przygoda w kopalni” to pełnowartościowa i pełnowymiarowa historia. Dzieje się tu sporo i szybko, nie ma zbyt dużo miejsca na planowanie, trzeba od razu działać – czas jest ważny. Z kolei motyw podróży w czasie wyzwala szereg pytań, które odbiorcy mogą sobie zadawać i dzięki temu pozostać przy lekturze. Zofia Stanecka bardzo dobrze czuje się w każdej przestrzeni, którą kreuje – jest świadoma tego, czego oczekują od niej najmłodsi, którzy dalej jeszcze muszą ćwiczyć sztukę poznawania liter i sięgać po książki dla treningu. Urozmaica im ten trening – zaprasza do wspólnego przeżywania historii. A przecież jest autorką, którą dzieci mogą znać już z wcześniejszych serii i „młodszych” bohaterów – to autorka sprawdzona i świetnie przyjmowana przez czytelników. Trzeci poziom cyklu Czytam sobie to bardzo udana propozycja dla wszystkich, którzy nie chcą nudzić się przy książkach – takie historie powinny być podsuwane najmłodszym właśnie po to, żeby zareklamować im książki i nie zniechęcać do czytania. A trzeba tu jeszcze wspomnieć o młodzieżowych i zabawnych ilustracjach Kasi Kołodziej, która również błyskawicznie zyska aprobatę małych odbiorców.
wtorek, 3 września 2024
Rafał Witek: Statek gagatek
Harperkids, Warszawa 2024.
Rejs
Często jest tak, że w książeczkach z cyklu Czytam sobie – ze względu na panujące w nich zasady dotyczące choćby niestosowania dwuznaków – autorzy sięgają po słowne wygibasy i słowa, które nie zdążyły jeszcze zaistnieć w świadomości maluchów. Można się zastanawiać, czy to utrudnienie ćwiczeń czytania, czy wręcz przeciwnie – poszerzanie zdolności językowych i kompetencji. Tomik Rafała Witka „Statek gagatek” raczej te kompetencje podnosi, chociaż są tu i dziwactwa tekstowe, kiedy ktoś „cmokta”, a załoga „lula” (zamiast spać, bo zmiękczenia też nie są tu dopuszczane). Autor jednak opowiada dzieciom w ograniczonej objętości kilkuset wyrazów przygodę na pełnym morzu, więc ma szansę przyciągnąć do tomiku kilkulatki. Statek gagatek to statek, który ma swoje humory i swoje pomysły. Bez względu na to, jak działa na nim załoga – a bardzo się stara, żeby coś ciekawego zaproponować pasażerom – sam statek może sprawić trochę niespodzianek. Nieprzypadkowo przecież nazywa się tak, jak się nazywa. Rafał Witek bawi się zatem morskimi motywami, a co za tym idzie – przyzwyczaja dzieci do języka związanego z pobytem na statku. Może to być poszerzenie horyzontów najmłodszych albo rodzaj literackiej egzotyki – z pewnością część słówek będzie musiała zostać przez rodziców objaśniona, bo najmłodsi mogą sobie sami nie poradzić ze wszelkimi cumowaniami i kokpitami, ba nawet nazwy w rodzaju Honolulu czy ukulele, chociaż bez wątpienia dźwięczne i rytmiczne, mogą sprawić trudność dzieciom, które dopiero uczą się czytać. „Statek gagatek” to zatem propozycja, która jest lekturowym wyzwaniem, ale też przyjemnością – w końcu autor stawia na wielką przygodę w wakacyjnym stylu, a Jola Richter-Magnuszewska sięga po graficzne rozwiązania, które przykują uwagę. Ta książeczka została tak przygotowana, żeby podczas czytania łatwo było śledzić kolejne wydarzenia i porównywać je z własnymi codziennymi doświadczeniami. Każdy może uczestniczyć w niezwykłym rejsie – Rafał Witek się o to postarał. Mały picture book przydaje się w lekcjach czytania – to opowieść daleka od tradycyjnych, dynamiczna i pełna nieoczekiwanych zwrotów akcji, autor stosuje też od czasu do czasu niby przypadkowe współbrzmienia, żeby jeszcze bardziej rozbawić dzieci i zaprosić je do ćwiczenia czytania. „Statek gagatek” to publikacja dla tych maluchów, które nie lubią rutyny i dążą do tego, żeby odkrywać samodzielnie jak najwięcej – może przypaść do gustu dzieciom, które nie mogą usiedzieć w miejscu. Bo i na tym statku znajdą ludzi uwielbiających zabawę i niespodzianki. „Statek gagatek” to tomik przyjemny, idealnie pokazujący założenia serii Czytam sobie i wspomagający pracę w ćwiczeniu rozpoznawania liter przez najmłodszych – taka propozycja w cyklu uświadamia kilkulatkom, że książki mogą służyć rozrywce.
Rejs
Często jest tak, że w książeczkach z cyklu Czytam sobie – ze względu na panujące w nich zasady dotyczące choćby niestosowania dwuznaków – autorzy sięgają po słowne wygibasy i słowa, które nie zdążyły jeszcze zaistnieć w świadomości maluchów. Można się zastanawiać, czy to utrudnienie ćwiczeń czytania, czy wręcz przeciwnie – poszerzanie zdolności językowych i kompetencji. Tomik Rafała Witka „Statek gagatek” raczej te kompetencje podnosi, chociaż są tu i dziwactwa tekstowe, kiedy ktoś „cmokta”, a załoga „lula” (zamiast spać, bo zmiękczenia też nie są tu dopuszczane). Autor jednak opowiada dzieciom w ograniczonej objętości kilkuset wyrazów przygodę na pełnym morzu, więc ma szansę przyciągnąć do tomiku kilkulatki. Statek gagatek to statek, który ma swoje humory i swoje pomysły. Bez względu na to, jak działa na nim załoga – a bardzo się stara, żeby coś ciekawego zaproponować pasażerom – sam statek może sprawić trochę niespodzianek. Nieprzypadkowo przecież nazywa się tak, jak się nazywa. Rafał Witek bawi się zatem morskimi motywami, a co za tym idzie – przyzwyczaja dzieci do języka związanego z pobytem na statku. Może to być poszerzenie horyzontów najmłodszych albo rodzaj literackiej egzotyki – z pewnością część słówek będzie musiała zostać przez rodziców objaśniona, bo najmłodsi mogą sobie sami nie poradzić ze wszelkimi cumowaniami i kokpitami, ba nawet nazwy w rodzaju Honolulu czy ukulele, chociaż bez wątpienia dźwięczne i rytmiczne, mogą sprawić trudność dzieciom, które dopiero uczą się czytać. „Statek gagatek” to zatem propozycja, która jest lekturowym wyzwaniem, ale też przyjemnością – w końcu autor stawia na wielką przygodę w wakacyjnym stylu, a Jola Richter-Magnuszewska sięga po graficzne rozwiązania, które przykują uwagę. Ta książeczka została tak przygotowana, żeby podczas czytania łatwo było śledzić kolejne wydarzenia i porównywać je z własnymi codziennymi doświadczeniami. Każdy może uczestniczyć w niezwykłym rejsie – Rafał Witek się o to postarał. Mały picture book przydaje się w lekcjach czytania – to opowieść daleka od tradycyjnych, dynamiczna i pełna nieoczekiwanych zwrotów akcji, autor stosuje też od czasu do czasu niby przypadkowe współbrzmienia, żeby jeszcze bardziej rozbawić dzieci i zaprosić je do ćwiczenia czytania. „Statek gagatek” to publikacja dla tych maluchów, które nie lubią rutyny i dążą do tego, żeby odkrywać samodzielnie jak najwięcej – może przypaść do gustu dzieciom, które nie mogą usiedzieć w miejscu. Bo i na tym statku znajdą ludzi uwielbiających zabawę i niespodzianki. „Statek gagatek” to tomik przyjemny, idealnie pokazujący założenia serii Czytam sobie i wspomagający pracę w ćwiczeniu rozpoznawania liter przez najmłodszych – taka propozycja w cyklu uświadamia kilkulatkom, że książki mogą służyć rozrywce.
sobota, 31 sierpnia 2024
Wojciech Widłak: Marta i zagadka starego lustra
Harperkids, Warszawa 2024.
Patrzenie
Wojciech Widłak wie, jak przekonać dzieci do chodzenia do muzeów. „Marta i zagadka starego lustra” to opowieść na drugim poziomie serii Czytam sobie, ale może funkcjonować nie tylko jako czytanka do ćwiczeń, ale jako publikacja, która pokazuje dzieciom różne sposoby spędzania wolnego czasu. Wszystko przez wuja Damazego, uczonego i profesora, który zaprasza Martę na wystawę do muzeum. Wystawa to prezentacja starych luster – ale wuja nie interesują eksponaty, poza jednym, malutkim i niepozornym – lusterku, które należało do pana Twardowskiego, bohatera znanej wszystkim dzieciom legendy. Wuj tłumaczy Marcie, dlaczego najbrzydsze lusterko na wystawie jest tak ważne i próbuje zmienić sposób myślenia o jego właścicielu. Proponuje historię dobrze pomyślaną, taką, która na pewno przekona dzieci, a przynajmniej je zaintryguje i zasugeruje im, że warto przyglądać się śladom prawdy w legendach i podaniach ludowych. Marta do tego stopnia angażuje się w sprawę pana Twardowskiego, że chce od tej pory częściej chodzić do muzeów. Podoba jej się temat, który porusza wujek – i przekonuje się, że odkrycia są w zasięgu ręki każdego.
Pan Twardowski zrównywany tu z innym wielkim wynalazcą i wizjonerem pomaga rozbudzić zainteresowanie dzieci przeszłością, wynalazkami i starymi opowieściami – bardzo ładnie łączy to, co dzisiejsze i charakterystyczne dla czasów, w których dorasta najmłodsze pokolenie – i to, co dawne, niemal pomijane czy degradowane. Tutaj nie ma mowy o budowaniu hierarchii ważności, wynalazki mogą pojawić się w każdej dziedzinie i w każdym czasie, a zdarza się, że odkrycia i propozycje wyprzedzają swoją epokę i inspirują dopiero następne pokolenia. Książeczka pokazuje moc wyobraźni i zapęd do tworzenia – bez względu na zamiary. Pan Twardowski staje się tutaj wzorem dla najmłodszych – postacią, która nie boi się eksperymentować i wprowadzać nowych rozwiązań do codzienności. Przechodzi wprawdzie do świadomości potomnych za sprawą czegoś innego niż wynalazki, ale może przekazać parę ciekawych pomysłów.
Marta może zamienić się w tropiciela tajemnic – jest w tomiku „Marta i zagadka starego lustra” posmak detektywistycznej intrygi i zabawy, jest odczarowywanie nudnych według dzieci miejsc – tutaj nie będzie opowiadania o eksponatach, bohaterowie skupią się tylko na jednym przedmiocie, który wydaje się dziwny już na pierwszy rzut oka, ale niesie prawdziwy sekret. Ewa Poklewska-Koziełło bardzo dobrze ilustruje tę historyjkę, wpasowuje się w charakterystyczny humor Wojciecha Widłaka i pomaga w lekturze – w końcu to dopiero drugi poziom serii Czytam sobie, więc tomik kierowany jest do tych dzieci, które uczą się czytać i które muszą ćwiczyć rozpoznawanie liter i śledzenie wyrazów. Znacznie łatwiej będzie im zabrać się za wykonywanie tego zadania z przyjemną historią, która rozpala ciekawość i przynosi sporo atrakcyjnych motywów. Wojciech Widłak wie, jak pisać dla najmłodszych.
Patrzenie
Wojciech Widłak wie, jak przekonać dzieci do chodzenia do muzeów. „Marta i zagadka starego lustra” to opowieść na drugim poziomie serii Czytam sobie, ale może funkcjonować nie tylko jako czytanka do ćwiczeń, ale jako publikacja, która pokazuje dzieciom różne sposoby spędzania wolnego czasu. Wszystko przez wuja Damazego, uczonego i profesora, który zaprasza Martę na wystawę do muzeum. Wystawa to prezentacja starych luster – ale wuja nie interesują eksponaty, poza jednym, malutkim i niepozornym – lusterku, które należało do pana Twardowskiego, bohatera znanej wszystkim dzieciom legendy. Wuj tłumaczy Marcie, dlaczego najbrzydsze lusterko na wystawie jest tak ważne i próbuje zmienić sposób myślenia o jego właścicielu. Proponuje historię dobrze pomyślaną, taką, która na pewno przekona dzieci, a przynajmniej je zaintryguje i zasugeruje im, że warto przyglądać się śladom prawdy w legendach i podaniach ludowych. Marta do tego stopnia angażuje się w sprawę pana Twardowskiego, że chce od tej pory częściej chodzić do muzeów. Podoba jej się temat, który porusza wujek – i przekonuje się, że odkrycia są w zasięgu ręki każdego.
Pan Twardowski zrównywany tu z innym wielkim wynalazcą i wizjonerem pomaga rozbudzić zainteresowanie dzieci przeszłością, wynalazkami i starymi opowieściami – bardzo ładnie łączy to, co dzisiejsze i charakterystyczne dla czasów, w których dorasta najmłodsze pokolenie – i to, co dawne, niemal pomijane czy degradowane. Tutaj nie ma mowy o budowaniu hierarchii ważności, wynalazki mogą pojawić się w każdej dziedzinie i w każdym czasie, a zdarza się, że odkrycia i propozycje wyprzedzają swoją epokę i inspirują dopiero następne pokolenia. Książeczka pokazuje moc wyobraźni i zapęd do tworzenia – bez względu na zamiary. Pan Twardowski staje się tutaj wzorem dla najmłodszych – postacią, która nie boi się eksperymentować i wprowadzać nowych rozwiązań do codzienności. Przechodzi wprawdzie do świadomości potomnych za sprawą czegoś innego niż wynalazki, ale może przekazać parę ciekawych pomysłów.
Marta może zamienić się w tropiciela tajemnic – jest w tomiku „Marta i zagadka starego lustra” posmak detektywistycznej intrygi i zabawy, jest odczarowywanie nudnych według dzieci miejsc – tutaj nie będzie opowiadania o eksponatach, bohaterowie skupią się tylko na jednym przedmiocie, który wydaje się dziwny już na pierwszy rzut oka, ale niesie prawdziwy sekret. Ewa Poklewska-Koziełło bardzo dobrze ilustruje tę historyjkę, wpasowuje się w charakterystyczny humor Wojciecha Widłaka i pomaga w lekturze – w końcu to dopiero drugi poziom serii Czytam sobie, więc tomik kierowany jest do tych dzieci, które uczą się czytać i które muszą ćwiczyć rozpoznawanie liter i śledzenie wyrazów. Znacznie łatwiej będzie im zabrać się za wykonywanie tego zadania z przyjemną historią, która rozpala ciekawość i przynosi sporo atrakcyjnych motywów. Wojciech Widłak wie, jak pisać dla najmłodszych.
środa, 17 kwietnia 2024
Ewa Nowak: Pożar w fabryce
Harperkids, Warszawa 2024.
Cena zazdrości
Ewa Nowak nie boi się fabuł dynamicznych i zapewniających potężny skok adrenaliny najmłodszym odbiorcom. Książka „Pożar w fabryce” – czytanka na trzecim poziomie serii Czytam sobie – jest tego najlepszym przykładem. To opowieść, która jest dla dzieci przestrogą i zbiorem porad, wskazówek, co robić w sytuacji zagrożenia (a przy okazji także informacją, czego nie robić i jak pod żadnym pozorem się nie zachowywać: przekonuje się o tym boleśnie Hubert, jeden z bohaterów tomiku). Jest tu mała Róża, dziewczynka, która należy do drużyny strażackiej. Róża może uczyć inne dzieci, jak zachowywać się w przypadku zagrożenia pożarem i jak unikać niebezpieczeństw. Przekazuje najważniejsze dane szkolnym kolegom – i to sprawia, że w jej bracie budzi się zazdrość. Hubert nie przemawia do innych na szkolnych apelach, to nie on jest podziwiany i doceniany – nic dziwnego, że staje się bardzo zazdrosny i postanawia dać Róży nauczkę. Tyle tylko, że sytuacja w opuszczonej fabryce wymyka się spod kontroli i to, co miało być głupim żartem, staje się śmiertelną pułapką.
„Pożar w fabryce” to tomik, od którego dzieciom będzie się trudno oderwać: muszą się przekonać, czy bohaterom uda się uciec i uniknąć poważnych konsekwencji nieprzemyślanych działań. Akcja rozgrywa się błyskawicznie, mimo że w ramach narracji Ewa Nowak przemyca też podpowiedzi cenne dla odbiorców: pisze, co robić, kiedy grozi (nie tylko dzieciom) prawdziwe niebezpieczeństwo. To, co kilkulatkom wydaje się zwykłym wygłupem czy niegroźnym wybrykiem, może kogoś kosztować życie: zamalowanie znaków pozwalających strażakom na dotarcie do ujęć wody czy na dojazd do zrujnowanego budynku nie zasługuje na uznanie, nawet jeśli cieszy rówieśników. Róża w sytuacji zagrożenia zachowuje zimną krew i powtarza sobie zasady bezpieczeństwa – tylko to może zrobić, kiedy już wezwie pomoc. Ale jej zachowanie staje się wzorem dla odbiorców – dzięki dynamicznej akcji łatwiej będzie czytelnikom zapamiętać konkretne porady i wcielić je w czyn w razie potrzeby. Adrenalina pozwala na zapamiętywanie kolejnych działań – „Pożar w fabryce” pod tym względem działa lepiej niż jakakolwiek instrukcja postępowania.
Opuszczona fabryka kusi – zachęca do tego, żeby sprawdzić, jak działają stare gaśnice. Tylko że Hubert i jego koledzy nie są w stanie przewidzieć konsekwencji swoich postaw – a te przerosłyby nawet niejednego dorosłego. W starym budynku, już i tak samym w sobie niebezpiecznym, dzieje się wiele – a nie obejdzie się bez interwencji i pomocy z zewnątrz. Sytuacja może skończyć się tragicznie, chociaż Róża wie, co zrobić i jak się uratować. Ewa Nowak pisze tutaj i o wspaniałej pracy strażaków, i o niepotrzebnych dramatach – zwraca uwagę na to, że w najtrudniejszych chwilach należy zachować spokój i działać metodycznie, bo chaos i panika mogą tylko pogorszyć sprawę. Takie potraktowanie czytelników – bez taryfy ulgowej dla bohaterów – bardzo zmienia perspektywę odbioru. Dzieci będą tę książkę czytać z uwagą i silnymi emocjami, zapominając przy tym, że to publikacja, która ma służyć ćwiczeniom: to czytanka treningowa, do sprawdzania sprawności lekturowej najmłodszych. Ewa Nowak jednak świetnie zdaje sobie sprawę z tego, że żeby przekonać dzieci do wysiłku, musi je odpowiednio zachęcić – wybiera do tego bardzo dobrą metodę.
Cena zazdrości
Ewa Nowak nie boi się fabuł dynamicznych i zapewniających potężny skok adrenaliny najmłodszym odbiorcom. Książka „Pożar w fabryce” – czytanka na trzecim poziomie serii Czytam sobie – jest tego najlepszym przykładem. To opowieść, która jest dla dzieci przestrogą i zbiorem porad, wskazówek, co robić w sytuacji zagrożenia (a przy okazji także informacją, czego nie robić i jak pod żadnym pozorem się nie zachowywać: przekonuje się o tym boleśnie Hubert, jeden z bohaterów tomiku). Jest tu mała Róża, dziewczynka, która należy do drużyny strażackiej. Róża może uczyć inne dzieci, jak zachowywać się w przypadku zagrożenia pożarem i jak unikać niebezpieczeństw. Przekazuje najważniejsze dane szkolnym kolegom – i to sprawia, że w jej bracie budzi się zazdrość. Hubert nie przemawia do innych na szkolnych apelach, to nie on jest podziwiany i doceniany – nic dziwnego, że staje się bardzo zazdrosny i postanawia dać Róży nauczkę. Tyle tylko, że sytuacja w opuszczonej fabryce wymyka się spod kontroli i to, co miało być głupim żartem, staje się śmiertelną pułapką.
„Pożar w fabryce” to tomik, od którego dzieciom będzie się trudno oderwać: muszą się przekonać, czy bohaterom uda się uciec i uniknąć poważnych konsekwencji nieprzemyślanych działań. Akcja rozgrywa się błyskawicznie, mimo że w ramach narracji Ewa Nowak przemyca też podpowiedzi cenne dla odbiorców: pisze, co robić, kiedy grozi (nie tylko dzieciom) prawdziwe niebezpieczeństwo. To, co kilkulatkom wydaje się zwykłym wygłupem czy niegroźnym wybrykiem, może kogoś kosztować życie: zamalowanie znaków pozwalających strażakom na dotarcie do ujęć wody czy na dojazd do zrujnowanego budynku nie zasługuje na uznanie, nawet jeśli cieszy rówieśników. Róża w sytuacji zagrożenia zachowuje zimną krew i powtarza sobie zasady bezpieczeństwa – tylko to może zrobić, kiedy już wezwie pomoc. Ale jej zachowanie staje się wzorem dla odbiorców – dzięki dynamicznej akcji łatwiej będzie czytelnikom zapamiętać konkretne porady i wcielić je w czyn w razie potrzeby. Adrenalina pozwala na zapamiętywanie kolejnych działań – „Pożar w fabryce” pod tym względem działa lepiej niż jakakolwiek instrukcja postępowania.
Opuszczona fabryka kusi – zachęca do tego, żeby sprawdzić, jak działają stare gaśnice. Tylko że Hubert i jego koledzy nie są w stanie przewidzieć konsekwencji swoich postaw – a te przerosłyby nawet niejednego dorosłego. W starym budynku, już i tak samym w sobie niebezpiecznym, dzieje się wiele – a nie obejdzie się bez interwencji i pomocy z zewnątrz. Sytuacja może skończyć się tragicznie, chociaż Róża wie, co zrobić i jak się uratować. Ewa Nowak pisze tutaj i o wspaniałej pracy strażaków, i o niepotrzebnych dramatach – zwraca uwagę na to, że w najtrudniejszych chwilach należy zachować spokój i działać metodycznie, bo chaos i panika mogą tylko pogorszyć sprawę. Takie potraktowanie czytelników – bez taryfy ulgowej dla bohaterów – bardzo zmienia perspektywę odbioru. Dzieci będą tę książkę czytać z uwagą i silnymi emocjami, zapominając przy tym, że to publikacja, która ma służyć ćwiczeniom: to czytanka treningowa, do sprawdzania sprawności lekturowej najmłodszych. Ewa Nowak jednak świetnie zdaje sobie sprawę z tego, że żeby przekonać dzieci do wysiłku, musi je odpowiednio zachęcić – wybiera do tego bardzo dobrą metodę.
piątek, 29 marca 2024
Rafał Witek: Tramwaj numer 28
Harperkids, Warszawa 2024.
Zguba
To jest książeczka na pierwszym poziomie serii Czytam sobie, co oznacza, że cała narracja obejmuje nie więcej niż 200 wyrazów. Picture book dla dzieci, które uczą się czytać, to jedno z pierwszych zetknięć z samodzielnymi lekturami – warto zatem zadbać o to, żeby przyciągnąć maluchy i przekonać je do wysiłku składania liter w słowa. Rafał Witek wybiera tu motyw zagadki i podróży – prezentuje tramwaj z Lizbony. Wyjątkowy, słynny i rozsławiający miasto – nie jest tylko i wyłącznie środkiem lokomocji. Tramwaj numer 28 staje się bohaterem tomiku (w którym sprytnie obecność zakazanych dwuznaków czy zmiękczeń została zamaskowana przez używanie zapisu liczbowego). Jednak niewiele dzieci pasjonuje się starymi wagonami tramwajowymi, w związku z czym autor musiał zdecydować się na inny wabik. Kieruje się do kilkulatków z opowieścią niezwykłą przez jej zwyczajność – bo ta akcja mogłaby zdarzyć się w dowolnym tramwaju i w dowolnym miejscu na świecie (chociaż wtedy nie byłoby okazji do przedstawienia ciekawostki na temat Portugalii). Tramwaj przemierza ulice, ale najważniejsze jest jednak nie to, jakie okolice można obejrzeć zza jego szyb, a co dzieje się w środku. W środku mały chłopiec – rówieśnik czytelników – szuka czegoś gorączkowo i nawołuje. Szybko wychodzi na jaw, że zaginął kotek – trzeba go zlokalizować jak najszybciej, a to nie koniec niespodzianek dla dzieci. Rafał Witek dba o to, żeby zaangażować czytelników w lekturę – maluchy mają podążać za bohaterem i przejmować się tym, co dzieje się w tramwaju numer 28 – a przy okazji szlifować rozpoznawanie liter. Nie jest to łatwe. Przeważnie najmłodsi ćwiczą czytanie na „zwykłych” słowach: tutaj nie zabraknie nazw własnych, więc parę razy można sobie złamać język. Przy głośnej lekturze będzie tu jeszcze ćwiczenie wymowy „r”, ale i tak książeczka naszpikowana jest słowami, których normalnie dzieci nie używają. Bardzo dobrze, bo Rafał Witek sprawi, że poznają je i być może dodadzą do swojego słownika – dzięki czemu będą się rozwijać lingwistycznie.
Zawsze w cyklu na pierwszym poziomie charakterystyczny jest szarpany rytm narracji. Nie ma tu mowy o płynności opisów, wszystko sprowadza się przecież do podpisów pod obrazkami – a te podpisy z konieczności muszą być dynamiczne i wypełnione silnymi emocjami. Tylko tak da się zatrzymać dzieci przy tomiku i Rafał Witek dobrze o tym wie. Proponuje zatem zabawną przygodę, która rozwija się w nieoczekiwany przez odbiorców sposób – zachęca do czytania zagadką i sposobem przekazu. Nie komplikuje zanadto ani jednego, ani drugiego – to same wytyczne serii uniemożliwiają płynne śledzenie tekstu. Ale przecież chodzi tutaj przede wszystkim o ćwiczenie składania liter, dalsze umiejętności przyjdą z czasem i w efekcie korzystania z tego typu tomików. Tomek Kozłowski proponuje tutaj warstwę graficzną – żongluje filmowymi chwytami, dzięki temu może przedstawiać akcję w sposób, który zaintryguje dzieci. „Tramwaj numer 28” to propozycja dla tych kilkulatków, które nie lubią infantylnych bajek, a muszą na czymś ćwiczyć rozpoznawanie liter.
Zguba
To jest książeczka na pierwszym poziomie serii Czytam sobie, co oznacza, że cała narracja obejmuje nie więcej niż 200 wyrazów. Picture book dla dzieci, które uczą się czytać, to jedno z pierwszych zetknięć z samodzielnymi lekturami – warto zatem zadbać o to, żeby przyciągnąć maluchy i przekonać je do wysiłku składania liter w słowa. Rafał Witek wybiera tu motyw zagadki i podróży – prezentuje tramwaj z Lizbony. Wyjątkowy, słynny i rozsławiający miasto – nie jest tylko i wyłącznie środkiem lokomocji. Tramwaj numer 28 staje się bohaterem tomiku (w którym sprytnie obecność zakazanych dwuznaków czy zmiękczeń została zamaskowana przez używanie zapisu liczbowego). Jednak niewiele dzieci pasjonuje się starymi wagonami tramwajowymi, w związku z czym autor musiał zdecydować się na inny wabik. Kieruje się do kilkulatków z opowieścią niezwykłą przez jej zwyczajność – bo ta akcja mogłaby zdarzyć się w dowolnym tramwaju i w dowolnym miejscu na świecie (chociaż wtedy nie byłoby okazji do przedstawienia ciekawostki na temat Portugalii). Tramwaj przemierza ulice, ale najważniejsze jest jednak nie to, jakie okolice można obejrzeć zza jego szyb, a co dzieje się w środku. W środku mały chłopiec – rówieśnik czytelników – szuka czegoś gorączkowo i nawołuje. Szybko wychodzi na jaw, że zaginął kotek – trzeba go zlokalizować jak najszybciej, a to nie koniec niespodzianek dla dzieci. Rafał Witek dba o to, żeby zaangażować czytelników w lekturę – maluchy mają podążać za bohaterem i przejmować się tym, co dzieje się w tramwaju numer 28 – a przy okazji szlifować rozpoznawanie liter. Nie jest to łatwe. Przeważnie najmłodsi ćwiczą czytanie na „zwykłych” słowach: tutaj nie zabraknie nazw własnych, więc parę razy można sobie złamać język. Przy głośnej lekturze będzie tu jeszcze ćwiczenie wymowy „r”, ale i tak książeczka naszpikowana jest słowami, których normalnie dzieci nie używają. Bardzo dobrze, bo Rafał Witek sprawi, że poznają je i być może dodadzą do swojego słownika – dzięki czemu będą się rozwijać lingwistycznie.
Zawsze w cyklu na pierwszym poziomie charakterystyczny jest szarpany rytm narracji. Nie ma tu mowy o płynności opisów, wszystko sprowadza się przecież do podpisów pod obrazkami – a te podpisy z konieczności muszą być dynamiczne i wypełnione silnymi emocjami. Tylko tak da się zatrzymać dzieci przy tomiku i Rafał Witek dobrze o tym wie. Proponuje zatem zabawną przygodę, która rozwija się w nieoczekiwany przez odbiorców sposób – zachęca do czytania zagadką i sposobem przekazu. Nie komplikuje zanadto ani jednego, ani drugiego – to same wytyczne serii uniemożliwiają płynne śledzenie tekstu. Ale przecież chodzi tutaj przede wszystkim o ćwiczenie składania liter, dalsze umiejętności przyjdą z czasem i w efekcie korzystania z tego typu tomików. Tomek Kozłowski proponuje tutaj warstwę graficzną – żongluje filmowymi chwytami, dzięki temu może przedstawiać akcję w sposób, który zaintryguje dzieci. „Tramwaj numer 28” to propozycja dla tych kilkulatków, które nie lubią infantylnych bajek, a muszą na czymś ćwiczyć rozpoznawanie liter.
poniedziałek, 25 marca 2024
Justyna Bednarek: Pan Pit i jego kwiatek
Harperkids, Warszawa 2024.
Odkrycie
Jest tu bohater, który daje się lubić – bo ma swoje wielkie marzenie, do spełnienia którego dąży. Pan Pit to biolog amator, który poszukuje nowych odmian stokrotek. Zna mnóstwo gatunków roślin i wciąż odkrywa kolejne, tworzy własne zielniki i pisze artykuły do gazet – swoją pasją dzieli się z całym światem. Pan Pit wynajmuje pokój w starym pałacu, a nocami przez lornetkę obserwuje lisa. Kiedy zasypia – śni o nagrodach i odznaczeniach za swoje botaniczne odkrycia. Pan Pit to postać bajkowa w każdym calu, nikt nie dostrzeże w nim dorosłego – raczej dziecko, które w ciele dorosłego człowieka nigdy nie dorośnie. Jednak pan Pit ma także swoje tajemnice – nikt nie wie, kto poza nim mieszka w pałacu, a także – kto dokarmia wszystkie zwierzęta pojawiające się w najbliższej okolicy. To coś, co ma zaintrygować dzieci. Justyna Bednarek wprowadza tu jeszcze drugą postać, która bardzo przydaje się w momencie, kiedy panu Pitowi potrzebny będzie ratunek. Bo poszukiwanie wyjątkowych okazów botanicznych wcale nie jest takie bezpieczne, jak mogłoby się wydawać – czasami zdarzają się tu prawdziwe pułapki i problemy, jakich nie przewidzi żaden amator pięknych i małych kwiatków. „Pan Pit i jego kwiatek” to bajka, czytanka na drugim poziomie serii Czytam sobie – i historyjka, która jest wzorowana na kreskówkach. Bohater jest tutaj wyrazisty i zabawny, zachowuje się tak, by bez trudu trafić do przekonania maluchom. Pan Pit nie odnalazłby się za dobrze w prawdziwym świecie – ale w bajkowym jego odpowiedniku radzi sobie doskonale. Przynajmniej do czasu. Justyna Bednarek dzieci chce zachęcić do czytania przede wszystkim humorem i tempem opowieści – przedstawia akcję tak, by zaangażować kilkulatki i zaintrygować charakterem postaci. Nie ma tu zwyczajnych wydarzeń, kopiowania normalnego życia – to wszystko, co rozgrywa się w przestrzeni pana Pita, jest egzotyczne i dziwne, inne i przez tę inność jakoś kuszące, chociaż trzeba przyznać, że autorka nie próbuje emocjami przyciągnąć najmłodszych do lektury. Wystarcza jej dziwność bohatera i jego radość w obliczu kolejnych odkryć związanych z roślinami. Świat badaczy nigdy nie był dla maluchów atrakcyjny – tutaj jednak pan Pit wymyka się schematom i udowadnia, że może swoim podobieństwem do kilkulatków zaintrygować.
Co ciekawe, sam pomysł na czytankę mocno utrudnia warstwę narracyjną – jeśli sięga się po tę książeczkę dla ćwiczenia czytania, trzeba się nastawić na wyrazy niecodzienne i nieistniejące jeszcze w słowniku najmłodszych (najem pokoju, stosowne kwoty czy dumanie to nie sformułowania, które dzieci od razu rozszyfrują). Na szczęście uwagę od wysiłku odwracać będzie sama przygoda – konieczność kibicowania panu Pitowi w zachowaniach prowadzących do… uratowania nosa. Justyna Bednarek decyduje się na absurdalne scenki i na rozśmieszanie odbiorców, poszukuje w odejściu od realizmu szansy na przekonanie dzieci do czytania. Botaniczna opowieść ilustrowana jest przez Magdę Kozieł-Nowak, która lubuje się w szczegółach i dba o atrakcyjne kształty roślin zbieranych przez miłośnika stokrotek, pana Pita. Jest to książeczka o niewymuszonej narracji, nietypowa przez imitowanie rzeczywistości w bajkowej formie.
Odkrycie
Jest tu bohater, który daje się lubić – bo ma swoje wielkie marzenie, do spełnienia którego dąży. Pan Pit to biolog amator, który poszukuje nowych odmian stokrotek. Zna mnóstwo gatunków roślin i wciąż odkrywa kolejne, tworzy własne zielniki i pisze artykuły do gazet – swoją pasją dzieli się z całym światem. Pan Pit wynajmuje pokój w starym pałacu, a nocami przez lornetkę obserwuje lisa. Kiedy zasypia – śni o nagrodach i odznaczeniach za swoje botaniczne odkrycia. Pan Pit to postać bajkowa w każdym calu, nikt nie dostrzeże w nim dorosłego – raczej dziecko, które w ciele dorosłego człowieka nigdy nie dorośnie. Jednak pan Pit ma także swoje tajemnice – nikt nie wie, kto poza nim mieszka w pałacu, a także – kto dokarmia wszystkie zwierzęta pojawiające się w najbliższej okolicy. To coś, co ma zaintrygować dzieci. Justyna Bednarek wprowadza tu jeszcze drugą postać, która bardzo przydaje się w momencie, kiedy panu Pitowi potrzebny będzie ratunek. Bo poszukiwanie wyjątkowych okazów botanicznych wcale nie jest takie bezpieczne, jak mogłoby się wydawać – czasami zdarzają się tu prawdziwe pułapki i problemy, jakich nie przewidzi żaden amator pięknych i małych kwiatków. „Pan Pit i jego kwiatek” to bajka, czytanka na drugim poziomie serii Czytam sobie – i historyjka, która jest wzorowana na kreskówkach. Bohater jest tutaj wyrazisty i zabawny, zachowuje się tak, by bez trudu trafić do przekonania maluchom. Pan Pit nie odnalazłby się za dobrze w prawdziwym świecie – ale w bajkowym jego odpowiedniku radzi sobie doskonale. Przynajmniej do czasu. Justyna Bednarek dzieci chce zachęcić do czytania przede wszystkim humorem i tempem opowieści – przedstawia akcję tak, by zaangażować kilkulatki i zaintrygować charakterem postaci. Nie ma tu zwyczajnych wydarzeń, kopiowania normalnego życia – to wszystko, co rozgrywa się w przestrzeni pana Pita, jest egzotyczne i dziwne, inne i przez tę inność jakoś kuszące, chociaż trzeba przyznać, że autorka nie próbuje emocjami przyciągnąć najmłodszych do lektury. Wystarcza jej dziwność bohatera i jego radość w obliczu kolejnych odkryć związanych z roślinami. Świat badaczy nigdy nie był dla maluchów atrakcyjny – tutaj jednak pan Pit wymyka się schematom i udowadnia, że może swoim podobieństwem do kilkulatków zaintrygować.
Co ciekawe, sam pomysł na czytankę mocno utrudnia warstwę narracyjną – jeśli sięga się po tę książeczkę dla ćwiczenia czytania, trzeba się nastawić na wyrazy niecodzienne i nieistniejące jeszcze w słowniku najmłodszych (najem pokoju, stosowne kwoty czy dumanie to nie sformułowania, które dzieci od razu rozszyfrują). Na szczęście uwagę od wysiłku odwracać będzie sama przygoda – konieczność kibicowania panu Pitowi w zachowaniach prowadzących do… uratowania nosa. Justyna Bednarek decyduje się na absurdalne scenki i na rozśmieszanie odbiorców, poszukuje w odejściu od realizmu szansy na przekonanie dzieci do czytania. Botaniczna opowieść ilustrowana jest przez Magdę Kozieł-Nowak, która lubuje się w szczegółach i dba o atrakcyjne kształty roślin zbieranych przez miłośnika stokrotek, pana Pita. Jest to książeczka o niewymuszonej narracji, nietypowa przez imitowanie rzeczywistości w bajkowej formie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






