Harperkids, Warszawa 2024.
Patrzenie
Wojciech Widłak wie, jak przekonać dzieci do chodzenia do muzeów. „Marta i zagadka starego lustra” to opowieść na drugim poziomie serii Czytam sobie, ale może funkcjonować nie tylko jako czytanka do ćwiczeń, ale jako publikacja, która pokazuje dzieciom różne sposoby spędzania wolnego czasu. Wszystko przez wuja Damazego, uczonego i profesora, który zaprasza Martę na wystawę do muzeum. Wystawa to prezentacja starych luster – ale wuja nie interesują eksponaty, poza jednym, malutkim i niepozornym – lusterku, które należało do pana Twardowskiego, bohatera znanej wszystkim dzieciom legendy. Wuj tłumaczy Marcie, dlaczego najbrzydsze lusterko na wystawie jest tak ważne i próbuje zmienić sposób myślenia o jego właścicielu. Proponuje historię dobrze pomyślaną, taką, która na pewno przekona dzieci, a przynajmniej je zaintryguje i zasugeruje im, że warto przyglądać się śladom prawdy w legendach i podaniach ludowych. Marta do tego stopnia angażuje się w sprawę pana Twardowskiego, że chce od tej pory częściej chodzić do muzeów. Podoba jej się temat, który porusza wujek – i przekonuje się, że odkrycia są w zasięgu ręki każdego.
Pan Twardowski zrównywany tu z innym wielkim wynalazcą i wizjonerem pomaga rozbudzić zainteresowanie dzieci przeszłością, wynalazkami i starymi opowieściami – bardzo ładnie łączy to, co dzisiejsze i charakterystyczne dla czasów, w których dorasta najmłodsze pokolenie – i to, co dawne, niemal pomijane czy degradowane. Tutaj nie ma mowy o budowaniu hierarchii ważności, wynalazki mogą pojawić się w każdej dziedzinie i w każdym czasie, a zdarza się, że odkrycia i propozycje wyprzedzają swoją epokę i inspirują dopiero następne pokolenia. Książeczka pokazuje moc wyobraźni i zapęd do tworzenia – bez względu na zamiary. Pan Twardowski staje się tutaj wzorem dla najmłodszych – postacią, która nie boi się eksperymentować i wprowadzać nowych rozwiązań do codzienności. Przechodzi wprawdzie do świadomości potomnych za sprawą czegoś innego niż wynalazki, ale może przekazać parę ciekawych pomysłów.
Marta może zamienić się w tropiciela tajemnic – jest w tomiku „Marta i zagadka starego lustra” posmak detektywistycznej intrygi i zabawy, jest odczarowywanie nudnych według dzieci miejsc – tutaj nie będzie opowiadania o eksponatach, bohaterowie skupią się tylko na jednym przedmiocie, który wydaje się dziwny już na pierwszy rzut oka, ale niesie prawdziwy sekret. Ewa Poklewska-Koziełło bardzo dobrze ilustruje tę historyjkę, wpasowuje się w charakterystyczny humor Wojciecha Widłaka i pomaga w lekturze – w końcu to dopiero drugi poziom serii Czytam sobie, więc tomik kierowany jest do tych dzieci, które uczą się czytać i które muszą ćwiczyć rozpoznawanie liter i śledzenie wyrazów. Znacznie łatwiej będzie im zabrać się za wykonywanie tego zadania z przyjemną historią, która rozpala ciekawość i przynosi sporo atrakcyjnych motywów. Wojciech Widłak wie, jak pisać dla najmłodszych.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wojciech Widłak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wojciech Widłak. Pokaż wszystkie posty
sobota, 31 sierpnia 2024
poniedziałek, 22 stycznia 2024
Wojciech Widłak: Wesoły Ryjek i dziadek
Media Rodzina, Poznań 2023.
Przygody
Dziadek jest dla Wesołego Ryjka bardzo ważną postacią - co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Teraz dziadek przechodzi na emeryturę, więc będzie miał więcej czasu dla swojego wnuka - co oznacza, że Wesołego Ryjka czeka cały zestaw ciekawych przygód i wspólnych zabaw. Wszystkiemu rzecz jasna towarzyszy żółw przytulanka - bo bez niego nie można by było ani chodzić na wycieczki po górach, ani odnawiać mebli ogrodowych (swoją drogą - ubranie robocze żółwia przytulanki - ze starego kapelusza z wyciętymi dziurami - to znakomity sposób na rozwijanie wyobraźni i rozbawienie odbiorców). Wesoły Ryjek doświadcza najbliższego otoczenia z kimś, komu ufa i kogo kocha - a to oznacza, że może niczym się nie przejmować, tylko czerpać radość z każdej chwili.
Każdą historię - krótką i wypełnioną drobnymi żartami - Wesoły Ryjek rozpoczyna od słów "dzień dobry, nazywam się Wesoły Ryjek" i to coś, co nie zmienia się w żadnym tomiku. Akcent humorystyczny i jednocześnie znak rozpoznawczy prosiaczka. Dziadek wie, co stuka w lesie i jak się w tym lesie nie zgubić, umie wymyślać zabawne zagadki, albo... wspominać czasy, gdy był małym chłopcem. Czasami ma problemy z pamięcią - jednak i to może wyjaśnić tak, żeby zrozumiał to kilkulatek. Wesoły Ryjek jest przecież dzieckiem i doświadcza tego, co może stać się też udziałem odbiorców. Wesoły Ryjek jest naiwny - jak każdy maluch - ale w tej naiwności nie irytuje, jest bardzo dowcipny. To oznacza, że lektura opowiadań da sporo radości dzieciom, ale też przyniesie wytchnienie dorosłym, którzy będą czytać te historyjki przed snem. Wojciech Widłak wie, jak konstruować narrację, żeby jak najwięcej dowcipu wydostawać z prostych scenek. Tutaj nawet jeśli nie dzieje się nic ekstremalnie dziwnego, nietypowego czy dostarczającego adrenaliny - to można się świetnie bawić samym śledzeniem codzienności Wesołego Ryjka. Ten bohater pojawia się po to, żeby rozjaśniać rzeczywistość dzieciom i ich rodzicom. Wesoły Ryjek to prosiaczek, który odpędza smutki - bez wątpienia. Ale prawdziwa jego siła kryje się w świadomości autora, jak codzienność mogą postrzegać sami czytelnicy. Trafia tomikiem "Wesoły Ryjek i dziadek" (i całą serią) do dzieci, ale i do przedstawicieli starszych pokoleń. U Wesołego Ryjka najważniejsze są relacje z bliskimi, ciepło rodzinne, spokój i bezpieczeństwo dające możliwość podejmowania prostych eksperymentów. Bohater nie ma w pobliżu żadnych rówieśników czy kolegów - dlatego też Wojciech Widłak może zwrócić się ku domownikom i krewnym.
Jak zwykle przygody Wesołego Ryjka prezentuje graficznie Agnieszka Żelewska, która doskonale wpasowuje się w klimat wesołych opowieści. Jest tu kolorowo, jest naiwnie (ale nigdy infantylnie) i tak, żeby miło spędzić czas nad książką. Wesoły Ryjek wraz z najbliższymi cieszy we wszystkich płaszczyznach. To postać bardzo trafiona - niby ze świata wyobraźni, a jednak idealnie prezentująca zachwyty i oczekiwania maluchów. Bohater, który przeprowadza przez zwyczajność w bajkowym wymiarze jest potrzebny wszystkim - nikt lepiej niż Wesoły Ryjek nie przekona dzieci, że warto sięgać do książek i że może się to wiązać z wyśmienitą zabawą.
Przygody
Dziadek jest dla Wesołego Ryjka bardzo ważną postacią - co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Teraz dziadek przechodzi na emeryturę, więc będzie miał więcej czasu dla swojego wnuka - co oznacza, że Wesołego Ryjka czeka cały zestaw ciekawych przygód i wspólnych zabaw. Wszystkiemu rzecz jasna towarzyszy żółw przytulanka - bo bez niego nie można by było ani chodzić na wycieczki po górach, ani odnawiać mebli ogrodowych (swoją drogą - ubranie robocze żółwia przytulanki - ze starego kapelusza z wyciętymi dziurami - to znakomity sposób na rozwijanie wyobraźni i rozbawienie odbiorców). Wesoły Ryjek doświadcza najbliższego otoczenia z kimś, komu ufa i kogo kocha - a to oznacza, że może niczym się nie przejmować, tylko czerpać radość z każdej chwili.
Każdą historię - krótką i wypełnioną drobnymi żartami - Wesoły Ryjek rozpoczyna od słów "dzień dobry, nazywam się Wesoły Ryjek" i to coś, co nie zmienia się w żadnym tomiku. Akcent humorystyczny i jednocześnie znak rozpoznawczy prosiaczka. Dziadek wie, co stuka w lesie i jak się w tym lesie nie zgubić, umie wymyślać zabawne zagadki, albo... wspominać czasy, gdy był małym chłopcem. Czasami ma problemy z pamięcią - jednak i to może wyjaśnić tak, żeby zrozumiał to kilkulatek. Wesoły Ryjek jest przecież dzieckiem i doświadcza tego, co może stać się też udziałem odbiorców. Wesoły Ryjek jest naiwny - jak każdy maluch - ale w tej naiwności nie irytuje, jest bardzo dowcipny. To oznacza, że lektura opowiadań da sporo radości dzieciom, ale też przyniesie wytchnienie dorosłym, którzy będą czytać te historyjki przed snem. Wojciech Widłak wie, jak konstruować narrację, żeby jak najwięcej dowcipu wydostawać z prostych scenek. Tutaj nawet jeśli nie dzieje się nic ekstremalnie dziwnego, nietypowego czy dostarczającego adrenaliny - to można się świetnie bawić samym śledzeniem codzienności Wesołego Ryjka. Ten bohater pojawia się po to, żeby rozjaśniać rzeczywistość dzieciom i ich rodzicom. Wesoły Ryjek to prosiaczek, który odpędza smutki - bez wątpienia. Ale prawdziwa jego siła kryje się w świadomości autora, jak codzienność mogą postrzegać sami czytelnicy. Trafia tomikiem "Wesoły Ryjek i dziadek" (i całą serią) do dzieci, ale i do przedstawicieli starszych pokoleń. U Wesołego Ryjka najważniejsze są relacje z bliskimi, ciepło rodzinne, spokój i bezpieczeństwo dające możliwość podejmowania prostych eksperymentów. Bohater nie ma w pobliżu żadnych rówieśników czy kolegów - dlatego też Wojciech Widłak może zwrócić się ku domownikom i krewnym.
Jak zwykle przygody Wesołego Ryjka prezentuje graficznie Agnieszka Żelewska, która doskonale wpasowuje się w klimat wesołych opowieści. Jest tu kolorowo, jest naiwnie (ale nigdy infantylnie) i tak, żeby miło spędzić czas nad książką. Wesoły Ryjek wraz z najbliższymi cieszy we wszystkich płaszczyznach. To postać bardzo trafiona - niby ze świata wyobraźni, a jednak idealnie prezentująca zachwyty i oczekiwania maluchów. Bohater, który przeprowadza przez zwyczajność w bajkowym wymiarze jest potrzebny wszystkim - nikt lepiej niż Wesoły Ryjek nie przekona dzieci, że warto sięgać do książek i że może się to wiązać z wyśmienitą zabawą.
niedziela, 7 sierpnia 2022
Wojciech Widłak: Tajemnica zielonej butelki
Harperkids, Warszawa 2022.
Zamiast dżinna
Dwoje dzieci nie boi się marzeń. Chłopiec ma nadzieję, że kiedyś wróci do niego tata. Wprawdzie mama, pytana o tę kwestię, zwykle smutnieje, jednak nie odbiera złudzeń. Kiedy chłopiec bawi się znalezioną lunetą, jest przekonany, że należała ona do ojca - i że pomoże w sprowadzeniu go z powrotem do domu. Z kolei dziewczynka wyławia z wody butelkę z tajemniczą wiadomością. Z pomocą swojego taty odczytuje pismo stworzone w nieznanym sobie języku (nie obywa się bez komicznych pomyłek) - i już wie, że może wpłynąć na czyjeś losy. Musi skontaktować się z pewnym chłopcem i wyjaśnić mu, co się stało.
Rzadko w trzecim poziomie cyklu Czytam sobie pojawia się tak silnie emocjonująca historia - ale Wojciech Widłak wie, że żeby przekonać dzieci do ćwiczenia czytania, najlepiej dać im zagadkę do rozwiązania, tajemnicę, która przyciągnie je do lektury i pokaże, jak dobrze można bawić się tekstem. Niewielka książeczka "Tajemnica zielonej butelki" to mnóstwo wrażeń. I trudnych tematów - bo przecież zanim autor wyjaśni, o co chodzi z nieobecnymi rodzicami, minie trochę czasu. Dzieci muszą sobie radzić - czasem przy pomocy kogoś dorosłego, chociaż owi dorośli nie zawsze są wyroczniami (wprawdzie tata wie, jak odcyfrować dziwny język, ale popełnia błędy, które utrudnią zrozumienie przesłania). "Tajemnica zielonej butelki" trzyma w napięciu - chodzi przecież o to, żeby działo się tu jak najwięcej mimo objętościowych ograniczeń.
Wojciech Widłak stawia na zabawę. Nawet jeśli wprowadza kilka słów, których znaczenie trzeba wyjaśnić (co może być zaskakujące, sięga po wyrazy, które ciągle są w użyciu i których sens dzieci raczej rozumieją, na przykład "flanela" albo "szyfr"), nie zamęcza dydaktyzmem. Sprawia, że dzieci będą się bawić czytaniem - i je bez dodatkowych warunków polubią. Widłak potrafi zaintrygować, a to ważne - dzięki temu odbiorcy pojmą, dlaczego po książki się sięga. Wychowywanie młodego pokolenia świadomych czytelników bardzo się przyda - a "Tajemnica zielonej butelki" wprowadzi w świat pełen niewyjaśnionych i bardzo silnie nacechowanych uczuciowo zjawisk. Pozwoli dzieciom na przeżycie przygody w starym stylu - wyrazistej i pomysłowej. Wojciech Widłak to autor, który bez trudu dociera do małych odbiorców: tym razem zapewnia im rozrywkę w dobrym gatunku. Nie podporządkowuje się wymogom serii: sprawy formalne, które wyznaczają kształt narracji, schodzą tu na dalszy plan, nie ma sztuczności czy nudy. Widłak bardzo uważa na to, żeby nie zniechęcić dzieci do opowieści: a jednocześnie czuje się w tej relacji swobodnie. "Tajemnica zielonej butelki" to książka, która przypadnie do gustu młodym czytelnikom - na takich czytankach warto ćwiczyć sztukę poznawania liter.
Zamiast dżinna
Dwoje dzieci nie boi się marzeń. Chłopiec ma nadzieję, że kiedyś wróci do niego tata. Wprawdzie mama, pytana o tę kwestię, zwykle smutnieje, jednak nie odbiera złudzeń. Kiedy chłopiec bawi się znalezioną lunetą, jest przekonany, że należała ona do ojca - i że pomoże w sprowadzeniu go z powrotem do domu. Z kolei dziewczynka wyławia z wody butelkę z tajemniczą wiadomością. Z pomocą swojego taty odczytuje pismo stworzone w nieznanym sobie języku (nie obywa się bez komicznych pomyłek) - i już wie, że może wpłynąć na czyjeś losy. Musi skontaktować się z pewnym chłopcem i wyjaśnić mu, co się stało.
Rzadko w trzecim poziomie cyklu Czytam sobie pojawia się tak silnie emocjonująca historia - ale Wojciech Widłak wie, że żeby przekonać dzieci do ćwiczenia czytania, najlepiej dać im zagadkę do rozwiązania, tajemnicę, która przyciągnie je do lektury i pokaże, jak dobrze można bawić się tekstem. Niewielka książeczka "Tajemnica zielonej butelki" to mnóstwo wrażeń. I trudnych tematów - bo przecież zanim autor wyjaśni, o co chodzi z nieobecnymi rodzicami, minie trochę czasu. Dzieci muszą sobie radzić - czasem przy pomocy kogoś dorosłego, chociaż owi dorośli nie zawsze są wyroczniami (wprawdzie tata wie, jak odcyfrować dziwny język, ale popełnia błędy, które utrudnią zrozumienie przesłania). "Tajemnica zielonej butelki" trzyma w napięciu - chodzi przecież o to, żeby działo się tu jak najwięcej mimo objętościowych ograniczeń.
Wojciech Widłak stawia na zabawę. Nawet jeśli wprowadza kilka słów, których znaczenie trzeba wyjaśnić (co może być zaskakujące, sięga po wyrazy, które ciągle są w użyciu i których sens dzieci raczej rozumieją, na przykład "flanela" albo "szyfr"), nie zamęcza dydaktyzmem. Sprawia, że dzieci będą się bawić czytaniem - i je bez dodatkowych warunków polubią. Widłak potrafi zaintrygować, a to ważne - dzięki temu odbiorcy pojmą, dlaczego po książki się sięga. Wychowywanie młodego pokolenia świadomych czytelników bardzo się przyda - a "Tajemnica zielonej butelki" wprowadzi w świat pełen niewyjaśnionych i bardzo silnie nacechowanych uczuciowo zjawisk. Pozwoli dzieciom na przeżycie przygody w starym stylu - wyrazistej i pomysłowej. Wojciech Widłak to autor, który bez trudu dociera do małych odbiorców: tym razem zapewnia im rozrywkę w dobrym gatunku. Nie podporządkowuje się wymogom serii: sprawy formalne, które wyznaczają kształt narracji, schodzą tu na dalszy plan, nie ma sztuczności czy nudy. Widłak bardzo uważa na to, żeby nie zniechęcić dzieci do opowieści: a jednocześnie czuje się w tej relacji swobodnie. "Tajemnica zielonej butelki" to książka, która przypadnie do gustu młodym czytelnikom - na takich czytankach warto ćwiczyć sztukę poznawania liter.
niedziela, 26 grudnia 2021
Wojciech Widłak: Wesoły Ryjek i odkrycia
Media Rodzina, Poznań 2021.
Miłe naiwności
Prosiaczek, który każde opowiadanie o tym, co mu się w ciągu dnia przydarzyło, zaczyna od słów "Dzień dobry, nazywam się Wesoły Ryjek" to gwarantowany sposób na poprawę humoru małych odbiorców i ich rodziców - występujących w roli lektorów. "Wesoły Ryjek i odkrycia" to kolejny zestaw wyznań dziecięcego bohatera, z którym mogą się identyfikować wszystkie maluchy. Wesoły Ryjek to zwyczajne dziecko, w dodatku trochę samotne - spędza czas tylko z mamą, tatą i swoim żółwiem przytulanką - jednak na razie nie brakuje mu towarzystwa rówieśników, doskonale bawi się z bliskimi (do grona domowników czasami dołączają też dziadkowie). Wesoły Ryjek relacjonuje codzienne wydarzenia - przygody na miarę odbiorców. Dzieci będą mogły nawet porównywać doświadczenia swoje i bohatera lub przekonywać się, co robić, jeśli pada deszcz, panuje nuda albo wszyscy się spieszą. Wojciech Widłak w tych opowiadaniach wybiera dowcip i lekkość, a Agnieszka Żelewska podbija to także w zabawnych ilustracjach. Wesoły Ryjek pomaga odbiorcom zrozumieć emocje, jakie nimi targają - i przyzwyczajać się do określonych sytuacji.
Wesoły Ryjek tym razem jedzie na "przegląd" do lekarza, zastanawia się, gdzie najlepiej wyjechać na wakacje, razem z rodzicami nocą na łące ogląda gwiazdy, podziwia mrówki i ślimaki, zastanawia się, jak duży zamek może zbudować mały prosiaczek, uczy się pokonywać nudę naleśnikami, ogląda deszcz i zabezpiecza rośliny w ogródku przed mrozem. Przekonuje się, kiedy można mieć lodowy ryjek i sprawdza, czy jest coś, co można dawać i mieć jednocześnie. Rodzinne scenki prowadzą do podkreślania ciepła, serdeczności i miłości. W tej rodzinie wszyscy są wyrozumiali dla siebie i wiedzą, jak pozwalać najmłodszemu odkrywać świat. Wesoły Ryjek dzieli się swoimi zachwytami i drobiazgami, które sprawiają mu przyjemność. Nie ma tu pogoni za konsumpcjonizmem ani mediów elektronicznych. Bohater spędza czas w starym stylu, rozrywki znajduje albo w kuchni, albo na spacerach. Porozumiewa się z żółwiem przytulanką (którego traktuje jak dziecko, wszystko mu tłumaczy, przez co czuje się pewniejszy siebie). Prowadzi narrację dość naiwną i prostą, perspektywa dziecka pozwala się odbiorcom wczuwać w te przygody. Wszystko można powtórzyć bez większego trudu, odbiorcy mogą doświadczać tego samego co Wesoły Ryjek. Co ważne, bohater może za każdym razem porozmawiać z rodzicami na tematy, które go zaintrygowały - a wnioski przedstawia czytelnikom. Wojciech Widłak bawi się uproszczeniami i postawami malucha. Wesoły Ryjek rozśmieszy nie tylko kilkulatki, wielopłaszczyznowy humor kierowany jest też do rodziców. Przygody Wesołego Ryjka to coś, co nadaje się na lekturę przed snem - a dorosłym przypomina, jak ważne dla najmłodszych są wspólnie spędzane chwile. Agnieszka Żelewska do tych opowiadań dodaje ilustracje, które jeszcze podkreślają dziecięcy charakter bajek. Nie można się od tego tomiku oderwać - ale to zjawisko, które od początku serii o Ryjku powtarza się zawsze.
Miłe naiwności
Prosiaczek, który każde opowiadanie o tym, co mu się w ciągu dnia przydarzyło, zaczyna od słów "Dzień dobry, nazywam się Wesoły Ryjek" to gwarantowany sposób na poprawę humoru małych odbiorców i ich rodziców - występujących w roli lektorów. "Wesoły Ryjek i odkrycia" to kolejny zestaw wyznań dziecięcego bohatera, z którym mogą się identyfikować wszystkie maluchy. Wesoły Ryjek to zwyczajne dziecko, w dodatku trochę samotne - spędza czas tylko z mamą, tatą i swoim żółwiem przytulanką - jednak na razie nie brakuje mu towarzystwa rówieśników, doskonale bawi się z bliskimi (do grona domowników czasami dołączają też dziadkowie). Wesoły Ryjek relacjonuje codzienne wydarzenia - przygody na miarę odbiorców. Dzieci będą mogły nawet porównywać doświadczenia swoje i bohatera lub przekonywać się, co robić, jeśli pada deszcz, panuje nuda albo wszyscy się spieszą. Wojciech Widłak w tych opowiadaniach wybiera dowcip i lekkość, a Agnieszka Żelewska podbija to także w zabawnych ilustracjach. Wesoły Ryjek pomaga odbiorcom zrozumieć emocje, jakie nimi targają - i przyzwyczajać się do określonych sytuacji.
Wesoły Ryjek tym razem jedzie na "przegląd" do lekarza, zastanawia się, gdzie najlepiej wyjechać na wakacje, razem z rodzicami nocą na łące ogląda gwiazdy, podziwia mrówki i ślimaki, zastanawia się, jak duży zamek może zbudować mały prosiaczek, uczy się pokonywać nudę naleśnikami, ogląda deszcz i zabezpiecza rośliny w ogródku przed mrozem. Przekonuje się, kiedy można mieć lodowy ryjek i sprawdza, czy jest coś, co można dawać i mieć jednocześnie. Rodzinne scenki prowadzą do podkreślania ciepła, serdeczności i miłości. W tej rodzinie wszyscy są wyrozumiali dla siebie i wiedzą, jak pozwalać najmłodszemu odkrywać świat. Wesoły Ryjek dzieli się swoimi zachwytami i drobiazgami, które sprawiają mu przyjemność. Nie ma tu pogoni za konsumpcjonizmem ani mediów elektronicznych. Bohater spędza czas w starym stylu, rozrywki znajduje albo w kuchni, albo na spacerach. Porozumiewa się z żółwiem przytulanką (którego traktuje jak dziecko, wszystko mu tłumaczy, przez co czuje się pewniejszy siebie). Prowadzi narrację dość naiwną i prostą, perspektywa dziecka pozwala się odbiorcom wczuwać w te przygody. Wszystko można powtórzyć bez większego trudu, odbiorcy mogą doświadczać tego samego co Wesoły Ryjek. Co ważne, bohater może za każdym razem porozmawiać z rodzicami na tematy, które go zaintrygowały - a wnioski przedstawia czytelnikom. Wojciech Widłak bawi się uproszczeniami i postawami malucha. Wesoły Ryjek rozśmieszy nie tylko kilkulatki, wielopłaszczyznowy humor kierowany jest też do rodziców. Przygody Wesołego Ryjka to coś, co nadaje się na lekturę przed snem - a dorosłym przypomina, jak ważne dla najmłodszych są wspólnie spędzane chwile. Agnieszka Żelewska do tych opowiadań dodaje ilustracje, które jeszcze podkreślają dziecięcy charakter bajek. Nie można się od tego tomiku oderwać - ale to zjawisko, które od początku serii o Ryjku powtarza się zawsze.
środa, 27 października 2021
Agnieszka Żelewska, Wojciech Widłak: Wesoły Ryjek. Cztery pory roku (Rysowanki zgadywanki)
Media Rodzina, Poznań 2021.
Czas
Każda pora roku jest inna, a Wesoły Ryjek uwielbia wszystkie – każdą z innego powodu. Tym razem, jako mądry prosiaczek, zajmuje się wyjaśnianiem swojemu żółwiowi-przytulance niuansów dotyczących zmian w przyrodzie. Nie ma tu wprowadzającego opowiadania, Wesoły Ryjek od razu wpada w temat i zaprasza małych czytelników do śledzenia i wykonywania kolejnych poleceń. To dzięki nim będzie można sprawdzić wiedzę maluchów na temat zmieniających się pór roku, a także – zasad zachowania w różnych okolicznościach. Wesoły Ryjek przypomni między innymi, że nie należy straszyć ani płoszyć piskląt i ich mamy, że liście zmieniają kolory, że zimą lepi się bałwany, latem można leżeć na plaży, a jesienią przygotowuje się ludziki z żołędzi i kasztanów. Każda rozkładówka to inny temat i inne zadanie, przypomnienie o czymś, co jest charakterystyczne dla wybranej pory roku lub – wszystkich pór roku naraz. Czasami zadania dostarczą dzieciom śmiechu – jak wtedy, kiedy Wesoły Ryjek przyodzieje się w rzeczy charakterystyczne dla różnych pór roku i odbiorcy będą musieli przyporządkować poszczególne elementy garderoby do wiosny, jesieni czy zimy. Kiedy indziej mały bohater wybiera się na spacer, zbiera kolorowe liście albo kasztany, spędza czas na świeżym powietrzu – to zresztą charakterystyczne dla Wesołego Ryjka, w jego świecie nie ma komputerów i telewizorów ani telefonów, mały prosiaczek musi sam zapewnić sobie rozrywki (bo kolegów też nie ma). Wie, że wiosną i latem odbywają się mecze, a wiosną na majówkę. Czasami edukuje pod kątem przygotowań do odpowiedniej pogody: zimą trzeba nosić czapkę. Przygoda w serii Rysowanki zgadywanki to okazja do przedstawienia urozmaiconych aspektów codzienności.
Bardzo często Wesoły Ryjek wprowadza do poleceń swojego przyjaciela, żółwia przytulankę. Żółw może być sędzią w meczu piłkarskim, ale przejmuje też czasami rolę dziecka w tej parze: to żółw często czegoś nie rozumie, to żółwiowi trzeba we wszystkim pomagać. Dzięki temu prawdziwe literackie dziecko, czyli Wesoły Ryjek, może wykazać się odpowiedzialnością i mądrością w drobnych sprawach – to go dowartościuje i sprawi, że bohater będzie mógł dawać dobry przykład odbiorcom. Wesoły Ryjek popisuje się wiedzą – wiedzą dostępną każdemu kilkulatkowi. Dlatego też może przekonywać do siebie.
Są tu kolorowanki, ale też łamigłówki oraz zadania kreatywne. Czasami trzeba coś wskazać, coś zaznaczyć lub coś nazwać, znacznie częściej – coś dorysować według własnego uznania. I to bardzo dobry pomysł, bo Agnieszka Żelewska ilustruje przygody Ryjka tak, że każdy będzie chciał spróbować swoich sił w rysowaniu. Tu podpowiada nawet, jak stworzyć uroczą żabkę. Mali odbiorcy mogą być usatysfakcjonowani: zyskają szansę na popisywanie się wyobraźnią i ćwiczenie kreatywności.
Czas
Każda pora roku jest inna, a Wesoły Ryjek uwielbia wszystkie – każdą z innego powodu. Tym razem, jako mądry prosiaczek, zajmuje się wyjaśnianiem swojemu żółwiowi-przytulance niuansów dotyczących zmian w przyrodzie. Nie ma tu wprowadzającego opowiadania, Wesoły Ryjek od razu wpada w temat i zaprasza małych czytelników do śledzenia i wykonywania kolejnych poleceń. To dzięki nim będzie można sprawdzić wiedzę maluchów na temat zmieniających się pór roku, a także – zasad zachowania w różnych okolicznościach. Wesoły Ryjek przypomni między innymi, że nie należy straszyć ani płoszyć piskląt i ich mamy, że liście zmieniają kolory, że zimą lepi się bałwany, latem można leżeć na plaży, a jesienią przygotowuje się ludziki z żołędzi i kasztanów. Każda rozkładówka to inny temat i inne zadanie, przypomnienie o czymś, co jest charakterystyczne dla wybranej pory roku lub – wszystkich pór roku naraz. Czasami zadania dostarczą dzieciom śmiechu – jak wtedy, kiedy Wesoły Ryjek przyodzieje się w rzeczy charakterystyczne dla różnych pór roku i odbiorcy będą musieli przyporządkować poszczególne elementy garderoby do wiosny, jesieni czy zimy. Kiedy indziej mały bohater wybiera się na spacer, zbiera kolorowe liście albo kasztany, spędza czas na świeżym powietrzu – to zresztą charakterystyczne dla Wesołego Ryjka, w jego świecie nie ma komputerów i telewizorów ani telefonów, mały prosiaczek musi sam zapewnić sobie rozrywki (bo kolegów też nie ma). Wie, że wiosną i latem odbywają się mecze, a wiosną na majówkę. Czasami edukuje pod kątem przygotowań do odpowiedniej pogody: zimą trzeba nosić czapkę. Przygoda w serii Rysowanki zgadywanki to okazja do przedstawienia urozmaiconych aspektów codzienności.
Bardzo często Wesoły Ryjek wprowadza do poleceń swojego przyjaciela, żółwia przytulankę. Żółw może być sędzią w meczu piłkarskim, ale przejmuje też czasami rolę dziecka w tej parze: to żółw często czegoś nie rozumie, to żółwiowi trzeba we wszystkim pomagać. Dzięki temu prawdziwe literackie dziecko, czyli Wesoły Ryjek, może wykazać się odpowiedzialnością i mądrością w drobnych sprawach – to go dowartościuje i sprawi, że bohater będzie mógł dawać dobry przykład odbiorcom. Wesoły Ryjek popisuje się wiedzą – wiedzą dostępną każdemu kilkulatkowi. Dlatego też może przekonywać do siebie.
Są tu kolorowanki, ale też łamigłówki oraz zadania kreatywne. Czasami trzeba coś wskazać, coś zaznaczyć lub coś nazwać, znacznie częściej – coś dorysować według własnego uznania. I to bardzo dobry pomysł, bo Agnieszka Żelewska ilustruje przygody Ryjka tak, że każdy będzie chciał spróbować swoich sił w rysowaniu. Tu podpowiada nawet, jak stworzyć uroczą żabkę. Mali odbiorcy mogą być usatysfakcjonowani: zyskają szansę na popisywanie się wyobraźnią i ćwiczenie kreatywności.
piątek, 8 października 2021
Agnieszka Żelewska, Wojciech Widłak: Wesoły Ryjek. Kosmos (Rysowanki zgadywanki)
Media Rodzina, Poznań 2021.
Czego nie widać
Jak każda seria, która odniosła rynkowy sukces, tak i opowieść o Wesołym Ryjku doczekała się książeczek gadżetowych, pojedynczych i drobnych tomików, które można kolekcjonować i które zapewnią dziecku przedłużenie przygody z ulubionym bohaterem. Cykl Rysowanki zgadywanki to propozycja związana z zadaniami łamigłówkowymi i kreatywnymi. Agnieszka Żelewska ma tu nieco więcej do przekazania niż Wojciech Widłak, ale ten duet wyśmienicie się sprawdza w serii. Najpierw – bohater. Wesoły Ryjek, który ma swojego ukochanego żółwia przytulankę, mamę i tatę. Wesoły Ryjek zawsze opowiada o normalnych i codziennych wydarzeniach – z perspektywy naiwnego dziecka. Zaczyna od grzecznego przedstawienia się, a później relacjonuje to, czego się dowiedział. W tomiku „Kosmos” intryguje go wszechświat. Wojciech Widłak proponuje zatem drobne opowiadanie – żeby wytłumaczyć dzieciom, czym w ogóle jest kosmos (małemu Ryjkowi wyjaśnia to tata, a Wesoły Ryjek próbuje natychmiast przełożyć wiadomości na swój sposób rozumienia, dzięki czemu dzieciom będzie jeszcze łatwiej wciągnąć się w temat). Dalsze rozkładówki to już skrótowe polecenia dla dzieci i możliwość ciekawej zabawy. Najmłodsi będą towarzyszyli bohaterowi w zwiedzaniu kosmosu, bo przecież w wyobraźni można wybrać się wszędzie. Trzeba jednak stworzyć rakietę, narysować siebie, połączyć gwiazdy, wymyślić, jak powinien wyglądać ufoludek, jak dom dla rodziny ufoludków, a jak – kokpit rakiety kosmicznej. Do tego pojawia się wiele kolorowanek i propozycji zabaw. Wesoły Ryjek nie będzie się nudzić – odbiorcy też nie, bo gwarantują to liczne zadania i polecenia. Tak przygotowana książeczka pozwala na rozwijanie fantazji dzieci – kto ma problem z wymyśleniem, jak powinien wyglądać ufoludek, może najpierw przećwiczyć pomysły podczas kolorowania zaproponowanych bohaterów. Ale przecież trzeba też odnieść się do własnej rzeczywistości oraz wykazać się znajomością przygód Wesołego Ryjka: narysować przytulankę Ryjka (czyli żółwia) oraz własną. Nie da się bez nich wyruszyć w kosmos. Wojciech Widłak i Agnieszka Żelewska mogą przyciągnąć dzieci dzięki tematowi – kosmos intryguje, wydaje się niedostępny i dziwny, a do tego pełen niezwykłych stworzeń. Są tu oczywiście i elementy edukacyjne, można między innymi poznać nazwy planet i sprawdzić, w jakiej kolejności od Słońca się znajdują. Wszystko po to, żeby połączyć zabawę z niewielką lekcją dla najmłodszych.
Agnieszka Żelewska w przygodach Wesołego Ryjka zawsze stawia na prostotę i pozorny infantylizm w obrazkach: coś, co cieszyło fanów serii, tutaj jest zaproszeniem do zabawy w kolorowanie. Można będzie zatem poćwiczyć zdolności manualne na nieskomplikowanych formach i przekonać się, jak łatwo (albo jak trudno) ilustruje się książki. Wesoły Ryjek gwarantuje dobrą rozrywkę i tym razem.
Czego nie widać
Jak każda seria, która odniosła rynkowy sukces, tak i opowieść o Wesołym Ryjku doczekała się książeczek gadżetowych, pojedynczych i drobnych tomików, które można kolekcjonować i które zapewnią dziecku przedłużenie przygody z ulubionym bohaterem. Cykl Rysowanki zgadywanki to propozycja związana z zadaniami łamigłówkowymi i kreatywnymi. Agnieszka Żelewska ma tu nieco więcej do przekazania niż Wojciech Widłak, ale ten duet wyśmienicie się sprawdza w serii. Najpierw – bohater. Wesoły Ryjek, który ma swojego ukochanego żółwia przytulankę, mamę i tatę. Wesoły Ryjek zawsze opowiada o normalnych i codziennych wydarzeniach – z perspektywy naiwnego dziecka. Zaczyna od grzecznego przedstawienia się, a później relacjonuje to, czego się dowiedział. W tomiku „Kosmos” intryguje go wszechświat. Wojciech Widłak proponuje zatem drobne opowiadanie – żeby wytłumaczyć dzieciom, czym w ogóle jest kosmos (małemu Ryjkowi wyjaśnia to tata, a Wesoły Ryjek próbuje natychmiast przełożyć wiadomości na swój sposób rozumienia, dzięki czemu dzieciom będzie jeszcze łatwiej wciągnąć się w temat). Dalsze rozkładówki to już skrótowe polecenia dla dzieci i możliwość ciekawej zabawy. Najmłodsi będą towarzyszyli bohaterowi w zwiedzaniu kosmosu, bo przecież w wyobraźni można wybrać się wszędzie. Trzeba jednak stworzyć rakietę, narysować siebie, połączyć gwiazdy, wymyślić, jak powinien wyglądać ufoludek, jak dom dla rodziny ufoludków, a jak – kokpit rakiety kosmicznej. Do tego pojawia się wiele kolorowanek i propozycji zabaw. Wesoły Ryjek nie będzie się nudzić – odbiorcy też nie, bo gwarantują to liczne zadania i polecenia. Tak przygotowana książeczka pozwala na rozwijanie fantazji dzieci – kto ma problem z wymyśleniem, jak powinien wyglądać ufoludek, może najpierw przećwiczyć pomysły podczas kolorowania zaproponowanych bohaterów. Ale przecież trzeba też odnieść się do własnej rzeczywistości oraz wykazać się znajomością przygód Wesołego Ryjka: narysować przytulankę Ryjka (czyli żółwia) oraz własną. Nie da się bez nich wyruszyć w kosmos. Wojciech Widłak i Agnieszka Żelewska mogą przyciągnąć dzieci dzięki tematowi – kosmos intryguje, wydaje się niedostępny i dziwny, a do tego pełen niezwykłych stworzeń. Są tu oczywiście i elementy edukacyjne, można między innymi poznać nazwy planet i sprawdzić, w jakiej kolejności od Słońca się znajdują. Wszystko po to, żeby połączyć zabawę z niewielką lekcją dla najmłodszych.
Agnieszka Żelewska w przygodach Wesołego Ryjka zawsze stawia na prostotę i pozorny infantylizm w obrazkach: coś, co cieszyło fanów serii, tutaj jest zaproszeniem do zabawy w kolorowanie. Można będzie zatem poćwiczyć zdolności manualne na nieskomplikowanych formach i przekonać się, jak łatwo (albo jak trudno) ilustruje się książki. Wesoły Ryjek gwarantuje dobrą rozrywkę i tym razem.
niedziela, 21 czerwca 2020
Wojciech Widłak: Wesoły Ryjek i wiosna
Media Rodzina, Poznań 2020.
Zabawy z tatą
Wesoły Ryjek tym razem proponuje swoją obecność na złe humoru, zresztą takie przeznaczenie tomiku „Wesoły Ryjek i wiosna” przybliża też Wojciech Widłak w okładkowej notce. Co ciekawe, kolejny zestaw przygód małego zabawnego prosiaczka jest znacznie bardziej „męski” niż wszystkie dotychczasowe historyjki. Bohater prawie cały czas spędza z tatą – to sprząta z nim garaż i poznaje przeznaczenie różnych narzędzi, to wybiera się na mecz piłki nożnej, to… kupuje kwiaty na przeprosiny dla mamy. Naprawia z tatą bramę, jedzie na targi książki. Mama z opowieści nie znika: bardzo się przydaje, kiedy trzeba poprawić humor pysznym omletem, uratować żółwia zalanego jogurtem albo wyrazić miłość (bo wtedy najlepiej narysować mamę z szerokim i pięknym uśmiechem). Nie ma jednak wątpliwości, że w części „Wesoły Ryjek i wiosna” mama schodzi na drugi plan. Nie jest mniej kochana, ale więcej rzeczy można zdziałać z tatą. U Wesołego Ryjka liczba postaci jest przecież bardzo ograniczona: do mamy, taty, Ryjka, żółwia przytulanki (rzadko istnieją tu jeszcze dziadkowie, przeważnie trafiają tylko do opowieści). W świecie Ryjka wszystko jest proste, znajome, swojskie i bezpieczne – Wesoły Ryjek może się zdziwić, kiedy pierwszy raz jedzie na targi książki – albo na mecz piłki nożnej jak prawdziwy kibic. Czasami bohater tłumaczy sobie po swojemu czynności, które trzeba wykonać – między innymi naprawianie bramy kojarzy z podawaniem lekarstwa choremu, dzięki czemu może wyzwolić efekt komiczny. Krótkie opowiadania cechują się ciepłem i serdecznością, ale też dowcipem. „Wesoły Ryjek i wiosna” to książka, w której dzieje się sporo – ale autor unika typowych wiosennych tematów, stawia raczej na sprawy uniwersalne. Podsuwa maluchom wyjaśnienia mniej lub bardziej skomplikowanych kwestii (osobno zajmuje się komentarzem na temat śrubokrętów i kluczy, a osobno – motywem przeprosin). Porusza zwyczajne życiowe zagadnienia: wyjaśnia, że czasami nie chce się wstawać z łóżka, a jeśli nic się nie udaje – można spróbować wysiać rzeżuchę. Mały prosiaczek sporo się dowiaduje – jego przygody będą pouczające dla odbiorców, a do tego bardzo zabawne. Często Wojciech Widłak wplata w narrację śmieszne komentarze, naiwne i urzekające w swojej prostocie. Śmiech to jeden z ważniejszych elementów w przygodach Ryjka. Wojciech Widłak nie musi nawet silić się na wymyślną fabułę – w pełni wystarczy mu umiejętność komicznego przedstawiania opowieści. Każde wydarzenie znane z codzienności także dzieciom – w odpowiedniej oprawie będzie mogło kusić. Wojciech Widłak jest mistrzem w opowiadaniu o zwyczajności w niezwyczajny sposób. W przypadku Wesołego Ryjka wykorzystuje postać małego prosiaczka do poprawiania nastroju. I to nie tylko u dzieci. Z taką lekturą najmłodsi będą przyjemnie spędzać czas, a to z kolei oznacza, że mogą sięgać po książeczkę dla ćwiczenia czytania. Przygody Ryjka śledzi się z przyjemnością, bez względu na to, czego dotyczą. Nie bez znaczenia pozostaje też strona graficzna. Agnieszka Żelewska idealnie trafiła w klimat opowieści o Wesołym Ryjku. Zaproponowała obrazki, które definiują małego bohatera, a przy tym podsycają humor. Styl dawnych polskich kreskówek, proste kształty i zdecydowane kolory – to wszystko uprzyjemnia czytanie i przywiązuje do bohatera. Agnieszka Żelewska proponuje uśmiechnięte ryjki i żółwia przytulankę w różnych sytuacjach – może się wykazać wyobraźnią i przekonać maluchy do świata bohaterów. „Wesoły Ryjek i wiosna” pod tym względem również nie zawodzi. Autor chce przekazywać dzieciom uniwersalne prawdy o życiu i jednocześnie wciągać w rzeczywistość bohatera. Wesoły Ryjek nie przerazi, nie zna agresji. Można z nim spędzić mnóstwo czasu i ani przez moment się nie nudzić.
Zabawy z tatą
Wesoły Ryjek tym razem proponuje swoją obecność na złe humoru, zresztą takie przeznaczenie tomiku „Wesoły Ryjek i wiosna” przybliża też Wojciech Widłak w okładkowej notce. Co ciekawe, kolejny zestaw przygód małego zabawnego prosiaczka jest znacznie bardziej „męski” niż wszystkie dotychczasowe historyjki. Bohater prawie cały czas spędza z tatą – to sprząta z nim garaż i poznaje przeznaczenie różnych narzędzi, to wybiera się na mecz piłki nożnej, to… kupuje kwiaty na przeprosiny dla mamy. Naprawia z tatą bramę, jedzie na targi książki. Mama z opowieści nie znika: bardzo się przydaje, kiedy trzeba poprawić humor pysznym omletem, uratować żółwia zalanego jogurtem albo wyrazić miłość (bo wtedy najlepiej narysować mamę z szerokim i pięknym uśmiechem). Nie ma jednak wątpliwości, że w części „Wesoły Ryjek i wiosna” mama schodzi na drugi plan. Nie jest mniej kochana, ale więcej rzeczy można zdziałać z tatą. U Wesołego Ryjka liczba postaci jest przecież bardzo ograniczona: do mamy, taty, Ryjka, żółwia przytulanki (rzadko istnieją tu jeszcze dziadkowie, przeważnie trafiają tylko do opowieści). W świecie Ryjka wszystko jest proste, znajome, swojskie i bezpieczne – Wesoły Ryjek może się zdziwić, kiedy pierwszy raz jedzie na targi książki – albo na mecz piłki nożnej jak prawdziwy kibic. Czasami bohater tłumaczy sobie po swojemu czynności, które trzeba wykonać – między innymi naprawianie bramy kojarzy z podawaniem lekarstwa choremu, dzięki czemu może wyzwolić efekt komiczny. Krótkie opowiadania cechują się ciepłem i serdecznością, ale też dowcipem. „Wesoły Ryjek i wiosna” to książka, w której dzieje się sporo – ale autor unika typowych wiosennych tematów, stawia raczej na sprawy uniwersalne. Podsuwa maluchom wyjaśnienia mniej lub bardziej skomplikowanych kwestii (osobno zajmuje się komentarzem na temat śrubokrętów i kluczy, a osobno – motywem przeprosin). Porusza zwyczajne życiowe zagadnienia: wyjaśnia, że czasami nie chce się wstawać z łóżka, a jeśli nic się nie udaje – można spróbować wysiać rzeżuchę. Mały prosiaczek sporo się dowiaduje – jego przygody będą pouczające dla odbiorców, a do tego bardzo zabawne. Często Wojciech Widłak wplata w narrację śmieszne komentarze, naiwne i urzekające w swojej prostocie. Śmiech to jeden z ważniejszych elementów w przygodach Ryjka. Wojciech Widłak nie musi nawet silić się na wymyślną fabułę – w pełni wystarczy mu umiejętność komicznego przedstawiania opowieści. Każde wydarzenie znane z codzienności także dzieciom – w odpowiedniej oprawie będzie mogło kusić. Wojciech Widłak jest mistrzem w opowiadaniu o zwyczajności w niezwyczajny sposób. W przypadku Wesołego Ryjka wykorzystuje postać małego prosiaczka do poprawiania nastroju. I to nie tylko u dzieci. Z taką lekturą najmłodsi będą przyjemnie spędzać czas, a to z kolei oznacza, że mogą sięgać po książeczkę dla ćwiczenia czytania. Przygody Ryjka śledzi się z przyjemnością, bez względu na to, czego dotyczą. Nie bez znaczenia pozostaje też strona graficzna. Agnieszka Żelewska idealnie trafiła w klimat opowieści o Wesołym Ryjku. Zaproponowała obrazki, które definiują małego bohatera, a przy tym podsycają humor. Styl dawnych polskich kreskówek, proste kształty i zdecydowane kolory – to wszystko uprzyjemnia czytanie i przywiązuje do bohatera. Agnieszka Żelewska proponuje uśmiechnięte ryjki i żółwia przytulankę w różnych sytuacjach – może się wykazać wyobraźnią i przekonać maluchy do świata bohaterów. „Wesoły Ryjek i wiosna” pod tym względem również nie zawodzi. Autor chce przekazywać dzieciom uniwersalne prawdy o życiu i jednocześnie wciągać w rzeczywistość bohatera. Wesoły Ryjek nie przerazi, nie zna agresji. Można z nim spędzić mnóstwo czasu i ani przez moment się nie nudzić.
czwartek, 28 maja 2020
Wojciech Widłak: Wesoły Ryjek i jesień
Media Rodzina, Poznań 2018.
Kolory codzienności
Wesoły Ryjek to bohater, który już samym imieniem budzi radość. Pojawienie się tej postaci na rynku wydawniczym było wielkim wstrząsem w literaturze czwartej, wiadomo było, że na jednym zbiorku opowiadań się nie skończy. Wojciech Widłak tworzy kolejne tomiki rozbawiające najmłodszych. Za każdym razem bohater miło się wita i przedstawia – na koniec mówi, czego akurat się nauczył – ze zwykłych codziennych wydarzeń. Jesień dla Wesołego Ryjka to czas oglądania kolorowych liści, wychodzenia na spacer w pelerynie przeciwdeszczowej (żółwiowi przytulance wystarczy wtedy foliowy worek, który jest i peleryną, i kaloszami jednocześnie). Jesień to też znakomita pora na pieczenie szarlotki, na którą Wesoły Ryjek nie może się doczekać. Da się też wyjść na grzyby do lasu. Ale Wojciech Widłak nie poprzestaje na komentarzach dotyczących pory roku. Wesoły Ryjek przekonuje się, dlaczego nie trzeba bać się ciemności – ale też jak trudno posprzątać, kiedy konsekwentnie i przez dłuższy czas nie odkładało się niczego na miejsce.
Wojciech Widłak pisze opowiadania bardzo wesołe, rozbawi nie tylko małych odbiorców, ale też ich rodziców, którzy będą czytać pociechom. Krótkie historyjki urzekają naiwnym postrzeganiem zwyczajności. Mały bohater zawsze ze zdziwieniem właściwym kilkulatkom obserwuje otoczenie i na swój sposób je komentuje. Widłak może dzięki temu operować ironią i budować wielopłaszczyznowe humorystyczne obrazki. Krzepiące i czasem pouczające, a zawsze rozrywkowe. W przygodach Wesołego Ryjka kryje się dużo prawdy – a przecież prosiaczek jest postacią bajkową i funkcjonuje nie jako reprezentant odbiorców, a jako bohater z krainy wyobraźni. Wojciech Widłak nie tworzy Ryjkowi towarzyszy zabaw: żółw przytulanka jest zwyczajną maskotką, rówieśników w otoczeniu Ryjek nie ma. Pozostają tylko członkowie rodziny – przeważnie mama i tata. o oni objaśniają Ryjkowi świat i cierpliwie przedstawiają atrakcje wokół. To oni także odpowiadają na niezliczone pytania, bo Ryjek stale wymyśla sobie tematy, które warto zgłębić. Ale Wojciech Widłak nie wchodzi w edukowanie małych czytelników, przynajmniej nie w zakresie, który pojawia się w licznych modnych dzisiaj publikacjach. Jeśli Wesoły Ryjek czegoś się dowiaduje – to absolutnych podstaw, które niekoniecznie mają znaczenie dla czytelników doceniających humor tych opowiadań. Wojciech Widłak stawia na kreację bohatera a nie na przygodowość. Skupia się na tym, co Ryjek – i jego odbiorcy – może przeżyć w najbliższym otoczeniu. Rozrywka w czystej postaci – oto, czego można się spodziewać po kolejnym tomiku przygód Wesołego Ryjka. Co ważne, Wojciech Widłak trzyma się cały czas wyjściowych założeń cyklu, a mimo to udaje mu się uniknąć rutyny i wrażenia braku kreatywności. Co więcej – autor sam świetnie się czuje w domu u Wesołego Ryjka – a to automatycznie będzie się przekładało na zabawę czytelników.
Nie do pominięcia są oczywiście w przygodach Wesołego Ryjka rysunki. Agnieszka Żelewska współtworzy sukces tej serii. W jej ujęciu prosiaczek ma zabawną minę, jest prosty do narysowania, zwykle zadowolony. W „jesiennej” części przygód Ryjka musi być bardzo kolorowo. Żelewska proponuje i pełnostronicowe scenki z codzienności bohatera, i drobne obrazki ubarwiające opowieści. Ważne jest również to, że ilustracje znakomicie współgrają z tekstem, pasują do niego w humorze, wyobraźni oraz stylu. W ten sposób „Wesoły Ryjek i jesień” zapisuje się na stałe w pamięci czytelników.
Kolory codzienności
Wesoły Ryjek to bohater, który już samym imieniem budzi radość. Pojawienie się tej postaci na rynku wydawniczym było wielkim wstrząsem w literaturze czwartej, wiadomo było, że na jednym zbiorku opowiadań się nie skończy. Wojciech Widłak tworzy kolejne tomiki rozbawiające najmłodszych. Za każdym razem bohater miło się wita i przedstawia – na koniec mówi, czego akurat się nauczył – ze zwykłych codziennych wydarzeń. Jesień dla Wesołego Ryjka to czas oglądania kolorowych liści, wychodzenia na spacer w pelerynie przeciwdeszczowej (żółwiowi przytulance wystarczy wtedy foliowy worek, który jest i peleryną, i kaloszami jednocześnie). Jesień to też znakomita pora na pieczenie szarlotki, na którą Wesoły Ryjek nie może się doczekać. Da się też wyjść na grzyby do lasu. Ale Wojciech Widłak nie poprzestaje na komentarzach dotyczących pory roku. Wesoły Ryjek przekonuje się, dlaczego nie trzeba bać się ciemności – ale też jak trudno posprzątać, kiedy konsekwentnie i przez dłuższy czas nie odkładało się niczego na miejsce.
Wojciech Widłak pisze opowiadania bardzo wesołe, rozbawi nie tylko małych odbiorców, ale też ich rodziców, którzy będą czytać pociechom. Krótkie historyjki urzekają naiwnym postrzeganiem zwyczajności. Mały bohater zawsze ze zdziwieniem właściwym kilkulatkom obserwuje otoczenie i na swój sposób je komentuje. Widłak może dzięki temu operować ironią i budować wielopłaszczyznowe humorystyczne obrazki. Krzepiące i czasem pouczające, a zawsze rozrywkowe. W przygodach Wesołego Ryjka kryje się dużo prawdy – a przecież prosiaczek jest postacią bajkową i funkcjonuje nie jako reprezentant odbiorców, a jako bohater z krainy wyobraźni. Wojciech Widłak nie tworzy Ryjkowi towarzyszy zabaw: żółw przytulanka jest zwyczajną maskotką, rówieśników w otoczeniu Ryjek nie ma. Pozostają tylko członkowie rodziny – przeważnie mama i tata. o oni objaśniają Ryjkowi świat i cierpliwie przedstawiają atrakcje wokół. To oni także odpowiadają na niezliczone pytania, bo Ryjek stale wymyśla sobie tematy, które warto zgłębić. Ale Wojciech Widłak nie wchodzi w edukowanie małych czytelników, przynajmniej nie w zakresie, który pojawia się w licznych modnych dzisiaj publikacjach. Jeśli Wesoły Ryjek czegoś się dowiaduje – to absolutnych podstaw, które niekoniecznie mają znaczenie dla czytelników doceniających humor tych opowiadań. Wojciech Widłak stawia na kreację bohatera a nie na przygodowość. Skupia się na tym, co Ryjek – i jego odbiorcy – może przeżyć w najbliższym otoczeniu. Rozrywka w czystej postaci – oto, czego można się spodziewać po kolejnym tomiku przygód Wesołego Ryjka. Co ważne, Wojciech Widłak trzyma się cały czas wyjściowych założeń cyklu, a mimo to udaje mu się uniknąć rutyny i wrażenia braku kreatywności. Co więcej – autor sam świetnie się czuje w domu u Wesołego Ryjka – a to automatycznie będzie się przekładało na zabawę czytelników.
Nie do pominięcia są oczywiście w przygodach Wesołego Ryjka rysunki. Agnieszka Żelewska współtworzy sukces tej serii. W jej ujęciu prosiaczek ma zabawną minę, jest prosty do narysowania, zwykle zadowolony. W „jesiennej” części przygód Ryjka musi być bardzo kolorowo. Żelewska proponuje i pełnostronicowe scenki z codzienności bohatera, i drobne obrazki ubarwiające opowieści. Ważne jest również to, że ilustracje znakomicie współgrają z tekstem, pasują do niego w humorze, wyobraźni oraz stylu. W ten sposób „Wesoły Ryjek i jesień” zapisuje się na stałe w pamięci czytelników.
sobota, 23 marca 2019
Wojciech Widłak: Orły nad Londynem. Z historii Dywizjonu 303
Egmont, Warszawa 2019.
Z nieba
Pilot Jurek lata na Huraganku i walczy z armią Hitlera. Wojciech Widłak dostał zadanie zaprezentowania czytelnikom z drugiego poziomu serii Czytam sobie Dywizjonu 303 – i zdecydował się na czystą akcję, bez encyklopedycznych danych. Jurek nie ma czasu na prowadzenie opisowej narracji, skoro uczestniczy w burzliwych wydarzeniach. Tłumaczy, gdzie się znajduje i jaki jest kontekst historyczny – ale w „Orłach nad Londynem” przede wszystkim odwołuje się do zabaw małych chłopców – w bajki ze strzelankami i gry zręcznościowe wpisuje przeżycia bohatera w konfrontacji z Niemcami. Co pewien czas rozlega się alarm i wtedy pilot Jurek wsiada do samolotu i rusza z odsieczą kolegom. Opowiada o widoku z kabiny, o tym, jak w polu widzenia pojawia się samolot nieprzyjaciela. Rejestruje emocje, a i własne spostrzeżenia, pozwala sobie wyobrazić, jak to jest, kiedy zestrzeli się wrogą maszynę i obserwuje katapultującego się pilota (bo śmierć nie należy do eksponowanych wątków). Zestrzelenie maszyny ma konsekwencje w oznaczaniu samolotu – ale nie zawsze działa się przecież w takich akcjach indywidualnie. Pilot Jurek przekonuje się również, jak to jest prowadzić samolotową bitwę wspólnie z kolegami z dywizjonu. Dowiaduje się czegoś o zaufaniu i wdzięczności – czy o wzajemnej pomocy. Czasami może ocalić przyjaciela, a czasami ktoś jemu pomoże wyjść cało z tarapatów. Wspólne działanie to gwarancja sukcesu – albo przynajmniej namiastka bezpieczeństwa.
Nie będzie zatem Wojciech Widłak opierać się na encyklopedycznych danych dotyczących Dywizjonu 303, za to umożliwi maluchom – zwłaszcza chłopcom – wczucie się w sytuację pilota wojennego. Trafi z rodzajem narracji w upodobania kilkulatków – unika tego, co nudne i odrzucające dzieci od czytania, zachęci do sprawdzenia codzienności w boju. Wybór Widłaka oznacza, że zainteresowani tematami batalistycznymi nie zauważą nawet ćwiczenia czytania. Autor przekonuje do tej opowieści, akcentuje prawdziwość postaw, nie musi wyjaśniać odbiorcom wprost, o co chodziło walczącym, ani – czym był Dywizjon 303. Jego opowieść zapadnie w pamięć. Podsuwa bowiem Widłak narrację, która wpasuje się w konwencję i wyobrażenia kilkulatków na temat powietrznych bitew. Sprawdzają się tu krótkie frazy, wybrzmiewają one naturalnie i w żadnym miejscu opowiastki nie widać szwów. A przecież Widłak – jak wszyscy autorzy cyklu – przestrzegać musi dość rygorystycznych zasad dotyczących obecności konkretnych głosek czy liczby wyrazów. Nie popełnia dyskwalifikujących tomik błędów (ale dziwi obecność angielskiej nazwy – jakoś udało się ją przemycić). „Orły nad Londynem” to historia bardzo dynamiczna i pełna sensacyjnych doznań zrozumiałych dla dzieci. Widłak pamięta o swoich odbiorcach, wie, jak zachęcić ich do czytania. Przy okazji realizuje przesłania edukacyjne, budzi zainteresowanie historią. Dzieci, które uczą się czytać, zetkną się tutaj z przekonującą opowieścią – to bez znaczenia, że z czasów i doświadczeń im nieznanych, Wojciech Widłak sprawdza się znakomicie.
Podobnie silne wrażenie jak tekst robią tu ilustracje Tomka Kozłowskiego – zwłaszcza groźne kształty samolotów wroga widziane przez pilota Jurka. Nie są to rysunki naiwne i optymistyczne, ale właśnie dzięki temu przykują spojrzenia dzieci.
Z nieba
Pilot Jurek lata na Huraganku i walczy z armią Hitlera. Wojciech Widłak dostał zadanie zaprezentowania czytelnikom z drugiego poziomu serii Czytam sobie Dywizjonu 303 – i zdecydował się na czystą akcję, bez encyklopedycznych danych. Jurek nie ma czasu na prowadzenie opisowej narracji, skoro uczestniczy w burzliwych wydarzeniach. Tłumaczy, gdzie się znajduje i jaki jest kontekst historyczny – ale w „Orłach nad Londynem” przede wszystkim odwołuje się do zabaw małych chłopców – w bajki ze strzelankami i gry zręcznościowe wpisuje przeżycia bohatera w konfrontacji z Niemcami. Co pewien czas rozlega się alarm i wtedy pilot Jurek wsiada do samolotu i rusza z odsieczą kolegom. Opowiada o widoku z kabiny, o tym, jak w polu widzenia pojawia się samolot nieprzyjaciela. Rejestruje emocje, a i własne spostrzeżenia, pozwala sobie wyobrazić, jak to jest, kiedy zestrzeli się wrogą maszynę i obserwuje katapultującego się pilota (bo śmierć nie należy do eksponowanych wątków). Zestrzelenie maszyny ma konsekwencje w oznaczaniu samolotu – ale nie zawsze działa się przecież w takich akcjach indywidualnie. Pilot Jurek przekonuje się również, jak to jest prowadzić samolotową bitwę wspólnie z kolegami z dywizjonu. Dowiaduje się czegoś o zaufaniu i wdzięczności – czy o wzajemnej pomocy. Czasami może ocalić przyjaciela, a czasami ktoś jemu pomoże wyjść cało z tarapatów. Wspólne działanie to gwarancja sukcesu – albo przynajmniej namiastka bezpieczeństwa.
Nie będzie zatem Wojciech Widłak opierać się na encyklopedycznych danych dotyczących Dywizjonu 303, za to umożliwi maluchom – zwłaszcza chłopcom – wczucie się w sytuację pilota wojennego. Trafi z rodzajem narracji w upodobania kilkulatków – unika tego, co nudne i odrzucające dzieci od czytania, zachęci do sprawdzenia codzienności w boju. Wybór Widłaka oznacza, że zainteresowani tematami batalistycznymi nie zauważą nawet ćwiczenia czytania. Autor przekonuje do tej opowieści, akcentuje prawdziwość postaw, nie musi wyjaśniać odbiorcom wprost, o co chodziło walczącym, ani – czym był Dywizjon 303. Jego opowieść zapadnie w pamięć. Podsuwa bowiem Widłak narrację, która wpasuje się w konwencję i wyobrażenia kilkulatków na temat powietrznych bitew. Sprawdzają się tu krótkie frazy, wybrzmiewają one naturalnie i w żadnym miejscu opowiastki nie widać szwów. A przecież Widłak – jak wszyscy autorzy cyklu – przestrzegać musi dość rygorystycznych zasad dotyczących obecności konkretnych głosek czy liczby wyrazów. Nie popełnia dyskwalifikujących tomik błędów (ale dziwi obecność angielskiej nazwy – jakoś udało się ją przemycić). „Orły nad Londynem” to historia bardzo dynamiczna i pełna sensacyjnych doznań zrozumiałych dla dzieci. Widłak pamięta o swoich odbiorcach, wie, jak zachęcić ich do czytania. Przy okazji realizuje przesłania edukacyjne, budzi zainteresowanie historią. Dzieci, które uczą się czytać, zetkną się tutaj z przekonującą opowieścią – to bez znaczenia, że z czasów i doświadczeń im nieznanych, Wojciech Widłak sprawdza się znakomicie.
Podobnie silne wrażenie jak tekst robią tu ilustracje Tomka Kozłowskiego – zwłaszcza groźne kształty samolotów wroga widziane przez pilota Jurka. Nie są to rysunki naiwne i optymistyczne, ale właśnie dzięki temu przykują spojrzenia dzieci.
niedziela, 22 kwietnia 2018
Wojciech Widłak: Komendant wolnej Polski. O Józefie Piłsudskim
Egmont, Warszawa 2018.
Lekcja patriotyzmu
Wojciech Widłak, autor, który najlepiej sprawdza się w humorystycznych i absurdalnych historyjkach, dostał zadanie stworzenia narracji o... Józefie Piłsudskim. To okazja do lekcji historii i patriotyzmu - ale też do poruszenia tematu znacznie wykraczającego poza rozmiary tomiku na drugim poziomie serii Czytam sobie. Odpowiedzialność za wybór zagadnienia zrzuca, całkiem rozsądnie, na bajkowych dziecięcych bohaterów. To kilkulatki, które idą na spacer ze stryjem Ksawerym, zadają pytania o znaczenie biało-czerwonych flag wywieszanych w oknach 11 listopada. Żeby poradzić sobie z wytłumaczeniem, stryj Ksawery prowadzi dzieci pod pomnik Józefa Piłsudskiego, co w sposób naturalny wywołuje kolejny zestaw pytań. W takich okolicznościach nie ma właściwie wyjścia, należy przyjrzeć się historii kraju i w miarę szczegółowo opowiedzieć o państwowym święcie.
W objaśnieniach pomaga niespodziewana podróż w czasie. Wojciech Widłak jako uznany autor tomików dla maluchów zdaje sobie sprawę, że konstrukcja pytanie - odpowiedź nie wystarczy do wzbudzenia zainteresowania odbiorców. Jednocześnie unaocznienie wydarzeń lepiej zapadnie w pamięć czytelnikom. Przeniesienie w czasie i przestrzeni do XIX wieku na Litwę pozwala zaprezentować dom małego Józefa. Tu mama uczy swoje potomstwo patriotyzmu, a sam bohater poznaje, co to bieda. Bywa, że skrótowość opisu stanie się poważnym utrudnieniem dla dzieci (bo co to znaczy, że Piłsudski był konspiratorem? Trudne i nieużywane w zwykłych rozmowach pojęcie nie zyskuje bezpośredniego omówienia, a maluchom jeszcze nie uda się wywnioskować tego z kontekstu). Widłak umiejętnie operuje scenami, które można przedstawiać dzieciom (motyw zamachu na cara przenika się z krótką dyskusją na temat terroryzmu). Akcja szybko nabiera tempa, a autor podkreśla jej emocje wykrzyknieniami. Losy Józefa Piłsudskiego przeplatają się z zadaniami dla Polski. Autor nie próbuje rozwijać teoretycznie motywu patriotyzmu, skupia się na czynach i pomysłach bohatera, szuka analogii między prawdą i fikcją, żeby maluchom łatwiej było pojąć przeszłość. Odbiorcy mają wręcz zacząć kibicować Piłsudskiemu, autor odnotowuje więc ważne osiągnięcia i marzenia czy plany. Gdy wraca do teraźniejszości, może nawet zinterpretować minę pomnikowej postaci.
Historia Józefa Piłsudskiego musi zostać przycięta do wymogów poziomu serii - maksymalnie 900 wyrazów w tekście, tylko podstawowe głoski. Widłak z tym akurat wyzwaniem radzi sobie o niebo lepiej niż choćby Zbigniew Dmitroca: nie ma tu nieużywanych synonimów niepasujących do stylu i przy lekturze wręcz zapomina się o tym odgórnym ograniczeniu, a to duży sukces. Trochę ułatwia sobie zadanie autor przez zapisy liczbowe - ale przynajmniej wierzy w swoich czytelników. Wbrew początkowym scenom tomik "Komendant wolnej Polski" to publikacja, która może odbiorców zainteresować - i ze względu na nawiązanie do historii (dzieje Polski połączone z biografią Piłsudskiego) i - na objaśnianie teraźniejszości (sens świętowania), ale też z uwagi na realizację.
Obok tekstu Wojciecha Widłaka dzieci otrzymują tu szereg ilustracji Joanny Rusinek. To ważny element tomiku, który przecież - na tym poziomie serii - jest picture bookiem. Rusinek ładnie operuje różnymi stylistykami - potrafi podkreślić przeniesienie bohaterów w daleką przeszłość, bawić się też komiksowością i realizmem: postacie bywają zabawne i miewają zniekształcone proporcje - ale często budzą sympatię i uśmiech. To trochę oswajanie trudnych tematów, a trochę przyciąganie najmłodszych do lektury. Joanna Rusinek zdaje sobie sprawę z tego, że należy zaintrygować maluchy, trochę nawet odwrócić ich uwagę od trudów czytania. W tej książce pojawiają się motywy patriotyczne (także na naklejkach będących dodatkiem do opowieści). Wojciech Widłak przypomina o wartościach tradycyjnych.
Lekcja patriotyzmu
Wojciech Widłak, autor, który najlepiej sprawdza się w humorystycznych i absurdalnych historyjkach, dostał zadanie stworzenia narracji o... Józefie Piłsudskim. To okazja do lekcji historii i patriotyzmu - ale też do poruszenia tematu znacznie wykraczającego poza rozmiary tomiku na drugim poziomie serii Czytam sobie. Odpowiedzialność za wybór zagadnienia zrzuca, całkiem rozsądnie, na bajkowych dziecięcych bohaterów. To kilkulatki, które idą na spacer ze stryjem Ksawerym, zadają pytania o znaczenie biało-czerwonych flag wywieszanych w oknach 11 listopada. Żeby poradzić sobie z wytłumaczeniem, stryj Ksawery prowadzi dzieci pod pomnik Józefa Piłsudskiego, co w sposób naturalny wywołuje kolejny zestaw pytań. W takich okolicznościach nie ma właściwie wyjścia, należy przyjrzeć się historii kraju i w miarę szczegółowo opowiedzieć o państwowym święcie.
W objaśnieniach pomaga niespodziewana podróż w czasie. Wojciech Widłak jako uznany autor tomików dla maluchów zdaje sobie sprawę, że konstrukcja pytanie - odpowiedź nie wystarczy do wzbudzenia zainteresowania odbiorców. Jednocześnie unaocznienie wydarzeń lepiej zapadnie w pamięć czytelnikom. Przeniesienie w czasie i przestrzeni do XIX wieku na Litwę pozwala zaprezentować dom małego Józefa. Tu mama uczy swoje potomstwo patriotyzmu, a sam bohater poznaje, co to bieda. Bywa, że skrótowość opisu stanie się poważnym utrudnieniem dla dzieci (bo co to znaczy, że Piłsudski był konspiratorem? Trudne i nieużywane w zwykłych rozmowach pojęcie nie zyskuje bezpośredniego omówienia, a maluchom jeszcze nie uda się wywnioskować tego z kontekstu). Widłak umiejętnie operuje scenami, które można przedstawiać dzieciom (motyw zamachu na cara przenika się z krótką dyskusją na temat terroryzmu). Akcja szybko nabiera tempa, a autor podkreśla jej emocje wykrzyknieniami. Losy Józefa Piłsudskiego przeplatają się z zadaniami dla Polski. Autor nie próbuje rozwijać teoretycznie motywu patriotyzmu, skupia się na czynach i pomysłach bohatera, szuka analogii między prawdą i fikcją, żeby maluchom łatwiej było pojąć przeszłość. Odbiorcy mają wręcz zacząć kibicować Piłsudskiemu, autor odnotowuje więc ważne osiągnięcia i marzenia czy plany. Gdy wraca do teraźniejszości, może nawet zinterpretować minę pomnikowej postaci.
Historia Józefa Piłsudskiego musi zostać przycięta do wymogów poziomu serii - maksymalnie 900 wyrazów w tekście, tylko podstawowe głoski. Widłak z tym akurat wyzwaniem radzi sobie o niebo lepiej niż choćby Zbigniew Dmitroca: nie ma tu nieużywanych synonimów niepasujących do stylu i przy lekturze wręcz zapomina się o tym odgórnym ograniczeniu, a to duży sukces. Trochę ułatwia sobie zadanie autor przez zapisy liczbowe - ale przynajmniej wierzy w swoich czytelników. Wbrew początkowym scenom tomik "Komendant wolnej Polski" to publikacja, która może odbiorców zainteresować - i ze względu na nawiązanie do historii (dzieje Polski połączone z biografią Piłsudskiego) i - na objaśnianie teraźniejszości (sens świętowania), ale też z uwagi na realizację.
Obok tekstu Wojciecha Widłaka dzieci otrzymują tu szereg ilustracji Joanny Rusinek. To ważny element tomiku, który przecież - na tym poziomie serii - jest picture bookiem. Rusinek ładnie operuje różnymi stylistykami - potrafi podkreślić przeniesienie bohaterów w daleką przeszłość, bawić się też komiksowością i realizmem: postacie bywają zabawne i miewają zniekształcone proporcje - ale często budzą sympatię i uśmiech. To trochę oswajanie trudnych tematów, a trochę przyciąganie najmłodszych do lektury. Joanna Rusinek zdaje sobie sprawę z tego, że należy zaintrygować maluchy, trochę nawet odwrócić ich uwagę od trudów czytania. W tej książce pojawiają się motywy patriotyczne (także na naklejkach będących dodatkiem do opowieści). Wojciech Widłak przypomina o wartościach tradycyjnych.
poniedziałek, 25 grudnia 2017
Wojciech Widłak: Król Gromoryk i niesforne jajko na miękko
Egmont, Warszawa 2017.
Przypadki w kuchni
Król Gromoryk razem z kotem Gadułą przeżywa zupełnie zwyczajne przygody, takie, które mogłyby stać się udziałem każdego, nawet dziecka. To postać bardzo sympatyczna, a do tego nasycona ogromną dawką komizmu. Królowa Dobrochna funkcjonuje tu jednocześnie jak dobra żona i wspaniała matka: jako jedyna nie popełnia naiwnych błędów i wydaje się dorosła. Ale tym razem Dobrochny w opowieści być nie może, zepsułaby cały dowcip.
Już w tytule Wojciech Widłak sugeruje, że będzie zabawnie – zresztą kto zna twórczość tego autora, ten nie zdziwi się wybieraną najczęściej przez niego poetyką. Niesforne jajko na miękko to wkroczenie w świat kreskówkowej wyobraźni, zapowiedź udziwnień i lekko zwariowanej fabuły. Król Gromoryk, nie od tego tomiku znany łasuch, ma ochotę na jajko na miękko. I zupełnie nie jak monarcha, postanawia je sobie sam przyrządzić. Może z niewielką pomocą zawsze przechwalającego się kota Gaduły. Dorośli na pewno domyślą się, co oznacza wizyta króla (który ma odruchy i mentalność kilkulatka) w kuchni, dla najmłodszych lektura będzie niespodzianką. Król nie potrafi wyjąć jajek z lodówki (bo przechowywane są za wysoko), wpada też na genialny w jego mniemaniu pomysł, że aby szybciej przystąpić do gotowania, warto jajka po prostu zrzucić z drzwiczek lodówki na podłogę. Pułapkom nie ma końca, Wojciech Widłak stara się temat wyczerpać, a że tomik objętościowo jest niewielki – wydaje się, że składa się wyłącznie z kulinarnych fajerwerków: po tej lekturze już każdy będzie dokładnie wiedział nie tylko, jak obchodzić się z jajkami, ale też jak ugotować je na miękko. Dzieci czeka sporo śmiechu.
Edukacyjne przygody króla w królewskiej spiżarni to jedna warstwa książeczki. Na niej maluchy będą ćwiczyć czytanie. Pod tym względem ważne jest dbanie o dowcip: śmieszna historyjka łatwiej zaangażuje kilkulatki, pozwoli im bez znudzenia śledzić wybryki króla (oraz jajka). Tekstu nie ma zbyt dużo, w końcu narracja to jedna trzecia tomiku – a dzieci mogą mieć satysfakcję, że udało im się samodzielnie przeczytać wszystko. Drugą część publikacji (a w układzie graficznym – dolną część każdej rozkładówki) zapewniają zabawy matematyczne powiązane trochę z tematem bajki, a trochę z samymi bohaterami. Zadania przygotowane przez Annę Boboryk nie przypominają tych z lekcji matematyki, to raczej rodzaj rozrywki, gier logicznych, które pozwalają na dokonywanie ciekawych odkryć. Trzeba tu porównywać wielkości, oceniać różnice lub podobieństwa, łączyć w pary. Dzieci dowiedzą się, jak zmierzyć długość, kiedy nie da się użyć linijki. Czasami coś dorysują, czasami – uzupełnią naklejkami, stworzą powtarzalny wzór lub zauważą „rytm”. Będzie tu sporo wyzwań, zwłaszcza że pojawią się na przykład labirynty czy liczenie, ale znów – w atmosferze zabawy. Tomik ilustruje Ewa Poklewska-Koziełło, która bardzo dobrze wyczuwa komizm i potrafi go uwypuklić w humorystycznych obrazkach. Jej ilustracje są bajkowe, ale nie mają w sobie przesłodzenia, naiwność służy w nich satyrze – co sprawi, że z przyjemnością przeglądać książkę z dziećmi mogą i rodzice.
Król Gromoryk to postać, która pozwala dzieciom ćwiczyć czytanie i liczenie. Seria malutkich tomików została bardzo dobrze pomyślana, tworzona przez najlepszych – w związku z tym można mieć pewność, że przyda się maluchom. Powinna trafić do każdego dziecka, żeby jeszcze przed pójściem do szkoły zrozumiało, że nauka może wiązać się z zabawą – tomik pomoże też w zabijaniu nudy. Króla Gromoryka po prostu trzeba polubić, to bohater skrojony na miarę dziecięcych potrzeb.
Przypadki w kuchni
Król Gromoryk razem z kotem Gadułą przeżywa zupełnie zwyczajne przygody, takie, które mogłyby stać się udziałem każdego, nawet dziecka. To postać bardzo sympatyczna, a do tego nasycona ogromną dawką komizmu. Królowa Dobrochna funkcjonuje tu jednocześnie jak dobra żona i wspaniała matka: jako jedyna nie popełnia naiwnych błędów i wydaje się dorosła. Ale tym razem Dobrochny w opowieści być nie może, zepsułaby cały dowcip.
Już w tytule Wojciech Widłak sugeruje, że będzie zabawnie – zresztą kto zna twórczość tego autora, ten nie zdziwi się wybieraną najczęściej przez niego poetyką. Niesforne jajko na miękko to wkroczenie w świat kreskówkowej wyobraźni, zapowiedź udziwnień i lekko zwariowanej fabuły. Król Gromoryk, nie od tego tomiku znany łasuch, ma ochotę na jajko na miękko. I zupełnie nie jak monarcha, postanawia je sobie sam przyrządzić. Może z niewielką pomocą zawsze przechwalającego się kota Gaduły. Dorośli na pewno domyślą się, co oznacza wizyta króla (który ma odruchy i mentalność kilkulatka) w kuchni, dla najmłodszych lektura będzie niespodzianką. Król nie potrafi wyjąć jajek z lodówki (bo przechowywane są za wysoko), wpada też na genialny w jego mniemaniu pomysł, że aby szybciej przystąpić do gotowania, warto jajka po prostu zrzucić z drzwiczek lodówki na podłogę. Pułapkom nie ma końca, Wojciech Widłak stara się temat wyczerpać, a że tomik objętościowo jest niewielki – wydaje się, że składa się wyłącznie z kulinarnych fajerwerków: po tej lekturze już każdy będzie dokładnie wiedział nie tylko, jak obchodzić się z jajkami, ale też jak ugotować je na miękko. Dzieci czeka sporo śmiechu.
Edukacyjne przygody króla w królewskiej spiżarni to jedna warstwa książeczki. Na niej maluchy będą ćwiczyć czytanie. Pod tym względem ważne jest dbanie o dowcip: śmieszna historyjka łatwiej zaangażuje kilkulatki, pozwoli im bez znudzenia śledzić wybryki króla (oraz jajka). Tekstu nie ma zbyt dużo, w końcu narracja to jedna trzecia tomiku – a dzieci mogą mieć satysfakcję, że udało im się samodzielnie przeczytać wszystko. Drugą część publikacji (a w układzie graficznym – dolną część każdej rozkładówki) zapewniają zabawy matematyczne powiązane trochę z tematem bajki, a trochę z samymi bohaterami. Zadania przygotowane przez Annę Boboryk nie przypominają tych z lekcji matematyki, to raczej rodzaj rozrywki, gier logicznych, które pozwalają na dokonywanie ciekawych odkryć. Trzeba tu porównywać wielkości, oceniać różnice lub podobieństwa, łączyć w pary. Dzieci dowiedzą się, jak zmierzyć długość, kiedy nie da się użyć linijki. Czasami coś dorysują, czasami – uzupełnią naklejkami, stworzą powtarzalny wzór lub zauważą „rytm”. Będzie tu sporo wyzwań, zwłaszcza że pojawią się na przykład labirynty czy liczenie, ale znów – w atmosferze zabawy. Tomik ilustruje Ewa Poklewska-Koziełło, która bardzo dobrze wyczuwa komizm i potrafi go uwypuklić w humorystycznych obrazkach. Jej ilustracje są bajkowe, ale nie mają w sobie przesłodzenia, naiwność służy w nich satyrze – co sprawi, że z przyjemnością przeglądać książkę z dziećmi mogą i rodzice.
Król Gromoryk to postać, która pozwala dzieciom ćwiczyć czytanie i liczenie. Seria malutkich tomików została bardzo dobrze pomyślana, tworzona przez najlepszych – w związku z tym można mieć pewność, że przyda się maluchom. Powinna trafić do każdego dziecka, żeby jeszcze przed pójściem do szkoły zrozumiało, że nauka może wiązać się z zabawą – tomik pomoże też w zabijaniu nudy. Króla Gromoryka po prostu trzeba polubić, to bohater skrojony na miarę dziecięcych potrzeb.
niedziela, 16 lipca 2017
Wojciech Widłak: Król Gromoryk i niewidzialna kukułka
Egmont, Warszawa 2017.
Pościg
Król Gromoryk i kot Gaduła – ku uciesze królowej – biegają po pałacowym ogrodzie. Wprawdzie lekarz zalecił bohaterowi trochę ruchu, ale nie przypuszczał chyba, że jego porada zostanie tak zrealizowana. Król jednak nie zastanawia się nad wytycznymi nadwornego medyka. Biega za kotem. A później biega już z kotem, próbując znaleźć drogę powrotną do zamku. Przyda się tu rozróżnianie stron, chociaż co jest z prawej, a co z lewej to kwestia bardzo problematyczna. Przecież wystarczy się odwrócić, żeby sytuacja się natychmiast zmieniła. A jeszcze kiedy naprzeciwko stoi ktoś, kto kierunki – całkiem słusznie – postrzega z własnej perspektywy – bardzo trudno się dogadać. Tomik „Król Gromoryk i niewidzialna kukułka” to bajka przygotowana tak, by wywoływać śmiech dzieci. Wszystko ma tu działać rozrywkowo – i wypadki króla (korona nabija mu guza), i pościgi – niemal slapstickowe – i kłótnie z kotem. Gdyby król Gromoryk martwił się o swój autorytet, miałby nie lada problem. Ale ten bohater wie, że nikt nie śmieje się z jego nieporadności, raczej już z samych przygód. Przygód, które fabularnie nie należą do zbyt rozwiniętych. Wojciech Widłak wymyśla proste opowiadanie pozbawione odgałęzień czy choćby szeregu wyrazistych wydarzeń, tu w ogóle rozwija jedną czynność. Ma nadrzędny cel: udowodnienie dzieciom, że warto nauczyć się nazywać kierunki. Korzyść dodatkowa to rozbawienie kilkulatków – wszechobecny w niewielkiej książeczce komizm ułatwi przyswajanie treści. Przygoda króla Gromoryka nie jest może wyszukana, ale też wystarczająco dobrze podkreśla cel tomiku.
Jak zawsze w serii Czytam główkuję część stron zajmują zadania (tu przygotowane przez Marię Środoń) powiązane z lekturą. Ponieważ tomik „Król Gromoryk i niewidzialna kukułka” mocno akcentuje temat kierunków, zabawy w większości podporządkowane są właśnie rozpoznawaniu stron. Trzeba więc ciągle pokazywać, która ręka króla i królowej narysowanych przodem lub tyłem jest prawa – a która lewa, przyklejać odpowiednich bohaterów z prawej lub lewej strony obrazka, szukać prawych i lewych butów… sporo tu zadań podchwytliwych (przy określaniu stron trzeba wziąć pod uwagę pozycję bohatera), ale po takim treningu dzieciom bez wątpienia będzie łatwiej zapamiętać. Inny rodzaj zadań w tym tomiku polega na określaniu wielkości i uszeregowaniu przedmiotów od największego do najmniejszego lub wskazywaniu trawek i listków tej samej długości (tu maluchy mogą nauczyć się używać nitki do porównywania). Są łamigłówki wkraczające w normalne życie kilkulatka – na przykład opisanie przez kierunki prawo-lewo drogi do przedszkola. Za część zadań maluchy zostaną nawet nagrodzone medalami do przyklejenia w odpowiednich miejscach książeczki, na wszystkich czeka też ukryty w skrzydełku okładki dyplom. Do gier należy wliczyć i całostronicowe labirynty.
Naklejki do zabawy to oczywisty plus w serii, ale warto też podkreślić rolę satyrycznych ilustracji Ewy Poklewskiej-Koziełło w przedstawieniu rzeczywistości króla Gromoryka. Jest tu bardzo kolorowo, a sami bohaterowie prezentują zwykle śmieszne miny. Autorka grafik często dorysowuje w tle mnóstwo dalszoplanowych stworzeń, których w narracji nie ma – ale które bardzo pasują do opowieści (i uzasadniają dokładne oglądanie kolejnych stron). Na serii o królu Gromoryku najmłodsi mogą ćwiczyć czytanie i logiczne myślenie, otrzymają też potężną dawkę rozrywki w dobrym gatunku – są to tomiki dobrze przygotowane do różnych celów, nie tylko edukacyjnych.
Pościg
Król Gromoryk i kot Gaduła – ku uciesze królowej – biegają po pałacowym ogrodzie. Wprawdzie lekarz zalecił bohaterowi trochę ruchu, ale nie przypuszczał chyba, że jego porada zostanie tak zrealizowana. Król jednak nie zastanawia się nad wytycznymi nadwornego medyka. Biega za kotem. A później biega już z kotem, próbując znaleźć drogę powrotną do zamku. Przyda się tu rozróżnianie stron, chociaż co jest z prawej, a co z lewej to kwestia bardzo problematyczna. Przecież wystarczy się odwrócić, żeby sytuacja się natychmiast zmieniła. A jeszcze kiedy naprzeciwko stoi ktoś, kto kierunki – całkiem słusznie – postrzega z własnej perspektywy – bardzo trudno się dogadać. Tomik „Król Gromoryk i niewidzialna kukułka” to bajka przygotowana tak, by wywoływać śmiech dzieci. Wszystko ma tu działać rozrywkowo – i wypadki króla (korona nabija mu guza), i pościgi – niemal slapstickowe – i kłótnie z kotem. Gdyby król Gromoryk martwił się o swój autorytet, miałby nie lada problem. Ale ten bohater wie, że nikt nie śmieje się z jego nieporadności, raczej już z samych przygód. Przygód, które fabularnie nie należą do zbyt rozwiniętych. Wojciech Widłak wymyśla proste opowiadanie pozbawione odgałęzień czy choćby szeregu wyrazistych wydarzeń, tu w ogóle rozwija jedną czynność. Ma nadrzędny cel: udowodnienie dzieciom, że warto nauczyć się nazywać kierunki. Korzyść dodatkowa to rozbawienie kilkulatków – wszechobecny w niewielkiej książeczce komizm ułatwi przyswajanie treści. Przygoda króla Gromoryka nie jest może wyszukana, ale też wystarczająco dobrze podkreśla cel tomiku.
Jak zawsze w serii Czytam główkuję część stron zajmują zadania (tu przygotowane przez Marię Środoń) powiązane z lekturą. Ponieważ tomik „Król Gromoryk i niewidzialna kukułka” mocno akcentuje temat kierunków, zabawy w większości podporządkowane są właśnie rozpoznawaniu stron. Trzeba więc ciągle pokazywać, która ręka króla i królowej narysowanych przodem lub tyłem jest prawa – a która lewa, przyklejać odpowiednich bohaterów z prawej lub lewej strony obrazka, szukać prawych i lewych butów… sporo tu zadań podchwytliwych (przy określaniu stron trzeba wziąć pod uwagę pozycję bohatera), ale po takim treningu dzieciom bez wątpienia będzie łatwiej zapamiętać. Inny rodzaj zadań w tym tomiku polega na określaniu wielkości i uszeregowaniu przedmiotów od największego do najmniejszego lub wskazywaniu trawek i listków tej samej długości (tu maluchy mogą nauczyć się używać nitki do porównywania). Są łamigłówki wkraczające w normalne życie kilkulatka – na przykład opisanie przez kierunki prawo-lewo drogi do przedszkola. Za część zadań maluchy zostaną nawet nagrodzone medalami do przyklejenia w odpowiednich miejscach książeczki, na wszystkich czeka też ukryty w skrzydełku okładki dyplom. Do gier należy wliczyć i całostronicowe labirynty.
Naklejki do zabawy to oczywisty plus w serii, ale warto też podkreślić rolę satyrycznych ilustracji Ewy Poklewskiej-Koziełło w przedstawieniu rzeczywistości króla Gromoryka. Jest tu bardzo kolorowo, a sami bohaterowie prezentują zwykle śmieszne miny. Autorka grafik często dorysowuje w tle mnóstwo dalszoplanowych stworzeń, których w narracji nie ma – ale które bardzo pasują do opowieści (i uzasadniają dokładne oglądanie kolejnych stron). Na serii o królu Gromoryku najmłodsi mogą ćwiczyć czytanie i logiczne myślenie, otrzymają też potężną dawkę rozrywki w dobrym gatunku – są to tomiki dobrze przygotowane do różnych celów, nie tylko edukacyjnych.
wtorek, 27 czerwca 2017
Wojciech Widłak: Wesoły Ryjek i lato
Media Rodzina, Poznań 2017.
Wakacje
„Dzień dobry, nazywam się Wesoły Ryjek”, mówi Wesoły Ryjek na początku każdego opowiadania w całej serii. I od razu robi się wesoło, bo Wesołego Ryjka trudno nie lubić. To bohater-dziecko, powołany do istnienia przez Wojciecha Widłaka – a prezentujący rzeczywistość z perspektywy malucha. Wesoły Ryjek wszędzie chodzi z nieodłącznym żółwiem przytulanką. Bardzo zwraca uwagę na nastroje swojej maskotki: dba o to, żeby nie czuła się wykluczona z codziennych rozrywek – i żeby nigdy nie była smutna. To pokazuje małym czytelnikom i ich rodzicom znaczenie empatii. Bohater znakomitego cyklu na maskotkę przenosi własne lęki czy niepewności. Ryjek dba o żółwia tak samo, jak rodzice powinni dbać o dzieci, a dzieci – o swoich przyjaciół, niekoniecznie tych pluszowych. To jedna z lekcji, jakie wynosi się z lektury poza tym, co zapisane. Bo przecież każdego dnia Wesoły Ryjek uczy się czegoś nowego, a swoje obserwacje prezentuje jako puenty do historii. Dowiaduje się o rzeczach abstrakcyjnych – rodzajach marzeń, budowaniu wspomnień czy o smutku, który pozwala odkrywać nowe zabawy. Bohater przekonuje się, że każdy w rodzinie jest potrzebny – i że miło jest siedzieć z rodzicami przy ognisku. Do tego dochodzą wiadomości bardzo praktyczne, choćby informacja o przydatności latarni morskiej lub… o przejedzeniu się jagodami.
Tomik „Wesoły Ryjek i lato” dotyczy typowo wakacyjnych rozrywek na miarę każdego malucha. Ciekawe może być oglądanie kształtów chmur, wpatrywanie się w gwiazdy z rodzicami, zabawa na plaży czy wyprawa na jagody. Wesoły Ryjek wyrusza nawet w świat (skąd oczywiście wraca na obiad). Ten mały bohater cieszy się czasem spędzonym z rodzicami, ale umie też bawić się sam i nigdy się nie nudzi. Dorośli pomagają mu w zrozumieniu, że jeśli dla prosiaczka wszystkie żaby wyglądają identycznie, to może dla żab to prosiaczki są nie do rozróżnienia – i uświadamiają, że małym prosiaczkom nie wolno rozpalać ognisk. Zapobiegają wielkim rozczarowaniom (nie ma kapitańskiej czapki z imieniem Wesoły Ryjek, ale na to znajdzie się prosta rada) i pozwalają dziecku rozwijać wyobraźnię. U Wesołego Ryjka dzieje się dużo, a historyjki są zrozumiałe dla najmłodszych – poza tym, że uczą, to bardzo cieszą. Wesoły Ryjek jest przecież zawsze uśmiechnięty i do tego uroczo naiwny. Kiedy relacjonuje swoje przygody, dostrzega to, czego dorośli zazwyczaj nie widzą, lub co bagatelizują. Wesoły Ryjek staje się zatem przewodnikiem w sam raz dla maluchów – pochodzi z ich świata, ma ich wrażliwość i ogromne poczucie humoru. Udał się Widłakowi ten bohater – który o nic nie walczy, niczego nie oczekuje, a jednak budzi zainteresowanie i sympatię.
Do przygód Wesołego Ryjka bardzo pasują też kolorowe i dziecięce ilustracje Agnieszki Żelewskiej. Dzięki nim można uczestniczyć w każdej przygodzie i dostrzegać to, co Wojciech Widłak akcentuje. Rysunki Żelewskiej są kolorowe i pełne humoru, a przy tym utrzymane w duchu dawnych polskich bajek animowanych. Pierwszoplanowi bohaterowie mają tu wyraźne kontury, tła tworzone są z dorysowywanek i szkiców, by nie odwracały uwagi od tego, co ważne. Żelewska odrzuca „komputerową” poprawność, czasami w ogóle celowo wyjeżdża za linię i zaznacza fakturę papieru – tak podkreśla zamierzoną „nieidealność” obrazków i sprawia, że grafiki pokochają wszyscy fani Wesołego Ryjka. Ten bohater znakomicie poprawia humor – a Wojciech Widłak nie obniża poziomu, kolejne tomiki w serii przyczyniają się do zwiększenia liczby fanów Wesołego Ryjka. I wcale nie trzeba być kilkulatkiem, żeby cieszyć się tymi powiastkami. Wesoły Ryjek to kwintesencja dzieciństwa, zabawy i wyobraźni potrzebnej do ubarwiania codzienności.
Wakacje
„Dzień dobry, nazywam się Wesoły Ryjek”, mówi Wesoły Ryjek na początku każdego opowiadania w całej serii. I od razu robi się wesoło, bo Wesołego Ryjka trudno nie lubić. To bohater-dziecko, powołany do istnienia przez Wojciecha Widłaka – a prezentujący rzeczywistość z perspektywy malucha. Wesoły Ryjek wszędzie chodzi z nieodłącznym żółwiem przytulanką. Bardzo zwraca uwagę na nastroje swojej maskotki: dba o to, żeby nie czuła się wykluczona z codziennych rozrywek – i żeby nigdy nie była smutna. To pokazuje małym czytelnikom i ich rodzicom znaczenie empatii. Bohater znakomitego cyklu na maskotkę przenosi własne lęki czy niepewności. Ryjek dba o żółwia tak samo, jak rodzice powinni dbać o dzieci, a dzieci – o swoich przyjaciół, niekoniecznie tych pluszowych. To jedna z lekcji, jakie wynosi się z lektury poza tym, co zapisane. Bo przecież każdego dnia Wesoły Ryjek uczy się czegoś nowego, a swoje obserwacje prezentuje jako puenty do historii. Dowiaduje się o rzeczach abstrakcyjnych – rodzajach marzeń, budowaniu wspomnień czy o smutku, który pozwala odkrywać nowe zabawy. Bohater przekonuje się, że każdy w rodzinie jest potrzebny – i że miło jest siedzieć z rodzicami przy ognisku. Do tego dochodzą wiadomości bardzo praktyczne, choćby informacja o przydatności latarni morskiej lub… o przejedzeniu się jagodami.
Tomik „Wesoły Ryjek i lato” dotyczy typowo wakacyjnych rozrywek na miarę każdego malucha. Ciekawe może być oglądanie kształtów chmur, wpatrywanie się w gwiazdy z rodzicami, zabawa na plaży czy wyprawa na jagody. Wesoły Ryjek wyrusza nawet w świat (skąd oczywiście wraca na obiad). Ten mały bohater cieszy się czasem spędzonym z rodzicami, ale umie też bawić się sam i nigdy się nie nudzi. Dorośli pomagają mu w zrozumieniu, że jeśli dla prosiaczka wszystkie żaby wyglądają identycznie, to może dla żab to prosiaczki są nie do rozróżnienia – i uświadamiają, że małym prosiaczkom nie wolno rozpalać ognisk. Zapobiegają wielkim rozczarowaniom (nie ma kapitańskiej czapki z imieniem Wesoły Ryjek, ale na to znajdzie się prosta rada) i pozwalają dziecku rozwijać wyobraźnię. U Wesołego Ryjka dzieje się dużo, a historyjki są zrozumiałe dla najmłodszych – poza tym, że uczą, to bardzo cieszą. Wesoły Ryjek jest przecież zawsze uśmiechnięty i do tego uroczo naiwny. Kiedy relacjonuje swoje przygody, dostrzega to, czego dorośli zazwyczaj nie widzą, lub co bagatelizują. Wesoły Ryjek staje się zatem przewodnikiem w sam raz dla maluchów – pochodzi z ich świata, ma ich wrażliwość i ogromne poczucie humoru. Udał się Widłakowi ten bohater – który o nic nie walczy, niczego nie oczekuje, a jednak budzi zainteresowanie i sympatię.
Do przygód Wesołego Ryjka bardzo pasują też kolorowe i dziecięce ilustracje Agnieszki Żelewskiej. Dzięki nim można uczestniczyć w każdej przygodzie i dostrzegać to, co Wojciech Widłak akcentuje. Rysunki Żelewskiej są kolorowe i pełne humoru, a przy tym utrzymane w duchu dawnych polskich bajek animowanych. Pierwszoplanowi bohaterowie mają tu wyraźne kontury, tła tworzone są z dorysowywanek i szkiców, by nie odwracały uwagi od tego, co ważne. Żelewska odrzuca „komputerową” poprawność, czasami w ogóle celowo wyjeżdża za linię i zaznacza fakturę papieru – tak podkreśla zamierzoną „nieidealność” obrazków i sprawia, że grafiki pokochają wszyscy fani Wesołego Ryjka. Ten bohater znakomicie poprawia humor – a Wojciech Widłak nie obniża poziomu, kolejne tomiki w serii przyczyniają się do zwiększenia liczby fanów Wesołego Ryjka. I wcale nie trzeba być kilkulatkiem, żeby cieszyć się tymi powiastkami. Wesoły Ryjek to kwintesencja dzieciństwa, zabawy i wyobraźni potrzebnej do ubarwiania codzienności.
niedziela, 12 lutego 2017
Wojciech Widłak: Król Gromoryk i niezwykła zbroja
Egmont, Warszawa 2016.
Wypadek
Król Gromoryk trzyma w magazynie zbroje z czasów, gdy był mały i gdy był duży, gdy był chudy i gdy był gruby. Jedną zbroję darzy szczególnym sentymentem – to w niej miał zamiar oświadczyć się Dobrochnie przed laty. I chociaż randka zakończyła się malowniczą katastrofą, król i królowa do dzisiaj są razem, a dawne lata wspominają z sentymentem. Tym razem jednak król Gromoryk, który nie chce korzystać z pomocy kota Gaduły… niszczy ulubioną zbroję i sprawia, że ta rozpada się na małe kawałeczki różnych kształtów. Kot próbuje ją złożyć, ale gdyby tylko przewidział, co z tego wyniknie… „Król Gromoryk i niezwykła zbroja” to dowcipna historyjka pozwalająca dzieciom ćwiczyć czytanie – i nie tylko. Tomik spod znaku Czytam główkuję oznacza również przygodę matematyczną powiązaną z treścią bajki – dzieci będą wspierać bohaterów i wykonywać zadania związane z akcją, a przy okazji chłonąć matematyczną wiedzę.
Wojciech Widłak proponuje tu pełen humoru tekst. W przygodzie króla Gromoryka bez przerwy pojawiają się mrugnięcia okiem do odbiorców (małych i tych starszych, gdyby akurat się zabłąkali). Dowcip kryje się nie tylko w motywie zbroi (w które król już, z racji tuszy, nie wejdzie) – absurd uruchamiany jest przez kota Gadułę, wynalazcę znakomitego środka czyszczącego z obierek ziemniaków. Śmiech wywoła malowniczy upadek z drabiny i efekt działań Gaduły, który chce z puzzli poskładać z powrotem zbroję. Do tego Widłak ukrywa żarty na wyższym poziomie (królestwo Konfabulii) – dla samej przyjemności ironicznego konstruowania świata bajki. Sam tekst, pełen niespodzianek i obfitujący w „kawały” różnego rodzaju, sprawi przyjemność dzieciom – nie po raz pierwszy Wojciech Widłak udowadnia, że ma pomysły na bajki, które rozbawią.
Maria Środoń, autorka okołomatematycznych zagadek, przymierza się do najpełniejszego wykorzystania podpowiedzi z fabuły. Matematyka na tym poziomie nie jest liczeniem (a przynajmniej rzadko). To tworzenie zbiorów (zaznaczanie kolorowymi pętlami odpowiednich przedmiotów), porównywanie wielkości (zbroje króla od najmniejszej do największej lub od najwęższej do najbardziej obszernej), dopasowywanie części zbroi, układanie obrazków w odpowiedniej kolejności, łączenie przyczyn i skutków, kontynuowanie wzorów z podanych figur… do części zabaw przydają się zwykłe kredki, do części natomiast – naklejki, którymi uzupełnia się rysunki. U króla Gromoryka nie ma czasu na lenistwo, tu bez przerwy coś się dzieje, niekiedy nawet strony z opowiadaniem przetykane są rozkładówkami z zadaniami dla dzieci. Standardowo natomiast dolny margines każdej ze stron to miejsce na matematyczne wyzwania. Środoń dba o to, by płynęły one bezpośrednio z przygody króla, więc dzieci wcale nie odrywają się od opowiastki, tylko zyskują jej rozwinięcie.
Ewa Poklewska-Koziełło oczywiście również dba o dobry humor odbiorców – proponując rysunki przesycone humorem w stylu komiksowym. Chociaż każda rozkładówka dzieli się na część narracyjną i część matematyczną, nie może zabraknąć miejsca na grafiki, które działają niemal jak picture bookowe – dokładnie wypełniają całą wolną przestrzeń i unaoczniają odbiorcom bieg wydarzeń. W ten sposób przygoda króla Gromoryka staje się jeszcze śmieszniejsza i bardziej kusi maluchy. W serii Czytam główkuję opowiastki o Gromoryku, Dobrochnie i kocie Gadule stanowią osobną podserię i są kierowane do tych kilkulatków, które lubią się śmiać. W taki sposób można się uczyć matematyki bez stresu i bez skojarzeń z przykrymi szkolnymi obowiązkami. Dla wielu dzieci okaże się zatem ta propozycja miłym wprowadzeniem w matematyczne tematy.
Wypadek
Król Gromoryk trzyma w magazynie zbroje z czasów, gdy był mały i gdy był duży, gdy był chudy i gdy był gruby. Jedną zbroję darzy szczególnym sentymentem – to w niej miał zamiar oświadczyć się Dobrochnie przed laty. I chociaż randka zakończyła się malowniczą katastrofą, król i królowa do dzisiaj są razem, a dawne lata wspominają z sentymentem. Tym razem jednak król Gromoryk, który nie chce korzystać z pomocy kota Gaduły… niszczy ulubioną zbroję i sprawia, że ta rozpada się na małe kawałeczki różnych kształtów. Kot próbuje ją złożyć, ale gdyby tylko przewidział, co z tego wyniknie… „Król Gromoryk i niezwykła zbroja” to dowcipna historyjka pozwalająca dzieciom ćwiczyć czytanie – i nie tylko. Tomik spod znaku Czytam główkuję oznacza również przygodę matematyczną powiązaną z treścią bajki – dzieci będą wspierać bohaterów i wykonywać zadania związane z akcją, a przy okazji chłonąć matematyczną wiedzę.
Wojciech Widłak proponuje tu pełen humoru tekst. W przygodzie króla Gromoryka bez przerwy pojawiają się mrugnięcia okiem do odbiorców (małych i tych starszych, gdyby akurat się zabłąkali). Dowcip kryje się nie tylko w motywie zbroi (w które król już, z racji tuszy, nie wejdzie) – absurd uruchamiany jest przez kota Gadułę, wynalazcę znakomitego środka czyszczącego z obierek ziemniaków. Śmiech wywoła malowniczy upadek z drabiny i efekt działań Gaduły, który chce z puzzli poskładać z powrotem zbroję. Do tego Widłak ukrywa żarty na wyższym poziomie (królestwo Konfabulii) – dla samej przyjemności ironicznego konstruowania świata bajki. Sam tekst, pełen niespodzianek i obfitujący w „kawały” różnego rodzaju, sprawi przyjemność dzieciom – nie po raz pierwszy Wojciech Widłak udowadnia, że ma pomysły na bajki, które rozbawią.
Maria Środoń, autorka okołomatematycznych zagadek, przymierza się do najpełniejszego wykorzystania podpowiedzi z fabuły. Matematyka na tym poziomie nie jest liczeniem (a przynajmniej rzadko). To tworzenie zbiorów (zaznaczanie kolorowymi pętlami odpowiednich przedmiotów), porównywanie wielkości (zbroje króla od najmniejszej do największej lub od najwęższej do najbardziej obszernej), dopasowywanie części zbroi, układanie obrazków w odpowiedniej kolejności, łączenie przyczyn i skutków, kontynuowanie wzorów z podanych figur… do części zabaw przydają się zwykłe kredki, do części natomiast – naklejki, którymi uzupełnia się rysunki. U króla Gromoryka nie ma czasu na lenistwo, tu bez przerwy coś się dzieje, niekiedy nawet strony z opowiadaniem przetykane są rozkładówkami z zadaniami dla dzieci. Standardowo natomiast dolny margines każdej ze stron to miejsce na matematyczne wyzwania. Środoń dba o to, by płynęły one bezpośrednio z przygody króla, więc dzieci wcale nie odrywają się od opowiastki, tylko zyskują jej rozwinięcie.
Ewa Poklewska-Koziełło oczywiście również dba o dobry humor odbiorców – proponując rysunki przesycone humorem w stylu komiksowym. Chociaż każda rozkładówka dzieli się na część narracyjną i część matematyczną, nie może zabraknąć miejsca na grafiki, które działają niemal jak picture bookowe – dokładnie wypełniają całą wolną przestrzeń i unaoczniają odbiorcom bieg wydarzeń. W ten sposób przygoda króla Gromoryka staje się jeszcze śmieszniejsza i bardziej kusi maluchy. W serii Czytam główkuję opowiastki o Gromoryku, Dobrochnie i kocie Gadule stanowią osobną podserię i są kierowane do tych kilkulatków, które lubią się śmiać. W taki sposób można się uczyć matematyki bez stresu i bez skojarzeń z przykrymi szkolnymi obowiązkami. Dla wielu dzieci okaże się zatem ta propozycja miłym wprowadzeniem w matematyczne tematy.
piątek, 20 stycznia 2017
Wojciech Widłak: Król Gromoryk i zagadkowy smok
Egmont, Warszawa 2016.
Sen
Nawet król może się czasem czegoś wystraszyć. Król Gromoryk akurat ma wrażenie, że zaatakował go smok. Chociaż dużo wskazuje na to, że to tylko zły sen, bohater nie daje się do tego przekonać. A skoro nikt mu nie wierzy – postanawia groźnego stwora narysować. Boi się o swojego małżonka królowa Dobrochna, a nadworny medyk Pigułka już spieszy z pomocą. Ale wszystko wyjaśni rysunek wykonany przez króla.
Tomik „Król Gromoryk i zagadkowy smok” to historyjka, w której kot Gaduła dopiero pojawi się w pałacu: na razie dzieci mają okazję poznać bohaterów cyklu i przyzwyczaić się do ich nietuzinkowego podejścia do codzienności. Bo wprawdzie do czynienia mamy tu z królewską parą, ale ani Gromoryk, ani Dobrochna nie zajmują się przesadnie rządzeniem. To postacie, które zbyt zajęte są codziennością, nawet tą bliską dzieciom – żeby potrzebowały jeszcze uzasadnień istnienia. Tu nikogo nie zaskoczy widok króla w łóżku czy królowej podczas śniadania. Wojciech Widłak bardzo serdecznie prezentuje Gromoryka – bohaterowi cały czas towarzyszy łagodny, dobrotliwy uśmiech. To czynnik, który dzieci do czytania przekona – bo miło jest spędzać czas z tak prezentowanymi bohaterami. Widłak nie porywa się na wielkie wyzwania, wystarczy mu to, co i dzieci doskonale zrozumieją. Dlatego zawsze jest tu wesoło – i bardzo sympatycznie. Gromoryk to ta postać, przy której nic złego stać się nie może. Każda przygoda będzie za to przesycona komizmem i opracowana tak, by nawet najmłodsi mieli tu sporo rozrywek.
Król Gromoryk zaprasza do ćwiczenia czytania – dzieci zechcą bowiem śledzić jego doświadczenia, a to osiągną bez trudu samodzielnie, seria Czytam główkuję takie zachowanie zakłada. Również dlatego Gromoryk tak często rozśmiesza kilkulatki postawami czy decyzjami niepasującymi do stereotypu władcy. Rozrywka maskuje wkład pracy – trud potrzebny do śledzenia opowieści. Wojciech Widłak bardzo się stara uprzyjemnić maluchom czytanie. „Król Gromoryk i zagadkowy smok przy okazji może pomóc uporać się ze strachem – nocne koszmary władcy mają swoją przyczynę w bardzo miłym fakcie.
Historia Gromoryka to pierwsza warstwa opowieści. Anna Boboryk przygotowuje do niej matematyczne i logiczne zagadki, dzięki którym dzieci polubią matematykę. Wśród zadań jest na przykład uzupełnienie wzoru z „figur” wykonywanych przez króla (a do uzupełnienia służą naklejki), kończenie wzorów na poduszkach, rysowanie nóg pod stołem, „strachy” z odcisków palców, a i porównywanie zawartości talerzy bohaterów. Czasami maluchy mają rysować, czasami wykorzystywać dołączone do książeczki naklejki – ale zawsze przy tym uczą się myśleć i rozwiązywać problemy. Boboryk treścią poleceń nawiązuje do opowieści Widłaka, ale zachowuje przy tym również humor (szlaczek stworzony ze smoków!), czasami natomiast wspiera rodziców w zadaniach wychowawczych – w pewnym momencie odbiorcy mają zrobić porządek w swoim pokoju, w nagrodę czeka na nich medal.
„Król Gromoryk i zagadkowy smok” zilustrowany przez Ewę Poklewską-Koziełło to tomik bardzo kolorowy i komiksowy. Bohaterowie mają tu wciąż zabawne miny i… ciekawe figury, a to za sprawą oryginalnych kostiumów – bo w warstwie graficznej nawet zwyczajność króla musi okazać się niezwyczajna. Poklewska-Koziełło jeszcze podkreśla dowcip całej książeczki. W tym tomiku dzieje się więc bardzo wiele i to równocześnie. Nie wiadomo, czy wybrać czytanie, rozwiązywanie zagadek czy oglądanie rysunkowego komentarza do wydarzeń. To gwarancja, że dzieci nie znudzą się małym tomikiem zbyt szybko. Ważne, że przez śmiech oswaja się je tu z tym, co na początku szkoły może sprawiać drobne problemy, zachęca do pracy i do szlifowania umiejętności potrzebnych w życiu.
Sen
Nawet król może się czasem czegoś wystraszyć. Król Gromoryk akurat ma wrażenie, że zaatakował go smok. Chociaż dużo wskazuje na to, że to tylko zły sen, bohater nie daje się do tego przekonać. A skoro nikt mu nie wierzy – postanawia groźnego stwora narysować. Boi się o swojego małżonka królowa Dobrochna, a nadworny medyk Pigułka już spieszy z pomocą. Ale wszystko wyjaśni rysunek wykonany przez króla.
Tomik „Król Gromoryk i zagadkowy smok” to historyjka, w której kot Gaduła dopiero pojawi się w pałacu: na razie dzieci mają okazję poznać bohaterów cyklu i przyzwyczaić się do ich nietuzinkowego podejścia do codzienności. Bo wprawdzie do czynienia mamy tu z królewską parą, ale ani Gromoryk, ani Dobrochna nie zajmują się przesadnie rządzeniem. To postacie, które zbyt zajęte są codziennością, nawet tą bliską dzieciom – żeby potrzebowały jeszcze uzasadnień istnienia. Tu nikogo nie zaskoczy widok króla w łóżku czy królowej podczas śniadania. Wojciech Widłak bardzo serdecznie prezentuje Gromoryka – bohaterowi cały czas towarzyszy łagodny, dobrotliwy uśmiech. To czynnik, który dzieci do czytania przekona – bo miło jest spędzać czas z tak prezentowanymi bohaterami. Widłak nie porywa się na wielkie wyzwania, wystarczy mu to, co i dzieci doskonale zrozumieją. Dlatego zawsze jest tu wesoło – i bardzo sympatycznie. Gromoryk to ta postać, przy której nic złego stać się nie może. Każda przygoda będzie za to przesycona komizmem i opracowana tak, by nawet najmłodsi mieli tu sporo rozrywek.
Król Gromoryk zaprasza do ćwiczenia czytania – dzieci zechcą bowiem śledzić jego doświadczenia, a to osiągną bez trudu samodzielnie, seria Czytam główkuję takie zachowanie zakłada. Również dlatego Gromoryk tak często rozśmiesza kilkulatki postawami czy decyzjami niepasującymi do stereotypu władcy. Rozrywka maskuje wkład pracy – trud potrzebny do śledzenia opowieści. Wojciech Widłak bardzo się stara uprzyjemnić maluchom czytanie. „Król Gromoryk i zagadkowy smok przy okazji może pomóc uporać się ze strachem – nocne koszmary władcy mają swoją przyczynę w bardzo miłym fakcie.
Historia Gromoryka to pierwsza warstwa opowieści. Anna Boboryk przygotowuje do niej matematyczne i logiczne zagadki, dzięki którym dzieci polubią matematykę. Wśród zadań jest na przykład uzupełnienie wzoru z „figur” wykonywanych przez króla (a do uzupełnienia służą naklejki), kończenie wzorów na poduszkach, rysowanie nóg pod stołem, „strachy” z odcisków palców, a i porównywanie zawartości talerzy bohaterów. Czasami maluchy mają rysować, czasami wykorzystywać dołączone do książeczki naklejki – ale zawsze przy tym uczą się myśleć i rozwiązywać problemy. Boboryk treścią poleceń nawiązuje do opowieści Widłaka, ale zachowuje przy tym również humor (szlaczek stworzony ze smoków!), czasami natomiast wspiera rodziców w zadaniach wychowawczych – w pewnym momencie odbiorcy mają zrobić porządek w swoim pokoju, w nagrodę czeka na nich medal.
„Król Gromoryk i zagadkowy smok” zilustrowany przez Ewę Poklewską-Koziełło to tomik bardzo kolorowy i komiksowy. Bohaterowie mają tu wciąż zabawne miny i… ciekawe figury, a to za sprawą oryginalnych kostiumów – bo w warstwie graficznej nawet zwyczajność króla musi okazać się niezwyczajna. Poklewska-Koziełło jeszcze podkreśla dowcip całej książeczki. W tym tomiku dzieje się więc bardzo wiele i to równocześnie. Nie wiadomo, czy wybrać czytanie, rozwiązywanie zagadek czy oglądanie rysunkowego komentarza do wydarzeń. To gwarancja, że dzieci nie znudzą się małym tomikiem zbyt szybko. Ważne, że przez śmiech oswaja się je tu z tym, co na początku szkoły może sprawiać drobne problemy, zachęca do pracy i do szlifowania umiejętności potrzebnych w życiu.
sobota, 5 listopada 2016
Wojciech Widłak: O smoku spod Wawelu
Egmont, Warszawa 2016.
Zagadka jajka
O smoku wawelskim wie każde polskie dziecko. To jedna z podstawowych historii, należąca do kanonu lektur (lub po prostu narracji). Smok wawelski mieszka sobie w grocie, dopóki nie zostanie otruty przez sprytnego szewczyka Dratewkę. Wojciech Widłak w tomiku „O smoku spod Wawelu” idzie jednak trochę dalej. Zadaje sobie pytanie, skąd właściwie na Wawelu wziął się smok. Pokazuje w swojej książeczce, jak negatywny bohater wielu przekazów trafił do króla Kraka. Nie zatrzymuje tu relacji, prezentuje też dzielnego i pomysłowego szewczyka, a całość puentuje pewną – nieobecną w legendach – konsekwencją, której dzieci by nie wymyśliły. I o to chodzi: jeszcze na dobre kilkulatki nie wkroczyły w świat samodzielnych lektur, a już mogą znaleźć bonus w postaci nowych wiadomości, uzupełnień do powszechnie znanych bajek.
Wojciech Widłak ma tu niewiele miejsca na narrację. Książeczki na pierwszym poziomie serii Czytam sobie zawierają do 200 słów – na stronie to maksymalnie dwie krótkie linijki tekstu. Autor posługuje się wyrazami pozbawionymi dwuznaków czy „dziwnych” literowych zbitek. Unika też błędów, które często popełniają inni twórcy w serii: nie wprowadza niezrozumiałych dla dzieci synonimów tylko dlatego, że formalnie pasują do wymogów cyklu. Stawia na zrozumiałość i na pewną przyjemność czytania. Odbiorcom zapewnia nie tylko czytankę. Poza tym, że opisuje wydarzenia związane z wybrykami smoka, buduje emocjonalne napięcie. Sięga po drobne bezpośrednie wypowiedzi. Dynamizuje historyjkę. Widać, że zależy mu na małych odbiorcach, nie tylko na stworzeniu kolejnej przydatnej w nauce czytania publikacji. Dba o to, by maluchy były usatysfakcjonowane fabułą i zrozumiały, że warto umieć czytać i z tej umiejętności korzystać. Przekonuje dobrym przykładem.
Widłak rozszerza akcję o elementy dotąd mało eksponowane, a w rezultacie odrobinę modyfikuje też proporcje. Nie musi, wzorem dawnych twórców, rozwodzić się nad kwestią śmierci smoka – to nie należy do najciekawszych motywów, przynajmniej dzisiaj, w świecie, który walczy z przemocą w literaturze czwartej. Owszem, smok ginie, Widłak legendy nie odwraca, ale też nie zajmuje się tą kwestią zbyt szczegółowo. Zmniejsza też znaczenie szewczyka Dratewki, tym razem to król Krak, dotąd postać marginalna, wybija się na pierwszy plan. Smok nie jada dziewic (pochłania za to wszystko inne. Ale Wojciech Widłak musi odejść od poprzedników i zaproponować inną, nową wersję legendy bez sprzeniewierzania się jej. Ta sztuka się udaje – tomik dla maluchów będzie dobrym wyborem.
Tym bardziej, że ilustracje wykonała tu Jola Richter-Magnuszewska. Ilustratorka uznana i z udanymi realizacjami pomysłów (sprawdziła się już wiele razy przy ozdabianiu klasycznych opowieści). W jej ujęciu smok wawelski wcale nie jest groźny, a przynajmniej – nie tak do końca. Przypomina raczej smoka rysowanego przez dzieci, nieco infantylnego, trochę sympatycznego – nie na tyle może, żeby płakać po jego śmierci, ale jednak – do przyjemnego oglądania tomiku bez strachu. To ważne. Richter-Magnuszewska świetnie zdaje sobie sprawę z tego, że nieudane, zbyt przerażające ilustracje mogą być przyczyną dziecięcych koszmarów, a w ekstremalnych wypadkach także powodem odrzucenia książeczki. Stawia więc na w miarę bezpieczną przygodę. Stosuje znane dzieciom narzędzia, więc tomik okaże się też zachętą do samodzielnego tworzenia. Pobudza wyobraźnię – zabiera do niemodnego już świata smoków, wskrzesza legendy. Przygotowany przez Egmont tomik ma, rzecz jasna, pozwolić dzieciom ćwiczyć czytanie – ale poza tym zapewnia całą moc wrażeń.
Kilkulatki nie zmęczą się śledzeniem tekstu, poćwiczą też głoskowanie dzięki rozpisywanym pojedynczym wyrazom. Poznają historyjkę, która przekazywana jest kolejnym pokoleniom. Przekonają się, że ciekawość prowadzi do coraz to nowych odkryć. Wojciech Widłak i Jola Richter-Magnuszewska posługują się subtelnym dowcipem, a i znajomością dziecięcej percepcji. Tomik poświęcony historii smoka wawelskiego to przyjemne spotkanie z książkami na pierwszym etapie nauki. Stanowi urozmaicenie podręcznikowych czytanek, bliżej mu do książeczki rozrywkowej niż edukacyjnej.
Zagadka jajka
O smoku wawelskim wie każde polskie dziecko. To jedna z podstawowych historii, należąca do kanonu lektur (lub po prostu narracji). Smok wawelski mieszka sobie w grocie, dopóki nie zostanie otruty przez sprytnego szewczyka Dratewkę. Wojciech Widłak w tomiku „O smoku spod Wawelu” idzie jednak trochę dalej. Zadaje sobie pytanie, skąd właściwie na Wawelu wziął się smok. Pokazuje w swojej książeczce, jak negatywny bohater wielu przekazów trafił do króla Kraka. Nie zatrzymuje tu relacji, prezentuje też dzielnego i pomysłowego szewczyka, a całość puentuje pewną – nieobecną w legendach – konsekwencją, której dzieci by nie wymyśliły. I o to chodzi: jeszcze na dobre kilkulatki nie wkroczyły w świat samodzielnych lektur, a już mogą znaleźć bonus w postaci nowych wiadomości, uzupełnień do powszechnie znanych bajek.
Wojciech Widłak ma tu niewiele miejsca na narrację. Książeczki na pierwszym poziomie serii Czytam sobie zawierają do 200 słów – na stronie to maksymalnie dwie krótkie linijki tekstu. Autor posługuje się wyrazami pozbawionymi dwuznaków czy „dziwnych” literowych zbitek. Unika też błędów, które często popełniają inni twórcy w serii: nie wprowadza niezrozumiałych dla dzieci synonimów tylko dlatego, że formalnie pasują do wymogów cyklu. Stawia na zrozumiałość i na pewną przyjemność czytania. Odbiorcom zapewnia nie tylko czytankę. Poza tym, że opisuje wydarzenia związane z wybrykami smoka, buduje emocjonalne napięcie. Sięga po drobne bezpośrednie wypowiedzi. Dynamizuje historyjkę. Widać, że zależy mu na małych odbiorcach, nie tylko na stworzeniu kolejnej przydatnej w nauce czytania publikacji. Dba o to, by maluchy były usatysfakcjonowane fabułą i zrozumiały, że warto umieć czytać i z tej umiejętności korzystać. Przekonuje dobrym przykładem.
Widłak rozszerza akcję o elementy dotąd mało eksponowane, a w rezultacie odrobinę modyfikuje też proporcje. Nie musi, wzorem dawnych twórców, rozwodzić się nad kwestią śmierci smoka – to nie należy do najciekawszych motywów, przynajmniej dzisiaj, w świecie, który walczy z przemocą w literaturze czwartej. Owszem, smok ginie, Widłak legendy nie odwraca, ale też nie zajmuje się tą kwestią zbyt szczegółowo. Zmniejsza też znaczenie szewczyka Dratewki, tym razem to król Krak, dotąd postać marginalna, wybija się na pierwszy plan. Smok nie jada dziewic (pochłania za to wszystko inne. Ale Wojciech Widłak musi odejść od poprzedników i zaproponować inną, nową wersję legendy bez sprzeniewierzania się jej. Ta sztuka się udaje – tomik dla maluchów będzie dobrym wyborem.
Tym bardziej, że ilustracje wykonała tu Jola Richter-Magnuszewska. Ilustratorka uznana i z udanymi realizacjami pomysłów (sprawdziła się już wiele razy przy ozdabianiu klasycznych opowieści). W jej ujęciu smok wawelski wcale nie jest groźny, a przynajmniej – nie tak do końca. Przypomina raczej smoka rysowanego przez dzieci, nieco infantylnego, trochę sympatycznego – nie na tyle może, żeby płakać po jego śmierci, ale jednak – do przyjemnego oglądania tomiku bez strachu. To ważne. Richter-Magnuszewska świetnie zdaje sobie sprawę z tego, że nieudane, zbyt przerażające ilustracje mogą być przyczyną dziecięcych koszmarów, a w ekstremalnych wypadkach także powodem odrzucenia książeczki. Stawia więc na w miarę bezpieczną przygodę. Stosuje znane dzieciom narzędzia, więc tomik okaże się też zachętą do samodzielnego tworzenia. Pobudza wyobraźnię – zabiera do niemodnego już świata smoków, wskrzesza legendy. Przygotowany przez Egmont tomik ma, rzecz jasna, pozwolić dzieciom ćwiczyć czytanie – ale poza tym zapewnia całą moc wrażeń.
Kilkulatki nie zmęczą się śledzeniem tekstu, poćwiczą też głoskowanie dzięki rozpisywanym pojedynczym wyrazom. Poznają historyjkę, która przekazywana jest kolejnym pokoleniom. Przekonają się, że ciekawość prowadzi do coraz to nowych odkryć. Wojciech Widłak i Jola Richter-Magnuszewska posługują się subtelnym dowcipem, a i znajomością dziecięcej percepcji. Tomik poświęcony historii smoka wawelskiego to przyjemne spotkanie z książkami na pierwszym etapie nauki. Stanowi urozmaicenie podręcznikowych czytanek, bliżej mu do książeczki rozrywkowej niż edukacyjnej.
piątek, 20 maja 2016
Wojciech Widłak: Pan Kuleczka. Marzenia
Media Rodzina, Poznań 2016.
Filozoficznie
Pan Kuleczka ze swoimi zwierzętami powraca do maluchów dosyć rzadko, na szczęście regularnie. To bohater uwielbiany przez dzieci i ceniony przez dorosłych – potrafi w prosty sposób uświadamiać najmłodszym trudne i często filozoficzne kwestie, nie tracąc przy tym cierpliwości. Króciutkie historyjki, statyczne i nieskomplikowane, to wstęp do dziecięcych rozważań i przygotowanie do snucia poważnych refleksji. Pan Kuleczka dostarcza wartościowego materiału do przemyśleń – a przecież sam nie robi prawie nic. Często po prostu wtrąca się z drobną uwagą, gdy pozostali bohaterowie, pies Pypeć, kaczka Katastrofa i mucha Bzyk-Bzyk nie mogą wpaść na rozwiązanie problemu, chociaż pozostają dość blisko.
Tomik „Marzenia” przynosi dziesięć historyjek, w których marzenia przeplatają się z dziecięcymi fantazjami. Marzyć można o największej świątecznej choince, która wymagałaby zrobienia dziury w suficie, marzyć można o złapaniu piórka (ale uwaga: piórko w tym samym czasie może marzyć o wolności!), marzyć można i o jesieni – po długim lecie. Kaczka Katastrofa marzy, żeby nauczyć się jeździć na prawdziwym rowerze, bez bocznych kółek i kijka. Nawet zabawa w piracki skarb uruchamia marzenia. Marzenia w tym tomiku są wszechobecne. Ale nie przekreślają też refleksji nad dorastaniem czy przemijaniem – Wojciech Widłak nawet nie musi nazywać tych procesów, wystarcza, że zasygnalizuje ich istnienie, że zaznaczy nietypowe odczucie wkradające się wkradające się między te dawno zdefiniowane.
Opowiadania z tomiku są cenne ze względu na lekcje od bohaterów. Zwierzęta są trochę jak dzieci, Pan Kuleczka – jak cierpliwy i wyrozumiały rodzic. Pozwala swoim podopiecznym samodzielnie wyciągać wnioski z przeróżnych obserwacji. Prowadzi Wojciech Widłak narrację tak, żeby i odbiorcy wpadali na podobne co bohaterowie przemyślenia. Lubi też zamykać opowiastki wyrazistymi puentami. Najbardziej w kolejnych historiach skupia się na ich atmosferze: przygotowuje w ten sposób grunt do odkryć. W domu Pana Kuleczki wszystko wydaje się naturalne – i na swoim miejscu. Nie ma tu nadmiaru zabawek, jeśli bohaterowie zajmują czymś czas, to są to raczej praktyczne codzienne czynności. Do naturalnych należą częste i długie spacery, ale i nuda – na przykład wtedy, gdy pada deszcz. Nikt się nie buntuje, nikt nie tęskni za komputerami, telewizorem czy hipermarketami z mnóstwem konsumpcyjnych pokus. Bohaterowie z przygód Pana Kuleczki okazują się ponadczasowi przez swoje oderwanie od cywilizacyjnego pędu. Zapewniają międzypokoleniowe porozumienie i dostarczą silnych wrażeń, chociaż autor nie wprowadza tu brawurowej akcji ani wstrząsów fabularnych. „Marzenia” nadają się więc i dla najmłodszych dzieci – tych, które jeszcze nie podchwycą sensu poruszanych tu zagadnień – z uwagi na kojący ton, ale i na „atrakcje” z najbliższego otoczenia.
Elżbieta Wasiuczyńska w ilustracjach rezygnuje z konturów, bo kształty wyznacza kolorami (pastelowymi, lecz o wielu odcieniach) i światłocieniami. Wykorzystuje łagodne, dziecięce i zaokrąglone formy, stawia na prostotę, którą przełamuje grą barw. Dobrze wczuwa się w klimat tych historyjek, trudno byłoby wyobrazić sobie Pana Kuleczkę w innym ujęciu. Wasiuczyńska próbuje walczyć z modnymi w literaturze dla dzieci trendami ilustracji kreskówkowych lub „trójwymiarami”: chce kształtować gust najmłodszych przez dobrze przemyślane prace – zapewnia więc dzieciom (oraz ich rodzicom) powody do estetycznych zachwytów. „Pan Kuleczka. Marzenia” to tomik, który stworzony został na przekór rynkowej bylejakości.
Filozoficznie
Pan Kuleczka ze swoimi zwierzętami powraca do maluchów dosyć rzadko, na szczęście regularnie. To bohater uwielbiany przez dzieci i ceniony przez dorosłych – potrafi w prosty sposób uświadamiać najmłodszym trudne i często filozoficzne kwestie, nie tracąc przy tym cierpliwości. Króciutkie historyjki, statyczne i nieskomplikowane, to wstęp do dziecięcych rozważań i przygotowanie do snucia poważnych refleksji. Pan Kuleczka dostarcza wartościowego materiału do przemyśleń – a przecież sam nie robi prawie nic. Często po prostu wtrąca się z drobną uwagą, gdy pozostali bohaterowie, pies Pypeć, kaczka Katastrofa i mucha Bzyk-Bzyk nie mogą wpaść na rozwiązanie problemu, chociaż pozostają dość blisko.
Tomik „Marzenia” przynosi dziesięć historyjek, w których marzenia przeplatają się z dziecięcymi fantazjami. Marzyć można o największej świątecznej choince, która wymagałaby zrobienia dziury w suficie, marzyć można o złapaniu piórka (ale uwaga: piórko w tym samym czasie może marzyć o wolności!), marzyć można i o jesieni – po długim lecie. Kaczka Katastrofa marzy, żeby nauczyć się jeździć na prawdziwym rowerze, bez bocznych kółek i kijka. Nawet zabawa w piracki skarb uruchamia marzenia. Marzenia w tym tomiku są wszechobecne. Ale nie przekreślają też refleksji nad dorastaniem czy przemijaniem – Wojciech Widłak nawet nie musi nazywać tych procesów, wystarcza, że zasygnalizuje ich istnienie, że zaznaczy nietypowe odczucie wkradające się wkradające się między te dawno zdefiniowane.
Opowiadania z tomiku są cenne ze względu na lekcje od bohaterów. Zwierzęta są trochę jak dzieci, Pan Kuleczka – jak cierpliwy i wyrozumiały rodzic. Pozwala swoim podopiecznym samodzielnie wyciągać wnioski z przeróżnych obserwacji. Prowadzi Wojciech Widłak narrację tak, żeby i odbiorcy wpadali na podobne co bohaterowie przemyślenia. Lubi też zamykać opowiastki wyrazistymi puentami. Najbardziej w kolejnych historiach skupia się na ich atmosferze: przygotowuje w ten sposób grunt do odkryć. W domu Pana Kuleczki wszystko wydaje się naturalne – i na swoim miejscu. Nie ma tu nadmiaru zabawek, jeśli bohaterowie zajmują czymś czas, to są to raczej praktyczne codzienne czynności. Do naturalnych należą częste i długie spacery, ale i nuda – na przykład wtedy, gdy pada deszcz. Nikt się nie buntuje, nikt nie tęskni za komputerami, telewizorem czy hipermarketami z mnóstwem konsumpcyjnych pokus. Bohaterowie z przygód Pana Kuleczki okazują się ponadczasowi przez swoje oderwanie od cywilizacyjnego pędu. Zapewniają międzypokoleniowe porozumienie i dostarczą silnych wrażeń, chociaż autor nie wprowadza tu brawurowej akcji ani wstrząsów fabularnych. „Marzenia” nadają się więc i dla najmłodszych dzieci – tych, które jeszcze nie podchwycą sensu poruszanych tu zagadnień – z uwagi na kojący ton, ale i na „atrakcje” z najbliższego otoczenia.
Elżbieta Wasiuczyńska w ilustracjach rezygnuje z konturów, bo kształty wyznacza kolorami (pastelowymi, lecz o wielu odcieniach) i światłocieniami. Wykorzystuje łagodne, dziecięce i zaokrąglone formy, stawia na prostotę, którą przełamuje grą barw. Dobrze wczuwa się w klimat tych historyjek, trudno byłoby wyobrazić sobie Pana Kuleczkę w innym ujęciu. Wasiuczyńska próbuje walczyć z modnymi w literaturze dla dzieci trendami ilustracji kreskówkowych lub „trójwymiarami”: chce kształtować gust najmłodszych przez dobrze przemyślane prace – zapewnia więc dzieciom (oraz ich rodzicom) powody do estetycznych zachwytów. „Pan Kuleczka. Marzenia” to tomik, który stworzony został na przekór rynkowej bylejakości.
czwartek, 10 grudnia 2015
Wojciech Widłak: Wesoły Ryjek i zima
Media Rodzina, Poznań 2015.
W śniegu
Wesoły Ryjek także zimą pozostaje wesoły – jak jego żółw przytulanka. Wiadomo, zima to czas wspaniałych zabaw i nowych ciekawych odkryć. A że Wesoły Ryjek uważnie obserwuje otoczenie, powodów do zachwytów mu nie zabraknie. Ten bohater nie wie, co to rozczarowanie: już w pierwszej historyjce wyjeżdża w góry, a tam tata ma go nauczyć jazdy na nartach. Tylko że nie ma śniegu, a bez śniegu nauka jazdy na nartach staje się niemożliwa. Wesoły Ryjek nie zachowuje się jak typowe rozkapryszone dziecko: cieszy się innymi rozrywkami: grą w warcaby, wędrowaniem po górach, lepieniem garnków w skansenie czy rozpoznawaniem drzew. Brak śniegu otwiera nowe możliwości zamiast je przekreślać, a mały bohater Wojciecha Widłaka z optymizmem ocenia każdą sytuację. Przez całą zimę Wesoły Ryjek znajduje kolejne powody do zadowolenia – więc trudno się przy tej postaci nie uśmiechnąć.
Tomik „Wesoły Ryjek i zima” przypomina o tym, co w tej porze roku staje się największą atrakcją dla dzieci. Wesoły Ryjek cieszy się z rzucania śnieżkami (a do zabawy oczywiście włącza całą rodzinę), czeka na ubieranie choinki i próbuje dowiedzieć się, jak powstawały kolędy. Zima to również okres przeziębień: bohater przekonuje się, że zna obcy język – po tym, jak tłumaczy wypowiedzi chorej mamy. Do tego dochodzą bardziej uniwersalne historyjki i „problemy”: mały Ryjek martwi się, że żółw przytulanka będzie musiał kupić bilet do kina, zastanawia się też, czy będzie mógł ożenić się z mamą – to typowe zmartwienia kilkulatków, które Widłak zgrabnie przenosi na dowcipnie prezentowaną postać. Porusza też kwestie bardziej skomplikowane – jedno z opowiadań poświęca kwestii domowego ogniska. Wesoły Ryjek na własnym przykładzie przekonuje się, że domowe ognisko może mieć coś wspólnego z wewnętrznym ciepłem i poczuciem bezpieczeństwa. Warto przy tym zaznaczyć, jakie formy rozrywek dla dzieci preferuje autor. Wesoły Ryjek nie jest ogłupiany bajkami telewizyjnymi czy grami komputerowymi. W zamian za to czas spędza z rodzicami na klasycznych zabawach: radość przynoszą mu gry planszowe czy oglądanie zdjęć z szuflad i albumów, a także rozmowy z nieodłącznym żółwiem przytulanką. Ten bohater jest szczęśliwy z dala od mediów elektronicznych – można mu pozazdrościć wyobraźni. To postać, która stanie się bliska wielu dzieciom – dobrze więc, że autor odrywa ją od mód i kieruje w stronę ponadczasowości.
W historiach o Wesołym Ryjku dominuje humor. Opowiadania są bardzo krótkie i jednakowo skomponowane: zawsze na początku Wesoły Ryjek grzecznie się wita i przedstawia, na końcu za to wprowadza krótkie podsumowanie, czego w danym dniu się nauczył. To dla autora okazja do satyrycznego popisu i puentowania sytuacji: Wesoły Ryjek z codziennych doświadczeń wyciąga inne wnioski niż zrobiliby to dorośli. Bohater wszystko tłumaczy na swój sposób, co rodzi dowcip. Jednocześnie takim zabiegiem Wojciech Widłak może dopełniać charakterystykę Wesołego Ryjka, naiwnego i prostolinijnego kilkulatka, mądrze wychowywanego i zabawnego.
Przygody Wesołego Ryjka sprawdzą się jako lektura przed snem dla maluchów. To również dobra propozycja do ćwiczenia samodzielnego czytania dla co bardziej niecierpliwych dzieci. Krótkie i komiczne teksty przepełnione są „domowym” ciepłem i zachęcają do zagłębiania się w pozytywny, optymistyczny świat Wesołego Ryjka. Ten bohater zyska zwolenników również wśród czytających pociechom dorosłych – wymyślony bowiem został tak, by cieszyć wszystkich, bez względu na wiek. Widłak doskonale wie, że do książek może zachęcić dzieci radością i udawanymi „lekcjami” w wykonaniu bajkowego rówieśnika. Wesoły Ryjek to bohater, który cieszy już na etapie przedstawiania się – każdy maluch powinien się z nim zapoznać. Wojciech Widłak potrafi przekonać do czytania nawet największych ponuraków.
W śniegu
Wesoły Ryjek także zimą pozostaje wesoły – jak jego żółw przytulanka. Wiadomo, zima to czas wspaniałych zabaw i nowych ciekawych odkryć. A że Wesoły Ryjek uważnie obserwuje otoczenie, powodów do zachwytów mu nie zabraknie. Ten bohater nie wie, co to rozczarowanie: już w pierwszej historyjce wyjeżdża w góry, a tam tata ma go nauczyć jazdy na nartach. Tylko że nie ma śniegu, a bez śniegu nauka jazdy na nartach staje się niemożliwa. Wesoły Ryjek nie zachowuje się jak typowe rozkapryszone dziecko: cieszy się innymi rozrywkami: grą w warcaby, wędrowaniem po górach, lepieniem garnków w skansenie czy rozpoznawaniem drzew. Brak śniegu otwiera nowe możliwości zamiast je przekreślać, a mały bohater Wojciecha Widłaka z optymizmem ocenia każdą sytuację. Przez całą zimę Wesoły Ryjek znajduje kolejne powody do zadowolenia – więc trudno się przy tej postaci nie uśmiechnąć.
Tomik „Wesoły Ryjek i zima” przypomina o tym, co w tej porze roku staje się największą atrakcją dla dzieci. Wesoły Ryjek cieszy się z rzucania śnieżkami (a do zabawy oczywiście włącza całą rodzinę), czeka na ubieranie choinki i próbuje dowiedzieć się, jak powstawały kolędy. Zima to również okres przeziębień: bohater przekonuje się, że zna obcy język – po tym, jak tłumaczy wypowiedzi chorej mamy. Do tego dochodzą bardziej uniwersalne historyjki i „problemy”: mały Ryjek martwi się, że żółw przytulanka będzie musiał kupić bilet do kina, zastanawia się też, czy będzie mógł ożenić się z mamą – to typowe zmartwienia kilkulatków, które Widłak zgrabnie przenosi na dowcipnie prezentowaną postać. Porusza też kwestie bardziej skomplikowane – jedno z opowiadań poświęca kwestii domowego ogniska. Wesoły Ryjek na własnym przykładzie przekonuje się, że domowe ognisko może mieć coś wspólnego z wewnętrznym ciepłem i poczuciem bezpieczeństwa. Warto przy tym zaznaczyć, jakie formy rozrywek dla dzieci preferuje autor. Wesoły Ryjek nie jest ogłupiany bajkami telewizyjnymi czy grami komputerowymi. W zamian za to czas spędza z rodzicami na klasycznych zabawach: radość przynoszą mu gry planszowe czy oglądanie zdjęć z szuflad i albumów, a także rozmowy z nieodłącznym żółwiem przytulanką. Ten bohater jest szczęśliwy z dala od mediów elektronicznych – można mu pozazdrościć wyobraźni. To postać, która stanie się bliska wielu dzieciom – dobrze więc, że autor odrywa ją od mód i kieruje w stronę ponadczasowości.
W historiach o Wesołym Ryjku dominuje humor. Opowiadania są bardzo krótkie i jednakowo skomponowane: zawsze na początku Wesoły Ryjek grzecznie się wita i przedstawia, na końcu za to wprowadza krótkie podsumowanie, czego w danym dniu się nauczył. To dla autora okazja do satyrycznego popisu i puentowania sytuacji: Wesoły Ryjek z codziennych doświadczeń wyciąga inne wnioski niż zrobiliby to dorośli. Bohater wszystko tłumaczy na swój sposób, co rodzi dowcip. Jednocześnie takim zabiegiem Wojciech Widłak może dopełniać charakterystykę Wesołego Ryjka, naiwnego i prostolinijnego kilkulatka, mądrze wychowywanego i zabawnego.
Przygody Wesołego Ryjka sprawdzą się jako lektura przed snem dla maluchów. To również dobra propozycja do ćwiczenia samodzielnego czytania dla co bardziej niecierpliwych dzieci. Krótkie i komiczne teksty przepełnione są „domowym” ciepłem i zachęcają do zagłębiania się w pozytywny, optymistyczny świat Wesołego Ryjka. Ten bohater zyska zwolenników również wśród czytających pociechom dorosłych – wymyślony bowiem został tak, by cieszyć wszystkich, bez względu na wiek. Widłak doskonale wie, że do książek może zachęcić dzieci radością i udawanymi „lekcjami” w wykonaniu bajkowego rówieśnika. Wesoły Ryjek to bohater, który cieszy już na etapie przedstawiania się – każdy maluch powinien się z nim zapoznać. Wojciech Widłak potrafi przekonać do czytania nawet największych ponuraków.
sobota, 26 września 2015
Wojciech Widłak, Anna Boboryk: Król Gromoryk i jajko na miękko
Egmont, Warszawa 2015.
Apetyt
Król Gromoryk chciałby zjeść jajko na miękko, ale nie wie, jak zabrać się do przyrządzania takiego specjału, bo kucharz zachorował, a królowa wyjechała do mamy. Na szczęście w pobliżu jest kot Gaduła, który służy radami. Z nim na pewno posiłek się uda. Tyle że król w kuchni to zjawisko rzadko spotykane, nie bez powodu.
Egmont wypuszcza na rynek serię Liczę sobie i do stworzenia tej bajki zaprasza Wojciecha Widłaka, jednego z mistrzów absurdu w literaturze czwartej. W trzypoziomowej serii dzieci mają oswoić się z cyframi, poćwiczyć liczenie, ale i szeregowanie przedmiotów (na przykład od najmniejszego do największego lub od najkrótszego do najdłuższego). Zabawa jest tym lepsza, że trzeba do niej wykorzystywać kolorowe naklejki (w tym i złote medale), a na końcu czeka dyplom dla małych odbiorców. Kto wykona wszystkie zadania, ten z pewnością na niego zasługuje. Książeczkę „Król Gromoryk i jajko na miękko” można bowiem wykorzystywać raz jako zwyczajną lekturę na dobranoc, dwa – jako zestaw ciekawych zadań i łamigłówek, matematycznych wyzwań dla dzieci.
Większą część każdej strony zajmuje opowiadanie, w którym Widłak udowadnia, że ma poczucie humoru i bujną wyobraźnię. Towarzyszy tu Gromorykowi i Gadule w kolejnych przygodach i stara się utrudnić im zadanie. Dolne marginesy to miejsce na zagadki przygotowywane przez Annę Boboryk (od czasu do czasu pojawiają się też pełnostronicowe zadania). Te zagadki matematyczne nie przypominają zadań ze szkolnych ćwiczeń, opierają się na zabawie i mają związek z treścią opowiadania Widłaka. Trzeba na przykład ułożyć w określonej kolejności ptaki, zmierzyć dżdżownice czy umieścić jajka na talerzykach. Boboryk zachęca dzieci do tworzenia zbiorów: zaznaczania, które przedmioty da się naprawić, a co trzeba posprzątać. Zachęca do liczenia szczebli w drabinach, jajek w koszykach czy garnków. Od czasu do czasu prosi o pokolorowanie czegoś lub wypełnienie słoików różnymi rzeczami. Podpowiada małym odbiorcom, jak zabrać się do zadania, ale nie wyręcza ich w myśleniu, pozwala na kreatywne podejście do pracy, a wysiłek zastępuje zabawą i zróżnicowanymi tematami. Całą książeczkę uzupełniają ilustracje Ewy Poklewskiej-Koziełło: dowcipne i lekko naiwne, w stylu, który łatwo zapamiętać i który pozwala na bajkowe uchwycenie historii.
„Król Gromoryk i jajko na miękko” to wyzwanie dla dzieci. Chociaż to pierwszy poziom serii, tekstowo jest tomik bardziej rozbudowany niż w przypadku pierwszego poziomu analogicznej serii Czytam sobie. Widłak nie musi się przejmować formalnymi ograniczeniami tekstu, co więcej: wcale nie ma za zadanie zmuszać dzieci do liczenia. Zyskuje tu twórczą swobodę, jego opowieść jest po prostu punktem wyjścia dla matematycznych zagadek, dzięki czemu o przygodzie króla Gromoryka przyjemnie się czyta. Autor nie realizuje nadrzędnych dydaktycznych celów, może za to wybrać humor, czyli to, w czym od dawna najlepiej się sprawdza.
W tomiku nie ma też żmudnego powtarzania kolejnych cyfr. To raczej propozycja dla dzieci, które powinny poćwiczyć liczenie, a nie uczyć się go od podstaw. Czy chodzi o podliczanie obrazkowych elementów, czy o rozróżnianie wielkości i szeregowanie przedmiotów – w tej wersji nic nie kojarzy się ze szkolnymi obowiązkami lub z nauką. Bohaterowie dostarczą odbiorcom sporo radości, ćwiczenia odbywać się będą najzupełniej zwyczajnie i przy okazji rozrywki. Król Gromoryk to bohater, z którym matematyka staje się całkiem przyjemna.
Apetyt
Król Gromoryk chciałby zjeść jajko na miękko, ale nie wie, jak zabrać się do przyrządzania takiego specjału, bo kucharz zachorował, a królowa wyjechała do mamy. Na szczęście w pobliżu jest kot Gaduła, który służy radami. Z nim na pewno posiłek się uda. Tyle że król w kuchni to zjawisko rzadko spotykane, nie bez powodu.
Egmont wypuszcza na rynek serię Liczę sobie i do stworzenia tej bajki zaprasza Wojciecha Widłaka, jednego z mistrzów absurdu w literaturze czwartej. W trzypoziomowej serii dzieci mają oswoić się z cyframi, poćwiczyć liczenie, ale i szeregowanie przedmiotów (na przykład od najmniejszego do największego lub od najkrótszego do najdłuższego). Zabawa jest tym lepsza, że trzeba do niej wykorzystywać kolorowe naklejki (w tym i złote medale), a na końcu czeka dyplom dla małych odbiorców. Kto wykona wszystkie zadania, ten z pewnością na niego zasługuje. Książeczkę „Król Gromoryk i jajko na miękko” można bowiem wykorzystywać raz jako zwyczajną lekturę na dobranoc, dwa – jako zestaw ciekawych zadań i łamigłówek, matematycznych wyzwań dla dzieci.
Większą część każdej strony zajmuje opowiadanie, w którym Widłak udowadnia, że ma poczucie humoru i bujną wyobraźnię. Towarzyszy tu Gromorykowi i Gadule w kolejnych przygodach i stara się utrudnić im zadanie. Dolne marginesy to miejsce na zagadki przygotowywane przez Annę Boboryk (od czasu do czasu pojawiają się też pełnostronicowe zadania). Te zagadki matematyczne nie przypominają zadań ze szkolnych ćwiczeń, opierają się na zabawie i mają związek z treścią opowiadania Widłaka. Trzeba na przykład ułożyć w określonej kolejności ptaki, zmierzyć dżdżownice czy umieścić jajka na talerzykach. Boboryk zachęca dzieci do tworzenia zbiorów: zaznaczania, które przedmioty da się naprawić, a co trzeba posprzątać. Zachęca do liczenia szczebli w drabinach, jajek w koszykach czy garnków. Od czasu do czasu prosi o pokolorowanie czegoś lub wypełnienie słoików różnymi rzeczami. Podpowiada małym odbiorcom, jak zabrać się do zadania, ale nie wyręcza ich w myśleniu, pozwala na kreatywne podejście do pracy, a wysiłek zastępuje zabawą i zróżnicowanymi tematami. Całą książeczkę uzupełniają ilustracje Ewy Poklewskiej-Koziełło: dowcipne i lekko naiwne, w stylu, który łatwo zapamiętać i który pozwala na bajkowe uchwycenie historii.
„Król Gromoryk i jajko na miękko” to wyzwanie dla dzieci. Chociaż to pierwszy poziom serii, tekstowo jest tomik bardziej rozbudowany niż w przypadku pierwszego poziomu analogicznej serii Czytam sobie. Widłak nie musi się przejmować formalnymi ograniczeniami tekstu, co więcej: wcale nie ma za zadanie zmuszać dzieci do liczenia. Zyskuje tu twórczą swobodę, jego opowieść jest po prostu punktem wyjścia dla matematycznych zagadek, dzięki czemu o przygodzie króla Gromoryka przyjemnie się czyta. Autor nie realizuje nadrzędnych dydaktycznych celów, może za to wybrać humor, czyli to, w czym od dawna najlepiej się sprawdza.
W tomiku nie ma też żmudnego powtarzania kolejnych cyfr. To raczej propozycja dla dzieci, które powinny poćwiczyć liczenie, a nie uczyć się go od podstaw. Czy chodzi o podliczanie obrazkowych elementów, czy o rozróżnianie wielkości i szeregowanie przedmiotów – w tej wersji nic nie kojarzy się ze szkolnymi obowiązkami lub z nauką. Bohaterowie dostarczą odbiorcom sporo radości, ćwiczenia odbywać się będą najzupełniej zwyczajnie i przy okazji rozrywki. Król Gromoryk to bohater, z którym matematyka staje się całkiem przyjemna.
sobota, 21 marca 2015
Wojciech Widłak: Marta i zagadkowy pojazd
Egmont, Warszawa 2015.
Podróż
Nie zawsze w bajkach musi chodzić o pouczanie najmłodszych i prawienie morałów – czasem celem samym w sobie jest już lektura, ćwiczenie czytania. Wojciech Widłak w tomiku „Marta i zagadkowy pojazd” wykorzystuje element niespodzianki, żeby zaangażować maluchy w prostą i wyobraźniową jednocześnie przygodę małej dziewczynki. Sprytnie dobrane składniki („pojazd”przyciągnie raczej chłopców, Marta staje się sygnałem, że to książeczka dla dzieci obu płci) sprawiają, że każdy maluch zechce sprawdzić, co też mogło spotkać bohaterkę. Zwłaszcza że w tytule akcentuje się jeszcze „zagadkowość” całego doświadczenia. A obok tego już nie można przejść obojętnie.
Wszystko zaczyna się u wuja Marty, cenionego wynalazcy. Wuj pracuje nad pojazdem, który będzie mógł przenosić użytkowników w przeszłość. Okazuje się, że jest naprawdę dobrym konstruktorem, bo pojazd działa, o czym przekonuje się sama Marta. Jej przygoda jest krótka i z konieczności pozbawiona szczegółów, ale przyniesie maluchom trochę śmiechu. A wszystko za sprawą wyobraźniowej podróży, którą w bajce bez trudu da się zrealizować.
Bajka pojawiła się w pierwszym poziomie Egmontowej serii Czytam sobie i ma za zadanie wspomagać naukę czytania najmłodszych. W związku z tym warto docenić odważne fabularne rozwiązania autora, który czytankę zamienia w emocjonującą opowieść – krótką, ale działającą dość silnie na dzieci. Każdy kilkulatek zechce się przekonać, co przydarzyło się Marcie – a droga do poznania jest jedna: lektura. Wprawdzie „Marta i zagadkowy pojazd” to książeczka obrazkowa, jednak właściwa treść przygody mieści się tu w słowach. To sama zachęta do śledzenia historyjki. Oczywiście tekst został starannie przygotowany. Od strony edytorskiej to duże litery i brak łamania wyrazów. Zwykle zdania zajmują jedną linijkę pod obrazkiem (od czasu do czasu dwie – ale nigdy pełne), nie odstraszy więc nadmiarem liter. W założeniu serii pojawiają się na pierwszym poziomie tylko głoski podstawowe, żeby dzieci nie zniechęcały się dwuznakami. Taka decyzja sprawia, że czasem bywa trudniej (laboratorium a nie pracownia), ale to akurat nie jest mankament książeczki – warto dawać dzieciom lekturowe wyzwania, bo w ten sposób rozwijają one słownictwo i faktycznie uczą się czegoś nowego. Na wytrwałych zresztą czekają naklejkowe nagrody.
Poza ciekawym tekstem są tu jeszcze zabawne ilustracje Ewy Poklewskiej-Koziełło. Grafiki z Martą są dość proste i komiksowe, a do tego mają przemycane niespodzianki (w laboratorium wuja jest pełno myszy). Bohaterka zawsze zostaje umieszczona w ciekawej przestrzeni. Poklewska-Koziełło chętnie dokonuje też rozmaitych skrótów perspektywicznych i uproszczeń, żeby przekazać maluchom dodatkowe opisowe wiadomości, których w tekście nie ma. Rysunki są zatem atrakcyjne i pozbawione infantylnych rozwiązań, co przekona dzieci do podjęcia prób czytania.
„Marta i zagadkowy pojazd” to dobrze przemyślana publikacja realizująca wytyczne serii i jednocześnie czerpiąca z potrzeby rozrywki wśród najmłodszych. Pozwala zapomnieć o nauce, prowadzi dzieci przez lekturowe ćwiczenia lekko – za sprawą sugerowanych niespodzianek i kuszących odwołań do fantazji. Marta przeżywa wielką przygodę – nikt by nie pomyślał, że możliwe jest jej zaprezentowanie w tak krótkim tekście. Dzieci powinny być zachwycone taką historyjką – Wojciechowi Widłakowi należą się za nią duże brawa.
Podróż
Nie zawsze w bajkach musi chodzić o pouczanie najmłodszych i prawienie morałów – czasem celem samym w sobie jest już lektura, ćwiczenie czytania. Wojciech Widłak w tomiku „Marta i zagadkowy pojazd” wykorzystuje element niespodzianki, żeby zaangażować maluchy w prostą i wyobraźniową jednocześnie przygodę małej dziewczynki. Sprytnie dobrane składniki („pojazd”przyciągnie raczej chłopców, Marta staje się sygnałem, że to książeczka dla dzieci obu płci) sprawiają, że każdy maluch zechce sprawdzić, co też mogło spotkać bohaterkę. Zwłaszcza że w tytule akcentuje się jeszcze „zagadkowość” całego doświadczenia. A obok tego już nie można przejść obojętnie.
Wszystko zaczyna się u wuja Marty, cenionego wynalazcy. Wuj pracuje nad pojazdem, który będzie mógł przenosić użytkowników w przeszłość. Okazuje się, że jest naprawdę dobrym konstruktorem, bo pojazd działa, o czym przekonuje się sama Marta. Jej przygoda jest krótka i z konieczności pozbawiona szczegółów, ale przyniesie maluchom trochę śmiechu. A wszystko za sprawą wyobraźniowej podróży, którą w bajce bez trudu da się zrealizować.
Bajka pojawiła się w pierwszym poziomie Egmontowej serii Czytam sobie i ma za zadanie wspomagać naukę czytania najmłodszych. W związku z tym warto docenić odważne fabularne rozwiązania autora, który czytankę zamienia w emocjonującą opowieść – krótką, ale działającą dość silnie na dzieci. Każdy kilkulatek zechce się przekonać, co przydarzyło się Marcie – a droga do poznania jest jedna: lektura. Wprawdzie „Marta i zagadkowy pojazd” to książeczka obrazkowa, jednak właściwa treść przygody mieści się tu w słowach. To sama zachęta do śledzenia historyjki. Oczywiście tekst został starannie przygotowany. Od strony edytorskiej to duże litery i brak łamania wyrazów. Zwykle zdania zajmują jedną linijkę pod obrazkiem (od czasu do czasu dwie – ale nigdy pełne), nie odstraszy więc nadmiarem liter. W założeniu serii pojawiają się na pierwszym poziomie tylko głoski podstawowe, żeby dzieci nie zniechęcały się dwuznakami. Taka decyzja sprawia, że czasem bywa trudniej (laboratorium a nie pracownia), ale to akurat nie jest mankament książeczki – warto dawać dzieciom lekturowe wyzwania, bo w ten sposób rozwijają one słownictwo i faktycznie uczą się czegoś nowego. Na wytrwałych zresztą czekają naklejkowe nagrody.
Poza ciekawym tekstem są tu jeszcze zabawne ilustracje Ewy Poklewskiej-Koziełło. Grafiki z Martą są dość proste i komiksowe, a do tego mają przemycane niespodzianki (w laboratorium wuja jest pełno myszy). Bohaterka zawsze zostaje umieszczona w ciekawej przestrzeni. Poklewska-Koziełło chętnie dokonuje też rozmaitych skrótów perspektywicznych i uproszczeń, żeby przekazać maluchom dodatkowe opisowe wiadomości, których w tekście nie ma. Rysunki są zatem atrakcyjne i pozbawione infantylnych rozwiązań, co przekona dzieci do podjęcia prób czytania.
„Marta i zagadkowy pojazd” to dobrze przemyślana publikacja realizująca wytyczne serii i jednocześnie czerpiąca z potrzeby rozrywki wśród najmłodszych. Pozwala zapomnieć o nauce, prowadzi dzieci przez lekturowe ćwiczenia lekko – za sprawą sugerowanych niespodzianek i kuszących odwołań do fantazji. Marta przeżywa wielką przygodę – nikt by nie pomyślał, że możliwe jest jej zaprezentowanie w tak krótkim tekście. Dzieci powinny być zachwycone taką historyjką – Wojciechowi Widłakowi należą się za nią duże brawa.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






