Harperkids, Warszawa 2025.
Śledztwo
Czasami wymogi formalne w serii Czytam sobie są ograniczeniem dla twórców – i obnażają słabość niektórych założeń cyklu. Na drugim poziomie cyklu dzieci wciąż nie mogą jeszcze poznawać dwuznaków czy zmiękczeń, a to oznacza, że w ruch idą słowniki synonimów. Co z kolei przekłada się na mniej czytelny przekaz. Jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że seria przeznaczona jest dla dzieci, które uczą się czytać – więc rozpoznawanie i składanie liter jeszcze czasami może im sprawiać problemy – staje się jasne, że „23 podstawowe głoski oraz h” będą utrudnieniem w pracy. Najmłodsi bowiem nie tylko będą się musieli mierzyć ze skomplikowanymi słowami, nieużywanymi na co dzień, ale też – z dość nienaturalnym rytmem książki. I można bronić niektórych publikacji – że liczy się stawianie wysoko poprzeczki maluchom, albo że chodzi o to, żeby nie zgadywać dalszego ciągu a faktycznie go czytać – ale w ten sposób oddala się wizja czytania dla przyjemności. A przecież to powinno być jedno z ważnych przesłań przekazywanych kilkulatkom: po książki sięga się nie z przymusu i dla nauki, ale przede wszystkim dla rozrywki. Marcin Baran ma pomysł na kryminał dziecięcy – to prawdziwe wyzwanie, jeśli na jednej stronie może zmieścić maksymalnie trzy wersy dużym drukiem. Bohaterowie to sowa Zofia i jej pomocnik, padalec Wypluwka. Dostają oni do rozwiązania zagadki płynące bezpośrednio z natury – trzeba tu trochę się skoncentrować i co nieco wiedzieć, żeby poradzić sobie z zadaniem. Zagadki bazują na zjawiskach przyrodniczych i naprawdę nie potrzeba tu wielkiego śledztwa, żeby móc je wyjaśniać – Marcin Baran nie zajmuje się jedną, najważniejszą – a rejestruje kilka spraw, żeby zilustrować dokonania bohaterów i upewnić odbiorców w przekonaniu, że oto mają do czynienia z prawdziwymi detektywami. Zdarza się, że posługuje się wyobraźnią i abstrakcyjnymi pomysłami – jak w przypadku dramaturga Sowoklesa, któremu wyparowuje jeden z aktów dramatu – to raczej humor dla dorosłych, trzeba znać kontekst, żeby móc się ucieszyć z żartu, dzieciom niekoniecznie takie rozwiązanie przypadnie do gustu. Co do trudności w tekście… Obok siebie pojawiają się na przykład ekwipunek, suwmiarka i teleobiektyw, potem są wykwintne kilimy i penetrowanie teatru. Można docenić zabawę brzmieniami w lekko łysawej etoli lisa – ale czy to jest temat, który zaintryguje maluchy? Wysoki poziom trudności w połączeniu ze słowami, które nie są obecne w codziennych rozmowach to naprawdę duże wyzwanie dla najmłodszych – warto o tym pamiętać. Pytanie, co by się stało, gdyby zamiast rezygnacji z dwuznaków zrezygnowano z nieużywanych lub archaicznych sorfmułowań. Przygody sowy i padalca ilustruje Tomek Kozłowski, który tym razem najchętniej ukrywałby się w ciemnym otoczeniu. Faktem jest, że dzieci dzięki takim wyzwaniom nauczą się czytać szybciej i lepiej, ale istnieje też ryzyko, że nie zechcą wracać do książek.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą HarperKids. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą HarperKids. Pokaż wszystkie posty
piątek, 29 sierpnia 2025
niedziela, 24 sierpnia 2025
Justyna Bednarek: Wypadek na stacji metra
Harperkids, Warszawa 2025.
Emocje
Na pierwszym poziomie serii Czytam sobie opowiadania dla najmłodszych – poznających dopiero litery – składają się w założeniu z jak najprostszych słów (bez dwuznaków) – i z zaledwie maksymalnie dwustu wyrazów. Oznacza to, że na każdej stronie pojawią się jeden albo dwa wersy tekstu, a emocje trzeba będzie zaznaczać znakami interpunkcyjnymi. Ale myliłby się ten, kto by uważał, że w takich warunkach nie da się stworzyć historii wciągającej i pełnej akcji. Justyna Bednarek wyzwań się nie boi i proponuje najmłodszym odbiorcom „Wypadek na stacji metra”, krótką historię o tym, jak dzięki czujności pani weterynarz (i motorniczego metra, który jednak niewiele może zrobić) ktoś ocaleje. Prowadzenie metra to bardzo przyjemna sprawa, można się delektować kawą – ale łatwo też o tragedię: rozpędzonej maszyny nie da się od razu wyhamować, trzeba zatem przez cały czas obserwować otoczenie. Justyna Bednarek zabiera dzieci do miejsca, które nie wszyscy znają i przedstawia środek transportu dla niektórych jeszcze mocno egzotyczny. Emocje rozbudza za sprawą bohatera zamieszania – kundelka, który podchodzi do krawędzi peronu. Autorka funduje najmłodszym trochę grozy, będzie można zastanawiać się, czy sympatyczny zwierzak ocaleje. Taki zestaw silnych uczuć sprawi, że najmłodsi zechcą czytać tę książkę i ćwiczyć poznawanie liter. Żeby dorośli mogli kontrolować postępy dzieci, do książki dołączony został zestaw naklejek, a na skrzydełku pojawiają się pytania dotyczące znajomości treści. Jak zawsze w cyklu, odbiorcy mają na marginesach opowieści podawane wyrazy rozpisane na litery – nie są to najbardziej skomplikowane, raczej przypadkowo wybrane słowa – tak, żeby poćwiczyć od czasu do czasu.
Diana Karpowicz zajmuje się stroną graficzną – ma tu ważną rolę do odegrania, bo tomiki z pierwszego poziomu serii są picture bookami. Ilustratorka decyduje się na proste kształty i grę kolorami, żeby zaintrygować maluchy, ale też żeby nie odciągać ich uwagi nadmiernie od pracy. Wybiera rysunki nieprzesycone detalami, dając szansę także tym przebodźcowanym dzieciom, które muszą się bardziej napracować nad utrzymaniem koncentracji – ale unika infantylizmu w kresce. Jest to publikacja dobrze przygotowana. Nadaje się dla dzieci, które zaczęły uczyć się czytania – i które teraz powinny jak najwięcej ćwiczyć. Nie otrzymają one naiwnej czytanki, a pełnowartościową opowieść z dużym ładunkiem emocji. „Wypadek na stacji metra” to książeczka, przy której nie trzeba będzie zapraszać do czytania małych fanów sensacji – tu zdarzy się dużo, więc odbiorcy powinni być usatysfakcjonowani. Ta książka wręcz zachęca, żeby po nią sięgnąć – daje szansę podejrzenia niezwykłej sytuacji i sprawdzenia, kto może być prawdziwym bohaterem w dzisiejszych czasach. To opowiastka do przeżywania – a nie tylko do ćwiczenia rozpoznawania liter.
Emocje
Na pierwszym poziomie serii Czytam sobie opowiadania dla najmłodszych – poznających dopiero litery – składają się w założeniu z jak najprostszych słów (bez dwuznaków) – i z zaledwie maksymalnie dwustu wyrazów. Oznacza to, że na każdej stronie pojawią się jeden albo dwa wersy tekstu, a emocje trzeba będzie zaznaczać znakami interpunkcyjnymi. Ale myliłby się ten, kto by uważał, że w takich warunkach nie da się stworzyć historii wciągającej i pełnej akcji. Justyna Bednarek wyzwań się nie boi i proponuje najmłodszym odbiorcom „Wypadek na stacji metra”, krótką historię o tym, jak dzięki czujności pani weterynarz (i motorniczego metra, który jednak niewiele może zrobić) ktoś ocaleje. Prowadzenie metra to bardzo przyjemna sprawa, można się delektować kawą – ale łatwo też o tragedię: rozpędzonej maszyny nie da się od razu wyhamować, trzeba zatem przez cały czas obserwować otoczenie. Justyna Bednarek zabiera dzieci do miejsca, które nie wszyscy znają i przedstawia środek transportu dla niektórych jeszcze mocno egzotyczny. Emocje rozbudza za sprawą bohatera zamieszania – kundelka, który podchodzi do krawędzi peronu. Autorka funduje najmłodszym trochę grozy, będzie można zastanawiać się, czy sympatyczny zwierzak ocaleje. Taki zestaw silnych uczuć sprawi, że najmłodsi zechcą czytać tę książkę i ćwiczyć poznawanie liter. Żeby dorośli mogli kontrolować postępy dzieci, do książki dołączony został zestaw naklejek, a na skrzydełku pojawiają się pytania dotyczące znajomości treści. Jak zawsze w cyklu, odbiorcy mają na marginesach opowieści podawane wyrazy rozpisane na litery – nie są to najbardziej skomplikowane, raczej przypadkowo wybrane słowa – tak, żeby poćwiczyć od czasu do czasu.
Diana Karpowicz zajmuje się stroną graficzną – ma tu ważną rolę do odegrania, bo tomiki z pierwszego poziomu serii są picture bookami. Ilustratorka decyduje się na proste kształty i grę kolorami, żeby zaintrygować maluchy, ale też żeby nie odciągać ich uwagi nadmiernie od pracy. Wybiera rysunki nieprzesycone detalami, dając szansę także tym przebodźcowanym dzieciom, które muszą się bardziej napracować nad utrzymaniem koncentracji – ale unika infantylizmu w kresce. Jest to publikacja dobrze przygotowana. Nadaje się dla dzieci, które zaczęły uczyć się czytania – i które teraz powinny jak najwięcej ćwiczyć. Nie otrzymają one naiwnej czytanki, a pełnowartościową opowieść z dużym ładunkiem emocji. „Wypadek na stacji metra” to książeczka, przy której nie trzeba będzie zapraszać do czytania małych fanów sensacji – tu zdarzy się dużo, więc odbiorcy powinni być usatysfakcjonowani. Ta książka wręcz zachęca, żeby po nią sięgnąć – daje szansę podejrzenia niezwykłej sytuacji i sprawdzenia, kto może być prawdziwym bohaterem w dzisiejszych czasach. To opowiastka do przeżywania – a nie tylko do ćwiczenia rozpoznawania liter.
piątek, 22 sierpnia 2025
Joanna Jagiełło: Karetka mojego taty
Harperkids, Warszawa 2025.
Czas
Praca ratowników medycznych nie należy do najłatwiejszych, a do tego wiąże się z wieloma wyrzeczeniami i problemami. Przekonuje się o tym Antek: jego tata wprawdzie jeździ karetką (nawet na sygnale), ale ciągle nie ma go w domu i nawet kiedy Antek bardzo chciałby zaprosić go na szkolne uroczystości – tata przeważnie ma dyżury, których nie może odwołać. To przeszkadza też mamie, która w końcu żąda wyprowadzki – Joanna Jagiełło nie oszczędza małych czytelników, ale dzięki temu może ich do tomiku w serii Czytam sobie przekonać. „Karetka mojego taty”, książka na trzecim poziomie serii, obfituje w emocjonujące wydarzenia. Antek raz może przyjrzeć się zajęciom taty z bliska – kiedy mama musi wyjechać, a tata ma dyżur – chłopiec trafia do bazy i obserwuje wszystko, co jest codziennością taty, przynajmniej od kulis. Nie może wyruszyć na ratunek potrzebującym, ale zadaje mnóstwo pytań i dowiaduje się z tego, co robić, żeby uratować komuś życie. Stara się jak najwięcej zapamiętać: między innymi numer telefonu, pod który trzeba dzwonić, żeby wezwać pomoc. A ponieważ udzielenie pomocy nie kończy się na wybraniu numeru, Antek wbija sobie w głowę wiedzę na temat układania kogoś na boku, sprawdzania oddechu czy… używania defibrylatora. Może być dumny z taty – co nie zmienia faktu, że nie może liczyć na jego obecność i wsparcie.
Ale samo opisywanie elementów pracy ratownika medycznego to za mało, żeby przyciągnąć dzieci, które ćwiczą sztukę czytania. Dlatego też Joanna Jagiełło koncentruje się na rozpadzie życia rodzinnego – pokazuje odbiorcom, że czasami nawet oczywiste wyrzeczenia prowadzą do konfliktów. Antek nie ma pretensji do mamy, że tata się wyprowadził: i tak nie ma go ciągle w domu. Sam zaczyna też to boleśnie odczuwać – zwłaszcza że zbliża się ważny mecz drużyny Jastrzębi, a wszyscy zawodnicy mogą liczyć na obecność ojców, a niektórzy – obojga rodziców. Antek daje z siebie wszystko, jednak nawet kiedy strzela decydującego gola, dopinguje go tylko mama. Jednak prawdziwy sprawdzian umiejętności chłopca – i relacji rodzinnych – nastąpi. Joanna Jagiełło dba o to, żeby dużo się tu działo: zaangażuje dzieci na różnych płaszczyznach, a trochę przy okazji nauczy je, jak reagować podczas nieprzewidzianych sytuacji. Podczas wypadków trzeba wiedzieć, co robić – i zachować zimną krew, nie ma tu znaczenia wiek, nawet młodzi ludzie mogą wydawać polecenia starszym, jeśli tylko nauczyli się, jak udzielać pomocy.
„Karetka mojego taty” to książka, która ma się przydać dzieciom ćwiczącym sztukę czytania – ale warto ją podsunąć wszystkim maluchom, bo mieszczą się tu praktyczne wskazówki i komentarze dotyczące działań w prawdziwym życiu. Przy okazji autorka może uświadomić też czytelnikom, że trzeba zawsze brać pod uwagę zajęcia czy możliwości drugiej osoby – nie zawsze da się dostosować do oczekiwań. Jest „Karetka mojego taty” również okazją do poznania paru nowych trudnych słówek – i to można też wziąć pod uwagę: podczas lektury pojawią się słowa oznaczone gwiazdką i wyjaśnione na końcu tomiku. To bardzo udana propozycja dla najmłodszych.
Czas
Praca ratowników medycznych nie należy do najłatwiejszych, a do tego wiąże się z wieloma wyrzeczeniami i problemami. Przekonuje się o tym Antek: jego tata wprawdzie jeździ karetką (nawet na sygnale), ale ciągle nie ma go w domu i nawet kiedy Antek bardzo chciałby zaprosić go na szkolne uroczystości – tata przeważnie ma dyżury, których nie może odwołać. To przeszkadza też mamie, która w końcu żąda wyprowadzki – Joanna Jagiełło nie oszczędza małych czytelników, ale dzięki temu może ich do tomiku w serii Czytam sobie przekonać. „Karetka mojego taty”, książka na trzecim poziomie serii, obfituje w emocjonujące wydarzenia. Antek raz może przyjrzeć się zajęciom taty z bliska – kiedy mama musi wyjechać, a tata ma dyżur – chłopiec trafia do bazy i obserwuje wszystko, co jest codziennością taty, przynajmniej od kulis. Nie może wyruszyć na ratunek potrzebującym, ale zadaje mnóstwo pytań i dowiaduje się z tego, co robić, żeby uratować komuś życie. Stara się jak najwięcej zapamiętać: między innymi numer telefonu, pod który trzeba dzwonić, żeby wezwać pomoc. A ponieważ udzielenie pomocy nie kończy się na wybraniu numeru, Antek wbija sobie w głowę wiedzę na temat układania kogoś na boku, sprawdzania oddechu czy… używania defibrylatora. Może być dumny z taty – co nie zmienia faktu, że nie może liczyć na jego obecność i wsparcie.
Ale samo opisywanie elementów pracy ratownika medycznego to za mało, żeby przyciągnąć dzieci, które ćwiczą sztukę czytania. Dlatego też Joanna Jagiełło koncentruje się na rozpadzie życia rodzinnego – pokazuje odbiorcom, że czasami nawet oczywiste wyrzeczenia prowadzą do konfliktów. Antek nie ma pretensji do mamy, że tata się wyprowadził: i tak nie ma go ciągle w domu. Sam zaczyna też to boleśnie odczuwać – zwłaszcza że zbliża się ważny mecz drużyny Jastrzębi, a wszyscy zawodnicy mogą liczyć na obecność ojców, a niektórzy – obojga rodziców. Antek daje z siebie wszystko, jednak nawet kiedy strzela decydującego gola, dopinguje go tylko mama. Jednak prawdziwy sprawdzian umiejętności chłopca – i relacji rodzinnych – nastąpi. Joanna Jagiełło dba o to, żeby dużo się tu działo: zaangażuje dzieci na różnych płaszczyznach, a trochę przy okazji nauczy je, jak reagować podczas nieprzewidzianych sytuacji. Podczas wypadków trzeba wiedzieć, co robić – i zachować zimną krew, nie ma tu znaczenia wiek, nawet młodzi ludzie mogą wydawać polecenia starszym, jeśli tylko nauczyli się, jak udzielać pomocy.
„Karetka mojego taty” to książka, która ma się przydać dzieciom ćwiczącym sztukę czytania – ale warto ją podsunąć wszystkim maluchom, bo mieszczą się tu praktyczne wskazówki i komentarze dotyczące działań w prawdziwym życiu. Przy okazji autorka może uświadomić też czytelnikom, że trzeba zawsze brać pod uwagę zajęcia czy możliwości drugiej osoby – nie zawsze da się dostosować do oczekiwań. Jest „Karetka mojego taty” również okazją do poznania paru nowych trudnych słówek – i to można też wziąć pod uwagę: podczas lektury pojawią się słowa oznaczone gwiazdką i wyjaśnione na końcu tomiku. To bardzo udana propozycja dla najmłodszych.
niedziela, 17 sierpnia 2025
Smerfy. Wielki film. Nowa kolekcja bajek
Harperkids, Warszawa 2025.
Z wioski
Bardzo dobry jest ten tomik, nawet jeśli dziecko dopiero ma poznawać przygody małych niebieskich stworków i czarnoksiężnika, który zawsze chce je upolować i zjeść. „Smerfy. Wielki film. Nowa kolekcja bajek” to książka w twardych napowietrzonych okładkach, bardzo przyjemnych w dotyku – i bogato ilustrowana. Chce się ją przeglądać, ale przede wszystkim ze względu na zawartość, pięć sycących opowiadań pokazujących wielkie przygody niedużych bohaterów. Co ciekawe, fanów klasyki – na przykład rodziców czytających o przygodach Smerfów swoim pociechom – zaskoczyć może obecność wielu postaci, których nie było w oryginalnej kreskówkowej serii. Jest tu między innymi Hecka Grymuarek, magiczna księga, która sama ożywa. Jest Gradobitka – bo już od dawna twórcy po Peyo próbowali przełamać monopol Smerfetki na pobyt w wiosce żeńskich postaci. Co dziwne, jest też zły czarnoksiężnik Razamel oraz… brat Papy Smerfa, Ken. I tak galeria postaci mocno się rozbudowuje – nie wiadomo, czy jest to odbiorcom potrzebne, na pewno przyda się autorom historyjek, którzy mogą dzięki temu wprowadzać bardziej dynamiczną akcję.
Rzeczywistość spoza bajki mocno wkracza do świata Smerfów i w tym tomiku jest to widoczne. W opowiadaniu „Zupa Kucharza” Ważniak zajmuje się… wystawianiem recenzji (i przydzielaniem gwiazdek) potrawom przygotowywanym przez Kucharza, zupełnie jakby Smerfy miały wybór i mogły korzystać z usług innych gotujących. Wiadomo, że to musi prowadzić do konfliktów i nieporozumień – ale bohaterowie przekonają się, jak ważne jest docenianie tych, którzy są za coś odpowiedzialni w lokalnej społeczności. Przy „Wyścigu” do akcji wchodzą ślimaki napędzane magią – tu nie da się przewidzieć, kto wygra. Dwa Smerfy chcą udowodnić swoją przydatność i zaopiekować się Smerfikiem, zdejmując z głowy Papy Smerfa spoko komplikacji – ale opieka nie przychodzi łatwo, więc trzeba będzie sporo się napocić, żeby wreszcie zapanował spokój. W „Opowieści filmowej” mnóstwo będzie czarów i przechodzenia przez magiczne portale do światów nawet znanych z rzeczywistości pozaliterackiej – Smerfy mogą znaleźć się między innymi w Paryżu. Najbardziej klasyczny w duchu jest tomik „Na smerfojagody” – to kolejny podstęp Gargamela, który zamierza złapać i zjeść niebieskie stworki. Gargamel postanawia zniszczyć wszystkie krzaki smerfojagód w lesie, zasadzić grządki w pobliżu swojego zamku i w ten sposób zapewnić sobie świeże dostawy Smerfów. Oczywiście bohaterowie myślą – i nie wpadną w tak przewidywalną pułapkę.
W tym tomiku liczą się przygody, a nie pouczanie najmłodszych – więc dzieci chętnie będą zapoznawać się z bajkami. Kolejne historie przypominają te z kreskówek, chociaż trochę szkoda odejścia od najbardziej typowych w cyklu postaci – niewielu z dawnych czasów powraca do fabuł, w ich miejsce pojawiają się nowi, jak Bezimek, nie wiadomo z czego słynący – ale póki wszystko jest utrzymane w duchu klasyki, da się to strawić. Najdziwniejsze wrażenie przy stylizowanych na dawne opowiastkach robią trójwymiarowe ilustracje – to wyzwanie dla rodziców, którzy będą czytać o przygodach Smerfów swoim pociechom.
Z wioski
Bardzo dobry jest ten tomik, nawet jeśli dziecko dopiero ma poznawać przygody małych niebieskich stworków i czarnoksiężnika, który zawsze chce je upolować i zjeść. „Smerfy. Wielki film. Nowa kolekcja bajek” to książka w twardych napowietrzonych okładkach, bardzo przyjemnych w dotyku – i bogato ilustrowana. Chce się ją przeglądać, ale przede wszystkim ze względu na zawartość, pięć sycących opowiadań pokazujących wielkie przygody niedużych bohaterów. Co ciekawe, fanów klasyki – na przykład rodziców czytających o przygodach Smerfów swoim pociechom – zaskoczyć może obecność wielu postaci, których nie było w oryginalnej kreskówkowej serii. Jest tu między innymi Hecka Grymuarek, magiczna księga, która sama ożywa. Jest Gradobitka – bo już od dawna twórcy po Peyo próbowali przełamać monopol Smerfetki na pobyt w wiosce żeńskich postaci. Co dziwne, jest też zły czarnoksiężnik Razamel oraz… brat Papy Smerfa, Ken. I tak galeria postaci mocno się rozbudowuje – nie wiadomo, czy jest to odbiorcom potrzebne, na pewno przyda się autorom historyjek, którzy mogą dzięki temu wprowadzać bardziej dynamiczną akcję.
Rzeczywistość spoza bajki mocno wkracza do świata Smerfów i w tym tomiku jest to widoczne. W opowiadaniu „Zupa Kucharza” Ważniak zajmuje się… wystawianiem recenzji (i przydzielaniem gwiazdek) potrawom przygotowywanym przez Kucharza, zupełnie jakby Smerfy miały wybór i mogły korzystać z usług innych gotujących. Wiadomo, że to musi prowadzić do konfliktów i nieporozumień – ale bohaterowie przekonają się, jak ważne jest docenianie tych, którzy są za coś odpowiedzialni w lokalnej społeczności. Przy „Wyścigu” do akcji wchodzą ślimaki napędzane magią – tu nie da się przewidzieć, kto wygra. Dwa Smerfy chcą udowodnić swoją przydatność i zaopiekować się Smerfikiem, zdejmując z głowy Papy Smerfa spoko komplikacji – ale opieka nie przychodzi łatwo, więc trzeba będzie sporo się napocić, żeby wreszcie zapanował spokój. W „Opowieści filmowej” mnóstwo będzie czarów i przechodzenia przez magiczne portale do światów nawet znanych z rzeczywistości pozaliterackiej – Smerfy mogą znaleźć się między innymi w Paryżu. Najbardziej klasyczny w duchu jest tomik „Na smerfojagody” – to kolejny podstęp Gargamela, który zamierza złapać i zjeść niebieskie stworki. Gargamel postanawia zniszczyć wszystkie krzaki smerfojagód w lesie, zasadzić grządki w pobliżu swojego zamku i w ten sposób zapewnić sobie świeże dostawy Smerfów. Oczywiście bohaterowie myślą – i nie wpadną w tak przewidywalną pułapkę.
W tym tomiku liczą się przygody, a nie pouczanie najmłodszych – więc dzieci chętnie będą zapoznawać się z bajkami. Kolejne historie przypominają te z kreskówek, chociaż trochę szkoda odejścia od najbardziej typowych w cyklu postaci – niewielu z dawnych czasów powraca do fabuł, w ich miejsce pojawiają się nowi, jak Bezimek, nie wiadomo z czego słynący – ale póki wszystko jest utrzymane w duchu klasyki, da się to strawić. Najdziwniejsze wrażenie przy stylizowanych na dawne opowiastkach robią trójwymiarowe ilustracje – to wyzwanie dla rodziców, którzy będą czytać o przygodach Smerfów swoim pociechom.
poniedziałek, 11 sierpnia 2025
Smerfy. Wielki film. Książka do wyklejania. Scenki i inne wyzwania
Harperkids, Warszawa 2025.
Smerfne zabawy
Zeszytowa książka o dużym fomacie pozwala dzieciom na zabawę naklejkami. „Smerfy. Wielki film. Książka do wyklejania” to kolejna publikacja związana z postaciami z kreskówek i wykorzystująca upodobanie najmłodszych do zabawy w naklejanie naklejek niekoniecznie w wyznaczonych do tego miejscach. Tomik jest wydany na kredowym papierze, można zatem traktować naklejki jako przedmioty wielokrotnego użytku – da się zmieniać stworzone scenki, poprawiać albo w ogóle modyfikować zawartość. Nie oznacza to, że dzieci zostaną pozostawione same sobie w pracy. „Scenki i inne wyzwania” to książeczka wypełniona łamigłówkami dla najmłodszych. Jest tu nawet sudoku (w wersji obrazkowej i mocno uproszczonej), pojawiają się porównywanki i uzupełnianki, albo zgadywanie po cieniach, do kogo należą. Znajdzie się też rodzaj testu na inteligencję – czyli uzupełnianie podanego wzoru. I to są wyzwania dla dzieci, które potrzebują wskazówek i konkretów. Ale kilka razy pojawiają się rozkładówki oznaczone hasłem „czas na scenkę” – i wtedy można według własnego uznania kreować obrazki w odpowiednio przygotowanych tłach. Trzeba przyznać, że tła rozbudzają wyobraźnię: to las, który odwiedza się w poszukiwaniu smerfojagód w ciągu dnia, ten sam las w nocy oraz magiczny portal – w „Wielkim filmie” bohaterowie korzystają z możliwości szybkiego przemieszczania się między światami czy prawdziwymi miejscami – w tym celu przekraczają właśnie kolejne magiczne portale. Teraz mali odbiorcy mogą zastanowić się, jak wygląda transfer przez magiczny portal i uzupełnić naklejkami z bohaterami całą rozkładówkę. Naklejki znajdują się na dwóch stronach na środku książki – czasami trzeba wykorzystywać konkretne, na przykład gwiazdki do oznaczania postępu pracy – ale zdarza się, że odbiorcy są nakłaniani do kreatywności i tworzenia własnych propozycji. W poleceniach przy scenkach nie ma mowy o właściwych bohaterach – można decydować się na istniejące naklejki bez żadnych podpowiedzi (i zawsze da się zmienić zdanie, jeśli efekt nie będzie zadowalający).
Jedyne, czego nie ma w tych tomikach – z racji kredowego papieru – to kolorowanki. Dlatego też twórcy starają się tak zabarwić strony, żeby nie było na nich białych miejsc zapraszających do malowania: w związku z tym publikacje z tej podserii urzekają barwnością i rozkładówkami, które nie kojarzą się w najmniejszym stopniu z tym, co dawniej było wyróżnikiem kreskówki. Smerfy zyskują nowe życie, mogą cieszyć kolejne pokolenie odbiorców – zostały tylko trochę podrasowane, żeby wytrzymać konkurencję z innymi postaciami funkcjonującymi na rynku. Gadżetowa publikacja towarzyszy kreskówce i pozwala odbiorcom na przebywanie z lubianymi postaciami. Ta książka to połączenie znanych postaci, naklejek, zabawy i kreatywności oraz ćwiczeń manualnych i gier logicznych. W niewielkim tomiku znalazło się całkiem sporo wyzwań i ciekawych z perspektywy najmłodszych rozrywek – tak przygotowana pozycja może wygrywać z komputerami, przynajmniej na pewien czas.
Smerfne zabawy
Zeszytowa książka o dużym fomacie pozwala dzieciom na zabawę naklejkami. „Smerfy. Wielki film. Książka do wyklejania” to kolejna publikacja związana z postaciami z kreskówek i wykorzystująca upodobanie najmłodszych do zabawy w naklejanie naklejek niekoniecznie w wyznaczonych do tego miejscach. Tomik jest wydany na kredowym papierze, można zatem traktować naklejki jako przedmioty wielokrotnego użytku – da się zmieniać stworzone scenki, poprawiać albo w ogóle modyfikować zawartość. Nie oznacza to, że dzieci zostaną pozostawione same sobie w pracy. „Scenki i inne wyzwania” to książeczka wypełniona łamigłówkami dla najmłodszych. Jest tu nawet sudoku (w wersji obrazkowej i mocno uproszczonej), pojawiają się porównywanki i uzupełnianki, albo zgadywanie po cieniach, do kogo należą. Znajdzie się też rodzaj testu na inteligencję – czyli uzupełnianie podanego wzoru. I to są wyzwania dla dzieci, które potrzebują wskazówek i konkretów. Ale kilka razy pojawiają się rozkładówki oznaczone hasłem „czas na scenkę” – i wtedy można według własnego uznania kreować obrazki w odpowiednio przygotowanych tłach. Trzeba przyznać, że tła rozbudzają wyobraźnię: to las, który odwiedza się w poszukiwaniu smerfojagód w ciągu dnia, ten sam las w nocy oraz magiczny portal – w „Wielkim filmie” bohaterowie korzystają z możliwości szybkiego przemieszczania się między światami czy prawdziwymi miejscami – w tym celu przekraczają właśnie kolejne magiczne portale. Teraz mali odbiorcy mogą zastanowić się, jak wygląda transfer przez magiczny portal i uzupełnić naklejkami z bohaterami całą rozkładówkę. Naklejki znajdują się na dwóch stronach na środku książki – czasami trzeba wykorzystywać konkretne, na przykład gwiazdki do oznaczania postępu pracy – ale zdarza się, że odbiorcy są nakłaniani do kreatywności i tworzenia własnych propozycji. W poleceniach przy scenkach nie ma mowy o właściwych bohaterach – można decydować się na istniejące naklejki bez żadnych podpowiedzi (i zawsze da się zmienić zdanie, jeśli efekt nie będzie zadowalający).
Jedyne, czego nie ma w tych tomikach – z racji kredowego papieru – to kolorowanki. Dlatego też twórcy starają się tak zabarwić strony, żeby nie było na nich białych miejsc zapraszających do malowania: w związku z tym publikacje z tej podserii urzekają barwnością i rozkładówkami, które nie kojarzą się w najmniejszym stopniu z tym, co dawniej było wyróżnikiem kreskówki. Smerfy zyskują nowe życie, mogą cieszyć kolejne pokolenie odbiorców – zostały tylko trochę podrasowane, żeby wytrzymać konkurencję z innymi postaciami funkcjonującymi na rynku. Gadżetowa publikacja towarzyszy kreskówce i pozwala odbiorcom na przebywanie z lubianymi postaciami. Ta książka to połączenie znanych postaci, naklejek, zabawy i kreatywności oraz ćwiczeń manualnych i gier logicznych. W niewielkim tomiku znalazło się całkiem sporo wyzwań i ciekawych z perspektywy najmłodszych rozrywek – tak przygotowana pozycja może wygrywać z komputerami, przynajmniej na pewien czas.
niedziela, 3 sierpnia 2025
Bluey. Magiczne cymbałki
Harperkids, Warszawa 2025.
Dźwięki
Tę książkę można usłyszeć – to kolejna zabawka, w której opowieść jest dodatkiem do rozrywki innego rodzaju. Na każdej rozkładówce na marginesie znajduje się piktogram, przedstawienie obrazka, którego należy dotknąć na magicznych cymbałkach z boku książki (jeśli będą włączone, usłyszy się odpowiedni dźwięk: w czterech przypadkach nuty, w jednym – chichot bohaterek, Blue i jej siostry, Bingo). Fabuła została dopasowana do gadżetu, a całość przygotowana tak, żeby przyciągać dzieci i zachęcać je do korzystania z tomiku, który jest też picture bookiem opartym na przygodach kreskówkowych kwadratowych psów.
Blue i Bingo uwielbiają zabawy z tatą – zwłaszcza grę na wymyślonych instrumentach. W ramach tej gry same zamieniają się w instrumenty: można być pianinem albo… pupobongosem. Można też zagrać na magicznych cymbałkach – i to już przynosi zupełnie inne efekty niż wydobywanie dźwięków. Magiczne cymbałki zamrażają tego, kogo chce się zaczarować. I wtedy da się z takim zaczarowanym zrobić wszystko: kiedy na przykład zamrozi się tatę, można namalować mu wąsy i przygotować śmieszne przebranie.
Tylko magiczne cymbałki są jedne. A Blue i Bingo dwie. Jak ustalić, kto zamraża, a kto odmraża, kto czaruje i w którym momencie? „Magiczne cymbałki” to tomik o dzieleniu się i o wspólnej zgodnej zabawie – bohaterki przekonują się, że muszą się nauczyć pracować razem, żeby osiągać więcej korzyści i żeby nie zirytować rodziców. Zyskują w tej historii przestrzeń na podzielenie się wzajemnymi żalami – i zamiast pretensji i kłótni właśnie spokojne powiedzenie o własnych oczekiwaniach i zmartwieniach pomaga w osiągnięciu celu. Dzieci będą towarzyszyć bohaterkom w szalonej zabawie: oczywiście, żeby cymbałki były magiczne, trzeba udziału wszystkich zainteresowanych, ktoś musi udawać, że jest zaczarowany i ze spokojem przyjmować szalone pomysły pozostałych uczestników zabawy – twórcy tej historyjki podsuwają dzieciom sposób na wspólne spędzanie czasu – kreatywne i nietypowe. Można wykorzystać taką podpowiedź, ale też – sięgnąć po ważne przesłanie. „Magiczne cymbałki” to przede wszystkim zabawka, w drugiej kolejności – rozwiązanie dla tych, którzy się nudzą. W trzeciej lekcja, której nie można przeoczyć, zasada funkcjonowania w nawet najmniejszej społeczności. Ta książeczka przykuje uwagę dzieci nie ze względu na obecność kreskówkowych bohaterów – chociaż rodzina z cyklu Bluey doczekała się już naprawdę wielu realizacji książkowych i w biblioteczkach maluchów z pewnością roi się od opowiastek o niebieskim psie – a ze względu na dołączenie do tomiku zabawki, integralnej części publikacji. Przy takiej konkurencji trzeba się naprawdę postarać, żeby zainteresować najmłodszych treściami tekstowymi – ale tu może się to udać. „Magiczne cymbałki” to prosta historia, jednak zyskuje na wielowymiarowości dzięki pomysłom realizacyjnym. Nie znudzi się dzieciom zbyt łatwo – prędzej rodziców zirytuje dobiegający z głośnika chichot bohaterów.
Dźwięki
Tę książkę można usłyszeć – to kolejna zabawka, w której opowieść jest dodatkiem do rozrywki innego rodzaju. Na każdej rozkładówce na marginesie znajduje się piktogram, przedstawienie obrazka, którego należy dotknąć na magicznych cymbałkach z boku książki (jeśli będą włączone, usłyszy się odpowiedni dźwięk: w czterech przypadkach nuty, w jednym – chichot bohaterek, Blue i jej siostry, Bingo). Fabuła została dopasowana do gadżetu, a całość przygotowana tak, żeby przyciągać dzieci i zachęcać je do korzystania z tomiku, który jest też picture bookiem opartym na przygodach kreskówkowych kwadratowych psów.
Blue i Bingo uwielbiają zabawy z tatą – zwłaszcza grę na wymyślonych instrumentach. W ramach tej gry same zamieniają się w instrumenty: można być pianinem albo… pupobongosem. Można też zagrać na magicznych cymbałkach – i to już przynosi zupełnie inne efekty niż wydobywanie dźwięków. Magiczne cymbałki zamrażają tego, kogo chce się zaczarować. I wtedy da się z takim zaczarowanym zrobić wszystko: kiedy na przykład zamrozi się tatę, można namalować mu wąsy i przygotować śmieszne przebranie.
Tylko magiczne cymbałki są jedne. A Blue i Bingo dwie. Jak ustalić, kto zamraża, a kto odmraża, kto czaruje i w którym momencie? „Magiczne cymbałki” to tomik o dzieleniu się i o wspólnej zgodnej zabawie – bohaterki przekonują się, że muszą się nauczyć pracować razem, żeby osiągać więcej korzyści i żeby nie zirytować rodziców. Zyskują w tej historii przestrzeń na podzielenie się wzajemnymi żalami – i zamiast pretensji i kłótni właśnie spokojne powiedzenie o własnych oczekiwaniach i zmartwieniach pomaga w osiągnięciu celu. Dzieci będą towarzyszyć bohaterkom w szalonej zabawie: oczywiście, żeby cymbałki były magiczne, trzeba udziału wszystkich zainteresowanych, ktoś musi udawać, że jest zaczarowany i ze spokojem przyjmować szalone pomysły pozostałych uczestników zabawy – twórcy tej historyjki podsuwają dzieciom sposób na wspólne spędzanie czasu – kreatywne i nietypowe. Można wykorzystać taką podpowiedź, ale też – sięgnąć po ważne przesłanie. „Magiczne cymbałki” to przede wszystkim zabawka, w drugiej kolejności – rozwiązanie dla tych, którzy się nudzą. W trzeciej lekcja, której nie można przeoczyć, zasada funkcjonowania w nawet najmniejszej społeczności. Ta książeczka przykuje uwagę dzieci nie ze względu na obecność kreskówkowych bohaterów – chociaż rodzina z cyklu Bluey doczekała się już naprawdę wielu realizacji książkowych i w biblioteczkach maluchów z pewnością roi się od opowiastek o niebieskim psie – a ze względu na dołączenie do tomiku zabawki, integralnej części publikacji. Przy takiej konkurencji trzeba się naprawdę postarać, żeby zainteresować najmłodszych treściami tekstowymi – ale tu może się to udać. „Magiczne cymbałki” to prosta historia, jednak zyskuje na wielowymiarowości dzięki pomysłom realizacyjnym. Nie znudzi się dzieciom zbyt łatwo – prędzej rodziców zirytuje dobiegający z głośnika chichot bohaterów.
sobota, 28 czerwca 2025
Jory John: Wielki ser
Harperkids, Warszawa 2025.
Wygrane
Jory John nie ma problemu z wymyślaniem kolejnych bajkowych bohaterów – powołuje do życia w kreskówkowych opowiastkach wszystko, co da się zjeść. Wśród postaci były już między innymi ziarenko, jajko, ziemniak, ciastko czy winogrono – teraz przychodzi kolej na… Wielki Ser. Przed wypowiedzeniem tych słów należy koniecznie wziąć głęboki oddech, bo wszystko sprowadza się do podziwiania postaci. Wielki Ser jest wyjątkowym, czadowym czedarem, który ma ambicje bycia Kimś. Osiąga wszystko bez trudu – bo robi tylko to, w czym jest dobry. Nie potrafi przegrywać, bo nie jest do tego stworzony. Podtrzymuje mit bycia Wielkim Serem – zależy mu na tym, żeby wszyscy uwierzyli w jego wspaniałość. Do czasu. Bo nikt nie może zawsze wygrywać. I tym razem pojawiają się zawody, Seraton. Turniej złożony z przeróżnych konkurencji. To wtedy właśnie Wielki Ser zostaje zdystansowany przez Klinka – i to nie tylko w jednej konkurencji. Wielki Ser poznaje smak porażki i przekonuje się, jak to jest nie być w centrum uwagi. Ale porażka wcale nie oznacza tragedii – bohater dowiaduje się czegoś o sobie i o ciągłych wygranych.
Wielki Ser to bohater komiczny. Nie brakuje mu pewności siebie, a nawet pewnej pyszałkowatości, która niekoniecznie podbije jego wartość w oczach innych (w tym wypadku czytelników, którzy – lepiej, żeby tej postaci uwierzyli). Ale Jory John nie stawia na nudną i moralizatorską opowieść o tym, jak nauczyć się przegrywać. Wielki Ser przegrywać nie umie – i do tej pory nie miał okazji się tego nauczyć. A przecież kiedy na mecie wyprzedza go Klinek, a później ten mały niepozorny kawałek sera wygrywa kolejne konkursy, nawet te najbardziej absurdalne, Wielki Ser miałby powody do kryzysu. Tymczasem on zaprzyjaźnia się z przeciwnikiem, cieszy się z jego sukcesów i nawet czuje ulgę, kiedy przekonuje się, że nie zawsze musi być doskonały. Wielki Ser to przykład tego, co jest naprawdę w życiu ważne.
Cała historia operuje dynamicznym kadrowaniem i ironią, wiele tu dowcipów dla różnych pokoleń odbiorców. Wielki Ser mimo swoich słabostek da się lubić, przynosi też sporo śmiechu. To idealna propozycja dla dzieci, które uczą się czytać – chętnie sprawdzą, co przydarzyło się śmiesznemu bohaterowi. Ale to również coś dla czytelników, którzy już świadomie szukają rozrywkowych bajkowych lektur. Wielki Ser niczego nie pozwala traktować poważnie – a to trochę uczy zachowania w kryzysowych sytuacjach z prawdziwego życia. Wielki Ser pozwala na odskocznię od edukacyjnych tomików – i od pouczania, tak charakterystycznego w książeczkach dla dzieci – i dlatego jako lektura wieczorna przypadnie do gustu także dorosłym, czytającym swoim pociechom. Cała seria tego autora zasługuje na uwagę, „Wielki Ser” nie należy do wyjątków. Można jednak od tego tomiku zacząć się zaprzyjaźniać z jadalnymi bohaterami.
Wygrane
Jory John nie ma problemu z wymyślaniem kolejnych bajkowych bohaterów – powołuje do życia w kreskówkowych opowiastkach wszystko, co da się zjeść. Wśród postaci były już między innymi ziarenko, jajko, ziemniak, ciastko czy winogrono – teraz przychodzi kolej na… Wielki Ser. Przed wypowiedzeniem tych słów należy koniecznie wziąć głęboki oddech, bo wszystko sprowadza się do podziwiania postaci. Wielki Ser jest wyjątkowym, czadowym czedarem, który ma ambicje bycia Kimś. Osiąga wszystko bez trudu – bo robi tylko to, w czym jest dobry. Nie potrafi przegrywać, bo nie jest do tego stworzony. Podtrzymuje mit bycia Wielkim Serem – zależy mu na tym, żeby wszyscy uwierzyli w jego wspaniałość. Do czasu. Bo nikt nie może zawsze wygrywać. I tym razem pojawiają się zawody, Seraton. Turniej złożony z przeróżnych konkurencji. To wtedy właśnie Wielki Ser zostaje zdystansowany przez Klinka – i to nie tylko w jednej konkurencji. Wielki Ser poznaje smak porażki i przekonuje się, jak to jest nie być w centrum uwagi. Ale porażka wcale nie oznacza tragedii – bohater dowiaduje się czegoś o sobie i o ciągłych wygranych.
Wielki Ser to bohater komiczny. Nie brakuje mu pewności siebie, a nawet pewnej pyszałkowatości, która niekoniecznie podbije jego wartość w oczach innych (w tym wypadku czytelników, którzy – lepiej, żeby tej postaci uwierzyli). Ale Jory John nie stawia na nudną i moralizatorską opowieść o tym, jak nauczyć się przegrywać. Wielki Ser przegrywać nie umie – i do tej pory nie miał okazji się tego nauczyć. A przecież kiedy na mecie wyprzedza go Klinek, a później ten mały niepozorny kawałek sera wygrywa kolejne konkursy, nawet te najbardziej absurdalne, Wielki Ser miałby powody do kryzysu. Tymczasem on zaprzyjaźnia się z przeciwnikiem, cieszy się z jego sukcesów i nawet czuje ulgę, kiedy przekonuje się, że nie zawsze musi być doskonały. Wielki Ser to przykład tego, co jest naprawdę w życiu ważne.
Cała historia operuje dynamicznym kadrowaniem i ironią, wiele tu dowcipów dla różnych pokoleń odbiorców. Wielki Ser mimo swoich słabostek da się lubić, przynosi też sporo śmiechu. To idealna propozycja dla dzieci, które uczą się czytać – chętnie sprawdzą, co przydarzyło się śmiesznemu bohaterowi. Ale to również coś dla czytelników, którzy już świadomie szukają rozrywkowych bajkowych lektur. Wielki Ser niczego nie pozwala traktować poważnie – a to trochę uczy zachowania w kryzysowych sytuacjach z prawdziwego życia. Wielki Ser pozwala na odskocznię od edukacyjnych tomików – i od pouczania, tak charakterystycznego w książeczkach dla dzieci – i dlatego jako lektura wieczorna przypadnie do gustu także dorosłym, czytającym swoim pociechom. Cała seria tego autora zasługuje na uwagę, „Wielki Ser” nie należy do wyjątków. Można jednak od tego tomiku zacząć się zaprzyjaźniać z jadalnymi bohaterami.
środa, 25 czerwca 2025
Moje pierwsze słowa
Harperkids, Warszawa 2025.
Dopasowywanie
„Moje pierwsze słowa” to tomik wydany w cyklu Akademia Mądrego Dziecka, kierowany do dzieci w wieku od 3 do 5 lat. Ma się przysłużyć do rozwijania słownictwa i przekonać dzieci do zabawy – pokaże im, że można się dobrze bawić książkami. Nie ma tu żadnej fabuły ani szansy na opowieść, chyba że odbiorcy sami zaczną sobie snuć własne historie na podstawie prezentowanych obrazków. Ale rzeczywiście ten tomik to zbiór niezależnych od siebie obrazków. Każda strona podzielona jest na cztery (lub mniej) części, które zostały wyodrębnione graficznie za pomocą jednolitych – różnych – kolorów tła. Każda ma też duży tytuł – temat ilustracji. Każda strona ma dwa okrągłe otwory, w których treści zależą od użytkowników książki. Są tu cztery koła z wycinanymi w drobne fale brzegami – i kręcenie tymi kołami pozwala na wprowadzanie komunikatów na stronę. Podpis informuje, co zrobić, co ma się pojawić w okienku. Jeśli będzie pasowało – wszystko jasne, dzieci mają w ręce książkę, która składa się z ilustracji oraz wyjaśnień – nazw, które muszą sobie przyswajać. Jeśli nie będzie pasowało, pojawia się efekt komiczny, niezamierzony, za to zachęcający do dalszego działania – oglądania książeczki i wprowadzania do niej zmian.
Bazuje ta książka na wyliczeniach i na zaskoczeniu. Ponieważ nie ma akcji, która mogłaby dzieci zatrzymać przy lekturze, liczy się dostarczanie im stale nowych bodźców. Każda kolejna ilustracja może być powodem do rozmów z dzieckiem albo do obmyślania potencjalnych wydarzeń – tylko że do tego trzeba kreatywnego podejścia. Maluchom, którym wystarczy bawienie się książkami, wydawnictwo dostarcza prostszej rozrywki – kręcenie jednym z czterech kół pozwala na znalezienie odpowiedzi na podawane zagadki. Wystarczy dopasowanie obrazka do podpisu – albo sprawdzanie, co się stanie, jeśli odpowiedź z poprzedniej strony zostanie bez zmian do kolejnego pytania. „Magia” dla najmłodszych polega na tym, że koła są cztery – po jednym na górę i dół prawej i lewej strony – i w tym samym miejscu mogą pojawiać się różne ilustracje (a fakt, że zmienia się kontekst – i nazwa przedmiotu, który ma się pokazać – to nagroda dla odbiorców). Dzieci nie mogą obejrzeć całego koła, więc kręcenie nim wiązać się będzie z odkrywaniem kolejnych treści wciąż na nowo. I to sprawia, że chętniej podejdą do zabawy książką. „Moje pierwsze słowa” to publikacja przygotowana z myślą o maluchach, które potrzebują bodźców i nowych wrażeń. Nie muszą koncentrować się na lekturze, tutaj chodzi bardziej o poznawanie nowych słów albo o wprowadzanie poprawnych odpowiedzi obrazkowych na rozkładówkach. Da się tomik „Moje pierwsze słowa” wykorzystać jako lekcję czytania – duże i wyraźne litery bardzo w tym pomogą. Jest to zatem publikacja przygotowana dla wszystkich tych, którzy chcą poznawać świat i są ciekawi otoczenia.
Dopasowywanie
„Moje pierwsze słowa” to tomik wydany w cyklu Akademia Mądrego Dziecka, kierowany do dzieci w wieku od 3 do 5 lat. Ma się przysłużyć do rozwijania słownictwa i przekonać dzieci do zabawy – pokaże im, że można się dobrze bawić książkami. Nie ma tu żadnej fabuły ani szansy na opowieść, chyba że odbiorcy sami zaczną sobie snuć własne historie na podstawie prezentowanych obrazków. Ale rzeczywiście ten tomik to zbiór niezależnych od siebie obrazków. Każda strona podzielona jest na cztery (lub mniej) części, które zostały wyodrębnione graficznie za pomocą jednolitych – różnych – kolorów tła. Każda ma też duży tytuł – temat ilustracji. Każda strona ma dwa okrągłe otwory, w których treści zależą od użytkowników książki. Są tu cztery koła z wycinanymi w drobne fale brzegami – i kręcenie tymi kołami pozwala na wprowadzanie komunikatów na stronę. Podpis informuje, co zrobić, co ma się pojawić w okienku. Jeśli będzie pasowało – wszystko jasne, dzieci mają w ręce książkę, która składa się z ilustracji oraz wyjaśnień – nazw, które muszą sobie przyswajać. Jeśli nie będzie pasowało, pojawia się efekt komiczny, niezamierzony, za to zachęcający do dalszego działania – oglądania książeczki i wprowadzania do niej zmian.
Bazuje ta książka na wyliczeniach i na zaskoczeniu. Ponieważ nie ma akcji, która mogłaby dzieci zatrzymać przy lekturze, liczy się dostarczanie im stale nowych bodźców. Każda kolejna ilustracja może być powodem do rozmów z dzieckiem albo do obmyślania potencjalnych wydarzeń – tylko że do tego trzeba kreatywnego podejścia. Maluchom, którym wystarczy bawienie się książkami, wydawnictwo dostarcza prostszej rozrywki – kręcenie jednym z czterech kół pozwala na znalezienie odpowiedzi na podawane zagadki. Wystarczy dopasowanie obrazka do podpisu – albo sprawdzanie, co się stanie, jeśli odpowiedź z poprzedniej strony zostanie bez zmian do kolejnego pytania. „Magia” dla najmłodszych polega na tym, że koła są cztery – po jednym na górę i dół prawej i lewej strony – i w tym samym miejscu mogą pojawiać się różne ilustracje (a fakt, że zmienia się kontekst – i nazwa przedmiotu, który ma się pokazać – to nagroda dla odbiorców). Dzieci nie mogą obejrzeć całego koła, więc kręcenie nim wiązać się będzie z odkrywaniem kolejnych treści wciąż na nowo. I to sprawia, że chętniej podejdą do zabawy książką. „Moje pierwsze słowa” to publikacja przygotowana z myślą o maluchach, które potrzebują bodźców i nowych wrażeń. Nie muszą koncentrować się na lekturze, tutaj chodzi bardziej o poznawanie nowych słów albo o wprowadzanie poprawnych odpowiedzi obrazkowych na rozkładówkach. Da się tomik „Moje pierwsze słowa” wykorzystać jako lekcję czytania – duże i wyraźne litery bardzo w tym pomogą. Jest to zatem publikacja przygotowana dla wszystkich tych, którzy chcą poznawać świat i są ciekawi otoczenia.
czwartek, 19 czerwca 2025
Susannah Shane: Od kiedy jestem twoją mamą
Harperkids, Warszawa 2025.
Miłość
„Od kiedy jestem twoją mamą” to kolejny tomik w cyklu (w rolach, które przyjmuje się w rodzinie, można jeszcze być siostrą, bratem i tatą). Tym razem dzieci będą obserwować doświadczenia dwóch zajęcy – mamy i dziecka. Bycie mamą w tym wypadku oznacza przebywanie w pobliżu i pilnowanie malucha, który odkrywa świat i poznaje coraz to nowe ciekawostki. Czasami się boi – to jak najbardziej normalne – ale wtedy może przytulić się do mamy i przeczekać trudne chwile. Mama jest po to, żeby czuwać, interweniować w razie wypadku, ale też – cmokać w nosek, pomagać spełniać marzenia i utulać do snu. Niczego więcej do szczęścia nie potrzeba – to przepis na codzienną radość. Taka lektura przyda się zwłaszcza dzieciom, które potrzebują czytanki przed snem: jest krótka i pełna ciepłych emocji, do tego zgrabnie zrymowana przez Natalię Usenko (oryginał to dzieło Susannah Shane). Ta historyjka ma swój wewnętrzny rytm, który ukołysze dziecko do snu, albo pozwoli zapamiętać kolejne frazy i wyznawać miłość w domu. „Od kiedy jestem twoją mamą” to książeczka utrzymana w ciepłej tonacji kolorystycznej. To oczywiście picture book z dużymi kształtami, nie ma zbyt wielu szczegółów, w których mali odbiorcy mogliby się zgubić: tu wystarczy śledzenie przygody zajęcy. Przygody uniwersalnej – nie dzieje się w zasadzie nic wyjątkowego, ot, codzienne bieganie po łące i poznawanie otoczenia – to wystarcza, żeby dobrze się bawić i cieszyć życiem, zające nie szukają żadnych innych wyzwań. Kolejne rozkładówki przedstawiają bohaterów w trakcie zabaw i gonitw, a ponieważ w całej serii pojawiają się błyszczące dodatki w grafikach, tu postawiono na złoty kolor – refleksy świetlne nabierają zatem wyjątkowego znaczenia i przykuwają spojrzenia dzieci.
To piękna i prosta opowiastka o byciu mamą i o stosunku mamy do swojego dziecka. Najmłodsi przekonają się, że niezależnie od gatunku mamy są kochające i czułe, a do tego troskliwe i opiekuńcze. Łatwo będzie odbiorcom przełożyć sobie sytuacje z bajki na własną rzeczywistość – nawet jeśli mama-zając łapie swoją pociechę za ogon, to przecież będzie to porównanie zrozumiałe dla najmłodszych nawet odbiorców. Jest to też tomik do wspólnego z mamą oglądania – zestawiania doświadczeń i zadawania pytań. Dwa zające najpiękniej opowiadają o miłości i podkreślają znaczenie przywiązania. Taka książeczka przyda się dzieciom, które potrzebują wyciszenia i uspokojenia – równy rytm narracji i żadnej adrenaliny – tu liczy się przede wszystkim czułość i wyznanie, które potrzebne jest dzieciom w każdym wieku. To publikacja pomagająca w budowaniu więzi – niezwykła i urokliwa, a przy tym bardzo prosta. Kwintesencja relacji mamy i dziecka.
Miłość
„Od kiedy jestem twoją mamą” to kolejny tomik w cyklu (w rolach, które przyjmuje się w rodzinie, można jeszcze być siostrą, bratem i tatą). Tym razem dzieci będą obserwować doświadczenia dwóch zajęcy – mamy i dziecka. Bycie mamą w tym wypadku oznacza przebywanie w pobliżu i pilnowanie malucha, który odkrywa świat i poznaje coraz to nowe ciekawostki. Czasami się boi – to jak najbardziej normalne – ale wtedy może przytulić się do mamy i przeczekać trudne chwile. Mama jest po to, żeby czuwać, interweniować w razie wypadku, ale też – cmokać w nosek, pomagać spełniać marzenia i utulać do snu. Niczego więcej do szczęścia nie potrzeba – to przepis na codzienną radość. Taka lektura przyda się zwłaszcza dzieciom, które potrzebują czytanki przed snem: jest krótka i pełna ciepłych emocji, do tego zgrabnie zrymowana przez Natalię Usenko (oryginał to dzieło Susannah Shane). Ta historyjka ma swój wewnętrzny rytm, który ukołysze dziecko do snu, albo pozwoli zapamiętać kolejne frazy i wyznawać miłość w domu. „Od kiedy jestem twoją mamą” to książeczka utrzymana w ciepłej tonacji kolorystycznej. To oczywiście picture book z dużymi kształtami, nie ma zbyt wielu szczegółów, w których mali odbiorcy mogliby się zgubić: tu wystarczy śledzenie przygody zajęcy. Przygody uniwersalnej – nie dzieje się w zasadzie nic wyjątkowego, ot, codzienne bieganie po łące i poznawanie otoczenia – to wystarcza, żeby dobrze się bawić i cieszyć życiem, zające nie szukają żadnych innych wyzwań. Kolejne rozkładówki przedstawiają bohaterów w trakcie zabaw i gonitw, a ponieważ w całej serii pojawiają się błyszczące dodatki w grafikach, tu postawiono na złoty kolor – refleksy świetlne nabierają zatem wyjątkowego znaczenia i przykuwają spojrzenia dzieci.
To piękna i prosta opowiastka o byciu mamą i o stosunku mamy do swojego dziecka. Najmłodsi przekonają się, że niezależnie od gatunku mamy są kochające i czułe, a do tego troskliwe i opiekuńcze. Łatwo będzie odbiorcom przełożyć sobie sytuacje z bajki na własną rzeczywistość – nawet jeśli mama-zając łapie swoją pociechę za ogon, to przecież będzie to porównanie zrozumiałe dla najmłodszych nawet odbiorców. Jest to też tomik do wspólnego z mamą oglądania – zestawiania doświadczeń i zadawania pytań. Dwa zające najpiękniej opowiadają o miłości i podkreślają znaczenie przywiązania. Taka książeczka przyda się dzieciom, które potrzebują wyciszenia i uspokojenia – równy rytm narracji i żadnej adrenaliny – tu liczy się przede wszystkim czułość i wyznanie, które potrzebne jest dzieciom w każdym wieku. To publikacja pomagająca w budowaniu więzi – niezwykła i urokliwa, a przy tym bardzo prosta. Kwintesencja relacji mamy i dziecka.
niedziela, 1 czerwca 2025
Susannah Shane: Od kiedy jestem twoim tatą
Harperkids, Warszawa 2025.
Codzienność
Podstawowych pojęć związanych z członkami rodziny nie trzeba dzieciom specjalnie przedstawiać – poznają je naturalnie i przez codzienny kontakt z bliskimi. Ale w zasadzie prezentacja rodziców może się przydać. Raz – dzieciom najmłodszym, które potrzebują ciepłych historyjek zapewniających poczucie bezpieczeństwa, dwa – tym, które zyskają przybranego rodzica. Książeczki z serii Od kiedy jestem… mogą się przydać w każdym domu i do różnych celów. Nie ma tu specjalnie skomplikowanej fabuły, ważne i wartościowe są relacje między członkami rodziny.
W „Od kiedy jestem twoim tatą” uwagę skupiają na sobie dwie wydry. Dorosła wydra – tata – czuwa. Zabiera dziecko na różne wyprawy, uczy rozmaitych rzeczy i pilnuje, żeby nie stała się krzywda. Tata to ten, który zapewnia bezpieczeństwo. Wydrze dziecko może dzięki temu bawić się swobodnie i realizować najdziksze pomysły. Z tatą zawsze jest ciekawie, z tatą można miło spędzać czas. Susannah Shane proponuje czytelnikom opowiastkę prostą i urzekającą w planie spostrzeżeń – nie chodzi tu o konkretne akcje, chociaż tym razem takie się pojawiają (do tej pory autorka pilnowała, żeby przygody były jak najbardziej uniwersalne i żeby dzieci mogły bez trudu przełożyć to na własne doświadczenia i obserwacje. W tym przypadku jednak sytuacja się zmienia: mała wydra uczy się od taty, jak nurkować, jak pływać, albo… że nie należy zaczepiać krabów. W razie czego – tata czuwa, a wieczorem może powiedzieć, że cieszy się ze wspólnie spędzonego czasu. Tata we wszystkim pomaga, a robi to bezinteresownie.
Do tej pory Natalia Usenko zachwycała jakością przekładu, tym razem jest trochę inaczej, rymowanka albo wydaje się trudniejsza, albo nie udało się znaleźć rozwiązań pasujących do oryginału. Autorka przekładu zachowuje rytm, ale z rymami decyduje się na najprostsze wersje – między innymi rymowane czasowniki. Nie cieszy to już tak bardzo jakością warsztatową, chociaż dla odbiorców nie będzie miało specjalnie znaczenia. Być może sprawił to pośpiech, albo – brak koncepcji – a może też poprzednie tomiki wysoko postawiły poprzeczkę.
Jednak tekst w tym tomiku jest tylko dodatkiem. Picture book urzeka sympatycznymi ilustracjami. W wieczornych harcach dwóch wydr nie ma miejsca na inne zwierzęta: liczy się tyko relacja między tatą i córką. Ponieważ zbliża się noc i pora snu, kolory są przygaszone, ciemniejsze, żeby nie rozbudzać niepotrzebnie dzieci, które zdecydują się na taką lekturę przed spaniem. Ale tym, co wyróżnia serię, są lśniące wstawki, błyszczący nadruk, który imituje refleksy świetlne na przykład na wodzie. To przyciąga wzrok i dzieci powinno skusić. Takie zaproszenie do lektury pozwoli na wejście w świat emocji i relacji. To krótka i prosta rymowanka, która pozwala wyrazić najgłębsze uczucia.
Codzienność
Podstawowych pojęć związanych z członkami rodziny nie trzeba dzieciom specjalnie przedstawiać – poznają je naturalnie i przez codzienny kontakt z bliskimi. Ale w zasadzie prezentacja rodziców może się przydać. Raz – dzieciom najmłodszym, które potrzebują ciepłych historyjek zapewniających poczucie bezpieczeństwa, dwa – tym, które zyskają przybranego rodzica. Książeczki z serii Od kiedy jestem… mogą się przydać w każdym domu i do różnych celów. Nie ma tu specjalnie skomplikowanej fabuły, ważne i wartościowe są relacje między członkami rodziny.
W „Od kiedy jestem twoim tatą” uwagę skupiają na sobie dwie wydry. Dorosła wydra – tata – czuwa. Zabiera dziecko na różne wyprawy, uczy rozmaitych rzeczy i pilnuje, żeby nie stała się krzywda. Tata to ten, który zapewnia bezpieczeństwo. Wydrze dziecko może dzięki temu bawić się swobodnie i realizować najdziksze pomysły. Z tatą zawsze jest ciekawie, z tatą można miło spędzać czas. Susannah Shane proponuje czytelnikom opowiastkę prostą i urzekającą w planie spostrzeżeń – nie chodzi tu o konkretne akcje, chociaż tym razem takie się pojawiają (do tej pory autorka pilnowała, żeby przygody były jak najbardziej uniwersalne i żeby dzieci mogły bez trudu przełożyć to na własne doświadczenia i obserwacje. W tym przypadku jednak sytuacja się zmienia: mała wydra uczy się od taty, jak nurkować, jak pływać, albo… że nie należy zaczepiać krabów. W razie czego – tata czuwa, a wieczorem może powiedzieć, że cieszy się ze wspólnie spędzonego czasu. Tata we wszystkim pomaga, a robi to bezinteresownie.
Do tej pory Natalia Usenko zachwycała jakością przekładu, tym razem jest trochę inaczej, rymowanka albo wydaje się trudniejsza, albo nie udało się znaleźć rozwiązań pasujących do oryginału. Autorka przekładu zachowuje rytm, ale z rymami decyduje się na najprostsze wersje – między innymi rymowane czasowniki. Nie cieszy to już tak bardzo jakością warsztatową, chociaż dla odbiorców nie będzie miało specjalnie znaczenia. Być może sprawił to pośpiech, albo – brak koncepcji – a może też poprzednie tomiki wysoko postawiły poprzeczkę.
Jednak tekst w tym tomiku jest tylko dodatkiem. Picture book urzeka sympatycznymi ilustracjami. W wieczornych harcach dwóch wydr nie ma miejsca na inne zwierzęta: liczy się tyko relacja między tatą i córką. Ponieważ zbliża się noc i pora snu, kolory są przygaszone, ciemniejsze, żeby nie rozbudzać niepotrzebnie dzieci, które zdecydują się na taką lekturę przed spaniem. Ale tym, co wyróżnia serię, są lśniące wstawki, błyszczący nadruk, który imituje refleksy świetlne na przykład na wodzie. To przyciąga wzrok i dzieci powinno skusić. Takie zaproszenie do lektury pozwoli na wejście w świat emocji i relacji. To krótka i prosta rymowanka, która pozwala wyrazić najgłębsze uczucia.
sobota, 31 maja 2025
Bluey. Poznaj rodzinę Blue
Harperkids, Warszawa 2025.
Album
Ta publikacja – kartonowa i z ciekawymi wycięciami – ma przypomnieć najmłodszym fanom cyklu Bluey kto jest kim w rodzinie niebieskich prostokątnych psów. Cały tomik to picture book z zakładkami jak w skoroszytach – to nie tylko możliwość przyspieszania nawigacji po tomiku, ale też przyzwyczajanie dzieci do korzystania z dosłownych odsyłaczy. Może skusić jako obietnica nietypowej zabawy – każdy może wybrać sobie bohatera i trafić od razu na jego rozkładówkę. Przegląd członków rodziny to również przegląd tematów z bajek – tak, żeby przypomnieć dzieciom konkretne zabawne sytuacje albo charaktery. Młodsi bohaterowie zyskują całe rozkładówki, starsi – pokolenie rodziców, wujkowie i dziadkowie – dzielą się nimi. Na marginesach tomiku znajduje się siedem wycięć – odnoszących do ośmiu rozkładówek. Na wycięciach – kolorowych półkolach – mieszczą się graficzne miniaturki z bohaterami, więc nawet dzieci, które nie potrafią jeszcze czytać, mogą samodzielnie podejmować decyzje.
Rozkładówka to przedstawienie bohatera – tekstowe, w krótkich zdaniach pojawiają się drobne wzmianki na temat upodobań, pomysłów i relacji rodzinnych. Do tego oczywiście rysunki – kadry pełne dynamiki, zabawy i szaleństwa, żeby przyciągnąć dzieci obietnicą radości. Czasami zdania podzielone są na części – wyliczenia przedstawiane są również w grafikach, tak, żeby jeszcze bardziej intrygować najmłodszych. Tomik w takiej postaci pomaga w zorientowaniu się w zawiłościach rodzinnych (warto czasami mieć pod ręką ściągę, żeby móc prawidłowo odróżniać bohaterów z bajki i żeby przekonać się, jakie elementy najlepiej ich definiują). Jest też automatycznie zachętą do czytania o przygodach Blue – albo zaproszeniem do świata kreskówki. To przecież książeczka, która jest gadżetem, pozwala szybko przedstawić bohaterów i zaprzyjaźnić się z nimi na podstawie podobieństwa charakterów albo upodobań.
„Bluey. Poznaj rodzinę Blue” to kolejna publikacja, która wykorzystuje na rynku literatury dla najmłodszych popularność kreskówki – i przekuwa to na serie książeczek-zabawek. Nie ma tu konieczności śledzenia zawiłych fabuł, ale do tego książka zaprasza: kolejne kadry przypominają rozwiązania z bajki i sprawiają, że być może mali fani zechcą sobie odświeżyć konkretne sytuacje. To publikacja, która przywołuje bajkę: ale kartonowe strony przewraca się w niej inaczej niż w typowych książeczkach – należy bowiem posłużyć się specjalnymi wycięciami, to znacznie prostsze i do tego pełni funkcję spisu treści zrozumiałego przez najmłodszych odbiorców. Bardzo kolorowa to książeczka i wypełniona ilustracjami – scenkami z życia Blue i jej rodziny. Być może najmłodsi zechcą na takiej propozycji próbować poznawać litery – jako wprowadzenie do nauki czytania Blue się sprawdza: doskonale maskuje wysiłek za sprawą sporego natężenia emocji. To książeczka, która zwraca na siebie uwagę dzieci przez skoroszytową formę marginesów (co ważne, wycięcia nie zostaną zniszczone, bo chronione są przez większą tylną okładkę). To propozycja rozrywkowa dla maluchów – fanów Bluey.
Album
Ta publikacja – kartonowa i z ciekawymi wycięciami – ma przypomnieć najmłodszym fanom cyklu Bluey kto jest kim w rodzinie niebieskich prostokątnych psów. Cały tomik to picture book z zakładkami jak w skoroszytach – to nie tylko możliwość przyspieszania nawigacji po tomiku, ale też przyzwyczajanie dzieci do korzystania z dosłownych odsyłaczy. Może skusić jako obietnica nietypowej zabawy – każdy może wybrać sobie bohatera i trafić od razu na jego rozkładówkę. Przegląd członków rodziny to również przegląd tematów z bajek – tak, żeby przypomnieć dzieciom konkretne zabawne sytuacje albo charaktery. Młodsi bohaterowie zyskują całe rozkładówki, starsi – pokolenie rodziców, wujkowie i dziadkowie – dzielą się nimi. Na marginesach tomiku znajduje się siedem wycięć – odnoszących do ośmiu rozkładówek. Na wycięciach – kolorowych półkolach – mieszczą się graficzne miniaturki z bohaterami, więc nawet dzieci, które nie potrafią jeszcze czytać, mogą samodzielnie podejmować decyzje.
Rozkładówka to przedstawienie bohatera – tekstowe, w krótkich zdaniach pojawiają się drobne wzmianki na temat upodobań, pomysłów i relacji rodzinnych. Do tego oczywiście rysunki – kadry pełne dynamiki, zabawy i szaleństwa, żeby przyciągnąć dzieci obietnicą radości. Czasami zdania podzielone są na części – wyliczenia przedstawiane są również w grafikach, tak, żeby jeszcze bardziej intrygować najmłodszych. Tomik w takiej postaci pomaga w zorientowaniu się w zawiłościach rodzinnych (warto czasami mieć pod ręką ściągę, żeby móc prawidłowo odróżniać bohaterów z bajki i żeby przekonać się, jakie elementy najlepiej ich definiują). Jest też automatycznie zachętą do czytania o przygodach Blue – albo zaproszeniem do świata kreskówki. To przecież książeczka, która jest gadżetem, pozwala szybko przedstawić bohaterów i zaprzyjaźnić się z nimi na podstawie podobieństwa charakterów albo upodobań.
„Bluey. Poznaj rodzinę Blue” to kolejna publikacja, która wykorzystuje na rynku literatury dla najmłodszych popularność kreskówki – i przekuwa to na serie książeczek-zabawek. Nie ma tu konieczności śledzenia zawiłych fabuł, ale do tego książka zaprasza: kolejne kadry przypominają rozwiązania z bajki i sprawiają, że być może mali fani zechcą sobie odświeżyć konkretne sytuacje. To publikacja, która przywołuje bajkę: ale kartonowe strony przewraca się w niej inaczej niż w typowych książeczkach – należy bowiem posłużyć się specjalnymi wycięciami, to znacznie prostsze i do tego pełni funkcję spisu treści zrozumiałego przez najmłodszych odbiorców. Bardzo kolorowa to książeczka i wypełniona ilustracjami – scenkami z życia Blue i jej rodziny. Być może najmłodsi zechcą na takiej propozycji próbować poznawać litery – jako wprowadzenie do nauki czytania Blue się sprawdza: doskonale maskuje wysiłek za sprawą sporego natężenia emocji. To książeczka, która zwraca na siebie uwagę dzieci przez skoroszytową formę marginesów (co ważne, wycięcia nie zostaną zniszczone, bo chronione są przez większą tylną okładkę). To propozycja rozrywkowa dla maluchów – fanów Bluey.
czwartek, 29 maja 2025
Susannah Shane: Od kiedy jestem twoją siostrą
Harperkids, Warszawa 2025.
Więź
Bliźniacza do „Od kiedy jestem twoim bratem” publikacja kierowana jest do dziewczynek, które zaraz będą miały młodsze rodzeństwo. „Od kiedy jestem twoją siostrą” to lektura wspomagająca dorosłych w wyjaśnianiu pociesze, co stanie się, kiedy na świat przyjdzie kolejne dziecko. Wiadomo, że rodzice zawsze tłumaczą sytuację dzieciom, starają się je przygotować na nieuchronne zmiany i chcą w ten sposób ograniczyć późniejszy stres. Jednak w tym wypadku warto podeprzeć się autorytetem bohaterów – i sięgnąć po książki, które ten temat gruntownie przerobiły. Susannah Shane – a w polskiej wersji Natalia Usenko – prowadzi małe czytelniczki przez sytuacje potencjalne i prawdopodobne. Małe zwierzęce bohaterki szybko wypracowują porozumienie. Starsza uczy młodszą różnych rzeczy (ale podpatruje też pewne zachowania, więc lekcje są w obie strony), młodsza podpatruje starszą i stara się ją naśladować. Spędzają razem czas i świetnie się bawią – chyba że akurat o coś się kłócą, bo i tak się często zdarza, to normalne między siostrami. Zabawy i dzikie harce trwają do wieczora. Między siostrami panują silne uczucia, nie zawsze jednoznaczne. Ale to normalne i nie ma się czemu dziwić – młodsze rodzeństwo może mieć inny charakter, inne potrzeby i inne plany niż starsze, to nieodmiennie prowadzi do tarć. Jednak żadne spory ostatecznie się nie liczą – przecież najważniejsze to być z siostrą, czuć więź, mieć świadomość, że ktoś zawsze przyjdzie z pomocą i będzie wspierać. To bardzo krótka historyjka, rymowanka, która spodoba się najmłodszym – sprawdzi się przed snem. Natalia Usenko bardzo dobrze prowadzi tu opowieść, nie popełnia błędów irytujących często przy licencyjnych przekładach – rymuje starannie i świadomie, zapewniając czytelnikom świetną (chociaż bardzo krótką) lekturę. Tomik pozbawiony jest konkretów – w końcu nie chodzi o naświetlanie sytuacji między określonymi bohaterkami, a o to, żeby dzieci były w stanie dopasować sobie scenki z tomiku do własnych doświadczeń – i żeby mogły przełożyć istotę relacji na swoje przemyślenia, a nie żeby prowokowały zestaw wydarzeń. Dzięki takim lekturom dzieci przekonają się, na czym polega bycie rodzeństwem – i dowiedzą się, że nie ma się czego bać, nawet jeśli w takiej sytuacji – zmianie z jedynaka w rodzeństwo – znajdują się pierwszy raz.
Graficznie to książeczka stonowana – akcja rozgrywa się przed pójściem spać i w lesie, więc obrazki w zgaszonych kolorach nie będą przebodźcowywać dzieci. Do tego w ilustracjach użyto złotych motywów: każdy z odbiorców może zachwycić się obecnością nietypowych elementów, to składnik, który ma tylko podbarwiać strony, ale staje się magnesem na najmłodszych, przyciąga wzrok i sugeruje cenne treści. To nieoceniona pomoc, jeśli rodzice potrzebują lekturowego wsparcia we własnych wyjaśnieniach.
Więź
Bliźniacza do „Od kiedy jestem twoim bratem” publikacja kierowana jest do dziewczynek, które zaraz będą miały młodsze rodzeństwo. „Od kiedy jestem twoją siostrą” to lektura wspomagająca dorosłych w wyjaśnianiu pociesze, co stanie się, kiedy na świat przyjdzie kolejne dziecko. Wiadomo, że rodzice zawsze tłumaczą sytuację dzieciom, starają się je przygotować na nieuchronne zmiany i chcą w ten sposób ograniczyć późniejszy stres. Jednak w tym wypadku warto podeprzeć się autorytetem bohaterów – i sięgnąć po książki, które ten temat gruntownie przerobiły. Susannah Shane – a w polskiej wersji Natalia Usenko – prowadzi małe czytelniczki przez sytuacje potencjalne i prawdopodobne. Małe zwierzęce bohaterki szybko wypracowują porozumienie. Starsza uczy młodszą różnych rzeczy (ale podpatruje też pewne zachowania, więc lekcje są w obie strony), młodsza podpatruje starszą i stara się ją naśladować. Spędzają razem czas i świetnie się bawią – chyba że akurat o coś się kłócą, bo i tak się często zdarza, to normalne między siostrami. Zabawy i dzikie harce trwają do wieczora. Między siostrami panują silne uczucia, nie zawsze jednoznaczne. Ale to normalne i nie ma się czemu dziwić – młodsze rodzeństwo może mieć inny charakter, inne potrzeby i inne plany niż starsze, to nieodmiennie prowadzi do tarć. Jednak żadne spory ostatecznie się nie liczą – przecież najważniejsze to być z siostrą, czuć więź, mieć świadomość, że ktoś zawsze przyjdzie z pomocą i będzie wspierać. To bardzo krótka historyjka, rymowanka, która spodoba się najmłodszym – sprawdzi się przed snem. Natalia Usenko bardzo dobrze prowadzi tu opowieść, nie popełnia błędów irytujących często przy licencyjnych przekładach – rymuje starannie i świadomie, zapewniając czytelnikom świetną (chociaż bardzo krótką) lekturę. Tomik pozbawiony jest konkretów – w końcu nie chodzi o naświetlanie sytuacji między określonymi bohaterkami, a o to, żeby dzieci były w stanie dopasować sobie scenki z tomiku do własnych doświadczeń – i żeby mogły przełożyć istotę relacji na swoje przemyślenia, a nie żeby prowokowały zestaw wydarzeń. Dzięki takim lekturom dzieci przekonają się, na czym polega bycie rodzeństwem – i dowiedzą się, że nie ma się czego bać, nawet jeśli w takiej sytuacji – zmianie z jedynaka w rodzeństwo – znajdują się pierwszy raz.
Graficznie to książeczka stonowana – akcja rozgrywa się przed pójściem spać i w lesie, więc obrazki w zgaszonych kolorach nie będą przebodźcowywać dzieci. Do tego w ilustracjach użyto złotych motywów: każdy z odbiorców może zachwycić się obecnością nietypowych elementów, to składnik, który ma tylko podbarwiać strony, ale staje się magnesem na najmłodszych, przyciąga wzrok i sugeruje cenne treści. To nieoceniona pomoc, jeśli rodzice potrzebują lekturowego wsparcia we własnych wyjaśnieniach.
środa, 28 maja 2025
Dzień w Parku Rozrywki Sylvanian. Książka z naklejkami
Harperkids, Warszawa 2025.
Naklejanie
Moda na serię Sylvanian Families to propozycja dla dzieci, które stronią od agresji i przemocy, za to wybierają plusz, słodkie pyszczki i urocze kształty zwierzątek. Cukrowani bohaterowie zapraszają do zabawy w kolorowej wyklejance. „Dzień w Parku Rozrywki Sylvanian” to propozycja dla maluchów, które lubią wyzwania, ale nie chcą specjalnie się przemęczać z ich realizowaniem. Tu najwięcej problemów może sprawić znalezienie odpowiedniej naklejki (pasującej do wyblakłego nadruku w konkretnym miejscu na stronie) i uzupełnienie obrazka zgodnie z założeniami autorów. Owszem, można też wykorzystywać dodatkowe naklejki i nadawać stronom indywidualnego charakteru, ale to już odrębne zadanie.
Za każdym razem strona albo rozkładówka oznacza wielkoformatowy obrazek ze świata Sylvanian – obrazki są wypełnione szczegółami i do tego – bohaterami. Obrazki to albo scenki z życia postaci, albo prezentacje pozbawione bajkowego kontekstu: liczy się jednak możliwość oglądania małych bohaterów w ich naturalnym środowisku, czyli przejście do cukierkowego świata kojącego nerwy. Dzieci, które zachwycają się słodkimi pyszczkami, będą usatysfakcjonowane – i z chęcią przystąpią do wykonywania kolejnych zadań.
Jedno nie wymaga komentarzy: każdy obrazek zawiera przynajmniej kilka bladych fragmentów – to miejsce, które trzeba uzupełnić konkretnymi naklejkami dosyć precyzyjnie, naklejki są niewielkie, a miejsce na nie wyznaczone starannie – nie ma wielkiego tła, które pozwoli na rozmach czy dokonywanie korekt. Ale każda strona przynosi jeszcze jednoakapitowy krótki komentarz dotyczący bajki, bohaterów lub przestrzeni – wskazówki i uwagi tekstowe, które można prześledzić, żeby lepiej orientować się w tej bajce – wreszcie – dodatkowe zadania. Trzeba będzie na przykład wybrać najciekawszy kostium albo ulubioną krainę, policzyć konkretne elementy istniejące na obrazku (więc dochodzi tu jeszcze wyszukiwanka i ćwiczenie liczenia). Dzieci będą miały sporo pracy – to nie tylko przyjemne przyglądanie się kadrom z kreskówki i pluszowym przyjaciołom, ale też wyzwania o różnym stopniu skomplikowania.
W tej książce kusi odbiorców „ponad 300 naklejek” – to faktycznie sporo, nawet jeśli wziąć pod uwagę, że wiele ma wyznaczone miejsca i nie da się ich wykorzystać gdzie indziej. Ważna jest rozrywka najmłodszych i zapewnienie im szansy zaprzyjaźnienia się z kolejnymi postaciami. Fani kreskówki mogą przedłużyć swoje przygody z bajką, ci, którzy krainy Sylvanian nie znają, przekonają się, czy odpowiada im taka forma rozrywki. Jest to publikacja, która przypomina trochę interaktywne zeszyty ćwiczeń, z tym że zamiast klasycznych zadań dzieci mają tu do wykorzystania zestaw naklejek – i to przez nie mogą ćwiczyć sprawność manualną. Jest to książeczka kolorowa i przyciągająca wzrok, ale Sylvanian skusi zwłaszcza maluchy – i to nie wszystkie. „Dzień w Parku Rozrywki Sylvanian” to połączenie atrakcyjnych naklejkowych wyzwań, modnej kreskówki i klasycznych pomysłów.
Naklejanie
Moda na serię Sylvanian Families to propozycja dla dzieci, które stronią od agresji i przemocy, za to wybierają plusz, słodkie pyszczki i urocze kształty zwierzątek. Cukrowani bohaterowie zapraszają do zabawy w kolorowej wyklejance. „Dzień w Parku Rozrywki Sylvanian” to propozycja dla maluchów, które lubią wyzwania, ale nie chcą specjalnie się przemęczać z ich realizowaniem. Tu najwięcej problemów może sprawić znalezienie odpowiedniej naklejki (pasującej do wyblakłego nadruku w konkretnym miejscu na stronie) i uzupełnienie obrazka zgodnie z założeniami autorów. Owszem, można też wykorzystywać dodatkowe naklejki i nadawać stronom indywidualnego charakteru, ale to już odrębne zadanie.
Za każdym razem strona albo rozkładówka oznacza wielkoformatowy obrazek ze świata Sylvanian – obrazki są wypełnione szczegółami i do tego – bohaterami. Obrazki to albo scenki z życia postaci, albo prezentacje pozbawione bajkowego kontekstu: liczy się jednak możliwość oglądania małych bohaterów w ich naturalnym środowisku, czyli przejście do cukierkowego świata kojącego nerwy. Dzieci, które zachwycają się słodkimi pyszczkami, będą usatysfakcjonowane – i z chęcią przystąpią do wykonywania kolejnych zadań.
Jedno nie wymaga komentarzy: każdy obrazek zawiera przynajmniej kilka bladych fragmentów – to miejsce, które trzeba uzupełnić konkretnymi naklejkami dosyć precyzyjnie, naklejki są niewielkie, a miejsce na nie wyznaczone starannie – nie ma wielkiego tła, które pozwoli na rozmach czy dokonywanie korekt. Ale każda strona przynosi jeszcze jednoakapitowy krótki komentarz dotyczący bajki, bohaterów lub przestrzeni – wskazówki i uwagi tekstowe, które można prześledzić, żeby lepiej orientować się w tej bajce – wreszcie – dodatkowe zadania. Trzeba będzie na przykład wybrać najciekawszy kostium albo ulubioną krainę, policzyć konkretne elementy istniejące na obrazku (więc dochodzi tu jeszcze wyszukiwanka i ćwiczenie liczenia). Dzieci będą miały sporo pracy – to nie tylko przyjemne przyglądanie się kadrom z kreskówki i pluszowym przyjaciołom, ale też wyzwania o różnym stopniu skomplikowania.
W tej książce kusi odbiorców „ponad 300 naklejek” – to faktycznie sporo, nawet jeśli wziąć pod uwagę, że wiele ma wyznaczone miejsca i nie da się ich wykorzystać gdzie indziej. Ważna jest rozrywka najmłodszych i zapewnienie im szansy zaprzyjaźnienia się z kolejnymi postaciami. Fani kreskówki mogą przedłużyć swoje przygody z bajką, ci, którzy krainy Sylvanian nie znają, przekonają się, czy odpowiada im taka forma rozrywki. Jest to publikacja, która przypomina trochę interaktywne zeszyty ćwiczeń, z tym że zamiast klasycznych zadań dzieci mają tu do wykorzystania zestaw naklejek – i to przez nie mogą ćwiczyć sprawność manualną. Jest to książeczka kolorowa i przyciągająca wzrok, ale Sylvanian skusi zwłaszcza maluchy – i to nie wszystkie. „Dzień w Parku Rozrywki Sylvanian” to połączenie atrakcyjnych naklejkowych wyzwań, modnej kreskówki i klasycznych pomysłów.
poniedziałek, 26 maja 2025
Zofia Stanecka: Basia. Wielka księga podróży
Harperkids, Warszawa 2025.
Daleko i blisko
Basia chce pojąć wiele rzeczy, interesuje ją znaczenie związków frazeologicznych (te nieznane będzie odczytywać dosłownie, więc warto z nią rozmawiać i wyjaśniać różne kwestie), ale też podróże jako takie – zwłaszcza że dorośli twierdzą, że nie trzeba daleko wyjeżdżać, żeby odbyć podróż. Podróżą może być wieloletnia relacja, sen albo wewnętrzna przemiana. Wszystko to wydaje się być za trudne dla kilkulatki, ale Zofia Stanecka radzi sobie z wytłumaczeniem wszystkiego i Basi, i odbiorcom. Nic dziwnego, że seria o tej bohaterce cieszy się tak wielkim powodzeniem na rynku. Wielkie księgi w cyklu o Basi oznaczają tematyczne zbiorki, pełniejsze niż klasyczne opowiadania. Tu poza fabułami zabierają też głos poszczególni bohaterowie, którzy mogą rzucić nowe światło na odkrycia Basi. Dzięki „Wielkiej księdze podróży” odbiorcy dowiedzą się, że czasami warto otworzyć się na nowe znajomości – można wtedy tylko zyskać – i że podróże kształcą. Podróże bywają trudne, w zależności od środka lokomocji: można spędzić noc w przedziale wagonu, latać nad chmurami albo jechać autokarem. Zwykle trzeba się nastawić na hałas i gwar innych podróżnych, jeśli więc ktoś jak Anielka ma problemy z szybkim przebodźcowywaniem się, warto znaleźć sobie sposoby na odzyskiwanie równowagi. Każdy środek lokomocji to dodatkowe wyzwanie dla… żołądków małych pasażerów: Janek, który chciałby zostać piratem, na jachcie przeżywa chorobę morską i boi się, że to wykluczy jego marzenia. Ale podróże nie muszą być zbyt dalekie: czasami wystarczy przejechać kilka przystanków tramwajem, żeby znaleźć się w kompletnie innym świecie i odkrywać choćby podmiejską przyrodę na nowo. U dziadków albo u znajomych można się odciąć od problemów codzienności – i dobrze się bawić: nieważne, czy ma się lat kilka czy kilkadziesiąt. Ostatnia część tomiku to już podróże mentalne, te, do których nie trzeba ruszać się z miejsca. Każda podróż odrobinę zmienia człowieka i Basia nie będzie już miała wątpliwości, dlaczego. Bardzo dobrze, że Zofia Stanecka dodała tutaj na wyklejce savoir-vivre w podróży – chociaż czasami ma się wrażenie, że to uwagi, które przekazać należy nie tylko najmłodszemu pokoleniu, ale i dorosłym pasażerom.
Tym razem nie ma w książeczce oswajania stresu na wielką skalę – owszem, dzieci mogą lekko obawiać się nieznanego, choćby podróży niekojarzonym wcześniej środkiem lokomocji, ale raczej nie będą obarczone strachem przed tym. Liczy się zatem przygoda i nastawienie na samorozwój – oczekiwanie na coś przyjemnego i wartościowego. Basia i jej przyjaciele sportretowani w tym tomiku podpowiadają, jak czerpać korzyści z podróży różnego autoramentu. Misiek Zdzisiek to ważny towarzysz wypraw, który też dzieli się własnymi przemyśleniami, ku uciesze małych odbiorców. Basia po raz kolejny pomaga zrozumieć rzeczywistość.
Daleko i blisko
Basia chce pojąć wiele rzeczy, interesuje ją znaczenie związków frazeologicznych (te nieznane będzie odczytywać dosłownie, więc warto z nią rozmawiać i wyjaśniać różne kwestie), ale też podróże jako takie – zwłaszcza że dorośli twierdzą, że nie trzeba daleko wyjeżdżać, żeby odbyć podróż. Podróżą może być wieloletnia relacja, sen albo wewnętrzna przemiana. Wszystko to wydaje się być za trudne dla kilkulatki, ale Zofia Stanecka radzi sobie z wytłumaczeniem wszystkiego i Basi, i odbiorcom. Nic dziwnego, że seria o tej bohaterce cieszy się tak wielkim powodzeniem na rynku. Wielkie księgi w cyklu o Basi oznaczają tematyczne zbiorki, pełniejsze niż klasyczne opowiadania. Tu poza fabułami zabierają też głos poszczególni bohaterowie, którzy mogą rzucić nowe światło na odkrycia Basi. Dzięki „Wielkiej księdze podróży” odbiorcy dowiedzą się, że czasami warto otworzyć się na nowe znajomości – można wtedy tylko zyskać – i że podróże kształcą. Podróże bywają trudne, w zależności od środka lokomocji: można spędzić noc w przedziale wagonu, latać nad chmurami albo jechać autokarem. Zwykle trzeba się nastawić na hałas i gwar innych podróżnych, jeśli więc ktoś jak Anielka ma problemy z szybkim przebodźcowywaniem się, warto znaleźć sobie sposoby na odzyskiwanie równowagi. Każdy środek lokomocji to dodatkowe wyzwanie dla… żołądków małych pasażerów: Janek, który chciałby zostać piratem, na jachcie przeżywa chorobę morską i boi się, że to wykluczy jego marzenia. Ale podróże nie muszą być zbyt dalekie: czasami wystarczy przejechać kilka przystanków tramwajem, żeby znaleźć się w kompletnie innym świecie i odkrywać choćby podmiejską przyrodę na nowo. U dziadków albo u znajomych można się odciąć od problemów codzienności – i dobrze się bawić: nieważne, czy ma się lat kilka czy kilkadziesiąt. Ostatnia część tomiku to już podróże mentalne, te, do których nie trzeba ruszać się z miejsca. Każda podróż odrobinę zmienia człowieka i Basia nie będzie już miała wątpliwości, dlaczego. Bardzo dobrze, że Zofia Stanecka dodała tutaj na wyklejce savoir-vivre w podróży – chociaż czasami ma się wrażenie, że to uwagi, które przekazać należy nie tylko najmłodszemu pokoleniu, ale i dorosłym pasażerom.
Tym razem nie ma w książeczce oswajania stresu na wielką skalę – owszem, dzieci mogą lekko obawiać się nieznanego, choćby podróży niekojarzonym wcześniej środkiem lokomocji, ale raczej nie będą obarczone strachem przed tym. Liczy się zatem przygoda i nastawienie na samorozwój – oczekiwanie na coś przyjemnego i wartościowego. Basia i jej przyjaciele sportretowani w tym tomiku podpowiadają, jak czerpać korzyści z podróży różnego autoramentu. Misiek Zdzisiek to ważny towarzysz wypraw, który też dzieli się własnymi przemyśleniami, ku uciesze małych odbiorców. Basia po raz kolejny pomaga zrozumieć rzeczywistość.
sobota, 24 maja 2025
Znajdź, otwórz, zobacz. Zwierzęta
Harperkids, Warszawa 2025.
Słownik
Skoro dzieci lubią publikacje interaktywne, te, w których można bawić się otwieranymi okienkami i sprawdzać, jakie treści kryją się pod nimi, da się łatwo wykorzystać trend w tworzeniu publikacji edukacyjnych, najchętniej dzisiaj wybieranych przez rodziców. „Zwierzęta” to tomik, który łączy nurty i jednocześnie realizuje temat najbardziej przez maluchy lubiany. W cyklu Znajdź, otwórz, zobacz pojawia się kartonowy picture book, który jest rodzajem słownika i zeszytu ćwiczeń dla dzieci. Bardzo kolorowa książeczka z prostymi komputerowymi grafikami wymusza na najmłodszych trenowanie pamięci i sprawdzanie wiedzy. Każda rozkładówka to inne środowisko – dżungla, las, wieś, ocean, drzewa… Wszystko po to, żeby przedstawić odbiorcom różnych bohaterów, zwierzęta swojskie i te egzotyczne – a także ich potomstwo. To zwierzęta, które można zaobserwować w najbliższym otoczeniu, ale też takie, które dzieci znają tylko z lektur, mimo że nie będą miały problemu z ich rozróżnianiem czy nazywaniem. Tematyczne rozkładówki to wielkoformatowa ilustracja – główny temat zadania – i marginesy. W ramach obrazka głównego trzeba znaleźć okienka ze skrywaną treścią – czasami znajdują się one pod kolejnymi bohaterami. Bywa jednak, że obrazki nie mają okienek, a te przeniesione będą na marginesy. Zasada działania się nie zmieni: pod okienkiem pojawia się albo zwierzę w zmodyfikowanej wersji (na przykład mama z dzieckiem), albo nazwa – odpowiedź na zagadkę. Rozkładówka bowiem to nie tylko obrazek do oglądania. Widnieje też na każdej pytanie do odbiorców – czasami to prośba o policzenie przedstawicieli jakiegoś gatunku, czasami – nazwanie potomstwa. Okienka mają tu przynosić rozwiązania zagadek, ale też dostarczać niespodzianek – nic dziwnego, że dzieci bardzo chętnie sięgają po tego typu publikacje. Odsłanianie treści spod okienek przynosi zaskoczenie albo wiedzę – a jeśli dziecko zrobi to kilka razy, zapamięta, co znajduje się w określonym punkcie obrazka. W ten sposób może ćwiczyć umiejętności językowe, pamięć i sprawność manualną – przecież otwieranie okienek wymaga odrobiny wprawy. Po zakończonej zabawie da się wcisnąć okienka z powrotem na miejsca – i rozpocząć czytanie na nowo. „Zwierzęta” to tomik, który nie ma rozbudowanej narracji ani dużo tekstu – ale jeśli ktoś chce zaspokoić ciekawość, może wykorzystać ostatnią rozkładówkę. Tam mieści się kilka okienek z ukrytymi ciekawostkami o zwierzętach – tu być może przyda się maluchom pomoc rodziców przy czytaniu – ale równie dobrze ciekawe świata dzieci mogą zechcieć samodzielnie poćwiczyć czytanie.
Ten tomik pozwala na oswajanie dzieci z angielskimi słówkami, przynosi trochę wiedzy i zaspokaja ciekawość. Pomaga też ćwiczyć spostrzegawczość i dostarcza rozrywki, a już na pewno zapewnia zabawę – ze względu na otwierane okienka. To kolejna propozycja z pozoru banalna, a jednak atrakcyjna dla najmłodszych odbiorców.
Słownik
Skoro dzieci lubią publikacje interaktywne, te, w których można bawić się otwieranymi okienkami i sprawdzać, jakie treści kryją się pod nimi, da się łatwo wykorzystać trend w tworzeniu publikacji edukacyjnych, najchętniej dzisiaj wybieranych przez rodziców. „Zwierzęta” to tomik, który łączy nurty i jednocześnie realizuje temat najbardziej przez maluchy lubiany. W cyklu Znajdź, otwórz, zobacz pojawia się kartonowy picture book, który jest rodzajem słownika i zeszytu ćwiczeń dla dzieci. Bardzo kolorowa książeczka z prostymi komputerowymi grafikami wymusza na najmłodszych trenowanie pamięci i sprawdzanie wiedzy. Każda rozkładówka to inne środowisko – dżungla, las, wieś, ocean, drzewa… Wszystko po to, żeby przedstawić odbiorcom różnych bohaterów, zwierzęta swojskie i te egzotyczne – a także ich potomstwo. To zwierzęta, które można zaobserwować w najbliższym otoczeniu, ale też takie, które dzieci znają tylko z lektur, mimo że nie będą miały problemu z ich rozróżnianiem czy nazywaniem. Tematyczne rozkładówki to wielkoformatowa ilustracja – główny temat zadania – i marginesy. W ramach obrazka głównego trzeba znaleźć okienka ze skrywaną treścią – czasami znajdują się one pod kolejnymi bohaterami. Bywa jednak, że obrazki nie mają okienek, a te przeniesione będą na marginesy. Zasada działania się nie zmieni: pod okienkiem pojawia się albo zwierzę w zmodyfikowanej wersji (na przykład mama z dzieckiem), albo nazwa – odpowiedź na zagadkę. Rozkładówka bowiem to nie tylko obrazek do oglądania. Widnieje też na każdej pytanie do odbiorców – czasami to prośba o policzenie przedstawicieli jakiegoś gatunku, czasami – nazwanie potomstwa. Okienka mają tu przynosić rozwiązania zagadek, ale też dostarczać niespodzianek – nic dziwnego, że dzieci bardzo chętnie sięgają po tego typu publikacje. Odsłanianie treści spod okienek przynosi zaskoczenie albo wiedzę – a jeśli dziecko zrobi to kilka razy, zapamięta, co znajduje się w określonym punkcie obrazka. W ten sposób może ćwiczyć umiejętności językowe, pamięć i sprawność manualną – przecież otwieranie okienek wymaga odrobiny wprawy. Po zakończonej zabawie da się wcisnąć okienka z powrotem na miejsca – i rozpocząć czytanie na nowo. „Zwierzęta” to tomik, który nie ma rozbudowanej narracji ani dużo tekstu – ale jeśli ktoś chce zaspokoić ciekawość, może wykorzystać ostatnią rozkładówkę. Tam mieści się kilka okienek z ukrytymi ciekawostkami o zwierzętach – tu być może przyda się maluchom pomoc rodziców przy czytaniu – ale równie dobrze ciekawe świata dzieci mogą zechcieć samodzielnie poćwiczyć czytanie.
Ten tomik pozwala na oswajanie dzieci z angielskimi słówkami, przynosi trochę wiedzy i zaspokaja ciekawość. Pomaga też ćwiczyć spostrzegawczość i dostarcza rozrywki, a już na pewno zapewnia zabawę – ze względu na otwierane okienka. To kolejna propozycja z pozoru banalna, a jednak atrakcyjna dla najmłodszych odbiorców.
wtorek, 20 maja 2025
Justyna Bednarek: Zjawa na zamku w Łajsku Dolnym
Harperkids, Warszawa 2025.
Emocje
Dobrą zachętę do czytania dla najmłodszych proponuje Justyna Bednarek. „Zjawa na zamku w Łajsku Dolnym” to krótka, ale dynamiczna i wypełniona niezwykłymi (chociaż realistycznymi) wydarzeniami książeczka na pierwszym poziomie serii Czytam sobie. Ten poziom charakteryzuje się absolutnym brakiem dwuznaków – i rygorystyczność w tym zakresie już wiele razy wyprowadzała kolejnych autorów na mielizny, bo w poszukiwaniu słów bez „niebezpiecznych” dla maluchów „sz” „cz” albo „ch” prowadzi oczywiście do sięgania po synonimy. Problem w tym, że owe synonimy często są mniej przez dzieci kojarzone i automatycznie przez to trudniejsze do przeczytania niż wyrazy powszechnie spotykane, za to z groźnymi dwuznakami. Warto byłoby trochę zastanowić się nad tą strategią – bo faktycznie często utrudnia tekst zamiast go upraszczać.
Najmłodsi, ci, którzy dopiero poznają litery i mają ćwiczyć czytanie, otrzymują potężną już serię tomików, spośród których mogą wybrać najbardziej atrakcyjne dla siebie gatunki i tematy. Justyna Bednarek ma wielką szansę na zdobycie popularności wśród małych odbiorców – oto bowiem decyduje się na historię o duchach, przynajmniej w założeniu, bo prawdziwego ducha tu nie będzie i zupełnie nie ma się czego bać – ale wabik, i to potężny, istnieje. Duch robi wszystkim mieszkańcom psikusy – pewnego bohatera nawet klepie w pupę, co bardzo rozśmieszy czytelników. Ale tak dłużej być nie może, trzeba sobie poradzić z problemem i w tym celu bohaterowie konstruują pułapkę. A właściwie – zjawołapkę. I chociaż Justyna Bednarek prowadzi narrację dynamiczną i interesującą, jeden zwrot budzi wątpliwości: czy naprawdę dzieci, które dopiero zaczynają swoją przygodę z czytaniem, poradzą sobie ze stroną, na której bohaterowie zainstalowali zjawołapkę? To może być wyzwanie zniechęcające do lektury – zwłaszcza że kiedy na marginesach pojawiają się literowane słowa, nie ma tam aż tak skomplikowanych.
Na szczęście w pozostałej części tomiku takich wyzwań już nie ma, czyta się to całkiem dobrze (pod koniec znajduje się – rzecz jasna – zestaw naklejek i pytań kontrolnych), ogląda się również znakomicie dzięki dobrym ilustracjom. Autorka bajki stawia na nieoczekiwaną puentę, nikt nie da rady przed czasem domyślić się finału, a to, kim faktycznie była zjawa, zaskoczy każdego – i rozśmieszy przy okazji. Jest to tomik niewielki, za to wypełniony akcją tak, że dzieci nie będą chciały się od lektury oderwać. Uda się je przekonać, że warto czytać książki i że to bardzo przyjemna rozrywka, która w dodatku nie tylko mówi coś ciekawego o świecie, ale też może rozśmieszyć. To jedna z lepszych pozycji w serii Czytam sobie – na pierwszym poziomie cyklu. Warto podsunąć ją dzieciom – dzięki temu polubią czytanie i nie zauważą wysiłku wkładanego w ćwiczenie go.
Emocje
Dobrą zachętę do czytania dla najmłodszych proponuje Justyna Bednarek. „Zjawa na zamku w Łajsku Dolnym” to krótka, ale dynamiczna i wypełniona niezwykłymi (chociaż realistycznymi) wydarzeniami książeczka na pierwszym poziomie serii Czytam sobie. Ten poziom charakteryzuje się absolutnym brakiem dwuznaków – i rygorystyczność w tym zakresie już wiele razy wyprowadzała kolejnych autorów na mielizny, bo w poszukiwaniu słów bez „niebezpiecznych” dla maluchów „sz” „cz” albo „ch” prowadzi oczywiście do sięgania po synonimy. Problem w tym, że owe synonimy często są mniej przez dzieci kojarzone i automatycznie przez to trudniejsze do przeczytania niż wyrazy powszechnie spotykane, za to z groźnymi dwuznakami. Warto byłoby trochę zastanowić się nad tą strategią – bo faktycznie często utrudnia tekst zamiast go upraszczać.
Najmłodsi, ci, którzy dopiero poznają litery i mają ćwiczyć czytanie, otrzymują potężną już serię tomików, spośród których mogą wybrać najbardziej atrakcyjne dla siebie gatunki i tematy. Justyna Bednarek ma wielką szansę na zdobycie popularności wśród małych odbiorców – oto bowiem decyduje się na historię o duchach, przynajmniej w założeniu, bo prawdziwego ducha tu nie będzie i zupełnie nie ma się czego bać – ale wabik, i to potężny, istnieje. Duch robi wszystkim mieszkańcom psikusy – pewnego bohatera nawet klepie w pupę, co bardzo rozśmieszy czytelników. Ale tak dłużej być nie może, trzeba sobie poradzić z problemem i w tym celu bohaterowie konstruują pułapkę. A właściwie – zjawołapkę. I chociaż Justyna Bednarek prowadzi narrację dynamiczną i interesującą, jeden zwrot budzi wątpliwości: czy naprawdę dzieci, które dopiero zaczynają swoją przygodę z czytaniem, poradzą sobie ze stroną, na której bohaterowie zainstalowali zjawołapkę? To może być wyzwanie zniechęcające do lektury – zwłaszcza że kiedy na marginesach pojawiają się literowane słowa, nie ma tam aż tak skomplikowanych.
Na szczęście w pozostałej części tomiku takich wyzwań już nie ma, czyta się to całkiem dobrze (pod koniec znajduje się – rzecz jasna – zestaw naklejek i pytań kontrolnych), ogląda się również znakomicie dzięki dobrym ilustracjom. Autorka bajki stawia na nieoczekiwaną puentę, nikt nie da rady przed czasem domyślić się finału, a to, kim faktycznie była zjawa, zaskoczy każdego – i rozśmieszy przy okazji. Jest to tomik niewielki, za to wypełniony akcją tak, że dzieci nie będą chciały się od lektury oderwać. Uda się je przekonać, że warto czytać książki i że to bardzo przyjemna rozrywka, która w dodatku nie tylko mówi coś ciekawego o świecie, ale też może rozśmieszyć. To jedna z lepszych pozycji w serii Czytam sobie – na pierwszym poziomie cyklu. Warto podsunąć ją dzieciom – dzięki temu polubią czytanie i nie zauważą wysiłku wkładanego w ćwiczenie go.
czwartek, 15 maja 2025
Zofia Stanecka: Basia i zagadki wszechświata. Planety
Harperkids, Warszawa 2025.
Kosmos
W podserii Basia i zagadki wszechświata można wprowadzać elementy edukacyjne, ciekawostki naukowe dla najmłodszych fanów cyklu i dla tych, którzy wzorują się na Basi, bohaterce serii książek Zofii Staneckiej. A że do zestawu ciekawostek odbiorcy otrzymują jeszcze kolejne zgrabne opowiadanie – warto sięgać po lektury z tego cyklu. „Planety” to kolejna domowa historia, w której mała Basia i jej rodzeństwo mogą dowiedzieć się czegoś o otaczającym ich świecie. Wszystko rozpoczyna się od wizyty stryja Grześka: stryjek nie przychodzi sam, przynosi ze sobą ogromnego potwora. Potwór po rozpakowaniu okazuje się być teleskopem, a to zapowiedź wielkiej przygody. Już niedługo cała rodzina – razem ze stryjkiem – wyruszy za miasto, żeby obserwować nocne niebo. Przez teleskop widać znacznie więcej. A skoro już zmienia się rutyna codzienności, można te zmiany wykorzystać, żeby zbudować międzypokoleniową więź. Basia może się od taty dowiedzieć, po co jest przyciąganie ziemskie i dlaczego Ziemia się kręci, a od mamy – wysłuchać zabawnej historyjki o ludzikach na Marsie – bo o takich istotach mama fantazjowała w swojej młodości. Basia przekona się, że za miastem na ciemnej łące widać znacznie więcej – i warto mieć przygotowany namiot ze śpiworem, w razie, gdyby Miśka Zdziśka zmęczyło czuwanie pod gołym niebem. Już samo nocowanie na łące wyda się odbiorcom wielką przygodą, więc nie trzeba się obawiać o zainteresowanie małych odbiorców – po raz kolejny Basia staje na wysokości zadania i pozwala na wprowadzenie do świadomości dzieci następnych ciekawostek. Kiedy opowiadanie o Basi się kończy, nie kończy się jeszcze lektura – teraz czas na strony pozbawione fabuły (ale niekoniecznie – bajkowych bohaterów, bo czasami głos zabierają konkretni dorośli z cyklu). Tutaj pojawia się miejsce na wyeksponowanie ciekawostek i danych, które zbyt odwróciłyby uwagę od fabuły (lub zaciemniły narrację). To przypisy w sam raz dla zainteresowanych ciekawostkami dzieci – uzupełnienie tego, co przeżywa i obserwuje Basia. Okazuje się, że nawet temat tak odległy jak kosmos da się wpleść w zwyczajne życie zwyczajnej sześciolatki – Zofia Stanecka udowadnia, że nie ma zagadnień nie do przerobienia na cykl o Basi. Nic dziwnego, że stale zdobywa sobie wiernych odbiorców i trafia do kolejnych już pokoleń maluchów. Basia to bohaterka, która przeżywa i doświadcza – ale przede wszystkim ma skąd czerpać wiadomości na tematy, które ją zaintrygują. Rodzice zawsze wiedzą, co odpowiedzieć, albo gdzie znaleźć informacje, inni członkowie rodziny też mogą włączyć się w proces edukacji i uczynić go jeszcze bardziej barwnym. Oczywiście ważną rolę odgrywają tu obrazki Marianny Oklejak – ilustratorka wypełnia strony intrygującymi kadrami i ułatwia wyobrażanie sobie przygód Basi. Każde dziecko będzie się tu dobrze bawić, więc podseria Basia i zagadki wszechświata powinna trafić do szerokiego grona odbiorców.
Kosmos
W podserii Basia i zagadki wszechświata można wprowadzać elementy edukacyjne, ciekawostki naukowe dla najmłodszych fanów cyklu i dla tych, którzy wzorują się na Basi, bohaterce serii książek Zofii Staneckiej. A że do zestawu ciekawostek odbiorcy otrzymują jeszcze kolejne zgrabne opowiadanie – warto sięgać po lektury z tego cyklu. „Planety” to kolejna domowa historia, w której mała Basia i jej rodzeństwo mogą dowiedzieć się czegoś o otaczającym ich świecie. Wszystko rozpoczyna się od wizyty stryja Grześka: stryjek nie przychodzi sam, przynosi ze sobą ogromnego potwora. Potwór po rozpakowaniu okazuje się być teleskopem, a to zapowiedź wielkiej przygody. Już niedługo cała rodzina – razem ze stryjkiem – wyruszy za miasto, żeby obserwować nocne niebo. Przez teleskop widać znacznie więcej. A skoro już zmienia się rutyna codzienności, można te zmiany wykorzystać, żeby zbudować międzypokoleniową więź. Basia może się od taty dowiedzieć, po co jest przyciąganie ziemskie i dlaczego Ziemia się kręci, a od mamy – wysłuchać zabawnej historyjki o ludzikach na Marsie – bo o takich istotach mama fantazjowała w swojej młodości. Basia przekona się, że za miastem na ciemnej łące widać znacznie więcej – i warto mieć przygotowany namiot ze śpiworem, w razie, gdyby Miśka Zdziśka zmęczyło czuwanie pod gołym niebem. Już samo nocowanie na łące wyda się odbiorcom wielką przygodą, więc nie trzeba się obawiać o zainteresowanie małych odbiorców – po raz kolejny Basia staje na wysokości zadania i pozwala na wprowadzenie do świadomości dzieci następnych ciekawostek. Kiedy opowiadanie o Basi się kończy, nie kończy się jeszcze lektura – teraz czas na strony pozbawione fabuły (ale niekoniecznie – bajkowych bohaterów, bo czasami głos zabierają konkretni dorośli z cyklu). Tutaj pojawia się miejsce na wyeksponowanie ciekawostek i danych, które zbyt odwróciłyby uwagę od fabuły (lub zaciemniły narrację). To przypisy w sam raz dla zainteresowanych ciekawostkami dzieci – uzupełnienie tego, co przeżywa i obserwuje Basia. Okazuje się, że nawet temat tak odległy jak kosmos da się wpleść w zwyczajne życie zwyczajnej sześciolatki – Zofia Stanecka udowadnia, że nie ma zagadnień nie do przerobienia na cykl o Basi. Nic dziwnego, że stale zdobywa sobie wiernych odbiorców i trafia do kolejnych już pokoleń maluchów. Basia to bohaterka, która przeżywa i doświadcza – ale przede wszystkim ma skąd czerpać wiadomości na tematy, które ją zaintrygują. Rodzice zawsze wiedzą, co odpowiedzieć, albo gdzie znaleźć informacje, inni członkowie rodziny też mogą włączyć się w proces edukacji i uczynić go jeszcze bardziej barwnym. Oczywiście ważną rolę odgrywają tu obrazki Marianny Oklejak – ilustratorka wypełnia strony intrygującymi kadrami i ułatwia wyobrażanie sobie przygód Basi. Każde dziecko będzie się tu dobrze bawić, więc podseria Basia i zagadki wszechświata powinna trafić do szerokiego grona odbiorców.
wtorek, 13 maja 2025
Rafał Witek: Karate z bratem
Harperkids, Warszawa 2025.
Zawody
Trudno wytrzymać w domu, w którym są dorastający chłopcy – braci, Igora i Oskara, trudno uciszyć czy uspokoić. Całymi dniami hałasują, albo próbują walczyć ze sobą – i to nasuwa ich tacie doskonały pomysł: treningi karate. To najlepsze miejsce do rozładowania energii i do uspokojenia atmosfery w domu. Igor oraz Oskar mają brać udział w zajęciach – i są przekonani, że karate polega na walce. Tymczasem sensei, którego spotykają na sali gimnastycznej, nie wygląda jak osiłek. Chłopcy jeszcze nie wiedzą, że w karate wcale nie siła ciosów ma największe znaczenie. Jednak szybko się uczą i wkrótce wyjadą na zawody – razem z nową koleżanką, poznaną też na treningach.
Karate to nie tylko metoda uspokojenia rozbrykanych dzieciaków – uczy dyscypliny i pozwala na wyciszenie emocji. Zapewnia ciekawe zajęcie i wymusza pewne zmiany w codzienności. Karate może też być świetną przygodą dla dzieci – więc regularne treningi wydają się rozwiązaniem idealnym dla wszystkich: także dla rodziców, którzy wreszcie mogą poskromić temperament swoich pociech. A Igor i Oskar wcale nie narzekają – nawet jeśli przybędzie im obowiązków, to przybędzie też w ich egzystencji ciekawych wydarzeń, które w dodatku mogą ze sobą dzielić.
Na drugim poziomie serii Czytam sobie dzieci otrzymują nieco dłuższe teksty do trenowania umiejętności rozpoznawania liter. Rafał Witek proponuje historyjkę realistyczną i interesującą także z tego względu – doświadczenie bohaterów będzie można powtórzyć w zwykłym świecie, jeśli ktoś nie ma pomysłu, jak poradzić sobie z kłócącymi się ciągle dziećmi, tu otrzymuje wskazówkę. Odbiorcy, którzy uczą się czytać, z kolei dowiadują się, jakie pozalekcyjne zajęcia mogą być dla nich odpowiednie. Karate jako wyzwanie i sposób na życie sprawdza się doskonale. Rafał Witek prowadzi opowieść tak, żeby cały czas utrzymywać zainteresowanie odbiorców: dzieci będą chciały wiedzieć, co stanie się na zawodach, albo – do czego karate doprowadzi braci. Jest to publikacja w sam raz dla wszystkich, którzy potrzebują znaleźć ujście dla rozsadzającej ich energii i niekoniecznie są przekonani do czytania. „Chłopięca” historyjka umożliwia przyjemne wkroczenie w świat lektur – Rafał Witek ma wprawę w tworzeniu lektur dla najmłodszych i ani przez chwilę nie nudzi dzieci. Wymyśla rozwiązania atrakcyjne dla nich – i zachęcające do czytania. Umiejętność składania liter w wyrazy przy takiej fabule nie jest już wyczerpującym zajęciem. Warto zwrócić uwagę na fakt, że ciągle jest to picture book – tylko z trochę bardziej obszernym tekstem – dalej to tomik przede wszystkim do oglądania. Najmłodsi, którzy będą sięgać po taką propozycję, przekonają się, że książki rozbudzają ciekawość i przynoszą pożywkę dla wyobraźni. Rafał Witek ma dobry pomysł – i „Karate z bratem” przyda się w wielu domach do ćwiczenia czytania.
Zawody
Trudno wytrzymać w domu, w którym są dorastający chłopcy – braci, Igora i Oskara, trudno uciszyć czy uspokoić. Całymi dniami hałasują, albo próbują walczyć ze sobą – i to nasuwa ich tacie doskonały pomysł: treningi karate. To najlepsze miejsce do rozładowania energii i do uspokojenia atmosfery w domu. Igor oraz Oskar mają brać udział w zajęciach – i są przekonani, że karate polega na walce. Tymczasem sensei, którego spotykają na sali gimnastycznej, nie wygląda jak osiłek. Chłopcy jeszcze nie wiedzą, że w karate wcale nie siła ciosów ma największe znaczenie. Jednak szybko się uczą i wkrótce wyjadą na zawody – razem z nową koleżanką, poznaną też na treningach.
Karate to nie tylko metoda uspokojenia rozbrykanych dzieciaków – uczy dyscypliny i pozwala na wyciszenie emocji. Zapewnia ciekawe zajęcie i wymusza pewne zmiany w codzienności. Karate może też być świetną przygodą dla dzieci – więc regularne treningi wydają się rozwiązaniem idealnym dla wszystkich: także dla rodziców, którzy wreszcie mogą poskromić temperament swoich pociech. A Igor i Oskar wcale nie narzekają – nawet jeśli przybędzie im obowiązków, to przybędzie też w ich egzystencji ciekawych wydarzeń, które w dodatku mogą ze sobą dzielić.
Na drugim poziomie serii Czytam sobie dzieci otrzymują nieco dłuższe teksty do trenowania umiejętności rozpoznawania liter. Rafał Witek proponuje historyjkę realistyczną i interesującą także z tego względu – doświadczenie bohaterów będzie można powtórzyć w zwykłym świecie, jeśli ktoś nie ma pomysłu, jak poradzić sobie z kłócącymi się ciągle dziećmi, tu otrzymuje wskazówkę. Odbiorcy, którzy uczą się czytać, z kolei dowiadują się, jakie pozalekcyjne zajęcia mogą być dla nich odpowiednie. Karate jako wyzwanie i sposób na życie sprawdza się doskonale. Rafał Witek prowadzi opowieść tak, żeby cały czas utrzymywać zainteresowanie odbiorców: dzieci będą chciały wiedzieć, co stanie się na zawodach, albo – do czego karate doprowadzi braci. Jest to publikacja w sam raz dla wszystkich, którzy potrzebują znaleźć ujście dla rozsadzającej ich energii i niekoniecznie są przekonani do czytania. „Chłopięca” historyjka umożliwia przyjemne wkroczenie w świat lektur – Rafał Witek ma wprawę w tworzeniu lektur dla najmłodszych i ani przez chwilę nie nudzi dzieci. Wymyśla rozwiązania atrakcyjne dla nich – i zachęcające do czytania. Umiejętność składania liter w wyrazy przy takiej fabule nie jest już wyczerpującym zajęciem. Warto zwrócić uwagę na fakt, że ciągle jest to picture book – tylko z trochę bardziej obszernym tekstem – dalej to tomik przede wszystkim do oglądania. Najmłodsi, którzy będą sięgać po taką propozycję, przekonają się, że książki rozbudzają ciekawość i przynoszą pożywkę dla wyobraźni. Rafał Witek ma dobry pomysł – i „Karate z bratem” przyda się w wielu domach do ćwiczenia czytania.
sobota, 10 maja 2025
Susannah Shane, Britta Teckentrup: Od kiedy jestem twoim bratem
Harperkids, Warszawa 2025.
Liski
Ta książka jest urocza. Duży kwadratowy tomik, w którym na każdej rozkładówce jest sporo pozłacanych elementów – nie dlatego, żeby sugerować przepych czy brak realizmu, ale żeby pobawić się refleksami światła. Te pasują i do krajobrazów, i do tematu wiodącego. „Od kiedy jestem twoim bratem” to tomik dla dzieci, które przestaną być jedynakami – tak, żeby przygotować je na zmiany. Ma też bliźniaczą pozycję – „Od kiedy jestem twoją siostrą” – można więc dopasować do potrzeb domowych wybór książki. W tym wypadku historia – znakomicie przez Natalię Usenko przełożona i zrymowana (nareszcie bez zastrzeżeń, czyta się to świetnie, autorka przekładu ma wyczucie i rymów, i rytmów, nawet jeśli zaburza przyjęte systemy, to ma w tym określony cel i robi to tak, żeby nie musieć decydować się na słowną ekwilibrystykę, za to żeby książkę czytało się płynnie – samym dzieciom albo ich rodzicom). Tomik ma posłużyć wyjaśnieniom. Zwykle najmłodsi bardzo boją się pojawienia się w domu młodszego rodzeństwa – jednak w tej książce nie ma mowy o relacjach z rodzicami, a o samej przyjaźni, która zbuduje się między małymi liskami. Starszy lisek i młodszy lisek codziennie razem brykają, biegają po łąkach, ścigają zające, kłócą się o szyszkę, dzielą się czymś albo coś sobie zabierają, często są dla siebie miłe i serdeczne, chociaż czasami właśnie nie – ale i to jest normalne. Nikt nie wmawia bohaterom, że muszą z powodu rodzeństwa z czegoś zrezygnować, albo przy czymś ustępować – wszystko wydaje się naturalne i na miejscu, a każdy zyskuje jeszcze towarzysza zabaw, idealnego – bo rozumiejącego wszystko. I tak małe liski oswajają się ze sobą błyskawicznie, nie potrafią już bez siebie żyć, świetnie się ze sobą czują – ta więź między bohaterami daje się bezpośrednio przełożyć na więź między odbiorcami. Dzieci dowiedzą się szybko, że posiadanie rodzeństwa to nie problem a szansa na lepsze i ciekawsze zabawy. Liskom z tej historii można pozazdrościć ciepłej relacji, ale taką samą da się zbudować we własnych domach i z własnym rodzeństwem – co odbiorcy powinni wychwycić samodzielnie albo z pomocą rodziców.
Ta lektura jest prosta i szybka pod kątem języka – więc albo maluchy staną się słuchaczami, odbiorcami, którym to rodzice czytają historyjkę, albo mogą samodzielnie ćwiczyć czytanie – co zapewni im sporo przyjemności dzięki zgrabnemu wierszykowi. Co ważne, nie da się tu wyczuć moralizatorskich tonów, owszem, temat jest pewnie dzieciom doskonale znany, bo w tomiku nie ma przecież nic ponad to, co wyjaśniają zwykle dorośli – ale lepiej oswoić się z nim dzięki pośrednictwu ślicznych i sympatycznych lisków. Graficznie jest to książka bardzo przyjemna, przyciąga wzrok i zapewnia uwagę odbiorców.
Liski
Ta książka jest urocza. Duży kwadratowy tomik, w którym na każdej rozkładówce jest sporo pozłacanych elementów – nie dlatego, żeby sugerować przepych czy brak realizmu, ale żeby pobawić się refleksami światła. Te pasują i do krajobrazów, i do tematu wiodącego. „Od kiedy jestem twoim bratem” to tomik dla dzieci, które przestaną być jedynakami – tak, żeby przygotować je na zmiany. Ma też bliźniaczą pozycję – „Od kiedy jestem twoją siostrą” – można więc dopasować do potrzeb domowych wybór książki. W tym wypadku historia – znakomicie przez Natalię Usenko przełożona i zrymowana (nareszcie bez zastrzeżeń, czyta się to świetnie, autorka przekładu ma wyczucie i rymów, i rytmów, nawet jeśli zaburza przyjęte systemy, to ma w tym określony cel i robi to tak, żeby nie musieć decydować się na słowną ekwilibrystykę, za to żeby książkę czytało się płynnie – samym dzieciom albo ich rodzicom). Tomik ma posłużyć wyjaśnieniom. Zwykle najmłodsi bardzo boją się pojawienia się w domu młodszego rodzeństwa – jednak w tej książce nie ma mowy o relacjach z rodzicami, a o samej przyjaźni, która zbuduje się między małymi liskami. Starszy lisek i młodszy lisek codziennie razem brykają, biegają po łąkach, ścigają zające, kłócą się o szyszkę, dzielą się czymś albo coś sobie zabierają, często są dla siebie miłe i serdeczne, chociaż czasami właśnie nie – ale i to jest normalne. Nikt nie wmawia bohaterom, że muszą z powodu rodzeństwa z czegoś zrezygnować, albo przy czymś ustępować – wszystko wydaje się naturalne i na miejscu, a każdy zyskuje jeszcze towarzysza zabaw, idealnego – bo rozumiejącego wszystko. I tak małe liski oswajają się ze sobą błyskawicznie, nie potrafią już bez siebie żyć, świetnie się ze sobą czują – ta więź między bohaterami daje się bezpośrednio przełożyć na więź między odbiorcami. Dzieci dowiedzą się szybko, że posiadanie rodzeństwa to nie problem a szansa na lepsze i ciekawsze zabawy. Liskom z tej historii można pozazdrościć ciepłej relacji, ale taką samą da się zbudować we własnych domach i z własnym rodzeństwem – co odbiorcy powinni wychwycić samodzielnie albo z pomocą rodziców.
Ta lektura jest prosta i szybka pod kątem języka – więc albo maluchy staną się słuchaczami, odbiorcami, którym to rodzice czytają historyjkę, albo mogą samodzielnie ćwiczyć czytanie – co zapewni im sporo przyjemności dzięki zgrabnemu wierszykowi. Co ważne, nie da się tu wyczuć moralizatorskich tonów, owszem, temat jest pewnie dzieciom doskonale znany, bo w tomiku nie ma przecież nic ponad to, co wyjaśniają zwykle dorośli – ale lepiej oswoić się z nim dzięki pośrednictwu ślicznych i sympatycznych lisków. Graficznie jest to książka bardzo przyjemna, przyciąga wzrok i zapewnia uwagę odbiorców.
środa, 7 maja 2025
Moje ciało
Harperkids, Warszawa 2025.
Ciekawostki
Książeczka z okienkami – gruba i apetyczna – to kolejny pomysł na edukowanie dzieci, tym razem w zakresie nazewnictwa dotyczącego ciała i odbierania nim zwykłego otoczenia. To kolejny tomik edukacyjny i jednocześnie wykorzystujący zabawę w interaktywne odkrywanie historii. Dzieci nie tylko mają oglądać kolorowe kartonowe strony, ale też aktywnie uczestniczyć w wyzwalaniu kolejnych elementów obrazków przez otwieranie okienek (pod którymi kryją się dodatkowe treści) albo przez ruszanie kołem, które pozwala zmieniać charakter ilustracji). Trzeba zatem podjąć pewien wysiłek, żeby móc odkrywać wszystkie treści z kolejnych stron. I to spodoba się najmłodszym, którzy nie muszą biernie siedzieć przy książeczce, a mogą traktować ją jak zabawkę i rozrywkę – co przykrywa aspekty edukacyjne i umożliwia cieszenie się lekturą.
„Moje ciało” to tomik, który wykorzystuje sprawdzone już wielokrotnie rozwiązania i który bardzo dobrze wpasowuje się w cykl książeczek kształtujących wiedzę, słownictwo i świadomość kilkulatków. Pojawiają się tu różne tematy, tak, żeby nie zmęczyć dzieci. Przede wszystkim można znaleźć nazwy wybranych części ciała (od razu z ilustrowanymi odnośnikami), ale też dowiedzieć się, do czego ciało jest zdolne (co może robić), jakie są zmysły i co dzięki nim się odkrywa, jak ludzie różnią się od siebie (tu każdy, kto prezentuje cechę swojego wyglądu, został nadrukowany na okienku – pod okienkiem pojawia się kolejna postać, która prezentuje siebie w zupełnie inny sposób). Ciało jako interesujący odbiorców motyw jawi się tu jako źródło ciekawostek i wielu możliwości. Ponieważ każda rozkładówka to inne podejście do tematu odkrywania ciała – dzieci nie będą się nudzić lekturą, za to docenią, jak można przedstawiać rzeczywistość najbliższą. Tomik da się wykorzystywać do sprawdzania postępów w edukacji najmłodszych, ale sprawdzi się równie dobrze jako źródło ciekawostek, nazw i motywów do przemyśleń. Ciało jest cudowne i jest piękne – nieważne, jak wygląda, liczy się to, co potrafi. W związku z tym dzieci dowiedzą się, co trzeba robić, żeby utrzymać je w dobrej kondycji: przekonają się dzięki lekturze, jak ważny jest odpowiedni sposób odżywiania się (co ciekawe, jest tu wykazanie znaczenia potraw w zależności od kolorów – wpływu warzyw i owoców na zdrowie), wypoczynek i relaks, a także higiena. Ciekawym motywem jest strona, na której trzeba pomóc bohaterowi myć zęby – bo i ten temat się tu pojawia jako ważna przestroga dla dzieci. O odpowiednim nawodnieniu przypomina rozkładówka, w której trzeba dać postaci pić – i obserwować, co stanie się z wodą, oczywiście znowu dzięki ruchomym elementom tomiku. Jest to zatem książeczka atrakcyjna dla dzieci i wprowadzająca do ich świadomości szereg istotnych tematów.
Ciekawostki
Książeczka z okienkami – gruba i apetyczna – to kolejny pomysł na edukowanie dzieci, tym razem w zakresie nazewnictwa dotyczącego ciała i odbierania nim zwykłego otoczenia. To kolejny tomik edukacyjny i jednocześnie wykorzystujący zabawę w interaktywne odkrywanie historii. Dzieci nie tylko mają oglądać kolorowe kartonowe strony, ale też aktywnie uczestniczyć w wyzwalaniu kolejnych elementów obrazków przez otwieranie okienek (pod którymi kryją się dodatkowe treści) albo przez ruszanie kołem, które pozwala zmieniać charakter ilustracji). Trzeba zatem podjąć pewien wysiłek, żeby móc odkrywać wszystkie treści z kolejnych stron. I to spodoba się najmłodszym, którzy nie muszą biernie siedzieć przy książeczce, a mogą traktować ją jak zabawkę i rozrywkę – co przykrywa aspekty edukacyjne i umożliwia cieszenie się lekturą.
„Moje ciało” to tomik, który wykorzystuje sprawdzone już wielokrotnie rozwiązania i który bardzo dobrze wpasowuje się w cykl książeczek kształtujących wiedzę, słownictwo i świadomość kilkulatków. Pojawiają się tu różne tematy, tak, żeby nie zmęczyć dzieci. Przede wszystkim można znaleźć nazwy wybranych części ciała (od razu z ilustrowanymi odnośnikami), ale też dowiedzieć się, do czego ciało jest zdolne (co może robić), jakie są zmysły i co dzięki nim się odkrywa, jak ludzie różnią się od siebie (tu każdy, kto prezentuje cechę swojego wyglądu, został nadrukowany na okienku – pod okienkiem pojawia się kolejna postać, która prezentuje siebie w zupełnie inny sposób). Ciało jako interesujący odbiorców motyw jawi się tu jako źródło ciekawostek i wielu możliwości. Ponieważ każda rozkładówka to inne podejście do tematu odkrywania ciała – dzieci nie będą się nudzić lekturą, za to docenią, jak można przedstawiać rzeczywistość najbliższą. Tomik da się wykorzystywać do sprawdzania postępów w edukacji najmłodszych, ale sprawdzi się równie dobrze jako źródło ciekawostek, nazw i motywów do przemyśleń. Ciało jest cudowne i jest piękne – nieważne, jak wygląda, liczy się to, co potrafi. W związku z tym dzieci dowiedzą się, co trzeba robić, żeby utrzymać je w dobrej kondycji: przekonają się dzięki lekturze, jak ważny jest odpowiedni sposób odżywiania się (co ciekawe, jest tu wykazanie znaczenia potraw w zależności od kolorów – wpływu warzyw i owoców na zdrowie), wypoczynek i relaks, a także higiena. Ciekawym motywem jest strona, na której trzeba pomóc bohaterowi myć zęby – bo i ten temat się tu pojawia jako ważna przestroga dla dzieci. O odpowiednim nawodnieniu przypomina rozkładówka, w której trzeba dać postaci pić – i obserwować, co stanie się z wodą, oczywiście znowu dzięki ruchomym elementom tomiku. Jest to zatem książeczka atrakcyjna dla dzieci i wprowadzająca do ich świadomości szereg istotnych tematów.
Subskrybuj:
Posty (Atom)