* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą picture book. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą picture book. Pokaż wszystkie posty

środa, 9 września 2026

Dinuś nie chce spać. Wspólnie czytamy o zasypianiu

Harperkids, Warszawa 2026.

Przygotowania do snu

Dinuś to ten bohater, który robi wszystko, co kilkulatki – i który pokazuje kolejne sekwencje czynności, żeby utrwalić je u małych odbiorców. Nic dziwnego, że tematy są tu brane bezpośrednio z życia maluchów – a tomik „Dinuś nie chce spać” to wsparcie rodziców układających swoje pociechy do spania. Można jeszcze przeżyć jedną przygodę z sympatycznym bohaterem, żeby w końcu przekonać się, że trzeba iść do łóżka – tylko dzięki temu będzie się miało siły do zabawy następnego dnia. Na razie jednak Dinuś szuka sojuszników w swojej niechęci do pójścia spać – spotyka kolejnych przyjaciół (którzy jednak do snu się przygotowują) i namawia ich do rozrywek – albo naśladuje ich zachowania. Haczyk tkwi w tym, że jego przyjaciele nie mają wątpliwości w kwestii przygotowywania się do snu i wykonują po prostu te czynności, w których Dinuś nie ma ochoty uczestniczyć. Kiedy jednak dołączy do nich… może być całkiem przyjemnie.

„Dinuś nie chce spać” to książeczka pisana prozą, z rymowanymi fragmentami – tłumaczenie przygotowała Natalia Usenko. Dzięki refrenom dzieci będą mogły przekonać się do rytmu opowieści. Pojawiają się tu też nawiasowe wtrącenia – uzupełniane wyliczenia, które sprawią, że kolejne etapy przygotowań do snu zapadną dzieciom lepiej w pamięć. Dinuś nie tylko działa – ale też przechodzi niezbędne zadania do wykonania wieczorem. To uświadomi dzieciom, że muszą umyć zęby czy wykąpać się, miłym dodatkiem staje się też wieczorna wspólna lektura – to sposób na przypomnienie rodzicom, że takie rozrywki nie wychodzą z mody i że zawsze powinno się znaleźć czas na czytanie przed snem – to nie tylko rozwija wyobraźnię, ale też buduje silne więzi i miłe wspomnienia. Dinuś przekonuje się, że przygotowania do snu wcale nie muszą być nudne czy męczące – i że na pewno nie są niepotrzebne. Długo trwa w swojej pewności, że nie chce iść spać – a jednak w końcu się zmęczy, jak każdy maluch.

Taka lektura pozwoli na wyciszenie najmłodszych, ale zapewni im też trochę zabawy. Nie polega bowiem tylko na śledzeniu tekstu czytanego przez rodziców czy na oglądaniu urokliwych ilustracji Pauli Bowles – a na czynnym udziale w czytaniu za sprawą odpowiednio przygotowanych kartonowych stron. Są tu miejsca zakryte, niespodzianki dla oglądających, są też scenki pop-up, co może być zaskoczeniem dla najmłodszych – nieprzygotowanych jeszcze na techniczne możliwości konstruowania książek. To zatem przygoda wykraczająca poza motyw zwykłego czytania, w sam raz dla dzieci, którym wydaje się, że w książkach nie da się znaleźć nic ciekawego. „Dinuś nie chce spać” to tomik nastawiony na usypianie najmłodszych i jednocześnie dostarczający wielu powodów do uśmiechu – ładnie przygotowany i dobrze przemyślany. W sam raz nie tylko dla tych dzieci, które zwlekają z momentem pójścia do łóżka.

poniedziałek, 7 września 2026

Kelly DiPucchio: Gaston

Tako, Toruń 2026.

Różnice

Ten picture book może być świetnym punktem wyjścia do rozmów z najmłodszymi o tym, co znaczy być sobą, a co – dopasowywać się do otoczenia. W prostej historii Kelly DiPucchio prezentuje małym odbiorcom kwestie tożsamości i odpowiadania na oczekiwania innych – bez wielkich słów i abstrakcyjnych fraz, koncentruje się na tym, co najważniejsze nie tylko z perspektywy dzieci. Są tu dwie psie rodziny: Pani Pudelka ma troje grzecznych szczeniaczków i Gastona. Pani Buldożka z kolei – trzy rozbrykane pieski i nieśmiałą Antoinette. Łatwo odkryć, że małe buldogi wyglądają podobnie jak Gaston, a rodzeństwo Gastona jest łudząco podobne do Antoinette – rozwiązanie problemu wydaje się zatem na wyciągnięcie ręki: jeśli Pani Pudelka i Pani Buldożka wymienią się jednym dzieckiem, nikt nie będzie poszkodowany, a najmłodsi wreszcie trafią do otoczenia, które ich rozumie. Tylko że Gaston przywykł już do ciszy i elegancji, a Antoinette uwielbia funkcjonować wśród rozbrykanych maluchów.

„Gaston” to książka, która skrywa naprawdę sporo ważnych treści – nie tylko z perspektywy dzieci. Najmłodsi będą tu śledzić doświadczenia nie do powtórzenia w ludzkim świecie – ale przy okazji też przekonają się, że niektóre pomysły powinny pozostać w sferze teorii, nawet jeśli pasowałyby do prób uporządkowania świata. Nie ma znaczenia, że coś wydaje się łatwe do zrealizowania i logiczne – żywe organizmy to nie układanka, w której można do woli zmieniać klocki: tu w grę wchodzą emocje, przyzwyczajenia i nadzieje. Kiedy obie mamy umawiają się na wymianę tych najbardziej „problemowych” dzieci, nie robią nikomu krzywdy – zwłaszcza że sytuacja jest odwracalna, i to bardzo szybko.

Christian Robinson ma tu pracę, od której dużo zależy: tworzy ilustracje, dzięki którym dzieci, nawet te najmłodsze i niekoniecznie nadążające za fabułą tekstową, zrozumieją błyskawicznie, na czym polega problem i jak powinno wyglądać jego rozwiązanie w dążącym do porządku świecie. W jego ujęciu zawsze trzy pieski są identyczne, czwarty różni się znacząco – ale nie na tyle, żeby przenosić w inny świat. Stawia ten ilustrator na duże i wyraziste kształty, może to robić, ma na to sporo miejsca – nie zarzuca odbiorców tematami spoza tekstu, nie musi niczego dopowiadać. „Gaston” to książka dopracowana pod każdym względem – musi więc robić ogromne wrażenie. Dla małych czytelników to nie tylko okazja do spotkania z bajkowymi sympatycznymi bohaterami, ale także do przemyśleń na temat swojego miejsca na ziemi. To książka, która ma ważne i wartościowe przesłanie – nie zdradza tego na pierwszy rzut oka, a jednak to o wiele więcej niż zwyczajny picture book dla najmłodszych. „Gaston” to propozycja, którą warto po wspólnej lekturze jeszcze przedyskutować – zastanowić się nad tym, czego o sobie dowiedzieli się bohaterowie i w jaki sposób wpłynęło to na ich późniejsze życiowe wybory.

Jest to opowieść, której znaczenie wykracza poza świat przedstawiony – i historia, którą należy dzieciom prezentować, żeby uświadomić im złożoność świata i jego wyzwań.

sobota, 5 września 2026

Bluey. Papugowanie

Harperkids, Warszawa 2026.

Oswajanie smutku

„Papugowanie” to tomik, który tylko z pozoru zabiera odbiorców do pełnego zabaw i pozbawionego trosk świata Bluey. W rzeczywistości jest to historia o śmierci – tyle że przedstawionej tak, żeby nie przygnębić przesadnie najmłodszych ani ich nie przestraszyć. Wszystko zaczyna się od gry w przedrzeźnianie – Blue od rana chce koniecznie robić wszystko to, co tata – naśladuje każdy jego gest i każde zdanie, nawet jeśli oznacza to trochę niepochlebnych komentarzy pod własnym adresem. Tata wie doskonale – jak wszyscy rodzice – że żadne sztuczki nie pomogą, przedrzeźniacz musi się znudzić swoim zadaniem, żeby skończyły się irytujące powtórzenia. Tylko że zabawa w papugowanie to jedynie wstęp do zupełnie innej historii: Blue znajduje na ulicy ranną papużkę. Razem z tatą próbuje ją uratować – wkłada do pudełeczka i wiezie do weterynarza. Tylko że ta przygoda nie może mieć dobrego finału. A po powrocie do domu Blue chce się bawić z młodszą siostrą w nieudane ratowanie chorego ptaszka – w ten sposób radzi sobie z trudnymi emocjami.

Liczy się tu zestaw zachowań i reakcji wokół śmierci: kiedy recepcjonistka przekazuje informację o papużce, mówi łagodnym głosem. Mama w domu także ścisza głos, kiedy odzywa się do swojej córki. Blue jednak potrzebuje uporządkowania doświadczeń – pokazuje to w zabawie z siostrą. Teraz również „papużka”, czyli Bingo, ma nie przeżyć akcji ratunkowej – bohaterka dowiaduje się, że na pewne sprawy nie ma żadnego wpływu. Chce jednak przeżyć swój smutek jeszcze raz, w warunkach kontrolowanych.

Dzieci zawsze mocno przeżywają rozstanie z ukochanym pupilem. Szokiem może być dla nich również świadomość, że śmierć nie oszczędza nikogo, bez względu na to, czy pospieszy się z pomocą, czy nie – i oczywiście zawsze warto próbować ocalić nawet najmniejsze życie, ale niekiedy taka misja po prostu musi się zakończyć niepowodzeniem. Dobrze, że w świecie Blue znalazło się miejsce i na takie historie – w ten sposób można przynajmniej próbować wytłumaczyć dzieciom, że czasami w codzienność wkracza śmierć – i że to oznacza bezpowrotne rozstanie. Blue jeszcze ma nadzieję, że los papużki się odmieni, ale rodzice nie zamierzają jej w tym względzie okłamywać. Razem z Blue dzieci będą oswajać się z trudnym zagadnieniem. „Papugowanie” to niewielki tomik – jak zawsze w cyklu – opowieść w sam raz do przeczytania i przemyślenia. I owszem, jest w niej całkiem sporo czynników humorystycznych, wprowadzonych, żeby przyciągnąć najmłodszych do lektury – ale jest też dużo materiału do refleksji. W świecie Blue i Bingo jest miejsce na różne odczucia – i dzięki temu dorosłym łatwiej będzie przeprowadzać ze swoimi pociechami poważne rozmowy.

Jest to picture book, więc można będzie znaleźć bardzo wiele kadrów z ulubionymi bohaterami, a także rysunkowe dopowiedzenia do narracji tekstowej. Blue nie pozostawia wątpliwości: przeżywa mnóstwo. I można razem z nią przystąpić do odkrywania uroków i przykrości świata.

czwartek, 3 września 2026

Agnieszka Łubkowska: Tabliczka mnożenia. Sprytne sposoby bez wkuwania

Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.

Liczenie

Wiele dzieci boi się matematyki. Spory wpływ na to mają rodzice, którzy nawet nieświadomie zaszczepiają w swoich pociechach lęk przed liczbami. A to oznacza, że warto podjąć próby zmiany takiego stanu rzeczy – i przekonać najmłodszych, że liczenie może być przyjemne, tylko trzeba poznać sztuczki pozwalające uniknąć rutyny i umożliwiające popisywanie się tajemną wiedzą. Do tej pory w cyklu Szkoła i ja były teksty nastawione na naukę i trenowanie umiejętności społecznych, ewentualnie pozwalające na wytrenowanie odpowiednich zachowań na przykład w kwestii bezpieczeństwa. „Tabliczka mnożenia” to jednak trochę inna publikacja.

Wiadomo, że nie ma wyjątków: w zakresie do 100 trzeba opanować całą tabliczkę mnożenia – i to wiadomość, która może zniechęcić do pracy. Dlatego też Agnieszka Łubkowska decyduje się na przegląd rozwiązań i trików. Przedstawia dzieciom wskazówki pozwalające na szybkie i łatwe liczenie, wręcz bezproblemowe opanowanie tabliczki mnożenia: rozprawia się z najprostszymi schematami: mnożenie razy jeden, zero i dwa – a na fali sukcesu przechodzi w mnożenie razy trzy. Mnożenie razy pięć i dziesięć należy do banalnych – problem może (ale nie musi) pojawić się przy reszcie. I tutaj właśnie Agnieszka Łubkowska stawia na wyjaśnienie małym odbiorcom, jak działa takie mnożenie i jak sobie je uprościć. A to oznacza, że nauczy dzieci logicznego myślenia i podpowie im, jak przyspieszyć wypracowanie wyniku. Jeśli najmłodsi zyskają taką supermoc, stracą powód, żeby bać się matematyki – i z większym zainteresowaniem będą szukać kolejnych sztuczek. „Tabliczka mnożenia. Sprytne sposoby bez wkuwania” to książka, która ma przynieść kilkulatkom zestaw podpowiedzi, jakie niekoniecznie staną się częścią szkolnych lekcji – istnieje zatem spora szansa, że ta lektura przyda się odbiorcom.

Tym razem ilustracje przygotowuje Aleksandra Lipka, która stawia na młodzieżowe szkice, sylwetki bohaterów przerysowane i jednocześnie nieco zabawne. Strony graficznej nie można tu pominąć – to niezwykle istotny składnik kolejnych lekcji – o wiele łatwiej będzie sobie wyobrazić, do czego potrzebne jest w zwykłym życiu mnożenie (a także – jak działają podpowiedzi matematyczne) – jeśli będzie to przedstawione na ilustracjach.

Agnieszka Łubkowska nie skupia się wyłącznie na konkretnych podpowiedziach: najpierw rozwiewa wątpliwości i przygotowuje do nauki tabliczki mnożenia, tłumaczy między innymi, dlaczego tak istotne jest opanowanie działań. Sięga po właściwości mnożenia i omawia znaki potrzebne w pisaniu równań. Robi to szybko – liczą się tu podpisy pod rysunkami. Dzięki temu informacje łatwiej zapadną w pamięć – są przydatne i podane w przystępny sposób. A to z kolei droga do sukcesu. Dzieci otrzymują konkrety i chociaż samodzielnie muszą przemyśleć kolejne wskazówki, żeby umieć z nich korzystać – efekty mogą być olśniewające.

Rzadko na rynku pojawiają się publikacje związane z lekcjami matematyki – niebędące szkolnymi podręcznikami. Co pewien czas jednak autorzy mierzą się z tematem mnożenia. Agnieszka Łubkowska z tej próby wychodzi zwycięsko, wprowadza na księgarskie półki książkę, która przyda się dzieciom. Matematyka nie musi wiązać się z frustracjami.

wtorek, 1 września 2026

Jory John, Pete Oswald: Fajny Cieciorek i skok na głęboką wodę

Harperkids, Warszawa 2026.

Grupa

Jory John i Pete Oswald mają rękę do tworzenia wyrazistych bohaterów, którzy przyciągną najmłodszych do czytania. Nie muszą w dodatku wysilać wyobraźni i proponować nowych stworków – wystarczy, że ożywiają elementy jedzenia. I tak po między innymi Wielkim Serze, Domowej Pyrze czy Niesfornym Ziarenku przychodzi czas na Fajnego Cieciorka. Fajny Cieciorek to mniej przebojowa postać – mniej przebojowa niż te, które do tej pory zaludniały karty kolejnych krótkich czytanek bazujących na kreskówkach, za to bardzo zbliżona do typowych maluchów, niekoniecznie pewnych siebie, niekoniecznie idealnych. „Fajny Cieciorek i skok na głęboką wodę” to opowieść prosto z basenu. Bohater spędza czas raczej na brodziku – i to z dmuchanym kółkiem. Nie jest taki jak Fajne Fasolki – te w ciemnych okularach i odważne – budzą wręcz zazdrość, a zawsze podziw. Fasolki nie boją się niczego, zjeżdżają z największych zjeżdżalni i są po prostu fajne. Cieciorek nawet chciałby być taki jak one, ale brakuje mu różnych cech charakteru. A może nie? Może wystarczy tylko spróbować? Jory John proponuje Cieciorkowi rozwiązanie jego problemu.

Cieciorek walczy i ponosi porażkę za porażką. Staje się obiektem drwin. W dodatku ogarnia go paraliżująca trema – kiedy już chce dokonać wielkiego czynu, czuje silny strach. I wtedy przychodzą mu z pomocą nieoczekiwani sojusznicy, tłumacząc, że czasami wystarczy wsparcie grupy, żeby można było realizować marzenia i pokonywać własne lęki. Fajne Fasolki nie są na szczęście uosobieniem szkolnych prześladowców – można na nie liczyć i przy okazji czerpać trochę z ich fajności. A to pierwszy krok do pozbawienia się kompleksów i do dobrej zabawy.

„Fajny Cieciorek i skok na głęboką wodę” to książka, w której wielu odbiorców odnajdzie po prostu siebie. To ważne, bo tomik ukazuje się w podcyklu Tryb czytania – a to oznacza, że dzieci mogą wykorzystywać go jako czytankę do ćwiczenia składania wyrazów. Nie ma trudnej ani skomplikowanej narracji, nie ma pułapek, które zniechęcą do lektury – liczy się wyrazista fabuła, która przyciągnie uwagę najmłodszych i zatrzyma ich przy książce. O ile zwykle Jory John stawia na rozśmieszanie dzieci, o tyle tutaj jest dość ostrożny – nie chodzi o to, żeby wywołać śmiech z bohatera, a o to, żeby dzieci chciały się z nim identyfikować i przyznawać do rozmaitych kłopotów czy lęków – to najlepsza droga do zrozumienia siebie i do podjęcia pracy nad sobą. Fajny Cieciorek jest fajny – ale nie przebojowy. Nie zagrozi nikomu, nie przeszkodzi w realizacji czyichś marzeń, sam potrzebuje pomocy i wsparcia, żeby mógł radzić sobie z osobistymi dylematami – zwłaszcza tymi niewidocznymi na pierwszy rzut oka. Cieciorek to postać, która zyska fanów błyskawicznie – jest potrzebny, zwłaszcza kiedy trzeba zastanowić się nad przyczyną niektórych działań. To jest książka do samodzielnego czytania przez dzieci – a jednak dobrze by było, gdyby prześledzili ten krótki tekst także rodzice – wtedy będą mogli porozmawiać ze swoimi pociechami o podobnych sytuacjach.

sobota, 29 sierpnia 2026

Dinuś chce być duży. Wspólnie czytamy o zdrowym jedzeniu

Harperkids, Warszawa 2026.

Nadzieja

Urocza jest ta seria – i kierowana do najmłodszych dzieci. „Dinuś chce być duży” to opowieść – w bardzo dobrym przekładzie Natalii Usenko – w której odbiorcy razem z małym bohaterem uczą się, jaka dieta sprzyja rośnięciu. Dinozaur, który chce być duży, chodzi i wypytuje swoich dorosłych przyjaciół, co według nich powinien spożywać. Dowiaduje się dzięki temu, jak ważne są warzywa i owoce, ryby czy rośliny strączkowe. Dinuś je to, co polecają inni i szybko rośnie – staje się coraz większy i coraz silniejszy, o czym przekonuje się nawet jego drzemiący dziadek. Nie ma tu bardzo skomplikowanej fabuły, bo chodzi przecież o to, żeby najmłodsi zaangażowali się w lekturę – a koncentracja kilkulatków wymusza szybkie tempo i niewiele wątków pobocznych. „Dinuś chce być duży” to kartonowy picture book wzorowany trochę na książeczkach z serii Akademia Mądrego Dziecka (o czym świadczy paskowany kolorowy fragment grzbietu). I jest to tomik, który wykorzystuje nieoczekiwane rozwiązania. Grube kartonowe strony pozwalają na ukrycie kilku niespodzianek dla dzieci. O pop-up przypomina znaczek na okładce, ale poza rozkładaną scenką (która faktycznie pozwala dinozaurowi urosnąć) będzie tu więcej: między innymi schowany fragment rysunku czy otwierające się oko dziadka (mini pop-up).

Rozwiązania formalne to jedno, drugim stają się pomysły na treść. „Dinuś chce być duży” to książka, która przyciągnie małych odbiorców z takim samym pragnieniem co główny bohater – i w tej opowieści stawia się na rolę odpowiedniej diety. Dinuś nie dostanie oferty dotyczącej słodyczy czy fast-foodów, w ogóle nie istnieją takie tematy. Posłusznie zjada za to to wszystko, co zalecają starsi i silniejsi. W ten sposób utrwala się w dzieciach przekonanie, że faktycznie mogą mieć wpływ na swoje posiłki i brać przykład z Dinusia – to coś istotnego. Ale nie tylko na przeszkoleniu w zakresie kulinarnym rzecz polega. „Dinuś chce być duży” to książka, w której liczy się wspólna zabawa z dzieckiem. Rodzice mogą czytać i komentować wydarzenia (komentarze również zostały wprowadzone do tekstu w nawiasach). Mogą zadawać pytania albo bawić się w szukanie na stronach ulubionej maskotki Dinusia (warto przyjrzeć się tylnej okładce, żeby wiedzieć, co zostało ukryte w obrazkach). Ale mogą też proponować swoim pociechom zabawę w onomatopeje – każda rozkładówka to inny gest i inny dźwięk pasujący do akcji. Raz trzeba będzie mlaskać, raz tupać lub chrupać – wszystko, żeby wczuć się w świat małego bohatera i żeby podążać za nim w przygodzie. „Dinuś chce być duży” to zatem angażowanie najmłodszych na różne sposoby – tak, żeby bawili się książką i żeby lektura stała się ich ulubioną. Dinuś to bohater, który nie może usiedzieć na miejscu, ale umiejętnie wykorzystany jako zbieracz porad, funkcjonuje tu na prawach przykładu dla najmłodszych. O wiele łatwiej przyjąć tematy pouczające, jeśli przedstawia je Dinuś – sympatyczny dinozaur.

piątek, 28 sierpnia 2026

Olivier Tallec: Czy on śpi?

Druganoga, Warszawa 2026.

Pamięć

Bardzo trudna i bardzo piękna jest ta książka, picture book, w którym bohater – oraz jego przyjaciel, Pok – mierzą się z ostatecznością. Przygoda zakodowana w książce obrazkowej kierowanej do najmłodszych pomoże dzieciom uporać się z emocjami po stracie. Wszystko zaczyna się od znalezienia nieruchomego kosa. Może śpi (chociaż ptaki nie śpią nieruchomo na grzbiecie, o czym bohaterowie jeszcze nie wiedzą), może się jeszcze ocknie. Ale oczekiwanie nie przynosi żadnego efektu – poza ostatecznym potwierdzeniem, bo wiadomo, że żadne zwierzę nie wytrzyma tyle bez ruchu. Kos jest martwy. Teraz trzeba uporać się ze stratą – tęsknotą i smutkiem. Pok i jego przyjaciel wiedzą, że muszą coś zrobić – szukają sposobu na to, żeby zapamiętać kosa i żeby zyskać ukojenie.

„Czy on śpi” to książka, której nie należy się bać. Chociaż przedstawia jako główny temat śmierć – nie przygnębi dzieci. Olivier Tallec przygląda się kolejnym etapom działań i automatycznie – kolejnym etapom żałoby, bohaterowie na początku zaprzeczają wiadomości, później dopiero wprowadzają kolejne działania prowadzące do wyciszenia smutku. Dbają o to, żeby szpak po śmierci miał dobrą opiekę – chowają go i upamiętniają. I to właśnie pokazuje czytelnikom, że zaangażowanie się w sprawy śmierci może pomóc w opanowaniu przykrości. A jednocześnie Tallec nie zastrasza dzieci – pokazuje świat w całej palecie barw, przypomina, że nie zawsze wszystko idzie zgodnie z planem i nie ukrywa przed najmłodszymi, że zdarzają się rozmaite nieszczęścia. Z perspektywy odbiorców kos to tylko umilacz życia, autor pięknych piosenek i ptak, który nadawał koloryt polanie. Nie zdążyli się z nim zaprzyjaźnić ani go polubić, zostają więc z zapośredniczonymi uczuciami bohaterów. Ale empatia sprawi, że bohaterowie podzielą się swoimi emocjami z kilkulatkami.

Na dzisiejszym rynku wydawniczym dość rzadko autorzy decydują się na wprowadzanie trudnych tematów i tego, co mogłoby zasmucić dzieci – to nie jest kierunek, który należy popierać. W końcu chociaż śmierć bliskich nie jest codziennością kilkulatków, nie da się od niej uciec – a książka „Czy on śpi” pomoże w oswojeniu zagadnienia. Przyniesie pretekst do ważnych rozmów i sprawi, że dzieci samodzielnie będą mogły wypracować wnioski na temat radzenia sobie ze smutkiem. Tallec nie udaje, że wszystko natychmiast się ułoży, pokazuje żałobę jako proces – składający się z różnych etapów. Daje dzieciom narzędzia do zadbania o siebie nawet wtedy, gdy nie będą chciały dzielić się uczuciami z nikim.

Jest to książka napisana w prosty sposób i bardzo zrozumiała – mimo fabularnego wyzwania. To picture book, w którym obrazki przyciągają oko, są wielkoformatowe i stanowią idealne uzupełnienie narracji. Podziw wzbudza przede wszystkim realizacja tematu – ale i filozoficzno-poetyckie spojrzenie na rzeczywistość bohaterów, niby baśniową, a mocno powiązaną z realizmem. „Czy on śpi” to książka do oglądania i przedyskutowania, chociaż prosta to nie infantylna – rozbudza ciekawość i wzrusza. Jest to zestaw podpowiedzi ukrytych w historii nieskomplikowanej i wartościowej. Można tu polubić bohaterów i kibicować im w codzienności, można dać się wciągnąć w świat tak zaprezentowany. Czytanie tej książki można zalecić także dorosłym – zwłaszcza że to oni najczęściej biorą na siebie ciężar emocji związanych z rozstaniami.

poniedziałek, 24 sierpnia 2026

Sherri Duskey Rinker, Ag Ford: Na placu budowy... wóz pożarowy!

Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.

Pożar!

W serii usypianek dla najmłodszych fanów ciężkiego sprzętu budowlanego pojawia się kolejny motyw, a co za tym idzie – otwarcie cyklu na pojazdy spoza szóstki przyjaciół. Tym razem nocą wybucha pożar – i trzeba zrobić miejsce dla najważniejszego samochodu, ogromnego wozu strażackiego. Tylko on może teraz pomóc – ale nie oznacza to, że Brumka i jej przyjaciele będą bezradni czy bez zajęcia – każdy z wielkich sprzętów może zająć się innymi sposobami radzenia sobie z pożarem. Znowu współpraca i wzajemne wsparcie to droga do sukcesu. Dodatkowo ważne jest to, że po wszystkim trzeba jeszcze posprzątać – a tu już bohaterowie cyklu doskonale wiedzą, jak działać. Nie tylko wóz strażacki wystąpi na kartach tej rymowanki, będzie tu jeszcze kilka innych ciekawych z perspektywy dzieci maszyn. Najmłodsi dowiedzą się, jak wygląda akcja gaśnicza, co się dzieje, kiedy pożar wybuchnie na większych wysokościach i czy w trakcie gaszenia pożaru może wyczerpać się woda. Co prawda na końcu tomiku pojawia się informacja, że tylko w bajce pożary gaszą samochody, w rzeczywistości to praca strażaków – ale liczy się efekt, a ten może być piorunujący dla najmłodszych. Wszystkie dzieci z pewnością z zapartym tchem będą oglądać przygody wozu strażackiego i kibicować mu w działaniach.

Pierwsza opowieść o pojazdach z placu budowy była drogą do snu dla wielkich maszyn. W tomiku „Na placu budowy… wóz pożarowy!” trudno mówić o wyciszeniu – najpierw trzeba rozpalić emocje, żeby później doprowadzić do tego, z czego cykl słynie, czyli do uspokojenia maluchów i przygotowania ich na sen. Tym razem noc przychodzi szybciej (zresztą najbardziej dynamiczna akcja to też noc, w dzień trwa porządkowanie miejsca i minimalizowanie strat). Ale ten skrót nie ma większego znaczenia – dla dzieci będzie najważniejsze to, co dzieje się w trakcie pożaru. Sherri Duskey Rinker i Ag Ford dbają o to, żeby pokazać najmłodszym jak najwięcej tematów związanych z wyposażeniem wozów strażackich. Joanna Wajs – jak zawsze – bardzo dobrze tłumaczy rymowankę, zdaje sobie sprawę z roli sylabotoniku i nie boi się sygnalizować silnych emocji w tekście. Seria picture booków pełni jednocześnie rolę edukacyjną i rozrywkową i nie inaczej jest i tym razem. Wóz strażacki świetnie wkomponowuje się w prezentację wielkich maszyn – nawet jeśli niczego nie buduje, to dzięki niemu można spać spokojnie. Dla dzieci przygotowane zostały jeszcze wskazówki na wypadek pożaru – tak, żeby lektura nie wiązała się ze stresem, a żeby przyniosła coś pożytecznego i wartościowego dla kilkulatków. Tutaj rozwija się też słownictwo i uczy zasad życia w grupie.

„Na placu budowy… wóz pożarowy” to książka, która nie rozczarowuje. W nocy pożar wygląda bardziej widowiskowo i znajduje to odzwierciedlenie w obrazkach – tę publikację przyjemnie się będzie najmłodszym oglądać. Najczęściej wybierany tryb lektury w tym wypadku to czytanie dzieciom przez rodziców przed snem – i do tego została ta pozycja przygotowana najlepiej jak się da. Jest z pewnością spora grupa dzieci, które na kolejne przygody pojazdów z placu budowy czekają z niecierpliwością – a tu widać wyraźnie, że znajdzie się pomysł i na następne tomiki.

poniedziałek, 3 sierpnia 2026

Hiro Kamigaki & IC4Design: Detektyw Pierre w labirycie. Sprawa zaginionej piramidy

Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.

Poszukiwania

Powraca Detektyw Pierre, mistrz labiryntów i jednocześnie bohater, który uświadamia odbiorcom, że wyszukiwanki to nie tylko propozycja dla najmłodszych odbiorców. Wielkoformatowe obrazkowe książki z serii Detektyw Pierre w labiryncie to przygoda porównywalna do gry komputerowej i wyzwanie o wysokim stopniu trudności. Tym razem gra toczy się o Piramidę Mętliku – artefakt, który znajduje się na szczycie Czerwonej Piramidy. Żeby do niej dotrzeć, trzeba pokonać Dolinę Labiryntu. A to wcale nie takie proste. Każda rozkładówka w tej książce – przygotowanej przez Hiro Kamigaki i IC4Design to cały zestaw zagadek. Kilkanaście rozkładówek oznacza olśniewające propozycje graficzne – coś, co zachwyci wszystkich oglądających – których będzie być może więcej niż użytkowników tej książki. A to z powodu komplikacji olbrzymich rysunków. Nawet z kluczem podpowiedzi nie będzie wcale tak łatwo – chociaż samo przejście labiryntów nie wydaje się aż tak trudne. Rzecz w tym, że przejście od startu do celu to dopiero początek zabawy. Każda rozkładówka ma na dolnym marginesie jednoakapitowy komentarz, dzięki czemu odbiorcy dowiedzą się, na czym polega ich misja i zdobędą trochę narracji do działania. Ale na tym samym marginesie znajdują się dalsze polecenia, już mniej związane z przechodzeniem misji. Dodatkowe wyzwania to okazja do popisania się spostrzegawczością i do spędzenia nad stronami jeszcze więcej czasu. Szczegóły na ilustracjach są naprawdę misterne – to już sytuacje, w których mówimy o kilkumilimetrowych postaciach w olbrzymich przestrzeniach. Na pierwszy rzut oka to natłok detali, ale w urzekających sceneriach – dopiero uważne studiowanie kolejnych obszarów pojedynczej rozkładówki będzie się wiązało z prawdziwym odbiorem tej książki. Poza dodatkowymi wyzwaniami czytelnicy mają tu jeszcze rozmaite nagrody, skarby i inne obiekty. Muszą też podejmować decyzje dotyczące jakości wybieranych tras (i tego, czy danego bohatera albo zwierzę da się bez trudu wyminąć). Trzeba też wykazywać się umiejętnością oceny danych przedmiotów – pod kątem ich przydatności do przechodzenia trasy.

Za każdym razem odbiorcy będą bardzo dobrze zmotywowani do podjęcia wysiłku – ale warto zaznaczyć, że nie przejdą tego tomu zbyt szybko (a tylko wykonanie zadań z jednej rozkładówki umożliwia przejście dalej i tych zasad nikt nie będzie kwestionować, najzwyczajniej w świecie po to, żeby nie psuć sobie zabawy). Są tu – znów na dolnym marginesie – elementy graficzne uatrakcyjniające lekturę, wprowadzające element prawdziwości do prezentowanego świata. Uniwersum Pierre’a zasługuje na ogromną uwagę – to propozycja dla starszych użytkowników i dla tych, którzy potrafią budować własne narracje na podstawie dostępnych reguł gry. Poszukiwanie potrzebnych składników czy wyróżnień to zachęta do uważnego śledzenia obrazków – a to z kolei prowadzi do odkrywania niespodzianek zamieszczonych na rozkładówkach przez zespół. Liczy się tu spostrzegawczość i zdolność koncentracji, ale też możliwość zaimponowania książką obrazkową dorosłym odbiorcom. Ta seria nie zawodzi – przygotowana w najdrobniejszych szczegółach (bo właśnie o te szczegóły najbardziej chodzi w odbiorze), zachwyca jakością i pomysłami. Pokazuje, że gatunki do niedawna zarezerwowane dla dzieci, można wykorzystywać również w propozycjach dla starszych odbiorców – bez infantylizowania czy straty jakości.

poniedziałek, 27 lipca 2026

Agata Matraś: Mamo, tato, mów do mnie. Mój dzień

Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.

Rozmowy

Pojawia się w Naszej Księgarni kolejna seria picture booków, która cieszyć się będzie dużym powodzeniem wśród dzieci i ich rodziców. Mamo, tato, mów do mnie to zachęta do wspólnych zabaw nad książką – oglądania stron i komentowania tego, co dzieje się na ilustracjach. Tyle że tym razem to dorośli mają przy wieczornej lekturze opowiadać dzieciom, co zaobserwowali na obrazkach. Postępy najmłodszych mogą kontrolować, wciągając ich w zabawy i w rozmowy na temat lubianych bohaterów. Agata Matraś w tomie „Mój dzień” otwierającym tę serię wyjaśnia użytkownikom, czego się od nich oczekuje – ale jeśli dorośli zajmowali się już lekturą wspólnie ze swoimi pociechami, nie powinni mieć większych problemów z wyzwaniem. Gdyby stało się inaczej, mogą korzystać z podpowiedzi na marginesach – co nazywać, czego szukać, na co zwracać uwagę i właściwie co z tym wszystkim robić.

Pierwsza rozkładówka to przyjrzenie się bohaterom, prezentacja ich i przestrzeni, w jaką teraz zostaną wrzuceni odbiorcy. Tym razem mamy do czynienia z wielopokoleniową rodziną. Mama, tata, dziadek, troje dzieci i trzy łobuzersko nastawione koty – zapewniają w domu gwar i ruch, a do tego mnóstwo zadań do prześledzenia. Jedna z rozkładówek przedstawia rodzinny dom w przekroju i z nazwaniem kolejnych pomieszczeń – można więc od razu się rozgościć i poczuć swojsko. Później już autorka zabiera czytelników do poszczególnych pomieszczeń (a czasami wysyła do zupełnie innych, pozadomowych przestrzeni gęsto zaludnianych). Będzie tu wiele kolorów i wiele tematów do zaobserwowania, Agata Matraś posługuje się też bardzo chętnie humorem – i zwłaszcza tu przydadzą jej się psotne koty, żeby ucieszyć małych odbiorców.

Każda rozkładówka zyskuje też tekstowe wprowadzenie. Dorośli – narratorzy – będą mieli zatem podpowiedź dotyczącą akcji i kierunku opowiadania. W drobnym tekście znajdą wskazówki na temat czasu czy rodzajów działań w domu – i to punkt wyjścia, który w zupełności wystarczy do samodzielnego omawiania postaw różnych domowników. Dzieci oczywiście mogą się włączyć do komentowania wydarzeń lub do zadawania pytań dotyczących kolejnych zaobserwowanych czynności. Da się też wykorzystywać rozkładówki po prostu jako wyszukiwanki dla najmłodszych – zadania do wykonania, kiedy znudzi się już przedstawianie obrazków słowami.

Kartonowy picture book kusi swojskością – czyli nawiązaniami do sytuacji, które dzieci znać będą z własnego doświadczenia i z własnego otoczenia. Ale jest też wypełniony dodatkowymi atrakcyjnymi motywami – zwłaszcza obecność zwierząt w domu nie pozwoli przejść obojętnie nad książką. W tej rodzinie dzieje się dużo, nawet jeśli chodzi tylko o codzienną rutynę. Agata Matraś wie, jak przyciągnąć dzieci do tej książki. A ponieważ tym razem praca kilkulatków została sprytnie zamaskowana, znacznie łatwiej może pójść przekonywanie maluchów, żeby zaangażowały się z rodzicami w oglądanie kolejnych stron. Kolorowy chaos i prawdziwość (chociaż bajkowa) to czynniki przykuwające wzrok – warto tu podkreślić, że nie jest to dom idealnie uporządkowany, wszędzie widać ślady tego, że ktoś tam mieszka – i chociaż bałagan można czasami zrzucić na koty, nie da się ukryć, że w dziecięcym pokoju zabawki znajdują się w każdym wolnym miejscu. I wynajdowanie takich smaczków powinno spodobać się najmłodszym odbiorcom.

czwartek, 23 lipca 2026

Aleksandra Belta-Iwacz: Kazik i obowiązki domowe

Media Rodzina, Poznań 2026.

Sprzątanie

Wszyscy powinni dbać o wspólny dom – wiadomo. Szczególnie mamie zależy na tym, żeby trafić z argumentacją w tej kwestii do kilkulatka, które niespecjalnie pali się do wykonywania codziennych żmudnych obowiązków. Kazik zawsze ma coś ważniejszego do zrobienia – najchętniej bawiłby się i zostawiał zabawki na podłodze w pokoju. Nie ma znaczenia, że być może zmieni mu się wizja zabaw i wtedy przedmioty będą przeszkadzać lub stanowić zagrożenie – najważniejsze, że chłopiec nie poświęca ani jednej minuty na znienawidzone porządki. Jest mu trudno też składać pranie czy przygotowywać proste posiłki – wolałby, żeby to wszystko robili mama z tatą. Jednak w sobotę mama zarządza wspólne działania: w odwiedziny mają przyjść goście, a przyjemniej im będzie przebywać w czystym domu i nie wśród bałaganu. Kazik właściwie to rozumie – ale nie potrafi się skupiać na obowiązkach. Te wydają mu się w dalszym ciągu bardzo nudne. I dlatego jego mama wprowadza element rywalizacji czy wyzwań, a czasami pozwala, żeby chłopiec na własnej skórze odczuł konsekwencje swoich zachowań. Jeśli rozleje coś, prawdopodobnie w to wejdzie, zmoczy skarpetkę i będzie rozpaczał. Jeśli w ferworze zabawy wpadnie na klocek – może się zranić w nogę, na pewno nie będzie to dla niego przyjemne. Co to oznacza? Że warto wykorzystywać motyw zabawy. Kazik złoży pranie bardzo szybko, jeśli będzie miał zrobić to do końca krótkiej piosenki. Wyjmie naczynia ze zmywarki, jeśli tylko mama uruchomi w nim tryb robota i wyznaczy mu konkretne zadanie. Aleksandra Belta-Iwacz próbuje przekonać rodziców, że warto zamienić w rozrywkę codzienne rutynowe zajęcia – przynajmniej dopóki dziecko nie przyzwyczai się, że musi je wykonywać wspólnie z innymi domownikami. Dla Kazika nie ma taryfy ulgowej, nie liczy się to, że jest tylko kilkulatkiem – nikt nie musi go wyręczać w pracy. Ustępstwem może być fakt, że chłopiec ma szansę na wybranie sobie mniej nielubianych zadań. Jego cierpliwa mama wie, że takie podejście zaprocentuje w przyszłości, zwłaszcza jeśli dziecko będzie widziało, że nad porządkiem w domu pracują zgodnie wszyscy – i nikt nie wymiguje się od obowiązków. „Kazik i obowiązki domowe” to lektura z przesłaniem – zarówno dla kilkuletnich odbiorców, jak i dla ich rodziców, którzy będą prawdopodobnie czytać pociechom tę książkę przed snem. Autorka nie tylko przemyca w fabule liczne podpowiedzi i wskazówki, jak zamienić w zabawę działania z codzienności, ale przygotowuje jeszcze cały poradnik dla rodziców – gdyby ci nie wyłapali wskazówek bezpośrednio z lektury. „Kazik i obowiązki domowe” to zatem książka, która ma zaprowadzić ład w domu i przekonać dzieci, że rodzice nie powinni ich w niczym wyręczać. Nie pierwszy raz dzieci spotkają się z tą postacią – i prawdopodobnie już ufają Kazikowi, zwłaszcza że ten nie jest zawsze wzorem do naśladowania: zdarza mu się na przykład, że czegoś robić nie chce albo przy czymś się upiera wbrew komentarzom dorosłych. I to sprawia, że staje się bardziej przekonujący, nawet kiedy ostatecznie to rodzice stawiają na swoim. A ilustracje Ewy Michalskiej również zachęcają do czytania - wprowadzają dzieci w komiczny lekko świat Kazika.

wtorek, 21 lipca 2026

Umiem rysować morski świat

Kropka, Warszawa 2026.

Pod wodą

Kto potrafi narysować rekina białego – tak, żeby różnił się od rekina młota? A kto poradzi sobie ze skrzynią skarbów? Muszla czy meduza niby wydają się prostsze, a jednak i one wymagają trochę wprawy – i właściwego pokierowania ręki. „Umiem rysować morski świat” to kolejna propozycja w bardzo przyjemnej serii, na której skorzystać mogą dzieci albo dorośli chcący tworzyć komiksy. Dzieciom ta książka da pewność siebie w rysowaniu – i zachęci do tworzenia. Rodzicom zapewni trochę spokoju, co też może być bardzo cenne. Mamy tu 35 propozycji, które wiążą się z morskim światem – w tym przedziwne stwory z morskich głębin albo istoty, które każdy przynajmniej raz w życiu widział. Można dowiedzieć się czegoś o nietypowych rybach (o ich wyglądzie) i o budowlach nadmorskich (latarnia morska to coś, co rzadko pojawia się na dziecięcych rysunkach, a może warto pokusić się o takie uzupełnienie).

Zasada jest prosta: trzeba mieć coś do rysowania, najlepiej ołówek – a jeśli komuś potrzeba więcej ćwiczeń, to i kartki. Każda rozkładówka w książce ma zapełniony tylko lewy margines i górny prawy róg. Na marginesie mieści się bohater (z nazwą) i trzy kroki do stworzenia konkretnego tematu – bez instrukcji słownych, tu wystarczy oglądać kolejne linie i dodatki do nich. Wszystkie obrazki zostały przygotowane tak, żeby nie wymagały zbyt wielu szczegółów: chodzi o to, żeby tematy obrazków były rozpoznawalne na pierwszy rzut oka i żeby dzieci przekonały się, że rysowanie nie tylko jest proste, ale i dostarcza wiele zabawy – zwłaszcza kiedy nagle można narysować dokładnie to, o czym się marzyło. W prawym górnym rogu mamy jeszcze prezentowanego narysowanego i cieniowanego bohatera danej rozkładówki – żeby przypomnieć dzieciom, do czego dążą i jak mogą wykorzystywać cieniowanie w kolorowaniu sylwetek. Na samym końcu książki znalazło się jeszcze miejsce na kilka stron, które można wykorzystać jako tło dla podwodnych światów – żeby przetestować właśnie zdobyte umiejętności. A to oznacza, że dzieci będą musiały nauczyć się rysować bez podpowiedzi (albo stale przewracać kartki) – i że w ten sposób przekonają się, jak bardzo potrzebne są takie poradniki.

„Umiem rysować morski świat” to kolejny tematyczny kurs rysowania w bardzo dobrej serii. Ta książka ucieszy zwłaszcza maluchy potrzebujące zachęty czy wsparcia przy tworzeniu – pozwala wyrobić pewną rękę i sugeruje, jak czerpać przyjemność z zabawy kredkami. To może być też bardzo dobry wstęp do lekcji pisania – bez obciążeń, liczyć się wtedy będzie po prostu umiejętność panowania nad przyborami do pisania. Po raz kolejny Kropka udowadnia, że każdy może zacząć rysować – i to w dowolnym momencie życia. Wystarczy, że zdobędzie się na odrobinę cierpliwości i już za moment zacznie imponować wszystkim swoimi dziełami. Rysowanie ma być przyjemnością i z tą publikacją faktycznie jest – nie da się zaprzeczyć. Seria Umiem rysować to rozbudowujący się poradnik o tworzeniu z charakterem.

niedziela, 19 lipca 2026

Christian Tielmann: Maks korzysta z toalety

Media Rodzina, Poznań 2026.

Bez pieluchy

Seria Mądra Mysz to okazja do pokazania dzieciom tego, co w ich najbliższym otoczeniu naturalne, a przecież nie zawsze dla maluchów w pełni zrozumiałe. Nie dziwi zatem obecność tomiku „Maks korzysta z toalety” – dzisiaj wszystkie serie dla najmłodszych mają w swojej ofercie tomiki poświęcone wypróżnianiu się u dzieci. Pytanie tylko, w jaki sposób ich twórcy będą to realizować. Christian Tielmann proponuje dość obszerne i rzeczowe omówienie zmiany – koniecznej a jednocześnie bardzo emocjonującej dla wielu dzieci. Często wykorzystuje się dobry przykład kogoś starszego – tutaj czynnikiem wyzwalającym chęć porzucenia pieluch na rzecz nocnika i toalety jest starszy brat Maksa, Feliks. Feliks wie, że Maks jest jeszcze za mały na siadanie na sedesie – gdyby to zrobił, mógłby wpaść do środka. Ale rodzice postanawiają rozwiązać problem za pomocą nocnika. To oznacza, że Maks nie będzie już nosił pieluchy. Ale jednocześnie sprawia, że chłopca czeka trochę „alarmów” i niespodzianek, które kończą się mokrymi spodniami. Minie trochę czasu, zanim Maks nauczy się odczytywać sygnały wysyłane przez organizm i zacznie w porę siadać na nocniku – a w przyszłości i na upragnionym sedesie. Zanim to nastąpi, zaliczy parę wpadek, które jednak nie kończą się ani narzekaniem, ani karceniem ze strony dorosłych. Wprost przeciwnie: wszyscy w rodzinie mówią, że każde dziecko miało taki problem i nic w tym strasznego ani przykrego. Nawet kiedy maluch zmoczy się w nocy, nie jest to powód do krytyki czy niezadowolenia – każdemu kiedyś coś takiego się zdarzyło. Kluczowe jest to, żeby Maks zrozumiał, kiedy musi skorzystać z toalety – i odpowiednio wcześnie się do tego przygotował. Narracja przeprowadza zatem czytelników przez kolejne etapy lekcji, tak, żeby odbiorcy przyzwyczaili się do zwyczajności w niezwyczajnym wydarzeniu i żeby także utrwalali sobie konieczność reagowania w dobrym momencie. To książeczka, która ma na celu wypracowanie odpowiednich odruchów i utrwalenie wiadomości – ale jednocześnie która może zapraszać do porzucenia pieluch na rzecz załatwiania swoich potrzeb fizjologicznych jak dorośli. Maks dowie się nawet, jak to się dzieje, że jedzenie i picie w człowieku zamienia się w to, co na końcu ląduje w nocniku.

Sabine Kraushaar dodaje do tej opowiastki mnóstwo barwnych rysunków. Ma swój styl, trochę mniej realistyczny niż „Zuzie” w cyklu – charakterystyczny i nie do końca wymienialny z innymi twórcami – a przecież Mądrą Mysz tworzą różni autorzy i ilustratorzy, często współpracujący przy konkretnych postaciach. Tu liczą się rodzinne scenki i oddawanie motywów, które nie znalazły się w narracji tekstowej – tak, żeby dzieci mogły też oglądać obrazki i komentować zachowania postaci albo utrwalać sobie przekaz dzięki rysunkom. Maks to bohater sympatyczny i ambitny jednocześnie, daje dobry przykład maluchom i sprawia, że zmiany nie wydają się tak straszne jak na początku. Jest to postać, która może przekonać dzieci do korzystania z nocnika – czyli wspiera rodziców w sprawach wychowawczych i podpowiada, jak poprowadzić reakcje i zachowania, żeby efekty przyszły jak najszybciej.

sobota, 11 lipca 2026

Drew Daywalt, Oliver Jeffers: Dzień, w którym kredki znalazły przyjaciół

Kropka, Warszawa 2026.

Bałagan

Pamiętacie kredki Dominika? Te, które w wyniku frustracji albo złości postanowiły kiedyś podzielić się z chłopcem swoimi przemyśleniami w listach? Musicie pamiętać, bo Drew Daywalt i Oliver Jeffers już dwa razy spotykali się z odbiorcami. Teraz przynoszą trzeci pomysł na przygody kredek – oparty na tym samym schemacie, ale związany trochę z generowaniem się bałaganu, zwłaszcza w dziecięcych pokojach. Dominik miał pudełko kredek. Teraz ma tylko pudełko – bo kredki sobie poszły. Nie wiadomo, gdzie zniknęły, ale niedługo wszyscy się dowiedzą, bo odkąd kredki zaczęły pisać listy, łatwo zrozumieć, co się z nimi dzieje i gdzie się podziewają, kiedy nie siedzą w pudełku. Kredki ruszają w świat (a właściwie w pokój Dominika), żeby zdobyć przyjaciół. To żadne zaskoczenie, jeśli weźmie się pod uwagę tytuł publikacji – „Dzień, w którym kredki znalazły przyjaciół”. I teraz kredki Dominika nie pracują już (bo rysowanie to ich normalna praca), a bawią się zgodnie z własnymi marzeniami. Czerwona kredka jeździ ze strażakami i gasi fikcyjne pożary. Niebieska kredka (ta połamana) zamienia się w brakującą głowę lalki i razem z tą lalką prezentuje modę. Inne kredki wkraczają na przykład w świat gier planszowych i logicznych, albo korzystają z innych zabawek znajdujących się w pokoju Dominika. Każda z nich ma jakieś swoje marzenia – i teraz może je realizować, budząc wręcz zazdrość czytelników. Chodzi o to, żeby pokazać, jak wiele możliwości drzemie w zwykłym, doskonale znanym dzieciom otoczeniu i jak bardzo perspektywa zmienia postrzeganie rzeczywistości. Kredki otwierają drogę do świata marzeń, pokazują maluchom, że nawet to, co doskonale znane, może stać się niezwykłe przy odpowiednim podejściu. Te kredki zachęcają do kreatywności już nie tylko przez zaproszenie do rysowania – ale też przez wymyślanie ich dalszych przygód. Dodatkowo przypominają o coraz mniej docenianej rozrywce – sztuce pisania listów. To wyjątkowy sposób na poinformowanie kogoś o swoich przygodach i uczuciach – w sam raz na wakacje. Co ciekawe, chociaż to trzecie spotkanie z kredkami Dominika, wciąż cieszą one zaskakującymi rozwiązaniami. Ma ta publikacja jeden mankament, który jasno pokazuje, że przy korekcie sprawdzać należy także teksty z obrazków: to jest „wyplówka” przy jednej z kredek na jednej rozkładówce (na kolejnej jest już w porządku) – i chociaż zwykle nie namawiam do bazgrania po książkach, w tym jednym wypadku wystarczy błąd samodzielnie poprawić kredką, a nie będzie się rzucać w oczy.

Bo naturalnie kredki to nie tylko opowieść pisana – co ważne, same listy też zostały opracowane graficznie, nie mamy tu do czynienia z klasycznym drukiem a z grafikami w kredkowym stylu – i to kolejna zachęta do samodzielnego ćwiczenia się w sztuce epistolografii – ale też obrazkowa. Kredki pojawiają się tu w pomysłowych kolażach, w których przedmioty codziennego użytku – czasem ze świata zabawek, a czasem spoza niego – zostają uzupełnione o kredkowe nieidealne rysunki o komiksowym wyrazistym charakterze. Kredki potrafią wiele nabazgrać, a to, co stworzą, zainspiruje maluchy. Po raz kolejny wkraczamy do świata kredek – i to znowu okazja do sympatycznej zabawy i rozwijania wyobraźni.

czwartek, 9 lipca 2026

Encyklopedia Larousse'a. Dlaczego? Jak? 500 pytań i odpowiedzi

Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.

Wsparcie

Rodzice kilkulatków – odkrywających powoli świat – są przyzwyczajeni do bezustannych pytań „dlaczego” i do konieczności tłumaczenia nawet tych kwestii, na które sami nie zwracają uwagi. Pół biedy, jeśli potrafią poradzić sobie z wyzwaniami stawianymi przez maluchy – ale jeśli nie wiedzą, jak rozwiązywać niektóre zagadki, żeby nie zamęczyć przy tym dzieci i żeby nie stracić w ich oczach na wiarygodności, mogą sięgnąć po pomoc naukową. „Encyklopedia Larousse’a. Dlaczego? Jak? 500 pytań i odpowiedzi” to kolorowa publikacja stworzona specjalnie dla nich – oraz dla tych dzieci, które czytają samodzielnie i nie chcą czekać na uzyskanie wiadomości od rodziców. To oczywiście sprawdzona marka, encyklopedia Larousse’a kojarzy się z objaśnianiem dzieciom świata w wartościowy sposób – i bardzo usprawniają proces uświadamiania najmłodszym, co dzieje się wokół nich. Książka została podzielona na charakterystyczne tematy, znane z wielu publikacji edukacyjnych prezentujących całokształt wiedzy – tak, żeby dzieci mogły wybierać swoje ulubione zagadnienia po poznaniu licznych możliwości. I tak znajdziemy tutaj tajemnice wszechświata oraz te związane z samą Ziemią, rośliny, zwierzęta i ciało człowieka, ciekawostki związane z ludzkością, przeszłość, sztukę i naukę oraz życie codzienne – czyli obyczajowość. W ten sposób najmłodsi mogą się przekonać, że świat jest pełen niespodzianek i warto poświęcić trochę czasu na poznawanie ich i na porównywanie własnych obserwacji z tym, co wprowadzają autorzy do tomu. Liczy się tu nie tylko możliwość samodzielnego oceniania rzeczywistości: w końcu jest tu mnóstwo tematów, o których dzieci nie mają pojęcia. Każdy rozdział to zestaw pytań i odpowiedzi – prostych pytań (z rzadka zawierających sugestię odpowiedzi czy jakiejś wstępnej wiedzy, którą niekoniecznie dzieci posiadają – na przykład „czy to prawda, że Afryka i Ameryka przylegały do siebie”: zwykle to raczej pytanie „czy wampiry istnieją” albo „czym jest tuk-tuk”). Pytania pojawiają się na kolorowych belkach, tak, żeby przyciągały wzrok i żeby zapraszały do odkrywania książki. Odpowiedzi mieszczą się przeważnie w jednym zdaniu, krótkim komentarzu – nie ma szans na rozwijanie wyjaśnień i na komplikowanie ich. W końcu to publikacja przeznaczona dla maluchów, a im nie zależy na naukowych wywodach – chodzi o to, żeby wiedza dotarła do każdego zainteresowanego, żeby nie zmęczyła i żeby nie zniechęciła do eksplorowania świata. Takie maksymalnie uproszczone informacje łatwo będą zapadać w pamięć dzieciom – i to jest też olbrzymi plus, bo na poszerzanie wiadomości przyjdzie czas później, na razie chodzi przede wszystkim o zaintrygowanie i wprowadzenie drobnych skojarzeń. Przygotowanie do nauki może być zabawne i ciekawe – w tym tomie takie właśnie jest. Oczywiście nie brakuje tutaj grafik – komputerowych obrazków, które czasami niosą dodatkowe treści i na przykład pozwalają wyobrazić sobie, z czym wiąże się konkretne zagadnienie. To sposób na zapewnienie sobie uwagi dzieci – książka staje się bardziej atrakcyjna i równocześnie nie infantylna, co ważne przy ogromie publikacji licencyjnych słabej jakości. Tu największe wrażenie robić będzie na czytelnikach połączenie fachowości i prostoty, trafnie dobranego do docelowej grupy odbiorców. Książka zaspokaja ciekawość i jednocześnie ją rozbudza, została dobrze dostosowana do percepcji maluchów – i oczywiście zrodzi kolejne pytania, ale pokaże też dzieciom, jak wieloma różnymi tematami mogą się zainteresować.

piątek, 26 czerwca 2026

Joanna Kencka: Świnki morskie same w domu. Ogródek

Media Rodzina, Poznań 2026.

Wolność

Prawdopodobnie każde dziecko, które ma zwierzątko domowe trzymane w klatce, akwarium lub terrarium, zastanawia się, co owo zwierzątko robi, gdy zostaje samo w domu. Joanna Kencka prezentuje zatem przygody dwóch sympatycznych świnek morskich – czyli kawii domowych – Lisi i Lusi. Lisia i Lusia to urocze stworzonka o miłych pyszczkach. Opiekuje się nimi Julka, która dba o to, żeby świnki miały zawsze świeżą wodę, warzywa do pochrupania, żeby miały czysto na wybiegu i oczywiście żeby nie zabrakło sianka, które te gryzonie uwielbiają. Julka robi to wszystko przed wyjściem do przedszkola, a potem żegna się ze świnkami i do wieczora znika z horyzontu. I to jest moment, w którym dwie bohaterki mogą zacząć działać. Ale Joanna Kencka rezygnuje z bajkowości: świnki morskie, kiedy dziewczynka znika im z oczu, jedynie bajkowo odryglowują sobie wybieg (i robią jeszcze kilka drobiazgów) i przechodzą do ogrodu, ale nie stają się gadającymi stworzeniami z historyjek dla dzieci – to dalej te same zwierzątka, które dziecko zna na co dzień – tyle że w wersji nieco bardziej rozbrykanej. Lisia i Lusia schodzą po gałęzi z parapetu do ogrodu, chodzą do swoich ulubionych smakołyków (w ogródku rosną marchewki i rzodkiewki. Tu można się zdrzemnąć albo wypocząć podczas słuchania śpiewu ptaków. Wprawdzie gdy na horyzoncie pojawi się kot, robi się trochę niebezpiecznie, a gdyby któraś ze świnek pobrudziła swoje piękne futerko błotem, trzeba będzie się umyć zanim Julka wróci do domu i odkryje, że świnki morskie prowadzą drugie życie z dala od niej, ale to tylko niewielka cena za zabawy.

Warto po takiej lekturze przypomnieć pociechom, że bajki bajkami, ale przed wyjściem lepiej upewnić się, że zwierzęta nie opuszczą swoich bezpiecznych przestrzeni – i to jedyna rzecz, którą trzeba będzie dopowiedzieć po lekturze. Joanna Kencka stawia na historyjkę interaktywną: czasami należy pomóc świnkom w przejściu labiryntu, innym razem pogłaskać obrazkowe świnki po pyszczkach, żeby pocieszyć je po przeżytym właśnie stresie, czasami trzeba coś policzyć albo coś wskazać, sprawdzić, czy uda się zrealizować plan (możliwy tylko pod warunkiem wystąpienia określonej liczby osobników na obrazku). Dzieci zatem wciągną się w wir zabawy. Mogą tę książkę czytać samodzielnie, nie ma tu zbyt dużo tekstu, za to pojawiają się bardzo często propozycje zabaw. To jest publikacja obrazkowa, więc mnóstwo tu oglądania i tematów, które maluchy mogą wychwycić same. Propozycja w sam raz dla dzieci, które chcą mieć własne zwierzątko albo kochają świnki morskie i mogą się z nimi ciągle bawić. Kilkulatki, które chcą spędzić czas z wesołymi stworzeniami, Lisią i Lusią, utwierdzą się w przekonaniu, że książki mogą służyć również do zabawy.

wtorek, 23 czerwca 2026

Claire Pisarra: Tato, co to znaczy kochać?

Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.

Słowa

Tata czyta sobie magazyn o urządzaniu gawr, kiedy mały miś zadaje mu pytanie wymagające uwagi. „Tato, co to znaczy kochać?” to publikacja, która połączy w lekturze ojców i kilkulatki – w sam raz, żeby zastanowić się nad sednem wzajemnych relacji i nazwać to, czego później nazywać już nie trzeba, bo staje się oczywiste. Claire Pisarra i Nathalie Ragondet przygotowały tomik wypełniony silnym uczuciem, które ma być naturalne dla odbiorców – i pomagają we wprowadzeniu pierwszego, najistotniejszego wyjaśnienia. Tata z tomiku staje na wysokości zadania – nie wchodzi w abstrakcyjne rozważania, odwołuje się za to do tego, co znane dzieciom z codzienności. I podpowiada, że oznakami miłości może być posiłek przygotowywany ze zdrowych składników, zakazy, ale i nocne pobudki, kiedy dziecko czegoś potrzebuje lub czegoś się boi, wspólne zabawy, wygłupy aż do utraty tchu, pośpiech, żeby zdążyć na spotkanie z czekającym maluchem. Miłość przejawia się na wiele sposobów, wszystkie prowadzą do jednego: pozwalają wyrazić silne uczucie.

Zanim wszystko stanie się oczywiste, dzieci muszą zrozumieć, o co właściwie chodzi. Książeczka pomaga im zamienić abstrakcyjne pojęcie na konkrety – i to takie konkrety, które mają w zasięgu ręki, niekoniecznie tylko w rodzinie misiów. Dzięki takiej lekturze maluch może docenić wszystkie zachowania dorosłego, nawet te, które go irytują lub przygnębiają: bo okazuje się, że przejawem miłości staje się nawet protest dorosłego, kiedy dziecko chce coś zniszczyć lub narazić się na niebezpieczeństwo. A przecież wspólne zabawy, cieszenie się z drobiazgów, odkrywanie świata i spędzanie razem czasu to też jest miłość. W tej książeczce nie dzieje się zbyt dużo – cały tomik to wyliczanka niedźwiedzia, który odpowiada na pytanie zadane przez dziecko – aż do czasu na wspólną zabawę. Liczy się jednak przesłanie i sam fakt, że bohater nie zbagatelizował tematu, a postarał się odpowiedzieć najlepiej, jak potrafi – i tym samym chce uzmysłowić coś najmłodszym. W warstwie graficznej też nie ma zbyt dużo miejsca na eksperymenty i poszukiwania: liczy się pokazanie dwóch misiów – starszego i młodszego – w zwykłych codziennych sytuacjach, które teraz nabierają nowego znaczenia – bo funkcjonują już jako wyznanie miłości. Obrazki są utrzymane w stonowanej kolorystyce, nie będzie przebodźcowywania dzieci ani zamęczania ich szczegółami, liczy się przede wszystkim relacja łącząca dziecko i rodzica. Misie narysowane zostały prosto, ale urokliwie, z widocznymi śladami kredki i z delikatnym cieniowaniem – to książeczka przygotowana z miłością. Picture book, który dzieci mogłyby przeczytać samodzielnie, ale który znacznie lepiej wypadnie, kiedy będzie wspólną lekturą przed zaśnięciem. „Tato, co to znaczy kochać?” to książeczka, która przygotowuje na rozmowy o uczuciach i pokazuje dzieciom i dorosłym, że da się je wyrażać na wiele różnych sposobów.

poniedziałek, 15 czerwca 2026

Monika Skikiewicz: Kamyki

Media Rodzina, Poznań 2026.

Wakacje

Wakacje to sama przyjemność. A wakacje nad morzem to zestaw zabaw, które dzieci lubią najbardziej. Olo i Awa to rodzeństwo – starszy brat i młodsza siostra – doskonale zdające sobie sprawę z uroków spędzania wolnego czasu na plaży. Mają w planach cały zestaw zabaw, które warto będzie kultywować, gdy nadejdą ciepłe dni. I wreszcie przychodzi czas na wyjazd, mama i tata chcą, żeby dzieci samodzielnie przygotowały rzeczy do zabrania na wyjazd – a potem pomogą się im spakować. A nad samym morzem – można uciekać przed mewami, robić zamki z piasku, organizować wodne wyścigi piłek, przeprowadzać piłkę do zakopanego w piasku wiaderka albo zamieniać się w rozgwiazdy. Możliwości jest mnóstwo, Olo i Awa chcą wykorzystać wszystkie – więc „Kamyki” to książeczka pełna radości i uśmiechów. Najmłodszym udzieli się nastrój odbiorców. Autorka przygotowuje rodziców do pracy z dziećmi i z tą publikacją, proponuje sposób korzystania – by jak najpełniej rozwijać maluchy. „Kamyki” to bowiem kolejna drobna kwadratowa książeczka do „czytania na okrągło” – a ukazująca się w cyklu Olo i Awa logopedyczna zabawa. Monika Skikiewicz wstawia tu poza elementami fabuły składającymi się w zasadzie na opis rozrywek znad morza jeszcze zadania dla najmłodszych – i to zadania interaktywne. Jeśli ktoś będzie akurat na plaży, może skorzystać z podpowiedzi gier i zabaw, jakie mają do dyspozycji bohaterowie tej książeczki – nie trzeba do tego żadnych wymyślnych zabawek, wielu zresztą dostarcza sama natura. Natomiast dzieci, które będą tylko słuchać tej książki (albo czytać ją samodzielnie, nikt tego nie wyklucza, tekstu jest niewiele) nie zostały tak zupełnie bez rozrywek. Monika Skikiewicz proponuje bowiem zestaw prostych czynności do wykonywania w każdych warunkach, nawet tak wymagających jak podróż. Można zakręcić książką jak kołem, poklepać, jakby się robiło babkę z piasku albo przejechać palcem labirynt dla piłki – to niby drobiazgi, ale z takich drobiazgów składa się zestaw nieoczekiwanych atrakcji dla najmłodszych. Olo i Awa to bohaterowie dość sympatyczni – zwyczajne dzieci, z którymi odbiorcy mogą się identyfikować. I to jeden z powodów sięgania po lekturę. Drugim może być strona graficzna. Tomasz Samojlik – znany odbiorcom przede wszystkim z cyklu o żubrze Pompiku – tworzy obrazki klasyczne w duchu i kreskówkowe, sympatyczne i wywołujące uśmiech. Dzięki temu chętniej będzie się zaglądać do tomiku – i traktować go jak zestaw podpowiedzi na zabawy czy rozrywek. „Kamyki” to książeczka, która przywołuje na myśl lato i wszystkie związane z nim atrakcje – dlatego też nie ma obaw, to tomik, który przypadnie do gustu dzieciom.

A skoro już uda się zdobyć ich uwagę i zaangażowanie, to można też zaprosić do aktywności przy okazji lektury – to dobre rozwiązanie, pokazuje bowiem czytelnikom, że czytanie nie musi być jednostajnym zachowaniem. Monika Skikiewicz po raz kolejny przekonuje najmłodszych, dlaczego powinni zaprzyjaźnić się z książkami. Tekst jest niewielki objętościowo, za to obrazki cieszą oczy – to coś dla najmłodszych i dla tych, którzy chcą wyjeżdżać na wakacje za każdym razem, kiedy otwierają tomik.

czwartek, 11 czerwca 2026

Anita Głowińska: Kicia Kocia. Kto zepsuł samochód?

Media Rodzina, Poznań 2026.

Odpowiedzialność

W przedszkolu trwa zabawa, którą najmłodsi mogą powtarzać we własnych warunkach – niekoniecznie w placówkach, bo nawet i w domach znajdzie się trochę klocków i tekturek do zbudowania toru dla pojazdów. Kicia Kocia, Pacek, Julianek i Adelka są niezwykle zajęci: najpierw przygotowują tor z przeszkodami dla nakręcanych zabawek, później puszczają koparkę i radiowóz, sprawdzając, które z nich szybciej pokona tekturowe wzniesienie. Muszą też przy tym dzieci wykazać się spostrzegawczością i umiejętnością wyciągania wniosków. Nikt nie będzie tu odbiorców zamęczał fizyką, nie czas na to – ale maluchy zastanawiają się, dlaczego radiowóz bez przeszkód pokonuje stromy zjazd z toru przeszkód, a koparka bez przerwy się przewraca. Żeby potwierdzić słuszność swoich spostrzeżeń, dzieci wykonują kolejny test: puszczają koparkę po mniej stromym podjeździe. To zachęta także dla odbiorców, by testowali przygotowane miejsca i obserwowali, co trzeba zmienić, jeśli zabawka nie porusza się tak, jak powinna według przypuszczeń. Dzieci bawią się tak dobrze, że także mali czytelnicy zapomną na chwilę o kontekście przedszkola – liczyć się będzie sam wyścig i to, które autko nadaje się do najszybszego pokonania ładnie zbudowanego toru. A ponieważ autorka koncentruje się na zagadnieniu zasygnalizowanym już w tytule, nie komplikuje prostej fabuły nadmiernie – dzieci tym razem się nie kłócą, świetnie się ze sobą dogadują i kibicują sobie w działaniach. Nie ma ani sprzeczek o kształt toru, ani odrzucania propozycji innych – kto ma pomysł, jak udoskonalić tor, może to zrobić przy aprobacie reszty. I wszystko wyglądałoby rzeczywiście sielankowo, gdyby nie pewien techniczny problem: radiowóz wjeżdża pod górę i nie chce ruszyć dalej. Pojawia się pytanie, kto zepsuł samochód – dzieci postanawiają opowiedzieć o swoim zmartwieniu pani.

I tu Anita Głowińska pokazuje bardzo ważną kwestię: chociaż bohaterowie zastanawiają się nad tym, czy nie odłożyć zabawki na półkę i nie udawać, że nic się nie stało, wygrywa uczciwość i lęk przed wyrzutami sumienia – dzieci nie wiedzą, czy nie spotka ich kara za zepsucie radiowozu – jednak wolą się przyznać. A pani zna sposób, żeby wszystko działało jak przedtem. Warto więc odsunąć na bok strachy i przekonać się, że nie zawsze konsekwencje należą do nieprzyjemnych.

Książeczki z serii o Kici Koci zapraszają do samodzielnego czytania. Anita Głowińska proponuje dzieciom rodzimą serię z pięknymi ręcznymi ilustracjami (widać tu nierówne kontury i plamy koloru), naiwnymi w duchu – tak, żeby odbiorcy mogli sobie samodzielnie poćwiczyć rysowanie postaci – i z niewielką ilością tekstu. Chodzi o to, żeby najmłodsi nie zniechęcali się do lektury, a dawali wciągnąć w opowieść o małej rezolutnej bohaterce i jej rówieśnikach. „Kto zepsuł samochód” to przyjemna historyjka z wartościowym przesłaniem – jeśli mali odbiorcy lubią ten cykl, z pewnością zainteresuje ich przedszkolna przygoda przyjaciół Kici Koci. Anita Głowińska wie, jak tworzyć dla dzieci.

wtorek, 9 czerwca 2026

Katarzyna Kozłowska: Feluś i Gucio odkrywają... Polska

Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.

Wyprawa

Przed wakacjami to całkiem niezły pomysł. Feluś i Gucio odkrywają to podseria rysunkowych opowiastek o przygodach chłopca i jego pluszowego misia – teraz w tym podcyklu pojawia się książka „Polska”, która może przygotować dzieci na spotkania z przedstawicielami różnych narodów i kultur – i wprowadza garść wiadomości o własnym kraju. Katarzyna Kozłowska nadaje wszystkiemu rangę zabawy – odkrywa się tu kolejne tematy dzięki wyprawom w różne miejsca, a tematyzowanie rozkładówek pozwala przyjrzeć się Polsce z różnych stron.

Pojawi się w tej książce mapa Polski – oczywiście nie w wersji, którą dzieci dostaną w szkolnych atlasach, a znacznie bardziej bajkowa, z cechami charakterystycznymi największych miast – po to, żeby zainteresować małych odbiorców zawartością tomiku. Kolejne rozkładówki będą bowiem prezentować wybrane miejsca z uwzględnieniem ich turystycznych atrakcji lub legend i ciekawostek. Tak najmłodsi zwiedzą między innymi Warszawę (i zajrzą na Stadion Narodowy), wybiorą się nad Bałtyk, sprawdzając, jakie gatunki fauny można tu znaleźć, a także – co robi się na plaży. Odwiedzą Trójmiasto. Wyruszą też do Poznania i Torunia, Wrocławia czy Krakowa. Ponadto autorka zajmie się przygotowaniem do celów różnych podróży: dzieci przekonają się, czego można się dowiedzieć w muzeach albo w podręcznikach czy podaniach ludowych od przewodników, przyjrzy się rzekom i jeziorom, puszczom i lasom, górom i jaskiniom. To wszystko w dużym skrócie, tak, żeby zaintrygować najmłodszych i nie zmęczyć ich nadmiarem wiadomości. Tu liczy się przede wszystkim dobra zabawa, a także oswojenie maluchów z najbardziej charakterystycznymi i typowymi wiadomościami dotyczącymi poszczególnych rejonów i miejsc. W razie zainteresowania lub potrzeb odbiorcy będą mogli rozwijać wiadomości.

Nie ma tu bardzo rozbudowanej narracji, Katarzyna Kozłowska stawia na krótkie i wręcz hasłowe akapity, do których wplata drobne definicje albo ciekawostki – i podpisy do rysunków. Najwięcej miejsca na rozkładówkach tradycyjnie w całej serii zajmują ilustracje Marianny Schoett, która teraz może popisać się odwzorowywaniem tego wszystkiego, co uznajemy za koloryt lokalny – w najpiękniejszym możliwym wydaniu. Każda rozkładówka to zatem całe szeregi obrazków, między którymi przewijają się bohaterowie – zwłaszcza Gucio co pewien czas lubi wtrącić swoje trzy grosze do odwiedzanych miejsc i wprowadzić do świadomości maluchów coś interesującego. Pojawiają się pocztówki lub migawki, komiksowe kadry, ilustracje imitujące zdjęcia, a czasami też wyliczanki na marginesach – chodzi o to, żeby urozmaicać sposób przedstawiania wiadomości, by nie zmęczyć dzieci rutyną albo przewidywalnością. Książka jest bardzo kolorowa i bardzo przyjemna, spodoba się wielu maluchom i będzie długo im służyć – można za każdym razem podczas oglądania jej odkrywać coś nowego i sięgać do kolejnych ciekawostek nie tylko przy okazji wakacyjnych wojaży. Jest to książka dobrze obmyślona – w sam raz dla najmłodszych, którzy nie skupią się zbyt długo na tekście, wypełniona ładnymi dla oka obrazkami i zapadającymi w pamięć hasłami. Można wykorzystać ten tomik jako pierwszy przewodnik w stylu picture book dla maluchów.