* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą edukacyjne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą edukacyjne. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 3 września 2026

Agnieszka Łubkowska: Tabliczka mnożenia. Sprytne sposoby bez wkuwania

Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.

Liczenie

Wiele dzieci boi się matematyki. Spory wpływ na to mają rodzice, którzy nawet nieświadomie zaszczepiają w swoich pociechach lęk przed liczbami. A to oznacza, że warto podjąć próby zmiany takiego stanu rzeczy – i przekonać najmłodszych, że liczenie może być przyjemne, tylko trzeba poznać sztuczki pozwalające uniknąć rutyny i umożliwiające popisywanie się tajemną wiedzą. Do tej pory w cyklu Szkoła i ja były teksty nastawione na naukę i trenowanie umiejętności społecznych, ewentualnie pozwalające na wytrenowanie odpowiednich zachowań na przykład w kwestii bezpieczeństwa. „Tabliczka mnożenia” to jednak trochę inna publikacja.

Wiadomo, że nie ma wyjątków: w zakresie do 100 trzeba opanować całą tabliczkę mnożenia – i to wiadomość, która może zniechęcić do pracy. Dlatego też Agnieszka Łubkowska decyduje się na przegląd rozwiązań i trików. Przedstawia dzieciom wskazówki pozwalające na szybkie i łatwe liczenie, wręcz bezproblemowe opanowanie tabliczki mnożenia: rozprawia się z najprostszymi schematami: mnożenie razy jeden, zero i dwa – a na fali sukcesu przechodzi w mnożenie razy trzy. Mnożenie razy pięć i dziesięć należy do banalnych – problem może (ale nie musi) pojawić się przy reszcie. I tutaj właśnie Agnieszka Łubkowska stawia na wyjaśnienie małym odbiorcom, jak działa takie mnożenie i jak sobie je uprościć. A to oznacza, że nauczy dzieci logicznego myślenia i podpowie im, jak przyspieszyć wypracowanie wyniku. Jeśli najmłodsi zyskają taką supermoc, stracą powód, żeby bać się matematyki – i z większym zainteresowaniem będą szukać kolejnych sztuczek. „Tabliczka mnożenia. Sprytne sposoby bez wkuwania” to książka, która ma przynieść kilkulatkom zestaw podpowiedzi, jakie niekoniecznie staną się częścią szkolnych lekcji – istnieje zatem spora szansa, że ta lektura przyda się odbiorcom.

Tym razem ilustracje przygotowuje Aleksandra Lipka, która stawia na młodzieżowe szkice, sylwetki bohaterów przerysowane i jednocześnie nieco zabawne. Strony graficznej nie można tu pominąć – to niezwykle istotny składnik kolejnych lekcji – o wiele łatwiej będzie sobie wyobrazić, do czego potrzebne jest w zwykłym życiu mnożenie (a także – jak działają podpowiedzi matematyczne) – jeśli będzie to przedstawione na ilustracjach.

Agnieszka Łubkowska nie skupia się wyłącznie na konkretnych podpowiedziach: najpierw rozwiewa wątpliwości i przygotowuje do nauki tabliczki mnożenia, tłumaczy między innymi, dlaczego tak istotne jest opanowanie działań. Sięga po właściwości mnożenia i omawia znaki potrzebne w pisaniu równań. Robi to szybko – liczą się tu podpisy pod rysunkami. Dzięki temu informacje łatwiej zapadną w pamięć – są przydatne i podane w przystępny sposób. A to z kolei droga do sukcesu. Dzieci otrzymują konkrety i chociaż samodzielnie muszą przemyśleć kolejne wskazówki, żeby umieć z nich korzystać – efekty mogą być olśniewające.

Rzadko na rynku pojawiają się publikacje związane z lekcjami matematyki – niebędące szkolnymi podręcznikami. Co pewien czas jednak autorzy mierzą się z tematem mnożenia. Agnieszka Łubkowska z tej próby wychodzi zwycięsko, wprowadza na księgarskie półki książkę, która przyda się dzieciom. Matematyka nie musi wiązać się z frustracjami.

środa, 26 sierpnia 2026

Artur Nowicki: Maluch i zasady ruchu drogowego

Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.

Droga

Ta książka jest ważna i potrzebna, a jednocześnie – różna od tych dostępnych dzisiaj na rynku. Artur Nowicki, autor ilustracji do książek z serii o Maluchu (małym fiacie) przygotowuje bowiem kolorowanko-encyklopedię dla najmłodszych. Bohaterem tej książki jest Maluch – i Pola, dziewczynka, która razem ze swoim samochodowym przyjacielem będzie wyjaśniać odbiorcom zasady ruchu drogowego. Dodatkowo dzieci otrzymają tu zestaw łamigłówek i zadań pozwalających na utrwalenie zdobytych wiadomości. Artur Nowicki sprawia, że nie będzie trzeba innych poradników, żeby najmłodsi przyswoili sobie to, co najważniejsze – i stali się świadomymi uczestnikami ruchu drogowego. Nie pomija żadnej roli: omawia zadania tych, którzy prowadzą samochód, ale też pieszych, rowerzystów czy jeżdżących na hulajnogach, a nawet – pasażerów komunikacji zbiorowej. Przedstawia sygnalizację świetlną, zadania policjantów (i to, jak odczytywać ich gesty na drodze), oznakowanie poziome – czyli to namalowane na jezdni oraz znaki drogowe. Te ostatnie rozbija na znaki ostrzegawcze, informacyjne i znaki zakazu. Jest tu bardzo dużo wiadomości, które przydadzą się przy tłumaczeniu dzieciom, czego na drodze robić nie wolno: Artur Nowicki nie zapomina nawet o takich przestrogach jak wychodzenie z samochodu dopiero po zezwoleniu ze strony kierowcy (to w przypadku impulsywnych dzieci bardzo ważne). Maluchy dowiedzą się, dlaczego po zmroku ważne są odblaski – i że nawet domowi pupile mogą takie mieć dla własnego bezpieczeństwa.

Te strony, które już są kolorowe, zawierają wiadomości i podpowiedzi – przeważnie jako komentarze na marginesach, żeby nie przytłoczyć odbiorców nadmiarem tekstu. Kolorowe strony służą do oglądania i chłonięcia wiedzy. Z kolei tam, gdzie w grę wchodzą kolorowanki – elementy do pokolorowania – to dziecko musi się wykazać uzyskanymi wiadomościami, a czasami coś przemyśleć lub zapamiętać. Do tego dochodzą klasyczne łamigłówki i ćwiczenia małej motoryki, dzięki którym dzieci mogą wyżyć się artystycznie, ale też zastanowić się nad bezpieczeństwem na drodze. To świetny pomysł – wszyscy kochają kolorowanki, a tutaj trzeba często pomyśleć nad doborem kolorów, żeby (na przykład) wydobyć z mgły pieszego i zapewnić mu dzięki temu bezpieczeństwo. Strony są kolorowe – albo kolorowe będą i to sprawi, że najmłodsi z chęcią przystąpią do lektury i do wypełniania poleceń.

To książeczka, która na długo wystarczy dzieciom – nie da się jej przeczytać jednym tchem, tu warto zastanowić się nad każdym znakiem drogowym i nad każdym zadaniem, wszystko to doprowadzi do refleksyjnej i długiej – ale przez to wcale nie mniej ekscytującej – lektury. Jest to tomik dla najmłodszych, ale nie tylko tych zainteresowanych pojazdami czy nie tylko dla fanów cyklu o Maluchu – te wiadomości powinni poznać wszyscy bez wyjątku, i to na jak najwcześniejszym etapie życia. Chodzi przecież o zadbanie o siebie i o innych na drogach. Im wcześniej zacznie się taką edukację, tym lepiej – Artur Nowicki pomoże wychować nie tylko świadomych kierowców, ale też świadomych pasażerów lub pieszych. Jest to książka dobrze wymyślona i starannie przygotowana, o czym przekonają się rodzice, którym dzieci będą mogły objaśniać znaczenie kolejnych znaków dostrzeżonych podczas jazdy. A jeśli komuś przypadnie do gustu ta książka, może wrócić do fabularyzowanych przygód Malucha w Naszej Księgarni - tam spotka rezolutnego bohatera w wersji przedszkolnej.

sobota, 25 lipca 2026

Alicja Krzanik: Wielokropek i przyjaciele. Opowieści o interpunkcji dla najmłodszych

Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.

Interpunkcja

To oczywiste, że skoro wydawcy i rodzice naciskają na obecność na rynku literatury czwartej przede wszystkim publikacji edukacyjnych, dawne bajki pozwalające na przeżycie wielu urozmaiconych emocji zamieniają się w inaczej napisane podręczniki. „Wielokropek i przyjaciele” Alicji Krzanik to próba urozmaicenia słownikowych wyjaśnień dotyczących interpunkcji za sprawą Wielokropka – bohatera przybywającego nie wiadomo skąd na pewną planetę, łudząco podobną do Ziemi. Wielokropek pozostaje tajemnicą: nikt nie wie, kim naprawdę jest i czego szuka – wystarczy, że chodzi i przygląda się codzienności oraz przeznaczeniu kolejnych znaków interpunkcyjnych. Alicja Krzanik decyduje się na krótkie czytanki wzbogacane o drobne piosenki na temat znaków interpunkcyjnych i zasad ich stosowania. W piosenkach dąży do uchwycenia sedna przesłań – tak, żeby łatwiej było zapamiętać, kiedy dany znak się przydaje – co naturalnie sprawia, że te piosenki nie wypadają zbyt bajkowo czy intrygująco z perspektywy dzieci wciąż zmuszanych do sięgania po mnemotechniczne sztuczki. Znacznie ciekawiej w roli pomocy naukowych wypadają już krótkie czytanki – bo nie opowiadania. Powiązane są postacią Wielokropka, który odwiedza kolejnych bohaterów i obserwuje ich podczas pracy. Oznacza to, że w każdej z czytanek pojawia się nadreprezentacja danego znaku interpunkcyjnego w formie wpisanych w fabułę przykładów. Problem w tym, że Alicja Krzanik nie dba o to, żeby w tych historyjkach działo się cokolwiek poza prezentowaniem znaków – więc nawet jeśli coś zaczyna się ciekawie i mogłoby się rozwinąć w sposób, który zaintryguje – to wygra raczej chęć uczenia dzieci interpunkcji. I to jest właśnie największy mankament związany z realizowaniem rynkowych wytycznych – zapomnienie o zabawie czy absurdzie na rzecz nauki zawsze, nawet podczas czytania – wydawałoby się – bajkowej publikacji.

„Wielokropek i przyjaciele” to książka, która od razu przyciągnie dziecięce spojrzenia za sprawą obrazków Macieja Szymanowicza – ten ilustrator bardzo dobrze rozumie zarówno absurd, jak i abstrakcyjne myślenie charakterystyczne dla bajkowych bohaterów. Do tego bez trudu wyzwala uśmiech – sprawiając, że chce się sięgać po książki z jego pracami. Wielokropek w ujęciu Szymanowicza wygląda trochę jak mrówka a trochę jak gąsienica, zachęci dzieci do zadawania pytań i do dziwienia się postaciom. Pytanie tylko, czy samo wskazywanie zastosowań – nadrzędne w tekście – stanie się czynnikiem wystarczającym do tego, żeby maluchy chciały czytać z własnej woli. „Wielokropek i przyjaciele” to książka, która ma podtytuł „Opowieści o interpunkcji dla najmłodszych” – i nieprzypadkowo to właśnie ten podtytuł zajmuje centralne miejsce na okładce. Trochę za dużo tu tendencji do wplatania teorii w przygody bohaterów. Jeśli to bohaterowie w dialogach wyjaśniają sobie nawzajem zasady stosowania znaków interpunkcyjnych – odrobinę tylko oswajając słownikowe teorie – to automatycznie dzieciom trudniej będzie skoncentrować się na czytaniu i na przyswajaniu wiadomości. Dobrze, że książka zawiera też zadania dla małych odbiorców – będzie to sposób na wytchnienie od ciągłej nauki i odczytywania kolejnych informacji. W dążeniu do pożenienia rozrywkowych książek z publikacjami czysto edukacyjnymi łatwo zgubić proporcje – należy bardzo na to uważać. Jednak kiedy dzieci potrzebują akurat edukacyjnego wsparcia dotyczącego interpunkcji – mogą po tę książkę sięgać bez obaw.

poniedziałek, 13 lipca 2026

Ewa Borowska: Jesteśmy bezpieczni w sieci

Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.

Internet

Cykl Szkoła i ja bardzo dobrze się rozwija – a na rynku pojawiają się kolejne wartościowe publikacje pozwalające dzieciom (i ich rodzicom) odnaleźć się w nowym środowisku. Za każdym razem dwoje uczniów – kolegów z klasy – zamienia się w przewodników dla odbiorców i przedstawia kolejne wydarzenia lub sytuacje wymagające komentarza. Dzięki temu dzieciom łatwiej będzie przyzwyczaić się do konkretnych motywów i nauczyć reakcji, jakie mogą się przydać w codziennych doświadczeniach. „Jesteśmy bezpieczni w sieci” to kolejna część tej serii i Ewa Borowska koncentruje się tym razem na środowisku internetowym. Janek i Milena to przewodnicy – uczniowie trzeciej klasy. Pan Piotr jest ich wychowawcą i jednocześnie nauczycielem informatyki. To doskonały bohater do tego, żeby nauczyć dzieci, jak bezpiecznie korzystać z internetu. I chociaż pojawiające się tu sytuacje powracały nieraz nie tylko w bajkach, ale i w różnych ostrzeżeniach ze strony dorosłych, trzeba pamiętać o tym, że coś oczywistego dla korzystających z internetu na co dzień nie musi być wcale logiczne dla maluchów, które także mają dostęp do sieci choćby za sprawą telefonów. Są tu podstawy absolutne – czym jest internet, do czego służy, ale także – jak powinno się w nim zachowywać wobec innych ludzi. Znalazła się rozkładówka poświęcona hejtowi i reakcjom na niego, a także zasady ograniczonego zaufania: nie wolno podawać w sieci swoich prawdziwych danych, a także – ufać obcym. Autorka uczy dzieci, dlaczego korzystać ze swoich kont tylko na własnych urządzeniach i lepiej nie logować się na nie, korzystając z darmowego wi-fi. Kiedy już najbardziej podstawowe zasady zostaną przedstawione, przychodzi czas na tematykę legalnego korzystania z zasobów sieci, wyczulenia na fake newsy czy informacji o upublicznianiu cudzego wizerunku. Co niezwykle ważne – dzieci dowiedzą się z tej książki, że ważny jest balans, że trzeba korzystać z aktywności na świeżym powietrzu – widać to już w momencie przedstawiania się małych narratorów – jedno lubi tańczyć, drugie kocha piłkę nożną. Chodzi o to, żeby przypomnieć dzieciom, że poza komputerami i internetem jest jeszcze sporo ciekawych zajęć.

Ta książka została przedstawiona tak, żeby dziecięcy bohaterowie jak najczęściej zabierali głos i żeby dzielili się nie tylko wiedzą, ale też wątpliwościami – na przykład na temat kontroli rodzicielskiej czy kupowania czegoś w sieci. To dorośli mogą pomóc w chwili, kiedy dziecko czegoś potrzebuje – dlatego warto zawsze iść do nich po wskazówki i nie ukrywać swojej działalności. „Jesteśmy bezpieczni w sieci” to książka, która uświadamia maluchom, jak korzystać z internetu, żeby nie wpaść w kłopoty i nie zainfekować sprzętu lub nie skusić złodziei. Przedstawia w bardzo przystępny sposób to, co istotne, kiedy chce się udowodnić swoje umiejętności. Za graficzną stronę – tym razem nawiązującą do elektronicznych urządzeń – odpowiada Paulina Nachman i nie tylko buduje wizualną identyfikację serii, ale też umie zaintrygować małych czytelników. Dzięki jej rozwiązaniom rozmaite podsumowania czy wyliczenia nabierają ciekawego charakteru i mogą przekonać najmłodszych. „Jesteśmy bezpieczni w sieci” to książka wartościowa i wręcz niezbędna w procesie edukowania najmłodszych – Ewa Borowska stawia tym razem nie na uczucia i relacje międzyludzkie a na konkretne zachowania związane z internetem.

czwartek, 9 lipca 2026

Encyklopedia Larousse'a. Dlaczego? Jak? 500 pytań i odpowiedzi

Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.

Wsparcie

Rodzice kilkulatków – odkrywających powoli świat – są przyzwyczajeni do bezustannych pytań „dlaczego” i do konieczności tłumaczenia nawet tych kwestii, na które sami nie zwracają uwagi. Pół biedy, jeśli potrafią poradzić sobie z wyzwaniami stawianymi przez maluchy – ale jeśli nie wiedzą, jak rozwiązywać niektóre zagadki, żeby nie zamęczyć przy tym dzieci i żeby nie stracić w ich oczach na wiarygodności, mogą sięgnąć po pomoc naukową. „Encyklopedia Larousse’a. Dlaczego? Jak? 500 pytań i odpowiedzi” to kolorowa publikacja stworzona specjalnie dla nich – oraz dla tych dzieci, które czytają samodzielnie i nie chcą czekać na uzyskanie wiadomości od rodziców. To oczywiście sprawdzona marka, encyklopedia Larousse’a kojarzy się z objaśnianiem dzieciom świata w wartościowy sposób – i bardzo usprawniają proces uświadamiania najmłodszym, co dzieje się wokół nich. Książka została podzielona na charakterystyczne tematy, znane z wielu publikacji edukacyjnych prezentujących całokształt wiedzy – tak, żeby dzieci mogły wybierać swoje ulubione zagadnienia po poznaniu licznych możliwości. I tak znajdziemy tutaj tajemnice wszechświata oraz te związane z samą Ziemią, rośliny, zwierzęta i ciało człowieka, ciekawostki związane z ludzkością, przeszłość, sztukę i naukę oraz życie codzienne – czyli obyczajowość. W ten sposób najmłodsi mogą się przekonać, że świat jest pełen niespodzianek i warto poświęcić trochę czasu na poznawanie ich i na porównywanie własnych obserwacji z tym, co wprowadzają autorzy do tomu. Liczy się tu nie tylko możliwość samodzielnego oceniania rzeczywistości: w końcu jest tu mnóstwo tematów, o których dzieci nie mają pojęcia. Każdy rozdział to zestaw pytań i odpowiedzi – prostych pytań (z rzadka zawierających sugestię odpowiedzi czy jakiejś wstępnej wiedzy, którą niekoniecznie dzieci posiadają – na przykład „czy to prawda, że Afryka i Ameryka przylegały do siebie”: zwykle to raczej pytanie „czy wampiry istnieją” albo „czym jest tuk-tuk”). Pytania pojawiają się na kolorowych belkach, tak, żeby przyciągały wzrok i żeby zapraszały do odkrywania książki. Odpowiedzi mieszczą się przeważnie w jednym zdaniu, krótkim komentarzu – nie ma szans na rozwijanie wyjaśnień i na komplikowanie ich. W końcu to publikacja przeznaczona dla maluchów, a im nie zależy na naukowych wywodach – chodzi o to, żeby wiedza dotarła do każdego zainteresowanego, żeby nie zmęczyła i żeby nie zniechęciła do eksplorowania świata. Takie maksymalnie uproszczone informacje łatwo będą zapadać w pamięć dzieciom – i to jest też olbrzymi plus, bo na poszerzanie wiadomości przyjdzie czas później, na razie chodzi przede wszystkim o zaintrygowanie i wprowadzenie drobnych skojarzeń. Przygotowanie do nauki może być zabawne i ciekawe – w tym tomie takie właśnie jest. Oczywiście nie brakuje tutaj grafik – komputerowych obrazków, które czasami niosą dodatkowe treści i na przykład pozwalają wyobrazić sobie, z czym wiąże się konkretne zagadnienie. To sposób na zapewnienie sobie uwagi dzieci – książka staje się bardziej atrakcyjna i równocześnie nie infantylna, co ważne przy ogromie publikacji licencyjnych słabej jakości. Tu największe wrażenie robić będzie na czytelnikach połączenie fachowości i prostoty, trafnie dobranego do docelowej grupy odbiorców. Książka zaspokaja ciekawość i jednocześnie ją rozbudza, została dobrze dostosowana do percepcji maluchów – i oczywiście zrodzi kolejne pytania, ale pokaże też dzieciom, jak wieloma różnymi tematami mogą się zainteresować.

niedziela, 5 lipca 2026

Agnieszka Misiak: Sandra i Kruki Zmartwiuki

Druganoga, Warszawa 2026.

Pomoc

Z niektórymi sprawami dzieci nie potrafią sobie poradzić – ba, nie wiedzą nawet, że należałoby poprosić o pomoc. Wydaje im się, że muszą się samodzielnie mierzyć ze zwyczajnymi dla wielu sytuacjami, a przez to wpędzają się w pułapki. Agnieszka Misiak próbuje wesprzeć najmłodszych opowieścią o Krukach Zmartwiukach – czterech czarnych ptaszyskach, które podkreślają potencjalnie stresowe sytuacje i potęgują lęk oraz czarnowidztwo przed nieznanym. Sandra nie ma jeszcze siedmiu lat – ale już dźwiga na plecach plecak wypełniony kamieniami. Te kamienie to jej troski, niewypowiedziane, nieokreślone wprost – za to budowane na silnych emocjach i wpływające na działania, a nie tylko na samopoczucie. Kruki Zmartwiuki funkcjonujące w bliskim otoczeniu dziewczynki dokładają swoje trzy grosze – z reguły potrafią albo spotęgować strachy, albo wyzwolić je – nieadekwatne do sytuacji. Wyolbrzymiają powody do zmartwień, zwłaszcza wtedy, kiedy jeszcze nic złego się nie wydarzyło. Potencjalne przykrości to coś, co Sandrze – niepotrzebnie – spędza sen z powiek. I dlatego bardzo przydaje się Pandolog. Puszysty miś panda – w roli nienazwanego psychologa – ma swoje sposoby na to, żeby opróżnić plecak z kamieni i unieszkodliwić Kruki Zmartwiuki. Bo przecież nie trzeba się dać ponieść zmartwieniom, są sztuczki i sposoby na odzyskanie dobrego samopoczucia lub przynajmniej zminimalizowanie lęku – i dzieci mogą je poznać bezpośrednio z lektury, dorosłym przyda się posłowie.

„Sandra i Kruki Zmartwiuki” to klasyczna w duchu opowieść, w której emocje odgrywają olbrzymią rolę. Żeby trochę uśmiesznić narrację i odebrać krukom część ich potęgi, autorka decyduje się na wprowadzenie mowy wiązanej do ich wypowiedzi (i nie jest to najszczęśliwszy pomysł, ze współbrzmieniami Agnieszka Misiak nie radzi sobie najlepiej, spokojnie mogła z nich zrezygnować). Kruki Zmartwiuki muszą czasami dać się ośmieszyć – chodzi o to, żeby pokonać wroga na różne sposoby i też trochę o to, żeby nie zarazić maluchów niepotrzebnym zamartwianiem się.

Nie jest to przyjemna lektura do czytania przed snem. To książka, która ma spełnić swoją rolę – nauczyć dzieci, jak zachowywać się w obliczu niepożądanych i często blokujących je emocji. Przeniesienie nieuchwytnego na czarne Kruki Zmartwiuki to dobre zagranie – udaje się w ten sposób unaocznić dzieciom, że powody do zmartwień często nie mają wiele wspólnego z rzeczywistością. To element bajkowy, który pomaga w oswojeniu własnych reakcji – i przypomina, że na wszystko są jakieś sposoby. Teraz dzieciom łatwiej będzie analizować to, co się z nimi dzieje – i na pewno łatwiej będzie im rozmawiać z rodzicami o własnych zmartwieniach. To dobra droga, szansa na poprawienie nastroju i na usunięcie z codzienności wielu stresów – kompletnie zbędnych. „Sandra i Kruki Zmartwiuki” to opowieść o wymiarze edukacyjnym, chociaż nie bezpośrednio: trzeba tu z lektury wyłuskać wskazania dla siebie i przenieść je na własne życie. A to oznacza, że odbiorców czeka trochę pracy już po zakończeniu czytania.

niedziela, 28 czerwca 2026

Justyna Kesler, Klaudyna Gębacka: Potworny angielski dla przedszkolaków

Nasza Księgarnia, Warszawa 2026 (gra)

Zwroty

Nie słówka a zwroty. W dodatku konkretne, takie, które można wykorzystać w prawdziwej – a nie podręcznikowej – rozmowie, chociaż jest w nich też spora dawka absurdu pozwalającego na wywołanie śmiechu przedszkolaków. „Potworny angielski dla przedszkolaków” to pudełko z zabawą przygotowaną przez Justynę Kesler, Klaudynę Gębacką i Adama Święckiego (w warstwie graficznej). I od razu robi się interesująco, bo w pudełku znajduje się tekturowy talerzyk (zwykłe kółko z grubej tektury – ale można je wykorzystać do tworzenia potraw i opowiadania o nich) oraz… drewniany widelec bez ostrych krawędzi. I to właśnie prawdziwość widelca może przyciągnąć maluchy do zabawy – chociaż pozostałe składniki są już tekturowe, obecność takiego „poważnego” gadżetu nadaje zabawie inny wymiar.

Są tu tekturowe karty z drobnymi porcjami angielskich zwrotów (od razu z tłumaczeniami). Żeby dzieciom lepiej utrwalić to, co usłyszą od rodziców lub opiekunów, pojawiają się jeszcze podpowiedzi graficzne. Czasami wręcz karty są kadrami komiksowymi: miniaturowymi dialogami. Pytanie i odpowiedź zachęcają do prowadzenia konwersacji i jednocześnie do utrwalania sobie konkretnych zwrotów. Dzieciom spodobać się może zwłaszcza absurd niektórych sformułowań – kiedy bohater – pewien sympatyczny potwór – zastanawia się nad swoim jadłospisem i wybiera do jedzenia przedmioty, które na talerzu znaleźć się nie powinny. Jest w tym pudełku wprawdzie instrukcja, zasady gry dla tych wszystkich, którzy chcą wykorzystywać karty zgodnie z pomysłem autorów – ale trzeba przyznać, że przygotowanie ich w formie kart do gry właśnie kusi, żeby wymyślać własne zasady i korzystać z obrazków na swój sposób – tu wszystko może zależeć od wyobraźni użytkowników, a ta jest przecież nieograniczona. Ale tu jeszcze nie ma prawdziwego hitu. Prawdziwym hitem będzie sylwetka potwora z grubej tektury i w formie, która umożliwia postawienie bohatera. Wyposażonego w dwa otwory. Ten gębowy służyć będzie do karmienia. Ten po przeciwnej stronie potwora… tak, dokładnie do tego. W pudełku z grą znajdują się elementy z grubej tektury (żeby łatwiej było nimi operować) z nadrukiem różnych przedmiotów lub pokarmów. Do tego odbiorcy znajdą… dwie kupy. I te dwie kupy to element motywacyjny, zachęta do poprawnego wykonywania ćwiczenia – można ich użyć (to znaczy przecisnąć przez drugi otwór tekturowego potwora) w ramach nagrody za poprawne wykonywanie zadań. To rozwiązanie, które przedszkolaki naprawdę powinno ucieszyć i zapewnić ich zaangażowanie. Jeśli wkuwanie słówek kojarzy się z niepotrzebną rywalizacją lub wysiłkiem umysłowym, to bawienie się w defekującego potwora będzie miłym urozmaiceniem ćwiczeń – i zachętą do korzystania z tej gry. Bardzo dobry pomysł, estetyczne wykonanie i humor – to wszystko sprawia, że po grę „Potworny angielski dla przedszkolaków” sięgać się będzie chętnie, a same zwroty bardzo szybko zapiszą się w pamięci maluchów. Pozostaje mieć nadzieję, że taka gra będzie kontynuowana.

sobota, 13 czerwca 2026

Tamar Weiss Gabbay, Shiraz Fuman: Było sobie dziecko. Historia dzieciństwa od jaskini po współczesność

Kropka, Warszawa 2026.

Jak żyli

Do zgłębiania tajników historii można małych odbiorców przekonać właśnie tak – nie zestawem wiadomości podręcznikowych z picture booków, a za sprawą fabuł. Tamar Weiss Gabbay i Shiraz Fuman decydują się na dwugłos (teksty – ilustracje) pozwalający dzieciom na nie byle jakie podróże w czasie i przestrzeni. „Było sobie dziecko. Historia dzieciństwa od jaskini po współczesność” to książka, która umożliwi małym czytelnikom rozwijanie wyobraźni i spostrzegawczości, a do tego zaintryguje przeszłością. Czerpie się tu z fantazji – chociaż bazującej na odkryciach i na prawdopodobnych wydarzeniach. Odbiorcy otrzymują zestaw historyjek – przygód dzieci z różnych kultur i z różnych epok, przy czym pierwsze prezentowane dziecko to sąsiad neandertalczyków (reprezentant homo sapiens, który zastanawia się nad możliwością oswojenia szczenięcia wilka), a ostatnie historie najmłodsi stworzą sami dzięki rozmowom z dziadkami. Przeskakiwanie do kolejnych pokoleń lub epok sprawia, że dzieci w przyspieszonym tempie przetestują całą historię ludzkości z perspektywy tych pozornie mało ważnych i często pomijanych. Ale tu nie ma mowy o krzywdzie dzieci czy o traktowaniu, które zaburzałoby poczucie bezpieczeństwa odbiorców. Owszem, niektórzy muszą pracować, żeby pomóc dorosłym, niektórzy nie mają zabawek albo w ogóle nie wiedzą, jak się bawić – ale wszystkie dzieci są kochane i potrzebne, a do tego otaczane bardzo troskliwą opieką. Matczyne uczucia nie ulegają zmianom, przynajmniej w tych narracjach – a czasy dobierane są tak, by trafiać pomiędzy kataklizmy i nieszczęścia. Czasem nawet się je sygnalizuje, jak w przypadku zarazy – ale to i tak na tyle odległe problemy, żeby mali bohaterowie nie musieli się tym przejmować.

„Było sobie dziecko” to również historia wynalazków z perspektywy najmłodszych, a czasem przy ich aktywnym udziale – i tu już pojawia się trochę fantazji przy kreowaniu świata przedstawionego, bo to niekoniecznie dziecko przyniosło ogień do swojego plemienia, niekoniecznie dziecko namalowało na ścianie w jaskini polowanie i niekoniecznie dziecko wynalazło papier toaletowy, kiedy nie mogło domyć rodzeństwa. W tej książce sugeruje się, że tak jednak mogło być i nawet jeśli to dorośli rozsławili później jakieś rozwiązanie, to pomysłowość małych bohaterów krzepi i ma wielkie znaczenie. To oczywiście dodatki na marginesie kolejnych przygód – ale dodatki cenne i zachęcające odbiorców do kreatywności. Liczy się tu możliwość podglądania dzieci z różnych czasów – każde z nich jest zajęte czymś innym i każde pokazuje jakiś przełom w historii rozwoju ludzkości: pierwsze dzieci odkrywają korzyści płynące z mieszkania w jaskiniach, kolejne już – wiedzą, że będą musiały pomagać na roli, żeby było co jeść, jeszcze następne pójdą do szkoły i zaczną się uczyć pisania na glinianych tabliczkach. Tematów nie zabraknie, a czytelnicy otrzymają tu błyskawiczną i ciepłą podróż przez epoki i etapy w rozwoju ludzkości. To doskonały sposób na zaangażowanie najmłodszych – nie da się od tej lektury oderwać, a ponieważ każdy bohater ma inne zadania i inne cele, każdy skupi na sobie uwagę czytelników. Tu nie ma miejsca na rutynę i powtarzalność. Jakby wiadomości przemycanych sprytnie w emocjonalnych opowiadaniach było mało, po każdym rozdziale dzieci otrzymują jeszcze krótką infografikę na temat równoległych wydarzeń – to coś dla dociekliwych czytelników. Książka świetna.

piątek, 29 maja 2026

Warzywa i owoce

Harperkids, Warszawa 2026.

Witaminy

Ta publikacja to kolejny strzał w dziesiątkę w ramach Akademii Mądrego Dziecka: tomik, na którym można poznawać litery (chociaż raczej przegra to z innymi atrakcjami, jakich tu nie brakuje). Tomik, na którym można ćwiczyć sprawność motoryczną – bo są tu spore puzzle, elementy, które wpasowuje się w określone miejsca na kolejnych stronach (a potem można je wyjąć i schować w odpowiedniej przegródce w książeczce, żeby następnym razem przystąpić do zabawy ponownie). Tomik, który pozwala dzieciom ćwiczyć kolory i poznawać nazwy warzyw i owoców. Kilka zaledwie rozkładówek tu jest – ale chodzi o to, żeby nie zamęczyć maluchów nadmiarem emocji i nie utrudniać przesadnie zadań. Całość zamknięta została w bardzo ładnej oprawie: zamknięcie na magnes sprawia, że łatwo będzie utrzymać porządek i nie doprowadzić do rozrzucenia kolejnych ruchomych elementów.

Kartonowe strony są tu bardzo grube – a to dlatego, że trzeba na jednej części rozkładówek umieszczać kartonowe owoce i warzywa. Te elementy zostały pozbawione ostrych rogów, a do tego mają charakterystyczne kształty dopasowywane do konturów. Za każdym razem pojawia się wgłębienie na palec – żeby łatwo i bez niszczenia tomiku udało się wyjąć elementy. Co ważne, wszyscy witaminowi bohaterowie mają tutaj uśmiechnięte buźki – to miły dodatek, który sprawia, że dzieci chętniej zajmą się segregowaniem puzzli i układaniem ich na stronach. Do tego dzieci będą mogły jeszcze wykazać się znajomością tematu przy odpowiadaniu na proste pytania. Nie trzeba tu zgadywać po kształcie: we wgłębieniu jest rysunek przedstawiający kolejne warzywa i owoce, wystarczy zatem znaleźć identyczny rysunek na puzzlach – dzięki temu nawet najmłodsi dadzą sobie radę z tym wyzwaniem, a po zgubieniu się jakiegoś puzzla nie będzie dramatu.

Narracja w tomiku składa się z podpisów pod obrazkami (dzięki temu dzieci poznają nazwy kolejnych owoców, nawet tych mniej jeszcze kojarzonych) i z poleceń – „dopasuj odpowiednie elementy” to tekst zawsze istniejący na prawej stronie rozkładówki, na lewej stronie pojawiają się nazwy dominujących kolorów (kolory pozwalają grupować owoce i warzywa) oraz krótkie pytanie: „czy wiesz, który owoc ma pestkę” albo „który owoc jest najbardziej kwaśny” – to wymaga od maluchów zastanowienia, ale też poszerzania kulinarnych testów.

„Warzywa i owoce”, książeczka w podcyklu Poznajemy świat, została przygotowana z myślą o dostarczeniu najmłodszym jak największej liczby wyzwań i bodźców przy niekoniecznie przesadnie rozbudowanym tomiku. Tu liczy się dobra zabawa i możliwość poszerzania umiejętności, a do tego – odbiorcy nie muszą w ogóle odchodzić od tego, co mają na co dzień i w zasięgu ręki. Są tu przyjemne kolory i infantylizowane – ale wywołujące uśmiech – warzywa i owoce. To książeczka, która się nie znudzi dzieciom – za to zachwyci je szerokim repertuarem zabaw.

środa, 6 maja 2026

Zofia Stanecka: Basia i zagadki wszechświata. Supermoce zwierząt

Harperkids, Warszawa 2026.

Przyroda

Niektóre zwierzęta mają gorszy PR od innych, przynajmniej z ludzkiej perspektywy. A już w ogóle obecność owadów, pająków czy nietoperzy wydaje się wręcz niemożliwa w historyjkach dla najmłodszych – i Basia właśnie to zmienia. Zofia Stanecka w podcyklu Basia i zagadki wszechświata sięga po sprytną sztuczkę, żeby przekonać maluchy do obserwowania malutkich stworzeń – i przy tym dbania o przyrodę. Basia spędza czas w ogródku u dziadka – i mogą ją irytować pajęczyny albo mrówki wchodzące na koc (a wieczorem – wydające dziwne piski nietoperze). Na szczęście dziadek rozsnuwa przed nią opowieść o supermocach w świecie zwierząt. I tak pająk mógłby – w odpowiedniej skali – stworzyć sieć, która złapie babcię idącą do toalety w nocy, a mrówki są jak Pippi Langstrumpf, podniosłyby konia (gdyby go miały). To sprawia, że mała Basia zupełnie inaczej patrzy na otoczenie – uczy się, jak doceniać różne zwierzęta. Oczywiście do ogrodu dziadka nie zawędrują inne ciekawe stworzenia, więc autorka wykorzystuje swoiste posłowie, miejsce w serii na eksponowanie ciekawostek bez naruszania głównego nurtu narracji. To, co Basia przeżywa, jest ciekawe dla niej – ze względu na bezpośrednie doświadczenia, a dla odbiorców ze względu na podobieństwo przeżyć i ich prawdziwość. Natomiast cały zestaw dodatków zajmuje tu drugą część książki: supermoce zwierząt domowych, pływających, albo biegających wyjaśniają kolejni członkowie rodziny. Wygląda to tak, że na górnym marginesie pojawia się drobny akapit – komentarz określonego członka rodziny (znajomego czytelników serii), a później seria akapitów (oczywiście dodawanych do intrygujących ilustracji) – o rozmaitych ciekawych wyczynach w świecie zwierząt, także tych egzotycznych. Basia dzięki temu może jawić się jako postać, która przedstawia odbiorcom świat (chociaż sama przy okazji go dopiero poznaje), a maluchy dzięki lubianej bohaterce, do której mają zaufanie, zyskają szansę na zapamiętanie atrakcyjnych wiadomości.

„Basia i zagadki wszechświata. Supermoce zwierząt” to kolejna publikacja wykorzystująca zainteresowanie cyklem o sześcioletniej rezolutnej dziewczynce – nawet jeśli na co dzień mała bohaterka nie sprawia wrażenia, jakby chciała dowiadywać się wszystkiego, to jednak z zainteresowaniem wysłuchuje opowieści dorosłych – i stara się zapamiętać co bardziej barwne z nich. Dzięki temu stale poszerza swoje umiejętności i stan wiedzy, a mali odbiorcy mogą brać z niej przykład. Tu ilustratorka, Marianna Oklejak, ma trochę więcej pracy niż w podstawowej serii – bo nie tylko świat Basi musi odbiorcom pokazać, ale też cały wachlarz rozmaitych stworzeń. Na to jednak nikt nie będzie narzekał, bo Marianna Oklejak z wyzwaniami radzi sobie znakomicie.

Humor Basi i jej prawdziwość sprawiają, że dzieci chętnie sięgać będą po kolejne propozycje sygnowane przez obecność tej bohaterki – i mogą przez to dowiadywać się czegoś o świecie. Zofia Stanecka wie doskonale, jak wykorzystywać popularność serii i jak ją rozbudowywać, żeby nie stracić zaufania czytelników i ich rodziców. Wychowała już przecież na swoich książkach pełne pokolenie.

poniedziałek, 4 maja 2026

Mathilda Masters: Ciekawostki i dowcipy dla supermózgów

Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.

Odpowiedzi

Dzieci zawsze zadają sporo pytań na temat otoczenia – i warto wtedy zaspokajać ich ciekawość, żeby pokazać, że świat zasługuje na odkrywanie i jest pełny niespodzianek. Tym kieruje się Mathilda Masters, autorka wielokrotnie już pojawiająca się na rynku z publikacjami edukacyjnymi i udowadniająca, że najmłodszym wiele spraw można atrakcyjnie przedstawić. Teraz kieruje się jednak do młodszych odbiorców niż w monumentalnej serii z ciekawymi faktami – „Ciekawostki i dowcipy dla supermózgów” to edukacja w wersji pop, czyli taka niekoniecznie wymagająca wielkiego skupienia, powiązana bardziej z zabawą i rozbudzaniem ciekawości niż ze żmudnym śledzeniem kolejnych wyjaśnień. „Ciekawostki i dowcipy dla supermózgów” to zabawa, w której trochę karmi się ego najmłodszych odbiorców – przez podsuwanie im wiadomości z różnych dziedzin, za to – odpowiednio przygotowanych. Korzysta zatem autorka z działających na wyobraźnię porównań czy zestawień, pisze prosto i koncentruje się na tym, co najważniejsze, stara się tak dobierać wiadomości, żeby zapadały dzieciom w pamięć i żeby zachęcały je do dalszego odkrywania świata. Kass VanderSande dzięki grafikom komputerowym ożywia te informacje, sprawia, że książka jest kolorowa i że przyjemnie się ją ogląda – wzrok przyciągają kolejne obrazki, a podpisy pod nimi stają się wstępem do świata nauki. I to wystarcza, na pewnym etapie nie trzeba przecież przekarmiać maluchów wiedzą, lepiej ich zaintrygować i pokazać, że istnieje całe mnóstwo wiadomości do odkrywania i poznawania. Dzięki skrótowości akapitów i celności w porównaniach dane te będą zapadać dzieciom w pamięć – o wiele łatwiej skojarzyć sobie zestawienia z czymś, co jest znane i poznane, niż budować świadomość na beznamiętnych danych liczbowych. Mathilda Masters zdaje sobie z tego świetnie sprawę, więc nie ma się co obawiać – przedstawiane przez nią fakty są opracowane tak, żeby przypadły do gustu dzieciom.

I jest w tej książce coś jeszcze, coś, czego przeważnie w publikacjach edukacyjnych nie ma – i co zaskoczy niejednego kartkującego tę pozycję dorosłego. Autorka wykorzystuje rozbudzone różnymi tematami zainteresowanie, żeby wprowadzać jeszcze dowcipy dla dzieci. Przeważnie to zagadki, które raczej nie rozśmieszyłyby dorosłych – na przykład rodziców odbiorców. Ale to nie dorośli są odbiorcami docelowymi publikacji, a kilkulatki (nawet młodsze nastolatki) mogą się poczuć dowartościowane – ktoś rozumie ich poczucie humoru i ich codzienne żarty. Także dowcipy – funkcjonujące tu jako ozdobnik – mają funkcję mnemotechniczną, żeby je zrozumieć, trzeba przecież przyswoić wiadomości – więc ten sposób wpływania na zapamiętywanie ciekawostek dobrze się sprawdzi, Mathilda Masters wie doskonale, co robi. A że nie unika przy tym skojarzeń skatologicznych – tym lepiej, łatwiej i szybciej trafi do najmłodszych czytelników. A przecież o to właśnie chodzi, żeby przyciągnąć ich do książki i żeby pokazać im, że zdobywanie wiedzy to nie tylko ciężka praca, ale też często dobra zabawa. Tu zasługuje na uwagę jeszcze dowartościowanie małych czytelników dzięki określeniu "supermózgi" - to subtelne podnoszenie poczucia własnej wartości odbiorców, takie, które nie brzmi fałszywie, a zachęca do poznawania zawartości dość obszernego tomu. Dziedziny poruszane przez autorkę: zwierzęta, kosmos, historia, ciało człowieka, przyroda, nauka, sport - czyli standardowe dość elementy książek edukacyjnych - ale w ten sposób można najbardziej przyciągnąć dzieci do poznawania świata.

niedziela, 19 kwietnia 2026

Marcin Minor: Minorki, czyli małe, mniejsze i najmniejsze zwierzęta świata

Kropka, Warszawa 2026.

Maleństwa

Wielka książka o małych stworzonkach – Marcin Minor to ilustrator, który bierze się za przedstawianie dzieciom „minorków”, czyli tych najmniejszych istot ze świata zwierząt – i prezentuje je w formie ciekawostek oraz wielkoformatowych obrazków. Tworzy picture booka edukacyjnego w stylu, który wszyscy doskonale znają – ale ma dla „Minorków” sporo czułości. A poza tym próbuje przybliżyć dzieciom nie tylko malutkie stworzenia, ale też kontekst – środowisko, w jakim żyją na co dzień. Bardzo często zdarza się na ilustracjach dłoń człowieka – tak, żeby odbiorcy mieli porównanie, zyskali pojęcie, o jakich rozmiarach mówi autor. Bo owszem, można wziąć sobie linijkę i sprawdzać podawane liczby, ale znacznie ciekawiej wypada zestawianie minorków z palcami – to od razu pokazuje, że nie wszystkie zwierzęta można by było łatwo znaleźć w ich naturalnym środowisku. Autor przygląda się kolejnym stworzeniom i trafia do różnych punktów na mapie świata – minorki kryją się absolutnie wszędzie i zaskakują rozwiązaniami natury. Są okazją do przyjrzenia się bogactwu fauny i zachwycenia się pomysłowością biologii. Niewielkie rozmiary nie zawsze oznaczają bezbronność, w dodatku niektóre z minorków mogą zyskiwać niecodzienne supermoce, nie do osiągnięcia dla człowieka. Marcin Minor na tego rodzaju ciekawostkach się skupia, przygląda się właśnie temu, co niezwykłe – dodatkowo, poza rozmiarami. Ale żeby nie poprzestać na konkretnych gatunkach, przytacza też na kolejnych rozkładówkach stworzenia z ich świata – ale już nie z ich rozmiarów. Stąd rozmaite drapieżniki pokazywane albo w odpowiednim pomniejszeniu, które zapewnia perspektywa, albo w nieoczekiwanych ujęciach – tak, żeby nie przytłaczały głównych bohaterów rozkładówek. Przy nich nie będzie dodatkowych informacji i ciekawostek – jedynie nazwa i nazwa łacińska (zresztą podawanie nazw łacińskich to dość częsta tutaj praktyka, autor na przykład przy owadach z menu jednego z minorków nie przejmuje się w ogóle polskimi odpowiednikami nazw, pozostawia tylko łacińskie – dzieciom polskie nazwy nie byłyby potrzebne, liczą się po prostu obrazki.

Jest w tym niesłabnący zachwyt nad przyrodą, jest podziw dla kolejnych stworzeń, które mimo niewielkich rozmiarów świetnie radzą sobie w swoim środowisku. Marcin Minor wzorem wielu autorów edukacyjnych picture booków zaprasza dzieci do odkrywania świata egzotycznego i niedostępnego na pierwszy rzut oka. Może w ten sposób rozbudzić ich ciekawość. „Minorki” to książka, którą chce się czytać i odkrywać samodzielnie, bo każdy akapit pod obrazkiem może stać się źródłem nieznanych wcześniej wiadomości wartych zapamiętania.

„Minorki” to jednak książka, która przede wszystkim zachwyca warstwą graficzną – Marcin Minor stworzył sobie artystyczny popis, wizytówkę, którą może się chwalić. Przekona do siebie i dzieci, i dorosłych, a że robi to w sposób modny dzisiaj na rynku – nie ma znaczenia. Najważniejsze, że znalazł sposób, jak przedstawić dzieciom najmniejsze zwierzęta.

piątek, 17 kwietnia 2026

Jane Wilsher: Encyklopedia rzeczy, które się mylą

Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.

Podpowiedzi

To książka, która może się dzieciom przydać – wcale nie dlatego, że mylą im się pojęcia prezentowane w kolejnych rozdziałach, a dlatego, żeby rozwijać słownictwo i zasób wiadomości – poszerzać wiedzę, a do tego – dobrze się bawić podczas czytania. Bo „Encyklopedia rzeczy, które się mylą” to pokazywanie świata z innej niż zwykle perspektywy. Jane Wilsher stawia na edukacyjną publikację, w której mnóstwo jest danych i ciekawostek zestawionych na bazie podobnych nazw albo podobnych kręgów znaczeniowych – można nauczyć się, jak odróżnić niebo od atmosfery albo Księżyc od księżyca – niektóre rozróżnienia bywają pozorne, jak w przypadku Słońca i gwiazdy, inne – kłopotliwe czasem nawet dla dorosłych (meteor i meteoryt – a to tylko przykłady z pierwszej części książki). Każda strona to osobne zagadnienie – para wyrazów, które mogą budzić wątpliwości albo ciekawość (co pewien czas rytm książki przyspiesza i zamiast pary wyrazów zyskujemy kilka par na odpowiednio podzielonej przestrzeni strony). Nie chodzi tylko o podawanie pojęć – w wersji uproszczonej, tak, żeby dzieci mogły je zrozumieć i przeanalizować – ale także o przywoływanie rozmaitych ciekawostek, które mogą zachęcić najmłodszych do samodzielnego badania świata i do gromadzenia wiedzy. To oznacza, że poza tytułowymi hasłami rozpracowane zostają jeszcze inne – powiązane z nimi – kwestie, tak, żeby przyciągnąć niezdecydowanych do danego tematu. To może spodobać się dzieciom, które lubią odkrywać świat – wyznaczenie kręgów do kolejnego rozczytywania oznacza kolejne przygody lekturowe. Rzecz jasna jest to książka bogato ilustrowana – teksty to hasła w odpowiednich ramkach, wyglądające bardziej jak podpisy pod rysunkami niż jak klasyczna narracja. I to się sprawdzi, zresztą obecnie stanowi to standard w publikacjach dla najmłodszych – przynajmniej w tych edukacyjnych publikacjach. To także pozostawia miejsce na kolejne drobne ciekawostki – zdania porozrzucane po stronach. Dzięki temu nie tylko fakty będą łatwiej zapadać w pamięć dzieciom, ale też – nikogo nie zniechęci ogrom pracy do wykonania.

Jak w każdej książce dla najmłodszych pretendującej do miana encyklopedii, tak i tutaj mamy do czynienia z charakterystycznym podziałem tematycznym. Autorka wychodzi od kosmosu, żeby następnie przeanalizować pojęcia z zakresu nauki, transportu czy świata, ekologii, roślin, zwierząt, czynności charakterystycznych dla codzienności człowieka, jedzenia, ciała, historii i technologii, nie zabraknie też miejsca na różności. Każde zagadnienie mieści w sobie od kilku do kilkunastu stron, tak, żeby nie zamęczyć dzieci nadmiarem danych i żeby nie zniechęcać ich do nauki – liczy się w końcu dobra zabawa i szereg olśnień. I takie właśnie olśnienia Jane Wilsher wprowadza. Nie jest to książka, która zmusza do dogłębnego analizowania kolejnych treści – raczej zestaw wiadomości atrakcyjnych i inspirujących. Dzieciom znacznie łatwiej będzie zapamiętywać treści przez ich poszatkowanie, podzielenie na maleńkie porcje – i przez zestawienia z podobnymi zagadnieniami. Ale najważniejsze jest to, że dostarczy rozrywki i rozbudzi ciekawość świata. To dobra inspiracja i zachęta do odkrywania świata – i jednocześnie zaproszenie do świata nauki jako do sposobu na przyjemne spędzanie czasu.

sobota, 11 kwietnia 2026

Britannica. Nowa encyklopedia dla dzieci w opracowaniu Christophera Lloyda

Kropka, Warszawa 2026.

Wszystko

To klasa sama w sobie i marka, której przedstawiać nikomu nie trzeba. To dowód, że dzieci mogą czytać encyklopedię i świetnie się przy tym bawić. I książka, która nie zestarzeje się wcale, będzie przez długi czas dorastać z dziećmi. Imponująca publikacja, która waży prawie dwa kilogramy (ta informacja znalazła się w blurbie – i bardzo dobrze, bo będzie to jedno z pierwszych pytań samych zainteresowanych) przynosi młodym odbiorcom całe mnóstwo ciekawostek posegregowanych na kilka dziedzin i zagadnień. Znalazło się tu osiem obszernych rozdziałów i na początku wydaje się, że autorzy skoncentrują się wyłącznie na Ziemi w kosmosie. Wyjście od tematu wszechświata nie dziwi – to dość częsty wybór w przypadku publikacji edukacyjnych dla najmłodszych. Tu oswojenie dzieci z odkryciami kosmicznymi ma na celu rozbudzenie w nich naukowej ciekawości i dociekliwości. Kiedy już wszystko, co odległe, stanie się jasne, przyjdzie czas na przyjrzenie się samej Ziemi. Punkt wyjścia to Wielki Wybuch, przedstawienie dzieciom tego, co mogą zobaczyć i czego nie mogą zobaczyć na niebie. Jednak obok wytworów natury będą tu też efekty pracy człowieka, między innymi rakiety, sondy kosmiczne i loty w kosmos – wszystko dla małych fanów eksplorowania wszechświata. Z kolei rozdział o Ziemi to okazja do sprawdzenia budowy planety, ale też do opowiedzenia o elementach ekologii (paliwa kopalne, pogoda i zmiany klimatyczne) czy historii o ukształtowaniu terenu. Rozdział „Materia” odnosi – bez nazywania tego – do fizyki i trochę chemii – i ten rozdział jeszcze przed konkretnymi lekcjami w szkole da dzieciom dobre pojęcie o podstawach funkcjonowania świata. To wiadomości, które przydadzą się w bardzo różnych okolicznościach, a do tego pozwolą na prowadzenie własnych obserwacji. Dwa kolejne rozdziały to „Życie” i „Ludzie” – analizy dotyczące między innymi roślinności czy życia pod wodą, ciała człowieka i kultury. Historia została podzielona na dwie części, pierwsza odnosi się do starożytności i średniowiecza w różnych kulturach i różnych częściach świata, druga – to czasy nowożytne i współczesne, uwzględnia ona nie tylko wielkie konflikty, ale też wielkie przełomy czy prawa człowieka i ich rozwój. Na sam koniec autorzy zostawili sobie temat „Dziś i jutro” – niezwykle szerokie zagadnienie, w którym mieszczą się i rozmaite wynalazki, i bolączki dzisiejszych czasów, a także – przyszłość cywilizacji.

W poszczególnych rozdziałach i ich częściach tekst zostaje podzielony na łatwo przyswajalne akapity – powtarzają się niektóre motywy, na przykład „Wiadome niewiadome” czy „Faktastycznie”, notki biograficzne albo wyliczenia – można tym tropem podążać, żeby nie nudzić się podziałem tematycznym, ale bardziej chodzi o urozmaicanie procesu lektury. Każdy motyw zyskuje tu imponujące ilustracje – wpływające na umiejętność zapamiętywania danych i jednocześnie będące ozdobą książki. Ta encyklopedia nie ma nic wspólnego z nudnymi hasłowymi dziełami – to prawdziwa przygoda, w której dostarczanie dzieciom wiadomości łączy się z rozrywką. Chętni mogą sprawdzić swoją pamięć dzięki quizom na końcu rozdziałów – ale trzeba będzie nie lada skupienia, żeby odpowiedzieć prawidłowo na wszystkie pytania, więc dzieci raczej zaczną od szukania odpowiedzi na kolejnych stronach. Do tego drobne wywiady czy wypowiedzi specjalistów z różnych dziedzin – to element, który może zachęcić najmłodszych do wyboru konkretnej drogi zawodowej.

„Britannica. Nowa encyklopedia dla dzieci w opracowaniu Christophera Lloyda” to dzieło imponujące nie tylko objętością – przede wszystkim przygotowaniem i opracowaniem tematów, wyborem ciekawostek – bo przecież mimo encyklopedycznych inspiracji nie da się wyczerpująco omówić każdego zagadnienia, nie chodzi o zamęczenie odbiorców, a o zaintrygowanie ich i o przekonanie, że nauka jest ciekawa. To zadziała doskonale – można mieć pewność, że dzieci, wyjątkowo zainteresowane jakimś tematem, będą chciały dalej pogłębiać wiedzę. Ta książka zaspokaja podstawową ciekawość. I wcale nie trzeba jej czytać od deski do deski, wystarczy korzystać z niej jak ze zbioru wyjaśnień i odpowiedzi na najdziwniejsze pytania. Oczywiście ta książka bije na głowę rozmaite edukacyjne publikacje – ale nie da się jej traktować jak zwykłego zbioru ciekawostek. To próba uchwycenia jak największej ilości tematów i wątków, porządkowanie ulotnego i podsuwanie najmłodszym zagadnień do poznawania. Encyklopedia, która cieszy – to właśnie otrzymają mali odbiorcy i długo nie będą chcieli się z tą książką rozstać.

środa, 1 kwietnia 2026

Johan Klungel: Zwierzaki cwaniaki. Jak to jest być krewetką, szklaną żabą czy mrówkojadem

Harperkids, Warszawa 2026.

Superbohaterowie

Większość książek dla maluchów ogranicza się do zestawu najbardziej rozpoznawalnych zwierząt. Przedstawiciele świata fauny są reprezentowani przez stworzenia swojskie i egzotyczne – ale takie, które dziecko szybko nauczy się kojarzyć. Johan Klungel w swojej edukacyjnej propozycji dla najmłodszych przełamuje ten schemat i wybiera pomysł, który zauroczy zwłaszcza maluchy z dużą wyobraźnią. „Zwierzaki cwaniaki. Jak to jest być krewetką, szklaną żabą czy mrówkojadem” to picture book, w którym odbiorcy mają się przekonać dokładnie o tym, co widnieje w podtytule. A autor uzyskuje to całkiem intrygująco.

Każda rozkładówka to jedno zwierzę – od wielkich i groźnych po malutkie i trudne do nazwania nawet przez dorosłych. Każde zwierzę to wielkoformatowy obrazek z podpisem (jedna strona) i zestaw obrazków oraz komiksowych dymków porozrzucanych na pozostałej części rozkładówki. I teraz dzieci poznają dziwne zwierzę: aksolotla, barciaka większego czy niesporczaka, obejrzą go sobie na obrazku, a potem dowiedzą się, jaką supermoc ma wybrane zwierzę – i co ludzie musieliby umieć, żeby dysponować podobną. Ciekawostki zwierzęce przekute na ludzkie umiejętności (albo właśnie nieumiejętności) to kwintesencja tej opowieści. Owszem, przewijają się tu czasami drobne informacje o samym zwierzęciu, jego dokonaniach i osiągnięciach – ale to niewiele w zestawieniu z wyliczeniami „cwaniakowatości”, jakiej ludzie nie osiągną, nawet gdyby bardzo chcieli. I ten sposób prezentowania zwierząt jest najlepszy – po pierwsze: wiadomości bardzo łatwo zapadają w pamięć, zabieg mnemotechniczny – odwołanie się do wyobraźni i przedstawienie sytuacji w przełożeniu na ludzkie możliwości – to coś, co sprzyja budowaniu sieci skojarzeń. Po drugie – książka jest bardzo zabawna, na pewno bardziej z perspektywy dzieci niż dorosłych (ogniste bąki jednego z bohaterów książki robią wrażenie). Po trzecie – nawet te dzieci, którym z czytaniem nie po drodze, dadzą się skusić dzięki niezwykłemu doborowi bohaterów i dzięki odpowiedniemu eksponowaniu „niepokornych” treści. „Zwierzaki cwaniaki” to książka, która obliczona jest na wzbudzenie zainteresowania maluchów – ale ma im pokazać, że czytanie to przyjemność i rozrywka, nawet jeśli wiąże się ze zdobywaniem wiedzy. To się bardzo dobrze udaje. Komiksowe rysunki przyciągają wzrok i oddalają naiwność, najmłodsi mogą poczuć się tu młodzieżowo – same zwierzęta też pochodzą spoza wyeksploatowanego do granic możliwości kanonu. Liczy się humor, dobra zabawa i poznawanie największych zagadek świata. Johan Klungel umiejętnie eksponuje co ciekawsze tematy, zajmuje się przedstawianiem przyrody z dystansem i tak, żeby zaintrygować małych odbiorców. Nie zmęczy nikogo, bo tekst sprowadzony jest do kilku podpisów – chmurek na rozkładówkach. Za to wiele razy będzie wyzwalać pytanie, jak to w ogóle możliwe i podziw dla niezmierzonej wyobraźni samej natury, która jest w stanie wyprodukować takie istoty. Dobrze by było, gdyby ten autor przedstawiał w taki sposób kolejne niezwykłe gatunki.

wtorek, 24 marca 2026

Lena Anlauf, Vitali Konstantinov: Genialne nosy. Osobliwy atlas zwierząt

Ezop, Warszawa 2026.

Talenty

„Genialne nosy. Osobliwy atlas zwierząt” to tytuł, który przyciągnie uwagę. Zwłaszcza że kiedy myśli się o nosach – nawet tych zwierzęcych – to najczęściej przychodzi na myśl jedynie wąchanie, niezbyt malownicza czynność, która na pewno nie nadaje się do tego, żeby zapełnić nią całą książkę. Tymczasem Lena Anlauf i Vitali Konstantinov sięgają do co ciekawszych gatunków zwierząt, żeby przyjrzeć się ich umiejętnościom i nietypowemu wyglądowi i dzięki temu zapewnić nie tylko dzieciom bardzo atrakcyjną lekturę. Cały tomik utrzymany jest w konwencji picture booka edukacyjnego, co oznacza, że będzie tu co oglądać, ale obrazki niosą w sobie ważne treści i pozwalają lepiej poznać egzotyczne gatunki. Do ilustracji dodane zostały – akapitowe przeważnie – komentarze, dzięki którym mali odbiorcy nie tylko poznają część odkryć oraz niespodzianek ze świata przyrody, ale też zapamiętają co bardziej fantazyjne rozwiązania w zakresie nosów.

Autorzy dzielą swoich bohaterów na kilka kategorii – są tu zwierzęta fruwające i przebywające w wodzie, te, które najchętniej siedzą pod ziemią, te, które wiszą na drzewach i te, które żyją na ziemi. Dla dociekliwych lub mniej skoncentrowanych – pojawi się tu jeszcze słowniczek, dzięki któremu szybko da się rozszyfrować co bardziej fachowe pojęcia. Zwierzęta prezentowane są według charakterystycznego i bardzo wygodnego w lekturze schematu: najpierw mamy do czynienia z wielkoformatowym rysunkiem przedstawiającym bohatera, z nazwą i przedstawicielami danego rodzaju. Na drugiej stronie widnieją już mniejsze obrazki pokazujące bohatera w akcji, podczas jedzenia, kopania, walki, wydalania, ucieczki, a czasem – chociaż bardzo rzadko – podczas współpracy z ludźmi. To jest też miejsce na obrazkowe dopowiedzenia ciekawostek i porównania. Teksty zostały podzielone na drobne i rzeczowe akapity i porozmieszczane tak, by zasugerować dzieciom istnienie bardzo małych ich porcji – w sam raz na jednorazową lekturę. Szybkie przeczytanie pozwoli przejść do kolejnej ciekawostki, wydzielonej graficznie, wyodrębnionej od pozostałych treści – dzieci nie muszą się zatem mierzyć ze znienawidzonymi blokami tekstów, a mogą zaspokajać ciekawość i podążać tropami autorów według własnego uznania i zainteresowań. Taki system nie jest niczym nowym, bazuje na nim większość picture booków edukacyjnych – warto jednak podkreślać jego znaczenie, bo ułatwia korzystanie z książki także tym dzieciom, które niespecjalnie pasjonują się czytaniem, a powinny ćwiczyć swoje umiejętności w tej dziedzinie. Podzielenie tekstu na drobne porcje sprzyja też zapamiętywaniu przedstawianych treści. Warto tu zaznaczyć, że wybrane zwierzęta są na tyle dziwaczne i egzotyczne, że z rzadka dzieci będą mogły je samodzielnie rozpoznać (tak stanie się przy słoniu i przy koali, a także przy świni. Ale już suhaki, mirungi czy dikdiki dla maluchów będą całkiem pasjonującym odkryciem – i przypomną, ile zwierząt jeszcze czeka na pojawienie się w historiach dla najmłodszych. Jest to tomik bardzo udany, starannie opracowany i zestawiający ciekawostki, które faktycznie spodobają się najmłodszym odbiorcom – można zatem mieć pewność, że dziecko nie odłoży lektury zbyt szybko, a zechce wkraczać w świat zwierząt.

czwartek, 12 marca 2026

Feluś i Gucio poznają cyferki

Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.

Układanka

Z takim zestawem poznawanie cyfr już nikomu niestraszne. Drewniane pudełko, a w środku… 46 puzzli ze sklejki – to coś w sam raz dla maluchów, które muszą opanować sztukę liczenia i chcą w tym celu wykorzystywać ciekawe zabawki edukacyjne. Do tego Feluś i Gucio, czyli chłopiec i jego pluszowy miś – para, która już niejeden raz przedstawiała maluchom to wszystko, co w najbliższym otoczeniu ważne. Wykorzystanie lubianych bohaterów byłoby nawet niepotrzebne (chociaż sprawdzą się jako wabik dla fanów cyklu), bo największą radość zapewnią najmłodszym odbiorcom same puzzle.

Cyfry od 0 do 9 zostały tu przedstawione dzięki układankom. Kolejne puzzlowe cyfry mają swoje tematy: piłki, samochody czy klocki, w dodatku na tłach o konkretnym kolorze, tak, żeby nie było wątpliwości, który element należy do którego zestawu. Puzzle układają się w graficzne cyfry (każda złożona z tylu elementów, ile reprezentuje, można zatem odliczać poszczególne klocki). Jakby tego było mało, pojawia się jeszcze zróżnicowanie wielkości: od najmniejszej jedynki, do największej dziewiątki. To również temat, który da się wykorzystać we wprowadzaniu w tajniki matematyki.

Korzystać z tego zestawu można na wiele różnych sposobów. Z jednej strony to zwyczajne układanie puzzli – sięganie po odpowiednie kształty i dopasowywanie ich do siebie. Zabawa, jaką zna każdy maluch, do tego – zabezpieczona przed zniszczeniem, bo drewniane puzzle są bardziej trwałe niż tekturowe, a wielkość i kształt sprawia, że łatwiej się nimi posługiwać najmłodszym (ćwiczenie małej motoryki: kolejny atut zabawki). Z drugiej strony – można tu układać zbiory (wybierać wszystkie piłki czy klocki), kojarzyć tła albo kolory przedmiotów, wymyślać kolejne polecenia i zadania w oparciu o dostarczony zestaw. Ważne jest też to, że w zabawie może uczestniczyć jedno dziecko, ale równie dobrze zestaw sprawdzi się podzielony między kilka maluchów.

Jest to zabawka bardzo estetycznie wykonana, dobrze wymyślona i przygotowana tak, żeby nie znudziła się dzieciom zbyt szybko. Ponieważ ma wspierać naukę liczenia, nie rozprasza się tutaj dzieci za sprawą natłoku przedmiotów czy barw, za to tematy ilustracji odwołują się do tego, co ważne dla Felusia i Gucia – oraz ich odbiorców docelowych. Puzzle do nauki liczenia to strzał w dziesiątkę. „Feluś i Gucio poznają cyferki” to połączenie mnemotechnicznych zajęć z prostotą pomysłu – najskuteczniejszy sposób na przekonanie dzieci, że matematyka jest zabawą i nie będzie się kojarzyć z męczarniami. Takie wprowadzenie do nauki liczenia spodoba się najmłodszym i błyskawicznie wzbudzi zainteresowanie. Każdy przecież chce się pobawić klockami, które łączą się, tworząc ciekawe zestawy obrazków. W tych puzzlach cieszy jednak nie tylko aspekt edukacyjny, ale i sam stopień dbałości o szczegóły, przygotowanie, które nie pozostawia nic przypadkowi. A po skończonej zabawie wystarczy wszystko zamknąć z powrotem w pudełku z przesuwaną górą.

niedziela, 8 marca 2026

Tomek i przyjaciele. Gwiazda nocnika!

Harperkids, Warszawa 2026.

Ćwiczenia

Właściwie trudno sobie wyobrazić ćwiczenia, które może zaproponować lokomotywa Tomek, żeby nakłonić maluchy do korzystania z nocnika. Ale wsparcie rodziców w pracy edukacyjnej pojawia się w ramach gadżetowej publikacji. „Gwiazda nocnika! Zabawy i zadania z naklejkami” to mocno motywacyjna książeczka, dzięki której dzieci przekonają się, jakie korzyści będą płynąć ze zmiany dotychczasowych zachowań. I tak po kolei dzieci mają się nauczyć, jak samodzielnie opuszczać i naciągać majtki, jak przerywać zabawę, żeby skorzystać z nocnika, jak na tym nocniku siedzieć (i po co), a także – jak wycierać pupę i jak myć ręce po wszystkim (można przy tym zrobić dużo piany, żeby było weselej). Nie ma tu wyjaśnień szczegółowych, raczej – wyznaczane są kolejne zadania. Jeśli dziecko będzie już miało opanowaną kolejną umiejętność, może w nagrodę uzyskać naklejkową gwiazdkę – umieszczenie jej w odpowiednim miejscu na stronie to jak odznaka, o którą warto powalczyć. Gdzie w tym wszystkim Tomek i przyjaciele? Pełnią rolę dyskretnych trenerów, którzy dopingują wszystkich. Wprawdzie lokomotywy nie muszą korzystać z toalety, ale już temat przyspieszania lub powstrzymywania czegoś jest im bliski i mogą podzielić się z odbiorcami tymi doświadczeniami. Lokomotywy pojawiają się także po to, żeby zapewnić najmłodszym szereg łamigłówkowych wyzwań – znajdą się w książeczce proste zadania dla kilkulatków, tak, żeby nie tylko koncentrować się na toaletowych i nocnikowych zachowaniach, ale też żeby pobawić się podczas lektury w coś nietypowego – to może być propozycja dla dzieci, które potrzebują wielu bodźców i szybko się nudzą. Zatrzymuje się ich uwagę raz zabawą w wybieranie najpiękniejszego nocnika, raz – szukaniem naklejek z konkretnymi minami dla bohaterów książki. Za to w tematach nocnikowych najwięcej jest sylwetek dzieci – zdjęcia maluchów na nocnikach – albo w triumfalnych pozach – mają zachęcać do aktywnego wprowadzania nowych zwyczajów.

Oczywiście, że jest to publikacja naiwna i kierowana do określonej grupy odbiorców, oczywiście wśród dorosłych może wyzwalać rozmaite emocje – ale liczy się efekt, a jeśli rodzice w ten sposób, dzięki bohaterom z lubianej przez dzieci bajki uzyskają wsparcie w dążeniu do odzwyczajania malucha od pieluch – to można się tylko cieszyć. Każde dziecko dzięki tej publikacji może poczuć się docenione, kiedy osiągnie kolejny poziom umiejętności, każde też może się dowiedzieć, do czego ma dążyć i czego się od niego oczekuje. Tu nie ma mowy o poszukiwaniu historyjek koncentrujących się wokół jasno określonego tematu, najważniejsze jest nagradzanie za postępy – i wzbudzanie chęci do czynienia tych postępów. „Gwiazda nocnika” to wykorzystywanie bohaterów znanych i lubianych powszechnie do celów wychowawczych – a to może się sprawdzić.

czwartek, 5 marca 2026

Kształty

Harperkids, Warszawa 2026.

Układanka

Grube kartonowe strony to doskonałe miejsce do ćwiczeń motorycznych. W kolejnych rozkładówkach tomu „Kształty” zostały wycięte konkretne pola – proste figury geometryczne (czasem takie, które dziecko potrafi nazwać, jak koło czy trójkąt, czasem trochę bardziej skomplikowane, jak pięciokąt). Składnikiem książki jest także zestaw filcowych ilustracji – to znaczy ilustracji nadrukowanych na grubym kawałku filcu. Trzeba je powyciskać z „kartki”, na której się znajdują, a następnie dopasowywać do narracji na kolejnych stronach – wkładać w odpowiednie wycięcia. I można tu przyjąć dowolny system: albo kierować się tym, co ma się znaleźć na obrazku (a co zostało podpowiedziane w narracji), albo postawić na przypadek i wyszukiwać elementy wyłącznie po kształtach, żeby wprowadzić trochę niespodzianek i zaskoczeń do książeczki.

„Kształty” to książka, która przyzwyczaja najmłodszych do charakterystycznych figur – i pozwala dzieciom rozwinąć umiejętności w zakresie geometrii przez świetną zabawę. Wycięte w stronach figury mają pod spodem wypełnienie – filcowe i mocno barwne, tak, że charakterystyczny kształt łatwo zapadnie dziecku w pamięć i będzie się kojarzył z konkretną nazwą podaną bezpośrednio w tekście. Do tego dojdzie jeszcze mnemotechnika związana z umieszczaniem odpowiednich obrazków na odpowiednich miejscach – dzieci zbudują sieć skojarzeń przez prostą zabawę. „Kształty” to gra, która się nie kończy – po skończeniu pracy można pozbierać obrazki i schować w odpowiednim miejscu w książce, żeby następnego dnia przystąpić do wypełniania stron po raz kolejny. Filcowe elementy są bezpieczne i przyjemne w dotyku, zresztą podobnie jak zagłębienia o określonych kształtach w kolejnych rozkładówkach – dzieci wykorzystywać będą nie tylko wzrok, ale i zmysł dotyku. Ta książeczka aż prosi się o to, żeby wodzić palcami po jej krawędziach i po wycinanych figurach, a kontrast między tekturowymi stronami i filcowymi obrazkami będzie dla dzieci co najmniej zaskakujący. Każda strona to akapitowa scenka z życia zwierzęcych bohaterów: tygrysy i krokodyl robią ciasteczka, kot, msz i żyrafa budują wieżę z klocków – każdy jest czymś zajęty, a kształty odgrywają ważną rolę w jego działaniach. Ilustracja zajmuje większą część strony – można się jej przyjrzeć i wskazywać poszczególne przedmioty lub określać ich kształty. Pod ilustracją znajduje się informacja o tym, jak nazywa się wybrany kształt (i jakiemu przedmiotowi w domu odpowiada), a także proste ćwiczenie związane z rozpoznawaniem nowego kształtu. Jest tu oczywiście miejsce na wprowadzenie filcowych obrazków – a podpisy pod nimi przypominają dzieciom charakterystyczne i warte zapamiętania nazwy. Jest to zatem książeczka edukacyjna, która dostarcza najmłodszym całkiem sporo zabawy i dobrze przygotowuje dzieci na szkolne lekcje. Można wykorzystywać ją jako pomoc dydaktyczną, ale znacznie lepiej sprawdzi się po prostu jako zabawka.

sobota, 28 lutego 2026

Sandra Grimm: Dlaczego się kłócimy?

Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.

Spory

Druga książka w serii, która podbija polski rynek, pozwala zrozumieć najmłodszym „Dlaczego się kłócimy”. Sandra Grimm i Lena Ellermann postawiły na analizowanie relacji międzyludzkich, ale w tym mniej empatycznym wymiarze. Chociaż dzieci często słyszą od dorosłych, że nie powinny się kłócić, że muszą ustępować, albo że złość nie jest pożądanym uczuciem, nie da się uniknąć sporów, czasami w całkiem błahych sytuacjach. Chodzi więc o to, żeby mali odbiorcy lepiej poznali siebie i zrozumieli, skąd biorą się negatywne emocje, a także – jak sobie z nimi radzić. „Dlaczego się kłócimy” to tomik, który stanowi celną i precyzyjną analizę niektórych zachowań i to bez podziału na wiek – bo dorośli też się kłócą, tyle tylko że przeważnie o inne rzeczy niż najmłodsi. W sporach dorosłych może uczestniczyć sąd albo policja, w sporach dzieci przeważnie mediują nauczyciele albo rodzice – chociaż znacznie łatwiej jest po prostu samodzielnie dojść do porozumienia, co wcale nie jest takie trudne, kiedy zrozumie się powody niektórych postaw.

Sandra Grimm pokazuje odbiorcom, że często agresywne reakcje płynąć mogą z przemęczenia, głodu albo innych trudnych doświadczeń w ciągu dnia: jeśli ktoś przez cały czas zmagał się z hałasem, będzie bardziej przeczulony na muzyczne ćwiczenia wieczorem. To pokazuje dzieciom, że często gniew i kłótnie biorą się z zupełnie innych źródeł niż sądzi się na początku. A skoro tak – łatwiej wybaczyć i łatwiej zaproponować inne rozwiązanie, satysfakcjonujące obie zwaśnione strony. W „Dlaczego się kłócimy” będzie mowa o tym, co wolno, a czego nie wolno robić podczas kłótni – autorki wręcz zachęcają dzieci do aktywnego, fizycznego wyrzucenia z siebie złości za pomocą boksowania poduszki albo krzyku, ale w samotności, z dala od innych. Podkreślają, że nie wolno robić innym krzywdy i przypominają, jakie zachowania są niedozwolone, niezależnie od siły złości, która napędza całą sytuację. „Dlaczego się kłócimy” to książka, dzięki której o wiele łatwiej jest zrozumieć własne zachowania i która wyczula na postawy drugiego człowieka w konkretnych okolicznościach. Sandra Grimm podpowiada, jak w zabawny sposób przeprosić – co zrobić, żeby nie było to stereotypowe i często wymuszone podanie ręki na zgodę. Te narracje pokazują, jak zapobiegać kłótniom, a także – jak powinien wyglądać konflikt idealny, chociaż autorki doskonale wiedzą, że coś takiego nie istnieje. Żeby przybliżać dzieciom konkrety, a nie tylko abstrakcyjne pojęcia, wstawiają do narracji wiele drobnych scenek z kłótniami w tle – i dzięki temu mogą łatwiej nawiązywać porozumienie. Wszystko sprowadza się do samoświadomości i umiejętności przeczekania największego wyrzutu złości – i chociaż to w wykonaniu kilkulatków wydaje się wręcz niemożliwe, jest szansa, że lektura zasugeruje sposoby postępowania, które przynajmniej warto wypróbować. „Dlaczego się kłócimy” to tomik, który w ciekawy i atrakcyjny dla dzieci sposób (mnóstwo rysunków i krótkie, hasłowe komentarze) uwidacznia sedno międzyludzkich konfliktów i pomaga wypracować porozumienie. Nie jest to lektura czysto rozrywkowa – stawia się tu na wychowywanie dzieci i na podsuwanie im narzędzi do panowania nad emocjami.