* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty

piątek, 31 lipca 2026

Marisa Meltzer: It girl. Historia Jane Birkin

Marginesy, Warszawa 2026.

Przyjazd

Marisa Meltzer przyznaje, że najbardziej interesuje ją wszystko, co francuskie. I z tego frankofilskiego punktu wyjścia dociera do pomysłu na biografię Jane Birkin, a właściwie nie tyle na biografię jako rejestr wydarzeń z życia znanej postaci co na zestaw ciekawostek i anegdot składających się na wyjątkowy portret. Jane Birkin jest interesująca wtedy, kiedy sama kreuje rzeczywistość wokół siebie, kiedy buduje własną legendę i kiedy szuka pomysłu na siebie – przekonując otoczenie, że wcale nie udaje. „It girl. Historia Jane Birkin” to zatem książka dla fanów artystki, ale też dla wszystkich zainteresowanych różnymi aspektami funkcjonowania jej w kontekście społeczno-obyczajowym i na pograniczu dwóch kultur. Jane Birkin jako Brytyjka – czy bardziej precyzyjnie, Angielka – w zasadzie nie byłaby interesująca. Ale połączenie autokreacji z możliwościami, jakie zapewnia Francja to już coś innego – i na tym właśnie koncentruje się Marisa Meltzer, kiedy chce zaskoczyć czytelników przenikliwym i intrygującym wizerunkiem.

Interesuje ją Jane Birkin jako ikona mody i stylu – bez względu na historię, jaką po sobie postawiła. Nie przez przypadek startuje ta opowieść od modelu torebki nazwanej „birkin” – przez długi czas autorka podąża z swoją bohaterką, odnotowując koszyki, które ta nosi (i ich zawartość). Zdarza się komentowanie strojów, w tym tych najbardziej wyzywających czy odważnych – fryzury i makijażu na różnych etapach życia. To sposób Meltzer na prezentowanie metamorfoz u Birkin. O uwagę czytelników walczy też Meltzer za sprawą relacji towarzyskich i życia uczuciowego Jane. Bohaterka jest tu obserwowana w kolejnych małżeństwach, szuka się typowego dla niej schematu w poszukiwaniu partnera – Birkin nie potrafi żyć jako singielka, musi zawsze przebywać w pobliżu kogoś silniejszego, a to oznacza, że chociaż sama traktowana jest jako ikona, w życiu prywatnym nie potrafi zdobyć się na odwagę decydowania o sobie. Kontrapunktem dla tego wizerunku stają się wszelkiego rodzaju odejścia od rutyny i od powszechnie przyjętych zasad prowadzenia domu. Jet tu Jane Birkin imprezowiczka, której rytm dobowy daleki jest od zwyczajów matek. Ale jest też kobieta, w której córki mogą znaleźć oparcie. Marisa Meltzer czasami odwołuje się do pracy twórczej – tym chętniej, im bardziej powiązana jest ona z kolejnymi mężczyznami w życiu Birkin – częściej jednak szuka przepisu na Birkin w jej życiu osobistym i relacji z najbliższymi. To intymny portret pozbawiony szablonowości i wpasowywania się w panujące zwyczaje – Jane Birkin została tu uchwycona jako postać wyjątkowa i odważna, wolna od jakichkolwiek ograniczeń. Jest ta książka ciekawie napisana, tak, żeby czytelnicy mogli wypracować sobie wizerunek Jane Birkin daleki od encyklopedycznych notatek i suchych, schematycznych biograficznych treści. To książka, która tętni życiem, kipi od emocji i pozwala zaprzyjaźnić się z bohaterką. Nie da się oderwać od tego tomu – tu najbardziej liczy się możliwość podglądania Jane Birkin w jej życiowych wyborach i decyzjach niekoniecznie popularnych, za to bronionych do końca. „It girl” to także pokazanie czytelnikom, że można stworzyć nieszablonową opowieść o ikonie.

czwartek, 30 lipca 2026

Agnieszka Krawczyk: W cztery strony szczęścia

Wydawnictwo Literackie, Kraków 2026.

Vintage

Nie ma szczęścia bez konieczności walki o własne marzenia, nie ma szans na spełnienie, kiedy realizuje się wyłącznie oczekiwania innych. W Klubie Dobrych Przyjaciół to właśnie Agnieszka Krawczyk próbuje czytelniczkom przekazać. Pierwszy tom nowej serii – „W cztery strony szczęścia” to propozycja dla wszystkich, którzy lubią odchodzenie od rutyny na rzecz znalezienia własnego miejsca na świecie. Akcja toczy się tu w Krakowie i można tę książkę potraktować wręcz jako przewodnik po klimatycznych miejscach cenionych przez bohaterów. Nie może być inaczej, skoro dwaj bracia – Marcel i Nikodem – prowadzą podkast o mrocznych i tajemniczych zakątkach Krakowa. Realizują się w ten sposób, biorą udział w konkursach dla internetowych twórców i mogą znajdować czas na własne pasje – na przykład prowadzenie sklepu ze starymi płytami. Jeden z braci jest odludkiem i introwertykiem, niespecjalnie chce zmieniać się dla kogokolwiek – i może właśnie dlatego wciąż jest sam. Sytuacja jednak zmienia się, gdy musi zacząć działać w obronie własnych pomysłów – i dla dobra bliskich. Agnieszka Krawczyk w zasadzie od razu wstrzela czytelników w sedno wydarzeń: rozpoczyna się od małego trzęsienia ziemi, bo lokalny hotelarz, u którego bracia kręcili odcinek o nawiedzonych miejscach, na początku cieszył się z rozgłosu, a później zaczął grozić pozwem i zniszczeniem podkastu. Z pieniaczami trzeba działać ostrożnie, a jednocześnie nie wolno dopuścić do eskalacji żądań. Na szczęście w pobliżu czuwa pani Jola, bibliotekarka, która niejedno wiedziała i często służy pomocą przy gromadzeniu ciekawostek o Krakowie. To ona zna Sandrę, znakomitą prawniczkę, która w podobnych sytuacjach nie traci głowy – wie, jak działać, żeby nie doprowadzić do najgorszego. Sandra z kolei przyjaźni się z Niną – kobietą po dramatycznym rozstaniu z niewiernym partnerem. Piątka bohaterów będzie działać razem – i to twórczo. Trzeba bowiem wymyślić konkursowe nagranie, a do tego może się przydać tajemnicza szkatułka z pierścionkiem znaleziona na targu staroci. Nikodem i Marcel chcieliby przedstawić śledztwo w jak najbardziej intrygujący dla swoich odbiorców sposób – ale nie ulega wątpliwości, że mają na głowach zupełnie inne tematy.

„W cztery strony szczęścia” to kilka historii splecionych w jedną. Agnieszka Krawczyk wprawdzie sięga tu po nowe media i zainteresowania, których do tej pory w obyczajówkach raczej nie można było znaleźć, ale w gruncie rzeczy pozostaje bardzo staroświecka, zagląda do miejsc, które wcale nie kojarzą się z postępem i codziennym pośpiechem, raczej – pozwalają odetchnąć i obudzić tęsknotę za przeszłością. Doskonale czuje się w sklepach z odzieżą używaną i w bibliotece, przekonuje swoich czytelników, żeby docenili zarówno urok starych książek i ubrań w świetnym gatunku, jak i miejsc przynoszących wytchnienie. Dzięki temu może wprowadzać do egzystencji bohaterów dość burzliwe sytuacje. To jest książka o poszukiwaniu szczęścia i o odzyskiwaniu równowagi duchowej czy uczuciowej dzięki odpowiedniemu towarzystwu i zajęciom, które wymuszają kreatywność. Sporo w niej informacji o krakowskich zaułkach, a autorka zadbała o to, żeby czytelnicy mieli komu kibicować. Jest w tej powieści miejsce na oddech, jest też zestaw życiowych dramatów, które prowadzą w nieoczekiwanych kierunkach – jak zwykle Agnieszka Krawczyk dostarcza odbiorcom wielu urozmaiconych wrażeń.

środa, 29 lipca 2026

Łukasz Modelski: Paprykarz z prodiża. Dzieciństwo w kuchni PRL

Mando, Kraków 2026.

Smaki

Akurat „Paprykarza z prodiża” raczej nikt z dorastających w PRL-u kojarzyć nie będzie, ale aliteracja w tytule ma po prostu przyciągać uwagę wszystkich poszukujących ciekawych smaków – lub tych, którzy kierują się sentymentem do minionych czasów. Łukasz Modelski tworzy esej, który – przesycony fotografiami z przeszłości – ma pokazywać nie tylko kulinarne przyzwyczajenia Polaków z drugiej połowy XX wieku, ale też zestaw możliwości i ograniczeń, z jakimi mierzyli się wszyscy. Łukasz Modelski przeprowadza czytelników przez różne posiłki (i różne okoliczności ich spożywania). Sprawdza między innymi, co zapamiętały dzieci z przysmaków, które mogły kupić za niewielkie kieszonkowe, ale interesuje go też między innymi, jak świętowano, co można było znaleźć w barach mlecznych, które fragmenty znanych filmów wiązały się z satyrycznym odzwierciedleniem rzeczywistości, jak rozwiązywało się problemy z brakami na rynku, a nawet – co pojawiało się w książkach kucharskich. Przez tematy przechodzi płynnie, prezentując kolejne odkrycia i przystanki w dążeniu do przypominania smaków. Prodiż pojawia się przede wszystkim jako narzędzie do pieczenia ciast, ale zyskuje też nietypowe porównania – i kojarzy się z rodzinnymi spotkaniami. Nawet opakowania kolejnych produktów spożywczych mają tu znaczenie i przynoszą konkretne wspomnienia. W zasadzie każdy z tych tematów, które autor porusza, nadawałyby się na duży, rozbudowany rozdział pracy popularnonaukowej – ale tak naprawdę Modelskiemu zależy raczej przede wszystkim na nawiązaniu porozumienia z odbiorcami. To książka bazująca na sentymentach i na wspólnocie doświadczeń – wielu odbiorców znajdzie tutaj swoje ulubione smaki i motywy, wielu zastanowi się, dlaczego nie pojawiło się coś dla nich istotnego – albo powraca tylko na marginesie. Bo wybór siłą rzeczy musi być subiektywny, przynajmniej w niektórych zagadnieniach. Łukasz Modelski stara się do tematu jedzenia podchodzić kompleksowo. Interesują go oryginalne smaki, produkty, które w mrokach dziejów zniknęły, „dziwne” pomysły i odkrycia i cała kultura przygotowywania posiłków. Przypomina, czym delektowali się kiedyś najmłodsi – i co kompletnie im obrzydło na przykład przez szkolne stołówki. Naświetla też rozbieżności między posiłkami przygotowywanymi w domu i tymi samymi daniami, które można było kupić. To wszystko dla odbiorców, którzy w PRL się wychowywali – albo dla tych, którzy chcieliby zrozumieć starsze pokolenie i pojąć sens niektórych przynajmniej ich wspomnień.

Jest to książka wielowymiarowa, znajdą się w niej ciekawostki w rodzaju maszyny do sprawdzania jajek – ale to przede wszystkim opowieść o ludziach, którzy musieli stawiać czoło licznym wyzwaniom. Od czasu do czasu konkretne danie lub napój staje się punktem wyjścia do rozmaitych gier, zabaw czy spotkań – i to również autor odnotowuje, w efekcie uzyskując książkę wypełnioną ciekawostkami społecznymi i obyczajowymi. Jest to publikacja, obok której dzieci PRL-u nie przejdą obojętnie – i właśnie w tym celu stworzona. Autor nie będzie bowiem dążył do skompletowania wszystkich smaków PRL-u – ale znajduje ich naprawdę dużo i równie dużo odniesień pozakulinarnych dla nich ma w zanadrzu. Przypomni czytelnikom parę tematów, które z pewnością zasługują na ocalenie i na opowiadanie o nich młodszym pokoleniom.

wtorek, 28 lipca 2026

Fredrik Backman: Moi przyjaciele

Marginesy, Warszawa 2026.

Młodość

Tu nie ma dobrych scenariuszy. Louisa za moment się o tym dowie. Dziewczyna niedługo skończy osiemnaście lat i wie już, że życie nie układa się tak, jakby się chciało. Straciła najlepszą przyjaciółkę i jedyną osobę, która dodawała jej sił w walce z całym światem. Teraz została jej tylko sztuka. Louisa musi znaleźć na wystawie pewien obraz: dzieło sztuki, które towarzyszyło jej w najtrudniejszych chwilach. Louisa ma jego reprodukcję na pocztówce – i wydaje jej się, że rozumie ten obraz jak nikt inny. Zakrada się zatem do miejsca, w którym będzie mogła poznać wszystkie detale, niedostrzegalne w maleńkiej kopii. Oczywiście że wpada przy tym w tarapaty. Ale dzięki temu pozna pewnego bezdomnego, który naświetli jej właściwe podejście do sztuki i pozwoli zrozumieć, co w życiu naprawdę się liczy. Louisa to dziewczyna, która przyciąga kłopoty. Podobnie jak grupa nastolatków dwie dekady wcześniej. Trzech chłopaków potrzebuje siebie nawzajem. Joar próbuje chronić siebie i mamę przed wiecznie pijanym i awanturującym się ojcem. Ted chciałby ocalić wszystkich, zwłaszcza tych, dzięki którym nie czuje się tak bardzo wyobcowany. A artysta… artysta potrzebuje ochrony przed sobą samym – dopóki nie zrozumie, co daje mu wytchnienie, będzie ciągle w niebezpieczeństwie, jakie przynosi mu własna głowa. Do tych trzech chłopaków w pewnym momencie dołącza Ali – równie jak oni pogubiona nastolatka, która potrafi się bić i stale wpada w kłopoty. Louisa szybko się dowie, że na jej drodze stanął artysta. Ale żeby poznać historię obrazu, przyjaźni i nastolatków sprzed dwudziestu lat, potrzebuje towarzystwa Teda – najbardziej oddanego artyście człowieka. To z Tedem wyrusza w podróż pozornie bez celu, a dla zabicia czasu wypytuje go o szczegóły z dawnych przygód. Dzięki temu najlepiej zrozumie obraz – który i tak zna doskonale. A do tego wciągnie się w opowieści i w doświadczenia nieznanych jej dotąd ludzi.

Ale Fredrik Backman nie zamierza mamić czytelników wizją sielskiej młodości. Ta młodość, bez względu na to, którego z przyjaciół dotyczy, jest pełna trudów i wyzwań. Oczywiście zdarzają się lekkie momenty, w których atmosferę rozładowuje puszczenie bąka i śmiech tak głośny, że słychać go nawet pod wodą. Ale znacznie częściej proza życia przytłacza, a rzeczywistość zmusza do podejmowania bardzo skomplikowanych decyzji. Z jednej strony jest tu odkrywanie tego, co w młodości najpiękniejsze. Pojawiają się wyjątkowo silne uczucia i radości przyćmiewające wszystko – a obok tego strach, z którym nie można sobie poradzić i z którego nie da się zwierzyć nawet najbliższym. Przyjaciołom jednak nie trzeba wiele tłumaczyć: sami widzą najlepiej i odpowiednio – w miarę własnych możliwości – reagują. Autor wypełnia tom kolejnymi dramatami, o których wiedzą tylko nieliczni. A Louisa przeżywa wszystko na nowo, zupełnie jakby była nie tylko biernym słuchaczem historii z przeszłości, a bezpośrednim świadkiem wydarzeń. „Moi przyjaciele” to powieść, w której Fredrik Backman po raz kolejny udowadnia, jak dobrze rozumie siłę fabuł – wplata do książki wiele historii, które w takim samym stopniu będą chwytać odbiorców za serce i uświadamiać im, że pewne emocje się nie zmieniają mimo upływu czasu. Jest to książka, w której teraźniejszość konkuruje pod względem przeżyć z przeszłością – i na pewno pozostawi w czytelnikach ślad.

poniedziałek, 27 lipca 2026

Agata Matraś: Mamo, tato, mów do mnie. Mój dzień

Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.

Rozmowy

Pojawia się w Naszej Księgarni kolejna seria picture booków, która cieszyć się będzie dużym powodzeniem wśród dzieci i ich rodziców. Mamo, tato, mów do mnie to zachęta do wspólnych zabaw nad książką – oglądania stron i komentowania tego, co dzieje się na ilustracjach. Tyle że tym razem to dorośli mają przy wieczornej lekturze opowiadać dzieciom, co zaobserwowali na obrazkach. Postępy najmłodszych mogą kontrolować, wciągając ich w zabawy i w rozmowy na temat lubianych bohaterów. Agata Matraś w tomie „Mój dzień” otwierającym tę serię wyjaśnia użytkownikom, czego się od nich oczekuje – ale jeśli dorośli zajmowali się już lekturą wspólnie ze swoimi pociechami, nie powinni mieć większych problemów z wyzwaniem. Gdyby stało się inaczej, mogą korzystać z podpowiedzi na marginesach – co nazywać, czego szukać, na co zwracać uwagę i właściwie co z tym wszystkim robić.

Pierwsza rozkładówka to przyjrzenie się bohaterom, prezentacja ich i przestrzeni, w jaką teraz zostaną wrzuceni odbiorcy. Tym razem mamy do czynienia z wielopokoleniową rodziną. Mama, tata, dziadek, troje dzieci i trzy łobuzersko nastawione koty – zapewniają w domu gwar i ruch, a do tego mnóstwo zadań do prześledzenia. Jedna z rozkładówek przedstawia rodzinny dom w przekroju i z nazwaniem kolejnych pomieszczeń – można więc od razu się rozgościć i poczuć swojsko. Później już autorka zabiera czytelników do poszczególnych pomieszczeń (a czasami wysyła do zupełnie innych, pozadomowych przestrzeni gęsto zaludnianych). Będzie tu wiele kolorów i wiele tematów do zaobserwowania, Agata Matraś posługuje się też bardzo chętnie humorem – i zwłaszcza tu przydadzą jej się psotne koty, żeby ucieszyć małych odbiorców.

Każda rozkładówka zyskuje też tekstowe wprowadzenie. Dorośli – narratorzy – będą mieli zatem podpowiedź dotyczącą akcji i kierunku opowiadania. W drobnym tekście znajdą wskazówki na temat czasu czy rodzajów działań w domu – i to punkt wyjścia, który w zupełności wystarczy do samodzielnego omawiania postaw różnych domowników. Dzieci oczywiście mogą się włączyć do komentowania wydarzeń lub do zadawania pytań dotyczących kolejnych zaobserwowanych czynności. Da się też wykorzystywać rozkładówki po prostu jako wyszukiwanki dla najmłodszych – zadania do wykonania, kiedy znudzi się już przedstawianie obrazków słowami.

Kartonowy picture book kusi swojskością – czyli nawiązaniami do sytuacji, które dzieci znać będą z własnego doświadczenia i z własnego otoczenia. Ale jest też wypełniony dodatkowymi atrakcyjnymi motywami – zwłaszcza obecność zwierząt w domu nie pozwoli przejść obojętnie nad książką. W tej rodzinie dzieje się dużo, nawet jeśli chodzi tylko o codzienną rutynę. Agata Matraś wie, jak przyciągnąć dzieci do tej książki. A ponieważ tym razem praca kilkulatków została sprytnie zamaskowana, znacznie łatwiej może pójść przekonywanie maluchów, żeby zaangażowały się z rodzicami w oglądanie kolejnych stron. Kolorowy chaos i prawdziwość (chociaż bajkowa) to czynniki przykuwające wzrok – warto tu podkreślić, że nie jest to dom idealnie uporządkowany, wszędzie widać ślady tego, że ktoś tam mieszka – i chociaż bałagan można czasami zrzucić na koty, nie da się ukryć, że w dziecięcym pokoju zabawki znajdują się w każdym wolnym miejscu. I wynajdowanie takich smaczków powinno spodobać się najmłodszym odbiorcom.

niedziela, 26 lipca 2026

Arvind Narayanan, Sayash Kapoor: Sztuczna inteligencja. Złudne obietnice, realne możliwości

bo.wiem, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2026.

Pułapki

Na rynku zaroiło się od publikacji przedstawiających sztuczną inteligencję – dla różnych grup odbiorców. Ci posługujący się AI w konkretnych zadaniach w pracy otrzymują już wręcz specjalistyczne poradniki pozwalające na rozeznanie w przydatnych narzędziach, z kolei szukający ciekawostek i zasad działania czy zastosowań będą mogli skorzystać z popularnonaukowych książek przedstawiających sztuczną inteligencję bez angażowania się w kwestie informatyki, algorytmów czy mocy obliczeniowej komputerów. W tomie „Sztuczna inteligencja. Złudne obietnice, realne możliwości” Arvind Narayanan i Sayash Kapoor decydują się wręcz na spersonifikowanie algorytmu – to algorytm coś robi, podstawy od strony programistów nie mają dla odbiorców tej książki żadnego znaczenia. Wystarczy, że o czymś decyduje algorytm – to uproszczenie, które jest potrzebne, żeby móc w ogóle zastosować szeroką perspektywę i odnieść się do działalności sztucznej inteligencji bez zagłębiania się w jakąkolwiek dziedzinę, w której już zostaje na dużą skalę wykorzystywana. Co ciekawe, chociaż autorzy deklarują obiektywizm badawczy, nietrudno się zorientować, że ich książka staje się raczej przestrogą przed nadmiernym zaufaniem wytworom AI. Nie będzie tu bezpośredniego zniechęcania ani siania paniki, ale „Sztuczna inteligencja” to tom w najlepszym razie sceptyczny wobec postępu informatycznego. Autorzy wiedzą świetnie, że nie ma powrotu z tej drogi – i świat bez AI już nie da rady funkcjonować – ale w związku z tym wolą zachęcać czytelników do krytycznego podejścia zamiast ślepej wiary w efekty. Stawiają na naświetlanie wad i pułapek predykcyjnej i generatywnej AI i liczą na to, że uda im się zaszczepić w czytelnikach co najmniej niechęć do nadużywania sztucznej inteligencji w różnych dziedzinach życia.

Oznacza to, że będą się koncentrować przede wszystkim na sytuacjach, w których AI popełnia błędy (nie przyglądając się tu roli człowieka): podkreślają momenty wykorzystywania sztucznej inteligencji do szerzenia dezinformacji i do wyciągania fałszywych wniosków. Podkreślają, jak niebezpieczne jest przywiązywanie się do pracy na AI i w ilu dziedzinach da się wpaść w maliny z powodu nadmiernego zaufania algorytmom. Podsuwają od czasu do czasu podpowiedzi, jak uniknąć takich problemów – kiedy i gdzie da się zrezygnować, żeby nie paść ewentualnie ofiarą działań niezidentyfikowanych algorytmów. Brakuje jednak przeciwwagi, skoncentrowania się dla odmiany na tym, co AI robi dobrze i gdzie jest wręcz pożądana. Przy lekturze tak wielu mankamentów można faktycznie zacząć wątpić w kierunek działań informatyków – a przecież nie do końca o to chodzi. Na pewno książka „Sztuczna inteligencja” jest przestrogą i pokazaniem, że czasami zdrowy krytycyzm jest potrzebny – ale nie uczy czytelników tego, kiedy na sceptyczne podejście postawić – i dlaczego. Można się będzie z lektury dowiedzieć, kiedy AI zawiodła – i jakie z tego wyciągnąć wnioski na przyszłość. A taka lekcja okaże się również bardzo cenna dla tych, którzy krytycznie podchodzą do tematu. Wydaje się, że autorzy tej książki chcieli po prostu postawić tamę euforii związanej z wykorzystywaniem sztucznej inteligencji w różnych dziedzinach i gałęziach nauki oraz działalności człowieka. Ten potężny tom staje się też rejestrem pomyłek na drodze do dzisiejszego stanu wiedzy – więc można go traktować jako przegląd wyzwań stawianych przed uczonymi.

sobota, 25 lipca 2026

Alicja Krzanik: Wielokropek i przyjaciele. Opowieści o interpunkcji dla najmłodszych

Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.

Interpunkcja

To oczywiste, że skoro wydawcy i rodzice naciskają na obecność na rynku literatury czwartej przede wszystkim publikacji edukacyjnych, dawne bajki pozwalające na przeżycie wielu urozmaiconych emocji zamieniają się w inaczej napisane podręczniki. „Wielokropek i przyjaciele” Alicji Krzanik to próba urozmaicenia słownikowych wyjaśnień dotyczących interpunkcji za sprawą Wielokropka – bohatera przybywającego nie wiadomo skąd na pewną planetę, łudząco podobną do Ziemi. Wielokropek pozostaje tajemnicą: nikt nie wie, kim naprawdę jest i czego szuka – wystarczy, że chodzi i przygląda się codzienności oraz przeznaczeniu kolejnych znaków interpunkcyjnych. Alicja Krzanik decyduje się na krótkie czytanki wzbogacane o drobne piosenki na temat znaków interpunkcyjnych i zasad ich stosowania. W piosenkach dąży do uchwycenia sedna przesłań – tak, żeby łatwiej było zapamiętać, kiedy dany znak się przydaje – co naturalnie sprawia, że te piosenki nie wypadają zbyt bajkowo czy intrygująco z perspektywy dzieci wciąż zmuszanych do sięgania po mnemotechniczne sztuczki. Znacznie ciekawiej w roli pomocy naukowych wypadają już krótkie czytanki – bo nie opowiadania. Powiązane są postacią Wielokropka, który odwiedza kolejnych bohaterów i obserwuje ich podczas pracy. Oznacza to, że w każdej z czytanek pojawia się nadreprezentacja danego znaku interpunkcyjnego w formie wpisanych w fabułę przykładów. Problem w tym, że Alicja Krzanik nie dba o to, żeby w tych historyjkach działo się cokolwiek poza prezentowaniem znaków – więc nawet jeśli coś zaczyna się ciekawie i mogłoby się rozwinąć w sposób, który zaintryguje – to wygra raczej chęć uczenia dzieci interpunkcji. I to jest właśnie największy mankament związany z realizowaniem rynkowych wytycznych – zapomnienie o zabawie czy absurdzie na rzecz nauki zawsze, nawet podczas czytania – wydawałoby się – bajkowej publikacji.

„Wielokropek i przyjaciele” to książka, która od razu przyciągnie dziecięce spojrzenia za sprawą obrazków Macieja Szymanowicza – ten ilustrator bardzo dobrze rozumie zarówno absurd, jak i abstrakcyjne myślenie charakterystyczne dla bajkowych bohaterów. Do tego bez trudu wyzwala uśmiech – sprawiając, że chce się sięgać po książki z jego pracami. Wielokropek w ujęciu Szymanowicza wygląda trochę jak mrówka a trochę jak gąsienica, zachęci dzieci do zadawania pytań i do dziwienia się postaciom. Pytanie tylko, czy samo wskazywanie zastosowań – nadrzędne w tekście – stanie się czynnikiem wystarczającym do tego, żeby maluchy chciały czytać z własnej woli. „Wielokropek i przyjaciele” to książka, która ma podtytuł „Opowieści o interpunkcji dla najmłodszych” – i nieprzypadkowo to właśnie ten podtytuł zajmuje centralne miejsce na okładce. Trochę za dużo tu tendencji do wplatania teorii w przygody bohaterów. Jeśli to bohaterowie w dialogach wyjaśniają sobie nawzajem zasady stosowania znaków interpunkcyjnych – odrobinę tylko oswajając słownikowe teorie – to automatycznie dzieciom trudniej będzie skoncentrować się na czytaniu i na przyswajaniu wiadomości. Dobrze, że książka zawiera też zadania dla małych odbiorców – będzie to sposób na wytchnienie od ciągłej nauki i odczytywania kolejnych informacji. W dążeniu do pożenienia rozrywkowych książek z publikacjami czysto edukacyjnymi łatwo zgubić proporcje – należy bardzo na to uważać. Jednak kiedy dzieci potrzebują akurat edukacyjnego wsparcia dotyczącego interpunkcji – mogą po tę książkę sięgać bez obaw.

piątek, 24 lipca 2026

dr Dale E. Bredesen: Mózg wiecznie młody. Jak wyostrzyć umysł i chronić go przez całe życie

Sensus, Gliwice 2026.

Pamiętanie

Dr Dale E. Bredesen nie ustaje w wysiłkach, żeby przekonać czytelników do swoich racji. Do tego stopnia, że momentami ma się wrażenie, że retoryczne popisy przyćmiewają u niego dążenie do prowadzenia lekcji z higieny mózgu dla wszystkich tych, którzy boją się osłabienia funkcji poznawczych w przyszłości. „Mózg wiecznie młody” to stałe powtarzanie, że istnieje możliwość zachowania bystrego umysłu w późnym wieku – i przypominanie, że ciągle wydłuża się średnia wieku, więc warto zabrać się do ćwiczeń i działań, żeby nie zostać na stare lata z poważnym problemem.

Bredensen bazuje na społecznym lęku przed chorobą Alzheimera i demencją. Zdaje sobie sprawę, że to otoczenie najczęściej wychwytuje pierwsze objawy, ale jednocześnie wie, że problemy z mózgiem oznaczają pogorszenie jakości życia w każdym jego aspekcie. Dba zatem o to, żeby czytelnicy przyswoili sobie przekonanie, że mogą coś z tym zrobić. Wylicza cały zestaw badań, które można wykonać jeszcze zanim pojawią się niepokojące symptomy – zaskakujący może być fakt, że na te badania zaprasza młodych ludzi. Jednak najbardziej dziwić będzie głębokie przekonanie autora, że da się uniknąć schorzeń, które wywołują jeszcze w medycynie sporo pytań i wątpliwości. Bredesen wątpliwości nie ma – uważa, że każdy może zapewnić sobie wymarzoną zdrową głowę – ale to będzie wymagać bardzo dużo samozaparcia i pracy nad sobą.

Przedstawia autor czytelnikom kilka czynników, które wpływają na kondycję mózgu. Wyjaśnia, jak ważne jest znaczenie snu i unikanie przewlekłych stanów zapalnych, dlaczego trzeba zwracać uwagę na toksyny w codziennym otoczeniu (to zarówno metale ciężkie, jak i zarodniki grzybów, pleśń i mikroplastik), koncentruje się też na znaczeniu właściwej diety. Wyliczenie tych elementów zajęłoby nie więcej niż kilka akapitów, ale trzeba przecież zapełnić całą książkę i – co trudniejsze – przekonać czytelników, że autor jest ekspertem, a nie twórcą nierealnych oczekiwań i teorii budowanych na przekonaniach niepopartych źródłami. Znajduje w książce miejsce na opisywanie pracy mózgu i przedstawianie stanu badań – ale warto zaznaczyć, że posługuje się tu dość hermetycznym tonem, co sprawia, że dla części odbiorców dyskurs może być mniej zrozumiały. I właśnie dlatego sporo wysiłku wkłada w perswazję: chce wpłynąć na czytelników i nie tylko zachęcić, ale wręcz zmusić ich do zmiany szkodliwych przyzwyczajeń. Roztacza przed odbiorcami wizję szczęśliwej i satysfakcjonującej jesieni życia: zupełnie jakby choroby mózgu i układu nerwowego były jedynymi, które utrudniają cieszenie się starością. Trochę to zbyt optymistyczne podejście, ale być może dla czytelników mających w rodzinie przypadki demencji krzepiące. Szuka zatem autor przykładów – często z najbliższego otoczenia – stulatków z werwą (lub tych, którzy bliscy byli przekroczenia magicznej granicy stu lat) – to także ma motywować czytelników do pracy nad sobą. A Bredesen po prostu podsuwa sposoby na działanie. Zależy mu najbardziej na tym, żeby czytelnicy jak najszybciej zaczęli wdrażanie zmian – przekonuje, że nawet drobne kroki są lepsze niż nic. I to sprawia, że „Mózg wiecznie młody” funkcjonować będzie obok poradników dotyczących zdrowia – jako uzupełnienie teoretyczne z elementami wskazówek dla czytelników. Raczej trudno będzie ocenić przydatność porad – ale z pewnością stosowanie się do nich nie zaszkodzi nawet sceptykom.

wtorek, 21 lipca 2026

Umiem rysować morski świat

Kropka, Warszawa 2026.

Pod wodą

Kto potrafi narysować rekina białego – tak, żeby różnił się od rekina młota? A kto poradzi sobie ze skrzynią skarbów? Muszla czy meduza niby wydają się prostsze, a jednak i one wymagają trochę wprawy – i właściwego pokierowania ręki. „Umiem rysować morski świat” to kolejna propozycja w bardzo przyjemnej serii, na której skorzystać mogą dzieci albo dorośli chcący tworzyć komiksy. Dzieciom ta książka da pewność siebie w rysowaniu – i zachęci do tworzenia. Rodzicom zapewni trochę spokoju, co też może być bardzo cenne. Mamy tu 35 propozycji, które wiążą się z morskim światem – w tym przedziwne stwory z morskich głębin albo istoty, które każdy przynajmniej raz w życiu widział. Można dowiedzieć się czegoś o nietypowych rybach (o ich wyglądzie) i o budowlach nadmorskich (latarnia morska to coś, co rzadko pojawia się na dziecięcych rysunkach, a może warto pokusić się o takie uzupełnienie).

Zasada jest prosta: trzeba mieć coś do rysowania, najlepiej ołówek – a jeśli komuś potrzeba więcej ćwiczeń, to i kartki. Każda rozkładówka w książce ma zapełniony tylko lewy margines i górny prawy róg. Na marginesie mieści się bohater (z nazwą) i trzy kroki do stworzenia konkretnego tematu – bez instrukcji słownych, tu wystarczy oglądać kolejne linie i dodatki do nich. Wszystkie obrazki zostały przygotowane tak, żeby nie wymagały zbyt wielu szczegółów: chodzi o to, żeby tematy obrazków były rozpoznawalne na pierwszy rzut oka i żeby dzieci przekonały się, że rysowanie nie tylko jest proste, ale i dostarcza wiele zabawy – zwłaszcza kiedy nagle można narysować dokładnie to, o czym się marzyło. W prawym górnym rogu mamy jeszcze prezentowanego narysowanego i cieniowanego bohatera danej rozkładówki – żeby przypomnieć dzieciom, do czego dążą i jak mogą wykorzystywać cieniowanie w kolorowaniu sylwetek. Na samym końcu książki znalazło się jeszcze miejsce na kilka stron, które można wykorzystać jako tło dla podwodnych światów – żeby przetestować właśnie zdobyte umiejętności. A to oznacza, że dzieci będą musiały nauczyć się rysować bez podpowiedzi (albo stale przewracać kartki) – i że w ten sposób przekonają się, jak bardzo potrzebne są takie poradniki.

„Umiem rysować morski świat” to kolejny tematyczny kurs rysowania w bardzo dobrej serii. Ta książka ucieszy zwłaszcza maluchy potrzebujące zachęty czy wsparcia przy tworzeniu – pozwala wyrobić pewną rękę i sugeruje, jak czerpać przyjemność z zabawy kredkami. To może być też bardzo dobry wstęp do lekcji pisania – bez obciążeń, liczyć się wtedy będzie po prostu umiejętność panowania nad przyborami do pisania. Po raz kolejny Kropka udowadnia, że każdy może zacząć rysować – i to w dowolnym momencie życia. Wystarczy, że zdobędzie się na odrobinę cierpliwości i już za moment zacznie imponować wszystkim swoimi dziełami. Rysowanie ma być przyjemnością i z tą publikacją faktycznie jest – nie da się zaprzeczyć. Seria Umiem rysować to rozbudowujący się poradnik o tworzeniu z charakterem.

poniedziałek, 20 lipca 2026

Ewelina Podrez-Siama: Marka osobista w czasach AI i generatywnego wyszukiwania

Onepress, Gliwice 2026.

Widoczność

Kiedy ktoś zajmował się dawniej promowaniem swoich działań w internecie, wiedział, że należy publikować często i regularnie – żeby wypracować sobie odpowiednie miejsce w wynikach Google i nie zostać przeoczonym przez ludzi poszukujących konkretnych tematów. W czasach AI sytuacja jednak zmienia się diametralnie i wszystkie dawne przyzwyczajenia można spokojnie porzucić. Teraz, żeby być widocznym dla algorytmu, trzeba podjąć zupełnie inne działania – i Ewelina Podrez-Siama opisuje je szczegółowo. Książka „Marka osobista w czasach AI i generatywnego wyszukiwania” to publikacja poradnikowa nastawiona na konkretne efekty – i pozwalająca czytelnikom na oswojenie się z zupełnie nowymi narzędziami i z zupełnie nowym podejściem do budowania marki w sieci.

Autorka posługuje się najczęściej swoim przykładem. Przyzwyczaja czytelników do nowych pojęć, dba o to, żeby zapadły im w pamięć – i temu służy między innymi powracanie do już raz powiedzianych kwestii. Co ciekawe, nie oznacza to irytującej niewiary w uważność czytelników, raczej próbę upewnienia się, że wiadomość została nie tylko zarejestrowana, ale przekuta w czyn. Bo tej książki nie da się traktować jako zestawu teoretycznych komentarzy. Wprost przeciwnie: są tu bardzo rzeczowe i fachowe uwagi do natychmiastowego wcielenia w czyn. Autorka dzieli się i adresami, i rozpisanymi wręcz na poszczególne kroki działaniami, które mają na celu jedno: poprawienie widoczności marki w sieci. Żeby zachęcić czytelników do wprowadzania zmian, przedstawia własną drogę – sama funkcjonowała jako trzy byty: osoba zajmująca się promocją marki, autorka książek kucharskich oraz autorka przewodników po wyspach, które pokochała. I chociaż w dawnych czasach te trzy tożsamości byłyby automatycznie wiązane za sprawą jednego nazwiska, sztuczna inteligencja nie ma możliwości zespolenia ich i traktowania jak działań jednej osoby. W efekcie słabnie siła przebicia autorki w sieci. I to zjawisko zupełnie nowe dla wielu odbiorców, a jednocześnie wymagające konkretnych działań prowadzących do upragnionej zmiany. „Marka osobista w czasach AI” to zestaw konkretów. Mocno osobista narracja nie wyklucza tu fachowości – dla odbiorców to okazja do poznania nowego podejścia i zestawu wskazówek, jak to nowe podejście od razu wcielić w życie. Ale Ewelina Podrez-Siama wcale nie chce, żeby czytelnicy wierzyli tylko jej, dlatego zaprasza swoich przyjaciół i współpracowników, ekspertów w dziedzinie budowania marki w sieci – i zostawia im miejsce na odpowiednie wyjaśnienia i komentarze. To te wstawki z zewnątrz mają działać jak zachęta do wykorzystania praktycznych podpowiedzi – ale tak naprawdę dzięki odpowiednio dobranym przykładom autorka wcale nie musi martwić się o odzew odbiorców: ma raczej pewność, że wszyscy, którym zależy na poprawie widoczności w internecie, przynajmniej spróbują wprowadzić w działanie zestaw uwag z książki. Rzadko zdarza się, żeby ktoś tak precyzyjnie i tak szczegółowo prowadził czytelników przez meandry rozwiązań internetowych w dobie AI – co oznacza, że ta książka może okazać się dobrą inwestycją. Generatywne wyszukiwanie treści wymusza na samych twórcach kompletnie nowe schematy działań, dobrze więc przyswoić je sobie i przynajmniej przetestować propozycje wiążące się z prezentowaniem siebie w internecie.

sobota, 18 lipca 2026

Małgorzata Czyńska: Pisz do mnie na Łódź! Życie kulturalne i towarzyskie w tymczasowej stolicy

Marginesy, Warszawa 2026.

Schronienie

Jak to możliwe, że po drugiej wojnie światowej to Łódź stała się kolebką kultury i schronieniem dla powracających z tułaczki artystów? Małgorzata Czyńska z tym zagadnieniem rozprawia się nawet dość szybko – liczy się dla niej możliwość przekonania czytelników, że faktycznie życie kulturalne w tym miejscu kwitło. Ale zaczyna książkę od scen przedstawiających wyzwolenie, od traktowania żołnierzy i – budzenia nadziei na niedaleką przyszłość. „Pisz do mnie na Łódź! Życie kulturalne i towarzyskie w tymczasowej stolicy” to publikacja pokazująca odbiorcom organizację codzienności od strony artystów – czy to gwiazd estrady i kabaretu, czy aktorów lub pisarzy. Po drugiej wojnie światowej Warszawa jest kompletnie zniszczona – trzeba ją jak najszybciej odgruzować i odbudować, a to oznacza, że nie ma za bardzo miejsca na tworzenie – ani publiczności, która zdecyduje się na poświęcanie czasu, żeby wspierać artystów. Kraków błyskawicznie się zapełnia – zaludnia się tymi, którzy uciekali w poszukiwaniu normalności. Tymczasem Łódź w wyniku działań wojennych straciła mnóstwo mieszkańców, ma zatem wiele mieszkań dla poszukujących schronienia – mieszkania są ogromne, wielopokojowe, tak, że do przybywających można dokwaterowywać kolejnych lokatorów – każdy znajdzie swój kąt. Ponieważ pojawiają się tu prawdziwe sławy, ściągają za sobą znajomych i przyjaciół – i bardzo szybko organizują kolejne sceny teatralne. Znajduje się zatem i lokal mieszkalny, i praca dla chcących wrócić do normalnego rytmu życia.

I Małgorzata Czyńska przygląda się działaniom, wykorzystuje komentarze i zwierzenia, zapiski gwiazd – szczęśliwych, że mogą robić to, co kochają. Pokazuje muzyków, którzy szukają kolegów po fachu na ulicy, żeby zorganizować jak najszybciej próby orkiestry. Pokazuje budowanie uniwersytetu, żeby jak najszybciej załatać problem z brakiem szkoły wyższej. Pokazuje też domy dla pisarzy – skupiska sprzyjające pracy twórczej. Pokazuje wydawnictwo i czasopisma, które się tu tworzyły. Ale przede wszystkim pokazuje zapał do pracy, chęć do przywrócenia normalności jak najszybciej. Oczywiście zgromadzenie w jednym miejscu wielkich talentów pozwala na obejrzenie z różnych perspektyw charakterów i życia towarzyskiego – i to też w tomie „Pisz do mnie na Łódź” ma duże znaczenie: niektórzy potrafią w miarę szybko zorganizować sobie wszystko, co potrzebne, dla innych proszenie się o garnki stanowi raczej powód do wstydu lub ujmę na honorze – a przecież pewnych zachowań nie da się odrzucić, przynajmniej na początku. Łódź zmienia swoje oblicze: nie jest już skupiskiem fabryk, raczej – terenem działań artystycznych. Przynajmniej do czasu, kiedy twórcy zdecydują się ruszyć dalej i poszukać szczęścia gdzie indziej.

W „Pisz do mnie na Łódź” znalazło się sporo materiałów graficznych trochę pomagających zrozumieć atmosferę miejsca i wyjątkowość czasów. To publikacja, która dość szybko wprowadzi czytelników w temat Łodzi jako kolebki życia kulturalnego po wojnie – i zaprosi do samodzielnych poszukiwań kolejnych ciekawostek czy anegdot. Małgorzata Czyńska zwraca uwagę na fakt, który często może umykać badaczom skoncentrowanym na Warszawie i Krakowie jako ośrodkach twórczych – uzupełnia zatem lukę na rynku wydawniczym o zestaw danych dotyczących artystów.

czwartek, 16 lipca 2026

Anna Colton: Jak rozmawiać z dziećmi o jedzeniu. Nowe podejście do rozwiązywania problemów związanych z jedzeniem, grymaszeniem i zaburzeniami odżywiania u dzieci w wieku od 0 do 16 lat

Media Rodzina, Poznań 2026.

Smaki

To jest poradnik, w którym wsparcie znajdą rodzice odpowiedzialni za zbilansowane posiłki swoich pociech – zwłaszcza ci, którzy nie potrafią sobie poradzić z presją społeczną, reklamami czy postawami samych maluchów. Anna Colton wie, że wspólne posiłki mogą kończyć się awanturami i buntem – i przekonuje, że wcale nie musi tak być, jeśli tylko rodzice zastosują się do kilku prostych rad. Tworzy książkę, po którą powinni sięgnąć być może przygotowujący się dopiero do rodzicielstwa, bo wiele z zaproponowanych tu technik i zachowań warto wdrażać od samego początku – tak, żeby nie wyrabiać w dziecku niepotrzebnie złych nawyków i żeby usunąć zawczasu punkty zapalne. Zmiana przyzwyczajeń związanych z jedzeniem dotyczyć będzie nawet bardziej rodziców – czyli starszego pokolenia – niż ich pociech. Dorośli, być może wiedzeni własnymi doświadczeniami z dzieciństwa, często wprowadzają groźby lub złe motywacje do jedzenia: mówią dzieciom, że nie dostaną deseru, jeśli nie skończą obiadu – i to wykształca w najmłodszych przekonanie, że istnieje lepsze i gorsze jedzenie. I niby oczywiste, że wystarczy zaprzestać takich praktyk, żeby zbudować lepszą narrację wokół posiłku – a jednak porzucenie przyzwyczajeń bywa bardziej skomplikowane niż może się wydawać. I Anna Colton tłumaczy, jak zmienić postrzeganie jedzenia i czego dziecku podczas posiłku nie sugerować.

Pochyla się autorka nad rozmaitymi argumentami wysuwanymi przez obie strony w codziennych dyskusjach, ale też uświadamia rodzicom to, z czego często nie zdają sobie sprawy – jak przemycają w zwykłych rozmowach swoje podejście do jedzenia i do posiłków. To w zasadzie pierwszy krok do zaburzeń odżywiania się – jeśli ktoś zbyt obsesyjnie podkreśla swoje problemy z dietą albo wygląd ciała, który zmusza go do wypróbowywania kolejnych metod na odchudzanie – nie daje zbyt dobrego przykładu swoim pociechom. Tymczasem wystarczyłoby zmienić podejście na neutralne, żeby jedzenie przestało być problemem i żeby nie martwić się o przyszłość dzieci. Autorka decyduje się na wprowadzanie podsumowań – skryptowych notatek po każdym rozdziale, żeby jeszcze łatwiej było odbiorcom przyswoić sobie przedstawiane treści.

To fakt, że kilkulatkom inaczej przedstawia się pewne kwestie niż nastolatkom, a także inaczej podchodzi się do ich jedzeniowych wyborów – Anna Colton rozdziela zatem podejścia w zależności od wieku i możliwości percepcyjnych odbiorców. Zwraca też uwagę na kwestie językowe – istnieje tu całe zestawienie zwrotów związanych z jedzeniem, często używanych wręcz bez żadnych refleksji. Nie uczy, jak i co jeść, a jak i co o jedzeniu mówić, żeby nie zamieniło się w wyzwanie dla wszystkich. Nie jest to temat błahy, bo słowa przekuwają się bezpośrednio na działania i zachowania – zwłaszcza u młodszego pokolenia, które nie jest jeszcze w stanie do końca przeanalizować zasłyszanych treści. Anna Colton chce wyprzedzić kłopoty – zareagować, zanim mają szansę się pojawić – to spowoduje, że odbiorcy będą znacznie spokojniej funkcjonować i ominie ich wiele sporów. Jedno wydaje się tu nie do przejścia: pokonanie naleciałości z całych dekad na rzecz wiedzy, jak powinno się komunikować – to wyzwanie podczas całej lektury największe.

środa, 15 lipca 2026

Joheun Lee: K-pop Spirit Academy

Harperkids, Warszawa 2026.

Występy

Zawsze tak jest: jeśli ktoś ma utalentowane artystycznie starsze rodzeństwo, nie uniknie porównań do niego. I to porównań zwykle krzywdzących, bo zakładających, że chce się iść w te ślady. Właśnie przekonuje się o tym Sanha. Jej starsza siostra – Siyoon – robi wielką karierę jako gwiazda K-popu i jest chlubą szkoły. Sanha do tej samej placówki właśnie trafia – jeśli nawet ma talent do śpiewania, to o tym nie wie, a występy publiczne bardzo ją paraliżują. K-pop Spirit Academy to miejsce, które chlubi się wypuszczaniem na rynek młodych gwiazd – wydaje się, że wszyscy absolwenci na pewno zrobią karierę i to szansa dla dziewczyny. Na razie jednak rzeczywistość szkolna przegania myśli o stresującej przyszłości na scenie, bo pojawia się wielki problem w tu i teraz. Sanha zdobywa przyjaciółki: dogaduje się z innymi dziewczynami bez większego problemu, chociaż być może trochę zasługi w tym ma – bez świadomego udziału – starsza siostra i jej olśniewająca sława. Dość szybko jednak dziewczyna odkrywa wielką tajemnicę szkoły: tu trzeba walczyć z potworami. Walczyć za pomocą własnego głosu, układanych samodzielnie piosenek i występów. Nie ma innego sposobu na pokonywanie przedziwnych istot wypełzających z kanalizacji – i naprawdę groźnych. Sanha na początku trafia do grona przygotowujących się na potencjalne ataki – szkolenia przypominają grę komputerową i wykorzystują najnowsze technologie. Tyle że szeregi obrońców szkoły są mocno przetrzebione, a to oznacza, że bohaterka musi wziąć udział w prawdziwej akcji. I to nie w jednej. Wprawdzie ma wsparcie przyjaciółek i części wtajemniczonych nauczycieli, ale nie sprawia to, że jej misja będzie prostsza.

Jeśli ktoś boi się występować na scenie – przed życzliwymi słuchaczami – to może wyleczyć się ze swojej fobii, jeśli musi walczyć o życie, występując przed potworami. Całkiem niezła metoda, przynajmniej w tym wypadku. Sanha przekonuje się, że wszystko jest kwestią skali i że zupełnie inaczej operuje się wtedy głosem oraz talentami.

I owszem, jest to książka momentami naiwna, a poza tym – pozostająca gadżetem przy okazji filmu „K-popowe łowczynie demonów” – ale najmłodszym czytelniczkom pokazuje, jak wielka jest siła przyjaźni i że nad własnymi kompleksami warto (i można) pracować. Łączy ta książka zainteresowanie odbiorczyń tematami akademii i szkoleń pozwalających na zyskanie nowych umiejętności, modę na opowieści z rynku muzycznego, zwłaszcza kariery piosenkarzy i wizję magii w nudnej bez tego szkolnej placówce. To połączenie dobrze się tu sprawdza – i czytelnikom spodoba się zwłaszcza dojrzewanie bohaterki na ich oczach. Sanha, która nie miała pojęcia, jak pozbyć się tremy, nagle staje się liderką zespołu i odkrywa w sobie umiejętności, które na pewno przydadzą się w tym świecie. Dzieci bez trudu wydobędą z lektury sporo podpowiedzi cennych dla siebie – i nie chodzi tu wcale o walkę z wyimaginowanymi potworami, raczej o panowanie nad kompleksami i o budowanie przyjaźni.

wtorek, 14 lipca 2026

Liam Shaw: Zdradliwy cud. Co nas czeka, gdy antybiotyki przestaną działać

Helion, Gliwice 2026.

Mikrowalka

Oczywiście że na rynku wydawniczym pojawiały się już rozmaite reportaże medyczne i opowieści o wynalazkach, które zrewolucjonizowały świat – w tym o pomysłach na ratowanie życia w najbardziej ekstremalnych przypadkach. Istnieje wiele narracji przedstawiających czytelnikom momenty przełomowe, istotne nie tylko z perspektywy jednego człowieka – zyskującego szansę na dalsze życie – ale z perspektywy całej ludzkości, której dana choroba nie będzie już dziesiątkować. I na tak przygotowany rynek – wciąż chłonny ciekawostek medycznych – wchodzi Liam Shaw z książką „Zdradliwy cud. Co nas czeka, gdy antybiotyki przestaną działać”, popularnonaukową publikacją o sporym stopniu fachowości i dość szczegółowym komentarzu dotyczącym świata mikrobów.

Shaw przedstawia źródła antybiotyków – chociaż w tytule akcentuje się przyszłość (i to przyszłość o dość katastroficznym wymiarze), dużo miejsca poświęca autor na omawianie sposobu wynajdowania antybiotyków i na odkrycia, które zrewolucjonizowały świat medycyny. Opowiada o penicylinie i następstwach jej odkrycia, w tym o próbach wytworzenia jej na masową skalę. Wyjaśnia wyścigi firm farmaceutycznych – i pokazuje, jak bardzo chęć wzbogacenia się mogła wpłynąć na podejmowanie niekoniecznie dobrych decyzji. Penicylina to antybiotyk z grzyba – ale ważnym odkryciem stało się też badanie gleby i znajdowanie w niej organizmów, które radziły sobie z bakteriami – tym antybiotykom „z ziemi” też autor się przygląda pod kątem przystosowania ich do walki z chorobami – to zestaw eksperymentów i pomysłów na to, jak wykryć pożądane działanie i jak je następnie wykorzystać. Trafia w tej opowieści Shaw na momenty, w których natura zaskakuje badaczy, przedstawiając im na przykład niewyobrażalne dla nich struktury cząsteczek. I to wszystko sprawia, że „Zdradliwy cud” to książka, która bardzo wciąga. Tak naprawdę temat antybiotykoodporności funkcjonuje zawsze na marginesie i trochę po to, żeby obalić pokutujący w społeczeństwach mit o tym, że zażywanie antybiotyków sprawia, że bakterie przyzwyczajają się do nich i przestają być skuteczne – to zupełnie nie tak i prawdziwe rozwiązanie zagadki podaje Liam Shaw w swojej książce. Oporność to jeden z tematów, które wyzwalają kolejne pytania i troskę o rozwój medycyny – tu dobrze to widać. I to właśnie w tym motywie pojawia się zapowiedź kierunku zarysowanego w tytule – czyli „co nas czeka, gdy antybiotyki przestaną działać”. Liam Shaw nie będzie się bawić w przewidywanie przyszłości, może za to zasugerować potencjalne scenariusze – bardziej liczy się dla niego to, co było – bo bez takiej świadomości trudno w ogóle zastanawiać się nad rozwojem medycyny i nad udziałem w tym antybiotyków.

Jest to książka wypełniona szczegółowymi informacjami, Shaw nie sięga tylko i wyłącznie do historycznych wiadomości, ale też analizuje sens odkryć i pracy badawczej – tak, żeby uświadamiać czytelnikom, co zawdzięczają kolejnym odkrywcom. Nie zabraknie tu oczywiście tematu szczepionek – sposobów na okiełznanie groźnych chorób.

Nie ma w tej lekturze uproszczeń, nie ma podsumowań dla mniej cierpliwych czytelników – wnioski wysnuwa się samodzielnie i widać w książce bardzo duże zaufanie co do inteligencji czytelników. Z pozoru dość hermetyczny – a w rzeczywistości po prostu wypełniony specjalistycznymi terminami, ale wcale nie nieprzystępny – tom pozwala docenić pracę całych pokoleń badaczy dążących do okiełznania zagrażających życiu człowieka bakterii. I to w „Zdradliwym cudzie” docenią czytelnicy.

poniedziałek, 13 lipca 2026

Ewa Borowska: Jesteśmy bezpieczni w sieci

Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.

Internet

Cykl Szkoła i ja bardzo dobrze się rozwija – a na rynku pojawiają się kolejne wartościowe publikacje pozwalające dzieciom (i ich rodzicom) odnaleźć się w nowym środowisku. Za każdym razem dwoje uczniów – kolegów z klasy – zamienia się w przewodników dla odbiorców i przedstawia kolejne wydarzenia lub sytuacje wymagające komentarza. Dzięki temu dzieciom łatwiej będzie przyzwyczaić się do konkretnych motywów i nauczyć reakcji, jakie mogą się przydać w codziennych doświadczeniach. „Jesteśmy bezpieczni w sieci” to kolejna część tej serii i Ewa Borowska koncentruje się tym razem na środowisku internetowym. Janek i Milena to przewodnicy – uczniowie trzeciej klasy. Pan Piotr jest ich wychowawcą i jednocześnie nauczycielem informatyki. To doskonały bohater do tego, żeby nauczyć dzieci, jak bezpiecznie korzystać z internetu. I chociaż pojawiające się tu sytuacje powracały nieraz nie tylko w bajkach, ale i w różnych ostrzeżeniach ze strony dorosłych, trzeba pamiętać o tym, że coś oczywistego dla korzystających z internetu na co dzień nie musi być wcale logiczne dla maluchów, które także mają dostęp do sieci choćby za sprawą telefonów. Są tu podstawy absolutne – czym jest internet, do czego służy, ale także – jak powinno się w nim zachowywać wobec innych ludzi. Znalazła się rozkładówka poświęcona hejtowi i reakcjom na niego, a także zasady ograniczonego zaufania: nie wolno podawać w sieci swoich prawdziwych danych, a także – ufać obcym. Autorka uczy dzieci, dlaczego korzystać ze swoich kont tylko na własnych urządzeniach i lepiej nie logować się na nie, korzystając z darmowego wi-fi. Kiedy już najbardziej podstawowe zasady zostaną przedstawione, przychodzi czas na tematykę legalnego korzystania z zasobów sieci, wyczulenia na fake newsy czy informacji o upublicznianiu cudzego wizerunku. Co niezwykle ważne – dzieci dowiedzą się z tej książki, że ważny jest balans, że trzeba korzystać z aktywności na świeżym powietrzu – widać to już w momencie przedstawiania się małych narratorów – jedno lubi tańczyć, drugie kocha piłkę nożną. Chodzi o to, żeby przypomnieć dzieciom, że poza komputerami i internetem jest jeszcze sporo ciekawych zajęć.

Ta książka została przedstawiona tak, żeby dziecięcy bohaterowie jak najczęściej zabierali głos i żeby dzielili się nie tylko wiedzą, ale też wątpliwościami – na przykład na temat kontroli rodzicielskiej czy kupowania czegoś w sieci. To dorośli mogą pomóc w chwili, kiedy dziecko czegoś potrzebuje – dlatego warto zawsze iść do nich po wskazówki i nie ukrywać swojej działalności. „Jesteśmy bezpieczni w sieci” to książka, która uświadamia maluchom, jak korzystać z internetu, żeby nie wpaść w kłopoty i nie zainfekować sprzętu lub nie skusić złodziei. Przedstawia w bardzo przystępny sposób to, co istotne, kiedy chce się udowodnić swoje umiejętności. Za graficzną stronę – tym razem nawiązującą do elektronicznych urządzeń – odpowiada Paulina Nachman i nie tylko buduje wizualną identyfikację serii, ale też umie zaintrygować małych czytelników. Dzięki jej rozwiązaniom rozmaite podsumowania czy wyliczenia nabierają ciekawego charakteru i mogą przekonać najmłodszych. „Jesteśmy bezpieczni w sieci” to książka wartościowa i wręcz niezbędna w procesie edukowania najmłodszych – Ewa Borowska stawia tym razem nie na uczucia i relacje międzyludzkie a na konkretne zachowania związane z internetem.

niedziela, 12 lipca 2026

Anna Rudnicka-Litwinek: Mistrz Prusz. Więcej niż jedno życie

Marginesy, Warszawa 2026.

Bez granic

Tadeusz Pruszkowski – artysta malarz, który był pierwszym rektorem ASP, praktycznie nie istnieje dzisiaj w szerokiej świadomości odbiorców, dlatego Anna Rudnicka-Litwinek postanawia przywrócić go do społecznej wyobraźni, zwłaszcza że to postać zdecydowanie nietuzinkowa. „Mistrz Prusz. Więcej niż jedno życie” to książka biograficzna przygotowana z dużą starannością i szczegółowością, zwłaszcza jeśli chodzi o tematy związane z odbiorem sztuki. Sam tytuł sugeruje już olbrzymi wachlarz zainteresowań i zajęć Tadeusza Pruszkowskiego, a do tego – postawę autorki, która bez wahania przystaje na uznanie tytułu mistrzowskiego dla bohatera książki. Jednak „Mistrz Prusz” to na szczęście nie publikacja pisana na kolanach, autorka bez czołobitności oddaje hołd wybitnej postaci i przekonuje czytelników, że w tej biografii znajdzie się mnóstwo niespodzianek.

Anna Rudnicka-Litwinek zwykle zajmuje się postaciami związanymi z historią lotnictwa – i swoje zainteresowania jest w stanie przemycić także tutaj, bo Tadeusz Pruszkowski pasjonuje się lataniem i próbuje swoich sił także w tej dziedzinie. Podniebne doświadczenia zapewniają mu wiele przygód oraz cennych znajomości – w pewnym momencie nawet staje się bohater tomu inspiracją dla innych chcących spełnić marzenie o unoszeniu się w powietrzu. Zanim jednak dojdzie do tego tematu, autorka musi przybliżyć sylwetkę Mistrza Prusza i zająć się pokazywaniem czytelnikom, jak ten artysta zapisał się w historii sztuki.

Nie ma w tej książce zbytniego rozpisywania się na tematy prywatne, dopóki te tematy prywatne nie zahaczają o sztukę. Anna Rudnicka-Litwinek za to bardzo dba o to, żeby odbiorcy zrozumieli sztukę Pruszkowskiego i żeby nauczyli się, jak ją odczytywać. Co oznacza, że w książce pojawi się mnóstwo reprodukcji i analiz tego, co widać na poszczególnych dziełach. I co ciekawe – autorka nie prowadzi narracji oczywistej, raczej przedstawia czytelnikom wiadomości, których ci mieć nie mogą – między innymi zwraca uwagę na tożsamość modelek, albo na nietypowe symbole z jakiegoś powodu umieszczone na płótnie. Pokazuje obrazy z uwagi na ich przesłania, a nie ze względu na tłumaczenie jakości artystycznej prac. Tadeusz Pruszkowski może być zatem odczytywany przez pryzmat jego dzieł malarskich – i to wydaje się być całkiem dobrą metodą na poznawanie zarówno postaci jak i tworzonej przez niego sztuki. Sporo miejsca poświęca też Anna Rudnicka-Litwinek na opisywanie wpływu, jaki Prusz miał na młodsze pokolenia artystów, na jego umiejętność wychwytywania osób najbardziej utalentowanych i prowadzenie rozmów z tymi, którzy wielkiej kariery w malarstwie zrobić nie mogą. Jest tu właśnie ten Mistrz Prusz akcentowany w tytule, przewodnik po potencjalnej sławie w przyszłości. Autorka w tym tomie chętnie sięga po zapiski i dokumenty – i z wielkim upodobaniem przytacza wielkie bloki cytatów. Nie przetwarza sama spostrzeżeń, które czerpać można ze źródeł, woli za to posługiwać się oryginalnymi treściami, żeby uświadamiać czytelnikom trochę kontekst i podejście współczesnych Pruszowi. Wydawać by się mogło, że tego typu rozłożyste fragmenty odciążają autorów – jednak tu mamy do czynienia z inną sytuacją, Anna Rudnicka-Litwinek nie szuka w wielkich cytatach sposobu na uniknięcie samodzielnego pisania, ma do opowiedzenia bardzo dużo, a objętość tej książki jednoznacznie wskazuje na fakt, jak poważnie podeszła do zadania. Tadeusz Pruszkowski w tej wersji pozwala na przegląd dokonań w ramach sztuki – i na wybrane elementy życiorysu. To książka nie tylko dla fanów historii sztuki.

sobota, 11 lipca 2026

Drew Daywalt, Oliver Jeffers: Dzień, w którym kredki znalazły przyjaciół

Kropka, Warszawa 2026.

Bałagan

Pamiętacie kredki Dominika? Te, które w wyniku frustracji albo złości postanowiły kiedyś podzielić się z chłopcem swoimi przemyśleniami w listach? Musicie pamiętać, bo Drew Daywalt i Oliver Jeffers już dwa razy spotykali się z odbiorcami. Teraz przynoszą trzeci pomysł na przygody kredek – oparty na tym samym schemacie, ale związany trochę z generowaniem się bałaganu, zwłaszcza w dziecięcych pokojach. Dominik miał pudełko kredek. Teraz ma tylko pudełko – bo kredki sobie poszły. Nie wiadomo, gdzie zniknęły, ale niedługo wszyscy się dowiedzą, bo odkąd kredki zaczęły pisać listy, łatwo zrozumieć, co się z nimi dzieje i gdzie się podziewają, kiedy nie siedzą w pudełku. Kredki ruszają w świat (a właściwie w pokój Dominika), żeby zdobyć przyjaciół. To żadne zaskoczenie, jeśli weźmie się pod uwagę tytuł publikacji – „Dzień, w którym kredki znalazły przyjaciół”. I teraz kredki Dominika nie pracują już (bo rysowanie to ich normalna praca), a bawią się zgodnie z własnymi marzeniami. Czerwona kredka jeździ ze strażakami i gasi fikcyjne pożary. Niebieska kredka (ta połamana) zamienia się w brakującą głowę lalki i razem z tą lalką prezentuje modę. Inne kredki wkraczają na przykład w świat gier planszowych i logicznych, albo korzystają z innych zabawek znajdujących się w pokoju Dominika. Każda z nich ma jakieś swoje marzenia – i teraz może je realizować, budząc wręcz zazdrość czytelników. Chodzi o to, żeby pokazać, jak wiele możliwości drzemie w zwykłym, doskonale znanym dzieciom otoczeniu i jak bardzo perspektywa zmienia postrzeganie rzeczywistości. Kredki otwierają drogę do świata marzeń, pokazują maluchom, że nawet to, co doskonale znane, może stać się niezwykłe przy odpowiednim podejściu. Te kredki zachęcają do kreatywności już nie tylko przez zaproszenie do rysowania – ale też przez wymyślanie ich dalszych przygód. Dodatkowo przypominają o coraz mniej docenianej rozrywce – sztuce pisania listów. To wyjątkowy sposób na poinformowanie kogoś o swoich przygodach i uczuciach – w sam raz na wakacje. Co ciekawe, chociaż to trzecie spotkanie z kredkami Dominika, wciąż cieszą one zaskakującymi rozwiązaniami. Ma ta publikacja jeden mankament, który jasno pokazuje, że przy korekcie sprawdzać należy także teksty z obrazków: to jest „wyplówka” przy jednej z kredek na jednej rozkładówce (na kolejnej jest już w porządku) – i chociaż zwykle nie namawiam do bazgrania po książkach, w tym jednym wypadku wystarczy błąd samodzielnie poprawić kredką, a nie będzie się rzucać w oczy.

Bo naturalnie kredki to nie tylko opowieść pisana – co ważne, same listy też zostały opracowane graficznie, nie mamy tu do czynienia z klasycznym drukiem a z grafikami w kredkowym stylu – i to kolejna zachęta do samodzielnego ćwiczenia się w sztuce epistolografii – ale też obrazkowa. Kredki pojawiają się tu w pomysłowych kolażach, w których przedmioty codziennego użytku – czasem ze świata zabawek, a czasem spoza niego – zostają uzupełnione o kredkowe nieidealne rysunki o komiksowym wyrazistym charakterze. Kredki potrafią wiele nabazgrać, a to, co stworzą, zainspiruje maluchy. Po raz kolejny wkraczamy do świata kredek – i to znowu okazja do sympatycznej zabawy i rozwijania wyobraźni.

piątek, 10 lipca 2026

Anupreeta Das: Bill Gates. Wizja. Władza. Pieniądze. O wpływach, biznesie i tym, co niejawne

Helion, Gliwice 2026.

Nerd

Bill Gates to jedna z tych postaci, które rozpalają wyobraźnię ludzi na całym świecie i przynoszą szereg pytań o bogactwo, decyzje biznesowe i… budowanie własnego wizerunku. Anupreeta Das postanawia odrobinę przybliżyć czytelnikom jego dokonania czy zachowania – świadoma tego, że nie do końca może napisać o wszystkim po swojemu, powinna uważać na słowa i poszukać sposobu na prezentację bohatera tomu – sposobu innego niż powszechnie przyjęte na rynku wydawniczym mody. Wydawać by się mogło, że biografia Billa Gatesa prosi się o komentarz z mitem założycielskim, można by przyjąć perspektywę Microsoftu i przedstawić superbohatera, twórcę występującego samotnie przeciwko światu i podejmującego kontrowersyjne, przełomowe decyzje, żeby w efekcie odnieść olśniewający sukces. Ale Das wybiera zupełnie inne podejście, ze zwiększonym dystansem i wyprane z sensacyjności – co da się łatwo wytłumaczyć. Nie tworzy też biografii fabularyzowanej czy pop – do przyjemnej lektury. Co więcej, ma się wrażenie, że w ogóle rezygnuje z trendów biograficznych, a chce jedynie uchwycić specyfikę Gatesa – w oddaleniu od całych partii jego życia.

Co ją zatem interesuje? Na pewno stworzenie Microsoftu. Na pewno – w ramach ocieplania wizerunku czy przedstawiania czytelnikom „ludzkiej” wersji nerda – kwestia relacji z żoną. Na pewno – co znów mieści się w tematyce finansowej podgrzewającej zainteresowanie masowej publiczności – motyw fundacji i dzielenia się bogactwem. I na pewno kontekst, w jakim funkcjonuje Bill Gates od początku swojej działalności w informatyce – zarówno twórczy jak i osobisty. „Bill Gates. Wizja. Władza. Pieniądze. O wpływach, biznesie i tym, co niejawne” to tom wymykający się schematom – zapewne ku zadowoleniu wszystkich zmęczonych trendami na rynku wydawniczym. Uwagę czytelników chce sobie autorka zapewnić odrobinę nawiązaniem do kontrowersji w codzienności Gatesa – do niewyjaśnionych zbyt szczegółowo sytuacji i znajomości i do rozstania z żoną. Temat ten wrzuca na początek, bo jest to wabik dla odbiorców potrzebujących sensacyjności. Jednak później będzie o wiele bardziej spokojnie. Przede wszystkim Anupreeta Das zajmuje się wizerunkiem nerda i ogólnie – charakterystyką nerda jako takiego. Pokazuje całą kulturę bycia programistą, pracy w garażu i osiągania światowych sukcesów dzięki pomysłowości i odwadze – pisze przy tym nie tylko o Gatesie, ukazując szerzej zjawisko socjologiczne. Rozprawianie się z wizją nerda pozwala zasugerować te elementy wizerunku Billa Gatesa, które niekoniecznie pasują do charakterystyki jednego z najbogatszych ludzi na świecie bez negatywnych ocen czy narażania się na pretensje i zarzuty. Z drugiej strony kładzie autorka nacisk na same pieniądze – i tu Bill Gates schodzi na drugi plan, o wiele bardziej liczy się to, co jest w stanie zrobić ze swoim majątkiem. Bardzo mocno pochyla się Das nad działaniami fundacji, nad podziałem obowiązków – jakie tematy wybiera (była już) żona Gatesa, jakie on sam, a jak wygląda trend w przekazywaniu sporej sumy na fundacje w świecie miliarderów. I chociaż bez wątpienia Anupreeta Das ma materiały do stworzenia sensacyjnej książki, rezygnuje z takiego podejścia. Woli rzetelne opowieści, drobiazgowe tam, gdzie zwykle nie ma czasu na rozwijanie informacji. Pisze szczegółowo, bez fabularyzowania i bez narracyjnego rozmachu – nie chce, żeby cokolwiek odwracało uwagę od właściwej tematyki książki. Jest to więc bardzo zaskakująca publikacja, której warto się uważniej przyjrzeć.

czwartek, 9 lipca 2026

Encyklopedia Larousse'a. Dlaczego? Jak? 500 pytań i odpowiedzi

Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.

Wsparcie

Rodzice kilkulatków – odkrywających powoli świat – są przyzwyczajeni do bezustannych pytań „dlaczego” i do konieczności tłumaczenia nawet tych kwestii, na które sami nie zwracają uwagi. Pół biedy, jeśli potrafią poradzić sobie z wyzwaniami stawianymi przez maluchy – ale jeśli nie wiedzą, jak rozwiązywać niektóre zagadki, żeby nie zamęczyć przy tym dzieci i żeby nie stracić w ich oczach na wiarygodności, mogą sięgnąć po pomoc naukową. „Encyklopedia Larousse’a. Dlaczego? Jak? 500 pytań i odpowiedzi” to kolorowa publikacja stworzona specjalnie dla nich – oraz dla tych dzieci, które czytają samodzielnie i nie chcą czekać na uzyskanie wiadomości od rodziców. To oczywiście sprawdzona marka, encyklopedia Larousse’a kojarzy się z objaśnianiem dzieciom świata w wartościowy sposób – i bardzo usprawniają proces uświadamiania najmłodszym, co dzieje się wokół nich. Książka została podzielona na charakterystyczne tematy, znane z wielu publikacji edukacyjnych prezentujących całokształt wiedzy – tak, żeby dzieci mogły wybierać swoje ulubione zagadnienia po poznaniu licznych możliwości. I tak znajdziemy tutaj tajemnice wszechświata oraz te związane z samą Ziemią, rośliny, zwierzęta i ciało człowieka, ciekawostki związane z ludzkością, przeszłość, sztukę i naukę oraz życie codzienne – czyli obyczajowość. W ten sposób najmłodsi mogą się przekonać, że świat jest pełen niespodzianek i warto poświęcić trochę czasu na poznawanie ich i na porównywanie własnych obserwacji z tym, co wprowadzają autorzy do tomu. Liczy się tu nie tylko możliwość samodzielnego oceniania rzeczywistości: w końcu jest tu mnóstwo tematów, o których dzieci nie mają pojęcia. Każdy rozdział to zestaw pytań i odpowiedzi – prostych pytań (z rzadka zawierających sugestię odpowiedzi czy jakiejś wstępnej wiedzy, którą niekoniecznie dzieci posiadają – na przykład „czy to prawda, że Afryka i Ameryka przylegały do siebie”: zwykle to raczej pytanie „czy wampiry istnieją” albo „czym jest tuk-tuk”). Pytania pojawiają się na kolorowych belkach, tak, żeby przyciągały wzrok i żeby zapraszały do odkrywania książki. Odpowiedzi mieszczą się przeważnie w jednym zdaniu, krótkim komentarzu – nie ma szans na rozwijanie wyjaśnień i na komplikowanie ich. W końcu to publikacja przeznaczona dla maluchów, a im nie zależy na naukowych wywodach – chodzi o to, żeby wiedza dotarła do każdego zainteresowanego, żeby nie zmęczyła i żeby nie zniechęciła do eksplorowania świata. Takie maksymalnie uproszczone informacje łatwo będą zapadać w pamięć dzieciom – i to jest też olbrzymi plus, bo na poszerzanie wiadomości przyjdzie czas później, na razie chodzi przede wszystkim o zaintrygowanie i wprowadzenie drobnych skojarzeń. Przygotowanie do nauki może być zabawne i ciekawe – w tym tomie takie właśnie jest. Oczywiście nie brakuje tutaj grafik – komputerowych obrazków, które czasami niosą dodatkowe treści i na przykład pozwalają wyobrazić sobie, z czym wiąże się konkretne zagadnienie. To sposób na zapewnienie sobie uwagi dzieci – książka staje się bardziej atrakcyjna i równocześnie nie infantylna, co ważne przy ogromie publikacji licencyjnych słabej jakości. Tu największe wrażenie robić będzie na czytelnikach połączenie fachowości i prostoty, trafnie dobranego do docelowej grupy odbiorców. Książka zaspokaja ciekawość i jednocześnie ją rozbudza, została dobrze dostosowana do percepcji maluchów – i oczywiście zrodzi kolejne pytania, ale pokaże też dzieciom, jak wieloma różnymi tematami mogą się zainteresować.

środa, 8 lipca 2026

Mariusz Urbanek: Gałczyński. Kanarek w klatce

Iskry, Warszawa 2026.

Czary

Mariusz Urbanek w biografiach nie zawodzi. Ale do tej pory sięgał po formy pop, żeby trafić do przekonania szerokiego grona czytelników. Kiedy już dał się poznać jako autor ciekawych narracji i poszukiwacz anegdot, wystrzelił z opowieścią o Konstantym Ildefonsie Gałczyńskim tak, że przekona do siebie teraz także badaczy i szukających bardziej precyzyjnych historii. „Gałczyński. Kanarek w klatce” to książka magiczna – bo też i do czarodzieja słowa się odnosi. A przecież w biografii Gałczyńskiego nie brakowało ciemnych momentów albo legend przedstawianych przez jego córkę i konsekwentnie zaciemniających część niewygodnych prawd. Mariusz Urbanek tym razem nie liczy wyłącznie na to, co wesołe i „magiczne” – oczywiście proponuje odbiorcom opowieść o Gałczyńskim – wirtuozie słowa i niezwykłym twórcy, ta część nie podlega dyskusjom. Na początku Gałczyński to po prostu autor wyjątkowo kreatywny, pozostający poza trendami, a jednocześnie tworzący nową jakość w poezji. Po wojnie – to mistrz absurdów, ojciec „Zielonych Gęsi” i autor płodny z powodów materialnych – a jednak nietracący przez to na jakości. Kluczem jest jednak to, co działo się kompletnie poza tworzeniem – i Urbanek nie zamierza ukrywać tego, co udało mu się znaleźć.

Obecność Natalii wprowadza jakby na drugim planie – żona Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego funkcjonuje w tej wersji trochę na marginesie, istnieje, jest ważna i kiedy trzeba – wkracza do akcji, ale to nie o niej opowieść. Podobnie jest z Kirą – o tej w ogóle Mariusz Urbanek woli czasami pisać mniej, świadomy, jak bardzo zmieniała postrzeganie swoich rodziców przez całe lata. Skupia się za to na wydarzeniach mocnych w biografii i niekoniecznie odzwierciedlających się bezpośrednio w twórczości: pokazuje między innymi wojenne doświadczenia Gałczyńskiego, obecność innych kobiet w jego życiu. Zajmuje się tematami politycznymi – kiedy Gałczyński obraża kolegów po piórze na łamach jednego z pism – co nie może zostać zapomniane. Po wojnie to już „Przekrój” i działania zarobkowe, a jednocześnie tworzenie tego, co przetrwało do dzisiaj. Jest i mowa o chorobie alkoholowej – chociaż to temat dość delikatny i nie został wprowadzony na prawach sensacji. Mariusz Urbanek stara się uchwycić różne życiowe zawirowania u Gałczyńskiego, jest w stanie zapewnić czytelnikom całkiem sporo silnych emocji – a przecież dzisiaj już nawet twórczość Konstantego Ildefonsa trochę wypadła z obiegu. Widać w tej książce wielkość – nawet wbrew niekoniecznie chlubnych doświadczeń. Mariusz Urbanek oddaje Gałczyńskiemu hołd, a jednocześnie nie męczy czytelników wizerunkiem pomnikowym. Wykonuje tu olbrzymią pracę w tropieniu sygnałów pozaliterackich w literaturze i w odszukiwaniu szczegółów życiorysowych. Wszystko to przedstawia czytelnikom w swoim stylu. Nie powtarza do znudzenia utrwalonych w świadomości społeczeństwa fragmentów utworów, sięga za to po te, które być może uległy już zatarciu. I to właśnie nimi może przypomnieć o jakości tej literatury. Konstanty Ildefons Gałczyński już wiele razy był obiektem badań i opowieści okołobiograficznych – Urbankowi po prostu się wierzy, bo ten autor wykorzystuje tu i swój talent do snucia ciekawych narracji, i umiejętność dokonywania celnych kwerend. To bardzo obszerny tom, który ani przez moment nie będzie się nudzić – bo nawet kiedy autor relacjonuje przebrzmiałe perypetie polityczne, wie, jak przedstawiać rzeczywistość, żeby przyciągnąć czytelników. Ta książka została bezbłędnie skonstruowana, a także – świetnie wypełniona treścią. Urbankowi można ufać.