* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 14 września 2026

Morris, Pearce, Léturgie: Lucky Luke. Oklahoma Jim

Egmont, Świat Komiksu, Warszawa 2026.

Szkoła

J. Léturgie i Pearce stworzyli scenariusz, Morris i Pearce – rysunki do kolejnego tomu przygód Lucky Luke’a – tym razem z czasów, kiedy jeszcze nie nazywał się Lucky Luke. Dziki Zachód rządzi się swoimi prawami i tak naprawdę nie da się dopasować rzeczywistości spoza westernów do jego realiów, przynajmniej do czasu. Bo Old Timer próbuje – opiekun Lucky Luke’a przybywa z nim do jednej z mieścin i postanawia oddać go pod opiekę miejscowej nauczycielki. Jest w tym nieprzejednany, bo ktoś musi wiedzieć, jak napisać poprawnie jego nazwisko na nagrobku – inwestuje zatem w przyszłość i nie zamierza się przejmować tym, że najwyraźniej Kid ma inne plany. Lucky Luke powinien zdobyć wykształcenie – na razie jednak w szkole uczy się, jak przechytrzyć nauczycielkę i jeszcze na tym zarobić. W dodatku nie podoba mu się, że miałby być jedynym uczniem, skazanym na siedzenie w ławce, kiedy wszyscy inni świetnie się bawią, na przykład w wymierzanie sprawiedliwości. Old Timer planuje w tym czasie grać w karty. I Mushroom City byłoby miejscem idealnie spokojnym, gdyby nie fakt, że pewnego dnia pojawia się tutaj Oklahoma Jim – wyjątkowo sprytny rzezimieszek, który uczy dzieci strzelania, rozdaje im rewolwery i pod ich osłoną napada na niczego niespodziewających się obywateli. Okazja do przedstawienia fragmentu dzieciństwa Lucky Luke’a to też szansa na pierwsze spotkanie z Daltonami – i opowiedzenie o tym, dlaczego stali się oni przestępcami, których samotny kowboj przez całe życie ściga. „Oklahoma Jim” to komiks, który spodoba się fanom klasyki i który pokazuje rozwiązania znane z „późniejszych” (pod względem czasu akcji) komiksów.

Autorzy nie odchodzą od stylu znanego z klasycznych komiksów, starają się go podtrzymywać, ale mocno ułatwiają sobie zadanie tym, że bohaterowie zostali przeniesieni do czasów młodości i mogą mieć nieco inne rysy twarzy. Popisują się też w wielu miejscach humorem charakterystycznym dla przygód Lucky Luke’a, czyli takim bazującym na wieloznacznościach i prezentowanym na różnych poziomach (w tym – zrozumiałym najbardziej dla dorosłych). W samych kadrach dominuje ruch, widać tu nie tylko komiksowość, ale też chęć tworzenia rozbudowanej przestrzeni. Autorzy nie upraszczają nadmiernie obrazków, wiedzą doskonale, że dla odbiorców ważne było także prezentowanie całego uniwersum, nie tylko gadających głów. A że Dziki Zachód to temat niezwykle wdzięczny w prezentowaniu w komiksie – wykorzystują to na literacko-rysunkowy popis.

Lucky Luke to bohater klasyczny, ceniony ze względu na dowcip i realizowanie stereotypów, postać budząca zawsze sympatię kolejnych pokoleń. Z nim nie można się nudzić – więc warto wejść w świat Dzikiego Zachodu i oglądać go z perspektywy Jolly Jumpera oraz jego wiernego jeźdźca. „Oklahoma Jim” to retrospekcja, powrót do przeszłości i do początków – nie rozbija dorosłych narracji, ale nie męczy infantylizowaniem dzieciństwa znanego bohatera. Jest tu dużo powodów do śmiechu.

niedziela, 13 września 2026

Jacek Getner: Podejrzany na bank

Lira, Warszawa 2026.

Konflikt przodków

Grunt to dobry pomysł, wtedy ze wszystkiego można zrobić kryminał. Tym razem Basia Kotula w widocznej już ciąży przeprowadza się do domu na Kaszubach. Dom miał być niespodzianką, wybrany przez męża i zaakceptowany tylko na zdjęciach, ukrywa znacznie więcej niż widać na pierwszy rzut oka. Basia Kotula będzie miała zatem sporo zajęć na miejscu – a niekoniecznie ją to uszczęśliwi. Rafał Martuś, jej mąż i wkrótce szczęśliwy ojciec, skupia się na pozytywach – ale i on nie może pozostać obojętny, kiedy na szybie pojawia się tajemnicze ostrzeżenie. Trzeba wymyślić, jak przeprowadzić remont, żeby można było się rozpakować. Ale też… wejść w komitywę z miejscowymi – dwoma konkurującymi ze sobą plemionami, które postanowiły żyć jak ich przodkowie i bić się jak oni. Germanie i Słowianie gardzą zdobyczami cywilizacji i pielęgnują tradycje, przynajmniej te, które najbardziej pasują starszyźnie plemiennej. Wojny w bliskim sąsiedztwie to niekoniecznie przepis na sielankową egzystencję, ale tego zaślepiony możliwościami Rafał Martuś na razie jeszcze nie dostrzega. I tak największy problem polega na tym, że to w jego nowym domu ma znajdować się coś, czego jak na razie bezskutecznie poszukują Alderyk i Gniewosz.

„Podejrzany na bank” to opowieść, w której kryminał schodzi na bardzo daleki plan. To znaczy od początku pojawiają się w niej wątki mające sugerować niebezpieczeństwo (czy wręcz grozę), ale autora wyraźnie ciągnie w stronę komedii i to komedii ciosanej momentami toporem. Liczy się tu śmiech i czasami nawiązania do dawnych motywów z powieści detektywistycznych. Zwłaszcza kiedy Basia Kotula odkryje, co znajduje się w jej domu. To ona jest tą rozsądną – zwłaszcza kiedy musi zadbać o siebie i nienarodzonego jeszcze potomka. Kazimierz staje się więc świadkiem kolejnych monologów matki wtedy, kiedy ta nie ma zamiaru wdawać się w dyskusje z irytującym ją niekiedy małżonkiem. Jacek Getner w fabule łączy plany, przechodząc od domu byłego policjanta do skansenu (który bardziej niż ów dom tętni życiem). Lepiej nawet czuje się tam, gdzie w grę wchodzi wyobraźnia pozbawiona współczesnych motywów. Czytelnicy dzięki temu otrzymają trochę oryginalnych historii i zabawnych scenek. Chociaż to jest czwarty tom cyklu, można go spokojnie czytać samodzielnie, bez znajomości wcześniejszych wydarzeń.

Są dwa motywy, które mogą budzić sprzeciw czytelników, oba w planie narracji. Pierwszym jest uporczywe powtarzanie, że kryminał to romans z trupem – pojawia się to w powieści tyle razy, że nawet bohaterowie w pewnym momencie się buntują – i trudno im się dziwić. Nawet najlepsze spostrzeżenie może się przejeść. Druga rzecz to lekki brak wyczucia w synonimach – autor nie zawsze dopasowuje określenie do klimatu sceny, zwłaszcza jeśli chodzi o bohatera, którego personalia nadają się na ksywę. Nie jest to straszne wykroczenie, ale czasami budzi wątpliwości jako wybijające z rytmu narracji. „Podejrzany na bank” to szybka powieść kryminalno-obyczajowa, stworzona dla prostej rozrywki i uciechy odbiorców. Wakacyjne wytchnienie bez zobowiązań.

sobota, 12 września 2026

Judith Peignen: Czarownica Zora. Tom 5. Skała Czarownicy

Egmont, Świat Komiksu, Warszawa 2026.

Test

Zora budzi sympatię. To jedna z nielicznych młodych czarownic w świecie zdominowanym przez osoby liczące sobie po kilkaset lat. W związku ze swoim wiekiem zresztą Zora ma największe szanse na zyskanie sporego grona młodych fanek. Żeby to się jednak udało, musi przeżywać przygody budujące więź z odbiorczyniami, a zatem – powiązane nie tylko ze światem czarownic. Piąty tom jej doświadczeń, „Skała Czarownicy” to udane połączenie tych dwóch zagadnień.

Zora chodzi do szkoły i musi zachowywać pozory – udaje, że jest zwyczajną dziewczyną, jej koleżanki nie mogą się niczego domyślać. Podobnie jak koledzy. Zorze podoba się Louis – i na tym polega problem w nowej próbie. Przede wszystkim podczas kolejnego etapu wtajemniczenia w sprawy czarownic wszystkie kobiety tworzące magiczny krąg, będą pozbawione swojej mocy – a więc narażone na niebezpieczeństwo. Wszystkie zakładają, że Zora śpiewająco przejdzie próbę skały – a to oznacza, że będzie ich ratunkiem w razie zagrożenia. Tymczasem sama Zora ma wątpliwości: łamie właśnie podstawową zasadę czarownic, podoba jej się chłopak ze świata ludzi. Na to nie powinna sobie pozwolić – ze względu na odwieczne prawo. Skała Czarownicy jest bezlitosna i nie toleruje błędów, a nie da się ukryć przed nią prawdziwych uczuć. Na razie Zora nie mówi nikomu o swoich uczuciach, ale być może będzie musiała się do nich przyznać w najgorszym możliwym momencie. A przecież nawet jeszcze sama nie do końca zdaje sobie sprawę z tego, czego by chciała i czego by oczekiwała od chłopaka, do którego wzdycha: tymczasem być może wszyscy odkryją jej tajemnicę.

Nic dziwnego, że przygody Zory cieszą się powodzeniem wśród młodszych odbiorczyń: to bohaterka stworzona specjalnie dla nich, wykorzystująca „dziewczyńskie” tematy i nawiązująca też do modnych spraw w literaturze czwartej – związanych z magią. Warto podkreślić tu nie tylko dobrze przemyślaną stronę tekstowo-narracyjną, ale też graficzną. Ariane Delrieu stawia tu na malarskie obrazy, tworzone z rozmachem i przechodzące od kreskówki bardziej w stronę baśniowych ilustracji. Wypełnione detalami i deseniami naprawdę mogą się podobać odbiorczyniom i idealnie wpasowują się w klimat opowieści o czarownicy. To komiks pięknie wydany – poza malarskimi obrazkami jest tu też ekskluzywna, twarda oprawa – coś, co automatycznie podnosi wartość komiksu i podkreśla jego atrakcyjność wizualną.

„Czarownica Zora. Tom 5. Skała Czarownicy” to kolejny epizod i kolejne wtajemniczenie dla młodej bohaterki – temat do przemyśleń dla odbiorczyń i szereg zaskoczeń w ramach samej fabuły. Zora zabiera czytelniczki do świata, w którym sama ma ważną rolę do odegrania – i przekonuje się, że warto mieć wokół siebie ludzi, na których można liczyć w najtrudniejszych chwilach. Zora to bohaterka, która da się lubić.

piątek, 11 września 2026

Falynn Koch: Epidemie. Niewidoczne zagrożenie

Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.

Bakterie i wirusy

Ta książka powstała przed 2020 rokiem, chociaż na polski rynek wydawniczy wchodzi dopiero teraz. Warto to wiedzieć, bo tom w serii Naukomiks poświęcony epidemiom, pozbawiony jest narracji o covidzie. To – paradoksalnie – może okazać się zaletą z perspektywy czytelników, którym temat się przejadł, a także dla tych, którzy baliby się zdominowania opowieści jednym, za to bardzo aktualnym zagadnieniem. „Epidemie. Niewidoczne zagrożenie” to książka, którą Falynn Koch pokazuje młodym odbiorcom wyzwania stojące przed badaczami – i postępy w dziedzinie medycyny. Przedstawia wielkie epidemie z historii (na marginesie relacji) i powody ich rozprzestrzeniania się. Komentuje sytuacje, w których przekonania ludzi mogą stać się całkiem dosłownie zabójcze – a jednocześnie pokazuje, co należy zrobić, żeby uchronić się przed śmiertelną chorobą – na poziomie mikroorganizmów.

Już na początku odbiorcy poznają nietypowych bohaterów – Dżumę i Żółtą Febrę. Zwalcza je Limfocyt T – raczej niespecjalnie entuzjastycznie nastawiony do swojej misji. A to dlatego, że Limfocyt T świetnie wie, w czym bierze udział – w odróżnieniu od małych agresorów. Badaczka Elena tworzy symulację ataku wirusów i bakterii – oraz reakcji organizmu – żeby móc szukać metod zapobiegania groźnym chorobom. A ponieważ Febra i Dżuma chciałyby się dowiedzieć, w czym biorą udział i dlaczego nie udaje im się replikować, chociaż do tego zostały przystosowane – przychodzi czas na obszerne wyjaśnienia. „Epidemie. Niewidoczne zagrożenie” to opowieść dla dociekliwych dzieci, dla odbiorców, którzy potrzebują fachowych wyjaśnień – nawet niekoniecznie ubieranych w formę bajkowego komiksu. Widać tu nawiązania do „Było sobie życie” i próby stworzenia równie udanej historii, Falynn Koch jednak zależy na stworzeniu własnej narracji. Wszystkie wiadomości, które się tu pojawiają, wynikać muszą bezpośrednio z akcji, nie ma podporządkowywania fabuły wiadomościom – dzięki temu naukomiks o epidemiach bardzo dobrze wypada i może zaintrygować czytelników bez trudu. Nie chodzi tu tylko i wyłącznie o możliwość uchronienia się przed groźnymi chorobami, raczej o pokazanie odbiorcom, co kryje się za tajemniczymi dla nich hasłami o epidemiach czy zaraźliwości. Jest to książka, której można zaufać – przekazuje wiedzę, ale przy tym może bez problemu rozbawić. I chociaż kwestie tu poruszane są dość trudne, Falynn Koch radzi sobie z nimi idealnie. Jest to komiks naukowy, który przyciąga wzrok ze względu na sylwetki bohaterów o wyrazistej mimice i zachowania nacechowane ekspresją. Nie chodzi tu wyłącznie o usunięcie zagrożenia płynącego z obecności groźnych wirusów czy bakterii, a o pokazanie, co kryje się pod walką o zdrowie.

Ponieważ to komiks, liczą się dynamiczne kadry – tych autorka w zanadrzu ma wiele. Jako że zabiera odbiorców w głąb ludzkiego organizmu, może popuścić wodze fantazji w tłach i deseniach, zdarza się, że tworzy bardzo skomplikowane przestrzenie dla swoich postaci. Wykorzystuje też wtrącenia, żeby wprowadzać drobne informacje poboczne. I tak podane wiadomości będą zapadać w pamięć dzieciom – sprawią, że odbiorcy bardziej zainteresują się tematami mikroorganizmów i ich wpływu na zdrowie człowieka.

czwartek, 10 września 2026

Hannah Deitch: Zabójczy potencjał

Marginesy, Warszawa 2026.

Ucieczka

Zwykle ten motyw jest wykorzystywany w powieściach Bildungsroman: wielki przejazd przez całe Stany Zjednoczone, bohaterowie skazani na swoją obecność w zamkniętej i ciasnej przestrzeni samochodu, konieczność prowadzenia rozmów i dogłębnego poznawania siebie nawzajem, radzenie sobie z kolejnymi wyzwaniami w rodzaju utraty pieniędzy – to wszystko pozwala wydobyć najgorsze i najbardziej szczere cechy. Nic dziwnego, że autorzy tak chętnie wysyłają swoje postacie w podróż życia. Ale u Hannah Deitch mimo wszystko jest inaczej. „Zabójczy potencjał” rozpoczyna się bowiem od kryminału – a wyprawa to nie próba poznania siebie i świata przed wejściem w dorosłość, a ucieczka przed odpowiedzialnością za to, czego się nie zrobiło.

Przynajmniej dla Evie Gordon. Evie nie wyszło w życiu. To kobieta, która na życie zarabia przygotowywaniem do szkolnych testów. Pracuje jako korepetytorka, ale wcale nie zanosiło się na to, kiedy sama była uczennicą a potem studentką. Życie jednak zweryfikowało jej umiejętności radzenia sobie z wyzwaniami – teraz Evie po prostu walczy o to, żeby przetrwać. I nawet jeśli lubi dawanie lekcji, zajęcie nie przynosi jej prestiżu. Evie czuje się czasami jak służąca – uczy dzieci z bogatych domów, w dodatku – w wykwintnych wnętrzach posiadłości ich rodziców. I pewnego dnia przekonuje się, że lepiej byłoby, gdyby nie należała do sumiennych i odpowiedzialnych. Gdyby Evie nie pojawiła się w pracy, o wszystkim dowiedziałaby się z wiadomości. Niestety – przybyła zgodnie z planem i teraz to jej twarz widnieje we wszystkich serwisach informacyjnych. Evie trafia bowiem na zwłoki swoich pracodawców, a także na kobietę uwięzioną w ukrytym pomieszczeniu w ich domu. Ogłusza swoją uczennicę i ucieka – przekonana, że właśnie pozbawiła życia dziewczynę, a zostanie osądzona, jakby była winna całej zbrodni. Razem z nią ucieka kobieta, która nie mówi – być może w wyniku przeżytej właśnie traumy. Tak zaczyna się „Zabójczy potencjał”, a później autorka przez długi czas czerpie po prostu bezpośrednio ze schematów fabularnych powieści o dojrzewaniu. Chociaż jej bohaterki dojrzewać już nie muszą, mogą odkryć siebie nawzajem i spróbować rozwiązać zagadkę podwójnej (a może już potrójnej) śmierci. Nie powinny zostawiać po sobie śladów cyfrowych, o ich miejscu pobytu świadczyć będą nie tylko dokumenty, ale i karty bankomatowe – a ponieważ policja nie próżnuje i angażuje dziennikarzy do rozpowszechniania wiadomości o poszukiwanych morderczyniach, już niedługo wszyscy będą znali twarz Evie i jej nieoczekiwanej partnerki. Evie jest przekonana, że żeby wrócić do normalnego życia, musi odkryć tożsamość prawdziwego mordercy. A to nie takie proste, kiedy musi wciąż uciekać.

Jest „Zabójczy potencjał” powieścią sensacyjną, w której instynkty biorą górę nad zdrowym rozsądkiem. Jest tu mnóstwo rozwiązań, które wydają się przerysowane, a jednak działają – a to za sprawą silnych emocji kreślonych przez Deitch z dużym zaangażowaniem. Opowieść o poznawaniu siebie i drugiego człowieka jest pełna niespodzianek i na długo zatrzyma czytelników. „Zabójczy potencjał” jest książką, która próbuje wymykać się schematom fabularnym i gatunkowym – a jednocześnie wykorzystuje te motywy, które da się przystosować do nowej rzeczywistości.

środa, 9 września 2026

Dinuś nie chce spać. Wspólnie czytamy o zasypianiu

Harperkids, Warszawa 2026.

Przygotowania do snu

Dinuś to ten bohater, który robi wszystko, co kilkulatki – i który pokazuje kolejne sekwencje czynności, żeby utrwalić je u małych odbiorców. Nic dziwnego, że tematy są tu brane bezpośrednio z życia maluchów – a tomik „Dinuś nie chce spać” to wsparcie rodziców układających swoje pociechy do spania. Można jeszcze przeżyć jedną przygodę z sympatycznym bohaterem, żeby w końcu przekonać się, że trzeba iść do łóżka – tylko dzięki temu będzie się miało siły do zabawy następnego dnia. Na razie jednak Dinuś szuka sojuszników w swojej niechęci do pójścia spać – spotyka kolejnych przyjaciół (którzy jednak do snu się przygotowują) i namawia ich do rozrywek – albo naśladuje ich zachowania. Haczyk tkwi w tym, że jego przyjaciele nie mają wątpliwości w kwestii przygotowywania się do snu i wykonują po prostu te czynności, w których Dinuś nie ma ochoty uczestniczyć. Kiedy jednak dołączy do nich… może być całkiem przyjemnie.

„Dinuś nie chce spać” to książeczka pisana prozą, z rymowanymi fragmentami – tłumaczenie przygotowała Natalia Usenko. Dzięki refrenom dzieci będą mogły przekonać się do rytmu opowieści. Pojawiają się tu też nawiasowe wtrącenia – uzupełniane wyliczenia, które sprawią, że kolejne etapy przygotowań do snu zapadną dzieciom lepiej w pamięć. Dinuś nie tylko działa – ale też przechodzi niezbędne zadania do wykonania wieczorem. To uświadomi dzieciom, że muszą umyć zęby czy wykąpać się, miłym dodatkiem staje się też wieczorna wspólna lektura – to sposób na przypomnienie rodzicom, że takie rozrywki nie wychodzą z mody i że zawsze powinno się znaleźć czas na czytanie przed snem – to nie tylko rozwija wyobraźnię, ale też buduje silne więzi i miłe wspomnienia. Dinuś przekonuje się, że przygotowania do snu wcale nie muszą być nudne czy męczące – i że na pewno nie są niepotrzebne. Długo trwa w swojej pewności, że nie chce iść spać – a jednak w końcu się zmęczy, jak każdy maluch.

Taka lektura pozwoli na wyciszenie najmłodszych, ale zapewni im też trochę zabawy. Nie polega bowiem tylko na śledzeniu tekstu czytanego przez rodziców czy na oglądaniu urokliwych ilustracji Pauli Bowles – a na czynnym udziale w czytaniu za sprawą odpowiednio przygotowanych kartonowych stron. Są tu miejsca zakryte, niespodzianki dla oglądających, są też scenki pop-up, co może być zaskoczeniem dla najmłodszych – nieprzygotowanych jeszcze na techniczne możliwości konstruowania książek. To zatem przygoda wykraczająca poza motyw zwykłego czytania, w sam raz dla dzieci, którym wydaje się, że w książkach nie da się znaleźć nic ciekawego. „Dinuś nie chce spać” to tomik nastawiony na usypianie najmłodszych i jednocześnie dostarczający wielu powodów do uśmiechu – ładnie przygotowany i dobrze przemyślany. W sam raz nie tylko dla tych dzieci, które zwlekają z momentem pójścia do łóżka.

wtorek, 8 września 2026

WIll Gompertz: Na co patrzymy? 150 lat sztuki nowoczesnej w mgnieniu oka

Rebis, Poznań 2026.

Przewodnik

Ta książka jest mniej prezentacją historii sztuki nowoczesnej, a bardziej opowieścią przewodnika przekutą na książkę. WIll Gompertz wybiera sobie styl, który przypadnie do gustu szerokiemu gronu odbiorców – zwłaszcza tych potrzebujących poprowadzenia przez ostatnie piętnaście dekad zmian w sztuce. Autor nie zamierza koncentrować się na datach, faktach i wydarzeniach, a na anegdotach, spotkaniach i działaniach. Oczywiście punkty obowiązkowe to dzieła – będzie prowadził od jednego do drugiego, pokazywał związki pomiędzy nimi i tłumaczył przesłania czy przełomowość. Ale to nie wszystko. Dla Gompertza poszukiwanie przepisu na sztukę to poszukiwanie relacji międzyludzkich. I właśnie dzięki temu książka „Na co patrzymy? 150 lat sztuki nowoczesnej w mgnieniu oka” może na rynku zrobić furorę – i zostać na nim na długo. Zwłaszcza że dzieła tu omawiane trzeba znać – a nie ma lepszego sposobu na poznanie ich i przyswojenie sobie ich znaczenia niż śledzenie barwnej, krwistej narracji.

Faktycznie Gompertz chce pisać pospiesznie. Nie próbuje tworzyć przystanków encyklopedycznych, jeśli więc ktoś potrzebuje notek biograficznych i dat – będzie musiał czytać tę książkę z notesem, a ponadto uporządkować wiadomości dzięki korzystaniu z innych opracowań. Tutaj najważniejsza jest bowiem forma przekazu, trochę plotkarska, bardzo osobista i przesycona obyczajowością. Kto z kim, dlaczego i co z tego wynikało – to przepis na przełomowe momenty w sztuce. I wcale nie chodzi tu o kontakty łóżkowe, raczej o wzajemne wpływy i inspiracje, o komentarze i odpowiedzi do zastanego stanu rzeczy. Artyści nie działają w próżni, bez przerwy odnoszą się do tego, co było i starają się kreować przestrzeń dla siebie. Radzą sobie z tym na różne sposoby, ale warto wychwycić ich wyczulenie na konteksty społeczne. Tu znów okazuje się, jak wielkie znaczenie mogą mieć albo konotacje seksualne, albo – skandale obyczajowe. Tak naprawdę ta książka nie daje wiedzy, daje radość odkrywania – co jest następstwem tej wiedzy. To rozwiązanie dla niecierpliwych i dla ciekawskich, dla ludzi lubiących podglądanie rzeczywistości trochę od kulis. Zabawa wiąże się tu z możliwością uzyskania klucza do zrozumienia artystów – to niebagatelne narzędzie. Will Gompertz jeszcze raz opowiada to, co odbiorcy już powinni wiedzieć (ale być może przeoczyli, a chcą pozować na znawców) – więc serwuje metodę odświeżenia wiadomości. Rzuca tytułami i nazwiskami, co pewien czas wprowadza elementy analizy dzieł czy sposoby tworzenia – dba o to, żeby nie popaść w rutynę i żeby czytelnicy za każdym razem otrzymywali inny punkt zaczepienia. Bardzo zgrabnie prowadzi tę narrację, to coś, co czytelników szybko przekona. Zaproszenie do poznawania sztuki nowoczesnej wypełnione jest zaskoczeniami i niespodziankami dla czytelników – ale też radością odkrywania u samego autora. „Na co patrzymy” to rodzaj przewodnika dla dorosłych – szansa na zwiększenie świadomości co do historii sztuki. Jeśli ktoś ma potrzebę pozowania przed znajomymi na eksperta od najbardziej popularnych dzieł, znajdzie tu sporo motywów wartych zapamiętania. Do tego dochodzą reprodukcje (tych zawsze jest za mało) i specyficzne lekcje.

poniedziałek, 7 września 2026

Kelly DiPucchio: Gaston

Tako, Toruń 2026.

Różnice

Ten picture book może być świetnym punktem wyjścia do rozmów z najmłodszymi o tym, co znaczy być sobą, a co – dopasowywać się do otoczenia. W prostej historii Kelly DiPucchio prezentuje małym odbiorcom kwestie tożsamości i odpowiadania na oczekiwania innych – bez wielkich słów i abstrakcyjnych fraz, koncentruje się na tym, co najważniejsze nie tylko z perspektywy dzieci. Są tu dwie psie rodziny: Pani Pudelka ma troje grzecznych szczeniaczków i Gastona. Pani Buldożka z kolei – trzy rozbrykane pieski i nieśmiałą Antoinette. Łatwo odkryć, że małe buldogi wyglądają podobnie jak Gaston, a rodzeństwo Gastona jest łudząco podobne do Antoinette – rozwiązanie problemu wydaje się zatem na wyciągnięcie ręki: jeśli Pani Pudelka i Pani Buldożka wymienią się jednym dzieckiem, nikt nie będzie poszkodowany, a najmłodsi wreszcie trafią do otoczenia, które ich rozumie. Tylko że Gaston przywykł już do ciszy i elegancji, a Antoinette uwielbia funkcjonować wśród rozbrykanych maluchów.

„Gaston” to książka, która skrywa naprawdę sporo ważnych treści – nie tylko z perspektywy dzieci. Najmłodsi będą tu śledzić doświadczenia nie do powtórzenia w ludzkim świecie – ale przy okazji też przekonają się, że niektóre pomysły powinny pozostać w sferze teorii, nawet jeśli pasowałyby do prób uporządkowania świata. Nie ma znaczenia, że coś wydaje się łatwe do zrealizowania i logiczne – żywe organizmy to nie układanka, w której można do woli zmieniać klocki: tu w grę wchodzą emocje, przyzwyczajenia i nadzieje. Kiedy obie mamy umawiają się na wymianę tych najbardziej „problemowych” dzieci, nie robią nikomu krzywdy – zwłaszcza że sytuacja jest odwracalna, i to bardzo szybko.

Christian Robinson ma tu pracę, od której dużo zależy: tworzy ilustracje, dzięki którym dzieci, nawet te najmłodsze i niekoniecznie nadążające za fabułą tekstową, zrozumieją błyskawicznie, na czym polega problem i jak powinno wyglądać jego rozwiązanie w dążącym do porządku świecie. W jego ujęciu zawsze trzy pieski są identyczne, czwarty różni się znacząco – ale nie na tyle, żeby przenosić w inny świat. Stawia ten ilustrator na duże i wyraziste kształty, może to robić, ma na to sporo miejsca – nie zarzuca odbiorców tematami spoza tekstu, nie musi niczego dopowiadać. „Gaston” to książka dopracowana pod każdym względem – musi więc robić ogromne wrażenie. Dla małych czytelników to nie tylko okazja do spotkania z bajkowymi sympatycznymi bohaterami, ale także do przemyśleń na temat swojego miejsca na ziemi. To książka, która ma ważne i wartościowe przesłanie – nie zdradza tego na pierwszy rzut oka, a jednak to o wiele więcej niż zwyczajny picture book dla najmłodszych. „Gaston” to propozycja, którą warto po wspólnej lekturze jeszcze przedyskutować – zastanowić się nad tym, czego o sobie dowiedzieli się bohaterowie i w jaki sposób wpłynęło to na ich późniejsze życiowe wybory.

Jest to opowieść, której znaczenie wykracza poza świat przedstawiony – i historia, którą należy dzieciom prezentować, żeby uświadomić im złożoność świata i jego wyzwań.

niedziela, 6 września 2026

Daniel Wyszogrodzki: Sycyliada

Marginesy, Warszawa 2026.

Z oddali

Wprawdzie to Polacco snuje opowieść, ale ta książka – podobnie jak książki w niej samej – może mieć tylko jednego bohatera. I tę rolę wypełnia Gaja. Kobieta z przeszłości, postać, która kiedyś pozostawała blisko – ale nie za blisko – Polacco i która nigdy nie stała się jego ziszczoną miłością. Gaja to uczucie platoniczne, nawet wtedy, gdy staje się obiektem seksualnych fantazji. Gaja nie może być przyziemna: to obiekt westchnień, niedościgły ideał, mocno zresztą przesadzony: tylko Polacco chce dostrzegać jej pozbawiony wad charakter. W efekcie informacje dotyczące jej błędów, pomyłek i problemów stają się kością niezgody – ale bohatera tylko utwierdzają w przekonaniu, że Gaja musi pozostać pomnikiem. „Sycyliada” to książka, w której liczy się tylko i wyłącznie dialog. Nie ma tu akcji, chyba że za taką uznać spotkania, spacery i wspólne posiłki. Ten autor sam sobie wystawia recenzję, wplatając do dialogów najbardziej prawdopodobną ocenę własnej prozy. Ucieka od fabuł, a może po prostu nie potrafi ich tworzyć, choć bardzo by chciał – nie ma miejsca na budowanie dynamizmu. Tu czas płynie inaczej, a bohaterowie chcą się temu rytmowi podporządkować. Czytelnicy za to nie będą mieli wyjścia – dla nich czas się zatrzymuje całkowicie i nie ruszy, dopóki nie wypełni się historia Polacco i Gai, historia niezrealizowana. Gaja przybywa na Sycylię, Polacco ją odbiera i oferuje wypoczynek, miejsce do refleksji i rozrywki w postaci spożywania posiłków, picia wina i zachwycania się krajobrazami. Dopiero z czasem ujawni nieco bardziej mroczne strony mieszkania poza „normalnym” rytmem: Polacco już wrósł w miejscowy krajobraz, już nie robi na nim wrażenia obecność mafii-rodziny. Dla Gai to ciągle jeszcze egzotyka, w dodatku egzotyka, która – kiedy stanie się namacalna – bywa groźna. Ale nawet chwilowe konflikty czy lęki nie zmienią faktu, że „Sycyliada” rozgrywa się w słowach. Jakby tego było mało, Daniel Wyszogrodzki ucieka od prawdopodobieństwa dialogów. Rozmowy tutaj są wręcz książkowe, pozbawione słuchu do dialogów – i to przeszkadza tylko wtedy, kiedy nie zaakceptuje się pomysłu autora na powieść. A pomysł polega na zakorzenieniu w tekście, na zatrzymaniu uwagi czytelników na płaszczyźnie języka – tu nic się nie wydarzy, a skoro tak, można obserwować, jak kształtuje się relacja, kiedy odważy się ją nazywać. W pewnym momencie w „Sycyliadzie” opowieści zaczynają dotyczyć wstrząsających wydarzeń, ale zapośredniczenie nie wyzwoli silnych uczuć. To powieść o słuchaniu siebie, czasami o tęsknotach i marzeniach, których nie da się wprowadzić w życie bez pomocy drugiego człowieka. To relacja, która ma pozostawiać czytelników w fazie niepewności i rozedrgania, czasami – niezgody na rzeczywistość. Pokazuje, co dzieje się, kiedy ktoś zanadto uwierzy we własną kreację świata i ocenę innych ludzi – to przecież kwintesencja pogoni za nadzieją bez chęci jej urzeczywistnienia. „Sycyliada” nie będzie pozować na wakacyjną i lekką powieść – to proza środka, w której liczy się myśl – dużo bardziej od akcji.

sobota, 5 września 2026

Bluey. Papugowanie

Harperkids, Warszawa 2026.

Oswajanie smutku

„Papugowanie” to tomik, który tylko z pozoru zabiera odbiorców do pełnego zabaw i pozbawionego trosk świata Bluey. W rzeczywistości jest to historia o śmierci – tyle że przedstawionej tak, żeby nie przygnębić przesadnie najmłodszych ani ich nie przestraszyć. Wszystko zaczyna się od gry w przedrzeźnianie – Blue od rana chce koniecznie robić wszystko to, co tata – naśladuje każdy jego gest i każde zdanie, nawet jeśli oznacza to trochę niepochlebnych komentarzy pod własnym adresem. Tata wie doskonale – jak wszyscy rodzice – że żadne sztuczki nie pomogą, przedrzeźniacz musi się znudzić swoim zadaniem, żeby skończyły się irytujące powtórzenia. Tylko że zabawa w papugowanie to jedynie wstęp do zupełnie innej historii: Blue znajduje na ulicy ranną papużkę. Razem z tatą próbuje ją uratować – wkłada do pudełeczka i wiezie do weterynarza. Tylko że ta przygoda nie może mieć dobrego finału. A po powrocie do domu Blue chce się bawić z młodszą siostrą w nieudane ratowanie chorego ptaszka – w ten sposób radzi sobie z trudnymi emocjami.

Liczy się tu zestaw zachowań i reakcji wokół śmierci: kiedy recepcjonistka przekazuje informację o papużce, mówi łagodnym głosem. Mama w domu także ścisza głos, kiedy odzywa się do swojej córki. Blue jednak potrzebuje uporządkowania doświadczeń – pokazuje to w zabawie z siostrą. Teraz również „papużka”, czyli Bingo, ma nie przeżyć akcji ratunkowej – bohaterka dowiaduje się, że na pewne sprawy nie ma żadnego wpływu. Chce jednak przeżyć swój smutek jeszcze raz, w warunkach kontrolowanych.

Dzieci zawsze mocno przeżywają rozstanie z ukochanym pupilem. Szokiem może być dla nich również świadomość, że śmierć nie oszczędza nikogo, bez względu na to, czy pospieszy się z pomocą, czy nie – i oczywiście zawsze warto próbować ocalić nawet najmniejsze życie, ale niekiedy taka misja po prostu musi się zakończyć niepowodzeniem. Dobrze, że w świecie Blue znalazło się miejsce i na takie historie – w ten sposób można przynajmniej próbować wytłumaczyć dzieciom, że czasami w codzienność wkracza śmierć – i że to oznacza bezpowrotne rozstanie. Blue jeszcze ma nadzieję, że los papużki się odmieni, ale rodzice nie zamierzają jej w tym względzie okłamywać. Razem z Blue dzieci będą oswajać się z trudnym zagadnieniem. „Papugowanie” to niewielki tomik – jak zawsze w cyklu – opowieść w sam raz do przeczytania i przemyślenia. I owszem, jest w niej całkiem sporo czynników humorystycznych, wprowadzonych, żeby przyciągnąć najmłodszych do lektury – ale jest też dużo materiału do refleksji. W świecie Blue i Bingo jest miejsce na różne odczucia – i dzięki temu dorosłym łatwiej będzie przeprowadzać ze swoimi pociechami poważne rozmowy.

Jest to picture book, więc można będzie znaleźć bardzo wiele kadrów z ulubionymi bohaterami, a także rysunkowe dopowiedzenia do narracji tekstowej. Blue nie pozostawia wątpliwości: przeżywa mnóstwo. I można razem z nią przystąpić do odkrywania uroków i przykrości świata.

piątek, 4 września 2026

Cazenove, WIlliam: Sisters. 20. Ja pierwsza!

Egmont, Warszawa 2026.

Rywalizacja

Te dwie siostry nie mogą się znudzić. Nastoletnia Wendy i kilkuletnia Marine to kwintesencja domowych dram i zabaw, potyczek i porozumień. Marine marzy o tym, żeby dorwać pamiętnik Wendy i poznać w szczegółach jej życie uczuciowe, Wendy z kolei wie doskonale, jakie grzeszki na sumieniu ma Marine i co wyczyniała na wczesnym etapie swojego dzieciństwa – tymi wiadomościami dzieli się chętnie, kiedy siostra próbuje ją skompromitować przed znajomymi. Zwłaszcza przed bardzo przystojnym Bartkiem z sąsiedztwa. Bartek to chłopak, którego obecność niepokoi Maksa, aktualnego partnera Wendy – chociaż Wendy twierdzi, że jej związkowi nic nie grozi, nadzwyczaj chętnie spędza czas z nowym znajomym. A Marine chciałaby dowiedzieć się, co dzieje się w sercu siostry. I Maks z jego dylematami staje się tylko pretekstem…

„Sisters. Ja pierwsza!” to dwudziesty tom stworzonego przez Williama i Cazenove’go cyklu – i wciąż zachwyca trafnością spostrzeżeń i nastawieniem na wykorzystywanie domowych stereotypów. Od czasu do czasu autorzy wybierają się w przyszłość, żeby pokazać dwie siostry jako piękności już mniej ze sobą rywalizujące – albo w przeszłość, żeby przypomnieć, że Wendy też była kiedyś dzieciakiem podobnym do dzisiejszej wersji Marine. Najczęściej jednak zajmują się codziennością, a w niej znajdują całą masę niespodzianek i żartów.

Chociaż Sisters to cykl, który w takim samym stopniu ucieszy dzieci co ich rodziców (zwłaszcza tych borykających się na co dzień z wyzwaniami płynącymi z wychowywania dziewczyn), młodzieżowy w duchu i bazujący na humorze. Wielopoziomowe żarty z pewnością spodobają się nie tylko młodszej publiczności. Wendy i Marine nigdy nie mają czasu na nudę, zwykle drą koty albo szukają sposobu na przechytrzenie drugiej strony. Zdarza im się porozumienie – ale raczej rzadko i w jakimś konkretnym celu. Źródłem komizmu stają się bowiem kłótnie i spory, walki i dyskusje, przepychanki i szukanie winnych. Bardzo dobrze się to sprawdza, zwłaszcza za sprawą formy. Autorzy postawili tu na klasyczny komiks dziecięcy, bardzo kolorowy, ale z mocno zdynamizowanymi sylwetkami i kreskówkową mimiką postaci. Wendy i Marine żyją w chaosie, mnóstwo tu wydarzeń, które przeradzają się w ekstremalnie wypełnione kadry. Autorzy są przekonani, że dzieci i nastolatki nie zamierzają utrzymywać wokół siebie porządku – i to odzwierciedlają w kolejnych obrazkach. Dodają zatem do rysunków informacje, których próżno by szukać w tekście. Dzięki temu wykazują się jeszcze wyjątkowym zrozumieniem postaci – i uprawdopodobniają je. Chociaż Wendy i Marine i tak są do końca prawdziwe, nie da się o nich zapomnieć – właśnie dzięki temu, że są prezentowane wyjątkowo trafnie. To komiks – a właściwie cała seria – pozwalający zrozumieć istotę siostrzanych sporów. Ta książka ma przynosić śmiech – sprawdza się jako poprawiacz humoru i zapewnia rozrywkę wysokiej klasy. Każdy, kto sięgnie po przygody sióstr, a właściwie po jednostronicowe rozpisane na szczegółowe kadry historyjki z życia wzięte – będzie chciał sprawdzić poprzednie pomysły. Cazenove i William nie zawodzą.

czwartek, 3 września 2026

Agnieszka Łubkowska: Tabliczka mnożenia. Sprytne sposoby bez wkuwania

Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.

Liczenie

Wiele dzieci boi się matematyki. Spory wpływ na to mają rodzice, którzy nawet nieświadomie zaszczepiają w swoich pociechach lęk przed liczbami. A to oznacza, że warto podjąć próby zmiany takiego stanu rzeczy – i przekonać najmłodszych, że liczenie może być przyjemne, tylko trzeba poznać sztuczki pozwalające uniknąć rutyny i umożliwiające popisywanie się tajemną wiedzą. Do tej pory w cyklu Szkoła i ja były teksty nastawione na naukę i trenowanie umiejętności społecznych, ewentualnie pozwalające na wytrenowanie odpowiednich zachowań na przykład w kwestii bezpieczeństwa. „Tabliczka mnożenia” to jednak trochę inna publikacja.

Wiadomo, że nie ma wyjątków: w zakresie do 100 trzeba opanować całą tabliczkę mnożenia – i to wiadomość, która może zniechęcić do pracy. Dlatego też Agnieszka Łubkowska decyduje się na przegląd rozwiązań i trików. Przedstawia dzieciom wskazówki pozwalające na szybkie i łatwe liczenie, wręcz bezproblemowe opanowanie tabliczki mnożenia: rozprawia się z najprostszymi schematami: mnożenie razy jeden, zero i dwa – a na fali sukcesu przechodzi w mnożenie razy trzy. Mnożenie razy pięć i dziesięć należy do banalnych – problem może (ale nie musi) pojawić się przy reszcie. I tutaj właśnie Agnieszka Łubkowska stawia na wyjaśnienie małym odbiorcom, jak działa takie mnożenie i jak sobie je uprościć. A to oznacza, że nauczy dzieci logicznego myślenia i podpowie im, jak przyspieszyć wypracowanie wyniku. Jeśli najmłodsi zyskają taką supermoc, stracą powód, żeby bać się matematyki – i z większym zainteresowaniem będą szukać kolejnych sztuczek. „Tabliczka mnożenia. Sprytne sposoby bez wkuwania” to książka, która ma przynieść kilkulatkom zestaw podpowiedzi, jakie niekoniecznie staną się częścią szkolnych lekcji – istnieje zatem spora szansa, że ta lektura przyda się odbiorcom.

Tym razem ilustracje przygotowuje Aleksandra Lipka, która stawia na młodzieżowe szkice, sylwetki bohaterów przerysowane i jednocześnie nieco zabawne. Strony graficznej nie można tu pominąć – to niezwykle istotny składnik kolejnych lekcji – o wiele łatwiej będzie sobie wyobrazić, do czego potrzebne jest w zwykłym życiu mnożenie (a także – jak działają podpowiedzi matematyczne) – jeśli będzie to przedstawione na ilustracjach.

Agnieszka Łubkowska nie skupia się wyłącznie na konkretnych podpowiedziach: najpierw rozwiewa wątpliwości i przygotowuje do nauki tabliczki mnożenia, tłumaczy między innymi, dlaczego tak istotne jest opanowanie działań. Sięga po właściwości mnożenia i omawia znaki potrzebne w pisaniu równań. Robi to szybko – liczą się tu podpisy pod rysunkami. Dzięki temu informacje łatwiej zapadną w pamięć – są przydatne i podane w przystępny sposób. A to z kolei droga do sukcesu. Dzieci otrzymują konkrety i chociaż samodzielnie muszą przemyśleć kolejne wskazówki, żeby umieć z nich korzystać – efekty mogą być olśniewające.

Rzadko na rynku pojawiają się publikacje związane z lekcjami matematyki – niebędące szkolnymi podręcznikami. Co pewien czas jednak autorzy mierzą się z tematem mnożenia. Agnieszka Łubkowska z tej próby wychodzi zwycięsko, wprowadza na księgarskie półki książkę, która przyda się dzieciom. Matematyka nie musi wiązać się z frustracjami.

środa, 2 września 2026

Sylvie Aprile, Maryla Laurent, Elżbieta Łątka-Likh, Monika Salmon-Siama, Janine Ponty: Polki w polu. Nieznana historia polskich chłopek we Francji

Marginesy, Warszawa 2026.

Wsparcie

Ogromny sukces rynkowy „Chłopek” sprawił, że pojawiły się kolejne tomy pokazujące losy przedstawicielek przeważnie pogardzanych albo odrzucanych grup społecznych. Były „Ziemianki” i „Służące” – ale jeśli odbiorcy zastanawiali się chociaż przez chwilę, skąd można czerpać wiadomości na temat egzystencji robotnic z poprzednich wieków, teraz przekonają się, że zachowały się wartościowe dokumenty. „Polki w polu. Nieznana historia polskich chłopek we Francji” to właśnie przedstawienie źródeł z odpowiednim opracowaniem i dodatkowym komentarzem. Nie będzie tu fabuły ani reportażu, odbiorcy zyskają za to wgląd w materiały do przeanalizowania – i kilka tekstów krytycznych, opracowań dotyczących epistolografii.

Autorki kolejnych esejów przyglądają się temu, co widoczne na pierwszy rzut oka i temu, co trzeba wiedzieć, żeby móc pojąć codzienne komplikacje chłopek-imigrantek. Przedstawiają naukowe spojrzenie na to, co było codziennością odważnych przodkiń. Zależy im na punktowaniu problemów i na uwypuklaniu trudności, które niejednego by przerosły. Zanim jednak czytelnicy otrzymają dostęp do bezpośrednich zwierzeń, zostaną przygotowani na co ważniejsze tematy, żeby na pewno nie przeoczyli konkretnych kwestii. A liczą się tu różne sprawy – nawet same powitania czy wprowadzenia do listów. Wprawdzie autorki tomu precyzyjnie odpowiadają na pytania pojawiające się przy lekturze listów i skrupulatnie odtwarzają historię, ale to nie one będą prawdziwymi bohaterkami książki.

Na początku lat 30. XX wieku polskie robotnice trafiały do Francji, żeby tam pracować w polu. Zajmowała się nimi – od strony organizacyjnej – Julia Lachowicz-Duval, to do niej adresowane są listy z tego tomu. Julia Lachowicz-Duval interweniuje zawsze wtedy, kiedy pojawiają się konflikty lub problemy finansowe, kiedy zdrowie nie pozwala na realizowanie zadań albo kiedy pracodawcy nadużywają stanowiska i uprzykrzają życie chłopkom. Czasami może pomóc w znalezieniu innego miejsca pracy albo w sprowadzeniu jakiegoś członka rodziny do Francji. Poradzi sobie z dokumentacją i z mniejszymi lub większymi dramatami. Chłopki uwielbiają swoją dobrodziejkę, traktują ją jak matkę i powiernicę, zwłaszcza wtedy, kiedy tęsknią za bliskimi albo nie radzą sobie z sytuacją.

Te listy są naiwne i pisane w infantylny sposób – pełne błędów, skrótów myślowych i niespodzianek. Czasami trzeba trochę się wysilić, żeby zrozumieć przesłania lub zakodowane tu treści, czasami wystarczy korzystać z przypisów. Ale bez wątpienia to właśnie owe listy są trzonem książki – i to one najbardziej przyciągają i rozbudzają ciekawość odbiorców. Opracowania krytyczne to tylko dodatek, z pewnością robią mniejsze wrażenie niż listy gromadzące „tu i teraz”. Tom „Polki w polu” pokazuje, z jakimi dylematami borykały się robotnice i jak rozwiązywały problemy, jakie miały obowiązki i kiedy były bliskie poddania się. Z jednej strony jest tu bezlitośnie kaleczony język polski – z drugiej kobiety musiały się dogadywać po francusku ze swoimi chlebodawcami. I to wszystko sprawia, że „Polki w polu” to nie zwyczajny zestaw korespondencji a świadectwo wielkich wyzwań i wielkich przełomów. To praca, która zyskuje bardzo osobisty wymiar, to borykanie się z rozmaitymi strachami i przeszkodami. Jest w tym wszystkim miejsce na sprawy indywidualne, ale i na wyciąganie bardziej ogólnych wniosków. I, co ciekawe, ten zbiór dokumentów i opracowań nie ustępuje w niczym książkom bazującym na listach – jest równie ciekawy i równie mocny w swojej wymowie.

wtorek, 1 września 2026

Jory John, Pete Oswald: Fajny Cieciorek i skok na głęboką wodę

Harperkids, Warszawa 2026.

Grupa

Jory John i Pete Oswald mają rękę do tworzenia wyrazistych bohaterów, którzy przyciągną najmłodszych do czytania. Nie muszą w dodatku wysilać wyobraźni i proponować nowych stworków – wystarczy, że ożywiają elementy jedzenia. I tak po między innymi Wielkim Serze, Domowej Pyrze czy Niesfornym Ziarenku przychodzi czas na Fajnego Cieciorka. Fajny Cieciorek to mniej przebojowa postać – mniej przebojowa niż te, które do tej pory zaludniały karty kolejnych krótkich czytanek bazujących na kreskówkach, za to bardzo zbliżona do typowych maluchów, niekoniecznie pewnych siebie, niekoniecznie idealnych. „Fajny Cieciorek i skok na głęboką wodę” to opowieść prosto z basenu. Bohater spędza czas raczej na brodziku – i to z dmuchanym kółkiem. Nie jest taki jak Fajne Fasolki – te w ciemnych okularach i odważne – budzą wręcz zazdrość, a zawsze podziw. Fasolki nie boją się niczego, zjeżdżają z największych zjeżdżalni i są po prostu fajne. Cieciorek nawet chciałby być taki jak one, ale brakuje mu różnych cech charakteru. A może nie? Może wystarczy tylko spróbować? Jory John proponuje Cieciorkowi rozwiązanie jego problemu.

Cieciorek walczy i ponosi porażkę za porażką. Staje się obiektem drwin. W dodatku ogarnia go paraliżująca trema – kiedy już chce dokonać wielkiego czynu, czuje silny strach. I wtedy przychodzą mu z pomocą nieoczekiwani sojusznicy, tłumacząc, że czasami wystarczy wsparcie grupy, żeby można było realizować marzenia i pokonywać własne lęki. Fajne Fasolki nie są na szczęście uosobieniem szkolnych prześladowców – można na nie liczyć i przy okazji czerpać trochę z ich fajności. A to pierwszy krok do pozbawienia się kompleksów i do dobrej zabawy.

„Fajny Cieciorek i skok na głęboką wodę” to książka, w której wielu odbiorców odnajdzie po prostu siebie. To ważne, bo tomik ukazuje się w podcyklu Tryb czytania – a to oznacza, że dzieci mogą wykorzystywać go jako czytankę do ćwiczenia składania wyrazów. Nie ma trudnej ani skomplikowanej narracji, nie ma pułapek, które zniechęcą do lektury – liczy się wyrazista fabuła, która przyciągnie uwagę najmłodszych i zatrzyma ich przy książce. O ile zwykle Jory John stawia na rozśmieszanie dzieci, o tyle tutaj jest dość ostrożny – nie chodzi o to, żeby wywołać śmiech z bohatera, a o to, żeby dzieci chciały się z nim identyfikować i przyznawać do rozmaitych kłopotów czy lęków – to najlepsza droga do zrozumienia siebie i do podjęcia pracy nad sobą. Fajny Cieciorek jest fajny – ale nie przebojowy. Nie zagrozi nikomu, nie przeszkodzi w realizacji czyichś marzeń, sam potrzebuje pomocy i wsparcia, żeby mógł radzić sobie z osobistymi dylematami – zwłaszcza tymi niewidocznymi na pierwszy rzut oka. Cieciorek to postać, która zyska fanów błyskawicznie – jest potrzebny, zwłaszcza kiedy trzeba zastanowić się nad przyczyną niektórych działań. To jest książka do samodzielnego czytania przez dzieci – a jednak dobrze by było, gdyby prześledzili ten krótki tekst także rodzice – wtedy będą mogli porozmawiać ze swoimi pociechami o podobnych sytuacjach.

poniedziałek, 31 sierpnia 2026

Hanna Januszewska: Pyza na polskich dróżkach

Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.

Szlaki

To postać wspominana do dzisiaj przez pokolenia obecnych dziadków i pradziadków – Pyza, bohaterka, która zapisała się w historii, ale obecnie próżno by szukać kogokolwiek, kto byłby w stanie przywołać jej doświadczenia. Ta sytuacja może się zmienić dzięki ważnej publikacji wchodzącej na rynek wydawniczy. „Pyza na polskich dróżkach” to książka, w której odbijały się rozmaite nastroje społeczne i kwestie polityczne – i która teraz będzie się wyróżniać na księgarskich półkach. To publikacja archaiczna, a jednocześnie bardzo potrzebna choćby po to, żeby przypomnieć kolejnym pokoleniom, jaka postać wkraczała do wyobraźni ich przodków z przytupem. Pyza jest pyzą – kluską na parze, przygotowywaną przez jedną z gospodyń. Ale na skutek baśniowego wiatru, który niesie ze sobą czary, Pyza ożywa, zeskakuje z łyżki i rusza w świat – a dokładniej w Polskę. Rusza, żeby zwiedzać i żeby dowiadywać się czegoś o kraju, w którym powstała. Pyza nie może stać się obiektem kulinarnych zachwytów – to już postać bajkowa, ubrana w ludowy strój i w chustce na głowie. Pyza staje się pełnoprawną baśniową istotą, która może funkcjonować w zwyczajnym świecie. A skoro tak – warto ją wykorzystać. Pyza może podróżować po to, żeby odkrywać uroki Polski – i żeby na własnej skórze przetestować atrakcyjność turystyczną kolejnych regionów. Będzie odkrywać miejsca i zwyczaje, będzie od czasu do czasu rozmawiać z miejscowymi, albo dostawać prezenty. Będzie przeżywać przygody podporządkowane edukacyjności – ale to wszystko w rytmicznej opowiastce. Czasami Hanna Januszewska przełamuje monotoniczny sylabotonik, żeby nie stracić uwagi czytelników.

Trzeba pamiętać, że nie ma w tej książce zmian czy przystosowania do dzisiejszego rynku: dzieci otrzymują opowieść taką, jaką cieszyły się poprzednie pokolenia – i może się to okazać dla nich barierą nie do przejścia. Każda strona to jedna zwrotka, więc opowieść jest naprawdę długa. Co ciekawe, Hanna Januszewska wykorzystuje tu ludowe metody prowadzenia narracji rymowanej – nie przejmuje się rymami gramatycznymi (jest ich mnóstwo, stanowią wręcz podstawę tekstu), ale z perspektywy dzisiejszych odbiorców znacznie trudniejsze może okazać się przechodzenie przez archaizmy. Hanna Januszewska pisze w stylu, którego dzisiaj w literaturze czwartej się już nie spotyka. A to oznacza, że dzieciom nie zawsze wpadną w ucho jej pomysły i rozwiązania. Spore znaczenie ma tu także nastawienie na edukacyjność wyprawy – Pyza nie może zejść z wyznaczonych tras, a jeśli trafia na coś, co pozwala jej scharakteryzować polskość – musi to wykorzystać. Dzięki temu łatwiej będzie kojarzyć dzieciom miejsca i charakterystyczne dla nich tematy czy motywy.

Adam Kilian jest tu autorem ilustracji, czarno-białych wyrazistych szkiców, które również wykorzystują wątki folklorystyczne – ale przede wszystkim nadają kształt samej Pyzie, bohaterce, której się nie zapomina. Każda strona dostaje tu osobny motyw, więc ilustracji podporządkowanych kolejnym zwrotkom również będzie pod dostatkiem. Ale nie są to obrazki naiwne czy przesłodzone – za to mają wyrazisty charakter. Nawet jeśli tekstowo Pyza może miejscami być ciężka dla dzisiejszych maluchów, przypomnienie całości ucieszy zwłaszcza starsze pokolenia. Takie publikacje zasługują na ocalenie – i powracają nie tylko dla dzieci.

niedziela, 30 sierpnia 2026

Arttu Unkari: Tataman i koszmarny braciszek

Kropka, Warszawa 2026.

Rodzina

Tataman, czyli superbohater w wersji domowej – a właściwie antytalent do robienia rzeczy wielkich – to postać, która ma przede wszystkim śmieszyć, a jeśli uda jej się uratować świat, to przeważnie przez przypadek. Tym razem Tataman nie może przygotowywać swoich okropnych z perspektywy dzieci kanapek ani tortów – które nie nadają się do jedzenia ze względu na pomieszanie składników – bo powinien zająć się rozwiązaniem problemu stworzonego prawdopodobnie przez Beniaminka przechodzącego bunt dwulatka.

Wydawać by się mogło, że sytuacja została opanowana – po ostatniej katastrofie Wiśnia, chociaż dorosła, chodzi do szkoły z Olgą i zajmuje się wynalazkami tylko w wolnych chwilach. Ale teraz trzeba odłożyć na półkę swoje prywatne pomysły i zająć się ratowaniem świata – po raz kolejny. Okazuje się bowiem, że wszyscy zaczynają mówić, co myślą – i to niekoniecznie z własnej woli. „Tataman i koszmarny braciszek” to książka, w której szybka i absurdalna akcja ma dostarczać rozrywki. Trzeba w pierwszej kolejności zapobiec katastrofie – nie da się bowiem zachować spokoju i normalności, kiedy każdy stawia na bezlitosną szczerość. Można się tu spodziewać tylko niespodziewanego: kolejne wydarzenia tylko potęgują chaos, a Tataman, który tylko we własnym mniemaniu jest ideałem, działa na przekór wszystkiemu. Oczywiście nie osiągałby spektakularnych sukcesów, gdyby do akcji nie włączyła się jego córka – bystry umysł pozwala jej na ominięcie pułapek i wyciąganie wniosków umykających Tatamanowi.

„Tataman i koszmarny braciszek” to publikacja stworzona dla śmiechu odbiorców. Nastolatkom może się spodobać zwłaszcza jej buntowniczy charakter – nie ma tu pedagogicznych komentarzy, a wszelką krytykę wyprzedza jedna zrzędliwa bohaterka, starsza pani, która co pewien czas wtrąca swoje trzy grosze i narzeka na wszystko, co dzieje się w fabule. Dzięki temu Arttu Unkari uniknie niepochlebnych komentarzy – nikt z pokolenia, do którego kieruje powieściową serię, nie wykaże się podobną postawą: to domena siwych włosów i odrzucania wszystkiego, co robi „ta dzisiejsza młodzież”. Im bardziej starsza pani będzie się irytować, tym większa szansa, że zjednoczy czytelników wokół nietypowej i szybkiej akcji.

W tej książce liczą się silne emocje, odwzorowywane nie tylko w ramach tekstowej narracji, ale też w komiksowych rysunkach. Chodzi tu w dużej części o uniknięcie obojętności w odbiorze – dzieci mają zaangażować się w akcję i dobrze się bawić podczas śledzenia relacji. Tataman nie jest bohaterem, który nadaje się na wzór dla najmłodszych – a to oznacza, że będzie jeszcze bardziej przyciągać. To seria, która kusi „niegrzecznością”, odchodzeniem od schematów i rezygnacją z moralizowania. W epoce pouczania dzieci przy każdej możliwej okazji takie rozwiązanie ma szansę powodzenia. „Tataman i koszmarny braciszek” to książka, która trafi do przekonania młodym odbiorcom – mogą się nauczyć czytania dla przyjemności, a nie dla „wyższych” ideałów.

sobota, 29 sierpnia 2026

Dinuś chce być duży. Wspólnie czytamy o zdrowym jedzeniu

Harperkids, Warszawa 2026.

Nadzieja

Urocza jest ta seria – i kierowana do najmłodszych dzieci. „Dinuś chce być duży” to opowieść – w bardzo dobrym przekładzie Natalii Usenko – w której odbiorcy razem z małym bohaterem uczą się, jaka dieta sprzyja rośnięciu. Dinozaur, który chce być duży, chodzi i wypytuje swoich dorosłych przyjaciół, co według nich powinien spożywać. Dowiaduje się dzięki temu, jak ważne są warzywa i owoce, ryby czy rośliny strączkowe. Dinuś je to, co polecają inni i szybko rośnie – staje się coraz większy i coraz silniejszy, o czym przekonuje się nawet jego drzemiący dziadek. Nie ma tu bardzo skomplikowanej fabuły, bo chodzi przecież o to, żeby najmłodsi zaangażowali się w lekturę – a koncentracja kilkulatków wymusza szybkie tempo i niewiele wątków pobocznych. „Dinuś chce być duży” to kartonowy picture book wzorowany trochę na książeczkach z serii Akademia Mądrego Dziecka (o czym świadczy paskowany kolorowy fragment grzbietu). I jest to tomik, który wykorzystuje nieoczekiwane rozwiązania. Grube kartonowe strony pozwalają na ukrycie kilku niespodzianek dla dzieci. O pop-up przypomina znaczek na okładce, ale poza rozkładaną scenką (która faktycznie pozwala dinozaurowi urosnąć) będzie tu więcej: między innymi schowany fragment rysunku czy otwierające się oko dziadka (mini pop-up).

Rozwiązania formalne to jedno, drugim stają się pomysły na treść. „Dinuś chce być duży” to książka, która przyciągnie małych odbiorców z takim samym pragnieniem co główny bohater – i w tej opowieści stawia się na rolę odpowiedniej diety. Dinuś nie dostanie oferty dotyczącej słodyczy czy fast-foodów, w ogóle nie istnieją takie tematy. Posłusznie zjada za to to wszystko, co zalecają starsi i silniejsi. W ten sposób utrwala się w dzieciach przekonanie, że faktycznie mogą mieć wpływ na swoje posiłki i brać przykład z Dinusia – to coś istotnego. Ale nie tylko na przeszkoleniu w zakresie kulinarnym rzecz polega. „Dinuś chce być duży” to książka, w której liczy się wspólna zabawa z dzieckiem. Rodzice mogą czytać i komentować wydarzenia (komentarze również zostały wprowadzone do tekstu w nawiasach). Mogą zadawać pytania albo bawić się w szukanie na stronach ulubionej maskotki Dinusia (warto przyjrzeć się tylnej okładce, żeby wiedzieć, co zostało ukryte w obrazkach). Ale mogą też proponować swoim pociechom zabawę w onomatopeje – każda rozkładówka to inny gest i inny dźwięk pasujący do akcji. Raz trzeba będzie mlaskać, raz tupać lub chrupać – wszystko, żeby wczuć się w świat małego bohatera i żeby podążać za nim w przygodzie. „Dinuś chce być duży” to zatem angażowanie najmłodszych na różne sposoby – tak, żeby bawili się książką i żeby lektura stała się ich ulubioną. Dinuś to bohater, który nie może usiedzieć na miejscu, ale umiejętnie wykorzystany jako zbieracz porad, funkcjonuje tu na prawach przykładu dla najmłodszych. O wiele łatwiej przyjąć tematy pouczające, jeśli przedstawia je Dinuś – sympatyczny dinozaur.

piątek, 28 sierpnia 2026

Olivier Tallec: Czy on śpi?

Druganoga, Warszawa 2026.

Pamięć

Bardzo trudna i bardzo piękna jest ta książka, picture book, w którym bohater – oraz jego przyjaciel, Pok – mierzą się z ostatecznością. Przygoda zakodowana w książce obrazkowej kierowanej do najmłodszych pomoże dzieciom uporać się z emocjami po stracie. Wszystko zaczyna się od znalezienia nieruchomego kosa. Może śpi (chociaż ptaki nie śpią nieruchomo na grzbiecie, o czym bohaterowie jeszcze nie wiedzą), może się jeszcze ocknie. Ale oczekiwanie nie przynosi żadnego efektu – poza ostatecznym potwierdzeniem, bo wiadomo, że żadne zwierzę nie wytrzyma tyle bez ruchu. Kos jest martwy. Teraz trzeba uporać się ze stratą – tęsknotą i smutkiem. Pok i jego przyjaciel wiedzą, że muszą coś zrobić – szukają sposobu na to, żeby zapamiętać kosa i żeby zyskać ukojenie.

„Czy on śpi” to książka, której nie należy się bać. Chociaż przedstawia jako główny temat śmierć – nie przygnębi dzieci. Olivier Tallec przygląda się kolejnym etapom działań i automatycznie – kolejnym etapom żałoby, bohaterowie na początku zaprzeczają wiadomości, później dopiero wprowadzają kolejne działania prowadzące do wyciszenia smutku. Dbają o to, żeby szpak po śmierci miał dobrą opiekę – chowają go i upamiętniają. I to właśnie pokazuje czytelnikom, że zaangażowanie się w sprawy śmierci może pomóc w opanowaniu przykrości. A jednocześnie Tallec nie zastrasza dzieci – pokazuje świat w całej palecie barw, przypomina, że nie zawsze wszystko idzie zgodnie z planem i nie ukrywa przed najmłodszymi, że zdarzają się rozmaite nieszczęścia. Z perspektywy odbiorców kos to tylko umilacz życia, autor pięknych piosenek i ptak, który nadawał koloryt polanie. Nie zdążyli się z nim zaprzyjaźnić ani go polubić, zostają więc z zapośredniczonymi uczuciami bohaterów. Ale empatia sprawi, że bohaterowie podzielą się swoimi emocjami z kilkulatkami.

Na dzisiejszym rynku wydawniczym dość rzadko autorzy decydują się na wprowadzanie trudnych tematów i tego, co mogłoby zasmucić dzieci – to nie jest kierunek, który należy popierać. W końcu chociaż śmierć bliskich nie jest codziennością kilkulatków, nie da się od niej uciec – a książka „Czy on śpi” pomoże w oswojeniu zagadnienia. Przyniesie pretekst do ważnych rozmów i sprawi, że dzieci samodzielnie będą mogły wypracować wnioski na temat radzenia sobie ze smutkiem. Tallec nie udaje, że wszystko natychmiast się ułoży, pokazuje żałobę jako proces – składający się z różnych etapów. Daje dzieciom narzędzia do zadbania o siebie nawet wtedy, gdy nie będą chciały dzielić się uczuciami z nikim.

Jest to książka napisana w prosty sposób i bardzo zrozumiała – mimo fabularnego wyzwania. To picture book, w którym obrazki przyciągają oko, są wielkoformatowe i stanowią idealne uzupełnienie narracji. Podziw wzbudza przede wszystkim realizacja tematu – ale i filozoficzno-poetyckie spojrzenie na rzeczywistość bohaterów, niby baśniową, a mocno powiązaną z realizmem. „Czy on śpi” to książka do oglądania i przedyskutowania, chociaż prosta to nie infantylna – rozbudza ciekawość i wzrusza. Jest to zestaw podpowiedzi ukrytych w historii nieskomplikowanej i wartościowej. Można tu polubić bohaterów i kibicować im w codzienności, można dać się wciągnąć w świat tak zaprezentowany. Czytanie tej książki można zalecić także dorosłym – zwłaszcza że to oni najczęściej biorą na siebie ciężar emocji związanych z rozstaniami.

czwartek, 27 sierpnia 2026

Krystyna Mirek: Do trzech razy szczęście

Harde, Warszawa 2026.

Podpowiedź

Każdy, kto myśli, że doświadczenie życiowe i wiek dają gotowe odpowiedzi na to, jaką drogę wybrać w życiu i jak unikać niebezpieczeństw albo pokus, musi zajrzeć do trzeciej części cyklu Do trzech razy – „Do trzech razy szczęście” to ostatni powrót do trzech pokoleń kobiet. Klara jest najmłodsza. Próbuje pogodzić studia z pracą, a nowo odkryte uroki samodzielności nie pozwalają jej na powrót do domu rodzinnego bez względu na to, jak trudno byłoby jej się utrzymać w istniejącym układzie. Klara zastanawia się też nad tym, dla kogo powinno mocniej bić jej serce – zraniona przez Maksa, nie jest w stanie mu już zaufać. A jednak dostrzega przesłanki pozytywnej zmiany, jaką przeszedł niefrasobliwy do niedawna motocyklista. Ania to mama Klary – buduje sobie życie z pisarzem, który w swojej pracy co rusz musi odpowiadać na zaloty i umizgi przypadkowych kobiet – ale potrafi się w tym środowisku obracać i wie, co zrobić, żeby nie dać ukochanej powodów do zazdrości. Coraz pewniej czuje się w tym związku – a to oznacza, że wreszcie może zacząć żyć tylko dla siebie. Jest jeszcze Łucja – babcia Klary, która po sercowym zawodzie wylądowała w szpitalu i teraz powinna dbać o siebie. A to oznacza również decyzje co do przyszłego szczęścia. Łucja wie doskonale, że nie wszystko może już zrobić – tymczasem może się okazać, że jej wybranek ma zupełnie inny pomysł na codzienne życie, a nawet na miejsce zamieszkania. I wtedy zaczną się prawdziwe problemy.

Krystyna Mirek pokazuje czytelniczkom życie trzech bohaterek – ze wszystkimi jego wadami i dylematami. Nie ma tu wielkich słów, chociaż sprawy ostateczne co chwilę przewijają się przez egzystencję. Raz choroba ojca Maksa zmusza chłopaka do zweryfikowania dawnych żali, raz – zmęczenie Klary o mało co nie doprowadza do katastrofy. Zło może czaić się wszędzie, jednak nieocenione jest wsparcie innych osób, ludzi, którym można zaufać w każdej sytuacji. Jedno jest pewne: szczęście to coś, co trzeba sobie każdego dnia wypracowywać od nowa, nigdy nie jest dane z góry. Ale też ludzie, którzy nie wierzą, że mogą je jeszcze zyskać, nie potrafią często wykorzystywać sytuacji do szczęścia prowadzących. Krystyna Mirek nie zapewnia czytelniczkom prostej rozrywki – stara się tak poprowadzić opowieść, żeby zasugerować, że na każde zmartwienie znajdzie się jakieś rozwiązanie, tyle tylko, że czasami trzeba go dłużej poszukać.

To chyba najlepsza część cyklu Do trzech razy – oczywiście że przygotowana jest tak, żeby rozwiązać sporo wątków z poprzednich tomów, ale można ją czytać samodzielnie i zastanawiać się nad decyzjami bohaterów bez wiedzy o ich dotychczasowych relacjach. Krystyna Mirek po prostu potrafi wprowadzać odbiorczynie – nawet te przypadkowe – w świat historii obyczajowych wypełnionych ciekawymi i burzliwymi sytuacjami. To się sprawdza bardzo dobrze – i jest zrealizowane tak, że fanki powieści dla kobiet będą usatysfakcjonowane tą lekturą. „Do trzech razy szczęście” to opowieść o zwyczajnym życiu i o kolejnych wyzwaniach, jakie niosą ze sobą nieuchronne zmiany – ale też o tym, że nie należy bać się przyszłości, bo może ona przynieść sporo dobrego.

środa, 26 sierpnia 2026

Artur Nowicki: Maluch i zasady ruchu drogowego

Nasza Księgarnia, Warszawa 2026.

Droga

Ta książka jest ważna i potrzebna, a jednocześnie – różna od tych dostępnych dzisiaj na rynku. Artur Nowicki, autor ilustracji do książek z serii o Maluchu (małym fiacie) przygotowuje bowiem kolorowanko-encyklopedię dla najmłodszych. Bohaterem tej książki jest Maluch – i Pola, dziewczynka, która razem ze swoim samochodowym przyjacielem będzie wyjaśniać odbiorcom zasady ruchu drogowego. Dodatkowo dzieci otrzymają tu zestaw łamigłówek i zadań pozwalających na utrwalenie zdobytych wiadomości. Artur Nowicki sprawia, że nie będzie trzeba innych poradników, żeby najmłodsi przyswoili sobie to, co najważniejsze – i stali się świadomymi uczestnikami ruchu drogowego. Nie pomija żadnej roli: omawia zadania tych, którzy prowadzą samochód, ale też pieszych, rowerzystów czy jeżdżących na hulajnogach, a nawet – pasażerów komunikacji zbiorowej. Przedstawia sygnalizację świetlną, zadania policjantów (i to, jak odczytywać ich gesty na drodze), oznakowanie poziome – czyli to namalowane na jezdni oraz znaki drogowe. Te ostatnie rozbija na znaki ostrzegawcze, informacyjne i znaki zakazu. Jest tu bardzo dużo wiadomości, które przydadzą się przy tłumaczeniu dzieciom, czego na drodze robić nie wolno: Artur Nowicki nie zapomina nawet o takich przestrogach jak wychodzenie z samochodu dopiero po zezwoleniu ze strony kierowcy (to w przypadku impulsywnych dzieci bardzo ważne). Maluchy dowiedzą się, dlaczego po zmroku ważne są odblaski – i że nawet domowi pupile mogą takie mieć dla własnego bezpieczeństwa.

Te strony, które już są kolorowe, zawierają wiadomości i podpowiedzi – przeważnie jako komentarze na marginesach, żeby nie przytłoczyć odbiorców nadmiarem tekstu. Kolorowe strony służą do oglądania i chłonięcia wiedzy. Z kolei tam, gdzie w grę wchodzą kolorowanki – elementy do pokolorowania – to dziecko musi się wykazać uzyskanymi wiadomościami, a czasami coś przemyśleć lub zapamiętać. Do tego dochodzą klasyczne łamigłówki i ćwiczenia małej motoryki, dzięki którym dzieci mogą wyżyć się artystycznie, ale też zastanowić się nad bezpieczeństwem na drodze. To świetny pomysł – wszyscy kochają kolorowanki, a tutaj trzeba często pomyśleć nad doborem kolorów, żeby (na przykład) wydobyć z mgły pieszego i zapewnić mu dzięki temu bezpieczeństwo. Strony są kolorowe – albo kolorowe będą i to sprawi, że najmłodsi z chęcią przystąpią do lektury i do wypełniania poleceń.

To książeczka, która na długo wystarczy dzieciom – nie da się jej przeczytać jednym tchem, tu warto zastanowić się nad każdym znakiem drogowym i nad każdym zadaniem, wszystko to doprowadzi do refleksyjnej i długiej – ale przez to wcale nie mniej ekscytującej – lektury. Jest to tomik dla najmłodszych, ale nie tylko tych zainteresowanych pojazdami czy nie tylko dla fanów cyklu o Maluchu – te wiadomości powinni poznać wszyscy bez wyjątku, i to na jak najwcześniejszym etapie życia. Chodzi przecież o zadbanie o siebie i o innych na drogach. Im wcześniej zacznie się taką edukację, tym lepiej – Artur Nowicki pomoże wychować nie tylko świadomych kierowców, ale też świadomych pasażerów lub pieszych. Jest to książka dobrze wymyślona i starannie przygotowana, o czym przekonają się rodzice, którym dzieci będą mogły objaśniać znaczenie kolejnych znaków dostrzeżonych podczas jazdy. A jeśli komuś przypadnie do gustu ta książka, może wrócić do fabularyzowanych przygód Malucha w Naszej Księgarni - tam spotka rezolutnego bohatera w wersji przedszkolnej.