Harde, Warszawa 2026.
Podpowiedź
Każdy, kto myśli, że doświadczenie życiowe i wiek dają gotowe odpowiedzi na to, jaką drogę wybrać w życiu i jak unikać niebezpieczeństw albo pokus, musi zajrzeć do trzeciej części cyklu Do trzech razy – „Do trzech razy szczęście” to ostatni powrót do trzech pokoleń kobiet. Klara jest najmłodsza. Próbuje pogodzić studia z pracą, a nowo odkryte uroki samodzielności nie pozwalają jej na powrót do domu rodzinnego bez względu na to, jak trudno byłoby jej się utrzymać w istniejącym układzie. Klara zastanawia się też nad tym, dla kogo powinno mocniej bić jej serce – zraniona przez Maksa, nie jest w stanie mu już zaufać. A jednak dostrzega przesłanki pozytywnej zmiany, jaką przeszedł niefrasobliwy do niedawna motocyklista. Ania to mama Klary – buduje sobie życie z pisarzem, który w swojej pracy co rusz musi odpowiadać na zaloty i umizgi przypadkowych kobiet – ale potrafi się w tym środowisku obracać i wie, co zrobić, żeby nie dać ukochanej powodów do zazdrości. Coraz pewniej czuje się w tym związku – a to oznacza, że wreszcie może zacząć żyć tylko dla siebie. Jest jeszcze Łucja – babcia Klary, która po sercowym zawodzie wylądowała w szpitalu i teraz powinna dbać o siebie. A to oznacza również decyzje co do przyszłego szczęścia. Łucja wie doskonale, że nie wszystko może już zrobić – tymczasem może się okazać, że jej wybranek ma zupełnie inny pomysł na codzienne życie, a nawet na miejsce zamieszkania. I wtedy zaczną się prawdziwe problemy.
Krystyna Mirek pokazuje czytelniczkom życie trzech bohaterek – ze wszystkimi jego wadami i dylematami. Nie ma tu wielkich słów, chociaż sprawy ostateczne co chwilę przewijają się przez egzystencję. Raz choroba ojca Maksa zmusza chłopaka do zweryfikowania dawnych żali, raz – zmęczenie Klary o mało co nie doprowadza do katastrofy. Zło może czaić się wszędzie, jednak nieocenione jest wsparcie innych osób, ludzi, którym można zaufać w każdej sytuacji. Jedno jest pewne: szczęście to coś, co trzeba sobie każdego dnia wypracowywać od nowa, nigdy nie jest dane z góry. Ale też ludzie, którzy nie wierzą, że mogą je jeszcze zyskać, nie potrafią często wykorzystywać sytuacji do szczęścia prowadzących. Krystyna Mirek nie zapewnia czytelniczkom prostej rozrywki – stara się tak poprowadzić opowieść, żeby zasugerować, że na każde zmartwienie znajdzie się jakieś rozwiązanie, tyle tylko, że czasami trzeba go dłużej poszukać.
To chyba najlepsza część cyklu Do trzech razy – oczywiście że przygotowana jest tak, żeby rozwiązać sporo wątków z poprzednich tomów, ale można ją czytać samodzielnie i zastanawiać się nad decyzjami bohaterów bez wiedzy o ich dotychczasowych relacjach. Krystyna Mirek po prostu potrafi wprowadzać odbiorczynie – nawet te przypadkowe – w świat historii obyczajowych wypełnionych ciekawymi i burzliwymi sytuacjami. To się sprawdza bardzo dobrze – i jest zrealizowane tak, że fanki powieści dla kobiet będą usatysfakcjonowane tą lekturą. „Do trzech razy szczęście” to opowieść o zwyczajnym życiu i o kolejnych wyzwaniach, jakie niosą ze sobą nieuchronne zmiany – ale też o tym, że nie należy bać się przyszłości, bo może ona przynieść sporo dobrego.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dla kobiet. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dla kobiet. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 27 sierpnia 2026
niedziela, 23 sierpnia 2026
Krystyna Mirek: Sekretna miłość
Luna, Warszawa 2026.
Zależności
Dwa światy i historia, która lubi się powtarzać. Krystyna Mirek na warsztat tym razem bierze temat dorosłego dziecka uzależnionego od rodzica – finansowo, mentalnie lub zawodowo. Prowadzi czytelniczki przez dwie epoki. W jednej z nich dziedzic szlachcica, Radek, ma przygotowywać się do objęcia majątku. Nie wolno mu decydować o sobie, powinien zdecydować się na ślub z posażną panną ze swojego stanu. Traf chce, że Radek – zwykle posłuszny ojcu – spada z konia i łamie sobie żebra, a z opresji ratuje go Hania, wiejska dziewczyna (która potajemnie wzdycha do Radosława Pawlickiego). Niewinne schadzki w polu nie prowadzą do skonsumowania związku: oboje wykazują się dużą rozwagą i wiedzą, że nie wolno im sprowadzić nieszczęścia na siebie ani na swoich bliskich. Pytanie tylko, czy uda się im znaleźć sposób na bycie razem w czasach, które na to nie pozwalają. I jeśli ktoś myśli, że to dylematy z dalekiej przeszłości, może się zdziwić, obserwując Natalię. Natalia już w dzisiejszych czasach przygotowywana jest przez ojca do przejęcia prężnie prosperującej firmy. Nie może jednak decydować o sobie, nic do niej nie należy, a widmo awansu co chwilę się odsuwa. Natalia coraz bardziej dusi się w swoim życiu, a uosobieniem wolności staje się dla niej Michał, kierowca z firmy ojca.
Krystyna Mirek przedstawia czytelnikom te dwie pary i zestaw problemów, które utrudniają podejmowanie samodzielnych decyzji – pokazuje, jak bardzo kontekst może wpływać na wybory i na budowanie własnego szczęścia, tłumaczy, skąd brać siłę do zmagań z najbliższymi i co może czekać tych, którzy biernie przyjmują los. Przedstawia dwie historie miłosne, w których jednak nie samo uczucie staje się najważniejsze z perspektywy czytelniczek – a zestaw okoliczności wpływających na jego kształt. „Sekretna miłość” to powieść odmalowująca w krótkim czasie dwa pełne światy, nie trzeba tu wielkich wyjaśnień, żeby zrozumieć środowiska, w jakich funkcjonują bohaterowie – ale autorka zwraca uwagę na te kwestie, które mogą umknąć przy ocenie sytuacji. Podpowiada odbiorcom, jakie drogi wyboru mają postacie, dlaczego nie potrafią wyrwać się ze swoich światów i jakie będzie to miało konsekwencje dla nich samych w przyszłości. Oczywiście tworzy też pomost między epokami, pozwala jednym bohaterom na odkrycie sytuacji drugich i dzięki temu wstawia wyjaśnienia potrzebne tak bardzo w finale. „Sekretna miłość” to powieść niby krótka, a jednak sycąca przez przekonujące i trafne analizy, przez ładne odmalowanie dwóch rzeczywistości i przez skupienie na czystych uczuciach. Nie chodzi tu wyłącznie o spełnioną lub niespełnioną miłość – chodzi o budowanie siebie i o odzyskiwanie siebie w obliczu o wiele silniejszego przeciwnika. Krystyna Mirek potrafi pisać i tworzyć fabuły wartościowe dla masowych czytelniczek, nie zanudzi odbiorczyń ani nie zniechęci do lektury, wręcz przeciwnie – przez dobór tematów sprawia, że grono jej wyznawczyń będzie się rozszerzać.
Zależności
Dwa światy i historia, która lubi się powtarzać. Krystyna Mirek na warsztat tym razem bierze temat dorosłego dziecka uzależnionego od rodzica – finansowo, mentalnie lub zawodowo. Prowadzi czytelniczki przez dwie epoki. W jednej z nich dziedzic szlachcica, Radek, ma przygotowywać się do objęcia majątku. Nie wolno mu decydować o sobie, powinien zdecydować się na ślub z posażną panną ze swojego stanu. Traf chce, że Radek – zwykle posłuszny ojcu – spada z konia i łamie sobie żebra, a z opresji ratuje go Hania, wiejska dziewczyna (która potajemnie wzdycha do Radosława Pawlickiego). Niewinne schadzki w polu nie prowadzą do skonsumowania związku: oboje wykazują się dużą rozwagą i wiedzą, że nie wolno im sprowadzić nieszczęścia na siebie ani na swoich bliskich. Pytanie tylko, czy uda się im znaleźć sposób na bycie razem w czasach, które na to nie pozwalają. I jeśli ktoś myśli, że to dylematy z dalekiej przeszłości, może się zdziwić, obserwując Natalię. Natalia już w dzisiejszych czasach przygotowywana jest przez ojca do przejęcia prężnie prosperującej firmy. Nie może jednak decydować o sobie, nic do niej nie należy, a widmo awansu co chwilę się odsuwa. Natalia coraz bardziej dusi się w swoim życiu, a uosobieniem wolności staje się dla niej Michał, kierowca z firmy ojca.
Krystyna Mirek przedstawia czytelnikom te dwie pary i zestaw problemów, które utrudniają podejmowanie samodzielnych decyzji – pokazuje, jak bardzo kontekst może wpływać na wybory i na budowanie własnego szczęścia, tłumaczy, skąd brać siłę do zmagań z najbliższymi i co może czekać tych, którzy biernie przyjmują los. Przedstawia dwie historie miłosne, w których jednak nie samo uczucie staje się najważniejsze z perspektywy czytelniczek – a zestaw okoliczności wpływających na jego kształt. „Sekretna miłość” to powieść odmalowująca w krótkim czasie dwa pełne światy, nie trzeba tu wielkich wyjaśnień, żeby zrozumieć środowiska, w jakich funkcjonują bohaterowie – ale autorka zwraca uwagę na te kwestie, które mogą umknąć przy ocenie sytuacji. Podpowiada odbiorcom, jakie drogi wyboru mają postacie, dlaczego nie potrafią wyrwać się ze swoich światów i jakie będzie to miało konsekwencje dla nich samych w przyszłości. Oczywiście tworzy też pomost między epokami, pozwala jednym bohaterom na odkrycie sytuacji drugich i dzięki temu wstawia wyjaśnienia potrzebne tak bardzo w finale. „Sekretna miłość” to powieść niby krótka, a jednak sycąca przez przekonujące i trafne analizy, przez ładne odmalowanie dwóch rzeczywistości i przez skupienie na czystych uczuciach. Nie chodzi tu wyłącznie o spełnioną lub niespełnioną miłość – chodzi o budowanie siebie i o odzyskiwanie siebie w obliczu o wiele silniejszego przeciwnika. Krystyna Mirek potrafi pisać i tworzyć fabuły wartościowe dla masowych czytelniczek, nie zanudzi odbiorczyń ani nie zniechęci do lektury, wręcz przeciwnie – przez dobór tematów sprawia, że grono jej wyznawczyń będzie się rozszerzać.
wtorek, 11 sierpnia 2026
Magdalena Kordel: Jeszcze jedno lato
Znak, Kraków 2026.
Szarość
Lilianna jeszcze nigdy nie była naprawdę szczęśliwa. No, może raz, kiedy od przyjaciółki dostała piękną czerwoną sukienkę i mogła się poczuć wyjątkowo. Ta sukienka spoczywa głęboko na dnie kufra, starannie ukryta przed ludzkim wzrokiem – nie tylko dlatego, żeby nikt nie rozszyfrował tajemnicy starszej już kobiety, ale też dlatego, że minął jej czas. Teraz już nie ma o kogo zawalczyć, nie ma komu podobać się w niezwykłym stroju. Lilianna wybrała szarość, a właściwie została na nią skazana. Najpierw przez matkę, która nie nauczyła swojej pociechy wiary w siebie, za to tłamsiła ją na każdym kroku, później przez córkę – równie okrutną i pozbawioną empatii. Teraz Lilianna boleśnie uświadamia sobie, że zmarnowała życie, nie ma rodziny, a na córkę nie może liczyć. Wprawdzie istnieją przyjaciółki – bardzo szczęśliwe w domu spokojnej starości prowadzonym tak, że większość czytelników zacznie szukać podobnego miejsca dla siebie na przyszłość – ale to nie to samo. Lilianna chciałaby być komuś potrzebna. Tyle że standardowe rozwiązania powielane do tej pory w obyczajówkach to za mało. I dlatego kobieta decyduje się na radykalne działanie. Po raz pierwszy wybierze kolor, ale wcale nie dlatego, żeby zacząć nowe życie.
Magdalena Kordel w książce „Jeszcze jedno lato” stawia na to, co najlepiej potrafi, tworzy prostą i krótką powieść o olbrzymim ładunku emocjonalnym. Bohaterka – kobieta, której brutalnie odebrano marzenia – nie ma już wyjścia. Jest na tyle inteligentna, żeby rozumieć swoje położenie i na tyle zmęczona, żeby podjąć kroki, jakich nikt by się po starszej pani nie spodziewał. Ta powieść to wołanie o pomoc dla tych najmniej zauważanych, którzy noszą w sobie przykre historie i nie mogą się nimi z nikim podzielić. Co ważne, Magdalena Kordel pokazuje, w którym momencie następują życiowe przełomy i zmiany – i jakie konsekwencje mogą mieć. Ale przypomina też odbiorczyniom, że każda chwila jest doskonała na zmiany i na odcięcie się od dotychczasowego więzienia: trzeba tylko zdecydować się na wysiłek i odwagę, a przede wszystkim dać sobie szansę. Lilianna nie pasuje do wydarzeń, które mają się tu rozegrać, ale Magdalena Kordel przez długi czas w lekturze jest w stanie budzić niepokój i pokazywać dążenie do ostateczności – właśnie po to, żeby wstrząsnąć czytelnikami i przypomnieć im, jakich sygnałów przeoczyć nie wolno.
I mimo bardzo trudnego tematu, autorce udaje się wprowadzić to, za co kochają ją czytelniczki: poczucie humoru i niesienie pokrzepienia wszystkim. „Jeszcze jedno lato” to kolejna książka o tym, że na wszystko znajdzie się sposób, nawet jeśli ten sposób wymagać będzie sporego nakładu pracy – a jedna decyzja z pewnością pociągnie za sobą następne. Nie da się powiedzieć, że „Jeszcze jedno lato” to powieść wakacyjna – to książka na zawsze, książka, która ma przestrzegać i wyczulać na ukrywane skrzętnie problemy, a tym pozbawionym nadziei sugerować, że są dalej potrzebni – tylko niekoniecznie tym, na których zwracają uwagę. „Jeszcze jedno lato” przełamuje konwencję „babskiego czytadła” wybieranego tylko i wyłącznie dla rozrywki – autorce udaje się tu przemycić bardzo ważną kwestię.
Szarość
Lilianna jeszcze nigdy nie była naprawdę szczęśliwa. No, może raz, kiedy od przyjaciółki dostała piękną czerwoną sukienkę i mogła się poczuć wyjątkowo. Ta sukienka spoczywa głęboko na dnie kufra, starannie ukryta przed ludzkim wzrokiem – nie tylko dlatego, żeby nikt nie rozszyfrował tajemnicy starszej już kobiety, ale też dlatego, że minął jej czas. Teraz już nie ma o kogo zawalczyć, nie ma komu podobać się w niezwykłym stroju. Lilianna wybrała szarość, a właściwie została na nią skazana. Najpierw przez matkę, która nie nauczyła swojej pociechy wiary w siebie, za to tłamsiła ją na każdym kroku, później przez córkę – równie okrutną i pozbawioną empatii. Teraz Lilianna boleśnie uświadamia sobie, że zmarnowała życie, nie ma rodziny, a na córkę nie może liczyć. Wprawdzie istnieją przyjaciółki – bardzo szczęśliwe w domu spokojnej starości prowadzonym tak, że większość czytelników zacznie szukać podobnego miejsca dla siebie na przyszłość – ale to nie to samo. Lilianna chciałaby być komuś potrzebna. Tyle że standardowe rozwiązania powielane do tej pory w obyczajówkach to za mało. I dlatego kobieta decyduje się na radykalne działanie. Po raz pierwszy wybierze kolor, ale wcale nie dlatego, żeby zacząć nowe życie.
Magdalena Kordel w książce „Jeszcze jedno lato” stawia na to, co najlepiej potrafi, tworzy prostą i krótką powieść o olbrzymim ładunku emocjonalnym. Bohaterka – kobieta, której brutalnie odebrano marzenia – nie ma już wyjścia. Jest na tyle inteligentna, żeby rozumieć swoje położenie i na tyle zmęczona, żeby podjąć kroki, jakich nikt by się po starszej pani nie spodziewał. Ta powieść to wołanie o pomoc dla tych najmniej zauważanych, którzy noszą w sobie przykre historie i nie mogą się nimi z nikim podzielić. Co ważne, Magdalena Kordel pokazuje, w którym momencie następują życiowe przełomy i zmiany – i jakie konsekwencje mogą mieć. Ale przypomina też odbiorczyniom, że każda chwila jest doskonała na zmiany i na odcięcie się od dotychczasowego więzienia: trzeba tylko zdecydować się na wysiłek i odwagę, a przede wszystkim dać sobie szansę. Lilianna nie pasuje do wydarzeń, które mają się tu rozegrać, ale Magdalena Kordel przez długi czas w lekturze jest w stanie budzić niepokój i pokazywać dążenie do ostateczności – właśnie po to, żeby wstrząsnąć czytelnikami i przypomnieć im, jakich sygnałów przeoczyć nie wolno.
I mimo bardzo trudnego tematu, autorce udaje się wprowadzić to, za co kochają ją czytelniczki: poczucie humoru i niesienie pokrzepienia wszystkim. „Jeszcze jedno lato” to kolejna książka o tym, że na wszystko znajdzie się sposób, nawet jeśli ten sposób wymagać będzie sporego nakładu pracy – a jedna decyzja z pewnością pociągnie za sobą następne. Nie da się powiedzieć, że „Jeszcze jedno lato” to powieść wakacyjna – to książka na zawsze, książka, która ma przestrzegać i wyczulać na ukrywane skrzętnie problemy, a tym pozbawionym nadziei sugerować, że są dalej potrzebni – tylko niekoniecznie tym, na których zwracają uwagę. „Jeszcze jedno lato” przełamuje konwencję „babskiego czytadła” wybieranego tylko i wyłącznie dla rozrywki – autorce udaje się tu przemycić bardzo ważną kwestię.
czwartek, 30 lipca 2026
Agnieszka Krawczyk: W cztery strony szczęścia
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2026.
Vintage
Nie ma szczęścia bez konieczności walki o własne marzenia, nie ma szans na spełnienie, kiedy realizuje się wyłącznie oczekiwania innych. W Klubie Dobrych Przyjaciół to właśnie Agnieszka Krawczyk próbuje czytelniczkom przekazać. Pierwszy tom nowej serii – „W cztery strony szczęścia” to propozycja dla wszystkich, którzy lubią odchodzenie od rutyny na rzecz znalezienia własnego miejsca na świecie. Akcja toczy się tu w Krakowie i można tę książkę potraktować wręcz jako przewodnik po klimatycznych miejscach cenionych przez bohaterów. Nie może być inaczej, skoro dwaj bracia – Marcel i Nikodem – prowadzą podkast o mrocznych i tajemniczych zakątkach Krakowa. Realizują się w ten sposób, biorą udział w konkursach dla internetowych twórców i mogą znajdować czas na własne pasje – na przykład prowadzenie sklepu ze starymi płytami. Jeden z braci jest odludkiem i introwertykiem, niespecjalnie chce zmieniać się dla kogokolwiek – i może właśnie dlatego wciąż jest sam. Sytuacja jednak zmienia się, gdy musi zacząć działać w obronie własnych pomysłów – i dla dobra bliskich. Agnieszka Krawczyk w zasadzie od razu wstrzela czytelników w sedno wydarzeń: rozpoczyna się od małego trzęsienia ziemi, bo lokalny hotelarz, u którego bracia kręcili odcinek o nawiedzonych miejscach, na początku cieszył się z rozgłosu, a później zaczął grozić pozwem i zniszczeniem podkastu. Z pieniaczami trzeba działać ostrożnie, a jednocześnie nie wolno dopuścić do eskalacji żądań. Na szczęście w pobliżu czuwa pani Jola, bibliotekarka, która niejedno wiedziała i często służy pomocą przy gromadzeniu ciekawostek o Krakowie. To ona zna Sandrę, znakomitą prawniczkę, która w podobnych sytuacjach nie traci głowy – wie, jak działać, żeby nie doprowadzić do najgorszego. Sandra z kolei przyjaźni się z Niną – kobietą po dramatycznym rozstaniu z niewiernym partnerem. Piątka bohaterów będzie działać razem – i to twórczo. Trzeba bowiem wymyślić konkursowe nagranie, a do tego może się przydać tajemnicza szkatułka z pierścionkiem znaleziona na targu staroci. Nikodem i Marcel chcieliby przedstawić śledztwo w jak najbardziej intrygujący dla swoich odbiorców sposób – ale nie ulega wątpliwości, że mają na głowach zupełnie inne tematy.
„W cztery strony szczęścia” to kilka historii splecionych w jedną. Agnieszka Krawczyk wprawdzie sięga tu po nowe media i zainteresowania, których do tej pory w obyczajówkach raczej nie można było znaleźć, ale w gruncie rzeczy pozostaje bardzo staroświecka, zagląda do miejsc, które wcale nie kojarzą się z postępem i codziennym pośpiechem, raczej – pozwalają odetchnąć i obudzić tęsknotę za przeszłością. Doskonale czuje się w sklepach z odzieżą używaną i w bibliotece, przekonuje swoich czytelników, żeby docenili zarówno urok starych książek i ubrań w świetnym gatunku, jak i miejsc przynoszących wytchnienie. Dzięki temu może wprowadzać do egzystencji bohaterów dość burzliwe sytuacje. To jest książka o poszukiwaniu szczęścia i o odzyskiwaniu równowagi duchowej czy uczuciowej dzięki odpowiedniemu towarzystwu i zajęciom, które wymuszają kreatywność. Sporo w niej informacji o krakowskich zaułkach, a autorka zadbała o to, żeby czytelnicy mieli komu kibicować. Jest w tej powieści miejsce na oddech, jest też zestaw życiowych dramatów, które prowadzą w nieoczekiwanych kierunkach – jak zwykle Agnieszka Krawczyk dostarcza odbiorcom wielu urozmaiconych wrażeń.
Vintage
Nie ma szczęścia bez konieczności walki o własne marzenia, nie ma szans na spełnienie, kiedy realizuje się wyłącznie oczekiwania innych. W Klubie Dobrych Przyjaciół to właśnie Agnieszka Krawczyk próbuje czytelniczkom przekazać. Pierwszy tom nowej serii – „W cztery strony szczęścia” to propozycja dla wszystkich, którzy lubią odchodzenie od rutyny na rzecz znalezienia własnego miejsca na świecie. Akcja toczy się tu w Krakowie i można tę książkę potraktować wręcz jako przewodnik po klimatycznych miejscach cenionych przez bohaterów. Nie może być inaczej, skoro dwaj bracia – Marcel i Nikodem – prowadzą podkast o mrocznych i tajemniczych zakątkach Krakowa. Realizują się w ten sposób, biorą udział w konkursach dla internetowych twórców i mogą znajdować czas na własne pasje – na przykład prowadzenie sklepu ze starymi płytami. Jeden z braci jest odludkiem i introwertykiem, niespecjalnie chce zmieniać się dla kogokolwiek – i może właśnie dlatego wciąż jest sam. Sytuacja jednak zmienia się, gdy musi zacząć działać w obronie własnych pomysłów – i dla dobra bliskich. Agnieszka Krawczyk w zasadzie od razu wstrzela czytelników w sedno wydarzeń: rozpoczyna się od małego trzęsienia ziemi, bo lokalny hotelarz, u którego bracia kręcili odcinek o nawiedzonych miejscach, na początku cieszył się z rozgłosu, a później zaczął grozić pozwem i zniszczeniem podkastu. Z pieniaczami trzeba działać ostrożnie, a jednocześnie nie wolno dopuścić do eskalacji żądań. Na szczęście w pobliżu czuwa pani Jola, bibliotekarka, która niejedno wiedziała i często służy pomocą przy gromadzeniu ciekawostek o Krakowie. To ona zna Sandrę, znakomitą prawniczkę, która w podobnych sytuacjach nie traci głowy – wie, jak działać, żeby nie doprowadzić do najgorszego. Sandra z kolei przyjaźni się z Niną – kobietą po dramatycznym rozstaniu z niewiernym partnerem. Piątka bohaterów będzie działać razem – i to twórczo. Trzeba bowiem wymyślić konkursowe nagranie, a do tego może się przydać tajemnicza szkatułka z pierścionkiem znaleziona na targu staroci. Nikodem i Marcel chcieliby przedstawić śledztwo w jak najbardziej intrygujący dla swoich odbiorców sposób – ale nie ulega wątpliwości, że mają na głowach zupełnie inne tematy.
„W cztery strony szczęścia” to kilka historii splecionych w jedną. Agnieszka Krawczyk wprawdzie sięga tu po nowe media i zainteresowania, których do tej pory w obyczajówkach raczej nie można było znaleźć, ale w gruncie rzeczy pozostaje bardzo staroświecka, zagląda do miejsc, które wcale nie kojarzą się z postępem i codziennym pośpiechem, raczej – pozwalają odetchnąć i obudzić tęsknotę za przeszłością. Doskonale czuje się w sklepach z odzieżą używaną i w bibliotece, przekonuje swoich czytelników, żeby docenili zarówno urok starych książek i ubrań w świetnym gatunku, jak i miejsc przynoszących wytchnienie. Dzięki temu może wprowadzać do egzystencji bohaterów dość burzliwe sytuacje. To jest książka o poszukiwaniu szczęścia i o odzyskiwaniu równowagi duchowej czy uczuciowej dzięki odpowiedniemu towarzystwu i zajęciom, które wymuszają kreatywność. Sporo w niej informacji o krakowskich zaułkach, a autorka zadbała o to, żeby czytelnicy mieli komu kibicować. Jest w tej powieści miejsce na oddech, jest też zestaw życiowych dramatów, które prowadzą w nieoczekiwanych kierunkach – jak zwykle Agnieszka Krawczyk dostarcza odbiorcom wielu urozmaiconych wrażeń.
środa, 1 lipca 2026
Małgorzata Kalicińska: Nostalgia. Rzecz o moich ukochankach
Poradnia K, Warszawa 2026.
Tęsknota
Małgorzata Kalicińska po raz kolejny pokazuje, że nie dba o schematy pojawiające się w powieściach obyczajowych i szuka własnego sposobu wyrazu i swoich tematów. „Nostalgia. Rzecz o moich ukochankach” to propozycja, w której dzieli się z czytelnikami nie tylko osobistym pomysłem na opowieść o normalnych miłościach, ale też specyficznym językiem, czasami wpadającym w nieprzezroczyste nastroje. To opowieść, która zaczyna się od śmierci – i która sięga w daleką przeszłość. Bohaterka, Maria, przedstawia tu historię swoich dwóch wielkich miłości, Piotra i Filipa. Piotr umiera na raka – i o tym czytelnicy dowiedzą się od razu. Jednak następne retrospekcje i rozdziały wspomnieniowe pokażą, jak budowała się ta relacja. Maria jest wdową po Filipie – i szczęście znalazła także w drugim, niesformalizowanym związku. Ale tęskni za obydwoma partnerami, nie może się pogodzić z tym, że została sama, próbuje nawet zawierać nowe znajomości, ale im poświęca niewiele miejsca. Najbardziej liczy się to, co było. Rozmyślaniom sprzyja duży dom na pustkowiu – wokół są tylko dzikie chaszcze, łąki i lisica, która przychodzi po jedzenie i pomieszkuje w starej, rozpadającej się szopie. A może nawet kilka pokoleń lisic. Maria nie wie, nie ingeruje przesadnie w życie zwierzaka, ma dość swoich spraw.
Piotr to nastoletnia miłość, którą przerwały przyziemne sprawy. Rozstanie, a później spotkanie po wielu latach sprawia, że miłość na nowo wybucha. Maria i Piotr chcą spróbować tego, czego nie zaznali w młodości. A ponieważ Piotr zaczyna chorować i dużo czasu spędza w łóżku, kobieta może snuć rozmaite opowieści, które odwrócą jego uwagę od cierpienia i bólu. Piotr chce wiedzieć wszystko, nie tylko wspominać własne doświadczenia, ale też poznać małżeństwo Marii. I tak czytelnicy dowiedzą się o Filipie, ponurym magistrze ze starannie skrywanym talentem.
Te dwie historie wplata Małgorzata Kalicińska do opowieści niemal szkatułkowo, ale przez nacisk kładziony na przeszłość, trudniej będzie uwierzyć w teraźniejszość – preteksty do rozważań i wspomnień stają się zbyt banalne, żeby były przekonujące. I tak każdy czeka na wyznania dotyczące minionych chwil szczęścia. Autorka nie szuka powodów do euforii, raczej pokazuje miłość zwyczajną, wręcz zbanalizowaną – chociaż przecież piękną i prawdziwą. Nie sprawi, że czytelniczki zapałają wielkim uczuciem do Filipa albo do Piotra, raczej będą się zastanawiały, co bohaterka w nich widziała. Zderzy odbiorczynie z trudami ciężkiej choroby, zmianami charakteru i zachowania – tym wszystkim, o czym przeważnie nie mówi się w idealizowanych historiach. Tu idealizowania nie ma. „Nostalgia” to opowieść spokojna, wyczyszczona z wielkich namiętności – i przez to bardziej przekonująca zwłaszcza starsze grono odbiorczyń. Co ciekawe, autorka na początku chce unikać wchodzenia bohaterom do sypialni, ale z czasem wpada w przedziwne tematy i sformułowania, które kłócą się z jej pierwszymi założeniami (smak fiutka i waginki – nawet jeśli wyzwala przyjemne skojarzenia – nie pasuje kompletnie do przyjętego trybu raczej pruderyjnego opisywania kontaktów między bohaterami). „Nostalgia” jest opowieścią o tęsknocie, a nie o miłości – i jako taka będzie przekonywać odbiorczynie, że mimo wszystko warto się zakochać i iść za marzeniami.
Tęsknota
Małgorzata Kalicińska po raz kolejny pokazuje, że nie dba o schematy pojawiające się w powieściach obyczajowych i szuka własnego sposobu wyrazu i swoich tematów. „Nostalgia. Rzecz o moich ukochankach” to propozycja, w której dzieli się z czytelnikami nie tylko osobistym pomysłem na opowieść o normalnych miłościach, ale też specyficznym językiem, czasami wpadającym w nieprzezroczyste nastroje. To opowieść, która zaczyna się od śmierci – i która sięga w daleką przeszłość. Bohaterka, Maria, przedstawia tu historię swoich dwóch wielkich miłości, Piotra i Filipa. Piotr umiera na raka – i o tym czytelnicy dowiedzą się od razu. Jednak następne retrospekcje i rozdziały wspomnieniowe pokażą, jak budowała się ta relacja. Maria jest wdową po Filipie – i szczęście znalazła także w drugim, niesformalizowanym związku. Ale tęskni za obydwoma partnerami, nie może się pogodzić z tym, że została sama, próbuje nawet zawierać nowe znajomości, ale im poświęca niewiele miejsca. Najbardziej liczy się to, co było. Rozmyślaniom sprzyja duży dom na pustkowiu – wokół są tylko dzikie chaszcze, łąki i lisica, która przychodzi po jedzenie i pomieszkuje w starej, rozpadającej się szopie. A może nawet kilka pokoleń lisic. Maria nie wie, nie ingeruje przesadnie w życie zwierzaka, ma dość swoich spraw.
Piotr to nastoletnia miłość, którą przerwały przyziemne sprawy. Rozstanie, a później spotkanie po wielu latach sprawia, że miłość na nowo wybucha. Maria i Piotr chcą spróbować tego, czego nie zaznali w młodości. A ponieważ Piotr zaczyna chorować i dużo czasu spędza w łóżku, kobieta może snuć rozmaite opowieści, które odwrócą jego uwagę od cierpienia i bólu. Piotr chce wiedzieć wszystko, nie tylko wspominać własne doświadczenia, ale też poznać małżeństwo Marii. I tak czytelnicy dowiedzą się o Filipie, ponurym magistrze ze starannie skrywanym talentem.
Te dwie historie wplata Małgorzata Kalicińska do opowieści niemal szkatułkowo, ale przez nacisk kładziony na przeszłość, trudniej będzie uwierzyć w teraźniejszość – preteksty do rozważań i wspomnień stają się zbyt banalne, żeby były przekonujące. I tak każdy czeka na wyznania dotyczące minionych chwil szczęścia. Autorka nie szuka powodów do euforii, raczej pokazuje miłość zwyczajną, wręcz zbanalizowaną – chociaż przecież piękną i prawdziwą. Nie sprawi, że czytelniczki zapałają wielkim uczuciem do Filipa albo do Piotra, raczej będą się zastanawiały, co bohaterka w nich widziała. Zderzy odbiorczynie z trudami ciężkiej choroby, zmianami charakteru i zachowania – tym wszystkim, o czym przeważnie nie mówi się w idealizowanych historiach. Tu idealizowania nie ma. „Nostalgia” to opowieść spokojna, wyczyszczona z wielkich namiętności – i przez to bardziej przekonująca zwłaszcza starsze grono odbiorczyń. Co ciekawe, autorka na początku chce unikać wchodzenia bohaterom do sypialni, ale z czasem wpada w przedziwne tematy i sformułowania, które kłócą się z jej pierwszymi założeniami (smak fiutka i waginki – nawet jeśli wyzwala przyjemne skojarzenia – nie pasuje kompletnie do przyjętego trybu raczej pruderyjnego opisywania kontaktów między bohaterami). „Nostalgia” jest opowieścią o tęsknocie, a nie o miłości – i jako taka będzie przekonywać odbiorczynie, że mimo wszystko warto się zakochać i iść za marzeniami.
niedziela, 24 maja 2026
Jessie Inchauspé: Ciążowa rewolucja
Marginesy, Warszawa 2026.
Co najlepsze
Jessie Inchauspé dała się odbiorcom poznać jako autorka, która najpierw wnikliwie sprawdza informacje, żeby potem przekazać jak najpełniejszy ich zestaw zainteresowanym czytelnikom. Po „Glukozowej rewolucji”, która szturmem podbiła rynek poradników, pojawia się „Ciążowa rewolucja” – siłą rzeczy kierowana do mniejszej grupy odbiorczyń, za to równie szczegółowo prezentująca temat niezbędnych podczas ciąży składników oraz ich wpływu na rozwój płodu.
Autorka w narracji bardzo dba o to, żeby nie urazić ciężarnych i nie wprowadzać w ich myśli poczucia winy. Rezygnuje z nacisku na rzecz swobody wyboru: często powtarza, że nie trzeba się restrykcyjnie trzymać jej zaleceń, bo już zrobienie jednego kroku w kierunku lepszego odżywiania się w ciąży może być sukcesem. Żeby jeszcze bardziej zdjąć odpowiedzialność z przyszłych mam, przedstawia własną historię i swoją rodzicielkę, która w trakcie ciąży odżywiała się w sposób niezachęcający do naśladowania – i nie pozostawiło to przesadnie złych skutków w egzystencji córki. Ale oczywiście jeśli ktoś zechce zapewnić swojemu dziecku wszystko, co najlepsze, tu znajdzie szereg wskazówek i, co ważniejsze, wyjaśnień. Bo autorka dba o to, żeby czytelniczki nie musiały się zastanawiać nad sensownością obco brzmiących składników – cały rozdział poświęca na przykład cholinie, o której być może sporo ciężarnych w ogóle nie słyszy. Żeby zyskać na wiarygodności, zestawia własne doświadczenia ciążowe z tym, co może spotkać odbiorczynie – pokazuje im, jak wybory żywieniowe działają w kolejnych trymestrach i kiedy można pofolgować zachciankom, a dać sobie spokój z przestrzeganiem diet. Jessie Inchauspé przez rezygnowanie z kategoryczności i nastawienie na wyrozumiałość znajdzie wśród odbiorczyń wiele zwolenniczek. Zwłaszcza że zależy jej na dogłębnym analizowaniu tematów i na przytaczaniu aktualnego stanu badań – jeśli coś nie zostało zbadane pod kątem wpływu na ciążę, zaznacza to wyraźnie, żeby uniknąć wątpliwości. Dla czytelniczek może być jej książka zestawem przydatnych podpowiedzi, ale też ratunkiem: autorka wyjaśnia na przykład, dlaczego w ciąży warto ograniczyć spożywanie cukru i po co potrzebne jest białko – zadziwiające okazuje się tu rzadkie nawiązywanie do warzyw, chociaż i to sama Jessie Inchauspé będzie objaśniać. Liczy się jednak wyczulenie na potrzeby kobiet w ciąży i przygotowanie dla nich całej strategii działania. Można z niej korzystać wybiórczo, można zdecydować się na testowanie pojedynczych uwag, ale można też dać się pokierować autorce i zdjąć z siebie konieczność prowadzenia dalszych poszukiwań. Jakby tego było mało, książka kończy się zestawem przepisów na potrawy, które nie tylko są smaczne, ale jeszcze wypełnią zapotrzebowanie ciężarnych na określone składniki – tak, żeby nie trzeba było zbyt daleko szukać podpowiedzi kulinarnych. Ale Jessie Inchauspé na pewno nie będzie chować się za przepisami i za prostymi wypełniaczami objętości w tomie – liczy się dla niej rzetelne przekazywanie zdobytych wiadomości i dostarczanie czytelniczkom szeregu przydatnych informacji pozwalających na zachowanie zdrowia i kondycji przez cały czas trwania ciąży.
Co najlepsze
Jessie Inchauspé dała się odbiorcom poznać jako autorka, która najpierw wnikliwie sprawdza informacje, żeby potem przekazać jak najpełniejszy ich zestaw zainteresowanym czytelnikom. Po „Glukozowej rewolucji”, która szturmem podbiła rynek poradników, pojawia się „Ciążowa rewolucja” – siłą rzeczy kierowana do mniejszej grupy odbiorczyń, za to równie szczegółowo prezentująca temat niezbędnych podczas ciąży składników oraz ich wpływu na rozwój płodu.
Autorka w narracji bardzo dba o to, żeby nie urazić ciężarnych i nie wprowadzać w ich myśli poczucia winy. Rezygnuje z nacisku na rzecz swobody wyboru: często powtarza, że nie trzeba się restrykcyjnie trzymać jej zaleceń, bo już zrobienie jednego kroku w kierunku lepszego odżywiania się w ciąży może być sukcesem. Żeby jeszcze bardziej zdjąć odpowiedzialność z przyszłych mam, przedstawia własną historię i swoją rodzicielkę, która w trakcie ciąży odżywiała się w sposób niezachęcający do naśladowania – i nie pozostawiło to przesadnie złych skutków w egzystencji córki. Ale oczywiście jeśli ktoś zechce zapewnić swojemu dziecku wszystko, co najlepsze, tu znajdzie szereg wskazówek i, co ważniejsze, wyjaśnień. Bo autorka dba o to, żeby czytelniczki nie musiały się zastanawiać nad sensownością obco brzmiących składników – cały rozdział poświęca na przykład cholinie, o której być może sporo ciężarnych w ogóle nie słyszy. Żeby zyskać na wiarygodności, zestawia własne doświadczenia ciążowe z tym, co może spotkać odbiorczynie – pokazuje im, jak wybory żywieniowe działają w kolejnych trymestrach i kiedy można pofolgować zachciankom, a dać sobie spokój z przestrzeganiem diet. Jessie Inchauspé przez rezygnowanie z kategoryczności i nastawienie na wyrozumiałość znajdzie wśród odbiorczyń wiele zwolenniczek. Zwłaszcza że zależy jej na dogłębnym analizowaniu tematów i na przytaczaniu aktualnego stanu badań – jeśli coś nie zostało zbadane pod kątem wpływu na ciążę, zaznacza to wyraźnie, żeby uniknąć wątpliwości. Dla czytelniczek może być jej książka zestawem przydatnych podpowiedzi, ale też ratunkiem: autorka wyjaśnia na przykład, dlaczego w ciąży warto ograniczyć spożywanie cukru i po co potrzebne jest białko – zadziwiające okazuje się tu rzadkie nawiązywanie do warzyw, chociaż i to sama Jessie Inchauspé będzie objaśniać. Liczy się jednak wyczulenie na potrzeby kobiet w ciąży i przygotowanie dla nich całej strategii działania. Można z niej korzystać wybiórczo, można zdecydować się na testowanie pojedynczych uwag, ale można też dać się pokierować autorce i zdjąć z siebie konieczność prowadzenia dalszych poszukiwań. Jakby tego było mało, książka kończy się zestawem przepisów na potrawy, które nie tylko są smaczne, ale jeszcze wypełnią zapotrzebowanie ciężarnych na określone składniki – tak, żeby nie trzeba było zbyt daleko szukać podpowiedzi kulinarnych. Ale Jessie Inchauspé na pewno nie będzie chować się za przepisami i za prostymi wypełniaczami objętości w tomie – liczy się dla niej rzetelne przekazywanie zdobytych wiadomości i dostarczanie czytelniczkom szeregu przydatnych informacji pozwalających na zachowanie zdrowia i kondycji przez cały czas trwania ciąży.
niedziela, 12 kwietnia 2026
Dr Monika Łukasiewicz, Jagna Kaczanowska: Teraz ja! Ginekolożka z psycholożką o menopauzie
Agora, Warszawa 2026.
Bez tabu
Menopauza przestała być tematem skrzętnie ukrywanym, a w związku z tym faktem coraz częściej wchodzi do literatury poradnikowej i książek o zdrowiu. To zagadnienie, które warto przedstawiać z każdej możliwej strony, żeby oswoić kobiety ze zmianami przyzwyczajeń oraz z możliwościami, przed jakimi staną, kiedy będą mierzyć się z charakterystycznymi objawami. Menopauza to zmiany w ciele, ale też w myśleniu czy podejściu do życia – i rolą kolejnych publikacji jest omawianie tych zmian w tonie szansy, tak, żeby zredukować lęk i niedogodności. I tak na rynku pojawia się książka, którą zdecydowanie warto włączyć do swojego zestawu poradników i podpowiedzi – „Teraz ja! Ginekolożka z psycholożką o menopauzie”. Tom stworzony przez Jagnę Kaczanowską oraz Monikę Łukasiewicz całościowo prezentuje temat menopauzy i pozwala czytelniczkom na wypracowanie schematów działań w zależności od potrzeb.
Publikacja została przygotowana w lekkim, popularyzatorskim i trochę konfesyjnym tonie – chodzi tu o to, żeby przekonać czytelniczki do nadejścia ważnego i nieuchronnego – ale nie strasznego – etapu życia i żeby podsunąć im zbiór gotowych podpowiedzi. Autorki przyglądają się dostępnym środkom farmakologicznym czy kuracjom hormonalnym (przy okazji oddalając obawy przed takim wyjściem: tłumaczą, skąd bierze się niechęć do przyjmowania hormonów i jednocześnie podpowiadają, co zrobić, żeby taka kuracja była w stu procentach bezpieczna), opowiadają o charakterystycznych reakcjach ciała, o nowych dla odbiorczyń odczuciach, które może nie są groźne, ale z pewnością uprzykrzają codzienne funkcjonowanie. Opowiadają o tym, jak w dalszym ciągu czerpać radość i satysfakcję z seksu – bo przecież menopauza nie oznacza końca tego aspektu – i o tym, jak zmienia się mózg kobiety. Przyglądają się zmianom wagi oraz potrzebom organizmu. Ale przede wszystkim tłumaczą, że menopauza to nie dramat – i wystarczy odpowiednio się przygotować, działać zgodnie z planem i wykorzystywać dostępne dzisiaj metody łagodzenia objawów, żeby zachować normalność. Dzielą się z czytelniczkami własnymi doświadczeniami, co może nie tylko funkcjonować jako przykład, ale też jako rodzaj pokrzepienia – bo oto dwie kobiety wyposażone w sporą wiedzę mogą mimo wszystko borykać się z pewnymi niedogodnościami i szukać na nie sposobów: skutecznie.
Te wiadomości, które są bardziej skomplikowane, czyli wymagają większego skupienia czytelniczek, pojawiają się wyodrębnione w ramkach (tu znajdą się między innymi specjalistyczne terminy medyczne) – wyrzucone z głównego nurtu narracji nie będą odciągały uwagi, łatwiej też do nich trafić. Do tego autorki przywołują motywacyjne opowieści: w kolejnym rodzaju ramek, czyli znowu poza podstawowym nurtem, będzie miejsce na opowieści o kobietach, które spełniały swoje marzenia bez względu na metrykę – i dokonywały rzeczy wielkich po przekroczeniu „magicznej” granicy. To zachęca do działania i przypomina, że zawsze warto dążyć do robienia czegoś, co się kocha. W podstawowej opowieści z kolei rozpracowują tajniki menopauzy tak, żeby odbiorczynie mogły pozbyć się wątpliwości i żeby zweryfikowały swój stan wiedzy. Czytelniczki mogą potraktować tę książkę jak relację przyjaciółek – nieco bardziej doświadczonych i przecierających szlaki – tak, żeby uniknąć niespodzianek i żeby poradzić sobie z wyzwaniem, jakie niesie życie. Bardzo dobrze przygotowana została ta książka, ale jej prawdziwa wartość kryje się także w samym sposobie przedstawiania zgromadzonych informacji – na lekko i bez przykrości.
Bez tabu
Menopauza przestała być tematem skrzętnie ukrywanym, a w związku z tym faktem coraz częściej wchodzi do literatury poradnikowej i książek o zdrowiu. To zagadnienie, które warto przedstawiać z każdej możliwej strony, żeby oswoić kobiety ze zmianami przyzwyczajeń oraz z możliwościami, przed jakimi staną, kiedy będą mierzyć się z charakterystycznymi objawami. Menopauza to zmiany w ciele, ale też w myśleniu czy podejściu do życia – i rolą kolejnych publikacji jest omawianie tych zmian w tonie szansy, tak, żeby zredukować lęk i niedogodności. I tak na rynku pojawia się książka, którą zdecydowanie warto włączyć do swojego zestawu poradników i podpowiedzi – „Teraz ja! Ginekolożka z psycholożką o menopauzie”. Tom stworzony przez Jagnę Kaczanowską oraz Monikę Łukasiewicz całościowo prezentuje temat menopauzy i pozwala czytelniczkom na wypracowanie schematów działań w zależności od potrzeb.
Publikacja została przygotowana w lekkim, popularyzatorskim i trochę konfesyjnym tonie – chodzi tu o to, żeby przekonać czytelniczki do nadejścia ważnego i nieuchronnego – ale nie strasznego – etapu życia i żeby podsunąć im zbiór gotowych podpowiedzi. Autorki przyglądają się dostępnym środkom farmakologicznym czy kuracjom hormonalnym (przy okazji oddalając obawy przed takim wyjściem: tłumaczą, skąd bierze się niechęć do przyjmowania hormonów i jednocześnie podpowiadają, co zrobić, żeby taka kuracja była w stu procentach bezpieczna), opowiadają o charakterystycznych reakcjach ciała, o nowych dla odbiorczyń odczuciach, które może nie są groźne, ale z pewnością uprzykrzają codzienne funkcjonowanie. Opowiadają o tym, jak w dalszym ciągu czerpać radość i satysfakcję z seksu – bo przecież menopauza nie oznacza końca tego aspektu – i o tym, jak zmienia się mózg kobiety. Przyglądają się zmianom wagi oraz potrzebom organizmu. Ale przede wszystkim tłumaczą, że menopauza to nie dramat – i wystarczy odpowiednio się przygotować, działać zgodnie z planem i wykorzystywać dostępne dzisiaj metody łagodzenia objawów, żeby zachować normalność. Dzielą się z czytelniczkami własnymi doświadczeniami, co może nie tylko funkcjonować jako przykład, ale też jako rodzaj pokrzepienia – bo oto dwie kobiety wyposażone w sporą wiedzę mogą mimo wszystko borykać się z pewnymi niedogodnościami i szukać na nie sposobów: skutecznie.
Te wiadomości, które są bardziej skomplikowane, czyli wymagają większego skupienia czytelniczek, pojawiają się wyodrębnione w ramkach (tu znajdą się między innymi specjalistyczne terminy medyczne) – wyrzucone z głównego nurtu narracji nie będą odciągały uwagi, łatwiej też do nich trafić. Do tego autorki przywołują motywacyjne opowieści: w kolejnym rodzaju ramek, czyli znowu poza podstawowym nurtem, będzie miejsce na opowieści o kobietach, które spełniały swoje marzenia bez względu na metrykę – i dokonywały rzeczy wielkich po przekroczeniu „magicznej” granicy. To zachęca do działania i przypomina, że zawsze warto dążyć do robienia czegoś, co się kocha. W podstawowej opowieści z kolei rozpracowują tajniki menopauzy tak, żeby odbiorczynie mogły pozbyć się wątpliwości i żeby zweryfikowały swój stan wiedzy. Czytelniczki mogą potraktować tę książkę jak relację przyjaciółek – nieco bardziej doświadczonych i przecierających szlaki – tak, żeby uniknąć niespodzianek i żeby poradzić sobie z wyzwaniem, jakie niesie życie. Bardzo dobrze przygotowana została ta książka, ale jej prawdziwa wartość kryje się także w samym sposobie przedstawiania zgromadzonych informacji – na lekko i bez przykrości.
środa, 14 stycznia 2026
Agnieszka Krawczyk: Znaki naszego losu
Filia, Poznań 2025.
Nad wodą
Dawno nie było u Agnieszki Krawczyk tak bardzo skonfliktowanych bohaterów, wydaje się, że tu wszyscy walczą ze wszystkimi, a cykl Zwyczajna magia – która teraz doczekuje się zamknięcia w postaci trzeciego tomu, „Znaki naszego losu” – to poligon, mimo kojących duszę widoków i przestrzeni. W małej miejscowości wszyscy się znają i wiedzą, że życie w zgodzie pozwoli na osiąganie korzyści, na które nie mają szans walczące jednostki. A jednak znajdą się i tacy, którzy chcą budować swoje szczęście na niepowodzeniu innych. Irena Skierka została od początku wykluczona z lokalnej społeczności, większość chciałaby jej uniemożliwić mieszkanie w obecnym miejscu, a już na pewno – udziały w wieży z zabytkową polichromią. Co prawda Iskierka ma mnóstwo pomysłów na rozwój, może zapewnić pracę okolicznym mieszkańcom, a także zdobywać fundusze na kolejne przedsięwzięcia – jednak w tym wypadku zaszłości biorą górę nad zdrowym rozsądkiem. Przeciwko Irenie staje też jej syn, Rafał – podjudzający sąsiadów, żeby osiągnąć własne korzyści. Michalina i Renata jeszcze pracują razem, ale kończą już swoje obowiązki i powracają do myślenia nad wyjściowymi planami – na chwilę zatrzymały się w Czystej Wodzie, ale nie do końca wiążą z tym miejscem nadzieje na przyszłość. Na szczęście przed każdą z nich otwierają się nowe możliwości, także te sercowe – a przecież żadna w to nie wierzyła.
Przyszłość musi sobie ułożyć także Pola, która boryka się z sercowymi rozczarowaniami i utratą wiary w ludzi – zwłaszcza intrygi matki zaburzają jej spokój. Dziewczyna, która do tej pory nie potrafiła się odnaleźć w nowym środowisku, zyskuje szansę na karierę, której się nie spodziewała. Najbardziej czarnym charakterem wśród wielu kłótliwych postaci staje się pani doktor, która za wszelką cenę chce zarządzać ośrodkiem naukowym – Agnieszka Krawczyk przedstawia swoim czytelniczkom wizję świata, w którym część ustąpi dla świętego spokoju i tylko dlatego, żeby móc budować rzeczywistość na własnych prawach.
Nie ma w tej książce łatwych przepisów na szczęście, chociaż autorka pokazuje, jak wykorzystywać rozmaite okazje i dostosowywać plany do okoliczności. Przypomina odbiorczyniom, że nie zawsze wszystko będzie się układać po ich myśli, ale nie wolno się poddawać i zawsze trzeba próbować spełniać swoje marzenia. W pięknych okolicznościach przyrody rozgrywa się całkiem sporo minidramatów międzyludzkich – a wszystko przez to, że bohaterowie z tego cyklu zapominają o współpracy i empatii, a chcą wywalczyć coś dla siebie. Wprawdzie w takich warunkach raczej trudno o tworzenie emocjonalnych więzi okołomiłosnych, a jednak można i tu znaleźć partnera życiowego i przekonać się, że o wiele łatwiej działać wspólnie.
„Znaki naszego losu” to powieść, która jest zamknięciem charakterystycznego cyklu, raczej nie nadaje się do czytania jako samodzielna powieść – za to spodoba się wszystkim tym, którzy nie przepadają za idealizmem w fabule, za to cenią sobie wielowątkowość na niewielkiej przestrzeni.
Nad wodą
Dawno nie było u Agnieszki Krawczyk tak bardzo skonfliktowanych bohaterów, wydaje się, że tu wszyscy walczą ze wszystkimi, a cykl Zwyczajna magia – która teraz doczekuje się zamknięcia w postaci trzeciego tomu, „Znaki naszego losu” – to poligon, mimo kojących duszę widoków i przestrzeni. W małej miejscowości wszyscy się znają i wiedzą, że życie w zgodzie pozwoli na osiąganie korzyści, na które nie mają szans walczące jednostki. A jednak znajdą się i tacy, którzy chcą budować swoje szczęście na niepowodzeniu innych. Irena Skierka została od początku wykluczona z lokalnej społeczności, większość chciałaby jej uniemożliwić mieszkanie w obecnym miejscu, a już na pewno – udziały w wieży z zabytkową polichromią. Co prawda Iskierka ma mnóstwo pomysłów na rozwój, może zapewnić pracę okolicznym mieszkańcom, a także zdobywać fundusze na kolejne przedsięwzięcia – jednak w tym wypadku zaszłości biorą górę nad zdrowym rozsądkiem. Przeciwko Irenie staje też jej syn, Rafał – podjudzający sąsiadów, żeby osiągnąć własne korzyści. Michalina i Renata jeszcze pracują razem, ale kończą już swoje obowiązki i powracają do myślenia nad wyjściowymi planami – na chwilę zatrzymały się w Czystej Wodzie, ale nie do końca wiążą z tym miejscem nadzieje na przyszłość. Na szczęście przed każdą z nich otwierają się nowe możliwości, także te sercowe – a przecież żadna w to nie wierzyła.
Przyszłość musi sobie ułożyć także Pola, która boryka się z sercowymi rozczarowaniami i utratą wiary w ludzi – zwłaszcza intrygi matki zaburzają jej spokój. Dziewczyna, która do tej pory nie potrafiła się odnaleźć w nowym środowisku, zyskuje szansę na karierę, której się nie spodziewała. Najbardziej czarnym charakterem wśród wielu kłótliwych postaci staje się pani doktor, która za wszelką cenę chce zarządzać ośrodkiem naukowym – Agnieszka Krawczyk przedstawia swoim czytelniczkom wizję świata, w którym część ustąpi dla świętego spokoju i tylko dlatego, żeby móc budować rzeczywistość na własnych prawach.
Nie ma w tej książce łatwych przepisów na szczęście, chociaż autorka pokazuje, jak wykorzystywać rozmaite okazje i dostosowywać plany do okoliczności. Przypomina odbiorczyniom, że nie zawsze wszystko będzie się układać po ich myśli, ale nie wolno się poddawać i zawsze trzeba próbować spełniać swoje marzenia. W pięknych okolicznościach przyrody rozgrywa się całkiem sporo minidramatów międzyludzkich – a wszystko przez to, że bohaterowie z tego cyklu zapominają o współpracy i empatii, a chcą wywalczyć coś dla siebie. Wprawdzie w takich warunkach raczej trudno o tworzenie emocjonalnych więzi okołomiłosnych, a jednak można i tu znaleźć partnera życiowego i przekonać się, że o wiele łatwiej działać wspólnie.
„Znaki naszego losu” to powieść, która jest zamknięciem charakterystycznego cyklu, raczej nie nadaje się do czytania jako samodzielna powieść – za to spodoba się wszystkim tym, którzy nie przepadają za idealizmem w fabule, za to cenią sobie wielowątkowość na niewielkiej przestrzeni.
sobota, 10 stycznia 2026
Krystyna Mirek: Do trzech razy miłość
Harde, Warszawa 2025.
Pokolenia
Te trzy kobiety mieszkają pod jednym dachem i nigdy do tej pory się nie oszukiwały, ufały sobie i wspierały się wzajemnie. Ale kiedy w grę wchodzi miłość, zwłaszcza taka, która nie spotka się z uznaniem ze strony najbliższych, pojawiają się rozmaite sekrety i niedopowiedzenia. Klara wymyka się z domu, żeby spotykać się z buntownikiem – miejscowym outsiderem z tatuażami, kochającym szybką i niebezpieczną jazdę na motorze (za co zresztą został zesłany na prowincję). Ania jest nauczycielką, bardzo cenioną w małej Bobrówce. Po rozwodzie z mężem nie spotykała się z nikim, teraz jednak znalazła w internecie mężczyznę, przy którym serce bije jej żywiej. Ania wie, że nie powinna się angażować, zwłaszcza że nowy potencjalny ukochany ma sporo sekretów i nie chce nawet powiedzieć, jak naprawdę ma na imię. Łucja z kolei do tej pory była wsparciem dla córki i wnuczki, do tego stopnia, że wyrzuciła z głowy wszelkie myśli o amorach. Ale gdy w okolicy pojawia się pan Wiktor, za którym oglądają się wszystkie emerytki – a do tego okazuje się, że można z nim porozmawiać nie tylko o książkach… Łucja po raz pierwszy ma szansę zrobić coś dla siebie i zamierza z tego skorzystać, bez względu na to, co pomyślą inni. Już zresztą biorą ją na języki. Ale czy pragnienie ubierania się na pomarańczowo zasługuje na potępienie?
Krystyna Mirek przygląda się trzem kobietom, które stoją na progu zakochania albo przynajmniej zauroczenia. Każda z nich ma sporo do stracenia, każda z nich doświadczyła już w życiu wielu przykrości i niekoniecznie chce się narażać na kolejne – i każda wobec miłości staje się idealistką, dla której żadne przeszkody nie istnieją. Równolegle autorka portretuje motywacje mężczyzn z trzech pokoleń – dla jednego obecność wspierającej partnerki to sposób na pozbycie się natrętnych myśli o przeszłości, lepszy i skuteczniejszy niż alkohol. Dla drugiego – szansa na przywrócenie inspiracji i weny w działaniu. Dla trzeciego – dawka adrenaliny i nadzieja na dobrą zabawę. Mężczyźni nie myślą o miłości, podczas gdy kobiety przestają się w tej kwestii okłamywać. Płeć piękna nie ma jednak pojęcia, że to, co dla nich wypada naturalnie i zrozumiale, u mężczyzn ma zupełnie inne konotacje. I tak Krystyna Mirek pokazuje czytelniczkom, jak interpretacje zależą od perspektywy – i jak bardzo można się rozczarować. O Klarę walczą jej rozwiedzeni rodzice, o Łucję – wnuczka, z kolei Ania może liczyć na wsparcie byłego męża. Nikomu nie będzie łatwo i nie wynagrodzi tego nawet obietnica wielkiego uczucia. Autorka przemyca w tej fabule, prostej przecież i szybkiej, zwłaszcza że rozdzielonej na kilka głosów i kilka par – przestrogi dla czytelniczek. Świadoma, że i tak nikt jej nie posłucha, może przynajmniej naświetlić najbardziej stereotypowe sytuacje i sprawić, że odbiorczynie zastanowią się nad swoimi wyborami albo ostrzegą bliskie sobie kobiety pakujące się w podobne co bohaterki problemy. Z nadzieją – chociaż i tak w przypadku zauroczenia zdrowy rozsądek nie dojdzie do głosu. Jest to powieść błyskawiczna i zapowiedź całego cyklu – w sam raz na szybką i rozrywkową lekturę, która jednak wiązać się będzie przynajmniej z odrobiną refleksji nad relacjami międzyludzkimi.
Pokolenia
Te trzy kobiety mieszkają pod jednym dachem i nigdy do tej pory się nie oszukiwały, ufały sobie i wspierały się wzajemnie. Ale kiedy w grę wchodzi miłość, zwłaszcza taka, która nie spotka się z uznaniem ze strony najbliższych, pojawiają się rozmaite sekrety i niedopowiedzenia. Klara wymyka się z domu, żeby spotykać się z buntownikiem – miejscowym outsiderem z tatuażami, kochającym szybką i niebezpieczną jazdę na motorze (za co zresztą został zesłany na prowincję). Ania jest nauczycielką, bardzo cenioną w małej Bobrówce. Po rozwodzie z mężem nie spotykała się z nikim, teraz jednak znalazła w internecie mężczyznę, przy którym serce bije jej żywiej. Ania wie, że nie powinna się angażować, zwłaszcza że nowy potencjalny ukochany ma sporo sekretów i nie chce nawet powiedzieć, jak naprawdę ma na imię. Łucja z kolei do tej pory była wsparciem dla córki i wnuczki, do tego stopnia, że wyrzuciła z głowy wszelkie myśli o amorach. Ale gdy w okolicy pojawia się pan Wiktor, za którym oglądają się wszystkie emerytki – a do tego okazuje się, że można z nim porozmawiać nie tylko o książkach… Łucja po raz pierwszy ma szansę zrobić coś dla siebie i zamierza z tego skorzystać, bez względu na to, co pomyślą inni. Już zresztą biorą ją na języki. Ale czy pragnienie ubierania się na pomarańczowo zasługuje na potępienie?
Krystyna Mirek przygląda się trzem kobietom, które stoją na progu zakochania albo przynajmniej zauroczenia. Każda z nich ma sporo do stracenia, każda z nich doświadczyła już w życiu wielu przykrości i niekoniecznie chce się narażać na kolejne – i każda wobec miłości staje się idealistką, dla której żadne przeszkody nie istnieją. Równolegle autorka portretuje motywacje mężczyzn z trzech pokoleń – dla jednego obecność wspierającej partnerki to sposób na pozbycie się natrętnych myśli o przeszłości, lepszy i skuteczniejszy niż alkohol. Dla drugiego – szansa na przywrócenie inspiracji i weny w działaniu. Dla trzeciego – dawka adrenaliny i nadzieja na dobrą zabawę. Mężczyźni nie myślą o miłości, podczas gdy kobiety przestają się w tej kwestii okłamywać. Płeć piękna nie ma jednak pojęcia, że to, co dla nich wypada naturalnie i zrozumiale, u mężczyzn ma zupełnie inne konotacje. I tak Krystyna Mirek pokazuje czytelniczkom, jak interpretacje zależą od perspektywy – i jak bardzo można się rozczarować. O Klarę walczą jej rozwiedzeni rodzice, o Łucję – wnuczka, z kolei Ania może liczyć na wsparcie byłego męża. Nikomu nie będzie łatwo i nie wynagrodzi tego nawet obietnica wielkiego uczucia. Autorka przemyca w tej fabule, prostej przecież i szybkiej, zwłaszcza że rozdzielonej na kilka głosów i kilka par – przestrogi dla czytelniczek. Świadoma, że i tak nikt jej nie posłucha, może przynajmniej naświetlić najbardziej stereotypowe sytuacje i sprawić, że odbiorczynie zastanowią się nad swoimi wyborami albo ostrzegą bliskie sobie kobiety pakujące się w podobne co bohaterki problemy. Z nadzieją – chociaż i tak w przypadku zauroczenia zdrowy rozsądek nie dojdzie do głosu. Jest to powieść błyskawiczna i zapowiedź całego cyklu – w sam raz na szybką i rozrywkową lekturę, która jednak wiązać się będzie przynajmniej z odrobiną refleksji nad relacjami międzyludzkimi.
środa, 3 grudnia 2025
Magdalena Kordel: Wzgórze Aniołów
Znak, Kraków 2025.
Ratunek
Dla takich powieści miejsce przed świętami zawsze się znajdzie. „Wzgórze Aniołów” Magdaleny Kordel potrafi jednak momentami wstrząsnąć czytelniczkami, nie jest to wyłącznie sentymentalna obyczajówka z dobrymi duszami na pierwszym planie. Ale spełnianie marzeń musi znaleźć tu swoje miejsce. Tak jest w przypadku Anieli: kobieta kilkadziesiąt lat czekała na kontakt z ukochanym – miłość sprzed lat, niemożliwa do zrealizowania, wyznaczyła termin kontaktu, granicę, po której wszystko musi się wyjaśnić. I chociaż Aniela miała już nawet ochotę rozstać się ze światem, postanowiła uporządkować swoje sprawy i doprowadzić do finału tę najważniejszą – chce zawalczyć o prawdziwe uczucie. A ponieważ zmiany w jej życiu wiążą się też z przeprowadzką, chwilowo trafia do Loli, najlepszej przyjaciółki prowadzącej niezwykle gościnny pub. Lola to ekscentryczka, która widzi więcej niż inni – i zawsze potrafi przyjść z dyskretną pomocą. Oczywiście obie panie muszą sobie długo (jak na możliwości powieści – bardzo długo) poplotkować, dzięki czemu czytelniczki uzyskają w miarę pełny ogląd postaci, sytuacji i wzajemnych zależności. Ale Aniela dostanie do wypełnienia nie tylko swoją misję. Przede wszystkim potrzebna jest doraźna pomoc dla Jagody, ofiary przemocy domowej – i jej synka. Maltretowana przez męża kobieta nie zamierza zgłaszać sprawy na policję, wszyscy starają się ją chronić, żeby nie straciła kontaktu z dzieckiem – ale ten stan rzeczy nie może trwać długo, zwłaszcza jeśli oprawca znęca się też nad maluchem i to w sposób, który przyprawiać może o szok. U Loli przebywa także dawny zakapior, a obecnie złota rączka, mężczyzna, który niejedno w życiu widział i który teraz może zrobić użytek z życiowej mądrości. Jest tu i młoda dziewczyna, która schronienie znajduje w ramionach odwiecznego przyjaciela – a że starsze panie potrafią odróżnić prawdziwą miłość od mrzonek, mogą postarać się być aniołami dla innych.
„Wzgórze Aniołów” to ciepła opowieść, rozłożona na kilka przyspieszonych miesięcy – akcja toczy się tu leniwym rytmem, ale wystarczająco intensywnie, żeby czytelniczki nie straciły ochoty na śledzenie jej. Wiele wątków łączy się w jednym punkcie: trzeba czynić dobro i trzeba pomagać innym, zwłaszcza tym najbardziej zagubionym. I tak wszystko rozwiąże się w grudniu, bo to czas cudów – wtedy spełnią się najbardziej śmiałe marzenia. Niektórym wprawdzie trzeba będzie pomóc, ale autorka sprawi, żeby nikt nie był poszkodowany w wymianie przysług. Na dalekim planie widnieje wielka trauma z zamierzchłej przeszłości, a to wszystko żeby pokazać odbiorczyniom, jak różne są motywacje ludzi i jak łatwo zniszczyć sobie życie przez złe wybory. Magdalena Kordel nie zamierza pouczać, chce, żeby sprawy pozostawione własnemu biegowi same znalazły właściwe tempo. Czytelniczkom oferuje ciepło i wsparcie, serdeczność w narracji i sporo niespodzianek. Ale ta autorka wie doskonale, jak budować literackie azyle, nie jest to dla niej żadne wyzwanie – liczy się efekt. A tu zamiast standardowej grudniowej historyjki odbiorczynie otrzymają wielowymiarową relację o spełnianiu marzeń – i to niekoniecznie własnych.
Ratunek
Dla takich powieści miejsce przed świętami zawsze się znajdzie. „Wzgórze Aniołów” Magdaleny Kordel potrafi jednak momentami wstrząsnąć czytelniczkami, nie jest to wyłącznie sentymentalna obyczajówka z dobrymi duszami na pierwszym planie. Ale spełnianie marzeń musi znaleźć tu swoje miejsce. Tak jest w przypadku Anieli: kobieta kilkadziesiąt lat czekała na kontakt z ukochanym – miłość sprzed lat, niemożliwa do zrealizowania, wyznaczyła termin kontaktu, granicę, po której wszystko musi się wyjaśnić. I chociaż Aniela miała już nawet ochotę rozstać się ze światem, postanowiła uporządkować swoje sprawy i doprowadzić do finału tę najważniejszą – chce zawalczyć o prawdziwe uczucie. A ponieważ zmiany w jej życiu wiążą się też z przeprowadzką, chwilowo trafia do Loli, najlepszej przyjaciółki prowadzącej niezwykle gościnny pub. Lola to ekscentryczka, która widzi więcej niż inni – i zawsze potrafi przyjść z dyskretną pomocą. Oczywiście obie panie muszą sobie długo (jak na możliwości powieści – bardzo długo) poplotkować, dzięki czemu czytelniczki uzyskają w miarę pełny ogląd postaci, sytuacji i wzajemnych zależności. Ale Aniela dostanie do wypełnienia nie tylko swoją misję. Przede wszystkim potrzebna jest doraźna pomoc dla Jagody, ofiary przemocy domowej – i jej synka. Maltretowana przez męża kobieta nie zamierza zgłaszać sprawy na policję, wszyscy starają się ją chronić, żeby nie straciła kontaktu z dzieckiem – ale ten stan rzeczy nie może trwać długo, zwłaszcza jeśli oprawca znęca się też nad maluchem i to w sposób, który przyprawiać może o szok. U Loli przebywa także dawny zakapior, a obecnie złota rączka, mężczyzna, który niejedno w życiu widział i który teraz może zrobić użytek z życiowej mądrości. Jest tu i młoda dziewczyna, która schronienie znajduje w ramionach odwiecznego przyjaciela – a że starsze panie potrafią odróżnić prawdziwą miłość od mrzonek, mogą postarać się być aniołami dla innych.
„Wzgórze Aniołów” to ciepła opowieść, rozłożona na kilka przyspieszonych miesięcy – akcja toczy się tu leniwym rytmem, ale wystarczająco intensywnie, żeby czytelniczki nie straciły ochoty na śledzenie jej. Wiele wątków łączy się w jednym punkcie: trzeba czynić dobro i trzeba pomagać innym, zwłaszcza tym najbardziej zagubionym. I tak wszystko rozwiąże się w grudniu, bo to czas cudów – wtedy spełnią się najbardziej śmiałe marzenia. Niektórym wprawdzie trzeba będzie pomóc, ale autorka sprawi, żeby nikt nie był poszkodowany w wymianie przysług. Na dalekim planie widnieje wielka trauma z zamierzchłej przeszłości, a to wszystko żeby pokazać odbiorczyniom, jak różne są motywacje ludzi i jak łatwo zniszczyć sobie życie przez złe wybory. Magdalena Kordel nie zamierza pouczać, chce, żeby sprawy pozostawione własnemu biegowi same znalazły właściwe tempo. Czytelniczkom oferuje ciepło i wsparcie, serdeczność w narracji i sporo niespodzianek. Ale ta autorka wie doskonale, jak budować literackie azyle, nie jest to dla niej żadne wyzwanie – liczy się efekt. A tu zamiast standardowej grudniowej historyjki odbiorczynie otrzymają wielowymiarową relację o spełnianiu marzeń – i to niekoniecznie własnych.
niedziela, 9 listopada 2025
Weronika Jaczewska: Rzym na chwilę
Wydawnictwo Ale, Warszawa 2025.
Rozwiązanie problemów
To jest naprawdę cudowne w romansach, że ten wyjątkowo przystojny, wyjątkowo bogaty i wyjątkowo wyrozumiały mężczyzna zawsze jest wolny, samotny i nie szuka związków, dzięki czemu można mu niemal od razu wskoczyć do łóżka. To jest naprawdę cudowne w romansach, że ona – pokaleczona, porzucona przez partnera, zdradzona, zrozpaczona i wyłączona z życia na długo, może przyjąć stereotypowo męski punkt widzenia i liczyć tylko i wyłącznie na seks i dobrą zabawę – a dzięki temu znaleźć miłość na całe życie. Weronika Jaczewska dobrze zna mechanizmy romansów oraz powieści erotycznych i pozwala swoim bohaterom na spełnianie marzeń w tym zakresie, w konwencjonalnej fabule, która idealistkom przecież się i tak spodoba.
Ona to Victoria. Pretensjonalne imię nadali jej rodzice dla przełamania codziennej szarzyzny, więcej wyjaśnień nie ma, wprawdzie równie dobrze mogłaby być Anką, ale już Szekspir pisał o znaczeniu nazwy. W tym wypadku Victoria musi się sprawdzić w wielkim świecie, a przynajmniej poza granicami kraju. Z Polski wyrzuca ją na przymusową trzymiesięczną rezydencję we Włoszech szefowa i jednocześnie przyjaciółka: w końcu autorka poczytnych romansów, która przez sytuację osobistą straciła wenę, musi ją jakoś odzyskać, najlepiej u boku gorącego Włocha. Gorący Włoch trafia się niemal od razu, młody, zdolny i ambitny perkusista, który mieszka w sąsiedztwie, idealnie wpasowuje się w obraz przystojniaka na przelotny flirt. A dalej to już wiadomo: od seksu do seksu, z małymi przerwami na poznawanie własnych traum i kręgów znajomych. Trzeba przyznać, że Weronika Jaczewska lawiruje nieźle w tych zakresach, zapomina tylko o tym, że bohaterka coś powinna w przerwach od łóżkowych wyczynów pisać – ale z motywu powieści czyni w zasadzie ramę kompozycyjną, więc da się przeżyć. I tak ważniejsze jest przecież budowanie relacji z kimś, kto do tej relacji pozornie w ogóle się nie nadaje.
„Rzym na chwilę” to książka dla tych czytelniczek, którym niestraszne są koleiny scenariuszowe. Gorącokrwisty Włoch z wielkim – powiedzmy, że talentem – nie jest kobieciarzem, ale biegłym w sztuce uwodzenia kochankiem na stałe. Victoria wie, jak podgrzewać zmysły i atmosferę w sypialni. W grę wchodzą jeszcze wielkie pieniądze i niedowartościowani rodzice (z obu stron), żeby nie było zbyt słodko. Rozrywkowa powieść na szybko daje się nawet polubić – za lekkość mimo naiwnych rozwiązań fabularnych i za opisy fantazji erotycznych, od których nie trzeba z zażenowaniem odwracać wzroku. Świadomość, z jakim gatunkiem ma się tu do czynienia, pozwala przejść przez infantylne elementy fabuły – w końcu to opowieść o wielkiej, przypadkowo znalezionej miłości, która rozwiąże absolutnie wszystkie problemy. Spełnienie marzeń czytelniczek pozbawionych szans na podobne przeżycia w swojej codzienności. Tym Weronika Jaczewska może do siebie przekonywać.
Rozwiązanie problemów
To jest naprawdę cudowne w romansach, że ten wyjątkowo przystojny, wyjątkowo bogaty i wyjątkowo wyrozumiały mężczyzna zawsze jest wolny, samotny i nie szuka związków, dzięki czemu można mu niemal od razu wskoczyć do łóżka. To jest naprawdę cudowne w romansach, że ona – pokaleczona, porzucona przez partnera, zdradzona, zrozpaczona i wyłączona z życia na długo, może przyjąć stereotypowo męski punkt widzenia i liczyć tylko i wyłącznie na seks i dobrą zabawę – a dzięki temu znaleźć miłość na całe życie. Weronika Jaczewska dobrze zna mechanizmy romansów oraz powieści erotycznych i pozwala swoim bohaterom na spełnianie marzeń w tym zakresie, w konwencjonalnej fabule, która idealistkom przecież się i tak spodoba.
Ona to Victoria. Pretensjonalne imię nadali jej rodzice dla przełamania codziennej szarzyzny, więcej wyjaśnień nie ma, wprawdzie równie dobrze mogłaby być Anką, ale już Szekspir pisał o znaczeniu nazwy. W tym wypadku Victoria musi się sprawdzić w wielkim świecie, a przynajmniej poza granicami kraju. Z Polski wyrzuca ją na przymusową trzymiesięczną rezydencję we Włoszech szefowa i jednocześnie przyjaciółka: w końcu autorka poczytnych romansów, która przez sytuację osobistą straciła wenę, musi ją jakoś odzyskać, najlepiej u boku gorącego Włocha. Gorący Włoch trafia się niemal od razu, młody, zdolny i ambitny perkusista, który mieszka w sąsiedztwie, idealnie wpasowuje się w obraz przystojniaka na przelotny flirt. A dalej to już wiadomo: od seksu do seksu, z małymi przerwami na poznawanie własnych traum i kręgów znajomych. Trzeba przyznać, że Weronika Jaczewska lawiruje nieźle w tych zakresach, zapomina tylko o tym, że bohaterka coś powinna w przerwach od łóżkowych wyczynów pisać – ale z motywu powieści czyni w zasadzie ramę kompozycyjną, więc da się przeżyć. I tak ważniejsze jest przecież budowanie relacji z kimś, kto do tej relacji pozornie w ogóle się nie nadaje.
„Rzym na chwilę” to książka dla tych czytelniczek, którym niestraszne są koleiny scenariuszowe. Gorącokrwisty Włoch z wielkim – powiedzmy, że talentem – nie jest kobieciarzem, ale biegłym w sztuce uwodzenia kochankiem na stałe. Victoria wie, jak podgrzewać zmysły i atmosferę w sypialni. W grę wchodzą jeszcze wielkie pieniądze i niedowartościowani rodzice (z obu stron), żeby nie było zbyt słodko. Rozrywkowa powieść na szybko daje się nawet polubić – za lekkość mimo naiwnych rozwiązań fabularnych i za opisy fantazji erotycznych, od których nie trzeba z zażenowaniem odwracać wzroku. Świadomość, z jakim gatunkiem ma się tu do czynienia, pozwala przejść przez infantylne elementy fabuły – w końcu to opowieść o wielkiej, przypadkowo znalezionej miłości, która rozwiąże absolutnie wszystkie problemy. Spełnienie marzeń czytelniczek pozbawionych szans na podobne przeżycia w swojej codzienności. Tym Weronika Jaczewska może do siebie przekonywać.
wtorek, 21 października 2025
Krystyna Mirek: Zauroczenie
Filia, Poznań 2025.
Skarb
Poszukiwanie skarbu w najbardziej klasycznej wersji proponuje Krystyna Mirek w powieści „Zauroczenie” – i przy okazji oferuje czytelniczkom to, co najbardziej przyciągnie je do lektury: obietnicę relacji okołomiłosnych. Chociaż zamyka się na niewielkiej przestrzeni, znajduje miejsce dla wielu postaci. Akcja kręci się wokół Matyldy, matki dwóch mężczyzn, posiadaczki dwóch domów i kobiety o wielkim sercu. Matylda spieszy z pomocą, kiedy córka jej dawnej koleżanki zostaje na bruku, zdradzona i porzucona przez męża. Emilia od zaraz może się wprowadzić do starego domostwa, naprzeciwko posiadłości Matyldy. Córki Emilii są zachwycone: mogą się bawić w ogródku, dodatkowo odwiedza je wielki pies gospodarzy – najwyraźniej spragniony głaskania. Ale w tym wszystkim pojawia się coraz więcej zagadek i sekretów.
W historii Emilii punktem ryzyka jest matka: to ona układa dorosłej córce życie, to ona pchnęła ją w ramiona Jacka (który miał być bogaty i czuły, ale ani jedno ani drugie się nie sprawdziło), to ona zgłasza się do Matyldy z prośbą o pomoc, zwłaszcza że pamięta z przeszłości pewną rewelację – i chciałaby to sprawdzić. Dla pięknej kobiety, która znienacka pojawia się w sąsiedztwie, dorośli synowie Matyldy tracą głowy. Relacje między nimi były do tej pory napięte – po tym, jak jeden z braci odbił drugiemu ukochaną. Lata mijają, ale o krzywdach trudno zapomnieć. Teraz jednak wszystko zdaje się zmierzać do szczęśliwego finału: każdy z mężczyzn znalazł już ukochaną i pora naprawić rodzinne stosunki. Jednak u Matyldy znowu iskrzy, tym razem za sprawą nieoczekiwanej przysługi. Jakby tego było mało, sama Matylda zaczyna być zazdrosna o swojego męża. Wszystko kumuluje się w miejscu, które powinno być azylem i odskocznią od największych trosk. Najważniejszy jednak będzie skarb z przeszłości – i to dosłowny skarb, rodem ze starych historii. Krystyna Mirek ożywia temat, który wydawał się już zbyt archaiczny i wyeksploatowany tak bardzo, że nie da się z niego nic nowego wydobyć. A jednak autorka może ucieszyć dzisiejsze czytelniczki.
„Zauroczenie” to dość lekka powieść, czyta się ją szybko. Oczywiście Krystyna Mirek wie, jak przyciągnąć odbiorczynie do kolejnej części – ale przede wszystkim liczy się umiejętność zbudowania miejsca, które będzie intrygować i wabić. Problemy sercowe bohaterów pochodzą spoza orbity odbiorczyń: to mężczyźni przeżywają rozmaite dylematy w związku z dawnymi przeżyciami. Kobiety mogą co najwyżej odkrywać rzeczywistość, sprawdzać, o co chodziło z przeszłością, która sięga do teraz. Nie ma męczącego analizowania wydarzeń ani nadmiernego psychologizowania, przeżycia odbijają się w codziennym funkcjonowaniu – i to w „Zauroczeniu” mocny akcent. Krystyna Mirek próbuje swoich sił w różnych gatunkach, tym razem kieruje się do czytelniczek, które potrzebują szybkiego relaksu i niezbyt rozbudowanych lektur. Ale też w ten świat wkracza się błyskawicznie – nie trzeba żadnych skomplikowanych wyjaśnień czy opisów.
Skarb
Poszukiwanie skarbu w najbardziej klasycznej wersji proponuje Krystyna Mirek w powieści „Zauroczenie” – i przy okazji oferuje czytelniczkom to, co najbardziej przyciągnie je do lektury: obietnicę relacji okołomiłosnych. Chociaż zamyka się na niewielkiej przestrzeni, znajduje miejsce dla wielu postaci. Akcja kręci się wokół Matyldy, matki dwóch mężczyzn, posiadaczki dwóch domów i kobiety o wielkim sercu. Matylda spieszy z pomocą, kiedy córka jej dawnej koleżanki zostaje na bruku, zdradzona i porzucona przez męża. Emilia od zaraz może się wprowadzić do starego domostwa, naprzeciwko posiadłości Matyldy. Córki Emilii są zachwycone: mogą się bawić w ogródku, dodatkowo odwiedza je wielki pies gospodarzy – najwyraźniej spragniony głaskania. Ale w tym wszystkim pojawia się coraz więcej zagadek i sekretów.
W historii Emilii punktem ryzyka jest matka: to ona układa dorosłej córce życie, to ona pchnęła ją w ramiona Jacka (który miał być bogaty i czuły, ale ani jedno ani drugie się nie sprawdziło), to ona zgłasza się do Matyldy z prośbą o pomoc, zwłaszcza że pamięta z przeszłości pewną rewelację – i chciałaby to sprawdzić. Dla pięknej kobiety, która znienacka pojawia się w sąsiedztwie, dorośli synowie Matyldy tracą głowy. Relacje między nimi były do tej pory napięte – po tym, jak jeden z braci odbił drugiemu ukochaną. Lata mijają, ale o krzywdach trudno zapomnieć. Teraz jednak wszystko zdaje się zmierzać do szczęśliwego finału: każdy z mężczyzn znalazł już ukochaną i pora naprawić rodzinne stosunki. Jednak u Matyldy znowu iskrzy, tym razem za sprawą nieoczekiwanej przysługi. Jakby tego było mało, sama Matylda zaczyna być zazdrosna o swojego męża. Wszystko kumuluje się w miejscu, które powinno być azylem i odskocznią od największych trosk. Najważniejszy jednak będzie skarb z przeszłości – i to dosłowny skarb, rodem ze starych historii. Krystyna Mirek ożywia temat, który wydawał się już zbyt archaiczny i wyeksploatowany tak bardzo, że nie da się z niego nic nowego wydobyć. A jednak autorka może ucieszyć dzisiejsze czytelniczki.
„Zauroczenie” to dość lekka powieść, czyta się ją szybko. Oczywiście Krystyna Mirek wie, jak przyciągnąć odbiorczynie do kolejnej części – ale przede wszystkim liczy się umiejętność zbudowania miejsca, które będzie intrygować i wabić. Problemy sercowe bohaterów pochodzą spoza orbity odbiorczyń: to mężczyźni przeżywają rozmaite dylematy w związku z dawnymi przeżyciami. Kobiety mogą co najwyżej odkrywać rzeczywistość, sprawdzać, o co chodziło z przeszłością, która sięga do teraz. Nie ma męczącego analizowania wydarzeń ani nadmiernego psychologizowania, przeżycia odbijają się w codziennym funkcjonowaniu – i to w „Zauroczeniu” mocny akcent. Krystyna Mirek próbuje swoich sił w różnych gatunkach, tym razem kieruje się do czytelniczek, które potrzebują szybkiego relaksu i niezbyt rozbudowanych lektur. Ale też w ten świat wkracza się błyskawicznie – nie trzeba żadnych skomplikowanych wyjaśnień czy opisów.
piątek, 17 października 2025
Paisley Hope: Serce na wodzy
Editio Red, Helion, Gliwice 2025.
Ranczo
W polskich powieściach erotycznych narracja staje się elementem dalszoplanowym. W zachodnich powieściach erotycznych narracja to jeden z najważniejszych elementów historii – trzeba maksymalnie urealnić charaktery, żeby pozwolić im na realizowanie schematów. Bo największą wadą zachodnich powieści erotycznych z maksymalnie dopracowaną narracją staje się powtarzalność fabularna. Paisley Hope spokojnie mogła pobierać lekcje u Lucy Score – albo u całego szeregu autorek spod szyldu young adult – „Serce na wodzy”, pierwszy tom cyklu Ranczo Srebrzyste Sosny to książka będąca niemal przeniesieniem pomysłów Lucy Score, tyle tylko, że bez elementów sensacyjno-kryminalnych. Co tu oryginalnego? W zasadzie nic – narracja prowadzona jest na przemian przez CeCe i Nasha. Ona wraca w rodzinne strony po nieudanym związku – rozstaniu z mężczyzną, który nie nadaje się na życiowego partnera i który traktował ją jedynie jako zdobycz niewartą nawet wierności. On to lokalny przystojniak, który wszystkich może ratować z opresji, wszystkim pomaga i jest wszędzie. Oboje mają się ku sobie, co wiadomo od dawna – tyle że walczą z uczuciem, nawet gdyby o sobie śnili, nie pozwolą sobie na słabość i ujawnienie pragnień. A jeśli już pozwolą (przecież w końcu muszą pozwolić), to tylko na chwilę i tylko na sam seks. Oczywiście dla wszystkich wokół oni są parą idealną i tworzą związek, chociaż sami jeszcze tego nie dostrzegli. CeCe i Nash muszą zrozumieć, że są dla siebie stworzeni, odważyć się na bycie razem i nie bać się odrzucenia. Zanim to do nich dotrze, będą się po prostu dobrze razem bawić, chociaż od czasu do czasu zdarzy się coś, co uniemożliwi im porozumienie. Żeby nie było zbyt słodko.
W takim razie dlaczego czytać? Dla rozrywki i przyjemności śledzenia narracji. W tym gatunku przewidywalność jest wpisana w rozwiązania fabularne, nawet jeśli Paisley Hope nie chce z jakiegoś powodu porzucić sprawdzonych i wygodnych kolein, nie zmęczy czytelniczek brakiem pomysłów na rozwój akcji. Wynagrodzi im to metodą przedstawiania wydarzeń i delikatnym humorem. Rzecz jasna oferuje też dość rozbudowane sceny seksu – w końcu świadoma jest, że tego odbiorczynie w dzisiejszych romansach i erotykach będą poszukiwać. Nie sili się na wymyślne rozwiązania i w tej dziedzinie, nie zaskoczy nikogo fakt, że wybranek jest hojnie obdarowany przez naturę i niezmordowany w zapewnianiu erotycznej satysfakcji kobiecie swoich marzeń. To wszystko tematy sprawdzone i nie dziwne – dziwne by było, gdyby autorka zamiast eksplozji pożądania zaoferowała zwyczajność.
„Serce na wodzy” to powieść starannie dopracowana, przyjemna w realizacji, nawet jeśli wtórna w każdym zakresie. Da się ją czytać bez zażenowania i poczucia straconego czasu. Jest to historia dla wszystkich marzycielek, które liczą na znalezienie bratniej duszy i pokonanie wszelkich kłopotów bez wysiłku, a także – wierzą w łóżkowe dopasowanie od pierwszej sekundy. Ale też naiwność fabularna i charakterologiczna nie przeszkadza w dobrej realizacji.
Ranczo
W polskich powieściach erotycznych narracja staje się elementem dalszoplanowym. W zachodnich powieściach erotycznych narracja to jeden z najważniejszych elementów historii – trzeba maksymalnie urealnić charaktery, żeby pozwolić im na realizowanie schematów. Bo największą wadą zachodnich powieści erotycznych z maksymalnie dopracowaną narracją staje się powtarzalność fabularna. Paisley Hope spokojnie mogła pobierać lekcje u Lucy Score – albo u całego szeregu autorek spod szyldu young adult – „Serce na wodzy”, pierwszy tom cyklu Ranczo Srebrzyste Sosny to książka będąca niemal przeniesieniem pomysłów Lucy Score, tyle tylko, że bez elementów sensacyjno-kryminalnych. Co tu oryginalnego? W zasadzie nic – narracja prowadzona jest na przemian przez CeCe i Nasha. Ona wraca w rodzinne strony po nieudanym związku – rozstaniu z mężczyzną, który nie nadaje się na życiowego partnera i który traktował ją jedynie jako zdobycz niewartą nawet wierności. On to lokalny przystojniak, który wszystkich może ratować z opresji, wszystkim pomaga i jest wszędzie. Oboje mają się ku sobie, co wiadomo od dawna – tyle że walczą z uczuciem, nawet gdyby o sobie śnili, nie pozwolą sobie na słabość i ujawnienie pragnień. A jeśli już pozwolą (przecież w końcu muszą pozwolić), to tylko na chwilę i tylko na sam seks. Oczywiście dla wszystkich wokół oni są parą idealną i tworzą związek, chociaż sami jeszcze tego nie dostrzegli. CeCe i Nash muszą zrozumieć, że są dla siebie stworzeni, odważyć się na bycie razem i nie bać się odrzucenia. Zanim to do nich dotrze, będą się po prostu dobrze razem bawić, chociaż od czasu do czasu zdarzy się coś, co uniemożliwi im porozumienie. Żeby nie było zbyt słodko.
W takim razie dlaczego czytać? Dla rozrywki i przyjemności śledzenia narracji. W tym gatunku przewidywalność jest wpisana w rozwiązania fabularne, nawet jeśli Paisley Hope nie chce z jakiegoś powodu porzucić sprawdzonych i wygodnych kolein, nie zmęczy czytelniczek brakiem pomysłów na rozwój akcji. Wynagrodzi im to metodą przedstawiania wydarzeń i delikatnym humorem. Rzecz jasna oferuje też dość rozbudowane sceny seksu – w końcu świadoma jest, że tego odbiorczynie w dzisiejszych romansach i erotykach będą poszukiwać. Nie sili się na wymyślne rozwiązania i w tej dziedzinie, nie zaskoczy nikogo fakt, że wybranek jest hojnie obdarowany przez naturę i niezmordowany w zapewnianiu erotycznej satysfakcji kobiecie swoich marzeń. To wszystko tematy sprawdzone i nie dziwne – dziwne by było, gdyby autorka zamiast eksplozji pożądania zaoferowała zwyczajność.
„Serce na wodzy” to powieść starannie dopracowana, przyjemna w realizacji, nawet jeśli wtórna w każdym zakresie. Da się ją czytać bez zażenowania i poczucia straconego czasu. Jest to historia dla wszystkich marzycielek, które liczą na znalezienie bratniej duszy i pokonanie wszelkich kłopotów bez wysiłku, a także – wierzą w łóżkowe dopasowanie od pierwszej sekundy. Ale też naiwność fabularna i charakterologiczna nie przeszkadza w dobrej realizacji.
piątek, 15 sierpnia 2025
Magdalena Kordel: Kocham Cię, Życie
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2025.
Bieszczady
Jedynym słabym punktem powieści „Kocham Cię, Życie” Magdaleny Kordel (w takim właśnie zapisie) jest pretensjonalny tytuł. Owszem, bohaterki tej autorki bywają dziecinne, kierują się w życiu filozofią Pollyanny albo Kubusia Puchatka (w ostateczności – Borejków z Jeżycjady), ale to nie znaczy, że nie radzą sobie w codzienności, nawet z najbardziej wymagającymi wyzwaniami. Tym razem autorka wprowadza do świadomości czytelniczek Paulinkę, kobietę, która stoi u progu największego błędu w swoim życiu. Zamierza bowiem złapać ukochanego na ciążę. Waldi wprawdzie jest żigolakiem, który nie potrafi utrzymać penisa w spodniach, ale za każdym razem po zdradzie żałuje i przeprasza (jeśli został przyłapany). Ma swój urok, więc jeśli wreszcie zdecyduje się na małżeństwo, to na pewno się zmieni. Paulinka planuje romantyczny wieczór w Bieszczadach, na jej szczęście ukochany akurat jest zajęty w jej własnym łóżku z piękną nagą dziewczyną. I w zasadzie upicie się – aż do urwania filmu – i zapomnienie o wiarołomnym draniu to najlepsze wyjście z sytuacji. Ale Paulinka ma dar do wpadania w tarapaty. Na szczęście w pobliżu jest Wojtek, nowy znajomy, który kocha góry i nie potrafi żyć z dala od nich.
Tworzy Magdalena Kordel bardzo ciepłą powieść obyczajową wypełnioną humorem i tym, co u tej autorki zwykle najlepsze. Jest tu trochę pikanterii (ale bez przesady i epatowania seksualnością), mnóstwo humoru, jest rezolutne dziecko, które w nieodpowiednich momentach będzie się wtrącało w rozwijający się romans i utrudniało podążanie za pożądaniem. Są poważne zagrożenia i dylematy: pigułka gwałtu wrzucona do piwa w knajpie wymaga radykalnej reakcji, żeby kolejne dziewczyny nie były zagrożone. Ale przede wszystkim są wakacje. Chociaż – wakacje wypełnione przedziwnymi obowiązkami z dala od zwyczajnej pracy Paulinki. Magdalena Kordel pozwala przy tej lekturze odpocząć, kusi odbiorczynie wizją romantycznej historii w momencie, w którym życie się zawaliło: zamiast pogrążać bohaterkę w rozpaczy, pozwala jej realizować marzenia i wreszcie zacząć żyć po swojemu. Jest to powieść krzepiąca i cechuje się staranną narracją, może się podobać nie tylko ze względu na dowcip. Opowieść jest dopracowana i wciąga, a rozkwitające uczucie – narażone oczywiście na rozmaite próby – sygnalizowane z pomysłem. Autorka czasami zabiera odbiorczynie na szlaki w Bieszczadach, częściej jednak koncentruje się na sile płynącej z relacji międzyludzkich. Co ważne – odchodzi od standardowych motywów scenariuszowych obecnych w licznych obyczajówkach: bohaterka nie ucieka na odludzie na stałe (chociaż tak jej bieszczadzka przygoda może się skończyć), nie otwiera pensjonatu (tylko pomaga w prowadzeniu takiego na miejscu, zupełnym przypadkiem i z pozycji gościa), nie wskakuje do łóżka nowo poznanemu mężczyźnie (chociaż miałaby na to ochotę, a i on również) i nie uprawia dzikich harców erotycznych. Magdalena Kordel trzyma się tego, co wychodzi jej wspaniale – pisze książki dla dorosłych idealistek, dla tych, którym nie chce się dorastać i które tęsknią za dziecięcymi sprawdzonymi lekturami. Przynosi wytchnienie i rozbawia.
Bieszczady
Jedynym słabym punktem powieści „Kocham Cię, Życie” Magdaleny Kordel (w takim właśnie zapisie) jest pretensjonalny tytuł. Owszem, bohaterki tej autorki bywają dziecinne, kierują się w życiu filozofią Pollyanny albo Kubusia Puchatka (w ostateczności – Borejków z Jeżycjady), ale to nie znaczy, że nie radzą sobie w codzienności, nawet z najbardziej wymagającymi wyzwaniami. Tym razem autorka wprowadza do świadomości czytelniczek Paulinkę, kobietę, która stoi u progu największego błędu w swoim życiu. Zamierza bowiem złapać ukochanego na ciążę. Waldi wprawdzie jest żigolakiem, który nie potrafi utrzymać penisa w spodniach, ale za każdym razem po zdradzie żałuje i przeprasza (jeśli został przyłapany). Ma swój urok, więc jeśli wreszcie zdecyduje się na małżeństwo, to na pewno się zmieni. Paulinka planuje romantyczny wieczór w Bieszczadach, na jej szczęście ukochany akurat jest zajęty w jej własnym łóżku z piękną nagą dziewczyną. I w zasadzie upicie się – aż do urwania filmu – i zapomnienie o wiarołomnym draniu to najlepsze wyjście z sytuacji. Ale Paulinka ma dar do wpadania w tarapaty. Na szczęście w pobliżu jest Wojtek, nowy znajomy, który kocha góry i nie potrafi żyć z dala od nich.
Tworzy Magdalena Kordel bardzo ciepłą powieść obyczajową wypełnioną humorem i tym, co u tej autorki zwykle najlepsze. Jest tu trochę pikanterii (ale bez przesady i epatowania seksualnością), mnóstwo humoru, jest rezolutne dziecko, które w nieodpowiednich momentach będzie się wtrącało w rozwijający się romans i utrudniało podążanie za pożądaniem. Są poważne zagrożenia i dylematy: pigułka gwałtu wrzucona do piwa w knajpie wymaga radykalnej reakcji, żeby kolejne dziewczyny nie były zagrożone. Ale przede wszystkim są wakacje. Chociaż – wakacje wypełnione przedziwnymi obowiązkami z dala od zwyczajnej pracy Paulinki. Magdalena Kordel pozwala przy tej lekturze odpocząć, kusi odbiorczynie wizją romantycznej historii w momencie, w którym życie się zawaliło: zamiast pogrążać bohaterkę w rozpaczy, pozwala jej realizować marzenia i wreszcie zacząć żyć po swojemu. Jest to powieść krzepiąca i cechuje się staranną narracją, może się podobać nie tylko ze względu na dowcip. Opowieść jest dopracowana i wciąga, a rozkwitające uczucie – narażone oczywiście na rozmaite próby – sygnalizowane z pomysłem. Autorka czasami zabiera odbiorczynie na szlaki w Bieszczadach, częściej jednak koncentruje się na sile płynącej z relacji międzyludzkich. Co ważne – odchodzi od standardowych motywów scenariuszowych obecnych w licznych obyczajówkach: bohaterka nie ucieka na odludzie na stałe (chociaż tak jej bieszczadzka przygoda może się skończyć), nie otwiera pensjonatu (tylko pomaga w prowadzeniu takiego na miejscu, zupełnym przypadkiem i z pozycji gościa), nie wskakuje do łóżka nowo poznanemu mężczyźnie (chociaż miałaby na to ochotę, a i on również) i nie uprawia dzikich harców erotycznych. Magdalena Kordel trzyma się tego, co wychodzi jej wspaniale – pisze książki dla dorosłych idealistek, dla tych, którym nie chce się dorastać i które tęsknią za dziecięcymi sprawdzonymi lekturami. Przynosi wytchnienie i rozbawia.
niedziela, 10 sierpnia 2025
Adrianna Ratajczak: From Sicily with love
Gorzka Czekolada, Media Rodzina, Poznań 2025.
Ślub
To najbardziej wakacyjna powieść, jaką można sobie wyobrazić. Pachnąca cytrynami i prześwietlona słońcem, do tego stworzona w klasycznym stylu – bez nastawienia na pożądanie nie do powstrzymania. Tu wszystko jest uroczo subtelne, pozbawione nachalności i atrakcyjne, chociaż obyczajowa akcja zatrzymuje się wyłącznie na jednym wydarzeniu. Oto Albert i jego wybranka mają powiedzieć sobie „tak” na Sycylii. Organizacją wielkiej uroczystości zajmuje się Iris, najlepsza przyjaciółka przyszłej panny młodej. Drużbą ze strony pana młodego jest jego przyjaciel – bliski jak brat – obecnie znany i rozchwytywany aktor, Reginald. Na początku Iris i Reggie wymieniają tylko wiadomości mailowe, służą sobie wsparciem i starają się spełnić marzenia przyjaciół, żeby sprawić im jak najwięcej przyjemnych niespodzianek. Reggie jest w stanie rozwiązać każdy problem, Iris z kolei zna się na rzeczy i panuje nad wszystkim – a potrzebuje przeważnie tylko psychicznego wsparcia. Przeprowadziła się w pobliże Etny i radzi sobie z każdym wyzwaniem – jest samodzielna i niezależna. Reggie przygotowuje się do castingu w najnowszym filmie o Bondzie – pasuje do roli głównego bohatera i wszystko wskazuje na to, że już niedługo będzie bardzo rozpoznawalny. Ale pierwsze spotkanie obfituje w sporo niezręczności i nieporozumień – a to przekreśla szansę na bliskość.
„From Sicily with love” to powieść niespieszna, głęboka, rozrywkowa i romantyczna – dla tych pań, które zmęczyły się historiami ociekającymi erotyzmem. Tu, owszem, jest obietnica związku z baśniowym finałem, ale bohaterowie, chociaż wyraźnie mają się ku sobie, walczą z uczuciem i nie chcą zmieniać swojego życia ani swoich przyzwyczajeń dla porywów serca. Wzajemną fascynację autorka buduje drobnymi gestami, niby przypadkowymi dotknięciami nosem nagiej skóry ramienia albo kilkoma pocałunkami – na tyle pozwalają sobie dorośli ludzie, którzy nie chcą poddać się atmosferze chwili. W wakacje łatwo stracić głowę dla kogoś – nawet jeśli to wakacje wyjątkowo pracowite. W tle przecież przez cały czas panuje rozgardiasz związany z organizacją ślubu. Przyjaciół nie wolno zawieść, więc trzeba podporządkować im wszystkie działania. A jeśli coś nie idzie zgodnie z planem – można się przekonać, na kim da się polegać.
Adrianna Ratajczak tworzy książkę, która na długo będzie rozgrzewać czytelniczki spragnione słońca i odpoczynku. To prawdziwa powieść-wytchnienie, niebanalnie napisana historia miłosna. Wiele w tej książce detali, które budują atmosferę, a sposób prowadzenia narracji sprawia, że nawet jeśli autorka jawi się jako idealistka (podobnie jak jej bohaterowie), to od powieści trudno będzie się oderwać. Problemy związane z organizacją uroczystości ślubnych skutecznie odciągną od codziennego zabiegania – czytelniczki na pewno docenią to rozwiązanie. W tej powieści nie ma miejsca na nierealistyczne wątki czy odskakiwanie w stronę innych gatunków, scenariusz jasno pokazuje, jaki będzie finał relacji, a jednak – czyta się to z przyjemnością. Oczywiście trzeba nastawić się na powieść romantyczną, ale gęstość narracji sprawia, że nie wypada ona infantylnie.
Ślub
To najbardziej wakacyjna powieść, jaką można sobie wyobrazić. Pachnąca cytrynami i prześwietlona słońcem, do tego stworzona w klasycznym stylu – bez nastawienia na pożądanie nie do powstrzymania. Tu wszystko jest uroczo subtelne, pozbawione nachalności i atrakcyjne, chociaż obyczajowa akcja zatrzymuje się wyłącznie na jednym wydarzeniu. Oto Albert i jego wybranka mają powiedzieć sobie „tak” na Sycylii. Organizacją wielkiej uroczystości zajmuje się Iris, najlepsza przyjaciółka przyszłej panny młodej. Drużbą ze strony pana młodego jest jego przyjaciel – bliski jak brat – obecnie znany i rozchwytywany aktor, Reginald. Na początku Iris i Reggie wymieniają tylko wiadomości mailowe, służą sobie wsparciem i starają się spełnić marzenia przyjaciół, żeby sprawić im jak najwięcej przyjemnych niespodzianek. Reggie jest w stanie rozwiązać każdy problem, Iris z kolei zna się na rzeczy i panuje nad wszystkim – a potrzebuje przeważnie tylko psychicznego wsparcia. Przeprowadziła się w pobliże Etny i radzi sobie z każdym wyzwaniem – jest samodzielna i niezależna. Reggie przygotowuje się do castingu w najnowszym filmie o Bondzie – pasuje do roli głównego bohatera i wszystko wskazuje na to, że już niedługo będzie bardzo rozpoznawalny. Ale pierwsze spotkanie obfituje w sporo niezręczności i nieporozumień – a to przekreśla szansę na bliskość.
„From Sicily with love” to powieść niespieszna, głęboka, rozrywkowa i romantyczna – dla tych pań, które zmęczyły się historiami ociekającymi erotyzmem. Tu, owszem, jest obietnica związku z baśniowym finałem, ale bohaterowie, chociaż wyraźnie mają się ku sobie, walczą z uczuciem i nie chcą zmieniać swojego życia ani swoich przyzwyczajeń dla porywów serca. Wzajemną fascynację autorka buduje drobnymi gestami, niby przypadkowymi dotknięciami nosem nagiej skóry ramienia albo kilkoma pocałunkami – na tyle pozwalają sobie dorośli ludzie, którzy nie chcą poddać się atmosferze chwili. W wakacje łatwo stracić głowę dla kogoś – nawet jeśli to wakacje wyjątkowo pracowite. W tle przecież przez cały czas panuje rozgardiasz związany z organizacją ślubu. Przyjaciół nie wolno zawieść, więc trzeba podporządkować im wszystkie działania. A jeśli coś nie idzie zgodnie z planem – można się przekonać, na kim da się polegać.
Adrianna Ratajczak tworzy książkę, która na długo będzie rozgrzewać czytelniczki spragnione słońca i odpoczynku. To prawdziwa powieść-wytchnienie, niebanalnie napisana historia miłosna. Wiele w tej książce detali, które budują atmosferę, a sposób prowadzenia narracji sprawia, że nawet jeśli autorka jawi się jako idealistka (podobnie jak jej bohaterowie), to od powieści trudno będzie się oderwać. Problemy związane z organizacją uroczystości ślubnych skutecznie odciągną od codziennego zabiegania – czytelniczki na pewno docenią to rozwiązanie. W tej powieści nie ma miejsca na nierealistyczne wątki czy odskakiwanie w stronę innych gatunków, scenariusz jasno pokazuje, jaki będzie finał relacji, a jednak – czyta się to z przyjemnością. Oczywiście trzeba nastawić się na powieść romantyczną, ale gęstość narracji sprawia, że nie wypada ona infantylnie.
niedziela, 27 lipca 2025
Małgorzata Kalicińska: Dom na głowie, czyli gang seniorów i ja
Poradnia K, Poznań 2025.
Starość
Nie ma w starości nic romantycznego, jedni tracą pamięć, inni siły, jeszcze inni zdrowie. Ludzie, którzy do niedawna byli samodzielni i w pełni sprawni, nagle potrzebują opieki i… cierpliwości, żeby dotarła do nich prawda o koniecznej pomocy. I Małgorzata Kalicińska bardzo dosadnie przypomina czytelnikom, że od starości ucieczki nie ma, a życie przynosi wyzwania, na które trzeba reagować na bieżąco. Bohaterka jej książki „Dom na głowie, czyli gang seniorów i ja”, Magda, jest matką i babcią – i stoi na życiowym rozdrożu. Nie wie, co chciałaby robić, powinna się przekwalifikować, ale nie ma na siebie pomysłu. Rzeczywistość przynosi jej rozwiązanie: Kwiryna, mama Magdy, zapada na otępienie starcze. Początkowo nie dzieje się nic alarmującego, ot, drobne wpadki i śmiesznostki, które mogą przydarzyć się każdemu roztargnionemu: Kwiryna podaje na przykład słodkie pierogi w słonej zupie i obraża się, kiedy ktoś się z niej naśmiewa. Z czasem jednak problemów jest coraz więcej i staje się jasne: Firka nie powinna już mieszkać sama. Z siostrą bez przerwy się kłóci, a młoda opiekunka… podaje jej marihuanę. Magda, namawiana przez członków bliższej i dalszej rodziny, postanawia działać: zakłada rodzinny dom opieki. Gromadzi pod jednym dachem wszystkich osiemdziesięciolatków – mamę i jej rodzeństwo – a do tego życiowo pogubioną Ryszardę, dziewczynę, którą mama toleruje jako swoją opiekunkę. Organizuje życie na nowo, wymyśla, jak powinno wyglądać, a co najważniejsze – skąd brać pieniądze na codzienne potrzeby.
Jest to powieść inna niż bestsellery na rynku. Przede wszystkim bohaterka-narratorka wpada w olbrzymie dygresje na temat kolejnych członków rodziny i ich perypetii, całe drzewo genealogiczne rozrysowuje przed czytelnikami zanim cokolwiek zacznie się dziać na dobre. Zresztą akcji nie rozkręca przesadnie, skupia się na tym, co potrzebne do zrealizowania śmiałego planu: najpierw to poszukiwania odpowiedniego domu (chociaż najlepsze rozwiązanie Magdzie podsuwa rodzina), później przekonywanie kolejnych seniorów, że powinni porzucić swoje dotychczasowe mieszkania i przeprowadzić się pod opiekę Magdy, jeszcze później – przygotowania do świąt i docieranie się pod jednym dachem, dzielenie się obowiązkami czy choroby. Pozostaje tu wątek Ryszardy – dziewczyny, która nie miała prawdziwego domu i teraz może się realizować, pod czułą i dyskretną opieką rodziny z wyboru. Do tego autorka dodaje jeszcze motyw romansowy – chociaż jej bohaterka jest już w wieku, w którym nie liczy na wielkie uczucie, nie może pozostać obojętna wobec towarzysza jej codziennych zmagań: Olo pojawia się znienacka i wrasta w normalność Magdy, nie ma tu wielkich namiętności, za to miłość, o jakiej mogą marzyć odbiorczynie. Nie jest to książka wygodna: zwłaszcza w przypominaniu o obliczach starości, które wymagają od młodszych pokoleń zdecydowanych działań. Magda w zasadzie nie ma innego wyjścia jak tylko poświęcić się dla bliskich – nawet jeśli snułaby inne plany, problemy zdrowotne członków rodziny skutecznie by je zniszczyły. To dla czytelniczek będzie wyraźny sygnał zapowiedzi nieksiążkowej – nieidyllicznej – przyszłości. Jednak Kalicińska koncentruje się na tym, co może podsunąć odbiorcom ważne i wartościowe rozwiązania – przypomina o idei wielopokoleniowych domów, w których wszyscy są kochani i potrzebni. I to może być najważniejsze przesłanie „Domu na głowie”.
Starość
Nie ma w starości nic romantycznego, jedni tracą pamięć, inni siły, jeszcze inni zdrowie. Ludzie, którzy do niedawna byli samodzielni i w pełni sprawni, nagle potrzebują opieki i… cierpliwości, żeby dotarła do nich prawda o koniecznej pomocy. I Małgorzata Kalicińska bardzo dosadnie przypomina czytelnikom, że od starości ucieczki nie ma, a życie przynosi wyzwania, na które trzeba reagować na bieżąco. Bohaterka jej książki „Dom na głowie, czyli gang seniorów i ja”, Magda, jest matką i babcią – i stoi na życiowym rozdrożu. Nie wie, co chciałaby robić, powinna się przekwalifikować, ale nie ma na siebie pomysłu. Rzeczywistość przynosi jej rozwiązanie: Kwiryna, mama Magdy, zapada na otępienie starcze. Początkowo nie dzieje się nic alarmującego, ot, drobne wpadki i śmiesznostki, które mogą przydarzyć się każdemu roztargnionemu: Kwiryna podaje na przykład słodkie pierogi w słonej zupie i obraża się, kiedy ktoś się z niej naśmiewa. Z czasem jednak problemów jest coraz więcej i staje się jasne: Firka nie powinna już mieszkać sama. Z siostrą bez przerwy się kłóci, a młoda opiekunka… podaje jej marihuanę. Magda, namawiana przez członków bliższej i dalszej rodziny, postanawia działać: zakłada rodzinny dom opieki. Gromadzi pod jednym dachem wszystkich osiemdziesięciolatków – mamę i jej rodzeństwo – a do tego życiowo pogubioną Ryszardę, dziewczynę, którą mama toleruje jako swoją opiekunkę. Organizuje życie na nowo, wymyśla, jak powinno wyglądać, a co najważniejsze – skąd brać pieniądze na codzienne potrzeby.
Jest to powieść inna niż bestsellery na rynku. Przede wszystkim bohaterka-narratorka wpada w olbrzymie dygresje na temat kolejnych członków rodziny i ich perypetii, całe drzewo genealogiczne rozrysowuje przed czytelnikami zanim cokolwiek zacznie się dziać na dobre. Zresztą akcji nie rozkręca przesadnie, skupia się na tym, co potrzebne do zrealizowania śmiałego planu: najpierw to poszukiwania odpowiedniego domu (chociaż najlepsze rozwiązanie Magdzie podsuwa rodzina), później przekonywanie kolejnych seniorów, że powinni porzucić swoje dotychczasowe mieszkania i przeprowadzić się pod opiekę Magdy, jeszcze później – przygotowania do świąt i docieranie się pod jednym dachem, dzielenie się obowiązkami czy choroby. Pozostaje tu wątek Ryszardy – dziewczyny, która nie miała prawdziwego domu i teraz może się realizować, pod czułą i dyskretną opieką rodziny z wyboru. Do tego autorka dodaje jeszcze motyw romansowy – chociaż jej bohaterka jest już w wieku, w którym nie liczy na wielkie uczucie, nie może pozostać obojętna wobec towarzysza jej codziennych zmagań: Olo pojawia się znienacka i wrasta w normalność Magdy, nie ma tu wielkich namiętności, za to miłość, o jakiej mogą marzyć odbiorczynie. Nie jest to książka wygodna: zwłaszcza w przypominaniu o obliczach starości, które wymagają od młodszych pokoleń zdecydowanych działań. Magda w zasadzie nie ma innego wyjścia jak tylko poświęcić się dla bliskich – nawet jeśli snułaby inne plany, problemy zdrowotne członków rodziny skutecznie by je zniszczyły. To dla czytelniczek będzie wyraźny sygnał zapowiedzi nieksiążkowej – nieidyllicznej – przyszłości. Jednak Kalicińska koncentruje się na tym, co może podsunąć odbiorcom ważne i wartościowe rozwiązania – przypomina o idei wielopokoleniowych domów, w których wszyscy są kochani i potrzebni. I to może być najważniejsze przesłanie „Domu na głowie”.
środa, 16 lipca 2025
Magdalena Kordel: Szczęściary
Znak, Kraków 2025.
Wsparcie
Cudowna i wakacyjna jest ta powieść Magdaleny Kordel: szybka, na krótkie wieczory albo wyjazd. A przy tym przypomina o zjawisku, które zafascynowało kiedyś czytelniczki. To Magdalena Kordel zaszczepiła w świadomości szerokich grup odbiorczyń Malownicze – miejsce będące literackim azylem. I teraz do Malowniczego wraca. Tu, w odróżnieniu od pobliskiego Kłodzka, powódź nie poczyniła żadnych spustoszeń, życie toczy się w swoim spokojnym rytmie i każdy, absolutnie każdy, kto potrzebuje schronienia, może liczyć na pomoc. A przecież one zawsze były we cztery: Zyta, Miłka, Pola i Łucja przyjaźnią się od piaskownicy i wspierają się niezależnie od okoliczności. Mają grupę do dzielenia się najważniejszymi informacjami, wiedzą o sobie wszystko… może poza tymi faktami, o których wstyd mówić. W dorosłości czasem zdarzają się takie zjawiska. Nagle okazuje się, że każda z kobiet boryka się z jakimś zmartwieniem. Pola jest przepracowana i zastanawia się nad zachowaniem opiekunki do dzieci. Zyta prowadzi świetnie prosperującą firmę – ale przekonuje się, że ukochana babcia wymaga pomocy. Miłce wydaje się, że funkcjonuje w stabilnym związku, jednak rzeczywistość nie przystaje do przekonań. A Łucja przechodzi najbardziej oczywisty etap w życiu bohaterek obyczajówek: właśnie straciła pracę i załamuje się w samotności, piekąc ciasta. Otwarcie pracowni tortów od zawsze było jej marzeniem, jednak nie pomagała w tym toksyczna rodzicielka. „Szczęściary” zatem mają sporo do przepracowania – ale skoro działają wspólnie, może im się udać.
Magdalena Kordel wprowadza czytelniczki do świata kojącego i wypełnionego gotowymi do niesienia pomocy kobietami. Dalszoplanowi bohaterowie, którzy nie zostaną wciągnięci w żadne romanse, również doskonale się tu sprawdzają. Wykazują się i poczuciem humoru, i kreatywnością w podejściu do problemów. Wszystko okazuje się prostsze do opanowania, kiedy w pobliżu czuwają dobre dusze – wyrozumiałe i wrażliwe. Autorka podrzuca tu temat osoby starszej, wymagającej już towarzystwa i opieki w codzienności – babcia Zyty wie, jak zawołać o pomoc, chociaż wcale nie chciałaby się do tego przyznawać. Stereotypowe scenariusze romansowe, kiedy funkcjonują na dalszym planie, zyskują nowe szanse na życiowe wybory. Autorka bazuje na zwykłej – opatrzonej już w literaturze obyczajowej – serii doświadczeń, a jednak dzięki wewnętrznej serdeczności w narracji może przekonywać do siebie czytelniczki. Początek nowego życia może być bardzo dramatyczny – ale zawsze niesie w sobie obietnicę sukcesu, trzeba ją tylko dostrzec. I do tego przydają się właśnie przyjaciółki – świadome wad, ale jednocześnie pełne optymizmu, funkcjonujące jak jeden organizm. Magdalena Kordel skupia się tym razem właśnie na tym rodzaju relacji, podkreśla wyjątkową więź między kobietami – i rolę tej więzi w pokonywaniu codziennych wyzwań. „Szczęściary” to książka, która przynosi wszystko to, co czytelniczki u Magdaleny Kordel uwielbiają – ale w przyspieszonym tempie. Jest tu wiele wątków, ale mocny optymizm wynagradza wszelkie nieprzyjemne sytuacje, jakie stają się udziałem bohaterek. „Szczęściary” na rozdrożu raczej nie są pewne swojego szczęścia, ale siła, jaką dają sobie nawzajem, to coś wyjątkowego i wspaniałego także dla czytelniczek.
Wsparcie
Cudowna i wakacyjna jest ta powieść Magdaleny Kordel: szybka, na krótkie wieczory albo wyjazd. A przy tym przypomina o zjawisku, które zafascynowało kiedyś czytelniczki. To Magdalena Kordel zaszczepiła w świadomości szerokich grup odbiorczyń Malownicze – miejsce będące literackim azylem. I teraz do Malowniczego wraca. Tu, w odróżnieniu od pobliskiego Kłodzka, powódź nie poczyniła żadnych spustoszeń, życie toczy się w swoim spokojnym rytmie i każdy, absolutnie każdy, kto potrzebuje schronienia, może liczyć na pomoc. A przecież one zawsze były we cztery: Zyta, Miłka, Pola i Łucja przyjaźnią się od piaskownicy i wspierają się niezależnie od okoliczności. Mają grupę do dzielenia się najważniejszymi informacjami, wiedzą o sobie wszystko… może poza tymi faktami, o których wstyd mówić. W dorosłości czasem zdarzają się takie zjawiska. Nagle okazuje się, że każda z kobiet boryka się z jakimś zmartwieniem. Pola jest przepracowana i zastanawia się nad zachowaniem opiekunki do dzieci. Zyta prowadzi świetnie prosperującą firmę – ale przekonuje się, że ukochana babcia wymaga pomocy. Miłce wydaje się, że funkcjonuje w stabilnym związku, jednak rzeczywistość nie przystaje do przekonań. A Łucja przechodzi najbardziej oczywisty etap w życiu bohaterek obyczajówek: właśnie straciła pracę i załamuje się w samotności, piekąc ciasta. Otwarcie pracowni tortów od zawsze było jej marzeniem, jednak nie pomagała w tym toksyczna rodzicielka. „Szczęściary” zatem mają sporo do przepracowania – ale skoro działają wspólnie, może im się udać.
Magdalena Kordel wprowadza czytelniczki do świata kojącego i wypełnionego gotowymi do niesienia pomocy kobietami. Dalszoplanowi bohaterowie, którzy nie zostaną wciągnięci w żadne romanse, również doskonale się tu sprawdzają. Wykazują się i poczuciem humoru, i kreatywnością w podejściu do problemów. Wszystko okazuje się prostsze do opanowania, kiedy w pobliżu czuwają dobre dusze – wyrozumiałe i wrażliwe. Autorka podrzuca tu temat osoby starszej, wymagającej już towarzystwa i opieki w codzienności – babcia Zyty wie, jak zawołać o pomoc, chociaż wcale nie chciałaby się do tego przyznawać. Stereotypowe scenariusze romansowe, kiedy funkcjonują na dalszym planie, zyskują nowe szanse na życiowe wybory. Autorka bazuje na zwykłej – opatrzonej już w literaturze obyczajowej – serii doświadczeń, a jednak dzięki wewnętrznej serdeczności w narracji może przekonywać do siebie czytelniczki. Początek nowego życia może być bardzo dramatyczny – ale zawsze niesie w sobie obietnicę sukcesu, trzeba ją tylko dostrzec. I do tego przydają się właśnie przyjaciółki – świadome wad, ale jednocześnie pełne optymizmu, funkcjonujące jak jeden organizm. Magdalena Kordel skupia się tym razem właśnie na tym rodzaju relacji, podkreśla wyjątkową więź między kobietami – i rolę tej więzi w pokonywaniu codziennych wyzwań. „Szczęściary” to książka, która przynosi wszystko to, co czytelniczki u Magdaleny Kordel uwielbiają – ale w przyspieszonym tempie. Jest tu wiele wątków, ale mocny optymizm wynagradza wszelkie nieprzyjemne sytuacje, jakie stają się udziałem bohaterek. „Szczęściary” na rozdrożu raczej nie są pewne swojego szczęścia, ale siła, jaką dają sobie nawzajem, to coś wyjątkowego i wspaniałego także dla czytelniczek.
poniedziałek, 7 lipca 2025
Lucy Score: Nowy rozdział w Story Lake
Media Rodzina, Poznań 2025.
Wena
Najgorsza dla pisarki jest utrata natchnienia. Hazel Hart nie umie już pisać, nie potrafi wymyślać małomiasteczkowych romansów. Wszystko, z czego była znana, po brzydkim rozwodzie przeszło do historii. Teraz Hazel nie potrafi pisać, pogrąża się w depresji (albo stagnacji): wegetuje, zamiast funkcjonować. Nie dostarcza na czas kolejnej części poczytnej serii. To ma zresztą swoje konsekwencje: pracę traci Zoey, najlepsza przyjaciółka i agentka literacka Hazel. Kobieta nie ma już powodu, żeby kurczowo trzymać się wielkiego miasta i mieszkania (z którego musi się zaraz wyprowadzić). Pod wpływem alkoholowej nocy i smutku i pod wpływem wzburzenia emocjonalnego, dzięki lekturze pewnego artykułu decyduje się na odważny zakup: wchodzi w posiadanie domu w Story Lake, miasteczku, w którym nigdy nie była. I teraz dopiero może przeżyć wszystko to, co przedtem poznawały jej bohaterki. Hazel Hart nie pisze literatury ambitnej, ale stawia na zabawne i pikantne romanse. Poszukuje weny już na miejscu, w Story Lake. Ma szczęście: pewien superprzystojny mężczyzna, Cam, zawiaduje rodzinną firmą remontową i może zająć się wykończeniem posiadłości Hazel.
Lucy Score zawsze posługuje się charakterystycznym schematem. W małym miasteczku przypadkiem spotykają się ona i on. Jedno z nich zwykle ma rodzinę, która wspiera i przychodzi z pomocą w każdej sytuacji i która pokazuje, jak powinno się dogadywać z rodzicami i rodzeństwem. On zwykle jest przystojny nad miarę i ma kilku równie przystojnych braci, ona jest pogubiona i ma rozmaite wady. Narrację prowadzi autorka na przemian w imieniu kobiety i mężczyzny, którzy nie chcą i nie mogą być razem, ale decydują się na seks (panowie są zawsze świetnie wyposażeni, a panie mogą liczyć na wielokrotne orgazmy od pierwszego zbliżenia). Oczywiście po pewnym czasie bohaterowie zakochują się w sobie, pokonują kilka przeszkód (mniej lub bardziej poważnych), aż doprowadzi ich autorka do „żyli długo i szczęśliwie”. Ale nie z powodu scenariusza sięga się po powieści tej autorki. Lucy Score bowiem nasyca narrację i wydarzenia ogromną dawką humoru i szczyptą pikanterii. Nie inaczej jest tym razem: w domu Hazel mieszka szop, orzeł bielik doskonale znany lokalnej społeczności wyraża swoją dezaprobatę w nieoczekiwany sposób. Miasteczko pełne jest mieszkańców o wyrazistych charakterach – każdy z nich jest na swój sposób źródłem kolejnych dowcipów, ale każdy też ma szansę na wpływanie na akcję. Tym razem autorka sporo ryzykuje, sięgając po autotematyzm: motyw kryzysów twórczych nie może być dla czytelniczek zbyt atrakcyjny… a jednak udaje jej się obejść dylematy Hazel w sprytny sposób. Z drugiej strony funkcjonują schematy: budowlaniec, który doskonale prezentuje się bez koszulki (i ma zsuwający się pas z narzędziami), najlepsze randki i pocałunki, po których trudno się pozbierać. Lucy Score doskonale wie, jak tworzyć powieści romansowe, w których wątki obyczajowe są bardzo rozbudowane i przyciągają czytelniczki. Seks jest tu tylko dodatkiem do rozłożystej fabuły – „Nowy rozdział w Story Lake” to powieść bardzo udana i prezentująca rozwiązania charakterystyczne dla Lucy Score. Każdy, kto potrzebuje wytchnienia i sporo śmiechu – ale też ambitniejszej literatury romansowej – może spokojnie po ten tytuł sięgnąć.
Wena
Najgorsza dla pisarki jest utrata natchnienia. Hazel Hart nie umie już pisać, nie potrafi wymyślać małomiasteczkowych romansów. Wszystko, z czego była znana, po brzydkim rozwodzie przeszło do historii. Teraz Hazel nie potrafi pisać, pogrąża się w depresji (albo stagnacji): wegetuje, zamiast funkcjonować. Nie dostarcza na czas kolejnej części poczytnej serii. To ma zresztą swoje konsekwencje: pracę traci Zoey, najlepsza przyjaciółka i agentka literacka Hazel. Kobieta nie ma już powodu, żeby kurczowo trzymać się wielkiego miasta i mieszkania (z którego musi się zaraz wyprowadzić). Pod wpływem alkoholowej nocy i smutku i pod wpływem wzburzenia emocjonalnego, dzięki lekturze pewnego artykułu decyduje się na odważny zakup: wchodzi w posiadanie domu w Story Lake, miasteczku, w którym nigdy nie była. I teraz dopiero może przeżyć wszystko to, co przedtem poznawały jej bohaterki. Hazel Hart nie pisze literatury ambitnej, ale stawia na zabawne i pikantne romanse. Poszukuje weny już na miejscu, w Story Lake. Ma szczęście: pewien superprzystojny mężczyzna, Cam, zawiaduje rodzinną firmą remontową i może zająć się wykończeniem posiadłości Hazel.
Lucy Score zawsze posługuje się charakterystycznym schematem. W małym miasteczku przypadkiem spotykają się ona i on. Jedno z nich zwykle ma rodzinę, która wspiera i przychodzi z pomocą w każdej sytuacji i która pokazuje, jak powinno się dogadywać z rodzicami i rodzeństwem. On zwykle jest przystojny nad miarę i ma kilku równie przystojnych braci, ona jest pogubiona i ma rozmaite wady. Narrację prowadzi autorka na przemian w imieniu kobiety i mężczyzny, którzy nie chcą i nie mogą być razem, ale decydują się na seks (panowie są zawsze świetnie wyposażeni, a panie mogą liczyć na wielokrotne orgazmy od pierwszego zbliżenia). Oczywiście po pewnym czasie bohaterowie zakochują się w sobie, pokonują kilka przeszkód (mniej lub bardziej poważnych), aż doprowadzi ich autorka do „żyli długo i szczęśliwie”. Ale nie z powodu scenariusza sięga się po powieści tej autorki. Lucy Score bowiem nasyca narrację i wydarzenia ogromną dawką humoru i szczyptą pikanterii. Nie inaczej jest tym razem: w domu Hazel mieszka szop, orzeł bielik doskonale znany lokalnej społeczności wyraża swoją dezaprobatę w nieoczekiwany sposób. Miasteczko pełne jest mieszkańców o wyrazistych charakterach – każdy z nich jest na swój sposób źródłem kolejnych dowcipów, ale każdy też ma szansę na wpływanie na akcję. Tym razem autorka sporo ryzykuje, sięgając po autotematyzm: motyw kryzysów twórczych nie może być dla czytelniczek zbyt atrakcyjny… a jednak udaje jej się obejść dylematy Hazel w sprytny sposób. Z drugiej strony funkcjonują schematy: budowlaniec, który doskonale prezentuje się bez koszulki (i ma zsuwający się pas z narzędziami), najlepsze randki i pocałunki, po których trudno się pozbierać. Lucy Score doskonale wie, jak tworzyć powieści romansowe, w których wątki obyczajowe są bardzo rozbudowane i przyciągają czytelniczki. Seks jest tu tylko dodatkiem do rozłożystej fabuły – „Nowy rozdział w Story Lake” to powieść bardzo udana i prezentująca rozwiązania charakterystyczne dla Lucy Score. Każdy, kto potrzebuje wytchnienia i sporo śmiechu – ale też ambitniejszej literatury romansowej – może spokojnie po ten tytuł sięgnąć.
czwartek, 5 czerwca 2025
Naomi Watts: Już się nie boję! Wszystko, czego nie mówią nam o menopauzie
Znak, Kraków 2025.
Głos kobiet
Naomi Watts chce, żeby kobiety nie musiały bać się menopauzy, żeby nie szukały na oślep przyczyn zmian, które zaobserwują we własnych organizmach i żeby odbiorczynie nauczyły się, jak rozmawiać z lekarzami, którzy ten temat zwykle bagatelizują. „Już się nie boję” to osobista i pełna humoru opowieść – relacja, w której wyznania aktorki mieszają się z reportażowymi scenkami i rozmowami ze specjalistami. Wszystko ma prowadzić do uświadamiania społeczeństwa: i Naomi Watts robi tu świetną robotę. Jej książkę czyta się z prawdziwą przyjemnością – przypomina to rozmowę z przyjaciółką albo lekki zestaw wskazówek na kryzysowe chwile.
Przede wszystkim autorka protestuje przeciwko językowym naleciałościom, nie chce, żeby menopauza kojarzyła się kobietom ze wstydem czy ograniczeniami. To nie „przekwitanie”, to potężny kawał życia, którym można się cieszyć. Jednak sprawy nazewnictwa szybko schodzą na dalszy plan, kiedy Naomi Watts zaczyna przechodzić do swojej drogi poznawania menopauzy. Autorka dość szybko weszła w ten czas – w dodatku stało się to, kiedy planowała zajście w ciążę – więc wiązało się ze sporą traumą. Lekarze, którzy nie dostrzegli wcześniej rozmaitych objawach sygnałów nadchodzącej menopauzy wydają się prezentować dość typową postawę – dlatego też Naomi Watts wyczula kobiety na to, o czym rozmawiać i czego domagać się od medyków. Podpowiada, jakie wyzwania czekają na odbiorczynie, kiedy te wejdą w odpowiedni wiek – i dyskomfortu w jakich obszarach mogą się spodziewać. Nie ma dla niej tematów tabu, równie ważne jest cieszenie się satysfakcjonującym życiem seksualnym, jak i wygląd włosów – a przecież menopauza może przejawiać się różnie. Ważne jest, żeby nie tylko uświadomić czytelniczki, z czym będą się borykać, ale też – żeby pokazać, że mogą uzyskać pomoc i nie muszą szukać na oślep powodów kolejnych komplikacji zdrowotnych. Menopauza objawia się na wiele sposobów i u każdej z kobiet będzie wyglądać nieco inaczej – tym cenniejszy jest szereg rozmów, jakie autorka przeprowadza z przyjaciółkami, znajomymi lub specjalistkami z zakresu medycyny. Wiadomości, które uzyskuje, przekuwa na wartką i dynamiczną, pełną uśmiechu i serdeczności opowieść. To lektura empatyczna i wartościowa. Prowadzenie osobistej narracji nie przytłumia wprowadzanych tu wiadomości. Informacji jest mnóstwo i wcale nie trzeba głęboko kopać, żeby je znaleźć – autorka przygotowuje wręcz poradnikowe dane, żeby łatwiej było zorientować się w prezentowanych treściach. A przecież tę publikację można czytać po prostu dla satysfakcji i przyjemności – jest dobrze napisana (wiadomo, że doskonale sprawdziła się ghostwriterka, która nadała kształt opowieściom) i trafi nie tylko do grupy docelowej. Odbiorczynie chcące dowiedzieć się czegoś o menopauzie mają tu mnóstwo wiadomości. Te, które zwyczajnie pragną poczytać o walce o zdrowie i spokój – także znajdą coś dla siebie. To publikacja wartościowa, cenna i otwierająca nowy nurt w literaturze „zdrowotnej”: przyzwyczaja do myśli o menopauzie, pokazuje, jak ten czas może wyglądać u różnych kobiet – i oswaja z koniecznością szukania pomocy w różnych sferach. To lepsze niż przestrogi i porady ekspertów – zwyczajna książka stworzona przez zwyczajną kobietę – o zwyczajnym zjawisku. Tyle że z nadzwyczajną warstwą tekstową.
Głos kobiet
Naomi Watts chce, żeby kobiety nie musiały bać się menopauzy, żeby nie szukały na oślep przyczyn zmian, które zaobserwują we własnych organizmach i żeby odbiorczynie nauczyły się, jak rozmawiać z lekarzami, którzy ten temat zwykle bagatelizują. „Już się nie boję” to osobista i pełna humoru opowieść – relacja, w której wyznania aktorki mieszają się z reportażowymi scenkami i rozmowami ze specjalistami. Wszystko ma prowadzić do uświadamiania społeczeństwa: i Naomi Watts robi tu świetną robotę. Jej książkę czyta się z prawdziwą przyjemnością – przypomina to rozmowę z przyjaciółką albo lekki zestaw wskazówek na kryzysowe chwile.
Przede wszystkim autorka protestuje przeciwko językowym naleciałościom, nie chce, żeby menopauza kojarzyła się kobietom ze wstydem czy ograniczeniami. To nie „przekwitanie”, to potężny kawał życia, którym można się cieszyć. Jednak sprawy nazewnictwa szybko schodzą na dalszy plan, kiedy Naomi Watts zaczyna przechodzić do swojej drogi poznawania menopauzy. Autorka dość szybko weszła w ten czas – w dodatku stało się to, kiedy planowała zajście w ciążę – więc wiązało się ze sporą traumą. Lekarze, którzy nie dostrzegli wcześniej rozmaitych objawach sygnałów nadchodzącej menopauzy wydają się prezentować dość typową postawę – dlatego też Naomi Watts wyczula kobiety na to, o czym rozmawiać i czego domagać się od medyków. Podpowiada, jakie wyzwania czekają na odbiorczynie, kiedy te wejdą w odpowiedni wiek – i dyskomfortu w jakich obszarach mogą się spodziewać. Nie ma dla niej tematów tabu, równie ważne jest cieszenie się satysfakcjonującym życiem seksualnym, jak i wygląd włosów – a przecież menopauza może przejawiać się różnie. Ważne jest, żeby nie tylko uświadomić czytelniczki, z czym będą się borykać, ale też – żeby pokazać, że mogą uzyskać pomoc i nie muszą szukać na oślep powodów kolejnych komplikacji zdrowotnych. Menopauza objawia się na wiele sposobów i u każdej z kobiet będzie wyglądać nieco inaczej – tym cenniejszy jest szereg rozmów, jakie autorka przeprowadza z przyjaciółkami, znajomymi lub specjalistkami z zakresu medycyny. Wiadomości, które uzyskuje, przekuwa na wartką i dynamiczną, pełną uśmiechu i serdeczności opowieść. To lektura empatyczna i wartościowa. Prowadzenie osobistej narracji nie przytłumia wprowadzanych tu wiadomości. Informacji jest mnóstwo i wcale nie trzeba głęboko kopać, żeby je znaleźć – autorka przygotowuje wręcz poradnikowe dane, żeby łatwiej było zorientować się w prezentowanych treściach. A przecież tę publikację można czytać po prostu dla satysfakcji i przyjemności – jest dobrze napisana (wiadomo, że doskonale sprawdziła się ghostwriterka, która nadała kształt opowieściom) i trafi nie tylko do grupy docelowej. Odbiorczynie chcące dowiedzieć się czegoś o menopauzie mają tu mnóstwo wiadomości. Te, które zwyczajnie pragną poczytać o walce o zdrowie i spokój – także znajdą coś dla siebie. To publikacja wartościowa, cenna i otwierająca nowy nurt w literaturze „zdrowotnej”: przyzwyczaja do myśli o menopauzie, pokazuje, jak ten czas może wyglądać u różnych kobiet – i oswaja z koniecznością szukania pomocy w różnych sferach. To lepsze niż przestrogi i porady ekspertów – zwyczajna książka stworzona przez zwyczajną kobietę – o zwyczajnym zjawisku. Tyle że z nadzwyczajną warstwą tekstową.
piątek, 30 maja 2025
Lena M. Bielska: Bitterful
Ale, Warszawa 2025.
Żar
Powieści erotyczne charakteryzują się jednym, powtarzalnym kształtem narracji, prowadzonej przez parę głównych bohaterów na przemian. To oczywiście najprostszy sposób na zaprezentowanie argumentów i uczuć – i na odsłonięcie najbardziej skrywanych przemyśleń. Dla odbiorczyń to szansa na dotarcie do źródeł potencjalnych konfliktów jeszcze zanim dotrą do nich bohaterowie. A dotrą na pewno, bo poza płomiennym seksem trzeba jeszcze odrobiny komplikacji, żeby zapracować na „długo i szczęśliwie”. Lena M. Bielska nie rezygnuje ze sprawdzonych metod, „Bitterful” to opowieść dokładnie na tym schemacie rozpinana.
Autorka stawia w tej powieści na kwestię podległości w seksie i na większą niż zwyczajowo przyjmowana różnicę wieku między bohaterami (chociaż i tak jest ostrożna w swoich rachunkach: piętnaście lat starszy mężczyzna to nie bariera nie do przejścia). Ana ma dwadzieścia trzy lata i dopiero zaczyna wchodzić w dorosłość: do tej pory zachowywała się raczej jak zbuntowana i zdystansowana od świata nastolatka. Właśnie została zdradzona i straciła jednocześnie chłopaka i najlepszą przyjaciółkę – nic dziwnego, że marzy o zmianie środowiska. Bjarne z kolei to przyjaciel jej wujka. Bjarne próbuje się wydostać z nieudanego małżeństwa i nie stracić przy tym odziedziczonego po rodzicach majątku w postaci firm, które kocha i prowadzi zgodnie z zamysłem twórców. Bjarne jest wycofany i mrukliwy, wygląda jak Wiking, tak zresztą traktuje go Ana, rozmiłowana w tym typie urody. Bohaterka ma wspomóc mężczyznę w prowadzeniu kont społecznościowych jego firm. Zna się na tym i jest w tym świetna – tu nie trzeba doświadczenia a kreatywności. Oczywiście między tym dwojgiem wybucha najpierw gwałtowne pożądanie, później miłość – co do tego w ogóle nie ma wątpliwości, po to przecież Lena M. Bielska tę historię opowiada. W tle jest niezgoda bliskich Any na taki związek (pikanterii ma dodać fakt, że to sama Ana nie mogła zaakceptować znacznie młodszej żony wujka). Autorka pozwala swoim bohaterom na odkrywanie wzajemnych łóżkowych upodobań i przeprowadza od ostrego seksu (tu potrzebne jest nawet hasło bezpieczeństwa, żeby można się było bawić bez ograniczeń) do czułości i romantyzmu (co dziwne, nie da się tego w „Bitterful” łączyć, albo pożądanie bez miłości, albo miłość bez spełniania wzajemnych fantazji spoza waniliowego seksu). Autorka ucieka do świata, który jest pozbawiony problemów finansowych (wujek Any to jeden z najbogatszych ludzi w ogóle, przynajmniej tak kobieta go postrzega, zabezpieczona przez niego na przyszłość), więc można wypracowywać tu zupełnie inne kłopoty, które mogą się stać przeszkodą na drodze do szczęścia. Trochę pułapek musi się przecież wydarzyć, żeby Ana wykazała się rozsądkiem i żeby Bjarne wyszedł ze swojej skorupy. Wszystko razem jest jednoznaczne i przewidywalne – ale też nie dla zaskoczeń po ten gatunek będą odbiorczynie sięgać. Wszystko rozgrywa się w romantycznej scenerii: na pustkowiu, pod zorzą polarną, z dala od imprez i pokus, które mogłyby zaburzyć widmo związku w przyszłości. Ale sceny seksu Lena M. Bielska rozpisuje tak, żeby odbiorczynie nie czuły się zawiedzione.
Żar
Powieści erotyczne charakteryzują się jednym, powtarzalnym kształtem narracji, prowadzonej przez parę głównych bohaterów na przemian. To oczywiście najprostszy sposób na zaprezentowanie argumentów i uczuć – i na odsłonięcie najbardziej skrywanych przemyśleń. Dla odbiorczyń to szansa na dotarcie do źródeł potencjalnych konfliktów jeszcze zanim dotrą do nich bohaterowie. A dotrą na pewno, bo poza płomiennym seksem trzeba jeszcze odrobiny komplikacji, żeby zapracować na „długo i szczęśliwie”. Lena M. Bielska nie rezygnuje ze sprawdzonych metod, „Bitterful” to opowieść dokładnie na tym schemacie rozpinana.
Autorka stawia w tej powieści na kwestię podległości w seksie i na większą niż zwyczajowo przyjmowana różnicę wieku między bohaterami (chociaż i tak jest ostrożna w swoich rachunkach: piętnaście lat starszy mężczyzna to nie bariera nie do przejścia). Ana ma dwadzieścia trzy lata i dopiero zaczyna wchodzić w dorosłość: do tej pory zachowywała się raczej jak zbuntowana i zdystansowana od świata nastolatka. Właśnie została zdradzona i straciła jednocześnie chłopaka i najlepszą przyjaciółkę – nic dziwnego, że marzy o zmianie środowiska. Bjarne z kolei to przyjaciel jej wujka. Bjarne próbuje się wydostać z nieudanego małżeństwa i nie stracić przy tym odziedziczonego po rodzicach majątku w postaci firm, które kocha i prowadzi zgodnie z zamysłem twórców. Bjarne jest wycofany i mrukliwy, wygląda jak Wiking, tak zresztą traktuje go Ana, rozmiłowana w tym typie urody. Bohaterka ma wspomóc mężczyznę w prowadzeniu kont społecznościowych jego firm. Zna się na tym i jest w tym świetna – tu nie trzeba doświadczenia a kreatywności. Oczywiście między tym dwojgiem wybucha najpierw gwałtowne pożądanie, później miłość – co do tego w ogóle nie ma wątpliwości, po to przecież Lena M. Bielska tę historię opowiada. W tle jest niezgoda bliskich Any na taki związek (pikanterii ma dodać fakt, że to sama Ana nie mogła zaakceptować znacznie młodszej żony wujka). Autorka pozwala swoim bohaterom na odkrywanie wzajemnych łóżkowych upodobań i przeprowadza od ostrego seksu (tu potrzebne jest nawet hasło bezpieczeństwa, żeby można się było bawić bez ograniczeń) do czułości i romantyzmu (co dziwne, nie da się tego w „Bitterful” łączyć, albo pożądanie bez miłości, albo miłość bez spełniania wzajemnych fantazji spoza waniliowego seksu). Autorka ucieka do świata, który jest pozbawiony problemów finansowych (wujek Any to jeden z najbogatszych ludzi w ogóle, przynajmniej tak kobieta go postrzega, zabezpieczona przez niego na przyszłość), więc można wypracowywać tu zupełnie inne kłopoty, które mogą się stać przeszkodą na drodze do szczęścia. Trochę pułapek musi się przecież wydarzyć, żeby Ana wykazała się rozsądkiem i żeby Bjarne wyszedł ze swojej skorupy. Wszystko razem jest jednoznaczne i przewidywalne – ale też nie dla zaskoczeń po ten gatunek będą odbiorczynie sięgać. Wszystko rozgrywa się w romantycznej scenerii: na pustkowiu, pod zorzą polarną, z dala od imprez i pokus, które mogłyby zaburzyć widmo związku w przyszłości. Ale sceny seksu Lena M. Bielska rozpisuje tak, żeby odbiorczynie nie czuły się zawiedzione.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






