Poradnia K, Warszawa 2026.
Tęsknota
Małgorzata Kalicińska po raz kolejny pokazuje, że nie dba o schematy pojawiające się w powieściach obyczajowych i szuka własnego sposobu wyrazu i swoich tematów. „Nostalgia. Rzecz o moich ukochankach” to propozycja, w której dzieli się z czytelnikami nie tylko osobistym pomysłem na opowieść o normalnych miłościach, ale też specyficznym językiem, czasami wpadającym w nieprzezroczyste nastroje. To opowieść, która zaczyna się od śmierci – i która sięga w daleką przeszłość. Bohaterka, Maria, przedstawia tu historię swoich dwóch wielkich miłości, Piotra i Filipa. Piotr umiera na raka – i o tym czytelnicy dowiedzą się od razu. Jednak następne retrospekcje i rozdziały wspomnieniowe pokażą, jak budowała się ta relacja. Maria jest wdową po Filipie – i szczęście znalazła także w drugim, niesformalizowanym związku. Ale tęskni za obydwoma partnerami, nie może się pogodzić z tym, że została sama, próbuje nawet zawierać nowe znajomości, ale im poświęca niewiele miejsca. Najbardziej liczy się to, co było. Rozmyślaniom sprzyja duży dom na pustkowiu – wokół są tylko dzikie chaszcze, łąki i lisica, która przychodzi po jedzenie i pomieszkuje w starej, rozpadającej się szopie. A może nawet kilka pokoleń lisic. Maria nie wie, nie ingeruje przesadnie w życie zwierzaka, ma dość swoich spraw.
Piotr to nastoletnia miłość, którą przerwały przyziemne sprawy. Rozstanie, a później spotkanie po wielu latach sprawia, że miłość na nowo wybucha. Maria i Piotr chcą spróbować tego, czego nie zaznali w młodości. A ponieważ Piotr zaczyna chorować i dużo czasu spędza w łóżku, kobieta może snuć rozmaite opowieści, które odwrócą jego uwagę od cierpienia i bólu. Piotr chce wiedzieć wszystko, nie tylko wspominać własne doświadczenia, ale też poznać małżeństwo Marii. I tak czytelnicy dowiedzą się o Filipie, ponurym magistrze ze starannie skrywanym talentem.
Te dwie historie wplata Małgorzata Kalicińska do opowieści niemal szkatułkowo, ale przez nacisk kładziony na przeszłość, trudniej będzie uwierzyć w teraźniejszość – preteksty do rozważań i wspomnień stają się zbyt banalne, żeby były przekonujące. I tak każdy czeka na wyznania dotyczące minionych chwil szczęścia. Autorka nie szuka powodów do euforii, raczej pokazuje miłość zwyczajną, wręcz zbanalizowaną – chociaż przecież piękną i prawdziwą. Nie sprawi, że czytelniczki zapałają wielkim uczuciem do Filipa albo do Piotra, raczej będą się zastanawiały, co bohaterka w nich widziała. Zderzy odbiorczynie z trudami ciężkiej choroby, zmianami charakteru i zachowania – tym wszystkim, o czym przeważnie nie mówi się w idealizowanych historiach. Tu idealizowania nie ma. „Nostalgia” to opowieść spokojna, wyczyszczona z wielkich namiętności – i przez to bardziej przekonująca zwłaszcza starsze grono odbiorczyń. Co ciekawe, autorka na początku chce unikać wchodzenia bohaterom do sypialni, ale z czasem wpada w przedziwne tematy i sformułowania, które kłócą się z jej pierwszymi założeniami (smak fiutka i waginki – nawet jeśli wyzwala przyjemne skojarzenia – nie pasuje kompletnie do przyjętego trybu raczej pruderyjnego opisywania kontaktów między bohaterami). „Nostalgia” jest opowieścią o tęsknocie, a nie o miłości – i jako taka będzie przekonywać odbiorczynie, że mimo wszystko warto się zakochać i iść za marzeniami.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Poradnia K. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Poradnia K. Pokaż wszystkie posty
środa, 1 lipca 2026
sobota, 3 stycznia 2026
E. Lockhart: Rozpadliśmy się
Poradnia K, Warszawa 2025.
Odkrywanie siebie
Matilda musi znaleźć swoje miejsce na ziemi. Żeby żyć w zgodzie ze sobą, potrzebuje oparcia – a ponieważ nie może tego uzyskać od matki, kieruje się w stronę nieznanego do tej pory ojca, wielkiego artysty, którego dzieła sprzedają się za rekordowe kwoty. Udaje jej się nawiązać kontakt i otrzymuje zaproszenie na tajemniczą prywatną wyspę – do miejsca, w którym większość zwykłych ludzi nie ma szans się zjawić. Matilda nie boi się wyzwań, zresztą sama zapoczątkowała bieg wydarzeń, dlatego też z radością dociera na spotkanie. Ale na miejscu przekonuje się, że ojca nie zastała. W zamian za to spotyka się z mniej lub bardziej zawoalowaną agresją ze strony trojga mieszkańców. Przemoc psychiczna objawia się na różne sposoby, ale najważniejsze dla młodej kobiety jest stanięcie oko w oko z ojcem. A do tego ciągle nie dochodzi.
„Rozpadliśmy się” to powieść, którą E. Lockhart pisze trochę w kontynuacji serii o łgarzach, co oznacza, że fani cyklu na pewno znajdą tu kilka tropów dla siebie. Jednak ta książka funkcjonuje jako zupełnie oderwana od serii powieść – da się ją czytać bez znajomości całego uniwersum. Matilda przedstawia czytelnikom kolejne etapy pobytu w odludnym miejscu i rozkwit relacji z rówieśnikami – z każdą rozmową dowiaduje się czegoś nowego na temat ojca i zasad panujących w nowym miejscu. O azylu nie ma tu mowy, a każdy dzień to nowe wyzwanie. Nie dość, że bohaterka traci już pierwszego dnia kontakt ze światem zewnętrznym – na wyspie dostęp do internetu jest reglamentowany, a urządzenia pozwalające nawiązać łączność – są konfiskowane bez wiedzy i zgody właścicieli i wydzielane na kilka określonych chwil – to jeszcze nikt nie chce udzielić jej potrzebnych informacji. Kolejne zagrożenie płynie już ze strony mikstur, które bez przerwy przyrządzają miejscowi – nie wiadomo, do czego służą, a aplikowanie ich również nie ma wiele wspólnego z uzyskiwaniem zgody. Matilda próbuje się czegoś dowiedzieć, najczęściej – dzięki rozmowom z chłopakami. Jeden z nich bardzo jej się podoba, chociaż sam walczy z uczuciem – nie chce przyjąć do wiadomości, że mógłby stać się od kogoś zależny.
E. Lockhart decyduje się na nietypową narrację, pełną niepokoju, mroku oraz zagadek – co jakiś czas bohaterka przechodzi z opowiadania o tym, co się dzieje, prozą na wiersze – białe i płynnie przejmujące historię. To automatycznie przenosi uwagę czytelników z treści na formę, pokazuje, jak wiele można zdziałać, kiedy odpowiednio ułoży się konstrukcje słowne – tu sposób prowadzenia opowieści prowadzi do przenoszenia znaczeń, akcentowania roli słowa w tworzeniu świata – i modyfikowaniu obserwacji samych postaci. „Rozpadliśmy się” to wyzwanie – nietypowe przez pomysł na prezentowanie fabuły, ale też ze względu na rozwój akcji – tu każde kolejne odkrycie będzie szokiem i zamiast kojącego poznania dostarczy odbiorcom kolejnych niespodzianek. Lockhart dobrze wychodzi na rezygnowaniu ze schematów fabularnych – i dobrze sobie radzi z nadawaniem tej treści oryginalnej formy.
Odkrywanie siebie
Matilda musi znaleźć swoje miejsce na ziemi. Żeby żyć w zgodzie ze sobą, potrzebuje oparcia – a ponieważ nie może tego uzyskać od matki, kieruje się w stronę nieznanego do tej pory ojca, wielkiego artysty, którego dzieła sprzedają się za rekordowe kwoty. Udaje jej się nawiązać kontakt i otrzymuje zaproszenie na tajemniczą prywatną wyspę – do miejsca, w którym większość zwykłych ludzi nie ma szans się zjawić. Matilda nie boi się wyzwań, zresztą sama zapoczątkowała bieg wydarzeń, dlatego też z radością dociera na spotkanie. Ale na miejscu przekonuje się, że ojca nie zastała. W zamian za to spotyka się z mniej lub bardziej zawoalowaną agresją ze strony trojga mieszkańców. Przemoc psychiczna objawia się na różne sposoby, ale najważniejsze dla młodej kobiety jest stanięcie oko w oko z ojcem. A do tego ciągle nie dochodzi.
„Rozpadliśmy się” to powieść, którą E. Lockhart pisze trochę w kontynuacji serii o łgarzach, co oznacza, że fani cyklu na pewno znajdą tu kilka tropów dla siebie. Jednak ta książka funkcjonuje jako zupełnie oderwana od serii powieść – da się ją czytać bez znajomości całego uniwersum. Matilda przedstawia czytelnikom kolejne etapy pobytu w odludnym miejscu i rozkwit relacji z rówieśnikami – z każdą rozmową dowiaduje się czegoś nowego na temat ojca i zasad panujących w nowym miejscu. O azylu nie ma tu mowy, a każdy dzień to nowe wyzwanie. Nie dość, że bohaterka traci już pierwszego dnia kontakt ze światem zewnętrznym – na wyspie dostęp do internetu jest reglamentowany, a urządzenia pozwalające nawiązać łączność – są konfiskowane bez wiedzy i zgody właścicieli i wydzielane na kilka określonych chwil – to jeszcze nikt nie chce udzielić jej potrzebnych informacji. Kolejne zagrożenie płynie już ze strony mikstur, które bez przerwy przyrządzają miejscowi – nie wiadomo, do czego służą, a aplikowanie ich również nie ma wiele wspólnego z uzyskiwaniem zgody. Matilda próbuje się czegoś dowiedzieć, najczęściej – dzięki rozmowom z chłopakami. Jeden z nich bardzo jej się podoba, chociaż sam walczy z uczuciem – nie chce przyjąć do wiadomości, że mógłby stać się od kogoś zależny.
E. Lockhart decyduje się na nietypową narrację, pełną niepokoju, mroku oraz zagadek – co jakiś czas bohaterka przechodzi z opowiadania o tym, co się dzieje, prozą na wiersze – białe i płynnie przejmujące historię. To automatycznie przenosi uwagę czytelników z treści na formę, pokazuje, jak wiele można zdziałać, kiedy odpowiednio ułoży się konstrukcje słowne – tu sposób prowadzenia opowieści prowadzi do przenoszenia znaczeń, akcentowania roli słowa w tworzeniu świata – i modyfikowaniu obserwacji samych postaci. „Rozpadliśmy się” to wyzwanie – nietypowe przez pomysł na prezentowanie fabuły, ale też ze względu na rozwój akcji – tu każde kolejne odkrycie będzie szokiem i zamiast kojącego poznania dostarczy odbiorcom kolejnych niespodzianek. Lockhart dobrze wychodzi na rezygnowaniu ze schematów fabularnych – i dobrze sobie radzi z nadawaniem tej treści oryginalnej formy.
niedziela, 27 lipca 2025
Małgorzata Kalicińska: Dom na głowie, czyli gang seniorów i ja
Poradnia K, Poznań 2025.
Starość
Nie ma w starości nic romantycznego, jedni tracą pamięć, inni siły, jeszcze inni zdrowie. Ludzie, którzy do niedawna byli samodzielni i w pełni sprawni, nagle potrzebują opieki i… cierpliwości, żeby dotarła do nich prawda o koniecznej pomocy. I Małgorzata Kalicińska bardzo dosadnie przypomina czytelnikom, że od starości ucieczki nie ma, a życie przynosi wyzwania, na które trzeba reagować na bieżąco. Bohaterka jej książki „Dom na głowie, czyli gang seniorów i ja”, Magda, jest matką i babcią – i stoi na życiowym rozdrożu. Nie wie, co chciałaby robić, powinna się przekwalifikować, ale nie ma na siebie pomysłu. Rzeczywistość przynosi jej rozwiązanie: Kwiryna, mama Magdy, zapada na otępienie starcze. Początkowo nie dzieje się nic alarmującego, ot, drobne wpadki i śmiesznostki, które mogą przydarzyć się każdemu roztargnionemu: Kwiryna podaje na przykład słodkie pierogi w słonej zupie i obraża się, kiedy ktoś się z niej naśmiewa. Z czasem jednak problemów jest coraz więcej i staje się jasne: Firka nie powinna już mieszkać sama. Z siostrą bez przerwy się kłóci, a młoda opiekunka… podaje jej marihuanę. Magda, namawiana przez członków bliższej i dalszej rodziny, postanawia działać: zakłada rodzinny dom opieki. Gromadzi pod jednym dachem wszystkich osiemdziesięciolatków – mamę i jej rodzeństwo – a do tego życiowo pogubioną Ryszardę, dziewczynę, którą mama toleruje jako swoją opiekunkę. Organizuje życie na nowo, wymyśla, jak powinno wyglądać, a co najważniejsze – skąd brać pieniądze na codzienne potrzeby.
Jest to powieść inna niż bestsellery na rynku. Przede wszystkim bohaterka-narratorka wpada w olbrzymie dygresje na temat kolejnych członków rodziny i ich perypetii, całe drzewo genealogiczne rozrysowuje przed czytelnikami zanim cokolwiek zacznie się dziać na dobre. Zresztą akcji nie rozkręca przesadnie, skupia się na tym, co potrzebne do zrealizowania śmiałego planu: najpierw to poszukiwania odpowiedniego domu (chociaż najlepsze rozwiązanie Magdzie podsuwa rodzina), później przekonywanie kolejnych seniorów, że powinni porzucić swoje dotychczasowe mieszkania i przeprowadzić się pod opiekę Magdy, jeszcze później – przygotowania do świąt i docieranie się pod jednym dachem, dzielenie się obowiązkami czy choroby. Pozostaje tu wątek Ryszardy – dziewczyny, która nie miała prawdziwego domu i teraz może się realizować, pod czułą i dyskretną opieką rodziny z wyboru. Do tego autorka dodaje jeszcze motyw romansowy – chociaż jej bohaterka jest już w wieku, w którym nie liczy na wielkie uczucie, nie może pozostać obojętna wobec towarzysza jej codziennych zmagań: Olo pojawia się znienacka i wrasta w normalność Magdy, nie ma tu wielkich namiętności, za to miłość, o jakiej mogą marzyć odbiorczynie. Nie jest to książka wygodna: zwłaszcza w przypominaniu o obliczach starości, które wymagają od młodszych pokoleń zdecydowanych działań. Magda w zasadzie nie ma innego wyjścia jak tylko poświęcić się dla bliskich – nawet jeśli snułaby inne plany, problemy zdrowotne członków rodziny skutecznie by je zniszczyły. To dla czytelniczek będzie wyraźny sygnał zapowiedzi nieksiążkowej – nieidyllicznej – przyszłości. Jednak Kalicińska koncentruje się na tym, co może podsunąć odbiorcom ważne i wartościowe rozwiązania – przypomina o idei wielopokoleniowych domów, w których wszyscy są kochani i potrzebni. I to może być najważniejsze przesłanie „Domu na głowie”.
Starość
Nie ma w starości nic romantycznego, jedni tracą pamięć, inni siły, jeszcze inni zdrowie. Ludzie, którzy do niedawna byli samodzielni i w pełni sprawni, nagle potrzebują opieki i… cierpliwości, żeby dotarła do nich prawda o koniecznej pomocy. I Małgorzata Kalicińska bardzo dosadnie przypomina czytelnikom, że od starości ucieczki nie ma, a życie przynosi wyzwania, na które trzeba reagować na bieżąco. Bohaterka jej książki „Dom na głowie, czyli gang seniorów i ja”, Magda, jest matką i babcią – i stoi na życiowym rozdrożu. Nie wie, co chciałaby robić, powinna się przekwalifikować, ale nie ma na siebie pomysłu. Rzeczywistość przynosi jej rozwiązanie: Kwiryna, mama Magdy, zapada na otępienie starcze. Początkowo nie dzieje się nic alarmującego, ot, drobne wpadki i śmiesznostki, które mogą przydarzyć się każdemu roztargnionemu: Kwiryna podaje na przykład słodkie pierogi w słonej zupie i obraża się, kiedy ktoś się z niej naśmiewa. Z czasem jednak problemów jest coraz więcej i staje się jasne: Firka nie powinna już mieszkać sama. Z siostrą bez przerwy się kłóci, a młoda opiekunka… podaje jej marihuanę. Magda, namawiana przez członków bliższej i dalszej rodziny, postanawia działać: zakłada rodzinny dom opieki. Gromadzi pod jednym dachem wszystkich osiemdziesięciolatków – mamę i jej rodzeństwo – a do tego życiowo pogubioną Ryszardę, dziewczynę, którą mama toleruje jako swoją opiekunkę. Organizuje życie na nowo, wymyśla, jak powinno wyglądać, a co najważniejsze – skąd brać pieniądze na codzienne potrzeby.
Jest to powieść inna niż bestsellery na rynku. Przede wszystkim bohaterka-narratorka wpada w olbrzymie dygresje na temat kolejnych członków rodziny i ich perypetii, całe drzewo genealogiczne rozrysowuje przed czytelnikami zanim cokolwiek zacznie się dziać na dobre. Zresztą akcji nie rozkręca przesadnie, skupia się na tym, co potrzebne do zrealizowania śmiałego planu: najpierw to poszukiwania odpowiedniego domu (chociaż najlepsze rozwiązanie Magdzie podsuwa rodzina), później przekonywanie kolejnych seniorów, że powinni porzucić swoje dotychczasowe mieszkania i przeprowadzić się pod opiekę Magdy, jeszcze później – przygotowania do świąt i docieranie się pod jednym dachem, dzielenie się obowiązkami czy choroby. Pozostaje tu wątek Ryszardy – dziewczyny, która nie miała prawdziwego domu i teraz może się realizować, pod czułą i dyskretną opieką rodziny z wyboru. Do tego autorka dodaje jeszcze motyw romansowy – chociaż jej bohaterka jest już w wieku, w którym nie liczy na wielkie uczucie, nie może pozostać obojętna wobec towarzysza jej codziennych zmagań: Olo pojawia się znienacka i wrasta w normalność Magdy, nie ma tu wielkich namiętności, za to miłość, o jakiej mogą marzyć odbiorczynie. Nie jest to książka wygodna: zwłaszcza w przypominaniu o obliczach starości, które wymagają od młodszych pokoleń zdecydowanych działań. Magda w zasadzie nie ma innego wyjścia jak tylko poświęcić się dla bliskich – nawet jeśli snułaby inne plany, problemy zdrowotne członków rodziny skutecznie by je zniszczyły. To dla czytelniczek będzie wyraźny sygnał zapowiedzi nieksiążkowej – nieidyllicznej – przyszłości. Jednak Kalicińska koncentruje się na tym, co może podsunąć odbiorcom ważne i wartościowe rozwiązania – przypomina o idei wielopokoleniowych domów, w których wszyscy są kochani i potrzebni. I to może być najważniejsze przesłanie „Domu na głowie”.
środa, 16 kwietnia 2025
Jean Hanff Korelitz: Intryga
Poradnia K, Warszawa 2025.
Własność
Bardzo powoli rozwija swoją intrygę Jean Hanff Korelitz, z jednej strony ćwicząc czytelników w cierpliwości, a z drugiej… analizując sytuację pisarzy w dzisiejszym świecie. Sięga po temat, który wydaje się najmniej medialny z możliwych – przedstawia frustracje i nadzieje niespełnionych autorów powieści. Jest w jej książce Jake, człowiek, który zaistniał na rynku dzięki jednej książce – a kolejnej nie zdołał już napisać. Teraz wykłada kreatywne pisanie w nieliczącej się uczelni. Czyta prace swoich studentów i podpowiada im, co mają zrobić, żeby odnieść sukces: to zresztą przypomina mu o własnej porażce. W pewnym momencie jeden z jego podopiecznych zdradza pomysł na wyjątkową intrygę.
Z czasem do książki wkracza druga powieść, historia matki i córki powiązanych przedziwną relacją. To ta powieść ma sprawić, że Jake ponownie zacznie się liczyć na rynku wydawniczym – i pokazać, że wszystko bazuje na dobrej fabule. Korelitz w swojej pracy proponuje refleksje na temat kondycji pisarzy i samego aktu twórczego, przemyca porady dotyczące przełamywania kryzysu czy znajdowania pomysłów – to wszystko wykorzystuje, żeby uwiarygodnić książkę i nadać jej charakterystyczny koloryt. Ale jednocześnie te zabiegi mocno spowalniają fabułę i każą zastanawiać się nad każdym kolejnym słowem. Słowo dużo tu znaczy.
I w końcu udaje się autorce budzić ciekawość: skoro sama nie stawia na wstrząsający bieg wydarzeń i nie zapewnia błyskawicznego tempa, a najwyraźniej ma przepis na rynkowy sukces, musi mieć w zanadrzu coś, co sprawi, że czytelnicy zrozumieją, dlaczego musieli tę powieść przeczytać. I faktycznie znajduje Jean Hanff Korelitz pomysł na taki rozwój fabuły, który zaskoczy niejednego odbiorcę. Stawia na thriller, nabudowuje atmosferę grozy, chociaż przez długi czas nie doprowadza do żadnych krytycznych sytuacji ani przykrych konfrontacji. Jake żyje i ma się świetnie – a to, że od czasu do czasu dostaje anonimy związane z postępkiem z przeszłości, to przecież rzecz, którą można zbagatelizować. Wielu jest na świecie szaleńców i nie trzeba się z nimi liczyć.
Na początku autorka przyciąga uwagę do powieści w powieści: do historii, o którą toczy się cała gra. Z czasem udaje jej się przenieść ciężar fabuły na narrację „właściwą”, zapośredniczona – chociaż coraz mocniejsza – schodzi na dalszy plan. Całość mocno jest inspirowana Kingiem, ale ma swoje brzmienie i z pewnością zachęci do śledzenia akcji każdego fana mocnych wrażeń. Jest to książka o książkach i pisaniu – ale w wersji thrillera. Jako taka może funkcjonować nie tylko w środowisku autorów, chociaż wielu marzących o pisaniu może wyłuskiwać stąd przydatne podpowiedzi – a ci, którzy sami poznali już od środka rynek wydawniczy, znajdą mnóstwo tematów do refleksji, niekoniecznie krzepiącej. Kondycja literatury jako tło wydarzeń kryminalnych – to nie musiało się udać, ale Korelitz nie ma się o co martwić: znalazła sposób na takie zbudowanie napięcia, żeby przekonać do siebie nawet najbardziej sceptycznie nastawionych czytelników.
Własność
Bardzo powoli rozwija swoją intrygę Jean Hanff Korelitz, z jednej strony ćwicząc czytelników w cierpliwości, a z drugiej… analizując sytuację pisarzy w dzisiejszym świecie. Sięga po temat, który wydaje się najmniej medialny z możliwych – przedstawia frustracje i nadzieje niespełnionych autorów powieści. Jest w jej książce Jake, człowiek, który zaistniał na rynku dzięki jednej książce – a kolejnej nie zdołał już napisać. Teraz wykłada kreatywne pisanie w nieliczącej się uczelni. Czyta prace swoich studentów i podpowiada im, co mają zrobić, żeby odnieść sukces: to zresztą przypomina mu o własnej porażce. W pewnym momencie jeden z jego podopiecznych zdradza pomysł na wyjątkową intrygę.
Z czasem do książki wkracza druga powieść, historia matki i córki powiązanych przedziwną relacją. To ta powieść ma sprawić, że Jake ponownie zacznie się liczyć na rynku wydawniczym – i pokazać, że wszystko bazuje na dobrej fabule. Korelitz w swojej pracy proponuje refleksje na temat kondycji pisarzy i samego aktu twórczego, przemyca porady dotyczące przełamywania kryzysu czy znajdowania pomysłów – to wszystko wykorzystuje, żeby uwiarygodnić książkę i nadać jej charakterystyczny koloryt. Ale jednocześnie te zabiegi mocno spowalniają fabułę i każą zastanawiać się nad każdym kolejnym słowem. Słowo dużo tu znaczy.
I w końcu udaje się autorce budzić ciekawość: skoro sama nie stawia na wstrząsający bieg wydarzeń i nie zapewnia błyskawicznego tempa, a najwyraźniej ma przepis na rynkowy sukces, musi mieć w zanadrzu coś, co sprawi, że czytelnicy zrozumieją, dlaczego musieli tę powieść przeczytać. I faktycznie znajduje Jean Hanff Korelitz pomysł na taki rozwój fabuły, który zaskoczy niejednego odbiorcę. Stawia na thriller, nabudowuje atmosferę grozy, chociaż przez długi czas nie doprowadza do żadnych krytycznych sytuacji ani przykrych konfrontacji. Jake żyje i ma się świetnie – a to, że od czasu do czasu dostaje anonimy związane z postępkiem z przeszłości, to przecież rzecz, którą można zbagatelizować. Wielu jest na świecie szaleńców i nie trzeba się z nimi liczyć.
Na początku autorka przyciąga uwagę do powieści w powieści: do historii, o którą toczy się cała gra. Z czasem udaje jej się przenieść ciężar fabuły na narrację „właściwą”, zapośredniczona – chociaż coraz mocniejsza – schodzi na dalszy plan. Całość mocno jest inspirowana Kingiem, ale ma swoje brzmienie i z pewnością zachęci do śledzenia akcji każdego fana mocnych wrażeń. Jest to książka o książkach i pisaniu – ale w wersji thrillera. Jako taka może funkcjonować nie tylko w środowisku autorów, chociaż wielu marzących o pisaniu może wyłuskiwać stąd przydatne podpowiedzi – a ci, którzy sami poznali już od środka rynek wydawniczy, znajdą mnóstwo tematów do refleksji, niekoniecznie krzepiącej. Kondycja literatury jako tło wydarzeń kryminalnych – to nie musiało się udać, ale Korelitz nie ma się o co martwić: znalazła sposób na takie zbudowanie napięcia, żeby przekonać do siebie nawet najbardziej sceptycznie nastawionych czytelników.
niedziela, 13 kwietnia 2025
Maureen Johnson: Śmierć w Morning House
Poradnia K, Warszawa 2025.
Wychowanie
Marlowe to queerowa nastolatka, która chce sobie dorobić do kieszonkowego. Podejmuje się pracy w roli przewodnika po rezydencji, która miała zapewnić sielskie życie całej rodzinie, a stała się miejscem tragedii. Mieszkająca tu rodzina została poważnie okaleczona. Jeszcze po latach echa dramatu przyciągają na wyspę wielu turystów: to oznacza, że Marlowe zajęcia nie zabraknie. Ale też dziewczyna nie będzie mogła narzekać na deficyt silnych wrażeń. Bo nawet jeśli dawne sprawy nie zostały do końca wyjaśnione, również w teraźniejszości dzieją się dziwne rzeczy. Sześcioro adoptowanych dzieci wychowywanych jest przez wyznawcę eugeniki. Każdy zna swoje miejsce i nie sprzeciwia się dyscyplinie ani starannie ułożonemu harmonogramowi zajęć. Każdy rozwija swoje pasje i wykazuje się w jakiejś dziedzinie. Dzieci z Morning House mają wszystko – przynajmniej tak może się wydawać. Sytuacja zmienia się, kiedy pojawia się na scenie prawowity dziedzic. Mały Max jest prawdziwym utrapieniem opiekunek i rodziców, a także zgranego do tej pory rodzeństwa. Ma problemy z panowaniem nad agresją, krzywdzi i okalecza wszystkich, którzy znajdą się w polu jego rażenia. I to właśnie Max pewnego dnia traci życie.
Po kilku dekadach Marlowe próbuje rozwikłać zagadkę – w końcu skoro już znalazła się na wyspie i nie za bardzo ma tu co robić po godzinach pracy, może zająć się rozszyfrowywaniem tajemnicy domu i jego mieszkańców sprzed lat. Jej determinacja nasila się jeszcze, gdy znika z horyzontu kobieta, która bada historię rodziny. Marlowe czuje, że dzieje się coś dziwnego. A do tego sama też staje się celem ataków.
Marlowe ma w swoim życiorysie sporo silnych doznań, część z nich płynie z poszukiwań sercowych: nastolatka przeżywa fascynację rówieśniczkami, zastanawia się nad ich uczuciami i nad możliwością bycia w związku – jednak to temat, który pozostaje jako tło wydarzeń, a tylko czasami jako ich katalizator. Dziewczyna musi poradzić sobie z mocno traumatyczną przeszłością, a teraźniejszość nie upraszcza jej tego zadania. Śledztwo toczy się na marginesie opowieści, nie zdominuje jej – do momentu wyjaśnienia wydarzeń, ale i tu autorka decyduje się na retrospekcję, która uświadomi czytelnikom, do jak wielu aspektów przez bohaterkę by nie mogli dotrzeć.
Porusza Maureen Johnson wiele trudnych tematów, od eugeniki, która jawi się jako wstydliwy sekret: nikt nie będzie przesadnie zagłębiał się w to zagadnienie, przez relacje w grupie rówieśniczej aż po szantaże i zbrodnie. Autorka unika jednak przesady: nawet jeśli wrzuca do powieści nadmiar tragedii i dramatów. Prowadzi intrygę sprawnie i zagęszcza emocje przez odpowiedni sposób prezentowania wydarzeń. Przenosi się między teraźniejszością i retrospekcjami tak, żeby podkreślać tempo akcji, myli tropy, żeby zapewnić czytelnikom skomplikowane śledztwo. „Śmierć w Morning House” to książka, która w pełni wykorzystuje wymogi gatunku, ale ozdobiona jest dodatkowo ciekawymi obserwacjami psychologicznymi i odpowiednio budowaną atmosferą. Liczy się tu zestaw ekstremalnych emocji podanych w wartkiej opowieści.
Wychowanie
Marlowe to queerowa nastolatka, która chce sobie dorobić do kieszonkowego. Podejmuje się pracy w roli przewodnika po rezydencji, która miała zapewnić sielskie życie całej rodzinie, a stała się miejscem tragedii. Mieszkająca tu rodzina została poważnie okaleczona. Jeszcze po latach echa dramatu przyciągają na wyspę wielu turystów: to oznacza, że Marlowe zajęcia nie zabraknie. Ale też dziewczyna nie będzie mogła narzekać na deficyt silnych wrażeń. Bo nawet jeśli dawne sprawy nie zostały do końca wyjaśnione, również w teraźniejszości dzieją się dziwne rzeczy. Sześcioro adoptowanych dzieci wychowywanych jest przez wyznawcę eugeniki. Każdy zna swoje miejsce i nie sprzeciwia się dyscyplinie ani starannie ułożonemu harmonogramowi zajęć. Każdy rozwija swoje pasje i wykazuje się w jakiejś dziedzinie. Dzieci z Morning House mają wszystko – przynajmniej tak może się wydawać. Sytuacja zmienia się, kiedy pojawia się na scenie prawowity dziedzic. Mały Max jest prawdziwym utrapieniem opiekunek i rodziców, a także zgranego do tej pory rodzeństwa. Ma problemy z panowaniem nad agresją, krzywdzi i okalecza wszystkich, którzy znajdą się w polu jego rażenia. I to właśnie Max pewnego dnia traci życie.
Po kilku dekadach Marlowe próbuje rozwikłać zagadkę – w końcu skoro już znalazła się na wyspie i nie za bardzo ma tu co robić po godzinach pracy, może zająć się rozszyfrowywaniem tajemnicy domu i jego mieszkańców sprzed lat. Jej determinacja nasila się jeszcze, gdy znika z horyzontu kobieta, która bada historię rodziny. Marlowe czuje, że dzieje się coś dziwnego. A do tego sama też staje się celem ataków.
Marlowe ma w swoim życiorysie sporo silnych doznań, część z nich płynie z poszukiwań sercowych: nastolatka przeżywa fascynację rówieśniczkami, zastanawia się nad ich uczuciami i nad możliwością bycia w związku – jednak to temat, który pozostaje jako tło wydarzeń, a tylko czasami jako ich katalizator. Dziewczyna musi poradzić sobie z mocno traumatyczną przeszłością, a teraźniejszość nie upraszcza jej tego zadania. Śledztwo toczy się na marginesie opowieści, nie zdominuje jej – do momentu wyjaśnienia wydarzeń, ale i tu autorka decyduje się na retrospekcję, która uświadomi czytelnikom, do jak wielu aspektów przez bohaterkę by nie mogli dotrzeć.
Porusza Maureen Johnson wiele trudnych tematów, od eugeniki, która jawi się jako wstydliwy sekret: nikt nie będzie przesadnie zagłębiał się w to zagadnienie, przez relacje w grupie rówieśniczej aż po szantaże i zbrodnie. Autorka unika jednak przesady: nawet jeśli wrzuca do powieści nadmiar tragedii i dramatów. Prowadzi intrygę sprawnie i zagęszcza emocje przez odpowiedni sposób prezentowania wydarzeń. Przenosi się między teraźniejszością i retrospekcjami tak, żeby podkreślać tempo akcji, myli tropy, żeby zapewnić czytelnikom skomplikowane śledztwo. „Śmierć w Morning House” to książka, która w pełni wykorzystuje wymogi gatunku, ale ozdobiona jest dodatkowo ciekawymi obserwacjami psychologicznymi i odpowiednio budowaną atmosferą. Liczy się tu zestaw ekstremalnych emocji podanych w wartkiej opowieści.
niedziela, 12 stycznia 2025
Beth Reekles: Faking it
Poradnia K, Warszawa 2024.
Bez związków
Sophie jest przed trzydziestką, ale już wie o sobie jedno: nie nadaje się do bycia w związku. Na razie jednak – na skutek presji otoczenia – mocno angażuje się w poszukiwania drugiej połówki. Daje szansę rozmaitym mężczyznom z aplikacji randkowych, tkwi w relacjach, które od początku jej się nie podobają, albo przeżywa non stop męki rozstania i zaczynania od nowa. Tymczasem wszystkie jej szczęśliwie sparowane przyjaciółki (i członkowie rodziny) zarzucają ją zaproszeniami na kolejne uroczystości: wieczory panieńskie, „bociankowe”, wszelkiego rodzaju imprezy, w których przyjście z osobą towarzyszącą jest co najmniej dobrze widziane. Zresztą Sophie dostrzega zatroskane spojrzenia bliskich, chce zapewnić im to, o czym marzą – i pojawiać się z idealnie dopasowanym partnerem. A skoro o idealnie dopasowanego trudno – wystarczy jakikolwiek, byle tylko umiał udawać. Tak trafia na Harry’ego. Harry jest w trakcie przygnębiającego rozwodu i może wcielić się w partnera Sophie na rodzinne spotkanie. Doskonale gra zakochanego, flirtującego, uroczego mężczyznę – uwodzi Sophie na oczach jej przyjaciół i realizuje marzenie o idealnym partnerze. Wydaje się nawet momentami, że wcale nie musi tak dużo grać, w końcu i on potrzebuje bratniej duszy i pocieszenia po nieudanym małżeństwie.
Na początku w „Faking it” wszystko toczy się standardowym trybem, zgodnie ze scenariuszami powieści romansowych – ona i on są okaleczeni po dotychczasowych związkach (mniej lub bardziej nieudanych, dłuższych lub tych efemerycznych), spotykają się i nie chcą się angażować. Ona przelewa swoje frustracje na zabawne felietony (które pisze anonimowo, więc przyjaciółki podsyłają je jej jako świetną lekturę). On spełnia pokładane w nim nadzieje – odpowiada na potrzebę, nie szukając niczego więcej. Doskonale się dogadują – to już nie jest gra przed rodziną i przyjaciółmi, to rzeczywiście bardzo udane partnerstwo, nawet jeśli w jej mniemaniu mnóstwo ich dzieli. Tylko że Sophie w pewnym momencie życia postanawia przemyśleć swoją sytuację. Uczy się bycia samą – już nie wstydzi się zamawiania stolika dla jednej osoby w restauracji, przekonuje się, że wcale nie musi być z kimś, żeby znać swoją wartość. I to zmienia bardzo wiele.
Beth Reekles zapewnia czytelniczkom to, co chciałyby znaleźć w powieści rozrywkowej. Udaje jej się stworzyć wizję prawdziwego, najlepszego związku, który wywodzi się z przypadku i nie zmusza do prezentowania swoich najlepszych stron partnerowi. Sophie i Harry czują się ze sobą swobodnie, nie dopasowują się do siebie i miło spędzają czas. I dlatego, że Reekles jest tak przekonująca w budowaniu tego sielskiego obrazka – po serii niepowodzeń i mimo trwających wciąż randkowych wpadek – że znacznie trudniej będzie uwierzyć w zaproponowany przez nią finał. „Faking it” to książka, która tylko do pewnego momentu rozwija się w sposób zgodny z oczekiwaniami, wiele wydarzy się tu rzeczy, które w rzeczywistości nie miałyby racji bytu. Autorka próbuje odczarować mit szczęścia wyłącznie w związku – i przekonuje czytelniczki, że nie wolno wywierać presji na singlach: to stąd bierze się najwięcej komplikacji sercowych i podążania za cudzymi marzeniami. Mówi Beth Reekles ważne rzeczy dla czytelniczek, zwłaszcza tych, które nie potrafią się pogodzić z funkcjonowaniem bez partnera. Całej reszcie serwuje zabawną i ciekawą powieść rozrywkową.
Bez związków
Sophie jest przed trzydziestką, ale już wie o sobie jedno: nie nadaje się do bycia w związku. Na razie jednak – na skutek presji otoczenia – mocno angażuje się w poszukiwania drugiej połówki. Daje szansę rozmaitym mężczyznom z aplikacji randkowych, tkwi w relacjach, które od początku jej się nie podobają, albo przeżywa non stop męki rozstania i zaczynania od nowa. Tymczasem wszystkie jej szczęśliwie sparowane przyjaciółki (i członkowie rodziny) zarzucają ją zaproszeniami na kolejne uroczystości: wieczory panieńskie, „bociankowe”, wszelkiego rodzaju imprezy, w których przyjście z osobą towarzyszącą jest co najmniej dobrze widziane. Zresztą Sophie dostrzega zatroskane spojrzenia bliskich, chce zapewnić im to, o czym marzą – i pojawiać się z idealnie dopasowanym partnerem. A skoro o idealnie dopasowanego trudno – wystarczy jakikolwiek, byle tylko umiał udawać. Tak trafia na Harry’ego. Harry jest w trakcie przygnębiającego rozwodu i może wcielić się w partnera Sophie na rodzinne spotkanie. Doskonale gra zakochanego, flirtującego, uroczego mężczyznę – uwodzi Sophie na oczach jej przyjaciół i realizuje marzenie o idealnym partnerze. Wydaje się nawet momentami, że wcale nie musi tak dużo grać, w końcu i on potrzebuje bratniej duszy i pocieszenia po nieudanym małżeństwie.
Na początku w „Faking it” wszystko toczy się standardowym trybem, zgodnie ze scenariuszami powieści romansowych – ona i on są okaleczeni po dotychczasowych związkach (mniej lub bardziej nieudanych, dłuższych lub tych efemerycznych), spotykają się i nie chcą się angażować. Ona przelewa swoje frustracje na zabawne felietony (które pisze anonimowo, więc przyjaciółki podsyłają je jej jako świetną lekturę). On spełnia pokładane w nim nadzieje – odpowiada na potrzebę, nie szukając niczego więcej. Doskonale się dogadują – to już nie jest gra przed rodziną i przyjaciółmi, to rzeczywiście bardzo udane partnerstwo, nawet jeśli w jej mniemaniu mnóstwo ich dzieli. Tylko że Sophie w pewnym momencie życia postanawia przemyśleć swoją sytuację. Uczy się bycia samą – już nie wstydzi się zamawiania stolika dla jednej osoby w restauracji, przekonuje się, że wcale nie musi być z kimś, żeby znać swoją wartość. I to zmienia bardzo wiele.
Beth Reekles zapewnia czytelniczkom to, co chciałyby znaleźć w powieści rozrywkowej. Udaje jej się stworzyć wizję prawdziwego, najlepszego związku, który wywodzi się z przypadku i nie zmusza do prezentowania swoich najlepszych stron partnerowi. Sophie i Harry czują się ze sobą swobodnie, nie dopasowują się do siebie i miło spędzają czas. I dlatego, że Reekles jest tak przekonująca w budowaniu tego sielskiego obrazka – po serii niepowodzeń i mimo trwających wciąż randkowych wpadek – że znacznie trudniej będzie uwierzyć w zaproponowany przez nią finał. „Faking it” to książka, która tylko do pewnego momentu rozwija się w sposób zgodny z oczekiwaniami, wiele wydarzy się tu rzeczy, które w rzeczywistości nie miałyby racji bytu. Autorka próbuje odczarować mit szczęścia wyłącznie w związku – i przekonuje czytelniczki, że nie wolno wywierać presji na singlach: to stąd bierze się najwięcej komplikacji sercowych i podążania za cudzymi marzeniami. Mówi Beth Reekles ważne rzeczy dla czytelniczek, zwłaszcza tych, które nie potrafią się pogodzić z funkcjonowaniem bez partnera. Całej reszcie serwuje zabawną i ciekawą powieść rozrywkową.
piątek, 27 grudnia 2024
Meryl Wilsner: Randka na murawie
Poradnia K, Warszawa 2024.
Benefity
Tym razem historia rywalizacji sportowej nie służy do stworzenia familijnej historii o spełnianiu marzeń. Meryl Wilsner wykorzystuje temat kobiecej piłki nożnej do nakreślenia romansu – i mocnej erotyki, która w wersji queer wciąż jeszcze jest oszczędnie eksponowana. Tym razem o pruderii mowy być nie może, „Randka na murawie” to przechodzenie od orgazmu do orgazmu – z potyczkami i nieporozumieniami pomiędzy. Dwie bohaterki skupiają na sobie uwagę. Grace Henderson, kapitan żeńskiej reprezentacji w piłce nożnej jest dość wycofana. Zwykle nie przepada za kontaktem z mediami, nie lubi też, gdy ktoś narusza jej przestrzeń osobistą. Żyje piłką nożną i jest w stanie dla kariery poświęcić absolutnie wszystko. Do drużyny właśnie dołączona zostaje o cztery lata młodsza Phoebe Matthews. Phoebe od najmłodszych lat uwielbia Grace: twierdzi, że to jej idolka i obiekt nastoletnich westchnień. Nie ukrywa swojej fascynacji – tak samo zresztą jak orientacji seksualnej, dla Phoebe jednym z celów (poza robieniem kariery w piłce nożnej) jest dobranie się do bielizny (i nie tylko) Grace. Co zresztą następuje dosyć szybko.
Młode kobiety różnią się od siebie wszystkim. Grace unika ludzi i ma swoje dziwactwa (zresztą w jednym celnym zdaniu pojawia się pod koniec książki jasne wskazanie źródła jej postaw, trzeba przyznać, że autorka wypada w tym bardzo wiarygodnie). Phoebe jest rozgadana i roztrzepana, nie potrafi się zorganizować i wiecznie się spóźnia. Phoebe nie potrafi milczeć – z kolei Grace nie przepada za hałasem. Obie bohaterki niekoniecznie dążą do stworzenia związku, Grace sparzyła się na relacji z koleżanką z drużyny, Phoebe nie jest w stanie utrzymać nikogo przy sobie na dłużej. Zarzekają się, że nie zamierzają być z nikim na stałe – jednak łączy je niemal od razu fantastyczny seks. A to oznacza, że będą szukały spotkań i okazji do kontaktu fizycznego. Meryl Wilsner czerpie przyjemność z opisywania kolejnych zbliżeń bohaterek, ale kiedy nie koncentruje się na łóżkowych popisach – to pokazuje, jak wiele je dzieli. Grace i Phoebe nie bardzo zajmują się treningami i meczami, zresztą w pewnym momencie kontuzja nakazuje Grece zweryfikować dotychczasowe wybory – o wiele bardziej istotne staje się w ich przypadku układanie sobie życia. Phoebe w nowym miejscu szuka pracy i dobrej zabawy, Grace koncentruje się na chronieniu siebie samej. Mnóstwo nieporozumień i komplikacji prowadzi do kolejnych sprzeczek – ale docieranie się w związku wymaga szczerości i otwartości, nawet jeśli ktoś nie był do tego przyzwyczajony. Bohaterki są sobie nawzajem potrzebne, żeby uczyć się wzajemnie postaw wobec życia, albo żeby wychwytywać cechy, które tej drugiej umykają, a które są dość istotne dla zwykłego funkcjonowania. Jest to powieść pokazująca, jak tworzy się relacje głębokie i wyczulone na potrzeby drugiej strony, obyczajowo-romansowa historia queer. I jedyne, co może wyzwolić wątpliwości czytelników, to przekonanie autorki, że żeńska drużyna piłki nożnej to najlepsze źródło kontaktów homoseksualnych.
Benefity
Tym razem historia rywalizacji sportowej nie służy do stworzenia familijnej historii o spełnianiu marzeń. Meryl Wilsner wykorzystuje temat kobiecej piłki nożnej do nakreślenia romansu – i mocnej erotyki, która w wersji queer wciąż jeszcze jest oszczędnie eksponowana. Tym razem o pruderii mowy być nie może, „Randka na murawie” to przechodzenie od orgazmu do orgazmu – z potyczkami i nieporozumieniami pomiędzy. Dwie bohaterki skupiają na sobie uwagę. Grace Henderson, kapitan żeńskiej reprezentacji w piłce nożnej jest dość wycofana. Zwykle nie przepada za kontaktem z mediami, nie lubi też, gdy ktoś narusza jej przestrzeń osobistą. Żyje piłką nożną i jest w stanie dla kariery poświęcić absolutnie wszystko. Do drużyny właśnie dołączona zostaje o cztery lata młodsza Phoebe Matthews. Phoebe od najmłodszych lat uwielbia Grace: twierdzi, że to jej idolka i obiekt nastoletnich westchnień. Nie ukrywa swojej fascynacji – tak samo zresztą jak orientacji seksualnej, dla Phoebe jednym z celów (poza robieniem kariery w piłce nożnej) jest dobranie się do bielizny (i nie tylko) Grace. Co zresztą następuje dosyć szybko.
Młode kobiety różnią się od siebie wszystkim. Grace unika ludzi i ma swoje dziwactwa (zresztą w jednym celnym zdaniu pojawia się pod koniec książki jasne wskazanie źródła jej postaw, trzeba przyznać, że autorka wypada w tym bardzo wiarygodnie). Phoebe jest rozgadana i roztrzepana, nie potrafi się zorganizować i wiecznie się spóźnia. Phoebe nie potrafi milczeć – z kolei Grace nie przepada za hałasem. Obie bohaterki niekoniecznie dążą do stworzenia związku, Grace sparzyła się na relacji z koleżanką z drużyny, Phoebe nie jest w stanie utrzymać nikogo przy sobie na dłużej. Zarzekają się, że nie zamierzają być z nikim na stałe – jednak łączy je niemal od razu fantastyczny seks. A to oznacza, że będą szukały spotkań i okazji do kontaktu fizycznego. Meryl Wilsner czerpie przyjemność z opisywania kolejnych zbliżeń bohaterek, ale kiedy nie koncentruje się na łóżkowych popisach – to pokazuje, jak wiele je dzieli. Grace i Phoebe nie bardzo zajmują się treningami i meczami, zresztą w pewnym momencie kontuzja nakazuje Grece zweryfikować dotychczasowe wybory – o wiele bardziej istotne staje się w ich przypadku układanie sobie życia. Phoebe w nowym miejscu szuka pracy i dobrej zabawy, Grace koncentruje się na chronieniu siebie samej. Mnóstwo nieporozumień i komplikacji prowadzi do kolejnych sprzeczek – ale docieranie się w związku wymaga szczerości i otwartości, nawet jeśli ktoś nie był do tego przyzwyczajony. Bohaterki są sobie nawzajem potrzebne, żeby uczyć się wzajemnie postaw wobec życia, albo żeby wychwytywać cechy, które tej drugiej umykają, a które są dość istotne dla zwykłego funkcjonowania. Jest to powieść pokazująca, jak tworzy się relacje głębokie i wyczulone na potrzeby drugiej strony, obyczajowo-romansowa historia queer. I jedyne, co może wyzwolić wątpliwości czytelników, to przekonanie autorki, że żeńska drużyna piłki nożnej to najlepsze źródło kontaktów homoseksualnych.
niedziela, 13 października 2024
Elin Hilderbrand: Para idealna
Poradnia K, Poznań 2024.
Kształt szczęścia
Celeste zaczyna się jąkać. Dorosła kobieta, która nigdy nie miała problemów z wysławianiem się, teraz ma problem z wypowiedzeniem choćby jednego słowa. Zwłaszcza kiedy rozmawia ze swoim narzeczonym Benjim albo z jego rodziną. Celeste ma teraz sporo zmartwień: jej mama poważnie zachorowała i jej stan może się tylko pogarszać, bohaterka nie wie, jak poradzi sobie ze stratą, na razie próbuje wykorzystać każdą wspólną chwilę i wypracować miłe wspomnienia. Ponadto zaraz wychodzi za mąż, stresy ma więc na porządku dziennym. Jednak nie są to takie stresy, jakich można by się spodziewać w przedślubnym rozgardiaszu. Oto bowiem Celeste orientuje się, że nie kocha swojego przyszłego męża i nie chce dzielić z nim życia. A przecież wszystko miało przebiegać baśniowo: wielka miłość, w którą przerodziło się przypadkowe spotkanie, bajecznie bogaty ukochany, spełnianie marzeń. Celeste decyduje się powiedzieć tak przede wszystkim ze względu na mamę: chce ją zadowolić, ale też przekonać, że nie zostanie sama, będzie miała opiekę i dom. Im bliżej dnia ślubu, tym bardziej się denerwuje – nie może przyznać się do swoich uczuć nawet najlepszej przyjaciółce, przecież nikt nie uwierzy, że można dobrowolnie zrezygnować z dostatniego i spokojnego życia i kochającego mężczyzny. Celeste nie może się zdecydować na żaden radykalny krok, ale rzeczywistość decyduje za nią: w przeddzień ślubu umiera jedna z druhen. A to oznacza, że uroczystość należy odwołać.
Śledczy dążą do zrozumienia, co się właściwie stało, są tego też ciekawi goście i matka pana młodego, autorka kryminałów. Z biegiem czasu okazuje się, że wszyscy mieli różne motywy, żeby pozbawić kogoś życia, a poza tym za fasadą szczęścia skrywa się mnóstwo brzydkich sekretów. W „Parze idealnej” właściwie nie ma miejsca na pary idealne – nawet te o wieloletnim stażu, gotowe pójść za sobą w ogień, niosą mroczne tajemnice i podważają wiarę w drugiego człowieka. Elin Hilderbrand nie zamierza tworzyć sielskich obrazków o przewidywalnym przebiegu. Stawia na szereg niespodzianek i mylenie tropów. Zaprasza czytelników do kolejnych domów, prezentuje rozbieżności między oczekiwaniami i prawdziwym życiem. Informuje o zdradach i o rozczarowaniach, przedstawia motywacje i koszty nadszarpniętego zaufania. Celeste jest bardzo naiwna i wrażliwa – i w związku z tym boryka się z wyrzutami sumienia, których nie mają inni bohaterowie. A przecież ludzie są zdolni do różnych uczynków, także tych najbardziej niegodziwych – w imię własnego dobra. Ta powieść bazuje na wielogłosowym śledztwie, na sprawdzaniu alibi i na rozszyfrowywaniu zagadek. Jest gęsta i wypełniona ważnymi pytaniami. Liczy się nie to, co wybierze bohaterka, ale jaką drogę przechodzi, żeby odkryć, czego naprawdę chce. „Para idealna” to książka, w której narracja poprowadzona jest z pomysłem. Autorka zaskakuje czytelników poprowadzeniem kryminalnej intrygi i całą otoczką romansowo-obyczajową – wykazuje się znajomością ludzkich charakterów, przynajmniej trafnie ocenia te najbardziej wyraziste. Będzie zatem Hilderbrand przyciągać sylwetkami bohaterów i ich doświadczeniami życiowymi. Dużo się tu w przeszłości wydarzyło, a każda relacja pozostawia swoje piętno na ludziach. To powieść dla czytelników, którzy chcą odskoczni od lekkich romansów i prostych komentarzy dotyczących zdrady.
Kształt szczęścia
Celeste zaczyna się jąkać. Dorosła kobieta, która nigdy nie miała problemów z wysławianiem się, teraz ma problem z wypowiedzeniem choćby jednego słowa. Zwłaszcza kiedy rozmawia ze swoim narzeczonym Benjim albo z jego rodziną. Celeste ma teraz sporo zmartwień: jej mama poważnie zachorowała i jej stan może się tylko pogarszać, bohaterka nie wie, jak poradzi sobie ze stratą, na razie próbuje wykorzystać każdą wspólną chwilę i wypracować miłe wspomnienia. Ponadto zaraz wychodzi za mąż, stresy ma więc na porządku dziennym. Jednak nie są to takie stresy, jakich można by się spodziewać w przedślubnym rozgardiaszu. Oto bowiem Celeste orientuje się, że nie kocha swojego przyszłego męża i nie chce dzielić z nim życia. A przecież wszystko miało przebiegać baśniowo: wielka miłość, w którą przerodziło się przypadkowe spotkanie, bajecznie bogaty ukochany, spełnianie marzeń. Celeste decyduje się powiedzieć tak przede wszystkim ze względu na mamę: chce ją zadowolić, ale też przekonać, że nie zostanie sama, będzie miała opiekę i dom. Im bliżej dnia ślubu, tym bardziej się denerwuje – nie może przyznać się do swoich uczuć nawet najlepszej przyjaciółce, przecież nikt nie uwierzy, że można dobrowolnie zrezygnować z dostatniego i spokojnego życia i kochającego mężczyzny. Celeste nie może się zdecydować na żaden radykalny krok, ale rzeczywistość decyduje za nią: w przeddzień ślubu umiera jedna z druhen. A to oznacza, że uroczystość należy odwołać.
Śledczy dążą do zrozumienia, co się właściwie stało, są tego też ciekawi goście i matka pana młodego, autorka kryminałów. Z biegiem czasu okazuje się, że wszyscy mieli różne motywy, żeby pozbawić kogoś życia, a poza tym za fasadą szczęścia skrywa się mnóstwo brzydkich sekretów. W „Parze idealnej” właściwie nie ma miejsca na pary idealne – nawet te o wieloletnim stażu, gotowe pójść za sobą w ogień, niosą mroczne tajemnice i podważają wiarę w drugiego człowieka. Elin Hilderbrand nie zamierza tworzyć sielskich obrazków o przewidywalnym przebiegu. Stawia na szereg niespodzianek i mylenie tropów. Zaprasza czytelników do kolejnych domów, prezentuje rozbieżności między oczekiwaniami i prawdziwym życiem. Informuje o zdradach i o rozczarowaniach, przedstawia motywacje i koszty nadszarpniętego zaufania. Celeste jest bardzo naiwna i wrażliwa – i w związku z tym boryka się z wyrzutami sumienia, których nie mają inni bohaterowie. A przecież ludzie są zdolni do różnych uczynków, także tych najbardziej niegodziwych – w imię własnego dobra. Ta powieść bazuje na wielogłosowym śledztwie, na sprawdzaniu alibi i na rozszyfrowywaniu zagadek. Jest gęsta i wypełniona ważnymi pytaniami. Liczy się nie to, co wybierze bohaterka, ale jaką drogę przechodzi, żeby odkryć, czego naprawdę chce. „Para idealna” to książka, w której narracja poprowadzona jest z pomysłem. Autorka zaskakuje czytelników poprowadzeniem kryminalnej intrygi i całą otoczką romansowo-obyczajową – wykazuje się znajomością ludzkich charakterów, przynajmniej trafnie ocenia te najbardziej wyraziste. Będzie zatem Hilderbrand przyciągać sylwetkami bohaterów i ich doświadczeniami życiowymi. Dużo się tu w przeszłości wydarzyło, a każda relacja pozostawia swoje piętno na ludziach. To powieść dla czytelników, którzy chcą odskoczni od lekkich romansów i prostych komentarzy dotyczących zdrady.
niedziela, 22 września 2024
Cecilia Vinesse: Moja dziewczyna
Poradnia K, Warszawa 2024.
Droga do szczęścia
Cecilia Vinesse wie dobrze, że jeśli chce opowiedzieć odbiorczyniom historię, która je zaintryguje i wciągnie, musi zaoferować im coś więcej niż zestaw emocji i uczuć, nawet jeśli to uczucia w stosunkowo młodym w literaturze obyczajowej nurcie queer. Dlatego też wykorzystuje Cleo, żeby przedstawić młodym czytelnikom fascynację tworzeniem filmów. Cleo tym żyje - w szkole poświęca każdą wolną chwilę na doskonalenie scenariusza, przygotowuje też serial (kręcony w placówce przez kolejne pokolenia uczniów), a do tego wciąż wtrąca nawiązania do ukochanych horrorów (i do innych filmów ponadczasowych). Ma swoją pasję, wie, czego chce w życiu, snuje plany dotyczące wyboru przyszłej szkoły i pracy z ukochanym, Danielem. Ukochanym, który dość szybko wymiksowuje się z relacji wyrosłej przecież na przyjacielskim gruncie - Daniel postanawia sprawdzić, co do zaoferowania ma Kiki. Sprawia tym samym, że Kiki zrywa z Marianne - a Marianne jest sąsiadką i przyjaciółką z dzieciństwa Cleo. W tej intrydze czworo nastolatków ani przez moment nie będzie pozostawionych samym sobie, wciąż będą wchodzić w nowe układy i relacje, a związki hetero- i nieheteronormatywne to coś, co ma nadawać ton fabule. Podobnie jak filmy, bo Cecilia Vinesse nie chce skupiać się wyłącznie na byciu z kimś, zależy jej na dodatkowych treściach, dodatkowych atutach powieści. Znajduje ich sporo, znacznie pewniej czuje się w opisywaniu konkretów niż ulotnych wrażeń i spojrzeń - i tym powinna przekonać do siebie czytelniczki zmęczone stereotypami w lekturach.
“Moja dziewczyna” to książka, w której pewności co do związków nie ma. Wszyscy młodzi ludzie poszukują tego, co dla nich najważniejsze i co pozwoli im najlepiej wyrażać siebie, dbają o siebie nawzajem jako przyjaciele, którymi pozostają mimo zmian orbit miłosnych. Zresztą Cecilia Vinesse raczej unika sentymentów - jedyny, który pozostawia, dotyczy realizowania planów odziedziczonych po matce - to motywacja bohaterki i powód do dokonywania konkretnych wyborów. Wszystko inne traci na znaczeniu, gdy w grę wchodzi przyszłość. Autorka zatrzymuje się jednak na temacie lęków i zmartwień, rozczarowań i wyzwań, które są stale obecne w codzienności młodzieży, bez względu na to, co sądzą o tym starsi. Oparcia szuka poza ulotnym zestawem uczuć - co jest dość zaskakujące w gatunku. Traktuje swoich czytelników poważnie, przekonuje ich do siebie szczerością i brakiem przesłodzenia - to się sprawdza, nawet jeśli oznacza odejście od poczytnych struktur. Rozwiązania z “Mojej dziewczyny”, rzadko spotykane w literaturze pop, sprawiają, że każdy będzie chciał się zagłębiać w opowieść i odkrywać kolejne jej poziomy. Jest to powieść dla nastolatek, które wolą ambitne wyzwania w ramach twórczości rozrywkowej - sprawdza się jako lektura na długie wieczory i na życiowe rozczarowania, a do tego przynosi całkiem sporo trafnych obserwacji na temat młodych ludzi dzisiaj. Autorka wierzy w nastolatki - i o tym im przypomina, dzięki czemu zyska sobie ich przychylność.
Droga do szczęścia
Cecilia Vinesse wie dobrze, że jeśli chce opowiedzieć odbiorczyniom historię, która je zaintryguje i wciągnie, musi zaoferować im coś więcej niż zestaw emocji i uczuć, nawet jeśli to uczucia w stosunkowo młodym w literaturze obyczajowej nurcie queer. Dlatego też wykorzystuje Cleo, żeby przedstawić młodym czytelnikom fascynację tworzeniem filmów. Cleo tym żyje - w szkole poświęca każdą wolną chwilę na doskonalenie scenariusza, przygotowuje też serial (kręcony w placówce przez kolejne pokolenia uczniów), a do tego wciąż wtrąca nawiązania do ukochanych horrorów (i do innych filmów ponadczasowych). Ma swoją pasję, wie, czego chce w życiu, snuje plany dotyczące wyboru przyszłej szkoły i pracy z ukochanym, Danielem. Ukochanym, który dość szybko wymiksowuje się z relacji wyrosłej przecież na przyjacielskim gruncie - Daniel postanawia sprawdzić, co do zaoferowania ma Kiki. Sprawia tym samym, że Kiki zrywa z Marianne - a Marianne jest sąsiadką i przyjaciółką z dzieciństwa Cleo. W tej intrydze czworo nastolatków ani przez moment nie będzie pozostawionych samym sobie, wciąż będą wchodzić w nowe układy i relacje, a związki hetero- i nieheteronormatywne to coś, co ma nadawać ton fabule. Podobnie jak filmy, bo Cecilia Vinesse nie chce skupiać się wyłącznie na byciu z kimś, zależy jej na dodatkowych treściach, dodatkowych atutach powieści. Znajduje ich sporo, znacznie pewniej czuje się w opisywaniu konkretów niż ulotnych wrażeń i spojrzeń - i tym powinna przekonać do siebie czytelniczki zmęczone stereotypami w lekturach.
“Moja dziewczyna” to książka, w której pewności co do związków nie ma. Wszyscy młodzi ludzie poszukują tego, co dla nich najważniejsze i co pozwoli im najlepiej wyrażać siebie, dbają o siebie nawzajem jako przyjaciele, którymi pozostają mimo zmian orbit miłosnych. Zresztą Cecilia Vinesse raczej unika sentymentów - jedyny, który pozostawia, dotyczy realizowania planów odziedziczonych po matce - to motywacja bohaterki i powód do dokonywania konkretnych wyborów. Wszystko inne traci na znaczeniu, gdy w grę wchodzi przyszłość. Autorka zatrzymuje się jednak na temacie lęków i zmartwień, rozczarowań i wyzwań, które są stale obecne w codzienności młodzieży, bez względu na to, co sądzą o tym starsi. Oparcia szuka poza ulotnym zestawem uczuć - co jest dość zaskakujące w gatunku. Traktuje swoich czytelników poważnie, przekonuje ich do siebie szczerością i brakiem przesłodzenia - to się sprawdza, nawet jeśli oznacza odejście od poczytnych struktur. Rozwiązania z “Mojej dziewczyny”, rzadko spotykane w literaturze pop, sprawiają, że każdy będzie chciał się zagłębiać w opowieść i odkrywać kolejne jej poziomy. Jest to powieść dla nastolatek, które wolą ambitne wyzwania w ramach twórczości rozrywkowej - sprawdza się jako lektura na długie wieczory i na życiowe rozczarowania, a do tego przynosi całkiem sporo trafnych obserwacji na temat młodych ludzi dzisiaj. Autorka wierzy w nastolatki - i o tym im przypomina, dzięki czemu zyska sobie ich przychylność.
piątek, 6 września 2024
Anna Sakowicz: Listy do A. Mieszka z nami Alzheimer
Poradnia K, Warszawa 2024 (wydanie II).
Pretensje
Anielka nie za bardzo wie, co myśleć o całej sytuacji w domu. Bo niedawno wprowadziła się do nich babcia i wszystko się pozmieniało. Babcia jest chora, co bohaterce cierpliwie tłumaczą jej rodzice i starsza siostra, Patrycja - ale Anielka wyrzuca to z myśli i świadomości. Woli uznać, że z ukochaną babcią zamieszkał niewidzialny pan, pan A., który jest odpowiedzialny za wszystkie nieszczęścia, smutki i problemy. Anielka próbuje na swój sposób radzić sobie z sytuacją - a ta nie jest prosta, bo nawet mama Anielki ma kłopoty z przyzwyczajeniem się do nowych wyzwań. Babcia czasami jest zwyczajną babcią, kochającą i miłą, ale znacznie częściej zachowuje się dziwnie. Nie pachnie już tak, jak dawniej (bo zdarza jej się nie utrzymać moczu, nie mówiąc o tym, że zażywane przez nią lekarstwa także nie pozostają bez wpływu na odczucia wrażliwego dziecka), myli imiona (uparcie nazywa swoje wnuczki imionami dzieci), ale przede wszystkim wykonuje dziwne czynności, które wyzwalają lęk u wszystkich. Pewnego dnia na przykład wyciąga zapasy jedzenia z lodówki, żeby zamiast nich poustawiać na półkach buty. Nie rozumie, dlaczego nie powinna tak robić, nie docierają do niej prośby ani awantury ze strony córki. Dlatego Anielka postanawia wziąć sprawy w swoje ręce i przekonać pana A., żeby opuścił babcię i żeby w ten sposób wszystko wróciło do normy. "Listy do A. Mieszka z nami Alzheimer" to książka wzruszająca i wstrząsająca. Anna Sakowicz przygląda się tu postępom choroby i scenom, na jakie człowiek nigdy nie może się przygotować - obserwowanie, jak ktoś bliski traci powoli kontakt z rzeczywistością jest wyjątkowo bolesne. Anielka musi zatem w przyspieszonym tempie dojrzeć - na razie ocenia po swojemu wszystko, czego jest świadkiem. Pozwala sobie na silne emocje wobec choroby - pan A. staje się obiektem pretensji i żalu, ale to niestety nie skłania go do opuszczenia domu. Anielka nie ustaje w wysiłkach, nawet jeśli jej infantylne pomysły nie budzą aprobaty innych członków rodziny. Babcia nie daje wsparcia, a mama stale chodzi podenerwowana. Zwłaszcza że choroba postępuje i wyzwala coraz bardziej niepokojące zachowania. Anna Sakowicz odmalowuje rzeczywistość codzienności z chorym w listach małej dziewczynki - Anielka przedstawia kolejne wydarzenia, które pokazują zmiany i kłopoty, przypomina dorosłym, że najmłodsze pokolenie też cierpi, boi się i potrzebuje pomocy - o czym łatwo zapomnieć, gdy trzeba zająć się najstarszymi. Jednak autorka nie chce przerażać odbiorców, ta książka o wiele bardziej wpłynie na pokolenie dorosłych, którzy mogą się zaraz mierzyć z podobnymi zmartwieniami. Autorka tłumaczy, że czasem nie wystarczy opieka bliskich i potrzeba specjalistycznego wsparcia, ale jednocześnie uświadamia czytelnikom, że bycie z chorą osobą jest bardzo ważne. Pokazuje różne oblicza choroby, oswaja z tematem, który dzieciom wydać się może bardzo egzotyczny. Ewa Beniak-Haremska ilustruje tutaj książkę trochę w stylu Iwony Chmielewskiej, oddala pozory bajkowości, stawia na dość ponury realizm. "Listy do A" to publikacja, która ma przyzwyczajać do Alzheimera w rodzinie (a żeby pan A. nie pozostał do końca zły - autorka dodaje posłowie, w którym omawia sylwetkę Alzheimera i istotę choroby). To książka ważna i potrzebna, chociaż niewesoła.
Pretensje
Anielka nie za bardzo wie, co myśleć o całej sytuacji w domu. Bo niedawno wprowadziła się do nich babcia i wszystko się pozmieniało. Babcia jest chora, co bohaterce cierpliwie tłumaczą jej rodzice i starsza siostra, Patrycja - ale Anielka wyrzuca to z myśli i świadomości. Woli uznać, że z ukochaną babcią zamieszkał niewidzialny pan, pan A., który jest odpowiedzialny za wszystkie nieszczęścia, smutki i problemy. Anielka próbuje na swój sposób radzić sobie z sytuacją - a ta nie jest prosta, bo nawet mama Anielki ma kłopoty z przyzwyczajeniem się do nowych wyzwań. Babcia czasami jest zwyczajną babcią, kochającą i miłą, ale znacznie częściej zachowuje się dziwnie. Nie pachnie już tak, jak dawniej (bo zdarza jej się nie utrzymać moczu, nie mówiąc o tym, że zażywane przez nią lekarstwa także nie pozostają bez wpływu na odczucia wrażliwego dziecka), myli imiona (uparcie nazywa swoje wnuczki imionami dzieci), ale przede wszystkim wykonuje dziwne czynności, które wyzwalają lęk u wszystkich. Pewnego dnia na przykład wyciąga zapasy jedzenia z lodówki, żeby zamiast nich poustawiać na półkach buty. Nie rozumie, dlaczego nie powinna tak robić, nie docierają do niej prośby ani awantury ze strony córki. Dlatego Anielka postanawia wziąć sprawy w swoje ręce i przekonać pana A., żeby opuścił babcię i żeby w ten sposób wszystko wróciło do normy. "Listy do A. Mieszka z nami Alzheimer" to książka wzruszająca i wstrząsająca. Anna Sakowicz przygląda się tu postępom choroby i scenom, na jakie człowiek nigdy nie może się przygotować - obserwowanie, jak ktoś bliski traci powoli kontakt z rzeczywistością jest wyjątkowo bolesne. Anielka musi zatem w przyspieszonym tempie dojrzeć - na razie ocenia po swojemu wszystko, czego jest świadkiem. Pozwala sobie na silne emocje wobec choroby - pan A. staje się obiektem pretensji i żalu, ale to niestety nie skłania go do opuszczenia domu. Anielka nie ustaje w wysiłkach, nawet jeśli jej infantylne pomysły nie budzą aprobaty innych członków rodziny. Babcia nie daje wsparcia, a mama stale chodzi podenerwowana. Zwłaszcza że choroba postępuje i wyzwala coraz bardziej niepokojące zachowania. Anna Sakowicz odmalowuje rzeczywistość codzienności z chorym w listach małej dziewczynki - Anielka przedstawia kolejne wydarzenia, które pokazują zmiany i kłopoty, przypomina dorosłym, że najmłodsze pokolenie też cierpi, boi się i potrzebuje pomocy - o czym łatwo zapomnieć, gdy trzeba zająć się najstarszymi. Jednak autorka nie chce przerażać odbiorców, ta książka o wiele bardziej wpłynie na pokolenie dorosłych, którzy mogą się zaraz mierzyć z podobnymi zmartwieniami. Autorka tłumaczy, że czasem nie wystarczy opieka bliskich i potrzeba specjalistycznego wsparcia, ale jednocześnie uświadamia czytelnikom, że bycie z chorą osobą jest bardzo ważne. Pokazuje różne oblicza choroby, oswaja z tematem, który dzieciom wydać się może bardzo egzotyczny. Ewa Beniak-Haremska ilustruje tutaj książkę trochę w stylu Iwony Chmielewskiej, oddala pozory bajkowości, stawia na dość ponury realizm. "Listy do A" to publikacja, która ma przyzwyczajać do Alzheimera w rodzinie (a żeby pan A. nie pozostał do końca zły - autorka dodaje posłowie, w którym omawia sylwetkę Alzheimera i istotę choroby). To książka ważna i potrzebna, chociaż niewesoła.
niedziela, 17 grudnia 2023
Christina Lauren: Idealnie sparowani
Poradnia K, Warszawa 2023.
Show
Dwie autorki, które piszą romanse jako Christina Lauren, zostały przez czytelniczki zmuszone do stworzenia dalszego ciągu opowieści o dopasowaniach w związkach na podstawie kodu genetycznego. Tym razem w świetle reflektorów – i to dosłownie – staje Felicity, Fizzy, kobieta, która przewijała się przez „Wzór na miłość” na dalszym planie. Fizzy to autorka erotyków: pisze dla kobiet o seksie i tworzy romanse, chociaż jej otoczenie niekoniecznie poważa taki gatunek literatury. Fizzy stara się też czerpać z życia pełnymi garściami: jej liczne podboje łóżkowe i niewybredne komentarze pokazują, jak bardzo jest otwarta i żądna przygód. Czytelniczki ją uwielbiają – bo też i ta bohaterka wie, jak pisać o miłości, także tej zmysłowej. Jednak w życiu Fizzy coś się psuje: od dłuższego czasu kobieta nie może stworzyć kolejnej książki, a z kryzysem twórczym w parze idzie kryzys w relacjach damsko-męskich. Nawet jednonocne przygody się kończą – Fizzy nie potrafi już odnaleźć radości istnienia, ani bawić się jak dawniej. I w takim momencie jej egzystencji pojawia się nietypowa propozycja: Fizzy może stać się główną bohaterką telewizyjnego show – „Idealnie sparowanych”. Program produkuje Connor, zwykle zajmujący się niszowymi filmami o tematyce ekologicznej. Dostaje zadanie, które zmienia jego perspektywę. Connor ani nie lubuje się w programach typu reality show, ani nie zna się na romansach – jednak przypadkiem wpada na idealny pomysł zorganizowania widowiska z udziałem kobiety, która trafi w grupę docelową bez problemu. Felicity Chen wydaje się być najlepszym możliwym wyborem, nawet jeśli uwzględni się jej opory i wymagania. Bardzo dużo jest w „Idealnie sparowanych” wątków autotematycznych, autorki wrzucają do opowieści wzmianki na temat tworzenia dobrych powieści romansowych. Przypominają, że świadomość, jak zakończy się dana historia, wcale nie przekreśla zabawy lekturowej – i udowadniają, że jest możliwe stworzenie wciągającej powieści według znanego wszystkim klucza. Nawet w narracji wykorzystują schemat często pojawiający się choćby przy okazji warsztatów z kreatywnego pisania – oddają głos swoim bohaterom na przemian. Początkowo Connor nie ma pojęcia o życiu Fizzy, a istotę romansów streszcza mu była żona. Z czasem jednak olśniewająca kobieta coraz bardziej go pociąga i kusi. Wszystko jest przewidywalne, a jednak, za sprawą opisu – magiczne. I nawet obowiązkowe punkty fabuły realizowane w odpowiednich miejscach nie są przeszkodą w czytaniu i w kibicowaniu temu związkowi. Felicity na oczach widzów ma spotykać się z różnymi mężczyznami: na randki chodzi z kilkoma przedstawicielami zaproponowanych przez siebie kategorii – uczestników show wybiera Connor podczas castingu. Wszyscy muszą przejść test na dopasowanie – sprawdzić, czy według DNA pasują do siebie, ale to informacja utajniona przed uczestnikami zabawy. O tym, kto odpadnie, decydują widzowie. Jednak właściwy romans rozgrywa się z dala od kamer – i jest zakazany. Odbiorczynie będą się tu przy lekturze dobrze bawić, wciągną się w relację Fizzy i Connora – i potwierdzą, że rację ma autorka-bohaterka. Sporo tu przygód, sporo ciekawych pomysłów, trochę namiętności – tyle, żeby nie zmęczyć, a zapewnić odpoczynek i podtrzymywać zainteresowanie zakazaną relacją. Christina Lauren tym razem wspina się na wyżyny swoich możliwości: i umiejętnie wykorzystuje pomysł z poprzedniej książki – nie bez powodu przez czytelniczki upragniony.
Show
Dwie autorki, które piszą romanse jako Christina Lauren, zostały przez czytelniczki zmuszone do stworzenia dalszego ciągu opowieści o dopasowaniach w związkach na podstawie kodu genetycznego. Tym razem w świetle reflektorów – i to dosłownie – staje Felicity, Fizzy, kobieta, która przewijała się przez „Wzór na miłość” na dalszym planie. Fizzy to autorka erotyków: pisze dla kobiet o seksie i tworzy romanse, chociaż jej otoczenie niekoniecznie poważa taki gatunek literatury. Fizzy stara się też czerpać z życia pełnymi garściami: jej liczne podboje łóżkowe i niewybredne komentarze pokazują, jak bardzo jest otwarta i żądna przygód. Czytelniczki ją uwielbiają – bo też i ta bohaterka wie, jak pisać o miłości, także tej zmysłowej. Jednak w życiu Fizzy coś się psuje: od dłuższego czasu kobieta nie może stworzyć kolejnej książki, a z kryzysem twórczym w parze idzie kryzys w relacjach damsko-męskich. Nawet jednonocne przygody się kończą – Fizzy nie potrafi już odnaleźć radości istnienia, ani bawić się jak dawniej. I w takim momencie jej egzystencji pojawia się nietypowa propozycja: Fizzy może stać się główną bohaterką telewizyjnego show – „Idealnie sparowanych”. Program produkuje Connor, zwykle zajmujący się niszowymi filmami o tematyce ekologicznej. Dostaje zadanie, które zmienia jego perspektywę. Connor ani nie lubuje się w programach typu reality show, ani nie zna się na romansach – jednak przypadkiem wpada na idealny pomysł zorganizowania widowiska z udziałem kobiety, która trafi w grupę docelową bez problemu. Felicity Chen wydaje się być najlepszym możliwym wyborem, nawet jeśli uwzględni się jej opory i wymagania. Bardzo dużo jest w „Idealnie sparowanych” wątków autotematycznych, autorki wrzucają do opowieści wzmianki na temat tworzenia dobrych powieści romansowych. Przypominają, że świadomość, jak zakończy się dana historia, wcale nie przekreśla zabawy lekturowej – i udowadniają, że jest możliwe stworzenie wciągającej powieści według znanego wszystkim klucza. Nawet w narracji wykorzystują schemat często pojawiający się choćby przy okazji warsztatów z kreatywnego pisania – oddają głos swoim bohaterom na przemian. Początkowo Connor nie ma pojęcia o życiu Fizzy, a istotę romansów streszcza mu była żona. Z czasem jednak olśniewająca kobieta coraz bardziej go pociąga i kusi. Wszystko jest przewidywalne, a jednak, za sprawą opisu – magiczne. I nawet obowiązkowe punkty fabuły realizowane w odpowiednich miejscach nie są przeszkodą w czytaniu i w kibicowaniu temu związkowi. Felicity na oczach widzów ma spotykać się z różnymi mężczyznami: na randki chodzi z kilkoma przedstawicielami zaproponowanych przez siebie kategorii – uczestników show wybiera Connor podczas castingu. Wszyscy muszą przejść test na dopasowanie – sprawdzić, czy według DNA pasują do siebie, ale to informacja utajniona przed uczestnikami zabawy. O tym, kto odpadnie, decydują widzowie. Jednak właściwy romans rozgrywa się z dala od kamer – i jest zakazany. Odbiorczynie będą się tu przy lekturze dobrze bawić, wciągną się w relację Fizzy i Connora – i potwierdzą, że rację ma autorka-bohaterka. Sporo tu przygód, sporo ciekawych pomysłów, trochę namiętności – tyle, żeby nie zmęczyć, a zapewnić odpoczynek i podtrzymywać zainteresowanie zakazaną relacją. Christina Lauren tym razem wspina się na wyżyny swoich możliwości: i umiejętnie wykorzystuje pomysł z poprzedniej książki – nie bez powodu przez czytelniczki upragniony.
czwartek, 7 grudnia 2023
Alasdair Gray: Biedne istoty
Poradnia K, Warszawa 2023.
Eksperyment
Przenosi czytelników Alasdair Gray do czasów wiktoriańskich, a właściwie nie przenosi. Bo część akcji może wytłumaczyć jedynie czasami, w których jeszcze nie rozwinęła się nauka, ale mentalność bohaterów jest na wskroś dzisiejsza – i zderza się z archaicznymi obecnie poglądami. Autor całą tę książkę konstruuje na zasadzie pastiszu (czasami też ostrzejszej parodii), bawi się konwencją, przywołuje ducha Frankensteina, żeby zaproponować odbiorcom wyrazistą i komiczną wersję ożywiania martwych. Ekscentryczny uczony – a może wyrzutek społeczny, który nie zamierza dołączać do środowiska badaczy i ma ku temu osobiste powody – pewnego dnia powołuje do istnienia piękną młodą kobietę, która popełniła samobójstwo. Zdecydowała się na radykalny krok w dziewiątym miesiącu ciąży, co nie pozostało bez znaczenia dla działań odważnego demiurga: zamiast szukać odpowiedniego mózgu, którym można by zastąpić nieczynny już narząd u kobiety, wykorzystuje płód. Tak powstaje Bella – kobieta-ideał, ucieleśnienie żądz każdego mężczyzny. I jednocześnie przekleństwo wszystkich, którzy wpadli w jej sidła. „Biedne istoty” to prześmiewcza powieść stylizowana na dziewiętnastowieczną powieść grozy i romans w jednym, przekorna i dowcipna.
Godwin Baxter przedstawia swój twór znajomemu, jedynemu, który go toleruje – Bella przeinacza jego nazwisko i nazywa pieszczotliwie Kundelkiem, co – jak wiele pobocznych składników narracji – ma znaczenie w odbiorze całości. Chociaż początkowo Bella ma umysł dwuletniego dziecka, postanawia wyjść za Kundelka za mąż, jednak zanim to nastąpi, wybierze się w daleką podróż, podczas której będzie doskonalić sztukę miłości z przygodnymi kompanami (ze swoich doświadczeń, które nazywa weselem, zwierza się dokładnie w listach, które śle do swojego opiekuna i twórcy, nazywanego Bozią, a które Bozia z upodobaniem odczytuje Kundelkowi, ku radości czytelników). Niemal każda strona przynosi kolejne niespodzianki w rozwoju umysłowym i cielesnym Belli – kobieta może wszystkiego nauczyć się od zera, nie ma bagażu doświadczeń sprzed samobójstwa, więc stanowi czystą kartę. Nie ma też rozwiniętego kodeksu moralnego czy też poczucia wstydu – definiują ją najbardziej uroda i rozbuchany erotyzm. Od razu widać, że Bella powstała jako odpowiedź na fantazje mężczyzn – tyle że może ich w swoim nienasyceniu niszczyć.
Alasdair Gray świetnie się bawi, zwłaszcza przy budowaniu warstwy narracyjnej – jest tu precyzyjny w opowiadaniu i twórczy w naśladowaniu gatunków, którym nadaje nową jakość. W pozornie archaicznym (ale nie utrudniającym lektury) stylu rozwija destrukcyjne przygody Belli i bezradność jej opiekunów wobec dyktowanych erotomanią postaw. Do tego wyśmiewa stereotypy i uprzedzenia: tutaj wszyscy poza Bellą postępują według niepisanego kodeksu zachowań. Dopiero Bella wyłamuje się ze schematów i pozwala sobie na swobodę, także w damsko-męskich kontaktach. Pokazuje, jak wyglądałby świat, gdyby nie istniały moralne zakazy i nakazy i gdyby każdy mógł realizować własne pragnienia bez oglądania się na innych. To powieść o wyzwoleniu i radości istnienia, triumf wyobraźni na pożywce z pozorów nauki i niekończąca się zabawa (przetykana raz realistycznymi, raz humorystycznymi ilustracjami). Popis twórczych możliwości, który nie pozostawia ani chwili na oddech – tu nie da się nudzić. Błyskotliwa, dowcipna i pełna niezwykłych, świetnie zrealizowanych pomysłów jest ta książka. Bogata w interteksty, staje się też swoistym manifestem dotyczącym życiowych wyborów i ograniczeń w tych wyborach. Gra w to, kim są tytułowe "biedne istoty", uruchamia w odbiorcach całą falę podejrzeń i skojarzeń przekreślających stereotypy.
Eksperyment
Przenosi czytelników Alasdair Gray do czasów wiktoriańskich, a właściwie nie przenosi. Bo część akcji może wytłumaczyć jedynie czasami, w których jeszcze nie rozwinęła się nauka, ale mentalność bohaterów jest na wskroś dzisiejsza – i zderza się z archaicznymi obecnie poglądami. Autor całą tę książkę konstruuje na zasadzie pastiszu (czasami też ostrzejszej parodii), bawi się konwencją, przywołuje ducha Frankensteina, żeby zaproponować odbiorcom wyrazistą i komiczną wersję ożywiania martwych. Ekscentryczny uczony – a może wyrzutek społeczny, który nie zamierza dołączać do środowiska badaczy i ma ku temu osobiste powody – pewnego dnia powołuje do istnienia piękną młodą kobietę, która popełniła samobójstwo. Zdecydowała się na radykalny krok w dziewiątym miesiącu ciąży, co nie pozostało bez znaczenia dla działań odważnego demiurga: zamiast szukać odpowiedniego mózgu, którym można by zastąpić nieczynny już narząd u kobiety, wykorzystuje płód. Tak powstaje Bella – kobieta-ideał, ucieleśnienie żądz każdego mężczyzny. I jednocześnie przekleństwo wszystkich, którzy wpadli w jej sidła. „Biedne istoty” to prześmiewcza powieść stylizowana na dziewiętnastowieczną powieść grozy i romans w jednym, przekorna i dowcipna.
Godwin Baxter przedstawia swój twór znajomemu, jedynemu, który go toleruje – Bella przeinacza jego nazwisko i nazywa pieszczotliwie Kundelkiem, co – jak wiele pobocznych składników narracji – ma znaczenie w odbiorze całości. Chociaż początkowo Bella ma umysł dwuletniego dziecka, postanawia wyjść za Kundelka za mąż, jednak zanim to nastąpi, wybierze się w daleką podróż, podczas której będzie doskonalić sztukę miłości z przygodnymi kompanami (ze swoich doświadczeń, które nazywa weselem, zwierza się dokładnie w listach, które śle do swojego opiekuna i twórcy, nazywanego Bozią, a które Bozia z upodobaniem odczytuje Kundelkowi, ku radości czytelników). Niemal każda strona przynosi kolejne niespodzianki w rozwoju umysłowym i cielesnym Belli – kobieta może wszystkiego nauczyć się od zera, nie ma bagażu doświadczeń sprzed samobójstwa, więc stanowi czystą kartę. Nie ma też rozwiniętego kodeksu moralnego czy też poczucia wstydu – definiują ją najbardziej uroda i rozbuchany erotyzm. Od razu widać, że Bella powstała jako odpowiedź na fantazje mężczyzn – tyle że może ich w swoim nienasyceniu niszczyć.
Alasdair Gray świetnie się bawi, zwłaszcza przy budowaniu warstwy narracyjnej – jest tu precyzyjny w opowiadaniu i twórczy w naśladowaniu gatunków, którym nadaje nową jakość. W pozornie archaicznym (ale nie utrudniającym lektury) stylu rozwija destrukcyjne przygody Belli i bezradność jej opiekunów wobec dyktowanych erotomanią postaw. Do tego wyśmiewa stereotypy i uprzedzenia: tutaj wszyscy poza Bellą postępują według niepisanego kodeksu zachowań. Dopiero Bella wyłamuje się ze schematów i pozwala sobie na swobodę, także w damsko-męskich kontaktach. Pokazuje, jak wyglądałby świat, gdyby nie istniały moralne zakazy i nakazy i gdyby każdy mógł realizować własne pragnienia bez oglądania się na innych. To powieść o wyzwoleniu i radości istnienia, triumf wyobraźni na pożywce z pozorów nauki i niekończąca się zabawa (przetykana raz realistycznymi, raz humorystycznymi ilustracjami). Popis twórczych możliwości, który nie pozostawia ani chwili na oddech – tu nie da się nudzić. Błyskotliwa, dowcipna i pełna niezwykłych, świetnie zrealizowanych pomysłów jest ta książka. Bogata w interteksty, staje się też swoistym manifestem dotyczącym życiowych wyborów i ograniczeń w tych wyborach. Gra w to, kim są tytułowe "biedne istoty", uruchamia w odbiorcach całą falę podejrzeń i skojarzeń przekreślających stereotypy.
niedziela, 16 lipca 2023
Elin Hilderbrand: Lato '69
Poradnia K, Warszawa 2023.
Zmiany
To moment, który bohaterki tomu "Lato '69" zapamiętają na długo. A różnice wieku między kolejnymi siostrami sprawiają, że Elin Hilderbrand będzie mogła przedstawić cały szereg tematów i bolączek społecznych bez narażania się na zarzuty o nadmiernym komplikowaniu życiorysu i nieprawdopodobnych zbiegach okoliczności. "Lato '69" to bowiem zestaw biografii, a właściwie ich wycinków, zgrabnie powiązanych rodzinnymi dramatami lub wyrzeczeniami - i ciekawie poprowadzonych. Są tu trzy siostry, z których najstarsza, Blair, niedługo zostanie matką. Młodsza, Kirby, to studentka, która właśnie zamierza zasmakować wolności, przynajmniej w dostępnym jej wymiarze: chce podjąć pracę i na jakiś czas wyprowadzić się z domu. Najmłodsza jest trzynastoletnia Jesse - ona również mierzyć się będzie z rozmaitymi wyzwaniami związanymi z dojrzewaniem - ale nie tylko. Obok tematów standardowo "kobiecych" i częstych w czytadłach dla pań (ciąża, romanse i zdrady) czy obowiązkowych w powieściach young adult (związane z dojrzewaniem zmiany zachodzące w ciele, pierwsze miłości i pierwsze rozczarowania) Elin Hilderbrand sięga również po kwestie społeczne: jest tu między innymi motyw rasizmu czy rewolucji seksualnej, molestowania lub przemocy w toksycznym związku, jest też - bardzo ważny - temat wojny w Wietnamie. Na tę wojnę wysłany zostaje Tygrys, czwarty z rodzeństwa. Po raz pierwszy nie będzie go w domu w wakacje - a ponieważ nie wiadomo, czy uda mu się wrócić z misji, rodzina żyje w stanie dużej nerwowości i niepewności. Najbardziej tęskni Jesse, która do Tygrysa pisze listy. Wyjazd chłopaka niemal u każdego uruchamia inne emocje.
I chociaż to opowieść o losach jednej rodziny, którą twardą ręką trzyma nestorka rodu, Exalta, kolejne opowieści toczą się w swoim rytmie, samodzielnie i wyczerpująco, tak, żeby czytelniczki mogły ze szczegółami poznawać losy bohaterek. Z tak szerokiego wachlarza możliwości każda odbiorczyni znajdzie coś specjalnego dla siebie - i w różnych sytuacjach będzie mogła się odnaleźć. Bo nawet jeśli dylematy części postaci będą się obecnie wydawać wydumane, to przecież czyste emocje trafią do każdego. A tych emocji nie brakuje, przede wszystkim autorka każdej z postaci wyznacza co najmniej kilka celów do zrealizowania - i każdej maksymalnie utrudnia drogę. Sprawia, że pozornie dobre wybory wiązać się będą z problemami i stratami, a postępowanie według skostniałych systemów nie przyniesie oczekiwanych skutków. Bawi się Elin Hilderbrand w demiurga i świetnie jej to wychodzi - co sprawia, że "Lato '69" to powieść, która na długo odbiorczynie przyciągnie. Charakterystyczne w tej powieści jest dobre zrozumienie motywacji bohaterek i staranne konstruowanie ich zachowań według przyjętego klucza - nie ma tu fałszu w reakcjach, nie ma też wymuszanych postaw, wszystko idealnie z siebie wynika i prowadzi do stworzenia galerii osobowości - skomplikowanej i pełnej. Jest ta powieść ciekawą wędrówką w przeszłość i przynosi dobre zrozumienie czasów. A jednocześnie to wspaniała rozrywka, sposób na relaks. Mądra i ciekawa lektura - uniwersalna, mimo jednoznacznie wskazanego czasu.
Zmiany
To moment, który bohaterki tomu "Lato '69" zapamiętają na długo. A różnice wieku między kolejnymi siostrami sprawiają, że Elin Hilderbrand będzie mogła przedstawić cały szereg tematów i bolączek społecznych bez narażania się na zarzuty o nadmiernym komplikowaniu życiorysu i nieprawdopodobnych zbiegach okoliczności. "Lato '69" to bowiem zestaw biografii, a właściwie ich wycinków, zgrabnie powiązanych rodzinnymi dramatami lub wyrzeczeniami - i ciekawie poprowadzonych. Są tu trzy siostry, z których najstarsza, Blair, niedługo zostanie matką. Młodsza, Kirby, to studentka, która właśnie zamierza zasmakować wolności, przynajmniej w dostępnym jej wymiarze: chce podjąć pracę i na jakiś czas wyprowadzić się z domu. Najmłodsza jest trzynastoletnia Jesse - ona również mierzyć się będzie z rozmaitymi wyzwaniami związanymi z dojrzewaniem - ale nie tylko. Obok tematów standardowo "kobiecych" i częstych w czytadłach dla pań (ciąża, romanse i zdrady) czy obowiązkowych w powieściach young adult (związane z dojrzewaniem zmiany zachodzące w ciele, pierwsze miłości i pierwsze rozczarowania) Elin Hilderbrand sięga również po kwestie społeczne: jest tu między innymi motyw rasizmu czy rewolucji seksualnej, molestowania lub przemocy w toksycznym związku, jest też - bardzo ważny - temat wojny w Wietnamie. Na tę wojnę wysłany zostaje Tygrys, czwarty z rodzeństwa. Po raz pierwszy nie będzie go w domu w wakacje - a ponieważ nie wiadomo, czy uda mu się wrócić z misji, rodzina żyje w stanie dużej nerwowości i niepewności. Najbardziej tęskni Jesse, która do Tygrysa pisze listy. Wyjazd chłopaka niemal u każdego uruchamia inne emocje.
I chociaż to opowieść o losach jednej rodziny, którą twardą ręką trzyma nestorka rodu, Exalta, kolejne opowieści toczą się w swoim rytmie, samodzielnie i wyczerpująco, tak, żeby czytelniczki mogły ze szczegółami poznawać losy bohaterek. Z tak szerokiego wachlarza możliwości każda odbiorczyni znajdzie coś specjalnego dla siebie - i w różnych sytuacjach będzie mogła się odnaleźć. Bo nawet jeśli dylematy części postaci będą się obecnie wydawać wydumane, to przecież czyste emocje trafią do każdego. A tych emocji nie brakuje, przede wszystkim autorka każdej z postaci wyznacza co najmniej kilka celów do zrealizowania - i każdej maksymalnie utrudnia drogę. Sprawia, że pozornie dobre wybory wiązać się będą z problemami i stratami, a postępowanie według skostniałych systemów nie przyniesie oczekiwanych skutków. Bawi się Elin Hilderbrand w demiurga i świetnie jej to wychodzi - co sprawia, że "Lato '69" to powieść, która na długo odbiorczynie przyciągnie. Charakterystyczne w tej powieści jest dobre zrozumienie motywacji bohaterek i staranne konstruowanie ich zachowań według przyjętego klucza - nie ma tu fałszu w reakcjach, nie ma też wymuszanych postaw, wszystko idealnie z siebie wynika i prowadzi do stworzenia galerii osobowości - skomplikowanej i pełnej. Jest ta powieść ciekawą wędrówką w przeszłość i przynosi dobre zrozumienie czasów. A jednocześnie to wspaniała rozrywka, sposób na relaks. Mądra i ciekawa lektura - uniwersalna, mimo jednoznacznie wskazanego czasu.
wtorek, 4 lipca 2023
Anna Sakowicz: Skrzydlate książki
Poradnia K, Warszawa 2023.
Pomoc w słowach
Kiedy ma się w pamięci, jakie perły literatury czwartej powstawały podczas drugiej wojny światowej - i kompletnie nie odnosiły się do ponurej rzeczywistości - powroty do historii i wykorzystywanie jej jako kanwy opowieści dla młodych czytelników zwykle wzbudzają co najmniej wątpliwości. Bardzo często też czynnikiem przekreślającym opowieść staje się nadreprezentacja autotematyzmu - młodsi odbiorcy nie chcą czytać o książkach, a przynajmniej nie w podstawowym kierunku fabuły. Jeśli wziąć to pod uwagę, to Anna Sakowicz już na starcie mocno utrudnia sobie zadanie zaistnienia na rynku literatury czwartej. A jednak "Skrzydlate książki" to powieść, która młodych czytelników przyciągnie i przekona do siebie.
To narracja z ważnym przesłaniem. Troje dzieci - Klara, Dawid i Jasiek - to sąsiedzi z jednej kamienicy w Wolnym Mieście Gdańsk. Razem się bawią, razem zwiedzają i ciągle dyskutują. Mogą na siebie liczyć i dobrze czują się w swoim towarzystwie. Nikomu nie przeszkadza, że Klara jest Niemką, Jasiek Polakiem a Dawid - Żydem. Dopiero kiedy nastroje antysemickie zaczynają trafiać do codziennych rozmów, a rodzice coraz częściej zastanawiają się nad wyjazdem, dopiero kiedy język dorosłych przenika do haseł głoszonych (raczej bezrefleksyjnie) przez dzieci, zaczyna się robić groźnie. Wojna nie jest tutaj tematem podstawowym - tę rolę przejmuje nienawiść, która nie ma podstaw innych niż narodowościowe. Ludzie, którzy żyli w spokoju i zgodzie ze sobą, nagle zaczynają dostrzegać dzielące ich różnice. Szukają winnych i oskarżają pozostałe nacje o wszystkie nieszczęścia. Im więcej takich komentarzy, tym trudniej walczyć z rozpleniającym się złem. Nic dziwnego, że jego ofiarą padają dzieci, które nawet niewiele z nastrojów społecznych rozumieją. Klara, Dawid i Jasiek już wkrótce przestaną żyć w beztroskim świecie.
Ale to dopiero wstęp do opowieści, która - jak to często przy niewesołym kontekście historycznym bywa - rozgrywa się za zamkniętymi drzwiami. Dzieci trafiają na frunące stado książek, znajdują wśród nich taką, która potrzebuje pomocy. Wybierają się zatem do introligatora Samuela, by uratować tajemnicze dzieło. Tutaj znajduje się przejście do krainy fantazji, krainy, która uchronić może dzieci przed tragicznym losem. Za drzwiami u introligatora nie ma mowy o wojnie, a przynajmniej nie o tej, która toczy się na ulicach Gdańska i która wywołuje pytania o losy rodzin bohaterów. Tu dzieci będą się zastanawiać nad przetrwaniem w zupełnie innym wymiarze: znajdą się w centrum wydarzeń fantastycznych i nie do końca wyjaśnionych. Kraina Nienapisanych Książek to miejsce, w którym pisarze znajdują pomysły na swoje dzieła - ale te pomysły trzeba najpierw zebrać. Do tego mnóstwo będzie potyczek i pojedynków, bo przecież ucieczka od wojny nie polega na ciągłej sielance - zamienia Anna Sakowicz powieść w przygodówkę fantasy. Prowadzi narrację tak, że uda jej się zaintrygować małych czytelników i przekonać ich zarówno do zgłębiania przeszłości, jak i do ćwiczenia wyobraźni - w końcu Kraina Nienapisanych Książek w pewnym sensie wymusza kreatywność. Bohaterowie przekonują się, że nie w każdym świecie liczą się narzucane podziały i że istnieją przestrzenie, w których mimo wszystko mogą się przyjaźnić.
Pomoc w słowach
Kiedy ma się w pamięci, jakie perły literatury czwartej powstawały podczas drugiej wojny światowej - i kompletnie nie odnosiły się do ponurej rzeczywistości - powroty do historii i wykorzystywanie jej jako kanwy opowieści dla młodych czytelników zwykle wzbudzają co najmniej wątpliwości. Bardzo często też czynnikiem przekreślającym opowieść staje się nadreprezentacja autotematyzmu - młodsi odbiorcy nie chcą czytać o książkach, a przynajmniej nie w podstawowym kierunku fabuły. Jeśli wziąć to pod uwagę, to Anna Sakowicz już na starcie mocno utrudnia sobie zadanie zaistnienia na rynku literatury czwartej. A jednak "Skrzydlate książki" to powieść, która młodych czytelników przyciągnie i przekona do siebie.
To narracja z ważnym przesłaniem. Troje dzieci - Klara, Dawid i Jasiek - to sąsiedzi z jednej kamienicy w Wolnym Mieście Gdańsk. Razem się bawią, razem zwiedzają i ciągle dyskutują. Mogą na siebie liczyć i dobrze czują się w swoim towarzystwie. Nikomu nie przeszkadza, że Klara jest Niemką, Jasiek Polakiem a Dawid - Żydem. Dopiero kiedy nastroje antysemickie zaczynają trafiać do codziennych rozmów, a rodzice coraz częściej zastanawiają się nad wyjazdem, dopiero kiedy język dorosłych przenika do haseł głoszonych (raczej bezrefleksyjnie) przez dzieci, zaczyna się robić groźnie. Wojna nie jest tutaj tematem podstawowym - tę rolę przejmuje nienawiść, która nie ma podstaw innych niż narodowościowe. Ludzie, którzy żyli w spokoju i zgodzie ze sobą, nagle zaczynają dostrzegać dzielące ich różnice. Szukają winnych i oskarżają pozostałe nacje o wszystkie nieszczęścia. Im więcej takich komentarzy, tym trudniej walczyć z rozpleniającym się złem. Nic dziwnego, że jego ofiarą padają dzieci, które nawet niewiele z nastrojów społecznych rozumieją. Klara, Dawid i Jasiek już wkrótce przestaną żyć w beztroskim świecie.
Ale to dopiero wstęp do opowieści, która - jak to często przy niewesołym kontekście historycznym bywa - rozgrywa się za zamkniętymi drzwiami. Dzieci trafiają na frunące stado książek, znajdują wśród nich taką, która potrzebuje pomocy. Wybierają się zatem do introligatora Samuela, by uratować tajemnicze dzieło. Tutaj znajduje się przejście do krainy fantazji, krainy, która uchronić może dzieci przed tragicznym losem. Za drzwiami u introligatora nie ma mowy o wojnie, a przynajmniej nie o tej, która toczy się na ulicach Gdańska i która wywołuje pytania o losy rodzin bohaterów. Tu dzieci będą się zastanawiać nad przetrwaniem w zupełnie innym wymiarze: znajdą się w centrum wydarzeń fantastycznych i nie do końca wyjaśnionych. Kraina Nienapisanych Książek to miejsce, w którym pisarze znajdują pomysły na swoje dzieła - ale te pomysły trzeba najpierw zebrać. Do tego mnóstwo będzie potyczek i pojedynków, bo przecież ucieczka od wojny nie polega na ciągłej sielance - zamienia Anna Sakowicz powieść w przygodówkę fantasy. Prowadzi narrację tak, że uda jej się zaintrygować małych czytelników i przekonać ich zarówno do zgłębiania przeszłości, jak i do ćwiczenia wyobraźni - w końcu Kraina Nienapisanych Książek w pewnym sensie wymusza kreatywność. Bohaterowie przekonują się, że nie w każdym świecie liczą się narzucane podziały i że istnieją przestrzenie, w których mimo wszystko mogą się przyjaźnić.
piątek, 13 stycznia 2023
Jess Walter: Piękne zgliszcza
Poradnia K, Warszawa 2022.
Siła uczucia
Jess Walter proponuje odbiorczyniom historię miłosną w niezwykłym stylu. Łączy ze sobą dwa światy, sprzeczne i oddalające opowieść od typowych romansów. Akcja dzieje się częściowo we Włoszech, na pustej plaży w latach 60. XX wieku - to tutaj Pasquale spotyka piękną i śmiertelnie chorą aktorkę. Bariera językowa nie pozwala mu do końca porozumieć się z przybyłą, jednak liczą się emocje, a te zawsze należą do ponadczasowych. Amerykanka chce spędzić tu resztę życia. Diagnoza: prawdopodobny rak żołądka - mocno nią wstrząsnęła. Kobieta porzuca zatem dotychczasowe życie. Znajduje świetnego słuchacza i może przygotować się spokojnie na to, co nieuchronne. Jest też świat filmu: Hollywood ze wszystkimi jego bolączkami i problemami. Claire czeka na wielką i olśniewającą karierę u boku kultowego niegdyś reżysera, który jednak nigdy nie zrealizował żadnego dobrego filmu. Spędza czas na czytaniu scenariuszy i frustruje się coraz bardziej. Nie układa jej się też w życiu osobistym: z dalszoplanowym i niezbyt inteligentnym aktorem jest raczej z przyzwyczajenia (i ze względu na jego ciało). Claire wie, że w jej miejscu pracy nic dobrego jej już nie czeka. Chyba że pojawi się ktoś z zaskakującą i błyskotliwą historią. Jednak Claire zamierza coś zmienić - jest już na prostej drodze do poprawienia swojej sytuacji, albo przynajmniej do rozstania się z najbardziej irytującymi bolączkami codzienności.
W "Pięknych zgliszczach" dzieje się całkiem sporo. Nie jest to typowy wakacyjny romans, a Jess Walter zamiast skupić się na przekonujących uczuciach kobiet, stawia na portretowanie mężczyzn - z rozmaitymi ich wadami. Nie stroni od rubasznego czasami humoru, jednak bardziej zajmuje go szczegółowość w budowaniu opisów. Zabiera czytelników do miejsc, które bardzo dokładnie prezentuje - zupełnie jakby prezentacją chciał wynagrodzić czytelniczkom niedostatki psychologiczne. Trzeba przyznać, że bardzo skupia się na szlifowaniu intrygi. Rozłożone w czasie wydarzenia zazębiają się ze sobą i pokazują, że nie wszyscy mają dobre intencje. Czasami rozwiązanie problemu - dostępne na wyciągnięcie ręki - zamienia się w szereg komplikacji nie tylko dla bezpośrednio zainteresowanych. "Piękne zgliszcza" są właśnie takim eksperymentem, poszukiwaniem dramatów na życzenie. Jess Walter umila sobie dodatkowo opowieść za sprawą urozmaiceń gatunkowych. Wykorzystuje w tomie różne formy - wprowadza dzienniki czy sztuki teatralne, żeby lepiej przedstawiać bohaterów oraz ich przeżycia. Ucieka z narracji klasycznej w style użytkowe, dobrze się przy tym bawi, a czytelnikom umożliwia poznanie postaci z innych stron. Różne perspektywy mogą też pomóc w wyjaśnianiu określonych decyzji. Bo w "Pięknych zgliszczach" po latach dochodzi do rozwiązywania zagadek z przeszłości - oraz do weryfikowania minionych dni. Jess Walter sięga po tematy i motywy znane z romansów, posługuje się między innymi wizją hotelu na uboczu - ale nie po to, żeby powielać pomysły innych autorów - ma swoją wizję wydarzeń i dobrze sobie radzi z jej uzewnętrznianiem.
Siła uczucia
Jess Walter proponuje odbiorczyniom historię miłosną w niezwykłym stylu. Łączy ze sobą dwa światy, sprzeczne i oddalające opowieść od typowych romansów. Akcja dzieje się częściowo we Włoszech, na pustej plaży w latach 60. XX wieku - to tutaj Pasquale spotyka piękną i śmiertelnie chorą aktorkę. Bariera językowa nie pozwala mu do końca porozumieć się z przybyłą, jednak liczą się emocje, a te zawsze należą do ponadczasowych. Amerykanka chce spędzić tu resztę życia. Diagnoza: prawdopodobny rak żołądka - mocno nią wstrząsnęła. Kobieta porzuca zatem dotychczasowe życie. Znajduje świetnego słuchacza i może przygotować się spokojnie na to, co nieuchronne. Jest też świat filmu: Hollywood ze wszystkimi jego bolączkami i problemami. Claire czeka na wielką i olśniewającą karierę u boku kultowego niegdyś reżysera, który jednak nigdy nie zrealizował żadnego dobrego filmu. Spędza czas na czytaniu scenariuszy i frustruje się coraz bardziej. Nie układa jej się też w życiu osobistym: z dalszoplanowym i niezbyt inteligentnym aktorem jest raczej z przyzwyczajenia (i ze względu na jego ciało). Claire wie, że w jej miejscu pracy nic dobrego jej już nie czeka. Chyba że pojawi się ktoś z zaskakującą i błyskotliwą historią. Jednak Claire zamierza coś zmienić - jest już na prostej drodze do poprawienia swojej sytuacji, albo przynajmniej do rozstania się z najbardziej irytującymi bolączkami codzienności.
W "Pięknych zgliszczach" dzieje się całkiem sporo. Nie jest to typowy wakacyjny romans, a Jess Walter zamiast skupić się na przekonujących uczuciach kobiet, stawia na portretowanie mężczyzn - z rozmaitymi ich wadami. Nie stroni od rubasznego czasami humoru, jednak bardziej zajmuje go szczegółowość w budowaniu opisów. Zabiera czytelników do miejsc, które bardzo dokładnie prezentuje - zupełnie jakby prezentacją chciał wynagrodzić czytelniczkom niedostatki psychologiczne. Trzeba przyznać, że bardzo skupia się na szlifowaniu intrygi. Rozłożone w czasie wydarzenia zazębiają się ze sobą i pokazują, że nie wszyscy mają dobre intencje. Czasami rozwiązanie problemu - dostępne na wyciągnięcie ręki - zamienia się w szereg komplikacji nie tylko dla bezpośrednio zainteresowanych. "Piękne zgliszcza" są właśnie takim eksperymentem, poszukiwaniem dramatów na życzenie. Jess Walter umila sobie dodatkowo opowieść za sprawą urozmaiceń gatunkowych. Wykorzystuje w tomie różne formy - wprowadza dzienniki czy sztuki teatralne, żeby lepiej przedstawiać bohaterów oraz ich przeżycia. Ucieka z narracji klasycznej w style użytkowe, dobrze się przy tym bawi, a czytelnikom umożliwia poznanie postaci z innych stron. Różne perspektywy mogą też pomóc w wyjaśnianiu określonych decyzji. Bo w "Pięknych zgliszczach" po latach dochodzi do rozwiązywania zagadek z przeszłości - oraz do weryfikowania minionych dni. Jess Walter sięga po tematy i motywy znane z romansów, posługuje się między innymi wizją hotelu na uboczu - ale nie po to, żeby powielać pomysły innych autorów - ma swoją wizję wydarzeń i dobrze sobie radzi z jej uzewnętrznianiem.
środa, 11 stycznia 2023
Ann Wolbert Burgess, Steven Matthew Constantine: Przepis na mordercę
Poradnia K, Warszawa 2022.
Spojrzenie na zbrodnie
W filmach to się doskonale sprawdza: profiler przygotowuje prawdopodobny portret przestępcy, po czym śledczy znajdują człowieka idealnie pasującego do wyznaczonych kryteriów. Ann Wolbert Burgess pokazuje, że w życiu takie sytuacje też się zdarzają, chociaż opierają się raczej na przebłysku intuicji profilera, który powie, że morderca będzie miał marynarkę zapiętą na ostatni guzik - niż na powtarzalnej technice działań. Autorka uczestniczy w tworzeniu nowego zawodu - współpracuje z FBI i pokazuje, jak podejście psychologiczne może pomóc w określeniu zachowań seryjnych morderców. Pracuje w zamkniętym gronie i głęboko pod ziemią: niewielu wierzy w sensowność takiego zawodu. Ann Wolbert Burgess opowiada o tym, jak się on tworzył - i jak wkraczał do powszechnej świadomości. Skupia się na sprawach, w których brała udział - przedstawia różne rodzaje zbrodni oraz różne zachowania morderców - żeby nakreślić możliwości profilera i komplikacje dotyczące pracy. Steven Matthew Constantine nadaje jej wspomnieniom książkowy charakter, dynamizuje opowieść i przekuwa przeżycia na wartościową i rozrywkową lekturę. "Przepis na mordercę" to obowiązkowa pozycja dla wszystkich fanów kryminałów i thrillerów - i dla tych, którzy chcą się przekonać, na czym polega część śledztwa.
Ann Wolbert Burgess dzieli się z czytelnikami sporą ilością danych i ciekawostek. Zwłaszcza na początku podkreśla to, jak dużą odpornością psychiczną trzeba się wykazać przy podobnym zajęciu. Autorka zajmowała się badaniem tematu gwałtów, przyzwyczajona była do rozmaitych okrucieństw i wynaturzeń, jednak współpraca z FBI udowodniła jej, że profiler musi wykazać się wyjątkową odpornością na ludzkie cierpienia i dramaty. Na początku to sceptycznie nastawieni koledzy i zwierzchnicy uważnie obserwują reakcje nowej osoby w zespole, wkrótce przekonują się, że wiedza, jaką Burgess zdobywa podczas swojej pracy, jest nieoceniona. Autorka nie tylko odpowiada na pytania śledczych i wskazuje drogę wymiarowi sprawiedliwości, pomaga w zawróceniu z niektórych ścieżek i przyczynia się do schwytania właściwych ludzi - szkoli też innych, przeprowadza warsztaty dla kolejnych chętnych. Sama przeciera szlaki, następni mogą już korzystać z tego, co odkryła. Co więcej: Ann Wolbert Burgess pracuje też nad analizami nagrań z opowieści przestępców - szuka sposobu na stworzenie ankiet lub zestawów pytań, które trzeba zadać mordercom, żeby ich wyjaśnienia stały się przydatne dla profilerów. To jednak najmniej atrakcyjna od strony sensacyjnej część zawodu - dlatego w "Przepisie na mordercę" autorzy skupiają się na konkretnych przypadkach. Odbiorcy dzięki temu zyskują wgląd w najbardziej przerażające sprawy i sceny - przekonują się też, że spora część przestróg, jakimi dorośli raczą swoje pociechy, ma sens i wywodzi się niemal bezpośrednio z zagrożeń, jakie stały się preludium dla morderstw. Sporo miejsca Ann Wolbert Burgess przeznacza też na nakreślanie związków między zbrodniami a wychowaniem - przeważnie zastanawia się nad dzieciństwem morderców i pokazuje cechy, które mogły później przerodzić się w określone skłonności.
"Przepis na mordercę" to książka napisana bardzo zgrabnie, z wyczuciem znajomości potrzeb szerokiego grona odbiorców. Zaspokaja ciekawość, a przy okazji pokazuje też, jak wiele niebezpieczeństw czyha na nieświadomych zagrożenia ludzi.
Spojrzenie na zbrodnie
W filmach to się doskonale sprawdza: profiler przygotowuje prawdopodobny portret przestępcy, po czym śledczy znajdują człowieka idealnie pasującego do wyznaczonych kryteriów. Ann Wolbert Burgess pokazuje, że w życiu takie sytuacje też się zdarzają, chociaż opierają się raczej na przebłysku intuicji profilera, który powie, że morderca będzie miał marynarkę zapiętą na ostatni guzik - niż na powtarzalnej technice działań. Autorka uczestniczy w tworzeniu nowego zawodu - współpracuje z FBI i pokazuje, jak podejście psychologiczne może pomóc w określeniu zachowań seryjnych morderców. Pracuje w zamkniętym gronie i głęboko pod ziemią: niewielu wierzy w sensowność takiego zawodu. Ann Wolbert Burgess opowiada o tym, jak się on tworzył - i jak wkraczał do powszechnej świadomości. Skupia się na sprawach, w których brała udział - przedstawia różne rodzaje zbrodni oraz różne zachowania morderców - żeby nakreślić możliwości profilera i komplikacje dotyczące pracy. Steven Matthew Constantine nadaje jej wspomnieniom książkowy charakter, dynamizuje opowieść i przekuwa przeżycia na wartościową i rozrywkową lekturę. "Przepis na mordercę" to obowiązkowa pozycja dla wszystkich fanów kryminałów i thrillerów - i dla tych, którzy chcą się przekonać, na czym polega część śledztwa.
Ann Wolbert Burgess dzieli się z czytelnikami sporą ilością danych i ciekawostek. Zwłaszcza na początku podkreśla to, jak dużą odpornością psychiczną trzeba się wykazać przy podobnym zajęciu. Autorka zajmowała się badaniem tematu gwałtów, przyzwyczajona była do rozmaitych okrucieństw i wynaturzeń, jednak współpraca z FBI udowodniła jej, że profiler musi wykazać się wyjątkową odpornością na ludzkie cierpienia i dramaty. Na początku to sceptycznie nastawieni koledzy i zwierzchnicy uważnie obserwują reakcje nowej osoby w zespole, wkrótce przekonują się, że wiedza, jaką Burgess zdobywa podczas swojej pracy, jest nieoceniona. Autorka nie tylko odpowiada na pytania śledczych i wskazuje drogę wymiarowi sprawiedliwości, pomaga w zawróceniu z niektórych ścieżek i przyczynia się do schwytania właściwych ludzi - szkoli też innych, przeprowadza warsztaty dla kolejnych chętnych. Sama przeciera szlaki, następni mogą już korzystać z tego, co odkryła. Co więcej: Ann Wolbert Burgess pracuje też nad analizami nagrań z opowieści przestępców - szuka sposobu na stworzenie ankiet lub zestawów pytań, które trzeba zadać mordercom, żeby ich wyjaśnienia stały się przydatne dla profilerów. To jednak najmniej atrakcyjna od strony sensacyjnej część zawodu - dlatego w "Przepisie na mordercę" autorzy skupiają się na konkretnych przypadkach. Odbiorcy dzięki temu zyskują wgląd w najbardziej przerażające sprawy i sceny - przekonują się też, że spora część przestróg, jakimi dorośli raczą swoje pociechy, ma sens i wywodzi się niemal bezpośrednio z zagrożeń, jakie stały się preludium dla morderstw. Sporo miejsca Ann Wolbert Burgess przeznacza też na nakreślanie związków między zbrodniami a wychowaniem - przeważnie zastanawia się nad dzieciństwem morderców i pokazuje cechy, które mogły później przerodzić się w określone skłonności.
"Przepis na mordercę" to książka napisana bardzo zgrabnie, z wyczuciem znajomości potrzeb szerokiego grona odbiorców. Zaspokaja ciekawość, a przy okazji pokazuje też, jak wiele niebezpieczeństw czyha na nieświadomych zagrożenia ludzi.
czwartek, 25 sierpnia 2022
Julianne Maclean: Splątane winorośle
Poradnia K, Warszawa 2022.
Spadek
Wszystkie panie, które lubują się w kojących obyczajówkach z Toskanii, zakochają się w "Splątanych winoroślach", chociaż nie do końca realizują one mocno już wyeksploatowany schemat. Fiona, młoda kobieta, z oddaniem opiekuje się tu swoim przybranym ojcem. Poświęca dla niego wszystko, nawet własne marzenia. Tak robiła jej matka - Fiona zresztą długo myślała, że jest córką człowieka, którego codziennie dogląda. Matka na łożu śmierci wyjawiła prawdę i ostrzegła, że to może zabić sparaliżowanego męża. Dlatego też Fiona nigdy nie próbowała nawiązać kontaktu ze swoim biologicznym ojcem. Teraz jednak musi wyruszyć do Toskanii i poznać prawdę: powinna być obecna przy odczytywaniu testamentu i od razu załatwić sprawy spadkowe. Bohaterka nie liczy na nic: przecież była kimś obcym, nie wie nawet, czy zmarły zdawał sobie sprawę z jej istnienia. Wyrusza do Włoch bez żadnych planów czy nadziei. I wtedy wszystko się zmienia.
Kluczem toskańskich opowieści jest możliwość przeprowadzenia się do ziemskiego raju - i taką możliwość Fiona też dostanie, za sprawą spadku. Jednak o schedę po zmarłym rywalizują też jego inne dzieci. Gra toczy się o wielką stawkę. Pokrzywdzone we własnym mniemaniu potomstwo szuka sposobu na podważenie testamentu, Fiona szuka wyjaśnień, których ojciec jej nie zapewni. I tak narracja zwraca się ku przeszłości, do młodego małżeństwa, w którym żona poświęca siebie, żeby mąż mógł zrealizować marzenie o pisaniu książek. Przyszli rodzice Fiony w Toskanii przeżywają sporo dramatów, wystawiają swój związek na poważne próby i zaczynają poznawać swoje priorytety. Nie bez znaczenia w procesie uświadamiania marzeń okazuje się obecność zamkniętego w sobie właściciela olbrzymiej winnicy.
Julianne Maclean proponuje odbiorczyniom dwie równoległe historie, z których tylko jedna dotyczy romansu, tak, żeby nie wprowadzać przesytu w tym zakresie. Autorka operuje zestereotypizowanym już urokiem Toskanii - uświadamia czytelniczkom, jak łatwo jest stracić głowę w wakacyjnym klimacie i w oderwaniu od prozy życia. Pozwala bohaterom popełniać błędy, żeby mogli potem wyciągać z nich odpowiednie wnioski - i nie boi się zaskakiwać kierunkami akcji. Pisze kojąco, chociaż fabuła niekoniecznie do uspokajających należy - sporo tu wstrząsów w relacjach międzyludzkich i w prawdzie o zaufaniu. Jest tu wszystko, czego od literatury rozrywkowej można oczekiwać - i warto przy tym pamiętać, że konwencja toskańskich opowieści nie przeszkadza i nie narzuca określonych rozwiązań. To ciepła i rozbudowana powieść dla kobiet. Julianne Maclean umiejętnie wykorzystuje tematy, które nakazują bohaterom przeprowadzanie zmian w swoim życiu: jest w stanie przekonać do siebie odbiorczynie nawet mimo rozmachu w pomysłach. Nie bez znaczenia pozostaje narracja, budowana konsekwentnie i pewnie. "Splątane winorośle" to książka, w której łatwo się zanurzyć dla relaksu - każda z odbiorczyń doceni inne jej aspekty, ale możliwość oderwania się na moment od przyziemnych trosk to coś, co powieść zapewnia wszystkim.
Spadek
Wszystkie panie, które lubują się w kojących obyczajówkach z Toskanii, zakochają się w "Splątanych winoroślach", chociaż nie do końca realizują one mocno już wyeksploatowany schemat. Fiona, młoda kobieta, z oddaniem opiekuje się tu swoim przybranym ojcem. Poświęca dla niego wszystko, nawet własne marzenia. Tak robiła jej matka - Fiona zresztą długo myślała, że jest córką człowieka, którego codziennie dogląda. Matka na łożu śmierci wyjawiła prawdę i ostrzegła, że to może zabić sparaliżowanego męża. Dlatego też Fiona nigdy nie próbowała nawiązać kontaktu ze swoim biologicznym ojcem. Teraz jednak musi wyruszyć do Toskanii i poznać prawdę: powinna być obecna przy odczytywaniu testamentu i od razu załatwić sprawy spadkowe. Bohaterka nie liczy na nic: przecież była kimś obcym, nie wie nawet, czy zmarły zdawał sobie sprawę z jej istnienia. Wyrusza do Włoch bez żadnych planów czy nadziei. I wtedy wszystko się zmienia.
Kluczem toskańskich opowieści jest możliwość przeprowadzenia się do ziemskiego raju - i taką możliwość Fiona też dostanie, za sprawą spadku. Jednak o schedę po zmarłym rywalizują też jego inne dzieci. Gra toczy się o wielką stawkę. Pokrzywdzone we własnym mniemaniu potomstwo szuka sposobu na podważenie testamentu, Fiona szuka wyjaśnień, których ojciec jej nie zapewni. I tak narracja zwraca się ku przeszłości, do młodego małżeństwa, w którym żona poświęca siebie, żeby mąż mógł zrealizować marzenie o pisaniu książek. Przyszli rodzice Fiony w Toskanii przeżywają sporo dramatów, wystawiają swój związek na poważne próby i zaczynają poznawać swoje priorytety. Nie bez znaczenia w procesie uświadamiania marzeń okazuje się obecność zamkniętego w sobie właściciela olbrzymiej winnicy.
Julianne Maclean proponuje odbiorczyniom dwie równoległe historie, z których tylko jedna dotyczy romansu, tak, żeby nie wprowadzać przesytu w tym zakresie. Autorka operuje zestereotypizowanym już urokiem Toskanii - uświadamia czytelniczkom, jak łatwo jest stracić głowę w wakacyjnym klimacie i w oderwaniu od prozy życia. Pozwala bohaterom popełniać błędy, żeby mogli potem wyciągać z nich odpowiednie wnioski - i nie boi się zaskakiwać kierunkami akcji. Pisze kojąco, chociaż fabuła niekoniecznie do uspokajających należy - sporo tu wstrząsów w relacjach międzyludzkich i w prawdzie o zaufaniu. Jest tu wszystko, czego od literatury rozrywkowej można oczekiwać - i warto przy tym pamiętać, że konwencja toskańskich opowieści nie przeszkadza i nie narzuca określonych rozwiązań. To ciepła i rozbudowana powieść dla kobiet. Julianne Maclean umiejętnie wykorzystuje tematy, które nakazują bohaterom przeprowadzanie zmian w swoim życiu: jest w stanie przekonać do siebie odbiorczynie nawet mimo rozmachu w pomysłach. Nie bez znaczenia pozostaje narracja, budowana konsekwentnie i pewnie. "Splątane winorośle" to książka, w której łatwo się zanurzyć dla relaksu - każda z odbiorczyń doceni inne jej aspekty, ale możliwość oderwania się na moment od przyziemnych trosk to coś, co powieść zapewnia wszystkim.
wtorek, 16 sierpnia 2022
Christina Lauren: Wzór na miłość
Poradnia K, Warszawa 2022.
Szczęście statystyczne
Jess to bohaterka jedna z wielu identycznych w literaturze obyczajowej dla pań. Kobieta, której nie ułożyło się w miłości, nie do końca zadowolona z siebie, samotnie wychowująca córkę. Pracuje jako analityk, zna się na liczbach i na statystyce - ale jest kompletnie bezradna w relacjach międzyludzkich: nie radzi sobie w związkach, ale też z matką-alkoholiczką. Chodzi na randki, ale coraz rzadziej: ma ich dosyć, bo ciągle trafia na niewłaściwych mężczyzn. I nawet jeśli jej najlepsza przyjaciółka, wyzwolona pisarka, zachęca ją do eksperymentów i poszukiwań, Jess poddaje się: godzi się z myślą, że będzie sama. Wtedy dowiaduje się, że istnieje wzór na miłość.
Doktor River Pena określany przez obie przyjaciółki jako Americano, zachowuje się dziwnie. Przychodzi po kawę zawsze o tej samej porze, nie podejmuje rozmów ani żartów, wydaje się być wycofany i zbyt dumny, by zwrócić uwagę na kogoś innego. Ale to jego firma zajmuje się rewolucyjnym systemem kojarzenia ludzi w pary na podstawie genów. To w DNA ma być zapisany wzór na drugą połówkę. Wystarczy napluć do probówki i wysłać próbkę do badań, żeby system wskazał kolejne dopasowania: już dwadzieścia procent zgodności genów wystarczy, żeby można było stworzyć satysfakcjonujący związek. Diamentowe dopasowania - powyżej dziewięćdziesięciu procent - zdarzają się bardzo rzadko, ale spotyka to właśnie Jess i Rivera. Ludzie, którzy nie mogliby być bardziej różni, zwracają na siebie uwagę z racji zawodowych zobowiązań: poznają się stopniowo i bawią ze sobą coraz lepiej. Dają sobie szansę ze względów marketingowych: pracownikom firmy zależy na tym, żeby szef znalazł prawdziwą miłość za sprawą własnego programu.
Christina Lauren, czyli dwie piszące książki przyjaciółki, wpadły na ciekawy pomysł, przełamujący nudę w romansach. Proponują matematyczne podejście w zestawieniu z nieprzewidywalnością uczuć i emocji. Nie skupiają się jednak tylko na relacji Jess i Rivera. Bardzo dużo daje obecność przyjaciółki Jess, która pokazuje, jak ważni w życiu każdego są bliscy spoza rodziny. Liczy się też Juno, mała rezolutna córka Jess, dziewczynka, która staje się podstawowym hamulcem w działaniach bohaterki. Jess nie chce, żeby Juno przeżywała rozczarowania, jeśli w związku z Riverem coś nie wyjdzie. Juno to dziecko opisane z pomysłem: nie infantylizuje całości, wypada bardzo interesująco dla odbiorczyń. W efekcie sam romans - relacja z Riverem - wcale nie jest najważniejsza w historii. "Wzór na miłość" to dobra powieść obyczajowa, która dostarcza rozrywki. Narracja wciąga, jest tu odpowiednio dużo wiadomości na temat odkrycia "naukowego" w kwestii kojarzenia par: w sam raz, żeby czytelniczki uwierzyły autorkom, ale żeby nie poczuły się zmęczone niepotrzebnymi danymi. Jest tu też ciepły humor - i pokazanie, jak buduje się trwałą relację. "Wzór na miłość" to czytadło w sam raz na wakacje, przyjemna bajka o potrzebie bliskości. Dobrze napisana - wystarczy dać się poprowadzić autorkom, żeby móc przeżywać razem z bohaterką jej rozterki i niepewności.
Szczęście statystyczne
Jess to bohaterka jedna z wielu identycznych w literaturze obyczajowej dla pań. Kobieta, której nie ułożyło się w miłości, nie do końca zadowolona z siebie, samotnie wychowująca córkę. Pracuje jako analityk, zna się na liczbach i na statystyce - ale jest kompletnie bezradna w relacjach międzyludzkich: nie radzi sobie w związkach, ale też z matką-alkoholiczką. Chodzi na randki, ale coraz rzadziej: ma ich dosyć, bo ciągle trafia na niewłaściwych mężczyzn. I nawet jeśli jej najlepsza przyjaciółka, wyzwolona pisarka, zachęca ją do eksperymentów i poszukiwań, Jess poddaje się: godzi się z myślą, że będzie sama. Wtedy dowiaduje się, że istnieje wzór na miłość.
Doktor River Pena określany przez obie przyjaciółki jako Americano, zachowuje się dziwnie. Przychodzi po kawę zawsze o tej samej porze, nie podejmuje rozmów ani żartów, wydaje się być wycofany i zbyt dumny, by zwrócić uwagę na kogoś innego. Ale to jego firma zajmuje się rewolucyjnym systemem kojarzenia ludzi w pary na podstawie genów. To w DNA ma być zapisany wzór na drugą połówkę. Wystarczy napluć do probówki i wysłać próbkę do badań, żeby system wskazał kolejne dopasowania: już dwadzieścia procent zgodności genów wystarczy, żeby można było stworzyć satysfakcjonujący związek. Diamentowe dopasowania - powyżej dziewięćdziesięciu procent - zdarzają się bardzo rzadko, ale spotyka to właśnie Jess i Rivera. Ludzie, którzy nie mogliby być bardziej różni, zwracają na siebie uwagę z racji zawodowych zobowiązań: poznają się stopniowo i bawią ze sobą coraz lepiej. Dają sobie szansę ze względów marketingowych: pracownikom firmy zależy na tym, żeby szef znalazł prawdziwą miłość za sprawą własnego programu.
Christina Lauren, czyli dwie piszące książki przyjaciółki, wpadły na ciekawy pomysł, przełamujący nudę w romansach. Proponują matematyczne podejście w zestawieniu z nieprzewidywalnością uczuć i emocji. Nie skupiają się jednak tylko na relacji Jess i Rivera. Bardzo dużo daje obecność przyjaciółki Jess, która pokazuje, jak ważni w życiu każdego są bliscy spoza rodziny. Liczy się też Juno, mała rezolutna córka Jess, dziewczynka, która staje się podstawowym hamulcem w działaniach bohaterki. Jess nie chce, żeby Juno przeżywała rozczarowania, jeśli w związku z Riverem coś nie wyjdzie. Juno to dziecko opisane z pomysłem: nie infantylizuje całości, wypada bardzo interesująco dla odbiorczyń. W efekcie sam romans - relacja z Riverem - wcale nie jest najważniejsza w historii. "Wzór na miłość" to dobra powieść obyczajowa, która dostarcza rozrywki. Narracja wciąga, jest tu odpowiednio dużo wiadomości na temat odkrycia "naukowego" w kwestii kojarzenia par: w sam raz, żeby czytelniczki uwierzyły autorkom, ale żeby nie poczuły się zmęczone niepotrzebnymi danymi. Jest tu też ciepły humor - i pokazanie, jak buduje się trwałą relację. "Wzór na miłość" to czytadło w sam raz na wakacje, przyjemna bajka o potrzebie bliskości. Dobrze napisana - wystarczy dać się poprowadzić autorkom, żeby móc przeżywać razem z bohaterką jej rozterki i niepewności.
piątek, 5 sierpnia 2022
E. Lockhart: Rodzina łgarzy
Poradnia K, Warszawa 2022.
Tajemnice i kłamstwa
Caroline przesiaduje w kuchni z duchem zmarłego syna. Piętnastoletni Johnny ma swoje dziecięce jeszcze przyzwyczajenia i wiadomo, że nigdy nie dojrzeje. Z chęcią wysłuchuje jednak historii przedstawianej przez matkę: to dla niego szansa, żeby dowiedzieć się czegoś sprzed swoich narodzin i zabić czas. Duchy mają dużo cierpliwości i potrzebują uwagi - a Caroline świetnie o tym wie, skoro sporo czasu spędziła w młodości z duchem swojej siostry Rosemary. Nie oznacza to, że w jakiś szczególny sposób się poświęca: skoro ukazują się jej zmarli, czegoś najwyraźniej potrzebują. A jeśli można im to zapewnić, gwarantując sobie przy okazji miłe towarzystwo - to nic nie stoi na przeszkodzie, żeby zacieśniać więzi, w które nikt postronny by nie uwierzył. Johnny wie, że jego matka potrafi mijać się z prawdą i szybko dowiadują się tego też czytelnicy: w końcu książka "Rodzina łgarzy" to prequel powieści "Byliśmy łgarzami" - coś dla fanów niewiarygodnej historii.
Caroline opowiada o wydarzeniach ze swojego dojrzewania. Rejestruje pierwsze zauroczenia i rywalizację między rodzeństwem, pokazuje nastroje panujące w rodzinie i - ogólnie - relacje międzyludzkie w niewielkiej społeczności. Przygląda się różnym aspektom wspólnego życia, żeby wiarygodnie przedstawić wzajemne oczekiwania. Szczególnie zależy jej na odnotowaniu postaw wobec rywalek w postaci sióstr. Chociaż Rosie nie stanowi już żadnego zagrożenia, Penny jest w stanie flirtować z każdym chłopakiem w zasięgu wzroku. Nie ma skrupułów przed podrywaniem partnera Caroline. Stąd zresztą bierze się całe nieszczęście.
Ale to, czego dowiedzą się czytelnicy z "Rodziny łgarzy", może szybko się odwrócić i zamienić w zupełnie nową historię. Wszystko zależy od informacji, kto mówi prawdę, a kto wierzy we własne spostrzeżenia. W naginaniu rzeczywistości do swoich potrzeb pomaga stres i działanie pod wpływem impulsu, a bohaterka jest bardzo kreatywna - nie ma wyrzutów sumienia, czuje się wręcz upoważniona do tego, żeby zapewnić spokój bliskim - nawet kosztem własnych traum. Caroline wie, że liczy się świat stworzony na potrzeby innych, nie musi odwoływać się do szczerości. Starannie opracowane informacje, reakcje wypełnione logicznymi refleksjami - to wszystko zapewni sukces i wiarygodność. W związku z tym Caroline staje się jedną z bardziej niebezpiecznych postaci. A przecież nie ona jedna potrafi kłamać: "Rodzina łgarzy" wypełniona jest fałszywymi przesłankami i danymi, które podlegają różnym interpretacjom. Bliscy Caroline mogą chcieć chronić siebie nawzajem albo dopasowywać się do zastanej sytuacji - tak, żeby nie musieć wprowadzać niewygodnych dla kogoś wyjaśnień.
Wartko toczy się ta opowieść, a E. Lockhart wprowadza do niej czasami niepokój w postaci zaburzenia formy prozy. Caroline niekiedy zaczyna szatkować wersy, podkreślając w ten sposób znaczenia w wypowiadanych kwestiach: zwraca uwagę odbiorców na treści, które mogłyby zostać przeoczone. Wie, jak sterować emocjami i radzi sobie z tym bez zarzutu, proponując czytelnikom cały wachlarz uczuć - stawia na historię zrozumiałą i intrygującą, a do tego wie, jak konstruować fabułę, żeby zatrzymać wszystkich przy lekturze. Nie tylko fani poprzedniej historii będą usatysfakcjonowani tą książką.
Tajemnice i kłamstwa
Caroline przesiaduje w kuchni z duchem zmarłego syna. Piętnastoletni Johnny ma swoje dziecięce jeszcze przyzwyczajenia i wiadomo, że nigdy nie dojrzeje. Z chęcią wysłuchuje jednak historii przedstawianej przez matkę: to dla niego szansa, żeby dowiedzieć się czegoś sprzed swoich narodzin i zabić czas. Duchy mają dużo cierpliwości i potrzebują uwagi - a Caroline świetnie o tym wie, skoro sporo czasu spędziła w młodości z duchem swojej siostry Rosemary. Nie oznacza to, że w jakiś szczególny sposób się poświęca: skoro ukazują się jej zmarli, czegoś najwyraźniej potrzebują. A jeśli można im to zapewnić, gwarantując sobie przy okazji miłe towarzystwo - to nic nie stoi na przeszkodzie, żeby zacieśniać więzi, w które nikt postronny by nie uwierzył. Johnny wie, że jego matka potrafi mijać się z prawdą i szybko dowiadują się tego też czytelnicy: w końcu książka "Rodzina łgarzy" to prequel powieści "Byliśmy łgarzami" - coś dla fanów niewiarygodnej historii.
Caroline opowiada o wydarzeniach ze swojego dojrzewania. Rejestruje pierwsze zauroczenia i rywalizację między rodzeństwem, pokazuje nastroje panujące w rodzinie i - ogólnie - relacje międzyludzkie w niewielkiej społeczności. Przygląda się różnym aspektom wspólnego życia, żeby wiarygodnie przedstawić wzajemne oczekiwania. Szczególnie zależy jej na odnotowaniu postaw wobec rywalek w postaci sióstr. Chociaż Rosie nie stanowi już żadnego zagrożenia, Penny jest w stanie flirtować z każdym chłopakiem w zasięgu wzroku. Nie ma skrupułów przed podrywaniem partnera Caroline. Stąd zresztą bierze się całe nieszczęście.
Ale to, czego dowiedzą się czytelnicy z "Rodziny łgarzy", może szybko się odwrócić i zamienić w zupełnie nową historię. Wszystko zależy od informacji, kto mówi prawdę, a kto wierzy we własne spostrzeżenia. W naginaniu rzeczywistości do swoich potrzeb pomaga stres i działanie pod wpływem impulsu, a bohaterka jest bardzo kreatywna - nie ma wyrzutów sumienia, czuje się wręcz upoważniona do tego, żeby zapewnić spokój bliskim - nawet kosztem własnych traum. Caroline wie, że liczy się świat stworzony na potrzeby innych, nie musi odwoływać się do szczerości. Starannie opracowane informacje, reakcje wypełnione logicznymi refleksjami - to wszystko zapewni sukces i wiarygodność. W związku z tym Caroline staje się jedną z bardziej niebezpiecznych postaci. A przecież nie ona jedna potrafi kłamać: "Rodzina łgarzy" wypełniona jest fałszywymi przesłankami i danymi, które podlegają różnym interpretacjom. Bliscy Caroline mogą chcieć chronić siebie nawzajem albo dopasowywać się do zastanej sytuacji - tak, żeby nie musieć wprowadzać niewygodnych dla kogoś wyjaśnień.
Wartko toczy się ta opowieść, a E. Lockhart wprowadza do niej czasami niepokój w postaci zaburzenia formy prozy. Caroline niekiedy zaczyna szatkować wersy, podkreślając w ten sposób znaczenia w wypowiadanych kwestiach: zwraca uwagę odbiorców na treści, które mogłyby zostać przeoczone. Wie, jak sterować emocjami i radzi sobie z tym bez zarzutu, proponując czytelnikom cały wachlarz uczuć - stawia na historię zrozumiałą i intrygującą, a do tego wie, jak konstruować fabułę, żeby zatrzymać wszystkich przy lekturze. Nie tylko fani poprzedniej historii będą usatysfakcjonowani tą książką.
poniedziałek, 31 stycznia 2022
Christina Lauren: Miłość na święta
Poradnia K, Warszawa 2021.
Wyjaśnienie
To powieść z gatunku romansów za wszelką cenę, lekkich i nieskomplikowanych czytadeł w dodatku zahaczających o fantastykę – motyw podróży w czasie to coś, co dwie autorki, piszące pod pseudonimem Christina Lauren wykorzystują jako punkt wyjścia, ale czego nie rozwiązują. Nie zależy im bowiem na wyjaśnieniach dziwnego stanu rzeczy – a na rozwoju uczuć. Mae to młoda kobieta, która, jak co roku, spędza Boże Narodzenie z rodzicami i ich przyjaciółmi. To oznacza, że znów będzie mieć przy sobie obiekt westchnień od czasów nastoletnich – tyle tylko, że popełnia błąd i zamiast wyznać, co czuje, przeżywa krótką chwilę zapomnienia z bratem ukochanego. Od tej chwili wszystko zaczyna się psuć: bohaterka może stracić absolutnie każdy element dostarczający jej w święta szczęścia i satysfakcji, nie mówiąc już o tym, że zaprzepaszcza szansę na wymarzony związek. Prośba rzucona do wszechświata sprawia, że Mae cofa się o kilka dni w czasie i może jeszcze raz przeżyć święta, naprawiając popełnione błędy. Jeśli zagubi się w swoich działaniach, sytuacja się powtórzy. Nikt nie wie, dlaczego, a sama bohaterka nie może zwierzać się wszystkim z tego, co przeżywa. Za to uczy się wykorzystywać zgromadzoną w fantastyczny sposób wiedzę i stopniowo dociera do swojego wybranka. Zna już scenariusze, które doprowadzą do katastrofy – pora, żeby wprowadziła w czyn te bardziej przydatne i zdecydowała się na wyznanie miłości.
Dwie autorki stawiają na to, co młode odbiorczynie z pewnością będą chciały przeczytać w zimowy wieczór. Nie proponują ani skomplikowanej fabuły, ani zbyt wielu przeciwności losu: to, co Mae przeżywa na początku swojej świątecznej przygody, wyczerpuje prawie całkowicie limit nieszczęść i zawodów – potem będzie jeszcze jedna sprzeczka, która może pokrzyżować plany bohaterom, ale znajduje się ona w takim punkcie powieści, że nikt nie potraktuje jej poważnie: to po prostu obowiązkowy element fabuły, przeszkoda na drodze do ciągłego szczęścia – po to, żeby bohaterom nie wszystko zawsze się udawało. Dość wymuszony powód do kłótni nie przekona zatem czytelniczek, że zagraża poważnie związkowi i Mae będzie mogła znaleźć radość, której oczekiwała. „Miłość na święta” to przecież historia na kanwie bożonarodzeniowych cudów: tu wcale nie chodzi o prawdopodobieństwo – a o rozrywkę bez trosk. Co ciekawe, autorki proponują kilka gier, które mogą urozmaicić rodzinne zjazdy: jeśli ktoś ma ochotę oderwać się od elektronicznych gadżetów i świąt za stołem, może skorzystać ze wskazówek z tomu.
Jest tu trochę humoru, jest przypomnienie, że nie wszystko zawsze da się przewidzieć. W zasadzie można by spokojnie zrezygnować z początkowej rozbiegówki – motywu podróży w czasie – skoro autorki nie mają pomysłu na jego uzasadnienie. Powieść przyciągałaby tak samo (pewną grupę odbiorczyń), a nie zirytowałaby nagłym przejściem do innego gatunku.
Wyjaśnienie
To powieść z gatunku romansów za wszelką cenę, lekkich i nieskomplikowanych czytadeł w dodatku zahaczających o fantastykę – motyw podróży w czasie to coś, co dwie autorki, piszące pod pseudonimem Christina Lauren wykorzystują jako punkt wyjścia, ale czego nie rozwiązują. Nie zależy im bowiem na wyjaśnieniach dziwnego stanu rzeczy – a na rozwoju uczuć. Mae to młoda kobieta, która, jak co roku, spędza Boże Narodzenie z rodzicami i ich przyjaciółmi. To oznacza, że znów będzie mieć przy sobie obiekt westchnień od czasów nastoletnich – tyle tylko, że popełnia błąd i zamiast wyznać, co czuje, przeżywa krótką chwilę zapomnienia z bratem ukochanego. Od tej chwili wszystko zaczyna się psuć: bohaterka może stracić absolutnie każdy element dostarczający jej w święta szczęścia i satysfakcji, nie mówiąc już o tym, że zaprzepaszcza szansę na wymarzony związek. Prośba rzucona do wszechświata sprawia, że Mae cofa się o kilka dni w czasie i może jeszcze raz przeżyć święta, naprawiając popełnione błędy. Jeśli zagubi się w swoich działaniach, sytuacja się powtórzy. Nikt nie wie, dlaczego, a sama bohaterka nie może zwierzać się wszystkim z tego, co przeżywa. Za to uczy się wykorzystywać zgromadzoną w fantastyczny sposób wiedzę i stopniowo dociera do swojego wybranka. Zna już scenariusze, które doprowadzą do katastrofy – pora, żeby wprowadziła w czyn te bardziej przydatne i zdecydowała się na wyznanie miłości.
Dwie autorki stawiają na to, co młode odbiorczynie z pewnością będą chciały przeczytać w zimowy wieczór. Nie proponują ani skomplikowanej fabuły, ani zbyt wielu przeciwności losu: to, co Mae przeżywa na początku swojej świątecznej przygody, wyczerpuje prawie całkowicie limit nieszczęść i zawodów – potem będzie jeszcze jedna sprzeczka, która może pokrzyżować plany bohaterom, ale znajduje się ona w takim punkcie powieści, że nikt nie potraktuje jej poważnie: to po prostu obowiązkowy element fabuły, przeszkoda na drodze do ciągłego szczęścia – po to, żeby bohaterom nie wszystko zawsze się udawało. Dość wymuszony powód do kłótni nie przekona zatem czytelniczek, że zagraża poważnie związkowi i Mae będzie mogła znaleźć radość, której oczekiwała. „Miłość na święta” to przecież historia na kanwie bożonarodzeniowych cudów: tu wcale nie chodzi o prawdopodobieństwo – a o rozrywkę bez trosk. Co ciekawe, autorki proponują kilka gier, które mogą urozmaicić rodzinne zjazdy: jeśli ktoś ma ochotę oderwać się od elektronicznych gadżetów i świąt za stołem, może skorzystać ze wskazówek z tomu.
Jest tu trochę humoru, jest przypomnienie, że nie wszystko zawsze da się przewidzieć. W zasadzie można by spokojnie zrezygnować z początkowej rozbiegówki – motywu podróży w czasie – skoro autorki nie mają pomysłu na jego uzasadnienie. Powieść przyciągałaby tak samo (pewną grupę odbiorczyń), a nie zirytowałaby nagłym przejściem do innego gatunku.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






