Must Read, Media Rodzina, Poznań 2025.
Sojusz
Trudno sobie wyobrazić bohaterkę mniej pasującą do życia wyższych sfer niż Sawyer Taft. Sawyer pracuje w warsztacie samochodowym i zaczyna spełniać swoje marzenia o naprawianiu silników – długo uczyła się fachu, przyglądała się, jak zajmować się pojazdami i teraz może funkcjonować jako pełnowartościowy pracownik. Nauczona jest zarabiania na siebie od dawna, nie może liczyć na matkę, która ma swoje problemy i prowadzi swoje życie, bardzo często w oddaleniu od córki. Sawyer nie przejmuje się brakiem rodzicielki, jest samodzielna i zdecydowana, wie, jak o siebie zadbać i z pewnością nie wpadnie w żadne tarapaty. Tyle że w jej życiu pojawia się ktoś, kogo do tej pory nie było: babka. Lilian Taft to dama w każdym calu. Posiadaczka olbrzymiej fortuny i bardzo stanowczego charakteru: to Lilian wyrzuciła z domu swoją spodziewającą się dziecka córkę – i zerwała kontakty z pociechą, przynajmniej pozornie. Lilian zgłasza się do Sawyer z propozycją nie do odrzucenia. Dziewczyna ma wziąć udział w balu debiutantek – za pozbycie się problemów finansowych. Sawyer oczywiście podejmuje wyzwanie, ale nie zamierza dopasowywać się do środowiska. I tak zaczyna się powieść „Małe wielkie kłamstwa”.
Sawyer może poznać swoje kuzynki, dziewczyny, o których istnieniu nie miała pojęcia – w ogóle wchodzi do rodziny, która odcięła się wcześniej od jej matki. A to dla niej szansa na odnalezienie kawalera, który prawie dziewiętnaście lat wcześniej spotkał się z jej matką. Najważniejsze jest jednak to, że za fasadą pozorów skrywają się wielkie niespodzianki. Jedna z dziewczyn wypisuje na swojej skórze sekrety nadsyłane przez innych i fotografuje je, publikując na specjalnym blogu. Inna jest urodzoną intrygantką i potrafi planować długofalową zemstę, jeszcze inna nie radzi sobie z własnymi uczuciami. Towarzystwo debiutantek dalekie będzie od myślenia o balu i strojach. Tu liczy się wielka walka ze światem, z którym bohaterki wcale nie muszą się zgadzać. I chociaż Sawyer musi kombinować, żeby przetrwać – to nie ona wiedzie prym w wymyślaniu złożonych podstępów. A jak cztery młode kobiety w strojach balowych znalazły się w celi na komisariacie – to już zagadka dla odbiorców.
Ta powieść to migawki z celi i retrospekcje, które do tego momentu doprowadziły. Jennifer Lynn Barnes zaczyna od trzęsienia ziemi, a potem ma dla odbiorczyń coraz więcej atrakcji. Funduje silne emocje i jest niestrudzona w wymyślaniu kolejnych problemów. Motyw debiutantek to tylko tło, dzięki któremu bardzo różniące się od siebie charakterami dziewczyny mogą (albo wręcz muszą) zacząć współpracować. I wcale nie będzie tu akcji opartej na wzajemnych uszczypliwościach i drobnych złośliwostkach – sprawy wielkiego kalibru nadają rytm opowieści. Rówieśnicze niesnaski to tylko dodatek do fabuły. „Małe wielkie kłamstwa” to powieść, która może się spodobać – jest inna niż by się zapowiadało, burzliwa i wypełniona nietypowymi rozwiązaniami. Barnes nie boi się ryzyka w akcji – wie, jak rozwiązywać problemy bohaterek w nietuzinkowy sposób. Proponuje autorka bardzo dynamiczną książkę, wyłamującą się ze schematów, ale jednocześnie wpisującą się w modę na „zeszłowieczne” historie z ponadczasowymi uczuciami. Kto poszukuje niebanalnej relacji i odważnych fabularnych pomysłów, może śmiało sięgać po przygody debiutantek – Jennifer Lynn Barnes nie rozczaruje.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść dla dziewcząt. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść dla dziewcząt. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 13 lipca 2025
sobota, 18 stycznia 2025
Lucy Maud Montgomery: Rilla ze Złotych Iskier
Marginesy, Warszawa 2025.
Cień wojny
Na początku bohaterowie serii o Anne – znanej jako Ani z Zielonego Wzgórza (i tego raczej żadne tłumaczenia nie zmienią) są dość zirytowani, że gazety poświęcają miejsce na informowanie o zamachu na jakiegoś arcyksięcia na drugim końcu świata, zamiast zająć się plotkami interesującymi lokalną społeczność. Szybko jednak przekonują się, że rzeczywistość może ich dopaść w każdej chwili. Chłopcy z wielu rodzin postanawiają zaciągnąć się do wojska – ziszcza się dawna wizja Waltera, jednego z synów Anne. Tyle że tu nie ma mowy o romantycznych porywach: wszyscy są świadomi zagrożenia, widmo przygody nie ma większego znaczenia przy moralnych wyborach. Matki muszą udzielać zgód na wyjazd synów na wojnę – zostają na miejscu i razem z córkami znajdują sobie zajęcia, żeby nie oszaleć ze zmartwienia.
Tymczasem Rilla kończy piętnaście lat i zamierza cieszyć się młodością. Nie chce iść na studia, uważa, że jej rodzeństwo już zdobyło wykształcenie i ona może zająć się uciechami życia. Martwi się liczbą ewentualnych adoratorów, zastanawia się, czy ktoś poprosi ją do tańca na pierwszym balu. Rilla jest płocha i próżna, ale najmłodsze dziecko Anne może przecież bujać w obłokach i popełniać błędy młodości. Przynajmniej do czasu. Bo oto Rilla staje się nieoczekiwanie wojenną matką – zajmuje się osieroconym maluchem i próbuje wychować dziecko, przeżywając kolejne dramaty związane z chorobami czy brakiem uczuć macierzyńskich. Nikt nie pomaga jej w opiece nad chłopcem – dorośli uznają, że to jej zmartwienie (skoro dokonała konkretnego wyboru), a sama Rilla jest bardzo dumna i nie chce rezygnować ze zobowiązania. Drga też coś w jej życiu uczuciowym – ale równie ważne są perypetie braci i przyjaciół, którzy trafili na front. Wiele się tu dzieje i nawet jeśli Lucy Maud Montgomery znajduje miejsce na przemycanie plotek z codzienności mieszkańców, o wiele ważniejsze staje się politykowanie. Podczas spotkań towarzyskich oraz nabożeństw trzeba się liczyć z tym, że rozmowa zejdzie na wieści z frontu i poprowadzi do rozważań o powinnościach młodych ludzi, o poświęceniu i bohaterstwie. Rilla pisze listy (jak wszyscy bohaterowie w całej serii), albo odczytuje wiadomości od Waltera, prowadzi też dziennikowe zapiski, dzięki którym wiadomo, co przeżywa i z czym się mierzy. Nie zabraknie w książce także zwyczajności – rozmaitych relacji międzyludzkich, kłótni i nadziei na wspólną przyszłość. Bardzo oddala autorka od Anne – teraz liczy się pokolenie jej córki oraz… zestaw wspomnień nawiązujących do wydarzeń z poprzednich tomów. Charakteryzuje się ta książka dynamiką, której poprzednie części nie mogły mieć – a to za sprawą tematyki wojennej, narzucającej wręcz tempo i zestaw silnych emocji. Często motywy wojenne były w książkach z literatury czwartej ukrywane – tutaj wychodzą na pierwszy plan. Prawdopodobnie dlatego, że autorka przyzwyczaiła się do myśli, że odbiorcy dorastają razem z nią i nie trzeba ich chronić przed tym, co najgorsze. Przygody Rilli odróżniają się mocno od poprzednich części serii – ale dzięki temu dzisiaj mogą funkcjonować jako jedna z ciekawszych powieści w tym cyklu.
Cień wojny
Na początku bohaterowie serii o Anne – znanej jako Ani z Zielonego Wzgórza (i tego raczej żadne tłumaczenia nie zmienią) są dość zirytowani, że gazety poświęcają miejsce na informowanie o zamachu na jakiegoś arcyksięcia na drugim końcu świata, zamiast zająć się plotkami interesującymi lokalną społeczność. Szybko jednak przekonują się, że rzeczywistość może ich dopaść w każdej chwili. Chłopcy z wielu rodzin postanawiają zaciągnąć się do wojska – ziszcza się dawna wizja Waltera, jednego z synów Anne. Tyle że tu nie ma mowy o romantycznych porywach: wszyscy są świadomi zagrożenia, widmo przygody nie ma większego znaczenia przy moralnych wyborach. Matki muszą udzielać zgód na wyjazd synów na wojnę – zostają na miejscu i razem z córkami znajdują sobie zajęcia, żeby nie oszaleć ze zmartwienia.
Tymczasem Rilla kończy piętnaście lat i zamierza cieszyć się młodością. Nie chce iść na studia, uważa, że jej rodzeństwo już zdobyło wykształcenie i ona może zająć się uciechami życia. Martwi się liczbą ewentualnych adoratorów, zastanawia się, czy ktoś poprosi ją do tańca na pierwszym balu. Rilla jest płocha i próżna, ale najmłodsze dziecko Anne może przecież bujać w obłokach i popełniać błędy młodości. Przynajmniej do czasu. Bo oto Rilla staje się nieoczekiwanie wojenną matką – zajmuje się osieroconym maluchem i próbuje wychować dziecko, przeżywając kolejne dramaty związane z chorobami czy brakiem uczuć macierzyńskich. Nikt nie pomaga jej w opiece nad chłopcem – dorośli uznają, że to jej zmartwienie (skoro dokonała konkretnego wyboru), a sama Rilla jest bardzo dumna i nie chce rezygnować ze zobowiązania. Drga też coś w jej życiu uczuciowym – ale równie ważne są perypetie braci i przyjaciół, którzy trafili na front. Wiele się tu dzieje i nawet jeśli Lucy Maud Montgomery znajduje miejsce na przemycanie plotek z codzienności mieszkańców, o wiele ważniejsze staje się politykowanie. Podczas spotkań towarzyskich oraz nabożeństw trzeba się liczyć z tym, że rozmowa zejdzie na wieści z frontu i poprowadzi do rozważań o powinnościach młodych ludzi, o poświęceniu i bohaterstwie. Rilla pisze listy (jak wszyscy bohaterowie w całej serii), albo odczytuje wiadomości od Waltera, prowadzi też dziennikowe zapiski, dzięki którym wiadomo, co przeżywa i z czym się mierzy. Nie zabraknie w książce także zwyczajności – rozmaitych relacji międzyludzkich, kłótni i nadziei na wspólną przyszłość. Bardzo oddala autorka od Anne – teraz liczy się pokolenie jej córki oraz… zestaw wspomnień nawiązujących do wydarzeń z poprzednich tomów. Charakteryzuje się ta książka dynamiką, której poprzednie części nie mogły mieć – a to za sprawą tematyki wojennej, narzucającej wręcz tempo i zestaw silnych emocji. Często motywy wojenne były w książkach z literatury czwartej ukrywane – tutaj wychodzą na pierwszy plan. Prawdopodobnie dlatego, że autorka przyzwyczaiła się do myśli, że odbiorcy dorastają razem z nią i nie trzeba ich chronić przed tym, co najgorsze. Przygody Rilli odróżniają się mocno od poprzednich części serii – ale dzięki temu dzisiaj mogą funkcjonować jako jedna z ciekawszych powieści w tym cyklu.
niedziela, 19 maja 2024
Becky Jerams, Ellie Wyatt: The songs you've never heard
HarperYA, Warszawa 2024.
Współpraca
Co pewien czas w literaturze dla młodzieży powraca temat z marzeń wielu nastolatków – motyw kariery w showbiznesie. Pragnienie sławy w starym stylu to właściwie samograj, trzeba po prostu pokazać drogę bohaterów od niemożności zaistnienia po wielki sukces na scenie. Meg McCarthy ten scenariusz teoretycznie ma już przerobiony, za sprawą brata. Cass został w pewnym momencie odkryty i stał się błyskawicznie wschodzącą gwiazdą popu – teraz ma mnóstwo fanek, kontrakty i zobowiązania, a także… brak weny. Powinien tworzyć nowe piosenki i przedstawiać je światu, naciska na to nie tylko uzdolniony w branży menadżer. Jednak Caspar odrzuca kolejne propozycje, a wręcz reaguje agresją na wszelkie nieprzychylne komentarze. Trzeba wokół niego chodzić na paluszkach, co uprawiają rodzice – i co niezwykle irytuje Meg. Bo Meg sama też pisze piosenki, komponuje, śpiewa i nagrywa wszystko w zaciszu swojego pokoju. Wie, że nikomu nie zaprezentuje tych utworów, a właściwie jest tylko jedna osoba, która może je poznać – chłopak z internetu. Jemu Meg (oczywiście pod pseudonimem) zwierza się z najskrytszych emocji, jemu przedstawia swoje utwory i jemu kibicuje w codziennych zmaganiach z rzeczywistością. Nie odkrywa tylko własnej tożsamości. Ona zna swojego rozmówcę i potajemnie się w nim kocha.
Ale „The songs you’ve never heard” to nie jest kolejna książka o rozwoju miłości młodych ludzi. Motyw zauroczenia albo zakochania schodzi naprawdę na margines opowieści – zresztą i tutaj autorki mają pomysły na to, jak urozmaicić temat, żeby nie był powieleniem znanych już odbiorcom rozwiązań. Znacznie bardziej liczy się przyjaźń. Oto bowiem Meg, która na co dzień jest odludkiem, ale pracuje na markę McCarthy jak cała rodzina (co obejmuje między innymi wstawianie zakłamanych postów na konta w mediach społecznościowych), zaczyna wakacyjną pracę. Ma sprzedawać mrożony jogurt w lokalnym sklepiku. Nie jest to zajęcie jej marzeń, bardziej efekt zobowiązań matki – ale to ten sklepik zmienia życie bohaterki. Pracuje tam bowiem Alana, dziewczyna porażająca pewnością siebie. Alana ma nadwagę, ale pozbawiona jest kompleksów. Szybko wychodzi na jaw, że śpiewa i chciałaby zrobić karierę – ale nie potrafi wyjść z lokalnych amatorskich występów. Obie bohaterki, nawet jeśli Meg nie zakłada rozwijania znajomości, potrzebują się nawzajem. Meg mawiedzę na temat kulis i tajników showbiznesu, Alana – czysty talent. Obie potrafią pisać piosenki i mogą połączyć siły, stając się dla siebie nawzajem inspiracją. Wreszcie obie mogą pokonywać tremę i słabości, tak, żeby zwyciężyć w najtrudniejszych chwilach. Relacja Meg i Alany robi się tak silna, że całkowicie przyćmiewa sprawy związane z nieszczęśliwymi miłościami – to temat wsparcia i zrozumienia drugiej osoby liczy się w tej powieści najbardziej.
A skoro to książka muzyczna w temacie, Becky Jerams i Ellie Wyatt robią sporo, żeby przekazać słowami dźwięki. Radzą sobie i z pokazaniem procesów twórczych (rzadka rzecz w powieściach tego rodzaju), i z namuzycznieniem opowieści (za sprawą list top 5 utworów – którymi przerzucają się bohaterowie w sieci). Jest tu wiele melodii, które odbiorców poruszą i które zachęcą do zanurzania się w świat muzyki. Ciekawie poprowadzona akcja i silne emocje – to coś, czym ta powieść przyciągnie czytelników.
Współpraca
Co pewien czas w literaturze dla młodzieży powraca temat z marzeń wielu nastolatków – motyw kariery w showbiznesie. Pragnienie sławy w starym stylu to właściwie samograj, trzeba po prostu pokazać drogę bohaterów od niemożności zaistnienia po wielki sukces na scenie. Meg McCarthy ten scenariusz teoretycznie ma już przerobiony, za sprawą brata. Cass został w pewnym momencie odkryty i stał się błyskawicznie wschodzącą gwiazdą popu – teraz ma mnóstwo fanek, kontrakty i zobowiązania, a także… brak weny. Powinien tworzyć nowe piosenki i przedstawiać je światu, naciska na to nie tylko uzdolniony w branży menadżer. Jednak Caspar odrzuca kolejne propozycje, a wręcz reaguje agresją na wszelkie nieprzychylne komentarze. Trzeba wokół niego chodzić na paluszkach, co uprawiają rodzice – i co niezwykle irytuje Meg. Bo Meg sama też pisze piosenki, komponuje, śpiewa i nagrywa wszystko w zaciszu swojego pokoju. Wie, że nikomu nie zaprezentuje tych utworów, a właściwie jest tylko jedna osoba, która może je poznać – chłopak z internetu. Jemu Meg (oczywiście pod pseudonimem) zwierza się z najskrytszych emocji, jemu przedstawia swoje utwory i jemu kibicuje w codziennych zmaganiach z rzeczywistością. Nie odkrywa tylko własnej tożsamości. Ona zna swojego rozmówcę i potajemnie się w nim kocha.
Ale „The songs you’ve never heard” to nie jest kolejna książka o rozwoju miłości młodych ludzi. Motyw zauroczenia albo zakochania schodzi naprawdę na margines opowieści – zresztą i tutaj autorki mają pomysły na to, jak urozmaicić temat, żeby nie był powieleniem znanych już odbiorcom rozwiązań. Znacznie bardziej liczy się przyjaźń. Oto bowiem Meg, która na co dzień jest odludkiem, ale pracuje na markę McCarthy jak cała rodzina (co obejmuje między innymi wstawianie zakłamanych postów na konta w mediach społecznościowych), zaczyna wakacyjną pracę. Ma sprzedawać mrożony jogurt w lokalnym sklepiku. Nie jest to zajęcie jej marzeń, bardziej efekt zobowiązań matki – ale to ten sklepik zmienia życie bohaterki. Pracuje tam bowiem Alana, dziewczyna porażająca pewnością siebie. Alana ma nadwagę, ale pozbawiona jest kompleksów. Szybko wychodzi na jaw, że śpiewa i chciałaby zrobić karierę – ale nie potrafi wyjść z lokalnych amatorskich występów. Obie bohaterki, nawet jeśli Meg nie zakłada rozwijania znajomości, potrzebują się nawzajem. Meg mawiedzę na temat kulis i tajników showbiznesu, Alana – czysty talent. Obie potrafią pisać piosenki i mogą połączyć siły, stając się dla siebie nawzajem inspiracją. Wreszcie obie mogą pokonywać tremę i słabości, tak, żeby zwyciężyć w najtrudniejszych chwilach. Relacja Meg i Alany robi się tak silna, że całkowicie przyćmiewa sprawy związane z nieszczęśliwymi miłościami – to temat wsparcia i zrozumienia drugiej osoby liczy się w tej powieści najbardziej.
A skoro to książka muzyczna w temacie, Becky Jerams i Ellie Wyatt robią sporo, żeby przekazać słowami dźwięki. Radzą sobie i z pokazaniem procesów twórczych (rzadka rzecz w powieściach tego rodzaju), i z namuzycznieniem opowieści (za sprawą list top 5 utworów – którymi przerzucają się bohaterowie w sieci). Jest tu wiele melodii, które odbiorców poruszą i które zachęcą do zanurzania się w świat muzyki. Ciekawie poprowadzona akcja i silne emocje – to coś, czym ta powieść przyciągnie czytelników.
sobota, 29 lipca 2023
Lucy Maud Montgomery: Wymarzony dom Anne
Marginesy, Warszawa 2023.
Miejsce na ziemi
"Wymarzony dom Anne" to piąta część przygód rudowłosej dziewczynki - teraz już kobiety, która realizuje swoje śmiałe marzenia z pierwszych dorosłych lat. Anne Shirley wychodzi właśnie za Gilberta i staje się panią Blythe. Gilbert znajduje dla siebie i szczęśliwej żony nowy dom, malutki i przytulny dom nad zatoką Four Winds. W pobliżu mieszka stary latarnik, który zna najciekawsze historie z okolicy, zresztą do ludzi, którzy chętnie dzielą się informacjami o sąsiadach i o przeszłości jest tu więcej, a Anne przyciąga ich jak magnes: wszyscy co pewien czas spotykają się w swoich domach i dzielą kolejnymi opowieściami. To przecież jedna z podstawowych rozrywek i sposobów na budowanie więzi międzyludzkich. Zresztą Anne nie może zostawać bez towarzystwa: potrzebuje ludzi bardziej niż do tej pory, zwłaszcza kiedy jej pierwsze marzenie w związku kończy się wielkim dramatem. Wytęsknione dziecko, które początkowo pozostaje tylko w sferze tajemniczych półuśmiechów Anne, żyje tylko jeden dzień. Jendak Lucy Maud Montgomery nie pozwala czytelniczkom na pozostawanie w smutku. Zresztą w "Wymarzonym domu Anne" nie tylko główna bohaterka zasługuje na szczęście - i nie tylko Anne los musi wynagrodzić krzywdy. Jest tu też piękna kobieta, która wycierpiała już sporo mimo młodego wieku - i w dalszym ciągu nie ma co liczyć na szczęście w relacji, nawet jeśli znajdzie się ktoś, kto pokocha ją bez zastrzeżeń. A przecież w świecie Anne nie ma możliwości odejścia z ukochaną osobą, nie można zerwać więzi małżeńskich - nie tylko ze względu na opinię innych ludzi. Droga do szczęścia bywa bardzo wyboista, ale trzeba wierzyć w autorkę, która zrobi wiele, żeby spełnić marzenia czytelniczek. Dzięki temu tylko seria w dalszym ciągu trafia do odbiorczyń, nawet mimo archaicznych już zachowań i systemów postępowania wśród bohaterów.
Gilberta nie ma tu zbyt wiele, chociaż to on prowadzi męskie rozmowy z kapitanem Jimem (tym rozmowom Anne może się tylko przysłuchiwać). Zwykle pracuje, ale czasami udowadnia żonie, że bardzo ją kocha - Lucy Maud Montgomery bardzo dyskretnie sugeruje miłość między Anne i Gilbertem, powraca do niej od czasu do czasu, tak, żeby przypomnieć czytelniczkom o jej istnieniu. "Wymarzony dom Anne" to powieść, która pokazuje wejście Anne w dorosłość. Na rynek wraca z powodu nowego tłumaczenia Anny Bańkowskiej - która najbardziej zaistnieć próbuje przez zmianę imienia bohaterki (spolszczona Anna pozostawiałaby mnóstwo możliwości interpretacyjnych w odcieniach zdrobnień, wersja Anne okazuje się bardziej bezduszna: i tak ci, którzy przyzwyczajeni są do starej wersji, będą czytać o "Ani", niezależnie od tytułu). Anna Bańkowska zwraca na siebie uwagę również w sytuacjach, w których bohaterowie posługują się niedbałym (z powodu luk w wykształceniu) językiem. Podkreśla istnienie rozmaitych nawiązań międzytekstowych, a tutaj także mocno zaznacza istnienie ludzi, którzy "znają Józefa" (tłumaczy pochodzenie tego zwrotu, a później w narracji powraca do niego tak, żeby czytelniczki przyzwyczaiły się do takiego sposobu oceniania znajomych). "Wymarzony dom Anne" to książka dla fanek przygód rudowłosej bohaterki.
Miejsce na ziemi
"Wymarzony dom Anne" to piąta część przygód rudowłosej dziewczynki - teraz już kobiety, która realizuje swoje śmiałe marzenia z pierwszych dorosłych lat. Anne Shirley wychodzi właśnie za Gilberta i staje się panią Blythe. Gilbert znajduje dla siebie i szczęśliwej żony nowy dom, malutki i przytulny dom nad zatoką Four Winds. W pobliżu mieszka stary latarnik, który zna najciekawsze historie z okolicy, zresztą do ludzi, którzy chętnie dzielą się informacjami o sąsiadach i o przeszłości jest tu więcej, a Anne przyciąga ich jak magnes: wszyscy co pewien czas spotykają się w swoich domach i dzielą kolejnymi opowieściami. To przecież jedna z podstawowych rozrywek i sposobów na budowanie więzi międzyludzkich. Zresztą Anne nie może zostawać bez towarzystwa: potrzebuje ludzi bardziej niż do tej pory, zwłaszcza kiedy jej pierwsze marzenie w związku kończy się wielkim dramatem. Wytęsknione dziecko, które początkowo pozostaje tylko w sferze tajemniczych półuśmiechów Anne, żyje tylko jeden dzień. Jendak Lucy Maud Montgomery nie pozwala czytelniczkom na pozostawanie w smutku. Zresztą w "Wymarzonym domu Anne" nie tylko główna bohaterka zasługuje na szczęście - i nie tylko Anne los musi wynagrodzić krzywdy. Jest tu też piękna kobieta, która wycierpiała już sporo mimo młodego wieku - i w dalszym ciągu nie ma co liczyć na szczęście w relacji, nawet jeśli znajdzie się ktoś, kto pokocha ją bez zastrzeżeń. A przecież w świecie Anne nie ma możliwości odejścia z ukochaną osobą, nie można zerwać więzi małżeńskich - nie tylko ze względu na opinię innych ludzi. Droga do szczęścia bywa bardzo wyboista, ale trzeba wierzyć w autorkę, która zrobi wiele, żeby spełnić marzenia czytelniczek. Dzięki temu tylko seria w dalszym ciągu trafia do odbiorczyń, nawet mimo archaicznych już zachowań i systemów postępowania wśród bohaterów.
Gilberta nie ma tu zbyt wiele, chociaż to on prowadzi męskie rozmowy z kapitanem Jimem (tym rozmowom Anne może się tylko przysłuchiwać). Zwykle pracuje, ale czasami udowadnia żonie, że bardzo ją kocha - Lucy Maud Montgomery bardzo dyskretnie sugeruje miłość między Anne i Gilbertem, powraca do niej od czasu do czasu, tak, żeby przypomnieć czytelniczkom o jej istnieniu. "Wymarzony dom Anne" to powieść, która pokazuje wejście Anne w dorosłość. Na rynek wraca z powodu nowego tłumaczenia Anny Bańkowskiej - która najbardziej zaistnieć próbuje przez zmianę imienia bohaterki (spolszczona Anna pozostawiałaby mnóstwo możliwości interpretacyjnych w odcieniach zdrobnień, wersja Anne okazuje się bardziej bezduszna: i tak ci, którzy przyzwyczajeni są do starej wersji, będą czytać o "Ani", niezależnie od tytułu). Anna Bańkowska zwraca na siebie uwagę również w sytuacjach, w których bohaterowie posługują się niedbałym (z powodu luk w wykształceniu) językiem. Podkreśla istnienie rozmaitych nawiązań międzytekstowych, a tutaj także mocno zaznacza istnienie ludzi, którzy "znają Józefa" (tłumaczy pochodzenie tego zwrotu, a później w narracji powraca do niego tak, żeby czytelniczki przyzwyczaiły się do takiego sposobu oceniania znajomych). "Wymarzony dom Anne" to książka dla fanek przygód rudowłosej bohaterki.
poniedziałek, 3 lipca 2023
Joya Goffney: Wyznania rzekomo porządnej dziewczyny
Must Read, Media Rodzina Poznań 2023.
Wolność
Książka dla nastolatek o pochwicy - Joya Goffney ma odważny i oryginalny pomysł na kreację głównej bohaterki tomu "Wyznania rzekomo porządnej dziewczyny". Przełamuje tabu i odwołuje się do sytuacji, z którą część odbiorczyń ma lub będzie mieć do czynienia. Wprawdzie przyczynę choroby osadza w wyjątkowo religijnym domu, ale sprawia też, że Mo stanie się przewodniczką dla pewnej grupy nastolatek. Problem ginekologiczny to punkt wyjścia do opowieści o przyjaźni i poszukiwaniu własnych pomysłów na życie - a także do buntu wobec skostniałych zasad i do wyjątkowo silnych przeżyć. Monique jest czarnoskórą córką pastora i jako dziewczyna wychowywana przez bardzo surowych rodziców musi zachowywać się nienagannie. Sporo czasu spędza w kościele, a od dwóch lat spotyka się z chłopakiem, który gra na perkusji podczas nabożeństw prowadzonych przez jej ojca. Monique wie, czego się od niej oczekuje: ze współżyciem powinna zaczekać do ślubu, nie zszargać opinii o sobie i dawać dobry przykład wszystkim, zupełnie jak Sasha, nielubiana koleżanka ze wspólnoty. Jednak Mo nie chce dla siebie takiego życia i chociaż nie rozumie, dlaczego jej starsza siostra kiedyś pokłóciła się z rodzicami i zniknęła bez śladu, postanawia odrobinę nagiąć zasady. Jedną ze spraw, o których rodzice nie mogą się dowiedzieć, jest chęć utraty dziewictwa. Tyle tylko, że chociaż Mo próbowała dwadzieścia dziewięć razy, nie jest w stanie uprawiać seksu. Poszukiwanie pomocy zamienia się w wielką przyjaźń z dotychczasową rywalką. Bohaterka dowiaduje się o istnieniu dilatorów i wraz z Sashą oraz Reggiem, "trudnym" dzieciakiem wychowawczo prowadzonym przez jej rodziców, próbuje je dla siebie zdobyć.
Z jednej strony porusza Joya Goffney temat przygotowania do uprawiania seksu przez nastolatki, jednak nie zrzuca winy za przypadłość na emocjonalną lub fizyczną niedojrzałość, a na konserwatywne wychowanie. Z drugiej strony jest tu jednak delikatnie zarysowany motyw odpowiedniego partnera - człowieka, który jest w stanie zapewnić wsparcie i nie odsunie się, gdy problem będzie narastał. Psychicznie dziewczyna jest gotowa na swój pierwszy raz, ale ciało odmawia jej posłuszeństwa i to wątek, który stanowi przeciwwagę dla coraz bardziej rozerotyzowanych historii obyczajowych. Tutaj nie liczy się romans, a bezpieczeństwo i zaufanie, jakie zapewniają przyjaciele. Mo dowiaduje się, czym jest wolność, dopiero dzięki temu, co funduje jej Reggie do spółki z Sashą. "Wyznania rzekomo porządnej dziewczyny" to powieść, która ma wyzwolić odbiorczynie z poczucia winy lub frustracji wiążącej się z doświadczeniami seksualnymi (albo ich brakiem) i która zwraca uwagę na kobiece przypadłości i choroby. Poza aspektem biologicznym jest tu jednak mnóstwo znakomitej zabawy - to przecież powieść o dojrzewaniu i o odkrywaniu własnej drogi do szczęścia. Na uwagę zasługuje zwłaszcza obecność "wyzwolonej" (a w rzeczywistości wolnej od upodlających kobiety przekonań) ciotki Mo, a także historia jej matki, starannie skrywana przed dorastającą dziewczyną. Nie ma tu nacisku na przyspieszanie współżycia - bohaterka realizuje po prostu swoje potrzeby i uczy się o nie walczyć w skrajnie nieprzyjaznym środowisku. Pozwala czytelniczkom na przyjrzenie się własnym związkom. Joya Goffney trafi zwłaszcza do nastolatek, które nie są pewne swoich decyzji lub potrzebują fachowej porady - zainspiruje do zgłoszenia się po pomoc.
Wolność
Książka dla nastolatek o pochwicy - Joya Goffney ma odważny i oryginalny pomysł na kreację głównej bohaterki tomu "Wyznania rzekomo porządnej dziewczyny". Przełamuje tabu i odwołuje się do sytuacji, z którą część odbiorczyń ma lub będzie mieć do czynienia. Wprawdzie przyczynę choroby osadza w wyjątkowo religijnym domu, ale sprawia też, że Mo stanie się przewodniczką dla pewnej grupy nastolatek. Problem ginekologiczny to punkt wyjścia do opowieści o przyjaźni i poszukiwaniu własnych pomysłów na życie - a także do buntu wobec skostniałych zasad i do wyjątkowo silnych przeżyć. Monique jest czarnoskórą córką pastora i jako dziewczyna wychowywana przez bardzo surowych rodziców musi zachowywać się nienagannie. Sporo czasu spędza w kościele, a od dwóch lat spotyka się z chłopakiem, który gra na perkusji podczas nabożeństw prowadzonych przez jej ojca. Monique wie, czego się od niej oczekuje: ze współżyciem powinna zaczekać do ślubu, nie zszargać opinii o sobie i dawać dobry przykład wszystkim, zupełnie jak Sasha, nielubiana koleżanka ze wspólnoty. Jednak Mo nie chce dla siebie takiego życia i chociaż nie rozumie, dlaczego jej starsza siostra kiedyś pokłóciła się z rodzicami i zniknęła bez śladu, postanawia odrobinę nagiąć zasady. Jedną ze spraw, o których rodzice nie mogą się dowiedzieć, jest chęć utraty dziewictwa. Tyle tylko, że chociaż Mo próbowała dwadzieścia dziewięć razy, nie jest w stanie uprawiać seksu. Poszukiwanie pomocy zamienia się w wielką przyjaźń z dotychczasową rywalką. Bohaterka dowiaduje się o istnieniu dilatorów i wraz z Sashą oraz Reggiem, "trudnym" dzieciakiem wychowawczo prowadzonym przez jej rodziców, próbuje je dla siebie zdobyć.
Z jednej strony porusza Joya Goffney temat przygotowania do uprawiania seksu przez nastolatki, jednak nie zrzuca winy za przypadłość na emocjonalną lub fizyczną niedojrzałość, a na konserwatywne wychowanie. Z drugiej strony jest tu jednak delikatnie zarysowany motyw odpowiedniego partnera - człowieka, który jest w stanie zapewnić wsparcie i nie odsunie się, gdy problem będzie narastał. Psychicznie dziewczyna jest gotowa na swój pierwszy raz, ale ciało odmawia jej posłuszeństwa i to wątek, który stanowi przeciwwagę dla coraz bardziej rozerotyzowanych historii obyczajowych. Tutaj nie liczy się romans, a bezpieczeństwo i zaufanie, jakie zapewniają przyjaciele. Mo dowiaduje się, czym jest wolność, dopiero dzięki temu, co funduje jej Reggie do spółki z Sashą. "Wyznania rzekomo porządnej dziewczyny" to powieść, która ma wyzwolić odbiorczynie z poczucia winy lub frustracji wiążącej się z doświadczeniami seksualnymi (albo ich brakiem) i która zwraca uwagę na kobiece przypadłości i choroby. Poza aspektem biologicznym jest tu jednak mnóstwo znakomitej zabawy - to przecież powieść o dojrzewaniu i o odkrywaniu własnej drogi do szczęścia. Na uwagę zasługuje zwłaszcza obecność "wyzwolonej" (a w rzeczywistości wolnej od upodlających kobiety przekonań) ciotki Mo, a także historia jej matki, starannie skrywana przed dorastającą dziewczyną. Nie ma tu nacisku na przyspieszanie współżycia - bohaterka realizuje po prostu swoje potrzeby i uczy się o nie walczyć w skrajnie nieprzyjaznym środowisku. Pozwala czytelniczkom na przyjrzenie się własnym związkom. Joya Goffney trafi zwłaszcza do nastolatek, które nie są pewne swoich decyzji lub potrzebują fachowej porady - zainspiruje do zgłoszenia się po pomoc.
czwartek, 16 marca 2023
Amy Noelle Parks: Almost kiss. Nie flirtuj ze mną na fizyce
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2023.
Lęki
Te nastolatki przeciętne nie są. Caleb świetnie realizuje się w informatyce, Evie jest matematycznym geniuszem. Wprawdzie doskonałe oceny w szkole i możliwość zdobycia miejsca na studiach przez udział w Granicy, najważniejszym konkursie dla młodzieży zaprzątają odrobinę ich uwagę, jednak najlepsi przyjaciele wchodzą przecież w okres dojrzewania, a to wiąże się ze sporymi zmianami. Caleb podkochiwał się w Evie od dzieciństwa. Kolekcjonuje nawet "prawie pocałunki", momenty, w których mógł niemal przenieść marzenia do świata realnego - jednak Evie na żadne flirty nie reaguje. To dziewczyna bardzo wycofana i lękliwa. Nie potrafi odczytywać uczuć ani wyrazów twarzy ludzi, z którymi rozmawia. W dodatku jej matka podsyca jeszcze kolejne strachy, jako psycholog widzi w córce ucieleśnienie wszystkich możliwych chorób i zmusza ją do chodzenia na terapię i do brania leków. Evie już raz stanęła przed jurorami z Granicy, ale nie miała szans na sukces, bo sparaliżowała ją trema. Teraz wszystko ma odbyć się inaczej, bo będzie jej towarzyszył Caleb. Udało się znaleźć taki projekt, który łączy piękno matematycznych wzorów i programowanie.
Oczywiście kwestie matematyczne podawane przez autorkę na drugim planie i mocno upraszczane nie przyciągną nastolatków, chociaż zapewniają oryginalność lekturową. W "Nie flirtuj ze mną na fizyce" liczy się bowiem relacja między młodymi ludźmi. Evie nagle postanawia wyjść ze swojej skorupy, pozwala się poderwać. Szczęśliwcem jest Leo, dobry przyjaciel Caleba. To Leo pokazuje Evie, co oznacza bycie w związku. Jednak ma pewną wadę - nie jest Calebem. Nie można z nim porozmawiać na wszystkie tematy, nie rozumie zbyt dobrze Evie i nie zna jej historii. Evie powoli uświadamia sobie, ile znaczy dla niej Caleb. I chociaż wcześniej bała się niszczyć przyjaźń, nabiera sił, żeby zaryzykować.
"Nie flirtuj ze mną na fizyce" to opowieść, która młodych odbiorców przyciągnie przede wszystkim klimatem, nastawieniem na analizę uczuć i porównywanie zauroczenia i przyjaźni. Na pierwszy plan wysuwa się tu czworo nastolatków: do Evie, Caleba i Leo dochodzi jeszcze Bex, najlepsza przyjaciółka Evie - i dziewczyna, która również średnio radzi sobie w kontaktach z płcią przeciwną z racji wychowania i wiary. Każde z bohaterów pojawia się w książce po to, żeby coś rozstrzygnąć i żeby wyjaśnić czytelnikom część targających nimi wątpliwości. Sam scenariusz jest przewidywalny, każdy domyśli się, jak musi się zakończyć opowieść o Evie i Calebie - jednak po drodze autorka bardzo dużo tłumaczy. Pokazuje na konkretnych zachowaniach i wrażeniach (narracja prowadzona jest na przemian przez oboje bohaterów), o co w tym wszystkim chodzi - jak ludzie dobierają się w pary i czego szukają w drugim człowieku, kiedy potrzebują wsparcia, a kiedy burzy emocjonalnej. Evie przy okazji uczy się też samodzielności: problem z matką stopniowo rośnie i osiąga przerażający wymiar - odbiorcy muszą przekonać się, że mają prawo do decydowania o sobie i że czasami trzeba przeciwstawić się bliskim, żeby móc normalnie funkcjonować. Przeciętna przygoda miłosna zamienia się w nieprzeciętną historię przede wszystkim za sprawą matematyki i całej naukowej otoczki - ale nie powoduje to zmęczenia czytelników, autorka nie wpada w hermetyczne tony - dosmacza za to opowieść dzięki nietypowym i bardziej ambitnym tematom. To książka, którą czyta się z przyjemnością.
Lęki
Te nastolatki przeciętne nie są. Caleb świetnie realizuje się w informatyce, Evie jest matematycznym geniuszem. Wprawdzie doskonałe oceny w szkole i możliwość zdobycia miejsca na studiach przez udział w Granicy, najważniejszym konkursie dla młodzieży zaprzątają odrobinę ich uwagę, jednak najlepsi przyjaciele wchodzą przecież w okres dojrzewania, a to wiąże się ze sporymi zmianami. Caleb podkochiwał się w Evie od dzieciństwa. Kolekcjonuje nawet "prawie pocałunki", momenty, w których mógł niemal przenieść marzenia do świata realnego - jednak Evie na żadne flirty nie reaguje. To dziewczyna bardzo wycofana i lękliwa. Nie potrafi odczytywać uczuć ani wyrazów twarzy ludzi, z którymi rozmawia. W dodatku jej matka podsyca jeszcze kolejne strachy, jako psycholog widzi w córce ucieleśnienie wszystkich możliwych chorób i zmusza ją do chodzenia na terapię i do brania leków. Evie już raz stanęła przed jurorami z Granicy, ale nie miała szans na sukces, bo sparaliżowała ją trema. Teraz wszystko ma odbyć się inaczej, bo będzie jej towarzyszył Caleb. Udało się znaleźć taki projekt, który łączy piękno matematycznych wzorów i programowanie.
Oczywiście kwestie matematyczne podawane przez autorkę na drugim planie i mocno upraszczane nie przyciągną nastolatków, chociaż zapewniają oryginalność lekturową. W "Nie flirtuj ze mną na fizyce" liczy się bowiem relacja między młodymi ludźmi. Evie nagle postanawia wyjść ze swojej skorupy, pozwala się poderwać. Szczęśliwcem jest Leo, dobry przyjaciel Caleba. To Leo pokazuje Evie, co oznacza bycie w związku. Jednak ma pewną wadę - nie jest Calebem. Nie można z nim porozmawiać na wszystkie tematy, nie rozumie zbyt dobrze Evie i nie zna jej historii. Evie powoli uświadamia sobie, ile znaczy dla niej Caleb. I chociaż wcześniej bała się niszczyć przyjaźń, nabiera sił, żeby zaryzykować.
"Nie flirtuj ze mną na fizyce" to opowieść, która młodych odbiorców przyciągnie przede wszystkim klimatem, nastawieniem na analizę uczuć i porównywanie zauroczenia i przyjaźni. Na pierwszy plan wysuwa się tu czworo nastolatków: do Evie, Caleba i Leo dochodzi jeszcze Bex, najlepsza przyjaciółka Evie - i dziewczyna, która również średnio radzi sobie w kontaktach z płcią przeciwną z racji wychowania i wiary. Każde z bohaterów pojawia się w książce po to, żeby coś rozstrzygnąć i żeby wyjaśnić czytelnikom część targających nimi wątpliwości. Sam scenariusz jest przewidywalny, każdy domyśli się, jak musi się zakończyć opowieść o Evie i Calebie - jednak po drodze autorka bardzo dużo tłumaczy. Pokazuje na konkretnych zachowaniach i wrażeniach (narracja prowadzona jest na przemian przez oboje bohaterów), o co w tym wszystkim chodzi - jak ludzie dobierają się w pary i czego szukają w drugim człowieku, kiedy potrzebują wsparcia, a kiedy burzy emocjonalnej. Evie przy okazji uczy się też samodzielności: problem z matką stopniowo rośnie i osiąga przerażający wymiar - odbiorcy muszą przekonać się, że mają prawo do decydowania o sobie i że czasami trzeba przeciwstawić się bliskim, żeby móc normalnie funkcjonować. Przeciętna przygoda miłosna zamienia się w nieprzeciętną historię przede wszystkim za sprawą matematyki i całej naukowej otoczki - ale nie powoduje to zmęczenia czytelników, autorka nie wpada w hermetyczne tony - dosmacza za to opowieść dzięki nietypowym i bardziej ambitnym tematom. To książka, którą czyta się z przyjemnością.
czwartek, 9 lutego 2023
Lucy Maud Montgomery: Anne z Szumiących Wierzb
Marginesy, Warszawa 2023.
Praca u podstaw
Anne Shirley otrzymuje posadę dyrektorki. Oznacza to dłuższe rozstanie z Zielonymi Szczytami: teraz młoda kobieta mieszka w Szumiących Wierzbach - romantycznym i przytulnym domu zamieszkanym przez dwie wdowy i ich "służącą", a w rzeczywistości wierną choć sarkastyczną przyjaciółkę i gospodynię. Anne znajduje tu nie tylko bratnie dusze, ale też schronienie na czas rozłąki z narzeczonym. Może liczyć na życzliwość z wielu stron, chociaż czasami też zostanie zmuszona do bardziej zdecydowanych działań - i nawet będzie musiała kilka razy zrezygnować z wrodzonej łagodności, żeby zaprowadzić właściwe porządki w swoim otoczeniu. Anne słodka, dobra i życzliwa światu czasami się zmienia: doprowadzona do ostateczności potrafi wykorzystać sarkazm i zdecydowanie - a konsekwencje jej działań przynoszą dobre efekty. Na szczęście, bo inaczej bohaterka przeżywałaby zbyt duże wyrzuty sumienia, żeby było to strawne dla czytelników. "Anne z Szumiących Wierzb" to przede wszystkim listy, zwłaszcza do Gilberta. Anne opowiada ukochanemu o swoich codziennych przeżyciach, skupia się zwykle na lokalnych plotkach i towarzyskich relacjach. Mnóstwo tu dalszoplanowych postaci, które dzielnie prezentują klimat małej społeczności. To pobrzmiewa nieco archaicznie, dzisiaj mało kto ekscytowałby się spostrzeżeniami Anne - jednak bardzo dobrze sprawdza się to w odwzorowywaniu codzienności bohaterki. Lektura ta nie do końca się zestarzała, ponieważ przygody Anne przyciągają poczuciem humoru. Od czasu do czasu bohaterki pozwalają sobie na wyjście ze sztywnych ram, porzucają konwenanse i wygłaszają cierpkie uwagi albo wręcz prawią sobie nawzajem złośliwości - to nagroda dla czytelniczek, sposób na wytrącenie z poetyki plotki. Anne od czasu do czasu przyjeżdża do Zielonych Szczytów - to autorka wykorzystuje, żeby zaznaczyć, co dzieje się u dawnych znajomych i przyjaciół. Przygotowuje jednak też Anne do dorosłości - do poważnego związku z Gilbertem.
Nie zabraknie dzieci, które ożywiają akcję. Są tu upiorne i źle wychowywane bliźnięta, które zastępują Davy'ego i Dorę (już mocno spoważniałych), jest mała Elizabeth - dziewczynka o ogromnej wrażliwości i wyobraźni tłamszonej przez opiekunki. Anne kocha dzieci i nie ukrywa tego, nawet jeśli w szkole musi walczyć z całym rodem nieżyczliwych sobie ludzi. "Anne z Szumiących Wierzb" to lektura dla fanek Lucy Maud Montgomery - co ciekawe, Anna Bańkowska, która proponuje przekład "rewolucyjny" (między innymi zastępuje topole wierzbami i wyjaśnia powrót do oryginału), nie będzie zbytnio zwracać na swoją pracę uwagi (chyba że akurat posiłkuje się w wypowiedziach regionalizmami, które rzucają się w oczy). Kto chce towarzyszyć Anne w wyprawie przez życie, ten się nie zawiedzie - i nawet jeśli dzisiaj ta seria wydaje się nieco przebrzmiała, część odbiorczyń chce wracać do lektur z dzieciństwa. Nowe tłumaczenie to świetna okazja do tego, żeby uzupełnić biblioteczkę i odświeżyć sobie klasykę.
Praca u podstaw
Anne Shirley otrzymuje posadę dyrektorki. Oznacza to dłuższe rozstanie z Zielonymi Szczytami: teraz młoda kobieta mieszka w Szumiących Wierzbach - romantycznym i przytulnym domu zamieszkanym przez dwie wdowy i ich "służącą", a w rzeczywistości wierną choć sarkastyczną przyjaciółkę i gospodynię. Anne znajduje tu nie tylko bratnie dusze, ale też schronienie na czas rozłąki z narzeczonym. Może liczyć na życzliwość z wielu stron, chociaż czasami też zostanie zmuszona do bardziej zdecydowanych działań - i nawet będzie musiała kilka razy zrezygnować z wrodzonej łagodności, żeby zaprowadzić właściwe porządki w swoim otoczeniu. Anne słodka, dobra i życzliwa światu czasami się zmienia: doprowadzona do ostateczności potrafi wykorzystać sarkazm i zdecydowanie - a konsekwencje jej działań przynoszą dobre efekty. Na szczęście, bo inaczej bohaterka przeżywałaby zbyt duże wyrzuty sumienia, żeby było to strawne dla czytelników. "Anne z Szumiących Wierzb" to przede wszystkim listy, zwłaszcza do Gilberta. Anne opowiada ukochanemu o swoich codziennych przeżyciach, skupia się zwykle na lokalnych plotkach i towarzyskich relacjach. Mnóstwo tu dalszoplanowych postaci, które dzielnie prezentują klimat małej społeczności. To pobrzmiewa nieco archaicznie, dzisiaj mało kto ekscytowałby się spostrzeżeniami Anne - jednak bardzo dobrze sprawdza się to w odwzorowywaniu codzienności bohaterki. Lektura ta nie do końca się zestarzała, ponieważ przygody Anne przyciągają poczuciem humoru. Od czasu do czasu bohaterki pozwalają sobie na wyjście ze sztywnych ram, porzucają konwenanse i wygłaszają cierpkie uwagi albo wręcz prawią sobie nawzajem złośliwości - to nagroda dla czytelniczek, sposób na wytrącenie z poetyki plotki. Anne od czasu do czasu przyjeżdża do Zielonych Szczytów - to autorka wykorzystuje, żeby zaznaczyć, co dzieje się u dawnych znajomych i przyjaciół. Przygotowuje jednak też Anne do dorosłości - do poważnego związku z Gilbertem.
Nie zabraknie dzieci, które ożywiają akcję. Są tu upiorne i źle wychowywane bliźnięta, które zastępują Davy'ego i Dorę (już mocno spoważniałych), jest mała Elizabeth - dziewczynka o ogromnej wrażliwości i wyobraźni tłamszonej przez opiekunki. Anne kocha dzieci i nie ukrywa tego, nawet jeśli w szkole musi walczyć z całym rodem nieżyczliwych sobie ludzi. "Anne z Szumiących Wierzb" to lektura dla fanek Lucy Maud Montgomery - co ciekawe, Anna Bańkowska, która proponuje przekład "rewolucyjny" (między innymi zastępuje topole wierzbami i wyjaśnia powrót do oryginału), nie będzie zbytnio zwracać na swoją pracę uwagi (chyba że akurat posiłkuje się w wypowiedziach regionalizmami, które rzucają się w oczy). Kto chce towarzyszyć Anne w wyprawie przez życie, ten się nie zawiedzie - i nawet jeśli dzisiaj ta seria wydaje się nieco przebrzmiała, część odbiorczyń chce wracać do lektur z dzieciństwa. Nowe tłumaczenie to świetna okazja do tego, żeby uzupełnić biblioteczkę i odświeżyć sobie klasykę.
środa, 28 września 2022
Laura Steven: Nic wam nie jestem winna
Must Read, Media Rodzina, Poznań 2022.
Nierówność
Bardzo ważne tematy porusza Laura Steven, a robi to z wyczuciem i dobrym pomysłem, w sam raz, żeby trafić do nastolatków i przestrzec ich przed pewnymi działaniami w internecie. Do kwestii revenge porn i slut-shamingu dodaje jeszcze motyw nierówności ze względu na płeć - i to wątek, który wypada najbardziej archaicznie w tej historii. "Nic wam nie jestem winna" to jednocześnie opowieść o pokonywaniu trudności, o kryzysach i biedzie, a także o prawdziwej przyjaźni. Bardzo dużo się tu dzieje, a wszystko jest relacjonowane przez dziewczynę, która chce zostać komikiem lub przynajmniej zająć się pisaniem scenariuszy dla Hollywood: w związku z tym przy każdej okazji ucieka w dowcip, zasłania w ten sposób prawdziwe uczucia i ratuje się przed okrucieństwem świata. Który, nawiasem mówiąc, okazuje się przeraźliwie zacofany.
Izzy O'Neill to dziewczyna, która nie ma kompleksów ani wszczepionych przez dorosłych lęków. Straciła rodziców, wychowuje ją babcia. Izzy nie myśli nawet o pójściu na studia: chce poszukać pracy, żeby odciążyć ukochaną opiekunkę finansowo, każda kwota jest dla niej zaporowa, co oczywiście nie przysparza jej uznania rówieśników. Ale nie to staje się powodem społecznego ostracyzmu. Izzy nie boi się seksu: na jednej imprezie uprawia go z dwoma chłopakami (w tym - synem senatora). Traf chce, że w tym czasie zakochuje się w niej jej najlepszy przyjaciel. I to moment, w którym wszystko zaczyna się psuć. Do sieci wyciekają nagie zdjęcia Izzy, najpierw ustosunkowuje się do nich cała szkoła, a następnie dziennikarze rozdmuchują sprawę jeszcze bardziej. W efekcie zaszczuta nastolatka traci wsparcie kolegów i przekonuje się, że zawsze może być gorzej. Nauczyciele nie wiedzą, jak zachować się w obliczu seksskandalu, a najlepsza przyjaciółka Izzy boryka się z własnymi problemami płynącymi z ograniczeń kulturowych. Trudno w tym wszystkim zachować poczucie humoru, ale Izzy bez przerwy rozbawia swoich czytelników i nie poddaje się mimo kolejnych komplikacji. Jej przykład pokazuje, co może się stać, kiedy zaufa się niewłaściwej osobie. Laura Steven oskarża dorosłych, którzy nie mają pomysłu na powstrzymanie lawiny oskarżeń i właściwe wytypowanie ofiary oraz prześladowców. Ta powieść ma szerzyć wiedzę na temat slut-shamingu, zjawiska dość młodego, ale w pełni zrozumiałego dla młodszego pokolenia. Co ciekawe, przemyca też autorka motyw akceptowania własnego ciała, przypomina, że każdy ma prawo do cieszenia się seksem i że popełnianie błędów w dziedzinie relacji damsko-męskich (oraz w parach jednopłciowych) wcale nie jest domeną młodych ludzi, przytrafia się każdemu. Jest to powieść ciekawa jako historia rozrywkowa, ale sprawdzi się też, żeby dotrzeć do młodzieży i zasugerować im kilka rozwiązań. Autorka będzie wyzwalać bunt w odbiorczyniach, uświadomi im, jak trudno przełamać społeczne schematy. "Nic wam nie jestem winna" to książka ważna i daleka od realizowania typowych scenariuszy. Przyciąga odwagą w kreowaniu akcji i w komentowaniu trudnych tematów. Chociaż bohaterka przeżywa sporo przykrości, nie ma w narracji narzekania ani załamywania się, jest śmiech mimo wszystko.
Nierówność
Bardzo ważne tematy porusza Laura Steven, a robi to z wyczuciem i dobrym pomysłem, w sam raz, żeby trafić do nastolatków i przestrzec ich przed pewnymi działaniami w internecie. Do kwestii revenge porn i slut-shamingu dodaje jeszcze motyw nierówności ze względu na płeć - i to wątek, który wypada najbardziej archaicznie w tej historii. "Nic wam nie jestem winna" to jednocześnie opowieść o pokonywaniu trudności, o kryzysach i biedzie, a także o prawdziwej przyjaźni. Bardzo dużo się tu dzieje, a wszystko jest relacjonowane przez dziewczynę, która chce zostać komikiem lub przynajmniej zająć się pisaniem scenariuszy dla Hollywood: w związku z tym przy każdej okazji ucieka w dowcip, zasłania w ten sposób prawdziwe uczucia i ratuje się przed okrucieństwem świata. Który, nawiasem mówiąc, okazuje się przeraźliwie zacofany.
Izzy O'Neill to dziewczyna, która nie ma kompleksów ani wszczepionych przez dorosłych lęków. Straciła rodziców, wychowuje ją babcia. Izzy nie myśli nawet o pójściu na studia: chce poszukać pracy, żeby odciążyć ukochaną opiekunkę finansowo, każda kwota jest dla niej zaporowa, co oczywiście nie przysparza jej uznania rówieśników. Ale nie to staje się powodem społecznego ostracyzmu. Izzy nie boi się seksu: na jednej imprezie uprawia go z dwoma chłopakami (w tym - synem senatora). Traf chce, że w tym czasie zakochuje się w niej jej najlepszy przyjaciel. I to moment, w którym wszystko zaczyna się psuć. Do sieci wyciekają nagie zdjęcia Izzy, najpierw ustosunkowuje się do nich cała szkoła, a następnie dziennikarze rozdmuchują sprawę jeszcze bardziej. W efekcie zaszczuta nastolatka traci wsparcie kolegów i przekonuje się, że zawsze może być gorzej. Nauczyciele nie wiedzą, jak zachować się w obliczu seksskandalu, a najlepsza przyjaciółka Izzy boryka się z własnymi problemami płynącymi z ograniczeń kulturowych. Trudno w tym wszystkim zachować poczucie humoru, ale Izzy bez przerwy rozbawia swoich czytelników i nie poddaje się mimo kolejnych komplikacji. Jej przykład pokazuje, co może się stać, kiedy zaufa się niewłaściwej osobie. Laura Steven oskarża dorosłych, którzy nie mają pomysłu na powstrzymanie lawiny oskarżeń i właściwe wytypowanie ofiary oraz prześladowców. Ta powieść ma szerzyć wiedzę na temat slut-shamingu, zjawiska dość młodego, ale w pełni zrozumiałego dla młodszego pokolenia. Co ciekawe, przemyca też autorka motyw akceptowania własnego ciała, przypomina, że każdy ma prawo do cieszenia się seksem i że popełnianie błędów w dziedzinie relacji damsko-męskich (oraz w parach jednopłciowych) wcale nie jest domeną młodych ludzi, przytrafia się każdemu. Jest to powieść ciekawa jako historia rozrywkowa, ale sprawdzi się też, żeby dotrzeć do młodzieży i zasugerować im kilka rozwiązań. Autorka będzie wyzwalać bunt w odbiorczyniach, uświadomi im, jak trudno przełamać społeczne schematy. "Nic wam nie jestem winna" to książka ważna i daleka od realizowania typowych scenariuszy. Przyciąga odwagą w kreowaniu akcji i w komentowaniu trudnych tematów. Chociaż bohaterka przeżywa sporo przykrości, nie ma w narracji narzekania ani załamywania się, jest śmiech mimo wszystko.
sobota, 13 sierpnia 2022
Beth Garrod: Przypał i cała reszta
Ya! Warszawa 2022.
Festiwal
Bella ma talent do robienia z siebie pośmiewiska. Nie przejmuje się jednak kolejnymi porażkami i nawet jeśli w szkolnym albumie na zawsze pozostanie podpisana jako Przypał (bo nie przeczytała dokładnie instrukcji), nikt nie będzie o tej wpadce pamiętał za jakiś czas. Bella bowiem skupia się na znacznie ważniejszych rzeczach. Chce wziąć udział w festiwalu, na którym zagra również jej ukochany, Fantastyczny Adam - czyli Fadam (chociaż na szczęście bohaterka nie ekscytuje się już tak bardzo grami słów). Razem z Bellą o festiwalu marzą też jej przyjaciółki, a jeśli nastolatki przy czymś się uprą, znajdą sposób, żeby to zrealizować. Chociaż Bella mogłaby martwić się egzaminami (i przy okazji zastanawiać, czy będzie jeszcze widywać się z przyjaciółkami na lekcjach), skupia się na wakacjach. Festiwal to nieoczekiwanie ciężka praca przy sprzątaniu śmieci - i wiele wyzwań, na które dziewczyna nie była przygotowana. Zimne noce w namiocie, komplikacje odzieżowe, a nawet kolejki do toitoiów to tylko preludium przed najtrudniejszym zadaniem. Bella musi powstrzymać gwiazdę festiwalu - zespół, który słynie w sieci z seksistowskich komentarzy i uprzedmiotowienia kobiet. Nastolatka postanawia powstrzymać muzyków, a przynajmniej uświadomić im, że nie zachowują się odpowiednio. Kiedy Rach - przyjaciółka Belli - trafia na listę obśmianych przez narcystycznego wokalistę fanek, wiadomo, że nie wolno odpuścić. Pozostaje pytanie, jak doprowadzić do zmiany programu przez organizatorów - i jakie działa wytoczyć, żeby zespół zrozumiał swój błąd. Równolegle toczy się jeszcze gra o znajomości: o Rach zabiegają najpopularniejsze dziewczyny w szkole - nikt nie wie, dlaczego nagle postanowiły zwrócić uwagę na dawniej odrzucaną rówieśniczkę. Bella nie ma jednak zbyt dużo czasu na interesowanie się sprawami najbliższych, bo jej związek z Adamem przechodzi najwyraźniej kryzys: chłopak ma coraz mniej czasu na spotkania, nie chce też przedstawiać Belli rodzicom. Nie mówi, że kocha, w ogóle stroni od kontaktu. A przecież wakacje pod namiotem to wymarzony czas na zacieśnienie znajomości. Tyle że Bella - na przekór modom - nie wydaje się na to gotowa.
Jest tu całe mnóstwo tematów pobocznych, wątków, które składają się na codzienność Belli i uwiarygodniają ją, a niekoniecznie zatrzymają uwagę nastoletnich czytelniczek. Odbiorczynie będą chciały sprawdzić, jak rozwinie się związek Belli i - czy uda się powstrzymać obleśne zachowania cenionego zespołu. Beth Garrod wykorzystuje powieść, żeby zasugerować parę rzeczy czytelniczkom - zwłaszcza zależy jej na szerzeniu wiedzy na temat nadużyć seksualnych i tego, że człowiek nie możśe być czyjąś własnością. Wiele razy powtarza hasła, które dziewczyny zamierzają rozpropagować - tak, żeby dobrze wbić je odbiorczyniom w pamięć i sprawić, by żadna nie miała wątpliwości co do oceny postępowania zbyt pewnych siebie facetów. Niektóre scenki są obliczone wyłącznie na śmiech, inne zbyt wydumane, żeby można było w nie uwierzyć - ale bohaterka, która przyciąga nieszczęścia i ze wszystkich opresji wychodzi cało dzięki wrodzonemu dystansowi do siebie i dzięki życzliwym ludziom wokół nie jest niczym nowym. Chodzi tu o czystą rozrywkę i o relaks, a to Beth Garrod zapewnia.
Festiwal
Bella ma talent do robienia z siebie pośmiewiska. Nie przejmuje się jednak kolejnymi porażkami i nawet jeśli w szkolnym albumie na zawsze pozostanie podpisana jako Przypał (bo nie przeczytała dokładnie instrukcji), nikt nie będzie o tej wpadce pamiętał za jakiś czas. Bella bowiem skupia się na znacznie ważniejszych rzeczach. Chce wziąć udział w festiwalu, na którym zagra również jej ukochany, Fantastyczny Adam - czyli Fadam (chociaż na szczęście bohaterka nie ekscytuje się już tak bardzo grami słów). Razem z Bellą o festiwalu marzą też jej przyjaciółki, a jeśli nastolatki przy czymś się uprą, znajdą sposób, żeby to zrealizować. Chociaż Bella mogłaby martwić się egzaminami (i przy okazji zastanawiać, czy będzie jeszcze widywać się z przyjaciółkami na lekcjach), skupia się na wakacjach. Festiwal to nieoczekiwanie ciężka praca przy sprzątaniu śmieci - i wiele wyzwań, na które dziewczyna nie była przygotowana. Zimne noce w namiocie, komplikacje odzieżowe, a nawet kolejki do toitoiów to tylko preludium przed najtrudniejszym zadaniem. Bella musi powstrzymać gwiazdę festiwalu - zespół, który słynie w sieci z seksistowskich komentarzy i uprzedmiotowienia kobiet. Nastolatka postanawia powstrzymać muzyków, a przynajmniej uświadomić im, że nie zachowują się odpowiednio. Kiedy Rach - przyjaciółka Belli - trafia na listę obśmianych przez narcystycznego wokalistę fanek, wiadomo, że nie wolno odpuścić. Pozostaje pytanie, jak doprowadzić do zmiany programu przez organizatorów - i jakie działa wytoczyć, żeby zespół zrozumiał swój błąd. Równolegle toczy się jeszcze gra o znajomości: o Rach zabiegają najpopularniejsze dziewczyny w szkole - nikt nie wie, dlaczego nagle postanowiły zwrócić uwagę na dawniej odrzucaną rówieśniczkę. Bella nie ma jednak zbyt dużo czasu na interesowanie się sprawami najbliższych, bo jej związek z Adamem przechodzi najwyraźniej kryzys: chłopak ma coraz mniej czasu na spotkania, nie chce też przedstawiać Belli rodzicom. Nie mówi, że kocha, w ogóle stroni od kontaktu. A przecież wakacje pod namiotem to wymarzony czas na zacieśnienie znajomości. Tyle że Bella - na przekór modom - nie wydaje się na to gotowa.
Jest tu całe mnóstwo tematów pobocznych, wątków, które składają się na codzienność Belli i uwiarygodniają ją, a niekoniecznie zatrzymają uwagę nastoletnich czytelniczek. Odbiorczynie będą chciały sprawdzić, jak rozwinie się związek Belli i - czy uda się powstrzymać obleśne zachowania cenionego zespołu. Beth Garrod wykorzystuje powieść, żeby zasugerować parę rzeczy czytelniczkom - zwłaszcza zależy jej na szerzeniu wiedzy na temat nadużyć seksualnych i tego, że człowiek nie możśe być czyjąś własnością. Wiele razy powtarza hasła, które dziewczyny zamierzają rozpropagować - tak, żeby dobrze wbić je odbiorczyniom w pamięć i sprawić, by żadna nie miała wątpliwości co do oceny postępowania zbyt pewnych siebie facetów. Niektóre scenki są obliczone wyłącznie na śmiech, inne zbyt wydumane, żeby można było w nie uwierzyć - ale bohaterka, która przyciąga nieszczęścia i ze wszystkich opresji wychodzi cało dzięki wrodzonemu dystansowi do siebie i dzięki życzliwym ludziom wokół nie jest niczym nowym. Chodzi tu o czystą rozrywkę i o relaks, a to Beth Garrod zapewnia.
czwartek, 28 lipca 2022
Lucy Maud Montgomery: Anne z Avonlea
Marginesy, Warszawa 2022.
Dojrzewanie
Dla czytelników wychowywanych na starych przekładach Ania z Zielonego Wzgórza pozostanie Anią (bez względu na podejście do tłumaczenia imion, tak samo jak pani Linde będzie Małgorzatą a nie Rachel), a Zielone Wzgórze nie zamieni się na element architektoniczny. Anna Bańkowska postanawia przywrócić właściwe nazewnictwo, jednak raczej bezskutecznie będzie walczyć z przyzwyczajeniami odbiorców. Zwłaszcza że swojska Ania budzi znacznie większą sympatię niż bezosobowa Anne.
Niezależnie od podejścia - można uzupełnić sobie biblioteczkę i pozbyć się części archaicznych komentarzy w narracji. "Anne z Avonlea" to drugi tom przygód rudowłosej bohaterki, która zaczyna wkraczać w dorosłość. Podejmuje pierwszą pracę: jest nauczycielką w miejscowej szkole. Zarzeka się, że nigdy nie uderzy żadnego dziecka i będzie starała się zrozumieć swoich podopiecznych, zwłaszcza tych o nazbyt bujnej wyobraźni. Wolne chwile spędza z przyjaciółmi - między innymi z Dianą, ale powracają też Gilbert (coraz częściej autorka sugeruje, że między tytułową bohaterką i tym przystojnym młodzieńcem nawiąże się coś różnego od przyjaźni) czy Jane i Ruby. Anne opiekuje się Marillą, ale tym razem bardziej skupia się na bliźniętach, które trafiają do Zielonych Szczytów: dwoje osieroconych dzieci podbija błyskawicznie serca kobiet. Dziewczynka jest spokojna i nie zwraca na siebie uwagi, za to chłopiec bez przerwy wpada w tarapaty albo budzi podziw dla swojej logiki. Nawet jeśli nie chce być niegrzeczny, wciąż łamie reguły narzucane przez opiekunki: później próbuje się wymigać od konsekwencji. To Davy ma być czynnikiem przyciągającym odbiorców do książki: bo przecież nie Koło Entuzjastów Avonlea, zryw społeczny, dzięki któremu miejscowość ma stać się piękniejsza. Lucy Maud Montgomery w tym temacie staje się dość moralizatorska i przewidywalna - za to przy prezentowaniu psot chłopca dobrze się bawi.
Zdarza się, że Anna Bańkowska zastępuje jedne archaizmy innymi (są tu "bonie dydy", są określenia żargonowe nie tylko w przypadku monologów niewyedukowanego dziecka, gdzie mają swoje uzasadnienie, ale w pozornie obiektywnych opisach: zabrakło w redakcji książki zwrócenia uwagi na nieprzejrzystość takich określeń). Raczej "Anne z Avonlea" nie wywoła tak wielkich kontrowersji jak pierwszy tom - bo też i jest to historia mniej znana, a bardziej wymuszana przez oczekiwania czytelników. Mniejsza liczba fanów rudowłosej dziewczyny zna na pamięć tę historię, więc też i mniej będzie rozczarowań ze względu na zmiany w ulubionych cytatach i fragmentach powieści. W "Anne z Avonlea" widać dość mocno moralizatorski charakter opowieści i nastawienie na lekcje dla dorastających czytelniczek: dzisiaj taka wersja nie zrobiłaby dobrego wrażenia - a jednak ponadczasowość przygód Ani polega również na sile prawdziwych uczuć. Bez względu na przemiany obyczajowe reakcje bohaterek będą szczere i prawdziwe - i to nie zmienia się w żadnym z tłumaczeń.
Dojrzewanie
Dla czytelników wychowywanych na starych przekładach Ania z Zielonego Wzgórza pozostanie Anią (bez względu na podejście do tłumaczenia imion, tak samo jak pani Linde będzie Małgorzatą a nie Rachel), a Zielone Wzgórze nie zamieni się na element architektoniczny. Anna Bańkowska postanawia przywrócić właściwe nazewnictwo, jednak raczej bezskutecznie będzie walczyć z przyzwyczajeniami odbiorców. Zwłaszcza że swojska Ania budzi znacznie większą sympatię niż bezosobowa Anne.
Niezależnie od podejścia - można uzupełnić sobie biblioteczkę i pozbyć się części archaicznych komentarzy w narracji. "Anne z Avonlea" to drugi tom przygód rudowłosej bohaterki, która zaczyna wkraczać w dorosłość. Podejmuje pierwszą pracę: jest nauczycielką w miejscowej szkole. Zarzeka się, że nigdy nie uderzy żadnego dziecka i będzie starała się zrozumieć swoich podopiecznych, zwłaszcza tych o nazbyt bujnej wyobraźni. Wolne chwile spędza z przyjaciółmi - między innymi z Dianą, ale powracają też Gilbert (coraz częściej autorka sugeruje, że między tytułową bohaterką i tym przystojnym młodzieńcem nawiąże się coś różnego od przyjaźni) czy Jane i Ruby. Anne opiekuje się Marillą, ale tym razem bardziej skupia się na bliźniętach, które trafiają do Zielonych Szczytów: dwoje osieroconych dzieci podbija błyskawicznie serca kobiet. Dziewczynka jest spokojna i nie zwraca na siebie uwagi, za to chłopiec bez przerwy wpada w tarapaty albo budzi podziw dla swojej logiki. Nawet jeśli nie chce być niegrzeczny, wciąż łamie reguły narzucane przez opiekunki: później próbuje się wymigać od konsekwencji. To Davy ma być czynnikiem przyciągającym odbiorców do książki: bo przecież nie Koło Entuzjastów Avonlea, zryw społeczny, dzięki któremu miejscowość ma stać się piękniejsza. Lucy Maud Montgomery w tym temacie staje się dość moralizatorska i przewidywalna - za to przy prezentowaniu psot chłopca dobrze się bawi.
Zdarza się, że Anna Bańkowska zastępuje jedne archaizmy innymi (są tu "bonie dydy", są określenia żargonowe nie tylko w przypadku monologów niewyedukowanego dziecka, gdzie mają swoje uzasadnienie, ale w pozornie obiektywnych opisach: zabrakło w redakcji książki zwrócenia uwagi na nieprzejrzystość takich określeń). Raczej "Anne z Avonlea" nie wywoła tak wielkich kontrowersji jak pierwszy tom - bo też i jest to historia mniej znana, a bardziej wymuszana przez oczekiwania czytelników. Mniejsza liczba fanów rudowłosej dziewczyny zna na pamięć tę historię, więc też i mniej będzie rozczarowań ze względu na zmiany w ulubionych cytatach i fragmentach powieści. W "Anne z Avonlea" widać dość mocno moralizatorski charakter opowieści i nastawienie na lekcje dla dorastających czytelniczek: dzisiaj taka wersja nie zrobiłaby dobrego wrażenia - a jednak ponadczasowość przygód Ani polega również na sile prawdziwych uczuć. Bez względu na przemiany obyczajowe reakcje bohaterek będą szczere i prawdziwe - i to nie zmienia się w żadnym z tłumaczeń.
piątek, 6 maja 2022
Ewa Nowak: Błahostka i kamyk
Harperkids, Warszawa 2022.
Tęsknota
Ewa Nowak kilka lat temu odwoływała się do wyobraźni nastolatków, pokazując, że każdy uważa własne problemy za najważniejsze - i przez ich pryzmat ocenia rzeczywistość. W "Błahostce i kamyku" pojawia się Marlena. Dziewczyna, która ma problemy z tożsamością. Szuka akceptacji i miłości, ale - na oślep, z reguły kieruje się nietypowymi wyznacznikami przywiązania. Zastanawia się nad tym, co czuje do swoich rówieśników, próbuje związać się z kimś, nawet jeśli nie przeżywa wielkich miłości. Spragniona jest uznania i uwagi: w dzieciństwie straciła rodziców, wychowuje ją tylko dziadek. Marlena tęskni za obecnością mamy i szuka jej w każdej kobiecie, która poświęci bohaterce odrobinę uwagi. To dla niej najważniejsze. Jest tu wiele błądzenia i przeżyć zrozumiałych tylko dzięki osobistej perspektywie nastolatki: sytuacja Marleny nie należy do typowych, ale Ewa Nowak wykorzystuje ją, żeby powiedzieć odbiorczyniom coś o dojrzewaniu i o kodeksie moralnym.
Marlena obwinia się za wypadek samochodowy, w którym zginęli jej rodzice - nie przychodzi jej do głowy, żeby porozmawiać z kimś o wydarzeniach, jakich zapamiętać nie mogła. Zamyka się w swoim cierpieniu, bo tak jej najwygodniej - dopiero gdy ktoś z zewnątrz pokaże dziewczynie schematy, w jakie wpadła, Marlena zrozumie, że potrzebuje pomocy. Powoli otwiera się na informacje i przygotowuje na to, co przyniesie jej grzebanie w przeszłości. Tymczasem rzeczywistość dostarcza równie ważnych wyzwań: najpierw chłopak, którego Marlena nie kocha, ale z nudów może z nim trochę pobyć. Zwłaszcza że ów chłopak ma cudowną mamę, która zamienia się w przyjaciółkę Marleny i pomaga we wszystkim, czego nastolatka potrzebuje. Z trudem uzyskaną sielankę psuje pewien wypadek: Marlena będzie musiała samodzielnie podjąć decyzję, która zaważy na całym jej dalszym życiu. I tu motyw pierwszego razu schodzi na dalszy plan, znacznie ważniejsze stają się wydarzenia spoza związku. Autorka mówi nastolatkom coś istotnego o nich samych, a gorzkie czasami prawdy zamyka w pełnej sensacyjnej wręcz akcji opowieści. "Błahostka i kamyk" to książka, w której narracja nie jest przezroczysta za sprawą barwnych i często komicznych porównań - ale Ewa Nowak przeważnie stara się znaleźć jeden wyróżnik dla książki, by lepiej zapadała w pamięć odbiorczyniom.
Jest ten tom powieścią, która odrzuca schematy i prowadzi przez motywy do rozważenia. Młode czytelniczki muszą przyjrzeć się zachowaniom Marleny i ocenić je, a do tego - dokonać własnych wyborów podczas lektury. Bohaterka budzi skrajne uczucia: nie daje się jednoznacznie lubić, bo jej zaskorupienie się we własnych problemach utrudnia identyfikowanie się z nią, momentami jednak wyzwala współczucie lub staje się inspiracją. "Błahostka i kamyk" to historia, w której nacisk kładziony jest na warstwę psychologiczną. Autorka rezygnuje z typowych dla obyczajówek rozwiązań i kusi odbiorczynie licznymi niespodziankami.
Tęsknota
Ewa Nowak kilka lat temu odwoływała się do wyobraźni nastolatków, pokazując, że każdy uważa własne problemy za najważniejsze - i przez ich pryzmat ocenia rzeczywistość. W "Błahostce i kamyku" pojawia się Marlena. Dziewczyna, która ma problemy z tożsamością. Szuka akceptacji i miłości, ale - na oślep, z reguły kieruje się nietypowymi wyznacznikami przywiązania. Zastanawia się nad tym, co czuje do swoich rówieśników, próbuje związać się z kimś, nawet jeśli nie przeżywa wielkich miłości. Spragniona jest uznania i uwagi: w dzieciństwie straciła rodziców, wychowuje ją tylko dziadek. Marlena tęskni za obecnością mamy i szuka jej w każdej kobiecie, która poświęci bohaterce odrobinę uwagi. To dla niej najważniejsze. Jest tu wiele błądzenia i przeżyć zrozumiałych tylko dzięki osobistej perspektywie nastolatki: sytuacja Marleny nie należy do typowych, ale Ewa Nowak wykorzystuje ją, żeby powiedzieć odbiorczyniom coś o dojrzewaniu i o kodeksie moralnym.
Marlena obwinia się za wypadek samochodowy, w którym zginęli jej rodzice - nie przychodzi jej do głowy, żeby porozmawiać z kimś o wydarzeniach, jakich zapamiętać nie mogła. Zamyka się w swoim cierpieniu, bo tak jej najwygodniej - dopiero gdy ktoś z zewnątrz pokaże dziewczynie schematy, w jakie wpadła, Marlena zrozumie, że potrzebuje pomocy. Powoli otwiera się na informacje i przygotowuje na to, co przyniesie jej grzebanie w przeszłości. Tymczasem rzeczywistość dostarcza równie ważnych wyzwań: najpierw chłopak, którego Marlena nie kocha, ale z nudów może z nim trochę pobyć. Zwłaszcza że ów chłopak ma cudowną mamę, która zamienia się w przyjaciółkę Marleny i pomaga we wszystkim, czego nastolatka potrzebuje. Z trudem uzyskaną sielankę psuje pewien wypadek: Marlena będzie musiała samodzielnie podjąć decyzję, która zaważy na całym jej dalszym życiu. I tu motyw pierwszego razu schodzi na dalszy plan, znacznie ważniejsze stają się wydarzenia spoza związku. Autorka mówi nastolatkom coś istotnego o nich samych, a gorzkie czasami prawdy zamyka w pełnej sensacyjnej wręcz akcji opowieści. "Błahostka i kamyk" to książka, w której narracja nie jest przezroczysta za sprawą barwnych i często komicznych porównań - ale Ewa Nowak przeważnie stara się znaleźć jeden wyróżnik dla książki, by lepiej zapadała w pamięć odbiorczyniom.
Jest ten tom powieścią, która odrzuca schematy i prowadzi przez motywy do rozważenia. Młode czytelniczki muszą przyjrzeć się zachowaniom Marleny i ocenić je, a do tego - dokonać własnych wyborów podczas lektury. Bohaterka budzi skrajne uczucia: nie daje się jednoznacznie lubić, bo jej zaskorupienie się we własnych problemach utrudnia identyfikowanie się z nią, momentami jednak wyzwala współczucie lub staje się inspiracją. "Błahostka i kamyk" to historia, w której nacisk kładziony jest na warstwę psychologiczną. Autorka rezygnuje z typowych dla obyczajówek rozwiązań i kusi odbiorczynie licznymi niespodziankami.
wtorek, 15 marca 2022
Julia Biel: Be my Ever
Media Rodzina, Poznań 2022.
Spotkanie
Julia Biel sięga po kalkę, która sprawdza się w amerykańskich powieściach erotycznych z YA - "Be my ever", pierwsza część cyklu dla młodzieży, to powieść bardzo przewidywalna i oparta na sprawdzonych już schematach. Nie doda jej oryginalności pomysł na dramaty rodzinne postaci. Jednak autorka niewiele sobie z tego robi, bo wie, że zyska grono wiernych fanek wśród nastolatek. Zwłaszcza że w ramach samej narracji jest to całkiem niezłe czytadło, a część młodych odbiorczyń może nie wpaść na zachodnie inspiracje (i to inspiracje do bólu). Co więcej, autorka kolejną część planuje rozwijać również tak, jak dzieje się to w amerykańskich seriach dla nastolatek - tym razem oddaje głos dwójce postaci, Maverickowi i Everlee, następny tom ma objąć również parę ich przyjaciół, tak, żeby wprowadzić czterogłos.
Toczy się tu wszystko identycznie jak w amerykańskich historiach, a sama autorka nawet akcję przenosi do Stanów, żeby ułatwić sobie uzasadnianie wydarzeń. Everlee jedzie na studia na drugi koniec kraju. Ucieka od swojej przeszłości, pozostawia za sobą zgliszcza - utrzymuje kontakt zaledwie z jedną osobą. Na studiach zmienia imię i tworzy sobie nową tożsamość, chce udawać kogoś innego i odciąć się od traumatycznych wydarzeń. Nikomu nie zaufa na tyle, żeby wyjawić, co się stało - to jeden z sekretów, który będzie kartą przetargową przy budowaniu prawdziwego związku. Bo oczywiście od razu wpada na Mavericka, przystojnego futbolistę, który również ma w swojej przeszłości mroczny i przykry sekret - i który tak samo jak Everlee nie ufa ludziom. Maverick jest wykreowany tak, żeby budził zachwyt czytelniczek: bardzo przystojny, dobrze zbudowany, znany w szkole sportowiec, a do tego - wrażliwiec, który pisze znakomite wiersze (w porównaniu z innymi produkcjami studentów - na początku autorka funduje czytelnikom nie wiadomo po co przegląd grafomanii). Maverickowi wpada w oko Everlee - próbuje ją zatem poderwać na różne sposoby. Chce przekonać dziewczynę do siebie i udowodnić jej, że jest godny zaufania. Samo to nie byłoby nawet tak rażącą kopią rozwiązań z zachodnich powieści YA, ale autorka zmusza też bohaterów do spędzenia świąt z rodziną chłopaka (co już jest stałym punktem w erotycznych historiach młodych ludzi) - tak, by jeszcze lepiej mogli się poznawać i zyskać akceptację ze strony bliskich. Wiadomo, że punktem przełomowym będzie wyznanie sobie szczegółów z ponurej przeszłości, wiadomo, że związek zawiśnie na włosku, kiedy już będzie się wydawało, że ktoś zyskuje szansę na szczęście - nic w tym zaskakującego. Trochę Julia Biel przesadza, puszczając wodze fantazji w sferze kryminalnej, ale próbuje w ten sposób dodać dramaturgii fabule. Co ciekawe - obyczajówka dla młodzieży do tego stopnia wzorowana na trendach w literaturze YA jest wciąż lepiej napisana niż mnóstwo pozycji z literatury erotyczno-obyczajowej dla dorosłych. Julia Biel potrafi pisać, ale kompletnie nie ma pomysłu na samodzielną fabułę - i to boli.
Spotkanie
Julia Biel sięga po kalkę, która sprawdza się w amerykańskich powieściach erotycznych z YA - "Be my ever", pierwsza część cyklu dla młodzieży, to powieść bardzo przewidywalna i oparta na sprawdzonych już schematach. Nie doda jej oryginalności pomysł na dramaty rodzinne postaci. Jednak autorka niewiele sobie z tego robi, bo wie, że zyska grono wiernych fanek wśród nastolatek. Zwłaszcza że w ramach samej narracji jest to całkiem niezłe czytadło, a część młodych odbiorczyń może nie wpaść na zachodnie inspiracje (i to inspiracje do bólu). Co więcej, autorka kolejną część planuje rozwijać również tak, jak dzieje się to w amerykańskich seriach dla nastolatek - tym razem oddaje głos dwójce postaci, Maverickowi i Everlee, następny tom ma objąć również parę ich przyjaciół, tak, żeby wprowadzić czterogłos.
Toczy się tu wszystko identycznie jak w amerykańskich historiach, a sama autorka nawet akcję przenosi do Stanów, żeby ułatwić sobie uzasadnianie wydarzeń. Everlee jedzie na studia na drugi koniec kraju. Ucieka od swojej przeszłości, pozostawia za sobą zgliszcza - utrzymuje kontakt zaledwie z jedną osobą. Na studiach zmienia imię i tworzy sobie nową tożsamość, chce udawać kogoś innego i odciąć się od traumatycznych wydarzeń. Nikomu nie zaufa na tyle, żeby wyjawić, co się stało - to jeden z sekretów, który będzie kartą przetargową przy budowaniu prawdziwego związku. Bo oczywiście od razu wpada na Mavericka, przystojnego futbolistę, który również ma w swojej przeszłości mroczny i przykry sekret - i który tak samo jak Everlee nie ufa ludziom. Maverick jest wykreowany tak, żeby budził zachwyt czytelniczek: bardzo przystojny, dobrze zbudowany, znany w szkole sportowiec, a do tego - wrażliwiec, który pisze znakomite wiersze (w porównaniu z innymi produkcjami studentów - na początku autorka funduje czytelnikom nie wiadomo po co przegląd grafomanii). Maverickowi wpada w oko Everlee - próbuje ją zatem poderwać na różne sposoby. Chce przekonać dziewczynę do siebie i udowodnić jej, że jest godny zaufania. Samo to nie byłoby nawet tak rażącą kopią rozwiązań z zachodnich powieści YA, ale autorka zmusza też bohaterów do spędzenia świąt z rodziną chłopaka (co już jest stałym punktem w erotycznych historiach młodych ludzi) - tak, by jeszcze lepiej mogli się poznawać i zyskać akceptację ze strony bliskich. Wiadomo, że punktem przełomowym będzie wyznanie sobie szczegółów z ponurej przeszłości, wiadomo, że związek zawiśnie na włosku, kiedy już będzie się wydawało, że ktoś zyskuje szansę na szczęście - nic w tym zaskakującego. Trochę Julia Biel przesadza, puszczając wodze fantazji w sferze kryminalnej, ale próbuje w ten sposób dodać dramaturgii fabule. Co ciekawe - obyczajówka dla młodzieży do tego stopnia wzorowana na trendach w literaturze YA jest wciąż lepiej napisana niż mnóstwo pozycji z literatury erotyczno-obyczajowej dla dorosłych. Julia Biel potrafi pisać, ale kompletnie nie ma pomysłu na samodzielną fabułę - i to boli.
poniedziałek, 31 stycznia 2022
Christina Lauren: Miłość na święta
Poradnia K, Warszawa 2021.
Wyjaśnienie
To powieść z gatunku romansów za wszelką cenę, lekkich i nieskomplikowanych czytadeł w dodatku zahaczających o fantastykę – motyw podróży w czasie to coś, co dwie autorki, piszące pod pseudonimem Christina Lauren wykorzystują jako punkt wyjścia, ale czego nie rozwiązują. Nie zależy im bowiem na wyjaśnieniach dziwnego stanu rzeczy – a na rozwoju uczuć. Mae to młoda kobieta, która, jak co roku, spędza Boże Narodzenie z rodzicami i ich przyjaciółmi. To oznacza, że znów będzie mieć przy sobie obiekt westchnień od czasów nastoletnich – tyle tylko, że popełnia błąd i zamiast wyznać, co czuje, przeżywa krótką chwilę zapomnienia z bratem ukochanego. Od tej chwili wszystko zaczyna się psuć: bohaterka może stracić absolutnie każdy element dostarczający jej w święta szczęścia i satysfakcji, nie mówiąc już o tym, że zaprzepaszcza szansę na wymarzony związek. Prośba rzucona do wszechświata sprawia, że Mae cofa się o kilka dni w czasie i może jeszcze raz przeżyć święta, naprawiając popełnione błędy. Jeśli zagubi się w swoich działaniach, sytuacja się powtórzy. Nikt nie wie, dlaczego, a sama bohaterka nie może zwierzać się wszystkim z tego, co przeżywa. Za to uczy się wykorzystywać zgromadzoną w fantastyczny sposób wiedzę i stopniowo dociera do swojego wybranka. Zna już scenariusze, które doprowadzą do katastrofy – pora, żeby wprowadziła w czyn te bardziej przydatne i zdecydowała się na wyznanie miłości.
Dwie autorki stawiają na to, co młode odbiorczynie z pewnością będą chciały przeczytać w zimowy wieczór. Nie proponują ani skomplikowanej fabuły, ani zbyt wielu przeciwności losu: to, co Mae przeżywa na początku swojej świątecznej przygody, wyczerpuje prawie całkowicie limit nieszczęść i zawodów – potem będzie jeszcze jedna sprzeczka, która może pokrzyżować plany bohaterom, ale znajduje się ona w takim punkcie powieści, że nikt nie potraktuje jej poważnie: to po prostu obowiązkowy element fabuły, przeszkoda na drodze do ciągłego szczęścia – po to, żeby bohaterom nie wszystko zawsze się udawało. Dość wymuszony powód do kłótni nie przekona zatem czytelniczek, że zagraża poważnie związkowi i Mae będzie mogła znaleźć radość, której oczekiwała. „Miłość na święta” to przecież historia na kanwie bożonarodzeniowych cudów: tu wcale nie chodzi o prawdopodobieństwo – a o rozrywkę bez trosk. Co ciekawe, autorki proponują kilka gier, które mogą urozmaicić rodzinne zjazdy: jeśli ktoś ma ochotę oderwać się od elektronicznych gadżetów i świąt za stołem, może skorzystać ze wskazówek z tomu.
Jest tu trochę humoru, jest przypomnienie, że nie wszystko zawsze da się przewidzieć. W zasadzie można by spokojnie zrezygnować z początkowej rozbiegówki – motywu podróży w czasie – skoro autorki nie mają pomysłu na jego uzasadnienie. Powieść przyciągałaby tak samo (pewną grupę odbiorczyń), a nie zirytowałaby nagłym przejściem do innego gatunku.
Wyjaśnienie
To powieść z gatunku romansów za wszelką cenę, lekkich i nieskomplikowanych czytadeł w dodatku zahaczających o fantastykę – motyw podróży w czasie to coś, co dwie autorki, piszące pod pseudonimem Christina Lauren wykorzystują jako punkt wyjścia, ale czego nie rozwiązują. Nie zależy im bowiem na wyjaśnieniach dziwnego stanu rzeczy – a na rozwoju uczuć. Mae to młoda kobieta, która, jak co roku, spędza Boże Narodzenie z rodzicami i ich przyjaciółmi. To oznacza, że znów będzie mieć przy sobie obiekt westchnień od czasów nastoletnich – tyle tylko, że popełnia błąd i zamiast wyznać, co czuje, przeżywa krótką chwilę zapomnienia z bratem ukochanego. Od tej chwili wszystko zaczyna się psuć: bohaterka może stracić absolutnie każdy element dostarczający jej w święta szczęścia i satysfakcji, nie mówiąc już o tym, że zaprzepaszcza szansę na wymarzony związek. Prośba rzucona do wszechświata sprawia, że Mae cofa się o kilka dni w czasie i może jeszcze raz przeżyć święta, naprawiając popełnione błędy. Jeśli zagubi się w swoich działaniach, sytuacja się powtórzy. Nikt nie wie, dlaczego, a sama bohaterka nie może zwierzać się wszystkim z tego, co przeżywa. Za to uczy się wykorzystywać zgromadzoną w fantastyczny sposób wiedzę i stopniowo dociera do swojego wybranka. Zna już scenariusze, które doprowadzą do katastrofy – pora, żeby wprowadziła w czyn te bardziej przydatne i zdecydowała się na wyznanie miłości.
Dwie autorki stawiają na to, co młode odbiorczynie z pewnością będą chciały przeczytać w zimowy wieczór. Nie proponują ani skomplikowanej fabuły, ani zbyt wielu przeciwności losu: to, co Mae przeżywa na początku swojej świątecznej przygody, wyczerpuje prawie całkowicie limit nieszczęść i zawodów – potem będzie jeszcze jedna sprzeczka, która może pokrzyżować plany bohaterom, ale znajduje się ona w takim punkcie powieści, że nikt nie potraktuje jej poważnie: to po prostu obowiązkowy element fabuły, przeszkoda na drodze do ciągłego szczęścia – po to, żeby bohaterom nie wszystko zawsze się udawało. Dość wymuszony powód do kłótni nie przekona zatem czytelniczek, że zagraża poważnie związkowi i Mae będzie mogła znaleźć radość, której oczekiwała. „Miłość na święta” to przecież historia na kanwie bożonarodzeniowych cudów: tu wcale nie chodzi o prawdopodobieństwo – a o rozrywkę bez trosk. Co ciekawe, autorki proponują kilka gier, które mogą urozmaicić rodzinne zjazdy: jeśli ktoś ma ochotę oderwać się od elektronicznych gadżetów i świąt za stołem, może skorzystać ze wskazówek z tomu.
Jest tu trochę humoru, jest przypomnienie, że nie wszystko zawsze da się przewidzieć. W zasadzie można by spokojnie zrezygnować z początkowej rozbiegówki – motywu podróży w czasie – skoro autorki nie mają pomysłu na jego uzasadnienie. Powieść przyciągałaby tak samo (pewną grupę odbiorczyń), a nie zirytowałaby nagłym przejściem do innego gatunku.
środa, 14 kwietnia 2021
Carina Bartsch: Wiosna koloru słońca
Media Rodzina, Poznań 2021.
I żyli szczęśliwie
Carina Bartsch początkowo planowała tylko dwa tomy opowieści o Emely i Elyasie, jednak - zupełnie na przekór trendom w literaturze młodzieżowej - czytelniczki wymusiły na niej domknięcie cyklu i przejście do ostatecznego połączenia dwóch postaci. Sama autorka zaczyna sobie z tego lekko podrwiwać, kiedy bohaterowie w rozmowach przyznają, że ich historia wystarczyłaby już na jeden lub dwa opasłe tomy (nawet tytuły zostały wplecione w narrację). Niezależnie jednak od wymogów rynku, udało się w "Wiośnie koloru słońca" Bartsch pozostać przy swoim rytmie opisywania związku - i przy idealizmie w podejściu do relacji.
Emely cały czas była zdystansowana. Nawet kiedy uświadomiła sobie swoje uczucie do Elyasa, bała się przed nim otworzyć i przyznać do miłości - nie chciała, żeby chłopak w którymś momencie ją skrzywdził. Pielęgnowała w sobie ten lęk, chociaż Elyas cierpliwie i konsekwentnie przekonywał ją, że powinna mu zaufać i że nie zamierza jej skrzywdzić. W trzecim tomie cyklu autorka wprowadza jeszcze jeden rodzaj lęku: teraz to obawa przed seksem. Emely jeszcze nigdy z nikim nie spała i jest bardzo wstydliwa: aż dziw, że dzieli pokój ze współlokatorką-nimfomanką i kilka razy nakrywa ją na uprawianiu seksu (a współlokatorka nic sobie z tego nie robi). Większość przyjaciół zaczyna interesować się życiem erotycznym pary: wszystko przez "sławę" Elyasa w tej dziedzinie - nawet najlepsza przyjaciółka Emely i siostra Elyasa, Alex, chce wiedzieć, jak układa się w łóżku dwojgu zakochanych. Seks uprawiają wszyscy naokoło i Emely zaczyna się nawet martwić o swojego chłopaka - coraz częściej myśli o tym, że dla niego to niekomfortowa sytuacja. Nie zamierza się jednak ani poświęcać, ani do niczego zmuszać: czeka, aż będzie gotowa (a Elyas umiejętnie pracuje nad dziewczyną metodą małych kroków: oswaja ją z widokiem siebie bez koszulki, przyzwyczaja do przyjemnych pieszczot albo pozwala spać w swoim łóżku bez żadnych prób erotycznych zachowań). W dobie rozbuchanej erotyki w powieściach młodzieżowych Carina Bartsch jest wręcz niedzisiejsza z obawami Emely - jednak część odbiorczyń z pewnością takim zachowaniem chłopaka przekona. Uświadomi czytelniczkom, że zawsze warto czekać na pewność i zaufanie do tego jedynego - bez względu na to, czy obiecuje związek na całe życie, czy po prostu poszukiwanie drugiej połówki - stawia na świadomość.
W "Wiośnie koloru słońca" nie może się już wiele wydarzyć. Trzeba pozamykać stare motywy: Jessica musi dowiedzieć się, jak oddanych ma przyjaciół, Alex zdefiniować swój związek. Wszyscy przyjaciele z paczki powinni ostatecznie podjąć decyzje o tym, z kim chcą być i gdzie widzą siebie w przyszłości. To stanowi tło dla rozwoju relacji Emely i Elyasa. Autorka wskrzesza też motyw Luki - korespondencyjnego znajomego - po to, żeby zakochani mogli powymieniać też maile i w taki sposób zapewniać się o trwałości uczucia. Przedstawia krępujące lub krzepiące sceny z rodzicami w rolach głównych - pozwala bohaterom na prowadzenie normalnego życia. Kwestie seksu to tylko ich prywatna sprawa. Jest "Wiosna koloru słońca" ładnym czytadłem i domknięciem całej serii dla romantycznie nastawionych nastolatek i dla tych czytelniczek, które chciałyby odskoczni od modnych erotycznych powieści.
I żyli szczęśliwie
Carina Bartsch początkowo planowała tylko dwa tomy opowieści o Emely i Elyasie, jednak - zupełnie na przekór trendom w literaturze młodzieżowej - czytelniczki wymusiły na niej domknięcie cyklu i przejście do ostatecznego połączenia dwóch postaci. Sama autorka zaczyna sobie z tego lekko podrwiwać, kiedy bohaterowie w rozmowach przyznają, że ich historia wystarczyłaby już na jeden lub dwa opasłe tomy (nawet tytuły zostały wplecione w narrację). Niezależnie jednak od wymogów rynku, udało się w "Wiośnie koloru słońca" Bartsch pozostać przy swoim rytmie opisywania związku - i przy idealizmie w podejściu do relacji.
Emely cały czas była zdystansowana. Nawet kiedy uświadomiła sobie swoje uczucie do Elyasa, bała się przed nim otworzyć i przyznać do miłości - nie chciała, żeby chłopak w którymś momencie ją skrzywdził. Pielęgnowała w sobie ten lęk, chociaż Elyas cierpliwie i konsekwentnie przekonywał ją, że powinna mu zaufać i że nie zamierza jej skrzywdzić. W trzecim tomie cyklu autorka wprowadza jeszcze jeden rodzaj lęku: teraz to obawa przed seksem. Emely jeszcze nigdy z nikim nie spała i jest bardzo wstydliwa: aż dziw, że dzieli pokój ze współlokatorką-nimfomanką i kilka razy nakrywa ją na uprawianiu seksu (a współlokatorka nic sobie z tego nie robi). Większość przyjaciół zaczyna interesować się życiem erotycznym pary: wszystko przez "sławę" Elyasa w tej dziedzinie - nawet najlepsza przyjaciółka Emely i siostra Elyasa, Alex, chce wiedzieć, jak układa się w łóżku dwojgu zakochanych. Seks uprawiają wszyscy naokoło i Emely zaczyna się nawet martwić o swojego chłopaka - coraz częściej myśli o tym, że dla niego to niekomfortowa sytuacja. Nie zamierza się jednak ani poświęcać, ani do niczego zmuszać: czeka, aż będzie gotowa (a Elyas umiejętnie pracuje nad dziewczyną metodą małych kroków: oswaja ją z widokiem siebie bez koszulki, przyzwyczaja do przyjemnych pieszczot albo pozwala spać w swoim łóżku bez żadnych prób erotycznych zachowań). W dobie rozbuchanej erotyki w powieściach młodzieżowych Carina Bartsch jest wręcz niedzisiejsza z obawami Emely - jednak część odbiorczyń z pewnością takim zachowaniem chłopaka przekona. Uświadomi czytelniczkom, że zawsze warto czekać na pewność i zaufanie do tego jedynego - bez względu na to, czy obiecuje związek na całe życie, czy po prostu poszukiwanie drugiej połówki - stawia na świadomość.
W "Wiośnie koloru słońca" nie może się już wiele wydarzyć. Trzeba pozamykać stare motywy: Jessica musi dowiedzieć się, jak oddanych ma przyjaciół, Alex zdefiniować swój związek. Wszyscy przyjaciele z paczki powinni ostatecznie podjąć decyzje o tym, z kim chcą być i gdzie widzą siebie w przyszłości. To stanowi tło dla rozwoju relacji Emely i Elyasa. Autorka wskrzesza też motyw Luki - korespondencyjnego znajomego - po to, żeby zakochani mogli powymieniać też maile i w taki sposób zapewniać się o trwałości uczucia. Przedstawia krępujące lub krzepiące sceny z rodzicami w rolach głównych - pozwala bohaterom na prowadzenie normalnego życia. Kwestie seksu to tylko ich prywatna sprawa. Jest "Wiosna koloru słońca" ładnym czytadłem i domknięciem całej serii dla romantycznie nastawionych nastolatek i dla tych czytelniczek, które chciałyby odskoczni od modnych erotycznych powieści.
piątek, 9 kwietnia 2021
Carina Bartsch: Lato koloru wiśni
Media Rodzina, Poznań 2021.
Związek idealny
Minęło parę lat od wydania tej książki (początku serii "romansów studenckich") i sytuacja na rynku zmieniła się na tyle, że czytelniczkom wygodnie będzie odetchnąć od obyczajówek erotycznych i postawić na rozbrajającą naiwność w kształtowaniu się uczucia. Bohaterką i narratorką tomu "Lato koloru wiśni" jest Emely, która na studiach spotyka brata swojej najlepszej przyjaciółki. Elyas w nastoletnim czasie działał jej na nerwy, był pierwszą miłością i niestety pierwszym rozczarowaniem - zaprzepaścił szansę na związek. Teraz Elyas pojawia się w życiu Emely po siedmiu latach i zachowuje się tak, jakby chciał dziewczynę poderwać. Ta nie zamierza być jego kolejną łóżkową zdobyczą - odpycha go od siebie i nie reaguje na kolejne próby naprawienia sytuacji. Nie wierzy w dobre intencje Elyasa. Poza tym - pojawił się w jej życiu ktoś inny. Luca to chłopak, którego Emely "zna" tylko przez internet, nigdy jeszcze go nie spotkała i nie dąży do przyspieszenia biegu wydarzeń - wystarczają jej szczere maile, które wymienia z internautą. Doskonale się z nim rozumie, nic więc dziwnego, że czeka na każdą nową wiadomość. Tym łatwiej jej przez to odrzucać Elyasa. Jednak ten bohater wykazuje się zadziwiającą cierpliwością - stopniowo realizuje kolejne pomysły na to, jak oswoić dziewczynę.
"Lato koloru wiśni" to bardzo rozbudowana opowieść o tym, co robi zakochany chłopak w wersji idealnej. Emely może do woli nim pomiatać i odrzucać jego starania: Elyas i tak nie zrezygnuje, co więcej - wypracuje nowe możliwości spotkania i przekonania do siebie nieufnej dziewczyny. Carina Bartsch pokazuje odbiorczyniom siłę wymyślonego uczucia, nie pozwala bohaterom na roztkliwianie się nad sobą, zajmuje się za to próbami przełamania oporu. Prowadzi opowieść pozornie zwyczajną: oto bohaterowie funkcjonujący w gronie rówieśników - i przyjaciół - kibicujących im w potencjalnym związku. Młodzi ludzie spędzający ze sobą czas, rozwiązujący wzajemnie swoje problemy, wreszcie - uczący się funkcjonowania w społeczeństwie. Carina Bartsch nie zamęcza czytelniczek wizją ciągłego wzdychania i czekania na kontakt, może dzięki temu, że narrację prowadzi tutaj Emely, a ona jest sceptycznie nastawiona do nowej miłości. Skupia się zatem na szukaniu złośliwostek i ripost na pomysły Elyasa - dzięki temu unika się sentymentów i przewidywalności w poszczególnych elementach powieści (przewidywalność w obrazie całości oczywiście istnieje, chociaż autorka nie spieszy się do rozwiązania oczywistego, na szczęście). Jest w tej powieści obietnica wielkiego uczucia. Nie ma za to pożądania w stopniu znanym z dzisiejszych produkcji (zwłaszcza obyczajówek, które przechodzą za sprawą wymogów rynku w erotykę). To lekka opowieść, czytadło, w którym najbardziej liczy się budowanie przyjaźni - Bartsch wie, że taka postawa u bohaterów zaprocentuje pełnowartościowym związkiem. Co prawda przy okazji zajmuje się sprzedawaniem marzeń, pokazuje odbiorczyniom, że nieważne, jakby się wycofywały, i tak "ten właściwy" kandydat na partnera się nie wycofa w żadnym momencie - ale to w końcu prawo literatury rozrywkowej. "Lato koloru wiśni" może zatem wciąż trafiać do czytelniczek poszukujących idealizowanych historii o pięknej miłości.
Związek idealny
Minęło parę lat od wydania tej książki (początku serii "romansów studenckich") i sytuacja na rynku zmieniła się na tyle, że czytelniczkom wygodnie będzie odetchnąć od obyczajówek erotycznych i postawić na rozbrajającą naiwność w kształtowaniu się uczucia. Bohaterką i narratorką tomu "Lato koloru wiśni" jest Emely, która na studiach spotyka brata swojej najlepszej przyjaciółki. Elyas w nastoletnim czasie działał jej na nerwy, był pierwszą miłością i niestety pierwszym rozczarowaniem - zaprzepaścił szansę na związek. Teraz Elyas pojawia się w życiu Emely po siedmiu latach i zachowuje się tak, jakby chciał dziewczynę poderwać. Ta nie zamierza być jego kolejną łóżkową zdobyczą - odpycha go od siebie i nie reaguje na kolejne próby naprawienia sytuacji. Nie wierzy w dobre intencje Elyasa. Poza tym - pojawił się w jej życiu ktoś inny. Luca to chłopak, którego Emely "zna" tylko przez internet, nigdy jeszcze go nie spotkała i nie dąży do przyspieszenia biegu wydarzeń - wystarczają jej szczere maile, które wymienia z internautą. Doskonale się z nim rozumie, nic więc dziwnego, że czeka na każdą nową wiadomość. Tym łatwiej jej przez to odrzucać Elyasa. Jednak ten bohater wykazuje się zadziwiającą cierpliwością - stopniowo realizuje kolejne pomysły na to, jak oswoić dziewczynę.
"Lato koloru wiśni" to bardzo rozbudowana opowieść o tym, co robi zakochany chłopak w wersji idealnej. Emely może do woli nim pomiatać i odrzucać jego starania: Elyas i tak nie zrezygnuje, co więcej - wypracuje nowe możliwości spotkania i przekonania do siebie nieufnej dziewczyny. Carina Bartsch pokazuje odbiorczyniom siłę wymyślonego uczucia, nie pozwala bohaterom na roztkliwianie się nad sobą, zajmuje się za to próbami przełamania oporu. Prowadzi opowieść pozornie zwyczajną: oto bohaterowie funkcjonujący w gronie rówieśników - i przyjaciół - kibicujących im w potencjalnym związku. Młodzi ludzie spędzający ze sobą czas, rozwiązujący wzajemnie swoje problemy, wreszcie - uczący się funkcjonowania w społeczeństwie. Carina Bartsch nie zamęcza czytelniczek wizją ciągłego wzdychania i czekania na kontakt, może dzięki temu, że narrację prowadzi tutaj Emely, a ona jest sceptycznie nastawiona do nowej miłości. Skupia się zatem na szukaniu złośliwostek i ripost na pomysły Elyasa - dzięki temu unika się sentymentów i przewidywalności w poszczególnych elementach powieści (przewidywalność w obrazie całości oczywiście istnieje, chociaż autorka nie spieszy się do rozwiązania oczywistego, na szczęście). Jest w tej powieści obietnica wielkiego uczucia. Nie ma za to pożądania w stopniu znanym z dzisiejszych produkcji (zwłaszcza obyczajówek, które przechodzą za sprawą wymogów rynku w erotykę). To lekka opowieść, czytadło, w którym najbardziej liczy się budowanie przyjaźni - Bartsch wie, że taka postawa u bohaterów zaprocentuje pełnowartościowym związkiem. Co prawda przy okazji zajmuje się sprzedawaniem marzeń, pokazuje odbiorczyniom, że nieważne, jakby się wycofywały, i tak "ten właściwy" kandydat na partnera się nie wycofa w żadnym momencie - ale to w końcu prawo literatury rozrywkowej. "Lato koloru wiśni" może zatem wciąż trafiać do czytelniczek poszukujących idealizowanych historii o pięknej miłości.
piątek, 6 grudnia 2019
Mona Kasten: Hope Again
Jaguar, Warszawa 2019.
Zakazane uczucie
Jedni bohaterowie powieści Mony Kasten czytają o innych bohaterach książek i dyskutują o nich podczas zajęć z kreatywnego pisania albo kiedy przygotowują się do zawodu redaktora. Ta autorka potrafi sprytnie wzbudzić zainteresowanie kolejnymi tomami swojej serii powieści obyczajowych z posmakiem erotycznym dla młodzieży. „Hope Again” to książka, w której uwaga przenosi się na dalszoplanowe do tej pory postacie, Everly i Nolana. Ona to studentka, która wyrwała się z rodzinnego domu, uciekając przed przemocą ze strony ojca. On to wykładowca – nawiązuje świetny kontakt ze swoimi uczniami i wie, jak na nich wpłynąć, żeby dawali z siebie wszystko. Oboje wiedzą, że ich związek nie ma szans istnienia – nie, kiedy on pracuje na uczelni, a ona jest studentką na jego zajęciach – dlatego też bronią się z całych sił przed rosnącym pożądaniem. Oboje jednak zdają sobie sprawę, że nie pójdzie im łatwo i że nie da się racjonalnie wytłumaczyć ciału, by przestało reagować na obecność tej drugiej strony. Dla czytelniczek kierunek akcji jest od początku oczywisty: tylko wyjątkowo nieobeznane z regułami gatunku mogłyby sądzić, że tej miłości coś przeszkodzi. Chociaż akurat przeszkód Mona Kasten wprowadza bardzo dużo. Zawsze, kiedy już wydaje się, że Nolan i Everly odnajdą drogę do siebie, dzieje się coś, co rujnuje ich plany. Huśtawka emocjonalna spodoba się zwłaszcza naiwnym odbiorczyniom – przy świadomości konwencji trochę może irytować. Ale taki autorka ma pomysł na rozwój fabuły.
Nolan stara się zachować dystans. Everly walczy o to samo, chociaż jej łatwiej się przełamać. Nolan ma więcej do stracenia, Everly może podjąć ryzyko. Jeden odwzajemniony pocałunek uświadamia obojgu, że uczucia są bardzo skomplikowane. Bohaterowie nie chcą za długo rozmawiać o tym, co mogłoby ich połączyć – wolą stawiać na proste komunikaty wykluczające szansę na pogłębianie relacji – tyle tylko, że ich ciała mówią coś innego, a mowa ciał okazuje się ważniejsza. W samej warstwie romansu niewiele autorka jest w stanie wymyślić, żeby zaskoczyć czytelniczki – nawet obecność rzekomego rywala – sprawdzającego się w roli przyjaciela Everly – nie wprowadza chaosu uczuciowego. Za to ciekawie rozgrywa autorka relacje na drugim planie: przyjaźnie i wsparcie dla cierpiących są tu faktycznie idealnymi obrazkami. Żeby jeszcze bardziej urozmaicić historię, zajmuje się Mona Kasten sytuacją w domu rodzinnym Everly: odsłania po kawałku tajemnicę problemów z ojcem, pozwala też zajrzeć do tego miejsca po to, by przekonać się, że zagrożenie nie zniknęło. Everly odkrywa, że jej matka wciąż przekazuje ojcu pieniądze i że nie umie się od niego uwolnić, chociaż próbuje ułożyć sobie życie na nowo z kimś innym. U samodzielnej od dawna dziewczyny dziwić może próba ingerowania w związek, który jawi się jako wyjątkowo udany – autorka szuka tutaj potwierdzenia dla traum Everly, ale niekoniecznie przekona tym do siebie czytelniczki. „Hope Again” to historia miłości, którą odbiorczynie już otrzymały naszkicowaną poprzednio – jest to powieść dla fanek gatunku.
Zakazane uczucie
Jedni bohaterowie powieści Mony Kasten czytają o innych bohaterach książek i dyskutują o nich podczas zajęć z kreatywnego pisania albo kiedy przygotowują się do zawodu redaktora. Ta autorka potrafi sprytnie wzbudzić zainteresowanie kolejnymi tomami swojej serii powieści obyczajowych z posmakiem erotycznym dla młodzieży. „Hope Again” to książka, w której uwaga przenosi się na dalszoplanowe do tej pory postacie, Everly i Nolana. Ona to studentka, która wyrwała się z rodzinnego domu, uciekając przed przemocą ze strony ojca. On to wykładowca – nawiązuje świetny kontakt ze swoimi uczniami i wie, jak na nich wpłynąć, żeby dawali z siebie wszystko. Oboje wiedzą, że ich związek nie ma szans istnienia – nie, kiedy on pracuje na uczelni, a ona jest studentką na jego zajęciach – dlatego też bronią się z całych sił przed rosnącym pożądaniem. Oboje jednak zdają sobie sprawę, że nie pójdzie im łatwo i że nie da się racjonalnie wytłumaczyć ciału, by przestało reagować na obecność tej drugiej strony. Dla czytelniczek kierunek akcji jest od początku oczywisty: tylko wyjątkowo nieobeznane z regułami gatunku mogłyby sądzić, że tej miłości coś przeszkodzi. Chociaż akurat przeszkód Mona Kasten wprowadza bardzo dużo. Zawsze, kiedy już wydaje się, że Nolan i Everly odnajdą drogę do siebie, dzieje się coś, co rujnuje ich plany. Huśtawka emocjonalna spodoba się zwłaszcza naiwnym odbiorczyniom – przy świadomości konwencji trochę może irytować. Ale taki autorka ma pomysł na rozwój fabuły.
Nolan stara się zachować dystans. Everly walczy o to samo, chociaż jej łatwiej się przełamać. Nolan ma więcej do stracenia, Everly może podjąć ryzyko. Jeden odwzajemniony pocałunek uświadamia obojgu, że uczucia są bardzo skomplikowane. Bohaterowie nie chcą za długo rozmawiać o tym, co mogłoby ich połączyć – wolą stawiać na proste komunikaty wykluczające szansę na pogłębianie relacji – tyle tylko, że ich ciała mówią coś innego, a mowa ciał okazuje się ważniejsza. W samej warstwie romansu niewiele autorka jest w stanie wymyślić, żeby zaskoczyć czytelniczki – nawet obecność rzekomego rywala – sprawdzającego się w roli przyjaciela Everly – nie wprowadza chaosu uczuciowego. Za to ciekawie rozgrywa autorka relacje na drugim planie: przyjaźnie i wsparcie dla cierpiących są tu faktycznie idealnymi obrazkami. Żeby jeszcze bardziej urozmaicić historię, zajmuje się Mona Kasten sytuacją w domu rodzinnym Everly: odsłania po kawałku tajemnicę problemów z ojcem, pozwala też zajrzeć do tego miejsca po to, by przekonać się, że zagrożenie nie zniknęło. Everly odkrywa, że jej matka wciąż przekazuje ojcu pieniądze i że nie umie się od niego uwolnić, chociaż próbuje ułożyć sobie życie na nowo z kimś innym. U samodzielnej od dawna dziewczyny dziwić może próba ingerowania w związek, który jawi się jako wyjątkowo udany – autorka szuka tutaj potwierdzenia dla traum Everly, ale niekoniecznie przekona tym do siebie czytelniczki. „Hope Again” to historia miłości, którą odbiorczynie już otrzymały naszkicowaną poprzednio – jest to powieść dla fanek gatunku.
sobota, 14 września 2019
Laura Kneidl: Jednak mnie kochaj
Jaguar, Warszawa 2019.
Pokonywanie traumy
Laura Kneidl nic nowego nie wymyśla w dziedzinie poczytnych obyczajówek erotycznych dla nastolatek. Wprost przeciwnie: idzie dokładnie śladem wytyczonym przez poprzedniczki i odpowiada na zapotrzebowanie rynku. Nie przejdzie do historii literatury za sprawą wtórności, jednak dostarczy odbiorczyniom opowieści idealizowanej i emocjonującej (przynajmniej jeśli czytelniczki przymkną oko na przewidywalny przebieg akcji). „Jednak mnie kochaj” daje się czytać z przyjemnością, psutą czytelnymi zagrywkami autorki. Wiadomo, co się zdarzy, wiadomo nawet, w jakim punkcie książki – a jednak łatwo zaangażować się w losy Sage.
Dziewczyna ucieka z domu na studia – wyjeżdża jak najdalej, żeby unikać spotkań z ojczymem. Osłabia też kontakty z matką i młodszą siostrą, wszystko przez to, że nie chce wracać do przykrej przeszłości. Zdaje sobie sprawę, że ma poważny problem psychiczny: nie jest w stanie przebywać wśród obcych ludzi, lękiem napawają ją więksi faceci, Sage stroni też od dotyku. Pracuje nad sobą, znajduje sobie nawet psychologa i chodzi na sesje, żeby pozbyć się lęku. Próbuje tonować ataki paniki, ale przede wszystkim – zaczyna nowe życie. To wyzwanie – w obliczu problemów, z jakimi się boryka. Na początku Sage śpi w samochodzie, ale szybko poznaje ludzi, którym na niej zależy. April to sympatyczna dziewczyna, doskonały materiał na przyjaciółkę. Jej brat, Luca, jest opiekuńczy i wyrozumiały. A przy okazji… pracuje z Sage. Obojgu bardzo zależy na szczęściu dziewczyny. A ta zaczyna się powoli otwierać. Mimo że wciąż dba o zachowanie pozorów i wie, że nie może ujawnić wszystkich swoich sekretów, czuje się coraz lepiej z wartościowymi ludźmi. Może zmierzyć się z lękami.
Oczywiście Laura Kneidl prowadzi do wątku romansowego i tego nie ukrywa: Luca to chłopak idealny. Z wyglądu – uosobienie wszystkich cech, których Sage się boi. Z charakteru – człowiek, który nie ma prawa istnieć. Wyrozumiały, czuły, serdeczny. Nie naciska na kontakt fizyczny (chociaż dziewczyna bardzo mu się podoba, a sam należy do lowelasów i sypia niemal z każdą chętną): czeka, aż Sage będzie gotowa na pieszczoty. Na razie zapewnia jej oparcie, jest zawsze w pobliżu, gotowy przyjść z pomocą, gdy Sage będzie tego potrzebować. To partner z marzeń – nie ulega wątpliwości. Nawet lekarka Sage docenia jego dobroczynny wpływ na dziewczynę. I Laura Kneidl doskonale zdaje sobie sprawę, że wyborem takiego ideału ustawia automatycznie bieg scenariusza. W powieści nie zaskoczy niczym. Element, który ma przyciągać odbiorczynie, to narracja. Książka jest napisana bardzo dobrze, nie ma przegadania w analizach uczuć, nie ma też męczącego powracania do raz powiedzianych informacji. Czytelniczki będą podążać za bohaterką i doskonale rozumieć jej stany, kibicować jej w związku z Lucą i z ujarzmianiem demonów przeszłości. „Jednak mnie kochaj” to czytadło odprężające przede wszystkim za sprawą przewidywalności – ale sposób prowadzenia opowieści zasługuje na uznanie. Szkoda, że autorka nie pokusiła się o własną fabułę, na szczęście jej warsztat pozwala znieść wtórność opowieści.
Pokonywanie traumy
Laura Kneidl nic nowego nie wymyśla w dziedzinie poczytnych obyczajówek erotycznych dla nastolatek. Wprost przeciwnie: idzie dokładnie śladem wytyczonym przez poprzedniczki i odpowiada na zapotrzebowanie rynku. Nie przejdzie do historii literatury za sprawą wtórności, jednak dostarczy odbiorczyniom opowieści idealizowanej i emocjonującej (przynajmniej jeśli czytelniczki przymkną oko na przewidywalny przebieg akcji). „Jednak mnie kochaj” daje się czytać z przyjemnością, psutą czytelnymi zagrywkami autorki. Wiadomo, co się zdarzy, wiadomo nawet, w jakim punkcie książki – a jednak łatwo zaangażować się w losy Sage.
Dziewczyna ucieka z domu na studia – wyjeżdża jak najdalej, żeby unikać spotkań z ojczymem. Osłabia też kontakty z matką i młodszą siostrą, wszystko przez to, że nie chce wracać do przykrej przeszłości. Zdaje sobie sprawę, że ma poważny problem psychiczny: nie jest w stanie przebywać wśród obcych ludzi, lękiem napawają ją więksi faceci, Sage stroni też od dotyku. Pracuje nad sobą, znajduje sobie nawet psychologa i chodzi na sesje, żeby pozbyć się lęku. Próbuje tonować ataki paniki, ale przede wszystkim – zaczyna nowe życie. To wyzwanie – w obliczu problemów, z jakimi się boryka. Na początku Sage śpi w samochodzie, ale szybko poznaje ludzi, którym na niej zależy. April to sympatyczna dziewczyna, doskonały materiał na przyjaciółkę. Jej brat, Luca, jest opiekuńczy i wyrozumiały. A przy okazji… pracuje z Sage. Obojgu bardzo zależy na szczęściu dziewczyny. A ta zaczyna się powoli otwierać. Mimo że wciąż dba o zachowanie pozorów i wie, że nie może ujawnić wszystkich swoich sekretów, czuje się coraz lepiej z wartościowymi ludźmi. Może zmierzyć się z lękami.
Oczywiście Laura Kneidl prowadzi do wątku romansowego i tego nie ukrywa: Luca to chłopak idealny. Z wyglądu – uosobienie wszystkich cech, których Sage się boi. Z charakteru – człowiek, który nie ma prawa istnieć. Wyrozumiały, czuły, serdeczny. Nie naciska na kontakt fizyczny (chociaż dziewczyna bardzo mu się podoba, a sam należy do lowelasów i sypia niemal z każdą chętną): czeka, aż Sage będzie gotowa na pieszczoty. Na razie zapewnia jej oparcie, jest zawsze w pobliżu, gotowy przyjść z pomocą, gdy Sage będzie tego potrzebować. To partner z marzeń – nie ulega wątpliwości. Nawet lekarka Sage docenia jego dobroczynny wpływ na dziewczynę. I Laura Kneidl doskonale zdaje sobie sprawę, że wyborem takiego ideału ustawia automatycznie bieg scenariusza. W powieści nie zaskoczy niczym. Element, który ma przyciągać odbiorczynie, to narracja. Książka jest napisana bardzo dobrze, nie ma przegadania w analizach uczuć, nie ma też męczącego powracania do raz powiedzianych informacji. Czytelniczki będą podążać za bohaterką i doskonale rozumieć jej stany, kibicować jej w związku z Lucą i z ujarzmianiem demonów przeszłości. „Jednak mnie kochaj” to czytadło odprężające przede wszystkim za sprawą przewidywalności – ale sposób prowadzenia opowieści zasługuje na uznanie. Szkoda, że autorka nie pokusiła się o własną fabułę, na szczęście jej warsztat pozwala znieść wtórność opowieści.
czwartek, 8 sierpnia 2019
Blair Holden: Bad boy's girl 5. Ostatnia miłość jest najlepsza
Jaguar, Warszawa 2019.
Zakończenie historii
Bad boy's girl to historia, która rozrosła się ponad wyjściowe założenia: publiczność uwierzyła w historię Tessy i jej ukochanego. Najpierw dziewczyna przekonana była o nienawiści ze strony Cole’a: gnębiona przez niego w dzieciństwie, nabawiła się kompleksów. Z czasem wszystko udało się wyjaśnić: nastoletni Cole okazał się pełen uroku i postarał się naprawić wcześniejsze przewiny. Nagle Tessa znalazła nie tylko wielbiciela, ale i obrońcę, oddanego i wiernego rycerza, o jakim wcześniej nawet nie marzyła. Trafiła do własnej baśni. Oczywiście Bad boy's girl to powieść, która wyrosła na gruncie mody na erotykę w literaturze obyczajowej, więc aspekt łóżkowego dopasowania stał się niezwykle istotny w całym procesie znajdowania sobie drugiej połówki. Tessa i Cole przeżywali wielkie zauroczenie, odpowiadając na marzenia tysięcy nastoletnich czytelniczek. Tyle tylko, że w pewnym momencie Blair Holden przestała wymyślać fabułę, a skupiła się na samych problemach w związku. Przez kilka tomów Tessa i Cole na przemian kłócili się i godzili, zastanawiali się nad sensem bycia razem i granicami poświęcenia dla drugiej osoby, próbowali się dotrzeć i wątpili. Problemy wydawały się coraz bardziej sztuczne: choćby z tego powodu, że należały do nich kwestie wspólnego zamieszkania, albo inaczej – mieszkania na różnych kontynentach, zazdrość o sąsiadki potrzebujące opieki itp. Za każdym razem, kiedy Blair Holden wprowadza do książki jakąś zmianę, wiadomo, że ta zmiana przyczyni się do kolejnego konfliktu między Tessaą i Lukiem. Konfliktu – w dodatku – o wymiarze pozornie zbliżonym do końca świata. Niby przekonująco, a jednak można się za szybko przyzwyczaić do schematu i odgadywać intencje autorki. Młodzież nie powinna zbytnio się tu rozczarować, chociaż seria Blair Holden im dalej – tym bardziej naiwna się staje.
Ale nadchodzi w końcu piąty tom, ostateczne rozstrzygnięcie losów Tessy i Cole'a. Pora, żeby przenieść związek na kolejny poziom, do czego mężczyzna przymierza się od samego początku. Na razie znów powraca możliwość zepsucia wszystkiego. Tessa przyjeżdża na ślub brata, Cole'a też nie może na uroczystości zabraknąć. Ojciec Tessy przymierza się do uporządkowania własnego życia. Sama bohaterka zastanawia się nad sobą, znajduje szczęście jako redaktorka w wydawnictwie, może uda jej się odkryć wschodzącą gwiazdę literatury. Powodów do spięć na linii Tessa – Cole nie zabraknie i teraz, ale tracą trochę na intensywności, znacznie trudniej w nie uwierzyć nawet młodym odbiorczyniom. W piątym tomie zmieni się rodzaj problemów poruszanych przez autorkę, przynajmniej w pewnym punkcie książki. Już nie o zagrożenia emocjonalne będzie chodzić. Fakt, że nawet teraz Blair Holden zaskoczeń nie szykuje, sprawia, że do tej części dotrą raczej najbardziej wytrwali. Nie zmienia to faktu, że Holden furorę na rynku robi.
Jest w tej powieści dowcip, ciekawe kwestie z dialogów bohaterów albo z ich przemyśleń autorka wyciąga do tytułów rozdziałów, budząc w ten sposób zainteresowanie czytelniczek; ironia to stały element autorefleksji bohaterów i ich rozmów. Na szczęście, bo w przeciwnym wypadku byłoby trudno znieść poziom słodyczy w opowieściach. Blair Holden niewymuszonymi dowcipami rozładowuje niepotrzebny patos, nadaje lekkości książce i umacnia swoją pozycję na rynku literatury rozrywkowej.
W tej obyczajówce rozrywka jest na pierwszym planie, bazuje autorka na oczekiwaniach nastoletnich czytelniczek, nie można więc oczekiwać zbyt skomplikowanej fabuły. Nadrabia Blair Holden nastawieniem na emocje, bardzo dużo analizuje przeżyć postaci, raz Tessa, raz Cole zastanawiają się i nad łączącą ich relacją, i nad własnymi w związku z tym oczekiwaniami. Rozkładają partnerstwo na części pierwsze, uczą mówienia o swoich uczuciach i doświadczeniach. Erotyka staje się zatem dodatkiem do psychoanalizy.
Zakończenie historii
Bad boy's girl to historia, która rozrosła się ponad wyjściowe założenia: publiczność uwierzyła w historię Tessy i jej ukochanego. Najpierw dziewczyna przekonana była o nienawiści ze strony Cole’a: gnębiona przez niego w dzieciństwie, nabawiła się kompleksów. Z czasem wszystko udało się wyjaśnić: nastoletni Cole okazał się pełen uroku i postarał się naprawić wcześniejsze przewiny. Nagle Tessa znalazła nie tylko wielbiciela, ale i obrońcę, oddanego i wiernego rycerza, o jakim wcześniej nawet nie marzyła. Trafiła do własnej baśni. Oczywiście Bad boy's girl to powieść, która wyrosła na gruncie mody na erotykę w literaturze obyczajowej, więc aspekt łóżkowego dopasowania stał się niezwykle istotny w całym procesie znajdowania sobie drugiej połówki. Tessa i Cole przeżywali wielkie zauroczenie, odpowiadając na marzenia tysięcy nastoletnich czytelniczek. Tyle tylko, że w pewnym momencie Blair Holden przestała wymyślać fabułę, a skupiła się na samych problemach w związku. Przez kilka tomów Tessa i Cole na przemian kłócili się i godzili, zastanawiali się nad sensem bycia razem i granicami poświęcenia dla drugiej osoby, próbowali się dotrzeć i wątpili. Problemy wydawały się coraz bardziej sztuczne: choćby z tego powodu, że należały do nich kwestie wspólnego zamieszkania, albo inaczej – mieszkania na różnych kontynentach, zazdrość o sąsiadki potrzebujące opieki itp. Za każdym razem, kiedy Blair Holden wprowadza do książki jakąś zmianę, wiadomo, że ta zmiana przyczyni się do kolejnego konfliktu między Tessaą i Lukiem. Konfliktu – w dodatku – o wymiarze pozornie zbliżonym do końca świata. Niby przekonująco, a jednak można się za szybko przyzwyczaić do schematu i odgadywać intencje autorki. Młodzież nie powinna zbytnio się tu rozczarować, chociaż seria Blair Holden im dalej – tym bardziej naiwna się staje.
Ale nadchodzi w końcu piąty tom, ostateczne rozstrzygnięcie losów Tessy i Cole'a. Pora, żeby przenieść związek na kolejny poziom, do czego mężczyzna przymierza się od samego początku. Na razie znów powraca możliwość zepsucia wszystkiego. Tessa przyjeżdża na ślub brata, Cole'a też nie może na uroczystości zabraknąć. Ojciec Tessy przymierza się do uporządkowania własnego życia. Sama bohaterka zastanawia się nad sobą, znajduje szczęście jako redaktorka w wydawnictwie, może uda jej się odkryć wschodzącą gwiazdę literatury. Powodów do spięć na linii Tessa – Cole nie zabraknie i teraz, ale tracą trochę na intensywności, znacznie trudniej w nie uwierzyć nawet młodym odbiorczyniom. W piątym tomie zmieni się rodzaj problemów poruszanych przez autorkę, przynajmniej w pewnym punkcie książki. Już nie o zagrożenia emocjonalne będzie chodzić. Fakt, że nawet teraz Blair Holden zaskoczeń nie szykuje, sprawia, że do tej części dotrą raczej najbardziej wytrwali. Nie zmienia to faktu, że Holden furorę na rynku robi.
Jest w tej powieści dowcip, ciekawe kwestie z dialogów bohaterów albo z ich przemyśleń autorka wyciąga do tytułów rozdziałów, budząc w ten sposób zainteresowanie czytelniczek; ironia to stały element autorefleksji bohaterów i ich rozmów. Na szczęście, bo w przeciwnym wypadku byłoby trudno znieść poziom słodyczy w opowieściach. Blair Holden niewymuszonymi dowcipami rozładowuje niepotrzebny patos, nadaje lekkości książce i umacnia swoją pozycję na rynku literatury rozrywkowej.
W tej obyczajówce rozrywka jest na pierwszym planie, bazuje autorka na oczekiwaniach nastoletnich czytelniczek, nie można więc oczekiwać zbyt skomplikowanej fabuły. Nadrabia Blair Holden nastawieniem na emocje, bardzo dużo analizuje przeżyć postaci, raz Tessa, raz Cole zastanawiają się i nad łączącą ich relacją, i nad własnymi w związku z tym oczekiwaniami. Rozkładają partnerstwo na części pierwsze, uczą mówienia o swoich uczuciach i doświadczeniach. Erotyka staje się zatem dodatkiem do psychoanalizy.
czwartek, 1 sierpnia 2019
Bianca Iosivoni: First last kiss
Jaguar, Warszawa 2019.
Zakłady
Grunt to dobry schemat powieściowy. Można go potem wypełniać treścią, a jeśli jest się sprawnym narratorem to już gwarancja sukcesu rynkowego, bez względu na powtarzalność. Bianca Iosivoni w serii First last przygląda się kolejnym parom bohaterów i postępuje wobec ściśle określonych punktów. I ona, i on muszą mieć rodzinne problemy (tak, żeby we własnym towarzystwie ujrzeli możliwość ucieczki od zmartwień), muszą nie chcieć związku, muszą prezentować podobne poglądy albo zainteresowania (w ostateczności może to być podobieństwo charakterów). Mają walczyć z uczuciem, żeby w odpowiednim momencie poczuć wzajemne iskrzenie i silne pożądanie. Nie rzucą się na siebie od razu: jeszcze dopuszczą do głosu zdrowy rozsądek, aż w końcu erotyczne przyciąganie zwycięży. W łóżku będzie im ze sobą wspaniale, tak bardzo, że stanie się to podstawą nowego związku. Przewidywalność trochę tu przeszkadza, ale tylko odrobinę. W końcu obyczajówek z serii First last nie czyta się dla zaskoczeń w biegu akcji, a dla emocji, jakie przepełniają postacie. W tym Bianca Iosivoni pozostaje mistrzynią.
„First last kiss” to opowieść o ostatnich przyjaciołach w paczce. Sparowali się już wszyscy samotni i wszyscy podobni, ale Luke i Elle nie zamierzają ze sobą sypiać. Współlokatorzy i kumple zakładają się, kiedy to nastąpi: nikt nie ma wątpliwości, że ci dwoje są dla siebie stworzeni i staje się tylko kwestią czasu, kiedy sami się zorientują. Tymczasem bohaterowie wolą ocalić coś cenniejszego, wzajemną przyjaźń. Lubią spędzać ze sobą czas, organizują sobie wspólne wieczory filmowe, spieszą z pomocą, gdy jest to potrzebne, a kiedy tylko wyczują, że druga strona ma problem, rzucają wszystko, żeby po prostu być obok. To dla nich największa wartość. Świadomi są, że prawdopodobnie romans wszystko by zepsuł, wzbraniają się więc przed nim. Wzbraniają się w momencie pocałunków, podczas tęsknoty za drugą stroną, ale nawet wtedy, gdy już nie mogą się powstrzymać przed zaawansowanymi pieszczotami. „To się nie liczy”, powtarzają jak mantrę. Zaklinanie rzeczywistości nie zda się na wiele, skoro sytuacja sprzyja sercowym podbojom.
Luke cierpi z powodu własnej historii rodzinnej. Nie radzi sobie z własną psychiką, zmienia dziewczyny jak rękawiczki i z żadną nie potrafi spać w jednym łóżku, bo uważa to za zbyt intymne doświadczenie. Elle została wyrzucona z domu, bo nie pasowała do idealnego obrazu rodziny. W sobie nawzajem znajdują oparcie, a że mają też sporo wyrozumiałości dla własnych wad, związek może się udać. Trzeba jednak najpierw pokonać obawy. Bianca Iosivoni nawet nie udaje przed czytelnikami, że coś tu może nie wyjść: tylko Luke i Elle mają wątpliwości, odbiorczynie w żadnym wypadku. Na szczęście autorka popisuje się sprawną, zmysłową i bardzo szczegółową narracją – i to jest czynnik, który przyciąga do książki nastolatki. „First last kiss” dobrze się czyta, bez względu na koleiny romansowe. To powieść, w której odbiorczynie znajdą ślady naiwnych tęsknot za idealnym związkiem, obietnicę miłości na przekór wszystkiemu. Nikomu nie będzie przeszkadzać przewidywalność, po tę książkę sięgną przede wszystkim czytelniczki spragnione baśni w codziennym życiu.
Zakłady
Grunt to dobry schemat powieściowy. Można go potem wypełniać treścią, a jeśli jest się sprawnym narratorem to już gwarancja sukcesu rynkowego, bez względu na powtarzalność. Bianca Iosivoni w serii First last przygląda się kolejnym parom bohaterów i postępuje wobec ściśle określonych punktów. I ona, i on muszą mieć rodzinne problemy (tak, żeby we własnym towarzystwie ujrzeli możliwość ucieczki od zmartwień), muszą nie chcieć związku, muszą prezentować podobne poglądy albo zainteresowania (w ostateczności może to być podobieństwo charakterów). Mają walczyć z uczuciem, żeby w odpowiednim momencie poczuć wzajemne iskrzenie i silne pożądanie. Nie rzucą się na siebie od razu: jeszcze dopuszczą do głosu zdrowy rozsądek, aż w końcu erotyczne przyciąganie zwycięży. W łóżku będzie im ze sobą wspaniale, tak bardzo, że stanie się to podstawą nowego związku. Przewidywalność trochę tu przeszkadza, ale tylko odrobinę. W końcu obyczajówek z serii First last nie czyta się dla zaskoczeń w biegu akcji, a dla emocji, jakie przepełniają postacie. W tym Bianca Iosivoni pozostaje mistrzynią.
„First last kiss” to opowieść o ostatnich przyjaciołach w paczce. Sparowali się już wszyscy samotni i wszyscy podobni, ale Luke i Elle nie zamierzają ze sobą sypiać. Współlokatorzy i kumple zakładają się, kiedy to nastąpi: nikt nie ma wątpliwości, że ci dwoje są dla siebie stworzeni i staje się tylko kwestią czasu, kiedy sami się zorientują. Tymczasem bohaterowie wolą ocalić coś cenniejszego, wzajemną przyjaźń. Lubią spędzać ze sobą czas, organizują sobie wspólne wieczory filmowe, spieszą z pomocą, gdy jest to potrzebne, a kiedy tylko wyczują, że druga strona ma problem, rzucają wszystko, żeby po prostu być obok. To dla nich największa wartość. Świadomi są, że prawdopodobnie romans wszystko by zepsuł, wzbraniają się więc przed nim. Wzbraniają się w momencie pocałunków, podczas tęsknoty za drugą stroną, ale nawet wtedy, gdy już nie mogą się powstrzymać przed zaawansowanymi pieszczotami. „To się nie liczy”, powtarzają jak mantrę. Zaklinanie rzeczywistości nie zda się na wiele, skoro sytuacja sprzyja sercowym podbojom.
Luke cierpi z powodu własnej historii rodzinnej. Nie radzi sobie z własną psychiką, zmienia dziewczyny jak rękawiczki i z żadną nie potrafi spać w jednym łóżku, bo uważa to za zbyt intymne doświadczenie. Elle została wyrzucona z domu, bo nie pasowała do idealnego obrazu rodziny. W sobie nawzajem znajdują oparcie, a że mają też sporo wyrozumiałości dla własnych wad, związek może się udać. Trzeba jednak najpierw pokonać obawy. Bianca Iosivoni nawet nie udaje przed czytelnikami, że coś tu może nie wyjść: tylko Luke i Elle mają wątpliwości, odbiorczynie w żadnym wypadku. Na szczęście autorka popisuje się sprawną, zmysłową i bardzo szczegółową narracją – i to jest czynnik, który przyciąga do książki nastolatki. „First last kiss” dobrze się czyta, bez względu na koleiny romansowe. To powieść, w której odbiorczynie znajdą ślady naiwnych tęsknot za idealnym związkiem, obietnicę miłości na przekór wszystkiemu. Nikomu nie będzie przeszkadzać przewidywalność, po tę książkę sięgną przede wszystkim czytelniczki spragnione baśni w codziennym życiu.
wtorek, 9 lipca 2019
Mona Kasten: Save us
Jaguar, Warszawa 2019.
Próba
Nauczyciel wydalony ze szkoły. Uczennica – usunięta (chociaż w tej kwestii nie zawiniła). Ruby będzie miała sporo do wybaczenia swojemu chłopakowi, Jamesowi. To przecież on zrobił zdjęcia, które trafiły do dyrektora szkoły i doprowadziły do trzęsienia ziemi w lokalnej społeczności. Nikogo nie interesuje, że Graham nie zostałby nauczycielem Lydii. Nikogo też nie obchodzi, że tych dwoje po prostu się kocha. W opinii publicznej młoda dziewczyna jest ofiarą starszego o dekadę mężczyzny – i oboje należy po prostu ukarać. Ruby myśli, że wszystko jest sprawką Jamesa, tymczasem chłopak – zakochany w niej – nie zdecydowałby się na donos. Na światło dzienne wychodzi okrutna gra pozorów, jaką prowadzi ojciec Lydii i Jamesa: dla niego więzi rodzinne nie mają żadnego znaczenia, liczy się tylko biznes. A w nim nie ma miejsca na sentymenty. W efekcie ciężarna uczennica i eksnauczyciel muszą poradzić sobie sami, znaleźć wśród codziennych trosk miejsce na miłość i na swoją przyszłość. Mona Kasten na pierwszych stronach powieści „Save us” proponuje odbiorcom szereg wstrząsów. Może sobie na to pozwolić, zwłaszcza że zamyka książką trylogię. Co ciekawe, po wstępnych huśtawkach emocjonalnych autorka mocno zwalnia tempo i stawia na niekończące się dyskusje między bohaterami. Wiele spraw muszą sobie wyjaśnić, żeby relacje między nimi wróciły do normalności. A ponieważ nietypowy rozwój sytuacji pokazał, kto naprawdę jest wrogiem, a kto zasługuje na zaufanie – trzeba będzie przepracować kolejne tematy.
I tak po początku rodem z telenoweli, Mona Kasten uspokaja opowieść. Chce, żeby odbiorczynie uwierzyły w prawdziwą miłość, która pokona wszelkie trudności. Chce karmić czytelniczki wizją uczuć tłamszonych przez otoczenie, ale na tyle silnych, by same w sobie zapewniały sukces. To idealistyczna wizja, ale pozwala bohaterkom nabrać sił. Kasten, inaczej niż w poprzednich tomach, nie stawia tu na seks: skupia się za to na krzepiącej mocy towarzystwa. Przyjaciele są niezbędni nie tylko wtedy, gdy trzeba opracować plan działania: dodają odwagi i wiary w to, że wszystko się jakoś ułoży. Istnieją – i już przez to sprawiają, że świat staje się bardziej znośny. Mona Kasten potrafi do tego przekonać. A ponieważ tym razem nie idealizuje miłości – może przyciągnąć nawet większą grupę odbiorczyń. Co ciekawe, skupia się na różnych obliczach uczuć u nastolatków, między innymi przygląda się toksycznemu związkowi homoseksualnemu: jeden z bohaterów cierpi, bo dla partnera jest tylko zabawką do spełniania kaprysów, nie może się afiszować z uczuciem, a ukochany pojawia się tylko wtedy, gdy sam potrzebuje towarzystwa i zaspokojenia. Autorka dyskretnie podpowiada odbiorczyniom, że takie rozwiązanie nie należy do najlepszych i nie rokuje – trzeba w podobnej sytuacji zdobyć się na odwagę i odejść, żeby otworzyć się na nowe doświadczenia – zamiast wikłać się w bezsensowny i niszczący romans. Miłość ma mieć moc sprawczą, ale nie powinna opierać się na krzywdzie jednej ze stron. Przypadek Lydii i Grahama to zatem nie jedyne zagadnienie, które Mona Kasten tutaj rozpracowuje. „Save us” to jedna z rozbudowanych obyczajówek nastawionych na psychologizmy – ale w odniesieniu do baśniowego mimo wszystko świata uczuć bohaterów. Nawet jeśli w relacjach międzyludzkich pojawią się silne komplikacje, to autorka próbuje dodać otuchy przez obecność najbliższych. Zapewnia więc czytelniczkom mocne przeżycia, ale z posmakiem hollywoodzkich scenariuszy.
Próba
Nauczyciel wydalony ze szkoły. Uczennica – usunięta (chociaż w tej kwestii nie zawiniła). Ruby będzie miała sporo do wybaczenia swojemu chłopakowi, Jamesowi. To przecież on zrobił zdjęcia, które trafiły do dyrektora szkoły i doprowadziły do trzęsienia ziemi w lokalnej społeczności. Nikogo nie interesuje, że Graham nie zostałby nauczycielem Lydii. Nikogo też nie obchodzi, że tych dwoje po prostu się kocha. W opinii publicznej młoda dziewczyna jest ofiarą starszego o dekadę mężczyzny – i oboje należy po prostu ukarać. Ruby myśli, że wszystko jest sprawką Jamesa, tymczasem chłopak – zakochany w niej – nie zdecydowałby się na donos. Na światło dzienne wychodzi okrutna gra pozorów, jaką prowadzi ojciec Lydii i Jamesa: dla niego więzi rodzinne nie mają żadnego znaczenia, liczy się tylko biznes. A w nim nie ma miejsca na sentymenty. W efekcie ciężarna uczennica i eksnauczyciel muszą poradzić sobie sami, znaleźć wśród codziennych trosk miejsce na miłość i na swoją przyszłość. Mona Kasten na pierwszych stronach powieści „Save us” proponuje odbiorcom szereg wstrząsów. Może sobie na to pozwolić, zwłaszcza że zamyka książką trylogię. Co ciekawe, po wstępnych huśtawkach emocjonalnych autorka mocno zwalnia tempo i stawia na niekończące się dyskusje między bohaterami. Wiele spraw muszą sobie wyjaśnić, żeby relacje między nimi wróciły do normalności. A ponieważ nietypowy rozwój sytuacji pokazał, kto naprawdę jest wrogiem, a kto zasługuje na zaufanie – trzeba będzie przepracować kolejne tematy.
I tak po początku rodem z telenoweli, Mona Kasten uspokaja opowieść. Chce, żeby odbiorczynie uwierzyły w prawdziwą miłość, która pokona wszelkie trudności. Chce karmić czytelniczki wizją uczuć tłamszonych przez otoczenie, ale na tyle silnych, by same w sobie zapewniały sukces. To idealistyczna wizja, ale pozwala bohaterkom nabrać sił. Kasten, inaczej niż w poprzednich tomach, nie stawia tu na seks: skupia się za to na krzepiącej mocy towarzystwa. Przyjaciele są niezbędni nie tylko wtedy, gdy trzeba opracować plan działania: dodają odwagi i wiary w to, że wszystko się jakoś ułoży. Istnieją – i już przez to sprawiają, że świat staje się bardziej znośny. Mona Kasten potrafi do tego przekonać. A ponieważ tym razem nie idealizuje miłości – może przyciągnąć nawet większą grupę odbiorczyń. Co ciekawe, skupia się na różnych obliczach uczuć u nastolatków, między innymi przygląda się toksycznemu związkowi homoseksualnemu: jeden z bohaterów cierpi, bo dla partnera jest tylko zabawką do spełniania kaprysów, nie może się afiszować z uczuciem, a ukochany pojawia się tylko wtedy, gdy sam potrzebuje towarzystwa i zaspokojenia. Autorka dyskretnie podpowiada odbiorczyniom, że takie rozwiązanie nie należy do najlepszych i nie rokuje – trzeba w podobnej sytuacji zdobyć się na odwagę i odejść, żeby otworzyć się na nowe doświadczenia – zamiast wikłać się w bezsensowny i niszczący romans. Miłość ma mieć moc sprawczą, ale nie powinna opierać się na krzywdzie jednej ze stron. Przypadek Lydii i Grahama to zatem nie jedyne zagadnienie, które Mona Kasten tutaj rozpracowuje. „Save us” to jedna z rozbudowanych obyczajówek nastawionych na psychologizmy – ale w odniesieniu do baśniowego mimo wszystko świata uczuć bohaterów. Nawet jeśli w relacjach międzyludzkich pojawią się silne komplikacje, to autorka próbuje dodać otuchy przez obecność najbliższych. Zapewnia więc czytelniczkom mocne przeżycia, ale z posmakiem hollywoodzkich scenariuszy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






