Must Read, Media Rodzina, Poznań 2026.
Pozory
Jennifer Lynn Barnes to autorka, która wie doskonale, co zrobić, żeby lektura młodym czytelnikom się nie dłużyła. Do tego nie boi się odważnych akcji – jej bohaterowie ocierają się o zbrodnie i o wielką politykę, o interesy dorosłych i o naprawdę mroczne intrygi. Kolejna seria, The Fixers, przyciągnie fanów sensacji i dostarczy wielu wrażeń. Wszystko zaczyna się od Tess Kendrick. Siedemnastoletnia bohaterka mieszka na ranczu i opiekuje się dziadkiem. Niestety dziadek cierpi na demencję i coraz gorzej funkcjonuje – potrzebna mu będzie fachowa opieka, a to znaczy, że Tess nie może pozostać sama na wielkiej farmie, choćby nie wiadomo jak dobrze sobie na niej radziła. Z dnia na dzień i bez wyboru – musi przeprowadzić się do siostry, do Waszyngtonu. Trafia do elitarnej szkoły – w której uczą się dzieci dyplomatów i głów państw. Ale nie są to drzwi do wielkiego świata, raczej do świata wielkich przekrętów. Dziadek jednego z nowych kolegów Tess umiera na stole operacyjnym. Problem w tym, że nic mu wcześniej nie dolegało, operacja miała być rutynowym zabiegiem, a pewna dziewczyna z klasy Tess odkrywa, że w całą sprawę może być zamieszany jej ojciec. I tak lawina rusza, nastolatki chcą samodzielnie rozwiązać zagadkę, w którą wplątany jest między innymi prezydent kraju. Ale nawet to nie musi mieć znaczenia, kiedy bohaterka odkrywa, czym tak naprawdę zajmuje się Ivy, starsza siostra, która w pewnym momencie życia ją porzuciła.
„The Fixers. Mroczne sekrety” to doskonała opowieść dla tych wszystkich, którzy potrzebują sensacji, żeby sięgać po lektury. Czas płynie tu zupełnie inaczej niż w zwykłych opowieściach, a poziom ryzyka jest znacznie większy. Wrogowie czają się wszędzie, nikomu nie można ufać, a im wyżej ktoś znajduje się w sferach towarzyskich i politycznych, tym bardziej niebezpieczny się staje. W to wszystko jest wrzucona nastolatka, która do tej pory musiała sobie radzić sama – więc wyrobiła sobie i spryt, i poczucie odpowiedzialności. Pierwsze pozwala jej odnaleźć się w nowej społeczności wypełnionej intrygami, drugie – nie wpaść w złe towarzystwo mimo licznych pokus. Dzieje się tu bardzo dużo, a większość spraw łączy się z kryminałem. Niebezpieczeństwa są bardzo poważne, ryzyko – ogromne, a do tego wszystkiego dochodzą jeszcze osobiste sprawy samej Tess, która naprawdę chciałaby wiedzieć, dlaczego została w to wszystko wrzucona i co dzieje się z jej dziadkiem, a także – dlaczego to właśnie jej siostra trzęsie światem nie tylko polityki. Fixersi mają w społeczeństwie jasno określone role – ale mało kto ma szansę poznać ich działania od kulis. Tess nadaje się jak mało kto, nawet jeśli jeszcze nie ma pojęcia o takim zawodzie – ma jednak wszystkie cechy pozwalające jej na radzenie sobie z kryzysami i to może przesądzić. Na razie Tess zdaje swój najważniejszy egzamin w kompletnej nieświadomości – i ku radości czytelników. Jennifer Lynn Barnes sprawia, że po jej książki chce się sięgać dla potężnej dawki adrenaliny.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Must Read. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Must Read. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 6 lipca 2026
środa, 8 kwietnia 2026
Lynette Noni: Dwoje nad przepaścią
Must Read, Media Rodzina, Poznań 2026.
Survival
Lynette Noni na nowy poziom wznosi historię spod znaku „zabili go i uciekł”, ale nikt nie będzie mieć jej tego za złe, bo oferuje czytelnikom całą gamę silnych – naprawdę silnych – uczuć, które pokażą jednoznacznie, co w życiu jest naprawdę ważne. „Dwoje nad przepaścią” to książka young adult, w której tytuł nie jest przenośnią a bolesną dosłownością. To zaskakująca historia miłosna wypełniona adrenaliną do granic możliwości – i pozwalająca bohaterom na lepsze poznawanie siebie i uporanie się z traumami. Wprawdzie teraźniejszość w australijskim parku narodowym nie brzmi jak sielanka, a jednak nie zostawia żadnych śladów w bohaterach. Ot, zwykłe zmęczenie, ból mięśni to jedyne niedogodności, z którymi borykają się młodzi ludzie, którzy przeprawiali się przez kaniony, spadali ze stromizn, nurkowali w jaskiniach bez wiedzy, czy uda im się wydostać albo przechodzili przez spróchniały most przerzucony nad przepaścią. Codzienność dla tych, którzy borykają się z niezaleczonymi problemami psychicznymi. Lynette Noni przesadza – ale ta przesada wychodzi na dobre fabule, w której może się zdarzyć absolutnie wszystko. Bo Charlie cierpi – pół roku wcześniej jej mama zginęła w wypadku. Od tej pory dziewczyna musi uczyć się każdego dnia żyć na nowo. W dodatku jej najlepsza przyjaciółka, która pokonała już raz białaczkę, może wrócić do swojej walki. Ale to właśnie ta przyjaciółka zgłasza się do reality show, w którym może spędzić cztery dni w survivalowej trasie z ukochanym aktorem. Zander to ten aktor. On musi naprawić swój wizerunek w oczach publiczności – inaczej straci szansę na rolę w filmie i wszystko, czego do tej pory się w Hollywood dorobił. Miał wprawdzie swoje powody, żeby zrobić to, co zrobił, ale nie może ich nikomu przedstawić bez naruszania prywatności swojego najlepszego do tej pory przyjaciela. Zander i Charlie to para, która ma wyruszyć na survivalową wyprawę. Oboje wiedzą, że w Australii wszystko będzie chciało ich zabić – ale są też świadomi, że opiekę nad nimi sprawować będzie specjalista od szkoły przetrwania, więc nie może stać się im krzywda, w dodatku będą przez cały czas pod ostrzałem kamer. Tyle w teorii. Bo w australijskim buszu naprawdę wiele rzeczy może pójść nie tak.
I Lynette Noni doskonale wie o tym, że silne przeżycia zaowocują równie silnymi emocjami. Zmusza bohaterów do porzucenia masek i do dogadania się – ale już wkrótce doświadczenia z wyprawy zamienią się w prawdziwą walkę o życie – i staną się najlepszym motywem do ujawnienia prawdziwych uczuć. Bohaterowie będą przeżywać najbardziej przerażające przygody, zdani na własne siły i kaprysy przyrody. I w tym wszystkim autorka pozwoli im na najważniejsze rozmowy. Jest to książka, która trzyma w napięciu i rozbudza ciekawość – ale nie przez przesadę, która kipi z kolejnych wydarzeń, a za sprawą pomysłowości autorki i wyobraźni, która zabierze czytelników do innego niż zwykle świata. Tu dzieje się mnóstwo, a rzeczywistość przyćmiewa sprawy psychiki – które też znajdą swoje miejsce. Jest to powieść, którą dobrze się czyta dzięki udanej narracji, ale też i dzięki odpowiednio rozłożonym akcentom. Tu nie można się nudzić i nawet jeśli coś w sferze uczuć okaże się oczywiste – to akcja to zamaskuje.
Survival
Lynette Noni na nowy poziom wznosi historię spod znaku „zabili go i uciekł”, ale nikt nie będzie mieć jej tego za złe, bo oferuje czytelnikom całą gamę silnych – naprawdę silnych – uczuć, które pokażą jednoznacznie, co w życiu jest naprawdę ważne. „Dwoje nad przepaścią” to książka young adult, w której tytuł nie jest przenośnią a bolesną dosłownością. To zaskakująca historia miłosna wypełniona adrenaliną do granic możliwości – i pozwalająca bohaterom na lepsze poznawanie siebie i uporanie się z traumami. Wprawdzie teraźniejszość w australijskim parku narodowym nie brzmi jak sielanka, a jednak nie zostawia żadnych śladów w bohaterach. Ot, zwykłe zmęczenie, ból mięśni to jedyne niedogodności, z którymi borykają się młodzi ludzie, którzy przeprawiali się przez kaniony, spadali ze stromizn, nurkowali w jaskiniach bez wiedzy, czy uda im się wydostać albo przechodzili przez spróchniały most przerzucony nad przepaścią. Codzienność dla tych, którzy borykają się z niezaleczonymi problemami psychicznymi. Lynette Noni przesadza – ale ta przesada wychodzi na dobre fabule, w której może się zdarzyć absolutnie wszystko. Bo Charlie cierpi – pół roku wcześniej jej mama zginęła w wypadku. Od tej pory dziewczyna musi uczyć się każdego dnia żyć na nowo. W dodatku jej najlepsza przyjaciółka, która pokonała już raz białaczkę, może wrócić do swojej walki. Ale to właśnie ta przyjaciółka zgłasza się do reality show, w którym może spędzić cztery dni w survivalowej trasie z ukochanym aktorem. Zander to ten aktor. On musi naprawić swój wizerunek w oczach publiczności – inaczej straci szansę na rolę w filmie i wszystko, czego do tej pory się w Hollywood dorobił. Miał wprawdzie swoje powody, żeby zrobić to, co zrobił, ale nie może ich nikomu przedstawić bez naruszania prywatności swojego najlepszego do tej pory przyjaciela. Zander i Charlie to para, która ma wyruszyć na survivalową wyprawę. Oboje wiedzą, że w Australii wszystko będzie chciało ich zabić – ale są też świadomi, że opiekę nad nimi sprawować będzie specjalista od szkoły przetrwania, więc nie może stać się im krzywda, w dodatku będą przez cały czas pod ostrzałem kamer. Tyle w teorii. Bo w australijskim buszu naprawdę wiele rzeczy może pójść nie tak.
I Lynette Noni doskonale wie o tym, że silne przeżycia zaowocują równie silnymi emocjami. Zmusza bohaterów do porzucenia masek i do dogadania się – ale już wkrótce doświadczenia z wyprawy zamienią się w prawdziwą walkę o życie – i staną się najlepszym motywem do ujawnienia prawdziwych uczuć. Bohaterowie będą przeżywać najbardziej przerażające przygody, zdani na własne siły i kaprysy przyrody. I w tym wszystkim autorka pozwoli im na najważniejsze rozmowy. Jest to książka, która trzyma w napięciu i rozbudza ciekawość – ale nie przez przesadę, która kipi z kolejnych wydarzeń, a za sprawą pomysłowości autorki i wyobraźni, która zabierze czytelników do innego niż zwykle świata. Tu dzieje się mnóstwo, a rzeczywistość przyćmiewa sprawy psychiki – które też znajdą swoje miejsce. Jest to powieść, którą dobrze się czyta dzięki udanej narracji, ale też i dzięki odpowiednio rozłożonym akcentom. Tu nie można się nudzić i nawet jeśli coś w sferze uczuć okaże się oczywiste – to akcja to zamaskuje.
piątek, 27 marca 2026
Alice Kellen: Mapa pragnień
Must Read, Media Rodzina, Poznań 2026.
Odwaga
Grace nigdy nie kierowała się własnymi pragnieniami. Przyszła na świat po to, żeby uratować życie siostrze – jej komórki macierzyste miały pomóc w terapii. Niestety, Lucy zmarła młodo, a Grace z jej odejściem straciła nie tylko powierniczkę, ale i cały sens istnienia. Teraz wegetuje w świecie, którego nie stara się zrozumieć. Odrzuciła własne marzenia, nie zrobiła prawa jazdy, sypia z chłopakiem, do którego nic nie czuje i który nie daje szansy na prawdziwy związek. A do tego tęskni – chociaż wie, że czasu nie da się cofnąć. Ale bardzo nieoczekiwanie śmierć Lucy zmienia rozkład sił w rodzinie: znika spoiwo, które cementowało bliskich i teraz każdy może zająć się swoimi sprawami, pod warunkiem, że znajdzie na to siły. Mama na przykład popada w apatię, siedzi przed telewizorem i nie daje się pocieszyć. A dziadek wyjeżdża na pierwsze od dawna wakacje. I tak w codzienności Grace pojawia się gra, „Mapa pragnień”, stworzona dla niej przez Lucy w szpitalu.
Alice Kellen posługuje się tu prostym zabiegiem znanym przede wszystkim ze szkół kreatywnego pisania: wymyśla listę rzeczy, które bohaterka powinna zrobić – i zmusza ją do odhaczania kolejnych punktów. Tu motywacją jest chęć dotarcia do finałowego skarbu – niespodzianki przygotowanej przez Lucy, a także… Will Tucker, chłopak, który realizuje grę i wydziela Grace kolejne zadania, a w niektórych jej towarzyszy. Grace nie ma pojęcia, co ją czeka, może się tylko poddać losowi – i zaufać siostrze, która znała ją jak nikt inny. Sam Will Tucker jest człowiekiem tajemniczym: mieszka w przyczepie kempingowej, a wszystkie rzeczy, które nie mieszczą się w niej, wozi na tylnym siedzeniu samochodu. „Mapa pragnień” to książka young adult, stworzona po to, żeby opowiedzieć czytelnikom historię miłosną skrywającą Bildungsroman. Grace musi dojrzeć do dorosłości, musi się przekonać, że da sobie radę w życiu, znaleźć w sobie ochotę do snucia marzeń i osłabić lęk przed rzeczywistością. Musi też zrealizować te obowiązkowe punkty życiorysu, które porzuciła za sprawą choroby siostry – Lucy wie doskonale, na czym polegały kolejne wyrzeczenia – i teraz kieruje Grace w odpowiednią stronę. Ale sam Will też ma w swojej przeszłości sporo mroku – i żeby móc budować trwały związek, powinien się uporać z własnymi demonami. Na razie nie sprawia wrażenia, jakby takiej terapii potrzebował – a jednak nie będzie prawdziwym wsparciem, dopóki nie pozamyka pewnych spraw i nie dowie się, czego właściwie sam pragnie. Alice Kellen opowiada czytelnikom o tym, że warto żyć w zgodzie ze sobą - i że czasami trzeba porzucić wygodne życie, żeby dowiedzieć się czegoś na swój temat. Tylko praca nad własnym charakterem i nad przyszłością może przynieść konkretne i oczekiwane efekty – i tylko duży wysiłek zamieni się kiedyś w nagrodę. „Mapa pragnień” to książka, w której narracja długo prowadzona jest przez Grace, Will wkracza wtedy, kiedy trzeba poznać jego historię. Ta opowieść płynie zgodnie z oczekiwaniami, ale przynosi odbiorcom ważne prawdy.
Odwaga
Grace nigdy nie kierowała się własnymi pragnieniami. Przyszła na świat po to, żeby uratować życie siostrze – jej komórki macierzyste miały pomóc w terapii. Niestety, Lucy zmarła młodo, a Grace z jej odejściem straciła nie tylko powierniczkę, ale i cały sens istnienia. Teraz wegetuje w świecie, którego nie stara się zrozumieć. Odrzuciła własne marzenia, nie zrobiła prawa jazdy, sypia z chłopakiem, do którego nic nie czuje i który nie daje szansy na prawdziwy związek. A do tego tęskni – chociaż wie, że czasu nie da się cofnąć. Ale bardzo nieoczekiwanie śmierć Lucy zmienia rozkład sił w rodzinie: znika spoiwo, które cementowało bliskich i teraz każdy może zająć się swoimi sprawami, pod warunkiem, że znajdzie na to siły. Mama na przykład popada w apatię, siedzi przed telewizorem i nie daje się pocieszyć. A dziadek wyjeżdża na pierwsze od dawna wakacje. I tak w codzienności Grace pojawia się gra, „Mapa pragnień”, stworzona dla niej przez Lucy w szpitalu.
Alice Kellen posługuje się tu prostym zabiegiem znanym przede wszystkim ze szkół kreatywnego pisania: wymyśla listę rzeczy, które bohaterka powinna zrobić – i zmusza ją do odhaczania kolejnych punktów. Tu motywacją jest chęć dotarcia do finałowego skarbu – niespodzianki przygotowanej przez Lucy, a także… Will Tucker, chłopak, który realizuje grę i wydziela Grace kolejne zadania, a w niektórych jej towarzyszy. Grace nie ma pojęcia, co ją czeka, może się tylko poddać losowi – i zaufać siostrze, która znała ją jak nikt inny. Sam Will Tucker jest człowiekiem tajemniczym: mieszka w przyczepie kempingowej, a wszystkie rzeczy, które nie mieszczą się w niej, wozi na tylnym siedzeniu samochodu. „Mapa pragnień” to książka young adult, stworzona po to, żeby opowiedzieć czytelnikom historię miłosną skrywającą Bildungsroman. Grace musi dojrzeć do dorosłości, musi się przekonać, że da sobie radę w życiu, znaleźć w sobie ochotę do snucia marzeń i osłabić lęk przed rzeczywistością. Musi też zrealizować te obowiązkowe punkty życiorysu, które porzuciła za sprawą choroby siostry – Lucy wie doskonale, na czym polegały kolejne wyrzeczenia – i teraz kieruje Grace w odpowiednią stronę. Ale sam Will też ma w swojej przeszłości sporo mroku – i żeby móc budować trwały związek, powinien się uporać z własnymi demonami. Na razie nie sprawia wrażenia, jakby takiej terapii potrzebował – a jednak nie będzie prawdziwym wsparciem, dopóki nie pozamyka pewnych spraw i nie dowie się, czego właściwie sam pragnie. Alice Kellen opowiada czytelnikom o tym, że warto żyć w zgodzie ze sobą - i że czasami trzeba porzucić wygodne życie, żeby dowiedzieć się czegoś na swój temat. Tylko praca nad własnym charakterem i nad przyszłością może przynieść konkretne i oczekiwane efekty – i tylko duży wysiłek zamieni się kiedyś w nagrodę. „Mapa pragnień” to książka, w której narracja długo prowadzona jest przez Grace, Will wkracza wtedy, kiedy trzeba poznać jego historię. Ta opowieść płynie zgodnie z oczekiwaniami, ale przynosi odbiorcom ważne prawdy.
piątek, 20 marca 2026
Jennifer Lynn Barnes: Love story tak i wspak
Must Read, Media Rodzina, Poznań 2026.
Uzdrawianie
To zdecydowanie powieść young adult dla tych, którzy znają świat z The Inheritance Games, dodatek do głównego nurtu – drobna historia, która rozgrywa się zupełnie na marginesie wydarzeń, ale niesie z sobą wielkie pokłady emocji. Bohaterowie to Hannah i Toby, zwany Harrym. Oboje po przejściach, oboje z rodzin, które nie wybaczają. U Hannah to handlarze narkotyków, mafia trzymająca wszystkich w szachu. U Toby’ego – majętni i wpływowi rodzice. Ci dwoje nigdy by się ze sobą nie zetknęli, gdyby nie tragiczny wypadek na wyspie. Chociaż bogate dzieciaki chciały się zemścić i zniszczyć coś, co do nich nie należało, sprawiły, że życie stracił ktoś, kto nie powinien był ucierpieć. Teraz prawda nie może wyjść na jaw – a jedyny ocalały z katastrofy, Toby, trafia w ręce siostry zmarłej dziewczyny. Hannah jest pozbawiona sentymentów, nie lubi być od nikogo zależna, a do tego ma wszelkie powody, żeby trzymać się z daleka od Toby’ego. Jednak kiedy rybak wyławia go z wody i alarmuje Hannah, pewne jest jedno: nie można wzywać policji ani pogotowia, Hannah – ucząca się na pielęgniarkę i wiele razy opatrująca rany swoich krewnych – musi dać sobie radę bez pomocy. Opiekuje się Tobym, pielęgnuje go, opatruje mu rany i podejmuje grę, którą inauguruje zakochany w niej coraz bardziej mężczyzna.
Chociaż Jennifer Lynn Barnes opiera się na schemacie enemies to lovers, wybiera bardzo trudną drogę do chwilowego spełnienia, a w dodatku stosuje pewien skrót, który pozwoli poznać losy postaci już po ich najważniejszym spotkaniu. Żadnego „żyli długo i szczęśliwie” po tej historii spodziewać się nie można z prostego powodu: tu nie da się przezwyciężyć pewnych ograniczeń i barier. Opowieści są dwie: ta z perspektywy Hannah pozwala na zrozumienie stworzonych barier i rozwiązywanie zagadek (łamanie szyfrów). Ta z perspektywy Toby’ego naświetla relację między Hannah i starym rybakiem – buduje więc pomost między właściwym nurtem narracji – i dokłada wątek miłosny, chociaż trochę trudny do podchwycenia. Toby zakochuje się szybko, mocno i bez ważniejszych powodów, autorka lepsza jest w tworzeniu zagadek niż w psychologicznych aspektach związku. Dwie narracje umożliwiają także powiedzenie, co stanie się później – kiedy już nie będzie możliwe prowadzenie podwójnej opowieści.
„Love story tak i wspak” to książka, w której silne emocje mają zapewnić odbiorczyniom więcej wrażeń niż schematyczna relacja miłosna – ale Jennifer Lynn Barnes wie doskonale, że jej atutem jest tworzenie sensacyjnych fabuł i tego się na szczęście trzyma. Funduje bohaterom huśtawkę emocjonalną i mnóstwo niepewności, zmusza ich do przekraczania własnych barier i do pokonywania kolejnych trudności. Jest w tym bezkompromisowa – i dlatego może zwrócić na siebie uwagę szerokiego grona odbiorców. Ta powieść ma w sobie silną dramaturgię, a w dodatku toczy się dość nieprzewidywalnie – widać też kotwice, którymi autorka zapewnia sobie nawiązania do The Inheritance Games.
Uzdrawianie
To zdecydowanie powieść young adult dla tych, którzy znają świat z The Inheritance Games, dodatek do głównego nurtu – drobna historia, która rozgrywa się zupełnie na marginesie wydarzeń, ale niesie z sobą wielkie pokłady emocji. Bohaterowie to Hannah i Toby, zwany Harrym. Oboje po przejściach, oboje z rodzin, które nie wybaczają. U Hannah to handlarze narkotyków, mafia trzymająca wszystkich w szachu. U Toby’ego – majętni i wpływowi rodzice. Ci dwoje nigdy by się ze sobą nie zetknęli, gdyby nie tragiczny wypadek na wyspie. Chociaż bogate dzieciaki chciały się zemścić i zniszczyć coś, co do nich nie należało, sprawiły, że życie stracił ktoś, kto nie powinien był ucierpieć. Teraz prawda nie może wyjść na jaw – a jedyny ocalały z katastrofy, Toby, trafia w ręce siostry zmarłej dziewczyny. Hannah jest pozbawiona sentymentów, nie lubi być od nikogo zależna, a do tego ma wszelkie powody, żeby trzymać się z daleka od Toby’ego. Jednak kiedy rybak wyławia go z wody i alarmuje Hannah, pewne jest jedno: nie można wzywać policji ani pogotowia, Hannah – ucząca się na pielęgniarkę i wiele razy opatrująca rany swoich krewnych – musi dać sobie radę bez pomocy. Opiekuje się Tobym, pielęgnuje go, opatruje mu rany i podejmuje grę, którą inauguruje zakochany w niej coraz bardziej mężczyzna.
Chociaż Jennifer Lynn Barnes opiera się na schemacie enemies to lovers, wybiera bardzo trudną drogę do chwilowego spełnienia, a w dodatku stosuje pewien skrót, który pozwoli poznać losy postaci już po ich najważniejszym spotkaniu. Żadnego „żyli długo i szczęśliwie” po tej historii spodziewać się nie można z prostego powodu: tu nie da się przezwyciężyć pewnych ograniczeń i barier. Opowieści są dwie: ta z perspektywy Hannah pozwala na zrozumienie stworzonych barier i rozwiązywanie zagadek (łamanie szyfrów). Ta z perspektywy Toby’ego naświetla relację między Hannah i starym rybakiem – buduje więc pomost między właściwym nurtem narracji – i dokłada wątek miłosny, chociaż trochę trudny do podchwycenia. Toby zakochuje się szybko, mocno i bez ważniejszych powodów, autorka lepsza jest w tworzeniu zagadek niż w psychologicznych aspektach związku. Dwie narracje umożliwiają także powiedzenie, co stanie się później – kiedy już nie będzie możliwe prowadzenie podwójnej opowieści.
„Love story tak i wspak” to książka, w której silne emocje mają zapewnić odbiorczyniom więcej wrażeń niż schematyczna relacja miłosna – ale Jennifer Lynn Barnes wie doskonale, że jej atutem jest tworzenie sensacyjnych fabuł i tego się na szczęście trzyma. Funduje bohaterom huśtawkę emocjonalną i mnóstwo niepewności, zmusza ich do przekraczania własnych barier i do pokonywania kolejnych trudności. Jest w tym bezkompromisowa – i dlatego może zwrócić na siebie uwagę szerokiego grona odbiorców. Ta powieść ma w sobie silną dramaturgię, a w dodatku toczy się dość nieprzewidywalnie – widać też kotwice, którymi autorka zapewnia sobie nawiązania do The Inheritance Games.
czwartek, 18 grudnia 2025
Rebecca Yaros: Każdym drżącym oddechem
Must Read, Media Rodzina, Poznań 2025.
Latanie
To jest trzecia część cyklu Flight'n'Glory i w żaden sposób Rebecca Yaros nie daje nowym czytelnikom odczuć, że coś przegapili: to po prostu osobna historia skoncentrowana wokół dwojga bohaterów – kto chce poznać losy ich przyjaciół, może wrócić do poprzednich części serii. Tym razem jednak wszystkie spojrzenia będą skupione na Sam. Dziewczyna spektakularnie wyleciała ze studiów i nie może znaleźć miejsca na żadnej uczelni. Wszystko, jak sądzi, dlatego, że uderzyła wykładowcę. Uderzyła, gdy dowiedziała się, że jej ukochany ukrywał przed nią fakt bycia żonatym. Nie ma pojęcia, jaka jest prawdziwa przyczyna wilczego biletu. Sam nie chce być utrapieniem dla nikogo, wydaje się, że już wycierpiała swoje i zapłaciła za winy z przeszłości – ale nawet jeśli ucieknie na drugi koniec kontynentu, nie znajdzie wsparcia. Sam decyduje się na samodzielność między innymi dlatego, żeby uciec od taksującego spojrzenia matki – musi jej udowodnić, że poradzi sobie w życiu. Może liczyć na przyjaciół, którzy znajdą dla niej miejsce w swoim mieszkaniu. I tak niepokorna Sam poznaje Graysona – uporządkowanego i wręcz nudnego żołnierza, który szkoli się, żeby zostać pilotem i wrócić w okolice domu rodzinnego. Pożądanie wybucha między nimi niemal od razu, ale żadne z nich nie może się przyznać do swoich traum i problemów. A z bagażem doświadczeń, którego nie uda się unieść samodzielnie, trudno wchodzić w sensowny nowy związek. Rebecca Yaros szuka problemów, żeby maksymalnie utrudnić bohaterom realizowanie własnej wizji szczęśliwego związku. Ale inna rzecz, że w jej książce szczęśliwy związek sprowadza się przede wszystkim do seksu. Wszystkie konflikty i nadzieje, wszystkie tematy sprowadzają się do całonocnych łóżkowych wyczynów – bo w końcu oczywiście bohaterowie muszą się przełamać i nawet jeśli nie rozpracują do końca przeszłości, nie wytrzymają napięcia. Nie wiem, czy to recepta, którą można przedstawiać czytelnikom (tom z dziedziny young adult) jako remedium na wszystko – trochę brakuje tutaj prób podejmowania rozmów czy w ogóle dążenia do wyjaśnienia przeszłości. Seksualne dopasowanie wynagradza wszystko.
Żeby nie skupiać się tylko i wyłącznie na relacji między parą bohaterów na przemian prowadzących narrację, autorka tworzy jeszcze poboczne wątki, które skutecznie niszczą możliwość szybkiego porozumienia i szybkiego realizowania pragnień. Przeszłość Sam od początku jest zarysowywana tak, że nawet jeśli odbiorcy nie znają wszystkich elementów układanki, domyślą się biegu wydarzeń. Z kolei Grayson nie chce dopuszczać do siebie nikogo, więc nawet w monologach wewnętrznych ucieka od wiwisekcji. Ale to w jego rodzinie pojawi się kilkoro ludzi wpływających mocno na tempo akcji – ku radości odbiorców. Bo przecież samo uczucie, choćby nie wiadomo jak płomienne, nie wystarczy, żeby przyciągnąć czytelników na dłużej, obecność silnych dylematów moralnych zapewnia uwagę. Rebecca Yaros ostatecznie znajduje zatem sporo czynników wartościowych dla młodych odbiorców – i trochę odsuwa się dzięki nim od typowego przewidywalnego romansu.
Latanie
To jest trzecia część cyklu Flight'n'Glory i w żaden sposób Rebecca Yaros nie daje nowym czytelnikom odczuć, że coś przegapili: to po prostu osobna historia skoncentrowana wokół dwojga bohaterów – kto chce poznać losy ich przyjaciół, może wrócić do poprzednich części serii. Tym razem jednak wszystkie spojrzenia będą skupione na Sam. Dziewczyna spektakularnie wyleciała ze studiów i nie może znaleźć miejsca na żadnej uczelni. Wszystko, jak sądzi, dlatego, że uderzyła wykładowcę. Uderzyła, gdy dowiedziała się, że jej ukochany ukrywał przed nią fakt bycia żonatym. Nie ma pojęcia, jaka jest prawdziwa przyczyna wilczego biletu. Sam nie chce być utrapieniem dla nikogo, wydaje się, że już wycierpiała swoje i zapłaciła za winy z przeszłości – ale nawet jeśli ucieknie na drugi koniec kontynentu, nie znajdzie wsparcia. Sam decyduje się na samodzielność między innymi dlatego, żeby uciec od taksującego spojrzenia matki – musi jej udowodnić, że poradzi sobie w życiu. Może liczyć na przyjaciół, którzy znajdą dla niej miejsce w swoim mieszkaniu. I tak niepokorna Sam poznaje Graysona – uporządkowanego i wręcz nudnego żołnierza, który szkoli się, żeby zostać pilotem i wrócić w okolice domu rodzinnego. Pożądanie wybucha między nimi niemal od razu, ale żadne z nich nie może się przyznać do swoich traum i problemów. A z bagażem doświadczeń, którego nie uda się unieść samodzielnie, trudno wchodzić w sensowny nowy związek. Rebecca Yaros szuka problemów, żeby maksymalnie utrudnić bohaterom realizowanie własnej wizji szczęśliwego związku. Ale inna rzecz, że w jej książce szczęśliwy związek sprowadza się przede wszystkim do seksu. Wszystkie konflikty i nadzieje, wszystkie tematy sprowadzają się do całonocnych łóżkowych wyczynów – bo w końcu oczywiście bohaterowie muszą się przełamać i nawet jeśli nie rozpracują do końca przeszłości, nie wytrzymają napięcia. Nie wiem, czy to recepta, którą można przedstawiać czytelnikom (tom z dziedziny young adult) jako remedium na wszystko – trochę brakuje tutaj prób podejmowania rozmów czy w ogóle dążenia do wyjaśnienia przeszłości. Seksualne dopasowanie wynagradza wszystko.
Żeby nie skupiać się tylko i wyłącznie na relacji między parą bohaterów na przemian prowadzących narrację, autorka tworzy jeszcze poboczne wątki, które skutecznie niszczą możliwość szybkiego porozumienia i szybkiego realizowania pragnień. Przeszłość Sam od początku jest zarysowywana tak, że nawet jeśli odbiorcy nie znają wszystkich elementów układanki, domyślą się biegu wydarzeń. Z kolei Grayson nie chce dopuszczać do siebie nikogo, więc nawet w monologach wewnętrznych ucieka od wiwisekcji. Ale to w jego rodzinie pojawi się kilkoro ludzi wpływających mocno na tempo akcji – ku radości odbiorców. Bo przecież samo uczucie, choćby nie wiadomo jak płomienne, nie wystarczy, żeby przyciągnąć czytelników na dłużej, obecność silnych dylematów moralnych zapewnia uwagę. Rebecca Yaros ostatecznie znajduje zatem sporo czynników wartościowych dla młodych odbiorców – i trochę odsuwa się dzięki nim od typowego przewidywalnego romansu.
piątek, 28 listopada 2025
Nele Neuhaus: Elena. Ocalić marzenia
Must Read, Media Rodzina, Poznań 2025.
Kolory przyszłości
Nele Neuhaus kazała długo czekać swoim fanom na domknięcie cyklu o Elenie – kiedy zaczynała, dopiero rozkwitała moda na końskie tematy, teraz na rynku pozostało niewiele śladów dawnego trendu, jednak historia potrzebowała choćby podzielenia się wizją przyszłości bohaterów. Ci podejmują decyzje na temat swojej przyszłości, niekoniecznie popularne: Elena na przykład już wie, co chce robić w życiu i jakiego rodzaju wykształcenia w związku z tym potrzebuje. Farid, jej chłopak, osiąga wielkie sukcesy międzynarodowe w piłce nożnej. Przyszłość stadniny ogólnie rysuje się w jasnych barwach, nawet jeśli trzeba trochę przemodelować zasady działania – kiedy dziadek traci zdrowie, wychodzi na jaw kilka kwestii, które należy poprawić. Ale najważniejszą rzeczą w tej książce staje się psychologia koni. Pojawia się tu na ważnym miejscu zaklinacz koni, Chad, człowiek, który potrafi wyczuć potrzeby zwierzęcia i uczy tego innych. Elena chętnie korzysta z jego wskazówek – dzięki odpowiedniemu rozpoznaniu da się zapanować nawet nad koniem, który uchodzi za trudnego. Nie wszyscy przyswajają sobie porady doświadczonego zaklinacza – uważają jego pomysły za stratę czasu lub szarlatanerię, tymczasem nie ma tu żadnej magii, za to konieczna jest spora doza cierpliwości i uważności. O ile dzielenie zwierząt z uwagi na dominującą półkulę mózgu mogłoby czytelników trochę nużyć, o tyle już wiążące się z tym zasady postępowania olśniewają. Za każdym razem, kiedy autorka rozpisuje na detale akcję z prowadzeniem konia, może przynieść odbiorcom zestaw nowych wskazówek i podpowiedzi.
Poza tym „Ocalić marzenia” to książka, która bardzo często odsyła do wydarzeń z poprzednich tomów: autorka za każdym razem, kiedy wprowadza do akcji znanych już odbiorcom bohaterów, stara się ich skrótowo scharakteryzować i wyjaśnić komplikacje, jakie stały się ich udziałem w przeszłości. To będzie zachęta do prześledzenia kryminalnych spraw i jednocześnie sposób na wypełnienie fabuły tutaj – bo postaciami rządzą silne emocje, które powodowane są bezpośrednio przez wydarzenia z dawnych lat.
Nele Neuhaus wiele pisze o koniach i o pracy przy nich. Takie zresztą było wyjściowe założenie cyklu, żeby uświadomić czytelnikom, że stadnina to nie tylko moda, ale wielka odpowiedzialność i zestaw obowiązków, które nie mogą być odkładane na później. To buduje klimat książki i sprawia, że fani jazdy na pewno tu zajrzą. Poza tym autorka sięga po psychologiczne wyzwania i dylematy – Elena musi między innymi nauczyć się, że trzeba dać wolność innym, nawet jeśli sama jest zdania, że popełniają błąd. Do tego dochodzi mnóstwo emocjonalnych reakcji – wielkie pieniądze oznaczają, że nie wszyscy są szczerzy, a przywiązywanie się do czyjegoś konia to zapowiedź dramatycznych rozstań. I chociaż tym razem autorka mniej energii poświęca na intrygi kryminalne, udaje jej się stworzyć powieść, która przyciągnie odbiorców i zachęci do lektury całej serii. Pożegnanie z Eleną nie jest rozstaniem na zawsze – być może ta bohaterka jeszcze kiedyś powróci, autorka zostawia ją w momencie, w którym udaje się dużo spraw poukładać.
Kolory przyszłości
Nele Neuhaus kazała długo czekać swoim fanom na domknięcie cyklu o Elenie – kiedy zaczynała, dopiero rozkwitała moda na końskie tematy, teraz na rynku pozostało niewiele śladów dawnego trendu, jednak historia potrzebowała choćby podzielenia się wizją przyszłości bohaterów. Ci podejmują decyzje na temat swojej przyszłości, niekoniecznie popularne: Elena na przykład już wie, co chce robić w życiu i jakiego rodzaju wykształcenia w związku z tym potrzebuje. Farid, jej chłopak, osiąga wielkie sukcesy międzynarodowe w piłce nożnej. Przyszłość stadniny ogólnie rysuje się w jasnych barwach, nawet jeśli trzeba trochę przemodelować zasady działania – kiedy dziadek traci zdrowie, wychodzi na jaw kilka kwestii, które należy poprawić. Ale najważniejszą rzeczą w tej książce staje się psychologia koni. Pojawia się tu na ważnym miejscu zaklinacz koni, Chad, człowiek, który potrafi wyczuć potrzeby zwierzęcia i uczy tego innych. Elena chętnie korzysta z jego wskazówek – dzięki odpowiedniemu rozpoznaniu da się zapanować nawet nad koniem, który uchodzi za trudnego. Nie wszyscy przyswajają sobie porady doświadczonego zaklinacza – uważają jego pomysły za stratę czasu lub szarlatanerię, tymczasem nie ma tu żadnej magii, za to konieczna jest spora doza cierpliwości i uważności. O ile dzielenie zwierząt z uwagi na dominującą półkulę mózgu mogłoby czytelników trochę nużyć, o tyle już wiążące się z tym zasady postępowania olśniewają. Za każdym razem, kiedy autorka rozpisuje na detale akcję z prowadzeniem konia, może przynieść odbiorcom zestaw nowych wskazówek i podpowiedzi.
Poza tym „Ocalić marzenia” to książka, która bardzo często odsyła do wydarzeń z poprzednich tomów: autorka za każdym razem, kiedy wprowadza do akcji znanych już odbiorcom bohaterów, stara się ich skrótowo scharakteryzować i wyjaśnić komplikacje, jakie stały się ich udziałem w przeszłości. To będzie zachęta do prześledzenia kryminalnych spraw i jednocześnie sposób na wypełnienie fabuły tutaj – bo postaciami rządzą silne emocje, które powodowane są bezpośrednio przez wydarzenia z dawnych lat.
Nele Neuhaus wiele pisze o koniach i o pracy przy nich. Takie zresztą było wyjściowe założenie cyklu, żeby uświadomić czytelnikom, że stadnina to nie tylko moda, ale wielka odpowiedzialność i zestaw obowiązków, które nie mogą być odkładane na później. To buduje klimat książki i sprawia, że fani jazdy na pewno tu zajrzą. Poza tym autorka sięga po psychologiczne wyzwania i dylematy – Elena musi między innymi nauczyć się, że trzeba dać wolność innym, nawet jeśli sama jest zdania, że popełniają błąd. Do tego dochodzi mnóstwo emocjonalnych reakcji – wielkie pieniądze oznaczają, że nie wszyscy są szczerzy, a przywiązywanie się do czyjegoś konia to zapowiedź dramatycznych rozstań. I chociaż tym razem autorka mniej energii poświęca na intrygi kryminalne, udaje jej się stworzyć powieść, która przyciągnie odbiorców i zachęci do lektury całej serii. Pożegnanie z Eleną nie jest rozstaniem na zawsze – być może ta bohaterka jeszcze kiedyś powróci, autorka zostawia ją w momencie, w którym udaje się dużo spraw poukładać.
wtorek, 11 listopada 2025
Holly Jackson: Nie całkiem martwa
Must Read, Media Rodzina, Poznań 2025.
Misja
Holly Jackson wie, jak budować napięcie w powieściach sensacyjno-thrillerowych. Nie pierwszy raz na rynku wydawniczym ukazuje się książka, której dramatyczne początki tkwią w obchodach Halloween – dla kogoś świętowanie może zamienić się w koszmar. Ale ta autorka stawia na misję. Oto Jet, młoda kobieta, która została podczas imprezy zaatakowana kilkoma ciosami w tył czaszki, dowiaduje się, że ma bardzo określony termin własnej śmierci: albo zdecyduje się na operację i najprawdopodobniej umrze na stole operacyjnym, albo da sobie jeszcze tydzień życia i zabije ją tętniak, który powstanie w konsekwencji uderzenia. Jet wbrew naciskom ze strony matki postanawia wykorzystać czas, który jej pozostał – i odkryć, kto postanowił pozbawić ją życia. Rzuca się w szaleńczy pościg za (już za chwilę) mordercą, a ponieważ i tak za chwilę umrze, nie ma nic do stracenia i może zrobić absolutnie wszystko. W tym absolutnie wszystkim trochę się Holly Jackson zapomina, bo obdarza swoją bohaterkę niemal supermocami, sprawia, że Jet może dokonywać fizycznych wyczynów na miarę kaskadera – chociaż stopniowo ciało zaczyna jej odmawiać posłuszeństwa. Można jednak przymknąć oko na brak drobnych niedogodności po ciosie zainkasowanym w czaszkę, jeśli akcja rozwija się tak, jak to proponuje autorka.
„Nie całkiem martwa” to niby powieść z dnem kryminalnym: chodzi w końcu o to, żeby wykryć mordercę, a przy okazji powynajdować też rozmaite niesnaski w rodzinie – ale autorka prowadzi ją tak, żeby na plan pierwszy wyszedł niepozorny bohater, chłopak z sąsiedztwa, Billy. Billy jest wrażliwy (nawet za bardzo), delikatny i bojaźliwy. Nikogo by nie skrzywdził, nigdy nie złamałby prawa. Podkochuje się wprawdzie beznadziejnie w Jet, ale na pewno nie zrobi nic, żeby przyjaciółka zwróciła na niego uwagę. I to właśnie ten słodki mały Billy wzywa pomoc, a później przez cały tydzień towarzyszy Jet w jej dążeniu do odkrycia prawdy. Dojrzewa, mężnieje i staje się opoką. Obserwowanie tej postaci stanowi największą przyjemność śledzenia akcji w „Nie całkiem martwej” – i właśnie dla tego rozwoju można wybaczyć scenariuszowe uproszczenia. Dzieje się tu naprawdę dużo, nie wystarczy prześledzić obraz z kamer, to dopiero początek śledztwa i punkt wyjścia do długiego śledztwa – ale wszystkie metody z tradycyjnych kryminałów (choćby włos na miejscu zbrodni) biorą w łeb, tu trzeba ruchu, działania, energii i zdecydowania wszędzie tam, gdzie trzeba się wedrzeć siłą lub podstępem po konieczne informacje. Jet nic już nie przywróci do życia, co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Ale przez tydzień może się wydarzyć jeszcze bardzo dużo i Holly Jackson to właśnie odbiorcom oferuje.
Najlepiej w tej książce wypada gra na emocjach odbiorców: bohaterka, która jest świadoma swojego bliskiego kresu, może pożegnać się z bliskimi i wyznać im to, co powinni usłyszeć. Zyskuje samoświadomość, której nie miałaby w przypadku zwyczajnej codzienności. Wreszcie poznaje zakres własnych możliwości w dziedzinie dążenia do odkrycia prawdy. „Nie całkiem martwa” to książka, która cechuje się udaną narracją (i sprawnym tłumaczeniem). Jest tu wiele sensacyjności, ale równie wiele silnych uczuć – i poza początkowym przymusowym uzasadnieniem uwolnienia bohaterki (przez skrócenie czasu pozostałego do śmierci) nie razi naiwnością.
Misja
Holly Jackson wie, jak budować napięcie w powieściach sensacyjno-thrillerowych. Nie pierwszy raz na rynku wydawniczym ukazuje się książka, której dramatyczne początki tkwią w obchodach Halloween – dla kogoś świętowanie może zamienić się w koszmar. Ale ta autorka stawia na misję. Oto Jet, młoda kobieta, która została podczas imprezy zaatakowana kilkoma ciosami w tył czaszki, dowiaduje się, że ma bardzo określony termin własnej śmierci: albo zdecyduje się na operację i najprawdopodobniej umrze na stole operacyjnym, albo da sobie jeszcze tydzień życia i zabije ją tętniak, który powstanie w konsekwencji uderzenia. Jet wbrew naciskom ze strony matki postanawia wykorzystać czas, który jej pozostał – i odkryć, kto postanowił pozbawić ją życia. Rzuca się w szaleńczy pościg za (już za chwilę) mordercą, a ponieważ i tak za chwilę umrze, nie ma nic do stracenia i może zrobić absolutnie wszystko. W tym absolutnie wszystkim trochę się Holly Jackson zapomina, bo obdarza swoją bohaterkę niemal supermocami, sprawia, że Jet może dokonywać fizycznych wyczynów na miarę kaskadera – chociaż stopniowo ciało zaczyna jej odmawiać posłuszeństwa. Można jednak przymknąć oko na brak drobnych niedogodności po ciosie zainkasowanym w czaszkę, jeśli akcja rozwija się tak, jak to proponuje autorka.
„Nie całkiem martwa” to niby powieść z dnem kryminalnym: chodzi w końcu o to, żeby wykryć mordercę, a przy okazji powynajdować też rozmaite niesnaski w rodzinie – ale autorka prowadzi ją tak, żeby na plan pierwszy wyszedł niepozorny bohater, chłopak z sąsiedztwa, Billy. Billy jest wrażliwy (nawet za bardzo), delikatny i bojaźliwy. Nikogo by nie skrzywdził, nigdy nie złamałby prawa. Podkochuje się wprawdzie beznadziejnie w Jet, ale na pewno nie zrobi nic, żeby przyjaciółka zwróciła na niego uwagę. I to właśnie ten słodki mały Billy wzywa pomoc, a później przez cały tydzień towarzyszy Jet w jej dążeniu do odkrycia prawdy. Dojrzewa, mężnieje i staje się opoką. Obserwowanie tej postaci stanowi największą przyjemność śledzenia akcji w „Nie całkiem martwej” – i właśnie dla tego rozwoju można wybaczyć scenariuszowe uproszczenia. Dzieje się tu naprawdę dużo, nie wystarczy prześledzić obraz z kamer, to dopiero początek śledztwa i punkt wyjścia do długiego śledztwa – ale wszystkie metody z tradycyjnych kryminałów (choćby włos na miejscu zbrodni) biorą w łeb, tu trzeba ruchu, działania, energii i zdecydowania wszędzie tam, gdzie trzeba się wedrzeć siłą lub podstępem po konieczne informacje. Jet nic już nie przywróci do życia, co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Ale przez tydzień może się wydarzyć jeszcze bardzo dużo i Holly Jackson to właśnie odbiorcom oferuje.
Najlepiej w tej książce wypada gra na emocjach odbiorców: bohaterka, która jest świadoma swojego bliskiego kresu, może pożegnać się z bliskimi i wyznać im to, co powinni usłyszeć. Zyskuje samoświadomość, której nie miałaby w przypadku zwyczajnej codzienności. Wreszcie poznaje zakres własnych możliwości w dziedzinie dążenia do odkrycia prawdy. „Nie całkiem martwa” to książka, która cechuje się udaną narracją (i sprawnym tłumaczeniem). Jest tu wiele sensacyjności, ale równie wiele silnych uczuć – i poza początkowym przymusowym uzasadnieniem uwolnienia bohaterki (przez skrócenie czasu pozostałego do śmierci) nie razi naiwnością.
sobota, 1 listopada 2025
Jennifer Lynn Barnes: Małe wielkie skandale
Must Read, Media Rodzina, Poznań 2025.
Odkrycia
W „Małych wielkich kłamstwach” debiutantki w pięknych balowych sukniach siedziały zamknięte w areszcie i bajerowały funkcjonariuszy – i ten przerywnik z teraźniejszości Jennifer Lynn Barnes wybrała, żeby przypominać odbiorczyniom, że nastolatki z wyższych sfer wcale nie muszą być grzeczne i nudne. W „Małych wielkich skandalach” bohaterki – teraz już niemal przyjaciółki – odkrywają między innymi potęgę kobiecej mocy. Tylko że aktualnie próbują się wydostać spod ziemi, przynajmniej niektóre z nich. Za to w niedalekiej przeszłości… Sawyer i Lily, Sadie-Grace i wiele innych debiutantek chcą przystąpić do Białych Rękawiczek, elitarnego i oczywiście tajnego stowarzyszenia. Jednak proces rekrutacji jest wyjątkowo trudny: tu skoki nago do wody z klifu są niczym przy kolejnych, coraz bardziej niebezpiecznych wyzwaniach. Ale wszystko ma swój powód – chodzi o stworzenie siostrzanej więzi i absolutne zaufanie, dzielenie się swoimi sekretami i znajdowanie w sobie odwagi do realizowania najbardziej ryzykownych misji, które przynosi samo życie. Bo chociaż Sawyer nie musi już rozpaczliwie poszukiwać ojca wśród kilku prawdopodobnych kandydatów, to jednak niekoniecznie może o swoich odkryciach opowiedzieć najbliższym. Pakt, jaki przed niemal dwiema dekadami zawarły nastolatki – o tym, żeby równocześnie zajść w ciążę – teraz wpływa na kolejne pokolenie. A przecież to dopiero początek sekretów. Sawyer coraz pewniej czuje się w towarzystwie, zwłaszcza że została zaakceptowana przede wszystkim przez groźną babkę – ale i pozostałe debiutantki. Teraz nie przejmuje się tak bardzo konwenansami, przywykła do nich i coraz lepiej radzi sobie, operując ironią jako bronią. Siłę zdobywa również dzięki silnym uczuciom – chłopak, na którego zwróciła uwagę, także należy do buntowników, którzy lubią ryzyko i stawianie wszystkiego na jedną kartę. Tymczasem Sawyer musi postępować ostrożnie, żeby nie skrzywdzić tych rówieśniczek, które jej zaufały.
Wydawało się, że po „Małych wielkich kłamstwach” autorka nie będzie już mogła bardziej skomplikować fabuły, tymczasem udowadnia ona, że wszystko jeszcze jest do zrobienia – także w dziedzinie gmatwania przeszłości. W pewnym momencie odbiorczyniom przydałoby się wręcz rozrysowanie zależności, układów i powiązań rodzinnych, bo nikt nie jest tym, za kogo się podaje. Ale impulsem do poznawania historii staje się możliwość odkrywania niewesołej sytuacji, w jakiej aktualnie tkwią bohaterki. Jennifer Lynn Barnes nie zajmuje się błahymi problemami powtarzanymi do znudzenia w literaturze dla młodzieży – tworzy własny zestaw komplikacji i wyzwań, które na zawsze zmienią powieściowe dziewczyny. Dla odbiorczyń to odejście od schematów i wytchnienie, ucieczka przed powtarzalnością i nudą. Kryminalna wręcz akcja nie jest tym, czego spodziewałyby się czytelniczki – tym bardziej będzie wciągać. Świat debiutantek tylko z pozoru jest wypełniony dbaniem o konwenanse – pod powierzchnią kipi od burzliwych uczuć i nietypowych sposobów radzenia sobie z poważnymi problemami. Jest w tej książce szybkie tempo akcji, jest też zestaw wydarzeń dalekich od przewidywalnych – a bohaterki, które powinny zachowywać się zgodnie z wymogami starszyzny, potrafią zamienić się w intrygantki i bez wahania działać, gdy trzeba walczyć o prawdę z dużo silniejszymi przeciwnikami. I to może się podobać.
Odkrycia
W „Małych wielkich kłamstwach” debiutantki w pięknych balowych sukniach siedziały zamknięte w areszcie i bajerowały funkcjonariuszy – i ten przerywnik z teraźniejszości Jennifer Lynn Barnes wybrała, żeby przypominać odbiorczyniom, że nastolatki z wyższych sfer wcale nie muszą być grzeczne i nudne. W „Małych wielkich skandalach” bohaterki – teraz już niemal przyjaciółki – odkrywają między innymi potęgę kobiecej mocy. Tylko że aktualnie próbują się wydostać spod ziemi, przynajmniej niektóre z nich. Za to w niedalekiej przeszłości… Sawyer i Lily, Sadie-Grace i wiele innych debiutantek chcą przystąpić do Białych Rękawiczek, elitarnego i oczywiście tajnego stowarzyszenia. Jednak proces rekrutacji jest wyjątkowo trudny: tu skoki nago do wody z klifu są niczym przy kolejnych, coraz bardziej niebezpiecznych wyzwaniach. Ale wszystko ma swój powód – chodzi o stworzenie siostrzanej więzi i absolutne zaufanie, dzielenie się swoimi sekretami i znajdowanie w sobie odwagi do realizowania najbardziej ryzykownych misji, które przynosi samo życie. Bo chociaż Sawyer nie musi już rozpaczliwie poszukiwać ojca wśród kilku prawdopodobnych kandydatów, to jednak niekoniecznie może o swoich odkryciach opowiedzieć najbliższym. Pakt, jaki przed niemal dwiema dekadami zawarły nastolatki – o tym, żeby równocześnie zajść w ciążę – teraz wpływa na kolejne pokolenie. A przecież to dopiero początek sekretów. Sawyer coraz pewniej czuje się w towarzystwie, zwłaszcza że została zaakceptowana przede wszystkim przez groźną babkę – ale i pozostałe debiutantki. Teraz nie przejmuje się tak bardzo konwenansami, przywykła do nich i coraz lepiej radzi sobie, operując ironią jako bronią. Siłę zdobywa również dzięki silnym uczuciom – chłopak, na którego zwróciła uwagę, także należy do buntowników, którzy lubią ryzyko i stawianie wszystkiego na jedną kartę. Tymczasem Sawyer musi postępować ostrożnie, żeby nie skrzywdzić tych rówieśniczek, które jej zaufały.
Wydawało się, że po „Małych wielkich kłamstwach” autorka nie będzie już mogła bardziej skomplikować fabuły, tymczasem udowadnia ona, że wszystko jeszcze jest do zrobienia – także w dziedzinie gmatwania przeszłości. W pewnym momencie odbiorczyniom przydałoby się wręcz rozrysowanie zależności, układów i powiązań rodzinnych, bo nikt nie jest tym, za kogo się podaje. Ale impulsem do poznawania historii staje się możliwość odkrywania niewesołej sytuacji, w jakiej aktualnie tkwią bohaterki. Jennifer Lynn Barnes nie zajmuje się błahymi problemami powtarzanymi do znudzenia w literaturze dla młodzieży – tworzy własny zestaw komplikacji i wyzwań, które na zawsze zmienią powieściowe dziewczyny. Dla odbiorczyń to odejście od schematów i wytchnienie, ucieczka przed powtarzalnością i nudą. Kryminalna wręcz akcja nie jest tym, czego spodziewałyby się czytelniczki – tym bardziej będzie wciągać. Świat debiutantek tylko z pozoru jest wypełniony dbaniem o konwenanse – pod powierzchnią kipi od burzliwych uczuć i nietypowych sposobów radzenia sobie z poważnymi problemami. Jest w tej książce szybkie tempo akcji, jest też zestaw wydarzeń dalekich od przewidywalnych – a bohaterki, które powinny zachowywać się zgodnie z wymogami starszyzny, potrafią zamienić się w intrygantki i bez wahania działać, gdy trzeba walczyć o prawdę z dużo silniejszymi przeciwnikami. I to może się podobać.
środa, 6 sierpnia 2025
Emma Mills: Wtedy i teraz
Must Read, Poznań 2025.
Ochrona
Devon to nastolatka, która niespecjalnie przejmuje się przyszłością, a przynajmniej kariera naukowa nie spędza jej snu z powiek – dziewczyna nie wie jeszcze, jaką szkołę wybierze (i czy w ogóle jakąś powinna). Na razie zaprzątają ją bardziej kwestie towarzyskie, ale niekoniecznie w wymiarze z przesłodzonych romansów young adult. Codzienność dostarcza bowiem wielu powodów do niepokoju. Najważniejszym jest Foster. Devon nie marzyła raczej o młodszym bracie, ale kiedy rodzice postanawiają stać się rodziną zastępczą dla kuzyna Dev, dziewczyna nie protestuje. Foster jest chłopcem z problemami: prawdopodobnie to autystyk, chociaż takiej diagnozy nikt tu nie stawia. Ważne jest, że ma swoje rytuały i niechętnie wprowadza do życia zmiany. Foster w szkole trzyma się cały czas blisko Dev, jakby bał się nawiązywania znajomości. Nastolatka – jak to bywa w tym wieku – kocha się beznadziejnie w swoim najlepszym przyjacielu, a jednocześnie wie, że nie może liczyć na jego wzajemność, więc z bólem serca obserwuje, jak Cas umawia się z kolejnymi szkolnymi pięknościami. Tymczasem na nią zwraca uwagę szkolna gwiazda futbolu, Ezra. Ezra to obiekt westchnień wszystkich dziewczyn pogardliwie nazywanych tapeciarzami – Dev uważa, że zadziera nosa i nie nadaje się do żadnej relacji. Potwierdza to, kiedy na zajęciach z wuefu nie wykazuje się wystarczającym talentem dla sportowca i niknie w jego oczach. Ale to Ezra dostrzega w Fosterze wyjątkowy talent i wciąga go do drużyny piłkarskiej. Siłą rzeczy przebywać będzie wtedy bliżej Dev.
Emma Mills rezygnuje z ciepłej obyczajówki, w której problemy rozwiązują się zanim jeszcze zdążyły zaistnieć. Wybiera raczej psychologiczną narrację wypełnioną zaskoczeniami dla odbiorców. Poświęca uwagę miłosnym rozterkom Dev, ale nie zależy jej na cukierkowym finale, nawet jeśli dziewczyna ma przed sobą bal na zakończenie roku. Zresztą rytm mecz – impreza powtarza się tu stale i umożliwia prowadzenie życia towarzyskiego. A podczas spotkań nastolatków nie tylko hormony buzują, zdarzyć się może naprawdę dużo. W świecie Emmy Mills nastolatki mierzą się z poważnymi problemami: są tu i neuroatypowość, i nieplanowane ciąże, i „zwykłe” nieporozumienia miłosne, ale też wybory, podczas których trzeba przewartościować dotychczasowe życie i odnaleźć się w nowym miejscu czy mierzenie się z największymi lękami. Dev czuje się odpowiedzialna za Fostera, a jednocześnie chciałaby mu uciec, żeby nie musieć analizować własnych decyzji – Foster jest przecież mistrzem w dostrzeganiu tego, co chce się ukryć przed wzrokiem innych. A jeśli już zauważy problem, nie omieszka go rozpracowywać. Szkolna społeczność nie jest najlepszym miejscem do wiwisekcji, ale nic innego Dev nie pozostaje. „Wtedy i teraz” to opowieść o niełatwych aspektach dojrzewania – z rozwijającym się nieśmiałym uczuciem w tle i całym mnóstwem pomyłek oraz niepewności na pierwszym planie. Autorka prowadzi równolegle kilka ważnych wątków i jest w tym niezwykle precyzyjna, ale też bezlitosna dla swoich bohaterów. Wykorzystuje ich, żeby uświadomić czytelnikom, jak wiele pułapek czyha na młodych ludzi, którzy chcą zrozumieć siebie.
Ochrona
Devon to nastolatka, która niespecjalnie przejmuje się przyszłością, a przynajmniej kariera naukowa nie spędza jej snu z powiek – dziewczyna nie wie jeszcze, jaką szkołę wybierze (i czy w ogóle jakąś powinna). Na razie zaprzątają ją bardziej kwestie towarzyskie, ale niekoniecznie w wymiarze z przesłodzonych romansów young adult. Codzienność dostarcza bowiem wielu powodów do niepokoju. Najważniejszym jest Foster. Devon nie marzyła raczej o młodszym bracie, ale kiedy rodzice postanawiają stać się rodziną zastępczą dla kuzyna Dev, dziewczyna nie protestuje. Foster jest chłopcem z problemami: prawdopodobnie to autystyk, chociaż takiej diagnozy nikt tu nie stawia. Ważne jest, że ma swoje rytuały i niechętnie wprowadza do życia zmiany. Foster w szkole trzyma się cały czas blisko Dev, jakby bał się nawiązywania znajomości. Nastolatka – jak to bywa w tym wieku – kocha się beznadziejnie w swoim najlepszym przyjacielu, a jednocześnie wie, że nie może liczyć na jego wzajemność, więc z bólem serca obserwuje, jak Cas umawia się z kolejnymi szkolnymi pięknościami. Tymczasem na nią zwraca uwagę szkolna gwiazda futbolu, Ezra. Ezra to obiekt westchnień wszystkich dziewczyn pogardliwie nazywanych tapeciarzami – Dev uważa, że zadziera nosa i nie nadaje się do żadnej relacji. Potwierdza to, kiedy na zajęciach z wuefu nie wykazuje się wystarczającym talentem dla sportowca i niknie w jego oczach. Ale to Ezra dostrzega w Fosterze wyjątkowy talent i wciąga go do drużyny piłkarskiej. Siłą rzeczy przebywać będzie wtedy bliżej Dev.
Emma Mills rezygnuje z ciepłej obyczajówki, w której problemy rozwiązują się zanim jeszcze zdążyły zaistnieć. Wybiera raczej psychologiczną narrację wypełnioną zaskoczeniami dla odbiorców. Poświęca uwagę miłosnym rozterkom Dev, ale nie zależy jej na cukierkowym finale, nawet jeśli dziewczyna ma przed sobą bal na zakończenie roku. Zresztą rytm mecz – impreza powtarza się tu stale i umożliwia prowadzenie życia towarzyskiego. A podczas spotkań nastolatków nie tylko hormony buzują, zdarzyć się może naprawdę dużo. W świecie Emmy Mills nastolatki mierzą się z poważnymi problemami: są tu i neuroatypowość, i nieplanowane ciąże, i „zwykłe” nieporozumienia miłosne, ale też wybory, podczas których trzeba przewartościować dotychczasowe życie i odnaleźć się w nowym miejscu czy mierzenie się z największymi lękami. Dev czuje się odpowiedzialna za Fostera, a jednocześnie chciałaby mu uciec, żeby nie musieć analizować własnych decyzji – Foster jest przecież mistrzem w dostrzeganiu tego, co chce się ukryć przed wzrokiem innych. A jeśli już zauważy problem, nie omieszka go rozpracowywać. Szkolna społeczność nie jest najlepszym miejscem do wiwisekcji, ale nic innego Dev nie pozostaje. „Wtedy i teraz” to opowieść o niełatwych aspektach dojrzewania – z rozwijającym się nieśmiałym uczuciem w tle i całym mnóstwem pomyłek oraz niepewności na pierwszym planie. Autorka prowadzi równolegle kilka ważnych wątków i jest w tym niezwykle precyzyjna, ale też bezlitosna dla swoich bohaterów. Wykorzystuje ich, żeby uświadomić czytelnikom, jak wiele pułapek czyha na młodych ludzi, którzy chcą zrozumieć siebie.
niedziela, 13 lipca 2025
Jennifer Lynn Barnes: Małe wielkie kłamstwa
Must Read, Media Rodzina, Poznań 2025.
Sojusz
Trudno sobie wyobrazić bohaterkę mniej pasującą do życia wyższych sfer niż Sawyer Taft. Sawyer pracuje w warsztacie samochodowym i zaczyna spełniać swoje marzenia o naprawianiu silników – długo uczyła się fachu, przyglądała się, jak zajmować się pojazdami i teraz może funkcjonować jako pełnowartościowy pracownik. Nauczona jest zarabiania na siebie od dawna, nie może liczyć na matkę, która ma swoje problemy i prowadzi swoje życie, bardzo często w oddaleniu od córki. Sawyer nie przejmuje się brakiem rodzicielki, jest samodzielna i zdecydowana, wie, jak o siebie zadbać i z pewnością nie wpadnie w żadne tarapaty. Tyle że w jej życiu pojawia się ktoś, kogo do tej pory nie było: babka. Lilian Taft to dama w każdym calu. Posiadaczka olbrzymiej fortuny i bardzo stanowczego charakteru: to Lilian wyrzuciła z domu swoją spodziewającą się dziecka córkę – i zerwała kontakty z pociechą, przynajmniej pozornie. Lilian zgłasza się do Sawyer z propozycją nie do odrzucenia. Dziewczyna ma wziąć udział w balu debiutantek – za pozbycie się problemów finansowych. Sawyer oczywiście podejmuje wyzwanie, ale nie zamierza dopasowywać się do środowiska. I tak zaczyna się powieść „Małe wielkie kłamstwa”.
Sawyer może poznać swoje kuzynki, dziewczyny, o których istnieniu nie miała pojęcia – w ogóle wchodzi do rodziny, która odcięła się wcześniej od jej matki. A to dla niej szansa na odnalezienie kawalera, który prawie dziewiętnaście lat wcześniej spotkał się z jej matką. Najważniejsze jest jednak to, że za fasadą pozorów skrywają się wielkie niespodzianki. Jedna z dziewczyn wypisuje na swojej skórze sekrety nadsyłane przez innych i fotografuje je, publikując na specjalnym blogu. Inna jest urodzoną intrygantką i potrafi planować długofalową zemstę, jeszcze inna nie radzi sobie z własnymi uczuciami. Towarzystwo debiutantek dalekie będzie od myślenia o balu i strojach. Tu liczy się wielka walka ze światem, z którym bohaterki wcale nie muszą się zgadzać. I chociaż Sawyer musi kombinować, żeby przetrwać – to nie ona wiedzie prym w wymyślaniu złożonych podstępów. A jak cztery młode kobiety w strojach balowych znalazły się w celi na komisariacie – to już zagadka dla odbiorców.
Ta powieść to migawki z celi i retrospekcje, które do tego momentu doprowadziły. Jennifer Lynn Barnes zaczyna od trzęsienia ziemi, a potem ma dla odbiorczyń coraz więcej atrakcji. Funduje silne emocje i jest niestrudzona w wymyślaniu kolejnych problemów. Motyw debiutantek to tylko tło, dzięki któremu bardzo różniące się od siebie charakterami dziewczyny mogą (albo wręcz muszą) zacząć współpracować. I wcale nie będzie tu akcji opartej na wzajemnych uszczypliwościach i drobnych złośliwostkach – sprawy wielkiego kalibru nadają rytm opowieści. Rówieśnicze niesnaski to tylko dodatek do fabuły. „Małe wielkie kłamstwa” to powieść, która może się spodobać – jest inna niż by się zapowiadało, burzliwa i wypełniona nietypowymi rozwiązaniami. Barnes nie boi się ryzyka w akcji – wie, jak rozwiązywać problemy bohaterek w nietuzinkowy sposób. Proponuje autorka bardzo dynamiczną książkę, wyłamującą się ze schematów, ale jednocześnie wpisującą się w modę na „zeszłowieczne” historie z ponadczasowymi uczuciami. Kto poszukuje niebanalnej relacji i odważnych fabularnych pomysłów, może śmiało sięgać po przygody debiutantek – Jennifer Lynn Barnes nie rozczaruje.
Sojusz
Trudno sobie wyobrazić bohaterkę mniej pasującą do życia wyższych sfer niż Sawyer Taft. Sawyer pracuje w warsztacie samochodowym i zaczyna spełniać swoje marzenia o naprawianiu silników – długo uczyła się fachu, przyglądała się, jak zajmować się pojazdami i teraz może funkcjonować jako pełnowartościowy pracownik. Nauczona jest zarabiania na siebie od dawna, nie może liczyć na matkę, która ma swoje problemy i prowadzi swoje życie, bardzo często w oddaleniu od córki. Sawyer nie przejmuje się brakiem rodzicielki, jest samodzielna i zdecydowana, wie, jak o siebie zadbać i z pewnością nie wpadnie w żadne tarapaty. Tyle że w jej życiu pojawia się ktoś, kogo do tej pory nie było: babka. Lilian Taft to dama w każdym calu. Posiadaczka olbrzymiej fortuny i bardzo stanowczego charakteru: to Lilian wyrzuciła z domu swoją spodziewającą się dziecka córkę – i zerwała kontakty z pociechą, przynajmniej pozornie. Lilian zgłasza się do Sawyer z propozycją nie do odrzucenia. Dziewczyna ma wziąć udział w balu debiutantek – za pozbycie się problemów finansowych. Sawyer oczywiście podejmuje wyzwanie, ale nie zamierza dopasowywać się do środowiska. I tak zaczyna się powieść „Małe wielkie kłamstwa”.
Sawyer może poznać swoje kuzynki, dziewczyny, o których istnieniu nie miała pojęcia – w ogóle wchodzi do rodziny, która odcięła się wcześniej od jej matki. A to dla niej szansa na odnalezienie kawalera, który prawie dziewiętnaście lat wcześniej spotkał się z jej matką. Najważniejsze jest jednak to, że za fasadą pozorów skrywają się wielkie niespodzianki. Jedna z dziewczyn wypisuje na swojej skórze sekrety nadsyłane przez innych i fotografuje je, publikując na specjalnym blogu. Inna jest urodzoną intrygantką i potrafi planować długofalową zemstę, jeszcze inna nie radzi sobie z własnymi uczuciami. Towarzystwo debiutantek dalekie będzie od myślenia o balu i strojach. Tu liczy się wielka walka ze światem, z którym bohaterki wcale nie muszą się zgadzać. I chociaż Sawyer musi kombinować, żeby przetrwać – to nie ona wiedzie prym w wymyślaniu złożonych podstępów. A jak cztery młode kobiety w strojach balowych znalazły się w celi na komisariacie – to już zagadka dla odbiorców.
Ta powieść to migawki z celi i retrospekcje, które do tego momentu doprowadziły. Jennifer Lynn Barnes zaczyna od trzęsienia ziemi, a potem ma dla odbiorczyń coraz więcej atrakcji. Funduje silne emocje i jest niestrudzona w wymyślaniu kolejnych problemów. Motyw debiutantek to tylko tło, dzięki któremu bardzo różniące się od siebie charakterami dziewczyny mogą (albo wręcz muszą) zacząć współpracować. I wcale nie będzie tu akcji opartej na wzajemnych uszczypliwościach i drobnych złośliwostkach – sprawy wielkiego kalibru nadają rytm opowieści. Rówieśnicze niesnaski to tylko dodatek do fabuły. „Małe wielkie kłamstwa” to powieść, która może się spodobać – jest inna niż by się zapowiadało, burzliwa i wypełniona nietypowymi rozwiązaniami. Barnes nie boi się ryzyka w akcji – wie, jak rozwiązywać problemy bohaterek w nietuzinkowy sposób. Proponuje autorka bardzo dynamiczną książkę, wyłamującą się ze schematów, ale jednocześnie wpisującą się w modę na „zeszłowieczne” historie z ponadczasowymi uczuciami. Kto poszukuje niebanalnej relacji i odważnych fabularnych pomysłów, może śmiało sięgać po przygody debiutantek – Jennifer Lynn Barnes nie rozczaruje.
sobota, 28 grudnia 2024
Mateusz Cieślik: Śpij słodko
Must Read, Media Rodzina, Poznań 2024.
Zmiany
Trudne wejście w dorosłość ma Aleks – i grupa jego przyjaciół. Prawdziwą próbę bohaterowie przeżywają wtedy, kiedy w wypadku samochodowym ginie ich koleżanka, a druga zapada w śpiączkę. Ta sytuacja uruchamia najgorsze cechy wśród pozostawionych bez specjalistycznej opieki rówieśników. Chłopak, który stracił swoją wybrankę, ujawnia zachowania przemocowe w kolejnym związku, a Aleks – główny bohater książki „Śpij słodko” musi poradzić sobie z nieobecnością swojej ukochanej. Pozostali dystansują się od wydarzeń i nie do końca potrafią się ze sobą dogadać w kryzysie. Weronika do towarzystwa nigdy nie pasowała – zamiast imprezować, wolała siedzieć w domu i czytać książki, a jeszcze bardziej – pisać. Jej dziwność nie przeszkodziła Aleksowi: chłopak postanowił dotrzeć do tajemniczej nieznajomej, udało mu się ją skutecznie poderwać, a do tego… przyczynić się do poprawienia pierwszych wersji książki. Aleks okazał się uważnym czytelnikiem, wyczulonym nie tylko na szczegóły fabularne, ale i tekstowe – jego porady naprowadziły Weronikę na dobrą drogę w pisaniu. Przy Aleksie dziewczyna przekonała się, że czasami warto dać innym szansę i wyjść z domu. Teraz Weronika pogrążona w śpiączce nie ma pojęcia, co się wokół niej dzieje. Została po niej niedokończona powieść. Rodzice Weroniki przechodzą trudne chwile – nie radzą sobie z sytuacją, w której się znaleźli, nic więc dziwnego, że i Aleks jest w tym bardzo zagubiony. Odwiedza swoją dziewczynę, przynosi jej drobne prezenty i czyta na głos – dopóki nie zostanie przez dorosłych poproszony o zaniechanie tego typu aktywności.
Mateusz Cieślik tworzy powieść psychologiczną, w której dobre rozwiązania właściwie nie istnieją. Nie do końca przekonuje w rozkładzie akcentów – żongluje silnymi wydarzeniami i czasem nie daje czytelnikom wytchnienia od nich, a czasem zdarzają mu się niewytłumaczalne przestoje w akcji. Nie wie, na co się zdecydować w przypadku nowych znajomości Aleksa i jak odkurzyć stare znajomości, gdy kontakt się urywa i wszystkim jest niezręcznie wrócić do kumplowania się. Kiedy puszczają mu hamulce w przypadku przedstawiania przemocy – nie cofnie się przed niczym i uruchomi kolejnych bohaterów w rękoczynach po drobnych prowokacjach. W tym wszystkim próbuje uciekać w wielkie gesty niekoniecznie możliwe do wytłumaczenia racjonalnego – ale jakoś musi rozwiązać dylematy moralne i problemy płynące z rozwoju akcji. Jest „Śpij słodko” powieścią psychologiczną w stylu young adult – ale wiele motywów wyzwoli tu pytania odbiorców. Mateusz Cieślik waha się, czy jego bohaterowie powinni się wykazywać dojrzałością nad plan, czy też – dawać się ponieść emocjom, zmusza do międzypokoleniowych konfrontacji bez wyraźnego powodu i gra na emocjach – a jednocześnie proponuje historię, która budzi ciekawość co do kierunku rozwoju, wprowadza opowieść wolną od schematów i stereotypów fabularnych. Ta książka nie jest wygodna w lekturze, nie przynosi prostych i miłych scenek – i to może okazać się jej największą wartością. Pytania o wybory moralne w chwili próby to coś, co według autora powinno zapewnić publiczność literacką.
Zmiany
Trudne wejście w dorosłość ma Aleks – i grupa jego przyjaciół. Prawdziwą próbę bohaterowie przeżywają wtedy, kiedy w wypadku samochodowym ginie ich koleżanka, a druga zapada w śpiączkę. Ta sytuacja uruchamia najgorsze cechy wśród pozostawionych bez specjalistycznej opieki rówieśników. Chłopak, który stracił swoją wybrankę, ujawnia zachowania przemocowe w kolejnym związku, a Aleks – główny bohater książki „Śpij słodko” musi poradzić sobie z nieobecnością swojej ukochanej. Pozostali dystansują się od wydarzeń i nie do końca potrafią się ze sobą dogadać w kryzysie. Weronika do towarzystwa nigdy nie pasowała – zamiast imprezować, wolała siedzieć w domu i czytać książki, a jeszcze bardziej – pisać. Jej dziwność nie przeszkodziła Aleksowi: chłopak postanowił dotrzeć do tajemniczej nieznajomej, udało mu się ją skutecznie poderwać, a do tego… przyczynić się do poprawienia pierwszych wersji książki. Aleks okazał się uważnym czytelnikiem, wyczulonym nie tylko na szczegóły fabularne, ale i tekstowe – jego porady naprowadziły Weronikę na dobrą drogę w pisaniu. Przy Aleksie dziewczyna przekonała się, że czasami warto dać innym szansę i wyjść z domu. Teraz Weronika pogrążona w śpiączce nie ma pojęcia, co się wokół niej dzieje. Została po niej niedokończona powieść. Rodzice Weroniki przechodzą trudne chwile – nie radzą sobie z sytuacją, w której się znaleźli, nic więc dziwnego, że i Aleks jest w tym bardzo zagubiony. Odwiedza swoją dziewczynę, przynosi jej drobne prezenty i czyta na głos – dopóki nie zostanie przez dorosłych poproszony o zaniechanie tego typu aktywności.
Mateusz Cieślik tworzy powieść psychologiczną, w której dobre rozwiązania właściwie nie istnieją. Nie do końca przekonuje w rozkładzie akcentów – żongluje silnymi wydarzeniami i czasem nie daje czytelnikom wytchnienia od nich, a czasem zdarzają mu się niewytłumaczalne przestoje w akcji. Nie wie, na co się zdecydować w przypadku nowych znajomości Aleksa i jak odkurzyć stare znajomości, gdy kontakt się urywa i wszystkim jest niezręcznie wrócić do kumplowania się. Kiedy puszczają mu hamulce w przypadku przedstawiania przemocy – nie cofnie się przed niczym i uruchomi kolejnych bohaterów w rękoczynach po drobnych prowokacjach. W tym wszystkim próbuje uciekać w wielkie gesty niekoniecznie możliwe do wytłumaczenia racjonalnego – ale jakoś musi rozwiązać dylematy moralne i problemy płynące z rozwoju akcji. Jest „Śpij słodko” powieścią psychologiczną w stylu young adult – ale wiele motywów wyzwoli tu pytania odbiorców. Mateusz Cieślik waha się, czy jego bohaterowie powinni się wykazywać dojrzałością nad plan, czy też – dawać się ponieść emocjom, zmusza do międzypokoleniowych konfrontacji bez wyraźnego powodu i gra na emocjach – a jednocześnie proponuje historię, która budzi ciekawość co do kierunku rozwoju, wprowadza opowieść wolną od schematów i stereotypów fabularnych. Ta książka nie jest wygodna w lekturze, nie przynosi prostych i miłych scenek – i to może okazać się jej największą wartością. Pytania o wybory moralne w chwili próby to coś, co według autora powinno zapewnić publiczność literacką.
wtorek, 17 grudnia 2024
Filip Nafalski: Aplikacja
Media Rodzina, Must Read, Poznań 2024.
Zło
Filip Nafalski korzysta z przywileju debiutanta i nie przejmuje się żadnymi konwenansami ani schematami literackimi. W swojej powieści „Aplikacja” z upodobaniem chlapie krwią na wszystkie strony, zadając kolejnym ofiarom wymyślne tortury. To powieść, w której tylko narrator może zostać żywy, przynajmniej takie wrażenie odnosi się, kiedy w kolejnych rozdziałach giną następni bohaterowie – a autor wcale nie zamierza tego rytmu zmieniać. Ponieważ do dyspozycji ma grupę nastolatków, wydaje się, że nie przestanie mordować, dopóki się ich nie pozbędzie. Ale wiek ofiar go nie ogranicza w żaden sposób.
Po „Aplikację” mogą sięgnąć ci czytelnicy, którym nie przeszkadzają turpistyczne sceny i ze szczegółami przedstawiane kolejne tortury, jakich przed śmiercią doznają ofiary. Nafalski wychodzi tu daleko poza strategie mistrzów gatunku (którym z reguły wystarczy przedstawienie maksymalnie kilku spotkań oprawcy i ofiar), do tego za każdym razem zmienia strategie działania katów. Łączy ich jedno: groteskowe maski zwierząt. Punktem wyjścia z kolei jest komunikator. Aplikacja chętnie instalowana przez nastolatki ma możliwość porozmawiania z friend-botem, sztuczną inteligencją, która zachowuje się jak zwykły człowiek (robi nawet błędy ortograficzne). Friend-bot wie jednak bardzo dużo o swoich rozmówcach, a zakres danych, jakie zyskuje, budzi grozę. Zresztą innych odczuć za bardzo tu nie ma – Nafalski operuje wyłącznie grozą, chociaż od czasu do czasu przypomina mu się, że warto by było wpleść jeszcze zależności między bohaterami – gdzieś sygnalizuje przyjaźń, gdzie indziej miłość (wyznaną albo skrywaną skrzętnie). Bazuje jednak przede wszystkim na szkolnych relacjach: paczka przyjaciół, którzy razem chodzą na imprezy i mają wspólne wspomnienia (także z błędów młodości i problemów o szeroko zakrojonych konsekwencjach), trzyma się ze sobą tylko z konieczności, gdyby nie środowisko – ci młodzi ludzie nie szukaliby kontaktu ze sobą. Filip Nafalski niespecjalnie radzi sobie też z nakreślaniem rozkładu sił między bohaterami i ich rodzicami – bezradnymi w obliczu działań psychopatycznego seryjnego mordercy. Nikt nie ma sposobu na to, żeby powstrzymać agresora (zwłaszcza że pozostaje on anonimowy), a nowe technologie pomagają tylko w potęgowaniu strachu. W konstrukcji tej powieści pojawia się spora dłużyzna – kiedy giną kolejne postacie. Tu Filip Nafalski wyraźnie traci rezon, zanurza się w opisach zbrodni bez pomysłu na rozwój całości, sugerując czytelnikom, że nie spocznie, dopóki nie pozbędzie się wszystkich, których powołał do istnienia. Tyle że takie nagromadzenie naturalistycznych koszmarów niekoniecznie wyzwala dreszcz emocji – w pewnym momencie przestaje robić wrażenie i wymusza pytanie, czy zdarzy się coś więcej, co uzasadniałoby lekturę. Trochę się Nafalski chwali pomysłowością w zadawaniu bohaterom cierpienia – ale jeśli to ma być jedyny atut jego książki, to niekoniecznie usatysfakcjonuje. Jest tu jeszcze mankament w postaci braku kolorytu lokalnego – autor przenosi swoich bohaterów do miasteczka Honesdale, boi się ubrania ich w jakiekolwiek znajome realia – a to sprawia, że tło wypada papierowo i niezbyt przekonująco.
Zło
Filip Nafalski korzysta z przywileju debiutanta i nie przejmuje się żadnymi konwenansami ani schematami literackimi. W swojej powieści „Aplikacja” z upodobaniem chlapie krwią na wszystkie strony, zadając kolejnym ofiarom wymyślne tortury. To powieść, w której tylko narrator może zostać żywy, przynajmniej takie wrażenie odnosi się, kiedy w kolejnych rozdziałach giną następni bohaterowie – a autor wcale nie zamierza tego rytmu zmieniać. Ponieważ do dyspozycji ma grupę nastolatków, wydaje się, że nie przestanie mordować, dopóki się ich nie pozbędzie. Ale wiek ofiar go nie ogranicza w żaden sposób.
Po „Aplikację” mogą sięgnąć ci czytelnicy, którym nie przeszkadzają turpistyczne sceny i ze szczegółami przedstawiane kolejne tortury, jakich przed śmiercią doznają ofiary. Nafalski wychodzi tu daleko poza strategie mistrzów gatunku (którym z reguły wystarczy przedstawienie maksymalnie kilku spotkań oprawcy i ofiar), do tego za każdym razem zmienia strategie działania katów. Łączy ich jedno: groteskowe maski zwierząt. Punktem wyjścia z kolei jest komunikator. Aplikacja chętnie instalowana przez nastolatki ma możliwość porozmawiania z friend-botem, sztuczną inteligencją, która zachowuje się jak zwykły człowiek (robi nawet błędy ortograficzne). Friend-bot wie jednak bardzo dużo o swoich rozmówcach, a zakres danych, jakie zyskuje, budzi grozę. Zresztą innych odczuć za bardzo tu nie ma – Nafalski operuje wyłącznie grozą, chociaż od czasu do czasu przypomina mu się, że warto by było wpleść jeszcze zależności między bohaterami – gdzieś sygnalizuje przyjaźń, gdzie indziej miłość (wyznaną albo skrywaną skrzętnie). Bazuje jednak przede wszystkim na szkolnych relacjach: paczka przyjaciół, którzy razem chodzą na imprezy i mają wspólne wspomnienia (także z błędów młodości i problemów o szeroko zakrojonych konsekwencjach), trzyma się ze sobą tylko z konieczności, gdyby nie środowisko – ci młodzi ludzie nie szukaliby kontaktu ze sobą. Filip Nafalski niespecjalnie radzi sobie też z nakreślaniem rozkładu sił między bohaterami i ich rodzicami – bezradnymi w obliczu działań psychopatycznego seryjnego mordercy. Nikt nie ma sposobu na to, żeby powstrzymać agresora (zwłaszcza że pozostaje on anonimowy), a nowe technologie pomagają tylko w potęgowaniu strachu. W konstrukcji tej powieści pojawia się spora dłużyzna – kiedy giną kolejne postacie. Tu Filip Nafalski wyraźnie traci rezon, zanurza się w opisach zbrodni bez pomysłu na rozwój całości, sugerując czytelnikom, że nie spocznie, dopóki nie pozbędzie się wszystkich, których powołał do istnienia. Tyle że takie nagromadzenie naturalistycznych koszmarów niekoniecznie wyzwala dreszcz emocji – w pewnym momencie przestaje robić wrażenie i wymusza pytanie, czy zdarzy się coś więcej, co uzasadniałoby lekturę. Trochę się Nafalski chwali pomysłowością w zadawaniu bohaterom cierpienia – ale jeśli to ma być jedyny atut jego książki, to niekoniecznie usatysfakcjonuje. Jest tu jeszcze mankament w postaci braku kolorytu lokalnego – autor przenosi swoich bohaterów do miasteczka Honesdale, boi się ubrania ich w jakiekolwiek znajome realia – a to sprawia, że tło wypada papierowo i niezbyt przekonująco.
poniedziałek, 12 sierpnia 2024
Emma Scott: All in. Tatuaż z motylem
Must Read, Media Rodzina, Poznań 2024.
Odległość
Kiedy Jonah umierał, wymuszał na swoich bliskich konkretne zobowiązania. Bardzo chciał, żeby jego brat, Theo, związał się z jego ukochaną – bo wyraźnie już wcześniej czuł słabość do Kacey. Dziewczynie też pomogłoby, gdyby znalazła pocieszyciela i prawdziwą miłość, tym razem już z nieokreślonym terminem ważności. W drugim tomie serii All in, „Tatuaż z motylem” Emma Scott skupia się zatem na relacji łączącej Theo i Kacey – a raczej na budującym się między nimi uczuciu. Nie jest łatwo. Przede wszystkim bohaterom trudno się pogodzić ze stratą. Kacey wraca do alkoholowych libacji po każdym występie, przeprowadza się też na drugi koniec kraju, żeby nie pozostawać w miejscu, które przypomina jej o Jonahu. Theo ciężko pracuje: chce zrealizować marzenia o własnym salonie tatuażu (nawet jeśli oznacza to przeciwstawienie się woli ojca), kończy studia i próbuje okiełznać rozpacz matki. I chociaż po wielkiej historii miłosnej, jaka pojawiła się w „Sercu ze szkła” trudno byłoby wyobrazić sobie kolejną, równie silną – Emma Scott radzi sobie z tym zadaniem. Przeszkody na drodze do szczęścia umieszcza tym razem w samych bohaterach i w ich otoczeniu: Theo i Kacey nie są pewni, czy powinni być razem przez wzgląd na Jonaha. Ich wspólni znajomi uważają, że ten związek nie ma racji bytu i próbują wpłynąć na decyzje postaci. Jednak Theo potrzebuje Kacey, a Kacey potrzebuje Theo – w dodatku oboje nie szukają już przygód poza sobą, czekają cierpliwie, żeby ziściło się to, czego potajemnie pragną. W całym przedstawieniu rozkwitu uczucia autorka spłyca jedno: wątek alkoholizmu. Kacey wróciła do picia po przerwie na związek z Jonahem – tym razem wystarczają jej trzy dni, żeby wyjść z nałogu, w dodatku bez pomocy specjalistów, tylko dzięki oparciu w chłopaku. Mocno to naciągane, ale nikt nie będzie „Tatuażu z motylem” traktować jako poradnika AA, liczy się efekt. A efekt to wyjątkowość relacji. Autorka skupia się na wyzwaniach: nie tylko rozedrgana emocjonalnie matka i surowy ojciec po stronie Theo uniemożliwiają wręcz realizację marzeń. Kacey też ma nieuregulowaną sytuację z rodzicami – próbuje do nich dotrzeć, jednak nie jest w stanie przebić się przez mur, jaki wznieśli. Dążenie do zadowalania innych wiąże się tu jeszcze z koniecznością samorealizacji: praca i obowiązki zawodowe, które kiedyś znajdowały się na liście priorytetów, teraz zatrzymują w miejscu – niestety, daleko od ukochanej osoby. „Tatuaż z motylem” to opowieść o kompromisach i o poszukiwaniu recepty na bycie razem. Oczywiście autorka chce wzruszać i sprawiać, żeby odbiorczynie uwierzyły w prawdziwą miłość (drugą i równie mocną jak poprzednia), nie przekreśla też całkiem przeszłości, bo Jonah w swojej sztuce powraca dość często. Dwutomowy cykl przynosi wiele ważnych w obliczu przyszłego szczęścia spraw – nie da się prowadzić nowego życia bez uporządkowania starych spraw – ale z mnogością wątków Emma Scott dobrze sobie radzi. Jest w stanie zaangażować odbiorczynie w fabułę i przekonać do śledzenia wyborów postaci – chociaż wyraźnie widać kierunek jej wysiłków twórczych, nie przekreśla to przyjemności czytania dla rozrywki.
Odległość
Kiedy Jonah umierał, wymuszał na swoich bliskich konkretne zobowiązania. Bardzo chciał, żeby jego brat, Theo, związał się z jego ukochaną – bo wyraźnie już wcześniej czuł słabość do Kacey. Dziewczynie też pomogłoby, gdyby znalazła pocieszyciela i prawdziwą miłość, tym razem już z nieokreślonym terminem ważności. W drugim tomie serii All in, „Tatuaż z motylem” Emma Scott skupia się zatem na relacji łączącej Theo i Kacey – a raczej na budującym się między nimi uczuciu. Nie jest łatwo. Przede wszystkim bohaterom trudno się pogodzić ze stratą. Kacey wraca do alkoholowych libacji po każdym występie, przeprowadza się też na drugi koniec kraju, żeby nie pozostawać w miejscu, które przypomina jej o Jonahu. Theo ciężko pracuje: chce zrealizować marzenia o własnym salonie tatuażu (nawet jeśli oznacza to przeciwstawienie się woli ojca), kończy studia i próbuje okiełznać rozpacz matki. I chociaż po wielkiej historii miłosnej, jaka pojawiła się w „Sercu ze szkła” trudno byłoby wyobrazić sobie kolejną, równie silną – Emma Scott radzi sobie z tym zadaniem. Przeszkody na drodze do szczęścia umieszcza tym razem w samych bohaterach i w ich otoczeniu: Theo i Kacey nie są pewni, czy powinni być razem przez wzgląd na Jonaha. Ich wspólni znajomi uważają, że ten związek nie ma racji bytu i próbują wpłynąć na decyzje postaci. Jednak Theo potrzebuje Kacey, a Kacey potrzebuje Theo – w dodatku oboje nie szukają już przygód poza sobą, czekają cierpliwie, żeby ziściło się to, czego potajemnie pragną. W całym przedstawieniu rozkwitu uczucia autorka spłyca jedno: wątek alkoholizmu. Kacey wróciła do picia po przerwie na związek z Jonahem – tym razem wystarczają jej trzy dni, żeby wyjść z nałogu, w dodatku bez pomocy specjalistów, tylko dzięki oparciu w chłopaku. Mocno to naciągane, ale nikt nie będzie „Tatuażu z motylem” traktować jako poradnika AA, liczy się efekt. A efekt to wyjątkowość relacji. Autorka skupia się na wyzwaniach: nie tylko rozedrgana emocjonalnie matka i surowy ojciec po stronie Theo uniemożliwiają wręcz realizację marzeń. Kacey też ma nieuregulowaną sytuację z rodzicami – próbuje do nich dotrzeć, jednak nie jest w stanie przebić się przez mur, jaki wznieśli. Dążenie do zadowalania innych wiąże się tu jeszcze z koniecznością samorealizacji: praca i obowiązki zawodowe, które kiedyś znajdowały się na liście priorytetów, teraz zatrzymują w miejscu – niestety, daleko od ukochanej osoby. „Tatuaż z motylem” to opowieść o kompromisach i o poszukiwaniu recepty na bycie razem. Oczywiście autorka chce wzruszać i sprawiać, żeby odbiorczynie uwierzyły w prawdziwą miłość (drugą i równie mocną jak poprzednia), nie przekreśla też całkiem przeszłości, bo Jonah w swojej sztuce powraca dość często. Dwutomowy cykl przynosi wiele ważnych w obliczu przyszłego szczęścia spraw – nie da się prowadzić nowego życia bez uporządkowania starych spraw – ale z mnogością wątków Emma Scott dobrze sobie radzi. Jest w stanie zaangażować odbiorczynie w fabułę i przekonać do śledzenia wyborów postaci – chociaż wyraźnie widać kierunek jej wysiłków twórczych, nie przekreśla to przyjemności czytania dla rozrywki.
wtorek, 9 lipca 2024
Emma Scott: All in. Serce ze szkła. Tom I
Must Read, Media Rodzina, Poznań 2024.
Przygotowanie do straty
Rzadko się zdarza, żeby w pierwszym tomie serii autorzy pozbywali się głównego bohatera - Emma Scott nie zamierza jednak kreować cudownego ocalenia, skoro od pierwszych stron zapowiada rychłą śmierć bohatera. Jonah spieszy się, żeby przed śmiercią przygotować jeszcze wystawę artystyczną - zestaw przedmiotów z dmuchanego szkła. Jest wyjątkowo utalentowany, jednak wirus, który zaatakował jego serce - a później system immunologiczny, konsekwentnie odrzucający przeszczep - prowadzą go do rychłego kresu. Jonah już wie, że nie przeżyje. I dlatego nie zamierza się angażować w żaden związek. Może zatem zaopiekować się Kacey, gitarową gwiazdą. Kacey prowadzi życie typowe dla rockmanki, ciągle się upija, a po koncertach decyduje na przygodny seks. Wszystko po to, żeby zapomnieć o swoich traumach i problemach. Jednak pewnego dnia trafia na Jonaha - i wtedy wszystko się zmienia. Bo to chłopak, który jej nie wykorzystuje i nie próbuje nawet zasugerować innej niż przyjacielska relacji. Oferuje jej schronienie, pomoc, opiekę i wsparcie - wszystko to, czego Kacey nawet nie szukała. Tajemnice, jakie przynosi ze sobą kierowca zamówionej taksówki (bo Jonah, który źle sypia, dorabia sobie w ten sposób), prowokują do zmiany przyzwyczajeń.
"All in. Serce ze szkła" to opowieść, którą czytelniczki pokochają zwłaszcza ze względu na miłość pokonującą wszelkie przeszkody. Nie ma w tym żadnego sekretu: autorka zawęża galerię postaci, towarzyszy na przemian Kacey i Jonahowi w ich narracjach i zwierzeniach. Do tego grona dopuszcza jeszcze brata Jonaha - bo ktoś musi troszczyć się o chorego i dbać o to, żeby nie powtórzyła się krzywda, jaką wyrządziła mu (w oczach bliskich) była dziewczyna. Emma Scott pokazuje, jak rozwija się uczucie między bohaterami, którzy tego uczucia wcale nie chcą - ale lubią spędzać ze sobą czas. Stopniowo pomaga im w ocenianiu siebie nawzajem i w określaniu potrzeb. Przeszkoda na drodze do szczęścia jest potężna, jednak Emma Scott pyta, czym naprawdę jest szczęście. Wie, jak wzruszać czytelniczki i podsuwać im opowieść, której długo nie wyrzucą z pamięci.
Jest w tym możliwość odcięcia się od przeszłości - nie ma znaczenia ani choroba Jonaha, ani ekscesy Kacey - nie ma znaczenia również postawa bliskich, bo jeśli ktoś zamierza reprezentować głos rozsądku, nie przebije się przez ogrom emocji. Ale żeby nie koncentrować się wyłącznie na sercowych podbojach, autorka sięga również do znaczenia sztuki - która zapewni upamiętnienie (ale też odejście od aktualnych zmartwień). Ta powieść została przygotowana tak, by oderwać czytelniczki od ich trosk, pokazać im, że w każdej sytuacji można szukać jasnych stron - nawet gdy wszystko jest już przesądzone. Ta książka na pewno wyzwoli sporo uczuć u odbiorczyń, to lektura, jakiej potrzebują zwłaszcza romantyczki. Jest tu sporo intrygujących wydarzeń, które odsuwają pytania o przebieg choroby i jej prawdopodobieństwo - ale wiadomo, że najbardziej liczy się historia miłosna, wszystko inne musi zejść na dalszy plan.
Przygotowanie do straty
Rzadko się zdarza, żeby w pierwszym tomie serii autorzy pozbywali się głównego bohatera - Emma Scott nie zamierza jednak kreować cudownego ocalenia, skoro od pierwszych stron zapowiada rychłą śmierć bohatera. Jonah spieszy się, żeby przed śmiercią przygotować jeszcze wystawę artystyczną - zestaw przedmiotów z dmuchanego szkła. Jest wyjątkowo utalentowany, jednak wirus, który zaatakował jego serce - a później system immunologiczny, konsekwentnie odrzucający przeszczep - prowadzą go do rychłego kresu. Jonah już wie, że nie przeżyje. I dlatego nie zamierza się angażować w żaden związek. Może zatem zaopiekować się Kacey, gitarową gwiazdą. Kacey prowadzi życie typowe dla rockmanki, ciągle się upija, a po koncertach decyduje na przygodny seks. Wszystko po to, żeby zapomnieć o swoich traumach i problemach. Jednak pewnego dnia trafia na Jonaha - i wtedy wszystko się zmienia. Bo to chłopak, który jej nie wykorzystuje i nie próbuje nawet zasugerować innej niż przyjacielska relacji. Oferuje jej schronienie, pomoc, opiekę i wsparcie - wszystko to, czego Kacey nawet nie szukała. Tajemnice, jakie przynosi ze sobą kierowca zamówionej taksówki (bo Jonah, który źle sypia, dorabia sobie w ten sposób), prowokują do zmiany przyzwyczajeń.
"All in. Serce ze szkła" to opowieść, którą czytelniczki pokochają zwłaszcza ze względu na miłość pokonującą wszelkie przeszkody. Nie ma w tym żadnego sekretu: autorka zawęża galerię postaci, towarzyszy na przemian Kacey i Jonahowi w ich narracjach i zwierzeniach. Do tego grona dopuszcza jeszcze brata Jonaha - bo ktoś musi troszczyć się o chorego i dbać o to, żeby nie powtórzyła się krzywda, jaką wyrządziła mu (w oczach bliskich) była dziewczyna. Emma Scott pokazuje, jak rozwija się uczucie między bohaterami, którzy tego uczucia wcale nie chcą - ale lubią spędzać ze sobą czas. Stopniowo pomaga im w ocenianiu siebie nawzajem i w określaniu potrzeb. Przeszkoda na drodze do szczęścia jest potężna, jednak Emma Scott pyta, czym naprawdę jest szczęście. Wie, jak wzruszać czytelniczki i podsuwać im opowieść, której długo nie wyrzucą z pamięci.
Jest w tym możliwość odcięcia się od przeszłości - nie ma znaczenia ani choroba Jonaha, ani ekscesy Kacey - nie ma znaczenia również postawa bliskich, bo jeśli ktoś zamierza reprezentować głos rozsądku, nie przebije się przez ogrom emocji. Ale żeby nie koncentrować się wyłącznie na sercowych podbojach, autorka sięga również do znaczenia sztuki - która zapewni upamiętnienie (ale też odejście od aktualnych zmartwień). Ta powieść została przygotowana tak, by oderwać czytelniczki od ich trosk, pokazać im, że w każdej sytuacji można szukać jasnych stron - nawet gdy wszystko jest już przesądzone. Ta książka na pewno wyzwoli sporo uczuć u odbiorczyń, to lektura, jakiej potrzebują zwłaszcza romantyczki. Jest tu sporo intrygujących wydarzeń, które odsuwają pytania o przebieg choroby i jej prawdopodobieństwo - ale wiadomo, że najbardziej liczy się historia miłosna, wszystko inne musi zejść na dalszy plan.
czwartek, 28 grudnia 2023
Amber Smith: Już nie ma tamtej mnie
Must Read, Poznań 2023.
Zapomnienie
Ta książka na długo pozostanie w czytelnikach - i pokaże im, że niektórzy potrafią krzywdzić siebie i otoczenie dlatego, że nie potrafią się uporać z trudnymi przeżyciami z przeszłości. Nie ma tu mowy o pokrzepieniu czy o zwyczajności - wszystko musi przyjąć ekstremalne formy, żeby dotarło i żeby dało się w ogóle rozpocząć proces zmiany i zdrowienia. Bohaterką jest tutaj Eden. Dziewczyna ma czternaście lat i jest jeszcze naiwnym dzieckiem. Podkochuje się beznadziejnie w koledze starszego brata, stara się być dobrą uczennicą i grzeczną córką. Wszystko zmienia się w momencie gdy obiekt westchnień, Kevin, zakrada się do jej pokoju nocą i gwałci, grożąc śmiercią, gdyby Eden komuś o tym powiedziała. Bohaterka oczywiście zamyka się w sobie i nie potrafi nikomu przyznać do tego, co się stało. Zapomnienia szuka w sposobie na ukaranie siebie samej - ale najpierw pada ofiarą szkolnych prześladowań. Na ścianach szkolnych toalet pojawiają się napisy szargające jej reputację: Eden jeszcze nie zrobiła nic, żeby przedzierzgnąć się w puszczalską. Ale to podsuwa jej sposób na zapomnienie: dziewczyna przełamuje lęk przed zbliżeniami, sypiając z przypadkowymi facetami na imprezach. Rujnuje każdy potencjalny związek i krzywdzi ludzi, którym na niej zależy - nie potrafi się jednak zatrzymać w destrukcyjnym pędzie. Najpierw chodzi tylko o ucieczkę od środowiska, które wcale jej nie akceptuje. Później to już ucieczka od siebie samej, czy osoby, którą Eden się stała wbrew własnym oczekiwaniom. Sekret cały czas jej ciąży i chociaż Eden w ogóle nie zastanawia się nad sensem przypadkowych kontaktów seksualnych - traktuje je jako sposób na oczyszczenie - co pewien czas powraca pamięcią do chwili, w której skończyła się jej normalność.
"Już nie ma tamtej mnie" to książka wstrząsająca i ważna - a jednocześnie zrywająca ze schematami młodzieżowych romansów spod szyldu young adult. Nie dla Eden ckliwe nadzieje i powolne budowanie uczuć - ona nie chce niczego czuć, nie chce bliskości i partnerstwa ani związków i nie zamierza dawać szansy nawet tym, którzy są nią zainteresowani pozałóżkowo - a przecież i tacy się zdarzają. Nie dostrzega w ogóle porządnych facetów, krzywdzi siebie, chociaż tego nie zauważa. Przypadek Eden pokazuje, jak łatwo stoczyć się na samo dno, kiedy strach blokuje przed poproszeniem o pomoc. Amber Smith przeprowadza czytelniczki przez bardzo trudne tematy. Przede wszystkim ilustruje temat braku szacunku do swojego ciała - ale unika tu moralizowania. Eden nie boryka się z konsekwencjami cielesnymi swoich impulsywnych działań, nie zajdzie w nieplanowaną ciążę, nie złapie żadnej choroby - tu kwestia rozgrywa się w psychice i w ranach niewidocznych na pierwszy rzut oka. Robi to, na co ma ochotę - albo co wymyśliła sobie w zastępstwie zwyczajności. Ale autorka odwołuje się również do innych tematów w relacjach rówieśniczych: między innymi porusza temat prześladowań innych, pokazuje rozpady przyjaźni (albo walki o najbliższych), sprawdza, jak reagują osoby z najbliższego otoczenia, kiedy zderzane są z czymś, czego nie mogą zrozumieć. Bardzo dużo dzieje się w ramach psychologicznej akcji - nawet jeśli w fabule bohaterka przeskakuje z imprezy na imprezę. To cenna książka nie tylko dla nastoletnich odbiorców.
Zapomnienie
Ta książka na długo pozostanie w czytelnikach - i pokaże im, że niektórzy potrafią krzywdzić siebie i otoczenie dlatego, że nie potrafią się uporać z trudnymi przeżyciami z przeszłości. Nie ma tu mowy o pokrzepieniu czy o zwyczajności - wszystko musi przyjąć ekstremalne formy, żeby dotarło i żeby dało się w ogóle rozpocząć proces zmiany i zdrowienia. Bohaterką jest tutaj Eden. Dziewczyna ma czternaście lat i jest jeszcze naiwnym dzieckiem. Podkochuje się beznadziejnie w koledze starszego brata, stara się być dobrą uczennicą i grzeczną córką. Wszystko zmienia się w momencie gdy obiekt westchnień, Kevin, zakrada się do jej pokoju nocą i gwałci, grożąc śmiercią, gdyby Eden komuś o tym powiedziała. Bohaterka oczywiście zamyka się w sobie i nie potrafi nikomu przyznać do tego, co się stało. Zapomnienia szuka w sposobie na ukaranie siebie samej - ale najpierw pada ofiarą szkolnych prześladowań. Na ścianach szkolnych toalet pojawiają się napisy szargające jej reputację: Eden jeszcze nie zrobiła nic, żeby przedzierzgnąć się w puszczalską. Ale to podsuwa jej sposób na zapomnienie: dziewczyna przełamuje lęk przed zbliżeniami, sypiając z przypadkowymi facetami na imprezach. Rujnuje każdy potencjalny związek i krzywdzi ludzi, którym na niej zależy - nie potrafi się jednak zatrzymać w destrukcyjnym pędzie. Najpierw chodzi tylko o ucieczkę od środowiska, które wcale jej nie akceptuje. Później to już ucieczka od siebie samej, czy osoby, którą Eden się stała wbrew własnym oczekiwaniom. Sekret cały czas jej ciąży i chociaż Eden w ogóle nie zastanawia się nad sensem przypadkowych kontaktów seksualnych - traktuje je jako sposób na oczyszczenie - co pewien czas powraca pamięcią do chwili, w której skończyła się jej normalność.
"Już nie ma tamtej mnie" to książka wstrząsająca i ważna - a jednocześnie zrywająca ze schematami młodzieżowych romansów spod szyldu young adult. Nie dla Eden ckliwe nadzieje i powolne budowanie uczuć - ona nie chce niczego czuć, nie chce bliskości i partnerstwa ani związków i nie zamierza dawać szansy nawet tym, którzy są nią zainteresowani pozałóżkowo - a przecież i tacy się zdarzają. Nie dostrzega w ogóle porządnych facetów, krzywdzi siebie, chociaż tego nie zauważa. Przypadek Eden pokazuje, jak łatwo stoczyć się na samo dno, kiedy strach blokuje przed poproszeniem o pomoc. Amber Smith przeprowadza czytelniczki przez bardzo trudne tematy. Przede wszystkim ilustruje temat braku szacunku do swojego ciała - ale unika tu moralizowania. Eden nie boryka się z konsekwencjami cielesnymi swoich impulsywnych działań, nie zajdzie w nieplanowaną ciążę, nie złapie żadnej choroby - tu kwestia rozgrywa się w psychice i w ranach niewidocznych na pierwszy rzut oka. Robi to, na co ma ochotę - albo co wymyśliła sobie w zastępstwie zwyczajności. Ale autorka odwołuje się również do innych tematów w relacjach rówieśniczych: między innymi porusza temat prześladowań innych, pokazuje rozpady przyjaźni (albo walki o najbliższych), sprawdza, jak reagują osoby z najbliższego otoczenia, kiedy zderzane są z czymś, czego nie mogą zrozumieć. Bardzo dużo dzieje się w ramach psychologicznej akcji - nawet jeśli w fabule bohaterka przeskakuje z imprezy na imprezę. To cenna książka nie tylko dla nastoletnich odbiorców.
sobota, 23 grudnia 2023
Joya Goffney: Czasami jestem morzem łez
Must Read, Poznań 2023.
Lista uczuć
Trochę szuka tematu na młodzieżowy romans Joya Goffney i trochę też odbiorców zaskakuje, przenosząc ciężar tematu z miłości mimo wszystko na kwestie rasowe. "Czasami jestem morzem łez" to książka nietypowa za sprawą problemów bohaterki, Czarnej (w tomie przyjęty został taki sposób zapisu, a ponieważ dziewczyna zmaga się z problemami z zaakceptowaniem koloru skóry, używa też opisowego określenia "słowo na CZ". Poza "Czarnymi" są tu też "Miksy", do których właściwie Quinn się zalicza - zapis wielką literą odnosi się tylko do bohaterów o ciemniejszym kolorze skóry i trzeba się do tej ortografii przyzwyczaić podczas czytania). Quinn ma osiemnaście lat i już niedługo będzie musiała wybrać uniwersytet dla siebie (nie jest to uczelnia, o której marzą dla córki rodzice Quinn) - tyle że nie przejawia specjalnych skłonności do nauki i ciągle wpada w kłopoty związane ze szkołą i ocenami. Woli zajmować się tematem odrzucania jej przez społeczeństwo - a każdy przejaw nietolerancji czy braku akceptacji mocno rozdmuchuje, nawet jeśli wydaje się, że jej znajomi nie mieli nic złego na myśli. Quinn w temacie rasizmu jest nadwrażliwa od czasu, kiedy ktoś nazwał ją Oreo (biała w środku, mimo koloru skóry). To wątek, który wypełnia sporą część tomu. Ponadto Quinn ze swoimi dylematami radzi sobie, układając je w listy. Ma cały notes z wypisywanymi w punktach spostrzeżeniami i przemyśleniami. Czasami to naiwne nastoletnie wynurzenia - na przykład wyliczanki chłopców, którzy jej się podobają, innym razem sekrety, jakich Quinn nie powierzyłaby nikomu innemu. Do takich należy lista rzeczy, o których nikt poza Quinn nie wie. Wypisywanie ich w zeszycie to proszenie się o katastrofę - i rzeczywiście pewnego dnia dziennik Quinn znika. Cała szkoła wkrótce dostanie zdjęcie jednej ze stron (z konkretną listą), a sama bohaterka - nakaz wypełniania kolejnych punktów do zrobienia. I tak zaczyna się wielka przygoda Quinn, właściwie zabawa w dojrzewanie, przejście od beztroskiego i wypełnionego drobnymi kłamstwami dzieciństwa w dorosłość. Quinn w potyczce z anonimowym prześladowcą nie jest sama - zaczyna się nią opiekować Carter, przystojny chłopak i jeden z obiektów z listy. Carter do Quinn doprowadza też swoją kuzynkę, Olivię, kiedyś borykającą się z prześladowaniem w szkole, dzisiaj - bardzo odważną dziewczynę. Ta paczka będzie wspólnie stawiać czoła problemom i wyzwaniom. Wszystko po to, żeby Quinn i Carter mogli w końcu być razem - bo chociaż na początku bohaterka jest zauroczona swoim najlepszym przyjacielem, Mattem, to Joya Goffney o tej postaci w pewnym momencie zapomni: Matt nie będzie potrzebny, jako element dzieciństwa Quinn. Sporo tu tematów ciężkich jak na romans dla młodzieży - między innymi dziewczyna martwi się rasizmem u jej ojca (objawia się to w nieoczekiwanych momentach i psuje relacje w towarzystwie), ma też wielki problem z zaakceptowaniem odchodzenia babci: ukochana Hattie była towarzyszką wielu szaleństw, teraz przebywa w domu opieki, a jej stan stale się pogarsza. Quinn nie czuje się gotowa, by wybrać się z wizytą i przekonać się, że dawna babcia już nie wróci - w efekcie traci czas możliwy na pożegnania czy budowanie kolejnych cennych wspomnień. Wszystko się zmienia, gdy przyjaciele otwierają ją na nowe doznania - więc "Czasami jestem morzem łez" pokazuje także inną perspektywę i drogi działania. Odbiorcy, którzy nie potrafią poradzić sobie z własnym życiem, nauczą się dzięki tej lekturze dystansu i mierzenia się z przeciwnościami losu - i to ważne przesłanie.
Lista uczuć
Trochę szuka tematu na młodzieżowy romans Joya Goffney i trochę też odbiorców zaskakuje, przenosząc ciężar tematu z miłości mimo wszystko na kwestie rasowe. "Czasami jestem morzem łez" to książka nietypowa za sprawą problemów bohaterki, Czarnej (w tomie przyjęty został taki sposób zapisu, a ponieważ dziewczyna zmaga się z problemami z zaakceptowaniem koloru skóry, używa też opisowego określenia "słowo na CZ". Poza "Czarnymi" są tu też "Miksy", do których właściwie Quinn się zalicza - zapis wielką literą odnosi się tylko do bohaterów o ciemniejszym kolorze skóry i trzeba się do tej ortografii przyzwyczaić podczas czytania). Quinn ma osiemnaście lat i już niedługo będzie musiała wybrać uniwersytet dla siebie (nie jest to uczelnia, o której marzą dla córki rodzice Quinn) - tyle że nie przejawia specjalnych skłonności do nauki i ciągle wpada w kłopoty związane ze szkołą i ocenami. Woli zajmować się tematem odrzucania jej przez społeczeństwo - a każdy przejaw nietolerancji czy braku akceptacji mocno rozdmuchuje, nawet jeśli wydaje się, że jej znajomi nie mieli nic złego na myśli. Quinn w temacie rasizmu jest nadwrażliwa od czasu, kiedy ktoś nazwał ją Oreo (biała w środku, mimo koloru skóry). To wątek, który wypełnia sporą część tomu. Ponadto Quinn ze swoimi dylematami radzi sobie, układając je w listy. Ma cały notes z wypisywanymi w punktach spostrzeżeniami i przemyśleniami. Czasami to naiwne nastoletnie wynurzenia - na przykład wyliczanki chłopców, którzy jej się podobają, innym razem sekrety, jakich Quinn nie powierzyłaby nikomu innemu. Do takich należy lista rzeczy, o których nikt poza Quinn nie wie. Wypisywanie ich w zeszycie to proszenie się o katastrofę - i rzeczywiście pewnego dnia dziennik Quinn znika. Cała szkoła wkrótce dostanie zdjęcie jednej ze stron (z konkretną listą), a sama bohaterka - nakaz wypełniania kolejnych punktów do zrobienia. I tak zaczyna się wielka przygoda Quinn, właściwie zabawa w dojrzewanie, przejście od beztroskiego i wypełnionego drobnymi kłamstwami dzieciństwa w dorosłość. Quinn w potyczce z anonimowym prześladowcą nie jest sama - zaczyna się nią opiekować Carter, przystojny chłopak i jeden z obiektów z listy. Carter do Quinn doprowadza też swoją kuzynkę, Olivię, kiedyś borykającą się z prześladowaniem w szkole, dzisiaj - bardzo odważną dziewczynę. Ta paczka będzie wspólnie stawiać czoła problemom i wyzwaniom. Wszystko po to, żeby Quinn i Carter mogli w końcu być razem - bo chociaż na początku bohaterka jest zauroczona swoim najlepszym przyjacielem, Mattem, to Joya Goffney o tej postaci w pewnym momencie zapomni: Matt nie będzie potrzebny, jako element dzieciństwa Quinn. Sporo tu tematów ciężkich jak na romans dla młodzieży - między innymi dziewczyna martwi się rasizmem u jej ojca (objawia się to w nieoczekiwanych momentach i psuje relacje w towarzystwie), ma też wielki problem z zaakceptowaniem odchodzenia babci: ukochana Hattie była towarzyszką wielu szaleństw, teraz przebywa w domu opieki, a jej stan stale się pogarsza. Quinn nie czuje się gotowa, by wybrać się z wizytą i przekonać się, że dawna babcia już nie wróci - w efekcie traci czas możliwy na pożegnania czy budowanie kolejnych cennych wspomnień. Wszystko się zmienia, gdy przyjaciele otwierają ją na nowe doznania - więc "Czasami jestem morzem łez" pokazuje także inną perspektywę i drogi działania. Odbiorcy, którzy nie potrafią poradzić sobie z własnym życiem, nauczą się dzięki tej lekturze dystansu i mierzenia się z przeciwnościami losu - i to ważne przesłanie.
niedziela, 15 października 2023
Alice Kellen: Wszystko, czym nigdy nie byliśmy
Must Read, Media Rodzina, Poznań 2023.
Krzywda
Alice Kellen wykorzystuje możliwości platform komunikacyjnych nowych mediów, żeby zyskać zainteresowanie odbiorców i w konsekwencji taką drogą wejść do świata klasycznych publikacji. "Wszystko, czym nigdy nie byliśmy" to pierwszy tom serii obiecującej obyczajowe dylematy i erotyczne uniesienia, powieść spod szyldu young adult od początku nastawiona na przedstawianie pary odległych od siebie bohaterów, którzy muszą być razem na przekór wszystkim przeciwnościom losu. Dzieli ich spora różnica wieku: Leah ma dziewiętnaście lat i na koncie ekstremalnie trudne doświadczenia: uczestniczyła w wypadku samochodowym, w którym zginęli jej rodzice. Od pewnego czasu dziewczyna zamyka się na emocje i nie potrafi odnaleźć w życiu powodów do radości. Taka sytuacja trwa na tyle długo, że przydałoby się interweniować: o siostrę martwi się Oliver. To on właśnie oddaje nastolatkę pod opiekę swojemu najlepszemu przyjacielowi, kiedy musi wyjechać do pracy. Przez trzy tygodnie w miesiącu przez cały rok będzie opuszczał dom i w tym czasie to Axel zaopiekuje się Leah. Axel tymczasem nie ma zamiaru akceptować dystansu i muru, jaki wznosi wokół siebie Leah. Od pierwszych chwil pracuje nad tym, żeby zmusić dziewczynę do wyjścia ze skorupy. Działa instynktownie, nie ma żadnych podstaw do tego, żeby twierdzić, że jego terapia nie skrzywdzi Leah - ale czuje, że jest na dobrej drodze.
I w zasadzie ten początek, który Alice Kellenn proponuje, jest bardzo niewiarygodny nawet w konwencji powieści romansowej. Między bohaterami nie ma prawa zadziać się nic ponad wymianę grzecznościowych komunikatów w razie potrzeby. Jednak autorka z czasem przypomina sobie, że Leah od zawsze była zakochana w przyjacielu starszego brata - i pozwala jej te uczucia ujawnić. Axel od związków i odpowiedzialności ucieka, ale nie może pozostać obojętny na prowokacje, które zaczyna stosować mieszkająca tymczasowo u niego dziewczyna. Nawet jeśli znał ją od niemowlęcia, teraz musi zmienić stosunek do niej - zwłaszcza gdy Leah postanowi wcielić w życie nietypowy plan. Narrację Alice Kellen prowadzi dwutorowo, oddaje głos raz Axelowi, raz Leah - żeby naświetlić sytuację między nimi z obu stron. Każde z bohaterów ma przecież inne motywacje i inne powody do działania. Od czasu do czasu przewijają się tu retrospekcje, żeby łatwiej było czytelniczkom zrozumieć, jak związane były obie rodziny przed wypadkiem - i jakiego typu relacje łączą Axela i Olivera. Dopiero po pewnym czasie uda się autorce tak poprowadzić wątek romansowy, żeby odbiorczyniom łatwiej było go zaakceptować i przyswoić - i żeby zaczęły kibicować miłości, która nie ma żadnych szans na zaistnienie i wzajemność.
"Wszystko, czym nigdy nie byliśmy" to powieść zamknięta w świecie dwojga ludzi i ich podejściu do sztuki. Dla Leah dawniej sposobem ekspresji było malowanie, Axel tę ścieżkę w swoim życiu odrzucił w odległej przeszłości - jednak nie zapomniał, jak to jest móc wyrażać siebie przez farby. Zmysłowość w tej sferze łatwo już będzie przenieść na kontakty interpersonalne. Oczywiście nawet jeśli nastolatka marzy o zwróceniu na siebie uwagi obiektu westchnień, muszą pojawić się liczne przeszkody na drodze do szczęścia - Alice Kellen nie wymyśla tutaj niczego zaskakującego. Po prostu prowadzi narrację tak, żeby przypominać czytelniczkom, że o prawdziwe uczucie warto walczyć, nawet jeśli trzeba za to zapłacić wysoką cenę. Jest to książka nie do końca przekonująca w warstwie psychologicznej, za to mocno bazująca na emocjach odbiorczyń. Alice Kellen wie, jak poprowadzić fabułę, żeby spotkać się z uznaniem i wypracować sobie grupę docelową dla całego cyklu.
Krzywda
Alice Kellen wykorzystuje możliwości platform komunikacyjnych nowych mediów, żeby zyskać zainteresowanie odbiorców i w konsekwencji taką drogą wejść do świata klasycznych publikacji. "Wszystko, czym nigdy nie byliśmy" to pierwszy tom serii obiecującej obyczajowe dylematy i erotyczne uniesienia, powieść spod szyldu young adult od początku nastawiona na przedstawianie pary odległych od siebie bohaterów, którzy muszą być razem na przekór wszystkim przeciwnościom losu. Dzieli ich spora różnica wieku: Leah ma dziewiętnaście lat i na koncie ekstremalnie trudne doświadczenia: uczestniczyła w wypadku samochodowym, w którym zginęli jej rodzice. Od pewnego czasu dziewczyna zamyka się na emocje i nie potrafi odnaleźć w życiu powodów do radości. Taka sytuacja trwa na tyle długo, że przydałoby się interweniować: o siostrę martwi się Oliver. To on właśnie oddaje nastolatkę pod opiekę swojemu najlepszemu przyjacielowi, kiedy musi wyjechać do pracy. Przez trzy tygodnie w miesiącu przez cały rok będzie opuszczał dom i w tym czasie to Axel zaopiekuje się Leah. Axel tymczasem nie ma zamiaru akceptować dystansu i muru, jaki wznosi wokół siebie Leah. Od pierwszych chwil pracuje nad tym, żeby zmusić dziewczynę do wyjścia ze skorupy. Działa instynktownie, nie ma żadnych podstaw do tego, żeby twierdzić, że jego terapia nie skrzywdzi Leah - ale czuje, że jest na dobrej drodze.
I w zasadzie ten początek, który Alice Kellenn proponuje, jest bardzo niewiarygodny nawet w konwencji powieści romansowej. Między bohaterami nie ma prawa zadziać się nic ponad wymianę grzecznościowych komunikatów w razie potrzeby. Jednak autorka z czasem przypomina sobie, że Leah od zawsze była zakochana w przyjacielu starszego brata - i pozwala jej te uczucia ujawnić. Axel od związków i odpowiedzialności ucieka, ale nie może pozostać obojętny na prowokacje, które zaczyna stosować mieszkająca tymczasowo u niego dziewczyna. Nawet jeśli znał ją od niemowlęcia, teraz musi zmienić stosunek do niej - zwłaszcza gdy Leah postanowi wcielić w życie nietypowy plan. Narrację Alice Kellen prowadzi dwutorowo, oddaje głos raz Axelowi, raz Leah - żeby naświetlić sytuację między nimi z obu stron. Każde z bohaterów ma przecież inne motywacje i inne powody do działania. Od czasu do czasu przewijają się tu retrospekcje, żeby łatwiej było czytelniczkom zrozumieć, jak związane były obie rodziny przed wypadkiem - i jakiego typu relacje łączą Axela i Olivera. Dopiero po pewnym czasie uda się autorce tak poprowadzić wątek romansowy, żeby odbiorczyniom łatwiej było go zaakceptować i przyswoić - i żeby zaczęły kibicować miłości, która nie ma żadnych szans na zaistnienie i wzajemność.
"Wszystko, czym nigdy nie byliśmy" to powieść zamknięta w świecie dwojga ludzi i ich podejściu do sztuki. Dla Leah dawniej sposobem ekspresji było malowanie, Axel tę ścieżkę w swoim życiu odrzucił w odległej przeszłości - jednak nie zapomniał, jak to jest móc wyrażać siebie przez farby. Zmysłowość w tej sferze łatwo już będzie przenieść na kontakty interpersonalne. Oczywiście nawet jeśli nastolatka marzy o zwróceniu na siebie uwagi obiektu westchnień, muszą pojawić się liczne przeszkody na drodze do szczęścia - Alice Kellen nie wymyśla tutaj niczego zaskakującego. Po prostu prowadzi narrację tak, żeby przypominać czytelniczkom, że o prawdziwe uczucie warto walczyć, nawet jeśli trzeba za to zapłacić wysoką cenę. Jest to książka nie do końca przekonująca w warstwie psychologicznej, za to mocno bazująca na emocjach odbiorczyń. Alice Kellen wie, jak poprowadzić fabułę, żeby spotkać się z uznaniem i wypracować sobie grupę docelową dla całego cyklu.
niedziela, 3 września 2023
Nele Neuhaus: Elena. Wielki triumf
Must Read, Media Rodzina, Poznań 2023.
Lęki
Temat strachu i blokad przed ryzykiem podczas jazdy pojawia się w tym tomie dość często. "Elena. Wielki triumf" to powieść piąta w cyklu - pokazująca wyrzeczenia i trudy życia w siodle. Tytułowa bohaterka serii Nele Neuhaus przekonuje się, że łatwo jest pozwolić innym podkopać swoją pewność siebie. Na początku to Melike, najlepsza przyjaciółka Eleny, ma problemy ze swoim sprowadzonym z Ameryki koniem - i to przez niego traci radość z ćwiczeń. Jednak i Elenie przydarzy się coś, co odbierze przyjemność z jazdy w ogóle opieki nad końmi - i to na długo. Dziewczyna będzie musiała przeanalizować kilka rzeczy i wypracować nowe podejście, żeby nie rezygnować z tego, co kocha najbardziej. Trudno sobie wyobrazić tę bohaterkę z dala od koni i od stadniny - nawet jeśli ma ona na koncie sporo rozwiązanych spraw okołokryminalnych. Tym razem Elena również będzie musiała wykazać się umiejętnością logicznego myślenia i dedukcji, ale po to, żeby pomóc dziesięcioletniej i wyjątkowo irytującej siostrze Tima. Dziecko nie przebiera w słowach i jest w stanie skutecznie popsuć humor każdemu. Nie rozumie, jak bardzo zaszkodził sobie ojciec Tima - i oskarża wszystkich wokół o problemy w domu. Jednak to właśnie dziesięciolatka będzie potrzebowała pomocy najbardziej. "Elena. Wielki triumf" to także powieść o zakończonej wielkiej miłości; Elena rozstaje się z Timem bez burz i kłótni - przekonuje się, że uczucie wygasło i nie ma już o co walczyć. Szybko zresztą poznaje następcę godnego jej serca - Farid to piłkarz z dużymi sukcesami na koncie.
Nele Neuhaus bardzo dużo miejsca poświęca tematowi nieradzenia sobie z emocjami. Przede wszystkim dziesięcioletnia Gina urządza sceny (i nie udaje się nad nią zapanować nikomu, mało tego - nikt nawet nie próbuje podejść do dziecka i spróbować się z nim porozumieć). Do tego Christian robi się bardzo zazdrosny o sukcesy siostry - do tego stopnia, że jest w stanie przekroczyć granice, jakich w cywilizowanym świecie przekraczać nie powinien. Jakby tego było mało, problemy w panowaniu nad emocjami mają też dorośli - ojciec Eleny i Christiana to furiat, podobnie niestroniący od alkoholu ojciec Tima - w takim otoczeniu raczej trudno o zwyczajność i o możliwość dogadania się. Dorośli nie zdają egzaminu z dorosłości - nie wiadomo zatem, jak wymagać tego od młodszego pokolenia. "Elena. Wielki triumf" to pokazanie toksycznych rodzin i wręcz patologicznych postaw. Autorka nie udaje, że wszystko może rozgrywać się sielsko i przyjemnie - najlepszy dowód na to pojawia się przy traktowaniu obcokrajowców. Farid jest Tunezyjczykiem i synem cenionego lekarza - jednak w oczach postronnych to potomek imigrantów, którzy mogą co najwyżej zająć się handlem na bazarku. Stereotypy są krzywdzące, ale też mocno wpływają na codzienność bohaterów, to nie tylko ciekawostki kulturowe czy obyczajowe - ale postawy, które mogą ranić. Nele Neuhaus bardzo ciekawie łączy powieść o typowych nastolatkach i modę na tematy końskie - dokłada do tego trochę drobnych dramatów z domu i przyciąga młode czytelniczki także elementami sensacji. To seria, która cieszy się dużym uznaniem odbiorców.
Lęki
Temat strachu i blokad przed ryzykiem podczas jazdy pojawia się w tym tomie dość często. "Elena. Wielki triumf" to powieść piąta w cyklu - pokazująca wyrzeczenia i trudy życia w siodle. Tytułowa bohaterka serii Nele Neuhaus przekonuje się, że łatwo jest pozwolić innym podkopać swoją pewność siebie. Na początku to Melike, najlepsza przyjaciółka Eleny, ma problemy ze swoim sprowadzonym z Ameryki koniem - i to przez niego traci radość z ćwiczeń. Jednak i Elenie przydarzy się coś, co odbierze przyjemność z jazdy w ogóle opieki nad końmi - i to na długo. Dziewczyna będzie musiała przeanalizować kilka rzeczy i wypracować nowe podejście, żeby nie rezygnować z tego, co kocha najbardziej. Trudno sobie wyobrazić tę bohaterkę z dala od koni i od stadniny - nawet jeśli ma ona na koncie sporo rozwiązanych spraw okołokryminalnych. Tym razem Elena również będzie musiała wykazać się umiejętnością logicznego myślenia i dedukcji, ale po to, żeby pomóc dziesięcioletniej i wyjątkowo irytującej siostrze Tima. Dziecko nie przebiera w słowach i jest w stanie skutecznie popsuć humor każdemu. Nie rozumie, jak bardzo zaszkodził sobie ojciec Tima - i oskarża wszystkich wokół o problemy w domu. Jednak to właśnie dziesięciolatka będzie potrzebowała pomocy najbardziej. "Elena. Wielki triumf" to także powieść o zakończonej wielkiej miłości; Elena rozstaje się z Timem bez burz i kłótni - przekonuje się, że uczucie wygasło i nie ma już o co walczyć. Szybko zresztą poznaje następcę godnego jej serca - Farid to piłkarz z dużymi sukcesami na koncie.
Nele Neuhaus bardzo dużo miejsca poświęca tematowi nieradzenia sobie z emocjami. Przede wszystkim dziesięcioletnia Gina urządza sceny (i nie udaje się nad nią zapanować nikomu, mało tego - nikt nawet nie próbuje podejść do dziecka i spróbować się z nim porozumieć). Do tego Christian robi się bardzo zazdrosny o sukcesy siostry - do tego stopnia, że jest w stanie przekroczyć granice, jakich w cywilizowanym świecie przekraczać nie powinien. Jakby tego było mało, problemy w panowaniu nad emocjami mają też dorośli - ojciec Eleny i Christiana to furiat, podobnie niestroniący od alkoholu ojciec Tima - w takim otoczeniu raczej trudno o zwyczajność i o możliwość dogadania się. Dorośli nie zdają egzaminu z dorosłości - nie wiadomo zatem, jak wymagać tego od młodszego pokolenia. "Elena. Wielki triumf" to pokazanie toksycznych rodzin i wręcz patologicznych postaw. Autorka nie udaje, że wszystko może rozgrywać się sielsko i przyjemnie - najlepszy dowód na to pojawia się przy traktowaniu obcokrajowców. Farid jest Tunezyjczykiem i synem cenionego lekarza - jednak w oczach postronnych to potomek imigrantów, którzy mogą co najwyżej zająć się handlem na bazarku. Stereotypy są krzywdzące, ale też mocno wpływają na codzienność bohaterów, to nie tylko ciekawostki kulturowe czy obyczajowe - ale postawy, które mogą ranić. Nele Neuhaus bardzo ciekawie łączy powieść o typowych nastolatkach i modę na tematy końskie - dokłada do tego trochę drobnych dramatów z domu i przyciąga młode czytelniczki także elementami sensacji. To seria, która cieszy się dużym uznaniem odbiorców.
poniedziałek, 3 lipca 2023
Joya Goffney: Wyznania rzekomo porządnej dziewczyny
Must Read, Media Rodzina Poznań 2023.
Wolność
Książka dla nastolatek o pochwicy - Joya Goffney ma odważny i oryginalny pomysł na kreację głównej bohaterki tomu "Wyznania rzekomo porządnej dziewczyny". Przełamuje tabu i odwołuje się do sytuacji, z którą część odbiorczyń ma lub będzie mieć do czynienia. Wprawdzie przyczynę choroby osadza w wyjątkowo religijnym domu, ale sprawia też, że Mo stanie się przewodniczką dla pewnej grupy nastolatek. Problem ginekologiczny to punkt wyjścia do opowieści o przyjaźni i poszukiwaniu własnych pomysłów na życie - a także do buntu wobec skostniałych zasad i do wyjątkowo silnych przeżyć. Monique jest czarnoskórą córką pastora i jako dziewczyna wychowywana przez bardzo surowych rodziców musi zachowywać się nienagannie. Sporo czasu spędza w kościele, a od dwóch lat spotyka się z chłopakiem, który gra na perkusji podczas nabożeństw prowadzonych przez jej ojca. Monique wie, czego się od niej oczekuje: ze współżyciem powinna zaczekać do ślubu, nie zszargać opinii o sobie i dawać dobry przykład wszystkim, zupełnie jak Sasha, nielubiana koleżanka ze wspólnoty. Jednak Mo nie chce dla siebie takiego życia i chociaż nie rozumie, dlaczego jej starsza siostra kiedyś pokłóciła się z rodzicami i zniknęła bez śladu, postanawia odrobinę nagiąć zasady. Jedną ze spraw, o których rodzice nie mogą się dowiedzieć, jest chęć utraty dziewictwa. Tyle tylko, że chociaż Mo próbowała dwadzieścia dziewięć razy, nie jest w stanie uprawiać seksu. Poszukiwanie pomocy zamienia się w wielką przyjaźń z dotychczasową rywalką. Bohaterka dowiaduje się o istnieniu dilatorów i wraz z Sashą oraz Reggiem, "trudnym" dzieciakiem wychowawczo prowadzonym przez jej rodziców, próbuje je dla siebie zdobyć.
Z jednej strony porusza Joya Goffney temat przygotowania do uprawiania seksu przez nastolatki, jednak nie zrzuca winy za przypadłość na emocjonalną lub fizyczną niedojrzałość, a na konserwatywne wychowanie. Z drugiej strony jest tu jednak delikatnie zarysowany motyw odpowiedniego partnera - człowieka, który jest w stanie zapewnić wsparcie i nie odsunie się, gdy problem będzie narastał. Psychicznie dziewczyna jest gotowa na swój pierwszy raz, ale ciało odmawia jej posłuszeństwa i to wątek, który stanowi przeciwwagę dla coraz bardziej rozerotyzowanych historii obyczajowych. Tutaj nie liczy się romans, a bezpieczeństwo i zaufanie, jakie zapewniają przyjaciele. Mo dowiaduje się, czym jest wolność, dopiero dzięki temu, co funduje jej Reggie do spółki z Sashą. "Wyznania rzekomo porządnej dziewczyny" to powieść, która ma wyzwolić odbiorczynie z poczucia winy lub frustracji wiążącej się z doświadczeniami seksualnymi (albo ich brakiem) i która zwraca uwagę na kobiece przypadłości i choroby. Poza aspektem biologicznym jest tu jednak mnóstwo znakomitej zabawy - to przecież powieść o dojrzewaniu i o odkrywaniu własnej drogi do szczęścia. Na uwagę zasługuje zwłaszcza obecność "wyzwolonej" (a w rzeczywistości wolnej od upodlających kobiety przekonań) ciotki Mo, a także historia jej matki, starannie skrywana przed dorastającą dziewczyną. Nie ma tu nacisku na przyspieszanie współżycia - bohaterka realizuje po prostu swoje potrzeby i uczy się o nie walczyć w skrajnie nieprzyjaznym środowisku. Pozwala czytelniczkom na przyjrzenie się własnym związkom. Joya Goffney trafi zwłaszcza do nastolatek, które nie są pewne swoich decyzji lub potrzebują fachowej porady - zainspiruje do zgłoszenia się po pomoc.
Wolność
Książka dla nastolatek o pochwicy - Joya Goffney ma odważny i oryginalny pomysł na kreację głównej bohaterki tomu "Wyznania rzekomo porządnej dziewczyny". Przełamuje tabu i odwołuje się do sytuacji, z którą część odbiorczyń ma lub będzie mieć do czynienia. Wprawdzie przyczynę choroby osadza w wyjątkowo religijnym domu, ale sprawia też, że Mo stanie się przewodniczką dla pewnej grupy nastolatek. Problem ginekologiczny to punkt wyjścia do opowieści o przyjaźni i poszukiwaniu własnych pomysłów na życie - a także do buntu wobec skostniałych zasad i do wyjątkowo silnych przeżyć. Monique jest czarnoskórą córką pastora i jako dziewczyna wychowywana przez bardzo surowych rodziców musi zachowywać się nienagannie. Sporo czasu spędza w kościele, a od dwóch lat spotyka się z chłopakiem, który gra na perkusji podczas nabożeństw prowadzonych przez jej ojca. Monique wie, czego się od niej oczekuje: ze współżyciem powinna zaczekać do ślubu, nie zszargać opinii o sobie i dawać dobry przykład wszystkim, zupełnie jak Sasha, nielubiana koleżanka ze wspólnoty. Jednak Mo nie chce dla siebie takiego życia i chociaż nie rozumie, dlaczego jej starsza siostra kiedyś pokłóciła się z rodzicami i zniknęła bez śladu, postanawia odrobinę nagiąć zasady. Jedną ze spraw, o których rodzice nie mogą się dowiedzieć, jest chęć utraty dziewictwa. Tyle tylko, że chociaż Mo próbowała dwadzieścia dziewięć razy, nie jest w stanie uprawiać seksu. Poszukiwanie pomocy zamienia się w wielką przyjaźń z dotychczasową rywalką. Bohaterka dowiaduje się o istnieniu dilatorów i wraz z Sashą oraz Reggiem, "trudnym" dzieciakiem wychowawczo prowadzonym przez jej rodziców, próbuje je dla siebie zdobyć.
Z jednej strony porusza Joya Goffney temat przygotowania do uprawiania seksu przez nastolatki, jednak nie zrzuca winy za przypadłość na emocjonalną lub fizyczną niedojrzałość, a na konserwatywne wychowanie. Z drugiej strony jest tu jednak delikatnie zarysowany motyw odpowiedniego partnera - człowieka, który jest w stanie zapewnić wsparcie i nie odsunie się, gdy problem będzie narastał. Psychicznie dziewczyna jest gotowa na swój pierwszy raz, ale ciało odmawia jej posłuszeństwa i to wątek, który stanowi przeciwwagę dla coraz bardziej rozerotyzowanych historii obyczajowych. Tutaj nie liczy się romans, a bezpieczeństwo i zaufanie, jakie zapewniają przyjaciele. Mo dowiaduje się, czym jest wolność, dopiero dzięki temu, co funduje jej Reggie do spółki z Sashą. "Wyznania rzekomo porządnej dziewczyny" to powieść, która ma wyzwolić odbiorczynie z poczucia winy lub frustracji wiążącej się z doświadczeniami seksualnymi (albo ich brakiem) i która zwraca uwagę na kobiece przypadłości i choroby. Poza aspektem biologicznym jest tu jednak mnóstwo znakomitej zabawy - to przecież powieść o dojrzewaniu i o odkrywaniu własnej drogi do szczęścia. Na uwagę zasługuje zwłaszcza obecność "wyzwolonej" (a w rzeczywistości wolnej od upodlających kobiety przekonań) ciotki Mo, a także historia jej matki, starannie skrywana przed dorastającą dziewczyną. Nie ma tu nacisku na przyspieszanie współżycia - bohaterka realizuje po prostu swoje potrzeby i uczy się o nie walczyć w skrajnie nieprzyjaznym środowisku. Pozwala czytelniczkom na przyjrzenie się własnym związkom. Joya Goffney trafi zwłaszcza do nastolatek, które nie są pewne swoich decyzji lub potrzebują fachowej porady - zainspiruje do zgłoszenia się po pomoc.
sobota, 24 czerwca 2023
Tess Sharpe: Dziewczyny, którymi byłam
Must Read, Media Rodzina, Poznań 2023.
Napad
Tess Sharpe nie bawi się w subtelności. Powieść "Dziewczyny, którymi byłam" to ostra powieść sensacyjna dla młodzieży - książka, w której parasol ochronny nad bohaterką pozwala na zrealizowanie scenariusza "zabili ją i uciekła", ale zmusza do poświęceń i przeżyć, które nie pozostają bez wpływu na psychikę. Nora to nastolatka, która właśnie odkrywa, kim jest: rozstała się z chłopakiem (wcześniej swoim najlepszym przyjacielem) Wesem, bo ten nakrył ją w łóżku z Iris, dziewczyną, która stała się dobrą przyjaciółką obojga. Nie zaprzepaściło to jednak możliwości porozumienia, zwłaszcza że cała trójka staje się zakładnikami w napadzie na bank. Dwóch mężczyzn - Czerwony Daszek i Szary Daszek - próbuje dostać się do skrytek bankowych znajdujących się w piwnicy. W tym celu musi zwabić do banku dyrektora oddziału. Zastraszeni (i częściowo ranni) ludzie, przypadkowi klienci, nie mają pojęcia, co robić. Tylko Nora jest w stanie opracować plan działania. Wzywa siostrę hasłem, które sprawia, że Lee poruszy niebo i ziemię, żeby przybyć z odsieczą. Ale sama też musi zacząć coś robić, żeby wesprzeć nadciągającą pomoc. Nora wie, jak działać pod presją - przeżyła już tyle, że nic jej nie zdziwi. A wszystko za sprawą wyjątkowo toksycznej matki. Od najmłodszych lat Nora uczona jest tego, by udawać kogoś, kim nie jest. Przebiera się i gra - w relacjach z kolejnymi mężczyznami, jakich jej mama wybrała sobie na cel. Nora pozwala na zbliżenie się do nieufnych ludzi, znalezienie z nimi nici porozumienia: każdy zaufa niewinnie wyglądającemu dziecku. Nikt nie wie, że to dziecko przeszło już znacznie więcej niż wytrzymałby niejeden dorosły. A ponieważ matka Nory porusza się w szemranym światku, prędzej czy później trafi na przestępców, których należy się bać. I tak Nora pozna różne rodzaje krzywd, jakie dorośli mogą wyrządzić dziecku. A to ją ukształtuje na całe późniejsze życie.
Wes też jest poraniony - złe wspomnienia pozwalają mu zbudować z Norą porozumienie, a jeśli nikt nie spieszy z pomocą, przyjaciele poradzą sobie sami. Teraz jednak wszystkie złe doświadczenia mogą zaprocentować w opracowywaniu planu ratunku. Nora nie boi się wyzwań: może przeczołgać się kanałem od klimatyzacji, żeby zapewnić bandytom to, czego potrzebują. Może też zdradzić im swoją tożsamość, żeby uświadomić, jak cenną jest zdobyczą - i zapewnić sobie szansę na przetrwanie. Ale trzeba będzie czegoś więcej, żeby wygrać tę potyczkę. Tu w zasadzie nie bierze się jeńców: walki są brutalne i nie da się kierować sumieniem, jeśli chce się przetrwać. Najsłabszy przegra - być może także walkę o życie. W tym wszystkim Tess Sharpe znajduje jednak miejsce na subtelności: nakreśla uczucie łączące dwie dziewczyny, fascynację tym, co definiuje Iris, zrozumienie i wybaczanie. Wes staje się prawdziwym przyjacielem, na którym można polegać - zresztą i on już jest na dobrej drodze do znalezienia szczęścia w miłości. Jakby tego było mało, autorka przemyca wiadomości o endometriozie - czytelniczki mogą w przypadłościach Iris odnaleźć swoje doświadczenia okołomenstruacyjne i zastanowić się nad wykonaniem odpowiednich badań. Także osoby, które doświadczają przemocy domowej mogą znaleźć wsparcie dzięki podpowiedziom autorki - a przecież to wszystko odbywa się na marginesie ciekawej i wciągającej lektury. Tess Sharpe opowiada o tym, co dzieje się w placówce bankowej, przerywając narrację zapiskami z akcji ratunkowej. Do tego dokłada też retrospekcje - na czarnych stronach (które bardzo zwracają uwagę na książkę) pojawiają się opowieści o dziewczynach, którymi kiedyś była Nora. I o źródłach ich traum. Bardzo ciekawie została ta powieść stworzona i z pewnością nastolatki wciągnie.
Napad
Tess Sharpe nie bawi się w subtelności. Powieść "Dziewczyny, którymi byłam" to ostra powieść sensacyjna dla młodzieży - książka, w której parasol ochronny nad bohaterką pozwala na zrealizowanie scenariusza "zabili ją i uciekła", ale zmusza do poświęceń i przeżyć, które nie pozostają bez wpływu na psychikę. Nora to nastolatka, która właśnie odkrywa, kim jest: rozstała się z chłopakiem (wcześniej swoim najlepszym przyjacielem) Wesem, bo ten nakrył ją w łóżku z Iris, dziewczyną, która stała się dobrą przyjaciółką obojga. Nie zaprzepaściło to jednak możliwości porozumienia, zwłaszcza że cała trójka staje się zakładnikami w napadzie na bank. Dwóch mężczyzn - Czerwony Daszek i Szary Daszek - próbuje dostać się do skrytek bankowych znajdujących się w piwnicy. W tym celu musi zwabić do banku dyrektora oddziału. Zastraszeni (i częściowo ranni) ludzie, przypadkowi klienci, nie mają pojęcia, co robić. Tylko Nora jest w stanie opracować plan działania. Wzywa siostrę hasłem, które sprawia, że Lee poruszy niebo i ziemię, żeby przybyć z odsieczą. Ale sama też musi zacząć coś robić, żeby wesprzeć nadciągającą pomoc. Nora wie, jak działać pod presją - przeżyła już tyle, że nic jej nie zdziwi. A wszystko za sprawą wyjątkowo toksycznej matki. Od najmłodszych lat Nora uczona jest tego, by udawać kogoś, kim nie jest. Przebiera się i gra - w relacjach z kolejnymi mężczyznami, jakich jej mama wybrała sobie na cel. Nora pozwala na zbliżenie się do nieufnych ludzi, znalezienie z nimi nici porozumienia: każdy zaufa niewinnie wyglądającemu dziecku. Nikt nie wie, że to dziecko przeszło już znacznie więcej niż wytrzymałby niejeden dorosły. A ponieważ matka Nory porusza się w szemranym światku, prędzej czy później trafi na przestępców, których należy się bać. I tak Nora pozna różne rodzaje krzywd, jakie dorośli mogą wyrządzić dziecku. A to ją ukształtuje na całe późniejsze życie.
Wes też jest poraniony - złe wspomnienia pozwalają mu zbudować z Norą porozumienie, a jeśli nikt nie spieszy z pomocą, przyjaciele poradzą sobie sami. Teraz jednak wszystkie złe doświadczenia mogą zaprocentować w opracowywaniu planu ratunku. Nora nie boi się wyzwań: może przeczołgać się kanałem od klimatyzacji, żeby zapewnić bandytom to, czego potrzebują. Może też zdradzić im swoją tożsamość, żeby uświadomić, jak cenną jest zdobyczą - i zapewnić sobie szansę na przetrwanie. Ale trzeba będzie czegoś więcej, żeby wygrać tę potyczkę. Tu w zasadzie nie bierze się jeńców: walki są brutalne i nie da się kierować sumieniem, jeśli chce się przetrwać. Najsłabszy przegra - być może także walkę o życie. W tym wszystkim Tess Sharpe znajduje jednak miejsce na subtelności: nakreśla uczucie łączące dwie dziewczyny, fascynację tym, co definiuje Iris, zrozumienie i wybaczanie. Wes staje się prawdziwym przyjacielem, na którym można polegać - zresztą i on już jest na dobrej drodze do znalezienia szczęścia w miłości. Jakby tego było mało, autorka przemyca wiadomości o endometriozie - czytelniczki mogą w przypadłościach Iris odnaleźć swoje doświadczenia okołomenstruacyjne i zastanowić się nad wykonaniem odpowiednich badań. Także osoby, które doświadczają przemocy domowej mogą znaleźć wsparcie dzięki podpowiedziom autorki - a przecież to wszystko odbywa się na marginesie ciekawej i wciągającej lektury. Tess Sharpe opowiada o tym, co dzieje się w placówce bankowej, przerywając narrację zapiskami z akcji ratunkowej. Do tego dokłada też retrospekcje - na czarnych stronach (które bardzo zwracają uwagę na książkę) pojawiają się opowieści o dziewczynach, którymi kiedyś była Nora. I o źródłach ich traum. Bardzo ciekawie została ta powieść stworzona i z pewnością nastolatki wciągnie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






