* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Media Rodzina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Media Rodzina. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 17 sierpnia 2026

Michał Ritter: Cztery pory zbrodni. Lato

Media Rodzina, Poznań 2026.

Fani

Drugi tom cyklu Cztery pory zbrodni – czyli kolejne spotkanie z Hubertem Rajcherem – to gratka dla czytelników ceniących sobie dodatkowe kryminalne informacje. Autor ukrywający się pod pseudonimem Michał Ritter uprzedza wprawdzie, że rezygnuje z podawania wiadomości, które mogłyby zostać wykorzystane w złych celach, ale i tak dzieli się z odbiorcami całkiem dużą dozą ciekawostek. I to z różnych sfer. Znajdą tu coś dla siebie fani militariów – bo jeśli w kadrze pojawi się pistolet, to Ritter zatrzyma opowieść i przedstawi całą historię tego konkretnego egzemplarza. Fani sztuk walki będą usatysfakcjonowani, bo Ritter w starciach i potyczkach bezpośrednich znowu zatrzymuje wydarzenia, żeby zarejestrować i przeanalizować każdy, najdrobniejszy gest przeciwnika – wyposaża w ten sposób czytelników w wiadomości, które pozwolą im wyciągać wnioski na temat reakcji bohatera (i które dadzą im większą świadomość całej aranżacji walki). Wreszcie ucieszą się ci, których interesują kwestie wojskowe, bo Ritter przedstawia proces rekrutacji do GROM-u, a przynajmniej wycinek tego procesu – w jego ramach również rozegra się kilka mrożących krew w żyłach spraw, co oznacza, że odbiorcy zyskają kolejną płaszczyznę dramatów.

Ale Rajcher nie funkcjonuje wyłącznie w rzeczywistości ludzi do zadań specjalnych. Owszem, zna jednostki wybitne w swoim fachu i wie, do kogo się zwrócić, kiedy sytuacja będzie wymagała radykalnych środków, na tym to przecież polega: chociaż Rajcher to samotnik, w pojedynkę mierzący się z niesprawiedliwościami tego świata, musi mieć wsparcie. I tu spotyka się z podobnymi sobie. Dla powieści jednak ważne jest, żeby dotyczyła świata realistycznego i bliższego zwykłym odbiorcom – w związku z tym najważniejsza intryga osnuta jest na temacie śmierci celebryty, a właściwie jednego z kilku sławnych ludzi. Znany piosenkarz ginie w tajemniczych okolicznościach. Wiele wskazuje na to, że trzeba będzie schwytać seryjnego mordercę, a przynajmniej – zrozumieć mechanizm działania zbrodniarza.

„Cztery pory zbrodni. Lato” to książka gęsta od intryg i pomysłów kryminalnych. Do tego autor dodaje oczywisty wabik na odbiorców – jak świat światem cieszący szerokie grono czytelników, także spoza fanów kryminałów – czyli osobiste relacje Rajchera. Jest tu komisarz Anna Zaspa, kobieta radząca sobie z trudną rzeczywistością i samotnie wychowująca nastoletnią córkę – nie ulega wątpliwości, że ona i Rajcher mają się ku sobie, jednak przeszłość głównego bohatera sprawia, że ten nie chce się angażować w życie rodzinne. Rajcher nie jest tylko maszyną do radzenia sobie z przestępcami – to Ritter podkreśla, świadomy reguł gatunku. Jest to książka obszerna i wypełniona rozmaitymi doświadczeniami czy przygodami, pisana ze znawstwem – Ritter chce tu funkcjonować nie tylko jako twórca, który doskonale opanował warsztat, ale też jako ten, który przeprowadził dokładny research wykraczający poza typowe zbieranie danych. I to zapewni mu wierne grono czytelników – potrzeba w końcu na rynku rodzimego superbohatera, człowieka, którego nie da się ani łatwo pokonać, ani oszukać przez grę pozorów. Jest ta książka kryminałem dla wszystkich ceniących sobie literaturę jako źródło rozrywki.

wtorek, 4 sierpnia 2026

Anna Brook-Mitchell: Kto by się spodziewał?

Gorzka Czekolada, Media Rodzina, Poznań 2026.

Empatia

Barri to kobieta, która ma problemy z odnalezieniem się w społeczeństwie. Wygląda jak ktoś z niezdiagnozowanym spektrum, ale Anna Brook-Mitchell podkreśla tylko jeden aspekt jej wyobcowania: Barri nie chce mieć dzieci. I nie jest to decyzja, która podlega jakimkolwiek dyskusjom, nie płynie z mód ani z decyzji innych. Barri rozstała się z mężem, ale niechęć do posiadania potomstwa to bardziej przyczyna niż skutek – problem w tym, że społeczeństwo uznaje, że kobiety po prostu muszą być matkami i nie mogą wybierać innej drogi. Barri widzi rozmaite niesprawiedliwości: jako nauczycielka, przeważnie dostaje dyżury za koleżanki, które sytuacja zmusza do zaopiekowania się potomstwem, sama nie ma za to prawa do zwolnień w ostatniej chwili. Nic dziwnego, że Barri ma coraz bardziej dosyć – i wpada na szatański plan. Jeśli będzie udawać ciążę, kupi sobie dziewięć miesięcy wolności – a później wyjedzie na zawsze. Nie ma kogo żałować, za nikim nie będzie tęsknić, za oszczędzi i zbuduje nowe życie gdzie indziej. Od razu wszystko zaczyna się układać: Barri szybko załatwia sobie fałszywe zaświadczenie lekarskie – od nowej sąsiadki. Kupuje kolekcję coraz większych brzuchów i nadaje im imiona. Sprawdza w aplikacji, jakiej wielkości byłoby jej dziecko w kolejnych tygodniach ciąży. Tak Brook-Mitchell otwiera książkę „Kto by się spodziewał?”, zabawną i pozbawioną schematów powieść dla kobiet, które odważą się żyć po swojemu w świecie pełnym stereotypów. Toczy się tu kilka równoległych historii – relacje Barri z siostrą i byłym mężem, nowe przyjaźnie pojawiające się w szkole, a do tego specyficzne zachowanie najbardziej krnąbrnego (i jednocześnie bardzo inteligentnego) ucznia. Więź z sąsiadką, jedyną wtajemniczoną w sekret o fałszywej ciąży. Jest tu szereg wydarzeń komicznych albo tych z gatunku śmiech przez łzy – dzieje się bardzo dużo i często może prowadzić do zdemaskowania kobiety. Barri uczy się nowych zachowań, ale ponieważ sama wstrzeliła się w rolę, której do tej pory nie chciała przyjąć, teraz powinna wpasować się w nią i reagować zgodnie z oczekiwaniami wspierającego (w ogromnej części) otoczenia. Nie wolno jej porzucić obranej drogi – a to znaczy, że musi się pilnować na każdym kroku. A przecież mogłaby też skorzystać z okazji, że niczym się nie martwi – i zająć się własnym życiem uczuciowym. Wolność od kłopotów na dziewięć miesięcy to automatycznie wpadanie w zupełnie inne tarapaty – i to będzie odbiorców książki najbardziej cieszyć. Anna Brook-Mitchell znajduje bardzo wiele wątków, które przyciągną czytelników i które uświadomią im, jak silnie zakorzenione w społeczeństwie są stereotypy na temat przyszłych matek (czy, szerzej, kobiet, które mają nimi zostać). W „Kto by się spodziewał” znajdzie się mnóstwo wątków spoza typowych obyczajówek – i z tego powodu książka spotka się z uznaniem nie tylko tych czytelniczek, które są zmęczone wprost wyrażanymi oczekiwaniami związanymi z chęcią posiadania potomstwa. Barri nie widzi siebie w takiej roli – a skoro przyjmuje ją jako przykrywkę dla planów – przekonuje się, jak zmienia to podejście bliskich. I to najważniejsza lekcja, jaką autorka funduje pod pozorami czystej rozrywki.

sobota, 1 sierpnia 2026

Lucy Score: Dawne błędy w Story Lake

Gorzka Czekolada, Media Rodzina, Poznań 2026.

Literatura

Lucy Score celuje w romansowych trylogiach, w których temat seksu zostaje potraktowany z humorem a liczne stereotypy i powtarzalne rozwiązania scenariuszowe przestają razić dzięki lekkiemu podejściu do pożądania. U Lucy Score zawsze na finał jest bajkowe „i żyli długo i szczęśliwie”, a ponieważ bohaterowie zaangażowani w romans prowadzą narrację na przemian, nie ma mowy o pomyłce. Dodatkowo są zarysowani już we wcześniejszej części, tak, żeby czytelniczki mogły się zawczasu przygotować na kibicowanie kolejnej parze. Po „Nowym rozdziale w Story Lake” nie było wątpliwości, że kolejny opisany związek będzie historią Zoey – znerwicowanej agentki literackiej Hazel – oraz Gage’a, jednego z trzech braci Bishop – maksymalnie przystojnych i hojnie obdarowanych przez naturę. Nie liczy się to, co oczywiste: płomienny romans i pożądanie bijące ze stron, a sposób prowadzenia narracji. Bo Lucy Score bawi się sytuacjami i scenkami, sprawiając, że do jej rozbudowanych książek czytelniczki po prostu będą chciały wracać.

Zoey nie chce związków, natomiast nie ma nic przeciwko niezobowiązującym przygodom na jedną noc. Ma to przyczynę głęboko w jej kompleksach płynących bezpośrednio z niezdiagnozowanego ADHD. Kobieta jest uosobieniem chaosu. Gage z kolei szuka stałości i nie ma zamiaru wdawać się w żadne przygody – to mężczyzna, który wie, jak postępować i nie interesuje się tanimi podrywami. Enemies to lovers w wersji małomiasteczkowej rozpoczyna się znowu małym trzęsieniem ziemi – bo Zoey wpada pod furgonetkę prowadzoną przez Gage’a – ale jest tu również od samego początku mnóstwo humorystycznych motywów. Cechą charakterystyczną dla Lucy Score jest tworzenie wyjątkowych wydarzeń składających się na charakterystykę miejsca. W Story Lake przybyszy terroryzuje orzeł (który ma na imię Gąsior), a rozmaici mieszkańcy mają jasno określone i komiczne wady. Przeważnie rozstrzygają wszystko, co dotyczy miasteczka, przez głosowanie, a jeśli nie zgadzają się z czyimś zdaniem – korzystają z możliwości obrzucenia go pieczonymi ziemniakami. Dzieje się tu zatem mnóstwo nie tylko między głównymi bohaterami, ale też w tle. I to na wielu poziomach w tle: ZOey przecież wciąż jest zaangażowana w promocję książki Hazel, z kolei bracia Bishop i ich jeżdżąca na wózku siostra żyją jeszcze sprawą z przeszłości – wydarzeniem, które skończyło się niepełnosprawnością Laury i śmiercią jej męża. Wszystko po to, żeby odwlekanie łóżkowych przygód (i naiwność płomiennego romansu) można było rozwlec w czasie, a czytelnicy się nie nudzili podczas lektury.

Prawdziwą siłą w narracjach Lucy Score jest bezpruderyjność połączona z żartem. Tu dialogi często są pikantne, sceny pozwalające przyspieszyć odrobinę dążenie bohaterów ku sobie – wręcz nieprawdopodobne, ale zwykle komiczne. Dzięki temu czytelniczki nie otrzymują romansu na poważnie, mogą za to bawić się damsko-męskimi przepychankami i frywolnością. Jest tu naprawdę dużo scenek napisanych dla śmiechu – i pozwalających na rozrywkę. To właśnie dzięki tym pomysłom Lucy Score stale rozbudowuje sobie grono wiernych fanek – to one sprawiają, że powieści nie tylko z trylogii o Story Lake są takie wyjątkowe, chociaż od początku wiadomo, co się w nich wydarzy. Tu można otwarcie mówić rzeczy, które normalnie się tabuizuje i wprowadzać żarty seksualne na poziomie – a nie pornograficzne. Warto sprawdzić, co dzieje się w Story Lake.

czwartek, 23 lipca 2026

Aleksandra Belta-Iwacz: Kazik i obowiązki domowe

Media Rodzina, Poznań 2026.

Sprzątanie

Wszyscy powinni dbać o wspólny dom – wiadomo. Szczególnie mamie zależy na tym, żeby trafić z argumentacją w tej kwestii do kilkulatka, które niespecjalnie pali się do wykonywania codziennych żmudnych obowiązków. Kazik zawsze ma coś ważniejszego do zrobienia – najchętniej bawiłby się i zostawiał zabawki na podłodze w pokoju. Nie ma znaczenia, że być może zmieni mu się wizja zabaw i wtedy przedmioty będą przeszkadzać lub stanowić zagrożenie – najważniejsze, że chłopiec nie poświęca ani jednej minuty na znienawidzone porządki. Jest mu trudno też składać pranie czy przygotowywać proste posiłki – wolałby, żeby to wszystko robili mama z tatą. Jednak w sobotę mama zarządza wspólne działania: w odwiedziny mają przyjść goście, a przyjemniej im będzie przebywać w czystym domu i nie wśród bałaganu. Kazik właściwie to rozumie – ale nie potrafi się skupiać na obowiązkach. Te wydają mu się w dalszym ciągu bardzo nudne. I dlatego jego mama wprowadza element rywalizacji czy wyzwań, a czasami pozwala, żeby chłopiec na własnej skórze odczuł konsekwencje swoich zachowań. Jeśli rozleje coś, prawdopodobnie w to wejdzie, zmoczy skarpetkę i będzie rozpaczał. Jeśli w ferworze zabawy wpadnie na klocek – może się zranić w nogę, na pewno nie będzie to dla niego przyjemne. Co to oznacza? Że warto wykorzystywać motyw zabawy. Kazik złoży pranie bardzo szybko, jeśli będzie miał zrobić to do końca krótkiej piosenki. Wyjmie naczynia ze zmywarki, jeśli tylko mama uruchomi w nim tryb robota i wyznaczy mu konkretne zadanie. Aleksandra Belta-Iwacz próbuje przekonać rodziców, że warto zamienić w rozrywkę codzienne rutynowe zajęcia – przynajmniej dopóki dziecko nie przyzwyczai się, że musi je wykonywać wspólnie z innymi domownikami. Dla Kazika nie ma taryfy ulgowej, nie liczy się to, że jest tylko kilkulatkiem – nikt nie musi go wyręczać w pracy. Ustępstwem może być fakt, że chłopiec ma szansę na wybranie sobie mniej nielubianych zadań. Jego cierpliwa mama wie, że takie podejście zaprocentuje w przyszłości, zwłaszcza jeśli dziecko będzie widziało, że nad porządkiem w domu pracują zgodnie wszyscy – i nikt nie wymiguje się od obowiązków. „Kazik i obowiązki domowe” to lektura z przesłaniem – zarówno dla kilkuletnich odbiorców, jak i dla ich rodziców, którzy będą prawdopodobnie czytać pociechom tę książkę przed snem. Autorka nie tylko przemyca w fabule liczne podpowiedzi i wskazówki, jak zamienić w zabawę działania z codzienności, ale przygotowuje jeszcze cały poradnik dla rodziców – gdyby ci nie wyłapali wskazówek bezpośrednio z lektury. „Kazik i obowiązki domowe” to zatem książka, która ma zaprowadzić ład w domu i przekonać dzieci, że rodzice nie powinni ich w niczym wyręczać. Nie pierwszy raz dzieci spotkają się z tą postacią – i prawdopodobnie już ufają Kazikowi, zwłaszcza że ten nie jest zawsze wzorem do naśladowania: zdarza mu się na przykład, że czegoś robić nie chce albo przy czymś się upiera wbrew komentarzom dorosłych. I to sprawia, że staje się bardziej przekonujący, nawet kiedy ostatecznie to rodzice stawiają na swoim. A ilustracje Ewy Michalskiej również zachęcają do czytania - wprowadzają dzieci w komiczny lekko świat Kazika.

niedziela, 19 lipca 2026

Christian Tielmann: Maks korzysta z toalety

Media Rodzina, Poznań 2026.

Bez pieluchy

Seria Mądra Mysz to okazja do pokazania dzieciom tego, co w ich najbliższym otoczeniu naturalne, a przecież nie zawsze dla maluchów w pełni zrozumiałe. Nie dziwi zatem obecność tomiku „Maks korzysta z toalety” – dzisiaj wszystkie serie dla najmłodszych mają w swojej ofercie tomiki poświęcone wypróżnianiu się u dzieci. Pytanie tylko, w jaki sposób ich twórcy będą to realizować. Christian Tielmann proponuje dość obszerne i rzeczowe omówienie zmiany – koniecznej a jednocześnie bardzo emocjonującej dla wielu dzieci. Często wykorzystuje się dobry przykład kogoś starszego – tutaj czynnikiem wyzwalającym chęć porzucenia pieluch na rzecz nocnika i toalety jest starszy brat Maksa, Feliks. Feliks wie, że Maks jest jeszcze za mały na siadanie na sedesie – gdyby to zrobił, mógłby wpaść do środka. Ale rodzice postanawiają rozwiązać problem za pomocą nocnika. To oznacza, że Maks nie będzie już nosił pieluchy. Ale jednocześnie sprawia, że chłopca czeka trochę „alarmów” i niespodzianek, które kończą się mokrymi spodniami. Minie trochę czasu, zanim Maks nauczy się odczytywać sygnały wysyłane przez organizm i zacznie w porę siadać na nocniku – a w przyszłości i na upragnionym sedesie. Zanim to nastąpi, zaliczy parę wpadek, które jednak nie kończą się ani narzekaniem, ani karceniem ze strony dorosłych. Wprost przeciwnie: wszyscy w rodzinie mówią, że każde dziecko miało taki problem i nic w tym strasznego ani przykrego. Nawet kiedy maluch zmoczy się w nocy, nie jest to powód do krytyki czy niezadowolenia – każdemu kiedyś coś takiego się zdarzyło. Kluczowe jest to, żeby Maks zrozumiał, kiedy musi skorzystać z toalety – i odpowiednio wcześnie się do tego przygotował. Narracja przeprowadza zatem czytelników przez kolejne etapy lekcji, tak, żeby odbiorcy przyzwyczaili się do zwyczajności w niezwyczajnym wydarzeniu i żeby także utrwalali sobie konieczność reagowania w dobrym momencie. To książeczka, która ma na celu wypracowanie odpowiednich odruchów i utrwalenie wiadomości – ale jednocześnie która może zapraszać do porzucenia pieluch na rzecz załatwiania swoich potrzeb fizjologicznych jak dorośli. Maks dowie się nawet, jak to się dzieje, że jedzenie i picie w człowieku zamienia się w to, co na końcu ląduje w nocniku.

Sabine Kraushaar dodaje do tej opowiastki mnóstwo barwnych rysunków. Ma swój styl, trochę mniej realistyczny niż „Zuzie” w cyklu – charakterystyczny i nie do końca wymienialny z innymi twórcami – a przecież Mądrą Mysz tworzą różni autorzy i ilustratorzy, często współpracujący przy konkretnych postaciach. Tu liczą się rodzinne scenki i oddawanie motywów, które nie znalazły się w narracji tekstowej – tak, żeby dzieci mogły też oglądać obrazki i komentować zachowania postaci albo utrwalać sobie przekaz dzięki rysunkom. Maks to bohater sympatyczny i ambitny jednocześnie, daje dobry przykład maluchom i sprawia, że zmiany nie wydają się tak straszne jak na początku. Jest to postać, która może przekonać dzieci do korzystania z nocnika – czyli wspiera rodziców w sprawach wychowawczych i podpowiada, jak poprowadzić reakcje i zachowania, żeby efekty przyszły jak najszybciej.

czwartek, 16 lipca 2026

Anna Colton: Jak rozmawiać z dziećmi o jedzeniu. Nowe podejście do rozwiązywania problemów związanych z jedzeniem, grymaszeniem i zaburzeniami odżywiania u dzieci w wieku od 0 do 16 lat

Media Rodzina, Poznań 2026.

Smaki

To jest poradnik, w którym wsparcie znajdą rodzice odpowiedzialni za zbilansowane posiłki swoich pociech – zwłaszcza ci, którzy nie potrafią sobie poradzić z presją społeczną, reklamami czy postawami samych maluchów. Anna Colton wie, że wspólne posiłki mogą kończyć się awanturami i buntem – i przekonuje, że wcale nie musi tak być, jeśli tylko rodzice zastosują się do kilku prostych rad. Tworzy książkę, po którą powinni sięgnąć być może przygotowujący się dopiero do rodzicielstwa, bo wiele z zaproponowanych tu technik i zachowań warto wdrażać od samego początku – tak, żeby nie wyrabiać w dziecku niepotrzebnie złych nawyków i żeby usunąć zawczasu punkty zapalne. Zmiana przyzwyczajeń związanych z jedzeniem dotyczyć będzie nawet bardziej rodziców – czyli starszego pokolenia – niż ich pociech. Dorośli, być może wiedzeni własnymi doświadczeniami z dzieciństwa, często wprowadzają groźby lub złe motywacje do jedzenia: mówią dzieciom, że nie dostaną deseru, jeśli nie skończą obiadu – i to wykształca w najmłodszych przekonanie, że istnieje lepsze i gorsze jedzenie. I niby oczywiste, że wystarczy zaprzestać takich praktyk, żeby zbudować lepszą narrację wokół posiłku – a jednak porzucenie przyzwyczajeń bywa bardziej skomplikowane niż może się wydawać. I Anna Colton tłumaczy, jak zmienić postrzeganie jedzenia i czego dziecku podczas posiłku nie sugerować.

Pochyla się autorka nad rozmaitymi argumentami wysuwanymi przez obie strony w codziennych dyskusjach, ale też uświadamia rodzicom to, z czego często nie zdają sobie sprawy – jak przemycają w zwykłych rozmowach swoje podejście do jedzenia i do posiłków. To w zasadzie pierwszy krok do zaburzeń odżywiania się – jeśli ktoś zbyt obsesyjnie podkreśla swoje problemy z dietą albo wygląd ciała, który zmusza go do wypróbowywania kolejnych metod na odchudzanie – nie daje zbyt dobrego przykładu swoim pociechom. Tymczasem wystarczyłoby zmienić podejście na neutralne, żeby jedzenie przestało być problemem i żeby nie martwić się o przyszłość dzieci. Autorka decyduje się na wprowadzanie podsumowań – skryptowych notatek po każdym rozdziale, żeby jeszcze łatwiej było odbiorcom przyswoić sobie przedstawiane treści.

To fakt, że kilkulatkom inaczej przedstawia się pewne kwestie niż nastolatkom, a także inaczej podchodzi się do ich jedzeniowych wyborów – Anna Colton rozdziela zatem podejścia w zależności od wieku i możliwości percepcyjnych odbiorców. Zwraca też uwagę na kwestie językowe – istnieje tu całe zestawienie zwrotów związanych z jedzeniem, często używanych wręcz bez żadnych refleksji. Nie uczy, jak i co jeść, a jak i co o jedzeniu mówić, żeby nie zamieniło się w wyzwanie dla wszystkich. Nie jest to temat błahy, bo słowa przekuwają się bezpośrednio na działania i zachowania – zwłaszcza u młodszego pokolenia, które nie jest jeszcze w stanie do końca przeanalizować zasłyszanych treści. Anna Colton chce wyprzedzić kłopoty – zareagować, zanim mają szansę się pojawić – to spowoduje, że odbiorcy będą znacznie spokojniej funkcjonować i ominie ich wiele sporów. Jedno wydaje się tu nie do przejścia: pokonanie naleciałości z całych dekad na rzecz wiedzy, jak powinno się komunikować – to wyzwanie podczas całej lektury największe.

poniedziałek, 6 lipca 2026

Jennifer Lynn Barnes: The Fixers. Mroczne sekrety

Must Read, Media Rodzina, Poznań 2026.

Pozory

Jennifer Lynn Barnes to autorka, która wie doskonale, co zrobić, żeby lektura młodym czytelnikom się nie dłużyła. Do tego nie boi się odważnych akcji – jej bohaterowie ocierają się o zbrodnie i o wielką politykę, o interesy dorosłych i o naprawdę mroczne intrygi. Kolejna seria, The Fixers, przyciągnie fanów sensacji i dostarczy wielu wrażeń. Wszystko zaczyna się od Tess Kendrick. Siedemnastoletnia bohaterka mieszka na ranczu i opiekuje się dziadkiem. Niestety dziadek cierpi na demencję i coraz gorzej funkcjonuje – potrzebna mu będzie fachowa opieka, a to znaczy, że Tess nie może pozostać sama na wielkiej farmie, choćby nie wiadomo jak dobrze sobie na niej radziła. Z dnia na dzień i bez wyboru – musi przeprowadzić się do siostry, do Waszyngtonu. Trafia do elitarnej szkoły – w której uczą się dzieci dyplomatów i głów państw. Ale nie są to drzwi do wielkiego świata, raczej do świata wielkich przekrętów. Dziadek jednego z nowych kolegów Tess umiera na stole operacyjnym. Problem w tym, że nic mu wcześniej nie dolegało, operacja miała być rutynowym zabiegiem, a pewna dziewczyna z klasy Tess odkrywa, że w całą sprawę może być zamieszany jej ojciec. I tak lawina rusza, nastolatki chcą samodzielnie rozwiązać zagadkę, w którą wplątany jest między innymi prezydent kraju. Ale nawet to nie musi mieć znaczenia, kiedy bohaterka odkrywa, czym tak naprawdę zajmuje się Ivy, starsza siostra, która w pewnym momencie życia ją porzuciła.

„The Fixers. Mroczne sekrety” to doskonała opowieść dla tych wszystkich, którzy potrzebują sensacji, żeby sięgać po lektury. Czas płynie tu zupełnie inaczej niż w zwykłych opowieściach, a poziom ryzyka jest znacznie większy. Wrogowie czają się wszędzie, nikomu nie można ufać, a im wyżej ktoś znajduje się w sferach towarzyskich i politycznych, tym bardziej niebezpieczny się staje. W to wszystko jest wrzucona nastolatka, która do tej pory musiała sobie radzić sama – więc wyrobiła sobie i spryt, i poczucie odpowiedzialności. Pierwsze pozwala jej odnaleźć się w nowej społeczności wypełnionej intrygami, drugie – nie wpaść w złe towarzystwo mimo licznych pokus. Dzieje się tu bardzo dużo, a większość spraw łączy się z kryminałem. Niebezpieczeństwa są bardzo poważne, ryzyko – ogromne, a do tego wszystkiego dochodzą jeszcze osobiste sprawy samej Tess, która naprawdę chciałaby wiedzieć, dlaczego została w to wszystko wrzucona i co dzieje się z jej dziadkiem, a także – dlaczego to właśnie jej siostra trzęsie światem nie tylko polityki. Fixersi mają w społeczeństwie jasno określone role – ale mało kto ma szansę poznać ich działania od kulis. Tess nadaje się jak mało kto, nawet jeśli jeszcze nie ma pojęcia o takim zawodzie – ma jednak wszystkie cechy pozwalające jej na radzenie sobie z kryzysami i to może przesądzić. Na razie Tess zdaje swój najważniejszy egzamin w kompletnej nieświadomości – i ku radości czytelników. Jennifer Lynn Barnes sprawia, że po jej książki chce się sięgać dla potężnej dawki adrenaliny.

poniedziałek, 29 czerwca 2026

Allen Levi: Theo z Golden

Media Rodzina, Poznań 2026.

Dary

Do Golden pewnego dnia przybywa Theo. Nie chce powiedzieć, kim jest, zainteresowanym wyjaśnia, że przybył w interesach na jakiś – niezbyt długi – czas. Ma ponad osiemdziesiąt lat i wielkie poczucie humoru. Woli obserwować otoczenie niż na nie wpływać. Zawsze ma czas dla dobrej sztuki – zwłaszcza malarstwa i muzyki (kocha wiolonczelę). Theo to chodząca tajemnica – przynajmniej jeśli ktoś chce się zagłębić w jego historię. Bo dla postronnych Theo to nieszkodliwy staruszek, sympatyczny, może nieco dziwny, ale kompletnie niegroźny. Theo w Golden szybko znajduje pomysł na siebie: na ścianie w pewnym lokalu znajduje mnóstwo portretów narysowanych przez lokalnego artystę, Ashera. Dziwi się, że nikt ich nie kupił, postanawia więc sam nabyć wszystkie portrety i wręczać je modelom. Swój zamiar realizuje partiami: wprawdzie mógłby łatwo ustalić adresy wszystkich do obdarowania i podjąć się jednorazowego wysiłku – jednak Theo o wiele bardziej ceni sobie spotkania z ludźmi, bezpośredni kontakt i historie, które usłyszy. Kaligrafuje na specjalnym papierze listy z prośbą o spotkanie – i wyznacza teren w środku Golden, tak, żeby zaproszeni nie czuli się w żaden sposób niepewnie. Prowadzi rozmowy tak, by poznać wszystkie sekrety, bolączki i nadzieje mieszkańców. Sam też potrafi ich dyskretnie wspomóc – już wkrótce Theo stanie się prawdziwym dobrym duchem Golden.

Przez długi czas Allen Levi pozwala czytelnikom obserwować rejestr kolejnych charakterów. Jest precyzyjny w odwzorowywaniu psychologii postaci i nie spieszy się z fabułą. Pozwala odbiorcom zanurzyć się w niespieszny, wręcz senny rytm miejsca. Spokojnie może tą powieścią konkurować z dalekowschodnią literaturą healingową – jednak o ile w tej drugiej pojawiają się znaczne uproszczenia w fabule i w narracji, o tyle Allen Levi z narracji czerpie przyjemność i to przekłada się na lekturę. Czytelnicy mogą przy tej książce odpoczywać dość długo – autor zapewnia im refleksję na temat rozmaitych wydarzeń losowych i ludzi, których spotyka się na swojej drodze w dramatycznych czasem momentach. Pomaga w oswojeniu się z atmosferą Golden, buduje sieć przyjaźni i sympatii. Cały czas utrzymuje w tajemnicy sytuację Theo sprzed przybycia do Golden – nie chodzi tu o prowadzenie śledztwa czy o sugerowanie atmosfery grozy, wręcz przeciwnie, Allen Levi dba o to, żeby nic nie zakłócało spokoju czytelników. Dramaty rozgrywają się raczej w tle, a Theo pełni rolę dobrej wróżki: jest w stanie rozwiązać rozmaite problemy albo pomóc w realizacji marzeń. I chociaż przez długi czas opowieść jest dość statyczna, to autor nie szczędzi swoim odbiorcom wielkich wrażeń, zwłaszcza silnych wzruszeń. Jest wirtuozem w grze na emocjach – uruchamia metody, dzięki którym dotrze do każdego i będzie na przemian rozśmieszać i rozczulać – aż do wielkiego finału. Nie traci się czasu nad tą książką – a jest to powieść inna niż dostępne na rynku. Widać tu wyraźnie brak powtarzalnych scenariuszy, rozwiązań, które się już opatrzyły i które mają nadać tempa opowieści. Allen Levi nie musi się nigdzie spieszyć, znajduje przestrzeń dla powiedzenia tego, co jest ważne – dzieli się z czytelnikami przepisem na dobre życie i na pogodzenie się z losem. A później... jedno jest pewne, o tej powieści długo się nie zapomni.

piątek, 26 czerwca 2026

Joanna Kencka: Świnki morskie same w domu. Ogródek

Media Rodzina, Poznań 2026.

Wolność

Prawdopodobnie każde dziecko, które ma zwierzątko domowe trzymane w klatce, akwarium lub terrarium, zastanawia się, co owo zwierzątko robi, gdy zostaje samo w domu. Joanna Kencka prezentuje zatem przygody dwóch sympatycznych świnek morskich – czyli kawii domowych – Lisi i Lusi. Lisia i Lusia to urocze stworzonka o miłych pyszczkach. Opiekuje się nimi Julka, która dba o to, żeby świnki miały zawsze świeżą wodę, warzywa do pochrupania, żeby miały czysto na wybiegu i oczywiście żeby nie zabrakło sianka, które te gryzonie uwielbiają. Julka robi to wszystko przed wyjściem do przedszkola, a potem żegna się ze świnkami i do wieczora znika z horyzontu. I to jest moment, w którym dwie bohaterki mogą zacząć działać. Ale Joanna Kencka rezygnuje z bajkowości: świnki morskie, kiedy dziewczynka znika im z oczu, jedynie bajkowo odryglowują sobie wybieg (i robią jeszcze kilka drobiazgów) i przechodzą do ogrodu, ale nie stają się gadającymi stworzeniami z historyjek dla dzieci – to dalej te same zwierzątka, które dziecko zna na co dzień – tyle że w wersji nieco bardziej rozbrykanej. Lisia i Lusia schodzą po gałęzi z parapetu do ogrodu, chodzą do swoich ulubionych smakołyków (w ogródku rosną marchewki i rzodkiewki. Tu można się zdrzemnąć albo wypocząć podczas słuchania śpiewu ptaków. Wprawdzie gdy na horyzoncie pojawi się kot, robi się trochę niebezpiecznie, a gdyby któraś ze świnek pobrudziła swoje piękne futerko błotem, trzeba będzie się umyć zanim Julka wróci do domu i odkryje, że świnki morskie prowadzą drugie życie z dala od niej, ale to tylko niewielka cena za zabawy.

Warto po takiej lekturze przypomnieć pociechom, że bajki bajkami, ale przed wyjściem lepiej upewnić się, że zwierzęta nie opuszczą swoich bezpiecznych przestrzeni – i to jedyna rzecz, którą trzeba będzie dopowiedzieć po lekturze. Joanna Kencka stawia na historyjkę interaktywną: czasami należy pomóc świnkom w przejściu labiryntu, innym razem pogłaskać obrazkowe świnki po pyszczkach, żeby pocieszyć je po przeżytym właśnie stresie, czasami trzeba coś policzyć albo coś wskazać, sprawdzić, czy uda się zrealizować plan (możliwy tylko pod warunkiem wystąpienia określonej liczby osobników na obrazku). Dzieci zatem wciągną się w wir zabawy. Mogą tę książkę czytać samodzielnie, nie ma tu zbyt dużo tekstu, za to pojawiają się bardzo często propozycje zabaw. To jest publikacja obrazkowa, więc mnóstwo tu oglądania i tematów, które maluchy mogą wychwycić same. Propozycja w sam raz dla dzieci, które chcą mieć własne zwierzątko albo kochają świnki morskie i mogą się z nimi ciągle bawić. Kilkulatki, które chcą spędzić czas z wesołymi stworzeniami, Lisią i Lusią, utwierdzą się w przekonaniu, że książki mogą służyć również do zabawy.

czwartek, 18 czerwca 2026

Ralf Butschkow: Mam przyjaciółkę instruktorkę jazdy konnej

Media Rodzina, Poznań 2026.

W stajni

Ta seria stale się rozwija – ku uciesze maluchów i ich rodziców. Nie ma obecnie na rynku wydawniczym lepszej prezentacji różnych zawodów – i pokazywania dzieciom, jak wiele możliwości w dorosłym życiu mają. Za każdym razem opowieść rozwija się podobnie: ramą jest posiadanie przez małego bohatera przyjaciela – przeważnie sąsiada, ale nie jest to reguła – który ma ciekawy zawód i postanawia zaprezentować tajniki tego fachu dziecku. Bohater w ten sposób zyskuje możliwość wejścia tam, gdzie zwykle dzieci nie są wpuszczane – i zadawania kolejnych pytań, tak, żeby jak najwięcej dowiedzieć się o zajęciu. Wszystko ma charakter informacji i rozpoznawania przez maluchy oryginalnych zawodów – a prowadzi do zapowiedzi, że młody przewodnik chce zostać przedstawicielem tego zawodu, który właśnie poznał od podszewki. Dzięki takiej narracji odbiorcy dowiadują się bardzo dużo o różnych pracach i może to wpłynąć na ich decyzje dotyczące kariery – lub na razie na marzenia.

Rama kompozycyjna pozwala tu różnym twórcom na działania – Ralf Butschkow to autor, którego nazwisko często pojawia się w serii – jest bowiem znakomitym ilustratorem i twórcą, który dobrze czuje się w cyklu i wie, jak opowiadać dzieciom o kolejnych zajęciach. Tym razem tomik nosi tytuł „Mam przyjaciółkę instruktorkę jazdy konnej” – więc najmłodsi wybiorą się do stajni i sprawdzą, jak pracować z końmi.

Bohaterka tego tomiku przygląda się między innymi, jak wyglądają lekcje dla dzieci: ale to temat dostępny dla wielu odbiorców zainteresowanych chociaż trochę końskimi motywami – lektura musi zatem poprowadzić czytelników dalej. Ania, która pracuje przy koniach, zabiera bohaterkę do boksów, uczy, jak wyczyścić konia po treningu i jak zadbać o jego boks, co zrobić, żeby koń się nie przeziębił i jak nie dać się kopnąć zwierzęciu. Bohaterka czuje respekt wobec ogromnych stworzeń – uczy się zatem, jakie są zasady ostrożności, żeby nic się jej nie stało. Dieta konia, przybijanie podków, siodłanie konia – to wszystko się tu pojawia, a jest odpowiedzią na niezadawane przez małych odbiorców pytania. Autor znajduje nawet sposób na przekonanie dzieci, jak ćwiczyć umiejętności przydatne do pracy z końmi jeszcze bez kontaktu ze zwierzętami – dzięki temu uświadamia maluchom, że pobyt w stadninie czy w stajniach nie jest tak do końca niezbędny, bo można trenować samodzielnie i w zaciszu własnego domu.

Ralf Butschkow zajął się też stroną graficzną, proponuje realistycznie wyglądające i komiksowe jednocześnie obrazki, które przykuwają uwagę i pozwalają utrwalać zdobywane wiadomości – to cenne zwłaszcza kiedy autor opowiada o różnych rasach koni albo o elementach wyposażenia. Poza tym nie należy zapominać, że mamy tu do czynienia z książką dla najmłodszych – więc rysunki pełnią też rolę wabika. I chociaż to tomik, który został przygotowany jako edukacyjno-informacyjny, daje się go potraktować też jako publikację rozrywkową – nie tylko przynosi wiadomości o zawodzie, ale też rozbudza wyobraźnię najmłodszych odbiorców.

wtorek, 16 czerwca 2026

Sarah Pekkanen: Dom ze szkła

Gorzka Czekolada, Media Rodzina, Poznań 2026.

Ostrza

Sądowa rzeczniczka interesu dziecka – tym właśnie na co dzień zajmuje się Stella Hudson i jest w swojej pracy znakomita. Przenikliwa, bystra, spostrzegawcza i odważna – zależy jej na tym, żeby wskazać to, co dla maluchów po traumie będzie najlepsze – musi zatem poznawać wszystkie aspekty ich życia i potencjalnej przyszłości. Stella do pracy dodaje wątek osobisty: wciąż mierzy się ze stratą matki, z osieroceniem i własną bezradnością. Chociaż obecnie to ona dyktuje warunki, ciężką pracą rekompensuje sobie niemożliwość ukojenia siebie-dziecka. Kiedy niesie lepszą przyszłość swoim klientom, tak naprawdę walczy o siebie samą, nawet jeśli tego sobie nie uświadamia. Stella jest bardzo dobra w swojej pracy. Nie pomija żadnego szczegółu, wie, jak rozmawiać z ludźmi, wychwytuje ich kłamstwa bez namysłu, a do tego nie boi się stosować prowokacji, kiedy w inny sposób nie da się zdobyć wiadomości. I tak Stella pewnego dnia trafia do domu, w którym nie ma szkła. Jest tu mała dziewczynka, Rose, która po tragicznej śmierci niani straciła umiejętność mówienia. Rose opiekują się matka i ojciec – oboje pragnący rozwodu, jako że śmierć niani poprzedzona została zdradą – oraz babcia. Wszyscy deklarują, że chcą dla Rose jak najlepiej. Tylko że w tym domu coś jest mocno nie w porządku. Mała Rose wciąż zbiera odłamki szkła, które mogłaby świetnie wykorzystać jako broń, czyta książki o seryjnych mordercach (starannie ukrywane w niewinnych okładkach) i swoimi zachowaniami budzi lęk otoczenia. Skoro nie mówi – nie można wydobyć z niej żadnych informacji. A bardzo łatwo o pomyłkę.

Sarah Pekkanen tworzy kryminał bardzo gęsty i bardzo ładnie mylący tropy. Proponuje odbiorcom historię, w której prawdziwe śledztwo toczy się swoim trybem, ale kompletnie nie ma znaczenia dla Stelli – ona tylko wykonuje swoją pracę i musi zdobyć informacje, które pozwolą jej napisać opinię i polecić konkretnego opiekuna dla Rose. Ale Stella w pracy jest drobiazgowa bardziej niż niejeden detektyw, wyciąga wnioski na bazie pojedynczych spostrzeżeń i łatwo rozszyfrowuje gry, jakie wobec niej stosują pozornie życzliwi domownicy. Z jednej strony jest więc szukanie winnego i rozwiązywanie zagadki – bo tylko tak będzie można ocenić sytuację i nie doprowadzić do kolejnych zbrodni, z drugiej strony – gra pozorów i udawanie. Autorka dba o to, żeby czytelnicy nie nudzili się podczas lektury: chociaż kolejne analizy Stelli budują właściwie intrygę, to liczą się również wątki okołoobyczajowe. Zwłaszcza – doświadczenia samej bohaterki, która odkrywa, kim jest i kto wprowadził ją w dorosłość. To nie ma bezpośredniego przełożenia na śledztwo, za to ogromnie przydaje się jako wyjaśnienie motywacji zawziętości bohaterki. „Dom ze szkła” to jednak w podstawowej płaszczyźnie historia o grze – o pozorach stwarzanych po to, żeby przeforsować własny scenariusz i wypracować linię obrony. Jest to książka, w którą się wsiąka – dla tych, którzy cenią misternie konstruowane plany i intrygi, dla tych, którzy lubią, kiedy historia skręca z realizmu w stronę starannie kreowanej fikcji. „Dom ze szkła” to opowieść bardzo dobrze przygotowana i Sarah Pekkanen z pewnością zdobędzie dzięki niej w Polsce wierne grono czytelników.

poniedziałek, 15 czerwca 2026

Monika Skikiewicz: Kamyki

Media Rodzina, Poznań 2026.

Wakacje

Wakacje to sama przyjemność. A wakacje nad morzem to zestaw zabaw, które dzieci lubią najbardziej. Olo i Awa to rodzeństwo – starszy brat i młodsza siostra – doskonale zdające sobie sprawę z uroków spędzania wolnego czasu na plaży. Mają w planach cały zestaw zabaw, które warto będzie kultywować, gdy nadejdą ciepłe dni. I wreszcie przychodzi czas na wyjazd, mama i tata chcą, żeby dzieci samodzielnie przygotowały rzeczy do zabrania na wyjazd – a potem pomogą się im spakować. A nad samym morzem – można uciekać przed mewami, robić zamki z piasku, organizować wodne wyścigi piłek, przeprowadzać piłkę do zakopanego w piasku wiaderka albo zamieniać się w rozgwiazdy. Możliwości jest mnóstwo, Olo i Awa chcą wykorzystać wszystkie – więc „Kamyki” to książeczka pełna radości i uśmiechów. Najmłodszym udzieli się nastrój odbiorców. Autorka przygotowuje rodziców do pracy z dziećmi i z tą publikacją, proponuje sposób korzystania – by jak najpełniej rozwijać maluchy. „Kamyki” to bowiem kolejna drobna kwadratowa książeczka do „czytania na okrągło” – a ukazująca się w cyklu Olo i Awa logopedyczna zabawa. Monika Skikiewicz wstawia tu poza elementami fabuły składającymi się w zasadzie na opis rozrywek znad morza jeszcze zadania dla najmłodszych – i to zadania interaktywne. Jeśli ktoś będzie akurat na plaży, może skorzystać z podpowiedzi gier i zabaw, jakie mają do dyspozycji bohaterowie tej książeczki – nie trzeba do tego żadnych wymyślnych zabawek, wielu zresztą dostarcza sama natura. Natomiast dzieci, które będą tylko słuchać tej książki (albo czytać ją samodzielnie, nikt tego nie wyklucza, tekstu jest niewiele) nie zostały tak zupełnie bez rozrywek. Monika Skikiewicz proponuje bowiem zestaw prostych czynności do wykonywania w każdych warunkach, nawet tak wymagających jak podróż. Można zakręcić książką jak kołem, poklepać, jakby się robiło babkę z piasku albo przejechać palcem labirynt dla piłki – to niby drobiazgi, ale z takich drobiazgów składa się zestaw nieoczekiwanych atrakcji dla najmłodszych. Olo i Awa to bohaterowie dość sympatyczni – zwyczajne dzieci, z którymi odbiorcy mogą się identyfikować. I to jeden z powodów sięgania po lekturę. Drugim może być strona graficzna. Tomasz Samojlik – znany odbiorcom przede wszystkim z cyklu o żubrze Pompiku – tworzy obrazki klasyczne w duchu i kreskówkowe, sympatyczne i wywołujące uśmiech. Dzięki temu chętniej będzie się zaglądać do tomiku – i traktować go jak zestaw podpowiedzi na zabawy czy rozrywek. „Kamyki” to książeczka, która przywołuje na myśl lato i wszystkie związane z nim atrakcje – dlatego też nie ma obaw, to tomik, który przypadnie do gustu dzieciom.

A skoro już uda się zdobyć ich uwagę i zaangażowanie, to można też zaprosić do aktywności przy okazji lektury – to dobre rozwiązanie, pokazuje bowiem czytelnikom, że czytanie nie musi być jednostajnym zachowaniem. Monika Skikiewicz po raz kolejny przekonuje najmłodszych, dlaczego powinni zaprzyjaźnić się z książkami. Tekst jest niewielki objętościowo, za to obrazki cieszą oczy – to coś dla najmłodszych i dla tych, którzy chcą wyjeżdżać na wakacje za każdym razem, kiedy otwierają tomik.

czwartek, 11 czerwca 2026

Anita Głowińska: Kicia Kocia. Kto zepsuł samochód?

Media Rodzina, Poznań 2026.

Odpowiedzialność

W przedszkolu trwa zabawa, którą najmłodsi mogą powtarzać we własnych warunkach – niekoniecznie w placówkach, bo nawet i w domach znajdzie się trochę klocków i tekturek do zbudowania toru dla pojazdów. Kicia Kocia, Pacek, Julianek i Adelka są niezwykle zajęci: najpierw przygotowują tor z przeszkodami dla nakręcanych zabawek, później puszczają koparkę i radiowóz, sprawdzając, które z nich szybciej pokona tekturowe wzniesienie. Muszą też przy tym dzieci wykazać się spostrzegawczością i umiejętnością wyciągania wniosków. Nikt nie będzie tu odbiorców zamęczał fizyką, nie czas na to – ale maluchy zastanawiają się, dlaczego radiowóz bez przeszkód pokonuje stromy zjazd z toru przeszkód, a koparka bez przerwy się przewraca. Żeby potwierdzić słuszność swoich spostrzeżeń, dzieci wykonują kolejny test: puszczają koparkę po mniej stromym podjeździe. To zachęta także dla odbiorców, by testowali przygotowane miejsca i obserwowali, co trzeba zmienić, jeśli zabawka nie porusza się tak, jak powinna według przypuszczeń. Dzieci bawią się tak dobrze, że także mali czytelnicy zapomną na chwilę o kontekście przedszkola – liczyć się będzie sam wyścig i to, które autko nadaje się do najszybszego pokonania ładnie zbudowanego toru. A ponieważ autorka koncentruje się na zagadnieniu zasygnalizowanym już w tytule, nie komplikuje prostej fabuły nadmiernie – dzieci tym razem się nie kłócą, świetnie się ze sobą dogadują i kibicują sobie w działaniach. Nie ma ani sprzeczek o kształt toru, ani odrzucania propozycji innych – kto ma pomysł, jak udoskonalić tor, może to zrobić przy aprobacie reszty. I wszystko wyglądałoby rzeczywiście sielankowo, gdyby nie pewien techniczny problem: radiowóz wjeżdża pod górę i nie chce ruszyć dalej. Pojawia się pytanie, kto zepsuł samochód – dzieci postanawiają opowiedzieć o swoim zmartwieniu pani.

I tu Anita Głowińska pokazuje bardzo ważną kwestię: chociaż bohaterowie zastanawiają się nad tym, czy nie odłożyć zabawki na półkę i nie udawać, że nic się nie stało, wygrywa uczciwość i lęk przed wyrzutami sumienia – dzieci nie wiedzą, czy nie spotka ich kara za zepsucie radiowozu – jednak wolą się przyznać. A pani zna sposób, żeby wszystko działało jak przedtem. Warto więc odsunąć na bok strachy i przekonać się, że nie zawsze konsekwencje należą do nieprzyjemnych.

Książeczki z serii o Kici Koci zapraszają do samodzielnego czytania. Anita Głowińska proponuje dzieciom rodzimą serię z pięknymi ręcznymi ilustracjami (widać tu nierówne kontury i plamy koloru), naiwnymi w duchu – tak, żeby odbiorcy mogli sobie samodzielnie poćwiczyć rysowanie postaci – i z niewielką ilością tekstu. Chodzi o to, żeby najmłodsi nie zniechęcali się do lektury, a dawali wciągnąć w opowieść o małej rezolutnej bohaterce i jej rówieśnikach. „Kto zepsuł samochód” to przyjemna historyjka z wartościowym przesłaniem – jeśli mali odbiorcy lubią ten cykl, z pewnością zainteresuje ich przedszkolna przygoda przyjaciół Kici Koci. Anita Głowińska wie, jak tworzyć dla dzieci.

środa, 8 kwietnia 2026

Lynette Noni: Dwoje nad przepaścią

Must Read, Media Rodzina, Poznań 2026.

Survival

Lynette Noni na nowy poziom wznosi historię spod znaku „zabili go i uciekł”, ale nikt nie będzie mieć jej tego za złe, bo oferuje czytelnikom całą gamę silnych – naprawdę silnych – uczuć, które pokażą jednoznacznie, co w życiu jest naprawdę ważne. „Dwoje nad przepaścią” to książka young adult, w której tytuł nie jest przenośnią a bolesną dosłownością. To zaskakująca historia miłosna wypełniona adrenaliną do granic możliwości – i pozwalająca bohaterom na lepsze poznawanie siebie i uporanie się z traumami. Wprawdzie teraźniejszość w australijskim parku narodowym nie brzmi jak sielanka, a jednak nie zostawia żadnych śladów w bohaterach. Ot, zwykłe zmęczenie, ból mięśni to jedyne niedogodności, z którymi borykają się młodzi ludzie, którzy przeprawiali się przez kaniony, spadali ze stromizn, nurkowali w jaskiniach bez wiedzy, czy uda im się wydostać albo przechodzili przez spróchniały most przerzucony nad przepaścią. Codzienność dla tych, którzy borykają się z niezaleczonymi problemami psychicznymi. Lynette Noni przesadza – ale ta przesada wychodzi na dobre fabule, w której może się zdarzyć absolutnie wszystko. Bo Charlie cierpi – pół roku wcześniej jej mama zginęła w wypadku. Od tej pory dziewczyna musi uczyć się każdego dnia żyć na nowo. W dodatku jej najlepsza przyjaciółka, która pokonała już raz białaczkę, może wrócić do swojej walki. Ale to właśnie ta przyjaciółka zgłasza się do reality show, w którym może spędzić cztery dni w survivalowej trasie z ukochanym aktorem. Zander to ten aktor. On musi naprawić swój wizerunek w oczach publiczności – inaczej straci szansę na rolę w filmie i wszystko, czego do tej pory się w Hollywood dorobił. Miał wprawdzie swoje powody, żeby zrobić to, co zrobił, ale nie może ich nikomu przedstawić bez naruszania prywatności swojego najlepszego do tej pory przyjaciela. Zander i Charlie to para, która ma wyruszyć na survivalową wyprawę. Oboje wiedzą, że w Australii wszystko będzie chciało ich zabić – ale są też świadomi, że opiekę nad nimi sprawować będzie specjalista od szkoły przetrwania, więc nie może stać się im krzywda, w dodatku będą przez cały czas pod ostrzałem kamer. Tyle w teorii. Bo w australijskim buszu naprawdę wiele rzeczy może pójść nie tak.

I Lynette Noni doskonale wie o tym, że silne przeżycia zaowocują równie silnymi emocjami. Zmusza bohaterów do porzucenia masek i do dogadania się – ale już wkrótce doświadczenia z wyprawy zamienią się w prawdziwą walkę o życie – i staną się najlepszym motywem do ujawnienia prawdziwych uczuć. Bohaterowie będą przeżywać najbardziej przerażające przygody, zdani na własne siły i kaprysy przyrody. I w tym wszystkim autorka pozwoli im na najważniejsze rozmowy. Jest to książka, która trzyma w napięciu i rozbudza ciekawość – ale nie przez przesadę, która kipi z kolejnych wydarzeń, a za sprawą pomysłowości autorki i wyobraźni, która zabierze czytelników do innego niż zwykle świata. Tu dzieje się mnóstwo, a rzeczywistość przyćmiewa sprawy psychiki – które też znajdą swoje miejsce. Jest to powieść, którą dobrze się czyta dzięki udanej narracji, ale też i dzięki odpowiednio rozłożonym akcentom. Tu nie można się nudzić i nawet jeśli coś w sferze uczuć okaże się oczywiste – to akcja to zamaskuje.

piątek, 27 marca 2026

Alice Kellen: Mapa pragnień

Must Read, Media Rodzina, Poznań 2026.

Odwaga

Grace nigdy nie kierowała się własnymi pragnieniami. Przyszła na świat po to, żeby uratować życie siostrze – jej komórki macierzyste miały pomóc w terapii. Niestety, Lucy zmarła młodo, a Grace z jej odejściem straciła nie tylko powierniczkę, ale i cały sens istnienia. Teraz wegetuje w świecie, którego nie stara się zrozumieć. Odrzuciła własne marzenia, nie zrobiła prawa jazdy, sypia z chłopakiem, do którego nic nie czuje i który nie daje szansy na prawdziwy związek. A do tego tęskni – chociaż wie, że czasu nie da się cofnąć. Ale bardzo nieoczekiwanie śmierć Lucy zmienia rozkład sił w rodzinie: znika spoiwo, które cementowało bliskich i teraz każdy może zająć się swoimi sprawami, pod warunkiem, że znajdzie na to siły. Mama na przykład popada w apatię, siedzi przed telewizorem i nie daje się pocieszyć. A dziadek wyjeżdża na pierwsze od dawna wakacje. I tak w codzienności Grace pojawia się gra, „Mapa pragnień”, stworzona dla niej przez Lucy w szpitalu.

Alice Kellen posługuje się tu prostym zabiegiem znanym przede wszystkim ze szkół kreatywnego pisania: wymyśla listę rzeczy, które bohaterka powinna zrobić – i zmusza ją do odhaczania kolejnych punktów. Tu motywacją jest chęć dotarcia do finałowego skarbu – niespodzianki przygotowanej przez Lucy, a także… Will Tucker, chłopak, który realizuje grę i wydziela Grace kolejne zadania, a w niektórych jej towarzyszy. Grace nie ma pojęcia, co ją czeka, może się tylko poddać losowi – i zaufać siostrze, która znała ją jak nikt inny. Sam Will Tucker jest człowiekiem tajemniczym: mieszka w przyczepie kempingowej, a wszystkie rzeczy, które nie mieszczą się w niej, wozi na tylnym siedzeniu samochodu. „Mapa pragnień” to książka young adult, stworzona po to, żeby opowiedzieć czytelnikom historię miłosną skrywającą Bildungsroman. Grace musi dojrzeć do dorosłości, musi się przekonać, że da sobie radę w życiu, znaleźć w sobie ochotę do snucia marzeń i osłabić lęk przed rzeczywistością. Musi też zrealizować te obowiązkowe punkty życiorysu, które porzuciła za sprawą choroby siostry – Lucy wie doskonale, na czym polegały kolejne wyrzeczenia – i teraz kieruje Grace w odpowiednią stronę. Ale sam Will też ma w swojej przeszłości sporo mroku – i żeby móc budować trwały związek, powinien się uporać z własnymi demonami. Na razie nie sprawia wrażenia, jakby takiej terapii potrzebował – a jednak nie będzie prawdziwym wsparciem, dopóki nie pozamyka pewnych spraw i nie dowie się, czego właściwie sam pragnie. Alice Kellen opowiada czytelnikom o tym, że warto żyć w zgodzie ze sobą - i że czasami trzeba porzucić wygodne życie, żeby dowiedzieć się czegoś na swój temat. Tylko praca nad własnym charakterem i nad przyszłością może przynieść konkretne i oczekiwane efekty – i tylko duży wysiłek zamieni się kiedyś w nagrodę. „Mapa pragnień” to książka, w której narracja długo prowadzona jest przez Grace, Will wkracza wtedy, kiedy trzeba poznać jego historię. Ta opowieść płynie zgodnie z oczekiwaniami, ale przynosi odbiorcom ważne prawdy.

piątek, 20 marca 2026

Jennifer Lynn Barnes: Love story tak i wspak

Must Read, Media Rodzina, Poznań 2026.

Uzdrawianie

To zdecydowanie powieść young adult dla tych, którzy znają świat z The Inheritance Games, dodatek do głównego nurtu – drobna historia, która rozgrywa się zupełnie na marginesie wydarzeń, ale niesie z sobą wielkie pokłady emocji. Bohaterowie to Hannah i Toby, zwany Harrym. Oboje po przejściach, oboje z rodzin, które nie wybaczają. U Hannah to handlarze narkotyków, mafia trzymająca wszystkich w szachu. U Toby’ego – majętni i wpływowi rodzice. Ci dwoje nigdy by się ze sobą nie zetknęli, gdyby nie tragiczny wypadek na wyspie. Chociaż bogate dzieciaki chciały się zemścić i zniszczyć coś, co do nich nie należało, sprawiły, że życie stracił ktoś, kto nie powinien był ucierpieć. Teraz prawda nie może wyjść na jaw – a jedyny ocalały z katastrofy, Toby, trafia w ręce siostry zmarłej dziewczyny. Hannah jest pozbawiona sentymentów, nie lubi być od nikogo zależna, a do tego ma wszelkie powody, żeby trzymać się z daleka od Toby’ego. Jednak kiedy rybak wyławia go z wody i alarmuje Hannah, pewne jest jedno: nie można wzywać policji ani pogotowia, Hannah – ucząca się na pielęgniarkę i wiele razy opatrująca rany swoich krewnych – musi dać sobie radę bez pomocy. Opiekuje się Tobym, pielęgnuje go, opatruje mu rany i podejmuje grę, którą inauguruje zakochany w niej coraz bardziej mężczyzna.

Chociaż Jennifer Lynn Barnes opiera się na schemacie enemies to lovers, wybiera bardzo trudną drogę do chwilowego spełnienia, a w dodatku stosuje pewien skrót, który pozwoli poznać losy postaci już po ich najważniejszym spotkaniu. Żadnego „żyli długo i szczęśliwie” po tej historii spodziewać się nie można z prostego powodu: tu nie da się przezwyciężyć pewnych ograniczeń i barier. Opowieści są dwie: ta z perspektywy Hannah pozwala na zrozumienie stworzonych barier i rozwiązywanie zagadek (łamanie szyfrów). Ta z perspektywy Toby’ego naświetla relację między Hannah i starym rybakiem – buduje więc pomost między właściwym nurtem narracji – i dokłada wątek miłosny, chociaż trochę trudny do podchwycenia. Toby zakochuje się szybko, mocno i bez ważniejszych powodów, autorka lepsza jest w tworzeniu zagadek niż w psychologicznych aspektach związku. Dwie narracje umożliwiają także powiedzenie, co stanie się później – kiedy już nie będzie możliwe prowadzenie podwójnej opowieści.

„Love story tak i wspak” to książka, w której silne emocje mają zapewnić odbiorczyniom więcej wrażeń niż schematyczna relacja miłosna – ale Jennifer Lynn Barnes wie doskonale, że jej atutem jest tworzenie sensacyjnych fabuł i tego się na szczęście trzyma. Funduje bohaterom huśtawkę emocjonalną i mnóstwo niepewności, zmusza ich do przekraczania własnych barier i do pokonywania kolejnych trudności. Jest w tym bezkompromisowa – i dlatego może zwrócić na siebie uwagę szerokiego grona odbiorców. Ta powieść ma w sobie silną dramaturgię, a w dodatku toczy się dość nieprzewidywalnie – widać też kotwice, którymi autorka zapewnia sobie nawiązania do The Inheritance Games.

sobota, 14 marca 2026

Rufi Thorpe: Margo ma kłopoty

Gorzka Czekolada, Media Rodzina, Poznań 2026.

Zwycięstwo

Ta książka ma poprawiać humor, ale jest mocno gorzka w swojej wymowie. Autorka jednak nie pozwala swojej bohaterce na złożenie broni i sugeruje, że z każdej porażki da się wyjść z podniesioną głową po to, żeby finalnie zawalczyć o spełnianie swoich marzeń. „Margo ma kłopoty” to powieść, która doczekała się serialowej wersji w gwiazdorskiej obsadzie i najprawdopodobniej właśnie fanki serialu będą najwierniejszymi czytelniczkami Rufi Thorpe. Bohaterką tomu jest dziewiętnastoletnia dziewczyna, która w wyniku zauroczenia swoim żonatym wykładowcą zaszła w ciążę i zdecydowała się urodzić dziecko. Bohdi jest najlepszym, co mogło ją spotkać – były kochanek nie staje na wysokości zadania, a nawet rzuca Margo kłody pod nogi, walcząc o opiekę nad dzieckiem. Matka odwraca się od dziewczyny, zresztą ma swoje sprawy, skoro przygotowuje się do kolejnego ślubu z wyjątkowo religijnym mężczyzną. Bohaterka wie, że jest zdana na własne siły. I nawet powrót ojca, byłego zawodnika wrestlingu uzależnionego od narkotyków, stanie się tu pomocą. Żeby przetrwać, Margo musi zarabiać. Żeby zarabiać, musi znaleźć pracę, w której pozwolą jej na opiekę nad dzieckiem. Albo… wypracować sobie zajęcie dochodowe i o elastycznych godzinach pracy. I tak Margo trafia na Only Fans. Młoda kobieta bez perspektyw zawodowych odkrywa, że jeśli będzie sprzedawać zdjęcia swojego ciała – i dołączy do tego ciekawe dla fanów historie – uda jej się utrzymać i nie stracić dziecka (opiekę społeczną interesuje to, że matka zarabia, a nie – w jaki sposób, jeśli maluchowi nie dzieje się krzywda). I tak bohaterka wchodzi w te rejony internetu, których do tej pory nie eksplorowała, próbuje zrozumieć mechanizmy działania algorytmów i rozkręcić konto tak, żeby podreperować domowy budżet. Trafia na gwiazdy Only Fans, które pomagają jej w promocji i wkrótce staną się uczestniczkami nietypowego projektu.

„Margo ma kłopoty” to opowieść o mierzeniu się z przeciwnościami losu niemal bez przerwy. Autorka nie daje bohaterce szansy na odpoczynek, Margo musi przez cały czas być czujna, a do tego budować swoje relacje z bliskimi i tymi, którzy się od niej nie odwrócili. W tle pojawia się ciekawa internetowa znajomość, ale przede wszystkim autorka kładzie nacisk na kreatywność Margo, jej umiejętność wykorzystywania wyobraźni zawsze wtedy, kiedy trzeba chronić siebie i bliskich. Ten nieszablonowy scenariusz uświadomi czytelniczkom, że z najtrudniejszych sytuacji istnieje wyjście, trzeba tylko zrezygnować z kopiowania tego, co sprawdzone i realnie oceniać własne możliwości. Temat stron pornograficznych ma dodawać pikanterii opowieści – sprawiać, że odbiorczynie będą chciały sięgać po tak poprowadzoną historię. Ta książka to odskocznia od codziennych problemów, a jednocześnie oderwanie się od typowych fabularnych rozwiązań w literaturze pop. Czytadło, które nawiązuje do chicklitów, ale w zupełnie inny sposób – pogłębiony i wypełniony odpowiedzialnością za drugiego człowieka.

poniedziałek, 9 marca 2026

Magda Skubisz: Nóż i piołun. Saga rodu Tyszkowskich

Media Rodzina, Poznań 2026.

Zielnik

To jest coś fantastycznego, jak Magda Skubisz prowadzi opowieść zawężaną do kilku osób już piąty tom – i jak w dalszym ciągu cieszy. „Nóż i piołun”, piąta część Sagi rodu Tyszkowskich, to prawdziwy popis humoru tej autorki – i książka, która łatwo może przekonać do lektury całości. Katja – zielarka, która potrafi wyleczyć każdą chorobę siłami natury – próbuje odzyskać zeszyt z przepisami odziedziczony po Batce. Ów zeszyt znajduje się teraz w posiadaniu zadufanego w sobie lekarza, tego, który gardzi medycyną ludową, ale w razie potrzeby mógłby skorzystać z kuracji, byle potajemnie i bez pomocy innych. Dla Katji to jedyna szansa na ocalenie rodzinnej pamiątki – jednej z dwóch po Batce. Ale do utraty drugiej, noża do ścinania ziół, przyczynia się matka zakochanego w niej Antoniego Tyszkowskiego.

Karuzela westchnień trwa: Katja przekonuje się boleśnie, że Sepek nie będzie nigdy dla niej partnerem w miłości. Cierpiący na depresję po stracie ukochanej (z ludu), próbuje na różne sposoby popełnić samobójstwo – chyba że znajdzie powód, żeby żyć. Antoni normalnie spędzałby czas na zbytkach, ale nie może, bo stale musi ratować Katję z kolejnych opresji. W końcu podkochuje się w niej od tak dawna, że służenie kobiecie z niższych sfer pomocą weszło mu już w nałóg. Ale trzeba będzie w końcu połączyć siły, skoro wszyscy potrzebują się nawzajem i to z różnych powodów. Dobrze przynajmniej, że dzieci są daleko i bezpieczne, można skoncentrować się na własnych potrzebach.

Magda Skubisz znowu wysyła bohaterów na kolejne misje i naraża na wielkie niebezpieczeństwa, każe uczestniczyć w brawurowych pogoniach i przeżywać ogromne emocjonalne wstrząsy. Ale posługuje się na ogromną skalę humorem na różnych płaszczyznach. Przede wszystkim lekko drwi sobie z Antoniego – wyraźnie ociepla jego wizerunek i sprawia, że jeśli do tej pory ktoś nie był do bohatera przekonany, teraz go polubi (chociaż Antoniego jako czarnej owcy w rodzinie nie dało się nie lubić od początku). Antoniemu w budowaniu grona wiernych fanów bardzo pomaga też sprytny koń, Asmodeusz, bohater wielu zabawnych wybryków. Do tego autorka bawi się jeszcze motywami z tła, między innymi romansem matki Sepa i Antoniego, a także… grą pozorów z balu wyższych sfer. Tu nie można się nudzić ani przez moment. Autorka sięga po całe zestawy słownych przepychanek i ironię ociekającą wręcz z komentarzy bohaterów, szlifuje riposty i pozwala na ujawnianie większego poczucia humoru niż pozwalałyby na to konwenanse. Do tego dodaje mnóstwo humoru sytuacyjnego, scenki, które znaczą zupełnie co innego niż mogłoby się wydawać. I tak uzbrojonych bohaterów wypuszcza po raz kolejny do czytelników. „Nóż i piołun” to jak do tej pory najlepsza książka w serii, widać wyraźnie, że chociaż moda na opowieści z kręgu zielarek przeminęła, to Magda Skubisz nie musi żałować takiego wyboru – radzi sobie świetnie z tematem i ma czym przyciągnąć czytelników do całego cyklu.

wtorek, 24 lutego 2026

Kristan Higgins: Jasna strona życia

Gorzka Czekolada, Media Rodzina, Poznań 2026.

Scenariusze

Ta opowieść już była, Lark doskonale o tym wie. Kiedy tylko równie przystojny co utalentowany (i jednocześnie – społecznie wycofany) chirurg proponuje jej bycie osobą towarzyszącą na ślubie siostry, Lark przychodzą na myśl rozmaite komedie romantyczne z „Pretty woman” na czele. Lorenzo Santini nie ma przyjaciół, bo też i nie zjednuje sobie ludzi. Jest odpychający i samolubny, a do tego kosmicznie bogaty. Ale może zapewnić Lark coś, o czym ta marzy: powrót na oddział onkologii. Chwilowo Lark została od niego odsunięta ze względu na nadmierną emocjonalność, przez którą nie mogła pracować z pacjentami potrzebującymi wsparcia i rzeczowej opieki – przeniesiona do hospicjum, traktuje to jako przeczekanie. W końcu musi zrealizować swój plan i leczyć raka – zwłaszcza że przez białaczkę straciła miłość życia. Skoro nie udało jej się ocalić ukochanego, może pomóc innym ludziom. Przynajmniej takie jest założenie. Na razie Lark potrzebuje przekonać do siebie kierownictwo na onkologii. A pieniądze też jej się przydadzą. W efekcie przyjmuje propozycję, która ma być tylko na chwilę i tylko dla uspokojenia ukochanej babci Santiniego. Kristan Higgins powtórki z szablonu nie zapewni, można więc podążać za bohaterką i przyglądać się jej przeszłości – rozbudowane retrospekcje pokazują nie tylko, czym dla niej był związek, ale też, dlaczego tak usilnie próbuje odnaleźć się na onkologii, skoro inne gałęzie medycyny pasują jej o wiele bardziej.

Sama Lark kompletnie nie pasuje do świata Lorenza – przynajmniej do tego świata, który bohater wokół siebie buduje. Santini ma bowiem gwarną rodzinę, z którą Lark błyskawicznie znajduje porozumienie – szybko przekonuje do siebie siostry lekarza i jego rodziców. Nawiązuje też kontakty, które zaważą na jej przyszłości. Na razie jednak musi grać swoją rolę i chociaż w codzienności stawia na szczerość – nie powinna nadużywać zaufania chirurga. Lark to jeden temat powieści „Jasna strona życia”, ten najbardziej krzepiący, wciągający i ciekawy. Ale Kristan Higgins nie zapomina o innych odbiorczyniach. Przygląda się relacji starszego pokolenia: Ellie, mama Lark, przeżywa właśnie wielki życiowy kryzys. W jej poukładanym świecie i szczęśliwym małżeństwie pojawiła się poważna rysa, zdrada emocjonalna, z którą Ellie musi się jakoś pogodzić. Na razie usuwa się na bok i zastanawia, co zrobić. I jest jeszcze Joy – kobieta-zagadka, uzależniona od operacji plastycznych, mająca za sobą cztery nieudane małżeństwa za to żadnej pasji. Joy zapewnia dom Lark oraz Ellie – i dopiero uczy się, jak poznawać siebie. To długa, ale satysfakcjonująca droga. I to wszystko Kristan Higgins oferuje czytelniczkom w naprawdę udanej prozie obyczajowej. Jest w „Jasnej stronie życia” sporo wzruszeń, ale też i mnóstwo humoru, który te wzruszenia równoważy. Jest bardzo przekonująca część dotycząca walki z chorobą – i postaw bliskich wobec życiowych zmian. Jest odejście od jednego schematu (na rzecz innego, ale to nie wada). „Jasna strona życia” dostarcza wytchnienia i przypomina o tym, co najlepsze w powieściach dla kobiet – o pokrzepieniu, które płynie z nieoczekiwanej strony i w trudnych chwilach pozwala mieć nadzieję na lepszą przyszłość.

środa, 21 stycznia 2026

Hélène Delforge: Babcia i dziadek

Media Rodzina, Poznań 2026.

Przeżycia

Rynek wydawniczy bezlitośnie wykorzystuje wszystkie okazje, które pozwolą na ułatwienie marketingowych zabiegów, nic więc dziwnego, że stawia często na wydawnictwa nawiązujące do konkretnych świąt lub tradycji. I problem nie polega na zalewie tematyzowanych publikacji – problem polega na tym, że w owym zalewie bardzo łatwo przeoczyć prawdziwe perły. A taką bez wątpienia jest tomik „Babcia i dziadek” autorstwa Hélène Delforge i z ilustracjami Quentina Grébana (ilustracje są bardzo ważne, czasami pozwalają na zrozumienie, o czym mowa w narracji), w tłumaczeniu Jarosława Mikołajewskiego i Magdaleny Mikołajewskiej (na marginesie: o ile rymowane przekłady tej pary nie są najlepszej jakości, o tyle w prozie potrafią zrobić coś wyjątkowego.

Ta książka obala infantylne stereotypy i pokazuje babcię, dziadka oraz ich domowe i rodzinne relacje inaczej niż są do tego przyzwyczajeni najmłodsi. Nagle okazuje się, że babcia to kobieta, która może być zakochana (albo tęsknić za ukochanym i opowiadać o nim wnukom), albo – jest opiekunką starego leniwego kota. Owszem, ma na uwadze rozpieszczanie wnuków, ale równie ważny jest dla niej dobrostan córki i jej szczęście: chociaż ta córka ma teraz swoje dzieci, na zawsze pozostanie dzieckiem dla swojej matki. I kiedy sama zatęskni za dzieciństwem, będzie mogła wrócić – dzięki empatycznej już teraz babci – do najmilszych wspomnień. Dziadek ma pełno zmarszczek – a każda oznacza coś innego – i wie, jak zorganizować pogrzeb sikorki, żeby nie było zawsze smutno. Nawet jeśli nie ma pojęcia, jak opiekować się dziećmi, pamięta jeszcze, jak wychowywał swoje. Tylko że w tomiku „Babcia i dziadek” relacje dziadkowie – wnuki nie są jedyne. Każda rozkładówka to jedna wielkoformatowa ilustracja i jeden drobny rysunek – a do tego wyznanie w formie może nieco poetyckiej, z szatkowanymi frazami. Nigdy nie wiadomo, kto zabierze głos – może to być dziecko, dziadek, babcia, średnie pokolenie, albo... kot. Każdy ma do powiedzenia coś ważnego: czasem to przypomnienie, żeby rejestrować wspomnienia, rozmawiać jak najwięcej, dowiadywać się czegoś, co nie powinno bezpowrotnie zniknąć, innym razem – migawki z przeszłości z różnych ujęć. Opowiada się tu o emocjach i o uczuciach między pokoleniami albo między bliskimi – ale miłość dziadka i babci może zamienić się w romantyczną historię młodej i pełnej nadziei dziewczyny. I to inne spojrzenie na przedstawicieli starszego pokolenia będzie dla najmłodszych prawdopodobnie największym odkryciem i zaskoczeniem. Jest tu delikatność i wyczulenie na drugiego człowieka, jest miłość bezwarunkowa – ale w różnych kierunkach. Nie zawsze wyznania są oczywiste na pierwszy rzut oka, czasami trzeba będzie się zastanowić nad ich znaczeniem, a czasami – wręcz rozszyfrować, o czym mowa. Jest tu sporo tematów, które mogą wywołać wzruszenie, doprowadzić do refleksji albo zaprosić do rozmowy z dziadkami i rodzicami. To zdecydowanie lektura wyjątkowa: na rynek wchodzi w czasie, w którym może być poszukiwana, ale przyda się przez cały rok i pozostawi niezapomniane wrażenia u czytających. Warto zaufać autorce i przyjrzeć się uważnie temu, co daje relacja z dziadkami – wszystkim pokoleniom. Autorka nie zatrzymuje się na tym, co powierzchowne i oczywiste, stara się dotrzeć do bardzo ważnych treści i przywołać je dla najmłodszych – to, co wyniosą z lektury, pozostanie z nimi przez całe życie.