Marginesy, Warszawa 2026.
Ucieczka
Zwykle ten motyw jest wykorzystywany w powieściach Bildungsroman: wielki przejazd przez całe Stany Zjednoczone, bohaterowie skazani na swoją obecność w zamkniętej i ciasnej przestrzeni samochodu, konieczność prowadzenia rozmów i dogłębnego poznawania siebie nawzajem, radzenie sobie z kolejnymi wyzwaniami w rodzaju utraty pieniędzy – to wszystko pozwala wydobyć najgorsze i najbardziej szczere cechy. Nic dziwnego, że autorzy tak chętnie wysyłają swoje postacie w podróż życia. Ale u Hannah Deitch mimo wszystko jest inaczej. „Zabójczy potencjał” rozpoczyna się bowiem od kryminału – a wyprawa to nie próba poznania siebie i świata przed wejściem w dorosłość, a ucieczka przed odpowiedzialnością za to, czego się nie zrobiło.
Przynajmniej dla Evie Gordon. Evie nie wyszło w życiu. To kobieta, która na życie zarabia przygotowywaniem do szkolnych testów. Pracuje jako korepetytorka, ale wcale nie zanosiło się na to, kiedy sama była uczennicą a potem studentką. Życie jednak zweryfikowało jej umiejętności radzenia sobie z wyzwaniami – teraz Evie po prostu walczy o to, żeby przetrwać. I nawet jeśli lubi dawanie lekcji, zajęcie nie przynosi jej prestiżu. Evie czuje się czasami jak służąca – uczy dzieci z bogatych domów, w dodatku – w wykwintnych wnętrzach posiadłości ich rodziców. I pewnego dnia przekonuje się, że lepiej byłoby, gdyby nie należała do sumiennych i odpowiedzialnych. Gdyby Evie nie pojawiła się w pracy, o wszystkim dowiedziałaby się z wiadomości. Niestety – przybyła zgodnie z planem i teraz to jej twarz widnieje we wszystkich serwisach informacyjnych. Evie trafia bowiem na zwłoki swoich pracodawców, a także na kobietę uwięzioną w ukrytym pomieszczeniu w ich domu. Ogłusza swoją uczennicę i ucieka – przekonana, że właśnie pozbawiła życia dziewczynę, a zostanie osądzona, jakby była winna całej zbrodni. Razem z nią ucieka kobieta, która nie mówi – być może w wyniku przeżytej właśnie traumy. Tak zaczyna się „Zabójczy potencjał”, a później autorka przez długi czas czerpie po prostu bezpośrednio ze schematów fabularnych powieści o dojrzewaniu. Chociaż jej bohaterki dojrzewać już nie muszą, mogą odkryć siebie nawzajem i spróbować rozwiązać zagadkę podwójnej (a może już potrójnej) śmierci. Nie powinny zostawiać po sobie śladów cyfrowych, o ich miejscu pobytu świadczyć będą nie tylko dokumenty, ale i karty bankomatowe – a ponieważ policja nie próżnuje i angażuje dziennikarzy do rozpowszechniania wiadomości o poszukiwanych morderczyniach, już niedługo wszyscy będą znali twarz Evie i jej nieoczekiwanej partnerki. Evie jest przekonana, że żeby wrócić do normalnego życia, musi odkryć tożsamość prawdziwego mordercy. A to nie takie proste, kiedy musi wciąż uciekać.
Jest „Zabójczy potencjał” powieścią sensacyjną, w której instynkty biorą górę nad zdrowym rozsądkiem. Jest tu mnóstwo rozwiązań, które wydają się przerysowane, a jednak działają – a to za sprawą silnych emocji kreślonych przez Deitch z dużym zaangażowaniem. Opowieść o poznawaniu siebie i drugiego człowieka jest pełna niespodzianek i na długo zatrzyma czytelników. „Zabójczy potencjał” jest książką, która próbuje wymykać się schematom fabularnym i gatunkowym – a jednocześnie wykorzystuje te motywy, które da się przystosować do nowej rzeczywistości.
Recenzje, wywiady, omówienia krytyczne, komentarze.
Codziennie aktualizowana strona Izabeli Mikrut
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.
NIE KORZYSTAM Z AI.
Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.
Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą thriller. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą thriller. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 10 września 2026
wtorek, 16 czerwca 2026
Sarah Pekkanen: Dom ze szkła
Gorzka Czekolada, Media Rodzina, Poznań 2026.
Ostrza
Sądowa rzeczniczka interesu dziecka – tym właśnie na co dzień zajmuje się Stella Hudson i jest w swojej pracy znakomita. Przenikliwa, bystra, spostrzegawcza i odważna – zależy jej na tym, żeby wskazać to, co dla maluchów po traumie będzie najlepsze – musi zatem poznawać wszystkie aspekty ich życia i potencjalnej przyszłości. Stella do pracy dodaje wątek osobisty: wciąż mierzy się ze stratą matki, z osieroceniem i własną bezradnością. Chociaż obecnie to ona dyktuje warunki, ciężką pracą rekompensuje sobie niemożliwość ukojenia siebie-dziecka. Kiedy niesie lepszą przyszłość swoim klientom, tak naprawdę walczy o siebie samą, nawet jeśli tego sobie nie uświadamia. Stella jest bardzo dobra w swojej pracy. Nie pomija żadnego szczegółu, wie, jak rozmawiać z ludźmi, wychwytuje ich kłamstwa bez namysłu, a do tego nie boi się stosować prowokacji, kiedy w inny sposób nie da się zdobyć wiadomości. I tak Stella pewnego dnia trafia do domu, w którym nie ma szkła. Jest tu mała dziewczynka, Rose, która po tragicznej śmierci niani straciła umiejętność mówienia. Rose opiekują się matka i ojciec – oboje pragnący rozwodu, jako że śmierć niani poprzedzona została zdradą – oraz babcia. Wszyscy deklarują, że chcą dla Rose jak najlepiej. Tylko że w tym domu coś jest mocno nie w porządku. Mała Rose wciąż zbiera odłamki szkła, które mogłaby świetnie wykorzystać jako broń, czyta książki o seryjnych mordercach (starannie ukrywane w niewinnych okładkach) i swoimi zachowaniami budzi lęk otoczenia. Skoro nie mówi – nie można wydobyć z niej żadnych informacji. A bardzo łatwo o pomyłkę.
Sarah Pekkanen tworzy kryminał bardzo gęsty i bardzo ładnie mylący tropy. Proponuje odbiorcom historię, w której prawdziwe śledztwo toczy się swoim trybem, ale kompletnie nie ma znaczenia dla Stelli – ona tylko wykonuje swoją pracę i musi zdobyć informacje, które pozwolą jej napisać opinię i polecić konkretnego opiekuna dla Rose. Ale Stella w pracy jest drobiazgowa bardziej niż niejeden detektyw, wyciąga wnioski na bazie pojedynczych spostrzeżeń i łatwo rozszyfrowuje gry, jakie wobec niej stosują pozornie życzliwi domownicy. Z jednej strony jest więc szukanie winnego i rozwiązywanie zagadki – bo tylko tak będzie można ocenić sytuację i nie doprowadzić do kolejnych zbrodni, z drugiej strony – gra pozorów i udawanie. Autorka dba o to, żeby czytelnicy nie nudzili się podczas lektury: chociaż kolejne analizy Stelli budują właściwie intrygę, to liczą się również wątki okołoobyczajowe. Zwłaszcza – doświadczenia samej bohaterki, która odkrywa, kim jest i kto wprowadził ją w dorosłość. To nie ma bezpośredniego przełożenia na śledztwo, za to ogromnie przydaje się jako wyjaśnienie motywacji zawziętości bohaterki. „Dom ze szkła” to jednak w podstawowej płaszczyźnie historia o grze – o pozorach stwarzanych po to, żeby przeforsować własny scenariusz i wypracować linię obrony. Jest to książka, w którą się wsiąka – dla tych, którzy cenią misternie konstruowane plany i intrygi, dla tych, którzy lubią, kiedy historia skręca z realizmu w stronę starannie kreowanej fikcji. „Dom ze szkła” to opowieść bardzo dobrze przygotowana i Sarah Pekkanen z pewnością zdobędzie dzięki niej w Polsce wierne grono czytelników.
Ostrza
Sądowa rzeczniczka interesu dziecka – tym właśnie na co dzień zajmuje się Stella Hudson i jest w swojej pracy znakomita. Przenikliwa, bystra, spostrzegawcza i odważna – zależy jej na tym, żeby wskazać to, co dla maluchów po traumie będzie najlepsze – musi zatem poznawać wszystkie aspekty ich życia i potencjalnej przyszłości. Stella do pracy dodaje wątek osobisty: wciąż mierzy się ze stratą matki, z osieroceniem i własną bezradnością. Chociaż obecnie to ona dyktuje warunki, ciężką pracą rekompensuje sobie niemożliwość ukojenia siebie-dziecka. Kiedy niesie lepszą przyszłość swoim klientom, tak naprawdę walczy o siebie samą, nawet jeśli tego sobie nie uświadamia. Stella jest bardzo dobra w swojej pracy. Nie pomija żadnego szczegółu, wie, jak rozmawiać z ludźmi, wychwytuje ich kłamstwa bez namysłu, a do tego nie boi się stosować prowokacji, kiedy w inny sposób nie da się zdobyć wiadomości. I tak Stella pewnego dnia trafia do domu, w którym nie ma szkła. Jest tu mała dziewczynka, Rose, która po tragicznej śmierci niani straciła umiejętność mówienia. Rose opiekują się matka i ojciec – oboje pragnący rozwodu, jako że śmierć niani poprzedzona została zdradą – oraz babcia. Wszyscy deklarują, że chcą dla Rose jak najlepiej. Tylko że w tym domu coś jest mocno nie w porządku. Mała Rose wciąż zbiera odłamki szkła, które mogłaby świetnie wykorzystać jako broń, czyta książki o seryjnych mordercach (starannie ukrywane w niewinnych okładkach) i swoimi zachowaniami budzi lęk otoczenia. Skoro nie mówi – nie można wydobyć z niej żadnych informacji. A bardzo łatwo o pomyłkę.
Sarah Pekkanen tworzy kryminał bardzo gęsty i bardzo ładnie mylący tropy. Proponuje odbiorcom historię, w której prawdziwe śledztwo toczy się swoim trybem, ale kompletnie nie ma znaczenia dla Stelli – ona tylko wykonuje swoją pracę i musi zdobyć informacje, które pozwolą jej napisać opinię i polecić konkretnego opiekuna dla Rose. Ale Stella w pracy jest drobiazgowa bardziej niż niejeden detektyw, wyciąga wnioski na bazie pojedynczych spostrzeżeń i łatwo rozszyfrowuje gry, jakie wobec niej stosują pozornie życzliwi domownicy. Z jednej strony jest więc szukanie winnego i rozwiązywanie zagadki – bo tylko tak będzie można ocenić sytuację i nie doprowadzić do kolejnych zbrodni, z drugiej strony – gra pozorów i udawanie. Autorka dba o to, żeby czytelnicy nie nudzili się podczas lektury: chociaż kolejne analizy Stelli budują właściwie intrygę, to liczą się również wątki okołoobyczajowe. Zwłaszcza – doświadczenia samej bohaterki, która odkrywa, kim jest i kto wprowadził ją w dorosłość. To nie ma bezpośredniego przełożenia na śledztwo, za to ogromnie przydaje się jako wyjaśnienie motywacji zawziętości bohaterki. „Dom ze szkła” to jednak w podstawowej płaszczyźnie historia o grze – o pozorach stwarzanych po to, żeby przeforsować własny scenariusz i wypracować linię obrony. Jest to książka, w którą się wsiąka – dla tych, którzy cenią misternie konstruowane plany i intrygi, dla tych, którzy lubią, kiedy historia skręca z realizmu w stronę starannie kreowanej fikcji. „Dom ze szkła” to opowieść bardzo dobrze przygotowana i Sarah Pekkanen z pewnością zdobędzie dzięki niej w Polsce wierne grono czytelników.
piątek, 12 czerwca 2026
Patricia G. Bertényi: Ostatni pacjent
Mando, Kraków 2026.
Ze szpitala
Patricia G. Bertényi pracowała na intensywnej terapii jako pielęgniarka i nie wyparłaby się tego – jej powieść „Ostatni pacjent”, thriller medyczny, jest bowiem mocno zakorzeniony w szpitalnych salach, a sama autorka niejeden raz zaszokuje odbiorców pomysłami na rozwój akcji w tym miejscu. Śledztwo prowadzone oczywiście oficjalnie ma swoją drugą odnogę – a jest nią Janka, imigrantka, która pracuje jako skromna salowa, jednak ma dar do kojarzenia faktów i wydobywania informacji, do których zawodowcy nie docierają. Janka nie musi rozmawiać z ludźmi, zresztą nawet tego nie lubi, chociaż udaje jej się na oddziale znaleźć przyjaciółkę – co wydaje się mocnym wyłomem w charakterze kobiety. Liczy się jednak umiejętność wyciągania wniosków z tego, czego bohaterka dowiaduje się nie zawsze w legalny sposób. Janka wie, że jeśli coś nie daje jej spokoju, oznacza zwykle, że wpadła na trop tajemnicy. I tak dzieje się przy okazji dziwnego zapachu unoszącego się nad łóżkami zmarłych pacjentów. Nikt inny nie zwraca na to uwagi, jednak Janka dzięki tej subtelnej wskazówce domyśla się, że śmierci należałoby ze sobą powiązać – i że takie przypadki nie istnieją, więc trzeba uważnie szukać mordercy, który być może ukrywa się gdzieś na oddziale.
I tak rozpoczyna się historia, w której wątki obyczajowe, chociaż istniejące, usuwają się na dalszy plan, a najbardziej rzuca się czytelnikom w oczy szpitalne tu i teraz. Janka może wejść wszędzie – jako salowa ma swobodny dostęp do różnych pomieszczeń, chociaż nie może dać po sobie poznać, że interesuje ją jakakolwiek informacja na temat śledztwa. Ci, którzy wiedzą za dużo, znajdą się w poważnym niebezpieczeństwie. Na szczęście Janka jest też kreatywna i odważna, zdobywa wiedzę w tajemnicy przed wszystkimi, jest inteligentna – a że nikt nie zadał sobie trudu, żeby to odkryć, może stanowić prawdziwą zagadkę dla wszystkich zaangażowanych w sprawę. Autorka buduje tę powieść przede wszystkim z sytuacji i scenek zaobserwowanych na szpitalnych korytarzach i na salach. Momentami wręcz zadręczać będzie czytelników precyzją i szczegółowością w przedstawianiu wydarzeń, a nawet – statycznymi obrazkami, które mają uwiarygodnić akcję, a wysuwają się na czoło opowieści. Patricia G. Bertényi wie, jak wszystko w szpitalu może wyglądać – i nie da czytelnikom o tym zapomnieć ani na chwilę. To bardzo pompuje objętość powieści i przysłuży się do budowania atmosfery zagrożenia – co w tym gatunku staje się bardzo pożądanym rozwiązaniem. „Ostatni pacjent” to zatem powieść obszerna objętościowo i książka, w której nie idzie się na łatwiznę w kreśleniu kolorytu lokalnego. Tam, gdzie autorzy kryminałów zwykle uciekają w nić intrygi, tam Patricia G. Bertényi mówi wszystko, co mogłoby zainteresować czytelników – a czego oni sami nie byliby w stanie wydobyć ze szpitalnych doświadczeń. „Ostatni pacjent” to książka, w której przemierza się bez przerwy szpitalne korytarze i pomieszczenia po to, żeby znaleźć odpowiedzi na pytania śledczych - te odpowiedzi, których zmarli już nie mogą udzielić.
Ze szpitala
Patricia G. Bertényi pracowała na intensywnej terapii jako pielęgniarka i nie wyparłaby się tego – jej powieść „Ostatni pacjent”, thriller medyczny, jest bowiem mocno zakorzeniony w szpitalnych salach, a sama autorka niejeden raz zaszokuje odbiorców pomysłami na rozwój akcji w tym miejscu. Śledztwo prowadzone oczywiście oficjalnie ma swoją drugą odnogę – a jest nią Janka, imigrantka, która pracuje jako skromna salowa, jednak ma dar do kojarzenia faktów i wydobywania informacji, do których zawodowcy nie docierają. Janka nie musi rozmawiać z ludźmi, zresztą nawet tego nie lubi, chociaż udaje jej się na oddziale znaleźć przyjaciółkę – co wydaje się mocnym wyłomem w charakterze kobiety. Liczy się jednak umiejętność wyciągania wniosków z tego, czego bohaterka dowiaduje się nie zawsze w legalny sposób. Janka wie, że jeśli coś nie daje jej spokoju, oznacza zwykle, że wpadła na trop tajemnicy. I tak dzieje się przy okazji dziwnego zapachu unoszącego się nad łóżkami zmarłych pacjentów. Nikt inny nie zwraca na to uwagi, jednak Janka dzięki tej subtelnej wskazówce domyśla się, że śmierci należałoby ze sobą powiązać – i że takie przypadki nie istnieją, więc trzeba uważnie szukać mordercy, który być może ukrywa się gdzieś na oddziale.
I tak rozpoczyna się historia, w której wątki obyczajowe, chociaż istniejące, usuwają się na dalszy plan, a najbardziej rzuca się czytelnikom w oczy szpitalne tu i teraz. Janka może wejść wszędzie – jako salowa ma swobodny dostęp do różnych pomieszczeń, chociaż nie może dać po sobie poznać, że interesuje ją jakakolwiek informacja na temat śledztwa. Ci, którzy wiedzą za dużo, znajdą się w poważnym niebezpieczeństwie. Na szczęście Janka jest też kreatywna i odważna, zdobywa wiedzę w tajemnicy przed wszystkimi, jest inteligentna – a że nikt nie zadał sobie trudu, żeby to odkryć, może stanowić prawdziwą zagadkę dla wszystkich zaangażowanych w sprawę. Autorka buduje tę powieść przede wszystkim z sytuacji i scenek zaobserwowanych na szpitalnych korytarzach i na salach. Momentami wręcz zadręczać będzie czytelników precyzją i szczegółowością w przedstawianiu wydarzeń, a nawet – statycznymi obrazkami, które mają uwiarygodnić akcję, a wysuwają się na czoło opowieści. Patricia G. Bertényi wie, jak wszystko w szpitalu może wyglądać – i nie da czytelnikom o tym zapomnieć ani na chwilę. To bardzo pompuje objętość powieści i przysłuży się do budowania atmosfery zagrożenia – co w tym gatunku staje się bardzo pożądanym rozwiązaniem. „Ostatni pacjent” to zatem powieść obszerna objętościowo i książka, w której nie idzie się na łatwiznę w kreśleniu kolorytu lokalnego. Tam, gdzie autorzy kryminałów zwykle uciekają w nić intrygi, tam Patricia G. Bertényi mówi wszystko, co mogłoby zainteresować czytelników – a czego oni sami nie byliby w stanie wydobyć ze szpitalnych doświadczeń. „Ostatni pacjent” to książka, w której przemierza się bez przerwy szpitalne korytarze i pomieszczenia po to, żeby znaleźć odpowiedzi na pytania śledczych - te odpowiedzi, których zmarli już nie mogą udzielić.
sobota, 9 maja 2026
Jarosław Szczyżowski: Nocny łowca
Znak, Kraków 2026.
Tajemnica z podań
Nocny łowca jako stwór, który zamieszkuje górskie odludzia to bohater opowieści snutych przeważnie przy ogniskach czy w gronie znajomych, kiedy trzeba zabić czas. Ale nocny łowca jako seryjny morderca, który pozostawia przy swoich ofiarach charakterystyczny znak – i który powraca po dwóch dekadach – to już przepis na prawdziwy lęk. Najpierw jest rok 2006 i grupa młodych ludzi pełnych nadziei na przyszłość, radosnych, uznających – całkiem słusznie – że świat tylko na nich czeka. I nagle ginie młoda kobieta, a zakochany w niej bez pamięci rówieśnik staje się głównym podejrzanym. Z tym nieszczęściem trzeba się jakoś nauczyć żyć, skoro świat nie zatrzymuje się w miejscu. I oto jesień 2026 roku – na tereny naznaczone dawnym dramatem przybywają ci, którzy kiedyś stanowili trzon przyjacielskiej grupy. I znowu zaczynają się tajemnicze śmierci w Górach Suchych, a skojarzenia i doświadczenia wiodą w przeszłość, do trudnych wspomnień. Pytanie, czy nocny łowca to wytwór zbiorowej wyobraźni, czy też komuś bardzo zależy na tym, żeby upodobnić się do istoty rodem z koszmarów – bo jest to najlepszy sposób na zamaskowanie swoich czynów. Jarosław Szczyżowski stawia na kryminał w wersji thrillerowej i mrocznej, wykorzystuje strach jako siłę napędową fabuły i pozwala czytelnikom na snucie własnych przypuszczeń na podstawie przemycanych śladów wierzeń. Powrót do tego, co pierwotne, ma przynosić lęk – nie bez powodu. Chodzi o mylenie tropów i maskowanie właściwych intencji, a także o bazowanie na odwrocie od racjonalnego myślenia – tylko tak da się popełnić zbrodnię doskonałą, przynajmniej w zamierzeniu. Po latach od jednego dramatu zaczyna się kolejny, tylko tym razem ofiar jest więcej. Atmosfera zagrożenia i pozorny brak związku między zabójstwami sprawia, że nikt nie może czuć się bezpieczny – dlatego właśnie trzeba jak najszybciej rozwiązać zagadkę. Jarosław Szczyżowski to autor, który lubi trzymać czytelników w niepewności i to samo funduje swoim bohaterom. „Nocny łowca” to opowieść budowana na odludziu – w oparciu o wyobraźnię podpowiadającą zawsze najgorsze scenariusze. Tyle że tu koszmary zamieniają się w rzeczywistość, a morderca okazuje się bezkarny.
Jest to mroczny thrillerokryminał, tom, w którym strach odgrywa rolę znacznie większą niż sceny zbrodni – Jarosław Szczyżowski wykorzystuje też odrobinę motyw gór jako miejsca, w którym wszystko może się zdarzyć. „Nocny łowca” to zestaw zagadek dla odważnych i nawiązanie do klasyki w formie i treści – nie będzie tu ani brawurowych nowatorskich rozwiązań, ani wyjątkowych wątków, liczą się za to dość mocno relacje w grupie znajomych – i fakt, jak bardzo te relacje wpływają na sposób postrzegania rzeczywistości. Szczyżowski to autor, który tworzy po prostu dobrą powieść rozrywkową – bez grama „wygodnych” dla odbiorców przyjemności. To rozwiązanie może się sprawdzić zwłaszcza gdy ktoś upodobał sobie literaturę mroczną i nawiązującą do schematów czy lokalnych opowieści.
Tajemnica z podań
Nocny łowca jako stwór, który zamieszkuje górskie odludzia to bohater opowieści snutych przeważnie przy ogniskach czy w gronie znajomych, kiedy trzeba zabić czas. Ale nocny łowca jako seryjny morderca, który pozostawia przy swoich ofiarach charakterystyczny znak – i który powraca po dwóch dekadach – to już przepis na prawdziwy lęk. Najpierw jest rok 2006 i grupa młodych ludzi pełnych nadziei na przyszłość, radosnych, uznających – całkiem słusznie – że świat tylko na nich czeka. I nagle ginie młoda kobieta, a zakochany w niej bez pamięci rówieśnik staje się głównym podejrzanym. Z tym nieszczęściem trzeba się jakoś nauczyć żyć, skoro świat nie zatrzymuje się w miejscu. I oto jesień 2026 roku – na tereny naznaczone dawnym dramatem przybywają ci, którzy kiedyś stanowili trzon przyjacielskiej grupy. I znowu zaczynają się tajemnicze śmierci w Górach Suchych, a skojarzenia i doświadczenia wiodą w przeszłość, do trudnych wspomnień. Pytanie, czy nocny łowca to wytwór zbiorowej wyobraźni, czy też komuś bardzo zależy na tym, żeby upodobnić się do istoty rodem z koszmarów – bo jest to najlepszy sposób na zamaskowanie swoich czynów. Jarosław Szczyżowski stawia na kryminał w wersji thrillerowej i mrocznej, wykorzystuje strach jako siłę napędową fabuły i pozwala czytelnikom na snucie własnych przypuszczeń na podstawie przemycanych śladów wierzeń. Powrót do tego, co pierwotne, ma przynosić lęk – nie bez powodu. Chodzi o mylenie tropów i maskowanie właściwych intencji, a także o bazowanie na odwrocie od racjonalnego myślenia – tylko tak da się popełnić zbrodnię doskonałą, przynajmniej w zamierzeniu. Po latach od jednego dramatu zaczyna się kolejny, tylko tym razem ofiar jest więcej. Atmosfera zagrożenia i pozorny brak związku między zabójstwami sprawia, że nikt nie może czuć się bezpieczny – dlatego właśnie trzeba jak najszybciej rozwiązać zagadkę. Jarosław Szczyżowski to autor, który lubi trzymać czytelników w niepewności i to samo funduje swoim bohaterom. „Nocny łowca” to opowieść budowana na odludziu – w oparciu o wyobraźnię podpowiadającą zawsze najgorsze scenariusze. Tyle że tu koszmary zamieniają się w rzeczywistość, a morderca okazuje się bezkarny.
Jest to mroczny thrillerokryminał, tom, w którym strach odgrywa rolę znacznie większą niż sceny zbrodni – Jarosław Szczyżowski wykorzystuje też odrobinę motyw gór jako miejsca, w którym wszystko może się zdarzyć. „Nocny łowca” to zestaw zagadek dla odważnych i nawiązanie do klasyki w formie i treści – nie będzie tu ani brawurowych nowatorskich rozwiązań, ani wyjątkowych wątków, liczą się za to dość mocno relacje w grupie znajomych – i fakt, jak bardzo te relacje wpływają na sposób postrzegania rzeczywistości. Szczyżowski to autor, który tworzy po prostu dobrą powieść rozrywkową – bez grama „wygodnych” dla odbiorców przyjemności. To rozwiązanie może się sprawdzić zwłaszcza gdy ktoś upodobał sobie literaturę mroczną i nawiązującą do schematów czy lokalnych opowieści.
sobota, 7 lutego 2026
Patricia Highsmith: Drżąca ręka fałszerza
Noir sur Blanc, Warszawa 2026 (wydanie II).
Dylematy pisarza
Howard nie jest pisarzem doświadczonym – wprawdzie zna się na swoim fachu, a przynajmniej usilnie pracuje nad tym, żeby móc zarabiać na życie pisaniem, ale non stop wydarza się coś, co odciąga jego uwagę od obowiązków. Powieści Howarda nie przyniosły mu ani olśniewających zarobków, ani sławy – ale zapewniły mu ciekawą propozycję pracy. Tyle tylko, że bohater powinien przynajmniej na pewien czas zmienić otoczenie. Udaje się do Tunezji, żeby tam pracować nad scenariuszem i zapomnieć o byłej żonie.
„Drżąca ręka fałszerza” to powieść Patricii Highsmith dla tych wszystkich, którzy nie lubią kryminałów opartych na tradycyjnych śledztwach, za to wolą sprawdzać, co dzieje się z bohaterami bezpośrednio zaangażowanymi w makabryczne wydarzenia. Egzotyczne miejsce dodaje barw całej historii. Howard spędza czas na czekaniu – nie potrafi na dobre wziąć się do pracy, woli bez przerwy analizować wydarzenia z przeszłości i obserwować otoczenie, a przy okazji sprawdzać, czy nie przyszła do niego poczta, zwłaszcza – wiadomość od partnerki, Iny. A ponieważ listów czy choćby pocztówek boleśnie brak – Howard zajmuje się oglądaniem wszystkiego i wyciąganiem wniosków. Szybko przekonuje się, że w Tunezji mężczyzna nie ma problemu ze znalezieniem sobie młodego przygodnego kochanka – a także, że boye hotelowi to bardzo specyficzna grupa. I to właśnie oni przysporzą najwięcej problemów.
Tak naprawdę nie wiadomo do końca, co się wydarzyło – istnieją przez bardzo długi czas przede wszystkim domysły, które po kolejnych analizach muszą zamienić się w pewność. Zatuszowanie przypadkowego morderstwa dla jednych może być fraszką i banałem, dla innych – źródłem ciągłych frustracji: wszystko zależy od kultury, podejścia i, co najważniejsze, świadomości tego, co naprawdę się stało. Howard nie może uzyskać informacji od nikogo, jest skazany na domysły i na wyrzuty sumienia. Domyśla się najgorszego – ale nikt nie pokaże mu alternatywnego rozwoju akcji raczej podsyci niepewność i rozterki. Patricia Highsmith nie dba o to, żeby pchnąć śledztwo naprzód, woli towarzyszyć postaci, która jest zdezorientowana i osamotniona – i sprawdzać, jak rozwijać się będzie podejście Howarda do całej sprawy. Coś, co mogłoby szybko znaleźć finał – i było czarne albo białe, nagle znajduje trzecie ujęcie i zyskuje mnóstwo pośrednich odcieni. Na to z pewnością czytelnicy nie są gotowi – chyba że stali czytelnicy Patricii Highsmith, ci przecież doskonale zdają sobie sprawę, że autorka zamiast rozwikłania intrygi często woli skupić się na psychologicznych następstwach owej intrygi dla postaci – i doświadcza swoich bohaterów w sposób, który w gatunku nie jest zbyt często spotykany.
„Drżąca ręka fałszerza” to książka bardzo staranna pod kątem literackiej narracji, wypełniona udanymi i celnymi opisami psychiki i zachowań bohatera wywiedzionego na manowce przez rzeczywistość i wyobraźnię. Autorka wie, jak nasycić fabułę kolorytem lokalnym, jak sprawić, żeby powieść miała uniwersalny wymiar i co zrobić, żeby zatrzymać czytelników przy dylematach głównego bohatera. Jest „Drżąca ręka fałszerza” przede wszystkim dowodem na sprawność literacką i umiejętne spostrzeżenia natury psychologicznej autorki.
Dylematy pisarza
Howard nie jest pisarzem doświadczonym – wprawdzie zna się na swoim fachu, a przynajmniej usilnie pracuje nad tym, żeby móc zarabiać na życie pisaniem, ale non stop wydarza się coś, co odciąga jego uwagę od obowiązków. Powieści Howarda nie przyniosły mu ani olśniewających zarobków, ani sławy – ale zapewniły mu ciekawą propozycję pracy. Tyle tylko, że bohater powinien przynajmniej na pewien czas zmienić otoczenie. Udaje się do Tunezji, żeby tam pracować nad scenariuszem i zapomnieć o byłej żonie.
„Drżąca ręka fałszerza” to powieść Patricii Highsmith dla tych wszystkich, którzy nie lubią kryminałów opartych na tradycyjnych śledztwach, za to wolą sprawdzać, co dzieje się z bohaterami bezpośrednio zaangażowanymi w makabryczne wydarzenia. Egzotyczne miejsce dodaje barw całej historii. Howard spędza czas na czekaniu – nie potrafi na dobre wziąć się do pracy, woli bez przerwy analizować wydarzenia z przeszłości i obserwować otoczenie, a przy okazji sprawdzać, czy nie przyszła do niego poczta, zwłaszcza – wiadomość od partnerki, Iny. A ponieważ listów czy choćby pocztówek boleśnie brak – Howard zajmuje się oglądaniem wszystkiego i wyciąganiem wniosków. Szybko przekonuje się, że w Tunezji mężczyzna nie ma problemu ze znalezieniem sobie młodego przygodnego kochanka – a także, że boye hotelowi to bardzo specyficzna grupa. I to właśnie oni przysporzą najwięcej problemów.
Tak naprawdę nie wiadomo do końca, co się wydarzyło – istnieją przez bardzo długi czas przede wszystkim domysły, które po kolejnych analizach muszą zamienić się w pewność. Zatuszowanie przypadkowego morderstwa dla jednych może być fraszką i banałem, dla innych – źródłem ciągłych frustracji: wszystko zależy od kultury, podejścia i, co najważniejsze, świadomości tego, co naprawdę się stało. Howard nie może uzyskać informacji od nikogo, jest skazany na domysły i na wyrzuty sumienia. Domyśla się najgorszego – ale nikt nie pokaże mu alternatywnego rozwoju akcji raczej podsyci niepewność i rozterki. Patricia Highsmith nie dba o to, żeby pchnąć śledztwo naprzód, woli towarzyszyć postaci, która jest zdezorientowana i osamotniona – i sprawdzać, jak rozwijać się będzie podejście Howarda do całej sprawy. Coś, co mogłoby szybko znaleźć finał – i było czarne albo białe, nagle znajduje trzecie ujęcie i zyskuje mnóstwo pośrednich odcieni. Na to z pewnością czytelnicy nie są gotowi – chyba że stali czytelnicy Patricii Highsmith, ci przecież doskonale zdają sobie sprawę, że autorka zamiast rozwikłania intrygi często woli skupić się na psychologicznych następstwach owej intrygi dla postaci – i doświadcza swoich bohaterów w sposób, który w gatunku nie jest zbyt często spotykany.
„Drżąca ręka fałszerza” to książka bardzo staranna pod kątem literackiej narracji, wypełniona udanymi i celnymi opisami psychiki i zachowań bohatera wywiedzionego na manowce przez rzeczywistość i wyobraźnię. Autorka wie, jak nasycić fabułę kolorytem lokalnym, jak sprawić, żeby powieść miała uniwersalny wymiar i co zrobić, żeby zatrzymać czytelników przy dylematach głównego bohatera. Jest „Drżąca ręka fałszerza” przede wszystkim dowodem na sprawność literacką i umiejętne spostrzeżenia natury psychologicznej autorki.
czwartek, 8 stycznia 2026
Iwona Banach: Instytut
Dragon, Bielsko-Biała 2025.
Głosy
To jest fantastyczne, jak Iwona Banach wykorzystuje możliwości narracyjne w tej książce – i jak przełamuje to, co czytelnikom powieści rozrywkowych doskonale znane, czyli przeplatanie trzecioosobowej narracji wątkami pierwszoosobowymi i wyznaniami bohaterów. „Instytut” to jednocześnie odejście od komedii kryminalnych, z których ta autorka słynie – w kierunku bardzo mocnego thrillera dla koneserów gatunku. W małej miejscowości w czasach PRL-u znajdował się instytut – ponury budynek przeznaczony dla porzuconych niepełnosprawnych dzieci. W rzeczywistości instytut służył różnym, o wiele bardziej mrocznym celom, wśród których pojawiały się również i te przynoszące krzywdę młodym ludziom. Ale o tym autorka opowie w odpowiednim czasie. Na razie rejestruje wydarzenia, które rozgrywają się w okolicy już w czasach obecnych – i chaos w głowie jednej z bohaterek. I ten chaos w głowie przyciąga jak magnes nawet czytelników stroniących od thrillerów – bo Iwona Banach wykorzystała tu nietypowe rozwiązanie.
Katarzyna jest uważana za dziecko niespełna rozumu – a może byłaby tak uważana, gdyby ktoś zwracał na nią uwagę. Dziecko wychowywane surowo przez okrutną babkę cierpi na wiele rozmaitych chorób, w tym na padaczkę – i najprawdopodobniej na schizofrenię. Owszem, są kolorowe cukierki „na znikanie” kolejnych tożsamości, ale głosy w głowie walczą o to, żeby nie zniknąć i nie rozpłynąć się w nicość – chcą przetrwać, a jedyną nadzieją na przetrwanie jest współpraca. Głosy nie widzą się wzajemnie, mogą tylko w nieskończoność dyskutować i wyciągać wnioski na tematy rozmaite. Nie ma wśród nich samej Katarzyny – pojawia się za to chłopiec o czterech twarzach, stara doświadczona czarownica czy drobna dziewczynka, kilkulatka potrafiąca mdleć na zawołanie. Każde z tych bohaterów, nawet jeśli posiadają wspólne ciało, ma coś do powiedzenia w kwestii egzystencji Katarzyny i jej smutnych doświadczeń. To dziecko nie ma szans na wyjście z choroby czy choćby poznanie serdeczności ze strony bliskich – przez babkę jest traktowane jako zło i wciąż odpychane. Ale innego świata nie zna, musi się przystosować. W małym miasteczku giną dwie kobiety – a policja zastanawia się, czy ma do czynienia z seryjnym mordercą i czy te zbrodnie coś łączy. Różne nitki prowadzą do instytutu, a jeśli chce się zaprowadzić porządek w do tej pory spokojnym miejscu, należy rozwiązać zagadkę, której korzenie sięgają daleko w przeszłość. Żeby poznać tajemnice instytutu, trzeba znaleźć ludzi, którzy będą w stanie opowiedzieć o tym, co działo się za jego murami. A to wszystko nie będzie zbyt proste. I teraz Iwona Banach standardową opowieść ze śledztwem i tropieniem ważnych dla intrygi wątków zamienia w literacką przygodę za sprawą sposobu opisywania rzeczywistości. Nie ma dla swoich bohaterów azylu ani wsparcia, nie ma też parasola ochronnego dla najmłodszych – trzeba pamiętać, że w „Instytucie” najwięcej złego spotka tych, którzy sami nie potrafią się obronić i również będzie to wymowne.
Iwona Banach udowadnia, że potrafi pisać poważnie i budzić grozę idealnie skonstruowaną fabułą. Prowadzi opisy surowe i klimatyczne jednocześnie, daje odbiorcom szansę na zestaw silnych przeżyć – ma pomysł na powieść inną niż kryminalne komedie czy wygodne śledztwa.
Głosy
To jest fantastyczne, jak Iwona Banach wykorzystuje możliwości narracyjne w tej książce – i jak przełamuje to, co czytelnikom powieści rozrywkowych doskonale znane, czyli przeplatanie trzecioosobowej narracji wątkami pierwszoosobowymi i wyznaniami bohaterów. „Instytut” to jednocześnie odejście od komedii kryminalnych, z których ta autorka słynie – w kierunku bardzo mocnego thrillera dla koneserów gatunku. W małej miejscowości w czasach PRL-u znajdował się instytut – ponury budynek przeznaczony dla porzuconych niepełnosprawnych dzieci. W rzeczywistości instytut służył różnym, o wiele bardziej mrocznym celom, wśród których pojawiały się również i te przynoszące krzywdę młodym ludziom. Ale o tym autorka opowie w odpowiednim czasie. Na razie rejestruje wydarzenia, które rozgrywają się w okolicy już w czasach obecnych – i chaos w głowie jednej z bohaterek. I ten chaos w głowie przyciąga jak magnes nawet czytelników stroniących od thrillerów – bo Iwona Banach wykorzystała tu nietypowe rozwiązanie.
Katarzyna jest uważana za dziecko niespełna rozumu – a może byłaby tak uważana, gdyby ktoś zwracał na nią uwagę. Dziecko wychowywane surowo przez okrutną babkę cierpi na wiele rozmaitych chorób, w tym na padaczkę – i najprawdopodobniej na schizofrenię. Owszem, są kolorowe cukierki „na znikanie” kolejnych tożsamości, ale głosy w głowie walczą o to, żeby nie zniknąć i nie rozpłynąć się w nicość – chcą przetrwać, a jedyną nadzieją na przetrwanie jest współpraca. Głosy nie widzą się wzajemnie, mogą tylko w nieskończoność dyskutować i wyciągać wnioski na tematy rozmaite. Nie ma wśród nich samej Katarzyny – pojawia się za to chłopiec o czterech twarzach, stara doświadczona czarownica czy drobna dziewczynka, kilkulatka potrafiąca mdleć na zawołanie. Każde z tych bohaterów, nawet jeśli posiadają wspólne ciało, ma coś do powiedzenia w kwestii egzystencji Katarzyny i jej smutnych doświadczeń. To dziecko nie ma szans na wyjście z choroby czy choćby poznanie serdeczności ze strony bliskich – przez babkę jest traktowane jako zło i wciąż odpychane. Ale innego świata nie zna, musi się przystosować. W małym miasteczku giną dwie kobiety – a policja zastanawia się, czy ma do czynienia z seryjnym mordercą i czy te zbrodnie coś łączy. Różne nitki prowadzą do instytutu, a jeśli chce się zaprowadzić porządek w do tej pory spokojnym miejscu, należy rozwiązać zagadkę, której korzenie sięgają daleko w przeszłość. Żeby poznać tajemnice instytutu, trzeba znaleźć ludzi, którzy będą w stanie opowiedzieć o tym, co działo się za jego murami. A to wszystko nie będzie zbyt proste. I teraz Iwona Banach standardową opowieść ze śledztwem i tropieniem ważnych dla intrygi wątków zamienia w literacką przygodę za sprawą sposobu opisywania rzeczywistości. Nie ma dla swoich bohaterów azylu ani wsparcia, nie ma też parasola ochronnego dla najmłodszych – trzeba pamiętać, że w „Instytucie” najwięcej złego spotka tych, którzy sami nie potrafią się obronić i również będzie to wymowne.
Iwona Banach udowadnia, że potrafi pisać poważnie i budzić grozę idealnie skonstruowaną fabułą. Prowadzi opisy surowe i klimatyczne jednocześnie, daje odbiorcom szansę na zestaw silnych przeżyć – ma pomysł na powieść inną niż kryminalne komedie czy wygodne śledztwa.
wtorek, 11 listopada 2025
Holly Jackson: Nie całkiem martwa
Must Read, Media Rodzina, Poznań 2025.
Misja
Holly Jackson wie, jak budować napięcie w powieściach sensacyjno-thrillerowych. Nie pierwszy raz na rynku wydawniczym ukazuje się książka, której dramatyczne początki tkwią w obchodach Halloween – dla kogoś świętowanie może zamienić się w koszmar. Ale ta autorka stawia na misję. Oto Jet, młoda kobieta, która została podczas imprezy zaatakowana kilkoma ciosami w tył czaszki, dowiaduje się, że ma bardzo określony termin własnej śmierci: albo zdecyduje się na operację i najprawdopodobniej umrze na stole operacyjnym, albo da sobie jeszcze tydzień życia i zabije ją tętniak, który powstanie w konsekwencji uderzenia. Jet wbrew naciskom ze strony matki postanawia wykorzystać czas, który jej pozostał – i odkryć, kto postanowił pozbawić ją życia. Rzuca się w szaleńczy pościg za (już za chwilę) mordercą, a ponieważ i tak za chwilę umrze, nie ma nic do stracenia i może zrobić absolutnie wszystko. W tym absolutnie wszystkim trochę się Holly Jackson zapomina, bo obdarza swoją bohaterkę niemal supermocami, sprawia, że Jet może dokonywać fizycznych wyczynów na miarę kaskadera – chociaż stopniowo ciało zaczyna jej odmawiać posłuszeństwa. Można jednak przymknąć oko na brak drobnych niedogodności po ciosie zainkasowanym w czaszkę, jeśli akcja rozwija się tak, jak to proponuje autorka.
„Nie całkiem martwa” to niby powieść z dnem kryminalnym: chodzi w końcu o to, żeby wykryć mordercę, a przy okazji powynajdować też rozmaite niesnaski w rodzinie – ale autorka prowadzi ją tak, żeby na plan pierwszy wyszedł niepozorny bohater, chłopak z sąsiedztwa, Billy. Billy jest wrażliwy (nawet za bardzo), delikatny i bojaźliwy. Nikogo by nie skrzywdził, nigdy nie złamałby prawa. Podkochuje się wprawdzie beznadziejnie w Jet, ale na pewno nie zrobi nic, żeby przyjaciółka zwróciła na niego uwagę. I to właśnie ten słodki mały Billy wzywa pomoc, a później przez cały tydzień towarzyszy Jet w jej dążeniu do odkrycia prawdy. Dojrzewa, mężnieje i staje się opoką. Obserwowanie tej postaci stanowi największą przyjemność śledzenia akcji w „Nie całkiem martwej” – i właśnie dla tego rozwoju można wybaczyć scenariuszowe uproszczenia. Dzieje się tu naprawdę dużo, nie wystarczy prześledzić obraz z kamer, to dopiero początek śledztwa i punkt wyjścia do długiego śledztwa – ale wszystkie metody z tradycyjnych kryminałów (choćby włos na miejscu zbrodni) biorą w łeb, tu trzeba ruchu, działania, energii i zdecydowania wszędzie tam, gdzie trzeba się wedrzeć siłą lub podstępem po konieczne informacje. Jet nic już nie przywróci do życia, co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Ale przez tydzień może się wydarzyć jeszcze bardzo dużo i Holly Jackson to właśnie odbiorcom oferuje.
Najlepiej w tej książce wypada gra na emocjach odbiorców: bohaterka, która jest świadoma swojego bliskiego kresu, może pożegnać się z bliskimi i wyznać im to, co powinni usłyszeć. Zyskuje samoświadomość, której nie miałaby w przypadku zwyczajnej codzienności. Wreszcie poznaje zakres własnych możliwości w dziedzinie dążenia do odkrycia prawdy. „Nie całkiem martwa” to książka, która cechuje się udaną narracją (i sprawnym tłumaczeniem). Jest tu wiele sensacyjności, ale równie wiele silnych uczuć – i poza początkowym przymusowym uzasadnieniem uwolnienia bohaterki (przez skrócenie czasu pozostałego do śmierci) nie razi naiwnością.
Misja
Holly Jackson wie, jak budować napięcie w powieściach sensacyjno-thrillerowych. Nie pierwszy raz na rynku wydawniczym ukazuje się książka, której dramatyczne początki tkwią w obchodach Halloween – dla kogoś świętowanie może zamienić się w koszmar. Ale ta autorka stawia na misję. Oto Jet, młoda kobieta, która została podczas imprezy zaatakowana kilkoma ciosami w tył czaszki, dowiaduje się, że ma bardzo określony termin własnej śmierci: albo zdecyduje się na operację i najprawdopodobniej umrze na stole operacyjnym, albo da sobie jeszcze tydzień życia i zabije ją tętniak, który powstanie w konsekwencji uderzenia. Jet wbrew naciskom ze strony matki postanawia wykorzystać czas, który jej pozostał – i odkryć, kto postanowił pozbawić ją życia. Rzuca się w szaleńczy pościg za (już za chwilę) mordercą, a ponieważ i tak za chwilę umrze, nie ma nic do stracenia i może zrobić absolutnie wszystko. W tym absolutnie wszystkim trochę się Holly Jackson zapomina, bo obdarza swoją bohaterkę niemal supermocami, sprawia, że Jet może dokonywać fizycznych wyczynów na miarę kaskadera – chociaż stopniowo ciało zaczyna jej odmawiać posłuszeństwa. Można jednak przymknąć oko na brak drobnych niedogodności po ciosie zainkasowanym w czaszkę, jeśli akcja rozwija się tak, jak to proponuje autorka.
„Nie całkiem martwa” to niby powieść z dnem kryminalnym: chodzi w końcu o to, żeby wykryć mordercę, a przy okazji powynajdować też rozmaite niesnaski w rodzinie – ale autorka prowadzi ją tak, żeby na plan pierwszy wyszedł niepozorny bohater, chłopak z sąsiedztwa, Billy. Billy jest wrażliwy (nawet za bardzo), delikatny i bojaźliwy. Nikogo by nie skrzywdził, nigdy nie złamałby prawa. Podkochuje się wprawdzie beznadziejnie w Jet, ale na pewno nie zrobi nic, żeby przyjaciółka zwróciła na niego uwagę. I to właśnie ten słodki mały Billy wzywa pomoc, a później przez cały tydzień towarzyszy Jet w jej dążeniu do odkrycia prawdy. Dojrzewa, mężnieje i staje się opoką. Obserwowanie tej postaci stanowi największą przyjemność śledzenia akcji w „Nie całkiem martwej” – i właśnie dla tego rozwoju można wybaczyć scenariuszowe uproszczenia. Dzieje się tu naprawdę dużo, nie wystarczy prześledzić obraz z kamer, to dopiero początek śledztwa i punkt wyjścia do długiego śledztwa – ale wszystkie metody z tradycyjnych kryminałów (choćby włos na miejscu zbrodni) biorą w łeb, tu trzeba ruchu, działania, energii i zdecydowania wszędzie tam, gdzie trzeba się wedrzeć siłą lub podstępem po konieczne informacje. Jet nic już nie przywróci do życia, co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Ale przez tydzień może się wydarzyć jeszcze bardzo dużo i Holly Jackson to właśnie odbiorcom oferuje.
Najlepiej w tej książce wypada gra na emocjach odbiorców: bohaterka, która jest świadoma swojego bliskiego kresu, może pożegnać się z bliskimi i wyznać im to, co powinni usłyszeć. Zyskuje samoświadomość, której nie miałaby w przypadku zwyczajnej codzienności. Wreszcie poznaje zakres własnych możliwości w dziedzinie dążenia do odkrycia prawdy. „Nie całkiem martwa” to książka, która cechuje się udaną narracją (i sprawnym tłumaczeniem). Jest tu wiele sensacyjności, ale równie wiele silnych uczuć – i poza początkowym przymusowym uzasadnieniem uwolnienia bohaterki (przez skrócenie czasu pozostałego do śmierci) nie razi naiwnością.
czwartek, 24 kwietnia 2025
Nora Roberts: Świadek śmierci
Świat Książki, Warszawa 2025.
Przedstawienie
Silne naleciałości z książek Agathy Christie pojawiają się w tomie „Świadek śmierci”, kolejnym tomie przygód porucznik Eve Dallas i jej bliskich. Wszystko zaczyna się od tego, że mąż Eve, Roarke, pokonał w pewnym momencie demony przeszłości i zaczął wymyślać siebie na nowo. Dotarł do sytuacji, której wielu mu zazdrości: jest teraz bardzo bogaty i to on może dyktować warunki innym. Roarke jest właścicielem wielkich firm i koncernów, kontroluje wiele miejsc nie tylko w mieście. Nie afiszuje się jednak z bogactwem ani wpływami, jedynie uruchamia swoje znajomości, kiedy może ułatwić żonie śledztwo. Eve Dallas nie chce korzystać z koneksji, odrzuca wszelkie oferty pomocy, chociaż bez małżonka byłoby jej trudniej. Ale wreszcie przychodzi czas na relaks. Roarke otwiera teatr i na przedstawienie premierowe przychodzi z żoną. Eve zajmuje się odruchowo sprawdzaniem fabuły pod kątem prawdziwości emocji i sensowności logiki. Ogląda, ale pracuje – nie jest w stanie odciąć się od zawodowych naleciałości. I może ma to sens, bo w pewnym momencie jeden z aktorów ginie, zabity na oczach wszystkich widzów. Sztuka zamienia się w koszmar i trzeba rzeczywiście wziąć się do pracy: dla Eve to koniec odpoczynku. Nie jest to jednak ostatnia ofiara w teatrze. Specyficzne środowisko, które przyjdzie Eve poznać od środka, pokazuje, że nie ma prostych rozwiązań.
Nora Robers bawi się w tym tomie – jak i w poprzednich – zestawem spraw prywatnych, emocji i pikanterii. Z upodobaniem nakreśla relację erotyczną między Eve i jej mężem, pozwala też na rozrywkę Peabody, która szczęście znajduje w nieoczekiwanej relacji z góry skazanej na niepowodzenie, przynajmniej według stereotypów. Żeby jeszcze bardziej wzmocnić więzi z bohaterami, autorka wprowadza też postać dalszoplanową, stażystę, który jest wpatrzony w Dallas jak w obrazek – i który może za swoje zaangażowanie słono zapłacić. Wszystko po to, żeby pokazać Eve Dallas jako postać z krwi i kości, mierzącą się z własnymi demonami (zwłaszcza tragiczna przeszłość mocno się w tej części odzywa). Eve potrzebuje wsparcia bliskich i ich stałej obecności, żeby w ogóle poradzić sobie z koszmarami, które uruchamiają kolejne wydarzenia i szczegóły śledztwa. I chociaż w „Świadku śmierci” daje się odkryć wyraźne inspiracje klasyką kryminału, autorka koncentruje się przede wszystkim na charakteryzowaniu światka aktorów – i nie jest to obraz przychylny. Zawód, który wymaga obnażania swoich uczuć na scenie, wyzwala też pewne cechy charakteru, tutaj mocno eksponowane. Nie ma łaskawości ani litości w ocenie środowiska aktorów – tu każdy jest egocentryczny i nie szuka przyjaźni, każdy dba wyłącznie o własne interesy – nawet zbrodnia na oczach wszystkich nie jest w stanie wytrącić aktorów ze stanu zadufania. Nora Roberts bardzo ostro ocenia teatralną rzeczywistość, jednoznacznie krytyczny obraz nie zaciemnia jednak śledztwa. Jest to opowieść, która wciąga nie tyle z racji fabuły, co ze względu na charaktery. Liczy się tu zestaw wyrazistych osobowości i relacji, w jakie wchodzą bohaterowie. I to wystarcza, żeby przyciągnąć do opowieści.
Przedstawienie
Silne naleciałości z książek Agathy Christie pojawiają się w tomie „Świadek śmierci”, kolejnym tomie przygód porucznik Eve Dallas i jej bliskich. Wszystko zaczyna się od tego, że mąż Eve, Roarke, pokonał w pewnym momencie demony przeszłości i zaczął wymyślać siebie na nowo. Dotarł do sytuacji, której wielu mu zazdrości: jest teraz bardzo bogaty i to on może dyktować warunki innym. Roarke jest właścicielem wielkich firm i koncernów, kontroluje wiele miejsc nie tylko w mieście. Nie afiszuje się jednak z bogactwem ani wpływami, jedynie uruchamia swoje znajomości, kiedy może ułatwić żonie śledztwo. Eve Dallas nie chce korzystać z koneksji, odrzuca wszelkie oferty pomocy, chociaż bez małżonka byłoby jej trudniej. Ale wreszcie przychodzi czas na relaks. Roarke otwiera teatr i na przedstawienie premierowe przychodzi z żoną. Eve zajmuje się odruchowo sprawdzaniem fabuły pod kątem prawdziwości emocji i sensowności logiki. Ogląda, ale pracuje – nie jest w stanie odciąć się od zawodowych naleciałości. I może ma to sens, bo w pewnym momencie jeden z aktorów ginie, zabity na oczach wszystkich widzów. Sztuka zamienia się w koszmar i trzeba rzeczywiście wziąć się do pracy: dla Eve to koniec odpoczynku. Nie jest to jednak ostatnia ofiara w teatrze. Specyficzne środowisko, które przyjdzie Eve poznać od środka, pokazuje, że nie ma prostych rozwiązań.
Nora Robers bawi się w tym tomie – jak i w poprzednich – zestawem spraw prywatnych, emocji i pikanterii. Z upodobaniem nakreśla relację erotyczną między Eve i jej mężem, pozwala też na rozrywkę Peabody, która szczęście znajduje w nieoczekiwanej relacji z góry skazanej na niepowodzenie, przynajmniej według stereotypów. Żeby jeszcze bardziej wzmocnić więzi z bohaterami, autorka wprowadza też postać dalszoplanową, stażystę, który jest wpatrzony w Dallas jak w obrazek – i który może za swoje zaangażowanie słono zapłacić. Wszystko po to, żeby pokazać Eve Dallas jako postać z krwi i kości, mierzącą się z własnymi demonami (zwłaszcza tragiczna przeszłość mocno się w tej części odzywa). Eve potrzebuje wsparcia bliskich i ich stałej obecności, żeby w ogóle poradzić sobie z koszmarami, które uruchamiają kolejne wydarzenia i szczegóły śledztwa. I chociaż w „Świadku śmierci” daje się odkryć wyraźne inspiracje klasyką kryminału, autorka koncentruje się przede wszystkim na charakteryzowaniu światka aktorów – i nie jest to obraz przychylny. Zawód, który wymaga obnażania swoich uczuć na scenie, wyzwala też pewne cechy charakteru, tutaj mocno eksponowane. Nie ma łaskawości ani litości w ocenie środowiska aktorów – tu każdy jest egocentryczny i nie szuka przyjaźni, każdy dba wyłącznie o własne interesy – nawet zbrodnia na oczach wszystkich nie jest w stanie wytrącić aktorów ze stanu zadufania. Nora Roberts bardzo ostro ocenia teatralną rzeczywistość, jednoznacznie krytyczny obraz nie zaciemnia jednak śledztwa. Jest to opowieść, która wciąga nie tyle z racji fabuły, co ze względu na charaktery. Liczy się tu zestaw wyrazistych osobowości i relacji, w jakie wchodzą bohaterowie. I to wystarcza, żeby przyciągnąć do opowieści.
środa, 16 kwietnia 2025
Jean Hanff Korelitz: Intryga
Poradnia K, Warszawa 2025.
Własność
Bardzo powoli rozwija swoją intrygę Jean Hanff Korelitz, z jednej strony ćwicząc czytelników w cierpliwości, a z drugiej… analizując sytuację pisarzy w dzisiejszym świecie. Sięga po temat, który wydaje się najmniej medialny z możliwych – przedstawia frustracje i nadzieje niespełnionych autorów powieści. Jest w jej książce Jake, człowiek, który zaistniał na rynku dzięki jednej książce – a kolejnej nie zdołał już napisać. Teraz wykłada kreatywne pisanie w nieliczącej się uczelni. Czyta prace swoich studentów i podpowiada im, co mają zrobić, żeby odnieść sukces: to zresztą przypomina mu o własnej porażce. W pewnym momencie jeden z jego podopiecznych zdradza pomysł na wyjątkową intrygę.
Z czasem do książki wkracza druga powieść, historia matki i córki powiązanych przedziwną relacją. To ta powieść ma sprawić, że Jake ponownie zacznie się liczyć na rynku wydawniczym – i pokazać, że wszystko bazuje na dobrej fabule. Korelitz w swojej pracy proponuje refleksje na temat kondycji pisarzy i samego aktu twórczego, przemyca porady dotyczące przełamywania kryzysu czy znajdowania pomysłów – to wszystko wykorzystuje, żeby uwiarygodnić książkę i nadać jej charakterystyczny koloryt. Ale jednocześnie te zabiegi mocno spowalniają fabułę i każą zastanawiać się nad każdym kolejnym słowem. Słowo dużo tu znaczy.
I w końcu udaje się autorce budzić ciekawość: skoro sama nie stawia na wstrząsający bieg wydarzeń i nie zapewnia błyskawicznego tempa, a najwyraźniej ma przepis na rynkowy sukces, musi mieć w zanadrzu coś, co sprawi, że czytelnicy zrozumieją, dlaczego musieli tę powieść przeczytać. I faktycznie znajduje Jean Hanff Korelitz pomysł na taki rozwój fabuły, który zaskoczy niejednego odbiorcę. Stawia na thriller, nabudowuje atmosferę grozy, chociaż przez długi czas nie doprowadza do żadnych krytycznych sytuacji ani przykrych konfrontacji. Jake żyje i ma się świetnie – a to, że od czasu do czasu dostaje anonimy związane z postępkiem z przeszłości, to przecież rzecz, którą można zbagatelizować. Wielu jest na świecie szaleńców i nie trzeba się z nimi liczyć.
Na początku autorka przyciąga uwagę do powieści w powieści: do historii, o którą toczy się cała gra. Z czasem udaje jej się przenieść ciężar fabuły na narrację „właściwą”, zapośredniczona – chociaż coraz mocniejsza – schodzi na dalszy plan. Całość mocno jest inspirowana Kingiem, ale ma swoje brzmienie i z pewnością zachęci do śledzenia akcji każdego fana mocnych wrażeń. Jest to książka o książkach i pisaniu – ale w wersji thrillera. Jako taka może funkcjonować nie tylko w środowisku autorów, chociaż wielu marzących o pisaniu może wyłuskiwać stąd przydatne podpowiedzi – a ci, którzy sami poznali już od środka rynek wydawniczy, znajdą mnóstwo tematów do refleksji, niekoniecznie krzepiącej. Kondycja literatury jako tło wydarzeń kryminalnych – to nie musiało się udać, ale Korelitz nie ma się o co martwić: znalazła sposób na takie zbudowanie napięcia, żeby przekonać do siebie nawet najbardziej sceptycznie nastawionych czytelników.
Własność
Bardzo powoli rozwija swoją intrygę Jean Hanff Korelitz, z jednej strony ćwicząc czytelników w cierpliwości, a z drugiej… analizując sytuację pisarzy w dzisiejszym świecie. Sięga po temat, który wydaje się najmniej medialny z możliwych – przedstawia frustracje i nadzieje niespełnionych autorów powieści. Jest w jej książce Jake, człowiek, który zaistniał na rynku dzięki jednej książce – a kolejnej nie zdołał już napisać. Teraz wykłada kreatywne pisanie w nieliczącej się uczelni. Czyta prace swoich studentów i podpowiada im, co mają zrobić, żeby odnieść sukces: to zresztą przypomina mu o własnej porażce. W pewnym momencie jeden z jego podopiecznych zdradza pomysł na wyjątkową intrygę.
Z czasem do książki wkracza druga powieść, historia matki i córki powiązanych przedziwną relacją. To ta powieść ma sprawić, że Jake ponownie zacznie się liczyć na rynku wydawniczym – i pokazać, że wszystko bazuje na dobrej fabule. Korelitz w swojej pracy proponuje refleksje na temat kondycji pisarzy i samego aktu twórczego, przemyca porady dotyczące przełamywania kryzysu czy znajdowania pomysłów – to wszystko wykorzystuje, żeby uwiarygodnić książkę i nadać jej charakterystyczny koloryt. Ale jednocześnie te zabiegi mocno spowalniają fabułę i każą zastanawiać się nad każdym kolejnym słowem. Słowo dużo tu znaczy.
I w końcu udaje się autorce budzić ciekawość: skoro sama nie stawia na wstrząsający bieg wydarzeń i nie zapewnia błyskawicznego tempa, a najwyraźniej ma przepis na rynkowy sukces, musi mieć w zanadrzu coś, co sprawi, że czytelnicy zrozumieją, dlaczego musieli tę powieść przeczytać. I faktycznie znajduje Jean Hanff Korelitz pomysł na taki rozwój fabuły, który zaskoczy niejednego odbiorcę. Stawia na thriller, nabudowuje atmosferę grozy, chociaż przez długi czas nie doprowadza do żadnych krytycznych sytuacji ani przykrych konfrontacji. Jake żyje i ma się świetnie – a to, że od czasu do czasu dostaje anonimy związane z postępkiem z przeszłości, to przecież rzecz, którą można zbagatelizować. Wielu jest na świecie szaleńców i nie trzeba się z nimi liczyć.
Na początku autorka przyciąga uwagę do powieści w powieści: do historii, o którą toczy się cała gra. Z czasem udaje jej się przenieść ciężar fabuły na narrację „właściwą”, zapośredniczona – chociaż coraz mocniejsza – schodzi na dalszy plan. Całość mocno jest inspirowana Kingiem, ale ma swoje brzmienie i z pewnością zachęci do śledzenia akcji każdego fana mocnych wrażeń. Jest to książka o książkach i pisaniu – ale w wersji thrillera. Jako taka może funkcjonować nie tylko w środowisku autorów, chociaż wielu marzących o pisaniu może wyłuskiwać stąd przydatne podpowiedzi – a ci, którzy sami poznali już od środka rynek wydawniczy, znajdą mnóstwo tematów do refleksji, niekoniecznie krzepiącej. Kondycja literatury jako tło wydarzeń kryminalnych – to nie musiało się udać, ale Korelitz nie ma się o co martwić: znalazła sposób na takie zbudowanie napięcia, żeby przekonać do siebie nawet najbardziej sceptycznie nastawionych czytelników.
czwartek, 27 lutego 2025
Nora Roberts: Aż po grób
Świat Książki, Warszawa 2025 (wznowienie).
Sprawiedliwość
„My, Kasandra” – tak podpisują się sprawcy zamachów terrorystycznych w Nowym Jorku w listach kierowanych do porucznik Eve Dallas. We własnym mniemaniu walczą o sprawiedliwość i wymierzają ją, ale dla wszystkich jasne jest, że za Kasandrą kryje się grupa szaleńców, którzy nie cofną się przed niczym, byle tylko mordować. Chociaż Eve Dallas i tak próbowałaby rozwiązać tę sprawę, ma większą motywację, żeby się nią zająć – celem ataku wydaje się być jej ukochany mąż. Roarke nic sobie nie robi z zagrożenia, a przynajmniej nie zamierza się bać – nawet informacje o niebezpieczeństwie nie sprawiają, że zrezygnuje ze swojej rutyny. Tyle tylko, że Kasandra atakuje całe budynki i doprowadza do śmierci niewinnych ludzi. Tego już nie da się zignorować.
„Aż po grób” to kolejna powieść, którą Nora Roberts pisała jako J. D. Robb – i kolejna w cyklu Oblicza śmierci. Jednak poza walką z niewidocznymi przestępcami silnie akcentowane są tu wątki osobiste. Najpierw – relacja Eve i jej męża: to para, która ekstremalne emocje rozładowuje seksem – nawet kiedy sprzeczki małżeńskie mają przyćmić porozumienie, nie da się zaprzeczyć, że tych dwoje czuje coś do siebie i bez przerwy ulega pożądaniu. Tym razem jednak swoją drugą połówkę w burzliwym wydaniu znajduje także asystentka Eve – i to w człowieku, którego do tej pory najchętniej by unikała. Jakby tego było mało, pewien mężczyzna jest świadkiem przemocy wobec pięknej (zamężnej) kobiety i zrobi wszystko, żeby ocalić ją przed losem ofiary tyrana. Co chwilę autorka przełącza się na świat uczuć i na romanse – żeby zafundować czytelnikom serię wstrząsów odmiennych od poczucia zagrożenia.
Jest w tej powieści bardzo dużo sensacji. Liczą się filmowe sceny, widowiskowe sytuacje – walka z niebezpieczeństwem w wielkim stylu. Tu już nie będzie śmierci – będą następujące po sobie masakry. Nora Roberts chce szokować czytelników i wprowadzać poczucie zagrożenia, a jednocześnie koncentrować się na jednostkach. Dopiero możliwość rozwiązania zagadki co do tożsamości Kasandry (albo szefostwa Kasandry) zapewni szanse na spokój i powstrzymanie szaleńców. Reagować trzeba: prześladowców nie zadowolą ani pieniądze, ani sława – chodzi im o sianie zniszczenia. A sprawy pojedynczych bohaterów nieoczekiwanie mogą wiązać się ze sobą. Jest w tym tomie mnóstwo energii i intryga kryminalna wrzucona w centrum thrillera, jest rozrywka dla tych, którzy cenią sobie dynamiczne i pełne zagrożenia powieści. Nora Roberts wie, jak prowadzić wielowątkową narrację, w której stale odwraca uwagę czytelników od bieżących wątków i przekierowuje na inne sfery aktywności. Temat zagrożeń zamachami terrorystycznymi nabiera tutaj barw – i funkcjonuje jako koloryt lokalny dla przedstawienia prywatnych losów postaci. „Aż po grób” to kolejna powieść w cyklu – jednak nie trzeba znać poprzednich części, żeby czerpać przyjemność z tej lektury. Autorka nie odwołuje się do przeszłości bohaterów (przynajmniej nie w zakresie konieczności poznawania poprzednich ich losów, bo przecież traumy Eve Dallas są mocno akcentowane), za to częstuje czytelników efektownym tu i teraz.
Sprawiedliwość
„My, Kasandra” – tak podpisują się sprawcy zamachów terrorystycznych w Nowym Jorku w listach kierowanych do porucznik Eve Dallas. We własnym mniemaniu walczą o sprawiedliwość i wymierzają ją, ale dla wszystkich jasne jest, że za Kasandrą kryje się grupa szaleńców, którzy nie cofną się przed niczym, byle tylko mordować. Chociaż Eve Dallas i tak próbowałaby rozwiązać tę sprawę, ma większą motywację, żeby się nią zająć – celem ataku wydaje się być jej ukochany mąż. Roarke nic sobie nie robi z zagrożenia, a przynajmniej nie zamierza się bać – nawet informacje o niebezpieczeństwie nie sprawiają, że zrezygnuje ze swojej rutyny. Tyle tylko, że Kasandra atakuje całe budynki i doprowadza do śmierci niewinnych ludzi. Tego już nie da się zignorować.
„Aż po grób” to kolejna powieść, którą Nora Roberts pisała jako J. D. Robb – i kolejna w cyklu Oblicza śmierci. Jednak poza walką z niewidocznymi przestępcami silnie akcentowane są tu wątki osobiste. Najpierw – relacja Eve i jej męża: to para, która ekstremalne emocje rozładowuje seksem – nawet kiedy sprzeczki małżeńskie mają przyćmić porozumienie, nie da się zaprzeczyć, że tych dwoje czuje coś do siebie i bez przerwy ulega pożądaniu. Tym razem jednak swoją drugą połówkę w burzliwym wydaniu znajduje także asystentka Eve – i to w człowieku, którego do tej pory najchętniej by unikała. Jakby tego było mało, pewien mężczyzna jest świadkiem przemocy wobec pięknej (zamężnej) kobiety i zrobi wszystko, żeby ocalić ją przed losem ofiary tyrana. Co chwilę autorka przełącza się na świat uczuć i na romanse – żeby zafundować czytelnikom serię wstrząsów odmiennych od poczucia zagrożenia.
Jest w tej powieści bardzo dużo sensacji. Liczą się filmowe sceny, widowiskowe sytuacje – walka z niebezpieczeństwem w wielkim stylu. Tu już nie będzie śmierci – będą następujące po sobie masakry. Nora Roberts chce szokować czytelników i wprowadzać poczucie zagrożenia, a jednocześnie koncentrować się na jednostkach. Dopiero możliwość rozwiązania zagadki co do tożsamości Kasandry (albo szefostwa Kasandry) zapewni szanse na spokój i powstrzymanie szaleńców. Reagować trzeba: prześladowców nie zadowolą ani pieniądze, ani sława – chodzi im o sianie zniszczenia. A sprawy pojedynczych bohaterów nieoczekiwanie mogą wiązać się ze sobą. Jest w tym tomie mnóstwo energii i intryga kryminalna wrzucona w centrum thrillera, jest rozrywka dla tych, którzy cenią sobie dynamiczne i pełne zagrożenia powieści. Nora Roberts wie, jak prowadzić wielowątkową narrację, w której stale odwraca uwagę czytelników od bieżących wątków i przekierowuje na inne sfery aktywności. Temat zagrożeń zamachami terrorystycznymi nabiera tutaj barw – i funkcjonuje jako koloryt lokalny dla przedstawienia prywatnych losów postaci. „Aż po grób” to kolejna powieść w cyklu – jednak nie trzeba znać poprzednich części, żeby czerpać przyjemność z tej lektury. Autorka nie odwołuje się do przeszłości bohaterów (przynajmniej nie w zakresie konieczności poznawania poprzednich ich losów, bo przecież traumy Eve Dallas są mocno akcentowane), za to częstuje czytelników efektownym tu i teraz.
niedziela, 26 stycznia 2025
Nora Roberts: Zabójczy spisek
Świat Książki, Warszawa 2025. (wznowienie)
Cięcie
„Zabójczy spisek” powraca na rynek. To powieść dla wszystkich tych, którzy kochają sensację w wersji delikatnie futurystycznej – i lubią mięsiste narracje. Nora Roberts proponuje czytelnikom serię o porucznik Eve Dallas, ale kolejne tomy w tym cyklu funkcjonują jako samodzielne historie. Jeśli komuś spodoba się kreacja bohaterów – może bez trudu znaleźć sobie inne opowieści z nimi. A nie ma wątpliwości, że Eve Dallas i jej mąż, Roarke, potrafią przyciągnąć do siebie odbiorców. Ona jest bezwzględna i niebezpieczna, jej mózg pracuje bez zarzutu, do tego jest też bardzo seksowna. On doskonale odczytuje jej nastroje i potrafi zapewnić azyl w świecie, w którym roi się od niebezpiecznych przestępców. Oboje mają się ku sobie – to małżeństwo, któremu wystarczy spojrzenie, żeby wylądować w łóżku albo zaplanować sobie ognisty wieczór i ze względu na te plany odrzucać wszelkie nieoczekiwane akcje z pracy. Wątki osobiste w tym wypadku schodzą w „Zabójczym spisku” na drugi plan, chociaż Nora Roberts wie, jak dzięki nim poszerzać grono czytelników. O wiele bardziej tym razem liczą się sprawy śledcze – i to w podwójnym wymiarze.
Z jednej strony jest bowiem morderca. Nieuchwytny, niebezpieczny i… utalentowany. Najprawdopodobniej wywodzi się z lekarskiego środowiska, a przynajmniej szkolił się u chirurgów – wycina on swoim ofiarom narządy. Precyzyjna robota budzi podziw fachowców – co nie zmienia faktu, że giną zwłaszcza bezdomni i ludzie, o których nikt by się nie upomniał. Z drugiej strony jest tu podwładna Eve Dallas, kobieta, która za wszelką cenę chce ją zniszczyć i pisze kolejne skargi, które mają zszargać reputację bohaterki. I ona sporo miesza w intrydze. Pikanterii całości dodaje przeniesienie akcji w niedaleką już przyszłość – to lata 50. XXI wieku, sporo elementów z dzisiejszej rzeczywistości wciąż funkcjonuje, ale autorka dodaje parę motywów, które jeszcze do niedawna mogły być uznawane za wytwór wyobraźni futurysty. Są tu androidy – roboty, które wyglądają i zachowują się jak ludzie, chociaż nieco się od nich różnią w detalach, są komputery, którym wydaje się głosowo polecenia (tu akurat rzeczywistość dogania akcję), są wreszcie medyczne eksperymenty, które dają nadzieję na długie życie bez cierpienia. I, jak to zwykle bywa w sytuacjach, w których nie ma ograniczeń – to etyka i pieniądze zmieniają świat. Narządy do nielegalnych operacji trzeba jakoś pozyskiwać, przynajmniej jeśli chce się dalej testować rozwiązania medyczne, które zrewolucjonizują naukę. Tymczasem silne emocje i ukrywane frustracje również nie zapewniają stabilności. W tym wszystkim opoką może być ktoś bliski i świadomy komplikacji w codzienności.
„Zabójczy spisek” to powieść wielowątkowa – nie tylko główne śledztwo przyciąga czytelników, równie mocno liczą się perypetie życiowe Eve Dallas, a już jej idealne relacje z mężem (również człowiekiem po przejściach) to dodatek na dosmaczenie fabuły. Nora Roberts wie, jak zapewnić sobie uznanie odbiorców, tworzy sycącą powieść rozrywkową bazującą na sensacji i odrobinie romansu – niby wykorzystuje typowe dla thrillerów motywy, a jednak nadaje im inny wymiar.
Cięcie
„Zabójczy spisek” powraca na rynek. To powieść dla wszystkich tych, którzy kochają sensację w wersji delikatnie futurystycznej – i lubią mięsiste narracje. Nora Roberts proponuje czytelnikom serię o porucznik Eve Dallas, ale kolejne tomy w tym cyklu funkcjonują jako samodzielne historie. Jeśli komuś spodoba się kreacja bohaterów – może bez trudu znaleźć sobie inne opowieści z nimi. A nie ma wątpliwości, że Eve Dallas i jej mąż, Roarke, potrafią przyciągnąć do siebie odbiorców. Ona jest bezwzględna i niebezpieczna, jej mózg pracuje bez zarzutu, do tego jest też bardzo seksowna. On doskonale odczytuje jej nastroje i potrafi zapewnić azyl w świecie, w którym roi się od niebezpiecznych przestępców. Oboje mają się ku sobie – to małżeństwo, któremu wystarczy spojrzenie, żeby wylądować w łóżku albo zaplanować sobie ognisty wieczór i ze względu na te plany odrzucać wszelkie nieoczekiwane akcje z pracy. Wątki osobiste w tym wypadku schodzą w „Zabójczym spisku” na drugi plan, chociaż Nora Roberts wie, jak dzięki nim poszerzać grono czytelników. O wiele bardziej tym razem liczą się sprawy śledcze – i to w podwójnym wymiarze.
Z jednej strony jest bowiem morderca. Nieuchwytny, niebezpieczny i… utalentowany. Najprawdopodobniej wywodzi się z lekarskiego środowiska, a przynajmniej szkolił się u chirurgów – wycina on swoim ofiarom narządy. Precyzyjna robota budzi podziw fachowców – co nie zmienia faktu, że giną zwłaszcza bezdomni i ludzie, o których nikt by się nie upomniał. Z drugiej strony jest tu podwładna Eve Dallas, kobieta, która za wszelką cenę chce ją zniszczyć i pisze kolejne skargi, które mają zszargać reputację bohaterki. I ona sporo miesza w intrydze. Pikanterii całości dodaje przeniesienie akcji w niedaleką już przyszłość – to lata 50. XXI wieku, sporo elementów z dzisiejszej rzeczywistości wciąż funkcjonuje, ale autorka dodaje parę motywów, które jeszcze do niedawna mogły być uznawane za wytwór wyobraźni futurysty. Są tu androidy – roboty, które wyglądają i zachowują się jak ludzie, chociaż nieco się od nich różnią w detalach, są komputery, którym wydaje się głosowo polecenia (tu akurat rzeczywistość dogania akcję), są wreszcie medyczne eksperymenty, które dają nadzieję na długie życie bez cierpienia. I, jak to zwykle bywa w sytuacjach, w których nie ma ograniczeń – to etyka i pieniądze zmieniają świat. Narządy do nielegalnych operacji trzeba jakoś pozyskiwać, przynajmniej jeśli chce się dalej testować rozwiązania medyczne, które zrewolucjonizują naukę. Tymczasem silne emocje i ukrywane frustracje również nie zapewniają stabilności. W tym wszystkim opoką może być ktoś bliski i świadomy komplikacji w codzienności.
„Zabójczy spisek” to powieść wielowątkowa – nie tylko główne śledztwo przyciąga czytelników, równie mocno liczą się perypetie życiowe Eve Dallas, a już jej idealne relacje z mężem (również człowiekiem po przejściach) to dodatek na dosmaczenie fabuły. Nora Roberts wie, jak zapewnić sobie uznanie odbiorców, tworzy sycącą powieść rozrywkową bazującą na sensacji i odrobinie romansu – niby wykorzystuje typowe dla thrillerów motywy, a jednak nadaje im inny wymiar.
wtorek, 17 grudnia 2024
Filip Nafalski: Aplikacja
Media Rodzina, Must Read, Poznań 2024.
Zło
Filip Nafalski korzysta z przywileju debiutanta i nie przejmuje się żadnymi konwenansami ani schematami literackimi. W swojej powieści „Aplikacja” z upodobaniem chlapie krwią na wszystkie strony, zadając kolejnym ofiarom wymyślne tortury. To powieść, w której tylko narrator może zostać żywy, przynajmniej takie wrażenie odnosi się, kiedy w kolejnych rozdziałach giną następni bohaterowie – a autor wcale nie zamierza tego rytmu zmieniać. Ponieważ do dyspozycji ma grupę nastolatków, wydaje się, że nie przestanie mordować, dopóki się ich nie pozbędzie. Ale wiek ofiar go nie ogranicza w żaden sposób.
Po „Aplikację” mogą sięgnąć ci czytelnicy, którym nie przeszkadzają turpistyczne sceny i ze szczegółami przedstawiane kolejne tortury, jakich przed śmiercią doznają ofiary. Nafalski wychodzi tu daleko poza strategie mistrzów gatunku (którym z reguły wystarczy przedstawienie maksymalnie kilku spotkań oprawcy i ofiar), do tego za każdym razem zmienia strategie działania katów. Łączy ich jedno: groteskowe maski zwierząt. Punktem wyjścia z kolei jest komunikator. Aplikacja chętnie instalowana przez nastolatki ma możliwość porozmawiania z friend-botem, sztuczną inteligencją, która zachowuje się jak zwykły człowiek (robi nawet błędy ortograficzne). Friend-bot wie jednak bardzo dużo o swoich rozmówcach, a zakres danych, jakie zyskuje, budzi grozę. Zresztą innych odczuć za bardzo tu nie ma – Nafalski operuje wyłącznie grozą, chociaż od czasu do czasu przypomina mu się, że warto by było wpleść jeszcze zależności między bohaterami – gdzieś sygnalizuje przyjaźń, gdzie indziej miłość (wyznaną albo skrywaną skrzętnie). Bazuje jednak przede wszystkim na szkolnych relacjach: paczka przyjaciół, którzy razem chodzą na imprezy i mają wspólne wspomnienia (także z błędów młodości i problemów o szeroko zakrojonych konsekwencjach), trzyma się ze sobą tylko z konieczności, gdyby nie środowisko – ci młodzi ludzie nie szukaliby kontaktu ze sobą. Filip Nafalski niespecjalnie radzi sobie też z nakreślaniem rozkładu sił między bohaterami i ich rodzicami – bezradnymi w obliczu działań psychopatycznego seryjnego mordercy. Nikt nie ma sposobu na to, żeby powstrzymać agresora (zwłaszcza że pozostaje on anonimowy), a nowe technologie pomagają tylko w potęgowaniu strachu. W konstrukcji tej powieści pojawia się spora dłużyzna – kiedy giną kolejne postacie. Tu Filip Nafalski wyraźnie traci rezon, zanurza się w opisach zbrodni bez pomysłu na rozwój całości, sugerując czytelnikom, że nie spocznie, dopóki nie pozbędzie się wszystkich, których powołał do istnienia. Tyle że takie nagromadzenie naturalistycznych koszmarów niekoniecznie wyzwala dreszcz emocji – w pewnym momencie przestaje robić wrażenie i wymusza pytanie, czy zdarzy się coś więcej, co uzasadniałoby lekturę. Trochę się Nafalski chwali pomysłowością w zadawaniu bohaterom cierpienia – ale jeśli to ma być jedyny atut jego książki, to niekoniecznie usatysfakcjonuje. Jest tu jeszcze mankament w postaci braku kolorytu lokalnego – autor przenosi swoich bohaterów do miasteczka Honesdale, boi się ubrania ich w jakiekolwiek znajome realia – a to sprawia, że tło wypada papierowo i niezbyt przekonująco.
Zło
Filip Nafalski korzysta z przywileju debiutanta i nie przejmuje się żadnymi konwenansami ani schematami literackimi. W swojej powieści „Aplikacja” z upodobaniem chlapie krwią na wszystkie strony, zadając kolejnym ofiarom wymyślne tortury. To powieść, w której tylko narrator może zostać żywy, przynajmniej takie wrażenie odnosi się, kiedy w kolejnych rozdziałach giną następni bohaterowie – a autor wcale nie zamierza tego rytmu zmieniać. Ponieważ do dyspozycji ma grupę nastolatków, wydaje się, że nie przestanie mordować, dopóki się ich nie pozbędzie. Ale wiek ofiar go nie ogranicza w żaden sposób.
Po „Aplikację” mogą sięgnąć ci czytelnicy, którym nie przeszkadzają turpistyczne sceny i ze szczegółami przedstawiane kolejne tortury, jakich przed śmiercią doznają ofiary. Nafalski wychodzi tu daleko poza strategie mistrzów gatunku (którym z reguły wystarczy przedstawienie maksymalnie kilku spotkań oprawcy i ofiar), do tego za każdym razem zmienia strategie działania katów. Łączy ich jedno: groteskowe maski zwierząt. Punktem wyjścia z kolei jest komunikator. Aplikacja chętnie instalowana przez nastolatki ma możliwość porozmawiania z friend-botem, sztuczną inteligencją, która zachowuje się jak zwykły człowiek (robi nawet błędy ortograficzne). Friend-bot wie jednak bardzo dużo o swoich rozmówcach, a zakres danych, jakie zyskuje, budzi grozę. Zresztą innych odczuć za bardzo tu nie ma – Nafalski operuje wyłącznie grozą, chociaż od czasu do czasu przypomina mu się, że warto by było wpleść jeszcze zależności między bohaterami – gdzieś sygnalizuje przyjaźń, gdzie indziej miłość (wyznaną albo skrywaną skrzętnie). Bazuje jednak przede wszystkim na szkolnych relacjach: paczka przyjaciół, którzy razem chodzą na imprezy i mają wspólne wspomnienia (także z błędów młodości i problemów o szeroko zakrojonych konsekwencjach), trzyma się ze sobą tylko z konieczności, gdyby nie środowisko – ci młodzi ludzie nie szukaliby kontaktu ze sobą. Filip Nafalski niespecjalnie radzi sobie też z nakreślaniem rozkładu sił między bohaterami i ich rodzicami – bezradnymi w obliczu działań psychopatycznego seryjnego mordercy. Nikt nie ma sposobu na to, żeby powstrzymać agresora (zwłaszcza że pozostaje on anonimowy), a nowe technologie pomagają tylko w potęgowaniu strachu. W konstrukcji tej powieści pojawia się spora dłużyzna – kiedy giną kolejne postacie. Tu Filip Nafalski wyraźnie traci rezon, zanurza się w opisach zbrodni bez pomysłu na rozwój całości, sugerując czytelnikom, że nie spocznie, dopóki nie pozbędzie się wszystkich, których powołał do istnienia. Tyle że takie nagromadzenie naturalistycznych koszmarów niekoniecznie wyzwala dreszcz emocji – w pewnym momencie przestaje robić wrażenie i wymusza pytanie, czy zdarzy się coś więcej, co uzasadniałoby lekturę. Trochę się Nafalski chwali pomysłowością w zadawaniu bohaterom cierpienia – ale jeśli to ma być jedyny atut jego książki, to niekoniecznie usatysfakcjonuje. Jest tu jeszcze mankament w postaci braku kolorytu lokalnego – autor przenosi swoich bohaterów do miasteczka Honesdale, boi się ubrania ich w jakiekolwiek znajome realia – a to sprawia, że tło wypada papierowo i niezbyt przekonująco.
niedziela, 3 listopada 2024
Kit Frick: I killed Zoe Spanos
HarperYA, Warszawa 2024.
Migawki z życia
Kit Frick pisze thrillery dla młodzieży (ale spokojnie mogą one przechodzić do literatury rozrywkowej dla dorosłych, nie są ograniczone tylko do young adults) i w „I killed Zoe Spanos” pokazuje, co powstaje z fuzji gatunkowej. Sięga po motyw podkastu, żeby wprowadzić podsumowania i nowe informacje pojawiające się w śledztwie. Amatorskim i prowadzonym przez nastolatkę – ale jednak potężnym. Bo wszyscy uwierzyli, że to Anna zabiła Zoe. Zresztą Anna przyznała się do tego, powiedziała detektywom, jak wyglądały ostatnie chwile młodej kobiety. Teraz siedzi w areszcie, a Martina – nastolatka, która marzy o karierze dziennikarki – stara się poznać prawdę na temat przeszłości. W zdobywanych przez nią informacjach widnieje coraz więcej nieścisłości i pytań, które wskazują, że Anna prawdopodobnie nie miała nic wspólnego ze sprawą Zoe Spanos, co więcej – nie mogła nawet przebywać z nią w chwili śmierci zaginionej.
Kit Frick prowadzi czytelników dwoma torami: sytuacje z czasowych okolic morderstwa (lub nieszczęśliwego wypadku, na razie przecież nic nie wiadomo) relacjonuje Anna. Dziewczyna przyjeżdża do pracy jako opiekunka do dziecka do innego miasta – i wszyscy zwracają uwagę na jej podobieństwo do Zoe. Zoe zniknęła, nikt nie wie, gdzie może się podziewać – a Anna stara się za wszelką cenę uniknąć skojarzeń: zmienia uczesanie i nosi ciemne okulary. Reszta akcji pokazywana jest już przez obiektywnego narratora – Anna nie może brać w niej udziału, bo została aresztowana i zwyczajnie nie ma pojęcia o tym, co rozgrywa się w mieście. Jest jeszcze motyw podkastów prowadzonych przez Martinę: fachowych rozmów i wywiadów, w których bezpośrednio zaangażowani w sprawę dzielą się swoimi wspomnieniami i przemyśleniami. Martina wykorzystuje fragmenty nagrań z telewizyjnych programów i dąży do uzyskania od swoich rozmówców jak najpełniejszej wiedzy. Podkastowy zapis może być swoistym odświeżeniem sposobu prowadzenia narracji – urozmaica fabułę i pozwala na lepsze zrozumienie istoty sprawy.
Martina nie ma do dyspozycji zbyt wielu danych, ale umiejętnie drąży temat. Chłopak Zoe nie zamierza z nią rozmawiać, jego rodzina też jest przeciwna podkastowi – wystarczyłoby oskarżenie Anny, żeby zamknąć przeszłość. O Annę walczy jej przyjaciółka – twierdząca, że dziewczyna wymyśliła sobie bieg wydarzeń i przekonała do niego śledczych, ale w rzeczywistości znajdowała się w zupełnie innym miejscu. Z kolei sama Martina nie może liczyć na własną przyjaciółkę: siostra Zoe utrudnia pracę i zachowuje się, jakby była zazdrosna o czas poświęcany śledztwu. Młodzi ludzie sportretowani w tej powieści wchodzą ze sobą w skomplikowane czasem relacje – i nie zawsze myślą o tym, żeby poznać prawdę na temat Zoe. „I killed Zoe Spanos” to thriller w dobrym gatunku, pomysłowy i angażujący odbiorców. Liczy się tu umiejętne mylenie tropów i prowadzenie akcji tak, by w pewnym momencie odbiorcy przestali wierzyć w logiczne rozwiązanie zagadki. Kit Frick bawi się gatunkami i proponuje ciekawe odchodzenie od standardowych scenariuszy.
Migawki z życia
Kit Frick pisze thrillery dla młodzieży (ale spokojnie mogą one przechodzić do literatury rozrywkowej dla dorosłych, nie są ograniczone tylko do young adults) i w „I killed Zoe Spanos” pokazuje, co powstaje z fuzji gatunkowej. Sięga po motyw podkastu, żeby wprowadzić podsumowania i nowe informacje pojawiające się w śledztwie. Amatorskim i prowadzonym przez nastolatkę – ale jednak potężnym. Bo wszyscy uwierzyli, że to Anna zabiła Zoe. Zresztą Anna przyznała się do tego, powiedziała detektywom, jak wyglądały ostatnie chwile młodej kobiety. Teraz siedzi w areszcie, a Martina – nastolatka, która marzy o karierze dziennikarki – stara się poznać prawdę na temat przeszłości. W zdobywanych przez nią informacjach widnieje coraz więcej nieścisłości i pytań, które wskazują, że Anna prawdopodobnie nie miała nic wspólnego ze sprawą Zoe Spanos, co więcej – nie mogła nawet przebywać z nią w chwili śmierci zaginionej.
Kit Frick prowadzi czytelników dwoma torami: sytuacje z czasowych okolic morderstwa (lub nieszczęśliwego wypadku, na razie przecież nic nie wiadomo) relacjonuje Anna. Dziewczyna przyjeżdża do pracy jako opiekunka do dziecka do innego miasta – i wszyscy zwracają uwagę na jej podobieństwo do Zoe. Zoe zniknęła, nikt nie wie, gdzie może się podziewać – a Anna stara się za wszelką cenę uniknąć skojarzeń: zmienia uczesanie i nosi ciemne okulary. Reszta akcji pokazywana jest już przez obiektywnego narratora – Anna nie może brać w niej udziału, bo została aresztowana i zwyczajnie nie ma pojęcia o tym, co rozgrywa się w mieście. Jest jeszcze motyw podkastów prowadzonych przez Martinę: fachowych rozmów i wywiadów, w których bezpośrednio zaangażowani w sprawę dzielą się swoimi wspomnieniami i przemyśleniami. Martina wykorzystuje fragmenty nagrań z telewizyjnych programów i dąży do uzyskania od swoich rozmówców jak najpełniejszej wiedzy. Podkastowy zapis może być swoistym odświeżeniem sposobu prowadzenia narracji – urozmaica fabułę i pozwala na lepsze zrozumienie istoty sprawy.
Martina nie ma do dyspozycji zbyt wielu danych, ale umiejętnie drąży temat. Chłopak Zoe nie zamierza z nią rozmawiać, jego rodzina też jest przeciwna podkastowi – wystarczyłoby oskarżenie Anny, żeby zamknąć przeszłość. O Annę walczy jej przyjaciółka – twierdząca, że dziewczyna wymyśliła sobie bieg wydarzeń i przekonała do niego śledczych, ale w rzeczywistości znajdowała się w zupełnie innym miejscu. Z kolei sama Martina nie może liczyć na własną przyjaciółkę: siostra Zoe utrudnia pracę i zachowuje się, jakby była zazdrosna o czas poświęcany śledztwu. Młodzi ludzie sportretowani w tej powieści wchodzą ze sobą w skomplikowane czasem relacje – i nie zawsze myślą o tym, żeby poznać prawdę na temat Zoe. „I killed Zoe Spanos” to thriller w dobrym gatunku, pomysłowy i angażujący odbiorców. Liczy się tu umiejętne mylenie tropów i prowadzenie akcji tak, by w pewnym momencie odbiorcy przestali wierzyć w logiczne rozwiązanie zagadki. Kit Frick bawi się gatunkami i proponuje ciekawe odchodzenie od standardowych scenariuszy.
piątek, 20 września 2024
Michał Mateusiak: Ciężar strachu
Harper Collins, Warszawa 2024.
Powrót
Michał Mateusiak wchodzi na rynek mrocznych powieści kryminalnych i od razu pokazuje, że nie będzie sentymentalny, przynajmniej jeśli chodzi o ewentualne serie. W „Ciężarze strachu” rezygnuje z chronienia pierwszoplanowych postaci, żeby uzyskać efekt grozy – i żeby jak najbardziej doświadczać tego, którego upatrzył sobie na cel seryjny morderca. Komisarz Leonard Gardecki jest człowiekiem po przejściach – nie potrafi już prowadzić normalnego życia, a do tego jest mu potrzebna terapia, żeby uporać się z traumami i wspomnieniami jak z koszmarów. Nic dziwnego, że Gardecki to samotnik, który stara się odsuwać od siebie ludzi – ma nadzieję, że tym ich ochroni, ale swoich motywacji nikomu nie wyjaśnia. To jeden z wielu dzisiaj w literaturze rozrywkowej śledczych, którzy noszą w sobie mrok – Mateusiak niczym czytelników nie chce tu zaskakiwać. Wykorzystuje także motywy sprawdzone w horrorach i thrillerach, żeby zapewnić czytelnikom potrzebną im dawkę grozy. Epatuje naturalizmem w przedstawianiu przedśmiertnych tortur i cierpień ofiar mordercy, ale też nawiązuje do wątku grania na nosie śledczym przez pozostawianie na miejscu zbrodni charakterystycznego „podpisu”. I wiadomości przesyłane tą drogą wydają się trochę nie pasować do tonu historii – wyjęte rodem z harcerskich przygodówek wywołują dysonans w świecie okrucieństwa i zła.
Autor stawia na intrygę, w której zmienia się temat i ciężar śledztwa jako takiego – to, co na początku zaprzątnie uwagę czytelników, wcale nie będzie się tak bardzo wiązać z faktycznymi motywacjami i celami przestępcy, wszystko po to, żeby utrudnić samodzielne odgadywanie kierunku fabuły – jednak pytanie, jak bardzo przekona takim rozwiązaniem odbiorców przyzwyczajonych do większych zbiegów okoliczności nawet w ramach literackich eksperymentów. Dwa motywy autor rozwija – jeden to zagrożenie i obraz kolejnych ofiar. Drugi – prywatne demony komisarza Gardeckiego. Pomiędzy jedną a drugą zbrodnią jest czas na nakreślanie namiastki życia osobistego bohatera, ale i tak autor zdradza czytelnikom jego doświadczenia bardzo powoli i ostrożnie – zupełnie jakby bał się przywiązania kogokolwiek do postaci. Udaje mu się zaintrygować charakterem – ale pojawia się w warstwie psychologicznej parę pytań, na które odpowiedzi nie będzie. „Ciężar strachu” to bardziej studium lęków bohatera niż pełnowymiarowa fabuła, przynajmniej kiedy weźmie się pod uwagę wymowę całości – dzieje się tu wiele, ale nie zawsze to dzianie się jest uzasadnione tak, by odbiorcy przyjęli to bez zastrzeżeń. To książka dla fanów mrocznych powieści kryminalnych, wypełniona cierpieniem i złem – niezbyt rozbudowana i wyzwalająca pewne wątpliwości w konstrukcji. W samej narracji autor radzi sobie nieźle, pod warunkiem, że nie podważa własnych słów (nie można czegoś stwierdzać „chyba najwyraźniej”, albo zdecydowanie, albo niepewność – takich detali jest tu więcej) i że nie szuka właściwszych określeń po tych, które już znalazł. Ma Michał Mateusiak potencjał, jeszcze trzeba doszlifować szczegóły, ale już „Ciężar strachu” pokazuje, że pojawia się na rynku powieści kryminalnych ktoś z nowym spojrzeniem na wyeksploatowane do granic możliwości pomysły.
Powrót
Michał Mateusiak wchodzi na rynek mrocznych powieści kryminalnych i od razu pokazuje, że nie będzie sentymentalny, przynajmniej jeśli chodzi o ewentualne serie. W „Ciężarze strachu” rezygnuje z chronienia pierwszoplanowych postaci, żeby uzyskać efekt grozy – i żeby jak najbardziej doświadczać tego, którego upatrzył sobie na cel seryjny morderca. Komisarz Leonard Gardecki jest człowiekiem po przejściach – nie potrafi już prowadzić normalnego życia, a do tego jest mu potrzebna terapia, żeby uporać się z traumami i wspomnieniami jak z koszmarów. Nic dziwnego, że Gardecki to samotnik, który stara się odsuwać od siebie ludzi – ma nadzieję, że tym ich ochroni, ale swoich motywacji nikomu nie wyjaśnia. To jeden z wielu dzisiaj w literaturze rozrywkowej śledczych, którzy noszą w sobie mrok – Mateusiak niczym czytelników nie chce tu zaskakiwać. Wykorzystuje także motywy sprawdzone w horrorach i thrillerach, żeby zapewnić czytelnikom potrzebną im dawkę grozy. Epatuje naturalizmem w przedstawianiu przedśmiertnych tortur i cierpień ofiar mordercy, ale też nawiązuje do wątku grania na nosie śledczym przez pozostawianie na miejscu zbrodni charakterystycznego „podpisu”. I wiadomości przesyłane tą drogą wydają się trochę nie pasować do tonu historii – wyjęte rodem z harcerskich przygodówek wywołują dysonans w świecie okrucieństwa i zła.
Autor stawia na intrygę, w której zmienia się temat i ciężar śledztwa jako takiego – to, co na początku zaprzątnie uwagę czytelników, wcale nie będzie się tak bardzo wiązać z faktycznymi motywacjami i celami przestępcy, wszystko po to, żeby utrudnić samodzielne odgadywanie kierunku fabuły – jednak pytanie, jak bardzo przekona takim rozwiązaniem odbiorców przyzwyczajonych do większych zbiegów okoliczności nawet w ramach literackich eksperymentów. Dwa motywy autor rozwija – jeden to zagrożenie i obraz kolejnych ofiar. Drugi – prywatne demony komisarza Gardeckiego. Pomiędzy jedną a drugą zbrodnią jest czas na nakreślanie namiastki życia osobistego bohatera, ale i tak autor zdradza czytelnikom jego doświadczenia bardzo powoli i ostrożnie – zupełnie jakby bał się przywiązania kogokolwiek do postaci. Udaje mu się zaintrygować charakterem – ale pojawia się w warstwie psychologicznej parę pytań, na które odpowiedzi nie będzie. „Ciężar strachu” to bardziej studium lęków bohatera niż pełnowymiarowa fabuła, przynajmniej kiedy weźmie się pod uwagę wymowę całości – dzieje się tu wiele, ale nie zawsze to dzianie się jest uzasadnione tak, by odbiorcy przyjęli to bez zastrzeżeń. To książka dla fanów mrocznych powieści kryminalnych, wypełniona cierpieniem i złem – niezbyt rozbudowana i wyzwalająca pewne wątpliwości w konstrukcji. W samej narracji autor radzi sobie nieźle, pod warunkiem, że nie podważa własnych słów (nie można czegoś stwierdzać „chyba najwyraźniej”, albo zdecydowanie, albo niepewność – takich detali jest tu więcej) i że nie szuka właściwszych określeń po tych, które już znalazł. Ma Michał Mateusiak potencjał, jeszcze trzeba doszlifować szczegóły, ale już „Ciężar strachu” pokazuje, że pojawia się na rynku powieści kryminalnych ktoś z nowym spojrzeniem na wyeksploatowane do granic możliwości pomysły.
piątek, 30 sierpnia 2024
Susan V. Peacock: Miasto demonów
HarperCollins, Warszawa 2024.
Stalking
Susan V. Peacock chce podbijać rynek thrillerów erotycznych odwagą w kreowaniu scen seksu, tyle że niechcący ujawnia z całą mocą coś, co od dawna spędza sen z powiek wszystkim: brak sensownego języka do opisywania aktów płciowych. W efekcie penis w jednej scenie może być tylko zamiennie drągiem albo berłem, a „kakaowe oczko” nie doczekało się lepszego synonimu. Biorąc pod uwagę fakt, że sceny seksu stanowią dla autorki znacznie ważniejszą kwestię niż dylematy śledzonej przez anonimowego fana modelki – to może zmęczyć. Susan V. Peacock rzuca wyzwanie waniliowemu seksowi – nie interesują jej grzeczne miłosne uniesienia, stawia na przełamywanie zasad i barier – szuka wyzwań dla swojej bohaterki. Wprawdzie Samantha podkochuje się w przystojnym fotografie i marzy o tym, żeby ten dla niej porzucił swoje zasady, ale później, gdy puszczają hamulce, bohaterka może eksperymentować do woli, aż znajdzie zaspokojenie w dość nietypowej relacji. Autorka sięga i po seks w parach jednopłciowych, i po trójkąty. Opisuje sceny seksu oralnego, analnego, elementy BDSM i spankingu, w zasadzie próbuje każdemu z odbiorców zafundować coś poza standardowymi zbliżeniami bohaterów. Angażuje się w to do tego stopnia, że intryga thrillerowa schodzi na dalszy plan.
A w ramach intrygi thrillerowej Susan V. Peacock zajmuje się kulisami sesji fotograficznych. Jest tu Samantha – modelka, która pracuje profesjonalnie (jednak ma swoje marzenia i pragnienia i tego sama przed sobą nie ukrywa), jest Matteo – fotograf, który nie miesza pracy i życia prywatnego. Jest też Jeremy, najlepszy przyjaciel gej, który nadaje się idealnie do tego, żeby porozmawiać z nim o seksowności poznawanych facetów. I jest Peter, informatyk, który może się przydać, kiedy trzeba namierzyć stalkera. Każdy z bohaterów może uwikłać się w inny rodzaj relacji, każdy jest autorce potrzebny do uruchamiania erotycznych napięć. Bo Susan V. Peacock nie do końca martwi się zagrożeniem życia bohaterki: owszem, buduje dzięki temu atmosferę strachu i niepewności, ale to nie wiąże się z wyszukanymi śledztwami albo z pogłębianiem rysów psychologicznych postaci. Chodzi jedynie o impuls do szukania ratunku albo wpadania w pułapki z innymi ludźmi. Autorka myli tropy – podsuwa czytelnikom rozwiązania, które nie mają przełożenia na rzeczywistość, chce, żeby nie byli pewni co do prawdziwych intencji poszczególnych postaci.
Wiadomo, że po „Miasto demonów” sięgną ci czytelnicy, którzy szukają odważnej erotyki i silnych wrażeń – a nie literackości. I oni mogą się ucieszyć odejściem od typowych romansów, w których seks oralny jest dla autorów największą perwersją. Susan V. Peacock testuje na razie, ile może na polskim rynku wydawniczym zdziałać. Decyduje się na prozę bezkompromisową, taką, która podważa własny sens istnienia, ma stać się atrakcją i rozrywką a nie opowieścią jako taką.
Stalking
Susan V. Peacock chce podbijać rynek thrillerów erotycznych odwagą w kreowaniu scen seksu, tyle że niechcący ujawnia z całą mocą coś, co od dawna spędza sen z powiek wszystkim: brak sensownego języka do opisywania aktów płciowych. W efekcie penis w jednej scenie może być tylko zamiennie drągiem albo berłem, a „kakaowe oczko” nie doczekało się lepszego synonimu. Biorąc pod uwagę fakt, że sceny seksu stanowią dla autorki znacznie ważniejszą kwestię niż dylematy śledzonej przez anonimowego fana modelki – to może zmęczyć. Susan V. Peacock rzuca wyzwanie waniliowemu seksowi – nie interesują jej grzeczne miłosne uniesienia, stawia na przełamywanie zasad i barier – szuka wyzwań dla swojej bohaterki. Wprawdzie Samantha podkochuje się w przystojnym fotografie i marzy o tym, żeby ten dla niej porzucił swoje zasady, ale później, gdy puszczają hamulce, bohaterka może eksperymentować do woli, aż znajdzie zaspokojenie w dość nietypowej relacji. Autorka sięga i po seks w parach jednopłciowych, i po trójkąty. Opisuje sceny seksu oralnego, analnego, elementy BDSM i spankingu, w zasadzie próbuje każdemu z odbiorców zafundować coś poza standardowymi zbliżeniami bohaterów. Angażuje się w to do tego stopnia, że intryga thrillerowa schodzi na dalszy plan.
A w ramach intrygi thrillerowej Susan V. Peacock zajmuje się kulisami sesji fotograficznych. Jest tu Samantha – modelka, która pracuje profesjonalnie (jednak ma swoje marzenia i pragnienia i tego sama przed sobą nie ukrywa), jest Matteo – fotograf, który nie miesza pracy i życia prywatnego. Jest też Jeremy, najlepszy przyjaciel gej, który nadaje się idealnie do tego, żeby porozmawiać z nim o seksowności poznawanych facetów. I jest Peter, informatyk, który może się przydać, kiedy trzeba namierzyć stalkera. Każdy z bohaterów może uwikłać się w inny rodzaj relacji, każdy jest autorce potrzebny do uruchamiania erotycznych napięć. Bo Susan V. Peacock nie do końca martwi się zagrożeniem życia bohaterki: owszem, buduje dzięki temu atmosferę strachu i niepewności, ale to nie wiąże się z wyszukanymi śledztwami albo z pogłębianiem rysów psychologicznych postaci. Chodzi jedynie o impuls do szukania ratunku albo wpadania w pułapki z innymi ludźmi. Autorka myli tropy – podsuwa czytelnikom rozwiązania, które nie mają przełożenia na rzeczywistość, chce, żeby nie byli pewni co do prawdziwych intencji poszczególnych postaci.
Wiadomo, że po „Miasto demonów” sięgną ci czytelnicy, którzy szukają odważnej erotyki i silnych wrażeń – a nie literackości. I oni mogą się ucieszyć odejściem od typowych romansów, w których seks oralny jest dla autorów największą perwersją. Susan V. Peacock testuje na razie, ile może na polskim rynku wydawniczym zdziałać. Decyduje się na prozę bezkompromisową, taką, która podważa własny sens istnienia, ma stać się atrakcją i rozrywką a nie opowieścią jako taką.
piątek, 23 sierpnia 2024
Katniss Hsiao: Zanim zostaliśmy potworami
Mova, Kobiece, Białystok 2024.
Przez nos
Wielopiętrową charakterystykę swojej bohaterki buduje Katniss Hsiao w powieści „Zanim zostaliśmy potworami” – bo też i chce powiedzieć odbiorcom kilka gorzkich słów o ludzkiej naturze i o działaniach umysłów czy instynktów seryjnych morderców. Nie jest to książka wygodna i nie może taka być – dla autorki najważniejszy jest zmysł powonienia i zestaw impulsów, ale nie tych wywołujących przyjemne skojarzenia i reakcje, a takich, które odrzucają zwykłych ludzi. Tyle że Yang Ning do zwyczajnych nie należy. W jej przeszłości zdarzyło się coś, co pozbawiło ją praktycznie możliwości odczuwania zapachów. Jedyny bodziec, który uruchamia zmysł węchu to odór na miejscu zbrodni lub w pobliżu zwłok. Yang Ning dopiero wtedy może poczuć, że naprawdę żyje. Jej przypadłości nikt nie rozumie, więc też i bohaterka może czuć się wyobcowana. Nie tylko zresztą z tego powodu. Yang Ning łamie konwencje, wchodzi tam, gdzie inni baliby się nawet zajrzeć, zawiera znajomości, które jawią się jako niebezpieczne. A wszystko to, bo nie potrafi się pogodzić z przeszłością. W zapachach widzi szansę na rozszyfrowanie pewnej tajemnicy – ale nawet supermoc, jaką jest jej wybiórczy czasowo węch nie pozwala na wykonanie całej pracy samodzielnie. Yang Ning potrzebuje wsparcia, a wsparcie to może jej zapewnić wyłącznie ktoś o równie wyjątkowym darze. „Zanim zostaliśmy potworami” to thriller, w którym dość duży nacisk kładzie się na kwestie psychologiczne. Autorka dokonuje wiwisekcji bohaterów, pokazuje, co wyzwala ich działania i jak dążą do zaspokojenia własnych żądz. Rezygnuje – zupełnie świadomie – z rozwiązań banalnych, w zamian za to powołuje do istnienia świat, który musi od podstaw objaśniać. Stwierdza zresztą, że nie ma języka przystosowanego do opisywania zapachów – tu zawsze pojawiają się odwołania do innych zmysłów i skojarzeń. A jednak to zapachy mają być najbardziej pierwotnymi czynnikami wpływającymi na człowieka. I to zapachy mogą nieść zniszczenie. Sporo tu turpistycznych opisów, scen, w których autorka z nadnaturalistyczną ciekawością pochyla się nad tym, co obrzydza i odpycha. Żeby jak najpełniej zagłębić się w rzeczywistości pokaleczonej psychicznie bohaterki, musi przecież prezentować jej perspektywę – a to wymaga narracyjnych poświęceń. Hsiao oddala to, co przyjemne – tylko od czasu do czasu odwołuje się do zapachów spoza palety fetoru, przeważnie czerpie satysfakcję z prezentowania tego, co zwykle spychane na margines. Ma jednak do zaoferowania nie tylko inną konstrukcję postaci i opisów, ale – cały zestaw fabularnych rozwiązań. Snuje kryminalną intrygę i wprowadza długofalowe efekty traum. Karmi czytelników strachem i niepewnością, by za chwilę zburzyć ich przekonania i podsunąć im mylne tropy. Podrzuca inny sposób na gromadzenie danych, sposób, który wymaga dobrego rozumienia postaci i wnikania w ich umysły – inaczej przecież nie dałoby się odtworzyć przeżywanych przez nie kwestii. „Zanim zostaliśmy potworami” to powieść dla szukających mocnych wrażeń – i dla czytelników znudzonych schematami.
Przez nos
Wielopiętrową charakterystykę swojej bohaterki buduje Katniss Hsiao w powieści „Zanim zostaliśmy potworami” – bo też i chce powiedzieć odbiorcom kilka gorzkich słów o ludzkiej naturze i o działaniach umysłów czy instynktów seryjnych morderców. Nie jest to książka wygodna i nie może taka być – dla autorki najważniejszy jest zmysł powonienia i zestaw impulsów, ale nie tych wywołujących przyjemne skojarzenia i reakcje, a takich, które odrzucają zwykłych ludzi. Tyle że Yang Ning do zwyczajnych nie należy. W jej przeszłości zdarzyło się coś, co pozbawiło ją praktycznie możliwości odczuwania zapachów. Jedyny bodziec, który uruchamia zmysł węchu to odór na miejscu zbrodni lub w pobliżu zwłok. Yang Ning dopiero wtedy może poczuć, że naprawdę żyje. Jej przypadłości nikt nie rozumie, więc też i bohaterka może czuć się wyobcowana. Nie tylko zresztą z tego powodu. Yang Ning łamie konwencje, wchodzi tam, gdzie inni baliby się nawet zajrzeć, zawiera znajomości, które jawią się jako niebezpieczne. A wszystko to, bo nie potrafi się pogodzić z przeszłością. W zapachach widzi szansę na rozszyfrowanie pewnej tajemnicy – ale nawet supermoc, jaką jest jej wybiórczy czasowo węch nie pozwala na wykonanie całej pracy samodzielnie. Yang Ning potrzebuje wsparcia, a wsparcie to może jej zapewnić wyłącznie ktoś o równie wyjątkowym darze. „Zanim zostaliśmy potworami” to thriller, w którym dość duży nacisk kładzie się na kwestie psychologiczne. Autorka dokonuje wiwisekcji bohaterów, pokazuje, co wyzwala ich działania i jak dążą do zaspokojenia własnych żądz. Rezygnuje – zupełnie świadomie – z rozwiązań banalnych, w zamian za to powołuje do istnienia świat, który musi od podstaw objaśniać. Stwierdza zresztą, że nie ma języka przystosowanego do opisywania zapachów – tu zawsze pojawiają się odwołania do innych zmysłów i skojarzeń. A jednak to zapachy mają być najbardziej pierwotnymi czynnikami wpływającymi na człowieka. I to zapachy mogą nieść zniszczenie. Sporo tu turpistycznych opisów, scen, w których autorka z nadnaturalistyczną ciekawością pochyla się nad tym, co obrzydza i odpycha. Żeby jak najpełniej zagłębić się w rzeczywistości pokaleczonej psychicznie bohaterki, musi przecież prezentować jej perspektywę – a to wymaga narracyjnych poświęceń. Hsiao oddala to, co przyjemne – tylko od czasu do czasu odwołuje się do zapachów spoza palety fetoru, przeważnie czerpie satysfakcję z prezentowania tego, co zwykle spychane na margines. Ma jednak do zaoferowania nie tylko inną konstrukcję postaci i opisów, ale – cały zestaw fabularnych rozwiązań. Snuje kryminalną intrygę i wprowadza długofalowe efekty traum. Karmi czytelników strachem i niepewnością, by za chwilę zburzyć ich przekonania i podsunąć im mylne tropy. Podrzuca inny sposób na gromadzenie danych, sposób, który wymaga dobrego rozumienia postaci i wnikania w ich umysły – inaczej przecież nie dałoby się odtworzyć przeżywanych przez nie kwestii. „Zanim zostaliśmy potworami” to powieść dla szukających mocnych wrażeń – i dla czytelników znudzonych schematami.
czwartek, 4 kwietnia 2024
Kit Frick: The Reunion
HarperYA, Warszawa 2024.
Złość
Kit Frick szczyci się tym, że lubi zabijać swoich bohaterów i w „The Reunion” nie zamierza porzucać przyjętej strategii. Thriller dla młodzieży nie musi być przecież wolny od zbrodni – mało tego, dzięki temu da się przyciągnąć do lektury znacznie szersze grono odbiorców. I tu zginie nastolatek – jeden z członków jedenastoosobowej rodziny, która przyjeżdża do wakacyjnego kurortu, żeby świętować zaręczyny w starszym pokoleniu. Może to być również okazja do naprawienia zerwanych kilka lat wcześniej więzi między kuzynostwem – Mayweatherowie przeżyli coś, co na zawsze zmieniło rozkład sił w ich gronie. Dzisiaj nikt nie chce wracać myślami do przeszłości, mówi się co najwyżej o Incydencie – jakby samo wyjaśnienie, co się stało, wyzwalało demony. Ale teraz wszystko może się zmienić. Teraz mama Addison i Masona (przez pewien czas zwanych Maddison, bo stanowiących nierozłączny duet) ma przyjąć oświadczyny taty Theo – którego z przyzwyczajenia ten wciąż jeszcze nazywa Teddy. Theo dostrzega, że w przyszłej rodzinie dzieje się coś dziwnego – ale sam też znajduje się pod ostrzałem, zwłaszcza że jego tata miewał dawniej problemy z wyrażaniem emocji i z panowaniem nad agresją. To niepokoi zwłaszcza Masona – nie chciałby dla swojej mamy powtórki z cierpienia, przecież małżeństwo jego rodziców rozpadło się między innymi z takiego powodu. Czuwanie nad bezpieczeństwem matki nie jest sprawą priorytetową dla nastolatka – a przynajmniej nie powinno nią być. Tymczasem w meksykańskim hotelu problem się nawarstwia i coraz trudniej go ignorować. Każdy przejaw złego humoru może być zinterpretowany na niekorzyść, każdy grymas wykorzystany jako dowód w oskarżeniach. Atmosfera robi się gęsta – a sieć podejrzeń nie ułatwia porozumienia. Każdy ma tu swoje zajęcia, czas ma być przeznaczony na rozrywkę i relaks – ale trudno to zrobić, jeśli wciąż trzeba się pilnować przed innymi. Oczywiście poza motywem spraw wśród dorosłych jest tu wiele pomniejszych kwestii zasługujących na uwagę: dwunastoletnia dziewczynka bardzo się nudzi i ucieka z programowych zajęć, jedna z kuzynek czeka na spotkanie ze swoim internetowym chłopakiem (który być może nie jest tym, za kogo się podaje), a pewien wujek sprowadził sobie dużo młodszą dziewczynę – i nie wyzwala to raczej entuzjazmu w konserwatywnie nastawionej części rodziny. Mnożą się wzajemne pretensje, mnożą się też lęki i podejrzenia. Sytuacji nie upraszcza wcale fakt, że majaczy nad wszystkim widmo tajemniczego uprowadzenia dwóch dziewczyn – młodszym Mayweatherom nie wolno chodzić w pojedynkę na plażę (do łamania tego akurat zakazu nikt nie ma zamiaru się dorosłym przyznawać).
„The Reunion” to odwrotność wakacyjnej obyczajówki, wielogłosowy thriller poprowadzony tak, żeby rzucać podejrzenia na różnych bohaterów – i uciekać od prawdy najdłużej jak się da. Autorka bawi się też czasem: przeplata aktualne wydarzenia z tym, co stało się przed tygodniem – żeby na dwa sposoby doprowadzać odbiorców do sedna. Prowokuje do myślenia, ale bez przerwy myli tropy, rozbudowuje intrygę o poboczne wątki, bo tylko dzięki temu może utrzymać uwagę wymagających czytelników. Jest w tej powieści sporo pytań i sporo silnych emocji – to coś w sam raz dla przyciągnięcia młodzieży. Kit Frick ucieka od schematycznych rozwiązań i zapewnia odbiorcom wyraziste przeżycia.
Złość
Kit Frick szczyci się tym, że lubi zabijać swoich bohaterów i w „The Reunion” nie zamierza porzucać przyjętej strategii. Thriller dla młodzieży nie musi być przecież wolny od zbrodni – mało tego, dzięki temu da się przyciągnąć do lektury znacznie szersze grono odbiorców. I tu zginie nastolatek – jeden z członków jedenastoosobowej rodziny, która przyjeżdża do wakacyjnego kurortu, żeby świętować zaręczyny w starszym pokoleniu. Może to być również okazja do naprawienia zerwanych kilka lat wcześniej więzi między kuzynostwem – Mayweatherowie przeżyli coś, co na zawsze zmieniło rozkład sił w ich gronie. Dzisiaj nikt nie chce wracać myślami do przeszłości, mówi się co najwyżej o Incydencie – jakby samo wyjaśnienie, co się stało, wyzwalało demony. Ale teraz wszystko może się zmienić. Teraz mama Addison i Masona (przez pewien czas zwanych Maddison, bo stanowiących nierozłączny duet) ma przyjąć oświadczyny taty Theo – którego z przyzwyczajenia ten wciąż jeszcze nazywa Teddy. Theo dostrzega, że w przyszłej rodzinie dzieje się coś dziwnego – ale sam też znajduje się pod ostrzałem, zwłaszcza że jego tata miewał dawniej problemy z wyrażaniem emocji i z panowaniem nad agresją. To niepokoi zwłaszcza Masona – nie chciałby dla swojej mamy powtórki z cierpienia, przecież małżeństwo jego rodziców rozpadło się między innymi z takiego powodu. Czuwanie nad bezpieczeństwem matki nie jest sprawą priorytetową dla nastolatka – a przynajmniej nie powinno nią być. Tymczasem w meksykańskim hotelu problem się nawarstwia i coraz trudniej go ignorować. Każdy przejaw złego humoru może być zinterpretowany na niekorzyść, każdy grymas wykorzystany jako dowód w oskarżeniach. Atmosfera robi się gęsta – a sieć podejrzeń nie ułatwia porozumienia. Każdy ma tu swoje zajęcia, czas ma być przeznaczony na rozrywkę i relaks – ale trudno to zrobić, jeśli wciąż trzeba się pilnować przed innymi. Oczywiście poza motywem spraw wśród dorosłych jest tu wiele pomniejszych kwestii zasługujących na uwagę: dwunastoletnia dziewczynka bardzo się nudzi i ucieka z programowych zajęć, jedna z kuzynek czeka na spotkanie ze swoim internetowym chłopakiem (który być może nie jest tym, za kogo się podaje), a pewien wujek sprowadził sobie dużo młodszą dziewczynę – i nie wyzwala to raczej entuzjazmu w konserwatywnie nastawionej części rodziny. Mnożą się wzajemne pretensje, mnożą się też lęki i podejrzenia. Sytuacji nie upraszcza wcale fakt, że majaczy nad wszystkim widmo tajemniczego uprowadzenia dwóch dziewczyn – młodszym Mayweatherom nie wolno chodzić w pojedynkę na plażę (do łamania tego akurat zakazu nikt nie ma zamiaru się dorosłym przyznawać).
„The Reunion” to odwrotność wakacyjnej obyczajówki, wielogłosowy thriller poprowadzony tak, żeby rzucać podejrzenia na różnych bohaterów – i uciekać od prawdy najdłużej jak się da. Autorka bawi się też czasem: przeplata aktualne wydarzenia z tym, co stało się przed tygodniem – żeby na dwa sposoby doprowadzać odbiorców do sedna. Prowokuje do myślenia, ale bez przerwy myli tropy, rozbudowuje intrygę o poboczne wątki, bo tylko dzięki temu może utrzymać uwagę wymagających czytelników. Jest w tej powieści sporo pytań i sporo silnych emocji – to coś w sam raz dla przyciągnięcia młodzieży. Kit Frick ucieka od schematycznych rozwiązań i zapewnia odbiorcom wyraziste przeżycia.
sobota, 17 lutego 2024
Amy McCulloch: Słońce o północy
Luna, Warszawa 2024.
Wyprawa w pustkę
Amy McCulloch daje się poznać jako autorka mocnych i esencjonalnych thrillerów i nawet jeśli ktoś jest sceptyczny wobec tego gatunku, może znaleźć coś dla siebie w rozłożystych opisach wprowadzanych w kolejnej już książce. "Słońce o północy" to wyprawa na Antarktydę. Wyprawa jak z horroru - bo też i autorka przestrzega stosowania zasad, które pozwalają wzbudzać uczucie grozy w odbiorcach. Olivia wyrusza w podróż do surowej krainy zimna, za kołem podbiegunowym spotka się ze zjawiskiem, którego z własnego doświadczenia nie zna - niezachodzącym w nocy słońcem. Rejs ma być okazją do nawiązywania biznesowych kontaktów i do zaprezentowania się w świecie artystycznym. Ma być też dla Olivii ważny z prywatnych powodów: w rzeczach ukochanego znajduje ona okazały pierścionek zaręczynowy. Tylko że Aaron nie pojawia się na statku i nie odpowiada na wiadomości - zresztą i tak są problemy z zasięgiem i dostępem do internetu. Kiedy wiadomość od niego przychodzi, nie wzbudza żadnych podejrzeń. A przecież Olivia czuje się wyjątkowo samotna, nawet wśród ludzi - skoro nie ma przy niej tego, z którym chciała spędzić wyprawę, skoro nie ma szans na to, żeby dołączył do wycieczki, radość z Antarktydy błyskawicznie blednie. Nie mają już znaczenia zaplanowane atrakcje ani sukcesy zawodowe - Olivia przekonuje się o tym szybko i wcale nie musi znajdować potwierdzenia swojego stanu. Czytelnicy też bez trudu zrozumieją jej emocje - tyle tylko, że nie będą mieć czasu na rozpatrywanie i analizowanie ich. "Słońce o północy" to bowiem wielkie wyzwanie. Odbiorcy wiedzą od początku, że Aaron raczej nie da rady się pojawić na promie ani na Antarktydzie, mogą się łatwo domyślić, że stało się coś złego i coś, co nie jest na porządku dziennym. Olivia jest odcięta od informacji, a sytuacja, w jakiej się znalazła, to sceneria rodem z kryminału. Zamknięte miejsce akcji, do którego nie da się dostać z zewnątrz (nawet jeśli lądowisko dla helikopterów zostanie uruchomione, nie uda się pokonać odległości ani warunków pogodowych - to skuteczna bariera przed dotarciem na statek zmierzający mimo wszystko do celu). Do tego brak wiadomości: internet, nawet wykupiony w specjalnym pakiecie, chodzi raczej słabo albo wcale. Tymczasem Aaron to nie jedyny pasażer, który znika. Najpierw ktoś dybie na życie Olivii: to już nie tylko urojenia stęsknionej za ukochanym kobiety, ale też zestaw nieoczekiwanych wypadków. Wkrótce zresztą na statku zaczyna się hekatomba, która przenosi się też na samą Antarktydę - i żadne atrakcje turystyczne i przyrodnicze nie wynagrodzą bohaterce wydarzeń, które stają się jej udziałem podczas koszmarnej wyprawy. "Słońce o północy" to przegląd koszmarów i sensacji, w pewnym momencie autorka porzuca prawdopodobieństwo i śledztwo na rzecz wywoływania strachu - zapewnia odbiorcom sporo adrenaliny. Fakt, że w pewnym momencie znieczuli na zło, ale będzie jednak czytelnikom pokazywać, jak to jest zostać skazanym na łaskę mordercy. Jest to thriller w dobrym gatunku - za sprawą rozłożystej i trafnej (a do tego bardzo sprawnej) narracji. Amy McCulloch ma odważne pomysły, ale przede wszystkim wie, jak je zaprezentować.
Wyprawa w pustkę
Amy McCulloch daje się poznać jako autorka mocnych i esencjonalnych thrillerów i nawet jeśli ktoś jest sceptyczny wobec tego gatunku, może znaleźć coś dla siebie w rozłożystych opisach wprowadzanych w kolejnej już książce. "Słońce o północy" to wyprawa na Antarktydę. Wyprawa jak z horroru - bo też i autorka przestrzega stosowania zasad, które pozwalają wzbudzać uczucie grozy w odbiorcach. Olivia wyrusza w podróż do surowej krainy zimna, za kołem podbiegunowym spotka się ze zjawiskiem, którego z własnego doświadczenia nie zna - niezachodzącym w nocy słońcem. Rejs ma być okazją do nawiązywania biznesowych kontaktów i do zaprezentowania się w świecie artystycznym. Ma być też dla Olivii ważny z prywatnych powodów: w rzeczach ukochanego znajduje ona okazały pierścionek zaręczynowy. Tylko że Aaron nie pojawia się na statku i nie odpowiada na wiadomości - zresztą i tak są problemy z zasięgiem i dostępem do internetu. Kiedy wiadomość od niego przychodzi, nie wzbudza żadnych podejrzeń. A przecież Olivia czuje się wyjątkowo samotna, nawet wśród ludzi - skoro nie ma przy niej tego, z którym chciała spędzić wyprawę, skoro nie ma szans na to, żeby dołączył do wycieczki, radość z Antarktydy błyskawicznie blednie. Nie mają już znaczenia zaplanowane atrakcje ani sukcesy zawodowe - Olivia przekonuje się o tym szybko i wcale nie musi znajdować potwierdzenia swojego stanu. Czytelnicy też bez trudu zrozumieją jej emocje - tyle tylko, że nie będą mieć czasu na rozpatrywanie i analizowanie ich. "Słońce o północy" to bowiem wielkie wyzwanie. Odbiorcy wiedzą od początku, że Aaron raczej nie da rady się pojawić na promie ani na Antarktydzie, mogą się łatwo domyślić, że stało się coś złego i coś, co nie jest na porządku dziennym. Olivia jest odcięta od informacji, a sytuacja, w jakiej się znalazła, to sceneria rodem z kryminału. Zamknięte miejsce akcji, do którego nie da się dostać z zewnątrz (nawet jeśli lądowisko dla helikopterów zostanie uruchomione, nie uda się pokonać odległości ani warunków pogodowych - to skuteczna bariera przed dotarciem na statek zmierzający mimo wszystko do celu). Do tego brak wiadomości: internet, nawet wykupiony w specjalnym pakiecie, chodzi raczej słabo albo wcale. Tymczasem Aaron to nie jedyny pasażer, który znika. Najpierw ktoś dybie na życie Olivii: to już nie tylko urojenia stęsknionej za ukochanym kobiety, ale też zestaw nieoczekiwanych wypadków. Wkrótce zresztą na statku zaczyna się hekatomba, która przenosi się też na samą Antarktydę - i żadne atrakcje turystyczne i przyrodnicze nie wynagrodzą bohaterce wydarzeń, które stają się jej udziałem podczas koszmarnej wyprawy. "Słońce o północy" to przegląd koszmarów i sensacji, w pewnym momencie autorka porzuca prawdopodobieństwo i śledztwo na rzecz wywoływania strachu - zapewnia odbiorcom sporo adrenaliny. Fakt, że w pewnym momencie znieczuli na zło, ale będzie jednak czytelnikom pokazywać, jak to jest zostać skazanym na łaskę mordercy. Jest to thriller w dobrym gatunku - za sprawą rozłożystej i trafnej (a do tego bardzo sprawnej) narracji. Amy McCulloch ma odważne pomysły, ale przede wszystkim wie, jak je zaprezentować.
wtorek, 23 stycznia 2024
Katy Hays: Domek z kart
Luna, Warszawa 2024.
Czytanie przeszłości
Katy Hays próbuje stworzyć książkę mroczną i niepokojącą, ale zatrzymuje się na powierzchni prostego kryminału przełamywanego obyczajówką, co oznacza, że nawet odbiorcy, którzy nie lubują się w tarocie i których temat nie przyciągnie – mogą prześledzić wakacyjną przygodę Ann. Bohaterka chce podjąć pracę w Metropolitan Museum of Art, ale dowiaduje się, że nie ma miejsc dla stażystów. Błyskawicznie zostaje przechwycona do miejscowego zespołu The Cloisters – tu będzie mogła zajmować się tym, co ją pasjonuje. Ann zajmuje się badaniem renesansu. Najbardziej pociągają ją kwestie związane z tarotem, odczytywaniem przyszłości z kart – zastanawia się nad tym, czy to możliwe, żeby wiek odrodzenia przyniósł także zabobonne działania ludzi. W swojej nowej pracy poznaje zaledwie kilka osób – wyjątkowych i charakterystycznych. Jest tu Leo, który od początku funduje jej huśtawkę emocji i umiejętnie uwodzi, jest Rachel – przewodniczka świadoma wszystkiego, co dzieje się wokół, jest też Patrick – przenikliwy obserwator. Wszyscy poszukują naukowych odpowiedzi na pytania zadawane sobie niekoniecznie dla stworzenia artykułów czy prac – liczy się dociekliwość i ciekawość, także ta prywatna. Pracownicy z the Cloisters trzymają się razem i decydują na czasem niezwykłe zadania – jak wykorzystanie środków zmieniających postrzeganie rzeczywistości (oczywiście dla celów badawczych). Karty tarota widziane w narkotycznym transie odkrywają swoje tajemnice. Ale to dopiero początek problemów.
„Domek z kart” to ucieczka w krainę, która azylu nie zapewni. Ann – początkowo zagubiona – błyskawicznie odnajduje się w nowej przestrzeni i poznaje jej sekrety. Dowiaduje się, jakich roślin używano dawniej w funkcji leków – i które z nich mogły działać także jako trucizny: w przyklasztornych ogrodach jest ich mnóstwo. Świadomość tej wiedzy powinna w bohaterach budzić grozę – tak, żeby być ostrzeżeniem również dla czytelników. Bo kiedy ktoś straci życie, wszystko wyda się o wiele mniej swojskie. Podróż w przeszłość wiąże się nie tyle z odkrywaniem zwyczajów ludzi żyjących w renesansie – a z przekonywaniem się, do czego są zdolni inni, gnani własnymi żądzami i pragnieniami. Motywacje bohaterów staną się jasne z czasem, najpewniej wtedy, kiedy sami się do nich przyznają. Ale Ann uważnie obserwuje rzeczywistość i wyciąga wnioski. Potrafi też dostrzec rzeczy z reguły skrywane przed wzrokiem innych. To bystrość może jej zapewnić bezpieczeństwo – przynajmniej pod warunkiem, że zdecyduje się zaufać swojej wiedzy i intuicji. Autorka snuje tu jedną intrygę, podaje jedno rozwiązanie, które ma dalekosiężne konsekwencje – to niewiele, zważywszy na fakt, że dobrze radzi sobie z narracją. Co ważne, nie zarzuca czytelników wiadomościami na temat tarota – to przenosi do końcowej tabelki, dla zainteresowanych. Dzięki temu łatwiej jej budować prawdopodobieństwo akcji i budzić ciekawość co do samej fabuły. „Domek z kart” to książka, w której nie dzieje się przesadnie dużo w warstwie treści – za to melodia tekstu może się podobać. To szybka powieść, do przyswojenia w jeden wieczór – ale Katy Hays stawia na niewyeksploatowane w literaturze rozrywkowej tematy i dzięki temu przekonuje do siebie czytelników.
Czytanie przeszłości
Katy Hays próbuje stworzyć książkę mroczną i niepokojącą, ale zatrzymuje się na powierzchni prostego kryminału przełamywanego obyczajówką, co oznacza, że nawet odbiorcy, którzy nie lubują się w tarocie i których temat nie przyciągnie – mogą prześledzić wakacyjną przygodę Ann. Bohaterka chce podjąć pracę w Metropolitan Museum of Art, ale dowiaduje się, że nie ma miejsc dla stażystów. Błyskawicznie zostaje przechwycona do miejscowego zespołu The Cloisters – tu będzie mogła zajmować się tym, co ją pasjonuje. Ann zajmuje się badaniem renesansu. Najbardziej pociągają ją kwestie związane z tarotem, odczytywaniem przyszłości z kart – zastanawia się nad tym, czy to możliwe, żeby wiek odrodzenia przyniósł także zabobonne działania ludzi. W swojej nowej pracy poznaje zaledwie kilka osób – wyjątkowych i charakterystycznych. Jest tu Leo, który od początku funduje jej huśtawkę emocji i umiejętnie uwodzi, jest Rachel – przewodniczka świadoma wszystkiego, co dzieje się wokół, jest też Patrick – przenikliwy obserwator. Wszyscy poszukują naukowych odpowiedzi na pytania zadawane sobie niekoniecznie dla stworzenia artykułów czy prac – liczy się dociekliwość i ciekawość, także ta prywatna. Pracownicy z the Cloisters trzymają się razem i decydują na czasem niezwykłe zadania – jak wykorzystanie środków zmieniających postrzeganie rzeczywistości (oczywiście dla celów badawczych). Karty tarota widziane w narkotycznym transie odkrywają swoje tajemnice. Ale to dopiero początek problemów.
„Domek z kart” to ucieczka w krainę, która azylu nie zapewni. Ann – początkowo zagubiona – błyskawicznie odnajduje się w nowej przestrzeni i poznaje jej sekrety. Dowiaduje się, jakich roślin używano dawniej w funkcji leków – i które z nich mogły działać także jako trucizny: w przyklasztornych ogrodach jest ich mnóstwo. Świadomość tej wiedzy powinna w bohaterach budzić grozę – tak, żeby być ostrzeżeniem również dla czytelników. Bo kiedy ktoś straci życie, wszystko wyda się o wiele mniej swojskie. Podróż w przeszłość wiąże się nie tyle z odkrywaniem zwyczajów ludzi żyjących w renesansie – a z przekonywaniem się, do czego są zdolni inni, gnani własnymi żądzami i pragnieniami. Motywacje bohaterów staną się jasne z czasem, najpewniej wtedy, kiedy sami się do nich przyznają. Ale Ann uważnie obserwuje rzeczywistość i wyciąga wnioski. Potrafi też dostrzec rzeczy z reguły skrywane przed wzrokiem innych. To bystrość może jej zapewnić bezpieczeństwo – przynajmniej pod warunkiem, że zdecyduje się zaufać swojej wiedzy i intuicji. Autorka snuje tu jedną intrygę, podaje jedno rozwiązanie, które ma dalekosiężne konsekwencje – to niewiele, zważywszy na fakt, że dobrze radzi sobie z narracją. Co ważne, nie zarzuca czytelników wiadomościami na temat tarota – to przenosi do końcowej tabelki, dla zainteresowanych. Dzięki temu łatwiej jej budować prawdopodobieństwo akcji i budzić ciekawość co do samej fabuły. „Domek z kart” to książka, w której nie dzieje się przesadnie dużo w warstwie treści – za to melodia tekstu może się podobać. To szybka powieść, do przyswojenia w jeden wieczór – ale Katy Hays stawia na niewyeksploatowane w literaturze rozrywkowej tematy i dzięki temu przekonuje do siebie czytelników.
piątek, 24 lutego 2023
Amy McCulloch: Bez tchu
Luna, Warszawa 2023.
Atak szczytowy
Amy McCulloch doskonale wie, jakimi prawami rządzą się thrillery - i fakt, że czerpie z literatury górskiej, nie spycha jej z obranej trasy. "Bez tchu" to książka, która ani na moment nie zapomina o kryminalno-sensacyjnej proweniencji, nie ma tu powtarzania wiadomości ze wspomnień wspinaczy ani analizowania tego, co w literaturze górskiej niezmienne. Cecily Wong to dziennikarka, której wspinaczka nie wychodzi zbyt dobrze. Jednak bohaterka ma towarzyszyć jednemu z himalaistów i stworzyć o nim artykuł, który wstrząśnie społeczeństwem. Żeby dobrze zrealizować swoje zadanie, Cecily Wong nie ma wyjścia: musi dołączyć do programu "Czternaście na lekko" i brać udział w wyprawach. Nawet jeśli chodzi o prostą rozmowę lub możliwość lepszego poznania obiektu zainteresowania, warunki stawiane przez wspinacza wydają się ekstremalnie trudne do zrealizowania. Cecily ma na koncie spektakularną porażkę, która - paradoksalnie - przyniosła jej sporą sławę. Teraz jednak nie chce utrudniać zdobycia szczytu, szuka metody na to, żeby udowodnić innym, że można w górach na niej polegać. Od czasu do czasu Cecily dzieli się z czytelnikami fragmentami swoich artykułów albo notatek do nich: chce udowodnić, że ma dobre pióro i poradzi sobie z każdym wyzwaniem - literackim. Bo z górskimi bywa różnie.
Góry wszystko wyostrzają. Nie ma tu miejsca na błędy ani na niesnaski, a ponieważ wspina się razem sześć obcych sobie osób - tarcia wydają się nieuniknione. Ci, którzy nie pasują do zespołu, będą musieli się usunąć, żeby nie przeszkadzać liderom. Cecily wcale nie nadaje się na górską twardzielkę. Każda kobieta spotykana w drodze na szczyt znacznie lepiej radzi sobie z wyzwaniami. A jednak Cecily - jako amatorka - osiąga imponujące rezultaty. W końcu to walka o jej byt.
Góra nie wybacza. Zwłaszcza jeśli ktoś przestanie się koncentrować. Tu łatwo narobić sobie wrogów, bo nie wszyscy należą do wyrozumiałych. Do tego wysokość sporo komplikuje: ludzie zaczynają się zachowywać inaczej pod wpływem warunków atmosferycznych. Stają się nieprzewidywalni i wręcz niebezpieczni dla siebie nawzajem. Cecily nie może być obojętna wobec niepokojących sygnałów z zewnątrz. W obozie nie czuje się pewnie, zwłaszcza gdy odkrywa ślady obecności kogoś, kogo nie powinno tam być. Jeszcze nie wyznała zespołowi całej prawdy, jeszcze nie zapracowała sobie na pełne zaufanie, więc ma powody do niepokoju, napędzana lekkimi wyrzutami sumienia. Amy McCulloch całkiem dobrze przedstawia dylematy bohaterki, ale nie zajmuje się analizowaniem jej stanów duchowych - pozwala raczej, żeby czytelnicy wyciągali wnioski z zachowań i relacji w zespole. Sytuację utrudnia fakt, że to Cecily dokonuje obserwacji, które mogą zmienić układ sił. Sama wspinaczka i szansa na zdobycie szczytu przestaje mieć znaczenie, kiedy okazuje się, że na górze grasuje morderca. Nie dość, że można stracić życie przez upadek, lawinę albo wpadnięcie do szczeliny, trzeba jeszcze pilnować siebie, żeby nie wpaść w pułapkę zastawioną przez tajemniczego przestępcę.
I Amy McCulloch wykorzystuje sceny ze wspinaczki - sama przeżywała takie przygody w wysokich górach, jest zatem w stanie prezentować ten świat bez odwoływania się do schematów z literatury górskiej. Jest przy tym bardzo przekonująca, wie, jakie emocje towarzyszą wspinaczom i co może decydować o ich chwilach słabości. Dobrze się "Bez tchu" czyta. To książka starannie obmyślona i z dobrą intrygą.
Atak szczytowy
Amy McCulloch doskonale wie, jakimi prawami rządzą się thrillery - i fakt, że czerpie z literatury górskiej, nie spycha jej z obranej trasy. "Bez tchu" to książka, która ani na moment nie zapomina o kryminalno-sensacyjnej proweniencji, nie ma tu powtarzania wiadomości ze wspomnień wspinaczy ani analizowania tego, co w literaturze górskiej niezmienne. Cecily Wong to dziennikarka, której wspinaczka nie wychodzi zbyt dobrze. Jednak bohaterka ma towarzyszyć jednemu z himalaistów i stworzyć o nim artykuł, który wstrząśnie społeczeństwem. Żeby dobrze zrealizować swoje zadanie, Cecily Wong nie ma wyjścia: musi dołączyć do programu "Czternaście na lekko" i brać udział w wyprawach. Nawet jeśli chodzi o prostą rozmowę lub możliwość lepszego poznania obiektu zainteresowania, warunki stawiane przez wspinacza wydają się ekstremalnie trudne do zrealizowania. Cecily ma na koncie spektakularną porażkę, która - paradoksalnie - przyniosła jej sporą sławę. Teraz jednak nie chce utrudniać zdobycia szczytu, szuka metody na to, żeby udowodnić innym, że można w górach na niej polegać. Od czasu do czasu Cecily dzieli się z czytelnikami fragmentami swoich artykułów albo notatek do nich: chce udowodnić, że ma dobre pióro i poradzi sobie z każdym wyzwaniem - literackim. Bo z górskimi bywa różnie.
Góry wszystko wyostrzają. Nie ma tu miejsca na błędy ani na niesnaski, a ponieważ wspina się razem sześć obcych sobie osób - tarcia wydają się nieuniknione. Ci, którzy nie pasują do zespołu, będą musieli się usunąć, żeby nie przeszkadzać liderom. Cecily wcale nie nadaje się na górską twardzielkę. Każda kobieta spotykana w drodze na szczyt znacznie lepiej radzi sobie z wyzwaniami. A jednak Cecily - jako amatorka - osiąga imponujące rezultaty. W końcu to walka o jej byt.
Góra nie wybacza. Zwłaszcza jeśli ktoś przestanie się koncentrować. Tu łatwo narobić sobie wrogów, bo nie wszyscy należą do wyrozumiałych. Do tego wysokość sporo komplikuje: ludzie zaczynają się zachowywać inaczej pod wpływem warunków atmosferycznych. Stają się nieprzewidywalni i wręcz niebezpieczni dla siebie nawzajem. Cecily nie może być obojętna wobec niepokojących sygnałów z zewnątrz. W obozie nie czuje się pewnie, zwłaszcza gdy odkrywa ślady obecności kogoś, kogo nie powinno tam być. Jeszcze nie wyznała zespołowi całej prawdy, jeszcze nie zapracowała sobie na pełne zaufanie, więc ma powody do niepokoju, napędzana lekkimi wyrzutami sumienia. Amy McCulloch całkiem dobrze przedstawia dylematy bohaterki, ale nie zajmuje się analizowaniem jej stanów duchowych - pozwala raczej, żeby czytelnicy wyciągali wnioski z zachowań i relacji w zespole. Sytuację utrudnia fakt, że to Cecily dokonuje obserwacji, które mogą zmienić układ sił. Sama wspinaczka i szansa na zdobycie szczytu przestaje mieć znaczenie, kiedy okazuje się, że na górze grasuje morderca. Nie dość, że można stracić życie przez upadek, lawinę albo wpadnięcie do szczeliny, trzeba jeszcze pilnować siebie, żeby nie wpaść w pułapkę zastawioną przez tajemniczego przestępcę.
I Amy McCulloch wykorzystuje sceny ze wspinaczki - sama przeżywała takie przygody w wysokich górach, jest zatem w stanie prezentować ten świat bez odwoływania się do schematów z literatury górskiej. Jest przy tym bardzo przekonująca, wie, jakie emocje towarzyszą wspinaczom i co może decydować o ich chwilach słabości. Dobrze się "Bez tchu" czyta. To książka starannie obmyślona i z dobrą intrygą.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






