* * * * * * O tu-czytam
tu-czytam.blogspot.com to strona z recenzjami: portal literacki tworzony w pełni przez jedną osobę i wykorzystujący szablon bloga dla łatwego wprowadzania kolejnych tekstów.

Nie znajdzie się tu polecajek, konkursów, komciów ani podpiętych social mediów, za to codziennie od 2009 roku pojawiają się pełnowymiarowe (minimum 3000 znaków) omówienia książek.

NIE KORZYSTAM Z AI.

Zapraszam do kontaktu promotorki książek i wydawnictwa.

Zabrania się kopiowania treści strony. Publikowanie fragmentów tekstów możliwe wyłącznie za zgodą autorki i obowiązkowo z podaniem źródła. Kontakt: iza.mikrut@gmail.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Iwona Banach. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Iwona Banach. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 8 stycznia 2026

Iwona Banach: Instytut

Dragon, Bielsko-Biała 2025.

Głosy

To jest fantastyczne, jak Iwona Banach wykorzystuje możliwości narracyjne w tej książce – i jak przełamuje to, co czytelnikom powieści rozrywkowych doskonale znane, czyli przeplatanie trzecioosobowej narracji wątkami pierwszoosobowymi i wyznaniami bohaterów. „Instytut” to jednocześnie odejście od komedii kryminalnych, z których ta autorka słynie – w kierunku bardzo mocnego thrillera dla koneserów gatunku. W małej miejscowości w czasach PRL-u znajdował się instytut – ponury budynek przeznaczony dla porzuconych niepełnosprawnych dzieci. W rzeczywistości instytut służył różnym, o wiele bardziej mrocznym celom, wśród których pojawiały się również i te przynoszące krzywdę młodym ludziom. Ale o tym autorka opowie w odpowiednim czasie. Na razie rejestruje wydarzenia, które rozgrywają się w okolicy już w czasach obecnych – i chaos w głowie jednej z bohaterek. I ten chaos w głowie przyciąga jak magnes nawet czytelników stroniących od thrillerów – bo Iwona Banach wykorzystała tu nietypowe rozwiązanie.

Katarzyna jest uważana za dziecko niespełna rozumu – a może byłaby tak uważana, gdyby ktoś zwracał na nią uwagę. Dziecko wychowywane surowo przez okrutną babkę cierpi na wiele rozmaitych chorób, w tym na padaczkę – i najprawdopodobniej na schizofrenię. Owszem, są kolorowe cukierki „na znikanie” kolejnych tożsamości, ale głosy w głowie walczą o to, żeby nie zniknąć i nie rozpłynąć się w nicość – chcą przetrwać, a jedyną nadzieją na przetrwanie jest współpraca. Głosy nie widzą się wzajemnie, mogą tylko w nieskończoność dyskutować i wyciągać wnioski na tematy rozmaite. Nie ma wśród nich samej Katarzyny – pojawia się za to chłopiec o czterech twarzach, stara doświadczona czarownica czy drobna dziewczynka, kilkulatka potrafiąca mdleć na zawołanie. Każde z tych bohaterów, nawet jeśli posiadają wspólne ciało, ma coś do powiedzenia w kwestii egzystencji Katarzyny i jej smutnych doświadczeń. To dziecko nie ma szans na wyjście z choroby czy choćby poznanie serdeczności ze strony bliskich – przez babkę jest traktowane jako zło i wciąż odpychane. Ale innego świata nie zna, musi się przystosować. W małym miasteczku giną dwie kobiety – a policja zastanawia się, czy ma do czynienia z seryjnym mordercą i czy te zbrodnie coś łączy. Różne nitki prowadzą do instytutu, a jeśli chce się zaprowadzić porządek w do tej pory spokojnym miejscu, należy rozwiązać zagadkę, której korzenie sięgają daleko w przeszłość. Żeby poznać tajemnice instytutu, trzeba znaleźć ludzi, którzy będą w stanie opowiedzieć o tym, co działo się za jego murami. A to wszystko nie będzie zbyt proste. I teraz Iwona Banach standardową opowieść ze śledztwem i tropieniem ważnych dla intrygi wątków zamienia w literacką przygodę za sprawą sposobu opisywania rzeczywistości. Nie ma dla swoich bohaterów azylu ani wsparcia, nie ma też parasola ochronnego dla najmłodszych – trzeba pamiętać, że w „Instytucie” najwięcej złego spotka tych, którzy sami nie potrafią się obronić i również będzie to wymowne.

Iwona Banach udowadnia, że potrafi pisać poważnie i budzić grozę idealnie skonstruowaną fabułą. Prowadzi opisy surowe i klimatyczne jednocześnie, daje odbiorcom szansę na zestaw silnych przeżyć – ma pomysł na powieść inną niż kryminalne komedie czy wygodne śledztwa.

niedziela, 7 września 2025

Iwona Banach: Zemsta na lokacie

Skarpa Warszawska, Warszawa 2025.

Promocja

Złorzecze to miasteczko, jakich wiele – nikt nie zwróciłby na nie najmniejszej uwagi, bo też i żadnych rozrywek tu nie ma. Na szczęście (albo nieszczęście), Złorzecze ma kreatywnego burmistrza. I ten właśnie kreatywny burmistrz wpada na pomysł nietypowej promocji – bazujący na emocjach i na niespecjalnie rozumnych społecznościach. Wystarczy kilka rzuconych tu i ówdzie haseł, żeby zbudować legendę o czarownicy i o mrocznej przeszłości miasteczka. Wprawdzie Złorzecza w średniowieczu jeszcze nie było, ale przekonanie, że właśnie tu spłonęła na stosie czarownica – która w ostatniej chwili przeklęła wszystkich mieszkańców – pada na podatny grunt. Opinia publiczna dopowiada sobie wszystko to, czego trzeba – i przystępuje do spieniężenia wiadomości. I tak Złorzecze staje się najbardziej czarowniczym miasteczkiem, jakie można sobie wyobrazić. Nagle okazuje się, że okolica sporo zyska na wyimaginowanej złośliwej przedstawicielce świata magii z głębokiej przeszłości: biznes turystyczny wprost kocha czarownice, a że zbliża się Halloween, można wykorzystać promocyjnie temat na wszystkie możliwe sposoby. Zarobią właściciele pokoi na wynajem, ale i drobni handlowcy. Turystów ściąga nie tylko obietnica obejrzenia regionów obłożonych klątwą, ale też widmo sabatów (zwłaszcza tych nagich). Są tu nawet zawody sportowe – bo wszyscy, którzy do tej pory prowadzili zwyczajne usługi dla miejscowych, musieli na szybko dostosować ofertę do oczekiwań turystów i zwyczajna siłownia nie wytrzymałaby ze standardowym zestawem ćwiczeń na rynku. I tu pojawia się drobny problem: rzut oszczepem zrobionym z miotły niesie w sobie pewne niebezpieczeństwa: przekonuje się o tym zastępca komendanta policji.

Iwona Banach od pierwszych stron zarzuca czytelników nie tylko wizją przeobrażeń, jakie przeszło Złorzecze, ale też opowieścią o ludziach, którzy zaraz się tam znajdą – bez związku z szałem, jaki opanował mieszkańców. Jak zwykle u tej autorki – jest mnóstwo szalonych przygód i ciekawych charakterów, zwłaszcza wśród przedstawicieli nizin społecznych (którzy jednak postanowili coś zmienić po pandemii i piją online). Jednak to menele widzą i wiedzą najwięcej – mogliby nawet samodzielnie przeprowadzić śledztwo, gdyby akurat nie byli zajęci spożywaniem napojów alkoholowych lub zaleczaniem skutków owego spożycia. Ale mniej o śledztwo chodzi w tej książce, a bardziej – o wyśmianie rozmaitych małomiasteczkowych komplikacji, postaci czy zachowań, które w każdej społeczności istnieją i świadczą o słabościach ludzkich. Iwona Banach często bawi się w portretowanie ludzi niedoskonałych – sprawia, że czytelnicy mogą śmiać się z ich wad i udawać, że ich samych to nie dotyczy. Krzywe zwierciadło w tych książkach czasami wręcz zaciemnia obraz wydarzeń kryminalnych – ale też niekoniecznie intryga najbardziej u tej autorki kusi. W „Zemście na lokacie” układy i relacje bardziej przyciągają uwagę, ale też ani przez moment czytelnicy nie będą tego żałować. Autorka dobrze się bawi przedstawianiem żądzy zarabiania na naiwnych turystach: mieszkańcy w zwykłych warunkach nie byliby raczej chciwi, ale sytuacja sprawia, że nie potrafią się opanować i wykorzystują każdą okazję do wyciągnięcia od przyjezdnych pieniędzy. I tylko czasami mogą dać upust własnym, skrzętnie dotąd skrywanym fantazjom.

poniedziałek, 1 września 2025

Iwona Banach: Morderstwo sobotniej nocy

Bookend, Kraków 2025.

Dom uciech

Lebiegi to miasteczko, które może poszczycić się tylko jednym miejscem przyciągającym mieszkańców – i jest to były teatr. Jednak nie pęd do kultury nakłania lokalnych do przestępowania progów tego przybytku, a fakt, że Madame Różyczka przejęła obiekt i zorganizowała w nim burdel. To oczywiście zachwyca panów i niewymownie drażni ich małżonki – i nie tylko. Płeć piękna próbuje zwalczyć agencję towarzyską, a samozwańcze strażniczki moralności dążą do tego, żeby obrzydzić pracę wszystkim seksworkerkom. Dopóki jednak rzecz sprowadza się do wyzwisk i narzekań, wszystko może toczyć się swoim trybem. Ale kiedy w obiekcie znalezione zostają zwłoki… „Morderstwo sobotniej nocy” to powieść, w której od początku dzieje się wiele. Tajemniczy mężczyzna, który w charakterze trupa spoczywa w domu uciech, może pokrzyżować plany wielu ludzi. Ochroniarze nie chcą podpaść i żeby pozbyć się problemu podrzucają denata do ubikacji. Liczą na to, że sprzątaczki wykażą się zdrowym rozsądkiem i wezwą policję. Sprzątaczki na czas wolny mają już inne plany – i nie chcą spotykać się ze stróżami prawa. I tak zwłoki przejdą dość długą drogę, chociaż nie wyjdą poza próg dawnego teatru. Dopiero kiedy zostaną po raz ostatni odkryte, będzie można przerzucić uwagę na śledztwo.

Iwona Banach bawi się i tym razem tematem, który już wielokrotnie na kartach swoich książek wykorzystywała – motyw seksu pasuje do komedii kryminalnej, zwłaszcza że w takiej realizacji wyzwala sporo śmiechu. Można by wprawdzie nieco więcej zadań przydzielić Pupince i Stringelli, które stanowią tylko tło wydarzeń – ale i tak odbiorców przyciągnie potężna dawka ironii i wizja organizacji burdelu. Miejsce to stanowi przepis na biznes idealny, Madame Różyczka płaci bardzo dobrze, a jej pracownice są zadowolone z zajęcia – morderstwo mocno psuje stały rytm placówki. Tylko ludzie z zewnątrz nie są w stanie uwierzyć, że tego typu przedsięwzięcie może cieszyć się uznaniem wszystkich zatrudnionych. Żeby opowieść nie koncentrowała się tylko i wyłącznie wokół jednego miejsca, Iwona Banach wprowadza bardzo udane drugoplanowe wątki: jest tu ciągle odnajdowana dziewczyna (ogłoszenie o jej zaginięciu powielają bezmyślnie kolejny użytkownicy portalu społecznościowego), jest też uzdrowiciel, który zyskał poparcie tłumów, chociaż niczego poza biletami na swoje występy nie sprzedaje. Pojawia się i przedziwna relacja matki i dorosłego od dawna syna, który nie potrafi zapanować nad rodzicielką wymierzającą sprawiedliwość na własną rękę. „Morderstwo sobotniej nocy” to powieść, która rozbawi i na chwilę przytrzyma czytelników przy lekturze. Nic tu nie jest serio, nawet mimo zbrodniczych zamiarów – można całkiem miło spędzić czas przy takim czytadle. Iwona Banach to autorka, która nie nudzi – lubi wyrazistą satyrę i w swojej narracji znajduje miejsce na całkiem sporą dawkę humorystycznych popisów. A przecież skupia się przede wszystkim na intrydze.

wtorek, 19 sierpnia 2025

Iwona Banach: Trup z recyklingu

Skarpa Warszawska, Warszawa 2025.

Osiedle

Iwona Banach nie potrzebuje wiele, żeby stworzyć komedię kryminalną. W „Trupie z recyklingu” sięga do charakterów, które znają absolutnie wszyscy: czepialskich starych bab, które terroryzują osiedla swoimi wymaganiami i komentarzami. Sylwetki zwłaszcza dwóch – Walerii i Stefanii – doprowadza wręcz do absurdów, chociaż czytelnicy będą przekonani, że to nie satyra a portret. Emerytki, które dostały zawiadomienie o karnych opłatach za niesegregowane śmieci dopatrują się w tym spisku. Nie zamierzają dopłacać do nieuświadomionych ekologicznie sąsiadów, są wręcz przekonane, że ktoś złośliwie będzie mieszał śmieci w osiedlowym śmietniku, żeby tylko wyłudzić pieniądze. I tak zaczyna się potrzeba przeprowadzenia śledztwa, które bardzo szybko schodzi na dalszy plan – bo jeden z lokalnych meneli, Szopen (właściciel szopy), przynosi ze śmietnika zakrwawioną damską nogę. Teraz dopiero trzeba będzie przyjrzeć się uważnie sytuacji i zawartości kontenerów.

„Trup z recyklingu” to komedia kryminalna, w której śledztwo jest mniej ważne niż charakterystyki barwnych postaci. Bez przerwy ktoś przeszkadza w tropieniu niedookreślonej zbrodni, trupy się mnożą, a największą rolę w akcji odgrywają przedstawiciele marginesu. Zwykłych obywateli tu jak na lekarstwo, autorka bawi się społeczeństwem w Boligłowie – przedstawia między innymi piękną i kompletnie bezmyślną policjantkę, która ma zaprowadzić porządek na osiedlu i przynajmniej trochę próbować opanować chaos, tymczasem sama go jeszcze potęguje. A Stefania i Waleria nie ustają w komplikowaniu rzeczywistości. Nie wystarcza im bierna obserwacja i komentowanie poczynań innych lokatorów – one chcą włączyć się do działania, nie przeszkadza im nawet, kiedy tracą sojuszniczkę w nierównej walce. Iwona Banach przygląda się to ofiarom śledczych zapędów dwóch emerytek, to – przedstawicielom władzy. Problem segregowania śmieci spada na daleki plan – teraz istotne jest, jakie konsekwencje wywołuje wiara w spisek i w złe intencje innych. Samozwańcze strażniczki porządku na osiedlu potrafią nieźle namieszać. Ich mężowie w tym wszystkim zasługują na współczucie.

Blokowiska mają swoje tajemnice, chociaż pozornie wszyscy wszystko wiedzą o sąsiadach. „Trup z recyklingu” to humorystyczna i lekka powieść dla tych, którzy potrzebują szybkiej rozrywki i grania na stereotypach. Iwona Banach celnie wychwytuje – i umiejętnie rozdmuchuje – wady zwykłych z pozoru ludzi, prowadząc do serii kataklizmów, których celem jest wywołanie śmiechu. Ta powieść przyniesie sporo radości – ale obok niej znajdzie się też miejsce na refleksję na temat granic, jakie stawia się drugiemu człowiekowi. Iwona Banach stawia na dowcipy językowe, ale równie mocno rozbudowuje komizm sytuacyjny, wiele tu wydarzeń, które same w sobie rozśmieszą czytelników i rozbudzą ich ciekawość. Podglądanie sąsiadów to rozrywka naganna, ale tu inaczej się nie da: zresztą niektórzy zrobili sobie z voyeuryzmu życiową ambicję. To książka dla wszystkich, którzy lubią przesadę jako źródło żartu, a do tego potrzebują odskoczni od codzienności.

piątek, 16 lutego 2024

Iwona Banach: Wigilia ze skutkiem śmiertelnym

Skarpa Warszawska, Warszawa 2022.

Trup w chłodni

Motyw powieści bożonarodzeniowych powraca co roku w grudniu – rynek zalewany jest obyczajówkami, w których liczenie na okołoświąteczny cud zastępuje pracę nad codziennymi problemami w związku, w pracy lub w życiu. Iwona Banach wykorzystuje jednak tendencję do wigilijnych klimatów zupełnie inaczej: prześmiewczo i bez sentymentów. „Wigilia ze skutkiem śmiertelnym” to komedia kryminalna, w której zdarzyć się może wiele, a diabły biegające (czasami nago) po ulicach i okolicznych domach nikogo nie zdziwią tak bardzo, jak by mogły. Leszyn to zresztą miejsce, które przybyszom z zaświatów sprzyja, przynajmniej w założeniach. Rozpoczyna się wszystko od wielkiego wstrząsu w życiu jednej z bohaterek. Miłka do tej pory utrzymywała swojego ukochanego – od siedmiu lat zapewniała mu dach nad głową, wyżywienie, a nawet kwiatki w prezencie dla mamusi. Jednak kiedy ukochany wygrał w totka (los kupił przecież za pieniądze Miłki, bo własnych nie posiadał) i zażądał spisania intercyzy przed ślubem, uczucie jakby sklęsło. Miłka uznała, że nie będzie brać udziału w rodzinnej uroczystości – święta zorganizowane w sali ślubów miały przyspieszyć oświadczyny. Ale tym razem rodzinny spęd mógłby tylko przypominać o porażce, która zresztą jeszcze nie do wszystkich uszu dotarła. Na razie Miłka zabiera wino i dekuje się u babci, która Karolka i tak nie lubiła, więc będzie kibicować swojej wnuczce a nie jej przyszłemu stanowi cywilnemu. Przed rodzinną imprezą ma zresztą odbyć się jeszcze wesele – tylko że raczej się nie odbędzie z przyczyn obiektywnych. Pan młody znaleziony w chłodni raczej nie nadaje się już do niczego. Rusza detektywistyczna machina.

Iwona Banach pozwala czytelnikom świetnie się bawić, zwłaszcza w pierwszej fazie poznawania bohaterów. Na początku mocno rozbudowuje obyczajowe wątki – i tu jest najlepsza, później angażuje się już coraz bardziej w samo śledztwo i wtedy odrobinę siada tempo opowieści (co zrozumiałe, nie ma kiedy zatrzymywać się nad charakterami, jeśli trzeba analizować ślady na miejscu zbrodni lub potencjalne motywy sprawców). Jest tu sporo rozrywki i sporo śmiechu, jest lekka satyra na małomiasteczkowość (denat przebrany w damskie fatałaszki wcale nie wyzwala wyrozumiałości u lokalnych). Iwona Banach zabiera odbiorców do świata, o którym wie mnóstwo – i podsuwa przekonanie, że potrafi zdradzić sekrety poszczególnych postaci. Bawi się kryminalną intrygą, ale jeszcze lepiej – charakterami, prowadzi do tego, żeby odbiorcy chcieli się angażować w opowieść ze względu na niezwykłe i oryginalne osobowości, a nie na samą zbrodnię – i tym może się wyróżniać. Z czasem dowcipu trochę będzie brakować – ale i tak lektura jest ciekawą alternatywą wobec bożonarodzeniowych przesłodzonych treści – to książka, którą można dla przyjemności czytać także poza sezonem.

środa, 30 września 2015

Iwona Banach: Klątwa utopców

WNK, Warszawa 2015.

Trupy i tajemnice

Zaczyna się ta historia dość kontrowersyjnie, przynajmniej w czasach równouprawnienia. Dagmara ma wyjechać na kilka dni do dziadka, od którego właśnie uciekła kolejna gosposia. Dziadek słynie z nieprzyjemnego upodobania do wydawania rozkazów, przez co dorobił się już przezwiska Generał. Nie zamierza pracować nad swoim charakterem, z kolei w naturze Dagmary nie leży podporządkowywanie się despotom. W tej wyprawie jest jednak kilka tajemnic. Bohaterka podsłuchuje dziwną rozmowę, która najwyraźniej dotyczy jej samej i podstępu, jaki opracowała rodzina, żeby nakłonić ją do czegoś, na co nie ma ochoty. Iwona Banach zaczyna tom „Klątwa utopców” od zagadki.

Później powieść zamienia się w obyczajówko-kryminał, w którym pobrzmiewają bardzo dalekie echa książki „Wszystko czerwone”. Dagmara z narzeczonym, sąsiadką dziadka i kilkorgiem znajomych ląduje w ruinach szpitala psychiatrycznego i usiłuje dowiedzieć się, o co chodzi dziadkowi. To prawdziwe wyzwanie, zwłaszcza że miejscowi są strasznie zabobonni (i bardzo porywczy). Tu wiara w utopce i w dzikiego piesa przenika się z plotkami i fantazjami na temat przekręcanych zasłyszanych informacji. Robi się ogromne zamieszanie, a do tego pojawia się pierwszy nieoczekiwany trup. Dagmara nie znajduje się ani trochę bliżej rozwiązania domowej zagadki, ma za to kolejne tajemnice do rozszyfrowania. Śledztwo, które prowadzi miejscowa policja, jest niczym wobec tego, które toczy się w gronie znajomych. Banach za to stara się komplikować sytuację, wprowadzając dalszoplanowe postacie o wyrazistych charakterach, nie do powstrzymania w swoich monologach.

„Klątwa utopców” to książka od początku do końca bardzo dziwna. Przede wszystkim trudno w niej o cieplejsze uczucia, bez względu na to, kogo dotyczą. Krewni zawiązują spisek przeciwko Dagmarze, narzeczony bohaterki to strachliwy fajtłapa, który nie przejmuje się oznakami sympatii. W Utopcach królują żądne sensacji plotkary. Nawet Jasiek, najmilszy ze wszystkich, bo obdarzony dużym poczuciem humoru, w tym towarzystwie dopasowuje się do ogółu. Iwona Banach jako podstawowe źródło śmiechu wybiera głupotę: ograniczenia umysłowe miejscowych objawiają się ciągłymi lamentami na temat sił nieczystych, a także usprawiedliwieniami nawet dla zbrodni (tu i mordercy siedzą „za niewinność”). Wieś w tym ujęciu ma być zabawna w swoich wynaturzeniach, ale autorka tylko na nie zwraca uwagę. Absurdalna paplanina zagłusza wszystko. Problem w tym, że wiara w duchy czy utopce traktowana przez miejscowych bardzo serio udziela się racjonalnie myślącym bohaterom – i w to trudno będzie odbiorcom uwierzyć. Banach nie do końca wie, czy chce śmieszyć, przerażać czy zniesmaczać. W efekcie sama sobie niszczy starannie wypracowane wrażenia. Zdarzają się jej celne strzały, ale sporo też psuje się przez niezdefiniowanie. Zwłaszcza że początkowy motyw szybko ulega rozmyciu: na długo się ukrywa i przestaje mieć znaczenie dla akcji, jest tylko pretekstem do wyjazdu, powróci dużo później. Trochę wygląda to tak, jakby Banach pisała bez planu, bez rozmieszczenia punktów kulminacyjnych. Owszem, dostarczy trochę radości, ale mogło być jeszcze ciekawiej.

Cała książka opiera się na dialogach. Autorka indywidualizuje język postaci – bawi się plastycznymi stylami, chociaż nie zawsze dba o dopasowanie wypowiedzi do charakterów: tak na przykład kilkoma sensownymi uwagami burzy kreację Andżeliki (co pod koniec tomu znajduje wyjaśnienie, jakby dopisane z konieczności). W „Klątwie utopców” dzieje się sporo – nie tylko w sferze kryminalnej, ale również obyczajowej i społecznej. Dodatkowo akcja jest dynamizowana seriami rozmów. Iwona Banach wybrała sobie specyficzny temat na powieść i realizuje go według własnego pomysłu, nie oglądając się na mody.

sobota, 6 września 2014

Iwona Banach: Lokator do wynajęcia

WNK, Warszawa 2014.

Sąsiedztwo

Zgodnie ze stwierdzeniem, że nic tak nie ożywia akcji jak nieboszczyk, Iwona Banach swoją powieść „Lokator do wynajęcia” utrzymuje w konwencji dowcipnego kryminału. Zamieszanie w sferze charakterów pomaga jej w uwalnianiu komizmu i ubarwianiu fabuły – Banach nie przepada za ogranymi scenariuszami. Dlatego też swojej bohaterce wymyśla zawód nietypowy. Miśka jest lokatorką do wynajęcia, dba pod nieobecność gospodarzy o ich domy, mieszkając w nich. Wszędzie zabiera ze sobą Noldiego, znajomego, który posturą odstrasza ewentualnych bandytów (lub nieuczciwych zleceniodawców) i chociaż ma wygląd mięśniaka, to urodzony humanista. Teraz Miśka z Noldim przybywa do Zakopanego, żeby wypełnić dwie umowy naraz. Nie tylko ma zająć się domem, w którym według miejscowych straszy, ale jeszcze mieć oko na dwie sąsiadki, dość demoniczne staruszki. Dziwne wypadki zaczynają rozgrywać się coraz szybciej, kiedy bohaterowie znajdują… misia z Krupówek, najwyraźniej – zamordowanego.

Iwona Banach stawia na śmiech. W „Lokatorze do wynajęcia” mnoży zabawne scenki (chociaż trzeba przyznać, że kiedy odwołuje się do komizmu słownego, nie zawsze wychodzi jej to na dobre, bo przewidywalność kierunku dyskusji niweczy efekt puenty). Przede wszystkim wprowadza do książki całą galerię zabawnych postaci. Dwie staruszki, z pozoru bezbronne i dobroduszne, chcą się jakoś rozerwać i potrafią knuć nieprawdopodobne intrygi, policjanci wykazują się wyjątkową nieudolnością w śledztwach. Trwa stały konflikt między góralami i ceprami. Pojawia się karykaturalna matka rozpieszczonego dorosłego syna, Banach robi, co może, żeby akcja była dynamiczna – morderstwa, porwania, brawurowe ucieczki i wiszące w powietrzu romanse – „Lokator do wynajęcia” pozostaje obyczajówką, ale obyczajówką, w której bardzo dużo się dzieje. Autorka stawia na rozmaite nieporozumienia i konflikty między postaciami, nie boi się zjawisk pozornie niewytłumaczalnych. Bawi się tematem – nie opiekuje się przesadnie Miśką, daje jej możliwość poznania różnych wad poznanego zawodu. Cieniem Miśki jest poczciwy Noldi. Kiedy tylko Noldi pojawia się w kuchni, oznaczać to będzie katastrofę. Chłopak nie potrafi gotować, a to uwielbia jeść. W tej powieści bardzo często się przeżera i… równie często wymiotuje, co akurat niekoniecznie czytelniczki ucieszy.

„Lokator do wynajęcia” to powieść nastawiona na rozrywkę. Zwyczajne i przyziemne problemy tutaj znikają, a ich miejsce zajmują quasi-kryminalne scenariusze. Banach pozwala bohaterom dziwić się miejscowym zwyczajom, wtrąca ich w nowy kontekst i zapewnia wiele do odkrycia. Miśka i Noldi na normalną egzystencję nie mają tutaj szans. Iwona Banach nie chce kopiować typowych obyczajówkowych fabuł, szuka własnego pomysłu na ożywienie akcji – i nawet jeśli nieraz w tym ożywianiu mocno przesadza, to przecież robi to wszystko dla zabawy. „Lokatora do wynajęcia” traktować poważnie się nie da. W tej historii znajdzie się za to bardzo dużo miejsca na dowcipne kontrasty, niespotykane wynalazki, wyrafinowane zemsty i potyczki oraz nieoczekiwane znajomości. Iwona Banach po raz drugi daje się poznać jako autorka, która ceni sobie dobry żart. Pomysłami oryginalnymi i pozbawionymi stereotypowych naleciałości nasyca fabułę, żeby wciąż w życiu bohaterów mieszać. Tak wymyślona powieść dostarcza rozrywki i sprawdza się jako lekkie czytadło – autorka nie zapomina bowiem o ciepłej i naturalnej narracji. W „Lokatorze do wynajęcia” miesza gatunki i udziwnia rzeczywistość, ale przez cały czas pamięta o swoich odbiorczyniach, którym pozwala na odkrywanie kolejnych niezwykłości.

poniedziałek, 28 października 2013

Iwona Banach: Szczęśliwy pech

WNK, Warszawa 2013.

Kłopoty na życzenie

Iwona Banach tworzy slapstickową komedię okołoromantyczną tak, by rozbawić odbiorczynie i jednocześnie zirytować bohaterów. Postępuje wbrew zasadom komponowania powieści, niemal całkowicie izolując postacie od ich dotychczasowego życia czy rodzin: poza parą na pierwszym planie wprowadza czasem kogoś, ale ostrożnie i bez zbędnego zagłębiania się w jego psychikę. Zresztą o psychologii bohaterów mowy być nie może, bo nie ma na to czasu. Banach trochę próbuje iść w ślady Joanny Fabickiej, ale boi się również oderwania od realizmu, więc usilnie do niego powraca. Nawet nie próbuje zachowywać pozorów co do kierunków rozwoju fabuły w „Szczęśliwym pechu”: ona trafia do domu, odludnego pensjonatu, w którym przebywa tylko on. On myśli, że jej przyjazd to efekt złośliwości byłej żony, ona jest singlem. Ci dwoje, skazani na siebie, muszą tylko doczekać do momentu zaiskrzenia, zwłaszcza że na ty przechodzą od razu i bez zbędnych ceregieli.

Rafał żył sobie spokojnie i nie żądał od życia niczego – a już zwłaszcza nie serii kataklizmów i trzęsień ziemi. Nie wiedział nawet, jak szczęśliwą egzystencję prowadzi. Kiedy w jego cichym domu pojawiła się bez uprzedzenia Reginalda, przysłana na trzymiesięczny urlop, rozszalał się tajfun. Dziewczyna bowiem posiadła umiejętność prowokowania nieszczęść, wypadków i zniszczeń. W dodatku jest zbyt uparta i zbyt dumna, żeby poprosić o pomoc, a ślepa furia dodaje jej energii. W domu Rafała stałym gościem zaczyna być policjant, którego mieszkańcy wzywają do rzekomego mordercy. Zresztą dzieje się coś dziwnego, jeden z nowych lokatorów szuka ukrytego skarbu i próbuje unieszkodliwić domowników, ale plotki wywołuje też nieświadomie Reginalda, która potajemnie próbuje napisać książkę z kryminalnym wątkiem.

Poza Joanną Fabicką widać w „Szczęśliwym pechu” także wpatrzenie w rozwiązania stosowane przez Joannę Chmielewską – tyle że tu przyspieszane i nieco upraszczane. Zwłaszcza „Wszystko czerwone” będzie się czytelniczkom silnie nasuwać w paru punktach. Autorka posługuje się w tworzeniu charakteru Reginaldy schematem wygodnym i usprawiedliwiającym dowolne szaleństwa, za to wymaganym od strony kreatywności twórcy: trzeba bowiem dużej wyobraźni, żeby przedstawiać łańcuch katastrof wywoływanych przez roztrzepaną dziewczynę. To Iwonie Banach wystarcza: nie musi już w żaden sposób sygnalizować wdzięku bohaterki – jej talent do przyciągania pecha to wystarczający afrodyzjak dla prawdziwego mężczyzny, Rafała. Na szczęście Regi nie powstała jako słodka idiotka, chociaż rozumem posługuje się dość rzadko i jawi się jako bardzo naiwna (po fragmentach powieści tworzonej przez dziewczynę chciałoby się dodać – grafomanka).

Iwona Banach w „Szczęśliwym pechu” na pierwszy plan wybija śmiech. Nie chce rozwodzić się nad sercowymi perypetiami i snuć romansidła – woli akcję pozbawioną sensu, ale za to obfitującą w niespodzianki, przygody i doświadczenia rodem z powieści młodzieżowych. Zamiast lirycznych westchnień woli nieskrępowaną energię i pełną demolkę przestrzeni. Znalazła taki sposób na zaproszenie odbiorczyń do swojego świata – i trudno tu nie docenić inwencji, a także mnogości wydarzeń obrastających oś fabularną. „Szczęśliwy pech” różni się bardzo od większości optymistycznych obyczajówek – przede wszystkim za sprawą szaleństw bohaterki, która przyciąga drobne i większe kłopoty. Dzięki brawurze w akcji, Banach może swobodnie tworzyć opowieść bardziej bajkową niż realistyczną, nie tracąc przy tym zainteresowania odbiorczyń.